Скачать fb2
Pożegnaj się

Pożegnaj się

Аннотация

    Agentka FBI, Kimberly Quincy, kocha swoją pracę. Jest jednak w piątym miesiącu ciąży i powinna zacząć już myśleć nie tylko o sobie. Pewnego dnia zgłasza się do niej młoda prostytutka, informując o zaginięciu koleżanki. Okoliczności, które przedstawia, są tak przerażające, że aż niewiarygodne. Kimberly, nie zważając na swój stan, daje się wciągnąć w niebezpieczną i wyrafinowaną grę z sadystycznym mordercą zafascynowanym pająkami.
    Liczba zaginionych kobiet rośnie, wszystko wskazuje na to, że psychopata konsekwentnie realizuje swój plan, lecz poza garścią domysłów i pokrętnymi zeznaniami dziewczyny Kimberly nie dysponuje żadnym dowodem popełnienia zbrodni, ciał bowiem nie odnaleziono. Nie może więc liczyć na pomoc miejscowej policji. Nie zdaje też sobie sprawy, że stąpa po cienkim lodzie. Zabójca, który urzeczywistnia najgorsze kobiece koszmary, jest naprawdę blisko…
    Lisa Gardner zdążyła już przyzwyczaić polskich czytelników do mistrzowsko budowanego napięcia, do niezliczonych zwrotów akcji, do grozy towarzyszącej czytelnikowi od pierwszej do ostatniej strony. Krytycy są zgodni – to jej najlepsza powieść.


Lisa Gardner Pożegnaj się

    Say Goodbye
    Tłumaczenie: Kaczor Dorota
    Pierce Quincy/Rainie Conner tom: 6

PROLOG

    Wśród gatunków niebezpiecznych na terenie USA występują między innymi pająki z rodziny wdów oraz pustelników”. (Herbert W. i Lorna R. Levi,
    Spiders and Their Kin, A Golden Guide,
    St. Martin's Press, 2002)

    Jęczał chrapliwie, coraz mocniej ciągnąc ją za włosy. Rozchyliła wargi i silniej przywarła do jego ust. On naparł na nią biodrami i zaczął mamrotać typowe bzdury, jak to chłopcy w takich sytuacjach.
    – O Jezu, Jezu… Nie przestawaj. Jesteś taka śliczna. Cudowna. Och, Ginny, Ginny. Słodka Ginny…
    Zastanawiała się, czy sam siebie słyszy, czy w ogóle zdaje sobie sprawę, co mówi. Czy wie, że czasem przyrównuje ją do świętych, że mówi o niej boska, miss Georgii. A raz nawet wypalił, że ją kocha.
    Facet w takich chwilach potrafi powiedzieć wszystko.
    Drążek zmiany biegów boleśnie się wbijał w jej biodro. Prawą ręką sięgnęła do rozporka chłopaka i zręcznym ruchem oswobodziła go z dżinsów. Odnalazła, co trzeba, a on wydał z siebie rzężący odgłos, jakby umierał.
    – O matko! Ginny. Moja… słodka… kochana… Ty mnie normalnie wykończysz, WYKOŃCZYSZ!
    „Zamknij się, na litość boską, i miejmy to za sobą” – pomyślała.
    Jeszcze parę ruchów; trochę mocniej przywrzeć ustami, trochę mocniej popracować ręką i… Tommy sapał ze szczęścia.
    A mała Ginny będzie mogła w końcu odebrać swoją nagrodę.
    Opadła z powrotem na siedzenie i nieznacznie odwróciła głowę, żeby nie zauważył, jak ociera usta. Butelka Jim Beama leżała tam, gdzie ją zostawili: walała się pod nogami na podłodze. Ginny ją podniosła, pociągnęła spory łyk i podsunęła Tommy'emu.
    Kapitan szkolnej drużyny futbolowej wciąż miał spuszczone spodnie i nieprzytomny wyraz twarzy.
    – Ginny, ty naprawdę chcesz mnie wykończyć.
    Zaśmiała się, napiła się jeszcze raz sama, aż oczy ją zapiekły, ale wmówiła sobie, że to tylko whisky, nic więcej.
    Tommy zaczął się ubierać. Naciągnął slipki, potem dżinsy i na koniec zapiął pasek. Robił to zupełnie naturalnie, bez tego skrępowania, które zwykle czują dziewczęta w takich sytuacjach. Dlatego Ginny woli robić facetom laskę na przednim siedzeniu, niż uprawiać seks na tylnym. Seks zajmuje więcej czasu i wymaga bardziej skomplikowanych zabiegów logistycznych. Z obciąganiem sprawa jest prostsza i przeważnie trwa to krótko.
    Teraz Tommy mógł już się napić. Ginny podała mu butelkę i obserwowała, jak podskakuje mu jabłko Adama wystające znad stójki sportowej kurtki. Przetarł ręką usta i oddał jej butelkę.
    – Seks i whisky. Czego chcieć więcej! – Uśmiechnął się szeroko.
    – Nieźle jak na czwartek wieczór – przyznała.
    Wsunął rękę pod jej bluzkę i dłonią objął pierś. Wyczuł palcami lewy sutek i zaczął się nim bawić.
    – Na pewno nie chcesz…?
    Odsunęła jego rękę.
    – Nie mogę, muszę wracać. Matka zagroziła, że jak się jeszcze raz spóźnię, nie wpuści mnie do chaty.
    – Twoja matka? Przyganiał kocioł garnkowi…
    Ginny zignorowała tę uwagę.
    – Poza tym nie byłeś czasem umówiony z kumplami? Albo z Darlene? Biedaczka pewnie nie zaśnie, jak nie zobaczy swojego kochasia.
    Zaczęła pogodnie, lecz skończyła z lekkim sarkazmem. To, że ktoś zna swoje miejsce w szeregu, nie znaczy, że ma być z tego powodu szczęśliwy.
    Tommy tymczasem przycichł. Pogładził ją kciukiem po policzku. To był zaskakujący gest z jego strony. Niemal czuły.
    – Mam coś dla ciebie – cofnął dłoń i poszperał w kieszeni.
    Ginny zmarszczyła brwi. Spróbowałby nie mieć. Przecież na tym to polega. Dziewczyna z nizin pieprzy się z bogatym, przystojnym gwiazdorem szkolnej reprezentacji, a on w zamian obdarowuje ją błyskotkami. Bo wszyscy chłopcy mają swoje potrzeby, ale nie wszyscy mogą dostać to, czego chcą od swych cnotliwych panien.
    Tommy spojrzał na Ginny. Gdy po chwili opuściła wzrok na jego wyciągniętą dłoń, ze zdumieniem zobaczyła tam szkolny sygnet.
    – Co to ma być?
    Tommy gwałtownie się odsunął.
    – Wiem, nie spodziewałaś się…
    – Darlene wydrapie ci oczy, jak go u mnie zobaczy.
    – Darlene już się nie liczy.
    – Od kiedy?
    – Od soboty, kiedy z nią zerwałem.
    – Popieprzyło cię?
    Wyraźnie zrzedła mu mina. Widać nie spodziewał się takiej reakcji.
    – Ginny, skarbie, ty chyba nie rozumiesz…
    – Och, nie bój się, rozumiem. Darlene jest śliczna. Darlene ma superciuchy, pieniądze tatusia i idealnie umalowane usteczka, które nie daj Boże, mogłyby się rozmazać, gdyby zrobiła dobrze swojemu przystojnemu chłoptasiowi.
    – Nie musisz się tak o niej wyrażać – odparł sztywno Tommy.
    – Jak? Że śliczna mała Darlene nie chce połykać? No to wmówiłeś sobie, że się zakochałeś w pospolitej dziwce Ginny?
    – Nie mów tak…
    – Czemu, boisz się prawdy? Wiem, kim jestem. Tyle że z nas dwojga to ty masz trociny zamiast mózgu. Poza tym obiecałeś mi złoty łańcuszek!
    – A więc tylko o to ci chodziło? O łańcuszek?
    – No pewnie.
    Przyglądał się jej z zaciśniętymi zębami.
    – Wiesz co, Trace mnie przed tobą ostrzegał. Mówił, że potrafisz być podła, masz duszę węża. Przekonywałem go, że się myli. Ginny, nie jesteś swoją matką. Mogłabyś… jesteś kimś wyjątkowym. Przynajmniej… – wyprostował się -… dla mnie.
    „Co ci, kurwa, odbiło, człowieku!”. Nie mogła już dłużej wytrzymać. Pchnęła drzwi i wyskoczyła z samochodu. Usłyszała, jak Tommy gramoli się z drugiej strony, myśląc pewnie, że lepiej będzie, jak ją powstrzyma przez zrobieniem czegoś głupiego.
    Parkowali na poboczu leśnej drogi używanej do transportu drewna. Wokół ani żywego ducha, ziemia pod stopami twarda, nierówna. Na początku Ginny odruchowo chciała uciekać. Puścić się pędem w granatową czeluść między wysokimi sosnami.
    Jest młoda i silna. Takie dziewczyny potrafią długo biec. A ona ma w tym wprawę.
    – Ginny, porozmawiajmy.
    Głos Tommy'ego za plecami. Wciąż żarliwy, ale pozostawiający jej nieco więcej przestrzeni. Litości! Chłopak pewnie się zapisał na kółko poetyckie albo zaczął słuchać Sary McLachlan czy podobnego gówna. Wszyscy teraz oczekują po innych głębi. Nie rozumieją, że banał upraszcza życie?
    Nabrała powietrza w płuca i spojrzała na gwiazdy. „Gdy życie podsuwa ci cytryny, rób lemoniadę” – przemknęło jej przez głowę. Absurdalność tej myśli sprawiła, że zachciało jej się śmiać. Czy może płakać? Zrobiła więc to, co umiała najlepiej. Zacisnęła pięści i zaczęła kombinować. Wbrew temu, co ludzie myślą, dziewczyna taka jak ona musi znać swoją wartość.
    – Słuchaj, Tommy – powiedziała. – Będę szczera: totalnie mnie zaskoczyłeś.
    – Wiem. Sam siebie też. Nie planowałem tego.
    – Będziesz miał nieprzyjemności. Jak zobaczą mnie w szkole z tym sygnetem, zaczną o tobie gadać okropne rzeczy.
    – Niech sobie gadają.
    – Jeszcze cztery miesiące i skończysz szkołę, wyjedziesz. Tommy, po cholerę ci to?
    – Ginny… – zaczął znowu.
    Zasłoniła mu usta palcem.
    – Wezmę go.
    – Serio? – ucieszył się.
    Odzyskał nadzieję. Cholerna Sarah McLachlan.
    – A przyniosłeś łańcuszek?
    – Tak. Na wszelki wypadek wziąłem, ale…
    – Daj mi go. Zawieszę na nim sygnet i będę nosiła schowany pod bluzką. To będzie nasza tajemnica, przynajmniej do zakończenia szkoły. Nie muszę się chwalić całemu światu, że ci na mnie zależy. Dzisiejszy wieczór już i tak… To, co zrobiłeś… – Jej głos znów zaczął zdradzać irytację. Zmusiła się, żeby zakończyć pogodniej: – Ten gest wiele dla mnie znaczy.
    Tommy się rozpromienił. Sięgnął do kieszeni i wyjął foliową torebkę z łańcuszkiem. Pewnie kupił w pierwszym lepszym supermarkecie. Czternaście karatów: zzielenieje jej od tego skóra na szyi.
    Szlag by to trafił. I to wszystko za coś takiego?
    Wzięła łańcuszek, zawiesiła na nim sygnet i uśmiechnęła się do Tommy'ego.
    Przyciągnął ją do siebie i mocno pocałował. Nie broniła się. Potem jednak znów zaczął się do niej dobierać, najwyraźniej chcąc scementować ich nowy związek szybkim numerkiem w krzakach.
    Boże, ależ była zmęczona.
    Odepchnęła go z wysiłkiem. Musiała się zmierzyć z osiemdziesięcioma kilogramami chodzącego testosteronu.
    – Tommy – wysapała. – Nie mogę się spóźnić, zapomniałeś? Dostanę szlaban i co, od tego mamy zacząć nasz nowy związek?
    Na rumianej twarzy wykwitł szeroki uśmiech.
    – No tak, masz rację. Ale, Chryste, Ginny…
    – Dobra, dobra. Wskakuj do auta, przystojniaku. Zobaczymy, jak szybko umiesz jeździć.
    Tommy umiał jeździć bardzo szybko, ale nim dotarli pod dom Ginny, i tak było już po jedenastej. Na ganku paliło się światło, ale firanki nawet nie drgnęły.
    Może matka wyszła i nie dowie się o spóźnieniu? Ginny miała ciężki dzień i wolałaby uniknąć kłótni.
    Tommy chciał zaczekać, aż Ginny znajdzie się bezpiecznie w środku. Przekonała go, że to tylko pogorszy sprawę; mama może wyjść i zrobić awanturę. Nalegał. Zabrawszy jej cenne pięć minut, w końcu zrezygnował.
    Mój bohater, pomyślała z ironią i odwróciła się w stronę domu.
    Szary i skromny, nie miał nawet trawnika. Nijaki na zewnątrz, jeszcze bardziej nijaki w środku. Ale co tam, przynajmniej prawdziwy dom, a nie jakaś przyczepa. Bo kiedyś Ginny miała tatę. To był wysoki i przystojny mężczyzna o donośnym, tubalnym śmiechu, który codziennie po powrocie z pracy brał ją na ręce i podrzucał do góry.
    Pewnego dnia zginął. Wracał autem od klienta, któremu remontował mieszkanie i wpadł w poślizg na oblodzonej drodze. Ten dom został kupiony za pieniądze z ubezpieczenia.
    Matka musiała się imać różnych zajęć, żeby utrzymać rodzinę.
    Ginny szarpnęła za klamkę. Frontowe drzwi były zamknięte. Wzruszyła ramionami i poszła sprawdzić tylne. Te też były zamknięte. Spróbowała uchylić okna, choć z góry wiedziała, że się nie otworzą. Matka lubiła szczelnie się zamykać. Ta dzielnica może kiedyś należała do porządnych, ale to było dziesięć lat i jedną warstwę społeczną temu.
    Zapukała do drzwi. Nacisnęła dzwonek. Nawet nie zadrżała firanka.
    A więc mama dotrzymała słowa. Mama, która była przekonana, że gdyby Ginny tylko wzięła się za siebie, mogłaby coś osiągnąć, zamknęła przed nią drzwi na noc.
    Chrzanić to. Pójdzie się przejść. Może za godzinę lub dwie matka stwierdzi, że córka już dostała wystarczającą nauczkę.
    Szła pogrążoną w mroku ulicą, mijając następne tak samo ciasne domy. Ci ludzie kiedyś mieli pracę. Teraz wielu z nich nie ma z czego żyć.
    Kiedy mijała skrzyżowanie z wiejską szosą, minął ją duży czarny SUV. Dwadzieścia metrów dalej rozbłysły czerwone tylne światła i auto zatrzymało się z piskiem opon. Z okna wychyliła się głowa. Było ciemno, więc widziała tylko zarys czapki z daszkiem. Głęboki baryton spytał:
    – Może podwieźć?
    Ginny nie zastanawiała się długo. Auto wyglądało na drogie, głos budził zaufanie. Może wieczór nie jest jeszcze stracony.
    Zrozumiała swój błąd pięć minut później. Najpierw wsiadła do przestronnego wozu i dotknęła ręką miękkiego skórzanego siedzenia. Chichocząc zalotnie, powiedziała kierowcy, szczupłemu mężczyźnie w średnim wieku, że zabrakło jej benzyny w aucie i czy w związku z tym nie mógłby jej podrzucić kilka ulic dalej.
    Kierowca niewiele mówił. Skręcił tylko w lewo, w prawo, a potem nagle się zatrzymał na zapleczu ogromnego magazynu samoobsługowego i wyłączył silnik.
    Wtedy Ginny poczuła ciarki na plecach. Kiedy jesteś pierwszy raz z obcym facetem, zawsze pojawia się ten moment strachu. Szybko się jednak reflektujesz, że nie ma czego się bać, bo taki dupek nie odbierze ci przecież nic, czego byś dawno nie straciła.
    Ale on nagle się odwrócił i Ginny ujrzała przed sobą ponurą twarz bez wyrazu. Mocna, kwadratowa szczęka, zaciśnięte usta, czarne czeluście oczu.
    I wtedy, zupełnie jakby przewidywał jej reakcję, jakby chciał się nasycić widokiem jej miny, powolutku odchylił daszek czapki i pokazał czoło.
    Ginny zacisnęła w kieszeni dłoń na sygnecie Tommy'ego. Jedno spojrzenie na to, co ten człowiek sobie zrobił, uświadomiło jej kilka rzeczy naraz: matka już nie będzie musiała wymyślać dla niej kar, a napalony Tommy oszczędzi sobie wstydu przed kolegami.
    Ponieważ nie było mowy, żeby ten mężczyzna kiedykolwiek pozwolił jej wrócić do domu.
    Niektóre dziewczyny mają spryt, inne krzepę, jeszcze inne są szybkie. A Ginny, biedna Ginny, już cztery lata temu, gdy narzeczony jej matki po raz pierwszy wszedł do jej sypialni, nauczyła się, że może ocalić skórę tylko w jeden sposób.
    – No dobra – rzuciła. – Przejdźmy do rzeczy: ty mi powiesz dokładnie, co mam ci zrobić, a ja tymczasem zacznę się rozbierać.

1

    O tym nikt ci nie opowie, poznasz to dopiero wtedy, gdy tego doświadczysz na własnej skórze:
    Boli tylko kilka pierwszych razów. Krzyczysz. Nie możesz przestać, aż zaczyna cię drapać w gardle, puchną oczy, a w ustach czujesz dziwny smak, jakby żółć, wymioty i łzy wymieszane ze sobą. Wołasz mamę. Modlisz się do Boga. Nie rozumiesz, co się dzieje. Nie możesz w to uwierzyć.
    Ale to się dzieje naprawdę.
    Więc po jakimś czasie milkniesz.
    Groza nie trwa wiecznie. Nie można cały czas się bać. Nie da się. To wymaga za dużo energii. Strach tak naprawdę pojawia się tylko w obliczu nieznanego, ale kiedy coś się dzieje dostatecznie często, systematycznie jesteś bity, gwałcony, zastraszany, to już nie jest dla ciebie nieznane, prawda? Zachowania, które kiedyś cię szokowały, krzywdziły, zawstydzały, stają się normą. Tak teraz wygląda twoja codzienność. To jest twoje nowe życie.
    Stałeś się okazem w kolekcji.

2

    Pająki stale się rozglądają za ofiarą, ale same też są celem drapieżników. Sprytne kryjówki i sposoby maskowania się pozwalają im unikać kłopotów”. (Herbert W. i Lorna R. Levi, Spiders and Their Kin, A Golden Guide,St. Martins Press, 2002)

    – Mamy problem.
    – Co ty powiesz. Masowa produkcja metamfetaminy, dalsze ubożenie klasy średniej, że nie wspomnę o całej awanturze wokół globalnego ocieplenia…
    – Nie, nie, nie. Mówię serio.
    Kimberly westchnęła. Od trzech dni prowadzili oględziny miejsca katastrofy samolotu. Zdążyła się już znieczulić na smród paliwa lotniczego i swąd zwęglonych ciał. Była przemarznięta, odwodniona, a do tego złapała ją kolka. W tej sytuacji musiałoby się zdarzyć coś naprawdę ważnego, żeby uznała to za problem.
    Dopiła resztę wody z butelki, odwróciła się tyłem do miasteczka namiotowego, mieszczącego obecnie centrum dowodzenia, i spojrzała na kolegę z ekipy.
    – Dobra, Harold. Mów, co się stało.
    – Musisz to zobaczyć na własne oczy.
    Nie czekając na jej odpowiedź, ruszył truchcikiem przed siebie. Kimberly nie miała wyboru – pobiegła za nim. Poruszali się po zewnętrznym obwodzie ogrodzonego taśmą terenu, który kiedyś był sielską łąką otoczoną gęstym lasem. Teraz połowa drzew miała pościnane czubki, a w ziemi widniała długa i głęboka wyrwa zakończona kupą złomu składającą się z nadpalonego kadłuba samolotu, pogiętego prawego skrzydła i zgniecionego traktora.
    Zbieranie śladów na miejscach wypadków lotniczych to szczególnie brudna robota. Obszar oględzin jest zwykle rozległy, najeżony pułapkami w postaci sterczących kawałków metalu i rozbitego szkła. Istnieje też zagrożenie biologiczne. To może przytłoczyć nawet najwytrawniejszego detektywa. Trzeciego dnia po południu ekipa Kimberly mogła już zakończyć pierwszy, najgorszy etap, kiedy to nie wiadomo, w co włożyć ręce, i rozpocząć proces dokumentowania zabezpieczonych śladów, ciesząc się perspektywą zjedzenia nazajutrz kolacji we własnym domu. Zużywano mniej tabletek od bólu głowy, a przerwy na lunch były coraz dłuższe.
    Tym bardziej nie wiadomo, po co Harold odciągał teraz Kimberly od centrum dowodzenia, szumu generatora, gwaru dziesiątków techników pracujących na rumowisku.
    Cały czas biegł prosto przed siebie. Pięćdziesiąt, sto, trzysta metrów…
    – Harold, co jest grane?
    – Jeszcze z pięć minut. Wytrzymaj.
    Przyśpieszył kroku. Kimberly, która nigdy się nie poddawała, zacisnęła tylko zęby i dzielnie podążała za nim. Dotarli na skraj zagrodzonego terenu i Harold skręcił prosto w mały zagajnik, gdzie wszystko się zaczęło. Zbielałe kikuty drzew wbijały się w pochmurne zimowe niebo.
    – Mam nadzieję, że to coś ważnego, bo…
    – Uhm.
    – Bo jeśli chcesz mi pokazać jakiś wyjątkowo rzadki mech albo zagrożony gatunek trawy, to cię zabiję.
    – Nie wątpię.
    Wskoczył między połamane drzewa i zaczął kluczyć w gęstych zaroślach. Gdy się wreszcie zatrzymał, Kimberly o mało na niego nie wpadła.
    – Spójrz w górę – powiedział.
    Kimberly zadarła głowę.
    – O cholera. Mamy problem.

* * *

    Agentka specjalna FBI Kimberly Quincy miała wszystko: urodę, inteligencję i dobre geny – była córką legendarnego specjalisty od sporządzania portretów psychologicznych zbrodniarzy, człowieka, którego w Akademii w Quantico stawiano na równi z takimi sławami jak Douglas i Ressler. Miała włosy do ramion w kolorze ciemnoblond, niebieskie oczy i szlachetne rysy twarzy – spadek po zmarłej matce, stanowiącej źródło plotek, od których nie uwolni się do końca swej kariery.
    Szczupła, wysportowana, wysoka na metr siedemdziesiąt Kimberly była znana ze swej wytrzymałości fizycznej, biegłości w posługiwaniu się bronią oraz silnej niechęci do bezpośredniego kontaktu fizycznego. Nie należała do osób, które lubi się od pierwszej chwili, ale z pewnością wzbudzała szacunek.
    Rozpoczynała właśnie czwarty rok służby w biurze terenowym FBI w Atlancie. Nareszcie przydzielono ją do Wydziału Kryminalnego i mianowano szefową jednego z trzech miejscowych zespołów ERT*.
    * Evidence Response Team – specjalna jednostka FBI zajmująca się zabezpieczeniem złożona z agentów, ekspertów i techników kryminalistycznych zajmująca się zabezpieczaniem śladów na miejscu zdarzenia (przp. tłum.)

    Kariera Kimberly rozwijała się więc pomyślnie, przynajmniej do momentu, kiedy pięć miesięcy temu musiała nieco zwolnić. Właściwie dalej pracowała normalnie, tylko przestała chodzić na treningi strzeleckie. Dzisiejsze FBI chce być postrzegane jako nowoczesna instytucja, stąd duży nacisk na kwestie związane z równouprawnieniem, wyrównywaniem szans i tak dalej. Koledzy Kimberly ujmowali to inaczej: to już nie jest Biuro jej ojca. Tamto przeszło do historii.
    Teraz jednak Kimberly miała na głowie większe problemy. Choćby ludzką nogę zwisającą z olbrzymiego krzewu rododendrona, prawie cztery metry poza granicą obszaru oględzin.
    – Jak żeś to w ogóle zauważył? – spytała Harolda Fostera, kiedy pośpiesznie wracali do centrum dowodzenia.
    – Dzięki ptakom – odparł. – Widziałem co chwila, jak całe stado podrywa się znad tego zagajnika. Pomyślałem, że w pobliżu musi być jakiś drapieżnik. Ale co mogło przyciągnąć drapieżnika w takie miejsce? No i wtedy… – Wzruszył ramionami. – Wiesz, jak to jest…
    Kimberly pokiwała głową, choć jako dziewczyna dorastająca w mieście, nie bardzo wiedziała. Harold wychowywał się w górskiej chacie i przez jakiś czas był pracownikiem służby leśnej. Potrafił wytropić rysia, zdjąć skórę z jelenia i przewidzieć pogodę na podstawie obserwacji mchu na drzewach. Ze wzrostem metr osiemdziesiąt pięć i wagą siedemdziesięciu paru kilogramów przypominał bardziej słup telegraficzny niż drwala, ale trzydzieści kilometrów to dla niego spacerek. Podczas obławy na Erica Rudolpha, zamachowca z wioski olimpijskiej w Atlancie, pierwszy dotarł do jego kryjówki – reszta ekipy jeszcze przez godzinę wdrapywała się po gęsto zalesionym zboczu o nachyleniu czterdziestu pięciu stopniu.
    – Powiesz Rachel – spytał – czy ja mam to zrobić?
    – Śmiało, przecież to twoja zasługa.
    – Nie, nie, ty tu dowodzisz. Poza tym tobie się nie oberwie.
    Niepotrzebnie zaakcentował ostatnie zdanie. Kimberly zrozumiała, o co chodzi. Oczywiście miał rację.
    Pomasowała sobie bok i udała, że jej to nie uraziło.
    Wszystko się zaczęło w sobotę, kiedy o 6. 05 z lotniska w Charlotte w Karolinie Północnej wystartował boeing 727 z trzyosobową załogą i ładunkiem poczty na pokładzie. Miał wylądować w Atlancie o 7. 20. Było wilgotno i mgliście, występowało ryzyko oblodzenia.
    Co dokładnie się wydarzyło, ustali NTSB*, na razie wiadomo, że tuż po 7. 15 podczas podchodzenia do lądowania samolot obniżył pułap, zahaczył prawym skrzydłem o drzewa, przechylił się na bok i spadł na pole jakiegoś farmera, przygniatając kombajn, dwie ciężarówki i traktor. Na wszystkie strony poleciały metalowe odłamki – maszyna sunęła jeszcze sto metrów, po czym stanęła w płomieniach.
    * National Transportation Safety Board – Narodowa Rada Bezpieczeństwa Transportu (przyp. tłum.).

    Zanim przyjechała straż i pogotowie, załoga już nie żyła. Na półtorakilometrowym rumowisku leżały szczątki ciał trzech osób, jeden roztrzaskany samolot, cztery wraki maszyn rolniczych oraz mnóstwo przesyłek US Mail. Na miejscu katastrofy zjawili się eksperci z NTSB. W ramach porozumienia między tą organizacją a FBI, do pomocy przy zabezpieczaniu śladów zmobilizowano wszystkie trzy ekipy ERT z Atlanty.
    Pierwszą czynnością, jaką wykonała agentka-koordynatorka akcji, Rachel Childs, było wyznaczenie obszaru miejsca katastrofy. W przypadku zamachów bombowych i katastrof lotniczych z reguły granice takiego terenu wytycza się w odległości około pięćdziesięciu procent większej, niż wynosi odległość od miejsca głównej eksplozji do najdalej ujawnionego śladu. Jeżeli więc jakiś ślad odnaleziono w odległości stu metrów, granicę wyznaczano na sto pięćdziesiątym metrze. Tutaj obszar do zbadania miał cztery kilometry długości i jeden kilometr szerokości. Zdecydowanie nie było to typowe miejsce zbrodni z filmów kryminalnych, z obrysem zwłok na podłodze.
    Do jego zbadania idealnie się nadawała najnowsza zabawka FBI: tachimetr.
    Ten nieco zmodyfikowany przyrząd geodezyjny, używany między innymi przez drogowców, to coś w rodzaju pistoletu z laserowym celownikiem i specjalnym oprogramowaniem. Gromadzenie danych rozpoczyna naciśnięcie spustu – urządzenie generuje trójwymiarowe modele, które śledczy mogą obejrzeć pod koniec każdej zmiany.
    Cała procedura była względnie prosta, choć pracochłonna. Najpierw dziesiątki techników wkraczało na wyznaczony obszar i dokonywało oględzin. Oznaczali i klasyfikowali każdy znaleziony ślad (części samolotu, ludzkie szczątki, rzeczy osobiste). Potem jedna wyznaczona osoba wbijała przy każdym przedmiocie tyczkę ze szklanym odbłyśnikiem. Na koniec operator przyrządu namierzał cel i naciskał spust, wprowadzając tym samym do bazy dane o położeniu śladów odkrytych w odległości nawet pięciu kilometrów od miejsca zdarzenia. Operację nadzorował obserwator-rejestrator, który równocześnie wszystkie znaleziska opisywał i numerował.
    Ciężka praca przyniosła efekty i wkrótce chaotyczne rumowisko odwzorowano w czytelnym modelu komputerowym, który mógł zadowolić największego pedanta i służbistę – Kimberly bez wątpienia do takich należała. Z reguły wolała wbijać tyczki, lecz tym razem musiała się zadowolić funkcją archiwistki.
    Kimberly dostrzegła grupkę osób w białych koszulach i granatowych garniturach (oficjele z NTSB pochyleni nad planami boeinga 727), potem morze turkusu (pół tuzina techników kryminalistycznych ubranych w kombinezony ochronne) i wreszcie kasztanową czuprynę nadzorującej całą akcję chorobliwej perfekcjonistki Rachel Childs.
    Kimberly i Harold schylili się i przeszli pod żółtą taśmą.
    – Powodzenia – szepnął Harold.
    Agentka specjalna Childs miała zostać słynną chicagowską architektką. W ostatniej chwili postanowiła jednak wstąpić do FBI. Trafiła do pracy jako asystentka jednego z najlepszych w Chicago ekspertów kryminalistycznych i odkryła swoje życiowe powołanie. Jej dokładność, umiejętność rysowania w skali i zamiłowanie do pracy papierkowej okazały się bardziej przydatne w zabezpieczaniu i dokumentowaniu śladów niż w przygotowywaniu planów upiększania krajobrazu Chicago.
    To było piętnaście lat temu – Rachel nigdy nie żałowała swojej decyzji. Przy wzroście niewiele ponad metr pięćdziesiąt i wadze czterdziestu siedmiu kilogramów wyglądała teraz jak mała, wściekła Nancy Drew. Która za chwilę popełni pierwsze w życiu morderstwo.
    – Jak żeś, do ciężkiej cholery, mógł przeoczyć coś tak dużego jak ludzka noga? – wrzeszczała.
    Odeszli na bok, we względnie ustronne miejsce obok szumiącego generatora. Rachel nigdy nie sztorcowała podwładnych publicznie. Ci ludzie byli dla niej jak rodzina. Mogła uważać, że są partaczami, i nawet im to powiedzieć prosto w oczy, ale nikomu nic do tego.
    – No wiesz, wisi na krzaku, pod drzewem – odezwał się w końcu Harold. – Nie tak łatwo ją dostrzec.
    – Jest luty, liście z drzew dawno opadły. Powinna być widoczna.
    – To las sosnowy – wtrąciła Kimberly. – Harold zaprowadził mnie prosto w to miejsce i gdyby nie pokazał palcem, nic bym nie dostrzegła. Szczerze mówiąc, podziwiam go, że cokolwiek zauważył.
    Obdarzył ją wdzięcznym spojrzeniem. Wzruszyła ramionami. Miał rację, Rachel nic jej nie zrobi.
    – Cholera – mruknęła Rachel. – Jesteśmy tu trzeci dzień, powinniśmy zwijać manatki, a nie zaczynać wszystko od nowa. Żeby taki głupi błąd…
    – Zdarza się – przerwała jej Kimberly. – Pamiętasz zamach w Oklahoma City albo katastrofę w Nashville? Aż dziw, że w ogóle udaje nam się to jakoś ogarnąć.
    – Jednak…
    – Poszerzymy obszar. Skupimy się na zachodnim sektorze. Zajmie to dodatkowy dzień, ale może się okaże, że ta noga to wszystko, co przeoczyliśmy.
    Rachel nagle zmarszczyła brwi.
    – Czekaj. Jesteście pewni, że to ludzka noga?
    – Widziałem już parę w życiu – odparł Harold.
    – Ja też – dodała Kimberly.
    Rachel złapała się za głowę.
    – Jasny gwint! Przecież mamy ciała wszystkich ofiar, nic nie brakuje! Rano z nienaruszonego kokpitu wyciągnęliśmy kompletne szczątki trzech osób. Nadzorowałam tę operację, więc wiem na pewno, że było sześć nóg.
    Harold łypnął na Kimberly.
    – Mówiłem ci, że mamy problem.
    Zabrali ze sobą aparat cyfrowy, latarki, rękawiczki, grabie i płachtę na zwłoki. Rachel chciała obejrzeć znalezisko. A nuż się okaże, że to tylko strzęp tkaniny albo część naturalnej wielkości manekina. Albo jeszcze lepiej: tylna noga jelenia, którą jakiś myśliwy dla żartu ubrał w ciuchy. To Georgia, tu się zdarzały dziwniejsze rzeczy.
    Do zapadnięcia zmroku zostały tylko dwie godziny, więc musieli się spieszyć.
    Najpierw przeczesali podłoże, aby się upewnić, że nie depczą po czymś ważnym. Potem Harold i Kimberly skierowali światła latarek na wiszącą w gąszczu nogę. Rachel obfotografowała ją ze wszystkich stron. Następnie w ruch poszły taśma miernicza i kompas. Zanotowali przybliżone wymiary krzewu, jego położenie względem najbliższego punktu odniesienia oraz odległość od granicy obszaru oględzin.
    Na koniec, kiedy udokumentowali już wszystko prócz pohukiwania sowy i zimnego powiewu wiatru, który jeżył im włoski na karku, Harold za pomocą grabi ostrożnie zdjął znalezisko i ułożył je na kwadracie niebieskiego plastiku, który rozpostarła Rachel. Pochylili się nad nim.
    – Niech to szlag – mruknęła Rachel.
    Z pewnością była to ludzka noga, odcięta powyżej kolana. Stercząca kość udowa lśniła bielą na tle płachty. Sądząc po wielkości, prawdopodobnie należała do mężczyzny, ubranego w niebieskie dżinsy.
    – Jesteś pewna, że wszystkie trzy ciała były nienaruszone? – spytała Kimberly. Tym razem nie brała udziału w zbieraniu śladów. Próbowała sobie wmówić, że jej to nie zirytowało, ale nie było to prawdą. Zwłaszcza kiedy się okazało, że przeoczono coś tak ważnego. – Kokpit spłonął prawie doszczętnie, stan zwłok chyba nie był najlepszy.
    – Kokpit się oderwał od kadłuba. Był nadpalony, ale nie zniszczony. Nie wylało się na niego aż tyle paliwa.
    – Ten gość to nie pilot – stwierdził Harold. – Oni nie chodzą w dżinsach.
    – Farmer? Pracownik rolny? – zastanawiała się Kimberly. – Może kiedy samolot spadł na traktor… – Ale zaraz sobie przypomniała, że właściciel pola już się zgłosił, żeby zidentyfikować wraki maszyn i pożalić się nad stratą. Gdyby zginął jego pracownik, coś by o tym wiedzieli.
    – Ja tego nie łapię. – Rachel cofnęła się kilka kroków i rozejrzała po lesie. – Jesteśmy teraz w miejscu, gdzie samolot pierwszy raz zahaczył o drzewa. Spójrzcie. – Wskazała na ostre białe wierzchołki ściętych sosen dwadzieścia metrów na południe. – Prawe skrzydło zostaje ściągnięte w dół, samolot się przechyla, pilot koryguje położenie, ale widocznie przeciąga, bo sto metrów stąd – obróciła się, pokazując na jakiś odległy, niewidoczny cel – mamy głęboką wyrwę na skraju pola, tak jakby lewe skrzydło zaryło w ziemię…
    – Ostatecznie obracając samolotem… – dokończyła Kimberly. – A to znaczy, że w tym momencie, w tym miejscu…
    – Samolot jeszcze się nie obrócił, więc nikt z niego nie mógł wypaść. No bo pomyślcie: kokpit jest półtora kilometra stąd. Nawet gdyby ten cholerny samolot wybuchł, a wiemy, że tak się nie stało, skąd niby wzięłaby się tutaj ludzka noga bez śladów oparzeń?
    Harold zaczął chodzić wkoło, wpatrując się w ziemię. Kimberly cofnęła się, zadarła głowę i spojrzała między drzewa.
    Traf chciał, że to ona pierwsza je zauważyła. Zaledwie pięć metrów dalej, niemal na wysokości oczu. Aż dziw, że nie krzyknęła. Zaalarmował ją zapach. Ostry, drażniący. Zobaczyła błyśniecie pomarańczowego odblasku. Potem następne, i jeszcze jedno. Aż w końcu…
    Brakowało głowy. I lewej ręki, i nogi. Został tylko dziwaczny, zgięty wpół kształt zwisający z gałęzi.
    – Coś czuję, że nie wrócimy jutro do domu – powiedziała Kimberly.
    Harold i Rachel podeszli do niej.
    – Myśliwy? – spytała z powątpiewaniem Rachel. – Przecież sezon na jelenie skończył się parę miesięcy temu…
    – Dopiero w styczniu – sprostował Harold. – Ale na drobną zwierzynę można polować do końca lutego. Poza tym są dziki, aligatory. To Georgia, tutaj zawsze coś można ustrzelić.
    – Biedaczek – mruknęła Kimberly. – Czujecie to? Siedzisz sobie na drzewie, wypatrujesz jakiegoś…
    – Oposa, głuszca, przepiórki, wiewiórki, królika – dokończył Harold.
    – I nagle wielki boeing urywa ci głowę. Spodziewałbyś się?
    – Na każdego przychodzi jego czas.
    Rachel ciągle była wściekła, ale westchnęła po raz ostatni i wzięła się w garść.
    – No dobra. Za godzinę zrobi się ciemno. Nie traćmy czasu.
    Jak się okazało, NTSB nie była zainteresowana jakąś nogą znalezioną w lesie. W lotniczym świecie martwy myśliwy zalicza się do przypadkowych ofiar; FBI może go sobie wziąć.
    Rachel wykonała parę telefonów, zamawiając nowy samochód ze sprzętem i dostatecznie dużą liczbę doświadczonych agentów i ochotników z policji potrzebnych do przeczesania terenu. Po kwadransie w lesie zgromadziła się spora grupa funkcjonariuszy z lokalnych posterunków oraz agentów federalnych. Harold wręczył każdemu cienką sondę i poinstruował o konieczności patrzenia zarówno w dół, jak i w górę. Sam zajął się pilnowaniem, by grupa posuwała się naprzód w jednym szeregu, co jest niełatwe w takim terenie.
    Miejscowy szeryf poinformował, że rano zgłoszono zaginięcie niejakiego Ronalda „Ronniego” Danversa. Dwudziestoletni Ronnie trzy dni temu wybrał się na polowanie. Kiedy nie wrócił do domu, jego dziewczyna pomyślała, że pewnie nocuje u znajomych. Dzisiaj, kiedy tam zadzwoniła, żeby mu zrobić awanturę, zrozumiała swój błąd.
    – Dopiero po trzech dniach się zorientowała, że zaginął? – odezwał się agent Tony Coble. – Wielka mi miłość.
    – Chyba mieli jakieś problemy – powiedział Harold.
    – Dziewczyna jest w ciąży i najwyraźniej miewa humory.
    Mówiąc to, specjalnie starał się nie patrzeć na Kimberly, ale oczywiście wszyscy pozostali spojrzeli.
    – No co? Ja nie mam humorów – powiedziała. – Zawsze byłam wredna. – Ucisk w lewym boku wreszcie ustąpił, pozostawiając inne, wciąż jeszcze nowe i niezwykłe dla niej uczucie, jakby delikatną czkawkę wyczuwalną pod żebrami. Odruchowo położyła dłoń na brzuchu – wybitnie matczyny gest – ale nie mogła się powstrzymać.
    Koledzy z ekipy patrzyli na nią z szerokimi uśmiechami. W biurze przypięli jej na ścianie bociana, a w zeszłym tygodniu zostawili na biurku tackę na dokumenty wypełnioną smoczkami – znalazła ją, kiedy wróciła z lunchu. Agenci podobno są twardzielami, ale od jakiegoś czasu wystarczyło, że głośniej westchnęła, a już któryś leciał po wodę, krzesło, kiszonego ogórka. Banda mięczaków. Uwielbiała ich, każdego bez wyjątku. Nawet tego mądralę Harolda.
    – Słuchajcie – odezwała się Rachel. – Myśleliśmy, że dziś wieczorem uda nam się zwinąć ten bajzel i wrócić do domu, a tym, którzy rzadko tam docierają, przynajmniej wpaść do biura, żeby odrobić zaległości. Niestety, nic z tego. Mamy tylko godzinę, najwyżej dwie. Zrobimy mapkę, pozbieramy ślady, a dokumentację dokończymy w centrum dowodzenia. Innymi słowy, możecie mi podziękować, że znów zapewniłam wam wieczór pełen rozrywek.
    Rozległ się zbiorowy jęk. Rachel tylko się uśmiechnęła.
    – Dobra, dobra, panowie. Znajdźcie mi głowę Ronniego.

3

    „Pustelnik brunatny buduje średniej wielkości nieregularną pajęczynę, której nici rozchodzą się w różnych kierunkach bez określonego wzoru”.
    (Julia Maxine Hite, William J. Gladney, J. L. Lancaster Jr., W. H. Whitcomb, Biology of the Recluse Spider, Zakład Entomologii Wydziału Rolniczego Uniwersytetu Arkansas,Fayetteville, maj 1966)

    Kimberly dotarła do domu tuż po północy. Poruszała się po spowitych półmrokiem pomieszczeniach z łatwością osoby nawykłej do pracy po nocach w przyćmionym świetle. Torbę, płaszcz i buty zostawiła na ławie w przedpokoju. Krótki przystanek w kuchni, żeby napić się wody i zerknąć na wyświetlacz automatycznej sekretarki.
    Na biurku we wnęce Mac zostawił włączoną lampkę. W małym kręgu światła leżała sterta korespondencji, a na niej kolorowa karteczka z rysunkiem uśmiechniętej buzi.
    Puste pudełko po pizzy świadczyło o tym, że zdążył wrócić na kolację. Zajrzała do lodówki: zostało jeszcze pół. Zimna pizza z serem czy niskotłuszczowy jogurt waniliowy – wybór był łatwy.
    Pierwszą ćwiartkę pizzy zjadła na stojąco, wertując pocztę. Znalazła wśród niej najnowszy katalog Pottery Barn Kids, więc drugą ćwiartkę spożywała, oglądając wszystkie artykuły w różową krateczkę, jakie mieli w ofercie.
    Była przekonana, że urodzi dziewczynkę. Tak byłoby lepiej, choćby dlatego, że nie miała pojęcia, jak się wychowuje chłopca. Poza tym dziesięć lat temu psychopatyczny morderca zabił jej matkę i starszą siostrę. Uważała, że Bóg jest jej coś winien.
    Mac oczywiście oczekiwał chłopca, którego chciał ochrzcić na cześć Dale'a Murphy'ego z Atlanta Braves i ubierać od stóp do głów w stroje drużyn z pierwszej ligi bejsbolu.
    Kimberly twierdziła, że nie ma problemu, jej córeczka (Abigail, Eva, Ella???) może być o wiele lepszą miotaczką niż synek. Przekomarzali się bez przerwy. Kto wygra, miało się okazać około 22 czerwca.
    Kimberly poznała Maca prawie pięć lat temu w Akademii FBI. Ona była kandydatką na agentkę, a on uczestniczył w szkoleniach jako agent specjalny z ramienia GBI – Biura Śledczego stanu Georgia. Pierwszy raz na siebie wpadli, gdy ona goniła go z nożem. Mac w odpowiedzi próbował jej skraść pocałunek. Tak mniej więcej wyglądał ich związek od tamtego czasu.
    Małżeństwem byli od roku. Dość długo, żeby wypracować podstawowe zasady przebywania pod jednym dachem (kto robi zakupy, kto wynosi śmieci, kto kosi trawę), lecz wciąż na tyle krótko, żeby wybaczać sobie nawzajem drobne słabości i nieuniknione potknięcia.
    Z ich dwojga to Mac był romantykiem. Przynosił jej kwiaty, pamiętał, jakie piosenki lubi, całował w szyję tak po prostu, bez powodu. Ona była klasyczną pracoholiczką. Każdy dzień i godzinę miała zaplanowaną. Pracowała za ciężko, nie potrafiła oddzielić różnych sfer życia i pewnie przed czterdziestką przeżyłaby załamanie nerwowe, gdyby nie Mac. On był jej opoką, ona zaś – jego przepustką do świętości.
    Nie da się ukryć: Mac byłby idealną matką.
    Westchnęła, nalała sobie jeszcze jedną szklankę wody. Pierwszy trymestr ciąży zniosła dobrze. Czasem bywała zmęczona, ale nie aż tak, żeby to przeszkadzało w pracy. Mdłości też się zdarzały, ale nie takie, żeby sobie z nimi nie poradziła, zjadając kubeczek waniliowego puddingu. Inna kobieta na jej miejscu szybko zyskałaby piętnaście kilogramów. Na szczęście Kimberly dzięki swej budowie i szybkiej przemianie materii przytyła zaledwie pięć kilo i dopiero teraz, w dwudziestym drugim tygodniu, ciąża zaczynała być widoczna.
    Była zdrowa, dziecko też, a jej przystojny, ciemnowłosy mąż był w siódmym niebie.
    Pewnie dlatego w noce takie jak ta dopadały ją wątpliwości: w co oni się pakują?
    Trudno ich nazwać tradycyjnym małżeństwem. Poznali się na miejscu zbrodni, a na randki umawiali się w trakcie rozpracowywania seryjnego mordercy. W ciągu ostatnich kilku lat najdłużej nieprzerwanie przebywali ze sobą w Oregonie, prowadząc śledztwo w sprawie porwania macochy Kimberly.
    Nie mogli wyskakiwać na miasto w piątkowe wieczory. Nawet w niedziele rzadko mieli okazję poleniuchować w łóżku do południa. Zwykle odzywał się któryś pager. Jedno musiało wyjść, a drugie po prostu rozumiało, że następnym razem będzie odwrotna sytuacja. Oboje kochali swoją pracę i dawali sobie nawzajem dużo swobody. Dzięki temu wszystko nieźle funkcjonowało.
    Ale z tego co Kimberly wiadomo, dzieci wymagają opieki w piątkowe wieczory, porannych czułości w niedzielne poranki oraz poświęcania im mnóstwa czasu przez cały tydzień.
    Co na tym ucierpi? Jej praca? Jego praca? Może poproszą o pomoc matkę Maca? Z drugiej strony po co mieć dziecko, skoro od razu oddaje się je na wychowanie komuś innemu?
    Ostatnio zaczęła miewać nocne koszmary, potwornie realistyczne sny, w których Mac ginie w wypadku samochodowym, zostaje zastrzelony na służbie albo w drodze na lunch trafia w sam środek strzelaniny. Kończyły się zawsze tak samo: Kimberly trzyma w dłoni słuchawkę telefonu, z której słychać głos mówiący: „Z przykrością zawiadamiamy, że pani mąż nie żyje”, a z głębi korytarza dobiega przeraźliwy krzyk noworodka.
    Budziła się wtedy zlana potem i roztrzęsiona. Ona, kobieta, której kiedyś w pokoju hotelowym morderca przystawił do skroni pistolet.
    Była silna, inteligentna i odporna. I doskonale wiedziała, że sama sobie nie poradzi.
    W takie noce odsuwała się od ciepłego ciała męża i z dłonią na brzuchu zwijała się w kłębek. Wpatrywała się w ścianę i tęskniła za matką.
    Kimberly przejrzała do końca katalog, odstawiła szklankę i wślizgnęła się do gościnnej łazienki, gdzie po cichu umyła zęby. Jej włosy wciąż śmierdziały paliwem lotniczym, a ciało i ciuchy – zapachem smażonego tłuszczu z grilla. Wepchnęła ubranie do kosza i poszła do sypialni.
    Mac zostawił włączoną lampkę. Przywykły do jej powrotów o różnych godzinach, nawet nie drgnął, kiedy odkręcała prysznic, a potem stukała szufladami, szukając piżamy.
    Kiedy wreszcie czysta i odświeżona wsunęła się pod kołdrę, odwrócił się do niej i zaspany uniósł ramię.
    – Jak tam? – szepnął.
    – Znaleźliśmy głowę Ronniego.
    – Super.
    Wtuliła się w niego, kładąc sobie jego rękę na boku, gdzie dało się wyczuć ruchy dziecka przypominające trzepotanie skrzydeł motyla, które wypełniało jej serce.
    Usłyszała czyjeś głosy:
    – Chyba żartujesz, Sal. Na litość boską, jest trzecia nad ranem. Ta gówniara pewnie nigdy nie widziała Kimberly na oczy. Chce ratować skórę i tyle. Wiesz, jakie one są.
    Na dźwięk swego imienia Kimberly nieco oprzytomniała. Otworzyła oczy i na środku pokoju zobaczyła Maca rozmawiającego przez komórkę. Gdy tylko zauważył, że na niego patrzy, spłoszył się i zaczerwienił.
    Odwrócił się plecami i kontynuował rozmowę:
    – A cóż to za informacja, że aż wymaga osobistej wizyty agenta FBI? Jasne. Bo uwierzę. Poza tym to i tak nasza działka, nie federalnych.
    Kimberly była już w pełni przebudzona. I coraz bardziej zła.
    Mac ręką przeczesywał włosy.
    – A tak między nami, myślisz, że ona mówi serio, czy tylko chce ratować tyłek? Wiem, wiem, to nie ty podejmujesz decyzje. Ale co ci zależy?
    Sal najwyraźniej jednak nie miał ochoty ustąpić. Mac westchnął, znów przejechał ręką po włosach, przytknął telefon do piersi i ze zrezygnowaną miną odwrócił się do żony. Nie czekając, aż rozpocznie swoją tyradę, powiedział:
    – Dzwoni agent Martignetti z GBI. Patrol policji w Sandy Springs aresztował prostytutkę, która twierdzi, że jest twoją informatorką. Nie ma przy sobie twojej wizytówki, niewiele też potrafi o tobie powiedzieć, ale twardo się upiera. Ci gliniarze współpracują z Salem w ramach VICMO, więc dali mu cynk, a on zadzwonił do mnie.
    VICMO (Violent Crimes and Major Offenders) to program ścigania najcięższych zbrodni i przestępczości zorganizowanej. W jego ramach przy rozpracowywaniu poważnych przestępstw współpracują funkcjonariusze z całego stanu. Tak naprawdę to wymysł jakiegoś biurokraty, którego celem było zakończenie kłótni o kompetencje pomiędzy policjantami a agentami FBI.
    – Hej, skoro Sal ma interes do mnie, czemu nie rozmawia bezpośrednio ze mną? Nie o to chodziło w tej całej współpracy? Mamy być jedną wielką, szczęśliwą rodziną, która może do siebie dzwonić w dzień i w nocy.
    Mac skarcił ją wzrokiem.
    – Nie zaczynaj. Dziewczyna twierdzi, że nazywa się Delilah Rose. Mówi ci to coś?
    – Marna ksywa.
    – Nie musisz jechać. Daj spokój, dopiero trzy godziny temu wróciłaś, a jak znam życie, jeszcze przed szóstą znowu będziesz na miejscu katastrofy.
    – Co im powiedziała?
    – Odmówiła podania szczegółów. Chce gadać tylko z tobą.
    – Ale Sal coś zasugerował. Mac wzruszył ramionami.
    – Ona chyba twierdzi, że ma informacje o następnej zaginionej prostytutce.
    Kimberly uniosła brwi.
    – I to niby ma być „działka” GBI, jak to ująłeś? – powiedziała oschle.
    – O ile dobrze pamiętam regulamin, tak właśnie jest.
    – Chyba że w grę wchodzi przekroczenie granic stanu. – Kimberly odrzuciła kołdrę i wstała z łóżka.
    – Kimberly…
    – Mac, ja tylko porozmawiam z tą dziewczyną, nie idę orać pola. Uwierz mi, to jest w stanie zrobić nawet baba w ciąży.
    Po tylu latach wspólnego życia Mac potrafił rozpoznać, kiedy przegrywa. Przyłożył telefon do ucha.
    – Sal? Słyszałeś? Tak, spotka się z nią. Zrób coś dla mnie, dobra? Dopilnuj, żeby na posterunku mieli zapas wody mineralnej.
    – O Boże – rzuciła przez ramię Kimberly. – Powiedz jeszcze, żeby od razu kupili beczkę ogórków.
    Sal widocznie i to usłyszał, bo Mac zaczął protestować do słuchawki:
    – Nie, nie, nie! Ale jeśli wam zależy na poufnych informacjach, odda wszystko za kubek puddingu waniliowego. Ja zawsze mam w aucie zapas słodyczy. Może dzięki temu jeszcze żyję. Aha, i nie zapomnij o plastikowych łyżeczkach, bo zrobi piekło. Dobra, dzięki, stary. Cześć.
    Kimberly ochlapała twarz zimną wodą – z łazienki wyszła już całkowicie obudzona. Mac wrócił do łóżka, ale się nie położył, tylko siedział oparty o zagłówek i przyglądał się jej ze smutkiem. Wyjęła z szafy czyste spodnie. Mac milczał.
    Ten konflikt trwał już od trzech miesięcy i nie zanosiło się na jego szybkie zakończenie. Kimberly była zaangażowana w wyjątkowo dużo śledztw, nawet jak na standardy FBI. Po jedenastym września dwa tysiące pierwszego roku Wydział Kryminalny Biura został zredukowany – rozbudowano za to sekcje działające w systemie bezpieczeństwa narodowego. W filii w Atlancie liczbę agentów zmniejszono z szesnastu do zaledwie dziewięciu, przy czym pięćdziesięciogodzinny tydzień pracy zamienił się w siedemdziesięciogodzinny maraton. Dniówki rozpoczynały się zwykle o dziewiątej, a kończyły nad ranem.
    Jakby tego było mało, Kimberly zgłosiła się na ochotnika do ERT, co się wiązało z kolejnymi czterdziestoma, pięćdziesięcioma wezwaniami rocznie. I to do zdarzeń tak wyczerpujących emocjonalnie, jak katastrofy lotnicze, morderstwa, porwania, napady na banki czy od czasu do czasu ostateczna rozgrywka z przywódcą jakiejś sekty. Członkom jednostek nieetatowych przysługiwało bezpłatne szkolenie, lecz dodatkowe wynagrodzenie już nie. W końcu ich praca to służba, do tego zostali powołani. Sama w sobie ma być nagrodą.
    Kimberly była w czwartym tygodniu ciąży, kiedy Mac zaczął jej suszyć głowę o to, że za dużo pracuje. Może powinna wrócić do Wydziału Przestępstw Gospodarczych albo, jeszcze lepiej, przenieść się do Wydziału do spraw Nadużyć w Służbie Zdrowia, gdzie na stałe pracuje Rachel Childs. Ona ma na głowie tylko pięć spraw rocznie. Owszem, wymagają przekopywania się przez tony papierów, ale też ciągną się dłużej, co daje większą swobodę w dysponowaniu czasem. Rachel pozwoliło to zaangażować się w kierowanie ERT, Kimberly dzięki temu mogłaby spokojnie urodzić dziecko.
    Rozpracowywanie nadużyć w służbie zdrowia to bardzo pożyteczna działalność. Ten wydział jest wręcz duszą i sercem Biura, jak mawiał Mac, kiedy się rozpędził.
    Kimberly odpowiadała, że może się też przenieść do Wydziału Antyterrorystycznego i wyjechać na pół roku do Afganistanu. To zamykało mu usta na kilka dni.
    W FBI wszystko jest podporządkowane interesom Biura. Dlaczego nowi agenci sami nie mogą wybierać, w którym oddziale terenowym podejmą pierwszą pracę, dlaczego z reguły agent z Chicago zostaje wysłany na placówkę do Arkansas, chociaż w oddziale chicagowskim są największe braki kadrowe? Dzieje się tak, ponieważ góra od samego początku chce nowemu wbić do głowy jedną prostą zasadę: interes Biura jest najważniejszy. Służysz przecież rządowi Stanów Zjednoczonych, chronisz amerykańskie społeczeństwo. Chyba w żadnej gałęzi sił zbrojnych nie traktuje się tego tak serio i honorowo jak w FBI.
    Kimberly była potrzebna w Wydziale Kryminalnym. Świetnie się sprawdzała, miała spore doświadczenie. Poza tym prosić teraz o przeniesienie byłoby nie w porządku wobec kolegów, którzy w większości też mieli dzieci.
    Założyła koszulę, a na wierzch prosty czarny żakiet, który już się nie dopinał, ale rozpięty też wyglądał dobrze. Przejrzała się w lustrze. En face nikt by nie poznał, że jest w ciąży, ale wystarczy, że stanie bokiem…
    Znów trzepotanie pod sercem. Dotknęła brzucha i uśmiechnęła się smutno. Bez wątpienia kochała swą pracę, ale dziecko też już zdążyła pokochać.
    Podeszła do łóżka i cmoknęła Maca w policzek.
    – To ja mam rację, nie ty – powiedziała.
    – W ogóle mnie nie słuchałaś.
    – Ależ owszem.
    Objął jej głowę, przyciągnął do siebie i pocałował w usta. Oboje wiedzieli, że nigdy nie wolno się rozstawać w gniewie.
    – Wszystko się zmieniło – powiedział cicho.
    – Wiem, Mac. To ja noszę spodnie na gumce.
    – Martwię się.
    – Nie ma czym. Ostatnie badania wykazały, że matka i dziecko czują się doskonale. – Westchnęła. – Proszę cię, Mac, daj mi jeszcze dwa, trzy miesiące. Zanim zrobię się wielka jak szafa i całkowicie zdam na ciebie. Będę we wszystkim od ciebie zależna, bo nawet butów sama sobie nie zawiążę.
    Pocałowała go na pożegnanie, wyczuwając jednak lekki opór z jego strony. Wstała i skierowała się do drzwi.
    Usłyszała też jego ostatnie słowa. Zdanie, którego nigdy nie wypowiedział i pewnie nigdy nie wypowie, lecz które zawisło między nimi w powietrzu.
    Jej ojciec również na pierwszym miejscu stawiał interesy Biura. I to zniszczyło jej rodzinę.

4

    „Pierwsze ugryzienie zwykle jest bezbolesne”. (Michael F. Potter, entomolog, Brown Recluse Spider, Wydział Rolniczy Uniwersytetu Kentucky)

    Sandy Springs leży 25 kilometrów na północ od Atlanty, w miejscu gdzie droga stanowa numer 285 przecina drogę numer 400. Kiedyś, wchodząc w skład obszaru metropolitarnego Atlanty, szczyciło się posiadaniem czterech szpitali, kilku firm z listy Fortune 500, no i oczywiście źródeł słodkiej wody. Choć zawsze starało się zyskać opinię miejsca przyjaznego rodzinie, najbardziej słynęło z nocnego życia i barów otwartych do czwartej nad ranem oraz obfitości tak zwanych salonów masażu stale polujących na nowych klientów. Młody czy stary, kobieta czy mężczyzna, pijany czy trzeźwy – w Sandy Springs każdy mógł znaleźć odpowiednią dla siebie rozrywkę.
    To w końcu zaczęło irytować mieszkańców, więc w czerwcu dwa tysiące piątego roku przytłaczającą większością głosów opowiedzieli się za secesją. Sandy Springs z dnia na dzień stało się siódmym największym miastem stanu. Pierwsze zadanie nowo powołanej rady miejskiej: stworzyć własny wydział policji, który się rozprawi z tymi mniej pożądanymi elementami otoczenia. Sandy Springs zaczęło rozkwitać i nawet się dorobiło kilku bardzo modnych restauracji.
    Kimberly jeszcze nie miała okazji współpracować z tamtejszą policją. Przypuszczała, że na miejscu spotka albo żółtodzioby prosto po szkole, albo pięćdziesięcioletnich emerytów z policji stanowej, którzy znaleźli ciepłe posadki w spokojnej okolicy zamieszkanej przez klasę średnią. Zastała i tych, i tych.
    Młodzieniec, który ją przywitał w drzwiach, miał jeszcze mleko pod nosem, ale oficer dyżurny, łysiejący facet z brzuszkiem, wyglądał na doświadczonego glinę. Serdecznie uścisnął jej dłoń i skinął znacząco na chłopaka, jakby mówiąc: „Widzi pani, z jakim szczylem muszę pracować?”. Gdyby nie zrozumiała, na wszelki wypadek jeszcze się uśmiechnął i mrugnął.
    Kimberly nie odwzajemniła ani uśmiechu, ani mrugnięcia, więc po chwili sierżant Trevor dał za wygraną.
    – Zatrzymaliśmy ją tuż po pierwszej – poinformował. – Kręciła się po stacji kolejki miejskiej na…
    – Pracuje na dworcu? – przerwała mu Kimberly. Nie wiadomo dlaczego była przekonana, że dziewczynę zgarnięto podczas obławy na któryś z salonów masażu. Prostytutki uliczne kręcą się w dzielnicach czerwonych latarni, takich jak Fulton Industrial Boulevard. Sandy Springs wydawało jej się zbyt eleganckie na tego typu działalność.
    – Zdarza się – powiedział Trevor. – Zwłaszcza odkąd zaczęliśmy robić częstsze naloty na burdele. Niektóre z nich myślą, że jak wejdą do klubu, to się wtopią w tłum, tyle że droższe dziwki pokazują trochę mniej ciała. Inne są zbyt naćpane, żeby się czymkolwiek przejmować albo działają na zlecenie, werbując kolejne chętne. Trzeba uzupełniać towar, rozumie pani…
    Trevor wypiął pierś – najwyraźniej chciał zaimponować agentce federalnej. Kimberly pomyślała, że wcześniej pewnie pracował jako ochroniarz. Zawsze musiał nosić mundur.
    Chłopak tymczasem gdzieś zniknął. Kimberly podejrzewała, że na polecenie Trevora. To miał być jego solowy występ. Potarła nos, żałując, że nie jest teraz na miejscu katastrofy samolotu.
    Poprosiła o protokół aresztowania. Trevor go wydrukował, a ona przejrzała podstawowe dane: miejsce, godzina, podjęte czynności. Nie było tam nic szczególnego. Przy dziewczynie znaleziono uncję metamfetaminy, za co grozi więzienie, więc dlatego nakłamała, że jest informatorką FBI.
    – Pogadam z nią – powiedziała Kimberly.
    – Czy chodzi o narkotyki? – nie wytrzymał Trevor. – Wystawi nam jakiegoś dealera albo może całą siatkę? Metamfetamina… Boże, to świństwo zalało już cały stan. Niech ją pani przyciśnie, żeby wystawiła jakąś grubą rybę. Żadne tam płotki. Przydałaby się spektakularna akcja.
    – Wezmę to pod uwagę – zapewniła oschle Kimberly. – Gdzie ona jest?
    Trevor zaprowadził ją do pokoju przesłuchań. Jedna z korzyści bycia kapusiem: zamiast w celi Delilah została umieszczona w malutkim pokoiku i dostała puszkę dietetycznej coli. Niezły wynik za jedną noc pracy.
    Kimberly przystanęła przed drzwiami. Przez lustro weneckie pierwszy raz zobaczyła swoją „informatorkę”. Z kamienną twarzą dokładnie się jej przyjrzała.
    Delilah Rose była biała, co dość zaskakujące w stanie, gdzie większość prostytutek to Murzynki albo Azjatki – te ostatnie obsługiwały głównie salony masażu. Miała niewiele ponad dwadzieścia lat, zmęczoną twarz i tlenione blond włosy kobiety, która żyje za szybko i się nie oszczędza.
    Kiedy Kimberly na nią patrzyła, dziewczyna zadziornie uniosła głowę i spojrzała w szybę. Przenikliwe niebieskie oczy, zaciśnięte usta. Zimna i opanowana.
    Dobrze.
    – Od tej chwili ja ją przejmuję – powiedziała Kimberly do Trevora. – Dziękuję za telefon.
    – Nie ma sprawy. Proszę nam dać znać, gdyby…
    – Dziękuję za telefon – powtórzyła i ominąwszy grubego sierżanta, weszła do pokoju.
    Nie śpieszyła się. Zamknęła drzwi. Przysunęła plastikowe krzesło. Usiadła.
    Z kieszeni żakietu wyjęła dyktafon. Z torby mały notes i dwa długopisy. W końcu spojrzała na zegarek i zapisała u góry strony godzinę.
    Następnie odłożyła długopis, oparła się na krześle i splótłszy dłonie na brzuchu, przyglądała się dziewczynie. Minęła minuta, potem druga i trzecia. Była ciekawa, czy sierżant Trevor je obserwuje. Na pewno już zaczął się niecierpliwić, że nic się nie dzieje.
    Dziewczyna była cwana, ale nie doceniała Kimberly. Pierwsza nie wytrzymała. Chwyciła puszkę coli i zorientowawszy się, że jest pusta, nerwowo odłożyła ją na stół.
    – Chcesz jeszcze jedną? – zapytała spokojnie Kimberly.
    – Nie, dziękuję.
    O, cóż za maniery. Większość zatrzymanych robi się wyjątkowo grzeczna w obecności stróżów prawa. Przynajmniej na początku. Może ciągle mają w głowie tę dziecięcą wiarę, że wystarczy jedno magiczne słowo…
    Kimberly znów zamilkła. Dziewczyna chrząknęła, a potem zaczęła obracać w dłoni pustą puszkę.
    – Chce pani, żebym się jeszcze bardziej denerwowała – mruknęła w końcu z lekką pretensją w głosie.
    – Brałaś coś, Delilo?
    – Nie!
    – Podobno policja znalazła przy tobie metę.
    – Nie biorę narkotyków! Koleżanka dała mi torebkę do potrzymania. Skąd miałam wiedzieć, że to meta?
    – Pijesz?
    – Czasami. Ale wczoraj nie.
    – Rozumiem. A co robiłaś wczoraj wieczorem?
    – O Boże, nic nie robiłam. Poszłam sobie poskakać do klubu. Potem chciałam wrócić pociągiem do domu. Od kiedy to korzystanie z komunikacji miejskiej jest przestępstwem? – Zaczynał z niej wyłazić charakterek.
    Kimberly zerknęła na jej strój. Pod granatową marynarką, o wiele za cienką jak na tę porę roku, miała na sobie obcisłą lycrę: błyszczącą minispódniczkę w kolorze oberżyny i czarną koszulkę na ramiączkach, tak kusą, że biust prawie się z niej wylewał. Całości dopełniały dziesięciocentymetrowe szpilki.
    Zanim dziewczyna odruchowo obciągnęła koszulkę, Kimberly zdążyła dostrzec wytatuowaną wokół pępka malutką pajęczynę. Drugi tatuaż, przedstawiający wspinającego się pająka, miała z tyłu na szyi.
    – Kto ci to robił? – spytała Kimberly.
    – Nie pamiętam.
    – Ta pajęczyna na brzuchu też ładna. A kolczyk to niby pająk? Sprytne.
    Delilah nic nie odpowiedziała, tylko wyzywająco wysunęła podbródek.
    Kimberly odczekała kolejną minutę, po czym uznała, że wystarczy. Wyprostowała się i zaczęła zbierać ze stołu swoje rzeczy: dyktafon, notes, pierwszy długopis…
    – Co jest, kurwa? – zawołała Delilah.
    – Słucham? – Kimberly spokojnie wsuwała dyktafon do kieszeni.
    – Gdzie pani idzie? Nie zadała mi pani ani jednego pytania. To ma być FBI?
    Kimberly wzruszyła ramionami.
    – Powiedziałaś, że nic nie zrobiłaś, twierdzisz, że narkotyki nie były twoje, a więc wszystko w porządku. Jesteś czysta jak łza, a ja wracam spać.
    Sięgnęła po drugi długopis. Dziewczyna złapała ją za rękę. Jak na chudą, anorekryczną istotę, Delilah Rose miała dużo siły. Kimberly wiedziała, co to jest: nosi nazwę desperacja.
    Powoli odwróciła głowę i spojrzała jej w oczy.
    – Nie znam cię. Widzę cię pierwszy raz w życiu. A to znaczy, że nie jesteś moją informatorką i jeśli o mnie chodzi, policja Sandy Springs może z tobą zrobić, co zechce. A teraz puść mnie, bo tego pożałujesz.
    – Musimy porozmawiać.
    – Siedzę tu od sześciu minut. Jak na razie niewiele miałaś mi do powiedzenia.
    – Nie chcę, żeby ten palant słuchał. – Dziewczyna zwolniła uścisk. Rzuciła okiem w stronę szyby w drzwiach.
    – Co cię obchodzi sierżant Trevor, rozmawiasz ze mną, a na razie wciąż nie dałaś mi powodu, żebym została.
    – On mnie zabije.
    – Sierżant Trevor?
    – Nie, nie, ten facet… nie znam jego nazwiska. To znaczy prawdziwego, bo sam o sobie mówi, że się nazywa Dinchara.
    – Dinchara?
    – To jest ten, no, anagram od arachnid*.
    –  Błagam… – nie wytrzymała Kimberly. Uniosła sceptycznie brew i jeszcze raz zmierzyła wzrokiem dziewczynę.
    – On jest inny.
    – Uhm, jasne – Kim już się podnosiła z krzesła.
    – Nie płaci za seks. Przynajmniej nie na początku. – Głos Delili robił się coraz bardziej natarczywy. – Daje dziewczynom forsę, żeby się bawiły z jego… zwierzątkami. Na przykład dziesięć dolców za dotknięcie ptasznika. Trzydzieści, jeśli weźmiesz go na rękę. Takie tam odjechane pomysły.
    – Zabawy z pająkami?
    – Wiedziała pani, że jad ptasznika wcale nie jest taki groźny? Za słaby dla człowieka. – Mówiła to z pewnym zafascynowaniem. – One są w gruncie rzeczy bardzo nieśmiałe i… delikatne. Trzeba je ostrożnie brać do ręki, bo można im zrobić krzywdę.
    * Arachnid – ang. pajęczak (przyp. tłum.).
    Kimberly nie odezwała się, głównie dlatego, że nie wiedziała, co powiedzieć.
    Delilah za to wreszcie się rozkręciła:
    – No więc na początku chodziło mu tylko o te pająki. Ale potem przestało mu wystarczać patrzenie, jak łażą po ręce, chciał, żeby łaziły po całym ciele. Strasznie go to podniecało i wtedy życzył sobie innych rzeczy. Może było trochę dziwnie i nie wszystkim dziewczynom to odpowiadało, ale z drugiej strony nieźle płacił.
    – Ile to jest: „nieźle”?
    – Za ręczną robotę stówa, za loda sto pięćdziesiąt. Dwie stówy, jeżeli pozwolisz, żeby pająk się przyglądał.
    – Co?
    – Zza szyby, oczywiście. Ptasznika nie można tak luzem puszczać po domu. Niechcący można go zdeptać.
    – Tego się właśnie obawiałam – mruknęła Kimberly. Człowiek sądzi, że słyszał już wszystko, a tu jakiś zboczeniec znowu przesuwa granice. – Rozumiem. Czyli spotykacie się z panem Dincharą. – Jeszcze raz przyjrzała się tatuażom dziewczyny. – Będę szczera: moim zdaniem świetnie pasujecie do siebie, a poza tym, jak mówiłaś, nieźle płaci. Wobec tego co tu robisz?
    Delilah odwróciła wzrok. Nagle przestała być rozmowna. Znów zapadła cisza.
    – Coś się stało – bąknęła w końcu.
    – Nie może być. Słuchaj, jest późno. Po co chciałaś się ze mną spotkać?
    Dziewczynie zadrżały wargi.
    – Chodzi o Ginny. Ginny Jones. Pojechała z nim i od tamtej pory nikt jej nie widział.
    Kimberly z powrotem usiadła. Wyjęła notes i długopis, włączyła dyktafon. Delilah nerwowo zerkała na urządzenie, ale nie protestowała.
    – Chcę dostać ochronę – wypaliła.
    – Co? Jaką ochronę?
    – Bezpieczne lokum i ochronę policyjną. Tak jak na filmach.
    – Delilah, to tylko fikcja. W prawdziwym życiu to tak nie działa. Nic za darmo.
    – Nie rozumiem.
    Kimberly spoważniała.
    – To znaczy, że musisz dostarczyć prawdziwe informacje o rzeczywistym przestępstwie. Konkretne i szczegółowe. Jeśli zdołam je potwierdzić, wtedy możemy pogadać.
    – Jak bardzo szczegółowe?
    – Zacznijmy od nazwiska. Ginny Jones. Prawdziwe czy pseudonim?
    – Virginia – szepnęła Delilah. – Naprawdę nazywa się Virginia Jones, ale wszyscy wołali na nią Ginny. Fajna dziewczyna. Nie kręciły jej narkotyki ani żadne takie. Szanowała się. Tylko że… sama nie wiem. Coś się stało po drodze. – Uśmiechnęła się blado. – Tak to zwykle bywa, nie?
    – Kiedy ją ostatnio widziałaś?
    – Trzy miesiące temu. To była środa. Albo może wtorek, już nie pamiętam. Spotykała się wcześniej z tym facetem. Właściwie to ona mi o nim powiedziała. Wie pani, kiedy zobaczyła mój tatuaż. Mówiła, że jest taki gość, ma trochę dziwne upodobania, ale nic takiego, z czym bym sobie nie poradziła. No i dobrze płaci.
    – A więc Ginny znała się z Dinchara?
    – No, tak.
    – I nie miała nic przeciwko włochatej publiczności?
    Delilah wzruszyła ramionami.
    – Pająki jej nie przeszkadzały. Mówiła, że niczego się nie boi. W każdym razie już nie.
    – To kiedy ją ostatnio widziałaś?
    – Dawno.
    – Delilo…
    – Parę miesięcy temu. Około wpół do drugiej w nocy Dinchara podjechał swoim SUV-em.
    – Opisz mi go.
    – Czarny z chromowanymi dodatkami. Jakaś toyota, ale wypasiony model, z bajerami typu ozdobne felgi, skórzane siedzenia. Wersja limitowana.
    – Numer rejestracyjny?
    – Nie pamiętam – odparła błyskawicznie.
    Kimberly znowu jej się przyjrzała. Odpowiedź była zbyt pośpieszna, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy nawet prostytutki oglądają Kryminalne zagadki Las Vegas i znają wartość informacji.
    – Tablice były z Georgii?
    – Tak.
    – Może pamiętasz choć pierwsze litery?
    – Nie, naprawdę. – Tym razem zabrzmiało to szczerze. – Staram się wiedzieć jak najmniej. Dziewczyny, którego tego nie robią, źle kończą. To proszenie się o kłopoty.
    – Rysopis tego człowieka.
    Delilah spuściła wzrok. Poskubała dolną wargę.
    – Biały, w średnim wieku, szatyn. Niewysoki, ale umięśniony, jak drwal albo ktoś, kto pracuje fizycznie. Dziwnie pachniał, jakąś chemiczną substancją. Wydawało mi się, że zajmuje się jakimś dziwnym rzemiosłem, ale nigdy nie pytałam.
    – Znaki szczególne?
    – Co na przykład?
    – Blizny, tatuaże, znamiona.
    – Pani myśli, że oni się fatygują, żeby zdjąć ubranie?
    – A na twarzy?
    Wzruszyła ramionami.
    – Bo ja wiem, dla mnie oni wszyscy wyglądają tak samo.
    – Oni?
    – Faceci, klienci, zboki. Jak ich tam pani nazwie. Wszyscy są tacy sami.
    Kimberly spojrzała na nią z powątpiewaniem. Delilah nagle się ożywiła.
    – Zaraz… Jest jedna rzecz: czapka. Zawsze miał na głowie czerwoną czapkę z daszkiem. Nigdy jej nie zdejmował, nawet kiedy… wie pani. No więc czerwona bejsbolówka. To już jest jakaś informacja, nie?
    – Jakaś jest – zgodziła się Kimberly i ją zanotowała. – A poza tym jak się ubierał?
    – Dżinsy, koszula z długim rękawem. Sportowa, ale dobrej firmy. On chyba ma dużo kasy.
    – Z czego to wnioskujesz?
    – Samochód, ciuchy, stawka, jaką oferuje. Byle robola na to nie stać.
    – Opisz jego głos. Mówił z jakimś akcentem?
    Delilah chwilę się zastanowiła.
    – Południowym. Lekko zaciągał.
    – Skąd jesteś, Delilo?
    Dziewczyna nie odpowiedziała.
    – A słownictwo, sposób wypowiadania się? Myślisz, że jest wykształcony?
    – Bardzo dużo wie o pająkach.
    – Ty też.
    Delilah poczerwieniała.
    – Mój brat dawno temu hodował jednego. To była samica, nazywała się Ewa. Pomagałam mu łapać dla niej świerszcze. Była całkiem ładna. Ale Dinchara… on nie jest zwykłym hodowcą. Miał kiedyś takiego białego pająka, raz powiedziałam o nim tarantula, to dosłownie wpadł w szał. „To nie żadna tarantula, tylko Grammostola rosea… „. Jakiś gatunek ptasznika z Chile czy coś. Okropnie się wściekł, że nie widzę różnicy. Nawet się go trochę wystraszyłam.
    – Czemu?
    – Nie wiem. Patrzył tak jakoś… – wzruszyła ramionami. – Przez chwilę myślałam… może ja też jestem okazem w kolekcji. Prostituensis vulgaris. - Zaśmiała się z własnego dowcipu, lecz jej oczy pozostały poważne.
    – Groził ci?
    – Nie musiał. Miał to wypisane na twarzy. Z niektórymi facetami tak jest; lubią, jak widzisz, co cię czeka.
    Kimberly tego nie skomentowała. Dostatecznie długo pracuje w tej branży, żeby wiedzieć, co Delilah miała na myśli.
    – W jaki sposób podrywa dziewczyny? Z samochodu?
    – Nie zawsze. To nie jest tak, że stoimy na ulicy i łapiemy, co się nawinie. Są pewne miejsca, do których się chodzi, żeby trafić na określonego klienta.
    – Kluby – dopowiedziała Kimberly. – Dogadujesz się z klientem i co dalej?
    – Wychodzę z nim w jakieś spokojniejsze miejsce albo do jego samochodu. Po drodze ustalamy szczegóły. Biorę kasę z góry, robię, co mam robić i spadam.
    – A z Dincharą?
    – Robimy to w jego aucie.
    – Zdarzyło się, że nie chciał cię puścić?
    – Nie, ale ja się staram streszczać. Jeśli wzięłaś forsę z góry, możesz się wymknąć, kiedy facio jest jeszcze półprzytomny. Łatwiej zwiać.
    Kimberly uniosła brew.
    – Czyli krótko mówiąc, znikasz, zanim facet zdąży podciągnąć spodnie?
    – Niezawodny sposób.
    – A więc znasz Dincharę i mówisz, że Ginny Jones też go zna. Powiedz mi, dlaczego myślisz, że on ma coś wspólnego z jej zniknięciem?
    – Bo ostatni raz, kiedy ją widziałam, była z nim. Wychodzili z klubu. Nawet się trochę wkurzyłam. On płacił tyle, ile normalnie zarabiam przez pół nocy.
    – No i?
    – No i właśnie wtedy ostatni raz widziałam Ginny.
    Kimberly przez chwilę porządkowała w głowie zebrane informacje i formułowała następną wypowiedź.
    – Delilo, to wszystko jest bardzo interesujące, ale ja nic nie mogę z tym zrobić.
    – Dlaczego?
    – Nie mam podstaw, żeby uznać, że zostało popełnione jakieś przestępstwo.
    Dziewczyna spojrzała na nią dziwnie.
    – Pani mi nie wierzy? Ja nie kłamię. Ginny to moja przyjaciółka. On ją skrzywdził. Powinien za to zapłacić!
    – Czy widywałaś go w ciągu tych ostatnich trzech miesięcy?
    Delilah odwróciła wzrok.
    – Może.
    – Korzystał z twoich usług?
    – Może – tym razem prawie to wyszeptała.
    – Jak mówiłaś, kasa jest niezła – mruknęła Kimberly. – Ciągle masz ochotę spotykać się z nim sam na sam. Chyba nie może być aż takim potworem, co?
    Dziewczyna przez dłuższą chwilę nie odpowiadała. Gdy wreszcie zaczęła mówić, Kimberly musiała się nachylić, żeby coś usłyszeć.
    – Przy ostatnim spotkaniu, kiedy klęczałam i robiłam mu, wie pani co, nagle chwycił mnie za szyję i tak ścisnął, że nie mogłam oddychać. Krztusiłam się, okładałam go pięściami i usłyszałam, jak szepcze… „Ginny”. Potem nagle mnie puścił i uciekłam. Myślę, że on sobie nie zdaje sprawy, że to powiedział. Zapomniał się. Ale głowy nie dam. Może później to do niego dotarło. Może wie, że ja wiem. Nie umiem… nie czuję się tak bezpiecznie jak kiedyś. No bo jeśli on rzeczywiście skrzywdził Ginny? Udusił na przykład? A ja jestem jedyną osobą, która go może z nią powiązać? Pomóżcie mi. Tu nie chodzi tylko o Ginny, ale i o mnie. Muszę mieć ochronę.
    Kimberly westchnęła i podrapała się w nos.
    – Chcesz, żebym ci uwierzyła? Zacznijmy od twojego prawdziwego nazwiska.
    – Delilah Rose. Można sprawdzić. Policja już to zrobiła.
    – Imię i nazwisko, data urodzenia.
    – Czemu zawsze czepiacie się mnie? Ciągle muszę coś udowadniać. Właśnie podałam wam na tacy zboczeńca. Może dla odmiany pani mi coś udowodni?
    – I tu nasuwa mi się kolejne pytanie: dlaczego chciałaś rozmawiać akurat ze mną? Skąd w ogóle znasz moje nazwisko?
    Tym razem Delilah nie śpieszyła się z odpowiedzią. Kimberly odniosła nawet wrażenie, że coś kombinuje.
    – To pani złapała tego słynnego seryjnego zabójcę. Widziałam w wiadomościach. Młoda agentka, no i do tego kobieta. Pomyślałam, że jeżeli Dinchara zamordował Ginny, to tylko pani może go dopaść.
    – Nie mogę, Delilo. Nie ma żadnego dowodu, że zostało popełnione przestępstwo, a nawet gdyby był, to sprawa nie leży w moich kompetencjach. Musisz się zgłosić do Wydziału Policji Sandy Springs.
    – Nie. To musi być pani. Pani złapała Eco-Killera, więc i Ginny pani pomoże.
    – Delilo…
    – Coś pani pokażę.
    Kimberly spojrzała na nią nieufnie.
    – Co?
    – Tej nocy kiedy mnie dusił, przypadkiem zauważyłam to na podłodze, pod fotelem. Podniosłam, kiedy nie patrzył i schowałam. – Delilah rozejrzała się po pokoju, jakby chcąc się upewnić, czy naprawdę są same, po czym sięgnęła pod bluzkę i spod lewej miseczki biustonosza wydobyła duży złoty sygnet.
    – Należał do Ginny – szepnęła, rzucając go z brzękiem na stół. – Nosiła go na łańcuszku i nigdy, ale to nigdy nie zdejmowała. Widzi pani? To jest dowód, że była w samochodzie Dinchary.
    Kimberly uniosła brew. Czubkiem długopisu przysunęła do siebie pierścień, starając się go nie dotknąć. Wyglądał na szkolny sygnet z niebieskim kamieniem. W środku wygrawerowano jakiś napis, ale był nieczytelny pod warstwą brudu.
    – Kto jeszcze widział go u niej?
    Delilah wzruszyła ramionami.
    – Nie wiem. Nie pytałam.
    – Mówiła ci, skąd go ma?
    Przeczący ruch głowy.
    – Czy ktoś jeszcze wie, że znalazłaś go w samochodzie Dinchary?
    – W życiu! W tej branży trzeba uważać, bo można sobie narobić kłopotów.
    – Dobra, dobra. Rozumiem. – Kimberly zmarszczyła brwi, pochyliła się nad sygnetem, dokładnie go obejrzała i w końcu powiedziała: – Mogę go wziąć?
    – Jasne. Po to go przyniosłam. Teraz już może go pani oskarżyć, prawda?
    – Niezupełnie.
    Delilah się oburzyła:
    – Co jest? Domagała się pani dowodu, to go pani dałam!
    – Nie chcę cię martwić, moja droga, ale to żaden dowód. Sąd go nie uzna. Skąd wiadomo, że faktycznie należał do Ginny? Kto uwierzy, że naprawdę znalazłaś go w aucie podejrzanego? W tej chwili to tylko uświniony szkolny sygnet.
    – Nie podoba mi się pani nastawienie – powiedziała Delilah.
    – I nawzajem, wierz mi. – Kimberly nerwowo postukała długopisem o blat. – Zrobimy tak: pamiętasz, co mówiłam, nie ma nic za darmo. Potraktujemy ten sygnet jako zaliczkę. – Wyjęła wizytówkę i zakreśliła numer centrali Biura. – Dostarcz mi więcej informacji. Daty, miejsca, no i nazwiska osób, które mogłyby poświadczyć, że Ginny Jones pracowała w tych okolicach, nosiła ten sygnet, a teraz zaginęła. Jak dobrze pójdzie, może ci się uda zebrać na tyle wiarygodne materiały, że miejscowa policja zechce wszcząć śledztwo. Pomogę ci w tym, ale nie chcę cię oszukiwać: z tego co widzę, to nie jest sprawa dla FBI.
    Znów zaczęła zbierać swoje rzeczy. Delilah tym razem jej nie powstrzymała, tylko z rozżaloną miną oparła się na krześle i założyła ręce na piersi.
    Odezwała się, dopiero gdy Kimberly wstała.
    – Który miesiąc?
    – Słucham?
    Dziewczyna patrzyła na jej brzuch.
    – Kiedy ma pani termin?
    Kimberly się zmieszała. To już ten czas, kiedy ludzie zaczynają zauważać.
    – W lecie – odparła.
    – Wszystko dobrze?
    – Dziękuję, tak.
    – Ja się zrobiłam strasznie wrażliwa na zapachy – stwierdziła jak gdyby nigdy nic Delilah. – No i męczę się szybciej. Ale od gorzały i prochów trzymam się z daleka. To, że zarabiam jako dziwka, nie znaczy, że nie chcę dobrze dla mojego dziecka.
    Rozchyliła marynarkę i Kimberly po raz pierwszy zobaczyła napięty, zaokrąglony brzuch. Niewiele się różniący od jej własnego. Delilah położyła dłoń na dyktafonie Kimberly.
    – Pożyczy mi pani?
    – Nie. Własność rządu. Musisz sama sobie kupić.
    Delilah odłożyła sprzęt.
    – A gdybym spróbowała wyciągnąć od Dinchary więcej informacji, może nawet nagrać, jak mówi coś o Ginny, wtedy mi pani pomoże?
    Kimberly wciąż się gapiła na jej brzuch. Nagle zaczęła żałować, że zgodziła się przyjechać do Sandy Springs. Nie miała ochoty brać na siebie odpowiedzialności za młodą ciężarną prostytutkę.
    Jej wizytówka cały czas leżała na stole. W końcu ją podniosła i na odwrocie zapisała numer swojej komórki.
    – Jeżeli uda ci się go nagrać, zadzwoń do mnie pod ten numer. -I zaraz dodała: – Uważaj na siebie, Delilo.

