Скачать fb2
Szminka w wielkim mieście

Szminka w wielkim mieście

Аннотация

    Nowy bestseller autorki Seksu w wielkim mieście! Magnetyzujący Nowy Jork, eleganckie salony, pokazy mody, wielkie pieniądze. Spektakularne sukcesy i druzgoczące porażki, życie na najwyższych obrotach. W takiej właśnie scenerii umieszcza swoje bohaterki Candace Bushnell, autorka kilku światowych bestsellerów, na czele z kultowym Seksem w wielkim mieście. Piękne, bogate, samodzielne kobiety poszukujące spełnienia i miłości to postaci także z ostatniej powieści Bushnell. Bohaterkami książki są trzy przyjaciółki: Victory, Nico i Wendy. Pierwsza jest utalentowaną projektantką mody, druga redaktor naczelną opiniotwórczego magazynu dla kobiet, trzecia producentką filmową. Być kobietą sukcesu i przetrwać w męskiej dżungli Nowego Jorkua Niełatwe zadanie! Ambitna kobieta, która chce zaistnieć w świecie wielkiego biznesu, musi zużyć do tego dwukrotnie więcej siły niż mężczyzna. Oczywiście bohaterki Candace Bushnell radzą sobie w tym nieprzyjaznym środowisku świetnie jak nikt potrafią wykorzystać zarówno swoją inteligencję, jak i urodę. Ta ostatnia sprzyja także nawiązywaniu gorących romansów, których pikantne opisy na pewno zadowolą miłośników serialu Seks w wielkim mieście. Dzień po pozytywnej recenzji w aNew York Timesiea Szminka w wielkim mieście wskoczyła na listy bestsellerów w Stanach zjednoczonych i błyskawicznie rozpoczęła wspinaczkę na czołowe miejsca. zawrotna kariera książki specjalnie nie dziwi po pierwsze wpływa na nią sława poczytnej autorki, po drugie forma i treść samej książki sprawiają, że nie trzeba przekonywać do niej ani zwolenniczek literatury typu chick-lit, ani dojrzałych fanek powieści kobiecych. Połączenie lekkiej formy z soczystym językiem oraz trafnych, zjadliwo-ironicznych uwag dojrzałej kobiety zjedna sobie serca zarówno tych czytelniczek, które czują się spełnione w życiu zawodowo-osobistym, jak i tych, które tęsknią do lepszej rzeczywistości.


Candace Bushnell Szminka w wielkim mieście

    Lipstick Jungle
    Przełożyła Małgorzata Hesko-Kołodzińska

Rozdział 1

    Wrzesień na Manhattanie zawsze jest wspaniały, w tym roku również nie zawiódł. Na ulicach panowała idealna temperatura, równo dwadzieścia pięć stopni, wilgotność była niska, błękitu nieba nie mąciła ani jedna chmurka. Kiedy wraca się do miasta z wyczerpujących wakacji, taka pogoda przypomina, że wszystko może się zdarzyć i coś wspaniałego czai się tuż za rogiem. Powietrze wibruje podnieceniem, z dnia na dzień miasto budzi się i zaczyna szaleć. W Alejach, Szóstej i Park, pojawiają się jak zwykle korki, wszędzie słychać szum rozmów przez komórki, restauracje pękają w szwach. Dla reszty kraju pierwszy poniedziałek września to koniec wakacji i początek roku szkolnego. W Nowym Jorku prawdziwy rok zaczyna się jednak parę dni później, od szacownej tradycji znanej jako Tydzień Mody.
    Na Szóstej Alei, za Biblioteką Publiczną, Bryant Park zmienił się w krainę czarów, pełną białych namiotów, gdzie miały się odbyć dziesiątki pokazów. Wyłożone czarnym dywanem schody prowadziły do przeszklonych drzwi, i przez cały tydzień schody te zapełniali studenci i fani marzący o zobaczeniu ulubionego projektanta albo gwiazdy, a także japońscy fotografowie (jak każdy wie, znacznie bardziej uprzejmi od innych), paparazzi, ochroniarze w słuchawkach i z krótkofalówkami, młode dziewczyny od public relations (zawsze na czarno, z zatroskanym wyrazem twarzy) i nadziani bywalcy wszelkiego autoramentu, z wrzaskiem wzywający przez telefony komórkowe swoje auta. Krawężnik był zastawiony czarnymi limuzynami, każda długości trzech normalnych samochodów, zupełnie jakby w okolicy miał się odbyć pogrzeb niesłychanie ważnego dygnitarza. W namiotach jednak królował przepych i panowało radosne podniecenie.
    Podczas Tygodnia Mody zawsze odbywało się pięć albo sześć wielkich pokazów. Obecność na nich była obowiązkowa, jeśli człowiek pragnął zapewnić sobie odpowiednie miejsce w towarzyskiej hierarchii (albo po prostu przypomnieć innym, że wciąż istnieje). Na inaugurację wybrano pokaz Victory Ford, o siódmej w pierwszy czwartkowy wieczór Tygodnia Mody. Za kwadrans siódma w namiocie rozpętało się kontrolowane pandemonium – znalazło się tam sześć ekip telewizyjnych, jakaś setka fotografów, rzesza wielbicieli mody, bywalców salonów, kupców oraz trzeciorzędnych gwiazdeczek. Wszyscy oni czekali na pokaz, zniecierpliwieni niczym tłum przed premierą. Młoda kobieta z towarzystwa, która ściskała w ramionach małego jamnika, oberwała w potylicę kamerą wideo; ktoś w klapkach od Jimmy'ego Choo został niemal stratowany przez dziewczynę od public relations pędzącą ku ważniejszej osobie. Ci którzy liczyli na przybycie znanej gwiazdy filmowej, srodze się zawiedli, gdyż gwiazdy (podobnie jak ważni politycy, chociażby burmistrz) nie wchodziły głównym wejściem. Ochrona wiodła je do ukrytych drzwi prowadzących za kulisy. W świecie, w którym najważniejsze było przechodzenie do coraz bardziej elitarnych kręgów (bądź dantejskich kręgów piekła, zależy jak na to patrzeć), plątanie się za kulisami przed rozpoczęciem pokazu stanowiło najwłaściwszy sposób spędzania czasu.
    W kącie na zapleczu, ukryta za wieszakiem z ubraniami, stała Victory Ford we własnej osobie, i ukradkiem ćmiła papierosa. Victory przed laty rzuciła palenie, ale ten papieros był pretekstem do chwili w samotności. Przez trzy minuty miała spokój od wszystkich, mogła się skupić i przygotować na następną godzinę, w której będzie musiała dopilnować nawet najbłahszych szczegółów pokazu, bratać się z ważnymi klientami i udzielić paru wywiadów prasie oraz telewizji. Zmarszczyła brwi i zaciągnęła się głęboko. Chciała przez moment delektować się tą krótką chwilą spokoju. Przez ostatnie cztery tygodnie przed pokazem pracowała po osiemnaście godzin na dobę, a jednak najbliższa godzina miała przeminąć z szybkością sekundy. Victory wrzuciła niedopałek do na wpół opróżnionego kieliszka szampana.
    Popatrzyła na elegancki zegarek Baume & Mercier, z nierdzewnej stali, obramowany wiankiem brylancików wokół tarczy, i odetchnęła głęboko. Było wpół do siódmej. O ósmej ostatnia modelka zakończy rundkę na wybiegu, a Victory wyjdzie się ukłonić i pozna swój przyszłoroczny los. Albo znajdzie się na szczycie, albo jakoś poradzi sobie gdzieś w środku, albo trafi na dno i będzie próbowała odzyskać utraconą pozycję. Wiedziała, że ryzykuje i że to ryzyko nie jest niezbędne. Inny projektant kontynuowałby dzieło, które zapewniło mu sukces w ostatnich trzech latach, Victory jednak nie mogła tego zrobić. Było to zbyt proste. Miała nadzieję, że dzisiejszego wieczoru zaprezentuje ludziom z branży nieznane oblicze swojego talentu, inne spojrzenie na kobiece stroje. Pomyślała gorzko, że albo jest bohaterką, albo idiotką.
    Wyszła zza wieszaka i natychmiast otoczyły ją jej trzy akolitki, bystre dwudziestoparolatki, które harowały niemal równie niezmordowanie jak Victory. Ubrane były w stroje z nowej kolekcji i uzbrojone w notesy i słuchawki. Na ich twarzach widniała panika.
    Victory uśmiechnęła się łagodnie.
    – Lila – powiedziała do jednej z dziewczyn. – Bębniarze na miejscu?
    – Tak, ale Bonnie Beecheck z rubryki towarzyskiej szaleje. Twierdzi, że ma problemy ze słuchem i powinnyśmy ją przesadzić.
    Victory pokiwała głową. Bonnie Beecheck miała mniej więcej milion lat i była podobna do czarownicy z baśni braci Grimm – nikt jej nie lubił, jednakże brak zaproszenia dla Bonnie gwarantował złą prasę przez resztę roku.
    – Posadź ją na miejscu Mauve Binchely. Mauve tak bardzo chce być zauważona, że wszystko jej jedno, gdzie siedzi. Ale zrób to szybko, zanim ktokolwiek zauważy.
    Lila skinęła głową i odbiegła, a pozostałe młode kobiety walczyły o uwagę Victory.
    – Extra chce wywiadu…
    – Zaraz tu będzie Keith Richard, nie mamy wolnego miejsca…
    – Zapodziały się cztery pary butów…
    Victory sprawnie zajęła się problemami.
    – Extra dostanie dwie minuty, zaprowadźcie Keitha za kulisy i trzymajcie go tam do ostatniej chwili. Buty są w pudłach pod toaletką.
    Ze spokojnym wyrazem twarzy ruszyła do ekipy programu Extra stojącej w gromadce sympatyków Victory, którzy koniecznie chcieli się z nią przywitać. Przebrnęła przez tłum sprawnie i z gracją, czując się tak, jakby dryfowała nad własnym ciałem. Co jakiś czas musiała przystanąć, żeby pocałować czyjś policzek, wdać się w parosekundową wymianę zdań i potrząsnąć dłonią jakiejś poważnej i wylęknionej dziesięciolatki, zdaniem swojej mamy zdeklarowanej fanki Victory.
    Mam nadzieję, że po pokazie nadal będzie moją zdeklarowaną fanką, pomyślała Victory sarkastycznie, pozwalając sobie na moment niepewności.
    Jednak w następnej sekundzie dopadła ją ekipa Extra. Młoda kobieta o rudych lokach wpychała jej mikrofon pod nos. Victory zerknęła na twarz dziewczyny i przygotowała się na najgorsze. Sześć lat udzielania wywiadów nauczyło ją błyskawicznie klasyfikować rozmówcę jako przyjaciela lub wroga. Choć większość dziennikarzy z branży rozrywkowej była urocza i przemiła, zupełnie jak najbardziej doświadczone gwiazdy, co pewien czas trafiał się zbuk. Wymuszony, pogardliwy uśmiech dziewczyny sugerował Victory, że powinna dobyć broni. Czasem powód takiej wrogości był prosty, na przykład od rozmówczyni odszedł facet, ale zwykle chodziło o coś więcej. O ogólne wnerwienie na świat, gdyż sukces w Nowym Jorku, wbrew oczekiwaniom wszystkich, nie był na wyciągnięcie ręki.
    – Victory – rozpoczęła młoda kobieta pewnym siebie tonem i dodała: – Nie masz nic przeciwko temu, że zwracam się do ciebie po imieniu, prawda? – Afektowany akcent miał zapewne świadczyć o tym, że dziewczyna jest ponad modą. – Masz czterdzieści dwa lata…
    – Czterdzieści trzy – poprawiła ją Victory. – Nadal obchodzę urodziny.
    Nie myliła się – rozpoczęcie wywiadu od pytania o wiek było przejawem jawnej wrogości.
    – Nie masz męża ani dzieci. Czy dla kariery warto było poświęcić życie osobiste i macierzyństwo?
    Victory parsknęła śmiechem. Dlaczego niezależnie od swoich sukcesów kobieta bez męża i potomstwa zawsze uważana jest za przegraną? Pytanie dziewczyny było kompletnie nie na miejscu, zważywszy na okoliczności, i świadczyło o całkowitym braku szacunku. Cóż ta mała mogła wiedzieć o kaprysach losu i o tym, co Victory poświęciła, by dojść do tego, do czego doszła? Teraz była znaną na całym świecie projektantką, właścicielką firmy. Z pewnością ta niemiła młoda osoba nie miała najmniejszych szans na podobny sukces.
    Victory doskonale zdawała sobie sprawę, że nie może wpaść w złość. Gdyby tak się stało, mówiliby o tym w telewizji i pewnie pisali w rubrykach towarzyskich.
    – Każdego ranka, kiedy się budzę – zaczęła opowieść, którą raczyła już niejednego dziennikarza (tylko chyba żaden jakoś nie załapał) – rozglądam się i nasłuchuję. Jestem sama i słyszę… ciszę. – Dziewczyna popatrzyła na nią ze współczuciem. – Chwileczkę. – Victory uniosła palec. – Słyszę… ciszę. I powoli, ale stopniowo, wypełnia mnie błogość. Radość. Dziękuję Bogu, że udało mi się zachować wolność. Mogę cieszyć się życiem i swoją karierą.
    Dziewczyna zachichotała nerwowo. Zaczęła bawić się włosami.
    – Bycie kobietą wiąże się z tyloma kłamstwami, prawda? – zapytała Victory. – Wmawiasz sobie, że chcesz tego, czego zdaniem społeczeństwa powinnaś chcieć. Kobiety sądzą, że przetrwanie zależy od konformizmu. Jednak dla niektórych kobiet konformizm to śmierć. Śmierć duszy. A dusza jest bardzo cenna – dodała. – Zycie w kłamstwie niszczy duszę.
    Dziewczyna spoglądała na Victory ze zdumieniem, a potem zmarszczyła brwi i zaczęła energicznie potakiwać. Nagle przerwała im jedna z asystentek Victory, trajkocząc z ożywieniem do słuchawki:
    – Jest Jenny Cadine. Przewidywany czas przybycia: trzy minuty…
    Wendy Healy poprawiła okulary na nosie i wysiadła z cadillaca escalade. Rozejrzała się po tłumie paparazzich, którzy teraz otaczali luksusowe auto. Choć wiele razy była już w takiej sytuacji, nigdy nie przestawało jej zdumiewać, że te typy zawsze wytropią gwiazdę filmową. Wyczuwali gwiazdorstwo niczym charty dziką zwierzynę. Mimo długoletniego stażu pracy w branży nadal nie wiedziała, jak gwiazdy radzą sobie w takich sytuacjach, ona by nie potrafiła ani, co ważniejsze, nie chciała. Naturalnie jej to nie groziło. Była prezeską Parador Pictures, jedną z najbardziej wpływowych kobiet w przemyśle filmowym, ale dla fotografów liczyła się mniej więcej tyle samo co byle asystentka.
    Wendy odwróciła się plecami do auta, machinalnie obciągając czarny żakiet. Ubierała się wyłącznie w czarne ciuchy od Armaniego i nagle uświadomiła sobie, że już od dwóch lat nie była na zakupach. Nie miała żadnej wymówki, w końcu blisko przyjaźniła się z projektantką mody Victory Ford. Zapewne należało się wystroić na dzisiejszy wieczór, ale przyjechała prosto z biura, a przy tej pracy, trójce dzieci i mężu, który sam czasem zachowywał się jak dziecko, coś musiało pójść w odstawkę, i tym czymś była moda. I gimnastyka. I zdrowe jedzenie. No dobra, kobieta nie może robić wszystkiego. Najważniejsze, że w ogóle tu dotarła i że, jak już wiele miesięcy wcześniej obiecała Victory, przywiozła ze sobą Jenny Cadine.
    Tłum fotografów napierał na samochód. Kilku ochroniarzy wystąpiło, usiłując zatrzymać niespokojną hordę, która powiększała się z minuty na minutę. Z auta wyłoniła się rzeczniczka prasowa Jenny, opryskliwa młoda osoba znana jedynie z imienia (Domino). Domino miała zaledwie dwadzieścia sześć lat, ale jej sposób bycia natychmiast przywodził na myśl prawdziwych twardzieli, a głos sugerował, że na śniadanie najchętniej łyka gwoździe.
    – Powiedzieli: „Cofnąć się!" – warknęła, gapiąc się na tłum.
    I wtedy z auta wyłoniła się Jenny Cadine. Wendy pomyślała, że w naturze jest jeszcze bardziej oszałamiająca niż na fotografiach, jeśli to w ogóle możliwe. Zdjęcia zawsze uwidaczniały jej lekko asymetryczne rysy twarzy i lekko bulwiasty nos. Na żywo jednak wady nikły, tłumione przez trudny do opisania element osobowości, który sprawiał, że nie można było oderwać od niej oczu. Całkiem jakby dysponowała własnym źródłem energii, rozświetlającym ją od wewnątrz. Naturalnie nie było bez znaczenia, że miała niemal sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu i jasne, złocistorude włosy z pasmami o barwie nie całkiem dojrzałych truskawek.
    Uśmiechała się do fotografów, a Wendy patrzyła na nią z boku. Ludzie spoza branży często byli ciekawi, jak to jest znać taką istotę, i zakładali, że zazdrość wyklucza przyjaźń. One jednak znały się od niemal piętnastu lat, kiedy obie zaczynały karierę, i mimo pieniędzy i sławy Jenny Wendy nigdy by się z nią nie zamieniła. W Jenny było coś nieludzkiego – nie miała skłonności do przesady, nie należała do osób aroganckich, chamskich ani samolubnych, czegoś jednak jej brakowało, jakby duszy. Jenny była jedną z gwiazd ze stajni Wendy i zapewne uważała się za bardzo bliską jej istotę. Jednak nie przyjaźniły się naprawdę, tak jak Wendy przyjaźniła się z Victory czy Nico O'Neilly.
    Ochrona zdołała wygospodarować dla nich niewielką przestrzeń, żeby mogły pokonać krótki dystans do wejścia z boku namiotu. Jenny miała na sobie brązowy kostium z lekko rozszerzanymi spodniami, do tego jaskrawą kurtkę. Wendy doszła do wniosku, że to chyba najfajniejszy strój, jaki kiedykolwiek widziała. Kurtka pochodziła z najnowszej kolekcji Victory i Wendy pamiętała, że Victory uszyła ją specjalnie dla Jenny i że Jenny kilka razy wybrała się na przymiarki do pracowni. Victory jednak była tak strasznie zajęta w ostatnich trzech tygodniach, że Wendy nie zdążyła porozmawiać z nią ani o tym, ani o Jenny. Zresztą mogła sobie wyobrazić, co by powiedziała Vic. Krzywiąc się jak dziecko, oświadczyłaby: No wiesz, Wen, Jenny to świetna dziewczyna, ale trudno nazwać ją miłą. Jest chyba jeszcze bardziej wyrachowana niż my – może nawet bardziej niż Nico. I wybuchnęłyby śmiechem, bo zawsze twierdziły, że Nico to najbardziej wyrachowana kobieta w mieście. Osiągnęła mistrzostwo, a najwspanialsze w niej było to, że człowiek nigdy nie dostrzegał jej machinacji, tylko nagle orientował się, że już po nim.
    To właśnie Nico wpadła na pomysł, żeby ściągnąć Jenny Cadine na pokaz Victory. Było to oczywiste, a Wendy lekko się zawstydziła, że sama o tym nie pomyślała.
    – Doskonały plan – oznajmiła Nico w ten swój gładki, przekonujący sposób, który sprawiał, że wszystko, co wychodziło z jej ust, wydawało się jedynie słuszne. – Jenny Cadine to największa gwiazda filmowa, a Victory jest najważniejszą projektantką. Poza tym Jenny zwykle ubierają mężczyźni – dodała. – Czuję, że pod całym tym blichtrem jest feministką, zwłaszcza po rozstaniu z Kyle'em Ungerem. – Miała na myśli gwiazdora filmów akcji, który publicznie zerwał z Jenny w wieczornym talk-show. – Na twoim miejscu odwołałabym się do ukrytej w niej feministki, chociaż pewnie to nie będzie konieczne. Ma fatalny gust co do mężczyzn, ale znakomicie się ubiera.
    Oczywiście Nico miała rację, a Jenny aż podskoczyła z wrażenia, że w stroju od Victory zjawi się na pokazie, gdzie jej obecność zagwarantuje projektantce jeszcze większy rozgłos. Teraz, gdy Jenny z gracją stąpała między fotografami (potrafiła zachowywać się przed obiektywem tak, jakby wcale nie była fotografowana), Wendy liczyła na to, że obecność gwiazdy przesądzi o sukcesie pokazu. Chociaż nigdy by się do tego nikomu nie przyznała, Wendy była dość przesądna i w intencji Victory włożyła dziś swoją szczęśliwą bieliznę – żenująco sfatygowane, obszerne majtki Fruit of the Loom, które miała na sobie w dniu, kiedy pięć lat temu jeden z jej filmów został po raz pierwszy nominowany do Oscara.
    Jenny weszła do namiotu, Wendy sunęła tuż za nią. Opuściła ręce, trzymając kciuki. Miała nadzieję, że Victory zrobi furorę swoim pokazem. Nikt sobie bardziej na to nie zasłużył.

    Kilka minut później, dokładnie kwadrans po siódmej, nowiutka limuzyna o przyciemnianych szybach zatrzymała się przy wejściu do namiotów na Szóstej Alei. Szofer w prążkowanym garniturze, z zaczesanymi do tyłu ciemnymi włosami, obszedł auto i otworzył drzwi po stronie pasażera.
    Nico O'Neilly wysiadła z samochodu. Miała na sobie srebrne spodnie, marszczoną bluzkę, a na niej złotorudą kurtkę z norek, niemal tego samego koloru co włosy. Od razu rzucało się w oczy, że Nico O'Neilly to ktoś ważny. Od wczesnej młodości należała do tych osób, które otacza aura ważności i sprawia, że ludzie natychmiast zaczynają się zastanawiać, któż to taki. Dzięki tym oszałamiającym włosom i wspaniałym ciuchom można ją było wziąć za gwiazdę filmową, choć podczas bliższych oględzin wychodziło na jaw, że Nico w zasadzie nie jest pięknością. Jednak wykorzystała do granic możliwości swoje naturalne atuty, a jako że pewność siebie i sukces przydają kobiecie urody, panowało powszechne przekonanie, że Nico O'Neilly jest piekielnie atrakcyjna.
    Była również niesłychanie zorganizowana. Wiedziała, że pokaz Victory nie rozpocznie się przed wpół do ósmej, więc tak zaplanowała przyjazd, żeby się nie spóźnić, ale także jak najkrócej czekać. Jako naczelna czasopisma „Bonfire" (i według „Time" jedna z najważniejszych kobiet w branży wydawniczej) Nico O'Neilly miała zagwarantowane miejsce w pierwszych rzędach na każdym pokazie, który zechciałaby zaszczycić swoją obecnością. Jednakże tak blisko wybiegu czuła się jak łatwy cel. Ekipy telewizyjne i fotografowie biegali niczym świnie w poszukiwaniu trufli, poza tym każdy mógł podejść i ją zaczepić – zaprosić na przyjęcie, zażądać spotkania w interesach albo po prostu usiłować się bratać. Nico nienawidziła takich sytuacji, bo kiepsko radziła sobie z czczą paplaniną, w przeciwieństwie do na przykład Victory, która już po dwóch minutach potrafiła gawędzić z mechanikiem samochodowym o jego dzieciach. W rezultacie ludzie często uważali Nico za snobkę albo sukę, a niewygadana Nico nie potrafiła im wytłumaczyć, że wcale taka nie jest. W konfrontacji z niespokojną, błagalną miną obcej osoby zamierała, niepewna, czego się od niej chce, i przekonana, że z pewnością nie może tego dać. A jednak w pracy, gdy chodziło o bezosobową, anonimową publikę, Nico była genialna. Widziała, co lubi społeczeństwo – nie radziła sobie tylko z jednostkami.
    To z pewnością była jedna z jej wad, ale w wieku czterdziestu dwóch lat Nico doszła do wniosku, że nie ma sensu się katować i znacznie łatwiej jest zaakceptować własną niedoskonałość. Najważniejsze to ograniczyć do minimum kłopotliwe sytuacje i robić swoje.
    Spojrzała na zegarek i zauważyła, że dochodzi dwadzieścia po siódmej, co oznaczało, że będzie w centrum uwagi jedynie przez dziesięć minut, a potem wszyscy skupią się na wybiegu. Ruszyła po schodach.
    Natychmiast podeszło do niej dwóch fotografów. Wyskoczyli zza dużej donicy, żeby zrobić Nico zdjęcie. Odkąd sześć lat wcześniej została naczelną szacownego (i nudnego) „Bonfire" i przemieniła go w błyszczącą, popkułturową wyrocznię w sprawach rozrywki, mediów i polityki, trzaskali jej zdjęcia na każdej imprezie, na której raczyła się zjawić. Początkowo niepewna, jak się zachować, pozowała fotografom, ale szybko uświadomiła sobie, że prężenie się przed rzędem lamp błyskowych i jednoczesne próby zachowania naturalności (oraz udawanie, że to lubi) nigdy jej nie wyjdą. Na dodatek Nico nie zamierzała poddać się niebezpiecznemu i błędnemu przekonaniu, które opanowało to miasto – że człowiek jest kimś tylko wtedy, gdy go fotografują. Widziała, jak to dopada bardzo wiele osób z jej branży. Zaczynały wierzyć, że są sławne, i w mgnieniu oka bardziej interesowało je gwiazdorstwo niż praca. Ludzie ci tracili koncentrację, potem stanowiska i – jak to się przydarzyło jej znajomemu – musieli się wynosić do Montany.
    I nikt więcej o nich nie słyszał.
    Nico postanowiła zatem, że choć nie zdoła uniknąć fotografów, nie musi im również pozować. Po prostu robiła swoje, jakby fotografowie nie istnieli. W rezultacie na każdym zdjęciu Nico O'Neilly zawsze była w ruchu. Wysiadała z limuzyny przed kinem, dziarsko kroczyła po czerwonym dywanie, zwykle bokiem do fotografujących. Oczywiście z tego powodu jej relacje z prasą były nieco napięte, i przez jakiś czas nazywano ją suką. Jednak lata konsekwentnego zachowania („Konsekwencja to podstawa sukcesu", mawiała) się opłaciły i teraz uważano niezgodę Nico na pozowanie za urocze dziwactwo, wyróżnik jej osobowości.
    W pośpiechu minęła fotografów i szklane drzwi, gdzie za aksamitnym sznurem stało jeszcze więcej paparazzich.
    – Nico! – krzyknął ktoś z ożywieniem. – Nico! Nico O'Neilly!
    Nico pomyślała, że to wszystko jest strasznie głupie, chociaż nie przykre. Szczerze mówiąc, czulą się mile połechtana, że tak ich cieszy jej widok. Naturalnie spotykała tych fotografów od lat, a „Bonfire" kupowało zdjęcia od większości z nich. Posłała im rozbawiony uśmiech i lekko machnęła ręką.
    – Cześć – powiedziała.
    – Nico, co masz na sobie? – zawołała krzepka kobieta z krótkimi blond włosami, która zapewne fotografowała takie imprezy od dwudziestu lat z okładem.
    – Victory Ford – odparła Nico.
    – Wiedziałam! – oświadczyła kobieta z satysfakcją. – Zawsze nosi ciuchy od Ford.
    Większość tłumu już była w pawilonie, dużym białym namiocie, gdzie miał się odbyć pokaz Victory, więc Nico bez problemów minęła aksamitny sznur. Jednak w środku było już całkiem inaczej. Ośmiorzędowa trybuna wznosiła się niemal do czubka namiotu, a bezpośrednio przed wybiegiem ustawiono ławki, oddzielone od niego niską metalową barierką, za którą stały setki fotografów polujących na najlepsze miejsca. Na pokrytym plastikiem wybiegu sytuacja przypominała jedną wielką imprezę. Wokół panowało radosne, wręcz szkolne podniecenie, gdy ludzie, którzy spotkali się na niedawnym przyjęciu w Hamptons, witali radośnie jeden drugiego, jakby nie widzieli się od lat. Nastrój był zaraźliwy, ale Nico z trwogą patrzyła na tłum. Niby jak miała się przez niego przepchnąć?
    Przez chwilę kusiła ją ucieczka, lecz szybko odsunęła od siebie tę myśl. Victory Ford była jej najlepszą przyjaciółką. Musiała poradzić sobie z tłumem i liczyć, że jakoś to będzie.
    Jakby wyczuwszy jej cierpienie, u boku Nico wyrosła młoda kobieta.
    – Cześć, Nico – powiedziała radośnie, niczym do starej przyjaciółki. – Mogę cię zaprowadzić na miejsce?
    Nico przywołała na usta najlepszą wyjściową minę – wymuszony, pełen zakłopotania uśmiech – i wręczyła nieznajomej zaproszenie. Dziewczyna ruszyła przez tłum. Jakiś fotograf uniósł aparat i zrobił zdjęcie Nico, kilka znanych jej osób zaczęło machać rękoma i się przepychać, żeby uścisnąć jej dłoń albo ją cmoknąć. Po kilku minutach Nico z eskortą dotarła mniej więcej do połowy wybiegu, gdzie ujrzała w końcu swoje miejsce. Na małej wizytówce obramowanej wymyślnym wzorkiem, znakiem charakterystycznym Victory Ford, widniało imię i nazwisko Nico O'Neilly.
    Z ulgą usiadła.
    Natychmiast otoczyła ją gromada fotografów i zaczęła robić zdjęcia. Nico patrzyła przed siebie, na drugą stronę wybiegu, która wydawała się znacznie lepiej zorganizowana niż jej sektor – tam już wszyscy zajęli swoje miejsca. Krzesła po obu jej stronach były puste. Nico nieznacznie odwróciła głowę i skrzyżowała spojrzenia z Lyne'em Bennettem, magnatem z branży kosmetycznej. Rozbawił ją jego widok. Nie dlatego, że Lyne nie miał powodu trafić na pokaz mody, zwłaszcza że obie branże miały ze sobą coś wspólnego, lecz raczej dlatego, że był niesławnym krwiożerczym biznesmenem i Nico nie mogła sobie wyobrazić, żeby naprawdę interesowały go damskie ciuchy. Przyszedł tu zapewne pożerać wzrokiem modelki, czyli dla rozrywki, której większość nowojorskich przedsiębiorców nie była w stanie się oprzeć. Pomachał Nico, a ona podniosła program i skinęła Lyne'owi głową.
    Westchnęła i niecierpliwie spojrzała na zegarek. Zbliżało się wpół do ósmej, a obsługa jeszcze nie zdjęła plastiku z wybiegu, co zwykle było sygnałem, że pokaz zacznie się lada moment. Nico zerknęła na prawo, żeby zobaczyć, kto usiądzie obok niej, i z radością zobaczyła nazwisko Wendy Healy, swojej drugiej najlepszej przyjaciółki. Nie widziała Wendy od co najmniej miesiąca, czyli od połowy lata, gdy obie wraz z rodzinami udały się na wakacje. Wendy była w Maine, nowej letniej mekce ludzi z branży filmowej, którzy rzekomo jeździli tam w poszukiwaniu nieskalanej przyrody. Nico podejrzewała jednak, że żaden szanujący się człowiek z Hollywood nie da się zamknąć w domu, w którym nie ma co najmniej siedmiu pokoi i jednej lub dwóch osób z obsługi, nawet na północnym wschodzie. Nico zabrała rodzinę na narty do Queenstown w Nowej Zelandii, którą Seymour, jej mąż, wskazał jako najdalsze od cywilizacji miejsce, gdzie jednakże ową cywilizację da się znaleźć. Tak czy owak, udało im się wpaść na kilkoro znajomych, co przypomniało Nico, że niezależnie od tego, jak daleko człowiek wyjedzie, nigdy tak naprawdę nie opuści Nowego Jorku…
    Ze zniecierpliwieniem gniotła program. Domyślała się, że opóźnienie jest zapewne spowodowane obecnością Jenny Cadine, która miała siedzieć po drugiej stronie Wendy. Gwiazdy filmowe były złem koniecznym współczesnego świata. Nico spojrzała od niechcenia na nazwisko na wizytówce z drugiej strony i zamarła.
    Napisano na niej: „Kirby Atwood".
    Szybko odwróciła głowę. Czuła się oszołomiona, zdenerwowana i podniecona jednocześnie. Czy to przypadek? Celowe działanie? Czy ktoś wiedział o niej i Kirbym Atwoodzie? Niemożliwe, ona nikomu nie mówiła i nie wyobrażała sobie, żeby Kirby się wygadał. Przez ostatni miesiąc nie poświęciła mu ani jednej myśli. Teraz jednak ta wizytówka przypomniała jej tamtą chwilę w toalecie nocnego klubu Bungalow 8.
    Zdarzyło się to co najmniej trzy miesiące wcześniej, od tamtego czasu ze sobą nie rozmawiali. Kirby Atwood był popularnym modelem, poznała go na afterparty sponsorowanym przez „Bonfire". Tkwiła samotnie przy barze, a Kirby podszedł do niej i się uśmiechnął. Był tak przystojny, że natychmiast go zlekceważyła. Doszła do wniosku, że pomylił ją z kimś, kto mógłby mu pomóc w karierze. Potem siedziała przy stoliku dla VIP-ów, patrzyła na zegarek i zastanawiała się, kiedy wreszcie zdoła wyjść bez wzbudzania sensacji swoją nieuprzejmością, a Kirby usiadł przy stoliku obok. Okazał się naprawdę uroczy, przyniósł jej drinka, a po pięciu minutach rozmowy Nico zaczęła się zastanawiać, jaki jest w łóżku. Założyła, że Kirby z pewnością nie byłby nią zainteresowany, ale żadna kobieta nie mogłaby rozmawiać z takim mężczyzną i jednocześnie go nie pożądać. Wiedziała, że wkracza na niebezpieczne terytorium, i nie chcąc ryzykować i robić z siebie idiotki, wstała i poszła do łazienki. A Kirby za nią. Do łazienki i do kabiny!
    To było żałosne, ale tych kilka minut w kabinie okazało się jednym z najwspanialszych momentów w życiu Nico. Tygodniami wspominała, jak jego ciemne włosy układały się na czole, jaki kolor miały jego pełne usta (beżowowiśniowy, z ciemniejszą linią tam, gdzie czerwień warg graniczy ze skórą, całkiem jakby używał konturówki), i jak te usta dotykały jej warg. Były miękkie, gładkie i wilgotne. (Jej mąż Seymour zawsze wydymał wargi i raczył ją szybkimi, suchymi cmokami). Odniosła wrażenie, że usta Kirby'ego pochłonęły jej całą twarz – naprawdę ugięły się pod nią nogi – i nie mogła uwierzyć, że wciąż czuje coś takiego. W wieku czterdziestu dwóch lat! Jak nastolatka…
    Na szczęście nic się poza tym nie wydarzyło. Kirby dał jej swój numer telefonu, ale Nico nie zadzwoniła. Romans z modelem byłby idiotyzmem. Naturalnie co najmniej połowa żonatych mężczyzn na stanowiskach w Splatch-Verner miała kochanki, a większość nawet nie starała się z tym kryć. Nico nie taiła pogardy dla ich zachowania.
    Co miała zrobić teraz, publicznie, na oczach połowy Nowego Jorku? Czy powinna zachowywać się tak, jakby go nie znała? A jeśli on wspomni o tamtym incydencie? A jeśli, co gorsza, nie będzie pamiętał? Victory, która była singielką, wiedziałaby, jak postąpić, pewnie przez cały czas stykała się z podobnymi sytuacjami. Ale Nico od kilkunastu lat była związana z tym samym mężczyzną, a po takim czasie zatraca się umiejętność odnajdywania się w romantycznych sytuacjach z innymi facetami.
    To nie jest żadna romantyczna sytuacja, powiedziała sobie surowo. Przywita się z Kirbym jak z dalekim znajomym (którym w istocie był), obejrzy pokaz i wróci do domu. Wszystko będzie całkiem normalne i niewinne.
    I w tym momencie wyrósł przed nią Kirby.
    – Hej! – wykrzyknął, głośno i entuzjastycznie, jakby naprawdę przyjemnie zaskoczony jej widokiem.
    Uniosła wzrok, planując powitać go z chłodnym, obojętnym wyrazem twarzy, ale jej serce zaczęło szybciej bić i była pewna, że uśmiecha się jak sentymentalna pensjonarka.
    – Co ty tu robisz? – Usiadł obok. Krzesła stały bardzo blisko siebie, właściwie nie mogła siedzieć obok niego i nie dotykać go ramieniem. Zakręciło się jej w głowie z przejęcia.
    – Victory Ford to moja bardzo dobra przyjaciółka.
    – Szkoda, że nie wiedziałem. – Kirby pokiwał głową. – Nie mogę uwierzyć, że siedzimy obok siebie. Wszędzie cię szukałem.
    Było to tak zdumiewające, że Nico nie wiedziała, co odpowiedzieć. Rozejrzała się wokół, żeby sprawdzić, czy ktoś ich obserwuje, i doszła do wniosku, że w tych okolicznościach najlepiej milczeć.
    Skinęła głową, a ukradkowe spojrzenie na niego natychmiast przypomniało jej ich pocałunek. Skrzyżowała nogi, czując narastające podniecenie.
    – Nie zadzwoniłaś do mnie – powiedział po prostu. Ton jego głosu wskazywał na to, że Kirby jest autentycznie urażony. – A ja nie mogłem zadzwonić do ciebie.
    Odwróciła głowę w nadziei, że wygląda to na pogawędkę od niechcenia.
    – Dlaczego nie?
    Przysunął się nieco bliżej i dotknął jej nogi.
    – To strasznie głupie – zaczął. – Wiedziałem, kim jesteś, to znaczy, wiedziałem, że jesteś sławna i w ogóle, ale nie mogłem sobie przypomnieć, gdzie pracujesz.
    Na jego twarzy malowało się zażenowanie i rozbawienie, jakby nie miał wyjścia i musiał śmiać się z własnej głupoty, licząc na to, że i Nico się rozbawi. Uśmiechnęła się i nagle poczuła nadzieję. Jeśli Kirby faktycznie nie wiedział, kim była, może jednak się nią zainteresował.
    – Czasopismo „Bonfire" – wyszeptała kącikiem ust.
    – Jasne. Wiedziałem, ale zapomniałem – oświadczył Kirby. – I nie chciałem nikogo pytać, bo wtedy uznaliby mnie za autentycznego przygłupa.
    Nico uświadomiła sobie, że kiwa głową ze współczuciem, jakby nieustannie bywała w podobnej sytuacji i doskonale rozumiała jego dylematy.
    Nagle wyrósł przed nimi fotograf i zrobił zdjęcie. Nico pośpiesznie odwróciła głowę. Brakowało jej tylko zdjęcia z Kirbym Atwoodem. Nakazała sobie natychmiast skończyć z tym flirtem. Ale Kirby nie należał do tych młodych ludzi, którzy skrywają swoje uczucia. Znowu od niechcenia dotknął nogi Nico, żeby zwrócić na siebie jej uwagę.
    – Ciągle liczyłem na to, że na ciebie wpadnę – ciągnął. – I wtedy moglibyśmy… No wiesz… – Prowokacyjnie wzruszył ramionami. – To znaczy, od razu cię polubiłem, wiesz? A nie lubię zbyt wielu ludzi. To znaczy, znam ich mnóstwo, ale tak naprawdę ich nie lubię…
    Zerknęła na Lyne'a Bennetta, który patrzył ze zdumieniem na nią i Kirby'ego, i zapewne się zastanawiał, jakie to wspólne tematy mają Nico i model. Musiała to przerwać.
    – Doskonale wiem, co masz na myśli – wyszeptała, nie odrywając oczu od wybiegu.
    – No a teraz siedzę koło ciebie na pokazie mody! – wykrzyknął Kirby. – To… Co to za słowo? Miszmasz?
    – Kismet. – Poprawiła się na krześle. To słowo nagle sprawiło, że ujrzała nieuchronne. Prześpię się z Kirbym Atwoodem, pomyślała rozgorączkowana. Nie wiedziała, kiedy to się zdarzy ani gdzie. Wiedziała jedynie, że się zdarzy. Zrobi to jeden jedyny raz, nikomu nie powie i nigdy tego nie powtórzy.
    – Właśnie. Kismet – powtórzył Kirby. Uśmiechnął się do niej. – Podoba mi się to w tobie. Jesteś bystra, znasz znaczenie słów. Ludzie teraz nie mają pojęcia o takich rzeczach. Zauważyłaś?
    Zarumieniona, pokiwała głową. Miała nadzieję, że nikt nie zwraca na nich uwagi. Na szczęście w namiocie było gorąco, więc jej zakłopotanie nie rzucało się w oczy. Korciło ją, żeby powachlować się programem, tak jak to robili niektórzy, celowo, demonstrując irytację z powodu opóźnienia, ale uznała to za zbyt prostackie.
    Jakby wyczuwając niepokój, jeden z bębniarzy zaczął wybijać rytm, podjęty przez innych w pierwszym rzędzie po obu stronach wybiegu. Zrobiło się małe zamieszanie, Jenny Cadine w otoczeniu czterech ludzi z ochrony wyszła zza kurtyny oddzielającej wybieg od kulis i zajęła swoje miejsce, a tuż za nią Wendy.
    Bębnienie przybrało na sile, a Wendy zaczęła opowiadać Nico o komarach w Maine. Robotnicy szybko zwinęli plastikową płachtę. Włączono oślepiające białe reflektory i nagle pojawiła się pierwsza modelka. Miała na sobie krótką kurtkę ze spiczastym kołnierzem o barwie ostrego różu, a do tego długą zieloną spódnicę, tuż za kostkę. Nico natychmiast przyszło do głowy, że te kolory powinny się gryźć, wyglądały jednak dobrze, śmiało, ale subtelnie, jakby takie zestawienie nie było niczym dziwnym. Potem jednak Nico się pogubiła. Zawsze miała podzielną uwagę, umiała skupić się na tym, co uważała za istotne, teraz jednak jej słynna koncentracja najwyraźniej ją zawiodła. Nico patrzyła na przechodzącą modelkę, usiłując zapamiętać szczegóły stroju, żeby później pogadać o nim z Victory, ale jej mózg odmawiał współpracy. Łomot werbli zdawał się kruszyć jej opór i mogła myśleć jedynie o Kirbym i rozkoszować się poczuciem kapitulacji.

Rozdział 2

    Wspaniałości Tygodnia Mody przeminęły, namioty zwinięto i umieszczono gdzieś w Garment District, a miasto powróciło do zwyczajowej rutyny: pracy, pracy i jeszcze raz pracy.
    W dawnym magazynie na Manhattanie, na Dwudziestej Szóstej Ulicy, tuż obok Piątej Alei, gospodarstwo Healych jak zwykle pogrążone było w chaosie. W niewykończonym lofcie, który od trzech lat służył za dom Wendy Healy, jej mężowi Shane'owi, ich trójce dzieci i gromadzie rybek, żółwi oraz chomików, z sufitu w holu zwisały wielokolorowe serpentyny z zeszłotygodniowych urodzin. Podłoga usiana była skurczonymi balonami z helem. Maluch o czerwonych policzkach, diabli wiedzą, chłopiec czy dziewczynka, wydzierał się na kanapie. Na podłodze mały ciemnowłosy chłopiec usiłował zniszczyć wóz strażacki z czerwonego metalu, tłukąc nim rytmicznie o porysowaną dębową podłogę.
    Drzwi łazienki otworzyły się gwałtownie i Wendy Healy, w przekrzywionych okularach i opatulona japońskim kimonem, wpadła do pokoju. Podniosła malucha jedną ręką, drugą zaś wyszarpnęła chłopcu wóz strażacki.
    – Tyler! – krzyknęła. – Ubieraj się do szkoły.
    Chłopiec położył się na brzuchu i nakrył głowę rękoma.
    – Tyler… – powiedziała Wendy ostrzegawczo.
    Nie doczekała się odpowiedzi. Chwyciła go za górę od piżamy i podniosła.
    – Powiedz: proszę – zażądał spokojnie.
    Wendy kołysała malucha i usiłowała wyczuć nastrój syna. Miał tylko sześć lat i nie chciała mu ustępować, ale jeśli dzięki temu zamierzał iść do pokoju i włożyć ubranie, może warto było się upokorzyć.
    – Dobrze. – Westchnęła. – Proszę.
    – O co prosisz? – zapytał, pewien zwycięstwa. Wendy wywróciła oczyma.
    – Proszę, idź do pokoju i przygotuj się do szkoły. Twarz chłopca przybrała chytry wyraz.
    – Zapłać – zażądał.
    – Co takiego? – Szeroko otworzyła usta.
    – Zapłać mi – powtórzył protekcjonalnie i wyciągnął rękę. Wendy się skrzywiła.
    – Ile?
    – Pięć dolców.
    – Trzy.
    – Dobra.
    Uścisnęli sobie ręce i Tyler pognał do pokoju, zachwycony, że raz jeszcze wygrał z matką.
    – Mamona – oznajmiło dziecko, które było dziewczynką i miało siedemnaście miesięcy. Wendy mogłaby przysiąc, że pierwszym wypowiedzianym przez nie słowem była „mamona", zamiast „mama". Cóż jednak można na to poradzić?
    – Mamona. Słusznie, skarbie. To dobra rzecz. – Wendy wmaszerowała do sypialni. Jak w całym mieszkaniu stały tu tylko niezbędne sprzęty, a jednak można było odnieść wrażenie, że robi się z niej coraz większa graciarnia. – To dobra rzecz, prawda, skarbie? – zapytała znacząco, patrząc z niechęcią na swojego męża, Shane'a, który nadal leżał w łóżku.
    – Usiłujesz mi coś zasugerować? – zapytał.
    O Boże. Ton jego głosu wskazywał na to, że Shane znów będzie stroił fochy. Już nie mogła tego znieść. Od ostatniej Gwiazdki, niemal przez cały rok, jego nastrój oscylował między obojętnością a wrogością, jakby nagle Shane stał się zakładnikiem własnego życia.
    – Możesz mi pomóc, skarbie? – zapytała, z trudem ukrywając irytację. Podniosła roletę niczym pirat wciągający flagę na maszt. Miała ochotę na niego wrzasnąć, ale po dwunastu latach małżeństwa wiedziała, że Shane kiepsko znosi damską agresję – gdyby krzyczała, zaparłby się jeszcze bardziej.
    Shane usiadł, skrzywił się, przeciągnął i szeroko ziewnął. Mimo że był dupkiem i okropnie ją wkurzał, Wendy poczuła obrzydliwy przypływ czułości. Shane był taki przystojny i seksowny, że gdyby nie dziecko na jej rękach, pewnie usiłowałaby namówić męża na seks. Jednak nie mogła nagradzać go robieniem laski za złe zachowanie.
    – Tyler to rozwydrzony bachor – powiedziała. – I nie widziałam Magdy…
    – Pewnie siedzi w swoim pokoju i ryczy – oświadczył Shane lekceważącym tonem.
    – Wszyscy się spóźnimy – powiedziała Wendy.
    – Gdzie stara pani Jakjejtam?
    – Pani Minniver – poprawiła go Wendy. – Nie wiem. Pewnie też się spóźnia. Pogoda do dupy… Możesz potrzymać małą? Przynajmniej wezmę prysznic.
    Cisnęła w niego córką. Dziewczynka chwyciła nastroszone, metroseksualne włosy ojca (siedem lat wcześniej Shane przeszedł przeszczep włosów, za który zapłaciła Wendy) i pociągnęła je radośnie, a równie rozbawiony Shane potarł jej nos. Wendy znieruchomiała, wzruszona tym obrazkiem. Czy istniał lepszy ojciec od Shane'a? Dobry nastrój prysł, kiedy Shane oznajmił:
    – Dziś musisz zabrać dzieci do szkoły. Mam spotkanie.
    – Jakie spotkanie? – zapytała Wendy z niedowierzaniem. – Spotkanie o dziewiątej rano?
    – O wpół do dziesiątej. W restauracji. Nie przebiję się ze szkoły przez całe miasto.
    – Nie możesz przełożyć na później?
    – Nie, Wendy – odparł z udawaną cierpliwością, jak gdyby tłumaczył to już nie pierwszy raz. – To spotkanie z wykonawcą. I inspektorem budowlanym. Wiesz, jak trudno się umówić z tymi ludźmi? Ale jeśli chcesz, żebym to przełożył, proszę bardzo. Poczekajmy z otwarciem restauracji jeszcze ze dwa miesiące. Co tam, to twoja forsa.
    O Boże, pomyślała. Znowu się nabzdyczył.
    – Nasza forsa, Shane – powiedziała łagodnie. – Powtarzałam ci to milion razy. Pieniądze, które zarabiam, należą do naszej rodziny. Do nas. Do ciebie i mnie.
    Gdyby było odwrotnie, gdyby to on zarabiał wszystko, a ona ani grosza, nie chciałaby, żeby mąż jej to wytykał i mówił, że pieniądze należą do niego.
    – Pomyślałam sobie… może nie jesteś szczęśliwy, zajmując się tą restauracją. Może powinieneś wrócić do pisania scenariuszy.
    Równie dobrze mogłaby pomachać bykowi czerwoną płachtą przed nosem.
    – Kurwa, Wendy – warknął. – Czego ty chcesz?
    Umilkła i zacisnęła zęby. Od razu przyszło jej do głowy, że potrzebuje wakacji, z dala od niego i dzieci, ale szybko uświadomiła sobie, że wcale nie pragnie jechać na żadne wakacje, tylko robić jeszcze więcej filmów. A mówiąc całkiem szczerze, chciała, zęby jeden z jej filmów zdobył Oscara jako najlepszy film roku (dotychczas nominowano pięć jej filmów, ale żaden nie otrzymał nagrody), i chciała przejść po czerwonym dywanie na scenę i podziękować wszystkim („Szczególnie pragnę podziękować mojemu kochanemu mężowi Shane'owi. Bez jego wsparcia nie zdołałabym tego osiągnąć"), i zostać później uhonorowana. Jednak powiedziała cicho:
    – Chcę tylko, żebyś był szczęśliwy, Shane. Żebyśmy wszyscy mogli być szczęśliwi.
    Poszła do łazienki, odkręciła kurki i weszła pod prysznic. Jezu Chryste, pomyślała. Co mam zrobić z Shane'em, do cholery?
    Zamrugała pod strumieniem gorącej wody, macając dookoła, by znaleźć butelkę. Zbliżyła ją do twarzy i ulżyło jej, że jest tam jeszcze resztka szamponu. Mydląc włosy, zastanawiała się, co zrobić, żeby pomóc Shane'owi. W końcu był dorosłym facetem. Miał trzydzieści dziewięć lat. (Choć zwykle wyglądał młodziej. Znacznie młodziej. Żartowała, że to jej czwarte dziecko). Czyżby przechodził kryzys związany ze zbliżającą się czterdziestką? Czy też chodziło o pieniądze i o to, że Shane od ponad dziesięciu lat żadnych nie zarobił?
    Ale to nie było nic nowego. Wendy utrzymywała go od niemal piętnastu lat, od dnia, w którym się poznali. Pracowała w dziale badawczo-rozwojowym w wytwórni filmowej, a Shane zamierzał zostać wielkim filmowcem. Nie reżyserem, lecz właśnie filmowcem. Był trzy lata młodszy od niej, a wtedy nie tak często widywano dwudziestosiedmiolatki z dwudziestoczterolatkami. Ze swoją urodą mógł bez trudu zostać aktorem, aktorstwo jednak było poniżej jego godności, za mało intelektualne. Mieszkał z trzema innymi facetami w ruderze na bulwarze w Santa Monica, co średnio rokowało związkowi (czy choćby romansowi), więc wprowadził się do Wendy już po dwóch tygodniach. Mawiał, że jest kreatywnym geniuszem, ona zaś była geniuszem praktycznym. Nie przeszkadzało jej to. Shane był cudowny i słodki, choć nieco nerwowy. Pisał scenariusz i usiłował zdobyć pieniądze na niezależny film. Pomogła mu. Nakręcenie dzieła Shane'a pochłonęło dwa lata i trzysta tysięcy dolarów. Dzieło wysłano do Sundance, gdzie okazało się hitem, więc wzięli ślub.
    A potem, na typowo hollywoodzką modłę, nic się nie wydarzyło. Shane'owi zlecono pisanie scenariuszy, żaden jednak nie trafił do realizacji. Szczerze mówiąc, scenariusze Shane'a nie były zbyt dobre, ale Wendy zostawiała tę informację dla siebie. Powtarzała sobie, że to bez znaczenia – Shane ją wspierał, był świetnym ojcem i dobrze się bawili, więc nic jej to nie robiło. Z powodów, których nie mogła pojąć, ona sama robiła karierę. Odniosła olbrzymi sukces, ale nie lubiła się nad tym rozwodzić. Jej pozycja była ważna tylko dlatego, że nie musieli się martwić o pieniądze, chociaż w skrytości ducha i tak się przez cały czas martwiła. Martwiła się, że straci pracę albo że pieniądze się skończą, i co wtedy? A Shane, który od pisania scenariuszy przeszedł do pisania powieści (niepublikowanej), obecnie usiłował otworzyć restaurację. Wendy już wyłożyła na nią mniej więcej ćwierć miliona dolarów. Niewiele wiedziała o tym projekcie, bo brakowało jej czasu. Zapewne był skazany na klęskę. Ale mogła przecież odliczyć to sobie od podatku…
    Wyskoczyła spod prysznica. W tej samej chwili Shane wszedł do łazienki i podał jej komórkę. Spojrzała na niego ze zdumieniem.
    – Josh – powiedział i się skrzywił.
    Westchnęła z irytacją. Josh, jeden z trojga jej asystentów, arogancki dwudziestotrzylatek, nawet nie starał się ukryć swojego przekonania, że to on powinien być na miejscu Wendy. Już od dawna usiłowała jasno dać mu do zrozumienia, że poranki należą do rodziny i nie powinien dzwonić przed dziewiątą, chyba że w nagłym wypadku. Josh jednak nie słuchał i zwykle dzwonił ze trzy razy między wpół do ósmej a kwadrans po dziewiątej, kiedy Wendy docierała do pracy.
    Przyłożyła słuchawkę do ucha, jednocześnie susząc ręcznikiem nogi.
    – Ranny ptaszek, jak zawsze, Josh – powiedziała.
    Zapadła krótka, oskarżycielska cisza. Josh nie potrafił pojąć, że ludzie mogą wieść jakiekolwiek życie poza pracą, ale skoro tak, sugerowało jego milczenie, nie powinno im się dawać żadnej władzy – zwłaszcza nad nim.
    – Dzwonił Vic-tor Mat-rick – przesylabizował. – Myślałem, że to dla ciebie ważne.
    Kurwa, miała ochotę wrzasnąć. Kurwa, kurwa, kurwa. Victor Matrick był prezesem zarządu Splatch-Verner, właściciela Parador Pictures, wytwórni Wendy.
    – Co mu powiedziałeś?
    – Ze chwilowo jesteś nieosiągalna, ale spróbuję się z tobą skontaktować. – Umilkł. – Mam do niego zadzwonić?
    – Daj mi moment, dobrze? – Obwiązała ręcznik wokół piersi i wypadła z łazienki do kuchni. Pani Minniver już przyszła i marszcząc brwi, karmiła dzieci bajglami z serkiem. O dziwo, Tyler i Magda byli ubrani do szkoły.
    – Dzień dobry – niechętnie powiedziała pani Minniver z nienagannym angielskim akcentem.
    Zarabiała sto pięćdziesiąt tysięcy rocznie i Wendy żartowała sobie, że większość niań dostaje sto tysięcy, jednak akcent pani Minniver kosztuje dodatkowe pięćdziesiąt. Wendy pośpiesznie jej pomachała i pobiegła do składziku, szumnie nazywanego gabinetem. Stało tam metalowe biurko, nowy komputer, kilka zamkniętych pudeł, zabawki, rozmaite DVD, duża bieżnia (użyta raz) i trzy pary nart. Wendy usiadła na miękkim biurowym fotelu.
    – Teraz mnie połącz z Victorem – powiedziała do słuchawki.
    Ręcznik się zsunął, a ona popatrzyła na swoje piersi. Jezu, naprawdę obwisły. Kiedyś były jej dumą i radością, ale teraz przypominały dwie duże spłaszczone gruszki. Będzie musiała poważnie rozważyć operację…
    – Victor Matrick na linii – rozległ się głos Josha, trochę szyderczy, trochę służalczy.
    – Witaj, Victorze – powiedziała Wendy serdecznie.
    – Mam nadzieję, że nie przeszkadzam – odezwał się natychmiast.
    – Ani trochę.
    – Chodzi o ten nasz film. Prosię w sosie. Zakładam, że będę mógł zaprowadzić na to swoje wnuki?
    Co jest, kurwa? O czym on gada, do cholery?
    – To chyba zależy od wieku twoich wnuków, Victorze – odparła ostrożnie. Czy to możliwe, że nic nie wiedział o tym filmie? – To nasza najważniejsza romantyczna komedia na sezon przedświąteczny…
    – A więc to nie jest kino familijne – powiedział Victor.
    – Nieee. – Starannie dobierała słowa. – To komedia romantyczna, która rozgrywa się przede wszystkim w modnej restauracji w West Village. Grają Jenny Cadine i Tanner Cole…
    – Wiedziałem, że gra Jenny Cadine, tylko nie mogłem zrozumieć, czemu zgodziła się na rolę prosiaka. – Ku wielkiej uldze Wendy Victor zarechotał.
    – Z całą pewnością większość Ameryki marzy, żeby to zobaczyć, jednak szczerze mówiąc, Victorze, tytuł Prosię w sosie pochodzi od nazwy restauracji.
    – No dobrze, Wendy, widzimy się o piątej – powiedział, kiedy już doszedł do siebie po ataku śmiechu.
    – Zgadza się, Victorze. O piątej – powtórzyła gładko, choć chciało się jej wyć. Od dwóch tygodni projekcja była zaplanowana na czwartą.
    – Myślałem, że projekcja jest o czwartej – syknął Josh, gdy tylko Victor odłożył słuchawkę. Asystenci zwyczajowo słuchali rozmów szefów, by w razie potrzeby sporządzać notatki.
    – Bo była – odparła Wendy sarkastycznie. – Ale teraz, jak rozumiem, jest o piątej. Musisz zadzwonić do wszystkich i poinformować ich o zmianie.
    – A jeśli nie będzie im pasowało?
    – Wierz mi, że będzie pasowało. Powiedz im tylko, że Victor Matrick zmienił godzinę projekcji.
    Odłożyła słuchawkę i z jękiem rozsiadła się w fotelu. Od lat ludzie twierdzili, że Victor Matrick, którego nazywano Dziadkiem, wariuje, a dzisiejszy telefon zdawał się to potwierdzać. Tego tylko jej było trzeba: gdyby Victor oszalał i został zmuszony do rezygnacji, firma sprowadziłaby kogoś na jego miejsce, a Wendy zapewne pierwsza poszłaby do odstrzału. Ludzie na jej stanowisku tak zawsze kończyli. Niezależnie od wyników, szef Parador Pictures zawsze był mianowany zgodnie z kaprysem dyrektora zarządzającego. I co ona by wtedy poczęła? Co by się stało z jej dziećmi? Z Shane'em?
    Cholera jasna, pomyślała, podnosząc ręcznik. To znaczyło, że będzie musiała pracować nawet ciężej niż dotychczas, i bardzo uważać. Pewnie zastąpią Victora kimś z firmy, co oznacza, że Wendy będzie musiała zabiegać o względy rozmaitych dyrektorów i szefów różnych działów podległych Victorowi. Moment był najgorszy z możliwych. Parador wypuszczał szesnaście filmów rocznie, a ona nad wszystkim czuwała – od kupna praw do materiału, zatrudnienia scenarzystów i reżyserów, aktorów i ekipy, przez zatwierdzenie budżetu, wizyty na planach, oglądanie nakręconych materiałów i sporządzanie notatek dla montażystów, aż po decyzje dotyczące budżetu na reklamę i promocję. Do tego przychodziła na premiery, ale przede wszystkim teraz zajmowała się przygotowaniem produkcji filmu, który uważała za najważniejszy w swojej karierze. Film nosił tytuł Pielgrzym w łachmanach, zdjęcia miały się rozpocząć za dwa miesiące. Pielgrzym w łachmanach był Dziełem – takim filmem, jaki pewnego dnia chciałby zrobić każdy z branży, filmem, dla którego ludzie żyją, dla którego człowiek w ogóle chce trafić do tego biznesu. Teraz jednak film ten przypominał niemowlę. Wymagał bezustannej atencji – kąpieli, karmienia, zmiany pieluszek, jeśli miał dożyć do następnego etapu. Ostatnie, czego jej teraz było trzeba, to przymusowe bratanie się z kim popadnie…
    Telefon zadzwonił. Popatrzyła na numer i ujrzała, że znów dzwoni ktoś z budynku Splatch-Verner. Czyżby Victor?
    – Halo? – powiedziała dziarsko.
    – Wendy? – spytał ostrożnie cienki głosik po drugiej stronie.
    – Tu Miranda. Miranda Delaney. Asystentka Nico O'Neilly…
    – Mówiła tak, jakby nie miała żadnych zmartwień (bo pewnie nie ma, pomyślała Wendy).
    – Jak się masz, Mirando? – zapytała Wendy.
    – Dobrze… – odparła Miranda powoli, po czym odchrząknęła: – Nico kazała mi sprawdzić, czy dasz radę przyjść dziś na lunch. W Michael's?
    – No tak. Lunch. – Kompletnie zapomniała i pewnie odwołałaby lunch w związku z projekcją, ale szybko zmieniła zdanie. Jeśli Victor dążył do samozniszczenia, wsparcie Nico mogło się okazać nieocenione, zwłaszcza że Nico miała mocną pozycję w Splatch-Verner, kombinowała potajemnie, jak zostać szefową całego działu wydawniczego. Gdyby się to udało, znalazłaby się bezpośrednio pod Victorem. Wendy – miała tylko nadzieję, że Nico dostanie tę posadę, zanim Victor straci rozum.

    Siedząc sztywno na kanapie limuzyny, w drodze na lotnisko śmigłowcowe w East Side, Nico O'Neilly była przekonana, że panuje nad sytuacją. Miała na sobie czarną marszczoną bluzkę, która podkreślała jej złocistą cerę, i granatowy kostium uszyty w Paryżu przez jedną z wyjątkowych szwaczek Victory. Ściśle opinający ciało kostium był zwodniczo skromny. Miała co najmniej pięćdziesiąt takich kostiumów (niektóre ze spodniami) z rozmaitych tkanin, od białego jedwabiu po brązowy tweed, co oznaczało, że nie mogła utyć choćby pół kilograma, ale również i to, że rano nigdy nie musiała się martwić, co na siebie włożyć. Jej konsekwencja w doborze stroju dawała personelowi i współpracownikom Nico poczucie, że zawsze wiedzą, czego się po niej spodziewać, a Nico spokojną pewność, że każdy dzień zacznie się tak samo…
    O Boże, pomyślała.
    Samochód jechał teraz przez aleję Roosevelta. Nico odwróciła głowę i spojrzała na ponure brązowe budynki kompleksu, który ciągnął się wzdłuż niemal całej ulicy. Coś w niej drgnęło na widok tej identyczności, nagle poczuła się pokonana.
    Drgnęła niespokojnie. W zeszłym roku zaczęły ją nękać chwile desperackiej pustki, jakby nic tak naprawdę nie miało znaczenia, jakby nic nie mogło się zmienić, nic nie było nowe. Widziała życie przed sobą – jeden ciągnący się bez końca dzień po drugim, a każdy z nich w zasadzie taki sam. Tymczasem czas mijał, a jej nie przytrafiało się nic poza tym, że robiła się coraz starsza i mniejsza, i pewnego dnia będzie wielkości kropki, a potem po prostu zniknie. Pff] Jak mały liść, spalony pod lupą na słońcu. Te uczucia ją szokowały, gdyż nigdy dotąd nie odczuwała trosk egzystencjalnych. Brakowało jej na to czasu. Przez całe życie walczyła o to, żeby stać się tym, kim obecnie była – jednostką, Nico O'Neilly. I nagle, pewnego ranka, czas ją dogonił, obudziła się i zrozumiała, że jest już u celu. Zdobyła wszystko, na co tak harowała: zrobiła oszałamiającą karierę, miała (tak jakby) kochającego męża, który budził jej szacunek, i piękną, jedenastoletnią córkę, którą uwielbiała.
    Powinna piać z zachwytu, a jednak czuła się zmęczona. Miała wrażenie, że to wszystko należy do kogoś innego.
    Chwyciła kolorowy pantofel za obcas i wcisnęła go na stopę. Nie powinna tak myśleć. Nie mogła dopuścić do tego, żeby przygnębiały ją jakieś dziwne, niewytłumaczalne emocje.
    Zwłaszcza nie tego ranka, przypomniała sobie, ranka, który był potencjalnie zasadniczy dla jej kariery. Przez ostatnie trzy miesiące starała się o spotkanie z Peterem Borschem, nowym prezesem zarządu Huckabees, gigantycznej sieci sklepów, która najwyraźniej przygotowywała się do podboju świata. Huckabees nie zamieszczało reklam w czasopismach, ale to się mogło w każdej chwili zmienić. Nico wydawało się to oczywiste, ale ona jedna w całym dziale wydawniczym wpadła na to, żeby nawiązać kontakt z Huckabees. Większość ludzi w Splatch-Verner uważała tę firmę za „niskopółkową". Nico jednak nie była snobką i od wielu lat śledziła karierę Petera Borscha we wzmiankach w „World Street Journal". Peter pochodził z plebsu, ale ukończył zarządzanie na Harvardzie, i to na pełnym stypendium. Nico miała pewność, że jako prezes Peter wprowadzi ogromne zmiany, a ona chciała współpracować z nim od samego początku. Jednak spotkanie wymagało wielu tygodni czarowania Petera, wysyłania mu odręcznie napisanych wiadomości, przedmiotów i książek, które jej zdaniem mogły go zainteresować, w tym rarytasu, czyli pierwszego wydania Sztuki wojennej. W końcu, pięć dni temu, Peter sam zadzwonił i przystał na spotkanie.
    Nico wyjęła puderniczkę i szybko sprawdziła makijaż. To spotkanie właściwie nie leżało w zakresie jej obowiązków (w praktyce odpowiadał za to jej szef, Mike Harness), jednak pół roku wcześniej doszła do wniosku, że jej niedawne ponure przemyślenia to wynik rutyny. Cudownie być naczelną „Bonfire", ale piastowała to stanowisko już od sześciu lat, od trzydziestego szóstego roku życia – została najmłodszą naczelną w pięćdziesięcioletniej historii czasopisma. Niestety, sukces był jak piękność, która po paru dniach, gdy człapie w brudnych skarpetach, przestaje fascynować. Wobec tego Nico postanowiła, że awansuje w firmie. Najwyższym stanowiskiem była prezesura zarządu Splatch-Verner, ale żeby ją dostać, musiała najpierw zdobyć posadę oczko niżej, czyli stanąć na czele działu wydawniczego. Jedyną potencjalną przeszkodą był jej szef, Mike Harness, który zatrudnił Nico sześć lat wcześniej. Chodziło jednak o zasadę: jeszcze żadna kobieta nie szefowała zarządowi jakiegokolwiek działu Splatch-Verner, i nadeszła pora, by to zmienić.
    Nico planowała być pierwszą prezeską.
    Limuzyna minęła bramę w otaczającym lądowisko ogrodzeniu z łańcuchów i zatrzymała się nieopodal zielonego śmigłowca Sikorsky spokojnie stojącego na płycie startowej. Nico wysiadła z auta i żwawym krokiem ruszyła do helikoptera. Zanim jednak do niego dotarła, nagle znieruchomiała, zdumiona warkotem silnika za sobą. Odwróciła się i ujrzała w bramie granatowy mercedes.
    To niemożliwe, pomyślała z mieszaniną gniewu, niepokoju i zaskoczenia. Mercedes należał do Mike'a Harnessa, prezesa zarządu i szefa Verner Publications. Oczywiście, Nico mówiła Mike'owi o spotkaniu, i to parę razy, nawet zasugerowała, że powinien w nim uczestniczyć, ale Mike zlekceważył ten pomysł i oświadczył, że ma ważniejsze sprawy do załatwienia na Florydzie. Nie poleciał na Florydę i pojawił się na lotnisku: mogło to oznaczać tylko jedno. Zamierzał przypisać sobie zasługi za zorganizowanie tego spotkania.
    Nico zmrużyła oczy, gdy Mike wysiadał z auta. Wysoki, tuż przed pięćdziesiątką, nienaturalnie brązowy, z racji nadużywania produktów samoopalających, szedł ku niej z głupkowatym wyrazem twarzy. Bez wątpienia wiedział, że jest zirytowana, ale w korporacji takiej jak Splatch-Verner wszystko to, co człowiek powiedział, zrobił albo nawet nosił, potencjalnie mogło się obrócić przeciwko niemu, wobec czego należało trzymać emocje na wodzy. Gdyby teraz stanęła do konfrontacji z Mikiem, uznano by ją za sukę. Gdyby podniosła głos, nazwano by ją histeryczką. Potem wszyscy by twierdzili, że straciła głowę. Wobec tego Nico popatrzyła na Mike'a z nieco zdumionym uśmiechem na ustach.
    – Bardzo mi przykro, Mike – powiedziała. – Ktoś musiał coś pokręcić. Moja asystentka zarezerwowała ten helikopter pięć dni temu, na spotkanie z prezesem Huckabees.
    Pomyślała, że teraz on musi odbić piłeczkę. Będzie zmuszony przyznać, że się wtrąca.
    – Zadałaś sobie tyle trudu, że postanowiłem ci towarzyszyć i na własne oczy sprawdzić, co za typek z tego Borscha – odparł Mike.
    A potem wrócić do Victora Matricka i wmawiać mu, że sam zorganizowałeś to spotkanie, pomyślała Nico, kipiąc ukrytym gniewem.
    Pokiwała głową. Jej mina wyrażała obojętność. Nielojalność Mike'a była niewyobrażalna, ale nie zaskakująca – takie rzeczy często się zdarzały w dyrekcji Splatch-Verner, gdzie wszystko uchodziło płazem, jeśli tylko plan się powiódł.
    – No to lećmy – powiedziała chłodno i weszła po stopniach do helikoptera. Gdy usiadła na skórzanym fotelu, pomyślała o tym, że trzeba było trzech miesięcy na zorganizowanie tego spotkania z Peterem Borschem i trzech minut, żeby Mike je zrujnował.
    Usiadł obok niej, jak gdyby nigdy nic, i powiedział:
    – Hej, dostałaś ostatni okólnik od Victora? Naprawdę traci zmysły, co nie?
    – Mmm – mruknęła niezobowiązująco. Rzeczony okólnik był mailem w sprawie rolet, który Victor Matrick wysłał wszystkim pracownikom. „Rolety w każdym pomieszczeniu powinny zostać podniesione równo do połowy okna, dokładnie sto pięć centymetrów nad parapetem". Jak większość prezesów korporacji, Victor, który już dawno ukończył siedemdziesiątkę, a może nawet osiemdziesiątkę, był niesłychanie ekscentryczny. Co parę miesięcy urządzał sobie nieoczekiwany spacer po korytarzach budynku Splatch-Verner, co zwykle owocowało takimi okólnikami. Ze względu na jego wiek i dziwne zachowanie niemal każdy pracownik wyższego szczebla był przekonany, że Victor oszalał i że długo tu już nie zagrzeje miejsca. Powtarzano to jednak od pięciu lat, a Nico niekoniecznie się zgadzała z tą opinią. Victor Matrick z pewnością był walnięty, ale trochę inaczej, niż wszyscy sądzili.
    Nico podniosła egzemplarz „Wall Street Journal" i otworzyła go z głośnym trzaskiem. Niemal każdy dyrektor Splatch-Verner ostrzył sobie zęby na posadę Victora, Mike również, a także inny nieznośny dyrektor, Selden Rose. Selden Rose był szefem działu kablówki i, choć on i Wendy mieli równorzędne stanowiska, Wendy zawsze się martwiła, że Selden chce poszerzyć zakres wpływów i wchłonąć jej dział. Nico nie miała zdania na temat Seldena Rose'a, ale w firmie takiej jak Splatch-Verner każdy, kto miał władzę, mógł w sekundę zostać twoim wrogiem. Nie wystarczyło tylko dobrze pracować, trzeba było również poświęcić sporo czasu na wzmacnianie swoje; pozycji i ukradkowe spiskowanie, jak się przebić.
    Nico gapiła się na gazetę, udając zainteresowanie artykułem o handlu detalicznym. Uznała, że Mike'owi nawet nie przyjdzie do głowy, że interesuje ją stanowisko prezesa zarządu Splatch-Verner. Przez te bizantyjskie intrygi i olbrzymią presję nie była to wymarzona praca dla większości kobiet – ani mężczyzn. Nico jednak nie wstydziła się swoich ambicji. Dwadzieścia pięć lat pracy w korporacji przekonało ją, że potrafi wykonać każdą robotę równie dobrze jak facet, a może nawet lepiej.
    Taki Mike, pomyślała, zerkając na niego. Siedział pochylony w fotelu i usiłował przekrzyczeć ryk włączonych silników, żeby pogadać z pilotem o sporcie. Korporacje pełne były mężczyzn takich jak Mike – mężczyzn, którzy nie byli szczególnie bystrzy ani interesujący, za to umieli przestrzegać reguł gry. Zawsze potrafili się sprzymierzyć z innymi wpływowymi mężczyznami: zawsze byli przyjaźni i lojalni, „grali w zespole", wspinali się po korporacyjnej drabinie, bo wiedzieli, komu lizać dupę i kiedy. Nico podejrzewała, że Mike został prezesem zarządu i szefem Verner Publications, bo załatwiał Victorowi Matrickowi, który miał obsesję na punkcie wszelkich form sportu i rywalizacji, bilety na każde widowisko sportowe, no i naturalnie mu towarzyszył.
    No cóż, nie tylko Mike Harness potrafi przestrzegać reguł gry, pomyślała gniewnie. Parę lat temu byłoby jej głupio ostrzyć sobie zęby na posadę szefa, zwłaszcza takiego jak Mike, który w zasadzie był całkiem znośny. Jednak w zeszłym roku zachowanie Mike'a wobec Nico uległo zmianie. Zaczęło się subtelnie, od przytyków na zebraniach, a potem celowo nie umieścił jej na liście mówców na odbywającym się co pół roku spotkaniu korporacji. A teraz? Usiłował podebrać jej to spotkanie w Huckabees – spotkanie, o którym nawet by nie pomyślał, a jeśliby pomyślał, to nie zdołałby do niego doprowadzić.
    Helikopter gwałtownie oderwał się od ziemi, a Mike odwrócił się do Nico.
    – Czytałem o Peterze Borschu i Huckabees w „Journal" – powiedział. – To sprytny ruch. Borsch może się nam przydać.
    Nico uśmiechnęła się do niego zimno. Artykuł ukazał się dwa dni wcześniej, a to, że Mike usiłował przypisać sobie wszystkie zasługi, wprawiło ją na nowo w irytację. Musiała zmierzyć się z myślą, że Mike próbuje ją torpedować, a za kilka miesięcy być może ją zwolni. Jego dzisiejsza obecność na lotnisku była jawnym wypowiedzeniem wojny. Od teraz albo ona, albo on. Lata w korporacji nauczyły ją ukrywać uczucia, nie zdradzać oponentowi swoich myśli ani planów. Złożyła gazetę i wygładziła spódnicę. Mike nie wiedział jednego, a mianowicie że Nico już podjęła kroki, by pokrzyżować mu plany.
    Miesiąc wcześniej, kiedy jej asystentka wyśledziła pierwsze wydanie Sztuki wojennej, Nico poszła do Victora Matricka, by poprosić o pozwolenie na taki wydatek – książka kosztowała ponad tysiąc dolarów. Naturalnie musiała wytłumaczyć, po co jej ona, i złożyć sprawozdanie z dotychczasowych postępów, a Victor pochwalił ją za „twórczą postawę". Co za ironia, że Mike nie umieścił jej na liście mówców na spotkaniu – w przeciwnym razie na pewno nie knułaby za jego plecami. Jednak ta wzgarda była ostentacyjną zniewagą, ludzie gadali o tym tygodniami przed spotkaniem i po. Jeśli Mike chciał ją wygryźć, powinien bardziej się przyłożyć.
    Mike popełnił jednak błąd, a ona musiała tylko działać po jego myśli. Jeśli spotkanie w Huckabees pójdzie źle, wina spadnie na Mike'a. Jeśli pójdzie dobrze, a Mike poleci do Victora, Victor natychmiast się zorientuje, co jest grane. Nic nie mogło umknąć jego przerażającym, niebiesko-żółtym oczom, i z pewnością nie spodobałoby mu się, że Mike się zniża do takich metod.
    Te przemyślenia plus widok miasta w oddali sprawiły, że znowu poczuła się jak swoje stare, wojownicze wcielenie. Kiedy helikopter mijał wysokie budynki przypominające las szminek, Nico poczuła coś na kształt seksualnego podniecenia, jak zawsze, gdy patrzyła na znajomy krajobraz z betonu i stali. Nowy Jork nadal był najwspanialszym miejscem na świecie i z pewnością jednym z niewielu, gdzie kobieta taka jak ona nie tylko mogła przeżyć, ale i rządzić. Gdy helikopter przeleciał nisko nad Williamsburg Bridge, nie mogła nie pomyśleć: To miasto należy do mnie.
    W każdym razie zamierzała zrobić wszystko, żeby tak było, i to wkrótce.

    Ekspres do kawy wydał z siebie wyrażający zadowolenie bulgot stworzenia, które właśnie opróżnia jelita, i przez filtr strzyknął wodą do pojemnika.
    Nawet ten ekspres jest szczęśliwszy ode mnie, pomyślała Victory ze smutkiem, lejąc gorzki płyn do skromnego białego kubka.
    Popatrzyła na zegar, chociaż wcale nie miała ochoty przypominać sobie, która godzina. Była jedenasta rano, a Victory nadal siedziała w domu, w piżamie z niebieskiego chińskiego jedwabiu w wesołe pieski. Pomyślała, że może to jakiś chiński dowcip – w końcu Chińczycy uwielbiali najlepszego przyjaciela człowieka, ale na talerzu.
    Był to również ironiczny komentarz do sytuacji, pomyślała, wsypując do kawy trzy kopiaste łyżeczki cukru. W ostatnich trzech tygodniach czuła się tak, jakby ją pożerano, a później wypluto.
    Spróbowała czegoś nowego i jej wysiłki spełzły na niczym. Świat był niezwykle okrutnym miejscem.
    Wzięła kubek i wyszła z kuchni, przez pokój z wbudowanymi regałami i płaskim telewizorem, potem przez hol i po schodkach w dół, do salonu z włączonym kominkiem. Mieszkanie nazywane było przez agentów nieruchomości „małym klejnotem". Patrząc na łukowate sklepienie, wysokie na cztery metry, z którego zwisał wspaniały żyrandol z bakaratu, zastanawiała się, jak długo będzie ją jeszcze stać na ten lokal.
    Jej firma oficjalnie przeżywała kryzys.
    Victory przysiadła ze znużeniem na kanapie, która biegła przez całą długość wychodzących na ulicę oszklonych drzwi. Przez ostatnie dwa i pół tygodnia podróżowała. Opuściła miasto trzy dni po katastrofalnym pokazie, na małym stoliku z mahoniu wciąż leżała schludna kupka gazet z recenzjami. Krytycy nie byli wyrozumiali. Minął prawie miesiąc, ale ona wciąż pamiętała każde miażdżące słowo: „Bez wiktorii", „Straciła zdolności", „Rozczarowanie" i, co gorsza, „Kto miałby nosić te stroje, a jeśli już, to gdzie?", i w końcu ostry tekst: „Victory Ford to raczej artystka estradowa, a nie prawdziwa projektantka, co stało się jasne podczas jej ostatniego pokazu, gdy usiłowała zabłysnąć haute couture"… – Te słowa prześladowały ją jak smród. Wiedziała, że większość artystów nie czyta recenzji, ale Victory nie mogła odwrócić się plecami do nieprzyjemnej rzeczywistości. Lepiej było znać prawdę i sobie z nią poradzić. Powinna wywalić te recenzje, ale gromadziła je razem z innymi. Pewnego dnia zapewne przeczyta je i się pośmieje. A jeśli nie będzie mogła się śmiać, to już bez znaczenia, bo wtedy nie będzie projektantką. A jeśli nie będzie projektantką, to wszystko jedno, bo będzie martwa.
    Wyjrzała przez okno i westchnęła. Pewnie była zbyt stara na to, żeby postrzegać świat tylko w czerni i bieli, nadal wierzyć, że lepiej umrzeć niż nie projektować, ale tak właśnie się czuła przez całe życie, od chwili gdy jako ośmiolatka siedziała w poczekalni u dentysty i po raz pierwszy wzięła do ręki „Vogue" (później uświadomiła sobie, że jej dentysta musiał być znacznie bardziej stylowy, niż sądziła). Oglądając liczne strony z modą, nagle przeniosła się do innego świata – miejsca, jak się zdawało, nieograniczonych możliwości, gdzie mogło zdarzyć się wszystko. I wtedy recepcjonistka zapytała ją o nazwisko, a Victory uniosła wzrok i ze zdumieniem ujrzała, że siedzi na składanym krześle z zielonego plastiku, w ciasnym pomieszczeniu z obłażącymi, pomalowanymi na kolor musztardy ścianami. Każdy szczegół zdawał się większy niż wcześniej, a Victory przeżyła objawienie. Nagle zrozumiała, do czego jest stworzona. Miała zostać projektantką mody. To jej było pisane.
    Była dziwadłem, rzecz jasna, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziała. W dzieciństwie i jeszcze wiele lat później zakładała, że wszyscy są tacy jak ona i, podobnie jak ona, doskonale wiedzą, co zrobić ze swoim życiem. Pamiętała, że jako dziesięciolatka bezczelnie mówiła innym dzieciakom, że zostanie projektantką mody, chociaż nie miała pojęcia, jak to osiągnąć ani czym tak naprawdę zajmują się projektanci…
    Ta młodzieńcza ignorancja była dobra, pomyślała, wstając i chodząc po orientalnym dywanie przed kominkiem. Dzięki temu śmiało podążyła za swoim szaleńczym marzeniem. Teraz na pewno zabrakłoby jej odwagi.
    Pokręciła głową na wspomnienie początków w Nowym Jorku. Wszystko było takie nowe, takie podniecające. Miała bardzo mało pieniędzy, ale nie czuła strachu – mogła jechać tylko w jedno miejsce, właśnie tam. Od pierwszych dni miasto zdawało się spełniać jej marzenie. W wieku osiemnastu lat przeniosła się tam, by studiować w Fashion Institute of Technology i pewnego dnia – na początku jesieni, ciągle było ciepło, ale w powietrzu czuło się nadchodzącą zimę, całkiem jak dzisiaj – jechała metrem, i jakaś kobieta zapytała, gdzie Victory kupiła marynarkę, którą ma na sobie. Victory popatrzyła na pasemka kobiety, jej przebojowy kostium, do którego nieznajoma włożyła koszulę z doczepianą muszką, bardzo wtedy modną, i z arogancją młodości odparła śmiało:
    – To moje. Jestem projektantką mody.
    – Jesteś projektantką mody – powtórzyła kobieta tonem sugerującym, że jej nie wierzy. I niby czemu miała uwierzyć, pomyślała Victory: byłam chuda, płaska jak deska i wyglądałam na znacznie mniej niż swoje osiemnaście lat. – No to przyjdź do mnie.
    Kobieta pogrzebała w torebce od Louisa Vuittona (Victory nigdy nie zapomniała tej torebki – wtedy uznała ją za niesłychanie szykowną) i wyciągnęła wizytówkę.
    – Prowadzę dział zakupów w domu towarowym. Spotkajmy się o dziesiątej w poniedziałek, przynieś swoją kolekcję.
    Victory nie miała żadnej kolekcji, ale to jej nie zniechęciło. Zdumiewające spotkanie z tą kobietą (nazywała się Myrna Jameson) nastąpiło o piątej po południu w środę. W poniedziałek o wpół do dziewiątej rano (akurat zdążyła się umyć i dotrzeć do manhattańskiej Garment District na dziesiątą) Victory miała już swoją pierwszą kolekcję złożoną z sześciu ubrań, razem z marynarką. Wydała całe przeznaczone na czynsz pieniądze, dwieście dolarów, i spędziła pięć dni na rysowaniu projektów, kupnie tkanin i szyciu na maszynie otrzymanej od rodziców w prezencie z okazji matury. Pracowała dniem i nocą, od czasu do czasu podsypiając przez parę godzin na sfatygowanej składanej kanapie, którą przytargała z ulicy. Wtedy miasto było inne, biedne i zrujnowane, a prosperowało jedynie dzięki twardej determinacji i stalowemu cynizmowi mieszkańców.
    Jednak pod tym brudem krył się rumiany optymizm możliwości, a kiedy Victory pracowała, cały Nowy Jork tętnił życiem. Cięła, szyła do wtóru klaksonów i krzyków, w nieustannym rytmie muzyki z wielkich magnetofonów. Nawet przez myśl jej nie przeszło, że mogłoby się nie udać.
    Myrna Jameson była kierowniczką działu zakupów w Marshall Field's, słynnym domu towarowym z Chicago, a jej biuro mieściło się w ogromnym budynku na rogu Siedemdziesiątej Alei i Trzydziestej Siódmej Ulicy. Garment District przypominała arabski bazar. Ulice pełne były rodzinnych sklepików, w których sprzedawano materiały, artykuły pasmanteryjne, guziki, zamki błyskawiczne i damską bieliznę; ciężarówki pracujące na jałowym biegu wyrzucały kłęby spalin, a robotnicy toczyli stelaże na kółkach z zawieszonymi na nich ubraniami oraz futrami, przepychając się wśród ciżby. Złodzieje torebek, dziwki i bezdomni kręcili się w pobliżu wejść do budynku i Victory bardzo mocno ściskała torbę z sześcioma sztukami odzieży. Byłoby straszną ironią losu, gdyby po tej całej harówce ktoś jej ją ukradł.
    Biuro Myrny Jameson okazało się dwoma pokojami na samym środku długiego, wyłożonego przygnębiającym linoleum korytarza. W pierwszym pomieszczeniu siedziała młoda kobieta o twarzy rozwścieczonej pszczoły. Jej długie paznokcie stukały o telefon. Za otwartymi drzwiami mieścił się gabinet Myrny, Victory widziała zgrabne nogi w czarnych rajstopach i eleganckich czółenkach o spiczastych noskach. Myrna była pierwszą kobietą sukcesu, z jaką Victory miała do czynienia. Wtedy kobiety sukcesu nie musiały być miłe. Myrna wyszła z gabinetu i zmierzyła Victory wzrokiem.
    – A więc się pojawiłaś – powiedziała głosem, w którym pobrzmiewał twardy, metaliczny dźwięk. – Zobaczmy, co tam dla mnie masz.
    Pięć nieprzespanych nocy nagle zebrało swoje żniwo. Victory omal nie wybuchnęła płaczem. Po raz pierwszy uświadomiła sobie, że kolekcja wcale nie musi przypaść Myrnie do gustu. Myśl o porażce była druzgocąca. Upokorzenie mogło ją okaleczyć, ukierunkować na resztę życia. A jeśli będzie się starała i wciąż ponosiła klęskę? Może będzie zmuszona wrócić do domu i pracować w punkcie ksero, jak jej najlepsza kumpela z liceum, która nie zdołała wyrwać się z miasteczka…
    – Bardzo przyjemne – powiedziała Myrna, oglądając kolekcję. Sposób, w jaki patrzyła na próbki, podnosząc je, obracając i szczegółowo analizując tkaniny, sprawił, że Victory sama poczuła się prześwietlona. W zimnym fluorescencyjnym świetle ujrzała na twarzy Myrny ślady po ospie, nieumiejętnie maskowane ciężkim podkładem. – Pewnie nie masz dowodów sprzedaży, co? A może powinnam wiedzieć coś, czego mi nie powiedziałaś? – Myrna popatrzyła na nią podejrzliwie.
    Victory nie miała pojęcia, o czym mowa.
    – Nie… – zająknęła się. – Ja…
    – Czy kiedyś już sprzedawałaś w domu towarowym? – przerwała jej Myrna niecierpliwie.
    – Nie – odparła Victory. – To moja pierwsza kolekcja. Ale to nie problem, prawda? – Czuła narastającą panikę.
    Myrna wzruszyła ramionami.
    – Każdy musi gdzieś zacząć. To znaczy tylko tyle, że zamówienie nie będzie duże. Zaczniesz od niewielkiego zlecenia, jeśli się sprzeda, na następny sezon przygotujesz więcej.
    Oszołomiona Victory skinęła głową.
    Potem wybiegła na ulicę, od triumfu kręciło się jej w głowie. W przyszłości miała wielokrotnie przeżywać ten przełomowy moment sukcesu, ale nic nie dawało się porównać z tamtym pierwszym razem. Przemaszerowała Trzydziestą Siódmą na Piątą Aleję. Nie wiedziała, dokąd idzie, wiedziała tylko, że chce być w samym środku wszystkiego. Snuła się radośnie po Piątej Alei, przystanęła przy Centrum Rockefellera, żeby popatrzeć na wrotkarzy. Miasto przypominało srebrzystą krainę Oz, pełną magicznych możliwości, i dopiero kiedy dotarła do parku i zużyła część energii, weszła do budki i zadzwoniła do najlepszej przyjaciółki z FIT, Kit Callendar.
    – Powiedziała, że zaczniemy od niewielkiego zlecenia, i wzięła osiemnaście sztuk! – wykrzyknęła Victory.
    Zamówienie wydało im się gigantyczne. W tamtym momencie Victory nawet nie mogłaby sobie wyobrazić, że pewnego dnia dostanie zlecenie na dziesięć tysięcy…
    Po trzech tygodniach szycia dniem i nocą zamówienie było gotowe. Victory zjawiła się w biurze Myrny z trzema reklamówkami z supermarketu.
    – Co ty tu robisz? – zapytała Myrna.
    – Przyniosłam rzeczy – z dumą odparła Victory.
    – Nie masz spedytora? – Myrna była przerażona. – Niby co ja zrobię z tymi torbami?
    Victory uśmiechnęła się na to wspomnienie. Nie miała pojęcia o technicznych aspektach projektowania, nie wiedziała, że istnieją szwalnie i krajalnie, gdzie powstają stroje prawdziwych projektantów. Jednak ambicja oraz nieokiełznane pożądanie (takie, jakie jej zdaniem większość kobiet odczuwa wobec mężczyzn) pchały ją do przodu. A potem dostała pocztą czek na pięćset dolarów. Wszystkie ubrania się sprzedały. Miała osiemnaście lat i weszła do gry.
    Między dwudziestką a trzydziestką przez cały czas parła przed siebie. Razem z Kit wprowadziła się do małego trzypokojowego mieszkania na Lower East Side, ulicy pełnej włoskich restauracji i „sklepów ze słodyczami" w suterenach, gdzie sprzedawano narkotyki. Victory i Kit kroiły i szyły, aż wzrok całkiem im wysiadał, a wtedy urządzały sobie rundki po wernisażach i po obskurnych nocnych klubach, gdzie tańczyły do trzeciej nad ranem. Victory zarabiała tyle, że ledwie udawało się jej pokryć wydatki na życie i koszty pracy, ale nie miało to znaczenia. Wiedziała, że wielki sukces czai się tuż za rogiem, a tymczasem wystarczało jej życie w tym mieście i robienie tego, co zawsze pragnęła robić.
    I wtedy dostała pierwsze duże zamówienie z Bendela, domu towarowego, który słynął z promowania walczących o przetrwanie młodych projektantów. Był to kolejny punkt zwrotny – zamówienie okazało się wystarczająco duże, żeby zagwarantować Victory wydzielone miejsce na kolekcję, na drugim piętrze, z jej nazwiskiem i logo na ścianie – ale krył się w tym haczyk. Koszt uszycia ubrań wymagał wyłożenia ponad dwudziestu tysięcy w gotówce, którymi Victory nie dysponowała. Usiłowała pożyczyć pieniądze w trzech bankach, ale we wszystkich dyrektorzy cierpliwie tłumaczyli jej, że musi mieć zabezpieczenie pożyczki, coś konkretnego, na przykład dom lub auto, które mogliby jej zabrać, gdyby nie była w stanie spłacić długu.
    Nie wiedziała, jak z tego wybrnąć, ale pewnego dnia zadzwoniła do niej Myrna Jameson. Zasugerowała, żeby Victory zatelefonowała do faceta nazwiskiem Howard Fripplemeyer. Był szumowiną, wyjaśniła Myrna, prawdziwą szują, jednak działał w branży od trzydziestu lat i mógł jej pomóc.
    Howard Fripplemeyer okazał się taki, jak mówiła Myrna, a nawet jeszcze gorszy. Howard i Victory umówili się w bistrze, gdzie ten pożarł sandwicza z pastrami i nawet nie wytarł musztardy, którą ubabrał sobie kąciki ust.
    Miał brązowy garnitur i niepokojące włosy, tupecik sterczał mu z głowy jak jeż. Kiedy skończył jeść, złapał swój egzemplarz „Daily News" i na kwadrans zniknął w męskiej toalecie. Intuicja podpowiadała Victory, że powinna zapłacić rachunek i zwiewać, ale dziewczyna była w desperacji.
    Kiedy wrócił do stołu, powiedział, że uznał ją za korzystną inwestycję – miała potencjał. Postanowił wyłożyć na jej firmę osiemdziesiąt tysięcy w ciągu roku; w zamian chciał trzydziestu procent zysków. Victory doszła do wniosku, że to korzystny układ. Howard był okropny, a do nieprzyjemnej osobowości dochodził jeszcze dziwny, ostry odór, wytłumaczyła sobie jednak, że przecież nie musi z nim sypiać. Poza tym go potrzebowała.
    – Ja się będę martwił o pieniądze, mała – powiedział, zaciągając się dziesiątym newportem. – Ty się martw o modę. Siedzę w branży od trzydziestu lat i rozumiem kreatywnych ludzi. Kiedy zaczniesz myśleć o forsie, wszystko ci się pomiesza.
    A ona pokiwała głową, przekonana, że tak właśnie ma być.
    Ufała Howardowi, ale tylko dlatego, że brakowało jej doświadczenia. Howard przeniósł jej „przedsiębiorstwo" do dużego pokoju w budynku nieopodal Siódmej Alei, gdzie po ścianach pomalowanych na szaro korytarzy roznosiły się dźwięki, a żeby wejść do damskiej toalety, trzeba było dysponować własnym kluczem. W budynku cuchnęło rozpaczą, obietnicami, marzeniami, które nigdy nie miały się spełnić, ale pracująca dotychczas w swoim małym mieszkaniu Victory czuła, że wykonała wielki krok naprzód.
    Jej stroje dobrze się sprzedawały. Howard oznajmił, że firma w tym roku zarobi dwieście tysięcy. Była to suma, od której kręciło się jej w głowie.
    – Oczywiście razem z moimi osiemdziesięcioma tysiącami i moimi trzydziestoma procentami. To sześćdziesiąt tysięcy plus osiemdziesiąt, czyli sto czterdzieści.
    To nie wydawało się sprawiedliwe, ale była zbyt potulna, żeby się wykłócać.
    – On z ciebie zdziera! – powiedziała Kit. Miały sąsiadkę, która była bankowcem, i pewnego wieczoru Victory opisała jej sytuację.
    Sąsiadka pokręciła głową.
    – Nikt tak nie robi interesów. Poza tym nie jest ci do niczego potrzebny. To całkiem proste – popyt i podaż. Możesz sama sobie z tym poradzić.
    Był tylko jeden problem: Victory nie mogła się pozbyć Howarda, przynajmniej nie legalnie. W euforii wywołanej wolnością od problemów materialnych, podpisała z nim umowę, w której upoważniła go do pobierania trzydziestu procent od zysków przez resztę jej życia.
    Była skazana na Howarda i jego smród. Nie mogła uwierzyć we własną głupotę i leżąc bezsennie w nocy, zastanawiała się, czy zdoła się jakoś pozbyć Howarda bez pomocy płatnego mordercy. Przysięgała w duchu, że jeśli uda jej się wyplątać z tej sytuacji, nigdy już nie będzie miała żadnego partnera…
    I wtedy Howard zrobił coś dziwnego. Otworzył drugą firmę odzieżową w budynku po przeciwnej stronie ulicy.
    Było to dziwne, ale Victory nie poświęciła temu zbyt wiele uwagi, gdyż oznaczało to, że Howard trochę jej odpuści. Każdego ranka przyjeżdżał do biura z Five Towns na Long Island, w tanim trenczu i z kartonowym pudłem oraz „Daily News". W pudle zawsze miał trzy kawy i knysze. Od razu szedł do telefonu i wisiał na nim przez jakieś trzy godziny, a potem wychodził do bistra na lunch. Howard zdawał się mieć niezliczonych szujowatych kumpli, z którymi godzinami trajkotał przez telefon. Victory zastanawiała się, kiedy którykolwiek z nich pracuje. W zasadzie jej to nie przeszkadzało, ale jako że biuro było jednym dużym pokojem, nie miała jak uciec od Howarda i jego konwersacji. Kiedy wreszcie kończył gadać, brał się do oceny jej projektów.
    – To nic niewarte – mówił na przykład. – Kto w Minnesocie włoży coś takiego?
    – Howardzie, ja jestem z Minnesoty. Usiłuje uciec od środkowego zachodu…
    – A po co? Żebyś miała parę ładnych zdjęć w „Vogue"? Ładne zdjęcie nie sprzeda ubrań, wiesz chyba. Coś, czego potrzebujesz na sobotnią randkę ze swoim ukochanym, o to chodzi w sprzedawaniu ubrań. Nic zbyt fikuśnego. Mężczyźni lubią dziewczyny w czymś ładnym i spokojnym…
    – Ale ja chcę zobaczyć swoje stroje w „Vogue" – syczała ze złością. – I zobaczę. Obiecuję ci to…
    Wtedy Howard wychylał się, otaczając ich oboje swoim smrodem, i prezentował uśmiech. Miał szare zęby z białym nalotem w szczelinach, jakby niespecjalnie przykładał się do ich mycia.
    – Przyjrzałaś się kiedyś bliżej projektantom w „Vogue"? – pytał. – Halston, Klein, nawet Scaasi, który dawniej nazywał się Isaacs, ale postanowił czytać swoje nazwisko od tyłu… To wszystko spedaleni Żydzi. Widziałaś wśród nich jakąś kobietę? A gdzie tam. To dlatego, że w modzie, i wszędzie indziej, w kinie, architekturze, malarstwie, najlepiej sprawdzają się mężczyźni. Nie bez powodu…
    Howard nigdy nie wyjawił jej tego powodu, a ona nigdy nie pytała. Nie chciała usłyszeć odpowiedzi.
    Za to klęła go w duchu i wracała do projektowania. Pewnego dnia, myślała. I powtarzała sobie, że jeśli zarobi dla Howarda wystarczająco dużo pieniędzy, to może on odejdzie i da jej spokój.
    I kiedyś rzeczywiście tak się stało. Nie przyszedł rano, tylko dopiero około czwartej po południu. To trwało przez parę tygodni, a Victory czuła taką ulgę, że Howard nie sterczy jej nad głową, że nie pytała o powód. Zauważyła jednak, że niezależnie od tego, jak długo pracuje, Howard zawsze zjawia się przed jej wyjściem.
    Kilka tygodni później wpadła na ulicy na Myrnę Jameson.
    – Widzę, że Howard wprowadził cię do outletu Dress Barn – powiedziała Myrna.
    Victory popatrzyła na nią ze zdumieniem, pokręciła głową i pomyślała, że Myrna z pewnością się myli.
    – Na pewno chodzi ci o dom towarowy. Może o Bloomingdale'a…
    – Skarbie – prychnęła Myrna. Złapała Victory za rękę. – Znam twoje ciuchy. Wszędzie rozpoznam te projekty. Przecież to moja działka, czyżbyś zapomniała?
    – To niemożliwe – wyszeptała Victory.
    Myrna wyciągnęła przed siebie dłonie.
    – Wiem, co widziałam. Byłam w outlecie w Five Towns w niedzielę, mieli całą półkę ubrań, które wyglądały na twoje. Nawet te koronkowe rękawiczki ze wstążkami z welwetu… I o co chodzi z tą nową firmą Howarda, po drugiej stronie ulicy, pod 1411?
    Oszołomiona Victory kręciła głową. W tej dzielnicy ludzie posługiwali się wyłącznie numerami domów, a Broadway 1411 był najbardziej tandetnym budynkiem w okolicy. Sterty ubrań sprzedawano tam sieciom sklepów detalicznych na aukcjach, niczym niewolników; ten budynek był brzydkim pasierbem przemysłu, pasierbem, o którym nikt nie chciał rozmawiać. Nagle poczuła koszmarne przerażenie. Podziękowała Myrnie i pobiegła na drugą stronę ulicy, między autami. To niemożliwe, myślała. Nawet Howard nie mógł być tak głupi i w tajemnicy sprzedawać jej ubrań pod 1411. To by zrujnowało jej nazwisko i jego inwestycję, to nie miało żadnego sensu. Przecież miesiąc temu sprawdzała spis towarów i wszystko się zgadzało…
    To niemożliwie, pomyślała, usiłując się uspokoić.
    Hol budynku pod 1411 zalatywał tłuszczem milionów torebek z żarciem na wynos, które znalazły się tam w ciągu ostatnich siedemdziesięciu lat. Na ścianie wisiał spis wszystkich firm w budynku, ale Victory nie wiedziała, czego szuka – Howard mógł dowolnie nazwać swoją firmę, z pewnością był dość sprytny, żeby nie użyć własnego nazwiska. Postanowiła iść na pierwsze piętro, gdzie odbywały się licytacje. No i oczywiście w ogromnym pokoju wypełnionym wieszakami z ubraniami czekającymi na swoją kolej do zlicytowania znalazła dwa rzędy strojów, które były duplikatami jej projektów. Pomacała tkaninę i się wzdrygnęła – te ubrania uszyto z tanich materiałów, które rozpadną się po dwóch czy trzech noszeniach i skurczą w pralni chemicznej. Odwróciła materiał na lewą stronę, szew były nierówny, niewykończony. Popatrzyła na metkę. Jej znakiem firmowym był różowy kwadrat z napisem „Victory Ford" wyszytym fantazyjnymi literami. Metka na tanich podróbkach była niemal identyczna, tyle że tutaj nazwisko brzmiało „Viceroy Fjord".
    Odrzuciła ciuch, jakby był skażony, i cofnęła się o krok, z przerażeniem zasłaniając dłonią usta.
    Zgięła się z bólu. Nawet nie chciało mu się szczególnie zmieniać nazwiska. Zapewne uważał, że Victory jest idiotką. Naprawdę sądził, że ujdzie mu to na sucho? Najwyraźniej tak. Miał ją za małą kretynkę, która zrobi to, co on będzie chciał, za kogoś, kogo będzie mógł wykorzystać i kopnąć w tyłek bez żadnych konsekwencji.
    No to musiał to jeszcze przemyśleć.
    Nagle przepełniła ją wściekłość. Ukradł jej dziecko, chciała go zabić. Nie. Najpierw zamierzała go skatować, a dopiero później zabić. Przypieprzanie się do niej to jedno, ale wpieprzanie się w jej biznes to całkiem inna sprawa.
    Te uczucia były dla niej kompletnie nowe. Nie miała pojęcia, że potrafi być aż tak zła. Jakby sterowana automatycznym pilotem wróciła do holu, znalazła nazwę jego „nowej firmy" na drzwiach, i weszła. Howard siedział przy metalowym biurku z nogami opartymi na blacie, wpychał w usta coś, co chyba składało się z samych okruszków, i gadał przez telefon.
    – Czego? – warknął, jakby zirytowała go jej niespodziewana wizyta.
    – Ty pieprzony dupku! – wrzasnęła ile sił w płucach, złapała gazetę z jego biurka i cisnęła ją na podłogę.
    – Co jest, kurwa? – wybąkał i powiedział do słuchawki: – Oddzwonię.
    – Jak śmiesz? – Podeszła do niego, jakby chciała go uderzyć. Żałowała, że nie jest mężczyzną, wtedy na pewno by to zrobiła. – Widziałam te ubrania. Na pierwszym piętrze…
    Zanim zdążyła coś dodać, zerwał się z miejsca.
    – Jak ty śmiesz? – krzyknął, wskazując ją palcem, jakby to on był pokrzywdzony. – Nigdy nie wpadaj z wrzaskiem do mojego gabinetu.
    To, że się bronił, zaszokowało ją. Na przemian otwierała i zamykała usta, niepewna, co powiedzieć.
    – Widziałam te ubrania…
    – Tak? I co z tego? – Pochylił się, żeby podnieść gazetę. – No i widziałaś jakieś ubrania. A potem wpadasz tutaj, drąc się jak wariatka…
    Znów poczuła wściekłość.
    – Ukradłeś moje projekty! – krzyknęła. – Nie możesz tego robić. Nie możesz mnie ograbiać.
    Wykrzywił się z niesmakiem.
    – Jesteś nienormalna. Wyjdź stąd.
    – Nie możesz…
    – Czego nie mogę? – Pogardliwie wzruszył ramionami. – Cały ten biznes to kopiowanie. Wszyscy to wiedzą.
    – Coś ci wyjaśnię, Howardzie – oświadczyła ostrzegawczym tonem. – Nie zadzieraj ze mną. I nie myśl, że dostaniesz choćby grosz z moich zysków.
    – O, czyżby? – Jego twarz poczerwieniała. Podszedł do Victory i szarpnął ją za ramię, pociągając ku drzwiom. – Mam dokument, który podpisałaś i w którym można przeczytać coś innego. Nawet o tym nie myśl.
    I nagle już była na korytarzu, a Howard zamykał jej drzwi przed nosem.
    Każda żyła w jej głowie pulsowała gniewem i upokorzeniem. Przez parę sekund Victory stała nieruchomo, zaszokowana, niezdolna do ogarnięcia tego, co przed chwilą zaszło. Howard powinien się jej bać: to on był tym złym, a nawet nie starczyło mu przyzwoitości, by udawać strach. Wykręcił kota ogonem i teraz ona wyszła na potwora, wariatkę. Wtedy uświadomiła sobie, że straciła całą władzę w chwili, w której zaczęła wrzeszczeć.
    Cholera, teraz on wiedział, że ona wie. Podeszła do windy i raz po raz naciskała przycisk. W panice zapragnęła wydostać się z budynku. Bała się, że Howard wyjdzie z biura i się na nią natknie, a nie była przygotowana na jeszcze jedną konfrontację. Powinna była przemilczeć kradzież, dopóki nie dowie się, co można z tym zrobić. Drzwi windy w końcu otworzyły się z trzaskiem i Victory wsiadła. Oparła się o ścianę, łzy wypełniły jej oczy. To niesprawiedliwe. Cale życie harowała na swoje nazwisko, na swoją firmę, licząc na nagrodę za ciężką pracę, a doczekała się tego, że przylazł jakiś typ i ją okradł. Nie mogło mu to ujść na sucho.
    – Przestań zachowywać się jak dziecko, dorośnij – radziła jej zaprzyjaźniona sąsiadka bankowiec. – Jesteś kobietą interesu. Nie doprowadzaj do osobistej konfrontacji z tym zasrańcem, tylko konkretnie zabierz się do sprawy. Pozwij go. Zaciągnij do sądu i tam mu przylej po tej wielkiej dupie.
    – Nie mogę wynająć adwokata – zaprotestowała Victory. – To w złym stylu.
    Potem się jednak nad tym zastanowiła. Jeśli miała przetrwać w tej branży, musiała wysłać jasny komunikat: Zadrzyj z Victory Ford, a pożałujesz. Nie ujdzie ci to na sucho.
    Na jej prośbę Kit wcieliła się w kierowniczkę działu zakupów w sieciowym outlecie i umówiła się z Howardem w Viceroy Fjord. Kit udawała, że ubrania bardzo jej się podobają i narobiła zdjęć polaroidem. Potem Victory sfotografowała własne projekty. Myrna, która czuła się trochę winna zaistniałej sytuacji, pomogła jej znaleźć adwokata.
    Trzy miesiące później Victory spotkała Howarda w sądzie. Śmierdział i był równie fatalnie ubrany jak zawsze, i ani trochę się nie przejmował, jakby takie rzeczy przydarzały mu się bez przerwy. Victory wyłożyła fotografie ubrań Howarda tuż obok zdjęć własnych projektów, a kiedy sędzia zarządził przerwę na podjęcie decyzji, prawnik Howarda zaproponował ugodę. Oświadczył, że jeśli Victory odda Howardowi pożyczone osiemdziesiąt tysięcy, zrezygnują z trzydziestu procent i będzie wolna.
    Bardzo jej ulżyło. Była to niewielka cena za tak idiotyczny błąd. Victory nauczyła się pożytecznej prawdy: że ludzie, z którymi robi się interesy, są równie ważni jak sam interes. Ta lekcja była bolesna dla każdego projektanta, niestety, nie uczyli tego w szkole mody…
    Zadzwonił telefon i przerwał te wspomnienia. Natychmiast przeszył ją niepokój. To były z pewnością jakieś złe wieści. Od trzech tygodni przychodziły jedna za drugą, kumulując się przed katastrofą.
    Miała nie odbierać, ale doszła do wniosku, że to tchórzostwo. Dzwoniła jedna z jej asystentek, Trish, ze studia projektów.
    – Pan Ikito telefonował trzy razy. Podobno to pilne. Pomyślałam, że pewnie chciałabyś wiedzieć.
    – Dziękuję. Zaraz do niego zadzwonię.
    Odłożyła słuchawkę i skrzyżowała ręce na piersi, jakby dla ochrony przed zimnem. Co miała powiedzieć panu Ikito? Udawało się jej wykręcać przez ponad tydzień, pod pretekstem podróży, ale Japończycy potrafili pilnować swoich spraw. „Lubię panią – pani szybko podejmuje decyzję", powiedział pan Ikito pięć lat wcześniej, kiedy zaczęli ze sobą współpracować. Mimo to pan Ikito chciał przede wszystkim zarabiać i z pewnością wypnie się na nią w chwili, gdy tylko poczuje, że Victory przestaje się sprzedawać. To jednak, co zaproponował, było nie do pomyślenia.
    Dom mody Victory Ford nie był wielką firmą w rodzaju Ralpha Laurena czy Calvina Kleina, ale przez tych pięć lat, odkąd zaczęła robić interesy z Japończykiem, jej przedsiębiorstwo stało się minikonglomeratem, o wiele potężniejszym niż jednoosobowa firma, którą prowadziła we własnym mieszkaniu. W Japonii miała osiemdziesiąt trzy butiki, a w tym roku ona i pan Ikito planowali rozszerzyć działalność na Chiny, następny wielki rynek potencjalnych klientów. Pan Ikito wykupił licencję na jej projekty, nie tylko ubrania, ale również torebki, buty, okulary słoneczne i inne akcesoria, i sam zajął się ich wyrobem w Japonii, ponosząc koszty produkcji. Dzielił się z Victory procentem od zysków, i razem z tymi pieniędzmi jej firma przynosiła teraz dochód w wysokości pięciu milionów rocznie.
    Panu Ikito nie spodobała się wiosenna kolekcja – nie cierpiał jej, właściwie nienawidził – i tak, dwa dni po pokazie, Victory poleciała do Tokio na spotkanie, które okazało się lekcją upokarzania. Pan Ikito nosił zachodnie ubrania, ale wierzył w japoński sposób załatwiania interesów. Oboje siedzieli przy niskim drewnianym stole. W trakcie typowo japońskiego ceremoniału picia herbaty pan Ikito przeglądał jej katalog na sezon wiosenny. Był małym człowieczkiem o krótkich, siwiejących włosach i usteczkach jak pyszczek gupika.
    – Panno Victory. Co się dzieje? – zapytał, z niesmakiem przewracając strony. – Skąd pomysły? To nie pani. Kto nosi takie ubrania? Żadna kobieta nie nosi długich spódnic wiosną. Mało zabawne, obszerne fasony. Kobiety chcą pokazywać nogi.
    – Panie Ikito. – Pochyliła głowę na znak szacunku (nie znosiła tego, ale musiała respektować cudzoziemskie zwyczaje, prowadząc interesy). – Próbowałam czegoś nowego. Usiłuję dorastać. Rozwijać się. Jako projektantka.
    – Czemu pani to robi? – przerwał jej pan Ikito z przerażeniem. – Pani mieć wielki sukces. Jak to mówią w Ameryce, po co naprawiać, jak się nie popsuło?
    – Ale usiłuję być coraz lepsza. Próbuję być jak najlepszą projektantką, w ramach swoich możliwości.
    – Phi! – Pan Ikito zamachał rękoma przed twarzą, jakby odpędzał owada. – W Nowym Jorku pani zawsze myśli o sobie. Tu, w Japonii, myślimy o interesach.
    – Ależ ja myślę o interesach – sprzeciwiła się Victory, stanowczo, choć uprzejmie. – Jeśli mam się utrzymać w branży, muszę rozwijać projekty. Udowodnić, że potrafię tworzyć ekskluzywne kolekcje.
    – Ale po co? – spytał pan Ikito. – W haute couture nie ma pieniędzy. Każdy to wie. Pięć lat temu pani mówić, że chce zarabiać miliony…
    – I nadal chcę…
    – Ale teraz próbuje pani być Oscarem de la Rentą. – Pan Ikito nie przestawał jej przerywać – A może panem St. Laureatem? Świat nie potrzebuje St. Laurenta. Świat potrzebuje Victory Ford.
    – Czyżby?, pomyślała Victory, wpatrzona w swoją herbatę.
    – Nie mamy tu sklepów Oscara. No, może jeden w Tokio. Ale Victory Ford ma w Japonii osiemdziesiąt trzy butiki. Rozumie pani, co mówię? – spytał pan Ikito.
    – Tak, ale…
    – Mam odpowiedź – oświadczył pan Ikito. Klasnął w dłonie, a jego sekretarka (Victory wątpiła, żeby ktokolwiek mógł brać ją za asystentkę), rozchyliła ściany z ryżowego papieru. Złączywszy ręce i pochyliwszy głowę, zapytała po japońsku:
    – Tak, panie Ikito?
    Pan Ikito powiedział coś do niej w tym samym języku. Pokiwała głową i ostrożnie zamknęła drzwi. Pan Ikito odwrócił się do Victory.
    – Będzie pani dziękowała. Powie pani: „Pan Ikito, to dopiero geniusz"!
    Victory uśmiechnęła się z zakłopotaniem. Przepełniało ją poczucie winy, jakby była małym dzieckiem, które zrobiło coś strasznego. I tak się właśnie stało. Rozczarowała pana Ikito. Nigdy nie chciała nikogo rozczarowywać. Pragnęła, żeby wszyscy ją kochali, chwalili i głaskali po głowie jak grzeczną dziewczynkę. Zastanawiała się, dlaczego, niezależnie od swoich sukcesów, nie potrafi wyrosnąć z instynktownego chylenia czoła przed męskim autorytetem? Była dorosłą kobietą z własną firmą, zaczynała od zera, miała do dyspozycji wyłącznie swój talent i ręce, a teraz dysponowała nawet czarną kartą American Express. I oto siedziała jak na szpilkach koło pana Ikito, czekała na jego „odpowiedź", a przecież powinna mu powiedzieć, czego ona chce. Nie odważyła się jednak go obrazić. Dlaczego nie mogę być bardziej podobna do Nico, westchnęła w duchu. Nico powiedziałaby: „Panie Ikito, będzie tak, i koniec. Albo pan w to wchodzi, albo nie… "
    I wtedy pan Ikito zrobił coś, od czego ścisnął się jej żołądek. Podniósł imbryczek i trzymając dłoń na pokrywce, nalał Victory więcej herbaty.
    Nerwowo przełknęła ślinę. W tej samej chwili zrozumiała, że nie spodoba się jej pomysł pana Ikito. W Japonii nalewanie komuś herbaty miało różne znaczenie, a w tym konkretnym przypadku był to gest pojednania, ale też przygotowanie do niemiłych wiadomości.
    Pan Ikito podniósł swoją filiżankę i wypił trochę naparu. Spojrzał na Victory, jakby sugerując, że powinna zrobić to samo.
    Herbata była gorąca, Victory lekko poparzyła sobie usta, ale pan Ikito wydawał się usatysfakcjonowany jej potulnością. Wtedy drzwi rozsunęły się ponownie i stanęła w nich młoda Japonka w granatowym kostiumie.
    – A! Panna Matsuda! – wykrzyknął pan Ikito.
    – Dzień dobry, panie Ikito. – Młoda kobieta lekko skinęła głową. W jej głosie pobrzmiewał angielski akcent, i Victory domyśliła się, że Japonka studiowała w Anglii, najprawdopodobniej w Oksfordzie.
    – Panno Victory Ford – zaczął pan Ikito. – Oto pani nowa projektantka, pani Matsuda.
    Victory przeniosła spojrzenie z panny Matsudy na radośnie uśmiechniętego pana Ikito. Zrobiło się jej niedobrze, ale uprzejmie wyciągnęła rękę.
    – Uwielbiam pani stroje. – Panna Matsuda usadowiła się koło stolika. – Będę zaszczycona, mogąc z panią pracować.
    Jeszcze nie ustaliłyśmy, że będziemy wspólnie pracować, chciała powiedzieć Victory, jednak gardło kompletnie jej wyschło i nie mogła wydobyć z siebie głosu. Upiła łyk herbaty, usiłując odzyskać równowagę.
    – Panna Matsuda świetna projektantka. – Pan Ikito przenosił spojrzenie z jednej kobiety na drugą. – Rysuje nowe projekty jak projekty dawnej Victory Ford. Pani zatwierdza, naturalnie. Robimy dalej interesy, wszyscy szczęśliwi.
    Victory zakaszlała w dłoń, – Z pewnością panna Matsuda to świetna projektantka – powiedziała ostrożnie, nie chcąc od razu odrzucać propozycji. – Ale najpierw muszę zobaczyć jej projekty. Zanim cokolwiek zdecydujemy – dodała.
    – Zobaczy pani wszystkie projekty, co pani chce. – Pan Ikito szeroko rozłożył ręce. – Ona dobra, zobaczy pani. Wszystkich kopiuje. Lepiej robi Ralpha Laurena niż sam Ralph Lauren.
    Victory myślała tylko o tym, żeby się stąd wydostać. Była zła i urażona, ale pewnie chodziło tylko o jej ego, a w interesach czasem człowiek bywa w stanie przeżyć pomysły, które początkowo wydają mu się koszmarne. Trzeba dać sobie czas na przemyślenia i uporać się z początkową urazą. Teraz nie wolno jej było pochopnie zareagować i spowodować wyłomu, którego nie dałoby się naprawić.
    Wstała.
    – Bardzo dziękuję, panie Ikito, za to uprzejme rozwiązanie – powiedziała. – Teraz muszę się z kimś spotkać. Zadzwonię do pana po lunchu.
    To samo w sobie było ryzykowne, gdyż pan Ikito oczekiwał, że Victory zostanie tak długo, jak on uzna za konieczne. Zmarszczył brwi.
    – Nie podoba się rozwiązanie?
    – Och, tak, to bardzo dobre rozwiązanie – powiedziała, zmierzając do drzwi i kłaniając się raz po raz, jak marionetka. Pomyślała, że jeśli będzie się tak kłaniać, może pan Ikito nie zauważy jej rejterady. Albo przynajmniej nie uzna jej za zniewagę.
    – Musi pani zdecydować – oświadczył. – To bardzo dobra propozycja.
    – Tak, panie Ikito. Bardzo dobra. – Dotarła do drzwi i je otworzyła. Nadal w ukłonach, stanęła w progu.
    – Zegnam. – Panna Matsuda pomachała do niej.
    Faktycznie żegnam, pomyślała Victory z uśmiechem.
    Niestety, to najlepiej podsumowywało zaistniałą sytuację.
    Nie mogła dopuścić do tego, żeby jej nazwisko widniało na cudzych projektach. A może jednak?, pomyślała, wychodząc na zatłoczoną ulicę. Szła do hotelu w nadziei, że dzięki wysiłkowi fizycznemu zdoła się pozbyć dręczącej klaustrofobii. Jednak hałas, ruch uliczny i wysokie budynki wznoszące się chwiejnie w niewidzialne niebo sprawiły, że poczuła się jeszcze gorzej i w końcu złapała taksówkę. Drzwi się otworzyły, Victory opadła na tylne siedzenie.
    – Do hotelu Hyatt – powiedziała słabym głosem.
    W hotelowym pokoju było jeszcze gorzej. Takie pokoje w Tokio były niewiarygodnie małe i Victory zwykle rezerwowała niewielki apartament w Four Seasons, nie zważając na dodatkowe wydatki. Teraz jednak, w ramach kary, wzięła ciasny pokoik w Hyatcie, z twardym małżeńskim łożem (Japończycy całkiem inaczej rozumieli wygody), które ledwie mieściło się w tej klitce. Poszła do łazienki (znowu klitka wielkości nowojorskiego schowka), zmoczyła ręczniczek zimną wodą i przyłożyła go do twarzy. Ręczniczek był szorstki i w zasadzie nie wchłaniał wody. Victory oderwała go od twarzy, przyjrzała mu się i wybuchnęła płaczem.
    Zawsze tak było. Od początku kariery ciągle płakała, a potem wracała do pracy. Praca, płacz, praca, płacz, praca, płacz, pomyślała.
    Pociągając nosem, wróciła do pokoju i usiadła na twardym łóżku. Przyszło jej do głowy, że większość ludzi byłaby zaszokowana, gdyby wiedziała, jak często Victory zalewa się Izami, gdyż powszechnie sądzono, że jest wyluzowana, zabawna i niepoprawnie optymistyczna, że zawsze wierzy, iż wszystko się dobrze skończy i że nowe możliwości są na wyciągnięcie ręki. Nigdy nie płakała publicznie (choć asystentki widywały jej opuchniętą twarz, zawsze udawała, że nic się nie dzieje), ale jednocześnie nie narzucała sobie ograniczeń. Uwalnianie emocji było ważne – inaczej człowiek wpadał w jakieś uzależnienie…
    Położyła się na plecach, patrząc bezmyślnie w sufit, niewiele ponad dwa metry nad podłogą. Chętnie by do kogoś zadzwoniła – do Nico albo Wendy, albo jakiegoś chłopaka czy kochanka, chociaż chwilowo nie miała nikogo takiego – do kogokolwiek, kto zechciałby wysłuchać jej narzekań, powiedzieć, że jest cudowna, i sprawić, że poczułaby się lepiej. Nie miała jednak do kogo zadzwonić i zaczęła rozmyślać nad tym, jak poradzić sobie z tym samodzielnie. Zawsze sama radziła sobie ze wszystkim i jakoś dawała radę.
    Tego popołudnia nie zadzwoniła do pana Ikito. Poczekała do następnego ranka i wróciła do Los Angeles. Powiedziała panu Ikito, że potrzebuje kilku dni na przemyślenie jego rozwiązania, a potem przez cały czas odwlekała decyzję, koncentrując się na sytuacji w sklepach towarowych, które zakupiły wiosenną kolekcję, w Los Angeles, Dallas, Miami i Chicago. Wszędzie spotykała się z identyczną reakcją: wiosenna kolekcja była „interesująca". Ale na pewno zaprojektowała też inne ubrania, bardziej typowe, prawda? Nie, nie zaprojektowała. Jak zareagował wobec tego Nowy Jork? Czy Bergdorf kupił kolekcję?
    Jasne, że kupił, zapewniała wszystkich, podobnie jak Barney, ale nie wspomniała, że wzięli zaledwie po kilka sztuk. Najbardziej konserwatywnych. Byli, w kupieckim języku, „pełni nadziei". Jednak żadna nadzieja nie wchodziła w grę, jeśli mieli sprzedać te rzeczy na osiemdziesięcioprocentowej obniżce.
    Cholera, pomyślała, piorunując wzrokiem telefon na kominku. Co się działo ze wszystkimi? Czego się tak bali? Nie interesowały jej opinie ludzi. Wiedziała, że nigdy nie zaprojektowała nic lepszego od tej wiosennej kolekcji. Była zupełnie inna, ale właśnie taka miała być, od samego początku, kiedy Victory zaczęła o niej myśleć jakiś rok wcześniej. Nikomu by się do tego nie przyznała, ale momentami zdarzało się jej fantazjować, że ta kolekcja przeniesie ją na inny poziom i zapewni jej miejsce w historii mody. Chciała, by po jej śmierci ludzie mówili: „Była jedną z najwybitniejszych amerykańskich projektantek".
    No dobrze, mogła się bez tego obejść, ale nie oznaczało to, że nie powinna próbować. To był właśnie problem z sukcesem: kiedy się już go posmakuje, chce się coraz więcej. I nic nie może się równać z sukcesem w Nowym Jorku, z podziwem i lekką obawą ludzi. Sukces daje pewność i bezpieczeństwo. Porażka zaś…
    Pokręciła głową. Nie będzie o tym myśleć. Nikt nie przyjeżdżał do Nowego Jorku, żeby ponieść klęskę. Przyjeżdżano po sukces. Wiele razy wcześniej była na krawędzi porażki i wiele razy strach motywował ją do większych starań. W przeszłości jednak nie było to aż tak istotne: nie miała wiele do stracenia. Teraz jednak musiała wziąć się w garść. Nie mogła panikować. Powinna zachować spokój i działać jak gdyby nigdy nic, jakby nie była urażona, jakby wszystko miało się ułożyć…
    Musiała zadzwonić do pana Ikito. Co jednak powinna mu powiedzieć?
    Wykluczone, żeby poprawia! ją ktoś w rodzaju hollywoodzkiego scenarzysty. Nie pisała się na to, a gdyby kiedykolwiek wydało się, że nie ona zaprojektowała japońską kolekcję, zniszczyłoby to wiarygodność, na którą tak ciężko pracowała. Tej granicy nie mogła przekroczyć. To był punkt honoru, a w świecie, gdzie w żadnej branży nie pozostało zbyt wiele honoru, należało bronić tych nielicznych wartości, które się uchowały.
    Utrata zagranicznych dochodów poważnie zmieni firmę, ale Victory uznała, że jakoś to przełknie. Trafi się coś innego. Albo pan Ikito weźmie jej kolekcję, albo nic z tego nie będzie, i to właśnie powinna mu była powiedzieć już na początku.
    Podniosła słuchawkę, żeby do niego zadzwonić, i w tym samym momencie spojrzała na statuetkę Perry Ellis Award, nagrodę Stowarzyszenia Amerykańskich Projektantów, prezentującą się dumnie na samym środku półki nad kominkiem. To kazało się jej zastanowić. Przekleństwo, pomyślała ze złością. Klątwa, która ją w końcu dopadła. Perry Ellis Award była najbardziej pożądaną nagrodą w branży, przyznawano ją co dwa lata obiecującym projektantom, na cześć Perry'ego Ellisa, który zmarł na AIDS pod koniec lat osiemdziesiątych. Przyznanie nagrody świadczyło o sukcesie młodego projektanta, katapultowało go w światła reflektorów, ale plotka niosła, że istniała też ciemna strona wyróżnienia. Kilkoro zdobywców nagrody odeszło z biznesu. Jako jedna z nielicznych kobiet, które ją otrzymały, Victory żartowała często, że dzięki swojej pici przezwycięży klątwę. Może jednak się myliła? Nagle ujrzała, jak jej wysiłki obracają się wniwecz. Znalazła się na równi pochyłej, a jej następne dwa sezony spotkają się z taką samą reakcją jak wiosenna kolekcja, ludzie przestaną kupować jej ubrania, za półtora roku zbankrutuje, trafi na ulicę, będzie musiała wrócić na prowincję, sama, nieudolna czterdziestotrzylatka…
    Telefon w jej dłoni nagle zadzwonił i podskoczyła, pośpiesznie wciskając guzik. Kobiecy głos po drugiej stronie linii był nieznany.
    – Victory Ford?
    – Przy telefonie – odparła ostrożnie Victory, myśląc, że to pewnie akwizytorka.
    – Mówi Ellen z biura Lyne'a Bennetta. – Kobieta umilkła, jakby czekała, aż Victory przetrawi informację, że dzwoni do niej wielki miliarder Lyne Bennett. Victory omal nie wybuchnęla śmiechem. Zastanawiała się, czego na litość boską może od niej chcieć Lyne Bennett. – Wiem, że to trochę nieoczekiwane, ale pan Bennett był ciekaw, czy spotka się z nim pani na drinku, w przyszły czwartek o osiemnastej.
    Tym razem Victory naprawdę się roześmiała. Co za mężczyzna zatrudniał sekretarkę do umawiania mu partnerek na randki? Nie mogła jednak wyciągać pochopnych wniosków. Pewnie wcale nie chodziło o randkę – przez te lata spotkała się parę razy z Lyne'em Bennettem i nie zwracał na nią żadnej uwagi.
    – Mogę zapytać, po co?
    Ellen wydawała się zakłopotana i Victory natychmiast zaczęła jej współczuć. Ale praca.
    – Myślę… myślę, że chciałby panią poznać. Wiem tylko, że kazał mi do pani zadzwonić i spytać, czy się pani zgodzi.
    Victory zastanawiała się przez chwilę. Bogacze w rodzaju Lyne'a Bennetta nigdy jej specjalnie nie interesowali, ale z drugiej strony i ona nie należała do kobiet, które ich pociągają. Była zbyt niezależna i otwarta, żeby skakać wokół bogacza, i nigdy nie wierzyła, że jego pieniądze są rozwiązaniem damskich problemów. Jednak skoro Lyne Bennett postanowił ją poznać, może różnił się od reszty. Zważywszy na jej obecną sytuację, nie zaszkodziło przynajmniej potraktować go przyjaźnie.
    – Bardzo chętnie się z nim spotkam, ale w przyszły czwartek idę na wernisaż biennale w Whitney – powiedziała. – Nie wiem, czy Lyne Bennett lubi sztukę…
    – Uwielbia. – W głosie Ellen brzmiała ulga. – Ma jedną z najważniejszych kolekcji na świecie…
    Victory uśmiechnęła się do siebie. Co ona sobie myślała? Naturalnie, że Lyne Bennett „uwielbiał" sztukę. W końcu był miliarderem. A pierwsze, co robią faceci po dojściu do wielkich pieniędzy (poza umawianiem się z supermodelką, rzecz jasna), to szlifują swoje ostre kanty sztuką i kulturą.
    Victory odłożyła słuchawkę. Nagle humor się jej poprawił. Uznała telefon od Lyne'a Bennetta za znak, że coś się zmieni. Zdarzy się coś nowego i interesującego, czuła to przez skórę. Spojrzała bez strachu na telefon i zadzwoniła do Japonii.

