Скачать fb2
Sindre, Mój Syn

Sindre, Mój Syn

Аннотация

    Sindre był wyjątkowo wdzięcznym malcem. Nie dostrzegał tego jednak Gard Morkmoen, którego nieoczekiwanie – jako domniemanego ojca – zmuszono do zaopiekowania się chłopcem. Gardowi nic nie było wiadomo o tym, że ma syna, nie znał też jego matki, Mali Vold. Mimo to, gdy Sindre znalazł się w niebezpieczeństwie, mężczyzna przekonał się, że jest gotów walczyć o niego ze wszystkich sił.


Margit Sandemo Sindre, Mój Syn

    Ze szwedzkiego przełożyła Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska

ROZDZIAŁ I

    Sindre już nie mógł doczekać się urodzin, na które mama obiecała mu wspaniały prezent. Choć za kilka tygodni skończy dopiero trzy latka, był duży jak na swój wiek i wyjątkowo spokojny. Miał ciemnoblond włosy i poważne oczy. Inne dzieci nazywały go ofermą.
    Siedząc na czubku wielkiego głazu w przedszkolnym ogródku, patrzył rozmarzony na bawiących się kolegów i koleżanki, lecz w ogóle ich nie widział. Rozmawiał z tatą.
    „Najbardziej to chciałbym dostać traktor, w którym można nogami przyciskać pedały”, mówił w myślach. „Taki jak ma Björn. Jeszcze ani razu nie pozwolił mi się nim przejechać, a on jest taki ładny. Cały czerwony z czarnymi kołami. Ale może być też co innego, jak wolisz”.
    Dziewczynki z grupy sześciolatków podbiegły do niego z krzykiem.
    – Zjeżdżaj stąd, ty ofermo, to nasze miejsce!
    Sindre zszedł powoli na dół.
    „To nic nie szkodzi, tato”, zapewniał ojca w duchu. „Wcale nie jest mi przykro”.
    Właściwie to jeszcze nie stworzył sobie w wyobraźni jego dokładnego obrazu. Tata powinien być wysoki i silny, mieć delikatne ręce i pogodne oczy. Może trochę przypominać ojca Björna, który jeździ takim wspaniałym samochodem. Ale musi być znacznie silniejszy, na pewno o wiele silniejszy.
    Żeby wreszcie przyszła mama! Tak bardzo chciałby już pójść do domu, znaleźć się w swym przytulnym pokoiku, w którym mógł spokojnie się bawić, nie poszturchiwany bez przerwy przez inne dzieci, i gdzie mama przywoływała go ciepłym głosem do kuchni, żeby coś zjadł. Bo Sindre lubił jeść. Nawet było to trochę po nim widać, w każdym razie tak twierdzili starsi koledzy. Ale mama uważa, że on wcale nie jest gruby, tylko mocno zbudowany. I ciężki.
    Pediatra mówi tak samo. „Co ty, u licha, jadasz, Sindre? Ołów?”
    Po oczach chłopca dało się od razu zauważyć, że znowu jest nieobecny myślami. Ostatnio mama miewała bóle. Prawie każdego dnia, i wtedy robiła się całkiem biała na twarzy. Kiedy Sindre patrzył na nią, też zaczynało go boleć. Ale mama wciąż powtarzała, że to nic takiego, że zaraz przejdzie.
    Jeden z chłopców, biegnąc, wpadł prosto na niego i go przewrócił. Gdy Sindre był już bliski płaczu, tata od razu otoczył go ramieniem i łzy natychmiast obeschły.
    Przedszkolanka nie mogła się powstrzymać, by nie zwrócić mu uwagi:
    – No, rusz się, Sindre, pobaw się wreszcie z dziećmi! Ciągle tylko chodzisz i marzysz. Może byś się jednak do nich przyłączył.
    Maluch próbował wymyślić jakąś odpowiedź, ale potrzebował na to więcej czasu. Nigdy nie udawało mu się w porę otworzyć buzi, ponieważ nikt nie miał cierpliwości czekać. Wychowawczyni westchnęła zrezygnowana i zwróciła się znowu ku innym podopiecznym.
    Sindre po cichu wyjaśnił ojcu:
    „Starałem się odpowiedzieć, ale nie zdążyłem. Chodź, pospacerujemy trochę po łące”.
    Czy to niebezpieczne chodzić po łące? Można spotkać trolla? Sindrego oblała zimna fala strachu.
    Ale przecież tata jest blisko. Poza tym wtedy to było w lesie…
    Dłoń taty dotknęła jego ramienia i obaj wyszli razem na małą łączkę przedszkolnego ogródka.
    Syreny ambulansu brzmiały tak, jakby znajdowały się i blisko, i daleko zarazem. Te okropne syreny, przypominające ujadanie psów, zawsze ją wyjątkowo przerażały, bo zdawały się mówić znacznie więcej o nieszczęściach i smutku niż wszystkie inne odgłosy.
    Otoczona raz migotliwym światłem, raz nieprzeniknioną ciemnością, czuła ból. Nie mogła się zorientować, gdzie się znajduje. Czy w swoim łóżku, czy też…?
    Mali otworzyła raptownie oczy i ujrzała nad sobą sufit karetki. Ktoś położył jej dłoń na ramieniu. To Sonia, sąsiadka z piętra.
    – Leż spokojnie, nie denerwuj się – powiedziała. – Wszystko będzie dobrze, zobaczysz!
    Co ja tu robię? pomyślała przerażona Mali. Co się stało?
    Próbowała zebrać myśli i przypomnieć sobie, co się właściwie wydarzyło, ale ujrzała jedynie zamglone i chaotyczne obrazy z powszednich dni.
    Jedzie z Sindrem autobusem i trzyma go mocno za rączkę. Ciasno, dorośli pasażerowie nieustannie potrącają małego chłopca. Te jego oczy, zawsze wyrażające niepomierne zdumienie i jakby trochę nieobecne. Jest trochę opóźniony w rozwoju – lekarz zapewnia jednak, że nie należy się niepokoić, ponieważ Sindre ma tylko nieco wolniejszy rytm życia. Zupełnie inny niż, na przykład, żywa jak srebro córeczka sąsiadów, biegająca niezmordowanie z iskierkami w oczach i chwilami irytująco niecierpliwa.
    Przedszkolny ogródek… Wszystkie dzieci i łagodny uśmiech jej synka. Przedszkolanka!
    „Sindre to miłe dziecko, ale jest bardzo zamknięty w sobie i najchętniej przebywa sam. Poza tym chyba jeszcze niewiele mówi, prawda?”
    Mali nie miała pojęcia, dlaczego jej mały chłopczyk zrobił się ostatnio taki milczący. Sądziła, że wychowuje go właściwie. Próbowała wpoić w niego wiarę w siebie i nauczyć samodzielności. Ale dzieci są tak różne.
    Jej praca to nudne kontrolowanie faktur. Ostatnie dni… jak trudno się skoncentrować. Powinna była zostać w domu. I pójść do lekarza. Ale musiała przecież opłacić czynsz i rachunek za prąd, i resztę podatku. Nie mogła sobie pozwolić na zwolnienie lekarskie.
    Dlaczego nie jest z Sindrem przez cały dzień? Przecież on potrzebuje jej obecności. Czy na pewno dobrze się czuje w przedszkolu? Czy ona go przypadkiem nie zaniedbuje?
    Niepokój, troska – i ból.
    Powinna była pójść do lekarza.
    Zupełnie nieoczekiwanie dla samej siebie głośno wyraziła zdziwienie:
    – Co ja tu robię? Co się stało?
    – Trochę za długo chodziłaś z tym bolącym wyrostkiem – odpowiedziała Sonia pogodnym tonem. – Wreszcie zebrała się ropa. Już dawno należało zgłosić się do lekarza!
    – A Sindre? Ja nie mogę zostać w szpitalu! Kto się nim zajmie?
    – Już ci powiedziałam: uspokój się. Wszystko będzie dobrze.
    – Przecież ty wyjeżdżasz jutro do Anglii.
    – Tak, i rzeczywiście nie mogę z tego zrezygnować. Ale nie martw się: zanim wyjadę, znajdę kogoś, kto zaopiekuje się chłopcem. Możesz być spokojna.
    – Tylko kogo?
    – Chyba wiem, kto mógłby się nim zająć – rzekła Sonia, Mali jednak była zbyt rozpalona gorączką, by wyczuć w głosie sąsiadki ponury ton.
    Zbliżali się do bramy szpitala. Chora jednak tego nie zauważyła, ponieważ znowu straciła przytomność.

ROZDZIAŁ II

    Gdy rozległ się dzwonek u drzwi, przyciskany wielokrotnie ręką jakiegoś zniecierpliwionego intruza, Gard Mörkmoen podniósł się powoli z krzesła. Wyraźnie zirytowany, rozprostował swe długie nogi i, odłożywszy wieczorną gazetę, ruszył w kierunku holu. Kto to mógł być? Nie spodziewał się przecież niczyjej wizyty.
    Niemal każdy w takiej sytuacji zerknąłby odruchowo w lustro wiszące w przedpokoju, by upewnić się, czy dobrze wygląda. Ale Gard Mörkmoen nigdy nie interesował się lustrami. Nie przejmował się też tym, co myślą o nim inni.
    Przed drzwiami stała nie znana mu kobieta z małym chłopcem.
    Wyglądała na osobę wyjątkowo nieprzejednaną, wręcz agresywną.
    – Bardzo proszę, oto on, mały Sindre. Mali Vold jest w szpitalu, a ja nie mogę się nim zająć. Myślę, że najwyższa już pora wykazać się odpowiedzialnością! Teraz pana kolej!
    Gard stał zupełnie osłupiały. Spojrzał na małego chłopca, który przyglądał mu się badawczo niewinnymi oczyma.
    – Nie rozumiem…
    – Doprawdy? Niech pan przestanie udawać! To nie uchodzi – rzekła kobieta, wpychając do przedpokoju chłopca i jakąś nędzną walizkę. Gard był zbyt oszołomiony, by zaprotestować.
    – To, że Mali, kierowana głupią dumą, nie chciała zdradzić pana nazwiska, wcale nie znaczy, że tak łatwo uda się panu wywinąć! Nie mam ani odrobiny współczucia dla tchórzy.
    – Pani wybaczy, ale musiała zajść jakaś pomyłka. Ja nie znam żadnej Mali Vold. Ani… ani… Sindrego, bo chyba tak ten chłopiec ma na imię?
    – Niech się pan przestanie zgrywać! Pan jest Gard Mörkmoen, prawda?
    Mężczyzna mógł tylko to potwierdzić.
    – No właśnie, to nie jest popularne nazwisko – skomentowała kobieta. – Mali nie należy do osób, które wszędzie szukają słuchaczy, żeby poskarżyć się na własny los. Ale my mieszkamy po sąsiedzku i pewnego razu, kiedy było jej szczególnie ciężko, opowiedziała mi wszystko o sobie. I o panu, jak pan zniknął, kiedy to się stało. Spotkała pana jeszcze raz, zupełnie przypadkiem. Wtedy właśnie dopiero co urodził się Sindre, a pan obiecał odwiedzać ich i zajmować się małym. Niczego więcej Mali nie pragnęła. Lecz, oczywiście, pan nigdy już się nie pojawił. Ona zaś czuła się zbyt zraniona, by pana szukać. Nawet nie zgłosiła pańskiego nazwiska na policję. Po prostu nie chciała mieć z panem więcej do czynienia! Rozumie pan?
    Gard powoli zaczynał być zły. Nie miał jednak szansy zaprotestować.
    – Chodzi jedynie o pięć dni, potem wrócę z Anglii i sama się nim zajmę…
    – Czy pani nie rozumie? Ja nie znam żadnej Mali Vold i nigdy nie słyszałem o tym chłopcu!
    Spojrzał na Sindrego, który stał milczący i poważny, utkwiwszy w nim swe wielkie i teraz nieco nieufne oczy. Sprawiał wrażenie sympatycznego dziecka; wszystkim podobały się pewnie jego brązowe loki i nieco smutny wyraz twarzy o delikatnych rysach.
    – Takie rzeczy może pan wmawiać każdemu, ale nie mnie – zareagowała ostro kobieta. – Trochę zasięgnęłam języka na pański temat. To naprawdę dziwne, że w pracy jest pan uważany za osobę sumienną i odpowiedzialną. Ma pan wolny zawód, czyli przez kilka dni może się pan zająć własnym synem…
    – Nie, nie mogę, wykluczone! – odparł stanowczo Gard. – Poza tym, on wcale nie jest moim synem!
    Dolna warga chłopca zaczęła drżeć.
    – Nie powinna pani narażać dziecka na coś takiego! – wybuchnął Gard, ale zaraz spontanicznie pochylił się nad małym. – Nie jestem na ciebie wcale zły – dodał szybko. – Nie przejmuj się tym, co my tu wygadujemy…
    Kobieta wepchnęła Sindrego do pokoju, uznawszy widocznie, że kontakt między ojcem i synem został wreszcie nawiązany.
    – Muszę już iść. Jego ubranka są w walizce, a buty i peleryna w plastykowej torbie. No, Sindre, pomieszkasz teraz przez kilka dni u taty, a w piątek ciocia Sonia wróci i zabierze cię z powrotem do domu. Powierzam chłopca pańskiemu sumieniu, panie Mörkmoen, i mam nadzieję, że nie będzie go pan zaniedbywał.
    Drzwi zatrzasnęły się z hukiem, a Gard i mały zostali sami. Po trwającym kilka sekund szoku mężczyzna zdołał się wreszcie otrząsnąć i natychmiast puścił się pędem po schodach w pogoni za kobietą, której samochód właśnie znikał za rogiem.
    Długim i energicznym krokiem znowu wszedł na górę. Chłopiec stał w tym samym miejscu, w którym go pozostawiono, po jego niewinnej buzi widać było wyraźnie, że walczy, by nie wybuchnąć płaczem. Mrugając rozpaczliwie powiekami, powstrzymywał się od szlochu. Drobna klatka piersiowa unosiła się i opadała raz po raz, nie wróżąc nic dobrego.
    Gard był wściekły, rozumiał jednak doskonale, że mały znalazł się w znacznie trudniejszym położeniu niż on, dlatego wielkim wysiłkiem woli wreszcie się opanował.
    – W porządku, Sindre! – powiedział z wymuszonym spokojem. – Postaramy się znaleźć dla ciebie mamę.
    Co on, u diabła, ma teraz począć? Nagle podrzucono mu do domu całkiem obcego chłopca. Kto to jest Mali Vold? Nigdy nie słyszał tego nazwiska, a dzieciak z całą pewnością nie jest jego synem, może przysiąc na wszystkie świętości.
    Chyba że był pijany…?
    Ile właściwie lat liczy sobie ten malec? Gard otworzył walizkę wypełnioną dziecięcymi ubrankami, w większości znoszonymi i spranymi Tylko gdzieniegdzie leżało pomiędzy nimi coś nowego. Wyglądało na to, że prawie wszystkie były używane wcześniej przez kogoś innego. Znajdowały się tam też jakieś dokumenty. Sindre Vold. Chłopiec ma już prawie trzy lata Data urodzin… Gdzie on przebywał w tym czasie, czy rzeczywiście mógł być ojcem dziecka?
    Odbywał wtedy służbę wojskową. Oczywiście, zdarzały się różne szalone noce i imprezy, ale raczej nigdy nie upijał się do tego stopnia, żeby dziś w ogóle nie pamiętać o poznaniu dziewczyny noszącej imię Mali. Nie należało ono do szczególnie popularnych, dlatego trudno by je było zapomnieć. Poza tym on zwykle pił alkohol z umiarem.
    A jak twierdziła ta wojownicza kobieta, spotkał ową Mali podobno jeszcze raz, już po przyjściu na świat chłopca!
    Nie, to przecież niemożliwe. Wykluczone! Kimkolwiek jest ojciec Sindrego – to na pewno nie on, nie Gard Mörkmoen!
    Mały zaczął cicho popłakiwać. Stał nadal w tym samym miejscu, gdzie go postawiono, z opuszczonymi rękami, smutny. Wyglądał żałośnie: mama w szpitalu, a on, biedny, został sam, odtrącony przez wszystkich.
    Gard był zirytowany całą tą historią. Co on, u licha, ma teraz zrobić z tym obcym dzieckiem? Jutro wybiera się przecież w dłuższą podróż, a tu nagle taka niespodzianka.
    A może… może zawiózłby go do swojej matki? Oczywiście!
    Podniesiony na duchu, zrobił miejsce na kanapie, zamierzając posadzić tam malca. Sindre jednak bał się nieznajomego mężczyzny i doskonale rozumiał, że nikt go tu nie chce. Cofnął się więc pod ścianę i ukrył twarz za oparciem krzesła. Mörkmoen czuł się bezradny. Nie miał pojęcia, co począć w tej trudnej sytuacji.
    Do tej pory wiódł dosyć beztroskie życie. Jak wszyscy, miewał też swoje zmartwienia i kłopoty, lecz nie należał bynajmniej do osób, które przeżuwają własne problemy i życiowe porażki w nieskończoność. Pozwalał, by zapadały po prostu w otchłań zapomnienia. Był doskonały w tej sztuce, przynajmniej tak uważał. Świadomie dążył do wytyczonego celu, który wcale nie stanowiły pieniądze, lecz osiągnięcie pewności, że zrobił ze swym życiem coś pożytecznego. Zawsze pociągało go to, co zawierało w sobie pewien element ryzyka. W wojsku był skoczkiem spadochronowym, a potem podjął studia inżynierskie, lecz z powodu przewlekłej anginy nie powiodło mu się na egzaminie końcowym. Rozgoryczony, przyjął dość niebezpieczną posadę montera w firmie budującej elektrownie, gdzie właśnie on musiał wspinać się na strome bloki skalne, wdrapywać się na maszty sięgające nieba, wykonywać pracę nurka lub podejmować się zadań, których nie chciał przyjąć nikt inny. On czuł się jednak zadowolony. Nie musiał myśleć o rodzinie, ponieważ jej nie miał, a ten rodzaj pracy wydawał mu się nawet znacznie bardziej atrakcyjny niż siedzenie nad jakimiś nudnymi projektami przy desce kreślarskiej. Nierzadko musiał też odbywać podróże wzdłuż i wszerz kraju, co sprawiało mu niemałą radość.
    Jego życie uczuciowe było dosyć stabilne i spokojne, wolne od wielkich namiętności. Z żadną partnerką nie wiązał się na dłużej. Akurat teraz trwał okres zastoju. Ale niedawno Gard poznał w jednym ze swych licznych miejsc pracy pewną atrakcyjną młodą damę. Wystarczy, by zrobił pierwszy krok. Prawdopodobnie nie zostanie odrzucony.
    Następnego dnia miał właśnie jechać do miasta, w którym ona mieszkała, a oto nagle znalazł się w towarzystwie małego, bezradnego brzdąca, przekonanego na dodatek, że on jest jego tatą. Chłopca, który nie znał swego ojca i z pewnością za nim tęsknił. A niech to diabli!
    – No, zobaczymy, co da się zrobić – powiedział oschle, nie przywykł bowiem do obcowania z małymi dziećmi. – Może byś coś zjadł?
    Sindre rozszlochał się teraz na dobre. Choć bardzo się starał opanować, nie udało się. Nie był w stanie nawet odpowiedzieć na zadane mu pytanie, ponieważ jednak nie pokręcił też głową, Gard przyjął to za oznakę zgody.
    Wyjąwszy z lodówki masło i żółty ser, przygotował kanapkę. Następnie postawił szklankę z mlekiem i mały talerzyk na stoliku przed kanapą i nieśmiało wyraził prośbę, by nie znalazły się na niej tłuste plamy. Nie miał odwagi zwabić chłopca do kuchni, bo skończyłoby się to niewątpliwie płaczem.
    Sindre ostrożnie zerkał pomiędzy palcami na pokój.
    – Usiądź sobie tutaj – powiedział Gard najłagodniej jak potrafił. – Proszę!
    Bez rezultatu.
    – Jeśli zjesz kanapkę, to później znajdą się jeszcze lody.
    Być może z pedagogicznego punktu widzenia nie było to najlepsze podejście, ale przyniosło wreszcie oczekiwany rezultat. Sindre posunął się o krok do przodu. Miał na sobie zieloną bluzę ozdobioną u dołu żółtymi kaczuszkami i dżinsy w dosyć dobrym stanie. Buty na czubkach były pościerane do szarości.
    – Nie jestem na ciebie zły – rzekł mężczyzna z uśmiechem na twarzy. – No, chodź, zjedz troszkę, a wtedy od razu wszystko będzie wyglądać znacznie lepiej.
    Powoli zdobywano pozycję za pozycją. Rzucając nieśmiałe spojrzenia, Sindre skradał się coraz bliżej stołu. Przez cały czas trzymał się czegoś, jakby na otwartej przestrzeni groziło mu niebezpieczeństwo. Wreszcie usiadł na kanapie i sięgnął po szklankę z mlekiem. Gard odetchnął z ulgą. Kłopot co prawda nie zniknął, lecz mały trochę się uspokoił, dzięki czemu mężczyzna zyskał nieco czasu, by zastanowić się w skupieniu.
    Każdy pomysł był na wagę złota.

ROZDZIAŁ III

    Sindre czuł się nieopisanie smutny. Najmniejszy kęs rósł mu w buzi, bo przecież on w ogóle nie był głodny, ale nie miał odwagi powiedzieć tego temu surowemu mężczyźnie.
    Przeżył tak wielkie rozczarowanie!
    Kiedy ciocia Sonia oznajmiła mu, że idą do taty, ponieważ mama jest chora, serce zabiło mu mocniej z radości. Przebierał szybko nóżkami, próbując dotrzymać jej kroku, pełen oczekiwania, ale i nieco wylękniony. Wreszcie naprawdę spotka się ze swoim tatą! Czyli to kłamstwo, co starsze dziewczynki opowiadały o nim w przedszkolu, że w ogóle nie ma ojca. On przez cały czas wiedział, że tata istnieje – przecież był przy nim każdego dnia!
    Ciocia Sonia spieszyła się; wyglądała na okropnie zdenerwowaną i ciągnęła Sindrego za sobą tak mocno, że co chwila się potykał.
    Wreszcie znaleźli się na miejscu i zadzwonili do drzwi, które po chwili otworzył tata…
    Małe serduszko biło bardzo mocno.
    Chłopiec zakrztusił się i odłożył kanapkę. Oczy taty nie wydawały się przyjazne. Patrzyły na niego z wyraźną dezaprobatą. Dłonie miał mocne i jakieś takie niemiłe, i w ogóle nie wyglądał na tatę. Nie nosił okularów jak ojciec Björna, poza tym był znacznie młodszy i wyższy od tamtego, sięgał prawie sufitu. No i te bardzo ciemne, kręcone włosy, jakich nie powinien mieć żaden tata… Jego oczy były takiego samego koloru jak ładny jasnobrązowy stół mamy i spoglądały na Sindrego bardzo złowrogo. Dokładnie tak samo patrzył tamten mężczyzna. Lepiej o nim teraz nie pamiętać! Chłopcu aż zrobiło się zimno ze strachu, dlatego czym prędzej przepędził myśli o nim, o tym trollu, popijając duży łyk mleka. Na dodatek tata powiedział jeszcze tyle przykrych słów, dokładnie takich samych, jakie Sindre słyszał od koleżanek w przedszkolu. Mówił, że go nie zna. Że on i ciocia muszą odejść.
    Ale ciocia mimo wszystko go zostawiła. Był teraz z tatą zupełnie sam. Nie chciał płakać, bo tata może jeszcze bardziej by się rozzłościł, a mama też na pewno by nie chciała, żeby jej mały synek czuł się smutny i płakał. Mama… Ach, to wszystko ułożyło się tak dziwnie! W spragnionym czułości małym serduszku Sindrego tkwiło tyle bólu…
    Wziął znowu do ręki kanapkę, odgryzł niewielki kęs, lecz żuł go jak gumę, w ogóle nie mogąc przełknąć.
    Gard wykorzystał okazję, by zadzwonić. Wykręcił numer swojej matki, lecz usłyszał jedynie długi, powtarzający się co kilka sekund sygnał.
    Ciężko westchnąwszy, odłożył słuchawkę. Przecież ona wyjechała na Wyspy Kanaryjskie…!
    Siedział nadal ze wzrokiem utkwionym w notatniku z telefonami. Do kogo by…?
    Może do brata? Nie, szwagierka jest zbyt ciekawska. Nie zadowoliłaby się skąpym wyjaśnieniem. Poza tym Gard nie przepada za nią.
    Nie miał wielu znajomych, którzy mogliby wchodzić w rachubę.
    Która to godzina? Po dziewiątej. Domyślał się, że takie małe dzieci o tej porze dawno powinny być w łóżku. Już za późno, żeby zadzwonić do jakiejś instytucji, która umieściłaby gdzieś chłopca. Ale tak naprawdę Gard nie miał pojęcia, do kogo należałoby się zwrócić w tej sprawie. Majaczyła mu myśl o domu dziecka, lecz nie był pewien, czy coś takiego jeszcze w ogóle istnieje.
    A policja?
    Zerknąwszy na Sindrego, od razu porzucił ten pomysł. Jedzenie kanapki szło chłopcu bardzo opornie. Każdy kęs rósł mu w ustach, a w dużych szarobrązowych oczach malował się wyraz zagubienia.
    Kierowany nagłym impulsem, Mörkmoen zadzwonił do największego szpitala w mieście i spytał o Mali Vold. Malec natychmiast zaczął przysłuchiwać się rozmowie i ześlizgnął się z kanapy z kawałkiem chleba w ręce, z palcami tłustymi od sera i masła. Gard uratował dyskretnie kilka ważnych papierów przed rączką, która oparła się o blat biurka.
    Owszem, Mali Vold przebywa na oddziale chirurgicznym, na który od razu go przełączono.
    Nowy głos: „Oddział pooperacyjny!” Pacjentka została zoperowana przed kilkoma godzinami z powodu perforacji wyrostka robaczkowego. O jej stanie nie da się jeszcze nic powiedzieć. Nie obudziła się z narkozy. Ile dni? To zależy od bardzo wielu rzeczy – choćby od tego, czy nastąpią komplikacje czy nie.
    Zakończył rozmowę. Sindre nieśmiało patrzył na niego pytającym wzrokiem.
    – Mama czuje się dobrze – uśmiechnął się Gard nieco sztucznie. – Jest chora, ale już niedługo wróci do domu. Dziś w nocy musisz przespać się u mnie, a jutro rano zobaczymy, co dalej.
    Muszę koniecznie znaleźć jakieś rozwiązanie. Przecież wyjeżdżam, a chłopca w żadnym wypadku nie mogę zabrać ze sobą.
    Sam już nie wiedział, na kogo jest bardziej zły. Na Mali Vold, która utrzymywała, że on jest ojcem jej dziecka – a może po prostu otworzyła książkę telefoniczną i z zamkniętymi oczami wskazała palcem pierwsze lepsze nazwisko? Czy też na tę nieprzejednaną kobietę, która przyprowadziła tu chłopca? Trzeba przyznać, że nie wykazała się raczej odpowiedzialnością, występując jako bogini zemsty. Nie upewniła się nawet, czy mały będzie u niego bezpieczny. Raczej trudno przypuszczać, by uważała Garda za osobę poważną i rzetelną. Przecież kawaler nie zawsze może tak z minuty na minutę zająć się jakimś nieznanym brzdącem, nawet jeśli jest człowiekiem na wskroś odpowiedzialnym. Prawdopodobnie kobieta liczyła na to, że odezwie się w nim wreszcie ojcowski instynkt.
    Na twarzy Mörkmoena pojawił się grymas dezaprobaty.
    Gdy lody wyjęte z lodówki zostały już częściowo zjedzone, a częściowo rozmazane na skupionej dziecięcej buzi, Gard, wziąwszy chłopca za lepiącą się rękę, zaprowadził go do łazienki.
    – Masz może szczoteczkę do zębów?
    Sindre zastanowił się przez chwilę, po czym podreptał do walizki i zaczął w niej szukać. Gdy znaleźli szczoteczkę, Gard, chcąc nie chcąc, po raz pierwszy w życiu musiał wyczyścić drobne, niezgrabne dziecięce ząbki. Dzięki użyciu kilku grubych książek telefonicznych ułożonych przed sedesem udało się także rozwiązać najbardziej drażliwy problem. Nietrudno było zauważyć, że Sindre poczuł się niezwykle dorośle.
    Chłopiec przez cały czas nic nie mówił, lecz wiele wyrażał wyjątkowo żywą mimiką twarzy. Chociaż wydawał się bardzo opóźniony w reakcjach, rozumiał wszystko, czego Gard chciał od niego. Oczy nadal były spłoszone, smutne i pełne niezrozumienia wobec tej gwałtownej przemiany, jaka nastąpiła w jego króciutkim życiu. Sprawiał jednak wrażenie, jakby już pogodził się z tym, że zostanie na noc u obcego mężczyzny.
    Mörkmoen przygotował mu posłanie na kanapie, wyciągnąwszy wszystką pościel, jaką miał. Poprosił Sindrego, aby się rozebrał i włożył piżamę, lecz, jak się okazało, pragnął zbyt wiele. Trzylatek starał się jak mógł, utknął jednak z głową w bluzie od piżamy, wobec czego jego opiekun musiał jak najszybciej pospieszyć z pomocą, by nie wybuchła panika.
    Wreszcie mały gość znalazł się w łóżku. Niepokój zniknął, gdy Gard dał mu brudnoszarego, pluszowego kota z jednym uchem, którego chłopiec przytulał do siebie, kiedy przyszedł. Mały od razu odwrócił się na bok i zamknął oczy.
    Mörkmoen odetchnął z ulgą. Sięgając po paczkę papierosów, zauważył zaskoczony, że drżą mu ręce. Trząsł się na całym ciele.
    Przypalił papierosa, lecz zgasił go natychmiast, widząc, jak kłęby dymu wznoszą się ku sufitowi. Nie powinien teraz kopcić.
    Od strony kanapy dało się słyszeć ciche, wyraźnie tłumione westchnięcie. Gard podszedł bliżej i przysiadł na brzegu.
    – Jeszcze nie śpisz? – spytał.
    Chłopiec w milczeniu połykał łzy, bojąc się wywołać niezadowolenie opiekuna. Ten zaś, choć nigdy nie miał do czynienia z dziećmi, lecz jak przez mgłę pamiętał podobne obrazy z własnego dzieciństwa, zastanowił się najpierw głęboko, po czym zaczął przytłumionym głosem:
    – Był sobie kiedyś mały chłopiec o imieniu Sindre i jego mały kotek. Pewnego razu szli ścieżką przez las, gdy…
    Pomocy! pomyślał. Nie umiem fantazjować!
    A jednak umiał. W kilka minut później chłopiec już smacznie spał.
    Pogrążony w zadumie, Gard przyglądał się ładnemu profilowi dziecka. Kogo jeszcze mógłby poprosić o pomoc? Nie miał ochoty nawiązywać ponownie kontaktu z tą kobietą, która przyprowadziła małego – jakże ona się nazywała… chyba Sonia. Żeby za jego plecami zdobywać o nim informacje w pracy. Co za bezczelność! Tego rodzaju wojownicze amazonki zawsze przerażały Garda.
    Komisja do spraw opieki nad dzieckiem? Zdaje się, że jest coś takiego? Musi tam koniecznie zadzwonić jutro rano.
    Odezwał się telefon.
    To właśnie była Sonia, która spytała władczym tonem:
    – No, jak tam?
    Gard mocno ścisnął słuchawkę.
    – Chłopiec śpi i czuje się dobrze. Ale…
    – To świetnie – odparła. – Chciałam się tylko upewnić, czy wszystko w porządku.
    Po czym rozległ się trzask odkładanej słuchawki.
    – Halo! – zawołał mężczyzna rozwścieczony, lecz rozmowa się skończyła.
    Uspokoił się dopiero po kilku minutach. Chłopiec kręcił się nerwowo przez sen, mamrocząc błagalnym głosikiem coś, czego Gard i tak nie mógł zrozumieć.
    Włączył telewizor, nie potrafił jednak skoncentrować się na programie. Zaczął więc sprzątać swe przestronne mieszkanie, ponieważ nagle, spojrzawszy na nie zupełnie innymi oczami, spostrzegł, że w tym jego wdzięcznym bałaganie jest więcej kurzu niż ciepła.
    Zmywając w kuchni naczynia z całego tygodnia, ciągle zadawał sobie w duchu to samo pytanie:
    Dlaczego ta Mali Vold posłużyła się akurat jego nazwiskiem?
    Któregoś dnia będzie musiał powiedzieć tej damie parę słów do słuchu!