5

    Starszy brat zawsze mnie straszył:
    – Rób, co mówię, bo przyjdzie Pan Hamburger i cię zabierze.
    – Nie ma żadnego Pana Hamburgera! – krzyczałem.
    – Jasne, że jest. Wielki na dwa metry i ubrany cały na czarno. Zakrada się w środku nocy do pokojów niegrzecznych chłopców, porywa ich z łóżek i zabiera do swojej fabryki, gdzie wrzuca ich do wielkiej maszyny do mięsa, a potem sprzedaje na kotlety. Widziałeś to najtańsze, zbrązowiałe mięso na targu? To właśnie z niegrzecznych chłopców. Jak nie wierzysz, spytaj, kogo chcesz.
    Nie wierzyłem w to, ale przebudziwszy się pewnej nocy, zobaczyłem stojącego przy moim łóżku Pana Hamburgera.
    – Ciii – szepnął. – Nic nie mów, a może daruję życie twoim bliskim.
    Nie mogłem wydusić słowa, nie mogłem krzyczeć, nie mogłem się ruszyć. Tylko się gapiłem na tę wielką, zwalistą postać w czarnym ubraniu. Nie mogłem uwierzyć, że brat mówił prawdę. Potem zacząłem się trząść, serce waliło mi jak młotem i chyba nawet zmoczyłem łóżko.
    – Wstawaj – warknął tamten. – Jeśli chcesz ocalić rodzinę, to zwlecz ten swój chudy tyłek z łóżka.
    Ale ja byłem jak skamieniały. Tylko nie mogłem opanować dreszczy.
    Odrzucił kołdrę, złapał mnie za rękę i ściągnął na podłogę. Jego palce wbijały mi się w ramię. Wykręcił mi bark. Bardzo bolało.
    Moje nogi same zaczęły za nim iść. Przysięgam, bo świadomie na pewno bym tego nie zrobił.
    W przedpokoju przystanął, jak gdyby się zastanawiał, w którą stronę iść. Widziałem uchylone drzwi pokoju brata, zaledwie pół metra ode mnie. Słyszałem chrapanie ojca dobiegające z sypialni obok.
    „Krzycz – myślałem. – Zrób coś”.
    W ciemnościach czułem, jak taksuje mnie wzrokiem. Wcale nie był zdenerwowany ani wystraszony.
    Uśmiechnął się; biel zębów błysnęła w mroku.
    – Widzisz, chłopcze? Widzisz, ile ich obchodzisz? Zaraz zniszczę ci życie, a twoja rodzinka nawet nie raczy się obudzić. Zapamiętaj: nic dla nich nie znaczysz. Od tej chwili przestają istnieć.
    Należysz do mnie.
    Zdarł ze mnie ubranie i rzucił na łóżko. Broniłem się, jak tylko może się bronić dziewięcioletni chłopiec. Z twarzą przyciśniętą do materaca nie mogłem złapać tchu. Krzyczałem. Myślałem, że chce mnie zabić. Gdy skończył, nawet się o to modliłem.
    Ale on zwalił się na plecy i zapalił papierosa.
    Nie wiedziałem, co robić. Leżałem na brzuchu, wszystko wokół było mokre.
    Zasnąłem.
    Obudził mnie, zaczął bić i krzyczeć, aż musiałem zrobić to, czego żądał. Potem kolejny papieros i wszystko jeszcze raz od nowa.
    Straciłem poczucie czasu. Tkwiłem nagi w stanie jakiegoś otępienia. Paliły mnie wnętrzności, a na zewnątrz było mi zimno. On mi nawet nie pozwolił wziąć koca. Od czasu do czasu przynosił mi jedzenie. Pizzę, hamburgery. Za pierwszym razem wszystko zwróciłem. Roześmiał się i powiedział, że się przyzwyczaję. Potem wręczył mi łyżkę, wskazał na kałużę wymiocin i powiedział, że lepiej abym się zabrał do roboty, jeśli chcę jeszcze kiedyś dostać coś do jedzenia.
    I tak to wyglądało. Kara za to, że byłem niegrzeczny.
    Pewnego dnia stanęliśmy w drzwiach pokoju hotelowego. Oślepiło mnie słońce, musiałem zasłonić oczy. W powietrzu pachniało deszczem. Odruchowo wziąłem głęboki oddech. Ten deszcz to była pierwsza rzecz, która nie smakowała w ustach jak popiół.
    Wybuchnął śmiechem.
    – Widzisz, chłopcze, nawet po tym wszystkim ciągłe chce ci się żyć. Chyba jednak musiało ci się choć trochę podobać.
    Rzucił mi ciuchy. Nie te stare, ale nowe, które gdzieś kupił. Kazał się ubrać.
    – Na litość boską, miejże trochę wstydu i przestań ciągle łazić na golasa. Znowu chcesz mnie skusić?
    Czym prędzej sięgnąłem po ubranie, ale nie zdążyłem.
    Tym razem, kiedy zszedł ze mnie, wysapał:
    – Widzisz, mówiłem, że to lubisz.
    Zawiózł mnie do innego hotelu. Miał na sobie garnitur, a ja granatowy dres o dwa rozmiary za duży. Czułem się mały i chudy. Musiałem wyglądać strasznie, jak uchodźca z jakiegoś ogarniętego wojną kraju, umęczony, z pustym, szklanym wzrokiem.
    Recepcjonistka spojrzała na mnie ze współczuciem. Pan Hamburger nachylił się do niej konspiracyjnie.
    – Jestem z opieki społecznej. Właśnie odebraliśmy dzieciaka rodzinie. Wyjątkowo ciężki przypadek. Co ta matka z ojcem wyprawiali… Szkoda gadać. Miał trudne dzieciństwo, ale jak Bóg da, znajdę mu dobry dom i zacznie nowe życie.
    – Biedactwo – westchnęła dziewczyna.
    I wtedy ni stąd, ni zowąd zacząłem krzyczeć. Z rozdzierającym płaczem poskarżyłem się całemu światu na mój straszliwy los. Myślałem, że mi płuca wyskoczą z piersi, a głowa eksploduje z napięcia.
    – Nie mówiłem, że to potwory, nie rodzice? – powiedział Pan Hamburger.
    – Biedactwo – powtórzyła recepcjonistka.
    W końcu wynajął jakieś małe mieszkanie. Był tam telefon, ale działał tylko na kartę kredytową. Drzwi były zamykane tylko od zewnątrz i tylko on miał klucz.
    Teraz przynajmniej mogłem pobyć sam. Czasami nawet przez wiele godzin. Oglądałem ciurkiem „Królika Bugsa”, a kiedy zaczynał mnie wkurzać, wyłączałem telewizor i nie robiłem nic poza gapieniem się w odrapaną szarą ścianę. Gapiłem się i gapiłem, czując, jak staję się coraz mniejszy.
    Wtedy pierwszy raz zauważyłem pająka. Złapałem go. Włożyłem do szklanki i patrzyłem, jak rozpaczliwie usiłuje się wydostać.
    Pan Hamburger chyba miał rację.
    Mimo wszystko musiałem to lubić.

6

    „Pustelniki brunatne trudno kontrolować, głównie ze względu na ich skryty tryb życia”. (Michael E Potter, entomolog, Brown Recluse Spider, Wydział Rolniczy Uniwersytetu Kentucky)

    Rita nie mogła zasnąć. Cóż za ironia losu: teraz, kiedy wreszcie miała na to czas, nie umiała odpoczywać. Co noc to samo. Obserwowanie poświaty księżyca wędrującej po ścianie. Widok zasłon falujących od powiewów zimnego wiatru, który przenikał przez szpary w nieszczelnych oknach. Nasłuchiwanie skrzypienia desek w starym drewnianym domu, równie srogo traktowanym przez zimę jak jej stare kości.
    Zanim słońce wyłoni się zza gór, zdąży ze trzydzieści razy pożałować, że nie przeniosła się na Florydę, tak jak wielu jej znajomych. Albo lepiej do Arizony. Tam jest jeszcze cieplej i nie tak wilgotno. Na pewno by jej się podobało.
    Ale dobrze wiedziała, że nigdzie nie wyjedzie. Urodziła się w tym domu, w czasach gdy do kobiety przychodziła akuszerka, ponieważ poród nie był uważany za coś, co wymaga wizyty lekarskiej. Razem z czterema siostrami i trzema braćmi hasała po tych wzgórzach, wspinała się po drzewach, deptała kwiaty w ukochanym ogródku mamy.
    Została na tym świecie sama jak palec. Pomarszczona staruszka, która według oczekiwań społeczeństwa powinna zniknąć za drzwiami domu opieki, tak jak kiedyś jej matka. Ale Rita była ulepiona z lepszej gliny. Ominęły ją cukrzyca, podwyższony cholesterol i rak mózgu, które zabrały tak wielu członków jej rodziny. Wciąż się trzymała. Była chudziutka jak patyczek, ważyła tyle co nic, lecz wciąż dawała radę co roku porąbać sąg drewna na zimę. Sama uprawiała ogródek, własnoręcznie okopywała fasolę, zamiatała ganek i trzepała dywany.
    Starała się przetrwać, czekając właściwie nie wiadomo na co – czekanie to chyba jedyna rzecz, która pozostaje człowiekowi w jej wieku.
    Dawno, dawno temu jej szkolna sympatia porwała ją do wielkiego miasta, do Atlanty. Donny marzył, że zwiedzi świat, ale zanim zestrzelił go jakiś hitlerowiec, zdążył zobaczyć tylko niebo nad Niemcami. Rita została wdową po niespełna dwóch latach małżeństwa. Nie tylko ją spotkał ten los. Mnóstwo innych urodziwych dziewcząt roniło łzy nad poranną kawą czy raczej – znacznie częściej – popołudniową brandy. Potem jednak wojna się skończyła i tabuny powracających młodych, przystojnych mężczyzn wciągnęły większość z nich w wir szalonego, radosnego seksu.
    Rita zastanawiała się, co dalej. Miała dwadzieścia lat. Była za młoda, żeby każdy wieczór spędzać w domu. Choć lubiła swoją pracę sekretarki, chyba zdążyła się zarazić od Donny'ego tęsknotą za podróżami. Już raz odcięła pępowinę. Czemu nie wyruszyć w świat i spróbować tego wszystkiego, co ma do zaoferowania? Znaleźć sobie młodego, zdrowego mężczyznę, przeżyć przygodę?
    Nie bardzo to wyszło. Pośpieszny seks na tylnym siedzeniu samochodu nie był tym, czego oczekiwała. Prawdę mówiąc, nie widziała w tym nic ekscytującego. Chciała być po prostu Ritą. Zamieszkała więc w małym domku, który kupiła za pieniądze z odprawy pośmiertnej po mężu. Zasiała ogródek, zbudowała ganek przed wejściem, a kiedy samotność stała się zbyt dokuczliwa, zrobiła coś, czego nikt by się po niej spodziewał: została matką zastępczą.
    Przygarniała dzieci przez niemal dwadzieścia lat, od wrzeszczących niemowlaków po chmurne dziesięciolatki. Znajdowała je w miejscowym barze szybkiej obsługi. Cały ich dobytek mieścił się w jednej reklamówce, którą można było wrzucić na siedzenie samochodu. Kupowała im lemoniadę, a potem zawoziła do domu i przedstawiała warunki.
    Wprowadziła jasne zasady. Wystarczyło się do nich stosować, a wszystko szło w miarę gładko. Nieposłuszeństwo było karane. Część dzieci łatwo to zaakceptowała, nad innymi trzeba było popracować.
    Niektóre budziły w niej lęk, choć ma nadzieję, że nie były tego świadome. Życie jest wystarczająco ciężkie, tylko ktoś bardzo naiwny może wierzyć, że jedna przybrana matka jest w stanie cokolwiek zmienić.
    Ofiarowała tym dzieciom dach nad głową, trzy posiłki dziennie, względne poczucie bezpieczeństwa i, miała nadzieję, solidne podstawy na przyszłość, kiedy już wyfruną w świat i rozpoczną samodzielne życie. Lubiła sobie wyobrażać, że w całej Atlancie mieszkają ludzie, którzy do dziś się uśmiechają na wspomnienie czasów, gdy mieszkali u kobiety, która prasowała nawet koronki i kazała im co wieczór odmawiać modlitwę. I choć wtedy tego nie znosili, teraz ją rozumieją. Może nawet w głębi duszy kochają, ale oczywiście nie wypada im się do tego przyznać.
    Wiara, że można zmienić życie człowieka, zostając jego przybranym rodzicem, to rzecz jasna romantyczne mrzonki. Z prawie trzydzieściorga dzieci, które przewinęły się przez jej dom, co najmniej pięcioro już nie żyje. Narkotyki, przemoc, samobójstwa, ryzykowne zachowanie. Czy warto było się starać?
    Donny zginął. Dzieci też. Potem kolejno odeszli ojciec, matka, bracia i siostry. Tak oto została tu sama, w domu swego dzieciństwa, zaledwie tydzień przed dziewięćdziesiątymi urodzinami, boleśnie świadoma powolnego upływu czasu i realnej obecności duchów.
    Wstała z łóżka. Niebo przybrało tylko nieco bledszy odcień szarości, ale można było uznać, że jest rano. Wsunęła stopy w niebieskie puchate kapcie, a na flanelową piżamę narzuciła gruby frotowy szlafrok. Spała w szlafmycy. Rzecz może niemodna, lecz bardzo pożyteczna, kiedy skórę na głowie ma się cieńszą niż papier, a krew w starym organizmie krąży tak wolno, że czasem można zmarznąć, stojąc przy kaloryferze.
    Powoli stąpając po schodach, zeszła na dół. W kuchni nastawiła wodę na herbatę, potem wyjęła z lodówki dwa jajka. Co rano jadała jajecznicę z tostem. Białko dawało jej siłę, a samo śniadanie przywodziło wspomnienia z lat młodości.
    Usłyszała za plecami skrzypienie podłogi; jej brat Joseph znowu był w nastroju do żartów. Zawsze miał skłonność do psot, lubił na przykład w ostatniej chwili usuwać jej krzesło spod siedzenia.
    – Daj spokój, Josephie – ofuknęła go, nie odwracając się. – Jestem już za stara na takie zabawy. Ostatnio o mało nie złamałam biodra!
    Kolejne skrzypnięcie. Na ścianie mignął cień. Pomyślała, że to Michael albo Jacob. Często tu wpadali, zapewne zwabieni swojską atmosferą kuchni swego dzieciństwa, równie ukochanej przez Ritę.
    Rzadziej widywała duchy rodziców, jeśli już, to głównie matki gotującej obiad lub pochylonej nad zlewem i nucącej coś pod nosem przy szorowaniu warzyw. Kiedyś ujrzała ojca: stał na środku salonu i palił fajkę. Niestety, gdy tylko weszła do środka, zniknął nieomal zawstydzony.
    Miejscowi ludzie mawiali, że przyczyną takiej aktywności duchów są bogate złoża złota i minerałów zalegające w okolicznych górach. Czytała, że pewien indiański szaman twierdził, iż złoto jest jedyną substancją na Ziemi, która wywołuje tak silne wibracje, pobudza i skupia energię. Wszędzie tam gdzie złoto i minerały występują w dużych ilościach, duchy będą się pojawiały.
    Pata przyjęła to wyjaśnienie zupełnie naturalnie. Jej dom miał prawie sto pięćdziesiąt lat i był schronieniem dla pięciu pokoleń. Jak miał nie być nawiedzony?
    A co do tego, czemu jej matka miałaby chcieć spędzić wieczność, stojąc przy garach… cóż, Rita doszła do wniosku, że pewnie wkrótce sama się przekona.
    Jajecznica była gotowa. Tost z pszennego pieczywa. Herbata Earl Grey. Postawiła wszystko na małym drewnianym stole. Sprawdziwszy jeszcze raz, czy Joseph na pewno nie zabrał jej krzesła, usiadła.
    Słońce roztoczyło swój blask nad pasmem cudownych gór Blue Ridge, oblewając wszystko bladoróżową poświatą. Wyjątkowo piękny poranek, pomyślała.
    To znaczyło, że pora zrobić, co trzeba. Wstała i poczłapała do kuchennych drzwi. Musiała ze trzy razy porządnie szarpnąć, żeby ustąpiły. Wystawiła głowę na zewnątrz i stanowczym głosem, z którym trzydzieścioro przybranych dzieci nauczyło się nigdy nie dyskutować, rzekła:
    – Chłopcze, możesz już wyjść.
    Cisza.
    – Wiem, że tam jesteś. Nie bój się. Jeśli chcesz porozmawiać, dobrze, ale najpierw kulturalnie się przywitaj. – Po tylu latach obcowania z duchami Rita była mocno zaskoczona, gdy pewnego dnia na tarasie za domem zmaterializował się żywy chłopiec z krwi i kości. Mógł mieć najwyżej osiem, dziewięć lat. Chudziutki, skulony z zimna na porannym mrozie, spuszczona rudoblond głowa, wyraźnie niepewna mina. Przychodził od dwóch tygodni, ale ilekroć ich oczy się spotkały, natychmiast czmychał. Tym razem przynajmniej został w miejscu.
    – Dzień dobry – wyszeptał.
    – Wielkie nieba, dziecko, zaraz mi tu zamarzniesz na śmierć. Wchodźże. Tylko zamknij drzwi, bo całe ciepło ucieknie.
    Zawahał się, ale wtedy zauważył stół ze śniadaniem i jakiś skurcz przebiegł mu po twarzy. Wszedł do środka, ostrożnie zamykając za sobą drzwi. Ten ruch uwidocznił jego sterczące łopatki.
    – Jak ci na imię?
    – Nie wol…
    – Jak ci na imię?
    – Wołają mnie Scott.
    – A więc, Scott, masz dziś prawdziwe szczęście. Jestem ciocia Rita i właśnie szłam sobie dosmażyć jajek.
    Nie protestował, tylko usiadł w ciepłej kuchni wypełnionej zapachem jajecznicy i świeżo opieczonego chleba.
    Rita podała mu śniadanie. Zjadł. Dorobiła jeszcze. W końcu, kiedy jego brzuch pod obszerną i wyblakłą koszulą w żółte paski nieco się zaokrąglił, chłopiec odsunął pusty talerz.
    – Ciociu Rito – odezwał się w końcu – co myślisz o pająkach?

7

    „Kiedy pająk wysnuwa przędzę, jest ona początkowo w formie płynnej, lecz szybko tężeje i tworzy nić nierzadko wytrzymalszą od stali”.
    (Christine Morley, Freaky Facts About Spiders, 2007)

    Agent specjalny Sal Martignetti czekał na Kimberly w samochodzie. Kiedy wyszła z posterunku, zamrugał światłami. Zerknęła na nieoznakowany samochód po drugiej stronie ulicy i wymownie spojrzała na zegarek. Była głodna, zmęczona i ogólnie w kiepskim nastroju.
    W końcu jednak się zdecydowała, głównie dlatego, że Sal wziął sobie do serca radę Maca i trzymał w ręku kubeczek puddingu waniliowego.
    Ogrzewanie w samochodzie było ustawione na maksimum. Miła odmiana po chłodzie poranka, który nawet w Atlancie potrafi być dokuczliwy. Kimberly wzięła od Sala sześciopak puddingu, butelkę wody i plastikową łyżeczkę. Po wewnętrznej walce zaproponowała mu jeden kubek, lecz on machnął ręką.
    – Nie, to wszystko dla ciebie. Chociaż tyle mogę zrobić.
    Czekając, słuchał radia (właśnie jakiś konserwatywny gospodarz talk show perorował, jak to ACLU* niszczy świat), ale gdy Kimberly się usadowiła, wyłączył je.
    * American Civil Liberties Union – Amerykańska Unia Swobód Obywatelskich (przyp. tłum.).
    – Długo czekasz? – zapytała, zanurzając łyżeczkę w pierwszym kubku. Znali się tylko przelotnie. Raz spotkali się przy grillu na jakimś przyjęciu policyjnym. FBI i GBI to duże instytucje, więc większość agentów to puste nazwiska bez twarzy. Sal nie był wyjątkiem.
    Szczupły brunet, żylasty i umięśniony; miał budowę faceta dorastającego w ciężkich warunkach, może nawet w tych samych okolicach, które teraz patrolował. Tego ranka był ubrany w ciemnoszary garnitur, bardziej przypominał mafiosa niż agenta stanowego.
    – Ze dwadzieścia minut – odparł, unosząc trzymaną w ręku zatłuszczoną papierową torebkę. – Przynajmniej zdążyłem zjeść śniadanie.
    – W środku byłoby ci wygodniej.
    – Jeszcze nie wiem, co o nich myśleć – skinął głową w kierunku posterunku Wydziału Policji Sandy Springs, chcąc być może w ten sposób przełamać pierwsze lody.
    Kimberly zjadła pudding i otwarła następny. Coś tu było nie tak. Najpierw dzwoni w środku nocy agent GBI i nalega, żeby przyjechała pogadać z jakąś aresztowaną prostytutką, a potem ten sam agent czeka na nią w samochodzie. Usiłowała to przeanalizować, ale do niczego nie doszła.
    – Sal – powiedziała w końcu – pudding jest pyszny, ale nie mam zamiaru oddawać kluczy do królestwa za deser, więc jeśli czegoś ode mnie chcesz, zacznij mówić. Za pół godziny muszę być w innym miejscu.
    Wybuchnął śmiechem. Oczy mu zabłysły, a rysy twarzy nieco złagodniały. Powinien częściej się śmiać. Kimberly zresztą też.
    – Dobra, już mówię: wiesz, że działam w ramach VICMO? Kimberly kiwnęła głową.
    – Jednym z głównych celów tego programu jest współpraca organów ścigania z całego stanu przy rozpracowywaniu trudniejszych przestępstw.
    – Sal, pracuję w FBI. Znam te wszystkie skróty. Co tydzień robią nam klasówkę.
    – Serio?
    – Nie.
    Znowu się roześmiał, błyskając czarnymi oczami.
    – Słuchaj, mam pewną teorię: uważam, że ktoś zabija prostytutki w mieście.
    Kimberly zmarszczyła brwi, zanurzyła łyżeczkę w puddingu.
    – Jak to „teorię”? Kobieta ginie albo nie. Statystyka rośnie albo nie.
    – Ale nie w tym wypadku. Dziwki, ćpunki, giganciary… kto by się fatygował na policję, żeby zgłosić zaginięcie? One po prostu znikają i nikt się nie interesuje ich losem.
    – Pamiętaj, że one nie lubią nigdzie zagrzać miejsca – zauważyła Kimberly. – Może przestały się pojawiać w okolicy, bo zwyczajnie wskoczyły do autobusu i wyjechały?
    – Zgoda, w końcu nie mówimy o grupie, która szczególnie chętnie wypełnia ankiety spisu powszechnego. Ale spytaj pierwszego lepszego gliniarza. Prawie każdy ostatnio zgarnął jakąś prostytutkę, która na dzień dobry spytała: „Nie wiecie, co się dzieje z taką a taką?”. Szukają koleżanek, współlokatorek. Nikt oczywiście nie ma pojęcia, o co im chodzi, i tyle. Masz rację, one się nie zgłaszają na policję, ale wszystkie po kolei zadają jedno i to samo pytanie: „Gdzie się podziały tamte dziewczyny?”.
    – Jak poetycko zabrzmiało.
    – Co wtorek występuję na amatorskiej scenie w klubie Wildcat…
    Kimberly spojrzała na niego.
    – A, rozumiem. Żartowałaś.
    – Chyba zjem jeszcze jeden – powiedziała i otwarła trzeci kubek puddingu. Nie dlatego, że była głodna, tylko musiała się czymś zająć. – Nie łapię tego – dodała po chwili. – Prostytutki twierdzą, że ich koleżanki gdzieś znikają. No to w takim razie gdzie się podziały? Fizycznie. Jeśli rzeczywiście ktoś je zabija, gdzie są ciała? Czy zaginionej pani X, widzianej ostatnio tu i tu, nie powinny odpowiadać niezidentyfikowane zwłoki Y, znalezione tam i tam?
    – Sprawdzałem. Ostatnio nie znaleziono żadnych kobiecych zwłok.
    – Zdaje się, że tym samym twoja teoria upada. Gdyby ktoś faktycznie je mordował, musiałby się jakoś pozbywać ciał. Na wysypisku, w bocznych uliczkach, przy drodze. Prędzej czy później coś by się pojawiło.
    Sal wzruszył ramionami.
    – A ilu ofiar Teda Bundy'ego ciągle nie odnaleziono? On na przykład preferował wąwozy, a powiedzmy sobie szczerze: tutaj ich nie brakuje. Podobnie jak kurzych ferm, mokradeł i hektarów gęstych lasów. Jeśli chcesz ukryć zwłoki, przyjedź do Georgii. Chyba że… – dodał po namyśle – facet działa poza granicami stanu. Zawsze jest i taka możliwość, ale to już ty wiesz najlepiej.
    Kimberly dosłyszała w tym nutkę sceptycyzmu. Bo jeżeli zabójca wabi swoje ofiary w Georgii, a morduje w Luizjanie, wtedy to faktycznie jest sprawa dla federalnych, a Sal twierdzi co innego. On uważa, że to j e g o sprawa, więc choćby tylko z tego powodu zabójca musi działać wyłącznie na terenie Georgii.
    Kimberly przyjrzała mu się uważnie. Zaczęła coś przeliczać w głowie i wynik, jaki uzyskała, nie przemawiał na jego korzyść.
    – Trevor mówił, że zatrzymali Delilę tuż po pierwszej w nocy, ale ty zadzwoniłeś do nas dopiero koło trzeciej. Nie masz mi nic do powiedzenia, agencie Martignetti?
    Sal nawet nie udawał skruszonego. Uśmiechnął się szeroko.
    – Uprzedzali, że jesteś bystra.
    – Potrafię też być agresywna. Niech mój brzuch cię nie zmyli. Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
    – No dobra. Najpierw próbowałem ją przesłuchać.
    – Hm.
    – Ale nie martw się, nie chciała współpracować. Od początku się uparła, że nie będzie gadać z nikim prócz ciebie.
    – Podobały ci się jej tatuaże, co?
    – Skąd ją znasz? – spytał z ciekawością. – Handel narkotykami? Trochę nie ta klasa jak na informatorkę FBI.
    – Nigdy nie wiadomo, skąd można uzyskać najcenniejsze informacje. – Zmrużyła oczy. – Skąd ta gorliwość, Sal? Aresztujecie informatorkę, budzicie w środku nocy agentkę federalną. Z tego co słyszę, nawet nie wiadomo, czy mamy do czynienia z przestępstwem, a ty dwoisz się i troisz, żeby przesłuchać jakąś dziwkę.
    Sal nie odpowiedział, wyjrzał za okno. Już się nie uśmiechał – mroczny wyraz jego twarzy pewnie przestraszył już niejednego informatora.
    – Dostałem list – wyjaśnił krótko. – Ponad rok temu. Żadnego adresu, podpisu, nic. Biała koperta wsunięta za wycieraczkę, a w środku trzy prawa jazdy wydane w Georgii.
    – Prawa jazdy? Prawdziwe czy podrobione?
    – Prawdziwe. Mam autentyczne dokumenty niejakiej Bonity Breen oraz Mary Back i Etty Mae Reynolds. Wszystkie trzy rasy białej, wiek około dwudziestu kilku lat, zamieszkałe na terenie Atlanty i okolic. Sprawdziłem to i zgadnij, czego się dowiedziałem?
    – Nasze zaginione prostytutki.
    – Konkretnie te pracujące na ulicy – sprecyzował. – Nie widziano ich od miesięcy. Nieoficjalnie mówi się, że Mary wyjechała do Teksasu, a Etta Rae uciekła z jakimś barmanem. Rozesłałem ich rysopisy, ale jak dotąd ani śladu. Uważam, że takie osoby należy uznać za zaginione, ale szefostwo ma chyba na ten temat inne zdanie.
    Kimberly nie mogła powstrzymać uśmiechu. Wiedziała co nieco o różnicach zdań między podwładnymi a zwierzchnikami. Wszędzie się to zdarza.
    – Trzy miesiące później – kontynuował Sal – ta sama sytuacja. Podchodzę do auta, a tam koperta i następne trzy prawa jazdy: Beth Hunnicutt, Nicole Evans i Cyndie Rodriguez. Tyle że tym razem miałem więcej szczęścia. Ktoś oficjalnie zgłosił zaginięcie Beth Hunnicutt: jej współlokatorka, niejaka Nicole Evans.
    – Zaraz, zaraz. Właścicielka drugiego prawa jazdy?
    – Owszem. Na zgłoszeniu było napisane, że właśnie ona ostatnia ją widziała. Hunnicutt wyszła z mieszkania, mówiąc, że ma jakąś „grubszą robotę”. Co więcej, Evans zeznała, że wyjazd na stałe nie wchodzi w rachubę, bo ona w życiu nie zostawiłaby swojej wieży i kolekcji płyt. Oczywiście kiedy sprawdziłem tę Evans, okazało się, że i jej od miesięcy nikt nie widział. Zniknęła też trzecia współlokatorka, Cyndie Rodriguez. Kolejne trzy dokumenty, kolejne zaginione dziewczyny.
    – Nie wygląda to dobrze.
    – Ty tak uważasz i ja tak uważam. Ale Brass…
    – Zaginęło sześć dziewczyn, a ty nie możesz wszcząć śledztwa? – spytała zaskoczona.
    – Brak dowodów przestępstwa. Poza tym oficjalnie zaginęła tylko jedna, bo tylko ją zgłoszono. Co do reszty: „nieznane miejsce pobytu”. Biurokraci twierdzą, że mamy ważniejsze rzeczy do roboty: rosnący problem z metamfetaminą, porachunki gangsterskie, nowe wymogi dotyczące bezpieczeństwa wewnętrznego, i tak dalej, i tak dalej.
    Kimberly westchnęła. Mogłaby stwierdzić, że w życiu nie słyszała takich bzdur, ale byłoby to kłamstwem. Biurokraci rządzą światem nawet w organach ścigania.
    – Wróćmy do tej koperty – powiedziała. – Komuś się chciało skontaktować z policją, i to dwukrotnie. Ciekawe.
    – Koperta nie była zaklejona i nie znaleźliśmy na niej odcisków palców, więc zagadnąłem o to znajomego psychiatrę, który nam czasem pomaga przy trudnych sprawach. Stwierdził, że to nic nadzwyczajnego, bo wielu morderców lubi być w centrum uwagi, tak jak gwiazdy show-biznesu, i to ich skłania do kontaktu z policją albo dziennikarzami. Zaciekawiło go, że w środku były prawa jazdy, bo ten seryjny morderca z Kansas też tak robił, tyle że przysyłał je do gazet. Może więc mamy do czynienia z klasycznym przypadkiem naśladowcy? Patrzcie, wszyscy o nim mówią – ja też chcę być sławny! Szkopuł w tym, że tacy ludzie na ogół łakną uznania. To kwestia pychy i arogancji. Lubią się przechwalać swymi dokonaniami i prowadzić cyniczną grę z przeciwnikiem. To oznacza, że za kopertami powinny były pójść jakieś dalsze listy, telefony, wiersze, cokolwiek. A to, jak się wyraził Jimmy, przypomina rozsyłanie zaproszeń na imprezę bez podania daty, godziny i adresu. Jego zdaniem dokumenty podrzucił ktoś trzeci.
    – Ktoś trzeci? – powtórzyła z niedowierzaniem Kimberly. – Niby kto, gosposia tego faceta?
    – Wyobraź sobie taką sytuację: żona robi porządek w szufladzie męża i między skarpetkami znajduje plik praw jazdy. To nie może znaczyć nic dobrego, bo niby jak wytłumaczyć obecność w rzeczach małżonka dokumentów trzech młodych kobiet? Z drugiej strony boi się go o to spytać wprost, więc wkłada dokumenty do koperty i dyskretnie przekazuje pierwszemu napotkanemu policjantowi. W ten sposób tłumi wyrzuty sumienia, a jednocześnie umywa ręce.
    – Dopóki nie natrafi na następne trzy prawa jazdy – dorzuciła Kimberly.
    – Może facet miał też bałagan w szufladzie z majtkami?
    Kimberly uniosła brew, próbując to przeanalizować. Tyle rzeczy nie pasowało w tej sprawie, że nie wiedziała, od czego zacząć. Znika sześć dziewcząt, z których tylko jedną formalnie uznano za zaginioną. Nie ma ciał ani żadnych śladów zbrodni, za to są dwie koperty zawierające coś, co można śmiało uznać za „trofea” seryjnego mordercy. Z tym że wcale nie musiały pochodzić od niego, lecz od osoby z jego otoczenia, która bała się iść prosto na policję, ale miała na tyle rozsądku, żeby dostarczyć dokumenty w sposób niepozostawiający absolutnie żadnych śladów.
    I pojawia się Delilah Rose, aresztowana młoda prostytutka, która twierdzi, że ma dowody świadczące o zaginięciu jej koleżanki po fachu i upiera się, aby porozmawiać o tym tylko z Kimberly.
    Ta dziewczyna nie dawała jej spokoju. Nie podobało się jej, w jaki sposób ją zaszufladkowała, wyłącznie na podstawie czegoś, co kiedyś tam zobaczyła w telewizji. Sprawa Eco-Killera to dawne dzieje. Choć media okrzyknęły Kimberly bohaterką, ona sama wiedziała, że nie zdążyła uratować wszystkich dziewcząt.
    – Wyciągnęłaś od niej coś ciekawego? – zapytał Sal. – Wymieniła któreś z tych nazwisk? Bo w zależności od tego co powiedziała, może moglibyśmy stworzyć wspólną grupę śledczą. Może szef w końcu dałby mi zielone światło, gdyby się dowiedział, że sprawą zainteresowali się federalni.
    – Przykro mi, ale chyba oboje mamy pecha. Historyjka, którą mi przedstawiła Delilah Rose, w ogóle nie trzyma się kupy. Dziewczyna plątała się, nie potrafiła nawet powiedzieć, jak się naprawdę nazywa.
    – Cholera, czyli Delilah to tylko pseudonim? A wzięli od niej chociaż odciski palców?
    – O, jestem pewna, że zadzwonią, jak tylko sprawdzą w bazie. Pewnie potrwa to z pięć, sześć tygodni.
    – No to co ci powiedziała? Siedziałaś tam godzinę. Domyślam się, że nie rozmawiałyście wyłącznie o pogodzie.
    Kimberly znów przyjrzała się Martignettiemu. Trzymała rękę w kieszeni, gdzie schowała szkolny sygnet Ginny Jones. Informacja jest przedmiotem gry. Z informatorami. Z kolegami po fachu. Nawet z małżonkami. Mimo tej całej gadki o współpracy Sal uważał, że to jego sprawa.
    – Nie wymieniła żadnego nazwiska z twojej listy – poinformowała go zgodnie z prawdą. – Nie mówiła też nic o tym, żeby zaginęła więcej niż jedna prostytutka. Ona po prostu boi się o los swojej przyjaciółki. Virginia „Ginny” Jones. Mówi ci to coś?
    Sal pokręcił głową, wyjął kartkę i zanotował nazwisko.
    – Nie. Pierwsze słyszę. Za to znalazłem nazwiska trzech kolejnych zaginionych kobiet, które nie pasują do podrzuconych dokumentów. Jeszcze nie wiem, co to oznacza. Może po prostu wyjechały z miasta, a może żona jeszcze nie porządkowała szuflady z koszulkami.
    – Od jak dawna nad tym pracujesz?
    – Od roku – odparł. – Trochę intensywniej, odkąd dostałem drugą kopertę.
    – Twój szef musi być zachwycony.
    – Facet powinien mieć jakieś hobby, nie?
    – Szukanie zaginionych prostytutek?
    – Szukanie zaginionych kobiet – sprostował ostro. – Czyichś córek, sióstr, matek. Wiesz, jak się muszą czuć ich bliscy, kiedy co wieczór kładą się spać, nie wiedząc nawet, czy one żyją? Nikt nie zasługuje na taki los.
    Kimberly nie miała nic do dodania. Dobrze się złożyło, bo akurat dostrzegła godzinę na zegarze. Otwarła drzwi, cały czas ściskając w kieszeni sygnet.
    – Muszę lecieć.
    – Hej, gdzie ostatnio widziano tę Jones?
    – W klubach Sandy Springs.
    – Możesz podać nazwy? Jak ona wygląda?
    – Mówiłam ci, że Delilah była mało konkretna.
    – Zadzwonisz do niej?
    – Teoretycznie to ona powinna zadzwonić do mnie. Dzięki za pudding, Sal. Cześć.

8

    „Pająki są wyłącznie mięsożerne”.
    (B. J. Kaston,
    How to Know the Spiders, wydanie III, 1978)

    Z Henriettą nie było najlepiej. Leżała na grzbiecie od prawie trzech dni, ale nie dostrzegał żadnych oznak postępu. Starał się jej nie dotykać, ponieważ wiedział, że nawet najdelikatniejsze badanie może się w takich okolicznościach fatalnie skończyć.
    Była już stara, miała prawie piętnaście lat. To pogarszało sytuację. Widząc pierwsze symptomy wylinki, przezornie przeniósł ją na „OIOM”, gdzie mogła w spokoju odpoczywać w ciemnym wilgotnym środowisku. Za pomocą cienkiego pędzelka musnął jej odnóża gliceryną, ze szczególnym uwzględnieniem trzeciego i czwartego kompletu stawów. Teoretycznie powinno to pomóc zmiękczyć pierścienie pancerza i ułatwić Henrietcie wydostanie się z niego.
    Niestety nie pomogło. Stał teraz przed terrarium, patrzył na nią i zastanawiał się nad podjęciem bardziej drastycznych kroków. Być może nadeszła pora, żeby poświęcić jedną nogę.
    Wylinka to bardzo niebezpieczny okres w życiu ptasznika. Żeby pająk mógł rosnąć, raz w roku musi zrzucić stary, za ciasny pancerz. Wydostaje się z niego już uzbrojony w nową, większą osłonę. Między wylinkami pod zewnętrznym szkieletem cały czas tworzy się nowy. Mniej więcej co dwanaście miesięcy, przygotowując się do właściwej transformacji, organizm pająka wydziela specjalny płyn. Enzymy zaczynają rozpuszczać jedną warstwę starego pancerza, gdy tymczasem narosłe na nowym włoski zaczynają go wypychać.
    U ptasznika miejsce po wyczesanych włoskach na odwłoku zmienia kolor z brązowego na czarny, co jest sygnałem rozpoczęcia tego właśnie etapu. Niedługo potem pająk przewraca się na grzbiet i następuje właściwe linienie. Może ono trwać od dwudziestu minut do trzech dni.
    Chyba że w międzyczasie pająk zdechnie.
    Już zdążył zauważyć niepokojące objawy. Osłabiona wiekiem Henrietta nie miała siły uwolnić odnóży. W miarę upływu czasu jej nowy pancerz coraz bardziej twardniał, uniemożliwiając pozbycie się starego.
    Będzie musiał szybko coś zrobić, bo inaczej Henrietta umrze uwięziona w pułapce, którą sama stworzyła.
    Mógłby jej amputować parę nóg. Wystarczy chwycić za udo, szybko przekręcić i gotowe. Brzmi to nieprzyjemnie, ale utrata odnóża nie jest dla pająka wielką tragedią.
    Inne wyjście to operacja.
    Nigdy tego nie robił, ale naczytał się sporo na różnych forach internetowych prowadzonych przez hodowców pająków. Niewiele wiadomo o opiece nad chorym ptasznikiem. W końcu mało kto przeprowadza sekcje zwłok zdechłych pająków czy bada przyczynę zgonu. Prawdziwy miłośnik urządza swemu pupilowi pogrzeb bądź umieszcza go w gablotce. Ale większość hodowców po prostu wyrzuca zwłoki.
    Przez wiele lat zdołano jednak ustalić pewne podstawowe zasady. Do stworzenia miniOIOM-u użył kubka po jogurcie, który dokładnie przepłukał wybielaczem i wyściełał papierowym ręcznikiem wysterylizowanym wcześniej w piekarniku, a następnie nasączonym wystudzoną przegotowaną wodą. Zaczekał, aż wszystko razem osiągnie temperaturę pokojową i dopiero wtedy ułożył Henriettę na ręczniku i przykrył kubek wieczkiem, w którym zrobił trzy dziurki.
    Nie znosił plastikowych pojemników, lubił obserwować swoje zwierzątka, ale ptaszniki, jak większość pająków, z natury są nieśmiałe. Wolą siedzieć w ciemności, zwłaszcza kiedy cierpią.
    On też robił to wszystko w ciemnej łazience na piętrze, zasunąwszy grube zasłony. W zastałym powietrzu unosił się zapach świeżej ziemi i słaba woń gnicia. Lampka nocna dawała przygaszone światło, w sam raz, żeby widział Henriettę, nie stresując jej dodatkowo.
    Zupełnie przestała się ruszać. Już nie próbowała uwolnić nogi. Zdechła?
    Nie, chyba jeszcze nie. Ten moment jednak się zbliżał, a on nie mógł znieść nawet myśli, że ją straci. Była pierwszym pająkiem, którym się opiekował, i choć przez lata nazbierał dużo więcej okazów – rzadsze gatunki, egzotyczniej ubarwione – zawsze pozostanie tą wyjątkową. W końcu kiedyś, bardzo dawno temu, dała mu wolność.
    Nie ma co, trzeba operować.
    Zaczął od zgromadzenia potrzebnych narzędzi. Jako stół operacyjny posłuży kawałek sztywnej tektury. Do tego peseta, lupa, zakraplacz, patyczki do uszu. Zszedł na dół, żeby wygotować pęsetę i zwilżyć następną porcję wyjałowionych ręczników.
    Chłopiec siedział na kanapie. Nie spojrzał na wchodzącego mężczyznę, tylko twardo gapił się w telewizor. Mądry chłopak.
    W czasie gdy pęseta stygła, mężczyzna oderwał jedną stronę pudełka po płatkach i wyściełał je zwilżonym ręcznikiem. Potem w filiżance przegotowanej wody rozpuścił dwie krople mydła w płynie i wystudził do temperatury pokojowej.
    Wrócił na górę, ponownie mijając salon. Tym razem na dźwięk kroków chłopiec lekko się wzdrygnął.
    Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem.
    Teraz trzeba było jakoś wydobyć Henriettę z OIOM-u, uważając, by nie zrobić jej krzywdy. Kiedy już udało mu się ją położyć na „stole operacyjnym”, przysunął całość w stronę lampki i wziął do ręki lupę.
    Po bliższych oględzinach stwierdził, że Henrietta na dobre utknęła w starym pancerzu, który ledwie pękł i nie wystaje z niego ani jedno odnóże. Jęknął. Było znacznie gorzej, niż myślał.
    Opanował się i zabrał do pracy. Patyczkiem nasączonym w mydlinach delikatnie dotknął pancerza, uważając, by ani jedna kropla nie dostała się do płucotchawek i nie utopiła Henrietty.
    Czekając pół godziny, aż roztwór zmiękczy oskórek, postanowił posunąć się o krok dalej i całkowicie usunąć część mostkową starego pancerza. Płytki łączy cienka błona i można je bez trudu oderwać, używając wyjałowionej pęsety.
    Poszło łatwiej, niż się spodziewał i wkrótce udało mu się zdjąć większość płytek.
    Odnóża Henrietty wciąż jednak były uwięzione. Nowe kończyny, długie i delikatne, blokowały stwardniałe pierścienie starego pancerza. Jeśli nie będzie ich mogła użyć do wypchnięcia wylinki, daleko nie zajedzie.
    Jeszcze raz wyjął lupę i zastanowił się, co można z tym zrobić.
    Z dołu dobiegł odgłos otwieranych drzwi. Czyjeś przytłumione głosy. Ewidentnie jakaś dyskusja. Przeszkadzać czy nie przeszkadzać. Pomieszczenia na piętrze były jego sanktuarium, do którego wstęp mieli tylko specjalnie goście. Żaden z nich nie lubił tu wchodzić, chyba że musiał.
    W końcu jednak usłyszał skrzypienie starych schodów i zbliżające się do jego pokoju kroki.
    Drzwi się otwarły, zalewając pomieszczenie niespodziewanym światłem.
    – Zamykaj! – warknął.
    Drzwi się zamknęły.
    – Stój tam i nie odzywaj się ani słowem.
    Gość stanął i milczał.
    Tak lepiej.
    Będzie musiał zniszczyć twarde pierścienie blokujące stawy. Gdyby mu się udało je rozkruszyć, nie naruszając miękkiego ciała pod spodem, Henrietta miałaby jeszcze szansę. Osiem odnóży, cztery stawy w każdym.
    Rozpoczął żmudną pracę, cały czas czując obecność przybysza za plecami – młodej dziewczyny, która będzie tak stała bez ruchu, dopóki on znów się nie odezwie.
    Pięć minut przeszło w dziesięć, trzydzieści, czterdzieści pięć. Godzinę. Pracowicie odłamywał stwardniały pancerzyk z każdej nogi, powoli, ostrożnie, segment po segmencie.
    Gdy w końcu podniósł głowę, ze zdziwieniem zauważył, że koszula przylepiła mu się do spoconego ciała, a on sam ciężko oddycha, jakby godzinami wędrował po górach, a nie siedział pochylony nad stołem w kręgu bladego światła.
    Uwolnił wszystkie osiem odnóży; kilka było nienaturalnie wykręconych. Najpewniej się uszkodziły. Nagle jedno się poruszyło, za chwilę drugie. Henrietta wciąż żyła i z całych sił starała się uwolnić.
    – Ależ jesteś piękna – zamruczał do swej pupilki. – Moja ty dzielna.
    – Co z nią? – dobiegł go głos zza pleców. Nie odwrócił się. Odłożył pęsetę i odparł:
    – Nie wiem. Po tak ciężkiej wylince pewnie ma problemy z przewodem pokarmowym. Możliwe, że nie przeżyje do rana.
    – Ojej.
    – Ale to przynajmniej daje jej jakąś szansę. – Ze smutną satysfakcją wyłączył lampkę i pozwolił Henrietcie prowadzić własną wojnę w warunkach, które jej najbardziej odpowiadały: samotnie i w ciemnościach.
    W końcu się odwrócił i spojrzał na dziewczynę. Stała z dumnie uniesionym podbródkiem, ukazując w całej krasie tatuaż na szyi, ale oboje wiedzieli, że to tylko poza.
    – Masz? – zapytał bez wstępów.
    Wyjęła wizytówkę.
    Porwał ją, odwrócił i odczytał zapisany numer telefonu. Po raz pierwszy tego ranka mężczyzna się uśmiechnął.
    – Opowiedz mi wszystko ze szczegółami.
    I dziewczyna, dobrze już wyszkolona, opowiedziała.

9

    „Dla laika najbardziej widoczną cechą wyróżniającą pustelnika brunatnego jest plamka na grzbiecie, która ma kształt skrzypiec z gryfem skierowanym w stronę odwłoka”. (Michael F. Potter, entomolog, Brown Recluse Spider, Wydział Rolniczy Uniwersytetu Kentucky)

    Trzy dni później zadzwonił telefon. Ekipa nareszcie zakończyła prace na miejscu katastrofy, więc Kimberly, aby to uczcić, umówiła się z mężem, że zjedzą razem kolację. Mac przyniósł do domu szynkę pieczoną z miodem, do tego sałatkę coleslaw i ciastka.
    On jadł szynkę, ona ciastka.
    – No więc kiedy dokładnie wyczyściłam ten sygnet – relacjonowała podniecona – nie uwierzysz, ile szczegółów się pokazało. Wokół kamienia wygrawerowano nazwę szkoły: Alpharetta High School. Z boku po prawej jest słowo „Raiders” – to nazwa drużyny – a obok symbol piłki, numer osiemdziesiąt sześć i litery QB.
    – Coś ty – odparł Mac, dolewając sobie piwa. – Czyli nie dość, że wiesz, do której szkoły chodzi ten chłopak, to jeszcze się dowiedziałaś, że jest rozgrywającym i nosi koszulkę z numerem osiemdziesiąt sześć.
    – Mało tego. Z drugiej strony widnieje imię „Tommy” i „Klasa 2006”
    – Ja na moim czegoś takiego nie miałem.
    – Ty masz szkolny sygnet?
    – Pewnie.
    – Nie widziałam, żebyś go nosił.
    – Gdyby wyglądał tak fajnie jak ten, może ty byś go nosiła?
    Kimberly przewróciła oczami, stwierdziła, że czwarte ciastko raczej nie posłuży zdrowiu jej ani dziecka, i zabrała się za sałatkę.
    – Znam więc jego imię, nazwę szkoły i rocznik. Myślę, że jak będę kiedyś w okolicy, wpadnę do tego liceum, pogadam z pedagogiem i – bingo! – zagadka się rozwiąże. Ale wtedy wpada mi do głowy lepszy pomysł.
    – Oczywiście.
    – Siadam do komputera, żeby zobaczyć, czego mogę się dowiedzieć o Alpharetta High School w Internecie.
    – No i czego się dowiedziałaś, kochanie?
    – Uważaj, ten sarkazm może cię kosztować dodatkowe dyżury wstawania w nocy.
    – Zrozumiałem.
    Posłała mu wymowne spojrzenie. Mac wzruszył ramionami.
    – Ale mnie to naprawdę interesuje. Cały dzień spędziłem w furgonetce, wysłuchując dyskusji dwóch dealerów o tym, jak to Keanu Reeves jest najbardziej niedocenionym aktorem naszych czasów.
    – Chodziło im o rolę w Niebezpiecznej szybkości?
    –  Raczej o to, że odmówił zagrania w drugiej części.
    – Święta prawda.
    – No dobra. Mów dalej, co z tym sygnetem.
    Udobruchana Kimberly kontynuowała.
    – Alpharetta High School to ogromna szkoła.
    – Alpharetta w ogóle jest ogromna. – Kiedyś rozglądali się tam za domem. To prężnie się rozwijające miasto, położone niedaleko na południe od nich, zamieszkane w większości przez zamożną klasę średnią. I ten gwałtowny rozwój stał się w końcu czynnikiem odstraszającym. Liczba mieszkańców od 1980 roku wzrosła z trzech do pięćdziesięciu tysięcy – miasto zaczęło dosłownie pękać w szwach ze wszystkimi tego konsekwencjami, jak rosnące obciążenia budżetowe czy tłok na drogach.
    – Prawie dwa tysiące uczniów – oznajmiła Kimberly.
    – To mnie trochę przeraziło. W takim molochu trudno odszukać jedną osobę. Ale wtedy mnie oświeciło: dział sportowy. Nie uwierzysz, co tam znalazłam.
    – Delilę Rose? – strzelił Mac.
    – Nie. Tommy'ego Marka Evansa. Rozgrywający szkolnej reprezentacji, klasa maturalna dwa tysiące sześć. Było tam jego zdjęcie, statystyki meczów, wszystko. Oprócz tego znalazłam zdjęcia i dane wszystkich cheerleaderek, zawodników szkolnych drużyn, członków kółka teatralnego, szachowego – co tylko chcesz. Mówię ci, już nie trzeba śledzić MySpace i YouTube. Każda instytucja publiczna ma swoją stronę internetową, która jest darmowym źródłem danych osobowych młodych Amerykanów. Spójrz, nawet nie musiałam się ruszać zza biurka – dysponując tylko szkolnym sygnetem, dzięki Internetowi dotarłam niemal pod drzwi Tommy'ego.
    – Nie pozwolę naszemu synowi trzymać komputera w pokoju – stwierdził Mac. – Internet jest jak wielka brama, a ja wolałbym mieć oko na to, co lub kto się przez nią przedostaje do naszego domu.
    – Nasza córka pewnie nigdy w życiu nie użyje komputera – odparowała Kimberly. – Zanim zdąży się nauczyć pisać na klawiaturze, wszyscy będą mieli Internet w komórce, a tego już nie będziemy w stanie kontrolować.
    – Nie musi mieć własnego telefonu.
    – Ach, więc zamierzasz być surowym tatusiem, który każe jej wracać o określonej godzinie, a w szafie trzyma strzelbę, tak?
    – Oczywiście. Ale też kupiłbym jej kucyka. Yyy… To znaczy, kupiłbym m u kij bejsbolowy.
    Kimberly dosłyszała pomyłkę i wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
    – Mam cię, marzy ci się córeczka…
    – Obojętnie co, byle było zdrowe i wesołe…
    – Chciałbyś kupować śliczne różowe sukieneczki…
    – Co ja poradzę, że te ubranka dla dziewczynek są takie słodkie?
    Kimberly wybuchnęła śmiechem, bo wyobraziła sobie swego wysokiego, potężnego męża, jak krąży wśród miniaturowych wieszaczków. Chyba jednak podobają mu się małe różowe sukienki. I chyba rzeczywiście kupiłby dziecku kucyka. Oraz rewolwer wraz z kursem bezpiecznego obchodzenia się z bronią.
    – Skoro już skończyłaś się ze mnie nabijać – wstał i z niby-urażoną miną zaczął zbierać papierowe talerze ze stołu – powiedz mi, co zamierzasz z tym zrobić?
    – Chodzi ci o to, że sprawdzam tropy w śledztwie, którego nie ma?
    – No właśnie.
    Nie umiała odpowiedzieć.
    – Co myślisz o Salu? – spytała.
    – W porządku gość. Ma opinię takiego, co jak się uprze, to nie odpuści.
    – Czy to typ renegata? Niezależny, samodzielny, wchodzi w konflikty z przełożonymi?
    – Teraz mówisz o sobie, kochanie.
    – Fakt – kiwnęła głową Kimberly.
    Zadzwonił telefon.
    Mac spojrzał na żonę.
    – To twój.
    Kimberly z westchnieniem podniosła się z krzesła.
    – Wiedziałam, że nie powinniśmy gadać o pracy. Wywołaliśmy wilka z lasu.
    Kolejny dzwonek.
    Po posiłku czuła się pełna. Szukając komórki w przepastnej torbie, gładziła się po brzuchu, prosząc maleństwo, żeby przestało tak niemiłosiernie kopać w te ciastka.
    Trzeci dzwonek.
    W końcu znalazła komórkę i spojrzała na wyświetlacz: to był jeden z numerów alarmowych biura FBI w Atlancie, co wydało jej się bardzo dziwne. Dostawała telefony od szefa, innych agentów, ale nigdy z biura oficera dyżurnego. Wzruszyła ramionami i otwarła klapkę.
    – Agentka specjalna Quincy. A wtedy…
    Odległe i ciche, niczym szept w ciemności:
    – Pomocy…
    – Przepraszam, kto mówi?
    – Niech mi pani pomoże…
    Kimberly zamachała do Maca, żeby wyjął kartkę i długopis.
    – Dodzwoniłeś się do agenta federalnego. Podaj mi swoje nazwisko, a postaram się pomóc.
    – Nie pamiętam… On mi je odebrał… Może… gdybym tylko znów je odnalazł…
    – Kto odebrał? Co? Mów, ja słucham.
    Mac z długopisem i kartką w ręku stanął obok i spojrzał na nią pytająco.
    Szept w słuchawce:
    – Niedługo się pani dowie…
    Przerwano połączenie. Kimberly próbowała oddzwonić, lecz numer był zablokowany.
    Kompletnie zdumiona odłożyła komórkę. Mac wciąż stał obok, czekając na zanotowanie danych, których rozmówca w końcu nie podał.
    – Delilah Rose? – spytał.
    – Nie. To był raczej głos chłopca.
    Telefon zadzwonił znowu tuż po drugiej w nocy. Kimberly miała kłopoty z zaśnięciem, jak gdyby to przeczuwała. Poczuła, jak leżący obok Mac napręża ciało na dźwięk pierwszego dzwonka. Wiedziała, że też nie śpi.
    Usiadła i zapaliła lampkę. Na szafce przy łóżku leżała komórka oraz przygotowany notes, długopis i dyktafon. I znów na wyświetlaczu pojawił się numer alarmowy. Tym razem Kimberly była mądrzejsza.
    Skinęła na Maca, uruchomiła dyktafon i włączyła w telefonie zewnętrzny głośnik, żeby oboje słyszeli.
    – Agentka specjalna Quincy.
    Z początku w słuchawce była cisza. Żadnego głosu ani trzasku. Potem gdzieś z daleka, jakby w tle, odezwał się ten sam szept.
    – Ciii…
    Kimberly spojrzała na Maca. Położyła telefon między nimi i przybliżywszy ucho, nagle to usłyszała.
    Jęki. Dyszenie. Odgłos dwóch ciał uderzających o siebie. Stłumiony okrzyk bólu.
    –  Lubisz, kiedy tak robię? Dobrze ci? Odpowiadaj! Ciche, płaczliwe błaganie.
    –  Tak myślałem.
    Kimberly musiała zakryć dłonią usta, żeby nie krzyknąć. Mac zamarł. On też to słyszał i dobrze wiedział, co to znaczy. Byli świadkami gwałtu. Kimberly nasłuchała się takich taśm. To część pracy, którą ojciec przynosił do domu, zanim się zorientował, że córki wkradają się do jego gabinetu i przesłuchują je.
    Czy to było nagrane czy działo się na żywo? Nie miała pojęcia, ale wyobraźnia zadziałała i nagle zrobiło się jej niedobrze.
    Znów odezwał się szept, tym razem bliżej słuchawki.
    – Ciii…
    Teraz rozległ się rytmiczny, metaliczny łomot. To kajdanki uderzające o ramę łóżka, jakby ktoś usiłował się z nich uwolnić. Potem charakterystyczny głuchy zgrzyt ostrza przesuwającego się wolno po osełce.
    Nagle do Kimberly dotarło, że cokolwiek się dzieje po tamtej stronie, zmierza ku czemuś o wiele gorszemu.
    Pośpiesznie nagryzmoliła na kartce: „NAMIERZCIE GO!!!”.
    Mac odrzucił kołdrę, wyskoczył z łóżka i chwycił za telefon stacjonarny.
    –  Wiesz, czego od ciebie chcę.
    – Mmm, mmm, mmm.
    – Tylko jedno imię. Czy to takie trudne? Ktoś, kogo kochasz, komu ufasz, kogo możesz nazwać przyjaciółką. Niczego więcej od ciebie nie żądam. Obiecuję ci za to, że twoja śmierć będzie szybka.
    –  Tu agent specjalny Michael McCormack, proszę mnie połączyć z agentką Lynn Stoudt. Pilnie potrzebna pomoc…
    Krótkie szarpnięcie, jakby ktoś zrywał z ust taśmę.
    Wrzask. Potworne, przeraźliwe wycie, które trwało i trwało, aż Kimberly wepchnęła sobie w usta pięść, a i tak czuła, jak wibruje w całym jej ciele.
    Szept, jeszcze bliżej słuchawki:
    – Ciii…
    –  Gadaj!
    – Błagam…
    Świst ostrza. Kolejny ochrypły krzyk.
    –  Mogę cię żywcem obedrzeć ze skóry. Chcesz popatrzeć?
    – O Boże, Boże, Boże…
    –  Skarbie, mamusia ci nie mówiła? Bóg nie istnieje. Jestem tylko ja, twój zbawiciel i twoje przekleństwo, więc lepiej zrób, co mówię, bo ci oberżnę te twoje chude, blade policzki!
    – Ale ja nie wiem… AUAAAAA!
    – TYLKO JEDNO IMIĘ!
    – Nie, błagam. Jezus Maria. Nie!
    Kobieta wpadła w histeryczny lament. Mężczyzna też na nią krzyczał, z uporem żądając, by podała mu imię, a wszystkiemu cały czas towarzyszyły obrzydliwe wilgotne odgłosy i głośne łomotanie.
    Kimberly czuła, że zaczyna się wyłączać, znikać wewnątrz własnego ciała, odpływać daleko od tego miejsca i tej chwili, w której zniewolona kobieta błaga o życie, a jakiś szaleniec wymachuje nożem.
    Głos przy uchu:
    – Ciii…
    Mac na drugim końcu pokoju:
    – Lynn? Muszę szybko namierzyć gościa na telefonie. Dzwoni na komórkę mojej żony. Numer…
    –  No i jak, podobało ci się? Odpowiadaj, kurwa! Będzie jeszcze gorzej. Nie przestanę, dopóki nie usłyszę, jak wypowiadasz imię…
    – Boże, Boże, Boże.
    – Mówiłem ci, Boga NIE MA!
    – AAA!
    – GADAJ! -K… K… Karen.
    – A dalej? Jak się nazywa? Skąd ją znasz?
    – Nie wiem, nie wiem, nie wiem.
    Krótki przeraźliwy krzyk. Oprawca musiał zrobić coś strasznego.
    –  Kłamiesz, dziwko! Gdyby to był ktoś ważny, znałabyś nazwisko.
    – Błagam, błagam…
    – Daję ci ostatnią szansę. Jeżeli nie odpowiesz, przysięgam, że następne cięcie będzie w miejscu, które bardzo sobie cenisz. Liczę do trzech: raz… dwa…
    – Virginia! – wydusiła z siebie kobieta. – Nazywa się Virginia. Ginny Jones.
    – A dlaczego ją kochasz?!
    – To moja córka.
    Cisza.
    –  Doskonale – powiedział mężczyzna.
    To co usłyszeli potem, nie pozostawiało żadnych wątpliwości.
    Mac nią potrząsał. Czyżby zemdlała? Wolała myśleć, że nie. Nigdy wcześniej jej się to nie zdarzyło. Zdezorientowana spojrzała na łóżko. Telefon wciąż tam leżał, wyświetlacz zgasł. Czy to był tylko zły sen?
    Wtedy podniosła wzrok i zobaczyła ponurą twarz Maca i udrękę w jego oczach.
    – Rozłączył się – powiedział cicho. – Już po wszystkim.
    Ale Kimberly potrząsnęła głową.
    – Nie, Mac. To dopiero początek.

10

    „Większość gatunków nie jest wybredna, jeśli chodzi o pokarm. Zadowolą się wszystkim, co im stanie na drodze”.
    (B. J. Kaston, How to Know the Spiders, Wydanie III)

    W związku z wizytą porannego gościa Rita przygotowywała się do wyjścia na zakupy. To był powolny proces. Najpierw wgramoliła się do swojej starej wanny na lwich łapach, puściła cienki strumyk letniej wody (nie można sobie pozwalać na marnotrawstwo) i za pomocą mocno zużytej kostki mydła wyszorowała całe ciało.
    Kiedyś miała w mieście zaprzyjaźnioną fryzjerkę, do której chadzała się czesać. Z czasem stało się to zbyt kosztowne, zwłaszcza dojazdy. Zapuściła więc włosy, które tworzyły teraz długi biały welon, okrywający jej ramiona niczym delikatna koronka.
    Założyła kalesony, flanelową piżamę i czarne spodnie po matce, mocno ściągając je w pasie. Czerwona kraciasta koszula ojca sięgała jej prawie do kolan, ale była ciepła i w dobrym stanie. Po tylu latach wciąż pachniała tytoniem z fajki.
    Włożyła też jego skarpetki, te wełniane, w których stopom jest przyjemnie i ciepło, nawet gdy na dworze panuje trzydziestostopniowy mróz, a wiatr zrywa czapki z głów.
    Na wierzch narzuciła ciężki płaszcz, czapkę, szalik i rękawice po bracie. Idąc do kuchni po pieniądze schowane w słoiku, o mało się nie przewróciła pod ciężarem tego wszystkiego. Przeliczyła cenną zawartość. Ubezpieczalnia płaciła jej co miesiąc sto czternaście dolarów i pięćdziesiąt dwa centy. W lecie dało się wytrzymać, miała własne warzywa z ogródka i zbierała przy drodze jeżyny. Zimą było jednak ciężko. Kupowała pieczywo z poprzedniego dnia, przeterminowane mięso i nadgniłe warzywa. Uważała, że jeśli coś się dostatecznie długo pogotuje, można to jeść bez obaw.
    Naliczyła jedenaście dolarów i czterdzieści pięć centów. Powinno starczyć.
    Pokręciła się jeszcze trochę po domu i w końcu podeszła do drzwi.
    – Aha, Josephie – powiedziała przed wyjściem – nie wykorzystuj mojej nieobecności do głupich żartów. Dokładnie wiem, gdzie leżą moje szczotki do włosów i srebra. Chcesz kłopotów, idź psocić do sąsiadów. Pani Bradford i tak zawsze była zimna jak głaz.
    Zachichotała, otworzyła drzwi i trzymając się mocno drewnianej poręczy, powoli zeszła po schodkach.
    Ona i jej bracia nigdy nie lubili pani Bradford. Kiedyś na nich naskarżyła, przyłapawszy ich na zjadaniu jabłek z jej drzewa. Cóż, jeżeli nie chciała, żeby dzieci jadły jej jabłka, czemu sama ich nie pozbierała? Kto to słyszał, żeby sąsiad sąsiadowi żałował paru jabłek?
    Zmarła przed dziesięcioma laty. Może Joseph ją odszuka, zadzwoni i zrobi to, co tam duchy robią, kiedy się nudzą na tamtym świecie.
    Jednostajnym, kołyszącym się krokiem ruszyła w stronę miasta.
    Mieszkała przy bocznej uliczce, niezbyt daleko od centrum. Kiedyś w tej okolicy były same duże parcele, na których stały małe, lecz wytworne letnie rezydencje. To pradziadek
    Rity zbudował należący do rodziny staroświecki wiktoriański dom – potrzebował wytchnienia od upałów panujących w Atlancie. Czasy się zmieniły. Działki sprzedano, a potem podzielono. Stare zabudowania po kolei znikały. Teraz Ritę otaczała mieszanina prefabrykowanych willi w stylu kolonialnym, domów na kółkach i tanich bungalowów.
    Przypuszczała, że zamieszkują je młodzi ludzie, którzy obsługują gości w restauracjach i hotelach w sezonie letnim i jesiennym, kiedy liczba turystów dziesięciokrotnie przewyższa liczbę mieszkańców i nawet kupno chleba staje się problemem.
    Ale nie była pewna. Rzadko wychodziła z domu i nie spotykała się z sąsiadami. Zbytnio zajmowali ją umarli.
    A jednak podejrzewała, że wie, skąd się wziął ten chłopiec. Ich dom stał przy tej samej ulicy, lecz nieco wyżej, na wzgórzu. Jeden z ostatnich przykładów niegdysiejszej wspaniałej zabudowy obecnie prezentował się kiepsko: łuszcząca się fasada, wypaczone okna, wykrzywiony ganek. Czasami widziała, jak w środku nocy świeci się tam światło. O tej porze wszyscy przyzwoici ludzie powinni spać (a nie leżeć w łóżku z otwartymi oczami, jak ona). Dziwne mieli zwyczaje jego mieszkańcy.
    Ten dom pasował do jej wyobrażenia osoby, która może trzymać pod swym dachem wygłodzonego chłopca zabijającego czas łapaniem pająków.
    Wreszcie dotarła na miejsce. Przecisnęła się między oblepionymi śniegiem samochodami, minęła dystrybutory stacji benzynowej i weszła do niedużego sklepu, gdzie zawsze zalatywało paliwem i papierosami.
    Najpierw przeszła się między półkami, sporządzając w głowie listę. Chleb, jajka, mleko. Spojrzała łakomie na bekon, tak dawno go nie jadła. Niestety, cena wykluczyła zakup. Chłopcy lubią płatki. Boże, ileż pudełek szło, kiedy miała w domu chłopaków. Nie tych słodzonych, były za drogie. Tych zwykłych, najtańszych.
    Przeczytała etykietę. Nie miała pojęcia, że dmuchana pszenica może aż tyle kosztować. Cóż, w jej czasach…
    W końcu pozostała przy pierwotnym planie. Te trzy rzeczy będą musiały wystarczyć.
    Kasę obsługiwał Mel. Widywała go prawie zawsze, kiedy tu przychodziła, czyli co dwa tygodnie. Ukłonił się i uśmiechnął na widok jej dziwacznego stroju.
    – Zimno dzisiaj, co? – zagadnął.
    – Kiedy się ruszam, to nie.
    – Widzę, że szykuje pani śniadanko.
    – Uhm.
    – Zapowiada się nieźle. Przydałyby się jeszcze kiełbaski. Akurat mamy promocję, dwie paczki w cenie jednej.
    Zastanowiła się. Chłopak potrzebuje białka, a poza tym wyobraziła sobie ten zapach podsmażanych plasterków na starej, żeliwnej patelni matki…
    Westchnęła, przeliczyła pieniądze.
    – Nie, Mel, dziękuję.
    – Rozumiem.
    Zapakował jej zakupy i nagle się zafrasował.
    – Nie wiem, czy ta torba to dobry pomysł. Zwłaszcza jeśli zamierza pani wracać pieszo.
    – A jakże.
    – Mógłbym panią podwieźć.
    – Nie trzeba. Dzięki Bogu, nogi mam jeszcze zdrowe.
    – Cóż, skoro tak, proszę chwileczkę zaczekać, pójdę na zaplecze i poszukam chociaż pudełka. Szkoda by było, gdyby te jajka się stłukły.
    – Jak chcesz.
    Mel wrócił po chwili z małym pudełkiem, które ułożył na dnie reklamówki, żeby było wygodnie nieść. Rita wzięła zakupy i skinąwszy głową na pożegnanie, wyszła.
    W połowie drogi przystanęła, żeby odpocząć, i zajrzała do torby. Mel dołożył dwie paczki kiełbasek i pudełko Earl Greya. Przez moment poczuła się niemal odurzona perspektywą wypicia herbaty zaparzonej ze świeżej torebki, zamiast tej starej, wyschniętej, trzy razy już moczonej.
    Powinna kiedyś podziękować Melowi, ale to by oznaczało, że przyjęła do wiadomości fakt, że jej pomaga, a jak dotąd oboje woleli obecny układ.
    Droga powrotna się dłużyła. Rita zaczynała nawet trochę słabnąć. Krok stawał się coraz bardziej chwiejny.
    Marzyła, żeby znaleźć się już w domu. Napije się mocnej gorącej herbaty, usiądzie na ganku i wyłoży nogi do góry, tak jak to robił jej tata. Może nawet się zdrzemnie.
    Kiedy jednak otwarła drzwi, zobaczyła, że ma gościa. Chłopiec już zdążył przyjść, lecz tym razem nie czekał w ogrodzie, ale stał w salonie i trzymał w ręku portret rodzinny oprawiony w ramki.
    Przez dłuższą chwilę patrzyli na siebie. Potem Rita przestąpiła próg i odwijając szalik, zamknęła za sobą drzwi.
    – Chłopcze, kiedy się przychodzi do czyjegoś domu, należy najpierw zapukać i zapytać, czy można. Czy ty pukałeś? Pytałeś, czy możesz wejść?
    – Nie.
    – Więc zachowałeś się niekulturalnie. Więcej tak nie rób.
    Załatwiwszy sprawę, strząsnęła z siebie płaszcz i odłożyła czapkę.
    – Zamierzałam zaparzyć herbatę, ale chyba mogę zrobić w zamian gorące kakao.
    Chłopcu zaświeciły się oczy.
    – Nie mam pianek – zastrzegła. – Takie fanaberie za dużo kosztują.
    Kiwnął głową.
    Podreptała za nim do kuchni, udając, że nie zauważyła, jak jej się przyglądał spod przymrużonych powiek, ani że nie widzi wąskiego noża wystającego mu z tylnej kieszeni dżinsów
    Na każdego kiedyś przychodzi czas, ale Rita to twarda sztuka. Chłopak szybko się przekona, że jeszcze długo nie ma zamiaru opuszczać tego świata.

11

    „Pająki trawią pokarm na dwa sposoby. Te o słabych szczękach nakłuwają ciało owada za pomocą kłów, po czym wstrzykują powoli enzymy trawienne i wysysają upłynnione tkanki, aż zostanie tylko pusty pancerz (…) inne, o mocnych szczękach, rozgniatają nimi ofiarę na miazgę, jednocześnie oblewając go enzymami”.
    (B. J. Kaston, How to Know the Spiders, Wydanie III)

    – Czyli, podsumowując, spotkałaś się z potencjalną informatorką, przeanalizowałaś potencjalny dowód i dostałaś dwa niepokojące telefony, które najwyraźniej pochodziły z twojego macierzystego biura.
    – Z tego co mówi agentka specjalna GBI Lynn Stoudt – odparła Kimberly – numer wyświetlający się na ekranie komórki nic nie znaczy, można go łatwo sfałszować. Wystarczy wejść na specjalną stronę internetową i za dziesięć dolarów dostaje się dostęp do bezpłatnej infolinii, gdzie podaje się numer docelowy oraz dowolny numer, jaki ma się wyświetlić u odbiorcy. To się nazywa „spoofing”. Proste jak drut, byle siedmiolatek z laptopem jest w stanie to zrobić.
    – Mało pocieszające.
    – Skoro wiemy, jak się to odbywa, czy dział techniczny nie mógłby opracować systemu, który by namierzył prawdziwy numer?
    – Kolejne koszty, a nawet nie wiemy, czy mamy do czynienia z przestępstwem – mruknął agent nadzorujący Larry Baima.
    – Ale coś mamy!
    – Na razie jeden wielki bajzel. Na litość boską, Kimberly, jak ty to robisz, że zawsze się pakujesz w takie sytuacje?
    Baima ciężko westchnął. Ponieważ było to pytanie retoryczne, Kimberly rozsądnie nie odpowiedziała. W rzeczywistości oboje darzyli się nawzajem dużym szacunkiem. I dobrze, bo inny szef prawdopodobnie już dawno złożyłby na nią raport.
    – Jeszcze raz – rzekł. – Co dotąd ustaliłaś?
    – Agent specjalny GBI Martignetti uważa, że w okolicy grasuje seryjny morderca, który wyszukuje swe ofiary w grupach wysokiego ryzyka: wśród prostytutek, narkomanek, uciekinierek i podobnych osób. Dysponuje listą dziewięciu młodych kobiet, których los i miejsce pobytu są nieznane. W dodatku dostał anonimową przesyłkę zawierającą prawa jazdy sześciu z nich. Mamy zeznania prostytutki Delili Rose, która szuka koleżanki po fachu, Ginny Jones, ostatni raz widzianej trzy miesiące temu w towarzystwie ich wspólnego klienta przedstawiającego się jako Dinchara, fetyszysty arach-nofila. Delilah twierdzi, że w samochodzie Dinchary znalazła szkolny sygnet należący rzekomo do Ginny. Sprawdziłam i okazało się, że jest on własnością niejakiego Tommy'ego Marka Evansa, absolwenta liceum w Alpharetcie z dwa tysiące szóstego roku. Na liście uczniów jego klasy widnieje także nazwisko Virginia Jones. To nie koniec zagadek. Mamy jeszcze dwa telefony, oba na moją komórkę i oba z nieznanego numeru. Pierwszy moim zdaniem był tylko próbą. Rozmówca sprawdzał, czy wszystko zadziała podczas głównego przedstawienia. Na razie jednak nie mogę tego udowodnić.
    – Ale dzwoniącym był facet? Nie ta Rose?
    Zawahała się.
    – Agentka Stoudt twierdzi, że te same serwisy, które umożliwiają spoofing, mogą też na życzenie zniekształcić głos w taki sposób, że brzmi on, jakby mówiła osoba przeciwnej płci. Taka dodatkowa usługa. Jeżeli tak, to… Kurczę, już niczego nie jestem pewna.
    Baima podrapał się po nosie.
    – Nie cierpię Internetu.
    – Dzięki niemu mamy eBay i Amazon.
    – I tak go nie cierpię.
    Kimberly nie zamierzała się spierać.
    – Moja teoria brzmi tak: dzwoniła Delilah Rose, choćby dlatego, że sama dałam jej numer, kiedy się spotkałyśmy. Być może w ten sposób chciała udowodnić, że mówi prawdę.
    – To możliwe. – Baima dwukrotnie przesłuchał taśmę z nagraniem jeszcze rano, jak tylko ją dostał od Kimberly. Nie był to najprzyjemniejszy początek dnia. – Czyli mamy mężczyznę o nieustalonej tożsamości, który napastuje seksualnie, a potem torturuje kobietę, żądając, by wskazała mu jakąś osobę, a kiedy ona to robi, zabija ją. Kobieta wymienia nazwisko Ginny Jones i twierdzi, że jest jej matką. Można to jakoś potwierdzić?
    – Właśnie wysłałam zapytanie do wydziału osób zaginionych – oznajmiła Kimberly. Znów się zawahała i dodała: – Tylko że nie znałam imienia, więc wpisałam samo nazwisko i ogólne dane. Poszukiwania mogą trochę potrwać.
    Kolejne powątpiewające spojrzenie przełożonego.
    – Idźmy dalej – ciągnął. – Pierwsze wrażenie, gdy tego słuchałaś… Autentyczne? Inscenizowane? Na żywo? Z taśmy? Jest dużo możliwości.
    Tym razem Kimberly starała się mówić pewniejszym głosem.
    – Uważam, że to było autentyczne. Czy na żywo, nie jestem pewna.
    – Wyjaśnij.
    – Te odgłosy w słuchawce… Jeżeli to była inscenizacja, to ktoś, kto to nagrał, musi dobrze wiedzieć, jak się zachowuje torturowana ofiara. To brzmiało zbyt realistycznie.
    Baima przyjął tę informację krótkim skinieniem głowy. W taki oto sposób przełożony wręcza podwładnej sznur, żeby się mogła powiesić.
    – Czemu nie jesteś pewna, że to się działo na żywo?
    – Wczoraj w nocy miałam takie wrażenie, ale dzisiaj… Myślę, że ktoś puścił taśmę. – Kimberly nachyliła się. – Druga porcja dokumentów, które dostał Sal, należała do trzech kobiet wynajmujących wspólnie mieszkanie. One także jedna po drugiej zniknęły. Jeśli dołożyć do tego to, co usłyszałam w słuchawce, można podejrzewać, że jest to elementem modus operandi przestępcy: zmuszanie każdej z ofiar, żeby wskazała następną, kogoś bliskiego. Skoro Ginny Jones zniknęła trzy miesiące temu, to co słyszeliśmy, musiało się zdarzyć przed grudniem.
    – Najpierw zostaje porwana matka Ginny. Wskazuje na córkę i ona jest następna – podsumował Baima.
    – Na razie to tylko teoria.
    – Fajnie się pobawić teoriami, agentko Quincy, ale nie wiem, czy zauważyłaś, że ostatnio mamy na głowie kupę roboty. Żeby wszcząć śledztwo federalne, potrzebne są twarde dowody i – uwaga, uwaga – kompetencje.
    – Przecież mam nagranie telefonu… – zaczęła Kimberly.
    – Nie kwalifikuje się jako dowód, bo nie da się ustalić źródła. A jeżeli to leciało z taśmy, co sama stwierdziłaś, jak przedstawisz łańcuch dowodowy?
    – A sygnet?
    – Jak wyżej.
    – Informacje dostarczone przez Delilę Rose…
    – Najbardziej niewiarygodne zeznanie, jakie w życiu czytałem. Przykro mi. Do trzech razy sztuka.
    Kimberly się skrzywiła.
    – Larry, przecież słyszałeś tę taśmę. Nie możemy tego tak zostawić. Zginęła jakaś kobieta… błagała o życie. Jak możesz…
    – Wcale nie zostawiamy.
    Przyjrzała mu się podejrzliwe. -Nie?
    – Nie. Podrzucamy to GBI, bo to oni powinni się tym zająć. Mówiłaś, że sprawa wyszła od Martignettiego. Niech dalej ją rozpracowuje i szuka tych prostytutek. A nuż trafi na ślad zbrodni albo nie daj Boże, znajdzie ciało. Tak czy owak to leży w ich jurysdykcji.
    – Ale Delilah nie chce z nim gadać.
    – Może nikt jej wystarczająco ładnie nie poprosił. Dopóki nie mamy dowodów, że przestępca działał na terenie więcej niż jednego stanu, nie mamy prawa się tym zajmować. Koniec, kropka. Na twoim biurku leży w tej chwili osiemnaście rozpoczętych spraw. Mam propozycję: weź pierwszą z brzegu i doprowadź do końca.
    Kimberly zmarszczyła brwi i przygryzła wargę.
    – A co robić, jeśli GBI zaproponuje mi założenie podsłuchu w komórce?
    Baima spojrzał na nią wymownie.
    – Zastanów się, kto najczęściej do ciebie dzwoni i z czym. Za każdym razem się odsłaniasz. Ja bym poszukał lepszego sposobu współpracy.
    – Rozumiem.
    Kimberly energicznie podniosła się z krzesła, uważając, by zbytnio nie okazać triumfu.
    W ostatniej chwili Baima ją zatrzymał.
    – Jak samopoczucie?
    – Świetnie.
    – Ciężko pracujesz, Kimberly. Może póki czujesz się dobrze, zaczniesz powoli planować, co dalej.
    – Czy to polecenie służbowe?
    – Raczej przyjacielska rada.
    – Powtórzę raz jeszcze: praca to moje życie.
    Teraz Baima przewrócił oczami. Kimberly uznała, że pora wyjść. Dostała od szefa pozwolenie na poszukanie innych sposobów współpracy z organami stanowymi. Z pewnością można do niej zaliczyć odnalezienie Tommy'ego Marka Evansa.
    Ojciec Kimberly wstąpił do FBI po krótkim okresie pracy w chicagowskim wydziale policji. Należał jeszcze do starej gwardii, służył w czasach, gdy agenci chodzili w ciemnych garniturach, każde słowo Hoovera traktowali jak rozkaz i żyli według zasady: „Nigdy nie przynieś wstydu Biuru”.
    Kimberly była wtedy za mała – nie pamiętała taty z czasów jego aktywnej służby, ale lubiła sobie wyobrażać, jak stoi w czarnym garniturze naprzeciw jakiegoś drobnego gangstera, wpatruje się w niego nieprzeniknionym wzrokiem i podważa jego alibi jednym uniesieniem brwi.
    Kiedy pracoholizm zniszczył jego małżeństwo, przeniósł się do Sekcji Behawioralnej w Quantico i został psychologiem kryminalnym. Teoretycznie wybrał pracę naukową, żeby więcej czasu spędzać z córkami. W praktyce wyjeżdżał częściej niż kiedykolwiek, rozpracowywał setki spraw rocznie, jedna drastyczniej sza od drugiej.
    Nigdy nie opowiadał o swojej pracy. Za to Kimberly dobrowolnie zanurzyła się w jego świecie. Wieczorami wkradała się do jego gabinetu, wertowała fachowe podręczniki, zaglądała do szarych kopert pełnych fotografii z miejsc zbrodni, analiz śladów krwi i raportów koronerów, w których pojawiały się takie wyrażenia jak „krwotok punkcikowaty” czy „okaleczenie pośmiertne”.
    Kimberly była agentką FBI dopiero od czterech lat, ale w pewnym sensie całe życie zajmowała się analizowaniem brutalnych zabójstw. Po pierwsze dlatego, że uległa mylnemu przeświadczeniu, iż jeśli dogłębnie pozna pracę ojca, będzie w stanie zrozumieć i jego. Po drugie dlatego, że sama była ofiarą usiłującą przebrnąć przez emocjonalne bagno, jakim była świadomość, że jej matka umierała powoli i w straszliwych męczarniach, rozpaczliwie walcząc o życie w swym domu w Filadelfii.
    Czy Bethie umierała w potwornym strachu, bezsilna i osaczona, czy czuła złość, że mimo tak wytrwałej walki przegrała wojnę? A może wtedy ból był już tak wielki, że przyjęła śmierć z ulgą? Rok wcześniej zginęła Mandy. Może w ostatnich chwilach Bethie myślała, że dobrze będzie znów się zobaczyć z córką.
    Kimberly tego nie wiedziała. I nigdy się nie dowie.
    Czasami nocą myśli zabierały ją w ponure miejsca, do których inni, normalni ludzie na szczęście nie muszą zaglądać.
    Rzadko rozmawiali z ojcem o pracy, bo to nie ona ich łączyła. Kimberly trafiła do FBI odmienionego po wrześniowych zamachach w Nowym Jorku. Pracowała w pięknym budynku w samym sercu eleganckiego kompleksu biurowego. Przeciętny wiek zatrudnionych wynosił trzydzieści pięć lat. Kobiety stanowiły jedną czwartą personelu. Dla mężczyzn założenie koszuli w pastelowym kolorze było czymś zupełnie zwyczajnym.
    Kimberly łączyło z ojcem coś dużo głębszego i bolesnego zarazem. Oboje wiedzieli, jak to jest starać się ratować życie obcych ludzi, męcząc się dzień w dzień ze świadomością, że nie potrafiło się ocalić tych najbliższych.
    Ale przede wszystkim rozumieli, że nie wolno stać w miejscu, trzeba iść naprzód, bo inaczej się ryzykuje przygniecenie potwornym ciężarem wyrzutów sumienia.
    Tuż po jedenastej Kimberly wsiadła do samochodu. Wcześniej sprawdziła w Internecie prognozę pogody i warunki na drogach. Z informacji wynikało, że autostrada GA-400 jest przejezdna. Alpharetta leży tylko czterdzieści kilometrów na północ od siedziby FBI w Atlancie, więc Kimberly dojechała na miejsce stosunkowo szybko.
    O tej porze roku było już po sezonie futbolowym. Trener Urey prowadził lekcję wychowania fizycznego z grupą niezgrabnych nastolatków z pierwszych klas, którzy składali się głównie z rąk i nóg oraz kolczyków umiejscowionych w różnych dziwnych miejscach. Gdy Kimberly w końcu znalazła salę gimnastyczną, od razu do niej podszedł i nawet nie zerknął na legitymację. Sama jej obecność wystarczyła mu za pretekst do zrobienia sobie upragnionej przerwy.
    Na rozgrzewkę zadała mu garść grzecznościowych pytań o wyniki sezonu futbolowego, opinię o nowym liceum i potencjalne talenty wśród uczniów.
    Urey, który był niemal tak szeroki jak wysoki, z obowiązkowym brzuszkiem i fryzurą na rekruta, chętnie odpowiadał. Powinni byli dostać się do finałów stanowych. Chłopaki mają zapal, ale to młoda drużyna, robi jeszcze sporo błędów. Jak Bóg da, może w przyszłym roku się uda.
    Wyszli na korytarz. Urey zaproponował Kimberly szklankę wody. Spojrzał na jej brzuch i widać było w jego oczach, że zmaga się z myślami: Jest w ciąży czy nie jest? Agentkom w ogóle wolno mieć dzieci? W końcu uznał, że lepiej się nie odzywać.
    – Chciałam się z panem zobaczyć, ponieważ szukam jednego z pańskich byłych zawodników – zaczęła Kimberly, kiedy skręcili za róg obszernego korytarza obstawionego metalowymi szafkami. – Proszę się nie niepokoić, to nic poważnego. Porządkuję tylko stare sprawy i chciałam mu zwrócić jego własność.
    – Jego własność?
    – Szkolny sygnet. Wygrawerowano na nim symbole drużyny i numer koszulki. Stąd wiedziałam, gdzie przyjść.
    – O, tak. Dzieciaki pakują tam, co się da. Gdybyśmy w naszych czasach mieli takie możliwości…
    Kimberly pokiwała głową ze zrozumieniem. Urey właśnie wszedł na tę samą ścieżkę, po której stąpał Mac. Mężczyźni chyba rzeczywiście traktują to śmiertelnie poważnie. Ordery, medale, te sprawy.
    – Zna pani jego nazwisko? – spytał Urey. – Albo proszę mi podać numer koszulki, to resztę już zdołam ustalić. Nie żebym spędzał z tymi chłopakami aż tyle czasu.
    – Właściciel sygnetu skończył szkołę w dwa tysiące szóstym roku. Jeśli dobrze interpretuję te oznaczenia, grał na pozycji rozgrywającego z numerem osiemdziesiąt sześć.
    Urey stanął. W świetle jarzeniówek jego twarz przez moment wydała się szara. Zebrał się w sobie, wyprostował i rzekł:
    – Szkoda, że pani wcześniej nie zadzwoniła, oszczędziłbym pani drogi. Sygnet należał do Tommy'ego Marka Evansa. Świetny chłopak, jeden z lepszych zawodników, jakich miałem. Znakomicie rzucał, miał też silną psychikę. Wytrzymywał presję. Zdał maturę z wyróżnieniem i dostał stypendium sportowe na uniwersytecie Penn State.
    – Czyli nie ma go w mieście? Wyjechał na studia?
    Urey pokręcił głową.
    – W zeszłym roku odwiedził rodziców w Boże Narodzenie. Nie wiadomo, prawdopodobnie wybrał się na przejażdżkę, ale najwyraźniej znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Dostał dwie kule w głowę, prosto w czoło. Rodzice do dzisiaj nie mogą się pozbierać. Człowiek po prostu się nie spodziewa, że taki młody, zdrowy, przystojny chłopak może nagle zginąć.