Rozdział 3

    Victory rozłożyła serwetkę i z ulgą rozejrzała się po restauracji.
    Mimo fiaska nowej kolekcji cieszyła się, że mieszka w Nowym Jorku, gdzie kobieta nie musi udawać nikogo innego. Gdzie może być bezpośrednia i oznajmić: „Chcę tego!", i nikt nie traktuje jej jak antychrysta, który gwałci jakąś nienaruszalną zasadę dotyczącą zachowania kobiet.
    Inaczej niż w Japonii, pomyślała ze złością.
    – Panno Victory! Pani nie może odmawiać mojej propozycji! – upierał się pan Ikito, kiedy do niego zadzwoniła. – Pani kobieta. Słucha, co mówi mężczyzna. Mężczyzna wie lepiej.
    W końcu musiała się poddać i zgodzić na przemyślenie swojej decyzji do następnego dnia. Co było naprawdę denerwujące.
    – Skarbie, zmuś sklepy, żeby przyjęły twoje rzeczy – powiedział jej przyjaciel David Brumley, kiedy zadzwonił do Victory, by pocieszać ją po fatalnych recenzjach. – Nie daj się rozstawiać po kątach. To ty masz dyktować warunki. Jezu.
    Łatwo mu było mówić. Sam był słynnym projektantem, ale także mężczyzną i gejem. I słynął z wybuchowości. Ludzie się bali Davida. A wyglądało na to, że absolutnie nikt nie boi się Victory Ford…
    No dobra, nie zamierzała o tym myśleć. Nie teraz, podczas lunchu z najlepszymi przyjaciółkami w Michael's. Mimo wszystkich wzlotów i upadków Victory nigdy nie zmęczyło życie w Nowym Jorku i nadal ekscytowała się lunchem w Michael's. Restauracja była absurdalnie droga i równie koteryjna jak stołówka w szkole średniej, ale dzień, kiedy człowiek przestaje doceniać niemądre drobiazgi, jest dniem, w którym zmienia się w zasuszonego dupka. I nikt nie odbiera jego telefonów.
    Pojawiła się pierwsza i skorzystała z okazji, by zlustrować otoczenie. Michael's było kosztowną restauracją dla tych, którzy pociągali za sznurki w mieście. Część z nich tak się uzależniła od przebywania w centrum uwagi, że jadała tu codziennie, jakby był to ekskluzywny country club. Jeśli chciało się przypomnieć ludziom o swoim istnieniu, należało zjeść lunch w Michael's – krążyły plotki, że rubryki towarzyskie płacą kelnerom za donoszenie, kto z kim jadł i o czym rozmawiał. Gorące stoliki naprawdę miały numerację od jednego do dziesięciu, a ją zapewne dlatego, że jadła w towarzystwie Nico O'Neilly i Wendy Healy (Victory była zbyt skromna, by dołączyć swoje nazwisko do listy ważnych osobistości), posadzono przy stoliku numer dwa.
    Parę metrów dalej, lekko na uboczu znajdował się stolik numer jeden, najbardziej pożądany w restauracji. Nie tylko uważano go za „stolik władzy", ale również za najbardziej dyskretny, gdyż stal tak daleko od innych, że nie dawało się nic podsłuchać. Przy nimi siedziały trzy kobiety, które w myślach nazywała Królowymi Matkami. Starsze, mądrzejsze i co jakiś czas wpadające w dziką histerię, zrobiły niesłychaną karierę i przez te wszystkie lata bardzo wiele osiągnęły w mieście. Krążyły pogłoski, że sekretnie rządzą Nowym Jorkiem. Nie tylko osiągnęły na swoim polu wszystko, co można było osiągnąć, ale przez ponad czterdzieści lat życia w mieście nawiązały bliskie stosunki z wpływowymi ludźmi. I faktycznie, jedna z nich, Susan Arrow powiedziała przed laty: „Każdy był kiedyś nikim, nawet burmistrz".
    Susan Arrow zapewne zbliżała się do siedemdziesiątki, ale odgadnięcie jej wieku było niemal niemożliwe. Coś się działo z kobietami sukcesu w chwili, gdy kończyły czterdziestkę – najwyraźniej czas się dla nich cofał i wyglądały lepiej i młodziej niż koło trzydziestki. Pewnie, że wstrzykiwano im botoks i wypełniacze, robiły lifting oczu, czasem nawet całej twarzy, ale to było coś głębszego niż tylko efekt działania skalpela chirurga. Dzięki sukcesowi i poczuciu spełnienia te kobiety promieniały, biła od nich życiowa energia. Susan Arrow pokonała raka, zrobiła sobie dwa liftingi i najprawdopodobniej silikonowy biust, ale co z tego? Wciąż była seksowna, ubrana w kaszmirowy sweter ecru z dekoltem w szpic (odsłaniającym nieco osobliwie młody dekolt) i spodnie z kremowej wełny. Victory i Nico zawsze powtarzały, że chciałyby w jej wieku wyglądać choć w połowie tak dobrze.
    Susan była założycielką i prezeską znanej firmy public relations, ADL. Towarzyszyła jej Carla Andrews, słynna dziennikarka popularnych telewizyjnych wiadomości, oraz najmłodsza z całej trójki Muffie Williams, która jeszcze nie skończyła sześćdziesiątki. Muffie była prezeską amerykańskiej filii B et C, korporacji z branży towarów luksusowych, i najbardziej wpływową kobietą w branży amerykańskiej mody. Wygląd Muffie jednak mocno kontrastował z dziecinnym imieniem, typowym dla jej kręgów. Pochodziła z republikańskiej anglosaskiej elity (z rodziny bostońskich patrycjuszy), ale wyglądała bardzo francusko i niedostępnie. Ciemne włosy miała gładko ściągnięte w niewielki koczek i zawsze nosiła barwione na niebiesko okulary od Cartiera, w oprawkach z najprawdopodobniej osiemnastokaratowego złota. Była bezlitosną kobietą interesu, nie cierpiała idiotów, mogła uczynić projektanta sławnym albo zrujnować mu karierę.
    Serce Victory mocniej zabiło, kiedy weszła do Michael's i ujrzała Muffie – nie tyle ze strachu, ile z podziwu. Dla niej Muffie była odpowiednikiem Micka Jaggera. Miała nieskazitelny gust i niemal niemożliwe do spełnienia wymagania. Dobre słowo Muffie znaczyło dla Victory ogromnie wiele, i choć niektórzy mogli uznać to za dziecinadę, wciąż wspominała jej rozmaite komentarze. Po pierwszym wielkim pokazie Victory w namiotach, sześć lat wcześniej, Muffie przyszła za kulisy, władczo poklepała ją po ramieniu i szepnęła swoim niespokojnym akcentem ze wschodniego wybrzeża:
    – Bardzo dobrze, moja droga. Bardzo dobrze. Masz po-ten-cjał.
    W innych okolicznościach Victory podeszłaby do stolika, żeby się przywitać, ale domyślała się, że reakcja Muffie na pokaz przypomina reakcję krytyków. Choć Muffie nie wspomniałaby o tym ani słowem, jej milczenie byłoby wymowne. Czasem lepiej było nie ładować się w potencjalnie niezręczne sytuacje. Kiedy Muffie podchwyciła jej spojrzenie, Victory postanowiła ograniczyć powitanie do neutralnego skinienia.
    Teraz jednak Muffie nagle uniosła wzrok i dostrzegła, że Victory uśmiecha się z zakłopotaniem. Muffie nie wyglądała na urażoną. Wstała, odłożyła serwetkę na swoje miejsce i ruszyła ku Victory.
    Jezu, pomyślała zdenerwowana Victory. Nie przyszło jej do głowy, że pokaz wypadł aż tak źle, żeby Muffie postanowiła osobiście jej to zakomunikować. Po dwóch sekundach Muffie stała nad nią, cienka jak patyk i odziana w zdobiony cekinami tweed.
    – Skarbie, miałam do ciebie dzwonić – wyszeptała.
    Victory popatrzyła na nią ze zdumieniem. Dotychczas Muffie nigdy nie zaszczyciła jej telefonem. Zanim jednak zdołała cokolwiek wykrztusić, Muffie dodała:
    – Musisz wiedzieć, że twój pokaz był wspaniały. Krytycy nie mają pojęcia, jakie bzdury wygadują. Mylą się równie często, jak mają rację. Tylko tak dalej, moja droga, a może w końcu świat cię dogoni.
    Po tym oświadczeniu Muffie poklepała Victory po ramieniu, dwa razy (jak królowa pasująca dworzanina na rycerza, pomyślała Victory) i powróciła do stolika.
    Przez chwilę Victory siedziała zaszokowana, delektując się tym nieoczekiwanym komplementem, i nagle poczuła, że lada chwila eksploduje ze szczęścia. Takie momenty były rzadkie i niezależnie od tego, co miało ją czekać w przyszłości, wiedziała, że będzie szczyciła się słowami Muffie niczym cennym rodzinnym klejnotem, który będzie odkurzała, by podziwiać w chwilach zwątpienia.
    Przy drzwiach zapanowało lekkie zamieszanie i pojawiła się Nico O'Neilly. Minęła kierownika sali, jakby nie istniał, i zmierzała wprost do stolika. Na widok Victory jej twarz się rozpogodziła. Nico była zawsze opanowana, czasem lodowata, ale nigdy przy swoich przyjaciółkach.
    – Japonia? – zapytała, uścisnąwszy Victory.
    – Koszmar – westchnęła Victory. – Za to Muffie Williams właśnie oświadczyła, że mój pokaz był wspaniały. Przez następne trzy lata będę wszystkim o tym opowiadać.
    – Nie musisz, Vic. – Nico uśmiechnęła się do niej. – Jesteś genialna.
    – Och, Nic…
    – Poważnie. – Nico energicznie strzepnęła serwetkę. Odwróciła się do kelnera, który kręcił się obok, czekając na moment, w którym będzie mógł podać menu. – Wodę. Gazowaną. Poproszę.
    Victory popatrzyła na nią z czułością. Jej związek z przyjaciółkami był bezcenny, bo tylko przy nich mogła sobie pozwolić na bezbronność – poprosić o poklepanie po plecach, bez obaw, że uznają ją za beznadziejnie niepewną. Jednak związek z Nico był głębszy. Wiele lat wcześniej, kiedy Victory miała kiepski rok i brakowało jej pieniędzy na przygotowanie nowej kolekcji, Nico pożyczyła jej czterdzieści tysięcy dolarów. Victory nie prosiła o pożyczkę, nawet nie przyszłoby jej to do głowy. Jednak pewnego dnia Nico pojawiła się w jej pracowni niczym dobra wróżka.
    – Mam pieniądze, a ty ich potrzebujesz – powiedziała, wypisując czek. – I nie martw się spłatą długu. Wiem, że mi oddasz.
    Victory pomyślała, że w ludziach interesujące jest to, że nigdy się nie wie, co w sobie kryją. Zwłaszcza ludzie pokroju Nico O'Neilly. Kiedy ją poznała, nawet nie przyszło jej do głowy, że Nico kiedyś nauczy ją co to przyjaźń i że pod wyniosłą powłoką skrywa się wyjątkowo lojalna osoba. Victory zerknęła z rozbawieniem na twarz kelnera, gdy z wahaniem wręczał Nico menu. Szkoda, że nie wiedział, z jak niezwykłą kobietą ma do czynienia.
    – Nie trzeba. – Nico machnęła ręką. – Wiem, co zamówię.
    Ten komentarz był niewinny, ale kelner wyglądał tak, jakby mu przyłożyła. Jak większość mężczyzn, którzy mają do czynienia z kobietami odmawiającymi przestrzegania towarzyskich rytuałów, uznał zapewne, że Nico to suka.
    Nico na szczęście była odporna na opinie o sobie. Pochylona nad blatem, wydawała się niezwykle napięta. Spotkanie w Huckabees poszło nadspodziewanie dobrze, zwłaszcza że Peter Borsch niemal przez cały czas ignorował Mike'a Harnessa. Wtedy, podniecona triumfem, zrobiła coś, czego wcale nie miała zamiaru robić – zadzwoniła do Kirby'ego Atwooda i w sekrecie zaaranżowała spotkanie po lunchu.
    – Zrobiłam coś okropnego – oświadczyła z dumą, jakby wcale tak nie uważała. – Dziś rano byłam tak wściekła na Mike'a Harnessa…
    – Na pewno na to zasłużył…
    – Tak, ale to nie ma nic wspólnego z pracą. – Nico wyprostowała się i opuściła wzrok, poprawiając serwetkę na kolanach. – Uświadomiłam sobie, że zamknęłam się w wieży, jestem niedotykalna. I zrobiłam coś okropnego…
    Victory parsknęła śmiechem.
    – Skarbie, ty nigdy nie robisz nic okropnego. Na pewno nie w towarzystwie. Jesteś ideałem.
    – Wcale nie. A przynajmniej nie zawszę chcę nim być. No i… – Urwała i powiodła wzrokiem po restauracji, żeby się upewnić, że nikt nie podsłuchuje.
    W tej samej chwili zauważyła je Susan Arrow i wychyliła się od stolika.
    – Cześć, dziewczyny – zakrakała niczym stara wrona.
    Nico nagle znów zamieniła się w profesjonalistkę.
    – Skarbie, możemy porozmawiać o twoim kliencie, Tannerze Cole'u?
    Tanner Cole, gwiazdor filmowy, miał zdobić okładkę listopadowego numeru „Bonfire" i uparł się, że musi zaaprobować materiał fotograficzny. Zadowolenie go kosztowało aż trzy sesje zdjęciowe, a potem wystraszył jedną z asystentek, sugerując, że powinna mu zrobić laskę w toalecie.
    – Kochana, ten facet urodził się w oborze. Poważnie. Brak mu ogłady – oświadczyła Susan.
    – Komu? – spytała Carla Andrews podejrzliwie, przystawiając rękę do ucha. Carla siedziała po drugiej stronie stoli- ka i nie cierpiała, gdy coś ją omijało. Wiele osób podejrzewało, że był to jeden z powodów, dla których tak długo utrzymała się w branży, podczas gdy młodsze od niej wysyłano na zieloną trawkę.
    – Tannerowi Cole'owi. Gwieździe filmowej – powiedziała Muffie Williams z lekceważeniem. Mimo romansu mody z filmem, Muffie uparcie postrzegała aktorów na staroświecką modłę: uważała, że to przepłacane, rozpieszczone dzieci i tak właśnie należy się do nich odnosić.
    – Wiem, że to gwiazdor filmowy. – Carla rzuciła Muffie pogardliwe spojrzenie. – Przeprowadzałam z nim wywiady dziewięć razy. Robiłam to, gdy był jeszcze niemal dzieckiem.
    – Na pewno chcesz rozpowszechniać tę informację? – Muffie dotknęła ust serwetką.
    – Wszystko mi jedno. Niczego się nie boję – odparła Carla.
    – Victory? – Susan zignorowała je obie. – Czy Lyne Bennett do ciebie zadzwonił?
    A więc stąd miał mój numer, pomyślała Victory. Skinęła głową.
    – Tak, dziś rano.
    – Nie masz mi tego za złe? – spytała Susan. – Nigdy nie rozdaję cudzych numerów, ale Lyne męczył mnie od trzech tygodni. Od twojego pokazu. Powtarzałam mu, że muszę cię wcześniej poprosić o pozwolenie, ale on już taki jest, wpada w obsesję. Dzwonił pięć razy dziennie, upierał się, że musi się z tobą spotkać…
    Jezu, pomyślała Victory – teraz cała restauracja już wie, że Lyne Bennett chce umówić się z nią na randkę. Zresztą nie miało to znaczenia – w chwili gdy zobaczono by ich razem, i tak wszyscy by się dowiedzieli.
    – Ale przecież my się już spotkaliśmy. – Była zdumiona zachowaniem Lyne'a. – Co najmniej dziesięć razy.
    – Pewnie i ze sto – prychnęła Susan. – Ale Lyne zapewne nic nie pamięta. Ma umysł jak sito. Ze dwa lata temu widział na imprezie swojego pierwszego partnera w interesach i go nie rozpoznał.
    – Nie jest taki głupi. W końcu to miliarder – zauważyła Carla.
    – Tak czy siak jest nieszkodliwy – powiedziała Susan.
    – Misiaczek – dodała Carla. – Kobiety zawsze go wykorzystują. Zwłaszcza te bystre.
    – To mężczyzna. Nie ma bladego pojęcia, czego chce – wyszeptała Muffie.
    – Tak się składa, że to mój bardzo dobry przyjaciel – oświadczyła Susan sztywno. – Może i nie jest doskonały, ale kto jest? Zawsze sobie powtarzam, że choć mój mąż Walter doprowadza mnie do szału, ja jestem pewnie jeszcze gorsza…
    – Przyszła Wendy. – Nico patrzyła w stronę wejścia.
    – Cześć, przepraszam za spóźnienie. – Wendy stanęła przy stoliku. Miała zaparowane okulary i lekko ociekała wodą.
    – Skarbie, wyglądasz, jakbyś tu przyszła na piechotę – zakrakała Susan. – Czy w Splatch w ogóle o ciebie nie dbają?
    Wendy się skrzywiła. Rzeczywiście przyszła z pracy piechotą – jej asystent, Josh, poinformował ją od niechcenia, że nie zdołał zaklepać firmowego auta.
    – Mam faceta za asystenta – powiedziała w ramach wyjaśnień.
    – Ja też raz miałam asystenta – przypomniała sobie Victory. – Nosił różowe swetry z outletów i drzemał popołudniami. Na kanapie. Jak dziecko. Ciągle miałam poczucie, że powinnam go karmić mlekiem i herbatnikami.
    – Czy wszyscy mężczyźni w tym mieście powariowali? – mruknęła Wendy.
    – Skoro o wariatach mowa, widziałyście ostatnio Victora Matricka? – zapytała Susan swobodnie.
    – Mam się z nim widzieć dziś po południu – powiedziała Wendy.
    – Przekaż mu uściski ode mnie, dobrze, kochana? – Susan popatrzyła na nią.
    – Oczywiście.
    – Miłego lunchu. – Nico machnęła dłonią.
    – Nie wiedziałam, że Susan zna Victora Matricka – wyszeptała Wendy i usiadła.
    – Kiedyś z nim chodziła – wyjaśniła Victory. – Nadal jeżdżą razem na wakacje do St. Barts. Oczywiście z małżonkami.
    – Zawsze mnie zdumiewa, skąd ty wiesz to wszystko – mruknęła Nico.
    – Rozglądam się – odparła Victory. – W zeszłym roku wpadłam na nich w St. Barts.
    – Jak się zachowywał Victor? – chciała wiedzieć Wendy.
    – Dziwnie – odpowiedziała Victory. – W tylnej kieszeni spodni miał kij do golfa. A przecież w St. Barts nie ma żadnych pól golfowych.
    – Poważnie martwię się o Victora – wyznała Wendy. – Rano mu całkiem odbiło. Jeśli on poleci, mnie też wypieprzą.
    – Niczyja kariera nie może zależeć od drugiej osoby – oznajmiła Victory. – Powinna zależeć wyłącznie od ciebie.
    – Powinna. Ale ty masz szczęście, nie pracujesz dla korporacji.
    – I nigdy nie będę, właśnie z tego powodu – oświadczyła Victory. – Ale Parador mnóstwo zarabia. Wszyscy wiedzą, że to dzięki tobie.
    – To proste. – Wendy wzruszyła ramionami. – Muszę dostać Oscara, i już. Za Pielgrzyma w łachmanach. Albo Nico musi przejąć stanowisko Victora.
    – To mi zajmie co najmniej dwa lata – oznajmiła Nico, jakby mówiły o całkiem prawdopodobnej opcji. – Tymczasem nie martwiłabym się o Victora. – Dała znak kelnerowi. – Victora łatwo poskromić. Jeśli wiadomo, jak z nim postępować.
    – Tak? – spytał kelner z wahaniem.
    – Chcemy złożyć zamówienie.
    – Poproszę o stek wołowy, dobrze? – odezwała się Victory słodko. – Średnio wysmażony.
    – Proszę pstrąga – powiedziała Nico.
    – Ja zjem sałatkę nicejską. Bez ziemniaków – dodała Wendy.
    – Ziemniaki z boku? – spytał kelner.
    – Nie, nie z boku. Nawet nie na talerzu – wyjaśniła. – Szczerze mówiąc, byłoby idealnie, gdybyście usunęli ziemniaki z całej restauracji.
    Kelner patrzył na nią bezmyślnie.
    – Muszę trochę schudnąć – wyjaśniła przyjaciółkom. – Cycki mi wiszą aż do pępka. Patrzyłam na nie dziś rano i mało nie wyszłam z siebie. Nic dziwnego, że od pół roku Shane nie zainicjował seksu.
    – Jak tam Shane? – spytała Nico bez zainteresowania.
    – A bo ja wiem? – odparła Wendy. – Prawie go nie widuję. Ta jego restauracja to pewnie pieniądze wywalone w błoto, więc przez cały czas jest w paskudnym humorze. Ale nie przy dzieciach. Słowo daję, czasem myślę, że byłoby lepiej dla niego, gdyby urodził się kobietą. Tak czy owak, widujemy się tylko w łóżku. Wiem, że to strasznie zabrzmi, ale w sumie już mi nie zależy. Kiedyś skończę z pracą i będziemy mogli przez resztę życia spędzać wspólnie każdą minutę i grać sobie na nerwach.
    – Szczęściara – westchnęła Victory. – Shane jest uroczy. Ja mam szansę tylko na Lyne'a Bennetta. I zapewniam cię, że nie spędzimy razem reszty życia.
    – Nigdy nie wiadomo – odezwała się Nico z dziwnym, zdaniem Victory, rozmarzeniem. – Miłość może przyjść znienacka.
    – Ja nadal wierzę w prawdziwą miłość. – Wendy pokiwała głową. – Ale niekoniecznie do pięćdziesięciolatka, który nigdy nie był żonaty. No bo niby co jest grane?
    – Czy ja wiem – odparła Victory. – A ja tam nie wierzę w prawdziwą miłość. Moim zdaniem to bzdety.
    – Wszyscy wierzą w prawdziwą miłość – oświadczyła Wendy. – Muszą. No bo po co mielibyśmy żyć?
    – Dla pracy – zauważyła Victory. – Po to, by zdziałać coś w świecie. Plus dla konieczności jedzenia, ubrania się i posiadania dachu nad głową.
    – Ale to takie bezduszne – sprzeciwiła się Wendy. – Gdyby ludzie nie wierzyli w prawdziwą miłość, nikt nie chodziłby do kina.
    – To właśnie mam na myśli – powiedziała Victory. – Miłość to koncepcja marketingowa. Stworzona, by sprzedać produkt.
    – Nie słuchaj jej. – Nico spojrzała na Victory z czułością. – Specjalnie się wykłóca.
    – Przecież wiem – powiedziała Wendy. – Pewnego dnia się zakocha…
    – Jestem na to za stara. – Victory westchnęła. – Pogodziłam się już z tym, że przez resztę życia, czy też może przez najbliższych dziesięć lat, bo potem faceci nie zechcą się ze mną spotykać, będę zdana na zimne, cywilizowane związki z mężczyznami. Takie, w których nikt nie podnosi głosu, ale i tak naprawdę nie zależy mu na tej drugiej osobie.
    Nico zaczęła się zastanawiać, czy to prawda. Czy można być za starą na miłość i pożądanie? Poczuła niepokój i postanowiła zmienić temat. Dotąd wydawało się jej, że już wieki temu porzuciła myśl o romantycznej miłości.
    – Tak czy owak, nie mam pojęcia, po co Lyne Bennett chciałby się ze mną spotkać – ciągnęła Victory. – Nie jestem w jego typie.
    Nico i Wendy wymieniły spojrzenia. Wendy westchnęła.
    – Vic, jesteś w typie wszystkich, naprawdę o tym nie wiesz? Jesteś piękna, bystra, zabawna…
    – I mam wszystko inne, o czym mówią sobie kobiety, kiedy nie mogą znaleźć mężczyzny – przerwała jej Victory. – To takie głupie. Mężczyźni zawsze rozczarowują. Nie może być inaczej, skoro wiążemy z nimi tyle oczekiwań. W końcu uświadamiasz sobie, że lepiej byś zrobiła, poświęciwszy ten czas na pracę. Przykro mi, ale nic nie daje większej satysfakcji niż dzieło własnych rąk i umysłu… Tego nikt ci nie może zabrać, niezależnie od okoliczności. – Pomyślała o swojej rozmowie z panem Ikito.
    – Nadal uwielbiam przytulać się do Shane'a. – Wendy pomyślała ze smutkiem, że dawno tego nie robiła. – Wciąż go kocham. To ojciec moich dzieci. My je stworzyliśmy. Ta więź jest bardzo mocna.
    – Czy ty też czujesz to do Seymoura? – Victory spojrzała na Nico.
    Na dźwięk imienia męża Nico nagle poczuła wyrzuty sumienia z powodu tego, co zamierzała mu zrobić. Powiedzieć im o Kirbym? Planowała zwierzyć się Victory, ale zmieniła zdanie. W zasadzie nie było o czym mówić, a Victory byłaby przerażona. Z pewnością by się nią rozczarowała. Victory nigdy nie wyszła za mąż i jak większość ludzi, których ominęło to doświadczenie, miała skłonność do idealizacji instytucji małżeństwa i bardzo zasadnicze wyobrażenie o tym, jak powinni zachowywać się małżonkowie. Nico nie miała jej tego za złe, ale Victory by się na nią wściekła, a Nico nie wiedziałaby, co zrobić. Poza tym nie mogła robić z przyjaciółek swoich wspólniczek.
    Musiała zmienić temat.
    – Co do Victora – odezwała się. – Jest zdolny do wszystkiego. Ale nie sądzę, żeby to on stanowił problem. Raczej Mike Harness.
    I opowiedziała im o tym, jak usiłował przypisać sobie zasługę w sprawie spotkania w Huckabees.
    – Z powrotem do Splatch-Verner? – spytał kierowca.
    – Nie, właściwie nie. Jeszcze nie – odparła Nico. – Muszę gdzieś wpaść. Zęby odebrać coś dla córki.
    Podała tę informację zwyczajowo wyniosłym tonem, ale natychmiast uświadomiła sobie, że to głupia wymówka. Szukając w torebce adresu, pomyślała, że odebranie czegoś dla córki nie zajęłoby więcej niż parę minut. A może kilka minut wystarczy? Może w chwili, w której ujrzy Kirby'ego Atwooda, uświadomi sobie, że to wszystko błąd, i wyjdzie?
    – Chodźmy na spacer do parku – powiedział Kirby radośnie, kiedy rano zadzwoniła do niego z biura. – Park leży obok mojego mieszkania. Uwielbiam go, a ty? Nawet kupię ci hot doga, piękna damo.
    – Kirby – szepnęła cierpliwie. – Nie mogą mnie zobaczyć w Central Parku w twoim towarzystwie.
    – Dlaczego?
    – Bo jestem mężatką, zapomniałeś?
    – To nie możesz spacerować po parku z przyjacielem?
    – Spotkajmy się w twoim mieszkaniu. – Nico doszła do wniosku, że to Kirby powinien był na to wpaść, chyba że tak naprawdę nie interesował go seks z nią.
    – Uch – powiedział. – Sam powinienem był o tym pomyśleć, prawda?
    To, że Kirby zrozumiał swój błąd, natchnęło ją nadzieją. Znalazła skrawek papieru, na którym zapisała jego adres (i który zamierzała wyrzucić po spotkaniu), i popatrzyła na niego. Mieszkanie Kirby'ego wcale nie leżało obok parku, tylko znacznie dalej na wschód, na rogu Siedemdziesiątej Dziewiątej Ulicy i Drugiej Alei. Ale pewnie pięć długich przecznic nie stanowi żadnej przeszkody dla młodego mężczyzny.
    – Jadę na Wschodnią Siedemdziesiątą Dziewiątą, pod numer trzysta dwa – powiedziała kierowcy.
    Boże, co ona wyprawiała?
    Włączyła komórkę. Nie mogła zbyt długo nie mieć kontaktu z biurem. Zadzwoniła do swojej asystentki Mirandy, żeby sprawdzić wiadomości. Czy powinna wcisnąć jej ten sam kit co szoferowi? Lepiej mówić ogólnikami.
    – Muszę gdzieś wpaść – powiedziała, patrząc na zegarek. Jeśli ona i Kirby faktycznie to zrobią, ile to potrwa? Piętnaście minut? Ale będzie musiała trochę z nim pogadać, przed i po. – Wrócę do biura koło trzeciej – oświadczyła. – Może o wpół do czwartej, zależy od korków.
    – Nie ma problemu – odparła Miranda. – O czwartej masz spotkanie. Tylko daj znać, gdybyś się spóźniała.
    Bogu dzięki, Miranda była bystra. Wystarczająco inteligentna, by nie zadawać zbędnych pytań. Rozumiała, że należy wiedzieć tylko to, co konieczne.
    Nico oddzwoniła do dwóch osób, a potem auto utknęło w korku na Pięćdziesiątej Dziewiątej. Dlaczego kierowca nie pojechał przez park? No tak, w porze lunchu park był zamknięty. Co za kretyński, niewygodny przepis. Odkąd postanowiła zadzwonić do Kirby'ego, nie miała już odwrotu i wciąż dopadały ją te dziwne uczucia: jednocześnie nie mogła się doczekać spotkania i się go obawiała. Całkiem jakby znowu była osiemnastolatką i wybierała się na pierwszą randkę. Lekko kręciło się jej w głowie.
    Pomyślała, że powinna zadzwonić do Seymoura. Nie chciała, żeby to on zadzwonił, kiedy ona dotrze do Kirby'ego i będzie musiała kłamać.
    – Hop – powiedział Seymour po podniesieniu słuchawki w ich domu. Odkąd dwa lata temu postanowił zająć się hodowlą psów, zaczął posługiwać się dziwnymi manieryzmami. Jednym z nich było takie telefoniczne powitanie.
    – Cześć – powiedziała Nico.
    – O co chodzi? Jestem zajęty.
    Nico wiedziała, że to nie nieuprzejmość. Taki był i nic się nie zmienił, odkąd piętnaście lat wcześniej poznała go na przyjęciu i przekonał ją, żeby wyszła razem z nim do baru, a potem spytał, kiedy się do niego wprowadzi. Seymour był zajęty sobą, swoimi myślami i sprawami; niezmiennie uważał się za fascynującą osobę i to mu wystarczało. Nico przypuszczała, że wszyscy inni mężczyźni też tak mają.
    – Czym? – zapytała.
    – Wykładem. Dla podkomisji senatu. Ściśle tajne.
    Nico pokiwała głową. Seymour był geniuszem i niedawno zaczął doradzać rządowi w sprawach związanych z internetowym terroryzmem. Seymour w ogóle miał dość skryty charakter, więc to nowe wyzwanie mu odpowiadało. Oficjalnie wykładał nauki polityczne na Uniwersytecie Columbia, raz w tygodniu, ale wcześniej był wpływowym dyrektorem w branży reklamowej. Obecnie nikt nie kwestionował jego kompetencji ani opinii i Seymour miał dostęp do najwybitniejszych umysłów świata.
    – Do ciebie przychodzą po splendor i blichtr popkultury – powiedział jej kiedyś. – Do mnie na rozmowy.
    Nico pomyślała, że pewnie powinna to potraktować jak zniewagę, ale tak nie zrobiła. Właściwie się nie mylił. Oboje mieli swoje mocne i słabe strony i zaakceptowali wzajemne różnice, świadomi, że razem tworzą budzący respekt zespół. Dzięki temu funkcjonowało ich małżeństwo. Kiedy Nico zaczęła zarabiać wielkie pieniądze, postanowili wspólnie, że Seymour zrezygnuje z pracy i zajmie się tym, co lubi najbardziej, czyli obejmie profesurę na Columbii. Nico była zachwycona, że dzięki niej Seymour ma ważną, acz kiepsko opłacaną pracę. Chociaż, jak się czasem zastanawiała z drwiącym uśmiechem, Seymour mógł to wyreżyserować w dniu, w którym się poznali. Czy nie zachęcał jej i nie uczył, jak osiągnąć sukces i wspinać się po korporacyjnej drabinie, właśnie po to, żeby on mógł rzucić to w diabły?
    Naturalnie, okazała się bystrą i zdolną uczennicą. Seymour nie musiał jej nakłaniać do osiągnięcia sukcesu.
    – Nie masz czasu porozmawiać o przyjęciu? – zapytała teraz.
    Co dwa tygodnie urządzali w swoim domu jakieś przyjęcie – od skromnych kolacji dla tuzina gości, przez bufety dla pięćdziesięciu po cocktail party dla setki. Tak naprawdę przyjęcia były spotkaniami w interesach, urządzanymi po to, by Nico zachowała wysoką pozycję, tworzyła alianse i upewniała się, że wie wszystko, co się zdarzy, nim trafi to do gazet. Nico tak naprawdę nie lubiła przyjęć, ale wiedziała, że Seymour ma rację, i urządzała je, żeby sprawić mu przyjemność. Zresztą nie była to dla niej mordęga. Seymour dzwonił do firm organizujących przyjęcia, wybierał menu i zamawiał alkohol, chociaż w ich domu niewiele się piło. Seymour nie cierpiał pijaków. Nie znosił, kiedy ludzie tracili nad sobą kontrolę, a poza tym nalegał, żeby on i Nico kładli się do łóżka przed wpół do jedenastej.
    – Pogadamy o tym wieczorem – powiedział Seymour. – Wracasz dzisiaj?
    – Nie wiem – odparła. – Jest jakaś impreza dotycząca kampanii informacyjnej na temat raka.
    – Lepiej idź – poradził jej. – Przynajmniej się pokaż.
    Odłożył słuchawkę, a Nico nagle poczuła się bardzo zmęczona. Ostatnio właściwie nie miała żadnych rozrywek. Nie zawsze tak było. Na początku, kiedy robiła karierę, życie wydawało się zabawą. Każdy dzień pełen był dreszczyków, a ona i Seymour napawali się cudownym uczuciem, że walczą i zwyciężają. Problem polegał jednak na tym, że w pewnym momencie człowiek nie może już przestać. Nie może się zatrzymać. Musi iść przed siebie, bez wytchnienia, a nikt o tym nie uprzedzał.
    Przypuszczała jednak, że właśnie na tym polega życie. Niezależnie od osiągnięć, wciąż trzeba zaglądać w głąb siebie i sprawdzać, że nadal chce się próbować. A kiedy człowiek nie może dłużej w to brnąć, umiera.
    I wszyscy o nim zapominają.
    Naturalnie nie byłoby jej tu, gdyby o niej zapomnieli, więc czy tak naprawdę miało to jakiekolwiek znaczenie?
    Wyjrzała przez okno. W końcu jechali Trzecią Aleją, ale korki wciąż były nieznośne. Nie mogła myśleć o tych ponurych sprawach. Za kilka minut zobaczy Kirby'ego. Postrzegała go jako nieoczekiwaną premię w swoim życiu, dżokera w kolorowym ubranku, pięknie opakowany cukierek.
    – Mówiła pani, że na Wschodnią Siedemdziesiątą Dziewiątą trzysta dwa? – Głos kierowcy wdarł się w jej myśli.
    Kirby mieszkał w dużym wieżowcu z jasnobrązowej cegły, z podjazdem od strony Siedemdziesiątej Dziewiątej. To był typowy dla klasy średniej budynek, jednak podjazd, bardzo niewygodny, miał mu zapewne przydać klasy. Pod zadaszeniem znajdowały się dwie pary obrotowych drzwi oraz szklane drzwi automatyczne, podobne do tych na lotniskach. W środku znajdowała się duża recepcja, za ladą siedział portier z marsową miną.
    – Ja do Kirby'ego Atwooda – powiedziała Nico.
    – Co? – spytał portier, celowo nieuprzejmie.
    Nico westchnęła.
    – Do Kirby'ego Atwooda.
    Portier bez powodu spiorunował ją wzrokiem. Może miał jej za złe, że zmuszała go do wypełniania obowiązków. Przejrzał imponującej grubości folder, podniósł słuchawkę i wykręcił numer.
    – Jak nazwisko?
    Nico milczała, gdyż uświadomiła sobie, że nigdy dotąd tego nie robiła i nie wie, jak się zachować. Powinna podać prawdziwe dane i narazić się na ewentualną dekonspirację? Jeśli jednak poda fałszywe imię, Kirby prawdopodobnie nie załapie i sytuacja będzie jeszcze bardziej niezręczna.
    – Nico – wyszeptała. – Co? Nicole?
    – Zgadza się.
    – Jakaś Nicole do pana – powiedział portier do słuchawki. Popatrzył na nią podejrzliwie i dodał: – Proszę na górę. Dwadzieścia pięć G. Po wyjściu z windy trzeba skręcić na prawo.
    Budynek numer trzysta dwa na Wschodniej Siedemdziesiątej Dziewiątej był olbrzymi, maleńkie mieszkania tłoczyły się jedno nad drugim. Było tu trzydzieści osiem poziomów, na każdym znajdowało się dwadzieścia sześć mieszkań, oznaczonych literami alfabetu. Razem było tu dziewięćset osiemdziesiąt osiem mieszkań. Nico i Seymour po ślubie też mieszkali w takim budynku. Szybko się z niego wynieśli.
    Usłyszała szczęk otwieranych drzwi, dźwięk rozniósł się echem po wąskim korytarzu. Nico oczekiwała, że piękna głowa Kirby'ego wyłoni się ze środka, ale zobaczyła, że biegnie ku niej gigantyczny pies i podskakuje radośnie w nadziei na towarzystwo, a może cieszy się, że zdołał uciec z ciasnej klatki. Bestia ważyła chyba z pięćdziesiąt kilogramów, a jej brązowe futro i smukła sylwetka świadczyły, że jest krzyżówką charta z dogiem.
    Nico znieruchomiała, gotowa złapać psa oburącz za kark, gdyby usiłował na nią wskoczyć, ale zanim do niej dotarł, w korytarzu pojawił się Kirby i powiedział surowo:
    – Szczeniak! Siad!
    Pies natychmiast znieruchomiał i usiadł, dysząc zadowolony.
    – To Szczeniak. – Kirby szedł ku niej z pewnym siebie uśmiechem.
    Miał na sobie granatową koszulę, zapiętą na jeden guzik, jakby właśnie narzucił ją na siebie, i demonstrował kaloryfer na brzuchu. Nico była pod wrażeniem sylwetki Kirby'ego, ale jeszcze bardziej zaimponował jej jego stosunek do zwierzęcia. Trzeba było dysponować szczególnym typem cierpliwości i autorytetu, żeby tak doskonale wytresować wielkiego psa.
    – Jak leci, piękna damo? – spytał Kirby od niechcenia, jakby to było całkiem normalne, że starsza kobieta w środku dnia przychodzi do jego mieszkania na seks. Nico nagle poczuła się zakłopotana. Jak się miała zachować? Jakiego zachowania oczekiwał Kirby? Co o niej myślał – i o nich? Nie mając żadnego punktu odniesienia, liczyła na to, że traktuje ją i siebie jak Richarda Gere i Lauren Hutton w Amerykańskim żigolo. Może jeśli zaczęłaby udawać Lauren Hutton, zdołałaby przez to przebrnąć.
    I o co mu chodziło z tą „piękną damą"?
    – Przepraszam, że zachowałem się tak głupio co do twojej wizyty. – Kirby ruszył korytarzem. Odwrócił się i uśmiechnął się do niej z tak słodką skruchą, że zmiękło jej serce. – Naprawdę chciałem, żebyś obejrzała moje mieszkanie, wiesz? Odkąd cię zobaczyłem. Sam nie wiem, po prostu pomyślałem: chciałbym znać jej opinię o moim mieszkaniu. Dziwne, nie? Jak można się zastanawiać, co myśli ktoś dopiero poznany? Bo ja myślę o przeprowadzce. W centrum jest bardziej stylowo, ale dopiero co skończyłem odnawiać mieszkanie, i chyba głupio znowu zawracać sobie głowę przeprowadzką, nie?
    Patrzyła na niego bezmyślnie. Jak miała zareagować? Ona i Seymour mieszkali w centrum, w dużym domu w West Village, na ulicy Sullivana. Pewnie okolicę uważano za „stylową", ale tak naprawdę przeprowadzili się tam, bo było cicho, sympatycznie i niedaleko do szkoły Katriny. Pewnie powinna mu współczuć remontu. Remont jej domu trwał rok, ale Nico właściwie nie miała z nim nic wspólnego. Seymour zajął się wszystkim. Przez trzy dni mieszkali w Mark Hotel, a w tym czasie przyszli ludzie od przeprowadzek i dekorator wnętrz nadawał domowi ostatnie szlify. Potem ktoś wręczył Nico pęk kluczy i pewnego dnia pojechała do nowego domu, a nie do hotelu. Była to kwestia wygody, ale teraz nagle uświadomiła sobie, że świadczy to o strasznym zblazowaniu i pewnie gdyby Kirby wiedział to wszystko, wyszłaby na zarozumialca. Uśmiechnęła się niepewnie.
    – Naprawdę nie wiem… Kirby – wymamrotała.
    – A ja wiem. – Kirby zamaszyście otworzył drzwi i przytrzymał je tak, żeby wchodząc do środka, otarła się o niego. Kiedy jej ciało musnęło jego tors, zarumieniła się. – Napijesz się wina czy wody? – spytał. – Pomyślałem sobie, że wyglądasz na miłośniczkę białego wina, więc wyszedłem i kupiłem butelkę.
    – Nie trzeba było, Kirby. – Czuła się jak skrępowana pensjonarka. – Nie powinnam pić w środku dnia.
    – Tak wiem. Jesteś bardzo zapracowana. – Kirby wszedł do kuchni, wąskiej klitki na prawo od drzwi wejściowych. Otworzył lodówkę i wyjął z niej butelkę wina. – Ale wiesz, musisz się odprężyć. Nie zawsze trzeba gnać sto pięćdziesiąt na godzinę. – Odwrócił się i uśmiechnął do niej.
    – Odpowiedziała mu uśmiechem. Nagle jego głowa wystrzeliła do przodu jak łeb węża. Znienacka pocałował Nico i przyciągnął ją jedną ręką, w drugiej ściskał butelkę. Wtuliła się w niego, myśląc, że ma usta jak miękki soczysty owoc – może papaja – podczas gdy jego ciało stanowi kuszący kontrast. Pocałunek zdawał się trwać kilka minut, choć w rzeczywistości zapewne nie zajął więcej niż trzydzieści sekund. Nagle poczuła się przytłoczona, jakby cierpiała na klaustrofobię i nie mogła oddychać. Położyła ręce na torsie Kirby'ego i go odepchnęła.
    Zrobił krok do tyłu i spojrzał na nią pytająco, usiłując zrozumieć jej reakcję.
    – Co nagle to po diable – powiedział i delikatnie dotknął jej policzka. Po chwili całkiem zmienił ton, niczym dziecko, które nagle odkryło nową zabawkę. – Napijmy się wina, co? – Postawił butelkę na ladzie, jakby przyjemnie zaskoczony, że wciąż trzyma ją w dłoni. Otworzył szafkę i wyjął z niej dwa kieliszki do wina. – Kupiłem je w Crate and Barrel. Byłaś tam kiedyś? Wszystko na wyprzedaży. Za te zapłaciłem po pięć dolarów, a są kryształowe. – Otworzył butelkę i rozlał wino do kieliszków. – Kiedyś byłem na jachcie jednego bogatego gościa – ciągnął z pytającym, młodzieńczym zaśpiewem. – I wszystkie kieliszki, a nawet szklanki do soku, były z kryształu. Uwielbiam Nowy Jork za to, że można tu tanio kupić naprawdę świetne rzeczy. Zauważyłaś? – Wręczył jej kieliszek, a ona skinęła głową, obserwując jego ruchy, niezdolna cokolwiek powiedzieć. Pożądanie odebrało jej mowę.
    Pies wcisnął się do kuchni i litościwie zwrócił na siebie ich uwagę. Nico poklepała stworzenie po głowie, po czym wsunęła mu dłoń pod pysk i go uniosła, żeby spojrzeć w oczy zwierzęcia. Patrzyło na nią potulnie.
    – To dobry pies – powiedziała. – Ma prawdziwe imię?
    Kirby wydawał się zmieszany.
    – Zanim go nazwałem, postanowiłem poczekać i sprawdzić, jaką będzie miał osobowość. No bo czasem od razu nadajesz psu imię, a potem uświadamiasz sobie, że nie pasuje, ale nic z tym nie zrobisz. Wiesz, że nie możesz zmienić psu imienia? Psy nie są bystre. Byłyby zdezorientowane – dodał. – Jak dzieci. Co by się stało, gdyby dzieciak miał pięć lat i ni z tego, ni z owego rodzice zmieniliby mu imię? Pewnie nawet by nie wiedział, jaką szkołę powinien ukończyć.
    Kirby patrzył na nią wyczekująco, więc Nico się roześmiała. Chyba sprawiło mu to przyjemność. Nie wiedziała wcześniej, czego oczekiwać, ale tego się nie spodziewała – tej naiwnej, uroczej, nieoczekiwanej… inteligencji? Może jednak nie inteligencji. W każdym razie Kirby miał w sobie coś znacznie bardziej interesującego, niż początkowo założyła.
    – Hej, zapomniałem – powiedział nieoczekiwanie. – Właśnie mi się przypomniało, że powinienem pokazać ci mieszkanie. Przecież tak cię tu zwabiłem, prawda? – zapytał. – Tyle że coś mnie rozproszyło. Piękna dama. – Popatrzył na nią znacząco, a Nico lekko się skrzywiła. Może nie był głupi, ale mógł wreszcie przestać używać tego słowa. Przez tę „damę" czuła się staro, jakby była jego matką czy coś.
    – Kirby, ja…
    Podszedł do niej i pocałował ją. Może każdą kobietę nazywa damą, pomyślała, kiedy ściągał jej bluzkę i kładł ręce na plecach, fachowo rozpinając stanik. W każdym razie nie traktował jej jak matki. Jego dłoń delikatnie objęła jej pierś. Wiedział, jak dotykać kobiet, a kiedy lekko zataczał palcem kręgi wokół sutka, poczuła, że ulega mu tak, jak nigdy nie uległa Seymourowi…
    Nagle spanikowaia i znów go odepchnęła, po czym odwróciła głowę. Co ona wyprawia? Seymour… Kirby… Za chwilc będzie bez ubrania, i co on sobie pomyśli o jej ciele? Pewnie przywykł do sypiania z dwudziestopięcioletnimi supermodelkami.
    Kirby zabrał rękę.
    – Wszystko w porządku? – spytał. – Bo nie musimy… no wiesz.
    – Ale ja chcę – wyszeptała. – Tylko… Popatrzył na nią ze zrozumieniem.
    – Pierwszy raz?
    Odpowiedziała mu pytającym spojrzeniem, niepewna, o czym mówi.
    – No wiesz? Pierwszy raz zdradzasz męża?
    W szoku otworzyła usta, a on wykorzystał to, by pocałować ją raz jeszcze.
    – Nic się nie przejmuj – wyszeptał. – W końcu dojdziesz do wniosku, że miałaś powody, nie?
    Objął ją w talii, uniósł, jakby była dzieckiem, i posadził na blacie. Naparł na nią, a ona się cofnęła, nie do końca chcąc ustąpić, zwłaszcza po uwadze na temat zdrady. Zastanawiała się, czy musiał przedstawić to tak obcesowo. Ale mówił prawdę. Zdradzała. Może to go podniecało.
    – Na wypadek, gdybyś się zastanawiała, wiedz, że masz świetne ciało. – Uniósł spódnicę Nico i wsunął dłonie między jej uda, aby je rozchylić. Stawiała opór, bo sprawiało jej przyjemność, iż Kirby pragnie jej tak bardzo, że musi się nad nią napracować. Wiedziała również, że jeśli będzie się opierała, później wmówi sobie, że nie mogła nic poradzić na to, do czego doszło – została pokonana. Nagle pozwoliła mu rozchylić sobie nogi, a on przesuwał dłońmi po wewnętrznej stronie ud Nico, jednocześnie obserwując jej twarz. Bogu dzięki za Seymoura, pomyślała, Bogu dzięki, że zmuszał ją, by codziennie o szóstej rano ćwiczyła przez pól godziny w ich domowej siłowni w piwnicy. Mówił że to ze względu na zdrowie, nie estetykę, że to zwiększa wytrzymałość i koncentrację. Nagle przyszło jej do głowy, że Seymour traktuje ją raczej jak konia wyścigowego niż ludzką istotę.
    – Potrzebne ci są? – Kirby pociągnął za pasek jej rajstop. Popatrzyła na niego w oszołomieniu. – Czy mogę je pociąć? Chciałbym rozciąć je nożyczkami, żeby dostać się do ciebie, ale może później byłoby to podejrzane, co? Gdybyś wróciła do domu bez rajstop…
    – W porządku – szepnęła i się położyła, żeby umożliwić mu ten zabieg. Pomyślała, że to całkiem do niej niepodobne, ale przecież nikt nigdy się nie dowie, co wyprawiała w kuchni Kirby'ego. Miała zapasową parę rajstop w małej garderobie obok łazienki w biurze. Nikt nawet nie zauważy, jeśli wróci do biura bez rajstop…
    Kirby wyjął nożyce kuchenne z naczynia w kwiaty, w którym znajdowały się rozmaite drewniane łyżki i szpatułki. Nie dość, że świetny w łóżku, to jeszcze gotuje, pomyślała. Kusząco pogłaskał jej brzuch i wewnętrzną stronę ud, po czym odciągnął rajstopy i boleśnie powoli zaczął je rozcinać. Gdy dotarł do wzgórka łonowego, odłożył nożyce i rozdarł je dłońmi do końca.
    Pomyślała, że zaraz umrze ze zniecierpliwienia.
    Potem delikatnie wsunął dłoń pod jej figi (dzięki Bogu ładne, błękitna koronka z La Perli) i zatoczył palcem koło na jej wargach sromowych. Nigdy nie lubiła mówić podczas seksu – w gruncie rzeczy wolała nie wydawać żadnego dźwięku – ale zaskoczyła samą siebie, kiedy z jej krtani wydobył się niski, gardłowy dźwięk. Było to troszkę żenujące i pomyślała, że zabrzmiało jak odgłos z pornosa, ale Kirby nie miał chyba nic przeciwko temu. Odciągnął krok majtek Nico na bok, po czym rozchylił jej wargi sromowe.
    O Boże, pomyślała. Boże, naprawdę dobrze się bawiła. Czy można było trafić lepiej? Uprawiała seks z pieprzonym modelem od bielizny Calvina Kleina.
    Skąd tyle szczęścia?
    Nagle dopadło ją poczucie winy. Gdyby Seymour próbował robić jej coś takiego, kazałaby mu spadać. Wciąż odpychała go od siebie, z latami coraz bardziej, także teraz rzadko kiedy cokolwiek jej proponował.
    – Masz piękną cipkę – powiedział Kirby i zaczął ją lizać, jednocześnie wpychając w nią palce. – Następnym razem będziesz na kolanach – wydyszał, przez co zapomniała o Seymourze i zaczęła wyobrażać sobie rozmaite pozycje z Kirbym. – Cholera, dłużej nie mogę czekać.
    Podniósł nożyce, po czym jednym ruchem rozciął jej majtki. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej prezerwatywę w folii, którą rozdarł zębami. Momentalnie rozpiął spodnie i wyciągnął twardy jak skała penis (no dobra, to banał, pomyślała, ale ten zwrot najlepiej go opisywał), nieco większy i dłuższy od przeciętnych. W każdym razie większy od penisa Seymoura…
    Fachowo naciągnął prezerwatywę, a ona niemal zachichotała jak podlotek. Prezerwatywy! Kompletnie o nich zapomniała. Przez ostatnich czternaście lat (dłużej, bo nie miała nikogo co najmniej przez pół roku, zanim poznała Seymoura) nigdy nie była z mężczyzną, który używałby prezerwatyw, gdyż spała tylko z jednym mężczyzną. A przez całe życie tylko z pięcioma, nie licząc Kirby'ego.
    – Nie masz nic przeciwko temu, prawda? – zapytał. – Tak będzie lepiej. Nie trzeba się przejmować. I jesteś taka wilgotna…
    Pokręciła głową, zastanawiając się, jak to będzie czuć go w sobie.
    Opadła na plecy z jękiem rozkoszy, uderzając głową o ścianę. Rozchylił szeroko jej nogi, tak że stopy Nico niemal dotknęły brzegów blatu. Była całkowicie bezbronna. To, że tak bardzo się otworzyła, samo w sobie było ekscytujące, bo nigdy się tak nie zachowywała… Nie przy Seymourze.
    Po czym wyrzuciła Seymoura z myśli. Nie zamierzała dopuścić do tego, żeby mąż popsuł jej tę chwilę rozkoszy.

    Już po wszystkim leżała na blacie bezwładnie jak szmaciana lalka.
    – Świetnie było, nie? – Kirby pomógł jej zejść z blatu. Nico obciągnęła spódnicę. Gdzieś w trakcie straciła nie tylko majtki i rajstopy, ale również czółenka. – Ale krzyczałaś, jak doszlaś.
    Nagle poczuła się zażenowana.
    – Naprawdę? – Znalazła jeden but w kącie. – Zwykle nie krzyczę.
    – Ale dziś krzyczałaś – oznajmił Kirby z braterską szczerością. – Nic się nie martw. Podobało mi się to. – Podał jej rozcięte majtki. – Będą ci potrzebne?
    – Nie sądzę. – Zastanawiała się, co jego zdaniem ma z nimi zrobić. Pospinać z boków agrafkami?
    – Przez resztę popołudnia będziesz chodziła z gołym tyłkiem. – Karby ujął jej twarz w dłonie. – Tak właśnie będę to sobie wyobrażał. I stanie mi za każdym razem, gdy o tym pomyślę.
    Zaśmiała się nerwowo. Nie przywykła do tego, by mężczyźni myśleli o niej jak o obiekcie seksualnym. Czy to oznaczało, że Kirby zechce ponownie się z nią spotkać?
    Miała taką nadzieję. Położyła rękę na jego ramieniu, gdy wkładała buty. Co teraz? Powinna wyjść? Popatrzyła na zegarek, było wpół do trzeciej. Gdyby wyszła natychmiast, zdążyłaby do biura na trzecią. Ale czy Kirby nie poczułby się urażony?
    – Teraz naprawdę cię oprowadzę po swoim mieszkaniu – oświadczył. – Wiesz, że wcale nie wyszliśmy z kuchni? Ale numer, co?
    Uniosła wzrok i popatrzyła na jego twarz. Naprawdę był piękny. Miał idealnie symetryczne rysy, ale chodziło nie tylko o to, także o młodość. Nóż chirurga ani igła dermatologa nie mogły przywrócić pewnych rzeczy, mianowicie jędrności skóry i sprężystości mięśni, zwłaszcza na szyi. Kirby miał gładką szyję, a skórę niczym masło. Samo patrzenie na jego szyję ją podniecało. Ta cała gadanina, że kobiet nie pociąga wygląd i młodość mężczyzny, była kompletnym kłamstwem…
    Nagle zaczęła się zastanawiać, czy robił to z wieloma kobietami. Ale przecież o to nie mogła go zapytać. Nie mogła okazać niepewności. Powinna brać przykład z niego.
    – Z przyjemnością obejrzę mieszkanie – powiedziała.
    Nie było duże, tylko sypialnia, salon i standardowa nowojorska łazienka, ale meble okazały się zdumiewająco ładne.
    – Mam osiemdziesięcioprocentową zniżkę u Laurena, więc jest nieźle. – Kirby usiadł na zamszowej kanapie, a ona zajęła miejsce obok niego. Na stole leżało jego portfolio. Sięgnęła po nie i automatycznie zaczęła kartkować. Były tam fotografie twarzy Kirby'ego reklamującego płyn po goleniu, Kirby na motorze dla firmy produkującej skórzane stroje, Kirby w Wenecji, w Paryżu, w kowbojskim kapeluszu gdzieś na zachodzie kraju, może w Montanie. Położył rękę na jej dłoni.
    – Przestań – powiedział.
    Popatrzyła na niego, żałując, że nie może zatonąć w jego oczach. Nie były do końca brązowe, lecz lekko złotawe. Chciała się do niego zbliżyć duchowo.
    – Dlaczego? – zapytała. Jej głos nie brzmiał normalnie. Zerknęła na stronę teczki (Kirby na koniu), i nie mogła uwierzyć w to, co przed chwilą robili. To było coś w rodzaju cudu. Kto by pomyślał, że w tym wieku wciąż może uprawiać taki seks z młodym i cudownym mężczyzną?
    – Nienawidzę tej roboty – powiedział Kirby. – Nienawidzę tego, jak mnie traktują. Jak przedmiot, wiesz? Mają w dupie człowieka.
    Jak by to było zakochać się w Kirbym Atwoodzie, zastanawiała się, patrząc na niego z pełnym współczucia przerażeniem. Na szczęście nie mógł usłyszeć jej myśli.
    – To okropne – oświadczyła. Uznała jego zgryzoty za niezwykle wzruszające. Nic nie daje więcej siły, niż odkrycie, że piękni są tak samo bezbronni jak wszyscy inni. – Ale jesteś w tym naprawdę dobry.
    – Jak to dobry? Nie ma w czym być dobrym. Celują do mnie z aparatu i każą mi wyglądać, jakbym był szczęśliwy. Albo silny. Albo coś tam. Czasem pokazuję im coś innego. – Żartobliwie trącił ją w ramię. – Usiłuję być zamyślony. Jakbym dumał.
    – Pokaż, jak to wygląda – powiedziała zachęcająco. Jezu, co ona wyprawia? Pora wracać do biura.
    – Tak?
    Kirby opuścił głowę, po czym ją uniósł, zapatrzony gdzieś w przestrzeń. Wytrzymał w tej pozie przez parę sekund. Wydawał się nieco roztargniony, ale poza tym jego mina nie wyrażała absolutnie nic. O rany, pomyślała Nico.
    – Widziałaś? – spytał niespokojnie. – Domyśliłaś się, że byłem zamyślony?
    Nie mogła być okrutna.
    – Tak. Świetnie ci wyszło, Kirby.
    – Jak sądzisz, o czym myślałem?
    – Uśmiechnęła się. Był taki dziecinny, uznała to za przyjemną odmianę.
    – Powiedz mi.
    – O seksie! – wykrzyknął, szczerząc zęby. – O seksie, który uprawialiśmy. No dobra, pewnie uważasz, że powinienem wydawać się bardzo szczęśliwy. Ale nabrałem cię, bo myślałem o tym, że bardzo chciałbym znowu się z tobą zobaczyć, a nie jestem pewien, czy ty zechcesz.
    – Och. – Nie wiedziała, co powiedzieć. Wciąż wytrącał ją z równowagi. Nigdy nie była dobra w deklaracjach emocjonalnych, zwłaszcza składanych mężczyznom. – Chcę się z tobą znowu zobaczyć. Ale, Kirby… – Popatrzyła na zegarek. – Naprawdę muszę już wracać do biura.
    – Tak, ja też lepiej już pójdę. Też muszę zająć się gównem, wiesz?
    Stali przez chwilę niezręcznie, po czym Kirby pochylił się i ją pocałował.
    – Fajnie było, nie? – spytał.
    – Świetnie – mruknęła. Żałowała, że nie może mu powiedzieć, jakie to było cudowne.
    – Szczeniak! – krzyknął i oderwał się od niej. Pies wytoczył się z sypialni. – Siad! Podaj łapę!
    Pies wyciągnął łapę, a Nico nią potrząsnęła.

    Wendy Healy siedziała z tyłu sali projekcyjnej na czterdziestym drugim piętrze budynku Splatch-Verner.
    W wyłożonej jasnym drewnem sali mieściło się pięćdziesiąt sporych foteli obitych ciemną skórą. W oparciach były otwory na napoje, z prawej strony zwisały małe drewniane blaciki dla tych, którzy chcieli sporządzać notatki. W sali znajdowało się zaledwie kilkanaście osób: Peter i Susan, dwoje kierowników, którzy pracowali pod Wendy, szef kablówki Selden Rose i jego dwóch pracowników z pionu kierowniczego, Cheryl i Sharline, dyrektorki reklamy z wschodniego i zachodniego wybrzeża, reżyser ze swoją dziewczyną oraz trójka głównych aktorów – Tanner Cole, Jenny Cadine plus „nowy" Tony Cranley, niski, myszowaty facet, któremu wszyscy wróżyli wielką karierę i który nigdzie się nie ruszał bez swojej rzeczniczki prasowej, Myry, krzepkiej blondynki o aparycji typowej mamuśki.
    – Cześć, skarbie. – Myra ucałowała Wendy w policzek, po tym, jak usadziła Tony'ego w fotelu w pierwszym rzędzie, obok Tannera.
    – Usiądź z nami – powiedziała Sharline do Myry.
    – Za moment. – Myra popatrzyła na Tony'ego, który udawał, że trzepie Tannera po uszach.
    – Jak leci? – Wendy poprawiła okulary. Była nieco zdenerwowana i wciąż zsuwały się jej z nosa.
    Myra zerknęła na Tony'ego, wywróciła oczyma i wzruszyła ramionami, co niezwykle rozbawiło Sharline i Wendy.
    – Nie, żartuję – powiedziała. – Idzie świetnie.
    – Widziałyśmy informację na plotkarskiej szóstej stronie w „Post" – oświadczyła Sharline.
    We wzmiance napisano, że na ceremonii rozdania nagród Tony obmacywał znaną gwiazdeczkę i dostał po gębie.
    – Nie cierpię aktorów – westchnęła Wendy.
    – Kochasz aktorów. – Sharline wycelowała w nią palec. – Jesteś znana jako producentka ich filmów. Wszyscy cię uwielbiają. I ty ich uwielbiasz.
    – Sharline wyjeżdża do Indii – powiedziała Wendy.
    – Boże, ja też bym chciała – jęknęła Myra.
    – Przecież możesz – oświadczyła Sharline z przekonaniem. – Niby co cię powstrzymuje? Mniej więcej miesiąc temu obudziłam się, rozejrzałam dookoła i pomyślałam: O co, do cholery, chodzi mi w życiu? Co ja wyprawiam? I uświa- domiłam sobie, że muszę naprawdę pożyć. Z dala od tego wszystkiego. Muszę zyskać jakiś dystans.
    – No bo o to właśnie chodzi – przytaknęła Wendy. – O dystans.
    – Możesz jechać – zauważyła Sharline.
    – Nie, nie może. Niby jak, z dziećmi i całą resztą? – zapytała Myra.
    – Zastanawiałam się nad tym, poważnie – powiedziała Wendy.
    – Udawaj, że szukasz plenerów – poradziła jej Sharline.
    Wendy się uśmiechnęła. Pomyślała, że nigdy nie będzie mogła wybrać się na taką wycieczkę. Jednak sam pomysł… W dzieciństwie zawsze o tym marzyła. Zobaczyć świat, egzotyczne miejsca… Szybko odsunęła od siebie tę myśl. Rozejrzała się po pokoju i znów poprawiła okulary.
    – Na kogo czekamy? – spytała Myra.
    – Na Victora Matricka. – Sharline mrugnęła do Wendy. Wendy uśmiechnęła się do niej ponuro. Tej części swojej pracy nienawidziła. Tych potwornych momentów tuż przed pierwszą projekcją, niezależnie od tego, jak bardzo podobał jej się film, bo mogła dowiedzieć się dwie godziny później, że być może całkiem się myliła, że to, co jej zdaniem było wybitne, zabawne albo zrozumiałe, nie zdołało, z jakichśtam powodów, przekonać do siebie widowni. I wtedy bez względu na to, ile filmów wcześniej wyprodukowała, ile sukcesów odniosła (a parę ich miała na swoim koncie, być może nawet więcej niż przeciętny producent), porażki wisiały nad jej głową jak śmierć.
    Wiedziała, że nie powinna angażować się uczuciowo w swoje filmy (zdaniem mężczyzn, tak właśnie postępują kobiety), ale nie dało się tak długo pracować nad projektem bez emocji. Kiedy film nie wypalał, było całkiem tak, jakby nie wyszło jej dobremu przyjacielowi. Przyjaciele mogą być pieprznięci, niepoukladani i beznadziejni, ale to nie oznacza, że się ich nie kocha i nie życzy się im sukcesu.
    A po fiasku filmu, po jego śmierci, przez kilka dni Wendy zawsze kryła się w sekretnej czarnej dziurze wstydu. To nie film zawiódł, to ona. Zawiodła samą siebie i wszystkich pracujących nad projektem…
    – Och, Wendy – powtarzał Shane, wzdychając z niesmakiem i przewracając oczyma. – Co ci tak zależy? To tylko głupi hollywoodzki film.
    A ona odpowiadała z uśmiechem:
    – Masz rację, kochany.
    Ale tak naprawdę wcale nie miał racji. Najważniejsze w życiu było to, żeby człowiekowi na czymś zależało, naprawdę zależało. Trzeba było poświęcić się swojej pasji…
    Zadzwoniła jej komórka.
    – Shane – wyszeptała Wendy do dziewczyn.
    – Szczęściara. – Sharline pokiwała głową i się uśmiechnęła. Ani ona, ani Myra nie były w poważnym związku od ponad pięciu lat i świadomość tego nigdy ich nie opuszczała.
    Wendy wstała, żeby odebrać na korytarzu. Obite drzwi sali zamknęły się za nią cicho.
    – Cześć – powiedziała z utęsknieniem. Dziś rozmawiała z nim po raz pierwszy.
    – Jesteś zajęta? – odezwał się, dość zimno, jak uznała. Czyżby nie wiedział, że zaraz zaczyna się projekcja? Może zapomniała mu powiedzieć.
    – Wszystko w porządku, skarbie? – zapytała ciepło i troskliwie.
    – Musimy pogadać – oświadczył.
    – Z dziećmi wszystko w porządku? Magdzie nic się nie stało, prawda?
    – Dzieci są OK – odparł niecierpliwie. – Musimy pogadać.
    Nie brzmiało to najlepiej. Przez umysł Wendy przelatywały rozmaite scenariusze. Umarł ktoś znajomy; urząd skarbowy zażądał więcej podatków; partnerzy wywalili Shane'a z restauracji. Uniosła wzrok. Victor Matrick szedł dziarskim krokiem przez korytarz. Dlaczego matki oraz mężowie najwyraźniej dysponowali szóstym zmysłem i zawsze dzwonili w najmniej odpowiednim momencie?
    – Oddzwonic. Po projekcji – powiedziała najnormalniejszym głosem, jaki potrafiła z siebie wydobyć, i się rozłączyła.
    – Witaj, Wendy. – Victor uścisnął jej dłoń.
    – Miło cię widzieć, Victorze. Bardzo się cieszymy, że znalazłeś czas.
    Przez chwilę stała zakłopotana, usiłując go przepuścić, żeby pierwszy wszedł do sali. Była kobietą, ale on był starszy i bardziej wpływowy. Starsi mają pierwszeństwo, pomyślała. Jednak mimo lat pracy w branży nadal nie wiedziała, jak postępować z ludźmi pokroju Victora Matricka – starymi, białymi mężczyznami na wysokich stanowiskach. Nienawidziła męskiej władzy. Za każdym razem, kiedy stawała oko w oko z facetem takim jak Victor, znów czuła się jak mała dziewczynka rywalizująca z ojcem. Nie łączyły ich bliskie więzy. Ojciec lekceważył Wendy, jakby nigdy nie wierzył, że córka cokolwiek osiągnie (nadal byl zdumiony, że znalazła pracę, a jeszcze bardziej zaszokowało go jej wynagrodzenie – kiedy odkrył, że Wendy zarabia ponad trzy miliony dolarów rocznie, oświadczył jedynie: „Ja już nie rozumiem świata"). Nico z kolei świetnie dawała sobie radę z mężczyznami w rodzaju Victora, posługując się subtelnym pochlebstwem. Rozmawiała z nimi na ich poziomie, jakby była jedną z nich. Wendy tego nie potrafiła. Nie była „jedną z nich", udawanie nie miało sensu.
    – Myślisz, że to hit, Wendy? – zapytał. Victor był jednym z tych zwierzchników w wielkich firmach, którzy bez przerwy powtarzają imię podwładnego, rzekomo po to, by poczuł się ważny, ale tak naprawdę dlatego, żeby go onieśmielić swoją znakomitą pamięcią, jaką podwładny na pewno nie dysponuje.
    – Tak, Victorze – odparła. – I to wielki.
    – To właśnie lubię u swoich ludzi. Entuzjazm. – Victor zwinął prawą dłoń w pięść i uderzył nią o lewą. – Szable w dłoń!
    Wendy weszła za Victorem do sali projekcyjnej i usiadła w rzędzie za nim. Ekran zatrzeszczał i ożył, białe światło oświetlało potylicę Victora porośniętą krótkimi, żółtosiwymi włosami. Wendy wcisnęła się w fotel i przez chwilę zastanawiała, jak by zareagował, gdyby podeszła do niego i powiedziała:
    – Jasne, Victorze! Barbie w dłoń!