ROZDZIAŁ IV

    O wpół do szóstej rano Garda obudziły jakieś obce odgłosy. W pierwszej chwili był całkowicie oszołomiony, ale powoli zaczął odzyskiwać przytomność umysłu. Owe nieznajome dźwięki okazały się cichym pochlipywaniem dziecka.
    Sindre!
    Mali Vold i cała ta przeklęta historia!
    W obawie przed zamoczeniem kanapy przez chłopca Mörkmoen wyskoczył wreszcie z łóżka.
    Czy wszystkie dzieci budzą się tak wcześnie?
    Sindre leżał na brzuchu, trzymając w ramionach wytartego pluszowego kota, kiedyś z pewnością puszystego. Szybko odwrócił głowę, gdy Gard, całkowicie już rozbudzony, wszedł do pokoju. Niepewny, nieśmiały uśmiech pojawił się na twarzyczce małego.
    Wieczorna bajka prawdopodobnie pomogła przełamać lody, pomyślał mężczyzna. Biedaczek, można go zadowolić nawet byle jaką historyjką.
    – Chodź – powiedział opiekun oschłym głosem, po czym zaniósł chłopca do łazienki. Zdążyli dosłownie w ostatniej chwili przed ewentualną katastrofą. Gard odetchnął z ulgą: kanapa została uratowana.
    Trzymając malca na rękach, przekonał się, że nie jest on wcale lekki, mimo że wyczuwał palcami każde jego żebro. Sindre był rzeczywiście niemal chudy, łopatki sterczały mu jak malutkie anielskie skrzydła, chociaż ramiona miał szerokie i należał raczej do dzieci o mocnej budowie ciała. Gard przypomniał sobie, że jego bratankowie też byli chudzi, a przecież odżywiano ich należycie. Nie mógł więc oskarżyć tej nieszczęsnej Mali Vold o zaniedbanie.
    Choć chętnie by to uczynił.
    Poza tym ubranie chłopca wyglądało na bardzo znoszone i wyrośnięte. A buty, czy naprawdę nie da się ich doczyścić? Jego matce można by chyba jednak zarzucić to i owo.
    Ponieważ Sindre wyraźnie nie miał ochoty wracać do łóżka, Gardowi nie pozostało nic innego jak ubrać się, a potem ubrać także swojego podopiecznego. Wyszczotkował maleńkie buciki tak solidnie, że wręcz można się było w nich przejrzeć.
    W całej tej sytuacji czuł się do tego stopnia zły i zmęczony zarazem, że wyjmując jedzenie z lodówki zatrzasnął drzwiczki tak energicznie, że aż w środku zadzwoniły butelki.
    Z samego rana pojawił się nowy problem. Ośrodek opieki nad dzieckiem otwierano dopiero o godzinie wpół do dziesiątej, gdy tymczasem on o tej porze powinien znajdować się już daleko poza miastem, zmierzając ku celowi swej dzisiejszej podróży.
    Gard Mörkmoen syknął coś przez zęby.
    Na dodatek Sindre nie chciał nic zjeść na śniadanie. Mężczyzna wcale mu się nie dziwił, bo mógł mu zaproponować co najwyżej kilka suchych kromek chleba i nic ponadto, ponieważ ostatnie krople mleka chłopiec wypił poprzedniego wieczora. Może piwo by się nadało? Szybko jednak odrzucił ten pomysł.
    Gdy znalazł w kartoniku dwa jajka, uznał je za wielki dar losu i od razu szybko je ugotował.
    Sindre jednak odwrócił głowę i nie wziął do ust ani kęsa.
    Gard, zły nie na żarty, zadzwonił znowu do szpitala.
    Mali starała się leżeć spokojnie, bo gdy tylko trochę się poruszyła, szew ciągnął ją, wywołując nieopisany ból. Pozostałym pacjentom podano już śniadanie, ona jednak nie dostała nic do jedzenia. Nic poza tym, co sączyło się do jej żył przez gumowe wężyki połączone ze statywem przy łóżku.
    Lecz ból fizyczny nie miał znaczenia. Znacznie gorszy był niepokój o syna. Sonia prawdopodobnie poleciała już do Anglii, ale wczoraj późnym wieczorem przyszła do niej pielęgniarka z pozdrowieniami i wiadomością, że Sindre czuje się dobrze. Na pytanie Mali odpowiedziała, że dzwonił jakiś mężczyzna.
    Mężczyzna? Mali spytała, kto to. Pielęgniarka nie mogła sobie przypomnieć. Jakiś Mork… Morkmo czy jakoś podobnie.
    Gard Mörkmoen? Choć była słaba, poczuła, że robi jej się gorąco. Co ta Sonia wymyśliła? Mali nie chciała mieć nic wspólnego z Gardem, czy nie dość już ją zranił? Czy Sonia sądzi, że ona teraz będzie czuć się spokojna? Co ona mogła wiedzieć o Gardzie?
    Biedny Sindre… Obcy ludzie tak bardzo go zawsze onieśmielali. Był taki powolny i cichutki. Zawsze narażony na szyderstwo lub zniecierpliwienie innych.
    Lekarz stwierdził z niepokojem, że Mali Vold gwałtownie podniosła się temperatura.
    Gdy z sali wyniesiono już naczynia po śniadaniu, przed jej łóżkiem stanęła siostra, trzymając aparat telefoniczny w ręku.
    – To znowu ten mężczyzna, pyta, co ma zrobić z pani synem, który nie chce w ogóle jeść. Doktor uważa, że byłoby najlepiej, gdyby pani sama porozmawiała z tym panem, może wtedy przestanie się pani niepokoić o dziecko i spadnie gorączka. Bo zdaje się, że jedno wynika z drugiego.
    Siostra wetknęła wtyczkę do gniazdka telefonicznego w ścianie i wcisnęła pacjentce słuchawkę do trzęsącej się ręki.
    – Halo, mówi Mali Vold.
    – Dzień dobry, Gard Mörkmoen. Jest u mnie pani syn. Głos był ostrzejszy i głębszy, niż pamiętała. Nic dziwnego, przecież on na pewno się postarzał.
    – Dzień dobry – odpowiedziała niepewnie i z rezerwą. – Nie miałam zamiaru obciążać pana…
    Przerwał jej natychmiast.
    – Nie znam pani i w ogóle nic nie rozumiem z całej tej idiotycznej historii, ale o tym porozmawiamy innym razem. Teraz chodzi o Sindrego, on nie chce nic jeść.
    Chora, nie pamiętając o swej ranie i bolesnych szwach, westchnęła głęboko.
    – Rozumiem – powiedziała cicho. A po krótkiej pauzie wyjaśniła: – Sindre nigdy nie ma rano apetytu. Robi się głodny dopiero między dziesiątą a jedenastą.
    – Ale o tej porze… – przerwał. – Postawiła mnie pani w trudnej sytuacji – rzekł krótko. – Muszę zaraz wyjechać i nie mam zielonego pojęcia, co zrobić z chłopcem.
    Ponieważ Mali poruszyła się nieopatrznie, mimo woli syknęła z bólu.
    – Bardzo mi przykro, że Sonia w to pana wmieszała. Ale naprawdę sama nie wiem, kto mógłby się zająć synkiem. Może porozmawiam z kuratorem, on będzie dzisiaj o pierwszej.
    – O pierwszej? To za późno – odparł zniecierpliwiony mężczyzna. – Muszę coś z nim zrobić już teraz, w ciągu najbliższej pół godziny.
    Mali była tak zmęczona, nieopisanie zmęczona. Czuła, że jest bliska płaczu.
    – Nie wiem – powtórzyła bezradnie.
    Gard prawdopodobnie domyślił się, że w tej chwili jego rozmówczyni nie jest w stanie stawić czoło problemowi.
    – No, dobrze – zakończył nieoczekiwanie stanowczo. – Może dzisiaj wezmę go ze sobą. A jutro zobaczymy.
    – Dziękuję! – szepnęła Mali. – Jak on się czuje? Czy często płacze?
    – Nie. Może chce pani z nim porozmawiać?
    Twarz chorej rozpromieniła się bardzo, a jej głos od razu zabrzmiał inaczej.
    – Oj tak, bardzo.
    Mężczyzna przywoływał Sindrego do telefonu. Po chwili usłyszała w słuchawce ciężki oddech.
    – Dzień dobry, Sindre, to ja, mama. Czy dobrze się czujesz?
    Oddech stał się żywszy, był w nim chyba także cień uśmiechu.
    – Już niedługo wrócę do domu, wiesz? Będziesz grzeczny do tej pory, prawda? I słuchaj tego pana, dobrze?
    Ponieważ nie otrzymała żadnej odpowiedzi, kontynuowała:
    – Może już niedługo będziesz mógł mnie odwiedzić. A kiedy wrócę do domu, od razu wybierzemy się do miasta i kupimy ci coś naprawdę ładnego.
    W słuchawce odezwał się znowu głos mężczyzny.
    – Mały cały czas potakuje głową, ale pewnie pani tego nie słyszy.
    Mali uśmiechnęła się nieznacznie.
    – Niech pan będzie tak dobry i zadzwoni, gdyby coś było nie tak! I proszę nie denerwować się na niego, jeśli będzie trochę powolny. Dziękuję za pomoc!
    – Nie ma za co – odparł Gard obojętnym tonem. – Przecież ktoś musi się nim zająć. Do widzenia.
    Jaki chłód! Co za obcość! A to przecież ten sam Gard, który kiedyś był tak szczęśliwy i ciepły i patrzył na nią oczami przepełnionymi miłością. Gard Mörkmoen…
    Ile to już czasu upłynęło od tamtej pory! Mali tak skutecznie wyparła całą tę historię z pamięci, że przed chwilą nie rozpoznała nawet jego głosu.
    Przymknęła oczy. Jesień, ta radosna jesień, kiedy po raz pierwszy w swym życiu prawdziwie się zakochała – w fantastycznym Gardzie o wiecznie śmiejącej się twarzy, olśniewająco białych zębach i błyszczących oczach. Wymykała się z domu na spotkania z nim. Przekonująco i z żarem szeptał jej do ucha miłe słowa, a ona, młoda i głupia, nie miała siły, by mu się oprzeć. Sądziła bowiem, że ich miłość będzie wieczna. Bo jeśli ona nie przetrwa, to nie przetrwa nic na tym świecie. Mali tak mocno go kochała.
    A potem nastąpił gorzki koniec. Zimny prysznic. Doskonale pamięta jego oczy unikające jej spojrzenia.
    I zniknął.
    Na szczęście zdołała o wszystkim zapomnieć. Sindre należy tylko do niej. Tymczasem Sonia swoim samowolnym zachowaniem rozdrapała na nowo wszystkie rany. Glos Garda był lodowato zimny, obcy. Nie ulegało wątpliwości, że nie chce mieć nic wspólnego z Mali, a także ze swym małym synkiem.
    Kobieta zmusiła się, by zacząć myśleć o czymś innym. Przecież nie mogła się rozpłakać, teraz, z tymi szwami na brzuchu. Najmniejsze westchnięcie wywoływało bóle nie do zniesienia.
    Och, Gard, po co wmieszałeś się znowu w moje życie, i to właśnie w tym momencie? Kiedy wszystkie rany były już zagojone. Przynajmniej tak się Mali zdawało.
    Jednakże ta wielka rana w duszy bolała nadal. Może już nie tak dotkliwie jak przed trzema laty, lecz wciąż przypominała o dojmującym wstydzie i upokorzeniu, których doznała, a także o poczuciu beznadziejności, w jakim się pogrążyła.

ROZDZIAŁ V

    Gard i chłopiec byli gotowi, by ruszyć w drogę. Ledwie wyszli na ulicę, od razu zaczepiła ich jakaś kobieta w średnim wieku.
    – Co za słodka dziewuszka!
    – To chłopiec – odparł oschle Gard.
    – Niemożliwe! To naprawdę rozrzutność natury, żeby chłopca obdarzać takim słodkim wyglądem, nie uważa pan?
    – Mnie jest wszystko jedno – powiedział Mörkmoen, ciągnąc za sobą małego.
    Sindre słodki? Podobny do dziewczynki? Co prawda ani przez chwilę nie wydał mu się ładny, musiał jednak przyznać, że im dłużej z nim przebywał, tym bardziej ten berbeć zyskiwał w jego oczach. W rysach chłopca było rzeczywiście coś ulotnie delikatnego, uroku dodawał mu z pewnością także ledwie zauważalny melancholijny, a czasami spłoszony uśmiech, skupione oczy o badawczym spojrzeniu i rozbrajająca bezradność. Wprawdzie jego kręcone włosy istotnie mogłyby być krótsze, ale mimo to dziecko o tak mocnej budowie nie powinno raczej nikomu kojarzyć się z dziewczynką.
    Te kobiety!
    Sindre, gdy tylko zobaczył jaskrawoczerwone sportowe auto Garda, od razu śmiertelnie się w nim zakochał. Zachwycony, wdrapał się natychmiast na tylne siedzenie i stanął za plecami kierowcy.
    Po kilku minutach jazdy i nieustannym zatrzymywaniu samochodu, by podnieść chłopca z podłogi i znowu posadzić na miejsce, stało się jasne, że trzeba temu jakoś zaradzić. Z ciężkim sercem Mörkmoen podjechał do sklepu i, chcąc nie chcąc, kupił drogi fotelik samochodowy. Uważał, że to wyrzucone pieniądze.
    Lecz Sindre siedział teraz bezpiecznie.
    Nietrudno było się domyślić, że dotychczas chłopiec nieczęsto jeździł autem. Śmiał się rozbawiony, gdy droga szybko uciekała im spod kół i gdy wreszcie znaleźli się poza miastem.
    Gard, zacisnąwszy zęby, w ogóle się nie odzywał. Sytuacja bowiem wcale nie należała do zabawnych. Musiał przecież porozmawiać z inżynierami, przyjąć i skontrolować wykonane prace, zejść także pod wodę, a poza tym snuł również plany dotyczące tej nowo poznanej dziewczyny. Miała na imię Anita i wydawała się warta zachodu. Tymczasem on pojawi się przed nią z małym dzieckiem! Akurat dzisiaj jest mu ono potrzebne jak piąte koło u wozu!
    Przeklinał tę niewinną istotkę za swymi plecami zrzucając całą odpowiedzialność za własne kłopoty właśnie na nią.
    Na tylnym siedzeniu zrobiło się podejrzanie cicho. Gdy Gard zerknął w lusterko, powieki małego uniosły się ku górze i zaraz ciężko opadły z powrotem: Sindre zasnął z głową przekrzywioną na bok i kotem dyndającym w coraz bardziej bezwładnej rączce.
    Chwała Bogu, pomyślał Mörkmoen. Oby spał jak najdłużej.
    Lecz dziecko, jak wiadomo, śpi tylko, dopóki samochód jest w ruchu, i otwiera oczy natychmiast, kiedy kierowca się zatrzymuje, choćby najbardziej delikatnie. Podobnie było z Sindrem.
    Rozejrzawszy się wkoło i stwierdziwszy, że otoczenie za szybą jest co prawda zupełnie mu nie znane, lecz Gard i ten cudowny pojazd stanowią wystarczająco pewny punkt oparcia, chłopiec uśmiechnął się nieśmiało do swojego opiekuna, gdy ten pomagał mu wyjść z auta na chodnik obcego miasta. Zaraz jednak pociągnął go nerwowo za rękaw i wskazał ponownie na samochód.
    – Nie, nie możesz w nim zostać. Musimy wejść do tego budynku – powiedział Gard. – O Boże, znowu ten nieszczęsny kot!
    Mężczyzna podniósł z podłogi wybrudzonego zwierzaka. I chociaż w ogóle nie miał pojęcia o chowaniu dzieci, doskonale rozumiał, że ta wytarta maskotka stanowi dla chłopca więź z jego powszednim życiem, gwarancję bezpieczeństwa, której nie należało go pozbawiać.
    Skończyło się wreszcie tym, że Gard Mörkmoen – z respektem nazywany przez młodych chłopców z elektrowni twardzielem – wkroczył do wielkiego gmachu, wlokąc za sobą małego brzdąca, który na dodatek przyciskał do siebie brudnego i wytartego kota. Trochę rozczarowany zauważył także, że buciki chłopca znowu wyglądały na równie zniszczone i zdarte jak przed wyszczotkowaniem.
    Na wszelki wypadek wstąpili na chwilę do pomieszczenia z napisem „Panowie”. Zdaje się, że Sindre nie był przyzwyczajony do sygnalizowania swych potrzeb w tym względzie.
    Zresztą on w ogóle nic nie mówił.
    Młode kobiety przemykające szybko po korytarzach biurowca wykorzystywały małego jako znakomity pretekst do zawarcia znajomości z powszechnie podziwianym Gardem Mörkmoenem. Dlatego też obaj mieli niemałe trudności z dotarciem na czas do szefa. Sindrego głaskano po głowie i częstowano czekoladą, a także zagadywano i zabawiano, kierując przy tym raz po raz zachęcające spojrzenia ku jego opiekunowi. Ponieważ chłopiec był nieśmiały i krył nos w nogawce spodni mężczyzny, ten każdej podchodzącej ku nim dziewczynie powtarzał tę samą piosenkę: „To mój siostrzeniec. Jego matka jest w szpitalu”. Najchętniej przecisnąłby się przez ten tłum oblegających ich kobiet i po prostu zniknął. Musiał się jednak opanować.
    Gdy dotarł do celu i już chyba po raz dwudziesty wymamrotał pod nosem: „To mój siostrzeniec…”, okazało się, że znowu musi wysłuchać pieszczotliwego szczebiotania – tym razem w wykonaniu szefa. Wreszcie mogli przystąpić do rozmowy.
    Chodziło o uszkodzenie linii przesyłowej. Podejrzewano, że nastąpiło pęknięcie kabla na dnie. Sindre stał cały czas obok Garda z dłońmi opartymi na jego kolanach i przyglądał się w milczeniu dojrzałemu mężczyźnie w dyrektorskim fotelu. A gdy w towarzystwie inżynierów i techników zmierzali potem ku tamie, Mörkmoen czuł w swej dłoni ściskającą go kurczowo rączkę – spoconą i umazaną czekoladą, ale przede wszystkim lekko drżącą ze strachu.
    Kiedy naradzali się gorączkowo, próbując ustalić, gdzie Gard powinien szukać usterki, nadeszła Anita. Była ciemnowłosa i wyjątkowo zgrabna, pogodna i żywa, należało więc przypuszczać, że ma niemałe powodzenie. Jednakże on wiedział, że zaskarbienie sobie jej względów przyjdzie mu łatwo, albowiem na pierwszy rzut oka było widać, że ta atrakcyjna kobieta nie wyklucza niewielkiego romansu z nim. Dlaczego więc miałby się opierać?
    – Słyszałam, że jest pan dzisiaj ze swoim siostrzeńcem.
    Dzięki Bogu, nie musiał po raz setny powtarzać tych samych wyjaśnień.
    – Jaki on milutki! Jak ci na imię, kolego?
    – Nazywa się Sindre – odparł szybko opiekun, gdy zawstydzony chłopiec znowu ukrył twarz w nogawce jego spodni, które zrobiły się już brudne na kolanach.
    – Sindre? Jakie śmieszne imię! Trochę staroświeckie, prawda?
    Gard, który kojarzył je już wyłącznie z chłopcem, uśmiechnął się tylko sztucznie, Anita zaś mówiła dalej:
    – Ale pasuje do niego. Jak długo będzie się pan nim zajmować?
    – Gard! – zawołał dyrektor, uniemożliwiając mu odpowiedz. – Myślę, że powinien pan zejść w tym miejscu…
    Mężczyzna zwrócił się do chłopca:
    – Bądź grzeczny i zostań tu z Anitą. Ja muszę teraz trochę ponurkować.
    Oczy Sindrego zrobiły się ogromne ze strachu, a ręce znowu chwyciły się spodni.
    – Musisz mnie słuchać. Nie możesz iść ze mną, bo to niebezpieczne. Niedługo wrócę.
    Sindre nie dawał jednak się przekonać. Mörkmoen wyprostował się i zwrócił do Anity:
    – Niech pani będzie tak dobra, zabierze go na stołówkę i da mu może coś dobrego do jedzenia.
    – Ale ja za dziesięć minut powinnam wrócić do swoich zajęć.
    – Niech pani spróbuje się zwolnić, bardzo proszę. Przecież nie mogę zabrać go ze sobą.
    Dziewczyna skinęła głową. Nie chciała zaprzepaścić szansy, jaka właśnie jej się nadarzyła. Doskonale wiedziała, że wszystkie młode kobiety polowały na tego zagadkowego Garda Mörkmoena. Jaki on przystojny, a do tego jeszcze ma taki niezwykły i niebezpieczny zawód. To grzech nie skorzystać z nasuwającej się sposobności.
    Sindre przypiął się na dobre do Garda, który stawał się coraz bardziej rozdrażniony. Dopiero gdy kobieta obiecała chłopcu ogromną porcję lodów, zwolnił uścisk i przestał się upierać. Jednakże przez cały czas szedł tyłem, by móc jak najdłużej widzieć swego opiekuna.
    Mörkmoen założył kostium nurka i zanurzył się pod wodę. Tymczasem Anita siedziała ze swym podopiecznym w stołówce i nudziła się, nie umiejąc nawiązać kontaktu z bardzo powściągliwym dzieckiem, zajętym jedzeniem lodów.
    Wreszcie zaproponowała:
    – Chodź, wyjdziemy na taras i popatrzymy, co robi Gard.
    Chłopiec nie kazał na siebie czekać. Zsunął się natychmiast z krzesła i ochoczo podreptał za nią.
    Wyszli na zewnątrz akurat w tym momencie, gdy Mörkmoen, niczym jakieś monstrum z kosmosu, wynurzał się z wody. Anita, wziąwszy małego na ręce, poczuła, jak Sindre wprost kamienieje z przerażenia.
    – To nic groźnego, to tylko Gard.
    On jednak w ogóle jej nie słuchał. Przerażony, krzyknąwszy rozpaczliwie, wyrwał się z jej ramion i wbiegł do budynku. Kobieta ruszyła za nim i natychmiast go dogoniła; jego obłąkańczy wrzask słychać było w całej okolicy. Szybko objęła chłopca, starając się go utrzymać, co wcale nie było łatwe, ponieważ mały wił się niczym wąż.
    Nikt się nie spodziewał, że taka nieduża istotka może mieć aż tak silny głos!
    Ale nikt też nie wiedział, że Sindre zobaczył postać ze swych koszmarów, trolla, który zjawił się, żeby go zabrać.

ROZDZIAŁ VI

    Gard, przebierając się w swoje ubranie, słyszał płacz i krzyk dziecka, wbijający się w uszy niczym ostrze oszczepu. Przeklęty chłopak, co znowu się stało?
    Brak poczucia bezpieczeństwa – oto co go dręczy, pomyślał mężczyzna, biegnąc przez gmach w kierunku, skąd dochodził ów wrzask. Może jego opóźnienie w rozwoju też ma w tym swą przyczynę? Co za kobieta z tej Mali Vold, że nie potrafi zapewnić własnemu synowi poczucia bezpieczeństwa? Może to jedna z tych, które wieczorami krążą po ulicach, a dzieci zostawiają same w domu?
    Co prawda rozmawiając z nią przez telefon nie odniósł takiego wrażenia. Mówiła głosem słabym i przygaszonym chorobą, ale jednocześnie miękkim i dość delikatnym. Lecz, oczywiście, to jeszcze nic nie znaczy. Są przecież różne kategorie prostytutek.
    Gard stawał się coraz bardziej wrogo nastawiony do matki chłopca.
    W pustej stołówce natknął się na pluszowego kota, podeptanego przez wiele stóp. Podniósł go z podłogi i wyczyścił. Sindre siedział w kuchni, której pracownicy na próżno starali się go uspokoić i pocieszyć. Anita poddała się i wróciła do własnych zajęć. Była bardzo zła, relacjonowała kucharka.
    Zakłopotany Gard od razu zauważył opuchniętą od płaczu twarz chłopca i oczy wyrażające panikę. Wziął go szybko na ręce, choć mały chyba w ogóle nie zdawał sobie sprawy, co się wokół niego dzieje. Urywany szloch dogasał, cały organizm Sindrego był wyraźnie wyczerpany krzykiem.
    Mężczyznę ścisnęło coś za gardło, gdy poczuł na swym policzku gorący i wilgotny policzek dziecka, a na swojej szyi jego bezsilne ramionka. To drobniutkie ciałko nadal jeszcze dygotało.
    – Anita mówiła, że on przestraszył się nurka – wyjaśniła kucharka.
    – Przecież go chyba nie widział? – zdziwił się Gard.
    – Anita wyszła z nim na taras.
    – Dlaczego ona to zrobiła?! – wykrzyknął mężczyzna. – posłuchaj, Sindre, to byłem tylko ja, rozumiesz?
    Raz po raz bąkał jakieś słowa pocieszenia, nie wierząc jednak, że pomogą, głaskał chłopca po mokrych od potu włosach, kipiąc z wściekłości na wszystkie kobiety będące przyczyną tej sytuacji: na matkę Sindrego, tę ksantypę Sonię, a także na Anitę, która okazała się bardzo lekkomyślna.
    Lecz może nie ma racji i jest niesprawiedliwy. Przecież niemal każdy mały chłopiec byłby zachwycony, jeśli mógłby obserwować płetwonurka w akcji.
    Ale widocznie nie Sindre.
    Mimo to Gard potrafił go do pewnego stopnia zrozumieć. To małe dziecko, znajdujące się tak daleko od domu i bliskich, stanęło nagle na tarasie z całkowicie obcą mu kobietą i ujrzało stamtąd Garda, jego jedyny punkt oparcia, znikającego pod wodą.
    Mężczyzna podziękował za pomoc i z chłopcem na rękach szedł długim korytarzem, kierując się prosto do samochodu i nie mówiąc nikomu do widzenia.
    – Jedziemy do domu, Sindre. Wieczorem porozmawiam sobie trochę z twoją mamą!
    Miał nadzieję, że chłopiec nie wyczuł zjadliwego tonu w jego głosie.
    Popsułeś mi miły wieczór, mój mały, pomyślał w duchu. Już tak dawno nie umówiłem się z żadną kobietą – tak dawno, że niemal zapomniałem, jak to jest. A tu pojawiła się taka okazja. To naprawdę niemałe poświęcenie z mojej strony!
    Ale przecież Anitę może zdobyć zawsze, kiedy tylko zechce, tego był pewien. Jednakże ta młoda kobieta zachowała się tak bardzo nieodpowiedzialnie, że obraz zalanej łzami twarzyczki Sindrego zawsze już będzie stać między nimi.
    Gard, nim ruszył, przez chwilę siedział nieruchomo za kierownicą. Zrozumiał, że raczej nie uda mu się zmusić chłopca, by przeszedł do tyłu. Mały siedział bowiem mocno przytulony do swojego opiekuna i nie miał zamiaru zmienić miejsca.
    Mörkmoen pokręcił głową z niedowierzaniem. Jeśli to dziecko szuka pocieszenia właśnie u niego i jest zdolne przywiązać się do tak gburowatego i niesympatycznego starego kawalera jak on, to jak bardzo musi być spragnione oparcia w kimś bliskim!
    Co za kłopotliwy brzdąc! pomyślał. Jeśli kiedyś będę miał syna, na pewno nie będzie taki jak Sindre. Wychowam go tak, żeby potrafił znieść wszystko. Będzie dzielnym małym chłopcem, nie takim mazgajem jak ten, co to boi się własnego cienia i nie potrafi nawet mówić.
    Ale po co mu dzieci?! Przecież wcale nie chce ich mieć! I nie zamierza się żenić. Bardzo mu odpowiada kawalerskie życie. Może do woli przebierać w kobietach i porzucać je wtedy, kiedy na to ma ochotę.
    Ale czy rzeczywiście interesował się nimi? Niezwykle rzadko znajdował na to czas. Źródło największej radości stanowiła dla niego praca.
    Sindre ciągle jeszcze nie mógł się uspokoić. Jego małym ciałkiem nadal wstrząsały raz po raz spazmatyczne westchnienia. Gard łagodnym głosem i bez cienia zniecierpliwienia zaczął mówić jakby sam do siebie.
    – Ta mała dźwigienka tutaj służy do uruchamiania wycieraczek…
    Chłopiec rozpogodził się nieco, gdy ruszyli, jednakże nadal wisiał uczepiony ramienia opiekuna.
    – A tu jest klakson, ale nie mam odwagi go przycisnąć, żebyś nie podskoczył ze strachu pod sufit.
    Westchnienia na chwilę umilkły.
    – A ten klawisz, tutaj, uruchamia wszystkie cztery reflektory naraz. Mrugają na zmianę, żeby ostrzec inne samochody, rozumiesz?
    Oddech dał się słyszeć znowu, lecz tym razem był już znacznie spokojniejszy. Mały zerknął ukradkiem na deskę rozdzielczą.
    – Chcesz spróbować? To są wycieraczki.
    Pełna nabożeństwa cisza. Wreszcie Sindre ostrożnie wyciągnął palec wskazujący.
    – Przyciśnij!
    Gdy nagle zaczęły pracować wycieraczki, drobne ciałko drgnęło.
    – A tu wyłączasz. Właśnie tak. Tutaj masz światła.
    Po tej zachęcie dłoń zrobiła się odważniejsza. Tykanie wskazujące, że wszystkie cztery światła są włączone jednocześnie, fascynowało go najbardziej.
    – Może jednak wypróbujemy i klakson? Tutaj…
    Sindre podskoczył jak oparzony.
    Pewnie wszystko zepsułem, pomyślał Gard, spodziewając się, że zaraz rozlegnie się dziki wrzask, tymczasem mały odwrócił się w jego stronę z błogim uśmiechem na twarzy.
    – No, chcesz trochę pokierować? Spróbuj, aż do tego słupa przy drodze.
    Sindre nie dał się długo prosić. Jego opiekun, trzymając dyskretnie, prawie niezauważalnie rękę na kierownicy, jechał bardzo powoli. Zaciśnięte mocno na kole drobne paluszki świadczyły o napięciu, jakie wciąż jeszcze nie opuściło chłopca.
    Po pewnym czasie brzdąc pozwolił się wreszcie przenieść na tylne siedzenie. Gdy wziął swego kota w objęcia, mogli ruszyć z powrotem do domu.

ROZDZIAŁ VII

    Pielęgniarka oznajmiła Mali, że znowu dzwonił Gard Mörkmoen i chce spotkać się z nią dziś wieczorem. Lekarz, mimo wątpliwości, wyraził zgodę na wizytę. Gość przyjdzie o godzinie siódmej.
    Mali bardzo się zdenerwowała.
    – Siostro, to będzie wyjątkowo trudna rozmowa. Przecież ja nie mogę tutaj… wśród tych wszystkich ludzi…
    Pielęgniarka wykazała pełne zrozumienie.
    – Znajdziemy jakiś wolny pokój.
    – Dziękuję! Czy mówił coś o małym?
    – Wszystko jest w porządku.
    Tuż przed siódmą przetoczono łóżko pacjentki, ze wszystkimi przewodami i statywem, do niewielkiej salki, wykorzystywanej prawdopodobnie do specjalnych badań. Mali była tak zdenerwowana, że trzęsły się jej ręce. Raz po raz zerkała w lusterko – jedynie po to, by skonstatować, że wygląda okropnie: jest trupio blada i ma podkrążone oczy. Bardzo zawiodła się na Gardzie i dziś nic już do niego nie czuje, ale przecież kiedyś był jej jedyną wielką miłością. I oto teraz miała spotkać go znowu. To naprawdę trudna chwila.
    Ktoś zapukał do drzwi i nacisnął klamkę. Kobieta zamarła. Mörkmoen z całą stanowczością dał jej do zrozumienia przez telefon, że nie uznaje dziecka.
    Do środka wszedł wysoki, postawny mężczyzna o ciemnoblond włosach, z wyrazem wrogości w skądinąd pociągającej twarzy.
    Mali westchnęła.
    – To on nawet nie mógł przyjść sam?
    – Kto? – głos nieznajomego był odpychająco ostry.
    – Gard Mörkmoen. Musiał posłużyć się kimś obcym?
    – To ja jestem Gard Mörkmoen.
    Przyjrzawszy mu się uważniej, Mali przymknęła oczy.
    – To nie pora i nie miejsce na głupie żarty. Chyba wiem, jak wygląda Gard.
    – Mam pokazać pani swój dowód?
    Mężczyzna patrzył z góry na kobietę leżącą w łóżku w otoczeniu tych wszystkich okropnych urządzeń i aparatów. Jaka ona młoda, to właściwie jeszcze dziewczyna. I robi wrażenie zupełnie bezradnej. Otwarta twarz o bardzo ładnych i regularnych rysach. Jasna cera, wysokie czoło i dziecięco szczere oczy. Lekko rudawe miękkie włosy obcięte na krótko. Dłonie skubały nerwowo brzeg kołdry.
    – Nie rozumiem – powiedziała Mali z wyraźnym zmęczeniem. – Czy to u pana jest Sindre?
    – Tak, u mnie. Siedzi tu, na korytarzu, i ma nadzieję, że panią zobaczy.
    Kobieta przetarła oczy.
    – Nie rozumiem! – powtórzyła. – Dwie osoby o identycznym imieniu i nazwisku?
    – Nasza rodzina jest bardzo mała. Mogę panią zapewnić, że jestem jedynym mężczyzną w kraju o tym imieniu i nazwisku.
    – Ale… ojciec Sindrego nazywał się właśnie Gard Mörkmoen. Tyle że wyglądał zupełnie inaczej niż pan.
    Gard zauważył, że jego rozmówczyni jest bliska płaczu.
    – Dajmy temu na razie spokój! – rzucił szybko. – Sindre czeka…
    Nim zdążył skończyć, za drzwiami rozległo się ciche szuranie i ktoś poruszył klamką.
    Oczy Mali zmieniły się nie do poznania.
    – Proszę, proszę!
    Mörkmoen wiedział, że chłopcu bardzo dobrze zrobi spotkanie z matką. Dlatego, nie zważając na szpitalny regulamin, wprowadził go do środka.
    Mały, świadom przestępstwa, wślizgnął się nieśmiało do salki, lecz gdy zobaczył matkę, rzucił się ku niej i przywarł policzkiem do poduszki.
    Gard nie mógł nie zauważyć, jak oczy kobiety natychmiast rozbłysły, a na twarzy pojawił się ciepły uśmiech.
    – Dzień dobry, Sindre! – wyszeptała, kładąc mu rękę na ramieniu. – Jak to dobrze, że przyszedłeś. Czy wszystko w porządku?
    Chłopiec kiwnął energicznie głową.
    – Muszę tu jeszcze trochę zostać – wyjaśniła. – Ale każdego dnia o tobie myślę i już niedługo wrócę do domu.
    Podniosła oczy na mężczyznę.
    – Jest mi naprawdę przykro – powiedziała cicho. – Moja sąsiadka Sonia popełniła straszny błąd. Przecież ona dobrze wie, że nie chcę mieć żadnych kontaktów z Gardem, a mimo to próbowała go odszukać. I to z jakim skutkiem!
    – Tak, to nie było najmądrzejsze. Czy znalazła już pani kogoś, kto mógłby zająć się chłopcem?
    – Nie, jeszcze nie. Może kurator coś wymyśli, ale to nie jest pewne.
    Mali wyglądała na skrajnie wyczerpaną, wręcz bliską płaczu.
    – Czy mały nie sprawia panu kłopotów? – spytała.
    – Sindre to grzeczny chłopiec. Jeśli nawet coś było nie tak, to nie jego wina.
    – Dziękuję panu! – wyszeptała.
    Gard spojrzał nagle na całą sytuację z punktu widzenia tej kobiety. Jakie niewyobrażalne wręcz kłopoty ma matka samotnie wychowująca dziecko, a kiedy sama zachoruje, jak wielkim dodatkowym obciążeniem staje się niepokój o dziecko.
    Sindre, wdrapawszy się na krzesło, wyjrzał przez okno.
    – Mamo, popatrz! Tam stoi samochód taty!
    Te pierwsze słowa, jakie Gard usłyszał z ust chłopca, nie sprawiły mu bynajmniej przyjemności.
    – Jest mi naprawdę przykro – bąknęła strapiona Mali.
    – To nie pani wina – odrzekł krótko mężczyzna. – Niestety, mały przywiązał się do mnie, choć starałem się temu przeszkodzić.
    – Pewnie był pan dla niego miły – powiedziała w zadumie. – Sindre wcale nie lgnie do obcych, najczęściej się ich boi.
    Ja, miły? pomyślał Gard zaskoczony. Przecież ciągle na niego fukałem i traktowałem go jak piąte koło u wozu. „Miły” to raczej ostatnie określenie, jakie można by odnieść do mojej osoby.
    – No właśnie, dlaczego on tak bardzo boi się ludzi? – spytał, nie kryjąc zdziwienia. – Poza tym jest taki zamknięty w sobie i… jakby tu powiedzieć… ociężały. Nie przychodzi mi do głowy żadne lepsze słowo.
    – Nie wiem – odparła matka. – Wcześniej nie był taki. Zmienił się kilka miesięcy temu.
    – Chyba brak mu poczucia bezpieczeństwa.
    W głosie Garda dał się wyczuć lekko oskarżycielski ton.
    – To prawda – przyznała Mali. Była tak zmęczona, że niemal zamykały jej się oczy. – Bardzo mnie to martwi, bo jak tylko umiałam, starałam się mu je zapewnić. Zdaje się, że to wszystko wina przedszkola. Podobno jakieś dziewczynki z grupy sześciolatków drażnią się z nim, naśmiewając się, że on nie ma ojca, że niewiele mówi i jest taki powolny. Bawią się, poszturchując go bez przerwy. Robią to bezkarnie, bo wiedzą, że on i tak nie zdąży się obronić.
    Gard aż zadygotał.
    – To nie może pani poszukać innego przedszkola?
    – To wcale nie takie proste, wszędzie brak miejsc.
    – A czy nie byłoby lepiej, gdyby została pani z nim w domu?
    Kobieta tylko westchnęła.
    – Przepraszam, to było rzeczywiście głupie pytanie – przyznał Gard, gdy dotarło do niego, co powiedział.
    Mali powoli zaczęła tłumaczyć:
    – Powolny był zawsze, taki ma po prostu temperament i nie wolno zmieniać go za wszelką cenę. Bo wtedy mógłby zacząć stawiać opór albo zrobiłby się nerwowy. Natomiast brak poczucia bezpieczeństwa i to, że on wcale nie chce mówić, to coś zupełnie nowego. Po raz pierwszy zaobserwowałam to wiosną. Sindre zrobił się wtedy bardzo lękliwy i trudny. Ale myślałam, że to przejściowe i szybko minie.
    – Dzisiaj też bardzo się przeraził, ale to moja wina – przyzna! Gard. – Ponieważ nurkowałem, musiałem na parę minut zostawić go z kimś innym. Chyba przestraszył się kombinezonu nurka.
    – Naprawdę? – spytała Mali. – Ma pan rację, teraz, kiedy pan to mówił uzmysłowiłam sobie, że on rzeczywiście boi się nurków. Wyglądacie bardzo groteskowo w tych strojach.
    – Możliwe – odpowiedział Gard z wymuszonym uśmiechem.
    Popatrzył na kobietę niezdecydowanie i wreszcie rzekł:
    – To naprawdę niedobrze, że ten malec tak przywiązał się do mnie, bo tym trudniejsze będzie dla niego rozstanie. Jutro mogę jeszcze wziąć wolne…
    – Nie, nie, już dosyć pan dla niego zrobił.
    – Ale potem koniec – kontynuował Gard, jakby nie słyszał jej słów. – Przecież on nie może myśleć, że jestem jego… ojcem.
    Ostatnie słowo wypowiedział bardzo cicho, żeby nie usłyszał go chłopiec. Takie niebezpieczeństwo jednak nie istniało, ponieważ Sindre był całkowicie pochłonięty obserwowaniem samochodów za oknem i nie słyszał ani jednego słowa z ich rozmowy.
    Mali zaczerwieniła się trochę.
    – Oczywiście, to całkiem jasne. Myślę, że kurator coś jednak załatwi, poza tym Sindre może pójść jutro do przedszkola.
    – Nie – stanowczo zaprotestował Gard. – Nie, tam na pewno nie pójdzie!
    Mali zrozumiała, że przypadkowy opiekun jej syna bardzo się przejął złośliwościami starszych koleżanek. Zrobiło jej się cieplej na sercu.
    Tymczasem mały opuścił swe stanowisko w oknie i próbował wdrapać się na łóżko. Gdy mu na to nie pozwolono, zaczaj bliżej badać statyw, ale uniemożliwiono mu również to.
    – Nie wiem, jak mam panu dziękować – wyszeptała Mali. – Tak dużo pan dla mnie zrobił…
    Gard skwitował jej słowa niecierpliwym gestem.
    – Muszę panią za coś przeprosić. Początkowo uważałem panią za złą matkę. Niestety, niewiele wiem o sytuacji samotnych matek. Jak pani z pewnością się orientuje, istnieje powszechna opinia, że w dzisiejszych czasach one wszystko otrzymują podane na tacy. Dodatek na dziecko, żłobek i wszelkiego rodzaju świadczenia socjalne. Lecz jednocześnie zapominamy o stronie czysto ludzkiej. Tu nie da się niczego załatwić za pomocą paru dodatkowych banknotów.
    Kobieta pokiwała głową. Miała zamknięte oczy i obejmowała Sindrego, który znowu usiłował wspiąć się do niej na łóżko.
    Gard wziął chłopca na ręce.
    – No, musimy już iść, zanim któraś z sióstr go tu odkryje i dostanie ataku serca z przerażenia.
    Mali otworzyła oczy.
    – Niech pan będzie tak dobry i przyjdzie znowu jutro.
    Mężczyzna doskonale rozumiał, ile dla niej znaczy kontakt z dzieckiem i przekonanie się na własne oczy, że nie dzieje mu się nic złego.
    – Obiecuję. Ale pewnie nie uda nam się wcześniej niż wieczorem. Zamierzam wyjść z nim jutro do miasta i pokazać mu coś wesołego.
    – Wspaniale! – uśmiechnęła się Mali. – On sypia w dzień około drugiej.
    – Najlepszy środek usypiający dla niego to jazda samochodem.
    – To musiało być ogromne przeżycie. Nigdy dotąd nie jechał samochodem, nie licząc taksówki, ale to nie to samo. Do widzenia, Sindre!
    Słowo „samochód” powstrzymało wielkie łzy na pożegnanie. Sindre, wciąż niesiony przez Garda, pomachał wesoło matce.
    Wyszli nie zauważeni przez srogie siostry.
    Mali leżała nieruchomo, pogrążona w zadumie. Nie ocknęła się nawet wtedy, gdy przewieziono ją z powrotem do dużej sali.
    Czuła się oszołomiona. Gdyby była zdrowa, być może śmiałaby się nawet z tego, że Sindre oskarża Bogu ducha winnego człowieka o to, że on jest jego ojcem. Znajdując się jednak w tym stanie, nie potrafiła bawić się groteskowym charakterem tej sytuacji.
    Gard, ten jej Gard, tak bardzo różnił się od mężczyzny poznanego przed chwilą. Był rozbrajająco lekkomyślny i tak czarujący, że Mali, młoda i niedoświadczona, bez trudu dała się wziąć szturmem.
    Gard Mörkmoen, ten, który był u niej niedawno, troszkę ją przestraszył. To dojrzały mężczyzna o poważnej twarzy i z wyrazem wrogości w oczach. Może to jednak nie wrogość. Chyba raczej dystans.
    Ale jak, u licha, mogło dojść do tej przedziwnej zamiany nazwisk?
    Mali czuła się zbyt wyczerpana, by móc teraz zastanawiać się nad tą zagadką.
    Lecz, jak się okazuje, ów obcy człowiek jest mimo wszystko miły dla Sindrego. I zdobył serce chłopca.
    Niestety…
    Wprawdzie nie wygląda tak zniewalająco jak jej Gard, ale ma za to w sobie coś nieodparcie przyciągającego, czego nie daje się jednak zauważyć na pierwszy rzut oka. Na pozór twardy mężczyzna.
    Mali nie miała obaw przed pozostawieniem syna pod jego opieką.
    Nieoczekiwanie zauważyła, że jej myśli nieustannie krążą wokół nieznajomego i tego osobliwego spotkania.
    Miała nadzieję, że kurator znajdzie rozwiązanie tej kłopotliwej sytuacji.

