Скачать fb2
Złoty Ptak

Złoty Ptak

Аннотация

    Helle była samotną dziewczyną. Nie miała rodziny ani przyjaciół, ale nie miała też wrogów, i dlatego kiedy próbowano ją zabić, nikt nie był w stanie odgadnąć motywów działania zbrodniarza. Nikt też nie przypuszczał – a już najmniej sama Helle – że ów nieudany zamach całkiem odmieni jej życie…


Margit Sandemo Złoty Ptak

    Z norweskiego przełożyła Magdalena Stankiewicz

ROZDZIAŁ I

    Peter wbił siekierę w pieniek z wielką siłą. Teraz nie myślał o tym, że trudno będzie ją wyjąć. Rzucając wściekłe i zarazem pełne żalu spojrzenie w stronę przejeżdżających opodal myśliwych, poszedł do swego pustego domu.
    Pracował w majątku jako leśniczy. Zdobył to stanowisko po latach wyrzeczeń i ciężkiej pracy. Dzięki wytrwałej nauce, a także pomocy starego dziedzica, wyrwał się z samego dna ubóstwa. Nigdy nie miał nawet cienia wątpliwości, kim w przyszłości zostanie. Kochał las, ów słodki zapach nagrzanych słońcem iglastych drzew i czyste piękno buków.
    Kochał również zwierzęta. Znały go i darzyły zaufaniem. Wokół domu Petera małe ptaki wiły swe gniazda, w dziuplach mieszkały wiewiórki, w pobliskich zaroślach odzywały się bażanty, a na wiosnę sarny wychodziły na skraj lasu, przyglądając się leśniczemu z zaciekawieniem. Dobrze wiedział, kiedy lisy i zające mają młode, one natomiast czuły, że nic złego im z jego strony nie grozi.
    Dlatego nienawidził myśliwych. Teraz znowu upłynie wiele tygodni, zanim odzyska zaufanie zwierząt.
    W polowaniach brały udział także kobiety. Młode damy, których śmiech niósł się daleko po lesie, strzelające na równi z mężczyznami i z dumą unoszące w górę swą zdobycz. Peter widywał te szlachcianki, kiedy przychodziły do majątku z wizytą. Nie uświadamiając sobie tego, z dnia na dzień darzył je coraz większą niechęcią. Od czasu do czasu bywał w mieście; zauważył, że wszystkie młode dziewczęta, które spotykał, miały ten sam chłód w oczach. Nie mógł wiedzieć, że to najlepsza obrona kobiet przed zaczepkami mężczyzn na ulicy…
    Helle ziewnęła ukradkiem, po czym poprawiła wstążkę od kapelusza, która zaczepiła się o kołnierz marynarskiej bluzy. Pomyślała, że nie ma nic nudniejszego niż zwiedzanie z wycieczką, oprowadzaną jak stado owiec przez przewodnika pozbawionego daru wymowy. Gdyby tylko mogła odłączyć się od grupy i obejrzeć wieżę na własną rękę! Wówczas byłoby to nawet ciekawe i emocjonujące.
    Lecz dozorca zatrzymał dziewczynę przy bramie. Wyjaśnił, że na wieży jest niebezpiecznie i nie wolno tam wchodzić samemu, trzeba poczekać do godziny pierwszej, kiedy się zaczyna zwiedzanie z przewodnikiem.
    Helle od dawna chciała zobaczyć wieżę z bliska. Budowla znajdowała się po drugiej stronie wąskiej zatoki, ale Helle nigdy jeszcze nie miała okazji tam popłynąć. W tej niewielkiej miejscowości, położonej na zachód od stolicy, mieszkała co prawda niedługo, lecz jako osoba od urodzenia ciekawa świata zdążyła zbadać każdą pobliską łąkę i każdy zagajnik Teraz kusiła ją wieża, a owa pokusa towarzyszyła Helle już od pierwszego dnia, kiedy ujrzała bryłę z czerwonej cegły wznoszącą się ponad drzewami na drugim brzegu.
    Gdzieś dalej na południe podobno znajdował się most, lecz Helle nie miała ani chęci, ani środków na to, by jechać okrężną drogą. Dziś rano zauważyła tabliczkę przy plaży: „Łodzie do wynajęcia”. Szybko przeliczyła pieniądze i uznała, że jej wystarczy, jeśli przez pewien czas zrezygnuje z niektórych posiłków.
    Z niemałym trudem wsiadła do jolki, złoszcząc się z powodu zbyt wąskiej, niewygodnej spódnicy. Chwyciła za wiosła. Nie miała wprawy i po pierwszym, trochę zbyt silnym zamachu wiosłem, które zagarnęło jedynie powietrze, wylądowała na rufie łodzi. Syknęła ze złości. Po chwili się podniosła, mając nadzieję, że nikt nie zauważył wystających ponad burtę jej zapinanych na guziki trzewików.
    Był przepiękny jesienny dzień, zachwycający fantastycznym bogactwem kolorów drzew i krzewów rosnących wzdłuż brzegu, a powietrze zdawało się niezwykle rześkie i przejrzyste jak szyba. Helle zapomniała na moment o swym samotnym życiu – rozkoszowała się ciszą, a także czuła rosnące napięcie związane ze swą wyprawą.
    Wreszcie znalazła się w wieży. Obojętnym wzrokiem wodziła po sali, która w najmniejszym stopniu nie odpowiadała jej wcześniejszym wyobrażeniom. Przewodniczka trajkotała coś monotonnie, lecz Helle nie słuchała. Z bliska wieża nie wydawała się już tak tajemnicza i godna uwagi, Czerwony kolor cegły okazał się złudzeniem, właściwie przypominał raczej szarobrązowy. Sama wieża była budowlą o podstawie sześciokąta z nieskończoną liczbą schodów prowadzących do pomieszczenia, w którym się właśnie znajdowali. W dodatku turystom pozwolono zwiedzić tylko jedno piętro. Helle uważała, że to trochę za mało!
    – …obrazy z siedemnastego wieku… proszę zwrócić uwagę na architekturę…
    Do Helle docierały tylko fragmenty wykładu przewodniczki. Jak można tyle mówić o tak niewielu rzeczach? Poważne, zwykle zaciekawione, szarozielone oczy dziewczyny stały się nieobecne i pozbawione wyrazu.
    Helle miała gęste, kręcące się przy skroniach, jasnobrązowe włosy, które splatała w dwa grube warkocze, opadające teraz spod płaskiego słomkowego kapelusza, i nieduży, bynajmniej nie arystokratyczny nos. Grymas delikatnych ust sprawiał, że trochę przypominała sympatyczną, lecz nieco nadąsaną dziewczynkę. Nikt by nie odgadł, że ukończyła dwadzieścia dwa lata i zaznała więcej smutków niż którykolwiek z jej rówieśników.
    Grupa turystów leniwie zaczęła się przesuwać ku schodom. Helle szła na samym końcu. Próbowała uchwycić atmosferę miejsca, lecz słyszała tylko echo szmeru rozmów i czuła zapach miętowych dropsów.
    Przewodniczka zatrzymała się, gdyż ktoś z grupy zadał pytanie, i z nutą zniechęcenia w głosie rzekła:
    – Oczywiście, że wieża ma swoją legendę. Czasem w niej straszy…
    Helle natychmiast nastawiła uszu.
    – Nie jest to nic szczególnie godnego uwagi, a poza tym nie sądzę, by można tu spotkać jakieś upiory – mówiła przewodniczka. – Ale jeżeli koniecznie państwo chcecie…
    Oczywiście chcieli wszyscy. Helle znajdowała się tak daleko w tyle, że słyszała tylko urywki zdań. Coś o studni straceń w podziemiach. I o tym, że prowadziło tam bezpośrednie wejście z dziedzińca. Oraz o jakichś młodych ludziach, którzy kiedyś wybrali się w to miejsce i ujrzeli przerażającą postać, przemykającą obok nich niczym lodowaty podmuch wiatru.
    Podnieceni opowieścią aż do uczucia gęsiej skórki turyści zaczęli schodzić w dół. Helle jak zwykle na samym końcu.
    Nagle zatrzymała się. Na starych, zniszczonych deskach podłogi jaśniała mała, biała karteczka. Musiał ją zgubić ktoś z grupy.
    Helle podniosła ją i przeczytała:
    „Złoty ptak znajduje się w zamku Vildehede”.
    Widniał tam także szkic wieży – przekrój podłużny z zaznaczonymi wszystkimi kondygnacjami. Przy drugim od góry piętrze narysowano strzałkę.
    Nareszcie coś ciekawego! pomyślała uradowana dziewczyna. Grupa zwiedzających schodziła właśnie na przedostatnie piętro, przewodniczka jednak poszła dalej, nie zatrzymując się.
    W starych drzwiach, prowadzących do pomieszczeń pod najwyższą kondygnacją, tkwił klucz. Helle, która wciąż miała przed oczyma tekst z tajemniczej karteczki, przystanęła i nacisnęła klamkę. Drzwi otworzyły się.
    Dziewczyna ujrzała ciemne ściany dużego pomieszczenia. W miejscu, gdzie powinna być podłoga, widniała tylko konstrukcja z belek.
    Turyści wciąż schodzili na dół. Helle zawahała się. Spojrzała na kartkę, którą trzymała w dłoni, i ostrożnie przesunęła się dalej do środka, stając na wąskiej krawędzi.
    Kiedy spojrzała w dół, zakręciło się jej w głowie. Nie tylko na tej kondygnacji brakowało podłogi. Poniżej także i na następnym piętrze również, jeszcze niżej znowu i tak dalej, aż do czarnej czeluści podziemi.
    A więc to tam w dole miałoby rzekomo straszyć!
    Helle wychyliła się jeszcze bardziej do przodu, wpatrując się w przepaść.
    W tej samej chwili usłyszała, że ktoś stanął w drzwiach za jej plecami. Lecz zanim zdążyła się obejrzeć, poczuła silne pchnięcie z tyłu.
    Spadając, rozpaczliwie usiłowała na kolejnych piętrach przytrzymać się rusztowań podłogi, lecz belki były zbyt grube i palce jej się ześlizgiwały.
    Teraz pod nią znajdowały się już tylko czarne jak noc podziemia. Wydawały się nie mieć dna, tak jakby kończyły się w samym piekle.
    Christian Wildehede, właściciel majątku Vildehede, przechadzał się po swej posiadłości w towarzystwie leśniczego. Przystanęli.
    – O, tam stoi ta przeklęta wieża – mruknął młody dziedzic. – Tłumy turystów zjeżdżających tu latem są doprawdy irytujące. Całe szczęście, że niedługo już koniec sezonu! Gdyby tylko trzymali się w pobliżu wieży, to jeszcze można byłoby to znieść, ale rozłażą się jak stonka i wszędzie wtykają nosy. Wyobraź sobie, Thorn, że w niedzielę jakaś rodzina urządziła sobie piknik w naszym ogrodzie! Między grządkami astrów i lewkonii. To bezczelność!
    Dziedzic, który niedawno skończył osiemnaście lat, zirytowany spojrzał na swego towarzysza jasnoniebieskimi oczami, wyrażającymi wielki apetyt na życie.
    Leśniczy uśmiechnął się ponuro.
    – Większość czasu pochłania mi wypraszanie intruzów z parku, chociaż przy bramie stoi tablica informująca wyraźnie, że to prywatna posiadłość. A co słychać w sprawie restauracji wieży?
    Christian Wildehede westchnął.
    – Na razie nie przyznano nam żadnych funduszy. Nasze władze są wyjątkowo opieszałe. W wieży jest przecież niebezpiecznie i gdybym nie potrzebował każdego grosza, jaki zostawiają tu turyści, już dawno bym ją zamknął. Zresztą nawet jeślibym się zdecydował, nie wolno mi tego zrobić. Rozumiesz, pomnik historii kultury i takie tam. O, wygląda na to, że zwiedzanie na dziś skończone. Chodź ze mną na górę obejrzeć skutki wandalizmu turystów! To zwiększa wydzielanie adrenaliny.
    Podeszli do wieży.
    – Kiedyś stanowiła centralną część większej budowli – odezwał się z dumą Christian Wildehede. – Teraz pozostała samotna. Ale po co ci to wszystko mówię, przecież o tym wiesz. Byłeś może ostatnio w podziemiach i sprawdzałeś, czy barierka nie została zniszczona?
    – Nie, przez kilka dni tam nie zaglądałem.
    – W takim razie chodźmy najpierw na dół.
    Mężczyźni zeszli stromymi schodami na tyłach wieży. Ich głosy odbijały się echem o chropowate sklepienie korytarza. Dotarli do barierki okalającej szyb, powstały po rozebraniu sufitów i podłóg na wszystkich kondygnacjach poza najwyższą. Od strony tylnego wejścia i niewielkich okienek w górze wieży docierało tu słabe światło.
    – Tss! – szepnął leśniczy Thorn i gwałtownie przystanął. – Co to było?
    – Jakiś jęk? To na pewno upiór – zażartował Christian, lecz zaraz krzyknął: – O Boże! Spójrz tam!
    Popatrzyli w górę. Z poziomu najniższego piętra zwisała dziwna postać.
    Obraz był rzeczywiście niecodzienny. Mężczyźni ujrzeli bowiem parę bardzo zgrabnych nóg i damską bieliznę. Wyglądało na to, że rąbek sukni kobiety zaczepił się w spojeniu belek, tak że długa i wąska spódnica wywinęła się do góry przez głowę nieszczęsnej. Chociaż widok ten wydawał się dość zabawny, nikomu teraz nie było do śmiechu. Wystarczy jeden ruch, żeby spódnica się rozerwała.
    – Próba samobójcza? – szepnął dziedzic blady na twarzy.
    – Nie, raczej wypadek. I w dodatku nad „studnią”!
    Thorn w jednej chwili ruszył na górę. Wypadł jak szalony z podziemia i pobiegł do drzwi prowadzących na wieżę. Dozorca poszedł już do domu, lecz leśniczy miał klucz do głównego wejścia. Drżącymi palcami próbował otworzyć zamek. Wkrótce dołączył do niego również Christian Wildehede.
    Po chwili zostały otwarte także drzwi na najniższe piętro i w mgnieniu oka obaj mężczyźni znaleźli się w środku.
    Christian z rozpędu omal nie runął w dół. Thorn, leżąc na brzuchu, powoli czołgał się po belce w stronę dziewczyny.
    – Jak tam? – zawołał. – Żyje pani?
    Zza spódnicy wydobył się niewyraźny pisk.
    – Proszę się nie ruszać! – ostrzegł Thorn, już spokojniejszy. – Zaraz pani pomogę. Wszystko skończy się dobrze.
    Sam jednak nie był tego pewien. Nie będzie łatwo wyciągnąć ją do góry!