    Dokładnie sto jedenaście minut później Tanner Cole pochylił się i pocałował Jenny Cadine w powozie, który konie ciągnęły po promenadzie w Central Parku. Wendy widziała zakończenie setki razy w montażowni, ale i tym razem poczuła przypływ łzawej satysfakcji, takiej, jaką czuje widownia, gdy uwierzy, że prawdziwa miłość zbawi świat. To właściwie powinno być najłatwiejsze do osiągnięcia, ale było najtrudniejsze. Obowiązywały sztywne zasady: mężczyzna o wysokim statusie społecznym zakochuje się w wartościowej i zasługującej na miłość, choć pochodzącej z niższej sfery społecznej kobiecie. (Albo dziewczynie. Jeszcze lepiej). Pięćdziesiąt lat feminizmu i edukacji oraz sukcesu nie pomogły wyrugować tego mitu i czasem wciskanie kobietom takich oczywistych bzdetów budziło niepokój Wendy. Jaki jednak miała wybór?
    Pracowała w branży rozrywki, nie w sądzie, a poza tym ile kobiet chętnie pisałoby się na coś wręcz przeciwnego: kobieta o wysokim statusie społecznym (bystra, wpływowa, bogata) zakochuje się w mężczyźnie o niższym statusie… i utrzymuje go do końca życia?
    Nie. To nie miałoby porównywalnej siły oddziaływania.
    Sharline wychyliła się i poklepała Wendy po ramieniu.
    – Chcę, żeby mnie też to spotkało – jęknęła, pokazując stopklatkę z pocałunkiem Jenny Cadine i Tannera Cole'a, na której ukazały się napisy końcowe.
    – Nas to nigdy nie spotka – prychnęła Myra. – Jeszcze na to nie wpadłaś?
    – Ale ja chcę – upierała się Sharline.
    – A ja chcę jacht i prywatny samolot. Tyle że ich nie dostanę – syknęła Myra.
    Wszyscy zaczęli wstawać.
    – Fantastycznie, mała! – wrzasnął Tanner Cole spod ekranu.
    – Znakomita robota, moi drodzy – oznajmił Victor Matrick. – Naprawdę, prima sort. Sełden, co powiesz? Hit?
    Wendy się uśmiechnęła. Żołądek ścisnął się jej z radości pomieszanej ze strachem i złością. Film był jej, nie Seldena Rose'a. Selden nie miał z nim nic wspólnego, oprócz tego, że przeczytał scenariusz i odbył kilka rozmów telefonicznych, żeby skłonić do reżyserii Petera Simonsona. A teraz Selden podszedł do Victora i potrząsał jego ręką, podlizywał się Victorowi, gratulując mu, jakby to wszystko to była robota prezesa. Pieprzony, niemrawy Selden Rose z loczkami i głupawym uśmiechem (niektóre kobiety w firmie uważały go za przystojniaka, ale Wendy zjadliwie protestowała) usiłował odebrać jej zasługi…
    Stanęła w przejściu dokładnie przed Victorem i Seldenem. Musiała dać im odczuć swoją obecność. Nieczęsto znajdowala się w tym samym pomieszczeniu co Victor Matrick, należało wykorzystać każdą sekundę. Przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się do Seldena, udając, że go słucha. Znała Rose'a od lat, jeszcze z czasów, kiedy pracował w Los Angeles. Słynął z nienasyconej ambicji. Podobnie jak Wendy. Do tanga trzeba dwojga.
    – Victorze – powiedziała służalczym tonem (koszmar, ale niezbędny). – Muszę ci pogratulować twojego przywiązania do jakości. W całym filmie znać inteligencję SplatchVerner…
    Oczy Victora zalśniły – albo błyskiem szaleństwa lub podeszłego wieku, albo mieszanki obu tych czynników.
    – Moja inteligencja, Wendy, polega na tym, że zatrudniam do prowadzenia firmy najlepszych ludzi na świecie – odparł.
    – Oboje odwaliliście kawał dobrej roboty.
    Wendy uśmiechnęła się do niego. Kątem oka zauważyła, że Jenny Cadine i Tanner Cole idą ku niej przejściem. Za pół minuty Jenny ją dopadnie… i wtedy będzie już po rozmowie z Seldenem i Victorem. Jenny wymagała uwagi. Była gwiazdą filmową i jako taka żądała pierwszeństwa.
    – Dziękuję, Victorze. – Selden podłapał spojrzenie Wendy.
    – Doskonale pracuje mi się z Wendy.
    Wendy omal nie jęknęła, ale z jej twarzy nie znikał nieszczery uśmiech. A więc Selden tak pogrywał. Nagle zrozumiała: Selden chciał wcielić cały Parador do własnego działu, MovieTime. Zamierzał rządzić MovieTime i Paradorem i zostać szefem Wendy – co za horror! Trzy lata wcześniej, kiedy Splatch-Verner zakupił Parador, a ona stanęła na czele wytwórni, Selden Rose nie miał nic wspólnego z Paradorem, chodziło o jakieś nieprzyjemne problemy z byłą żoną… Nawet krążyły pogłoski, że Selden marzy o upadku Paradoru. Potem jednak Wendy uratowała studio, produkując pięć wielkich hitów w ciągu dwóch lat, a MovieTime ledwie wiązało koniec z końcem – nic dziwnego, że Selden żądał jej krwi.
    Jenny Cadine była tuż-tuż. Wendy wciągnęła powietrze przez nos, w nadziei na zastrzyk tlenu do mózgu. Jeśli pozwoli, by Seldenowi uszło to na sucho na oczach Victora, Rose wsadzi swoje nieuczciwe paluchy w szczelinę i będzie ją rozwierał, dopóki nie otworzy się otchłań.
    Musi mu je przytrzasnąć!
    – Selden ogromnie mi pomógł, Victorze. – Pokiwała głową, z udawaną aprobatą dla poprzedniej uwagi Seldena. – W sprawie Prosięcia w sosie spotkaliśmy się zaledwie dwa razy, ale to Selden skontaktował nas z Peterem Simonsonem, reżyserem. – Uśmiechnęła się, jak gdyby film zawdzięczał sukces temu telefonowi. – Który cudownie sobie poradził – dodała.
    Zamilkła i pogratulowała sobie doskonałego ciosu. To wystarczyło, by Selden zrozumiał, że jeśli zamierza przekroczyć granicę, będzie musiał stanąć do walki, i jednocześnie przypomniało Victorowi, że choć Wendy tutaj rządzi, potrafi grać w zespole. Chwila też była idealna. W następnej sekundzie podeszła do nich Jenny Cadine i uwiesiła się na ramieniu Wendy, co oznaczało koniec wszystkich rozmów na temat inny niż Jenny.
    – Wen… – wymruczała uwodzicielsko. – Jestem zmęczona. Chcę dziś przyjść do ciebie na kolację. Przyrządzisz mi swoją słynną lasagne?
    Wendy poklepała ją po ramieniu.
    – Znasz Victora Matricka, prawda?
    Jenny, która miała metr osiemdziesiąt i ważyła niespełna sześćdziesiąt kilo (wliczając ze dwa kilo implantów z soli fizjologicznej w piersiach, pomyślała Wendy), z gracją węża oderwała się od Wendy i wyciągnęła długą, białą dłoń.
    – Cześć, tatuśku – powiedziała, ujęła rękę Victora i wychyliła się ku niemu, żeby głośno cmoknąć go w policzek. Victor się rozpromienił. Bogu dzięki za Jenny, pomyślała Wendy. Ta dziewczyna wiedziała, gdzie stoją konfitury. – Bardzo mi się podobało, tatuśku – rozpływała się z zachwytu Jenny.
    Grupka zaczęła sunąć ku schodom.
    – Wendy pracuje nad nowym, świetnym scenariuszem dla mnie – mówiła Jenny do Victora. Jej niebieskie oczy były olbrzymie, a kiedy otwierała je szerzej, żeby podkreślić wagę swoich słów, nie dało się oderwać od niej wzroku. – To coś poważnego. Naszym zdaniem ma szanse na Oscara…
    – Pogadaj o tym z Wendy. – Victor poklepał ją po ramieniu. – Nigdy nie kwestionuję działań moich podwładnych.
    Uśmiechnął się do pozostałych i ruszył korytarzem do swojego gabinetu.
    Selden Rose przycisnął guzik windy. Sala projekcyjna znajdowała się na przedostatnim piętrze, podobnie jak tajna winda do prywatnego gabinetu Victora oraz jadalni. Biura rozmaitych działów Splatch-Verner znajdowały się niżej, najwyżej z nich gabinet Wendy. Pocałowała Jenny w policzek i zaprosiła ją do siebie na ósmą. Selden stał przed windą i bawił się komórką. Wendy zastanawiała się, czy jest zły. To nie miało jednak znaczenia. Teraz, kiedy wykopała pod nim dołek, mogła sobie pozwolić na wspaniałomyślność.
    – Gratuluję, Selden – oświadczyła i dodała bez cienia ironii: – Świetna robota.
    Selden uniósł wzrok.
    – To twój projekt. – Wzruszył ramionami.
    To było nieco zdumiewające. Wendy miewała już do czynienia z ludźmi pokroju Seldena Rose'a (pełno ich było w przemyśle filmowym) i zwykle takie subtelne walki podjazdowe prowadziły do niemego wypowiedzenia wojny. Ale może Selden nie był aż tak krwiożerczy, jak mówiono, albo umiejętnie sprowadziła go do parteru i teraz się od niej na parę miesięcy odczepi. I dobrze, miała wystarczająco wiele powodów do zmartwień. Kiedy szła korytarzem do swojego gabinetu, zabrzęczała jej komórka. Podczas ostatnich dwóch godzin przyszło piętnaście wiadomości, w tym pięć od Josha, jeden od jej córki i trzy od Shane'a. Co się z nim działo? Pewnie chciał pieniędzy. Miał rację, musieli pogadać. Nie była bankomatem. Wybrała numer komórki córki.
    – Czeeeść, maaamaaaa – powiedziała Magda, przeciągając samogłoski.
    – Cześć, Hrabino Kicia Kocia – odparła Wendy.
    – Chyba musisz kupić moi kucyka.
    – Naprawdę? – Wendy nie była tak całkiem niezadowolona. Doszła do wniosku, że to zapewne rezultat udanej lekcji jazdy konnej w tej samej szkółce jeździeckiej, do której uczęszczała również córka Nico, Katrina. Wendy liczyła na to, że zajęcia przypadną córce do gustu. Magda była dziwną dziewczynką. Byłoby dobrze, gdyby razem z przyjaciółmi zajęła się czymś, co sprawia jej przyjemność. A poza tym, ile może kosztować kucyk? Przecież to tylko taki minikonik, prawda? Dwa-trzy tysiące dolarów?
    – Znajdź jakieś ogłoszenia o sprzedaży kucyków w Internecie, i potem pogadamy – powiedziała.
    Magda westchnęła z irytacją.
    – Maaamaa. Nie tak się kupuje kucyki. Nie przez Internet. – Niesmak w głosie Magdy był niemal namacalny. – Musisz polecieć prywatnym samolotem do Palm Beach, tam mieszka człowiek, który hoduje najlepsze kucyki w kraju…
    Jezu Chryste! Jedna lekcja jazdy konnej, a Magda zachowuje się tak, jakby planowała zwyciężyć w igrzyskach olimpijskich. Skąd wytrzasnęła te wszystkie bzdety?
    – Skarbie, nie kupimy kucyka w Palm Beach – powiedziała Wendy cierpliwie. – Na pewno uda się nam znaleźć uroczego kucyka w… Nowym Jorku.
    Czy to możliwe? Cholera, skąd się bierze kucyki? Gdzieś musiały być. W końcu Nowy Jork to siedlisko rozmaitych szkodników, ludzkich i nie tylko… Czyż nie mieszkały tu wszelkiego typu zwierzęta i robale, których istnienia nikt nie podejrzewał? – Pogadamy o tym, kiedy wrócę do domu. Jenny C. przychodzi na kolację.
    – Jaka Jenny? – zapytała Magda łobuzersko.
    Wendy westchnęła.
    – Ta aktorka. Pamiętasz ją. To jedna z twoich ulubienic. Była księżniczką Spiczastonosą w tym twoim ukochanym filmie.
    – Maaamaaa, on był animowany!
    – Księżniczka mówiła jej głosem. – Wendy się poddała. – Czy tatuś jest w domu.
    – Nie ma.
    Telefon Wendy zabrzęczał. Shane.
    – Tatuś jest na drugiej linii. Zadzwonię później. – Rozłączyła się.
    Shane wysłał jej esemesa.
    „Chce rozwodu", napisał.
    Był to tak oczywisty krzyk o odrobinę uwagi, że Wendy omal nie parsknęła śmiechem. Shane nigdy nie poprosiłby o rozwód. Niby dokąd by poszedł? Co by jadł? Jak mógłby sobie pozwolić na te drogie koszule od Dolce & Gabbany, które tak strasznie kochał?
    „Nie głupiej", odpisała. „Kocham cie".
    „Poważnie".
    „Przeloz rozwód", napisała. „Jen jest wygłodniała, kolacja u nas". I dodała jako postscriptum: „Wygłodniała. Rozumiesz?".
    Pod numerem pięćdziesiątym piątym przy Siódmej Alei mieścił się najbardziej prestiżowy budynek w Garment District, usytuowany dokładnie pomiędzy Trzydziestą Dziewiątą a Czterdziestą Ulicą. Był wąski, z dyskretnie eleganckimi mieszkaniami – z fasadą z marmuru, a drzwi obrotowe z lśniącego brązu prowadziły do niewielkiej recepcji. Na ścianie wywieszono listę lokatorów, swoiste kto jest kto w branży mody: Oscar de la Renta, Donna Karan, Ralph Lauren – i w środku listy, Victory Ford.
    Victory westchnęła, patrząc na swoje nazwisko, i weszła do windy. Przeniosła się tutaj cztery lata wcześniej, z zagraconego loftu na jednej z bocznych ulic. Jej pracownia była jedną z mniejszych – zajmowała tyko część jednego piętra, w przeciwieństwie do trzech pięter Ralpha Laurena – jednak liczyła się lokalizacja: w tej branży jak cię widzieli, tak cię pisali. Właśnie z tego powodu projektant mógł być jednego dnia na ustach wszystkich, a następnego odchodził w niebyt. Nigdy nie zapomniała tego popołudnia, kiedy wróciła z lunchu, ujrzała w recepcji ludzi od przeprowadzek i odkryła, że William Marshall się zwija…
    Mnie to się nie przydarzy, pomyślała szybko. Poza tym William był gigantem. A ona jeszcze nie. Niezupełnie.
    Winda zadzwoniła, zapaliło się wymyślne logo „Victory Ford". Victory podeszła do drzwi z matowego szkła. Jej żołądek skurczył się ze strachu. Czynsz wynosił dwadzieścia tysięcy na miesiąc. To dwieście czterdzieści tysięcy dolarów rocznie…
    – Cześć, Clare – przywitała recepcjonistkę, jak gdyby nigdy nic. Clare była młodą, ładną i pracowitą mieszkanką tego miasta i wciąż ją cieszyło, że zdobyła cudowną pracę we wspaniałej branży mody.
    – Cześć – odpowiedziała Clare natychmiast. – Jak tam podróż?
    – Świetnie. – Victory zdjęła płaszcz. Clare zrobiła taki ruch, jakby chciała jej pomóc, ale Victory machnęła ręką. Nie czuła się dobrze, prosząc podwładnych, by robili to, co każda normalna osoba może zrobić sama.
    – Jak było w Japonii?
    – Gorąco – odparła Victory.
    – Właśnie przyszły dwie wielkie paczki – oznajmiła Clare. Victory pokiwała głową. Przez cały ranek obawiała się ich przybycia, od chwili, gdy rozmawiała z panem Ikito, a on nalegał, by zgodziła się na jego boski plan zatrudnienia panny Matsudy. Powiedział, że już je przygotowała i że dziś zjawią się w biurze Victory.
    – Nie ma mowy o odmowie – oświadczył.
    Zaczynała go nienawidzić. Dlaczego wcześniej nie uświadamiała sobie, że budzi jej niechęć?
    – Dziękuję, Clare – powiedziała.
    Naprzeciwko recepcji znajdowała się elegancka sala do prezentacji, gdzie gwiazdy i kupcy oglądali nowe kolekcje. Ściany i dywan miały kolor brudnego różu, a na suficie wisiały dwa niewielkie żyrandole z bakaratu. Dobieranie odcienia trwało tygodniami. Koncepcja różu była genialna – kobiety miały do niego naturalną skłonność, poza tym pasował do niemal każdej karnacji – jednak zazwyczaj róż okazywał się katastrofą. Gdy był zbyt jasny, wyglądał infantylnie, niewłaściwy odcień przypominał wszystkim papierek lakmusowy zanurzony w kwasie. Ten róż jednak, zmieszany z odrobiną beżu, był idealny i tworzył wyrafinowaną i kojącą atmosferę.
    Jednak przy wejściu do showroomu zauważyła coś niepokojącego. Niemal pełny wieszak próbek z wiosennej kolekcji. Te ubrania zostały wysłane do domu towarowego Neiman Marcus w Dallas zaledwie trzy dni wcześniej, te, które nie zostaną sprzedane, miały wrócić dopiero pod koniec tygodnia. Żołądek Victory opadł w okolice kolan.
    – Clare? Kiedy kolekcja wróciła?
    – Och. – Clare spojrzała na nią zdenerwowana. – Dziś rano…
    – Dzwonili z Neimana?
    – Raczej nie. Ale musiałam wyjść do sklepu – podsunęła Clare z nadzieją. – Może zostawili wiadomość Zoe.
    – Dzięki. – Victory udawała pogodę ducha. Ruszyła długim korytarzem do swojego gabinetu. Minęła przestronną wzorcownię i szwalnię, gdzie przy maszynach do szycia siedziały cztery kobiety. W dwóch innych pomieszczeniach podzielonych na boksy urzędowali rozmaici konsultanci, asystenci i praktykanci. Następne pomieszczenie, mały pokój, należało do jej rzeczniczki prasowej. Na końcu znajdował się niewielki gabinet kierowniczki biura i księgowej. Jak zwykle drzwi były zamknięte i ozdobione tabliczką z informacją o złym kocie. Victory zapukała i weszła.
    – Cześć – powiedziała Marcia rzeczowym tonem i uniosła wzrok znad komputera. Była zaledwie o dwa lata starsza od Victory, ale należała do tych kobiet, które od liceum wyglądają na panie w średnim wieku. Nadal żyła tam, gdzie dorastała, w Queens, i od piętnastu lat miała tego samego chłopaka. Marcia była nudna, ale znakomicie radziła sobie z cyferkami, i Victory uważała się za szczęściarę, że znalazła taką pracownicę.
    – Mogłabyś pracować w księgowości na Wall Street, Marcia – powiedziała jej kiedyś. – Tam miałabyś gwarancję stałego zatrudnienia.
    – Moją gwarancją stałego zatrudnienia jest porządek w twoich księgach – odpowiedziała jej Marcia. Marcia nie lubiła zmian, a Victory doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że mogłaby jej mniej płacić. Wierzyła jednak święcie w to, że podwładny pracuje tak, jak jest opłacany, i że ludzi należy wynagradzać wedle ich zasług.
    – Chyba będziemy miały problem. – Victory usiadła na metalowym krzesełku na wprost biurka Marcii. Marcia mogła mieć większe biuro, ładniej wyposażone, ale twierdziła, że taki wystrój – tanie meble i bałagan – jej odpowiada, bo odstrasza petentów.
    – No. – Marcia pokiwała głową i wyciągnęła gumę do żucia z szuflady.
    – Cholera – westchnęła Victory. – Miałam nadzieję, że powiesz, że tylko to sobie wymyśliłam, że mam się nie martwić i że wszystko będzie dobrze.
    – Tylko to sobie wymyśliłaś. – Marcia z zapałem żuła gumę. – Znasz te sprawy równie dobrze jak ja, więc sama wiesz. – Stuknęła w parę klawiszy. – Jeśli japońska kolekcja sprzeda się tak jak w zeszłym roku, będzie dobrze. Ale sprzedaż w domach towarowych spadła o pięćdziesiąt procent.
    – Au – powiedziała Victory.
    – Przykre, prawda? – Marcia pokiwała głową. – Sukinkoty. Sprowadzają nas do poziomu mniej więcej sprzed trzech lat.
    – A jeśli Japonia również okaże się katastrofą?
    – To już nie będzie dobrze – odparła Marcia. – W zeszłym roku było z tego dwa miliony siedemset tysięcy. Raczej wolałybyśmy tego nie tracić.
    – Sukinkoty – powiedziała Victory.
    Księgowa popatrzyła na nią pytająco, a Victory zrobiło się niedobrze.
    – Ale są też dobre wiadomości – oznajmiła Marcia. Połknęła gumę i sięgnęła po następny listek. Marcia po prostu zjadała gumę, a Victory słabła na myśl, jak muszą wyglądać wnętrzności jej księgowej. – Pamiętasz dodatki z zeszłego roku, dla sklepów wolnocłowych? Naprawdę nieźle się sprzedają. Wiesz, parasolki, kalosze i rękawiczki. Jak dotąd mamy zyski w wysokości pięciuset osiemdziesięciu dziewięciu tysięcy dolarów, a zapowiada się ohydna zimnica przez co najmniej pięć miesięcy.
    – Kalosze i parasolki – mruknęła Victory. – Kto by pomyślał?
    – To rzeczy potrzebne podczas podróży, których zawsze zapomina się spakować. I naprawdę trudno znaleźć urocze parasolki.
    Victory pokiwała głową, krzywiąc się lekko na dźwięk słowa „urocze". Czy kiedykolwiek zdoła od niego uciec? „Victory Ford jest urocza!", wpisała nauczycielka z przedszkola do jej pierwszego świadectwa. To słowo ścigało ją przez całą drogę z Minnesoty na Manhattan. „Urocze! Urocze! Urocze!", krzyczał nagłówek nad jej pierwszym wywiadem w. Women's Wear Daily". Pomyślała, że nigdy się nie pozbędzie tej etykietki.
    Urocza, pomyślała z niesmakiem. Innymi słowy, niegroźna. Miła, ale nie dość dobra, żeby ją traktować poważnie…
    – Wiosenna kolekcja nie była urocza – powiedziała głośno.
    – Nie. Nie była. – Marcia patrzyła wprost na nią.
    – Co o niej myślisz? Poważnie. – Victory nienawidziła się za to, że okazuje niepewność w obecności księgowej.
    – Uważam, że jest… inna – powiedziała Marcia niezobowiązująco. – Ale wiesz co? – Przełknęła następny listek gumy. – Długie spódnice nie są praktyczne. Zwłaszcza jeśli codziennie trzeba jeździć metrem.
    Victory pokiwała głową. Poczuła się winna. Zawiodła wszystkich, usiłując stworzyć nową jakość, nawet lojalna Marcia była rozczarowana.
    – Dzięki. – Wstała.
    – Co zrobimy? – spytała Marcia.
    – Coś się wymyśli – odparła Victory znacznie pewniej, niż się czuła. – Jak zawsze.
    Ruszyła korytarzem do swojego gabinetu.
    Jej miejsce pracy usytuowane było w nasłonecznionym kącie budynku, okna wychodziły na Siódmą Aleję. Wspaniałe światło rekompensowało hałas. Przestrzeń urządzono praktycznie, stało tu duże biurko stylizowane na siedemnastowieczny mebel i długi, wąski biblioteczny stół, na którym przygotowywała szkice. Jedną ścianę pokrywał korek, tam przypinała projekty w różnych stadiach rozwoju. Na środku pomieszczenia znajdowało się jedno jedyne ustępstwo na rzecz blichtru: cztery krzesła w stylu art deco z posiadłości w Palm Beach, obite białą skórą. Stały tuż przy ozdobnym stoliku z kutego żelaza i szkła. Blat był pełen czasopism i gazet, a na samej górze leżały dwie wielkie beżowe koperty, na których ktoś schludnie wypisał jej nazwisko srebrnym flamastrem.
    Jęknęła, usiadła na jednym z krzeseł i rozdarła kopertę leżącą na samym wierzchu.
    W środku znalazła kilka rysunków na grubym białym papierze szkicowym. Zerknęła na nie pośpiesznie, po czym odłożyła je na stosik, odchyliła się i przycisnęła powieki palcami. Tak jak się tego spodziewała, szkice panny Matsudy były do bani.
    Oderwała ręce od twarzy i popatrzyła na drugą kopertę. Srebrne pismo nagle wydało się jej złowieszcze. Odwróciła kopertę, żeby nie patrzeć na litery, i ją otworzyła.
    Były jeszcze gorsze niż w pierwszej! Przez większość życia Victory patrzyła na rysunki, analizowała je, usiłując zrozumieć, co jest nie tak i w jaki sposób, nieznacznie zmieniając proporcje, zrobić coś lepszego i miłego dla oka. Już po paru sekundach zorientowała się, że szkice panny Matsudy to katastrofa.
    Położyła rysunki na stercie i wstała. Trzęsła się z gniewu. To była zniewaga. Dziewczyna nie miała za grosz talentu i próbując kopiować styl Victory, wykorzystała jej charakterystyczne detale i zmieniła je w parodię. Dość. Panna Matsuda podjęła za nią decyzję. Lata temu Nico powiedziała coś, co głęboko zapadło Victory w pamięć. Teraz, patrząc na rysunki panny Matsudy, przypomniała sobie słowa przyjaciółki: „W interesach należy pamiętać o jednym. Musisz obudzić się rano i być w stanie spojrzeć sobie w twarz w lustrze. Naturalnie, sztuczka polega na tym, żeby rozumieć, co możesz i czego nie możesz tolerować w swoim zachowaniu". Po prostu nie byłaby w stanie patrzeć na siebie w lustrze ze świadomością, że te projekty mają na sobie jej metkę.
    Tak jakby mogła zaprojektować coś tak paskudnego.
    Postanowiła nagadać panu Ikito. Dość dręczenia. Mógł się okazać pomocny i zaryzykować z wiosenną kolekcją albo mieć puste butiki Victory Ford…
    Popatrzyła na zegarek. W Tokio była teraz pierwsza w nocy, zbyt późno na telefon. Zresztą pan Ikito nie był jej jedynym problemem. Domy towarowe – podstawa bytu Victory w ostatnich dwunastu latach – też zdawały się obracać przeciwko niej.
    Przez chwilę wyobrażała sobie, jak dzwoni do wszystkich znanych sobie ludzi w branży i na nich wrzeszczy, ale wściekłość chyba nie odnosi pożądanego skutku, kiedy jest się kobietą. Gdyby zdradziła, jaka jest zraniona, zła i przygnębiona beznadziejnym przyjęciem zgotowanym jej na ostatnim pokazie, nazwaliby ją zgorzkniałą i wypaloną. Jedynie frajerzy narzekają na pecha, zwalając winę za swoje porażki na wszystkich, tylko nie na rzeczywistego winowajcę – siebie.
    Podeszła do korkowej ściany i przyjrzała się oryginalnym rysunkom do wiosennej kolekcji. Mimo opinii krytyków nadal uważała, że są piękne: śmiałe, oryginalne i nowe. Dlaczego reszta świata nie potrafiła tego dostrzec?
    – Posłuchaj, Vic – powiedziała Wendy podczas lunchu. – Miliony razy widziałam, jak to spotyka reżyserów, aktorów i scenarzystów. Kiedy już odniesiesz sukces, świat chce cię zaszufladkować i przylepić ci etykietkę. Próbujesz robić coś innego i nagle stajesz się zagrożeniem. Krytycy instynktownie pragną cię zabić. A ponieważ nie mogą cię zamordować, robią coś, co jest temu bliskie – próbują zabić w tobie ducha. Łatwo jest radzić sobie z sukcesem – ciągnęła Wendy, przeżuwając listek sałaty. – Prawdziwym sprawdzianem jest pogodzenie się z porażką.
    Victory już wcześniej doświadczyła porażek, ale wtedy nie miały one znaczenia. Nikt nie miał wobec niej wygórowanych oczekiwań ani jej niepowodzenia nie były do tego stopnia nagłaśniane.
    – Mam wrażenie, że wszyscy śmieją się ze mnie za moimi plecami.
    – Wiem. – Wendy pokiwała głową. – To koszmar. Ale musisz pamiętać, że tak nie jest. Większość ludzi jest zbyt zajęta sobą, żeby zwracać na to uwagę…
    – Hej! – Do pokoju weszła Zoe, asystentka Victory. – Dzwoni Sandy Berman z Neimana Marcusa. Clare mówiła, że przyszłaś, ale nie mogłam cię znaleźć.
    – Byłam u March – wyjaśniła Victory.
    – Powiedzieć, że cię nie ma? – Zoe wyczuła jej wahanie.
    – Nie, odbiorę.
    Usiadła za biurkiem. To miała być nieprzyjemna rozmowa, trudna zarówno dla Sandy, jak i dla samej Victory. Robiły interesy od ponad dziesięciu lat i często powtarzały, że wspólnie dorosły w tym biznesie. Zebrała siły i podniosła słuchawkę.
    – Sandy! Cześć! – wykrzyknęła, jak gdyby nigdy nic.
    – Musisz być wykończona – powiedziała Sandy uprzejmie.
    – Podróżowałaś, prawda?
    – Japonia, Dallas, Los Angeles, jak zwykle. – Victory wzruszyła ramionami. – Ale wszystko w porządku! A jak ty się miewasz?
    – Już lepiej, skoro się skończył Tydzień Mody.
    Zachichotały znacząco i zapadła cisza. Victory kusiło, żeby ją zapełnić, ale postanowiła, że to Sandy musi odwalić brudną robotę.
    – Wiesz, że cię kochamy – zaczęła Sandy.
    Victory w milczeniu skinęła głową. Strach chwycił ją za gardło.
    – Wiosenna kolekcja bardzo przypadła mi do gustu. To moje osobiste zdanie – ciągnęła Sandy. – Ale uważamy, że nie sprzeda się tak dobrze jak twoje inne kolekcje.
    – Poważnie? – Victory udała zdumienie. – Słowo daję, Sandy, moim zdaniem to najlepsza kolekcja, jaką kiedykolwiek przygotowałam. – Zmarszczyła brwi. Nie znosiła reklamować się ludziom z domów towarowych. To było takie tandetne. Ale nie mogła się na nich wypiąć. – Jest nieco inna…
    – Nie twierdzę, że nie jest piękna – przerwała jej Sandy. – Ale zastanawiamy się, kto miałby ją nosić. Gdyby to zależało ode mnie, nie byłoby żadnego problemu. Jednak klienci Neimana są bardziej konserwatywni, niż myślisz.
    – Rozumiem, że się boją – powiedziała Victory ze współczuciem. – Ale ludzie zawsze obawiają się nowości. Naprawdę uważam, że powinniście dać tej kolekcji szansę. Możecie się przyjemnie zdziwić.
    – Wiem, jaka jesteś utalentowana, to nie ulega wątpliwości – oświadczyła Sandy uspokajająco. – Dobra wiadomość jest taka, że weźmiemy dziesięć sztuk.
    – To niezbyt wiele, jak na trzydzieści sześć.
    – No tak, to nie jest zwyczajowe zamówienie – zgodziła się Sandy. – Ale ta kolekcja nie sprzeda się łatwo. Szczerze mówiąc, Vic, musiałam walczyć nawet o te dziesięć.
    Gula wędrowała boleśnie przez przełyk Victory i osiadła gdzieś na wysokości obojczyków.
    – Bardzo doceniam twoje starania, Sandy – powiedziała Victory dzielnie.
    – Posłuchaj, Vic, już od dawna owocnie współpracujesz z Neimanem i to na pewno nie koniec. Nie możemy się doczekać kolekcji jesiennej. – Sandy najwyraźniej ulżyło po dostarczeniu złych wieści.
    Jeśli jesienią nadal będę w branży, pomyślała Victory ponuro i odłożyła słuchawkę.
    Przez chwilę siedziała nieruchomo, usiłując przetrawić słowa Sandy. Przekaz był całkiem jasny: lepiej, żeby wróciła do tego, co robiła wcześniej, co było bezpieczne, albo już po niej.
    – Ale ja nie chcę – powiedziała głośno.
    – Dzwoni jakaś babka. – Zoe wsadziła głowę za drzwi. Victory popatrzyła na nią ze znużeniem.
    – Jakaś Ellen. Z biura jakiejś kobiety. Chyba Lynn?
    – Chodzi o Lyne'a Bennetta? – zapytała Victory.
    – Możliwe.
    – Dzięki – szorstko odparła Victory. Zwykle jej nie przeszkadzało, że Zoe myli imiona. Pomyślała, że to jej wina, bo zachowywała się swobodnie i sympatycznie, więc jej asystentki nieszczególnie się przykładały do pracy.
    – To ten stary miliarder? – zapytała Zoe z niesmakiem na twarzy.
    Victory westchnęła i pokiwała głową. Młodej kobiecie, takiej jak Zoe, Lyne Bennett musiał się wydawać zgrzybiałym dziadem. Nagle zapragnęła, żeby Ellen odwołała randkę, a jeśli nie, to Victory zamierzała sama to zrobić. Nie mogła się umawiać z mężczyzną pokroju Lyne'a Bennetta, kiedy rozpadało się jej całe życie. A zresztą, nawet gdyby była na topie, to po co? Strata czasu, a Lyne Bennett zapewne okazałby się potwornym nudziarzem…
    – Witam, Ellen – powiedziała do słuchawki.
    – Rozmawiałam z Lyne'em, i powiedział, że wernisaż w Whitney bardzo mu odpowiada – oświadczyła Ellen. – Zadzwonię do pani jeszcze dwa dni wcześniej, żeby potwierdzić.
    – Dobrze. – Victory była zbyt słaba na protesty. Odłożyła słuchawkę. Wiedziała, że popełnia błąd. Jeszcze nawet nie była na randce, a już nie miała wątpliwości, że Lyne Bennett jest upierdliwcem. Czy jego asystentka nie ma nic lepszego do roboty niż układanie mu życia towarzyskiego?
    Ale tak właśnie postępowali samotni bogacze. Zamieniali podwładne w substytuty żon.
    Wstała i podeszła do długiego stołu, przy którym sporządzała szkice. Po prawej stronie, w schludnym stosiku, leżały te, które przygotowała do kolekcji jesiennej. Podniosła jeden z nich i spojrzała na niego krytycznie.
    Linie zamazywały się jej przed oczyma, i wpadła w panikę. Nie wiedziała, czy szkic jest dobry, czy wręcz przeciwnie. Odłożyła go i wzięła inny, jeden z ulubionych. Wpatrywała się w niego, kręcąc głową. Nie wiedziała. Po prostu już nie wiedziała. To się nigdy dotąd nie zdarzyło. Niezależnie od sytuacji, zawsze mogła polegać na swoim smaku i wyczuciu. Jeśli ją teraz zawiodły, było już po niej.
    – Vic?
    Podskoczyła. Zoe znów była w gabinecie.
    – To jeszcze raz ta kobieta. Z biura Lynn?
    Chryste Panie, pomyślała Victory. Ze złością podeszła do aparatu i podniosła słuchawkę.
    – Tak, Ellen? – odezwała się surowo.
    – Przepraszam, że przeszkadzam – powiedziała Ellen. – Ale właśnie rozmawiałam z Lyne'em, i chciał wiedzieć, czy Cipriani nadaje się na kolację po wizycie w muzeum.
    – Nie wiedziałam, że idziemy na kolację – zauważyła Victory.
    Ellen zniżyła głos do szeptu.
    – Zwykle nie chodzi na kolacje na pierwszej randce. Najwyraźniej jest bardzo zainteresowany.
    – Tak? – Victory pomyślała z goryczą, że jeśli faktycznie się nią interesuje, to jest w mniejszości. Pewnie nie czytywał gazet o modzie.
    – Jeśli pani nie da rady, nie ma sprawy – oświadczyła Ellen. – Powiem, że ma pani inne plany.
    Victory zastanawiała się nad tym przez chwilę. Pewnie nie zaszkodziłoby jej, gdyby akurat teraz pokazała się z Lyne'em Bennettem. Przynajmniej ludzie mieliby o czym gadać i może odwróciłoby to ich uwagę od fiaska jej kolekcji. Nienawidziła kalkulacji w sprawach sercowych, ale czasem człowiek chwytał się wszystkiego, żeby tylko radzić sobie w interesach. Poza tym przecież nie musiała iść z tym facetem do łóżka.
    – Proszę powtórzyć Lyne'owi, że z przyjemnością zjem z nim kolację – powiedziała.
    – Chcę tylko miłości. – Jenny Cadine westchnęła dramatycznie.
    – I jeszcze Oscara – dodała Wendy porozumiewawczo.
    Wendy i Jenny siedziały na sofach w otwartym salonie w lofcie, popijały białe wino i paliły. Jenny była taka sama jak większość gwiazd filmowych: publicznie utrzymywała, że nie pije i nie pali, ale przy każdej nadarzającej się okazji robiła jedno i drugie, tyle że w sekrecie. Wendy podejrzewała, że Jenny od czasu do czasu popala także trawę, ale nie jej to było oceniać – zarówno ona, jak i Shane też popalali, parę razy w roku. Zmarszczyła brwi i spojrzała na zegarek. Gdzie był Shane? Minęło wpół do dziesiątej. Gdzie się podział, do cholery?
    – Jeśli ty nie możesz znaleźć miłości, to nie wiem, kto może. – Wendy upiła łyk wina. Powiedziała to tylko po to, żeby pocieszyć Jenny. Uważano ją za jedną z najpiękniejszych kobiet świata, ale od ponad trzech lat nie miała faceta, co nieszczególnie dziwiło Wendy. Niełatwo jest chodzić z gwiazdą filmową. Trzeba być wyjątkową (i nienormalną, zdaniem Wendy) osobą, żeby lubić tropienie przez paparazzich, a do tego gwiazdy filmowe nieustannie podróżowały. Plan był jak mała rodzina, z jej własnymi intrygami i dramatami. W życiu gwiazdy filmowej nie było miejsca dla małżonka i większość mężczyzn dość szybko to pojmowała.
    – Szczęściaro, masz Shane'a – powiedziała Jenny.
    – Tak. No cóż… – zaczęła Wendy. Shane nie wrócił do domu na kolację, co było zupełnie do niego niepodobne, i wyłączył komórkę. Zaczynała się denerwować. Zostawiła mu dwie wiadomości, ale nie chciała się narzucać, bo jeśli był poważnie wkurzony czy coś, tylko pogorszyłaby sytuację. Shane wciąż czasem zachowywał się niczym dwudziestopięciolatek, który potrzebuje „przestrzeni".
    Tyler wpadł do salonu, rycząc jak pociąg towarowy.
    – Nudzę się – oznajmił.
    – Powinieneś leżeć w łóżku, kolego – powiedziała Wendy z lekką przyganą w głosie. – Już wpół do dziesiątej.
    – Nie – odparł.
    – Tak – oświadczyła stanowczo.
    – Nie! – wrzasnął.
    – Wszedł w trudny wiek. Magda jako sześciolatka była rozkoszna. Wendy złapała syna za ramię i przyciągnęła go do siebie, patrząc mu w oczy.
    – Zachowujesz się jak palant. Chyba nie chcesz, żeby Jenny uważała cię za palanta, co?
    – O, nie przeszkadza mi to – oświadczyła Jenny beztrosko.
    – Idziesz do łóżka? – spytała Wendy. Wyrwał się jej.
    – Nieeeeee! – odparł drwiąco, biegając za sofą.
    – Przepraszam. – Wendy popatrzyła na Jenny i wstała. Teraz, kiedy kazała Tylerowi iść do łóżka, musiała tego dopilnować.
    Gdzie do cholery był Shane?
    – Nie zwracaj na mnie uwagi. – Jenny wlała ostatnie krople wina do kieliszka. Chwyciła pustą butelkę. – Otworzę następną.
    Wendy skinęła głową i pobiegła za Tylerem. Jęknęła w duchu. W innych okolicznościach nie miałaby nic przeciwko temu, że Jenny jeszcze posiedzi, tyle że w innych okolicznościach Shane nie znikał. O Boże. Czyżby brał potajemnie narkotyki?
    Dopadła Tylera od tyłu, i zaniosła wrzeszczącego i kopiącego chłopca do pokoju.
    Wszystkie pokoje dziecięce wyglądały jak prowizoryczne klitki o ścianach z płyty gipsowo-kartonowej. Wendy chciała prawdziwego mieszkania z prawdziwymi ścianami, ale Shane uparł się mieszkać w lofcie, bo to było bardzo „trendy". Co jakiś czas wspominali o remoncie albo przeprowadzce, ale Wendy nie miała czasu, a oczy Shane'a robiły się szkliste na każdą wzmiankę o przedsiębiorcach budowlanych albo agentach nieruchomości. No i tak żyli z dnia na dzień, i z dnia na dzień loft wyglądał coraz gorzej.
    Posadziła Tylera na łóżku. Natychmiast zaczął skakać. Gdzie Shane? To on zwykle układał Tylera do snu, a potem przychodziła Wendy i całowała syna na dobranoc. Kiedy była w domu, naturalnie. Czasem tkwiła na planie, i choć nigdy by się do tego nikomu nie przyznała, no może z wyjątkiem Nico, Victory czy innej przyjaciółki, wcale nie tęskniła za rodziną, i cieszyła się ogromnie, że chwilowo jest samotną, samorealizującą się osobą bez żadnych rodzinnych zobowiązań doczepionych do niej niczym dodatkowe kończyny. Tyler zakrył uszy rękoma i wrzasnął.
    – Właśnie tak się czuję, kolego. – Wendy złapała go za koszulę, a on wyciągnął rękę i ją uderzył. W twarz. Pięścią.
    Wendy jęknęła i zaszokowana zrobiła krok do tyłu. Natychmiast pomyślała, że z pewnością nie chciał tego zrobić. Ale znowu się na nią zamachnął, wymachiwał chudymi rączkami. Nie mogła w to uwierzyć. Słyszała o małych chłopcach, którzy bili swoje matki (o starszych chłopcach również), ale nigdy nie sądziła, że jej własny syn zwróci się przeciwko niej, że jej sześciolatek potraktuje ją jakby była jakąś… sprzątaczką.
    Chciało jej się płakać. Cierpiała. Czuła się zraniona. Miała to przed oczyma, tuż przed oczyma: miliony lat, podczas których mężczyźni pomiatali kobietami. I sądzili, że mają do tego prawo…
    Nagle przepełnił ją koszmarny gniew. Nienawidziła małego skurwiela. Jej oddech był płytki, urywany. Złapała go za nadgarstki i przytrzymała je mocno.
    – Nigdy więcej nie waż się uderzyć mamusi – powiedziała dobitnie. – Rozumiesz? Nigdy więcej nie uderzysz mamusi!
    Wydawał się… zmieszany. Jakby tak naprawdę nie rozumiał, co zrobił źle. Pewnie faktycznie nie rozumiał, pomyślała Wendy i puściła jego przeguby.
    – Do łóżka, Tyler. Już – powiedziała ostro.
    – Ale… – zaczął protestować.
    – Już! – wrzasnęła.
    Pokornie położył się w ubraniu. Miała to gdzieś. Shane przebierze go później w piżamę albo Tyler będzie spał w ubraniu przez całą noc, od tego się nie umiera.
    Wyszła z pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Przez cały czas dygotała z wściekłości. Przystanęła i nakryła ręką usta. W jej oczach zebrały się łzy. Kochała syna, naprawdę. Oczywiście, że kochała wszystkie swoje dzieci. Ale możliwe, że była okropną matką. Tyler najwyraźniej jej nienawidził.
    Nie potrafiła poradzić sobie z tymi emocjami. Na tym właśnie polegało wychowywanie dzieci: niekończące się, wieczne emocje, w większości niezbyt przyjemne.
    Nagle dopadło ją potworne poczucie winy.
    Ruszyła do salonu. Z wąskiego korytarza widziała Jenny Cadine na tle salonu. Aktorka wyglądała jak piękna dziewczyna na fotografii prezentującej modę. Kręcone włosy upięła niedbale z tylu, długie nogi wyciągnęła przed siebie. Przez chwilę Wendy jej nienawidziła. Nienawidziła jej za życie pełne wolności, za to, z czym Jenny nie musiała się borykać. Czy wiedziała, jakie ma szczęście?
    Wendy skręciła do kuchni, otworzyła zamrażarkę i wyjęła z niej butelkę wódki.
    Po co komu dzieci, zastanawiała się, nalewając sobie niewielki kieliszek. Wypiła go jednym haustem. Gdyby nie dzieci, pewnie nie byłaby do dzisiaj z Shane'em. Ale nie dlatego je urodziła. Zatrzasnęła drzwi zamrażarki. Lodówka ozdobiona była dziecięcymi rysunkami, podobnie jak lodówka w jej domu, którą zawsze zdobiły rysunki jej oraz trójki jej młodszego rodzeństwa. Miała dzieci po prostu dlatego, że to się wydawało najzupełniej naturalne – nigdy nawet nie kwestionowała takiej możliwości. Jako rówieśnica Magdy nie mogła się doczekać, aż będzie „dorosła" (gdy skończy dwadzieścia jeden lat), żeby móc rodzić dzieci (zapewne matka wmówiła jej, że w tym wieku kobieta może już mieć potomstwo) i z seksem też nie była w stanie poczekać. Zaczęła całować się z chłopakami w wieku trzynastu lat, a dziewictwo straciła jako szesnastolatka. Ogromnie się jej podobało. Dostała orgazmu w tej samej chwili, w której chłopak wetknął jej kutasa.
    – Wszystko w porządku? – zawołała Jenny.
    – Tak, dobrze – odparła Wendy. Zebrała się w sobie i ruszyła do salonu. Postanowiła dziś uprawiać z Shane'em seks. Porządny seks. Przez ostatnie miesiące Shane się rozleniwił, ale może po prostu był zbyt rozpieszczony. Pozwalał jej robić sobie dobrze, ale potem przetaczał się na drugi bok i zasypiał. To ją denerwowało, jednak nie chciała zbytnio go dręczyć. Po dwunastu latach małżeństwa człowiek rozumie, że pary przechodzą przez różne fazy…
    Usłyszała zgrzytanie klucza w zamku i nagle wszystko wróciło na swoje miejsce.
    Shane wszedł do salonu, jak zwykle emanując chłopięcym dobrym humorem. Wciąż miał lekką opaleniznę po ich krótkich bożonarodzeniowych wakacjach w Meksyku i zaróżowione z zimna policzki. W Shanie był coś uroczo męskiego, co sprawiało, że gdy wchodził, czuło się przypływ dobrej energii. Przestrzeń się rozrastała, loft był jakby większy…
    – Cześć – powiedział, rzucając płaszcz na krzesło.
    – Shane, skarbie. – Jenny poklepała miejsce obok siebie. – Właśnie o tobie mówiłyśmy.
    – Naprawdę? – Zerknął na Wendy. Na moment ich spojrzenia się skrzyżowały. W jego wzroku była jakaś twardość, ale Wendy postanowiła to zignorować. Pewnie czuł się winny z powodu opuszczenia kolacji i oczekiwał bury. Postanowiła go przebić. Zignoruje to, że się spóźnił; nawet nie zapyta, gdzie był.
    – Rozmawiałyśmy o tym, jaka z Wendy szczęściara, że ma ciebie – oświadczyła Jenny uwodzicielsko.
    Shane zamarł.
    – Jest jeszcze wino? – zapytał.
    – Hektolitry – odparła Wendy. – Jeśli pamiętałeś, żeby je zamówić.
    Nagle poczuła potrzebę zaznaczenia swojego autorytetu w tej sytuacji.
    – Nie pamiętałem – oświadczył.
    – To bez znaczenia.
    Wendy czuła się trochę winna, wobec tego wstała i poszła do kuchni. Wyciągnęła kieliszek dla Shane'a, po czym nalała trochę wina i wręczyła kieliszek mężowi.
    – Dzięki – powiedział. Popatrzył na nią lodowato, jakby była całkiem obca.
    – Nasz film będzie hitem. – Jenny wychyliła się i dotknęła nogi Shane'a. – Wendy ci wspominała?
    – Jasne, że będzie hitem. – Shane upił trochę wina. – Przecież ty w nim grasz.
    Jenny wyszła czterdzieści pięć minut później. Shane odprowadził ją do auta. Kiedy wrócił, w mieszkaniu zrobiło się jakby chłodniej.
    Nie patrząc na Wendy, wszedł do kuchni i nalał sobie kieliszek wódki.
    – Co ty wyprawiasz? – zapytała Wendy. Chciała go dotknąć, wszystko naprawić, ale otoczył się murem. W końcu zrezygnowała. – Nie wiem, na czym polega twój problem, Shane – powiedziała. W końcu irytacja wzięła górę nad dobrymi chęciami. – Ale proponuję, żebyś go sobie przepracował.
    Shane łyknął wódki i wbił spojrzenie w podłogę.
    – Nie żartowałem, Wendy – oświadczył. – Chcę rozwodu.

Rozdział 4

    Biedna Wendy, pomyślała Victory, jakiś milionowy raz w tym tygodniu.
    Minęło około dziesięciu dni, odkąd Shane wywołał sensację swoim oświadczeniem i wyniósł się z loftu. Wendy zadzwoniła do niej o wpół do dwunastej w nocy, pijana i w szoku, a Victory zarzuciła płaszcz na piżamę i pojechała do przyjaciółki. Zachowanie Shane'a było całkowicie niewytłumaczalne, w mieszkaniu panował chaos. Magda, zamiast spać, żądała wyjaśnień, a mała Chloe, wyczuwając, że czegoś brakuje, domagała się piersi, choć już ponad rok wcześniej została od niej odstawiona. Wendy nie miała mleka, ale i tak pozwoliła małej ssać, w przekonaniu, że skoro dzięki temu dziecko poczuje się lepiej, to warto się poświęcić.
    – Popatrz na mnie! – wykrzyknęła, siedząc na kanapie, w rozpiętej bluzce i opuszczonym z jednej strony staniku, z dzieckiem przy sutku. – To moje zasrane życie. Pracuję siedemdziesiąt godzin na tydzień i mąż mnie opuścił z niewiadomych powodów. Jak do cholery do tego doszło?
    Victory z przejęciem popatrzyła na Wendy.
    – Ale nie odstawisz mi tu Sarah-Catherine, prawda?
    Na szczęście Wendy parsknęła śmiechem.
    Sarah-Catherine była wzorcowym przykładem dziewczyny, która przyjechała do Nowego Jorku, przez pewien czas kwitła i nagle sukces ją przerósł. Wspięła się na sam szczyt w branży hotelarskiej, „Bonfire" poświęciło jej sześciostronicowy artykuł. Pewnej nocy jednak, właściwie bez ostrzeżenia, zwariowała. O czwartej rano, całkiem naga, oglądała wystawy sklepowe na Piątej Alei.
    – Nigdy nie zrozumiem, dlaczego Sarah-Catherine odbiło – oświadczyła Victory. – Czasem mnie to przeraża. Może się przytrafić każdemu.
    Wendy prychnęła. Dziecko wciąż ssało jej sutek.
    – Była walnięta od samego początku. Ale odniosła sukces, więc nikt tego nie zauważył. Kryła się.
    – Kto to jest Sarah-Catherine? – chciała wiedzieć Magda.
    – Ktoś, na kogo wolałabyś nie wyrosnąć – odparła Victory.
    – Ja będę taka jak moja maamaa – oznajmiła Magda tym swoim dziwnym głosem. – Będę królową, która rozstawia ludzi po kątach.
    Wendy i Victory wymieniły spojrzenia.
    – Mamusia nie rozstawia ludzi po kątach, skarbie. Mówi im, co mają robić. Na tym polega jej praca.
    – Tatę rozstawiałaś. Wszyscy twierdzili, że on to uwielbia, ale właśnie dlatego odszedł.
    Victory zdołała jakoś zaprowadzić Magdę do łóżka, ale dopiero po złożeniu jej obietnicy, że zabierze ją do swojej sali do prezentacji. Biedna Magda była w trudnym wieku, niepewna, czy jest małą dziewczynką, czy nastolatką. Utyła, zaczynały jej rosnąć piersi. Victory było jej żal, ale cóż mogła na to poradzić?
    Biedna Wendy, pomyślała raz jeszcze, wyglądając przez okno.
    Siedziała na tylnej kanapie luksusowego mercedesa z doładowaniem i czuła się jak jagnię prowadzone na rzeź. Ten onieśmielający samochód należał do Lyne'a Bennetta, i został wysłany po Victory. Usiłowała wyjaśnić, że zdoła dotrzeć na randkę o własnych siłach, ale Ellen, asystentka Lyne'a, błagała, żeby Victory zgodziła się na przejażdżkę.
    – Wkurzy się na mnie, jeśli pani tego nie zrobi – twierdziła.
    Lyne Bennett, pomyślała Victory. Wzorcowy egzemplarz człowieka, który rozstawia wszystkich po kątach. Wyjęła telefon i zadzwoniła do Wendy.
    – Szczerze? – zapytała Wendy. Mówiła nieco niewyraźnie, jakby coś jadła. – Przez ostatnie dwa dni byłam tak załatana, że nie bardzo miałam czas myśleć o Shanie. Czy to nienormalne?
    – To dobrze – odparła Victory. – Niezależnie od tego, co będzie z Shane'em, masz swoją pracę. I dzieci.
    – Nikt mi nie wierzy, ale jestem pewna, że on wróci.
    – Ty znasz go najlepiej.
    Victory pomyślała, że Wendy albo jest dzielna, albo tępa. A może zresztą miała rację. Shane prawdopodobnie wróci. Niby dokąd miałby pójść? Nie miał pieniędzy, no chyba że znalazł nową niańkę. Victory uważała, żeby nie poruszyć tego tematu ani nie zdradzić się przed Wendy z tym, co naprawdę myśli o Shanie. Jeśli mieli się na powrót zejść, nie chciała, żeby jej stosunek do Shane'a stanowił problem.
    – Rozmawiałaś z nim dzisiaj?
    – Wczoraj – odparła Wendy niewyraźnie.
    – I?
    – Mówi, że się zastanawia. No więc próbuję dać mu spokój.
    – Pewnie ma kryzys wieku średniego. W tym roku stuknie mu czterdziestka, prawda?
    – Uhm – przytaknęła Wendy. – Zasrani faceci. Dlaczego im wolno mieć kryzys wieku średniego, a nam nie? Pewnego – dnia rzucę to wszystko w diabły i wyjadę w podróż duchową do Indii. Ciekawe, co on na to. Gdzie jesteś? Victory popatrzyła na potylicę szofera.
    – Mam tę randkę. Z Lyne'em Bennettem – wyszeptała. – Jestem w jego aucie.
    – Pewnie będzie ubaw – oświadczyła Wendy z goryczą. – Przynajmniej zapłaci za kolację. Ale pewnie łyka viagrc, żeby móc uprawiać seks.
    – Myślisz? – zapytała Victory. Nie dotarła do tego etapu w myśleniu o Łynie.
    – Wszyscy ci faceci łykają viagrc. Mają na tym punkcie obsesję. Zwłaszcza te hollywoodzkie typki – oświadczyła Wendy z niesmakiem. – Wiem, że Lyne Bennett mieszka w Nowym Jorku, ale naprawdę jest bardzo hollywoodzki. Jego najlepsi przyjaciele to gwiazdy filmowe. Zawsze siedzi na trybunach dla VIP-ow na meczach Lakersów. Co za dno.
    – Koszykówka?
    – Viagra – wyjaśniła Wendy. – Skoro nie staje ci bez wspomagania, to może natura usiłuje dać ci do zrozumienia, że nie powinieneś uprawiać seksu?
    Victory parsknęła śmiechem. Pomyślała, że Wendy jednak przejmuje się Shane'em, niezależnie od tego, co twierdzi. Takie gorzkie opinie o mężczyznach do niej nie pasowały.
    Rozłączyły się i Victory wyjrzała przez okno. Auto jechało przez Madison Avenue, mijając kosztowne, olbrzymie butiki projektantów w rodzaju Valentino. Skrzywiła się i pomyślała o sytuacji Wendy i Shane'a. Bała się o Wendy – bała się, co będzie, jeśli Shane odejdzie, ale jednocześnie niepokoiła się, jak będzie wyglądało życie jej przyjaciółki, jeśli jednak wróci.
    Kiedy po raz pierwszy zobaczyła przyjaciółkę z Shane'em, wiele lat temu na przyjęciu w Los Angeles, zapewne myślała o nim to samo co Wendy. Najpierw zdumiało ją, że Wendy ma męża. Wendy była bezpośrednia i chłopczykowata: nie robiła sobie makijażu, zwykle paradowała w dżinsach i wysokich butach, męskiej koszuli i granatowym blezerze. Victory była ciekawa, czy Wendy celowo maskuje swoją kobiecość, żeby traktowano ją poważnie w branży filmowej, ale przekonała się, że Wendy po prostu taka jest. Przez swoje ciepło i bezpośredniość przypominała Victory jej najlepsze koleżanki z dzieciństwa. Wendy wyrosła na kobietę, którą inne kobiety uważały za piękność, a mężczyźni ledwie zauważali. Przez pierwszy tydzień znajomości ani słowem nie zdradziła się z tym, że w jej życiu jest jakikolwiek facet.
    Victory była zaszokowana, kiedy Wendy pojawiła się na kolacji z uroczym młodym człowiekiem. Shane miał rozczochraną grzywę włosów i okrągłą twarz cherubinka. Nie był zbyt wysoki, ale u mężczyzny o takim uroku to wcale nie przeszkadzało. Najpierw ta para wydała się jej niedopasowana. Shane zachowywał się jak chłopiec, który nie dojrzał do ożenku, a wyglądał jak mężczyzna, który nie potrzebuje żony. Victory natychmiast nabrała podejrzeń – zaczęła się zastanawiać, czy Shane nie jest przypadkiem ukrytym gejem albo czy nie wykorzystuje Wendy.
    – Nie miałam pojęcia, że jesteś mężatką! – wykrzyknęła, patrząc na nich oboje ze zdumieniem.
    – Jestem jej wielkim sekretem. – Shane spojrzał na Wendy z uwielbieniem. – Wypuszcza mnie tylko, kiedy ma dobry humor.
    Wendy zaśmiała się z dumą, a Victory poczuła się jak idiotka. Głupio, że nie rozważyła trzeciej możliwości – że Shane zwyczajnie kocha Wendy. Niby dlaczego nie? Znały się dopiero od paru tygodni, a Victory sama się w niej prawie zakochała. To, że Shane był dość bystry, by dostrzec, jak cudowna jest Wendy, sprawiło, że Victory również zapragnęła go pokochać.
    Jej uwielbienie nie trwało jednak długo. Jeśli pominęło się jego urodę, Shane przypominał tani posrebrzany talerz, który, raz zmatowiały, nigdy nie odzyska blasku. Był przymilny i podlizywał się słynnym kolegom i przyjaciołom Wendy z branży filmowej. Wendy harowała jak głupia, a Shane'a zajmowały rozliczne hobby: golf, jazda na nartach, nawet na desce. O swój wygląd dbał jak dziewczyna. Victory była u Wendy kilka razy, gdy Shane właśnie popisywał się nowymi ciuchami, które kupił w butiku Dolce Sc Gabbany albo u Ralpha Laurena czy Prądy, a kiedyś wyciągnął buty z aligatora, marki Cole Haan, za półtora tysiąca dolarów. Wendy tylko się roześmiała. Uważała, że to zabawne – śmieszyło ją, że Shane chodzi do miejskich spa, bierze masaże, robi sobie manikiur i pedikiur. Nawet kazał rozjaśnić końcówki swoich przeszczepionych włosów. I wstrzykiwał sobie botoks, w przeciwieństwie do Wendy (nie potrzebowała, na jej bardzo jasnej, nigdy nie opalanej skórze nie tworzyły się zmarszczki). Do tego gadał o liftingu oczu u bardzo słynnego hollywoodzkiego chirurga.
    – Wen – zaczęła kiedyś ostrożnie Victory. – Nie martwi cię, że Shane wydaje wszystkie twoje pieniądze?
    To było w sylwestra, parę lat temu. Wendy i Shane urządzili przyjęcie, zrobiło się późno, większość gości wyszła. Shane poszedł spać, a Wendy, Victory i Nico siedziały na zniszczonej kanapie Wendy, piły szampana i rozmawiały o swoich najgłębszych uczuciach.
    – Nigdy nie byłaś mężatką, więc nie zrozumiesz – powiedziała Wendy. – Małżeństwo polega na dzieleniu się. Chcesz, żeby ta druga osoba była szczęśliwa. Nie jestem policjantem. Nie będę kontrolowała zachowania Shane'a i nie chcę, żeby on mnie kontrolował. Kocham go.
    Victory pomyślała, że Wendy mówi z wielką pasją. Nigdy nie zapomniała tamtej chwili. Zawsze kojarzyła z nią myśl, że Wendy ma dobrą i hojną naturę. Byia niezwykle troskliwą osobą. Victory zachodziła w głowę, skąd się to wzięło. Chciałaby być taka jak Wendy, ale wątpiła, by to się kiedykolwiek ziściło. Zbyt koncentrowała się na tym, co sprawiedliwe i fair, a w relacjach z mężczyznami to ona liczyła punkty. Specjaliści mówili, że tak nie wolno, ale Victory nic nie potrafiła na to poradzić. Pod koniec dnia chciała mieć poczucie, że mężczyzna włożył taki sam wysiłek w związek jak ona. Zwykle było inaczej, i właśnie dlatego wszystkie jej związki się rozpadały…
    Zadzwoniła komórka. Victory odebrała, patrząc na numer. Jezu, Ellen, chyba piąty raz dzisiaj.
    – Cześć, Ellen – oznajmiła z rezygnacją.
    – Nie uwierzy pani, ale Lyne jednak chce, żeby przyjechała pani do biura.
    Victory wywróciła oczyma.
    – OK – powiedziała ostrożnie. – Na pewno?
    – Tym razem na pewno – zapewniła ją Ellen.
    Victory usłyszała odgłosy szamotaniny, po czym w słuchawce rozległ się głos Lyne'a Bennetta.
    – Hej, mała, gdzie jesteś? – spytał. – Przywlecz swój tyłek na Siedemdziesiątą Drugą.
    – Będę za chwilę. – Victory starała się ukryć irytację w głosie.
    Rozłączyła się i spojrzała na szofera.
    – Dzwoniła Ellen. Mamy jednak jechać na Siedemdziesiątą Drugą.
    Wyprostowała się na kanapie. Coś podobnego! To już przesada. Dlaczego mężczyźni nie potrafią podjąć ostatecznej decyzji? Najwyraźniej Lyne był właścicielem dwóch przylegających do siebie budynków, które biegły przez długość całej ulicy, od Siedemdziesiątej Drugiej do Siedemdziesiątej Trzeciej. Mieszkał na Siedemdziesiątej Trzeciej i miał biura na Siedemdziesiątej Drugiej. Przez całe popołudnie Ellen wydzwaniała do niej, najpierw żeby poinformować, że Lyne powita ją w rezydencji, a potem, że zmienił zdanie i Victory ma jechać do biura. Później chciał się spotkać przed Whitney. Teraz ponownie mu się odmieniło i zażądał przyjazdu do biura.
    W ten oto niezbyt subtelny sposób poinformował Victory, że jego czas jest znacznie cenniejszy niż jej.
    Samochód zahamował, a szofer wysiadł, by otworzyć jej drzwi. Victory jednak była szybsza i wysiadła samodzielnie. Stanęła na chodniku i popatrzyła na budynek należący do Lyne'a. Było to szkaradzieństwo z białego marmuru z małą wieżyczką z boku. Mogłaby przysiąc, że widzi w oknie niespokojną twarz kobiety.
    Nagle twarz zniknęła.
    Victory się zawahała. Przyszło jej do głowy, że to naprawdę strata czasu. Nie znała Lyne'a Bennetta, ale już go nie lubiła. Zadzwoń do Ellen i powiedz jej, że zmieniłaś zdanie, nalegał głosik w jej głowie. Niby co zrobi Lyne? Wkurzy się i doprowadzi do bankructwa twoją firmę?
    Wtedy jednak ciężka brama z kutego żelaza z kolcami się otworzyła. Krzepki mężczyzna w garniturze i ze słuchawką w uchu zmierzał ku niej niepokojącym krokiem zbyt rozrośniętego osiłka. Victory pomyślała, że chodzi, jakby miał kupę w majtkach.
    – Do pana Bennetta? – zapytał.
    – Tak…
    – Proszę za mną – przerwał.
    – Wszystkich gości tak witacie? – zapytała.
    – Tak. – Wpuścił ją do środka.
    – Jak to, czy jest ładna? Jasne, że tak. Boska. – Trajkocząc do słuchawki, Lyne Bennett zerknął na Victory. Siedział na obrotowym krześle obitym brązowym zamszem, palił cygaro i trzymał stopy w sznurowanych butach na biurku, jakby miał mnóstwo czasu, a Victory na niego nie czekała. Dekorator wnętrz urządził gabinet tak, jak sobie wyobrażał bibliotekę znamienitego dżentelmena – boazeria na ścianach, regały z książkami, orientalny kominek i wielka emaliowana popielnica Dunhilla. Victory przycupnęła na małym foteliku pokrytym tkaniną w cętki. Uśmiechnęła się dzielnie.
    Jak długo jeszcze miała to znosić? Weszła do gabinetu Lyne'a przynajmniej trzy minuty temu, a ten ciągle gadał. Może jednak powinna wyjść.
    – Siedzi tutaj – oznajmił Lyne do telefonu. – Nazywa się Victory Ford. Tak jest. – Pokiwał głową i mrugnął do Victory.
    – Projektantka mody. Uhm. Piękna kobieta. – Zakrył dłonią słuchawkę. – Tanner Cole wie, kim jesteś, i cię docenia. Masz.
    – Wręczył jej telefon. – Przywitaj się z nim. Niech się ucieszy. Ostatnio kiepsko sobie radzi w sprawach sercowych.
    Victory westchnęła i wstała, po czym wyjęła mu telefon z ręki. Co za dziecinada. Nie znosiła, kiedy ludzie się tak zachowywali, zmuszali ją do rozmowy z kimś, kogo nie znała, nawet jeśli tym kimś był gwiazdor filmowy.
    – Halo – powiedziała do słuchawki.
    – Nie daj mu wejść sobie na głowę – zagruchał głos Tannera Cole'a w jej uchu.
    – Nie dam. – Popatrzyła na Lyne'a. – A jeśli to zrobi, może będę musiała się umówić z tobą.
    Lyne z udawaną wściekłością wyrwał jej telefon.
    – Słyszałeś? – Uśmiechnął się do Victory. Zauważyła, że ma wielkie i olśniewająco białe zęby. – Powiedziała, że może się z tobą umówić. Najwyraźniej nic nie wie o rozmiarach twojego siusiaka.
    Victory znów westchnęła i usiadła. Popatrzyła znacząco za zegarek, myśląc jednocześnie o tym, jak strasznym pozerem jest Lyne. Było to dość żałosne. Ale może czuł się niepewnie. Mało prawdopodobne, ale nie wykluczone. Być może dzięki niepewności zarobił miliard dolarów. Rozejrzała się po gabinecie i zauważyła trzy dziwne szkice Alexandra Caldersa, warte setki tysięcy dolarów. Lyne zapewne zaaranżował całą scenkę, żeby zrobić na niej wrażenie. Wcześniej dopilnował, żeby Ellen wprowadziła ją w chwili, gdy będzie rozmawiał ze swoim kumplem Tannerem Cole'em.
    Wyprostowała nogi. Przynajmniej się postarał, pomyślała. Nagle zrobiło jej się go żal.
    – Dobra, stary, do zobaczenia jutro wieczorem. Pieprzeni Jankesi! – wrzasnął i odłożył słuchawkę. Trwał sezon baseballowy. Lyne bez wątpienia był właścicielem prywatnej loży na stadionie Jankesów.
    Miała tylko nadzieję, że nie będzie gadał o sporcie przez cały wieczór.
    – Co słychać? – zapytał, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z jej obecności. Wstał, wyszedł zza biurka, ujął dłonie Victory, ścisnął je, po czym się pochylił i ucałował ją w policzek. – Świetnie wyglądasz – mruknął.
    – Dziękuję – powiedziała lodowato.
    – Poważnie. – Nie puszczał jej dłoni. – Cieszę się, że się zgodziłaś.
    – Nie ma problemu – oświadczyła sztywno. Zastanawiała się, czy on jest równie zakłopotany jak ona.
    – Ellen! – wrzasnął znienacka. – Samochód na dole?
    – Wiesz, że tak – dobiegł ich głos Ellen.
    – Tak, ale czy stoi na wprost wejścia? Chcę wyjść z budynku prosto do auta. Nie zamierzam stać na chodniku i czekać na Wybój a.
    – Powiem mu, że już schodzisz – oświadczyła Ellen radośnie.
    – Wyboja? – Victory zastanawiała się, o czym będą rozmawiali przez cały wieczór.
    – To mój kierowca – wyjaśnił Lyne. – Pan Dziurawiec. Jeśli w odległości pół kilometra od samochodu jest jakaś dziura, Wybój na pewno w nią wjedzie. Prawda, Ellen? – zapytał, wychodząc z biura.
    Victory patrzyła na niego. Nie wiedziała, czy żartował, czy też mówił poważnie.
    Ellen stała przy biurku z czarną kaszmirową marynarką w dłoniach. Lyne włożył ręce do rękawów.
    – Bąbelki? – spytał.
    – Tu. – Ellen wskazała butelkę szampana Cristal na swoim biurku.
    – W Whitney zawsze częstują gównianym szampanem – wyjaśnił Lyne Victory. – Mówię im, żeby się poprawili i serwowali przynajmniej veuve, ale to tandeciarze. No to zabieram szampana ze sobą.
    Ellen poszła za nimi do auta. Niosła szampana i dwa kieliszki. Kobiecie nawet by do głowy nie przyszło żądać od sekretarki takich usług, pomyślała Victory i krzywo popatrzyła na Lyne'a. Usiadł na kanapie, a Ellen wręczyła mu butelkę.
    – Bawcie się dobrze, dzieciaki – powiedziała.
    Victory gapiła się na nią. W pewnej chwili Ellen podłapała jej wzrok i bezradnie wzruszyła ramionami.
    Victory spojrzała na Lyne'a, który fachowo zdzierał złotą folię z butelki szampana. Zmrużyła oczy. Jeśli wieczór i tak miał być stracony, to przynajmniej mogła dać nauczkę Lyne'owi Bennettowi.

    Ten Lyne Bennett to koszmarny dupek, pomyślała Nico, patrząc ze złością na pierwszą stronę „New York Post".
    Nagłówek krzyczał: „Soksi rządzą", ale całą górę kolumny zajmowało zdjęcie Lyne'a Bennetta i napis: „Milioner w starciu z psami. Patrz strona trzecia".
    Mam nadzieję, że jakiś pies go pogryzł, pomyślała Nico, przewracając kartkę. Niestety, trochę się rozczarowała. Napisano jedynie, że Lyne Bennett usiłował nie dopuścić do tego, żeby szkolne boisko nieopodal jego domu zamieniało się popołudniami w wybieg dla psów. Lyne Bennett wspominał o „niehigienicznych warunkach", jego sąsiedzi zaś, właściciele psów, nazywali Lyne'a Bennetta „despotycznym wrogiem psów". Nico musiała się z nimi zgodzić. Przyszło jej do głowy, że nie ma nic gorszego niż facet, który nienawidzi psów. Znała Lyne'a Bennetta od lat i za każdym razem na jego widok dochodziła do wniosku, że to typ, który w dzieciństwie kopał psy, kiedy nikt nie patrzył. Refleksje na temat mężczyzn i psów przypomniały jej Kirby'ego i jego zwierzaka. I to, co robiła z Kirbym dwa razy w zeszłym tygodniu. Obiecała sobie, że w domu, w pobliżu Seymoura nie będzie myślała o Kirbym, to nie było fair wobec męża. Zamknęła gazetę i rzuciła ją na podłogę.
    Była niedziela, dziesiąta rano. Nico siedziała w „jaskini", czyli mieszczącej się w piwnicy sali treningowej. Sala, położona dokładnie pod kuchnią, do której przylegał ogród i teren dla psów, pierwotnie była pozbawionym okien labiryntem małych schowków. Seymour wyłożył podłogę matami z sizalu, kazał tu wybudować prysznic, saunę i łaźnię parową, co kosztowało sto pięćdziesiąt tysięcy, a potem wstawił tu najnowocześniejsze urządzenia. Nico ćwiczyła teraz na czymś zwanym wszechstronnym atlasem treningowym. Aby prawidłowo korzystać z urządzenia, należało się do niego odpowiednio przypiąć pasami, więc podczas każdego treningu czuła się niczym ofiara jakiegoś dziwacznego naukowego eksperymentu. I pewnie tak było, do pewnego stopnia.
    Popatrzyła na elektroniczny licznik. Jeszcze dziesięć minut. Zerknęła na swoje odbicie w lustrzanej ścianie. Dyszała i sapała, w napięciu marszczyła czoło. Dasz radę, motywowała samą siebie. Jeszcze… jeszcze dziewięć minut. Potem będzie osiem, i tak dalej, aż wreszcie to się skończy. Nienawidziła ćwiczeń, ale nie mogła ich sobie odpuścić, nie tylko ze względu na Seymoura. To naprawdę była część jej pracy. Victor Matrick wydał zarządzenie, że kadra zarządzająca nie tylko ma ciężko pracować, ale i bawić się do utraty tchu. Dwa razy w roku dwudziestu najlepszych dyrektorów wyjeżdżało na obóz przetrwania, gdzie uczestniczyło w górskim spływie tratwami (czwarty stopień trudności trasy), skakało ze spadochronem (mięczaki mogły skakać razem z instruktorem przywiązanym im do pleców) i jeździło na górskich rowerach w Utah. Małżonkowie byli mile widziani, ale nie niezbędni, Seymour jednak zawsze jej towarzyszył i zawsze błyszczał.
    – Nie ma mowy, żeby zdołali przygotować się do każdej dyscypliny z osobna – mówił. – Sztuczka polega na tym, żeby być przez cały czas w gotowości. Dzięki dobrej kondycji będziesz mogła skutecznie rywalizować.
    Stąd się wzięła sala treningowa.
    Nagle zadzwoniła komórka, która wisiała na haczyku z boku atlasu. Przez chwilę Nico patrzyła na nią niespokojnie. W innych okolicznościach zostawiłaby ją na górze, zwłaszcza w niedzielę. Teraz jednak, kiedy łączyło ją coś z Kirbym (nawet przed sobą nie przyznałaby się do romansu), nie odważyłaby się na ryzyko. Co prawda powiedziała Kirby'emu, że pod żadnym pozorem nie wolno mu dzwonić do niej w tygodniu ani w weekendy, ale mógł nagle dać się porwać namiętności i zapomnieć. Popatrzyła na numer. Dzwoniła Wendy.
    – Cześć – powiedziała Nico, wyplątując się z pasów.
    – Victory chodzi z Lyne'em Bennettem. – W głosie Wendy pobrzmiewała mieszanka przerażenia i podziwu. – O Boże. Mam nadzieję, że nie zamieni się w Sarah-Catherine. Ona też z nim chodziła.
    Nico otarła strumyk potu z karku. Dlaczego u licha Wendy nagle przypomniała sobie Sarah-Catherine? Zwłaszcza że nikt o niej nie słyszał od co najmniej trzech lat (Bogu dzięki).
    – Nie przepadam za Lyne'em Bennettem, ale Vic w niczym nie przypomina Sarah-Catherine – powiedziała. – Ma swoją firmę. I prawdziwy talent.
    Pomyślała, że Wendy zachowuje się jak te kobiety, którym wali się życie, więc zakładają, że dotyczy to również wszystkich innych.
    – Zjesz lunch? – zapytała, wiedząc, że raczej powinna w tym czasie popracować.
    – Nie powinnam – odparła Wendy.
    – Ja też nie – oświadczyła Nico. – W Da Silvano o pierwszej? Zadzwonię do Victory.
    Rozłączyła się i podniosła gazetę, po czym zaczęła przerzucać kartki. Na szóstej stronie znalazła zajmujące ćwierć kolumny kolorowe zdjęcie Victory i Lyne'a Bennetta w baseballowych czapeczkach Jankesów. Victory wiwatowała na stojąco, a Lyne, którego długa twarz kojarzyła się Nico z rombem, unosił zaciśniętą w pięść dłoń w triumfalnym geście.
    No tak, pomyślała Nico. Widać nie mieli pojęcia, że Jankesi przegrają.
    Przeniosła się na ławeczkę do wyciskania i usiadła na jej skraju. Odsunęła gazetę, żeby zagłębić się w tekst. Psuł się jej wzrok – nieuchronne po przekroczeniu czterdziestki – więc zdołała tylko przeczytać słowa: „Miłosna rozgrywka", a niżej: „Jankesi przegrali, ale to chyba nie zmartwiło miliardera Lyne'a Bennetta i projektantki Victory Ford. Tych dwoje widuje się razem na całym Manhattanie… ".
    Jak do tego doszło? Nico rozmawiała z Victory w piątek rano. Victory powiedziała jej, że świetnie się bawiła z Lyne'em Bennettem, ale inaczej, niż można by przypuszczać. Szczerze mówiąc, wątpiła, czy Lyne jeszcze kiedykolwiek do niej zadzwoni. Nico uważniej popatrzyła na zdjęcie. Victory wyglądała tak, jakby faktycznie dobrze się bawiła. Nico pokręciła głową i pomyślała, że przyjaciółki nigdy nie przestaną jej zdumiewać i wprawiać w osłupienie.

    A było tak, że Lyne Bennett właściwie zakochał się w Victory, a Victory w nim.
    No dobrze, „zakochać się" to zbyt mocne słowo, pomyślała Victory. Ale to mógł być początek „zakochania". Sympatia, troska i czułość, które budzi w tobie mężczyzna, kiedy nagle odkrywasz, że go lubisz, że jest w porządku, może nawet bardziej niż w porządku, że być może jest niezwykły. To było takie świąteczne uczucie. W środku ciepło i przytulnie, na zewnątrz ślicznie i błyszcząco.
    – Będę na dole. Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, zejdź albo wezwij Roberta.
    Robert był lokajem, jedną z pięciu mieszkających tu na stałe osób personelu. Oprócz niego było jeszcze dwóch ochroniarzy, pokojówka i kucharka.
    Lyne pochylił się, żeby pocałować Victory. Nadstawiła twarz i objęła go za szyję, dotykając gładko ogolonej skóry.
    – Zadzwonię w parę miejsc – szepnęła. – Nie przejmuj się mną.
    – Wiem, że nie muszę. – Pocałował ją mocniej, tak że opadła na łóżko. Po chwili go odepchnęła.
    – Uważaj, bo się spóźnisz na spotkanie z George'em – powiedziała.
    – E tam. Ten mały sukinsyn może poczekać. Boisko jest moje. – Ale po sekundzie już się wyprostował. Ma fioła na punkcie zobowiązań, całkiem jak ja, pomyślała Victory. Nie cierpiał nie dotrzymywać obietnic. – Zobaczymy się za godzinę.
    – Baw się dobrze.
    Zauważyła, że tego ranka wyglądał naprawdę słodko, w białym sportowym stroju i adidasach. Zamierzał pograć w squasha z innym miliarderem, George'em Paxtonem, na boisku, które najwyraźniej znajdowało się gdzieś na tyłach budynku. Victory mu pomachała, czując się trochę jak żona żegnająca idącego do pracy męża.
    Opatuliła się kołdrą i rozejrzała. Postanowiła, że wstanie za minutkę. Lyne Bennett miał naprawdę wygodne łóżko. Pościel była wyjątkowo miękka, a pod plecami Victory leżały trzy poduszki królewskich rozmiarów, na których czuła się jak na chmurze. Naturalnie pościel i poduszki były białe, podobnie jak dywan i ciężkie jedwabne zasłony, a meble w stylu biedermaier. I był to prawdziwy biedermeier, w odróżnieniu od imitacji, które można znaleźć w dzielnicy antyków w Village. Same meble warte były zapewne z pół miliona dolarów. A pościel!
    Dlaczego tylko prawdziwi bogacze miewają taką pościel? Victory zawitała kiedyś do Pratesi – najdroższego, jak sądziła, sklepu z bielizną pościelową na Madison Avenue – i zapłaciła tysiąc dolarów za komplet (tak naprawdę pół tysiąca, bo skorzystała z pięćdziesięcioprocentowej wyprzedaży), a jednak nie dorównywał miękkością temu tutaj. Pościel Lyne'a była wyznacznikiem różnicy między milionerem a miliarderem. Pomyślała, że niezależnie od tego, jaki sukces się odniesie, zawsze ktoś będzie miał więcej.
    No i co z tego? Formalnie rzecz biorąc, Lyne miał więcej pieniędzy, za to ona była kobietą światową, wyrobiła sobie nazwisko, miała własną firmę i interesujące życie. Nie potrzebowała Lyne'a ani jego pieniędzy, ani nawet jego pościeli. Jednak właśnie dlatego romans z Lyne'em sprawiał jej uciechę. Lyne był dupkiem, ale zabawnym. Położyła głowę na poduszkach (które wznosiły się po obu stronach jej głowy, przez co niemal utonęła w pierzu), i zaczęta rozmyślać o wydarzeniach ostatnich dni.
    Tamtego wieczoru, podczas pierwszej, niemal katastrofalnej randki, zaczęła kłócić się z Lyne'em już w chwili, gdy samochód ruszył spod domu.
    – Naprawdę uważasz za konieczne zmuszanie swojej asystentki do noszenia za tobą szampana do auta? – Celowo nie użyła słowa „sekretarki".
    – A co jej to szkodzi? – Otworzył butelkę. – Jest najlepiej opłacaną sekretarką w Nowym Jorku. Kocha mnie.
    – Bo musi. I dlaczego zmuszasz ją do umawiania cię na randki? Czemu sam nie dzwonisz?
    Wiedziała, że jest obcesowa, ale miała to gdzieś. Lyne kazał jej czekać podczas rozmowy z Tannerem Cole'em i to było znacznie bardziej niegrzeczne.
    – No cóż… – Lyne nalał szampana do kieliszka, który stał w uchwycie z polerowanego drewna na środku kanapy. – Swój czas wyceniam na jakieś pięć tysięcy dolarów za minutę. Nie twierdzę, że nie jesteś tego warta, ale gdybym zadzwonił, a ty byś odmówiła, kosztowałoby mnie to około dwudziestu tysięcy.
    – Na pewno możesz sobie na to pozwolić – oświadczyła z pogardą.
    – Nie chodzi o to, na co mogę sobie pozwolić, tylko na co chcę. – Wyszczerzył zęby. Odpowiedziała mu cynicznym uśmiechem. Lyne był atrakcyjny, ale uśmiechał się jak rekin.
    – To najbardziej żałosny wykręt, jaki kiedykolwiek słyszałam – powiedziała.
    Postanowiła, że pokaże się z nim w Whitney, a potem wróci do domu. Nie mógł jej zmusić do wspólnej kolacji.
    – Ale nie odmówiłaś – powiedział.
    – Odmówię.
    – Naprawdę jesteś zła, bo kazałem Ellen umówić cię na randkę? – spytał.
    Przynajmniej wystarczyło mu przyzwoitości, żeby wyglądać na zdumionego.
    – Nie – odparła. – Naprawdę jestem zła, bo kazałeś mi siedzieć i czekać, aż skończysz rozmowę z Tannerem Cole'em.
    – Oczekujesz, że będę wyłączał telefon za każdym razem, kiedy wejdziesz do pokoju?
    – Zgadza się – przytaknęła. – Chyba że to ja będę na linii. W takim wypadku możesz rozmawiać.
    Popatrzyła na niego, ciekawa, jak to przyjmie. Czy wyrzuci ją z auta? Nie miałaby nic przeciwko temu. Najwyraźniej jednak nie potraktował jej poważnie. Zadzwoniła jego komórka, Lyne wyjął ją i popatrzył na numer.
    – Więc nie pozwolisz mi odebrać telefonu od prezydenta Brazylii?
    Uśmiechnęła się lodowato.
    – Kiedy jesteś ze mną, prezydent Brazylii musi poczekać.
    – Jak sobie chcesz. – Wyłączył telefon.
    Przez chwilę jechali w niechętnym milczeniu. Nawet go nie znała, więc dlaczego wykłócali się jak para? Zaczynały jej dokuczać wyrzuty sumienia. Takie jędzowate zachowanie do niej nie pasowało. Mężczyźni pokroju Lyne'a Bennetta potrafili wyzwolić w kobiecie najgorsze instynkty, ale nie wolno sobie folgować.
    – To naprawdę był prezydent Brazylii? – zapytała.
    – Ellen. – Zarechotał. – Jeden zero dla mnie. Przygryzła wargę, kryjąc uśmiech.
    – Na razie – powiedziała.
    – A właściwie jeden zero dla ciebie. Bo to naprawdę był prezydent Brazylii.
    O Boże. Wariat, pomyślała.
    Auto wjechał na Madison Avenue. Przed Whitney Museum stał tłum samochodów i Lyne'a nagle ogarnęła obsesja. Koniecznie chciał, żeby Wybój zaparkował naprzeciwko wejścia.
    – Dawaj, Wybój! – wrzeszczał zachęcająco.
    – Staram się, proszę pana. Ale przed nami jest limuzyna…
    – Pieprzyć limuzynę! – wrzasnął Lyne. – To auto starego Shinera. Srajnera, jak go nazywam – wyjaśnił Victory. – Kiedy startowałem w biznesie, powiedział, że nie zarobię ani grosza. Nigdy nie dam mu o tym zapomnieć. Jeśli limuzyna Srajnera nie zniknie stąd za pięć sekund, rąbnij w nią, Wybój.
    – Przyjedzie policja. To długo potrwa – narzekał Wybój.
    – No i co z tego? Przecież wiesz, jak sobie radzić z policją…
    Victory miała serdecznie dosyć tego cyrku.
    – Przestaniesz wreszcie? – Popatrzyła na Lyne'a. – Zachowujesz się jak kompletny wariat. To żenujące. Jeśli nie jesteś w stanie przejść półtora metra po chodniku, masz poważny problem.
    Na Łynie nie zrobiło to najmniejszego wrażenia.
    – Słyszałeś, Wybój? – Poklepał kierowcę po ramieniu. – Spędziliśmy ze sobą zaledwie dziesięć minut, a ona już mnie zna. Dajże spokój. – Wziął Victory za rękę. – Wiedziałem, że będę się z tobą dobrze bawił.
    Skrzywiła się. Najwyraźniej trudno było obrazić Lyne'a Bennetta. Uznała, że zaczyna go odrobinę lubić.
    I dobrze, bo nawet gdyby w tym momencie zechciała go opuścić, nie byłoby to możliwe. Wysiedli z auta i natychmiast otoczyli ich fotografowie. Biennale w Whitney było największym pokazem ostro rywalizującej grupki artystów wybranych przez komitet wystawy, jednym z najważniejszych i najbardziej kontrowersyjnych wydarzeń artystycznych w kraju. Victory zawsze zapominała, że to również wydarzenie towarzyskie. Wszyscy zapewne założą, że ona i Lyne nie tylko się spotykają, ale zapewne już od pewnego czasu są ze sobą. Pary zwykle pojawiały się na biennale w Whitney, gdy pragnęły oficjalnie powiadomić innych o swoim związku.
    No i jeszcze Lyne trzymał jej dłoń, jakby byli kochankami. Nie miała nic przeciwko temu, żeby ją z nim widzieli, ale przeszkadzałoby jej, gdyby ktoś pomyślał, że uprawia z Lyne'em seks. Usiłowała delikatnie wysunąć dłoń z jego uścisku, ale tylko go zacieśnił.
    – Czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy, że pewnie cierpisz na zespół nadpobudliwości psychoruchowej? – zapytała, myśląc o jego zachowaniu w aucie.
    – Niech ci będzie. – Popatrzył na nią nieuważnie. – No chodź, mała. – Pociągnął ją za rękę. – Jeśli masz dość paparazzich, wejdźmy do środka.
    Zupełnie jakby była małą dziewczynką!
    Mimo jej obcasów był co najmniej piętnaście centymetrów wyższy, więc nie mogła się wyrwać. To był dodatkowy punkt dla niego. Potem zaciągnęła go na Pochwy. Ale ostateczny cios padł w Ciprianim, pomyślała z zadowoleniem…
    – Olbrzymie pochwy w Whitney? – zapytała Wendy.
    Właściwie nie była zaszokowana – teraz prawie nic nie było w stanie jej zaszokować, miała jednak spore kłopoty z koncentracją. Tego ranka zadzwonił Shane i spytał, czy może zabrać dzieci do swoich rodziców, którzy mieszkali na Upper West Side. Myśl o Shanie razem z dziećmi i ich dziadkami bez niej przyprawiała ją o mdłości.
    Wendy, Nico i Victory siedziały przy stoliku nieopodal wejścia, w najbardziej pożądanym kącie Da Silvano. Restauracja była zatłoczona, drzwi bez przerwy się otwierały i wchodzili ludzie, tylko po to, żeby usłyszeć, że nie ma wolnych stolików, i za każdym razem Wendy czuła zimny podmuch wiatru na karku. Wciąż poprawiała paszminc, ale cholerstwo nie chciało się trzymać. Paszminy zapewne dawno wyszły z mody, ale nie miała nic lepszego, w czym wyglądałaby przyzwoicie w niedziele.
    Pochyliła się do przodu, udając zainteresowanie. Czy Shane powiedział już swoim rodzicom? Teściowa nigdy jej nie lubiła. Pewnie teraz opowiadała Shane'owi, że Wendy jest złą matką…
    – Co roku usiłują pokazać coś szokującego – mówiła właśnie Nico. – Kilka lat temu zaprezentowali taśmę wideo z pomalowanym niebieską farbą facetem, który bawił się penisem.
    – Przynajmniej szokują na równych prawach. – Victory zatopiła paluszek w talerzyku z oliwą. – W tym roku są wielkie waginy, w które wetknięto plastikowe lalki.
    – Nieszczególnie staranne wykonanie – oznajmiła Nico.
    – Widziałaś je? – chciała wiedzieć Wendy.
    – Musiałam – odparła Nico. – Pokażemy je w grudniowym numerze.
    Wendy pokiwała głową. Poczuła się wykluczona. Ona tylko robiła filmy i zajmowała się rodziną. Brak jej było ogłady, nie miała żadnego życia poza tą małą tratwą egzystencji, w której kurs wkładała całą energię. Popatrzyła na Victory, promienną niczym dwudziestopięciolatka. Były niemal rówieśnicami, ale Victory wszędzie bywała i wszystko robiła – nadal umawiała się z mężczyznami. Nagle Wendy uświadomiła sobie, że od ponad piętnastu lat nie wybrała się na randkę. Poczuła się jeszcze gorzej. A gdyby znowu musiała na nie chodzić? Nie miałaby pojęcia, jak się zachować…
    – Artystka, młoda kobieta z Brooklynu, chyba niedawno urodziła dziecko i najwyraźniej przeraziło ją to doświadczenie – mówiła Victory. – Oświadczyła, że nikt jej nie uprzedził, jak to naprawdę jest.
    – Błagam – jęknęła Wendy lekceważąco. – Dlaczego każda babka, która urodziła dziecko, zachowuje się jak pionierka w tej dziedzinie?
    – Myślę, że tak zareagowała na to, że właśnie kobiety muszą rodzić dzieci – zauważyła Nico.
    – W każdym razie Lyne'owi kompletnie odwaliło – ciągnęła Victory. – Twierdzi, że omal nie zwymiotował.
    – I z takim facetem się umawiasz? – mruknęła Wendy.
    – Wen, te rzeźby naprawdę były okropne – powiedziała Victory. – Nie chodzi o temat, ale o wykonanie. Postanowiłam wykręcić mu numer, za to, że jest takim dupkiem. Przekonałam go, że pewnego dnia rzeźby damskich pochew będą tak ważne jak Wenus z Willendorfu – prehistoryczna figurka bogini płodności – a on mi uwierzył. Kupił rzeźbę pochwy za dwadzieścia tysięcy dolarów.
    Odchyliła się i przypomniała sobie, jak w muzeum nabierała Lyne'a, który mamrotał, niezadowolony jak uczeń, coś na temat tego, „co się porobiło ze sztuką w dzisiejszej Ameryce".
    – Wiesz, te rzeźby trafią do muzeum – oznajmiła. – Na początku nikt nie traktował poważnie puszek Campbella Andy'ego Warhola.
    – Oszalałaś – powiedział.
    – Może ja oszalałam, ale Brandon Winters raczej nie. – Brandon Winters był kuratorem wystawy w Whitney Muse- um. Victory ledwie go znała, ale odstawiła wielkie show, ucinając z nim sobie pogawędkę przy Łynie. – Nie słyszałeś, co powiedział Brandon? Muzeum Sztuki Współczesnej w Chicago niesamowicie się interesuje tymi rzeźbami, podobnie jak dwa muzea w Niemczech. Brandon twierdzi, że porównują te rzeźby do Wenus z Willendorfu…
    Brandon wcale tak nie twierdził, uznała jednak, że swobodnie mógłby wygłaszać takie bzdury.
    – Jakiej Wenus? – chciał wiedzieć Lyne.
    Popatrzyła na niego z udawanym zmieszaniem.
    – Wenus z Willendorfu. Boże, Lyne, podobno interesujesz się sztuką… Myślałam, że o niej słyszałeś. Naturalnie, ma dopiero dwadzieścia pięć tysięcy lat, więc może umknęła twojej uwagi…
    Wtedy Lyne, z dziwnym wyrazem twarzy wmieszał się w tłum gapiów, którzy zebrali się wokół instalacji z pochwą. Zamienił kilka słów z Brandonem Wintersem, który najpierw się zdumiał, potem ucieszył, a potem zrobił służalczą minę. Lyne wręczył mu wizytówkę.
    – Co? – zapytała.
    Ujął ją za ramię i powiódł na bok.
    – Kupiłem jedną – powiedział. – Za ile?
    – Za dwadzieścia tysięcy.
    Pomyślała z satysfakcją, że to mniej więcej tyle, ile by stracił, gdyby raczył osobiście do niej zadzwonić, a ona by odmówiła. Mimo wszystko postanowiła iść z nim na kolację, choćby po to, by sprawdzić, jaki jeszcze numer zdoła mu wywinąć.
    Posadzono ich przy romantycznym stoliku w kącie w Ciprianim. Lyne natychmiast zamówił butelkę cristala, którego popijał jak wodę. Victory naprawdę zaczynała wierzyć w to, że cierpiał na niezdolność do koncentracji, bo nie mógł usiedzieć na miejscu – ciągle wstawał, żeby pogadać z ludźmi przy innych stolikach. Nie komentowała tego ani słowem, gdyż jedynym sposobem na to, żeby mężczyzna zrozumiał swoje niewłaściwe zachowanie, jest odpłacenie mu pięknym za nadobne. Kiedy po raz trzeci wrócił do stolika, wstała i poszła do baru. Siedziała tam dwójka jej znajomych. Victory nie śpieszyła się, zamawiając piwo imbirowe, i pogadała jeszcze z nimi o renowacji ich mieszkania. Potem wróciła do Lyne'a.
    – Trochę cię nie było – zauważył, dotknięty.
    – Rozmawiałam z ważnymi ludźmi. – Wzruszyła ramionami.
    Podszedł kelner, żeby przyjąć zamówienie.
    – Poproszę trzy porcje kawioru z bieługi – powiedziała Victory z satysfakcją, jakby było to całkiem zwyczajne. Lyne starał się ukryć niezadowolenie. W końcu był miliarderem, ale dostrzegła, że lekko się wkurzył.
    – Większość ludzi zadowoliłaby się jedną porcją kawioru – powiedział gniewnie.
    – Nie jestem większością ludzi – odparła. – A poza tym zgłodniałam.
    Potem zamówiła homara, a na deser czekoladowy suflet. Wciągnęła Lyne'a w rozmowę o dzieciństwie, o jego ojcu, który odszedł, gdy Lyne miał czternaście lat, o dwóch młodszych braciach, o tym, jak musiał pracować w delikatesach i kłamać, że jest starszy. Wzbudził w niej nieco większą sympatię. Pod nieznośną ostentacją Lyne'a Victory wyczuwała przyzwoitego człowieka. Szkoda tylko, że przez większość czasu musiał zachowywać się jak dupek.
    Kiedy pojawił się deser, wstała, żeby pójść do łazienki. Faktycznie tam poszła, ale najpierw znalazła kierownika sali i wręczyła mu swoją czarną kartę American Express, by uregulować rachunek. Planowała to od samego początku. Jeśli ktoś naprawdę chce uregulować rachunek, nie czeka, aż pojawi się on na stole, tylko robi to wcześniej, dyskretnie i sprawnie, co pozwala uniknąć przepychanek podczas płacenia.
    Po wyjściu z toalety podpisała potwierdzenie. Koszt posiłku wyniósł ponad tysiąc dolarów, ale Victory ani trochę się tym nie przyjęła. Może i jej firma wpadła w finansowe tarapaty, ale Lyne nie musiał o tym wiedzieć. Poza tym warto było zapłacić choćby po to, żeby zobaczyć wyraz jego twarzy, kiedy się dowie, że Victory już załatwiła sprawę rachunku.
    Wróciła do stolika i czekała, plotkując nieszkodliwie o rozmaitych wspólnych znajomych. Może było to dziecinne, ale tak naprawdę uregulowanie rachunku dawało władzę, i nawet jeśli większość kobiet by tego nie zrozumiała, dla mężczyzny pokroju Lyne'a była to wyraźna oznaka dominacji. Victory odkryła również, że w chwili, w której zyskała kontrolę nad sytuacją, zachowanie Lyne'a zupełnie przestało ją denerwować.
    – Prosimy o rachunek. – Lyne machnął ręką na kierownika sali.
    Victory starannie złożyła serwetkę i z uśmiechem czekała, aż maitre d'hotel podbiegnie do stolika. Przenosił zatroskane spojrzenie z niej na Lyne'a i z powrotem. Pochylił się nad Lyne'em.
    – Rachunek już został uregulowany – wymamrotał.
    – Kogo to robota? – Lyne rozejrzał się po sali ze wściekłym niedowierzaniem.
    – Czyja to robota, skarbie – poprawiła go Victory swobodnie. – Zastosowałeś niewłaściwy zaimek pytający.
    – Guzik mnie obchodzą jakieś tam zapytaimki. Chcę wiedzieć, kto zapłacił rachunek.
    Wyglądał tak, jakby zamierzał komuś przyłożyć. Kierownik sali, który przywykł już do napadów wściekłości wpływowej klienteli, złożył dłonie i pochylił głowę.
    – Zapłaciła młoda dama. Pani Ford.
    – Kto? – Lyne rozejrzał się po sali, jakby zapomniał, że jadł z nią kolację. Nagle załapał. – Och.
    Uśmiechnęła się i wypuściła powietrze z płuc. W końcu zdołała zamknąć mu usta.
    Nie był w stanie wydobyć z siebie słowa przez kilka następnych minut, kiedy wkładali płaszcze i schodzili po schodach. Już na chodniku burknął:
    – Nie musiałaś tego robić.
    – Ja nic nie muszę – poinformowała go. – Robię, co chcę.
    – Zamierzałem zaprosić cię do siebie na kieliszek przed snem – powiedział. – Ale wygląda na to, że masz inne plany.
    Boże, co za dzieciak, pomyślała.
    – Nie mam innych planów – odparła, zirytowana jego konkluzjami. – Ale muszę iść. Dobranoc, Lyne. – Wyciągnęła rękę. – Miło się było z tobą spotkać.
    – Mnie również – wymamrotał i odszedł do swojego auta.
    Wybój stał i trzymał otwarte drzwi. Patrzył ze zdumieniem na Victory.
    Uniosła dłoń i zatrzymała taksówkę. No cóż, wiem o nim wszystko, co powinnam wiedzieć, pomyślała, siadając z tyłu auta. Całkiem dobrze się bawiła, ale nie był dżentelmenem. Nie zaczekał z nią na taksówkę, nawet nie podziękował za kolację. Może był zbyt zaskoczony, żeby ją odprowadzić, ale mimo wszystko prawdziwy mężczyzna nigdy nie powinien zapominać o dobrych manierach. Czyżby miał takie kruche ego? To bez sensu. W przeszłości Lyne Bennett wykupywał firmy i bezlitośnie je parcelował, prawdopodobnie z czystej złośliwości. Igrasz z ogniem, szepnął głosik w jej głowie.
    Nagle jednak przypomniała sobie wyraz jego twarzy, kiedy wyznał, że chciał ją zaprosić do siebie na drinka. Przez moment wydawał się zrezygnowany, jakby przypomniał sobie, że randkowanie w Nowym Jorku jest bezsensowne i nie ma sensu się starać. Zrobiło się jej smutno.
    Nie poświęciła temu jednak zbyt wiele myśli. Uznała, że to koniec całej sprawy i że Lyne więcej nie zadzwoni.
    – Jasne, że zadzwonił – przerwała tę opowieść Wendy. – Nie miał wyjścia.
    No tak, faktycznie zadzwonił, ciągnęła Victory, pochylając się nad stolikiem, żeby nie usłyszał jej nikt postronny. O wpół do ósmej rano w sobotę. Do tego czasu zdążyła niemal całkiem o nim zapomnieć. Wszyscy w Nowym Jorku umawiali się na dziwaczne randki i wiedziała, że jeśli kiedyś na niego wpadnie, oboje będą zachowywali się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Ale Lyne wcale nie zamierzał się poddawać.
    – Halo? – powiedziała sennie do słuchawki, myśląc, że o tak wczesnej porze to zapewne Wendy.
    – Chcę, żebyś wiedziała, że potencjalnie tracę dwadzieścia tysięcy, dzwoniąc do ciebie osobiście – rozległ się głos Lyne'a.
    Roześmiała się wbrew sobie, zdumiona, że jego telefon ją ucieszył.
    – Poważnie? – zapytała. – Czyli nadal zarabiasz pięć tysięcy na minutę, nawet w weekendy? Co ty jesteś, telekomunikacja?
    – Chciałoby się. Jestem znacznie bogatszy niż telekomunikacja – mruknął.
    – Na wypadek gdybym zapomniała…
    – Tak czy siak, wysoko mnie wyceniają. Nawet jeśli ty mnie odrzucisz – powiedział. – Pamiętasz tę ohydną rzeźbę, którą kazałaś mi kupić? Wiedz, że się nie myliłaś. Sprzedałem ją muzeum w Chicago za czterdzieści tysięcy dolców. Uznałem, że masz prawo do dwudziestu tysięcy mojego czasu, że- by mnie odrzucić. Pozostało ci – urwał – dokładnie dziewięćdziesiąt dwie sekundy.
    – O co ci chodzi? – przerwała.
    – O mecz Jankesów z Red Soksami. Ostatni w tym sezonie amerykańskiej ligi. Dziś, o siódmej.
    – Dobra – odparła.
    Doszła do wniosku, że nie jest tak straszny – nie dość, że chciał się z nią znowu spotkać, to jeszcze próbował zmienić swoje nawyki.
    Oczywiście, Lyne Bennett na zawsze miał pozostać dupkiem, ale tego wieczoru, na meczu baseballu, był całkiem słodkim dupkiem. Siedział w aucie, kiedy zjawił się po nią Wybój, co oznaczało, że przedzierał się przez całe śródmieście. Pojechali razem na lądowisko dla helikopterów na East River.
    – Wiem, że jesteś bogaty – zaczęła Victory, gdy szli do srebrnego helikoptera na tratwach pontonowych. – Ale nie uważasz, że lot helikopterem na Bronx to już przesada?
    – Uważam. – Pomógł jej wsiąść. – Mecz jest w Bostonie.
    – Och – powiedziała Victory.
    I z powodów starych jak świat, od tamtej chwili wieczór rozwijał się bardzo interesująco.

    No tak, pomyślała Nico, wciągając rękawiczki. Co powinna teraz zrobić?
    Zimny wiatr, ostry jak nóż, hulał po Szóstej Alei przed restauracją. Z trudem łapiąc oddech, spojrzała na zegarek i zobaczyła, że jest dopiero wpół do trzeciej. Jej córka Katrina miała być w szkółce jeździeckiej co najmniej do czwartej, ćwiczyła przed pokazem, którego organizacją zajął się Seymour. Właściwie to Seymour pewnie też był teraz w szkółce, razem z innymi rodzicami, którzy obserwowali trening swoich dzieci. Ta tajemnicza miłość do koni była wspólną pasją Seymoura i Katriny, a Nico już dawno doszła do wniosku, że jej to w ogóle nie interesuje. Także w dzieciństwie nie potrafiła zrozumieć tych małych wielbicielek koni, które przychodziły do szkoły z brudnymi włosami i śmierdziały nawozem. Naturalnie Katrina, która jeździła pięć razy w tygodniu w szkółce na Chelsea Piers (za dwieście pięćdziesiąt dolarów za godzinę), nie śmierdziała – co dzień rano brała prysznic, a raz w miesiącu szła do salonu Bergdorf Goodman, gdzie zajmowano się jej włosami i paznokciami. Ale kiedy Katrina i Seymour zaczynali mówić o koniach, oczy Nico robiły się puste. Nic nie mogła na to poradzić A tak w ogóle chodziło o to, że przez następne półtorej godziny ani Seymour, ani Katrina nie będą się zastanawiali, gdzie się podziewa.
    Ani co robi.
    Znów zerknęła na zegarek. Jej serce biło głośno na skutek zimna albo z podniecenia. Czy się ośmieli? Przecież nikt się nie dowie. Skłamie, że wraca do biura, i w końcu naprawdę wróci. To wcale nie było podejrzane, często pracowała w weekendy. A Wendy właśnie pojechała na nieplanowane spotkanie ze scenarzystą, Victory zaś oznajmiła, że idzie do pracowni rysować.
    Jeśli miała to zrobić, musiała się pośpieszyć.
    Wsiadła do taksówki i rozejrzała się uważnie, żeby sprawdzić, czy ktoś ją obserwuje. Jednak wpadała w paranoję, nie ma nic podejrzanego w samotnym wsiadaniu do taksówki. Ostatnio przed Da Silvano zawsze kręciło się paru paparazzich, nawet strzelili kilka fotek, kiedy Nico i Victory wychodziły. Teraz jednak ją ignorowali, przycupnięci niczym stadko wron na ławce przed restauracją.
    – Rondo Kolumba – powiedziała do taksówkarza.
    Jeśli Kirby był w domu, zawsze mogła zmienić trasę.
    Wyciągnęła z torebki komórkę i popatrzyła na nią. Może lepiej nie dzwonić. Robiła się coraz śmielsza, przy każdej nadarzającej się okazji łamała złożone sobie obietnice. Po tym pierwszym razie przyrzekła sobie, że nigdy więcej tego nie zrobi. Ale po paru dniach zadzwoniła do Kirby'ego, poszła do jego mieszkania i znów uprawiała z nim seks. Dwukrotnie w trakcie jednego popołudnia! To przesądziło sprawę. Gdyby przespała się z Kirbym tylko raz, może zdołałaby uciec i nigdy nie wrócić. Najwyraźniej jednak była tak spragniona dobrego seksu, że za drugim razem miała jeszcze silniejszy orgazm – najmocniejszy w życiu. I po tym, niezależnie od tego, jak bardzo usiłowała się kontrolować, jej ciało najwyraźniej kierowało się własną wolą. Wciąż potrafiło znaleźć sposoby, by wrócić do Kirby'ego po więcej.
    Podczas lunchu, kiedy Victory opowiadała o Łynie, Nico mogła myśleć tylko o tym, żeby wyjść do łazienki i zadzwonić do Kirby'ego. Powstrzymywało ją jedynie to, że zapewne i tak by go nie zastała w domu. Był młodym, wspaniałym mężczyzną i to niedzielne popołudnie spędzał z przyjaciółmi, kimkolwiek oni byli, a może nawet z dziewczyną. Kirby przysięgał, że nie ma dziewczyny i nie jest tym zainteresowany, ale Nico nieszczególnie mu wierzyła. To nie miało sensu.
    – Ej, ja nie zdradzam – protestował. – Obrabiam tylko jedną kobietę naraz.
    Nico trochę odrzuciło to, że Kirby uważa ją za kogoś do „obrabiania". To było prostackie.
    Ale i podniecające.
    Wstrzymała oddech i wybrała jego numer.
    Odebrał po trzech sygnałach. Zorientowała się po odgłosach w tle, że był poza domem. Jej dobry nastrój prysł.
    – Cześć – powiedział Kirby, nieco zdumiony. – Jest niedziela.
    – Wiem – mruknęła. – Mam przerwę, i pomyślałam, że może się spotkamy. Ale chyba jesteś zajęty…
    – Nie jestem – przerwał szybko. – To znaczy jestem. Jem późne śniadanie.
    – Nic się nie przejmuj – powiedziała, usiłując ukryć zawód. – Spotkamy się w przyszłym tygodniu.
    – Poczekaj. – Zniżył głos. Rozległ się śmiech i szczękanie sztućców, a potem zapadła cisza. – Jesteś?
    – Halo?
    – Jestem w łazience. A ty gdzie?
    – Jadę do centrum.
    – Super – powiedział. Co to niby ma znaczyć, zastanawiała się, sfrustrowana. Zamierzał się z nią spotkać czy nie? Kirby był zawsze taki niekonkretny, jakby nie potrafił pojąć, że język służy przede wszystkim do przekazywania informacji.
    – Spotkamy się czy nie? – postanowiła go przycisnąć.
    – Tak. Jasne. Czemu nie – odparł. – Ale nie w tej chwili. Właśnie czekam na swoje kanapki z jajkiem na miękko.
    Kusiło ją, żeby zauważyć, że godzina z nią powinna być dla niego ważniejsza od jajek, ale zmieniła zdanie.
    – To co robimy? – zapytała.
    – Może spotkamy się tutaj? Zjem jajka i pójdziemy do mnie.
    Wyobraziła sobie, jak siedzi w lokalu i patrzy, jak Kirby je kanapki z jajkiem, a jego przyjaciele gapią się na nią i zastanawiają, co ona tu robi, do cholery, i co w ogóle Kirby wyprawia z kobietą tak starą, że właściwie mogłaby być jego matką.
    – Kirby, wiesz, że tego nie mogę zrobić – Nawet w jej własnych uszach zabrzmiało to lekko rozpaczliwie.
    Zastanawiała się, jak młodzi w ogóle potrafią cokolwiek ustalić.
    – Czekaj. Niech pomyślę – powiedział Kirby. Milczał przez dłuższą chwilę. – Już wiem – oznajmił w końcu. – Spotkajmy się przed restauracją. Zadzwoń, jak będziesz dojeżdżała, pewnie do tego czasu zjem jajka. Możemy się do mnie przespacerować.
    Plan był ryzykowny, ale wizja popołudniowego seksu sprawiła, że Nico nie mogła zrezygnować. W sumie nie znała nikogo, kto mieszkałby w okolicy Kirby'ego… Pewnie nic się nie stanie.
    – No dobrze – powiedziała ostrożnie. – Ale kiedy zadzwonię, wyjdź od razu.
    – Halo? Nie jestem głupi – wyszeptał uwodzicielsko.
    Rozłączyła się i usiadła wygodniej. Jej serce waliło jak oszalałe na myśl o spotkaniu z Kirbym. Teraz, kiedy wiedziała, że go zobaczy, czuła jednocześnie ulgę i niepokój. A jeśli ktoś zauważy, jak razem idą po ulicy? Jeśli ktoś zauważy ją wchodzącą do jego budynku… z nim?
    Jadł jajka na miękko, pomyślała. Jajka na miękko na kanapce w niedzielne wczesne popołudnie. Było w tym coś wzruszająco prozaicznego. Kirby to facet, faceci jadają jajka w weekendy. Tylko nie Seymour. Seymour traktował je jak truciznę. Pomyślała, że od co najmniej siedmiu lat nie zjadł z własnej woli ani jednego jajka.

    Taksówka skręciła w Drugą Aleję. Nico znajdowała się zaledwie dwie ulice od budynku Kirby'ego. Może powinna wejść do recepcji i poczekać? To jednak byłoby jeszcze trudniejsze do wytłumaczenia niż pętanie się po ulicy.
    Zapłaciła kierowcy i wyszła. Ostatni raz, przysięgła sobie w duchu.
    – Cześć – powiedziała do aparatu. – Jestem. Stoję przed… – uniosła wzrok – sklepem o nazwie Sable's?
    – Zaraz tam będę – oznajmił.
    Opatuliła się kurtką, uniosła futrzany kołnierz i ukryła w nim szyję. Zerknęła na witrynę niewielkiego sklepiku z kawiorem i wędzonymi rybami. „Spróbuj naszej sałatki z homara!", zachęcała tablica w oknie. „Najlepsza w Nowym Jorku".
    W sklepie kłębił się tłum, dzwonek brzęczał za każdym razem, gdy ktoś otwierał drzwi.
    – Nic na to nie poradzę – wyszeptała do siebie.
    Mogła sobie wyobrazić, jak Seymour zareagowałby na takie wytłumaczenie, gdyby ją przyłapano. „Wybacz, skarbie, on był młody i wspaniały, nie mogłam nic na to poradzić. Jestem tylko kobietą, wiesz? To po prostu biologia". Przecież właśnie taki kit mężczyźni wciskali kobietom od wieków. Nigdy w to nie wierzyła, nigdy nie przyszło jej do głowy, że to może być prawda. Teraz jednak zaczynała rozumieć. To się zdarzało. Człowiek mógł dać się porwać pożądaniu, które nim zawładnęło, które było potężniejsze od rozumu. Musiała tylko skończyć ten układ, nim ktokolwiek się dowie. No bo jeśli nikt się nie dowie, to chyba nie będzie miało znaczenia?
    Rozejrzała się po ulicy w nadziei, że ujrzy wysoką sylwetkę Kirby'ego. Gdzie on był? Jeśli nie przyjdzie za minutę albo dwie, będzie musiała się zbierać…
    To niesprawiedliwe, pomyślała z rozpaczą. Przecież pragnęła jedynie odrobiny dobrego seksu przed śmiercią. Zanim będzie zbyt stara, by ktokolwiek ją zechciał.
    Dzwonek nad drzwiami brzęknął.
    – Nico? – rozległ się męski głos.
    Zamarła. Pomyślała, że to było nieuniknione. W każdej chwili mógł zjawić się Karby i wszystko się wyda. Odwróciła się.
    – Cześć, Lyne – powiedziała obojętnie, jakby wcale jej nie zdumiał jego widok. Co do jasnej cholery Lyne robi na Drugiej Alei, myślała gorączkowo. Wolała go o to nie pytać, bo mógł się zrewanżować podobnym pytaniem. I co by mu odpowiedziała? „Spotykam się tu z kochankiem"?
    Nagle w jej mózgu włączył się automatyczny pilot.
    – Widziałam cię dzisiaj w „Post" – powiedziała.
    – Niezłe zdjęcie, nie? – Poklepał ją po ramieniu zwiniętą gazetą, jakby była którymś z jego kumpli. Czy zdawał sobie sprawę, że Nico przyjaźni się z Victory? Lepiej nie poruszać tego tematu. Poczuła, że włoski na karku stają jej dęba ze strachu. Była pewna, że Kirby nadejdzie lada moment.
    – Chodzi mi o wybieg dla psów – powiedziała lodowato.
    Jego rysy stwardniały. Victory uważała, że Lyne jest słodki, i pewnie taki byt, kiedy chciał. Podejrzewała jednak, że się zgrywał. Lyne Bennett był zimnym zabójcą, który nie lubił, kiedy mu się nastąpi na odcisk.
    – Strasznie nakręcili – oświadczył. – Przeszkadza mi, że ludzie nie zbierają gówien po swoich psach. Miastu już nie zależy na egzekwowaniu tego przepisu.
    Zastanawiała się z nienaturalnym uśmiechem, po co poruszyła ten temat. Teraz pewnie będzie zmuszona wysłuchać całej diatryby przeciwko psiemu gównu. Musiała jakoś się go pozbyć…
    Wzruszyła ramionami.
    – To miasto to jeden wielki śmietnik. – Klasyczny komentarz.
    Zadziałało. Znów poklepał ją po ramieniu gazetą i odwdzięczy! się standardową ripostą:
    – I jest coraz gorzej.
    Odwrócił się, a Nico westchnęła z ulgą.
    – Cześć – powiedział.
    Pomachała mu, ale on nagle znów na nią popatrzył.
    – A skoro już o śmietniku mowa, jak leci w Splatch? – zapytał.
    No nie. Chciał gadać o pracy. Miną dwie albo i trzy minuty, nim zdoła się go pozbyć, a do tego czasu Kirby bez wątpienia się zjawi.
    – Musimy się kiedyś umówić na lunch i o tym pogadać – oświadczyła, jakby w ogóle istniało choćby minimalne prawdopodobieństwo takiego spotkania.
    Nie zadziałało. Podszedł bliżej i pochylił głowę, jakby zamierzał uciąć sobie z nią pogawędkę.
    – Co myślisz o Seldenie Rosie? – zapytał.
    Rany boskie. Musiała jakoś z tego wybrnąć. Pytanie Lyne'a wymagało odpowiedzi, ale bardziej zaniepokoiło ją, dlaczego Lyne Bennett zainteresował się właśnie Seldenem Rose'em? Przez głowę przemknęło jej kilka możliwości, w tym ewentualność, że Selden Rose może przejąć schedę po Victorze Matricku. Ta myśl ją rozzłościła i przyprawiła o lekkie mdłości.
    Odwróciła głowę. Kirby szedł ulicą. Jakieś sto pięćdziesiąt metrów od nich…
    Popatrzyła na Lyne'a, jakby nie zauważyła Kirby'ego. Serce podeszło jej do gardła. Odkaszlnęła i przyłożyła dłoń w rękawiczce do ust.
    – To zależy od tego, co chcesz wiedzieć, Lyne – powiedziała.
    – Pytam z ciekawości – odparła.
    Czuła, że Kirby stoi tuż za nią. Miała wrażenie, że mięśnie jej nóg zaraz odmówią posłuszeństwa.
    – Lyne! – wykrzyknął Kirby. Trącił Lyne'a w ramię.
    Lyne obrócił się na pięcie, a irytacja na jego twarzy ustąpiła miejsca męskiej serdeczności.
    – O, Kirby, chłopie. – Nagle zaczął się zachowywać jak dwudziestopięciolatek. Wyciągnął rękę, Kirby przybił mu piątkę, a potem poklepali się po ramionach.
    – Jak się miewasz? – Kirby nie patrzył na Nico.
    – Na jej twarzy pojawił się wyraz cierpliwej irytacji.
    – Pojedziesz w tym roku do St. Barts? – spytał go Lyne.
    Kirby przestępował z nogi na nogę, trzymał ręce w kieszeniach i naciągał tweedową marynarkę na tyłku. Nico nie potrafiła powstrzymać się od zerkania.
    – Zależy – odparł Kirby. – A zapraszasz mnie w tym roku na swój jacht?
    Lyne sprytnie uniknął odpowiedzi, odwracając się do Nico.
    – Znasz Nico O'Neilly? – spytał Kirby'ego.
    Popatrzyła na Kirby'ego z najbardziej lodowatą miną, jaką potrafiła zrobić. Błagam, Kirby, modliła się, nie bądź głupi.
    – Tak…? – Kirby popatrzył na nią z wahaniem, jakby nie był pewien albo nie pamiętał. – Wydaje mi się, że kiedyś się poznaliśmy.
    – Możliwe – oświadczyła Nico lekceważąco i celowo nie wyciągnęła ręki.
    Lyne odwrócił się do Kirby'ego, żeby się pożegnać, a Nico skorzystała z okazji.
    – Do zobaczenia, Lyne. – Wskazała dłonią na sklep rybny. – Muszę…
    – No tak. – Pomachał jej. – Najlepsze ceny kawioru w mieście.
    Kiwnęła głową, jakby dobrze o tym wiedziała, i otworzyła drzwi. Owionęło ją ciepłe, śmierdzące powietrze. Brzęknął dzwoneczek.
    – Masz tu prezent. – Podała Kirby'emu puszkę kawioru z bieługi. – Za to, że byłeś takim grzecznym chłopczykiem.
    Wziął puszeczkę i postawił ją na szklanym stoliku. Stali w jego salonie. Kirby w końcu zdołał się uwolnić od Lyne'a i wrócił do domu, a ona poszła za nim po spędzeniu jakiegoś kwadransa w sklepie rybnym.
    Przywarł do niej.
    – Gdybym wiedział, że będę dostawał kawior za oszukiwanie Lyne'a Bennetta, robiłbym to dzień w dzień – wymamrotał w jej szyję.
    – Nie przyzwyczajaj się, skarbie – powiedziała.
    – A mogę przyzwyczaić się do tego? – zapytał.
    Nagle popchnął ją i przechylił przez poręcz fotela. Rozwarł nogi Nico i objął ją w biodrach, po czym rozpiął zamek błyskawiczny w jej spodniach.
    – Jesteś niegrzeczną dziewczynką, prawda? – Ściągnął jej spodnie aż do jej kostek. Pomasował dłonią goły tyłek Nico. – Podobało ci się? – spytał. – Niemal cię przyłapano. Jesteś bardzo niegrzeczną dziewczynką.
    Uderzył ją w pośladek. Krzyknęła ze zdumienia i rozkoszy. Ściągnął ją na podłogę i ustawił się za nią.
    – Nie – powiedziała słabo.
    – Co nie? – Znowu dał jej klapsa. I tam, na dywanie w lamparcie cętki, kupionym na osiemdziesięcioprocentowej wyprzedaży u Ralpha Laurena, uprawiali najlepszy seks, jaki im się zdarzył.
    – Widzisz? – powiedział potem Kirby. Siedział po turecku na kanapie, całkiem goły. – Mówiłem, że potrafię grać.