ROZDZIAŁ VIII

    Sindre miał wspaniały dzień.
    Gard właściwie także, choć nie potrafił jeszcze tego dostrzec.
    Niezbyt późnym popołudniem doszło między nimi do niewielkiej sprzeczki. Opiekun zaproponował, aby poszli przez las nad morze, niedaleko ulicy, na której Sindre mieszkał.
    Okazało się jednak, że chłopiec w żadnym wypadku nie chce tam iść.
    – Nie wolno mi! – wyjaśnił, do głębi poruszony.
    – Ale przecież nie pójdziesz tam sam, tylko ze mną – przekonywał mężczyzna.
    – Nie! Nie chcę! To niebezpieczne!
    Mörkmoen ustąpił. Jeśli matka zabroniła chłopcu tam chodzić, to on nie zamierzał bynajmniej nakłaniać go do łamania zakazu. Wybrali się więc do cukierni, co do której Sindre nie zgłosił żadnych zastrzeżeń.
    Gard być może nie zdążył jeszcze spostrzec, że nieustannie szuka sposobów, by zabawić chłopca, a za każdym razem, gdy tylko udawało mu się zaimponować malcowi, czuł się nieopisanie dumny. Jak choćby fundując mu lody w kilku kolorach czy dając do picia słomkę skręconą w spiralę.
    Tymczasem w szpitalu lekarz z zadowoloną miną studiował kartę choroby Mali.
    – No, proszę! Poprawa! Teraz mamy już z górki.
    Tego wieczoru nie musiano już przewozić jej do małej salki, w której przyjmowała gościa poprzedniego dnia.
    Gard odwiedził ją w dużej sali, w obecności pozostałych pacjentów.
    – Dzień dobry! Jak się pani czuje? – spytał.
    Szeroki uśmiech całkowicie zmienia jego wygląd, stwierdziła nieco zdziwiona Mali.
    – O wiele lepiej – uśmiechnęła się nieśmiało. – A jak Sindre?
    – Siedzi na korytarzu. Powiedziałem mu, że dzisiaj nie może wejść, bo inne panie są bardzo chore.
    Mali roześmiała się głośno.
    Ta dziewczyna ma coś w sobie, pomyślał. Jej twarz nabrała kolorów, a oczy blasku.
    Trzeba przyznać, że oczy ma bardzo ładne.
    Niebieskie, z lekkim odcieniem zieleni. Świetnie pasują do złotorudych włosów. Piękne kolory. A jaka wydaje się delikatna i łagodna, kiedy mówi. Wczoraj była cieniem samej siebie. Chora, zmęczona i niespokojna o własne dziecko…
    Jej głos wyrwał go nagle z zamyślenia:
    – Czy sprawił dziś dużo kłopotu?
    – Nie, skądże. Byliśmy w zoo, jeździliśmy samochodem i jedliśmy lody łyżkami.
    – To on jest chyba w siódmym niebie!
    Gard uśmiechnął się nieco zmieszany.
    – Myślę, że nie najgorzej się bawił. Nawet ze mną rozmawiał.
    Mali spoważniała.
    – Szkoda, to świadczy o dużym zaufaniu z jego strony. – I dodała szybko: – Kurator znalazł coś dla niego. Dobry rodzinny dom dziecka, gdzie są maluchy w jego wieku. Na czternaście dni.
    – To dobrze – odparł Gard, patrząc na swe dłonie.
    – Potem będę już na tyle silna, że sama się nim zajmę. Dostanę zwolnienie na cały miesiąc.
    – Świetnie! Mój pracodawca nie był zbyt zachwycony, że wziąłem na dzisiaj wolne.
    – Tak mi przykro z powodu wszystkich kłopotów, na jakie pana naraziłam – powiedziała Mali, po czym wyciągnęła rękę w stronę nocnej szafki. – Tu jest adres i telefon tego domu dziecka.
    Gard pomógł chorej wyjąć kartkę, ponieważ zauważył, że każdy ruch sprawia jej ból.
    – Może lepiej poczekać z tym do jutra rana – zaproponował pospiesznie. – Jest już trochę późno.
    – Niech pan sam zdecyduje.
    Mężczyzna siedział przy łóżku, obracając w palcach kartkę z adresem.
    – Myślałem trochę o… ojcu Sindrego. W tamtym czasie służyłem akurat w wojsku…
    – Naprawdę? – spytała Mali zaskoczona. – On też! Był podoficerem. W wojskach spadochronowych.
    Gard podniósł na nią oczy.
    – Tak jak ja. Przyniosłem… przyniosłem ze sobą zdjęcie mojego oddziału. Pomyślałem, że może chciałaby pani je zobaczyć?
    Od razu zrozumiała, co ma na myśli. Wzięła do ręki ogromną fotografię przedstawiającą tłum żołnierzy.
    Jej oczy przesuwały się po twarzach, szereg po szeregu.
    – To pan – uśmiechnęła się.
    – Zgadza się – potwierdził Gard, spojrzawszy na zdjęcie.
    Szybko jednak cofnął się na swoje miejsce, zmieszany tym, że zbyt blisko się do niej przysunął.
    Mali szukała dalej. Nagle jęknęła.
    – Znalazła go pani? – spytał sucho.
    – Chyba tak. Tak, to on!
    Jakie to dziwne uczucie, widzieć go znowu, po tych wszystkich latach! Jednakże, ku swemu zdumieniu, nie czuła nic poza lekkim oszołomieniem.
    Podsunęła Gardowi zdjęcie, wskazując palcem jedną z twarzy.
    Mężczyzna najpierw zmarszczył czoło, a potem zrobił wymowny grymas.
    – Tak myślałem! To ten blagier!
    – Kto to taki? – spytała słabym głosem kobieta.
    – Nazywa się Sverre Pettersen. To taki diabelski uwodziciel, sprytny, przez wszystkich lubiany, ale pozbawiony wszelkich zasad. Miał tak liczne i zawiłe romanse, że wreszcie musiał zacząć prowadzić ich rejestr. To nie żarty, naprawdę to robił. Bynajmniej nie pierwszy raz posłużył się nazwiskiem ładniejszym niż jego własne! Podoficer, on! Koń by się uśmiał! Był przecież zwykłym rekrutem.
    Nagle zauważył, że Mali zrobiła się całkiem mała.
    – Przepraszam, jeśli sprawiam tym pani przykrość! Ale jestem tak wściekły na tego drania. I to on ma być ojcem Sindrego!
    – Nie szkodzi – bąknęła.
    – Chwileczkę, tylko sprawdzę, czy Sindre jest na miejscu…
    Mali patrzyła na jego wysoką postać, gdy zmierzał w kierunku drzwi. To dziwne, ale wcale ją to nie zabolało, gdy usłyszała, jak bardzo została oszukana. To się już w ogóle nie liczyło.
    Ten Gard Mörkmoen to właściwie całkiem przystojny mężczyzna. Poruszał się jak świetnie wytrenowany gimnastyk lub lekkoatleta. Wąskie biodra i szerokie ramiona…
    A poza tym, mimo tak trudnej sytuacji, był miły dla Sindrego. I to jest najważniejsze.
    Mali zaczęła się zastanawiać, czy Gard jest żonaty lub ma jakąś stałą sympatię.
    Choć to przecież nie jej sprawa.

ROZDZIAŁ IX

    Sindre siedział w korytarzu, cicho i grzecznie, tak jak prosił Gard. Oparłszy obie dłonie na ławce, machał wesoło nogami i przyglądał się każdemu, kto przechodził. Do niektórych nieśmiało się uśmiechał, a gdy ktoś powiedział mu coś miłego, wiercił się wtedy zmieszany. Cały czas niecierpliwie czekał, kiedy wreszcie otworzą się drzwi sali.
    Ciekawe, czy będę mógł wejść? zastanawiał się. Tata powiedział, że dzisiaj mi nie wolno. Dopóki on jest w środku.
    Tata jest miły. Najmilszy, jakiego można sobie wyobrazić! O wiele milszy niż tata Björna i wszystkich innych dzieci. Ma też najładniejszy samochód. Całkiem czerwony. Trochę boli mnie brzuch, ale jeszcze nie tak bardzo. Może nie powinienem był jeść tego ostatniego loda, ledwie go zmieściłem. Chce mi się też trochę siusiu, ale chyba wytrzymam. Tak myślę. Tata chce, żebym mówił do niego Gard, i tak się do niego zwracam. Ale w myślach mówię mu „tato”, bo on jest moim tatą, tak, tak, naprawdę!
    Ile pięknych zwierząt było w zoo! Trochę bałem się niedźwiedzi, ale nic po sobie nie pokazałem. Karmiłem wiewiórki. Przestraszyłem się, kiedy jedna wdrapała mi się na ramię. Ale potem się śmiałem.
    Oczy Sindrego stały się jakby trochę nieobecne i znowu pełne blasku. Dzień był długi i urozmaicony, toteż zabrakło czasu na sen w południe. Właściwie to czas pewnie by się znalazł, ale ponieważ tata nic nie mówił, to on nie zamierzał mu o tym przypominać.
    Nagle poczuł niemiły, nieokreślony lęk. Po korytarzu przechadzał się w tę i z powrotem jakiś mężczyzna. Chudy i ciemnowłosy, o krzaczastych brwiach. Spoglądał na Sindrego przenikliwymi oczami za każdym razem, gdy go mijał. Mały, wyrwany z zamyślenia, okropnie się przeląkł.
    To on!
    Serce zamarło mu w piersi.
    Tato! Chcę do taty! I do mamy!
    Mężczyzna zatrzymał się przed nim. Ręce i nogi chłopca stały się nagle jak sparaliżowane. Chciał pobiec do sali, ale nie potrafił się ruszyć.
    – No co, kolego! Widzę, że mnie pamiętasz?
    Głos był miękki, niemal przymilny. Sindre przełknął głośno ślinę i spojrzał w górę.
    – Na imię ci Sindre, prawda? – kontynuował łagodny głos, w ogóle nie pasujący do surowych oczu. – To twoja mama jest chora?
    Chłopiec skinął głową jak zahipnotyzowany.
    – Aha! Długo tu zostanie?
    Mężczyzna nie otrzymał odpowiedzi.
    – Wiesz co, kolego, kiedy wyzdrowieję, przyjdę kiedyś i zabiorę cię na spacer. Spędzimy sobie razem miły dzień. Chodzisz do tego przedszkola na rogu, prawda?
    W odpowiedzi zobaczył tylko przerażone oczy chłopca.
    – Będziesz mógł się przejechać moim ładnym samochodem…
    Sindre wreszcie zareagował:
    – Tata ma o wiele ładniejsze auto. Całkiem czerwone, i ja nim jeżdżę.
    – Przecież ty nie masz taty – odrzekł ostro mężczyzna.
    – Nieprawda. On jest teraz u mamy, o, tam, za tymi drzwiami! – Sindre kłamał tak, jak potrafi to tylko trzylatek. Ponieważ chciał wierzyć, że ma ojca, to go miał. A ten człowiek wyglądał dzisiaj zupełnie zwyczajnie. Nie jak troll…
    Nieznajomy automatycznie zerknął przez ramię, ale ujrzał, oczywiście, jedynie pusty korytarz.
    – Tylko nie mów nikomu, że przyjdę i cię zabiorę, bo to mogłoby się dla ciebie źle skończyć – kontynuował. – To nasza tajemnica. Zobaczysz, pokażę ci coś naprawdę wyjątkowego…
    Ta tajemnica w ogóle nie nęciła Sindrego. Wręcz przeciwnie.
    – I będziesz mógł najeść się do woli lodów, ciastek i innych smakołyków. Kupimy też zabawki. Ale pod warunkiem, że nie piśniesz o tym nikomu ani słówkiem.
    – Nic nikomu nie powiedziałem! – odparł chłopiec bez tchu. – Nic! Nigdy!
    – W porządku – wycedził mężczyzna przez zęby. – Pamiętasz, co się stanie, jeśli mnie nie posłuchasz? Wtedy wyjdę z wody i cię zabiorę!
    Sindre siedział jak sparaliżowany, przez cały czas tylko potakiwał głową.
    – Ani słowa! – zagroził nieznajomy. – Pamiętaj, ani słowa!
    I poszedł dalej.
    Gard wyjrzał przez szparę w uchylonych drzwiach i wrócił do Mali.
    – Rozmawia z jakimś pacjentem, miłym panem w średnim wieku. Ale, oczywiście, jest śmiertelnie przerażony – roześmiał się.
    – Przed wszystkimi nieznajomymi trzęsie się teraz jak mysz – uśmiechnęła się Mail – Wcześniej wcale taki nie był. Dopiero niedawno, mniej więcej na początku wiosny, stracił całkiem zaufanie do innych i do siebie. Przedtem był nawet gadatliwy. Co prawda reakcje miał zawsze opóźnione, i to raczej się nie zmieni. Nic nie da się zrobić.
    – Akurat to nie jest takie ważne. Słyszałem, że Einstein też był nieco powolny w swoich reakcjach.
    Mali uśmiechnęła się nieznacznie.
    – Nie oczekuję od Sindrego sławy Einsteina. Niech będzie tylko dobrym człowiekiem, to mi wystarczy.
    Gard przybrał niezwykle poważny wyraz twarzy.
    – Myślę, że on będzie wyjątkowo dobrym człowiekiem.
    – Naprawdę tak pan sądzi? – spytała, wyraźnie wzruszona i wdzięczna. – Może ma pan rację, ale jak na razie daleko mu do małego anioła, może mi pan wierzyć! Zauważyłam, że już wkracza w wiek przekory. Zaczyna odkrywać, jaką oszałamiającą moc ma małe słówko „nie”. Czasami potrafi się tak uprzeć i robić wszystko na przekór, że, na przykład, jedzenie obiadu staje się koszmarem. Zwłaszcza kiedy wraca z przedszkola. Ale zwykle jest posłusznym i miłym chłopcem.
    Gard, przysłuchując się Mali, kiwał w zamyśleniu głową. Po chwili spytał ostrożnie:
    – Czy pani nadal kocha jego ojca? Czy chciałaby pani spotkać go znowu?
    – Ależ skąd, to odległa przeszłość!
    – To dobrze. Bo wiem, że on już ułożył sobie życie. Ożenił się i ma dwoje dzieci, ale nadal ogląda się za spódniczkami. Słyszałem, że podobno ma gdzieś jeszcze jedno dziecko.
    Mali była wyraźnie poruszona.
    – Proszę nie myśleć, że pani nie rozumiem – dodał Gard. – Sam go bardzo lubiłem. Był niezwykle czarującym mężczyzną i życzliwym kolegą.
    Znowu podniósł się z miejsca.
    – No, pora na mnie. Sindre pewnie już nie może się doczekać. Tak jak ustaliliśmy, oddam go jutro rano do domu dziecka. Postaram się go odpowiednio przygotować, żeby obyło się bez dramatycznych scen. Na pewno wszystko dobrze się ułoży. A ja wobec tego będę mógł wyjechać służbowo na dwa, trzy tygodnie.
    – Czym się pan zajmuje?
    Gard, spojrzawszy na tę ładną twarz o dużych niebieskich oczach, poczuł nagły przypływ wściekłości na Sverre Pettersena, który ośmielił się wyrządzić tej kobiecie taką krzywdę. Wyjaśnił Mali, na czym polega jego fascynująca praca.
    – Ale właściwie to jestem inżynierem – zakończył. – Tyle że pod koniec studiów powinęła mi się noga na egzaminach i straciłem zapał do dalszej nauki. Lecz kiedy tylko znajdę trochę czasu, zamierzam podjąć ją od nowa. Pół roku solidnego kucia i dodatkowy egzamin powinny zapewnić mi dobrą pozycję wyjściową. Mógłbym wtedy robić projekty dla elektrowni i temu podobne rzeczy. Przez ostatnie lata wiele się nauczyłem.
    Mali uśmiechnęła się ciepło.
    – Myślę, że powinien pan na to postawić. Wygląda pan na człowieka, który ze wszystkim sobie poradzi
    – O, nie – roześmiał się, lekko połechtany. – Życzę pani wszystkiego dobrego i dziękuję za wypożyczenie mi chłopca!
    Mówił dość obojętnym tonem w obawie, by nie podejrzano go o sentymentalizm i miękkie serce.
    – To ja dziękuję, że zechciał mi pan pomóc w tej trudnej sytuacji! Niech pan uściska ode mnie syna.
    Pożegnanie było nieco sztuczne.
    – Oczywiście. Do widzenia.
    – Do widzenia.
    Gdy wyszedł na korytarz, zachowanie Sindrego bardzo go zdziwiło. Chłopiec natychmiast zsunął się z ławki i rzucił się ku niemu, jakby opiekun właśnie ocalił mu życie. Nie odzywał się przy tym ani słowem, cały czas ściskając Garda kurczowo za rękę. Kiedy jakiś nieznajomy mężczyzna minął ich w korytarzu, Sindre schował się za plecami Mörkmoena, tuląc się mocno do niego i potykając o jego nogi.
    – Co się z tobą dzieje, chłopcze, czy nie możesz iść jak należy? O co chodzi?
    Ale mały tylko pokręcił głową i mocno zacisnął usta.
    Gard rzucił przelotne spojrzenie na mężczyznę, który stał zajęty rozmową z pielęgniarką i spojrzał w ich kierunku jedynie przez ułamek sekundy. Znał tego człowieka, w każdym razie z widzenia. To dyrektor, który, o ile Gard dobrze pamiętał, nie tak dawno dostał ataku serca… Dyrektor banku.
    Ależ tak, przecież rozpisywały się o tym gazety. Napad na bank. Włamano się nocą i skradziono całą zawartość sejfu. Dyrektor tak się przejął, że serce odmówiło mu posłuszeństwa. Musiał chyba poważnie się rozchorować, skoro nadal jest w szpitalu. Kiedy to się stało? Chyba ze dwa czy trzy miesiące temu. W kwietniu albo w marcu.
    Podniósł Sindrego, który potknął się o jego nogi w swym gorączkowym pragnieniu, by być jak najbliżej Garda i jednocześnie jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz.
    – Mam cię pozdrowić od mamy – powiedział, podnosząc chłopca do góry. – Czuje się znacznie lepiej.
    Mały nie zareagował. Drżała mu broda.
    – No? – Gard potrząsnął nim delikatnie. – Przecież tak ładnie dziś ze mną rozmawiałeś?
    Chłopiec bąknął mu coś niewyraźnie do ucha.
    – Co takiego?
    Nieco głośniejsze mamrotanie, ale równie niewyraźne.
    – Mów tak, żeby cię można było zrozumieć!
    Wreszcie Gard odszyfrował słowa wycedzone przez zaciśnięte zęby.
    – Nie wolno mi mówić.
    – Nie wolno ci mówić? Co to za bzdury?
    Sindre był ponury i przybity jak u dentysty.
    Lecz gdy wyszli ze szpitala, nastrój małego od razu znacznie się polepszył, ponieważ gdzieś w górze krążył helikopter jak jakaś natrętna mucha.
    – Popatrz, tato!
    Nie jestem twoim tatą, zamierzał już oświadczyć Gard, lecz się powstrzymał, ponieważ nie chciał znowu oglądać tych pytających oczu, szeroko otwartych ze zdumienia. Przecież jutro i tak odda chłopca i w ten sposób skończą się wszystkie problemy.
    – Tak, widzę. Helikopter.
    – Helikopter – powtórzył powoli Sindre z namaszczeniem w głosie.
    A więc jednak możesz mówić, ty mały oszuście, jeśli tylko chcesz, pomyślał Gard.
    Miałby ochotę wlać w to dziecko trochę energii, napełnić jego życie radością i poczuciem bezpieczeństwa, ale to przestała już być jego sprawa.
    I tak zrobił dla niego bardzo dużo.

ROZDZIAŁ X

    Jechali po raz ostatni do domu, by odbyć wieczorną ceremonię. Najpierw picie herbaty i mleka w maleńkiej kuchni, dzień w dzień przedłużane w nieskończoność. Jak się okazało, jedzenie jednej jedynej kanapki można celebrować godzinami.
    Potem kąpiel i skok na przygotowaną do spania kanapę. Pluszowy kot czekał już na miejscu. Następnie Gard zaczynał opowiadać wymyśloną przez siebie bajkę o Sindrem, samochodzie i kocie, każdego wieczoru tę samą: chłopiec ratował kota ze strasznej pułapki w ciemnym lesie. Pojawiał się też wielki i zły troll, ale na szczęście samochód Garda zawoził ich obu do domu i wszyscy byli szczęśliwi i zadowoleni. Tym razem posłużyli się nawet helikopterem, by umknąć trollowi.
    – Jeszcze!
    – Nie, już koniec! Teraz obejrzę sobie dziennik w telewizji.
    – Ale tutaj!
    – No, dobrze. Pod warunkiem, że odwrócisz się do ściany i zaraz zaśniesz.
    O dziwo, wcale nie trwało to długo. Za każdym razem Sindre rzucał jedynie przez ramię przelotne spojrzenie, by upewnić się, czy Gard na pewno jeszcze siedzi, a potem układał się wygodnie i zasypiał.
    Och, jak to wspaniale, że znowu będzie można być panem we własnym domu: palić – Gard właściwie niemal rzucił papierosy – nastawić głośno telewizor i nie zgadywać, co w nim mówią. Zapraszać do domu znajomych…
    Może Anitę?
    Nie myślał już o niej z takim entuzjazmem. Przestała mu się wydawać pociągająca. Jest seksowna, to prawda, ale chyba za dużo gada i głupawo chichocze.
    Prawdopodobnie mimo wszystko zdołałby to wytrzymać. On po prostu musi spotkać się z jakąś dziewczyną, bo żyje jak mnich w celibacie.
    Obudził się w środku nocy, gdy poczuł, że ktoś ostrożnie stara się otworzyć mu powieki. Ktoś, wstrzymując oddech, oddychał blisko niego.
    – Co się stało, Sindre?
    Gdy chłopiec usłyszał głos Garda, od razu się rozpromienił i bez chwili namysłu wdrapał się na łóżko.
    – Wykluczone, nie możesz ze mną spać! Powiedz mi, co się stało?
    – Troll!
    Pięknie! Wpadł w dołek, który sam wykopał!
    – No, dobrze, połóż się od ściany!
    Zapalił nocną lampkę i przygotował miejsce dla chłopca. To ciekawe, ale do tej pory mały nie reagował w ten sposób na postać trolla z wieczornej bajki. Tego wieczoru zaś przytulił się do swego opiekuna tak mocno, jak tylko potrafił.
    Mörkmoen, zgasiwszy światło, sam śmiał się z siebie w duchu, że oto leży na samym brzegu własnego łóżka, z twarzą wtuloną w jakiegoś wyleniałego pluszowego kota, przyciśnięty do spoconego ciałka dziecka, które na dodatek bezustannie wierzga, ściągając kołdrę z nich obu.
    – Leż spokojnie, Sindre! I posuń się trochę, bo zaraz spadnę na podłogę.
    Chłopiec zrobił mu miejsce. Nie chciał jednak zasnąć. Z lekkim ociąganiem spytał wreszcie:
    – Czy tamten mężczyzna… czy on był trollem?
    – Jaki mężczyzna?
    – No, wiesz, ten, który wyszedł z wody. I powiedział, że zabierze Sindrego. I Tessi. Jeśli tylko go wydam.
    Gard zastanowił się przez chwilę.
    – Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Chyba coś ci się przyśniło. Masz na myśli tego płetwonurka?
    – Płetwonurka?
    – No, tak, przedwczoraj. To byłem ja, Sindre, zawsze kiedy nurkuję, muszę ubierać się w taki strój.
    – Nieee – powiedział powoli chłopiec. – To byłeś ty?
    – Tak.
    – Przestraszyłem się. Myślałem, że to ten zły mężczyzna, no, wiesz…
    – Nie, nie wiem, o kim mówisz. Co za zły mężczyzna?
    Sindre obrócił się i oparł głowę na dłoni. Wbił wzrok w twarz Garda.
    – No, zły mężczyzna.
    – Z telewizji?
    – Nie. Spotkałem go na drodze. W lesie.
    Gard westchnął.
    – To wszystko tylko ci się przyśniło, Sindre. Nie spotyka się płetwonurków na drodze. A już na pewno nie w lesie.
    Mały zamilkł. Znowu ułożył się wygodnie na ramieniu Garda.
    Przez dłuższą chwilę panowała cisza. Wreszcie dał się słyszeć cichutki spokojny szept:
    – Mój tata!
    Gard zdławił w sobie odruch gwałtownego protestu. Już po chwili równomierny oddech zdradził, że chłopiec zasnął. On zaś wiercił się i przewracał, próbując odzyskać skradzioną mu poduszkę, wypluwał włoski z kota, aż wreszcie, po długich zmaganiach, zasnął, balansując na skraju łóżka.
    Mörkmoen wcale się nie spieszył z pożegnaniem, zostawiając chłopca w rodzinnym domu dziecka. Nie wyszedł z niego tak długo, dopóki nie stwierdził, że Sindre trochę się ożywił i zaprzyjaźnił z dwoma innymi chłopcami, na szczęście młodszymi od niego. Jeśli zatem ktoś w tej grupie miał grać rolę terrorysty, to na pewno mógłby nim być tylko Sindre. A to nie leżało w jego naturze.
    Plącząc się, Gard wyjaśniał, że musi teraz wybrać się w długą służbową podróż, z której nie wróci prędko. W pierwszej chwili słowa te zabrzmiały bardzo ostro. Mały nie miał odwagi spuścić oka ze swego opiekuna nawet na minutkę, lecz już po chwili ciekawość dziecka podpowiedziała mu, że trzeba zajrzeć do wypełnionej po brzegi skrzyni z zabawkami. I nagle, gdy chłopiec był zajęty samochodzikami i zabawą z dziećmi, Gard powiedział „do widzenia” i zniknął.
    Jestem wolny! Wolny! śpiewało w nim wszystko, gdy jechał swym czerwonym autem na północ.
    W lusterku zobaczył dziecięcy fotelik. Poczuł skurcz w żołądku. Na pierwszym parkingu przy drodze zatrzymał się i schował go do bagażnika. Po czym ruszył pędem dalej.
    Epoka Sindrego dobiegła końca.

ROZDZIAŁ XI

    Mali otrzymała informację, że Sindre czuje się coraz lepiej w rodzinnym domu dziecka. Tylko przez cały czas opowiada o „samochodzie taty” i o tym, czego to tata nie potrafi, a także o wszystkim, co będą robić razem, kiedy tata wróci.
    No cóż, czas leczy nawet najgłębsze rany, pomyślała matka. Mały niebawem zapomni Garda Mörkmoena, z którym przecież przebywał zaledwie trzy czy cztery dni.
    Ona sama zapomniała go zupełnie. Prawie zupełnie. Od czasu do czasu przypominał jej się jak przez mgłę jego zniewalający uśmiech, pełne wyrzutu oczy lub męski, głęboki głos. Wtedy od razu starała się zająć myśli czymś innym.
    Gard jeździł z jednej miejscowości do drugiej, wykonując karkołomne zlecenia, i nierzadko przemykało mu przez głowę, że już niedługo znowu zawita do miasta, w którym mieszka Anita. Ale myśl ta wcale go nie podniecała. Zamierzał spędzić z nią wieczór, tylko wieczór, i ani chwili dłużej.
    Przechadzał się ulicami Trondheim. Nagle zatrzymał się przed witryną sklepu z zabawkami, nie zdając sobie nawet z tego sprawy.
    Już nie pierwszy raz podczas tej podróży zdarzyło mu się coś takiego. A przecież do tej pory nigdy nie interesował się zabawkami!
    Może taki helikopter… Lepiej nie, tylko zajmuje miejsce. A tamte samochodziki? Małe autka w różnych odmianach. Samochód to byłby chyba strzał w dziesiątkę!
    Co za niedorzeczność! Gard Mörkmoen szybko ruszył dalej przed siebie.
    Po paru minutach zwolnił kroku i zaczął krążyć w okolicy sklepu, aż wreszcie znowu znalazł się przed wystawą z zabawkami.
    Nim zrozumiał, jak to się stało, znajdował się już w środku przed półką z samochodami. Wybierał i przebierał.
    Aż wreszcie zobaczył ten najwspanialszy! Stał na innej półce, był duży i zgrabny, na dodatek czerwony. Do złudzenia przypominał jego własne auto.
    Kupił go bez wahania. Z uśmiechem na ustach wyszedł na ulicę, dumnie niosąc w rękach pudło zawinięte w kolorowy papier.
    Ale przecież nie mógł posłać tylko samochodu. W innym sklepie znalazł bombonierkę najlepszej firmy. Miał nadzieję, że pacjentom po takiej operacji wolno jeść czekoladę. Od ostatniego spotkania minęło już osiem czy dziesięć dni. Te wszystkie okropne przewody zostały już chyba odłączone?
    Zapakował starannie oba prezenty w jedną paczkę i wysłał je do szpitala, dołączając życzenia szybkiego powrotu do zdrowia.
    Następnie, spokojny i radosny jak nigdy dotąd, wybrał się samotnie do kina w mieście Trondheim.
    Wizyta w ogromnej firmie, w której pracowała Anita, przebiegła trochę inaczej, niż Gard sobie wyobrażał.
    To prawda, że widok tej dziewczyny cieszył oczy. Była rzeczywiście perfekcyjnym dziełem natury. Jednakże Gard nie zdobył się na to, by wspomnieć choćby jednym słowem o wspólnym spotkaniu, po prostu nie przeszło mu to przez gardło. Inicjatywę przejęła zatem ona.
    – Za dwa tygodnie wybieram się do miasta – rzuciła jakby od niechcenia, gdy on zamierzał już wyjść, nie proponując niczego. Anita miała na myśli rodzinne miasto Mörkmoena. – Chciałabym pogrzać się trochę na słońcu i popływać. U was jest taka piękna plaża. Może i pan się wybierze?
    Powiedziała to tak obojętnym tonem, jakby jego odpowiedź nie miała dla niej najmniejszego znaczenia.
    Gard poczuł się nagle nieswojo. Wzruszył lekko ramionami.
    – Chętnie. Też planowałem pojechać na plażę, i w tę, i w następną niedzielę. Może się więc spotkamy.
    Jeśli nawet Anita była zawiedziona, że nie umówił się z nią konkretnie, to mimo wszystko nie okazała tego.
    Nie przywykła prosić mężczyzn o cokolwiek.
    Z uczuciem ulgi Gard opuścił wreszcie firmę.
    Kiedy znalazł się już we własnym mieszkaniu, odczekał jeden dzień i zadzwonił tam, gdzie pozostawił Sindrego.
    Okazało się, że chłopcu pozwolono wrócić do mamy. Byli już oboje we własnym domu i wszystko ułożyło się wspaniale. Czy dostał samochód? O tak, dostał, cenniejszego skarbu nie ma chyba żadne dziecko! Nawet kot stracił na znaczeniu i gdyby nie to, że w dotyku jest mimo wszystko milszy od auta, być może przestałby także być przytulanką do snu.
    Mężczyzna zrozumiał, że popełnił gruby błąd. Bo Sindre, zamiast zapomnieć swego „tatę”, dostał w prezencie coś, co mu go żywo przypominało.
    Mimo to ucieszył się trochę, choć nadal tłumił w sobie to uczucie.
    Lato stawało się coraz bardziej upalne. Pierwszej niedzieli Gard wybrał się na plażę sam. Siedział na piasku i przyglądając się dzieciom baraszkującym tuż nad wodą, popadł w zadumę. Minął następny tydzień wypełniony pracą i oto nadeszła kolejna niedziela, podczas której Mörkmoen zrobił coś najgłupszego pod słońcem: zadzwonił do drzwi Mali Vold.
    Otworzyła mu ona sama. Bladą twarz rozświetlił nieznaczny uśmiech. Ta kobieta ma naprawdę wiele uroku, stwierdził zaskoczony.
    – Cześć! – rzucił na powitanie. – Wybieram się właśnie nad wodę, żeby popływać, i pomyślałem sobie, że może Sindre miałby ochotę pojechać ze mną. Czy jest w domu?
    Ciche człapanie małych stóp wystarczyło mu za odpowiedź. Chłopiec pojawił się w ciasnym przedpokoju.
    – Tata! – wykrzyknął, a Gardowi znowu zrobiło się miękko w kolanach. Malec, porażony radością ze spotkania, popłakał się ze szczęścia. Mężczyzna wziął go na ręce.
    – Musisz zapamiętać sobie jedną rzecz, młody człowieku! – powiedział, patrząc w rozpromienioną twarz chłopca. – Ja nie jestem twoim tatą, tylko bardzo dobrym przyjacielem.
    Chłopiec, zmarszczywszy brwi, spojrzał na niego w skupieniu. Próbując wytrzeć sobie oczy i nos, pozostawił na małej twarzyczce ślady po brudnych palcach.
    Mali pospieszyła wyjaśnić:
    – Mówiłam mu już ze sto razy, ale on po prostu w to nie wierzy. Proszę wejść, to miło, że pan przyszedł! Dziękuję za wyśmienite czekoladki.
    Sindre zeskoczył na podłogę i od razu pobiegł po swój samochodzik.
    – Samochód taty! – rzekł, podając gościowi zabawkę.
    Dorośli westchnęli.
    – No, niech już będzie. Mogę udawać tatę – poddał się Gard. – Ale tylko na niby.
    – Chcesz pójść z panem popływać? – spytała Mali.
    Sindre wprost nie mógł opanować radości. Dopilnował, by mama spakowała wszystko co potrzeba. Próbował nawet zabrać samochodzik, ale mu nie pozwolono.
    Mörkmoen przyglądał się chłopcu w zadumie. Myślał ze wzruszeniem o tym, że ten mały smyk czekał i tęsknił za nim przez parę tygodni, a on wcale nie miał zamiaru tu przyjść. Akurat dzisiaj, pod wpływem nieoczekiwanego impulsu, zapragnął nagle wziąć chłopca ze sobą na plażę.
    Czy to rzeczywiście był tylko impuls? Czy jego myśli zupełnie nieświadomie nie krążyły przez cały czas…
    Ocknął się. Stał dalej w miejscu, wyraźnie nie mogąc się na coś zdecydować.
    – A pani… nie ma ochoty iść z nami? – zwrócił się do Mali.
    – Nie, dziękuję, to dla mnie jeszcze za duży wysiłek Poza tym nie mogę się kąpać. Ale jestem panu bardzo wdzięczna za zabranie ze sobą Sindrego. Zajmowanie się nim bardzo mnie teraz męczy. Bardziej niż się spodziewałam.
    – Rozumiem – bąknął Gard, czując lekkie wyrzuty sumienia. Przecież mógłby ją wyręczyć już dużo wcześniej, gdyby tylko nie trząsł się tak o swe cenne, egoistyczne życie nieroba. – Wrócimy około czwartej.
    Mali spytała pospiesznie:
    – Czy miałby pan ochotę zjeść z nami obiad?
    Mężczyzna zawahał się.
    – Tak, chętnie – odrzekł niepewnie. – Jeśli to nie sprawi pani zbyt wiele kłopotu.
    – Ależ skąd! Tylko uprzedzam, że nie jestem zbyt zdolną kucharką.
    – Każde domowe jedzenie to dla mnie rarytas.
    Mörkmoen wyjął z bagażnika fotelik samochodowy, który leżał tam przez kilka ostatnich tygodni. Po prostu nie był w stanie go wyrzucić.
    Znowu razem. Ruszyli w drogę.
    Gard czuł w sercu radosne podniecenie.