    Christian, który nie miał tyle siły, co leśniczy, zatrzymał się na spojeniu belek i stąd przemawiał uspokajająco do dziewczyny, obiecując, że na pewno ją wydostaną. Jednak kiedy zobaczył, dzięki czemu nie runęła w dół, przyszło mu na myśl powiedzenie o życiu wiszącym na włosku. Brzeg spódnicy, choć wzmocniony taśmą, zaczynał się już odrywać. Naderwanie mogło się powiększyć w każdej chwili, wystarczy jeden najmniejszy ruch…
    – Na miłość boską, niech się pani nie rusza! – błagał dziewczynę.
    Ostatnie godziny wydawały się Helle koszmarem.
    Pamiętała, że udało jej się złapać ręką belki. W tej samej chwili poczuła, jakby palce, ba, całe ramię rozpadło się w drzazgi. Lecz pomimo bólu uświadomiła sobie, że prędkość, z jaką spadała, odrobinę się zmniejszyła, a za moment, prawie równocześnie, nastąpiło potężne szarpnięcie i doznała wrażenia, jakby coś rozerwało ją na pół. Potem otoczyła ją ciemność.
    Kiedy się ocknęła, czując przeszywający ból, w wieży panowała cisza. Próbowała krzyknąć, lecz sam ruch przy nabieraniu do płuc powietrza sprawił, że zaczęła się niebezpiecznie osuwać.
    Helle zdziwiła się, dlaczego ciągle jest tak potwornie ciemno. Szybko jednak zrozumiała powód. Po prostu wisiała w środku spódnicy, tej wąskiej spódnicy, której właściwie nigdy nie lubiła, a którą teraz wręcz kochała. Stara, wspaniała spódnica z solidnym zakładem, która uratowała jej życie! Przynajmniej na razie.
    Dziewczyna nie mogła spojrzeć w dół, lecz kiedy ostrożnie zerknęła w górę, zrozumiała, że jej życie wisi na kilku nitkach.
    Czuła, jak oblewa ją zimny pot. Jedno ramię opadało bezwładnie, w dodatku bardzo bolało ją w talii, gdzie pasek wpijał się w skórę. Jednak także ten mocno zapięty pasek uratował Helle. W przeciwnym razie spódnica ześliznęłaby się zupełnie i została na belce, a ona sama spadłaby niżej.
    Dziewczyna uczyniła niezwykle ostrożny ruch prawą ręką, próbując ją podnieść i przytrzymać się belki. Natychmiast jednak usłyszała ostrzegawcze trzeszczenie materiału.
    Musiała wisieć bez ruchu.
    Jak długo?
    Kilka godzin później, kiedy czuła już tylko ból, zawroty głowy, strach i zwątpienie, ocknęła się z odrętwienia.
    Głosy?
    Tak, męskie głosy. Jacyś ludzie rozmawiali w pobliżu. Dziewczyna chciała głośno wezwać pomocy, ale zdołała się opanować. Jęknęła tylko cicho, starając się nie poruszyć.
    Usłyszeli mnie! I zauważyli! O Boże, spraw, bym nie spadła! Pomóż, bym się nie rozpłakała!
    Teraz dało o sobie znać także kobiece poczucie wstydu. Helle zbyt dobrze zdawała sobie sprawę, że pokazuje więcej, niż odważyłaby się kiedykolwiek pokazać. Bezskutecznie usiłowała skierować myśli ku ważniejszym sprawom.
    Spieszący jej na ratunek znajdowali się już na szkielecie podłogi. Helle słyszała, że czołgają się po belkach.
    – Myślę, że spróbuję wyciągnąć ją za włosy, paniczu – powiedział jeden z nich spokojnie. – To chyba jedyny sposób.
    – Rób jak chcesz, Thorn – odrzekł drugi, sądząc po głosie, młodszy mężczyzna. – Ja tymczasem złapię ją za suknię. Problem w tym, że każdy z nas może użyć tylko jednej ręki, bo przecież sami też musimy się mocno trzymać. Jesteś gotów? No, to łapiemy, raz, dwa, trzy!
    Helle poczuła, jak czyjaś silna ręka chwyta za jej długie, grube warkocze, i zacisnęła zęby w obawie przed bólem.
    Lecz chwyt był tak zręczny, że ból okazał się minimalny. Ponownie usłyszała pierwszego mężczyznę.
    – Dobrze, a teraz obejmij moje ramię i mocno się trzymaj! – polecił.
    – Nie mogę – odparła Helle zdumiona, że tak bardzo zachrypła. – Jedną rękę chyba złamałam.
    – Spróbuj podać mi zdrową!
    Powoli, drżąc ze strachu, podała swemu wybawcy prawą dłoń, a potem schwyciła jego nadgarstek. Warkocze nie były już tak naprężone, a ponieważ młodszy mężczyzna ciągnął ją za spódnicę, Helle poczuła się dużo lżejsza.
    Wreszcie zebrała się na odwagę, by podnieść wzrok, i ujrzała parę najbardziej przyjaznych oczu, jakie kiedykolwiek w życiu widziała. Promieniująca z nich ogromna sympatia sprawiła, że straciła resztki odwagi i poczuła wzbierający płacz. Szybko przełknęła dławienie w gardle i jakoś się opanowała.
    Obaj mężczyźni niezwykle ostrożnie wyciągali dziewczynę do góry, aż wreszcie udało im się uchwycić ją w pasie i unieść ponad belkę.
    Nie wyglądała może zbyt korzystnie, kiedy niemal w panice przesuwała się na czworakach w stronę solidnej podłogi, lecz nikomu nie było do śmiechu. Wybawcy asekurowali ją zarówno z przodu, jak i z tyłu, i pomagali, pełni wyrozumiałości.
    Nareszcie! Dotarli do wąskiego występu przy drzwiach. Helle nie miała siły wstać, lecz zanim zdążyła o tym pomyśleć, mężczyźni wynieśli ją na zimne schody wieży i zamknęli drzwi.
    Helle leżała przez chwilę skulona, drżąc jak liść osiki i nie będąc w stanie mówić. Lewa ręka zwisała bezradnie, a skóra w okolicach talii krwawiła, skaleczona ostrą krawędzią paska.
    W końcu dziewczyna wstała z trudem i podziękowała wybawcom łamiącym się głosem.
    Młodszy z mężczyzn, mniej więcej w jej wieku, odznaczający się niebywałym wdziękiem i pewnością siebie, powiedział:
    – Zabierzemy cię teraz do mojego domu, maleńka, i wszystko będzie dobrze.
    Helle usiłowała się uśmiechnąć, lecz bez powodzenia, gdyż w ciągu kilku ostatnich godzin twarz jakby zastygła jej ze strachu. Na chwiejnych nogach wyszła do parku otaczającego wieżę. Między drzewami dostrzegła kilka czerwonych zabudowań gospodarskich, konie za niskim płotem i duży, piękny biały dom.
    Mężczyźni nie zamęczali jej pytaniami, rozumieli chyba dobrze, że musi mieć trochę czasu, by dojść do siebie. W pewnym momencie niechcący usłyszała ich rozmowę.
    – Widziałeś te nogi, Thorn? – mówił młodszy z nich. – Co za dziewczyna! Czy nie jest śliczna? Wydaje się zupełnie inna niż te nadęte szlachcianki, których nawet nie wolno tknąć! Albo te tanie dziewczęta z kabaretu. Ach, muszę jeszcze choć raz zobaczyć to cudo!
    Helle poczuła, jak ją oblewa rumieniec. Drugi z mężczyzn, prawdopodobnie zbliżający się do trzydziestki, miał, jak zdążyła zauważyć, surową twarz, choć to jego pełne zrozumienia oczy tak ciepło patrzyły na nią w wieży. Rzadko się odzywał. Teraz odpowiedział młodszemu coś, czego Helle nie dosłyszała, lecz tamten odparł beztrosko:
    – Och, Thorn, nieważne, co o tym myślisz, zdobędę tę dziewczynę! W ten czy inny sposób!
    Helle przyspieszyła kroku i dogoniła mężczyzn. Obaj odwrócili się w jej stronę.
    Leśniczy wyglądał na zdenerwowanego, jego oczy straciły dawne ciepło i jakkolwiek rysy jego twarzy wydawały się dość sympatyczne, Helle uznała, że jest zbyt zamknięty w sobie. Był ciemnym blondynem o niesfornej czuprynie i gęstych, ciemnych rzęsach, podkreślających oczy. Sprawiał wrażenie bardzo silnego, zarówno fizycznie, jak i duchowo.
    Christian, nie zrażony słowami leśniczego, uśmiechał się szeroko i zachęcająco. Miał kruczoczarne włosy i wesołe, niewinne niebieskie oczy. Oczywiście był bardzo pewny siebie. Pochodził z uprzywilejowanej klasy i dobrze zdawał sobie sprawę ze swojej pozycji.
    Helle nie miała czasu zastanowić się nad tym, co usłyszała, ponieważ właśnie dotarli do owego dużego, pięknego domu. Zaraz wskazano jej drogę do łazienki, by mogła znowu „poczuć się jak człowiek”, jak się wyraził Christian Wildehede. Była mu za to głęboko wdzięczna.
    Ledwie poznała się w lustrze. Och, co za widok! A ubranie! Helle zależało na tym, by zwłaszcza teraz ładnie wyglądać, starała się więc poprawić suknię i fryzurę, jak potrafiła najlepiej, sprawną ręką.
    Kiedy skończyła, nakryto już do herbaty w biało – niebieskim salonie.
    Pani Wildehede, kobieta energiczna i piękna, która nie wyglądała na matkę dorosłego syna, biegała w pośpiechu, wzdychając „och” i „ach” i powtarzając, że musi zdążyć na przyjęcie u proboszcza.
    – Przypilnuj, żeby dziewczyna dostała coś do jedzenia! Ta wieża to skandal! I nie zapomnij zmienić koszuli do kolacji, Christianie! – rzuciła w drzwiach i wyszła.
    – Siedź, nie ruszaj się – zwrócił się młody dziedzic do Helle. – Posłałem po doktora Jepsena. Zaraz przyjdzie i obejrzy twoją rękę. Czy ktoś czeka w domu i martwi się o ciebie?
    W domu? Helle nie posiadała niczego takiego, co mogłaby nazwać domem.
    – Zostawiłam gospodyni wiadomość, dokąd się wybieram. Jeśli wrócę, zanim się ściemni, to chyba nie będzie się zbytnio niepokoić.
    – To dobrze. A teraz słuchamy! – rzekł Christian, kiedy wszyscy troje siedzieli przy stole, popijając gorącą herbatę. – Czy nie wiedziałaś, że wchodzenie na rusztowanie jest zabronione? – Z jego oczu bił taki podziw, że Helle się zaczerwieniła.
    – No tak, wszyscy wiedzieli, że wolno zwiedzać tylko najwyższe piętro. Ale ja wcale nie wchodziłam na belki.
    Mężczyźni spojrzeli na nią pytająco.
    – Poczekaj – odezwał się Thorn, widząc, że dziewczynie ciągle jeszcze trudno zebrać myśli. – Twoje ramię mówi mi, że musiałaś spaść z wysoka?
    – Tak – skinęła głową Helle. – Z przedostatniego piętra.
    – To wysoko – stwierdził rzeczowo Thorn. – A jak to się stało?
    – Ktoś mnie popchnął.
    Zapadła cisza.
    – Kto? – przerwał milczenie Christian. W jego głosie pobrzmiewało niedowierzanie.
    – Nie wiem.
    – Ale dlaczego?
    Helle westchnęła, zastanawiała się przez moment.
    – Może z powodu tego, co znalazłam. Była to kartka, którą pewnie zgubił ktoś z grupy.
    – Czy znałaś kogoś ze zwiedzających? – spytał Christian.
    – Nie, nikogo.
    – Czy na kartce było coś napisane? Coś szczególnego?
    – Tak. Widniał na niej szkic wieży ze strzałką wskazującą piętro, z którego zostałam zepchnięta. I kilka tajemniczych słów…
    Czekali w napięciu, aż sobie przypomni.
    – Musiałam zgubić tę kartkę, kiedy spadałam – powiedziała. – Leży pewnie gdzieś w podziemiach.
    – Ale jak brzmiały te słowa?
    – Myślę, że zapamiętałam je dokładnie. „Złoty ptak znajduje się w wieży Vildehede”… Nie, „w zamku Vildehede”. Właśnie tak.
    – W zamku Vildehede? – powtórzył Christian. – To może oznaczać zarówno wieżę, jak i ten dom. Chociaż właściwie nie nazwałbym go zamkiem.
    – Szkic przedstawiał przecież wieżę – przypomniał Thorn. – To na pewno o nią chodziło.
    – „Złoty ptak”? – zastanawiał się Christian rozmarzony. – Złoty ptak? Nigdy o nim nie słyszałem. A może w tej starej, upiornej wieży znajduje się skarb? Bardzo by się nam przydał!
    – Nie ma tam aż tak wiele miejsc, gdzie mógł zostać ukryty – zauważyła Helle. – Zwłaszcza teraz, kiedy rozebrano podłogi.
    – Ale na pewno ten złoty ptak musi być bardzo cenny – rzekł Thorn, zwracając się po raz pierwszy bezpośrednio do dziewczyny – skoro ktoś z jego powodu chciał popełnić morderstwo.
    – Słyszałem kiedyś, że w przeszłości posiadaliśmy ogromny majątek, który gdzieś przepadł – rzekł Christian w zamyśleniu. – Muszę zapytać matki. A jeśli to jakiś szyfr? Szyfr szpiegowski! „Złoty ptak znajduje się w zamku Vildehede…”
    – Może mieli się tu spotkać? – dodał Thorn. – A dziewczyna im przeszkodziła. Właściwie jak dostałaś się na to piętro?
    – Właśnie przeczytałam znalezioną kartkę i chciałam zobaczyć, co wskazywała strzałka. Szłam na końcu grupy, otworzyłam więc drzwi…
    – Nie były zamknięte na klucz? – zdziwił się Christian.
    – Nie, klucz tkwił w zamku, ale drzwi nie były zamknięte.
    – Jak to możliwe? Dozorca zawsze je sprawdza. A potem?
    – Zajrzałam tylko do środka i zdążyłam jedynie się przestraszyć tych przepastnych czeluści, po czym zostałam popchnięta.
    – Czy przypadkiem nie popchnęły cię zamykające się drzwi?
    – Nie, usłyszałam skradające się kroki i poczułam dwie duże, silne ręce na swoich plecach. To chyba nietrudno rozpoznać.
    Skinęli głowami. W pokoju zapadła ponura cisza.
    Pozwólcie mi jeszcze chwilę pobyć w waszym towarzystwie! pomyślała Helle. Pozwólcie mi do was należeć! Tak bardzo chciałabym tu zostać, w tej wspaniałej posiadłości. Dajcie mi pracę lub jakiekolwiek zajęcie, tak bym nie myślała, że po raz ostatni was widzę i z wami rozmawiam.
    W tym momencie uświadomiła sobie, jak rozpaczliwie starała się znaleźć jakieś oparcie, jakiś punkt zaczepienia w życiu. Jak bezgranicznie czuła się samotna i odmienna.