Rozdział 5

    Nico pomyślała, że seks daje poczucie władzy. Świat należał do tych, którzy mieli udane życie intymne.
    Przynajmniej tak się czuła.
    Przez ostatnich sześć tygodni, odkąd nawiązała nieprzyzwoitą znajomość z Kirbym, czuła się tak, jakby świat stał przed nią otworem. Chodziła żwawym krokiem, wygłaszała celne uwagi. Uśmiechała się i opowiadała dowcipy. Rozmaite części jej ciała wciąż były poddawane woskowaniu i wygładzaniu. Przepełniało ją pożądanie – nie tylko do Kirby'ego, ale do życia w ogóle.
    Inni zaczynali to zauważać.
    Nico nigdy by to nie przyszło do głowy, ale Kirby Atwood niechcący pomógł jej w karierze.
    Minął mniej więcej miesiąc od tamtego sobotniego popołudnia, kiedy wpadła na Lyne'a Bennetta. Było niebezpiecznie, ale tak jak się domyślała, Lyne nie uznał spotkania za dość istotne, by choćby wspomnieć o nim Victory. Mimo to dreszcz związany z bliską wpadką ją podniecił. Nico stawała się coraz śmielsza, w tajemnicy zaczęła załatwiać Kirby'emu zaproszenia na część przyjęć i innych gali, na których musiała się pojawiać niemal każdego wieczoru. Publicznie wyłącznie rozmawiali, ale to, że Kirby kręci się w pobliżu, że obserwuje ją i że ona może na niego od czasu do czasu zerknąć, sprawiało, że potencjalnie nudny wieczór był znacznie bardziej interesujący. Dzięki temu czuła, że ma władzę. Uwielbiała to, podobnie jak świadomość, że kryje sekret, którego nikt się nie domyśla. I gdy tak krążyła po ciepłych, udekorowanych pomieszczeniach, gdzie odbywały się grudniowe przyjęcia, gdy robiła interesy, bratała się, subtelnie, choć z wyrachowaniem wzmacniała swoją pozycję, czuła się nietykalna.
    Potem dopadło ją przelotne pogorszenie nastroju podczas gwiazdkowego urlopu w Aspen. Czuła się zmęczona, pusta i samotna, mimo że nie rozstawała się z Seymourem i Katriną w małym, trzypokojowym apartamencie w hotelu Little Nell. Lekka depresja minęła w chwili, gdy samolot wylądował na lotnisku JFK. Biedny Kirby jednak nie otrzymał zaproszenia na jacht Lyne'a (zawsze ją zdumiewało, że znał Lyne'a, ale piękni młodzi mężczyźni, tacy jak Kirby, kręcili się wokół wielu ludzi) i pojechał do rodziny w St. Louis. W końcu spotkali się w pierwszy czwartek po Nowym Roku. Nico zręcznie skróciła lunch i pobiegła do niego. Przez pierwszych dziesięć minut był rozkapryszony, siedział na sofie i usiłował zmienić baterie w pilocie od telewizora. Co pewien czas spoglądał na Nico z przygnębioną miną. W końcu zdołał prawidłowo umieścić baterie i włączył telewizor.
    – No tak. – Udawał, że interesuje go program Ellen DeGeneres. – Spałaś z nim?
    – Z kim? – zapytała, myśląc o tym, że jeśli mu nie przejdzie i nie zajmą się seksem, będzie musiała wyjść i wcale tego nie zrobią.
    – Przecież wiesz – odparł z wyrzutem. – Ze swoim mężem.
    – Z Seymourem?
    – Tak. Z Seymourem. – Wydawało się, że wypowiedzenie tego imienia sprawia mu ból.
    Jest zazdrosny, pomyślała. Zazdrosny o Seymoura. Gdyby tylko wiedział…
    – Nie, nie spałam – odparła.
    – Z mojego powodu?
    – Tak, kochanie. Z twojego – zapewniła go.
    Nie z jego powodu, ale nie musiał o tym wiedzieć. Co za ironia, że jej życie intymne z Seymourem było znacznie większym i bardziej wstydliwym sekretem niż potajemny romans z Kirbym.
    Nico i Seymour nie uprawiali seksu od co najmniej trzech lat.
    Wcześniej miesiącami potrafili obywać się bez niego, a jeśli już się kochali, dla obojga było jasne, że robią to raczej z obowiązku niż z pożądania. Seks jednak stanowił najmniejszy problem. Ledwie się dotykali, poza okazjonalnymi cmokami. Gdy ich stopy niechcący dotknęły się w łóżku, Seymour zawsze najpierw kurczył palce, dopiero potem je rozluźniał. Wiedziała, że powinni o tym porozmawiać, ale coś w zachowaniu Seymoura nie zachęcało do intymnych pytań. Domyślała się, że powiedziałby: „Nie jestem szczególnie zainteresowany seksem. To nie ma nic wspólnego z tobą, ale nie zamierzam robić czegoś, na co nie mam ochoty". Podejrzewała, że rozwikływanie zagadek i dociekanie motywów, które stały za jego stosunkiem do seksu (oraz do seksu z nią), byłoby bolesne i szkodliwe dla ich małżeństwa, więc sobie odpuściła. Na początku nic nie rozumiała, było jej przykro, ale mijały miesiące i odkryła, że nie tęskni tak strasznie za seksem. Wmawiała sobie, że potrafi się obejść bez dobrego seksu, zwłaszcza że istniało mnóstwo ważniejszych rzeczy. No i wreszcie napatoczył się Kirby…
    Dochodziło wpół do jedenastej w nocy, siedziała na tylnym siedzeniu służbowej limuzyny i jechała do domu. Był wilgotny, zimny wieczór. Wcześniej padało, a teraz temperatura spadła poniżej zera. Ulice lśniły w blasku ulicznych latarni i sklepowych witryn. Nico obciągnęła obcisłą czarną suknię i opatuliła się długim futrem z norek. Wracała z uroczystej gali charytatywnej, gdzie zbierano fundusze na edukację. Kirby również tam przyszedł. Naturalnie nie siedział przy stoliku Nico, byłoby to zbyt ryzykowne. Susan Arrow, nestorka public relations, z wielką radością usadziła go przy swoim stole – na takich imprezach brakowało pięknych młodzieńców. W grudniu Nico załatwiła Kirby'emu spotkanie z Susan, licząc na to, że pomoże mu ona w aktorskiej karierze. Susan i Kirby się zakolegowali, nic zatem dziwnego, że Kirby zasugerował nowej znajomej, że chętnie będzie jej towarzyszył, gdyby potrzebowała eskorty. I tak oto Kirby siedział przy sąsiednim stoliku i nikt nie wiedział, że to Nico go tu sprowadziła.
    Oparła się o zagłówek. Przez cały wieczór zdołała jedynie dwa razy zamienić słówko z Kirbym. Nie to jednak było najważniejsze. Chciała, by kochanek widział ją w pełnej krasie, z włosami upiętymi na czubku głowy i w brylantowo-rubinowym naszyjniku, który kupiła sobie trzy lata wcześniej, gdy otrzymała pół miliona premii.
    – Pięknie wyglądasz – wyszeptał Kirby, kiedy pochyliła się nad nim, żeby się przywitać.
    – Dziękuję – szepnęła w odpowiedzi, przelotnie dotknąwszy jego ramienia.
    Nie chodziło jej jednak tylko o wygląd zewnętrzny. Chciała, żeby Kirby zrozumiał, kim była w świecie i jak wysoko zaszła. Chciała, żeby ujrzał ją w szerszym kontekście – przy głównym stoliku, obok Victora Matricka. I później, na podium, kiedy odbierała nagrodę za zbieranie funduszy na komputery w szkołach…
    Nie zawstydzało jej, że pragnie zrobić wrażenie na kochanku, zwłaszcza że nie mogła zaimponować mężowi, a przynajmniej nie w taki sposób. Seymour nie chadzał z nią na przyjęcia, twierdził, że nie chce być postrzegany jako pan Nico O'Neilly. Kiedyś i to bolało, ale w końcu przeszło. Nie miało sensu zastanawiać się nad tym, co, po bliższych oględzinach, okazywało się przejawem nieco urażonej próżności.
    Drgnęła i wreszcie zdołała skupić się na tym, co zdarzyło się podczas uroczystości. Seymour nie przyszedł, nieważne. I tak będzie z niej zadowolony, zwłaszcza po tym, jak Nico mu powie, co zaszło przy stole, przy którym siedziała z Victorem Matrickiem i Mikiem Harnessem.
    Radośnie zmrużyła oczy, wyglądając przez zaciemnione szyby na sklepy, rozsypane wzdłuż Piątej Alei niczym lśniące żółte góry lodowe. Czy powinna zadzwonić do Seymoura i powtórzyć mu, co powiedział jej Victor? Nie. Kierowca mógłby podsłuchać i powtórzyć to innym szoferom. Pomyślała, że nikomu nie można ufać. Widziała już kariery zrujnowane przez niedyskretne chwalipięctwo. Lepiej powie Seymourowi osobiście. Może włączą kominek, a ona zdejmie buty i wtedy pogadają o tym, co się stało.
    Pozwoliła sobie na cień uśmiechu, myśląc o tym, jak podczas gali Victor Matrick odwrócił się do niej i powiedział cicho:
    – Chciałabym, żebyś przyjechała z Seymourem na weekend do St. Barts.
    Natychmiast zrozumiała, że nie chodzi o wizytę towarzyską, ale tajne spotkanie w interesach, które trzeba zorganizować z dala od wścibskich oczu. Czas na chwilę stanął w miejscu. Popatrzyła na Mike'a Harnessa. Wpychał do ust wielki kawał chleba (potrawy na takich galach zawsze były niejadalne) i wydawał się mocno zirytowany tym, że posadzono go obok towarzyszki Seldena Rose'a, atrakcyjnej młodej kobiety po trzydziestce, którą Mike bez wątpienia uważał za kogoś zupełnie bez znaczenia.
    Mike, kotku, masz przesrane, pomyślała.
    I to ona go wyrzuci.
    Ta myśl była jednocześnie okropna i głęboko satysfakcjonująca. A więc Mike jednak poszedł do Victora w sprawie spotkania z Huckabees i, tak jak podejrzewała, Victora bardzo zbrzydziło to oczywiste kłamstwo. Osuszyła usta serwetką i skinęła głową.
    – Naturalnie, Victorze – powiedziała cicho. – Z radością przyjedziemy.
    Samochód skręcił w ulicę Sullivana. Nie czekając, aż kierowca otworzy jej drzwi, Nico wysiadła. Szczupły mężczyzna w narciarskiej parce i kudłatych buciorach schodził po stromych schodach z piaskowca. Wpatrywał się w trzy małe jamniki na trzech smyczach. Odkąd dwa lata wcześniej Seymour zaczął hodować jamniki (zamierzał przynajmniej zdobyć nagrodę za najlepszego jamnika miniaturkę), zachowywał się, jakby był jakimś traperem, stąd te buciory.
    – Seymour? – powiedziała z ożywieniem.
    Seymour uniósł głowę i, po chwili wahania, podszedł do niej.
    – Jak tam gala? – zapytał.
    Nico pochyliła się do psów, które radośnie skrobały rąbek jej sukni. Ich pazury były delikatne i chwytliwe jak nóżki pająka. Podniosła jednego z psów i przytuliła do siebie.
    – Cześć, Pajączku – powiedziała i pocałowała go w łebek. Popatrzyła na Seymoura i milczała przez chwilę, by przygotował się na dobre wieści. – Myślę, że Mike jest na wylocie.
    – To dobrze. – Seymour otworzył szeroko oczy i z aprobatą pokiwał głową.
    – I… Victor zaprosił nas na weekend do swojego domu w St. Barts – dodała triumfalnie. Poprawiła futro i weszła na schody.
    Dom miał cztery piętra, windę i ogród z tyłu. Kupili go cztery lata wcześniej jako kompletną ruinę, za dwa i pół miliona, zainwestowali siedemset pięćdziesiąt tysięcy w renowację i obecnie wart był ponad pięć milionów. Niezależnie od tego dług hipoteczny w wysokości półtora miliona, spłacany po piętnaście tysięcy tygodniowo, czasem bardzo jej ciążył, zwłaszcza że Seymour nie dokładał się do spłaty. Nie miała do niego pretensji – wyłożył swoją połowę na pierwszą ratę i renowację i zrobił nawet więcej, niż trzeba. Kiedy jednak zaczynała o tym myśleć, świadomość, że mają takie długi i muszą je spłacać, miesiąc za miesiącem, ją przerażała. A jeśliby ją wylali? A gdyby zachorowała na raka? Przecież kariera to rzecz ulotna. Dziesięć, może piętnaście wspaniałych lat, a potem czas biegł przed siebie, świat również, a człowiek zostawał z tyłu. Jak Mike, pomyślała.
    Jednak tego wieczoru, kiedy naciskała klamkę we własnym domu, ogarnęło ją przekonanie, że wszystko będzie dobrze. Mike poleci, ona nie. Należało kuć żelazo, póki gorące. Jeśli dostanie stanowisko Mike'a (a dostanie), przez co najmniej siedem lat nie będzie musiała się martwić o dług hipoteczny i pieniądze.
    Weszła do holu i znów przepełniło ją to ohydne poczucie triumfu.
    Dom był urządzony raczej jak wiejski dworek w Vermoncie niż jak nowojorska rezydencja. Podłogę w holu wyłożono cegłą, ściany boazerią, z której sterczały drewniane kołki na płaszcze i szale. W powietrzu unosił się delikatny zapach pieczonych ciastek, co nie zdumiało Nico, gdyż jej córka Katrina ostatnio wpadła w obsesję na punkcie gotowania i nalegała, żeby Seymour zabierał ją do wszystkich czterogwiazdkowych restauracji na Manhattanie.
    Ruszyła korytarzem – mieli dwójkę służby, która zajmowała dwa małe pokoje i łazienkę po prawej – i weszła do kuchni na planie otwartym. Seymour zbudował z tyłu szklarnie, która służyła także jako pomieszczenie nazywane przez niego „schroniskiem dla psów". Nico wcisnęła guzik windy i wjechała na drugie piętro.
    Na piętrze tym znajdowała się główna sypialnia i łazienka, a z tyłu, od strony ogrodu, gabinet Seymoura. Nico weszła do łazienki i rozpięła suknię. Zwykle o tej porze była już śpiąca, ale sekretne zaproszenie Victora do St. Barts sprawiło, że nie mogła znaleźć sobie miejsca. Wciąż widziała mahoniową twarz Mike'a wykrzywioną z irytacji. Czy miał jakiekolwiek pojęcie, co mu grozi? Wątpiła w to. Tego się nie da przewidzieć. Człowiek może podejrzewać wylanie, nawet o nim rozmyślać, ale zwykle lekceważy taką możliwość. Na to właśnie liczyli (ona i Victor, w tym konkretnym wypadku): na element zaskoczenia.
    Zsunęła z siebie suknię i rzuciła ją niedbale na fotel. Przez chwilę było jej żal Mike'a. Jej też się to kiedyś przydarzyło. Została wylana, szokująco i niespodziewanie, jedenaście lat wcześniej, kiedy piasowała stanowisko redaktor naczelnej czasopisma „Glimmer", a do tego jeszcze była w ciąży. Dwa tygodnie wcześniej miała tajne spotkanie w sprawie pracy, chodziło o stanowisko naczelnej w innym magazynie mody, bogatszym i o większym nakładzie. Myślała, że jest ostrożna, najwyraźniej jednak się myliła. Pewnego ranka, niedługo po tamtym spotkaniu, o jedenastej asystentka weszła do gabinetu Nico. Miała dziwny wyraz twarzy i kartkę w dłoni. Za otwartymi drzwiami Nico dostrzegła niewielki tłumek. Zrozumiała, że dzieje się coś strasznego, ale dopiero kiedy asystentka wręczyła jej faks, a Nico wstała, czytając jego treść, uświadomiła sobie, że ma to coś wspólnego z nią.
    „Ratz Neste z przykrością ogłasza rezygnację Nico O'Neilly ze stanowiska redaktor naczelnej magazynu»Glimmer«", napisano w faksie. „Bardzo cenimy w Ratz Neste poświęcenie i wizję pani O'Neilly, jednak odchodzi ona z powodów osobistych. Wypowiedzenie następuje ze skutkiem natychmiastowym. Wkrótce podamy nazwisko następcy".
    Nawet po przeczytaniu faksu z dużą dozą pychy pomyślała, że to z pewnością fatalne nieporozumienie. Nie miała zamiaru odchodzić. Informacja w faksie szybko się wyjaśni, a może był to czyjś żart. Pomyślała, że ewentualny autor tego żartu poleci. Dosłownie pięć sekund później zadzwoniła do niej sekretarka Waltera Bozacka. Walter Bozack, właściciel, dyrektor i prezes zarządu Ratz Neste Publishing, chciał widzieć Nico w swoim gabinecie.
    Niezwłocznie.
    Tłumek powlókł się do swoich biurek. Wszyscy wiedzieli, co się święci. Nikt nie patrzył na Nico, kiedy maszerowała korytarzem, z faksem w dłoni. Przez cały czas tarła papier kciukiem i dopiero w windzie zorientowała się, że jej palec krwawi.
    – Może pani wejść – oświadczyła sekretarka Waltera, pani Enid Veblem, jak głosiła tabliczka na jej biurku.
    Na widok Nico Walter Bozack zerwał się zza biurka. Był wysoki i niesamowicie przypominał gryzonia. Przez chwilę spoglądała mu prosto w oczy, świadoma tylko tego, jakie są malutkie i przekrwione. Potem przemówiła.
    – Rozumiem, że to nie żart – powiedziała.
    Nie miała pojęcia, czego się po niej spodziewał – może łez – ale najwyraźniej mu ulżyło.
    – Nie, to nie żart – odparł.
    Uśmiechnął się. Ten uśmiech był w nim najstraszniejszy, gdyż odsłaniał małe, szarożółte zęby, które ledwie wystawały z dziąseł. Była to cecha wspólna całego klanu Bozacków – widać mieli tak słabe geny, że nie mogli wyprodukować dość wapnia potrzebnego do uformowania pełnych zębów.
    Zresztą ze swoją forsą wcale nie musieli.
    Walter zrobił krok do przodu, by uścisnąć jej dłoń.
    – Doceniamy twoją dobrą pracę dla firmy, ale jak widzisz, nie potrzebujemy już twoich usług.
    Jego dłoń była lepka i słaba jak zdeformowany szpon.
    – Pani Veblem umówi ludzi, którzy pomogą ci wyprowadzić się z gabinetu i opuścić budynek – dodał.
    Po czym znowu uśmiechnął się do niej przerażająco.
    Nico nic nie mówiła. Po prostu stała tak i patrzyła na niego, obojętnie, bez strachu i myślała: „Pewnego dnia cię zabiję".
    Z powodu tego spojrzenia zaczynał czuć się niezręcznie. Zrobił krok do tyłu. Nie spuszczając wzroku z jego twarzy, pochyliła się i położyła faks na biurku.
    – Dziękuję – powiedziała obojętnie. Obróciła się na pięcie i wyszła z gabinetu.
    Dwaj mężczyźni w tandetnych garniturach stali obok biurka pani Enid Veblem. Mieli surowe, pozbawione emocji twarze, jakby robili takie rzeczy dzień w dzień i byli gotowi na wszystko. Nagle zrozumiała, że mogą ją wylać, ale nie zdołają jej upokorzyć ani zawstydzić. Nie przejdzie korytarzem niczym skazaniec na gilotynę. Nie będzie pakowała swoich rzeczy na oczach tych dwóch bandziorów, podczas gdy jej personel – jej personel – będzie chichotał lękliwie w swoich boksach.
    – Proszę zadzwonić do mojej asystentki. Niech prześle rzeczy do mnie.
    – Ci dwaj panowie… – sprzeciwiła się pani Veblem.
    – Proszę wypełnić polecenie. Pani Veblem skinęła głową.
    Nico wyszła z budynku o jedenastej dwadzieścia dwie.
    Dopiero na rogu ulicy uświadomiła sobie, że nie ma torebki, telefonu, kluczy ani pieniędzy. Nawet ćwierćdolarówki, żeby zadzwonić do Seymoura z automatu.
    Stała obok śmietnika, zastanawiając się, co dalej. Nie mogła wrócić do gabinetu, pewnie już wciągnęli ją na tajną listę ludzi, których nie wpuszcza się do budynku, i nie miała jak dotrzeć do domu. Poszłaby na piechotę, ale jej mieszkanie znajdowało się jakieś czterdzieści przecznic na wschód, na York Avenue, i nie była pewna, czy zdołałaby tam dotrzeć w swoim stanie. Była w trzecim miesiącu ciąży i cierpiała na mdłości, które dopadały ją o dowolnej porze i całkiem nieoczekiwanie. Pochyliła się i zwymiotowała do kontenera na śmieci. Miotana torsjami, z jakiegoś powodu pomyślała o Victory Ford.
    Tydzień wcześniej Nico i Seymour byli na przyjęciu w lofcie Victory Ford. Mieścił się nieopodal, po drugiej stronie Szóstej Alei. Nico i Victory wylądowały w kącie i przez ponad godzinę gadały o swojej pracy. Wtedy Victory była wschodzącą projektantką, biły od niej pewność siebie i zdecydowanie, które zwykle sugerują przyszły sukces. Nico nie znała wielu takich kobiet, więc kiedy zaczęły rozmawiać, zachowywały się jak dwa psy, które uświadomiły sobie, że należą do tej samej rasy.
    Były wtedy takie młode, pomyślała Nico, ściągając rajstopy. Miały nieco ponad trzydzieści lat…
    Nico dokładnie pamiętała, jak tamtego ranka pojawiła się u Victory. Ulica pełna była ciężarówek, chodniki zapełniali zmęczeni ludzie pracujący w Garment District. Upał dawał się wszystkim we znaki, w połowie maja temperatura sięgała trzydziestu trzech stopni. Victory mieszkała w budynku, w którym niegdyś działała niewielka fabryka: na ścianie w przedsionku zainstalowano domofon ze starymi, czarnymi przyciskami, które wyglądały jak atrapy. Obok dzwonków widniały nazwy nieznanych firm, które zapewne upadły przed laty, ale na dole, na małej białej wizytówce, wydrukowano dyskretne VF.
    Przez chwilę Nico się wahała. Victory pewnie nie było w domu, a jeśli nawet, co sobie pomyśli, kiedy jakaś poznana na przyjęciu kobieta zjawi się w jej domu w środku dnia?
    Victory jednak nie była zaskoczona. Nico na zawsze zapamiętała, jak wyglądała jej przyjaciółka w chwili, gdy otworzyła ciężkie, stalowe drzwi. Co za piękność, pomyślała wtedy Nico. Tak idealna twarz nie wymagała ozdoby z włosów, więc Victory nosiła krótką, wręcz męską fryzurę, a poruszała się z gracją kobiety, która wie, że jej figura jest dla mężczyzn atrakcyjna. Nico przypuszczała, że taka dziewczyna może budzić zazdrość innych kobiet, ale w Victory była jakaś wspaniałomyślność, która sprowadzała tego rodzaju małostkowość do absurdu.
    – Tak się cieszę, że cię widzę! – wykrzyknęła Victory.
    W świetle dnia loft był jasny i niewymuszenie ekscentryczny, jakby sugerował, że przecież można żyć inaczej. Nico powoli uświadamiała sobie, że ją zwolniono, ale zamiast wpaść w rozpacz, doświadczyła dziwnego, niejasnego uczucia, że trafiła do równoległego świata, gdzie wszystko, co uważała dotąd za istotne, przestało się liczyć.
    Tkwiła w lofcie Victory aż do końca dnia, czekając, aż Seymour wróci do domu. Kiedy weszła, Seymour panikował. Słyszał nowiny – wszyscy o tym mówili, dzwoniły poważne gazety i brukowce. Najwyraźniej zwolnienie Nico z Ratz Neste było bardziej interesujące niż jej zatrudnienie dwa lata wcześniej. Przez wiele tygodni musiała znosić kłamstwa i półprawdy na temat powodów zwolnienia oraz możliwych wad swojej osobowości i stylu pracy. Szokiem było dla niej odkrycie, że część podwładnych jej nienawidziła, przynajmniej na tyle, by uskarżać się prasie na jej „chłód". Jeszcze bardziej szokowało ją zainteresowanie gazet. Nie miała pojęcia, że jest taka ważna.
    Pragnęła zniknąć, ale Seymour nalegał, by pokazywała się publicznie. Należało dać do zrozumienia, że wciąż się liczy, że nie da się pokonać. Seymour oświadczył, że kiepska prasa to tylko sprawdzian. I tak przez trzy wieczory w tygodniu Nico stroiła się i wywlekała swój rosnący brzuch z mieszkania. Razem z Seymourem chodziła na przyjęcia, wernisaże i kolacje, które składały się na życie towarzyskie nowojorskich wydawców.
    No cóż, pomyślała, przebierając się w piżamę. Seymour miał rację. To był sprawdzian. Część ludzi, których uważała za bliskich, ją odtrąciła, inni, tacy jak Victory i Wendy, byli przy niej i mieli gdzieś, że ją wywalono z Ratz Neste. Późnym wieczorem razem z Seymourem analizowała, co się działo, kogo widzieli, co kto powiedział i jak powinien wyglądać ich plan działania. Seymour twierdził, że trzeba wiedzieć, czego chcą ludzie, czego potrzebują i do czego są zdolni, żeby to zdobyć. Była to kwestia wewnętrznej etyki…
    Na początku od tych dyskusji bolała ją głowa. Nigdy nie interesowało ją włażenie ludziom do czaszek, i sądziła, że ich to również nie interesuje. Jedyne, czego chciała, to stworzyć z „Glimmer" świetne czasopismo. Tyle rozumiała. Wydawało się jej, że ciężka i dobra praca powinna zaowocować odpowiednią nagrodą, a jeśli inni ludzie mieli trochę oleju w głowach, powinni się z tym zgadzać. Seymour jednak powtarzał jej bez przerwy, że świat, a przynajmniej świat wielkich interesów, rządzi się innymi prawami. Miliony utalentowanych ludzi przepadały każdego dnia, bo ludzie ci nie rozumieli, że tak naprawdę nie liczy się talent, tylko umiejętność błyskawicznej oceny każdej sytuacji.
    Pewnego wieczoru, na przyjęciu koktajlowym z okazji wypuszczenia na rynek nowego pióra Mont Blanc, do Nico podszedł jakiś mężczyzna przed pięćdziesiątką. Nico rzuciły się w oczy dwie rzeczy: że jego mahoniowa skóra jest poplamiona samoopalaczem i że ma na sobie krawat w srebrno-czarne paski.
    – Chciałem powiedzieć, że świetnie sobie pani radziła w „Glimmer". Ratz Neste popełnił wielki błąd – mruknął.
    – Dziękuję – powiedziała.
    Kim był? Miała wrażenie, że powinna go znać.
    – Nad czym teraz pani pracuje? Poza oczywistym. – Spojrzał wymownie na jej brzuch.
    – Rozpatruję kilka interesujących propozycji – odparła zgodnie z poleceniem Seymoura.
    – Da pani radę umówić się kiedyś z nami na rozmowę?
    – Naturalnie. – Pokiwała głową.
    Dopiero kiedy odszedł, uświadomiła sobie, że był to Mike Harness, wybrany niedawno na szefa działu wydawniczego w Splatch-Verner.
    – Widzisz? – piał z zachwytu Seymour, kiedy wracali do domu taksówką. – Po to właśnie bywa się w Nowym Jorku. Teraz musimy tylko czekać.
    – Może nie zadzwoni – powiedziała Nico.
    – Zadzwoni – oświadczył Seymour z wielką pewnością siebie. – Nie byłbym zdumiony, gdyby chciał zastąpić tobą Rebeccę DeSoto z „Bonfire". To nie on ją zatrudniał, rozumiesz? Chce na tym stanowisku swojego człowieka. Zęby umocnić pozycję.
    Nico trochę znała Rebeccc DeSoto i ja lubiła.
    – Biedna Rebecca – powiedziała.
    – Biedna Rebecca, tratatata – prychnął Seymour. – Musisz być twardsza. Przecież to nic osobistego, chodzi tylko o interesy.
    Trzy miesiące po narodzinach Katriny Splatch-Verner ogłosił, że Nico O'Neilly zastąpi Rebeccc DeSoto na stanowisku redaktor naczelnej „Bonfire". Nico pomyślała, że Rebecca też pewnie niczego się nie spodziewała.
    Kiedy wróciła na szczyt, ludzie wypełzli ze wszystkich kątów, wysyłali kwiaty, wizytówki i gratulacje. Seymour nalegał, żeby odpowiedziała nawet tym, którzy jej unikali, kiedy straciła pracę. Na samym początku jednak Nico napisała do Rebecki DeSoto. Pogratulowała jej świetnej pracy i życzyła szczęścia na przyszłość. Uznała, że nie ma sensu robić sobie wrogów.
    Zwłaszcza że miała poważnych rywali pod ręką.
    Dwa tygodnie po rozpoczęciu pracy zorientowała się, że jej śmiertelnym wrogiem jest człowiek, który powinien być jej sprzymierzeńcem, czyli Bruce Chikalis, wydawca „Bonfire". Był to arogancki młody mężczyzna po trzydziestce, uważany za ulubieńca Mike'a Harnessa, o czym nie dawał nikomu zapomnieć.
    Bruce i Nico znienawidzili się od pierwszego wejrzenia.
    Bruce oceniał kobiety wyłącznie przez pryzmat ich stosunku do niego. Na świecie istniały tylko dwa typy kobiet: do przelecenia i pozostałe. Te nie do przelecenia równie dobrze mogłyby nie istnieć. Jego zdaniem kobieta powinna być piękna, piersiasta, szczupła i uległa, czyli ssać mu fiuta za każdym razem, gdy tego zapragnął. Nigdy nie powiedział tego na głos, rzecz jasna, bo nie musiał. Nico czuła pogardę dla kobiet w każdym jego słowie. Na dzień dobry Bruce wkroczył do jej gabinetu, wskazał palcem modelkę z ostatniego numeru „Bonfire" i powiedział:
    – Chcę tylko wiedzieć, czy umówisz mnie z nią na randkę?
    – Słucham? – odezwała się Nico.
    – Jeśli umówisz mnie z nią na randkę, zatrzymasz tę posadę – oznajmił z uśmiechem świadczącym o tym, że przywykł do zachwytów pań.
    – Z takim podejściem to chyba ty się powinieneś przejmować zatrzymaniem posady – odparła.
    – Jeszcze zobaczymy. Ostatnia naczelna niedługo zagrzała tu miejsce. – Bruce usiadł i przesłał jej zwodniczo chłopięcy uśmiech.
    Nico wstała.
    – Nie jestem ostatnią naczelną, Bruce. A teraz wybacz, mam spotkanie z Victorem Matrickiem.
    I wyszła ze swojego gabinetu, a on został tam i zastanawiał się nad swoim losem.
    Naturalnie nie miała spotkania z Victorem Matrickiem, ale Bruce nie mógł udowodnić, że mówiła nieprawdę. Nico poszła do damskiej toalety i zamknęła się na dziesięć minut w jednej z kabin, chcąc pomyśleć. Musiała wyeliminować Bruce'a Chikalisa. Bez wątpienia nie kłamał, gdy twierdził, że Rebecca DeSoto wyleciała z jego powodu. Przede wszystkim domyślała się jednak, że Bruce'owi wcale nie zależało na „Bonfire". Dla niego był to zaledwie stopień w drabinie do lepszej posady, która naturalnie oznaczała większe pieniądze i lepsze laski. Jeśli i jej by się nie udało, on bez wątpienia wyszedłby z opresji obronną ręką. Wybrał sobie jednak niewłaściwego przeciwnika. Nico nie mogła zaryzykować zwolnienia dwa razy z rzędu. Raz to przypadek, dwa razy przegrywa nieudacznik. Jej kariera dobiegłaby końca, no i co powiedziałby Seymour? Co pomyślałaby o niej mała córeczka?
    Odpowiedź była prosta: musiała zniszczyć Bruce'a Chikalisa.
    Zanim ją wylali z „Glimmer", zanim poznała Bruce'a, nigdy nie pomyślałaby o swojej karierze w taki sposób. Powiedziałaby sobie, że eliminowanie przeciwników jest poniżej jej godności. Ale byłoby tak tylko dlatego, że nie miała pewności, czy faktycznie zdoła ich zniszczyć. Nie wiedziała, czy wystarczy jej jaj. Kiedy jednak siedziała na muszli klozetowej, myśląc o tym, uświadomiła sobie, że nie tylko nie ma wyboru, ale może nawet sprawi jej to przyjemność.
    Zetrze Bruce'owi Chikalisowi ten drwiący, pogardliwy, seksistowski uśmieszek z twarzy.
    Następnego dnia zadzwoniła do Rebecki DeSoto. Przez całą godzinę dyskutowała z Seymourem na temat tego, gdzie ma się odbyć spotkanie. Seymour uważał, że powinno być tajemnicą, jednak Nico się sprzeciwiła. Nie mogła zaprosić Rebecki DeSoto na lunch i zabrać ją do jakieś dziury – Rebecca uznałaby to za zniewagę. Nico pamiętała, jaka odrzucona się czuła po zwolnieniu. Nie mogła prosić Rebecki o informację i zachowywać się tak, jakby wstydziła się pokazać w jej towarzystwie.
    Poszły na lunch do Michael's.
    – Jesteś jedyną osobą, której starczyło przyzwoitości, żeby do mnie napisać – powiedziała Rebecca. Siedziały przy jednym ze stolików przy wejściu, doskonale widoczne. Nico czuła na sobie ciekawskie spojrzenia innych bywalców. – Musisz uważać na Bruce'a. Jest niebezpieczny – dodała Rebecca ostrożnie.
    Nico skinęła głową.
    – W jaki sposób niebezpieczny? Konkretnie.
    – Reklama – odparła Rebecca. – Ustala istotne spotkania z reklamodawcami i potem zmienia termin, a jego asystentka „zapomina" ci powiedzieć.
    Następnego dnia Nico wpadła w windzie na Mike'a Harnessa.
    – Słyszałem, że wczoraj jadłaś lunch z Rebecca DeSoto, w Michael's – zauważył od niechcenia.
    Poczuła ucisk w żołądku, ale przecież celowo wybrała Michael's, żeby to się rozniosło. Ludzie musieli zrozumieć, że się nie boi.
    – Zgadza się – odparła obojętnie. Nie siliła się na wymówki ani wyjaśnienia. Piłka była po jego stronie.
    – Dziwny wybór towarzystwa, prawda? – Mike podrapał się pod kołnierzykiem.
    – Naprawdę? – zdziwiła się Nico. – To moja znajoma.
    – Na twoim miejscu bym uważał. – Mike zerkał na pomarańczową skórę na wnętrzu dłoni. – Słyszałem, że straszna z niej kłamczucha.
    – Dziękuję. Będę o tym pamiętała – odparła Nico.
    Sukinsyn, pomyślała, patrząc, jak wychodził z windy. Mężczyźni zawsze trzymali się razem, niezależnie od swoich błędów. No cóż, kobiety też mogły grać w tę grę.
    Dwa tygodnie później zaczęła wcielać swój plan w życie.
    Dla wybranych kierowników w Splatch-Verner Victor co roku organizował „majówkę" w swojej posiadłości w Greenwich w Connecticut. Dom był z szarego kamienia, z wieżyczkami, zbudowano go w latach dwudziestych i osadzono na pięćdziesięciu akrach nieopodal rezerwatu. Wtedy Nico i Seymour jeździli jeepem wagoneer. Kiedy parkowali na końcu długiego na kilometr podjazdu, Bruce Chikalis zajechał z rykiem silnika klasycznego porsche 911. Nico wysiadła z jeepa z Katriną w ramionach, a Bruce powoli wyśliznął się z porsche, leniwie czyszcząc okulary przeciwsłoneczne specjalną szmatką. Ostrożnie nasunął je na nos, popatrzył na Nico i się uśmiechnął. W tym samym momencie zza domu wyszedł Victor Matrick w stroju do tenisa.
    – Tak cię właśnie widzę, Nico – oświadczył Bruce głośno.
    – Typowa matka. Czy to nie cudowne, Victorze?
    Nico miała ochotę go zabić, ale tylko zerknęła na Victora. Poklepał Bruce'a po plecach.
    – Ty też powinieneś wkrótce pomyśleć o dzieciach, Bruce – powiedział. – Uważam, że ojcowie rodzin to lepsi kierownicy.
    To jej wystarczyło.
    W którymś momencie tego popołudnia zabrała Katrinę do jednego z pokoi dla gości na piętrze, żeby nakarmić ją piersią. Kiedy wracała na przyjęcie, wpadła w korytarzu na Victora.
    – Dziękuję ci bardzo – powiedziała rzeczowym tonem, odnosząc się do incydentu przy aucie.
    Wydawało się jej, że Victora rozpiera duma.
    – Trzeba utrzeć nosa tym młodym byczkom – oświadczył.
    – Przy okazji, jak ci idzie?
    Dochodzili do schodów. Za kilka sekund mieli się rozstać, to mogła być jedyna okazja do rozmowy na osobności.
    – Pierwszy numer będzie niesamowity – powiedziała z wielką pewnością siebie, przekładając dziecko z jednego biodra na drugie. – I wiem, że nakład zacznie rosnąć, nie wolno nam tylko zapominać, że „Bonfire" ma promować kobiety. Kiedy reklamodawcy widzą wydawcę płci męskiej… Hm, nie jestem pewna, czy to wystarczająco mocny i wyrazisty sygnał.
    Victor pokiwał głową.
    – Może i masz rację – powiedział. – Przemyślę to.
    Trzymała się planu, punkt po punkcie, korzystała z każdej okazji, by przypomnieć Victorowi o komunikacie do reklamodawców, i uważała na tyły. Przez kilka miesięcy nie poczyniła żadnych postępów, ale w końcu, jak to zwykle bywa, nadarzyła się okazja.
    Jeden z gigantów kosmetycznych urządzał weekendową promocję i świętowanie w ekskluzywnym kurorcie narciarskim w Chile. Przewozili gwiazdy, modelki i ludzi z branży wydawniczej prywatnym 747 na wyjątkowe „wakacje". Dla takich właśnie chwil żył Bruce. Niestety w Splatch-Verner nie pochwalano wycieczek dyrektorów do odległych miejsc, z których trudno ich było ściągnąć. Nico wiedziała, że gdyby Bruce miał odrobinę oleju w głowie, zrezygnowałby z wyprawy. Sztuczka polegała na to, żeby przekonać go do wyjazdu i podjąć ryzyko.
    Tylko jak?
    – To łatwiejsze, niż myślisz – powiedział Seymour. – Mężczyźni są prości. Powiedz mu, że nie może lecieć.
    – Nie powinnam mu mówić, co może, a czego nie – mruknęła Nico.
    – No właśnie.
    W środowe poranki odbywały się spotkania Nico z Bruce'em i jego ludźmi. Pod koniec zebrania wspomniała o Chile.
    – Nie chcę, żebyś leciał – oświadczyła typowym dla siebie monotonnym, wypranym z emocji tonem. – Myślę, że znacznie lepiej spożytkowałbyś czas, gdybyś pozostał w Nowym Jorku.
    Bruce z wściekłością uniósł brwi, ale szybko doszedł do siebie.
    – Znów się bawisz w mamuśkę? – Brzmiało to jak żart, ale usłyszała rozdrażnienie w jego głosie.
    Dziesięć minut później już był w jej gabinecie. Zatrzasnął drzwi.
    – Musimy pogadać – oświadczył. – Nigdy mi nie mów przy moich ludziach, co mam robić, a czego nie.
    – To również moi ludzie – odparła spokojnie. – Muszę mieć pewność, że czasopismo będzie trzymało się rozkładu.
    – Sam ustalam swój rozkład.
    – Rób, co chcesz – oświadczyła. – Ja tylko próbuję cię chronić.
    Prychnął z niedowierzaniem i wyszedł.
    Naturalnie połknął haczyk. Kiedy szalał na nartach w Chile w towarzystwie modelek od bikini, Nico i Victor wybrali jego następczynię. Mike Harness mógł kryć ulubieńca, ale Nico podejrzewała, że Victor wykorzystał Bruce'a, żeby usadzić Mike'a, i nalegał, by Bruce wyleciał.
    Bruce miał dostać zwolnienie dzień po powrocie z Chile. Chyba zaczął podejrzewać, że coś się wydarzyło pod jego nieobecność, bo tego popołudnia, gdy wrócił, zadzwonił do Nico i nalegał, żeby wieczorem zjedli razem kolację i opracowali „strategię".
    Tej propozycji nie mogła się oprzeć. Była to jedna z najmilszych chwil w jej karierze. Na zawsze zapamiętała ten wieczór, to, jak siedzi naprzeciwko Bruce'a, który nie przestaje gadać o tym, że źle zaczęli, ale powinni jednak postarać się pracować razem, jak drużyna. Nico potakiwała, wiedząc, że jutro w południe już będzie po nim, Bruce opuści budynek, a ona zwycięży. Parę razy podczas tej kolacji zrobiło się jej go żal i nawet zastanawiała się, czy nie wyznać mu prawdy. Szybko jednak zrezygnowała z tego pomysłu. Ogarnęło ją słodkie, rozkoszne poczucie władzy. To był biznes dla dorosłych, a Bruce był dorosły. Musi nauczyć się dbać o siebie.
    Tak jak ona.
    O wpół do pierwszej, pół godziny po zwolnieniu, Bruce zadzwonił do Nico.
    – To twoja robota, prawda? – zapytał z goryczą. – Muszę ci pogratulować. Nie sądziłem, że jesteś do tego zdolna. Myślałem, że brak ci jaj.
    – To tylko biznes, Bruce – powiedziała.
    – Boże, to ją upajało. W życiu nie doświadczyła podobnego uczucia. Gdzieś podświadomie czuła, że jako kobieta powinna mieć wyrzuty sumienia. Powinien ją trapić smutek albo przygnębienie, że nie jest „miła". Przez jedną krótką chwilę się bała. Ale czego? Swojej władzy? Samej siebie? Archaicznego przekonania, że skoro zrobiła coś złego, zostanie ukarana?
    Tego dnia w biurze, tuż po rozmowie z Bruce'em, nagle zrozumiała, że nie spotka jej kara. Ze nie ma żadnych zasad. To, co większość przedstawicielek jej płci uważała za zasady, było zwykłymi zarządzeniami, które miały sprowadzać kobiety do odpowiednio niskiego poziomu. „Miła" – oto wygodna, niegroźna szuflada, w której społeczeństwo trzymało kobiety. Rozpowszechniło się przekonanie, że jeśli z niej nie uciekną, będą bezpieczne. Nikt jednak nie był bezpieczny. Bezpieczeństwo było kłamstwem, zwłaszcza w interesach. Jedyne prawdziwe zasady dotyczyły władzy: tego, kto ją miał i kto mógł z niej korzystać.
    A skoro mógł z niej korzystać, to ją miał.
    Po raz pierwszy poczuła się ważna. Była graczem.
    Tamtej nocy kupiła kawior z bieługi i szampan Cristal, po czym razem z Seymourem uczciła swój sukces. Później Seymour chciał się kochać, ale Nico nie. Doskonale to zapamiętała: nie chciała nikogo w środku. Najwyraźniej wypełniła wszystkie puste zakamarki w sobie i ten jeden raz czuła się samowystarczalna.
    Czy nadal tak było?
    Podeszła do okna w sypialni i wyjrzała. W latach, które minęły od fiaska Bruce'a Chikalisa, ostrożnie wykorzystywała swoją władzę, używając jej z pełną mocą tylko z konieczności. Nauczyła się nie przechwalać zwycięstwami ani nawet się do nich nie przyznawała, gdyż prawdziwa władza oznacza możliwość używania niewidzialnej, kontrolującej wszystko ręki. Zawsze czuła dreszcz po zwycięstwie, ale inni wcale nie musieli o tym wiedzieć.
    Kiedy myślała o Mike'u i o tym, co mu zrobi, znów poczuła nieuchronny przypływ triumfu. Było to jednak trochę płytkie i nieco smutne. Jakaś część Nico wciąż miała nadzieję, że ludzie na czele korporacji będą zachowywali się przyzwoicie, doświadczenie jednak nauczyło ją, że tam, gdzie w grę wychodzą pieniądze i władza, zawsze jest tak samo. Gdyby chociaż Mike był starszy, tuż przed emeryturą… Ale nie był, i wiedziała, że jeśli go nie usunie, on zamieni jej życie w piekło. I tak dwa razy już nią wstrząsnął: następny cios mógłby ją znokautować.
    Odwróciła się od okna i zaczęła spacerować po orientalnym dywanie. To tylko biznes, przypomniała sobie. Mike Harness wiedział, jak wygląda sytuacja w Splatch-Verner. Musiał się spodziewać tego, że pewnego dnia Victor skróci go o głowę. A w końcu Mike też odwalił już swoją działkę skracania o głowy…
    Tyle że każdy zawsze uważał, że to zdarza się wyłącznie innym. Nigdy jemu.
    Pomyślała, że może to właśnie różni ją od pozostałych szefów w Splatch-Verner, przeważnie mężczyzn. Nico wiedziała, że i ją to może spotkać. I że jeśli dostanie posadę Mike'a, w zależności od okoliczności może utrzyma ją przez dwa lata, może przez pięć, a jeśli się jej naprawdę poszczęści, to i dziesięć. Ale i ją w końcu wyleją.
    Chyba że zdobędzie posadę Victora Matricka.
    Popatrzyła na pogrążoną w mroku ulicę i się uśmiechnęła. Nico O'Neilly, prezes zarządu Splatch-Verner, pomyślała. To wcale nie było nieprawdopodobne.

Rozdział 6

    Wendy przebudziła się raptownie.
    Wciąż miała ten sam sen. Była gdzieś (nie wiadomo gdzie), słaba i chora. Ledwie mogła chodzić. Ktoś kazał jej wsiąść do windy. Nie dawała sobie rady. Dramatycznie osuwała się na podłogę. Nie mogła wstać. Jej życie odchodziło. Nie miała nad nim kontroli. Teraz, gdy wiedziała, że umiera, było jej wszystko jedno. Leżała spokojnie, ze świadomością, że nie ma wyjścia, że musi się poddać…
    Otworzyła oczy. Cholera. W pokoju wciąż było ciemno. Wiedziała, że jest czwarta rano, choć postanowiła nie patrzeć na zegarek. Za parę godzin nadejdzie nowy dzień. Dzień czterdziesty trzeci, ściśle rzecz biorąc. Czterdzieści trzy dni i pięć godzin, odkąd Shane zniszczył jej idealną rodzinę.
    Wstyd przygniótł pierś Wendy i zdawał się chwytać ją za szyję czarnymi, tłustymi mackami. Zacisnęła powieki i zazgrzytała zębami. Znała mnóstwo ludzi, którzy się rozwiedli, ale nikt nigdy nie mówił, jak to jest naprawdę. Słyszy się o oszustwie, o tym, że partner staje się nagle kimś zupełnie nieznanym. O gniewie i nienormalnym zachowaniu. Nikt jednak nie wspomina o wstydzie. Ani o wyrzutach sumienia. Ani o przytłaczającym poczuciu klęski, które sprawia, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy życie w ogóle ma sens.
    Wstyd był jak nóż. Już kilka razy w trakcie tego trwającego kilkanaście lat małżeństwa czuła jego ostrze na swojej skórze, kiedy ona i Shane byli na siebie tak wściekli, że przyszła jej do głowy myśl o rozwodzie. Jednak ból i siła wstydu zawsze wystarczały, żeby Wendy zawróciła. Zęby pomyślała, że niezależnie od tego, jak strasznie jest w tym momencie, zakończenie tego byłoby jeszcze gorsze.
    I przez następny dzień, albo dwa, albo trzy, albo siedem, kiedy Wendy i Shane wracali na właściwy tor (zwykle po sesji wyjątkowego seksu), bardzo doceniała Shane'a i ich małżeństwo. Nie było konwencjonalne, ale co z tego? Sprawdzało się. Wiedziała, że część kobiet szlag by trafiał, gdyby musiały za wszystko płacić, ale jej sprawiało to przyjemność. Uwielbiała zarabiać pieniądze, wielkie pieniądze. Cieszyło ją, że odniosła sukces w szalonym, bezwzględnym świecie rozrywki, który faktycznie był rozrywkowy (choć często również frustrujący i przerażający, ale Wendy zawsze powtarzała sobie, że woli się bać niż nudzić). Wiedziała, że da sobie radę, bo miała odskocznię. Miała rodzinę, swoją oazę.
    Przetoczyła się na swoją stronę łóżka i podkuliła nogi. Nie będzie płakała. Jednak wszystko straciła i nie rozumiała dlaczego. Zawsze sądziła, że ona, Shane i dzieci są szczęśliwi. Nagle, z jakiegoś powodu, pomyślała o rybce Tylera, Błękitnym Kaczorku. Kupiła mu tę chińską rybkę na początku zeszłego lata, a mały uparł się, że zabierze ją z nimi do Dark Harbor w Maine, dokąd wyjechali na dwa tygodnie, gdyż jeździli tam wszyscy ludzie z Hollywood. Błękitny Kaczorek miał status członka rodziny, więc podroż do Maine koncentrowała się na utrzymaniu przy życiu cholernej rybki, zwłaszcza po tym, jak Shane niechcący zafundował jej wstrząs termiczny, kiedy włożył ją do lodowatej wody w hotelowym pokoju. Przeżycie Kaczorka było przewodnim tematem wakacji, historyjką, z której, jak sądziła Wendy, będą się śmiali za dwadzieścia lat, kiedy dorosłe dzieci przyjadą do nich na święta. Smutek przeszył jej ciało niczym prąd. To się nigdy nie zdarzy. Jak będzie wyglądała przyszłość rodziny bez Shane'a? Co się stanie z tą opowieścią?
    Wiedziała, że już nie zaśnie. Każdy dzień był taki sam, pełen rozdrażnienia z powodu nieznanego. Bała się. Uświadomiła sobie, że przez większość życia czuła ukryty strach. Bała się samotności, braku mężczyzny. Bała się, że nie wydaje się dość dobra, by go zdobyć. Czy był to jeden z powodów, dla których tak ciężko pracowała na sukces? Zęby kupić sobie mężczyznę? Pomyślała z goryczą, że skoro mogła kupić jednego, to istnieje szansa, że z następnym też nie będzie problemu.
    Postanowiła wstać i popracować. Już dawno temu odkryła, że jedynym sposobem na złagodzenie strachu jest jeszcze cięższa praca. Minęła piąta rano. Męcząca szara godzina, pomyślała Wendy, ale postanowiła wstać i umyć zęby. Poszła do kuchni i zaparzyła sobie kawę, po czym zabrała kubek do gabinetu i usiadła przy tandetnym metalowym biurku. W college u należało do Shane'a, nie chciał się z nim rozstać z powodów sentymentalnych. Nigdy nie nalegała, żeby się go pozbyć. Zawsze szanowała dziwactwa Shane'a. Sama chyba znienawidziłaby męża, który dyktowałby jej, co ma robić. Już po roku małżeństwa olśniło ją, że kluczem do udanego związku jest traktowanie drugiej strony tak, jak samemu chce się być traktowanym.
    Najwyraźniej to jednak nie wystarczało.
    Uniosła scenariusz leżący na wierzchu sterty: uderzyło ją, że od ponad dwudziestu lat scenariusze to nieodłączny element jej życia. Były dostarczane do jej domu, by mogła je czytać w weekendy, przesyłane FedEksem w egzotyczne plenery, taszczone w torbach w samochodach, pociągach i autobusach. A ona czytała je wszystkie. Musiała już przeczytać około pięciu tysięcy scenariuszy, a końca nie było widać. Nagle ujrzała przygnębiającą wizję swojej przyszłości. Będzie niemal dokładnie tak jak teraz, tyle że ona będzie starsza, bardziej zmęczona i samotna. Teraz zdarzały się jej dni, w których fantazjowała, że nie wstanie z łóżka przez tydzień.
    Otworzyła scenariusz, przeczytała pięć stron i go odłożyła, zirytowana sceną, w której matka strofuje dwudziestopięcioletnią córkę za to, że ta jeszcze nie wyszła za mąż. Zerknęła na pierwszą stronę, pewna, że scenariusz to dzieło mężczyzny, i to zapewne młodego – tylko oni jeszcze wierzyli w to, że matki marzą o dobrym mężu dla córek. Scenariusz jednak napisała kobieta, jakaśtam Shasta. Co to za imię, zastanawiała się Wendy, coraz bardziej zirytowana. I, co ważniejsze, jaką kobietą jest Shasta? Nie wie, że ten banał o matkach, które brak męża dla córki wpędza w rozpacz, jest niemodny?
    „Nie", napisała na okładce i odsunęła scenariusz.
    Wzięła następny i poprawiła okulary, żeby lepiej widzieć. Zauważyła ostatnio, że słowa na stronach uparcie się rozmywają. Zresztą jej myśli też się rozmywały. Pomyślała o matce Shasty. Jasne, część kobiet nadal wierzyła, że może się określić wyłącznie przez męża i dzieci. Wendy nigdy się nie zgadzała z tym szczególnym typem przedstawicielek swojej płci – tym, który uważał, że rolą kobiety jest bycie kurą domową, zależną od mężczyzny. Do niedawna swoje uczucia do tych osób traktowała tak jak przekonania polityczne i religijne, w których nie ma miejsca na moralny kompromis. Teraz nie była pewna.
    Katalizatorem tego przewartościowania okazała się rozmowa z matką, dwa dni wcześniej. Wendy zadzwoniła do niej, żeby powiedzieć o rozstaniu z Shane'em. Była pewna, że matka ją wesprze. Przez lata Wendy wierzyła, że jej matka jest mistrzynią we wszystkim i wmawiała sobie, że odniosła sukces dzięki niej. Była przekonana, że w dzieciństwie i okresie dojrzewania matka przekazała jej bez słów, że Wendy nie musi skończyć jako gospodyni domowa, zależna od mężczyzny, zwłaszcza takiego jak jej ojciec. Matka urodziła czwórkę dzieci i nigdy nie pracowała. Kiedy Wendy była nastolatką, czasem jej matka nie mogła wstać z łóżka. Naturalnie cierpiała na depresję, ale wtedy trudno to było zdiagnozować i leżenie w łóżkach po całych dniach czasem przydarzało się mamom z przedmieść. Wendy mogłaby jej nienawidzić za te żenujące godziny, kiedy na próżno czekała, aż mama przyjedzie po nią po szkole. Kochała ją jednak miłością ślepą na błędy. Jej matka miała zapewne problemy z osobowością, była histeryczką, ale Wendy zapamiętała ją jako piękną i czarującą kobietę, najbardziej zjawiskową w okolicy, a do tego osobę, która odegrała znaczącą rolę w zachęcaniu córki do zrobienia kariery.
    Przynajmniej Wendy w to wierzyła, dopóki nie zatelefonowała do matki, żeby powiedzieć jej o Shanie.
    – Och, Wendy – westchnęła jej matka. – Podejrzewałam, że to tylko kwestia czasu.
    – Kwestia czasu? – powtórzyła zaszokowana Wendy. Oczekiwała od matki współczucia, nie potępienia.
    – Wiedziałam, że w końcu do tego dojdzie. Takie małżeństwo nie ma szans. Nie jest naturalne.
    Wendy zatkało.
    – Myślałam, że ty i tata uwielbialiście Shane'a.
    Matka ponownie westchnęła.
    – Lubiliśmy go jako człowieka. Nie jako twojego męża. Nigdy nie wierzyliśmy w to, że wasze małżeństwo przetrwa.
    – Przetrwało ponad dwanaście lat – jęknęła Wendy.
    – Tylko dlatego, że Shane to leń. Twój tata i ja zawsze uważaliśmy, że pewnego dnia znudzi się i odejdzie. Chciałam uprzedzić cię wiele lat temu, ale bałam się, że popsuję ci humor.
    – Teraz mi go psujesz – zauważyła Wendy. – Usiłuję zrozumieć dlaczego.
    – Szkoda, że nie wyszłaś za człowieka sukcesu. Nie musiałabyś tyle pracować – oświadczyła jej matka. – Wtedy nigdy by do tego nie doszło.
    Wendy siedziała z szeroko otwartymi ustami.
    – Myślałam, że zależało ci na moim sukcesie. – Piekły ją oczy. Jak własna matka mogła ją tak gnębić?
    – Oczywiście, że pragnęłam twojego sukcesu. Ale nie trzeba rządzić światem, żeby odnieść sukces. Chciałam, żebyś była szczęśliwa. Zawsze myślałam, że będziesz szczęśliwą żoną prawnika albo bankiera. Mogłaś mieć dzieci i pracować, gdybyś chciała.
    Wendy była tak oszołomiona, że musiała złapać się krawędzi biurka, żeby nie upaść. Czy właśnie taką przyszłość wyobrażała sobie dla niej matka?
    – Życzyłaś sobie dla mnie jakieś beznadziejnej pracy? – spytała piskliwym od złości głosem.
    – Nie musiałaby zaraz być beznadziejna – cierpliwie zauważyła jej matka. – Ale to twój mąż byłby żywicielem rodziny. - Urwała. – Wiem, skarbie, że w to nie wierzysz, ale małżeństwo sprawdza się tylko wtedy, kiedy to mężczyzna zarabia więcej. Mężczyźni potrzebują takiego bodźca, żeby wytrwać w małżeństwie. Dzięki temu mają dobre mniemanie o sobie.
    – A co ze mną? – wyskrzeczała Wendy z niedowierzaniem. – Czy ja nie mam prawa mieć dobrego mniemania o sobie? Matka westchnęła raz jeszcze.
    – Nie przekręcaj wszystkiego, co powiem. – Nagle Wendy uświadomiła sobie, że najwyraźniej robiła to od wielu lat. – Kobiety mogą się spełniać na wiele sposobów – ciągnęła matka. – Mają dzieci i swoje domy. Mężczyźni mają jedno: pracę. I jeśli kobieta tego nie pojmuje, nie może oczekiwać, że mężczyzna z nią zostanie.
    Czy to naprawdę słowa matki, zastanawiała się Wendy z przerażeniem. Przecież nie mogła wierzyć w to, co wygaduje. Nagle jednak uświadomiła sobie, że przez ostatnie dwadzieścia lat nigdy nie rozmawiała z matką na temat seksu ani związków. Matka nigdy nie wyraziła swojej opinii o mężczyznach, kobietach ani o rolach, jakie odgrywali, więc Wendy naturalnie założyła, że obie mają identyczne poglądy. Czy to możliwe, że myliła się we wszystkich założeniach na temat swoich związków?
    – Dlaczego jesteś taka okrutna, mamo? – zapytała.
    – Dlatego, że w mieście widuję tyle miłych par – powiedziała jej matka. – Wiele par w waszym wieku, z dziećmi. Ci mężczyźni to profesjonaliści. A kobiety pracują, jednak również mają czas, żeby zabrać dzieci na mecz…
    – Jeśli chcesz powiedzieć, że moje dzieci są pozbawione… – zaczęła Wendy.
    – Och, wiem, że mają wszystko, Wendy – prychnęła jej matka. – Nawet zbyt wiele. Nie o to mi chodzi. Te pary wydają się szczęśliwe.
    – Kim są? Co robią? Szefują jednej z największych wytwórni filmowych?
    – To nie jest najważniejsze – oświadczyła matka sztywno.
    – Jest – warknęła Wendy. – To jedyna rzecz, która jest ważna. To wielka różnica…
    – Co nie znaczy, że możesz mieć normalny związek – powiedziała matka.
    – Miałam normalny związek.
    – Mam na myśli związek z mężczyzną żywicielem. Mężczyźni są próżni. W twojej branży jako kobieta sprawujesz kontrolę nad wszystkim. To się nie sprawdza w małżeństwie.
    Wendy milczała.
    – Ilu jest mężczyzn, którzy odnieśli większy sukces niż ja? – zapytała, i z jakiegoś niezrozumiałego powodu przyszedł jej na myśl Selden Rose.
    – Może nie potrzebowałaś aż takiego sukcesu?
    To było zupełnie niezrozumiałe. Wendy bała się tego, co mogłaby odpowiedzieć, więc się rozłączyła.
    Nienawidziła kłótni z matką. Za bardzo ją raniły, naprawdę czuła ból. Przez wszystkie te lata harowała jak wół nie tylko po to, żeby zapewnić utrzymanie Shane'owi i dzieciom, ale również mieć pewność, że na starość zajmie się matką.
    Podniosła kubek i podeszła do okna. Od tamtej rozmowy nie miały ze sobą kontaktu i to również było źródło męczącego bólu. Dlaczego traciła wszystkich bliskich? Za co spotykała ją ta kara?
    Wyjrzała na szarość poranka. Chciała zlekceważyć wszystko, co mówiła matka, ale zamiast tego uświadomiła sobie, że myśli o pewnych niewygodnych i oczywistych prawdach. Gdyby potrafiła znaleźć faceta, który by się o nią troszczył, był żywicielem (uch, nie cierpiała tego słowa), czy musiałaby dokonywać takiego wyboru? Nie znała odpowiedzi, bo taka możliwość nigdy nie była jej dana, uświadomiła sobie Wendy z bólem – jej matka nigdy by tego nie zrozumiała.
    Wszyscy powtarzali, że kobiety mają wybór, ale nie do końca tak było. Wbrew ogólnemu przekonaniu, kobiety nie mogą korzystać z nieograniczonych możliwości, a tę przykrą prawdę Wendy odkryła już w college'u. Na drugim roku zrozumiała, że na świecie istnieją z grubsza dwa typy kobiet: te, za którymi mężczyźni szaleją, w których się zakochują, z którymi się żenią i za które płacą; i te, które z niewiadomych przyczyn nie wzbudzają w mężczyznach takich uczuć, a przynajmniej wielkich namiętności, i partner nie chce stać się ich żywicielem. Szybko uświadomiła sobie, że ona podpada pod tę drugą kategorię i jeśli chce się z kimś związać, musi mieć coś ekstra do zaoferowania.
    Uznała, że jej pracowitość, skuteczność, niezależność, umiejętność dbania o siebie i o niego odciągną uwagę mężczyzny od jej braku urody.
    To się sprawdzało. Po latach spędzonych na asyście, harowaniu, pracy do późnej nocy, targaniu scenariuszy i, w końcu, wspinaczki po szczeblach kariery w branży rozrywki, odniosła sukces. Przyszły pieniądze, mieszkanie, przyzwoite stroje i auta, za które radośnie płaciła sama. Powtarzała sobie, że nie potrzebuje mężczyzny, nie musi grać w te gierki.
    To także było kłamstwo.
    Grała w te gierki. Urabiała Shane'a od samego początku, mimo podejrzeń, że niekoniecznie pragnie być z nią. Przekonała samą siebie, że w końcu pokona jego opór i sprawi, że Shane dostrzeże jej wartość. Kiedy zrozumie, jak wiele Wendy może dla niego zrobić, będzie musiał ją pokochać. Na początku, kiedy przekonywała go, żeby z nią był, udawała, że nie widzi jego flirtów z innymi kobietami. Nigdy nie pozwoliła sobie na żadną krytykę. Ciągle powtarzała mu, że jest geniuszem (chociaż tak naprawdę to on powinien jej powtarzać, że jest genialna). Matkowała mu, i nie tylko. Zawsze była gotowa, w kuchni i w łóżku. W końcu się poddał. Powiedziała mu, że go kocha już po dwóch miesiącach. On wypowiedział te słowa po dwóch latach.
    Kupiła go i dlatego myślała, że jest bezpieczna.
    Matka miała rację. Wendy była arogancką idiotką.
    Zawsze upierała się, że ona i Shane stworzyli nowy, współczesny model małżeństwa – małżeństwo przyszłości! Tak naprawdę jednak było to tylko odwrócenie tradycyjnego modelu. Czy czasem nie mówiła żartobliwie o Shanie, że jest „idealną żoną szychy z branży filmowej"?
    To zawsze wzbudzało rozbawienie jej kolegów na wysokich stanowiskach i pełne aprobaty potakiwania przyjaciółek. Nigdy nie powiedziała tego w obecności Shane'a, ale pewnie wyczuwał te subtelne ataki na swoje męskie ego i nie podobało mu się to.
    Ukryła głowę w dłoniach. Jak ich związek mógł się zamienić w coś takiego? Przecież nie odwodziła Shane'a od pracy. Wspierała go we wszystkim, do czego się zabierał. Problem polegał jednak na tym, że Shane w niczym nie był zbyt dobry. Brakowało mu wytrwałości, miał nierealistyczne oczekiwania i fatalnie reagował na krytykę. Był arogancki. Ludzie dawali mu szansę (zwykle w ramach przysługi dla Wendy), a on zawalał terminy, kłócił się, popisywał i zazwyczaj nie chcieli z nim dłużej pracować. Chętnie by mu wytłumaczyła, że ma za mało talentu na takie teatralne zagrania, ale jak można to komuś powiedzieć, zwłaszcza własnemu mężowi?
    A gdyby to on ich utrzymywał? Pokręciła głową. Umarliby z głodu. Z pewnością nie mieliby tego wszystkiego…
    Rozejrzała się z niesmakiem po żałosnym, zabałaganionym gabinecie. Reszta mieszkania wyglądała identycznie – udające pokoje pomieszczenie w pustej przestrzeni podzielonej cienkimi ścianami z płyty gipsowo-kartonowej. W ramach umowy z Wendy, Parador (a raczej Splatch-Verner) miał opłacić pięćdziesiąt procent kosztów renowacji, do wysokości pół miliona dolarów, a do tego wybudować tu salę projekcyjną. Dwa lata temu remontem zajął się Shane (myślała, że coś konstruktywnego, męskiego poprawi mu samopoczucie), ale zawalił sprawę. Natychmiast zaczął się kłócić z każdym z trzech budowlańców, których zatrudnił, wszyscy zrezygnowali w ciągu dwóch tygodni. Potem powiedział, że sam lepiej da sobie radę, i nie zrobił nic.
    Mogła osobiście dopilnować projektu i kazać swojemu asystentowi znaleźć odpowiednią osobę, ale ze względu na Shane'a wciąż się wstrzymywała. Nie chciała, żeby poczuł, że znów zawiódł, i zawsze robiła wszystko, by nie demonstrować swojej przewagi (i tak bardzo wyraźnej, bo ona zarabiała wszystkie pieniądze). I choć było bardzo niewygodnie, mieszkanie nic się nie zmieniło. Wmawiała sobie, że wszystko jest w porządku: nawet lepiej, bo w ten sposób nie kłuła Shane'a w oczy swoim oczywistym (a dla niego nieosiągalnym) sukcesem. Wciąż mógł czepiać się iluzji, że taki sukces jest w jego zasięgu – a przynajmniej, że gdyby zaczął zarabiać, stać by go było na ich mieszkanie.
    Pomyślała z goryczą, że najwyraźniej żaden z tych forteli nie był w stanie zatrzymać Shane'a Healy'ego. Wszyscy mówią, że każda zmiana ma swoje dobre strony, ale jakie? Może teraz, po odejściu Shane'a, nie będzie musiała tak się nim przejmować. Wreszcie zabłyśnie. Zacznie od remontu. Wybuduje prawdziwe ściany; zatrudni projektanta wnętrz, by urządził to miejsce w jej guście. Może zafunduje sobie białą sypialnię. W dzieciństwie fantazjowała o czystym, białym domu i trzepoczących firankach. Zdusiła w sobie te marzenia, bo wiedziała, że Shane'owi nie przypadłyby one do gustu.
    Teraz jednak pomyślała ostrożnie, że jest wolna. Podniosło ją to trochę na duchu, spróbowała unieść głowę, niczym nowo narodzony szczeniak, który pierwszy raz czuje nieznane zapachy. Może jednak odejście Shane'a nie było takie straszne. Może okaże się szansą na to wszystko, z czego zrezygnowała, żeby z nim być.
    Z determinacją wzięła do ręki scenariusz młodej kobiety o imieniu Shasta, gotowa dać jej jeszcze jedną szansę. Wendy z zasady nie odrzucała scenariusza bez przeczytania dwudziestu pięciu stron (niektórzy poprzestawali na dziesięciu, ale ona doszła do wniosku, że skoro ktoś zadał sobie trud napisania całego scenariusza, ona może zadać sobie trud odkrycia jego potencjalnych zalet) i nie zamierzała teraz obniżać norm, wręcz przeciwnie. Otworzyła scenariusz, przygotowała się do czytania, ale kiedy odwróciła stronę, stos leżących na biurku kopert przyciągnął jej wzrok.
    Westchnęła i odłożyła scenariusz. Koperty były jeszcze zapewne z poprzedniego miesiąca. Shane miał zajmować się pocztą i płaceniem rachunków, a teraz, gdy odszedł, pokojówka rzucała wszystkie listy na biurko. Wendy postanowiła, że przejrzy je szybko i oddzieli rachunki, którymi zajmie się później.
    Zauważyła kilka kopert z American Express. Na początku to ją zdumiało. Musiała zajść jakaś pomyłka. Wendy miała tylko dwie karty American Express – jedną firmową czarną kartę (Shane dysponował drugą na wszelki wypadek) i platynową kartę do konta osobistego. Jedna koperta była gruba, cztery płaskie. To właśnie te płaskie ją przejęły. Wyglądały jak te z informacją o przekroczeniu limitu zadłużenia. To jednak nie było możliwe, pomyślała i marszcząc brwi, otworzyła jedną z kopert.
    Był to wyciąg z jej konta Centurion. Pośpiesznie zerknęła na dół wydruku, żeby sprawdzić kwotę długu, i nagle zakręciło się jej w głowie. Musiała zajść jakaś pomyłka. Wyciąg opiewał na dwieście czternaście tysięcy osiemdziesiąt siedem dolarów i pięćdziesiąt trzy centy.
    Ręka zaczęła jej drżeć. To niemożliwie. Jakiś urzędnik pomylił zera. Podniosła grubą kopertę i ją rozdarła, a jej usta rozchyliły się w niemym krzyku, gdy patrzyła na wyciąg.
    Wydatki wynosiły czternaście tysięcy osiemdziesiąt siedem dolarów i pięćdziesiąt trzy centy, co było sumą normalną. Okazało się jednak, że konto zostało także zadłużone z karty Shane'a na dwieście tysięcy dolarów.
    Wstała, rzuciła rachunek na biurko i zaczęła spacerować po gabinecie, ściskając rękami głowę, jakby chciała uchronić mózg od eksplozji. Jak Shane mógł jej to zrobić? Formalnie rzecz biorąc, mógł – miał własną kartę i jedynym, co go powstrzymywało od comiesięcznego podejmowania ogromnych sum, było to, że Wendy mu ufała. Ale powinna była to przewidzieć. Z przerażeniem uświadomiła sobie, że na to czekała. To było nieuniknione. Gdzieś w głębi duszy zawsze przeczuwała, że Shane któregoś dnia wykręci jej taki numer.
    Było to ostateczne „pierdol się". Gwóźdź do trumny ich małżeństwa. Jeśli Wendy miała jakiekolwiek nadzieje na porozumienie, Shane dopilnował, żeby nic z nich nie zostało.
    Nagle wszystko zalała czerń i Wendy się wściekła. Dwieście tysięcy dolarów to bez podatku czterysta tysięcy. Czterysta tysięcy ciężko zarobionych dolarów. Czy Shane miał jakiekolwiek pojęcie, ile wysiłku trzeba, żeby zdobyć taką kasę?
    Zamierzała go zabić. Dopilnuje, żeby jej oddał wszystko co do grosza, nawet gdyby miało to trwać dwadzieścia lat…
    Podniosła słuchawkę i wykręciła numer jego komórki. Miała gdzieś, że jest wcześnie – postanowiła przywołać go do porządku i dopilnować, żeby nigdy nie zapomniał, co mu powie. Oczywiście połączyła się z pocztą głosową.
    Odłożyła słuchawkę. Nie zostawi wiadomości, tylko pójdzie do niego i stanie z nim twarzą w twarz. Natychmiast, w swojej starej, zmechaconej piżamie. Furia zaniosła ją do sypialni, gdzie Wendy wbiła bose stopy w zniszczone trampki Converse, które nosiła po domu.
    Nagle znieruchomiała. Nie mogła wyjść. Miała w domu trójkę dzieci.
    Przyszła jej do głowy straszna myśl. Dzieci głęboko spały. Mogła wyjść, nawrzeszczeć na Shane'a i wrócić w ciągu pół godziny. Dzieci nigdy by się o tym nie dowiedziały.
    Znieruchomiała i popatrzyła na swoje stopy, na trampki z czarnego płótna wystające bez sensu spod nogawek piżamy z niebieskiej flaneli. Przez Shane'a zaczynała wariować. Tylko biedacy zostawiali w domu małe dzieci bez opieki. Biedacy, którzy czuli, że nie mają wyjścia, albo byli tak przygnębieni bezlitosnym bezsensem życia, że było im wszystko jedno. Takie historie opisywano przez cały czas w „New York Post". Biedacy zostawiali dzieci, coś się działo i dzieci umierały. Zwykłe odpowiedzialni za to byli mężczyźni. Matki pracowały, a ojcowie dochodzili do wniosku, że muszą skoczyć na piwo z kumplami.
    Popatrzyła na zegarek. Dochodziła szósta. Za godzinę zjawi się pani Minniver. Wendy mogła zaczekać z konfrontacją do tego czasu.
    Cała godzina! Znowu opanowała ją wściekłość. Nie mogła myśleć o niczym innym. Tylko tego jej brakowało. Przecież musiała pracować. Musiała się skoncentrować. A teraz do tego dojdzie wizyta w banku o dziewiątej i usunięcie nazwiska Shane'a z ich wszystkich wspólnych kont.
    I takiego człowieka wybrała na ojca swoich dzieci.
    Wstała i pomaszerowała do łazienki. Shane za to zapłaci. Skoro postanowił zabrać jej pieniądze, ona zabierze mu dzieci. Jeszcze dziś zatrudni prawnika i wyda tyle, ile będzie konieczne, żeby Shane na zawsze zniknął z ich życia. Niech się przekona, jak to jest w prawdziwym świecie, świecie pracy. Niech zrozumie, jak to jest być prawdziwym mężczyzną.
    Weszła pod prysznic, a kiedy gorąca woda uderzyła ją w twarz, Wendy przypomniała sobie, że jest sobota. Pani Minniver nie przyjdzie. A Shane wspominał wcześniej, że wyjeżdża na cały weekend i jest nieosiągalny.
    Nie przyniosło jej to ulgi.
    Nagle krzyk wydarł się z niej jak obca forma życia. Miała wrażenie, że jej brzuch się rozpadnie, musiała się przytrzymać zasłony prysznicowej. Osunęła się do brodzika i usiadła po turecku pod strumieniem wody. Kołysała się do przodu i w tył jak wariatka. Jakaś jej część, czysto zwierzęca, nie mogła przestać płakać, ale inna część pozostawała zdystansowana, jakby poza ciałem. Dziwne, jak wyświechtane opisy stanów emocjonalnych tak bardzo pasują przy tych nielicznych okazjach, kiedy się ich doświadcza. Serce Wendy dosłownie pękało. Odebrano jej wszystko, w co wierzyła, na co liczyła, czemu ufała. Lata tego, co uważała za nienaruszalne podwaliny równowagi emocjonalnej, całkiem straciły znaczenie. Nigdy nie potrafiłaby już uwierzyć w to, w co wierzyła wcześniej.
    Tylko w co, do cholery, miała wierzyć?

    Telefon Wendy w gabinecie w Parador Pictures miał pięć linii. W tej chwili wszystkie były zajęte.
    Tak było przez cały ranek. W zasadzie przez cały tydzień. A w sumie to niemal zawsze tak właśnie to wyglądało.
    Popatrzyła na elektroniczny zegar na biurku, który odmierzał nie tylko minuty i sekundy, ale też dziesiętne sekundy. Wendy brała udział w połączeniu konferencyjnym od piętnastu minut, trzydziestu dwóch i czterech dziesiątych sekundy. Jeśli miała trzymać się rozkładu dnia, powinna zakończyć za trzy minuty, dwadzieścia siedem sekund i cośtam. Nie umiała tego wyliczyć z dokładnością do ułamków sekundy.
    – Potrzebujecie więcej fabuły, chłopcy. Więcej historii – powiedziała Wendy do słuchawki.
    Był czwartkowy poranek. W czwartkowe poranki odbywały się połączenia konferencyjne służące dyskusji nad postępami w rozmaitych scenariuszach, które przygotowywał Parador. Ta liczba zawsze oscylowała między czterdziestoma a sześćdziesięcioma rocznie. Z tej sześćdziesiątki trzydzieści miało szansę na realizację, a z tej trzydziestki zapewne piętnaście okaże się hitami, czyli zarobi pieniądze. Większość wytwórni filmowych mogła liczyć na dziesięć hitów w ciągu roku. Ona jednak zawsze radziła sobie trochę lepiej niż przeciętnie.
    Tylko dlatego, że poświęcała swoim scenariuszom więcej czasu!
    – To opowieść o egzystencjalnych przygodach dzieciaka. Doświadcza życia. Jaki jest sens życia? – wtrącił jeden ze scenarzystów, Wally.
    Dobre pytanie, pomyślała Wendy. Westchnęła. Co do cholery dwóch dwudziestosiedmiolatków mogło wiedzieć o życiu?
    – Co rozumiesz przez egzystencjalne? Konkretnie? – zapytała.
    Dlaczego na litość boską dała się przekonać do kupienia tego scenariusza? Bo musiała. Wally i jego partner, Rowen, byli uważani obecnie za najgorętszy duet scenarzystów. Napisali scenariusze do dwóch hitów, a Wendy zaczynała myśleć, że to był zwykły fuks. No chyba że sukces uderzył im do głowy i przez cały czas popalali trawę i jeździli po Los Angeles w porsche i hummerach, przekonani, że znają odpowiedzi na wszystkie pytania świata.
    – Oto jest pytanie, co? – powiedział Rowen.
    On i Wally bredzili w tym tonie przez całą minutę. Wendy machnęła przez otwarte drzwi na swoją trzecią asystentkc, Xenic, która słuchała rozmowy. Czytając w myślach szefowej, Xenia złapała niewielki egzemplarz słownika Webstera i wpadła do gabinetu, przytrzymując stronę otwartą na E.
    – Egzystencjalizm – przeczytała na głos Wendy, przerywając Wally'emu albo Rowenowi, nie wiedziała, któremu. – To kierunek filozoficzny, którego przedmiotem rozważań jest indywidualny byt i osobista odpowiedzialność za wolny wybór wobec braku pewnego rozróżnienia między dobrem a złem.
    – Urwała. To idealnie podsumowywało jej obecne życie. Nie miała pojęcia, co jest dobre, a co złe, a była odpowiedzialna za wszystko. W tym również za beznadziejny scenariusz Wally'ego i Rowena. – To uroczy pomysł, ale niestety, ani jedna osoba na widowni nie wie, co to jest egzystencjalizm. Nie chodzą do kina po to, żeby się tego dowiedzieć. Ludzie chodzą do kina, żeby obejrzeć historię. Zęby identyfikować się z opowieścią, która w jakiś sposób odnosi się do ich myśli i uczuć.
    Zamilkła. Boże, była równie głupia jak oni. Nikt tak naprawdę nie wiedział, czemu publiczność uwielbia jedne filmy, a innych nie. Nikt nic nie wiedział. Ale trzeba było udawać.
    – Myślę, chłopcy – w skrytości ducha rozkoszowała się tym słowem – że musicie wrócić do początku i zacząć od nowa.
    Cisza po drugiej stronie. Pewnie się wściekali, pomyślała Wendy, nie wiedząc, co mówić dalej.
    Minęły trzy i dwie dziesiąte sekundy. Nie ośmieliliby się jej sprzeciwić. Branża filmowa była niczym dwór Ludwika XIV – odszczekiwanie się przełożonemu oznaczało więzienie albo śmierć. Wally i Rowen nie mogli podać w wątpliwość słów prezeski Parador Pictures. Ale mogli rzucić słuchawką i nazwać Wendy suką.
    No i dobra. Miała rację – a przynajmniej więcej racji niz oni – i właśnie dlatego to ona stała na czele Paradoru, a nie Wally i Rowen.
    – Wyślemy ci zarys scenariusza jak najszybciej – powiedział Wally.
    – Bardzo dziękujemy – wtrącił Rowen, sama słodycz. – Naprawdę doceniamy twoje uwagi.
    – Wendy? – Jej pierwszy asystent, Josh, wtrącił się do rozmowy. – Następny telefon.
    – Dzięki, Josh – powiedziała.
    Tym razem rozmawiała z reżyserem i scenarzystą, którzy pracowali nad filmem akcji, obecnie w przedprodukcji. Miała im tylko powiedzieć, że potrzebują więcej bum w trzecim akcie.
    – Pierwszy akt, jedno bum – oświadczyła. – Drugi akt, trzy bum. Trzeci akt, pięć dużych bum, jedno po drugim. Bum. Załatwione, wychodzimy z kina i, jak dobrze pójdzie, mamy trzydzieści milionów dolarów w weekend premiery.
    Reżyser i scenarzysta zachichotali na myśl o takiej forsie.
    Kiedy Wendy rozmawiała, jej druga asystentka, Maria, wpadła z wiadomością. „Charles Hanson musi odwołać lunch", przeczytała Wendy. Uniosła wzrok ze zdumieniem.
    – Spóźnia się samolot z Londynu – wyszeptała Maria.
    „Cholera!", napisała pod spodem Wendy. „Przełóż jak najszybciej".
    Powróciła do rozmowy, myśląc jednocześnie o tym, że opóźnienie samolotu to zapewne wykręt, żeby Charles Hanson miał jeden dzień więcej na sfinalizowanie ich umowy. Zapewne rozważał oferty innych wytwórni filmowych. „Zbadaj Hansona", napisała na sporym żółtym bloku w linie, który zawsze leżał na jej biurku.
    Odbębniła jeszcze dwie telefoniczne konferencje. W trakcie jednej z nich zadzwonił Shane. Maria wpadła z identycznym żółtym blokiem, na którym napisała „SHANE?". Wendy skinęła głową.
    Kazała Shane'owi czekać przez cztery minuty czterdzieści pięć i trzy dziesiąte sekundy.
    – Tak? – odezwała się lodowato.
    – Co ty wyprawiasz? – zapytał.
    – Pracuję – odparła znacząco.
    – Chodzi o mnie – powiedział.
    Ten komentarz był tak absurdalnie egoistyczny, że Wendy nie wiedziała, co odpowiedzieć.
    – Zabrałaś wszystkie pieniądze z naszych wspólnych kont – dodał Shane oskarżycielsko.
    – Tak? Fajnie, że zauważyłeś.
    – Nie bądź suką, Wendy – powiedział Shane. – Niedługo dwunaste urodziny Magdy. Chcę kupić córce prezent.
    – No to poszukaj pracy. – Wendy odłożyła słuchawkę.
    Odbyła jeszcze trzy rozmowy. Zbliżała się pierwsza po południu.
    – Co zjesz na lunch? – Xenia zajrzała do gabinetu szefowej. Wendy wpatrywała się bezmyślnie w poranny numer „Hollywood Reporter". Artykuły były zakreślone markerami w kolorach, które ustawiały je w kolejności od najważniejszych do najmniej istotnych: na czerwono te dotyczące Paradoru i jego projektów, na żółto o konkurencji, a na zielono wszystko inne, co mogło mieć jakiekolwiek znaczenie.
    Wendy podskoczyła.
    – Lunch?
    – Charles Hanson odwołał spotkanie. Zastanawiałam się, czy zamówić ci coś tutaj.
    – Och. Daj mi chwilę. – Z roztargnieniem podniosła „Hollywood Reporter", powoli odzyskując równowagę. Za każdym razem po czterech godzinach takiej pracy i żonglerce między rozmówcami, wpadała w rodzaj dziwnego transu. Powrót na ziemię zajmował jej zwykle kilka minut. Teraz jednak spadła z hukiem.
    – Nagle przypomniała sobie telefon od Shane'a.
    Chryste. Faktycznie zachowała się jak suka.
    W cholerę z nim, pomyślała, biorąc do ręki blok i wstając. Jak śmiał? Ale przynajmniej nareszcie zaczynał załapywać. Była wściekła, że ją okradł, z samego rana w poniedziałek postanowiła zatrudnić adwokata. Jednak miała tyle pracy, że zdążyła jedynie przenieść pieniądze z ich wspólnego konta na swoje konto osobiste. Była zdumiona, że Shane nie wpadł na to pierwszy.
    – Dwieście tysięcy dolarów to nie jest tak dużo – oświadczył Shane rankiem, kiedy w końcu zdecydował się do niej oddzwonić.
    – Słucham?
    – Zarabiasz ponad trzy miliony rocznie, Wendy. – Powiedział to takim tonem, jakby popełniała przestępstwo. – Poza tym odpiszesz sobie tę forsę od dochodu.
    – Zgadza się, Shane. Ale ja ją zarobiłam! – krzyknęła. – I ja będę decydowała, co chcę z nią zrobić.
    Shane naturalnie nie był w stanie wymyślić sensownej odpowiedzi.
    – Pierdol się – oświadczył i odłożył słuchawkę.
    Świadomość, że ich związek zniżył się do poziomu, na którym nie potrafili zachowywać się jak cywilizowani ludzie, sprawiła, że zrobiło się jej słabo.
    – Maria?
    Asystentka przybiegła natychmiast.
    – Muszę wiedzieć, czy Charles Hanson nakręca jakąś inną umowę. Możesz zadzwonić do jednej ze swoich przyjaciółek asystentek i się dowiedzieć?
    Maria, wysoka, smukła i kuta na cztery nogi, skinęła głową. Wendy planowała, że któregoś dnia ją awansuje i pozbędzie się Josha. Chwilowo najchętniej wyrzuciłaby wszystkich mężczyzn.
    – Zaczęłabym od Disneya – dodała Wendy.
    – Wiem, do kogo zadzwonię – powiedziała Maria. – Lunch?
    – Ja… – Nagle zadzwonił telefon.
    – Shane! – wrzasnął Josh zza drzwi.
    Wendy czuła, jak jej żołądek kurczy się z wściekłości. Sięgnęła po słuchawkę, ale się zawahała. Ta kłótnia nie mogła się ciągnąć na oczach personelu. I tak ludzie zaczynali się domyślać, że coś jest nie tak. Będą gadać i za parę dni wszyscy w Splatch-Verner się dowiedzą, że Wendy się rozwodzi.
    – Oddzwonię – powiedziała głośno.
    Wstała i wzięła torebkę, po czym przeszła przez zewnętrzny gabinet na korytarz.
    – Przegryzę coś w stołówce dla kierownictwa – oświadczyła lekkim tonem. – Wracam za pół godziny. Jeśli będę potrzebna, znajdziecie mnie pod komórką.
    – Powinnaś zaczerpnąć świeżego powietrza. – Maria pokiwała głową.
    Wendy uśmiechnęła się do niej. W całym budynku nie było świeżego powietrza. Na tym polegał problem.
    Poszła do windy, myśląc o tym, że zadzwoni do Shane'a z komórki. To jednak również było ryzykowne, ktoś mógł podsłuchać to, co zapowiadało się na zjadliwą, choć zapewne krótką, awanturę. Bez zastanowienia weszła do windy i wcisnęła przycisk na trzydzieste ósme piętro, gdzie mieściła się nie tylko stołówka, ale również siłownia dla kierownictwa, z której nikt nigdy nie korzystał. Brzęknięcie oznajmiło, że są już na trzydziestym ósmym, i Wendy wysiadła.
    Niemal natychmiast zapragnęła wrócić do windy, jednak drzwi się już zamknęły. Co ona wyprawia? Nienawidzi przecież stołówki dla kierownictwa. Stworzono ją po to, żeby dyrektorzy Splatch-Verner mogli się bez wysiłku zakolegować, ale Wendy była przerażona tym miejscem jak kiedyś stołówką w liceum, z niezbyt subtelnym podziałem stolików według pozycji towarzyskiej i płci. Można się było upierać, że ludzie są równi, ale zostawieni samym sobie, ulegali uwstecznieniu i łączyli się w kliki niczym nastolatki.
    Drzwi windy się otworzyły i wysiedli z niej dwaj szefowie działu reklamy. Skinęli Wendy głową, a ona odpowiedziała im tym samym. Teraz naprawdę zachowywała się jak nastolatka. Nie mogła tu tak sterczeć. Musiała wejść do środka.
    Dasz sobie radę, myślała, idąc korytarzem za dwoma dyrektorami. Od teraz twoje życie będzie polegało na mierzeniu się z rozmaitymi nowymi wyzwaniami.
    Jak samotne spożywanie posiłku, pomyślała z goryczą. Żałowała, że nie wzięła ze sobą scenariusza. Nie musiałaby teraz siedzieć całkiem bezczynnie, jak jakiś przygłup.
    Stołówka miała w założeniu przypominać paryskie bistro. Ściany wyłożono ciemną boazerią, stoły nakryto obrusami w biało-czerwona kratę. Można było poprosić kelnera o przyniesienie sałatki i drinków, ale po wszystko inne stało się w kolejce do gorącego bufetu, gdzie serwowano kurczaka, rybę (zwykle łososia) i pieczeń. Wendy postawiła torebkę na pustym stoliku w kącie przy oknie, i czując, że wszyscy na nią patrzą, stanęła w kolejce.
    Naturalnie nikt na nią nie patrzył, a stołówka nawet nie była szczególnie zatłoczona. Wendy wzięła drewnianą tacę, położyła na niej talerz i nagle znowu zatonęła w świecie fantazji. A co, gdyby któregoś dnia odwiedziła Shane'a w jego nowym, zaniedbanym mieszkaniu w budynku bez windy (za które, jak podejrzewała, sama płaciła, chociaż nie poprosił ją o pieniądze na czynsz – jeszcze) i zastała go w łóżku z inną? Nie zabiłaby Shane'a własnymi rękoma, wynajęłaby kogoś. Dwa lata temu pewien facet z mafii był konsultantem przy jednym z jej filmów, bez wzbudzania żadnych podejrzeń mogłaby znaleźć jego numer telefonu. Zadzwoniłaby do tego gościa z automatu na Penn Station, i poprosiła o spotkanie w Sbarro's. Musiałaby włożyć perukę, ale taką naprawdę dobrą, kiepskie peruki rzucają się w oczy. Jaki kolor? Blond. Ale nie platynowy. Coś naturalnego. Może taki brązowawy…
    Drgnięcie tacy nagle sprowadziło ją na ziemię. Natychmiast popatrzyła w dół i ujrzała męską dłoń na drewnianej krawędzi. Dłoń była gładka, kształtna i lekko opalona, i na jej widok Wendy pomyślała o seksie. Potem uniosła wzrok i zamarła. Dłoń należała do Seldena Rose'a.
    Typowe, pomyślała.
    – Usiłujesz zrzucić mi tacę? – spytała nieuprzejmie.
    – O, Wendy. – Był poruszony. – Przepraszam. Nie zdawałem sobie sprawy, że to ty.
    – A gdybyś sobie zdawał, to nie ruszałbyś mojej tacy?
    – Przeciwnie – odparł. – Zrzuciłbym ją jeszcze szybciej. Dałabyś sobie radę.
    Jęknęła cicho. To było niezwykle. Czyżby próbował flirtować? Czy też ewidentnie jej groził? Nie miała pojęcia, co powiedzieć.
    Wobec tego dobrze mu się przyjrzała. W ostatnim miesiącu musiał sobie zapuścić włosy, bo były dłuższe niż zwykle i zaczesał je za uszy. Uśmiechnął się do niej.
    – Pewnie przyszliśmy tu po to samo – zauważył.
    Czyżby, pomyślała Wendy. O czym on mówi? W sumie nawet nieźle wygląda. W życiu nie przyszłoby jej do głowy, że kiedykolwiek będzie flirtowała z Seldenem Rose'em, ale usłyszała swój głos:
    – Tak? A cóż to takiego?
    – Świeże mięso. – Pochylił się nad nią. Mówił cicho, wprost do ucha Wendy. – To jeden z najlepiej strzeżonych sekretów – w Nowym Jorku. Czwartki. Stołówka kierownictwa Splatch-Verner. – Umilkł. – Danie dnia: rostbef. Prosto z rancza Dziadka w Kolorado.
    – Naprawdę? – Wendy uświadomiła sobie, że jest pod wrażeniem i przyjemnie podniecona. Dlaczego Selden Rose znał takie sekrety, a ona nie? I dlaczego ni z tego, ni z owego zrobił się taki przyjacielski?
    Ha! Kogo ty oszukujesz, Wendy, pomyślała. Wszyscy, którzy zaszli tak wysoko, potrafili być niesłychanie czarujący, kiedy czegoś potrzebowali. Postanowiła, że nie da się przechytrzyć.
    – Dziękuję, Selden – powiedziała. – Będę o tym pamiętać.
    – Cała przyjemność po mojej stronie, Wendy. Zawsze z radością dostarczam ludziom podniet kulinarnych.
    Wendy popatrzyła na niego przenikliwie. Czyżby krył się w tym seksualny podtekst? Selden uniósł brwi i uśmiechnął się, jakby to wcale nie było wykluczone. Przemknęło jej przez myśl parę odpowiedzi a propos „innych podniet". Postanowiła jednak nic nie mówić. Selden Rose był wrogiem, nie mogła mu ufać.
    Rozmowa kulała, więc tkwili w kolejce bez słowa. Milczenie stawało się coraz bardziej niezręczne. Kiedy Wendy dotarła w końcu do celu, czuła autentyczną ulgę.
    Usiadła przy swoim stoliku, niezdarnie rozwinęła serwetkę i położyła ją na kolanach. Serwetka zsunęła się na podłogę, a Wendy automatycznie się schyliła, żeby ją podnieść. W tym momencie ujrzała męskie nogi w garniturze, szły ku niej. Selden Rose. Znowu!
    – Mógłbym się przysiąść? – spytał. – Chciałem z tobą pogadać o zebraniu.
    Było to całkowicie zrozumiałe, a Wendy nie chciała zbywać go bez oczywistego powodu.
    – Jasne – odparła i pomachała odzyskaną serwetą, wskazując krzesło naprzeciw siebie. Selden usiadł. Wendy uświadomiła sobie, że uśmiecha się do niego zachęcająco, jakby ten wspólny lunch sprawiał jej przyjemność. Kiedy pracowicie zestawiał rzeczy z tacy, zaryzykowała jeszcze jedno ukradkowe spojrzenie. Zawsze się jej wydawało, że Selden Rose to obibok, ale teraz nie była tego taka pewna. Może tylko tak się ubierał. Jego szyty na miarę granatowy garnitur i rozpięta biała frakowa koszula wskazywały na to, że ten facet nie musi się obnosić ze swoją władzą. Wzięła widelec.
    – Nie potrzebujesz pretekstu, żeby się dosiąść, Selden – oświadczyła.
    – To dobrze. – Usiadł naprzeciwko niej. – Ale nie szukałem pretekstu. Po prostu nie chciałem ci przeszkadzać.
    – Doprawdy. – Wendy pomyślała, że w przeszłości nie wykazywał takiej troski o jej uczucia. – To chyba pierwszy raz.
    – Ach, Wendy. – Popatrzył na nią, jakby zupełnie go nie rozumiała. Uniósł rękę i dał znak kelnerowi. – Zamierzałem do ciebie zadzwonić w sprawie Tony'ego Cranleya.
    Wendy poczuła ukłucie niezrozumiałego gniewu. Ostatnio niemal wszystko ją wkurzało.
    – Tony'ego? – zapytała i parsknęła lekceważącym śmieszkiem.
    – Wszyscy wiemy, że to dupek – powiedział Selden gładko. – Ale na topie.
    – Czyżby?
    – A nie? Myślałem, że właśnie za takimi facetami szaleją kobiety.
    Wendy rzuciła mu spojrzenie pełne niesmaku. Czy Selden usiłował przekazać jej, że sam jest dupkiem i w związku z tym powinien się jej podobać? A może był to jakiś sprawdzian?
    Może próbował zasugerować, że jeśli Wendy lubi dupków, to nie polubi jego? O co chodziło? Selden wiedział, że Wendy uważa go za dupka. A może nie?
    – Faceci są tacy głupi – powiedziała na głos.
    – Nie lubisz dupków? – spytał arogancko.
    Czyżby to się miało jakoś odnosić do Shane'a? Nie, pomyślała. Nie mógł się jeszcze dowiedzieć. Pewnie po prostu zachowywał się impertynencko. Najprawdopodobniej był dupkiem.
    – A ty lubisz dziwkowate naciągaczki? – warknęła.
    Zareagował inaczej, niż oczekiwała. Zamiast się odgryźć, Selden odłożył widelec i wyjrzał przez okno. Wydawał się… smutny.
    – Selden? – odezwała się ostrożnie.
    – Byłem mężem jednej z nich – odparł krótko.
    – Och. Przepraszam – powiedziała zaskoczona Wendy.
    Nagle jej się przypomniało, że słyszała plotki o jakiejś wariatce, którą poślubił Selden Rose, ale on sam nigdy o niej nie wspominał.
    – Takie życie. – Wzruszył ramionami.
    – Tak. – Pomyślała o Shanie. – Mnie to mówisz?
    – Kłopoty w raju?
    – Można to tak nazwać – odparła wymijająco. Miała ściśnięte gardło, ale zmusiła się do uśmiechu.
    – Przerabiałem to – oświadczył. – Nie jest łatwo.
    Pokręciła głową. Jezu Chryste. Zaraz się rozpłacze, a to tylko dlatego, że Selden Rose był dla niej miły. Co samo w sobie stanowiło wskazówkę, że świat nie jest wcale zły. Ale żeby Selden Rose przynosił te dobre wieści… To wystarczyło, żeby się roześmiała.
    – Posłuchaj, wiem, że to nie pomoże, ale on musi mieć kompletnego pierdolca – powiedział.
    – Pierdolca? – To natychmiast wyrwało Wendy z zamyślenia. – Nie słyszałam tego słowa od lat siedemdziesiątych – oświadczyła z lekką pogardą.
    – Wprowadzę je na powrót do obiegu – mruknął. – Jest zbyt dobre, żeby przepadło.
    – Doprawdy? Zamierzasz wprowadzić jeszcze jakieś inne słowa?
    – Chcesz o tym pogadać? – spytał cicho, krojąc swój rostbef.
    Zacisnęła wargi. Faktycznie chciała o tym pogadać. Selden był mężczyzną, czasem mężczyźni mieli lepszy wgląd w sytuację. Był jednak również jej współpracownikiem, i to takim, któremu zapewne nie mogła ufać. Ale jak miała żyć, już nigdy nikomu nie ufając? Zresztą i tak wkrótce by się dowiedział.
    – Wygląda na to, że mąż się ze mną rozwodzi – oświadczyła w końcu.
    – Nie wydajesz się przekonana – powiedział.
    Skrzyżowali spojrzenia. Cholera. Znowu to samo. Seksualny podtekst. Nie mogła sobie tego wymyślić. Była całkiem pewna, że jego wzrok powędrował do jej piersi. Wendy miała na sobie białą koszulę i kaszmirowy kardigan. Koszula była obcisła, a piersi wypchnięte w push-upie. Nie wybrała tego stanika celowo, to był jedyny czysty – podobnie jak para wielkich, różowych majtek.
    – To nie jest jeszcze, hm, ostateczne. Nawet nie znalazłam adwokata. – Popatrzyła na talerz, udając zainteresowanie rostbefem. Selden milczał, ale kiedy ponownie na niego spojrzała, w jego oczach dostrzegła zrozumienie.
    – Nadal masz nadzieję, że wszystko się ułoży? – zapytał.
    – Chodzi o to, że… nic nie rozumiem – wyznała bezradnie. Poprawiła się na krześle.
    – Aon co mówi?
    – Nic. Poza tym, że to koniec.
    – Terapia?
    – Odmawia. Twierdzi, że to nie ma sensu.
    – Jego zdaniem pewnie faktycznie nie ma.
    – Byliśmy razem przez piętnaście lat – powiedziała Wendy. Selden ze współczuciem zmarszczył brwi.
    – Jezu, Wendy, tak mi przykro. Właściwie to razem dorastaliście.
    – No cóż – zaśmiała się z goryczą. – Powinieneś powiedzieć, że ja dorastałam. On nie.
    Selden pokiwał głową.
    – Nie chciałbym być wścibski, ale co robił?
    W zwykłych okolicznościach zaczęłaby go bronić. Powiedziałaby, że Shane był scenarzystą (opuściłaby słowo „nieudolnym") i ciężko pracował, otwierał restaurację. Nagle jednak kompletnie przestało jej zależeć.
    – Nic – odparła. – Nawet palcem nie kiwnął.
    – Tego nigdy nie rozumiałem – powiedział Selden. Wendy znów parsknęła śmiechem.
    – Moja matka też tego nie rozumiała.
    Usta Seldena wykrzywiły się w sardonicznym uśmiechu. Nigdy dotąd nie dostrzegała jego warg. Były pulchne i wydatne, jak dwie czerwonaworóżowe poduszki. Mogłabym pocałować te usta, pomyślała znienacka.
    – Wiem, przez co przechodzisz – powiedział.
    Przeczesał dłonią włosy i wepchnął kosmyk za ucho.
    Uśmiechnął się. Znów poczuła seksualne napięcie. Czy to dlatego, że ponownie była do wzięcia? Czyżby emitowała jakiś zapach?
    – Masz wrażenie, że twoje wnętrzności są pełne okruchów szkła – dodał.
    Skinęła głową. Tak, właśnie tak się czuła. Co za ulga wiedzieć, że nie jest sama. Nie zwariowała.
    – Ciężko będzie, ale musisz to zrobić – oświadczył. – Musisz podjąć decyzję i się jej trzymać. I robić swoje. Nieważne, jak fatalnie się czujesz, nawet jeśli będzie chciał, żebyś wróciła, a będzie, trzymaj się swojej decyzji. Jeśli ktoś raz cię zdradził, zawsze cię zdradzi.
    Nic nie mówiła, tylko spoglądała mu w oczy. Na moment wstrzymała oddech. Selden sięgnął po widelec.
    – Boleśnie się o tym przekonałem – dodał.
    – Człowiekowi wydaje się, że kiedy będzie starszy, życie stanie się łatwiejsze, ale to nieprawda. – Usiłowała zachowywać się tak, jakby nic się nie działo.
    – Nie, nie jest łatwiejsze, prawda? – Podniósł wzrok i uśmiechnął się do niej z takim smutkiem, że omal nie jęknęła.
    Wzięła do ust kawałek mięsa. Przeżuwając z roztargnieniem, pomyślała, jakie to wszystko dziwaczne. Człowiek sądzi, że kogoś zna, a jest w strasznym błędzie. Selden Rose doświadczył bólu. Dlaczego nigdy wcześniej nie przyszło jej to do głowy? On pewnie myślał o niej dokładnie to samo.
    Może tylko sobie to wyobraziła, ale przyszło jej do głowy, że ona i Selden są bardzo do siebie podobni. Zastanawiała się, jak by to było być jego żoną.
    Skończyli lunch i razem weszli do windy.
    Selden zaczął mówić o nowym programie telewizyjnym, nad którym pracował. Wendy z entuzjazmem kiwała głową, ale tak naprawdę nie słuchała. Zastanawiała się, co by było, gdyby jakimś dziwnym zrządzeniem losu ona i Selden się zeszli? Dotąd zawsze się nienawidzili, ale co jeśli było to spowodowane tym, że nieświadomie ciągnęło ich do siebie? Przecież takie rzeczy podobno się dzieją. Głównie w filmach, rzecz jasna. Co nie oznacza, że nie mogłyby się zdarzyć w życiu.
    Przygryzła wargę. Gdyby tak się stało, fiasko z Shane'em nabrałoby sensu. Wszyscy twierdzili, że uporanie się z rozwodem trwa lata, ale jeśli wcale tak nie jest? Jeśli od razu spotyka się właściwą osobę i rozpoczyna nowe, szczęśliwe, lepsze życie? Gdzie napisano, że trzeba cierpieć? Była dobrym człowiekiem. Umiała kochać. Dlaczego nie miałaby dostać wspaniałego, pełnego miłości, dobrego życia, o jakim zawsze marzyła?
    Winda stanęła.
    – Dziękuję za lunch – powiedział Selden beztrosko. Zastanawiała się, czy mówił to znacząco.
    – Nie ma sprawy – odparła.
    I nagle Selden coś zrobił. Krok do przodu. I ją przytulił. Zesztywniała. Jej piersi były rozpłaszczone na jego torsie. Czy je czuł? O nie. A jeśli miał erekcję? A jeśli nie miał?
    – Gdybyś potrzebowała adwokata, zadzwoń do mnie – powiedział.
    Skinęła głową, zszokowana, z szeroko otwartymi oczyma. Chciała się cofnąć, ale kosmyk tajemniczych nowych włosów Seldena zaplątał się w jej okulary. Przekrzywiła głowę, a jej usta dotykały niemal jego szyi.
    – Przepraszam – wymamrotała, szybko odskakując. Okulary spadły jej z nosa na podłogę.
    Selden pochylił się i je podniósł, po czym wręczył Wendy. Pokiwał głową.
    – To moja wina. – Odgarnął kosmyk włosów.
    Kiedyś Selden Rose nie miał takich włosów. Zastanawiała się, czy przypadkiem ich nie wyprostował.
    Poprawiła okulary na nosie i ich spojrzenia raz jeszcze się skrzyżowały.
    No i znowu! Seks!
    Na szczęście drzwi windy się otworzyły i Wendy wysiadła.
    Ruszyła korytarzem, a serce niemal podeszło jej do gardła. Co się przed chwilą stało? Bo coś się stało, tego była pewna. I to z Seldenem Rose'em? Chyba oszalała. Była dorosłą kobietą, prezeską Parador Pictures, na litość boską, a zachowywała się jak głupawa pensjonarka. To jednak wiązało się nieodłącznie z jej płcią, choć nikt tego nie rozumiał. Niezależnie od wieku, mimo że powinna być mądrzejsza, kobieta zamieniała się w chichoczącego podlotka, kiedy w chwili słabości zetknęła się z seksownym mężczyzną. Zapewne miało to coś wspólnego z nadzieją.
    Nadzieją i ludzką wiarą, że można wrócić i zacząć od początku, pomyślała, wchodząc do gabinetu. I może tym razem dla odmiany zrobić to jak trzeba.