ROZDZIAŁ XII

    Dzień był bardzo ciepły i na plaży roiło się od ludzi. Gard rozebrał chłopca, po czym włożył mu kąpielówki. Malec miał całkiem białą skórę, bo prawdopodobnie niezbyt często bywał na słońcu tego lata. Następnie podeszli razem bliżej wody.
    Sindre z całą pewnością nie należał do wilków morskich. Gdy tylko bowiem większa fala sięgnęła nieco wyżej, obmywając jego ciało, od razu z piskiem wyskakiwał na brzeg. Mężczyzna usiadł na piasku i zaczął mu się przyglądać.
    Coraz częściej myślał o własnym synu. Wolałby, żeby nie był tak blady i zabiedzony jak Sindre, ani tak bojaźliwy. Ale mógłby za to być równie ciepły i wrażliwy jak on, tak samo oddany osobom mu bliskim.
    Mali Vold musi być na pewno bardzo szczęśliwa! Ona ma już syna, a Gard mógł go sobie jedynie wypożyczać.
    A gdyby się ożenił i urodziła mu się córka? Próbował to sobie wyobrazić. To chyba wszystko jedno. Cieszyłaby się, kiedy wracałby do domu. Wdrapywałaby mu się do łóżka, ogrzewałaby go swym ciałkiem, a potem we śnie spychałaby go z posłania. Właściwie nie ma znaczenia, czy to byłaby dziewczynka czy chłopiec. Ale przecież on nie miał zamiaru się ożenić…
    Sindre zachłysnął się wodą i zaczął krzyczeć. Gard natychmiast pobiegł do niego, by wynieść go na brzeg. Nagle usłyszał tuż obok siebie kobiecy głos:
    – No, proszę, jednak jest pan tutaj?
    Anita! Racja, zupełnie o niej zapomniał! Przecież chciała przyjechać w tę niedzielę!
    Stanęła przed nim. Wyglądała trochę wyzywająco w nadzwyczaj skąpym bikini. Była zgrabna i tak opalona, jakby przez całe lato piekła się na ruszcie. Gard aż zmrużył oczy, oślepiony wspaniałym widokiem.
    – Dzisiaj mały też jest z panem? – spytała z odcieniem niezadowolenia w głosie. Prawdopodobnie obecność chłopca pokrzyżowała jej plany. – Pewnie pana siostra znowu się rozchorowała?
    – Moja…? Tak, no właśnie – odparł szybko Gard. – Sindre, pamiętasz Anitę, prawda?
    Malec od razu stał się nieśmiały, jak zwykle w obecności nieznajomych. Gdy dziewczyna usiadła na piasku, natychmiast podreptał nad samą wodę i zaczął się sam bawić.
    Mężczyzna odkrył nagle ku wielkiemu przerażeniu, że właściwie nie wie, o czym miałby rozmawiać z Anitą, skoncentrował się więc na obserwowaniu swojego podopiecznego.
    – Czy bycie niańką to nie uciążliwe zajęcie? – spytała i jak gdyby niechcący dotknęła Garda swą zgrabną stopą.
    – Nie – odpowiedział powoli. – Czasami może być nieco męczące, to prawda, ale przecież ja zajmuję się nim z własnej woli. Sindre to mały, samotny chłopiec, i na dodatek trochę inny niż jego rówieśnicy. Chciałbym tylko, żeby nie nazywał mnie tatą.
    – Tak pana nazywa? – zdumiała się Anita i zachichotała drwiąco. – Dla starego kawalera to pewnie dziwne uczucie.
    – Niekiedy rzeczywiście czuję się niezręcznie – przyznał Mörkmoen, po czym podniósł się z piasku. – Może przyniosę coś do picia. Zerknie pani w tym czasie na małego?
    Anita skinęła głową. Bynajmniej nie była zachwycona faktem, że musi dzielić się Gardem z tym nieznośnym dzieciakiem.
    Wyciągnęła przed siebie smukłe nogi, wywołując podziw i westchnienia młodych chłopców wokoło.
    Sindre niemal natychmiast odkrył, że opiekuna nie ma na miejscu, i przybiegł do Anity.
    – Gdzie jest tata?
    – Tata, tata – powtórzyła dziewczyna z wyraźną irytacją. – On nie jest twoim tatą i przestań wreszcie deptać mu po piętach! Jemu to się wcale nie podoba.
    Malec patrzył na nią osłupiały. Jego oczy stały się większe i przeraźliwie smutne.
    Anita, serdecznie zmęczona cackaniem się z tym smarkaczem, pochyliła się ku niemu i wycedziła z naciskiem:
    – Gard chce mieć spokój, rozumiesz? Ty go nic nie obchodzisz, zajmuje się tobą tylko dlatego, że jest miły i głupi! A teraz zjeżdżaj stąd! Idź się bawić i zostaw nas, dorosłych, w spokoju!
    Raczej trudno byłoby nazwać Anitę osobą dorosłą. Miała zaledwie osiemnaście lat i jak każda rozpieszczona dziewczyna była skupiona wyłącznie na sobie.
    Nagle chłopcu zaczęła trząść się broda. Nie widział już nikogo, wszystko rozpłynęło się, tworząc zamazany obraz za zasłoną łez.
    – On nie chce mieć z tobą nic wspólnego! – dorzuciła jeszcze Anita. Przebyła przecież tak długą drogę tylko po to, żeby spotkać się z Gardem, a ten oto smarkacz popsuł jej cały dzień.
    Westchnąwszy ciężko, Sindre odwrócił się na pięcie i ruszył biegiem wzdłuż brzegu. Dziewczyna patrzyła za nim obojętnie. A uciekaj sobie, nikt tu nie będzie po tobie płakał!
    Nawet przez moment nie przyszło jej do głowy, że chłopcu może się coś stać Przecież na plaży jest tyle ludzi i tak dużo dzieci, że na pewno znajdzie sobie zaraz towarzystwo do zabawy. Gdy więc Gard i ona już się z sobą nagadają i umówią się na wieczorne spotkanie – sami! – pójdą po niego i przyprowadzą go z powrotem.
    Kiedy Mörkmoen pojawił się z butelkami w ręce, od razu ogarnął spojrzeniem brzeg.
    – Gdzie jest Sindre?
    Anita wzruszyła ramionami.
    – Poszedł z innymi dziećmi. Już one go przypilnują, niech się pan nie martwi i siada tutaj.
    On jednak nie usiadł. Rzucił butelki na piasek.
    – Przecież panią prosiłem, żeby na niego uważała! – powiedział wyraźnie zły i przestraszony, po czym ruszył pospiesznie przed siebie.
    W tym tłumie wszystkie dzieci wyglądały podobnie. Szukał główki o ciemnych lokach i niebieskich kąpielówek, jednakże za każdym razem, kiedy wydawało mu się, że już widzi małego, okazywało się, że się pomylił. Szedł coraz szybciej, aż wreszcie zaczął biec.
    Z sercem przepełnionym lękiem raz po raz spoglądał też w stronę morza. Ale przecież Sindre to wielkie strachajło, na pewno by się nie odważył… Chyba że ktoś by go zachęcił…
    Gard jednak pamiętał, że kiedy tylko znaleźli się na plaży, chłopiec unikał patrzenia na morze. „Troll”, wyszeptał pobielałymi z przerażenia ustami Jego opiekun musiał przez dobrych parę minut przekonywać go, że skoro w wodzie kąpie się tyle dzieci, to na pewno nie może być w tym nic niebezpiecznego. Wreszcie Sindre chwycił go mocno za rękę i podreptał dalej, uspokojony nieco widokiem wielu beztrosko bawiących się maluchów.
    Tylko gdzie on podziewał się teraz?
    Przecież Gard nie oddalił się wcale na długo, czyli uciekinier nie mógł być daleko.
    Od plaży odchodziła droga, po której jeździły samochody. Mężczyzna znowu przeraził się nie na żarty. A jeśli chłopiec wyszedł na nią i znalazł się w tym nie kończącym się potoku samochodów prowadzonych przez niedzielnych kierowców…
    Jest! To na pewno on! A to ci dopiero smyk, jednak wydostał się z plaży.
    Uszczęśliwiony opiekun ruszył jak wystrzelony z procy.
    – Sindre! – krzyknął, nie zwracając uwagi na ludzi dokoła. – Sindre!
    Chłopiec obejrzał się, zauważył Garda i biegł dalej. I to jeszcze szybciej. Mężczyzna nic nie rozumiał. Jego podopieczny wyglądał tak, jakby płakał.
    Dogonił go bardzo szybko i chwycił za rękę. Mały zaczął mu się wyrywać, krzycząc i kopiąc gdzie popadnie.
    – Ależ Sindre! To przecież ja, Gard. Poszedłem kupić ci coś do picia. Dlaczego uciekłeś?
    Niosąc dziecko na rękach wzdłuż brzegu, zastanawiał się intensywnie nad nagłą zmianą jego zachowania. Starał się za wszelką cenę go uspokoić, co wcale nie było łatwe, ponieważ malec przez cały czas zanosił się płaczem i w ogóle nie chciał rozmawiać z opiekunem.
    Wreszcie znaleźli się przy Anicie. Gard wolał nadal trzymać chłopca na rękach, bojąc się, by mu ponownie nie uciekł.
    – Co, u licha, tu się wydarzyło? – spytał surowym głosem dziewczynę. – Dlaczego on uciekł?
    – A skąd mam to wiedzieć? – odparła z irytacją. – Cały czas bawił się nad wodą i nagle po prostu gdzieś pobiegł. Razem z innymi. Najlepiej będzie, jak odwiezie go pan do domu, a potem wróci tutaj już sam. Boże drogi, ależ on wyje, wszyscy się na nas gapią! Niech go pan wreszcie uspokoi!
    – Sindre, może chcesz napić się oranżady? – mężczyzna zwrócił się łagodnie do chłopca.
    On tylko pokręcił głową. Szlochanie zmęczyło go tak bardzo, że wprost nie mógł mówić.
    – Do maa – myy! Ja chcę do maa – myy!
    – To byłoby najlepsze rozwiązanie – odezwała się dziewczyna, zirytowana tym, że wszyscy zwracają na nich uwagę.
    Gard nie dawał za wygraną.
    – Powiedz mi, Sindre, dlaczego nie zostałeś z Anitą, kiedy odszedłem na chwilę? Przecież wiesz, że nie wolno ci biegać samemu po plaży. Anita jest miła, chciała cię popilnować, a ty jej uciekłeś.
    Sindre próbował wytrzeć sobie zapłakaną buzię, ale nadal nie patrzył opiekunowi w oczy.
    Nagle podeszło do nich dwóch chłopców w wieku około dziesięciu lat.
    – Przepraszam, ale to było inaczej – oświadczył jeden z nich. – Ta pani powiedziała do niego, że pan go nie lubi i nie chce mieć z nim nic wspólnego. I kazała mu się stąd wynosić.
    – No, nie, co za bezczelność! – oburzyła się dziewczyna. – Nic takiego nie powiedziałam!
    – To prawda – potwierdziła jakaś kobieta otoczona liczną rodziną. – Ci chłopcy mają rację, ja też słyszałam.
    Po czym powtórzyła niemal słowo w słowo to, co mówiła Anita, a jej bliscy kiwali tylko potakująco głowami.
    Na koniec rzekła:
    – Przecież widziałam, jaki pan był miły i delikatny dla małego, zanim ona się tu pojawiła, dlatego nie wierzyliśmy w ani jedno jej słowo. Zdaje się, że jest zdolna zrobić wszystko, żeby tylko zaciągnąć faceta do łóżka.
    Gard stał zupełnie oniemiały. Jego twarz z każdą chwilą coraz bardziej pochmurniała. Wreszcie zwrócił się do Anity lodowatym głosem:
    – Przypadek zrządził, że bardzo się przywiązałem do tego chłopca. Nie jestem jego ojcem, to prawda, ale on nie ma innego. Nigdy, absolutnie nigdy nie przeszło mi nawet przez myśl, żeby się go pozbyć. Dziś rano sam poszedłem do jego matki i zaproponowałem, że zabiorę go ze sobą na plażę. Spodziewałem się po pani innego zachowania. Nawet nie przypuszczałem, że jest pani zdolna narazić dziecko na coś takiego. On już nieraz został skrzywdzony w swoim krótkim życiu. Chodź, Sindre, wracamy do domu!
    – Niech pan da spokój, Gard – zaczęła łagodnym głosem dziewczyna. – Przecież nie miałam zamiaru…
    – Nieważne, czy miała pani zamiar czy nie – odparł mężczyzna, zbierając rzeczy.
    Anita podeszła do niego bliżej i przerwała mu ze złością:
    – Czyli dla pana ważniejszy jest ten smarkacz niż ja? Jeśli teraz pan sobie pójdzie, to może pan o mnie zapomnieć! Żeby pan nie żałował!
    Gard spojrzał na nią lodowatym wzrokiem.
    – Nigdy o nic nie prosiłem. To pani zabiegała o mnie. Ale ja nie jestem zainteresowany.
    Po czym wziąwszy pochlipującego jeszcze chłopca na rękę, ruszył do wyjścia.
    Gdy dotarli do samochodu, wyznał:
    – To najgłupsza dziewczyna, jaką kiedykolwiek spotkałem! Żeby tak kłamać! Dobrze wiesz, że cię lubię, Sindre. Jesteś mi bardzo bliski. Kiedy wyjechałem na kilka tygodni, przez cały czas o tobie myślałem. A dziś przyszedłem do was i zabrałem cię ze sobą, prawda? Przecież na pewno bym tego nie zrobił, gdybym cię nie lubił. Wierzysz mi teraz?
    Chłopiec skinął głową i bąknął pod nosem:
    – Głupia baba!
    – Tak, masz rację! Pamiętaj, że jesteś moim najlepszym przyjacielem. Możesz zawsze do mnie się zwrócić, kiedy będzie ci ciężko. Jeśli tylko będziesz mnie potrzebował, od razu przyjdę. Wiesz co, ale nie powinniśmy jeszcze wracać do domu, bo mama spodziewa się nas dopiero około czwartej. Wybierzemy się na lotnisko i popatrzymy sobie na samoloty, co ty na to?
    Wszystkie czarne chmury od razu zniknęły. Oczy chłopca natychmiast rozbłysły.
    – O, tak!
    – Ojej! – wykrzyknął Gard. – A to byśmy się wybrali! Przecież nie możemy jechać na lotnisko w kąpielówkach! Musimy przebrać się w samochodzie.
    – A to byśmy się wybrali! – powtórzył Sindre, śmiejąc się niemal do łez.

ROZDZIAŁ XIII

    Mali biegała nerwowo po kuchni, wykonując wiele niepotrzebnych czynności, ale zupełnie nie mogła się skupić. Co robi tutaj ta sól, właściwie po co ją tu postawiła? Godzina, która może być godzina…? Za piętnaście czwarta. A ona nie zrobiła jeszcze nawet sosu.
    Deser… desel, jak mówi Sindre. Czy zdąży wystygnąć? Naprawdę kiepska ze mnie gospodyni, wszystko idzie mi jak po grudzie.
    Za to stół był już odświętnie nakryty białym obrusem z zielonymi i fioletowymi dodatkami. Na trzy osoby…
    Żeby on tylko źle nie zrozumiał tego zaproszenia na obiad!
    Mali stanęła nagle jak wryta z drewnianą łyżką w ręku.
    Nie zrozumiał źle? A czy ona nie widziała w Gardzie Mörkmoenie ojca dla Sindrego? Przecież niebezpieczeństwo już minęło, a on widocznie polubił chłopca, bo w przeciwnym razie już dawno zakończyłby tę znajomość. Nie zrobił tego, wręcz przeciwnie.
    Badała samą siebie, gruntownie i bezwzględnie. Jej zaproszenie naprawdę nie było niczym innym niż uprzejmym gestem. Ale mogło zostać zinterpretowane inaczej. Gard Mörkmoen rzeczywiście trochę się zawahał…
    Może więc nie powinna przygotowywać tak wystawnego obiadu? Jeśli na określenie „wystawny obiad” zasługiwały kotlety i kompot… Może powinna zdobyć się na nonszalancję i podsunąć mu talerz z całkowicie obojętną twarzą? Dać mu jasno do zrozumienia, że ona naprawdę nie zamierza…
    Roześmiała się głośno. Nie, na pewno nie powinna się tak zachować. Po prostu musi podejść do tego ze spokojem.
    Przeraziła się. Na schodach słychać było kroki! Już wracali? W panice zerknęła przelotnie w lustro. Potargana i czerwona na twarzy, wyglądała jak prawdziwa zabiegana mamusia. Z całą pewnością w niczym nie przypominała wyniosłej i chłodnej pani domu.
    Ach, nieważne! To przecież tylko Gard Mörkmoen!
    Tylko?
    Głos Sindrego odbijał się echem na klatce schodowej.
    – No, chodź! My tu mieszkamy, mama i ja. O, widzisz, tam stoi mój stary wózek, ale nie jest już mi potrzebny, wiesz?
    Jak ładnie i wyraźnie mówi mój mały chłopiec, pomyślała Mali. I na dodatek jak dużo!
    Męski niski głos odpowiedział coś krótko. Po czym znowu odezwał się Sindre:
    – Dzień dobry, ciociu Nilsen! To ja i mój tata!
    Tylko tego brakowało! Mali zrozumiała, że będzie musiała to i owo wyjaśnić.
    Odezwał się dzwonek do drzwi. Otworzyła je szybko.
    – Cześć! Wchodźcie, obiad będzie gotowy za chwilę.
    I natychmiast znowu zniknęła w kuchni, by ukryć rozpalone policzki.
    Mały poczłapał za nią.
    – Dziś będzie desel – oznajmił gościowi. – Wiesz, mamo, widzieliśmy, jak startował odrzutowy samolot.
    – Pojechaliśmy jeszcze na chwilę na lotnisko – wyjaśnił Gard, by uniknąć pytań o plażę.
    – To dla Sindrego wielkie przeżycie – uśmiechnęła się z wdzięcznością Mali.
    Mężczyzna wyglądał na zadowolonego.
    – Czy nie miałaby pani nic przeciwko temu, żebyśmy mówili sobie po imieniu? – zaproponował.
    – Oczywiście że nie.
    – No więc, twój syn mnie adoptował. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza.
    Kobieta bąknęła coś nieporadnie, nie mogąc znaleźć odpowiednich, wystarczająco lekkich słów i znowu zniknęła w kuchni.
    Gard rozejrzał się po ciasnym mieszkanku. Było umeblowane nawet ładnie, ale nadzwyczaj skromnie. Nic dziwnego, Mali na pewno nie wiodło się najlepiej i na niewiele ją stać. Bez trudu dawało się zauważyć, że mieszka tu także dziecko: rzeczy Sindrego zdecydowanie dominowały na tej skromnej powierzchni. Mieszkanie składało się z dużego pokoju – jeśli tak można nazwać pomieszczenie liczące nie więcej niż dwanaście metrów – w którym na kanapie prawdopodobnie spała Mali, i z małego kącika dla Sindrego oraz z niszy kuchennej i wąskiej łazienki. Na dodatek było stare i wymagało remontu.
    Pomyślał o swoim szykownym apartamencie, zdecydowanie zbyt obszernym dla samotnego mężczyzny. Zawsze uważał jednak, że w czymś mniejszym po prostu nie da się mieszkać. Teraz trochę się zawstydził.
    Podczas obiadu, który okazał się naprawdę smaczny, Sindre opowiadał bez przerwy o swoich przeżyciach. Gard siedział jak na szpilkach, ale chłopiec na szczęście nie wspomniał ani słowem o „głupiej babie”. Miał chyba niezwykłą zdolność zapominania o wyrządzonych mu przykrościach.
    W połowie „deselu” nagle po prostu zamilkł. Zaniesiony ostrożnie przez Garda do łóżka, zasnął od razu jak suseł.
    – Zdaje się, że wyczerpał go nadmiar wrażeń – stwierdziła z uśmiechem Mali, gdy gość usiadł znowu obok niej.
    – Takie małe berbecie przeżywają wszystko ze zdwojoną intensywnością, najdrobniejszy epizod staje się dla nich wielkim wydarzeniem. Dlatego naprawdę miło jest, kiedy można coś dla nich zrobić. Właściwie to jest w tym może trochę egoizmu, ale sprawiając przyjemność dziecku, sprawiamy ją także sobie.
    – Masz rację. Sindre to takie małe słoneczko w moim życiu.
    – Wyobrażam sobie. Ale pewnie musiałaś dla niego z czegoś zrezygnować?
    Kobieta wzruszyła lekko ramionami.
    – Przerwałam studia, to wszystko. Kiedyś mogę jeszcze do nich wrócić.
    Gard przyjrzał się Mali uważnie. Odniósł wrażenie, że to nie była jedyna cena, jaką przyszło jej zapłacić.
    – Nie masz rodziny?
    – Nie – odpowiedziała z beztroskim grymasem, który świadczył o tym, że bliskich brakowało jej bardziej, niż chciała to okazać. – Moi rodzice zbliżali się już do pięćdziesiątki, kiedy przyszłam na świat, dlatego nie cieszyłam się nimi długo.
    Mężczyzna nadal nie spuszczał z niej wzroku. Wreszcie westchnął.
    – Obiad smakował wyśmienicie! Czy mogę zapalić?
    – Naturalnie – odparła Mali, wstając gwałtownie z krzesła. – Tylko że nie mam ani jednej popielniczki. Możesz skorzystać ze spodeczka.
    Bez trudu dawało się zauważyć, że gospodyni nie przywykła do przyjmowania gości. Zachowywała się bardzo nerwowo i niepewnie, ponieważ za wszelką cenę starała się wypaść idealnie.
    Mörkmoen poczuł się trochę wzruszony.
    – Niewiele brakowało, a Sindre by mnie zmusił do rzucenia palenia – roześmiał się. – Może powinienem wykorzystać tę szansę, skoro mam już za sobą trudny początek. Niech to więc będzie mój ostatni papieros.
    – Chyba jesteś trochę zbyt pewny siebie – Mali uśmiechnęła się nieśmiało, próbując zachowywać się naturalnie, co wcale nie było dla niej łatwe. Nie mogła bowiem się powstrzymać, by ukradkiem nie zerkać z podziwem na tego silnego mężczyznę obok niej. Wprost nie mieściło się jej w głowie, że on naprawdę tu siedzi, w jej mieszkanku, przy stole, na którym do tej pory opierała łokcie tylko Sonia, jej jedyny dotychczasowy gość. – Nie muszę chyba mówić, jak bardzo jestem ci wdzięczna za tę dzisiejszą niedzielę. Jeszcze nigdy nie widziałam mojego syna aż tak rozpromienionego.
    – To był przyjemny dzień także dla mnie. W poprzednią niedzielę wybrałem się na plażę sam i serdecznie się wynudziłem. Fajny z niego chłopak.
    – Najważniejsze jest to, że od kiedy ty pojawiłeś się w jego życiu, odzyskał równowagę. Znowu zaczął mówić, i to ile!
    – Czy ja wiem – powiedział Gard w zamyśleniu. – Naprawdę uważasz, że jego lęki wynikają z tęsknoty za ojcem?
    – Ależ nie, bynajmniej! – zaprzeczyła pospiesznie Mali. – Przepraszam, chyba nie wyraziłam się jasno. To znaczy… Nie, dajmy już temu spokój!
    – Rozumiem, co chciałaś powiedzieć – uspokoił ją miękkim głosem Gard.
    Mali wykonała nerwowy gest, jakby odgarniała sprzed twarzy pajęczą sieć.
    – Samotne matki są często w niezręcznej sytuacji. Istnieje powszechne przekonanie, że my wszystkie desperacko poszukujemy ojca dla naszych dzieci. Kiedy się pojawiłeś, próbowałam z całkowitą szczerością odpowiedzieć samej sobie na kilka pytań. I stwierdziłam, że możesz czuć się całkowicie spokojny. Już dawno bowiem pogodziłam się z tym, że kobieta wychowująca dziecko musi liczyć się z samotnością. I to naprawdę nic strasznego. Jestem ci niebywale wdzięczna za to, że chcesz być przyjacielem Sindrego i to wszystko. Przepraszam, że o tym mówię, ale wolałabym, żeby to było jasne. Nie chcę, byś się czuł ofiarą, na którą poluje rozhisteryzowana i spragniona małżeństwa kobieta.
    – To miło, że jesteś szczera – uśmiechnął się. – Inne kobiety na twoim miejscu próbowałyby w nieokreślony i nierzadko trudno zrozumiały sposób zademonstrować, że nie są zainteresowane. Albo też inne, na przykład taka piękność jak…
    Zamilkł. Niewiele brakowało, a zacząłby opowiadać o Anicie – zupełnie niepotrzebnie. Anita była epizodem, który nigdy nie przerodził się w nic więcej, po co więc wzbudzać ciekawość Mali, wymieniając imię jakiejś obcej dziewczyny.
    Widział wyraźnie, że ona z pytającym wzrokiem czeka na dalszy ciąg, który jednak nie nastąpił. Pochyliła więc głowę, nieco zmieszana otwartością własnego wyznania. Gard przyglądał się jej ponad stołem. Stwierdził z przekonaniem, że jest ładną kobietą, choć o zupełnie innym typie urody niż ten, jaki go dotychczas pociągał. Z całą pewnością nie dałoby się jej uznać za osobę przystępną, raczej robiła wrażenie człowieka niezwykle samodzielnego i świadomego swych celów i ograniczeń. Innymi słowy, reprezentowała typ, w jakim trudno byłoby mu się zakochać. Co do tego nie miał najmniejszych wątpliwości. Przy całej swej delikatności wydawała się silna, a tę siłę zdobyła pewnie wtedy, gdy życie zmusiło ją do zajmowania się chłopcem w całkowitej samotności. Prawdopodobnie wcześniej wcale nie była taka…
    Zastanowił się przez chwilę. Mali musiała być bardzo młoda, gdy spotkała Sverre Pettersena. Młoda i naiwna, i dlatego okazała się łatwą zdobyczą dla takiego starego wygi jak on, który doskonale wiedział, jak omamić dziewczynę.
    Gard poczuł nagle nienawiść do swego dawnego kolegi.

ROZDZIAŁ XIV

    Mali domyślała się, że Gard nad czymś się zastanawia, gdy tak nagle milknie. Tylko nie bądź naiwna, upominała samą siebie, nieco rozczarowana. Przecież on ma na pewno jakąś dziewczynę albo nawet kilka. Ani razu do tej pory nie wspomniał nawet słowem o swoim prywatnym życiu.
    – Wracając do twojego pytania – rzekła nieoczekiwanie – naprawdę nie wiem, skąd wzięły się u Sindrego te napady lęku. Czasami śnią mu się koszmary.
    Jej syn to najlepszy, bo całkowicie neutralny temat! Gard pokiwał głową.
    – Czy mówił o czymś specjalnym?
    – Nie, właściwie nie – odparła bez przekonania.
    – Są rzeczy, których wyjątkowo się boi – kontynuował Mörkmoen. – Kiedyś opowiedziałem mu jakąś historyjkę o trollu i niechcący bardzo go wystraszyłem. Lecz to chyba nie ma nic do rzeczy…
    – On rzeczywiście boi się trolli – przyznała jego matka. – Ale specjalnego rodzaju trolli. Takich, które wyłaniają się z wody…
    – To prawda! Bardzo się wystraszył, kiedy zobaczył, jak wynurzam się z wody w stroju płetwonurka.
    Mali wcale nie wyglądała na zaskoczoną.
    – Coś takiego zdarzyło się już wcześniej. Zobaczył zdjęcie płetwonurka w gazecie. I nazwał go trollem.
    – Kiedy to było?
    Mali zastanowiła się.
    – Chyba kilka miesięcy temu.
    – Znowu innym razem… jak to było… – próbował przypomnieć sobie Gard – Już wiem, zdecydowanie odmówił wejścia do lasu tam, za domem.
    – Akurat w tym nie ma nic osobliwego. Sama mu tego zabroniłam.
    – Ale powiedział, że tam jest niebezpiecznie. A ostatniej nocy, którą spędził u mnie, przyśnił mu się prawdziwy koszmar. Pojawiły się w nim wszystkie postacie z wcześniejszych snów. Był troll w kostiumie płetwonurka. Spotkał go w lesie. Na drodze. Ten troll miał zabrać Sindrego, jeśli on go wyda. A potem wymienił jakieś imię, ale nie mogłem go odszyfrować.
    – Co to za imię?
    – Nie pamiętam. Tess… Tessa? Terry? Nie wiem.
    – Może Tessi?
    – Tak, Tessi. Na pewno! Troll miał zabrać jego i Tessi. Kto to jest?
    Mali milczała. Ściągnąwszy brwi, patrzyła prosto przed siebie.
    – O czym myślisz? – spytał Gard.
    Ocknęła się.
    – Powoli dostrzegam w tym jakiś sens. Tessi to szczeniak, który wiosną pojawił się u sąsiadów.
    – Wiosną! Zdaje się, że to wszystko zdarzyło się właśnie wtedy.
    – Dzieci chętnie bawiły się z Tessi. Kiedyś piesek im uciekł. Maluchy zaczęły go szukać, a Sindre, zapominając o wszystkich moich zakazach, pobiegł za nim aż do lasu.
    – No, widzisz, to się zaczyna zgadzać! Ten mały hultaj wcale nie jest taki nierozgarnięty!
    Właściwie to ona ma bardzo ładne oczy! Takie duże i wyraziste, a zarazem pełne zadumy i marzycielskie, jakby ich właścicielka żyła w innym świecie, świecie jasności i piękna, którego nie jest dane zaznać nam, zwykłym śmiertelnikom.
    Mali opowiadała dalej z ożywieniem:
    – A kiedy stamtąd wrócił ze szczeniakiem, wcale nie był dumny i zadowolony, jakby należało się spodziewać, lecz śmiertelnie przerażony. Przez cały dzień nie powiedział ani słowa. Myślałam, że to przeze mnie, ponieważ nakrzyczałam na niego za jego nieposłuszeństwo. Ale gdy teraz się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że to właśnie wtedy zaczęło się to jego długie milczenie.
    – „Jeśli coś powiesz, wrócę i zabiorę ciebie i psa”. Może myślał, że nie powinien w ogóle nic mówić? Ale znowu ten las… Co on ma wspólnego z trollem, który wynurza się z wody?
    – Morze leży zaraz za lasem.
    – Wiesz co? Mam ochotę wziąć Sindrego do lasu i poprosić go, żeby opowiedział o wszystkim, co się tam wydarzyło. Może uwolni go to od lęku. To na pewno jest jakiś drobiazg, który on w swojej dziecięcej wyobraźni wyolbrzymił do takich rozmiarów.
    – Niewątpliwie. Myślę, że to niegłupi pomysł. Ale może innym razem, na dziś wystarczy mu przeżyć.
    – No właśnie, robi się późno. Chciałbym ci podziękować za pyszny obiad i w ogóle za miłą niedzielę.
    Mali wolałaby, żeby Gard jeszcze nie odchodził. Tak miło jej się z nim rozmawiało. Kiedy wyjdzie, zrobi się pusto. Nie miała jednak żadnego powodu, by zatrzymywać go dłużej.
    Przystanął jeszcze w przedpokoju.
    – Sindre powiedział mi, że wkrótce ma urodziny. Odebrałem to jako wyraźny apel z jego strony.
    – A to ci chytre stworzenie! – uśmiechnęła się matka. – Rzeczywiście. Ale boję się, że sama narobiłam sobie kłopotu. Trochę pochopnie obiecałam mu ogromny prezent z tej okazji. Wiem, że marzy mu się traktor na trzech kołach albo może i czterech, nie wiem, nie widziałam go z bliska. A tymczasem ja myślałam jedynie o parze nowych butów.
    Gard popatrzył na nią uważnie:
    – Wobec tego zróbmy w ten sposób: ja kupię traktor, a ty kupisz buty. Ale żeby nie było tak, że mama daje w prezencie coś zupełnie nieatrakcyjnego, a ja jestem tym wspaniałym wujkiem, który przynosi same cuda, wymienimy się paczkami. Buty będą ode mnie, a traktor od ciebie.
    – Ależ ja naprawdę nie zamierzałam…
    – Koniec dyskusji. Nigdy nie miałem nikogo, komu mógłbym dawać prezenty. A Sindre obdarował mnie czymś, czego istnienia w ogóle nie podejrzewałem. Rozumiesz?
    Kobieta skinęła głową.
    – Dziękuję ci – powiedziała zwyczajnie.
    – Powtórz mojemu przyjacielowi, że niedługo się spotkamy – rzucił na pożegnanie Gard i poszedł.
    W małym mieszkanku zaległa cisza. Mali zaczęła sprzątać po uroczystym obiedzie.
    Jej życie wzbogaciło się o nowy element: radosne napięcie, którego Sindre, mimo jego ciepła i miłości, nie mógł jej na pewno dać