ROZDZIAŁ II

    Helle wypełniło przyjemne ciepło. Czy stało się tak za sprawą herbaty, czy z powodu ulgi, że koszmar wreszcie się skończył i znalazła się w tym wspaniałym domu, nie miało żadnego znaczenia. Ból w ramieniu nie dokuczał już tak bardzo.
    Christian Wildehede sprowadził jednak dziewczynę z powrotem do brutalnej rzeczywistości.
    – Powiedziałaś, że nie znałaś nikogo z grupy turystów. Pamiętasz, ilu ich było? Spróbuj ich opisać!
    Helle trudno się było przyzwyczaić do jawnie okazywanego zachwytu młodzieńca. Właśnie wpatrywał się w jej dekolt, który oczywiście był przyzwoitych rozmiarów, lecz dziedzic wyglądał tak, jakby próbował sobie wyobrazić, co jest poniżej, i to było dość krępujące. Helle czuła się nieswojo.
    – Zaraz, poza przewodniczką, która szła na przedzie i w związku z tym nie wchodzi w rachubę, w wieży znajdowało się jakieś dziesięć – dwanaście osób.
    – Czy nie możesz tego określić dokładniej? Rozumiem, że po takich przeżyciach łatwo o czymś zapomnieć, ale postaraj się.
    – Dobrze, niech pomyślę… Racja, kobieta policzyła nas przy wejściu. Razem ze mną było dwanaście osób. Pamiętam rodzinę z trójką dzieci, którą można chyba wykluczyć z kręgu podejrzanych. Młodą parę… ona blondynka ubrana na biało. Kilka starszych pań. Nie przypominam sobie nikogo więcej.
    – Myślę, że trzeba wezwać policję – odezwał się nagle Christian i wyszedł.
    W eleganckim salonie zapanowało milczenie.
    Helle zagryzła wargę. Czuła się zażenowana i urażona z powodu natarczywego spojrzenia Christiana, lecz nie mogła się zdobyć na to, by zwrócić mu uwagę.
    Leśniczy jednak musiał się zorientować, co męczy dziewczynę, ponieważ wstał bez słowa i wyszedł za Christianem.
    Helle została sama. Z pokoju obok dochodziły ją głosy mężczyzn.
    Christian odpowiadał ostro podniesionym tonem:
    – Czy nie rozumiesz, że się w niej zakochałem?
    – Jest pan dla niej za młody.
    – Pragnę kobiety o pewnym doświadczeniu. Czytałem, że dojrzała partnerka może najlepiej wprowadzić młodego mężczyznę w tajniki miłości.
    – Może się mylę – odparł Thorn stanowczo – lecz ona sama sprawia wrażenie niedoświadczonej. Należy jej okazać odrobinę szacunku, chociaż to biedna dziewczyna.
    – Ale ja jestem szlachcicem, Thorn! Jestem panem tego majątku. Mogę jej dać wszystko, o czym mogłaby marzyć.
    Leśniczy mruknął coś w odpowiedzi, po czym szybkim krokiem wrócił do salonu. Usiadł, lecz ciągle się nie odzywał. Po chwili jednak pomyślał pewnie, że cisza staje się zbyt uciążliwa.
    – Zmęczona? – spytał krótko.
    – Tak. I zdenerwowana. Z pewnością nie zasnę dziś w nocy.
    Nie skomentował tego.
    Wkrótce wszedł Christian wraz z lekarzem, który zbadał rękę dziewczyny.
    – Niestety, jest zwichnięta – stwierdził doktor Jepsen. – Musi więc pani teraz trochę odpocząć.
    Helle pobladła na twarzy z bólu, kiedy dotykał jej spuchniętego ramienia.
    Otarcie w talii przestało krwawić, i całe szczęście, bo Helle za żadne skarby nie odważyłaby się wspomnieć o nim lekarzowi. Na pewno musiałaby się rozebrać! Zaczerwieniła się na samą myśl o takiej ewentualności.
    – Ale ja muszę iść do pracy! Nie mam…
    Zamilkła. „Nie mam z czego żyć” – chciała powiedzieć, ale uznała, że przecież nikogo to nie obchodzi.
    – Gdzie pracujesz?
    – W domu starców, po drugiej stronie zatoki.
    – Nie ma mowy! Trzeba oszczędzać rękę.
    Helle westchnęła.
    – Chwała Bogu, że to lewa – odezwała się na pozór beztrosko, starając się stłumić strach przed problemami, które czekały ją w najbliższym czasie. – Czasami będę mogła chociaż pisać.
    – Pisać? – zdumiał się Christian.
    Najchętniej odgryzłaby sobie język, ale teraz już musiała się przyznać.
    – Tak, napisałam kilka powieści.
    Wytrzeszczyli na nią oczy. Bez trudu mogła odgadnąć ich myśli. Kobieta pisząca książki! W dodatku taka młoda. To z pewnością jakieś ckliwe romanse, potajemnie krążące po dziewczęcych pokojach, utwory, nad którymi czytelniczki popłakują pomiędzy kolejnymi łykami kawy.
    – Coś takiego! – rzekł Christian bardzo wymownie. – Czy wydałaś którąś z nich?
    – Nie, ale z ostatniej byłam tak zadowolona, że wysłałam ją do wydawnictwa. Teraz czekam na odpowiedź.
    Faktycznie czekała. Już pół roku. Okazała się na tyle naiwna, że wierzyła, iż powieść zostanie przyjęta. Oczywiście było to jej największym marzeniem, a teraz naprawdę przydałoby się jakieś honorarium. Miałaby przynajmniej za co żyć przez tych kilka chudych tygodni, które muszą upłynąć, zanim znowu będzie mogła pracować.
    – O czym piszesz? – spytał Christian, uśmiechając się sceptycznie.
    Helle wzruszyła ramionami.
    – O życiu kobiet. O ich samotności, o tęsknocie za miłością i skrytych pragnieniach. Nic szczególnego. Au! – krzyknęła, kiedy lekarz znowu dotknął jej obolałej ręki. Właśnie kończył zakładać szynę sięgającą dziewczynie od łokcia aż po czubki palców, kiedy do pokoju weszli przewodniczka wycieczki i policjant. To Christian wezwał ich oboje.
    W kilku krótkich słowach wyjaśniono przybyłym, co się stało.
    – Helle pamięta tylko, że wśród zwiedzających znajdowała się duża rodzina – rzekł Christian do przewodniczki. – Może pani przypomni sobie pozostałych turystów?
    – Och, miałam dziś tyle grup – westchnęła.
    – Czyżby pani się nie zorientowała, że brakuje dziewczyny? – spytał ostrym tonem policjant. – Czy pilnowanie grupy nie należy do pani obowiązków?
    – Ach, już sobie przypomniałam! – zawołała przewodniczka, robiąc wielkie oczy. – To na pewno on!
    – Kto?
    – Teraz sobie przypomniałam, że kiedy liczyłam pewną grupę przy wyjściu, brakowało jednej osoby. A wtedy odezwał się jakiś mężczyzna i powiedział, że jedna z dziewcząt poczuła się słabo na schodach i wyszła wcześniej. Byłam więc pewna, że już jej nie ma w wieży.
    Kobieta spojrzała z wyrzutem na Helle, jak gdyby miała jej za złe, że tak właśnie nie postąpiła.
    – Ale kiedy kończycie zwiedzanie wieży, sprawdza pani chyba, czy ktoś nie został – spytał dociekliwy policjant.
    – Oczywiście, ale nigdy nie wchodzimy na nie udostępnione do zwiedzania piętra. Prowadzące do nich drzwi są przecież zamknięte.
    – Jednak drzwi na przedostatnie piętro były otwarte, a klucz tkwił w zamku.
    – Nie rozumiem, jak to możliwe!
    – Gdzie przechowuje się klucze?
    – W portierni. Do wszystkich drzwi pasuje ten sam klucz.
    – A więc ktoś z grupy mógł niepostrzeżenie go zabrać, a potem odwiesić na miejsce?
    – Tak… przypuszczam, że tak. Ale dlaczego miałby…
    – A ten mężczyzna… jak on wyglądał? – dopytywał się policjant.
    – Trudno powiedzieć. Pamiętam tylko, że miał długie wąsy.
    – No tak! – wykrzyknęła nagle Helle. – Teraz, kiedy pani o tym wspomniała, przypominam sobie tego człowieka. Czy sądzi pan, że to on mnie popchnął?
    – To całkiem prawdopodobne – odparł policjant.
    – Ale mimo wszystko coś tu się nie zgadza – wtrącił milczący zwykle Thorn. – Skąd mógłby wiedzieć, ze Helle otworzy te fatalne drzwi?
    – Tego nie wiedział na pewno – odezwał się Christian. – Ale zobaczył, że dziewczyna trzyma w ręku kartkę, której najwidoczniej nie powinna znaleźć.
    – Chciałbym obejrzeć tę kartkę – rzekł policjant.
    Christian Wildehede podrapał się po karku zakłopotany.
    – Myślę, że musi pan o tym zapomnieć. Spadła chyba na samo dno szybu.
    – Czy można tam zejść w jakiś sposób?
    – Niestety nie, to potwornie głęboka studnia, na której dnie prawdopodobnie jest woda.
    – I nie została zabezpieczona? – spytał ostro policjant.
    – Oczywiście, że tak, na poziomie podziemi otacza ją wysoka barierka ochronna! Helle jednak próbowała się tam dostać inną drogą.
    – Sądzę, że najlepiej będzie zamknąć wieżę na kilka dni i porządnie ją zabezpieczyć – zadecydował policjant. – To, co się dzisiaj stało, nie może się więcej powtórzyć!
    – Zamkniemy ją do końca tego sezonu – zgodził się Christian. – Unikniemy w ten sposób dalszego napływu turystów i wreszcie będzie trochę spokoju.
    – Chciałbym się jeszcze rozejrzeć na miejscu wypadku – rzekł policjant.
    – Czy mogę iść z wami? – spytała Helle z ożywieniem.
    Spojrzeli na nią zdumieni.
    – Czy nie ma pani jeszcze dosyć wrażeń? – zwrócił się do niej policjant.
    – Właściwie tak – odparła, spuszczając głowę. – Pomyślałam tylko o tym tajemniczym złotym ptaku.
    Tak naprawdę Helle rozpaczliwie pragnęła utrzymać kontakt z Christianem i Thornem, pierwszy od wielu lat kontakt z rówieśnikami. Obaj mężczyźni okazali jej tyle życzliwości i traktowali ją jak równą sobie.
    – O wszystkim się dowiesz – obiecał Christian. – Będziemy cię na bieżąco informować.
    To coś więcej niż wątpliwa pociecha, pomyślała Helle. To nadzieja na ponowne spotkanie!
    – Poczekaj tu, to potem odwiozę cię do domu – dodał po chwili i popatrzył na nią z takim żarem w oczach, że poczuła się nieswojo.
    Lecz od drzwi rozległ się nagle głos:
    – Na pewno nie, Christianku! Dziś wieczorem wychodzisz, czy już zapomniałeś? Dziewczynę odwiezie Thorn.
    To matka Christiana, która właśnie wróciła.
    Twarz młodego dziedzica spochmurniała, leśniczy również nie wyglądał na uszczęśliwionego zadaniem, jakim go obarczono. Helle poczuła się niezręcznie i pomyślała przez chwilę, że może powinna pójść pieszo naokoło zatoki, żeby nikomu nie sprawiać kłopotu. Ale przecież musiała zwrócić wypożyczoną łódź…
    Helle siedziała w łodzi na wprost małomównego i spokojnego Thorna. Płynęli na drugą stronę zatoki, holując wypożyczoną łódkę.
    – Gdzie mieszkasz? – spytał leśniczy.
    Wskazała ręką.
    – Nie tak daleko od brzegu. U pewnej niesympatycznej gospodyni, która grzebie w moich szufladach i ciągle mi grozi, że wyrzuci mnie w jednej chwili, jeśli na czas nie zapłacę czynszu.
    Czy mówiła zbyt wiele? Trudno to odgadnąć z miny Thorna, pomyślała. Jego ręce tak mocno trzymały wiosła, że żyły na dłoniach i mięśnie ramion mocno się napięły. Wkładał naprawdę dużo siły w uderzenia wioseł – to coś zupełnie innego niż jej pluskanie. Chociaż zaczęła się już jesień, miał koszulę rozpiętą pod szyją i podwinięte rękawy.
    – Dlaczego się od niej nie wyprowadzisz? – spytał szorstko.
    – Ponieważ to jedyne mieszkanie, jakie znalazłam. I do tego tanie.
    – Ile godzin dziennie pracujesz?
    – Nie mam stałych godzin pracy. Czasami muszę dyżurować nawet całą dobę. To mój pierwszy wolny dzień od miesiąca. Niestety dość daleko dojeżdżam, muszę więc wstawać prawie w środku nocy i wracam dopiero o zmierzchu.
    – No to kiedy piszesz?
    – W każdej wolnej chwili.
    Thorn nie wyglądał na szczególnie zainteresowanego, pytał chyba bardziej z uprzejmości.
    – A twoi rodzice? Gdzie mieszkają?
    Helle wolałaby nie odpowiadać. Lecz cisza trwała już zbyt długo.
    – Ojciec odszedł od nas, a matka z tego powodu odebrała sobie życie. Potem trafiłam do mojej schorowanej babki, opiekowałam się nią. Teraz i jej nie ma. Muszę więc sobie radzić sama.
    Rzucił krótkie spojrzenie w stronę dziewczyny i nie odezwał się więcej.
    Helle z uwagą obserwowała jego twarz, kiedy odwrócił wzrok w stronę zatoki. Zachowywał się z dziwną rezerwą. Na próżno usiłowała odnaleźć w jego oczach wcześniejszą życzliwość, tę, którą zauważyła, kiedy podał jej rękę w wieży. Sympatię, jaka wtedy od niego wprost promieniowała. Ale może jej się to tylko wydawało?
    Czuła się jednak bezpieczna, gdy tak wiosłował w stronę brzegu, i spokojna, tak jakby nie musiała się już o nic martwić.
    Zdobyła się na odwagę i ostrożnie zagadnęła:
    – Czy Christian Wildehede… Czy on zawsze jest taki… uwodzicielski?
    Leśniczy uśmiechnął się.
    – Łatwo daje się ponosić uczuciom, a poza tym jest trochę rozpieszczony. Ale dobry z niego chłopak. Ojciec Christiana bardzo mi pomógł i dzięki niemu mogłem studiować, uważam więc, że jestem w jakimś stopniu odpowiedzialny za syna. Ale nie traktuj go zbyt poważnie! Jest zmienny jak wiatr.
    Helle również się uśmiechnęła.
    – Nie, absolutnie tak go nie traktuję!
    Thorn odłożył wiosła i wyciągnął łódź na brzeg. Helle nawet nie zauważyła, że dotarli na miejsce. Słońce już prawie zaszło. Leśniczy zaproponował, że odprowadzi dziewczynę do domu.
    – Ale naprawdę nie trzeba…
    – Dziedzic mnie o to prosił.
    Aha! Taka odpowiedź oznaczała dwie rzeczy: że Christian chciał dla niej jak najlepiej oraz to, że Thorn nie miał najmniejszej ochoty jej odprowadzać.
    Helle czuła się trochę zakłopotana, trochę szczęśliwa i trochę zła. Złość dodała jej odwagi, by się odezwać:
    – Czy wolno mi zapytać o coś osobistego?
    Na moment znieruchomiał.
    – Proszę!
    Szli powoli w górę wąską ścieżką pomiędzy na wpół zwiędłymi pokrzywami.
    – Jak panu na imię?
    Wybuchnął śmiechem.
    – Czuję, że zaraz zacznę się zwierzać z moich najskrytszych tajemnic.
    Helle również się roześmiała, zaskoczona jego rozbawieniem. Dopiero teraz odkryła, że ma niemal chłopięco młodą twarz i piękne zęby.
    – A ukrywa pan jakieś wielkie tajemnice?
    – O ile mi wiadomo, to nie.
    – Pytam tylko dlatego, że wszyscy zwracają się do pana po nazwisku, a to brzmi tak obco!
    Przez kilka sekund przyglądał się dziewczynie z ukosa.
    – Mam na imię Peter i proszę, nie mów do mnie „pan”, czuję się wtedy nieswojo – rzekł, po czym dodał, wskazując w stronę jednego z domów: – O ile się nie mylę, to ta władcza kobieta, wyglądająca na drogę, jest twoją gospodynią.
    Helle cofnęła się gwałtownie za krzewy dzikiego bzu, pociągając za sobą leśniczego.
    – Zastanawia się pewnie, gdzie się tyle czasu podziewam. Nie chcę, żeby zobaczyła nas razem, bo zaraz zacznie sobie wyobrażać niestworzone rzeczy. Dziękuję za odprowadzenie, teraz już sobie sama poradzę.
    Wyciągnął coś, co długo ściskał w kieszeni. Helle dostrzegła banknot.
    – Proszę, weź to, dziedzic i ja pomyśleliśmy, że możesz mieć problemy, teraz kiedy zwichnięta ręka nie pozwoli ci pracować.
    – Ale naprawdę nie trzeba… Nie, nie mogę tego przyjąć!
    – Dziedzic bardzo nalegał.
    Po chwili wahania Helle wzięła pieniądze.
    – Dobrze, ale niech mi będzie wolno potraktować je jak pożyczkę – powiedziała, uradowana nieoczekiwaną pomocą.
    – Zwrócisz je, kiedy wydasz swoją książkę – uśmiechnął się Peter i Helle znowu dostrzegła, jak wiele w nim ciepła i życzliwości.
    – A jeśli się coś zdarzy… – zaczęła. – Jeżeli się czegoś dowiecie…
    – Wtedy damy ci znać – obiecał. – I pamiętaj, oszczędzaj ramię!
    – Dobrze – uśmiechnęła się, lecz na samą myśl o tym, co przytrafiło jej się w wieży, poczuła zimny dreszcz strachu.
    Peter zniknął, a Helle ruszyła ku domowi. Widząc minę gospodyni, wyjaśniła pośpiesznie, że upadła, zwichnęła rękę i dlatego się spóźniła.
    Kiedy surowa kobieta dała upust swemu oburzeniu, przypomniała sobie, co polecono jej przekazać:
    – Był tu dziś przed południem bardzo elegancki pan i pytał o ciebie. Mówił, że jest redaktorem z wydawnictwa i…
    – Co?! – zawołała Helle. – Z wydawnictwa? A mnie nie było w domu! O, nie, co ja teraz zrobię?
    – Bardzo chciał z tobą porozmawiać – rzekła gospodyni, wyraźnie zgorszona nagłym wybuchem Helle. – Inaczej pewnie taki wytworny pan by tu nie przyszedł. Prosił, żebyś przyjechała do miasta jutro o dwunastej.
    – Do wydawnictwa?
    – Nie, wybiera się najpierw na jakąś konferencję, prosił więc, żebyś się z nim spotkała w recepcji hotelu d’Angleterre, bo chce cię zaprosić na lunch.
    Helle poczuła, jak nogi się pod nią uginają.
    – Mnie? Na lunch? – spytała drżącym głosem. – Ale… ale ja nie mam się w co ubrać! I nie pasuję do tak eleganckich miejsc, to niemożliwe!
    Wyglądało na to, że gospodyni jest tego samego zdania.
    – Musisz wybrać coś z tych rzeczy, które masz, to jedyne wyjście.
    Biedna Helle! Tej nocy nawet nie zmrużyła oka! Ramię ją bolało, ale prawie nie zwracała na to uwagi. Choć oczywiście nie zapomniała o wypadku i o swoich wybawcach, teraz jej myśli zaprzątało coś zupełnie innego. Coś niewiarygodnie emocjonującego! Była tak podniecona na myśl o tym, że jej rękopis być może został przyjęty do wydania, że nie mogła myśleć o niczym innym.
    Równo z dwunastym uderzeniem zegara Helle zjawiła się w hotelu. Chociaż poświęciła cały ranek na to, żeby dobrze się prezentować, wyglądała bardzo niepozornie w porównaniu z wytwornymi damami, które mijały ją w holu. Spytała w recepcji o mężczyznę, którego nazwisko podała jej gospodyni, a wtedy od pobliskiego stolika wstał jakiś człowiek.
    Był to mężczyzna stosunkowo młody i bardzo elegancki, o zgrabnej sylwetce i niemal demonicznych oczach.
    – Helle Strøm? – zagadnął głębokim, miłym grosem, od którego zakręciło się jej w głowie.
    – T… tak – wyjąkała i rozejrzała się wkoło wielkimi oczami, przerażona i strasznie przejęta.
    – Nazywam się Bo Bernland – uśmiechnął się, jakby trochę rozbawiony jej onieśmieleniem. – Proszę, chodźmy od razu do restauracji!
    Helle podążyła za nim, oszołomiona wspaniałym otoczeniem, i po raz kolejny sprawdziła w torebce, czy nie zgubiła biletu kolejowego na powrót. Kosztował prawie tyle, ile dostała od Thorna poprzedniego wieczoru. Całe szczęście, że nie musi płacić za lunch.
    Kiedy usiedli, redaktor odezwał się po krótkiej chwili:
    – A więc to ty napisałaś tę powieść… Muszę przyznać, że jesteś młodsza, niż się spodziewałem.
    Wydawało się, że Helle zrobiło się przykro z tego powodu.
    – Czy… w ogóle jest coś warta?
    Uśmiechnął się przepraszająco.
    – Może ta akurat nie. Ale masz talent, dziewczyno! Twoja powieść, choć niedoskonała, jest bardzo obiecująca.
    Helle poczuła ogromne rozczarowanie. Dziś w nocy robiła sobie wielkie nadzieje i tyle się spodziewała.
    – A może mogłabym ją jakoś przerobić?
    Bo Bernland zaczął w roztargnieniu wertować rękopis, który zabrał ze sobą.
    – Sądzę, że w przypadku tego utworu to się nie opłaci. Ale chowasz jeszcze inne w zanadrzu, prawda?
    Zawahała się.
    – Cóż, pomysłów mi nie brakuje… Przede wszystkim jednak bardzo chciałabym się dowiedzieć, jakie popełniłam błędy.
    Przyniesiono posiłek i minęło trochę czasu, zanim odpowiedział:
    – Powieść jest zbyt dyletancka. Poza tym ta twoja bezpośredniość… Czy naprawdę przeżyłaś to wszystko?
    Zaczerwieniła się, bo wiedziała, o czym Bernland pomyślał.
    – Nie, oczywiście, że nie! Tak tylko to sobie wyobrażam. Tak to… sobie wymarzyłam…
    – Muszę przyznać, że masz bardzo bujną wyobraźnię – rzekł oschle. – I ogromną zdolność wyczucia sytuacji. Musiałaś chyba być bardzo zakochana, żeby tak pisać?
    Helle zupełnie nie podobało się to, w jakim kierunku zmierza rozmowa z redaktorem, zaczęła żałować, że w ogóle tu przyszła, a nawet że napisała powieść.
    – Nie, nie byłam – powiedziała ściszonym głosem. – To tylko moje marzenia. Lecz skoro powieść ma tyle niedostatków, to dlaczego prosił pan, żebym przyszła? Co w niej takiego obiecującego?
    – Łagodny ton. Kobiecość i właśnie zaangażowanie. Fantazja. Zdolność odczuwania cudzych myśli, umiejętność ożywienia środowiska, poszczególnych scen. Tego zawsze mi brakowało.
    – Czy pan także pisze? – spytała Helle.
    – Tak, popełniłem kilka książek – przyznał, uśmiechając się z zażenowaniem. – Lecz zupełnie innego gatunku, bardziej realistycznych, ze świata mężczyzn. Zresztą właśnie przyjęto kolejną do druku – dodał z dumą. – W Szwecji. Mój przyjaciel przesłał ją bez mojej wiedzy do pewnego wydawnictwa.
    – Gratuluję – mruknęła, usiłując przezwyciężyć uczucie zazdrości w stosunku do tego eleganckiego człowieka, któremu się powiodło.
    Obserwował ją w zamyśleniu.
    – Głowa do góry! Wierzę w ciebie. Rozmawiałem z moim dyrektorem i sądzę, że możesz napisać coś naprawdę dobrego. Czy to twoja pierwsza powieść?
    – Nie. Trzymam jeszcze kilka w szufladzie biurka. (Nie miała żadnego biurka, ale nie musiał o tym wiedzieć). Lecz są zbyt słabe.
    – Czy pozwolisz, bym ja o tym zadecydował? – spytał Bernland łagodnie. – Widzę, że coś ci się stało w rękę.
    Nagle Helle ocknęła się, przyłapała się na tym, że przygląda się redaktorowi pełna podziwu.
    – Tak, wczoraj upadłam dość nieszczęśliwie.
    Można to też tak określić!
    Wzrok Bernlanda wyrażał współczucie. Po chwili znowu zaczęli mówić o jej powieści i reszta czasu upłynęła im na dyskusji i dobrych radach udzielanych przez redaktora. Helle czuła się szczęśliwa jak nigdy przedtem. Ukradkiem podglądała, jak jej rozmówca korzysta ze sztućców i jak częstuje się z półmisków. Starała się go naśladować, żeby przypadkiem się nie wygłupić.
    Kiedy wróciła do domu, na schodach czekali już na nią Christian Wildehede i Thorn. Helle stwierdziła ze wstydem, że na kilka godzin zupełnie zapomniała o ich istnieniu. Lecz teraz tak bardzo ucieszyła się na widok przyjaciół, że serce jej szybciej zabiło.
    – Nareszcie! – westchnął Christian i wstał. – Właśnie zamierzaliśmy zrezygnować.
    Helle aż drżała z niecierpliwości, żeby im wszystko opowiedzieć, ale uprzedzili ją swoją propozycją.
    – Przyszliśmy, żeby cię zapytać, czy wybrałabyś się z nami na małą wyprawę. Chciałaś przecież, prawda?
    Nagle w oczach Helle zapaliło się światełko nadziei.
    – Dokąd?
    – Do wieży Vildehede. Nie bój się, mamy latarki. W dodatku świeci księżyc.
    – O… – blask oczu dziewczyny nieco przygasł.
    Zastanowiła się.
    – Tak, pewnie, że chcę! – powiedziała w końcu bez przekonania, rzucając przerażone spojrzenie w stronę zimnego księżyca.