12

    Pan Hamburger zabrał mnie do parku.
    Młodsze dzieci huśtały się na huśtawkach i kręciły na karuzelach. Część starszych, bliższych mi wiekiem, grała w kosza na wydeptanym boisku.
    Pan Hamburger trącił mnie łokciem.
    – Idź, pograj z nimi. Pozwalam ci. Nabierzesz trochę rumieńców, bo wyglądasz jak śmierć.
    Przez chwilę nie wierzyłem, że mówi poważnie. Dopiero gdy mnie szturchnął tak, że prawie się przewróciłem, ocknąłem się i poszedłem. Dołączyłem do drużyny grającej w koszulkach. Gdybym się rozebrał, mogłoby to wywołać szereg niepotrzebnych pytań.
    Na początku trzymałem się trochę z boku. Dziwnie było znaleźć się na boisku wśród innych dzieci, słyszeć ich śmiechy, patrzeć, jak zwinnie dryblują, a czasem zaklną pod nosem, gdy któryś nie trafi do kosza lub dostanie łokciem w brzuch. Cały czas czekałem, że któryś stanie, spojrzy na mnie i powie: „O kurde, a tobie co się stało?”. Chciałem usłyszeć: „Hej, stary, obudź się. To był tylko zły sen, ale już po wszystkim, a życie jest fajne”.
    Ale żaden nic nie powiedział. Dalej grali w kosza.
    W końcu i ja zacząłem.
    Czułem zapach świeżo skoszonej trawy. Słyszałem odgłosy beztroskiej zabawy dzieciaków korzystających z tych ostatnich dni, zanim zaczną się nieznośnie upały i wszyscy ruszą na baseny. Były ptaki, kwiaty, bezkresne błękitne niebo i w ogóle tyle… wszystkiego. Świat.
    Zakręciło mi się w głowie.
    Podbiegłem do kosza. Trafiłem. Ktoś mnie poklepał po ramieniu.
    –  Niezły rzut.
    Rozpromieniłem się i powtórzyłem atak.
    Ja już nie wiem, co to czas. Czas dotyczy innych dzieci, chłopców, którzy nie zostali schwytani w miażdżący uścisk Pana Hamburgera. Ja po prostu jestem, dopóki ktoś mi nie powie inaczej. Wtedy mnie nie ma.
    A więc grałem w kosza, dopóki Pan Hamburger nie kazał mi przestać.
    Odciągnął mnie na bok. Słońce zaczynało powoli zachodzić. Część chłopców się rozeszła. Mamy i starsze siostry pozbierały mniejsze dzieci niczym kaczki swoje pisklęta i odprowadziły do domów.
    Zauważyłem, że w piaskownicy bawi się samotny chłopczyk bez opieki.
    Pan Hamburger też go zauważył.
    Spojrzał na mnie.
    – Przyprowadź mi go.
    Bezustanny krzyk. Przeraźliwy szloch i zawodzenie. Próbowałem zatkać uszy. Pan Hamburger na chwilę przerwał i uderzył mnie w twarz, aż się zatoczyłem na ścianę. Potem rąbnął mnie w brzuch, a kiedy zgiąłem się wpół, wziął mnie pod brodę.
    – CO JA POWIEDZIAŁEM, GÓWNIARZU! MASZ SIĘ PRZYGLĄDAĆ!
    I znowu ten krzyk. Wreszcie Pan Hamburger stęknął, zwalił się na bok i tradycyjnie zaczął się rozglądać za papierosem.
    Poczułem smak krwi. Cały czas przygryzałem język, a policzek miałem rozcięty sygnetem Pana Hamburgera. Zrobiło mi się niedobrze. Myślałem, że zaraz zwymiotuję.
    Chłopczyk przestał się szarpać. Leżał nieruchomo na łóżku z otępiałym wyrazem twarzy i szklanymi oczami.
    Ciekawe, pewnie i ja tak kiedyś wyglądałem.
    Nagle złapał mój wzrok i zaczął się we mnie wpatrywać, bardzo długo i bardzo intensywnie. „Błagam… „.
    Wybiegłem z pokoju, zdążyłem do łazienki w ostatniej chwili. Kiedy zacząłem wymiotować, nie mogłem przestać. Nie potrafiłem wyrzygać z siebie tego koszmaru. Wsiąkł w mój krwiobieg. Nie mogłem się go pozbyć. Leciała ze mnie sama woda i żółć, aż w końcu zrobiło mi się słabo i upadłem na podłogę.
    Wtedy straciłem przytomność. Błoga chwila, która niestety szybko się skończyła.
    Gdy się ocknąłem, znów usłyszałem odgłosy. Tym razem chrapania. To nie potrwa długo. Godzinę, może dwie.
    Pan Hamburger zawsze budził się głodny.
    Doczołgałem się z powrotem do pokoju i zajrzałem do środka. Nie mogłem się powstrzymać. Musiałem zobaczyć, choć wiedziałem, że będę tego żałował.
    Chłopiec leżał zwinięty w kłębek. Nie ruszał się, ale nie spał. Gapił się na ścianę. Domyśliłem się, co robi. Próbował się skurczyć do jak najmniejszych rozmiarów. Bo jeśli będzie dostatecznie mały, to może Pan Hamburger przestanie go zauważać.
    Wiedziałem, co muszę zrobić.
    Na podłodze leżały spodnie Pana Hamburgera. Podkradłem się do nich, ostrożnie wsunąłem rękę do kieszeni i wymacałem klucz. Był ciężki i zimny w dotyku.
    Zbliżyłem się do łóżka, położyłem palec na ustach. Ciii… Podniosłem ubranie chłopca.
    Malec, pięcio-, może sześcioletni, nie reagował, dalej leżał bez ruchu.
    Czułem, że powinienem coś powiedzieć, ale co? On nie był jeszcze gotów na poznanie najważniejszych życiowych prawd. Ja zresztą też.
    W końcu delikatnie trąciłem go w ramię i zacząłem ubierać jak niemowlaka.
    Potem zostawiłem na chwilę, bo musiałem odemknąć drzwi. Lekko zaskrzypiały. Zamarłem. Z sypialni dobiegło stłumione chrapnięcie. Na razie wszystko szło dobrze. Wyjrzałem na długi szary korytarz. Nikogo nie było. Miałem wrażenie, że w tym budynku nigdy nikogo nie było.
    Teraz albo nigdy, zdecydowałem.
    Nie wiem, dlaczego nagle przypomniała mi się tamta noc, kiedy obudziwszy się, zobaczyłem nad sobą Pana Hamburgera. I to chrapanie ojca dolatujące z głębi korytarza. Rozbeczałem się, choć na tym etapie było trochę za późno na łzy.
    Chlipiąc, wróciłem po chłopca. Chwyciłem go za ramię, solidnie potrząsnąłem.
    Powolutku otworzył oczy, dojrzałem w nich nikły przebłysk świadomości. Potem znowu odpłynął. Pacnąłem go w policzek, żeby go ocucić, chwyciłem za rękę i ściągnąłem na ziemię.
    Chrapanie ustało. Zaskrzypiały sprężyny w łóżku.
    Zasłoniłem chłopcu usta, przycisnąłem go do siebie i błagałem w myślach, żeby nie wydawał z siebie żadnych dźwięków.
    Czy się modliłem? A czy ja w ogóle potrafiłem się jeszcze modlić? Nic mi nie przychodziło do głowy.
    Łóżko znów zaskrzypiało.
    Zostało niewiele czasu. Bestia zaczynała się budzić.
    Chwyciłem chłopca pod pachy i zataszczyłem pod drzwi. Dziesięć kroków. Osiem. Siedem. Sześć. Pięć.
    Chłopiec nie chciał iść. Dlaczego on, do cholery, nie chce iść? Byłoby mi lżej, gdyby postawił stopy na ziemi. Obudź się. Przestań się trząść. Uciekaj, do jasnej cholery. Co z tobą?
    Co za bezmyślne stworzenie, które nie potrafi stawiać oporu. Co za nędzny, żałosny gamoń pozwala dorosłemu facetowi robić ze sobą takie rzeczy. I nawet nie umie podbiec do drzwi!
    Nagle zacząłem się na niego wydzierać. Nie wiem, co mi się stało. Sterczałem nad nim i wrzeszczałem tak, że aż ślina tryskała mi z ust:
    – RUSZ TĘ CHOLERNĄ DUPĘ! MYŚLISZ, ŻE ON BĘDZIE SPAŁ WIECZNIE? TY GŁUPCZE, WSTAŃ I SPIEPRZAJ STĄD. NO, LEĆ, DO CHOLERY! NIE JESTEM TWOIM ZASRANYM TATUSIEM!
    Malec zwinął się w kłębek, nakrył głowę rękami i zakwilił.
    Wtedy zauważyłem, że zrobiło się podejrzanie cicho. Nie było słychać chrapania.
    Odwróciłem się. Nie miałem wyjścia. Stałem przy uchylonych drzwiach, tak blisko i jednocześnie tak daleko. Z jego najnowszą zabawką skuloną u moich stóp.
    Pan Hamburger stał za mną.
    Uśmiechał się w ciemności.
    Po tym uśmiechu poznałem, co się zaraz stanie.

* * *

    Czas dotyczy innych chłopców. Tych, którzy nie są bici, głodzeni i gwałceni. Którzy nie stoją bezczynnie, patrząc, jak dorosły mężczyzna gołymi rękami zabija dziecko.
    Tych, którym nie wręcza się potem szpadla, każąc kopać grób.
    – Chcesz umrzeć, synu? – rzucił od niechcenia Pan Hamburger, wychyliwszy się z dołu i wsparłszy na łopacie.
    Ciało chłopca leżało pod krzewem azalii zawinięte w stary ręcznik. Nie patrzyłem w tamtą stronę.
    – To proste – ciągnął. – Wskakuj do dołu, położysz się obok swojego kolegi. Nie będę cię zatrzymywał.
    Nie reagowałem. Tamten po chwili się roześmiał.
    – A widzisz? Ciągle chce ci się żyć. I dobrze, to żaden wstyd, chłopcze.
    Niemal z czułością poklepał mnie po głowie.
    – Bierz łopatę. Pokażę ci, jak robić, żeby kręgosłup nie bolał. Trzeba docisnąć nogą. Widzisz? Teraz ty spróbuj.
    Pan Hamburger nauczył mnie, jak wykopać idealny grób. Potem wróciliśmy do mieszkania, spakowaliśmy torby i ulotniliśmy się.

13

    „Często można odnieść wrażenie, że pająki mają nienasycony apetyt; ich żołądki pęcznieją, aby zmieścić dodatkowy pokarm”.
    (B. J. Kaston,How to Know the Spiders, wydanie III, 1978)

    Kimberly znalazła Sala w barze sieci Atlanta Bread Company. Jadł kanapkę, na policzku miał kropkę z majonezu. Chociaż zgodził się na to spotkanie, przywitał ją z nieufną miną.
    – Kiełki? – zagadnęła, zerkając na talerz. – Zabawne. Nie wyglądałeś na faceta, który wcina kiełki.
    – Dlaczego, lubię warzywa. Poza tym na śniadanie jadłem hamburgera…
    – Sam nigdy nie gotujesz?
    – Unikam, jak tylko mogę.
    – To tak jak ja.
    Usiadła, zsunęła z ramienia brązową skórzaną torbę i wyjęła z niej lunch.
    – Znowu pudding? – zapytał Sal.
    – Tym razem twarożek z jagodami. Jakoś muszę sobie dostarczyć protein.
    – Który miesiąc?
    – Prawie dwudziesty drugi tydzień.
    – Nie wyglądasz.
    – To ten pudding – zapewniła go. – A ty masz dzieci?
    Pokręcił głową.
    – Nawet żony nie mam.
    – Innym to nie przeszkadza się rozmnażać.
    – Wiem, ale ja jestem tradycjonalistą. Albo kunktatorem. Jeszcze nie zdecydowałem. Rusza się?
    – Co, dziecko?
    – Przecież nie serek.
    – Powoli zaczyna. Na razie to są delikatne kopnięcia, ale nasilają się, kiedy próbuję jeść albo spać. Jeśli nic nie robię, ona oczywiście jest spokojna.
    – Ona?
    – Tak myślę. Mac chce chłopca. Przyszłego bejsbolistę, jak sądzę. Co wy z tym macie?
    – Sport to ważna rzecz – odparł zupełnie poważnie Sal. – Co byśmy robili w poniedziałkowe wieczory?
    Kimberly wbiła łyżeczkę w twarożek. Miała mnóstwo do przekazania Salowi, ale uznała, że to on powinien rozdawać karty, tak będzie uczciwiej. Zdaje się, że ma ochotę wyładować złość. I rzeczywiście, od razu przeszedł do rzeczy.
    – Niezłe zagranie, Quincy. Rzucasz mi jakieś nazwisko i koniec. W sam raz, żebym uznał, że ci zależy, a jednocześnie by za wiele nie zdradzić. Muszę przyznać, że choć zostałem wyrolowany, to przynajmniej z klasą.
    – Powinnam była wspomnieć o sygnecie, co?
    – Przeszło mi to przez myśl.
    Rozłożyła ręce. Myślała nad tym chwilę i tylko tyle mogła zrobić.
    – Słuchaj, możemy tu spędzić kolejny kwadrans, wkurzając się na siebie nawzajem. Ty, bo ci nie pokazałam sygnetu, a ja, bo próbowałeś na chama przesłuchać informatorkę, która wyraźnie prosiła o mnie. Albo uznamy, że oboje stosujemy agresywne metody i przejdziemy do konkretów.
    – Ja ci nie ufam, ty mi nie ufasz, a skoro oboje jesteśmy niegodni zaufania, to powinno nam się świetnie współpracować, tak?
    – Właśnie.
    Sal się zastanowił.
    – Może być. Zaczynaj.
    Dokończył kanapkę, wytarł usta serwetką, ale ominął kropkę z majonezu na policzku. Kimberly odruchowo sięgnęła przez stół i starła ją palcem. Już po fakcie dotarła do niej intymność tego gestu. Cofnęła się zawstydzona.
    – No więc… – grzebała w twarożku, szukając jagody – Delilah Rose dała mi szkolny sygnet, który rzekomo należał do Ginny Jones. Sprawdziłam i wiem, że jego właścicielem jest Tommy Mark Evans, absolwent Alpharetta High School z dwa tysiące szóstego roku. Ginny Jones chodziła z nim do klasy.
    – Byli parą?
    – Trener Urey uważa, że nie. Z tego co pamięta, prawie przez cały sezon Tommy spotykał się z niejaką Darlene Angler, ale możliwe, że przed maturą zerwali. Tego nie był pewien. Rozmawiałam jednak z sekretarką szkoły i ona obiecała zdobyć kronikę klasy. Jak dobrze pójdzie, dostaniemy ją pod koniec tygodnia. Sprawdziła też dla mnie dane Virginii Jones…
    – Tak bez nakazu? – zapytał ze zdziwieniem Sal.
    – Użyłam swego najmilszego głosu. Poza tym po to są sekretarki. Zostały tak zaprogramowane, żeby w każdej chwili odszukać ważne informacje. Nie zadają zbędnych pytań.
    – Fakt.
    – No więc Ginny chodziła do tego liceum cztery lata, ale go nie skończyła. W lutym przestała się pojawiać i nie widziano jej później. Z akt wynika, że wielokrotnie telefonowano do niej do domu, ale nikt nie odbierał. Jest też ręczna adnotacja: „Rodzina prawdopodobnie wyprowadziła się z miasta”.Chyba dali sobie spokój. Jedyną prawną opiekunką Ginny była jej matka, Veronica L. Jones. Zadzwoniłam w parę miejsc i ustaliłam, że była kelnerką w Hungryman Diner, ale jej szef powiedział, że przestała się stawiać do pracy i słuch o niej zaginął. Zalegają jej z ostatnią wypłatą, więc gdybym ją znalazła, mam jej o tym powiedzieć.
    Sal szeroko otwarł oczy.
    – Odeszła z pracy bez wypłaty? To nie wróży nic dobrego.
    – No właśnie. Państwo Jones mieli w Alpharetcie dom. Wiosną dwa tysiące siódmego został zastawiony za niezapłacony podatek od nieruchomości. W tej chwili jest wystawiony na licytację. Nie udało mi się znaleźć ani śladu zgłoszenia o zaginięciu córki czy matki, a obie ewidentnie gdzieś zniknęły.
    – W lutym dwa tysiące szóstego? – spytał Sal, marszcząc brwi.
    Kimberly wzruszyła ramionami.
    – W lutym Ginny przestała chodzić do szkoły, więc można przyjąć, że to się stało mniej więcej wtedy.
    – Ale twoja znajoma Delilah Rose twierdzi, że Ginny zniknęła dopiero trzy miesiące temu, w listopadzie dwa tysiące siódmego, więc czegoś tu nie rozumiem.
    – I tu tajemniczy telefon robi się interesujący. Załóżmy przez chwilę, że kobieta, którą słyszałam w słuchawce, to matka Ginny, Veronica Jones.
    – Tak twierdziła, więc nietrudno to założyć.
    – Powiedzmy, że została porwana w lutym dwa tysiące szóstego. Ginny wraca do domu i nikogo nie zastaje. I tak co wieczór, przez kilka kolejnych dni. Człowiek rozsądny zadzwoniłby na policję albo co, ale nastolatka? Ona woli prysnąć. Może miała znajomych w Sandy Springs albo uznała, że fajnie będzie się trochę zabawić, poszaleć w klubach, nacieszyć się wolnością…
    – Jedzie się zabawić, wsiąka w tamto środowisko i już nie wraca.
    – Tak. A więc matka jest ofiarą numer jeden.
    – A prawie dwa lata po tym – dodał sceptycznie Sal – Ginny zostaje ofiarą numer dwa?
    – Ściślej mówiąc, numer trzy. Tommy Mark Evans ukończył szkołę w lipcu dwa tysiące szóstego roku. Dobre stopnie, świetne wyniki sportowe – miejscowa gwiazda. Zdobył pełne stypendium na Uniwersytecie Pensylwanii i jesienią wyjechał na studia. Przyjechał na Boże Narodzenie. Dwudziestego siódmego grudnia powiedział rodzicom, że wychodzi się przejechać. Już nie wrócił. Jego auto znaleziono trzy dni później zaparkowane przy starej drodze gruntowej. Tommy leżał oparty o kierownicę, a na czole miał dwie dziury po kulach.
    Sal uniósł brwi.
    – Ktoś tu oglądał Rodzinę Soprano. A on nie był czasem zamieszany w narkotyki? Brał, rozprowadzał? Może kiedy wyjechał, zmieniły się układy na mieście i nowy szef chciał się go pozbyć?
    – Trener twierdzi, że nie, ale on świata poza nim nie widział, więc podchodziłabym do jego opinii z rezerwą. Śledztwo prowadziła policja z Alpharetty. Ponoć do niczego nie doprowadziło i nikt nie został aresztowany. Urey mówi, że rodzice do dziś nie mogą się z tym pogodzić. W taki sposób stracić syna, i to w święta.
    – Czyli na razie mamy jedną zaginioną matkę i jednego martwego ucznia. Oboje powiązani z Ginny Jones. Jeszcze jakieś tragedie w Alpharetcie, o których powinienem wiedzieć?
    Kimberly wzruszyła ramionami.
    – To duże miasto. Możliwe, że to dopiero początek. Dlatego myślę, że powinieneś porozmawiać z tamtejszą policją.
    – Ja?
    – Z tobą prędzej zechcą gadać, poza tym ja oficjalnie nie zajmuję się tą sprawą. Zrobiłam to wyłącznie z dobroci serca.
    Sal znów spojrzał na nią nieufnie. Wcale jej to nie zdziwiło. Która przepracowana agentka federalna zrobiła coś kiedykolwiek z dobroci serca? Ale mógłby chociaż powiedzieć „dziękuję”.
    Nic z tego.
    – Daj mi ten sygnet – zażądał. – Moje śledztwo, moje dowody.
    – Leży zabezpieczony w depozycie. Załatwię, żeby ci go wydali.
    – To już na pewno wszystko, co miałaś mi do powiedzenia?
    Kimberly już chciała przytaknąć, kiedy sobie uświadomiła, że pominęła jeszcze jedną, raczej istotną informację. Westchnęła.
    – Delilah Rose wspomniała jeszcze, że Ginny Jones widziano po raz ostatni w towarzystwie klienta posługującego się pseudonimem Dinchara.
    – Dinchara?
    – To arachnid czytane od tyłu. Podobno facet lubi przynosić ze sobą swoich pupili. Wiesz, nie ma to jak spędzić noc z ukochanym ptasznikiem.
    Sala zamurowało.
    – Żartujesz.
    – Ani trochę. Rozumiem, że nikt dotąd o nim nie wspominał?
    – Raczej bym zapamiętał. Co on robi z tymi pająkami?
    – Kładzie na ciele dziewczyny i patrzy, jak sobie łażą. Albo pozwala im obserwować akcję, ale za to dodatkowo płaci.
    – Co?!
    – Nie masz wrażenia, że coraz więcej świrów jest na świecie?
    – Tylko kiedy oglądam reality show w telewizji. A więc pan Dinchara z ptasznikiem. Kurczę, nie powinno być kłopotów z namierzeniem tak osobliwego klienta. Co go łączyło z Jones?
    – Korzystał z jej usług. Chyba nie miała nic przeciwko pająkom. Panna Rose, jak można się domyślić, też nie. Widać, że ma słabość do wszystkiego, co ma osiem nóg. Ale powiedziała coś jeszcze: sygnet Tommy'ego znalazła ponoć na podłodze samochodu Dinchary, a Ginny nosiła go na szyi jako talizman. Dała mi do zrozumienia, że nie ma takiej możliwości, aby Ginny z własnej woli go zdjęła.
    Sal znów zmarszczył czoło.
    – Skoro Ginny nosiła sygnet Tommy'ego, to chyba znaczy, że byli dla siebie kimś więcej niż tylko kolegami z klasy.
    – Na ogół oznacza to coś więcej niż przyjaźń.
    – Czyli trener Urey nie wie o Tommym wszystkiego.
    – Nie da się ukryć. Skoro jednak Tommy i Ginny byli ze sobą tak blisko, czemu ona wyjechała? Za moich czasów upolowanie przystojniaka ze szkolnej reprezentacji to było coś. Już sama możliwość pochwalenia się przed koleżankami…
    – Zaczynamy się kręcić w kółko – westchnął Sal.
    – Tak to jest, gdy brakuje informacji.
    – Podsumujmy: mamy dziesięć zaginionych kobiet, jednego martwego studenta, szkolny sygnet, który łączy zaginioną kobietę X z nieżyjącym mężczyzną Y oraz tajemniczego typa o dziwacznych upodobaniach. Czegoś brakuje?
    – Dziesięciu ciał.
    Skrzywił się.
    – To wszystko?
    Wzruszyła ramionami, tym razem z poważniejszą miną:
    – Mamy jeszcze nasze jedyne źródło.
    – Czyli?
    – Delilę Rose.

14

    „(…) jad przede wszystkim służy jako czynnik paraliżujący, żeby unieruchomić ofiarę, która może pozostawać przy życiu nawet przez cztery do pięciu dni. Pająk wówczas pobiera pokarm na bieżąco, w miarę potrzeb”.
    (Julia Maxine Hite, William J. Gladney, J. L. Lancaster Jr., W. H. Whitcomb, Biology of the Brown Recluse Spider, Zakład Entomologii Wydziału Rolniczego Uniwersytetu Arkansas, Fayetteville, maj 1966)

    Kimberly wyszła z biura po szóstej. Ruch gęstniał, na autostradzie już zdążył się zrobić korek. Zastanawiała się, czy nie wrócić do pracy i nie przeczekać tych najgorszych godzin. I tak miała milion telefonów do wykonania i musiała napisać kilka zaległych raportów. Ale w końcu zrezygnowała. Pojechała do Alpharetty.
    Nie znała dobrze tej okolicy. Atlanta jest tak ogromna, że można tu mieszkać kilkadziesiąt lat i ani razu nie pojawić się na rosnących jak grzyby po deszczu nowych przedmieściach, stanowiących wskaźnik fenomenalnego rozwoju tej metropolii. Kojarzyła się jej z gigantyczną pajęczyną, która nieustannie się rozrastając, łapie w swe sidła kurze fermy i polne drogi, aż pewnego dnia w miejscu malowniczej alei pojawia się nowy supermarket. Stan stosunkowo łatwo wchłonął tę nową zabudowę. Wciąż jednak można w okolicy znaleźć spokój: w górach – oddalonych o dwie godziny jazdy na północ, lub na plaży – do której łatwo dotrzeć po trzech godzinach podróży na południe. Mac zawsze powtarzał, że w życiu nie zamieszkałby gdzie indziej. Kimberly jeszcze się zastanawiała.
    Miała ze sobą mapę i telefon komórkowy, a w dodatku szczyciła się niemal fotograficzną pamięcią. Nie miała prawa się zgubić.
    Do domu Ginny Jones trafiła dosyć szybko. Opuszczony budynek wyglądał jak mały szary kopiec na tle ciemniejącego nieba. Okna były zabite deskami, a trawnik okropnie zachwaszczony. A jednak to wcale nie była najbardziej zaniedbana posesja w okolicy.
    Kimberly pojechała dalej. Działki były coraz większe, domy okazalsze, trawniki dokładniej przystrzyżone. Kilka razy skręciła w niewłaściwą stronę i wreszcie po dwudziestu minutach dotarła pod drugi adres na liście: dom Tommy'ego Marka Evansa.
    Imponująca willa w stylu kolonialnym stała na dwudziestu arach szmaragdowego trawnika. Na podjeździe błyszczało srebrne terenowe bmw. Po bokach rosły fachowo przystrzyżone żywopłoty. To mówiło wszystko.
    A więc Ginny była tą ubogą wychowywaną bez ojca dziewczyną, a Tommy zamożnym gwiazdorem szkolnej reprezentacji. Ciekawe, czy ich związek przypominał Kopciuszka, w którym bohaterka spotyka swego księcia z bajki, czy raczej Zakochanego kundla, tyle że z odwróconymi rolami?
    Kimberly zaczęła dostrzegać możliwe scenariusze. Przypuśćmy, że Tommy chodził z Ginny, ale czuł presję ze strony rodziny i środowiska, by się tym nie afiszować. Ginny mogła być trochę czuła na tym punkcie. Dodatkowy powód, by uciec, zwłaszcza kiedy matka przestała wracać na noc do domu.
    Kimberly planowała zrobić sobie jeszcze jeden przystanek. Było już całkiem ciemno, co utrudniało kierowanie autem i jednoczesne zerkanie na mapę. Poruszała się krótkimi odcinkami, klucząc w labiryncie bocznych uliczek, kompleksów biurowych i osiedli domów, aż o mało się nie zgubiła. Zdawało jej się, że jest bliżej okolic domu Ginny niż Tommy'ego, ale nie miała pewności. W lewo przy dębie, potem w prawo przy wysokiej brzozie.
    Pod kołami skończył się asfalt. Jedna z ostatnich wiejskich dróg w tej okolicy. Za rok pewnie będą tu stały zabudowania. I nie pozostanie żaden ślad po miejscu, w którym zginął młody chłopak.
    Bez trudu je dostrzegła. W ciemnościach bielał krzyż, na którym wisiał zeschnięty bożonarodzeniowy wieniec. Czerwona wstążka delikatnie trzepotała na wietrze.
    Kimberly zatrzymała samochód dwadzieścia metrów przed nim, zabrała żakiet i dalej poszła pieszo.
    Było już po wpół do ósmej. Wprawdzie nie znajdowała się daleko od cywilizacji, lecz gęste zarośla skutecznie ją od niej odgradzały. Nie docierały tam odgłosy przejeżdżających aut ani nie było widać świateł zabudowań. Księżyc w nowiu ukrył się na niebie, więc mrok rozświetlały jedynie reflektory jej samochodu. Wokół panowała cisza i spokój.
    Mimowolnie wstrząsnęły nią dreszcze.
    Wzdłuż osi krzyża wyryto napis: „Tommy Mark Evans”, a na ramionach: „Ukochany syn”.
    Kimberly rozejrzała się dookoła. Z jednej strony gęste rododendrony, niemal wyższe od niej, z drugiej strzeliste pnie sosen sterczące na tle wieczornego nieba. Pod stopami czuła głębokie nierówności bitej drogi. Oświetliła latarką koleiny wyjeżdżone przez samochody.
    Potrafiła sobie wyobrazić młodzieńca, który z nogą na wciśniętym do dechy pedale gazu pędzi tą drogą i piszczy z radości za każdym razem, gdy wielkie koła jego auta najeżdżają na wybój, niemal wyrzucając go w powietrze. Potrafiła sobie też wyobrazić parę nastolatków całujących się namiętnie w zaparkowanym na poboczu samochodzie.
    Ale za nic nie potrafiła sobie wyobrazić młodego studenta, który przyjeżdża tu sam, z jakiegoś powodu się zatrzymuje i kończy z dwiema kulami w głowie.
    Tommy znał swego zabójcę. Kimberly nie miała co do tego wątpliwości.
    Rozległo się pohukiwanie sowy. Z ciemności wyskoczyła wiewiórka i szybkimi susami przemierzyła drogę. Kimberly patrzyła, jak trawa po drugiej stronie jeszcze długo faluje po tym, jak zwierzątko zniknęło w krzakach, a za nim zanurkowała sowa.
    Poczuła delikatnie kopnięcie; jej dziecko się przebudziło. Położyła rękę na brzuchu i ten silny przejaw życia w miejscu, gdzie rozegrała się tak straszna tragedia, napełnił ją nagle bezgranicznym smutkiem. Zastanawiała się, jak rodzice Tommy'ego zdołali przeżyć święta. Czy otoczyli się zdjęciami syna? A może było im łatwiej udawać, że w ogóle nie istniał?
    Jak to robił jej ojciec? Gdy oglądał te wszystkie zdjęcia, jeździł na miejsca zbrodni i patrzył na ciała brutalnie zamordowanych dziewcząt i chłopców, a potem wracał wieczorem do domu, do swej własnej rodziny? Jak pocieszyć dziecko płaczące z powodu rozbitego kolana, kiedy wyobraźnia podsuwa obraz innego, które ktoś pozbawił wszystkich palców? Jak mu powiedzieć, że potwory nie istnieją, gdy każdego dnia widzi się skutki ich straszliwych czynów?
    I wreszcie, jak ojciec to zniósł, gdy w środku nocy odebrał telefon: „Z przykrością zawiadamiamy, że pańska córka… „.
    Sama Kimberly rzadko myślała o siostrze. O matce owszem, ale Mandy… Ta śmierć była w pewnym sensie bardziej podstępna. Dziecko jest przygotowane na to, że któregoś dnia umrą jego rodzice, ale rodzeństwo to coś zupełnie innego. Siostra to jakby druga połowa, przyjaciółka. Miały się razem zestarzeć, być druhnami na swoich ślubach, wymieniać się poradami na temat wychowania dzieci, a pewnego dnia wspólnie zdecydować, jak najlepiej zaopiekować się tatą.
    Kiedyś Kimberly była młodszą częścią kompletu. Teraz została jedynaczką.
    Można by sądzić, że do tego przywyknie, ale tak się nie stało.
    Odwróciła się i obejmując się z powodu zimna ramionami, ruszyła w stronę samochodu.
    Ledwie zrobiła dwa kroki, zadzwonił telefon.
    Jest za ciemno, pomyślała. Poza tym była sama, a jej głowę wypełniało zbyt wiele ponurych myśli. Ostatnie rozpaczliwe krzyki Veroniki Jones. Ona z rodzicami przy szpitalnym łóżku, na którym leży jej siostra z zabandażowaną głową, a lekarz odłącza aparaturę. I wreszcie, zaledwie rok później, horror, jaki stał się udziałem jej matki.
    Mandy miała szczęście, zmarła, nie wiedząc, że jej śmierć przypieczętowała los mamy. Czy Veronica Jones wiedziała? Czy jasno zdawała sobie sprawę z tego, co będzie oznaczało dla córki jej wyznanie?
    Znowu zadzwonił telefon. Kimberly chciała go zignorować, ale jako nieodrodna córka swego ojca nie potrafiła, choć akurat ona najlepiej wiedziała, jakie to nierozsądne.
    – Agentka specjalna Quincy, słucham.
    Głucho.
    Spodziewała się, że zaraz ktoś ją uciszy, a w tle rozegra się kolejna makabryczna scena. Tymczasem mijały sekundy i nic. Sprawdziła zasięg, spróbowała jeszcze raz:
    – Tu agentka specjalna Quincy, kto mówi?
    Nadal nikt się nie odzywał, ale teraz, kiedy się skupiła, zdawało jej się, że słyszy czyjś oddech, głęboki i miarowy. Postanowiła być cierpliwa. Na próżno.
    – Chcę ci pomóc – powiedziała. – Jeśli potrzebujesz rozmowy, w porządku.
    Cisza.
    – Jest tam kto? Boisz się, że ktoś cię usłyszy? Daj jakiś znak, chociaż chrząknij. Uznam to za potwierdzenie.
    Ale rozmówca nadal milczał. Zaczynało ją to frustrować.
    – Grozi ci niebezpieczeństwo?
    Cisza.
    – Jeśli się odezwiesz, podasz jakieś informacje, będę mogła coś zrobić, a tak… Nie wystarczy wykręcić numer. Trzeba jeszcze coś powiedzieć.
    Wreszcie usłyszała w słuchawce ten sam cienki głos, napięty, ale ściszony, jakby dziecięcy:
    – Ciii…
    – Proszę, chcę pomóc…
    – On wie, co pani robi.
    – Kto?
    – On wie wszystko.
    – Możesz mi powiedzieć, jak masz na imię?
    – To tylko kwestia czasu.
    – Posłuchaj…
    – Będzie pani następnym okazem w kolekcji.
    – Możemy się spotkać? Podaj miejsce i czas, przyjdę.
    – Ciii… Niech pani pamięta, żeby patrzeć w górę.
    Rozłączono się. Kompletnie skołowana Kimberly stała jeszcze przez chwilę z telefonem w dłoni, a potem, głównie dlatego, że nie mogła się powstrzymać, zadarła głowę do góry.
    Nad nią rozpościerało się nocne niebo usiane gwiazdami. Nieco dalej majaczyły światła miasta. Zmusiła się, żeby spojrzeć na ciemne zarysy drzew i krzaków, odległy horyzont. Nic nie czaiło się w mroku. Żadne straszydło na nią nie wyskoczyło.
    Nagle z prawej strony trzasnęła gałązka. Kimberly zapomniała o rozsądku i rzuciła się w stronę samochodu, szukając po kieszeniach kluczyka. Szarpnęła za drzwi, wskoczyła do środka, zablokowała zamki i włączyła silnik.
    W ostatniej chwili się powstrzymała, żeby nie ruszyć z piskiem opon niczym bohaterka kiepskiego horroru.
    Uspokoiła oddech i siedząc bezpiecznie zamknięta, jeszcze raz się rozejrzała. Nie dostrzegła najmniejszego ruchu w zaroślach, nie pojawił się żaden jeździec bez głowy.
    Tylko samotny biały krzyż objęty światłem reflektorów odznaczał się na tle nocy.
    Wracała do domu powoli, zastanawiając się nad ostatnim ostrzeżeniem rozmówcy. Bardzo by chciała, żeby ta cała sprawa przestała w niej budzić taki lęk.
    Mac był w domu, kiedy przyjechała. Zaparkowała obok jego samochodu, przylepiła uśmiech do twarzy i odważnie ruszyła w stronę drzwi.
    W przedpokoju się świeciło. W kuchni też. Przeszła korytarzem, zdejmując torbę i żakiet. Ani śladu męża. Zajrzała do salonu, gdzie stał jego ulubiony skórzany fotel i ogromny telewizor. Też pusto.
    Wróciła do kuchni, szukając jakiejś wiadomości na kartce i poczuła, że znów zaczyna bez sensu wpadać w panikę. Przecież Mac może być w łazience, w ogrodzie albo wyszedł do sąsiadów. Istniały setki logicznych wytłumaczeń.
    Tyle że teraz zaczęła się zastanawiać. Tajemniczy rozmówca znał jej numer telefonu. Co jeszcze o niej wiedział?
    – Kimberly.
    Aż podskoczyła, odruchowo łapiąc się za serce. Mac stał w drzwiach ubrany w swoją skórzaną kurtkę. Miał rozwichrzone włosy, jakby dopiero co wrócił ze spaceru.
    – Jezu, ale mnie przestraszyłeś – powiedziała i natychmiast opuściła dłoń.
    Mac przyglądał się jej z posępną miną. Nawet się nie ruszył, żeby się przywitać, pocałować w policzek.
    – Jest późno – powiedział w końcu.
    – Przepraszam, musiałam dłużej popracować.
    – Dzwoniłem do biura.
    – Byłam w terenie. – Zmarszczyła brwi. Nie podobał jej się ton jego głosu. – Stało się coś? Skoro tak bardzo chciałeś się ze mną skontaktować, mogłeś zadzwonić na komórkę.
    – Wolałem nie – odparł chłodno.
    – Mac, co jest, do licha? Bez przerwy pracuję do późna. Ty też. Od kiedy mamy o to do siebie pretensje?
    – Zajmujesz się tą sprawą.
    – Jaką sprawą?
    Postąpił wreszcie krok naprzód.
    – Wiesz, o czym mówię, Kimberly. Delilah Rose. Ten gość od pająków. Zaangażowałaś się w to. Na litość boską, jesteś w piątym miesiącu ciąży, a babrzesz się w takim gównie.
    – Oczywiście. Jestem agentką federalną, babranie się w gównie to moja praca.
    – Nie, to jest zadanie dla całego Biura. IGBI. W Georgii jest mnóstwo wykwalifikowanych detektywów, którzy mogliby pociągnąć tę sprawę. Na przykład Sal. Albo twój kolega Harold. Albo Mike, John, Gina. Wszyscy są dobrze wyszkoleni, zaangażowani i tak samo nieustępliwi jak ty. Ale oni nie mogą się tym zająć, prawda? To zawsze musisz być ty.
    – To się dowiedz, że z samego rana przekazałam sprawę Salowi Martignettiemu. Nawet oddałam sygnet do depozytu władz stanowych. Masz, co chciałeś. GBI się tym zajmie.
    – W takim razie gdzie byłaś? – Zadał to pytanie ściszonym głosem, po czym zawsze poznawała, że wpadła w kłopoty.
    Od razu się najeżyła, przygotowując na awanturę, której oboje prawdopodobnie będą żałować. Ale to później, na razie było teraz, a Kimberly nie znosiła przegrywać.
    – Od kiedy muszę ci się spowiadać z tego, co robię w wolnym czasie?
    – Do jasnej cholery! – wrzasnął Mac. – Myślisz, że nic nie wiem? Już dzwoniłem do Sala. Który nawiasem mówiąc, chciałby z tobą porozmawiać o swojej wizycie u rodziców Evansa. Pojechałaś się rozejrzeć, co? Uważasz, że Sal sobie nie poradzi. Przecież przez ostatnie dziesięć lat tylko pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt razy rozpracowywał zabójstwa, cóż on może wiedzieć na ten temat? I co, włóczyłaś się po barach? Rozmawiałaś z prostytutkami? A może stałaś na rogu, wołając: „Hej, zboczeńcu, może się skusisz na świeży towar?”.
    – Zgłupiałeś? Pojechałam tylko do Alpharetty rozejrzeć się po okolicy, gdzie mieszkali Tommy i Ginny. Nic niebezpiecznego. Krótka wycieczka.
    – A twój telefon? Cały czas milczał?
    Buntowniczo zacisnęła wargi. To wystarczyło za odpowiedź.
    Mac nie wytrzymał i walnął pięścią w blat.
    – Dosyć tego. Jako twój mąż nigdy ci niczego nie narzucałem, ale są pewne granice. Jeżeli tobie brakuje rozsądku, żeby je dostrzec, to mnie na pewno nie. Zabraniam ci więcej się zajmować tą sprawą, słyszysz? Fini. Koniec. Zostaw to Salowi!
    – Mac, to był tylko jakiś zboczeniec dyszący do słuchawki. Klasyka. Nie zamierzam dać się zastraszyć jakiemuś gówniarzowi, któremu się zachciało kawałów, a tobie powinno być wstyd, że w ogóle coś takiego zasugerowałeś.
    – Kimberly, czy ty nic nie rozumiesz?
    – Co mam rozumieć? – odkrzyknęła, szczerze zdziwiona.
    – Tu nie chodzi tylko o ciebie, ale o nasze dziecko, które nosisz w brzuchu. Które już teraz się rozwija i nawet stamtąd poznaje świat. Wiedziałaś, że ono ma uszy? Czytałem w tej cholernej książce, którą mi dałaś. Od dwudziestego tygodnia ciąży płód zaczyna słyszeć. A czego mu kazałaś słuchać wczoraj w nocy?
    Chwilę jej to zajęło, lecz nagle wszystko zrozumiała i ręce automatycznie powędrowały w dół, obejmując brzuch w spóźnionym geście ochronnym. Nie pomyślała o tym, nie zdawała sobie sprawy…
    To prawda, minął już dwudziesty tydzień ciąży. Wtedy u płodu rozwijają się uszy i co gorliwsze matki zaczynają mu puszczać Mozarta i Beethovena, żeby wychować przyszłego geniusza. Tyle że Kimberly nie miała czasu ani cierpliwości na takie bzdury. Nie, ona właśnie kazała swemu dziecku słuchać krzyków umierającej kobiety.
    – Niemożliwe, na pewno… – Ale nie była w stanie dokończyć.
    W końcu Mac zwiesił ramiona. Z daleka wydawało się, że cała złość z niego wyparowała. Teraz wyglądał po prostu na udręczonego człowieka. Czuła, że powinna do niego podejść, objąć go i przytulić mu głowę do piersi. Może gdyby poczuł ruchy dziecka, tak jak ona je czuje, przekonałby się, że jest zdrowe i bezpieczne, dzieci są przecież odporne, bla, bla, bla…
    Ale nie mogła się ruszyć.
    Stała w miejscu. Jej dziecko już słyszy. A czego mu kazała słuchać wczoraj w nocy?
    Mac miał rację. Ich życie się zmieniło.
    – Kimberly – powiedział już łagodniej zmęczonym głosem. – Jakoś przez to przejdziemy.
    – Jeśli zrezygnuję z pracy? Przestanę być agentką, pracoholiczką, sobą?
    – Wiesz, że nigdy bym cię o to nie poprosił.
    – Ale to robisz.
    – Wcale nie. – Znowu podniósł głos. – Nie proszę, żebyś całkiem rzuciła pracę, tylko abyś przestała się zajmować morderstwami. Nie proszę, żebyś siedziała w domu, tylko abyś skróciła swój tydzień pracy do czterdziestu godzin. Nie mówię: „Wycofaj się ze wszystkich śledztw”, tylko: „Kimberly, proszę, nie angażuj się w kolejną sprawę, która nawet nie podpada pod jurysdykcję FBI”. Nie widzisz różnicy? Nie żądam cudów, proszę tylko o odrobinę zdrowego rozsądku.
    – Zdrowego rozsądku?!
    – Może nie najlepiej się wyraziłem.
    – Ale co się zmieniło, Mac? No, powiedz, co tak naprawdę się zmieniło?
    Teraz dla odmiany on się zdziwił.
    – Dziecko?
    – Ciąża! Jeszcze nie mamy do czynienia z dzieckiem, na razie rozmawiamy o moim ciele. Tym samym, które przez ostatnie cztery lata zabierałam do pracy i bezpiecznie przywoziłam z powrotem do domu.
    – To nie do końca prawda…
    – Jak to nie! Mówiłeś o zaufaniu? Zdrowym rozsądku? No to mi zaufaj, że potrafię zadbać o siebie i o to ciało tak, jak dbałam przez cztery lata. Nie pcham się tam, gdzie mogę oberwać, nie biorę udziału w niebezpiecznych akcjach, przestałam nawet chodzić na strzelnicę, żeby nie mieć kontaktu z ołowiem. Spędziłam właśnie sześć dni na miejscu katastrofy i na wszelki wypadek nie wychylałam nosa poza taśmę. Zażywam witaminy, unikam alkoholu i pamiętam, żeby jeść ryby. Szczerze mówiąc, uważam, że świetnie dbam o siebie i dziecko, a mimo to ledwie zadzwoni telefon, ty od razu zaczynasz mnie traktować protekcjonalnie. „Hej, mała, to zbyt niebezpieczne, lepiej sobie odpuść”.
    – Nigdy tak nie mówiłem!
    – Nie dosłownie!
    – Co ci odbiło? – Znów zaczął krzyczeć. – Jak można być tak upartą? Przecież to nasze dziecko. Jak możesz go nie kochać tak bardzo jak ja?
    Od razu pożałował tych słów, ale było za późno. Stało się, w końcu je wypowiedział. Wisiały w powietrzu od chwili, gdy Kimberly się dowiedziała, że jest w ciąży. Jego lęk. Jej lęk. Wiedziała, że zabolą. I zabolały.
    – Kimberly…
    – Późno już, trzeba iść spać.
    – Wiesz, że wcale tak nie myślę.
    – Ależ owszem, Mac. Twoja matka nie pracowała, siostry też siedzą w domu przy dzieciach. Możesz mówić, co chcesz, ale w duszy jesteś tradycjonalistą. Mąż chodzi do pracy, żona zostaje w domu. I jeszcze powinna być z tego powodu szczęśliwa, zakładając oczywiście, że kocha swoją rodzinę.
    – Masz rację, chodźmy spać.
    – Właśnie mam zamiar.
    Odwróciła się i ruszyła w stronę sypialni.
    Spodziewała się, że Mac za nią pójdzie. Tak to się zwykle odbywało. Ona, zawzięta aż do przesady, unosiła się honorem, lecz on w końcu zawsze potrafił ją jakoś udobruchać, skraść całusa, rozweselić.
    Bardzo tego potrzebowała. Pragnęła, żeby ją objął i zapewnił, że będzie cudowną matką i wcale nie jest tak okropną lekkomyślną egoistką, jaką się nagle poczuła.
    Lecz Mac się nie ruszył. Po chwili rozległ się odgłos zamykanych drzwi i Kimberly została sama.

15

    Pan Hamburger odebrał mi urodziny. Powiedział, że nie będą mi już potrzebne. Obchodziliśmy za to co innego: dzień, w którym z nim zamieszkałem. Dzień, w którym stałem się jego własnością.
    W czwartą rocznicę dał mi w prezencie skrzynkę piwa i przyprowadził do domu prostytutkę.
    –  No, nie wiem – skrzywiła się. – Nie jest trochę za młody?
    – Co cię to, kurwa, obchodzi? Jestem jego ojcem i jeśli mam ochotę, żeby się zabawił, tobie nic do tego. Powinnaś się cieszyć, że masz wreszcie młodego kutasa, zamiast tych starych, zwiędłych. No co, nie podoba ci się? Do roboty.
    To dziwne, ale rzeczywiście wyglądałem całkiem nieźle. Moje życie się skończyło, ale ciało chyba nie zdawało sobie z tego sprawy. Dalej rosłem, zrobiłem się szerszy w barkach, pod skórą zarysowały się mięśnie. Nawet zaczął mi się sypać zarost.
    Byłem coraz starszy. Wydoroślałem na tyle, że Pan Hamburger rzadziej się do mnie dobierał.
    Wykorzystywał mnie teraz do innych rzeczy.
    Prostytutka posłusznie podeszła do mnie. Pan Hamburger wyjął kamerę.
    – Nie denerwuj się – powiedziała dziewczyna i pogładziła mnie po policzku. Cofnąłem się. – Wiesz co, skarbie, po prostu nie zwracaj na niego uwagi. Udawaj, że go tu nie ma. Jesteśmy tylko ty i ja. Przystojny chłopak i ładna dziewczyna. – Zaśmiała się, brakowało jej dwóch zębów. – Taka fajna para jak my chyba nie powinna mieć problemów, żeby się troszkę zabawić.
    Chwyciła moją rękę i wsunęła ją sobie pod bluzkę.
    – Przyjemnie? Podoba ci się, co? Nie chwaląc się, mam powodzenie. Zwłaszcza u takich co lubią, kiedy jest za co złapać.
    Jej piersi były w dotyku miękkie i galaretowate. Nie wiedziałem, co robić z palcami. Byłem czerwony jak burak. Odwracałem wzrok, ale i tak nie przestawałem się rumienić.
    Przysunęła się bliżej, oblizując wargi i mocniej przyciskając moją dłoń do piersi.
    – No, pobaw się sutkiem. Popieść, pougniataj, to nie boli. Ooo, tak. One po to są. Wyobraź sobie, że jestem twoją mamusią, a ty się chcesz napić mleczka.
    Przerażony wyrwałem rękę. Dziewczyna cały czas oblizywała usta, wypinając zalotnie biodra opięte czarną skórzaną spódniczką, z której wylewały się fałdy tłuszczu.
    Chciałem krzyknąć: Boże, odejdź ode mnie! Nie dotykaj mnie!
    – Do dupy z tym – mruknął Pan Hamburger. – Płoszysz tylko chłopaka. Rób, co masz robić i już.
    Dziewczyna wzruszyła ramionami, uklękła i zaczęła mi grzebać przy rozporku. Zanim zdążyłem zaprotestować, wyjęła mojego penisa i włożyła go sobie do ust.
    Szarpnąłem się, ale ona mocno przytrzymywała mnie obiema rękami za biodra. Pan Hamburger podszedł z kamerą i zrobił zbliżenie.
    Potem podniósł rękę i tak po prostu strzelił mnie w twarz.
    – Jęcz, gnojku. Kamera włączona. To ma wyglądać wiarygodnie.
    I od tego momentu, czując jeszcze pieczenie na policzku, już potrafiłem jęczeć, potrafiłem sprawić, żeby to wyglądało wiarygodnie. Takie dostałem instrukcje, a umiałem funkcjonować tylko wtedy, gdy wypełniałem czyjeś polecenia. Moje ciało składało się z krwi i kości, ale w rzeczywistości byłem tylko robotem. Posłusznym, biernym, łatwym do zaprogramowania.
    Pan Hamburger chyba też zdawał sobie z tego sprawę. Wykrzyknął jeszcze kilka poleceń i to przyśpieszyło akcję.
    Gdy skończyliśmy, był wyraźnie podniecony. Bałem się, że teraz na oczach dziewczyny każe mi spełniać swoje zachcianki. Upokarzał mnie już na tyle sposobów, że jej obecność nie powinna mieć znaczenia, a jednak byłem skrępowany. Może dlatego, że to moja pierwsza kobieta i choć była zwykłą dziwką, chciałem, żeby widziała we mnie mężczyznę.
    Ale Pan Hamburger nawet mnie nie tknął. Za to zaczął się dobierać do prostytutki.
    Broniła się. Za mało jej zapłacił, nie tak się umawiali. No więc raz i drugi uderzył ją kamerą, aż się uspokoiła. Oko jej spuchło, z wargi leciała krew, a on robił z nią, co chciał.
    Potem rzucił jej parę banknotów. Po jej minie poznałem, że zrozumiała, iż powinna się cieszyć, że dostała choć tyle. Porwała ubranie i uciekła.
    Nawet dziwki mają więcej rozumu ode mnie.
    Pan Hamburger otworzył piwo i podał mi. Sobie też wziął i wzniósł toast.
    – Niezłe bzykanko, synu. Wiedziałem, że dobrze robię, wybierając ciebie. Zarobię na tobie kupę forsy.
    Wyjął kasetę z kamery i pogwizdując, wszedł do garderoby, gdzie schował ją w sejfie razem z resztą świńskich filmów i zdjęć, które zaczął sprzedawać za ciężkie pieniądze.
    Wypiliśmy jeszcze parę piw i wypaliliśmy kilka jointów. W końcu zasnąłem.
    Kiedy się obudziłem, Pan Hamburger spał na kanapie i głośno chrapał.
    Drzwi nie były zamknięte na klucz. Przestałem już nawet o tym myśleć.
    Wstałem i poszedłem się położyć do łóżka.
    Śniła mi się moja matka, ale po przebudzeniu nie mogłem sobie przypomnieć jej twarzy.
    Miała ciemne czy jasne włosy? Ciemne oczy, takie jak moje?
    Pamiętam, że lubiła sprawdzać, czy makaron jest ugotowany, rzucając go na lodówkę. Strasznie się z tego z bratem śmialiśmy. Pamiętam, że w lecie przygotowywała całe dzbanki sangrii i przesiadywała przy basenie.
    Pamiętam, jak bardzo dawno temu, w poprzednim życiu, siedziałem u niej na kolanach trzymany przez nią w objęciach i czułem się bezpiecznie.

16

    „U większości gatunków worki z jajami są pilnie strzeżone przez samicę”.
    (Spider Rearing, www. insected. arizona. edu/spiderrear. htm)

    – Rodzice Timmy'ego są przekonani, że zabiła go osoba, którą znał – powiedział Sal. – Jeszcze lepiej: uważają, że to mogła być kłótnia kochanków.
    – Dwie kulki w łeb od byłej dziewczyny? Mocne.
    – Nie są pewni, ale w ostatniej klasie Tommy bez wątpienia miał kogoś na boku. Zaczął częściej wychodzić z domu, twierdząc, że idzie się spotkać z kolegami, tyle że oni potem dzwonili i o niego pytali. Matka parę razy go o to zagadnęła, ale zawsze umiał się sprytnie wytłumaczyć. Dzwonił Otis? Ale on nie był z Otisem, tylko z Kevinem. Kevin dzwonił? No jasne, dlatego że był u Perrisha. Wtedy się tym zbytnio nie przejmowała. Wszystko inne układało się świetnie – oceny, wyniki w sporcie. Uznała, że sam im powie, kiedy będzie gotów. Teraz oczywiście żałuje, że nie drążyła tematu.
    Kimberly tylko mruknęła w odpowiedzi. Siedzieli w samochodzie pod klubem nocnym Foxy Lady. Migający neon co chwila rzucał różową poświatę na twarz Sala, wyświetlając mu na nosie kontur półnagiej kobiety tańczącej kankana.
    – Nie kapuję – odezwała się w końcu. – Na jakiej podstawie doszli od wniosku, że zastrzeliła go akurat ta tajemnicza femme fatale, z którą się spotykał?
    – Desperacja. Brak innego wytłumaczenia. Pod koniec roku szkolnego coś się wydarzyło, a oni nie wiedzą co. Tommy stał się markotny, zamknął się w sobie, przestał wychodzić z domu. Ojciec myślał, że syn się denerwuje egzaminami, wyjazdem na studia, grą w nowej drużynie. Matka podejrzewała, że chodzi o dziewczynę, że się z kimś rozstał, i to nie z własnej inicjatywy. Wtedy już na pewno nie spotykał się z Darlene, z którą byli razem od roku, a według pani Evans to do niego niepodobne, żeby tak długo nie miał dziewczyny.
    – Może więc się spotykał z Ginny Jones – zastanawiała się Kimberly. – W lutym zniknęła i chłopak się załamał.
    – Możliwe. Coś się stało. Tommy się załamał, a potem wyjechał na studia. Kiedy wrócił na święta, wyglądał już trochę lepiej. Jego ojciec mi mówił, że cały sezon musiał przesiedzieć na ławce rezerwowych, ale zniósł to dzielnie. Ten facet ma lekkiego świra na punkcie futbolu, mówię ci. Nie jestem pewien, czy Tommy wiódłby taki rajski żywot, gdyby był, powiedzmy, mistrzem szachowym.
    – Może wtedy jego ojciec byłby fanem szachów?
    Mina Sala mówiła wyraźnie, co o tym sądzi. Tymczasem przed klubem pojawiły się cztery nowe dziewczyny. Kimberly w życiu nie widziała naraz tylu kabaretek i czarnych kozaków za kolana. Poczuła się jak na planie Pretty Woman. Jeszcze tylko brakowało, żeby zajechał tu Richard Gere swoim lotusem esprit. Co nie było takie niemożliwe. Już zdążyli dostrzec trzy porsche i jednego noble'a.
    Jednakże jak dotąd ani śladu Delili Rose.
    – Wieczorem dwudziestego siódmego – ciągnął Sal – do Tommy'ego ktoś zadzwonił na komórkę. Odebrał u siebie, żeby nikt nie słyszał. Kiedy wyszedł, oznajmił, że jedzie się z kimś spotkać. Matka mówi, że był rozpromieniony, uśmiechnięty i wybiegł z domu prawie w podskokach. Jej pierwsza myśl: ten ktoś to pewnie dziewczyna i syn bardzo się cieszy na to spotkanie. Trzeba pamiętać, że nie było go w mieście cztery miesiące. A więc skoro dziewczyna, to prawdopodobnie jakaś dawna znajoma. I tu zaczęła się zastanawiać…
    – … czy to nie ta tajemnicza sympatia z liceum.
    – Poza tym – dokończył z satysfakcją Sal – miejscowi potwierdzili, że droga, przy której zginął Tommy, to ulubione miejsce schadzek, zwane powszechnie „aleją zakochanych”. Osłonięta gęstymi zaroślami, mało uczęszczana. Dla Tommy'ego idealny punkt na randkę z femme fatale.
    – Która potem odwróciła się i go zastrzeliła?
    – Może rozstanie wzmocniło jej uczucie. Chciała odgrzać stary związek, a Tommy… Wątpię, żeby taki przystojniak całą jesień sypiał w akademiku samotnie.
    – Czyli najpierw nasza tajemnicza laska go rzuca, a potem, gdy nie może go odzyskać, zabija go?
    – No właśnie – odparł Sal. – Trudno zrozumieć kobiety.
    – Och, proszę cię. A zrozumienie facetów to niby bułka z masłem. – Zabrzmiało to trochę napastliwie, wbrew jej intencjom. Odwróciła się do okna i zajęła dalszą obserwacją.
    Sal zamilkł. Ten facet zdawał się funkcjonować tylko w dwóch trybach: gadania i jedzenia. W tym momencie oba wyjątkowo działały jej na nerwy.
    Zobaczyła wychodzącą z klubu dziewczynę. Bujne blond włosy, wysokie szpilki i nieprzyzwoicie kusa spódnica. Szła, trzymając pod rękę trzy razy starszego od niej faceta z obowiązkowym wąsem i zaczesaną łysiną. Sony Bono nowego tysiąclecia. Dziewczyna cały czas się śmiała i robiła balony z gumy do żucia.
    Wydawałoby się, że taki facet mógłby się szarpnąć na wynajęcie pokoju w hotelu, ale on pewnie zażyczy sobie loda na przednim siedzeniu swego porsche, zaspokajając za jednym zamachem kilka fantazji.
    Kimberly zrobiła to kiedyś Macowi ręką, kiedy jechali w nocy autostradą. Stracił panowanie nad kierownicą i o mało ich nie zabił – trochę inaczej opisywali to w „Cosmo”. Za to kiedy dotarli do domu, sprawy poszły dużo lepiej.
    To było oczywiście w początkowym okresie związku, kiedy byli jeszcze młodzi i odurzeni świeżym uczuciem, radośnie beztroscy.
    Czy to można kiedykolwiek odzyskać? Czy mija bezpowrotnie? Dwoje ludzi zaczyna się ścierać, docierać, odkrywając nowe wady i stare przyzwyczajenia, które powoli zaczynają rządzić ich życiem, aż w końcu jedno lub drugie nie wytrzymuje i dołączają do krajowych statystyk.
    Matka Kimberly nigdy nie wybaczyła jej ojcu. Bethie zakochała się w Quincym, wyszła za niego i urodziła mu dzieci. A on mimo to nie wracał na noc do domu. Nigdy, przenigdy nie zdołała sobie poradzić z takim przejawem lekceważenia. Nigdy też nie przestała się czuć winna.
    Jak czyjaś śmierć może być ważniejsza od własnej rodziny?
    – O czym tak rozmyślasz? – zagadnął Sal.
    Kimberly oderwała wzrok od szyby.
    – O rozwoju płodu – odparła rzeczowo. – Mówią, że dzieci w łonie matki reagują na głośne dźwięki już w osiemnastym tygodniu ciąży, ale pełny rozwój ucha wewnętrznego, środkowego i zewnętrznego następuje dopiero w dwudziestym szóstym. To co one mogą słyszeć w dwudziestym drugim tygodniu? Przecież w brzuchu panuje ciągły hałas: serce bije, krew szumi, żołądek trawi. Może mała w ogóle nic nie słyszy? A może słyszała tylko te najgorsze, najgłośniejsze fragmenty? To gorzej? Sama nie wiem.
    – Twoje dziecko nas słyszy? – Sal patrzył z zafascynowaniem na jej brzuch. – Chcesz powiedzieć, że teraz, w tym momencie, ona albo on podsłuchuje naszą rozmowę?
    – Nie wiem. Właśnie próbuję tego dociec.
    – Ale jaja. Super.
    Zaskoczyła ją jego reakcja.
    – Serio tak uważasz?
    – Pewnie. No, pomyśl. Jak jest ładny dzień, ja mogę najwyżej uruchomić kosiarkę. A ty tu siedzisz i tworzysz w sobie całkiem nowe życie, prawdziwego małego człowieka, który będzie mówił „mama” i „tata”, a być może kiedyś wyrośnie na inżyniera, który zaprojektuje lepszą kosiarkę. Słuchaj, kiedy się znów poruszy, pozwolisz mi dotknąć? Tylko raz.
    Musiała się chwilę zastanowić.
    – Dobra. W sumie kupiłeś mi pudding.
    – Niesamowite, niesamowite… – powtarzał Sal.
    – Wiesz co, powinieneś sobie sprawić psa.
    – Nic z tego, mam alergię.
    – A może bonsai? U nas w biurze jest facet…
    Nim zdążyła dokończyć, sceneria za oknem wreszcie się zmieniła. Sal też to zauważył.
    – Obiekt na trzeciej – rzucił.
    – Do dzieła. – Wysiedli z auta i ruszyli prosto w stronę Delili Rose.
    Jak tylko ich zauważyła, chciała uciekać. Sal złapał ją za rękę i obrócił ku sobie. Kimberly odcięła jej drogę do ulicy. Zrozumiawszy, że jest w pułapce, Delilah przeszła do defensywy.
    – Nie mogą mnie z wami zobaczyć. Idźcie stąd, na litość boską!
    – Po cóż się tak denerwować. Odkąd Sandy Springs ma własną policję, widok prostytutki rozmawiającej ze stróżami prawa nie jest chyba niczym nadzwyczajnym.
    – Pieprzę policję i to, co sobie pomyślą inne dziewczyny. Chodzi o Dincharę. On myśli, że ja kabluję. Jutro może być po mnie.
    – Dobrze – powiedział Sal. – W takim razie zapraszam do mnie. – Szerokim gestem wskazał na swój nieoznakowany samochód. – Przejedziemy się po okolicy; nikt nic nie zauważy.
    – Błagam was. Pomyślą, że jesteście z antynarkotykowego…
    – No to chodźmy się przejść. – Kimberly mocno chwyciła ją pod rękę i pociągnęła za sobą. – Gdzieś tu musi być jakaś familijna restauracja. Wątpię, żeby pan Dinchara zaglądał do takich przybytków. Ukryjemy się w tłumie, a przy okazji zjemy razem dobrą kolacyjkę, którą nam uprzyjemnisz swym ciętym językiem.
    – Nienawidzę pani – mruknęła Delilah, ale pokornie poszła za nią. – Życie mi pani rujnuje.
    – Widzisz, już się zaczęła swobodna wymiana poglądów. Naprawdę umiesz chodzić w tych butach? Ależ jesteś wysoka.
    Sal i Kimberly trzymali ją między sobą i szybkim krokiem przemierzyli trzy przecznice. W tej części miasta, tak wymieszanej kulturowo, bez trudu znaleźli ciekawie urządzoną włoską restaurację. Zaciągnęli Dehlę do środka, usadzili w boksie otoczonym rodzinami z dziećmi i wzięli menu. Sal oświadczył, że umiera z głodu i wybrał lasagne. Kimberly zdecydowała się na zupę i sałatkę. Delilah chwilę złorzeczyła pod nosem, ale gdy zrozumiała, że za nic nie musi płacić, zamówiła fettuccini alfredo i kurczaka z grilla.
    Sal i Kimberly postanowili, że najpierw zjedzą kolację. Obstawili wygłodniałą informatorkę talerzami z gorącym makaronem i parującą zupą, licząc, że pyszne jedzenie wykona za nich połowę roboty. Każde wsparcie się przyda.
    – Dostanę odszkodowanie za stracony dzień pracy? – spytała Dehlah, zerkając w połowie posiłku na zegarek.
    – Nie, ale mogą ci zapakować resztę jedzenia na wynos – zapewniła ją Kimberly.
    Dziewczyna przewróciła oczami.
    – I co, wsadzę se niedojedzonego kurczaka pod stanik i tak będę przyjmować klientów?
    – Założę się, że niektórzy jeszcze by ci za to dopłacili – powiedział całkiem poważnie Sal.
    Delilah zmierzyła go pogardliwym spojrzeniem.
    – To ty jesteś tym świrem, który chciał mnie przesłuchiwać. Nie podobasz mi się. – Spojrzała na Kimberly. – Niech go pani spławi.
    – Próbowałam, ale jest wyjątkowo odporny. Chyba musisz zacząć go tolerować.
    – Hej, wcale nie muszę tolerować irytują…
    Kimberly przerwała tę tyradę, łapiąc dziewczynę za nadgarstek i wkładając jej dłoń do talerza z makaronem.
    – Zamknij się i posłuchaj. Chciałaś sprzedać jakieś informacje. No to jesteśmy. Więc przestań, kurwa, marnować nasz czas i gadaj.
    – Mamusia wie, że pani tak brzydko mówi?
    – Moja mama nie żyje, ale dzięki za troskę.
    Delilah w końcu spuściła oczy. Kimberly uwolniła jej rękę. Patrzyła, jak dziewczyna bierze serwetkę i wyciera rozchlapany sos. Sal tymczasem wtopił się w tło i udawał, że go nie ma. Może jeszcze będzie z nich zgrany zespół.
    – Czemu do mnie wydzwaniasz, Delilo?
    Dziewczyna zrobiła zdziwioną minę.
    – Co? Wcale do pani nie dzwoniłam. Od naszej rozmowy nawet się nie widziałam z Dincharą i nie mam nowych informacji.
    – Komu powiedziałaś o naszym spotkaniu?
    – Oszalała pani? W moim środowisku kapusie mają krótki żywot. Tym się nie ma co chwalić.
    Kimberly przyjrzała się jej, próbując ocenić, czy mówi prawdę. Delilah miała włosy spięte w kucyk, co uwydatniało wytatuowanego nad obojczykiem granatowego pająka, który odnóżami obejmował szyję, a kłami sięgał do lewego ucha.
    – Czy ten tatuaż to jego pomysł? Może ci za to zapłacił? Parę stów, tysiąc? Ile kosztuje okaleczenie szyi dziewczyny?
    Delilah uciekła wzrokiem, dając Kimberly znak, że coś ukrywa.
    – Od jak dawna go znasz?
    – Kilka miesięcy.
    – Z tego co mówiłaś, Ginny Jones zniknęła trzy miesiące temu, a obie znałyście go już wcześniej, więc to musiało być więcej niż kilka miesięcy.
    – No dobra, może sześć. Albo osiem, nie pamiętam. Kto by to liczył?
    – A więc znałaś go, zanim zaszłaś w ciążę. Dziewczyna otwarła szeroko oczy. Odłożyła sztućce i znieruchomiała wpatrzona w talerz z resztkami makaronu.
    – Delilah?
    – Dinchara nie jest ojcem mojego dziecka – wyrzuciła z siebie. – Miałam chłopaka, kochałam go, myślałam, że on mnie też. Więc niech się pani odpieprzy, dobra? Dziecka w to nie mieszajcie.
    – To o co chodzi? Znasz Dincharę prawie od roku. Czemu nagle chcesz go podkablować?
    – Już mówiłam. Zrobił coś złego Ginny…
    – A co z Bonitą Breen? – odezwał się nagle Sal. – Albo Mary Back, Ettą Mae Reynolds? Nic ci te nazwiska nie mówią? – Przysunął się bliżej, spychając ją w sam kąt boksu, żeby dać jej odczuć, jak bardzo jest osaczona i jak niewielki ma wybór.
    – Ale co? O co chodzi?
    – Nicole Evans, Beth Hunnicutt, Cyndie Rodriguez? Koleżanki, współlokatorki, wspólniczki?
    Delilah patrzyła na niego ze zmarszczonym czołem, zmęczona, rozkojarzona.
    – Cyndie chyba wyjechała. Nie widziałam jej od miesięcy. Co ona ma z tym wspólnego?
    – Dokąd wyjechała?
    – Skąd mam wiedzieć? Pewnie tak jak wszyscy, jak najdalej stąd.
    – Dobrze ją znałaś?
    – Wpadałyśmy na siebie średnio co drugi tydzień. Ta dziewczyna lubiła ostro zabalować.
    – Narkotyki?
    – Jeszcze jak. Brała wszystko, co jej wpadło w ręce, od kleju po kokainę. Przez to tylko traciła klientów. – Wyprostowała się dumnie, w jej oczach znów pojawił się wojowniczy błysk.
    – Kiedy widziałaś ją ostatni raz?
    – Bo ja wiem? Po prostu pojawiała się tu i tam. Nie byłyśmy przyjaciółkami.
    – Wiesz, z kim mieszkała?
    – Zaraz… Takie dwie dziewczyny, nie? Jedna brunetka, druga blondynka. Koszmarnie tlenione włosy. Tak, teraz sobie przypominam, że czasem je widywałam we trójkę. Raz podnosiły ją z podłogi i ciągnęły do drzwi. To pewnie z nimi mieszkała.
    – Widziałaś je gdzieś ostatnio?
    – Nie.
    – Często się zdarza, że dziewczyny pojawiają się i znikają?
    – Bez przerwy. Im się wydaje, że tylko spróbują, zarobią na szybko trochę kasy, ale to środowisko wciąga i niszczy. Dostają w kość, czują się wypalone i uciekają.
    – Dokąd? – zapytała Kimberly.
    – Szukać szczęścia gdzie indziej. – Delilah wzruszyła ramionami. – Jeśli tu idzie kiepsko, jedzie się na wschód do Miami albo na zachód do Teksasu. Każda ma w zanadrzu co najmniej jedną historyjkę o znajomej, która mieszka sobie gdzieś tam i zarabia tysiąc dolców za noc. No więc dziewczyny jadą, robią dokładnie to samo co tu i naiwnie wierzą, że nagle zbiją majątek. Może to dziwne, ale my w głębi duszy jesteśmy optymistkami.
    – Zdarza się, że któraś wraca? – spytał Sal.
    – Czasami. Nie wiem. Może po roku, dwóch. Chyba że zaczęła ćpać, wtedy już po niej.
    – A Cyndie, Beth, Nicole? Jak to było z nimi? Znów obojętne wzruszenie ramion.
    – Nie wiem. Dawno ich nie widziałam. Czemu was to obchodzi?
    – A czemu ciebie obchodzi Ginny Jones? – spytała Kimberly. – Dlaczego uważasz, że nie wyjechała jak inne szukać lepszego życia?
    – Bo ona by tego nie zrobiła – natychmiast odparła Delilah. – Nie odjechałaby bez pożegnania.
    – Tak bardzo się przyjaźniłyście?
    – Ginny była w porządku. Ludzie tego nie dostrzegali, uważali, że się puszcza. Ale ona miała swoje plany, marzenia, nadzieje. Tylko trochę się pogubiła.
    – Wspominała kiedykolwiek o swojej mamie?
    Kolejne wzruszenie ramion, ale tym razem mniej zdecydowane. Delilah znów wbiła wzrok w talerz z makaronem i było widać, że intensywnie szuka w głowie najmniej oczywistego kłamstwa.
    – Zdaje się, że nie żyje – powiedziała cicho.
    – Tak ci powiedziała? – spytał Sal.
    – Dała do zrozumienia. Mówiła, że nie ma nikogo, jest sama jak palec.
    – A ty, Delilo – spytała łagodnie Kimberly. – Co ciebie tu przywiodło?
    Dziewczyna cofnęła się jak oparzona. Podniosła głowę, z jej oczu aż sypały się iskry.
    – Chcielibyście wiedzieć, co? Cholerne gliny! Jak trzeba, to was nie ma!
    – Jeśli chcesz zgłosić przestępstwo…
    – Odpieprzcie się!
    – Delilah…
    – Nie. Koniec. Jesteście tacy sami jak wszyscy. Jeszcze jedna para klientów, którzy chcą mnie wydoić. A potem wykopiecie na ulicę, nie rzucając nawet marnej dychy. Pieprzę to. Pocałujcie mnie w dupę!
    Delilah przenosiła wzrok z Sala na Kimberly i w końcu, dokonawszy wyboru, przyłożyła dłonie do piersi Sala i odepchnęła go na bok. Nie był w stanie jej zatrzymać.
    Minęła go i wypadła z restauracji. Kilkoro gości przerwało na chwilę konsumpcję, dostrzegłszy błysk gołych nóg.
    Podbiegł kierownik restauracji, rzucając im nerwowe spojrzenia.
    – Rachunek proszę – powiedziała Kimberly i kierownik z powrotem zniknął na zapleczu.
    Sal się otrzepał i stwierdził:
    – Ta laska jest nieobliczalna.
    Kimberly już kładła banknoty na stole i podnosiła się z miejsca.
    – Idziemy. Nasza koleżanka najwyraźniej czegoś się boi. Zobaczmy, dokąd poleciała.

17

    „Pająk zjada rocznie około dwóch tysięcy owadów. Gdyby nie było pająków, świat opanowałoby robactwo”.
    (Christine Morley, Freaky Facts About Spiders, 2007)

    Delilah Rose poruszała się całkiem szybko jak na ciężarną kobietę na dziesięciocentymetrowych szpilkach. Choć się zarzekała, że musi wracać do pracy, minęła kolejno pięć klubów. Przemykała ulicami z wprawą osoby, która zna okolicę jak własną kieszeń.
    Za nią, dysząc i sapiąc, podążali Kimberly i Sal. Trzymali się w pewnej odległości, co jakiś czas wtapiając się w tłum młodych ludzi szturmujących wejście do klubu. Potem się odłączali, żeby za chwilę się doczepić do jakiejś grupki zdążającej w górę ulicy. Oczywiście w pewnym momencie grupka zbaczała z trasy Delili – detektywi byli narażeni na dekonspirację, dopóki nie nadeszła kolejna.
    Delilah szła ze spuszczoną głową, przytrzymując dłońmi poły sfatygowanego niebieskiego płaszcza. Co chwila to przyśpieszała, to zatrzymywała się w pół kroku i rozglądała nerwowo na wszystkie strony.
    Szła jedną stroną ulicy, potem raptownie skręciła w prawo, przeszła na drugą stronę i ruszyła w przeciwnym kierunku. Chciała zmylić trop? Ostrzec kogoś? Kimberly zaczynało się już kręcić w głowie od tego szpiegowania, gdy nagle Delilah zbliżyła się do poobijanej mazdy zaparkowanej między dwiema terenówkami.
    Schyliła się i wydobyła spod samochodu magnetyczny pojemnik z zapasowymi kluczykami. Kimberly opadły ręce.
    – Cholera, ona ma samochód.
    – Wydawało mi się, że policja ją zgarnęła na stacji kolejki podmiejskiej.
    – Cóż, najwyraźniej czegoś ją to nauczyło, bo teraz się porusza własnym środkiem lokomocji.
    Delilah otworzyła drzwi i usiadła za kierownicą.
    – I co teraz? – spytała Kimberly, trzymając się za lewy bok, który zaczynał ją pobolewać z wysiłku.
    – Mam pomysł – odparł Sal, zerkając na jej brzuch. – Ty skocz po samochód, a ja jej przypilnuję. Tutaj co chwila są światła… Czasem piechotą jest szybciej niż autem. Może mi się uda nie stracić jej z oczu, zanim wrócisz.
    Rzucił jej kluczyki. W tej samej chwili Delilah odjechała. Sal popędził za nią w kierunku skrzyżowania. Kimberly wracała najszybciej, jak mogła, ciężko dysząc i modląc się, żeby nie zwymiotować.
    Niech to szlag, Mac miał rację. Jeszcze miesiąc i nie będzie się w stanie ruszyć z fotela.
    Trzymając się za bok, obiecała nienarodzonej córeczce, że jeśli wytrzyma jeszcze pięć minut, kupi jej kucyka. W odpowiedzi poczuła kopnięcie. Widać dziecko odziedziczyło poczucie humoru po ojcu.
    Dotarła do samochodu Sala. Nie zwymiotowała. Usiadła za kierownicą. Chwilę zmagała się z kluczykiem i pasami, przyglądała wskaźnikom na desce rozdzielczej. Ciągle się trzęsła i nie mogła złapać tchu. To do niej niepodobne, zawsze jest taka spokojna i opanowana. Odjeżdżając, zahaczyła o cudzy samochód i jeszcze usłyszała wiązankę pod swoim adresem od właściciela.
    Pojechała na północ, jedną ręką trzymając kierownicę, a w drugiej dzierżąc telefon. Sal podał jej namiary, lecz kiedy dotarła na skrzyżowanie, Delili już nie było.
    – Gdzie? – spytała.
    – Jedzie w stronę autostrady – wysapał Sal. – Na północ. Gazu!
    Kimberly puściła sprzęgło i Sala wbiło w fotel. Zapiął pas i ruszyli w pościg.
    Znalazłszy się na autostradzie GA-400, Kimberly ustawiła się na środkowym pasie i wcisnęła gaz do dechy. Sal obserwował prawą stronę, ona lewą.
    Dlatego o mały włos nie staranowali niebieskiej mazdy Delili, która także jechała środkiem. Kimberly zauważyła ją w ostatniej chwili, zwolniła i uciekła na prawy pas tuż przed samym zjazdem, jak klasyczna blondynka, która nie wie, gdzie jedzie. Wykazując się resztką refleksu, skręciła kierownicę i wróciła na środek, lecz między nią a Delilę zdążyły już się wcisnąć dwa samochody.
    – Jak myślisz, dokąd jedzie? – spytał Sal.
    – Nie mam pojęcia. Wziąłeś jej adres od policji?
    – Tak. Mieszka w bloku, ale kiedy tam poszedłem, otworzył mi jakiś gruby Latynos i stwierdził, że pierwszy raz słyszy takie nazwisko. Zaryzykuję i powiem, że ta dziwka chyba nas okłamała.
    – A co z odciskami palców?
    – Nie znaleźli w bazie.
    – Hm – mruknęła Kimberly. – Innymi słowy nadal guzik o niej wiemy. Spryciara.
    Sal wyjął notes.
    – Ale przynajmniej mogę spisać numer rejestracyjny.
    – Brawo, Sal. Dobra robota.
    Delilah włączyła kierunkowskaz. Cokolwiek by o niej mówić, była rozważnym kierowcą. Nie przekraczała dozwolonej prędkości i przestrzegała przepisów. To ułatwiało pościg. Nie bez znaczenia był też fakt, że Kimberly znała tę trasę na pamięć. Atlanta, Sandy Springs, Roswell i Alpharetta – wszystkie się ciągną wzdłuż głównej arterii. Czasami miała wrażenie, że cały dzień nie robiła nic innego, tylko jeździła nią w tę i we w tę. Ona i reszta mieszkańców Atlanty.
    Delilah zjechała z autostrady. Kimberly ruszyła jej śladem.
    Niebieska mazda minęła zabudowania przemysłowe i wjechała do dzielnicy mieszkaniowej. Wyglądała znajomo, ale Kimberly nie potrafiła jej umiejscowić w pamięci. Ulica była szeroka, dwupasmowa. Delilah cały czas trzymała się prawej strony.
    Ruch malał, była już prawie północ. Z sześciu aut zrobiły się cztery, potem trzy, w końcu zostali tylko oni i jadąca dwadzieścia metrów przed nimi Delilah.
    – Niech to szlag – mruknął Sal.
    – Cicho – powiedziała do niego Kimberly. – Jest ciemno, ona widzi tylko nasze światła. Jeśli nie zrobimy niczego głupiego, powinno się nam udać.
    Delilah zaczęła zwalniać. Kimberly trzymała się w pewnej odległości od niej. Obserwując okolicę, marszczyła czoło; mogłaby przysiąc, że już tu kiedyś była. Rząd przerośniętych krzaków, szkielety drzew.
    I nagle sobie przypomniała. Wprawdzie wjeżdżali z drugiej strony, ale nie miała wątpliwości.
    Tak jak Delilah Rose, która skręciła w prawo na bitą drogę, gdzie zginął Tommy Mark Evans.
    Kimberly przejechała zakręt, wyłączyła światła i stanęła na poboczu.
    – Wysiadaj – wyszeptała z niecierpliwością. – Pora się przejść.
    Sal wyjął ze schowka latarkę.
    – Czemu nie autem?
    – To wiejska droga, zero ruchu, nie ma mowy, żeby nas nie zauważyła. Poza tym myślę, że dotarła do celu. Dalej nic nie ma, tylko miejsce zbrodni.
    Sal otworzył szeroko oczy i wreszcie zrozumiał.
    – To tutaj zastrzelono Evansa. Ale po co Delilah…?
    – Otóż to. Po co tu przyjechała Delilah? Jeśli się pośpieszymy, może uda nam się tego dowiedzieć.
    Wsunęli latarki do rękawów, żeby dyskretnie oświetlały drogę i nie były widoczne z zewnątrz. Sal zaczął biec. Kimberly potarła lewy bok, westchnęła i ruszyła za nim.
    Droga była bardzo wyboista, miejscami podmyta po jesiennych ulewach, usiana kamieniami i grudkami ziemi. Musieli bardzo uważać. Starali się poruszać bezszelestnie, chociaż Sal skręcił kostkę, a Kimberly potknęła się o przewróconą gałąź.
    Kimberly zobaczyła w oddali słabe światło. To były reflektory samochodu. Jednego czy dwóch, nie była pewna. Pomyślała, że Delilah przyjechała tu z kimś się spotkać i tym kimś najprawdopodobniej jest zabójca Tommy'ego. Jeżeli tak, na wszelki wypadek należy założyć, że jest niebezpieczny i uzbrojony, i mógłby źle zareagować na niespodziewaną wizytę dwójki agentów FBI.
    Co ona mówiła Macowi wczorajszej nocy? Że unika ryzyka i zrezygnowała z udziału w niebezpiecznych akcjach? Że powinien jej zaufać, bo umie zadbać o swoje bezpieczeństwo, tak jak to robiła przez ostatnie cztery lata?
    Jak zwykle gdy człowieka dopada prawda, ta myśl pojawiła się kompletnie nie w porę: „Idiotka ze mnie. Nie powinnam tego robić”.
    Zawahała się, ale było już za późno. Sal ruszył przed siebie, licząc, że Kimberly będzie go osłaniać.
    Wyjęła broń, modląc się w duchu, żeby nikomu nic się nie stało.
    Pięćdziesiąt metrów. Czterdzieści. Trzydzieści. Z tej odległości było widać, że stoi tam tylko jeden samochód. Podwójne reflektory oświetlały jasnym blaskiem biały krzyż, zupełnie jak poprzedniej nocy światła samochodu Kimberly.
    Wyłączyli latarki, zwolnili do truchtu i poruszali się skrajem drogi niemal ramię w ramię, żeby w razie czego móc się porozumieć dotykiem.
    Dwadzieścia metrów. Dziesięć.
    Wreszcie zobaczyli Delilę. Stała przodem do krzyża, ręce trzymała przed sobą. Ramiona jej drżały.
    Sal szturchnął Kimberly i pokazał na drugą stronę. Kimberly skinęła i przemknęła przez drogę, chowając się w dość gęstych krzakach. Skradali się teraz równolegle, małymi krokami, jak dwa psy myśliwskie na tropie zdobyczy.
    W ostatniej chwili Kimberly spojrzała w górę. Nic.
    W prawo i w lewo. Pusto.
    I jeszcze rzut oka za siebie.
    Droga tworzyła długi mroczny tunel oddalony od cywilizacji, idealne miejsce na śmierć.
    Sal odliczał na palcach: pięć, cztery, trzy, dwa, jeden…
    Wszedł w strumień światła. Pistolet miał opuszczony, ale palec trzymał na spuście.
    Wystraszona Delilah odwróciła się i zasłoniła ręką mokrą od łez twarz.
    – Delilo – powiedział spokojnie Sal.
    Dziewczyna się rozpłakała. Widząc tak emocjonalną reakcję, Kimberly wreszcie zrozumiała.
    – Sal – rzekła. – Poznaj Ginny Jones.
    – Nic nie rozumiecie – denerwowała się dziewczyna. – Nie możecie się tak do mnie zwracać. Nazywam się Delilah Rose. Tylko dzięki temu jeszcze żyję.
    Sal i Kimberly wsadzili ją z powrotem do jej samochodu, ale to Kimberly usiadła za kierownicą. Wrócili na główną drogę, Sal jechał swoim autem. Zatrzymali się przy całodobowej drogerii i zaparkowali pomiędzy innymi pojazdami. Tam kobiety przesiadły się do samochodu Sala; Delilah z tyłu, Kimberly z przodu. Warunki gorsze niż w przeciętnym pokoju przesłuchań, za to skuteczność znacznie wyższa.
    – Dlaczego nam powiedziałaś, że Ginny Jones zniknęła? – spytała Kimberly. – Jeśli nie chcesz, żebyśmy znali to nazwisko, po co je wymieniasz?
    Delilah/Ginny nie chciała jej spojrzeć w twarz. Siedziała z opuszczoną głową i miętosiła rąbek płaszcza.
    – Tylko ja jeszcze żyję. – wyszeptała. – Tak to wszyscy po kolei… – Podniosła głowę. – Ja wtedy nie kłamałam. Naprawdę chcę, żeby moje dziecko miało w życiu lepiej ode mnie. Chcę, żeby to… To się musi skończyć. Myślałam, że jeśli komuś o tym powiem, to się nami zainteresuje, zwróci uwagę… Ja już nie mam siły.
    – O czym ty mówisz? – włączył się Sal. – Zacznij od początku, Delilo. Powiedz dokładnie, co się stało, a może będziemy w stanie pomóc.
    – To moja wina – wyrzuciła z siebie. – On się zatrzymał, spytał, czy podwieźć, no i się zgodziłam. Niczego nie podejrzewałam. Czasem trafiają się narwańcy, lubią przyłożyć dziewczynie, żeby sobie ulżyć. Ale ten… On nie chce ich bić, on chce je posiąść na własność. Zniszczyć. A potem je zabija. To go uszczęśliwia. Kiedy kogoś złamie.
    Sal i Kimberly spojrzeli po sobie. Sal włączył dyktafon. Kimberly przejęła pałeczkę.
    – Kiedy to było?
    – Oj, dawno.
    – Zimą, wiosną, latem, jesienią?
    – Zimą. W lutym. Późno wróciłam i matka za karę nie wpuściła mnie do domu. Tak przynajmniej myślałam, bo drzwi były zamknięte. Strasznie zmarzłam, a on akurat przejeżdżał tą swoją wypasioną furą. Pomyślałam, że mam szczęście.
    – Który to był rok, Delilo?
    Dziewczyna skupiła się na chwilę.
    – Dawno. Zaraz… dwa lata temu, jeszcze w liceum. Po maturze chciałam iść do studium kosmetycznego. Wszyscy uważali, że do niczego się nie nadaję, a ja miałam swoje plany. Chciałam zostać fryzjerką.
    – A więc mamy luty dwa tysiące szóstego – podpowiedziała Kimberly – jest późny wieczór…
    – Po jedenastej.
    – Znajdujesz się…
    – Kilka przecznic od domu. Idę ulicą.
    – Powiadasz, że matka cię nie wpuściła?
    Dziewczyna skrzywiła usta.
    – Byłam z Tommym. Wiedział, że muszę wrócić na czas. Osioł. – Wargi jej zadrżały, jakby miała się znowu rozpłakać. – Mama powiedziała, że jak znowu nawalę, to mi da nauczkę. Wróciłam i wszystko było zamknięte na klucz. Pomyślałam, że w końcu spełniła swoją groźbę, no i sobie poszłam…
    – Czyli idziesz ulicą, jest zimno i nagle pojawia się samochód. Jaki to był samochód?
    – Mówiłam, czarna toyota FourRunner z chromowanym wykończeniem. Wersja limitowana.
    – A kierowca?
    – No właśnie Dinchara. Czerwona bejsbolówka, markowe ciuchy, bajerancka bryka. Dlaczego wszyscy uważają, że skoro jestem dziwką, to nie mogę mówić prawdy?
    Kimberly postanowiła na chwilę zignorować fakt, że Ginny jednak parę razy skłamała.
    – Czyli poznałaś go dwa lata temu.
    – Tak.
    – Co było potem?
    Jej oczy się zaszkliły. Zadrżała, patrząc na obrazy, które tylko ona widziała.
    – Puścił mi kasetę.
    – Kasetę?
    – Tak, w samochodzie. Tam było nagrane, jak… jak umiera moja mama. Kazał mi w kółko słuchać jej krzyków i tego, jak na koniec podaje mu moje imię. Idiotka. Do końca życia nie potrafiła niczego zrobić dobrze. Cholerna, żałosna szmata.
    Pociągnęła nosem i wytarła go wierzchem dłoni. Drugą rękę położyła na brzuchu i bezwiednie zaczęła zataczać kółka kciukiem. Czyżby składała swemu nienarodzonemu dziecku jakieś milczące obietnice? Zastanawiała się, czy będzie lepszą matką niż jej własna?
    – Ginny, co się stało z twoją mamą?
    Dziewczyna spojrzała gniewnie.
    – Zabił ją. Przecież mówiłam.
    – Widziałaś coś? Gdzie to się stało? Co zrobił z ciałem?
    – Nie, tylko słyszałam nagranie. Ale wierzcie mi, to wystarczyło.
    – A potem?
    – Potem on się uśmiechnął i powiedział: „Będziesz następna”. I jeszcze: „Witaj w mojej kolekcji”.
    – I co zrobiłaś?
    – A co miałam zrobić? Zaczęłam go zagadywać. Obiecałam, że zrobię mu taką laskę, jakiej w życiu nikt mu nie zrobił, ale on mnie wyśmiał i powiedział: „Pewnie, że zrobisz, Ginny. Spełnisz moje wszystkie fantazje. A potem wykroję kawałek skóry z tej twojej chudej białej szyi i nakarmię nią moich pupili”. Wtedy wyjął nóż, normalnie pierwszy raz taki widziałam: długi, wąski i błyszczący. Mówił, że to do filetowania. Więc nie miałam wyjścia, zrobiłam wszystko, czego zażądał, a on w tym czasie ciachał mnie tym nożem po rękach, po nogach, miałam pełno takich małych krwawiących ran. Jezu, jak to bolało. Potem wyjął słoik. W środku siedział czarny pająk z czerwonymi plamkami. Podobno czarna wdowa. Dinchara powiedział: „Ma jad piętnaście razy silniejszy od grzechotnika. Samo ugryzienie nie boli, niektórzy nawet nic nie czują. Na początku. Potem dopada cię ostry ból brzucha. Takie skurcze, że aż się skręcasz. Zaczynasz się pocić, a jednocześnie zasycha ci w ustach. Puchną oczy, zaczynają piec stopy, mięśnie palą jak ogień. Całymi dniami wijesz się z bólu, wymiotujesz, modlisz się o śmierć. Antidotum istnieje, ale wtedy musiałbym zmienić zdanie i zawieźć cię do szpitala, a to raczej mało prawdopodobne, nie?”. Wyszczerzył zęby i zaczął się śmiać. „Zwykle samica czarnej wdowy zaspokaja swoje mordercze instynkty, pożerając samca, ale odkryłem, że zapach krwi strasznie ją podnieca. Może sprawdzimy?”. Zaczął odkręcać słoik, a ja… ja tylko błagałam, żeby przestał, że zrobię wszystko, co chce. Wszystko. I wtedy zdałam sobie sprawę, że już po mnie. Jestem trupem. Bo moja matka mówiła dokładnie to samo i spójrzcie, co z nią zrobił. Jak tylko zdjął zakrętkę, zrozumiałam. Błaganie o litość to właśnie to, co go najbardziej rajcuje. Jeśli będę krzyczeć, tylko przypieczętuję swój los. Więc się zamknęłam. I kiedy ta czarna wdowa zaczęła wyłazić ze słoika, powoli, najpierw jedna noga, potem druga, podsunęłam rękę i pozwoliłam jej wejść. Zaczęłam do niej mówić, potraktowałam ją jak zwykłe domowe zwierzątko i wiecie co? Zadziałało. Przeszła mi po ręce, musnęła wargi. Była bardzo delikatna, raczej zaciekawiona.
    Ginny dotknęła ust, jakby na wspomnienie tamtej chwili.
    – Potem spokojnie ją zdjęłam i włożyłam z powrotem do słoika. Spojrzałam facetowi w oczy i powiedziałam: „Piękna. Masz jeszcze inne?”. Wtedy przewrócił mnie na plecy i zaczął ostro posuwać. Myślałam, że mi połamie żebra. Jak skończył, usiadł za kierownicą, zapalił fajkę, a ja już wiedziałam, że przeżyję. Muszę tylko polubić pająki. Zawarliśmy układ: ja będę dalej zarabiała na ulicy, połowę forsy oddając jemu, a za to on daruje mi życie. – Wykrzywiła usta w kwaśnym uśmiechu. -I tak to jest od tej pory. Raz w miesiącu on się pojawia. Szybki numerek, forsa do kieszeni i znowu spokój na miesiąc.
    – Jest twoim alfonsem? – spytała z niedowierzaniem Kimberly.
    Ginny spojrzała na nią z politowaniem.
    – Alfonsi zapewniają ochronę. Dinchara ma to gdzieś. Jak mnie któryś tłucze albo kantuje na kasie, myślicie, że Dincharę to cokolwiek obchodzi? On jest raczej jak gangster, który raz na miesiąc przychodzi odebrać haracz. Więc nieważne, jak ciężko będę harować, nigdy nie wyjdę na swoje. Spełnił pierwszą obietnicę, nie? Zostałam okazem w jego kolekcji. Wprawdzie moje terrarium jest trochę większe, ale to ciągle klatka i oboje dobrze wiemy, że nigdy się z niej nie uwolnię.
    – Czy ktokolwiek był świadkiem waszych transakcji? – zapytał Sal. – Widział, jak mu płaciłaś?
    – Skąd! Dinchara nie jest głupi.
    – A czy ktoś widział was razem?
    Ginny wzruszyła ramionami.
    – On chodzi po klubach, tam mnie znajduje. Jak wszyscy klienci. Nie kryje się specjalnie, ale też nie rzuca się w oczy. Wątpię, żeby ktoś go zapamiętał.
    – Ma więcej dziewczyn? – spytała Kimberly.
    Ginny się zawahała, znowu spuściła wzrok.
    – Nie wiem.
    – Nie wiesz czy nie chcesz powiedzieć? Ginny, tak daleko już zaszliśmy. Jak się powiedziało A, trzeba powiedzieć i B.
    – Pamiętajcie o warunkach umowy. Chcesz żyć, trzymaj gębę na kłódkę.
    – Za późno. Już zaczęłaś mówić. Teraz w twoim interesie leży, żeby nam jak najbardziej pomóc.
    – Dziewczyny się tym nie chwalą! One po prostu… znikają. – Nagle podniosła oczy. – Jak to się stało, że policja nic nie wie? Jak mogliście się nie domyślić, że coś tu się dzieje nie tak? Co miesiąc ginie dziewczyna i nikt nawet okiem nie mrugnie! Jakbyśmy były tylko owadami, które on może zjadać w dowolnych ilościach, a wszyscy mają to w dupie. Milion much ginie, następnego dnia wylęga się drugi milion. Powinniście wiedzieć o takich rzeczach, zainteresować się nami, chronić nas!
    – Ile było tych dziewczyn? – naciskał Sal.
    – Mnóstwo!
    – Możesz podać nazwiska? Daty? Muszę znać konkrety.
    – To niech pan popyta ludzi! Nie mam zamiaru odwalać za was roboty, już i tak nadstawiam karku!
    – Co się dzieje z tymi dziewczynami? – z drugiej strony dobiegł głos Kimberly. Nie dawali jej spokoju, chcieli ją wytrącić z równowagi.
    – Nie wiem.
    – Wywozi je gdzieś?
    – Pewnie tak.
    – Do siebie do domu?
    – Nie wiem, ja nigdy u niego nie byłam. Wszystkie nasze transakcje odbywają się w jego aucie. Już i tak za dużo wiem.
    – Ginny, ale co z ciałami? Jeżeli twierdzisz, że ten człowiek zabił te kobiety, gdzie są zwłoki?
    – Nie wiem! – krzyknęła, ale jej wzrok gdzieś uciekał. – To chyba wasza działka. Czemu ja mam wszystko wiedzieć?
    – To nie ma sensu. – Kimberly siadła w fotelu, krzyżując ręce na piersiach. – Ty rzeczywiście nic nie wiesz. Puśćmy ją, Sal. Odwieziemy ją do klubu, wysadzimy przed wejściem, może nikt się nie zorientuje.
    – Nie zrobicie tego!
    – Przecież ona nawet kłamać dobrze nie potrafi.
    – Hej! – oburzyła się Ginny. – Właśnie, że potrafię. W końcu jeszcze żyję, nie?
    Kimberly odwróciła się gwałtownie i spojrzała dziewczynie prosto w twarz.
    – A więc to wszystko to tylko jedno wielkie oszustwo? Tak, Ginny? Sama przyznałaś, że tylko grasz, kombinując, jak się z tego wyplątać. Dlaczego mielibyśmy ci wierzyć? Znikające prostytutki? Pająki? Daruj sobie. Naczytałaś się za dużo Stephena Kinga. O co ci w ogóle chodzi? Zawracasz mi głowę telefonami, a jak przyjdzie co do czego, nie chcesz nic mówić.
    Ginny potrząsnęła głową.
    – Nie dzwoniłam do pani, mówiłam przecież. Od tamtego czasu nie widziałam się z Dinchara. Nie miałam po co dzwonić.
    – Nie kłam. Wykręcasz mój numer i każesz mi słuchać tej taśmy z nagraniem twojej matki…
    – Pani to słyszała? – Dziewczyna wydawała się szczerze zaskoczona. Od razu się ożywiła. – A więc pani wie! Wie, że tego nie zmyśliłam! On naprawdę zabija ludzi. Skoro pani słyszała taśmę, możecie go aresztować!
    – Ginny, komu jeszcze dałaś mój numer?
    – Nikomu, przysięgam! Wystarczy, że ktoś by znalazł przy mnie wizytówkę FBI, już po mnie. Nie jestem wariatką, żeby to rozgłaszać.
    – To kto do mnie dzwonił?
    – Nie wiem!
    – Owszem, wiesz!
    – Kurwa, przecież mówię, że nie wiem!
    – A ja ci, kurwa, mówię, że wiesz!
    Kimberly opadła na fotel. Obie z Ginny ciężko dyszały. Rzuciła Salowi spojrzenie pełne frustracji. Przejął ster.
    – Ginny – zagadnął – co się przytrafiło Tommy'emu?
    Dziewczyna nagle przygasła, opuściła ramiona. Twarda skorupa pękła.
    – Ja mu się przytrafiłam – jęknęła. – Każde z nas musi wskazać następną osobę. O n tego żąda. To musi być ktoś bliski, kogo kochamy. Nie zapominajcie, że wcześniej zabrał mi matkę. Tylko Tommy mi został.
    – Widziałaś, jak Dinchara do niego strzelał?
    – Nie, ale wiem, że to on go zabił. Jak tylko usłyszałam o tym w wiadomościach. Co innego mogło się stać?
    – Narkotyki? – podpowiedział Sal.
    Ginny spojrzała na niego wściekle.
    – Tommy? W życiu. Był czysty jak łza. Boże, jemu się nawet wydawało, że mnie kocha. Głupi palant. – Dotknęła ręką szyi, gdzie kiedyś być może nosiła jego szkolny sygnet zawieszony na łańcuszku.
    – To dlatego dałaś mi sygnet? Chciałaś, żeby mnie doprowadził do Tommy'ego?
    – Mówiła pani, że potrzebuje dowodów. No to je pani ma. Sprawa zabójstwa Tommy'ego ciągle nie została rozwiązana, poza tym słyszała pani nagranie. Teraz tylko musicie wpakować Dincharę do pudła.
    – Z największą przyjemnością – odparł Sal. – Brakuje nam tylko jego nazwiska.
    – Myślicie, że ja je znam? Przecież on nie jest idiotą, żeby mi się przedstawiać. Ciągle nic nie kapujecie. To on wszystko kontroluje. To on ma władzę. Ja jestem tylko robakiem, którego jakimś cudem jeszcze nie zeżarł.
    Kimberly ściągnęła usta. Przez chwilę przyglądała się Ginny uważnie, sądząc, że może uda jej się dostrzec choć cząstkę tego, co naprawdę dzieje się w jej wnętrzu. Z jednej strony sama się zgłosiła na policję, twierdząc, że chce sprawiedliwości. Z drugiej, była dość powściągliwa w zeznaniach. Chwaliła się, że nie bała się wziąć do ręki czarnej wdowy, ale jakoś nie starczyło jej odwagi, żeby uciec gdzie pieprz rośnie, jak tylko Dinchara ją wypuścił. Miała dość sprytu, żeby ujść z życiem, pozostając dwa lata na łasce seryjnego mordercy, ale jednocześnie nie zdołała zauważyć numeru rejestracyjnego jego samochodu ani żadnych szczególnych cech, które pomogłyby ustalić jego tożsamość.
    Zachowywała się wrogo, nie jak ktoś, kto chce pomóc. W jej zeznaniach więcej było kłamstw niż rzetelnych informacji. Nie była sojusznikiem, raczej manipulantką.
    Jednakże tylko ją mieli.
    – No dobra – odezwała się w końcu Kimberly. – Facet zamordował twoją matkę, twojego chłopaka i może jeszcze kilka koleżanek. Rozumiem, że chciałabyś się zemścić, wyrównać rachunki, wreszcie się uwolnić.
    – Jasne, że chcę.
    – No, chyba że zamierzasz do końca życia oddawać mu połowę swoich zarobków. A co będzie, kiedy urodzi się dziecko? Zastanawiałaś się? Myślisz, że on będzie je niańczył, kiedy pójdziesz do pracy?
    – W życiu nie pozwolę mu się zbliżyć do mojego dziecka!
    – A on oczywiście potulnie się na to zgodzi.
    Ginny była bliska wybuchnięcia płaczem.
    – Moim zdaniem – ciągnęła Kimberly – zdecydowanie najlepszym wyjściem byłoby wsadzić sukinsyna za kratki.
    – Przecież cały czas o tym mówię!
    – Ale wiesz, bez nazwiska, numeru auta, danych osobowych… – zawiesiła głos. Ginny nie śpieszyła się z odpowiedziami, więc Kimberly przeszła do planu B. Wzruszyła ramionami. – Cóż, mamy jeszcze jedno wyjście. Oczywiście jeżeli naprawdę ci zależy, żebyśmy go dorwali.
    – Co? Co takiego? – ożywiła się Ginny. – Mówcie tylko, co mam robić.
    – Założymy ci podsłuch. Umówisz się z Dinchara na spotkanie i wtedy wykorzystamy przeciwko niemu jego własne słowa.