ROZDZIAŁ XV

    Sindre znowu poszedł do przedszkola. Ale był to już zupełnie inny Sindre – wesoły i rozgadany. Nauczycielka musiała, oczywiście, poznać wszystkie rewelacje o tacie, jaki jest miły i silny, jakim jeździ samochodem, a także o wizycie w zoo i wycieczce na lotnisko oraz o wielu innych rzeczach. Pani wysłuchała cierpliwie opowieści swojego podopiecznego. Nie znała sytuacji Mali Vold, lecz od dziewczynek z grupy sześciolatków dowiedziała się od razu, że Sindre chyba nie ma ojca. Ich mamy, z upodobaniem plotkujące o sąsiadach, nieraz mówiły, że Mali nie jest zamężna i nigdy nie odwiedza jej żaden mężczyzna.
    Ale chłopiec nie zwracał już uwagi na żadne wścibskie plotkarki, ponieważ nieoczekiwanie nabrał pewności siebie. Coś mu w głębi duszy podpowiadało, że Gard nie jest jego prawdziwym tatą, lecz on z całą siłą swej dziecięcej wiary zagłuszał w sobie ten głos sumienia.
    Niektóre dzieci potrzebują ojca bardziej niż inne. W przypadku Sindrego ową potrzebę spotęgowały w znacznym stopniu nieustanne kpiny jego starszych koleżanek, które czuły, że mogą nad nim dominować i bezkarnie go gnębić, ponieważ ich rodziny były lepsze, bo pełne. One przecież miały ojców – choć ci bywali naprawdę różni… A Sindre go nie miał i nigdy nie mścił się na nich za ich drwiny. Uśmiechał się jedynie łagodnie i choć co prawda za każdym razem zamierzał coś odpowiedzieć, to nigdy nie zdążył tego wymówić. Poza tym dzieci tak bardzo lubiły go popychać i poszturchiwać, bo nie umiał się bronić. I co najważniejsze: niczym to nie groziło, ponieważ nie musiały się bać, że nagle pojawi się jego zagniewany tata i rozprawi się z nimi.
    Tymczasem w trzy dni po wspólnej wyprawie na plażę i lotnisko w przedszkolu zdarzyło się coś nieoczekiwanego.
    Przed bramą zatrzymał się czerwony sportowy samochód. Sindre poczuł, że robi mu się na przemian zimno i gorąco, ujrzał bowiem, że Gard wysiadł z auta i skierował swe kroki ku przedszkolnej furtce. Chłopiec wykrzyknął wreszcie:
    – Tata! To jest mój tata!
    Wszystkie dzieci z zaciekawieniem przyglądały się mężczyźnie, pani Inger zaś pomyślała sobie: „Szkoda, przydałby mi się ktoś taki”.
    Ale w duchu naprawdę się cieszyła, że Sindre ma takiego ojca. Za każdym razem starała się bronić malca przed starszymi dziewczynkami, miała jednak zbyt dużo dzieci pod swoją opieką, by móc czuwać nad nim nieustannie, a te małe spryciary wykorzystywały każdą sposobność: wystarczyło, że odwróciła się od nich plecami
    – Dzień dobry – powiedział Gard z szerokim uśmiechem, na powitanie podnosząc chłopca do góry. – Chciałem się dowiedzieć, czy mógłbym zabrać Sindrego już teraz?
    Nauczycielka nie widziała przeszkód. Mężczyzna zaczął ubierać chłopca. Gdy pomógł mu włożyć buty i mieli już wychodzić, podeszły do nich dwie dziewczynki.
    – Czy on nie ma innych spodni? – spytała jedna od niechcenia.
    Gard zaniemówił na chwilę, słysząc z ust małego dziecka słowa świadczące o wyjątkowej bezwzględności.
    – To są jego ulubione spodnie – skłamał. – Nie możemy go zmusić do noszenia innych.
    – Ty nie jesteś tatą Sindrego – odezwała się druga, patrząc spode łba.
    – A co ty możesz o tym wiedzieć? – odparł Gard.
    – To dlaczego nie mieszkasz z nimi razem?
    – Przez bardzo długi czas mnie nie było, bo dużo podróżowałem.
    Na co mu przyszło! Że też musi się tłumaczyć przed takimi niesympatycznymi i wścibskimi dzieciakami! Był w stanie wyobrazić je sobie za pięćdziesiąt lat, jak swym czujnym i krytycznym wzrokiem terroryzują całą ulicę.
    Jednakże mając na względzie Sindrego, mimo wszystko odpowiadał na ich pytania.
    W oczach jednej z tych małych jędzulek pojawił się nagle wyraz pogardy.
    – Długi czas mnie nie było, bo podróżowałem? O wujku Larsenie też tak mówili. A on siedział w więzieniu.
    Zanim Gard zdążył odpowiedzieć, do ataku przystąpiła druga:
    – Ty nie lubisz Sindrego, ja to wiem. Gdybyś go lubił, to byś nie wyjechał.
    Tego było już za wiele. Gard dosłownie kipiał. Właśnie miał zamiar powiedzieć, że będzie musiał porozmawiać z rodzicami dziewczynek, należało bowiem położyć wreszcie kres dręczeniu małego, niewinnego chłopca, a jeśli on się tylko dowie, że choćby jeden raz dotknęły Sindrego, to jeszcze tego pożałują…
    Na szczęście pani Inger podeszła do nich pospiesznie i odsunęła swe wychowanki na bok, nim Mörkmoen zdążył uczynić więcej, niż tylko otworzyć usta.
    – Zawsze będą wyżywać się na nim – powiedziała z żalem nauczycielka. – Prawdopodobnie w ich wyobrażeniu Sindre ma jeszcze gorzej niż one. Ojciec jednej z nich pije i robi burdy w domu, drugi z kolei pochłonięty jest własną firmą i w ogóle nie interesuje się dziećmi. Właściwie to jest mi ich szkoda. Rozmawiałam z matkami o zachowaniu ich córek, ale one nic nie rozumieją. No cóż, na szczęście dziewczynki kończą już sześć lat i idą do szkoły. Po wakacjach wszystko ułoży się na pewno znacznie lepiej.
    – Chociaż tyle na pociechę – odparł gorzko Gard. – W szkole znajdą się w pierwszej, czyli najmłodszej klasie, i może z nich też wyrosną ludzie.
    Dyrektor Lomann chodził po swym banku, rozglądając się z zadowoleniem dookoła.
    Nareszcie zdrowy! Nareszcie! Po tylu długich miesiącach oczekiwania będzie mógł wreszcie je sobie wziąć – własne pieniądze. Naprawdę zasłużył na nie. Przecież całe swoje życie poświęcił żonie, do której musiał się przymilać, żeby wyciągnąć choć parę groszy, no i bankowi. Siedział tu i umizgiwał się do tych głupich klientów, żebrzących o pożyczki i nie mających pojęcia o tym, jak należy korzystać z pieniędzy. Za to on wiedział doskonale! Nie na darmo przecież był dyrektorem banku! Och, jak długo o tym śnił i marzył! Pieniądze, naprawdę duże pieniądze… Niezależność, wolność, władza!
    Ale na razie musi trochę poczekać. Serce nie jest jeszcze wystarczająco silne.
    Uśmiechnął się sam do siebie, gdy przypomniał sobie to współczucie wszystkich naokoło. Ten wielki szok. Powszechne zatroskanie z powodu włamania do jego banku, odpowiedzialność za pieniądze obcych ludzi.
    On się nie przejmował, o, nie! Ale nie wiedział, że ma tak słabe serce, on, który mimo upływu lat ciągle wyglądał młodo i zdrowo. A jednak nie wytrzymał wysiłku i napięcia związanego z zanurzeniem się w stroju płetwonurka pod wodę i umieszczeniem metalowej skrzyni pod kamieniem na dnie morza.
    I to właśnie tam, w miejscu, gdzie nigdy nikt się nie zapuszczał, pojawił się ten chłopiec. Stąd ów szok. Ile ten mały właściwie zdołał zobaczyć?
    Co ma z nim począć? Co się robi z takim świadkiem? Nie ulega wątpliwości, że mały rozpoznał go w szpitalu. Zdaje się, że jest porządnie wystraszony.
    Prawdopodobnie nie byłoby poważniejszego problemu, gdyby obaj nie mieszkali tak blisko i raz po raz nie wpadali na siebie. Wie, jak ten smarkacz się nazywa i kim jest jego matka. Nic nadzwyczajnego, niezamężna i bez pieniędzy.
    Mimo to wahał się. Musi uważać na swoje serce, nie powinien się denerwować. A teraz na dodatek przy chłopaku pojawił się ten mężczyzna. Mały mówi do niego „tato”. Niemożliwe! To wygląda na zupełnie luźny związek. Chyba nie powinien się niczego obawiać z jego strony.
    Ale co zrobić z małym?
    Może…?
    Może by go ukryć na jakiś czas? Do chwili, aż wydobędzie skrzynkę i wyjedzie z kraju. A jeśli nie uda im się w porę odnaleźć smarkacza – no cóż, to już nie jego sprawa. To ich błąd, trzeba było lepiej szukać!
    Wcale niegłupi pomysł! Przecież ten mały świadek jest naprawdę dla niego niebezpieczny. To jedyny element zagrożenia w całym wprost nieprawdopodobnie pewnym planie. Lomann miał dopiero czterdzieści dziewięć lat i nie zamierzał spędzić reszty życia na pracy, o nie! Już od dawna marzył, by się wycofać, dyskretnie i z godnością, ze względów zdrowotnych. Jedyny problem stanowiło to, jaką przypadłość ma wymyślić jako przyczynę swej rezygnacji. I nagle powód sam się znalazł. Serce…
    To wcale nie jest zabawne, lecz już wkrótce znowu będzie zupełnie zdrowy. Lekarz twierdzi, że wszystko na to wskazuje.
    No pewnie, kiedy odpocznie sobie w Hiszpanii…
    Dla dyrektora Lomanna życie dopiero się zaczyna. Dopiero teraz będzie naprawdę z niego korzystać! Już sobie wyszukał willę w słonecznej Hiszpanii, do której wysłał swoją przyjaciółkę, by na niego czekała. Kiedy więc tylko wydobędzie skrzynię…
    Przeklęty smarkacz!
    Lomann wyprostował się gwałtownie. Kto to słyszał, by tak biadolić? Przejmować się jakimś dzieciakiem? To niemożliwe, po prostu niemożliwe, by ten bachor mógł pokrzyżować mu plany! Przecież on nie ma pojęcia, kim jest Lomann. Poza tym, czy ktoś dałby wiarę fantazjom dziecka?
    Pal licho chłopaka!
    Carl Lomann jest wolny. Wolny i niepokonany!
    Jeszcze tylko trochę cierpliwości, a niedługo będzie mógł wyjechać…

ROZDZIAŁ XVI

    Gard był wściekły.
    Musi koniecznie porozmawiać z Mali o przedszkolu. Sindre nie może tam chodzić ani jeden dzień dłużej. Co prawda te okropne plotkarki mają już sześć lat i naturalną koleją rzeczy niebawem opuszczą przedszkole, ale przecież chłopiec powinien żyć w spokoju już teraz.
    Ścisnął malca mocniej za rękę, ciągnąc go za sobą po chodniku. Znajdowali się w centrum miasta, gdzie Gard miał kilka spraw do załatwienia.
    Sindre co chwila potykał się o własne nóżki, aż wreszcie jego opiekun zatrzymał się skruszony i wziął go na ręce.
    – Czy te dwie dziewczynki zawsze są takie niemiłe?
    – Głupie baby!
    – To właśnie one ciągle cię poszturchują?
    – Tak.
    Mörkmoen bąknął coś brzydkiego pod nosem.
    – Musisz nauczyć się bronić, Sindre! Albo lepiej nie, to tylko pogorszyłoby sytuację.
    No bo co taki trzylatek jak on mógłby im przeciwstawić?
    – Niedługo będą twoje urodziny. Za tydzień. Skończysz już trzy lata, chłopie! Może wymyślimy coś niezwykłego na ten dzień. Wszyscy razem: ty i ja, i mama?
    – O tak! – wydyszał chłopiec. – Pojeździmy samochodem. Mama pojeździ samochodem.
    – Jeśli będzie miała na to ochotę, bardzo proszę – roześmiał się Gard. – Zdaje mi się, że mama upiecze tort, a ty dostaniesz pewnie jakiś prezent…
    – Duży?
    – Może. Ale myślę, że mały prezent też może nie być wcale taki głupi, prawda?
    – Prawda. Najlepiej to dostać mnóstwo prezentów!
    – No, tak… Muszę podjąć pieniądze, wstąpimy na chwilkę do banku. A potem pojedziemy sobie do tego twojego lasu i rozejrzymy się trochę po nim, no, a później będzie pora wracać do domu. Uprzedziłem twoją mamę, że odbiorę cię dzisiaj z przedszkola.
    Malec potakiwał z przekonaniem głową na znak, że wszystko rozumie. Prawdopodobnie zapowiedź wizyty w lesie nie zabrzmiała dla niego zachęcająco, lecz nie dał nic po sobie poznać.
    Gard cieszył się, że znowu jest razem z Sindrem.
    Tymczasem w banku chłopiec stał się niespokojny. Wszystko wskazywało na to, że znowu ogarnął go ten niewyjaśniony lęk. Powrócił do równowagi dopiero wtedy, gdy jakiś mężczyzna zniknął pospiesznie za drzwiami prowadzącymi w regiony banku niedostępne dla klientów.
    Gard pochylił się nad małym.
    – Powiedz mi, czego ty się boisz?
    Sindre chwycił się jego ręki, rzucając wokoło niespokojne spojrzenia.
    – Trolla! – szepnął.
    – Trolla? Tutaj? – uśmiechnął się mężczyzna. – Nie wierzę.
    – On przyjdzie i mnie zabierze!
    – Dopóki ja jestem przy tobie, nic ci nie grozi.
    Ta odpowiedź całkowicie uspokoiła chłopca. Z głową trzymaną wysoko pozwolił wynieść się na rękach z niebezpiecznego banku.
    Gard zatrzymał samochód.
    – Wstąpimy jeszcze na krótko do lasu, zgoda?
    – Nie! – błagał Sindre. – Ja nie chcę.
    – Przecież jestem z tobą! Nic ci się nie stanie.
    – On przyjdzie i mnie zabierze.
    – Nikt nie może cię zabrać, jeśli ja jestem przy tobie. Chciałbym, żebyś mi opowiedział o tym trollu, którego widziałeś.
    Sindre odwrócił głowę. Wyglądał na bardzo wystraszonego.
    – Czy troll powiedział ci, że nikomu masz nic nie mówić?
    – Tak. Nic nie mówić. Niebezpieczne!
    – W porządku – uspokajał go Gard. – Wobec tego tylko wejdziemy do lasu. Nie będę cię o nic pytał. Przecież wiesz, że troll mnie nie może zabrać.
    – O, nie! – Sindre roześmiał się przez łzy. – Nie może zabrać mojego taty!
    Mężczyzna przytulił chłopca do siebie.
    Jak ja mam go przekonać, żeby nie nazywał mnie tatą? pomyślał zirytowany.
    Oczywiście, przestając odwiedzać tego malca. Tylko jak to zrobić? Bo przecież w tym moim zimnym, wykalkulowanym życiu, w którym wszystko obraca się wokół pracy, pieniędzy i bezmyślnego uganiania się za dziewczętami oraz przyjemnościami, ta mała istotka jest mym jedynym przyjacielem, zwyczajnym i pełnym ufności…
    A także pełnym bezkrytycznego podziwu, pomyślał Gard nie bez ironii. Jakie to miłe!
    Szedł powoli ścieżką, a obok niego Sindre, który wpił się palcami w jego ramię i w ogóle nie patrzył przed siebie.
    – A więc to tu uciekła wam Tessi? – nie dawał za wygraną.
    Chłopiec rzucił spłoszone spojrzenie na ścieżkę i kiwnął głową.
    Gard szedł zatem dalej.
    Gdy musiał odsunąć na bok gałąź drzewa zwisającą na wysokości twarzy chłopca, uczynił to tak czułym gestem, że gdyby to widzieli jego koledzy z pracy, na pewno oniemieliby z wrażenia.
    – Czy to tutaj złapałeś szczeniaka?
    Sindre zerknął znowu.
    – Nie, o wiele dalej.
    – No, to chodźmy tam. Pokażesz mi.
    Las okazał się większy, niż Gard się spodziewał Był mieszany. Rosły w nim w bezładnym chaosie brzozy, osiki i olchy, a także pojedyncze sosny.
    Nagle ścieżka się skończyła. Nieoczekiwanie znaleźli się przy poprzecznej, nieco większej dróżce. Po jej drugiej stronie biegł kamienny mur, który oddzielał drogę prowadzącą od morza. Sindre był bardzo zdenerwowany i próbował zmusić Garda do powrotu.
    – Troll! Przyjdzie i nas zabierze!
    – Na pewno nie! – zapewniał go mężczyzna. – Jestem silniejszy od wszystkich trolli! To tutaj znalazłeś Tessi?
    Nie ulegało wątpliwości, że to właśnie było to miejsce.
    – I wtedy pojawił się troll?
    – Tak. Tam – potwierdził Sindre drżącym głosem.
    – Czy on przeszedł przez mur? Od strony morza?
    – Tak. Chodźmy już.
    – Nie bój się, teraz nie ma tu żadnego trolla. Powiedz mi, Sindre, czy on wyglądał tak samo jak ten płetwonurek, którego widziałeś wtedy, kiedy zostawiłem cię z Anitą?
    – Tak. To troll.
    – Nie, wtedy to byłem ja. A tutaj też nie spotkałeś żadnego trolla, tylko mężczyznę w kostiumie płetwonurka.
    Sindre nie mógł tego zrozumieć.
    Gard zastanowił się przez chwilę. Przecież w takim stroju nikt nie mógłby ujść daleko.
    – Może przypominasz sobie, czy na drodze nie stał jakiś samochód?
    Sindre myślał intensywnie.
    – Tak. Samochód. Tam.
    – Niebieski?
    – Nnnie.
    – Czerwony?
    – Nie, nie czerwony.
    – Biały? Zielony? Żółty? Czarny?
    – Nie.
    Chłopiec wyraźnie żałował, że nie pamięta tego szczegółu. Ale trudno było mu się dziwić. „Troll” wystraszył go niemal do szaleństwa. Poza tym Gard nie orientował się, czy trzylatek potrafi rozróżniać kolory i czy zna ich właściwe nazwy.
    Nie wątpił jednak, że wszystko ma zapewne całkiem naturalne wyjaśnienie. Sindre widział przypuszczalnie jakiegoś płetwonurka przy pracy – na przykład przy czyszczeniu morskiego dna. Nieznajomy prawdopodobnie odezwał się do chłopca, może chciał sobie z niego pożartować…
    – Powtórz jeszcze raz, co ten mężczyzna ci powiedział!
    Drobna twarzyczka chłopca zastygła w bezruchu. Żywe w niej były tylko wielkie ze strachu oczy. Sindre szepnął:
    – Nie opowiadać!
    – Czy ten mężczyzna powiedział tak: „Jeśli piśniesz choćby jedno słowo o tym, co widziałeś, przyjdę znowu i zabiorę cię ze sobą!”
    Mały rozejrzał się dookoła wylękniony.
    – Tak – wyszeptał.
    Jak nierozsądni potrafią być ludzie! I jak bezmyślni! Ów mężczyzna zdawał sobie pewnie sprawę z tego, jak niesamowicie wygląda w przebraniu płetwonurka, i dlatego chciał nastraszyć naiwne dziecko. Powiedział więc: przyjdę i cię zabiorę.
    Gard nigdy nie przepadał za tego rodzaju żartami, którymi bawili się tylko ich autorzy.
    – I co zrobił potem ten mężczyzna? – spytał.
    – Troll?
    – Tak.
    – Nie wiem. Wziąłem Tessi i pobiegłem. Do domu.
    – Rozumiem. Jesteś bardzo dzielny, Sindre. Możemy już wracać. No, widzisz, i nic nam się nie stało.
    Na twarzy chłopca widać było wyraźną ulgę, kiedy weszli na drogę wiodącą do domu. A gdy znaleźli się już poza lasem, mały zaczął opowiadać bez zająknięcia o cudownej Tessi.
    Gard poczuł nieprzepartą ochotę, by kupić mu milutkiego szczeniaczka. Ale oczywiście wiedział, że nie powinien tego robić. Do tych wszystkich zajęć, jakie ma Mali, brakowało jej jeszcze tylko psa.
    Właściwie to powinna siedzieć w domu razem ze swoim synem, pomyślał mężczyzna. Większość maluchów bez trudu adaptuje się do warunków przedszkolnych, co więcej: niektóre czują się najlepiej właśnie tam. Sindre natomiast należał do tych dzieci, które nie potrafią się odnaleźć w większej grupie. On po prostu nie umie się bronić przed innymi.
    Mali zaś bardzo dręczyła się z tego powodu, że musiała oddać go do przedszkola. Choć pragnęła dla niego wszystkiego co najlepsze, nie miała wyboru.
    Na świecie żyły tysiące dzieci, które wyrastały bez ojców. Sindre jednak wyjątkowo silnie odczuwał brak taty lub kogoś, kogo mógłby za niego uważać.
    Przez krótki czas rolę tę mógł odgrywać Gard. Ostatnio jednak zaproponowano mu niezwykle korzystną pracę na południu kraju. Wydawała się na tyle atrakcyjna, że chyba warto było się nad nią zastanowić, zwłaszcza że umożliwiłaby mu dokończenie studiów.
    Musiałby więc opuścić Sindrego…
    Odruchowo przytulił chłopca do siebie.
    To wcale nie będzie łatwe!

ROZDZIAŁ XVII

    Gard przywiózł do domu śpiącego malucha późnym popołudniem. Tak jak się spodziewał, obiad stał już gotowy na stole. Sindre obudził się na chwilę, co nieco zjadł i znowu zasnął.
    Mężczyzna zaniósł go do łóżka. Gdy rozbierał go razem z Mali, chłopiec ocknął się nagle i usiadłszy raptownie na łóżku, popatrzył na nich przerażonymi oczyma, po czym na jego twarzyczce odmalowało się uczucie wielkiej ulgi.
    – Tata i mama – wymamrotał z błogim uśmiechem.
    Mörkmoen zacisnął zęby. Starając się nie patrzeć na Mali, powiedział ciepło:
    – Jesteśmy przez cały czas. Jedno z nas zostanie tu z tobą. Nie ma się czego bać.
    Zaspany malec znowu otworzył oczy.
    – Ojej, wszystko wygadałem. Ten zły człowiek… Przyjdzie i mnie zabierze. Troll!
    – Niczego nie wygadałeś, Sindre! Nie ma żadnego trolla, nikt nie przyjdzie i cię nie zabierze. To tylko jakiś głupi żart. Jesteś bezpieczny, możesz być całkiem spokojny.
    Sindre wyciągnął ku niemu swą małą piąstkę.
    – Trzymaj!
    Zostali z nim oboje jeszcze przez kilka chwil, dopóki jego oddech nie stał się głęboki i miarowy. Potem wyszli cichutko z jego kątka i wrócili do kuchennej niszy. Siedzieli w niej długo, pogrążeni w rozmowie. Gard zdawał sobie sprawę, że powinien się już pożegnać, ale ogarnął go tak błogi, nie znany mu dotychczas spokój, że z minuty na minutę odwlekał wyjście. Mali przywoływała wspomnienia z pierwszego roku życia syna, przytaczała jego nieoczekiwane odpowiedzi i zabawne sytuacje z dnia codziennego, a gość przysłuchiwał się jej z zainteresowaniem.
    – Czy było ci trudno? – spytał cicho. – Przecież chowałaś go sama.
    – Czasami – przyznała. – Ale jak już ci mówiłam, Sindre to słońce mojego życia. Był trochę opóźniony w rozwoju i bardzo się tego bałam. Nie znałam nikogo, kogo mogłabym się poradzić. Lekarze powtarzali wprawdzie, że nie ma się czym martwić, ale to, że nie miałam z kim nawet o tym porozmawiać, było strasznie przykre.
    Gard próbował sobie wyobrazić, jak Mali mogła się wówczas czuć. Nagle ogarnęło go ogromne ciepło i czułość dla tych dwóch samotnych istot.
    – Chyba rzadko gdzieś wychodzisz?
    – Właściwie nigdy – uśmiechnęła się. – W ciągu ostatnich trzech, czterech lat ani razu nie wybrałam się nigdzie sama.
    – Nie masz nikogo, kto mógłby zająć się Sindrem?
    – Po prostu nie czułam potrzeby, by szukać rozrywek gdzieś poza domem. Przecież mogłabym poprosić o pomoc Sonię.
    Gdy Gard skrzywił się, słysząc to imię, Mali pospiesznie dodała:
    – Soni jest teraz bardzo wstyd. Przyznaje, że się wygłupiła, kiedy tak na ciebie napadła.
    – I pewnie chciałaby mi to jakoś wynagrodzić?
    – Oczywiście. To bardzo serdeczna i życzliwa osoba.
    – Wobec tego spytaj ją, czy nie mogłaby posiedzieć z Sindrem dziś wieczór?
    Mali spojrzała na niego zdumiona.
    – Może miałabyś ochotę… pójść, na przykład, do kina – dodał.
    Jej policzki pokryły się lekkim rumieńcem.
    – Wydawało mi się, że to mój syn jest twoim przyjacielem. Nie musisz czuć się w żaden sposób zobowiązany wobec mnie.
    – Wybrałbym się chętnie do kina i cieszyłbym się, gdybyś zechciała mi towarzyszyć. Tylko tyle. Czy to takie dziwne?
    – Nie – bąknęła, starając się ukryć uśmiech radości. – Raczej niespodziewane.
    – Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, żebyśmy poszli na piechotę. Bo muszę zdradzić ci naszą tajemnicę: Sindre cieszy się tak bardzo, że w swoje urodziny będzie mógł ci pokazać mój samochód.
    – Z przyjemnością się przejdę.
    – No, to dzwoń do Soni!
    Mali zerwała się z krzesła, jakby bojąc się, że Gard mógłby się rozmyślić.
    Wykorzystując ciemności panujące w kinie, Mali raz po raz zerkała z boku na swego towarzysza. Tak strasznie jej się podobał. I to nie tylko dlatego, że we wzruszający sposób zajmował się Sindrem. Pociągał ją także on sam jako mężczyzna.
    Ale tego, oczywiście, nie powinien nigdy się dowiedzieć Ostatnie noce były dla niej trudne. Pogrążona w myślach o Gardzie, oddając się próżnym marzeniom, w ogóle nie mogła zasnąć. A przecież nic a nic o nim nie wiedziała, nie zdradził jej ani jednego szczegółu ze swego prywatnego życia. Mógł być żonaty… Chyba jednak nie. Powiedział wszakże, że nie jest przyzwyczajony do domowego jedzenia…
    Tylko żadnych fałszywych nadziei! upominała samą siebie.
    Wolnym krokiem wracali już do domu, rozmawiając jak zwykle o wspólnym obiekcie ich zainteresowania, czyli o Sindrem.
    – Dzieci w przedszkolu bardzo mu dokuczają – powiedział Gard. – On nie powinien tam chodzić, jest zbyt wrażliwy na taki terror!
    – Wiem – przyznała przygnębiona. – Ale do wakacji zostały już tylko dwa tygodnie. Jesienią te dwie wścibskie dziewczynki już nie wrócą i wtedy, mam nadzieję, wszystko ułoży się znacznie lepiej.
    – Tak, słyszałem, że to ich ostatni rok. Na szczęście – westchnął Gard. – Mimo to będą jeszcze aż przez dwa tygodnie. Jak wiesz, byliśmy dzisiaj w lesie. Wydaje mi się, że Sindre trochę się wyleczył z tego swojego strachu. Wprawdzie po obiedzie obudził się przerażony, ale sprawił to pewnie tylko zły sen.
    Mali uśmiechnęła się nieznacznie.
    – Nawet sobie nie wyobrażasz, ile on ma przedziwnych pomysłów…
    Gard odprowadził swą towarzyszkę do drzwi, pod którymi powiedział grzecznie dobranoc i podziękował za miły wieczór.
    Była mu za to naprawdę wdzięczna. Nie chciała żadnego całusa z obowiązku, uważała, że rozstanie w taki sposób jest znacznie ładniejsze. I o wiele bardziej pociągające.
    Chociaż… Weszła do mieszkania i zamknęła drzwi. Doskonale wiedziała, że jest postacią drugoplanową, czyli jedynie mamą Sindrego.
    Mali Vold czuła się zaniepokojona. Przecież nie wolno jej zakochać się w Gardzie Mörkmoenie, bo doprowadziłoby to jedynie do beznadziejnej tęsknoty i kolejnej porażki.
    Obawiała się jednak…
    Następnego dnia Gardowi zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Podczas przerwy w pracy, kiedy z kilkoma kolegami siedział w stołówce i jadł obiad, zaczął opowiadać o swoim małym przyjacielu: przytaczał jego powiedzonka i drobne anegdoty.
    Mężczyźni przy stole patrzyli na niego z wyraźnym zdziwieniem. Mörkmoen, zawsze tak zamknięty i powściągliwy, nigdy dotąd nie opowiadał o sobie w ten sposób.
    – A jego mamusia, czy to babka do rzeczy? – spytał jeden z nich.
    Gard zmarszczył czoło.
    – To nieistotne. Mówię o chłopcu, i to jego znam przede wszystkim. On i ja jesteśmy przyjaciółmi.
    Inny mężczyzna popatrzył na niego z boku.
    – I matka tego małego naprawdę nie boi się zostawiać go z tobą? Toż ona nic o tobie nie wie, a przecież mógłbyś się okazać jakimś podejrzanym typem!
    Gard w pierwszej chwili nie rozumiał, o czym kolega myśli. Popatrzył więc na niego zdezorientowany i dopiero po chwili poderwał się z krzesła, do głębi oburzony.
    – Czy w twojej wyobraźni nie ma naprawdę miejsca na nic normalnego i czystego? Czy wszystko musisz od razu sprofanować, nawet coś tak niewinnego jak marzenie małego dzieciaka o dorosłym przyjacielu? Nie masz własnych dzieci?
    Kolega, zawstydzony, odłożył kanapkę na talerz.
    – Nie podchodź do tego tak poważnie! To tylko żart!
    – Też mi żart, może i zabawny, ale tylko dla tego, kto go wymyślił – mruknął Gard i wyszedł na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza.
    Teraz zaczynał wreszcie pojmować, dlaczego zawsze do tej pory był tak zamknięty w sobie. On po prostu mówił zupełnie innym językiem niż jego koledzy z pracy. A mimo to czuł, że oni wszyscy są podobni do niego, w głębi duszy śmiertelnie poważni. Ale wydawało im się, że powinni ciągle drwić i żartować, żeby tylko nie różnić się od innych.
    Jaki zakłamany jest ten świat! Trzeba było dopiero znajomości z dzieckiem, żeby móc to odkryć.
    Wciągnął głęboko powietrze, po czym wrócił do stołówki i przeprosił kolegę za swój nagły wybuch.
    Spojrzenia dwóch mężczyzn spotkały się na chwilę. Gard nie miał wątpliwości, że zrozumieli się nawzajem.

ROZDZIAŁ XVIII

    Minęło kilka dni.
    Młoda przedszkolanka liczyła swoich podopiecznych.
    – Gdzie jest Sindre? – zdziwiła się zaniepokojona.
    – Ktoś przyjechał po niego samochodem – wyjaśniły maluchy.
    – A to ciekawe! Jego „tata”?
    Wychowawczyni już od kilku dni nie widziała tego przystojnego mężczyzny, który miał zwyczaj wchodzić zawsze do środka i komunikować, że zabiera Sindrego.
    – Nie, nie jego tata. To był jakiś inny samochód.
    – Srebrnoszary – uzupełnił inny chłopiec.
    – Dziwne, że nie powiedzieli do widzenia – stwierdziła przedszkolanka.
    – To był jakiś stary pan.
    – Wcale nie stary! – oburzyła się jakaś dziewczynka.
    – Miał siwe włosy!
    – Ale tylko tu z przodu.
    – A Sindre się bał. Nie chciał z nim jechać.
    – Nie chciał jechać z tym panem? – dopytywała się pani Inger.
    – Najpierw uciekł mu i gdzieś się ukrył. Ale on go znalazł i razem z nim odjechał.
    – W tamtą stronę – wskazało kolejne dziecko.
    Nauczycielkę oblał zimny pot.
    – Kiedy to się stało?
    – Całkiem niedawno. Kiedy pani była w klozecie.
    – W toalecie – poprawiła inna dziewczynka. – A ten pan to nas w ogóle nie widział, bo weszliśmy właśnie do naszego małego domku, a Sindre był jak zawsze na końcu i już nie zdążył wejść do środka.
    Ponieważ druga nauczycielka zwolniła się wcześniej, by pójść do dentysty, młoda pani Inger została po południu sama.
    Na pewno wszystko jest w porządku, uspokajała samą siebie. Ten nieznajomy mężczyzna zachował się co prawda nieodpowiedzialnie, zabierając Sindrego bez słowa, ale chyba jego „tata”, który ostatnio tak często przyjeżdżał po chłopca, dziś nie mógł zjawić się sam i przysłał swojego przyjaciela.
    Niewątpliwie nie ma powodu do niepokoju. W tej okolicy nie zdarzały się porwania, a już na pewno nie groziło ono Sindremu, pochodzącemu raczej z ubogiego domu.
    Mimo wszystko młoda opiekunka trochę się denerwowała. To ona była odpowiedzialna za bezpieczeństwo dzieci, a ów mężczyzna miał obowiązek uprzedzić ją, że zabiera chłopca.
    Gdy w pół godziny później Mali Vold przyszła po syna, niepokój przerodził się w strach.
    – Czy mogę zadzwonić? – poprosiła matka. – Sindre jest na pewno z Gardem Mörkmoenem, zaraz to sprawdzę.
    – Oczywiście, bardzo proszę. Ale pan Mörkmoen zawsze mówi, kiedy zabiera małego, dzieci bardzo go lubią, poza tym zazwyczaj rozmawia ze mną chwilę…
    Mali poczuła zazdrość. Młoda nauczycielka była atrakcyjną dziewczyną.
    – Mnie też zwykle uprzedza, kiedy ma zamiar przyjechać po Sindrego – bąknęła.
    W pracy u Garda usłyszała, że wyjechał służbowo poza miasto i wróci prosto do domu.
    – Wobec tego na pewno zabrał małego – uspokajała samą siebie, wykręcając domowy numer Mörkmoena. Nigdy dotąd tam nie dzwoniła, mimo to znała go na pamięć.
    Nikt nie odpowiadał, lecz Mali nadal trzymała słuchawkę przy uchu, wolała jeszcze poczekać.
    – Może wybrali się gdzieś razem – zwróciła się do nauczycielki. – Gard ciągle stara się wymyślać coś interesującego. Nie, nie ma go.
    Ale właśnie w chwili gdy miała już odłożyć słuchawkę, usłyszała w niej trzask.
    – Halo?
    W odpowiedzi usłyszała głos Garda.
    – Słucham?
    – Dzień dobry, mówi Mali…
    – Mali, to ty? Akurat wszedłem do domu, jakie to szczęście, że jeszcze zdążyłem odebrać twój telefon. Co u was słychać?
    – U nas? To Sindre nie jest z tobą?
    Na sekundę zapadła cisza.
    – Nie, wracam prosto ze służbowego wyjazdu. O tej porze powinien chyba jeszcze być w przedszkolu?
    – Właśnie przyszłam po niego. – W głosie Mali dało się wyczuć przerażenie. – Ale Sindrego już ktoś zabrał. Jakiś mężczyzna w srebrnoszarym samochodzie. Nie mamy pojęcia, kto to.
    Słyszała, jak Gard głęboko westchnął.
    – Zaraz tam będę – powiedział krótko.
    Widok Mörkmoena zatrzymującego się przed przedszkolem, a potem idącego zdecydowanym krokiem po żwirowej alejce podziałał na obie kobiety uspokajająco.
    Wysłuchawszy najpierw, co mają do powiedzenia dzieci, Gard zwrócił się do Mali:
    – Srebrnoszary samochód? To mogłoby się zgadzać. Bo kiedy pytałem Sindrego o kolor auta, które widział w lesie, nie umiał mi odpowiedzieć. Srebrnoszary to dla takiego malca trudny do opisania kolor.
    – Myślisz, że to ten sam mężczyzna, który tak go wtedy przestraszył?
    Gard popatrzył z zatroskaniem na jej bladą twarz.
    – Obawiam się, że tak. Prawdopodobnie chodzi o to, że Sindre zobaczył coś, czego nie powinien był widzieć. Niestety, nie przeczuwaliśmy niebezpieczeństwa, jakie kryło się za tymi jego dziwnymi lękami. Musimy zadzwonić na policję!
    Gdy rozmawiał z komisariatem, wszyscy stali wokół niego, milczący i przerażeni. Słyszeli, jak opisywał chłopca – ciemny blondyn, kręcone włosy, ubrany w czerwoną koszulę, niebieskie spodenki i brązowe sandałki, ostatnio bał się „trolla” i srebrnoszarego samochodu.
    Młody i grzeczny policjant, który przyjechał niebawem do przedszkola, spisał dokładnie wypowiedzi dzieci, czekających niecierpliwie ze swymi mamami na jakieś wiadomości. Potem wszyscy udali się do domów, oprócz Mali i Garda. Oni poddani zostali dalszym przesłuchaniom.
    – A teraz musimy panią koniecznie zawieźć do domu – oświadczył policjant.
    – Przecież ja nie mogę siedzieć bezczynnie w mieszkaniu! – gwałtownie zaprotestowała matka. – Muszę być z wami i chcę razem z wami szukać.
    – Nie – zaprzeczył policjant. – Nie można przecież wykluczyć, że chłopiec sam wróci do domu i dlatego pani musi tam bezwzględnie być.
    Mali ustąpiła pod wpływem tego argumentu. Szukała bezradnie dłoni Garda.
    On zaś otoczył ją ramieniem i przyciągnął do siebie na krótką chwilę. Najchętniej pozostałaby w jego objęciach aż do chwili, gdy odnajdzie się Sindre.
    Na myśl o swym synku czuła wręcz fizyczny ból.
    Nigdy nie kochała go mocniej niż teraz. To niezrozumiałe porwanie jej ukochanego dziecka załamało ją całkowicie.
    – Czy sądzisz, że to mógł być jego ojciec? – wyszeptała, gdy Gard odwoził ją swoim samochodem do domu.
    – Sverre Pettersen? Nie, wykluczone! Niestety! Wtedy nie musielibyśmy się niczego obawiać. Ale bądź spokojna, Mali, policja da sobie radę, a ja też nie spocznę, dopóki go nie znajdziemy.
    Tylko w jakim stanie, o tym nie miał odwagi nawet pomyśleć.