Rozdział 7

    Ostatnich trzydzieści godzin minęło następująco: Po przebudzeniu uświadamiam sobie, że jesienny pokaz mody odbędzie się za szesnaście dni, jedenaście godzin i trzydzieści dwie minuty. Mam ochotę zwymiotować, ale się powstrzymuję. Biegnę do pracowni, nie umyłam włosów, wszystko jedno. Łapię taksówkę, po drodze odpędzając parasolką biznesmena. Jak dzień w dzień dzwonię do Nico. Panika w głosie. „Co jest grane?". „Piotruś Pan", odpowiada Nico spokojnie. „Kołnierzyki w stylu Piotrusia Pana?", jęczę. „Nie będą dobrze wyglądały jesienią". „Nie, chodzi o nas. O kobiety, które zachowują się jak Piotruś Pan. Nie chcemy dorastać". „Ale zarządzamy firmami i wychowujemy dzieci", mówię, chociaż nie mam dzieci, tylko pracowników, w końcu to prawie to samo. „Mimo to chcemy uciec", mówi Nico. Zastanawiam się, o co jej chodzi. Martwię się o Nico, ale nie mam szans o tym pogadać, gdyż obie musimy odbyć inne rozmowy.
    Ranek: Patrzę z przygnębieniem na tkaniny kupione na Premiere Vision w Paryżu, we wrześniu zeszłego roku. Co ja sobie do cholery wyobrażałam? Wszyscy inni projektanci kupili cętki jaguara – znowu – ale ja nie typowałam jaguara na jesień. Tak jak nie typowałam zielonego filcu i różowej wełny. Zresztą i tak już za późno. Muszę pracować z zakupionymi tkaninami, bo inaczej firma z pewnością zbankrutuje ze względu na nadmierne wydatki. Leżę na podłodze i zasłaniam oczy rękoma. Asystentka zastaje mnie w tej pozycji, ale nie jest zdumiona, przywykła do „wariackiego" zachowania szefostwa. Wstaję i znów patrzę na tkaniny.
    Środek dnia: biegnę do Lincoln Center na doroczny lunch New York City Ballet. Nie powinnam tam iść (nie powinnam robić nic poza cierpieniem dla sztuki), ale i tak idę, w poszukiwaniu inspiracji. Na lunchu pojawiają się najbardziej wpływowe kobiety w mieście: pani senator z Nowego Jorku, dwie ważne sędziny, bankierki, prawniczki, gwiazdy telewizji, nowy typ socjalitek (młode dziewczyny z towarzystwa, które pracują, faktycznie coś nowego), królowe matki, zatwardziałe feministki (pięćdziesięcioparolatki, które mają gdzieś modę i swoje fryzury, są tak ważne, że mogą to olać), żony w Prądzie (kobiety, które niegdyś pracowały, ale poślubiły bogaczy i teraz mają niańki, więc całymi dniami przesiadują u kosmetyczek) i młode obywatelki (zdecydowane się wybić i świadome, że ten lunch jest obecnie najwłaściwszym do tego miejscem), i one wszystkie mają na sobie futra, tkaniny w jaguarowe cętki i noszą babcine broszki (och, nie znoszę tego trendu) albo poubierały się ślicznie, aż zęby bolą, czyli w pastelowe sukienki z opływającymi ciało, niedokończonymi szwami, które rozlazły się wszędzie, gdzie się da (można to uznać za metaforę dzisiejszej mody – ubrania się rozłażą i z założenia mają wytrzymać jedno – dwa noszenia), a ja myślę, że to niedobrze. A jak jest dobrze?
    Po lunchu padało i było zimno, jak zwykle w lutym. Victory uświadomiła sobie, że zapomniała zamówić taksówkę, a inne kobiety wsiadały do swoich aut z szoferami, czekających niczym powozy przed Lincoln Center. Było w tym coś tak niesamowicie pełnego przepychu i świadczącego o bogactwie: te kobiety, które same zarobiły pieniądze, same płaciły za swoje ubrania (poza żonami w Prądzie, te za nic nie płaciły) i miały własne samochody i kierowców, czasem nawet decydowały o wyrokach sądu najwyższego. To powinno inspirować, Victory jednak nie czuła nic. Na szczęście Muffie Williams zlitowała się nad nią i zaproponowała, że podwiezie ją swoim autem. Victory usiadła z tyłu luksusowego sedana, mercedesa S 600, dosłownie gryząc paznokcie ze strachu o swoją przyszłość. Zauważyła, że lakier odprysnął i uświadomiła sobie, że od czterech tygodni nie robiła manikiuru. Zastanawiała się, czy Muffie dostrzegła jej brudne włosy.
    – Co typujesz na jesień? – zapytała Muffie.
    Chciała być uprzejma, ale to przez to pytanie Victory poczuła, jak żółć podchodzi jej do przełyku i niemal ją dławi. Nic nie typowała, ale odparła z wielką pewnością siebie:
    – Spodnie.
    Muffie mądrze pokiwała głową, jakby to zabrzmiało całkiem sensownie, i oświadczyła:
    – Wszyscy stawiają na cętki.
    – Cętki już są passe.
    – Długość spódnicy?
    – Za dużo spódnic. Moim zdaniem spodnie. Nikt nie wie, w którą stronę pójdzie gospodarka.
    – Powodzenia – wyszeptała Muffie, a jej pomarszczona dłoń, którą zdobiły pierścienie z wielkimi, cennymi kamieniami, przynajmniej dziesięcio – albo dwunastokaratowymi, przez chwilę ściskała rękę Victory.
    Muffie wysiadła z auta przed błyszczącym, wystawnym budynkiem B et C i kazała szoferowi zawieźć Victory do jej pracowni.
    Gdzie wszyscy czekali na baczność, aż szefowa zjawi się z ostatecznymi projektami na jesienny pokaz, a przynajmniej z jakąś wizją, i wreszcie zabiorą się do roboty. Na ich gładkich, młodych twarzach widniała troska i niepokój. Victory zrozumiała, że zapewne słyszeli pogłoski o jej rychłym upadku, mimo że spotykała się z miliarderem Lyne'em Bennettem. Pewnie podejrzewali, że uczepiła się go z rozpaczy, żeby wyciągnąć forsę, która uratuje firmę. Prędzej poderżnę sobie żyły, niż poproszę tego faceta o pieniądze, obiecała sobie w duchu.
    – Co z baletem? – spytał ktoś.
    – Spódniczki baletnic? Nie. Wszyscy uszyli je na wiosnę. Tylko nie ja, pomyślała Victory, i właśnie dlatego firma ma kłopoty. Jednak balet przypomniał jej lunch, a lunch beznadziejny film pod tytułem Światła sceny, w którym nauczycielka każe uczennicy wracać do drążka. Powrót do źródeł. Niczym zombie pomaszerowała do szwalni i zaczęła się gapić na materiały. Podniosła belę klasycznej tkaniny w tonacji pomarańczowobrązowej, zdobionej maleńkimi cekinami, i usiadła przy jednej z maszyn. Postanowiła uszyć parę spodni, ot tak, bo akurat na tym naprawdę się znała. Większości projektantów nie chciało się już zasiadać przy maszynach, wracać tam, skąd przyszli, w bezpieczne miejsce, gdzie człowiek nie miał nic do stracenia, bo był tylko nieznanym, dziwacznym nastolatkiem ze swoim marzeniem.
    Następnego dnia, tuż po dwunastej w południe, Victory stała na peronie metra na stacji przy Zachodniej Czwartej Ulicy.
    Od lat nie była w metrze, ale wcześniej spacerowała Szóstą Aleją po niemal nieprzespanej nocy zadręczania się kolekcją i zauważyła dziewczynę w zielonym obszernym płaszczu. Dziewczyna wyglądała modnie i interesująco i Victory zeszła za nią po stopniach z brudnego betonu i wmieszała się w popołudniowy dum rozgorączkowanych i wkurzonych bywalców metra. Dziewczyna minęła bramkę obrotową przy wejściu, a Victory przystanęła, patrząc za nią i zastanawiając się, jak to jest być beztroską dwudziestopięciolatką w modnym zielonym płaszczu, wolną od ciężaru związanego z ponowną konfrontacją z rzeczywistością, z koniecznością rozpaczliwego wejrzenia w głąb siebie, podźwignięcia się, zaryzykowania porażki…
    Projektowanie mody, cóż za idiotyczna praca. Dwie kolekcje rocznie, pomiędzy nimi ledwie tyle czasu, żeby się podrapać, wieczny przymus pokazania czegoś „nowego", „świeżego" (kiedy nawet nie można już sobie wyobrazić niczego nowego), i tak bezustannie, rok po roku. To cud, że w tej branży ktoś w ogóle był w stanie się przebić.
    Zrobiła kilka kroków. Ludzie przepychali się obok niej i patrzyli na nią podejrzliwie. Nie miała dokąd iść, nie miała celu. Pod ziemią oznaczało to śmierć, bo tu jedynym sposobem na przeżycie było udawanie, że nieustannie zmierza się do miejsca znacznie lepszego niż to, w którym właśnie się przebywa. Komórka zaczęła wibrować w jej dłoni – Victory ściskała ją nieświadomie, niczym linę bezpieczeństwa. O Boże, pomyślała. Esemes.
    „Gdzie jesteś?", przeczytała pytanie Wendy.
    „Metro".
    "???"
    „Szukam inspiracji".
    „Michael's? Pierwsza? Mam niusa".
    „Cooo?"
    „Jadę do Rumunii. Wpuściłam Shane'a".
    Victory ze zdumienia omal nie wypadł z ręki telefon.
    „Dasz rade?"
    „Tak!!", wystukała Victory.
    Skrzywiła się. Co to miało znaczyć, że Wendy wpuściła Shane'a? Nie była w stanie sobie wyobrazić… Ale to oznaczało, że może teraz skupić się na czymś ważniejszym niż cholerna jesienna kolekcja. Wendy jej potrzebowała i na szczęście miały się wkrótce spotkać. Victory stała niecierpliwie w kolejce do automatu, by zakupić bilet do metra, potem przepuściła bilet przez bramkę. Wilgotne, zużyte powietrze uniosło się znad torów i wjechał pociąg, wprawiając peron w drżenie. Przepełniały ją niepokojące, ale i dziwnie krzepiące emocje. Przez lata, zanim osiągnęła sukces, codziennie jeździła metrem i pamiętała wszystkie stare sztuczki, na przykład szybkie lawirowanie wśród tłumu i wślizgiwanie się do wagonu z boku otwartych drzwi, skąd łatwiej przepchnąć się na środek, a potem zająć miejsce przy drążku. Nagle przyszło jej do głowy, że krytycy mieli słuszność co do jej ostatniej kolekcji. Nie da się nosić długich spódnic w metrze, potrzebne są spodnie i solidne buty. I odpowiednia postawa. Rozejrzała się po twarzach w zatłoczonym wagonie, popatrzyła na obojętne, bezmyślne miny, na obcych stłoczonych tak, że nie mogli czuć się komfortowo i nie pozostawało im nic prócz udawania, że inni nie istnieją…
    No i zdarzyła się rzecz nie do pomyślenia. Ktoś postukał ją w ramię.
    Victory zesztywniała. Postanowiła zignorować zaczepkę. Miała nadzieję, że stukacz wysiądzie na następnej stacji. Przywarła do drążka, chcąc dać mu do zrozumienia, że jeśli to konieczne, zamierza się przesunąć.
    Znowu stukanie. To było irytujące. Teraz musiała zareagować. Odwróciła głowę, nastawiona na ewentualną awanturę.
    – Ej, dziewczyno. – Stukała ją ciemnoskóra młoda kobieta w okularach.
    – Tak? – odezwała się Victory. Nieznajoma wychyliła się ku niej.
    – Podobają mi się twoje spodnie. Cekiny w dzień. Ekstra. Victory popatrzyła w dół. Spodnie! Kompletnie zapomniała, że ma na sobie spodnie, które szyła wczoraj przez całe popołudnie i wieczór. Słowa „Podobają mi się twoje spodnie" rozniosły się echem w jej głowie, jak jakieś radosne hasło. „Ej, dziewczyno, podobają mi się twoje spodnie". Nie chodziło jednak tylko o spodnie, lecz o Modę przez duże M, międzynarodowy język dziewczyn, hasło mające przełamać lody, komplement o uspokajającym działaniu, automatyczne członkostwo klubu…
    – Dziękuję – odparła Victory uprzejmie i natychmiast poczuła sympatię do młodej kobiety, całkiem obcej, a właściwie już nie tak obcej, skoro obie łączyła płaszczyzna porozumienia: podobały im się jej spodnie. – O Boże! – niemal krzyknęła, gdyż nagła fala inspiracji omal nie zmiotła jej z wysokich obcasów.
    Pociąg się zatrzymał, a Victory wybiegła. Pokonała schodki i jak rakieta wypadła na stację na Szóstej Alei.
    Wciąż trzymała komórkę w dłoni, wystukała numer biura.
    – Zoe? – krzyknęła do swojej asystentki. Umilkła. – W końcu mam typy na jesień.
    Szła żwawo chodnikiem, umiejętnie wymijając tłumy.
    – Widzę Wendy jako Piotrusia Pana. Dorosłe kobiety, takie jak Wendy Healy, kobiety, które mają wszystko i za to płacą; prezeski zarządów, kobiety, które potrafią się zająć wszystkim… Podróże, dzieci, może nawet ciąża. Widzę chłopczycę: okulary, rozczochrane włosy. Damskie garnitury z grubego sukna, białe koszule z maleńkimi guzikami z kryształków, o nietypowym kształcie, lekko workowate, nic obcisłego w talii, nieskrępowana talia to oznaka władzy. Obszerne koszule plus delikatnie zdobione cekinami spodnie i buty… buty… atłasowe pantofle bez pięt, z ośmiocentymetrowym obcasem kaczuszką, styl Ludwik XIV, wzory z kryształków…
    Gadała w tym duchu przez sześć ulic, aż w końcu dotarła pod Michael's. Tam Victory Ford w końcu wyłączyła komórkę, przybrała spokojny wyraz twarzy i otworzyła drzwi restauracji. Poczuła nie tylko podmuch ciepłego powietrza, lecz również ulgę i dumę.

    Fiasko z Shane'em to najprawdopodobniej najbardziej interesująca rzecz, jaka zdarzyła się w tym małżeństwie, tłumaczyła Wendy, usadowiona naprzeciwko Victory. Jej przytrafiało się mnóstwo interesujących rzeczy, uświadomiła sobie jednak ze smutkiem, że Shane'owi raczej nie. Ale przecież to nie jej wina, prawda? Zresztą do cholery, na co się uskarżał? Miał dzieci! Szczęściarz. Spędzał z nimi tyle czasu, ile chciał. Nie rozumiał, jakie to cenne? A mógł robić to dzięki niej.
    Victory pokiwała głową ze zrozumieniem.
    – Przy okazji, widziałaś Seldena Rose'a? Wychodził, kiedy ja wchodziłam. Z całą pewnością zrobił coś z włosami. Wyglądają na wyprostowane. To pewnie ta nowa japońska technika, całymi godzinami trzeba siedzieć w salonie…
    Na wzmiankę o Seldenie Rosie i o jego włosach Wendy poczerwieniała.
    – Selden jest w porządku – oświadczyła. – Bardzo miło zareagował, kiedy opowiedziałam mu o Shanie.
    – Sądzisz, że był… zainteresowany?
    Wendy gorączkowo pokręciła głową. W ustach miała pełno sałaty.
    – Na pewno ma dziewczynę – oświadczyła, przełykając. – A Shane zatrudnił terapeutkę małżeńską!
    – Co z Rumunią?
    – Może nie będę musiała jechać. Dowiem się na pewno za godzinę albo dwie. Jeśli cholerny reżyser raczy zadzwonić – powiedziała Wendy. Wzięła do ręki komórkę i popatrzyła na nią podejrzliwie, a następnie położyła aparat obok talerza, żeby na pewno usłyszeć dzwonek. – Poza tym to terapia, wiesz? Warczymy na siebie przez godzinę, a potem czuję, że wszyst- ko jest w porządku i jakoś mogę przeżyć następny tydzień. – Telefon zadzwonił, chwyciła go błyskawicznie. – Tak?
    Umilkła i spojrzała na Victory, a wyraz jej twarzy wskazywał, że nie o tę rozmowę chodziło.
    – Tak, aniele – powiedziała nieco zbyt dziarsko. – To brzmi cudownie. Będzie zachwycona… Nie, jeszcze nie wiem… Tylko na parę dni. Pewnie wrócę w sobotę po południu. – Skrzywiła się. – Aha, dzięki, że się tym zająłeś, aniele. Kocham cię.
    – Shane? – zapytała Victory.
    Wendy pokiwała głową, a jej oczy się rozszerzyły, jakby nie mogła uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszała.
    – Planuje wyjechać na weekend do Pensylwanii. Szukać kucyka dla Magdy. – Umilkła i popatrzyła na minę Victory. – Tak będzie lepiej, naprawdę. W zeszłym tygodniu Tyler zrobił kupę w majtki, a to się nie zdarzyło od ponad trzech lat…
    Victory ze zrozumieniem kiwała głową. Pewnie lepiej dla Wendy, że Shane wrócił, nawet jeśli był męskim wcieleniem snobistycznej, bogatej i zepsutej gospodyni domowej. Poza samym sobą interesowali go jedynie znani ludzie, których poznawał przez Wendy, a także wspaniałe przyjęcia oraz modne kurorty, gdzie jeździli na wakacje, oraz chwalenie się kosztami tego wszystkiego, co było tym bardziej irytujące, że wiódł boskie życie, choć w żaden sposób na nie nie zapracował. Nawet w restauracji Wendy zawsze za niego płaciła. Podobno ktoś poprosił kiedyś Shane'a o pięć dolarów na napiwek, a Shane wzruszył ramionami i odparł beztrosko: „Wybacz, nie mam ani grosza".
    – Nie miał nawet pięciu dolarów! – wykrzyknęła Nico z niedowierzaniem. – Za kogo on się uważa? Za królową?
    Nico i Victory zgodnie stwierdziły, że najgorzej Shane zachował się na swoich zeszłorocznych urodzinach. Wendy kupiła mu skuter marki Vespa i kazała dostarczyć go do Da Silvano, gdzie zorganizowała przyjęcie urodzinowe. Planowanie wszystkiego musiało jej zająć wiele godzin, ale znakomicie wywiązała się z zadania. Gdy w sali pojawił się tort, przed restauracją przystanęła biała ciężarówka z napisem Vespa Motors, drzwi z tyłu się otworzyły i wyłoniła się vespa Shane'a przewiązana czerwoną wstążką. Wszyscy w restauracji zaczęli wiwatować, ale Shane nie byt zadowolony. Vespa miała jasnoniebieski kolor, a on oświadczył bezczelnie:
    – Cholera, Wen, chciałem czerwoną.
    Wendy wciąż jednak powtarzała, że Shane to wspaniały ojciec (czasem nawet skarżyła się, że zbyt wspaniały i dzieci zawsze domagają się jego, nie jej, przez co czuła się jak frajerka) i lepiej, żeby dzieci miały tatę w domu. Wobec tego Victory powiedziała:
    – To wspaniale, że przyjęłaś go z powrotem, Wen. Tak trzeba.
    Wendy nerwowo skinęła głową. Zawsze się niepokoiła w trakcie kręcenia ważnego filmu, ale teraz była szczególnie podminowana.
    – Poprawił się – powiedziała, jakby chcąc przekonać samą siebie. – Może ta terapeutka pomaga.
    Victory umierała z ciekawości, ale w tej samej chwili zadzwonił jej telefon.
    – Dobrze się bawisz? – zagruchał Lyne Bennett.
    Victory rozejrzała się wokół. Lyne siedział dwa stoliki dalej, razem z opasłym miliarderem George'em Paxtonem. Obaj popatrzyli na nią i pomachali.
    – Witaj. – Nawet nie była niezadowolona. Nie widzieli się co najmniej od tygodnia, ze względu na nadmiar obowiązków.
    – George chce wiedzieć, czy przyjmiemy zaproszenie do jego domu w St. Tropez – oświadczył Lyne niskim, przyjemnym głosem.
    – Nie mogłeś podejść i spytać mnie osobiście?
    – Tak jest bardziej seksownie.
    Victory parsknęła śmiechem i przerwała połączenie.
    „Jestem zajęta, pamiętasz? Pokaz mody", napisała w esemesie.
    Odwróciła się do Wendy. Rozmawiały przez kilka minut, po czym telefon Victory znów zadzwonił.
    – Chciałem tylko, żebyś wiedziała, że nie znam się na esemesach – oświadczył Lyne.
    – Upośledzony technicznie, co? Cieszę się, że istnieje coś, na czym się nie znasz.
    – Nie chcę się znać.
    – Może poprosisz Ellen, żeby ci pisała esemesy? – Victory odwróciła głowę, żeby Wendy nie widziała jej uśmiechu. Znów się rozłączyła.
    Wtedy zadzwoniła komórka Wendy. Podniosła ją i spojrzała na numer. Dzwonili z jej biura.
    – To on – powiedziała ponuro.
    Wstała, żeby wyjść przed restaurację. Jeśli faktycznie dzwonił Bob Wayburn, reżyser, rozmowa mogła być ostra.
    – Tak? – powiedziała.
    – Zadzwonił. – To był Josh, jej asystent. – Bob?
    – Nie, Hank.
    – Cholera! – Hank był jej zastępcą. Oznaczało to, że reżyser, Bob Wayburn, nie chce z nią rozmawiać, żeby w ten sposób zademonstrować swoją przewagę i zmusić Wendy do przylotu do Rumunii. – Dawaj go.
    – Wendy? – Połączenie nie było zbyt dobre, ale i tak usłyszała strach w głosie Hanka. Jeszcze jeden zły znak. – Stoję pod jego przyczepą.
    Chodziło o przyczepę Boba Wayburna.
    – I? – zapytała.
    – Zatrzasnął drzwi. Powiedział, że jest zbyt zajęty, żeby gadać przez telefon.
    – Już mówię, co masz robić. – Wendy wyszła na chodnik przed restauracją. – Idź do przyczepy, wyciągnij przed siebie aparat i powiedz Bobowi, że jestem na linii. I że lepiej dla niego, żeby wziął telefon.
    – Nie mogę mu tego powiedzieć – oświadczył Hank. – Wyrzuci mnie z planu.
    Wendy odetchnęła głęboko, modląc się o cierpliwość.
    – Nie bądź mięczakiem, Hank. Doskonale wiesz, że na tym polega twoja praca.
    – On mi zamieni życie w piekło.
    – Ja też mogę – zauważyła. – Wejdź po schodkach i otwórz drzwi. Nie pukaj. Musi wiedzieć, że nie ujdzie mu to na sucho. Poczekam – dodała po chwili.
    Potarła ramię, żeby się rozgrzać, i oparła się o ścianę budynku, jakby dzięki temu mogła mniej marznąć. Po Szóstej Alei przejechały dwa wozy policyjne, a ich syreny przeszyły powietrze, podczas gdy tysiące kilometrów stąd buty Hanka stukały na metalowych schodkach prowadzących do przyczepy w górach Rumunii.
    Hank ciężko dyszał.
    – No i? – zapytała.
    – Zamknięte – odparł. – Nie mogę wejść.
    Świat nagle złożył się w harmonijkę i Wendy odniosła wrażenie, że spogląda w wielką czarną dziurę. Znowu głęboko odetchnęła, powtarzając sobie, że nie wolno jej wybuchnąć. To nie wina Hanka, że Bob nie chce z nią rozmawiać, chociaż wolałaby, żeby Hank lepiej sobie radził z wykonywaniem obowiązków.
    – Powiedz Bobowi, że zobaczymy się jutro – oświadczyła ponuro.
    Hank się rozłączył.
    – Josh? – powiedziała Wendy do słuchawki. – Jak tam loty?
    – O piątej Air France leci do Paryża, o siódmej rano masz przesiadkę do Bukaresztu. Na miejscu jesteś o dziesiątej, stamtąd przewozimy wszystkich helikopterem do Braszowa. Trwa to mniej więcej godzinę. Tym, którzy nie chcą latać trzydziestoletnim rosyjskim gratem, pozostaje pociąg. Ale to zajmie ze cztery godziny.
    – Zarezerwuj helikopter i powiedz, żeby mój kierowca był przed restauracją za dwie minuty. Potem zadzwoń do Air France i załatw kogoś od usług specjalnych. Ma na mnie czekać przed wejściem na lotnisko. – Popatrzyła na zegarek. Dochodziła druga. – Nie zdołam tam dotrzeć przed czwartą.
    – Jasne, szefowo – powiedział Josh lekceważąco i się rozłączył.
    – Rumunia? – spytała Victory, gdy Wendy podbiegła do stołu.
    – Przepraszam. O piątej mam lot do Paryża…
    – Nic się nie przejmuj, skarbie. Praca przede wszystkim. Idź już – nalegała Victory. – Ja się zajmę rachunkiem. Zadzwoń z Rumunii…
    – Kocham cię. – Wendy pośpiesznie uścisnęła Victory.
    Gdyby tylko Shane był tak wyrozumiały jak przyjaciółki, pomyślała, łapiąc torebkę i wypadając z restauracji.
    Victory wstała i podeszła do stolika Lyne'a. To, że Lyne jadł lunch z George'em Paxtonem, podsunęło jej pomysł na małe śledztwo dla Wendy. Perspektywa była zbyt kusząca, żeby ją zignorować. Historia tego, jak George Paxton usiłował kupić Parador ponad trzy lata wcześniej i został przebity przez Splatch-Verner, była powszechnie znana, ale nie wszyscy wiedzieli, że rzekomy najlepszy przyjaciel George'a, Selden Rose, próbował ubić interes za jego plecami, w nadziei, że zgarnie Parador dla siebie. Nie wyszło: Victor Matrick, prezes zarządu Splatch-Verner i szef Seldena, dowiedział się o jego knowaniach. Choć z chęcią przejął Parador, nie cierpiał nielojalności. Doszedł do wniosku, że skoro Selden wykręcił taki numer najlepszemu przyjacielowi, w końcu załatwi i jego. Wobec tego, żeby na przyszłość wybić Seldenowi z głowy takie taktyki, Victor sprowadził do zarządzania Paradorem człowieka z zewnątrz. Tym człowiekiem była Wendy. Nico jakoś wyciągnęła tę informację od samego Victora Matricka, kiedy ona i Seymour w tajemnicy pojechali do domu Dziadka w St. Barts. Naturalnie powtórzyła wszystko Wendy i Victory. Choć George i Selden podobno się pogodzili (najwyraźniej uważali, że w miłości i interesach wszystkie chwyty dozwolone), całkiem możliwe, że ten incydent wciąż irytował George'a. Mimo wszystkich machinacji ani on, ani Selden nie dostali Paradoru, a do tego pokonała ich kobieta.
    – Cześć, mała. – Lyne pociągnął ku sobie Victory, żeby ją pocałować.
    – Smakuje ci lunch? – zapytała.
    – Jak zwykle – odparł. – Ale nie tak jak George'owi. George tyje, prawda?
    – Daj spokój – odezwał się George Paxton głosem, który zdawał się dochodzić z głębokiej jamy.
    – Z kim jadłaś lunch? – zapytał Lyne, dokładnie tak jak chciała.
    – Z Wendy Healy – odparła nonszalancko, patrząc niewinnie na George'a i zastanawiając się, jak on przyjmie tę informację. – Szefową Paradoru.
    George zaprezentował Victory oblicze pokerzysty. A więc nadal go to boli, pomyślała z uciechą. Ta informacja mogła się kiedyś przydać.
    – Znasz Wendy Healy, prawda, George? – spytał Lyne Bennett od niechcenia, zamieniając konspiracyjne spojrzenie z Victory.
    Pomyślała, że sytuacja bawi Lyne'a równie mocno jak ją, bo dzięki tej rozmowie miał okazję wsadzić szpilę George'owi, który z nich dwóch był bogatszy o kilkaset milionów.
    – O tak. – George Paxton pokiwał głową, jakby w końcu jednak zdecydował się skojarzyć nazwisko Wendy. – Co u niej?
    – Wspaniale – odparła Victory z niezachwianym entuzjazmem, jakby inna możliwość nie wchodziła w grę. – Chodzą słuchy, że w tym roku Parador zdobędzie parę nominacji do Oscara.
    Naturalnie nie słyszała o niczym takim, ale koniecznie należało odmalowywać sytuację w jak najjaśniejszych barwach. Poza tym Wendy wspomniała, że może dostaną jakieś nominacje, więc nie było to tak do końca kłamstwo. Poza tym poruszenie na obliczu George'a sprawiło jej przyjemność. Najwyraźniej miał nadzieję, że Wendy sobie nie poradzi.
    – No to pozdrów ją ode mnie – powiedział George.
    – Nie omieszkam – odparła uprzejmie.
    Po czym, wyczuwając, że zrobiła, co się dało, przeprosiła ich i poszła do damskiej toalety.

Rozdział 8

    Wendy opadła na fotel w pierwszej klasie. Jej serce wciąż waliło jak młotem po biegu przez pas startowy. Popatrzyła na zegarek. Pozostało ponad dziesięć minut do odlotu. Chociaż powtarzała sobie, że samolot nie odleci bez niej, gdy pędziła przez lotnisko, głosik w jej głowie dopytywał się: A jeśli odleci? A jeśli odleci?, całkiem jak złośliwy sześciolatek. Jeśli odleci, siedzę po uszy w gównie, odwrzasnęła mu. To by oznaczało, że nie zdoła dotrzeć na plan przed jutrzejszym wieczorem, czyli przybędzie za późno…
    Przynajmniej Josh nie spieprzył sprawy z osobą od usług specjalnych, pomyślała i odetchnęła głęboko. Okazała się ona uroczą panią, która nigdy nie traciła zimnej krwi, nawet kiedy widziała, że Wendy zaraz ją straci przez celnika. Zamiast podstemplować jej paszport, uparcie go przeglądał, jakby w poszukiwaniu dowodów zbrodni.
    – Dużo pani podróżuje – zauważył. – W jakim celu?
    Przez chwilę gapiła się na niego bezmyślnie i zastanawiała, czy ma mu wytłumaczyć, że sławny reżyser filmowy celowo kładzie jej wart sto dwadzieścia pięć milionów dolarów film i zapewne przy okazji położy również kres jej karierze. Uznała jednak, że posunęłaby się nieco za daleko.
    – Jestem producentką filmową – wyjaśniła zimno.
    Film! Chryste, cóż za magiczne słowo. Zamiast się obrazić, celnik zupełnie zmienił podejście do Wendy.
    – Naprawdę? – zapytał z ożywieniem. – Zna pani Tannera Cole'a?
    Wendy uśmiechnęła się do niego z przymusem. Zastanawiała się, czy nie odpowiedzieć zgodnie z prawdą: „W dniu moich trzydziestych dziewiątych urodzin usiłował przelecieć mnie w kiblu", ale zamiast tego wymamrotała:
    – To jeden z moich najlepszych przyjaciół.
    Potem Wendy oraz pani od usług specjalnych (nie przedstawiła się) wsiadły do jednego z elektrycznych samochodzików służących do poruszania się po lotnisku i z prędkością mniej więcej trzech kilometrów na godzinę potoczyły się do bramy. Wendy świerzbiło, żeby zapytać, czy nie mogłyby jechać nieco szybciej, ale wydało się to zbyt obcesowe, nawet jak na nią. Nie potrafiła jednak powstrzymać się od zerkania na zegarek co pół minuty, w przerwach między wychylaniem się z pojazdu i przepędzaniem stojących im na drodze ludzi.
    – Szampana, pani Healy? – zapytała stewardesa.
    Poruszona Wendy uniosła wzrok, nagle świadoma, jak musi wyglądać. Dyszała jak pies, jej fryzura częściowo się rozlazła, a okulary bez przerwy zjeżdżały z jej nosa. Pomyślała, że jak najszybciej musi sprawić sobie nową parę, i je poprawiła.
    – Wygląda na to, że mógłby się pani przydać – dodała stewardesa, jakby czytała w jej myślach.
    Wendy uśmiechnęła się do niej, nagle wdzięczna za to, co w porównaniu z resztą dnia wydawało się aktem niezwykłej dobroci.
    – Byłoby miło…
    – Może być dom perignon?
    – O tak, pomyślała Wendy, siadając wygodnie i oddychając głęboko, żeby się uspokoić. Po chwili stewardesa podeszła z kieliszkiem szampana na srebrnej tacy.
    – Zje pani z nami kolację czy woli pani spać?
    – Spać – oświadczyła Wendy, nagle wyczerpana.
    Stewardesa powędrowała na dziób samolotu i wróciła z zestawem do snu, czyli opakowanymi w plastik długimi spodniami i obszernym podkoszulkiem z długim rękawem.
    – Dziękuję – powiedziała Wendy. Rozejrzała się dookoła. W pierwszej klasie było dziesięć miejsc do spania, większość zajęta przez ludzi interesu w firmowych piżamach. Przypominało to wielkie piżamowe przyjęcie, tyle że wszyscy ostentacyjnie ignorowali pozostałych. Podniosła stary kufer z czarnej skóry, od Cole'a Haana, z małym rozdarciem na górze, tam gdzie „niechcący" został przecięty przez celnika w Maroku, i poszła do toalety.
    Rozdarła plastik, po czym zdjęła bluzkę i marynarkę. Nadal miała na sobie kostium od Armaniego, który włożyła rano do pracy i zapewne będzie nosiła przez najbliższe trzy dni. Wsunęła przez głowę podkoszulek, zadowolona, że go dostała. Miała mniej więcej trzy minuty na spakowanie się i dopiero w drodze na lotnisko uświadomiła sobie, że zapomniała piżamy. Oznaczało to, że przez następne trzy dni będzie również skazana na zestaw do snu. W górach Rumunii jest zimno, kręcili tam wszystkie zimowe sceny. Powinna kupić ciepłe skarpety na paryskim lotnisku…
    Zadzwoniła komórka.
    – Mamusiu. – Głos Tylera był bardzo surowy.
    – Tak, skarbie? – Uniosła ramię, żeby przycisnąć nim telefon do ucha, i jednocześnie rozpinała spodnie.
    – Dlaczego Magda dostanie kucyka, a ja nie?
    – Chciałbyś kucyka? – zapytała Wendy. – Kucyk to wielki obowiązek. Nie tak jak Błękitny Kaczorek. Musisz go karmić – i, eee, wyprowadzać. – Zastanawiała się, czy to prawda. Czy kucyki wyprowadza się jak psy? Jezu, jak ona się dała przekonać do tego pomysłu?
    – Mogę go karmić, mamusiu – powiedział Tyler grzecznie. – Dobrze się nim zajmę.
    Jego cienki głosik był tak uwodzicielski, że nawet Tanner Cole by się go nie powstydził. Serce jej się ścisnęło na myśl, że musiała zostawić syna, choćby i na parę dni.
    – Może pomyślimy o tym podczas weekendu, skarbie? Pojedziemy do Pensylwanii. Tam przyjrzysz się kucykom i jeśli nadal będziesz jakiegoś chciał, pogadamy o tym.
    – Naprawdę wrócisz, mamusiu?
    Zamknęła oczy.
    – Jasne, że wrócę, skarbie. Przecież zawsze wracam. Dobrze wiesz.
    Chociaż może wcale nie w ten weekend, pomyślała, i poczuła straszne wyrzuty sumienia.
    – Czy tatuś znowu odejdzie?
    – Nie, Tyler. Tatuś zostanie.
    – Ale wcześniej odszedł.
    – A teraz zostaje, Tyler. Więcej nie odejdzie.
    – Obiecujesz?
    – Tak, skarbie, obiecuję. Jest tam tatuś? Dasz mi go do telefonu?
    Shane przejął słuchawkę.
    – Zdążyłaś na samolot?
    – Tak, aniele – odparła Wendy, słodkim i celowo ugodowym tonem, jakim teraz miała się do niego zwracać. Doktor Vincent, terapeutka małżeńska, którą zatrudnił Shane i której klientelę stanowiły przede wszystkim gwiazdy filmu i sportu (nie tylko składała wizyty domowe, ale również mogła polecieć w dowolne miejsce na świecie, pod warunkiem że dosta- wała prywatny samolot albo zwrot kosztów za pierwszą klasę), oświadczyła, że przez ostry ton głosu żony Shane czuje się jak pracownik. I tak jednym z „ćwiczeń" Wendy było przemawianie do męża, „jakby był najdroższą jej na świecie istotą". Wendy to irytowało, zwłaszcza że przez ostatnich dziesięć lat robiła wszystko, co w jej mocy, by uszczęśliwić Shane'a, ale nie miała serca się wykłócać. W tym momencie łatwiej jej było ustąpić, obojgu, Shane'owi i doktor Vincent, i zająć się swoim filmem.
    – Jak się masz? – zapytała przyjaźnie, chociaż widzieli się dwie godziny wcześniej, gdy gorączkowo pakowała rzeczy.
    – Dobrze – odparł swoim zwykłym, jękliwym głosem. A potem chyba przypomniał sobie zalecenia doktor Vincent, bo dodał: – Kochana.
    – Chciałam ci tylko powiedzieć, że bardzo doceniam, że jesteś z naszymi dziećmi – powiedziała. – Nie dałabym sobie rady bez ciebie.
    – A ja chciałbym ci podziękować, że tak ciężko pracujesz dla naszej rodziny – odparł Shane, całkiem jakby to przeczytał na karcie ze wskazówkami. W ramach „rehabilitacji małżeńskiej" doktor Vincent zaopatrzyła ich w dwa zestawy kart z przydatnymi zdaniami wyrażającymi aprobatę, które Wendy i Shane mieli wplatać do każdej rozmowy. Jeden zestaw był dla „żywiciela", drugi dla „opiekuna".
    – Zwykle to mężczyzna otrzymuje karty żywiciela – oświadczyła doktor Vincent z szerokim, dziarskim uśmiechem, odsłaniając korony, które przypominały wielkie kawałki gumy do żucia w pastylkach. Doktor Vincent, która przyznała na pierwszym spotkaniu, że liczy sobie pięćdziesiąt siedem lat, miała okropne rysy kogoś, kto przeszedł zbyt wiele nieudanych operacji plastycznych. – W tym wypadku jednak to Wendy dostanie ten zestaw. Jeśli przez to czujesz się niekomfortowo, Shane, możemy o tym porozmawiać. – Poklepała Shane'a po ramieniu dłonią, która przypominała szpony małego kolorowego ptaka. – Ostatnio jednak coraz częściej wręczam te karty kobietom, więc z całą pewnością nie jesteś wyjątkiem.
    – Ja zajmuję się domem – oświadczył Shane z naciskiem. – Jestem ojcem przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.
    Wendy nie przypomniała mu, że pani Minniver i sprzątaczka odwalają większość roboty.
    – Bardzo dobrze, Shane. – Doktor Vincent z aprobatą pokiwała głową. – Akceptacja, Aprobata, Adoracja. To nasze trzy A małżeństwa! Co powstaje po ich wymieszaniu? Ambrozja!
    Wendy aż skręciło. Zerknęła na Shane'a w nadziei, że doktor Vincent wydaje mu się równie absurdalna jak jej i że to będzie jeden z ich prywatnych dowcipów. Shane wpatrywał się jednak w doktor Vincent triumfująco, jak człowiek, który oczekuje, że lada chwila przyznają mu rację. Wendy pomyślała, że najwyraźniej w zeszłym roku ich małżeństwo przeszło od fazy prywatnych żartów do fazy prywatnego piekła.
    Teraz, stojąc w maleńkiej samolotowej toalecie, w skarpetkach i spodniach opuszczonych do kostek, powiedziała:
    – Doceniam to, że mnie doceniasz, aniele.
    – Dobrze – oświadczył kapryśnie, jak dziecko, któremu nagle znudziła się walka.
    Wendy westchnęła.
    – Shane, możemy dać sobie z tym spokój? Wrócić do tego, co było wcześniej?
    – Mnie to nie odpowiadało, Wendy. Dobrze o tym wiesz – oświadczył z wyczuwalną groźbą w głosie. – Wrócisz w sobotę? To ważne.
    Konsultacja, Kooperacja, Koordynacja, pomyślała Wendy, przypominając sobie trzy K, o których doktor Vincent mówiła podczas ostatniego spotkania. Trzy K stanowiły Kwintesencję udanego małżeństwa – Zrobię co w mojej mocy – obiecała. – Wiem, że to ważne.
    Powinna tak to zostawić, a następnie okazać chęć Kooperacji i przybyć na czas. Ale, jasna cholera, Shane wymyślił sobie tę wyprawę do Pensylwanii bez Konsultacji celowo, pomyślała, wiedział, że ten film jest Krytyczny dla jej Kariery.
    – Ale film też jest ważny. – Starała się uniknąć uszczypliwości. Uszczypliwość, Ubliżanie, Ujarzmianie – trzy U, których należało Unikać, bo Unicestwiają małżeństwo. Wciąż słyszała słowa doktor Vincent w swojej głowie.
    – Jasne – odparł Shane rześko, całkiem jakby się spodziewał takiej odpowiedzi. Przerwał połączenie.
    – Zadzwonię jutro. Jak tylko samolot wyląduje – powiedziała Wendy w pustkę.
    Wyłączyła komórkę i wrzuciła ją do kufra.
    Wróciła na miejsce i usiadła. Nie myśl o tym, powtarzała sobie, grzebiąc w kufrze. Nic na to nie poradzisz. Wyjęła maskę do spania z czerwonego jedwabiu (ubiegłoroczny prezent od Magdy na Boże Narodzenie), małe metalowe pudełeczko z woskowymi zatyczkami do uszu i fiolkę tabletek nasennych, po czym włożyła to wszystko do niewielkiego schowka w oparciu.
    Samolot oderwał się od pasa startowego z lekkim szarpnięciem. Wychyliła się i oparła czoło o okno. Plastik był przyjemnie chłodny. Odetchnęła głęboko, żeby się uspokoić. Miała przed sobą siedem godzin wolności – siedem rozkosznych godzin, podczas których nie będzie osiągalna, ani przez telefon, ani mailem…
    Nagle usłyszała w swojej głowie głos Shane'a. „Beze mnie wszystko by się zawaliło. Dlatego odszedłem. Zęby pokazać Wendy, jak to jest, kiedy mnie zabraknie".
    Ujawnił tę poruszającą informację na początku ich pierwszej sesji u doktor Vincent. Wendy tylko uśmiechnęła się słabo.
    Prawda była taka, że Shane miał rację.
    Co musiała przyznać tamtego wieczoru, gdy wróciła do domu i zastała Tylera z kupą w majtkach.
    Samolot rozpędził się na pasie i oderwał od ziemi, silniki buczały. Buczenie zamieniło się w szum. Kuuupa. Kuuupa, szumiały, wyśmiewając się z niej. Stewardesa przyniosła następny kieliszek szampana, a Wendy popiła musującym płynem jedną z tabletek nasennych. Nacisnęła guzik, żeby obniżyć oparcie fotela do poziomu, włożyła dwie poduszki pod głowę i przykryła się puszystą kołdrą. Zamknęła oczy.
    Kuuupa, kuuupa, słyszała.
    Tuzin myśli natychmiast na chybił trafił zaludnił jej umysł: Selden Rose, Pielgrzym w łachmanach, Bob Wayburn, Shane (i jego coraz dziwniejsze zachowanie), doktor Vincent, łaciaty kucyk, Victory i Lyne Bennett (co jest grane, do cholery?), kupa w majtkach Tylera…
    To naprawdę był koszmar. Tyler zdjął spodnie od piżamy, a kupa spłynęła mu po nogach i zaplamiła całą pościel. Najwyraźniej przez cały dzień nie był w ubikacji (specjalnie się powstrzymywał, wyjaśniła Vincent, gdyż próbował zachować kontrolę nad sobą), a kiedy się położył, stracił panowanie nad odruchami.
    To był najgorszy dzień, kumulacja całego zła, które się wydarzyło po odejściu Shane'a.
    Po południu przyszły w końcu materiały z pierwszych dwóch dni zdjęciowych Pielgrzyma w łachmanach, z trzydniowym opóźnieniem, i koniecznie musiała je obejrzeć. Nie były dobre – cztery godziny gówna, które trzeba będzie ponownie nakręcić (za pół miliona dolarów, po pierwszych trzech dniach zdjęciowych przekroczyli budżet). Następne dwie godziny gorączkowo usiłowała rozmawiać przez telefon z Rumunią i Wybrzeżem. Wyszła z biura o dziewiątej, nic nie załatwiwszy. Miała poczucie, że niemal cztery lata ciężkiej pracy obracają się wniwecz, a w domu natrafiła na jeszcze większy chaos. Tyler stał na łóżku i się darł, a Magda usiłowała go zagłuszyć, oglądając na cały regulator reality show o operacjach plastycznych. Pani Minniver była w pokoju Tylera, razem z Chloe, która przywarła do jej nogi i płakała. Do drzwi pukał dozorca, bo sąsiedzi na dole się skarżyli.
    W pokoju Tylera śmierdziało gównem i przez moment Wendy myślała, że zwymiotuje. Pani Minniver wyzwoliła się z objęć Chloe i podała dziewczynkę Wendy.
    – Mały Tyler miał wypadek – oświadczyła oskarżycielsko, jakby to stało się przez Wendy, o czym zresztą była przekonana. – Ludzie nie powinni rodzić tylu dzieci, jeśli nie potrafią się nimi zająć. Lepiej, moja droga, żeby sprowadziła pani męża.
    – Chcę do tatusia! – wrzasnął Tyler.
    Wendy popatrzyła na panią Minniver, jakby chciała powiedzieć: „Ty bezduszna babo, patrz, co narobiłaś". Pani Minniver jednak wcale nie zamierzała brać na siebie winy. Zacisnęła usta i pokręciła głową, przekonana, że Wendy jest beznadziejną matką i już.
    – Skoro wróciła pani do domu, ja wychodzę – oświadczyła znacząco.
    Wendy zdołała zagnać Chloe i Tylera do łazienki, Tyler wszedł pod prysznic. Nie była w stanie zająć się pościelą, więc pozwoliła synowi spać w swoim łóżku. To było niedopuszczalne, ale ludzie, którzy wymyślili te zasady, na pewno nawet nie znaleźli się w jej sytuacji. Tyler rzucał się po łóżku przez całą noc i albo przywierał kurczowo do matki, albo kopał ją przez sen. Coś trzeba było zrobić, tylko co?
    O szóstej rano obudził ją telefon od Hanka, jej zastępcy na planie Pielgrzyma w łachmanach. Hank miał niewdzięczne zadanie, gdyż przez pierwsze tygodnie nadzorował produkcję. Do jego obowiązków należało poranne sprawozdanie z wydarzeń poprzedniego dnia. Niemal nieprzytomna ze zmęczenia, odebrała.
    – Bob Wayburn pił. – Mówił o błyskotliwym, ale trudnym reżyserze. – Chlał do trzeciej rano z miejscowymi. Już pojawiły się spięcia między Jenny Cadine i Bobem, Jenny żąda, żebyś do niej zadzwoniła. Chciała, żeby na plan przyjechała jej siostra, a Bob postanowił, że nie będzie żadnych gości. Powiedziała jednemu z operatorów, że jej zdaniem Bob celowo usiłuje ją niekorzystnie filmować. Wiem to, bo facet twierdzi, że uprawiał z nią wczoraj seks i że zgodziła się tylko na analny. – Ta litania trwała jeszcze przez dobrych dziesięć minut, aż w końcu Hank oświadczył: – Słuchaj, nie radzę sobie. Będziesz musiała tu przyjechać.
    Popatrzyła na Tylera, który wreszcie spał spokojnie, z rękoma pod brodą i otwartymi ustami. Zastanawiała się, czy w przyszłości będzie tak chrapał jak Shane.
    – Wendy?
    – Jasne, Hank – odparła. Nie mogła mu wyznać, że pozostawienie dzieci było obecnie niemożliwe. Gdyby to powiedziała, rozeszłoby się, że Wendy nie przyjedzie, i Bob Wayburn uznałby, że ma wolną rękę. Jeśli jej sytuacja się nie poprawi, faktycznie będzie ją miał, ale zamierzała to opóźnić. Zadecyduje, co robić po obejrzeniu materiału z dwóch następnych dni.
    Żałowała, że nie może się położyć i zasnąć, ale powlokła się do łazienki i weszła pod prysznic. W przeszłości zawsze radziła sobie w obliczu kryzysu, dzięki obecności Shane'a. Jego odejście było tym gorsze, że Pielgrzym w łachmanach nie był byle filmidłem. Jeśli ze swoim studwudziestopięciomilionowym budżetem zrobi klapę, Wendy pożegna się z pracą. Shane wiedział, o jaką stawkę toczy się gra. Niewątpliwie zaplanował odejście na moment, w którym wyrządzi najwięcej szkód. Musiała go zwabić z powrotem. Może gdyby kupiła mu auto… Coś ekstra, może porsche z doładowaniem…
    – Pani Healy? – Pani Minniver zapukała do drzwi łazienki. – Chciałabym porozmawiać z panią o obecnej sytuacji.
    Czy pani Minniver też zamierzała odejść? Wendy pomyślała, że może lepiej kupi samochód jej, a nie Shane'owi.
    – Zaraz przyjdę! – zawołała.
    Zadzwoniła komórka. To była Jenny Cadine.
    – Nie chcę być upierdliwa, ale nie czuję się zadowolona – powiedziała.
    Wendy pomyślała, że Jenny chce być upierdliwa, powstrzymała się jednak od komentarzy.
    – Wiem wszystko i to naprawię. – Starannie ukryła irytację. – Zadzwonię do Boba, a potem, po tej rozmowie, do ciebie.
    – Lepiej się pośpiesz…
    – Pani Healy! – zakrzyknęła pani Minniver.
    – Góra dziesięć minut – powiedziała Wendy do telefonu i się rozłączyła.
    Poszła za panią Minniver do kuchni. Jezu. Nawet nie znała jej imienia. Zaczęła się zastanawiać, czy pani Minniver w ogóle ma imię.
    – Powtórka z wczoraj nie wchodzi w grę – oświadczyła pani Minniver. – Pracuję w ustalonych godzinach i muszę się ich trzymać. Od siódmej rano do piątej po południu. Być może nie zdawała sobie pani z tego sprawy, gdyż pan Shane od czasu do czasu prosił mnie, żebym została dłużej, i zwykle się zgadzałam. Ale wtedy on zawsze również zajmował się dziećmi.
    Wendy nie miała pojęcia, co powiedzieć. Czuła się oblepiona wyrzutami sumienia. Nawet jej uśmiech wydawał się lepki.
    – Przepraszam… – powiedziała.
    – Nie chodzi o przeprosiny – oświadczyła pani Minniver obrażonym tonem, napełniając ekspres wodą. – Zwykle nie mam zwyczaju krytykować pracodawców, ale ten dom jest w chaosie. Dzieci też są w strasznym stanie, zapewne nie obejdzie się bez pomocy psychologa. Magda potrzebuje stanika…
    – Kupię jej stanik… w weekend – wyszeptała Wendy.
    – Naprawdę nie wiem, co pani pocznie. – Pani Minniver westchnęła i nalała sobie kawy.
    Stała tyłem do Wendy, a Wendy patrzyła na nią z nienawiścią. Pani Minniver miała na sobie schludny szary uniform i pończochy z podwiązkami (reprezentowała starą szkołę niań, o czym nie dawała człowiekowi zapomnieć), a jej pracodawczyni, której życie miało być prostsze właśnie dzięki jej pomocy, stała z mokrymi włosami, w starym szlafroku, a jej życie waliło się w gruzy. Wendy doszła do wniosku, że ma wybór. Mogła nawrzeszczeć na panią Minniver, i tym samym zapewne skłonić ją do odejścia, albo zdać się na łaskę bezlitosnej Angielki. Wybrała to drugie.
    – Bardzo proszę, pani Minniver – jęknęła błagalnie. – Przecież nie mam wyjścia. Nie mogę przestać pracować, prawda? Niby za co kupiłabym jedzenie dla dzieci?
    – A to już chyba nie moja sprawa, prawda? – Pani Minniver uśmiechnęła się z wyższością. – Chociaż osobiście uważam, że należałoby lepiej kontrolować swoją pracę.
    Wendy absurdalnie zachciało się śmiać. Od kiedy pani Minniver była ekspertką od reguł przetrwania w branży filmowej?
    – Może zatrudnię dodatkową pomoc – powiedziała ostrożnie. – Kogoś, kto będzie przychodził o piątej i przejmował obowiązki na wieczór.
    Chryste. Dwie niańki. Jakie życie będą miały jej dzieci?
    – To jakiś pomysł – oświadczyła pani Minniver. – Mogłaby się pani również zastanowić nad internatem.
    – Takim jak w Anglii? – zapytała Wendy z niedowierzaniem.
    – Magda z pewnością jest w odpowiednim wieku. A Tyler wkrótce będzie.
    Wendy usłyszała jęk za sobą. Odwróciła się. Magda stała między kuchnią a salonem. Ile do niej dotarło? Najwyraźniej dość, wnioskując z bólu i zmieszania na jej twarzy.
    – Magda! – powiedziała Wendy.
    Magda odwróciła się i uciekła.
    Wendy znalazła ją na łóżku, przytuloną do Tylera. Mały płakał. Magda popatrzyła na Wendy z oskarżycielską i zarazem triumfalną miną.
    – Dlaczego, mamusiu? – zapytał Tyler, czkając z rozpaczy. – Dlaczego chcesz nas odesłać?
    – Bo zrobiłeś kupę w majtki, głupku – odparła Magda. – Teraz odeślą nas oboje. – Zeskoczyła z łóżka. – Jak sieroty.
    Wendy zwiesiła ramiona.
    – Nikt nikogo nie odeśle, jasne?
    – Pani Minniver mówiła co innego.
    – Pani Minniver kłamała.
    – Kiedy tata wróci do domu?
    Dwuletnia Chloe biegała po pokoju, a za nią pani Minniver.
    Potem było zupełnie jak w filmie, bo Wendy wyjęła płaszcz pani Minniver z szafy i oświadczyła, że już nie potrzebuje jej usług. Dobre samopoczucie Wendy trwało jakieś dwie minuty, dopóki nie popatrzyła na trójkę przestraszonych dzieci i nie zaczęła się zastanawiać, co do cholery robić.
    – Mamusiu, nas też zwolnisz? – zapytał Tyler.
    Zadzwoniła do Shane'a. Nie miała wyjścia. Po to są właśnie byli mężowie, pomyślała z goryczą.
    Bała się, że Shane nie odbierze. Przez całe tygodnie demonstrował swoją niezależność, nie odbierając telefonów, a potem dzwonił wtedy, kiedy mu to było na rękę.
    – Tak?
    – Zgadnij, co się stało? – powiedziała radośnie, chcąc, żeby zabrzmiało to jak dobry dowcip. – Zwolniłam panią Minniver.
    – O ósmej rano? – Shane ziewnął. Wyobraziła go sobie w łóżku. Zastanawiała się, czy jest z inną kobietą, i zaczęła żałować, że nie może zamienić się z nim miejscami. – Mądre posunięcie.
    – Chciała wysłać dzieci do internatu! – wybuchnęła wściekle.
    Shane zjawił się w mieszkaniu pół godziny później. Otworzył drzwi własnym kluczem i wszedł tak zwyczajnie, jakby nigdy ich nie zostawił i właśnie wrócił z poranną prasą. Tego wieczoru, kiedy Wendy wróciła o siódmej, w domu panował porządek. Nareszcie dzieci były wykąpane i nakarmione. Magda i Tyler nawet odrabiali lekcje. Pod nieobecność Shane'a wracała do domu, a dzieci zachowywały się jak pisklęta pozostawione bez opieki w gnieździe, były rozpaczliwie zaborcze. Ten spokój lekko ją zdenerwował. Wcześniej myślała, że to za nią tęskniły, ale tak naprawdę brakowało im Shane'a. Nie zamierzała jednak narzekać. Słyszała o kobietach, które wariowały, kiedy dzieci domagały się tatusia zamiast mamusi (to nawet mógłby być przełomowy moment scenariusza – matka uświadamia sobie wtedy, że potomstwo ma znacznie większą wartość niż kariera), ale zawsze uważała te uczucia za egoistyczne i niedojrzałe, a w odniesieniu do siebie, również niesamowicie głupie. Co za różnica, skoro dzieci są szczęśliwe?
    Tylko jak długo będą szczęśliwe? Na jak długo zdoła zatrzymać Shane'a?
    Poszła do łazienki i ujrzała, że położył szczotkę do zębów na dawnym miejscu, w małej kałuży na brzegu umywalki, obok kranu. Wzięła szczoteczkę i zaniosła ją do salonu.
    – Zostajesz? – zapytała.
    – Tak. – Uniósł wzrok znad płyty DVD, którą oglądał. Był to wysokobudżetowy film akcji, jeszcze nie trafił do kin.
    – Och. – Zawahała się, nie chcąc prowokować go do zmiany zdania. – To dlaczego odszedłeś?
    – Potrzebowałem odpoczynku. Zęby przemyśleć sprawy.
    – Naprawdę? – Nie zauważyła głośno, że odchodzenie od rodziny w celu przemyślenia spraw nie jest opcją dla kobiety. – I co postanowiłeś?
    – Ze zajmę się dziećmi. Ktoś musi je wychowywać.
    Było to dość poruszające. Wendy domyśliła się, że w ten sposób wytknął jej nieumiejętność pogodzenia pracy z wychowaniem dzieci. Nie zamierzała jednak narzekać. Szczerze mówiąc, nawet czuła lekki niepokój, że wszystko się ułożyło bez szczególnych poświęceń z jej strony.
    Shane dotrzymał słowa. Zatrudnił nową nianię, Gwyneth, Irlandkę przed trzydziestką, która pracowała tylko od dwunastej do piątej. Shane postanowił, że jego dzieci nie będą wychowywane przez niańki. Wendy podejrzewała, że rozmawiał z jakimiś pełnoetatowymi żonami z branży rozrywkowej, które zawsze dyskutowały o najnowszych trendach w wychowaniu dzieci. Domyślała się też, że właśnie od nich dostał telefon doktor Shirlee Vincent, terapeutki małżeńskiej. Pani doktor liczyła sobie pięćset dolarów za sesję („Wiem, że to na pozór spora suma", powiedziała, a jej powiększone usta kłapały jak dziób kaczki, „ale tyle płaci się za dobre strzyżenie. Jeśli ktoś jest w stanie wydać takie pieniądze na fryzurę, z pewnością wyda co najmniej tyle samo na związek. Włosy odrastają, związki nie!") i doszła do wniosku, że ogłasza dla ich małżeństwa alarm pomarańczowy. Na początek zaleciła dwie lub trzy sesje tygodniowo.
    – Shane wrócił – powiedziała Wendy matce. – Postanowił zostać PT.
    – Petentem? – wykrzyknęła matka, nic nie rozumiejąc.
    – Jest Pełnoetatowym Tatą.
    – Przy tej całej waszej służbie?
    – Teraz to na nim spoczywa większość obowiązków.
    – Czyli wcale nie pracuje?
    – Zajmowanie się dziećmi jest pracą, mamo. Zapomniałaś?
    – Ja to wiem, kochanie – odparła matka. – Pamiętaj tylko, że dokładnie to samo mówią kobiety, które dostają potem ogromne alimenty.
    Z nią nie wygram, pomyślała Wendy.
    – Shane jest mężczyzną, mamo – burknęła.
    – Nie da się ukryć – westchnęła jej matka. – I z pewnością zrozumiał już, że o wiele wygodniej dla niego jest być z tobą niż samemu.
    To wspomnienie przywiodło jej na myśl mieszkanie, w którym zatrzymał się Shane podczas swojej nieobecności. Nigdy nie widziała tego mieszkania, ale wysłała tam jedną z asystentek, żeby pomogła Shane'owi zebrać rzeczy. Podnajął lokal od barmana (albo barmanki, Wendy nie pytała). Były to dwa maleńkie pokoiki w budynku bez windy, z materacem na podłodze i karaluchami w łazience. To z kolei przypomniało jej dwieście tysięcy, który Shane przywłaszczył sobie na restaurację z karty American Express. Właściwie o tym nie rozmawiali, Shane przyznał tylko, że cały ten pomysł z restauracją byt jednym wielkim błędem i że zamierza to sobie odpuścić. W ten sposób dał jej sygnał, że i ona powinna mu odpuścić jego postępek. Jednak wciąż ją to trochę niepokoiło, przypominało ostry, tajemniczy ból, który budzi człowieka w chwili, gdy właśnie zasnął.
    – Cześć – powiedział pewnego popołudnia Selden Rose, wchodząc do jej gabinetu.
    Od tamtego lunchu Selden miał w zwyczaju wpadać bez zapowiedzi do gabinetu Wendy, po minięciu dwóch asystentek w zewnętrznym gabinecie i Josha w środkowym. Za każdym razem gdy przychodził, z dłońmi niedbale ukrytymi w kieszeniach, zawsze rozmawiała przez telefon i uświadomiła sobie, że odczuwa przymus zgrywania się na użytek Seldena. To popołudnie nie było wyjątkiem, mimo że Shane wrócił.
    Ze słuchawkami i mikrofonem pod brodą, wywróciła oczyma, po czym zmarszczyła brwi i wbiła wzrok w blat biurka. Oparła łokieć na krześle, a głowę na dłoni. Potem skrzyżowała nogi i uniosła brwi. Zauważyła spojrzenie Seldena, a na jej ustach wykwitl pełen niedowierzania uśmiech.
    Obróciła się na bok i powiedziała do mikrofonu:
    – Słuchaj, Ira, Sam Whittlestein to dupek i w ten sposób nie będziemy robili interesów. Nie dam się wystawić na pośmiewisko. To zerwanie umowy, a skoro on nie chce lojalnie współpracować, musimy działać.
    Zdarła słuchawki z głowy i wstała, obeszła biurko i oparła się o blat.
    – Cholerni agenci.
    – Najniższe formy życia – zgodził się Selden.
    – Ira woli zawalić umowę, niż zrobić coś nie po swojemu.
    – Jak większość facetów.
    – Mam nadzieję, że nie ty, Selden – oświadczyła z seksownym, wyrażającym pewność siebie śmieszkiem i wyciągnęła rękę, żeby wcisnąć guzik interkomu.
    – Morse Bleeber? – zapytał Josh.
    – Niech poczeka. – Skupiła całą uwagę na Seldenie. – Kiedy premiera?
    – Pytanie, kto jest zainteresowany – podkreślił to ostatnie słowo, jakby coś sugerował. Podciągnął lekko spodnie i usiadł w rozkroku na wypchanym fotelu.
    Spojrzenie Wendy powędrowało do jego krocza, gdzie tkanina spodni ułożyła się na kształt namiotu. Ale to zapewne nic nie oznaczało. Taki materiał.
    – Co masz na myśli? – zapytała.
    – Tony Cranley twierdzi, że jest zajęty.
    – Jestem pewna, że jest zajęty. Albo zamierza być. – Wendy skrzyżowała ręce na piersiach. – Z jakąś dziwką.
    – Nigdy nie wiadomo. Może dziwka ma ambicje aktorskie.
    – Chcesz, żebym do niego zadzwoniła?
    – Jeśli uważasz, że to coś da.
    – Da. Tylko nie wiem, co mu powiedzieć. Tony jest słodki, ale to idiota.
    Ich spojrzenia się spotkały. Oboje szybko odwrócili wzrok, bo wiedzieli, że tę sprawę można było załatwić przez telefon albo mail. Wendy pomyślała, że musi mu powiedzieć o Shanie.
    – Ty powinnaś przyjść – oświadczył i od niechcenia wyciągnął rękę.
    Pokiwała głową, udając, że interesuje ją ułożenie stosika scenariuszy na biurku. Jego zaproszenie wytrąciło ją z równowagi. Albo w subtelny sposób proponował jej randkę, albo było to strategiczne posunięcie, a może jedno i drugie. Trzy miesiące wcześniej Selden Rose nie ośmieliłby się zasugerować, żeby pojawiła się na jednej z jego premier. Jej obecność oznaczałaby, że Wendy w pełni popiera jego projekt i weń wierzy. Tak czy inaczej, ludzie z pewnością by gadali, zwłaszcza że w przeszłości starannie unikała wszystkich premier Seldena.
    – Mogłabym przyjść – odparła niezobowiązująco. – O ile zdążę wrócić z Rumunii.
    – Kłopoty? – spytał.
    Spojrzała na niego przenikliwie. Czyżby słyszał o katastrofalnym materiale z pierwszych dni zdjęciowych?
    – Jak zawsze. – Wzruszyła ramionami. – Pewnie nie będzie mnie przez trzy albo i cztery dni.
    – W porządku. Do zobaczenia na premierze – powiedział i wstał, żeby wyjść. – Zawsze powtarzam, że nikt nie może się oprzeć osobistemu zaproszeniu.
    – Będziesz mi winien przysługę – oświadczyła.
    – Już ci jestem winien. To znaczy, jeśli zdołasz sprowadzić Tony'ego.
    Musiała powiedzieć mu o Shanie. Kiedy był już przy drzwiach, wykrztusiła:
    – Przy okazji, Shane wrócił.
    Zatrzymał się na moment i odwrócił, po czym odparł natychmiast:
    – To dobrze. Przynajmniej dla ciebie. Będzie ci łatwiej. Przyprowadź go ze sobą.
    Cholera, pomyślała, sięgając po słuchawki. Dlaczego był taki nonszalancki? Nagle uświadomiła sobie, że chciała, aby się trochę wkurzył.
    Przez cały czas, gdy tu siedział, myślała o seksie i w sekrecie porównywała swoje uczucia do Seldena i Shane'a. Niestety, chwilowo zwyciężał Selden. W sumie nie było mowy o rywalizacji: odkąd Shane wrócił, przestał pociągać ją seksualnie. Co nie przeszkodziło Wendy zrobić mu laski tuż przed wyjazdem do Rumunii, i właśnie dlatego nie miała czasu się spakować.
    – To do dupy, Wendy – marudził wcześniej Shane, idąc za nią do sypialni. – Jestem dopiero od tygodnia, a ty wyjeżdżasz?
    – A co mam zrobić, aniele? Mam im powiedzieć, żeby przestali kręcić film za sto dwadzieścia pięć milionów dolarów, żebym mogła ratować swoje małżeństwo?
    – Właśnie tak – przytaknął. – Jeśli chcesz, żeby nasze małżeństwo funkcjonowało, musisz być na miejscu.
    Dlaczego ją dręczył?
    – Aniele – powiedziała cierpliwie. – Wiesz, ile znaczy Pielgrzym w łachmanach. Dla nas. Dla nas wszystkich.
    – Dla ciebie, Wendy – poprawił ją. I dodał złośliwie: – Zawsze chodzi o pieniądze, prawda?
    To był cios poniżej pasa, pomyślała. Dlaczego kiedy mężczyźni przejmowali się zarabianiem pieniędzy, budzili podziw, a kobiety w tej samej sytuacji były podejrzane? A jeśli chodzi o pieniądze – jej z trudem zarobione pieniądze – Shane nie miał najmniejszych problemów z ich wydawaniem ani po prostu przywłaszczaniem ich sobie.
    Był to jednak zbyt obszerny i paskudny temat, żeby go drążyć właśnie w tej chwili, więc Wendy trzymała usta na kłódkę. Jak by powiedziała doktor Vincent: Niechęć, Nieżyczliwość, Niesmak – to wszystko prowadzi do Niszczenia małżeństwa.
    Westchnęła i wyciągnęła kufer spod stosu butów w szafce.
    – Muszę dbać o dom. Pamiętasz, co powiedziała doktor Vincent? Usiłuję tylko pełnić swoją rolę. Jestem żywicielką rodziny.
    Shane jednak był sprytny.
    – Doktor Vincent twierdzi, że jest pewna różnica między dbaniem o dom a ucieczką.
    Przyszła jej do głowy straszna myśl. Doktor Vincent miała rację. Rzeczywiście chciała uciec. Od Shane'a, tego upierdliwego kuraka domowego. Zastanawiała się, kiedy doktor Vincent dotrze do tej części terapii.
    Nagle ogarnęło ją poczucie winy. Nie mogła myśleć o Shanie w ten sposób, nigdy. Robił, co w jego mocy i co było najlepsze dla rodziny. Więc obróciła się na pięcie i zaczęła mu obciągać. I tak była na kolanach, co za różnica, do cholery.
    – Mieliśmy dziś wieczorem spotkać się z Shirlee. Nie będzie zadowolona – powiedział już po wszystkim. Wyszedł z pokoju i wrócił kilka minut później. – Jednak wszystko w porządku. Shirlee powiedziała, że jutro możemy urządzić sesję telefoniczną. O której ci pasuje?
    W Rumunii?
    Kuuupa. Kuuupa, szumiały silniki.
    Otworzyła oczy i zdarła z twarzy maskę do spania. Była teraz bardzo podminowana. Spojrzała na zegarek. Siódma wieczorem w Nowym Jorku. Pierwsza w nocy w Paryżu, druga w Rumunii. Tabletka nie zadziałała, teraz Wendy straciła już szansę na sen.
    Usiadła i wcisnęła guzik, żeby ustawić fotel w pozycji siedzącej. Potem sięgnęła do walizki i wyjęła z niej dwa scenariusze. Jednym z nich był scenariusz Pielgrzyma w łachmanach, pełen jej notatek, a drugim scenopis, ze scenami ustawionymi według dat. Razem te dokumenty stanowiły biblię Wendy. Wyjęła komputer, uruchomiła go i włożyła płytę.
    Na DVD nagrano materiał z ostatnich dwóch tygodni. Pielgrzym w łachmanach był kręcony na taśmie filmowej, a co dwa dni specjalny kurier z działu produkcji latał z Rumunii do Nowego Jorku, żeby dostarczyć film do obróbki w studiu w Queens. Potem zawoził film do Splatch-Verner, gdzie Wendy go oglądała. Następnie film kopiowano cyfrowo na dysk, żeby mogła przyjrzeć mu się dokładniej na komputerze.
    Położyła na kolanach scenopis i zaczęła oglądać materiały, porównując swoje notatki z tym, co widziała na monitorze.
    Z frustracji zazgrzytała zębami, i natychmiast poczuła ostry ból w szczęce, tuż pod uchem. Tak, teraz brakowało jej tylko nawrotu artropatii skroniowo-żuchwowej. Od lat ją gnębiła i zawsze powracała, gdy Wendy była pod wielką presją. Mocno przycisnęła dłoń do szczęki, usiłując rozluźnić mięśnie. Nie mogła nic zrobić, musiała nauczyć się żyć z bólem.
    Znowu zerknęła na monitor. Nie myliła się, jak dotąd materiał filmowy był katastrofą. Pracowała w tej branży od wielu lat i całkowicie ufała swojemu instynktowi. Problem polegał nie na tym, że aktorzy nie mówili właściwych kwestii – sposób, w jaki je wygłaszali, i wymowa scen sprawiały, że wszystko było nie tak jak trzeba. Właśnie na tym polegała wręcz niewykonalna część kręcenia filmów, cała sztuka: na przełożeniu wizji i tego, co ma się w głowie, na język filmu. Jednak na drodze stała ogromna przeszkoda w postaci ludzi, z których każdy miał własne koncepcje.
    Jak reżyser, Bob Wayburn. Skrzywiła się. W kwestii Pielgrzyma w łachmanach Wendy i Bob nie nadawali na tych samych falach, i on to wiedział. Właśnie dlatego nie odbierał jej telefonów przez ostatnie dwa tygodnie. Było to skandaliczne, ale nie zaskakujące, i w innej sytuacji może machnęłaby ręką. Gdyby na przykład Bob miał rację, gdyby dostrzegł w filmie niuanse, które ona przeoczyła, albo gdyby w materiałach było dość scen, żeby naprawić film podczas montażu. Zawsze składała wizyty na planie każdego filmu, który został wyprodukowany przez Parador, i w nieco innych okolicznościach przełożyłaby wyprawę do Rumunii o kilka dni, po weekendzie, kiedy Magda wybrałaby już kucyka. Jednak Pielgrzym w łachmanach nie był jednym z wielu filmów. Był takim filmem, jaki zdarza się raz na pięć – dziesięć lat, filmem z duszą, pełnym inteligentnych i fascynujących bohaterów. W skrócie, był to film określany przez ludzi z branży mianem „zacnego".
    Przeczytała kilka linijek scenariusza, chociaż wcale nie musiała. Znała na pamięć niemal każdą kwestię, każdą reżyserską wskazówkę. Pracowała nad tym projektem od pięciu lat, kupiła prawa do Pielgrzyma w łachmanach, kiedy jeszcze książka była w rękopisie, przed wydaniem. Nikt, nawet wydawca, nie przewidział, że odniesie międzynarodowy sukces i że przez ponad rok utrzyma się na liście bestsellerów „New York Timesa". Wendy jednak to wiedziała. Jasne, wszyscy w tej branży dochodzili do wniosku, że należy zainteresować się książką, kiedy już trafi na listę bestsellerów. Jednak przewidzenie, co będzie hitem, zanim faktycznie nim się stanie, wymagało wyjątkowego talentu. Nadal pamiętała, jak przeczytała pierwszy akapit Pielgrzyma w łachmanach. Położyła się do łóżka z rękopisem, i choć padała z nóg, postanowiła popracować jeszcze przez pół godziny. Shane leżał obok niej i oglądał telewizję. Wendy miała paskudny dzień. Wtedy jeszcze była producentką w Global Picture, z własną wytwórnią filmową, a Global właśnie zatrudniło nowego prezesa. Krążyły pogłoski, że zamierzał kręcić filmy tylko dla młodych samców i że Wendy jako jedna z pierwszych trafi do odstrzału. Pamiętała, jak z rozpaczą odwróciła się do Shane'a.
    – Nie wiem, czy w ogóle warto to ciągnąć – oznajmiła. – Chyba nikt już nie chce kręcić takich filmów, jakie ja bym chciała oglądać.
    – Och, Wendy – westchnął Shane, nie odrywając oczu od telewizora. – Zawsze tak okropnie dramatyzujesz. Pogódź się z tym.
    Spojrzała na niego krzywo i zaczęła czytać.
    Niemal natychmiast jej serce zaczęło walić jak młot z podniecenia. Drżącą ręką przewróciła pierwszą stronę. Po trzech spojrzała na Shane'a.
    – To jest to – oznajmiła. – Co?
    – Film. Ten, na który czekałam.
    – Przecież zawsze to powtarzasz – zauważył, ziewając. Przekręcił się na bok i zgasił światło.
    Poszła do kuchni. Przez całą noc czytała na stołku przy blacie z grubego drewna.
    Pielgrzym w łachmanach opowiadał o wzruszających przejściach trzech amerykańskich pielęgniarek stacjonujących w Europie podczas pierwszej wojny światowej – taki Hemingway dla kobiet. O dziewiątej zadzwoniła do agenta i wytargowała prawa do książki za piętnaście tysięcy dolarów. Zapłaciła z własnych oszczędności. Uznała, że to jedna z jej najlepszych inwestycji. Pielgrzym w łachmanach mógł dostać Oscara – musiał dostać Oscara – a dzięki własnemu wkładowi Wendy zapewniła sobie udział w projekcie. Oznaczało to, że kiedy zaniesie Pielgrzyma do studia, nie będą mogli jej go odebrać.
    Pół roku później Pielgrzym w łachmanach stał się bestsellerem, a Wendy zaproponowano stanowisko prezeski Parador Pictures. Zabrała Pielgrzyma do Paradoru i walczyła przez ostatnie cztery lata. Walczyła o odpowiedni scenariusz (trzy lata i sześć scenariuszy), potem stawała w obronie projektu, upierając się, że to będzie hit. Problemem był budżet, lokalizacja i kostiumy sprawiły, że film zamienił się w produkcję o wartości stu dwudziestu pięciu milionów. Parador nigdy dotąd nie wydał tyle na film.
    Wszyscy w Paradorze umierali ze strachu. Wszyscy z wyjątkiem Wendy. Ale właśnie to dlatego ona była szefową wytwórni filmowej, nie oni. Do tej pory, do rozpoczęcia zdjęć, nic nie mogło zachwiać jej wiarą w to, że film będzie hitem, zarobi mnóstwo pieniędzy i dostanie nominację do co najmniej dziesięciu Oscarów.
    Potem zobaczyła pierwsze materiały zdjęciowe.
    Osnowa filmu miała feministyczne przesłanie, a po obejrzeniu materiałów wstępnych Wendy zrozumiała, że Bob Wayburn skrycie nienawidzi kobiet. Bob był jedyną przeszkodą. Przeszarżowała, gdy zatrudniła go w nadziei, że dzięki niemu materiał zyska równowagę i perspektywę. A teraz Bob spaprał jej film. Nie można mu było ufać ani zostawiać wolnej ręki.
    Sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli. Musieli wrócić do początku i na nowo nakręcić gotowe sceny. Boba Wayburna szlag trafi. Jednak już wcześniej miała do czynienia z aroganckimi, twórczymi samcami, był na nich tylko jeden sposób: tak albo srak. Bob dostanie dwa tygodnie na to, by spojrzeć na materiał oczyma Wendy, a jeśli nic z tego nie wyjdzie, wyleci z planu. Naturalnie, pozostawała jeszcze możliwość, że sam zrezygnuje. Kto wie, może zanim jej helikopter wyląduje u podnóża rumuńskich gór, Bob zdąży się popisać takim gestem. Była na to przygotowana. W ostatnich trzech dniach niemal przez cały czas wisiała na telefonie, dyskretnie sprawdzając, kto z innych reżyserów byłby zainteresowany tą pracą i chciałby się jej podjąć. Miała przynajmniej jednego w odwodzie.
    Nabazgrała kilka uwag na scenopisie, po czym dopadło ją poczucie winy. Nie dało się zaprzeczyć, że nakłamała Shane'owi, nakłamała dzieciom i będzie musiała nakłamać doktor Vincent. Nie było cienia szansy, żeby wróciła do domu na weekend. Załatwienie tej sprawy zajmie co najmniej dziesięć dni, a potem zgodnie z planem pewnie będzie musiała wrócić na kolejne dziesięć dni do Rumunii. Nie należało kłamać (może „kręcić" byłoby bardziej odpowiednim słowem), ale bywają w życiu chwile, kiedy trzeba dokonywać trudnych wyborów, z wiarą w to, że pewnego dnia bliscy zrozumieją.
    W końcu nikt nie wiedział o tym lepiej niż Shane, pomyślała ze złością. Miał do czynienia z tym biznesem wystarczająco długo (nawet w nim pracował), żeby rozumieć, na czym on polega. Porażka Pielgrzyma w łachmanach po prostu nie wchodziła w grę, a Wendy była moralnie zobowiązana zrobić co w jej mocy, by przyczynić się do sukcesu filmu. Wyskoczyłaby z samolotu, gdyby musiała; pracowałaby przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, odcięłaby sobie prawą rękę, gdyby nie było innego wyjścia. Jeśliby nie poleciała do Rumunii na ratunek, raczej nie zostałaby zwolniona, na pewno nie od razu. Gdyby jednak film trafił za dziewięć miesięcy na ekrany i poniósł fiasko, a Parador stracił pieniądze (zapewne około pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu milionów), błyskawicznie pokazano by jej drzwi. W takiej sytuacji mogłaby dostać mniej odpowiedzialne stanowisko w innym dużym studiu filmowym. Ale to oznaczałoby przeprowadzkę z rodziną do Los Angeles, czyli wyrwanie dzieci z Nowego Jorku, ze szkół, odsunięcie ich od dalszej rodziny. W Nowym Jorku była tylko jedna ważna wytwórnia filmowa i tylko jedna szefowa tej wytwórni. Ona. Stąd była tylko droga w dół.
    To się nie mogło wydarzyć. Nie po dwudziestu pięciu latach ciężkiej pracy.
    Nie bała się jeszcze kilku lat harówki. Taka praca, i tyle. Kochała ją, była do niej stworzona.
    Pracowała przez całą noc, w ciemnościach nad Atlantykiem, i różowym świtem nad Paryżem. Jej samolot wylądował o piątej dwadzieścia czasu miejscowego. Wendy włączyła komórkę, zmieniając częstotliwość fal na europejską. Aparat natychmiast zaczął brzęczeć. Nacisnęła guzik poczty głosowej.
    – Masz… trzydzieści dwie nowe wiadomości – oznajmił miły głos z taśmy.

Rozdział 9

    Nadszedł koniec marca, znowu padał śnieg, piąty raz w ciągu dziesięciu dni.
    Ulica pełna była autobusów i błota pośniegowego, trąbiły klaksony, wszyscy mieli dość śniegu (i nadzieję, że to już ostatni w tym roku). W taksówce było duszno i parno, na podłodze zebrały się kałuże wody, więc Victory jechała z podkulonymi kolanami, opierając czubki zamszowych butów na tylnej części przedniego fotela, żeby zbytnio nie przemokły.
    Nico ciągle pytała ją, dlaczego nie sprawi sobie auta z szoferem. Pewnie byłoby ją stać, ale Victory nie lubiła zbędnych wydatków. Uważała, że niezależnie od swoich osiągnięć, nie wolno zapominać o korzeniach. Teraz jednak, kiedy wyglądało na to, że B et C złoży jej ofertę kupna, doszła do wniosku, że być może rzeczywiście załatwi auto z kierowcą. Chętnie coś naprawdę luksusowego – mercedesa, takiego jakim jeździła Muffie Williams.
    Nie mogła jednak wyprzedzać faktów. Nic nie zostało ustalone… Jeszcze nie.
    Plim. Jej telefon ćwierknął przyjemnie, sprawdziła esemesa.
    „Miasto jest twoje, pamiętaj. Powodzenia". Nico.
    „Dzięki!".
    „Zdenerwowana?"
    „Nie. Bulka z masłem"
    „Dzwon później. Zerkniemy na klejnoty".
    Victory lekko uśmiechnęła się do telefonu. Pomyślała, że Nico jest chyba bardziej podekscytowana jej widokami na przyszłość niż ona sama. Odkąd Nico dowiedziała się o pierwszym spotkaniu z B et C w Paryżu, w zasadzie nie rozmawiały o niczym innym. Nico pouczała ją i zachęcała, niczym dumna kwoka.
    – Dasz sobie radę, Vic – mówiła jej bez przerwy. – A poza tym należy ci się to. Nikt bardziej nie zasłużył na trzydzieści milionów dolarów, biorąc pod uwagę, jak ciężko pracowałaś…
    – Ale to pewnie mniej niż trzydzieści milionów. Poza tym być może będę musiała wyjechać z Nowego Jorku i przenieść się do Paryża…
    – No to się przeniesiesz – oświadczyła Nico lekceważąco. – Przecież zawsze możesz wrócić.
    Przyszła do różowej sali do prezentacji Victory, żeby kupić nowe ubrania na jesień. Wymaszerowała z niewielkiej przebieralni w granatowym kostiumie o męskim kroju.
    – Wspaniale – oznajmiła Victory.
    – Wszyscy będą to nosić?
    – Pewnie tak. Sklepy oszalały…
    – No widzisz? – Nico włożyła ręce do kieszeni i podeszła do lustra. – Jesteśmy nowoczesnymi kobietami. Jeśli będziemy zmuszone przenieść się dla kariery do Paryża, to się przeniesiemy. To podniecające. Ilu ludzi ma takie możliwości? Chodzi mi o to…
    Nico chyba zapragnęła wyznać coś ważnego, ale najwyraźniej zmieniła zdanie i zaczęła się bawić krezką zdobiącą bluzkę.
    – Ty byś się przeniosła? – zapytała Victory.
    – W mgnieniu oka.
    – I zostawiła Seymoura?
    – W dwie sekundy. – Nico odwróciła się do niej. Victory pomyślała, że mina przyjaciółki nie do końca świadczy o tym, że to żart. – Naturalnie, zabrałabym ze sobą Katrinc… Bo widzisz, Vic, trzeba korzystać z okazji…
    I wtedy Nico wbiła sobie do głowy, że jeśli Victory dostanie ofertę kupna od B et C, ma iść do Sotheby'ego i kupić sobie „ważną" biżuterię, za co najmniej dwadzieścia pięć tysięcy, by uczcić okazję. Stąd wzmianka o klejnotach.
    Taksówka gwałtownie skręciła za róg na Pięćdziesiątej Siódmej, a Victory jeszcze mocniej wcisnęła czubki butów w tył fotela, żeby nie stracić równowagi. Ostatnio Nico zachowywała się dziwnie, ale Victory sądziła, że to ze względu na trzymaną w tajemnicy sytuację w pracy. Byłoby niewiarygodne, gdyby za kilka tygodni i ona, i Nico nagle niesłychanie się wzbogaciły i odniosły jeszcze większy sukces niż dotychczas. Nico właśnie przejmowała stanowisko Mike'a Harnessa w Splatch-Verner, co wiązało się nie tylko z wyższą pensją (zapewne dwumilionową!), ale i prawem poboru nowych akcji oraz premiami, również sięgającymi kilku milionów. Naturalnie wszystko było objęte ścisłą tajemnicą, podczas gdy każdy w mieście zdawał się znać sytuację Victory. Tego ranka w „Women's Wear Daily" ukazała się wzmianka o sekretnych negocjacjach Victory Ford z B et C w sprawie zakupu jej firmy. Tę historię podchwyciły również „Post" i „Daily News". Victory nikomu nic nie mówiła, to znaczy nikomu poza Nico, Wendy i kilkoma istotnymi osobami, na przykład swoją księgową Marcia. Jednak fachowa prasa zwietrzyła trop, łącznie z ostatnimi szczegółami. Nawet wiedzieli, że Victory prowadzi negocjacje z B et C od dwóch tygodni i dwukrotnie poleciała do Paryża na spotkanie.
    No cóż, w świecie mody nic się nie ukryje, zresztą nie miało to znaczenia. Cały ten przemysł uwielbiał plotki i do pewnego stopnia jak cię widzieli, tak cię pisali. W tej branży Victory znów była na topie. Najpierw w „Women's Wear Daily" ukazał się artykuł o jej dodatkach, parasolkach i kaloszach, które dosłownie znikały z półek. Później jej pokaz okrzyknięto sukcesem, jako że według prasy wyznaczył nowy trend na jesień. Tuż po tym odbyła się gorączkowa seria spotkań z B et C, zorganizowanych przez Muffie Williams. Bogu dzięki za Muffie, a zwłaszcza za Nico! Niewiele było osób, z którymi mogłaby omówić możliwość zarobienia milionów dolarów, a Lyne nieszczególnie się przydał.
    – Nie cierpię zasranych żabojadów – narzekał bezustannie.
    – Niezbyt mi pomagasz – odparła.
    – Sama musisz podjąć decyzję, mała.
    – Zdaję sobie z tego sprawę.
    – W takich sytuacjach najpierw dostajesz propozycję, a dopiero potem decydujesz – spokojnie oświadczyła Nico.
    A Victory przypomniała sobie, że tylko przyjaciółki rozumieją ważne sprawy, czyli seks i interesy.
    Taksówka zahamowała przed lśniącym wieżowcem B et C, który wyglądał w śniegu jak współczesny zamek z bajki. Victory wysiadła. Pod pachą trzymała teczki pełne szkiców. Szefostwo chciało zobaczyć opcje na następne dwa sezony, a ona harowała jak wół, żeby ukończyć je między lotami do Paryża a prowadzeniem firmy. Rzeczywiście, im większy sukces się odnosi, tym ciężej trzeba pracować, a ona pracowała od dwunastu do szesnastu godzin na dobę przez siedem dni w tygodniu. Gdyby jednak B et C złożyło jej ofertę, a Victory by ją przyjęła, życie mogłoby stać się łatwiejsze. Miałaby więcej pracowników i nie musiałaby się martwić o obrót pieniędzmi na pokrycie kosztów produkcji. Teraz, kiedy sklepy składały olbrzymie zamówienia na jesienną kolekcje, potrzebowała każdego grosza dodatkowego kapitału.
    I jaką ulgę by odczuła, gdyby mogła wreszcie przestać się martwić o pieniądze! To byłby prawdziwy luksus.
    Minęła obrotowe drzwi i znieruchomiała przy biurku ochrony. W B et C się nie patyczkowali: strażnik w mundurze miał broń przypiętą do kabury pod kurtką.
    – Ja do Pierre'a Berteuila – podała mu nazwisko prezesa zarządu firmy.
    Została skierowana do małego foyer z trzema windami. Wcisnęła guzik, drzwi się otworzyły. Stanęła na środku jednej z wind, szykownej i czarnej, z dodatkami z chromowanej stali, po czym przechyliła głowę i obserwowała mijane piętra. Zastanawiała się, czy taka będzie jej nowa siedziba. Przestronna, elegancka, zimna…
    Niezależnie od tego, co miało się wydarzyć, związek z B et C i tak niesłychanie już jej pomógł. Asystentka Pierre'a Berteuila skontaktowała Victory z trzema najbardziej ekskluzywnymi fabrykami we Włoszech, które produkowały tkaniny tak kosztowne i piękne, że raczyły pracować wyłącznie z projektantami o grubym portfelu – innymi słowy, z kontrahentami, którzy mogli wyłożyć ponad pół miliona dolarów na sam materiał! W jej firmie pojawili się przedstawiciele handlowi, cóż za odmiana po bieganinie między stoiskami w Premiere Vision w Paryżu. Różnica była taka, jak między walką z innymi chętnymi w dziale sprzedaży zniżkowej w domu towarowym i zakupami w ekskluzywnym butiku. Przez cały czas dotykała tkanin, siedząc wygodnie w zaciszu własnego pokoju, i myślała o tym, że właśnie trafia do pierwszej ligi.
    Drzwi windy się otworzyły i niemal zderzyła się z Pierre'em Berteuilem we własnej osobie.
    – Bonjour, Victory – powiedział ciepło, z pięknym francuskim akcentem.
    Pochylił się i ucałował Victory, hałaśliwie i wilgotno, w oba policzki, po czym ujął ją pod ramię i przeprowadził przez jeszcze jedne strzeżone drzwi. Żartobliwie ściskał ramię Victory, jakby był jej chłopakiem, a nie partnerem w interesach. Takie zachowanie byłoby niedopuszczalne w Ameryce, ale we Francji, gdzie (przynajmniej pozornie) ludzi interesu łączyły bardziej intymne relacje, stanowiło normę.
    – Gotowa na wielkie spotkanie? Tak? – zamruczał.
    – Jestem podekscytowana – odparła.
    – Wszystko jest bardzo ekscytujące, prawda?
    Patrzył na nią, jakby perspektywa wspólnych interesów pobudzała go seksualnie, i raz jeszcze Victory przyszło do głowy, że europejscy przedsiębiorcy bardzo się różnią od amerykańskich. Pierre Berteuil był mężczyzną, którego zapewne w młodości nazywano „zabójczo przystojnym". Choć skończył pięćdziesiątkę, nadal rzucało się w oczy, że przywykł do zachwytów żeńskiej części populacji i nie zdoła się powstrzymać od uwodzenia żadnej napotkanej kobiety.
    – Podoba ci się śnieg? – spytał Pierre.
    – Och, niedobrze mi się robi na jego widok – odparła Victory szczerze. Jej głos zabrzmiał głucho i skrzekliwie w porównaniu z miękkim głosem Pierre'a. Pomyślała, że jeśli przeniesie się do Paryża, będzie musiała popracować nad artykulacją.
    Pierre najwyraźniej jednak nic nie zauważył.
    – Ja? Kocham śnieg – powiedział namiętnie. – Przywodzi mi na myśl narty. Wiesz, my, Francuzi, kochamy jazdę na nartach. Znasz Megeve, prawda? Moja rodzina ma tam przepiękny domek. Kiedy tylko możemy, jeździmy do Megeve na weekend. Jest olbrzymi – wyjaśnił, rozkładając ręce dla podkreślenia efektu. – Kilka skrzydeł, inaczej byśmy się pozabijali, wiesz? – Przyłożył rękę do serca i spojrzał na sufit. – Ale jest taki piękny. Kiedy następnym razem przyjedziesz do Paryża, zabiorę cię tam.
    Victory się uśmiechnęła, ignorując seksualny podtekst tej wypowiedzi. Pierre był czarujący, tak jak to potrafią jedynie Francuzi. W jego towarzystwie każda kobieta czuła się atrakcyjna seksualnie i pożądana, a sprawiał to w pochlebny, a nie obleśny sposób. Pomyślała, że nie to jednak jest jego największym atutem. Najbardziej pociągało ją w nim to, że dzięki niemu mogła się wzbogacić.
    – Chyba nie zapraszasz jej do tej swojej nieszczelnej chałupy w Megeve, co? – wyszeptała Muffie Williams, która nagle wyrosła za nimi. – Jest koszmarna. Brak tam ogrzewania.
    – Tak jest zdrowiej – oznajmił Pierre. Victory wyczuła w nim lekką irytację, kiedy pochylił się i ucałował Muffie w oba policzki. – W nocy jest bardzo intymnie. Kiedy… Jak to powiedzieć… się przytulacie? – powiedział Pierre znacząco.
    Muffie przeniosła spojrzenie z Pierre'a na Victory i zmrużyła oczy.
    – Poprzytulamy się na zebraniu, co?
    Weszli do sali konferencyjnej, oświetlonej stłumionym, zielonym światłem z reflektorów w suficie. Na środku stał długi prostokątny stół z grubego zielonego szkła; na blacie rozstawiono w równych odstępach niewielkie przystrzyżone krzewy w czarnych skrzynkach. Na stoliku obok Victory zauważyła srebrne wiaderko z lodem, a w nim butelkę szampana Dom Perignon. Nie było w tym nic niezwykłego, Pierre rozpoczynał każde spotkanie od „un verre du Champagne". Victory zastanawiała się, jak udawało mu się zachować trzeźwość przez cały dzień.
    A może zresztą wcale mu się nie udawało.
    Do sali weszły jeszcze dwie osoby, dyrektor reklamy oraz działu sprzedaży i dystrybucji. Za nimi podążała młoda kobieta, ubrana na czarno, której zadanie polegało na nalewaniu szampana do kieliszków i serwowaniu go na srebrnej tacy. Pierre spełnił toast, a następnie wbudowany w tylną ścianę ekran zajaśniał i pojawiła się na nim kobieta ubrana w strój z wiosennej kolekcji Victory.
    Victory jęknęła i odstawiła kieliszek z szampanem. O nie, pomyślała gorączkowo. Źle, całkiem źle. Kobieta była zbyt szczupła, zbyt wyniosła, zbyt młoda i zbyt francuska. Napis nad nią głosił: „Victory Ford: Chcesz tego", i to też wydawało się nie na miejscu.
    Ogarnął ją dziecinny gniew, zapragnęła wstać i wyjść z pokoju, tak jak by to zrobiła, kiedy dopiero stawiała pierwsze kroki w tej branży. Od tamtego czasu przebyła jednak długą drogę, a chodziło o ogromne pieniądze. Stawka sięgała milionów dolarów.
    Nie ruszyła się z miejsca, tylko patrzyła na ekran.
    – Bardzo ładne, tak? – spytał Pierre.
    Jasna cholera, pomyślała. Dlaczego dla odmiany coś nie mogło wyjść tak jak trzeba? To jednak byłoby zbyt łatwe. Zresztą ten obrazek był tylko makietą produktu finalnego. Przypominał jej jednak, że jeśli złożą jej propozycję, a ona ją przyjmie, będzie pracowała z ludźmi, którzy może będą postrzegali jej wizerunek inaczej, niż ona go sobie wyobraża. I będzie musiała być otwarta na rozmaite sugestie.
    Upiła łyk szampana. Sztuczka polegała na tym, żeby utwierdzić Pierre'a w przekonaniu, że entuzjastycznie zareagowała na projekt, i delikatnie popchnąć go w kierunku, który jej odpowiadał.
    – Bardzo interesujące, tak – powiedziała. – Podoba mi się…
    Nienawidziła się za te kłamstwa. W tej samej chwili jednak znów dostrzegła pierścienie na palcach Muffie. Muffle Williams wpatrywała się w reklamę, a jej palce delikatnie obejmowały nóżkę kieliszka od szampana. W zielonkawym półmroku pierścienie Muffie lśniły niczym gwiazdy. Też możesz mieć taką biżuterię, pisnął głosik w głowie Victory. Taką biżuterię i dużo więcej. Możesz być bogata…
    I usłyszała swój głos, tym razem znacznie bardziej entuzjastyczny:
    – Tak, Pierre, podoba mi się. Bardzo mi się podoba.