18

    Dzisiaj widziałem swojego brata.
    Siedział w kinie trzy rzędy przede mną i obejmował ładną dziewczynę, której jasne włosy spływały po plecach niczym jedwabna kurtyna. Jadłem wtedy popcorn i gdy go zobaczyłem, zakrztusiłem się i szybko musiałem się schować pod siedzenie, bo się odwrócił zirytowany, że ktoś hałasuje.
    Przez chwilę tkwiłem na czworakach na lepkiej od brudu posadzce. Nie wiedziałem, co robić, jak zareagować.
    Postanowiłem więc zrobić to, co umiem najlepiej, czyli nic.
    Usiadłem z powrotem na fotelu, postawiłem na kolanach pudełko z popcornem i oglądałem horror z piłą tarczową w roli głównej. Nic się w nim nie zgadzało. Ci goście z Hollywood nie mają pojęcia, jak wygląda prawdziwe morderstwo.
    Dziewczyna chyba lubiła mojego brata. Ilekroć rozlegała się złowieszcza muzyka, przysuwała się do niego i wtulała głowę w jego ramię. Z tym że po jakimś czasie już jej się nie chciało tej głowy podnosić. Siedziała tak cały czas i oboje co chwila chichotali z czegoś, co raczej nie miało nic wspólnego z krwawą jatką na ekranie.
    Miała ładny śmiech, perlisty. Kojarzył mi się z ciepłym, letnim dniem.
    Tak ją sobie nazwałem w myślach – Summer. Mój starszy brat chodzi z dziewczyną o imieniu Summer. Założę się, że spacerują przy świetle księżyca, całują się na tylnym siedzeniu samochodu naszych rodziców i wybierają się razem na bal maturalny, gdzie ona będzie miała na sobie piękną suknię ozdobioną bukietem przesłaniającym jej drobne, jędrne piersi.
    Pomyślałem ze smutkiem, że to niesprawiedliwe. Niesprawiedliwe, że on nadal cieszy się życiem, a ja musiałem umrzeć.
    Przez resztę filmu jadłem popcorn, piłem coca-colę i cały czas rozmyślałem.
    Wreszcie zapalono światła. Brat z dziewczyną podnieśli się z krzeseł. On miał ze sobą bluzę szkolnej reprezentacji. Jakżeby inaczej. Narzucił ją Summer na ramiona, a ona znów się zaśmiała, chwyciła za poły i szczelnie się otuliła.
    Brat odziedziczył sylwetkę po ojcu. Nie był wysoki, raczej szczupły, ale muskularny. Domyśliłem się, że musi być niezły w bejsbolu, pewnie jest miotaczem, może nawet gwiazdą drużyny z tą swoją kwadratową szczęką i krótko obciętymi ciemnymi włosami. Nagłe znów się uśmiechnął i na lewym policzku zrobił mu się dołeczek. W jednej chwili stanęła mi przed oczami nasza matka. Ból, jaki odczułem, przypominając sobie po tylu latach jej twarz, zwalił mnie z nóg.
    Krzyknąłem bezgłośnie. Próbowałem oddychać, ale powietrze nie docierało do płuc. Osunąłem się na podłogę.
    Widziałem nogi brata zmierzające w górę do wyjścia. Słyszałem, jak swym barytonem pytał Summer, o której musi być w domu.
    –  Mam jeszcze godzinę.
    –  Świetnie – odpowiedział. – Wiem, dokąd możemy pojechać.
    Postanowiłem go śledzić. To nie było trudne. Jechał dużym terenowym pick-upem z podwójną kabiną pasażerską, prawdopodobnie należącym do ojca. Na zderzaku widniała nalepka:, Alpharetta Raiders”.
    A więc moja rodzina się przeprowadziła. No tak, właściwie czemu nie. Ja też zdążyłem się już przeprowadzić co najmniej sześć razy.
    Skręcił w bitą drogę. Poznałem ją. To „aleja zakochanych”, o której słyszałem od innych chłopaków. Nie wiedziałem o niej tak wiele, bo przecież nie wolno mi było chodzić do szkoły. Nie miałem szansy nosić sportowej bluzy z emblematem drużyny. Nie dla mnie bale maturalne i ładne blondynki. Nie, ja byłem zdziwaczałym samotnikiem, który czasem pojawiał się tu i ówdzie ubrany w ciuchy z demobilu, blady, rozczochrany. Miejscowy świr. Każde miasto ma takiego.
    Nagle, nie wiadomo dlaczego, pomyślałem o świętach. Czy rodzice nadal wieszają nad kominkiem moją skarpetę na prezenty, tę z łatką na palcu i imieniem wyszytym srebrną nitką? Kładą na stole dodatkowe nakrycie? Pakują prezent, tak na wszelki wypadek?
    Skoro się przeprowadzili, to znaczy, że nie ma już mojego pokoju. Co się stało z rzeczami? Książkami, ubraniami, zabawkami? Zapakowali do pudeł czy oddali biednym? Może mój brat ma teraz dwupokojowy apartament. Jeden pokój do spania, drugi, żeby po nim biegać.
    Pewnie ma własny telewizor, kanapę, sprzęt do grania. Zaprasza znajomych, w tym chichoczące blond cheerleaderki jak Summer. Ciekawe, czy jest lubiany, czy dzieciaki w szkole go podziwiają. Chłopaka, któremu udało się nie wpaść w łapy Pana Hamburgera.
    A może jest tragicznym bohaterem. W młodym wieku stracił brata, a spójrzcie, jak daleko zaszedł.
    I kiedy nagromadziłem już w sobie dosyć energii, żeby go znienawidzić, znów przypomniała mi się mama i ból powrócił niczym cios nożem między żebra.
    Ciekawe, czy rodzice są z niego dumni, czyjego widok pomaga mamie co wieczór zasnąć.
    Wjechałem w drogę, wyskoczyłem z mojego zardzewiałego gruchota i pobiegłem w krzaki się odlać. Stałem tam chyba z pół godziny, wysikałem całą colę, którą wyżłopałem w kinie. Kiedy wyszedłem, akurat nadjeżdżał mój brat.
    Nie było czasu na ucieczkę. Mogłem tylko mieć nadzieję, że mnie nie zauważy.
    Nic z tego. Pick-up zwolnił, odsunęła się szyba. Mój własny brat patrzył na mnie.
    – Hej, to nie ty jesteś tym świrem z kina? Czego tu szukasz, do diabła? Śledzisz nas?
    Nic nie odpowiedziałem.
    Groźnie zmarszczył brwi. Wydawało się, że zaraz wyskoczy z samochodu. Wtedy zza jego pleców dobiegł głos dziewczyny.
    – Daj spokój, kochanie. Zostaw go, szkoda nerwów. Poza tym nie mogę się spóźnić do domu, pamiętasz?
    – Fakt – odparł niechętnie. – Chyba masz rację. Widziałem, jak kładzie rękę na kierownicy i wrzuca bieg. I nagle kilkoma susami dopadłem do nich. W ręku miałem gałąź. Nie wiem, skąd się tam wzięła.
    – Hej! – wrzasnąłem na cały głos. – HEJ!
    – Co jest, kurwa…
    – Nie daj się złapać Panu Hamburgerowi!
    I zacząłem z całej siły tłuc w drzwi auta. Tak mocno, że aż połamałem gałąź. Dziewczyna piszczała, a mój brat się uchylał, zakrywając głowę rękami. Poszedłem na całość, waliłem w reflektory, w maskę, w osłonę chłodnicy, kopałem ciężkimi buciorami i darłem się wniebogłosy.
    Po mojej twarzy spływały łzy i ciekło mi z nosa, ale nie mogłem przestać. Nie mogłem, bo tak bardzo kochałem brata, że aż go nienawidziłem. Kochałem za to, że przeżył. Nienawidziłem za to, że nie jest mną. Kochałem, bo miał taką śliczną dziewczynę, nienawidziłem za dołki w policzkach po mamie. Kochałem go, bo uniknął mojego losu. Nienawidziłem, ponieważ już nie byłem jego bratem, a właśnie tego pragnąłem najbardziej na świecie.
    Dlatego zdemolowałem mu samochód. Potłukłem szyby, pogiąłem maskę, aż wreszcie usłyszałem dźwięk zapalanego silnika i miałem sekundę, żeby uskoczyć.
    Mój brat odjechał, uciekając od niebezpiecznego szaleńca z kijem w ręku.
    Mój brat uciekł ode mnie.

19

    „Jednym z najciekawszych zjawisk obserwowanych u pająków są ich zachowania godowe. Zaloty zwykle inicjuje samiec, lecz w niektórych przypadkach także samica bierze w nich aktywny udział, jeżeli tylko osiągnie odpowiedni stopień podniecenia”.
    (B. J. Kaston, How to Know the Spiders, wydanie III, 1978)

    Kimberly wróciła do domu bardzo późno. Wszystkie światła były pogaszone oprócz jednej lampy w przedpokoju. Paliła się także lampka na biurku w kuchni, gdzie Mac zostawił stertę korespondencji i notatki z telefonów. Tym razem nie było uśmiechniętej buźki. Na karteczce leżącej na samym wierzchu Mac narysował rozchodzące się kreski zakończone małymi owalami. Dopiero po chwili ją oświeciło: to gałązka oliwna.
    Uśmiechnęła się, mimo że pod powiekami zapiekły ją łzy.
    Jej mąż jest cudownym człowiekiem, nie zasłużyła na niego.
    Powinna teraz do niego pójść, pokajać się i prosić o wybaczenie. Ale czy to uczciwe przepraszać za to, że zajmuje się sprawą, z której tak naprawdę wcale nie ma zamiaru zrezygnować?
    Zaczęła krążyć po kuchni, spięta jak zawsze, gdy zaczyna prowadzić nowe śledztwo. Mózg pracuje na najwyższych obrotach, podnosi się poziom adrenaliny. Delilah Rose równa się Ginny Jones. Ginny Jones równa się…? Ofiara, współmorderczyni, coś jeszcze gorszego?
    Otwarła lodówkę i sięgnęła po piwo. Zreflektowała się, westchnęła i odłożyła je z powrotem.
    Weszła do salonu i wpatrywała się w czarne zarysy skórzanej sofy, ulubionego fotela Maca, ich o wiele za dużego telewizora. W dzieciństwie lubiła się skradać nocą po domu. W przeciwieństwie do Mandy. Siostra bała się ciemności, w jej sypialni zawsze paliły się dwie nocne lampki. Ale dla Kimberly noc oznaczała przygodę. Czy uda się przejść na paluszkach z sypialni na piętrze do drzwi wejściowych tak, żeby nikt nie usłyszał?
    Wyobrażała sobie, że poluje na bandytów albo próbuje przechytrzyć złodzieja, który zdążył się zakraść do domu. Noc przyciąga potwory, a Kimberly, odkąd pamięta, chciała z nimi walczyć.
    Najczęściej przyłapywał ją na tym ojciec, który cierpiał na bezsenność.
    – Kimberly – mówił – czemu nie jesteś w łóżeczku?
    A ona zawstydzona, że ją nakryto, nie chcąc się przyznać przed dzielnym tatą policjantem, że ściga cienie, odpowiadała, że przyszła tylko napić się wody.
    Stawał wtedy i przez chwilę na nią patrzył. Cisza zawsze była najsilniejszą bronią jej ojca, władał nią po mistrzowsku. W końcu szedł do kuchni i przynosił jej szklankę wody.
    – Trzeci schodek od góry – informował. – Skrzypi. Następnej nocy była więc ostrożniejsza.
    Gdy się wyprowadził, mogła chodzić po domu, ile chciała. Mama miała mocny sen, a Mandy, dopóki w wieku czternastu lat nie odkryła chłopców, nie miała powodów, żeby nocami się wymykać z domu. Tylko Kimberly co noc robiła obchód. Strzegła bezpieczeństwa matki i siostry, ponieważ nie było już taty policjanta i sama musiała chronić rodzinę przed potworami.
    Do czasu, aż wyjechała na studia, a Mandy i matka zostały zamordowane.
    Niech to szlag. Kimberly poszła do sypialni.
    Mac spał. Z jedną ręką nad głową, a drugą na brzuchu.
    Zostawiła go. Poszła do łazienki, umyła twarz i zęby, uczesała włosy. Zdjęła ubranie i odszukała piżamę, otwierając po drodze wszystkie szafy i mnóstwo szuflad. Wróciła do kuchni po szklankę wody i postawiła ją na stoliku przy łóżku.
    Odsunęła kołdrę i wskoczyła do łóżka.
    Mac zamruczał.
    – O – powiedziała wesoło. – To ty nie śpisz!
    Mac uniósł jedną powiekę i zaraz zakrył oczy ręką. Kimberly lekko szturchnęła go w ramię.
    – Ty udawaczu.
    – Wcale nie udaję.
    – Przestań, dobrze cię znam.
    Mac się poddał i otworzył oczy. Przez chwilę ostrożnie się sobie przyglądali.
    – Fajny rysunek.
    – Nie mam talentu.
    – Wyszło ci całkiem nieźle.
    – Nie lubię, kiedy się kłócimy – stwierdził nagle.
    – Ja też nie.
    – I nie lubię się o ciebie martwić. Nie lubię też tych dni, kiedy budzę się rano i uświadamiam sobie, że niedługo urodzi nam się dziecko, a my nigdy nie mieliśmy nawet psa. Skąd wiemy, czy będziemy potrafili je karmić, kąpać i w ogóle utrzymać przy życiu? Wiesz, co jeszcze sobie uświadomiłem?
    Pokręciła głową.
    – Nie mamy nawet fikusa. Kimberly, jak mamy być dobrymi rodzicami, skoro nasz tryb życia nie pozwala na trzymanie w domu kwiatków?
    Usiadł na łóżku, kołdra zsunęła mu się do pasa. Z tym skupieniem na twarzy i rozczochranymi od snu włosami wyglądał tak seksownie i poważnie jak mężczyzna, w którym wiele lat temu się zakochała. Który oświadczył się jej kompletnie nagi w wieczór poprzedzający bardzo niebezpieczną akcję, choć oboje wiedzieli, że Kimberly nie będzie mogła nawet włożyć pierścionka.
    Nazajutrz rano pozwolił jej wyjść, żeby mogła wykonać zadanie, a ona pokochała go za to jeszcze bardziej.
    Teraz wyciągnęła rękę i delikatnie dotknęła jego twarzy.
    – Widziałam się z Delilą Rose – przyznała się, ponieważ nie mogła postąpić inaczej. – Okazało się, że to ona jest Ginny Jones. Podobno dwa lata temu została porwana i w zamian za pozostawienie przy życiu zmuszona do pracy jako prostytutka. Twierdzi, że porywacz zamordował jej matkę i systematycznie zabija kolejne prostytutki. Nie podała żadnych szczegółów, rysopisu ani nie była w stanie potwierdzić swoich zeznań, ale Sal uważa, że ma wystarczające dowody, aby poprowadzić śledztwo. I ja zamierzam mu w tym pomóc. Przynajmniej do czasu, aż zbierzemy na tyle materiału, żeby powołać oficjalną grupę operacyjną.
    – Wtedy też nie zrezygnujesz – stwierdził Mac.
    – Nie wiem. Kiedy dziecko się urodzi, będę musiała.
    – Akurat, będziesz pracować w szpitalnym łóżku.
    Odsunęła rękę. Spuściła wzrok.
    – Masz rację – rzekła krótko. – Nie lubię się poddawać. Ani w małżeństwie, ani w pracy.
    Mac nie odpowiedział. Czuła, że powinna na niego spojrzeć, ale nie potrafiła. Nie bała się ścigać nocą informatora na opustoszałej drodze ani poszukiwać w lesie odciętej głowy myśliwego, lecz tu, we własnym domu, kiedy siedziała na łóżku obok męża, ogarniał ją lęk. Czuła wiszące w powietrzu napięcie.
    – Kimberly – odezwał się cicho Mac. – Dostałem propozycję pokierowania regionalnym biurem antynarkotykowym w Savannah.
    Spojrzała na niego kompletnie zaskoczona.
    – Ale… Savannah?
    Savannah leży na południowo-wschodnim krańcu stanu, tuż przy granicy z Karoliną Południową, bliżej Hilton Head niż Atlanty. Jest na tyle duże, że posiada własny oddział GBI z prężnie działającym biurem antynarkotykowym. To spory awans. I stanowczo za daleko, żeby dojeżdżać z Roswell.
    – Nie pogratulujesz mi?
    – Gratuluję.
    Nie dał się nabrać.
    – Nie odpowiedziałem im od razu, bo mnie trochę zaskoczyli, ale popytałem tu i tam. To świetna oferta. Bardzo by mi pomogła w karierze.
    Kimberly nie mogła wydusić słowa. Wpatrywała się w pościel.
    – Nie ty jedna kochasz swoją pracę, Kimberly – westchnął Mac. -I nie ty jedna sprawdzasz się w niej. Tak się składa, że w ciągu ostatniego roku pomogłem odkryć jedną z największych wytwórni metamfetaminy w stanie, a przy okazji zlikwidować całą sieć dealerów. Ja też robię coś pożytecznego dla ludzi i daje mi to ogromną satysfakcję.
    – Wiem.
    – FBI ma parę oddziałów regionalnych. Nie są duże, ale może w Savannah przydałby się dodatkowy agent. Moglibyśmy wynająć gdzieś w okolicy dom, tak na próbę, żeby zobaczyć, jak będzie. Kiedy ostatnio tam byliśmy, bardzo nam się podobało. Blisko do plaży i Hilton Head. Niezłe miejsce do wychowywania dziecka.
    Kimberly milczała.
    – Albo – ciągnął – skoro niedługo ma się urodzić, może to dobra okazja, żeby wreszcie odsapnąć, wziąć urlop. Spokojnie się nad wszystkim zastanowić…
    – Miałabym zostać w domu, a ty byś pracował, tak?
    – Skąd wiesz, że czegoś nie lubisz, jeśli nigdy tego nie próbowałaś?
    Starała się odzyskać mowę, bez powodzenia. Czuła się, jakby jej usunięto grunt spod nóg. Jednego dnia wszystko toczy się w miarę gładko, a następnego – każą jej podejmować życiowe decyzje. Jego praca, jej praca, dziecko. Potrzebowała jakiegoś punktu oparcia.
    – Zgodziłeś się? – usłyszała własny szept.
    – Wiesz, że tego nie zrobię, zanim z tobą nie porozmawiam.
    – I to jest właśnie ta rozmowa?
    – Raczej tak.
    Skinęła głową, zaczęła miętosić rąbek kołdry.
    – Mam ci odpowiedzieć już dzisiaj?
    – Nie, ale chyba będę musiał się zdecydować do końca tygodnia.
    – Dobrze.
    – Dobrze, zgadzasz się? – spytał z nadzieją, lecz Kimberly poznała po głosie, że tylko się z nią drażni.
    – Dobrze, porozmawiamy o tym jeszcze przed końcem tygodnia.
    – Tylko wiesz, Kimberly – jego głos znów był poważny – żebyśmy mogli pogadać, musisz czasem wpaść do domu.
    – Oczywiście – odparła, ale oboje wiedzieli, że nie było w tym przekonania.
    Mac westchnął i zgasił lampkę.
    Przytulili się do siebie, ona z głową na jego piersi, on z ręką na jej brzuchu. Szczęśliwa para, duet, który niedługo zamieni się w tercet. Radosne wydarzenie w życiu dwojga kochających się ludzi.
    Mac zasnął, a Kimberly jeszcze długo leżała z otwartymi oczami.
    O pierwszej wyślizgnęła się z łóżka i poszła do kuchni. Wystukała z pamięci numer – odezwała się poczta głosowa. Zostawiła wiadomość, jakiej chyba jeszcze nigdy w życiu nie zostawiła:
    – Tato, potrzebuję pomocy.

20

    „Pająki są świetnie przystosowane do życia w siedzibach ludzkich”.
    (Michael F. Potter, entomolog, Brown Recluse Spider, Wydział Rolniczy Uniwersytetu Kentucky)

    Rita nie spała. Czy to właśnie uratowało jej życie? Nigdy się nie dowie.
    Na zewnątrz panowały ciemności. Księżyc był w nowiu, więc nie tworzył na ścianie nawet najmniejszego cienia. Te przeklęte noce i tak się dłużyły; żeby choć promyk światła dla rozrywki.
    Nagle usłyszała szelest kroków za domem, a potem skrzypienie tylnych drzwi.
    – Joseph – wyszeptała, leżąc na wznak na starym dwuosobowym łóżku. Sękate dłonie kurczowo ściskały brzegi kołdry. – Czy to ty?
    Ale to oczywiście nie był Joseph. Od kiedy duchy wydają dźwięki?
    Starała się uspokoić, oddychała powoli i miarowo, słysząc dobiegające z dołu kolejne odgłosy. Otwieranie lodówki, skrzypienie starej, opornej szuflady. I kroki, mnóstwo kroków. Lekkie i szybkie, przemierzające kuchnię, wbiegające na schody.
    Na Boga, przecież nie może się bać we własnym domu.
    Wtedy pojawił się chłopiec. Stał w drzwiach z rękami założonymi za siebie i patrzył Ricie w oczy.
    Odwzajemniła to spojrzenie, wsuwając jednocześnie prawą rękę pod kołdrę.
    – Scott – powiedziała. – Zdaje się, że o tym rozmawialiśmy.
    Chłopiec milczał.
    – Zasady są zasadami, synu. Dobrze wychowany człowiek puka, zanim wejdzie. Czeka, aż go zaproszą. Nie zakrada się w środku nocy do domu starej samotnej kobiety, która mało nie umarła ze strachu!
    Chłopiec nie zareagował.
    Rita usiadła na łóżku. Wiedziała, że wygląda okropnie. Rzadkie siwe włosy sterczące niczym gałązki, na czubku głowy przekrzywiona wełniana szlafmyca. Miała na sobie tę samą co zawsze zieloną flanelową koszulę i pożółkłe kalesony. Ubierała się tak, żeby jej było wygodnie i ciepło, nie po to, żeby ładnie wyglądać przed zuchwałymi młodzieńcami.
    Chłopiec nadal się nie ruszał, więc Rita nie spuszczała z niego wzroku. Dawała mu do zrozumienia, że wcale nie jest tak słaba i krucha, na jaką wygląda.
    – Pokaż ręce, Scott.
    Nic.
    – Chłopcze, nie będę drugi raz powtarzać. Pokaż mi ręce!
    Dopiero teraz drgnął. Raz, drugi, trzeci. Potem wyrzucił ręce przed siebie. Pokazał jej dłonie i głosem niemal piskliwym ze strachu powiedział:
    – Jak tylko chciałem przenocować. Nie sprawię kłopotu, obiecuję!
    Rita wykorzystała chwilową przewagę, odrzuciła kołdrę i spuściła nogi z łóżka. Przy wstawaniu bolały ją kości, ale ogólnie czuła się lepiej. Panowała nad sytuacją.
    – Gdzie mieszkasz, Scott?
    Buntowniczo zacisnął usta.
    – Masz jakichś rodziców, których powinnam zawiadomić? Kogoś, kto się o ciebie martwi?
    – Mogę spać nawet tutaj – szepnął – na podłodze. Niewiele mi trzeba, naprawdę.
    – Nonsens, moje dziecko. Żaden gość w moim domu nie będzie spał na ziemi. Skoro masz tu spędzić noc, niech to będzie w godziwych warunkach. Położę cię w pokoju Josepha.
    Powłócząc nogami, ruszyła w stronę drzwi. Minęła chłopca, ocierając się o jego ramię. Posłusznie się usunął.
    Podbudowana tym Rita zaprowadziła go do pokoju swego brata, gdzie na komodzie wciąż stały zakurzone trofea sportowe, a łóżko przykrywała narzuta uszyta jeszcze przez ich babkę z kawałków dziecięcych kocyków. Joseph dostał ją w spadku jako najstarszy syn i pewnego dnia miał przekazać swoim dzieciom. Niestety zginął na tej samej wojnie co mąż Rity. Wszedł na minę we Francji. Nie było co wkładać do trumny, więc nawet nie miał należytego pogrzebu. Rodzice pochowali jego nieśmiertelnik, a potem ojciec zaszył się w jego pokoju i siedział tam całymi miesiącami.
    Narzuta powinna była trafić do jej siostry Beatrice, ale została w pokoju Josepha, gdzie od czasu do czasu każde z nich przychodziło i próbowało się na swój sposób z nim pożegnać.
    Teraz Rita ją odwinęła i wygładziła flanelową pościel, zimną i zatęchłą od długiego nieużywania. Wprowadziła chłopca do środka i pomogła mu się położyć.
    Był słaby, całkowicie bezwolny. Padł na łóżko jak kłoda. Rita odgarnęła mu kosmyk włosów z czoła. Zadrżał.
    – Ciociu Rito – szepnął – ja już nie mam siły.
    Powiedział to w taki sposób, że nagle wszystko zrozumiała. On nie był zmęczony, był wyczerpany. To także stan psychiczny. Stan duszy.
    Okryła go szczelnie kołdrą po samą szyję.
    – Zostań tu, dziecko, ile chcesz.
    Podreptała do swojego pokoju i po ciemku odszukała nóż kuchenny, który chłopiec upuścił na podłogę. Podniosła go i położyła na szafce przy łóżku.
    Potem sięgnęła pod kołdrę i wyjęła starego colta będącego kiedyś własnością jej ojca. Wczoraj go wyczyściła, a wieczorem naładowała. Prawdziwe cacko, leciwe, ale wciąż sprawne.
    Chwyciła go w dłoń i mozolnie zeszła na dół po schodach, kurczowo trzymając się poręczy.
    Niedomknięte drzwi kuchenne lekko stukały na wietrze. Otwarła je na oścież i wyjrzała na zewnątrz, jeszcze raz przeklinając księżyc, który się schował. Wszędzie było ciemno. Ani jednego światła w domu sąsiada. Nigdzie nawet błysku kocich oczu.
    Zamknęła więc powieki i zamiast patrzeć, spróbowała poczuć noc. Lubili tak się bawić z braćmi, kiedy byli mali. Nocowali w ogrodzie pod namiotem, udając, że są w dżungli amazońskiej. „Nie patrzcie oczami – mawiał ojciec swym ciepłym barytonem. – Patrzcie umysłem, szukajcie sercem”.
    Zawsze się zastanawiała, czy Joseph nie powinien był zamknąć oczu tamtej nocy, gdy wychodził na patrol. Może gdyby zamiast patrzeć, czuł, nie trafiłby na tę minę.
    W tym momencie przeniknął ją dziwny chłód. Było to na tyle silne, że aż się cofnęła.
    Na zewnątrz pośród nocy coś się czaiło. Wygłodniałe, krwiożercze, ziejące nienawiścią.
    Czym prędzej schowała się do środka, zamknęła drzwi i zasunęła rygiel. Ale po raz pierwszy od lat zdała sobie sprawę, jak mało bezpieczny stał się jej stary dom. Tylne drzwi mają wielką szybę, którą łatwo rozbić i spróchniałą ramę, którą każdy bez trudu wyważy łomem.
    „Będę chuchał i dmuchał, aż zdmuchnę twój domek”.
    Cala się trzęsła, strach podchodził jej do gardła. Rewolwer ciążył w dłoni. Ręce słabe, nie mają tyle siły. Na co dzień ledwie chodzi, a jak tu unieść to cholerstwo, nie mówiąc o precyzyjnym wycelowaniu…
    Lecz po chwili zawstydziła się własnego tchórzostwa. Jak można być tak niemądrym. Tylko ona została z całej rodziny. To jest jej dom. Do diabła, potrafi go obronić.
    Przeszła się po pokojach, zajrzała we wszystkie zakamarki, sprawdziła zamki. Może rano, gdy będzie wypoczęta, poprzestawia kilka mebli. Na zewnątrz zostało jeszcze trochę drewna, mogłaby je porąbać i użyć do wzmocnienia okien.
    I jeszcze dzwoneczki. Takie z choinki. Porozwiesza je w różnych miejscach i będzie miała swój własny system alarmowy.
    O, tak. Jeszcze ma w zanadrzu kilka sztuczek.
    Od razu poczuła się lepiej. Poczłapała więc do schodów i rozpoczęła mozolną wspinaczkę.
    Gdy dotarła do łóżka, opadła na pościel i spała jak zabita. Pierwsze kilka godzin snu od wielu tygodni.
    Obudziwszy się, zobaczyła, że drzwi do sypialni są otwarte, a na poduszce obok leży jej rewolwer.
    Chłopiec zniknął.
    Ciekawe, czy jeszcze kiedyś go spotka.

21

    „Pustelniki mają sześcioro oczu; ich odnóża nie wystają na boki. Tkają gęste, lepkie pajęczyny, w które chwytają owady”. (Herbert W. i Lorna R. Levi Spiders and Their Kin, A Golden Guide,
    St. Martins Press, 2002)

    Z Henriettą nie było najlepiej. Wczoraj wieczorem zgniótł w palcach świerszcza, wyciskając z niego wnętrzności i położył w zaciemnionym pojemniku tuż przy kłach pająka. Rano, jak tylko się obudził, przyszedł sprawdzić. Owad leżał nietknięty. Henrietta odsunęła się nawet o kilka centymetrów, co musiało być dla niej nie lada wysiłkiem.
    Przypomniał sobie, że starsze ptaszniki często nie przyjmują pokarmu przez wiele tygodni po wylince. Słyszał nawet o takim, który nie jadł przez rok i przeżył.
    To nie głód był największym zagrożeniem, lecz odwodnienie.
    On jej pomoże. Tak daleko razem zaszli. Będzie jej doglądał do samego końca.
    Nie włączył lampy. Poruszał się po nieoświetlonej łazience z wprawą człowieka, który często musi przyzwyczajać wzrok do ciemności. Wcześniej przyniósł z kuchni spodek wyparzony wrzątkiem. Nalał do niego kilka kropli wody i lekko przechylił, podpierając dwoma wacikami.
    Teraz najtrudniejsze. Wbrew potocznej opinii pająki są bardzo delikatne. Nawet groźnie wyglądający ptasznik to w rzeczywistości stosunkowo male stworzenie o kiepskim wzroku i ograniczonej szybkości poruszania się. Jeśli się z nim nieostrożnie obchodzi, można go zgnieść. Co dopiero mówić o innych zagrożeniach: wylinka, pestycydy, pasożyty, drapieżne osy. Nic dziwnego, że ptaszniki wolą żyć samotnie w małych ciemnych zakamarkach.
    Ale Henrietta nie może się teraz ukrywać. Potrzebuje wody.
    Wsunął dłoń do pojemnika i chwycił ją delikatnie jak jajko, uważając, by za mocno nie ściskać i nie pokłuć się ostrymi włoskami. Obrócił dłoń i delikatnie wyjął Henriettę.
    Przełożył ją na spodeczek odwłokiem do góry, tak żeby narządy gębowe były zanurzone w wodzie. Puścił i uważnie obserwował, żeby się przypadkiem nie zsunęła i nie utopiła.
    Po kilku minutach, gdy wciąż tkwiła w tej samej pozycji, zakołysał się na piętach i kiwając głową z zadowoleniem, spojrzał na zegarek. Czterdzieści pięć minut powinno wystarczyć. Później włoży ją z powrotem do OIOM-u i podrzuci świeżego świerszcza. Oby zadziałało.
    Teraz pora zadbać o innych podopiecznych.
    Główna sypialnia była bardzo przestronna: z dwóch stron ogromne wykusze, ładnie sklepiony sufit. Kiedyś musiała to być perła w koronie okazałej letniej rezydencji. Willa otoczona z trzech stron zadaszonym gankiem posiadała salon z oknami witrażowymi, trzy kominy, sześć sypialni i oszkloną werandę.
    Z upływem czasu kwiaciaste tapety wypłowiały, a lata zaniedbań sprawiły, że farba na fasadzie zaczęła się łuszczyć, podłogi popękały, a fundamenty osiadły. Niektórych okien na parterze nie dało się zamknąć. Z kolei niektórych drzwi nie można było otworzyć. Cały budynek chylił się na prawo, sprawiając nieco surrealistyczne wrażenie.
    A jednak nadawał się idealnie. Pełen zakamarków, krętych schodów, starych kredensów i odsłoniętych krokwi. Kiedy mężczyzna po raz pierwszy przyszedł obejrzeć tę opuszczoną posiadłość, sufit w głównej sypialni pokrywało kłębowisko pajęczyn. W czasie zwiedzania niejeden, a dwa pająki spadły z krokwi na ramię wystraszonej agentki nieruchomości. Za każdym razem krzyczała. A on od razu wiedział, że znalazł to, czego szukał.
    Kolekcję podzielił między pomieszczenia na piętrze. Ptaszniki umieścił w głównej sypialni, pustelniki w przylegającym do niej pokoju dziecinnym, a omatniki w pozostałych pokojach w głębi korytarza. Pająki mieszkały w terrariach lub na specjalnych ramach. Terraria raz w miesiącu czyścił i uzupełniał w nich wodę. Gęste zasłony utrzymywały w pokojach półmrok, a nawilżacze zapewniały odpowiednią wilgotność powietrza. Do niektórych pomieszczeń naniósł ziemi i pokrył nią podłogi. Takiej zwykłej, ogrodowej, pełnej liści, odpadków i dżdżownic. Warstwa gleby stanowiła izolację cieplną, a przy okazji tworzyła atmosferę śmierci i rozkładu. W sam raz dla pajęczaków.
    On sam nie znosił ziemi, jej zapachu i tego obrzydliwego uczucia, kiedy się przesypuje między palcami stóp. Można powiedzieć, że się jej bał, tyle że on nie pozwalał sobie na odczuwanie strachu. Wręcz przeciwnie, otoczył się dokładnie tą substancją, której zapach nierzadko wywracał mu żołądek na drugą stronę i wywoływał w nim najgorsze instynkty.
    Darzył swoje pająki wielkim szacunkiem. Obserwował je, pielęgnował, karmił, starał się odszukać w sobie ich cechy.
    W zamian za to kolekcja zapewniała mu coś w rodzaju azylu. Mógł się w niej schronić i porozmyślać, ilekroć przeżywał zły okres – wówczas najlepiej było nie wchodzić mu w drogę. Kładł się wtedy na zasypanej ziemią podłodze i przypominał sobie wszystko, o czym pragnął zapomnieć, aż zaczynał kipieć ze złości. Wtedy zdejmował ubranie, uchylał pokrywy terrariów i patrzył na wypełzające kolonie pustelników brunatnych. Prowokował je, zachęcał do najgorszego, błagał je o to.
    Ale pająki to w gruncie rzeczy nieśmiałe stworzenia. Czasami wchodziły mu na stopy, wspinały się po owłosionych nogach, pokonywały wzgórki żył na przedramieniu, ale najczęściej rozpełzały się po całym domu i zaszywały po kątach, aż musiał rozkładać lepy, żeby je wyłapać.
    Wtedy oczywiście ginęły. Właśnie to mu wychodziło najlepiej: niszczenie. Zwłaszcza tego, co kochał.
    Tym razem zaczął od ptaszników. Przechodził od zbiornika do zbiornika, które stały w szeregu na metalowych półkach wzdłuż ścian. Każdy był opatrzony nalepką z nazwą gatunku oraz kartą z zaznaczonymi porami karmienia. Zdarzało się, że świeżo złowiony egzemplarz zjadał tuzin świerszczy tygodniowo, ale przeciętna wynosiła sześć do ośmiu na miesiąc. Tuż przed i po wylince niektóre ptaszniki w ogóle nic nie jadły.
    Sporo zależy od odmiany. Część ptaszników żywi się tylko świerszczami i mącznikami, jednakże większe gatunki preferują młode myszy i szczury, martwe, ale w temperaturze pokojowej (kupował jej mrożone i wkładał pod kran z ciepłą wodą; raz dostał przykrą nauczkę, żeby nie rozgniatać zdechłej myszy; myślał, że nigdy nie wywietrzy kuchni). Na samym początku łapał owady w ogrodzie – koniki polne, cykady, karaluchy, ćmy, gąsienice, dżdżownice. Mogły być skażone pestycydami i podtruwać pająki. Teraz większość karmy kupował przez Internet, korzystając z różnych sklepów, żeby nie wzbudzać podejrzeń.
    Jego kolekcja obejmowała obecnie ponad sto dwadzieścia okazów, nie licząc pustelników brunatnych, których pewnie było tam z tysiąc. Miał u siebie pająki schwytane w ogrodzie, kupione za granicą lub pochodzące z własnej hodowli, a oprócz tego rzecz jasna wylęgarnię pełną młodych.
    I jak każdy prawdziwy entuzjasta wciąż swą kolekcję powiększał.
    Stanął przy ostatnim terrarium. Nawet w półmroku czuł na sobie spojrzenie tych oczu, dzikich, wyrachowanych, drapieżnych.
    Uśmiechnął się.
    Theraphosa blondi. Największy pająk świata. Rozpiętość odnóży może przekraczać dwadzieścia pięć centymetrów. Sprowadził tego samca zaledwie tydzień temu z Ameryki Południowej. Ptasznik na dzień dobry stanął dęba i syczał tak, że go było słychać z drugiego końca pokoju. Wyposażony w wyjątkowo duże zęby jadowe i ciało pokryte parzącymi włoskami jest chodzącą maszyną do zabijania, znaną z tego, że nie gardzi gryzoniami czy małymi ptakami.
    Większość ptaszników to łagodne olbrzymy, ale Theraphosa blondi słynie z agresywnego usposobienia. Ugryzienie może kosztować nieostrożnego hodowcę utratę palca, a nawet całej dłoni.
    Co noc czuł, że pająk go obserwuje. On też mu się przyglądał, patrzył, jak zwiedza swój nowy dom, delikatnie stukając w szybę, jakby sprawdzał, czy może da się ją rozbić. Sprawiał wrażenie piekielnie inteligentnego. Obserwował, czekał, knuł.
    Gdyby dać mu okazję, zaatakowałby.
    Mężczyzna pochylił się i spojrzał na ciemne włochate zwierzę zaczajone w kącie terrarium.
    – Cześć – powiedział – chcesz myszkę?
    Chwycił za ogon martwą białą mysz i zamachał nią przy szybie, czekając na reakcję. Kilka odnóży się wysunęło, badając powietrze.
    – Umówmy się tak: będziesz grzeczny, dostaniesz śniadanie, zaatakujesz, będziesz chodził głodny. Pasuje?
    Poczekał jeszcze chwilkę. Gdy ptasznik nie podbiegł do szyby ani nie wystawił kłów w wojowniczym geście, mężczyzna wstał, zawiesił dłoń nad obciążoną pokrywą z siatki i przygotował się.
    Raz, dwa, trzy. Odgiął róg, wrzucił mysz i patrzył, jak wielkie włochate cielsko rzuca się na nią i dopada w locie. Wylądował na podłożu z głuchym chrzęstem, chciwie ściskając cenną zdobycz. Potem uniósł głowę, zamachał przednimi odnóżami…
    Mężczyzna pośpiesznie opuścił pokrywę i odskoczył.
    W ostatniej chwili się opanował, uspokoił tętno i spojrzał na olbrzyma z jeszcze większym szacunkiem.
    Zapukał w szybę.
    – Witaj w kolekcji.
    Potem, czując, że powiedział już wszystko, co miał do powiedzenia, powolnym krokiem zszedł na dół.
    Chłopak siedział w salonie i grał w grę wideo. On bez przerwy miał pilota w ręce, szklany wzrok i nadąsaną minę. Nastolatki.
    Mężczyzna stanął w drzwiach i w zamyśleniu mu się przyglądał.
    Było coraz mniej czasu. Tydzień, może więcej. Zaskoczył go nagły przypływ tęsknoty. Mistrza za uczniem, ojca za synem.
    Wszedł do pokoju, wyłączył telewizor. Chłopak otworzył usta, żeby zaprotestować, ale szybko się zreflektował. Skulił się i czekał.
    – A „dzień dobry” powiedzieć to nie łaska?
    – Dzień dobry.
    – Odrobina dobrych manier nie zaszkodzi. Niczego cię nie nauczyłem?
    Chłopak spojrzał na niego spode łba.
    – Przecież powiedziałem „dzień dobry”!
    – Owszem, ale obaj wiemy, że to było nieszczere. – Mężczyzna się cofnął, obliczając coś w głowie. – Odzywała się? – spytał nagle.
    – Jeszcze nie – chłopak odwrócił wzrok.
    – Myślisz, że to zrobi?
    Wzruszył ramionami.
    – Otóż to. Tak to jest, zaufać kobiecie. Jeszcze nigdy nic dobrego z tego nie wynikło. I co, chłopcze, pewnie nie możesz się doczekać? Niedługo egzamin. Doniosłe wydarzenie. W końcu się uwolnisz.
    Chłopak znów wzruszył ramionami. Mężczyzna nie dał się nabrać.
    Wyszczerzył zęby w uśmiechu, ale nie był to przyjemny wyraz twarzy.
    – Powiedz mi prawdę, synu. Jesteś przekonany, że ona cię kocha, co? Zamierzacie się pobrać? Mieć dzieci? Zamieszkać w domku z ogródkiem? – Machnął ręką. – Udawać, że to wszystko nigdy się nie zdarzyło?
    Chłopak milczał.
    –  Ja ci powiem, synu. Powiem ci dokładnie, jak to będzie wyglądało. Zdasz egzamin, ja ci zaproponuję sporą porcję gotówki, a ty będziesz chciał rzucić mi ją w twarz. Ale schowasz dumę do kieszeni i przyjmiesz moje pieniądze. Obiecasz sobie, że kiedyś mi je oddasz. Kiedy? Gdy zaczniesz zarabiać jako męska prostytutka? Alfons? Dealer narkotyków? Bo wiesz, barany bez podstawówki raczej nie dostają się na studia ani nie mają szans na pracę elektryka czy mechanika samochodowego. Ale ty na razie o tym nie wiesz. Myślisz, że wolność jest na wyciągnięcie ręki i wszystko będzie lepsze niż to. Daję ci góra dwa miesiące. Potem wylądujesz na ulicy, obciągając za pięć dolców fiuty starym prykom albo ładując w żyłę, co tylko ci wpadnie w ręce. I zaczniesz się zastanawiać: czy tu na pewno było tak źle? Duży dom, darmowe żarcie, kablówka. Dobrze cię traktowałem, chłopcze. Niedługo się o tym przekonasz.
    Zaczął iść w stronę kuchni. Czas na śniadanie. Potem będzie musiał posiedzieć przy komputerze. Kończy się zapas gotówki, trzeba trochę popracować.
    Nagle chłopak się odezwał.
    – Ile? – Chrząknął. – Ile tej forsy?
    – Po co ci to wiedzieć? Najpierw musisz zdać egzamin.
    – Chcę wiedzieć. – Znów to zimne, czujne spojrzenie. Zupełnie jak tego ptasznika na górze. Chłopak stawał się dorosły. Był też kilka centymetrów wyższy od mężczyzny i obaj zdawali sobie z tego sprawę. – Chcę wiedzieć, ile jest dokładnie warte moje życie.
    Mężczyzna chwilę się zastanawiał. Potem się odwrócił, podszedł do sofy i z satysfakcją zauważył, że chłopak się usztywnia, jakby przygotowując się na cios. Ale on nie miał zamiaru go uderzyć. Schylił się i niemal z czułością wyszeptał mu do ucha:
    – Głupcze, nie jesteś wart nawet pękniętego kondomu, którego używali twoi rodzice, kiedy cię robili. Ale ja się nad tobą zlituję. Dam ci sto dolarów. Dziesięć za każdy rok służby. Powinieneś być wdzięczny.
    Chłopak spojrzał na niego.
    – Chcę dziesięć tysięcy.
    – Skarbie, nie byłeś znów aż tak dobry.
    – Dziesięć tysięcy – powtórzył. Bezgraniczna pustka wyzierająca z jego oczu lekko przeraziła mężczyznę, jeżąc mu włosy na karku, choć uważał, żeby nie dać tego po sobie poznać.
    Przyglądał mu się w zamyśleniu.
    – Dziesięć patyków? Mówisz poważnie?
    – Należą mi się.
    Mężczyzna zaśmiał się szorstko i zmierzwił mu włosy.
    – Chcesz więcej forsy? Musisz ją sobie zarobić. Chodź, opowiem o moim nowym nabytku…

22

    „Pustelnik brunatny poluje nocą, szukając owadziej ofiary, żywej lub martwej”. (Michael F. Potter, entomolog, Brown Recluse Spider, Wydział Rolniczy Uniwersytetu Kentucky)

    – Na świecie jest znanych trzydzieści pięć tysięcy gatunków pająków – powiedział Sal. – Czytałem, że według ekspertów to zaledwie jedna piąta całości. Lepiej, podobno to obecnie najpopularniejsze „nietypowe” zwierzę domowe w Stanach. Jezu, a ja myślałem, że wszystkie świry hodują pytony.
    – One rosną za duże – uświadomiła go Kimberly. – Potem ludzie je wypuszczają na wolność. Lądują w lasach na Florydzie i pożerają wszystko, co się rusza. Podejrzewam, że aligatory nie są z tego powodu specjalnie zadowolone.
    Sal i Kimberly siedzieli w przestrzeni ładunkowej białej furgonetki oklejonej logo firmy remontowej, a w rzeczywistości należącej do działu technicznego GBI. Była to czwarta noc operacji „Pułapka na muchy”. Uzbrojona w ukryty mikrofon Ginny była gdzieś w klubie Foxy Lady i czekała na pojawienie się Dinchary, a Sal i Kimberly czuwali w samochodzie w asyście technika dźwięku Grega Moffata. Na podłodze walały się kubki po kawie (Sala) i butelki po wodzie (Kimberly). Moffat siedział z tyłu wpatrzony w migające wskaźniki i mamrotał coś pod nosem, używając technicznego żargonu, który tylko on rozumiał. W akcji uczestniczyła jeszcze tajna agentka Jackie Sparks. Udając zwykłą dziewczynę, która przyszła się zabawić, krążyła po lokalu i miała Ginny na oku.
    Ginny nie wiedziała o Sparks. Fakt, że ryzykowała życie, ukrywając podsłuch, to jeszcze nie powód, żeby ją we wszystko wtajemniczać. Sprawdzili dźwięk, poinstruowali, co ma mówić i puścili samopas.
    Zadanie Ginny: skłonić Dincharę, żeby się przyznał do zastrzelenia Tommy'ego Marka Evansa, ewentualnie powiązać go z którąś z sześciu zaginionych właścicielek praw jazdy. Sal miałby wreszcie upragniony dowód na poparcie swoich podejrzeń, a to pozwoliłoby powołać grupę operacyjną i na poważnie zacząć ścigać Dincharę.
    Minęły jednak cztery dni, a Dinchara się nie zjawiał, co wprawiło ekipę w lekki niepokój. Sal musiał stawać na głowie, żeby zająć sprzęt GBI na tak długo. Jeśli za dzień, dwa operacja nadal nie przyniesie efektów, będą musieli zwinąć manatki.
    – Okazuje się – ciągnął Sal z nasłuchem na Ginny w lewym uchu i na Jackie w prawym – że hodowla pająków to nie taki znów niszowy rynek. W Internecie są setki specjalistycznych sklepów, w których kupisz wszystko, od młodych osobników za parę dolarów po dorosłą samicę Brachypelma baumgarteni za osiem stów.
    – Osiemset dolarów? – zdumiała się Kimberly.
    – Uhm, samice są drogie. Żyją dłużej od samców, a poza tym można je wykorzystać do rozmnażania. I tu dowiedziałem się czegoś jeszcze ciekawszego – nie masz pojęcia, ile jest artykułów na temat seksowania ptaszników.
    Kimberly zrobiła wielkie oczy.
    – To strasznie ważna rzecz – wyjaśnił. – Chciałabyś wybulić tyle forsy na samicę i przez pomyłkę dostać samca?
    – Mam szczerą nadzieję, że ten problem na zawsze pozostanie mi obcy.
    – Istnieją też rozmaite stowarzyszenia hodowców. No i coroczny zjazd miłośników pająków ArachnoCon. Wpisz sobie w Google'u „ptasznik” i zobacz, ile tego jest. Pająki są wszędzie.
    – Co ty nie powiesz.
    – Trafiłem też na zakamuflowane oferty nielegalnego importu – błysnął okiem Sal. – Te najbardziej egzotyczne gatunki nie są dostępne od ręki, a niektórzy faceci – albo i kobiety – nie chcą czekać. Wiesz, skoro Kolumbijczyk i tak przemyca kokainę, to czemu nie dorzucić takiego Xenethisa immanisa i zarobić dodatkowej kasy?
    – Jakiego xenthisa?
    –  Xenethis immanis. To gatunek ptasznika z fioletowymi plamkami na odnóżach. Tak ze zdjęć to całkiem śliczny. Nie żebym był zainteresowany. Chodzi o to, że ten konkretny gatunek jest teraz nieosiągalny z powodu embarga na handel z Kolumbią, więc wkurzony hodowca musi szukać nielegalnych dróg. Pająki są wysyłane najpierw do Meksyku, z Meksyku do Teksasu, a stamtąd trafiają do kupca. Po drodze zostaje posmarowanych wiele rąk. To częstszy proceder, niż ci się wydaje.
    – Pewnie tak, zważywszy, że w ogóle nie siedzę w tym temacie – mruknęła Kimberly.
    – Możemy podejść Dincharę z innej strony. Załóżmy, że się pojawi i to co nagramy, wystarczy, żeby uzasadnić podejrzenie popełnienia przestępstwa, ale o ile facet nie zostawił na wierzchu zakrwawionych rękawiczek, raczej nie ma szans, żebyśmy go na miejscu aresztowali. Jednak wydział ochrony środowiska, Ministerstwo Rolnictwa czy kto tam się zajmuje robactwem, mogłyby go zatrzymać pod zarzutem nielegalnego importu pająków. A wtedy zyskalibyśmy dodatkowy czas, no i pretekst, żeby pogrzebać w jego personaliach.
    – Nieźle kombinujesz – rzekła z podziwem Kimberly.
    – To jest plan B – odparł skromnie Sal. – Z początku myślałem, że go namierzymy, wykorzystując wątek pająków, ale kiedy się dowiedziałem, że jedna trzecia mieszkańców Atlanty to arachnofile, musiałem odpuścić.
    – Mnie zastanawiają te tatuaże – mruknęła Kimberly. – Ginny ma na szyi całkiem spory. Ile stawiasz, że Dinchara osobiście ją zaprowadził do salonu, który dobrze zna, bo sam też się tam tatuował?
    – Trzeba by go sfotografować – zgodził się Sal. – Puścić zdjęcie w obieg, może ktoś rozpozna autora. Kurczę, ile ja bym dał, żeby mieć do dyspozycji porządny zespół śledczy.
    – Żeby wspomóc nasz przepracowany duet, którego połowa niedługo odpadnie, bo musi urodzić dziecko?
    – Jest to pewien kłopot.
    – Kłopoty to ostatnio moja specjalność – rzuciła cierpko Kimberly.
    Westchnęła, spoglądając w dal przez przednią szybę furgonetki. Nie chciała teraz myśleć o sprawach osobistych. O kruchym rozejmie, jaki zapanował między nią a Makiem. O tym, że mają tylko tydzień na podjęcie decyzji, które zaważą na ich dalszym życiu; a tu proszę, czwarty dzień, a ona znowu pracuje po nocy.
    Mac przestał już prosić. Nie dopytywał się. Po prostu czekał, a Kimberly odkryła, że to jego milczenie jeszcze bardziej ją wytrąca z równowagi.
    Powinien przyjąć tę posadę w Savannah. Głupotą byłoby tego nie zrobić. Miał rację, ich życie się zmienia. Mógłby się skupić na swojej karierze, skoro jej i tak zwalnia bieg. A co tam, posiedzi w domu. Będzie niańczyć dziecko, oglądać talk-show Oprah Winfrey i czytać poradniki psychologiczne.
    Tyle że to kompletnie nie w jej stylu. Ona jest upośledzoną emocjonalnie egoistką i ma obsesję na punkcie swojej pracy. I na swój sposób jest z tym szczęśliwa.
    – Coś mam – odezwał się z głębi wozu Moffat.
    Sal i Kimberly błyskawicznie przytknęli słuchawki do uszu. Do tej pory Ginny dostała z pół tuzina propozycji. Gdyby robili obławę na amatorów płatnego seksu, mieliby niezły połów.
    To jednak brzmiało poważnie.
    –  Musimy pogadać – powiedziała Ginny.
    Była zdenerwowana i spięta.
    – Czemu nie pracujesz? – odezwał się męski głos. – Idź, poruszaj trochę tyłeczkiem, skarbie.
    – Najpierw pogadajmy.
    Sal podniósł z kolan czarny radiotelefon i wywołał agentkę Sparks.
    – Potrzebny rysopis: niezidentyfikowany mężczyzna, w tej chwili rozmawia z Jones.
    – Zrozumiałam - dobiegło wśród trzasków. Potem krótka cisza, gdy agentka Sparks przechodziła przez salę.
    –  Chcę sobie zbadać krew – powiedziała Ginny, tym razem nieco ostrzejszym tonem. – Czytałam, że w salonach tatuażu można się zarazić żółtaczką. - To był pomysł Kimberly. – Skąd mam wiedzieć, czy nic nie złapałam? A dziecko? Jeśli ono zachoruje? Musisz mi pomóc.
    –  Widzę obiekt - oznajmiła cicho agentka Sparks. – Biały mężczyzna po trzydziestce, niecały metr osiemdziesiąt wzrostu, jakieś siedemdziesiąt, osiemdziesiąt kilo wagi. Ubrany w ciemnobrązowe trapery, niebieskie dżinsy i ciemnozieloną koszulę z długimi rękawami podwiniętymi do łokcia. Na głowie czerwona bejsbolówka nasunięta na czoło; twarzy nie widać.
    –  Co ty, kurwa… - mruknął szorstko mężczyzna. – To po to do mnie dzwoniłaś? A co ja jestem, przychodnia?
    –  Kasy potrzebuję…
    – To bierz się do roboty!
    – Nie mogę pracować – jęknęła Ginny. – Ciągle chodzę zmęczona, faceci mnie nie chcą. Wiesz, prostytutka w ciąży. Brzydzą się.
    –  Trzeba było o tym pomyśleć cztery miesiące temu. Jak chcesz mieć co żreć, lepiej znajdź jakąś litościwą duszę, która jeszcze dopłaci, żeby cię przelecieć.
    Kimberly usłyszała szurnięcie materiału. Czyżby facet chciał wyjść? Zaraz potem pacnięcie, gdy Ginny złapała go za rękę.
    –  Dogadajmy się – rzekła rozpaczliwie. – Wysłuchaj mnie. Muszę ci coś powiedzieć.
    Kimberly i Sal spojrzeli po sobie.
    –  Co znaczy „dogadajmy się”? - spytał podejrzliwie mężczyzna.
    – Nie tutaj. Na osobności.
    – Cholera – zaklął Sal.
    – Ucieka nam – zawtórowała Kimberly. Ginny miała nie schodzić z pola widzenia, dostała ścisły zakaz. Ależ byli naiwni.
    – Jackie… – rzucił do mikrofonu Sal.
    –  Wszystko pod kontrolą – zapewniła agentka.
    – Nie drażnij się ze mną – powiedział groźnie mężczyzna.
    –  Chcę tylko porozmawiać, okej? Chodźmy do twojego samochodu. Zabawimy się. Będzie jak za dawnych czasów.
    Mężczyzna nie odpowiedział. Kimberly wyobrażała sobie, jak Ginny ciągnie go za sobą przez tłum ludzi.
    –  Obiekt zbliża się do wyjścia – nadała agentka Sparks. - Opuszcza budynek. Trzy, dwa jeden…
    Otworzyły się drzwi wejściowe. Pierwsza wyłoniła się Ginny. Była wystraszona i zdenerwowana. Miała na sobie kusą spódniczkę, ale za to obszerniejszą górę, żeby lepiej zakamuflować sprzęt, który jej zamontowali pod biustonoszem. Teraz coś przy nim grzebała, poprawiając miseczki, aż zatrzeszczało w słuchawkach.
    – Tylko mi nie mów, że… – zaczął Sal, ale sygnał powrócił. Odetchnął z ulgą, lecz Kimberly wątpiła, że to koniec kłopotów.
    Za dziewczyną pojawił się mężczyzna. Szczupły, ale silnie zbudowany. Brunet, skóra na rękach opalona. Dżinsy i koszula wyglądały porządniej, niż Kimberly sobie wyobrażała. Raczej dobrej firmy. Facet nie przypominał farmera. Daszek spłowiałej czapki nasunął głęboko na czoło, przez co to ona rzucała się w oczy, nie jej właściciel.
    Poszli chodnikiem, oddalając się od klubu. Ginny nic nie mówiła, trzymała go pod rękę. Chwilę później drzwi lokalu znów się otworzyły i pojawiła się w nich Sparks. Wyjęła papierosa, zapaliła, a potem wolnym krokiem ruszyła za nimi.
    Sal i Kimberly znów spojrzeli po sobie.
    – Co ta Ginny do cholery wyprawia? – wyszeptał zdenerwowany Sal.
    – Nie wiem.
    – Daliśmy ciała.
    – Chcesz odwołać Sparks?
    – Nie. Na razie nie.
    Chwycili za słuchawki i jednym uchem nasłuchiwali Ginny, a drugim Jackie.
    Z lewej strony dobiegł odgłos otwierania i zatrzaskiwania drzwi samochodu. Potem piskliwy chichot Ginny:
    –  A więc jednak się cieszysz, że mnie widzisz… Z prawej głos agentki Sparks:
    –  Obiekt i pani Jones wsiedli do czarnej toyoty Four-Runner z chromowanymi dodatkami. Pojazd zabłocony, nie mogę odczytać tablic rejestracyjnych.
    –  Możemy go capnąć za drobne wykroczenie – szepnął Sal.
    – Ciii… – Kimberly położyła palec na ustach.
    –  To co wolisz? – spytała Ginny – Bzykanko czy laskę?
    – Gadaj, suko. Nie po to jechałem taki kawał drogi, żeby się zabawiać z jakąś dziwką. Która w dodatku chce, żebym jej zapłacił za pieprzone badanie krwi. Co ci do łba strzeliło?
    –  To nie był mój pomysł - odparła pośpiesznie Ginny. - To znaczy, nie umiałam nic innego wymyślić, żeby zwrócić twoją uwagę.
    Chwila ciszy.
    –  Ginny, lepiej zacznij mówić, bo przysięgam, że już nigdy nie będziesz się musiała martwić żółtaczką.
    – Wypytują o mnie.
    – Kto?
    – Federalni. Z GBI. Twierdzą, że w mieście giną prostytutki. Chcą wiedzieć, co się dzieje. Pytali o Ginny Jones.
    – Co im powiedziałaś?
    – Nic! Przecież dziewczyny wyjeżdżają do Teksasu, nie? Mówiłam, żeby raczej tam poszukali.
    – Wymieniali inne nazwiska? – naciskał mężczyzna.
    –  Nie wiem.
    Uderzył ją. Ten nagły dźwięk tak zaskoczył Kimberly, że aż się wzdrygnęła.
    –  Nie kłam.
    – Ale ja naprawdę…
    I jeszcze raz. Salowi aż zbielały kostki od ściskania słuchawek. Minę miał ponurą.
    –  NIE KŁAM, MÓWIĘ!
    – Naprawdę nie pamiętam! Przepraszam, oni cały czas gadali, padało dużo nazwisk, aleja starałam się być cicho, nie zwracać na siebie uwagi. Nie bij mnie, ja nie kłamię! Przysięgam! Przysięgam!
    Jeszcze jedno uderzenie i znowu krzyk.
    – Przerwij to – powiedziała Kimberly, spoglądając na zacięte oblicze Sala. – Robi się niebezpiecznie, trzeba ją stamtąd wydostać.
    Ale Sal pokręcił głową.
    – Nie, on się tylko z nią drażni. Jeszcze nie mówi poważnie. Właśnie to jest najgorsze, że on dopiero może być groźny.
    Sal mógł mieć rację, bo szarpanina w słuchawkach wreszcie ucichła.
    –  Daję ci pół minuty. Czego chcesz?
    Znowu cisza. Długa i pełna napięcia. W końcu Ginny powiedziała:
    –  Chcę ją zobaczyć. Moją matkę.
    – Co?
    – Rany boskie – przeraził się Sal.
    – Odważyła się… – Kimberly aż się zsunęła na brzeg krzesła. Ginny zrezygnowała z wyciągania od niego nazwisk zamordowanych dziewcząt, za to próbowała go powiązać z zabójstwem jej matki. Kimberly była w rozterce: z jednej strony ciekawość, co dalej powie Ginny, a z drugiej chęć, by wyskoczyć z furgonetki i pobiec prosto do czarnej ubłoconej toyoty, ponieważ to co się w niej działo, absolutnie nie mogło się dobrze skończyć.
    –  Pamiętam nagranie – szepnęła Ginny. – Wiem, że ona nie żyje… Wiem, co jej zrobiłeś. Próbowałam sobie wmawiać, że mnie to nie rusza. Przecież ja jej nigdy nie obchodziłam.
    – Ginny Jones, czy ty sugerujesz, że zrobiłem coś złego? - spytał chłodno mężczyzna.
    – Nie, tylko…
    – Ty, gówniara bez matury, która uciekła z domu, żeby sprzedawać swój tyłek po dwadzieścia pięć dolców za numer, aż dorobiła się brzucha?
    – Przestań…
    – Wiesz co, gdybym był gliną, powiedziałbym, że nawet mi na taką wyglądasz. Dziewczyna z małego miasteczka, której nikt nie lubił. Zabiłaś matkę, żeby się wyrwać, a rywalki, żeby ci nie robiły konkurencji. Czy w Georgii stosują truciznę przy wyrokach śmierci? Nie pamiętam, ale coś mi się zdaje, że przysięgli nie mieliby problemów, żeby takiego śmiecia jak ty odesłać, gdzie jego miejsce. Zamkną cię w dusznej celi, odbiorą dziecko, a potem przywiążą pasami do wózka i wpakują igłę w żyłę.
    – Nienawidzę cię – wyszeptała Ginny. – Czemu jesteś taki podły?
    – A czemu z ciebie taka ofiara losu? Dlaczego sprzedajesz własne ciało i jeszcze pozwoliłaś sobie zrobić dziecko? Zdaje się, że ty masz kłopoty. Ja ci nie zawracam dupy po nocach biadoleniem do słuchawki.
    – Jesteś potworem.
    – Nie, jestem szefem w tym układzie. Lepiej o tym nie zapominaj. A teraz spierdalaj i nie zawracaj mi więcej głowy. Gliny są od zadawania pytań, ty masz mieć mordę zamkniętą na kłódkę. Zrozumiałaś?
    – Chcę ją zobaczyć.
    – Dziewczyno, chyba mnie nie słuchałaś…
    – To była moja matka! Teraz sama będę mamą, a… To nie w porządku. Mam wyrzuty sumienia, że tak to się skończyło. Chcę z nią ostatni raz porozmawiać, powiedzieć jej o dziecku. Pogodzić się. Pożegnać.
    –  Co ty, kurwa, odbiło ci?
    – Ona gdzieś jest, prawda? Musiałeś ją gdzieś zakopać albo spalić, nie wiem, co tam robisz z ciałami. Ale gdzieś jest. Ma grób? Powiedz mi tylko gdzie, to ja… Nic nie będę ruszać. Tylko porozmawiam.
    –  Jackie… – szepnął nerwowo Sal.
    –  Czy ty masz gdzieś ukryty mikrofon? - ryknął niespodziewanie Dinchara.
    –  C… co ty, zwariowałeś?
    – Wystawiłaś mnie? Wy stawiłaś mnie!
    Odgłos wciąganego powietrza; krótki, przerywany szloch Ginny.
    – Jackie! – Coraz bardziej natarczywy głos Sala. Kimberly zerwała się z miejsca, próbując wymyślić, co dalej.
    –  Gdzie on jest! POKAŻ!
    – Przestań, to boli! Puść rękę! Chcę tylko porozmawiać z matką. Nigdy nie miałeś do czynienia z kobietą w ciąży? To hormony. Naprawdę!
    – Gdzie to schowałaś, gdzie to jest! Kurwa mać…
    –  Nie rób tak! Auć, boli! O Boże, puść mnie…
    Kimberly dopadła drzwi furgonetki, chwyciła za klamkę i już miała otwierać. W tym samym momencie, gdy usłyszała w słuchawce wrzask Ginny, z drugiej strony głowy rozległo się niespodziewanie walenie do drzwi.
    –  Hej – w chaos wdarł się szczebiotliwy głos agentki Sparks – Widzę, że macie tu niezłą imprezkę, można się przyłączyć? – Znów piskliwy chichot, odgłos strzelającej gumy do żucia. - Zajebista fura. Lubisz ostrą jazdę, co? Może mnie przewieziesz?
    – Rany boskie, co ona wyprawia… – Sal wyglądał, jakby zaraz miał dostać zawału. Siedział zgięty wpół i trzymał się za głowę.
    Kimberly zastygła przy drzwiach. Sparks ciągnęła swój monolog.
    –  Tyle błota to ja ostatni raz widziałam, jak jechałam traktorem taty po naszej farmie.
    – Spływaj – syknął Dinchara. – To prywatna impreza.
    – Czekaj, czekaj. Mało dziś klientów. Zawsze warto spróbować, nie? Zwłaszcza z takim przystojniakiem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam faceta z wszystkimi zębami. Ty, mała, w ciąży jesteś?
    – Jestem zmęczona - jęknęła Ginny. – Chyba już pójdę.
    – No ja myślę. Przychodzisz do pracy z brzuchem? Krzywdę se zrobisz.
    – Niech to szlag… – zaklął Dinchara. – Ja też już mam dosyć.
    – Ej, spokojnie. Noc jeszcze młoda. Jak chcesz się pobzykać, kochasiu…
    Skrzypienie drzwi samochodu. Odgłosy przepychanek. Wystraszony krzyk Ginny. Przekleństwo rzucone pod nosem.
    –  Puśćże mnie, do cholery!
    – Ejże, kochasiu…
    – Nie jestem twoim zasranym kochasiem. Spieprzaj z mojego wozu!
    –  Dobra, dobra, po co te nerwy. Strasznie mnie kręcą skórzane siedzenia. Przypominają mi się świnki na farmie tatusia.
    – WYNOCHA!
    – Już idę, idę, nie rzucaj się tak. Faceci. Kupi se taki bajerancką furę i myśli, że jest panem świata.
    Kroki. Trzaśnięcie drzwi. Ryk zapalanego silnika. W słuchawce ponownie głos Jackie. Krótko i zwięźle:
    –  Obiekt oddala się w kierunku północnym.
    Ten komunikat wyrwał ich z odrętwienia. Sal złapał radio i zawiadomił patrole drogowe, podając opis pojazdu. Kimberly odsunęła drzwi furgonetki, przygotowując się na powrót dziewcząt.
    Dostrzegła Sparks kilkanaście metrów dalej. Biegła ulicą, ciągnąć Ginny za sobą. Ginny miała na policzku czerwony ślad od uderzenia. Kapało jej z nosa, tusz spływał po twarzy.
    – Co to za jedna, do cholery? – wrzasnęła, gdy tylko zauważyła Kimberly. – Wysłaliście za mną szpiega?
    – Raczej coś w rodzaju wsparcia – odpowiedziała Kimberly.
    Pomogła im wsiąść, rozejrzawszy się uprzednio na wszystkie strony. Na razie wszystko szło dobrze. Zasunęła drzwi, a agentka Sparks przekazała jej podopieczną i uniosła rękę w geście triumfu.
    – Przyniosłam wam prezent – oznajmiła. – Spójrzcie, co wypadło z auta w czasie szamotaniny: mamy jego but!