ROZDZIAŁ XIX

    Gard był zdumiony efektywnością działania policjantów. Brali pod uwagę najrozmaitsze możliwości, niczego zdawali się nie wykluczać. Niezwykle cenne okazały się także jego informacje, które przekazał młodemu komisarzowi. Minął już wieczór i noc, przez cały czas nie ustawały gorączkowe poszukiwania, niestety wciąż bezskuteczne.
    – Słyszałem, że pan też jest płetwonurkiem? – zwrócił się do Garda komisarz Brustad. – Wobec tego może mógłby nam pan pomóc, kiedy nasi ludzie będą schodzić pod wodę przy murze za lasem?
    – Oczywiście – potwierdził Gard – Chyba wiem, w którym dokładnie miejscu Sindre zobaczył swojego trolla wynurzającego się z wody. Domyślam się, że zależy wam na ustaleniu, czego to chłopcu nie wolno było powiedzieć, nie mylę się, prawda?
    – Tak, właśnie tak. W ten sposób bowiem dotrzemy może do sprawcy. A przez niego do Sindrego.
    Gard poczuł się nagle nieopisanie zmęczony. Ostatnie godziny bardzo go wyczerpały, przez cały czas nerwy miał napięte do granic możliwości.
    – Ufam, że znajdziecie go w porę. Ten chłopiec znaczy dla mnie więcej niż ktokolwiek inny.
    Brustad spytał ostrożnie:
    – To pana syn?
    – Co takiego? – mężczyzna oprzytomniał nagle. Po chwili wybuchnął rozgniewany: – Co to ma do rzeczy? To nie jest mój syn i nie rozumiem, dlaczego wszyscy ciągle o tym mówią. Nie jestem ani jego ojcem, ani żadnym innym krewnym!
    Po chwili opanował się.
    – Przepraszam za ten wybuch. To po prostu nerwy. Te bezskuteczne poszukiwania wyprowadziły mnie trochę z równowagi. I powtarzam, Sindre nie jest moim synem.
    – Rozumiem. Mali Vold to atrakcyjna dziewczyna.
    – Nie, nie – zareagował z wyraźnym zniecierpliwieniem Gard. – To nie tak. Zaprzyjaźnieni jesteśmy my: Sindre i ja. Jego matka jest ładną biedną kobietą i ma teraz ogromne zmartwienie. Nie zasługuje na to, by poddawać ją takiej próbie.
    Popadł w zadumę. Mali… Przecież ona jest dla niego już nie tylko matką Sindrego. To spokojna i niezwykle wrażliwa kobieta, którą – jak nieoczekiwanie stwierdził – bardzo, bardzo lubi.
    Czy rzeczywiście nieoczekiwanie? Przecież w ostatnim czasie myślał o niej naprawdę często. Ale to wcale jeszcze nie znaczy, że ona jest w jego typie, bynajmniej. Gard zastanawiał się, co mógłby dla niej zrobić.
    A teraz nagle wszystko stało się przerażające, niezrozumiałe i tragiczne.
    Komisarz Brustad rzekł:
    – Mali Vold zdołała sobie przypomnieć, że ten epizod ze szczeniakiem wydarzył się około trzeciego kwietnia. Sprawdzamy, czy w tamtych dniach popełniono może jakieś morderstwo lub jakieś inne przestępstwo. Nie wykluczamy przemytu, skoro wszystko działo się nad morzem.
    – Rozumiem. Czy nie znaleźliście jeszcze żadnych śladów srebrnoszarego samochodu?
    – Nie. Spisujemy wszystkich właścicieli takich aut, jednakże fakt, że nie znamy jego marki, niezwykle utrudnia nam dochodzenie. Jakiś smyk z przedszkola uważa, że to mógł być mercedes, nie jest jednak pewny. W dzisiejszych czasach mali chłopcy świetnie się znają na markach samochodów. Skoro więc żaden z nich nie potrafił jej określić, może to oznaczać tylko jedno: auto sprawcy należy raczej do rzadko spotykanych. Mimo to nie możemy tego przyjąć za pewnik.
    Przez kilka sekund siedzieli w milczeniu, z prawdziwym niepokojem myśląc o niebezpiecznych sytuacjach, w jakich mógł znaleźć się Sindre. Widzieli je oczyma wyobraźni.
    – Chyba raczej nie powinniśmy się spodziewać żadnego listu ani informacji od porywaczy na temat okupu – wyraził głośno swą wątpliwość Gard.
    Młody komisarz Brustad potwierdził jego przypuszczenie:
    – W tym przypadku z pewnością nie. No bo kto miałby go zapłacić? Przecież widać, że Mali Vold nie jest bogata. Za tym wszystkim musi kryć się coś zupełnie innego.
    Gdy pojawili się płetwonurkowie, Mörkmoen, który zawsze miał swój sprzęt w samochodzie, ruszył razem z nimi w stronę lasu.
    Morze było tego dnia niespokojne. Ciemne chmury wisiały nisko ponad powierzchnią wody, ukazującą białe zęby fal.
    Gard i dwaj płetwonurkowie z policji przystąpili do dokładnego badania wytyczonego fragmentu morskiego dna, wskazanego uprzednio przez Mörkmoena.
    Nabrzeże było kamieniste i raptownie schodziło w dół. Przeszukawszy szybko dno tuż przy plaży, posuwali się powoli w głąb morza ponad osobliwą mieszaniną kamieni, rozgwiazd i starych rupieci.
    Gard czuł się wdzięczny, że wreszcie może coś robić. Dotychczas lubił ten swój niebezpieczny zawód – i wszystko, co się z nim wiązało. Z upodobaniem realizował różne zlecenia, jakie otrzymywał jako płetwonurek: uczestniczył już w odnajdywaniu wraków i odkrywaniu skarbów, ale nie odmawiał też wykonywania prostszych prac w mniejszych zbiornikach wodnych.
    Lecz tym razem nie czuł przyjemności. Czas uciekał jak szalony, a każda minuta oznaczała życie lub śmierć. Garda doprowadzała do rozpaczy własna bezradność wobec faktu, że Sindre znajduje się nie wiadomo gdzie, zupełnie sam i na pewno jest śmiertelnie przerażony. Byleby nie było za późno…
    Aż jęknął na myśl o tym. Jego wzrok ślizgał się uważnie po pokrytym szlamem zielonobrązowym dnie morskim. Przypomniał sobie duże, pytające oczy chłopca, czuł jego ciepły, wilgotny policzek przy swoim i słyszał jego radosny śmiech.
    Gard Mörkmoen nawet nie wyobrażał sobie, że dwie tak różne istoty może połączyć tak wielka wspólnota.
    A teraz oto jakiś łotr przeciął brutalnie więź istniejącą między nim a tym małym, pełnym ufności chłopcem. Być może właśnie w tej chwili Sindre czeka gdzieś na swego przyjaciela, nie rozumiejąc, dlaczego go nie ma.
    Jeśli jeszcze…
    Nie, nie wolno tak myśleć!

ROZDZIAŁ XX

    Sindre siedział cicho, przyciskając mocno do piersi swego pluszowego kotka, podczas gdy srebrnoszare auto niemal bezgłośnie sunęło wśród nadmorskiego pejzażu. Nie miał odwagi spojrzeć na mocny kark kierowcy, przez cały czas patrzył tylko na drzewa migające za oknem.
    Mama czeka, oświadczył ów mężczyzna, wyjaśniając, że zawiezie chłopca do mamy, która musiała wyjechać niedaleko za miasto i prosiła, by do niej dołączyli.
    Wobec tego chyba nie powinien się bać, to raczej nic groźnego? Jedzie do mamy!
    Mimo to Sindre był wystraszony. Przecież mama nie wie, że ten mężczyzna to troll, bo jej nigdy o nim nie opowiadał, tylko tacie. Zrobił coś, czego mu nie było wolno. I teraz miał ponieść karę.
    Tuląc do siebie zabawkę, westchnął ciężko i otarł mokrą od łez buzię.
    – Jedziemy do mamy – bąknął pod nosem, jakby i chcąc przekonać samego siebie.
    Przez całe tygodnie chodził sparaliżowany strachem, co to będzie, jeśli ten przerażający troll wreszcie go schwyta. Teraz, gdy to się stało, chłopiec wcale nie czuł się już przerażony. Był nawet w stanie trzeźwo myśleć.
    Dyrektor banku Lomann lewą ręką szukał nerwowo swych tabletek na serce. Włożył jedną do ust.
    Bogu dzięki, że chłopiec uspokoił się wreszcie i siedzi nieruchomo na tylnym siedzeniu. Bogu dzięki, bo ten jego przeraźliwy krzyk był bardzo irytujący. Nie mówiąc już o tym, ile nerwów kosztowało go wykradzenie dzieciaka z przedszkola. Przeklęty smarkacz, nie rozumie, że człowiek chory na serce nie może tak biegać? Na dodatek okazał się jeszcze ciężki jak ołów.
    Ale mimo wszystko musi przyznać, że miał wprost nieprawdopodobne szczęście! W przedszkolu ani żywego ducha dookoła, tylko sam mały, jakby na niego czekał. Nikogo, kto by widział jego i jego samochód. Dyrektorze banku, Carlu Lomann, jesteś urodzony pod szczęśliwą gwiazdą!
    Byleby tylko jego biedne serce nie ucierpiało za bardzo z powodu tych wyczynów! Nie mógł sobie w żadnym razie na to pozwolić. Wszystko było jasne i ustalone: jutro rano przyjęcie pożegnalne w banku, wieczorem wyprawa po pieniądze, a w dzień później w drogę do Hiszpanii! Żegnaj, Norwegio, Carl Lomann doczekał się swych szczęśliwych dni! Koniec z żoną, zimną i ciągle niezadowoloną, która na dodatek trzyma rękę na jego pieniądzach. W słonecznej Hiszpanii czeka na niego młoda ponętna kochanka. A kiedy już trochę odsapnie, wyruszy w podróż dookoła świata razem z Lillan. Jaka ona słodka! Całkowite przeciwieństwo jego pomarszczonej, podstarzałej żony!
    Lomann nie myślał o tym, że podczas długiego pobytu w szpitalu jego ciało stało się zwiotczałe i nieapetyczne. We własnych oczach był nadal wysportowanym, atrakcyjnym pożeraczem kobiecych serc A do tego teraz miał pieniądze! Takiej kombinacji trudno przecież się oprzeć!
    Tylko musi koniecznie ukryć gdzieś chłopca do swego wyjazdu. Ten smarkacz zaczynał robić się niebezpieczny! Sindre Vold widział go w banku. To katastrofa! Do tej pory Lomann był dla niego tylko nieznanym człowiekiem, pierwszym lepszym. Teraz chłopak wie już o nim znacznie więcej. Poza tym wygląda na to, że ma ogromne zaufanie do tego mężczyzny, który ostatnio ciągle mu towarzyszy. Nawet niechcący mogło mu się coś wymknąć. Dyrektor nie mógł dopuścić, by ktoś teraz pokrzyżował jego plany. Jeszcze dwa, trzy dni i będzie bezpieczny.
    Nikt nie znajdzie małego w tym letnim domku. Carl Lomann wiedział, że dom na pewno stoi pusty. Wynajął go od właścicieli trzy lata temu, a potem zapomniał oddać kluczy. Bardzo mu się teraz przydadzą.
    Dotarli na miejsce. W pobliżu nie znajdowały się żadne inne zabudowania. Na dole, u stóp skał, huczało morze, a za domem szumiał las. Wyśmienite miejsce.
    – Wejdziemy do środka – powiedział do chłopca.
    – Moja mama tam jest?
    – Mama musiała pojechać do sklepu, żeby coś kupić. Niedługo wróci.
    Sindre nie czuł się do końca przekonany, lecz pozwolił, by mężczyzna wyniósł go na rękach z samochodu. Nagle znalazł się tak blisko tego niebezpiecznego trolla. Ale przecież mama jest tu niedaleko, a więc może on wcale nie jest taki groźny…
    Przeklęty smarkacz, waży chyba z tonę! pomyślał Lomann, czując ukłucie w okolicy serca. Znowu zażył tabletkę.
    Sindre westchnął cicho, to miejsce wcale mu się nie podobało, a do mężczyzny w ogóle nie miał zaufania. Lecz nie chcąc go drażnić, wbrew swej woli wszedł za nim do domku.
    W środku pachniało pustką. Czy mama naprawdę tu była?
    – Pewnie chce ci się pić, co? – spytał mężczyzna, siląc się na uprzejmość. Sindre jednak nie dał się oszukać, nie podobały mu się oczy jego „opiekuna”.
    – Przygotuję ci szklankę oranżady – oznajmił mężczyzna i wyszedł do niewielkiej kuchni. Chłopiec zajrzał ostrożnie do środka i zobaczył, że ów nieznajomy wyjął coś z kieszeni i wrzucił do szklanki. Potem długo mieszał zawartość łyżeczką.
    – Proszę – powiedział wróciwszy. – Wypij sobie, zanim przyjedzie twoja mama.
    Chłopiec wziął szklankę w obie ręce i zerknął na mężczyznę. Pewnie najlepiej będzie go posłuchać. Ale przecież Sindremu wcale nie chciało się pić. Ani trochę. Na dodatek bolał go brzuch, ale to chyba ze strachu. Żeby tylko mama przyjechała jak najszybciej!
    Oranżada wcale nie była smaczna, jednakże malec nie odważył się tego powiedzieć. Z trudem ją sączył pod niecierpliwym spojrzeniem mężczyzny. Jego czarne oczy przypominały kamienie.
    Wreszcie chłopiec zdołał opróżnić szklankę. Pomyślał o tacie, kochanym, silnym tacie! Och, gdyby on tu był! Dlaczego go tu nie ma! Na pewno nie darowałby temu złemu człowiekowi, dołożyłby mu tak porządnie, że tamten od razu znalazłby się na ziemi. Bo tata jest silny! A Sindre na pewno wtedy by się nie bał.
    Dlaczego mama nie wraca?
    Chłopiec poczuł się senny. Widział, że mężczyzna wpatruje się w niego, przysuwa się coraz bliżej, aż wreszcie malec spostrzegł, że „opiekun” kładzie go na kanapie. Próbował jeszcze się podnieść, lecz nie zdołał. Chciało mu się strasznie spać…
    No, chwała Bogu, pomyślał Lomann zadowolony. Smarkacz wreszcie usnął i pośpi sobie aż do rana. Jutro trzeba będzie przyjechać tu znowu i dać mu następną tabletkę. Po niej może się obudzić kiedy chce, bo on znajdzie się już wtedy w powietrzu, daleko od Norwegii. Prawdopodobnie nie od razu natrafią na trop dzieciaka, ale to już nie jego sprawa. Ale chłopak na pewno się jakoś stąd wydostanie, nawet jeśli będzie zamknięty na klucz, i dojdzie do ludzkich zabudowań. Takie pędraki jak on zawsze umieją sobie poradzić. Nim jednak dotrze do innych ludzi, on, Lomann, będzie już całkiem bezpieczny!
    Obrzucił chłopca pogardliwym spojrzeniem. Dzieci nigdy go nie obchodziły. Umiały tylko przeszkadzać.
    Przekręcił klucz w zamku, włożył go do kieszeni i poszedł.

ROZDZIAŁ XXI

    Kiedy Gard unosił się nad dnem morza, poczuł, że ze zmęczenia pieką go oczy. Poszukiwania trwające całe popołudnie i noc, wyczerpały go i psychicznie, i fizycznie.
    Żeby chociaż udało im się natrafić na jakiś ślad!
    Ponieważ woda nie była bynajmniej kryształowo czysta, oczy piekły go jeszcze bardziej. Nigdzie w pobliżu nie widział swych dwóch towarzyszy, być może już wypłynęli, ale on musiał jeszcze do końca spenetrować wyznaczoną część dna.
    Nie do wiary, ile śmieci ludzie wrzucają do wody! No bo przecież fale wszystko zabiorą, pochłoną to, co niepotrzebne, a przydomowe ogródki pozostaną czyste i zadbane, jak przystało na ich porządnych właścicieli. Że powstaje zagrożenie dla ryb? A jakie to ma znaczenie!
    Nagle zauważył jakąś bezkształtną istotę unoszącą się w mętnej wodzie. Trochę się przestraszył, zanim rozpoznał w niej jednego z dwóch pozostałych nurków. Mężczyzna dał znak, żeby Gard popłynął za nim.
    Posuwając się za swym towarzyszem, z lękiem myślał o tym, co za chwilę ukaże się jego oczom. Przecież już wielokrotnie wyciągał z wody topielców, ale za każdym razem kosztowało go to niemało.
    Na szczęście teraz nie chodziło o topielca. Dwaj płetwonurkowie odkryli blisko brzegu duży blaszany pojemnik, przywiązany łańcuchem do kamienia.
    Wszyscy trzej wiedzieli, co mają zrobić. Nieprzeniknioną ciszę przerywał jedynie odgłos pęcherzyków powietrza, uchodzących z ich aparatów tlenowych.
    Rozbiwszy kłódkę kamieniem, wspólnymi siłami uwolnili skrzynię z łańcucha. Potem podnieśli ją i razem z nią wynurzyli się na powierzchnię.
    Gdy tylko wyszli z wody, od razu poczuli jej prawdziwy ciężar. Wspięli się po stromym zboczu i przeskoczyli przez mur.
    To pewnie to widział Sindre, domyślił się Gard. Widział kogoś, kto przechodził przez mur. Serce zamarło mu z przerażenia, o Boże, a jeśli…
    Gdy zdjął z głowy maskę, mógł wreszcie rozmawiać.
    – A więc to jest ta tajemnica – stwierdził rzeczowo jeden z policjantów.
    – Może otworzymy skrzynię? – spytał inny.
    – Mnie też korci, żeby do niej zajrzeć, ale chyba najpierw powinniśmy ją pokazać Brustadowi.
    – Ciekawe, co w niej jest.
    Starszy z policjantów powiedział po namyśle:
    – Coś, czego podejrzany chciał się pozbyć. W przeciwnym razie skrzynia już dawno zostałaby wydobyta.
    Gard nie był w stanie uczestniczyć w rozmowie. Niepokój o Sindrego obezwładnił go znowu.
    Jadąc na komisariat policji, starali się nie przekroczyć dozwolonej prędkości. Ale wskazówka szybkościomierza balansowała na samym skraju zielonego pola.
    – Pięknie! – powiedział Brustad. – No, to zobaczmy, co jest w środku!
    Gard w pierwszej kolejności spytał o Sindrego, ciekaw, czy nie ma jakichś wiadomości, ale komisarz pokręcił przecząco głową. A już miał nadzieję… Przecież z każdą upływającą minutą strach i przerażenie czyniły coraz większe spustoszenie w psychice tego wrażliwego dziecka. Może nawet nieodwracalne.
    Jeśli w ogóle jeszcze…
    Nie, tak nie wolno mu myśleć!
    Policjanci, posługując się wytrychem i młotkiem jak pospolici włamywacze, przystąpili do otwierania skrzyni. Wreszcie zamek ustąpił.
    W środku znajdowała się druga skrzynia, starannie owinięta plastykową folią dla ochrony przed wilgocią.
    – Widać, że temu trollowi Sindrego bardzo zależało na tym, co jest w środku – zauważył Brustad. – A to znaczy, że miał zamiar kiedyś to wydobyć. Tylko po co czekał tak długo? Prawie cztery miesiące!
    Usunęli folię i zaczęli zmagać się z kolejnym zamkiem.
    – Takie skrzynie używane są w bankach – bąknął od niechcenia Brustad. – No, zaraz się przekonamy, co tam jest!
    Ostrożnie uniósł wieko.
    Któryś z mężczyzn zagwizdał cicho.
    – A niech mnie! – wyszeptał komisarz z respektem w głosie. – To fortuna!
    – I to niemała – dodał jeden z policjantów.
    Brustad wziął do ręki plik banknotów i dokonał szacunkowego rachunku.
    – Tu musi być z kilkaset tysięcy! Pamiętacie, nie tak dawno obrabowano jeden z banków. To było trzydziestego pierwszego marca tego roku. Ile wtedy skradziono?
    – Osiemset pięćdziesiąt tysięcy.
    – Coś mi się wydaje, że wszystkie co do jednego są właśnie tutaj – stwierdził komisarz. – Tylko dlaczego ukryto je właśnie tam? Spójrzcie, niektóre banknoty są już lekko wilgotne. Żaden rozsądny człowiek nie zostawiłby papierowych pieniędzy tak długo na dnie morza.
    – Może złodzieje trafili do więzienia? Za jakieś inne przestępstwo?
    – Trzeba sprawdzić, co za ptaszków przymknęliśmy w tym czasie – zaproponował jeden ze starszych policjantów. – Ale jest ktoś, kto bardzo się ucieszy z naszego odkrycia. Lomann, dyrektor banku. Biedak, przeżył taki szok, że niewiele brakowało, a przejechałby się na tamten świat…
    Słowa te obudziły w pamięci Garda jakieś nieokreślone skojarzenia, których nie potrafił jednak uporządkować i wyłowić z nich żadnej konkretnej wskazówki. Jego umysł był zbyt przemęczony.
    – Słyszałem, że podobno odchodzi – dodał drugi policjant.
    – Ze względów zdrowotnych. No, to dostanie na pożegnanie ładny prezent.
    – Ale jeszcze nie teraz – wtrącił szybko komisarz. – Na razie zatrzymamy ten skarb u siebie.
    Papierosowy dym snuł się ciężko po nieco zaniedbanym gabinecie komisarza. Wszystko tu było nim przesiąknięte, także wytarte oparcia krzeseł i zszarzałe firanki. Poprzednik Brustada palił bez ograniczeń. Ów wyczuwalny wszędzie zapach tytoniu bardzo męczył Garda, który musiał walczyć ze sobą, by nie złamać postanowienia i nie sięgnąć znowu po papierosa.
    Poza tym był zdenerwowany i zniecierpliwiony.
    – Ale czy to jest jakiś trop, który zaprowadzi nas do Sindrego?
    Brustad usiadł na krześle, tymczasem pozostali policjanci wyszli z gabinetu, by prowadzić dalsze dochodzenie w sprawie znalezionych pieniędzy. Oczywiście, w największej tajemnicy, tak by nawet najdrobniejsza informacja nie wydostała się na zewnątrz.
    – Na razie nie prowadzi nas to bezpośrednio do chłopca – odparł komisarz. – Najpierw musimy schwytać tego ptaszka, który prawdopodobnie od czasu napadu siedział w więzieniu i dopiero w ostatnich dniach wyszedł na wolność. Bardzo szybko go znajdziemy.
    Jednakże już po paru minutach mieli informację, że nikogo takiego nie ma.
    – Może było ich kilku? – podsunął Gard.
    – Nie sądzę – odrzekł Brustad. – Ale, rzecz jasna, nie można tego wykluczyć. Tak czy inaczej, ta skrzynia to doskonała przynęta. Będziemy dyskretnie obserwować plażę. Dzień i noc. Któregoś dnia, i to pewnie już niedługo, ten opryszek zjawi się tam po swój skarb.
    – Jak odbył się ten napad?
    – To właściwie nie był typowy napad, żadne ręce do góry czy coś w tym rodzaju. Złodziej albo złodzieje włamali się do środka w nocy przez okno na drugim piętrze. Weszli po drabince, wycięli dziurę w szybie i otworzyli okno…
    – A system alarmowy?
    – Musieli się skądś dowiedzieć, że akurat tego dnia wymieniano stary system na bardziej nowoczesny.
    – Czy wobec tego nie należy podejrzewać instalatorów?
    – Wszyscy trzej mają doskonałe alibi. Tak czy inaczej, system alarmowy nie działał. A kiedy włamywacze znaleźli się już w środku, bez trudu dostali się do biurka, w którym wyszperali kod otwierający drzwi sejfu. Gdyby system alarmowy był włączony, do niczego by nie doszło. Oczywiście, w banku jest w nocy strażnik, ale siedzi w pomieszczeniu od frontu budynku.
    – Wygląda na to, że to chyba ktoś z pracowników…
    – Niekoniecznie. Mamy świadka na to, że jeden z techników instalujących alarm opowiadał w kawiarni o swojej pracy w mieście. Podobno powiedział do kelnerki: „Jeśli masz zamiar włamać się do banku, to powinnaś to zrobić dzisiaj w nocy”. Głośno i wyraźnie.
    – Co za idiota!
    – Ale niech się pan nie martwi, potem zamknął buzię. Dyrektor banku chciał go nawet oskarżyć, ale nie miał podstaw.
    Po oczach Garda widać było wyraźnie, że ostatniej doby spał bardzo mało. Co chwila spoglądał w zamyśleniu przez okno.
    – Pierwszy raz zobaczyłem Sindrego parę tygodni temu, któregoś wieczoru wczesnym latem – zaczął melancholijnym tonem. – Doskonale pamiętam, jak stał wtedy pod drzwiami mojego mieszkania, taki malutki, nieporadny i bardzo wystraszony. Patrzył na mnie swymi wielkimi oczami i zupełnie nie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi, podczas gdy ta kobieta, która trzymała go za rękę, wyrzucała z siebie jakieś całkowicie absurdalne oskarżenia przeciwko mnie. Spojrzałem na tego małego smyka i od razu go znienawidziłem, spontanicznie i z całego serca.
    Gard Mörkmoen odwrócił się od okna i popatrzył zmęczonym wzrokiem na komisarza.
    – Nikt z nas nie wiedział wtedy, że grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo, nikt oprócz niego samego – kontynuował. – Nikt nie rozumiał jego lęku i tego, jak musiał się czuć samotny. Bardzo go zawiodłem.
    Westchnął głęboko.
    – Gdybym mógł cofnąć czas i przeżyć ten dzień jeszcze raz! – dodał. – Gdybym mógł mu oszczędzić choć trochę tego poczucia zagrożenia, które pustoszyło jego dziecięcą duszyczkę! Żeby miał sposobność się przekonać i nabrać pewności, że jest ktoś taki na świecie, kto o nim myśli i chce mu pomóc! A co ja zrobiłem wtedy? Byłem tylko zirytowany i zły i traktowałem go jak intruza, który bezprawnie wtargnął do mojego wygodnie urządzonego świata.
    – Ale przecież później, kiedy już minęła panu trochę ta złość, dał mu pan chyba sporo miłości i ciepła? – próbował pocieszyć go Brustad.
    Gard spojrzał z wdzięcznością na komisarza, wyraźnie spragniony czegoś, co pomogłoby mu przywrócić wiarę we własną dobroć. Na razie jednak nie czuł się do końca oczyszczony.
    – Przez pierwsze dni nienawidziłem też Mali Vold. Byłem wściekły, gardziłem nią i osądzałem. Ani przez chwilę nie zastanowiłem się nawet, jak ona musiała się wtedy czuć.
    Był tak wyczerpany, że dopiero teraz spostrzegł, że wypowiada na głos całą masę chaotycznych myśli, z których komisarz pewnie niewiele rozumie. W poczuciu całkowitej bezradności chwycił się wreszcie za głowę.
    – My tu tak siedzimy, a… Jestem bezsilny, zupełnie bezsilny! Czy naprawdę nie możemy nic zrobić?
    – Cierpliwości, cierpliwości! Wszyscy moi ludzie szukają jakiegoś śladu i na pewno go znajdą. Proszę teraz iść do domu i trochę odpocząć. W takim stanie i tak nie ma z pana żadnego pożytku.
    Gard przyznał komisarzowi rację.
    – Pojadę do Mali i prześpię się na łóżku Sindrego. Myślę, że ona też poczuje się lepiej, jeśli ktoś będzie przy niej.
    – Dobry pomysł! Jeśli tylko dowiemy się czegoś nowego, od razu zadzwonimy.
    Gard skinął głową na pożegnanie. Mimo dręczącej niepewności i lęku o chłopca, doznał radości na myśl o tym, że zobaczy Mali.

ROZDZIAŁ XXII

    Mali przywitała Mörkmoena z przerażeniem w oczach. Na szczęście nie przyniósł żadnej nowiny, również tej najgorszej, choć, oczywiście, bardzo by chciała usłyszeć, że natrafiono wreszcie na ślad potwierdzający, że Sindremu nic się nie stało.
    Szybko przygotowała Gardowi coś do jedzenia, a potem zajęła się łóżkiem Sindrego. Musiała przystawić do niego krzesło, żeby gość mógł rozprostować nogi. Wreszcie powiedziała:
    – Dziękuję ci, że przyszedłeś. Wszystko wydaje się znacznie łatwiejsze, jeśli jest się we dwoje.
    Jak ona właściwie sobie radziła, nie tylko teraz, ale przez te trzy samotne lata? Mężczyzna pogłaskał ją po policzku.
    – Obudź mnie… gdzieś za cztery godziny. Pojadę znowu szukać.
    – Wobec tego teraz ja wyjdę. Nie ma potrzeby, żebyśmy oboje siedzieli w domu.
    Popatrzył w zamyśleniu na jej bladą, pełną napięcia twarz. Sposób, w jaki Mali się poruszała, nienaturalnie i sztywno, zdradzał, że jej spokój był wymuszony.
    – Co chcesz robić?
    – Szukać. A co mogę innego? Już dłużej nie wytrzymam tego bezczynnego siedzenia.
    Gard doskonale ją rozumiał.
    – Tylko nie chodź za daleko! Przecież jeszcze nie odzyskałaś całkiem sił po operacji.
    Kobieta poczuła się wzruszona i zaskoczona tym, że ktoś się o nią troszczy.
    – Wrócę za cztery godziny.
    – Mali, poczekaj! – powiedział cicho, prostując się. Z lekkim wahaniem położył dłonie na jej ramionach. Nie mówiąc ani słowa, przyciągnął ją delikatnie do siebie i zamknął w objęciach. Stali tak przez chwilę w milczeniu, a on głaskał ją po głowie.
    – Znajdziemy go – wyszeptał wreszcie i opuścił ramiona.
    Zgrzytanie klucza w zamku obudziło Garda.
    – Śpisz?
    – Nie, już nie śpię.
    Mali weszła do pokoiku Sindrego. Wyglądała na zmęczoną i bardzo przybitą.
    – Już minęły cztery godziny? – spytał zaspany, siadając na łóżku.
    – Nawet cztery i pół.
    – Coś nowego?
    Kobieta westchnęła ciężko.
    – Nie. A dzisiaj są jego urodziny. Och, Gard!
    Mali nie miała już siły powstrzymywać dłużej płaczu. Gard wziął ją w objęcia i czule głaskał po plecach wstrząsanych szlochem.
    Ponad jej głową dostrzegł stos paczek przeznaczonych dla Sindrego, przypomniał sobie, z jak wielkim entuzjazmem oboje gromadzili dla niego prezenty. Leżało tam wielkie pudło mieszczące traktor i buty, w innym była koszula o prawdziwie męskim fasonie, a jeszcze w innym długie spodnie. Słowa tych dwóch małych dziewczynek na pewno mocno bolały chłopca. Nie będzie już musiał wysłuchiwać ich złośliwych przycinków. Gard zdawał sobie sprawę, że Mali nie było stać na nic ponad to, co niezbędne. Zarabiała niewiele i większość pieniędzy przeznaczała na bieżące wydatki. Ponieważ mógł, bardzo chętnie jej pomógł.
    Gdy tak stał, tuląc ją do siebie, zrozumiał nagle, że ta kobieta zaczyna dla niego wiele znaczyć. Wcale mu się to nie podobało. Przywykł bowiem do traktowania kobiet jako przelotną rozrywkę. To, co czuł wobec Mali, było czymś zupełnie nowym. Ciepło… czułość i wspólnota. Czegoś takiego nigdy dotąd nie doznał. Mógł z nią swobodnie rozmawiać i czerpać z tego przyjemność. Nie musiał wcale się wysilać na jakiś sztuczny flirt.
    Zupełnie nieoczekiwanie zdał sobie sprawę z tego, że łączy go z nią silna duchowa więź.
    Wśród góry prezentów znajdowały się także maleńkie paczuszki, ponieważ Gard nie mógł odmówić sobie tej przyjemności i chodził po sklepach, kupując niemal w każdym jakiś drobiazg. Chłopiec nigdy dotąd nie dostał aż tylu podarunków! A tort przygotowany przez Mali stał już prawie gotowy w lodówce…
    Dom bez Sindrego.
    Był przerażająco pusty.
    Gdzie ten malec mógł się teraz podziewać? On, taki niewinny i prostoduszny, darzący pełnym zaufaniem ich oboje – i taki wystraszony.
    Na pewno był śmiertelnie przerażony. Ten złowrogi troll wreszcie przyszedł i zabrał go ze sobą. A oni nie zdołali temu przeszkodzić.
    Jeśli odnajdą chłopca – Gard nie znał w tej chwili słowa bardziej złowróżbnego niż „jeśli” – jeśli go więc odnajdą, jak wielkie okażą się spustoszenia w jego psychice? Jak bardzo ucierpi na tym jego ufność wobec ludzi?
    Bezsilność. Całkowita bezsilność. Gard mocniej przytulił Mali do siebie. Doskonale wiedział, że demaskuje swą słabość i rozpacz, ale nie był już w stanie dłużej udawać.
    Stracili Sindrego i czuli się zupełnie bezradni.