ROZDZIAŁ III

    Helle wahała się, rozdarta między strachem przed powrotem do budzącej grozę wieży a pragnieniem przebywania razem z nowymi przyjaciółmi. Wiedziała doskonale, co w końcu wybierze.
    – Muszę tylko najpierw uprzedzić gospodynię – szepnęła. – Na wypadek, gdyby zobaczyła, jak wychodzę.
    – Już to załatwiliśmy – odparł półgłosem Christian Wildehede i uśmiechnął się szeroko. – Wykorzystując cały swój wdzięk i urok powiedziałem jej, że zostałaś zaproszona przez moją matkę na wytworną kolację. Od razu spojrzała na ciebie nowymi oczami! – Po czym dodał już głośniej: – Idziemy?
    – Daj mi dwie minuty!
    Udało jej się przygotować w pięć, pomimo unieruchomionej ręki i zdenerwowania. Tym razem Helle ubrała się bardziej odpowiednio do wspinaczki na wieżę.
    – Czy naprawdę musimy tam jechać tak późno? – spytała niepewnie, kiedy schodzili do nabrzeża.
    Christian, który szedł podejrzanie blisko Helle, odpowiedział:
    – Thorn miał dziś dużo pracy. Poza tym czekaliśmy dość długo na ciebie. A kto by wytrzymał do jutra?
    Odbili od brzegu. Księżyc świecił bardzo jasno, przeglądając się w wodzie. Zerwał się wiatr, a pojedyncze chmury gnały po niebie, poszarpane i pięknie oświetlone. Łódź kołysała się na falach.
    – To strasznie niewygodne, że mieszkamy po różnych stronach zatoki – rzuciła Helle bez zastanowienia. – Jeśli będę chciała was o coś zapytać lub po prostu porozmawiać, to muszę odbyć całą wyprawę.
    – Nie masz przyjaciół?
    Takie pytania zawsze wprawiały Helle w zakłopotanie, nie wiedziała, jak na nie odpowiedzieć.
    – W domu starców wszyscy są starzy, nawet personel. Nigdy ze mną nie rozmawiają, tylko ciągle strofują. Oczywiście zdarza się od czasu do czasu, że zaczepiają mnie mężczyźni, kiedy wracam do domu, ale nie bardzo odpowiada mi ich towarzystwo. Przyśpieszam więc kroku i spuszczam wzrok. – Helle pokazała, jak cnotliwie wtedy wygląda, i Christian z Peterem się roześmiali. – Aha, jeszcze nie opowiedziałam o tym co mi się dziś przydarzyło! – rzuciła nagle.
    Spojrzeli na nią przerażeni.
    – Chyba nie spadłaś znowu? – wystraszył się leśniczy.
    – Nie, nie! Wręcz przeciwnie!
    – Może tym razem ty kogoś zaczepiłaś, by nie usychać jako stara panna? – spytał Christian rozbawiony.
    Helle zaczerwieniła się i zamilkła.
    – Wybacz mi – przeprosił Christian, z trudem zachowując powagę. – Opowiadaj!
    Słowa młodego dziedzica wytrąciły Helle z równowagi i potrzebowała trochę czasu, by się opanować. Rzuciła szybkie, trwożne spojrzenie w stronę wieży, która teraz wydawała się zupełnie czarna na tle wieczornego nieba. Dziewczyna zadrżała.
    Po każdym ruchu ramion Petera pióra wioseł zanurzały się miękko w wodzie. Christian siedział blisko Helle na rufie. Pomyślała, jak to przyjemnie czuć ciepło drugiego człowieka, chociaż mógłby cofnąć rękę, którą trzymał za jej plecami. Oparł ją niby przypadkiem na relingu, ale wiadomo, jakie miał zamiary.
    Helle czuła zakłopotanie wobec jawnego zainteresowania, jakie okazywał jej młody dziedzic. Wprawdzie jej to schlebiało, ale czuła się także trochę urażona. Nie mogła traktować go poważnie, w dodatku był taki młody. Choć oczywiście miał wiele uroku. Poza tym Helle nie mogła narzekać na nadmiar męskiego towarzystwa.
    Kiedy się trochę uspokoiła, opowiedziała przyjaciołom o niecodziennym spotkaniu z redaktorem, o hotelu d’Angleterre, o zainteresowaniu wydawnictwa dla jej utworów i o fantastycznych widokach na przyszłość.
    – Jak się nazywa ten niepowtarzalny redaktor, o którym opowiadasz z takim przejęciem? – spytał Christian nieco sceptycznie. Peter zdawał się zamknięty w sobie bardziej niż zwykle.
    – Ach, on tak wspaniale się prezentuje! – westchnęła Helle zachwycona. – Ma w sobie coś demonicznego. Jest jednocześnie pociągający i odpychający. Nazywa się…
    Helle zastanowiła się. Nie, chyba nie zapomniała jego nazwiska? Ależ tak, naprawdę zapomniała!
    – Ben? – powiedziała niepewnie. – Nie… Stenmann? Brunmann? Coś w tym rodzaju.
    Myśli Helle krążyły uparcie wokół tego denerwującego szczegółu aż do końca podróży. Dotarli na drugi brzeg i wyszli na ląd.
    – Jak się czujesz? – spytał Peter z prawdziwą troską.
    Helle wydawało się, że okazuje jej życzliwość tylko wtedy, kiedy spotykają ją kłopoty lub potrzebuje pomocy. Poza tym zachowywał się z tak ogromną rezerwą, że w głębi duszy aż się go bała. Nie rozumiała dlaczego.
    – Dziękuję, dobrze, myślę, że z moją ręką coraz lepiej.
    Weszli między drzewa, których korony stanowiły gęstą zasłonę przed światłem księżyca. Było tu ciemno jak w grocie.
    Helle poczuta czyjąś dłoń podtrzymującą jej łokieć, po silnym uścisku poznała, że to Peter. Ale Christian także był w pobliżu. Ciągle się potykał, niby niechcący, i dlatego nie szedł szybciej.
    – Czy policja jeszcze tu nie dotarła? – spytała.
    – Policjanci przeszukali dziś wieżę, ale niczego nie znaleźli – odparł Christian.
    – Myślisz, że nam się uda?
    Zatrzymał się i spojrzał Helle prosto w twarz, przysuwając się tak blisko, że widziała, jak błyszczą jego oczy.
    – Bez wątpienia. Wpadłem na pewien ślad! Zdobyłem plan całego zamku sprzed kilkuset lat. Według tej mapy w podziemiach jest jeszcze jedno pomieszczenie. Powinno być całkiem dobrze zachowane!
    – W podziemiach? – jęknęła Helle i cofnęła się o krok, wpadając prosto w ręce Petera.
    – Tak, ale to nic strasznego, kiedy masz przy sobie dwóch silnych kawalerów – rzekł Christian, lecz jego słowa wcale nie uspokoiły dziewczyny. – Chodźmy dalej, strasznie tu ciemno!
    Wyszli z zagajnika na otwartą przestrzeń, oświetloną przez księżyc. Niedaleko przed sobą mieli wieżę. Zejście w podziemia u stóp budowli ziało niczym ogromna paszcza głodnego potwora.
    – Czy nie powinniśmy poczekać do jutra i przyjść tu razem z policją? – Helle próbowała powstrzymać towarzyszy.
    – Zajęcze serce! – zaśmiał się Christian. – Dość się już namęczyłem z namówieniem Thorna na tę wyprawę, więc teraz ty nie utrudniaj! Chodźże!
    Niechętnie ruszyła za przyjaciółmi. Zeszli w dół ciemnym korytarzem i mężczyźni zapalili latarki. Helle ujrzała nierówne ściany, gdzieniegdzie ukazywał się kamienny fundament.
    – Nie idź dalej, bo zaraz będzie barierka odgradzająca studnię – odezwał się Peter, a jego głos odbił się echem.
    Helle spojrzała w górę. Światło księżyca przedzierało się przez małe okienka na szczycie wieży, rzucając wokół tajemniczy blask. To właśnie tam, na tej belce na ukos w górę, musiałam zawisnąć, pomyślała. Przebiegł ją dreszcz.
    – Chyba poczekam na zewnątrz – mruknęła.
    – Nie, nie zostawimy cię na dworze zupełnie samej, wykluczone! – odparł Christian i chwycił dziewczynę za zdrową rękę. – Chodź!
    – A ta studnia… co to właściwie takiego? – spytała Helle.
    – Nie wiadomo. To po prostu bardzo głęboki szyb. Przypuszczalnie zamierzano rozbudować zamek również w głąb i pracy nie ukończono. Mówi się, że pod zatoką istnieje tajemne przejście, prowadzące do siedziby biskupa, która znajdowała się wówczas dokładnie po drugiej stronie, ale to chyba tylko legenda. Na tym starym planie, który mamy w domu, nie zaznaczono niczego takiego.
    – Czy ktoś badał kiedyś ten szyb?
    – Tak, mój ojciec z narażeniem życia zszedł na sam dół. Nie odkrył tam żadnego lochu. I ani jednego szkieletu, choć w każdym szanującym się zamku powinien się jakiś znaleźć.
    Christian oświetlił latarką jedną ze ścian. Nagle się zatrzymał.
    – Tutaj! W tym miejscu powinno być jeszcze jedno pomieszczenie, lecz jest tylko mur.
    Peter i Christian zaczęli dokładnie sprawdzać ścianę. Helle wiedziała, czego szukają, lecz nie zauważyła niczego, co mogłoby świadczyć o istnieniu zamurowanego wejścia.
    Mężczyźni opukiwali ścianę kamieniem. Na próżno.
    Christian wyprostował się.
    – Czy to możliwe, żeby istniało jakieś inne zejście w podziemia?
    Nie otrzymał odpowiedzi.
    – Czy na pewno na planie narysowano dodatkowe pomieszczenie? – zastanawiał się Peter. – A może po prostu ktoś źle zaznaczył piwnicę i potem to poprawił?
    Christian zmarszczył brwi.
    – Nie mam pojęcia. Cii!
    Znieruchomieli. Z samego szczytu wieży doszedł ich odgłos ciężkich kroków.
    Helle, nie zdając sobie z tego sprawy, podeszła do Petera i chwyciła go kurczowo za kurtkę.
    – Policja przecież zaplombowała wieżę – rzekł Christian szeptem. – Chodźmy na górę sprawdzić!
    O, nie, chyba oszaleliście! chciała krzyknąć Helle. Mężczyźni jednak już ruszyli naprzód, a ona za nic w świecie nie chciała zostać sama w podziemiach!
    Podeszli do wejścia prowadzącego na wieżę.
    – Patrzcie! – szepnął Christian. – Brama jest otwarta.
    – Może powinniśmy wezwać policję? – odezwał się Peter.
    – I dać intruzowi czas na ucieczkę?
    – Poczekaj tu! – zwrócił się leśniczy do Helle.
    Dziewczyna rozejrzała się bezradnie dokoła. Spojrzała na wielkie, ponure sklepienie nieba. Na księżyc, rozsiewający zimne, niebieskie światło, w którym wszystko wydawało się niesamowite. Najbliższy dom, majątek ziemski, znajdował się bardzo daleko.
    – Chyba pójdę z wami – zdecydowała i złapała Petera za rękę. Uczynił ruch, jakby chciał się uwolnić, lecz ostatecznie przyjął na siebie rolę opiekunki do dziecka.
    Zgasili latarki i zaczęli bezszelestnie posuwać się do góry. Ręka leśniczego była duża, silna i ciepła. Helle trzymała ją tak mocno, że chyba sprawiała Peterowi ból.
    W wieży panowała cisza. Wszyscy troje zatrzymywali się co jakiś czas i nasłuchiwali, ale nie doszedł ich żaden szmer. Przez okienka wpadało co prawda słabe światło, lecz momentami, kiedy księżyc przesłaniały chmury, wokół robiło się zupełnie ciemno. Helle odruchowo przysuwała się wtedy bliżej Petera.
    Dotarli na samą górę, nie zauważywszy niczego podejrzanego.
    – Kroki dochodziły pewnie z tej sali – szepnął Christian. – To jedyna drewniana podłoga w wieży.
    Drzwi prowadzące na ostatnie piętro były otwarte. Ostrożnie wśliznęli się do środka.
    Na szerokich, zniszczonych deskach podłogi wpadające akurat przez okna intensywne światło księżyca tworzyło jasne prostokąty. Wzdłuż ścian stały ciężkie stoły i ławy. Obrazy na ścianach pozostawały w półmroku, Helle raczej wyczuwała, niż widziała spoglądające z nich oczy, które na przestrzeni wieków obserwowały zwiedzających.
    W sali nie zauważyła jednak ani jednego miejsca, gdzie można by się schować. Nisze wydawały się zbyt małe, pod stołami widać wszystko jak na dłoni, a ponieważ pomieszczenie miało kształt sześciokąta, kąty również nie mogły stanowić kryjówki.
    Sala na najwyższym piętrze była największa, gdyż na pozostałych kondygnacjach wydzielono jeszcze dodatkowo korytarze.
    – Schodzimy na dół – szepnął Peter. – Musimy jeszcze przeszukać korytarze.
    – Dobrze, idź – odparł półgłosem Christian. – Zaraz do ciebie dołączę, tylko wypytam Helle o tę kartkę, którą znalazła na schodach.
    Peter nie chciał iść sam, Helle także miała pewne wątpliwości. Lecz leśniczy zwykł słuchać poleceń dziedzica, a i dziewczyna nie bardzo mogła się sprzeciwić.
    Z ogromną niechęcią Peter skierował się w stronę wyjścia, Christian tymczasem zaczął „przesłuchanie”.
    – A więc, Helle, gdzie dokładnie znalazłaś tę kartkę?
    Peter zniknął na schodach. Helle zastanowiła się i powiedziała:
    – Leżała tutaj, zaraz przy drzwiach, ktoś pewnie ją zgubił. Podniosłam ją i przystanęłam na chwilę, żeby przeczytać. Potem ruszyłam w ślad za grupą.
    Zaczęła iść, lecz Christian złapał ją za rękę i zatrzymał.
    – Co tam było napisane?
    – Już mówiłam. Napis brzmiał…
    – Helle, wiesz, że jesteś bardzo ładna? – szepnął.
    Zmieszała się. Młody dziedzic pociągnął ją ku sobie.
    – Moje ramię – jęknęła. – Boli mnie.
    Rozluźnił chwyt, ale nie puścił dziewczyny. Kiedy zaczął całować jej zdrową rękę, znieruchomiała niczym słup soli. Nie mogła brutalnie go odepchnąć, to nie w jej stylu, zwłaszcza że przecież uważała go za przyjaciela.
    – Christianie, bardzo pana proszę – szepnęła błagalnie. – Jestem porządną dziewczyną, pan mnie przeraża.
    – Mów mi po imieniu – rzucił ochryple. – Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy.
    – Proszę – powiedziała, drżąc. – Chodźmy już.
    Nigdy nie odważyłaby się krzyknąć na niego lub go spoliczkować. Była zbyt nieśmiała i nie umiałaby nikomu sprawić przykrości. Chciała tylko zaapelować do jego lepszego „ja”.
    Lecz Christian Wildehede nie wydawał się być osobą o wrażliwym sumieniu. Jego ręce poruszały się teraz bardzo śmiało.
    – Czy już się kiedyś całowałaś, Helle? – szepnął jej do ucha. – Nauczę cię, jak…
    Zdusiła w sobie krzyk, który zabrzmiał raczej jak łkanie, i próbowała nakłonić go, by ją puścił, lecz już odnalazł jej usta, starając się jednocześnie podciągnąć jej długą suknię.
    Tego już było dziewczynie za wiele. Gwałtownie wyrwała się z uścisku i pobiegła ku schodom. W korytarzu panowała ciemność, lecz Helle po omacku odnalazła poręcz i, zanim Christian zdołał ochłonąć, pędziła już na dół.
    Księżyc wyszedł zza chmury i znowu oświetlił wnętrze wieży. Helle znajdowała się właśnie na wysokości przedostatniego piętra i przebiegała przez kamienną podłogę do następnych schodów, kiedy nagle zauważyła jakąś postać.
    Jednocześnie usłyszała głos Petera dobiegający z dołu.
    – Helle? – szepnął. – Dlaczego tak pędzisz?
    Niemal spadła na niego i musiał ją przytrzymać, żeby nie zrobiła sobie krzywdy.
    – Co się stało, Helle?
    – Nic – odpowiedziała zdyszana. – Wydaje mi się, że kogoś widziałam… A Christian został na górze! Sam!
    – Co takiego zobaczyłaś?
    – Mam wrażenie, że drzwi na przedostatnie piętro, skąd niedawno spadłam, są otwarte. Nie jestem pewna, ale myślę, że ktoś tam jest!
    – Co ty mówisz? Przecież dopiero co je zamknięto.
    Peter odsunął się od dziewczyny.
    – Christian! – krzyknął ku górze. – Uważaj! Ktoś jest na przedostatnim piętrze!
    Usłyszeli, jak Christian zatrzymał się wysoko na schodach. Peter wciągnął głęboko powietrze i zaczął wchodzić na górę. Helle nie wiedziała, czy ma zostać, czy iść razem z nim. W końcu wybrała to drugie.
    Drzwi do niebezpiecznej sali były rzeczywiście otwarte. Stała w nich jakaś postać.
    – Co tu robicie? – spytał znajomy głos. Christian odetchnął głośno z ulgą i ruszył na dół.
    Okazało się, że to policjant, którego wcześniej spotkali w majątku Vildehede.
    – Ale nas pan wystraszył! – zawołał Christian, kiedy stali już wszyscy razem. – Słyszeliśmy pańskie kroki, gdy byliśmy w podziemiach, i pobiegliśmy na górę, żeby sprawdzić, kto tu buszuje po nocy.
    – A co robiliście w podziemiach?
    Christian opowiedział o tajemniczym pomieszczeniu zaznaczonym na planie, po którym nie ma ani śladu. Policjant nie skomentował tego, mruknął tylko coś o kompletnym braku odpowiedzialności.
    – Ale skąd pan się tu wziął? – zapytał Christian.
    – Już od kilku dni pełnimy w wieży straż – odparł funkcjonariusz. – Dziś wieczorem moja kolej. Właśnie szedłem na górę, żeby obejrzeć obrazy, i wtedy usłyszałem was, szaleńcy, więc nie zapalałem światła.
    – Obrazy? – zdumiał się Christian. – Dlaczego?
    – W tej sali nie ma właściwie nic innego.
    Młody dziedzic westchnął głęboko.
    – Obrazy! Oczywiście! Ale ze mnie głupiec!
    – Co się stało? – spytał policjant.
    Christian zniecierpliwiony machnął ręką.
    – W tych malowidłach nie ma nic ciekawego. Ale teraz przyszło mi na myśl, że w domu na strychu przechowujemy całą masę rupieci. Stare rzeczy, które zostały wyniesione z wieży, kiedy się okazało, że podłogi są zbyt zniszczone i trzeba je zdemontować. Jeżeli się nie mylę, znajduje się tam również wiele obrazów…
    – Czy sądzi pan, że mogą one mieć jakąś wartość?
    – Sądzę – rzekł Christian z naciskiem – że niezależnie od tego, czy chodzi o obrazy, czy może o coś całkiem innego, to właśnie tam znajdziemy „złotego ptaka”!
    Wszyscy słuchali w milczeniu.
    – Jakąś niezwykle wartościową rzecz – odezwał się policjant zamyślony. – Której ktoś tu szukał… Ktoś, kto nie wiedział, że została stąd zabrana. To niegłupi pomysł. Musimy to sprawdzić! Zamknę tylko drzwi i idziemy.
    W drodze na dół Christian szepnął do Helle:
    – Chyba nie jesteś na mnie zła?
    Potrząsnęła tylko głową, nie mając odwagi podnieść wzroku.
    Nagle ścisnął ją za ramię.
    – Zauważyłem przecież, że nie było ci to niemiłe. Odprowadzę cię do domu.
    Helle ogarnęła panika. Właśnie znaleźli się na placu przed wieżą. Zatrzymali się, czekając, aż policjant zamknie bramę.
    Mężczyźni zaczęli iść w stronę majątku, lecz Helle nie ruszyła się z miejsca. Jej oczy zrobiły się wielkie ze strachu.
    – Oczywiście! – zreflektował się policjant. – Ty przecież musisz wracać do domu!
    – Tak – odparła żałośnie. – Boję się, ale jeśli nie wrócę na noc, będę miała sporo nieprzyjemności. Chociaż tak bardzo chciałabym pójść z wami.
    W czasie kiedy Christian dyskutował z policjantem, jak rozwiązać ten problem, Helle szepnęła do Petera, nie patrząc na niego:
    – Proszę cię, odwieź mnie!
    Wyczuł w jej głosie desperację, spojrzał na Christiana i dodał dwa do dwóch.
    – Dobrze – odparł półgłosem. I głośno powiedział: – Najlepiej, jeśli pan zostanie i pokaże drogę policjantowi, paniczu. Ja zaraz wrócę, tylko przewiozę Helle na drugą stronę zatoki.
    – Ale… – zaczął Christian.
    Widać policjant również nie był ślepy ani głuchy.
    – Wspaniale – zagrzmiał. – Niczego szczególnego nie udało nam się dziś w nocy znaleźć. Wiecie, co zrobimy? Młody dziedzic uda się teraz ze mną na strych i trochę się tam rozejrzymy. Na razie nie będziemy o niczym decydować. Przynajmniej do jutra rana. A wtedy ta młoda dama będzie mogła nam towarzyszyć.
    Christian burknął niezadowolony:
    – No dobrze, możemy się tak umówić. A jutro możesz przyjechać razem z Andersenem, Helle. Ma on coś do załatwienia po drugiej stronie jutro o ósmej. Bądź o tej porze na nabrzeżu!
    – Dziękuję – wymamrotała cicho Helle.
    Później zeszła razem z Peterem Thornem nad zatokę. W jego towarzystwie czuła się bezpiecznie, nie interesował się nią w najmniejszym stopniu. Nie był dla niej nikim więcej niż dojrzałym, odpowiedzialnym mężczyzną, na którym można polegać.
    Granatowa noc kładła się łagodnie nad światem, księżyc odbijał się w wodzie, która lekko się marszczyła. Helle rozmyślała nad wydarzeniami ostatnich dni i czuła wypełniający ją cudowny spokój, teraz kiedy wkoło było tak cicho.
    Peter nie zakłócał jej myśli aż do chwili, kiedy przybili do brzegu. Spoglądał na drugą stronę, gdzie rysowała się wyraźnie sylwetka wieży Vildehede.
    – Gdzie właściwie mieszkasz? – spytała Helle.
    Wskazał na mały, biały domek na prawo od majątku, położony w pobliżu lasu.
    – Tam. Z tej strony wygląda trochę inaczej, dużo ładniej. Ale z bliska i w świetle dnia widać, że jest zniszczony. Odprowadzę cię do domu.
    – Myślisz, że nadal grozi mi niebezpieczeństwo?
    – Nigdy nic nie wiadomo.
    Dziewczyna zgodziła się bez większych protestów.
    – Czy… dziedzic zachował się wobec ciebie niegrzecznie tam na wieży?
    Helle nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć.
    – To chyba moja wina, że nie potrafię radzić sobie w takich sytuacjach – odparła wymijająco.
    – Porozmawiam z nim – obiecał leśniczy.
    – Tobie chyba też nie będzie łatwo? Jest przecież twoim chlebodawcą.
    – Chłopak musi się nauczyć odpowiedniego zachowania – rzucił Thorn tonem ostrzejszym niż zwykle. Po czym zapytał trochę zakłopotany. – A jak ci idzie pisanie?
    Uśmiechnęła się z ulgą.
    – Zaczęłam nową powieść, mam ją w głowie – roześmiała się. – Ten redaktor mnie zachęcił. Udzielił mi kilku rad, o czym powinnam pisać, a czego unikać. Powiedział, że w niektórych scenach ujawnia się ton subtelnej erotyki… O, przepraszam, nie wypada mi chyba o tym mówić.
    Znowu zachowała się zbyt impulsywnie. Ciągle mówi coś bez zastanowienia! O takich rzeczach nie rozmawia się z Peterem Thornem, absolutnie! On chyba rzadko zagląda do książek!
    Lecz leśniczy ponownie zaskoczył Helle.
    – Byłoby mi bardzo miło, gdybym mógł przeczytać coś, co napisałaś – powiedział cicho.
    Spojrzała na niego badawczo, trochę zarumieniona. Czy nie pomyślała o tym, że ci, którzy kupią jej książkę, będą chcieli ją również przeczytać?
    – Jeżeli naprawdę chcesz marnować na to czas, to… Mam w domu powieść, którą mi zwrócono, tę, po której obiecywałam sobie tak wiele. Niestety to tylko rękopis, bo nie mam maszyny do pisania.
    – Bardzo chętnie go przeczytam – zapewnił poważnie.
    Helle się ożywiła.
    – Poczekaj, zaraz przyniosę!
    Wbiegła do domu jak na skrzydłach. Teraz, kiedy wiadomo, że książka się nie ukaże i nikt inny nie będzie mógł jej przeczytać, dobrze, że przynajmniej jedna osoba zapozna się z jej treścią.
    Podała leśniczemu rękopis utworu, zatytułowanego po prostu „Tęsknota”, a on obiecał, że postara się oddać go jak najprędzej. Następnie życzyli sobie nawzajem dobrej nocy i Peter ruszył w powrotną drogę.
    Helle stała jeszcze przez chwilę i patrzyła za nim, jak znika między krzewami dzikiego bzu. Poczuła nieprzyjemne dławienie w krtani – strach albo potrzebę zatrzymania leśniczego. Sama nie rozumiała, czemu.