23

    „U większości gatunków […] miejsce samca jest «w przewodzie pokarmowym jego żony». „ (Burkhard Bilger, Spider Woman, „New Yorker”, 5 marca 2007)

    Kimberly wracała do domu cała podekscytowana. O trzeciej rano na autostradzie było wreszcie pusto, więc mknęła przed siebie, nucąc pod nosem i bębniąc palcami w kierownicę. Żałowała, że nie siedzi teraz w porsche. W taką noc chętnie by się wcisnęło gaz do dechy i patrzyło, jak wskazówka szybkościomierza przechyla się na prawo.
    Tymczasem jadąc swoim passatem kombi, nie przekraczała bezpiecznych stu na godzinę. Za to myśli w jej głowie wirowały z zawrotną prędkością.
    Sal z samego rana będzie chciał złożyć wniosek o powołanie wspólnej grupy operacyjnej złożonej z agentów federalnych i policjantów. Dinchara wprawdzie nie przyznał się do porwania i zabicia zaginionych prostytutek, ale też nie brzmiał i nie zachowywał się jak niewinny człowiek. Byli na dobrym tropie, a dzisiejsze nagranie powinno im jeszcze pomóc.
    Niestety patrole drogowe nie natknęły się na jego samochód. Kimberly to zanadto nie zdziwiło. Pod prymitywną powierzchownością tego człowieka wyczuwała zimną, wyrachowaną inteligencję. Nawet na własnym terenie przezornie nasuwał czapkę na twarz, a tablice rejestracyjne ochlapał błotem. Podejrzewała, że wcześniej odpowiednio zabezpieczył sobie drogę ucieczki z Sandy Springs.
    Policja pozostała jednak w stanie gotowości, więc można liczyć na to, że w ciągu kilku dni ktoś zauważy jego toyotę. Poza tym Sal zamierza zabrać Ginny i agentkę Sparks do specjalisty od portretów pamięciowych. Kiedy rysunek będzie gotowy, puści się go w obieg.
    Jak dobrze pójdzie, za tydzień o tej porze będą już znali nazwisko i dane Dinchary. A wtedy dopiero się zacznie prawdziwa zabawa.
    Znów zaczęła nucić Tainted Love i palcami wystukiwać rytm.
    Uświadomiła sobie, że nie może się doczekać powrotu do domu. Chciała już być na miejscu, znaleźć się w środku. Ale przede wszystkim chciała się zobaczyć ze swoim mężem.
    Dosyć tego. Tak dalej być nie może. Jak tylko wejdzie do domu, obudzi Maca. Załatwią tę sprawę raz na zawsze. Niech on się przeprowadzi na próbę do Savannah, w międzyczasie rozejrzą się za domem, a ona sprawdzi, czy mogłaby pracować w którymś z biur regionalnych. To jest wyjście. Zawsze jest jakieś wyjście, muszą tylko porozmawiać.
    A potem będą się kochać. Bo nic nie wpływa na libido lepiej niż ciężka praca uwieńczona sukcesem.
    Wreszcie zajechała przed dom. Samochodu Maca nie było, za to w salonie zastała ojca i jego żonę Rainie. Quincy siedział w fotelu i czytał gazetę, a Rainie przycupnęła w kącie sofy i drzemiąc, oglądała jakiś serial komediowy. Na jej widok oboje się ożywili.
    – Co wy tu, u diabła, robicie? – zawołała zaskoczona.
    – Pomyśleliśmy sobie, że dawno nas u was nie było – odparł ojciec. Quincy'ego nie sposób zbić z tropu.
    Wtedy Kimberly sobie przypomniała: ostatnia kłótnia z Makiem, późny telefon do ojca i wiadomość na sekretarce.
    Natychmiast zaczerwieniła się ze wstydu. Trzeba było zadzwonić jeszcze raz i kazać mu zignorować jej prośbę, to była tylko chwila słabości. Trzeba było… zrobić cokolwiek.
    – Z pracy? – zagadnęła Rainie, tłumiąc ziewanie. – Robicie coś ciekawego?
    – Nie. No, może. Kiedy przyjechaliście? Jedliście coś? Wybaczcie, że kazałam wam siedzieć po nocy…
    – Nie szkodzi, jeszcze się nie przestawiliśmy na tutejszy czas – zapewnił ją zawsze opanowany ojciec, nie ruszając się z fotela. – W Oregonie dopiero pierwsza.
    Rainie spojrzała na niego, stłumiła kolejne ziewnięcie i powiedziała:
    – Przyjechaliśmy tuż po dziesiątej. Mac był w domu, ale zaraz go wezwali. Przyznaję się, wyjedliśmy wam całą pizzę…
    – My? – wtrącił Quincy.
    – No dobrze. Ja zjadłam. A on – wskazała kciukiem na męża – zrobił sałatkę.
    – To my mamy w domu jakieś warzywa? – zdziwiła się Kimberly.
    – Sałatę lodową, czerwoną cebulę i pomidory – dodał ojciec – które w tym domu, jak mniemam, są używane tylko jako dodatki, ale jeśli się chce, można z nich przyrządzić pyszną sałatkę.
    – Hm – mruknęła Kimberly.
    Rainie w końcu przełamała pierwsze lody, podchodząc i obejmując ją na powitanie.
    – Jak się czujesz?
    – A dobrze, dobrze. Wszystko w porządku.
    – A dziecko?
    – Zdrowe. Rośnie i kopie.
    – Czujesz jego ruchy? – Głos Rainie wszedł na wyższe tony i przez moment zabrzmiała w nim tęsknota. Stosunkowo późno macocha Kimberly doszła do wniosku, że chce mieć dzieci. Zdecydowali się z Quincym na adopcję, ale nie poszło to tak, jak planowali. Nie chcieli o tym rozmawiać, ale Kimberly była właściwie pewna, że te drzwi dla Rainie są już definitywnie zamknięte, a jedynymi dziećmi w jej życiu pozostaną te, którymi się opiekowała jako kurator sądowy.
    Czy ciąża Kimberly wywołała u niej zazdrość, rozdrapała dawne rany, wzbudziła świeży żal? Rainie to była policjantka i detektyw, więc ma wprawę w kontrolowaniu emocji. Cokolwiek czuła teraz w środku, raczej nigdy nie wyjdzie na zewnątrz.
    – Chcesz dotknąć? – spytała Kimberly.
    – Tak.
    Kimberly ujęła jej dłoń i położyła na brzuchu. Małe, zajęte conocnym aerobikiem, nie zawiodło.
    – Chłopak czy dziewczynka? Jak sądzisz?
    Quincy podniósł się z fotela i stanął przy żonie. Sam nigdy by o to nie poprosił, więc Kimberly chwyciła go za rękę i dotknęła nią lewego boku. Dziecko znowu kopnęło. Ojciec najpierw się wzdrygnął i cofnął dłoń, a potem się uśmiechnął.
    – Chłopak! – stwierdził i jeszcze raz przyłożył rękę.
    – Też tak sądzę – dodała Rainie. – Dziewczynki ponoć kradną matce urodę, a ty wciąż wyglądasz prześlicznie.
    Kimberly prawie się zarumieniła.
    – Dobra, dobra, wystarczy. Dajcie tej prześlicznej matce trochę odetchnąć. I napić się wody.
    Poszła do kuchni i nalała po szklance wody dla siebie i Rainie. Quincy to nałogowy kawosz, więc mimo że była trzecia nad ranem, zaparzyła mu dzbanek. Wszyscy usiedli przy kuchennym stole. Wzruszająca scenka rodzinna, tyle że nikt nie pomyślał, aby zapalić górne światło. Sam ten fakt wiele mówi o ich zawodzie.
    – Czy Mac coś mówił, zanim wyszedł? – zapytała Kimberly.
    – Żeby na niego nie czekać.
    Kimberly jęknęła i przygryzając wargę, zastanawiała się, co się mogło stać. Nie miała pojęcia, nad czym Mac ostatnio pracuje. Zwykle rozmawiali o jej sprawach.
    – A ty co dziś robiłaś? – zagadnął ojciec.
    – Prowadziliśmy obserwację. Facet się wprawdzie nie przyznał, ale pobił naszą informatorkę, co wskazuje, że jesteśmy na właściwym tropie.
    Quincy uniósł brwi z zainteresowaniem.
    – Co to za sprawa?
    – Seryjne morderstwo. Znikają prostytutki, między innymi sześć kobiet, których prawa jazdy znalazł za wycieraczką swojego samochodu pewien agent GBI. Przypuszczamy, że nasz podejrzany za tym stoi. – Znowu przygryzła wargę. – Problem w tym, że nie znaleziono żadnych ciał. Biorąc pod uwagę tryb życia tych dziewcząt, obrona może stwierdzić, że po prostu wyjechały do innego stanu. Pokręcona sprawa. Chociaż gdyby naszą taśmę dopuścili jako dowód, to by nam bardzo pomogło.
    – Jaką taśmę? – zaciekawiła się Rainie.
    – Nagranie zabójstwa jednej z zaginionych. Przynajmniej tak to wygląda, gdy się tego słucha. Makabra. Morderca, wyobraźcie sobie, każdej ofierze każe wskazać następną. W tym wypadku niejaka Veronica Jones podała imię swojej córki, Ginny Jones, która jest naszą informatorką.
    – Ale nie zabił tej Ginny – zauważyła Rainie.
    – Ona twierdzi, że go od tego odwiodła. Facet fascynuje się pająkami. Ginny też. Przez wzgląd na wspólne zainteresowania pozwolił jej żyć, jeśli można nazwać życiem sprzedawanie się za pieniądze, z których połowę on zabiera.
    – Dzięki temu ma nad nią kontrolę – powiedział Quincy.
    – Właśnie. To chyba jego obsesja.
    – Dałabyś mi posłuchać tego nagrania? – spytał.
    – Zostawiłam w biurze. Jutro przyniosę.
    – W jaki sposób zmusił tę kobietę do wskazania następnej ofiary?
    – Torturami. Powiedział, że przerwie, jeśli ona poda mu imię i nazwisko osoby, którą kocha.
    – Od razu uległa?
    – Nie, nawet próbowała mu podać fikcyjne nazwisko, ale kiedy zaczął naciskać, dopytywać się, kto to jest i dlaczego właśnie ona, kobieta nie wytrzymała. Dosłownie słychać, w jakim jest stresie, jak z bólu traci orientację. W takiej sytuacji trudno się myśli, a co dopiero kłamie.
    – Mówisz, że wydała własną córkę. Zatem można przyjąć, że wszystkie jego ofiary są ze sobą w jakiś sposób powiązane.
    – Pracujemy nad tym. Właściwie nie my, lecz agent specjalny GBI. Sal już wie, że trzy z zaginionych prostytutek to współlokatorki; zniknęły jedna po drugiej. Niestety, brakuje nam najważniejszych elementów układanki. Prawdopodobnie część kobiet z naszej listy rzeczywiście wyjechała, ale pewnie są i inne, które też zniknęły, ale jeszcze o nich nie wiemy.
    – Wszystkie pochodziły z tej samej okolicy? – zapytała Rainie. – Jak wygląda rynek usług seksualnych w Georgii?
    – Jest rozległy i bardzo zróżnicowany. Są dziewczyny pracujące na ulicy w szemranych dzielnicach jak Fulton Industrial Boulevard. Głównie Murzynki i przeważnie narkomanki. Potem są salony masażu w takich miejscach jak Sandy Springs. Tam najczęściej pracują zmuszane do prostytucji Azjatki. Jest cała sieć nocnych klubów, gdzie masz wszystkiego po trochu: białe, czarne, Latynoski, Azjatki, ćpające, niećpające. No i jeszcze sporo się dzieje wokół bazy lotniczej w Marietcie. To miejscowe dziewczyny, które poza kelnerowaniem oferują dodatkowe usługi. Georgia to duży stan, bardzo zróżnicowany pod względem geograficznym i socjoekonomicznym. Jeśli nasz podejrzany skacze po tym całym środowisku, czeka nas mnóstwo wizyt i rozmów z różnymi agencjami. Zresztą pewnie dlatego tak długo mu się udawało pozostać niezauważonym.
    – Co jeszcze o nim wiesz? – spytał Quincy.
    – Dzisiaj go widziałam pierwszy raz… Facet po trzydziestce. Doświadczony, potrafi cierpliwie i wytrwale tropić ofiarę. Sądząc po nagraniu, Veronica Jones nie była jego pierwszą. Musiał mieć czas na dopracowanie swoich metod. Jeśli chodzi o wygląd, biały, metr siedemdziesiąt pięć, siedemdziesiąt osiem, waga jakieś osiemdziesiąt kilo. Dosyć szczupły, ale umięśniony. I chyba lubi spędzać czas na łonie natury – trapery, dżinsy, terenówka.
    – Myśliwy?
    – W Georgii to wysoce prawdopodobne.
    – Samotnik.
    – Właśnie chyba nie. Ten agent, który go rozpracowuje, znalazł za wycieraczką dwie koperty. Obie zawierały prawa jazdy zaginionych prostytutek. Ponieważ nie szły za tym dalsze próby kontaktu, Sal przypuszcza, że podrzucił je ktoś blisko związany z zabójcą, ale raczej nie on sam.
    Quincy uniósł brwi.
    – Słusznie. Większość morderców, jeśli już kontaktuje się z policją, lubi się przechwalać i szydzić z jej nieudolności.
    – No właśnie. Niestety na kopertach nie było żadnych śladów. Musimy więc sami zidentyfikować i namierzyć mordercę. Ale kiedy go już poznamy, może uda nam się znaleźć kogoś z jego rodziny, kto będzie chciał nam pomóc.
    – Status społeczny i materialny? – wypytywał dalej Quincy.
    – Nie potrafię ocenić. Mówi językiem z nizin, ale jak chce, potrafi też być błyskotliwy. No i to auto: limitowana wersja toyoty FourRunner. Tak samo ciuchy. Niby ubiera się zwyczajnie: dżinsy, flanelowa koszula, ale to są markowe dżinsy, markowa koszula. Ewidentnie gość z aspiracjami.
    – Mobilny społecznie. Ceni dobra materialne – dorzuciła Rainie.
    – Tak sądzę.
    – Tu chyba kluczem do zagadki będą pieniądze – Rainie spojrzała na Quincy'ego. – Mówiłaś, że to wytrawny zabójca, ponad dziesięć ofiar na koncie. Ileż to wymaga czasu i energii. Planowanie, szukanie ofiar, zacieranie śladów, pozbywanie się zwłok. To ciężka, pełnoetatowa praca, zwłaszcza jeśli trzeba taką potencjalną ofiarę dłużej poobserwować.
    – A to więcej niż pewne – wtrącił Quincy. – Skoro pozwala ofierze A wskazać ofiarę B, musi najpierw zrobić solidny wywiad i jak najwięcej się o niej dowiedzieć, zanim przystąpi do działania.
    – Czyli ma pełne ręce roboty – ciągnęła Rainie. – A to znaczy, że prawdopodobnie nie ma stałej pracy i musiał znaleźć inne sposoby finansowania takiego trybu życia.
    – Na przykład stręczycielstwo – mruknęła Kimberly.
    – Tak. Albo oszustwa, kradzieże, handel narkotykami. Jakiś czas temu był taki przypadek, że Ministerstwo Skarbu aresztowało faceta za fałszowanie czeków. Kiedy przeszukali jego schowek w magazynie samoobsługowym, znaleźli stosy pudeł ze zdjęciami skrępowanych i gwałconych kobiet. Okazało się, że to był klasyczny sadysta seksualny, który przez wiele lat grasował na wschodnim wybrzeżu, porywając, gwałcąc i zabijając kobiety. A czeki fałszował po prostu po to, żeby pokryć wydatki.
    – Słyszałaś o czymś takim jak NecroSearch International? – spytał Quincy.
    Kimberly pokręciła głową.
    – To organizacja typu non profit złożona głównie z emerytowanych naukowców i policjantów. Myślałem nawet, czy do niej nie wstąpić.
    – O rany – zaśmiała się Rainie.
    Ale Kimberly przyglądała się ojcu z zaciekawieniem.
    – Czym się zajmują?
    – Szukaniem zwłok. Najbardziej znani są z tego, że zakopują świnie w celu udoskonalenia metod odnajdywania ukrytych grobów. To właśnie oni znaleźli w Kolorado ciało Michele Wallace prawie dwadzieścia lat po jej zaginięciu.
    – Michele Wallace? – powtórzyła Kimberly, bezskutecznie przeszukując pamięć. – Nie kojarzę tej sprawy.
    – Bo jesteś za młoda. To było w siedemdziesiątym czwartym. Wallace miała wtedy dwadzieścia pięć lat i mieszkała w Gunnison w Kolorado. Zapalona turystka. Wybrała się w któryś weekend ze swoim psem, owczarkiem niemieckim, na wycieczkę do Schofield Park. Kiedy wracała na parking, natknęła się na dwóch mężczyzn, którym się zepsuł samochód, i zaproponowała, że ich podwiezie. Od tej pory ślad po niej zaginął. Jeden z tych mężczyzn, Chuck Matthews, zeznał, że Wallace wysadziła go w mieście i dalej pojechała z jego kolegą, Royem Melansonem. Niedługo potem Melanson został aresztowany na podstawie starego listu gończego. Wśród jego rzeczy znaleziono prawo jazdy Michele, sprzęt biwakowy, a nawet torbę z karmą dla psa. Im głębiej policjanci grzebali w jego przeszłości, tym bardziej rósł ich niepokój. Melanson był już poszukiwany w celu przesłuchania w trzech niezależnych sprawach o gwałt i jednej o zabójstwo w Teksasie. Przycisnęli go do muru, jednocześnie zarządzając zakrojone na szeroką skalę poszukiwania ciała Wallace w Schofield Park. I wiecie, co?
    – Co?
    – I nic. Nie znaleźli dowodów przestępstwa, więc nie mogli postawić zarzutów. Melanson twierdził, że wszystkie te rzeczy dostał od Wallace w prezencie. Kto mu udowodni, że było inaczej? W końcu skazano go za używanie podrobionych czeków, odsiedział trzynaście lat i wyszedł. Z kolei matka Michele Wallace popełniła samobójstwo, prosząc w liście pożegnalnym, że gdyby kiedykolwiek odnaleziono zwłoki jej córki, pochowano je w grobie obok niej.
    – Boże.
    – W siedemdziesiątym dziewiątym roku inny turysta wędrujący po Schofield Park natknął się na ludzkie włosy leżące na środku szlaku. Były wciąż przyczepione do skóry i zaplecione w dwa warkocze, tak jak je nosiła Michele. Policja umieściła znalezisko w depozycie i na tym się skończyło. Aż do roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego. Nowa pani detektyw, Kathy Young, skontaktowała się z NecroSearch International i poprosiła ich o pomoc. Sprowadzili botanika, antropologa sądowego, archeologa i innych ekspertów. Botanik przeanalizował znaleziony we włosach materiał roślinny i na podstawie proporcji zawartości igieł i kory różnego rodzaju drzew ustalił, że tylko w kilku miejscach na obszarze parku rośnie akurat ten zestaw gatunków. Naukowcy skoncentrowali się na nich i po kilku dniach metodycznych poszukiwań odnaleźli czaszkę Michele. We wrześniu dziewięćdziesiątego trzeciego Roy Melanson został uznany winnym zamordowania Michele Wallace, a w kwietniu następnego roku jej szczątki wreszcie spoczęły obok matki.
    – Jezu – mruknęła Kimberly, na moment odwracając głowę. Coś ją ścisnęło za gardło. Jakże tego nie znosiła.
    – Zmierzam do tego – kontynuował ojciec – że ciało to najważniejszy dowód. Jeżeli twoja teoria jest słuszna, gdzieś musi być ukrytych co najmniej sześć trupów. Skoro tradycyjne metody policji nie przynoszą rezultatów, może pomogą odpowiedni specjaliści?
    Zastanowiła się nad tym.
    – Właściwie mamy nowy ślad. Naszej agentce udało się zdobyć zabłocony but należący do podejrzanego. Myślałam, czyby nie zadzwonić do mojego kolegi z USGS*, żeby przeanalizował próbki gleby.
    * United States Geological Survey – amerykańska służba geologiczna (przyp. tłum.).
    – Przede wszystkim czy nie ma śladów wapna! – dodał od razu Quincy.
    – Wiem.
    – Znajdź też jakiegoś botanika. Wąwozy często są porośnięte paprociami… No i entomolog też się przyda, albo nawet arachnolog. Wspominałaś o pająkach…
    – Wiem, tato… – powtórzyła z naciskiem.
    Quincy się uśmiechnął.
    – Znowu pouczam, co?
    Przemilczała to.
    – Nie. Próbujesz pomóc, a nie da się ukryć, że w tej sprawie pomoc bardzo nam się przyda. Tylko… jest już trochę późno.
    – No tak. Dziecko. Powinnaś się wyspać.
    – Powinnam. – Ale nikt się nie ruszył od stołu. Kimberly napiła się jeszcze wody, rozmyślając o próbkach gleby, o pająkach i o tym, dokąd mogą zaprowadzić człowieka różne zawiłości śledztwa. Tak jak ostatnio, gdy współpracowała z ekipą USGS i musiała skakać po stertach kamieni, pod którymi czaiły się grzechotniki, zapuszczać się w głąb jaskini, biec przez płonące torfowisko. To w poprzednim życiu, gdy była młodsza, szybsza i odpowiadała tylko za siebie.
    – Jak długo zamierzacie zostać? – zapytała w końcu. Ojciec i Rainie wymienili spojrzenia.
    – Nie wiemy – odparła Rainie. – Nigdy nie byliśmy w Georgii na dłużej, pomyśleliśmy, że fajnie byłoby wreszcie pozwiedzać.
    Kimberly przyjrzała im się podejrzliwie.
    – A praca?
    – Oto zalety bycia niezależnym konsultantem – powiedział ojciec. – Zawsze możesz zabrać pracę ze sobą.
    – Bo on oczywiście nie potrafi jej zostawić w domu! – wtrąciła Rainie.
    Kimberly pokiwała głową. Dopiła wodę.
    – Chodźmy spać. – Wstała, pozbierała naczynia i zaprowadziła ich do pokoju.
    Rainie weszła pierwsza, dyskretnie zostawiając ojca i córkę samych.
    Kimberly nigdy nie wiedziała, co mówić w takich chwilach. Quincy był mistrzem milczenia, lecz ona czasem aż dusiła się od słów, które chciały się wydostać z jej gardła. Chciała go spytać, czy jest szczęśliwy. Czy poświęcenie całego życia pracy było warte tego wszystkiego, co po drodze stracił.
    Chciała go spytać o mamę, jak to było, gdy oboje byli młodym małżeństwem oczekującym pierwszego dziecka. Chciała go zapytać o wszystko, więc nie zapytała o nic.
    Ojciec się nachylił i pocałował ją w policzek.
    Przez chwilę zostali w tej pozycji, zetknięci czołami, nie otwierając oczu.
    – Dzięki, że przyjechałeś – szepnęła Kimberly.
    A ojciec odpowiedział:
    – Zawsze możesz na mnie liczyć.

24

    „Gdy brakuje pożywienia, a młode są głodne, bywa, że zjadają się nawzajem”. (Herbert W. i Lorna R. Levi, Spiders and Their Kin, A Golden Guide, St. Martin's Press, 2002)

    Chłopiec wrócił. Zjawił się pewnego słonecznego popołudnia, grzecznie pukając do kuchennych drzwi. Zatrudniła go do rąbania drewna. Mozolił się ponad godzinę, aż w końcu zdjął koszulę – zobaczyła jego zapadniętą klatkę piersiową i sterczące żebra. Gdy skończył, podała mu omlet z serem, cztery grube tosty i dwie szklanki mleka. Zjadł wszystko, wytarł talerz kawałkiem chleba, żeby nie zostawić ani grama tłuszczu, a na koniec oblizał po kolei wszystkie palce.
    Następnie zajęli się pracami wewnątrz domu. Rita pokazała mu, jak wcisnąć szczapę drewna w ramę okna, żeby je dodatkowo wzmocnić. Wysłała go do piwnicy po ozdoby choinkowe. Wrócił, niosąc oburącz wielkie pudło, a na ramieniu siedział mu tłusty brązowy pająk. Kiedy chciała go strącić, oburzył się i uparł, że będzie się z nim bawił w kuchni.
    – Pająki są nieszkodliwe – tłumaczył. – Zabijają owady, nie ludzi. Poza tym są naprawdę fajne. Próbowałaś kiedyś, jak smakuje pajęczyna?
    Zostawiła go z jego zabawką i poprzywiązywała do klamek świąteczne dzwoneczki – system alarmowy dla ubogich. Zostało jej jeszcze parę rzeczy do zrobienia, ale najpierw musiała coś załatwić.
    – Idziesz ze mną czy nie?
    Chłopiec zerwał się na nogi.
    – A dokąd?
    – Do sklepu żelaznego.
    Założyła płaszcz, czapkę i rękawiczki. Chłopiec miał na sobie tylko cienką koszulinę, więc wysłała go do pokoju Josepha. Wrócił ubrany we flanelową koszulę, która sięgała mu prawie do kostek. Rita pogrzebała w szafie w przedpokoju i wydobyła z niej stary granatowy płaszcz swojej matki. Ten pasował na niego o wiele lepiej niż ubranie jej brata.
    Wyszli na zewnątrz, chłopiec stanął wyczekująco przy garażu.
    – Nie bądź niemądry, chłopcze. Pan Bóg po coś dał nam nogi.
    – Po coś dał nam też samochody – odparował.
    Zaśmiała się zaskoczona.
    – Sprzedałam go dziesięć lat temu. W moim wieku trudno mi nawet przejść po prostej, a co dopiero przejechać.
    Ruszyła w dół wzgórza, a on za nią, starając się dostosować krok. Szła dla niego o wiele za wolno, więc po chwili zaczął wybiegać do przodu, na boki, potem wracał, zupełnie jak niesforny szczeniak. Kopał po drodze grudy mokrego śniegu, wskakiwał w kałuże. Ubrudził cały płaszcz.
    Nie miała pretensji. Dziecko w tym wieku powinno się bawić, skakać i brudzić.
    Nie powinno jednak spędzać całych dni w towarzystwie starej kobiety.
    Droga do sklepu zajęła im prawie godzinę. Do środka weszli razem, ale już po chwili straciła chłopca z oczu, skupiwszy się za zakupach. Potrzebowała łańcuchów do drzwi. Trzech. Czegoś mocnego, co się łatwo nie urwie.
    Cena stalowych zasuwek przyprawiła ją o zawrót głowy. Drżącymi rękami wyjęła portfel.
    W końcu z bólem serca zdecydowała się kupić tylko dwie.
    Chłopak, jak się okazało, czekał na nią na zewnątrz.
    – Co teraz?
    – Jedzenie. Masz niezły apetyt, synu. Pokuśtykała w stronę sklepu spożywczego. Chłopiec w podskokach podążył za nią.
    Za ladą stał Mel. Podniósł głowę i pomachał na powitanie. Gdy zobaczył chłopca, twarz mu stężała, opuścił rękę, ale nic nie powiedział. Minę miał jednak czujną, nieufną.
    – Ja chcę żelki!
    – Za drogie.
    – Ale prooszę.
    – Dziecko, nie przyszłam kupować słodyczy. Jeśli chcesz żelki, kup je sobie sam.
    Chłopiec poszedł oglądać półkę z batonikami. Rita patrzyła na jajka i zastanawiała się, kiedy wszystko zdążyło tak podrożeć. Zostało jej dwanaście dolarów. Musi wystarczyć przynajmniej na tydzień, ale chłopak najwyraźniej ma apetyt.
    Wymyśliła, że zacznie dolewać do jajek wody w czasie ubijania, wtedy wyjdzie więcej omletów. Mogłaby też jak dawniej robić swojski makaron. Zmieszany z pomidorami z puszki, które stoją w piwnicy, stanowiłby całkiem solidny obiad.
    Żałowała, że nie stać ją na sok pomarańczowy. Chłopcu przydałyby się witaminy, a poza tym ten cudowny, kwaskowy smak… W końcu zdecydowała się na mleko w proszku. Chłopak pewnie będzie grymasił, ale trudno, po tylu latach doświadczeń z dziećmi zdążyła się na to uodpornić.
    Kiełbasa nie wchodziła w rachubę. Bekon też. W koszu z przecenami znalazła przeterminowany chleb i kilka mączystych jabłek. Zetrze je na papkę, będzie czym smarować tosty. Podążając tym torem myślenia, wzięła też porcję przecenionej wołowiny oraz nadpleśniałe marchewki i cebule. Idealne składniki na gulasz.
    Mimo że skrupulatnie liczyła każdy grosz, jej zakupy wypełniły tylko dwie reklamówki. Spojrzała wyczekująco na Mela w nadziei, że pójdzie na zaplecze i podtrzyma ich małą tradycję.
    Tymczasem on bacznie się przyglądał chłopcu, który nadal stał przy półce z batonami.
    – To pani znajomy? – spytał sztywno.
    – Pomógł mi porąbać drewno.
    To go trochę uspokoiło, ale wciąż miał niepewną minę.
    – Do domu bym go raczej nie wpuszczał – mruknął do siebie, lecz na tyle głośno, że Rita była przekonana, iż chłopiec to usłyszał.
    – Pilnuj swojego nosa, Mel. A o mnie się nie martw. – Zabrała obie torby, z pewnym wysiłkiem ściągając je z lady, a Mel aż się zaczerwienił.
    – Przepraszam, Rito, pomogę pani…
    Lecz ona nie miała już ochoty zadawać się z takimi jak on. Sama poszła do wyjścia.
    – Chłopcze! – zawołała, ponieważ nie lubiła wymawiać imienia Scott. Uważała, że nie pasuje do niego tak samo jak stara koszula jej brata. – Wychodzimy!
    Chłopak posłusznie podbiegł i razem wyszli ze sklepu. Trzymał ręce w kieszeniach. Rita musiała trzy razy chrząknąć, zanim się domyślił i wziął od niej jedną reklamówkę. A potem tak jak poprzednio, w milczeniu, powlekli się do domu.
    Pokonawszy trzy czwarte drogi, Rita musiała przystanąć, żeby złapać oddech. Brzuch jej burczał, skarżąc się na skromne śniadanie, bo przecież oddała swojego tosta chłopcu. W jej wieku ciało i tak coraz bardziej się kurczy, a dziecko potrzebuje kalorii, żeby rosnąć.
    Podniosła wzrok i zobaczyła, że Scott je kit kata.
    – Chcesz? – spytał grzecznie, zanim złapała go za ucho.
    – Skąd masz tego batona?
    – Auć!
    – Odpowiadaj! Zapłaciłeś za niego? Podszedłeś do kasy i położyłeś na ladzie pieniądze, kiedy nie patrzyłam?
    – Ja… ja…
    – Ukradłeś go!
    – Ja tylko chciałem pomóc! Ciocia nie ma pieniędzy, a on ma taki duży sklep i tyle jedzenia. Co dla niego znaczy jeden mały batonik? Nawet nie zauważy!
    – Pokaż kieszenie.
    Puściła go i zmusiła, żeby je wywrócił. Były tam dwa batony, paczka orzeszków i trzy opakowania suszonej wołowiny. Pokręciła głową z oburzeniem.
    – Cóż, nie mamy innego wyjścia – rzekła, podniosła zakupy i pomaszerowała z powrotem w dół wzgórza.
    – Ciociu, gdzie idziesz? – Chłopiec z trudem ją dogonił. Kiedy Rita jest zła, wstępują w nią dodatkowe siły, a teraz była porządnie wściekła.
    – Zabieram cię z powrotem do sklepu, młodzieńcze. Oddasz Melowi wszystko, co zabrałeś, a w ramach przeprosin zamieciesz mu podłogę na zapleczu.
    Chłopiec przystanął.
    – Ale dlaczego? Ciocia nie ma co jeść, więc chciałem pomóc. Widzisz? Mogę się na coś przydać. Nie lubisz suszonej wołowiny? Powiedz, co lubisz, to wezmę następnym razem. Ale jajka to musisz kupować, bo je ciężko ukraść.
    Teraz ona stanęła. Tylko po to, żeby spiorunować go wzrokiem.
    – Nie wolno kraść.
    – Widziałem spiżarnię. Jest pusta. Mogę pomóc.
    – Bóg pomaga tym, którzy sami sobie pomagają.
    – No właśnie! – Oczy mu się zaświeciły. Rita zrozumiała, że nie najlepiej dobrała przysłowie.
    – Dziecko! Bogacenie się kosztem innych to grzech. Tak, jestem biedna, mam pusto w spiżarni, ale za to jestem silna i sprytna. Dam sobie radę bez uciekania się do przestępstwa. A teraz marsz!
    Kopnęła go w nogę, żeby się ruszył.
    Spojrzał na nią gniewnie, ale pobiegł przed siebie, bardziej skonsternowany niż zły. Na dole jednak się zbuntował i za nic nie chciał wejść do sklepu.
    Rita wzięła od niego wszystkie rzeczy, sama weszła do środka i położyła je na ladzie.
    – Bardzo przepraszam – rzekła do Mela. – To się już więcej nie powtórzy.
    – Będzie pani miała przez niego kłopoty – mruknął Mel, krzyżując ręce na piersiach.
    Rita spojrzała na niego wyniośle.
    – Powiedział, że tylko chciał pomóc. – Na odchodnym jeszcze raz zmierzyła go wzrokiem i opuściła sklep z taką godnością, na jaką tylko stać starą, schorowaną kobietę.
    Chłopak czekał po drugiej stronie ulicy. Powlókł się za nią i z każdą chwilą był coraz bardziej przygaszony. Już zbliżali się do domu, gdy wreszcie wybuchnął.
    – To było głupie! Ty jesteś głupia! Te batoniki były moje. Zarobiłem na nie. Jakim prawem je oddałaś?
    – Zasady są zasadami.
    – Nieprawda! – zawołał. – Ty nic nie wiesz! – Chwycił jej drogocenną torbę z zakupami i cisnął nią o ziemię. Rita usłyszała, jak tłuką się jajka, zobaczyła żółtka wylewające się do wnętrza reklamówki.
    – Dziecko, coś ty najlepszego zrobił? Teraz oboje będziemy chodzić głodni.
    – I dobrze! Bardzo dobrze! – krzyczał chłopiec.
    Zamierzył się ręką. Rita była pewna, że zaraz ją uderzy, strzeli prosto w twarz. Ale on w ostatniej chwili opuścił rękę, odwrócił się i uciekł.
    Patrzyła za nim, jak przebiera swymi chudymi nóżkami w stronę sąsiedniego wzniesienia, gdzie stał stary rozpadający się wiktoriański dom. Chciała się na niego gniewać, ale bardziej ją ciekawiło, co go tam czeka.
    Minęła kolejna minuta. Rita z trudem schyliła się po zakupy i ostrożnie wzięła je w ręce. Zaniosła do kuchni, a tam gumową szpatułką wydobyła rozlane żółtka i przelała do miski.
    Robiła rzecz, którą umiała najlepiej – ratowała to, co jeszcze dało się uratować.

25

    Pan Hamburger coś knuje.
    Czuję, jak mnie obserwuje, kiedy myśli, że tego nie zauważę. Na przykład kiedy oglądam telewizję, staje w drzwiach i cały czas się gapi. Potem drapie się w jaja i wychodzi.
    Ostatnio dużo czasu spędza sam. Wychodzi się przejść albo zamyka u siebie w pokoju. Wyczuwam te jego ponure nastroje. Czasem pokrywają się z moimi. Jesteśmy jak ojciec i syn, wzajemnie sobą gardzący.
    Już mnie nawet nie dotyka; jestem za stary. Nie mogę też łowić dla niego zdobyczy jak dawniej. Blady nastolatek na placu zabaw od razu wzbudza podejrzenia. Ludzie się boją, że jestem jakimś chuliganem albo dealerem. Gdybyż oni wiedzieli.
    Ciągle jestem niski. On mnie kiepsko karmi, to chyba rozpaczliwa próba powstrzymania procesu dojrzewania. W końcu ciągle czerpie zyski z filmów, ale to też bez porównania. W świecie porno prawdziwe pieniądze zarabia się na dzieciach, a nie na chuderlawych nastolatkach.
    Ostatnio zaczął wspominać o jakimś egzaminie.
    – Synu, w życiu każdego człowieka przychodzi taki czas, kiedy trzeba pomyśleć o przyszłości. Stajesz się dorosły, jesteś prawie gotów, żeby przystąpić do egzaminu.
    Nie wiem, co ma na myśli. Jaką przyszłość? Przecież nie wyśle mnie do college'u. Co ja jego zdaniem mam ze sobą zrobić? Pójdę do zawodówki, a potem do fabryki? Czy zamieszkam w przyczepie razem z resztą marginesu społecznego? Pewnie czułbym się tam jak ryba w wodzie.
    Od jakiegoś czasu, ilekroć wracam do domu i wkładam klucz do zamka, ręka mi zamiera. Nigdy nie wiem, czy tym razem się otworzą czy nie. A jeżeli tak, to czy zastanę tam jego.
    Bo ja powoli zaczynam to wszystko rozumieć. Każde życie ma jakąś wartość, a ja ze swojej wyrosłem mniej więcej dwa lata temu. Teraz jestem jak stara szkapa w stajni, która nie nadaje się ani do wyścigów, ani do rozrodu, za to jej utrzymanie kosztuje majątek. Wiecie, jak ten koń, co w końcu trafia do fabryki kleju.
    On prawdopodobnie myśli, że ucieknę. Wierzcie mi, zastanawiałem się nad tym. Ale spędziwszy tu tyle lat, nie wiem, dokąd miałbym pójść i co miałbym robić. Nie znam innego życia; Pan Hamburger to jedyna rodzina, jaka mi została.
    Może mnie rzuci i zniknie.
    Oczywiście są i inne możliwości.
    Zeszłej nocy wszedł do mnie do pokoju, stanął nad łóżkiem i gapił się, gapił, gapił.
    Starałem się oddychać miarowo, ale obserwowałem go przez lekko uchylone powieki. Zastanawiałem się, czy ma ze sobą pistolet albo nóż. I co zrobię, jeśli mnie zaatakuje.
    Pan Hamburger coraz częściej mówi o egzaminie.
    Muszę być czujny.

26

    „Ukłucie przeradza się zwykle w ostry ból. Tkanki zaatakowane jadem stopniowo ulegają martwicy i złuszczają się, odsłaniając mięśnie”. (Julia Maxine Hite, William J. Gladney, J. L. Lancaster Jr., W. H. Whitcomb, Biology of the Brown Recluse Spider, Zakład Entomologii Wydziału Rolniczego Uniwersytetu Arkansas,Fayetteville, maj 1966)

    Na widok buta Harold wpadł w zachwyt.
    – A niech mnie, czy ty wiesz, co to jest? – wykrzyknął. – Oryginalny Limmer. Skąd go masz? Wiesz, co to oznacza?
    Kimberly nie miała pojęcia, co to jest Limmer ani co to oznacza. Dlatego poprosiła Harolda, żeby opuścił przestronne biuro Wydziału Antyterrorystycznego i zjechał na trzecie piętro do ciasnej klitki mieszczącej Wydział Kryminalny. Agenci z Antyterrorystycznego nie lubili opuszczać swego sanktuarium. W końcu mieli do dyspozycji całe piętro wyposażone w telewizory, w których 24 godziny na dobę leciał Fox News. W Kryminalnym natomiast można było znaleźć… kartonowe pudła, jakieś mapy oraz parę rolek porozrzucanej żółtej taśmy policyjnej dla dopełnienia dekoracji.
    Na szczęście prośba Kimberly zaintrygowała Harolda. To urodzony naukowiec, ciekawy wszystkiego. Za to go między innymi lubiła.
    Kimberly zaanektowała nieużywane biurko pod samym oknem. Tam na arkuszu papieru pakowego postawiła ciemnobrązowy but turystyczny. Obok rozłożyła swój zestaw narzędzi ze stali nierdzewnej: pilnik, pęsetę, skrobak i komplet szpikulców w różnych rozmiarach. Pewnie, że wystarczyłyby patyczki po lodach, tak często używane przez techników kryminalistycznych, ale nie wyglądałoby to ani w części tak bajerancko.
    Wykonała już wstępne oględziny buta, odnotowując jego wygląd, kolor, rozmiar, markę oraz wzór podeszwy. Zapisała w protokole, że to but męski w rozmiarze 10 z bardzo przetartą wyściółką na pięcie i dużym palcu. Miał gumową podeszwę i wyglądał na uszyty w całości ze skóry. Sznurówki były w kolorze brązowym z wplecioną ciemnozieloną nitką. Kimberly obfotografowała go ze wszystkich stron.
    Następnie przystąpiła do zeskrobywania z podeszwy zaschniętego błota, pozostałości materii roślinnej i innych śladów. Wyselekcjonowane próbki powędrowały do szklanych fiolek, w których zostaną odesłane do laboratorium FBI. Reszta śladów została na papierze, który Kimberly teraz ostrożnie poskładała i włożyła do dużej szarej koperty. Na razie wylądują w depozycie. Na koniec z gipsu dentystycznego zrobiła odlew podeszwy, żeby go potem porównać z ewentualnymi śladami znalezionymi na miejscu przestępstwa.
    Życie technika kryminalistycznego to żmudna metodyczna praca i ćwiczenie cierpliwości. Segregujesz, opisujesz i chowasz, bo a nuż kiedyś… Tyle że Kimberly nie miała ochoty czekać. Pragnęła jak najszybciej znaleźć odpowiedź. Harold, były przyrodnik i pracownik Federalnej Służby Leśnej, wydawał się najlepszym wyborem.
    – A to coś szczególnego? – zapytała, podnosząc głowę.
    – No pewnie. To buty z górnej półki, produkuje je mała rodzinna firma z New Hampshire. Nie kupisz ich w byle supermarkecie. To buty dla prawdziwego entuzjasty.
    – Z górnej półki, powiadasz? – zaciekawiła się. – Czyli co, robione na zamówienie? W ograniczonych ilościach? Łatwo je namierzyć?
    – Cóż… – rzekł przeciągle Harold, wziął od niej szpikulec i sam zaczął dłubać przy bucie. – Za moich czasów Limmer szył je na indywidualne zamówienia, ale jeśli mnie pamięć nie myli, podpisali umowę z jakąś zewnętrzną firmą na wyprodukowanie krótkiej serii obuwia turystycznego dla masowego odbiorcy. Najważniejsze więc będzie ustalenie, z jakim butem my mamy do czynienia.
    Założył gumowe rękawiczki, podniósł but i dokładnie mu się przyjrzał.
    – Czujesz, jaki ciężki, skubaniec? Waży spokojnie z kilogram. Nylonowe wzmocnienia, dwuwarstwowa wyściółka, podeszwa z vibramu. Fajne.
    – Skoro są takie wyjątkowe, to czemu o nich wcześniej nie słyszałam? Też łażę po górach.
    Harold spojrzał na nią z politowaniem.
    – Kiedy ostatnio chodziłaś po Szlaku Appalachów?
    – Hm – zastanawiała się intensywnie. – Czeka na swoją kolej.
    – No właśnie. Jesteś zwykłą amatorką. Te buty są dla zawodowców.
    Kimberly rzuciła pod nosem pogardliwą uwagę, ale nie mogła zaprzeczyć.
    – Więc gdybym zadzwoniła do producenta, to on byłby w stanie mi powiedzieć, kto je kupił?
    – Możliwe, zwłaszcza jeżeli były szyte na miarę. Mogę? – Pokazał na podeszwę.
    Kimberly wzruszyła ramionami; od godziny oglądała ten but i jak na razie nabawiła się tylko bólu głowy.
    Poszła sobie nalać wody. Harold tymczasem przysunął krzesło i zabrał się do roboty.
    – Dużo różnych minerałów – stwierdził, przesiewając grudki zeschniętego błota. – Kwarc, skaleń, a nawet ametyst. Masz latarkę?
    Kimberly wyjęła spod biurka walizkę z przyborami i podała Haroldowi latarkę.
    – Lupa.
    Podała lupę.
    – Szklanka wody.
    Przewróciła oczami, ale posłusznie po nią poszła.
    Harold nie napił się, tylko za pomocą kroplomierza nabrał odrobinę wody i nalał ją do fiolki, potem wrzucił do niej grudkę ziemi i dolał jeszcze trochę. Potrząsnął naczyniem i ostrożnie zlał płyn znad osadu do drugiej fiolki.
    – Widzisz te połyskujące drobinki? – Uniósł do góry pierwsze naczynie, pozbawione teraz brudnej wody. – To ziemia bogata w metale i minerały. Masz mikroskop?
    Kimberly uniosła brwi.
    – Haroldzie, my tylko zbieramy ślady, nie badamy ich. Nikt tu nie ma mikroskopu.
    – Ja mam – odparł.
    – Co?
    – No wiesz… – zaczął się usprawiedliwiać – Nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać.
    Kimberly zupełnie nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. Wysłała go na górę po ten mikroskop. Kiedy wrócił, jeszcze raz przepłukali próbkę i sporządzili preparat. No bo rzeczywiście, są sytuacje, gdy bez mikroskopu ani rusz.
    – Złoto – stwierdził w końcu Harold. – Większość to skaleń i kwarc, ale są też śladowe ilości złota.
    – Naprawdę?
    – Jasne. W końcu pierwsza gorączka złota rozpoczęła się właśnie tu, w Georgii, w tysiąc osiemset dwudziestym dziewiątym. – Harold odsunął głowę od mikroskopu i zeskrobał jeszcze trochę błota z podeszwy. – W Parku Narodowym Chattahoochee. Powinnaś kiedyś pojechać do Dahlonegi, zwiedzić muzeum i stare kopalnie. Jest tam nawet hotel, który ma własną kopalnię złota w piwnicy.
    – Mnie Dahlonega zawsze się kojarzyła z winnicami.
    – Wino to współczesne złoto. Hm, ciekawe. Spójrz na to.
    Kimberly się nachyliła. Harold wyskrobał z buta strzępki jakiejś rośliny. Jeden położył na szkiełku i wsunął pod mikroskop.
    – Co tam masz? – dopytywała się Kimberly.
    – Wygląda na zgnieciony listek kalmii. – Poprawił ostrość, po czym wyjął szkiełko i wsunął następne. – A to jest chyba sosna biała. Znalazłem też zeschnięte liście dębu i buka. O tak, twój podejrzany bez wątpienia bywał w lasach Chattahoochee. W rejonie, gdzie rośnie dużo gatunków liściastych o twardym drewnie i iglastych zimozielonych. Patrz, są nawet ślady świerka. Hm…
    – Czy to byłoby dobre miejsce do ukrycia zwłok?
    – Chattahoochee? – spytał wciąż pochylony nad mikroskopem Harold.
    – Tak. Sądzimy, że ten człowiek mógł uprowadzić i zamordować dziesięć kobiet. Byłoby nam jednak o wiele łatwiej, gdybyśmy znaleźli jakieś ciało. Może właśnie tam warto zacząć poszukiwania? – Zwłaszcza że Chattahoochee jako park narodowy podpada pod jurysdykcję FBI.
    – Jeśli masz zamiar tam się wybrać – rzucił w roztargnieniu Harold – radzę się najpierw zaopatrzyć w parę limmerów. – Odstawił mikroskop.
    – Dlaczego?
    – Bo te lasy zajmują ponad trzysta tysięcy hektarów.
    – Co takiego?
    – Mówiłem ci, że u nas, w Georgii, jest gdzie połazić po górach.
    – O kurde.
    – Czekaj. Mam dla ciebie jeszcze jeden prezent. Pęseta?
    Kimberly pogrzebała w narzędziach, wyjęła pęsetę.
    – Znowu złoto? – spytała z nadzieją. – A może prawo jazdy którejś z ofiar?
    – Lepiej.
    – Lepiej?
    – No. Sama zobacz. Wylinka pająka.

* * *

    Kimberly udało się dodzwonić do Sala krótko przed trzecią. Na lunch zjadła maślaną bułeczkę i cztery puddingi, więc była naładowana energią.
    – No więc gadałam z gościem z Limmera i powiedział, że chętnie obejrzy ten but, jeśli mu go dostarczymy – wyrzuciła jednym tchem. – Podejrzewa, że to jeden ze standardowych modeli do turystyki górskiej. Można je kupić w wielu sklepach, a męska dziesiątka to najpopularniejszy rozmiar. To akurat niefajnie. Jeżeli jednak ten but był szyty na miarę – a to będzie mógł stwierdzić dopiero, gdy go zobaczy – może uda się odszukać fakturę z nazwiskiem.
    Na Salu nie zrobiło to oczekiwanego wrażenia.
    – To Dinchara kupował buty aż w New Hampshire?
    – Albo zamówił pocztą. Chodzi o to, że to nie jest obuwie dla amatorów. Harold jest przekonany, że Dinchara chodził w nim po terenach Parku Narodowego Chattahoochee, a to nam wreszcie zawęża obszar poszukiwań z całego stanu do jakichś trzystu tysięcy hektarów.
    Sal aż jęknął.
    – No dobra – zaczęła jeszcze raz Kimberly. – Co dziś porabiałeś?
    – Dostałem w dupę od szefa.
    – O-o.
    – Klein się nie zgodził na utworzenie grupy operacyjnej. Uważa, że mamy za mało dowodów, żeby stwierdzić przestępstwo.
    – A prawa jazdy? A taśma z nagraniem morderstwa Veroniki Jones?
    – Niepotwierdzona autentyczność.
    – Rozmowa Dinchary z Ginny? Boże, nawet sposób, w jaki ją traktował…
    – W każdej chwili może go oskarżyć o pobicie.
    – Cholerny świat. – Kimberly straciła nagle cały zapał. – To czego on dokładnie od nas chce?
    – Ciała. Jakiegoś wiarygodnego świadka. Więcej dowodów na to, że te kobiety naprawdę zaginęły, a nie tylko wyjechały.
    – Ale właśnie po to jest nam potrzebny zespół śledczy! Jak mamy znaleźć ciało?
    – Wiem.
    – A tymczasem Ginny Jones chodzi bez ochrony po tym, jak wkurzyła Dincharę.
    – Wiem.
    Zachmurzyła się.
    – Czasami mam dosyć tej roboty.
    – Wiem.
    Chwilę siedzieli w milczeniu, potem Sal ni stąd, ni zowąd wyznał:
    – Mój ojciec też tak robił, bił mamę. Dopóki brat nie zaginął, nie było tak źle, ale potem zaczął strasznie dużo pić. Wyżywał się na niej, ile wlezie, a ona to potulnie znosiła. Jakby była winna całemu złu tego świata.
    Kimberly zatkało.
    – Nie mogłem wtedy na to patrzeć i teraz też się we mnie gotuje. Chętnie przymknąłbym skurwysyna.
    – Sal…
    – Nie przejmuj się, po prostu mam dziś kiepski dzień. Przejdzie. – Odchrząknął. – Udało mi się zdobyć prawdziwy adres Ginny Jones na podstawie informacji z rejestru pojazdów. Jackie zgodziła się poobserwować ją dziś wieczorem. Jutrzejszy wieczór ja wezmę, zobaczę, co się będzie działo.
    Umilkł, oczekując, że Kimberly zaofiaruje się wziąć wieczór numer trzy. Ona jednak bębniła palcem o blat i z wyrzutami sumienia myślała o Macu, który chciał, żeby wróciła do domu i obgadała z nim ważne życiowe zmiany. W dodatku byli u nich ojciec i Rainie, którzy przylecieli aż z Oregonu.
    – No bo wiesz – naciskał mocniej Sal. – Dinchara jest nieźle wkurzony. Taki gość, jak się zorientuje, że ktoś mu robi koło pióra, nie będzie się patyczkował. To my wysłaliśmy ją z mikrofonem, więc wycofać się w tym momencie…
    – Spojrzę w kalendarz – odparła Kimberly.
    – No nie, jeżeli musisz umyć głowę…
    – Nie bądź złośliwy.
    – Ja tylko przypominam, że…
    – Wiem, wiem. Dinchara jest wściekły, a Ginny bezbronna. Sytuacja szybko się zmienia. Myślisz, że po co ślęczałam cały dzień nad jakimś utytłanym buciorem, co? Rozwiążemy tę zagadkę. Mamy nowe ślady: znalazłam złoto i wylinkę pająka.
    Następny telefon był od Maca.
    – Będziesz na kolacji? – spytała. – Obiecałam Rainie, że zrobię bitki w sosie. Pojechała po zakupy, a tata do apteki po zioła na wątrobę.
    – Nie mogę. Muszę zostać w pracy.
    – Ale przecież uwielbiasz bitki.
    – To zostawcie mi trochę – uciął, lekko już zirytowany. Kimberly zrozumiała i zamknęła się. Mac też umilkł. Cisza nieznośnie się przedłużała.
    – Ciężkie śledztwo? – odważyła się w końcu zagadnąć Kimberly.
    – Wiesz, jak to jest.
    – Wiem.
    – Nie czekaj na mnie.
    – Dobrze, skoro tak.
    – To nie może tak dłużej trwać – powiedział znienacka. – Ty pracujesz do późna, ja pracuję do późna, mijamy się w nocy, ledwie cmokając w policzek. Co to za życie?
    – Nasze – powiedziała czule.
    – W końcu coś pęknie.
    – Jak chcesz, jestem gotowa porozmawiać. W każdej chwili.
    – Jasne, bo akurat nie masz nic do roboty.
    Nieskrywana wrogość w jego głosie bardzo ją zaskoczyła. Znowu zamilkła, czując, że weszła na pole minowe i nie bardzo wie, gdzie zrobić następny krok.
    – A zresztą – mruknął Mac. – Jestem zmęczony i tyle. -I odłożył słuchawkę.
    Kiedy znowu zadzwonił telefon, odebrała bez namysłu. Myślała, że Sal ma dla niej nowe wiadomości. Miała też nadzieję, że Mac dzwoni z przeprosinami.
    W słuchawce panowała jednak cisza.
    Wtedy już wiedziała.
    Usiadła na krześle, szukając po kieszeniach dyktafonu.
    – Dlaczego to pani nic nie obchodzi? – spytał wysoki głos o metalicznym brzmieniu. Tym razem miała wrażenie, że słyszy lekkie zniekształcenia, jakby ślady obróbki elektronicznej.
    – Jestem, jestem, słucham – odparła, wydobywając dyktafon. Położyła go przed sobą na biurku i włączyła.
    – Żadnego zainteresowania, nic – mówił z wyrzutem głos w słuchawce. – Nic pani nie zrobiła…
    – Spotkajmy się – powiedziała spokojnie. – Porozmawiajmy osobiście. Chcę pomóc.
    – To nie jest moja wina. „«Zapraszam w moje progi», rzekł pająk do muchy”. I one same przychodzą.
    – Jak się nazywasz? Potrzebny mi twój adres, numer telefonu. Zarejestruję cię jako tajnego informatora. Poza nami nikt nie będzie o tym wiedział.
    Ale rozmówca jej nie słuchał. Jego głos zamienił się w płaczliwy lament, pełen pretensji i złości.
    – Dlaczego pani odpuściła? Zapomniała o nas, zostawiła uwięzionych w jego sieci. Teraz kolej na panią. Wpadnie pani w jego ręce. Ale ja mam to gdzieś. Nie zamierzam się tym przejmować. Niczemu nie jestem winien.
    – Veronica Jones – rzuciła ostro. – Inne kobiety… Dobrze wiem, co on zrobił, ale potrzebuję dowodu. Gdzie ukrywa ciała? Jeśli pomożesz mi je odnaleźć, będę mogła go powstrzymać.
    Głos jednak nie odpowiedział. W słuchawce była cisza, a potem coś zaczęło trzeszczeć na łączach. Wtem, gdy już miała rezygnować:
    – Niedługo czeka mnie egzamin. Zawahała się, ale postanowiła zaryzykować.
    – Jaki egzamin, matura? Kończysz szkołę, jak Tommy Mark Evans?
    – To nie była moja wina! – zawołał głos. – Pani nie wie, jak to jest. Kiedy on coś postanowi, to tak musi być!
    – Więc spotkaj się ze mną. Wszystko mi opowiesz, wytłumaczysz. Pozwól sobie pomóc.
    – Nie. Za późno. Już miała pani szansę. Teraz moja kolej. Mam zamiar zdać ten egzamin.
    – Nie bardzo wiem, o czym mówisz.
    – Muszę tylko panią zabić.
    – Słucham?
    Rozmówca był wyraźnie poruszony.
    – Mnie też ktoś kiedyś kochał. Dawno temu. Tak dawno, że nawet nie pamiętam jej twarzy. Ale ona już nie istnieje. To wszystko, co mi zostało. Chcę dalej żyć, chcę się uwolnić. Dlatego panią zabiję.
    – Daj sobie pomóc!
    – Pożegnaj się – szepnął ponuro głos i rozłączył się.
    Zapadała już noc, kiedy Kimberly opuszczała biuro. Zjechała windą do holu, wyszła na zewnątrz i skierowała się w stronę piętrowego parkingu. Było dość zimno, najwyżej pięć stopni, więc otuliła się szczelnie płaszczem, a szyję owinęła szalikiem.
    Na terenie rozległego kompleksu panował spokój i cisza. Kimberly szła chodnikiem wzdłuż nasypu; po prawej miała płytki strumień, po lewej parking. Rękę trzymała w kieszeni zaciśniętą na pęku kluczy. Największy z nich wsunęła między palce niczym kastet.
    Szeleszczący w zaroślach wiatr wichrzył jej włosy na karku i muskał postawiony kołnierz płaszcza.
    Obejrzała się za siebie i przyśpieszyła kroku.
    Cienie coraz bardziej się wydłużały, śledząc ją aż do samego parkingu. Dojrzała ciemną sylwetkę swego samochodu. Dopiero sprawdziwszy dokładnie jego wnętrze, w tym tylne siedzenia i bagażnik, trochę się uspokoiła. Ale mimo to siadając za kierownicą, zamykając drzwi i blokując wszystkie zamki, czuła, jak trzęsą jej się ręce. Dziecko w brzuchu się poruszyło.
    – Nie bój się, maleńka – szepnęła. – Nic się nie dzieje, jesteś bezpieczna.
    Ale już nie była pewna, kogo próbuje przekonać: ją czy siebie.

27

    „Czas spędzony wśród pająków każdego skutecznie wyleczyłby z sentymentalizmu wobec natury”.
    (Burkhard Bilger, Spider Woman, „New Yorker”, 5 marca 2007)

    Kolacja okazała się katastrofą. Mięso było za twarde, a sos przypalony. To przypomniało Kimberly, dlaczego się przerzuciła na gotowe dania. Ojciec i Rainie byli bardzo taktowni. Chwalili fasolkę szparagową z mikrofalówki i przesuwali po talerzu kawałki mięsa, pozorując jedzenie.
    Jeżeli zastanawiała ich nieobecność Maca, ani słowem się do tego nie przyznali, a Kimberly też nie była w nastroju, by poruszać ten temat. Zresztą o czym tu gadać? Musiał zostać w pracy. Nie pierwszy raz.
    – Byliśmy dziś w oceanarium – zagadnęła pogodnie Rainie. – Niesamowite miejsce. Najbardziej podobało mi się głaskanie płaszczek.
    – Uhm – mruknęła Kimberly.
    – A tobie, Quincy, co się najbardziej podobało?
    Ojciec Kimberly zamrugał gwałtownie powiekami.
    – Yyy… bieługi.
    – Tak, one też były śliczne. I jakie chętne do zabawy. Nie miałam pojęcia!
    – Uhm – mruknęła po raz drugi Kimberly.
    – A jutro moglibyśmy się wybrać do muzeum Coca-Coli. Dopóki tu nie przyjechałam, nie zdawałam sobie sprawy, że cały stan może otaczać kultem napój gazowany. Co ty na to, Quincy?
    – Niezły pomysł. – Podchwycił wymuszony entuzjazm żony.
    Kimberly odłożyła widelec.
    – Tato, jaka była mama, kiedy chodziła w ciąży?
    To momentalnie ucięło rozmowę.
    – Co?
    – Czy miała poranne mdłości, rozstępy, zmienne nastroje? Czy przeciwnie, promieniała i kwitła, nie mogąc się doczekać macierzyństwa? Może dziergała na drutach buciki, malowała wzorki na ścianie w pokoju dziecinnym, robiła listę potencjalnych imion…
    – Twoja matka i robótki?
    – Czy była szczęśliwa? Planowaliście, co będzie, kiedy się urodzi Amanda? Mama zostanie w domu, ty weźmiesz urlop, wspólnie urządzicie pokój dla dziecka, będziecie na zmianę bujać w wózeczku swoje małe szczęście.
    – Kimberly, doprawdy, to było ponad trzydzieści lat temu…
    – Przecież musisz coś pamiętać! Cokolwiek! No, tato. Zapytałabym o to mamę, tylko wiesz, ona nie żyje!
    Quincy ucichł. Kimberly się zawstydziła swojego wybuchu, gwałtownych emocji, które wezbrały nie wiadomo skąd i teraz dławiły ją w gardle. Powinna przeprosić, coś powiedzieć, ale nie potrafiła. Gdyby teraz otwarła usta, wybuchłaby płaczem.
    Jej ojciec wziął głęboki oddech.
    – Wybacz, Kimberly – powiedział cicho. – Wiem, że dręczy cię mnóstwo pytań i bardzo chciałbym na nie odpowiedzieć, ale jeśli mam być szczery, niewiele pamiętam z okresu, gdy rodziła się Mandy, a nawet ty. Zdaje się, że kiedy mama chodziła w ciąży z Amandą, rozpracowywałem serię napadów na banki na Środkowym Wschodzie. Czterech mężczyzn w białej nieoznakowanej furgonetce. Mieli zwyczaj bić kasjerki pistoletami po twarzy, nawet jeśli posłusznie spełniały ich żądania. Pamiętam, że przesłuchałem dziesiątki naocznych świadków, próbując dostrzec jakiś schemat w działaniach tego gangu. Pamiętam też, że wszedłem do dziewiątego z kolei banku i się dowiedziałem, że tym razem napastnik strzelił kasjerce między oczy. Nazywała się Heather Norris. Dziewiętnastoletnia samotna matka. Dopiero co się zatrudniła, żeby zarobić na studia. Takie rzeczy wryły mi się w pamięć. A jeśli chodzi o twoją matkę i jej ówczesny stan emocjonalny…
    – Ona cię nienawidziła – powiedziała cicho Kimberly.
    – Pod koniec tak. Przyznaję, nie bez powodu.
    – A ty? Też jej nienawidziłeś?
    – O nie, nigdy.
    – A mnie i Mandy? Następne dwie kobiety, które konkurowały z twoją ukochaną pracą?
    – Ty i Amanda to jedne z najlepszych rzeczy, jakie mnie w życiu spotkały. – Zauważyła, że ściska przy tym dłoń Rainie. Nie poprawiło jej to humoru.
    – Jasne, teraz tak mówisz, ale wtedy brałeś setki spraw rocznie, same brutalne morderstwa kobiet i dzieci, z których każda wymagała od ciebie całkowitej uwagi, a tu jeszcze nagle miałeś nas dopominających się kolacji z tatą, jego obecności na szkolnym przedstawieniu, konkursie talentów. Nie frustrowało cię to? Jakim cudem nie straciłeś cierpliwości wobec naszych trywialnych żądań?
    – Nigdy nie uważałem, że są trywialne.
    – Ale były. Jak ty to robisz? Skąd bierzesz czas i energię? Jak znajdujesz w sobie tyle miłości? Jak możesz oddawać się wszystkim naraz?
    Ojciec przez chwilę milczał.
    – Wiedziałaś, że mama pracowała, zanim się urodziłyście? – spytał nagle.
    – Tak?
    – Tak. W galerii. Skończyła akademię sztuk pięknych. Liczyła, że zostanie kiedyś kuratorem w muzeum. To było jej marzenie.
    – A potem zaszła w ciążę.
    – To były inne czasy, Kimberly. Mama i ja zawsze zakładaliśmy, że ona zostanie w domu z dziećmi. Nigdy nie przyszło nam do głowy, że może być inaczej. Chociaż patrząc wstecz, chyba to był błąd.
    – Czemu tak mówisz?
    Ojciec wzruszył ramionami, najwyraźniej z rozmysłem dobierając następne słowa.
    – Twoja matka była inteligentną i twórczą osobą. Bardzo was kochała, ale życie kury domowej… Z trudem je znosiła. Nie dawało jej oczekiwanego spełnienia. Do tego moja ciągła nieobecność w domu… Myślę, że czasem łatwiej było mnie obarczyć winą za jej rozgoryczenie. Ja kochałem swoją pracę. Ona… nie.
    – Pozwoliłbyś jej wrócić do pracy?
    – Nie wiem. Nigdy o to nie prosiła, a ja za krótko bywałem w domu, żeby zauważyć, jaka jest nieszczęśliwa. Aż było za późno.
    – Ja zupełnie nie wiem, co robić – zwierzyła się Kimberly, głaszcząc się po brzuchu. – Myślałam, że wszystko będzie proste, a tu proszę, jestem w piątym miesiącu ciąży i totalnie zgłupiałam. Nie mam pojęcia, jak być żoną, agentką, a co dopiero matką. Jeszcze nawet nie urodziłam tego dziecka, a już jestem w tym kiepska!
    – Bardzo chciałbym ci coś poradzić, ale nie ma jednej recepty na życie. To są problemy, z którymi ty i Mac będziecie musieli się uporać. Mogę tylko powiedzieć, że jako ojciec popełniłem chyba wszystkie możliwe błędy, a jakimś cudem dochowałem się tak wspaniałej córki.
    Kimberly pokręciła głową. Wiedziała, że tymi słowami chciał jej sprawić przyjemność i przyjęła je z wdzięcznością, ale siłą rzeczy się zastanawiała, czy Mandy byłaby tego samego zdania. Wspomnienie siostry, która zginęła w wieku zaledwie dwudziestu trzech lat, na nowo przywołało ból i rozpacz.
    Kimberly zaczekała z podjęciem tematu tajemniczych telefonów aż do chwili, gdy szli spać. Pięć miesięcy temu powiedziałaby Macowi, że grożono jej śmiercią. Oboje tylko machnęliby ręką ze śmiechem, wszak to dla nich nic nowego. Teraz czuła, że nie da rady z nim o tym rozmawiać, więc powiedziała ojcu.
    Ten jak zwykle podszedł do sprawy rzeczowo.
    – Co wiesz o dzwoniącym?
    – Nic.
    – Bzdura. Wysil trochę szare komórki. Rozmawiałaś z nim trzy razy. Dość, żeby się sporo dowiedzieć.
    Teraz sobie przypomniała: jej ojciec to twardziel, łatwo nie odpuszcza.
    – Hm, ten człowiek ma dostęp do komputera i karty kredytowej, i jest obeznany z Internetem na tyle, że umie stosować spoofing.
    – Świetnie.
    – Zna numer centrali FBI; to akurat proste, bo jest w książce telefonicznej, ale – tu się zastanowiła – zna też numer mojej komórki, a ten już trudniej zdobyć.
    – Co jeszcze?
    – Głos jest męski, ale to może być efekt obróbki cyfrowej. Mam jednak wrażenie, że rozmówca jest młody. Niektóre sformułowania, ogólna drażliwość, łatwe wpadanie w złość. Stawiałabym na nastolatka.
    – Doskonale.
    – Mówi z lekkim akcentem, więc chyba jest tutejszy. Telefony zdarzały się wieczorem, nad ranem, a dzisiejszy był po południu, więc to ktoś, kto ma elastyczne godziny pracy albo w ogóle nie pracuje.
    – Czyli nastolatek jak najbardziej może być.
    – Tak.
    – Motyw? Po co próbuje się z tobą skontaktować? Dlaczego akurat z tobą?
    Musiała chwilę pomyśleć.
    – Za pierwszym razem, kiedy puścił mi taśmę z Veronicą Jones, myślałam, że szuka pomocy. Ktoś, być może jedna z ofiar, próbuje zwrócić uwagę na to, co się dzieje, żeby doprowadzić do ukarania Dinchary. Drugi telefon też brzmiał jak ostrzeżenie. Ktoś ciągle prosił o pomoc. Wiemy też, że osoba z bliskiego otoczenia Dinchary podrzuciła koperty z dokumentami zaginionych dziewcząt, potencjalnymi „trofeami”. Niewykluczone, że to właśnie ten, kto dzwonił. Pierwsza próba kontaktu, niestety, nieskuteczna.
    – A dzisiejszy telefon?
    – Wściekły – odparła bez wahania. – Rozmówca był wkurzony, tak jakbym osobiście go zawiodła. Może dlatego, że podjął wysiłek, a ja się nie zjawiłam jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, najlepiej od razu z nakazem aresztowania? Tego nie wiem, ale rozmowa odbywała się w całkiem innym tonie. Przestałam być sojusznikiem, stałam się celem.
    Na twarzy Quincy'ego widniał cień uśmiechu.
    – To już nie wygląda na nastolatka.
    – No właśnie!
    Zamyślił się.
    – Czy to możliwe, że dzwoniący wciąż pozostaje w kontakcie z podejrzanym? Może sam podejrzany zmienił dynamikę ich relacji? Mówiłaś, że rozmówca wspomniał, że chce zdać jakiś egzamin i w tym celu musi cię zabić, tak?
    – Tak.
    – Może dlatego, że dostał taki rozkaz od podejrzanego? I tu nasuwa się kolejne logiczne pytanie: dlaczego ty? Czy rozmówcy kazano zabić konkretnie agentkę FBI Kimberly Quincy, czy jakiegokolwiek przedstawiciela wymiaru sprawiedliwości? A może kobietę?
    – Konkretnie mnie – odpowiedziała powoli Kimberly. – Ten ktoś od samego początku wiedział, że zajmuję się sprawą Dinchary, więc nie sądzę, że wybór był przypadkowy. Chodzi o moje zaangażowanie w tę sprawę. Dlatego się mną zainteresował.
    – Masz jakieś typy?
    – Ginny Jones. Zna mój numer komórki, spotkała się ze mną w związku z tą sprawą i wie, co się stało z jej matką i Tommym. Poza tym ma powody, żeby się na mnie wściekać, jeśli wziąć pod uwagę to, co wczoraj zaszło między nią a Dincharą. Jeżeli miała nadzieję na rozwiązanie jakichś problemów dzięki skontaktowaniu się z FBI, to chyba nie wyszło to tak, jak planowała.
    – Ale?
    Kimberly wzruszyła ramionami.
    – Ale po co miałaby kombinować z telefonami? Przecież już się widziałyśmy. To samo mogła mi powiedzieć osobiście.
    – Nieśmiała?
    – Nie sądzę.
    – Boi się?
    – Moim zdaniem więcej ryzykuje, dzwoniąc, niż gdyby mi powiedziała wszystko na spotkaniu w cztery oczy. Z drugiej strony, dziewczyna jej pokroju… Kto wie?
    – Więc myślisz, że ten kto dzwonił, mówił poważnie? Czujesz, że coś ci grozi?
    Kimberly przygryzła wargę, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
    – Sporo nerwów mnie kosztują telefony z pogróżkami.
    – Ale czy masz wrażenie, że twoje życie jest w niebezpieczeństwie?
    – Nie wiem. Jest pewna różnica między polowaniem na prostytutki a zamierzaniem się na agenta federalnego. Z drugiej strony, tu się toczy jakaś brudna gra. Ginny… Tajemnicze telefony… Czuję się jak pionek przesuwany po szachownicy. Nie wiem, dlaczego tak jest i to właśnie najbardziej mnie przeraża. Nawet jeśli nie jestem głównym celem, mogę się stać przypadkową ofiarą.
    – Złożyłaś raport swojemu zwierzchnikowi?
    – Zostawiłam mu dzisiaj notatkę razem z kopią nagrania.
    – Jak myślisz, co zaproponuje?
    – Cholera, mam nadzieję, że wreszcie się zgodzi na utworzenie grupy operacyjnej. Z jednym dzwoniący się zdradził: wie coś o Evansie. Sprawa tego zabójstwa jest wciąż nierozwiązana, ale tu, chwała Bogu, mamy ciało. Może dzięki temu machina w końcu ruszy, bo to nie może tak dalej trwać. Biedna Ginny Jones o mało nie oberwała za nic. I to mnie strasznie wkurza!
    – Moja krew – powiedział Quincy. Kimberly nareszcie się uśmiechnęła.
    – Myślę, że Sal miał rację – rzekła poważnie. – Dinchara poluje na prostytutki. Ginny na razie się upiekło; teraz musimy coś zrobić z pozostałymi kobietami. Chcę je odnaleźć i sprowadzić do domu. A potem dorwę tego skurwysyna.
    – Biorąc pod uwagę wyniki oględzin buta, ja bym ruszył do lasu. Wziąłbym psy do poszukiwania zwłok.
    – Jasne, to raptem trzysta tysięcy hektarów. Kilka psów upora się z tym w jeden dzień.
    – Sarkazm to ty masz po matce.
    – Chciałbyś. Ale wiesz co? Harold ma znajomą, która jest arachnologiem. Umówił nas na spotkanie jutro z samego rana. Normalnie nie przywiązywałabym większej wagi do wylinki pająka, ale zważywszy na zamiłowania Dinchary…
    – Mogę iść z wami?
    – No co ty, i zrezygnujesz ze zwiedzania Coca-Cola World?
    – Błagam, pozwól mi – odparł poważnie ojciec.
    Rainie i Quincy już dawno poszli spać, a Kimberly czekała jeszcze na Maca, oglądając w łóżku nocny program w telewizji. Około pierwszej miała dosyć. Rozmasowała sobie krzyż, przyjrzała się lekko spuchniętym stopom i stwierdziła, że od wczoraj zrobiła się jakaś większa oraz że powinna już iść spać.
    – Dobranoc, malutka – szepnęła do brzucha, zgasiła światło i naciągnęła kołdrę.
    Sen nie był dla niej łaskawy. Biegała po jakimś domu obryzganym krwią, który jak przez mgłę kojarzyła ze zdjęć miejsca zabójstwa swojej matki. Wszędzie rozpaczliwie szukała Bethie. Musiała się z nią zobaczyć. Tyle jej miała do powiedzenia.
    Lecz nagle usłyszała płacz niemowlęcia i zrozumiała, że to nie matkę straciła. Próbowała odnaleźć własne dziecko. Idąc za odgłosami płaczu. Idąc po śladach krwi.
    Wreszcie ujrzała przed sobą kołyskę całą w bieli.
    – Ciii… – usłyszała głos Maca. – Nie bój się, kochanie, to tylko zły sen. Już dobrze, jestem przy tobie.
    Przylgnęła do niego. Poczuła ciepło jego ciała i silne ramiona przyciągające ją do piersi. Ale nie mogła przestać się trząść. Dygotała ze strachu. Nawet w objęciach męża nie czuła się bezpiecznie.
    Zadzwonił telefon. Raz, drugi.
    Za trzecim w końcu oprzytomniała. Spojrzała na budzik: piąta rano. Mac spał odwrócony do niej plecami. Znowu rozległa się melodyjka przy łóżku. Mac wymamrotał coś zaspanym głosem; Kimberly pośpiesznie chwyciła za komórkę.
    Spojrzała na wyświetlacz.
    – Sal, czy ty nigdy nie śpisz?
    – Nie ma jej – rzucił bezbarwnym głosem – Jackie nie mogła jej wczoraj nigdzie namierzyć, więc zaraz o świcie pojechaliśmy do niej do domu. Mieszkanie puste, ani żywego ducha. Ginny Jones zniknęła.

28

    „Podobnie jak ptaki można rozróżnić po śpiewie, pająki rozróżnia się po sposobie uśmiercania ofiar”.
    (Burkhard Bilger, Spider Woman, „New Yorker”, 5 marca 2007)

    – W Stanach Zjednoczonych występują dwa gatunki jadowitych pająków – objaśniała pani arachnolog z USDA, Carrie Crawford-Hale. – Pierwszy to Lactrodectus mactans, inaczej czarna wdowa, która ma charakterystyczne jaskrawoczerwone plamki na odwłoku. Gryzą tylko samice, i to najczęściej wtedy, gdy zostaną sprowokowane. Drugi gatunek to Loxosceies recZusa, czyli pustelnik brunatny. Można go poznać po znamieniu w kształcie skrzypiec na grzbiecie. Tu samice i samce są równie groźne. Na szczęście to pająk dość płochliwy, woli się zaszyć pod stertą drewna niż wyjść do ludzi. Mimo to rokrocznie notujemy kilkanaście ukąszeń, niektóre z poważnymi konsekwencjami.
    – Co znaczy „poważnymi”? – odezwał się Sal. Stał przy drzwiach, najdalej jak mógł od Carrie i jej mikroskopu. Po prawej stronie miał zasuszonego skorpiona w gablotce, a tuż nad głową jakiegoś ogromnego czarnego chrząszcza z wielgachnymi szczypcami. Agent specjalny GBI był blady, spocony i zdenerwowany jak diabli.
    Z kolei Kimberly kombinowała, jak tu grzecznie poprosić, żeby jej pozwolono zerknąć w mikroskop. Nigdy nie widziała skóry pająka w dziesięciokrotnym powiększeniu, a z tego co mówił Harold, wygląda bardzo fajnie.
    Niestety gabinet pani Crawford-Hale był nie większy od kanciapy stróża, a w dodatku zawalony sprzętem, szafkami oraz mnóstwem preparatów w słojach i gablotkach. Harold i Quincy musieli zaczekać za drzwiami. Szkoda, bo Quincy na pewno z przyjemnością posłuchałby, co pani arachnolog ma do powiedzenia.
    – Jad pustelnika zawiera enzym, który wywołuje martwicę tkanek. – Wyregulowała mikroskop. – Organizm odcina dopływ krwi do tkanek wokół miejsca ukąszenia, żeby nie dopuścić do rozprzestrzenienia się jadu. Skóra pozbawiona krwi zaczyna obumierać, czernieje i odpada. Widziałam zdjęcia ukąszeń wielkości od ćwierćdolarówki do półdolarówki. Czasami reakcja jest łagodna i rana goi się w ciągu kilku tygodni, ale bywają przypadki, że cała kończyna puchnie i trzeba miesięcy, a nawet roku, żeby w pełni wrócić do zdrowia. To zależy od indywidualnej reakcji organizmu, a nie siły jadu konkretnego pająka. Po prostu niektórzy ludzie są bardziej wrażliwi od innych.
    Sal miał trwogę w oczach. Zdążył już rano coś przegryźć, sądząc po plamie z ketchupu na klapie marynarki i zapachu smażeniny, którym przesiąkł jego garnitur, ale w tym momencie istniała obawa, że to śniadanie może się nie utrzymać w żołądku.
    Odsunął się jeszcze dalej, wstrząsając ramionami, jakby coś go oblazło.
    – Skąd wiemy, jaką mamy wrażliwość?
    – Przekonujesz się przy pierwszym ugryzieniu. – Crawford-Hale uniosła głowę znad mikroskopu. – Jestem na dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewna, że to Loxosceles reclusa. Na karapaksie jeszcze widnieje znamię w kształcie odwróconych skrzypiec. No i ten jasnobrązowy kolor, cienkie, wręcz delikatne ciało. Bardziej precyzyjnym wyznacznikiem są oczy. Pustelniki mają sześcioro półkolistych oczu ułożonych w trzech parach, podczas gdy wszystkie inne pająki mają ośmioro. Tutaj nie jestem w stanie dostrzec aż takich szczegółów, mimo to jestem raczej pewna swojej diagnozy.
    – Czy one nie występują dość powszechnie w Georgii? – zmarszczyła brwi Kimberly.
    – O, tak. We wszystkich południowych stanach, w Kansas, Missouri, Oklahomie. Kilka miesięcy temu mieliśmy zgłoszenie od rodziny, która nie mogła sobie poradzić z plagą pustelników w domu. W ciągu trzech pierwszych godzin zebrałam aż trzysta osobników. Co ciekawe, nikt z domowników nie został nigdy ukąszony. Pająki naprawdę nie kwapią się do atakowania stworzeń, które mogą je zgnieść jednym palcem. Jest jeszcze południowa Kalifornia, która boryka się z problemem Loxosceles laeta, odmiany pustelników pochodzącej z Chile, Peru i Argentyny. Jeżeli jad pustelnika brunatnego przyrównać do filiżanki herbaty, to jad Loxosceles laeta jest jak podwójne espresso.
    – Kolejny powód, żeby nie mieszkać w Kalifornii – mruknął Sal. W końcu zauważył skorpiona w gablotce. Natychmiast się odwrócił, tylko po to, żeby stanąć oko w oko z gigantycznych rozmiarów karaluchem.
    – Czegoś tu nie rozumiem – zastanawiała się Kimberly.
    – Po co kolekcjonerowi taki pospolity gatunek, zwłaszcza że jest jadowity i przez to trudny w hodowli.
    – Oj, nie powiedziałabym, że pustelniki brunatne są trudne w hodowli – sprostowała od razu Crawford-Hale. – To jedne z nielicznych pająków, które można trzymać w grupie. Nie mają instynktu agresji. Wystarczy im zapewnić terrarium, w którym znajdą dużo kryjówek – mogą to być liście, kamienie, kora drzew – co tydzień wrzucać kilka świerszczy, a będą całkiem zadowolone.
    – Czyli jednak kolekcjonerzy je zbierają? Pani arachnolog zastanowiła się chwilę.
    – Słyszeliście kiedyś o Pajęczej Farmie? -Nie.
    – To taki ośrodek w Arizonie, gdzie hoduje się pająki w celu pozyskania ich jadu. Sami pomyślcie: jad jednego pająka może zawierać prawie dwieście związków chemicznych, w tym substancje, które potrafią rozpuszczać tkanki i paraliżować system nerwowy. Czy nie byłoby wspaniale zbadać i odtworzyć część tych związków na potrzeby przemysłu farmaceutycznego? To nowoczesna nauka.
    – Jak oni uzyskują ten jad? – spytał Sal.
    – Mają takie specjalne urządzenie – ożywiła się Crawford-Hale. – Sama nie miałam okazji spróbować, ale widziałam, jak używaj ą czegoś w rodzaju pęsety podłączonej do elektrycznego stymulatora. Pająk zostaje potraktowany prądem o bardzo niskim napięciu, co wywołuje skurcz gruczołu jadowego. Na kłach pojawiają się krople jadu, które pobiera się do probówki. Ten zabieg nie wyrządza zwierzęciu krzywdy, a umożliwia uzyskanie dużej ilości jadu do badań. Wierzcie mi, w takich miejscach jak Pajęcza Farma hoduje się mnóstwo pająków z gatunku Loxosceles reclusa.
    –  A jak to jest z takimi zwykłymi amatorami? – spytała Kimberly. – Sądzimy, że nasz podejrzany trzyma w domu kilka ptaszników i co najmniej jedną czarną wdowę.
    Carrie Crawford-Hale wzruszyła ramionami.
    – Doprawdy trudno generalizować. Miałam w szkole kolegę, który znalazł za domem czarną wdowę i zatrzymał ją sobie. Potem, żeby ją wykarmić, założył hodowlę świerszczy. Pewnego dnia czarna wdowa zdechła, a on nagle stał się właścicielem dwustu świerszczy. No i teraz hoduje je na potrzeby sklepów zoologicznych. Ja albo wy prawdopodobnie nigdy byśmy czegoś takiego nie zrobili, ale jemu to odpowiada.
    – Skąd się bierze pustelniki? – drążyła Kimberly. – Kupuje się je przez Internet, jak ptaszniki, czy może w jakichś specjalistycznych sklepach?
    – Tu, w naszych okolicach? – Crawford-Hale uniosła brwi. – Wystarczy zejść do piwnicy. Albo zajrzeć pod stos drewna na opał czy podnieść kamień podczas spaceru w lesie.
    – W lesie?
    – Tak, w Georgii ten gatunek bytuje na zewnątrz przez okrągły rok.
    – Na przykład w Parku Narodowym Chattahoochee?
    – Na pewno można je tam znaleźć.
    Kimberly westchnęła i zaczęła przygryzać wargę. Zwróciła się do Sala.
    – Więc ta wylinka wcale nie musi mieć związku z jego kolekcją. Mógł ją przynieść na butach z lasu.
    – Owszem, mógł – powiedziała Crawford-Hale i dodała: – Z tym że jedna uwaga: pustelniki brunatne są bardzo płochliwe. Na co dzień chowają się w ciemnych zakamarkach, a co dopiero w okresie wylinki, która dla wszystkich pająków jest niezwykle stresującym przeżyciem. Bardzo możliwe, że ten człowiek nie natknął się na pancerzyk, wędrując głównym szlakiem, raczej bym powiedziała, że się zapuszczał w bardziej niedostępne miejsca, gdzie nie ma wielu ludzi.
    – Gdzie można ukryć zwłoki – mruknęła Kimberly.
    – To już nie moja dziedzina, więc się nie wypowiem. Czy mogę jeszcze w czymś pomóc?
    Kimberly musiała to wszystko przemyśleć. Liczyła, że ta rozmowa rozwieje więcej wątpliwości. Sądząc po minie Sala, on miał podobne odczucia.
    Żadne inne pytania nie przychodziły jej do głowy, więc wyciągnęła dłoń, dziękując pani arachnolog za poświęcony czas. Sal zrobił to samo.
    – Jeśli kiedyś spotkam pustelnika brunatnego, to co mam zrobić? – zapytał w ostatniej chwili.
    – Nie ruszać się. Pokręcił głową.
    – Jezu, jak ty możesz tak dzień w dzień gapić się na te wstrętne ośmionożne insekty? Do tej pory mam gęsią skórkę.
    – O, pająki to nie insekty – poprawiła go Crawford-Hale. – Te mają sześć nóg, a pająki osiem. Pająki żywią się insektami. To zasadnicza różnica.
    Nie dla Sala.
    – Nie lubię pająków – stwierdził kategorycznie, kiedy wyszli z Kimberly z gabinetu i podążali piwnicznym korytarzem oświetlonym migającymi jarzeniówkami.
    – Spójrz na to z innej strony: przynajmniej są mniejsze od grzechotników.
    – Grzechotników? A co ty robiłaś z grzechotnikami?
    – Grałam z nimi w klasy. I wierz mi, niezbyt się to udawało.
    Dotarli do końca korytarza, wspięli się po schodach na parter i pchnąwszy szklane drzwi, wyszli wprost na oślepiające słońce. Harold, Quincy i Rainie czekali cierpliwie na parkingu. Harold skrzyżowawszy chude nogi, opierał się o maskę samochodu Kimberly. Quincy i Rainie stali obok.
    – Dobre wieści? – spytał Harold z nadzieją w głosie. Kimberly wzruszyła ramionami.
    – To jest wylinka pustelnika brunatnego, co na tych terenach oznacza tyle, co znaleźć biedronkę. Hura.
    – Co teraz zamierzacie? – spytał Quincy.
    Kimberly spojrzała na Sala.
    – Dalej nie wiadomo, co z Ginny?
    Sal sprawdził, czy nie ma nowych wiadomości w komórce. -Nie.
    Zaraz po rannym telefonie od Sala pojechała pod jej adres. Na miejscu potwierdziła jego wstępną ocenę: żadnych śladów włamania ani walki. Ciasne mieszkanko wyglądało, jakby ktoś je opuścił w pośpiechu, zabierając tylko najcenniejsze rzeczy, o czym świadczyły ślady na warstwie kurzu na meblach.
    W sypialni znalazła częściowo wsunięty pod łóżko poradnik dla kobiet w ciąży. Kolejny drobny szczegół, który będzie ją dręczył po nocach.
    Rysopis Ginny, opis jej samochodu oraz portret pamięciowy Dinchary rozesłano do posterunków w całym stanie. Minęło osiem godzin i nic. Pozostało czekać.
    – I ciągle nie mamy grupy operacyjnej – westchnęła Kimberly i dorzuciła oschle: – Choć mój szef zachęca nas do współpracy z policją z Alpharetty w sprawie zabójstwa Evansa.
    – Rozmawialiście z osobą, która kierowała śledztwem? – spytał Quincy.
    – Jeszcze nie. Trochę nie było kiedy, jak pewnie zauważyłeś.
    – Warto by się dowiedzieć, czy nie znaleźli na miejscu zbrodni jakichś odcisków butów.
    – Och, marzenie ściętej głowy.
    – A na razie co? – dopytywał się ojciec.
    Kimberly wzruszyła ramionami. Znów spojrzała na Sala, jego wymięty garnitur i bladą, poszarzałą ze zmęczenia twarz. Jeśli schwyta tego zabójcę, czy wreszcie zdoła sobie wybaczyć, że stał bezczynnie, gdy ojciec katował jego matkę? A czy jej, jeżeli mu pomoże, będzie łatwiej odwiedzać cmentarz w Arlington i składać kwiaty na grobach mamy i siostry?
    Oboje gonili za niemożliwym, ale choć zdawali sobie z tego sprawę i tak nie umieli przestać.
    – Mamy jeszcze jeden trop – powiedziała.
    – Co takiego?
    – Ślady złota na bucie Dinchary. Harold twierdzi, że prawdopodobnie pochodzi z okolic Dahlonegi. Możemy sobie urządzić małą wycieczkę krajoznawczą, popytać ludzi, pokazać portret Dinchary. Jeżeli on rzeczywiście tyle łazi po lasach i spędza tam dużo czasu, to może ktoś go rozpozna?
    Sal z miejsca się wypogodził.
    – Jedźmy!
    A Quincy bez namysłu dodał:
    – Naturalnie jedziemy z wami.