    Półtorej godziny później Victory wpatrywała się w lśniącą głębię wyjątkowego, sześciokaratowego błękitnego brylantu w kształcie łzy. „Własność dżentelmena", napisano na karteczce obok. „Wartość: I 200 000-1 500 000 dolarów".
    Zastanawiała się, kim jest ten dżentelmen, i dlaczego sprzedaje brylant? Jak wszedł w jego posiadanie? Wyobraziła sobie cholerycznego starego kawalera, który nigdy się nie ożenił, a teraz potrzebował pieniędzy. Może latami trzymał ten brylant i za jego pomocą zwabiał kobiety do łóżka. „Przyjdź do mnie", mówił zapewne. „Chcę ci coś pokazać". A potem wyjmował klejnot z sejfu, a kobiety szły z facetem do łóżka, przekonane, że jeśli właściwie rozegrają karty, któregoś dnia dżentelmen im go podaruje.
    Boże, ależ ze mnie cyniczka, pomyślała, pocierając dłonią czoło. Ta historia była zapewne znacznie bardziej romantyczna. Mężczyzna ofiarował brylant swojej żonie, a kiedy zmarła tragicznie, trzymał klejnot, dopóki mógł, na pamiątkę. Usiłowała przejść dalej, ale brylant najwyraźniej miał na nią tajemniczy wpływ, nie mogła oderwać od niego wzroku. Był bladoniebiesko-zielony, jak błękitny lód w zielonej neonowej poświacie, niczym w jaśniejącym zielenią wnętrzu sali konferencyjnej w B et C.
    Kogo było stać na taki brylant? Rozmaitych Lyne'ow Bennettów tego świata… I gwiazdy filmowe. Dlaczego ja nie miałabym mieć takiego brylantu, zapytała się nagle w myślach. Chcę go. Pewnego dnia go zdobędę.
    Naprawdę traciła zmysły. Nawet gdyby mogła wydać ponad milion dolarów na brylant, czy faktycznie by to zrobiła? Nie, to wydawało się obrzydliwie niepoważne. Łatwo jednak było krytykować tego rodzaju zachowania, jeśli nigdy nie miało się ani pieniędzy, ani okazji do takiego zakupu. Może zmieni zdanie, jeśli podpisze umowę i na jej konto wpłyną miliony dolarów. Czy to ją zmieni? Kim się stanie?
    Na szóstym piętrze sal wystawienniczych Sotheby'ego było gorąco, Victory zdjęła płaszcz. Nico się spóźniała, co było do niej niepodobne. Była obsesyjnie punktualna, zawsze ściśle trzymała się rozkładu dnia i twierdziła, że to jedyny sposób, by wszystko zrobić w porę. Victory z trudem oderwała wzrok od brylantu i przeszła do następnej gablotki, w której spoczywało kilka pierścieni z dużym oczkiem, podobnych do tych noszonych przez Muffie Williams.
    – Czy szuka pani czegoś szczególnego, pani Ford? – zapytała ekspedientka, podchodząc do niej. Miała na sobie szary, prosty bezrękawnik na bluzce w brązowo-białe paski. Na identyfikatorze widniał napis: „Pani Smith".
    – Na razie tylko się przyglądam, dziękuję – odparła Victory.
    – Na tej aukcji wystawiamy kilka niezwykle tanich, a wspaniałych sztuk – powiedziała pani Smith, a Victory pomyślała, że „tanie" to tutaj chyba nie najwłaściwsze słowo. – Jeśli będzie pani chciała coś przymierzyć, służę pomocą.
    Victory skinęła głową. Czuła się mile połechtana tym, że personel Sotheby'ego ją rozpoznaje. Na dodatek zachowywali się tak, jakby było całkiem naturalne, że tu przyszła, i jakby mogła sobie pozwolić na te rzeczy. Nawet jeśli niczego nie kupi. Zrozumiała, że Nico ma rację. Jest coś niesłychanie satysfakcjonującego w świadomości, że kobietę sukcesu stać na kupowanie własnej biżuterii. Pracowała ciężko i teraz zasłużyła na to, żeby się rozpieszczać…
    I znowu poczuła dumę.
    Czym tu się martwić, do cholery, pomyślała, patrząc na sznur idealnie dobranych, dwunastomilimetrowych naturalnych pereł za dwadzieścia pięć tysięcy. Powinna skakać do góry z radości. Nawet Muffie Williams stwierdziła, że spotkanie poszło świetnie, a potem Pierre Berteuil uścisnął dłoń Victory, ucałował ją w policzki i oświadczył:
    – A teraz pójdziemy do prawników, prawda? Niech oni zajmą się brudami, nasze ręce będą czyste.
    To oznaczało jedno: że prawnicy Pierre'a i prawnicy Victory będą usiłowali wynegocjować warunki umowy. Byłaby wariatką, gdyby jej nie podpisała. Poza milionami dolarów, które proponowali za wykup jej firmy i nazwiska, oferowali również rozmaite rzeczy, na które sama nie mogłaby sobie pozwolić, na przykład olbrzymi budżet reklamowy, ponad milion dolarów rocznie.
    – Branża traktuje cię o wiele poważniej, kiedy się reklamujesz, tak? – powiedział Pierre. – To smutne, ale takie jest życie. Musimy grać w tę grę.
    – To jedyna rzecz, która naprawdę dobrze nam tu wychodzi – wyszeptała Muffie. – Wiemy, jak w nią grać i wygrywać.
    – Zostaniesz nową muzą świata mody, skarbie. – Pierre uniósł kieliszek.
    A Victory dała się porwać fantazjom na temat zdumiewających możliwości. Będzie musiała przenieść się do Paryża, bo tam zawierano większość umów, i przez najbliższe dwa lata będzie pracowała ramię w ramię z Pierre'em. Ale zatrzyma mieszkanie w Nowym Jorku i będzie spędzała tam co miesiąc około tygodnia. Czy ktoś kiedykolwiek mógł przypuszczać, że jej życie okaże się tak fantastyczne?
    Paryż! Był równie ekscytujący jak Nowy Jork i jeszcze piękniejszy, a przynajmniej wszyscy tak twierdzili. Kiedy zjawiła się tu tydzień wcześniej, zatrzymała się w apartamencie w Plaża Athenee, w pokoju z małym balkonem z widokiem na wieżę Eiffla. Potem poszła do Tuiłeries, podziwiać tulipany, następnie zjadła kanapkę z szynką i przeszła przez most na lewy brzeg, gdzie usiadła w kawiarni i zamówiła kawę. To wszystko było trochę banalne i Victory uświadomiła sobie ze smutkiem, że teraz, na obecnym etapie życia, widok wieży Eiffla już jej nie wystarczy. Ale były i inne chwile, w których jeździła po mieście taksówkami, usiłowała dogadać się w kiepskiej francuszczyźnie i biegała po chodnikach na wysokich obcasach i w nowych, luźnych spodniach o męskim kroju, zdobionych cekinami, powtarzając w myślach: „Będę mieszkać w Paryżu! Będę bogata!".
    Martwiło ją tylko jedno: projekt, który dziś zaprezentowali na spotkaniu. To jednak mogła zmienić. Nie wszystko jeszcze było doskonałe. Robiąc interesy, nie dało się uniknąć wątpliwości, tak jakby były integralną częścią procesu tworzenia. Najważniejsze to trzymać się swojej decyzji. Decyzje można zmieniać, ale najpierw trzeba je podjąć…
    „Pierścionek z dziesięciokaratowym żółtym szafirem osadzonym w platynie z dwukaratowymi brylantami z certyfikatem. Wartość 30 000 – 50 000 dolarów", przeczytała.
    – Przepraszam – zwróciła się do pani Smith. – Mogę go przymierzyć?
    – Naturalnie – odparła pani Smith. Otworzyła gablotkę i wyjęła pierścionek, po czym ułożyła go na małej, miękkiej podkładce z czarnego zamszu.
    Victory wsunęła pierścionek na palec. Kamień był tak duży jak orzech włoski. Zadzwonił telefon.
    – Co robisz? – burknął Lyne.
    – Kupuję biżuterię u Sotheby'ego – odparła. Spodobało się jej brzmienie tych słów.
    – Rozumiem, że podpisałaś umowę. – Po tych słowach zachichotał.
    Victory zesztywniała.
    – Jeszcze nie – odparła sztywno, strzepując pyłek ze swetra. – Ale ustalają warunki. Wyślą je do prawników.
    – Czyli nadal mam czas, żeby cię ocalić.
    – Nie, nie masz – powiedziała Victory, zastanawiając się, dlaczego wciąż spotyka się z tym facetem. Było w nim coś niezwykle irytującego, ale jakoś nie mogła go sobie odpuścić. Jeszcze nie. – Podpiszę natychmiast, gdy tylko dostanę umowę.
    – Zgadza się. Gdy tylko – powtórzył Lyne. – Mała, ile razy mam ci powtarzać? Nigdy nie rób interesów z żabojadami. Daję ci słowo honoru, oni zupełnie inaczej załatwiają sprawy.
    – Lyne. – Westchnęła ciężko. – Jesteś po prostu zazdrosny. Lyne wybuchnął śmiechem.
    – Czyżby? A o co?
    Dobre pytanie, pomyślała. Co miała odpowiedzieć? Ze Lyne jest zazdrosny o Pierre'a? Zabrzmiałoby to głupio. Nowojorczykom takim jak Lyne nie przyszłaby do głowy zazdrość o nikogo, a już na pewno nie o Pierre'a Berteuila, którego Lyne uważał za pedała tylko dlatego, że Pierre był przystojniejszy. Nie mogła również upierać się, że jest zazdrosny o to, żej ona właśnie ubija interes – sam bez przerwy ubijał jakieś interesy.
    – Nie chcę o tym rozmawiać. Znowu – powiedziała beztrosko.
    – Dlaczego? – zapytał drwiąco. – Bo wiesz, że mam rację?
    – Bo nie chcę ci udowadniać, że się mylisz. Znowu – odparła.
    Cisza. Lyne najwyraźniej zastanawiał się nad jej słowami.
    – Lubię, kiedy mi udowadniasz, że się mylę. Obawiam się, jednak, że nic z tego nie będzie w kwestii żabojadów!
    Potem zadzwonił do niego ktoś inny, więc Lyne się rozłączył, ale wcześniej obiecał, że za parę minut znowu się do niej odezwie. Westchnęła. Chyba wolałaby, żeby tego nie robił. Potrafił to ciągnąć godzinami, ciągle do niej wydzwaniał między ważniejszymi telefonami w interesach, jakby nie miała nic lepszego do roboty, tylko siedzieć i czekać na telefon od niego.
    Oddała pierścionek pani Smith i poszła dalej. Popatrzyła na parę stylowych klipsów z brylantami. Lyne był irytujący, ale ta rozmowa przypomniała jej podszytą ironią satysfakcję, którą poczuła, kiedy Muffie Williams zadzwoniła po raz pierwszy, wkrótce po rozmowie Victory z Lyne'em o zarabianiu pieniędzy. Doszło do niej w jego mieszkaniu, kilka dni po jesiennym pokazie i dobrych recenzjach. Victory czuła się bardzo pewna siebie, miała wrażenie, że zdoła osiągnąć wszystko, o czym kiedykolwiek zamarzyła, ale nagle, gdy weszła do olbrzymiego domu Lyne'a, od razu się zirytowała. Wszystkie pokoje w tej rezydencji były sztandarowym osiągnięciem dekoratora wnętrz, świadczącym o smaku i wielkich pieniądzach, ale nie chodziło tylko o meble, dywan ani stylizację okien, tylko o niezliczoną mnogość bibelotów i dzieł sztuki. Każda rzecz znajdowała się w idealnymi miejscu, była odkurzana, polerowana i błyszczała, i gość mógł myśleć tylko o tym, ile to kosztowało i ile czasu musiało zająć wyszukanie tego i doprowadzenie do idealnego stanu. Nawet w domu Nico nie było tylu drobiazgów. Takie detale można było zdobyć jedynie dzięki grubym milionom. I nagle uderzyło ją, że niezależnie od tego, jaki sukces odniesie, zapewne nigdy nie dorobi się takich pieniędzy jak Lyne – i to nie było fair. Znała mnóstwo kobiet, które zarabiały „prawdziwe" pieniądze, ale żadna nie była tak bogata jak Lyne Bennett czy George Paxton. Dlaczego to byli zawsze mężczyźni, a nigdy kobiety? Idąc za Lyne'em do pokoju z kinem domowym, zapytała znienacka:
    – Jak zarobić miliard dolarów, Lyne?
    Lyne, naturalnie, nie potraktował tego pytania poważnie. Podniósł słuchawkę i warknął do lokaja, żeby przyniósł im dwie wódki z tonikiem. Potem usiadł na półokrągłej sofie obitej beżowym jedwabiem, z pewnością wykonanej na zamówienie. Było to ulubione pomieszczenie Lyne'a. Znajdowało się na ostatnim piętrze, okna wychodziły na Central Park i na wschód, gdzie widać było fragment rzeki. W pokoju dominowały współczesne akcenty azjatyckie, z brązowo-czerwonymi dekoracjami wokół okien, tworzącymi gustowne obramowanie; były tam także jedwabne poduszki oraz konie i wojownicy z dynastii Tang, ustawieni na półce. Wyjście prowadziło na olbrzymi taras, gdzie rosły idealnie przystrzyżone krzewy w wielkich donicach z terakoty i stało jeszcze więcej azjatyckich posążków.
    – Poważnie, Lyne – upierała się, spoglądając na park. Drzewa były nagie, widziała połyskujący staw, gdzie w pogodne dni dzieci urządzały sobie wyścigi sterowanych mechanicznie żaglówek. – Naprawdę chciałabym wiedzieć, jak się tego dorobiłeś.
    – Jak ja się tego dorobiłem czy jak się tego dorobić? – zapytał.
    – Ogólnie – odparła.
    – To proste. Tobie się nie uda.
    – Nie uda się. – Zmrużyła oczy. – Co się nie uda? Mów!
    Lokaj przyniósł drinki na tacy z czerwonej laki – tacy, której Lyne pozwalał używać wyłącznie w tym pokoju.
    – Nie uda ci się tyle zarobić. – Podniósł szklankę i upił duży łyk.
    Dlaczego?
    – Bo, Vic, to jest jak klub – zaczął z namaszczeniem, zakładając nogę na nogę, i wcisnął przycisk z boku stolika. Pokój wypełniły dźwięki muzyki. – Klub miliarderów. Pracujesz przez długie lata i w końcu inni miliarderzy uznają, że możesz do nich dołączyć.
    Victory zmarszczyła brwi i zastanawiała się nad tym przez moment.
    – Ale dlaczego nie miałabym zdobyć członkostwa?
    – Bo to nie takie proste – z uśmiechem odparł Lyne. – Klub jest prywatny. Żadnych kobiet, żadnych mniejszości narodowych. Może ci się to nie podobać, ale tak właśnie jest.
    – Ale czy to nie jest nielegalne?
    – Niby dlaczego? – spytał nonszalancko, pewny swoich racji. – Przecież to nie jest oficjalna organizacja. Rząd nie może regulować sposobu, w jaki dobierasz sobie przyjaciół. – Lekceważąco wzruszył ramionami. – Dla tych facetów kobiety to ludzie do pieprzenia, a nie partnerzy w interesach.
    – To odrażające.
    – Czyżby? – Uniósł brwi. – Ale tak właśnie jest. Kiedy kobiety wreszcie zrozumieją, że nie mogą zmienić męskiego myślenia? – Wstał, a kostki lodu zagrzechotały w jego szklance. – A skoro już o tym mowa… – dodał znacząco.
    Parsknęła śmiechem. Jeśli naprawdę myślał, że po tej przemowie zaciągnie ją do łóżka, to się grubo mylił. Wstała, podeszła do telefonu i poprosiła lokaja o następne dwa toniki z wódką.
    – Poważnie, Lyne – powiedziała. – A gdybym zechciała zarobić miliard dolarów? Jak miałabym to zrobić?
    – A po co ci miliard dolarów? – Z rozbawieniem uniósł brwi.
    – A po co one komukolwiek? – odpowiedziała pytaniem. – Po co ty je zarobiłeś?
    – Bo były – odparł żarliwie. – Dla mężczyzny to najważniejsza rzecz, jaką może zrobić w życiu. To tak, jakby się było królem albo prezydentem. Tyle że nie musisz się urodzić arystokratą ani brać udziału w wyborach. Nie musisz przekonywać bandy frajerów, żeby cię polubili i wybrali.
    Victory się roześmiała.
    – Ale właśnie tak robisz, Lyne, sam przed chwilą to powiedziałeś. Twierdziłeś, że jedyny sposób na zostanie miliarderem to członkostwo w tym klubie.
    – Masz rację – przytaknął. – Ale mówimy o mniej więcej dziesiątce ludzi. Jeśli nie możesz przekonać dziesięciu osób, żeby cię poparły, to faktycznie jesteś frajerem. – Umilkł. – Czy możemy już iść do łóżka?
    – Za chwileczkę. – Wpatrywała się uważnie w jego twarz, zastanawiając się, jak to jest być Lyne'em Bennettem. Tak pewnym swego miejsca w świecie, przekonanym, że ma prawo zagarnąć wszystko, czego zapragnie… Mającym prawo myśleć, co chce, i żyć w świecie, gdzie nikt nie może ograniczyć jego pragnień i ilości pieniędzy, jakie zamierza zarobić…
    – Skarbie. – Minęła go i powoli usiadła na otomanie obitej kasztanowym jedwabiem. – A gdybym chciała zarobić… No, może nie miliard dolarów. Najwyraźniej nie trafię do twojego klubu. Ale powiedzmy, że kilka milionów…
    – A co masz?
    Tym razem Lyne zaczął traktować dyskusję poważniej. Zawsze dawał się wciągnąć w rozmowę o interesach i czasem Victory posługiwała się tym fortelem, żeby poprawić mu paskudny nastrój. Tym razem jednak naprawdę pragnęła informacji.
    – Nie twierdzę, że to niemożliwe – oznajmił. – Ale to jest jak gra w monopol, dokładnie tak samo, a tego kobiety nigdy nie zrozumieją. To gra. Musisz mieć coś, czego pragną inni faceci, i nie mówię o alei Mediterranean. Musisz mieć Park Place albo Boardwalk… Ja właśnie to mam, rozumiesz? W branży kosmetycznej jestem właścicielem odpowiednika Park Place.
    – Ale przecież Belon Cosmetics do ciebie nie należy – zauważyła. – Prawda?
    – To semantyka – odparł. – W zasadzie należy. Nie całość, ale całkiem przyzwoita część. Trzydzieści procent. Tak się składa, że to także kontrolny pakiet akcji.
    – Ale przecież nie wchodziłeś do gry jako właściciel Park Place. – Victory uśmiechnęła się do niego. – Sam to mówiłeś, że zaczynałeś od zera. No więc kiedyś musiałeś mieć tylko aleję Mediterranean.
    – Owszem. – Pokiwał głową. – Zająłem się dystrybucją lata temu, kiedy skończyłem college w Bostonie. Rozprowadzałem skromną linię kosmetyków, które pewna staruszka przygotowywała w kuchni. Naturalnie, tą staruszką była Nana Remmenberger, a jej puder do twarzy zmienił się w Remchild Cosmetics…
    Victory żarliwie pokiwała głową.
    – Nie rozumiesz, Lyne? Ja już mam aleję Mediterranean. To moja firma, Victory Ford Couture…
    – Bez obrazy, ale to pestka, Vic. Takie firmy jak twoja funkcjonują z niewielkim budżetem i raz po raz wypadają z branży.
    – Ale ja w niej jestem od ponad dwudziestu lat.
    – Doprawdy? A jakie masz zyski? Sto-dwieście tysięcy rocznie?
    – W zeszłym roku zarobiliśmy dwa miliony.
    – Popatrzył na nią z rozbudzonym na nowo zainteresowaniem.
    – To wystarczy, żeby przyciągnąć inwestorów. Zęby ktoś taki jak ja wyłożył trochę gotówki, abyś mogła zwiększyć produkcję i sprzedać więcej ubrań. – Dokończył drinka i odstawił szklankę na stoliku, jakby naprawdę wybierał się do łóżka. – Oczywiście pierwsze, co spróbowałbym zrobić, co spróbowałby zrobić każdy dobry inwestor, to przygotować umowę jak najbardziej korzystną dla siebie, a jak najmniej dla ciebie. Innymi słowy, starałbym się cię wyrolować. – Objął ją, by wyprowadzić z pokoju. – Zasadniczo chciałbym zabrać ci nazwisko i odebrać całą władzę. Nie dlatego, że jesteś kobietą. Tak samo potraktowałbym każdego mężczyznę, który przyszedłby do mnie z podobną propozycją.
    Victory popatrzyła na niego i westchnęła. Pomyślała, że właśnie dlatego nigdy nie ubiłaby z nim żadnego interesu.
    Wyśliznęła się z jego objęć i zatrzymała przed niewielką windą po drugiej stronie klatki schodowej, która prowadziła do największej sypialni Lyne'a.
    – Ale z pewnością nie każdy jest taki bezwzględny jak ty, Lyne – powiedziała żartobliwie. – Musi istnieć jakiś sposób, żeby przyciągnąć inwestorów i nie rezygnować z kontroli.
    – Jasne, że tak – oświadczył. – Jeśli zdołasz przekonać ludzi, że firma jest skazana na wielki sukces w krótkim czasie. Niech myślą, że trafia im się okazja zarobienia pieniędzy bez wielkiego ryzyka. Wtedy będziesz mogła dyrygować nimi wszystkimi.
    – Dziękuję, kochanie. – Nacisnęła przycisk windy.
    – Nie zdrzemniesz się tutaj? – zapytał.
    Victory uśmiechnęła się i pokręciła głową. Pomyślała, że to jego jedyne ustępstwo na rzecz delikatności – zostawanie na noc nazywał „drzemką", całkiem jakby byli małymi dziećmi.
    – Nie mogę – powiedziała ze skruchą w glosie. – Z samego rana muszę lecieć do Dallas.
    – Weź mój samolot – upierał się. – Nikt nie będzie z niego jutro korzystał. Szybciej trafisz na miejsce. Zaoszczędzisz co najmniej dwie godziny…
    Propozycja była kusząca, ale Victory nie chciała przyzwyczajać się do wykorzystywania jego prywatnego samolotu – ani niczego innego, skoro już o tym mowa.
    – Wybacz. – Pokręciła głową. – Wolę tam dolecieć na własną rękę.
    Wydawał się urażony. Pewnie bardziej ubodło go to, że nie chciała skorzystać z jego samolotu, niż to, że nie zamierzała zostać na noc.
    – Jak sobie chcesz – oświadczył lodowato.
    Obrócił się na pięcie, jakby była pracownicą, którą właśnie zwolnił, i bez słowa pożegnania ruszył ku schodom. Nie odprowadził jej do drzwi.
    Następnego dnia, kiedy samolot do Dallas miał dwugodzinne opóźnienie z powodu natężenia ruchu powietrznego, przez chwilę żałowała, że nie skorzystała z propozycji seksu i prywatnego odrzutowca Lyne'a. To by jej bardzo ułatwiło życie. Dlaczego musiała siedzieć na pasie startowym przez dwie godziny, bez jedzenia i picia, skazana na złą organizację innych ludzi, skoro nie było to konieczne? Przypomniała sobie jednak, że propozycja Lyne'a ułatwiłaby jej życie na krótką metę. Victory wiedziała, jak łatwo jest przyzwyczaić się do takiego stylu życia, dojść do wniosku, że jest się kimś wyjątkowym i już nie umieć żyć inaczej. A stąd można się było jedynie stoczyć po równi pochyłej. Nie tylko dlatego, że możliwość takiego stylu życia łatwo utracić w jednej chwili, ale też z powodu tego, co ludzie są gotowi zrobić, żeby z niego nie rezygnować. Na przykład postawić mężczyznę ponad pracą.
    Naturalnie prawdopodobnie to właśnie podobało się Lyne'owi – że nie chciała, by stał się dla niej ważniejszy od pracy. Znowu była przekonana, raz jeszcze, że skoro nie skorzystała z jego odrzutowca, Lyne już do niej nie zadzwoni, ale był niczym rzep, nie mogła się go pozbyć. Najwyraźniej w ogóle nie pamiętał nieprzyjemnych chwil między nimi albo też nie miały dla niego najmniejszego znaczenia. Tak czy owak, zadzwonił dwa dni później, jak gdyby nigdy nic, i zaprosił ją na weekend do swojego domu na Bahamach. Victory była zmordowana i doszła do wniosku, że może miło by było przez parę dni odpocząć. Postanowiła przyjąć jego propozycję relaksującego weekendu…
    Ha! Relaksujący weekend, przesada roku, przypomniała sobie, sygnalizując pani Smith, że chętnie obejrzy brylantowe klipsy. Dom Lyne'a na ekskluzywnej Harbour Island był naturalnie piękny, ze służbą, jak to dość prymitywnie określił Lyne, „do wszystkiego". Susan Arrow i jej mąż Walter również tu przyjechali i w piątkowe popołudnie o piątej cała czwórka stłoczyła się w terenówce Lyne'a i ruszyła na lotnisko Teterboro, stąd mieli polecieć learjetem Lyne'a na Bahamy. Victory była zaszokowana, kiedy okazało się, że towarzyszy im asystentka Lyne'a, Ellen. Powinna to potraktować jak ostrzeżenie. To, że Lyne nie dał Ellen dwóch dni wolnego, bo nie chciał samodzielnie układać sobie planów przez weekend, nie wróżyło nic dobrego.
    – Dla mnie pracuje się przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Prawda, Ellen? – powiedział Lyne w aucie, gdy jechali na lotnisko.
    – Tak jest, Lyne, pracujemy bez przestojów – odparła Ellen uprzejmie.
    Lyne uśmiechnął się niczym dumny ojciec.
    – Co zawsze mówię o tobie, Ellen?
    Ellen podchwyciła spojrzenie Victory.
    – Ze jestem jak twoja żona, tylko lepsza.
    – Tak jest! – wykrzyknął. – A chcesz wiedzieć dlaczego? – Spojrzał na Victory.
    – Jasne – oświadczyła. Zaczynała się zastanawiać, czy przypadkiem ten weekend nie jest pomyłką.
    – Nie może zażądać ode mnie alimentów.
    Ellen popatrzyła na niego krzywo.
    – Zawsze powtarzam Ellen, że muszę ją dobrze traktować, bo jej mąż mnie zleje. – Lyne pociągnął Victory za rękę, żeby upewnić się, że go słucha. – To gliniarz.
    – Nie zleje, tylko aresztuje – poprawiła go Ellen. – Ma na imię Bill. Lyne nigdy nie pamięta jego imienia – zwróciła się do Victory.
    Victory ze zrozumieniem pokiwała głową. Spotykała się z Lyne'em od kilku miesięcy i zbliżyła się do jego sekretarki. Ellen wyjaśniła jej, że Lyne jest jak wrzód na dupie, ale jakoś go znosi, bo ma dobre serce – a dzięki olbrzymiej pensji mogła posłać swoich dwóch synków do prywatnych szkół. W nadziei, że może pewnego dnia i oni będą bogaci. Jak Lyne.
    – Właśnie za to płacę ci dwieście pięćdziesiąt tysięcy rocznie – zauważył Lyne. – Zęby nie musieć pamiętać imion ani nazwisk.
    – Pamięta nazwiska wszystkich, którzy coś znaczą – oświadczyła Ellen.
    – Czy mężczyźni nie są cudowni? – westchnęła Susan Arrow nieco później, już w odrzutowcu. – Dlatego my, kobiety, nie możemy zapominać. Możesz sobie wyobrazić, jak nudny byłby świat bez mężczyzn? Poważnie, nie wiem, co bym zrobiła bez mojego kochanego Waltera.
    Kochany Walter miał co najmniej sześćdziesiątkę i był pogrążony w gorącej dyskusji z Lyne'em: rozważał za i przeciw w związku ze swoją ostatnią operacją przepukliny.
    – O czym rozmawiacie, kobiety? – Lyne odwrócił się na fotelu i pogłaskał Victory po głowie.
    – O tym, jacy cudowni są mężczyźni – odparła.
    – Wiem, że jestem cudowny, ale nie mam pewności co do Lyne'a – zażartował Walter.
    – Wiesz, co mówią: wszyscy mężczyźni to gnojki, a kobiety wariatki – zarechotał Lyne.
    – Lyne, absolutnie nie masz racji – sprzeciwiła się Victory. – Zwykle kobiety nie są wariatkami, to mężczyźni doprowadzają je do szaleństwa. Z drugiej strony, z wyjątkiem Waltera, jestem zmuszona zgodzić się z tobą co do gnojków.
    Lyne uśmiechnął się i szturchnął Waltera pod żebro.
    – Właśnie to w niej uwielbiam. Zawsze umie się odgryźć.
    – I to się nigdy nie zmieni – powiedziała Victory.
    – Lubię kobiety, które są sobą – mruknął Walter. – Jak Susan. Ona zawsze jest sobą.
    – Niektórzy twierdzą, że to suka – oświadczył Lyne złośliwie.
    – Lyne, nie jestem nawet w połowie tak straszna jak ty – odparła Susan. – Jeśli ja jestem suką, to ty kim?
    – Mnie wszystko uchodzi na sucho, bo jestem facetem – oświadczył Lyne z lekceważeniem.
    Otworzył gazetę. Co ja tu robię, do cholery, pomyślała Victory.

    Gdy tylko przestąpili próg domu, Ellen rozdała im „rozkład". Głosił, co następuje:

    Piątek.
    19. 30-kolacja
    21. 00 – oglądanie filmu
    23. 00 – cisza nocna!

    Sobota
    7. 30-8. 30 – śniadanie na oszklonej werandzie
    8. 45 – tenis
    10. 00 – wycieczka po wyspie
    12. 45 – lunch przy basenie
    13. 30 – wycieczka łodzią

    I tak dalej, wszystkie zajęcia były zaplanowane aż do ich wyjazdu na lotnisko o piątej w niedzielę.
    – Widzę, że podstawową jednostką czasu jest dla ciebie kwadrans – zauważył Walter z przekąsem.
    – Chciałabym wiedzieć jedno – dodała Victory. – Kiedy wolno nam będzie skorzystać z łazienki? Czy jest jakaś szczególna łazienka, do której powinniśmy chodzić?
    Susan i Walter uznali, że to niesłychanie zabawne. Lyne nie.
    Punkt krytyczny nastąpił w niedzielny poranek, kiedy Victory raz jeszcze siedziała na wiklinowym fotelu i patrzyła, jak Lyne rozgrywa zacięty mecz tenisa z miejscowym zawodowcem. Wcześniej uznał, że ani Victory, ani Walter, ani Susan nie są dla niego dość dobrzy. Susan i Walter jakoś zdołali się wymknąć na spacer po plaży (a może po prostu na upragnioną drzemkę w swoim pokoju), aleLyne się uparł, żeby Victory go obserwowała, całkiem jak prawdziwa dziewczyna. Miała wrażenie, że lada chwila zacznie wrzeszczeć z nudów. Na pewno niektóre kobiety byłyby zadowolone albo wręcz zachwycone, obserwując, jak ich chłopak miliarder znęca się nad piłeczką tenisową, ona jednak do nich nie należała.
    Po raz kolejny zaczęła się zastanawiać, co tutaj robi.
    Wstała i podeszła do telefonu, po czym nacisnęła przycisk „dozorca". Tylko Lyne Bennett może mieć dozorcę w prywatnym domu na Bahamach, pomyślała z irytacją.
    – Tak, proszę pani? – odezwał się miły męski głos.
    – Przepraszam, że zawracam głowę, ale ma pan może długopis? – zapytała.
    – Naturalnie, proszę pani. Już przynoszę.
    Victory z powrotem usiadła. Lyne nie był dobrym graczem, ale jak większość mężczyzn nie przyjmował tego do wiadomości. Odbijał piłkę tak mocno, że niemal co druga przelatywała przez płot, co zresztą nie było problemem, bo miał dwóch chłopców od piłek, którzy je przynosili.
    – Proszę bardzo. – Uśmiechnięty mężczyzna wyciągnął ku niej srebrny długopis. – Może być?
    – Uroczy, dziękuję. – Victory pomyślała, że wystarczyłby również zwykły plastikowy bic. No ale bic nie był dość dobry dla Lyne'a Bennetta…
    Wzięła do ręki „rozkład", który ona, Susan i Walter nosili ze sobą wszędzie i do którego odwoływali się jak najczęściej, żeby denerwować Lyne'a. Odwróciła kartkę i napisała po drugiej stronie:
    „Dziesięć rzeczy, które robiłabym inaczej niż Lyne, gdybym była miliarderką… "
    Znieruchomiała. Od czego zacząć?
    „Jeden", napisała. „Nie każ służbie nosić rękawiczek z białej bawełny. To ohydne i świadczy o braku szacunku dla personelu".
    „Dwa, nie przygotowuj rozkładu i nie zmuszaj gości, by się do niego stosowali".
    „Trzy, dlaczego lodówka jest pełna preparatu slim-fast? Co za dziwak zakłada, że goście będą chcieli jeść slim-fast na śniadanie, lunch i na podwieczorek? Poza tym po co komu miliardy, skoro nie może jeść prawdziwych posiłków?"
    „Cztery, nie każ gościom brać prysznica, zanim wejdą do basenu. Jeśli tak cię niepokoi czystość gości, po co ich zapraszasz?"
    „Pięć, nie wykorzystuj posiłków do załatwiania interesów przez telefon, zwłaszcza jeśli przez ciebie goście muszą jeść lunch z miejscowym agentem nieruchomości".
    „Sześć, nie próbuj zabić gości".
    Znów znieruchomiała, a po chwili podkreśliła słowo „zabić" na wspomnienie wczorajszej wyprawy łodzią. Raczej klęski na łodzi. Lyne nie tylko nalegał, żeby pochwalić się swoją nową motorówką, ale uparł się też nią kierować. Potem próbował się ścigać z miejscowym rybackim kutrem. Już po wszystkim Susan przysięgła, że nigdy więcej nie przyjedzie na wyspę.
    Victory popatrzyła na Lyne'a, który stał na środku kortu i ściskał w dłoni piłeczkę. Miał czerwoną twarz, wyglądał, jakby lada chwila groził mu atak serca.
    – Ta piłka jest sflaczała! – ryknął.
    – Przepraszam – powiedział chłopiec od piłek. – Właśnie otworzyłem nowe pudełko…
    – To otwórz inne! – Cisnął piłkę o ziemię, gdzie podskoczyła i przeleciała nad siatką.
    „Siedem", napisała Victory. „Postaraj się zachowywać jak normalna istota ludzka. Nawet jeśli nią nie jesteś".
    W tej samej chwili zadzwoniła jej komórka. Spojrzała na nią, marząc w duchu, żeby to była Nico albo Wendy.
    – Victory? – zapytała Muffy Williams swoim cichym głosem. – Gdzie jesteś?
    – Na Bahamach… Z Lyne'em – dodała. W tonie Muffy było coś, co sprawiło, że poczuła się winna, że wyjechała i zrobiła sobie wolne.
    – Możesz wrócić jutro rano do Paryża? Na spotkanie z B et C? – spytała Muffie.
    Victory zerknęła na Lyne'a. Już zszedł z kortu, jedna z jego piłek trafiła w gniazdo pszczół. Teraz z wściekłością wymachiwał rakietą i wrzeszczał, biegnąc po trawniku, a za nim podążali obaj chłopcy od piłek.
    – Nie ma problemu, Muffie – powiedziała do aparatu. – Już wyjeżdżam.
    Lyne szalał.
    – Nie będę skracał sobie weekendu – burczał.
    – Nikt cię nie prosi – odparła, wrzucając rzeczy do torby.
    – Skoro tak straszliwie chcą się z tobą spotkać, mogą poczekać do wtorku. – Pewnie miał rację, ale nie zdawał sobie sprawy z tego, jak rozpaczliwie pragnęła się stąd wydostać. – Po co to spotkanie?
    – A skąd mam wiedzieć?
    – Uciekasz na spotkanie do Paryża, wyjeżdżasz z Bahamów w niedzielny poranek i psujesz weekend, lecisz przez całą noc na spotkanie i nawet nie wiesz, w jakiej sprawie?
    – Tak właśnie działam, Lyne – powiedziała.
    – To głupie.
    Wzruszyła ramionami, nie przestając się pakować. Nie chciała mówić Lyne'owi, że akurat w tej chwili pod byle pretekstem uciekłaby od niego, jego rozkładu, jego cholernego „relaksującego" weekendu na Bahamach.
    – Wiesz, na czym polega twój problem, Lyne? – zapytała. – Tak bardzo boisz się intymności, że musisz zaplanować sobie każdą minutę życia. Nawet nie potrafisz usiąść i porozmawiać jak normalny człowiek.
    – Ja się boję intymności? – zapytał z furią w głosie. – To ty uciekasz na jakieś kretyńskie spotkanie w Paryżu.
    Teraz to ona wpadła w furię. Odwróciła się do niego, zaczerwieniona, a jej serce waliło jak oszalałe.
    – To nie jest żadne kretyńskie spotkanie, rozumiesz? To moja praca! To, że nie zarabiam miliarda dolarów rocznie, nie znaczy, że moja praca jest mniej ważna od twojej.
    To ostatnie wywrzeszczała tak głośno, że jej gardło wysiadło w proteście.
    – Jezu – powiedział, zdumiony. – Spokojnie, mała. Jeśli chcesz, weź mój samolot i leć na JFK. To tylko cztery godziny stąd. Jeśli zbierzesz się teraz, wyruszysz o piątej…
    No i znowu, pomyślała irracjonalnie, jego rozkład.
    – Czy ty nic nie rozumiesz? – Z wściekłością cisnęła majtki na podłogę. Ten dramatyczny gest nie wywołał jednak zamierzonego efektu. Majtki łagodnie opadły i tylko leżały na ziemi, jak porzucona chusteczka. – Nie potrzebuję twojego samolotu…
    – Jak sobie chcesz. – Wzruszył ramionami i wyszedł z pokoju, jak zawsze, gdy sprawy nie układały się po jego myśli.
    Kiedy przyjechała taksówka, żeby zabrać ją na maleńkie lotnisko, Lyne zdążył się już oddać następnemu hobby – nurkowaniu. Raz jeszcze, stojąc na płycie lotniska w pełnym słońcu i czekając na rozklekotany, jednosilnikowy, pięcioosobowy samolot pasażerski, który wyczarterowała na lot mający się skończyć na lotnisku Islip na Long Island, żałowała, że nie przyjęła propozycji Lyne'a. Ale naprawdę nie mogła. Czarter kosztował trzy tysiące, jazda taksówką na JFK dwieście, dzięki temu zdążyła na lot do Paryża, bilet powrotny za następne trzy tysiące. W sumie spotkanie w Paryżu kosztowało ją blisko osiem tysięcy dolarów, ale warto było, zwłaszcza że po powrocie wpadła na Lyne'a w Michael's i powiedziała od niechcenia:
    – Wygląda na to, że B et C złoży mi poważną propozycję.
    Niemal zakrztusił się swoim jagnięcym kotletem.
    Uśmiechnęła się na to wspomnienie i wychyliła, żeby przejrzeć się w lustrze u Sotheby'ego. Obracała głowę z boku na bok, zachwycona blaskiem światła na brylantowych klipsach. Może powinna sobie kupić jakiś drobiazg, żeby to uczcić. Może…
    Nagle zadzwonił jej telefon.
    – No tak – zaczął Lyne, jakby od tego, na czym skończyli parę minut wcześniej. – Utknąłem na noc w Waszyngtonie. Może wskoczysz w samolot i przylecisz tu na kolację?
    Westchnęła.
    – Lyne, jestem zajęta.
    – A co robisz?
    – Żyję.
    – Czyli nie przylecisz na kolację do Waszyngtonu. – Nie.
    – W porządku. Cześć. – Rozłączył się.
    Nagle pojawiła się Nico, mokra, rozczochrana i bez tchu. Miała zarumienione policzki, jakby przed chwilą biegła.
    – Coś mi wypadło…
    – W porządku. Właśnie sobie oglądałam.
    – Lyne? – Nico spojrzała na komórkę w dłoni Victory i na zirytowaną minę przyjaciółki.
    Victory wzruszyła ramionami i wywróciła oczyma.
    – Chciał, żebym przyleciała dziś wieczorem do Waszyngtonu i zjadła z nim kolację. Odmówiłam. Nie sądzisz, że to takie tandetne – latać prywatnym samolotem jakiegoś faceta po to, żeby zjeść z nim kolację?
    – Tak? Nie wiem. Podobają mi się te klipsy.
    – Kosztują dwadzieścia dwa tysiące dolarów – wyszeptała Victory i wręczyła klipsy pani Smith.
    Podeszły do gablotki z błękitnozielonym brylantem, własnością dżentelmena.
    – Przymierzę go – oświadczyła Nico.
    – Ale cię nie stać…
    – Nigdy nie wiadomo, Vic. Któregoś dnia być może będziemy sobie mogły na to pozwolić – odparła Nico pewnym tonem. Zdjęła futro, a pani Smith podeszła, żeby otworzyć gablotkę.
    – Piękny, prawda? – Pani Smith zdjęła brylant ze stojaka. Wyciągnęła rękę z brylantem na cienkim platynowym łańcuszku. – Kupuje go pani dla siebie? – zapytała. – A może to prezent? Czyżby od męża?
    – Boże, nie – odparła Nico błyskawicznie. Oblała się rumieńcem. – Mój mąż nigdy…
    Victory gapiła się na Nico. Znały się od lat, ale nie miała pojęcia, że Nico darzy biżuterię taką namiętnością. Ale pewnie każdego dnia można dowiedzieć się o przyjaciołach czegoś nowego.
    – Mój mąż nie interesuje się… biżuterią. – Nico uniosła włosy, żeby pani Smith mogła zapiąć łańcuszek na jej szyi.
    – Tak to ostatnio bywa, prawda? – przytaknęła pani Smith. – Coraz częściej widujemy panie kupujące sobie biżuterię. Ale tak jest lepiej. Przynajmniej ma się to, czego się chce.
    – Właśnie – powiedziała Nico. Odwróciła się, żeby obejrzeć swoje odbicie w lustrze.
    Brylant wyglądał oszałamiająco na białej skórze Nico. Co za szkoda, pomyślała nagle Victory, że nie są bogatsze, bo brylant był kwintesencją Nico – chłodny, elegancki i pełen mocy, jak ona. Pasował do niej. To skandal, że nie może go mieć.
    Ale samo przymierzenie brylantu pomogło Nico zebrać się w sobie, bo chwilę później pochyliła się ku Victory i niskim, spokojnym głosem wyszeptała od niechcenia:
    – Przy okazji, mam romans.

Rozdział 10

    Telefon dzwonił z bardzo, bardzo daleka, najprawdopodobniej z innego kraju.
    Przynajmniej tak to brzmiało we śnie Wendy. Nagle uświadomiła sobie, że to wcale nie sen, że telefon naprawdę dzwoni tuż przy jej głowie. Nie był to sygnał domowego telefonu. Otworzyła oczy, rozejrzała się po małym pokoju w kolorze złamanej bieli i przypomniała sobie, że nie jest w swoim mieszkaniu.
    Tylko w firmowym apartamencie w hotelu Mercer.
    Oskarżono ją o straszną zbrodnię, której nie popełniła, choć wszyscy myśleli inaczej. Nagle powróciły przerażające wspomnienia z ubiegłej nocy: Shane usiłował się z nią rozwieść…
    O Boże! Telefon. Może dzwoni Shane, żeby powiedzieć, że popełnił straszny błąd.
    Rzuciła się do aparatu i obiema rękoma złapała słuchawkę.
    – Halo? – Wydobył się z niej skrzek.
    – Wendy Healy? – usłyszała entuzjastyczny, oficjalny męski głos. Natychmiast uderzyło ją, że to nie Shane. Elektroniczny zegar wskazywał piątą dwie, cyframi, które były tak czerwone jak zapewne jej oczy.
    – Tak?
    – Mówi Roger Pomfret, członek komitetu nagród Akademii. Gratulujemy. Prosię w sosie otrzymało sześć nominacji do Oscara.
    – Bardzo dzięki – powiedziała sennie i odłożyła słuchawkę.
    Eeeee. Kompletnie zapomniała. Dziś był dzień nominacji do Oscara. Zęby był całkiem wyjątkowy, dzwonili do człowieka o piątej rano.
    Opadła na poduszki. Co czuła? Nakryła oczy rękoma. Nic mnie to nie obchodzi, pomyślała. Herezja.
    Usiadła i zapaliła światło. Za kilka minut rozdzwoni się jej komórka, a ona powinna być podniecona i radosna. Nie za bardzo jednak wiedziała, z jakiego powodu. Odłożyła słuchawkę, zanim Roger Pomfret zdołał jej powiedzieć, za co te nominacje. Zresztą tak naprawdę nie robiło to żadnej różnicy.
    Trrrr. Jej telefon ćwierknął na krześle, gdzie rzuciła go koło pierwszej w nocy. Musiała go podnieść i zachowywać się normalnie. Sypialnia była maleńka, krzesło stało zaledwie metr od łóżka. Usiłowała sięgnąć po telefon, nie wstając z łóżka, ale pościel w tych luksusowych hotelach bywa śliska i Wendy zleciała na podłogę, boleśnie tłukąc się w kolano.
    Au. Kurwa.
    – Halo?
    – Gratulacje! – oznajmiła Jenny Cadine.
    – Tobie się należą. – Wendy założyła, że Jenny została nominowana za najlepszą rolę żeńską.
    – Czy to nie cudowne? Jestem bardzo podekscytowana.
    – Zasłużyłaś na to. To był kawał dobrej roboty.
    – I komedia romantyczna – ciągnęła Jenny. – Zwykle nie dostają nominacji.
    Jenny, przymknij się wreszcie, miała ochotę powiedzieć Wendy. I tak zapewne nie masz szans na Oscara.
    – Wiem – oznajmiła na głos. – To naprawdę zdumiewające.
    Usiadła na brzegu łóżka i oparła czoło na dłoni. Tej nocy spała może godzinę. Wyczerpanie w połączeniu ze stresem sprawiło, że naprawdę miała mdłości.
    – Jeszcze raz gratuluję – oznajmiła, usiłując zakończyć rozmowę.
    – Jesteś w domu? Mówiłaś już Shane'owi?
    – Jestem w Mercerze – odparła niepewnie. Pragnienie, by podzielić się strasznymi informacjami, walczyło w niej ze zdrowym rozsądkiem, który kazał Wendy trzymać język za zębami. Cholera, pomyślała, czemu nie skłamałam i nie udawałam, że wszystko jest jak trzeba? – Pękła rura w mieszkaniu…
    – Uwielbiam Mercera – przerwała jej Jenny. – Pozdrów ode mnie wszystkich. Jeszcze raz gratuluję.
    – I ja tobie.
    Jenny odłożyła słuchawkę, a telefon Wendy natychmiast znowu zadzwonił. Tym razem był to reżyser: najwyraźniej nominowano ich również za najlepszy film.
    Odebrała jeszcze kilka telefonów, a kiedy zerknęła na zegar, okazało się, że jest za kwadrans szósta.
    Za wcześnie, żeby dzwonić do Shane'a? Pewnie tak, ale miała to gdzieś. Postanowiła go obudzić. Niech cierpi, jak ona. Dlaczego miałby spać, skoro ona nie może? Poza tym po trzech godzinach bezsennego leżenia w łóżku i dręczenia się sytuacją, postanowiła udawać, że wszystko jest jak zawsze. Może dzięki temu będzie jak zawsze. A gdyby było tak jak zawsze, to na pewno od razu zadzwoniłaby do Shane'a z dobrymi wieściami.
    – Tak? – stęknął do telefonu.
    – Chciałam, żebyś coś wiedział – powiedziała głosem, w którym pobrzmiewał pełen napięcia, fałszywy entuzjazm. – Dostaliśmy sześć nominacji do Oscara. Za Prosię w sosie.
    – To dobrze. Dla ciebie – powiedział Shane. Zabrzmiało to tak, jakby usiłował cieszyć się razem z nią, ale odgadła, że robi to tylko dlatego, żeby ją ewentualnie rozbroić. Jeśli myślał, że nie będzie walczyła, to czekała go niespodzianka.
    – Kiedy dokładnie wrócisz do domu? – zapytała.
    – Mówiłem – odparł ze znużeniem. – Koło siódmej albo ósmej.
    Za późno, chciała krzyknąć. Chloe musi być w łóżeczku najpóźniej o siódmej…
    – Spotkamy się pod domem – oznajmiła.
    – Ja bym tego nie robił – powiedział ostrzegawczo.
    – Nie mów mi, co mogę robić, a czego nie, Shanie Healy! – wrzasnęła, nagle tracąc cierpliwość. – Nie możesz mi zabronić bycia z moimi dziećmi.
    Coś, może naczynko krwionośne, eksplodowało w jej głowie i poczuła potworny ból za oczodołami.
    – Nie o to… – zaczął Shane, ale mu przerwała.
    – Nie wiem, kto ci doradza ani co ci mówi, ale popełnia olbrzymi błąd. Załatwię cię tak, że nigdy nie zobaczysz dzieci. Nigdy…
    Shane rozłączył się gdzieś w środku tej przemowy. Wendy tępo gapiła się na telefon, gdy zabrzęczał dzwonek.
    – Kto tam? – spytała, idąc przez niewielki salon do drzwi.
    – Obsługa hotelowa.
    – Niczego nie zamawiałam.
    – Wendy Healy? – Tak.
    – Obsługa hotelowa. Muszę to tylko wstawić do pokoju. Daj mi spokój! Otworzyła drzwi.
    Młody mężczyzna, tak przystojny, że nie dało się tego nie zauważyć, który zapewne pracował w hotelu, bo chciał zostać aktorem i uznał, że to dobre miejsce na nawiązywanie kontaktów, tkwił przed drzwiami z tacą, na której stało wiadro z lodem i butelką szampana. Ciemnozielona etykieta wokół korka podpowiedziała Wendy, że to dom perignon.
    – Gdzie mam postawić? – zapytał uprzejmie.
    Ze znużeniem rozejrzała się po pokoju. Czy on w ogóle uświadamiał sobie, że jest szósta rano?
    – Nie wiem. Chyba na stoliku.
    Facet urządził wielkie show z przestawianiem wazonika na stolik obok sofy. Wendy zastanawiała się, czy byłby w stanie robić to jeszcze wolniej. Postawił wiadro na szklanym stoliku, przesuwając na bok złożony dokument.
    O Chryste, pomyślała. Zrobiła krok do przodu i chwyciła dokument, po czym wepchnęła go do kieszeni szlafroka.
    – Jest jeszcze kartka – powiedział skrupulatnie i wręczył jej małą białą kopertę, która leżała na tacy.
    – Dziękuję – odparła lodowato Wendy i spiorunowała go wzrokiem.
    Zaczął układać biały ręczniczek wokół szyjki butelki.
    – Otworzyć szampana?
    – Jest szósta rano.
    – Nigdy nie wiadomo. – Najwyraźniej nie zrozumiał aluzji. – Przecież to wyjątkowy dzień. Być może ma pani ochotę się upić. Ja bym miał.
    O tak, jestem pewna, pomyślała i zmierzyła go wzrokiem.
    – Ja nie piję – oświadczyła znacząco.
    To był właśnie problem z Nowym Jorkiem. Wszyscy zachowywali się zbyt przyjaźnie i zbyt poufale, zwłaszcza w takich miejscach jak Mercer, gdzie zasadniczo przez cały czas trwała nieustająca balanga.
    – Proszę. – Popatrzyła na drzwi.
    – Chciałem tylko powiedzieć, że wiem, kim pani jest, i że uwielbiam pani filmy – zagruchał. – No i gratuluję nominacji.
    – Dziękuję – odparła, krzesząc z siebie resztki uprzejmości. Otworzyła drzwi.
    – Do widzenia – powiedział młody człowiek.
    – Do widzenia. – Głośno zamknęła za nim drzwi.
    Dlaczego tak się zawsze dzieje? Kiedy życie osobiste rozpada się na kawałki, kariera nagle dostaje przyśpieszenia.
    Pokręciła głową, przytłoczona falą smutku, który ogarnął ją niczym wielki kłąb gęstego dymu. Rozdarła małą kopertkę.
    „Droga Wendy", przeczytała. „Jesteś gwiazdą. Nie poradziłabym sobie bez ciebie i szaleńczo cię kocham. Uściski, Jenny".
    Przynajmniej ktoś ją doceniał. Podarła kartkę na drobne kawałeczki i patrzyła, jak spadają do kosza na papiery.
    Potem wróciła do sypialni i usiadła ze skrzyżowanymi nogami na łóżku, otulając się białą kołdrą. Czuła, jak żyły – a może arterie? – pulsują w jej skroniach, niczym zespół instrumentów perkusyjnych. Patrzyła bezmyślnie na ścianę. To się nie działo naprawdę. To niemożliwe. Takie rzeczy się nie zdarzają, ale podobno, jeśli chodzi o rozwód, ludzie postępują całkiem irracjonalnie.
    Na przykład zmieniają zamki w mieszkaniu i porywają dzieci.
    To musiało być niezgodne z prawem.
    Zadzwoni na policję w Palm Beach i każe aresztować Shane'a za kidnaping.
    Wystukała numer.
    – Co? – powiedział Shane.
    – Jestem zdumiona, że odbierasz.
    – Za chwilę przestanę.
    Wtedy omal się nie załamała, omal nie zaczęła błagać, żeby przyjął ją z powrotem, żeby dał jej jeszcze jedną szansę. Zanim jednak zdążyła stracić zimną krew, wykrztusiła:
    – Każę cię aresztować.
    – Och Wendy. Jesteś nienormalna – powiedział, jakby to nad nią należało się litować.
    – Naprawdę. Już dzwonię na policję – powiedziała ostrzegawczo.
    – Bardzo proszę. Moich rodziców też każesz aresztować?
    – Zgadza się. Wszyscy wylądujecie w pudle.
    W ciszy, która nastąpiła po tych słowach, Wendy wyobraziła sobie w jednej celi Shane'a i jego rodziców, siedemdziesięcioletnich, kurczących się staruszków. Matka będzie miała na szyi apaszkę od Hermesa, a ojciec granatową marynarkę od Ralpha Laurena, ze złotymi guzikami. Będą śmiertelnie przerażeni, jak ona teraz.
    – Aha, Shane? – dodała. – Nienawidzę cię. Chciałam, żebyś to wiedział.
    – Jak miło, Wendy. Pamiętaj o tym. Bardzo mi to ułatwi sprawę. No już, każ nas aresztować. Na pewno sędzia uzna twoje zachowanie za racjonalne.
    Rozłączył się. Wendy rzuciła komórką przez cały pokój. Aparat odbił się od ściany z głośnym trzaskiem. Pewnie go zepsuła. Wyszła z łóżka, żeby podnieść telefon, a dokument wypadł z kieszeni jej szlafroka na podłogę. Podniosła go, a słowa skakały, wbijając się w jej oczy niczym palce. „Stan Nowy Jork", „Wydział cywilny". „Porzucenie". „Wezwana do stawienia się w sądzie czternastego kwietnia".
    Sąd? Nie, nie, pomyślała, kręcąc głową. Nie pójdzie do żadnego sądu, nigdy. Przenigdy. Dotąd nawet nie dostała mandatu, na litość boską. Była grzeczną dziewczynką. I dobrym człowiekiem, dobrzy ludzie nie chodzą do sądu. I szefową Parador Pictures, szefowie Parador Pictures nie chodzą do sądu.
    Podniosła komórkę. Obudowa się połamała, ale telefon chyba wciąż działał. No dobra, przyznała, aresztowanie Shane'a to niezbyt dobry pomysł. Informacja o tym pojawiłaby się w gazetach i możliwe, że ten incydent miałby wpływ na przyznawanie nagród. Nic jednak nie mogło jej powstrzymać od wyjazdu do Palm Beach i odzyskania dzieci. A jeśli Shane nadal nie będzie chciał jej wpuścić do domu, Wendy sprowadzi dzieci do Mercera. Mogły tu mieszkać razem z nią, póki nie pozbędą się Shane'a. Mercer świadczył wszystkie usługi – mieli wyprowadzaczy psów i, o ile się nie myliła, niańki. A jeśli nie, to dla niej z pewnością jakąś sprowadzą. Wykręciła inny numer.
    – Witaj, Josh. – Starała się, żeby jej głos brzmiał całkiem normalnie.
    – Rozumiem, że należą ci się gratulację – oświadczył.
    O czym on gadał, do cholery?
    – Nominacje do Oscara? – zapytał. – Chyba dlatego dzwonisz do mnie tak wcześnie w niedzielny poranek.
    – A tak. Dostaliśmy sześć nominacji. I chciałabym ci podziękować, Josh. Ogromnie mi pomogłeś. – Ple, ple, ple, pisnął głosik w jej głowie.
    – Staram się – oświadczył Josh dramatycznie.
    – Josh? – powiedziała najmilszym głosem, jaki mogła z siebie wydobyć. – Muszę natychmiast lecieć do Palm Beach. Dziś rano. Możesz mi zarezerwować lot i zadzwonić? A jeśli nic nie znajdziesz, sprawdzisz, czy citation jest wolny? Użyję karty Netjet.
    Umilkła. Korzystanie z samolotu prywatnie było źle widziane (i, z formalnego punktu widzenia, mogło kosztować ją utratę pracy), ale postanowiła się upierać, że sytuacja jest wyjątkowa (Shane porwał dzieci!). A sytuacja była wyjątkowa ze względu na pracę – wcześniej Wendy musiała spędzić w Rumunii niemal cały miesiąc, ratując Pielgrzyma w łachmanach. Zresztą w najgorszym razie mogła za siebie zapłacić. Niezależnie od kosztów.
    – Właściwie nie, zacznij od citation – powiedziała. – Jeśli jest zajęty, wtedy sprawdź loty rejsowe.
    Josh zadzwonił kwadrans później.
    – Masz szczęście – oznajmił. – Citation stoi na lotnisku Teterboro i jest wolny, ale musisz wrócić o trzeciej po południu. Victor Matrick potrzebuje go na czwartą.
    – Nie ma problemu – oświadczyła. Spojrzała na zegar. Była szósta pięćdziesiąt trzy. To dawało jej mnóstwo czasu na lot do Palm Beach, zabranie dzieci i błyskawiczny powrót do New Jersey.
    Podniosła zniszczony kufer – ten sam, który ciągała ze sobą przez ostatni miesiąc i którego wczoraj nie raczyła rozpakować – i małą walizkę na kółkach, kupioną na lotnisku w Paryżu i pełną prezentów dla dzieci. Przeszła przez korytarz do windy, wyczerpanie rozdzierało jej każdy mięsień. Pomyślała, że jeszcze kilka godzin i najprawdopodobniej cała ta potworna awantura odejdzie w przeszłość.
    – Witam. Pani Healy? – zapytała recepcjonistka na widok Wendy. – Opuszcza nas pani?
    Wendy przystanęła.
    – Nie wiem. – Nagle uświadomiła sobie, jak wygląda. Nie chciało jej się umyć twarzy ani zębów, miała na sobie ten sam podkoszulek, w którym podróżowała (i spała w nocy, więc można go było nazwać piżamą), oraz spodnie, niegdyś obcisłe, teraz powypychane od ciągłego noszenia. Jej włosy też nie były uczesane, tylko ściągnięte w kucyk. Ale jakie to, kurwa, miało znaczenie? – Zobaczymy, co będzie – powiedziała. – Dam znać, dobrze?
    Na szczęście młoda kobieta nie uznała tych słów za dziwne ani wyglądu Wendy za niezwykły (no bo niby dlaczego, pomyślała Wendy: przywykła do ekscentryków z showbiznesu). Skinęła tylko głową z uśmiechem i, otworzywszy drzwi, powiedziała:
    – Przy okazji, gratuluję nominacji do Oscara.
    – Dziękuję – odparła Wendy.
    Pomyślała z goryczą, że tylko tym się interesowano – nominacjami do Oscara. Jeśli je miałaś, świat stał przed tobą otworem.
    Tyle że nie potrafiłaś zatrzymać męża przy sobie.
    Podjechała taksówka, Wendy wsiadła.
    – Na lotnisko Teterboro, proszę – powiedziała.
    Taksówka ruszyła z szarpnięciem, a Wendy opadła na tylne siedzenie. Taki spontaniczny lot do Palm Beach był zapewne szaleństwem, nierozsądną przygodą, która mogła się zakończyć pogorszeniem sytuacji. Wendy nie miała jednak wyjścia. Co niby powie dzieciom, gdy dorosną? Jak by im wytłumaczyła, że Shane je zabrał, a ona nie zrobiła wszystkiego, co w jej mocy, żeby je odzyskać? Pewnie trochę dramatyzowała (w sumie zatrzymali się na weekend w hotelu Breakers, więc nie mogło być aż tak źle), ale jeśli pominie się pozytywne aspekty, scenariusz wyglądał mniej więcej właśnie tak.
    Nie było się nad czym zastanawiać. Musiała jechać i odebrać dzieci Shane'owi. W końcu to były jej dzieci.

    Siedząc w taksówce, Wendy skubała suchą skórkę na wardze i dumała o dziwacznej serii zdarzeń, które doprowadziły do tego, że śpieszyła na lotnisko o siódmej rano, żeby polecieć firmowym samolotem do Palm Beach i zabrać dzieci mężowi, który usiłował się z nią rozwieść, ponieważ spędziła miesiąc w Rumunii na ratowaniu filmu za sto dwadzieścia pięć milionów dolarów, filmu, za który była całkowicie odpowiedzialna.
    Coś w tym wydawało się niepokojąco nieuchronne.
    Dlaczego zatem zaledwie dwadzieścia cztery godziny wcześniej wszystko było w porządku? Stała na błotnistym wzgórzu, z którego rozciągał się widok na małą wioskę, i patrzyła, jak Jenny Cadine usiłuje prowadzić krowę po kamiennej ścieżce. Krowa nawet nie drgnęła.
    – Możemy wziąć inną krowę? – spytała Wendy.
    – Nie ma innej krowy. Tu w ogóle nie ma krów. Tę przywieźliśmy z Mołdawii – wyjaśnił jej ktoś.
    – Musi być inna krowa. Niby skąd biorą tu mleko?
    – Druga krowa w drodze – powiedział ktoś do jej słuchawki, połączonej z małą krótkofalówką przypiętą do spodni Wendy. Jej zaangażowanie w film na tym poziomie – sprawowała funkcję kogoś w rodzaju oberreżysera łamane przez producenta – nie wchodziło w zakres obowiązków prezesa wytwórni. Uznała jednak, że jeśli film ma wypalić, będzie musiała uwalać sobie ręce. Być na miejscu, w okopach, poprowadzić oddziały…
    Incydent z krową nasunął jej refleksję, że na planie filmowym pracują dwa typy ludzi. Pierwsi przewidywali problemy, planowali ich rozwiązanie i zawsze byli o krok do przodu (i właśnie oni odnosili sukcesy), a drudzy czekali, aż problem narośnie, a potem wzruszali ramionami i bez specjalnego przekonania usiłowali go rozwiązać.
    Skrzywiła się w taksówce i pomyślała, że gdyby równie surowe kryteria stosować do małżonków, ona zapewne podpadałaby pod drugą kategorię. W ostatnich miesiącach po prostu brnęła przed siebie, modląc się o to, żeby wszystko funkcjonowało jak należy, przez pewien czas tak właśnie było. Dopiero kiedy otrzymała cios, postanowiła coś z tym zrobić. Może powinna była ciężej pracować podczas tych transatlantyckich sesji terapeutycznych z Shane'em i doktor Vincent. Jednak różnica czasu wynosiła sześć godzin i, choć doktor Vincent liczyła sobie pięćset dolarów za godzinę, była to pestka w porównaniu z godziną zmarnowaną na planie filmowym, wartą mniej więcej dwadzieścia pięć tysięcy. A kiedy byli gotowi do zdjęć, wszyscy musieli trwać na posterunku. Nie mogłaby powiedzieć: „Będę za kilka minut, jak tylko skończę głaskać ego mojego męża".
    Ale się starała. Gdy wróciła do domu, dwa tygodnie temu, przez pięć dni znajdowała czas na ponadplanowe trzygodzinne sesje z doktor Vincent. Doktor Vincent zażądała stojaka i bloków białego papieru, takiego, na jakim scenarzyści telewizyjni piszą szkice fabuły odcinków serialu. Naturalnie okazało się, że doktor Vincent sama kiedyś była scenarzystką filmową, ale uświadomiła sobie, że więcej zdziała, jeśli pomoże ludziom z Branży Lepiej Rozumieć Związki i Samych Siebie.
    – E – napisała niebieskim flamastrem. Zakreśliła tę literę. – Co wam przywodzi na myśl litera E?
    – Ego – oświadczyła Wendy i pomyślała, że jest całkiem niezła.
    – Bardzo dobrze. Shane?
    – Ekskalibur – wykrztusił Shane. Popatrzył na Wendy wyzywająco, jakby sprawdzając, czy śmie się z niego nabijać.
    – Ekskalibur – zapisała doktor Vincent i postawiła wielki znak zapytania. – Porozmawiajmy o tym. Ekskalibur był mieczem. Czy myślisz o swoim penisie, Shane?
    – Bez przerwy myśli o swoim penisie – wtrąciła Wendy. Nic nie mogła na to poradzić, wyrwało się jej. Shane spojrzał na nią spode łba. Wzruszyła ramionami. – No, chyba jak wszyscy faceci? Przez większość czasu?
    – Nie Wendy. Nie myślimy ciągle o penisie – powiedział.
    – A co wy na to? – zapytała doktor Vincent. Napisała Eskapizm, drukowanymi literami.
    – Eskapizm? – zapytała Wendy.
    – Praca to eskapizm. – oświadczyła doktor Vincent i zapisała wniosek na tablicy.
    – Nie da się ukryć – potwierdził Shane z założonymi rękoma.
    – Nieprawda! – zaprotestowała Wendy z osłupieniem. – Ludzie muszą pracować. – Momentalnie zrozumiała, jaką gafę popełniła. Co ona wygaduje? Shane nie pracuje. Co to wszystko ma znaczyć? Nie mogła się w tym połapać.
    – Praca to eskapizm – powtórzyła doktor Vincent z naciskiem. – Eskapizm, czyli ucieczka. Od czego często chcą uciekać małżonkowie, których związek przechodzi trudne chwile?
    – Od teściów? – palnęła Wendy.
    – Od siebie – burknął Shane i popatrzył na nią jak na idiotkę.
    – Ale to nieprawda – zaprotestowała Wendy. – Shane i ja mamy swoje zasady, staram się ich trzymać. Nie wolno mi wyjeżdżać na dłużej niż dwa tygodnie, i tego nie robię. Powinnam była zostać w Rumunii, powinnam być tam właśnie w tej chwili, ale wróciłam. Przyjechałam. Prawda, Shane? Nie było mnie tylko przez dziesięć dni.
    – Mówiłaś, że nie będzie cię przez trzy. Najwyżej – przerwał jej.
    Wendy spojrzała na doktor Vincent, w poszukiwaniu pomocy.
    – Musiałam zwolnić reżysera i zatrudnić nowego, a potem…
    Pokonana, skuliła się w fotelu. Jak miała wyjaśnić cały męczący proces szukania nowego reżysera i pracy z nim? A potem na znak protestu zwolnił się drugi producent i teraz musiała wrócić i przejąć jego obowiązki, aż nowy producent (który właśnie kończył inny film) zrobi swoje i pojawi się na planie za, jeśli wszystko pójdzie tak jak trzeba, cztery dni.
    – Nie jedź. Nie waż się, Wendy – powiedział następnego dnia Shane, kiedy przygotowywała się do wyjazdu.
    – Muszę.
    – Nie słyszałaś, co mówiła doktor Vincent? Uciekasz. Wykorzystujesz swoje filmy, swoje fantazje, żeby uciec od prawdziwego życia.
    W tamtej chwili miała ochotę zamordować doktor Vincent. Doszła do wniosku, że nie ma nic bardziej niebezpiecznego od mężczyzny mającego odrobinę psychologicznej wiedzy, gdyż zawsze użyje jej przeciwko tobie. Może dawniej, kiedy mężczyźni byli jak neandertalczycy, nie rozumieli, dlaczego robią to, co robią, ani dlaczego kobiety robią pewne rzeczy, kobietom żyło się łatwiej.
    – Ludzie potrzebują fantazji, Shane – powiedziała na swoją obronę. – Gdybyśmy widzieli świat taki, jaki jest, nikomu nie chciałoby się rano wstawać z łóżka.
    – Mów za siebie, Wendy. Ja widzę świat taki, jaki jest. I jakoś sobie z nim radzę.
    Była to tak niesprawiedliwa brednia, że Wendy straciła cierpliwość.
    – Tylko dlatego, że nie musisz sobie z niczym radzić, Shane. Dzięki mojej ciężkiej pracy możesz sobie żyć w swojej małej bańce, gdzie nie musisz robić nic, na co nie masz ochoty!
    I już – wreszcie to powiedziała. Pomyślała, że zapewne była to najbardziej bolesna kłótnia w trakcie kilkunastu lat ich małżeństwa. Tylko dlatego, że tym razem Wendy nie wyszła ani nie kłamała, żeby ukoić jego urażoną dumę. Doktor Vincent miała rację. Praca była jej ucieczką – od Shane'a!
    Jezu. Czy ona go w ogóle jeszcze kocha?
    Niby jak? Nawet gdyby chciała, nie mogłaby, nie po tym, co usiłował zrobić jej i jej rodzinie. Było to takie niewiarygodne, tak nikczemne, że ledwie była w stanie o tym myśleć. A teraz, siedząc w taksówce i wyglądając na ponury betonowy krajobraz (taksówka właśnie wyjeżdżała z tunelu Lincolna do New Jersey), poczuła falę wstydu i złości.
    Czuła, że coś jest nie tak już na lotnisku w Paryżu, w drodze do domu z Rumunii. Tradycyjnie zawsze wracała z prezentami i zakupy to była jedyna część podroży, która faktycznie sprawiała jej przyjemność. Kupowanie rzeczy dla dzieci oznaczało, że już wkrótce je zobaczy. Kupiła małą płócienną walizkę na kółkach, żeby wypełnić ją podarkami, i chodząc po sklepach wolnocłowych, raz za razem usiłowała dodzwonić się do Shane'a. Nie odbierał ani komórki, ani domowego, ani nawet telefonu w mieszkaniu rodziców. Dzwoniła też na komórki dzieci, bezskutecznie. W Paryżu była czwarta po południu, w Nowym Jorku dziesiąta rano. Zapewne istniało jakieś logiczne wytłumaczenie, może dokądś pojechali. Na zakupy. Czy to możliwe, żeby Shane nie wiedział, że Wendy wraca w sobotni wieczór? Była pewna, że mu mówiła, ale może zwyczajnie jej nie uwierzył. Pilnowała, żeby dzwonić do niego i dzieci przynajmniej raz dziennie. Jej rozmowy z Shane'em były napięte i wymuszone, i nic dziwnego: nawet jeśli się nie kłócili, transatlantyckie rozmowy były nieznośne i już dawno nauczyła się nie przypisywać im większego znaczenia, inaczej by oszalała. Kiedy jednak nie mogła dodzwonić się do Shane'a z paryskiego lotniska, wpadła w panikę i przez następne dwie godziny co dziesięć minut wystukiwała numer jego i dzieci, dopóki nie wsiadła do samolotu i stewardesa nie poprosiła jej o wyłączenie komórki. Przerażenie nie chciało ustąpić, strach towarzyszył Wendy przez cały lot. Może zdarzył się wypadek. Może pożar. Może Shane nie żył. Coś jednak podpowiadało jej, że jest jeszcze gorzej.
    (Gorzej byłoby jedynie, gdyby coś przytrafiło się dzieciom. Błagam, Boże. Tylko nie to).
    Zaczęła wybierać ich numer natychmiast, gdy o dwudziestej trzy koła samolotu dotknęły pasa na JFK.
    Nikt nie odbierał. Żadnej z komórek.
    Naprawdę działo się coś złego. Zaczęła gwałtownie dyszeć, wlokąc kufer i płócienną walizę na kółkach przez rękaw ciągnący się od drzwi samolotu do budynku lotniska i wzdłuż denerwująco długiego przejścia, które prowadziło do kontroli celnej. Myślała tylko o tym, że musi natychmiast jechać do domu.
    – Coś do oclenia? – zapytał celnik, przeglądając jej paszport.
    Uśmiechnęła się z nadzieją.
    – Nie. – Błagam, pozwól mi się szybko stąd wydostać, modliła się.
    Celnik spojrzał na nią i wpisał „1" na deklaracji celnej, po czym je zakreślił. Psiakrew, psiakrew, psiakrew! Omal nie wybuchnęła płaczem. To oznaczało, że ją przeszukają. Dlaczego to się zawsze przydarzało samotnie podróżującym kobietom? Całkiem jakby cały świat chciał je ukarać.
    Przy wyjściu czekała na nią celniczka. Znowu zły znak. Oznaczało to, że z jakiegoś powodu uznali ją – właśnie ją! – za potencjalną kryminalistkę (w sumie słusznie, skoro porzuciła męża i dzieci, żeby robić błyskotliwą, a teraz zapewne całkowicie nieistotną karierę) i potrzebowali kobiety, gdyby sytuacja wymagała rewizji osobistej. Nikt nie wierzył, kiedy Wendy opowiadała ludziom o tej drobnej, rutynowej kontroli naturalnych otworów ciała, przeprowadzanej wśród niektórych pasażerów, ale zbyt wiele podróżowała, żeby nie wiedzieć, na czym to wszystko polega.
    Naprawdę podejrzewali, że jest kryminalistką. Kurierką narkotykową. Świat wciąż nie wierzył, że kobieta, która dużo podróżuje samotnie, to czasem ktoś więcej niż zwykła mrówka.
    Instynktownie rozglądała się na boki, szukając wyjścia (chociaż nie zrobiła nic złego, a przynajmniej nic nielegalnego), ale zanim zdążyła uciec, celniczka (agentka Cody, ochrzciła ją natychmiast Wendy) podeszła i wyciągnęła rękę.
    – Mogę zobaczyć pani deklarację celną? – Było to polecenie, a nie prośba.
    – Naturalnie. – Wendy nerwowo przekładała kufer z ręki do ręki.
    Agentka Cody uważnie obejrzała deklarację.
    – Tędy, proszę.
    Wendy podeszła za nią do długiego stołu. Już się czuła na widoku, jakby maszerowała nago na oczach tłumu obcych ludzi.
    – Charakter podróży? – spytała agentka Cody.
    – Interesy – odparła Wendy pewnym tonem, choć miała wysuszone usta.
    – A charakter pani interesów? – Agentka Cody położyła kufer na blacie i zaczęła go przeszukiwać.
    – Jestem producentką filmową… A właściwie szefową wytwórni filmowej. Właśnie byłam na planie.
    – Jaki to film?
    – Nosi tytuł Pielgrzym w łachmanach…
    – Pielgrzym w łachmanach ? Widziałam to?
    – Nie, jesteśmy w trakcie zdjęć… Wejdzie na ekrany na Gwiazdkę – powiedziała ze skruchą Wendy.
    Podszedł do nich inny urzędnik, mężczyzna po czterdziestce, metr siedemdziesiąt pięć. Miał usta jak dwa sznurki. Wendy pomyślała, że teraz ją otoczyli. Zaczęła się pocić.
    – Słyszałeś kiedyś o filmie Pielgrzym w łachmanach? - zapytała agentka Cody.
    – Nie – odparł Sznurkowe Usta.
    – Twierdzi, że jest producentką filmową. – Agentka Cody wyjęła z kufra kosmetyczkę i podała ją Sznurkowym Us- tom. Sznurkowe Usta rozpiął kosmetyczkę i wyciągnął z niej szczoteczkę do zębów, tak zużytą, że włoski były rozpłaszczone na boki niczym bezwładne palce.
    – Czy… czy mogę zadzwonić? – zapytała Wendy. – Muszę zadzwonić do dzieci.
    – Nie – oświadczyła agentka Cody. – Co?
    – Nie. Nie wolne dzwonić podczas odprawy.
    – Mogę zobaczyć? – spytał Sznurkowe Usta.
    Wendy oddała mu telefon. Sznurkowe Usta uniósł go i nim potrząsnął.
    – To tylko telefon… Naprawdę. – Odważyła się okazać zniecierpliwienie. Jak długo zamierzali ją jeszcze dręczyć? Lada moment pewnie trail na rewizję osobistą…
    – Mogę zobaczyć pani paszport? – Sznurkowe Usta przejrzał go strona po stronie. – Dużo pani podróżuje – powiedział surowo, jakby to była podejrzana czynność, od której należy trzymać się z daleka – Powinna pani wiedzieć, że celnicy mają prawo przeszuka; każdego pasażera, w dowolnym czasie i z dowolnego powodu.
    Skruszona, zwiesiła głowę.
    – Tak, proszę pana. Ma pan rację.
    I dopiero wtedy, ostatecznie upokorzywszy Wendy, puścili ją.
    Bogu dzięki. Była wolna! Pospieszyła przez wahadłowe drzwi do poczekalń… Kłębił się tam tłum ludzi, ale z przodu, tak jak mu kazano, stał szofer w uniformie i z tabliczką „Pani Healy". Ruszyła ku niemu, machając ręką… I wtedy drogę zagrodził jej innv mężczyzna w brudnym trenczu. Był łysy, miał tylko kilka tftustych czarnych kosmyków zaczesanych na czaszkę.
    – Wendy Healy? – zapytał.
    O Boże, pomyślała, to on. Posłaniec złych wieści. Miała rację od samego początku, coś strasznego stało się Shane'owi i dzieciom. Jej kolana zaczęły dygotać ze strachu.
    Nie mogła wykrztusić ani słowa.
    – Czy pani Wendy Healy? – powtórzył mężczyzna. Miał przytłumiony głos, taki, jakim mogłoby się posługiwać wypchane zwierzę, gdyby potrafiło mówić. W milczeniu pokiwała głową.
    – Dziękuję – powiedział i wręczył jej kopertę.
    Odwrócił się i zniknął w tłumie. Oszołomiona Wendy otworzyła kopertę.
    „Stan Nowy Jork, Spadki i Rozwody, Healy kontra Healy", przeczytała szybko, opuszczając linijki tekstu. „Pozew o rozwód… Powód: porzucenie… Dzieci pozostaną pod opieką ojca, Shane'a Healy'ego, do wyroku sądu… "
    Poczuła oszałamiającą ulgę. A więc dzieci żyły, przynajmniej nic nie świadczyło o tym, że jest inaczej. To była pestka, jeszcze jeden idiotyczny wygłup Shane'a.
    Niech go szlag.
    Kierowca nagle ruszył do niej i odciągnął ją na bok.
    – Cios poniżej pasa – zauważył ze złością. – Wręczać żonie papiery rozwodowe w chwili, gdy wysiada z samolotu. Gdybym wiedział, co knuje ten gość, na pewno bym do tego nie dopuścił.
    – Uhm – mruknęła niezobowiązująco. Przecież to nie mogło być na serio, prawda? – To nic – oświadczyła tonem, w którym pobrzmiewał zapewne niestosowny i upiorny chłód. – To nic – powtórzyła. – Jeszcze jedna rzecz, którą muszę załatwić. Mój mąż jest nienormalny.
    Szofer ostrożnie zaprowadził ją do auta.
    – Jeśli potrzebuje pani chusteczek, pudełko jest w szafce.
    Z lekceważeniem pokręciła głową. Nie zamierzała płakać.
    Zdumiewające, że w takich chwilach nigdy nie płakała. Zamiast tego jej głowę zasnuwała mętna, chorobliwie żółtawa mgiełka. No no no, pomyślała. To dlatego Shane nie odbierał telefonu. Bał się.
    To wszystko było zdumiewające i żałosne.
    Nocny strażnik popatrzył na nią dziwnie, kiedy weszła do budynku.
    – Czy mój mąż jest w domu? – zapytała.
    Strażnik odwrócił wzrok, a kiedy znów na nią spojrzał i wzruszył ramionami, miał nieco wrogą minę, jakby oczekiwał awantury i usiłował ostrzec Wendy, żeby jej nie rozpętywała.
    – Nie wiem – odparł. – Chyba wyjechali na weekend.
    Wyjechali? To niemożliwe. Jeszcze tego brakowało. Jej serce znowu zaczęło bić szybciej.
    – Chyba czy na pewno? – zapytała, wciskając guzik windy.
    – Nie widziałem ich dzisiaj. Wczoraj po południu wychodzili z walizkami. Ale nic nie wiem.
    Winda otworzyła się na pogrążony w półmroku korytarz o ścianach pomalowanych strukturalną farbą. Po obu stronach znajdowały się drzwi, te z prawej należały do Healych. Idąc korytarzem, miała wrażenie, że opuściła swoje ciało, że gra według scenariusza napisanego przez inną osobę. Jej własne drzwi wyglądały na nieznane, i to również wydawało się nieuchronne, nie zaskakujące. Kiedy wyjęła klucz i usiłowała wetknąć go do zamka, dostrzegła, że nawet klamka jest inna niż zwykle: lśniąca, nowa i mosiężna. Oczyma duszy ujrzała całą tę straszną scenę: będzie usiłowała włożyć klucz do zamka, a klucz się nie obróci, potem, oszołomiona, pomyśli, że to nie te drzwi, i spróbuje otworzyć drugi z zamków, a dopiero potem ją oświeci, że Shane je zmienił. Mimo to włożyła klucz i stało się tak, jak przewidziała: wszedł do połowy, dalej już nie chciał, a ponieważ wykorzystała każdą możliwość, faktycznie poszła na drugi koniec korytarza, żeby włożyć klucz do innych drzwi. To też nic nie dało, więc w jeszcze jednej beznadziejnej próbie wepchnęła go w nowy zamek.
    Utknął tam, jakby się z niej nabijał.
    Przetoczyła się przez nią fala rozpaczy i beznadziei, a z niej zrodziła się irracjonalna, acz niekwestionowana pewność, że coś odeszło i nigdy, przenigdy się nie odnajdzie. A więc przyszedł ten dzień, pomyślała, dzień którego obawiała się przez całe życie. Poniosła całkowitą, druzgocącą klęskę. Nie dało się temu zaprzeczyć. Wszystko zrobiła źle. Wszystkich zawiodła, a już najbardziej swoje dzieci.
    To poczucie winy było wręcz nie do zniesienia. Odeszła od drzwi, po czym zgięła się z bólu i oparła rękę o szorstki beton, żeby nie stracić równowagi. Co ma teraz zrobić? Chyba zadzwonić po ślusarza albo adwokata, a może policję? Nagle dopadł ją potworny bezwład na myśl o takim wysiłku. A może dać sobie z tym spokój i położyć się na korytarzu? W końcu Shane wróci i ją znajdzie.
    Jest całkiem jak w moim śnie, pomyślała i przykucnęła. W tym śnie, kiedy leżała bezradna i umierała na korytarzu, niezdolna do żadnego ruchu. Przycisnęła ręce do oczu i otworzyła usta w niemym krzyku.
    Odetchnęła głęboko i potarła twarz rękoma. Musi oddychać i musi myśleć. Najważniejsze to zadzwonić po ślusarza, tak by napisano w scenariuszu, a następnie dostać się do mieszkania i poszukać tropu, dokąd Shane zabrał dzieci. Wstała i wzięła do ręki torebkę. Teraz sztuczka polegała na tym, żeby czekać. Najpierw poczeka na ślusarza, a potem odnajdzie swoje dzieci.
    Wyjęła telefon i spojrzała na ekran. Był pusty. Bateria się wyczerpała.
    A więc to miała być tego rodzaju scena. Rozgorączkowana matka traci dzieci, a los rzuca jej kłody pod nogi.
    No już, myśl, popędzała samą siebie. Zebrała swój żałosny dobytek i wróciła do recepcji.
    – Ma pan klucz? – zapytała strażnika.
    – Nie ma żadnych kluczy – burknął.
    – Mój mąż zmienił zamek. Pod moją nieobecność. Musi pan mieć klucz.
    – Nie trzymamy kluczy. Nie wolno nam.
    – A kto trzyma?
    – Nie wiem.
    – Czy pański przełożony ma klucz?
    – Nie wiem.
    – Ma pan jego numer telefonu?
    – Nie.
    Pat. Miała ochotę zamordować tego faceta, który tylko wykonywał swoją pracę. Gdyby była mężczyzną, pewnie usiłowałaby go pobić.
    – Jak się pan nazywa? – zapytała, grzebiąc w torebce w poszukiwaniu długopisu.
    – Lester James.
    – Dziękuję, Lester. Jutro wylecisz z roboty.
    – Tylko bez gróźb, paniusiu.
    – To nie groźba.
    Ta wymiana zdań sprawiła, że jej serce zaczęło tłuc się w piersi i Wendy wypadła z recepcji na ulicę. Furia, teraz uwolniona, nie chciała jej opuścić. Jak Shane śmiał porwać dzieci? Wyszła na jezdnię, żeby zatrzymać taksówkę. Niemal przejechał ją samochód, skręcił w ostatniej chwili, a kierowca nacisnął klakson w pełnej frustracji złości. Wendy pokazała mu środkowy palec, a jej gniew przeszedł w gwałtowną wściekłość.
    Minęło ją kilka zajętych taksówek, i po paru minutach uświadomiła sobie, że będzie musiała poszukać postoju. Ruszyła ku Siódmej Alei, z kufrem, który zdawał się ważyć ze dwadzieścia kilo, i z zabrudzoną walizką na kółkach. Po kilku metrach zatrzymała się, żeby przełożyć bagaż z ręki do ręki. Ledwie mogła złapać oddech. Dlaczego nie ma żadnych taksówek? Na widok tłumów młodzieży na ulicy nagle uświadomiła sobie, że jest sobotni wieczór.
    Sobotni wieczór w Chelsea, dziesiąta. Nie mogło być gorzej. Wszędzie w okolicy znajdowały się tanie restauracje i szykowne kluby; stanowiła mekkę weekendowych imprezowiczów. Nigdzie nie było taksówek, ale przy Dwudziestej Trzeciej Ulicy znajdowała się stacja metra. Przystając co chwila z ciężkim bagażem, Wendy wlokła się z trudem przez trzy ulice do wejścia do metra.
    Kiedy dotarła do wyszczerbionej, pomalowanej na niebiesko poręczy, przystanęła. Zastanawiała się, dokąd pojechać. Przyszło jej do głowy, że sprawdzi mieszkanie rodziców Shane'a na Central Park West. Możliwe, że zostawił tam dzieci na weekend, a sam wyjechał. Z drugiej strony wcale nie musiały tam być, a w takim razie straciłaby pół godziny. Mogła pojechać do Victory albo Nico, ale być może i one wyszły z domu. Najlepiej byłoby zatrzymać się w jakimś hotelu… Nagle przypomniała sobie, że Parador Pictures ma firmowy apartament w Mercerze. Nigdy z niego nie korzystała, gdyż był pamiątką z czasów, gdy Paradorowi szefował Comstock Dibble i urządzał tam legendarne afterki oraz przyprowadzał kochanki. Była jednak pewna, że apartament wciąż należy do firmy. Za każdym razem, gdy o nim mówiono, ktoś zauważał, że z powodu tak niskich kosztów opłaca się go trzymać.
    Na sytuacje awaryjne, pomyślała ponuro, pokonując schody. Walizka podskakiwała za nią. Minęła ją grupka dziewczyn i o mało jej nie przewróciły. Miały na sobie mini i tandetne szpilki i świergotały z podnieceniem, pełne młodzieńczej brawury. Czy wiedzą, co je czeka, zastanawiała się Wendy, patrząc na nie z irytacją i podziwem dla ich dziecięcego podniecenia. Jeśli nawet czuły na sobie jej spojrzenie, nic po sobie nie pokazały, bo i dlaczego? Dla nich była kompletnie nieważna, niewidzialna, a nawet gdyby wiedziały, że jest szefową Parador Pictures, czy w ogóle zrobiłoby to na nich wrażenie albo je obeszło? Bardzo w to wątpiła. W ich oczach była zwykłą, zrozpaczoną kobietą w średnim wieku, jedną z tych, na które patrzą młode dziewczyny, a potem odwracają się do swoich przyjaciółek i szepczą:
    – Zastrzel mnie, jeśli kiedykolwiek będę taka jak ona, co?
    Ale będą takie jak ona. Młodzi nie chcieli tego rozumieć. Wszyscy się starzeją i czeka ich gówno warta przyszłość. Zasrana. Której nie da się kontrolować.
    Wsiadła do metra i pojechała do centrum, kompletnie anonimowa, wdzięczna losowi, że nikt na nią nie patrzy. Westchnęła i wysiadła na stacji Spring Street, po czym powlokła się na starą ulicę wybrukowaną kocimi łbami. Ze wszystkich sąsiednich dzielnic Manhattanu to przede wszystkim Soho miało pełną emocji atmosferę planu filmowego. Zapełniali je przechodnie, którzy wyglądali jak statyści z głównego castingu, tak doskonale pasowali do otoczenia. Można było odnieść wrażenie, że wszystko jest nie do końca rzeczywiste albo zbyt banalne, żeby być prawdziwe, i nagle z czarnego jak lakierowana skóra nieba zaczął padać kapuśniaczek.
    W końcu dodzwoniła się do Shane'a piętnaście po jedenastej.
    Odebrał telefon z szorstkim i podejrzliwym: „Halo?". Jak zbiegły kryminalista, pomyślała. Ulżyło jej na dźwięk jego głosu, poczuła też gniew i strach. Strach, że Shane nie powie jej, gdzie są dzieci, albo przerwie połączenie. Zapewne odebrał tylko dlatego, że zadzwoniła z hotelowego telefonu, a Shane nie rozpoznał numeru. Niesłuszność wszystkiego, co zrobił – zabrał dzieci, kazał dostarczyć jej papiery rozwodowe, wyrzucił ją z jej własnego mieszkania – nagle stała się tak przytłaczająca, że Wendy nie miała pojęcia, od czego zacząć. Bardzo sprawnie zmienił układ sił. Teraz on miał całą władzę, ona żadnej.
    – Shane… – zaczęła stanowczo, ale niezbyt agresywnie.
    Zawahał się, może z poczucia winy, ze strachu albo z zaskoczenia. Podejrzewała, że próbował rozgryźć jej ton i sprawdzić, czy może bezpiecznie rozmawiać.
    – No cześć – odparł, jakby zbierał siły.
    – Gdzie dzieci? – Mimowolnie podeszła do okna, ze zwieszoną głową, całkowicie skoncentrowana na tej cienkiej linie ratunkowej, którą trzymała przy uchu.
    – Nic im nie jest. Są ze mną – burknął wrogo.
    – A ty gdzie jesteś? – zapytała niemal beztrosko. Nagle przyszło jej do głowy, że najlepiej będzie rozegrać tę sytuację, postępując wbrew podszeptom intuicji, zachowując się jak gdyby nigdy nic.
    – Jesteśmy w Palm Beach. – Wydawał się lekko zdumiony. – Przyjechaliśmy tu obejrzeć kucyki…
    – To fajnie – oświadczyła. Pomyślała, że Shane musi być kompletnie zbity z tropu, i zastanawia się, skąd ona dzwoni, czy jej samolot miał opóźnienie i czy już dotarła do domu i odkryła, co zrobił.
    – Tak – powiedział ostrożnie. – Przyjechali też moi rodzice…
    – Świetnie – oświadczyła entuzjastycznie. – Rodzinne spotkanie. Przepraszam, że nie mogłam wam towarzyszyć. – W jej głosie pobrzmiewał sarkazm, ale niemal jęknęła, nagle pojąwszy powagę sytuacji. Wyjechali bez niej. Nie chcieli jej, nie potrzebowali, nie zależało im na niej, była im zbędna. Czuła się jak jedyne dziecko w klasie, którego nie zaproszono na uro- dzinowe przyjęcie, tylko tysiąc razy gorzej. Ból ją zaskoczył; wyssał z niej całą wolę walki.
    Nigdy nie przyszło jej do głowy, że mogliby konspirować, żeby się jej pozbyć.
    Przysiadła na skraju łóżka, usiłując opanować uczucia, by móc znowu przemówić.
    – Gdzie się zatrzymaliście? – zapytała z pełną zakłopotania beztroską.
    – Mama wyszukała specjalną ofertę w Breakers – wyszeptał Shane. Wydawał się smutny.
    – O. Breakers. Podobno jest tam pięknie – powiedziała.
    – Mają trzy baseny – dodał bezradnie. Milczenie. Wendy oddychała ciężko, a jej nos wypełnił się śluzem od nieuchronnych łez. Zacisnęła powieki i usta, jakby próbując zatrzymać w nich smutek. – Wendy? Czy ty, eee…?
    Nie mogła mu pozwolić, żeby w to brnął, nie w chwili, kiedy czuła się całkowicie pokonana.
    – Jest Magda? – zapytała szybko. – Mogłabym z nią porozmawiać?
    Pomyślała, że błaganie męża o pozwolenie na rozmowę z dziećmi jest okropnie żałosne.
    – Pewnie śpi… – Jej serce ścisnęło się z rozpaczy. – Zobaczę. – Zlitował się nad nią.
    Czekała niecierpliwie, jak nastolatka, której życiem steruje strach przed odrzuceniem.
    – Halo? – To był głos Magdy, aksamitny od snu i zaskakująco dojrzały.
    – Cześć, kochanie. Jak się masz? – Głos Wendy był poufały i łagodny.
    – Dobrze. Dziś widzieliśmy ślicznego kucyka. Ma metr czterdzieści dwa w kłębie i jest jabłkowity. – To powiedziała z dumą eksperta nowicjusza.
    – Dobrze się macie? Co u Tylera i Chloe?
    – Tyler mówi, że też chce kucyka, ale jest za mały, prawda, mamo? Powinien poczekać, aż skończy co najmniej dwanaście lat. Jak ja…
    – Sama nie wiem…
    – Babcia i dziadek też tu są.
    – A gdzie Chloe?
    – Śpi w łóżku ze mną, a Tyler z tatą… A ty gdzie jesteś, mamo? W domu?
    – W Nowym Jorku. – Po krótkim wahaniu dodała: – W hotelu. Tata zmienił zamki w naszym mieszkaniu, nie mogłam wejść.
    – Och – powiedziała Magda. Wendy pomyślała, że w tym jednym słowie jest wszystko. Smutek, zrozumienie, współczucie, strach, bezradność i dystans. Ona wie. Wie dokładnie, co się dzieje, ale nie ma pojęcia, jak powinna zareagować.
    – Wszystko będzie dobrze – oświadczyła Wendy z dużą pewnością siebie, walcząc z pragnieniem wsparcia się emocjonalnie na dwunastoletniej córce, wyciągnięcia z niej informacji, uczynienia z niej wspólniczki w tym dramacie, skłonienia do działania przeciwko tatusiowi: czy też, bardziej realistycznie, przeciwko sobie. Czuła się całkiem bezbronna, ale to jej problem. Dziecko nie powinno pocieszać rodzica.
    – Naprawdę, mamo? – zapytała Magda.
    – Tak, skarbie – oopowiedziała Wendy z nieszczerym optymizmem. – Kiedy wracacie do domu?
    – Jutro. – Magda, chyba faktycznie w lepszym nastroju, dodała: – Mamo, nie mogę się doczekać, kiedy zobaczysz mojego kucyka!
    Nagle z gardła Wendy niechcący wydobył się cichy dźwięk, jakby pisk myszy w chwili, w której uruchamia się pułapka. Przełknęła ślinę.
    – No to do zobaczenia jutro – powiedziała. – Zadzwonię rano…
    – Dobranoc, mamo.
    Wendy odłożyła słuchawkę na widełki. Myślała tylko o tym, że Magda nie może się doczekać, kiedy Wendy zobaczy jej kucyka. Nie, kiedy ona sama zobaczy matkę.
    Ostrożnie usiadła na łóżku. Dzieci miały się dobrze i jej nienawidziły… Bosko. Musiała znaleźć adwokata. Jej ręka powoli powędrowała do telefonu i chwyciła słuchawkę. Wendy wyobraziła sobie, jak wystukuje numer… Ale czyj? Naturalnie głównego radcy prawnego Splatch-Verner… I wyobraziła sobie, jak wstaje i znajduje jego numer w niebieskim notesiku, gdzie miała zapisane ważne numery ważnych ludzi… Ale czy znajdzie tam jego numer domowy? I jak wystukuje ten numer, ale mylą się jej cyfry i wciąż musi zaczynać od początku.
    Obudziła się godzinę później, skomląc jak zbity pies. Shane! Dzieci! Rozwód! Pulsował w niej gniew, chwilami tak gwałtownie przyspieszając, jak pociąg, który wymknął się spod kontroli.
    Wtedy zadzwoniła, ale nie popełniła błędu.
    – Hotel Breakers. W Palm Beach. – Cisza. Proszę wciśnij jeden, jeśli zgadzasz się na dodatkową opłatę w wysokości sześćdziesięciu centów. – Z Shane'em Healym proszę.
    – Halo?
    Ten ton – całkiem jakby wiedział, że będzie jeszcze jeden telefon, i jakby się go obawiał.
    – Jak mogłeś wyrzucić mnie z mieszkania, Shane?
    – Musiałem. – Tym razem był lepiej przygotowany.
    – Dlaczego?
    – Tyler śpi! – Oskarżycielsko, jakby celowo usiłowała skrzywdzić własne dziecko.
    – I kazałeś dostarczyć mi papiery rozwodowe.
    – Jutro o tym pogadamy. Po naszym powrocie.
    – Pogadajmy teraz.
    – Idź spać. – Ze zmęczeniem.
    – Nie możesz tego robić. Tak nie wolno. To nielegalne…
    – Idź spać. Proszę.
    – Nic cię nie obchodzi, że umierałam ze strachu? Ze musiałam jechać do Mercera? W ogóle ci na mnie nie zależy?
    – Nie jesteś pierwszą osobą, której się to przytrafiło. – Co to do cholery miało znaczyć? – Dasz sobie radę.
    – Nie mogę…
    – Idź spać. – Syk, szczęk.
    I potem leżenie i modlitwa o poranek, lekki sen, w końcu telefon o piątej rano, a teraz, teraz, teraz…
    Wendy wyjrzała przez okno taksówki.
    Autostrada wczesnym rankiem pod bladopomarańczowym niebem. Po drugiej stronie rzeki słońce oświetla czubki wieżowców na Manhattanie, muska je złotem. Zadrżała. Zapowiadał się miły dzień.

Rozdział 11

    Wielki nagłówek na górze „New York Post" głosił: „Pięćdziesiąt najbardziej wpływowych kobiet Nowego Jorku". W gabinecie Victory Ford, z nogami na szklanym stoliku i twarzą ukrytą za gazetą siedziała aktorka komediowa Glynnis Rourke.
    – No i co ty na to? – zapytała i opuściła gazetę, ukazując twarz, która przypominała oblicze amorka i bardzo kontrastowała z jej osobowością, często porównywaną do osobowości pitbula. – Na pierwszym jest Hillary, nic dziwnego, nie da się przebić przyszłej prezydent Stanów Zjednoczonych, jak sądzę, ja jestem na szóstym, bo rzekomo mam wielką wartość, pięćdziesiąt dwa miliony, co nie do końca jest prawdą, potem jest twoja przyjaciółka Nico na ósmym, nasza poczciwa Wendy na dwunastym, a ly, mała, na siedemnastym. Po cholerę my tu jeszcze siedzimy? Powinnyśmy podbijać świat.
    – Ależ podbijemy. – Victory zerknęła na nią znad szkicu. Glynnis była jej starą przyjaciółką (widywaną zaledwie trzy lub cztery razy w roku, ale zawsze witaną z olbrzymią radością), która przyszła na pierwszy pokaz i w typowy dla siebie sposób zażądała, żeby „pogratulować szefowej". Wtedy Glynnis była zwykłym kabaretowym komikiem, ale w ostatnich dziesięciu latach jej kariera nabrała rozpędu i teraz Glynnis – miała własny program telewizyjny, czasopismo, a na dokładkę jeszcze nominację do Oscara za najlepszą żeńską rolę drugoplanową w filmie Wendy Prosię w sosie. - Jak tylko ubierzemy cię na ceremonię wręczenia Oscarów.
    – Ubrania! Ha. Nie cierpię ich – oświadczyła Glynnis lekceważąco i nadal czytała. – „Victory Ford, czterdzieści trzy lata… " – masz im za złe, że podali twój wiek? Kłamstwa na temat wieku są denne, mam wrażenie, że babka, która się odmładza, będzie też łgać w każdej innej sprawie, nie? „Ulubienica mody i najlepsza przyjaciółka każdej mieszkanki Nowego Jorku jest gotowa podbić Europę, kiedy dokona fuzji swojej wartej dwadzieścia pięć milionów firmy z B et O Czekamy na jeszcze szykowniejsze akcesoria do ubrań, które uwielbiamy".
    – Jak miło. Choć to nie do końca prawda.
    – Pieprzyć ich – mruknęła Glynnis. – Prasa zawsze wszystko pokręci.
    Z niesmakiem rzuciła gazetę na stolik i zerwała się na równe nogi. Glynnis była pulchna, a właściwie gruba, ale miała energię gimnastyczki. Victory ją uwielbiała, jednak jako klientka, przy wzroście sto sześćdziesiąt centymetrów, Glynnis była koszmarem każdego projektanta. Jednak Glynnis zadzwoniła do niej o ósmej rano, tuż po usłyszeniu o swojej nominacji, i zaczęła błagać Victory o pomoc. Upierała się, że tylko Victory nie będzie próbowała przebrać jej, jak to określiła Glynnis, za „jakąś pieprzoną maturzystkę na balu".
    Wiosenne słońce wpadało przez okna gabinetu i przez chwilę Victory poczuła melancholię na myśl o tym, jak bardzo kocha swoje obecne życie. Czy mogło być coś lepszego niż własny gabinet w firmie, którą stworzyła od podstaw, i miejsce na liście pięćdziesięciu najbardziej wpływowych kobiet Nowego Jorku (co niekoniecznie musiało cokolwiek oznaczać, ale zawsze to miło), i ubieranie Glynnis Rourke na Oscary? Glynnis, naturalnie, to tylko początek; w najbliższych dniach Victory miała zostać zalana zamówieniami od aktorek i ich stylistów, a wszystkim zależało na idealnej sukni. Stylistka Jenny Cadine już zdążyła zadzwonić. Victory pomyślała, że powinna być przeszczęśliwa, ciągnąć to w nieskończoność. Ale rzecz jasna nie mogła tego zrobić. Za kilka dni będzie musiała podjąć najważniejszą decyzję w życiu…
    – Glynnis? – Victory popatrzyła na Glynnis, która podskakiwała dookoła, boksując powietrze. – Czy kiedykolwiek pomyślałaś, że spotka cię coś takiego?
    – Nieustannie zadaję sobie to pytanie – Glynnis zamachnęła się na niewidzialnego przeciwnika. – Jako dziecko pragniesz bogactwa i sławy, ale tak naprawdę nie wiesz, co to takiego. Potem przyjeżdżasz do Nowego Jorku, zaczynasz rozumieć i kombinować, jak do cholery to osiągnąć. Ale uwielbiasz to, co robisz, więc z tego nie rezygnujesz, i potem zdarza ci się jeden czy drugi przełom i nagle zaczynasz dokądś zmierzać. Ale to jak jazda pociągiem we właściwym kierunku. Ci nawiedzeni wariaci w Hollywood twierdzą, że wszystko zależy od decyzji wszechświata – bach, bach – ale większość z nich jest tak słaba, że nie chce wziąć odpowiedzialności nawet za podtarcie sobie tyłka. Chociaż coś chyba w tym jest. I jeśli masz szansę, musisz z niej skorzystać. Jasne, że musisz liczyć się z tym, że zapłacisz za to pewną cenę, czyli że rozmaite gnojki bez przerwy będą usiłowały cię zabić i kontrolować. – Wyczerpana Glynnis opadła na fotel, ale po chwili zregenerowała siły i stuknęła palcem w gazetę. – Wejdziesz w to? – zapytała.
    Victory westchnęła i potarła wargę.
    – To mnóstwo pieniędzy – odparła. – A ja chcę zarabiać. Zawsze mi się wydaje, że kłamiemy, kiedy twierdzimy, że zarabianie pieniędzy nie jest ważne – w końcu, jeśli się rozejrżymy, widać, że nie ma prawdziwej władzy bez pieniędzy, i właśnie dlatego to mężczyźni wciąż rządzą światem, prawda? Ale sama nie wiem…
    – Pozwól, że coś ci powiem – mruknęła Glynnis. – Zarobienie dwóch milionów jest trudne. Ale zarobienie dwudziestu jest znacznie trudniejsze. A jeśli już je zarobisz, wiesz, co się dzieje? Z jakiegoś dziwacznego powodu, którego do dziś nie rozgryzłam, ich posiadanie nieszczególnie się różni od posiadania dwóch milionów. Cholera, nawet nie wystarczy na kupno samolotu.
    – Wystarczy na latanie netjetami – zauważyła Victory.
    Nagle znowu popadła w zadumę. Gdzie poza Nowym Jorkiem można było znaleźć kogoś takiego jak Glynnis, Wendy czy Nico? Na pewno nie w Paryżu, gdzie nawet kobiety sukcesu, z ich apaszkami, prostymi spódnicami z tweedu i powściągliwością, zachowywały się jak wyspecjalizowana rasa zdegenerowanych psów. Nigdy nie rozmawiały o pieniądzach ani o podboju świata. Cholera jasna, pomyślała. Lubiła rozmowy o pieniądzach i o podboju świata. Nawet jeśli nie miała szans, myślenie o tym było ekscytujące.
    Podniosła szkic i wstała, po czym podeszła do długiego stołu pod oknem.
    – Problem polega na tym, że to mi wygląda na łatwe pieniądze – powiedziała. – Dwadzieścia pięć milionów za wykupienie firmy i mojego nazwiska. Nie ufam łatwym pieniądzom, Glyn, zawsze jest jakiś haczyk. Przy okazji, na Oscary dla ciebie widzę Beatlesów. Zwłaszcza Abbey Road. John Lennon w białym garniturze.
    – Garnitur? Dobry pomysł. – Glynnis zerwała się i podbiegła do długiego stołu.
    – Dziewczyno, spodoba ci się wszystko, co na ciebie włożę – oświadczyła Victory żartobliwie. – Nigdy nie dyskutuj – z projektantem. Myślisz, że mogłabyś pójść boso, jak Paul McCartney? I zadzierać palce u stóp do góry?
    – Coś ty? Upadłaś na głowę? – wykrzyknęła Glynnis, chociaż nie dała się nabrać. – Nie wpuszczają bez butów, o ile się nie mylę, Julia Roberts raz próbowała. To ma coś wspólnego z bhp.
    – Pamiętasz Beatlesów na okładce Abbey Road, prawda? – zapytała Victory. – Uszyjemy długie spodnie, dzwony fruwające w okolicy stóp; długą i luźną jedwabną koszulę, jasnoniebieską, ale nie błękitną, raczej szafirową, żeby podkreślić twoje ciemne włosy, a do tego cienki, granatowy jedwabny krawat, luźno zawiązany, i marynarkę – krótką, w piękną jasnoniebieską kratę z czerwoną i żółtą nitką – tylko pozornie zwyczajną, bo obszyjemy ją przezroczystymi cekinami.
    – O rany. – Glynnis wzięła do ręki szkic. – Jak ty to robisz, do cholery?
    – To moja praca. Ja nie mam pojęcia, jak ty robisz to, co robisz.
    – Towarzystwo wzajemnej adoracji, co? – Glynnis, która miała skłonności do namiętnych i dramatycznych wybuchów emocji, nagle się wzruszyła. – Jezu, Vic. Zrobisz to dla mnie?
    – Jasne, skarbie.
    – To genialne. Będę najlepiej ubraną kobietą na gali. – Teraz, po załatwieniu spraw, Glynnis przeszła do innego tematu. – Jak sądzisz, co powinnam włożyć na ewentualną rozprawę?
    – Wybierasz się do sądu? – Victory uniosła brwi.
    – Być może. – Glynnis usadowiła się z powrotem na fotelu i lekko przesunęła na jego skraj. – Martwisz się tym, że B et C przejmie twoje nazwisko? Mam podobny problem. Chodzi o to czasopismo, które robię razem ze Splatch-Verner. Naturalnie to ma być ściśle tajne łamane przez poufne, – ale my, dziewczyny, musimy sobie ufać. – Usiadła wygodniej i zmrużyła oczy. Patrząc na jej minę, Victory przypomniała sobie, że choć świat postrzegał Glynnis jako zabawną wariatkę, w prawdziwym życiu była bezwzględną kobietą interesu. – Rozumiesz? Jestem trochę wkurzona, Vic. A nie warto ze mną zadzierać, kiedy jestem wkurzona. Victory pokiwała głową.
    – W czym problem? – zapytała.
    – No cóż. – Glynnis skrzyżowała ramiona. – Słyszałaś o facecie, który się nazywa Mike Harness?