ROZDZIAŁ IV

    Helle powinna była się tego spodziewać: w wejściu stała gospodyni o siwiejących jasnorudych włosach, nalana niczym góra drożdżowego ciasta, zwracając swe wodnistoniebieskie oczy w stronę dziewczyny.
    – No tak, czy uważasz, że to odpowiednia pora powrotu do domu?
    – Rzeczywiście, zrobiło się trochę późno, Ale nie mogłam wcześniej wyjść.
    – Wiesz co? Ani trochę nie wierzę w to, jakoby pani Wildehede miała zaprosić ciebie, prostą pomoc z domu starców, na wykwintną kolację! Myślę, że wyszłaś w zupełnie innej sprawie. I do tego wracasz w towarzystwie tego leśniczego. Co ja mam o tym myśleć?
    Helle zmieszała się.
    – Ale… on tylko pomógł mi się przedostać na drugą stronę zatoki – jąkała. – Poza tym jest przecież starszym człowiekiem.
    – Starszym? On? – zawołała gospodyni skrzekliwym głosem. – Ma nie więcej niż dwadzieścia osiem lat, wiem, bo moja kuzynka pracuje jako kucharka w majątku. Wszyscy mówią, że ten mężczyzna jest niebezpieczny!
    – Peter Thorn miałby być niebezpieczny? – uśmiechnęła się Helle niepewnie. – Wręcz przeciwnie! Wcale nie zwraca na mnie uwagi, jeśli o to pani chodzi.
    – Nie, nie chodzi o to! Nie zwraca na ciebie uwagi, bo nienawidzi kobiet – rzekła gospodyni z triumfem. – Nie czeka cię z jego strony nic dobrego, wierz mi! Wydaje mi się, że pełni rolę przyzwoitki dla ciebie i tego bogatego uwodziciela. Ale ja nie mam zamiaru brać udziału w tej komedii. Daję ci tydzień na spakowanie się i znalezienie innego mieszkania. To przyzwoity dom, chyba wiesz!
    Helle przeraziła się. Nie dlatego, żeby jej się tu podobało, ale znalezienie nowego pokoju nie będzie łatwe, zwłaszcza że nie ma pieniędzy na wpłacenie zaliczki.
    Gospodyni poszła do siebie. Helle nie pozostało nic innego, jak położyć się spać.
    Zmartwiona wśliznęła się do łóżka i naciągnęła kołdrę po uszy. Długo leżała, nie mogąc usnąć, i wpatrywała się w jasną noc, aż księżyc skrył się za drzewami.
    Następnego dnia rano stary Andersen pomógł Helle przeprawić się przez zatokę. Dziewczyna stanęła na dziedzińcu majątku, nie bardzo wiedząc, co robić. W domu Christiana panowała cisza, rolety na pierwszym piętrze były zaciągnięte. Dziedzic najwidoczniej nie należał do rannych ptaszków.
    Helle nie miała ochoty wchodzić kuchennymi drzwiami i tłumaczyć służbie, po co przyszła. Zbyt wiele pytań, zbyt wiele badawczych spojrzeń.
    Niepewnie podążyła ścieżką, która, jak sądziła, prowadziła do mieszkania leśniczego.
    W chwilę później stanęła przed skromnym, białym domkiem. Pies wątpliwej rasy poderwał się w jej stronę, groźnie ujadając, lecz Helle, która kochała zwierzęta, wcale się nie wystraszyła. Zaczęła przemawiać do psa przyjaźnie i spokojnie, pozwalając mu się obwąchać. W chwilę później mogła go już poklepać i pogłaskać.
    Peter Thorn nadszedł od strony studni z pełnymi wiadrami, szeroki w ramionach, z włosami zmierzwionymi bardziej niż zwykle. Wystarczyło jednak na niego spojrzeć, by mieć pewność, że już od dawna jest na nogach.
    – Dzień dobry! Wnioskuję, że dziedzic jeszcze nie wstał – rzucił na powitanie.
    – No właśnie – uśmiechnęła się Helle. – Nie wiedziałam, gdzie mogę poczekać, dlatego przyszłam tutaj. Mam nadzieję, że ci nie przeszkadzam. Piękny pies! Jak się wabi?
    – Zar. Widzę, że znasz się na zwierzętach.
    – Lubię je i myślę, że one to czują.
    Peter spojrzał na Helle z niedowierzaniem.
    – Pewnie, że czują. Poczekasz, aż narąbię drewna? Potem możemy pójść razem do majątku. Nie ma pośpiechu. Policjant zjawi się nie wcześniej niż o dziewiątej, no a dziedzic potrzebuje trochę czasu, by się obudzić.
    Helle usiadła na schodach, a pies ułożył się obok, żeby go jeszcze podrapała za uchem.
    – Mieszkasz tu sam? – spytała leśniczego. Nie miała pewności, czy nie zirytuje go jej ciekawość, lecz z drugiej strony byłoby może niegrzecznie nie okazać żadnego zainteresowania.
    Peter musiał sporo się natrudzić, żeby wyjąć siekierę z pieńka. Nie rozumiał, dlaczego utkwiła tak mocno.
    – Tak – odparł. – I nie zamierzam tego zmieniać.
    – A więc nie myślałeś o tym, by się ożenić? – wyrwało się Helle, zanim zdążyła się zastanowić.
    Spojrzał na nią gniewnie.
    – Dlaczego, u licha, miałbym sobie niszczyć życie?
    – Ale czy nie chciałbyś mieć dzieci? – spytała, zaskoczona stanowczością w jego głosie.
    – Nigdy! Za żadne skarby!
    – Nie lubisz dzieci?
    Zastanowił się.
    – To nie ma nic do rzeczy. Wiązać się, liczyć się z kimś, mieszkać z innymi, wszystko jedno, z dziećmi czy z dorosłymi… Tego bym nie zniósł.
    – Ale masz przecież Zara.
    – To zupełnie coś innego. Dobrze mi z nim.
    Rąbał zapamiętale, przelewał swą agresję na niewinne drewno. Wreszcie zaczął zbierać szczapy na opał.
    – Dlaczego o to wszystko pytasz?
    – Bo nie mogę zrozumieć motywów twego postępowania. Ja na przykład robię wszystko, żeby przełamać swą samotność, ale…
    Peter przerwał jej.
    – A więc chciałabyś wyjść za kogokolwiek, kto cię zechce, tylko po to, żeby mieć męża i dzieci?
    – Nie – odparła cicho. – Ale tak bardzo tęsknię za kimś, z kim mogłabym dzielić życie. Z kim mogłabym rozmawiać, komu mogłabym pokazać, jak bardzo go kocham, i, naturalnie, z kim chciałabym mieć dzieci. Ale nie z kimkolwiek. Nienawidzę samotności, a ty wręcz jej szukasz!
    Zatrzymał się w drodze do domu.
    – Tak. Ponieważ nie znoszę kobiet. Wyobraź sobie, że biorą udział w polowaniach, Helle! Strzelają do moich zwierząt w tym lesie i szaleją z zachwytu, kiedy uda im się trafić. Nie mógłbym dotknąć takiej kobiety.
    Po tych słowach leśniczy wszedł do mieszkania, zatrzaskując za sobą drzwi.
    Helle została na schodach, wpatrując się w piękne oczy Zara. Wydawało jej się, że teraz lepiej rozumie jego pana.
    – Ale nie wszystkie kobiety są takie – szepnęła. – Ty o tym wiesz, Zar, prawda?
    Peter pojawił się w progu.
    – Idziemy? – spytał krótko.
    Helle wstała i ruszyła za nim, a Zar, który znał swoje miejsce, warował na schodach.
    – Nie zdążyłem jeszcze zajrzeć do twojego rękopisu – rzekł Peter, nadal nie w humorze. – Wróciliśmy dziś w nocy trochę za późno. Ale wieczorem znajdę chwilę czasu.
    Nie rozmawiali więcej w drodze do dworu.
    Policjant już przybył, a bardzo zaspany Christian ziewał szeroko. Wszyscy razem udali się na strych.
    Po drodze, na świeżym powietrzu, Christian całkowicie się obudził.
    – Wiesz, byliśmy tam dziś w nocy i poszperaliśmy w meblach i innych starociach – zagadnął Helle. – Znaleźliśmy kilka obrazów, między innymi jeden, na którym udało nam się dojrzeć coś, co przypominało ptaki. Niestety jest bardzo zabrudzony, prawie czarny.
    Helle nadal czuła się zawstydzona po wczorajszym zachowaniu Christiana.
    – To brzmi strasznie ciekawie – mruknęła. – Nie wiesz przypadkiem, czy ten obraz wisiał na przedostatnim piętrze?
    – Nie, nie mam najmniejszego pojęcia. Podłogi zdjęto na długo przedtem, zanim przejąłem majątek. Zresztą czy jesteś absolutnie pewna, że strzałka wskazywała właśnie to miejsce? Czy nie skierowano jej po prostu na wieżę?
    – Możliwe – odpowiedziała Helle zamyślona. – To mógł być czysty przypadek, że strzałkę narysowano akurat przy tym piętrze.
    – Właśnie. – Christian wyglądał na skruszonego. – Helle, Peter nagadał mi do słuchu dziś w nocy. Bardzo taktownie, ale całkiem serio. Chciałem prosić o wybaczenie, Helle, jestem draniem, lecz uroczym draniem, mam nadzieję, i beznadziejnie w tobie zakochanym. Uwzględnij to jako okoliczność łagodzącą! Obiecuję, że więcej się tak nie zachowam. Najpierw zapytam o pozwolenie. Już będę grzeczny – zakończył pojednawczo.
    Helle nie mogła się nie uśmiechnąć.
    – Chciałabym, abyśmy nadal pozostali przyjaciółmi, Christianie – rzekła ciepło. – I więcej już o tym nie mówmy, dobrze?
    – Spróbuję. A z tym obrazem sprawa jest bardzo ciekawa, Helle! Pomyśleć tylko, że wpadliśmy na ślad czegoś wielkiego!
    – Jeśli tak, to jest jeszcze ktoś, kto o tym wie – odparła sceptycznie. – Nie mogę zresztą dziś zbyt długo zostać z wami. Umówiłam się na jutro rano z redaktorem, który prosił mnie, żebym wzięła ze sobą kilka innych rękopisów, bo chciałby je przeczytać. Są niestety słabe, muszę więc w miarę szybko wrócić do domu, żeby zdążyć je przejrzeć i poprawić, co się da.
    Christian pokręcił głową.
    – Pomyśleć tylko, że jesteś pisarką! Wprost nie mogę w to uwierzyć, sprawiasz wrażenie takiej…
    – Młodej, głupiutkiej i niedoświadczonej? – dokończyła. – Tak, i to jest właśnie moją siłą, twierdzi ten człowiek z wydawnictwa.
    Policjant otworzył duże drzwi na strych. W pomieszczeniu panował półmrok, tylko przez szpary w ścianach przedzierały się promienie słońca. Dziedzic zaprowadził gości do miejsca, gdzie przechowywano wszystkie rzeczy z wieży. Utorowali sobie drogę w stronę ściany, pod którą ustawiono obrazy.
    Christian już wyjął jeden z nich.
    – Proszę – zwrócił się do Helle. – Co o tym myślisz? Czy nie sądzisz, że mogło chodzić właśnie o niego?
    – Wygląda na portret jakiejś damy – odparła.
    – Na nią nie zwracaj uwagi, skoncentruj się raczej na tym ptaku! Czy nie wydaje ci się, że jest złoty?
    Światło, docierające przez niewielkie okienko, padało tu silniej niż w pozostałej części strychu.
    – Równie dobrze może to być każdy inny kolor – odparła Helle sceptycznie.
    – To złoty! – zdecydował Christian. – Trzeba tylko obraz trochę oczyścić. Weź ścierkę i zamocz ją w tej kleistej masie, którą przyniosłem. Pewien znawca sztuki sporządził ją kiedyś dawno temu, kiedy badał inny obraz. Nie musimy więc się obawiać, że coś zniszczymy. Zaczynaj!
    – Nie możemy wszyscy czworo skupiać się na ptaku. Ja zajmę się damą.
    Przez chwilę pracowali w milczeniu.
    – To przypuszczalnie arcydzieło – rzekł pełen optymizmu Christian. – Ale tak wolno nam idzie! Czy nie możemy po prostu wziąć ostrej szczotki?
    – Nie, tego nam nie wolno – zaprotestował policjant.
    Ponownie zapadła cisza, słychać było tylko delikatne drapanie na płótnie. Helle znajdowała się między Thornem a Christianem. Czasami niechcący się trącali, czasami wchodzili sobie w drogę. Dziewczyna z przerażeniem spostrzegła, że bardzo podniecały ją te lekkie dotknięcia. Czy naprawdę aż tak bardzo jestem spragniona męskiego towarzystwa? pomyślała. Tak, na pewno! Ale przecież nachalne zachowanie Christiana nie sprawia mi przyjemności. Dlaczego więc teraz…
    Skoncentrowała się na obrazie.
    – Im więcej malowidła się odsłania, tym mniej wygląda ono na arcydzieło – zauważyła.
    Cofnęli się parę kroków, by obejrzeć rezultat.
    Chociaż oczyścili zaledwie ułamek dużego obrazu, prawda objawiła się przed nimi z całym swym okrucieństwem.
    – Widocznie ludzie partaczyli sztukę również w dawnych czasach – westchnęła Helle.
    – Proszę nie wymawiać słowa „sztuka” w pobliżu tego obrazu – upomniał ją policjant.