29

    „Pająki te można często spotkać w domach i budynkach gospodarczych, kotłowniach, szkołach, kościołach, sklepach, hotelach i tym podobnych”.
    (Julia Maxine Hite, William J. Gladney, J. L. Lancaster Jr., W. H. Whitcomb, Biology of the Brown Recluse Spider, Zakład Entomologii Wydziału Rolniczego Uniwersytetu Arkansas,Fayetteville, maj 1966)

    Dahlonega podlegała jurysdykcji biura szeryfa okręgu Lumpkin. Niestety, szeryf wyjechał na tygodniowe seminarium szkoleniowe D. A. R. E. *, ale Salowi udało się zorganizować na czwartą po południu spotkanie z szeryfem sąsiedniego okręgu Union, Boydem Duffym.
    Harold musiał zrezygnować z wyjazdu. Już wcześniej był umówiony z dwoma bankierami, którzy pomagali mu śledzić internetowe transakcje finansowe terrorystów. Na odchodnym udzielił im rady: „Pojedźcie do stawów hodowlanych w Suches. Ci goście wiedzą dosłownie wszystko”.
    Zostali więc Kimberly, Sal, Quincy i Rainie. Dahlonega jest oddalona o godzinę jazdy autostradą na północ, więc postanowili wyruszyć od razu i wrócić jeszcze tego samego dnia. A ściślej mówiąc, już nocą, ale co tam, zdarzało im się pracować dłużej.
    * Drug Abuse Resistance Education – amerykański program profilaktyki antynarkotykowej (przyp. tłum.).
    Jechali dwoma samochodami: na czele karawany Sal z Kimberly, a za nimi Quincy i Rainie. Nastrój Sala nie poprawił się ani trochę od spotkania z panią arachnolog. Jego śniada twarz była wykrzywiona w permanentnym grymasie niezadowolenia. Był zajęty myślami, którymi najwyraźniej nie miał ochoty się dzielić.
    Kimberly wyjęła komórkę. Najpierw zadzwoniła do Maca, ale nie odebrał. Nagrała mu się na skrzynkę, mając nadzieję, że jej wojowniczy nastrój nie ujawnił się w głosie. Rozważała, czy nie skontaktować się ze swoim przełożonym, ale stwierdziła, że nie ma co się narzucać. Nic się nie stanie, jeśli się urwie na jedno popołudnie, o ile załatwi papierkową robotę i pchnie do przodu bieżące sprawy.
    Co też uczyni. Dziś wieczorem. Jutro z samego rana. Bez wątpienia.
    Potem spróbowała się dodzwonić do Marylin Watson, funkcjonariuszki kierującej śledztwem w sprawie śmierci Tommy'ego. Odebrała ona telefon akurat wtedy, gdy Kimberly zaczynała tracić zasięg.
    – Nie stwier… linii papilar…łuski. I odciśnięte ślady… – wymieniła Watson, gdy Kimberly zapytała o ślady zabezpieczone na miejscu zbrodni.
    – Zaraz. Macie ślady butów?
    – … znika.
    – Odcisk bieżnika opony? Wiecie, jakiego pojazdu? Trzaski, szum, a potem cisza.
    Kimberly zerknęła na wyświetlacz. Siła sygnału mocno spadła. Jak można się było spodziewać, po chwili rozległo się trzykrotne piknięcie i połączenie zostało zerwane.
    Krzywiąc się z niezadowolenia, wpatrywała się w wyświetlacz, ale zasięg zniknął na dobre.
    – Mówiła, że zabezpieczyli na miejscu ślady opon – przekazała Salowi. – Nie jestem pewna, czy butów też. I chyba znaleźli łuski po pociskach. A może nie? Nie wiem, słyszałam co drugie słowo.
    – Jakie to były opony?
    – Nie zdążyła odpowiedzieć, ale jeśli zrobili odlew, to chyba sami będziemy mogli go obejrzeć. Kiedy będzie zasięg, poproszę, żeby nam podesłała zdjęcia mailem. Znam kogoś, kto może stosunkowo szybko stwierdzić, czy dany rodzaj opony pasuje do toyoty FourRunner.
    Sal w końcu na nią spojrzał. Wzrok miał ponury, złowieszczy. Nawet ona poczuła się nieswojo.
    – Czy ty kiedykolwiek robisz coś innego poza pracą? – spytał.
    – Nigdy.
    Jęknął, spoglądając z powrotem na drogę.
    – To tak jak ja.
    Uśmiechnęła się, ale wyszło to smutniej, niż zamierzała.
    Za oknem betonowa dżungla metropolii ustąpiła pasmom rozległych pól uprawnych. Dojechali do świateł, skręcili na północ w drogę numer 60 i zaczęli się wspinać pod górę. Wiejski krajobraz się skończył, a w zamian pojawiły się malownicze wąwozy i wzgórza gęsto porośnięte zieloną winoroślą Kudzu. Po drodze mijali luksusowe apartamentowce, aksamitne pola golfowe, egzotyczne fontanny.
    Kimberly poczyniła pewną obserwację: o ile poprzednie pół godziny jazdy to były walące się kurze fermy i osiedla przyczep kempingowych, tak w tej części północnej Georgii widać było ogromne pieniądze. Harold miał rację, kiedyś rządziło tu złoto.
    – Mamy się spotkać z szeryfem w knajpie Olde Town Grille w centrum Dahlonegi – powiedział Sal.
    – Wziąłeś adres?
    – Nigdy tam nie byłaś, prawda?
    Pokręciła głową.
    – Wierz mi, adres jest zbędny.
    Zrozumiała dlaczego, kiedy kwadrans później przemknęli obok McDonalda, minęli skrzyżowanie i wjechali do miasteczka wyjętego wprost z dziewiętnastowiecznej pocztówki. Pośrodku uroczego ryneczku, nad którym górował dwustuletni ceglany budynek ratusza służący obecnie za siedzibę Muzeum Złota, rosły potężne drzewa pozbawione teraz liści. Zabytkowe witryny kusiły szyldami „Pamiątki”, „Antyki”, „Ciasta domowe”. Po chodnikach wybrukowanych czerwoną kostką przelewały się tłumy turystów.
    – Mam wrażenie, jakbyśmy się cofnęli w czasie – stwierdziła Kimberly.
    – Coś w tym rodzaju.
    Sal zrobił jej krótką wycieczkę objazdową wokół rynku. Klomby obsadzono iglakami, a pomiędzy nimi ustawiono takie eksponaty, jak koło od dyliżansu, poidło dla konia i zbielała czaszka wołu. Kimberly miała wrażenie, że jest na planie westernu, choć to wciąż była Georgia, stan znany jej najbardziej z dusznego, gorącego lata i świeżych brzoskwiń.
    – Na przełomie września i października dosłownie roi się tu od turystów, którzy przyjeżdżają podziwiać kolory jesieni. Nie ma gdzie zaparkować auta. Powinnaś zabrać męża i przyjechać tu kiedyś. To znaczy, jeśli lubicie takie rzeczy.
    Dosłyszała delikatną przyganę w jego głosie, więc natychmiast przytaknęła:
    – Tak, tak, koniecznie. Romantyczny pensjonat, zwiedzanie winnic. Mac byłby zachwycony.
    Sal już się więcej nie odzywał, i dobrze.
    Postawił samochód przed ogromnym drewnianym młynem stepowym, który jak głosiła tabliczka, służył kiedyś do kruszenia rudy złota. Poczekali, aż Rainie i Quincy też zaparkują i za wskazaniem strzałki udali się do Olde Towne Grille.
    Szeryf Boyd Duffy już tam czekał, zajmując połowę narożnego boksu. Był to kawał chłopa o szpakowatych włosach i przenikliwych czarnych oczach. Wyglądał jak były futbolista i prawdopodobnie był zapalonym myśliwym. Pewnie siał postrach wśród miejscowych wyrostków. I bardzo dobrze.
    Był też czarnoskóry, co w tej części Georgii czyniło z niego rodzaj anomalii.
    Zauważywszy ich, zawołał tubalnym głosem:
    – Agent Martignetti! – Podniósł z ławki swe potężne ciało z zaskakującą gracją. – A to, jak się domyślam, agentka Quincy. – Uścisnął jej dłoń, nie gruchocząc kości, dzięki czemu jeszcze bardziej zyskał w jej oczach. – Proszę, mówcie mi Duff. Jak piwo z Simpsonów. Cóż, to długa historia. Witamy, witamy. Tu na północy jest o wiele ładniej niż w tej zadymionej Atlancie. Na pewno wam się spodoba.
    Przywitał się też z Quincym i Rainie, po czym wskazał na sąsiedni stolik, gdzie było więcej miejsc siedzących. Kolejny gest, tym razem w stronę kelnerki; blondynka z natapirowanymi włosami przyniosła karty dań i kamionkowe dzbanki ze słodzoną herbatą.
    – Jedzenie mają tu wyśmienite – zachwalał Duff. – Smażony kurczak powali was na kolana. Ciasteczka cynamonowe domowej roboty też są pyszne, no i bułeczki z białym sosem. Polecam spróbować wszystkiego po trochu. Dla takiego chłopa jak ja to akurat jeden posiłek.
    Kimberly nie mogła sobie odmówić ciasteczek, Rainie też. Quincy jak zwykle poprosił o czarną kawę. Przynajmniej Sal uszczęśliwił szeryfa, biorąc smażonego kurczaka. Pogawędzili jeszcze chwilę i przeszli do spraw zasadniczych.
    – Nie sądzę, żeby czworo tak zapracowanych osób jak wy fatygowało się aż tutaj wyłącznie w celu podziwiania widoków. W czym mogę pomóc?
    Sal zaczął pierwszy.
    – Szukamy osoby, która może mieć związek z zaginięciem około dziesięciu prostytutek. Mamy powody sądzić, że ten mężczyzna dobrze zna te okolice, więc przyjechaliśmy się rozejrzeć.
    Duff uniósł brwi. Nie był głupcem.
    – Innymi słowy podejrzewacie, że mógł gdzieś tutaj zakopać zwłoki.
    – Nie wykluczamy tego.
    Westchnął i oparł się łokciami o blat.
    – No dobrze. Kim jest ten facet?
    – Na razie nie znamy jego nazwiska, mamy tylko rysopis. – Sal otworzył zieloną teczkę, wyjął z niej portret pamięciowy sporządzony na podstawie zeznań Ginny Jones i agentki Sparks, i podał go szeryfowi. – Jakby co, mam więcej egzemplarzy. Chcielibyśmy, żeby to trafiło w ręce jak największej liczby funkcjonariuszy.
    – Zaraz, zaraz. Po kolei. – Szeryf pogrzebał w wewnętrznej kieszeni munduru, wydobył okulary w czarnych oprawkach i nasadził je na czubek nosa. Przyjrzał się obrazkowi, cicho pomrukując.
    Kelnerka przyniosła zamówione dania. Duff podniósł do góry ręce z kartką, a dziewczyna postawiła przed nim talerz z pieczonym indykiem w sosie.
    – Nie macie takiego bez czapki?
    Sal pokręcił głową.
    Duff jeszcze chwilę lustrował wydruk, po czym odłożył go na bok, wziął do ręki sztućce i zaczął kroić mięso.
    – Dobra – rzucił krótko. – Zacznijmy od początku. Nie rozpoznaję gościa, ale z drugiej strony wy, biali, wszyscy wyglądacie dla mnie tak samo.
    Sal zrobił zaskoczoną minę. Duff posłał mu szeroki uśmiech.
    – Taki żarcik, kolego. Jak ci przychodzi zeskrobywać z ulicy szesnastolatka, którego znałeś od dziecka, bo mu się zachciało poszaleć nowym motocyklem, musisz się nauczyć śmiać. Wy z dużych miast zajmujecie się obcymi ludźmi, ja codziennie mam do czynienia z własnymi sąsiadami. Gdyby ten wasz podejrzany mieszkał w okolicy, raczej bym go kojarzył, nawet w tej głupiej czapce.
    – Więc nie jest stąd.
    – Na pewno nie mieszka na stałe, ale co roku odwiedzają nas dziesiątki tysięcy turystów, nie licząc letnich rezydentów czy weekendowych myśliwych. Góry są atrakcyjne przez cały rok i ruch, jaki tu mamy, to potwierdza. Odpowiedzcie mi na parę pytań, zobaczymy, czy tego nie da się trochę zawęzić. Gdzie ostatni raz widziano te prostytutki żywe?
    – Atlanta i okolice, głównie Sandy Springs. W lokalach, one nie pracowały na ulicy.
    – A więc to jest rewir waszego podejrzanego. To dlaczego tu przyjechaliście?
    – Z zeznań świadka wynika, że to człowiek spędzający dużo czasu na łonie natury. Zdobyliśmy też jego but. Znaleziony na nim materiał roślinny odpowiada florze Parku Narodowego Chattahoochee…
    – Sporo hektarów – stwierdził Duff.
    – Na podeszwie były też ślady złota, stąd myśl o Dahlonedze.
    Duff kiwał głową, żując w zamyśleniu.
    – Byliście już w Muzeum Złota?
    – Nie.
    – Idźcie koniecznie. To właśnie na tych frontowych schodach doktor Stephenson, pełniący funkcję probierza w mennicy, próbował powstrzymać górników z Georgii przed ucieczką do Kalifornii w czasie gorączki złota w tysiąc osiemset czterdziestym dziewiątym, zapewniając, że w tych górach kryje się złoto. Oczywiście wskazywał na pasmo Blue Ridge. Widzicie, już wtedy zachęcano ludzi, żeby popierali lokalny przemysł.
    Nikt nie kwapił się, żeby to skomentować, więc Duff powrócił do sedna sprawy:
    – Zacznijmy od osoby podejrzanego. Przyjmijmy, że faktycznie lubi sobie połazić po górach albo zapolować i jak większość takich osób spędza weekendy tutaj. Przecież musi coś jeść, gdzieś spać, robić zakupy. W okręgu Lumpkin największym miastem jest Dahlonega, a tutaj ludzie stołują się najczęściej w Olde Town Grille, w Smith House, u Wyliego i jeszcze w paru miejscach. Jeśli chodzi o noclegi, mamy tu hotele największych sieci: Days Inn, Econo Lodge, Holiday Inn, Super Eight. No i znowu Smith House, który jest tuż za rogiem. Dobrze tam karmią, ceny za pokój też niewygórowane i co was może zainteresować, mają na swoim terenie kopalnię złota. Pokażcie pracownikom portret, może coś wam powiedzą. Co do zakupów, jest sklep ogólnospożywczy, ale korzystają z niego głównie turyści. Tubylcy raczej jeżdżą do WalMartu. Biorąc pod uwagę tłumy, jakie się tam codziennie przewijają, nie ma chyba sensu wypytywać kasjerów. Jeżeli ten facet, jak mówicie, prawie mieszka w lesie, to ja bym pojechał dwadzieścia kilometrów na północ do Suches. To moje strony.
    – Suches? – przerwała mu Kimberly.
    – „Dolina nad chmurami” – wyjaśnił Duff. – Czegoś takiego pani jeszcze nie widziała. Tylko uważajcie, bo łatwo ją przeoczyć, ale przez to, że leży przy Szlaku Appalachów, ma kilka pól namiotowych i jezioro, bywa tam sporo ludzi. Głównie myśliwi, biwakowicze, kierowcy terenówek, wędkarze, bikersi…
    – Rowerzyści, tak? – spytała Rainie.
    – Motocykliści. Roi się tu od nich każdego lata. Jeśli ten wasz gość lubi takie klimaty, jest duże prawdopodobieństwo, że zahaczył o Suches. Czyli musiał się żywić albo w T. W. O., albo u Lenny'ego, a zakupy robił u Dale'a. Zacząłbym od pokazania rysopisu w tych trzech miejscach. Nie czarujmy się, w tak małym miasteczku nie ma gdzie się ukryć.
    Sal cały czas pilnie notował. W tym momencie podniósł wzrok.
    – Mówi pan, że Dahlonega i Suches są licznie odwiedzane przez turystów…
    – Sześćdziesiąt tysięcy ludzi rocznie. Sal pokiwał głową ze smutkiem.
    – I tu, widzi pan, jest problem. Chodzi o to, że ten człowiek przez cały rok regularnie zwoził tu ciała i nikt go nie zauważył. Skoro kręci się tu tylu wycieczkowiczów, myśliwych, wędkarzy, motocyklistów, jak coś takiego byłoby możliwe? Turyści na dodatek pstrykają zdjęcia na prawo i lewo.
    Duff błysnął zębami w uśmiechu. Dokończył indyka i dopiero ponownie się odezwał.
    – Jeżeli on zakopuje ciała, to na pewno z dala od głównych szlaków. Macie rację, do tej pory ktoś n a pewno by się na niego natknął. – Wystawił dłoń i zaczął odliczać na palcach. – To nam wyklucza szlak Woody Gap, Springer Gap, Szlak Appalachów, szlak Bentona-MacKaya, Slaughter Gap*…
    – Slaughter Gap? – wtrąciła się Rainie.
    – Tak. Dochodzi się nim na szczyt Blood Mountain*.
    – Blood Mountain? – Rainie spojrzała na Sala i Kimberly. – Osobiście tam bym zaczęła poszukiwania, ale to tylko moje zdanie.
    Duff znów wyszczerzył zęby w uśmiechu.
    – Jak mówiłem, to jedne z najbardziej uczęszczanych szlaków, co czyni je kiepskim miejscem – uśmiechnął się przepraszająco do Rainie – na ukrycie zwłok. Ale istnieje jeszcze cała sieć bitych dróg administrowanych przez Federalną Służbę Leśną. Wiele z nich trudno nawet znaleźć, można zabłądzić, prawie wszystkie biegną w głębi lasu.
    * Slaughter – ang. rzeź, mord, masakra (przyp. tłum.). Krwawa góra (przyp. tłum.).
    – Stawy hodowlane! – przypomniała sobie Kimberly. Duff skinął głową z uznaniem.
    – Brawo. Owszem, mamy tu stawy, leżą przy drodze leśnej numer sześćdziesiąt dziewięć. Jest jeszcze droga czterdziesta druga, zwana także Cooper Gap Road. Z tym że według standardów USFS* to są autostrady. Nam chodzi o te pozostałe dziesiątki błotnistych, nieoznakowanych, prawie nieprzejezdnych dróg. Te dopiero są ciekawe. Są uczęszczane na tyle, że widok pozostawionej na noc na poboczu terenówki nie wzbudziłby niczyich podejrzeń, a jednak można nimi jechać całymi godzinami i nie spotkać żywego ducha. Idealne miejsce dla waszego podejrzanego.
    * United States Forestry Service – Federalna Służba Leśna (przyp. tłum.).
    – O jakiej liczbie tych dróg mówimy? – spytał Sal. Duff wzruszył ramionami.
    – Ba, kto to wie? Całe życie mieszkam w tych górach i chyba nawet ja nie znam ich wszystkich. Przyda się wam porządna mapa USFS, a dodatkowo USGS, bo ci rządowi nie zawsze wszystko mówią.
    – To by była druga opcja – stwierdziła Kimberly. – Służby leśne i geodeci. Ma pan rację, oni bez przerwy włóczą się po tych terenach, pobierają próbki, tworzą bazy danych. Kiedyś współpracowałam z takim zespołem w Wirginii. Ci ludzie spędzają w lesie więcej czasu niż najbardziej zapalony turysta. Pokażemy im portret, opiszemy samochód podejrzanego, może coś zauważyli.
    – Mam tam paru kumpli, mogę podzwonić – zaofiarował się Duff. – Są uszami i oczami gór, że tak powiem.
    – Czyli tak – podsumował Sal – rozdamy ulotki w hotelach i knajpach, i zobaczymy, co z tego wyniknie. A potem pogadamy z USFS i USGS.
    – My tu z szeryfem Wyattem mamy mocną ekipę, chętnie pomożemy. Nasze chłopaki z przyjemnością zajmą się czymś innym niż niesforni turyści i podpite nastolatki. Wyatt wraca pod koniec tygodnia. Przedstawię mu sprawę i możemy zacząć działać.
    – Nie chcemy spłoszyć podejrzanego – zastrzegł Sal. – W tej chwili priorytetem jest odnalezienie tych kobiet, ewentualnie ich ciał. Później dopadniemy Dincharę.
    – Dincharę? – zmarszczył brwi Duff. – Myślałem, że nie znacie jego nazwiska.
    – To pseudonim. Anagram od arachnid.
    –  Co takiego?
    – No, arachnid. Pajęczak.
    – Wiem, co to znaczy, synu, tylko się zastanawiam, jaki dorosły facet wymyśla sobie ksywę po robaku.
    – Taki, który lubi polować – podsunęła Kimberly. – Na razie jedną z ofiar oszczędził. Sal, opowiedz panu o Ginny Jones.
    Z Duffem rozstali się po szóstej. Większość sklepów była już zamknięta, ale udało im się znaleźć restaurację Wyliego i pokazać personelowi portret pamięciowy Dinchary. Nikt go nie rozpoznał, ale kierowniczka obiecała się rozglądać. Sal zostawił wizytówkę i ruszyli dalej.
    Następny był Smith House, niegdyś okazała prywatna willa, obecnie przekształcona w hotel, sklepik z lokalnymi wyrobami oraz restaurację. W holu unosił się zapach maślanych bułeczek i kandyzowanych słodkich ziemniaków. Kimberly to wystarczyło.
    – Idziemy na kolację! – zarządziła.
    Rainie i Quincy poddawali się wszystkiemu bez słowa, a Sal, który niedawno przecież wchłonął porcję kurczaka, wzruszył tylko ramionami.
    – Ja tam zawsze mogę jeść.
    Posiłki podawano w formie szwedzkiego stołu. W holu zostawiało się kasjerce zryczałtowaną kwotę, a ona wydawała kwitek, z którym schodziło się do piwnicy do sali jadalnej, gdzie można było się najeść do syta smażonych kurczaków, pieczonej szynki, rostbefu, pierogów, okry, warzyw gotowanych na parze i domowych ciastek. Nie serwowano alkoholu, za to w nieograniczonych ilościach podawano mrożoną herbatę i lemoniadę.
    U dołu schodów zauważyli wejście do starego szybu kopalnianego głębokiego na mniej więcej sześć metrów. Dla Kimberly była to tylko czarna dziura przykryta pleksiglasem. Nic szczególnego. Ale Rainie i Quincy zatrzymali się na chwilę, by obejrzeć prezentację wideo przedstawiającą historię tego obiektu.
    Rumiana kelnerka znalazła dla Sala i Kimberly dwa miejsca obok sześcioosobowej rodziny. Poznali więc babcię i dziadka, mamę i tatę oraz czteroletnie bliźniaki. Chłopcy ganiali jak szaleni wokół stołu, a ich umęczona matka posłała Kimberly blady uśmiech, mówiąc:
    – Mam nadzieję, że to pani nie przeszkadza.
    – Absolutnie – odrzekła Kimberly i poklepała się po brzuchu.
    – O – ożywiła się kobieta. – To pierwsze?
    – Tak.
    – Pewnie nie możecie się państwo doczekać? – Zerknęła z uśmiechem na Sala.
    Ten zastygł z rękami na misce z zielonym groszkiem.
    – Proszę?
    – Ja owszem – powiedziała Kimberly. – Jestem bardzo szczęśliwa. Przynajmniej na razie.
    Kobieta się roześmiała.
    – Oj, tak. Tak to właśnie jest. Wiecie już, czy to chłopiec czy dziewczynka?
    – Nie. Wolimy niespodziankę.
    – My też woleliśmy. No i była niespodzianka, że hej. Mogę coś poradzić?
    – Słucham.
    – Proszę nie rodzić bliźniąt.
    Dołączyli do nich Rainie i Quincy, przedstawili się. Rainie od razu rzuciła się na smażoną okrę, a Quincy powoli się delektował porcją pieczonej szynki z warzywami gotowanymi na parze.
    Zapach mięsa nie przeszkadzał Kimberly tak bardzo jak poprzedniego dnia. Czyżby koniec kolejnego etapu ciąży? Początek nowego? Życie, nawet to prenatalne, nie stało w miejscu. Skubnęła trochę szynki, okry i zębacza. Zaczynało ją ogarniać to uczucie błogiego zadowolenia, kiedy po owocnym dniu pracy zasiada się do smacznego posiłku w towarzystwie rodziny i przyjaciół.
    Zupełnie zapomniała o portrecie Dinchary, aż do momentu kiedy kelnerka podeszła do nich z dolewką mrożonej herbaty.
    – O, to też państwa znajomy? – zapytała, wskazując na otwartą torbę Kimberly.
    – Kto?
    – Ten mężczyzna na rysunku. Widywaliśmy go tu często. Z synem, oczywiście. Mój Boże, te nastolatki to potrafią zjeść.
    Sal przestał jeść. Zastygł z kurzym udkiem w zatłuszczonych palcach i spoglądał na przemian to na portret, to na kelnerkę.
    Pierwsza ocknęła się Kimberly.
    – Pani go zna?
    – Poznaję go. Jesienią bywał tu dosyć często. Mniej więcej takiego wzrostu, prawda? – pokazała ręką. – Nieduży, ale silny z wyglądu. Miał trochę mięśni. I ciągle nosił tę czapkę, nawet przy stole. – Pokręciła głową. – Oj, za moich czasów babcia złoiłaby mi skórę za coś takiego.
    – Pamięta pani, jak się nazywał?
    – Hm… – przygryzła wargę, opierając dzbanek z herbatą o biodro. – Na imię miał jakoś… Bobby? Bob? Rob? Ron? Richard? Wyleciało mi z głowy. Nie jestem pewna, czy się przedstawiał.
    – A chłopak?
    – Szesnaście, siedemnaście lat, chudy jak patyk, długie ręce i nogi. Wiecie, jak wyglądają ci nastoletni chłopcy, jakby byli niedożywieni. Małomówny. Siadał i jadł, prawie w ogóle się nie odzywał.
    – A jego imienia pani nie pamięta?
    Znów pokręciła głową.
    – Niektórzy ludzie przychodzą do nas, bo brakuje im towarzystwa. Chętnie się przedstawiają i nawiązują rozmowy. Inni przychodzą po prostu zjeść okrę. Nie wtrącamy się.
    – A pamięta pani, czym płacił? – wtrąciła się Rainie, która uważnie się przysłuchiwała rozmowie.
    – O to trzeba by zapytać na górze.
    – Bo jeśli kartą kredytową… – dodała Kimberly, podchwytując tok rozumowania Rainie.
    – Chcielibyśmy porozmawiać z kierownikiem – powiedział Sal.
    Rodzina siedząca obok zerkała na nich z coraz większym zaniepokojeniem.
    – Co się dzieje? Kim jest ten człowiek? Czy powinniśmy o czymś wiedzieć?
    Wszystkie oczy zwróciły się ku Salowi. Nawet bliźniaki przestały biegać.
    – To tylko rutynowe dochodzenie – zapewnił lakonicznie i położył rękę na ramieniu Kimberly.
    Nie potrzebowała zachęty. Ruszyli prosto do biura kierownika.

* * *

    Okazało się, że przejrzenie wszystkich kwitków z transakcji kartami kredytowymi zajmie trochę czasu. Musieli podać więcej szczegółów. Data, godzina, kwota? Zawołano kelnerkę, żeby spróbowała sobie przypomnieć, kiedy to dokładnie było. Stwierdziła, że mężczyzna przychodził tu z synem kilka razy między wrześniem a listopadem. Naciskana, zdołała sprecyzować datę jednej z wizyt na długi weekend w czasie Dnia Kolumba. Późny wieczór, rachunek za dwie osoby. Kelnerka pamiętała, że ją zdziwiło, iż chłopakowi wolno przebywać poza domem o tej porze.
    System nie był skomputeryzowany. Kierownik po prostu otworzył szufladę, gdzie rachunki leżały posegregowane według miesięcy. Okazało się, że Smith House to bardzo popularne miejsce noclegowe. Zwłaszcza w weekend, na który przypadał Dzień Kolumba.
    Kimberly wróciła do jadalni, żeby przekazać ojcu i Rainie dobrą wiadomość.
    – Kierownik potrzebuje więcej czasu, żeby odszukać rachunki, więc zgadnijcie, co? Zostajemy tu na noc!

30

    Pan Hamburger wykonał ruch.
    Dziś w nocy obudziły mnie stłumione odgłosy. Słyszałem je do rana. On zawsze mocno eksploatuje nowe zabawki, aż się zepsują. Tak jak ja.
    Rano podjąłem decyzję. Wstałem i poszedłem do kuchni zjeść śniadanie. Udawałem, że widok nagiego siedmiolatka przy stole jest czymś zupełnie naturalnym. Chłopak siedział otępiały nad miską płatków, nic nie mówił, tylko patrzył, jak powoli nasiąkają mlekiem.
    Unikałem jego wzroku. Nie chciałem, żeby pomyślał, że mam z tym wszystkim coś wspólnego.
    Pan Hamburger wciąż był w sypialni, pewnie dochodził do siebie po wczorajszym wysiłku. Zauważyłem, że z domu zniknął aparat telefoniczny, a rygiel na drzwiach wisiał wyżej, żeby chłopak nie mógł go dosięgnąć. Serce zabiło mi gwałtowniej. Ciekawe, czy pamiętał o telefonie w moim pokoju. Może zakradł się nocą i go wyniósł?
    Możliwie nonszalanckim krokiem opuściłem kuchnię i poszedłem do siebie. Telefon wciąż był na miejscu. Postanowiłem nie ryzykować i sam go schowałem do szafy. Ewidentnie zaczynałem tracić przywileje, tylko dlatego, że Pan Hamburger nie potrafi powściągnąć swoich żądz.
    Wróciłem do kuchni. Nasypałem sobie drugą porcję płatków i jadłem w milczeniu. Moja obecność musiała jakoś pobudzić do życia tego chłopca, ponieważ powolnym ruchem wziął do ręki łyżkę i wlał do ust odrobinę mleka. Byłem ciekaw, czy zdoła je utrzymać w żołądku. Niektórym się udawało, innym nie.
    Za dzień, dwa, kiedy Pan Hamburger się nim znudzi, już go tu nie będzie. Co on z nimi robi? Wypuszcza na wolność? Zabija? Nie wiedziałem i nie interesowało mnie to. Ja już nawet nie pamiętałem, ile mam lat, w którym dokładnie roku się urodziłem. Ale chyba byłem nastolatkiem, bo jedynym uczuciem, jakie umiałem w sobie wzbudzić, była pogarda. Dla Pana Hamburgera, dla tego dzieciaka, dla samego siebie.
    I nagle nie wiadomo skąd przypomniałem sobie tego pierwszego chłopca sprzed lat. Tego, któremu chciałem pomóc i naiwnie wierzyłem, że mi się uda. Ciekawe, czy ktoś znalazł jego ciało, czy dalej leży zakopane pod krzewem azalii.
    Ogarnęła mnie wściekłość. Złapałem miskę i z impetem wrzuciłem ją do zlewu. Chłopiec aż się wzdrygnął.
    Do kuchni wszedł Pan Hamburger.
    Miał na sobie spodnie, ale koszuli już nie włożył. Czas nie obszedł się z nim łagodnie. Broda z czarnej zrobiła się siwa, ciało sflaczało od nadmiaru piwa i tłustego jedzenia, skóra na ramionach i piersiach obwisła. Wyglądał dokładnie na tego, kim był: podstarzałego skurwysyna, który jedną nogą stoi w grobie, ale wciąż jest groźny.
    Na nowo go znienawidziłem.
    Spojrzał na mnie, a potem położył dłoń na ramieniu chłopca. Ten w pierwszej chwili się wzdrygnął, potem zastygł bez ruchu, a z oczu pociekły mu łzy.
    Nagle Pan Hamburger uśmiechnął się do mnie i triumfująco oznajmił:
    – Synu, poznaj nowego kolegę. Będzie twoim następcą.
    W tym momencie wiedziałem, że on musi zginąć.
    Poczekałem, aż wróci do sypialni, ciągnąc za sobą chłopca, a potem wymknąłem się do siebie. W moim pokoju znajdował się tylko stary, zdeformowany materac, skrzynki po mleku, w których trzymałem ciuchy, oraz mały czarno-biały telewizor, który znalazłem na śmietniku u sąsiadów i własnoręcznie naprawiłem.
    Panował smród. Pościel, materac, ubrania – wszystko było przesiąknięte wonią spoconego, niemytego ciała, zbyt długo gnijącego w łóżku. W całym domu tak śmierdziało. W lodówce kwaśniało mleko, w zlewie zalegały brudne gary, a po kuchence biegały karaluchy.
    Zachciało mi się rzygać. Dobijał mnie stęchły odór mego własnego życia, ta niekończąca się szara nicość, która charakteryzowała moją egzystencję. A wszystko dlatego, że wybrał właśnie mnie, pozbawiając mnie przez to wszystkich szans.
    Teraz nawet nie będzie egzaminu. O nie, Pan Hamburger znalazł sobie nowego pupilka i zamierza go zatrzymać, a to znaczy, że moje dni są policzone.
    Nie wiem czemu, ale odrzucenie sprawiło mi więcej bólu niż to, co ze mną przez lata wyprawiał.
    Byłem głupi i słaby. Byłem nikim.
    On mnie już dawno zabił, tylko ja nie wiedziałem, jak umrzeć.
    Znowu usłyszałem krzyk. Biedny, głupi dzieciak myśli, że coś tym wskóra.
    Wślizgnąłem się do łóżka, naciągnąłem koc na głowę i zatkałem uszy. Zasnąłem.
    Gdy się później obudziłem, było już ciemno. Długo leżałem, patrząc, jak blask latarni przebija przez zasłony i rzuca na ścianę migotliwe fale.
    Potem wstałem, podszedłem do szafy i wyjąłem telefon.
    Uniosłem róg materaca i wysunąłem spod niego książkę telefoniczną, którą kiedyś ukradkiem przemyciłem do domu.
    Gdy wreszcie znalazłem numer, ręce mi się trzęsły i kompletnie zaschło mi w gardle.
    Nie pozwoliłem sobie na przerwę, nie chciałem za dużo myśleć.
    Włożyłem kabel do gniazdka, wystukałem numer.
    Gdy ktoś odebrał, szepnąłem:
    – Pomocy. Błagam, pomóż mi.
    Potem odłożyłem słuchawkę i rozpłakałem się.

31

    „Pająki to prawdziwi eksperci w sztuce zabijania za pomocą trucizny.
    Pająk wydziela jad poprzez zęby jadowe przypominające wyglądem zakrzywione szpony”.
    (Christine Morley, Freaky Facts About Spiders, 2007)

    – Co się stało z twoimi rodzicami? – spytał chłopiec. Siedział z nią na ganku przed domem i popijał lemoniadę w proszku. Odkąd zjawił się krótko po szóstej rano, prawie cały czas pracował. Wpuściła go bez słowa, nakarmiła i porozmawiała.
    Nie wspomniał nic o ostatnim spotkaniu, ona też nie miała ochoty do tego wracać. Tak samo postąpiła z Melem, kiedy wczoraj po południu zadzwonił do jej drzwi, niosąc pudło wypełnione świeżą kiełbasą, jajkami i kartonami soku pomarańczowego. Wręczył je bez słowa, Rita tylko podziękowała skinieniem głowy, a potem każde poszło w swoją stronę.
    Czasami tak jest prościej.
    Zauważyła, że chłopiec jakoś sztywno się porusza, kiedy pomagał jej zwijać dywany i wynosić je na zewnątrz do wytrzepania. Chyba bolały go żebra, a od czasu do czasu pocierał też plecy. Ona nie pytała, on sam też nic nie mówił. Tak im upływał ten szary, zimny dzień. Aż tu nagle te pytania.
    – Umarli – odpowiedziała Rita. – Dawno temu.
    – A jak umarli?
    Wzruszyła ramionami.
    – Ze starości. Każdy w końcu umiera.
    – Ciocia też jest stara.
    Zaśmiała się.
    – Boisz się, że kopnę w kalendarz? Stracisz towarzystwo do śniadania? Nie martw się. Jeszcze mi nie spieszno na tamten świat.
    Chłopiec jednak bacznie jej się przyglądał.
    – Ja też miałem rodziców – rzekł znienacka.
    Rita przestała się śmiać i wygładziła poły zielonej flanelowej koszuli w kratę, należącej niegdyś do Josepha, która sięgała jej prawie do kolan.
    – Ach tak.
    – Też umarli.
    – Przykro mi.
    – Ale nie wiem, jak. Najpierw byli, a potem któregoś dnia zniknęli. Tak po prostu. Moja siostra też. Ona była mała, ciągle za mną łaziła i chciała się bawić. Byłem dla niej niedobry. Na przykład mówiłem, że bawimy się w chowanego, a potem wcale jej nie szukałem, tylko szedłem się bawić sam. Wtedy ona zaczynała ryczeć, ja mówiłem, że jest beksa i mama się na mnie złościła.
    – Mój starszy brat też taki był.
    – Niegrzeczny? I też go mama i tata odesłali, żeby zamieszkał z innymi niegrzecznymi chłopcami?
    – Wszyscy go kochaliśmy, ale wyjechał na wojnę i zginął. Synu, rodzeństwo często się ze sobą kłóci, ale tak naprawdę bardzo się kocha.
    – Ja kiedyś oddałem siostrze misia, którego dostałem na urodziny – szepnął chłopiec. – Wiedziałem, że się ucieszy.
    – I ucieszyła się?
    – Chyba tak. Czasami ciężko mi sobie coś przypomnieć. Próbuję i próbuję, ale wszystko mi się plącze w głowie. Na przykład jakie lody najbardziej lubiłem. Chyba czekoladowe, ale to było tak dawno… A może waniliowe? Czy ktoś może nam odebrać smak ulubionych lodów? Nie rozumiem tego.
    – Co się stało z twoją siostrzyczką?
    Wzruszył ramionami.
    – Nie wiem, chyba umarła. Wszyscy umarli. On tak mówi.
    Rita instynktownie poczuła, że wkraczają na niebezpieczny grunt. Kiedy poznała tego chłopca, przyjęła, że ma „skomplikowaną sytuację rodzinną”. Takiego sformułowania używali w jej czasach pracownicy opieki społecznej. „To dziecko ma skomplikowaną sytuację rodzinną”.
    Ostatnio jednak zaczęło ją to intrygować.
    – A gdy twoi rodzice jeszcze żyli, też mieszkaliście tutaj?
    Chłopiec zmarszczył brwi.
    – Tutaj, czyli gdzie?
    – W Dahlonedze, w górach Blue Ridge w Georgii. Czy tu się urodziłeś?
    Tak długo milczał, że już nie liczyła na odpowiedź. Ale potem powoli pokręcił głową.
    – W Macon. Macon Bacon*, jak zawsze mówił tato, kiedy jechaliśmy autostradą. „Macon Bacon – królestwo kurczaków”. I śmiał się. On też lubił bekon. I jajecznicę na śniadanie. Myślisz, że dlatego umarł? Od jedzenia jajek i bekonu?
    * Bacon – ang. bekon, boczek (przyp. tłum.).
    Patrzył na nią niewinnymi oczami i przez to wydawał się jeszcze mniejszy, jeszcze bardziej bezbronny. Znów naszły ją wątpliwości, czy dobrze robi. Wtedy spostrzegła swego brata Josepha, który biegał po podwórku i huśtał się na najniższej gałęzi starego dębu, jak to zwykł robić w dzieciństwie.
    Joseph na tamtym świecie był wiecznie młody. Rita nie wiedziała, czy to dlatego że młodo umarł, czy po prostu duszom pozwala się dokonać wyboru. Sama była już zmęczona życiem. Miała dość uporczywego bólu stawów i chłodu zimowego poranka przenikającego do kości jej pomarszczone ciało. Domyślała się, że zostało jej niewiele czasu. Tym bardziej musiała go mądrze wykorzystać.
    – Masz jeszcze jakąś rodzinę? Ktoś się tobą zaopiekował po śmierci rodziców?
    Chłopiec przyjrzał się jej ciekawie, wydawał się niemal zdumiony.
    – Odwiedziła cię pani z opieki społecznej? – drążyła Rita. – Tłumaczyła, co to rodzina zastępcza i że zamieszkasz teraz w nowym domu?
    – Co to jest rodzina zastępcza? – spytał.
    Rita na moment znieruchomiała. Setki myśli przebiegały jej przez głowę. Skoro chłopak nie mieszka ani z własnymi, ani z przybranymi rodzicami, nie ma krewnych… Pożałowała, że tak rzadko wychodziła z domu i nie zna dobrze sąsiadów. Chętnie by ich teraz spytała, co wiedzą o domu na wzgórzu, kim jest mężczyzna, który w nim mieszka, kiedy zaczęli widywać tego chłopca… Bo tu już nie chodziło jedynie o skomplikowaną sytuację rodzinną. Była tego pewna. Miała do czynienia z czymś o wiele poważniejszym, o wiele bardziej ponurym.
    – Kto z tobą mieszka, synu? – zapytała cicho.
    Chłopiec potrząsnął głową.
    – Starej babie możesz powiedzieć. My najlepiej potrafimy dochować tajemnicy.
    Nie chciał na nią patrzeć, wbił wzrok w ziemię.
    – Nie mogę dłużej rozmawiać – wyszeptał.
    – Powiedz, jak masz na imię.
    Znów potrząsnął głową.
    – Kiedy masz urodziny?
    – Nie mam. Obchodzimy tylko dzień, od kiedy zaczynamy do niego należeć.
    – Mieszka z wami ktoś jeszcze? Dzieci, dorośli, zwierzęta? Opowiedz mi o nich, nie będę osądzać.
    Chłopiec wpatrywał się w pustą szklankę po lemoniadzie, potem przyglądał się kształtom tralek w balustradzie na ganku. Rita bujała się w fotelu, obserwując gromadzące się na horyzoncie ciemne chmury, czując naelektryzowane powietrze zapowiadające nieuchronną burzę. Chciałaby wyciągnąć od niego więcej, ale wolała nie naciskać. Dzieci nie można zmuszać do zwierzeń. Trzeba się uzbroić w cierpliwość, a same przyjdą.
    – On cię zabije – powiedział chłopiec.
    Machnęła ręką.
    – Nonsens. Umrę, kiedy będę na to gotowa, ani minuty wcześniej.
    – Ty go nie znasz. On zawsze dostaje to, czego chce. Zawsze.
    Zerwał się wiatr i zaciął deszczem, przynosząc zapach sosnowego lasu. Rita usłyszała w oddali grzmot, a zaraz po nim trzask pioruna. Zapowiadała się gwałtowna burza. Taka, co wstrząsa domem aż po fundamenty.
    Chłopiec wstał.
    – Pójdę już.
    – Nie ma mowy. Zostaniesz u mnie na noc.
    – Zaraz będzie lało – upierał się chłopiec. – Muszę wracać.
    – Zostaniesz na noc.
    – Ale…
    – Siadaj!
    Chłopak zbladł pod wpływem jej stanowczego tonu. Wystraszony opadł z powrotem na krzesło.
    – Jeśli nie chcesz ze mną rozmawiać, twoja sprawa – powiedziała Rita, kołysząc się zamaszyście – ale do tamtego domu nie wrócisz. Sumienie nie pozwala mi cię tam odesłać, a to już jest moja sprawa.
    – Ale on się wścieknie, a jego nie wolno drażnić.
    – Gadanie. W moim wieku, cóż mi może zrobić jakiś człowiek? Najwyżej to, co i tak niedługo mnie czeka. Jeśli się wścieknie, niech przyjdzie do mnie osobiście, bo mam mu parę rzeczy do powiedzenia!
    Zakończyła buntowniczo i z tupnięciem wstała z fotela. Ani ona, ani chłopiec nie byli aż tak naiwni. Wiadomo, że jeśli „opiekun” Scotta zjawi się pod jej drzwiami, to nie po to, żeby porozmawiać.
    – Ciociu…
    – Dziecko, mam zadzwonić na policję?
    – Nie!!! – krzyknął w panice chłopiec. Rita zrozumiała, że jeśli teraz podniesie słuchawkę, chłopak ucieknie.
    – Czyli załatwione – powiedziała. – Zostajesz u mnie. Ugotujemy sobie gulasz i wypijemy po kubku ciepłego kakao. Zaszyjemy się w najdalszym kącie i będziemy patrzeć, jak za oknem rozpętuje się piekło. To najlepszy sposób na spędzenie burzowej nocy.
    Chłopiec patrzył na nią szeroko otwartymi oczami, w których było coś, czego przedtem nie widziała: lęk, nadzieja, tęsknota. Otworzył usta. Myślała, że będzie protestował albo zeskoczy z ganku i pobiegnie na wzgórze.
    Ale on zamknął usta i wyprostował plecy. Nie było po nim widać ulgi ani zadowolenia. Wyglądał raczej jak żołnierz, którzy z rezygnacją godzi się iść na wojnę.
    Rita wprowadziła go do środka. Poszedł prosto do kuchni, a ona została, żeby pozamykać drzwi. Na podjazd spadły pierwsze wielkie krople deszczu. Zasunęła dopiero co zamocowany łańcuch, udając, że nie dostrzega zapadającej na zewnątrz ciemności ani palących się świateł w domu na wzgórzu.

32

    „W ciągu dnia pustelniki brunatne zazwyczaj chowają się w ciemnych, ustronnych miejscach”. (Michael F. Potter, entomolog, Brown Recluse Spider, Wydział Rolniczy Uniwersytetu Kentucky)

    Rano czekała na Kimberly seria złych wiadomości. Kierownik Smith House znalazł aż czterdzieści pięć wchodzących w grę rachunków. Na popołudnie zapowiadali burzę. Szef dzwonił z pytaniem, dlaczego nie było jej na wczorajszym zebraniu Wydziału.
    Do tego Mac nie oddzwonił.
    Starała się podejść do tego ze spokojem. Przede wszystkim niech skserują dla nich te kwity z hotelu, to po powrocie przejrzy je z Salem. Ze względu na prognozę pogody trzeba będzie natychmiast wyruszyć do Suches. Szefowi zostawi wiadomość, że bada pewien bardzo ważny trop.
    O Macu starała się na razie nie myśleć. Przynajmniej w miarę możliwości.
    Wsiedli we czwórkę do samochodu Sala i pojechali w stronę Suches.
    Droga numer 60 wiła się nieskończoną liczbą zakrętów, wspinając się coraz wyżej i wyżej. Minęli kopalnię złota, parę budek sprzedających gotowane orzeszki ziemne i sporo drewnianych leśnych domków do wynajęcia. Po prawej stronie wznosiło się pasmo gór Blue Ridge porośnięte gęstwiną zieleni przetykaną szarymi skałami, a po lewej, zza pozornie cienkiej ściany strzelistych drzew, wyzierała rozległa dolina, której nie dało się objąć wzrokiem.
    Gdy wynurzyli się z tunelu drzew, na szybie rozprysły się pierwsze krople deszczu. Krajobraz się zmienił. Przestrzeń wypełniały teraz niekończące się pola podzielone białymi płotami i poznaczone czerwonymi stodołami. Dahlonega jest otulona górami, a Suches to wysunięty na północ odległy przyczółek. Nieliczne farmy. Obowiązkowe domy na kółkach. Zbyt dużo budynków zabitych deskami.
    Rzeczywiście łatwo je przeoczyć.
    Sal mknął drogą, gdy Rainie nagle zawołała, pokazując coś palcem:
    – Tam było napisane T. W. O.!
    – Czekajcie, jest i sklep Dale'a – dodała Kimberly, ale Sal akurat odwrócił głowę w lewo i przeoczył budynek po prawej.
    Skrzywił się, nadepnął hamulec, aż zarzuciło autem na śliskiej od deszczu nawierzchni, i w końcu zwolnił. Dojechali do małego budynku z kamienia – „Najmniejsza szkoła publiczna w Georgii!”, głosiła tablica – i zawrócili.
    Zaczęli od Dale'a. Zaparkowali przy stacji benzynowej, wysiedli i w strugach deszczu podbiegli do szklanych drzwi.
    W środku Kimberly zarejestrowała naraz trzy rzeczy: uderzenie gorącego powietrza, zapach domowego chili oraz całą wystawę jaskrawopomarańczowej odzieży myśliwskiej. Dale najwyraźniej oferował wszystkiego po trochu.
    – Czy ja dobrze czuję chili? – Sal już się znalazł przy ladzie. – Skoro już tu jesteśmy…
    W głębi sklepu stało kilka stolików. Usiedli przy nich i zaraz podszedł do nich starszy mężczyzna. Nie był to Dale, jak się dowiedzieli, lecz Ron. Dale wyszedł.
    Ron nie zagłębiał się w szczegóły, a po pełnym rezerwy spojrzeniu Kimberly poznała, że od razu uznał ich za obcych, którzy nie muszą o wszystkim wiedzieć. Przyjął zamówienie, przyniósł dania i z powrotem zajął się myciem stołów.
    Sal dopiero w połowie chili postanowił poruszyć temat. Ron wycierał stół tuż za nimi. Sal wyjął portret Dinchary i nonszalanckim tonem, używanym przez detektywów i aktorów telewizyjnych, zagadnął:
    – Kojarzy pan może tego człowieka?
    Ron nie był głupi. Spojrzał na wydruk, na Sala, potem znowu na wydruk, wzruszył ramionami i dalej spryskiwał blat płynem.
    – Jest poszukiwany – dodał z naciskiem Sal.
    Ron przerwał, pomyślał chwilę i wrócił do wycierania.
    – Mógł się pojawiać w towarzystwie nastoletniego chłopca – wtrąciła się Kimberly. – Może gdzieś tu mieszka?
    – Chłopców – poprawił ją Ron. – Widziałem go z dwoma. Jeden starszy, drugi młodszy. Nie byli zbyt rozmowni.
    – Wie pan, jak się nazywają?
    – Nie.
    – Tutejsi?
    – Nie, nie są stąd. Ale bywali często, szczególnie zeszłej jesieni. Widziałem ich chyba z dziesięć razy. Głównie tego mężczyznę, chłopcy czekali w samochodzie. Tylko raz mały chciał skorzystać z ubikacji, to go starszy przyprowadził. Cała trójka wyglądała dosyć podejrzanie, powiem szczerze, ale kim ja jestem, żeby oceniać. Robili swoje i wychodzili.
    Wszyscy przestali jeść i patrzyli na Rona, który ani na chwilę nie przerwał swojej pracy.
    – Może pan opisać tego chłopaka? – spytała Kimberly.
    Ron wzruszył ramionami.
    – Boja wiem, siedemnaście, może osiemnaście lat. Biały. Wzrostu jakieś metr sześćdziesiąt albo coś koło tego. Chudy strasznie. Miał na sobie wojskowe spodnie o dwa numery za duże, takie jakie teraz nosi młodzież. Cały czas trzymał ręce w kieszeni i chodził zgarbiony. Jak mówiłem, niewiele się odzywał. Przyprowadził tego małego, poczekał, a potem wyszedł.
    – A ten młodszy? Kolejne wzruszenie ramion.
    – Osiem, dziewięć lat, szatyn, obcięty na krótko. Opatulony w wielką bluzę od dresu i pomarańczową kamizelkę myśliwską. Raczej drobny, ale pod taką warstwą ubrań trudno ocenić. Facet miał na nogach solidne trapery, ale chłopcy chodzili w samych tenisówkach. Pamiętam, pomyślałem wtedy, że cud, jeśli sobie kostek nie skręcą. Ale wiecie, porządne buty kosztują, a dzieciaki szybko rosną… Zresztą nie wiem. Czasem widuję tu młodzież, która ma na sobie więcej forsy, niż ja zarabiam w miesiąc. A przyjeżdżają tylko raz w roku trochę się poszwendać po górach. Więc chyba różnie bywa.
    – Co mówił ten człowiek, kiedy tu przychodził? – dopytywał się Sal. – Kupował coś?
    Ron przerwał wycieranie i pogrzebał w pamięci.
    – Butelkę wody i batonik. Aha, i jeszcze świerszcze. Trzymamy je dla wędkarzy. Strasznie się ucieszył i kupił całe pudełko. Ale nie sądzę, żeby szedł na ryby, nie był do tego odpowiednio ubrany.
    – Pytał o konkretne szlaki turystyczne, wspominał, gdzie był, dokąd się wybiera?
    Ron znowu wzruszył ramionami.
    – Nie przypominam sobie.
    – Czy widział ich ktoś jeszcze oprócz pana?
    – O, tak. Jesienią mamy tu tłumy. Nie tak jak teraz. – Zabrzmiało to niemal przepraszająco.
    – Czym płacił?
    – Chyba gotówką, ale dlatego, że to była niewielka kwota.
    – Nie zauważył pan przypadkiem, jakim samochodem przyjechał? – Tym razem spytała Kimberly.
    – Nie, proszę pani. Duży ruch, to i człowiek nie ma czasu się rozglądać.
    – Czy komunikował się w jakiś sposób z chłopcami? – wtrącił się Quincy. – Mówił coś do nich, kiedy wchodzili do sklepu?
    – Hm, niewiele. Chłopcy weszli do środka – przerwał, usiłując sobie coś przypomnieć. – Starszy popatrzył na mężczyznę i powiedział „Chłopak chce się odlać. Co mam z nim zrobić?”, a potem zaprowadził go do łazienki. Mężczyzna nic nie mówił, ale był wkurzony. Chyba wolał, żeby czekali w samochodzie. Wiecie, jakie są dzieciaki.
    – Nie użył imienia? – zdziwił się Quincy. – Starszy powiedział o młodszym „chłopak”?
    – Tak zapamiętałem.
    – Czyli wynikałoby z tego, że nie są braćmi – mruknął Quincy. – Nastolatek dystansuje się od młodszego dziecka, uprzedmiotawia je. Ciekawe.
    – A pamięta pan, z której strony przyjechali? – zapytała Rainie. – Z południa czy z północy?
    – Nie, proszę pani.
    – Widywał ich pan zawsze o określonej porze dnia? Rano, po południu…?
    – Po południu, ale tylko dlatego, że to moja zmiana.
    Rainie pokiwała głową, ściągnęła usta. Wszyscy troje znów spojrzeli na Sala.
    – Myśli pan, że ktoś jeszcze mógłby nam udzielić informacji o tym człowieku? Musimy koniecznie znać jego nazwisko. Jest poszukiwany w bardzo ważnej sprawie.
    Ale Ron pokręcił głową.
    – Jak mówiłem, oni nie są stąd, tyle że często tu bywali na jesieni. Nawet jeszcze na początku grudnia. Prawdę mówiąc, tak dokładnie to nie pamiętam. Możecie popytać w T. W. O. Nawet turyści muszą czasem coś zjeść, a że tutaj nigdy nie kupował za wiele…
    – Jasne, popytamy. – Sal wręczył mu wizytówkę. – Jeśli coś się panu przypomni albo znowu ich pan zobaczy, proszę o telefon. Byłbym wdzięczny, gdyby pan nie rozpowiadał o naszej rozmowie. Chcemy odszukać tego mężczyznę, a nie spłoszyć.
    Ron wreszcie zauważył na wizytówce emblemat policji stanowej. Otworzył szerzej oczy, wsunął kartonik do kieszeni na piersi i przyklepał.
    – Chodzi o narkotyki? Kiedyś jedyne, co można było dostać w tych górach, to bimber, a teraz wszędzie tylko prochy i prochy. Do czego to dojdzie.
    – Ten człowiek może być groźny – ostrzegł Sal. – Jeśli go pan znowu spotka, proszę się do niego nie odzywać, tylko od razu do nas zadzwonić, a my już się wszystkim zajmiemy.
    Zjedli lunch. Kimberly kupiła sobie sześciopak puddingu, Rainie uzbroiła się w snickersa, Quincy dokończył kawę i ruszyli w drogę.
    Kierownik motelu Two Wheels Only nie rozpoznał twarzy z portretu ani nie przypominał sobie mężczyzny w bejsbolówce w towarzystwie dwóch chłopców. T. W. O. nastawiony był głównie na motocyklistów, ale to nie znaczy, że nie prowadził innej drobnej działalności. Z tym że na mniejszą skalę. Kierownik obiecał, że będzie miał oczy szeroko otwarte.
    Lało jak z cebra. Przebiegli po kałużach przez parking i wsiedli do auta. Wyczerpawszy wszystkie możliwości w tej tętniącej życiem metropolii, nie mieli innego wyboru, jak wrócić do Dahlonegi.
    Jechali w milczeniu. Wycieraczki pracowały na najwyższych obrotach, silny wiatr kołysał samochodem.
    Kimberly cały czas obserwowała lasy. Wysokie drzewa, gęste podszycie, prawie nie do przebycia. Zastanawiała się, gdzie jest teraz Ginny Jones. Czy zaszyła się w jakimś bezpiecznym miejscu, gdzie w spokoju może dbać o rozwijające się w niej nowe życie, czy nawet teraz przemyka przerażona bocznymi uliczkami, uciekając przez grożącym jej niebezpieczeństwem.
    – Czekajcie! – zawołała Kimberly.
    Sal trochę za mocno nacisnął hamulec. Samochód wpadł w poślizg i zjechał niebezpiecznie blisko środkowej linii.
    – Co ty wyprawiasz, do cholery? – zaczął Sal.
    – Zawracaj, zawracaj. Tam była leśna droga. Skręćmy w nią.
    Sal zatrzymał auto i spojrzał na Kimberly jak na wariatkę.
    – Nie wiem, czy zauważyłaś, ale leje deszcz.
    – Wiem, wiem. Tylko kawałek. Co innego mamy do roboty?
    – Na pewno coś lepszego niż grzęźniecie w błocie.
    – Sal, on jeździł tymi drogami. A skoro tak, powinniśmy chociaż rzucić okiem. No chodź, nie będziemy się daleko zapuszczać.
    – Jesteśmy w Suches – mruknął. – Czy może być jeszcze dalej?
    Znów na nią spojrzał, ale widząc, że Rainie i Quincy nie protestują, wrzucił bieg, zawrócił, wykorzystując pusty pas jezdni, i skręcił w prawo.
    Początek drogi był wyasfaltowany, co zdziwiło Kimberly. Nie tego się spodziewała. Zaskoczyła ją także liczba domów mieszkalnych usadowionych na wzgórzach pośród gęstych krzewów kalmii. Ale już kilometr dalej zaczął się żwir, a las zdawał się wygrywać wojnę z cywilizacją. Krążyli między drzewami, podmyta ziemia powoli zapadała się pod kołami, a po bokach deszcz tworzył rwące, błotniste strumienie.
    Dotarli do zawrotki. Kimberly kazała Salowi stanąć, a potem, nim zdążył zareagować, pchnęła drzwi i wyskoczyła wprost w strugi deszczu. Jak przez mgłę słyszała protesty Sala i dźwięk otwieranych drzwi: Rainie i Quincy dołączyli do niej w tym szaleństwie.
    Nawet na nich nie spojrzała, nie odezwała się słowem. Nie musiała. Oni żyli w tym samym świecie co ona. Świecie, w którym potwory istnieją naprawdę, a dobrym ludziom dzieje się krzywda i albo można dać się temu przytłoczyć, albo postarać się coś z tym zrobić. Odkąd tylko pamięta, ona i jej ojciec ścigali widmo śmierci. Były to prawdopodobnie jedyne chwile, kiedy oboje czuli, że żyją.
    Nagle gdzieś w tyle głowy przemknęła jej myśl, że powinien być z nimi Mac. Zawsze działali we czwórkę: on, ona, jej ojciec i Rainie. Zatęskniła za nim.
    – On się myli – szepnęła do siebie, rozglądając się po drzewach.
    – Kto? – spytał Sal. Stał przed nią, mokre włosy oblepiały mu twarz. Miał wściekłą minę. W innej sytuacji nawet mogłaby się go wystraszyć, ale ona znała ten rodzaj gniewu. Wiedziała, jak to jest, kiedy robisz wszystko co w twojej mocy i nagle sobie uświadamiasz, że to i tak za mało.
    – Ron. Dinchara i chłopcy muszą być stąd. Sam mówił, że nie robią większych zakupów, więc muszą być dobrze zaopatrzeni.
    – Kimberly, jest zimno, pada deszcz. Przemokłem do suchej nitki. Nie wiem, co ty kombinujesz, ale proszę cię, przestań mnie wkurzać.
    – To kwestia logistyki – stwierdziła, przyglądając się wąskiej błotnistej drodze, smukłym szkieletom drzew i otaczającym je kępom krzewów. Deszcz przylepił jej włosy do głowy, bluzka kompletnie przemokła. Nie przejmowała się tym. Deszcz był nieważny. Błoto było nieważne. Liczył się tylko las.
    – Zabić jest łatwo – powiedziała. – Gorzej z pozbyciem się ciała. W dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach właśnie przy tym mordercy popełniają błąd. A my szukamy faceta, który zrobił to nie raz, a prawdopodobnie kilkanaście razy. Co to znaczy? Że ma doskonale opracowaną logistykę.
    Przeszła na skraj lasu, gdzie rosły paprocie tak wysokie, że sięgały jej do pół uda. Zaczęła odliczać na palcach.
    – Po pierwsze: gdzie najlepiej ukryć zwłoki?
    – W lesie – podpowiedział Sal, mniej wkurzony, bardziej zaciekawiony.
    – Słusznie. Po drugie: jak je przetransportować?
    – Na przykład takim SUV-em jak jego. Z tyłu jest pełno miejsca.
    – Dopóki nie dotrzesz tutaj – zaznaczyła, wskazując na otaczające ich brązowo zielone bajoro. – Co wtedy?
    Sal kiwnął głową, zdając się wciągać w jej tok rozumowania, mimo że strugi wody spływały mu po karku, a jego szary garnitur zrobił się czarny.
    – Jest późna noc albo tuż nad ranem, pora, gdy istnieje mniejsze ryzyko, że ktoś go zobaczy. Szuka ustronnego miejsca, więc wybiera jedną z dróg używaną przez leśników i zapuszcza się w głąb lasu. Potem staje, wyjmuje ciało z bagażnika i… wrzuca do wąwozu?
    – Strażnik leśny by je znalazł – natychmiast zauważył Quincy. Stał trochę z boku, gdzie wszystko słyszał, ale miał dość przestrzeni na formułowanie własnych hipotez. Był w tym dobry. Jeśli nie najlepszy. – Z drogi byłoby widać zdeptaną trawę, nawet połamane gałązki. Strażnika by zaciekawiło, co to za jeleń, niedźwiedź czy ryś tamtędy przechodził. I poszedłby sprawdzić. Raz czy dwa może by się mordercy upiekło, ale kilkanaście razy? Prędzej czy później ktoś by coś zauważył, zwłaszcza że w szczycie sezonu na drogach i w lasach jest spory ruch.
    – Czyli zanosi je jak najdalej od drogi – powiedział Sal.
    – Zwłoki są ciężkie – zauważyła Kimberly. – Dorosła kobieta waży co najmniej pięćdziesiąt kilo. Nawet jeśli ją zarzucić na plecy, to spory ciężar.
    – Schodzi w dół wąwozu? – zgadywał Sal.
    I znów Quincy pokręcił głową.
    – Wszystko co porzucisz na dole, będzie widoczne z góry, zwłaszcza zimą, kiedy nie ma liści. To popularna okolica wśród myśliwych, turystów i wędkarzy, co znaczy, że po tych lasach kręci się dużo osób, nawet w miejscach, które wydawałyby się niedostępne. Najpewniejsze są tereny położone wysoko, powyżej szlaków, tam, gdzie rzadko kto zagląda.
    Sal spojrzał na towarzyszy.
    – Nie rozumiem.
    – Ktoś mu pomaga – powiedziała Kimberly. – Stawiałabym na starszego z chłopców. Nie sądzę, żeby brał udział w samym akcie zabójstwa, na nagraniu nie słychać innych osób, ale przynajmniej pomaga mu w pozbyciu się ciał. Samotny mężczyzna kręcący się po lesie późno w nocy może wzbudzać podejrzenia, ale już ojciec z synem…
    – Mogli na przykład przyjechać na biwak – dodał Sal.
    – To tłumaczy wielki tobołek, który dźwigają na plecach albo ciągną za sobą.
    – Jasny gwint – jęknął Sal i zakrył dłońmi oczy.
    – Musiało im to zajmować parę godzin – wtrąciła Rainie. – Potrzebne były narzędzia: łopata, kilof, sznur, worki. Poza tym jedzenie, woda, apteczka, kompas, takie podstawowe rzeczy. Kimberly ma rację, Dinchara musi być dobrze zaopatrzony. A skoro nie kupuje nic na miejscu, na pewno ma tu gdzieś bazę.
    – Młodszy chłopak… – mruknęła Kimberly.
    – No właśnie – podchwyciła Rainie. – Kelnerka w Smith House nigdy go nie widziała, więc pewnie go gdzieś zostawiali. Może jest za mały, tylko by im przeszkadzał. Dinchara z nastolatkiem sami jechali dokończyć brudną robotę.
    – Nie ma szans, on musi mieć tu w pobliżu dom. Być może dziewczyny jeszcze żyły, gdy je tu przywoził. Wyobraźcie sobie taką leśną chatkę, jakie mijaliśmy po drodze. Schowana w samym środku lasu. Nawet gdyby dziewczyna całą noc wołała o pomoc albo nawet zdołała uciec, kto by ją usłyszał? Dokąd miałaby pójść? Taki dom rozwiązuje wiele problemów.
    – Można by sprawdzić rejestry podatkowe – zaproponował Sal. – Znaleźć wszystkie osoby, które w ciągu ostatnich pięciu lat kupiły domy w okolicach Dahlonegi i Suches. Potem zestawić dane z rachunkami ze Smith House i już.
    – I sprawdzajcie oferty pracy – dorzucił Quincy. – Jeżeli już długo tu siedzą, Dinchara w końcu będzie potrzebował forsy. Nie wiem jak teraz, ale za moich czasów pięćdziesiąt procent zarobków jednej prostytutki to nie było znowu tak dużo, więc albo zatrudnia ich więcej, a wy jeszcze o nich nie wiecie, albo ma inne źródło dochodu. Z tego co o nim wiemy, mógłby być znakomitym przewodnikiem albo…
    Wszyscy wpadli na to jednocześnie.
    – Strażnikiem leśnym!
    – To by mu dało wiedzę o wszystkich ukrytych drogach w górach Blue Ridge i dostęp do nich, a nawet gotową przykrywkę w razie wpadki. Nie mówiąc o tym, że zawsze miałby aktualne informacje, kto i kiedy przeprowadza obchód w okolicy, gdzie ukrył zwłoki. Zdążyłby je wtedy usunąć, może nawet skierować strażników w inne miejsce.
    – O Boże. Już nigdy nie pójdę w góry – westchnął Sal.
    – Trzeba by jutro odwiedzić te stawy hodowlane – powiedziała Kimberly.
    – Dobra.
    – Pojechać do urzędu miasta po dane z ewidencji gruntów i umówić się z kimś z zarządu parku Chattahoochee.
    – Tak, tak.
    Rainie cały czas krążyła w miejscu, gdzie kończyła się droga i zaczynał las.
    – Wiecie, co mnie zastanawia? Wszystkie oczy zwróciły się ku niej.
    – Mamy luty. Liście z drzew opadły, a tu ciągle nie widać dalej niż na metr. Zobaczcie na te krzaki kelmii, są wielkości małego domu. Poza tym trawa, porozrzucane kłody drewna, zagajniki sosnowe. W każdym innym lesie byłoby widać przez te drzewa na dobre dwadzieścia, trzydzieści metrów, ale nie tutaj. Niby wychowałam się w lesie, ale i tak ciarki mnie przechodzą.
    – I dlatego proponowałbym się stąd zmyć – mruknął Sal, obciągając przemoczone klapy marynarki. – Wracajmy do samochodu.
    – Dobra – zgodziła się Kimberly – ale następny przystanek to Wal-Mart. Przemokliśmy do suchej nitki, w czym jutro będziemy chodzić?
    – Zostajemy na jeszcze jedną noc? – jęknął Sal.
    – Masz lepszy pomysł?
    Pojechali do WalMartu.

33

    „Dla zrekompensowania swoich ułomności pająki w toku ewolucji wypracowały szereg rodzajów broni, taktyk oraz dziwacznych mutacji, które przywodzą na myśl miniaturową bandę superłotrów”.
    (Burkhard Bilger, Spider Woman, „New Yorker”, 5 marca 2007)

    Mac zadzwonił do niej zaraz po kolacji. Kimberly akurat wróciła do swego pokoju w hotelu Smith House, pierwszy raz w życiu doceniając genialny wynalazek, jakim są spodnie na gumce. Wchłonęła prawie całego kurczaka, z pół kilo okry i dwie porcje sernika, a wciąż czuła luz, kiedy mały McCormack rozpoczął cowieczorną zabawę w kopanie maminej śledziony.
    Rainie i Quincy poszli już spać, ale Kimberly była spięta i podminowana, jak zawsze gdy śledztwo zaczynało nabierać rumieńców i widziała już światełko w tunelu. Jej pokój był dość spory, urządzony na poddaszu, miał kształt litery L, idealnie się nadawał na nerwowe przechadzki. Krążyła od łóżka do biurka i z powrotem, głaszcząc nabrzmiały brzuch, a w jej głowie kotłowały się tysiące myśli. Jeżeli rewirem polowań Dinchary było Sandy Springs, to Dahlonega stanowiła jego kryjówkę. Lada dzień wszystko się rozwiąże; przejrzą odpowiednie dokumenty, przesłuchają odpowiednie osoby i ostatni element układanki wskoczy na swoje miejsce. Znajdą Ginny Jones, zaginione dziewczęta i samego Dincharę. Nareszcie…
    Zadzwonił telefon, wyświetlając numer Maca. Stanęła w miejscu, czując nerwowy skurcz żołądka. Tak ją to wkurzyło, że porwała komórkę i warknęła do słuchawki:
    – Kimberly.
    Usłyszała trzaski, potem potrójne kliknięcie i buczący pogłos. -To ja.
    – Cześć, kochanie.
    – Gdzie jesteś?
    – Wciąż w Dahlonedze. Rano mamy jeszcze kilka wizyt do odbębnienia.
    – … pogoda?
    – Leje jak z cebra, a u was?
    – … lecieć… zadanie specjalne… jutro rano…
    – Co mówisz? Fatalnie cię słyszę. Może przejdziesz w inne miejsce?
    Zdawało jej się, że słyszy chrzęst żwiru pod butami i męskie głosy w tle, jakby wykrzykujące rozkazy. Wreszcie skojarzyła. Późna godzina, zadanie specjalne. Prawdopodobnie Mac z ekipą Wydziału Antynarkotykowego przygotowują się do akcji rozbicia jakiejś nielegalnej wytwórni metamfetaminy. A zadzwonił teraz dlatego, że tak właśnie robią małżonkowie na chwilę przed założeniem kamizelki kuloodpornej i wyruszeniem na akcję. Ostatni raz dzwonią do domu, żeby pozamykać sprawy osobiste. Tak na wszelki wypadek.
    Dziecko znów się poruszyło. Przysiadła na krawędzi łóżka.
    – Gdzie? – wyszeptała.
    – Nie mogę… dzieć… rano.
    – SWAT też będzie?
    – Wszyscy… mobilizacja.
    – Mac… – Teraz powinna coś powiedzieć. Cokolwiek. Ale za Boga nie wiedziała co. W jednej chwili boleśnie uzmysłowiła sobie dystans, jaki między nimi narósł, te wszystkie pytania pozostawione bez odpowiedzi, nieprzerwane chwile milczenia.
    Ileż by dala, żeby być teraz w domu. Jakoś nie w porządku było załatwiać to przez telefon. Powinni siedzieć razem, przytuleni do siebie w ten sposób, aby on mógł czuć ruchy dziecka. Aby mógł szepnąć jej do ucha, że ją kocha, a ona poczuć na szyi muśnięcie jego oddechu, gdy będzie jej kładł dłoń na swoim sercu. Życie może się zmienić w jednej sekundzie. Ukochana osoba może wyjść z domu i nigdy nie wrócić. Dobrze o tym wiedziała. Dwa razy w roku jeździła odwiedzić groby, aby pokazać, że pamięta i nigdy nie zapomni.
    – Uważaj na siebie – szepnęła.
    – … wiście.
    – Zadzwonisz?
    – Spróbu… jutro… domu?
    – Chyba dopiero po południu. Musimy jeszcze pojechać do przedsiębiorstwa rybnego i przejrzeć trochę dokumentów.
    – … czujesz?
    – Dziecko ma się świetnie. Jest coraz silniejsze, bo zrobiło się strasznie ruchliwe. Aha, i jest mięsożerne. W końcu mogłam zjeść kawałek kurczaka.
    Chichot Maca zanikał w słuchawce. Połączenie było fatalne, ale przez moment poczuła, jakby mąż był obok. Prawie widziała jego zmarszczki wokół oczu i wygięte w uśmiechu usta.
    – Kocham cię – powiedziała.
    – … ciebie też.
    Nagle coś piknęło i rozmowa się urwała. Kimberly nie próbowała się połączyć po raz drugi. Mac musi zrobić, co do niego należy. Ona zaś…
    Siedziała sama w hotelowym pokoju i zastanawiała się, dlaczego, skoro tak kocha swego męża, wydaje jej się taki odległy. W którym momencie dystans między mężem i żoną przestaje być tylko pewnym etapem w małżeństwie, a staje się całkiem nowym stanem wszechświata? I co ma z tym zrobić osoba tak uparta i zawzięta jak ona?
    Dziecko znów się poruszyło. Kimberly pogłaskała brzuch, wsłuchując się w wycie wiatru hulającego po parkingu i stukającego w okna.
    Otuliła się płaszczem i wyszła.
    Sal siedział w kącie ganku pod daszkiem, schowany przed wiatrem, i patrzył jak miotane nim strugi deszczu tańczą wokół latarni. Kimberly bez pytania przysiadła się do niego, wmawiając sobie, że wcale go specjalnie nie szukała. Nie w tym celu wyszła z pokoju. Nie on stanowił problem.
    Sal chyba nie był w nastroju do rozmów. Obserwował burzę z twarzą zastygłą w tym samym wyrazie ponurego zamyślenia, który widziała u niego już wcześniej. Myśli zabrały go w jakieś bardzo nieprzyjemne miejsce. Ciekawe, jak długo tam przebywał.
    – Zjadłaś kurczaka – odezwał się. – Myślałem, że dziecko nie lubi mięsa.
    Kimberly wzruszyła ramionami.
    – Zmieniło zdanie. Kolejny dowód, że to dziewczynka.
    W końcu odwrócił się do niej, jego wzrok spoczął na jej brzuchu.
    – Denerwujesz się?
    – Tak.
    – Wrócisz do pracy po porodzie?
    – Taki mam zamiar.
    Przyjrzał się jej uważniej.
    – Myślisz, że macierzyństwo w jakiś sposób cię zmieni? No, nie wiem, wyobraź sobie, że dostajesz pierwsze wezwanie do zabójstwa dziecka. Albo w sprawie o molestowanie, porwanie, handel żywym towarem, podpalenie czy cokolwiek z tego gówna, które dotyka i niszczy życie młodych ludzi. Nie będzie ci trudno?
    – Podziękuję Bogu, że to nie mnie się przytrafiło.
    – To za mało. Pracujesz w ERT, prawda? Jeździsz oglądać zwłoki. A potem co, wracasz do domu, do małej Janey, i udajesz, że możesz zmyć z siebie ten smród albo wymazać z pamięci ten widok?
    – Teraz też to robię.
    – Ale nie mała Janey.
    – Dlaczego taka cudowna rzecz jak dziecko, potencjalne źródło radości, miałoby sprawić, że reszta świata nagle stanie się nie do zniesienia?
    Skrzywił się, najwyraźniej nie spodziewając się takiego argumentu. Po chwili milczenia, kiedy nie udało mu się wymyślić riposty, wrócił do obserwowania burzy. A po kolejnej chwili Kimberly chwyciła jego dłoń i przyłożyła do brzucha akurat w chwili, gdy małe gwałtownie się poruszyło.
    Sal cofnął rękę jak oparzony, wyprostował się.
    – O kurczę.
    – Ma krzepę, co? – zaśmiała się Kimberly.
    – Kogo ty tam nosisz, przyszłą Mię Hamm*?
    – Kto wie – wzruszyła ramionami. – Jak dorośnie, pozwolę jej zostać, kim zechce. Uważam, że to podstawa. Sal, spotkałeś się kiedyś z pojęciem „banalności zła”?
    * Mia Hamm – utytułowana amerykańska piłkarka (przyp. tłum.).
    – Banalność zła?
    – Tak. Jeden psycholog przeprowadził eksperyment. Wziął grupę inteligentnych młodych ludzi znanych z wysokich standardów moralnych i zamknął ich w takim więzieniu na niby. Część miała odgrywać role więźniów, inni strażników. Wszystko miało jak najbardziej przypominać rzeczywistą sytuację, więc w ramach zajęć „strażnicy” aresztowali „więźniów” i tak dalej. Eksperyment miał trwać kilka tygodni. Jeśli dobrze pamiętam, profesor musiał go przerwać już po trzech dniach, ponieważ niby-więźniowie zaczęli mieć objawy załamania nerwowego z powodu autentycznej przemocy, jakiej doświadczali od „strażników”. Byli rozbierani do naga, poniżani, a nawet wykorzystywani seksualnie. I to przez normalnych młodych mężczyzn, którzy w życiu nic nie przeskrobali. Czyli nawet dobrzy ludzie są zdolni do robienia złych rzeczy, jeśli myślą, że im wolno. Banalność zła.
    – Mówisz o nazistach – mruknął Sal.
    – Mówię o naturze człowieka. O tym, że każdy ma w sobie zdolność czynienia zła. Niektórzy nigdy jej nie wykorzystają, inni z całą świadomością, a jeszcze inni tylko w sprzyjających okolicznościach. Przez dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat będą przykładnymi obywatelami, ale w czterdziestym pierwszym roku…
    – To mnie teraz pocieszyłaś.
    Wzruszyła ramionami.
    – Wcale nie miałam zamiaru. Takie są fakty. A to, że za chwilę zostanę matką, nie znaczy, że nagle wsadzę głowę w piasek. Świat jest okrutny. Ludzie są źli. Bestie czyhają pod łóżkiem albo, nie czarujmy się, w sypialni tatusia w głębi korytarza. Ale wiesz co?
    – Myślisz, że jeżeli teraz się zabiję, to mi trochę ulży?
    – Za banalnością zła idzie coś jeszcze: banalność heroizmu.
    Sal jęknął.
    – Błagam, tylko nie zaczynaj o Supermanie…
    – Nie, chodzi mi o coś wręcz przeciwnego. O zwykłego przeciętnego człowieka, który pewnego dnia, gdy nadarza się okoliczność, staje się bohaterem. Pasażer w metrze zeskakujący z peronu, żeby pomóc innemu, który spadł na tory. Kobieta w sklepie, która mało, że zauważa zasmuconą dziewczynkę, to jeszcze dzwoni na policję. Dla każdego aktu okrucieństwa istnieje równoważny i przeciwstawny mu akt bohaterstwa. To też cecha ludzkiej natury.
    – Zamordowali ci matkę i siostrę, więc chcesz ocalić resztę świata?
    – Sal, nie musisz mi przypominać historii mojego życia. Wiem, kim jestem.
    Zaczerwienił się. Odwrócił wzrok, ale nadal nerwowo przebierał rękami.
    – Ja nie zrezygnuję, Mac. To nie w moim stylu.
    – Powiedziałaś do mnie: Mac.
    – No co ty… – Teraz ona się zarumieniła, zdając sobie nagle sprawę z lapsusu. Wszystko jej się mieszało, sama nie wiedziała, co robi. Powinna wrócić do pokoju. Powinna zrobić cokolwiek.
    A jednak się nie ruszyła. Wciąż siedziała obok Sala, zerkała na jego niespokojne dłonie i czuła bijące od niego przygnębienie.
    Wtedy pierwszy raz przyszło jej to do głowy – banalność zła.
    Czy nie to właśnie robi? Czeka na odpowiednią sposobność, żeby uczynić rzecz, o której wie, że nie powinna jej robić? Dotknąć twarzy Sala? Odwrócić jego głowę ku sobie? Odnaleźć ustami jego usta, ponieważ jest w nim coś, co odwołuje się do najgłębszych zakamarków jej duszy? Ból. Wściekłość. Dojmująca pustka wynikająca z tego, że kiedyś coś poszło nie tak i już nic nie można z tym zrobić, pozostaje tylko lizać rany.
    Pragnęła go, a przynajmniej ją pociągał. To ją zaskoczyło i wystraszyło zarazem. Przypomniała jej się inna teoria z psychologii, którą przerabiali na studiach: większość ludzi, żeby spieprzyć sobie życie, nie potrzebuje ingerencji z zewnątrz. Doskonale potrafią to zrobić sami.
    Sal odwrócił się do niej i uważnie jej się przyglądał. W ciemności z jego oczu nie dało się nic wyczytać. Kimberly wyczuwała tylko jego tłumione pożądanie.
    Wtem rozległ się huk błyskawicy, która na ułamek sekundy jasnym błyskiem rozświetliła kąt, w którym siedzieli. Kimberly zobaczyła twarz Sala rozpaloną fizycznym pragnieniem. Usłyszała też głos męża, który mówił, że rano będzie w domu. Po niebie przetoczył się grzmot. Sal nachylił się do niej, ale odsunęła głowę.
    – Wybacz, nie mogę – szepnęła.
    Wstała, zacisnęła dłonie w pięści i pośpiesznie odeszła.
    W pokoju było ciemno, kiedy otworzyła drzwi. Po omacku odszukała włącznik, nacisnęła, ale nie zadziałał. Weszła do środka, zamknęła za sobą drzwi i zaczęła się trząść w następstwie tego, czego o mały włos nie zrobiła. Przecież ona taka nie jest, nie robi takich rzeczy. Była istnym kłębkiem nerwów. Co się z nią dzieje, do licha?
    Doszła do łóżka i chciała włączyć lampkę nocną, lecz nagle usłyszała ostrzegawcze syczenie i zdała sobie sprawę, że nie jest sama.
    Coś dużego i czarnego przemknęło przez pościel. Odruchowo sięgnęła do kabury, ale przypomniała sobie, że idąc na kolację zostawiła broń w pokoju. Chwyciła lampę, cisnęła nią w stronę ciemnej sylwetki i odskoczyła do tyłu. Przywarła do ściany i zaczęła się wzdłuż niej przesuwać, aż uderzyła o biurko stojące po przeciwległej stronie. Wymacała drugą lampkę. Z końca pokoju dobiegło kolejne syknięcie.
    Włączyła światło i zobaczyła naraz dwie rzeczy: na poduszce stał, unosząc przednie odnóża, chyba największy i najobrzydliwszy pająk na świecie, a obok, jak gdyby nigdy nic, siedział sobie kilkunastoletni chłopak z pistoletem w dłoni.
    – Kim jesteś, do cholery? – zawołała Kimberly.
    Poniewczasie zerknęła na torbę ze sprzętem, gdzie schowała swojego glocka. Dzieliło ją od niej najwyżej osiem kroków, ale zanim rozpięłaby suwak, włożyła rękę, odszukała broń, straciłaby kilka sekund.
    Drzwi. Maksimum osiem kroków, ale zanim przekręci gałkę, pociągnie…
    Skupiła wzrok na chłopaku. Siedział spokojnie, pewnie trzymając wycelowany pistolet, i wciąż nic nie mówił.
    Zaryzykowała krok w przód. Jak tylko się poruszyła, ogromny ptasznik przyjął postawę obronną i syknął. Stanęła; pająk opuścił kły i czekał.
    – Kim jesteś? – powtórzyła, nie odrywając wzroku od pająka. – Czego chcesz?
    – Nazywa się Diablo – powiedział z dumą. – To Theraphosa biondi, gatunek ptasznika z Ameryki Południowej. Jad większości ptaszników jest za słaby dla ludzi, ugryzienie boli tyle, co użądlenie pszczoły. Ale nie Diablo. Jego jad może człowieka pozbawić palców, wyżreć ciało do kości. On jeszcze dziś nie jadł obiadu i jak widać, jest z tego powodu nieźle wkurzony.
    Kimberly automatycznie zakryła dłońmi brzuch. Znów pomyślała o torbie z pistoletem. Wystarczy doskoczyć, odsunąć zamek, sięgnąć po broń… Nie, chłopak w tym czasie zdąży nacisnąć spust. A pająk… Strach myśleć.
    – To ty dzwoniłeś – powiedziała. -I kazałeś mi słuchać nagrania z zabójstwa Veroniki Jones.
    – Próbowałem – odparł chłodno. – Dałem pani szansę, ale pani nawaliła.
    – Teraz jestem. Możemy porozmawiać.
    Chłopak zamachał pistoletem.
    – Nie przyszedłem tu na pogaduszki. Przyszedłem zdać egzamin.
    Tym razem Kimberly rozważała ucieczkę. Gdyby tak stopniowo przesuwać się w stronę drzwi…
    – Czy Dinchara wie, że uciekłeś?
    – Uciekłem? Pani myśli, że kto mnie tu przysłał?
    – Wie, że tu jesteśmy?
    – Wszyscy wiedzą. Paradujecie po całym mieście, wymachujecie jakimiś zdjęciami. To była tylko kwestia czasu. Ale to dobrze, wasza wizyta wiele upraszcza. Przynajmniej nie muszę pani szukać, możemy od razu przejść do rzeczy.
    – Naprawdę tego właśnie chcesz? Wiem o wszystkim. Wiem, co on z tobą robi. Wcale tak nie musi być. – Posunęła się o centymetr do przodu. Ani chłopak, ani ptasznik nie zareagowali. Zrobiła następny krok. – Dinchara uprowadza prostytutki, prawda? Przywozi je do domu i robi z nimi straszne rzeczy. A ty to wszystko słyszysz. Może nawet jesteś w tym samym pokoju. Chociaż nie chcesz, musisz słuchać i patrzeć, bo nie masz wyjścia. A potem, kiedy jest po wszystkim, każe ci posprzątać.
    Chłopak gapił się na nią z fascynacją. Wszystko wiedziała, a właściwie prawie wszystko. Mówiła o rzeczach, o których jemu nigdy nie wolno było nawet wspominać. I to go zaintrygowało.
    – On ściąga krew ze zwłok – mruknął. – W wannie. Mniej sprzątania, mniej do dźwigania. To nam potem ułatwia sprawę.
    – Owija je czymś, czy to też twoje zadanie?
    – Samemu nieporęcznie. Robimy to we dwóch.
    – Czego używa, starych prześcieradeł, worków na śmieci, worków po ziemniakach? Możliwości jest mnóstwo.
    – Nylonowych płacht skupowanych z demobilu. Tanie, wydajne. On lubi takie rzeczy.
    – Pomagasz mu zanieść ciała do samochodu. – Kimberly udało się przesunąć o kolejny centymetr.
    Chłopak wzruszył ramionami.
    – Robię, co mi każe. Na tym ten układ polega. Zadowolisz go, to cię potem tak bardzo nie skrzywdzi.
    – Jak długo z nim mieszkasz?
    – Zbyt długo, żebym mógł robić coś innego.
    – Czy to twój ojciec?
    – Moi rodzice nie żyją.
    – Opiekun?
    – To Pan Hamburger – mruknął ponuro – który porywa niegrzeczne dzieci i przerabia je na mięso.
    – W niczym nie zawiniłeś – przekonywała Kimberly. Przysunęła stopę bliżej torby, nerwowo przebierając palcami przy biodrze. – To jasne, że robisz to wyłącznie pod przymusem. Jeśli zaczniesz ze mną współpracować, pomogę ci. Razem położymy temu kres.
    Lecz nagle wyraz twarzy chłopca się zmienił. Nie wróżył Kimberly nic dobrego.
    – Właśnie to robię. – Uniósł pistolet. – On już sobie znalazł nową zabawkę. Czas, żebym odszedł.
    – Ten młodszy chłopiec. Jego też porwał?
    – Ani kroku dalej. Wiem, co pani chce zrobić. Nie ruszać się!
    – Jak masz na imię? Powiedz, pozwól sobie pomóc.
    – Nic pani nie rozumie. Ja nie mam imienia, zabrał mi je. On wszystko zabiera!- był wyraźnie pobudzony, podniósł głos. Kimberly zmusiła się, żeby pozostać w miejscu i zachować spokój. Pająk był zajęty podstawą przewróconej lampy, więc mogła skupić uwagę na zdenerwowanym nastolatku.
    – A co będzie z Ginny? – zapytała.
    Strzelała w ciemno, ale założyła, że skoro oboje znają Dincharę, to logicznie rzecz biorąc, powinni też znać się nawzajem.
    Chłopak zamrugał powiekami, pierwszy raz stracił rezon.
    – A co ma być?
    Kimberly wzięła głęboki oddech i znowu zaryzykowała.
    – Co z jej dzieckiem? Jesteś jego ojcem, prawda? Nie myślałeś o wspólnej przyszłości?
    – To ona tak twierdzi.
    – Odzywała się ostatnio? Wszystko u niej w porządku?
    – Jest tutaj. Czeka na mnie w samochodzie.
    – Co?
    Chłopak zaczął w pośpiechu wyrzucać z siebie słowa:
    – To ona panią wybrała. Czytała, że kiedyś złapała pani innego mordercę, więc pomyślała, że teraz też się uda. Mówiłem jej, że jest stuknięta. Co jakaś laska z odznaką może zdziałać po tylu latach. Ale teraz to już chyba nie ma znaczenia. Nawaliła pani, więc jestem. Ja i mój mały przyjaciel, jak by powiedział Al Pacino. Gotowi wykonać zadanie.
    – Zastanów się. Dinchara nigdy was nie uwolni. Pomagasz mu pozbywać się zwłok. Ginny zarabia dla niego forsę. Czemu miałby z tego rezygnować?
    – Znalazł następcę na moje miejsce.
    – Przecież to dziecko! Za małe, żeby udźwignąć zwłoki.
    – Kładziemy je na noszach i ciągniemy za sobą. Jeszcze trochę i będzie się nadawał.
    – Wspinacie się szlakiem Cooper Gap aż na samą górę? – spytała z niedowierzaniem.
    Chłopak połknął przynętę.
    – Jakim Cooper Gap? Mamy własne trasy, powyżej Blood Mountain i obozowiska skautów. Zabić dziwkę, pozbyć się zwłok, popatrzeć, jak mały chłopczyk robi siku – tak wygląda udany dzień Pana Hamburgera.
    – Nie jesteś niczemu winien – przemawiała do niego łagodnie, przesuwając się o kolejny metr. Torba była już tak blisko, tak blisko… – Na pewno rozumiesz, że to nie twoja wina.
    – Ja tylko chcę zdać ten cholerny egzamin! – wrzasnął chłopak i nagle się wyprostował. Ruch wystraszył ptasznika, który znowu uniósł odnóża. Chłopak błyskawicznie się odwrócił, wycelował i strzelił.
    Pająk i lampa eksplodowały na łóżku. Kimberly rzuciła się do przodu, czując, jak rozpryśnięte kawałeczki ceramicznej podstawy wbijają się w jej skórę. Zdążyła zrobić trzy kroki, kiedy chłopak krzyknął:
    – NIE RUSZAĆ SIĘ, MÓWIŁEM!
    Ręce już miała na suwaku torby, ale zmusiła się, żeby je opuścić, wzięła głęboki oddech i spokojnie spojrzała na chłopca. On też krwawił, na nosie, policzku, brodzie, szyi.
    – Przyniosę ci ręcznik…
    – Robił ze mną okropne rzeczy – rzekł zgaszonym głosem. – Pani nie ma nawet pojęcia. A potem ja też zacząłem robić okropne rzeczy, bo nie wiedziałem, że można inaczej. To już trwa tak długo… Ja nawet… Kiedyś miałem rodziców. Przynajmniej tak mi się wydaje… Nie mam już siły… Jestem tak strasznie zmęczony…
    – Opowiedz mi wszystko. Pomóż mi zrozumieć.
    – Ginny chce, żebyśmy wzięli ślub – ciągnął, jakby nie słyszał, co mówiła. – Żebyśmy stąd wyjechali i zamieszkali razem z dzieckiem, jak rodzina. Ja nie wiem, co to rodzina.
    – Wszystko jest możliwe. Jeszcze nie jest za późno…
    – I co, pójdę do pracy? Będę chodził w krawacie? Przecież ja nie skończyłem nawet czwartej klasy. Kto mnie zatrudni? Umiem się tylko pieprzyć, porywać małe dzieci i zabijać prostytutki. Gdzie się przydadzą takie kwalifikacje? Proszę mi znaleźć ogłoszenie…
    – Jesteś młody, całe życie przed tobą…
    – Ona nie wie, co ja zrobiłem. Myśli, że to Dinchara, ale nie, to by było zbyt proste. On mi dał do ręki pistolet. „Naciśnij spust, chłopcze. Nie bądź dupkiem. Wiesz, że gdyby mogła, zaraz by do niego wróciła”. No więc nacisnąłem i zabiłem go. Ona się w końcu dowie, to tylko kwestia czasu. Albo Dinchara jej powie, tak dla zabawy.
    – Zastrzeliłeś Tommy'ego Marka Evansa.
    – Musiałem. Pani nie rozumie. Chodziło o trening przed egzaminem.
    W ranach zebrała się krew. Zaczynała teraz powoli spływać po jego twarzy niczym strużki łez. Chłopak ponownie uniósł pistolet, precyzyjnie wycelował.
    Dłoń Kimberly błyskawicznie znalazła się na torbie, palce gorączkowo majstrowały przy suwaku. Po jaką cholerę ją zamykała? Nie ma mowy, nie zdąży. Uniesiony pistolet, lufa wymierzona prosto w nią…
    Podniosła torbę i zakryła nią brzuch, jakby to miało w czymś pomóc.
    – Nie mogę być ojcem – wyszeptał chłopak. – Nie mogę mieć kontaktu z małymi dziećmi. Umiem tylko robić im krzywdę.
    I nagle, ułamek sekundy później, lufa pistoletu obróciła się, dotknęła jego skroni.
    – Nieeee! – krzyknęła Kimberly.
    – Nie pozwólcie, żeby wasze dziecko spotkało kiedyś kogoś takiego jak ja. Nie pozwólcie mu wpaść w ręce Pana Hamburgera.
    Nacisnął spust.
    Huk wystrzału ją ogłuszył. A może to był jej własny krzyk rozpaczliwie próbujący cofnąć czas, kiedy fragment czaszki chłopca oderwał się i wystrzelił na ścianę, obryzgując szarą masą stolik przy łóżku.
    Wciąż krzyczała, kiedy ojciec wyważał drzwi do pokoju, kiedy do środka wpadli Sal i Rainie, kiedy ciało chłopca w końcu runęło na podłogę z głuchym łomotem i zobaczyła, jak jedno niewidzące oko wpatruje się w nią oskarżycielsko. Nawet nie zdążyła się dowiedzieć, jak miał na imię.

34

    Kobieta, która była kiedyś moją matką, czekała tam, gdzie obiecywała. Siedziała przy metalowym stoliku przed wejściem do ruchliwej kawiarni. Założyła nogę na nogę i nerwowo splotła dłonie na kolanie.
    Obserwowałem ją z drugiej strony ulicy, ukryty w cieniu bramy. Zbierałem się, żeby wyjść, ale nogi nie były jeszcze gotowe. Stałem, patrzyłem i czułem coraz większy ciężar w piersiach.
    Za pierwszym razem odłożyła słuchawkę. Za drugim zarzuciła mi, że jej robię okrutny kawał. Potem się rozpłakała i to mnie tak przygnębiło, że się rozłączyłem.
    Przy trzecim telefonie wziąłem się w garść. Powiedziałem wprost, że mam informacje o jej zaginionym synu i chciałbym się z nią spotkać, bo jest szansa, że będę mógł pomóc.
    Nie wiem, dlaczego tak zrobiłem. Czemu nie powiedziałem, że to ja jestem jej ukochanym synkiem. Porwano mnie prosto z łóżka, kiedy byłem za mały, żeby się bronić. Przez ostatnie dziesięć lat doświadczałem okropności nie do opisania. Ale teraz dorosłem i Pan Hamburger mnie nie chce. Może mógłbym wrócić do domu. Znów stać się jej ukochanym synkiem.
    To wszystko chciałem jej powiedzieć. Chciałem zobaczyć ten uśmiech, który pamiętałem z dnia moich szóstych urodzin, kiedy zaprowadziła mnie do garażu, gdzie czekał nowiutki, lśniący rowerek obwiązany czerwoną kokardą. Chciałem znów zobaczyć, jak odrzuca do tyłu swoje długie ciemne włosy, tak jak wtedy, gdy się nachylała nade mną, żeby mi pomóc w lekcjach. Chciałem przytulić się do niej na sofie i razem z nią obejrzeć Nieustraszonego.
    Chciałem znowu mieć dziewięć lat. Ale nie miałem.
    Zauważyłem swoje odbicie w szybie wystawowej: podkrążone oczy, zapadnięte policzki, długie, skudłacone włosy. Wyglądałem jak zakapior, typ, którego w supermarkecie śledzą ochroniarze, a inni rodzice niechętnie widzieliby w towarzystwie swego syna. Nie dostrzegałem w sobie żadnych rysów matki. Widziałem tylko Pana Hamburgera.
    Po drugiej stronie ulicy matka wierciła się nerwowo na krześle. Bez przerwy kręciła obrączką na palcu i co chwila oglądała się przez lewe ramię, jakby czekając, kiedy się pojawię.
    Nagle mnie oświeciło. To nie mnie wypatrywała. Ona się z kimś porozumiewała.
    Podążyłem za jej wzrokiem i w końcu dostrzegłem policjanta w mundurze, który stał tuż za rogiem. Akurat się do niej odwrócił, marszcząc brwi, jakby w przestrodze, że ma się uspokoić, i wtedy zobaczyłem jego twarz.
    Wstrzymałem oddech.
    Są rzeczy, o których się nie dowiesz, dopóki ich nie doświadczysz na własnej skórze.
    Nie ma powrotu do domu. Chłopiec wychowany przez wilki zawsze znajdzie w sobie tylko wilcze cechy.
    Matczyna miłość może się wypalić.
    Wróciłem do mieszkania pięć po trzeciej. Pamiętam, bo kiedy wszedłem, pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, to zegar na ścianie. Wskazywał piętnastą pięć i wydało mi się to zabawne. Taka normalna godzina, normalny dzień, normalne popołudnie.
    Na tak nienormalną rzecz.
    Nie zdjąłem płaszcza ani butów. W końcu nie odważyłem się podejść do matki. Zamiast tego udałem się kilka przecznic dalej do sklepu zoologicznego. Teraz w jednej ręce trzymałem papierową torbę, a w drugiej nowiutki kij bejsbolowy. Drzwi wejściowe zostawiłem otwarte na oścież i wszedłem prosto do sypialni Pana Hamburgera.
    Spał na wznak z jedną ręką nad głową, a drugą na tłustym brzuchu. Był rozebrany, kołdra owinęła mu się wokół bioder. Na drugim krańcu łóżka leżał zwinięty w kłębek chłopiec. Też nagi, niczym nie przykryty, drżał we śnie z zimna.
    Dotknąłem jego ramienia. Otworzył oczy.
    – Wstawaj – rozkazałem.
    Malec patrzył na mnie, nic nie rozumiejąc. Pochyliłem się nad nim.
    – Rusz ten swój chudy tyłek z łóżka, bo ci rozłupię czaszkę.
    Wygramolił się i uciekł z pokoju. Wyszedł z mieszkania? Pobiegł do sąsiadów? Na policję?
    Miałem to wszystko gdzieś. Jego, policję, sąsiadów. Przyszedłem tu w jednym celu i nic nie mogło mnie powstrzymać.
    Otwarłem papierową torbę i wyjąłem pudełko. Chciałem kupić pitbulla albo pytona, ale z trzydziestoma dolarami w kieszeni nie miałem wielkiego wyboru. Pamiętałem, co mi powiedział sprzedawca: pająki świetnie się nadają na zwierzęta domowe, tak naprawdę nie znoszą kąsać. Atakują tylko wtedy, gdy się je porządnie wkurzy.
    Otwarłem więc pudełko i zrzuciłem wielkiego czarnego pająka na sam środek klatki piersiowej Pana Hamburgera. To była samica. Potem pociągnąłem ją za nogę, mocno, żeby się na pewno wkurzyła.
    Ptasznik od razu zatopił kły w owłosionym cielsku. Pan Hamburger zerwał się z wrzaskiem.
    Potem wszystko działo się bardzo szybko. Pan Hamburger spojrzał w dół i zobaczył wielkiego ptasznika uczepionego jego piersi. W panice próbował go strącić ręką, ale ostre włoski powbijały mu się w palce. Zaczął jeszcze głośniej wrzeszczeć.
    Uniosłem kij bejsbolowy.
    Pan Hamburger spojrzał na mnie i krzyknął:
    –  Rany boskie, zdejmij go ze mnie! Zdejmij natychmiast!
    Zamachnąłem się i trafiłem go prosto w nos.
    Rozległ się chrzęst łamanej kości. Trysnęła krew. Pan Hamburger z głuchym odgłosem zwalił się plecami na materac. Jedną ręką trzymał się za zgruchotany nos, a drugą wciąż usiłował zrzucić pająka.
    – Aaargh – zarzęził.
    W końcu odczepił ptasznika. Zapamiętałem widok zawieszonego w powietrzu czarnego włochatego pająka, który wciąż trzymał w zębach kawałek ludzkiej skóry. W dziurze, która po niej została, zbierała się krew. Pan Hamburger zrzucił pająka na ziemię i zaczął się podnosić z wściekłym rykiem.
    No więc go uderzyłem. W prawe kolano. Aż chrupnęło. W lewe kolano. To samo. I znowu krzyk.
    – Oj, chłopcze, chłopcze, co ty najlepszego wyprawiasz… Nie wiesz, że cię zaraz zabiję? Ojojoj…
    Pomyślałem sobie wtedy, na chłodno, ze spokojem, o jaki nigdy siebie nie podejrzewałem, że z tego faceta to straszny mięczak.
    Leżał na boku i trzymał się kurczowo zakrwawionej pościeli. Gdyby zdołał się podnieść, zaraz by się na mnie rzucił. Widziałem to w jego oczach. Nawet teraz, na chwilę przed spotkaniem ze Stwórcą, ani myślał o skrusze. Pałał żądzą mordu.
    Byłem ciekaw, czy ja też tak wyglądam, ale zamiast wstydu pierwszy raz w życiu czułem siłę, moc i władzę.
    Jeszcze raz zamachnąłem się kijem, uderzając tym razem w twarz. Trafiłem w szczękę, usłyszałem trzask łamiących się zębów. Potem zamierzyłem się na kość policzkową. Stałem nad tym łóżkiem i młóciłem kijem, aż zabolały mnie ręce i stopniowo zaczęło do mnie docierać, że ten człowiek przestał wydawać jakiekolwiek odgłosy. Jedyne co słyszałem, to głuche, mokre plaśnięcia, a wilgoć, którą czułem na policzkach, to nie były łzy, lecz krew i rozpryśnięty mózg Pana Hamburgera ściekające z kija na moje włosy i ciuchy.
    Nie pamiętam dokładnie, ale wtedy chyba zacząłem się śmiać. Wiedziałem tylko, że nie mogę przestać bić, bo w każdej chwili Pan Hamburger może otworzyć oczy, wstać z łóżka i znowu się na mnie rzucić. Tak było w filmach. Cokolwiek robiłeś, bestia zawsze zmartwychwstawała.
    W końcu jednak ręce nie wytrzymały. Kij opadał, a ja nie miałem siły go podnieść. Zdyszany i spocony klapnąłem na podłodze z zakrwawioną głową wtuloną w zakrwawione dłonie.
    Czekałem chwilę, nie wiem na co. Pukanie sąsiadów do drzwi? Kroki policjantów na schodach? Chłopca, który wróci do domu i zobaczy, że w końcu to zrobiłem: Pan Hamburger nie żyje.
    Po jakimś czasie, kiedy nic się nie działo, poszedłem do łazienki, wlokąc za sobą kij. Kątem oka zauważyłem, że chłopiec wychodząc, zamknął za sobą drzwi. Może dlatego sąsiedzi nie przyszli? Albo Pan Hamburger miał talent do wyszukiwania mieszkań, gdzie sąsiedzi mieli wszystko w nosie.
    Odkręciłem wodę w wannie, wszedłem do niej w ubraniu i próbowałem zmyć zaschniętą krew. Ani na moment nie wypuszczałem kija z ręki. Nigdy nic nie wiadomo.
    W pokoju zwaliłem mokre ciuchy na jedną zakrwawioną stertę. Wyjąłem drugą parę dżinsów, starą koszulkę, bluzę – te kilka ubrań, które mi zostały.
    W ostatniej chwili mnie oświeciło. Wyjąłem z szafy Pana Hamburgera torbę podróżną, poszedłem do przedpokoju i napakowałem ją gotówką i kasetami z filmami porno. Zważywszy, że w większości tych amatorskich produkcji grałem główną rolę, uznałem, że przynajmniej tyle mi się należy.
    Gorączkowo myślałem, co by tu jeszcze zabrać; w tym domu było tak niewiele wartościowych rzeczy. On wydawał forsę na gorzałę, prochy i dziwki. Mnie nie kupił nawet cholernej gry wideo.
    Znów ogarnęła mnie wściekłość i przez moment w przypływie szaleństwa chciałem wrócić do pokoju i stłuc go tym kijem od nowa. Musiałem się wziąć w garść, skupić. Chłopak nie wracał. Pewnie już dawno wygadał wszystko na policji.
    Musiałem jak najszybciej się stamtąd wydostać.
    W ostatniej chwili, kiedy szedłem już do drzwi, dostrzegłem kątem oka jakiś ruch. Potknąłem się, po omacku złapałem za kij i błyskawicznie się odwróciłem w stronę sypialni Pana Hamburgera.
    Zamachnąłem się i wtedy zdałem sobie sprawę, że to nie jego stopa się poruszyła pod kołdrą. Białe fałdy się rozchyliły i wypełzł spod nich czarny włochaty pająk.
    Samica ptasznika żyła i mozolnie wspinała się po zakrwawionej pościeli.
    Po chwili wahania odszukałem pudełko ze sklepu, zgarnąłem ją do niego i włożyłem do torby.
    Nigdy wcześniej nie miałem własnego zwierzątka.
    Wymyśliłem, że nazwę ją Henrietta.