ROZDZIAŁ XXIII

    Sindre obudził się z ciężką głową i przemarznięty do szpiku kości. Czuł się nieswojo.
    Rozejrzał się zaspany dookoła. Gdzie on jest? Wszystko było nieznane i przerażająco obce. W jego domu wyglądało zupełnie inaczej.
    Panowała absolutna cisza. Próbował naciągnąć na siebie koc, ponieważ dygotał z zimna, ale okazało się, że nie jest niczym przykryty.
    – Mama? – spytał nieśmiało.
    Nikt nie odpowiedział.
    A może on jest u taty? Spróbował jeszcze raz:
    – Tata? Przepraszam, chciałem powiedzieć: Gard!
    Znowu nikt nie odpowiedział. Gdzieś na zewnątrz rozległo się krakanie wrony z dziwnym pustym pogłosem.
    Nagle Sindre przypomniał sobie wszystko! Ten człowiek! Mężczyzna, który był trollem, pojawił się wreszcie i go zabrał! Mówił, że zawiezie go do mamy…
    Ale mamy tu nie było. Jeszcze nie przyszła.
    Zszedł z kanapy i podbiegł do drzwi. Stanął na palcach, żeby sięgnąć do zamka. Zamknięte.
    Drżącymi rękami szarpnął za klamkę.
    – Mama!
    Całkowicie bezradny, zaczął krążyć po domku. Poza pokojem, w którym się znajdował, była w nim jeszcze tylko kuchnia i niewielka sypialnia.
    Wdrapał się na krzesło i wyjrzał przez okno. Jak tu smutno i pusto!
    Nagle usłyszał odgłos nadjeżdżającego samochodu, po czym między drzewami ujrzał coś srebrnego.
    To wracał ten mężczyzna! Trzeba się ukryć.
    Chłopiec szybko wślizgnął się za duży fotel, starając się wstrzymać oddech.
    Ojej, posiusiał się ze strachu! A przecież jest już taki duży! Co mama by powiedziała?
    Żeby mama i tata byli tu z nim teraz! Sindre wytarł sobie oczy i nos i próbował leżeć cicho jak myszka, czując ciepło w mokrych spodniach.
    Dyrektor Lomann zatrzymał auto przed domkiem. Była dziesiąta rano.
    Zgodnie z jego wyliczeniami, chłopiec powinien jeszcze spać. Lomann dobrze znał działanie proszków nasennych. Nie chciał ryzykować kolejnej konfrontacji ze swą ofiarą. W plastykowej torbie miał kawałek czekoladowego tortu i butelkę lemoniady. Postawi to na stoliku przy kanapie. Dzieci uwielbiają takie rzeczy i chłopak, kiedy już się obudzi, na pewno od razu rzuci się na smakołyki. Na dodatek prawdopodobnie jest głodny. Ale znowu od razu zaśnie, bo tort nasączony jest środkiem nasennym.
    Carl Lomann niewiele wiedział o dzieciach.
    Wszedł ostrożnie do środka z torbą w ręku.
    Na widok pustej kanapy serce podskoczyło mu do gardła.
    Czyżby tu ktoś był? Nic na to nie wskazywało.
    A może ten smarkacz zdołał się jakoś wymknąć?
    Zanim mężczyzna zdążył zebrać myśli, usłyszał za sobą jakiś szmer, a zaraz potem zobaczył chłopca czmychającego przez otwarte drzwi na zewnątrz.
    Lomann zapomniał, że ma grać rolę miłego wujka przywożącego łakocie. Cisnął torbę na stół i rzucił się w pogoń za małym zbiegiem.
    – Wracaj, słyszysz! – wrzasnął.
    Tylko spokojnie, wszystko będzie dobrze, przekonywał samego siebie.
    Sindre pędził drogą w stronę lasu. Nie uciekniesz daleko, pomyślał Lomann. Dopadnę cię, i to bez większego wysiłku.
    Ponieważ był zdenerwowany, musiał zażyć tabletkę.
    Wrona wzbiła się w powietrze i ciężko łopocząc skrzydłami, zniknęła gdzieś wysoko. Chłopiec wybrał drogę przez ciągnące się daleko zarośla.
    Mężczyzna szedł jego śladem. Trawy ocierały mu się o ubranie, zostawiając na nim mokre plamy. Roślinność była tak wysoka, że mały zupełnie w niej zniknął. Tam jednak, gdzie torował sobie drogę, trawy kołysały się i szeleściły, dzięki czemu prześladowca doskonale wiedział, gdzie jest jego ofiara.
    – Sindre! – nawoływał łagodnie Lomann. – Wracaj! Przywiozłem ci tort i lemoniadę. Mama cię pozdrawia. Niedługo tu będzie.
    Mały zatrzymał się. Z oczu znowu popłynęły mu łzy. Tym razem wcale nie próbował ich powstrzymać. Mama?
    Jednakże coś w jego małej duszyczce podpowiadało mu, że nie powinien wierzyć temu człowiekowi.
    Słyszał, że ciężkie, powolne kroki są coraz bliżej, aż wreszcie do jego uszu doszło jakieś brzydkie przekleństwo. Fuj, przecież takich słów nie wolno w ogóle wypowiadać. Björn nauczył go mówić „kurczę”. Mama uznała, że ten wyraz nie jest jeszcze taki straszny, czyli prawie zgodziła się, żeby go używał.
    Sindre przedzierał się dalej przez wysokie zarośla, które dla niego były niemal jak las, gęsty i nieprzenikniony, ale także przyjazny, ponieważ skrywał go przed tym strasznym mężczyzną.
    Mimo to kroki prześladowcy przybliżały się coraz bardziej.
    Na szczęście chłopiec należał do tych dzieci, które mają zwyczaj chować się przed dorosłymi, gdy coś im ciąży na sumieniu. Jakże często wciskał się pod łóżko, kiedy czuł, że mama może być na niego zła. Co prawda teraz nie zrobił nic złego, lecz instynkt kazał mu się mimo wszystko ukryć. Chociaż był bardzo mały, doskonale rozumiał, że ten człowiek jest znacznie szybszy niż on i że na pewno go słyszy.
    Dlatego, nie zastanawiając się wiele, pobiegł kilka kroków do przodu i rzucił się na wilgotną ziemię między zaroślami.
    Leżał zupełnie nieruchomo, przyciskając sobie usta ręką, by nie słychać było wypowiadanych szeptem błagań. Chłopcem kierował typowy dla dzieci lęk przed tym co nieznane. Bo przecież mężczyzna wcale nie okazał się taki groźny, przywiózł go tutaj, żeby on mógł spotkać się z mamą, dał mu lemoniadę… Mimo to Sindre nie potrafił mu zaufać. Zupełnie instynktownie.
    Nagle zaczął szukać po omacku wokół siebie. Kotek, ukochana maskotka, gdzie on się podział? Zrozpaczonego malucha ogarnęła panika, poczuł się tak, jakby stracił wiernego przyjaciela. Jak teraz da sobie sam radę?
    Na szczęście opanował pokusę i nie pobiegł szukać swej zabawki. Jego stary, wytarty kotek, który jest z nim przecież przez całe życie!
    Dyrektor Lomann zatrzymał się, wyraźnie zirytowany. Kilka razy odetchnął głęboko, żeby nieco uspokoić łomoczące serce. Gdzie ten smarkacz zniknął? Mężczyzna stał zły i zmęczony pośrodku wysokich zarośli, czując, że ubranie przykleja mu się do ciała.
    Taki obrót spraw nie był dla niego korzystny. Jeśli bowiem chłopak będzie dalej posuwać się w tym kierunku, wkrótce znajdzie się w lesie i na pewno zabłądzi. Upłynie wiele dni, zanim ktoś zdoła go odnaleźć. Ale przecież za dwadzieścia cztery godziny Lomann będzie już siedział w samolocie. Z całą pewnością policja zacznie szukać dzieciaka, ale dlaczego mieliby przeczesywać akurat tę okolicę? Nic przecież nie wskazywało na to, że smarkacz właśnie tutaj się znajduje.
    Tak, chyba może zostawić go w spokoju. Niech sobie ucieka. A on nie powinien nadwerężać swego serca, teraz kiedy wolność jest tak blisko. Pora wrócić do banku i wziąć udział w przyjęciu, w nocy zaś trzeba wyciągnąć skarb. Musi oszczędzać siły.
    W najbliższej okolicy nie było żadnych stałych mieszkańców. Dzieciaka na pewno nikt nie znajdzie.
    Lomann zmrużył oczy i jeszcze raz ogarnął wzrokiem przestrzeń wokół siebie. Ani śladu tego utrapionego malucha, pewnie jest już w lesie. Mężczyzna przez chwilę szukał na chybił trafił wśród zarośli, ale wkrótce zrezygnował i wrócił do samochodu. Nie mógł uwierzyć, że aż tak bardzo oddalili się od domku.
    Jeszcze by tego brakowało, żeby on się na koniec zagubił.
    Serce znowu zaczęło mu mocniej bić.
    No, chwała Bogu, wreszcie ujrzał zielony dach. I swój samochód. Teraz szybko do banku, by przyjąć podziękowania za długą i wierną służbę dla społeczeństwa!
    Sindre leżał nieruchomo na ziemi, aż wreszcie poczuł, że trzęsie się z zimna i wilgoci, która przeniknęła całe jego ubranie. Podniósł się ostrożnie, nasłuchując pilnie. Dookoła panowała cisza.
    W oddali ktoś uruchomił samochód. A jeśli ten człowiek podjedzie tu teraz autem? Sindre najszybciej jak potrafił popędził do lasu i zniknął między drzewami.

ROZDZIAŁ XXIV

    Była pierwsza po południu. Mali i Gard, choć w ogóle nie mieli ochoty na jedzenie, wmusili coś w siebie z rozsądku i rozmawiali właśnie o dalszych poszukiwaniach, gdy zadzwonił telefon.
    Zamilkli natychmiast. Ponieważ Mali zrobiła się przerażająco blada, słuchawkę podniósł Gard. Widział, jak zasłoniła sobie uszy dłońmi i mocno zacisnęła powieki.
    Komisarz Brustad pytał, czy matka Sindrego nie zechciałaby przyjechać do komisariatu, żeby rzucić okiem na kilka nazwisk.
    Mörkmoen odpowiedział w jej imieniu, odłożył słuchawkę i podszedł do Mali. Gdy delikatnie ujął jej ręce w swoje dłonie i wyjaśnił, o co chodzi, wyraźnie się odprężyła.
    – Pojadę z tobą – dodał na koniec.
    – Dzięki! Tylko że mam wobec ciebie wyrzuty sumienia, bo przecież chyba powinieneś być w pracy?
    – Naprawdę myślisz, że byłbym teraz w stanie pracować? – spytał z tak wielkim żarem w głosie, że przestała mieć już jakiekolwiek wątpliwości co do jego sympatii dla Sindrego.
    – Ale w domu powinien ktoś być.
    – Czy Sonia nie mogłaby tu posiedzieć, gdy nas nie będzie?
    – Sprawdzę, czy jest w domu.
    Na szczęście była i obiecała zająć się chłopcem, gdyby pojawił się w czasie ich nieobecności.
    Mali czuła się znacznie lepiej, mając przy sobie Garda. Gdy znaleźli się w samochodzie, oboje ogarnął nieopisany smutek. Sindre tak bardzo pragnął pokazać mamie ten szybki, wspaniały samochód, tak by się cieszył, widząc jej zachwyt i zdumienie. A teraz nie było go tu z nimi
    – Ja chyba tego dłużej nie wytrzymam! – wyszeptała kobieta w głębokiej rozpaczy. – To jest ponad moje siły.
    – Człowiek potrafi znieść bardzo dużo – odparł Gard cichym głosem. – Ale czegoś tak strasznego nigdy jeszcze nie doświadczyłem w swoim życiu. Jeśli ten drań wpadnie mi kiedyś w ręce…
    Mali ścisnęła mocno jego dłoń opartą na kierownicy.
    W drodze do komisariatu prawie ze sobą nie rozmawiali. Nie byli w stanie. Cokolwiek by powiedzieli, i tak nie potrafili rozproszyć nawzajem swego lęku i przygnębienia.
    Komisarz od razu poprosił ich do gabinetu.
    – Udało nam się sporządzić w miarę kompletną listę właścicieli srebrnoszarych samochodów w mieście. Nie możemy oczywiście wykluczyć, że tamto auto pochodzi z innej okolicy albo z jakiegoś innego powodu nie znajduje się na naszej liście. Zaczęliśmy już sprawdzać alibi. Proszę się przyjrzeć, może któreś z tych nazwisk jest pani znajome?
    Mali powoli i dokładnie czytała spis. Nie był długi; srebrnoszary nie należał do popularnych kolorów aut.
    – Żadne – stwierdziła. – Nie znam ani jednego z tych nazwisk.
    Brustad westchnął ciężko.
    – Mogę zobaczyć? – spytał Mörkmoen.
    – Oczywiście!
    Podczas gdy ona rozmawiała z komisarzem, Gard studiował listę.
    Nagle, z bardzo skupioną twarzą, podniósł wzrok znad kartki papieru.
    – Lomann? – spytał. – Czy to nie ten dyrektor banku?
    – Lomann to dość popularne nazwisko w naszym mieście – odparł Brustad – Mogę zerknąć? Na imię ma Carl. Zawód nie podany. Tylko sam adres. Klockargatan osiem.
    – To przecież blisko!
    Gard stał jak wrośnięty w ziemię.
    – Komisarzu, niech pan posłucha, mam fantastyczną teorię!
    Oboje zaczęli przysłuchiwać mu się w skupieniu.
    – Lomann, dyrektor banku, ma duży srebrnoszary samochód, jak sami widzicie, dość rzadkiej marki. Mieszka niedaleko lasku nad morzem i zarazem wystarczająco blisko Sindrego, by obawiać się, że zostanie rozpoznany. Po włamaniu do własnego banku dostaje ataku serca. Widziałem go na korytarzu w szpitalu, kiedy poszliśmy z małym odwiedzić Mali. Pamiętam, że jakiś mężczyzna stał wtedy odwrócony plecami do mnie i rozmawiał z chłopcem, który był śmiertelnie przerażony. To mógł być Lomann. Bo kiedy mijaliśmy go, wychodząc już ze szpitala, Sindre zachowywał się tak, jakby zobaczył diabła.
    Komisarz ściągnął brwi.
    – Dyrektor banku? Czy to nie zanadto śmiała teoria? Ale proszę mówić dalej! A może to już koniec?
    – Nie. To nie koniec. Parę dni temu byliśmy we dwóch w banku. Nagle chłopiec wyraźnie czymś się przeraził i bąknął tylko pod nosem „troll”. Uspokoił się dopiero wtedy, gdy jakiś mężczyzna zniknął gdzieś w dalszych pomieszczeniach.
    – W gabinecie dyrektora?
    – Niewykluczone. Nie wiem. Za drzwiami po prawej stronie.
    Brustad kiwnął potakująco głową.
    – Po prawej mieści się gabinet Lomanna. Byłem tam w związku z tym włamaniem. Ale przecież on jest bogatym człowiekiem! Nie rozumiem… Zaraz, zaraz! Szukaliśmy kogoś, kto od chwili włamania siedział w więzieniu i dopiero niedawno wyszedł. Okazało się, że nie ma takiego przestępcy. Ale przecież rzeczony Lomann był przez cały ten czas przykuty do łóżka i dopiero w ostatnich dniach wyszedł ze szpitala. Wiecie co, widzę, że wszystko zaczyna świetnie do siebie pasować.
    Komisarz miał roziskrzone oczy i zarumienione policzki.
    – Chwileczkę, muszę zadzwonić do kierownika klubu płetwonurków. A może pan do niego należy?
    – Nie – odparł Gard. – To jest klub dla amatorów.
    Brustad, otrzymawszy połączenie, spytał, czy dyrektor banku Lomann jest członkiem klubu. Po długiej serii niewiele mówiących „taak”, „nie, nie”, „hm, hm” odłożył wreszcie słuchawkę i spojrzał na swych gości.
    – Nie jest członkiem klubu. Lecz kiedyś przyszedł na jakieś spotkanie i opowiadał, że podczas urlopu często nurkował w Morzu Śródziemnym i na Barbados. Podwodna sceneria naszego morza podobno go nie bawi, bo jest zbyt monotonna. Ale z tego wynika, że ma na pewno własny kostium płetwonurka.
    – Bez wątpienia – potwierdził Gard. – Co robimy?
    – Pojedziemy do niego do domu. On sam jest pewnie w banku, ale chętnie porozmawiam sobie z jego żoną. To prawdziwa dama, z najwyższych sfer, przywiązuje ogromną wagę do etykiety. Mówi się, że to ona, nie jej mąż, siedzi na pieniądzach w tej rodzinie. Podobno także ona wsadziła Lomanna do banku i podobno dzięki niej został potem dyrektorem.
    Komisarz wyszedł na chwilę, żeby porozumieć się ze swymi najbliższymi współpracownikami. Gard i Mali siedzieli w milczeniu, raz po raz spoglądając na siebie. Oboje lekko się ożywili w obliczu tego zaskakującego obrotu spraw. Wreszcie bowiem byli w stanie sobie wyobrazić, kto krył się za…
    Gdy Brustad wrócił, Gard spytał natychmiast:
    – Nie aresztuje pan Lomanna?
    – Ależ skąd, to byłby największy błąd, jaki moglibyśmy popełnić. Wszystkiemu by zaprzeczył i wtedy nigdy już nie znaleźlibyśmy Sindrego. Poza tym stracilibyśmy szansę przyłapania go w chwili, gdy będzie wyciągał swój zatopiony skarb. Prawdopodobnie zamierza to zrobić dzisiejszej nocy, ponieważ jutro rano wyjeżdża za granicę.
    – Skąd pan to wie?
    – Zadzwoniłem do banku i rozmawiałem z jego sekretarką, oczywiście pod jakimś pretekstem. Właśnie w tej chwili odbywa się tam wielka ceremonia pożegnalna. Niestety, nikt nie wie, dokąd pan dyrektor się wybiera.
    – A… Sindre?! – wtrąciła zdesperowanym głosem jego matka.
    – Kazałem jednemu z moich ludzi chodzić za Lomannem jak cień, może w ten sposób zaprowadzi nas do chłopca. Ale raczej w to nie wierzę. Sekretarka wygadała się niechcący, że szef przyszedł dziś do banku bardzo późno, właściwie dopiero pół godziny temu, przemoczony do suchej nitki, brudny i w podartym ubraniu. Podobno miał kłopoty z samochodem.
    – Aż takie, że podarł sobie ubranie? – zdziwiła się Mali.
    – To rzeczywiście dziwne – przyznał Gard. – Ale mnie zastanawia co innego. Przecież u nas dzisiaj wcale nie padało!
    – Ma pan rację. Jeden z moich ludzi właśnie dzwoni do instytutu meteorologicznego, żeby ustalić, gdzie dziś był deszcz. No, dobrze, wobec tego pojedziemy teraz do pani dyrektorowej. Możecie mi towarzyszyć.

ROZDZIAŁ XXV

    Mali czuła się dziwnie, kiedy wjeżdżała na Klockargatan, przy której stały same luksusowe wille. Leżąca tuż obok jej skromna uliczka ze starymi, wysokimi budynkami, wyglądała na jeszcze bardziej poszarzałą niż zwykle.
    I ona, i Gard byli wyczerpani psychicznie. To dopiero pierwszy konkretny ślad, który być może doprowadzi do Sindrego. Wszystkie dotychczasowe poszukiwania i błądzenie po omacku, by przybliżyć się do prawdy, kosztowały ich więcej, niż potrafili wytrzymać.
    – Jeśli chcecie, możecie mi, oczywiście, towarzyszyć – powiedział Brustad. – Ale ani słowa o Sindrem! Natrafiliśmy na ślad skradzionych pieniędzy i chcemy tylko porozmawiać z Lomannem o różnych poszlakach. Jasne?
    Oboje skinęli głowami, ale tak naprawdę nie bardzo rozumieli, co komisarz zamierzał.
    Willa dyrektora banku była zbudowana w starym, dobrym stylu. Z pewnością należała do rodziny jego żony. W holu zauważyli, że komisarz wziął do ręki coś, co leżało wciśnięte do na wpół otwartej szufladki na rękawiczki. Wyglądało to na mapę…
    Wskazano im drzwi do salonu, w którym czekała na nich pani Lomann, ubrana z nienaganną, lecz dyskretną elegancją.
    Co za zimne oczy! pomyślała Mali. Gard zaś stwierdził bez wahania, że ta dama nie ma pojęcia, co to jest poczucie humoru.
    A tacy ludzie, jak wiedział z doświadczenia, są najgorsi.
    Brustad nieco mgliście wyjaśniał gospodyni powód ich wizyty.
    – Mój mąż jest w banku – stwierdziła krótko dama. – Proszę udać się tam.
    – Nie chciałbym go niepokoić, zwłaszcza że pani mąż po ostatniej chorobie na pewno potrzebuje teraz spokoju. Poza tym słyszeliśmy, że jutro wyjeżdża…
    – Wyjeżdża? – spytała pani Lomann, lekko unosząc brwi. – Z pewnością na jakąś krótką konferencję. To często mu się zdarza, ale wówczas przed wieczorem zawsze jest z powrotem.
    Komisarz uśmiechnął się z lekkim zakłopotaniem.
    – Już byliśmy w banku. Mąż jeszcze nie dojechał, pomyśleliśmy więc sobie…
    – Nie dojechał? Przecież wyszedł rano o zwykłej porze.
    – Z pewnością teraz jest już na miejscu – pospiesznie dodał komisarz. – Czyli najlepiej będzie, jeśli udamy się tam znowu. Nie będziemy zatem dłużej przeszkadzać. Ale, ale… – powiedział jak gdyby od niechcenia w stylu porucznika Columbo, stojąc już przy drzwiach. – Istnieją pewne poszlaki wskazujące na to, że złodzieje byli na tyle bezczelni, że wykorzystali dobre imię dyrektora Lomanna, by stworzyć dla siebie alibi. Prawdopodobnie ukryli zrabowane pieniądze gdzieś w jego posiadłości. Czy mają może państwo letni domek?
    Pani Lomann ściągnęła brwi.
    – Co może mieć wspólnego…? Tak, mam domek letni w Gudbrandsdal…
    Gard zauważył, że pani dyrektorowa powiedziała „mam”, a nie „mamy”. Chyba rzeczywiście niełatwo być mężem takiej żony!
    Brustad dokonał błyskawicznej analizy sytuacji. Sindre zniknął wczoraj po południu, Lomann wyszedł z domu dzisiejszego ranka o tej samej porze co zawsze… Czyli ten wariant nie był realny. Podejrzany nie zdążyłby pokonać tak długiej trasy.
    – A może jeszcze coś bliżej? Gdzieś nad jeziorem?
    – Nie. Kiedyś wynajmowaliśmy co prawda… ostatnim razem trzy lata temu.
    – Gdzie?
    – W Hurumlandet. Ale teraz już tam nie jeździmy. Po nas mieszkały tam niewątpliwie dziesiątki osób.
    – Z pewnością. Nawiasem mówiąc, ja też kiedyś wynajmowałem domek w Hurumlandet. Może nawet ten sam?
    Pani Lomann nie odpowiedziała uśmiechem na uśmiech komisarza.
    – Nie sądzę. My wynajęliśmy go przez Excelsior. To bardzo ekskluzywna agencja nieruchomości.
    – No, tak, to rzeczywiście nie mógł być ten sam – roześmiał się Brustad. – A czy pan dyrektor nie ma gdzieś w pobliżu miasta ziemi należącej do jego rodziny czy czegoś w tym rodzaju? Informacje wskazujące na ukrycie pieniędzy w jego posiadłości są bowiem bardzo wiarygodne. Przy czym ta willa tutaj na pewno nie wchodzi w grę.
    – Nie, mój mąż wywodzi się z miasta. Poza tym, szczerze mówiąc, nie najlepiej czuje się na wsi.
    – Rozumiem. Dziękujemy pani i przepraszamy za najście! Aha, pani będzie uprzejma nie wspominać o naszej wizycie małżonkowi. Uzyskaliśmy potrzebne nam informacje. Szok wywołany wiadomością, że złodzieje posunęli się jeszcze do szargania jego opinii, mógłby okazać się dla niego zgubny. Przecież był tak bardzo chory.
    – Oczywiście. To miło, że ma pan wzgląd na zdrowie mojego męża. Do widzenia.
    – Uff! – odetchnął z ulgą Brustad, znalazłszy się w samochodzie. – Czuję się zmrożony na kość.
    – Zauważyliście? Ona w ogóle nie ma pojęcia o tym, że Lomann jutro wyjeżdża! Nie wiedziała też, że dzisiaj tak późno przyszedł do banku. Zdaje się, że porozumienie nie należy do najmocniejszych stron tego małżeństwa.
    Gard siedział pogrążony w myślach.
    – Czy w telewizji i radiu podawane są komunikaty o zaginięciu Sindrego?
    – Zostaną odczytane dziś wieczorem. A w gazetach pojawią się jutro rano.
    – Jutro rano – jęknęła zdesperowana Mali. – To jeszcze tyle godzin. Jeśli nie odnajdziemy go do tej pory, mój mały chłopczyk jeszcze tak długo będzie zupełnie sam. Jest na pewno śmiertelnie przerażony.
    Pozostali nie wypowiedzieli głośno tego, co myśleli: że były niewielkie szanse na to, by znaleźć Sindrego przy życiu.
    – Dlaczego wypytywał pan tak dokładnie o ten wynajmowany domek? – spytał Gard komisarza. – To było tak dawno temu.
    – Mieszkałem kiedyś w Hurumlandet. Są tam ogromne, niezmierzone pustkowia, porośnięte krzewami jeżyn i innymi zaroślami. Zanim tu przyjechaliśmy, moi ludzie zdążyli sprawdzić stan pogody w najbliższej okolicy. Akurat tam padało dziś rano. Poza tym, czy nie zwróciliście uwagi na mapę, która leżała wetknięta do szuflady szafki w przedpokoju?
    – Zauważyliśmy, że bardzo pilnie się pan jej przyglądał.
    – Była otwarta na Hurumlandet. Dlatego właśnie tak bardzo interesowałem się domkami letnimi, o których mówiła pani Lomann.
    Skręcili w stronę miasta.
    – Ale co on mógłby tam robić? – dziwił się Gard. – Przecież nie wynajmuje już tego domku.
    – Czy pan nie rozumie, że człowiek bezwiednie szuka schronienia w miejscach, które zna? Lomann to zasiedziały mieszczuch, poza miastem czuje się kompletnie zagubiony i bezradny, ale tam bywał już nieraz i doskonale wie, gdzie można by ukryć takiego małego brzdąca jak Sindre.
    – Jedźmy tam! Natychmiast! – zawołała Mali.
    – Spokojnie! Hurumlandet jest bardzo rozległe. Najpierw odwiedzimy Excelsior. O, właśnie dojechaliśmy. Poczekajcie na mnie w samochodzie.
    Kiedy Brustad zatrzasnął za sobą drzwiczki, Gard odwrócił się i ujął czule dłonie Mali. Nie mogła zapanować nad nimi: bezustannie zaciskała je mocno lub pocierała jedną o drugą bądź też dotykała nerwowo wszystkiego wokoło.
    – Chyba trafiliśmy w końcu na jakiś ślad. Wreszcie coś konkretnego, to bardzo pomaga, prawda?
    – Tak. Ale wprost boję się pomyśleć…
    – I nie myśl! – powiedział zdecydowanie Gard. – Lomann był tam prawdopodobnie dwa razy. Wczoraj i dzisiaj. To znaczy, że można mieć nadzieję. Nie uważasz?
    – Może. Ja już dłużej tego nie wytrzymam!
    – Spokojnie. Brustad wie, co robi.
    – Ale to wszystko trwa tak strasznie długo! Tyle tych formalności!
    Właśnie w tym momencie wrócił komisarz.
    – Mam adres domku! – oznajmił z triumfem. – Od czasu, kiedy wynajmowali go Lomannowie, zapodział się gdzieś klucz do niego. Ciekawe, prawda? Zadzwoniłem już do moich ludzi i na miejscowy posterunek policji. Jedziemy!
    – Do Hurumlandet?
    – Tak jest. Jedziecie ze mną?
    – A jak pan myśli?

ROZDZIAŁ XXVI

    W gabinecie dyrektora banku cały personel ustawił się w długim szeregu. Wszystkim udzielił się uroczysty nastrój i lekkie wzruszenie. Najstarszy skarbnik wygłaszał mowę pożegnalną, podkreślając we wzniosłych słowach pełną oddania pracę swego zwierzchnika dla banku. Przejawem tej godnej podziwu postawy była zwłaszcza jego reakcja na brutalny napad sprzed kilku miesięcy. Gdy oni wszyscy po prostu się bali, dyrektor Lomann poważnie się rozchorował. Choć rozumieją, że do odejścia zmuszają go względy zdrowotne, będzie im go jednak bardzo brakować…
    Bla, bla, bla, pomyślał Lomann z niecierpliwością. To piękne słowa i, oczywiście, jestem ich godzien, tylko że teraz nie pora na podniosłe przemowy! Muszę pojechać do domu i trochę odpocząć, żebym w nocy mógł bez obaw opuścić się na dno.
    Ciekawe, czy zauważyli, że mam trochę zniszczone ubranie? Co prawda wyczyściłem je i starałem się usunąć wszystkie plamy, ale ta dziura na rękawie…
    Do licha, że też musiałem biegać po zaroślach!
    Nasz szef wygląda jakoś nie najlepiej, zatroskała się stara księgowa. Widać, że jest zmęczony i blady, poza tym jakiś taki wyjątkowo zaniedbany! On, taki pedant! Biedny, chyba jeszcze nie doszedł do siebie. A może miał wypadek? Może mu zaproponuję, żeby usiadł? Lepiej nie, pewnie poczułby się urażony.
    Nie powinienem się obawiać tego dzieciaka, myślał dyrektor. Pobiegł prosto do lasu, przypuszczalnie się w nim zgubi. Jestem też spokojny o mojego koteczka, który czeka na mnie niecierpliwie w Hiszpanii. Jak to wspaniale, że nie będę już musiał oglądać mojej żony! Przydała mi się w zrobieniu kariery, ale teraz, kiedy osiągnąłem wszystko, co się dało, już jej nie potrzebuję. Jedyne, czego się obawiam, to czy zdołam dziś w nocy zejść na dno, żeby wydobyć skrzynię. Ale doktor powiedział przecież, że jestem zdrowy. To kołatanie serca wywołane jest nerwami. Czyli powinienem się najpierw uspokoić.
    Łatwo powiedzieć. Jak można się uspokoić, kiedy człowiek musi się zmagać z takim nieznośnym smarkaczem? To on zburzył mój spokój i znowu zaszkodził mojemu sercu. Ale drogo za to zapłaci!
    Aha, zaraz wręczą mi kwiaty! I jakiś składkowy prezent. Czy to się nigdy nie skończy?
    Mali siedziała jak na rozżarzonych węglach. Droga nie miała wprost końca. Niebawem dołączył do nich policyjny radiowóz i pędził razem z nimi na południe z najwyższą dozwoloną prędkością.
    – Nie powinniśmy spodziewać się zbyt wiele – odezwał się Brustad. – Nie ma żadnej pewności, że chłopiec jest w domku, to wszystko są tylko przypuszczenia. Ale jeśli rzeczywiście się tam znajduje, jesteśmy odpowiednio przygotowani. W drugim samochodzie jedzie lekarz i trzech moich ludzi. No, to chyba posterunek policji. Komendant jest o wszystkim poinformowany i pokaże nam drogę.
    W towarzystwie samochodu miejscowej policji ruszyli dalej wzdłuż brzegu. W miejscu, gdzie teren zaczął się lekko wznosić, zatrzymali się wszyscy przed odnowionym gospodarstwem na skraju lasu. W tego rodzaju wiejskich posiadłościach dobrze sytuowani mieszkańcy miast lubili bawić się w wiejskie życie. Widok na fiord był po prostu wspaniały.
    – Oho – odezwał się jeden z młodych policjantów – tu musiał stać jakiś samochód. Chyba dzisiaj. Ale był tu też wcześniej, i to niedawno.
    Brustad pokiwał w zamyśleniu głową.
    – W Excelsiorze powiedziano mi, że w tym roku nikomu jeszcze nie wynajmowali tego domku. Ale może przyjechali tu jacyś zbieracze… grzybów albo…
    – Jeżyn, na przykład – dodał inny policjant.
    Mali nie mogła powstrzymać drżenia całego ciała. Widząc tę odludną okolicę, wyobraziła sobie najgorsze. Wielkim wysiłkiem woli zmusiła się jednak, by myśleć pozytywnie. Przecież są być może już blisko, bardzo blisko…
    Komisarz nie pozwolił jej popaść w histerię.
    – Na szczęście udało mi się pożyczyć w agencji klucz do domku. Chodźmy!
    Serce Mali waliło jak młotem, gdy komisarz wkładał klucz w zamek. Chwyciła za rękę Garda, który był równie zdenerwowany i przejęty jak ona.
    – Ktoś wchodził tu po schodach w zabłoconych butach – stwierdził młody, bystry policjant o imieniu Engen. Podniósł głowę ku ciężkim deszczowym chmurom.
    – W instytucie meteorologicznym mówili, że nad fiordem padało dopiero dzisiaj rano.
    Drzwi się otworzyły.
    Minęła dłuższa chwila, zanim ktoś wreszcie zdobył się na odwagę i pierwszy przestąpił próg. Za nim weszli pozostali.
    Najpierw stali w milczeniu, przyglądając się pustemu pomieszczeniu. Oczy niemal wszystkich spoczęły na plastykowej torebce leżącej na stole.
    Brustad lekko ją rozchylił i zajrzał do środka.
    – Butelka z lemoniadą. I rozgnieciony kawałek tortu. Czekoladowego.
    – Wygląda na to, że ktoś leżał tu na kanapie – powiedział policyjny lekarz.
    – Tu jest jakaś używana szklanka – zawołał Engen, który zdążył już wejść do kuchni. – I opróżniona do połowy butelka. Jest też mała łyżeczka. Doktorze, niech pan spojrzy, na dnie szklanki widać jakiś osad.
    Lekarz ostrożnie wziął naczynie do ręki i powąchał jego zawartość. Pokręcił głową, po czym odstawił je z powrotem.
    – Wygląda na jakąś rozpuszczoną tabletkę. Musimy to zbadać.
    – Za fotelem jest wilgotna plama – zauważył ktoś jeszcze. – Poza tym żadnych innych śladów.
    Gard wyszedł na zewnątrz i rozejrzał się dookoła. Po chwili dołączyła do niego Mali.
    – Bardzo możliwe, że to oni byli tu dzisiaj – bąknął. – Ale już ich nie ma. Może Lomann zawiózł chłopca w jakieś inne miejsce?
    Kobieta czuła, że znowu ogarnia ją bezsilność i rozpacz.
    Z domku wyszło kilku policjantów, wśród nich także Brustad. Wpatrywał się w bezkresną przestrzeń przed sobą.
    Gdy opuścił wzrok ku ziemi, nagle zamarł.
    – Spójrzcie! – powiedział powoli. – Ślady dużych butów odciśnięte w błocie! Zwrócone w kierunku zarośli.
    Na dworze znaleźli się już także pozostali policjanci i teraz wszyscy razem ruszyli ostrożnie przed siebie, wypatrując śladów na rozmokłej ziemi. Mali i Gard szli, zgodnie z poleceniem Brustada, na końcu.
    Im bliżej zarośli się znajdowali, tym bardziej błotnisty stawał się grunt. Nagle policjanci stanęli jak wryci.
    – Popatrzcie! – komisarz wykrzyknął podniecony. – Odcisk małego bucika!
    Mali zapomniała o ostrożności i skoczyła do przodu.
    – To może być but Sindrego. O Boże! Spraw, żeby tak było! Sindre! – zawołała z całej siły.
    Komisarz próbował ją uspokoić.
    – Równie dobrze to może być ślad jakiegoś innego dziecka. Chłopcy, uważajcie, idziemy dalej!
    – Tu jest mnóstwo śladów dwóch osób – oznajmił komendant miejscowej policji, także mający do pomocy swojego człowieka. – Nie szły obok siebie, wygląda na to, że jedna biegła za drugą. Ta większa za mniejszą.
    Komendant czuł się dumny, że choć trochę mógł przyczynić się do wyjaśnienia zagadki.
    – Obaj biegli – stwierdził Brustad. – Nie, tutaj ten większy się zatrzymał. Dalej szedł.
    – Spójrzcie! – odezwał się Gard. – Małe ślady zniknęły w zaroślach.
    – Duże też – stwierdził ponuro lekarz. – Nie powinniśmy wchodzić tam wszyscy, żeby ich nie zadeptać. Niech komisarz zdecyduje, kto ma iść.
    Brustad wahał się nieco.
    – Myślę, że będzie najlepiej, jeśli pani zostanie przy domku.
    – Nie! – zaprotestowała wzburzona Mali. – Nie wytrzymałabym tego! Nie może mnie pan o to prosić.
    – Mali, przecież to dla pani dobra – przekonywał łagodnie komisarz.
    Kobieta przymknęła oczy.
    – Wiem, co ma pan na myśli. Ale przez ostatnią dobę zdążyłam się oswoić nawet z tym najgorszym. Proszę mi pozwolić pójść z wami! Jeśli to Sindre jest tym dzieckiem, które tutaj przywieziono i jeśli jest gdzieś teraz w lesie, przytomny (wolała użyć takiego określenia), to na pewno się boi. Jest śmiertelnie wystraszony! Kiedy zaczniecie go wołać i on usłyszy wasze męskie głosy, pomyśli być może…
    – Rzeczywiście – przyznał Brustad. – Sindre doskonale zna pani głos. Tylko nie może iść pani jako pierwsza. Proszę dać nam czas, by w razie czego…
    Nie dokończył zdania.
    Przeczesywali las metodycznie. Ślady chłopca – jeśli to w istocie był on – odcisnęły się mocno w rozmokniętym od deszczu podłożu. Wciąż czujny Engen zawołał nagle:
    – Stop! Zatrzymajcie się! Co to jest?
    Pochyliwszy się, podniósł z ziemi jakiś nieokreślony, bardzo zabłocony przedmiot, który Mali i Gard rozpoznali od razu.
    – To pluszowy kotek! Maskotka Sindrego! – wykrzyknęli.
    – No! – westchnął komisarz z lekkim odcieniem triumfu w głosie. – Doszliśmy po nitce do kłębka!
    Wszyscy poczuli się tak, jakby rozpaliła się w nich jakaś elektryczna iskra. Nie będą już błądzić po omacku, nękani dokuczliwą myślą, że być może chłopiec jest wiele kilometrów stąd – gdzieś w Ostfold czy Hadeland – a oni tracą tutaj bezcenny czas. Teraz mają chociaż pewność, że szukają we właściwej okolicy.
    Wkrótce tuż pod lasem natrafili na miejsce, w którym prawdopodobnie leżał Sindre, ukrywając się przed swym prześladowcą. Potem poszli po śladach stóp mężczyzny, nerwowo i chaotycznie przeczesującego zarośla. Błogosławili deszcz, który znacznie ułatwiał im poszukiwania.
    – O, tutaj zawrócił! – wykrzyknął w podnieceniu Engen. – Ruszył z powrotem do domku. Trochę w złym kierunku, ale na pewno się wycofał.
    – Pytanie tylko, czy sam, czy z chłopcem?
    – Chyba sam – stwierdził inny policjant, badający ślady małych stóp. – Widać wyraźnie, że chłopiec leżał tutaj przez dłuższy czas, a potem poszedł w stronę lasu.
    – Czy to duży las? – Gard spytał miejscowego komendanta.
    – Raczej tak. Ciągnie się wiele kilometrów. Można w nim spotkać tylko łosie.
    Mörkmoen lekko jęknął. Pozostali stali w ponurym milczeniu.
    – W porządku – powiedział zdecydowanym tonem Brustad. – Nie ma na co czekać. Idziemy. Przecież nic nie wskazuje na to, że mężczyzna niósł Sindrego na rękach, prawda?
    – Prawda – odparł bez wahania Engen. – Zbadałem to bardzo dokładnie. Większe ślady pozostawione w drodze powrotnej wcale nie są głębsze.
    – No, właśnie!
    – Może mam wezwać więcej ludzi? – zaproponował komendant.
    – Na razie nie trzeba. Nie jest nas przecież mało, najpierw sprawdzimy, jak daleko zaprowadzą nas ślady. Mam nadzieję, że ściółka w lesie jest równie miękka i mokra jak ta glina.
    – Sindre! – zawołała z całej siły Mali.
    Poczekali, aż echo ucichnie w oddali. Las trwał w ciszy i niezakłóconym spokoju. Nieruchome świerki tkwiły wyczekująco na skałach.
    Brustad przerwał milczenie:
    – No, ruszamy. Nie możemy zgubić śladów! Są dla nas bezcenne.
    I tak rozpoczęli długi i wyczerpujący marsz przez wielki las. Im głębiej się weń wdzierali, tym częściej zamiast świerków spotykali ponure, rosochate sosny. Ponieważ wiedzieli, że Lomann był tutaj zaledwie parę godzin temu, nie tracili nadziei. Jednakże dzień powoli chylił się już ku zachodowi i choć do wieczora zostało jeszcze trochę czasu, światło w lesie z minuty na minutę stawało się coraz bardziej przygaszone. Przyczyniały się do tego także ciemne chmury na niebie.
    Ślady małych nóżek raz po raz znikały. Wtedy ustawiali się w szeregu i idąc ławą wpatrywali się w ziemię, póki ktoś nie dojrzał znowu odcisku bucika w leśnej ściółce. Wtedy na nowo nabierali nadziei.
    – Biedny Sindre – szepnął pod nosem Gard. – Co on mógł przeżywać!
    Jedno nie ulegało wątpliwości: chłopiec przemierzał tajemniczą otchłań lasu całkiem sam. Jego śladom bowiem nie towarzyszyły ślady dużych stóp.
    Poza tym na pewno żył, gdy Lomann zawrócił. I to dodawało im wszystkim otuchy.
    Ale przecież w lesie roiło się od niebezpieczeństw.
    Nagle zatrzymali się. Przed nimi rozpościerało się bagno z pojedynczymi niewielkimi świerkami.
    – Och, nie! – szepnęła Mali. – To niemożliwe, żeby przez nie przeszedł!
    – Bagna nie są wcale tak niebezpieczne, jak się powszechnie sądzi – próbował uspokoić ją Gard. – Poza tym Sindre jest bardzo lekki.
    – Jak na swój wiek jest raczej ciężki. Sindre! – zawołała. – Sindre!
    Nikt jednak nie odpowiedział. Jej krzyk wystraszył tylko jakąś wronę, która ciężko łopocząc skrzydłami przeleciała ponad trzęsawiskiem.