    „Nico O'Neilly, czterdzieści dwa lata", napisano w artykule Pięćdziesiąt najbardziej wpływowych kpbiet w „Post". „Nie dajcie się zwieść jej legendarnemu chłodowi. W świecie czasopism nie ma gorętszego nazwiska. Zamieniła upadający»Bonfire«w najbardziej dochodowy magazyn Splatch-Verner. Wieść niesie, że wkrótce stanie na czele całego działu wydawniczego, o wartości trzech miliardów".
    Nico pokręciła głową i zamknęła gazetę, po przeczytaniu tego tekstu mniej więcej dziesiąty raz tego poranka. Może nie była to katastrofa, ale nieszczególnie potrzebowała takiej reklamy. Wciąż wyobrażała sobie, jak Mike Harness siedzi w swoim pokoju śniadaniowym na Upper East Side (albo w wiejskim domu w Greenwich w Connecticut), je płatki i po przeczytaniu tych słów dostaje apopleksji. W analogicznej sytuacji ona dostałaby ataku. Wyobraziła sobie, że Mike już dzwoni do Victora Matricka i żąda wyjaśnień, a Victor go uspokaja, mówi, że wszystko jest w porządku, dziennikarze zawsze kręcą, i chyba on powinien o tym wiedzieć najlepiej?
    Tyle że w tym wypadku z całą pewnością się nie mylili, pomyślała Nico. Albo prawie z całą pewnością.
    Odłożyła gazetę na stół farmerski z okresu początków kolonizacji Ameryki (kupiony za dziesięć tysięcy dolarów, czyli za bezcen, jak wyjaśnił Seymour, gdyż autentyczne meble z tamtych czasów były bardzo rzadkie) i weszła na schody, żeby zawołać córkę.
    – Kit-Kat, spóźnimy się! – krzyknęła.
    Popatrzyła na zegarek. Było za dziesięć dwunasta, co oznaczało, że nadal miały lekki zapas, żeby na czas dotrzeć do Madison Square Garden. Nie chciała jednak ryzykować. Dziś była westminsterska wystawa psów. O wpół do drugiej pokazywano klasę jamników miniaturowych i Seymour prezentował Petunię. Nico była przekonana, że Tunie wygra, ale bez względu na wynik konkursu nie chciała, żeby Seymour się stresował tym, czy żona i córka zdążą na czas.
    Lekko zaniepokojona i podminowana występem Seymoura, chcąc już wyjechać, przeszła przez hol i rzuciła wściekle spojrzenie na „Post". Jak do cholery zdołali zdobyć tak poufną informację? Nikomu z wyjątkiem Seymoura, Victory i Wendy nie mówiła o tym, że być może dostanie stanowisko Mike'a, i wiedziała, że żadne z nich nic nie powtórzyło. Naturalnie, tamten sekretny weekend w St. Barts z Victorem umocnił jej pozycję ulubienicy Dziadka, a takie rzeczy się zauważa, zwłaszcza że Nico i Victor co jakieś dziesięć dni jedli razem lunch i czasem widywano ich podczas krótkich, poufnych narad w holu albo na różnych imprezach. Zapewne ktoś wyciągnął wniosek, że Nico przygotowuje się do przejęcia stanowiska Mike'a albo czegoś lepszego niż jej obecna pozycja. Nagle przyszło jej do głowy, że może to sam Victor zamieścił ten tekst.
    Hipoteza wydawała się naciągana, wręcz idiotyczna, ale w ostatnich miesiącach Nico lepiej poznała Victora i uświadomiła sobie, że w sprzyjających okolicznościach nie ma dla niego rzeczy niemożliwych ani nawet zbyt błahych. Victor Matrick był bystrym starym sukinkotem, który zachowywał się jak szczodry i życzliwy Święty Mikołaj po to, by znienacka zaatakować.
    – Najważniejszy w biznesie jest charakter, Nico – lubił powtarzać. – Ludzie chcą z góry wiedzieć, z czym mają do czynienia. A kiedy myślą o tobie, musisz wyróżniać się w ich umyśle, jak bohaterka powieści.
    Nico kiwała głową. Początkowo nie wszystko, co mówił Victor, wydawało się jej sensowne (faktycznie był trochę stuknięty, przekonała się jednak, że większość ludzi, którzy odnieśli wielki sukces, była, łagodnie mówiąc, inna, i pewnie powinna też przypiąć tę etykietkę sobie), ale kiedy później zastanawiała się nad jego słowami, odkryła w nich pewną błyskotliwość.
    – Ty to masz, Nico – powiedział. – Charakter. Ten lodowaty chłód. Przez niego ludzie myślą, że ci nie zależy. To ich przeraża. Jednak pod tą powierzchownością Grace Kelly zależy ci ogromnie. Jak się nad tym zastanowić, Grace była bardzo namiętną osobą. Miała rozmaitych sekretnych kochanków.
    Victor spojrzał na nią w ten swój przenikliwy sposób, a Nico oblała się rumieńcem, zastanawiając się, czy to aluzja do jej romansu z Kirbym. Ale Victor nie mógł wiedzieć o Kirbym… Prawda?
    – Dziękuję, Victorze – powiedziała aksamitnym, niskim głosem. Naturalnie nie tłumaczyła Victorowi Matrickowi, że jej „lodowaty chłód" wziął się przed laty z koszmarnej nieśmiałości, z którą Nico walczyła przez całe życie, od dzieciństwa.
    Teraz, na myśl o wzmiance w „Post", doszła do wniosku, że Victor musiał maczać w tym palce. Zestawienie chłodu z gorącem nieco przypominało to, co powiedział jej Victor. Być może doprowadził do wycieku tej informacji, żeby wreszcie rozstrzygnąć pat z Mikiem. Z drugiej strony, jeśli to nie on, mógł podejrzewać, że źródłem informacji jest Nico, a to oznaczało kłopoty. Victorowi nie spodobałoby się, gdyby wzięła sprawy w swoje ręce i samodzielnie postanowiła zakończyć wyścig.
    – Katrina, kochanie! – zawołała zachęcająco, schodząc.
    – Za momencik, mamo! – odkrzyknęła Katrina.
    Nico spacerowała po zniszczonym orientalnym dywanie. Gdyby zajęła pozycję Mike'a, przypadłoby jej stanowisko szefowej i prezeski Verner, Inc. Za każdym razem, gdy zaczynała o tym myśleć, przepełniało ją podniecenie i duma. Czeka ją mnóstwo pracy, ale wiedziała, że sobie poradzi. Najtrudniej było zdobyć ten tytuł i pozycję.
    Podczas tamtego weekendu w St. Barts Nico i Victor przez wiele godzin mówili o dziale wydawniczym. Victor czuł, że Mike Harness jest ze starej szkoły, nadal próbuje wydawać pisma, które przyciągną mężczyzn. Oboje wiedzieli, że faceci już nie czytują czasopism, a przynajmniej nie tak chętnie jak dawniej, w tak zwanych dniach świetności branży wydawniczej, czyli w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Teraz większość czytelników stanowiły młode kobiety z obsesją na punkcie gwiazd, wyjaśniła Nico. Na trzydzieści tytułów wydawanych przez Splatch-Verner, tylko piętnaście było dochodowych, z „Bonfire" na czele. Już sam ten fakt powinien wystarczyć Victorowi do zwolnienia Mike'a i zatrudnienia Nico na jego miejsce. A dla Victora to nie było takie proste.
    – Każdy, kto bierze to stanowisko, powinien mieć takie same osiągnięcia – powiedział Victor.
    Nico nie była pewna, czy rzuca jej wyzwanie, czy też usiłuje w ten sposób przekazać, że nie jest pewien, czy mogłaby pracować jeszcze lepiej.
    – Jestem pewna, że potrafię zwiększyć zyski o dziesięć procent – powiedziała głosem, w którym nie brzmiało wyzwanie ani chełpliwość.
    – Masz sporo niezłych pomysłów. – Victor z zamyśleniem pokiwał głową. – Ale chodzi nie tylko o pomysły. Strategia też się liczy. Jeśli wykopię Mike'a i zainstaluję na jego miejsce ciebie, wzbudzi to protesty. Mnóstwo ludzi będzie przeciwko tobie, będą gadali, że na to nie zasłużyłaś. Naprawdę chcesz zaczynać pierwszy dzień w szkole w klasie, w której połowa uczniów cię nienawidzi?
    – Na pewno dam sobie radę, Victorze – mruknęła.
    – Och, nie wątpię – odparł. – Nie jestem jednak pewien, czy ja tego chcę.
    Siedzieli na pomoście obok domu Victora w St. Barts, tuż po lunchu. Victor wysłał Seymoura i panią Victorowa (po pięćdziesięciu latach małżeństwa żona Victora była tak mu oddana, że nalegała, by ludzie zwracali się do niej per „pani Victorowa") do miasta, gdzie pani Victorowa obiecała pokazać Seymourowi sklep z najlepszymi cygarami. Pomost zbudowany z ciemnego i kosztownego mahoniu (trzeba go było wymieniać co trzy lata ze względu na słone powietrze, ale Victor twierdził, że warto) rozciągał się przez ponad piętnaście metrów i kończył nad basenem wypełnionym przejrzystą, błękitną wodą, która rozpływała się na końcu w nicość. Siedząc na pomoście, człowiek miał wrażenie, że unosi się w niebo albo tkwi na krawędzi wysokiej skały.
    – Jak twoim zdaniem powinniśmy to załatwić, Victorze? – zapytała Nico.
    – Myślę, że ty powinnaś to załatwiać, a ja podziwiać – odparł enigmatycznie.
    Nico pokiwała głową i skupiła się na obserwacji widoków, żeby ukryć frustrację. O czym on gada, do diabła?
    – Ludzie chcą rozumieć. – Victor postukał paznokciami o inkrustowany marmurowy blat. Miał duże dłonie o szaro-białej, pomarszczonej i upstrzonej plamami wątrobowymi skórze. – Chcą wskazać palcem na wydarzenia i znać ich przyczynę. Gdyby, na przykład… – również patrzył w przestrzeń – Mike coś planował… coś oczywistego albo i mniej oczywistego, wszystkim byłoby znacznie milej. „Aha", mówiliby. „Dlatego Mike został zwolniony… i dlatego Nico O'Neilly dostała jego posadę".
    – Oczywiście, Victorze – oświadczyła Nico chłodno.
    Jednak nawet ona nieco się przeraziła. Mike Harness pracował dla Victora bodaj od dwudziestu pięciu lat; był lojalny, zawsze stawiał interes firmy na pierwszym miejscu. A teraz Victor planował upadek Mike'a i chyba dobrze się przy tym bawił.
    Czy ja naprawdę mam na to ochotę, zastanawiała się.
    Potem jednak przypomniała sobie o pracy. Stanowisko było zaszczytne, bez wątpienia, ale przede wszystkim nęciła ją perspektywa samego działania. Nico doskonale wiedziała, co zrobić z działem wydawniczym: musiała mieć tę pracę. Należała się jej. Była jej przeznaczeniem…
    – Miej uszy i oczy otwarte – poradził jej Victor. – Kiedy coś znajdziesz, przyjdź do mnie i zrobimy następny krok. – Wstał, dając do zrozumienia, że rozmowa jest skończona. – Próbowałaś kiedyś parasurfingu? – zapytał. – To trochę niebezpieczne, ale bardzo przyjemne…
    Przez następne trzy miesiące Nico usiłowała wypełniać polecenie Victora. Przestudiowała finanse działu wydawniczego w ostatnich trzech latach, ale nie udało się jej znaleźć nic nadzwyczajnego. Mike pracował przez cały czas w takim samym stylu i tempie. Dział nie przynosił wielkich zysków, ale również nie wykazywał strat. Coś jednak musiało się wydarzyć. Jak zawsze. Najważniejsze było wyczucie czasu. Pośpiech mógł się okazać równie niewskazany jak opóźnienie. Nie była pewna, na jakim etapie się teraz znajduje.
    Znowu z irytacją popatrzyła na gazetę. Byłoby o wiele lepiej, gdyby nic nie napisali, nie zamieścili żadnej wzmianki. Mike Harness potraktuje to jako sygnał, że jego stanowisko nie jest bezpieczne, i zrobi wszystko, żeby umocnić swoją pozycję. No i nie da się już zaprzeczyć, że Nico mu zagraża. Być może Mike będzie nawet próbował ją zwolnić…
    – Jestem – oznajmiła Katrina, zbiegając po schodach.
    Nico popatrzyła na nią z ulgą i się uśmiechnęła, nie tylko dlatego, że wreszcie Katrina była gotowa do wyjścia, ale też dlatego, że nagle z przyjemnością uświadomiła sobie, że w jej życiu są ważniejsze rzeczy niż Victor Matrick i Mike Harness. Jak większość dziewcząt w tym wieku Katrina dbała przede wszystkim o wygląd, a „dziewczyny", jak nazywała jej przyjaciółki Nico, oszalały na punkcie nowej projektantki, Tory Burch. Katrina miała na sobie dzwony w pomarańczowo-brązowe geometryczne wzory, do tego obcisły sweter z brązowego kaszmiru, spod którego wystawała bluzka z żółtego jedwabiu. Piękne, rzeźbione rysy odziedziczyła po Seymourze, po Nico okrągłe zielone oczy i włosy w niezwykłym, przywodzącym na myśl jesienne liście odcieniu blond, który Francuzi nazywali verte morte. (Nico uwielbiała to określenie, było niesłychanie poetyckie). Pomyślała z radością, że dzięki córce nigdy nie zapomina, jaką jest szczęściarą.
    – Cześć, Kitty Kat. – Objęła Katrine w pasie.
    Były sobie bardzo bliskie. Choć Nico i Seymour rzadko okazywali sobie czułość, Katrina nadal siadywała jej na kolanach, gdy od czasu do czasu wieczorami oglądały wspólnie telewizję, a Nico drapała Katrine po plecach, co jej córka uwielbiała od dzieciństwa.
    – Mamo, czy wiesz, że zostałaś okrzyknięta jedną z pięćdziesięciu najbardziej wpływowych kobiet we wszechświecie? – zapytała Katrina, opierając głowę na ramieniu matki.
    Nico wybuchnęła śmiechem – to był rodzinny żart. Kiedy Nico zachowywała się nieznośnie, Katrina pytała spokojnie:
    – Mamo, może pójdziesz sobie kupić własny wszechświat?
    – A skąd to wiesz? – Nico pogłaskała córkę po głowie.
    – Z Internetu, głuptasie.
    Kat spędzała wiele godzin w sieci, bez przerwy komunikując się z rozmaitymi przyjaciółmi. Poza szkołą, jazdą konną, gotowaniem i mnóstwem chwilowych zainteresowań, miała też skomplikowane i przypominające labirynt życie towarzyskie, które zdaniem Nico można było porównać z życiem biurowym którejkolwiek z firm z listy Fortune 500.
    – Tak czy owak, jestem z ciebie naprawdę dumna – dodała.
    – Jeśli nie będziesz uważała, kupię ci planetę – oświadczyła Nico.
    Otworzyła ciężkie dębowe drzwi i obie wyszły na kwietniowe słońce.
    – Nie musisz. – Katrina wybiegła przed nią do limuzyny czekającej przy chodniku. – Kiedy dorosnę, sama ją sobie kupię.
    Jestem tego pewna, skarbie, pomyślała Nico, patrząc, jak jej córka z gracją wślizguje się do auta. Katrina była smukła jak trzcina – znowu banał, ale Nico nie miała pojęcia, jak ją lepiej opisać – i Nico poczuła, jak przepełnia ją duma. Katrina była taka pewna siebie, znacznie bardziej niż Nico w jej wieku. Jednak Katrina żyła w innych czasach. Dziewczęta z jej pokolenia wierzyły, że mogą wszystko osiągnąć, i niby dlaczego nie? Ich matki stanowiły żywy dowód na poparcie tej tezy.
    – Myślisz, że dostaniesz to stanowisko, mamo? – zapytała Katrina. – No wiesz, zostaniesz panią wszechświata?
    – Jeśli chodzi ci o funkcję prezeski zarządu i szefowej Verner, Inc., to pewnie tak – odparła Nico. – To nieco łatwiejsze niż stanowisko pani wszechświata.
    – Podoba mi się to – mruknęła Katrina. – Moja matka jest prezeską zarządu i szefową Verner, Inc. – Popatrzyła na Nico i się uśmiechnęła. – To brzmi strasznie ważniacko.
    Nico uścisnęła dłoń córki. Wydawała się taka krucha i bezbronna, mimo że Katrina była doskonałym jeźdźcem i tymi drobnymi paluszkami potrafiła kontrolować wielkie zwierzęta. Nico nagle poczuła olbrzymią wdzięczność wobec losu, że Katrina nie jest jeszcze w wieku, w którym nie będzie chciała mieć nic wspólnego z matką, i że nadal pozwala jej trzymać się za rękę, kiedy razem wychodzą. To dziecko, pomyślała Nico, dziecko, które trzeba chronić. Odsunęła z jej twarzy długi kosmyk włosów. Tak bardzo kochała córkę, że czasem ją to przerażało.
    – Moją najważniejszą pracą jest bycie twoją matką – oświadczyła.
    – To miłe, ale ja wcale tego nie chcę. – Katrina poprawiła się na kanapie. I nagle, ze zdumiewającą dziecięcą przenikliwością, dodała: – To zbyt wielki ciężar. Chcę, żebyście zawsze byli szczęśliwi na własną rękę. Miło, że ty i tatuś jesteście szczęśliwi ze mną, ale nie chcę, żebyście tylko ze względu na mnie byli ze sobą.
    Nico nagle dopadły straszne wyrzuty sumienia. Skąd na Boga Katrinie przyszło do głowy, że ona i Seymour nie są szczęśliwi? Czyżby jej romans z Kirbym był oczywisty? Bardzo uważała, żeby nie zachowywać się inaczej niż zwykle, jeśli już, to miała nawet więcej uwagi i cierpliwości dla Seymoura. Kirby pomógł jej pozbyć się niewypowiedzianego ciężaru w jej małżeństwie. To, że nie uprawia z Seymourem seksu, już jej nie przygnębiało. A gdyby Katrina się dowiedziała? Jak oceniłaby matkę?
    Czy nadal byłaby z niej taka dumna?
    – Tata i ja jesteśmy bardzo szczęśliwi, kochanie – powiedziała stanowczo. – Nie musisz się o nas martwić. – Katrina wzruszyła ramionami, jakby nieprzekonana, a Nico zapytała: – Przejmujesz się nami?
    – Nieeee – odparła Katrina z wahaniem. – Tylko…
    – Tylko co, kochanie? – zapytała Nico, nieco zbyt pośpiesznie. Uśmiechnęła się, ale jej wnętrzności były ściśnięte z niepokoju. Jeśli Katrina coś podejrzewa, albo nawet ma pewność, lepiej wiedzieć, żeby wszystkiemu zaprzeczyć. Obiecała sobie natychmiast, że w takim razie naprawdę nigdy więcej tego nie zrobi.
    – To tajemnica, ale moim zdaniem rodzice Magdy się rozwiodą. – Katrina szeroko otworzyła oczy. Albo miała poczucie winy, że właśnie ona przekazuje tę informację, albo czuła się zaszokowana tym, że to może być prawda.
    Bogu dzięki, pomyślała Nico irracjonalnie. Chodziło o Wendy, nie o nią. Nic dziwnego, że Katrina czuła się przygnębiona. Pewnie martwiła się tym, że skoro przytrafiło się to Magdzie, równie dobrze może przytrafić się jej. Nico zmarszczyła brwi. Przecież to nie mogła być prawda. Wendy przebywała za granicą, na planie, skąd wzięłaby czas na rozwód?
    – Wendy i Shane mają problemy, ale jestem pewna, że wszystko będzie dobrze.
    Katrina pokręciła głową. Ta dyskusja nie była niezwykła, Nico i Katrina często plotkowały (wolały nazywać to analizą) o postępowaniu przyjaciół jednej i drugiej. Szokowało to, że Katrina najwyraźniej wiedziała o sprawie więcej niż sama Nico.
    – Chodzili do terapeuty – ciągnęła Katrina pewnym tonem. – Ale nic z tego nie wyszło. Oczywiście Shane usiłował ukrywać to przed dziećmi, ale w trzystudwudziestopięciometrowym lofcie wszyscy wszystko wiedzą.
    Nico spojrzała na Katrine ze zdumieniem i dumą – gdzie na Boga ta mała nauczyła się w tak dorosły sposób patrzeć na związki? – ale również i z lekkim strachem. Czy dwunastolatka naprawdę ma prawo do wglądu w takie sprawy?
    – Gdzieś ty to usłyszała? – spytała córkę.
    – Od Magdy – odparła Katrina, jakby Nico powinna była się sama domyślić.
    – Myślałam, że nie jesteście zaprzyjaźnione.
    Katrina i Magda chodziły do tej samej klasy w prywatnej szkole. Ze względu na przyjaźń matek przez lata się tolerowały, ale nigdy się nie zaprzyjaźniły, pewnie dlatego, że Magda była dosyć dziwną dziewczynką. Chodziła wyłącznie w czerni, i chyba mało interesowało ją życie towarzyskie, mniej niż inne dzieci, z pewnością mniej niż Katrine. Magda odziedziczyła po Wendy niechęć do integracji z grupą. To zawsze lekko martwiło Nico. Dorosły może obrócić taką cechę na swoją korzyść, ale dziecku tylko utrudnia ona życie…
    – Magda lubi dramatyzować – zauważyła Nico. – Mogła to sobie wymyślić.
    Musiała to sobie wymyślić, pomyślała. Mowy nie ma, żeby Wendy i Shane mieli tego rodzaju kłopoty, a Wendy nie pisnęłaby jej o tym ani słowem.
    – Teraz się bardziej przyjaźnimy. – Katrina pociągnęła za kosmyk włosów i z zadumą dotknęła nim ust. Wyglądała czarująco. – Odkąd zaczęła jeździć konno. Widuję ją co drugi dzień po szkole, więc nie mam wyjścia, muszę się z nią kolegować.
    – Wendy to moja najlepsza przyjaciółka…
    – Victory Ford też – natychmiast uzupełniła Katrina. Z jakiegoś powodu zawsze ją fascynowało i cieszyło, że matka ma dwie najlepsze przyjaciółki.
    – I Victory też. – Nico pokiwała głową. – Wszystko sobie mówimy… – No, nie wszystko, nadal nie powiedziała Wendy – o Kirbym, ale to tylko dlatego, że Wendy wyjechała. – Wendy na pewno by mi powiedziała.
    – Na pewno, mamo? – zapytała Katrina. – Może się wstydzi. Magda mówiła, że jej ojciec poszedł do adwokata i że w środę zmienił zamki. Dostała nowy klucz i się martwi, bo nie wiadomo, jak Wendy wejdzie do środka, kiedy wróci do domu.
    – No tak… – Nico pomyślała, że to bardzo niepokojąca informacja. – Jestem pewna, że Shane zostawił jej klucz u portiera. A wizyta u adwokata jeszcze o niczym nie świadczy. Mógł tam iść z byle powodu.
    – Mamo – westchnęła Katrina. – Przecież wiesz, że to nieprawda. Każdy wie, że kiedy rodzice idą do adwokata, zamierzają wziąć rozwód.
    – Na pewno wszystko będzie dobrze – zapewniła ją Nico. – Zaraz zadzwonię do Wendy…
    – Nie mów jej, że powiedziałam ci o rozwodzie – zaniepokoiła się Katrina. – Nie chcę, żeby Magda miała kłopoty.
    – Nie powiem. Po prostu sprawdzę, jak się miewa. Pewnie jeszcze nawet nie wróciła.
    Nico wybrała numer przyjaciółki, ale odezwała się poczta głosowa. Pomyślała, że to najlepszy dowód, że Wendy jeszcze jest za granicą albo właśnie leci samolotem.
    Samochód zahamował przed wejściem dla wystawców do Madison Square Garden. Nico i Katrina wysiadły i przeszły przez niewielki plac. Przed wejściem, zablokowanym przez policyjne barykady, stało dwóch lub trzech niechlujnych paparazzich. Wystawa psów nie była szczególnie interesującym wydarzeniem towarzyskim. Ich znudzone oblicza świadczyły o tym, że są tego świadomi, ale w sumie nigdy nie wiadomo. Mogło się przecież okazać, że Jennifer Lopez pokochała psy.
    – Hej, Nico! – zawołał jeden z nich leniwie i podniósł aparat. Nico pokręciła głową i instynktownie otoczyła ramieniem szyję córki, usiłując zasłonić jej twarz. Katrina westchnęła i gdy już bezpiecznie minęły fotografów, wyrwała się matce.
    – Mamo. – Pełnym irytacji gestem poprawiła sobie włosy. – Jesteś nadopiekuńcza. Ja już nie jestem małą dziewczynką.
    Nico się zatrzymała, uśmiechnęła do Katriny z zakłopotaniem, nagle zraniona dezaprobatą córki. Myśl, że dziewczynka mogłaby jej nienawidzić, była jak dźgnięcie nożem. Jednak nadal była jej matką, a Katrina wciąż była małą dziewczynką – tak jakby.
    – Jako matka mam prawo do nadopiekuńczości – oświadczyła. – Przynajmniej dopóki nie skończysz pięćdziesiątki.
    – Proszę – powiedziała Katrina. Uroczo wydęła usta. Wkrótce zacznie się całować z chłopakami, pomyślała Nico z niepokojem. Nie chciała, żeby jej córka zawracała sobie nimi głowę. To taka strata czasu. Nastoletni chłopcy są okropni… Może należałoby ją wysłać do żeńskiego internatu, jakiegoś bezpiecznego miejsca… Szwajcaria… Ale jak miałaby żyć, nie widując córki całymi tygodniami?
    – Mamo? – Katrina patrzyła na nią z troską. – Poszukajmy taty.
    Wzięła Nico za rękę i przyśpieszyła kroku, ciągnąc matkę.
    – Czekaj, skarbie, mam wysokie obcasy. – Nico pomyślała, że mówi dokładnie jak własna matka. No i co z tego? Po urodzeniu dziecka kobieta nieuchronnie w pewnym stopniu przypomina swoją matkę, walka z tym to strata czasu. A poza tym, to miłe…
    – Ty już przyszłaś na świat na wysokich obcasach. – Katrina roześmiała się i przystanęła u podnóża schodów, żeby Nico mogła się z nią zrównać. – Jesteś urodzoną władczynią.
    – Dziękuję, Kity.
    – Jestem przekonana, że Tunie zwycięży, a ty, mamo? – Katrina zamachała rękoma. – Tatuś mówi, że to najpiękniej- szy jamnik miniaturka w kraju, a jeśli sędziowie tego nie docenią…
    I tak trajkotała, znowu była małą dziewczynką. Nico kiwała głową i raz jeszcze pomyślała o tym, jak bardzo kocha córkę i jaką jest szczęściarą.

    Shane włożył białe dżinsy i kolorową koszulę. Wiśniową, nie kasztanową ani nie bordo. Z małym zielonym aligatorkiem na lewej piersi. Koszula była wciśnięta za pasek białych dżinsów, które na biodrach przytrzymywał brązowy skórzany pasek przeplatany przypominającym wstążkę białym, żółtym i niebieskim materiałem. Ale to koszula najbardziej rzucała się w oczy. Wendy wiedziała, że do końca życia jej nie zapomni.
    – Z powrotem na lotnisko, proszę – powiedziała.
    Kierowca skinął głową. Była zdumiona, jak spokojnie i bez emocji brzmi jej głos, niczym głos robota. Ale może to wcale nie było zdumiewające? Nie miała już żadnych uczuć, żadnej duszy. Już nigdy nic jej nie zrani. Była tylko maszyną, cenioną wyłącznie za umiejętność zarabiania pieniędzy, płacenia za różne rzeczy. Poza tym nie była im do niczego potrzebna.
    Samochód podjechał pod bramę. Uderzyło ją, że kiedy auto opuści teren klubu Polo Palm Beach, znajdzie się w miejscu, z którego nie ma odwrotu. Stop!, powiedział jakiś głos w jej głowie. Wracaj – wracaj! Ale inny głos oświadczył: Nie. Dość już tych upokorzeń. Musisz położyć temu kres, inaczej na zawsze stracisz ich szacunek. Powrót niczego nie zmieni, tylko pogorszy sprawy. Nie ma już odwrotu. Możesz tylko iść przed siebie, z całą tą okropną prawdą.
    Biała metalowa brama się otworzyła i samochód przez nią przejechał.
    Zapadła się na siedzeniu, jakby nie chciała być widoczna. Co można było zrobić inaczej? Co innego powiedzieć? Czego od niej oczekiwano? Jaka jest prawidłowa reakcja na słowa: „Wendy, ja cię nie kocham. Wątpię, czy kiedykolwiek cię kochałem"?
    Gdyby tylko… Gdyby tylko miała dzieci na pociechę. Ale i one mnie nie chcą, pomyślała tępo. Czy naprawdę? A może właśnie ona patrzy na tę sytuację jak niedojrzały dzieciak? W końcu to tylko dzieci, nie cierpią, jak ktoś psuje im dzień. Mogła zostać, ale nie zniosłaby bliskości Shane'a ani jego rodziców, ich ukradkowych, porozumiewawczych spojrzeń.
    Wiesz, on jej nie kocha. Nigdy nie kochał. Zawsze to wiedzieliśmy. Dlaczego ona nie?
    Albo: Co teraz zrobi? Ostrożnie. Jest niebezpieczna. To zła kobieta. Może utrudniać życie Shane'owi i dzieciom. Mamy nadzieję, że okaże rozsądek…
    I ta wiśniowa koszula do białych dżinsów. Mokasyny z brązowego zamszu, od Gucciego. Shane stał się… Jednym z nich.
    Koniarzem.
    A ona nie. Ona w ogóle tu nie pasowała.
    Kiedy citation wylądował na lotnisku Palm Beach, od razu pojechała do hotelu Breakers, spodziewając się, że zastanie w apartamencie Shane'a i dzieci. Zamiast nich jednak natknęła się tam na teściów w bermudach, z których wystawały pulchne, guzowate nogi przypominające niewypieczone bochenki chleba. Jedli śniadanie, a kiedy ojciec Shane'a, Harold, otworzył drzwi, nawet nie starał się ukryć szoku.
    Zakład, że się mnie nie spodziewałeś, pomyślała Wendy, pewna zwycięstwa.
    – Cześć, Haroldzie – powiedziała.
    Harold, który najwyraźniej doszedł do wniosku, że nie będzie z nią zadzierał, odwrócił się szybko i oznajmił:
    – Marge, popatrz, kto przyjechał. Wendy.
    – Witaj, Wendy. – Marge nawet nie udawała, że wstaje od stołu. W jej głosie dał się słyszeć wyraźny chłód. – Jaka szkoda. Minęłaś się z Shane'em i dziećmi. Ale chyba nie spodziewali się, że przyjedziesz.
    No niemożliwe, pomyślała Wendy.
    – Dokąd pojechali? – zapytała.
    Marge i Harold wymienili spojrzenia. Marge podniosła widelec i pogrzebała nim w jajecznicy.
    – Pojechali poszukać kucyka – odparła Marge.
    – Kawy, Wendy? – Harold usiadł naprzeciwko żony. – Chyba dobrze by ci zrobiła.
    – Tak, chętnie – odparła Wendy. – Dziękuję.
    – Możesz zadzwonić po służbę hotelową, żeby przyniosła ci filiżankę – powiedział Harold. – Są szybcy. Świetna obsługa.
    Wendy zaczęła się zastanawiać, czy ława przysięgłych rozgrzeszyłaby ją z zabicia tych dwojga staruchów.
    – Nie bądź niemądry, Haroldzie. Może wziąć moją filiżankę. Proszę, Wendy. – Marge popchnęła ku niej filiżankę i spodek.
    – Nie chcę twojej filiżanki – oświadczyła Wendy.
    – Marge nie pije kawy. Nigdy – wyjaśnił Harold.
    – Kiedyś piłam – powiedziała Marge sztywno. – Nie pamiętasz? Tuż po ślubie piłam sześć kaw dziennie, ale przestałam, kiedy byłam w ciąży z Shane'em. Mój położnik powiedział, że kofeina szkodzi. Wtedy był uważany za bardzo postępowego.
    Wendy z roztargnieniem pokiwała głową. Czy celowo ją tak dręczyli, bo była złą żoną dla ich ukochanego, idealnego syna? Jak dużo wiedzieli? Pewnie wszystko, w końcu też tu przyjechali. Musieli być obeznani z sytuacją.
    – Gdzie są? – spytała Wendy, nalewając sobie kawy z białego dzbanka.
    – Kto?
    Dajże spokój. Wendy rzuciła jej wymowne spojrzenie. Nie jesteś aż taka stara. Dobrze wiesz, o kogo chodzi.
    – Shane. I dzieci. – Przełknęła łyk kawy i poparzyła sobie usta.
    Marge z wysiłkiem wykrzywiła twarz.
    – Co to było, Haroldzie? – zapytała. – Jakiś klub w Palm Beach.
    – Klub Polo Palm Beach. – Harold unikał spojrzenia Wendy.
    – No właśnie – przytaknęła Marge. – Podobno jest bardzo słynny.
    Zapadła długa cisza, w końcu to Marge zdecydowała się ją przerwać.
    – Chyba nie myślisz o tym, żeby się tam z nimi spotkać, prawda? – zapytała.
    – Jasne, że tak – odparła Wendy. – A dlaczego nie?
    Ostrożnie odstawiła filiżankę na spodek.
    – Na twoim miejscu chybabym tego nie robił – powiedział Harold. Marge rzuciła mu wymowne spojrzenie, jakby chciała go uciszyć, ale ją zignorował. – Lepiej najpierw zadzwoń. Shane mówił coś o tym, że potrzeba tam specjalnej przepustki.
    – Zęby kupić kucyka? Bardzo wątpię – powiedziała Wendy.
    Zeszła do recepcji i dowiedziała się, dokąd jechać. Klub Polo Palm Beach nawet nie leżał w Palm Beach, tylko w Wellington, mniej więcej pół godziny drogi na zachód.
    Wróciła do auta.
    Kiedy dotarła do klubu, przekonała się, że Harold miał rację, rzeczywiście trzeba było specjalnej przepustki, żeby wejść na teren. Przekupiła strażnika dwustoma dolarami, resztą pieniędzy z podróży.
    Przeszła przez wąską dziurę w żywopłocie, wlokąc za sobą walizkę z prezentami dla dzieci. Wciąż miała nadzieję na sukces. Już po drugiej stronie rozejrzała się z rozpaczą. Teren wydawał się olbrzymi, rozmiaru mniej więcej pola golfowego. Po prawej widziała długą stajnię ogrodzoną pastwiskiem, ale w oddali widniało więcej stajni i padoków, a także wielkie, biało-niebieskie namioty. Jak miała znaleźć dzieci?
    Weszła do najbliższej stajni. Wnętrze było pogrążone w półmroku i chłodne, przypominało tunel i, jak w tunelu, Wendy spodziewała się rozmaitych nieprzyjemnych niespodzianek. Rozejrzała się ostrożnie i dostrzegła wielkiego konia na łańcuchu przyczepionym do ściany. Koń popatrzył na nią, opuścił łeb i tupnął. Przestraszona Wendy odskoczyła.
    Zza konia wyszła młoda kobieta.
    – Czym mogę służyć? – zawołała. Wendy zrobiła maleńki krok do przodu.
    – Szukam męża. I dzieci. Kupują tu kuca.
    – Z której stajni?
    – Słucham?
    – Z której stajni? – powtórzyła kobieta. – Tu są ich setki. Pani rodzina może być gdziekolwiek.
    – Och.
    – Może pani do nich zadzwonić?
    – Tak. – Wendy pokiwała głową. – Zaraz to zrobię.
    Zaczęła się wycofywać.
    – Jak ma na nazwisko ich trener? – spytała kobieta, koniecznie chcąc być pomocna.
    Trener?
    – Nie wiem – odparła Wendy.
    – Zawsze może pani spytać w biurze – oświadczyła kobieta. – Proszę iść tą ścieżką. To tuż za rogiem.
    – Dziękuję – powiedziała Wendy.
    – Skręciła za róg stajni i niemal została rozjechana przez pojazd o napędzie elektrycznym z dwiema kobietami w daszkach przeciwsłonecznych. Zahamował gwałtownie, a kobieta za kierownicą wychyliła głowę.
    – Wendy? – zapytała. – Wendy Healy?
    – Tak? – Wendy zrobiła kilka kroków do przodu.
    – To ja, Nina. I Cherry. – Nina wskazała na swoją towarzyszkę. – Pamiętasz nas? Nasze dzieci chodzą do St. Mary-Alice School razem z twoimi.
    – Czeeeeeść – powiedziała Wendy, jakby nagle je rozpoznała.
    – Miło cię widzieć. – Nina wychyliła się i spontanicznie uścisnęła Wendy, jak długo niewidzianą przyjaciółkę. – Co ty tu robisz?
    – Moja córka kupuje kucyka…
    – Kto jest jej trenerem? – zapytała Cherry. Miała w uszach kolczyki z brylantami wielkości migdałów. – Marc Whittles? Jest najlepszy. Musisz trzymać się Marca, kiedy kupujesz kuca…
    – Nie jestem pewna… Właśnie wróciłam z planu… Z Rumunii – dodała Wendy w nadziei, że to wszystko wyjaśni.
    – Mój Boże. Masz takie wspaniałe życie! – wykrzyknęła Nina z lekkim południowym akcentem. – Cherry i ja zawsze powtarzamy, że to my powinnyśmy robić karierę, nie nasi mężowie.
    – Pewnie, mniej zawracania głowy – zgodziła się Cherry, a Nina ryknęła śmiechem. Wendy uznała, że Nina jest jedną z tych kobiet, których nie sposób nie lubić, nawet jeśli niekonieczne podziwia się ich styl życia.
    – Skarbie? – Nina popatrzyła na Wendy ze zdumieniem. – Gdzie twój pojazd?
    – Pojazd? – powtórzyła Wendy. – Nie wiedziałam, że będzie mi potrzebny.
    – Przecież tu wszystko jest w odległości wielu kilometrów… Chyba nie miałaś zamiaru iść piechotą, co? – spytała zaszokowana Cherry.
    – Nie jestem pewna, gdzie oni są – wyznała Wendy. – Nie było mnie, a potem moja komórka…
    – Skarbie, nic się nie martw. My bez przerwy gubimy dzieci i mężów – wykrzyknęła Nina, machając rękoma.
    – Tak jest lepiej – dodała Cherry.
    Znowu zaczęły się śmiać.
    – Może zaczniemy od stajni Marca, dobrze? – Nina popatrzyła na Cherry. – Wskakuj – powiedziała do Wendy. – Podwieziemy cię.
    Wendy włożyła bagaż do metalowego kosza z tyłu.
    – Rany boskie – powiedziała Cherry. – Chyba nie ciągniesz tego aż z Rumunii, co?
    – Szczerze mówiąc, tak. – Wendy usiadła z tyłu.
    – Jesteś naprawdę oddaną matką – powiedziała Cherry. – Kiedy ja wracam z Europy, mąż i dzieci wiedzą, że przez trzy dni nie wstanę z łóżka. Złe samopoczucie po podróży samolotem.
    – Skarbie, masz złe samopoczucie po wejściu na stok w Aspen.
    Cherry wzruszyła ramionami, jak niezadowolone dziecko.
    – Jestem delikatna.
    Wendy się uśmiechnęła, żałując, że nie może się przyłączyć do ogólnej wesołości. Nina i Cherry były przemiłe, ale zupełnie inne od niej. Ich rozszerzone nozdrza (zapewne rezultat korekty nosa na początku lat osiemdziesiątych, pomyślała; niepokojące, jak można było przypisać pewne zabiegi specyficznym epokom w dziejach operacji plastycznych) i wysokie, smukłe sylwetki kojarzyły się jej z rasowymi końmi wyścigowymi. Wydawało się, że nie mają żadnych zmartwień, no i pewnie nie miały. Ich mężowie byli bogaci i nawet gdyby się z nimi rozwiedli, dzięki alimentom te kobiety nie musiałyby nigdy pracować… Zaczęła się zastanawiać, jak by to było. Przechyliła głowę. Pewnie niesamowicie przyjemnie. Nic dziwnego, że są takie miłe. Nigdy nie przytrafiło się im nic naprawdę parszywego… Na myśl o nieuniknionej awanturze z Shane'em, mocno złapała za poręcz pojazdu.
    – Przy okazji – odezwała się Nina. – Twój synek – Tyler, prawda? – jest absolutnie uroczy.
    – Tak, to prawda. – Wendy pokiwała głową. Teraz, kiedy wiedziała, że zobaczy dzieci, ogarnęło ją nieco mdlące, słodkie uczucie wyczekiwania.
    – A twój mąż, Shane, tak dobrze sobie z nim radzi – dodała Cherry. – Zawsze sobie powtarzamy, jaka z ciebie szczęściara, że masz męża, który im matkuje. Codziennie przychodzi odebrać je ze szkoły. Większość facetów mówi, że chętnie by to robiła, ale kiedy się im na to pozwala, są kompletnie bezradni.
    – Mój nawet nie wie, jak rozłożyć wózek – oświadczyła Nina.
    – Chyba dobrze go wytresowałaś. – Cherry pokiwała głową. – Zawsze się zastanawiamy, na czym polega twój sekret.
    Gdybyście tylko znały prawdę, pomyślała Wendy z goryczą.
    – No cóż… Chyba po prostu mam szczęście – powiedziała smutno.
    – Jesteśmy na miejscu! – wykrzyknęła Nina wesoło, wskazując na pomalowaną na biało stajnię z dachem w kolorze patynowanej miedzi. Przed nią rozciągał się otoczony płotem wybieg z wielobarwnymi przeszkodami, na padoku młoda kobieta w czarnym toczku jeździła na szarobiałym kucyku. Z boku stali Shane i Magda, rozmawiali z wysokim młodym człowiekiem o rysach gwiazdora filmowego. Po drugiej stro- nie zobaczyła Tylera i Chloe, których trzymała za rękę niania Gwyneth.
    – Jest Shane – zauważyła Cherry. – A to Marc, prawda? O świetnie, a więc jednak Marc. Nie musisz się przejmować, jesteś w dobrych rękach. – Uśmiechnęła się do Wendy.
    Wendy odpowiedziała jej uśmiechem. Zbierało się jej na mdłości.
    – Shane, skarbie! – zawołała Nina. – Przywiozłyśmy ci prezent! Zonę!
    Wendy wysiadła. Kobiety pomachały upierścienionymi dłońmi i pośpiesznie odjechały.
    Wendy stała, z kufrem w jednej dłoni i walizką na kółkach w drugiej. Pomyślała, że musi wyglądać jak uchodźca.
    Rodzina gapiła się na nią. Najwyraźniej nikt nie wiedział, co robić.
    Zachowuj się normalnie, nakazała sobie. Czyli jak? Postawiła kufer i pomachała.
    – Cześć…
    – Mamo! – wrzasnęła Magda dramatycznie, jakby ją zarzynano. Miała na sobie rozciągliwe brązowe spodnie z mankietem u dołu, na nogach sznurowane buciki. – Przyleciałaś!
    Niezręcznie potruchtała ku matce, szeroko rozpościerając ramiona. Jest trochę pulchna, pomyślała Wendy z niepokojem. Pod białą koszulą dziewczynki widać było zaczątki brzuszka i dwa małe pagórki pączkujących piersi.
    Kupię jej stanik. Jutro, pomyślała Wendy i poczuła niewiarygodne wyrzuty sumienia. Nie skomentuję jej tuszy, to minie. Po prostu zaczęła rosnąć.
    Rozpostarła ramiona i uściskała córkę, wąchając jej włosy, które pachniały kwaśno-słodkim potem. Pomyślała o tym, że matki prawdopodobnie umieją rozpoznawać dzieci po zapachu.
    – Tak się cieszę, że cię widzę! – wykrzyknęła Magda.
    Wtedy Tyler, najwyraźniej uznawszy, że jest bezpiecznie, ruszył ku niej, zataczając kółka niczym samolot. Mała Chloe zaczęła się rzucać w wózku i domagać, żeby ją wypuszczono.
    – Proszę bardzo. – Gwyneth wyciągnęła małą do Wendy. – Mamusia. Nareszcie.
    Popatrzyła na Wendy badawczo i uśmiechnęła się do niej z niepokojem.
    Wendy spojrzała na Shane'a, chcąc się upewnić, czy docenia wagę tej scenki. Uśmiechnął się do niej z rezygnacją, a ona odwróciła się do niego plecami i pochyliła nad Tylerem.
    – Mamusiu, ząb mi wypadł. – Wskazał dziurę małym palcem.
    – Zobaczmy – powiedziała Wendy. – Bolało? Przyleciała zębowa wróżka?
    Tyler zadygotał.
    – Nie bolało, ale krew leciała. Zębowa wróżka dała mi dziesięć dolarów. Tatuś powiedział, że warto było.
    – Dziesięć dolarów? To mnóstwo pieniędzy za mały ząbek. Co z nimi zrobisz?
    – Mamusiu, dziesięć dolarów to wcale nie jest dużo. Nie wystarczy nawet na CD.
    Jezu. Czego Shane ich uczył? Wstała, wzięła dzieci za rękę i ruszyła przed siebie.
    Shane nawet nie drgnął, żeby pocałować ją na przywitanie. Zamiast tego wskazał ręką mężczyznę za sobą, który nie był wcale taki atrakcyjny, jak się wydawało z daleka. Z bliska wyglądał jak spod sztancy, jakby jego skórę zrobiono z plastiku. Miał lotnicze okulary przeciwsłoneczne i palił cygaro (Parliament, na litość boską!), a grzywa rozjaśnionych włosów wydawała się przyklejona do jego głowy lakierem. Nogi mężczyzny były oblepione białymi bryczesami, czarne buty sięgały mu do kolan, a biała koszula miała wiśniowe pasy, w tym samym odcieniu co koszula Shane'a.
    – To moja żona, Wendy Healy. Marc Whittles. Nasz trener – powiedział Shane.
    Przynajmniej nazwał mnie swoją żoną, pomyślała Wendy, potrząsając dłonią Marca. Przez chwilę wydawało się jej, że chyba popełniła jakiś błąd. Może jednak nic się nie zmieniło.
    – Nie spodziewaliśmy się Wendy. – Shane popatrzył na nią znacząco. – Pewnie martwiła się o dzieci.
    – Byłam za granicą… Dawno ich nie widziałam…
    – Gdzie? – Marc strzepnął fragment popiołu z białych bryczesów. Wendy pomyślała, że przypomina sprawnego agenta nieruchomości.
    – W Rumunii – odparła.
    – W Rumunii – powtórzył i z niesmakiem odchylił głowę. – Co tam jest? Na pewno nie zjazdy narciarskie. No i nie sklepy.
    – Praca. – Wendy pomyślała, że lada chwila straci cierpliwość do tego faceta.
    – Wendy jest z branży filmowej – wyjaśnił Shane.
    – Jest szefową Parador Pictures – wtrącił Tyler.
    Kochany chłopczyk, pomyślała Wendy i ścisnęła rękę syna.
    – Bardzo… miło – powiedział Marc, jakby szacował jej wartość. – Mamy tu mnóstwo ludzi z branży filmowej. Będzie się pani czuła jak w domu.
    Wendy parsknęła śmieszkiem, dając mu do zrozumienia, że nie ma takiej możliwości.
    – Jak widzisz – zaczął Shane z nutą triumfu w głosie – dzieciom nic nie jest.
    – Tak – odparła Wendy sztywno. – Widzę.
    Wpatrywali się w siebie z nienawiścią.
    – Zdejmijmy kucowi uprząż, dobrze? – Marc niedbale rzucił papierosa w trawę i przydeptał go butem.
    Magda złapała matkę za rękę i zaczęła ciągnąć ją do kucyka.
    – Czy to nie jest najpiękniejszy kucyk, jakiego kiedykolwiek widziałaś? – zapytała, a w jej oczach płonęło pożądanie.
    – Tak, kochanie. Jest… jest piękny – odrzekła Wendy.
    Nigdy nie miała do czynienia z końmi, i choć kucyk nie był szczególnie duży (metr czterdzieści dwa w kłębie, powtarzali jej wszyscy, czego kompletnie nie rozumiała, bo nie wiedziała, co to jest kłąb), bała się podejść do zwierzęcia bliżej niż na metr. Nawet kiedy przywiązali go w stajni linami po obu stronach łba – pewnie po to, żeby nie uciekł, domyśliła się Wendy – nadal była zdenerwowana.
    – Choć, mamusiu. – Tyler pociągnął ją za rękę.
    – Tyler, nie… Nie podchodź – nakazała mu.
    Tyler jednak wyrwał rękę z jej uścisku i podbiegł do konia, który opuścił łeb i lekko trącił nim głowę chłopca. Wendy pomyślała, że zaraz dostanie ataku serca, ale Tyler krzyknął z uciechy.
    – To będzie też mój kucyk – powiedział stanowczo. – Prawda?
    – Mamo, jest lepiej niż na Gwiazdkę – oświadczyła Magda. Objęła kuca za szyję. – Kocham cię. Kocham cię, Książę.
    – Albo miał na imię Książę, albo Magda sama go tak nazwała. – Mogę z nim spędzić noc?
    – Nie. Nie, kochanie…
    – Ale Sandy Pershenki… – Kto to był, do cholery? -… spędziła noc ze swoim koniem. Kiedy miał kolkę. To było na trzy dni przed eliminacjami do igrzysk, i spała w jego przegrodzie, na łóżku polowym. I koń wcale jej nie przygniótł ani nic takiego, więc to całkiem bezpieczne. A jeśli spadniesz, koń cię nie – stratuje. Ludzie myślą, że tak, ale wcale nie, rozumiesz? Konie wiedzą. Wiedzą wszystko…
    – Mamusiu, znasz Sandy? – przerwał Tyler.
    – Nie, skarbie. Nie znam. – Wzięła go na ręce. Był bardzo ciężki. I ubrany podobnie jak Shane, w białe dżinsy i niebieską koszulkę polo.
    – Kochasz Księcia, mamusiu? – chciał wiedzieć.
    – Tak. Wydaje mi się, że to uroczy konik.
    – To nie jest konik, mamo, tylko kuc. To nie to samo. Naprawdę uważam, że powinnam spędzić z nim noc – oświadczyła Magda. – Nie chcę, żeby się bał.
    – Nie będzie się bał. Przecież tutaj mieszka – powiedziała Wendy z nieszczerą wesołością. – Chyba nadeszła pora, żebyśmy my wrócili tam, gdzie mieszkamy.
    – Do Nowego Jorku? – zapytała Magda z przerażeniem.
    – Wszystko w porządku, skarbie. Nie chcesz jechać do domu?
    – Nie – odparł Tyler.
    – Ale mamusia ma samolot. Prywatny samolot, który zabierze nas do domu.
    – A możemy zabrać ze sobą Księcia?
    – Nie, skarbie.
    – No to chcę zostać – oświadczyła Magda.
    – A babcia i dziadek? – chciał wiedzieć Tyler.
    – Wrócą do domu później. Z tatusiem.
    – Ale babcia powiedziała, że będę siedział obok niej w samolocie.
    – Możesz siedzieć obok babci następnym razem.
    – Mamo, wszystko psujesz. – Na twarzy Magdy widniał pełen złości i strachu grymas.
    – Kupimy kucyka, Magda. Wystarczy.
    – Jakieś kłopoty, proszę pani? – Marc wyłonił się zza Wendy.
    – Nie, wszystko w porządku. Po prostu nie chcą wracać do domu.
    – A kto by chciał. Tu jest cudownie, prawda? Klub Polo Palm Beach. Skrawek nieba, prawda?
    Nie, to piekło, miała ochotę powiedzieć.
    – No to chodźmy kupić kuca, pani Healy. – Pochylił się, ale jego włosy nawet nie drgnęły. – Dzieci, chcecie zobaczyć maleństwa?
    – Maleństwa? – zapytała Magda z zaciekawieniem.
    – Małe kaczki i koty. A może nawet szczeniaki. – Wyprostował się. – Dzieci to uwielbiają. Powiem Julie, stajennej, żeby je zabrała, a potem przyprowadziła. Magda na pewno będzie chciała znów zobaczyć Księcia. – Uśmiechnął się do Wendy poufale. – To jej pierwszy kucyk. Przełom w życiu dziewczynki. Nigdy nie zapomni tej chwili.
    Ma rację, pomyślała Wendy. To rzeczywiście była niezapomniana chwila. Stała, znużona, a dzieci minęły ją biegiem.
    – Wendy, chodź! – niecierpliwie krzyknął Shane z miejsca dla pasażera w pojeździe.
    Wendy westchnęła i powlokła się z bagażem do męża, spoglądając tęsknie na dzieci. Usiadła z tyłu i położyła kufer na kolanach. Było prawie trzydzieści stopni, a ona miała na sobie czarne ubranie. Czuła się jak stara Włoszka.
    Marc usiadł za kierownicą i zapalił papierosa.
    – Magda świetnie sobie radzi z Księciem, proszę pani. – Skręcił ostro, a Wendy omal nie spadła. – Nie zdziwiłbym się, gdyby zajęła wysokie miejsce na swoim pierwszym pokazie. Wciąż powtarzam Shane'owi, ile macie szczęścia, takie kuce nie trafiają się codziennie.
    – A ile kosztuje? – Wendy wpatrywała się z wściekłością w jego potylicę.
    – Pięćdziesiąt tysięcy – powiedział gładko Shane.
    – Wendy jęknęła i złapała się tyłu fotela Shane'a. Shane się odwrócił i popatrzył na nią ponuro.
    – To nie tak dużo, Wendy – powiedział.
    – To rozsądna suma. – Marc wrzucił papieros do kubka z wodą. Mówił tak, jakby ludzie codziennie kupowali kuce za pięćdziesiąt tysięcy dolarów. – Red Buttons poszedł za dwieście tysięcy: to nie była rozsądna suma. – Odwrócił się i uśmiechnął do niej. – Najważniejsze, że Magda kocha tego zwierzaka. Już połączyła ich więź. Widzi pani, że kocha kuca, a kuc ją. Chyba nie odbierze pani córce pierwszej miłości?
    Wendy bezradnie pokręciła głową. Pięćdziesiąt tysięcy dolarów? To czyste szaleństwo. Co do cholery ma zrobić w tej sytuacji? Jeśli się sprzeciwi, Magda będzie załamana, a Wendy wyjdzie na złą matkę. Jak zwykle Shane wszystko ukartował. Raz jeszcze ją wrobił, stworzył sytuację, w której Wendy musiała zawieść swoje dzieci. Miała ochotę ukryć twarz w dłoniach i zaszlochać.
    Z wyczerpania zaczęła dygotać.
    – Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, chciałabym zamienić z mężem słowo na osobności. Zanim sfinalizujemy transakcję – powiedziała najspokojniej, jak potrafiła.
    – Naturalnie – zgodził się Marc przyjaźnie. – Waży się przyszłość państwa córki. Musicie o tym porozmawiać. Ale gwarantuję, że za tę cenę nie znajdziecie lepszego kuca.
    Shane popatrzył na nią przez ramię i zmarszczył brwi.
    – Co jest, Wendy? – spytał. – Jakiś problem?
    – Tak. Tak jakby – odparła ze znużeniem. – Mąż właśnie nakazał wręczyć mi pozew o rozwód, wywalił mnie z mojego mieszkania i porwał dzieci. Teraz żąda, żebym wydała pięćdziesiąt tysięcy na kuca…
    Marc wzruszył ramionami i znów zapalił, a następnie zahamował przed otoczoną pruskim murem stajnią w stylu Tudorów, zaprojektowaną tak, by przypominała stajnię przy królewskim domku w górach.
    – Będę w biurze. Pierwsze drzwi na prawo – powiedział. – Przyjdźcie, jak już wszystko uzgodnicie.
    – To tylko chwilka – zapewnił go Shane. Umilkł. – No?
    Wendy patrzyła na niego z przerażeniem. Nie wiedziała, od czego zacząć.
    – Po tym wszystkim… co zrobiłeś… mówisz „no"?
    – Możemy kupić tego kuca? Dlaczego ze wszystkiego robisz aferę?
    Patrzyła na niego i nic nie rozumiała. Czyżby zapomniał o pozwie rozwodowym i zmienionych zamkach w drzwiach? A może to ona traciła zmysły?
    – Co mam ci powiedzieć? – zapytał niecierpliwie.
    Milczała. Czego pragnęła? Chcę, żeby wszystko było tak jak kiedyś. Chcę, żeby było tak jak wtedy, zanim poleciałam do Rumunii. Może nie było świetnie, ale na pewno lepiej niż teraz.
    – Chcę, żebyś mi to wytłumaczył.
    Patrzył na nią wrogo, jak mały chłopczyk, po czym odwrócił się i ruszył ku stajni. Wendy pobiegła za nim i zrównała się z nim tuż przed wejściem.
    – Nie chcę teraz prowadzić tej dyskusji – syknął. – Nie na oczach tych wszystkich ludzi… – Wskazał dłonią drzwi do biura.
    – Dlaczego nie? A co cię oni obchodzą?
    – Nie chodzi o mnie, Wendy. Chodzi o to, co sobie pomyślą o naszej małej. Dlaczego musisz ją zawstydzać? Nareszcie znalazła w sobie odwagę, żeby zrobić coś nowego, coś, co jest zdrowe, a ty chcesz wszystko zepsuć.
    – Nie, ja…
    – Nie wiesz, jak tu strasznie plotkują? – spytał oskarżycielsko. – Wszyscy wiedzą wszystko o innych. Spotkałaś Cherry – i Ninę. One pogadają z Markiem i jutro w szkole każdy będzie wiedział. Nie sądzisz, że w tej sytuacji Magdzie i tak jest ciężko? Myślisz, że jeszcze potrzebuje, żeby inne dzieci opowiadały, że jej matka jest wariatką?
    – Ale Shane… – Patrzyła na niego z przerażeniem. – Nic nie zrobiłam. Za nic nie chciałbym skrzywdzić naszej córeczki…
    – Nie, skąd. Po prostu zjawiłaś się tu całkiem nieoczekiwanie. Trudno to wyjaśnić.
    – A co tu jest do wyjaśniania? Jestem jej matką…
    – Czyżby?
    – Ty gnoju. – Urwała i postanowiła na razie to sobie odpuścić. Brnięcie w tę sytuację byłoby straszne. – Jak zamierzałeś zapłacić za kuca beze mnie, Shane?
    – Kartą kredytową.
    – Ale to moje pieniądze. – Nienawidziła się za to, że to podkreśla.
    – Świetnie – burknął. – Zlam serce naszej córce. Z pewnością zbliży cię to do dzieci.
    – Nie mówiłam, że nie…
    – Rób co chcesz, ja chciałem jak najlepiej. Mam dość. – Bezradnie rozłożył ręce. Wszedł do pogrążonej w półmroku stajni, a jego mokasyny stukały w ogromnej przestrzeni.
    Wendy się zawahała, ale pospieszyła za nim. Przynajmniej stajnia wydawała się pusta, wolna od tych strasznych bestii, które mogły nagle wyskoczyć i stratować człowieka.
    – Shane! – syknęła. – Wracaj tutaj.
    Odwrócił się.
    Pomyślała, że zmusi go do mówienia. To mu nie ujdzie na sucho.
    – Nie kupię tego kuca, dopóki nie porozmawiamy o tym, co się dzieje.
    Shane z pogardą wykrzywił usta.
    – Jasne – oświadczył z podszytą złością brawurą.
    Wszedł do pustego boksu. Wendy się zawahała. Podłoga pokryta była jasnożółtą słomą. Może mogliby się kochać i wszystko wróciłoby do normy. Przecież wcześniej tyle razy się to sprawdziło. Shane stał na środku boksu, z rękoma skrzyżowanymi na piersi. Zrobiła krok w jego kierunku, czując, jak ostre słomki kłują jej kostki. Zachowywał się naprawdę głupio. Cała ta sytuacja była idiotyczna. Postanowiła, że jeśli Shane odpuści, to mu przebaczy. Przywykła do przebaczania mu. Po trzynastu latach praktyki przychodziło jej to bez trudu, podobnie jak przeprosiny. Przebaczanie i przepraszanie były znacznie łatwiejsze, niż może się wydawać.
    I, wprowadziwszy się w znacznie bardziej otwarty nastrój, postanowiła zaryzykować. Łagodnym, dziecinnym głosikiem, którym posługiwała się w stosunku do Shane'a w intymnych sytuacjach, oświadczyła figlarnie:
    – Pokochajmy się.
    Zamiast go udobruchać, te słowa najwyraźniej obudziły w nim bestię. Ruszył ku niej, jakby chciał ją uderzyć, ale w ostatniej chwili skręcił i pobiegł do ściany, po czym zaczął tłuc dłonią w deski.
    – Nic nie rozumiesz, co? – wrzasnął.
    I, być może zawstydzony tym niecodziennym wybuchem męskości, zakrył twarz rękoma. Jego ciało trzęsło się, jakby szlochał, ale nie towarzyszył temu żaden dźwięk.
    Wendy zrobiła kilka kroków i dotknęła jego ramienia.
    – Shane? – zapytała, po czym dodała nieco bardziej natarczywie: – Shane? Płaczesz?
    – Nie – odparł stłumionym głosem.
    Położyła ręce na jego dłoniach i usiłowała je oderwać od twarzy Shane'a. Jej wyraz ją przeraził. Oczy Shane'a zamieniły się w czerwone szparki, pełne nienawiści, do niej albo do siebie samego, a może do nich obojga.
    – To nie ma sensu – powiedział.
    Już po wszystkim, pomyślała. Już po wszystkim…
    – Co nie ma sensu? – zapytała mimo wszystko.
    – My – odparł. Nabrał powietrza do płuc i powoli je wypuścił przez usta. – Wendy, ja cię nie kocham. Wątpię, czy kiedykolwiek cię kochałem.
    Aaaagghhhh. Cofnęła się o krok. Aaagghhhh. Czy to ona wydawała z siebie ten dźwięk czy tylko o nim myślała? Jej życie się rozpadało. Stała na krawędzi urwiska. Agghhh. Jak to możliwe?
    Nie powiedział tego, prawda?
    – Nigdy nie dałaś mi o niczym decydować – powiedział. – Zawsze byłaś przy mnie, od samego początku. Nie mogłem się ciebie pozbyć. W ogóle nie przyjmowałaś do wiadomości odmowy. Na początku sądziłem: ta dziewczyna jest stuknięta. Sypiałem z innymi, wiedziałaś o tym i nigdy nic nie mówiłaś. Potem zacząłem myśleć, że może naprawdę mnie kochasz. Mogłem robić, co mi się żywnie podobało, a ty zawsze byłaś przy mnie, gotowa się mną zająć. Nie twierdzę, że cię nie lubiłem. Czasem było nam razem świetnie. Ale nigdy się w tobie nie zakochałem tak, jak zakochiwałem się w innych dziewczynach…
    – Innych dziewczynach…?
    – Nie w trakcie małżeństwa – burknął. – Nie zdradzałem cię. Mówię o czasach przed ślubem.
    – Po co się ze mną ożeniłeś? – zapytała.
    – Dlaczego chcesz tego wysłuchiwać? Myślisz, że chętnie ci o tym opowiadam? Dlaczego nie wyjdziesz? Zawsze się musisz, kurwa, torturować. Myślisz, że dzięki temu będę cię szanował?
    – Jesteś mi winien zasrane wyjaśnienie! – wrzasnęła.
    – Znowu walnął ręką w ścianę.
    – Nie wierzę w to, Shane. Jak mogłeś być tak kurewsko słaby?
    – Myślisz, że chciałem być słaby? Przez ciebie byłem słaby! – krzyknął. – Nigdy cię nie kochałem. Przykro mi, że to mówię, ale to prawda. Miałem jednak nadzieję, że cię pokocham. Wszyscy twierdzili, że oszalałem, przecież byłaś taka świetna. I taka pewna siebie. A dzień naszego ślubu? Kiedy szliśmy do ołtarza? Wiedziałem, że popełniam błąd. Zastanawiałaś się, dlaczego nie mogłem na ciebie patrzeć? Byłem jednym z twoich celów. Osiągnęłaś mnie! I pewnie bym odszedł, ale ty natychmiast zaszłaś w ciążę. Ja nie miałem nic do powiedzenia w tej sprawie. Po prostu przestałaś brać pigułki. Mówiłaś, że nie, że to przypadek…
    – Tak było!
    – Gówno prawda, Wendy.
    – Jeśli tak mnie nienawidziłeś, dlaczego nie odszedłeś?
    – Bo pokochałem naszą córeczkę. Naprawdę nie wiedziałaś? Nie jestem takim gnojem, jak myślisz, wiesz? Usiłowałem być w porządku. Uznałem, że przynajmniej będę dobrym ojcem. A potem ty znów zaszłaś w ciążę. I znów. I za każdym razem myślałem sobie, że osaczasz mnie coraz bardziej, że nigdy nie będę mógł odejść…
    – Odejdź, Shane. Odejdź teraz. – Podbiegła do niego i trzasnęła go w biceps najmocniej, jak potrafiła, spodem pięści. Po tym uderzeniu natychmiast rozbolała ją ręka. Shane odskoczył od niej i prychnął.
    – Tak teraz postępujesz? Nie idzie po twojej myśli, to mnie zbijesz?
    – Po prostu idź sobie. Nie chcę cię nigdy więcej wiedzieć.
    – Tak, to byłoby dla ciebie wygodne, prawda? – Shane pokiwał głową i zaczął rozcierać ramię, tam gdzie go uderzyła.
    – Całkiem jak dziewczyna, pomyślała. – Nie zrobię tego, Wendy – oświadczył. – Kiedy mnie nie było, zrozumiałem, że w moim życiu najważniejsze są dzieci. Nie zrezygnuję z nich.
    Jej usta zacisnęły się w okrutnym uśmiechu. Skrzyżowała ramiona, pewna, że teraz to ona tu rządzi.
    – Nigdy nie dostaniesz dzieci. Już ja tego dopilnuję. Zabiorę dzieci ze sobą i zrobię wszystko, żebyś ich nie widział przez całe lata.
    – Tak. – Pokiwał głową. – Spodziewałem się, że to powiesz. Jesteś taką pieprzoną szychą, bystrą, bogatą, zrobiłaś karierę. Ale pod tym wszystkim jesteś jak małe dziecko. Nigdy nie zrozumiesz, że ktoś – ja – może czuć coś innego niż to, czego ty sobie życzysz. Nie zmusisz człowieka do miłości, Wendy, ale ty nie chcesz o tym słyszeć. Teraz pragniesz tylko mnie ukarać. Pokazać, kto tu rządzi. Całkiem jak jeden z tych wielkich hollywoodzkich dupków, na których bez przerwy się uskarżasz. Zawsze powtarzasz, że kobiety postępują inaczej. Dlaczego nie przestrzegasz własnych zasad? Przez trzynaście lat byłem świetnym ojcem. Starałem się również sprawdzić jako mąż. Byłem przy tobie. Ale to wszystko kłamstwo. Wiesz, jak mi ciężko wyznać prawdę? Nie chcę spędzić reszty życia w małżeństwie z kobietą, której nie kocham. Czy to takie, kurwa, straszne? Często rozmawiam z matkami kolegów naszych dzieci. I wiesz co? Gdyby to była odwrotna sytuacja, gdyby kobieta nie kochała swojego męża, wszystkie jej przyjaciółki powiedziałyby natychmiast: „Masz prawo do prawdziwej miłości". Dlaczego kobieta ma prawo, a ja go nie mam?
    Wendy nie była w stanie nic powiedzieć.
    – Powiem ci coś jeszcze – ciągnął Shane. – Zrezygnowałem z kariery, żeby zająć się dziećmi. Myślisz, że brakowało mi talentu… albo że byłem leniwy. W porządku, nie byłem tak utalentowany jak ty. Nie mam tego, co masz ty; nie mam wrodzonych zdolności. Ale mam co innego. Ty tego nigdy nie szanowałaś. Kiedy kobieta rezygnuje z kariery, żeby zająć się dziećmi, jest bohaterką, a jak robi to mężczyzna, wszystkie uważacie, że coś z nim nie tak? Ze jest słaby, że jest frajerem? Tak potajemnie uważasz, prawda, Wendy? Ze jestem frajerem.
    O Boże, pomyślała. Ma rację. Czasem, właściwie często, patrzyła na niego z pogardą, a ponieważ czuła się strasznie z powodu tych myśli, usiłowała się rozgrzeszyć, rozpieszczając go albo kupując mu prezent… Jak do cholery do tego doszło? Świat stanął do góry nogami. Nie było odpowiedzi, pozostawało tylko… Tylko, pomyślała z iskierką nadziei, iść przed siebie i robić to, co należy… jak dorosła osoba. I nagle, w przebłysku intuicji, zrozumiała, że musi zapomnieć o osobistych uczuciach i bólu. Była znacznie potężniejsza od Shane'a. Zawsze była i zawsze będzie, i musiała mu to wybaczyć. Nie mógł jej zranić – nigdy nie mógł. Musi być wyrozumiała. Musi…
    – Shane – powiedziała. Zacisnęła mocno powieki, kiedy nagle przytłoczył ją olbrzymi smutek z powodu tego, jak wiele nie rozumieli. – Nigdy nie uważałam cię za frajera. Kochałam cię, Shane. Byłam w tobie zakochana. Od samego początku…
    – Nieprawda, Wendy. – Shane pokręcił głową. – Tylko ci się wydawało. Nie mogłaś być we mnie zakochana. Jak rozsądny, zdrowy człowiek może być naprawdę zakochany w kimś, kto go nie kocha?
    Popatrzyła na niego. Był taki mały. I tak żałosny w tej swojej wiśniowej koszuli i białych dżinsach. Pomyślała ze smutkiem, że nigdy nie będzie niczym więcej niż teraz, ale najwyraźniej musiał pójść własną drogą. Pewnego dnia być może pożałuje swoich uczynków. Może uświadomi sobie, że popełnil straszny błąd. Może zostanie ukarany, ale jeśli nawet, to wszechświat go ukarze, nie ona.
    Muszę wyjechać, pomyślała nagle.
    Zapłaciła za kuca i pożegnała się z dziećmi.
    – Teraz, kiedy mam Księcia, pewnie już nigdy nie będę potrzebowała innych ludzi – oświadczyła Magda z zapałem.
    Wendy skinęła głową. Rozumiała. Magdę czekało wiele przejść, kuc pomoże jej bardziej niż własna matka. Zastąpił mnie kucyk, pomyślała ze smutkiem.
    – Wyjeżdża pani? – zapytała Gwyneth nieśmiało.
    – Muszę wracać – odparła Wendy. – Dziś rano dostaliśmy sześć nominacji do Oscara, muszę się zająć promocją.
    Pomyślała, że to płytkie i bezsensowne kłamstwo, ale musiała zachować godność, przynajmniej przed swoją rodziną.
    – To fantastycznie. – Oczy Gwyneth się rozszerzyły z podziwu. – Pewnie trudno dostać sześć nominacji do Oscara.
    Wendy wzruszyła ramionami.
    – To nic wielkiego – odparła. Odetchnęła głęboko. – Taka praca.
    Teraz, siedząc na tylnej kanapie auta i zmierzając na lotnisko, by wrócić do Nowego Jorku, znów o tym pomyślała. Taka praca. Jej telefon zadzwonił, odebrała machinalnie.
    – Halo – powiedziała głucho.
    – Wendy! – wykrzyknął Victor Matrick. Natychmiast uruchomiła automatycznego pilota.
    – Witaj, Victorze. Jak się miewasz?
    – Jak ty się miewasz? Pewnie nie posiadasz się z zachwytu. Ja też. Dobra robota z tymi nominacjami. Przydałby się jeden Oscar czy dwa.
    – Mamy spore szanse, Victorze. Zaaranżuję specjalny pokaz dla członków Akademii.
    – Daj znać, jeśli będę mógł coś zrobić. No i miła była ta dzisiejsza wzmianka w „Post" – dodał.
    Jaka znowu wzmianka, pomyślała. Doszła do wniosku, że nie ma to żadnego znaczenia, o ile tylko Victor jest zadowolony.
    – Mam nadzieje, że weźmiesz sobie wolne popołudnie i to uczcisz – powiedział Victor. – Masz jakieś wyjątkowe plany?
    – Właściwie nie – odparła. – Jestem w Palm Beach, z rodziną. Kupiłam córce kucyka.
    – Bardzo dobrze – oświadczył. – Zawsze powtarzam, że nie ma to jak kuc dla małej dziewczynki. Uczy odpowiedzialności. Ale tego chyba nie muszę ci tłumaczyć, co? No to jeszcze raz gratuluję i pozdrowienia dla rodziny. Czas z nią spędzony jest najważniejszy. Wszystkim nam potrzeba go jak najwięcej. Baw się dobrze.
    – Dziękuję, Victorze – powiedziała.
    Citation czekał na nią na lotnisku, z opuszczonym trapem. Samochód minął ogrodzenie z łańcucha i wjechał na asfalt. Steward podszedł, by wziąć jej bagaż.
    – Szybko poszło – zauważył.
    – Tak – odparła. – Musiałam coś załatwić. Zajęło mniej czasu, niż się spodziewałam.
    Weszła do samolotu i usiadła na szerokim fotelu obitym jasnobeżową cielęcą skórą.
    – Ma pani na coś ochotę? – spytał steward. – Może kawior i szampan? – mrugnął. – Dom perignon. Victor Matrick zamówił go specjalnie dla pani.
    Czemu nie, pomyślała. A więc Victor wiedział, że pożyczyła samolot. Pewnie miało to sens. Victor wiedział wszystko…
    Na stojaku za nią wisiały rozmaite gazety i czasopisma. Wzięła do ręki „New York Post". „Najbardziej wpływowe kobiety", przeczytała.
    Otworzyła gazetę. W środku było jej zdjęcie zrobione na eleganckiej premierze filmowej. Tego wieczoru się umalowała, włożyła szkła kontaktowe i zaczesała włosy do góry. Nawet nieźle się prezentowała, no ale co z tego.
    Pod spodem widniał test:
    „Wendy Healy, 43, prezeska Parador Pictures. Kiedy Comstock Dibble został zwolniony z tego stanowiska, była tylko jedna kobieta, która mogła je objąć – okularnica i mózgowiec, a przy tym piękność: Wendy Healy. Przejęła kontrolę nad głównym nurtem filmowym Paradoru i zarobiła dla spółki dwieście milionów dolarów".
    Och, pomyślała. Zamknęła gazetę i położyła ją obok siebie. Pilot uruchomił silniki, samolot ruszył po pasie. Pomyślała, że pewnie powinna być uszczęśliwiona tą wzmianką, ale nie czuła zupełnie nic. Samolot nabierał szybkości, a ona patrzyła, jak widok rozmywa się za oknem, i przyszło jej do głowy, że już nigdy niczego nie poczuje.

Rozdział 12

    Wyglądając przez okno, Nico O'Neilly pomyślała, że to piękny dzień na podbój świata.
    Było wpół do ósmej we wtorkowy poranek, a ona guzdrała się nad jajkiem na miękko, chcąc zapamiętać dokładnie, jak wyglądał ten dzień, a zwłaszcza, jak czuła się rano. Tego ranka miała się spotkać z Victorem Matrickiem i przekazać mu pewną informację o Mike'u Harnessie. Bardzo interesującą informację, która z pewnością miała wykończyć Mike'a. Raz na zawsze.
    Położyła jajko na boku i schludnie obcięła koniuszek. Dokładnie to samo zamierzała zrobić z głową Mike'a. To będzie czyste cięcie, Mike pocierpi zaledwie przez parę sekund. Raz, dwa, pomyślała, sypiąc sól na odsłonięte jajko. Podniosła grzankę, grubości dokładnie półtora centymetra, i zanurzyła ją w żółtku. Przeżuwała z namysłem i przyjemnością. Jak zwykle jajko (gotowane przez cztery i pół minuty) i grzanka były idealne, przyrządzone jej własną ręką. Nico codziennie jadała takie samo śniadanie – jajo na miękko, pół grzanki i herbata z cukrem i cytryną. A ponieważ trzeba było to przygotować precyzyjnie (na przykład woda na herbatę musiała się gotować równo przez pół minuty), zawsze sama się tym zajmowała. Pewne rzeczy w życiu zwyczajnie łatwiej zrobić osobiście.
    Znowu wyjrzała przez oszklone drzwi na mały ogródek z tyłu domu. Wiosna przyszła na dobre, na wiśniach (specjalny hodowlany gatunek kwitnących wiśni, rosnących tylko w Waszyngtonie, które Seymour kupił od żony senatora) pojawiły się już puszyste pączki. Za parę dni zakwitną kwiaty. Za kilka tygodni Nico i Seymour otworzą dom w East Hampton, i będzie bosko. Wykorzystywali dom w maju, czerwcu i lipcu, zostawiając sierpień tłumom, ale najwspanialej mieszkało się tam w maju, kiedy morskie powietrze było ciepłe i senne, a trawa tak zielona jak okruchy szkła. Zawsze powtarzała sobie, że zajmie się ogrodem, i nigdy się nie zajęła, ale może w tym roku zdoła zasadzić kwiatek albo dwa…
    – Widziałaś? – spytał Seymour, wchodząc do pokoju śniadaniowego z „New York Timesem" w ręce. Seymour ubrał się jak student, w dżinsy i jakieś kosztowne tenisówki, a dość długie włosy zaczesał za uszy. Miał przenikliwy wzrok, jak zwykle. Nico uśmiechnęła się na myśl, że Seymour zapewne wyszedł z łona matki z takim spojrzeniem i przeraził wszystkich na porodówce.
    – Co, skarbie? – zapytała.
    – Tę historię w dziale miejskim. O Trencie Coulerze. Projektancie mody, który właśnie odszedł z branży. Mam nadzieję, że Victory to przeczyta. – Pochylił się nad nią.
    – Dlaczego? – Nico upiła łyk herbaty.
    – Bo lepiej się poczuje w kwestii tej oferty – odparł. – Będzie bezpieczna.
    – Nie jestem pewna, czy Victory zależy na bezpieczeństwie – powiedziała Nico.
    – Każdemu zależy – oświadczył Seymour. – Będzie mogła się wycofać.
    Nico uśmiechnęła się do siebie i ugryzła grzankę. Seymour podchodził do sprawy w typowo męski sposób. Co za ironia, że kiedy zajrzało się pod powierzchnię, okazywało się, że większość ludzi sukcesu pracuje tylko dla jednego – żeby się wycofać, im wcześniej, tym lepiej. Kobiety postępowały zupełnie inaczej. Nigdy nie słyszała, żeby jakaś przedstawicielka jej płci mówiła, że pracuje po to, aby wynieść się na bezludną wyspę albo zamieszkać na łodzi. Pewnie dlatego, że większość kobiet w swoim mniemaniu nie zasługiwała na nicnierobienie.
    – Może zaproszę Victory na lunch – powiedział Seymour, wychodząc z pokoju.
    Nico pokiwała głową i popatrzyła za nim. Victory była pewnie zbyt zajęta, żeby iść z jej mężem na lunch, ale to nie miało znaczenia. Nic dziwnego, że Seymour nic nie rozumie, pomyślała. Dzięki niej, w pewnym sensie, on też się wycofał, jego jedynym obowiązkiem były zajęcia raz w tygodniu na Columbii.
    Ale pięknie sobie radził w wolnym czasie, pomyślała natychmiast. Ona z pewnością nie potrafiłaby tak się zająć sobą jak on. Znowu dopadło ją poczucie winy.
    – Jak możesz zdradzać Seymoura? – zapytała ją kiedyś Victory.
    – Nie jestem taką bryłą lodu, jak wszyscy myślą – odparła Nico. – Mam pragnienia. Powinnam je tłumić przez resztę życia?
    Victory miała takie sztywne zasady.
    – Jesteś gotowa zrujnować sobie życie dla odrobiny seksu? Przecież właśnie tak postępują mężczyźni – oświadczyła.
    Była przerażona, ale ludzie, którzy nigdy nie żyli w małżeństwie, mają niezwykle idealistyczne podejście to tej instytucji. Tylko osoba zamężna rozumie, że małżeństwo nie jest doskonałe i że trzeba jakoś sobie radzić mimo tych niedoskonałości.
    – Kocham Seymoura. Nigdy go nie opuszczę – zapewniła ją Nico. – Ale nie uprawialiśmy porządnego seksu od…
    – Wiem – przerwała jej Victory. – Ale jak do tego doszło?
    – Po prostu tak się złożyło – odparła Nico. – Człowiek jest zbyt zajęty i zmęczony. A potem przywyka do braku seksu. To wygodne. Jest tyle ważniejszych rzeczy…
    – No to po co to robisz? Z Kirbym? – zapytała Victory.
    Położyła rękę na ramieniu Nico. Szły po West Broadway, miały odwiedzić Wendy w jej nowym domu, apartamencie w hotelu Mercer. To była dopiero katastrofa, w porównaniu z nią sytuacja Nico wydawała się trywialna.
    – Czy do końca życia mam się obywać bez dobrego seksu? – spytała Nico.
    Nie potrafiła wyjaśnić, jak się czuje dzięki Kirby'emu, czy też może jak się czuła, na początku. Nigdy nie uprawiała takiego seksu. To przypominało nową zabawkę, wreszcie zrozumiała, o co tyle hałasu. Dzięki seksowi czuła się trochę bardziej podobna do innych ludzi.
    – Niektórzy twierdzą, że kiedy przestajesz uprawiać seks z mężem, to kres małżeństwa – oznajmiła Victory.
    – Niektórzy zawsze oceniają cudze związki. A niektórzy nie wiedzą, jak to jest po kilkunastu latach małżeństwa. Poza tym Seymour nie ma o niczym pojęcia…
    – Tego nie możesz być pewna – znowu przerwała jej Victory. – Może wie i nic mu to nie robi. A może masz rację, i nie wie o niczym. To bez znaczenia, nawet jeśli nie wie. – Victory zacisnęła usta. – Jeśli masz zamiar ciągnąć ten romans, powinnaś mu powiedzieć. Przynajmniej Seymour miałby jakiś wybór. To bardzo niesprawiedliwe, nie dajesz szansy drugiej stronie. Naturalnie tak właśnie postępują mężczyźni, ale my musimy być od nich lepsze. Bo jest w tym coś tak strasznie nieuczciwego…
    – Wiem… Wiem. – Nico pokiwała głową. – To mnie przeraża. Ale nie mogę…
    – Dobrze jest robić rzeczy, dzięki którym odkrywasz w sobie nowe cechy. Wszyscy popełniamy błędy, ale uważam, że powinnaś już przestać, zanim zniszczysz swoją rodzinę – powiedziała z uporem Victory.
    – Nawet gdybyśmy… się rozwiedli, wiem, że wszystko by się ułożyło. – Nico też nie chciała ustąpić.
    – Ale po ci to? – wykrzyknęła Victory. – Niewielu jest takich mężczyzn jak Seymour. Wiem, że czasem bywa szorstki, ale jest uczciwy. Seymour ma charakter. O wielu mężczyznach nie da się tego powiedzieć. Popatrz na Shane'a. Za grosz charakteru, od samego początku. – Urwała i zapatrzyła się w przestrzeń. – Na dłuższą metę nie da się stworzyć dobrego związku z mężczyzną, któremu brak charakteru. Zawsze skończy się katastrofą. Ale ty mądrze wybrałaś. Twoje małżeństwo dobrze funkcjonuje. Chyba nie chcesz, żeby pieprzenie – skrzywiła się, rzadko używała tego słowa w tym kontekście – zrujnowało coś, co jest dla ciebie dobre.
    Nico westchnęła i wyskrobała resztki białka ze skorupki. Victory naturalnie miała rację. Nico przyszło na myśl, że zwierzyła się jej z romansu, bo podświadomie chciała, żeby Victory wybiła go jej z głowy. Wiedziała, że źle postępuje i że musi przestać, ale wyplątanie się z tego nie było wcale proste.
    Wzięła talerz i filiżankę i zaniosła je do kuchni, po czym wymyła kropelki zakrzepłego żółtka pod strumieniem gorącej wody. Wstawiła talerz do zmywarki i ułożyła resztę naczyń w taki sposób, by leżały w lepszym porządku, zarówno pod względem przestrzennym, jak i ekonomicznym. Kuchnia była przestronna, jak w restauracji, z profesjonalnymi kuchenkami i piecykami, i ogólnie schludna, ale rozglądając się wokół, Nico odkryła długą nitkę na krawędzi jednego z palników, pewnie ze ścierki służącej. Chciała ją tam zostawić, to była tylko jedna niteczka, ale wiedziała, że jeśli cholerstwo tam będzie, nie przestanie o nim myśleć przez następne dwie godziny. Problem nitki nabierze nieproporcjonalnie wielkiego znaczenia, zrówna się ze wszystkim, z czym Nico miała do czynienia. Nitka i… Mike Harness: loteria. To nie było zdrowe, ta obsesja na punkcie nitki, ale nic nie mogła na to poradzić. Złapała ją i wrzuciła do kosza, a kiedy nitka spoczęła na pobrudzonym papierowym ręczniku, Nico od razu poczuła się lepiej.
    Victory ma rację, pomyślała. Jestem neurotyczką, i szczęściara ze mnie, że Seymour ze mną wytrzymuje. Rzadko się uskarżał. Gdyby teraz był z nią w kuchni i widział walkę z nitką, tylko by się roześmiał, i to bez złośliwości. Z jakiegoś powodu Nico i Seymour naprawdę się lubili, i czy w końcu nie jest to o wiele ważniejsze od seksu?
    Naturalnie. No i kiedy doszła do tego satysfakcjonującego wniosku, ruszyła na górę pożegnać się z córką.
    Pokój Katriny był jej oazą, miała nawet własną łazienkę, luksus, o jakim dziecko mogłoby tylko pomarzyć, gdy Nico była mała. Dziwne, że w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych cała pięcioosobowa rodzina korzystała z jednej łazienki. Nico nawet nie miała własnego pokoju. Musiała dzielić go z o dwa lata młodszą siostrą, która była bardzo szczęśliwa, kiedy Nico wyjechała do college'u i mogła mieć pokój tylko dla siebie. Może i się kochały w dzieciństwie, ale wciąż ze sobą walczyły. Naturalnie wszyscy znani jej rówieśnicy dorastali z jakimś obciążeniem: ojciec za dużo pił, matka się frustrowała, codziennie zdarzały się przykrości, rodzeństwo czuło się nieszczęśliwe. Normą było, że ojciec wracał z pracy i tłukł dziecko pasem za przewinienia. Wtedy nie rozczulano się nad dziećmi, na pewno nie tak jak obecnie, a weekendy mijały na wykonywaniu niekończących się obowiązków. Nico musiała kosić trawnik i chodzić po prasę, a kiedy trochę podrosła, została pierwszą roznosicielką gazet w okolicy, co zdecydowanie wolała od pilnowania dzieci. To nie było złe dzieciństwo, a jednak niemal żaden rodzic w jej wieku nie chciałby takiego dla swoich dzieci. Wszyscy pragnęli, by ich los był lepszy, żeby czuły się bardziej kochane, chciane i cenione niż oni sami. Kiedy wracała myślami do własnego dzieciństwa, najlepiej pamiętała nieustającą litanię narzekań rodziców na temat tego, jak złe są ich dzieci i że nigdy niczego nie osiągną. W rezultacie z takich dzieci wyrastały dorosłe osoby bez poczucia własnej wartości, takie jak siostra Nico, która mieszkała w małym miasteczku, była nawróconą chrześcijanką i pracowała jako kelnerka w miejscowej pizzerii (miała też trzeciego męża, malarza pokojowego), albo chorobliwie ambitni dorośli, tacy jak sama Nico. Zdeterminowani, by dzięki swoim osiągnięciom uniknąć nieszczęścia. Może i nie było to idealne rozwiązanie, zwłaszcza jeśli nie odniosło się sukcesów. Jednak przy odpowiednio ciężkiej pracy zwykle się je odnosiło, w i pewnym momencie człowiek uświadamiał sobie, że nie ma rozwiązań idealnych, że najważniejsze to robić coś użytecznego ze swoim czasem, coś, co sprawia przyjemność.
    Kiedy jednak szła krótkim korytarzem do pokoju Katriny, nagle obleciał ją strach. A jeśli dostanie stanowisko Mike'a i nie będzie to miało znaczenia?
    A jeśli nic już nie ma znaczenia?
    Na tym polegała zagadka, prawda? Bo tak naprawdę nie ma. Jeśli patrzeć przez prymat szczęścia, nie było najważniejsze, czy Nico zdobędzie stanowisko Mike'a, czy nie. Uszczęśliwi ją to tylko na chwilę. A więc po co to wszystko? Po co tyle zachodu? Nie musiała tego robić. Wiedziała jednak, że i tak to zrobi, a kiedy już dostanie tę posadę, będzie wypruwała sobie flaki, żeby pracować jak najlepiej. Czasem tylko o to chodziło, naprawdę, o codziennie pragnienie, by zrobić coś lepiej, coś naprawić, nie liczyło się nic więcej, i już.
    Zapukała i weszła do pokoju córki.
    Katrina miała na sobie szkolny mundurek i oglądała na komputerze japońską anime.
    – Cześć, mamo. – Nawet nie uniosła wzroku. – Wychodzisz?
    – Za chwilkę – odparła Nico.
    Chciała powiedzieć coś córce, coś inspirującego albo ważnego, tylko co?
    Spojrzała na monitor. Katrina i jej przyjaciółki miały bzika na punkcie japońskiej anime. Kiedy patrzyła na przerysowaną bohaterkę, uderzyło ją, że Japończycy zrobili mniej więcej jednocentymetrowy postęp w swoim podejściu do kobiet, które można było podsumować jako obsesję na punkcie ich transformacji w niegroźne, całkowicie podległe seksualnie stworzenia. Idealna kobieta była albo gejszą, albo, jak w komiksie, klaunowatą laleczką, która nie miała do zaoferowania nic poza wyglądem. Nico nienawidziła tego przesłania, a jednak podświadomie rozumiała jego urok. Znacznie łatwiej ukryć się za wyglądem, a dla małej dziewczynki mogło się to okazać pokusą nie do odparcia.
    – Wiesz, że istnieją inne sposoby na sukces – powiedziała Nico i stanęła za córką.
    Katrina spojrzała na matkę.
    – To tylko film rysunkowy, mamo. Nie ma żadnego znaczenia.
    Znowu to słowo: znaczenie.
    – A jednak coś znaczy – oznajmiła Nico.
    I zaczęła się zastanawiać, dlaczego, niezależnie od tego, jak daleko zaszły kobiety, w następnym pokoleniu było tak, jakby nie wykonały nawet jednego kroku. Raz jeszcze zerknęła na film i uświadomiła sobie, że w kwestii mężczyzn i pracy jej córka będzie musiała walczyć z tym samym, z czym zmagała się ona sama. A kiedy osiągnie wiek Nico, czy kobiety zajdą dalej niż obecnie? Czy też ulegną regresowi i przyjdzie im żyć w świecie, w którym ludzie znów zaczną się upierać, że miejsce kobiety jest w domu?
    Wyczuwając dezaprobatę matki, Katrina wyłączyła komputer.
    – Co dziś robisz? Coś szczególnego? – Wstała i zaczęła zbierać rzeczy.
    – Dziś zamierzam kogoś zwolnić – powiedziała Nico. Katrina spojrzała na nią z niepokojem.
    – Och, mamo. Czy to przyjemne? – zapytała.
    Jak miała to wyjaśnić? Należało przynajmniej spróbować. Zawsze wierzyła, że nie powinna ukrywać przed Katrina realiów swojej kariery. Czuła, że w przyszłości to może pomóc jej córce.
    – To nie jest przyjemne, ale konieczne. – Wygładziła fałdkę na łóżku Katriny. – Ten człowiek nie zrobił nic, żeby poprawić zyski działu wydawniczego, panuje tam zastój. – Czy ona cokolwiek rozumie, zastanawiała się Nico, patrząc na córkę.
    – Poza tym jest szowinistą. Jeśli ja go nie zwolnię, prawdopodobnie on zwolni mnie. W interesach nie można być przez cały czas miłym. Dorosły musi zaakceptować pewne rzeczy, jeśli pragnie odnieść sukces. Każdy, kto w tym siedzi, rozumie. Gramy w tę samą grę. Człowiek stara się postępować/az'r…
    Umilkła bezradnie. Katrina patrzyła na nią z cierpliwym znudzeniem, pewnie już myślała o czymś zupełnie innym.
    – Tak, mamo. – Nie wydawała się całkiem przekonana.
    – Bo widzisz… – Nico postanowiła spróbować raz jeszcze.
    – Nikt nie wie dokładnie, jak się zachowa, dopóki nie zetknie się z wyzwaniem. Zresztą to w życiu jest wspaniałe: trzeba stawiać sobie nowe wyzwania i nie bać się ich. Dzięki temu życie jest interesujące i człowiek stara się być jak najlepszy. – To twoja lekcja na dziś, pomyślała, wszystko jedno, ile są warte takie nauki. – Czy to ma jakiś sens?
    – Chyba tak. – Katrina wzruszyła ramionami. Podniosła dużą torbę z lśniącej różowej skóry, ozdobionej błyskawicami i kotką z niebieskim cieniem na powiekach. – Powodzenia, mamo. – Uścisnęła ją przelotnie.
    Kiedy Kat wyszła z pokoju, Nico uświadomiła sobie, że to nie córkę usiłowała przekonać, tylko samą siebie.

    Kirby zadzwonił do niej, jak tylko weszła do gabinetu.
    – Cześć, piękna damo – powiedział jak zawsze, a Nico aż skręciło. Nie powinien do niej w ogóle dzwonić, było już jednak za późno. Kiedyś na to pozwoliła, a skończyło się tym, że teraz rozmawiali przynajmniej raz dziennie, czasem dwa, trzy albo i cztery razy, a to dlatego, że była znacznie bardziej zaangażowana w ten związek, niż chciała przyznać, nawet przed Victory.
    – Nie mogę teraz rozmawiać – powiedziała do aparatu. Jedna z jej asystentek uniosła wzrok i pokiwała głową. Przez ostatnie miesiące pewnie się zastanawiali, do kogo Nico tak się odzywa. Musiała z tym skończyć…
    – Zobaczymy się później? – spytał Kirby.
    – Nie mogę. Mam przed sobą bardzo trudny dzień.
    Weszła do swojego gabinetu i przymknęła drzwi, zostawiając małą szparę, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Zamknięte drzwi niepokoiły, prowokowały spekulacje na temat tego, co się za nimi dzieje. Odkąd w „Post" ukazała się wzmianka o tym, że być może Nico zastąpi Mike'a Harnessa, była wyjątkowo ostrożna. Mike wysłał jej e-mail, skopiowany również do paru innych szefów, w którym napisał: „Dobrze wiedzieć, że zabierasz mi stanowisko". „Chciałbyś", odpisała zręcznie. Co miało oznaczać, że ona nie traktuje tego poważnie i on również nie powinien.
    – Ale myślałaś o tym, prawda? – spytał Kirby.
    – O czym? – Doskonale wiedziała, co miał na myśli.
    – O seksie – odparł.
    Jeszcze miesiąc temu to słowo w jego ustach natychmiast by ją podnieciło, ale teraz czuła wyłącznie irytację. Co się z nią dzieje? Czy to możliwe, że nic już nie jest w stanie jej usatysfakcjonować?
    – Potem zadzwonię – powiedziała stanowczo i się rozłączyła.
    Usiadła przed komputerem. Było wpół do dziewiątej, miała jeszcze godzinę do spotkania z Victorem Matrickiem. Przeczytała e-maile, głównie korespondencję z różnych działów (wszyscy robili kopie dla wszystkich innych, na rozmaite przyziemne tematy, żeby udowodnić, że trzymają rękę na pulsie i że nikt nie został wykluczony z kręgu współpracowników. W ten sposób potencjalnie każdy mógł być odpowiedzialny za cokolwiek, co mogło pójść nie tak), a także załączniki w postaci projektów graficznych, artykułów i planów wydawniczych. Poprosiła asystentkę o wydruk dwóch tekstów, po czym zadzwoniła do Richarda, dyrektora artystycznego, i poprosiła, żeby zmienił jedną z okładek. Zrobił straszny raban, i pofatygował się osobiście do jej gabinetu, żeby się o to wykłócać. Dała Richardowi dwie minuty na wyłuszczenie racji, po czym zimno powtórzyła swoje obiekcje i kazała mu zmienić okładkę i dostarczyć nową przed lunchem. Pośpiesznie wypadł z jej gabinetu, a Nico z irytacją pokręciła głową. Richarda uważano za asa w tej branży, ale reagował bardzo emocjonalnie i brał sobie do serca każdą krytykę, a do wykonywanej pracy przywiązywał się tak, jakby właśnie ukończył fresk w Kaplicy Sykstyńskiej. Nico wiedziała, że za plecami nazywa ją SzkodNico, i parę razy już była bliska wylania go. Robiła to już w przeszłości, pozbywała się pracowników, którzy ją przesadnie obgadywali. Wychodziła z założenia, że skoro te plotki do niej docierają, muszą zdarzać się naprawdę często, a skoro mieli z nią taki problem, z całą pewnością będą się lepiej czuli gdzie indziej.
    Wzięła do ręki jeden z artykułów i zaczęła czytać, ale po paru sekundach go odłożyła. Nie mogła się skoncentrować. Wstała i podeszła do okna, skąd rozciągał się widok na fragment Central Parku. Z gabinetu Mike'a, który znajdował się dwa piętra wyżej i od frontu budynku, widać było cały Central Park, podobnie zresztą jak i z gabinetu Wendy. Naczelni nie stali tak wysoko w hierarchii firmy jak szefowie działów, i to, że Victor Matrick w ogóle widział ją na stanowisku Mike'a, było niezwykłe. Zazwyczaj naczelni nie awansowali, na tym stanowisku można się było jedynie przesuwać w poziomie, czyli stanąć na czele innego czasopisma. Nic ją jednak nie obchodziło, że byłby to precedens. Jeśli ktoś mówił, że czegoś nie da się zrobić, natychmiast uznawała to za godne zainteresowania. Poza tym była bystra. Dlaczego miałaby tkwić w pracy bez perspektyw?
    Proszę, proszę, pomyślała z uśmiechem. Bez perspektyw. Idiotyzm. Przecież miała pracę, za którą inni oddaliby wszystko. Kobiety zawsze powtarzały sobie, że są szczęśliwe z tym, co mają, że najbardziej liczą się drobiazgi. A ona była szczęśliwa i doceniała to, co zdobyła, co nie oznaczało, że w świecie zabrakło celów, ku którym należy podążać. Podniecenie, determinacja, sukces – te sprawy też napędzają kobietę. Przydają jej powagi, znaczenia w świecie. Jak mogłaby być naprawdę zadowolona, gdyby nie czuła, że wykorzystuje swój potencjał, a przynajmniej się stara?
    Odwróciła się i spojrzała na zegar na biurku. Trzydzieści minut do spotkania z Victorem. Podeszła do drzwi i wystawiła głowę.
    – Przez parę minut będę nieosiągalna – powiedziała do asystentek. – Możecie mnie nie łączyć?
    – Jasne – odparły.
    To były miłe dziewczyny, zgodne i pracowite. Nico zawsze pamiętała, żeby raz w miesiącu zabierać je na lunch. Jeśli ona awansuje, one również. Zabierze je ze sobą…
    Teraz naprawdę zamknęła drzwi. Musiała pomyśleć. Usiadła na fotelu przykrytym narzutą z jagnięcej skóry, pomysł Victory. Victory pomogła jej przed laty urządzić gabinet, nawet znalazła miejsce, gdzie wykonano te meble, biurko i dwa fotele. A teraz znowu powinna podziękować jej za informację od Glynnis Rourke, niezbędną do zadania ciosu. Na tym to polegało. Nico wiele lat wcześniej pomogła Victory, pożyczyła jej pieniądze na rozkręcenie interesu. Teraz Victory pomogła jej, umówiła ją na tajne spotkanie z Glynnis, w swojej firmie…
    Ale czy to w porządku, zaczęła się zastanawiać. W tym, co zamierzała zrobić, było coś bardzo małostkowego i niedojrzałego. Może po prostu dręczyło ją sumienie. Ostatnio w gazetach pełno było informacji o polityku, który musiał zrezygnować z posady w rządzie z powodu tego, co początkowo ludzie uważali za romans z nianią, ale okazało się romansem z bardzo wpływową panią adwokat z kancelarii prawniczej. Nico nie potrafiła zrozumieć, dlaczego ta kobieta – miała na imię Marianna – wdała się w romans z Samem, politykiem. Sam był stary, łysy i pomarszczony. Marianna, po pięćdziesiątce, prezentowała sobą stary model „wpływowej" kobiety, która odniosła sukces, ponieważ uwielbiała być jedyną osobą płci żeńskiej w pokoju pełnym wpływowych mężczyzn. Nie lubiła innych kobiet ani im nie ufaia. Wierzyła, że kobieta może odnieść sukces, tylko jeśli jest suką. Nico pomyślała, że Wendy, Victory czy ona sama reprezentują nowy model wpływowej kobiety. Nie były sukami i nie były rozmiłowane w tym staroświeckim przekonaniu, że tylko obracanie się w towarzystwie wpływowych mężczyzn przydaje im ważności. Nowa wpływowa babka łaknęła towarzystwa innych wpływowych kobiet. Chciała, żeby to one rządziły światem, nie mężczyźni.
    Nico z roztargnieniem potarła futro owcy między kciukiem a palcem wskazującym. Sukces w życiu sprowadzał się do dwóch rzeczy: odwagi, by twardo wierzyć w swoje przekonania, i zdolności do poświęceń. Była przekonana, że kobiety powinny trafiać na sam szczyt, i poświęciła się, żeby tam trafić. Sztuczka polegała jednak na tym, jak to rozegrać. Jako odważna osoba musiała spytać siebie raz jeszcze, czy zrobi to jak należy.
    Strategia była prosta i Nico opracowała ją pośpiesznie tego popołudnia, kiedy Seymour wygrał pierwszą nagrodę na pokazie psów. Chodził dookoła areny w marynarce z granatowego aksamitu, a Tunie popisywała się u jego boku, gdy do Nico przyszedł esemes: „Ważne. Praca. Dzwon". Seymour odebrał wstęgę, a Nico mu pogratulowała i wymknęła się do łazienki, żeby zadzwonić do Victory. W skrócie sytuacja wyglądała tak, że Glynnis Rourke, która podpisała zgodę na współpracę z Mikiem Harnessem i powiązanie jej programu z jego magazynem, zamierzała pozwać Mike'a Harnessa i Splatch-Verner za naruszenie warunków umowy. Nico wiedziała coś o projekcie, ale pierwszy numer wciąż się opóźniał, a Mike nie puszczał pary z ust.
    – Seksistowski dupek! – wykrzyknęła Glynnis podczas pierwszego spotkania z Nico. – Nie da się z nim normalnie rozmawiać. Mówiłam mu, że jego pomysły są gówno warte, a ten zaraz się obraził i wyszedł. Przykro mi, ale czy mnie się coś pomyliło? Robimy razem interesy. Na piśmie jest moje nazwisko, nie jego. Dlaczego miałabym łechtać ego tego gościa? Co jest grane? Nie zdążył dorosnąć?
    – Raczej nie – mruknęła Nico.
    Chodziło o to, że choć Mike był zobowiązany do konsultowania z Glynnis wszystkich decyzji dotyczących zawartości czasopisma, nie robił tego. Nie odbierał jej telefonów i nie chciał się z nią spotkać, krył się za e-mailami. Glynnis raz za razem prosiła go, żeby wycofał się z projektu, ale on odmawiał, zadowolony, że mają jej nazwisko i mogą z nim zrobić, co im się żywnie podoba. Trwało to dwa miesiące i teraz zamierzała pozwać go na pięćdziesiąt milionów („nigdy tyle nie dostanę, ale trzeba przywalić z grubej rury, żeby wystraszyć tych idiotów", wyjaśniła). Lada chwila zamierzała wystosować pozew. Korporacje takie jak Splatch-Verner przez cały czas pozywano do sądu, Nico wiedziała jednak, że teraz sytuacja wygląda inaczej: Glynnis była osobą publiczną i do tego bardzo wygadaną. Wszystko trafi do gazet.
    A Victorowi Matrickowi wcale się to nie spodoba.
    Wstała, znów podeszła do okna i zabębniła palcami o kaloryfer. Victor reprezentował inne pokolenie. Uznałby za niestosowne, gdyby ważny dyrektor z jego firmy był zamieszany w publiczną awanturę z gwiazdą. Parę lat wcześniej, kiedy Selden Rose ożenił się z tą modelką od bielizny Victoria's Secret, Janey Wilcox, a ona zaplątała się w skandal z pierwszych stron gazet, Victor Matrick kazał Seldenowi pozbyć się żony albo odejść z korporacji. Victory Ford dowiedziała się tego od Lyne'a Bennetta, który z kolei wyciągnął tę historię od George'a Paxtona, jednego z najlepszych przyjaciół Seldena. Selden był zamieszany w ten skandal wyłącznie jako mąż osoby bezpośrednio zaangażowanej, więc Nico mogła sobie wyobrazić, jak Victor zareaguje na informację o problemie Mike'a. Z drugiej strony przychodzenie z tym do Victora przypominało skarżenie. To dobre w podstawówce, pomyślała z niesmakiem.
    Zmrużyła oczy i skrzyżowała ręce na piersi. W sumie to nie były plotki, tylko informacja. Pomyślała, że mężczyzna na jej miejscu z pewnością by się nie zawahał, nie miałby skrupułów ani wątpliwości, czy wrobić konkurenta za pomocą tajnej informacji. Nikt nie lubił polityki biurowej, ale nie dało się jej uniknąć, jeśli człowiek chciał wspiąć się na szczyt. Musiała to zrobić. Mike poważnie namieszał, a Victor kazał jej coś na niego znaleźć.
    Weszła do prywatnej łazienki i otworzyła apteczkę. Wyjęła z niej szminkę i puder. Lekko malując usta, uznała, że teraz zostanie jedną z przybocznych Victora. Pewnie zawsze będzie musiała odpowiadać przed jakimś mężczyzną, aż przyjdzie dzień, w którym to ona zdobędzie najważniejsze stanowisko. I wtedy, właśnie wtedy, będzie już odpowiadała tylko przed samą sobą…
    Powoli. Po kolei. Zamknęła szminkę i ruszyła na górę.

    Tego ranka biurko Victora Matricka zastawione było damskimi torebkami.
    – Patrz, Nico! – wykrzyknął z dumą, kiedy weszła. – Kupiłem te wszystkie torby na ulicy, za niespełna trzysta dolców. To dopiero interes.
    Nico uśmiechnęła się i usiadła na obitym perkalem fotelu pod drugiej stronie biurka. A zatem Victor najwyraźniej znowu spacerował ulicami. Zwykle jeździł po mieście kombi z drewnianymi elementami karoserii i z kryształową figurką w kształcie głowy gryfa na masce, ale od czasu do czasu wysiadał i spacerował, po czym wracał z jakąś nową okazją odkrytą na ulicach.
    – Maureen twierdzi, że to podróbki – oświadczył. – Ale kto zauważy różnicę? Zauważysz?
    Nico się zawahała. Albo to było szczere pytanie, albo jakiś tajemniczy test. Victor uwielbiał prezentować się jako słaby, łagodny staruszek, ale gdyby faktycznie byl słaby i łagodny, nie przetrwałby u progu lat osiemdziesiątych na stanowisku prezesa zarządu koncernu. Oczywiście z jednej strony człowieka kusiło, żeby schlebiać Victorowi, zgadzać się z jego niekiedy idiotycznymi założeniami i udawać zainteresowanie tym, co interesowało Dziadka, czyli przede wszystkim „zwykłym człowiekiem". Co było niepokojąco ironiczne, zważywszy, że Victor dysponował dwoma prywatnymi samolotami i kilkoma domami, w tym wartym trzydzieści milionów ranczem w Greenwich w Connecticut. Przez lata miał obsesję na punkcie programu Jerry'ego Springera, dopóki ten nie zszedł z anteny; teraz pasjonował się doktorem Philem i reality show. Nieraz dyrektorzy umawiali się na spotkanie z Victorem i nawet nie udawało się im porozmawiać o problemie, bo Victor przez całą godzinę streszczał odcinek Ślepej randki - bez cenzury. Wychodzili z zebrania, twierdząc, że Dziadek jest na skraju szaleństwa, ale Nico dobrze wiedziała, że nie należy lekceważyć Victora. Zawsze wiedział, co się dzieje, i wdawał się w te dziwaczne dyskusje, żeby stłamsić podwładnych i przy okazji wytrącić ich z równowagi. Nico miała nadzieję, że tym razem nie o to chodzi, ale zważywszy na torebki na blacie, istniała spora możliwość, że Victor pokieruje spotkaniem po swojemu.
    Uznała w końcu, że szczerość będzie najlepszym wyjściem.
    – Tak, Victorze, odróżniłabym.
    – Naprawdę? – Podniósł podróbkę torebki Louisa Vuittona. – Myślałem, że podaruję je w prezencie gwiazdkowym. – Nico uniosła brwi. – Zonom chłopaków.
    – Ja bym tego nie robiła – oświadczyła. – Domyśla się, że kupiłeś je na ulicy, a potem wszyscy będą gadać. Powiedzą, że jesteś tandeciarzem.
    Zamknęła usta. Mógłby mnie za to wylać, ale tego nie zrobi, pomyślała.
    – Ho, ho, ho – mruknął Victor. Miał żółtawo-siwe włosy, barwy jasnego moczu, które wyrastały z jego czaszki niczym wyleniała lwia grzywa. Na dorocznym przyjęciu gwiazdkowym, które zawsze odbywało się w jakimś znanym miejscu i na które przychodziło niemal dwa tysiące pracowników, Victor przebierał się za Świętego Mikołaja. – Czyli twoim zdaniem to nie jest dobry pomysł?
    Oparł się o biurko i wcisnął przycisk interkomu.
    – Maureen – powiedział nad samym głośnikiem, jakby nie dowierzał urządzeniu. – Nico O'Neilly twierdzi, że te torebki to szmelc. Mogłabyś tu przyjść i je zabrać?
    Nico niecierpliwie zakołysała nogą. Zastanawiała się, czy Victor w ogóle wykonuje tu jakąś pracę. To samo pytanie jego ludzie zadawali sobie od lat.
    – Mike będzie pozwany – powiedziała nagle.
    – Czyżby? Jak myślisz, co mam zrobić z torebkami?
    – Oddaj je biednym. Do Armii Zbawienia.
    Maureen, kobieta w nieokreślonym wieku, weszła do gabinetu. Od zawsze była sekretarką Victora; ludzie szeptali, że kiedyś miała z nim romans.
    – A więc uznałeś, że jednak ich nie chcesz – powiedziała niemal z przyganą.
    – Nico uznała. Dziś Nico o wszystkim decyduje – oznajmił Victor.
    Nico uśmiechnęła się uprzejmie. Czy Victor wygłupiałby się tak z torebkami, gdyby była mężczyzną? Szczerze w to wątpiła.
    – A Mike wie, że będzie pozwany? – zapytał Victor, kiedy Maureen zabrała torebki i wyszła z pokoju.
    – Jeszcze nie.
    – Hm. – Potarł brodę. – A dlaczego ja nic nie wiem?
    – Bo jeszcze nie wypełniono dokumentów.
    – A zostaną wypełnione?
    – O tak – odparła ponuro.
    – Przez kogo?
    – Glynnis Rourke – powiedziała. – Zamierza pozwać Mike'a i Splatch-Verner. Za naruszenie warunków umowy.
    – A tak. – Victor pokiwał głową. – Glynnis Rourke. Ameryka ją kocha, prawda?
    – Owszem, kocha – przytaknęła. – Glynnis pewnie dostanie Oscara za najlepszą rolę drugoplanową w Prosięciu w sosie, nowym filmie Wendy Healy.
    – Wendy Healy – zadumał się Victor. – Podobno się rozwodzi.
    Nico lekko zesztywniała. To był właśnie problem z Victorem – człowiek nigdy nie wiedział, jak daleko się posunie.
    – Ja też to słyszałam – odparła, nie chcąc wdawać się w szczegóły.
    – Słyszałaś? – Ton Victora stał się lekko napastliwy. – Można by pomyśleć, że powinnaś to wiedzieć.
    – W zasadzie nie jest to informacja publiczna – powiedziała ostrożnie Nico.
    – A będzie? – zapytał Victor. Podniósł szklany przycisk do papieru, błahostkę dla turystów, z miniaturową panoramą Nowego Jorku, i nim potrząsnął, a brokat opadł na srebrne budynki.
    – Nie sądzę – odparła Nico. Musiała skupić uwagę Victora na Mike'u, ale gdyby zrobiła to niedelikatnie, Victor zamknąłby jej usta.
    – Czego chce mąż? – spytał Victor.
    Odłożył przycisk, pochylił się i zapatrzył na twarz Nico. Białka jego oczu były lekko żółtawe ze starości, jak wiekowy papier. Jednak tęczówki był ciemne, ciemnogranatowe, niemal czarne.
    – Mąż nie pracuje, prawda? Będzie chciał forsy. Mnóstwa forsy.
    – Naprawdę nie wiem, Victorze – wymamrotała i nagle zaczęła się zastanawiać, czy nie popełniła błędu.
    – Nie wiesz – powtórzył Victor z zadumą i usiadł wygodnie na fotelu. Nie spuszczał z niej wzroku. Nico czuła się tak, jakby trafiła do jednej klatki z lwem. Dotychczas nigdy nie poznała Victora od tej strony. Zawsze całkiem znienacka i dziwacznie zmieniał temat, ale nie wyczuwała w tym brutalności. Choć, naturalnie, to miało sens.
    Też na niego patrzyła, bez słowa, szeroko otwartymi oczyma.
    Większość ludzi nie była w stanie znieść tego spojrzenia, Victor Matrick nie stanowił wyjątku. Zaczął mówić.
    – Jeśli naprawdę chcesz się przebić na szczyt w tej firmie, lepiej, żebyś wiedziała wszystko o wszystkim.
    – W takim razie wiem – odparła jak najbardziej wypranym z emocji głosem. – Tylko wolałabym o tym nie mówić.
    – Wolisz naskarżyć na Mike'a.
    Czuła, jak jej twarz czerwienieje. A jednak, pomyślała. Obrała zły kierunek, i z Wendy, i z Mikiem, i teraz wyleci. Może powinna była powiedzieć mu o Wendy, o tym, że Shane domaga się mieszkania i opieki nad dziećmi. Ale nie wolno jej było zrobić tego przyjaciółce. Pomyślała, że nie może się denerwować.
    – Myślałam, że chcesz wiedzieć – oświadczyła.
    – Bo Wendy to twoja przyjaciółka, a Mike nie jest przyjacielem – mruknął Victor.
    – Firma Wendy przyniosła w zeszłym roku ponad dwieście milionów dolarów zysku. Dział wydawniczy przyniósł tylko siedemdziesiąt trzy miliony, a dwadzieścia trzy z tych siedemdziesięciu trzech to wpływy z „Bonfire". – Bogu dzięki za fakty, pomyślała. Ale przecież Victor to wszystko wie. O co mu do cholery chodzi?
    – A zatem chcesz stanowiska Mike'a – oznajmił Victor.
    – Tak, chcę. Rozmawiamy o tym od miesięcy – powiedziała zimno. Jeśli będzie stosowała swoją zwyczajową taktykę, być może uda się jej wyjść stąd żywą.
    – Doprawdy? – zapytał. – Jakoś sobie nie przypominam.
    Zesztywniała i popatrzyła w bok. Nie takiej odpowiedzi się spodziewała, chociaż powinna. Ludzie mówili, że Victor jest do tego zdolny, że zaprzecza, że coś zrobił albo powiedział w przeszłości, na co druga strona zaczyna się zastanawiać, czy to ona przypadkiem nie oszalała. Z drugiej strony Victor był stary. Może naprawdę nie pamiętał. Już po mnie, pomyślała. Seymour będzie taki rozczarowany… Jak mam żyć ze sobą…? Wszyscy mieli rację… Victor Matrick to pieprzony skurwiel. Jest nienormalny…
    I nagle przyszło jej do głowy, że może Victor ją wrobił, żeby się jej pozbyć. Ale jak to możliwe? Przecież ta informacja wypłynęła od samej Glynnis, za pośrednictwem Victory. Victory nawet nie znała Victora Matricka, ale on bez wątpienia wiedział, że Nico się z nią przyjaźni. A może Victor podpuścił Glynnis Rourke? Jeśli tak, oznaczałoby to, że operował na takim poziomie zdrady, który był wręcz nie do pojęcia. Był zdolny do wszystkiego. A poza tym może Victor robił z nią dokładnie to, co ona z Mikiem – obserwował i czekał, czekał, aż Nico coś spieprzy.
    – Słucham? – powiedział.
    Popatrzyła na niego. Siateczka popękanych naczynek krwionośnych oplatała jego policzki niczym delikatna pajęczyna. Był taki stary! Powinien już nie żyć, może zresztą nie żył, tylko nikt się jeszcze nie połapał. Dwadzieścia pięć lat, pomyślała. Dwadzieścia pięć lat pełnych tygodni składających się z siedemdziesięciu godzin pracy, poświęceń, triumfów, i wszystko można wywalić do kosza, a to z powodu tego starucha, który do tego stopnia nie ma o niczym pojęcia, że żonom dyrektorów zamierza podarować na Gwiazdkę podróbki markowych torebek. Ucieleśniał wszystkie wady świata korporacji. Pewnego dnia cię zastąpię, pomyślała.
    Usiadła wygodnie i założyła nogę na nogę, grając na zwłokę. Nikt nie uczy człowieka, jak się zachować w podobnych okolicznościach, jednak niezależnie od tego, co się miało wydarzyć, nie mogła błagać ani okazać strachu. Musiała obrócić sytuację na swoją korzyść, a jeśli to się jej uda, zapewne uda jej się wszystko. Wzruszyła ramionami.
    – Nie wygłupiaj się, Victorze – powiedziała zimno, jakby żartował, a ona świetnie zdawała sobie z tego sprawę. – Oboje wiemy, że Mike powinien odejść.
    Dobry strzał, pomyślała. Stanowczo, ale nie agresywnie.
    – Mike tak nie uważa. – Victor się uśmiechnął. Był to komiksowy uśmiech, przesadzony i nienaturalny. Nico domyśliła się po tej odpowiedzi, że Victor rozmawiał z Mikiem. Tego obawiała się najbardziej – że Mike przeciągnie Victora na swoją stronę, żeby wywalić Nico.
    – Trudno się dziwić – mruknęła.
    Nagle przed oczyma stanęło jej jajko na miękko i nóż, którym obcinała jego czubek. Jeszcze trzy godziny wcześniej była pewna sukcesu. Jak mogła popełnić tak straszny błąd?
    Usłyszała, jak oddycha. Zbyt głośno. Victor zapewne słyszał to dyszenie z odległości trzech metrów i był świadomy, że Nico się boi. Na moment wstrzymała oddech, a potem cicho wypuściła powietrze nozdrzami.
    – No jasne, wcale się nie dziwimy – mruknął Victor.
    Wyciągnął rękę i dotknął siekacza, po czym zaczął go szarpać. Powiedział „dziwimy", pomyślała Nico, patrząc na niego z przerażeniem i ulgą. To oznaczało, że zapewne jeszcze nie wyleciała z gry. Jeśli faktycznie tak było, musi to szybko zakończyć, zanim Victor znów się rozproszy albo wyrwie sobie ząb.
    – Gazety napiszą o procesie – oświadczyła. – Glynnis jest bardzo popularna i bardzo wygadana. Wszyscy będą zainteresowani, a ona nie zawaha się opowiedzieć swojej wersji tej sprawy.
    – Będzie się broniła. – Victor nie przestawał szarpać zęba. – Tak się właśnie zachowują gwiazdy, prawda? To jakaś choroba. Są uzależnione od ludzkiej uwagi. Dzieci też to dotyka, doktor Phil tak twierdzi. Powinny istnieć terapie dla gwiazd.
    Nico uśmiechnęła się i lekko poruszyła stopą. A więc jednak wszystko będzie dobrze. Czuła, jak do jej świata powracają kolory. Kiedy Victor zaczynał mówić o swoich ulubionych programach telewizyjnych, człowiek był bezpieczny.
    – Zrobimy to od razu czy dopiero kiedy złożą pozew? – zapytał.
    – Powinniśmy zrobić to od razu – oświadczyła. – W pozwie umieszczą nazwisko Mike'a, a skoro nie będzie już pracownikiem Splatch-Verner, druga strona wyjdzie na głupków. Poza tym zapewne uda się nam uratować kontrakt z Glynnis i nie wyjść na mięczaków. Jeśli zadziałamy szybko, nikt się o niczym nie dowie. – Od wielu dni przygotowywała sobie tę przemowę.
    – Doskonale. – Victor wstał, żeby dać do zrozumienia, że spotkanie dobiegło końca. Oparł grube, powykręcane kostki lewej ręki na blacie. – Zrobimy to dziś po południu. O czwartej.
    – Dziękuję, Victorze. – Nico też wstała.
    – Mam nadzieje, że dysponujesz czasem – oświadczył Victor z uciechą. – Chcę, żebyś przy tym była. Właściwie chcę, żebyś to ty przekazała mu te wieści.