    – Jest w każdym razie bardzo stary – próbował pocieszać się Christian.
    – Ale kiedy pojawi się złoty kolor? – zastanawiał się Peter. – Wydaje mi się, że ptak staje się coraz bardziej niebieski.
    – Niebieski ptak! Tylko tego brakowało – rzucił Christian rozczarowany. – Musimy jeszcze pozwolić mojemu znajomemu ekspertowi przyjrzeć się temu dziełu, zanim zużyjemy na nie resztkę naszych sił.
    – A co z innymi obrazami? – spytała Helle.
    Thorn z Christianem przejrzeli je, lecz nic interesującego nie znaleźli. Żaden inny z przedmiotów zgromadzonych na strychu nie mógł kojarzyć się ze złotym ptakiem. Tylko z obrazem mogli wiązać nadzieję, ale i ona prysła, odkrywając przy okazji zupełny brak talentu malarza.
    Zrezygnowani ruszyli w stronę wyjścia. Teraz musieli zaczynać poszukiwania od nowa.
    Helle pomyślała z niechęcią, że powinna wracać do domu. Stary Andersen szedł właśnie w stronę zatoki i zgodził się zabrać dziewczynę. Christian i Peter rozmawiali zaaferowani. Pomachali Helle życzliwie, lecz trochę roztargnieni, i powrócili do rozmowy, zapominając umówić się z dziewczyną na kolejne spotkanie.
    Czując w sercu ogromną pustkę, Helle wsiadła do łodzi i patrzyła, jak Vildehede powoli rozmywa się w tle.
    Redaktor obiecał, co prawda, że odbierze Helle ze stacji, lecz nigdy by nie przypuszczała, że przyjedzie dorożką. Wydawało się jej, że stangret spogląda na nią trochę wyniośle, kiedy zjawiła się z niezgrabnym plikiem rękopisów pod pachą. Całe popołudnie i pół nocy ślęczała nad tymi swoimi pierwszymi próbami pisarskimi, poprawiała je, wzdychała ciężko, próbując je czytać oczami fachowca. Szczerze mówiąc była z nich bardzo niezadowolona, ale redaktor nalegał, by pozwoliła mu je przejrzeć.
    Teraz wyszedł Helle naprzeciw i przywitał się z nią. Trochę się go bała, sprawiał wrażenie bardzo pewnego siebie, budził respekt i niewątpliwie przykuwał spojrzenia kobiet. Helle wydawał się najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek widziała, pomimo nieco demonicznych rysów twarzy i ust przypominających usta fauna. Z radością mieszaną ze strachem wyobraziła sobie, jak by to było, gdyby się w niej zakochał. Przyglądała się jego rękom, kiedy brał plik rękopisów – były opalone i wypielęgnowane, o pewnych ruchach.
    Nie, nie powinna dopuszczać do siebie myśli o miłości. Wykluczone! On należał do innego świata.
    – Czy bardzo boli? – spytał, uczyniwszy ruch dłonią w stronę zabandażowanej ręki Helle.
    – Już nie. Zresztą miałam ostatnio tyle innych spraw na głowie.
    – Rozumiem – uśmiechnął się.
    Również i tym razem zaprosił Helle na lunch, lecz do nieco skromniejszej restauracji, jak gdyby wiedział, że będzie się czuła mniej skrępowana. Opowiedział trochę o sobie, o swym prawdziwie tragicznym losie.
    Bo Bernland – no tak, tak się właśnie nazywał! – okazał się bardzo samotnym mężczyzną. Kiedyś był żonaty, lecz żona od niego odeszła z powodu jego choroby. Cierpiał bowiem na silną depresję w związku z nieszczęśliwym dzieciństwem – ojciec bardzo dużo pił i znęcał się nad żoną i dziećmi.
    Serce Helle zapłonęło współczuciem i już oczyma wyobraźni ujrzała siebie jako troskliwą i wyrozumiałą żonę tego fascynującego mężczyzny. Wiedziała, że byłaby dla niego odpowiednia i…
    Bzdury! Po wysłuchaniu podobnej historii takie myśli przyszłyby do głowy każdej kobiecie! A poza tym ten człowiek na pewno się jej nie oświadczy! Czy ogarnęła ją jakaś mania wielkości, czy co?
    – Doskonale pana rozumiem – powiedziała ze współczuciem. – Ja także nie miałam zbyt szczęśliwego dzieciństwa, moi rodzice nie żyją…
    – Drogie dziecko – rzekł i ujął jej rękę. – To takie okropne!
    Oczy redaktora wyrażały sympatię. Helle przypomniała sobie ukradkowe spojrzenia Petera, kiedy opowiadała mu w łodzi tę samą historię, i nagle poczuła się nieswojo, sama nie wiedząc dlaczego.
    – Czy nie ma pan żadnej rodziny? – spytała.
    – Mam ciotkę, którą bardzo lubię, i brata, którego nie znoszę. Na pewno o nim słyszałaś, jest znanym dramatopisarzem.
    – Nie sądzę. Pochodzę przecież ze wsi. A i teraz nie co dzień mogę być w mieście.
    – Tak, mieszkasz trochę daleko. To takie uciążliwe.
    Westchnęła.
    – A będzie jeszcze gorzej. Właśnie wypowiedziano mi mieszkanie, za tydzień muszę się wyprowadzić.
    Bo Bernland zrobił się bardzo milczący. Wpatrywał się przed siebie, jak gdyby nad czymś intensywnie rozmyślał. Helle zmieszała się i przestraszyła.
    W końcu odezwał się:
    – Helle, mam pomysł. Jedź do domu i spakuj rzeczy! Ja tymczasem udam się do mojej ciotki, która ma tu w mieście aż nazbyt duże mieszkanie. Sądzę, że możesz tam zamieszkać.
    – Ale…
    Helle przeżywała rozterkę, zamierzała bowiem w najbliższym czasie zapytać Christiana, czy nie znalazłaby się dla niej jakaś praca w majątku Vildehede. Ale wczoraj, kiedy się żegnali, młody dziedzic nie okazał jej zbyt wiele zainteresowania, może więc zamierzał zerwać tę znajomość?
    – Żadnego ale! Przejrzałem teraz pobieżnie twoje powieści i wydają się całkiem niezłe. Potrzebujesz spokoju do pracy. Żeby pisać, nie możesz mieć innych kłopotów na głowie. Helle, przemyślałem wszystko, rozmawiałem nawet z szefem wydawnictwa i postanowiliśmy w ciebie zainwestować.
    – Zainwestować? W jakim sensie? – spytała bezbarwnie.
    – Stworzyć ci lepsze warunki. Teraz tworzysz chyba przeważnie po nocach?
    – Tak, istotnie.
    – Musisz rzucić swoją dotychczasową pracę i zająć się pisaniem na cały etat.
    – Właśnie zaczęłam nową powieść – przyznała z wahaniem. – Akurat teraz czuję ogromną chęć pisania, ale co potem, kiedy skończę?
    – Możemy ci zlecić coś innego. Jakieś opracowania lub zamówienie na kolejną powieść. Jeśli chcesz, pożyczymy ci również maszynę do pisania.
    Cały ten plan zaniepokoił Helle.
    – Mam przeczucie, że stanie pan nade mną i będzie bez przerwy upominał: „Dalej, pisz! Pospiesz się!”
    – Wykluczone! Nie zapominaj, że sam jestem twórcą, no i na co dzień mam do czynienia z najróżniejszymi autorami. Moja ciotka będzie ci gotować, wydawnictwo pokryje związane z tym koszty. Potraktujemy to jako eksperyment. Jeżeli się nie powiedzie, nikt nie będzie miał pretensji Aha… weź ze sobą tę powieść, którą ci niedawno zwróciłem, chciałbym jeszcze raz ją przejrzeć.
    Helle zarumieniła się.
    – Ja… już jej nie mam.
    – Co? – spytał Bernland, marszcząc brwi. – Chyba nie poszłaś z nią do innego wydawnictwa?
    – Nnie, ja… zniszczyłam ją. Spaliłam w piecu. Powiedział pan przecież, że jest bezwartościowa.
    Nie śmiała się przyznać, że pożyczyła rękopis leśniczemu. Redaktor pomyślałby sobie, że Helle nadal przywiązuje do tego utworu jakąś wagę, nie przejmując się jego krytycznymi uwagami.
    – Spaliłaś? – rzucił ostro. – Chyba nie mówisz serio?
    – Obawiam się, że tak – odparła, nie mając odwagi spojrzeć mu w oczy. Nie lubiła kłamać, lecz zauważyła, że kiedy z rzadka zdarzało się jej rozmijać z prawdą, przychodziło jej to z niezwykłą łatwością. Trochę ją to przerażało.
    – Czy zupełnie oszalałaś?! – krzyknął. – I nie masz żadnej kopii? Albo brudnopisu?
    – Nie. Przecież powiedział pan…
    Oparł się zrezygnowany na krześle.
    – Nigdy bym nie przypuszczał, że tak poważnie potraktujesz moje słowa! No dobrze, stało się, rzeczywiście, utwór nie był zbyt dobry, ale… Porozmawiajmy lepiej o czymś innym. Wspomniałaś kiedyś, że tworzyłaś również nowele i inne drobne formy literackie. Może mógłbym je gdzieś zamieścić? Przydadzą ci się chyba jakieś pieniądze na drobne wydatki?
    Skinęła nieśmiało głową.
    Już następnego ranka Helle przeprowadziła się do ciotki Bernlanda, Belli.
    Bardzo obawiała się tego spotkania, lecz jej strach okazał się bezpodstawny. Bella Bernland, zajmująca ogromne mieszkanie w samym centrum miasta, przyjęła dziewczynę z otwartymi ramionami. Było coś pociągającego w tej ekscentrycznej kobiecie około sześćdziesiątki, o pełnych kształtach i farbowanych kruczoczarnych włosach obciętych na pazia. Dyskrecja nie wydawała się jej najmocniejszą stroną, a ubiór sprawiał wrażenie raczej krzyczącego niż gustownego. Bella malowała obrazy, stale zapożyczała jakieś detale od znanych mistrzów i zestawiała je razem w nieopisanych bohomazach, których nigdy nie udało jej się sprzedać. Lecz to jej nie martwiło. Przyznała szczerze, że czuje się w pełni usatysfakcjonowana, znajdując uznanie dla swych osobliwych dzieł w kręgu najbliższych przyjaciół.
    Natychmiast otoczyła swą nową lokatorkę troskliwą opieką. Ku swemu zaskoczeniu Helle zauważyła, że pora obiadu przypadała w tym domu o najróżniejszych godzinach: czasami przed południem, a czasami w środku nocy. Bywało, że dziewczyna dostawała na śniadanie czerwone wino i nic więcej w ciągu dnia. Zbyt obfite posiłki przeplatały się z najbardziej skromnymi racjami zdrowej żywności, w zależności od nastroju Belli.
    Helle zabrała się do pracy. Dostała swój własny pokój i maszynę do pisania, z której była bardzo dumna. Wieczorami, leżąc w łóżku, pisała odręcznie, a w ciągu dnia przepisywała mozolnie tekst na maszynie, szukając palcami klawiszy.
    W ten sposób upłynęły trzy dni. Pewnego wieczoru wpadł nieoczekiwanie Bo Bernland i zaprosił Helle na kolację do restauracji. Dziewczyna, nie przewidując żadnych wyjść w najbliższym czasie, właśnie urządziła pranie i przyjęła gościa w mokrym fartuchu i z nieuczesaną głową. Czuła się niezmiernie zakłopotana i mruknęła coś na swoje usprawiedliwienie.
    Czym prędzej jednak doprowadziła się do porządku. W restauracji rozmawiali o literaturze i było bardzo przyjemnie. Helle nie wiedziała, czy demoniczne spojrzenie Bernlanda bardziej ją przerażało, czy zniewalało.
    – Wiesz, dlaczego cię tu zaprosiłem? – zapytał nieoczekiwanie. – Żeby uczcić przyjęcie twoich pierwszych utworów do druku. Sprzedałem jeden z twoich wierszy do gazety i jedną nowelę do zbioru, który wkrótce wydamy. Gratuluję! Oto czek!
    Spojrzała dyskretnie na kwotę. Wspaniale! Wreszcie będzie mogła sobie kupić nowe buty na zimę…
    Helle promieniała jak słońce.
    Nie trwało to jednak długo. Niebawem dziewczyna doznała szoku, i to dwukrotnie.
    Po raz pierwszy stało się to już po chwili, kiedy Bo Bernland nagle spoważniał i ujął jej ręce.
    – Helle, nie chciałbym, abyś mnie źle zrozumiała, ale jest coś, o czym muszę ci powiedzieć.
    – Naturalnie – odparła, nie pojmując, do czego zmierza.
    – Jesteś bardzo młoda, w porównaniu ze mną jesteś prawie dzieckiem. Ja, mówiąc szczerze, mam już trzydzieści siedem lat. Mogę ci się wydać stary, ale mimo wszystko czuję się młodo. Wystarczająco młodo, by zakochać się w kruchej, czystej dziewczynie, która tak pisze o miłości, jakby miała bardzo wiele do zaofiarowania.
    Helle spojrzała na nieoczekiwanego adoratora dużymi, wystraszonymi oczami.
    Lecz mimo wszystko doznany wstrząs wydał się przyjemnością w porównaniu z tym, co się zdarzyło kilka godzin później.