ROZDZIAŁ XXVII

    Sindre szedł i szedł bez końca.
    Dlaczego nikogo tu nie ma? Chłopiec zaczął już tęsknić za ludźmi, nie chciał być dłużej sam. Czuł się zmęczony, głodny i zmarznięty. Przebierał nogami właściwie już bez udziału woli.
    – Mamo – pojękiwał od czasu do czasu.
    Las przypominał ciasny wąwóz, naokoło widać było tylko porośnięte mchem pnie drzew, wielkie głazy i plątaninę gałęzi. To wszystko bardzo go przerażało. Na dodatek zaczynało się chyba ściemniać, a Sindre bał się ciemności. Od czasu kiedy po raz pierwszy spotkał trolla.
    Chciałby już stąd wyjść, być z mamą, w domu. Nie miał jednak odwagi zawrócić, ponieważ gdzieś tam czyhał na niego ten straszny mężczyzna. Wiedział, że musi ciągle iść do przodu, coraz dalej, żeby ten człowiek nie mógł go doścignąć.
    Droga, jaką przemierzał, nie była bynajmniej prosta. Ponieważ chłopiec kluczył między drzewami i zbaczał ze ścieżki, zatoczył właściwie niewielki łuk, który jednak nie przybliżył go wcale do jakiejś zamieszkanej okolicy. Raczej wręcz przeciwnie!
    Jego malutkie nóżki nie chciały nieść go dalej. I choć zdawał sobie sprawę, że powinien jeszcze iść, osunął się na ziemię. Usiadł na mchu, nie czując nawet, że jest bardzo mokry.
    Wzdychając raz po raz, myślał o mamie i Gardzie, który był dla niego prawie jak tata, mimo że wcale nie chciał nim być, ale jednak był. Tak bardzo tęsknił za obojgiem. Gdyby chociaż jedno z nich znalazło się tu przy nim, wtedy nie bałby się tak strasznie.
    Otrząsnął się, gdy poczuł, że zasypia. To zbyt niebezpieczne, powinien iść dalej, dotrzeć do jakiegoś miejsca, w którym przestałby się bać, ale nie miał siły się podnieść. Bo na dodatek był głodny, tak głodny, że aż go mdliło.
    Powieki znowu ciężko opadły.
    We śnie zobaczył raz jeszcze, jak na samym początku znalazł się na skraju dużej otwartej polany z kilkoma samotnymi drzewami. Ziemia wyglądała na bardzo rozmokniętą. Nagle po drugiej stronie tej otwartej przestrzeni ujrzał jakiegoś ogromnego konia z rogami. Przestraszył się go i ominął polanę…
    Sindre ocknął się na wspomnienie tego obrazu, lecz chyba zaraz sen owładnął nim znowu, bo zdawało mu się, że woła go mama.
    To chyba jednak wcale nie sen…
    Czy to nie jakieś głosy dochodzą z oddali?
    Chłopiec walczył ze zmęczeniem, żeby lepiej wsłuchać się w ciszę.
    Nie, teraz nikt nie wołał.
    Sen przestał już mieć nad nim władanie. Mimo obezwładniającego wyczerpania Sindre nie spał, nie był jednak w stanie się podnieść.
    Głos mężczyzny? Czy to znowu on?
    Malec, śmiertelnie przerażony, usiadł prosto. W tej samej chwili dało się słyszeć wyraźne wołanie:
    – Sindre!
    Przeciągłe i jakby pełne smutku.
    Ten głos brzmiał identycznie jak głos mamy. Zupełnie tak samo. Ale przecież mama jest daleko. Tak strasznie daleko.
    – Zgubiliśmy ślad – stwierdził – Brustad.
    – Wrócę tą samą drogą i jeszcze raz dokładnie przeszukam okolicę – powiedział komendant miejscowej policji.
    – Tak, chyba nic innego nam nie pozostaje – westchnął komisarz.
    Gdy oddalili się od bagna, nie natrafili już na żaden ślad. Na chybił trafił szukali wokół mokradła jakiegokolwiek znaku, wierząc, że może zobaczą zdeptany mech czy coś w tym rodzaju, ale nie znalazłszy niczego, zapuścili się w końcu jeszcze głębiej w złowrogi i obcy las. Jako jedyny punkt orientacyjny służyła im plama rozjaśnionego nieba na zachodzie, gdzie słońce, ukryte za zasłoną chmur, przygotowywało się do zniknięcia za horyzontem.
    Mali była wręcz bliska obłędu w obliczu bezsilności i bezradności poszukujących.
    – Sindre! – zawołała chyba już po raz pięćdziesiąty.
    Pozostali zamilkli, choć nie spodziewali się usłyszeć żadnej odpowiedzi.
    – Cicho!
    Wszyscy jednocześnie zaczęli uciszać się nawzajem, chociaż nikt nie powiedział ani słowa. Po chwili milczenia kobieta spytała:
    – Co to było?
    Inni tylko pokręcili głowami.
    – Jakby jakieś piśniecie – odpowiedział komendant.
    – To mógł być ptak – stwierdził Brustad, aby nie budzić w swych współpracownikach próżnych nadziei.
    – Proszę zawołać znowu! – zaproponował jeden z policjantów.
    Mali nie trzeba było powtarzać dwa razy.
    W przejmującej ciszy, jaka zapadła, wszyscy usłyszeli gdzieś w oddali delikatny głosik.
    „Mama!”
    – Sindre! – zawołał gwałtownie Gard.
    – Sindre! Idziemy do ciebie! – krzyknęła Mali, po czym wszyscy rzucili się pędem w kierunku, z którego dochodził głos.
    Gard chwycił Mali za rękę i ciągnął ją za sobą, pomagając przeskakiwać przez zwalone pnie i pokonywać inne przeszkody.
    – Jak tam twoja rana? – spytał cicho.
    – Szew trochę mnie kłuje – wydyszała. – Ale nie mam czasu, żeby czekać. Sindre! – zawołała znowu.
    Teraz już bliżej, ale nadal jeszcze w oddali, gdzieś po prawej stronie, dało się słyszeć wołanie chłopca przerywane szlochem. Szli za innymi, którzy poruszali się znacznie szybciej niż oni. Młodzi policjanci byli już daleko w przodzie.
    Mali zatrzymała się znowu i skuliła się wpół.
    – Nie dam rady – jęknęła. – Gard, proszę cię, pobiegnij pierwszy!
    Gdy spojrzał na nią z lekkim wahaniem, zrozumiał od razu, że ona tego naprawdę pragnie. Chciała, by Sindre jak najszybciej zobaczył jakąś znajomą twarz. Położywszy dłoń na jej policzku, obiecał:
    – Powiem mu, że zaraz przy nim będziesz.
    I pobiegł.
    Mali stała nieruchomo z zamkniętymi oczyma.
    – Dziękuję! – wyszeptała. – Dziękuję, dziękuję!
    Gdy lekko się zachwiała, zdała sobie sprawę, że przeżycia ostatnich godzin wystawiły jej organizm na ciężką próbę. Wyprostowała się więc i kilka razy głęboko wciągnęła powietrze. Potem mogła iść dalej.
    Znaleźli go w lekkim zagłębieniu. Potykając się, szedł na sztywnych nogach w ich stronę. Miał zapłakaną buzię, był brudny, przemoczony i wyczerpany. Niemal bezwładnie opadł w silne ramiona jednego z policjantów.
    Lecz gdy spostrzegł nadbiegającego Mörkmoena, od razu wyciągnął do niego ręce.
    – Tato!
    Gard prawie nic nie widział, ponieważ od razu chwycił chłopca w objęcia i mocno go do siebie przytulił.
    – Jestem przy tobie, Sindre – odpowiedział. – Wszystko będzie dobrze.
    Policyjny lekarz natychmiast zbadał chłopca.
    – Wygląda na to, że nie odniósł żadnych obrażeń. Ale jest przemoczony, zmarznięty i znajduje się w szoku, dlatego musimy zawieźć go od razu do szpitala. Powinien zostać tam na obserwacji przez dzisiejszą noc. Nie można wykluczyć ryzyka zapalenia płuc.
    Sindre spojrzał z poczuciem winy na Mali.
    – Mamo, zrobiłem siusiu w spodnie.
    – To nic, kochanie – uspokajała go matka drżącym głosem. – Byłeś naprawdę bardzo dzielny.
    – A ten mężczyzna…? – spytał chłopiec z wyraźnym przestrachem w oczach.
    – Zabrała go policja – wyjaśnił zdecydowanie Gard. – Teraz już nie musisz się niczego bać. Bardzo nam pomogłeś w jego schwytaniu. Może panowie policjanci dadzą ci za to coś ładnego.
    Na brudnej i zmęczonej buzi pojawił się nieśmiały uśmiech.
    Po kilkunastu minutach w triumfalnym orszaku jechali już z powrotem do miasta. Sindre natychmiast zasnął w objęciach Garda. Mali przez cały czas trzymała małą rączkę synka w swej dłoni, by ani przez sekundę nie mieć wątpliwości, czy on naprawdę jest już razem z nimi. Drugą rękę oparła mu na brzuszku, aby czuć jego spokojny oddech.
    – Dziękujemy za wyjątkowo szybką i skuteczną akcję – zwrócił się Gard do Brustada. – To naprawdę była dobra robota. Od razu trafił pan na właściwe miejsce.
    Komisarz nawet nie próbował udawać zakłopotanego usłyszanymi komplementami. Tymczasem Gard kontynuował:
    – Ten Engen to świetny detektyw, prawda?
    – Owszem. Specjalnie poprosiłem go, żeby pojechał z nami. Jest bardzo zdolny, toteż niektórzy z naszego wydziału cały czas trzęsą się ze strachu. Czują się zagrożeni. Ale mam wrażenie, że Engena władza w ogóle nie interesuje. On najszczęśliwszy jest wtedy, gdy uda mu się natrafić na ślad i wyciągnąć trafne wnioski. No, jesteśmy na miejscu.
    Gard wniósł na rękach śpiącego chłopca do szpitala. W izbie przyjęć przywitała ich pielęgniarka.
    – Cóż to za mały brzdąc przyjechał tu do nas? – spytała przyjaźnie.
    – To jest Sindre – odpowiedział Gard. – Mój syn.

ROZDZIAŁ XXVIII

    Mali siedziała na szpitalnym korytarzu, czekając na Garda. Po dokładnym badaniu Sindrego, niemal nieprzytomnego ze zmęczenia, położono do łóżka. Oboje chcieli zostać przy nim przez całą noc, jednakże lekarz uznał to za całkowicie zbędne. Mały pacjent musiał się porządnie wyspać, a im też przyda się wypoczynek. Chłopiec był tak wyczerpany, że nawet nie zareagował, gdy wychodzili z sali. Uśmiechnąwszy się do nich słabo, odwrócił się do ściany, przyciskając do siebie mocno sfatygowanego pluszowego kotka.
    Gard, idąc z izby przyjęć, już z daleka uśmiechał się do Mali.
    – Pielęgniarka wypytywała mnie o całą masę rzeczy o Sindrem – rzekł, siadając obok niej. – Nie mogłem cię znaleźć, więc powiedziałem jej tylko to, co wiedziałem.
    – Dzięki.
    Mali czuła, że znowu całkowicie poddaje się zmęczeniu. Do tej pory emocje zmuszały ją do aktywności, ale teraz, gdy jej synek znalazł się już pod dobrą opieką, mogła wreszcie pomyśleć o sobie.
    Gard popatrzył na nią czule i pogłaskał ją po policzku.
    – Jesteś blada jak ściana. Na szczęście dzisiaj będziesz już mogła spać spokojnie.
    Po krótkiej pauzie pod jaj:
    – Chciałbym ci się do czegoś przyznać. Zawsze mówiłaś, że ojciec Sindrego nazywa się Gard Mörkmoen. No, więc kiedy siostra spytała mnie o jego ojca, podałem jej to nazwisko.
    Mali otworzyła szeroko usta ze zdumienia, lecz nie powiedziała ani słowa.
    – Czy zrobiłem źle? – spytał niepewnie.
    – Nie.
    – Pytam, bo nie wiem, może ty wcale byś nie chciała, żebym…
    – Co?
    – Żebym to był ja, no, wtedy, trzy czy cztery lata temu? To znaczy, nie chciałabyś udawać, że to tak było. Ja natomiast bez trudu mogę sobie wyobrazić, że Sindre to mój syn.
    Mali nic nie mówiła. Odwróciła głowę w drugą stronę, aby nie widział jej rozpalonych policzków.
    Gard odczekał chwilę, po czym powiedział niepewnie:
    – Dobrze wiesz, że mógłbym dostać jakąś stałą pracę w Sörlandet. Mogę zamienić moje mieszkanie w mieście na prawdziwy dom gdzieś na prowincji. Kiedy wracaliśmy tutaj, bardzo dużo o tym myślałem.
    Gdy zamilkł, Mali spojrzała na niego pytającym wzrokiem.
    – Pomyślałem więc… Jeśli ty i Sindre…
    Ponieważ ona w ogóle mu nie pomagała, musiał dalej radzić sobie sam.
    – Mieszkanie na wsi na pewno doskonale by zrobiło chłopcu. Mógłby mieć swojego wymarzonego pieska. A ty mogłabyś przez cały czas być z nim razem w domu.
    Mali opuściła głowę. Gard zdał sobie sprawę, że chyba zaczął od niewłaściwego końca.
    – Ale przede wszystkim chciałem cię, oczywiście, zapytać, czy zostaniesz moją żoną?
    Podniosła na niego wzrok. Czuła, że kocha go aż do bólu. Kocha jego oczy barwy bursztynu i fascynujące spojrzenie, którym potrafił wyrazić i wściekłość, i czułość, kocha ostre linie jego twarzy i niemal niewidoczną szramę na górnej wardze. Wielbi jego dłonie, duże i kojące, i ten jego nieco ochrypnięty głos, i całą wysportowaną sylwetkę.
    – Nie – odparła cicho Mali.
    Gard oniemiał. Był zszokowany. Zbity z tropu.
    – Ale…
    Tysiące myśli kłębiło się w jego głowie. Nigdy w całym swoim życiu nie marzył o małżeństwie. Teraz pragnął tego bardziej niż czegokolwiek innego na świecie. I oto ona powiedziała „nie”! To ostatnia rzecz, jakiej by się spodziewał. Przecież jako matka samotnie wychowująca dziecko dźwigała na swych barkach ogromny ciężar i mimo to nie chciała! Czyżby go nie lubiła? Może on to wszystko tylko sobie wmówił?
    Czuł się tak oszołomiony, jakby nagle u jego stóp zawaliła się ściana.
    Mali zrobiła jakiś przepraszający gest.
    – Doskonale wiem, że Sindre nie mógłby nawet marzyć o lepszym ojcu niż ty, a ja jestem oczywiście potworem, odrzucając taką szansę, ale to by się nie udało.
    – Skąd wiesz?
    – Nie rozmawiajmy o tym!
    – Jak chcesz – zgodził się Gard, nie umiejąc ukryć, jak bardzo jest mu przykro. – Jeszcze tylko jedno pytanie: Czy to jest twoja ostateczna odpowiedź?
    Jej spojrzenie nie było już tak niezłomne.
    – Nie, nie wiem. Czy w życiu w ogóle można wiedzieć coś na pewno? Przyjmijmy, że czas pokaże. Mówiąc staromodnie: proszę cię o czas do namysłu.
    Gard przyjrzał się jej badawczo. Mali, widząc to, uśmiechnęła się trochę niepewnie.
    – Przyznaję, że czuję się zaskoczony i jest mi przykro. Ale pamiętaj: moje pytanie jest wciąż aktualne, nawet jeśli ci go nie zadam po raz drugi.
    Co za głupiec! pomyślała Mali. Czy ty naprawdę niczego nie rozumiesz? Ależ ci mężczyźni są niedomyślni!
    Zadzwonili do Soni i pani Inger z przedszkola, zawiadamiając je, że Sindre został odnaleziony i jest cały i zdrowy, nie wyjawili jednak żadnych szczegółów. Jeszcze przez kilka godzin, póki dyrektor Lomann nie znajdzie się w pułapce, konieczne było zachowanie wszystkiego w tajemnicy.
    Ponieważ Mörkmoen mieszkał bardzo blisko szpitala, podał siostrze oddziałowej własny adres i zabrał Mali do swojego domu. Nigdy przedtem tu nie była i nie mogła się nadziwić, jak duże i nowoczesne mieszkanie ma Gard. Ale urządzone bez wyobraźni, pomyślała sobie jednak…
    Lecz nie powiedziała tego głośno, zachwycała się tylko, jakie jest przestronne.
    – Tak, to niemal grzech je opuszczać – przyznał właściciel. – Ale dostanę za nie coś równie ładnego.
    – Czyli zamierzasz przyjąć tę pracę w Sörlandet.
    – Raczej tak.
    – Będzie cię nam brakowało. I to bardzo!
    Zdaje się, że strach i przerażenie wreszcie opuściły Mali.
    – Och, Gard, ciągle jeszcze nie mogę uwierzyć, że ten koszmar już minął! Sindre jest znowu z nami, słyszysz!
    Spontanicznie zarzuciła mu ręce na szyję i, oparłszy głowę na jego piersi, śmiała się i płakała na przemian.
    Było to tak niepodobne do Mali, że Mörkmoen dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, ile musiała wycierpieć w ciągu minionych godzin.
    – A ty myślisz, że ja się nie cieszę? – roześmiał się głośno, przyciskając ją mocno do siebie.
    – Och, Gard – westchnęła z radością w głosie. – Jestem taka szczęśliwa! Tak bardzo szczęśliwa, że ten mój mały brzdąc jest znowu bezpieczny.
    Stali pośrodku pokoju, mocno przytuleni do siebie, wzruszeni i uradowani, nie umiejąc wyrazić swych emocji wywołanych powrotem Sindrego inaczej niż w tych kilku nieporadnych słowach.
    Wreszcie, w porywie tych radosnych uczuć, Gard pocałował Mali w policzek. Odpowiedziała uśmiechem, co on uznał za dobry znak. Zanim oboje zdążyli się zorientować, Mali poczuła nagle, że jego usta przywarły do jej warg w ciepłym i czułym pocałunku, który po prostu ją obezwładnił. Mimo wszystko próbowała odsunąć się do tyłu, lecz on nie zamierzał jej puścić.
    – Mali! – wyszeptał, wtulając twarz w jej włosy. – Powiedz, dlaczego nie chcesz zostać moją żoną? Tak bardzo tego pragnę!
    Zacisnęła zęby, starając się nie poddawać uczuciom.
    – Dlaczego? – spytała szeptem, wdychając delikatny, lecz oszałamiający zapach jego skóry.
    – Przecież od chwili kiedy się spotkaliśmy, myślę o tobie dzień i noc – wyznał nieoczekiwanie. – Jest nam tak dobrze razem. Nigdy jeszcze nie spotkałem kogoś takiego jak ty, z kim można zwyczajnie sobie porozmawiać i nie czuć się nieswojo czy niezręcznie. Poza tym ty jesteś tak bardzo kobieca.
    – Ja? Kobieca?
    – Tak. Twoja kobiecość polega na tym, że przy tobie czuję się wielkim i wspaniałym mężczyzną. – Gard roześmiał się głośno, ale zaraz znowu spoważniał. – Poza tym pragnę cię. Nigdy dotąd nie czułem czegoś takiego do żadnej kobiety, do tej pory ani razu nie zakochałem się w nikim tak prawdziwie. Dlatego nie wyobrażam sobie, żebym mógł się z tobą rozstać. Dlaczego ty mnie nie lubisz?
    – Ja ciebie nie lubię? – Mali uśmiechnęła się smutno. – Moim największym pragnieniem jest, by resztę życia spędzić razem z tobą. Tak bardzo chciałabym być twoją żoną.
    Po raz kolejny wprawiła Garda w osłupienie.
    – Naprawdę? Ale przecież powiedziałaś…
    Odsunęła się od niego i usiadła na kanapie.
    – Usiądź tu przy mnie, przeżyłam dziś tyle emocji, że nogi nie chcą mnie już nosić.
    Usiadł posłusznie, oszołomiony jej szybką zmianą decyzji.
    Mali westchnęła ciężko.
    – Czy ty naprawdę nic nie rozumiesz? Przecież aż do tej chwili ani razu choćby jednym słowem nie dałeś mi odczuć, że coś dla ciebie znaczę. Domyślałam się, że ci się podobam, ale to jeszcze za mało, żeby się żenić. Nie chciałam być zwykłą maskotką.
    – Nie sądziłaś chyba przecież… Wybacz mi, Mali… ależ ze mnie osioł! Nie jestem przyzwyczajony do obcowania z wrażliwymi, czyli prawdziwymi kobietami. Nie chciałem iść z tobą tylko do łóżka, nie dając ci do zrozumienia, że mam wobec ciebie poważne zamiary.
    Mali roześmiała się na cały głos i wtuliła się w jego ramiona.
    – Teraz czuję się jeszcze bardziej szczęśliwa. Twój pomysł przeprowadzki jest naprawdę wspaniały. Nawet sobie nie wyobrażasz, z jaką radością wyniesiemy się z tego miasta. Sindre będzie zachwycony!
    – Już się cieszę na samą myśl o tym. Ale czy moglibyśmy choć na trochę zapomnieć o Sindrem? – szepnął jej do ucha. – Jest pod dobrą opieką w szpitalu i nic mu już nie grozi. Teraz chciałbym zająć się wyłącznie tobą…
    Mali nie miała nic przeciwko temu.

ROZDZIAŁ XXIX

    No, nareszcie, pomyślał Lomann, zatrzymując samochód na drodze wiodącej przez las prosto nad morze. Teraz nastąpi to, czego najbardziej się obawiam. Ale jeśli nic mi się nie stało i zupełnie dobrze się mam po tych wyścigach tam, przy domku, kiedy uciekł mi ten przebrzydły smarkacz, to poradzę sobie i tutaj! Przecież lekarz powiedział, że zagrożenie minęło. To wszystko tylko nerwy…
    A jutro? Jutro będę już w drodze na południe razem z moimi pieniędzmi. Tak, właśnie z moimi, bo przecież tyle przeszedłem, żeby je zdobyć. Z każdą godziną coraz bliżej Lillan! Kiedy rozmawiałem z nią dziś przez telefon, wyraźnie wyczułem, że już się trochę niecierpliwi. Nic dziwnego, przecież czeka na mnie już tyle czasu. Ale czekanie na coś dobrego nigdy nie trwa zbyt długo, pamiętaj o tym, kochanie! Jesteśmy teraz naprawdę bogaci. Osiemset pięćdziesiąt tysięcy koron to majątek w takim kraju jak Hiszpania, gdzie nasza waluta ma zawsze wysoki kurs. To powinno trzymać cię z daleka od tych wszystkich młodych fircyków, którzy tylko udają zakochanych. Urządzimy sobie wspaniałe życie! Pieniądze… Co za cudowne słowo: pieniądze!
    A na dodatek wyjeżdżam, ciesząc się nadal uznaniem i szacunkiem. Chwała Bogu, chłopak niczego nie wypaple, a jeśli nawet miałoby się tak zdarzyć, że go odnajdą, w co jednak wątpię, i prawda wyjdzie na jaw, to i tak nic to nie zmieni. Przecież nigdy mnie nie wytropią, zatrę wszelkie ślady. Do tej pory wszystko szło jak po maśle. Nikomu nawet nie przyszło do głowy, by w jakikolwiek sposób wiązać z tym przestępstwem Carla Lomanna.
    Wprost dławił się ze śmiechu na samą myśl o tym, jak na samym początku policjanci, niemal przepraszając, zadawali mu w szpitalu różne pytania. Rozbawili go także wszyscy ci głupcy, którzy dzisiaj tak podniośle przemawiali na jego cześć.
    Od północy minęło już półtorej godziny, świat wokół niego pogrążony był w ciemności. O tej porze niemal wszyscy spali.
    Nad samym morzem rozlewał się jasny blask księżyca.
    Lomann przebrał się szybko w kostium płetwonurka. Odwiązanie skrzyni z łańcucha na pewno zajmie mu trochę czasu. Bez aparatu tlenowego niewątpliwie nie dałby sobie rady.
    Psst! Zamarł na chwilę w bezruchu. Miał wrażenie, że z lasu dobiegły jakieś odgłosy.
    Nie, było zupełnie cicho.
    Najtrudniej będzie przenieść skrzynię z wody do samochodu, pokonując jeszcze po drodze mur. Lecz teraz, tak blisko celu, Lomann czuł się naprawdę silny. Z całą pewnością da sobie ze wszystkim radę.
    Zatrzymał się przy murze. To dziwne, ale przez cały czas miał poczucie, że ktoś go obserwuje. Niepotrzebnie się denerwował, po prostu przypomniało mu się, jak za pierwszym razem nieoczekiwanie natknął się na chłopca. Teraz z całą pewnością nic takiego się nie powtórzy.
    No, pora wejść do wody. Powinien kierować się na ten wystający pal, a potem pójść z pięć metrów w głąb po dnie szybko schodzącym coraz niżej.
    Zaraz znajdzie swój skarb!
    Woda zamknęła się szczelnie wokół niego. Gdy dostrzegł wrak starego roweru, nie miał wątpliwości, że jest na właściwej drodze. Te kamienie też doskonale pamięta. Wszystko się zgadzało. Lomann zawsze miał świetną pamięć.
    No… Zaraz ją zobaczy… Powinna być tutaj…
    Nie, jeszcze nie. Widocznie były dwa identyczne kamienie.
    Czy ona jednak nie powinna być już tutaj?
    Księżyc świecił jasno przez wodę.
    Oczywiście, że musi leżeć gdzieś bliżej, za bardzo się oddalił. Najważniejsze to nie wpadać w panikę!
    Musi zacząć jeszcze raz. Od początku! Tam! Tam leży ten kamień, tak, nie ulega najmniejszej wątpliwości. Ale…
    Serce zaczęło walić mu w piersi jak młotem.
    Nigdzie nie widać skrzyni!
    Nigdzie…
    Na pewno zagrzebała się głębiej w szlamie. W dzikiej furii zaczął rozkopywać piasek.
    No, nareszcie, poczuł w dłoni żelazo łańcucha. Co za ulga! Niepotrzebnie się denerwuje, wszystko będzie tak, jak zaplanował.
    Pociągnął za łańcuch, lecz jego koniec był mocno przyciśnięty kamieniem. Szarpnął jeszcze raz.
    Serce znowu podeszło mu do gardła. W ręce trzymał sam łańcuch z wyłamaną na końcu kłódką.
    Nie! Nie! To niemożliwe! To nie mogło się zdarzyć!
    Serce… Tu, na dnie morza, nie da się przecież zażyć lekarstwa. Musi się wynurzyć. I to jak najszybciej!
    Tylko bez paniki! To wszystko da się bardzo prosto wyjaśnić. Łańcuch okazał się po prostu zbyt napięty i spowodował wyłamanie kłódki. A skrzynia przesunęła się po szlamie i na pewno leży gdzieś niedaleko. W słabym świetle księżyca nie sposób wyraźnie dostrzec dna.
    Tak, niewątpliwie tak właśnie się stało.
    Uspokoił się nieco i choć nie musiał od razu wziąć tabletki, wolał nie ryzykować. Wynurzył się z wody i z trudem wygramolił na brzeg. Przeszedłszy przez mur, zmierzał do samochodu, żeby znaleźć w nim lekarstwo. Gdy je zażyje, będzie mógł spokojnie kontynuować poszukiwania.
    Nagle zatrzymał się jak wryty.
    Ze wszystkich stron był otoczony przez policję.
    Jego ciało wydało mu się nagle lodowato zimne i ciężkie. Przeskoczyć z powrotem przez mur? W wodzie nie będą mogli…
    Nic z tego, ta droga ucieczki też okazała się odcięta.
    Tylko spokojnie, jeszcze nie wszystko jest stracone! Nurkowanie dla przyjemności nie jest przestępstwem. Policjanci – przeprowadzający z pewnością zwykłą rutynową kontrolę – nie mają pojęcia o tym, po co się tu znalazł. Przecież to on, Lomann, cieszący się powszechnym szacunkiem dyrektor banku. Niech tylko zdejmie maskę płetwonurka…
    – Panie Lomann, jest pan aresztowany za obrabowanie banku i uprowadzenie dziecka…
    Mężczyźnie pociemniało w oczach. Skąd oni wiedzą, kim on jest, jeszcze nie zdążył odsłonić twarzy? Aresztowany? Aresztowany za…
    Ściągnął maskę.
    – Jakie obrabowanie banku, przecież ja nie jestem żadnym rabusiem, tylko porządnym…
    – … i za świadome narażenie jego życia na śmiertelne niebezpieczeństwo przez pozostawienie go samego w lesie…
    Lekko westchnąwszy, Lomann osunął się na ziemię.
    – Zawieźcie go do szpitala – powiedział komisarz Brustad. – Wprawdzie lekarz twierdzi, że z jego sercem jest już wszystko w porządku, ale nigdy nie wiadomo.
    Czterej policjanci, mocno schwyciwszy niefortunnego nurka za nogi i ręce, zanieśli go jak worek do czekającego nieopodal policyjnego wozu.
    Pierwszą osobą, która odwiedziła go w szpitalu, był skarbnik, który dzień wcześniej wygłosił tak piękną mowę na cześć swojego dyrektora.
    – Pańska żona powiedziała mi, że znowu jest pan tutaj – wyjaśniał urzędnik, zatroskany i ożywiony jednocześnie. – Pomyślałem sobie, że muszę pana koniecznie odwiedzić i pocieszyć tą wspaniałą wiadomością. Wczoraj nie wolno mi było nic powiedzieć z powodu jakiegoś policyjnego dochodzenia, ale dziś już mogę. Wie pan co, dyrektorze Lomann? Pieniądze, te skradzione osiemset pięćdziesiąt tysięcy, odnalazły się! Co do grosza! Policja natrafiła na nie kilka dni temu. Czy to nie wspaniała nowina?
    Dyrektor banku wydał z siebie głuchy jęk, a potem, całkowicie straciwszy panowanie nad sobą, zaczął krzyczeć na oszołomionego i zupełnie zdezorientowanego urzędnika.

ROZDZIAŁ XXX

    W tej samej chwili, gdy Lomann został schwytany w lesie, Gard właśnie się obudził. Leżąc nadal w łóżku, patrzył w sufit. Mali, z głową opartą na jego piersi, jeszcze spała.
    Dotąd zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że to może przebiegać w ten sposób – ciepło, czule, i że potem następuje taki cudowny, błogi spokój.
    Spojrzał na nią tkliwie i mimowolnie przytulił ją mocniej do siebie.
    Pragnął, by tak pozostało. Żeby mógł przy niej być, opiekować się nią i służyć jej wsparciem w codziennych troskach. Tak dużo mu dała – całą swą miłość i, co najważniejsze, pozwoliła mu zrozumieć, że również on może prawdziwie pokochać kobietę. Dopiero teraz uzmysłowił sobie, jak zimne i puste było jego dotychczasowe życie.
    Przypomniał mu się dom w Sörlandet, na chwilę wybiegł myślami w przyszłość. Tak bardzo się cieszył. Jego duszę przepełniała wdzięczność dla Mali, radość i miłe oczekiwanie.
    Mali i Gard doskonale wiedzieli, że muszą poświęcać Sindremu wiele czasu i okazywać mnóstwo miłości, aby odzyskał poczucie bezpieczeństwa. Przez pierwszy tydzień po jego powrocie do domu nigdy nie zostawiali go samego.
    Gdy wreszcie zauważyli, że mały staje się coraz spokojniejszy i pewniejszy siebie, Mörkmoen uznał, że nadeszła pora, by mu powiedzieć, iż policja zamknęła „trolla” w więzieniu, w którym zostanie już na zawsze. Usłyszawszy to, chłopiec westchnął z wyraźną ulgą.
    Gard chyba rzeczywiście się nie mylił. „On nie wyjdzie z tego żywy”, oznajmił lekarz więzienny. „Jeśli przeżyje proces, to będzie prawdziwy cud. Dosłownie zadręcza się na śmierć”.
    Po kilku dniach Gard namówił Mali i Sindrego, aby wybrali się samochodem na południe obejrzeć ich nową posiadłość. Komisarz Brustad zaś i jego koledzy, naradziwszy się z Mörkmoenem, obiecali chłopcu małego wesołego pieska, który opuści swoją mamę za trzy albo cztery tygodnie…
    Sindre siedział na tylnym siedzeniu. Wprost rozpierała go radość.
    – Ten samochód jest bardzo ładny, prawda, mamo? To samochód taty.
    Mali nie miała sumienia powiedzieć mu, że już jechała tym pięknym autem.
    – Tak, jest fantastyczny – przyznała.
    Mörkmoen jednak poprawił chłopca:
    – On nie jest tylko mój. Teraz to jest nasz samochód.
    Szczęście, jakie ogarnęło Sindrego, niemal odebrało mu mowę.
    Mali spojrzała ukradkiem na Garda. Ależ on jest przystojny! Na wspomnienie nocy spędzonej w jego mieszkaniu, gdy Sindre został w szpitalu, poczuła żar w całym ciele. Dopiero wtedy pojęła, jak straszliwie samotna była przez ostatnie lata, podobnie zresztą jak on. Nie ukrywała już przed nim ani przez chwilę, że bardzo go potrzebuje i mocno kocha. A jego szepty i gesty mówiły jej wyraźnie, że dla niego ta miłość jest cenniejsza niż wszystko.
    Gard oznajmił jej, że zamiast adoptować Sindrego, chce uznać go za własnego syna. Doskonale wiedział, że Sverre Pettersen nigdy nie będzie rościł pretensji do chłopca, dlatego Mali może bez obaw mówić wszystkim, że ojciec jej dziecka nazywa się Gard Mörkmoen. Oczywiście, nie miała nic przeciwko temu.
    Gdy nieoczekiwanie ujął jej rękę, Mali zrozumiała, że przed nią i Sindrem otwiera się naprawdę nowy świat. Cały lęk przed przyszłością rozpłynął się w uścisku silnej i opiekuńczej męskiej dłoni.

Margit Sandemo


***

Top.Mail.Ru