35

    „Zdarza się, że pająki zjadają siebie nawzajem i właśnie z powodu tych kanibalistycznych skłonności nie nadają się do życia w stadach”.
    (B. J. Kaston, How to Know the Spiders, wydanie III, 1978)

    Chciała natychmiast łapać za telefon i dzwonić do Maca. To automatyczna reakcja wynikła ze strachu i tego, co przed chwilą przeżyła. Ale Mac był teraz na akcji, wykonując pracę, którą kocha, niedostępny dla Kimberly tak jak często ona bywała niedostępna dla niego.
    Siedziała więc skulona na podłodze hotelowego pokoju i obejmowała brzuch. Czuła krew na twarzy, ale wiedziała, że nie może jej zmyć, dopóki nie przyjadą technicy i nie zrobią zdjęć. Zdążyła już się skontaktować z przełożonym, który z kolei obiecał postawić na nogi miejscową policję. Szeryf Wyatt będzie musiał przerwać szkolenie. Wyciągną z łóżka szeryfa Duffy'ego. A jeśli oni się zgodzą, prawdopodobnie jej własna ekipa przyjedzie zabezpieczać ślady.
    Tyle zamieszania, uruchomiona cała machina policyjno-dochodzeniowa. Znała to. Rozumiała. To przecież było jej życie.
    Zacisnęła powieki. Była tak wyczerpana, że nie miała siły mówić.
    – Wody? – Sal usiadł obok niej, ostrożnie, żeby jej nie dotknąć. Quincy i Rainie stali na korytarzu razem z przerażonym kierownikiem i rozmawiali o czymś przyciszonymi głosami, najwyraźniej nie chcąc, by słyszała.
    – Jak tam, w porządku? – spytał Sal.
    Kiwnęła głową.
    – A dziecko?
    Kiwnęła jeszcze raz. Na nic więcej nie miała siły. Ale nie czuła żadnych mdłości czy skurczów. Trochę się jeszcze trzęsła od nadmiaru adrenaliny i piekły ją pokaleczone ręce. Drobne ranki, plaster załatwi sprawę. Tak, wszystko było w porządku, absolutnie. Gdyby nie fakt, że już nigdy nic nie będzie w porządku.
    Ciało chłopca ciągle leżało na podłodze. Pobieżna próba wyczucia tętna potwierdziła, że nie żyje. Nawet nie dzwonili po karetkę, na tym etapie najważniejsze staje się zabezpieczenie miejsca zdarzenia i wszystkich śladów.
    W tym krwi na włosach i policzkach Kimberly, której intensywnego, metalicznego zapachu nie mogła się pozbyć z nozdrzy.
    I ten głos chłopca, który próbował powiedzieć, jak bardzo jest tym wszystkim zmęczony…
    Najtrudniejszy do zaakceptowania był bezsens całej sytuacji. Człowiek przychodzi na świat i bez jakiejkolwiek swojej winy zostaje pozbawiony wszelkich szans. Kimberly przycisnęła dłonie do oczu, wolałaby nigdy nie zobaczyć tego, co widziała i nie wiedzieć tego, co usłyszała.
    – Przyznał, że to Dinchara zamordował prostytutki – wyszeptała w końcu. Trzęsącą się ręką wzięła od Sala szklankę wody. Nie chciało jej się pić, ale się zmusiła do kilku łyków – będąc w ciąży, nie mogła ryzykować odwodnienia.
    Teraz Sal milczał.
    – To ten chłopak zastrzelił Tommy'ego Marka Evansa. Na polecenie Dinchary. To miała być wprawka przed tak zwanym egzaminem. Jest jeszcze drugi chłopak, młodszy. Nastolatek nazywał go swoim „następcą”.
    – Gdzie?
    – Gdzieś blisko. Podobno Dinchara wie, że wypytujemy o niego w mieście. Kto wie, może nawet szliśmy obok niego. Nie wiem, ale na pewno mieszka w tych stronach.
    – Co jeszcze?
    Przymknęła oczy i przyłożyła szklankę do czoła. Gdy je znów otworzyła, zobaczyła, że rozmazała krew na szkle. Na ten widok zrobiło jej się niedobrze. Z trudem powstrzymała się od wymiotów.
    – Pomagał mu pozbywać się ciał. Przymocowywali je do noszy i taszczyli na szczyt Blood Mountain. Ale nie głównym szlakiem, Dinchara miał swój własny, gdzieś wyżej, skąd mógł wygodnie obserwować, co się dzieje na dole. To nam powinno pomóc zawęzić obszar poszukiwań.
    – To dobrze.
    W końcu zwróciła ku niemu twarz. Nerwy zaczynały puszczać i coraz trudniej jej było utrzymać spokój.
    – Dobrze? Przed chwilą na moich oczach nastoletni chłopak palnął sobie w łeb, a ty masz tylko tyle do powiedzenia? Dinchara go uprowadził. Gwałcił, deprawował, w końcu zrobił z niego przestępcę, aż chłopak nie wytrzymał i wolał umrzeć, niż ryzykować przyszłość z własnym dzieckiem. Nic nie jest dobrze!
    Sal popatrzył na nią dziwnie.
    – Kimberly, przecież to nie twoja wina…
    – Nie? A to, że rodzicom odebrano dziecko? Że nikt go nie uratował? Że Dinchara tyle razy wykorzystywał je jako narzędzie zbrodni i nikt tego nie zauważył? Jesteśmy glinami, Sal. Jeśli nie my zawiniliśmy, to kto?
    – Ten chłopak zabił Evansa…
    – Bo nie miał wyjścia!
    – Równie dobrze mógł zabić ciebie.
    – Wiesz co? Wcale nie czuję się lepiej!
    I nagle w tej narastającej histerii coś sobie przypomniała.
    – O cholera! Ginny Jones. Czeka na niego na parkingu. Prędko, musimy ją znaleźć, zanim usłyszy syreny!
    Quincy i Rainie przyjechali tu jako cywile, ale cóż znaczą takie drobiazgi. Poruszali się szybko i bezgłośnie po czarnym, lśniącym od deszczu asfalcie. Quincy szedł pierwszy, Rainie za nim. Najgorsza burza już przeszła, został po niej tylko ulewny deszcz i wyjący wiatr. Trudno było coś usłyszeć, jeszcze trudniej zobaczyć. Quincy'emu ta pogoda przypomniała inne, nie tak dawne zdarzenie, kiedy razem z przyszłym zięciem brnęli przez tereny wystawy rolniczej okręgu Tillamook, rozpaczliwie próbując dojrzeć człowieka, który przetrzymywał Rainie dla okupu.
    Tamten dzień nie zakończył się tak, jak planowali. A dzisiaj?
    Światła latarni odbijały się w zachlapanych deszczem szybach samochodów, co zniekształcało widok i utrudniało zaglądanie do środka, przy czym kierowca doskonale widział, co się dzieje na zewnątrz. Quincy doszedł do wniosku, że źle się za to zabrali. Nie muszą sprawdzać każdego auta po kolei, wystarczy, że się przyjrzą rurom wydechowym.
    Podstawowa zasada przy napadach na banki: samochód, którym mają uciec złodzieje, zawsze czeka na nich z włączonym silnikiem, gotowy do drogi.
    Dał znak Rainie, żeby sprawdziła prawy rząd aut, bliższy ulicy. Sam zajął się lewym. Poruszał się ostrożnie na ugiętych nogach. Nagle na wprost, tuż przy wyjeździe w boczną uliczkę zobaczył mały samochód z zapalonym silnikiem.
    Zamachał do Rainie. Ta ruszyła w tamtą stronę, a on w ostatniej chwili zdał sobie sprawę, że chyba mają problem. Ginny była uzbrojona co najmniej w samochód, a niewykluczone, że także w pistolet. Im pozostało liczyć tylko na własną inteligencję i urok osobisty.
    Quincy uruchomił plan B. Podniósł z ziemi duży kamień, zamknął go w dłoni i całość owinął płaszczem. Cztery kroki później ukazał się znienacka w oknie kierowcy. Wystraszona Ginny Jones wybałuszyła oczy. Quincy uderzył owiniętą pięścią w szybę, rozbijając ją w drobny mak, i wyrwał kluczyk ze stacyjki.
    Dziewczyna wrzasnęła.
    Quincy otworzył drzwi i obdarzył ją najlepszym ze swych drapieżnych uśmiechów.
    – Złe wieści – oznajmił – moja córka wciąż żyje, a ty pójdziesz ze mną.
    Ginny znów zaczęła krzyczeć.
    – Uspokój się – powiedziała Rainie, materializując się u boku Quincy'ego. – Nas to nie wzrusza.
    Wyciągnęli ją z auta prosto w burzową noc. Akurat nadjeżdżały pierwsze radiowozy.
    Wprowadzili Ginny schodami na piętro, skręcili w korytarz. Kimberly ich zauważyła i zerwała się na równe nogi.
    – Kimberly, nie! – wykrzyknął Quincy, ale ona już napierała barkiem na klatkę piersiową Ginny, przewracając się razem z nią na ziemię. Ginny wydawała z siebie jakieś bezładne okrzyki, a Kimberly wrzeszczała na cały głos:
    – Grałaś w rosyjską ruletkę z moim dzieckiem! Ty kłamliwa dziwko! Jak śmiesz narażać życie mojego dziecka!
    Rainie próbowała złapać jedną, a Quincy drugą, ale były za szybkie. Ginny uderzyła Kimberly w twarz, tamta w odwecie zaczęła ją szarpać za włosy.
    – Gdzie jest ten mały? Pytam po raz ostatni. Gdzie Dinchara trzyma tego chłopca!
    A Ginny zawodziła:
    – Gdzie on jest, gdzie on jest, gdzie on jest? Co pani zrobiła Aaronowi?
    – Nie miałaś prawa narażać mojego życia! Chciałam pomóc, wystarczyło powiedzieć prawdę!
    – Aaron, Aaron, Aaron!
    W końcu Sal wkroczył do akcji. Chwycił Kimberly pod pachy i odciągnął od szamoczącej się Ginny, przy okazji szepcząc jej do ucha:
    – Uspokój się, nie rób przedstawienia.
    Kimberly przestała się szarpać i wtedy zobaczyła stojących w progu dwóch zastępców szeryfa Wyatta, którzy z rękami na kaburach gapili się wytrzeszczonymi oczami na całe to zamieszanie.
    – Agent specjalny Martignetti – przedstawił się krótko Sal. Jedną ręką pokazał identyfikator, a drugą mocno przytrzymywał Kimberly za ramię. Nabuzowana adrenaliną wciąż miała zaciśnięte pięści. Próbowała opanować gniew. Nie udało się. Miała ochotę krzyczeć. A potem zwinąć się w kłębek i wypłakać na ramieniu męża.
    Rainie i Quincy przedstawili najpierw siebie, potem Ginny Jones. Napięcie powoli opadało. Policjanci opuścili ręce i wszyscy głęboko odetchnęli.
    – Proszę pani – odezwał się starszy, oceniając sytuację i szczególną uwagę zwracając na krew we włosach Kimberly. – Jest pani ranna? Mam wezwać lekarza?
    – Nie trzeba. – Znów spojrzała na Ginny, która z pomocą Rainie wreszcie się podniosła. Dziewczyna skrzywiła się do niej, przybierając wyzywającą pozę i unosząc podbródek.
    – Suka – wycedziła bezgłośnie.
    Tego już było za wiele. Kimberly starła krew z policzka, podeszła i z całą premedytacją umazała nią odsłonięty obojczyk dziewczyny.
    – Co jest, kurwa…
    – To od Aarona – oznajmiła Kimberly. – Oblał egzamin.
    Ginny wpadła w szał, rzuciła się z wrzaskiem na Kimberly i obie znów znalazły się na podłodze. Tym razem nie tylko Quincy, Rainie i Sal, lecz także policjanci zupełnie nie wiedzieli, co robić.
    Pół godziny później Ginny i Kimberly siedziały naprzeciwko siebie w opustoszałej sali jadalnej hotelu. Przyjechał szeryf Duffy, żeby nadzorować sprawę do czasu powrotu szeryfa Wyatta. Większość policjantów była na górze, zabezpieczając miejsce zdarzenia do czasu przybycia ekipy śledczej. Quincy i Rainie siedzieli po obu stronach Kimberly. Sal usiadł za plecami Ginny.
    Kimberly przyszło do głowy, że wyglądają jak bokserzy w narożnikach ringu, co Duffy'ego, który siedział pośrodku, czyniło arbitrem.
    – Zacznijmy od podstawowych informacji, a potem wejdziemy w szczegóły, dobrze? – powiedział swym niskim, mruczącym barytonem. – Wszyscy mają wodę? Tylko proszę, bez żadnych awantur.
    Zwrócił się do Ginny i pokazał na leżący przed nim dyktafon.
    – Proszę podać imię, nazwisko i datę urodzenia.
    Ginny zmierzyła go wściekłym wzrokiem i Kimberly przez moment się zastanawiała, czy nie podejść i jej nie przyłożyć, ale nagle dziewczyna opuściła ramiona i cała agresja z niej uszła.
    – Ginny – szepnęła. – Virginia Jones.
    Następnie Duff spisał dane i numery odznak przedstawicieli organów ścigania obecnych w pomieszczeniu oraz zaprotokołował datę i miejsce przesłuchania. Potem odczytał Ginny przysługujące jej prawa i dał do podpisania zgodę na przesłuchanie. Wreszcie przystąpili do konkretów.
    Tak, Virginia Jones przywiozła dziś wieczorem Aarona Johnsona do hotelu Smith House. Tak, wiedziała, że jest uzbrojony i prawdopodobnie ma zamiar zastrzelić agentkę federalną Kimberly Quincy.
    Tyle że on naprawdę nie nazywał się Aaron Johnson; to był pseudonim, który wymyślił inny mężczyzna związany z tą sprawą, żeby móc się do niego zwracać publicznie. To właśnie on, znany jako Dinchara, dostarczył mu pistolet kalibru 9 mm i wskazał jako cel agentkę FBI Kimberly Quincy. W zamian za jej zastrzelenie obiecał mu wolność. Nazywał to „egzaminem”. Johnsonowi zależało, żeby ten egzamin zdać, ponieważ to oznaczało, że Dinchara, który uprowadził go ponad dziesięć lat wcześniej i od tego czasu więził, w końcu go wypuści.
    – A jaka była w tym pani rola? – spytał Duff.
    Ginny wzruszyła ramionami.
    – Przywiozłam go. – Położyła rękę na ledwo zaokrąglonym brzuchu. – Jestem w ciąży z Aaronem, dlatego musiał to zrobić. Żebyśmy mogli być razem.
    Przerzuciła wzrok na Kimberly.
    – Co pani zrobiła? To jeszcze dzieciak, nic nie rozumiał. Jak pani mogła zastrzelić dziecko?
    Kimberly zacisnęła usta. Ginny jeszcze nie wiedziała, co zaszło w pokoju hotelowym, a policja jakoś się nie śpieszyła z poinformowaniem jej o tym.
    – Wystawiłaś mnie – powiedziała. – Aaron musiał znaleźć ofiarę, a ty wskazałaś mu mnie. Dlaczego?
    – Wcale nie…
    – Powiedział mi o wszystkim! Radzę ci, zacznij mówić, bo twoje dziecko urodzi się w więziennym szpitalu i nawet go na oczy nie zobaczysz. Mogę ci przynieść całe artykuły o tym, jak to wygląda. Rodzisz z rękami i nogami przykutymi do łóżka, wszyscy cię traktują jak klacz zarodową, a potem odbierają ci dziecko. Chcesz wiedzieć więcej, posłuchać, co cię czeka…?
    – To Dinchara mnie do tego zmusił! Już pani zapomniała? On tylko wtedy odczuwa satysfakcję, gdy ktoś zabija ukochaną osobę. Tylko że Aaron już nie miał żadnej rodziny. To kogo miał kochać? Kto bliski mu pozostał?
    Przy tych ostatnich słowach Ginny uciekła wzrokiem w bok. Kimberly to dostrzegła i nagle zrozumiała. Zaskoczona, oparła się na krześle i poczuła, że opada z niej pierwsza złość.
    – Ty… – szepnęła. – Ty byłaś logicznym celem. I oboje zdawaliście sobie z tego sprawę, prawda? Wiedzieliście, że Dinchara każe Aaronowi zabić ciebie. Chyba że znajdzie kogoś innego.
    – Chcieliśmy, żeby to był ktoś ważny – powiedziała Ginny, nie patrząc już na nikogo – ale też w jakiś sposób groźny dla Dinchary, tak żeby go zaintrygował. Znalazłam artykuł o pani i Eco-Killerze. Pokazałam mu i… – Wzruszyła ramionami. – Spodobała mu się pani. Atrakcyjna kobieta, która potrafi skopać tyłek. Uważał, że to całkiem zabawne. Wtedy już wiedziałam, że się uda.
    – Czemu nic nie mówiłaś? – westchnęła Kimberly. – Przecież byśmy wam pomogli, zorganizowalibyśmy całą akcję. Wystarczyło powiedzieć, co się dzieje.
    – Jak moja matka błagała o życie? Albo Tommy? – Usta Ginny wykrzywiły się w uśmiechu, gdy ujrzała zaskoczoną minę Kimberly. – Wiem, co zrobił Aaron. Dinchara mi powiedział. Nie odmówiłby sobie tej przyjemności. Opowiadał, jak mu się ręce trzęsły, kiedy unosił pistolet. Jak Tommy błagał o litość, mówił do niego „proszę pana”, proponował mu samochód, pieniądze, a nawet że mu zrobi laskę. Wyobraziłam sobie ten upiorny szept Dinchary za plecami: „No, strzelaj, cioto. Pociągnij za ten cholerny spust… Strzelaj, strzelaj, strzelaj… „.
    I Aaron strzelił. Ciągle to słyszę, najczęściej w nocy. Krzyki mamy, błagania Tommy'ego i rechot Dinchary. Więc jak niby chcesz mi pomóc, laluniu z FBI? Nikt tu nie pomoże.
    Przestała mówić. Przez cały czas trzymała ręce na brzuchu, głaszcząc go teraz w uspokajającym geście.
    – To Aaron do mnie dzwonił, prawda? Dałaś mu mój numer telefonu. Dzwonił, żeby zarzucić przynętę.
    – Dostaliście informacje – odparowała Ginny. – Mieliście tylko złapać Dincharę, a wtedy to wszystko by się nie wydarzyło.
    – A te koperty z prawami jazdy wetknięte za wycieraczkę samochodu agenta Martignettiego?
    Ginny wzruszyła ramionami.
    – Mnie nie pytajcie, jak tylko wykonywałam polecenia.
    – Ty je podrzuciłaś? – zdziwił się Sal. – Ale po co? Kto ci kazał?
    Ginny dziwnie na niego spojrzała.
    – Dinchara, a któż by inny? Przecież to on wszystkim kręci.
    Kimberly podzielała zdziwienie Sala.
    – Dinchara chciał, żeby trafiły w ręce GBI?
    – Chciał, żeby trafiły w ręce agenta Sala Martignettiego. Pokazał mi jego zdjęcie i w ogóle.
    – Dlaczego?
    – A dlaczego nie? Czy wy jesteście głusi? Dincharze nie zadaje się żadnych pytań. Chyba że komuś życie niemiłe. Dał mi dokładne instrukcje, wykonałam zadanie i tyle.
    Kimberly zmarszczyła brwi. Nie spodobała jej się ta ostatnia informacja. Duff odchrząknął.
    – Proszę pani, ten Dinchara… Czy on ma jakieś nazwisko, adres zamieszkania? Takich informacji potrzebujemy.
    – Nie wiem.
    – Kłamiesz – skwitowała Kimberly.
    – Przecież mówię, że…
    – Kłamiesz! – Kimberly rzuciła jej przed nos fotografię godzinę wcześniej znalezioną w jej torebce. Czarno-białe, sfatygowane zdjęcie przedstawiało Ginny i Aarona, którzy zetknięci czołami śmieją z czegoś, co tylko im jest wiadome. Dopiero teraz Sal i Kimberly przyjrzeli mu się uważniej.
    – Wspólne popołudnia w centrum handlowym, publiczne okazywanie czułości, zdjęcia? Najwyraźniej tworzyliście całkiem bliski związek. A to mogło się stać tylko, jeżeli Dinchara was ze sobą poznał.
    – Przywiózł go raz ze sobą do Sandy Springs.
    – I co, hojnie ci zapłacił, żebyś go przeleciała?
    – Filmował nas, kiedy się kochaliśmy. On tym się właśnie zajmuje: kręci pornosy i sprzedaje je w Internecie. Znacie tych zboków, co rozsyłają spam typu: „Chcesz zobaczyć zdjęcia, jak trzynastolatka bzyka się z kozłem?”. To właśnie Dinchara.
    – Czyli musi mieć studio…
    – Tylne siedzenie samochodu…
    – Bzdura. To skomplikowane przedsięwzięcie. Ma studio w jakimś domu, do którego cię zawoził i tam spotykałaś się z Aaronem.
    – Miałam zawiązane oczy! – zawołała dziewczyna. – Nie pozwalał mi patrzeć. Wy nie wiecie, jaki on jest…
    – Bzdura! Dobrze znamy takie typy. Moje biurko jest zawalone setkami podobnych spraw. Przestań więc wreszcie utrudniać i mów wszystko, co wiesz.
    Ale Ginny nie przyjmowała tego do wiadomości. Z dzikim wzrokiem pochyliła się nad stołem i powiedziała:
    – Nie, serio, takiego świra jeszcze nie widzieliście. Ja też nie zdawałam sobie sprawy, dopiero jak zdjął czapkę. On nie tylko lubi pająki, on myśli, że jest pająkiem. Słowo daję, wytatuował sobie nawet oczy na czole.
    Trwało to jeszcze następne dwie godziny. Ginny zaprzeczała, jakoby znała drugiego chłopca. Uparcie twierdziła, że Dinchara za każdym razem zawiązywał jej oczy. Samodzielnie nigdy nie spotkała się z Aaronem, więc nie miała o niczym pojęcia.
    Pierwsza nad ranem. Druga. Tymczasem przyjechała ekipa Kimberly. Rachel Childs kierowała pracami w pokoju. Kimberly opuściła na jakiś czas jadalnię, żeby złożyć wyjaśnienia. Pobrano jej próbki z dłoni, aby stwierdzić, czy nie ma śladów prochu i sfotografowano jej twarz. Gdy Harold skończył robić zdjęcia, poprosiła, żeby wziął aparat i zszedł z nią na dół.
    Ginny wciąż siedziała przy stole. Była blada, ze zmęczenia trzęsły jej się ręce. Sal stał oparty o ścianę z założonymi rękami i nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Nic nie dało się z niej wyczytać. Rainie gdzieś zniknęła, pewnie poszła spać. Tylko Quincy i Duff jeszcze się tam kręcili.
    Kimberly postawiła przed Ginny aparat cyfrowy. Zaczęła od zbliżenia zwłok Aarona Johnsona, ukazującego roztrzaskaną czaszkę. Potem przeszła kolejno przez wszystkie sto pięćdziesiąt dwa zdjęcia.
    – To właśnie zrobił Dinchara – stwierdziła ze spokojem. Klik, klik, klik. – Zwichnął psychikę Aarona. – Klik, klik, klik. - Zdeprawował go. – Klik, klik, klik. - Zniszczył. Aaron się zabił, ponieważ bał się, że jeśli będzie żył, skrzywdzi twoje dziecko. Czy nie tego właśnie uczył go Dinchara? Musisz zniszczyć to, co kochasz. A on kochał ciebie. I tylko w ten sposób umiał ci tę miłość wyznać – strzelając sobie w głowę. Więc jak to będzie, Ginny? Pozwolisz, żeby Dincharze uszło to na sucho?
    – Nienawidzę pani.
    – Machniesz ręką na śmierć kolejnej bliskiej osoby? Spróbujesz wrócić do świata, w którym taki człowiek jak Dinchara chodzi sobie wolno, w dodatku wiedząc, że jesteś w ciąży? Jak to sobie wyobrażasz?
    – On panią zabije. Kiedy się dowie o Aaronie, to będzie tylko kwestia czasu.
    – Ginny, jak ty to sobie wyobrażasz?
    – Mnie też załatwi, jeśli wam pomogę. Dowie się o tym. On wie wszystko.
    – Jak ty to sobie wyobrażasz?
    Dziewczyna objęła dłońmi brzuch i rozpłakała się. A potem podała adres.
    Sal oderwał się od ściany.
    – Nie ma co – powiedział. – Wzywam SWAT.

36

    „Pająki wolą polować samotnie”.
    (Burkhard Bilger, Spider Woman, „New Yorker”, 5 marca 2007)

    Henrietta nie przeżyła. Znalazł ją w pojemniku leżącą na grzbiecie z podkurczonymi nogami. Szturchnął ją palcem, tak jak dziecko szturcha nieżywe zwierzątko, kiedy już dawno jest po fakcie. Nie poruszyła się. Spróbował jeszcze raz. Ona już nigdy się nie poruszy.
    Usiadł w ciemnej łazience i przez chwilę nie mógł oddychać.
    Czy tak objawia się rozpacz po stracie kogoś bliskiego? Uciskiem w piersiach, płytkim oddechem, przemożnym pragnieniem, by krzyczeć? Przycisnął dłonie do oczu. Nie przyniosło mu to ulgi. Czuł narastające napięcie.
    Nie wiadomo dlaczego, przypomniał mu się ten chłopczyk, którego musiał zakopać pod krzewem azalii. Zapiekło go w gardle, ramiona zadrżały. Poczuł do siebie wstręt. Nienawidził siły własnych emocji, tego okropnego odgłosu łkania, bezsilności łez.
    Policja nigdy nie znalazła ciała. Wiedział o tym, bo śledził tę sprawę w Internecie. Chłopca uznano za zaginionego. Tak jak kiedyś jego, potem Aarona, a teraz tego nowego, Scotta. A także około dziesięciu tysięcy innych dzieci rocznie.
    To prawda, co mówił brat: jest tylu niegrzecznych chłopców, że Pan Hamburger ma pełne ręce roboty.
    On od kilkudziesięciu lat robił to samo. Porywał, niszczył i zabijał. Tuzinami pożerał ludzkie istnienia, od zupełnie niewinnych po te niezupełnie niewinne. To nie miało dla niego znaczenia. Robił to, bo tylko wtedy przestawał się bać.
    Czuł, że koniec jest bliski. Od trzech godzin na częstotliwości policyjnej mówili o strzelaninie w zabytkowym hotelu Smith House. Ofiarą nie był agent FBI, lecz nastolatek o nieznanej tożsamości. Aaron zawalił sprawę. Agentka musiała dopaść go pierwsza. A może stało się coś innego? To już nieważne. Henrietta nie żyła, Aaron też, a młodszy chłopak zniknął w domu położonym niżej na wzgórzu. Została mu Ginny, ale to tylko podła, kłamliwa dziwka.
    Jeżeli pierwsza wpadnie w ręce policji, na pewno go zdradzi. Kobiety tylko to potrafią.
    Trzeba będzie się zastanowić, opracować plan, ale najpierw rzecz jasna musi się zająć Henriettą.
    Trzecia pięć nad ranem. Przypadkiem zerknął na zegarek i gdy zauważył godzinę, wpadła mu do głowy myśl. Już wiedział, co musi się zdarzyć.
    Położył Henriettę na środku łóżka i podszedł do półek, gdzie w rzędach terrariów znajdowała się reszta jego kolekcji. Począwszy od lewej strony, zaczął kolejno zdejmować pokrywy. Potem przeszedł do drugiego pokoju, gdzie mieszkały pustelniki brunatne i prządki. Powoli, metodycznie wypuszczał wszystkie pająki na wolność.
    Następnie zgromadził w garażu sześć kanistrów benzyny.
    Zaczął od komputera, ponieważ tam znajdowało się najwięcej obciążających go dowodów. Przeszedł do salonu i nasączył sofę i zasłony oraz oblał regały z taniej płyty wiórowej. Następny był pokój chłopców, a stamtąd wspiął się po schodach do swego prywatnego sanktuarium. Nasączył benzyną materac z ciałem Henrietty – stos pogrzebowy dla wielkiego wojownika. Potem poszedł do garażu po ostatnie dwa kanistry.
    Usłyszał w oddali syreny. Kolejne radiowozy zmierzały do Smith House. A może jechali po niego?
    On już spędził dziesięć długich lat w najokrutniejszym więzieniu świata. Ani myślał tam wracać.
    Powinni byli go znaleźć, pomyślał ze złością, odkręcając zakrętkę kanistra i polewając obficie wszystko wkoło. Ci durni policjanci powinni byli wytropić Pana Hamburgera, wpaść do pokoju w tym pierwszym hotelu i go zgarnąć. Ale skąd, nikt się nie pojawił. Ani razu w ciągu dziesięciu lat. Nawet w dniu jego śmierci.
    Zawiedli go. Pozwolili, żeby stał się tym, kim był.
    Za to teraz im pokaże. Pokaże im wszystko, czego się od niego nauczył.
    Ostatni kanister był pusty. Ze złością cisnął go do pokoju gościnnego. Kilka kropli benzyny spadło mu na rękę, a nozdrza wypełnił charakterystyczny ostry zapach. Znowu usłyszał syreny, jakby coraz głośniejsze.
    Zostało niewiele czasu.
    Na szczycie schodów musiał ominąć cztery włochate postacie, pierwsze ptaszniki, które uciekły ze swoich terrariów i robiły rekonesans w terenie. Zbiegał po dwa schodki. Na dole natknął się na dwa następne pająki, już zwarte w morderczym uścisku. Terytorialni kanibale, ledwie poczuli smak wolności, zaczęli ze sobą walczyć.
    „Dziewczyny – chciał im powiedzieć – to jeszcze nic, poczekajcie”.
    Ale nie było czasu na gadanie. Szarpnął za drzwi szafy w przedpokoju, gdzie wmontował sejf z bronią. Kilka obrotów gałką i otworzył go na oścież – przyglądnął się zawartości.
    Wycie syren rozchodziło się echem ponad wzgórzem.
    Dziewiątka, glock kaliber 40, strzelba, karabin i całe pudła amunicji. Drżącymi rękami zapakował to wszystko do torby, wysypując przy tym kilka nabojów.
    Pisk opon na podjeździe.
    Zaklął, złapał torbę i rzucił się w kierunku tylnych drzwi. W ostatniej chwili sobie przypomniał: wyjął z kieszeni zapalniczkę, pstryknął i rzucił na ziemię.
    Pierwsze płomienie przeskoczyły przez kuchnię, opalając mu przy okazji włoski na dłoniach. Zajęły się kropelki benzyny na skórze. Gasząc je gorączkowo, patrzył, jak ogień wdziera się na korytarz i pędzi szaleńczo ku schodom.
    Może to była tylko jego wyobraźnia, ale wydawało mu się, że słyszy krzyk pierwszego pająka.
    Niszczył wszystko, co kochał. W końcu to umiał najlepiej.
    Ale została jeszcze jedna osoba, która była mu coś winna. Miłość, która nigdy nie wygasła, nawet po tylu latach. Aaronowi się nie udało. Jemu uda się na pewno.
    Zarzucił ciemnozieloną torbę na ramię i wymknął się tylnymi drzwiami w chwili, gdy pod dom zajechał policyjny radiowóz, szyby w oknach pękły z hukiem od siły ognia i cała jego kolekcja zaczęła się palić.
    Rita nie spała, kiedy pierwsze odgłosy syren przecięły powietrze. Nie zareagowała na ten dźwięk, lecz została w łóżku i obserwowała wznoszącą się nad drzewami pomarańczową kulę.
    Od razu wiedziała, gdzie się pali – w starym wiktoriańskim domu na szczycie wzgórza.
    Nie zdziwiła się więc, gdy nagle w drzwiach pojawił się chłopiec z rękami założonymi za plecy.
    Nic nie powiedziała, tylko odrzuciła kołdrę i wyjęła pistolet.
    – Chłopcze, czy ty masz z tym coś wspólnego?
    – Nie, ciociu.
    – Byłeś tu całą noc?
    – Tak, ciociu.
    – Dobrze. Czyli on zaraz się tu zjawi. Chodź, musimy zabezpieczyć drzwi i okna.
    Chłopiec wyjął nóż.

37

    „[…] pająki zabijają w zdumiewającym tempie. Pewien holenderski badacz szacuje, że w samej tylko Holandii żyje jakieś pięć bilionów osobników, a każdy z nich konsumuje dziennie około jednej dziesiątej grama mięsa. Gdyby ich ofiarami byli ludzie, nie owady, wystarczyłyby im zaledwie trzy dni, żeby zjeść całą szesnastoipółmilionową populację tego kraju”.
    (Burkhard Bilger, Spider Woman, „New Yorker”, 5 marca 2007)

    Kiedy Sal i Kimberly przyjechali na miejsce, dom pod adresem podanym przez Ginny stał w płomieniach. Strażacy dzielnie próbowali go gasić, ale było widać, że sprawa jest beznadziejna.
    Stanęli z boku i patrzyli na pomarańczowe płomienie rozświetlające nocne niebo, czując na twarzach bijące od nich gorąco. Na ulicy zebrali się sąsiedzi; przyszli w szlafrokach obejrzeć widowisko.
    – Szkoda – westchnęła starsza siwa pani w papilotach – kiedyś to był taki piękny dom.
    – Pani zna właściciela? – spytał ostro Sal, podchodząc do niej z Kimberly.
    Ale kobieta pokręciła głową.
    – Dawniej znałam, ale dwa czy trzy lata temu dom został sprzedany. Nowego właściciela widywałam rzadko. W ogóle go nie interesowało dbanie o budynek i ogród – prychnęła z dezaprobatą.
    – Czyli to mężczyzna?
    Kobieta wzruszyła ramionami.
    – Stale ten sam widok: młody człowiek wsiadający i wysiadający z wielkiego czarnego samochodu. Zawsze w czapce z daszkiem, nawet w środku zimy. Wydał mi się dziwny. Na pewno nie można powiedzieć, żeby był sympatyczny.
    – Fakt – wtrącił się z boku jakiś mężczyzna w niebieskim flanelowym szlafroku. – Moja żona zaniosła mu na powitanie talerz ciastek. Nacisnęła dzwonek i widziała przez okienko, że stoi w przedpokoju, ale jej nie otworzył. No to zostawiła talerz na schodach i poszła. Zdecydowanie jakiś dziwak.
    – A chłopaka czasem widywaliście? – spytał Sal.
    Mężczyzna zmarszczył brwi.
    – Taki osiemnasto-, dziewiętnastolatek? Rzadko wychodził z domu. To chyba jego syn.
    – Jest też drugi, młodszy – dodała autorytatywnie pani w papilotach. – W każdym razie ostatnio widywałam go na podwórku. Nie wiem, czy z nim mieszkał, czy tylko przyjechał w odwiedziny.
    Sal i Kimberly wymienili spojrzenia.
    – A dzisiaj?
    – Nic nie widziałam. Dopiero jak usłyszałam te syreny i zobaczyłam, że się pali.
    Spojrzeli na mężczyznę w niebieskim szlafroku, ale ten przepraszająco wzruszył ramionami. Najwyraźniej mieszkańcy tej ulicy po prostu smacznie spali. Czego nie mogli o sobie powiedzieć Sal i Kimberly.
    Podeszli do młodego policjanta, który pierwszy się zjawił na miejscu. Nie miał wiele do dodania. Usłyszał przez radio, że wzywa się pod ten adres wszystkie jednostki w związku z poszukiwaniem podejrzanego o nieustalonej tożsamości. Kiedy przyjechał, w oknach było już widać płomienie. A potem wyleciały szyby i dom zamienił się w wielką ognistą kulę. Zadzwonił po straż pożarną i tyle.
    Rozmawiali też z dowódcą jednostki straży, tęgim mężczyzną z siwiejącym wąsem na ogorzałej twarzy.
    – Na sto procent użyto wspomagacza – stwierdził. – Nie ma mowy, żeby przy takiej wilgotności budynek tak szybko się zapalił. Ktoś musiał w tym pomóc. Zapach wskazuje na benzynę, ale dopiero gdy wejdzie Mike, będziemy wiedzieli coś więcej.
    Mike, jak się okazało, był okręgowym ekspertem pożarnictwa. Wezwano go, ale nie mógł zacząć oględzin, dopóki ogień nie zostanie dogaszony, a budynek schłodzony i zabezpieczony. A to najprawdopodobniej nastąpi w późnych godzinach rannych, jeżeli nie koło południa.
    Innymi słowy agenci nie mieli na razie nic do roboty. Dowódca straży poradził, żeby poszli się zdrzemnąć. Da im znać, kiedy przyjdzie ich kolej.
    Kimberly to dosyć rozbawiło. Jakby jeszcze kiedykolwiek potrafiła zasnąć. Na samą myśl zaczęła chichotać jak ktoś niespełna rozumu. Znów poczuła gorąco i charakterystyczny smród palącej się izolacji, stopionych przewodów elektrycznych, rozlanej benzyny.
    Zastanawiała się, co się mogło stać z młodszym chłopcem. Czy gdzieś w tych zgliszczach leżą jego skulone, zwęglone zwłoki? Jednego chłopca już dzisiaj zawiodła. A co będzie z tym? Jego „następcą”?
    Ogień wypalił pierwszą dziurę w dachu, znajdując dopływ świeżego tlenu i buchając w górę z ogłuszającym hukiem. Stara drewniana konstrukcja złowieszczo jęknęła. Strażacy krzyknęli, żeby się cofnąć.
    Wtedy z potężnym, przeciągłym skrzypnięciem budynek się przechylił, jakby zastygł w powietrzu na tę jedną ostatnią chwilę, po czym runął na ziemię, wyrzucając w ciemność rój iskier. Płomienie na nowo wystrzeliły w górę. Sąsiedzi zamarli z przerażenia. Strażacy ponownie z determinacją ruszyli do akcji.
    Sal odprowadził Kimberly do samochodu. W milczeniu wrócili do hotelu, gdzie spali Rainie i Quincy, ekipa zbierała ślady, a karetka wreszcie przyjechała zabrać martwe ciało samotnego chłopca. Ginny Jones odwieziono do aresztu okręgowego. Jedno piekło za nimi, drugie dopiero się zacznie. Zaprowadził Kimberly do pokoju.
    – On wie – mruknęła. – Wie, że Aaron nie wykonał zadania. Dlatego podpalił dom. Wiedział, że jedziemy i chciał zatrzeć ślady.
    Sal odwinął kołdrę, posadził Kimberly na łóżku, a potem ostrożnie ją położył i przykrył.
    – Musimy coś zrobić – nie dawała za wygraną. – Co będzie, jeśli uzna, że ten mały jest dla niego ciężarem? A jeśli skupi się na nas? Trzeba opracować plan.
    Sal zdjął poduszkę i położył ją na podłodze.
    – On jest blisko, Sal. Ja to czuję. Zamierza zrobić coś potwornego.
    – Śpijmy – Ułożył się na ziemi, niczym nie przykryty, tylko na poduszce.
    Kimberly gapiła się na niego zdumiona. A potem, ku własnemu zaskoczeniu, zamknęła oczy i świat szczęśliwie zniknął.
    – Zrobimy tak – powiedział szeryf Duffy. Było tuż po jedenastej. W piwnicach Smith House zwołał wstępne zebranie grupy zadaniowej. Obecni byli wszyscy, łącznie z ekipą ERT i grupą miejscowych policjantów, którzy całą noc byli na nogach. Kawa lała się strumieniami, a oprócz niej na stół wjeżdżały talerze pełne maślanych bułeczek i kiełbasy domowego wyrobu. Takiego cateringu chyba nigdy nie mieli.
    – Na szczyt Blood Mountain prowadzą dwa główne szlaki. – Szeryf Duffy rozłożył na stole wielką mapę. Pokazał palcem pierwszą narysowaną linię. – Woody Gap od strony drogi numer sześćdziesiąt albo Slaughter Gap, jeśli dojechać sto osiemdziesiątką do jeziora Scotta. Ten drugi jest krótszy i bardziej stromy; to może być problem, jeśli się dźwiga ciało i sprzęt. Oba szlaki są jednak bardzo uczęszczane. Za diabła nie umiem sobie wyobrazić, że ktoś mógł raz po raz taszczyć nim zwłoki i nie być przez nikogo zauważonym.
    – Oni nie szli głównym szlakiem – odezwała się zmęczonym głosem Kimberly. Siedziała przy drugim stoliku obok ojca i Rainie, trzymając w dłoniach parujący kubek z kawą. Przy pasku miała przypięty telefon komórkowy, który wciąż uparcie milczał, choć zostawiła Macowi kilka wiadomości.
    Spała w sumie trzy godziny, potem przez trzydzieści minut brała prysznic. Wyglądała mniej więcej jak człowiek. Sal siedział na drugim końcu jadalni. Jeżeli Quincy'emu i Rainie wydało się to dziwne lub się zastanawiali, gdzie i z kim Kimberly spędziła noc, taktownie się z tym nie ujawniali.
    Kimberly kontynuowała:
    – Ten chłopak, Aaron, mówił, że mieli własne trasy, powyżej głównych szlaków, żeby obserwować z góry turystów. I obozowisko skautów – dodała. – Podobno Dinchara lubił ich podglądać.
    Duff uniósł brew.
    – Z tego co wiem, drużyny skautów korzystają z obu dróg, czyli nadal musimy szukać wejścia od strony sześćdziesiątki, jak i sto osiemdziesiątki.
    – Albo zupełnie gdzie indziej – wtrącił nagle Harold, pochylając się nad mapą. Narysował palcem kilka linii. – Spójrzcie, można tam dojść tędy, tędy i tędy. Gdy znajdziesz się na szczycie, masz widok na oba szlaki. I to byłoby nawet bezpieczniejsze, niż próbować iść równolegle do głównego szlaku, a tutaj na przykład zbocze jest w dodatku dość łagodne. Ja bym właśnie czegoś takiego szukał. Oczywiście gdybym miał targać zwłoki na szczyt.
    Podniósł głowę i zobaczył wbite w siebie zaciekawione spojrzenia.
    – Chodzę po górach tylko rekreacyjnie – usprawiedliwił się.
    – Moim zdaniem problem w tym – odezwała się stojąca obok Harolda Rachel – że jest za dużo potencjalnych dróg. Sam szlak Woody Gap to dobre dwanaście kilometrów. Z naszego punktu widzenia to olbrzymi obszar poszukiwań w bardzo trudnym terenie i w bardzo trudnych warunkach.
    Pokazała ręką za okno, gdzie siąpił jednostajny deszcz.
    – To prawda – przyznał Duff. – Ale jeśli do transportowania ciał używali noszy, musieli mieć trasę w miarę równą i gładką. Nie ma sensu się przedzierać przez krzaki na sam szczyt. Lepiej przeszukać teren u podnóża i znaleźć odpowiednie wejście…
    – Łatwo powiedzieć, zważywszy, jakie tam jest gęste podszycie – odezwała się Rainie.
    – Szeryf ma rację – wtrącił Quincy. – Ale znając traperskie umiejętności tego człowieka i jego skłonność do konspiracji, prawdopodobnie dobrze to wejście zamaskował. W każdym razie na pewno doskonale zna tę okolicę, a miejsce, gdzie ukrył zwłoki, ma dla niego szczególne znaczenie. Psychologowie kryminalni używają na to określenia „miejsce totemiczne”. Tam morderca może się oddać swoim fantazjom i ulżyć frustracjom. Tylko tam się czuje mocny i wszechwładny. Oczywiście chce jak najczęściej doznawać tego uczucia, więc będzie tam wracał.
    – Czyli co, szepniemy „abrakadabra” i otworzy się przed nami sekretna droga na szczyt? Tak czy siak musimy odszukać miejsce, gdzie się ona zaczyna, a do tego potrzebne nam wsparcie.
    – Ma pani na myśli Gwardię Narodową? – skrzywił się.
    – Nie, wyszkolonych specjalistów, najlepiej z psami. Duff otworzył szeroko oczy.
    – Sądzi pani, że psy do wykrywania zwłok mogłyby wyczuć zapach? Sama pani mówiła, że na szczyt jest dobre dwanaście kilometrów. Naprawdę mają taki czuły węch?
    Rachel ściągnęła usta.
    – Nie wiem. Nie zajmuję się szkoleniem psów. Agentka Quincy wspominała o wciąganiu ciał na noszach, to chyba powinno zostawić jakiś ślad zapachowy.
    Ale Harold, ich podręczny ekspert od wszystkiego, pokręcił głową.
    – Wszystkie psy kierują się węchem. Ludzkie ciało stale zrzuca złuszczony naskórek i bakterie tworzące zapach, którego my nie wyczuwamy, ale ich wrażliwe nosy tak. W przypadku psów szkolonych do wykrywania zwłok, zapach pochodzi od rozkładającego się ciała i na początku jest bardzo silny, ale słabnie w miarę zanikania materii organicznej. Jeżeli ofiary zostały zakopane zbyt daleko i zbyt dawno, zwierzętom może być trudno podjąć trop.
    – Ja kiedyś pracowałam z parą psów, które znalazły kompletnie zeszkieletowane szczątki w wyschniętym korycie strumienia – powiedziała Rachel. – Nie było tam już żadnej rozkładającej się materii organicznej, a i tak wyczuły zapach kości.
    – Czy ten wyschnięty strumień leżał w docelowym obszarze poszukiwań?
    – Tak, ale…
    – A widzisz. Psy pracowały na ograniczonym terenie, dzięki temu mogły wyczuć słabsze zapachy. Ale tutaj teren jest znacznie rozleglejszy. Właściwie mamy do przeszukania całą górę.
    – Dajcie sobie spokój – wtrąciła nagle Kimberly. – Trzeba nam psów do poszukiwania żywych ludzi.
    Jej koledzy na chwilę przestali się spierać i spojrzeli na nią.
    – Czemu? – spytała Rachel. – Myślałam, że szukamy zwłok. W magicznym miejscu totemicznym.
    – Które zanieśli na szczyt dwaj mężczyźni. Przecież mamy ubranie jednego z nich.
    Harold pierwszy się ocknął.
    – No przecież! Zdejmiemy skarpetki z ciała chłopaka i damy psom do powąchania…
    – I każemy mu go szukać. Jak dobrze pójdzie, złapią trop i doprowadzą nas do celu – dokończyła za niego Kimberly i pociągnęła łyk wrzącej kawy. Siedzący obok ojciec wreszcie się rozluźnił i pokiwał głową z aprobatą.
    – Cholera wie, kiedy ostatni raz tamtędy szli – zauważył Duffy. – A przecież psy muszą mieć świeży trop, o ile się orientuję, najwyżej sprzed kilkunastu godzin.
    – Ale nie bloodhoundy! – zawołał radośnie Harold. – One potrafią wyczuć zapach nawet po tygodniu, zwłaszcza przy tak niskiej temperaturze. Fakt, labradory może są lepsze przy wykrywaniu zwłok, ale tu nic ich nie zastąpi. Znajdźcie nam parę takich piesków, a mamy szansę złapać tego zboczeńca.
    Wszyscy zwrócili głowy w stronę szeryfa.
    – Psy gończe? W Georgii? – uśmiechnął się. – Poczekajcie, wykonam tylko jeden telefon.
    Psy wabiły się LuLu i Fancy. Ich trenerem był starszy człowiek przedstawiający się jako Skeeter. Miał na sobie spłowiały niebieski kombinezon i był raczej mało komunikatywny. Z szeryfem Duffym porozumiewał się za pomocą wzruszeń ramion i kiwnięć głową. Do reszty nie odzywał się wcale.
    Za namową Harolda rozpoczął poszukiwania od drogi numer 180 i posuwał się trasą, którą Harold na podstawie mapy hipsometrycznej wybrał jako najdogodniejszą. Poza paroma komentarzami na temat „totemów” grupa wzięła sobie do serca zapewnienie Quincyego, że podejrzany wolałby wybrać łatwiejszą drogę na szczyt. Nawet mordercy są praktyczni.
    LuLu i Fancy prowadzone przez Skeetera zaczęły węszyć w krzakach, a tymczasem inny pies, owczarek niemiecki o imieniu Danielle, został wysłany ze swoją treserką na szlak Woody Gap. Jeszcze jedna ekipa jechała z Atlanty i po lunchu miała być gotowa do rozpoczęcia poszukiwań od strony jeziora Scotta.
    Skoro LuLu i Fancy odwalały całą robotę, reszcie grupy nie pozostało nic innego, jak stać z boku i patrzeć na deszcz kapiący z daszków czapek.
    Kimberly podeszła do Harolda i Rachel, którzy ubrani w żółte przeciwdeszczowe peleryny schowali się pod rozłożystą jodłą. Inni siedzieli w samochodach zaparkowanych jeden za drugim wzdłuż szosy. Na czele stała biała przyczepa należąca do ekipy ERT. To był ich podstawowy model wyposażony w namiot, worki i etykietki na dowody, sprzęt mierniczy, ubrania i okulary ochronne, generator, płachty niebieskiej folii i role papieru pakowego. Kimberly od razu poznała, że Rachel żałuje, iż nie zabrała na górę tych nowych, lekkich dżipów z wielkimi kołami. Szef ERT to ma ciężkie życie: tyle zabawek, a tak mało okazji, żeby się nimi pobawić.
    Rachel właśnie unosiła rękę na powitanie, gdy u pasa Kimberly nareszcie zadzwoniła komórka. Kimberly przepraszająco wzruszyła ramionami i starając się zachować spokojną twarz, stanęła po drugiej stronie drzewa i spojrzała na wyświetlacz. Musiała zsunąć kaptur, żeby przyłożyć telefon do ucha. Zdołała to zrobić dopiero za drugim razem, tak bardzo trzęsły jej się ręce.
    – Hej – powiedziała do słuchawki prawie bez tchu. Tętno jej podskoczyło.
    – Hej – odparł Mac.
    – Jak noc?
    – Zgarnęliśmy ośmiu dealerów, przejęliśmy kilkaset kilogramów kokainy. Normalka.
    Uśmiechnęła się, ściskając palcami nasadę nosa, żeby powstrzymać napływające do oczu łzy.
    – Kiedy skończyliście?
    – Dwie godziny temu.
    – Pewnie padasz na twarz.
    – Marzę o cieplej pościeli, ale najpierw chciałem zadzwonić do ciebie. Posłuchać uroczego głosu mojej żony.
    Dosłyszała w tym dziwne tony. Był zmęczony? Rozżalony? Zły? Kiedyś umiałaby rozpoznać. Cisza się przeciągała, aż Kimberly zrozumiała, że Mac też to wyczuwa. Ten dystans, który na początku nie wydawał się wcale taki duży, teraz urósł do groźnych rozmiarów.
    – A u ciebie? – spytał w końcu ponurym głosem, zupełnie do niego niepodobnym.
    – Mieliśmy tu mały wypadek.
    – Kimberly?
    – Nie, mnie nic się nie stało, ale mój informator, ten chłopak, który do mnie dzwonił, zjawił się w naszym hotelu i się zastrzelił.
    – Kimberly?
    – Potwierdził, że Dinchara uprowadzał i zabijał prostytutki. Pomagał mu pozbywać się ciał. Sam też był jedną z jego ofiar porwaną w dzieciństwie. Nie wiedział… Nie umiał… Popełnił samobójstwo. Przystawił pistolet do skroni i rozwalił sobie mózg. W moim pokoju.
    – Nic ci nie jest? Dobrze się czujesz? – spytał łagodnie Mac.
    Kimberly zaskoczyła ich oboje, mówiąc:
    – Nie. Czuję się fatalnie. Jestem wściekła i chce mi się wyć, tylko co to da? Spóźniłam się. Wszyscy się spóźniliśmy. Ten chłopak nas potrzebował dziesięć lat temu. Zawiedliśmy go. Tak jak Ginny Jones i Tommy'ego. Cała ta sprawa to jeden łańcuch cierpień, które nigdy nie powinny były się zdarzyć. A teraz stoję u podnóża czegoś, co się nazywa Blood Mountain i jak dobrze pójdzie, znajdziemy tu jeszcze więcej ciał porzuconych przez sukinsyna, który to wszystko zaczął. Nie mogę uwierzyć, że decyduję się wydać dziecko na świat, w którym handel żywym towarem zamiast się zmniejszać, kwitnie, gdzie dzieci porywa się z ich własnych łóżek, z pokojów hotelowych albo z rodzinnych wakacji w parku narodowym. Jeżeli egzekwowanie prawa jest wojną, to ją przegrywamy, i ja po prostu zaczynam mieć tego dosyć.
    – Przyjadę tam – powiedział Mac.
    – Nie wygłupiaj się. Całą noc nie spałeś. Idź się połóż.
    – Jesteście od strony Woody Gap czy jeziora?
    – Znasz to miejsce?
    – Wychowałem się tam, zapomniałaś?
    – Mac… naprawdę powinieneś się wyspać.
    – Daj mi dwie godzinki. Co się może stać przez ten czas? Kocham cię, Kimberly. Do zobaczenia.
    Rozłączył się. Kimberly stała pod drzewem i sama nie wiedziała, czy czuje ulgę, strach czy zaskoczenie. Przede wszystkim czuła własny puls, który wciąż rozsadzał jej skronie, oraz deszcz skapujący z gałęzi na głowę i dalej na kark. W pewnej chwili wydało jej się, że to las płacze, a przecież do niej nie pasują takie infantylne metafory.
    Dotknęła więc swego brzucha. Nieśmiało, delikatnie.
    – Cześć, malutka – szepnęła, a po chwili: – Przepraszam cię – chociaż do końca nie wiedziała za co.
    Kątem oka dostrzegła ojca, który stał przy drodze i dawał jej jakieś znaki. Westchnęła i poszła do niego.
    – Rozmawiałaś dziś rano z Ginny Jones? – spytał.
    Pokręciła głową. Podeszła do nich Rainie.
    – Bo chciałbym ją o coś spytać. To by mogło rzucić trochę światła na pewne sprawy.
    Kimberly wzruszyła ramionami. Psy szukały tropu, reszta ekipy czekała. I tak nie było co robić.
    – Dobra, zadzwonię do niej. – Wykręciła numer biura szeryfa okręgowego i przełączyła komórkę na głośnik. Wszyscy troje nachylili się nad nią.
    Kiedy po drugiej stronie ktoś odebrał, Kimberly się przedstawiła i poprosiła o rozmowę z funkcjonariuszem, który przyjmował do aresztu Ginny Jones. Zawołali go i po kilku minutach podszedł do telefonu.
    – O co chodzi?
    – Mówi agentka specjalna FBI Kimberly Quincy. Chodzi o aresztowaną dzisiaj rano Virginie Jones. Chciałam spytać, kiedy się odbędzie rozprawa wstępna?
    – Już się odbyła.
    – Słucham? – Spojrzała zaskoczona na ojca i Rainie, którzy również nie kryli zdziwienia.
    – O dziewiątej trzydzieści rano. Doprowadziliśmy aresztowaną na salę, sędzia wyznaczył kaucję i piętnaście po dziesiątej ją zwolniliśmy…
    – Słucham? – podniosła głos Kimberly. Rainie i Quincy aż zamrugali powiekami, a policjant po drugiej stronie słuchawki na chwilę zamilkł.
    – Wyznaczono kaucję w wysokości dziesięciu tysięcy… – zaczął.
    – Za pomoc w usiłowaniu zabójstwa agenta federalnego?
    – No, ale ten chłopak zabił siebie, nie panią, i to chyba trochę osłabiło argumentację prokuratora okręgowego.
    – Ginny nie mogła wiedzieć, że Aaron właśnie to zechce zrobić.
    – Ja tylko mówię, co powiedział sędzia. Dziesięć tysięcy dolarów kaucji. Pieniądze zostały wpłacone i…
    – Kto wpłacił?
    – Hm… – usłyszeli stuk odkładanego telefonu i głos wołający w głąb pomieszczenia: – Hej, Rick?Nie wiesz, kto wpłacał kaucję za tę Jones? Rodzina, agencja finansowa? Aha. Dobra, dzięki. - Wrócił. – Jakiś facet. Miał czek gotówkowy na dziesięć patyków. Rick mówi, że to chyba jej znajomy, bo się ściskali na parkingu.
    Kimberly zamknęła oczy.
    – Tylko niech mi pan nie mówi, że miał na głowie bejsbolówkę.
    –  Hej, Rick… - Po chwili: – Tak, czerwoną.
    – Kurwa mać! – W tym momencie do niej dotarło. Nie wiedziała, czy ma się śmiać czy płakać, więc trzasnęła klapką telefonu i z impetem kopnęła kępę trawy. – Ależ z nas idioci! Zagrała nam na nosie!
    Ojciec i Rainie mieli zdziwione miny, więc nie przestając kopać trawy, niemal oszalała z wściekłości, wszystko im wyjaśniła:
    – Musisz zabić osobę, którą kochasz. Takie są reguły. Aaron Johnson zginął. Czyli co to oznacza?
    Pierwszy pojął Quincy.
    – Ona zdała egzamin. Ginny Jones wystawiła Aarona, żeby się uwolnić.
    – Otóż to. A my jesteśmy kretynami, którzy pozwolili jej uciec. Dinchara wpłacił za nią kaucję i odebrał z aresztu. Widziano, jak się obejmowali na parkingu. Są teraz razem, wolni, a my co? Daliśmy się zrobić w konia.
    – Chyba nie myślisz… – zaczęła Rainie.
    Ale rozmowę przerwało głośne ujadanie psa, a po nim podniecony krzyk. Wszyscy troje podnieśli głowy i zobaczyli masę biegnących ludzi, którzy też krzyczeli. Psy podjęły trop i wciągnęły w głąb lasu Skeetera oraz resztę ekipy.

38

    „Skakuny mają wielkie oczy, które potrafią dostrzec najmniejszy ruch przechodzącego owada. Najpierw podkradają się do ofiary, a następnie skaczą na nią, otwierając w locie szczęki, i zadają śmiertelne ukąszenie”.
    (Christine Morley, Freaky Facts About Spiders, 2007)

    Szli za psami już kilka godzin. LuLu i Fancy zawzięcie węszyły.
    Harold maszerował obok Skeetera, z łatwością pokonując stromą, nierówną ścieżkę pełną powalonych pni, wystających kamieni i uskoków wymytych przez wodę. Co pewien czas obwiązywał drzewo pomarańczową taśmą, znacząc trasę dla swych nieco wolniejszych kolegów. Rachel wyposażyła go też w aparat, zakładając, że dotrze na miejsce pierwszy i będzie mógł się zabrać za dokumentowanie miejsca zdarzenia.
    Kilkoro ludzi z ekipy ERT dyżurowało na dole w przyczepie, pozostając w kontakcie radiowym. Gdyby się okazało, że potrzeba dodatkowego sprzętu, Rachel tylko da znać i agent dojdzie na górę, kierując się oznaczeniami na drzewach. Wszyscy byli przepisowo ubrani w kamizelki kuloodporne i mieli przy sobie przenośne zestawy pierwszej pomocy oraz broń osobistą. Bezpieczeństwo to priorytet, nawet kiedy się szuka martwych ludzi.
    Kimberly osłabła wcześniej, niżby chciała. Umysł był chętny, ale ciało nie bardzo. Przy każdym kroku, kiedy uda dotykały stale powiększającego się brzucha, czuła napięcie mięśni. Ścięgna i więzadła wystarczająco ciężko pracowały, usiłując sprostać nowym wyzwaniom, żeby je jeszcze katować sprintem pod górę. Quincy i Rainie dotrzymywali jej kroku. Sal był już chyba wyżej, na czele grupy.
    – Chcesz odpocząć? – zapytał ojciec.
    – Nie trzeba.
    – Ja chcę – rzuciła Rainie.
    – Och, przestań. Może jestem w ciąży, ale nie jestem idiotką.
    Rainie wyszczerzyła zęby i poszli dalej, choć wydawało się, jakby tempo Kimberly znowu odrobinę spadło. Z oddali dochodziło szczekanie psów i czasem jakieś pomruki rozmów. Zewsząd otaczała ich wilgotna, zielona gęstwina lasu, pachnąca zgniłymi liśćmi i próchniejącym drewnem. Na tej wysokości ścieżka robiła się coraz bardziej kręta i wąska, wystawały korzenie, tworząc rodzaj schodków. Było bardzo stromo, należało się poruszać bardzo wolno. Wszyscy dyszeli z wysiłku.
    – Mac dzwonił? – spytał Quincy.
    Kimberly skinęła głową, bo zabrakło jej tchu na mówienie.
    – Jak im poszło?
    – Rozbili siatkę dealerów.
    – Powiedziałaś mu, co się stało?
    – Jedzie tu – zdołała wysapać.
    To wystarczyło za odpowiedź.
    – Mówisz, że Dinchara wpłacił kaucję za Ginny? Nie wiesz dlaczego?
    – Może chcą wyjechać z miasta – wtrąciła Rainie. Przystanęła na chwilę i napiła się wody. Kimberly wykorzystała to, żeby zaczerpnąć kilka haustów powietrza.
    – Jest mu potrzebna – powiedziała w końcu. – Inaczej po co ryzykowałby pokazanie się w sądzie po tym, jak podpalił swój dom? Czemu miałby poświęcać dziesięć patyków? Wykupił ją, bo ma jakiś plan. Ale jaki, za cholerę nie wiem.
    – Czyli twoim zdaniem są wspólnikami? – zapytał Quincy.
    – Nie wiem. Z tego co ona mówi, Dinchara ją więził i zmuszał do prostytucji. Jest ofiarą, a jednak… W Sandy Springs miała samodzielne mieszkanie. Pomyśl, ile to okazji do ucieczki. A ona tkwiła w tym dwa lata, nawet gdy już wiedziała, że zabił jej matkę i zaaranżował śmierć Tommy'ego. Jest na tyle sprytna, żeby wystawić agenta FBI, a nie potrafi uciec, kiedy ma okazję? Nie wierzę. Cokolwiek się dzieje, ona tego nie robi dlatego, że Dinchara jej kazał. Ona to lubi. Ryzyko, manipulację, przemoc. Ta dziewczyna jest nieźle pokręcona.
    – Syndrom sztokholmski?
    – Jeszcze gorzej – mruknęła Kimberly.
    – Nie przepadasz za nią.
    – Próbowała mnie załatwić.
    – Ale chłopaka, który trzymał broń, jakoś nie potępiasz?
    Kimberly niecierpliwie przestąpiła z nogi na nogę. Tak postawione pytanie wkurzyło ją bardziej, niż powinno.
    – Chwileczkę, z tego co widać, on musiał żyć z Dincharą. W chwili porwania był młodszy, więcej przeżył.
    – A gdyby został porwany później i przeżył mniej? Gdzie jest ta granica, która pozwala jednego uznać za ofiarę, a drugiego nie do końca?
    – Pytanie za milion, co? – Kimberly spojrzała wymownie na ojca, dając mu do zrozumienia, że rozmowa skończona. Niech sobie mówi, co chce, według niej Aarona i Ginny nie można porównywać.
    Ruszyli dalej. Szczekanie psów stawało się głośniejsze. Wreszcie dotarli na szczyt niedużego wzniesienia i ujrzeli resztę ekipy zebraną na skraju leśnej polanki. Psy biegały dookoła, obwąchiwały krzaki, wyrywały się do przodu, to znów wracały, szarpiąc za smycz trzymaną przez Skeetera, który cierpliwie podążał za nimi krok w krok.
    – Zgubiły trop – poinformował Harold, stając przy Kimberly. – Ewidentnie gdzieś tu coś czują, ale co chwila im to ucieka. Stąd to bieganie wte i wewte.
    Rachel rozglądała się po polanie z miną, którą Kimberly dobrze znała.
    – Myślisz, że to tutaj. – To było bardziej stwierdzenie niż pytanie.
    – Tak czuję. A ty?
    Kimberly się rozejrzała. Znajdowali się mniej więcej w trzech czwartych drogi na szczyt, na małej polance sześć na dwanaście metrów, częściowo utworzonej przez skalny występ. Dalszą część porastała trawa. Zielona łąka osłonięta baldachimem z drzew iglastych. Wystająca skała zapewniała wygodne miejsce do siedzenia. W pogodny dzień pewnie roztaczał się z niej niezły widok, może nawet na obozowisko skautów. W każdym razie idealne miejsce, żeby spożyć lunch.
    Albo wykopać płytki grób.
    – Zabrałaś sprzęt do sondowania gruntu? – spytała Kimberly.
    – Jakżeby inaczej – odparła Rachel. – Harold?
    Harold posłusznie odwrócił się tyłem i pokazał przytroczone do plecaka pomarańczowe tyczki. Zdjął bagaż i poszedł omówić sprawę z Duffym i Skeeterem. Kimberly zaczęła rozkładać sprzęt. Rainie i Quincy przyglądali się z zainteresowaniem.
    – Braliście kiedyś udział w takiej operacji? – spytała ich Kimberly.
    Quincy jako psycholog kryminalny zawsze przyjeżdżał na miejsce po fakcie. Rainie może i miałaby okazję, kiedy pełniła funkcję zastępcy szeryfa w małym miasteczku, ale jakoś ją to szczęście ominęło. Za to Kimberly robiła to co najmniej kilka razy w roku. Jak reszta kolegów z ekipy, przeszła tygodniowe szkolenie w Centrum Antropologii Sądowej na Uniwersytecie Tennessee, znanym szerzej jako „trupia farma”.
    – Robimy to tak – wzięła do ręki pierwszą cienką tyczkę. – Stajemy obok siebie i tworzymy ciasny szpaler na całą szerokość polany. Potem robimy krok w przód, wbijamy sondę i czekamy, aż reszta zrobi to samo. I znowu: do przodu i wbijamy. Wszyscy naraz. Jeżeli natraficie na grząski grunt, gdzie ziemia wyraźnie była niedawno wzruszana, ewentualnie na coś twardego, zaznaczacie to miejsce chorągiewką. Jak dojdziemy do końca, sporządzimy siatkę i naniesiemy na mapę. Potem druga grupa techników jeszcze raz przejdzie po zaznaczonych miejscach i sprawdzi dokładnie kwadrat po kwadracie.
    – W jaki sposób? – spytała Rainie.
    – Kładą się na brzuchu i kopią saperką. Wykopaną ziemię wsypują do wiader, znoszą w jedno miejsce, a tam inna grupa przesiewa zawartość przez wielkie sito. Jej zadaniem jest wyszukanie najdrobniejszych odłamków kości, pocisków, zębów i tym podobnych. Niesamowite, jak małe potrafią być niektóre ludzkie kości, zwłaszcza te w palcach. Gdybyśmy nie przesiewali, łatwo byłoby je przeoczyć.
    Rainie miała lekko przerażoną minę.
    – Będziemy przesiewali każde wiadro wykopanej ziemi?
    – Taka jest procedura.
    Rainie rozejrzała się po polance.
    – Utkniemy tu co najmniej na kilka dni.
    – Możliwe – przyznała Kimberly i wzruszyła ramionami. – Zależy, ile miejsc zaznaczymy. Ukryte groby zwykle poznać po serii zagłębień i wzniesień leżących obok siebie. Wzniesienie to ziemia, którą morderca musiał odrzucić, kopiąc dół, a zagłębienie powstaje, kiedy zakopane zwłoki ulegają rozkładowi i grunt się zapada. Nie ma co szukać pod drzewami, korzenie utrudniają kopanie, nawet maniakowi-zabójcy. Trzeba za to wypatrywać dużych skupisk chwastów, bo one świetnie rosną na luźnej, świeżo wzruszonej glebie. Problem tylko w tym, że stare powalone drzewa tworzą taki sam układ wzniesień i zagłębień. Ale z doświadczenia wiemy, że wszystko warto sprawdzać.
    – Ale czemu na brzuchu? – spytał Quincy. – To chyba niewygodne. Nie można po prostu kopać łopatą, aż się na coś trafi?
    – Nie, bo większość ukrytych grobów jest płytka. Jeżeli ciało uległo całkowitemu zeszkieletowaniu, łopatą mógłbyś je poważnie uszkodzić. Poszukiwaniem zwłok rządzą te same reguły co wykopaliskami archeologicznymi, to znaczy, że usuwając ziemię wokół szkieletu, staramy się go jak najmniej uszkodzić. U nas też zobaczysz pędzelki w ruchu. Ale zanim tkniemy choć jedną kosteczkę, musimy ten szkielet sfotografować na miejscu, opisać, zaznaczyć położenie na mapie. To konieczne, bo w żaden sposób nie da się go wyjąć w całości. Po zakończeniu dokumentacji każdą kość wkładamy po kolei do worka i zawozimy antropologowi sądowemu, który później składa je na nowo.
    – Macie o wiele więcej cierpliwości niż ja – stwierdziła Rainie.
    – Różnie to bywa.
    Wrócił Harold z szeryfem Duffym i Salem.
    – Skeeter mówi, że psy muszą odpocząć. Nie jest pewien, czy zgubiły trop, czy po prostu są zmęczone, ale tak czy owak jest to dobra pora na przerwę. On je zabierze na spacer, a my możemy zacząć przeszukiwać polanę.
    – To ja zbieram ludzi – chrząknął Duff. – Powiecie nam, co mamy robić?
    – Jasne.
    Odszedł do swoich podwładnych, którzy strząsali wodę z peleryn i opróżniali butelki z napojami. Po pięciu minutach grupa była gotowa do pracy, a Rachel udzieliła im krótkiego instruktażu. Potem Harold ustawił ich w szeregu, niedoświadczonych ochotników na przemian z zawodowcami z ERT. Sal wylądował obok Kimberly. Nie odzywali się do siebie.
    Ulewa wreszcie przeszła, skały parowały w popołudniowym słońcu, które przebijało się przez ciemne chmury. Kimberly robiło się coraz goręcej. Spociła się pod nieprzewiewną peleryną. Nie mogła się zdobyć na to, żeby spojrzeć na Sala, a i on najwyraźniej miał z tym kłopot.
    Powinna się odezwać, oczyścić atmosferę, zanim przyjedzie Mac, spojrzy na nich raz i poweźmie najgorsze przypuszczenia.
    Drugi krok. Trzeci. Czwarty. Rozległ się podniecony okrzyk jednego z policjantów, więc Harold pomógł mu wetknąć żółtą chorągiewkę. Głównie jednak wymieniali między sobą zaniepokojone spojrzenia. Czy to aby nie ludzkie zwłoki? A w ogóle mają być twarde czy miękkie? Tego się nie wie, dopóki nie nabierze się doświadczenia.
    Kimberly trafiła na fragment luźnej ziemi. Oznaczyła go. Sal zaklął pod nosem.
    – Co jest? – spytała.
    – Nie wiem. Coś tu… Może to kamień, może korzeń, a może tylko grudka ziemi. Twarde, ale za małe na kość.
    – Kości mogą być bardzo małe – powiedziała łagodnie.
    – Jeśli nie jesteś pewien, na wszelki wypadek zaznacz. Nigdy nie wiadomo.
    – Nie wiem, jak ty możesz zajmować się tym na co dzień – mruknął, wbijając chorągiewkę.
    – Dlatego, że raz na jakiś czas udaje nam się znaleźć ten jeden niezbity dowód. Albo ciało zaginionej dziewczyny, której rodzice musieli cztery lata czekać na pogrzeb. Albo złotą obrączkę ślubną. Niby nic wielkiego, ale jeśli twój mąż lub żona byli na pokładzie samolotu, który uderzył w Pentagon, ta obrączka pozostaje dla ciebie jedyną pamiątką. Więc ją bierzesz. Weźmiesz wszystko, co tylko przyniesie ci ulgę.
    Sal otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale rozległ się kolejny okrzyk i prośba o chorągiewkę. Szpaler ustawił się na nowo i na znak Harolda ruszył do przodu. Zaczynali nabierać wprawy, więc szło im coraz szybciej.
    Gdy dotarli do końca, ponad trzydzieści żółtych chorągiewek wystawało z ziemi niczym pole żonkili. Kimberly coś w tym nie grało. Ich rozmieszczenie nie miało sensu, były zbyt rozproszone, a biorąc pod uwagę wielkość grobu, powinny być zgrupowane co najmniej po kilka.
    Nawet z daleka widziała, że Rachel podziela jej zdanie. Rudowłosa szefowa opierała ręce na biodrach i miała zachmurzoną minę.
    – Co robimy? – spytał Harold.
    – Nic, nakładamy siatkę – odparła Rachel. – Nie mamy wyjścia. W razie wątpliwości przekopujcie. – Przeczesała palcami włosy. – Cholera, wyszło tego jednocześnie za mało i za dużo.
    – Możemy sprowadzić psa do poszukiwania zwłok – podrzuciła Kimberly.
    – Tak? Czemu tego od razu nie zrobiliśmy? – spytał Sal.
    – Najpierw trzeba wysondować grunt – odpowiedziała machinalnie Rachel, przygryzając dolną wargę. – To uwalnia gazy powstające przy rozkładzie ciała. Trzeba poczekać trzydzieści, czterdzieści minut, aż wszystko dojrzeje i się ustabilizuje, a potem puszczasz psa. Bardzo skuteczna metoda.
    – Szliśmy tu cztery godziny – zauważył Sal. – Nie ma mowy, żeby w pół godziny sprowadzić tu psa. Te nie dadzą rady?
    – One już tropią jeden zapach, wszystko by im się pomieszało – wyjaśnił Harold i spojrzał na Rachel. – A może się podzielmy – zaproponował. – Połowa niech zostanie i zbada oznaczone miejsca, a resztę wyślij dalej z LuLu i Fancy, a nuż znowu podejmą ślad. Warto też sprawdzić szczyt. Przynajmniej będziemy wiedzieli, od czego jutro zacząć.
    – Do szczytu już niedaleko – powiedziała Kimberly. – Jeśli to nie tutaj, to gdzieś blisko.
    Rachel kiwnęła głową.
    – Dobra. Znajdźcie Skeetera, spytajcie, co z psami. Podzielimy zespół na dwie części. Zmęczeni – przeskoczyła wzrokiem na Kimberly – zostaną tutaj. Maniacy – tu spojrzała na Harolda – niech się dalej wspinają.
    Kimberly średnio ucieszyło, że została zaliczona do mniej sprawnej części ekipy, ale z drugiej strony, pobolewał ją brzuch i była głodna. Harold poszedł szukać Skeetera. Sal ogłosił, że pora coś zjeść.
    Razem z Kimberly podeszli do Rainie i Quincy'ego, którzy przysiedli na przewróconym pniu. Quincy chrupał batonik muesli, Rainie jadła babeczki z masłem orzechowym. Kimberly usiadła obok niej.
    – Babeczkę? – zaproponowała Rainie.
    – Chętnie. Pudding?
    – Nie odmówię.
    Sal wyjął kanapkę z szynką, którą obie panie zgodnie uznały za nudną. Pozdejmowali peleryny i konsumowali lunch w przyjemnej ciszy, aż w pewnej chwili Sal zerknął na Kimberly, potem spojrzał jeszcze raz i zbladł.
    – Nie ruszaj się – powiedział.
    – Co jest? – spytała zdziwiona Kimberly i oczywiście od razu się poruszyła.
    – NIE RUSZAJ SIĘ!
    Tym razem zastygła, patrząc na Sala z coraz większym strachem.
    – Co? – szepnęła.
    – Rainie – rzekł powoli Sal – ty siedzisz bliżej. Tam na ramieniu, widzisz?
    – To pająk – odparła Rainie i zmarszczyła brwi. – Skąd tyle emocji wokół małego brązowego pajączka?
    – O, nie. – Kimberly zrobiła przerażone oczy. – Pustelnik brunatny?
    Sal kiwnął głową.
    – Myślałam, że są płochliwe – powiedziała słabo, uświadamiając sobie, że ma odsłoniętą szyję. Zaschło jej w gardle.
    – Może lubią masło orzechowe. – Sal odłożył kanapkę. Wstał i nie odrywając wzroku od ramienia Kimberly, podszedł bliżej. – Postaram się to zrobić szybko.
    – Czy on siedzi mi na bluzce?
    – Niezupełnie. Zamknęła oczy.
    – Sal, musisz to zrobić jednym ruchem. Jeśli się zawahasz… pająk spanikuje i ugryzie.
    – Wiem, wiem.
    Rainie i Quincy poderwali się na nogi, wyraźnie zaniepokojeni. Nagle Rainie zerknęła na męża, krzyknęła i pacnęła go w obojczyk. Wciąż miał zaskoczoną minę, gdy to samo powtórzyła na jego ramieniu i udzie.
    – Raz, dwa, trzy – odliczył Sal i klepnął Kimberly w ramię. Natychmiast zeskoczyła i zakręciła piruet.
    – Jasny gwint! – zawołał Sal i zaczął ją uderzać po plecach.
    – Co jest? Co się stało?
    – Tu jest pełno pająków!
    Cała czwórka odskoczyła jak najdalej od pnia. Teraz Kimberly je zobaczyła: małe, delikatne brązowe stworzenia biegały po spękanej korze, rozpaczliwie szukając jakiejś kryjówki.
    Rainie skakała w miejscu, oglądając się ze wszystkich stron, a Quincy cały czas jej powtarzał, żeby stała spokojnie, bo nie może jej pomóc. Sal też sprawdzał w panice buty, skarpetki i odkrytą skórę na łydkach.
    Kimberly spojrzała na nich, potem spojrzała na rojący się od pająków pień i znowu na nich. Carrie Crawford-Hale mówiła, że pustelniki brunatne są płochliwe i spotkanie z nimi jest mało prawdopodobne, a jednak tu mieli do czynienia z prawdziwą plagą.
    Przy końcu trasy, którą przemierzali Dinchara i jego podopieczny. Na polanie, która teoretycznie była idealnym miejscem na ukrycie zwłok, gdyby nie ten bezsensowny rozkład chorągiewek.
    I wtedy sobie przypomniała, co jej kiedyś powiedziano. O czym powinna była pamiętać od samego początku.
    Podeszła do pnia i zadarła głowę do góry.

39

    W pierwszych tygodniach wolności nie bardzo wiedziałem, co ze sobą zrobić. Zamieszkałem w hotelu Best Western. Miałem kupę forsy i pragnąłem zaznać wielkiego świata. Kupiłem sobie wreszcie pierwszą w życiu grę wideo i spędziłem dziewięćdziesiąt sześć godzin, gapiąc się w ekran, aż oczy mi podeszły krwią i zemdlałem z bólu głowy.
    Przeszedłem osiem kilometrów z powrotem do sklepu po nową grę i tam zakochałem się w ślicznym rowerze. Kupiłem więc go, a poza tym nowe ubrania i czystą bieliznę. Tak mi to poprawiło nastrój, że kupiłem też Henrietcie szklane terrarium z kolorowymi kamyczkami i płytkim naczyniem na wodę. Postawiłem ją na telewizorze, żeby mogła patrzeć, jak gram całymi nocami, coraz bledszy i słabszy z niewyspania.
    Nie umiałem się odprężyć, odpocząć, ciągle zerkałem w stronę drzwi i czekałem, aż się rozlegnie pukanie. Aż otworzą się na oścież i ukaże się w nich postać Pana Hamburgera z rozłupaną, zakrwawioną czaszką.
    „Chłopcze! – krzyczał w moich snach. – Naprawdę myślałeś, że można zabić takiego potwora jak ja?”. Po czym wybuchał śmiechem i śmiał się, śmiał… Aż się zrywałem zlany potem i wołałem – co niedorzeczne – moją matkę.
    Przez te pierwsze tygodnie bardzo dużo grałem w gry.
    Już po dwóch tygodniach kierownik hotelu zaczął mi się uważniej przyglądać, ilekroć przychodziłem po darmowe bułki na śniadanie. Pewnego ranka spytał, czy mógłbym mu pokazać jakiś dokument tożsamości. W pierwszej chwili spanikowałem, zacząłem się jąkać jak głupek. Potem opanowałem się na tyle, aby powiedzieć, że muszę iść po niego na górę.
    Popędziłem do sklepu po trzy mocne torby podróżne. W pokoju spakowałem wszystkie swoje rzeczy, łącznie z Henriettą. Jak tylko zapadł zmrok, już nas nie było. Pieprzony kierownik.
    Znalazłem schronisko młodzieżowe, bo uznałem, że w grupie innych samotnych nastolatków nie będę się tak wyróżniał. Miejsce było takie sobie. Pokoje urządzone spartańsko, żadnego telewizora. Pierwszej nocy skradziono mi rower. Drugiej konsolę do gier.
    Znów uciekliśmy. Tułaliśmy się z miejsca na miejsce, nie śpiąc, nie jedząc, nie mając czasu na odpoczynek. Musieliśmy być w ciągłym ruchu – Pan Hamburger nadchodził.
    Marzyłem o lepszym życiu. Myślałem, że zamieszkam w czystym mieszkaniu w porządnej dzielnicy. Myślałem, że skoro wreszcie zabiłem smoka, znów mogę być normalny.
    Wylądowałem dokładnie w tych samych miejscach i na tych samych ulicach, które były rewirem polowań Pana Hamburgera. Paliłem crack i robiłem wszystko, żeby nie wracać do rzeczywistości.
    Potem skończyły się pieniądze. Upadłem na dno. Obudziłem się w kałuży rzygowin, okradziony ze wszystkiego z wyjątkiem torby, w której mieszkała Henrietta.
    Wtedy po raz pierwszy do mnie dotarło, że Pana Hamburgera naprawdę już nie ma. Nie będzie już powrotów do obskurnego mieszkania. Dopominania się o marne dziesięć dolców, boje zarobiłem. Koniec z ciasteczkami Twinkies, które czarodziejskim sposobem pojawiały się w kredensie.
    Pan Hamburger już nie żył, a ja zostałem sam.
    Przez kilka godzin ryczałem jak idiota. Nie mogłem się opanować. Przerażony samotnością przytuliłem się do kubła na śmieci, wściekły na bezsensowność tych łez. Wyjąłem Henriettę i położyłem ją sobie na odsłoniętym obojczyku. Błagałem, żeby mnie ugryzła, uwolniła od tej niedoli. Błagałem o najgorsze.
    A ona tylko sobie siedziała i delikatnie gładziła mnie po szyi włochatą nogą, aż się uspokoiłem i zasnąłem. Kiedy się obudziłem, siedziała kilkanaście centymetrów ode mnie i wsuwała karalucha. Chwilę ją obserwowałem, podziwiając wyrafinowaną precyzję, z jaką odgryzała mu głowę, wysysała soczyste wnętrzności, a pozostałe resztki rozgniatała na miazgę.
    Obok przebiegał jeszcze jeden tłusty karaluch. Złapałem go w dwa palce i włożyłem do ust. Pierwszy kęs i na język wypłynęła wstrętna ciepła ciecz o słonawym smaku. Zakrztusiłem się, wyplułem go i wytarłem usta dłonią. Karaluchy postanowiłem zostawić Henrietcie. Wolałem twinkies.
    Ale nie miałem ani pieniędzy, ani adresu, ani ważnego dokumentu ze zdjęciem. Z zabawki Pana Hamburgera stałem się bezdomnym śmieciem. Zrobiłem więc pierwszą rzecz, która przyszła mi do głowy: zaoferowałem swoje usługi sześciu przypadkowo poznanym panom i wkrótce miałem za co wynająć pokój na noc.
    Czy ja już do niczego innego się nie nadaję? Do końca życia będę spuszczał spodnie dla brzuchatych, owłosionych facetów, którym staje tylko wtedy, gdy pieprzą dziecko? Do tego może czasem darmowy joint albo porcja kwasu, żeby łatwiej znieść rzeczywistość.
    Henrietta żyła w klatce, ale to ja nie umiałem się wydostać na wolność.
    I wtedy sobie przypomniałem: wciąż miałem kasety z filmami bezpiecznie ukryte przed bacznym wzrokiem Henrietty w trzeciej torbie. Mnóstwo godzin nagrań. Ci faceci to uwielbiają.
    Pierwszy film sprzedałem za pięćdziesiąt dolców. Gościowi tak się spodobał, że po czterech godzinach wrócił, oferując tysiąc dolarów za cały zbiór. Oczy mu błyszczały i ślina ciekła z ust. Zdałem sobie sprawę, że trafiłem na żyłę złota. Sprzedałem mu jeszcze jedną kasetę za pięćset dolarów, po czym udałem się do lokalnego sklepu z elektroniką, żeby zainwestować w nowo odkryty biznes.
    Kierownik okazał się bardzo pomocny, zwłaszcza gdy się zorientował, że chodzi o amatorskie porno. Nagle koniecznie musiał mi coś pokazać na zapleczu, ale tym razem to nie ja klęczałem na kolanach, lecz on. Ja miałem władzę. I bardzo, ale to bardzo mi się to podobało.
    Bob nauczył mnie wielu pożytecznych rzeczy: jak ciąć, edytować i montować nagrania, żeby z trzech godzin materiału uzyskać osiem różnych filmów na sprzedaż. Kupił mi mój pierwszy komputer, wprowadził w Internecie do odpowiednich czatroomów, gdzie użytkownicy posługujący się takimi pseudonimami jak „lubiecipki” czy „nekromaniak” wtajemniczali mnie w szczegóły prowadzenia mojego nowego domowego biznesu – pornografii dziecięcej.
    Dowiedziałem się, jak wejść na szerszy rynek międzynarodowy, gdzie komercyjne witryny takie jak moja mogą przechowywać cenne zdjęcia na wielu różnych serwerach, utrudniając ich namierzenie. A kiedy policja się wycwaniła, nauczyłem się dzielić pliki graficzne na fragmenty i każdy z nich ukrywać w innym zakątku świata. Era cyfrowa ułatwiała życie na każdym kroku.
    Pornografia dziecięca to całe spektrum. Z jednej strony są okazjonalni amatorzy, którzy zadowolą się podrasowanym zdjęciem dziecka całkowicie ubranego, ale być może w prowokacyjnej pozie. No a z drugiej prawdziwi nałogowcy. To poważni klienci. Życzą sobie dzieci poniżej dwunastu lat, płci żeńskiej i najlepiej gwałconych.
    Jak każdy biznes, pornografia pojawia się tam, gdzie są pieniądze. W sieci jest ponad dziesięć tysięcy tego typu stron, z czego dziewięćdziesiąt jeden procent zawiera materiały z udziałem nieletnich padających ofiarą przemocy.
    Jak się okazało, Bob to lubił, a od kiedy się przekonał, że mało co mnie szokuje, stał się bardzo szczęśliwym człowiekiem. Tak bardzo, że zaczął mi działać na nerwy.
    No więc któregoś dnia poszedłem do niego do mieszkania i zatłukłem go na śmierć moim kijem bejsbolowym. Nie wiem, czemu to zrobiłem. Może dlatego, że była wiosna i gdziekolwiek poszedłem, czułem zapach świeżo skopanej ziemi. A może dlatego, że poprzedniej nocy padał deszcz i przez to miałem ochotę kogoś zabić.
    Zabrałem mu komputer i sprzęt do nagrywania oraz fałszywe dokumenty, które mi w swej życzliwości załatwił. Kolejny raz wyruszyliśmy z Henriettą w drogę.
    Błąkaliśmy się po świecie. Ja wydoroślałem i przestałem się tak rzucać w oczy. Kupiłem samochód, znalazłem niedrogie mieszkanie w bloku, gdzie sąsiadów nie interesowało, co się dzieje za ścianą. Całymi dniami siedziałem w Internecie, odwiedzałem czatroomy, przeglądałem YouTube i My Space. Przekonałem się, że na świecie jest mnóstwo samotnych dzieciaków, które naprawdę myślą, że chcę się z nimi zaprzyjaźnić. Dowiedziałem się też, że jest wielu rodziców jeszcze bardziej naiwnych niż moi.
    Sypiałem po godzinę, dwie w ciągu dnia, a nocami grasowałem w sieci. Zarobiłem mnóstwo kasy i zainwestowałem w zapasy tequili, żebym w razie gdy trafi się gorszy dzień albo dopadnie mnie kilkudniowa depresja, kiedy słyszę jedynie krzyki gwałconych dzieci, sapanie Pana Hamburgera albo chrobot łopaty wbijanej w twardą ziemię, mógł wlać w gardło całą butelkę naraz. Robaki oddawałem Henrietcie, ale nie chciała ich tknąć.
    Pewnej nocy, kiedy w połowie butelki zwierzałem się Henrietcie, jak strasznie brakuje mi snu, wpadłem na wspaniały pomysł. Henrietta tam była, wszystko widziała. Pomogła mi zabić Pana Hamburgera. A jednak nie miała problemów ze snem. Dlaczego? Bo ma ośmioro oczu i może widzieć we wszystkich kierunkach.
    Poszedłem więc do najbliższego salonu tatuażu. Henrietta siedziała mi na ramieniu i bawiła się włosami. Wytłumaczyłem facetowi dokładnie, o co mi chodzi, a kiedy zbladł i próbował mnie zniechęcić, wyjąłem na stół pięć tysięcy dolarów i rozsiadłem się w fotelu z nieodłączną butelką tequili w ręce. Przez następne pięć godzin darłem się z bólu. Bolało jeszcze przez miesiąc, całe czoło miałem spuchnięte i rozpalone.
    Pierwszego dnia po zejściu opuchlizny spałem nieprzerwanie cztery godziny. Powiedziałem Henrietcie, że jest genialna. Wtedy już byłem pewien, że przetrwam. Wygram. Henrietta mnie ocaliła.
    A potem któregoś dnia zobaczyłem jego. Grał w koszykówkę na placu zabaw. Niezbyt wyrośnięty, ale zwinny. Chuderlak, który nauczył się rekompensować brak wzrostu szybkością. Podbiegł do kosza i chciał zdobyć punkt rzutem od tablicy. Dostrzegłem ten ruch kątem oka i doznałem tak silnego deja vu, że na chwilę mnie zatkało.
    Chłopak wyglądał dokładnie tak jak ja. Dwadzieścia lat temu. Kiedy miałem nazwisko, rodzinę i całe życie przed sobą.
    Wiedziałem, co muszę zrobić.
    Myślicie, że jesteście bezpieczni. Dobra praca, dobry samochód, dom na przedmieściach. Myślicie, że wszystkie złe rzeczy przytrafiają się innym. Pewnie tym biednym idiotom z osiedli przyczep kempingowych, gdzie na czworo dzieci przypada jeden zarejestrowany przestępca seksualny.
    Ale nie wam, skądże. Wy jesteście na to za dobrzy.
    Macie w domu komputer? Bo jeśli tak, jestem w sypialni waszego dziecka.
    Macie w sieci swój profil osobisty? Bo jeśli tak, wiem, jak to dziecko ma na imię, jakiego macie psa i czym się interesujecie.
    Macie kamerę internetową? Bo jeśli tak, właśnie w tej chwili przekonuję wasze dziecko, żeby zdjęło koszulkę w zamian za pięćdziesiąt dolców. Tylko koszulkę, cóż w tym złego? A pięćdziesiąt dolarów piechotą nie chodzi.
    Słuchajcie. To ja, Pan Hamburger.
    Idę po was.