ROZDZIAŁ V

    Helle przez dłuższą chwilę trwała w osłupieniu. Bo Bernland w niej zakochany? Nie, to niemożliwe!
    – Ależ panie redaktorze… Trudno mi w to uwierzyć! – wykrztusiła w końcu.
    – Nie obawiaj się – rzekł. – Nie posunę się zbyt daleko. Tyle o tobie ostatnio myślałem. Jestem zrozpaczony. Nie tylko z powodu dzielącej nas różnicy wieku, ale również dlatego, że nigdy nie będziemy mogli być razem.
    – Dlaczego? – wyrwało się Helle.
    Uśmiechnął się, lecz był to smutny uśmiech.
    – Mimo separacji nadal jestem żonaty. Moja żona wyjechała z pewnym obcokrajowcem i dotąd nie dała znaku życia. Nie mogę więc uzyskać rozwodu.
    Helle nie wiedziała, czy poczuła ulgę, czy rozczarowanie. Przypuszczalnie jedno i drugie.
    – Nie myśl, że mówię ci o tym wszystkim w jakimś niecnym zamiarze! Nie chciałbym, żebyś się poczuła jak utrzymanka, którą sprowadziłem do mieszkania ciotki. Postanowiłem ci o tym powiedzieć, żebyś zrozumiała, jakie to wszystko dla mnie trudne.
    Helle zagryzła wargi. Bezwiednie rozgniatała w palcach chleb, którego okruchy spadały na obrus.
    Kiedy zobaczył, jak się zmieszała, dodał pośpiesznie:
    – Nie mówmy o tym więcej. Co chciałabyś na deser?
    Drugiego, silniejszego szoku Helle doznała wówczas, gdy Bernland odprowadził ją na górę do mieszkania ciotki Belli.
    – Uff – westchnęła i opadła na fotel. – Te schody kiedyś mnie wykończą.
    Belli Bernland nie było w domu, redaktor mógł więc od razu wyjść, lecz zatrzymał się gwałtownie.
    – Ależ Helle – odezwał się zmartwiony. – Czy dobrze się czujesz? Zupełnie zsiniałaś wokół ust! Zauważyłem to już poprzednio, kiedy wchodziłaś na te schody.
    – Naprawdę? – przeraziła się.
    – Czy kiedy lekarz opatrywał ci rękę, badał też twoje serce? – spytał.
    – N… nie – odparła wystraszona. – Nikt mnie nie osłuchiwał przez wiele lat. Być może nigdy.
    – O, już nabierasz kolorów – powiedział trochę uspokojony. – To chyba nic groźnego. Ale jutro przyślę do ciebie lekarza.
    – Ale… to chyba zbyteczne – zaprotestowała.
    – Prawdopodobnie tak. Ale nie możemy ryzykować. Jeżeli okaże się, że coś ci dolega, to trzeba będzie zrezygnować ze wspinaczki po tych karkołomnych schodach. Wybacz, muszę już iść, żebyś nie miała nieprzyjemności.
    – Ach, chciałam jeszcze wysłać kilka listów – przypomniała sobie. – Ale teraz nie mam odwagi schodzić na dół. Naprawdę mnie pan wystraszył – roześmiała się nerwowo.
    – Wezmę je i wrzucę do skrzynki – zaproponował ochoczo.
    Helle napisała listy do Christiana i Petera. Musiała przecież wyjaśnić, dlaczego tak nagle zniknęła, i pochwalić się swoją nową pracą…
    Kiedy Bernland wyszedł, Helle starała się opanować. Leżąc, wsłuchiwała się w uderzenia serca, badała puls w nadgarstku i próbowała sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek zauważyła jakieś dolegliwości.
    Czy nic niepokojącego dotychczas się nie zdarzyło? No tak, zmęczenie, zadyszka… Zawsze jednak uważała, że to wina kiepskiej kondycji. Ale skąd ta zła forma? Była przecież młoda i bardzo aktywna.
    Upadek w wieży, który do dziś śnił się jej po nocach, nie mógł chyba aż tak bardzo osłabić serca?
    Nie! Bernland na pewno się mylił. Nie miała żadnej wady serca, wykluczone!
    Następnego dnia, siedząc przy maszynie do pisania i nie bardzo mogąc się skoncentrować po bezsennej nocy, Helle usłyszała dzwonek do drzwi.
    – Otworzę! – zawołała Bella z jakiegoś kąta swego ogromnego mieszkania.
    Po chwili zjawiła się w pokoju dziewczyny.
    – Przyszedł lekarz, który twierdzi, że przysłał go mój bratanek, sugerując, że masz wadę serca. To jakaś bzdura! – roześmiała się Bella. – Jesteś silna jak koń.
    Chciałabym wierzyć, że to prawda, pomyślała Helle.
    Lecz kiedy badanie dobiegło końca i Helle z niecierpliwością czekała na wyrok, poznała po wyrazie twarzy doktora, że jest gorzej, niż się spodziewała.
    – Tak, panno Strøm – westchnął, a w jego oczach malował się smutek. – Wygląda na to, że sprawa jest poważna. Czy przeżyła pani ostatnio jakiś wstrząs?
    – Tak, rzeczywiście – odparła zdumiona, pokazując obandażowane ramię. – Nawet bardzo silny wstrząs.
    Pokiwał głową.
    – To właściwie dobrze. Może to bowiem oznaczać, że serce zostało dodatkowo osłabione w następstwie silnego szoku oraz że pani stan może ulec poprawie.
    – Dodatkowo osłabione, mówi pan. Czy to znaczy, że w ogóle jest słabe?
    – Tak. A teraz, jak powiedziałem, jest naprawdę źle. Jeśli jednak pozostanie pani przez kilka tygodni w łóżku, w absolutnym spokoju, istnieje nadzieja na poprawę.
    Helle poczuła ogarniające ją zwątpienie.
    – Uważa pan, że powinnam pójść do szpitala?
    – Nie, wystarczy, że będzie pani leżeć w domu. Będę do pani regularnie zaglądał. I absolutnie żadnych wzruszeń!
    Wstał.
    – Nie, nie musi pani płacić, należność została uregulowana.
    – Dziękuję. Czy już kiedyś leczyłam się u pana? Wydaje mi się pan znajomy.
    Próbował zachować skromność.
    – Pewnie widziała pani moje zdjęcie w gazetach. Jestem profesorem medycyny i czasem prowadzę wykłady. Bo Bernland jest moim przyjacielem z Klubu Brydżowego.
    Helle była pod wrażeniem.
    – Czy powinnam brać jakieś lekarstwa? – spytała cicho.
    – Przepiszę pani coś i prześlę.
    – Dziękuję. Na ile wolno mi się poruszać?
    – Zalecałbym pozostać w łóżku. Nie wstawać częściej niż to konieczne! Schodzenie i wchodzenie po schodach jest surowo zabronione.
    – Czy mogę pisać?
    Długo zastanawiał się.
    – Proszę raczej nie siadać na łóżku. Jeżeli potrafi pani pisać w pozycji półleżącej, wtedy mogę się na to zgodzić.
    – To mi wystarczy.
    – I niech się pani zbyt nie martwi – dodał przyjaźnie. – Zobaczy pani, że wkrótce będzie lepiej.
    Łatwo powiedzieć! Kiedy poszedł, Helle próbowała nie płakać, ale przyszło jej na myśl, że samo powstrzymywanie płaczu może stanowić obciążenie dla serca. Pozwoliła więc łzom płynąć swobodnie.
    Nastały ciężkie tygodnie. Helle natychmiast napisała nowy list do swoich przyjaciół z Vildehede. Zaadresowała go do Christiana Wildehede z adnotacją: „i dla Petera Thorna”.
    Kochani!
    Jestem bardzo nieszczęśliwa. Właśnie dowiedziałam się, że mam poważną wadę serca i muszę przebywać w łóżku. Może odwiedzilibyście mnie i opowiedzieli, jak przebiega poszukiwanie skarbu? Bardzo bym się ucieszyła. Podaję mój adres…
    Bella okazała się tak miła, że obiecała wysłać wiadomość.
    Lecz na próżno Helle oczekiwała odwiedzin. Przyjaciele się nie odzywali. Peter nie oddał rękopisu ani też nie napisał, co o nim myśli.
    Widocznie zapomnieli. Helle czuła się opuszczona.
    Na szczęście Bo Bernland był dla niej wspaniałą podporą w tych trudnych dniach.
    Pewnego dnia powiedział:
    – Przeczytałem dwa twoje stare rękopisy.
    Zamilkł na tak długo, że dziewczyna niecierpliwie spytała:
    – I co?
    – Tak… – odparł, gładząc kołdrę. – Te powieści tylko potwierdziły moją wiarę w ciebie. Naturalnie twoje wczesne próby nie są zbyt udane, ale jest w nich jakiś nerw.
    Znowu odrzucone!
    – A ortografia?
    – Piszesz bezbłędnie. Trochę czujesz się niepewnie, jeśli chodzi o gramatykę, lecz tylko sporadycznie. Dyrektor wydawnictwa właśnie postanowił przeczytać oba rękopisy, więc na razie nie mogę ci ich oddać.
    – A po co mi one? – spytała Helle. – Nie nadają się chyba nawet do przeróbki?
    – Nie – przyznał z wahaniem. – Te się nie nadają. Ale chciałbym spojrzeć na to, co ostatnio napisałaś.
    Wszystko w duszy Helle zaprotestowało.
    – To tylko brudnopis! Poza tym nie wolno mi pisać na maszynie od czasu, kiedy okazało się, że jestem chora, więc piszę tylko ręcznie.
    – A czy to jakaś różnica? Masz bardzo wyraźne i czytelne pismo.
    Otworzyła usta, by ponownie zaprotestować, lecz jego twarz mówiła wyraźnie: Czy nie mam może do tego prawa? Pomyśl, ile nas to kosztuje!
    – Z ciężkim sercem podała Bernlandowi plik kartek.
    – Przeczytam je tu na miejscu – powiedział łagodnie. – Usiądę w pokoju obok, żebyś miała spokój.
    Spokój? Czuła się tak zdenerwowana, że aż się trzęsła. To na pewno zaszkodzi sercu!
    Weszła Bella z jedzeniem na tacy.
    – Czy pan redaktor nadal tu jest? – spytała Helle ze strachem.
    – Tak. Siedzi w moim najlepszym fotelu i czyta. Zupełnie pochłonięty lekturą.
    To brzmi miło. Ale trwa tak długo! Wreszcie wrócił. Helle czuła się jak przekręcona przez wyżymaczkę.
    – Jesteś na dobrej drodze, dziewczyno! – w jego głosie brzmiał triumf. – Tak ma być! Właśnie tak! Poza tym twoja nowela otrzymała w wydawnictwie dobrą recenzję. Wszyscy wiele sobie po niej obiecują.
    Po takich słowach zachęty Helle ze zdwojoną energią wzięła się do pracy. Słowa same cisnęły się na papier. Naprawdę potrzebowała dopingu, ponieważ ostatnio brakowało jej inspiracji. Wszystko wydawało się bezsensowne. Zastanawiała się, po co w ogóle pisać, skoro być może nie pozostało jej wiele życia. Albo jeśli do końca swych dni będzie unieruchomiona, tak jak teraz? Myśli Helle krążyły uparcie wokół tego tematu, którego właśnie powinna unikać. Za każdym słowem, które zapisywała, krył się strach. Pustka i rozpacz wzbierały w jej piersi jak bezgłośny płacz.
    Lekarz przychodził raz w tygodniu. Zaglądał do dziewczyny, nie odzywając się wiele, ale też nie miał tak zmartwionej miny, jak za pierwszym razem.
    Helle poprosiła, by pozwolił jej wychodzić czasem z domu, bo czuła się już lepiej, za to bardzo źle znosiła izolację. Ale profesor tylko pokręcił głową.
    – Jeszcze nie. Być może wkrótce, ale jeszcze nie teraz.
    Helle już dawno się zorientowała, że Bella Bernland pije. Coraz częściej czuła od niej alkohol. Dopóki jednak ciotka robiła to dyskretnie i dobrze się nią opiekowała, dopóty nie było potrzeby wtajemniczać w to innych. Helle udawała więc, że niczego nie zauważa.
    Tylko samotność dokuczała jej tak bardzo, że nie potrafiła się już niczym cieszyć. Wieczorami leżała w milczeniu, gryząc kołdrę, żeby zdusić płacz. Wsłuchiwała się w swe biedne serce, które biło ciężko i z wysiłkiem, jak gdyby każde uderzenie sprawiało mu ból.
    Przyszła zima. Zmarznięte słońce wisiało nad białymi od szronu dachami domów.
    Helle siedziała w łóżku i pisała. Właśnie przelewała na papier ostatnie słowa powieści. Była taka przejęta, że dopiero teraz ku swemu przerażeniu spostrzegła, że minęła już pora zażycia lekarstwa. Bo Bernland często przypominał, by brała tabletki o właściwym czasie, „Wiesz, nie chcielibyśmy cię stracić”, mawiał. Słowa te przerażały Helle i uświadamiały jej, jak bardzo w istocie jest chora.
    Wyciągnęła rękę po fiolkę. Pusta.
    No tak, Bella powinna dziś uzupełnić zapas. A właśnie wyszła. Helle nabazgrała pośpiesznie ostatnie słowa powieści i na samym dole umieściła triumfalne: „Koniec!”
    Musiała sama znaleźć lekarstwo, nie miała odwagi czekać do powrotu Belli. Bo Bernland miał się zjawić dopiero następnego dnia, żeby zobaczyć gotowy produkt. Helle westchnęła rozmarzona. Człowiek ten osiągnął wielki sukces dzięki swej książce „Elisabeth Engman” i właśnie zaczął pisać następną. Opowiadał ostatnio, że jego powieść otrzymała w Szwecji oszałamiające recenzje. Nazwisko Bo Bernlanda w jednej chwili znalazło się na ustach wszystkich Szwedów. Teraz zamierza wydać swój bestseller również w Danii. Helle podzielała jego radość. Zauważyła, że redaktor nie jest już tak ponury, jak do tej pory. Często jednak się zastanawiał na głos, co na to powie jego brat: ucieszy się czy zmartwi z powodu konkurencji w rodzinie.
    Helle na paluszkach wymknęła się z pokoju w poszukiwaniu lekarstwa. Co Bella mogła z nim zrobić? Może trzyma je w kuchni?
    Dziewczyna odnalazła szafkę z najrozmaitszymi kroplami i słoiczkami pełnymi tabletek, ale jej lekarstwa tam nie było.
    Wiedziała, że ciotka Bella przyniosła wczoraj z apteki nowe opakowanie leku, może nadal leży w jej torbie. O, tam stoi znajoma torba w kwiaty, której Bella zwykle używała, kiedy kupowała czerwone wino, a nie chciała, żeby ktokolwiek o tym wiedział. Hele czuła, że zachowuje się nieładnie, ale zaczęła przeszukiwać torbę.
    Znalazła nową butelkę wina, ale tabletek nie było. Może w bocznej kieszonce?
    Nie, tutaj też ich nie ma.
    Właśnie kiedy Helle miała odstawić torbę na miejsce, pełna poczucia winy, że przegląda cudze rzeczy, zauważyła na dnie jakiś list. Wydawało się jej, że poznaje pismo na kopercie…
    Pełna niedowierzania, niemal wstrząśnięta, wyjęła list. Był zaadresowany do Christiana Wildehede i Petera Thorna.
    To dopiero pijaczka! Zapomniała wysłać listu! Tego, w którym Helle pisała o swojej chorobie i prosiła przyjaciół, by ją odwiedzili.
    W sercu Helle złość i ulga mieszały się ze sobą. W takim razie nikt w Vildehede nie wiedział nawet, co się z nią dzieje!
    Ale Christian i Thorn powinni przecież dostać poprzednie listy, te które wysłał Bo Bernland. Dlaczego nie odezwali się ani słowem?
    Helle uznała, że musi w jakiś sposób przekazać im wiadomość. Postanowiła nie liczyć więcej na Bellę. Pójdzie sama.
    Już zamierzała zakładać sukienkę, kiedy pomyślała o stromych schodach i znieruchomiała. Czy zdołam wejść z powrotem na górę?
    Po co martwić się na zapas? Jeżeli zachowam spokój, co kilka minut będę robić przerwy na odpoczynek, to jakoś się uda.
    Trzeba się jednak pospieszyć, by zdążyć, zanim wróci Bella.
    Czuła się dziwnie, stojąc przed lustrem umyta i uczesana, ubrana w swą najlepszą suknię. Ależ była blada!
    Kolana miała miękkie jak z waty, kiedy zaczęła schodzić po schodach. Zdawały się takie wysokie i takie niebezpieczne! Tyle tu nieznanych zapachów!
    Kiedy wyszła na ulicę, uderzył ją niespodziewany chłód. Poczuła zawrót głowy i przymrużyła oczy przed oślepiającym światłem słońca. Musiała się przytrzymać framugi drzwi. Ludzie pośpiesznie przechodzili obok, nie zwracając na nią uwagi. Ludzie! Przez wiele tygodni widywała tylko Bellę, Bo Bernlanda i lekarza!
    Gdzie jest skrzynka na listy? Helle nie znała miasta, Ale może kogoś zapytać…
    W tej samej chwili złapała się za głowę. Przecież to bez sensu! Nie może teraz wysłać tego listu! Pisała w nim: „Dzisiaj dowiedziałam się, że jestem poważnie chora…” Od tego czasu minęło przecież parę miesięcy! Musi napisać nową wiadomość.
    Jednak kiedy tak szła niepewnie wzdłuż ulicy, drżąc z zimna, w jej głowie zrodziła się nowa myśl i niezwykle silna tęsknota.
    Christian i Peter. Tak dawno nie miała z nimi kontaktu. Napisała do nich kilka listów i, choć czuła się głęboko zraniona ich milczeniem, wiedziała teraz, że częściowo są usprawiedliwieni. Helle intensywnie zatęskniła za spotkaniem z przyjaciółmi Niech się dzieje, co chce, musi ich zobaczyć! Porozmawiać z nimi, usłyszeć ich głosy.
    Przyspieszyła kroku, starając się nie pamiętać o chorobie serca.
    Po krótkiej chwili nogi zaczęły się pod nią uginać, z trudem łapała oddech. Zatrzymała się przerażona. Na co właściwie się porywa?
    Nie, nie zawróci! Nie zniesie myśli o powrotnej wspinaczce po schodach, zamkniętym mieszkaniu, ciasnym pokoju… Ma chyba prawo do jednego dnia wolności?
    Zawirowało jej przed oczami, więc musiała znowu przystanąć i przytrzymać się muru. Lecz kiedy zawrót głowy minął, ruszyła dalej. Ciągle jeszcze nie wiedziała, jak dojść lądem do Vildehede. Znała tylko jedną drogę – przez zatokę, która teraz najpewniej jest zamarznięta. Ale najpierw trzeba dojechać tam pociągiem.
    Musi więc iść na stację. Na szczęście wzięła ze sobą honorarium, które dostała od Bernlanda za wiersz i nowelę. To powinno wystarczyć na bilet powrotny, może jeszcze dostanie resztę.
    Tydzień po tym, jak Helle przeprowadziła się do Belli Bernland, Christian siedział w Vildehede pochłonięty starymi księgami.
    – Nic tu nie ma – skarżył się matce. – Nic nie znalazłem. Ani słowa o jakimś złotym ptaku.
    Pani Wildehede westchnęła trochę zniecierpliwiona.
    – Poczekaj, aż przyjdzie książka, którą zamówiłeś!
    – Myślisz o tej, którą biblioteka ma sprowadzić dla mnie z Norwegii? Tak, wkrótce powinna nadejść. Może pojadę do miasta i spytam?
    – Byłeś tam dopiero dwa dni temu, by złożyć zamówienie, Christianie. Idź stąd lepiej i nie marudź, działasz mi już na nerwy tym swoim ciągłym gadaniem o złotym ptaku.
    – Dobrze, pójdę do Thorna. Ale on ma zwykle tyle pracy, że… O, zresztą już go słyszę.
    Wszedł Peter, wysoki i postawny, wnosząc ze sobą zapach lasu i świeżego powietrza. Jego oczy jakby przygasły od zmartwień.
    – Muszę wziąć dzisiaj dzień wolny.
    – Cóż to?! Nigdy nie słyszałem, żebyś kiedykolwiek prosił o urlop. Jakbyś prawie nie miał swego prywatnego życia.
    – Właściwie nie chodzi tu o moje prywatne życie – odparł Peter trochę poirytowany. – Ale bardzo się martwię o Helle.
    Christian roześmiał się.
    – Nie możesz sobie zaprzątać głowy moimi historiami miłosnymi, Thorn. Masz naprawdę wystarczająco dużo roboty w lesie. Szukaliśmy już przecież! Gospodyni nie wie nic więcej poza tym, że Helle przeprowadziła się do miasta z jakimś redaktorem. Niewiele nam to mówi, bo kobieta nawet nie potrafi wymienić nazwiska tego człowieka. Co jeszcze możemy zrobić?
    – Chciałbym się tylko przekonać, czy nic się jej nie stało – odparł Peter. – Wydaje mi się, że jesteśmy za nią trochę odpowiedzialni. Zamierzam wybrać się dziś do miasta i zapytać w wydawnictwach, czy nie słyszeli o Helle. Musi mi pan pomóc ją odnaleźć.
    – To niegłupi pomysł! – rzekł Christian po namyśle. – Naprawdę niegłupi. Brzmi nawet interesująco. Zgoda, idę z tobą. Weźmiemy samochód.
    – Samochód! – zawołała pani Wildehede. – Nigdy w życiu! Był dumą twego ojca, a ty…
    – Mamo – rzekł Christian cierpliwie jak do dziecka. – Po Danii jeździ ponad trzysta samochodów. Czy nasz ma w takim razie stać w garażu, aż całkiem zardzewieje? Wiesz przecież, że dobrze prowadzę.
    – W obrębie majątku, tak. Ale w niebezpiecznym ruchu miejskim…
    – Najbardziej niebezpieczne są te niezdarne baby, które zupełnie tracą głowę, gdy znajdą się na ulicy.
    Naturalnie Christian dostał to, czego chciał – jak zwykle zresztą – i kilka godzin później obaj z Thornem stanęli przed dyrektorem pierwszego z wydawnictw.
    – Helle Strøm? – powtórzył zamyślony. – Nie, nie słyszałem o niej. Czy jest pan pewien, że to w naszym wydawnictwie…?
    – Nie, nigdy nie wymieniła nazwy. Lecz redaktor, z którym się kontaktowała, nazywał się jakoś Sundman albo Brunman i on powinien naprowadzić nas na ślad dziewczyny.
    – Nie przypominam sobie takiego nazwiska. Ale dam panom wykaz wszystkich wydawnictw w mieście. Nic więcej nie mogę dla panów zrobić.
    Christian i Peter zdążyli odwiedzić przed zamknięciem połowę wydawnictw z wynikiem równym niemal zeru. Przygnębieni wracali samochodem do domu, podskakując na nierównych drogach.
    – Dalsze poszukiwania musimy odłożyć na później, Thorn – odezwał się Christian. – Przez najbliższe tygodnie trzeba się zająć wyrębem, jak wiesz. Zobaczysz, że Helle wkrótce napisze albo się pojawi.
    Peter nie odpowiedział.
    Kiedy jesień zaczęła ustępować miejsca zimie, Peter Thorn pewnego dnia przystanął, spoglądając na zatokę. Jego oczy zdradzały głęboki smutek. Bezwiednie podrapał Zara, który tulił się do swego pana i patrzył na niego pytająco swymi ufnymi, ciemnobrązowymi oczami.
    – Czyżbyśmy popełnili błąd, Zar? – szepnął Peter. – Czy postąpiliśmy niewłaściwie?
    Usłyszeli zbliżające się szybkie kroki. Mężczyzna i pies spojrzeli na ścieżkę. Kiedy zobaczyli, że to Christian Wildehede, uspokoili się.
    – Thorn, nie mogę dzisiaj iść z tobą do lasu. Otrzymałem wiadomość z biblioteki, że nadeszła dla mnie książka z Norwegii. Jadę do miasta, musisz więc radzić sobie sam.
    Peter wciągnął głęboko powietrze.
    – Czy mógłby pan przy okazji spytać o Helle w tych wydawnictwach, do których ostatnio nie zdążyliśmy pójść?
    – Tak, oczywiście – odparł Christian. – Muszę przyznać, Peter, że ostatnio wiele o niej myślałem. Sądzę, że zakochałem się na poważnie.
    Peter długo patrzył za dziedzicem, kiedy znikał między drzewami.
    Christian rozpoczął swą wyprawę do miasta od wizyt w wydawnictwach. Niestety z równie przygnębiającym rezultatem, co ostatnio.
    W bibliotece miał więcej szczęścia.
    Zamówiona książka nosiła obiecujący tytuł: „Legendy i prawdy o duńskich zamkach”. Młodzieniec zaczął wertować kartki. W spisie treści znalazł rozdział „Spór rodowy na Vildehede”.
    Zamyślił się. Słyszał od matki, że dawno, dawno temu w majątku doszło do jakiegoś sporu. Dotyczył on zapewne spadku, ale ojciec, który matce o tym opowiadał, sam też niewiele wiedział. Christian zaczął czytać.
    Po krótkiej chwili musiał przerwać. Coś niejasno zaczęło mu świtać w głowie. Zapatrzył się przed siebie, przeczytał stronę i znowu się rozmarzył. W końcu zdecydowanie wstał.
    Zapytał w informacji, czy w bibliotece jest telefon. Zaprowadzono go do holu głównego. Z wielkim trudem udało mu się połączyć z matką. Na linii słychać było jakieś trzaski, musiał więc krzyczeć.
    – Mama? Wyślij natychmiast kogoś do Thorna. Ależ tu trzeszczy! Przekaż mu, że wiem, co oznacza złoty ptak! Byliśmy idiotami!… Nie, „idiotami”, powiedziałem! Nieważne. Do zobaczenia.
    Christian Wildehede wyszedł na ulicę. Nagle zderzył się z jakimś pijanym mężczyzną, który się na niego zatoczył. Christian przeprosił, lecz tamten okazał się niezwykle agresywny. Młody dziedzic otrzymał potężny cios, aż zaświeciły mu się w oczach wszystkie gwiazdy, i upadł na ziemię. Napastnik natychmiast zniknął.