    Nico siedziała sztywno na tylnym siedzeniu limuzyny, która jechała powoli przez East Drive w Central Parku. Nie było jeszcze piątej, ale park roił się od ludzi. Ludzi, którzy wyprowadzali psy na smyczy, jeździli na rowerach i rolkach (Rolki, pomyślała Nico. Czy ludzie wciąż na nich jeżdżą?), biegali, spacerowali, a nawet wozili się w tych ciągniętych przez konie bryczkach, które powinny być zakazane. Biedne konie, westchnęła w duchu, kiedy taksówka mijała jeden z powozów. Zerknęła na zwierzę, usiłując zgadnąć po wyrazie jego pyska, czy jest szczęśliwe. Nic nie dostrzegła, koń miał zasłonięte oczy, ale zarzucał łbem, jak te maskotki na desce rozdzielczej, te z głowami na sprężynach…
    Zadzwonił jej telefon.
    – Jak się masz? – spytał Seymour z niepokojem.
    – O Boże, Seymour – powiedziała bardziej rozemocjonowanym głosem, niż zamierzała. Popatrzyła na tył głowy szofera, żeby sprawdzić, czy słucha. – Było ciężko. – Zmarszczyła brwi, jakby to Seymour był za to odpowiedzialny.
    – Ale zrobiłaś to? – chciał wiedzieć.
    – A miałam wybór?
    – Zrobiłaś?
    – Tak.
    – I?
    Nico nagle się rozzłościła.
    – Tak, jak planowaliśmy, Seymour. Tak jak ci mówiłam. I tyle.
    Rozłączyła się i wcisnęła przycisk, żeby opuścić szybę. Łagodne, ciepłe powietrze wypełniło wnętrze auta. Zastanawiała się, dlaczego szoferzy zawsze włączają klimatyzację, gdy tylko zima dobiegnie końca. Typowo męskie zachowanie.
    Ale to nie było „i tyle".
    Zadzwoniła do domu. Seymour odebrał telefon.
    – Seymour, Mike… – Chciała powiedzieć „płakał", ale się rozmyśliła. – Mike był bardzo przygnębiony.
    – Czyżby? – zapytał. – A spodziewałaś się, że jaki będzie?
    – Przygnębiony.
    – No właśnie.
    Sfrustrowana, znów przerwała połączenie. Bardzo chciałaby wytłumaczyć to Seymourowi, sprawić, żeby pojął znaczenie nieoczekiwanej przemocy emocjonalnej tego dnia, nie mówiąc już o chaosie, strachu i poczuciu winy.
    Przemoc emocjonalna… Nico zadrżała. Nikt nie rozumie, że jest z nią prawie tak jak z prawdziwą przemocą fizyczną, która w niczym nie przypomina udawanej przemocy rodem z telewizji albo kina. Nico przypomniała sobie, jak raz ona i Seymour siedzieli w małym barze w West Village, i wywiązała się bójka. Seymour natychmiast zanurkował pod blat, ale Nico była zbyt ogłupiała, żeby choćby drgnąć. Zaszokowało ją, jak brutalnie potrafi zachować się człowiek, kiedy już naruszy granicę przestrzeni osobistej. Tamta bójka to była bułka z masłem, ot, dwóch facetów parę razy zamachnęło się na siebie, przewróciło kilka krzeseł i butelkę z wodą. To jednak wystarczyło. „Na ziemię!", wrzasnął Seymour, złapał ją za przegub i wciągnął pod stół. Przyszło jej do głowy, że jest mięczakiem, przecież powinien walczyć, ale byłoby to czyste szaleństwo, i nagle zdała sobie sprawę z tego, jacy oboje są krusi i delikatni. Czy po tym, gdy ktoś przekroczy tę granicę i nawiąże kontakt, człowiek jest taki sam jak dawniej? Czy kiedykolwiek zapomina? Seymour chwycił ją za ramię i szybko wyprowadził z baru na trójkątny fragment chódnika na zewnątrz, gdzie popatrzyli na siebie i wybuchnęli tak gromkim śmiechem, że nie mogli się uspokoić przez co najmniej pół godziny.
    Pomyślała jednak, że Seymour nigdy nie zrozumiałby tego, co się jej dzisiaj przytrafiło. Zatriumfowała, ale nie za darmo. Za osiągnięcia słono się płaci. Było to coś, czego mężowie tak naprawdę nie chcieli wiedzieć, coś, co potrafiły pojąć tylko przyjaciółki.
    – Płakał, Wendy – wyszeptała wcześniej do telefonu, czekając, aż podjedzie jej auto. – Tego się nie spodziewałam.
    – Wiem – odparła Wendy. – Zdumiewające, jak łatwo się załamują, gdy nie dają już sobie rady z napięciem. Mamy rozmaite przekonania na temat mężczyzn, ale się mylimy. Mężczyźni to słabe, przestraszone ludziki z przyczepionymi penisami. To był koszmar, kiedy Shane płakał. Całkiem jakby nagle nie był już mężczyzną, a ja kobietą. Właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że muszę stać się nowym typem kobiety, żyć bez tych wszystkich utrwalonych przesądów na temat tego, jak powinny postępować obie płcie.
    Nico pokiwała głową.
    – Czułam się jak gówno. A potem na mnie wsiadł. Powiedział, że jestem służącą Victora, suką. Suka mi nie przeszkadza, ale służąca?
    – W życiu nie byłaś niczyją służącą – prychnęła Wendy.
    – Takie kobiety jak my same mają służbę. Złożoną z mężczyzn.
    – Ale tak wszyscy będą mówili. Będą mnie nazywali służącą Victora Matricka…
    – No to niech cię tak nazywają – przerwała jej Wendy.
    – To taki ich sposób na poniżenie ciebie, bo jesteś kobietą u władzy. Dzięki temu lepiej się poczują, mimo beznadziejności swojego życia. Musimy wreszcie przestać się zamartwiać tym, co myślą o nas inni. Cały czas mamy do czynienia z ocenami. To taka zabawa w „tak, ale" – ale czy jest dobrą matką, szefową, żoną? A kogo obchodzi, co myślą inni, Nico? Nie siedzą w tobie. Nie żyją twoim życiem. Robimy to, co robimy, lepiej od większości, najlepiej, jak się da w tych okolicznościach, i tyle. Ja na przykład postanowiłam odpuścić sobie wyrzuty sumienia. Nie dam rady robić wszystkiego, i wcale nie chcę. I nikt nie powinien tego ode mnie wymagać. – Westchnęła. – Jezu, Nico – wymamrotała. – Ty robisz wszystko, i to naprawdę dobrze. Jesteś niezwykłym człowiekiem. Musisz dzielić się swoim darem z innymi, a jeśli komuś się to nie podoba, trudno. Teraz jesteś szefową i prezeską działu wydawniczego. Ta cholerna firma ma szczęście, że dla niej pracujesz!
    Nico pomyślała, że taką przemowę można usłyszeć jedynie z ust przyjaciółki.
    Auto skręciło za zielonym trawnikiem i zatrzymało się na światłach na rogu Siedemdziesiątej Dziewiątej Ulicy i Piątej Alei. Jak tu ładnie, pomyślała Nico – zielona trwa i pączkujące drzewa na tle eleganckich szarych budynków. Wszystko będzie dobrze, niby dlaczego nie? Dzisiejszy dzień przypomniał poród, było to bolesne wydarzenie, koszmarne, trudne, przerażające, napawające poczuciem triumfu, pochłaniające całą energię, ale w końcu dawało się o nim zapomnieć. Złe wspomnienia zostawały zablokowane, a widok dziecka uświadamiał, że było warto.
    I tak jak przy porodzie nikt nie uprzedzał o skali bólu. Trzeba samej przez to przejść, żeby zrozumieć. Szczerze mówiąc, poród był jednak bardziej bolesny, tyle że na świecie pojawiało się piękne niemowlę. W tym wypadku, kiedy było już po wszystkim, kiedy ochrona wyprowadziła Mike'a z budynku, a Victor ściskał dłoń Nico, nagle uświadomiła sobie, że teraz ma na głowie Victora Matricka i pewnie będzie na niego skazana przez resztę życia.
    Jego życia, pomyślała drwiąco.
    Kiedy tego ranka wychodziła z gabinetu Victora, po tej niepokojącej scenie, gdy myślała, że to właśnie ona wyleci, wsiadła do windy i przekonała się, że jej serce wyrywa się z piersi, a pachy są mokre od potu. Nie miała pojęcia, jak do tego doszło, ale była wstrząśnięta nieznanym obliczem Victora. Był nieprzewidywalny, absolutnie nieracjonalny, jak wielkie zwierzę, które kieruje się jedynie instynktem. Przez chwilę bała się o siebie. Co będzie, jeśli skończy tak jak Victor Matrick? Nie dało się przewidzieć, co mógł jej zrobić, jakie jej będzie w przyszłości stawiał wyzwania, w końcu niemal zmusił ją do rozmowy o rozwodzie Wendy. Nie chodziło tylko o nowe zawodowe obowiązki, będzie miała również do czynienia ze sprawami natury emocjonalnej i psychologicznej. Jednak gdy winda zjechała na jej piętro, Nico zdążyła dojść do wniosku, że sobie poradzi, że chce zaryzykować. A potem przeszła korytarzem i natknęła się na Mike'a Harnessa w swoim gabinecie.
    Czekał na nią.
    A więc jest tak jak zawsze, pomyślała ponuro. Mike wiedział. Nawet nie udawała zdziwienia na jego widok.
    – Cześć, Mike – powiedziała i minęła go, żeby zasiąść za biurkiem. Wcisnęła przycisk, ekran jej komputera zamigotał.
    – Pomyślałem, że zjemy razem lunch – oświadczył Mike. Trzymał w dłoni długopis, bezustannie wsuwał i wysuwał wkład.
    Formalnie wciąż był jej szefem, i formalnie nie mogła odmówić.
    – Zobaczę, czy zdołam zmienić rozkład zajęć. – Wcisnęła przycisk interkomu. – Sally? Możesz przynieść mój kalendarz?
    Przez cały czas Mike nie ruszał się z miejsca, jakby chciał mieć pewność, że Nico nie będzie próbowała się wymigać.
    Zjedli lunch w barwnie urządzonej restauracji dla turystów. Ludzie z branży wydawniczej chodzili tam, gdy nie chcieli, żeby ktoś ich zobaczył.
    – Niepokoją mnie te plotki, Nico – powiedział Mike, wkładając tortellini do ust. Skóra Mike'a miała barwę starego drewna, wspomniał, że właśnie wrócił z długiego weekendu w St. Barts. Nico pokiwała głową. Zamówiła cielęcinę piccata, zamierzała zjeść tylko kilka kęsów.
    – Mnie też – odparła. Dała znak kelnerowi, żeby przyniósł jej więcej gazowanej wody. – Ale to tylko plotki, Mike. Jak mogłabym odejść z „Bonfire"?
    – Ktoś kiedyś powiedział, że „New York Post" wie więcej niż CIA – zauważył Mike.
    – To zapewne prawda w kwestii wydarzeń ogólnoświatowych – odparła. – Ale CIA nie musi sprzedawać gazet, a „Post" i owszem. Sam widzisz.
    – Tak – mruknął niedowierzająco. – Sam widzę. – Urwał. – Chcę, żebyś pamiętała o jednym. To ja cię znalazłem. Ja sprowadziłem cię do Splatch-Verner. Beze mnie zwyczajnie byś nie istniała. – Wzruszył ramionami. – Wiesz, że stawiam sobie za punkt honoru szczerość wobec podwładnych. Nie jesteś szczególnie twórcza. Masz głowę do szczegółów, to ci trzeba przyznać. Ale trzeba zacznie więcej, żeby kierować całym działem.
    Uśmiechnęła się. Czyżby jej groził? Pomyślała, że pewien szczególny typ zawsze usiłuje sobie przypisywać zasługi za sukcesy innych, a przy okazji ich gasić. Egoista, człowiek, który bez przerwy będzie się pchał na środek sceny, nawet jeśli nie bierze udziału w sztuce. Nie, Mike, westchnęła w duchu. Nie doprowadzaj do tego, żeby koniec był dla ciebie jeszcze brzydszy, niż to konieczne. A ponieważ nie miało to już najmniejszego znaczenia, powiedziała głośno:
    – Masz rację, Mike. – I zmieniła temat.
    Z wczesnego małżeństwa Mike miał nastoletniego syna, który właśnie kończył liceum. Pogadali o wadach i zaletach rozmaitych uniwersytetów. Za każdym razem, kiedy Mike usiłował zmieniać temat, ona uparcie powracała do szkolnictwa wyższego. To było złe, ale nie istniał inny sposób na załatwienie tej sprawy. Kiedy rozstali się przy windach, Mike wiedział, ale nie znal szczegółów.
    Już po tobie, pomyślała na widok zamykających się za nim drzwi windy.
    O czwartej zadzwoniła Maureen, sekretarka Victora Matricka.
    – Victor chce panią widzieć w swoim gabinecie – powiedziała.
    Nico weszła do gabinetu Victora na moment przed Mikiem.
    – Gotowa, Nico? – spytał ją Victor. – Będzie całkiem jak w serialu o doktorze Philu.
    Nico nigdy go nie oglądała, ale szczerze wątpiła, czy jest on aż tak brutalny.
    Mike wszedł kilkanaście sekund później. Już w progu na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie i szok, a potem nerwowo się rozejrzał, niczym zwierzę, które nagle trafiło do klatki. Nico stała obok biurka Victora, a Mike zapewne się zastanawiał, czy Nico i Victor razem w tym siedzą, czy też Nico i on sam będą mieli jakiś problem z Victorem. Tak czy owak, jego strategia polegała na odcięciu się od Nico poprzez ignorowanie jej. Wszedł, celowo unikając jej spojrzenia, i zasiadł naprzeciwko biurka Victora.
    – No? – odezwał się z nieszczerą jowialnością. – O co chodzi?
    Victor odrzucił z czoła wyleniała grzywę.
    – Nico twierdzi, że będziesz pozwany.
    – Nico? – Mike spojrzał na nią z udawanym zdumieniem, pod którym czaiła się nienawiść. – A co ona wie, do cholery?
    – Najwyraźniej więcej niż ty – odparła uprzejmie.
    – Niby za co mam być pozwany? – spytał lekceważąco.
    – Naruszenie warunków umowy. Z Glynnis Rourke – wyjaśniła mu Nico.
    – Glynnis Rourke to pozbawiona talentu wariatka, która nawet nie umie punktualnie dotrzeć na spotkanie.
    – Mam e-maile. Od ciebie do niej. Nazwałeś ją idiotką… – powiedziała Nico.
    – Bo nią jest.
    – Pomyśl, jak to będzie wyglądało w gazetach.
    – A kto by się tym przejmował? – prychnął Mike.
    Nico wzruszyła ramionami.
    – Po co wywoływać publiczny skandal, skoro można go uniknąć? – zapytała.
    Mike popatrzył na Victora w poszukiwaniu wsparcia, ale go nie otrzymał. Znowu spojrzał na Nico.
    – A ty kto? Zasrana zdrajczyni? Szukasz za moimi plecami informacji…
    – Trafiła akurat do mnie. Mieliśmy szczęście, równie dobrze mogła trafić do kogoś innego. Kogoś z zewnątrz.
    – Ależ z ciebie suka – warknął Mike.
    – Mike… – wtrącił Victor łagodnie.
    – Aha, rozumiem. – Mike pokiwał głową. – Teraz jesteś służącą Victora. Małą dziewicą, którą odwala za niego brudną robotę. Lodowa służąca.
    – Wypadasz z gry, Mike – powiedziała Nico.
    – Co?
    Westchnęła. Skrzyżowała ręce na piersi i lekko wychyliła się ku krawędzi biurka Victora. Mike nie powinien był siadać, pomyślała, automatycznie dał jej przewagę.
    – Pstro – oświadczyła. – Ty wypadasz z gry, ja do niej wchodzę.
    Mike wybuchnął niekontrolowanym śmiechem.
    – Nie możesz mnie zwolnić – ledwie zdołał wykrztusić. Victor pociągnął się za ząb.
    – Może – powiedział. – Właśnie cię zwolniła.
    A potem Victor zrobił coś przerażającego. Wstał, otworzył szeroko usta, pochylił się nad biurkiem i ryknął.
    Ja pierdzielę, pomyślała Nico. Cofnęła się o krok i niechcący zrzuciła z biurka przycisk do papieru z panoramą Nowego Jorku. Zanurkowała po niego i szczęśliwie go chwyciła. Śmiech Mike'a urwał się jak nożem uciął. Mike odchylił się w fotelu w pełnym przerażenia zdumieniu. Z miejsca, w którym siedział, ciemne i pozornie bezdenne gardło Victora musiało mu się kojarzyć z paszczą lwa.
    – Co jest, kurwa, Victor? – wrzasnął Mike. Zerwał się na nogi. – Co ty wyprawiasz, do diabła? Dlaczego mi to robisz, cholera?
    Victor powrócił na krzesło i do swojej zwyczajowej pozy Świętego Mikołaja.
    – Bo mogę, Mike – odparł.
    – Nie rozumiem, Victorze. – Mike uniósł ręce. Miał wilgotne oczy, nos czerwony i nabrzmiały. – Byłem przy tobie przez dwadzieścia pięć lat…
    Victor klasnął w dłonie.
    – No i wystarczy – obwieścił radośnie. Wcisnął guzik interkomu. – Możesz tu przysłać ochronę?
    Mike odwrócił się do Nico. Na obu policzkach miał jasne smugi, tam gdzie łzy zaczęły zmywać samoopalacz. Niektórzy mężczyźni nigdy nie nauczą się stosować kosmetyków, pomyślała Nico.
    – Dlaczego to zrobiłaś? – spytał Mike. – Przecież cię stworzyłem.
    Pokręciła głową. Czuła się brudna. Odegrali wstrętną, niesmaczną scenkę, i to wszystko na użytek Victora Matricka. Cóż, ona też w tym brała udział, już nie było odwrotu.
    – Przykro mi – powiedziała.
    – Tak. – Mike pokiwał głową. – Jeśli nie jest ci przykro teraz, to będzie.
    Co jeszcze zamierzał powiedzieć? Tak czy owak, czuła, jak strach pełznie po jej wnętrznościach i owija się wokół serca niczym gruby wąż.
    Dwaj ochroniarze czekali na Mike'a przy drzwiach. Jeden usiłował delikatnie położyć rękę na jego ramieniu, ale Mike zrzucił ją z wściekłością.
    – Sam wyjdę, jeśli nie masz nic przeciwko temu – oświadczył.
    – No cóż. – Victor Matrick wyciągnął rękę. – Moje gratulacje.
    Nico odstawiła przycisk do papieru na biurko Victora i wymieniła z nim uścisk dłoni. Jego ręka była zimna jak ręka nieboszczyka.
    – Dziękuję – powiedziała.
    – Nieźle poszło, prawda? – Pochylił się i przemówił do interkomu: – Maureen, umówisz mnie z tym dentystą? Chyba koronka znów mi się obluzowała.
    Teraz, siedząc w limuzynie i przypominając sobie tę scenę z Victorem, Nico zadrżała.
    Znowu wyjrzała przez okno. Auto jechało teraz Siedemdziesiątą Dziewiątą, niemal obok domu Kirby'ego. Jeszcze nie było za późno, żeby zmieniła zdanie, kazała szoferowi skręcić w aleję Franklina Delano Roosevelta i jechać do domu. Tak właśnie powinna postąpić, tylko że nie była gotowa na spotkanie z Seymourem. Teraz potrzebowała czegoś wyjątkowego, chciała być tulona i pieszczona, chciała się poczuć jak mała dziewczynka, a przy Seymourze nie było to możliwe. Nie mogła okazać słabości. Kirby widział ją bezbronną i nagą, emocjonalnie i fizycznie, a nawet nieco poniżoną, tak jak wtedy, kiedy ją związał i zmusił, żeby błagała go o rozmaite rzeczy…
    Zaczęła się zastanawiać, jak by się czuła jako żona Kirby'ego, a nie Seymoura. Auto zajechało na podjazd pod budynkiem Kirby'ego. Szybko przemknęła obok portiera i niecierpliwie wcisnęła przycisk windy. Myślała o Kirbym. A jeśli to on był rozwiązaniem jej problemów i mimo wszystko go kochała?
    Ruszyła szybko korytarzem, nagle zdjęta irracjonalnym strachem, że nie będzie go w domu, że jednak się nie zobaczą. Zadzwoniła, a kiedy nie otwierał, jej serce zaczęło mocniej bić. Musiała się z nim zobaczyć. Jeszcze raz wcisnęła przycisk. Słyszała, jak dzwoni w jego mieszkaniu i wstrzymała oddech w nadziei, że zaraz usłyszy kroki. Nie słyszała jednak nic. Nagle spanikowała i zaczęła walić w drzwi bokiem pięści.
    Nie ma go w domu, pomyślała z rozpaczą. Ten jeden jedyny raz, kiedy naprawdę go potrzebuje. Popatrzyła na zegarek: było kwadrans po piątej, a Kirby mówił, że o piątej już będzie w domu. Postanowiła, że poczeka, da mu pięć minut. Stojąc pod jego drzwiami, co chwila nerwowo zerkała na zegarek, a kiedy minęły cztery minuty, doszła do wniosku, że poczeka jeszcze pięć. Jak mógł jej to zrobić? Nagle przyszło jej do głowy coś strasznego. Może zrobił to specjalnie, żeby ją ukarać, udowodnić, że nie musi się dostosowywać do rozkładu Nico.
    A może już jej nie lubił i nie chciał więcej widzieć, i właśnie w taki sposób zamierzał ją spławić…
    Usłyszała brzęk windy i szum rozsuwających się drzwi na końcu korytarza. To on, pomyślała, i faktycznie, po chwili zza rogu wyłonił się Kirby w dzianinowej czapce i kurtce z brązowej skóry. W jednej ręce trzymał telefon, w drugiej torbę z zakupami.
    – Cześć! – zawołał, jakby była daleką znajomą, na którą wpadł na ulicy.
    Nie na takie powitanie miała nadzieję i przez chwilę czuła się załamana. Powiedziała sobie jednak, że to nie ma znaczenia. Najważniejsze, że tu był.
    – Już miałam iść – oświadczyła.
    Przełożył zakupy z jednej ręki do drugiej i sięgnął do kieszeni po klucze. Cmoknął ją w usta, kiedy otwierał drzwi.
    – Musiałem powtórzyć scenę z zajęć w szkole aktorskiej i całkiem wsiąkłem – powiedział, wchodząc za nią do mieszkania. – Wiesz, jak to jest, kiedy się na czymś skupisz i nawet nie zauważasz upływu czasu? A potem przypomniałem sobie, że muszę kupić mleko. Codziennie powtarzam sobie, żeby kupić mleko, i zapominam.
    Poszła za nim do kuchni i patrzyła, jak wyjmuje pojemnik z mlekiem z plastikowej torby i stawia go na górnej półce niemal pustej lodówki. Mleko, pomyślała. Wolałaby, żeby to nią zaprzątał sobie głowę.
    – Jak się miewasz? – Odwrócił się do niej. – Nie widziałem cię, przez… tydzień?
    – Nic nie mogłam na to poradzić. – Ulżyło jej, że jego rezerwa wynika wyłącznie z tęsknoty. – Miałam koszmarny dzień…
    – Ja też – powiedział ze współczuciem, minął ją i poszedł do salonu. – Jestem trochę zdenerwowany i podniecony. Dziś – wieczorem mam tę scenę na zajęciach i chciałbym dobrze wypaść.
    – Na pewno tak będzie – oświadczyła.
    – Jest naprawdę emocjonująca, wiesz? – Usiadł na sofie i przeczesał włosy rękoma. – Popatrzył na Nico. – Co robisz? Chodź tutaj.
    – Och, Kirby – mruknęła.
    Nagle pogrążyła się w otchłani żalu. Nigdy dotąd się tak nie czuła i zaczęła się zastanawiać, czy zaraz nie wybuchnie płaczem.
    – Ej, co się dzieje? – zapytał Kirby.
    Usiadła obok niego, a on objął ją ramieniem. Odprężyła się i oparła o niego, rozkoszując się tym uczuciem. Kirby nie był najbardziej inteligentnym facetem na świecie, ale zawsze potrafił zgadnąć, czego potrzebowała. Odwróciła ku niemu twarz, chcąc wyjaśnić, co ją tego dnia spotkało. Chyba jednak źle odczytał sygnały, bo natychmiast zaczął ją całować.
    Jej usta zesztywniały w sprzeciwie. Ciągnęła to przez kilka sekund, ale w pewnej chwili odsunęła się od niego.
    – Kirby, miałam naprawdę dziwaczny dzień – powiedziała niecierpliwie, pragnąc, żeby ją zrozumiał. – Musiałam kogoś zwolnić.
    – Myślałem, że robisz to przez cały czas – zażartował.
    Uśmiechnęła się wyrozumiale, nagle zirytowana tym, że on sobie dowcipkuje, kiedy ona rozpaczliwie pragnie zachować powagę.
    – Ten człowiek był moim szefem. To znaczy w przeszłości. Ja przejęłam jego stanowisko.
    – No to powinnaś być zadowolona. – Złapał ją za ramię, żeby przyciągnąć do siebie. Musnął ustami jej szyję tuż pod uchem i wyszeptał: – Masz nową pracę. Ja zawsze jestem zadowolony, kiedy dostaję nową pracę. To oznacza, że więcej zarobię.
    – Nie tylko o to chodzi. – Odwróciła głowę.
    – Nie zarobisz więcej? No to chyba niezbyt rozsądne posunięcie – oświadczył triumfująco, jakby właśnie dokonał wielkiego odkrycia.
    Popatrzyła na jego przystojną, spokojną twarz. Pomyślała, że przypomina pysk golden retrievera. Była piękna i głupia.
    Poczuła uścisk w żołądku. Nie wolno jej tak myśleć o Kirbym. To nie jego wina, że nie do końca ją rozumie. Po prostu nie jest dobrze wykształcony, ma za sobą tylko dwa lata małomiasteczkowego college w, podczas których starał się zostać modelem.
    – Chodź, skarbie. – Wstała i wzięła go za rękę. – Idziemy do sypialni.
    Kiedy zaczną uprawiać seks, wszystko znów będzie dobrze i przestaną ją nękać takie myśli.
    – Zastanawiałem się, czy w ogóle tego chcesz – powiedział Kirby, pozwalając się prowadzić. – Dzisiaj zachowujesz się trochę dziwnie.
    – To tylko przez ten dzień. – Rozebrała się szybko i starannie odłożyła ubrania na blat biurka, chowając majtki pod spódnicę. Położyła się na łóżku, a on, nagi, legł na niej. Teraz rzeczywiście poczuła się dobrze, objęła go z całej siły rękoma, żeby poczuć na sobie jego ciężar. Nie ma to jak młody mężczyzna o muskularnym ciele. Miał taką miękką skórę, pewnie miększą niż ona.
    – Przynieść pęta? – spytał.
    – Nie wiem – odparła. Czasem przywiązywał jej nadgarstki po obu stronach łóżka (nie miało u wezgłowia oparcia, więc przywiązywał ją do metalowej szyny z tyłu), a to zawsze nasilało jej pożądanie. Chciała, żeby ją uwolnił od tego popołudnia. Chciała dzięki niemu poczuć się jak ktoś inny, tak jak zawsze poprzednio. Na przykład jak jakaś kobieta z filmu – porno. Kobieta, która robi to z mężczyzną na oczach innych mężczyzn.
    – Wypieprz mnie – powiedziała. Wsunął dłoń między jej uda.
    – Jak sobie życzysz, piękna damo – oparła.
    No nie, zdenerwowała się. Dlaczego się tak do niej zwraca? Zwłaszcza, kiedy jej pożądanie jest tak niepewne. Piękna damo. Nie wolno jej o tym myśleć. Musiała to zignorować i się odprężyć. Ale nie mogła przestać o tym myśleć. Czy w ogóle miała ochotę na seks?
    – Nie jesteś zbyt wilgotna – zauważył.
    – Przepraszam. – Uśmiechnęła się ostrożnie, mając nadzieję, że zdoła ukryć swoje uczucia. – Chyba jestem spięta…
    – Zaraz cię odprężę. – Opuścił się do nóg łóżka, rozsunął uda Nico, po czym rozchylił dłonią jej wargi sromowe. Zaczął ją lizać, a ona położyła rękę na jego głowie, marząc o tym, żeby coś poczuć. To jednak nic nie dawało. Szczerze mówiąc, czuła jedynie irytację.
    Co się z nią dzieje?
    – Kirby – powiedziała cicho. Uniósł wzrok. – Po prostu się pokochajmy, co?
    – Jasne – odparł. – Jak sobie życzysz, mała. Wiesz przecież. Wiesz, że zrobię wszystko…
    Położyła palec na jego ustach, żeby go uciszyć. Gdyby znowu zaczął za dużo gadać, nie byłaby w stanie tego ciągnąć. Odchyliła głowę, przesunęła rękoma po jego muskularnych ramionach i poczuła mały, zaskakujący guzek. Pryszcz? Kirby Atwood ma pryszcz… na ramieniu?
    Przestań, nakazała sobie stanowczo. Nie mogła robić tego, co zwykle robią kobiety – koncentrują się na drobnych wadach mężczyzny, aż całkiem traci seksualny powab. Przypomniała sobie, że jest cholerną szczęściarą. Miała czterdzieści trzy lata i Bogu dzięki, że w ogóle jakiś facet chciał z nią sypiać, a co dopiero facet taki jak Kirby. Zamierzała dobrze się bawić. Musiała dobrze się bawić. Musiała uciec… Koncentrując się na jego twardym penisie, na tym, że był w niej, i na czystej fizycznej rozkoszy wynikającej z seksu z młodym, napalonym facetem, wypchnęła biodra, położyła dłonie na jego pośladkach i wbiła go głębiej w siebie.
    Na moment niemal zdołała zapomnieć o problemach i pozwoliła sobie na krzyk rozkoszy. Już po wszystkim przywarła do niego, głaszcząc jego plecy i pośladki, rozkoszując się gładką skórą i wciskając go w siebie nawet po tym, jak erekcja zaczęła mu mijać.
    – O rany. – Popatrzył na nią. – To było mocne.
    Pokiwała głową, nie chcąc go puścić. Dzięki Bogu, że Kirby wciąż działa, pomyślała. Podczas ubierania się pomyślała jednak o twardych realiach i poczuła się trochę smutna. Nie dało się nie zauważyć, że nie było tak dobrze jak kiedyś i że za pewien czas, pewnie wkrótce, to się przestanie sprawdzać.

Rozdział 13

    Telefon w apartamencie ćwierknął dwa razy, powiadamiając o gościu. Wendy chwyciła słuchawkę i zatkała dłonią drugie ucho. Magda nastawiła telewizor na cały regulator, żeby zagłuszyć hałas odkurzacza, którym pokojówka bez entuzjazmu czyściła dywan, patrząc z dezaprobatą na bałagan.
    – Halo? – wrzasnęła Wendy do telefonu.
    – Przyszła Tessa Hope. Mam ją skierować na górę? – zapytała recepcjonistka.
    – Tak, proszę – odparła Wendy. Była druga trzydzieści, Shane spóźniał się już piętnaście minut. To z pewnością będzie dla pani Hope jeszcze jednym dowodem na brak rodzicielskich umiejętności Shane'a. Wyszła do małego holu i minęła drzwi prowadzące do pokoi dzieci, czyli dwóch małych pomieszczeń z łazienką, takich samych jak sypialnia i salon po drugiej stronie. W pierwszym pokoju stały dwa jednoosobowe łóżka: na podłodze między nimi Tyler i Chloe kolorowali książeczki. Tyler wyrwał siostrze kredkę.
    – Nie tak się to robi, głupia – syknął.
    – Tyler. Tak nie można – powiedziała Wendy cierpliwie. Wyjęła kredkę z dłoni syna i oddała go małej Chloe.
    – Ale ona wyłazi poza linię – narzekał Tyler.
    – Ma tylko dwa lata – powiedziała Wendy. – Wolno jej wychodzić za linię.
    – To ja też będę.
    – Możesz, jeśli chcesz. – Popatrzyła na niego. Biedne dziecko. Mogła zrozumieć jego irytację, musieli się gnieździć na małej przestrzeni. Ale to było chwilowe. Ukucnęła. – Wkrótce będziemy mieli wielkie nowe mieszkanie. – Dotknęła jego ramion, żeby spojrzał jej w twarz. – Co ty na to?
    – Nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Mamy już mieszkanie.
    – Zobaczymy się z Gwyneth, mamusiu? – zapytała Chloe.
    – Zobaczycie się z nią w poniedziałek rano, po powrocie. Teraz jedziecie z tatusiem, a wrócicie w niedzielny wieczór.
    – Dlaczego musimy tutaj wracać? – Tyler spojrzał wściekle na kredki. – Dlaczego nie możemy zostać w naszym domu?
    – Nie chcesz mieszkać z mamusią?
    – Dlaczego nie zamieszkasz u nas? – spytał Tyler.
    Wendy uśmiechnęła się do niego.
    – Bo mamusia i tatuś już nie mieszkają razem – powtórzyła po raz setny. – Mamusia znajdzie nowe mieszkanie i wszyscy tam zamieszkamy.
    – Z tatusiem? – chciała wiedzieć Chloe.
    – Nie. Tatuś zostanie w swoim mieszkaniu.
    – Chodzi ci o nasze mieszkanie, mamusiu – powiedział Tyler. – My mieszkamy tam. Ty mieszkasz w tym hotelu.
    – Ty też – zauważyła Wendy cierpliwie.
    – Chcę do domu. – Chloe zaczęła płakać.
    Odezwał się dzwonek u drzwi. Wendy posadziła Chloe na łóżku.
    – Magda! – wrzasnęła. – Możesz otworzyć?
    – Dlaczego? – odwrzasnęła Magda.
    – Bo cię proszę… – Westchnęła i zaniosła Chloe do holu, gdzie okazało się, że Magda postanowiła jednak zrobić coś pożytecznego i otworzyła drzwi.
    – Och – powiedziała i zrobiła krok w tył.
    – Czy to tatuś? – Tyler wypadł z pokoju.
    Adwokatka Tessa Hope stała niepewnie na progu, przyglądając się tej scence ze źle maskowanym przerażeniem. Tessa miała trzydzieści pięć lat, była samotna i atrakcyjna w typowy dla Upper East Side sposób. Miała na sobie bluzkę we wzory od Roberta Cavalliego, dżinsy i mary janesy, czyli płaskie buty z czarnej lakierowanej skóry. Uważano ja za najtwardszą adwokatkę od spraw rozwodowych w firmie Berchell & Dingley, i znalazła się na czterdziestym trzecim miejscu listy najbardziej wpływowych kobiet w mieście.
    – Przepraszam – powiedziała Wendy. – Wejdź. Shane miał zabrać dzieci kwadrans po drugiej, ale się spóźnia. Usiądź.
    Naturalnie nie było gdzie usiąść, wszędzie leżały dokumenty, książki, scenariusze, DVD, do tego gąbka, szczotka do włosów, sterowany samolot i rozmaite ubrania.
    – W porządku. Jeśli chcesz, zejdę na dół i poczekam – oświadczyła Tessa ostrożnie.
    – Nie, wejdź – powiedziała Wendy. – Pokojówki właśnie wychodzą. – Zrobiła trochę miejsca na sofie, Tessa ostrożnie usiadła. – Zwykle tak tu nie jest. Przeważnie trochę lepiej panuję nad sytuacją – wyjaśniła Wendy ze skruchą w głosie.
    – W porządku. – Tessa uśmiechnęła się sztywno. – Masz urocze dzieci.
    – Dziękuję – odparła Wendy z dumą. Nagle zauważyła włosy Magdy. – Magda skarbie, mówiłaś, że umyjesz włosy.
    – Umyłam, mamo.
    – Nieprawda.
    – Nie podoba mi się ten szampon – oświadczyła Magda.
    – Kim jesteś? – spytał Tyler Tessę.
    – To pani adwokat – wyjaśniła Wendy.
    – Nie lubię adwokatów – powiedział Tyler. Wendy położyła mu rękę na głowie.
    – Jest trochę nieśmiały. Prawda, kolego?
    – Mnie się wcale nie wydaje nieśmiały – oświadczyła Tessa dzielnie i założyła nogę na nogę.
    – Nie lubię adwokatów – wymamrotał Tyler w nogę Wendy.
    – Tessa jest bardzo miła – powiedziała Wendy. – Dopilnuje, żebyście na zawsze zostali z mamusią.
    – Do domu – oznajmiła Chloe. Rozległ się dzwonek.
    – Tata! – wrzasnęła Magda i ruszyła do drzwi.
    Shane wszedł do środka. Wendy zauważyła z satysfakcją, że wydaje się nieco zmarnowany.
    – Spóźniłeś się – wypomniała mu.
    – Musiałem iść do apteki. Niezbyt dobrze się czuję.
    – Może nie powinieneś zabierać dzieci? Rzucił jej spojrzenie spode łba.
    – Aż tak źle nie jest. To tylko ból głowy. Nic mi nie będzie. – Nieufnie popatrzył na Tessę.
    – Może pamiętasz moją adwokat, Tessę Hope. – Wendy wskazała ją ręką.
    – Tak – odparł niezobowiązująco.
    – Jak się masz, Shane? – Tessa wstała.
    – Świetnie. – Shane wziął Chloe na ręce. – Pracujesz w niedzielę?
    – Zawsze.
    – Ty i Wendy tworzyłybyście genialny zespół – mruknął. Odwrócił się do Magdy i Tylera. – Gotowi?
    – Wrócisz jutro? O piątej – powiedziała Wendy.
    – Tak, Wendy – odparł, zirytowany tym pytaniem. – Kiedy jedziesz do Cannes? – zapytał takim samym tonem.
    – W poniedziałek wieczorem – poinformowała go. Wiedział, kiedy wyjeżdżała, a ona wiedziała, co teraz nastąpi.
    – Nie wiem, dlaczego nie pozwolisz mi z nimi zostać do swojego powrotu. To przerzucanie ich tam i z powrotem jest głupie.
    – Masz szczęście, że w ogóle je widujesz, Shane – powiedziała.
    – Pożyjemy, zobaczymy. – Popatrzył nad głową Wendy na Tessę. Potem zabrał dzieci i wyszedł.
    Wendy znieruchomiała, a po chwili wystawiła głowę za drzwi.
    – Tylko ekologiczne jedzenie, dobrze? – krzyknęła. – I do łóżka o stałej porze.
    Shane skinął głową, nawet nie raczył się odwrócić. Patrzyła na maleńką grupkę, która maszerowała po wytłumionym korytarzu i w końcu przystanęła przed windą.
    – Pa, mamusiu – powiedział Tyler radośnie i odwrócił się, żeby jej pomachać.
    – Pa, pa – odparła ciepło. – Do zobaczenia jutro.
    Czekała, aż wejdą do windy. Czuła mieszaninę gniewu i frustracji, ale przede wszystkim niepokój. Najwyraźniej dzieci wcale jej nie potrzebowały. Chyba nawet nie interesowało ich jej towarzystwo.
    Ale to na pewno tylko dlatego, że wciąż mieszka w hotelu. Kiedy kupi nowe mieszkanie, wszystko się zmieni i życie wróci do normy. Po przylocie z Palm Beach Wendy zadzwoniła do Tessy, i to dzięki niej teraz dzieci dzieliły czas między rodziców. To też było chwilowe. Wendy miała nadzieję, że zdoła całkowicie pozbyć się Shane'a.
    Zamknęła drzwi i odwróciła się do Tessy.
    – Kto by pomyślał, że dwoje ludzi może się tak bardzo znienawidzić? – westchnęła.
    Było to pytanie retoryczne, tak naprawdę nie oczekiwała odpowiedzi.
    Tessa jednak i tak jej udzieliła.
    – On cię faktycznie nienawidzi – oświadczyła i zebrała swoje rzeczy. – Tak czy owak, łatwo nie odpuści.
    – Adwokat Shane'a robi problemy – powiedział Tessa kwadrans później, kiedy siedziały przy stoliku w hotelowym barze. Długa, przezroczysta firanka wzdymała się u ich stóp.
    Wendy wyjrzała przez okno na przechodniów na ulicy; był sobotni wieczór pod koniec kwietnia, Soho zapełniali turyści.
    – Nie boję się jego prawnika. – Wendy zamieszała espresso metalową łyżeczką. – Musi wiedzieć, że Shane nie ma szans.
    – Z tradycyjnego punktu widzenia, być może i nie – zgodziła się Tessa. – Ale Juan Perek to mężczyzna, większość czasu poświęca na wyciąganie olbrzymich alimentów od bogaczy, dla ich żon i dzieci. Od lat czekał na taką sprawę jak ta. Ma okazję udowodnić, że Temida naprawdę jest ślepa, nie zwraca uwagi ani na rasę, ani na płeć. Innymi słowy – dodała, popijając czarną kawę – chce, żeby to był precedens.
    – Przecież już dostał, co chciał. – Wendy skrzyżowała ręce na piersi. – Dam Shane'owi mieszkanie. Jest warte ponad dwa miliony dolarów. To mnóstwo pieniędzy dla człowieka, który od ponad dziesięciu lat nie pracował.
    – Wiem. – Tessa ze współczuciem pokiwała głową. – Ale to też jest problem. Byłoby łatwiej, gdyby Shane pracował. To by oznaczało, że jest w stanie się utrzymać. Sądy mają zwyczaj wychodzić z założenia, że nie powinno się oczekiwać, iż małżonek pójdzie do pracy, skoro wypadł z rynku na ponad dziesięć lat.
    – To idiotyzm – powiedziała Wendy. – Shane jest zdrowym czterdziestolatkiem. Może poszukać sobie pracy, jak każdy inny. Jeśli nie znajdzie nic lepszego, niech zostanie kelnerem.
    – Nie wspomniałabym o tym sędziemu – powiedziała Tessa ostrzegawczo. – To nie zostanie dobrze odebrane.
    – Dlaczego nie? Przecież to prawda. Dla odmiany mógłby cholera popracować.
    – Musisz spojrzeć na to z innej perspektywy – uspokajała ją Tessa. – Shane uważa, że już ma pracę, i to już od ponad dwunastu lat. W końcu jest ojcem twoich dzieci…
    – Błagam – prychnęła Wendy.
    – Właściwie to nie wiem, do jakiego stopnia się nimi zajmował, ale to bez znaczenia. W opinii sądu opieka nad dziećmi to praca. W odwrotnej sytuacji, gdyby Shane był kobietą, tłumaczenie sądowi, że powinien poszukać sobie pracy jako kelner, byłoby tożsame z sytuacją, w której bogaty facet kazałby swojej żonie z luksusowego przedmieścia szukać pracy w miejscowej myjni.
    Wendy zmrużyła oczy.
    – Rozumiem, że chce więcej pieniędzy.
    – Niezupełnie pieniędzy – powiedziała Tessa. – Chce alimentów. Dla siebie i dzieci. I chce dzieci, Wendy.
    Wendy parsknęła nieprzyjemnym śmiechem.
    – Mowy nie ma. To moje dzieci. Kocham je, muszą być ze mną. Dzieci należą do matki i tyle. Shane może liczyć na to, co każdy inny rozwiedziony facet, i widywać je co drugi weekend.
    – Tak by się stało, gdyby sytuacja była typowa. Ale nie jest. – Tessa znowu upiła łyk kawy. – Jesteś jedną z najlepiej prosperujących kobiet w kraju, więc w twoim wypadku nie obowiązują normalne zasady.
    Wendy postawiła filiżankę.
    – Przeszłam przez piekło, Tessa. Zdaje się, że wszyscy zapominają, że nie ja chciałam się rozwieść. To nie mój pomysł, tylko Shane'a. On chce odejść, on powinien ponieść karę. Jeśli tak bardzo nienawidzisz swojej żony, że nie możesz nawet znieść jej obecności w tym samym pomieszczeniu, to wiesz co? Musisz oddać dzieci.
    – Odwróćmy sytuację, dobrze? – zapytała Tessa dyplomatycznie. Nigdy nie bywała wzburzona ani zdenerwowana. Wendy zaczynała się zastanawiać, czy kiedyś nie znienawidzi tego spokoju. – Powiedzmy, że kobieta, która nie zrobiła wielkiej kariery, wyszła za znakomitego bankiera, a ponieważ on mnóstwo zarabiał, zrezygnowała z pracy. Potem zaczęły się rodzić dzieci. Kobieta tkwiła w domu i zajmowała się nimi. Mężczyzna odnosił coraz większe sukcesy i ze względu na swoją pracę spędzał coraz mniej czasu z rodziną. Kobieta czuła się opuszczona, zaczęła darzyć męża niechęcią. Siedziała w domu z dziećmi, a mąż krążył po świecie i zyskiwał powszechne uznanie. Pewnego dnia obudziła się, doszła do wniosku, że zasługuje na coś więcej, i zażądała rozwodu.
    – Ale ja chciałam doceniać Shane'a – zaprotestowała Wendy. – Poszłam do tej cholernej terapeutki…
    – Uhm – przytaknęła Tessa. – Ale za późno. Niechęć była zbyt głęboka, małżonkowie za bardzo oddalili się od siebie. I co się dzieje? Kobieta otrzymuje dom, a także alimenty na siebie i dzieci. Jeśli się uprze, zapewne dostanie pełną opiekę. Nikt nie śmie tego kwestionować. Możesz sobie wyobrazić, co by było, gdybyśmy nagle powiedzieli tym kobietom, że nie mogą zatrzymać dzieci i że muszą poszukać sobie pracy?
    – Ale ja chcę swoich dzieci! – wykrzyknęła Wendy. Im bardziej spokojna była Tessa, tym bardziej Wendy się denerwowała. – Jasna cholera. – Trzasnęła filiżanką o blat. – Nie można mnie karać za to, że jestem kobietą i odniosłam sukces.
    – Tessa milczała, jakby w oczekiwaniu, kiedy Wendy odzyska panowanie nad emocjami.
    – Jeśli mamy spróbować ograniczyć straty do minimum, musisz spojrzeć na sytuację z szerszej perspektywy – zaczęła. – Wiem, że to bardzo osobiste, ale w pewnym momencie, żeby podjąć właściwą decyzję, trzeba zapomnieć o złości. Jeśli spojrzeć na to logicznie i bez emocji, mężczyźni przez cały czas obrywają za swoje sukcesy. Rozwiedziony mężczyzna, który zrobił karierę, rutynowo jest pozbawiany dostępu do dzieci. Tak czy owak, możesz być pewna, że rzadko pozwala się mieszkać dzieciom z ojcem, chyba że matka wyrazi zgodę.
    – Ci mężczyźni wcale nie chcą dzieci…
    – Szczerze mówiąc, zdziwiłabyś się. – Tessa dała znak kelnerowi, żeby przyniósł jej jeszcze jedną kawę. To była już trzecia. Wendy uznała, że Tessa jest tak lodowata, że nawet kofeina nie ma na nią wpływu. – Z mojego doświadczenia wynika, że większość mężczyzn chce mieszkać z dziećmi. To, że nie będą ich codziennie widywać, łamie im serce. Ale wiedzą, że właściwie nie mają szans na zwycięstwo w sądzie, więc nie warto się angażować w walkę.
    – No i dobra. – Wendy była uparta. – Chcę pełnej opieki nad dziećmi. I chcę, żebyś mi to załatwiła.
    Po raz pierwszy w trakcie tej rozmowy Tessa wydawała się zakłopotana. Otarła kącik ust serwetką, odłożyła ją i odwróciła wzrok.
    – Jako twoja adwokatka jestem moralnie zobowiązana wyjawić ci prawdę – powiedziała. – Mogłabym ci skłamać i toczyć boje przez dwa lata w sądzie. Pewnie zdołałabym wyciągnąć od ciebie tyle pieniędzy, żeby założyć własną firmę. Gdybym była takim adwokatem jak większość mężczyzn w tej branży, nawet bym się nad tym nie zastanawiała. Właśnie na takich sprawach żerują prawnicy, na bogatych klientach, którzy odnieśli sukces i pragną zemsty. Ale zemsta jest kosztowna. Wiem z doświadczenia, że nawet jeśli wygrasz, nie będziesz tak usatysfakcjonowana, jak się spodziewasz. Spędzisz ze mną więcej czasu, niżbyś chciała, czasu, który mogłabyś poświęcić pracy albo dzieciom. I w końcu, Wendy… – Urwała i popatrzyła na Wendy ze współczuciem. Pokręciła głową. – Nigdy nie dostaniesz pełnej opieki nad dziećmi. Nie przy takim trybie życia, jaki prowadzisz.
    – Bo pracuję – zauważyła Wendy sucho. – Cudownie. Jakiż to wspaniały komunikat dla wszystkich młodych kobiet w Ameryce. Jeśli ciężko pracujesz i odnosisz sukces, społeczeństwo cię ukarze, w taki czy inny sposób.
    – Społeczeństwo zawsze karze kobiety – oświadczyła Tessa spokojnie. – Niezależnie od tego, co zrobisz, nie ma żadnej gwarancji, że zwyciężysz. Mogłabyś siedzieć w domu i przez dwadzieścia lat zajmować się dziećmi, a potem one poszłyby na studia, mąż zostawiłby cię dla młodszej i tak nic byś nie miała.
    Wendy spiorunowała wzrokiem filiżankę.
    – Miałabym dom.
    – Super, Wendy. Miałabyś dom. – Tessa pokręciła głową. – Juan Perek wziął tę sprawę tylko i wyłącznie ze względu na potencjalny rozgłos. To idealne odwrócenie tradycyjnych ról: kiedy kobieta przejmuje rolę mężczyzny, może zostać udupiona, dokładnie jak facet. Shane dał mu dokumentację, tam zapisał cały czas, który w zeszłym roku spędziłaś z dala od domu, w pracy. Jeśli ty zażądasz pełnej opieki, oni również jej zażądają. I zależnie od tego, z której strony będzie wiał wiatr, istnieje możliwość, że zwyciężą.
    Wendy poczuła, że krew odpływa jej z twarzy. Przegrana nie wchodziła w grę.
    – Nikt nie uwierzy, że należy odebrać dzieci matce.
    – Zwykle się ich nie odbiera – odparła Tessa. – W innych okolicznościach… – Westchnęła.
    – Nie jestem złą matką. – Ogarnęła ją rozpacz. – Widziałaś mnie z dziećmi…
    – Nikt nie twierdzi, że jesteś złą matką – powiedziała Tessa uspokajająco. – Z formalnego punktu widzenia matka musi być agresywna, mocno niezrównoważona, uzależniona od narkotyków albo chora umysłowo, żeby sądy rozdzieliły ją z dzieckiem. Jednak zakłada się, że to matka jest głównym opiekunem. W wypadku twoim i Shane'a Juan Perek spróbuje udowodnić, że to Shane jest głównym opiekunem. Jeśli nie zdołamy dowieść, że jest agresywny, mocno niezrównoważony, uzależniony od narkotyków albo chory umysłowo, nie będzie powodu, żeby sąd nie przyznał mu choćby częściowej opieki.
    – Choćby? – powtórzyła Wendy.
    – Czy Shane jest agresywny, mocno niezrównoważony, uzależniony od narkotyków albo chory umysłowo? – zapytała Tessa.
    – Dziś spóźnił się kwadrans po dzieci. Widziałaś – odparła Wendy.
    – Raz się spóźnił. – Tessa wzruszyła ramionami. – Ale odprowadza dzieci do szkoły.
    – Ja też je odprowadzam – zaprotestowała Wendy. – Czasami.
    – Odbiera je, chodzi z nimi do lekarza – ciągnęła Tessa. – Będą mieli przekonujące argumenty, że Shane jest głównym opiekunem. Praktyka wskazuje, że sądy nie lubią oddzielać dziecka od głównego opiekuna. Będą twierdzić, że jeśli dostaniesz dzieci na stałe, wychowają je niańki, a to trochę mniej idealna sytuacja niż wychowanie przez rodzica. Przykro mi, Wendy.
    – Niepotrzebnie – oświadczyła Wendy gorąco. – Zrezygnuję z pracy. Zostanę głównym opiekunem.
    Tessa uśmiechnęła się pobłażliwie.
    – Tak się zwykle dzieje w filmach, prawda? Kobieta, która odniosła sukces, rezygnuje z kariery i wszyscy są szczęśliwi. Ale w życiu to się niekoniecznie sprawdza. Zwłaszcza w twoim wypadku, chyba że Shane zdecyduje nagle, że zamierza samodzielnie zarabiać na życie, ale on upiera się, że nie ma zamiaru, bo już od dawna ma zajęcie, opiekę nad dziećmi.
    – Innymi słowy, mam przesrane – westchnęła Wendy.
    – Ujęłabym to nieco inaczej – oświadczyła Tessa. – Na pewno zdołamy dogadać się z Shane'em. Czuję, że będzie rozsądny, jeśli i ty będziesz rozsądna.
    – Nie ma mowy o rozsądku, jeśli w grę wchodzą dzieci – powiedziała Wendy. Dała znak kelnerowi.
    – Wiem, że to trudne. – Tessa wzięła do ręki torebkę. – Zastanów się nad tym. Uwierz mi, bywają gorsze sytuacje.
    – Czyżby? Kiedyś mi o nich opowiesz. – Wendy odprowadziła Tessę do drzwi obrotowych. Znieruchomiała. – Powiedz mi jedną rzecz. Byłaś kiedyś zakochana?
    – Raczej nie – odparła Tessa.
    – Poważnie? Szczęściara z ciebie.
    – W mojej branży nie można wierzyć w prawdziwą miłość – wyjaśniła Tessa. – Widzi się zbyt wiele dowodów, że nie istnieje. Ale wkrótce planuję urodzić dziecko. Bank spermy. To jedyne wyjście.
    – Szczęściara – powtórzyła Wendy.
    To do mnie niepodobne, pomyślała. Taka gorycz jest straszna.

    Czarny mercedes jechał powoli wąskim pasem drogi znanej jako Croisette w nadmorskim miasteczku Cannes. Po lewej rozciągał się płaski i niezbyt widowiskowy skrawek morza, z wąziutką plażą, na której w równych odstępach rosły palmy. Po drugiej stronie wznosiły się tandetnie majestatyczne duże hotele. Na ulicy powstał zator, Victory wierciła się niecierpliwie. Nowojorczycy narzekali na korki w Hamptons, ale ruch uliczny na południu Francji okazał się znacznie gorszy. Była tu dosłownie jedna ulica i wszyscy na niej tkwili mimo późnej pory. Dochodziła dziesiąta w nocy. Rozpoczął się festiwal filmowy w Cannes, przyjęcia miały potrwać przez całą noc.
    – Jesteśmy prawie na miejscu, madame – powiedział kierowca i się odwrócił. – Jeszcze trzy światła i dotrzemy do portu.
    – Dziękuję. – Victory znowu pomyślała o słowie madame. Miała wrażenie, że obudziła się pewnego dnia i wszyscy sprzedawcy i taksówkarze zaczęli nagle nazywać ją madame, całkiem jakby się gwałtownie zestarzała. Trochę wytrącało ją to z równowagi, zwłaszcza że nie miała męża. Panna po czterdziestce była zjawiskiem zupełnie niepojętym w świecie, zwłaszcza w Europie i Anglii, gdzie już młode trzydziestolatki panikowały z powodu tykania biologicznego zegara. Jeśli jednak kobieta odniosła sukces, mogła ustanawiać własne zasady dotyczące tego, jak zamierza żyć.
    Ta wolność daje wielką frajdę, pomyślała, wyglądając na punktowe reflektory, które wystrzeliwały w czarne, nocne niebo strumieniami ostrego, białego światła. Dlaczego świat nigdy nie mówił kobiecie o takim szczęściu? To uczucie zapewne nie trwało długo, ale to bez znaczenia. Najważniejsze, by w życiu doświadczyć wszystkiego, wysiłku, smutku, oszałamiającego triumfu. Jeśli człowiek pracował naprawdę ciężko i nie tracił wiary w siebie, był gotów na zmierzenie się z bólem i strachem (banały, naturalnie, ale prawdziwe), czasem miał wyjątkowe szczęście i doczekiwał się takiej nocy jak ta. Pomyślała, że w życiu może się zdarzyć wszystko i każdemu, niekiedy coś dobrego. Trzeba tylko wierzyć, że przydarzy się właśnie tobie.
    Samochód pokonał parę metrów i znów stanął, gdy tłum ludzi wyległ na ulicę. Korki nie miały znaczenia, przyjęcie wydawano na jej cześć, mogła się spóźnić. Odetchnęła głęboko, rozkoszując się aromatem skóry unoszącym się w mercedesie. Zapach nowego auta był nieporównywalny z niczym innym, i jeśli miało się okazję go wdychać, należało z niej korzystać. Jak miło, że Pierre Berteuil ofiarował jej na weekend nowego mercedesa (model jeszcze niedostępny w Stanach).
    – To pan Hulot, twój kierowca – powiedział tego ranka Pierre, kiedy pan Hulot, w szarym uniformie i czapce szofera, pojawił się na tarasie Hotel du Cap, gdzie jedli śniadanie. Victory pochłonęła dwa croissanty hojnie posmarowane kremowym słonym masłem, osiągalnym jedynie we Francji. – Pan Hulot jest również ochroniarzem, więc możesz czuć się bezpieczna.
    – Nie jest tu bezpiecznie? – zapytała.
    – Festiwal przyciąga rozmaitych dziwnych ludzi – odparł Pierre. – Nie jest niebezpiecznie, ale musisz uważać. Nie chcemy cię stracić – dodał z lekko lubieżnym uśmiechem.
    I tak, oprócz apartamentu w Hotel du Cap (był to jeden z najlepszych apartamentów, w głównym budynku, z widokiem na ogrody, basen i morze i okiennicami, które otwierały się na mały balkonik) miała do dyspozycji również własne auto i ochroniarza.
    Założyła nogę na nogę i wygładziła zmarszczki sukni z niebieskiego jedwabiu. Była to jedna z jej ulubionych sukienek, planowała ją zaprezentować na wybiegu podczas nadchodzącego jesiennego pokazu. Ale czy pokaz odbędzie się w Nowym Jorku czy w Paryżu? Musiała porozmawiać o tym z Pierre'em. Chciał, żeby dwa tygodnie w miesiącu Victory spędzała w Paryżu, jednak firma pragnęła ją kreować na amerykańską projektantkę, naturalnie z tańszą, mniej prestiżową linią. Jednak to możliwość zaprojektowania haute couture przekonała Victory do przyjęcia oferty. Była zbyt kusząca, by ją odrzucić.
    Victory wiedziała, że ryzykuje. Zmarszczyła brwi, patrząc na uliczny korek. Zycie polegało na ryzyku. Martwiła się, że B et C ma sekretny plan wykupienia jej nazwiska i odsunięcia jej od podejmowania decyzji. W tej branży działo się tak przez cały czas, krążyły dziesiątki opowieści o projektantach, którzy stracili swoje firmy, gdy sprzedali nazwiska korporacjom. Potencjalnie był to pakt z diabłem: człowiek lądował z wielką gotówką, ale mógł stracić prawa do własnego nazwiska, nawet do swojej umiejętności zarabiania pieniędzy. Umowa z B et C przewidywała, że kiedy Victory już przejdzie na ich własność, nie będzie mogła odejść i założyć innej firmy. Z drugiej strony na myśl o haute couture rozjaśniała się niczym bożonarodzeniowa choinka. Każdy projektant marzył o haute couture, a niewielu miało szanse choćby spróbować. Było szczytem, miejscem, gdzie moda stykała się ze sztuką, nie z komercją. Po tygodniach spotkań i analizowania sytuacji wraz z Wendy i Nico, Victory uznała, że chyba warto zaryzykować. Doszła do wniosku, że skoro B et C chce, żeby robiła dla nich taki pokaz, to znaczy, że jej potrzebuje.
    Jeszcze nie podpisała umowy, ale przypuszczała, że zrobi to pod koniec tygodnia, kiedy wróci do Paryża. W środę rano leciała do Florencji, żeby odwiedzić trzy rodzinne fabryki tkanin, tak ekskluzywne, że projektant bez znajomości nawet nie mógłby stanąć w ich progu, a w piątek wracała do Paryża. Pierre uparł się, żeby polecieli do Cannes na otwarcie festiwalu filmowego. Na jej cześć urządził na swoim stumetrowym jachcie przyjęcie, na które teraz jechała. Miała nadziejc, że mimo wszystko tam dotrze, jeśli przedrze się przez ten przeklęty korek.
    Croisette pełna była kilkunastometrowych billboardów reklamujących rozmaite filmy pokazywane na festiwalu, i nad sobą Victory dostrzegła reklamę letniego przeboju Wendy, futurystycznego thrillera Śmierć na raty. Wendy znakomicie sobie radziła, przynajmniej w pracy. Prosię w sosie niedawno otrzymało dwa Oscary, a Wendy powiedziała, że byłoby wspaniale, gdyby akurat na czerwonym dywanie nie zaczął się jej okres i gdyby nie musiała spędzić reszty wieczoru na wpychaniu sobie papieru toaletowego w majtki. Nico i Victory uznały to za zabawne, Wendy zapewne też by się uśmiała, gdyby nie czuła się aż tak przygnębiona sprawą z Shane'em. To, co jej zrobił, było niepojęte, ale Wendy bardzo dobrze dawała sobie radę. Mieszkała z całą swoją gromadką w Mercerze. Victory doszła do wniosku, że Wendy musi być na krawędzi szaleństwa, nigdy się jednak nie skarżyła. Nawet nie wrzasnęła, kiedy Tyler celowo wylał sok na dywan, bo chciał żurawinowy, a nie pomarańczowy.
    – Hej, kolego, w czym problem? – Uścisnęła syna. – Boisz się?
    Tyler pokiwał głową, a Wendy powiedziała mu, że od czasu do czasu każdy się boi i że nie ma w tym nic złego. Potem sama posprzątała i poprosiła obsługę hotelową o sok żurawinowy.
    – Wybacz, Wendy, ale ja bym nawrzeszczała – oświadczyła Victory z podziwem.
    – Wcale nie – odparła Wendy. – Kiedy masz własne dzieci, jest inaczej.
    Wszyscy to powtarzali i Victory przypuszczała, że mają rację. Mimo to nie chciałaby doświadczać czegoś podobnego. Znów popatrzyła na billboard.
    Tak czy owak, Wendy miała pojawić się w Cannes we wtorek rano, żeby zdążyć na wieczorną premierę swojego nowego filmu. Załatwiła sobie apartament tuż obok Victory w Hotel du Cap. Zamierzały otworzyć drzwi łączące oba apartamenty i urządzić sobie dwudniowe piżamowe przyjęcie. Bardzo kosztowne i wspaniałe piżamowe przyjęcie. Wendy twierdziła, że to jedyna rzecz, której od tygodni nie może się doczekać.
    Victory pomyślała, że będą się świetnie bawiły. Wyciągnęła komórkę i wysłała Wendy esemesa: „Jade na imprezę, mijam twój billboard w Cannes. Brawo brawo, przyjeżdżaj szybko".
    Nacisnęła „wyślij" i nagle usłyszała stukanie w szybę. Brudna dziewczynka o jasnych włosach, które zwisały jak sprężynki po obu stronach jej twarzy, tłukła w szybę bukietem czerwonych róż. Victory popatrzyła na nią ze smutkiem. Te żałosne dzieci były wszędzie, na ulicach, w restauracjach i sklepach, usiłowały wcisnąć róże turystom. Niektóre maluchy z pewnością nie skończyły jeszcze pięciu – sześciu lat. Co za koszmar. Przez cały weekend Victory zastanawiała się, jaki kraj pozwala małym dzieciom handlować na ulicach, zwłaszcza jeśli jego mieszkańcy zapewniają o swojej miłości do dzieci. Typowa francuska hipokryzja, pomyślała, opuszczając szybę. Z zewnątrz dobiegły ją dźwięki muzyki i odgłosy dzikiego przyjęcia, które musiało się odbywać w okolicy.
    – Voulez-vous acheter une rose? - zapytała dziewczynka. Patrzyła ciekawsko na wnętrze auta, na suknię i naszyjnik Victory, piętnastokaratowy brylant w kształcie łzy, który Pierre załatwił jej na ten wieczór.
    – Absolument. Merci - oświadczyła Victory. Otworzyła maleńką torebkę, w której trzymała pięćset euro, czarną kartę American Express, szminkę i puderniczkę, po czym wręczyła dziewczynce banknot o nominale stu euro.
    – Madame! - wykrzyknęła mała. – Vous etes tres gentile. Et tres belle. Vous etes une gwiazda filmowa?
    – Non, projektantka mody – powiedziała Victory z uśmiechem. Samochód powoli ruszył do przodu, a dziewczynka przywarła do szyby, drepcząc obok auta.
    – Attendez. Samochody! – zawołała z niepokojem Victory.
    Dziewczynka wybuchnęła śmiechem, brakowało jej większości przednich zębów. Po chwili zniknęła wśród aut.
    – Madame. - Pan Hulot pokręcił głową. – Nie powinna pani tego robić. To je zachęca. Teraz otoczą samochód, jak gołębie…
    – To tylko dzieci – powiedziała Victory.
    – Ale są, jak tak to powiedzieć… jak mali piraci. Dotykają samochodu, pan Berteuil nie będzie zadowolony.
    Czyżby chodziło o odciski?
    – Tant pis - oświadczyła Victory. Jeśli Pierre Berteuil będzie miał coś przeciwko temu, że pomogła małej dziewczynce, to jego problem. Nie była własnością Pierre'a, a jego bogactwo nie oznaczało, że zawsze postawi na swoim. Przypomniało się jej, że użyła niemal tych samych słów dwa tygodnie temu, kiedy zerwała z Lyne'em Bennettem. Na jego wspomnienie wzruszyła ramionami. Znów wyjrzała przez okno, marszcząc brwi. Nie był taki zły…
    I przez moment żałowała, że nie ma go tutaj, razem z nią. Ze nie jadą na jej wielkie przyjęcie. Byłoby miło.
    Skąd się biorą takie refleksje, zastanawiała się, jednocześnie porządkując rzeczy w torebce. Przez ostatnie dwa tygodnie właściwie nie myślała o Łynie. W chwili, w której zerwali, zniknął z jej umysłu, co musiało być znakiem, że postąpiła właściwie. A jednak czemu to się jej zawsze przytrafiało w związku z mężczyznami? Kiedy kogoś poznawała i zaczynała się z nim spotykać, na początku była nieprawdopodobnie zainteresowana, pełna nadziei, że może nareszcie natrafiła na tego jedynego, a potem nagle się nudziła. Czy tylko ona uważa mężczyzn i związki za nieco monotonne? A może w kwestii związku bardziej przypomina mężczyznę niż kobietę? Zakłopotana zabrała się do obgryzania paznokcia. Tak naprawdę ostatnio zaczęło ją to niepokoić.
    Kto by jednak pomyślał, że Lyne Bennett stanie się namolny? Mało kto osiągał takie sukcesy jak on, ale w końcu Victory zaczęła żałować, że Lyne nie przypomina Nico albo Wendy, które również zrobiły karierę, ale nie czepiały się innych i pozwalały im żyć po swojemu. Odkąd uciekła z jego domu na Bahamach do Paryża, Lyne nie chciał się odczepić, bez przerwy dzwonił i nieoczekiwanie wpadał do jej firmy, po czym przesiadywał w gabinecie Victory, czytał gazety i załatwiał sprawy przez komórkę.
    – Lyne – musiała to w końcu powiedzieć, gdy trzeci raz zdecydował się do niej wpaść, o czwartej po południu. – Nie masz dokąd pójść? Z kim się spotkać? Nie masz nic do roboty?
    – Właśnie to robię, mała. – Wyciągnął swój palmtop BlackBerry. – Oto moje przenośne biuro. Zapomniałaś o rozwoju techniki? Nikt już nie jest przykuty do biurka.
    – Technika nie rozwinęła się aż tak, jak można było oczekiwać. – Victory rzuciła mu spojrzenie, które sugerowało, że raczej wolałaby, żeby siedział przykuty za biurkiem.
    – Witaj, Lyne – odezwała się swobodnie Clare, wchodząc do gabinetu Victory.
    – Cześć, mała – odparł. – Jak ci się układa z tym nowym facetem?
    Było to bardzo osobliwe.
    – Dużo rozmawiasz z Lyne'em? – zapytała później Victory.
    – Jest gadułą. – Clare wzruszyła ramionami. – Czasem dzwoni do ciebie, a kiedy cię nie ma…
    – Sam dzwoni?
    – No pewnie. A dlaczego nie? Jest całkiem miły. A przynajmniej się stara.
    – Nie użyłabym słowa „miły" na opisanie Lyne'a Bennetta – powiedziała Victory.
    – Ale jest zabawny, sama przyznaj. Czasem bardzo zabawny. I wygląda na to, że za tobą szaleje. Wpatruje się w ciebie jak w obrazek, a kiedy cię nie ma, bez przerwy pyta, co u ciebie słychać.
    Dziwne. Bardzo dziwne, pomyślała Victory.
    Potem zdarzył się incydent z hiphopową artystką Venetią, która występowała w jednej z kampanii kosmetycznych Lyne'a. Pewnego popołudnia Lyne, Venetia i jej świta pojawili się bez zapowiedzi w firmie Victory. W innych okolicznościach nie miałaby nic przeciwko temu, stosowała politykę otwartości i milcząco przystawała na to, żeby klienci oraz przyjaciele wpadali o dowolnej porze. Jeszcze parę dni wcześniej Victory z radością osobiście pokazałaby Venetii swoją kolekcję i pożyczyłaby jej dowolny strój. Tego popołudnia jednak w jej gabinecie siedziała Muffie Williams z B et C, co było wręcz ewenementem, i dyskutowały gorąco o następnej wiosennej kolekcji. Victory nie mogła poprosić Muffie, żeby ustąpiła gwieździe, Lyne jednak najwyraźniej tego nie rozumiał.
    – Pokaż Venetii tę zieloną sukienkę, mała – upierał się. – No wiesz, tę, która mi się tak podoba.
    Muffie patrzyła na Lyne'a, jakby właśnie przejechał jej kotka, a kiedy nie załapał, wstała i zaczęła żwawo zbierać swoje rzeczy.
    – Zajmiemy się tym innego dnia, moja droga – zwróciła się do Victory.
    – Muffle, bardzo mi przykro – powiedziała Victory bezradnie.
    Spiorunowała Lyne'a wzrokiem.
    – Co? – zapytał. – Zrobiłem coś nie tak? Nie powinna mi się podobać ta sukienka?
    – Jak mogłeś mi to zrobić? – wybuchnęła później. W eleganckich strojach jechali jego autem na imprezę charytatywną w Metropolitan Museum. – Muffle Williams jest jedną z najważniejszych kobiet w branży mody…
    – Hej, zamierzałem ci pomóc. Myślałem, że chciałabyś ubierać Venetie. Ona chodzi wszędzie. Mogłaby włożyć jedną z twoich sukienek na rozdanie nagród Grammy…
    – Och, Lyne. – Westchnęła sfrustrowana. – To nie ma nic do rzeczy. Chodzi tylko o to, że najwyraźniej nie szanujesz tego, co robię.
    – Nie szanuję? – powtórzył. – Uwielbiam to, co robisz, mała. Jesteś najlepsza…
    – A gdybym to ja pojawiła się znienacka w twoim biurze? – Wyjrzała przez okno, a potem popatrzyła na Lyne'a z wściekłością. – Przykro mi, Lyne, ale od teraz nie masz wstępu do firmy.
    – A, rozumiem – mruknął. – Chodzi o pieniądze, co?
    – Pieniądze?
    – Tak. Teraz, kiedy masz zarobić dwadzieścia pięć milionów dolarów, uznałaś, że już mnie nie potrzebujesz.
    – Nigdy cię nie potrzebowałam. A zwłaszcza nie potrzebowałam twoich pieniędzy. Szczerze mówiąc, Lyne, twoje pieniądze nie są aż takie interesujące.
    – A twoje są? – Najwyraźniej nie chciał rozmawiać poważnie. – Usiłujesz powiedzieć, że twoje pieniądze są bardziej interesujące niż moje pieniądze?
    – Dla mnie są bardziej interesujące – mruknęła kapryśnie. Niespokojnie poprawiła się na kanapie. – No dobrze, masz – rację. Chodzi o pieniądze. Nie chcę być z mężczyzną, który ma ich tyle co ty. Bo to chodzi o ciebie. Usiłujesz wciągnąć mnie do swojego świata, tyle że ja jestem idealnie szczęśliwa w świecie, który sama sobie stworzyłam.
    – No cóż, nie wiem, co odpowiedzieć – powiedział Lyne.
    – Posłuchaj. – Postanowiła mu to wytłumaczyć. – Twoje życie przypomina wielkie widowisko na Broadwayu, moje to kameralna niezależna sztuka. Może niezbyt efektowna, ale moja własna, równie interesująca jak twoje show. Nasz związek to próba połączenia tych dwóch spektakli. Rezultat może być tylko jeden: mała sztuka zostanie wchłonięta przez wielkie widowisko. Widowisko będzie szczęśliwe, ale sztuka nie. Nie będzie mogła ze sobą wytrzymać…
    – Myślałem, że jesteś projektantką mody – przerwał jej, szczerząc zęby.
    Uśmiechnęła się sarkastycznie. Czy ten facet jest w stanie choć raz sobie odpuścić?
    – Przecież wiesz, o co mi chodzi…
    – Słyszę tylko, że porównujesz mnie do widowiska na Broadwayu. Do mnie trzeba mówić prostym językiem, mała. Zapomniałaś, że ja nie łapię aluzji?
    Triumfująco poklepał ją po ręce. Jakiś tydzień wcześniej wściekała się na niego, że uparcie nie chce zrozumieć uczuć innych ludzi, a teraz usiłował ją przechytrzyć i obrócić te słowa przeciwko niej.
    – Jak mogę być kobietą sukcesu przy mężczyźnie, który odniósł znacznie większy sukces? – zapytała. – Nie mogę. Jest tak, jakby mój sukces wcale się nie liczył. W tym problem.
    – O to ci chodzi? – Uśmiechnął się z wyższością. – A ja myślałem, że wy, kobiety, chcecie być z mężczyzną, który odniósł większy sukces niż wy. Czy to nie o to robicie aferę od dwudziestu lat? Kobiety sukcesu nie mogą znaleźć faceta, bo – większość facetów nie zrobiła takiej kariery jak one, a ci którzy zrobili, nie chcą być z nimi. Czy nie uskarżacie się, że tacy mężczyźni przeważnie wolą słodkie idiotki? Biorąc pod uwagę to wszystko, powinnaś być szczęśliwa, dzieciaku. Uśmiechnęło się do ciebie szczęście, a to szczęście nazywa się Lyne Bennett.
    Co za bezczelność, pomyślała, wytrącona z równowagi.
    – Prezentujesz myślenie typowe dla początku lat dziewięćdziesiątych, Lyne. Nie znam żadnej kobiety, która odniosła sukces i ma takie poglądy. Większość znanych mi kobiet chce być z mężczyznami, którzy nie odnieśli takiego sukcesu jak one.
    – Zęby nimi pomiatać.
    – Nie. Zęby nie dać sobą pomiatać. – Odchyliła się. – Nie da się ukryć, że osoba, która ma więcej pieniędzy w związku, ma również kontrolę.
    – Możliwe – przytaknął Lyne. – Ale jeśli starczy jej przyzwoitości, nigdy tego nie okaże.
    Poruszona, spojrzała na niego. Mimo swojej pyszałkowatości czasem nieoczekiwanie zachowywał się przyzwoicie. Może jednak zbyt surowo go oceniła… W końcu to nie jego wina ani wada charakteru, że był bogaty.
    – Wiem, co powiesz – oświadczył. – Chcesz, żebym to ja wszedł do twojego świata. Dlaczego nie zabierzesz mnie do tego domku na wsi, o którym ciągle gadasz?
    – Zabiorę – zgodziła się. – Ale mój domek jest wielkości twojego salonu. A może mniejszy.
    – Chcesz powiedzieć, że jestem snobem? – zapytał z udawanym przerażeniem.
    – Chcę powiedzieć, że będziesz się nudził jak mops. Tam nie ma nic, nie kupisz nawet przyzwoitego sera.
    – Dziwne. – Pokręcił głową. – Nie zamierzałem jechać tam z tobą po ser.
    – Victory miała nadzieje, że uda się jej uniknąć wyprawy z Lyne'em na wieś. Domek miał nie więcej niż sto czterdzieści metrów kwadratowych, był jej azylem, ukrytym w małej wiosce w północnym Connecticut, gdzie znajdowała się piekarnia, poczta, sklep i stacja benzynowa. Nie było to w żadnym wypadku modne miejsce, w pobliżu nie odbywały się żadne przyjęcia, brakowało nawet porządnej restauracji. To jednak odpowiadało Victory. Kiedy wyjeżdżała na wieś, nosiła stare ciuchy i okulary, czasem przez wiele dni nie myła włosów. Obserwowała przez lornetkę owady i ptaki, za pomocą przewodnika próbując rozróżnić rozmaite rodzaje dzięciołów. Dom stał pośrodku prawie czterohektarowego pastwiska, nieopodal małego stawu i sadzawki. Nocami Victory wsłuchiwała się w odgłosy żabich godów. Zapewne dla innych byłoby to niesłychanie nudne, ona jednak nigdy się tam nie nudziła. Nie mogłaby, w otoczeniu całej tej przyrody. Czy Lyne Bennett potrafi to zrozumieć? Raczej nie. Przyjedzie w jednym ze swoich kaszmirowych swetrów z Etro, po tysiąc dolarów za sztukę, i wszystko popsuje.
    Pomyślała, że być może to właśnie jest rozwiązanie. Lyne zobaczy prawdziwą Victory i przestanie się nią interesować.
    Lyne chciał, żeby w piątkowy wieczór Wybój zawiózł ich na miejsce, ale Victory się sprzeciwiła.
    – Jedziemy moim autem, i to ja prowadzę.
    Wydawał się lekko zaszokowany, kiedy podjechała pod jego dom pt cruiserem, ale nie powiedział ani słowa. Zamiast tego demonstracyjnie zapiął pas i odsunął fotel, jakby przygotowywał się do dalekiej drogi.
    – Pewnie po sprzedaży firmy kupisz sobie nowe auto – zauważył znacząco.
    – Myślałam o tym – odparła, zjeżdżając na ulicę. – Ale w głębi serca jestem praktycznym człowiekiem. Samochód – to w końcu jedynie kwestia próżności, nie inwestycja, prawda? Traci na wartości w chwili, gdy wyjeżdżasz nim z salonu. W przeciwieństwie do biżuterii, mebli czy dywanów, nie możesz sprzedać auta za sumę, którą na nie wyłożyłeś.
    – Moja mała potentatka. – Lyne złapał się deski rozdzielczej, kiedy Victory gwałtownie skręciła.
    – Nie zapominam o tym, co naprawdę ważne.
    – Jak wszystkie kobiety, prawda? To jedna z tych nudnych zasad, którymi się kierujecie. Może nie powinnaś zapominać o rozrywkach?
    – Nie zapominam, dlatego mam ciebie – odparła.
    Lyne wyciągnął rękę i zaczął bawić się pokrętłami na środkowej konsoli.
    – Szukasz czegoś? – odezwała się Victory.
    – Zastanawiam się, czy masz tu klimatyzację.
    – Tak, ale jej nienawidzę. Nawet jeśli na zewnątrz jest ponad trzydzieści stopni, jeżdżę z opuszczonymi szybami. – I na dowód tego odkręciła szybę, a ciepłe powietrze uderzyło Lyne'a w twarz.

    Weekend okazał się kompletną katastrofą dopiero w sobotni wieczór. Do tego czasu Lyne wychodził ze skóry, żeby pokazać, że ma też inne, bardziej zrelaksowane oblicze. Mogło to pośrednio wynikać z tego, że w promieniu czterdziestu pięciu kilometrów nie było zasięgu, więc jego komórka nie działała. W sobotni poranek wybrali się na miejscowy targ. Zamiast patrzeć na króliki i koguty, Lyne wciąż wbijał wzrok w aparat telefoniczny.
    – Jak to możliwe, że nie ma tu zasięgu? – pytał wciąż. – Korzystałem z tego telefonu na wysepce na wybrzeżu Turcji, a nie mogę zadzwonić w Connecticut?
    – Skarbie, to uskarżanie się na brak zasięgu jest nużące – powiedziała Victory. – Musisz sobie odpuścić.
    – OK – powiedział. Dzielnie wsunął palec do klatki koguta, który natychmiast go dziobnął. – Jezu! – Lyne pomachał palcem. – Co to ma być? Nie ma zasięgu, za to są krwiożercze kurczaki.
    – Chodź, obejrzymy zawody traktorów.
    – W tych butach? – Uniósł stopę. Miał na sobie kosztowne włoskie mokasyny.
    – Hej, uważaj! – zawołała kobieta w dziwacznej sukience, siedząca okrakiem na koniu. Lyne odskoczył i wdepnął w nawóz, zdaniem Victory krowi. Uśmiechnął się bohatersko i ograniczył jedynie do spoglądania na swój but co piętnaście sekund.
    – A oto John na pięciokonnym ciągniku ogrodowym, pierwsza próba dwieście kilo – obwieścił spiker przez mikrofon.
    – Uwielbiam to, a ty? – zapytała Victory.
    Odwróciła ku niemu głowę, żeby potwierdził, ale Lyne najwyraźniej zniknął. Niech go diabli, pomyślała. Był jak dziecko, które bez przerwy odbiega i gdzieś się gubi. Skrzyżowała ręce na piersi. Nie zamierzała go szukać. Był dorosłym człowiekiem, a ona nie była jego matką.
    Patrzyła, jak traktor ciągnie obciążenie i czuła coraz większą irytację. I nagle usłyszała głos spikera:
    – Oto Line, albo Lynn, nie bardzo wiem, jak się to wymawia, pierwsza próba dwieście kilogramów…
    Niemożliwe. A jednak. Lyne siedział okrakiem na traktorze i katował silnik, usiłując pokonać błotnisty tor. Dojechał do linii mety, a Victory zaczęła wiwatować, myśląc o tym, że Lyne jest tak nastawiony na rywalizację, że musi wziąć udział w każdych zawodach, jakie mu się nawiną.
    Lyne dotarł do półfinałów i odpadł, kiedy dym zaczął wydobywać się z silnika jego traktora podczas próby pociągnięcia czterystu kilogramów.
    – Widziałaś to, mała? – spytał bez tchu, dumny z siebie. – Pokazałem miejscowym, nie?
    – Skąd masz traktor? – chciała wiedzieć.
    – Kupiłem od jednego z farmerów za dziesięć tysięcy.
    – Co z nim zrobisz, do cholery?
    – A jak myślisz? Oddałem mu. Teraz to mój nowy najlepszy przyjaciel. Powiedziałem, że kiedy przyjadę tu następnym razem, odwiedzę jego farmę i sobie pojeżdżę.
    Tego wieczoru przygotowała na kolację pieczonego kurczaka. Lyne nie mógł przestać gadać o zawodach i o tym, jak załatwił miejscowych. Uważała, że to zabawne, dopóki nie zaczęła robić sosu do mięsa. Lyne, nadal przejęty swoimi popisami na traktorze, oświadczył, że zna świetny przepis na sos, autorstwa swojej matki. Nalał do rondla czerwonego wina, a potem sosu Worcester. Nagle Victory poczuła, że ma dość i na niego wrzasnęła. Lyne przez moment stał nieruchomo, oszołomiony, a po chwili cisnął łyżkę do zlewu.
    – Jak śmiesz? – Victory podniosła łyżkę niezgody. Potrząsnęła nią przed nosem Lyne'a. – Nie możesz zachowywać się w taki sposób w moim domu.
    – Dobra – powiedział. – Chyba faktycznie chcesz być sama, może się lepiej stąd wyniosę. Zadzwonię po Wyboja i powiem mu, żeby mnie stąd zabrał.
    – To dobry pomysł – przytaknęła.
    Przyjazd zajął Wybojowi dwie i pół godziny. W tym czasie Victory i Lyne niemal ze sobą nie rozmawiali. Victory próbowała zjeść kurczaka, ale był wyschnięty i utykał jej w gardle. Właśnie wtedy należało się pogodzić, wtedy jedno z nich powinno przeprosić, ale najwyraźniej nie chciało się im wysilać.
    – Tak pewnie będzie lepiej – powiedziała, kiedy wychodził.
    – Jak sobie chcesz – odparł zimno.
    Znowu zamknął się w skorupie obojętności, a ona nie próbowała go z niej wyciągać.
    – Zerwaliście z powodu sosu? – wykrzyknęła później Wendy przez telefon.
    – Zawsze chodzi o drobiazgi, prawda? – Victory rozejrzała się po swoim domku. Powinna czuć niebiański spokój, teraz, kiedy nareszcie wrócił porządek, ale dom wydawał się jej pusty i smutny. – Och, Wendy, jestem do dupy – westchnęła. – Zachowałam się jak kompletna gówniara. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Spanikowałam. Po prostu nie mogłam na niego patrzeć tu, w swoim domu.
    – Dlaczego do niego nie zadzwonisz?
    – Chyba nie powinnam. Teraz jest za późno, na pewno mnie nienawidzi albo uważa za wariatkę. Ma powody.
    Mimo to sądziła, że prędzej czy później Lyne się do niej odezwie. W przeszłości zawsze dzwonił. Tym razem jednak tego nie zrobił. Minęły dwa dni, później cztery, i wtedy postanowiła o nim zapomnieć. Nieważne, to bez znaczenia.
    A jednak przerażała ją ta straszliwa umiejętność natychmiastowego odseparowywania się od mężczyzny i swoich uczuć do niego. Co z oczu, to z serca. To faktycznie było takie proste.
    Czy inne kobiety też tak czuły? Wendy nie, Nico również nie. Mimo romansu Nico nadal kochała Seymoura. Jednak coś się działo z Victory, choć była w wielu związkach i doświadczyła również wielu rozstań. Początkowo to okropnie bolało, myślała, że nigdy się z tego nie otrząśnie. Potem jednak nauczyła się rozwagi. Cierpiała jedynie dlatego, że mężczyzna niszczył jej marzenie o związku. Rozumiała, że to tylko kwestia urażonej próżności, samolubnego przekonania, że każdy facet, z którym była, powinien ją kochać, że wszechświat jest jej to winien. Jednak miłość nie należy do niezbywalnych praw człowieka i niektórym kobietom przez całe życie nie trafia się ani jeden mężczyzna, który by je naprawdę kochał. Ona zapewne jest jedną z nich. Zresztą dotyczy to również mężczyzn. Pomyślała, że powinna zaakceptować tę prawdę, choćby bardzo bolesną. Nikt nigdy nie twierdził, że życie będzie proste. Mogła się z tym pogodzić, nie poddawać się, poza tym miała swoją pracę.
    Znowu wyjrzała przez szybę mercedesa. Samochód chyba minął jeszcze jedną ulicę, i nareszcie pan Hulot włączył kierunkowskaz, żeby skręcić w lewo, na drogę do portu. O to właśnie chodzi, pomyślała. Przyjęcie urządzono w uznaniu jej i jej talentów, wszystkiego, na co tak ciężko pracowała.
    Auto toczyło się powoli po wąskiej betonowej drodze, aż w końcu znieruchomiało przed lśniącym białym jachtem, na którym iskrzyły białe światła. Na końcu trapu stali dwaj krzepcy mężczyźni w marynarskich ubraniach i z tabliczkami w rękach. Z boku czaiła się grupka ochroniarzy z krótkofalówkami, a przodu gromada paparazzich tłoczyła się za pomarańczową policyjną barierką. Flesze były oślepiające, a w ich białym świetle Victory rozpoznała słynną parę gwiazd filmowych, które trzymały się za ręce i profesjonalnie machały.
    Victory wysunęła się z auta i pochyliła, by wygładzić rąbek sukni. Nagle uwaga paparazzich skupiła się na niej. Victory znieruchomiała i uśmiechnęła się do fotografów. Część z nich znała z Nowego Jorku.
    – Hej, Victory? – wrzasnął jeden. – Gdzie Lyne? Wzruszyła ramionami.
    – Podobno w Cannes… – zawołał ktoś inny.
    – Jest tu jego jacht – powiedział jeszcze jeden.
    Lyne tutaj? W Cannes? Jej serce zabiło gwałtownie. Nie, pomyślała, to niemożliwe. A nawet jeśli, to zapewne nie przybył sam… I nie ma to żadnego znaczenia. Gdybym tylko odniosła troszkę większy sukces, pomyślała, wędrując po trapie i znów pozując paparazzim, którzy błagali ją, żeby się odwróciła. Może jeśli będę ciężej pracowała, zarobię więcej pieniędzy i moja firma jeszcze bardziej się rozrośnie… Może wtedy pojawi się mężczyzna, który naprawdę mnie pokocha.
    – Wendy? – wykrzyknął Selden Rose. – Wendy, to ty?
    A jak ci się wydaje, pomyślała Wendy z irytacją. Zauważyła Seldena kątem oka, kiedy zeszła na dół porozmawiać z kierownikiem hotelu o dodatkowym pokoju dla Gwyneth. Liczyła na to, że uniknie spotkania, ale Selden nagle uniósł wzrok znad gazety, a na jego twarzy pojawiło się radosne zaskoczenie. No tak, teraz nie miała go jak minąć. Będzie się musiała przywitać. Jeśli tego nie zrobi, Selden rozpowie wszystkim, że potraktowała go z góry.
    – Witaj, Selden. – Podeszła do stolika. Co on do cholery robi w hotelowym barze Mercera o dziewiątej rano w niedzielę? Czyżby popijał Krwawą Mary? Z selerem naciowym, plasterkiem cytryny, trzema oliwkami i słomką?
    Selden Rose popija Krwawą Mary przez słomkę, zdumiała się złośliwie. Ile on ma lat, dwanaście?
    Wstał. Mimo tej słomki wyglądał niepokojąco seksownie, z dość długimi brązowymi włosami i w okularach w szylkretowych oprawkach. Uroczo, doprawdy.
    – Masz ochotę na drinka? A może na latte} - dodał. – Wyglądasz, jakbyś jej potrzebowała.
    Natychmiast się najeżyła.
    – Aż tak źle wyglądam? – warknęła.
    – Nie, Wendy, wcale nie…
    – Coś ci wyjaśnię, Selden – powiedziała ostrzegawczo. – Jeśli chcesz coś wiedzieć o kobietach, zwłaszcza o takich kobietach jak ja, to wiedz, że nigdy nie powinieneś im mówić, – że wyglądają tak, jakby potrzebowały drinka, operacji cycków albo pieprzonej latte.
    – Rany, Wendy. – Zaskoczył go ten atak. – Nie chciałem… Wyglądasz świetnie, jak zawsze…
    – Świetnie? – powtórzyła, lekko rozwścieczona.
    – I na pewno nie musisz operować sobie biustu. To znaczy… – wybąkał pod jej miażdżącym spojrzeniem. – Powiedziałem, że przydałaby ci się kawa, w nadziei, że usiądziesz i napijesz się ze mną.
    Podsunął jej krzesło.
    Wendy patrzyła na niego podejrzliwie. A co tam, pomyślała, odrzucając włosy za ramiona. W końcu nie miała nic innego do roboty. Usiadła.
    – No i? Jak leci, Selden?
    – Świetnie…
    – W Nowym Jorku i Los Angeles wszystkim świetnie leci, zwłaszcza w naszej branży. Zauważyłeś, Selden?
    – Ja…
    – To cię nie niepokoi, Selden? Nie wydaje ci się… podejrzane?
    – Jeśli patrzysz na to w ten sposób… – zaczął.
    – Patrzę.
    Selden bawił się słomką.
    – Ale tobie naprawdę świetnie leci. Prosię w sosie dostało dwa Oscary.
    – Nie jako najlepszy film.
    – Przecież to komedia, Wendy – powiedział cierpliwie. – Ostatnią komedią, która dostała Oscara w kategorii najlepszy film, było Wożąc panią Daisy. Pod koniec lat osiemdziesiątych. Przecież wiesz, jak to działa.
    – Wiem – odparła ostro i ugryzła się w język. Czemu była dla Seldena taka niemiła? Popatrz tylko na niego, pomyślą- ła, biorąc do ręki serwetkę. Z tą łagodną twarzą i przydługimi włosami wygląda raczej na profesora uczelni niż na rekina z branży filmowej. Mogła to być celowa próba wprowadzenia w błąd partnerów w interesach i ukrycia swojej prawdziwej natury. Z drugiej strony mogło to oznaczać, że Selden Rose jest taki sam jak wszyscy inni i chce młodziej wyglądać. Czy naprawdę jeszcze rok wcześniej się go bała? Może kiedy spełnia się naj – gorszy koszmar, człowiek nabiera dystansu do innych spraw.
    Pomyślała, że musi zadzwonić do Nico i opowiedzieć jej o spotkaniu z Seldenem.
    – Co tutaj robisz? – spytała, próbując się uśmiechnąć.
    – Mieszkam tuż za rogiem. Przychodzę tu w każdą niedzielę na śniadanie – odparł. – Samotność daje mi się we znaki wyłącznie w niedzielne poranki. Nie ma nic bardziej przygnębiającego niż przyrządzanie sobie jajecznicy na bekonie. – Uśmiechnął się słodko, a Wendy znów zapatrzyła się na jego włosy. Dlaczego tak się wyprostowały? Miała nadzieję, że Selden nie traktuje ich prostownicą.
    – Jestem pewna, że bez problemu mógłbyś znaleźć dziewczynę, Selden – powiedziała stanowczo, nie dając się nabrać na tę opowiastkę samotnego kawalera z odzysku. – Odniosłeś sukces, nie masz dzieci, jesteś… – urwała – atrakcyjny.
    – Naprawdę tak uważasz? – Najwyraźniej ten komplement sprawił mu przyjemność. Wręczył jej menu. – Powinnaś zamówić suflet serowy. Jest pyszny. Tak czy owak, to nie takie proste. – Usiadł wygodniej na krześle.
    Wendy pokiwała głową i zaczęła przeglądać menu.
    – Suflet czy związek? – zapytała, mając nadzieję, że mówił o suflecie. – Czy to nie za wczesna pora na dyskusje o związkach? – Oddała mu menu.
    – Masz rację – przytaknął. – Pogadajmy o tobie. Co tutaj robisz? – spytał niewinnie. – Mieszkasz gdzieś z dala od centrum?
    – No i znowu rozmawiamy o związkach.
    – Naprawdę?
    – Tak, teraz tutaj mieszkam. I tyle – odparła. Rozejrzała się z zakłopotaniem, czując ukłucie seksualnego podniecenia. Z jakiegoś niepojętego powodu Selden Rose ją pociągał, nic nie mogła na to poradzić. Założyła nogę na nogę i owinęła stopę wokół kostki drugiej nogi, jakby ten gest pomagał tłamsić niechciane pragnienia.
    – Naprawdę? – zapytał Selden. Czyżby w jego glosie usłyszała żądzę? Czy tylko ją sobie wyobraziła? Jakby chcąc ocenzurować własne uczucia, zmarszczył brwi. – A więc jednak nie ułożyło ci się z mężem.
    – Nie. – Pokręciła głową. – Pewnie od początku miałeś rację. Powiedziałeś, że jeśli ktoś raz zdradził, zrobi to ponownie.
    – Przykro mi, Wendy, z twojego powodu, jeśli cię to unieszczęśliwia. – Umilkł, a potem dodał coś zdumiewającego. – Ale ja jestem zadowolony.
    Popatrzyła na niego z osłupieniem. Naprawdę tak powiedział? Oblała się rumieńcem, czuła, że kręci się jej w głowie. Na pewno nie miał na myśli tego, co powiedział. Powinna to zignorować…
    – Pewnie nie będziesz chciała, ale pomyślałem, że któregoś dnia moglibyśmy pójść razem na kolację – wyjaśnił.
    – To znaczy…?
    – To znaczy na randkę – oświadczył śmiało. – Chyba nadal tak się to nazywa. Chociaż to trochę zabawne, żeby ludzie w naszym wieku chodzili na randki.
    – Ja i ty? – spytała z przerażeniem. Nie chciała, żeby to tak wyszło, ale była do tego stopnia zaskoczona, że nie wiedziała, co mówi. Zastanawiała się, kiedy ostatnio jakiś mężczyzna zaprosił ją na randkę. Czy w ogóle kiedyś ktoś ją zaprosił?
    – Jeśli nie zechcesz, zrozumiem – powiedział Selden. – W końcu razem pracujemy…
    Czy gdyby poszli na randkę, znaczyłoby to, że się ze sobą prześpią? Znowu poczuła podniecenie. Nie, to później. Nie powinno się uprawiać seksu na pierwszej randce.
    Wciąż kręciło się jej w głowie.
    – Nie, nie, Selden – zapewniła go pośpieszenie. – To znaczy jasne. Bardzo chętnie zjem z tobą kolację. Teraz już mogę. Dzieci nie są ze mną każdego dnia.
    – Nie? – zapytał.
    Wzruszyła ramionami, chcąc zmienić temat. Randka z nim to jedno, ale opowiadanie mu o tej żałosnej sytuacji nie wchodziło w grę.
    – Nie masz dzieci, prawda?
    – Chciałem… – Wydawał się zakłopotany. – Ale nie mogę.
    – Nie możesz? – Była zdumiona.
    – Próbowałem z pierwszą żoną. Przeprowadziliśmy wszystkie testy i okazało się, że to ja mam problem. Niezbyt dobrze to przyjęła. Zdradzała mnie, dowiedziałem się, no to i ja ją zdradziłem.
    – To koszmarne – jęknęła Wendy.
    – Koszmarne bagno, fakt – zgodził się. – A druga żona… Powiedzmy, że ożeniłem się z kompletnym przeciwieństwem pierwszej żony. Nie byliśmy małżeństwem wystarczająco długo, żebym się zorientował, czy chciała dzieci, ale jestem przekonany, że z pewnością nie. Zresztą i tak nie byłem dla niej dość bogaty.
    – Takie kobiety nadal istnieją? – zapytała z przerażeniem.
    – Owszem. – Selden odgarnął włosy z czoła. – Ale to moja wina. Byłem głupi. Była supermodelką, a ja dopuściłem do tego, żeby moja próżność wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem.
    – Przynajmniej się zreflektowałeś – powiedziała Wendy życzliwie. Ulżyło jej, że rozmawiają o nim, a nie o jej problemach ani o perspektywie randki. – Większość mężczyzn uważa, że zdobycie supermodelki rozwiąże ich wszystkie problemy.
    – To dopiero początek problemów – oświadczył Selden zagadkowo.
    Wendy pokiwała głową i usiadła wygodniej. Była pod wrażeniem. Nic nie wpływa lepiej na samopoczucie kobiety niż zaloty mężczyzny, który był z supermodelką i ją odrzucił. To bardzo krzepi. Oznacza, że facet ma prawidłową hierarchię wartości. Przez chwilę wpatrywała się w jego twarz. Czyżby Selden faktycznie był taki przyzwoity? A może popełniała błąd i to wszystko… było jakąś sztuczką… żeby… żeby co, zastanowiła się. Jeśli usiłował zaciągnąć ją do łóżka, czy to faktycznie było takie straszne?
    – Co teraz robisz? – zapytał znienacka. – Miałem się przejść po Soho. Wybierzesz się ze mną?
    – Czemu nie?
    Nagle uznała, że perspektywa spaceru z Seldenem Rose'em to uroczy pomysł na spędzenie poranka. Przynajmniej nie będzie sama.
    Selden zapłacił rachunek i wstali.
    – Zapomniałem cię o coś spytać – odezwał się nagle. – Czemu mieszkasz w Mercerze? Czy to nie twój mąż powinien tu trafić?
    Wendy znowu poczuła się jak frajerka. Przypomniała sobie wczorajszą rozmowę z Tessą Hope.
    – Powinien. Ale to nietypowa sytuacja. Musiałam oddać mieszkanie mężowi.
    – Jezu, Wendy – mruknął Selden. – Sporo przeszłaś. – Przytrzymał jej drzwi. – Jeśli potrzebujesz mieszkania, być może zdołam ci pomoc. Mam świetnego agenta.
    – Dzięki – powiedziała. – Być może skorzystam.
    Wychodząc z hotelu, pomyślała o tym, jaki miły jest Selden i jak przyjemnie, dla odmiany, spędza się czas w towarzystwie takiego mężczyzny. Miły! Kto by pomyślał, że właśnie ta cecha stanie się dla niej najbardziej pożądaną w mężczyźnie?

    Trzy godziny później Wendy i Selden jechali windą towarową do jego loftu. Wcześniej zdążyli przejść całą drogę do rzeki Hudson i z powrotem. Po raz pierwszy od wielu tygodni Wendy całkiem nieźle się bawiła, nawet zapomniała o Shanie i jego przerażających żądaniach. Tak dziwnie i podniecająco było spacerować w niedzielę z mężczyzną, który nie był jej mężem, zachowywać się z nim jak para, zaglądać do rozmaitych sklepów i wstępować do kawiarni na jeszcze jedną kawę. Wendy kupiła sukienkę dla Chloe, pluszowego dinozaura (wybranego przez Seldena) dla Tylera i kurtkę dla Magdy, a przez cały ten czas rozmawiali, jakby wiedzieli, że w chwili, w której przestaną, będą w końcu musieli się rozstać. Kiedy znów dotarli na West Broadway, wbiła wzrok w chodnik. Nie chciała odchodzić, ale nie wiedziała, co mogliby jeszcze robić. Wtedy on powiedział:
    – Chcesz zobaczyć moje mieszkanie? Mógłbym ci dać numer do agenta.
    – Byłoby świetnie – odparła, rozluźniona i nagle znów radosna.
    – Muszę cię uprzedzić, że nie jestem specem od dekoracji wnętrz.
    – Ja też nie. – Zerknęła na niego ukradkiem. On też na nią patrzył i oboje, zakłopotani, natychmiast odwrócili wzrok. Pomyślała, że w tym spojrzeniu było wszystko, co powinni wiedzieć. Mówiło: „Chcę iść z tobą do łóżka, natychmiast. Mam nadzieję, że ty też tego chcesz". Nie doświadczyła tego od po- nad piętnastu lat, odkąd nie była sama. Dziwne, jak wszystko wróciło: zaschnięcie warg, uczucie, że wnętrzności zdają się wisieć na sprężynach. Lęk i podniecenie związane z perspektywą poznania nowego terytorium. Inne ciało, nowy penis, nadzieja, że seks nie okaże się rozczarowaniem… Skrzywiła się.
    – Coś nie tak? – spytał Selden.
    – Nie – odparła. – Wszystko w porządku.
    – Nie martwisz się o dzieci? – zapytał. Jazda windą nie chciała się skończyć. Tak to już było z tymi starymi windami, wlokły się niemiłosiernie.
    – Zawsze się martwię – powiedziała. – Ale nic im nie będzie. Shane przyprowadzi je dopiero o piątej. – Zrobiłam to, pomyślała, i cofnęła się o krok. W zasadzie oznajmiła na głos, że ma cztery wolne godziny, które może przeznaczyć na uprawianie seksu.
    – Co Shane robi z nimi przez cały dzień? – zapytał Selden.
    – Zabiera je do stajni… Moja starsza córeczka ma kucyka. I do parku, i czasem na jakieś przyjęcie urodzinowe ich kolegów.
    – Daje sobie radę sam? Wendy pokiwała głową.
    – To gnojek, ale dobry ojciec. Niestety.
    Winda się otworzyła i wyszli do dużego holu ze ścianą z zielonych luksferów. Na podłodze leżał beżowy orientalny dywan.
    – Ładnie – powiedziała Wendy ostrożnie.
    – Jeszcze nic nie widziałaś. – Popchnął drzwi w ścianie z luksferów. Otworzyły się na duże, puste pomieszczenie. Mieszkanie Seldena było znacznie większe niż jej, salon i kuchnia miały z pewnością ponad dwieście trzydzieści metrów kwadratowych. Selden nie kłamał, faktycznie nie był specem od dekoracji wnętrz. Na środku pokoju stal długi drewniany stół i osiem krzeseł; pod ścianą okien upchnięto samotną sofę i szklany stoliczek. I tyle. Wendy nie była pewna, co powiedzieć. – Jest…
    – Pusto, prawda? – Ruszył do kuchni. – Wciąż sobie powtarzam, że kupię meble, albo przynajmniej zatrudnię dekoratora wnętrz. Ale wiesz, jak to jest. Ciągle masz coś na głowie i odkładasz to z dnia na dzień i zanim się zorientujesz, mijają dwa lata.
    – Masz łóżko? – zapytała.
    – Mam. I duży telewizor z płaskim ekranem w sypialni. Oglądam swoje programy w łóżku.
    Poszła za nim do kuchni, a jej kroki na drewnianej posadzce roznosiły się echem po wielkim pomieszczeniu. Nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że Selden Rose, agresywna, wpływowa szycha z branży rozrywkowej, tak właśnie mieszka. Nic się nie wie o ludziach, dopóki się ich nie pozna, pomyślała. Musiał jej ufać, skoro nie bał się, że Wendy pobiegnie do Splatch-Verner i napapla o jego dziwacznym pustym mieszkaniu. Nagle wyobraziła sobie Seldena na łóżku, samego, tylko w szlafroku, z pilotem w dłoni, jak ogląda materiał zdjęciowy z rozmaitych swoich programów. W smutku i bezbronności Seldena w jej wizji było także coś, co potrafiła zrozumieć.
    – Mam butelkę zimnego szampana – zawołał Selden i otworzył drzwi lodówki. – To cristal. Victor dał mi go w zeszłym roku.
    – Jeszcze go nie wypiłeś? – Stanęła za nim.
    – Chyba czekałem na wyjątkową okazję – odparł i odwrócił się z butelką w dłoni, tak że niemal wpadli na siebie.
    – Przepraszam – powiedziała Wendy.
    – Ja nie, Wendy. Ja… – Nie skończył zdania, bo nagle się pochylił i zaczął