40

    „Pająk portia to prawdziwy kanibal. Wspina się na sieć innego pająka i pociąga za nitkę. Gospodarz podchodzi do intruza, myśląc, że to owad, który wpadł w pułapkę, a wtedy portia z zaskoczenia go atakuje, uśmierca i zjada”.
    (Christine Morley, Freaky Facts About Spiders, 2007)

    W pierwszej chwili Kimberly nic nie zauważyła. Dopiero gdy zawiał wiatr, dostrzegła jakiś kształt kołyszący się lekko cztery, pięć metrów nad jej głową. Wyglądał prawie jak szyszka, tyle że ogromna.
    – Rachel! Harold! – zawołała podniecona. – Hej, wszyscy! Spójrzcie w górę! One wiszą na drzewach!
    Zaskoczeni członkowie ekipy poderwali się na nogi i zadarli głowy. Kimberly nie odrywała wzroku od podłużnego kształtu owiniętego w tkaninę w maskującym kolorze. Dopiero teraz dostrzegła wąski zarys skrępowanych stóp, szersze ramiona i owal głowy. Wyglądało to jak egipska mumia owinięta płótnem i przewiązana sznurem.
    Znowu powiało i mumia zakołysała się w upiornej ciszy, aż Kimberly ciarki przebiegły po plecach.
    – Rany boskie, co to… – wyszeptał stojący za nią Sal. Usłyszeli kolejny okrzyk, potem jeszcze jeden, gdy inni zaczęli dostrzegać makabryczne formy zwisające z gałęzi.
    – On myśli, że jest pająkiem, pamiętasz? Więc owinął je kokonami i zwiesił z pajęczyny. Mój Boże, nic dziwnego, że nikt ich nie znalazł. Komu przyjdzie do głowy spojrzeć w górę?
    Z tyłu podszedł do nich Quincy.
    – Jedwab – stwierdził. – Podejrzewam, że użył starych wojskowych spadochronów. Jedwab dobrze się układa, a maskujący wzór wtapia się w otoczenie.
    – Nylon – sprostowała Kimberly. – Aaron mi powiedział. Względy praktyczne: jedwab jest delikatny, rozkłada się całkowicie w ciągu trzydziestu pięciu miesięcy. Tak samo wełna. Z bawełną jest trochę lepiej, wytrzymuje czterdzieści osiem. Za to nylon nie wykazuje śladów rozkładu nawet po czterech latach. To najtrwalszy dostępny materiał.
    Ojciec spojrzał na nią z lekkim uśmiechem.
    – Przyznaję się do błędu. Dobra robota, agentko Quincy.
    – Tylko się tu nie rozczulaj. Ciągle nie wiem, jak my zdejmiemy te ciała.
    Harold wrócił na środek polany, Rachel za nim. Sal i Kimberly podeszli do nich, żeby odbyć naradę. Reszta grupy sprawdzała, czy wśród drzew nie ma więcej zwłok.
    – Naliczyliśmy już dziesięć, i to nie koniec – zawołał Harold. – Pozaznaczam wszystkie miejsca chorągiewkami.
    – Będzie nam potrzebny tachimetr – stwierdziła Rachel, omawiając kolejne etapy operacji. – Tylko tak można nakreślić plan miejsca zdarzenia, które znajduje się dosłownie w powietrzu. Zadzwonię do wozu, niech Jorge i Louise go przyniosą. Ale musimy znaleźć znacznik geodezyjny, żeby mieć jakiś punkt odniesienia. Harold?
    – Mam w plecaku mapę USGS, zaraz poszukam. Ewentualnie niech ktoś w centrali sprawdzi w Internecie, gdzie jest najbliższy taki znak. Na pewno w łatwo dostępnym miejscu; chłopcy z USGS też nie lubią bez potrzeby łazić po krzakach.
    – Dobra, przyniesiemy tachimetr, pomierzymy odległości i zaczniemy szkicować ogólny plan. Potem się zajmiemy detalami. A propos, potrzebne też będą role papieru, worki na zwłoki, torebki dowodowe na sznury oraz nosze, żeby te ciała jakoś znieść na dół. No i musimy zadzwonić do biura koronera, żeby zorganizowali transport. Czyli zostały nam tylko… generator, reflektory… A mogę wjechać dżipem tą drogą, którą szliśmy?
    – Nie – uciął Harold.
    – Inną?
    – Nie.
    – A niech to. – Rachel znów przygryzła wargę. – Uruchomię dwa dodatkowe zespoły. Jeśli mamy to robić na piechotę, potrzebujemy więcej nóg…
    – Chryste Panie! – dobiegło z głębi lasu. – To się rusza! Jak Boga kocham, to żyje!
    – O cholera! – powiedziała Rachel i wszyscy popędzili w tamtą stronę.
    – Bez drabiny nie damy rady – stwierdził jeden z policjantów.
    – Nie, czekaj. Zestrzelę je – zaofiarował się drugi.
    Rachel przecisnęła się między obu funkcjonariuszami i stanęła pod gęstą jodłą.
    – Cofnąć się. Ja się zajmuję ciałami.
    Policjanci odeszli na bok.
    Rachel z rękami na biodrach przyglądała się wiszącemu kokonowi. Kimberly zauważyła ruch w tym samym momencie co ona. Najpierw wybrzuszenie na dole, potem nieznaczne falowanie na górze.
    Znów przeszły ją ciarki, ale po minie Rachel poznała, że ona także wątpi, by w środku był żywy człowiek.
    – Harold? – spytała.
    – Sam nie wiem. – odparł przygaszonym głosem, jakiego Kimberly nigdy u niego nie słyszała.
    – Trzeba sprawdzić – mruknęła Rachel. – Na wszelki wypadek. Nigdy nie wiadomo. – Nie wyglądała na szczęśliwą z tego powodu. Jej głos był pełen niepokoju.
    Wzięła głęboki oddech.
    – Dobra, rozkładamy płachtę. O, tutaj. – Zakreśliła palcem obszar bezpośrednio pod wiszącymi zwłokami. – Musimy ostrożnie spuścić kokon na ziemię, a potem spokojnie go rozwiniemy. Harold?
    Stał przy pniu drzewa i przesuwał palcem po korze. Podeszła do niego.
    – Widzisz te dziury? – zapytał. – W regularnych odstępach? Myślę, że facet ma buty z kolcami, może nawet takie same, jakie noszą robotnicy pracujący na słupach. Używał ich, żeby wspiąć się na drzewo i przerzucić linę przez wyższe gałęzie. Potem wracał i pociągał za koniec liny. To wymaga dużo siły, ale może na górze był jakiś system bloków. Albo ktoś mu pomagał. Albo jedno i drugie.
    – Jesteś w stanie określić, co to za lina? – zapytała Rachel.
    – Zobaczmy – Harold wyjął lornetkę. – Wygląda na nylonową. Jezu! To całe zaczyna się ruszać! Rachel, nie sądzę…
    – Wiem, wiem, ale musimy się upewnić. Nie ma innego sposobu.
    Harold wziął głęboki oddech, żeby się uspokoić.
    – Wejdę tam. – Sprawdził ręką kilka gałęzi. – Chyba dam radę wspiąć się na tyle wysoko, żeby dosięgnąć liny i spróbować ją odciąć, nie uszkadzając węzła.
    – I ta biedaczka runie na ziemię?
    – No tak, tak. Hm. Tak czy owak wejdę i zobaczę, co da się zrobić.
    – Dobra.
    Włożył parę skórzanych rękawic i zaczął ostrożnie się wspinać po gałęziach.
    Sal podszedł do Kimberly, która obserwowała całą akcję.
    – Jak się ściąga zwłoki z drzewa? – spytał.
    – Nie mam zielonego pojęcia – mruknęła. – Na szkoleniu nie uczyli.
    – One nie żyją, prawda?
    – Wątpię.
    – To czemu się ruszają.
    – Zaraz się dowiemy.
    Harold wspiął się już na jakieś trzy metry i wisząc na gałęzi, przesuwał się powoli w stronę ciała. Jej czubek niebezpiecznie się ugiął. Harold zaczął nerwowo pogwizdywać.
    – Znalazłem końcówkę liny – zawołał. – Tu jest jakiś… strasznie skomplikowany system. Z tego co widzę, lina jest opleciona wokół kilku gałęzi. Gdybym teraz ją tu troszkę naciął, a potem wszedł na najwyższą gałąź i mocno szarpnął, powinno mi zostać z ręku tyle, żeby spokojnie opuścić ciało na ziemię. A przynajmniej w miarę nisko.
    – Jak nisko? – spytała Rachel.
    – Kurwa, nie wiem – zawołał zirytowany, a Rachel i Kimberly aż uniosły brwi, pierwszy raz w życiu słysząc, jak przeklina. Opanował nerwy. – Możemy użyć dra… O Boże.
    Kokon znów się poruszał. Nylonowa powłoka pęczniała wokół oplatających ją ciasno lin. Wcale to nie wyglądało, jakby ktoś się próbował uwolnić od środka. To wyglądało… dziwnie. Jakby pod powierzchnią falowała jakaś obca forma życia.
    – Rachel? – odezwał się Harold napiętym głosem.
    – Dobrze, rób, co uważasz. Tylko zachowaj węzeł.
    – Co ty nie powiesz – mruknął.
    Było słychać, jak nacina linę. Potem z ciężkim westchnieniem zaczął się wspinać wyżej.
    Następna gałąź była wyraźnie cieńsza i kiedy przesunął się po niej na brzuchu, mocno się ugięła. Potem kilka rzeczy wydarzyło się naraz.
    Nacięta do połowy lina puściła, tnąc po gałęziach jak bicz. Harold krzyknął, w ostatniej chwili złapał jej koniec, a kokon ze zwłokami opadł półtora metra w dół i z nagłym szarpnięciem się zatrzymał.
    – Chryste Panie… – jęknął Harold. – Nie dam rady, to zaraz… Cholera!
    Lina wyślizgnęła mu się z rąk, zwłoki zsunęły się o kolejny metr, lecz gdy nagle o coś zaczepiła, znów zawisły. Nie tracąc czasu, Harold zjechał po drzewie w chmurze igieł, na niższej gałęzi wychylił się i chwycił końcówkę.
    – Uwaga! – Odczepił ją i ciało opadło w dół. Dwaj policjanci podbiegli je chwycić i delikatnie opuścić na przygotowaną płachtę.
    Z tak bliska łatwo było rozróżnić zarys ludzkiej postaci owiniętej tkaniną w wojskowych barwach i obwiązanej brązową liną. Materiał znów zafalował i jeden z funkcjonariuszy odskoczył z krzykiem.
    – No dobra – Rachel przejęła kontrolę nad sytuacją; Harold zeskoczył z drzewa i wszyscy zebrali się wokół kokonu. – Wszyscy poza mną niech się cofną. Trzeba to zrobić powoli i spokojnie. – Włożyła buty, siatkę na włosy, maskę i rękawiczki. Foliowa płachta stanowiła teraz teren oględzin, więc należało ją zabezpieczyć przed zanieczyszczeniem.
    – Daj, ja to zrobię – powiedział Harold, sięgając po nóż, który Rachel trzymała w rękach.
    – Nie trzeba. W końcu za to mi płacą.
    Mimo nonszalancji w głosie, ostrożnie podchodziła do zwłok. Kimberly dopiero teraz poczuła woń rozkładu. Słabą, ale wszechogarniającą.
    Harold przykucnął z brzegu. Kimberly podeszła do niego. Sal też. Razem patrzyli, jak Rachel ostrożnie stąpa po niebieskim plastiku, przyglądając się grubej linie, która od stóp do głów oplatała ciało ofiary.
    Kimberly wiedziała, że Rachel szuka węzłów. To bardzo ważne, żeby je zachować, bo mogą być źródłem cennych informacji. Wystarczy zapytać śledczych, którzy pracowali przy sprawie zabójcy BTK* z Kansas.
    Pierwszy węzeł Rachel znalazła w kostkach. Dwa centymetry powyżej niego wsunęła pod linę nóż i zaczęła ostrożnie przecinać. Chwilę jej to zajęło. Wreszcie lina puściła i zsunęła się na ziemię. Rachel delikatnieją pociągnęła, wysuwając spod ciała, i zaczęła powoli odwijać.
    Kokon nagle się poruszył, jakby westchnął. Rachel opanowała nerwy i dalej robiła swoje. Kucała teraz przy głowie, z brzegu, więc w razie czego mogła szybko uciec.
    Wyciągnęła koniec liny spod szyi. Teraz Kimberly dojrzała wyraźnie, jak tkanina układa się na zwłokach.
    – Zacznę od środka – powiedziała Rachel. – Uwaga! Wstała. Pochyliła się. Chwyciła fałdę materiału na wysokości pasa i zdecydowanym ruchem pociągnęła.
    Kokon dosłownie eksplodował. Ze środka wypełzła chmara pająków, czarnych i brązowych, małych i dużych, uciekających w popłochu ze swego nylonowego więzienia. Rachel odskoczyła z piskiem, a Harold poderwał się na nogi, krzycząc:
    – Coś podobnego!
    Wtem spomiędzy drzew padł strzał i na ramieniu Harolda zakwitła czerwona plama. Upadając, jeszcze raz zawołał:
    – Coś podobne…
    – Kryć się! – krzyknęła Rachel, rzucając się w krzaki. Sal przykrył ciałem zakrwawionego Harolda, Kimberly doskoczyła do ojca i Rainie, którzy schowali się za wielkim głazem.
    Wszyscy właśnie mieli okazję się przekonać, co Pan Hamburger umie robić najlepiej.

41

    „Eksperymenty z jadem pustelnika brunatnego wykazały, że zarówno samce, jak i samice są zdolne do zadawania trujących ukąszeń ssakom”. (Julia Maxine Hite, William J. Gladney, J. L. Lancaster Jr., W. H. Whitcomb, Biology of the Brown Recluse Spider, Zakład Entomologii Wydziału Rolniczego Uniwersytetu Arkansas, Fayetteville, maj 1966)

    Przestało padać, na chwilę wyszło słońce, ale znowu zostało przesłonięte szarym całunem zmierzchu. Za obopólną zgodą Rita i chłopiec nie zapalili żadnych świateł. Trzymali wartę po ciemku, zaszyci w kuchni, pogryzając ser i krakersy, które popijali sokiem pomarańczowym.
    We dwójkę przetaszczyli przez cały dom wielką szafę i zabarykadowali nią tylne drzwi, które zdaniem Rity były najsłabszym punktem linii obronnej. Potem Rita przyniosła stare obrusy i zasłonili nimi niżej umieszczone okna. Ona je przytrzymywała, on przypinał pinezkami. Nie chciała, żeby ten człowiek, planując atak, zaglądał im do środka i obserwował ich ruchy. A gdyby nawet wybił szybę, ciężka tkanina pozwoli im zyskać kilka minut. Trzy, cztery? Nie była pewna, a kiedy chodziła z chłopcem od pokoju do pokoju, sprawdzając zabezpieczenia, zdała sobie sprawę, że pośpiesznie wzniesiona forteca dla obrony przed jednym człowiekiem nieuchronnie stała się ich pułapką.
    Nie mówiła tego chłopcu. Paskiem tkaniny oderwanym ze starej poszewki przywiązał sobie do uda nóż. Uznała, że ma dosyć na głowie.
    Nie zadzwoniła pod 911 ani do biura szeryfa. Przede wszystkim dlatego, że na widok ludzi w mundurach dzieciak zaraz by uciekł. Poza tym co miałaby im powiedzieć? Oboje z chłopcem byli w stanie wojny. Znali swego wroga. Zdawali sobie sprawę, że muszą stoczyć tę bitwę.
    Nigdy nie poznała mężczyzny, który mieszkał w wiktoriańskim domu na wzgórzu. Nigdy nie zamieniła z nim słowa ani nie spojrzała mu w oczy. Teraz się obawiała, że pierwsze spotkanie będzie zarazem jej ostatnim. Ale ona jest twarda, ma swojego colta. Woli wierzyć, że razem z chłopcem będą się jeszcze śmiali ostatni.
    Około piątej po południu, kiedy słońce zaszło i cienie się wydłużyły, ziewnęła przeciągle. To była długa noc i jeszcze dłuższy dzień. Marzyła, żeby się wyciągnąć na sofie w salonie, rozprostować stare kości.
    Powinni odpoczywać na zmianę. Czy nie tak robią wartownicy? Szkoda, że duch Josepha nie umie mówić, Rita nigdy nie była na wojnie, przydałoby się parę porad.
    Chłopiec patrzył na nią wyczekująco.
    – Powinieneś się zdrzemnąć – powiedziała. – Pośpij do północy, bo potem oboje musimy być w formie.
    – Nie chce mi się spać.
    – Nonsens. Nawet żołnierze czasem odpoczywają. Co zrobimy jutro, jeśli dziś żadne z nas się nie wyśpi?
    – On na pewno przyjdzie.
    – Ale na razie go nie ma, więc idź się połóż, dziecko. Póki możesz.
    Skrzywił się, ale chyba uznał, że ma rację albo był bardziej zmęczony, niż sądziła, bo niechętnie skinął głową i poczłapał w stronę schodów.
    – Nastawię budzik – zawołała za nim. – Obudzę cię za sześć godzin.
    – Za trzy – powiedział z uporem. – Potem ciocia się położy.
    – Sześć. W moim wieku trudno o sen. Ciało chyba przeczuwa, że wieczny odpoczynek jest blisko.
    Chłopiec już nie dyskutował. Rita odniosła wrażenie, że garbi się bardziej niż kiedyś i szura nogami niczym skazaniec idący na ścięcie. Zrozumiała, że spodziewa się najgorszego. Co noc kładąc się do łóżka, bał się, że więcej się nie obudzi.
    Była ciekawa, od jak dawna to trwa. Nawet jeśli mieliby przeżyć dzisiejszą noc, to czym tak naprawdę jest poranek dla takiego chłopca? Podejrzewała, że gdyby kiedyś zapragnął się zwierzyć, opowiedziałby takie historie, o jakich nawet Joseph nie słyszał.
    Żałowała, że nie jest młodsza, bo z całego serca pragnęła przygarnąć to dziecko. Tuliłaby je do siebie, głaskała po głowie, gdyby się budził w środku nocy z krzykiem, trzymała za rękę w gorsze dni, kiedy dopadałyby go złe wspomnienia i zapominałby, że wciąż jest niewinnym, grzecznym i kochanym chłopcem. Że to nie on jest winien tych wszystkich strasznych rzeczy. Że są na świecie ludzie, na przykład ona, którzy są dumni, że mogli go poznać.
    Nigdy specjalnie nie lubiła się modlić. Wyznawała pogląd, że kiedy się czegoś chce, należy zakasać rękawy i samemu to sobie załatwić. Ale teraz postanowiła się pomodlić. Dlatego, że zapadała noc. Dlatego, że kochała to dziecko. A przede wszystkim dlatego, że w głębi serca wiedziała, że dziewięćdziesięcioletnia staruszka nie ma szans w starciu z kimś takim jak mężczyzna z domu na wzgórzu.
    Zbliżało się jej przeznaczenie. Modliła się o siły, ale głównie o to, by Bóg ocalił chłopca.
    Musiała się zdrzemnąć, bo nagle usłyszała dzwonek u drzwi i wystraszona aż podskoczyła, o mało nie spadając z drewnianego krzesełka.
    Po dzwonku rozległo się delikatne pukanie, więc Rita oparła się rękami o stół i powoli wstała. Głównie z ciekawości podreptała do przedpokoju. Colta zatknęła za gumkę od starych spodni Josepha; obszerna koszula zakrywała wypukłość.
    Czyżby ten złoczyńca był do tego stopnia zuchwały, żeby po prostu przyjść i zapukać do drzwi? Może mimo skrupulatnego planowania przeoczyła najważniejszy szczegół: chłopiec nie należy do niej i jeśli ten człowiek pojawił się z policją i zażąda wydania go, nie będzie mogła nic zrobić.
    Zmagała się z tą myślą, podchodząc do frontowych drzwi i ostrożnie odsuwając rąbek zasłony. Nie zobaczyła jednak wielkiego i przerażającego brutala, lecz dziewczynę z tej samej ulicy, która żując gumę, trzymała za kark starego czarnego kocura sąsiada.
    Midnight musiał coś spsocić na jej posesji. Może zakopał parę prezentów w ogródku albo zjadł jej ulubioną wiewiórkę. Rita nie miała pojęcia, na co ta dziewczyna mogłaby się poskarżyć, zważywszy że mieszkała w domu na kółkach, a jej trawnik porastały głównie chwasty. Nigdy nie miała okazji z nią rozmawiać, widziała ją tylko wchodzącą i wychodzącą z domu o różnych dziwnych porach, pewnie do pracy w lokalnym barze, gdzie Bóg wie czym się zajmowała.
    Dziewczyna zapukała jeszcze raz, tym razem niecierpliwiej, więc Rita zabrała się za otwieranie zamków.
    Ledwie uchyliła drzwi, dziewczyna podsunęła jej pod nos kota. Zwierzak miauknął przeraźliwie. Potrząsnęła nim z irytacją.
    – To pani kot?
    – To jest Midnight, należy do sąsiada obok.
    – Tak? To dlaczego, do cholery, wylegiwał się u pani na ganku? Sprawiał wrażenie, że czuje się tu jak u siebie.
    – To kot, wszędzie czuje się jak u siebie.
    Dziewczyna spojrzała na nią podejrzliwie, jakby jej nie wierzyła. Przestąpiła próg, wciąż trzymając przed sobą kota.
    – Ostrzegam, mam potąd tego cholernego sierściucha. Jeśli pani na nim zależy, radzę go pilnować, bo jak jeszcze raz zobaczę, że mi wykopuje kwiatki w ogródku, to go nafaszeruję śrutem.
    – Przecież mówiłam, że…
    – Ciociu Rito…
    Głos dobiegł z tyłu, tak cichy, że ledwie go usłyszała. Obróciła lekko głowę i zobaczyła w drzwiach chłopca. Po jego minie poznała, że popełniła błąd, straszliwy błąd.
    – Cześć, Scott – odezwała się chłodno dziewczyna. – Pozdrowienia od Pana Hamburgera.
    Rzuciła kota w stronę Rity. Ta chciała się cofnąć, ale nogi jej się zaplątały w za duże spodnie Josepha i upadła na podłogę. Stare, kruche kości w biodrze nie wytrzymały i pękły z trzaskiem. Midnight wbił się pazurami w jej ramię, po czym zeskoczył i czmychnął.
    – Uciekaj! – zawołała słabym głosem. – Uciekaj!
    Chłopak natychmiast się rzucił do ucieczki. Dziewczyna uderzyła Ritę w twarz i wyjęła z kieszeni garść opasek do kabli.
    – Później się nim zajmę. – Z zimną krwią owinęła jedną z nich wokół chudych nadgarstków Rity i mocno zacisnęła. – To cię na jakiś czas zatrzyma, starucho.
    Potem zatrzasnęła wejściowe drzwi i poszła szukać chłopaka.
    Rita została na podłodze. Unieruchomił ją przeszywający ból w biodrze, który promieniował na całą dolną część ciała. Nie mogła ruszyć ani ręką, ani nogą. Pierwsze starcie ze złem, a ona nie wytrzymała nawet pół minuty.
    Zapiekły ją oczy. Myślała, że się rozpłacze i tak ją to zdenerwowało, że przewróciła się na brzuch, zacisnęła z bólu zęby i zaczęła się czołgać.
    – Josephie – szepnęła. – Drogi bracie, poczekaj jeszcze trochę. Pomóż mi dzisiaj, proszę. Ten jeden, ostatni raz. Potem już będziemy razem.

42

    „Ewolucja pająków ma jednak głównie na celu doskonalenie metod zabijania”. (Burkhard Bilger, Spider Woman, „New Yorker”, 5 marca 2007)

    Strzały. Mnóstwo strzałów. We wszystkich kierunkach.
    Policjanci spanikowali. Agenci federalni chyba też. Większość sięgnęła po broń i strzelała na oślep w kierunku drzew, żeby osłaniać Sala, który odciągał Harolda w stronę wielkiego głazu, za którym się skryli Kimberly, Quincy i Rainie.
    Rachel Childs kucała cztery metry dalej po drzewem. W jednej ręce trzymała pistolet, w drugiej radio i darła się na cały głos:
    – Oficer dyżurny, oficer dyżurny! Jesteśmy pod ostrzałem. Powtarzam: natychmiast potrzebne wsparcie i pomoc medyczna. Przyślijcie śmigłowce, SWAT, Gwardię Narodową, cokolwiek, byle uzbrojone. No i lekarza! Szybko! Jesteśmy na Blood Mountain. Prosimy o pilną pomoc!
    Kimberly z bronią w ręku wodziła wzrokiem po koronach drzew, wypatrując snajpera i ponaglając w myślach Sala. Posunął się o metr, potem kolejne pół. Znów wystrzał w oddali. Sal upadł na Harolda, osłaniając rękami jego twarz przed kawałkami kory, która odprysła z drzewa.
    – Tam – szepnął Quincy. – Tam, po lewej.
    Pokazał palcem i Kimberly otworzyła ogień. Sal wykorzystał ten moment, błyskawicznie chwycił Harolda pod pachy i podźwignął. Ale nie było mowy, żeby jeden człowiek zaciągnął osiemdziesiąt kilo żywej wagi na taką odległość. Ktoś musiał mu pomóc.
    Kimberly już naprężyła mięśnie, już gotowa była wyskoczyć zza głazu, gdy nagle…
    Coś ją powstrzymało.
    Nie pójdzie tam. Nie może.
    Jest w ciąży. Gdyby ryzykowała tylko własne życie, to jeszcze, ale nie ma prawa narażać dziecka. Boże, niedługo zostanie matką, a jedną z pierwszych matczynych decyzji będzie pozostanie za tym głazem i patrzenie, jak ginie jej kolega z ekipy.
    Snajper znów dał o sobie znać – daleki huk strzelby z lokalnymi konsekwencjami. Sal padł. Kimberly otworzyła ogień. Pozostali poszli za nią w jeszcze jednej rozpaczliwej próbie pokonania niewidzialnego wroga.
    Quincy ciężko oddychał, jedną rękę oparł na ramieniu Rainie, drugą na ramieniu Kimberly i w napięciu przeszukiwał wzrokiem korony drzew.
    – Kimberly… – zaczął.
    – Idź – powiedziała przez zaciśnięte zęby. – Pomóż mu. Ktoś przecież musi mu pomóc, do cholery.
    Quincy wybiegł, a Kimberly osłaniała go ogniem, cały czas świadoma napiętej obecności Rainie i jej łez cieknących po policzkach.
    Kolejny wystrzał padł w momencie, gdy Quincy dopadł Sala. Martignetti się zachwiał, ale ustał. Quincy chwycił Harolda za prawą rękę, Sal za lewą i zaczęli uciekać, wlokąc jego bezwładne ciało po wyboistym podłożu.
    Kiedy Kimberly była już pewna, że zdążą, znów rozległ się strzał. Sal przechylił się w lewo, zatoczył i runął na ziemię.
    Zza powalonego pnia drzewa wychylił się szeryf Duffy ze strzelbą przy oku, namierzył punkt, z którego doszedł błysk i nacisnął spust. Huknął strzał, siła odrzutu wstrząsnęła potężnym ciałem szeryfa.
    Skrył się z powrotem.
    W lesie zaległa wreszcie upiorna cisza.
    Ramię Harolda wyglądało fatalnie. Kimberly rozdarła rękaw jego koszuli, żeby oczyścić ranę z brudu i ziemi. Miał nierówne tętno, wywracał oczami. Jeśli szybko nie dostanie pomocy lekarskiej, może nie przeżyć.
    Sal siedział oparty o głaz i trzymał się za bok. Rainie rozchyliła jego elegancką białą koszulę, ukazując głęboką ranę po lewej stronie wzdłuż żeber. Na pewno bardzo go bolała, ale ogólnie był w nie najgorszej formie i wiedział o tym.
    – Potrzebne będą bandaże, sól fizjologiczna i coś do odkażania – powiedziała Kimberly. – Wszystko jest w plecakach.
    – A gdzie one są? – spytał Quincy.
    Ruchem głowy pokazała, że po drugiej stronie głazu, więc Quincy się wychylił. Popatrzył chwilę i skrzywił twarz.
    – To nie będzie łatwe – stwierdził. Większość plecaków leżała na polance, na otwartej przestrzeni, dobre sześć metrów od nich.
    – Musimy coś zrobić, bo z Haroldem jest coraz gorzej, a karetka tu raczej nie dojedzie.
    – Ja pójdę – zaofiarował się Sal, wstając.
    – Zamknij się i siadaj. Ty się już dziś dość wykazałeś. Daj szansę innym.
    Próbował udawać obrażonego, ale chyba jednak naprawdę cierpiał, bo został na miejscu.
    – Ale ty chyba nie… – zaczął.
    – Nie. Ja tu robię za Florence Nightingale. Albo tato, albo Rainie muszą się zabawić w Johna Wayne'a.
    – Razem pójdziemy – postanowiła Rainie. – Miejmy nadzieję, że facet jest niezdecydowany i jak zobaczy dwa cele, to się zawaha.
    Kimberly uniosła brwi, pokazując im, co sądzi o tym pomyśle, ale nie protestowała. Zwinęła swoją pelerynę i podłożyła Haroldowi pod nogi, po czym wsunęła dwa palce do ust i gwizdnęła. Stojąca za drzewem Rachel odwróciła się. Kimberly przekazała jej na migi plan działania. Rachel skinęła głową i porozumiała się z resztą ekipy.
    Kiedy Kimberly odliczyła na palcach do pięciu, Quincy i Rainie wyskoczyli zza głazu, a agenci w lesie otworzyli ogień osłonowy.
    Pięć, sześć, siedem, osiem… Dopadli plecaków i wzięli po jednym do każdej ręki. Dziesięć, jedenaście, dwanaście, trzynaście… Na ugiętych nogach, pochyleni, starając się stanowić jak najmniejszy cel, uciekali w stronę głazu.
    Czternaście, piętnaście, szesnaście…
    Dobiegli, padli na ziemię i w lesie znów zapadła cisza.
    Kimberly przez cały czas wstrzymywała oddech. Teraz zauważyła, że Sal zemdlał. Rozerwała saszetkę z chusteczką nasączoną środkiem odkażającym i przyłożyła mu do rany.
    Ocknął się z krzykiem, a Kimberly mogłaby przysiąc, że w tym czasie usłyszała w oddali męski śmiech.
    – Muszę iść, nie mogę tu siedzieć… – mamrotał w kółko Sal. – Muszę zejść na dół. Jestem to winien matce… Nie byłoby fair…
    Rachel udało się do nich dotrzeć. Przejęła opiekę nad Haroldem, omywając mu ranę solą fizjologiczną i przykrywając jałowym opatrunkiem. Słysząc majaczenie Sala, uniosła głowę i zmarszczyła brwi.
    – Szok? – mruknęła do Kimberly.
    – Nie – odpowiedział za nią Sal. – Ja tylko… patrzę realnie. Stracić drugiego syna… to za dużo.
    Podniósł się, oparł plecami o głaz i ciężko dyszał.
    – Przestań się ruszać – ofuknęła go Kimberly. – Co za upierdliwy pacjent.
    – Myślisz, że on tu jeszcze jest?
    – Ujmę to tak: dopiero gdy usłyszę warkot śmigłowców nad głową, poczuję się odrobinę bezpieczniej.
    Starała się mówić lekkim tonem, ale obie z Rachel spojrzały po sobie. Z radiotelefonu wciąż dobiegały szumy i trzaski, więc Rachel w końcu go wyłączyła z obawy, że zwróci uwagę snajpera. Minęło dziesięć minut, odkąd się uspokoiło, ale trudno powiedzieć, czy to dobry czy zły znak. Snajper dał za wygraną czy krąży po lesie i nie wiadomo, skąd zaatakuje?
    Quincy wziął pistolet Kimberly i razem z Rainie czuwali nad nimi, obserwując okolicę. Nie mieli jednak wątpliwości, że stoją na słabszej pozycji, ponieważ znajdują się na terenie wroga, nie swoim.
    Zwłoki na płachcie wreszcie przestały się ruszać. Nawet pająki gdzieś się rozpierzchły i pozostały tylko częściowo zmumifikowane szczątki, milczące świadectwo tego, do czego jest zdolny Dinchara.
    Kimberly przystawiła Salowi do ust butelkę z wodą. Wyglądał gorzej, niż można by się spodziewać przy tak niegroźnym zranieniu. Rachel miała rację, szok i adrenalina zrobiły swoje.
    – Twoja mama jeszcze żyje? – zagadnęła, ocierając mu czoło. Chciała go zająć rozmową, gdy czyściła ranę.
    – Tak. – Trochę za mocno nacisnęła poszarpaną skórę i Sal syknął z bólu. – Ej…
    – Przepraszam, trawa. A ojciec?
    – Nie wiem. – Usunęła kolejny paproch, Sal zacisnął zęby. – Wyrzuciła go… wiele lat temu. W końcu… zmądrzała… To przecież nie jej wina.
    – Co nie jej wina?
    – Że brat zaginął.
    – Uciekł z domu?
    Sal pokręcił głową.
    – Został porwany. Miał tylko dziewięć lat. Za mały, żeby… żyć na ulicy.
    Kimberly przyjrzała mu się z uwagą. Teraz sobie przypomniała, że już raz rozmawiali o jego rodzinie.
    – Ale kiedyś chyba mówiłeś, że twój ojciec miał ciężką rękę…
    Sal znów pokręcił głową. Wiercił się niespokojnie, chcąc sobie ulżyć w bólu.
    – Po tym było jeszcze gorzej… Nie mógł odnaleźć syna… pił coraz więcej.
    – To smutne.
    – Cóż, zdarza się. Stare czasy. Czujesz bliznę, ale nie myślisz o ranie, która się pod nią kryje. Potem wystarczy jedna rzecz, żeby ją otworzyć. Jakieś zdanie z filmu, widok chłopczyka na trójkołowym rowerku. Albo to zdjęcie Aarona Johnsona, które Ginny miała w torebce.
    – Czemu akurat to?
    – Żartujesz? Ciemne włosy, pociągła twarz, zapadnięte oczy? Jakby się uprzeć, mógłby być moim bratem, nie sądzisz?
    Kimberly wzruszyła ramionami. Nie przyglądała się tak uważnie fotografii żywego Aarona. Za bardzo zapadł jej w pamięć widok jego martwego ciała na podłodze pokoju hotelowego.
    – Chcesz się pośmiać? – spytał. Wyglądał nieco lepiej, nie był już taki blady. – Porwanie brata to był właśnie powód, dla którego zostałem gliniarzem. Detektyw prowadzący śledztwo, Ron Mercer, wydał mi się prawdziwym twardzielem. Zawsze opanowany, skupiony. Myślałem, że jeśli ja też będę takim gliną, przestaną się dziać złe rzeczy. – Uśmiechnął się, wykrzywił twarz w grymasie bólu i z ironicznym uśmiechem dodał. – Ups.
    Quincy, który chwilę wcześniej przykucnął obok nich, spytał z poważną miną:
    – Sal, jesteś pewien, że nie wiesz, co się stało z bratem?
    – Po trzydziestu latach raczej na pewno wiemy z matką, jaki spotkał go los.
    – Coś mi się wydaje, że chyba jednak nie.
    Wreszcie usłyszeli nad głowami warkot pierwszego śmigłowca. Wszyscy odetchnęli z ulgą.
    Potem nastąpiły chwile pełne napięcia. Śmigłowiec SWAT opuścił na linach nosze oraz kilku uzbrojonych antyterrorystów, a Duff i reszta ekipy obserwowali las, żeby w razie czego odeprzeć atak, który mógł nadejść z każdej strony.
    Gdy stwierdzili, że snajper już chyba zrezygnował z polowania, wszyscy pobiegli po Harolda, żeby go ułożyć na noszach i odtransportować na dół. Pół godziny czekali na następny śmigłowiec, który przywiózł nosze dla Sala. Z pewnymi oporami pozwolił się do nich przywiązać. Pilot zabrał też na pokład Kimberly. Uprzejmy gest wobec ciężarnej agentki, która poczuła zarazem ulgę, jak i wyrzuty sumienia.
    Ojciec i Rainie wraz z pozostałymi członkami ekipy wsiedli do trzeciego śmigłowca. Wszystkich zabrano z polany i odstawiono do centrum dowodzenia.
    Pierwszym, co zobaczyła Kimberly po wylądowaniu, był Mac. Stał z boku, blady i bardzo zdenerwowany. Gdy tylko ją zauważył, jego twarz rozjaśnił szeroki uśmiech, a ona nawet z takiej odległości poczuła, jak coś ją ściska za serce.
    Spojrzała na Sala, który wciąż leżał na noszach. Uniósł rękę na pożegnanie.
    – Leć do niego – powiedział bezgłośnie.
    Tak też zrobiła. Bez wahania pobiegła prosto w ramiona męża. Tulił ją do siebie, szeptał do ucha, że ją kocha, i przynajmniej w tym momencie nic więcej jej do szczęścia nie było trzeba.
    Tymczasem zapadła noc. W oddali rozległa się syrena karetki zabierającej Harolda do szpitala.
    Rita doczołgała się do kuchni. Ciężko dyszała, a raczej złajała, jak kiedyś ten pies na ulicy, którego potrącił pędzący samochód. Zwierzę podniosło się z asfaltu, zdołało przejść półtora metra i padło.
    Ona musiała pokonać o cały metr więcej.
    Miała przed sobą cel: telefon. Zgłosi włamanie, pożar, gwałt, cokolwiek. Żeby tylko dała radę go strącić z szafki i wykręcić 911… Do staruszki przyjadą na pewno.
    Może przy okazji uratują chłopca.
    Z góry nie dochodziły żadne odgłosy, jedynie czasem skrzypnęła deska w podłodze pod stopami skradającej się dziewczyny. Szukała go. Rita miała nadzieję, że się dobrze ukrył i przynajmniej zyska trochę czasu.
    Przesunęła się o kolejne pół metra. Czołgała się na brzuchu, niezdarnie się odpychając zdrową nogą; druga była zupełnie bezwładna. Czuła, jak colt wbija się jej w udo. Jeśli będzie się poruszać w tym tempie, prędzej się zastrzeli. Niestety nic nie mogła z tym zrobić, bo ciasno skrępowane dłonie zdążyły już zsinieć pozbawione dopływu krwi.
    Wytrwale czołgała się więc dalej, nie spuszczając oka z telefonu.
    Dotarła do szafki. Teraz, gdyby tylko znaleźć krzesło, może zdołałaby się podeprzeć na łokciach…
    – Co ty, kurwa, wyprawiasz? – zagrzmiał z tyłu męski głos.
    Wystraszona Rita z trudem się odwróciła, wierząc, że to sąsiad przyszedł jej z pomocą. Niestety nie miała tyle szczęścia.
    Przed nią stał mężczyzna z latarką. Kiedy odsunął nieco daszek czerwonej bejsbolówki, zobaczyła jego czoło. Spoglądało z niego kilka par jaskrawożółtych oczu.

43

    „Pająki z gatunków społecznych pracują w grupach, budując olbrzymie kolonie. Również polują w grupach, co umożliwia im schwytanie
    większej zdobyczy”. (Christine Morley, Freaky Facts About Spiders, 2007)

    – Kiedy padł pierwszy strzał, stałeś obok Harolda – zauważył Quincy. – Gdyby on się nagle nie wyprostował, kula trafiłaby ciebie, nie jego.
    Sal siedział w karetce, gdzie udzielano mu pierwszej pomocy. Bardzo niechętne poddawał się tym zabiegom. Na przewiezienie do szpitala się nie zgodził. Quincy, Rainie, Kimberly i Mac zostali z nim, czekając na oficjalną diagnozę młodego sanitariusza, który oglądał ranę.
    Właśnie gmerał przy niej pęsetą.
    – Auć! – Sal spojrzał na niego z wyrzutem.
    – Mówiłem, że powinien pan jechać do szpitala – odparł spokojnie sanitariusz i dalej robił swoje, a mianowicie wydłubywał włókna z rany.
    – Ginny twierdzi, że Dinchara chciał, żeby koperty z prawami jazdy koniecznie trafiły do ciebie. Dlaczego? Nie zastanawiałeś się nad tym?
    – Poszukiwanie zaginionych to… moje hobby. Już… mówiłem.
    Kimberly spojrzała na niego krzywo.
    – Dinchara upatrzył sobie ciebie z powodu twojego „hobby”? Czemu jesteś taki uparty?
    – Równie bez sensu było podrzucenie mi za wycieraczkę swoich trofeów. Dajcie spokój, gdyby facet rzeczywiście chciał mnie dorwać, mógłby to zrobić w prostszy sposób.
    – Seryjni zabójcy rzadko kierują się praktycznością – stwierdził stanowczo Quincy. – Ich rytuały opierają się na potrzebach emocjonalnych i bywają bardzo skomplikowane. W tym wypadku mamy do czynienia z człowiekiem, który na co dzień czuje się nikim, więc w świecie fantazji najważniejsze będzie zawsze zdobycie władzy i kontroli. Najlepiej czuje się w ukryciu, uwielbia manipulować. To pająk, który snuje sieć, żeby złapać w nią ofiarę. Taka strategia – wciągnięcie cię w tę sprawę poprzez zarzucenie przynęty – zaspokaja jedną z jego emocjonalnych potrzeb: postrzega siebie jako superdrapieżnika. Choćby nam wydawało się to niepraktyczne. Jeśli uda ci się poznać emocje, jakie kierują zabójcą, w końcu go złapiesz.
    – „Musisz zabić tego, kogo kochasz” – mruknęła Kimberly. Spojrzała na Sala. – Pamiętasz? Może po tylu latach on wciąż cię kocha? Może chce wreszcie zdać egzamin?
    Sal w końcu znieruchomiał.
    – Mój brat nie żyje! – uciął szorstko, lecz po głosie poznali, że sam już nie jest pewien.
    Noc okryła góry mrokiem, więc Rachel ogłosiła zakaz wstępu na miejsce zbrodni. Nie wejdą na szczyt, dopóki jednostka taktyczna nie zabezpieczy terenu i nie umieści snajperów dla dodatkowej ochrony. Ekipa powinna odpocząć. Sama Rachel wybierała się do szpitala i obiecała zadzwonić, jak tylko się dowie, co z Haroldem.
    Quincy i Rainie poszli już do hotelu. Mac i Kimberly zaproponowali Salowi, że go odwiozą do domu, bo sam przecież nie może prowadzić. Usiadł z tyłu za Kimberly i całą drogę milczał. Bok miał zabandażowany, zakrwawiona biała koszula wystawała mu ze spodni.
    Każdy policjant w kraju miał już na biurku najważniejsze informacje o Dincharze. Jego czyny zapewniły mu miejsce na liście dziesięciu najbardziej poszukiwanych przez FBI przestępców. W tej chwili szefostwo przygotowywało specjalny komunikat dla najważniejszych stacji telewizyjnych.
    Do rana w Dahlonedze i okolicy zaroi się od oficerów stanowych i jednostek Gwardii Narodowej. Jeżeli dzisiaj oglądali tu horror, jutro przyjedzie cyrk. W takich sytuacjach Kimberly miała tylko nadzieję, że nikomu nic się nie stanie.
    Osobiście wątpiła, że Dinchara będzie próbował uciec z kraju. Pasował jej raczej do przestępcy w typie Erica Rudolpha, który po zamachu bombowym na olimpiadzie w Atlancie przez pięć lat ukrywał się w górach Karoliny Północnej, żywiąc się dziczyzną i żołędziami. Dinchara ze swym instynktem samotnika i doświadczeniem w terenie na pewno by sobie poradził.
    Poza tym nie można zapominać, że została jeszcze Ginny Jones i młodszy chłopiec. I to nasunęło jej myśl…
    Odezwała się komórka. Kimberly zerknęła na wyświetlacz, zobaczyła miejscowy numer i odebrała.
    – Agentka Quincy, słucham.
    – Mówi Roy, zastępca szeryfa. Rozmawialiśmy wcześniej o tej aresztowanej Jones.
    – Ach, tak. Ginny Jones, którą wypuściliście na wolność, chociaż została oskarżona o udział w planowaniu zabójstwa agenta federalnego. Tak, pamiętam.
    Roy się zaśmiał.
    – Domyślam się. W zasadzie to pretensje powinna pani skierować do sędziego…
    – Nie omieszkam tego zrobić, jak tylko wrócę do miasta.
    – Nie wątpię. Proszę posłuchać, Rickowi i mnie jest strasznie głupio, że to tak wyszło, zwłaszcza w świetle tego, co się stało na Blood Mountain.
    – Zwłaszcza.
    – No więc pogłówkowaliśmy trochę i Rickowi się przypomniało, że dziewczyna ściskała się z tym facetem na parkingu, stojąc przy jakimś samochodzie. Poszedł więc do sądu po taśmy z monitoringu.
    – I?
    – I faktycznie widać, jak facet odchodzi, a Jones wsiada do tego auta. To był niebieski nissan hatchback, z numerami z Georgii. Już pani dyktuję…
    Kimberly chwyciła długopis i pośpiesznie zanotowała informację.
    – Dobra robota, panowie!
    – Oczywiście i tak rozesłaliśmy komunikat do wszystkich jednostek, ale pomyślałem, że powinna się pani o tym dowiedzieć od nas. Bo widzi pani, my tu robimy coś więcej, niż tylko polujemy na oposy i zajadamy się smażoną okrą.
    – Polujecie na oposy?
    – Nieważne.
    – Dziękuję. Naprawdę jestem panu bardzo wdzięczna.
    Rozłączyła się. Spojrzała na Maca, potem na Sala we wstecznym lusterku.
    – Słuchajcie, mam pomysł.
    – Cały czas zakładaliśmy, że młodszy chłopiec nie chodził w góry z Dinchara i Aaronem, prawda? – tłumaczyła z przejęciem Kimberly, wioząc Maca i Sala w okolicę spalonego domu Dinchary. – Oparliśmy się przede wszystkim na słowach kelnerki ze Smith House, która mówiła, że widywała Dincharę tylko z nastolatkiem. No i doszliśmy do wniosku, że mały byłby przeszkodą w taszczeniu ciężarów pod górę.
    – Logiczne – powiedział Mac, choć słyszał to wszystko po raz pierwszy.
    – A jeżeli wcale nie zostawiał chłopca samego? Jeżeli miał opiekunkę? Kogoś, komu mógł zaufać, że przypilnuje, aby dzieciak nie uciekł?
    – Na przykład Ginny Jones – dorzucił z tyłu Sal.
    – Właśnie! I może dlatego tak chętnie wyłożył dziesięć patyków, żeby ją wyciągnąć z paki. Chce nas dopaść, a właściwie ciebie, Sal, i musi mieć z kim zostawiać dzieciaka.
    – Ogólnie zgadzam się z twoim rozumowaniem, ale po co jedziemy w to miejsce, gdzie kiedyś mieszkał? – mruknął Mac, skręcając w falistą wiejską drogę, którą wskazywał wyciągnięty palec Kimberly.
    – Tam, na samej górze – powiedziała. – Będzie z pięć kilometrów. Ostatni dom po prawej.
    – Chciałaś chyba powiedzieć: dymiące zgliszcza – rzucił cierpko Mac. -I tu właśnie mam wątpliwość: mówiłaś, że dom doszczętnie spłonął, więc dzieciaka tam raczej nie znajdziemy.
    – Oczywiście, że nie, ale z tego co mówią sąsiedzi, Ginny też tam nie mieszkała. Nikt jej tam nie widział, a jednak spędzała dużo czasu z Dinchara i Aaronem. Może ma gdzieś w pobliżu własny dom?
    – Przecież pracuje w Sandy Springs – wtrącił Sal. – Widzieliśmy jej mieszkanie.
    – Tania kawalerka. Wystarczająca na te parę wieczorów w tygodniu, kiedy przyjeżdżała zarabiać jako prostytutka. Ale pamiętajcie, że Dinchara ma jeszcze drugi biznes, pornosy. Oboje z Aaronem grali w jego filmach, więc musiała tu często przebywać. Dlaczego sąsiedzi jej nie widzieli? Wiemy, że pokazywała się w mieście z Aaronem, sądzimy, że opiekuje się młodszym chłopakiem. Nie ma wyjścia, musi mieć jakieś lokum. Podejrzewam, że gdzieś w pobliżu, żeby Dinchara mógł mieć na nią oko. O, na przykład tu. STÓJ! Nie, czekaj, zatrzymaj się przy następnym podjeździe.
    Mac wcisnął gaz i podjechał sto pięćdziesiąt metrów dalej pod sąsiednią posesję.
    – Czego szukamy?
    – Niebieskiego nissana hatchbacka. Dokładnie takiego, jaki stoi pod tamtym domem z krytym gankiem. Panie i panowie, chyba znaleźliśmy Ginny Jones.
    Ustalili, że Kimberly zostanie w aucie i zadzwoni po wsparcie, a Mac z Salem pójdą zbadać sytuację. Zauważyła, że radość, z jaką przystała na takie rozwiązanie, wydała się Macowi podejrzana. Pocałował ją namiętnie, po czym ona przyciągnęła go do siebie i zrobiła to samo. Sal odwrócił głowę.
    Potem Mac otwarł bagażnik i wyjął skrzynkę ze sprzętem, w której znajdowały się między innymi kamizelki kuloodporne, karabinek i zapasowa amunicja.
    Kimberly porozumiała się z centralą i zameldowała, że znaleźli poszukiwany przez policję samochód i ostrożnie przystępują do akcji. Potrzebne będzie wsparcie, ale możliwie dyskretne. Żadnych świateł ani syren. Może Mac i Sal zdołają wywabić Ginny na zewnątrz i wszystko się skończy, zanim zdąży się na dobre zacząć. Aresztują dziewczynę, uwolnią chłopca. Po takim dniu jak dzisiaj przydałby się jakiś happy end.
    Obaj oddalili się drogą i wkrótce pochłonął ich mrok.
    Mężczyzna odwrócił Ritę na plecy. Krzyknęła z bólu. Jakby tego było mało, jeszcze ją uderzył. Mocno. Znacznie mocniej niż dziewczyna. Przeszukał ją i pod obszernym ubraniem wymacał colta. Wyszarpnął go zza pasa.
    Wyprostował się, błysnął zębami w ciemności.
    – Uzbroiłaś się przeciwko mnie czy chłopakowi? Nawet nie wiesz, co to za ziółko. Jakie on rzeczy w życiu robił…
    Zaśmiał się pod nosem, jakby przypomniał sobie dowcip, którego nie warto opowiadać, bo ona i tak nie zrozumie. Potem podniósł ją z podłogi i posadził na jednym z krzeseł. Rita przygryzła wargi, żeby nie krzyknąć, ale z bólu zakręciło jej się w głowie. Myślała, że zemdleje.
    On chyba też tak myślał, bo znowu uderzył ją w twarz. Nieco się ocknęła. Zdawało jej się, że dostrzegła za jego plecami ruch. Jakiś cień mignął na ścianie.
    „Josephie – modliła się w duchu – Błagam cię, jeżeli kiedykolwiek była dobra pora, żeby narobić zamieszania… „
    Niestety cień zamienił się w żywą postać. To dziewczyna schodziła z góry, ciągnąc za sobą chłopca.
    – Już myślałam, że się nie zjawisz – powiedziała. Pchnęła chłopca przed siebie. Ten się potknął i upadł u stóp mężczyzny. Na policzkach miał pełno czerwonych śladów, na niektórych już połyskiwały kropelki krwi.
    Nie poddał się bez walki; dziewczyna miała podobne zadrapania na ramionach, choć teraz ściskała w ręku jego nóż.
    Mężczyzna się schylił, złapał chłopca za kark i odrzucił mu głowę do tyłu, zmuszając, by na niego spojrzał.
    – Co ci mówiłem, gówniarzu? Nie uciekniesz, nie ma takiej możliwości. Należysz do mnie.
    Chłopiec milczał. Wyłączył się. Rita widziała, że zapada się teraz głęboko w sobie, próbując ocalić z siebie, ile się da. Mężczyzna chyba też to widział.
    – No, chłopcze, wiesz chyba, co się teraz stanie. Scott nawet nie drgnął, nadal milczał.
    – Nie posłuchałeś mnie. Teraz będę cię musiał ukarać.
    – A mogę ja? – spytała dziewczyna.
    – Stul pysk. Dosyć krwi mi napsułaś jak na jeden dzień.
    Nie pytała więcej.
    Mężczyzna przyglądał się chłopcu. Rita czekała, że zaraz zrobi z nim coś okropnego. Uderzy go pięścią albo skopie.
    Ale on zaczął się rozglądać po kuchni. W pewnej chwili jego wzrok spoczął na rewolwerze leżącym na stole. Wziął go do ręki.
    – Chłopcze, podejdź tu.
    Scott posłusznie wstał i postąpił krok do przodu. Mężczyzna wskazał na Ritę, która siedziała związana na twardym drewnianym krześle, nieprzytomna z bólu.
    – Sam sobie jesteś winien. Zabroniłem ci z kimkolwiek się kontaktować. Uprzedzałem, co się stanie, jeśli zaczniesz szukać pomocy. Pamiętasz, co powiedziałem? – Chłopiec wbił oczy w podłogę. Mężczyzna wymierzył mu policzek otwartą dłonią. – Patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię! Pamiętasz, co powiedziałem? PAMIĘTASZ?
    – Tak, proszę pana – wyszeptał chłopiec.
    – I nie kłamałem. Ja nigdy nie kłamię. – Odwrócił się i wycelował rewolwer w czoło Rity.
    – Pożegnaj się z nią.
    – Żegnaj, ciociu – szepnął chłopiec.
    I w chwili gdy zamykała oczy, przygotowując się na uderzenie pocisku, który roztrzaska jej głowę, znów rozległo się głośne plaśnięcie. Otwarła oczy i zobaczyła, że tym razem mężczyzna zdzielił chłopca tak mocno, że ten się przewrócił.
    – MYŚLISZ, ŻE POZWOLĘ CI TAK ŁATWO SIĘ WYWINĄĆ? MYŚLISZ, ŻE JESTEM AŻ TAK DOBRY CZY AŻ TAK GŁUPI?
    – Nie, nie, nie – szeptał błagalnie chłopiec.
    – WSTAWAJ! Wstał.
    – BIERZ PISTOLET!
    Chłopiec posłusznie sięgnął po colta.
    – A TERAZ ZASTRZEL TĘ STARUCHĘ! Chłopiec wymierzył w nią broń.
    Tym razem nie zamknęła oczu. Chciała, żeby widział jej twarz. Chciała, aby wiedział, że mu wybacza.
    Nagle za jego plecami otwarły się drzwiczki szafki. Mężczyzna błyskawicznie się obejrzał.
    – Kto tam?
    „Josephie – modliła się w myślach Rita. – Josephie, proszę”.
    Zaskrzypiała szuflada i wysunęła się z hukiem.
    – Co jest, kurwa…
    Potem garnki w szafce zaczęły pobrzękiwać, czajnik przesunął się na kuchence, z kranu pociekła woda. Mężczyzna stał na środku kuchni i na cały głos krzyczał:
    – Co się tu dzieje, do cholery? Kto to robi?
    Nagle coś jej przyszło do głowy. Może po prostu przypomniała sobie słowa dziewczyny, a może Joseph ją natchnął. Powiedziała:
    – Pozdrowienia od Pana Hamburgera.
    Mężczyzna wydał się z siebie przeraźliwy ryk. Chłopiec nacisnął spust.
    Na zewnętrz Mac z Salem wkradli się po schodkach na ganek. Ostrożnie podeszli do okna, stanęli po obu stronach, szybko zajrzeli do środka i znów przywarli plecami do ściany.
    – Wszystko pozasłaniane – szepnął Mac. Sal kiwnął głową.
    – Widocznie Ginny nie lubi, żeby ją sąsiedzi podglądali. Mac sięgnął do gałki w drzwiach wejściowych i spróbował przekręcić.
    – Otwarte – powiedział bezgłośnie.
    Zaskoczony takim uśmiechem losu Sal uniósł brwi, a potem wzruszył ramionami.
    – Dobra. Wchodzimy.
    Mac obrócił gałkę i w tym momencie usłyszeli głośny krzyk, a zaraz po nim strzał. Sal wyjął radio.
    – Strzelanina w domu jednorodzinnym. Powtarzam: strzelanina w domu. Natychmiast przyślijcie pomoc. Wszystkie jednostki…
    Potem obaj z Makiem schylili się i weszli do środka.
    – Policja! Rzuć broń!
    Kimberly właśnie się pochylała, żeby podgłośnić radio, kiedy wystraszyło ją pukanie w szybę. Już sięgała do kabury, ale zobaczyła za oknem twarz otoczoną wianuszkiem papilotów. To była ta sama pani, z którą wczoraj (a może dzisiaj?) rozmawiali przed płonącym domem Dinchary. Otworzyła drzwi i wyszła z samochodu.
    – Pani jest z policji, prawda? – spytała kobieta, wyraźnie poruszona.
    – Słucham panią.
    – W domu obok dzieje się coś niedobrego. Akurat wyglądałam przez okno i zobaczyłam, że się świeci na strychu. Ktoś pozaklejał szyby. Może trzeba wezwać pogotowie.
    Kimberly błyskawicznie odwróciła głowę w tamtą stronę.
    – Mówi pani o domu, w którym mieszka ta dziewczyna?
    Sąsiadka zrobiła zdziwioną minę.
    – Dziewczyna? Rita ma chyba z dziewięćdziesiąt lat, jaka tam z niej dziewczyna. Ten dom od pokoleń należy do jej rodziny.
    Teraz Kimberly się zdziwiła.
    – Wydawało mi się, że pani mówiła o domu obok, tym z dużym, krytym gankiem…
    – O tym, o tym.
    – I nie mieszka tam żadna dziewczyna?
    – Nic mi o tym nie wiadomo.
    – A może czasem przychodzi?
    – Nie. Ja nie zauważyłam. Ale ze dwadzieścia minut temu wchodził tam jakiś mężczyzna. W czerwonej czapce.

* * *

    Najpierw poczuł ból. Zaskoczyło go to. Tak dawno nie odczuwał nic związanego z własnym ciałem, że uznał, iż zakończenia nerwowe mu się zużyły, wypaliły. Skóra była tylko zewnętrznym szkieletem i to mu odpowiadało.
    Ale teraz rana w boku paliła go żywym ogniem. Dotknął jej ręką, ze zdumieniem odkrył, że boli jeszcze bardziej, a potem poczuł szokującą wilgoć własnej krwi.
    Odwrócił się do chłopca. Ten jeszcze raz nacisnął spust.
    Tym razem pocisk trafił go wyżej, w bark. Odchylił się do tyłu, ale wciąż utrzymywał się na nogach. Kolejny strzał i znów piekący ból. Potem jeszcze raz, i znowu.
    Kolana się pod nim ugięły. Powoli osuwał się na podłogę, wpatrując się w szary całun sufitu. Tam coś się rusza czy to tylko jego wyobraźnia? Zdawało mu się, że zobaczył twarz Pana Hamburgera i aż zakwilił.
    Dziewczyna bez przerwy krzyczała. Czemu ta idiotka tak się drze, skoro to do niego strzelają? Chciał, żeby się uciszyła. Żeby wszystko ucichło: dziewczyna, pistolet, potworna przemoc wsączająca się w jego mózg.
    Wtedy usłyszał nowe okrzyki, tym razem męskie, zdecydowane.
    – Policja! Ręce do góry. Rzuć broń.
    Dziewczyna znowu krzyknęła, a stara kobieta mówiła do chłopaka:
    – Odłóż to, dziecko. Już po wszystkim, odłóż.
    Czuł, jak na podłogę wycieka z niego krew. Wiedział, że umiera, w końcu widział to już tyle razy. Ten pierwszy chłopiec przed laty, którego zwiotczałe ciało osunęło się na ziemię. A potem te wszystkie młode kobiety. Patrzył podekscytowany, jak krew z ich żył wysącza się do wanny aż do ostatniej kropli. Wtedy stawały się tylko szmacianymi lalkami, a on nagle przestawał się czuć silny i wszechmocny. Czuł się jak przerośnięte dziecko, które bawi się za dużymi zabawkami. Oczywiście do czasu, aż nie porwał następnej. I jeszcze następnej.
    Teraz dziewczyna trzymała pistolet. Domyślił się tego, bo policjanci do niej krzyczeli, a stara kobieta mówiła chłopakowi, żeby uciekał. Ona jest niebezpieczna. Zawsze to wiedział. Dlatego jakoś nigdy nie mógł się zdobyć na to, żeby ją zabić. Nie chciał tracić tego dreszczyku emocji, ilekroć udawało mu się ją sobie podporządkować.
    Może i ona do niego strzeli. Na pewno by chciała.
    Pomyślał o dziecku. Czyje ono jest, jego? Aarona? Jakiegoś innego mężczyzny? I w tych ostatnich sekundach, które mu zostały, poczuł, że się cieszy, iż umiera. Nie zdąży nawet zobaczyć tego dziecka. Nie zdąży mu zniszczyć życia.
    Nagle z głębi kuchni dobiegł trzask rozbijanej szyby. Kątem oka zobaczył, że dziewczyna błyskawicznie się odwraca, gotowa odeprzeć nowy atak. Jakaś postać przemknęła w powietrzu, złapała ją za kolana i powaliła na ziemię.
    Chwilę później z podłogi podniósł się detektyw w koszuli poplamionej krwią. W ręku trzymał colta.
    – Bracie… – wyszeptał mężczyzna.
    Sal wreszcie spojrzał mu w oczy.
    Kimberly nie mogła wejść przez okno, więc musiała poczekać, aż Mac odsunie szafę i otworzy tylne drzwi. Przebiegła za dom, widząc tylko snop światła latarki w kuchni, ale usłyszała tyle, że już wiedziała, co się dzieje. Celowała kamieniem w Ginny, modląc się w duchu, by to odwróciło jej uwagę, a Sal i Mac zdążyli przejąć kontrolę.
    Teraz, gdy Mac zapalił górne światło, dostrzegła staruszkę, która siedziała przygarbiona na krześle i dyszała z bólu. Obok niej klęczał chłopiec z kamienną twarzą. Ginny Jones leżała na podłodze dwa metry dalej, skuta kajdankami.
    Sal zaś pochylał się nad ciałem mężczyzny spoczywającym w kałuży krwi.
    – Vincent… – mamrotał. – Vinny.
    Dotykał jego twarzy z taką czułością, że aż serce się krajało.
    – Wybacz mi, proszę, wybacz mi… – szeptał.
    – Widziałem cię… wtedy. Chciałem zobaczyć się… z mamą. Wrócić do… domu. Widziałem cię…
    – Cichutko, nic nie mów.
    – Dobry… syn. W mundurze… Nie to, co ja. Niegrzeczny chłopiec… ukarany. Miałeś rację.
    – Ciii…
    – Nie jestem taki jak ty. Boli… Nie mam już siły. Jestem strasznie zmęczony.
    – Już dobrze, Vinny. Jestem przy tobie.
    – Azalia… Musisz znaleźć krzew azalii.
    – Dobrze, nie martw się. Wszystko będzie dobrze.
    – Chciałbym – wydyszał mężczyzna. – Chciałbym.
    I umarł. Sal tulił ciało brata w ramionach i płakał.

EPILOG

    Aż osiem dni zajęło zwiezienie wszystkich ciał z Blood Mountain. Każde z osobna zostało delikatnie opuszczone na czyste prześcieradło, zapakowane w worek i przetransportowane na dół na odpowiednio przerobionych noszach. Potem zajęła się nimi specjalnie przybyła grupa antropologów sądowych, która w miejskiej kostnicy zorganizowała prowizoryczne laboratorium, gdzie mogła się pozachwycać świetnym stanem zmumifikowanych szczątków. Kompletnych ciał znaleziono niewiele po tak długim okresie ekspozycji na powietrzu. Cała ta sprawa będzie na pewno stanowiła niezłe źródło materiału szkoleniowego.
    Rodziny zaginionych kobiet poinformowano o procedurze składania próbek DNA. Stworzono bazę danych i rozpoczęto badania. Na wyniki kazano czekać sześć do dziewięciu miesięcy.
    Ginny też złożyła próbkę, twierdząc, że chce zidentyfikować szczątki matki. Kimberly wątpiła w jej intencje. Czy ona ją w ogóle obchodziła? Śmierć matki przecież wcale jej nie powstrzymała od zawarcia chorego sojuszu z jeszcze bardziej chorym człowiekiem.
    Prokurator stanowy oskarżył Jones o sześciokrotną pomoc w zabójstwie. Utrzymywał, że celowo wystawiała na śmierć koleżanki po fachu, a także współpracowała przy uprowadzeniu siedmioletniego Joshuy Ferrisa, znanego także pod imieniem Scott.
    Ginny próbowała grać kartą ofiary. Dinchara ją uprowadził, a potem brutalnie gwałcił i torturował. W pewnym momencie musiała mu pomagać, bo to był jedyny sposób, żeby ocalić życie. Wystarczy przecież posłuchać kaset, tych godzin nagrań dokumentujących wszystko co zrobił, między innymi z jej matką.
    Co ciekawe, jedynym nagraniem, które się zachowało, było to zrobione przez Kimberly, kiedy Aaron pierwszy raz do niej zadzwonił. Wszystkie inne rzekomo spłonęły w pożarze domu. Na szczęście pozostały ciała, te skurczone, zmumifikowane postacie, które lepiej niż słowa potrafią opowiedzieć o tym, do czego jest zdolny jeden człowiek.
    Sal wziął urlop. Kimberly dwa razy do niego dzwoniła, ale nie odbierał. Słyszała, że podobno spędza teraz dużo czasu z matką. Oburzenie społeczne wywołane tą sprawą było tak wielkie (zwłaszcza odkąd gazety na pierwszych stronach zaczęły epatować coraz to nowymi, drastycznymi szczegółami), że musieli wyjechać i zaszyli się w jakimś ustronnym miejscu.
    Krążyły pogłoski, że Sal złożył wniosek o zbadanie DNA dziecka Ginny. Jeżeli się okaże, że ojcem był Dinchara, razem z matką chcą się wystarać o prawo do wyłącznej opieki nad nim.
    Kimberly się zastanawiała, czy im to wystarczy, czy też do końca życia nie będą spać po nocach, nasłuchując, czy na końcu korytarza nie dzieje się coś strasznego.
    Życie toczyło się dalej. Harold wyzdrowiał i w glorii i chwale powrócił do pracy. Został nawet odznaczony przez samego gubernatora. Kiedy ekipa Kimberly sprezentowała mu parę nowiutkich, szytych na miarę butów firmy Limmer, wzruszył się jak dziecko. A Rachel uściskała go tak mocno, że zaczęto robić zakłady, kiedy ślub.
    Kimberly tymczasem przybierała na wadze. I to bardzo. Stało się tak, jak przewidywała: Mac musiał jej wiązać buty, co nie zdarzało się tak znów często, ponieważ formalnie była wreszcie na urlopie. Na dwa tygodnie przed datą porodu wzięła się za urządzanie pokoiku dla dziecka w ich nowym domu w Savannah. Mac w tym czasie pracował po nocach na świeżo objętym stanowisku, żeby zdążyć się wdrożyć, zanim maleństwo się urodzi.
    Godzinami więc wybierała różowe wstążeczki, falbanki i szablony w misie. Robiła to wszystko, co kiedyś wydawało jej się śmieszne, wręcz idiotyczne, a teraz stało się sprawą kluczową. Prasowała zasłony, odkurzała wentylatory pod sufitem i wycierała lodówkę na górze. Potem kupiła dużą apteczkę i kazała Macowi ją zamontować jeszcze tego samego wieczoru, bo nie ma mowy, żeby urodziła dziecko, mając świadomość, że wszystkie leki wciąż leżą w łatwo dostępnej szufladzie w łazience.
    W chwilach, kiedy nie zachowywała się irracjonalnie, jak na kobietę w dziewiątym miesiącu ciąży przystało, nawiedzały jej głowę różne przypadkowe myśli. Zobaczywszy na przykład pająka w ogrodzie, przez następną godzinę rozmyślała o Dincharze, jakim był dzieckiem i co z niego wyrosło. Potem przypominał jej się Aaron i jego twarz tuż przed śmiercią.
    Jak się okazało, naprawdę nazywał się Randy Cooper. Został uprowadzony dziesięć lat wcześniej, kiedy wracał ze szkoły w Decatur. Rodzina zidentyfikowała ciało, a na pogrzeb przyjechała jego dwudziestodwuletnia siostra Sarah studiująca obecnie na Harvardzie. W imieniu rodziny podziękowała nielicznie zgromadzonej grupie sąsiadów i policjantów, podkreślając, jak ważne jest to, że mogą wreszcie zamknąć ten bolesny etap w ich życiu. Zdają sobie sprawę, że mają wyjątkowe szczęście, ponieważ wiele rodzin takiej szansy nigdy nie dostanie. Dodała, że wolą, aby Randy na zawsze pozostał w ich pamięci wesołym, roześmianym chłopcem, jakiego znali, a nie ofiarą, którą się stał.
    Kimberly się zastanawiała, czy Sal też każdego dnia musi dokonywać takiego wyboru: jak najlepiej zapamiętać swego brata.
    W każdym oknie w domu zamontowała dodatkowe blokady. Zamówiła system alarmowy z przyciskiem do natychmiastowego uruchamiania w razie zagrożenia. Kupiła wideo nianię, żeby móc obserwować, co się dzieje u dziecka w pokoju.
    Może i zachowywała się neurotycznie, ale może tak właśnie powinna się zachowywać kobieta, która na co dzień w pracy ma do czynienia z brutalnymi przestępstwami i zdążyła pochować dwie najbliższe osoby z rodziny. Mac niczego nie kwestionował. Pozwolił jej robić, co uważała za słuszne, a kiedy już była gotowa porozmawiać zarówno o dręczących ją lękach, jak i niepewnych nadziejach, cierpliwie jej wysłuchał.
    Tydzień przed terminem zaczęły się bóle. Z Makiem u boku urodziła śliczną dziewczynkę, Elizabeth Amandę McCormack. Rainie i Quincy, jak tylko się dowiedzieli, wsiedli w najbliższy samolot i przylecieli.
    Po trzech dniach świeżo upieczeni rodzice zabrali córeczkę do domu. Mac wziął kilka tygodni wolnego i spędzili ten czas razem, zmieniając niewiarygodnie małe pieluchy i nie mogąc wyjść z podziwu nad doskonałością formy maleńkich paluszków i stópek. Po licznych debatach doszli do wniosku, że mała ma ciemne włosy Maca, ale pociągłą twarz Kimberly. Rzecz jasna odziedziczyła inteligencję po matce oraz siłę po ojcu. Co do napadów złości, obwiniali się nawzajem za tę porcję genów.
    Mac wrócił do pracy. Kimberly została w domu i odkryła, że… da się to przeżyć. Karmienie, przewijanie, usypianie nie okazało się wcale wyrokiem śmierci, którego tak się obawiała, a raczej serią nowych wyzwań, którym trzeba sprostać. Stwierdziła, że da sobie trochę czasu, na przykład pół roku. Może rok. To będzie w sam raz.
    Starała się go wykorzystać jak najlepiej. Godzinami tuliła córkę, zabierała ją na spacery. Wstawała co trzy godziny, żeby ją pokołysać w środku nocy.
    W ciągu tych miesięcy, ilekroć siedziała z dzieckiem przytulonym do piersi, myślała sobie, że choć życie nie jest idealne, to przynajmniej oferuje chwile, które są bliskie ideału.
    – Kocham cię, Elizo – szeptała z uśmiechem, wsłuchując się w jej cichutkie pochrapywanie.
    Mój ulubiony smak lodów to truskawkowy. Mama mi to powiedziała, podając mi je tego dnia, kiedy wróciłem do domu. Kiwnąłem głową, jakbym pamiętał, a potem zjadłem całą miseczkę, żałując, że nie są czekoladowe.
    Wszystko będzie jak dawniej. Tak mi powtarzają naokoło. Mam szczęście, bo przeżyłem. Zdarzyło się coś złego, ale teraz „wszystko będzie jak dawniej”.
    Jestem jak Pinokio, który czeka, aż obudzi się pewnego dnia i odkryje, że jest prawdziwym chłopcem.
    Tymczasem udaję, że śpię na łóżku, a nie pod nim, skąd mogę po kryjomu obserwować, kto wchodzi do mojego pokoju. Udaję, że nie zauważam, że rodzice nigdy nie zostawiają mnie samego z młodszą siostrzyczką. Udaję, że nie słyszę, jak mama co wieczór płacze w sypialni.
    Wszystko będzie jak dawniej.
    Nie wiem tylko, czy ja też.
    Czasami, kiedy jest mi naprawdę źle, tata wiezie mnie dwie godziny do domu cioci Rity. Tam rąbię drewno, wyrywam chwasty, koszę trawnik. Ona nie może się za dużo ruszać, bo ma chore biodro, więc pomoc zawsze się przyda. A najlepsze jest to, że o nic mnie nie pyta. Wyznacza mi obowiązki, czasem pokrzyczy, popędzi. Jest sobą, może też nie całkiem normalną, ale to mi się właśnie podoba.
    Czasami, kiedy grzmocę motyką po mleczach, łapię się na tym, że zaczynam mówić. Samo ze mnie wychodzi. Pracuję więc jeszcze ciężej i jeszcze szybciej mówię, a ciocia donosi mi lemoniadę. Lubię, kiedy jest obok. Wtedy aż tak się nie boję.
    Czasami tata przyjeżdża i zastaje mnie w tym stanie. Wtedy bierze siekierę i razem ze mną rąbie drewno, wyrywa chwasty i maluje poręcze. Ciocia Rita ma teraz chyba najbardziej wypieszczoną posesję w okolicy. I dobrze, przynajmniej tyle jej się należy. Szkoda, że nie mogę u niej zostać na zawsze.
    Prędzej czy później będę musiał wrócić do domu. Wszystko będzie jak dawniej.
    Nie mogę spać w nocy. Kiedy zamknę oczy, widzę rzeczy, których inni chłopcy raczej nie widują. Wiem o rzeczach, o których oni raczej nie wiedzą. Nie wyobrażam sobie powrotu do szkoły. Nie wyobrażam sobie, że znów będę się spotykał z dawnymi kolegami.
    Bawię się lalkami z młodszą siostrą. Robię wszystko, co mi każe. Traktuję to jak trening. Prędzej czy później nauczę się być sześcioletnią dziewczyną. To o wiele lepsze niż bycie mną.
    Mama chodzi ze mną do terapeuty. Rysuję tęcze i kwiatki, a on gapi się na mnie strasznie rozczarowany. No więc zaczynam rysować ptaszki i kotki. Złote rybki i jednorożce. Później opowiadam o tym cioci Ricie, a ona się śmieje, choć ja widzę, że w środku się martwi.
    Czasami, w te najgorsze dni, siadamy sobie na ganku i huśtamy się w fotelach, a ona trzyma mnie za rękę.
    – Jesteś twardy, synu – mówi. – Silny, mądry i zdolny. Nie pozwól, żeby on ci to odebrał. Nie oddawaj mu tego.
    Obiecuję, że nie oddam i oboje wybaczamy sobie kłamstwo.
    Ciocia Rita dożyła dziewięćdziesięciu pięciu lat. Umarła w styczniu. W tamtą sobotę pojechałem do niej i znalazłem ją na sofie w salonie z jedną ręką wsuniętą w rękaw starego płaszcza po matce. Obok siedział Joseph. Wtedy pierwszy raz go zobaczyłem. Jak tylko otworzyłem drzwi, spojrzał na mnie, uśmiechnął się i znikł.
    Nie płakałem na pogrzebie. Rita miała dobrą śmierć. Spokojną. To mi dało pierwszą iskierkę nadziei. Kiedyś sam chciałbym tak umrzeć, siedząc na sofie jakbym czekał, żeby wyjść z domu.
    Lubię sobie wyobrażać, że ciocia biega teraz po podwórku z Josephem i huśta się na starej jabłonce. Mam nadzieję, że patrzy na mnie z góry.
    Nie zdołałem wytrzymać w publicznej szkole. Próbowałem być normalnym chłopakiem, ale… cóż, nie jestem. Jeden kolega zaczął się mnie czepiać. Nazwał mnie „pedałem” i powiedział wszystkim, że lubię ssać fiuty. Potem za każdym razem gdy przechodziłem korytarzem, słyszałem za sobą wulgarne odgłosy.
    Był duży i silny, nigdy nie dałbym mu rady i on dobrze o tym wiedział.
    Powiedziałem o wszystkim ojcu. Zrobił straszną awanturę. Chłopaka zawiesili. Zyskałem przez to pięć dni spokoju od niego i mnóstwo nowych kłopotów od innych dzieciaków. Wkrótce cała szkoła cmokała i mlaskała, ilekroć się pojawiałem na stołówce.
    Rówieśnicy mnie nie lubią. Patrzą na mnie, zastanawiają się, co się wydarzyło i czy im nic nie zagraża.
    Boją się mnie i żaden dorosły tego nie zmieni.
    Teraz chodzę do prywatnej szkoły. Małe klasy, stanowczy nauczyciele, którzy umieją nas trzymać w ryzach. Nie mam ochoty z nikim się zaprzyjaźniać. Chcę tylko przetrwać dzień i wrócić do domu. W tym jestem dobry – w przetrwaniu.
    Moja siostra mnie ubóstwia. Ona jedna nie zastanawia się, zanim mnie uściśnie. Rzuca mi się na szyję i woła:
    – Joshi! Joshi wrócił!
    Czasami myślę, że przeżyłem tylko po to, żeby to usłyszeć.
    Miewam takie chwile. Rzadko, ale jednak. Kiedy już prawie dobrze się czuję z samym sobą. No więc trzymam się tego, bo czegoś trzeba się trzymać. Muszę się starać być kimś, bo inaczej wyjdzie na to, że ciocia Rita miała rację: on wygrał. Nawet zza grobu zdoła mi siebie odebrać. Nie zgadzam się na to!
    Już raz go zabiłem i niech mnie diabli porwą, jeśli nie dopilnuję, żeby na zawsze pozostał martwy.
    I nagle którejś nocy doznałem olśnienia. Nie mogłem spać. W głowie pulsowała mi krew. Nienawidziłem moich ciuchów, mojego pokoju, dotyku wykładziny na skórze. Nienawidziłem ścian w tym domu i okna, które gapiło się na mnie jak ślepe oko.
    Nienawidziłem mamy i taty, którzy ciągle mnie obserwowali, jakbym lada dzień powinien dać się naprawić. Akurat. Gdyby wtedy nie zawalili, nic by się nie zepsuło.
    Poszedłem więc do kuchni po zapałki, ale w połowie drogi mój wzrok padł na komputer stojący w salonie.
    Przypomniały mi się pewne rzeczy. Takie, o których nawet nie mówiłem policji.
    Zasiadłem przed monitorem.
    Dość szybko udało mi się ich znaleźć. A właściwie przekonać, aby myśleli, że to oni mnie znaleźli. Spędziłem przy klawiaturze trzy godziny, okręcając ich sobie wokół palca. Dobrze znam tych facetów.
    O piątej usłyszałem ojca, który szedł się wysikać, więc wyłączyłem komputer i wróciłem do łóżka. Gdy się znowu obudziłem, wiedziałem, co zrobię.
    Zapisałem się na kilka kursów i zdobyłem trochę niezbędnych informacji.
    Wchodzę tam teraz trzy razy w tygodniu, zawsze po północy.
    I zaczynam polowanie.
    Agent specjalny Salvatore Martignetti. Wrócił do GBI, teraz pracuje w wydziale narkotykowym. Jestem w stanie wyszukać jego wypowiedzi na temat najnowszych aresztowań. Chwile triumfu. Mogę znaleźć jego zdjęcie – posępna twarz, zapadnięte oczy. Czasem, kiedy się odpowiednio ustawi, jest tak podobny do Dinchary, że mam ochotę przebić pięścią monitor. Ale tego nie robię.
    Agentka specjalna Kimberly Quincy. Wróciła do pracy, choć jej sprawy trudniej wytropić w sieci. Ci z FBI mają więcej oleju w głowie i lepiej się zabezpieczają. Znalazłem więc jej córkę. Mała Eliza McCormack chodzi do miejscowego przedszkola Montessori. W Internecie jest dostępna pełna lista dzieci. Strona ma oznaczenie „Tylko dla rodziców”, ale hasło odgadłem bez problemu już przy trzeciej próbie – inicjały dyrektorki. Zadziwiające, ilu ludzi sądzi, że ich instytucje są „zabezpieczone”, a w gruncie rzeczy tylko rozśmieszają takich gości jak ja.
    Ginny Jones. Przebywa w więzieniu stanowym, odsiaduje ostatni rok z zasądzonych dwunastu. Sędziowie są czuli na los ciężarnych ofiar przemocy, więc skazali ją tylko za porwanie. Nie mam pojęcia, co się stało z dzieckiem, ale dajcie mi trochę czasu, to się dowiem. Tymczasem Ginny przespała się z tyloma strażnikami więziennymi, że zyskała specjalne przywileje w korzystaniu z komputera. Postanowiłem więc zostać jej najnowszym internetowym przyjacielem. Ginny nie może się doczekać, kiedy się spotkamy na żywo. Wierzcie mi, ja również.
    Jestem cierpliwy, ostrożny, czujny.
    Niczym pająk na ścianie powoli snuję swoją sieć.
    Sprawdziwszy starych znajomych, przechodzę do najważniejszego. Odwiedzam witryny, błogi, fora, czatroomy. Nawiązuję kontakty, zyskuję nowych „przyjaciół” i dzielę się z tymi mężczyznami moim doświadczeniem. Oferuję im niezapomniane wrażenia, seks na żywo, potrzebuję tylko na początek paru informacji. Kiedy już je dostanę, przystępuję do uderzenia.
    Opróżniam im konta bankowe, przekraczam limity na kartach kredytowych, po czym wyrabiam nowe na ich nazwiska. W bankach internetowych biorę kolejne pożyczki hipoteczne i uruchamiam linie kredytowe. Staję się nimi – to się nazywa kradzież tożsamości. A potem wszystkie pieniądze przelewam na konto Centrum na rzecz Dzieci Zaginionych i Wykorzystywanych. Tysiące, dziesiątki tysięcy dolarów. Zabieram wszystko; zasłużyli sobie na to.
    Oczywiście mogliby złożyć skargę. Musieliby tylko pokazać wszystkie wyciągi operacji finansowych – w tym transakcji online – swoim żonom, partnerom biznesowym oraz policji.
    Ciekawe, co oni czują, kiedy w końcu do nich dociera, co się stało. Że te opłaty za kartę to nie pomyłka, a maile z serwisu PayPal ostrzegające o podejrzanej aktywności na koncie to nie phishing. Że ich konto osobiste naprawdę jest puste, a limit nowej linii kredytowej już jest przekroczony.
    Co czują, kiedy już wiedzą, że nic nie da się zrobić. Że zabiorą im nowy samochód, a dom pójdzie na licytację. Że zablokowano im konta i karty kredytowe, a co do zabaw w sieci… Umówmy się, nikt nie pozwoli jakiemuś nędznemu bankrutowi ściągać pornografii dziecięcej.
    Co czują, kiedy sobie uświadamiają, że są skończeni, ugotowani na amen. I że do końca życia pozostaną tylko okazem w kolekcji.

Lisa Gardner

***

Top.Mail.Ru