ROZDZIAŁ VI

    Na lodzie widniały liczne ślady stóp. Jest więc wystarczająco mocny, by po nim przejść, pomyślała Helle.
    Z nieba zaczęły spadać pojedyncze płatki śniegu. Dziewczyna weszła na ogromną białą powierzchnię. Widziała wieżę po drugiej stronie zatoki, ale obraz stawał się coraz mniej wyraźny, w miarę jak śnieg gęstniał.
    Helle jak zwykle przyłożyła rękę do serca i nasłuchiwała. Biło mocno i szybko. Naciągnęła szal na głowę, żałując, że nie ma cieplejszych butów.
    Christian i Peter nie odpowiedzieli na jej list. Może nie życzyli sobie jej towarzystwa? Czyżby o niej zapomnieli? W oddali stał niewielki dom Petera Thorna, teraz już ledwie widoczny spoza gęstej zasłony. Nie wiadomo dlaczego, widok tego domu dodawał Helle odwagi, by iść dalej.
    Powoli posuwała się po lodzie. Dygotała z zimna. Odwykła od chłodu w ciągu ostatnich miesięcy, mieszkając wygodnie i bezpiecznie w ciepłym domu Belli.
    Nadal tu i ówdzie spod cienkiej warstwy śniegu wyłaniał się lód, gładki i czarny. Wydawał się wtedy cieńszy i bardziej niebezpieczny, lecz Helle było wszystko jedno. Czy umrę w ten, czy inny sposób – nie ma już żadnego znaczenia, pomyślała.
    O, nie! Mimo wszystko nie chciała bynajmniej utonąć.
    Nie miała też odwagi iść prędzej, musiała oszczędzać serce.
    Helle ogarnęło znowu ogromne uczucie beznadziejności, z którym walczyła przez długie, samotne tygodnie, nie mając się nawet komu zwierzyć. Bella biegała tylko tu i tam, rozkoszna i roztrzepana, mówiąc w kółko o swoich spotkaniach i wystawach. Bo Bernland przychodził bardzo rzadko, dużo pracował w wydawnictwie, a poza tym sam pisał w wolnych chwilach. I chociaż miał w sobie wiele ciepła i współczucia dla Helle, nie był osobą, której łatwo się zwierzyć – wydawał się zbyt nieprzystępny i pewny siebie, nie zrozumiałby pewnie zwykłego człowieka.
    Nagle Helle ze zdumieniem spostrzegła, że dotarła do drugiego brzegu. Z ulgą postawiła stopę na lądzie i skierowała się w stronę majątku Vildehede.
    Jednak kiedy zadzwoniła, nikt nie otwierał. Obeszła dom dookoła i zapukała do kuchennych drzwi. Nacisnęła klamkę, ale drzwi były zamknięte na klucz.
    W pobliżu zauważyła na wpół zasypane ślady stóp. A więc raczej nikogo w domu nie zastała.
    Trochę niepewnie zaczęła iść w dół ścieżką, prowadzącą do leśniczówki. Co zrobi, jeżeli i tam nikogo nie spotka? Czy na próżno przebyła całą tę długą drogę? Może nawet zaprzepaściła wszelkie szanse na wyzdrowienie?
    Zatrzymała się gwałtownie. Za gęstą zasłoną śniegu zamajaczyła jakaś postać.
    Tak, teraz stała się całkiem wyraźna. To przecież… O, dzięki Bogu, to Peter!
    Mężczyzna zatrzymał się i przyglądał się jej z niedowierzaniem.
    Po chwili zawołał z tłumioną radością w głosie:
    – Helle!
    Dziewczyna postąpiła parę kroków, a Peter czym prędzej podbiegł do niej.
    – Helle! Gdzieś ty się, u licha, podziewała?
    Ulga spowodowana widokiem surowej, lecz pociągającej twarzy Petera była tak silna, że Helle się zachwiała. Leśniczy natychmiast objął dziewczynę, żeby nie upadła.
    Helle nie mogła powstrzymać płaczu, czuła gorące łzy spływające po policzkach. Śnieg sypał wokół dużymi płatkami, tłumiąc wszelkie odgłosy.
    – Już dobrze – mówił Peter, przytulając dziewczynę. Helle wydawało się, że leśniczy zachowuje się tak, jakby poklepywał Zara lub jakieś zagubione zwierzę.
    – Ach, Peter, dlaczego nie odpowiadaliście na moje listy? – łkała. – Czy nie chcieliście mnie już znać?
    Znieruchomiał.
    – Nie dostaliśmy żadnego listu, Helle. Zastanawialiśmy się, co się z tobą stało, i szukaliśmy ciebie wszędzie. Ale nie znaleźliśmy żadnego śladu.
    Helle zdołała trochę opanować płacz.
    – Nie dostaliście moich listów? – spytała, próbując się uśmiechnąć. – A więc to dlatego się nie odzywaliście! A ja myślałam, że w ten sposób chcecie mi dać do zrozumienia, że macie mnie dosyć. Rzeczywiście, dzisiaj dowiedziałam się, że mój ostatni list nie został wysłany, ale dwa pierwsze… No tak, Bernland pewnie przekazał je Belli, a ona i tych zapomniała wrzucić do skrzynki.
    Peter pachniał tak przyjemnie! Świeżym powietrzem i lasem.
    Trochę oszołomiły go nieco chaotyczne słowa Helle, chciał wypytać dokładnie o wszystko, lecz powiedział tylko:
    – Bardzo się o ciebie martwiliśmy. Nikt nie wiedział, gdzie jesteś.
    – A gospodyni, u której przedtem mieszkałam?
    – Nie znała twojego nowego adresu. Przekazała nam tylko, że przeprowadziłaś się do miasta.
    – Dziwne – odparła Helle. – Wprawdzie sama dokładnie nie wiedziałam, dokąd wyjeżdżam, ale sądziłam, że dostała później jakąś informację.
    Peter odsunął nieznacznie dziewczynę od siebie.
    – Ale zmarzłaś! Chodźmy do mojego domu.
    – Wybierałeś się chyba właśnie do majątku?
    – To nic pilnego.
    Zagwizdał na Zara. Natychmiast na ścieżce pojawiła się czarna sylwetka i pies podbiegł do Helle, radośnie machając ogonem.
    – O, widzę, że pamięta mistrzynię w drapaniu za uchem – roześmiał się Peter.
    Dotarli do leśniczówki. Leśniczy otworzył dziewczynie drzwi. Helle weszła do skromnego, lecz zadbanego pomieszczenia. Od trzaskającego ognia w piecu biło cudowne ciepło.
    Wtedy przypomniała sobie, co ostatnio przeżyła, i znowu zaczęła płakać.
    – Ach, Peter, gdybyś wiedział, jak okropnie się bałam i jaka się czułam zagubiona i samotna! Dowiedziałam się, że jestem ciężko chora!
    – Co ty mówisz?
    – Nie jestem pewna, ale tak twierdzi lekarz.
    Thorn przysunął jej krzesło, żeby usiadła.
    – Mów, co się stało!
    I opowiedziała mu o długich tygodniach spędzonych w łóżku, o dręczącym strachu, o bezsennych nocach i o tym, jak nieustannie wsłuchiwała się w bicie własnego serca. Lecz najwięcej mówiła o tęsknocie za kimś, z kim mogłaby porozmawiać o swoich zmartwieniach.
    Peter Thorn czuł ogarniające go oburzenie. Przykucnął przed Helle i ujął ją za ręce.
    – To okropne! Jakże musiałaś się czuć opuszczona! Próbowaliśmy cię szukać, a Christian…
    – Właśnie. Gdzie jest Christian? – przerwała mu. – Nikogo w majątku nie zastałam.
    Twarz Petera przez moment wydawała się pozbawiona wyrazu.
    – Christian… to znaczy dziedzic, leży w szpitalu – odezwał się po chwili. – Ktoś go pobił na ulicy niedaleko biblioteki.
    – Co ty mówisz? Czy poważnie?
    – Ma złamaną szczękę i wstrząs mózgu. Nie wyglądało to najlepiej.
    – Musimy go odwiedzić! Natychmiast!
    – Nie, poczekaj – uśmiechnął się Peter. – Nie ma potrzeby. Christian jutro wraca do domu. Pani Wildehede pojechała właśnie po syna, a służba dostała dziś wolne. Dlatego nikt ci nie otwierał.
    – Chwała Bogu, że wkrótce wracają.
    Peter zmartwiony przyglądał się dziewczynie.
    – Może byś teraz trochę odpoczęła po wyczerpującej podróży? – spytał łagodnie.
    Obolałe ciało i udręczony umysł Helle powoli ogarniał spokój.
    – O, tak! Bardzo chętnie. Ale co potem? Muszę przecież wrócić do mojego „więzienia”, a wcale nie mam ochoty. Tutaj jest po prostu cudownie.
    Leśniczy zamyślił się.
    – Czy już ci lepiej?
    – Tak, po rozmowie z tobą czuję się zupełnie zdrowa. Wydaje mi się nawet dziwne, że po takim wysiłku nie zauważyłam żadnych kłopotów z sercem.
    – A co to za choroba, która wymaga tak nieskończenie długiego przebywania w łóżku?
    – Nie wiem dokładnie. Jakaś wada serca, ale doktor nigdy mi tego nie wyjaśnił.
    – Jak się nazywa twój lekarz?
    – Nie znam jego nazwiska. Ale to bardzo znany profesor.
    Peter wyglądał na zagniewanego. Wstał i zaczął się krzątać po mieszkaniu. Przyniósł chleb i masło, postawił czajnik na ogniu.
    – Całkiem możliwe, że ten Bernland to dobry człowiek. Miło z jego strony, że tak troskliwie się tobą zaopiekował, ale to nie w porządku, że kazał ci tak długo przebywać w izolacji od świata i o niczym cię nie informował! Mówisz, że pisałaś, kiedy byłaś chora?
    – Tak, właśnie skończyłam nową powieść.
    – To dobrze – odparł, wyjmując ser i wędlinę. – Ponieważ ta, którą od ciebie pożyczyłem, bardzo mi się podobała. Jestem pod wrażeniem. Muszę przyznać, że niektóre fragmenty są nawet bardzo odważne!
    Helle przesiadła się na wyszorowaną do białości ławę, by znaleźć się bliżej Petera i… jedzenia, była bowiem potwornie głodna. Przypomniała sobie wszystko, o czym pisała w tej powieści. O samotnej kobiecie i jej intensywnej świadomości własnego ciała. O sprawach, o których damie w ogóle nie wypadało mówić. Ale Helle chciała podkreślić, że również kobiety są żywymi istotami, że one także mają fizyczne potrzeby, choć o tym nie wspominają w obawie przed opinią innych.
    Peter właśnie tak to odebrał.
    – My, mężczyźni, nie rozumiemy w kobietach wielu rzeczy. Jesteśmy może zbyt powierzchowni. W każdym razie w naszych poglądach o was.
    – Uważam, że ty nie jesteś taki – wyznała Helle.
    Leśniczy wzruszył ramionami.
    – Miałem tak niewiele do czynienia z kobietami. Las jest moim życiem. Ale najbardziej w powieści podobało mi się to, że pokazałaś ten problem w bardzo subtelny sposób, który nikogo nie gorszy. Nigdzie nie mówisz wprost o fizycznej tęsknocie za mężczyzną. A mimo to przez cały czas wiadomo, co czuje bohaterka. Myślę w każdym razie, że ten Bernland musi być bardzo głupi i wybredny, skoro nie przyjął twej powieści – powiedział, wyjmując z szuflady rękopis. – Powinnaś spróbować w innym wydawnictwie.
    – Ale nie mogę tego zrobić w sytuacji, kiedy Bo Bernland i jego wydawnictwo mi pomagają.
    – Jeśli wydawca odrzuci jakiś utwór, to nie ma do niego prawa. Nie podpisałaś chyba żadnej umowy, mówiącej o tym, że będziesz pisać tylko dla nich?
    – Nie, nic nie podpisywałam.
    – No, jedzenie gotowe. Jest bardzo skromne, ale postaraj się trochę zjeść. Musisz się posilić.
    – Tak, rzeczywiście jestem głodna. Wygląda bardzo apetycznie.
    Przez chwilę przy stole panowała cisza. Helle czuła się tak dobrze, że niemal sprawiało jej to ból. Dająca poczucie bezpieczeństwa bliskość Petera, Zar leżący pod stołem i dyskretnie proszący wzrokiem, ciepło bijące od pieca, wszystko to wypełniało ją cudownym uczuciem szczęścia.
    Głos leśniczego wyrwał ją z marzeń.
    – Helle… Kiedy przeczytałem twoją powieść, byłem tak poruszony, że nie mogłem mówić o niczym innym. Christian nalegał, by mu pożyczyć rękopis. Jednak początkowo nie chciałem się zgodzić, obawiałem się, że źle cię zrozumie – mówił Peter niepewnie. – Bałem się, na przykład, że pomyśli, iż jesteś gorącokrwistą dziewczyną uganiającą się za mężczyznami. A chyba nie to chciałaś przekazać?
    – Nie, naturalnie, że nie! – zawołała Helle wzburzona.
    – Dokładnie tak to zrozumiałem. Ale przewidywałem także, jak dziedzic może to odebrać, bo dobrze go znam, a poza tym…
    Nagle zamilkł.
    – Co chciałeś powiedzieć? Nie krępuj się, to dla mnie ważne.
    – To ci się nie spodoba – odparł niepewnie.
    – Nieważne. Jeżeli ma to jakiś związek z moim utworem, to muszę się dowiedzieć.
    Zacisnął usta.
    – Hm… Twoje pisanie wywarło na mnie bardzo duży wpływ. Na mój stosunek do ciebie.
    Helle zaczerwieniła się.
    – W jakim sensie?
    – Ja… zacząłem rozmyślać o tobie wieczorami, mimo że doskonale rozumiem, iż powieść nie jest autobiograficzna. Uznałem więc, że skoro ja, którego nigdy nie interesowały kobiety, bo są okrutne i bezwzględne dla zwierząt… no więc, jeśli ja nie mogłem zasnąć, usiłując sobie przypomnieć, jak wyglądasz, jak brzmi twój głos, czy jesteś zmysłowa… to jak w takim razie zareagowałby Christian? Poszedłem więc z nim na kompromis i dałem do przeczytania pierwszy rozdział.
    Ze wzrokiem utkwionym w Zara Helle spytała:
    – I co powiedział?
    – Że fragment, który przeczytał, jest fascynujący i że musisz wysłać swą powieść do innego wydawnictwa.
    Twarz Helle rozpogodziła się, lecz dziewczyna nadal nie podnosiła wzroku.
    – W takim razie tak zrobię. Dziękuję ci za słowa zachęty, Peter! Znowu zaczynam w siebie wierzyć. Naprawdę już zwątpiłam, ponieważ Bernland, mimo że przez cały czas dopingował mnie, żebym pisała dalej i próbowała od nowa, zawsze wyrażał się negatywnie o tym, co skończyłam!
    – To rzeczywiście dość przygnębiające. Dlaczego nie możesz się od niego uwolnić?
    – Po tym wszystkim, co dla mnie zrobił? Mam mieszkanie za darmo, płaci za lekarza…
    Zamilkła.
    – Czy rzeczywiście jestem taka? – odezwała się po chwili.
    – To znaczy jaka?
    – Zmysłowa? Zastanawiałeś się przecież nad tym.
    Peter wstał i zaczął sprzątać ze stołu.
    – Właściwie nigdy nie analizowałem dokładnie znaczenia tego słowa, więc nie potrafię odpowiedzieć. Ale jeżeli to znaczy, że lubię patrzeć na twoje ręce, kiedy poruszają się nad stołem, i czuję potrzebę, żeby ich dotknąć, to w takim razie tak, jesteś zmysłowa. Musisz pamiętać o tym, że nie znam się na kobietach, a tym bardziej takich jak ty.
    – To ostatnie przyjmuję jako komplement. Masz na myśli, że nie jestem jak te damy z towarzystwa, które jeżdżą na polowania?
    – Możesz uznać to za komplement. Dla mnie jesteś jak mały zajączek, który wystraszony i bezradny kuli się w trawie.
    Helle zasłoniła usta dłonią i uśmiechnęła się ukradkiem, uszczęśliwiona.
    – Ojej, Peter! Zobacz, która godzina! Muszę wracać. Wkrótce odchodzi ostatni pociąg. Wszyscy na pewno bardzo się o mnie martwią.
    Spojrzał na dziewczynę ze smutkiem.
    – Czy koniecznie musisz wracać?
    – Tak, bo dokąd miałabym iść? – powiedziała zrozpaczona. – Poza tym Bella i Bo Bernland są dla mnie strasznie mili, nie mogę ich zawieść! W mieszkaniu ciotki został nowy rękopis i wszystkie moje rzeczy…
    – Tak, tak, oczywiście – westchnął. – Nie możesz przecież tu zostać, tak mało u mnie miejsca! A w majątku nikogo teraz nie ma. Ale skoro już wiemy, gdzie mieszkasz, możemy cię obaj odwiedzać.
    – Tak, koniecznie! – rzuciła jednym tchem. – Jak najczęściej!
    Uśmiechnął się.
    – Odprowadzę cię przez zatokę.
    Helle nie miała nic przeciwko temu. Z ciężkim sercem przyglądała się, jak Peter zamyka drzwi i nakazuje Zarowi czuwać na straży. W tej jednej chwili zrozumiała, jak chętnie zostałaby w maleńkim, przytulnym domku.
    Peter ujął ostrożnie dziewczynę pod ramię. Nie chciał, żeby się zbytnio przemęczała.
    – Zapomniałem ci o czymś powiedzieć – odezwał się niespodziewanie. – Kiedy Christian przed wypadkiem dzwonił do domu, przekazał mi przez matkę wiadomość. Mówił: „Pozdrów Thorna i powtórz mu, że wiem, co oznacza złoty ptak!”
    – Co ty mówisz? I co to takiego?
    – Nie mam pojęcia. Christian ma złamaną szczękę i nie może mówić. Nie wolno mu było się ruszać z powodu wstrząsu mózgu i dlatego nawet nie pisał. Ale jutro, gdy wreszcie wróci, na pewno go zapytam.
    Gdybym tylko mogła zostać z tobą! pomyślała Helle ze smutkiem. Ale muszę wracać do ciotki Belli.
    Śnieg przestał padać. Helle i Peter znajdowali się prawie w połowie drogi, kiedy to się stało.
    Ostry odgłos wystrzału i świst kuli rozległy się niemal jednocześnie. Dziewczyna jeszcze nie rozumiała, co się dzieje, i przystanęła zaskoczona.
    – Co to było? – spytała Petera, który pchnął ją z całej siły, tak by upadła na lód.
    – Ktoś strzelał! – szepnął zdumiony. – Przecież to nie czas polowań…
    Nie zdążył dokończyć zdania, kiedy rozległ się kolejny strzał i coś twardego uderzyło tuż obok.
    Strzały dochodziły od strony brzegu, do którego zmierzali.
    Peter szybko pomógł Helle wstać.
    – Zawracamy! – zawołał. – Szybko, zanim znowu załaduje broń.
    Helle błyskawicznie uświadomiła sobie zagrożenie. Co sił w nogach biegła ku Vildehede. Przez sekundę pomyślała o swoim chorym sercu, ale nie miała wyboru. Następna kula uderzyła o lód, lecz z powodu dużej odległości i zapadającego zmroku strzał nie był już tak celny.
    Wreszcie oboje stanęli na brzegu, ukryci między drzewami.
    – Poczekaj chwilę, Peter – poprosiła Helle, z trudem łapiąc oddech. – Muszę odpocząć.
    Osunęła się na kolana. Leśniczy przykucnął obok i objął troskliwie dziewczynę.
    – Już jesteśmy bezpieczni – rzekł, obejrzawszy się za siebie. – Nie odważy się wejść na lód.
    – Co to za szaleniec? – spytała Helle drżącym głosem.
    – Dobre pytanie!
    Zauważyła, że Peter zbladł i był zdenerwowany.
    – Chodźmy do leśniczówki, w tej sytuacji nie pozostaje nam nic innego – zdecydował. – Powinienem chyba wezwać policję.
    – Tak się boję, Peter, nie zostawiaj mnie samej!
    – Nie martw się, najpierw zajmę się tobą.
    Ponownie znaleźli się w przytulnym mieszkaniu leśniczego. Helle stanęła bezradnie na środku pokoju.
    – Jak teraz zawiadomię Bernlandów? – zastanawiała się.
    – Twoi opiekunowie będą zmuszeni trochę się pomartwić dziś w nocy. Zdaje się, że komuś bardzo się nie podoba to, że pojawiasz się w Vildehede. Najpierw ktoś zepchnął cię z wieży, a teraz próbował zastrzelić.
    – Myślisz, że ma to coś wspólnego ze złotym ptakiem?
    – Z pewnością.
    – Rzeczywiście. Dopóki mieszkałam u Belli, czułam się bezpieczna, a kiedy tylko się tu pojawiłam, od razu ktoś nastaje na moje życie.
    – Zrobiło się późno. Zawołam Zara, a potem zamknę drzwi na klucz i zasłonię okna. Kimkolwiek był ten człowiek, który strzelał, nie domyśla się, gdzie jesteś.
    Helle skinęła głową zamyślona.
    – Mieliśmy szczęście, że nie poczekał, aż podejdziemy bliżej.
    – Niewątpliwie.
    Peter zawahał się.
    – Helle, jeśli chcesz, przenocuję dziś w stodole.
    – Nie, nie ma potrzeby! To wyjątkowa sytuacja. Mogę spać na podłodze.
    Rozgorzała długa dyskusja. Stanęło na tym, że Helle prześpi się na ławie, a posłanie na podłodze zrobi sobie Peter.
    Helle, nie mogąc zasnąć, wpatrywała się w sufit.
    – Czemu jeszcze nie śpisz? – rozległ się głos Petera.
    – Jestem zbyt zdenerwowana.
    – Podaj mi rękę – zaproponował.
    Kiedy Helle poczuła dużą, ciepłą rękę Petera, ogarnął ją błogi spokój. Po chwili między splecione dłonie wcisnął się wilgotny nos psa. Helle zaśmiała się cicho.
    Dziewczyna właśnie zaczęła zapadać w sen, skrajnie wyczerpana po długim i pełnym wrażeń dniu, kiedy Peter zapytał:
    – Czy ten Bernland… jest dla ciebie kimś więcej niż przyjacielem?
    – Myślałam, że dawno już śpisz – uśmiechnęła się.
    – Nie, nie mogę zasnąć. Dziś wieczorem ten dom wydaje się taki mały. No, ale nie zmieniaj tematu.
    – Nie wiem, co ci odpowiedzieć, Peter. Myślę, że jest kimś więcej niż przyjacielem. Jest dla mnie jak ojciec, którego właściwie nie miałam. Żaden przyjaciel nie byłby tak troskliwy jak on.
    – Udajesz, że mnie nie zrozumiałaś? Czy wy… się kochacie?
    – Chyba oszalałeś! – przerwała oburzona. – On jest przecież za stary!
    Ugryzła się w język.
    – Podczas jednego z pierwszych spotkań wspomniał rzeczywiście coś niedorzecznego – przyznała po chwili w zamyśleniu – że chyba się we mnie zakochał, czy coś takiego. Ale pewnie zrozumiał, że wprawił mnie w zakłopotanie, i nigdy więcej o tym nie mówił. On mnie fascynuje, Peter. Tak, jak może fascynować piękny i błyszczący klejnot. Bernland jest bardzo przystojny. Ale zakochać się w nim?
    Wybuchnęła niepohamowanym śmiechem, który przekonał Petera o jej szczerości bardziej niż słowa.
    – Helle – odezwał się po chwili wahania. – Czy możemy porozmawiać o twojej powieści?
    – Peter! Pisarze marzą o tym, by rozmawiać o swoich książkach, ale nie mają odwagi tego proponować, żeby nie zanudzać innych.
    – Aha!
    Helle całkiem się rozbudziła. Leżała teraz wsparta na łokciu i patrzyła w dół na Petera, którego ledwo dostrzegała w mroku.
    – A więc – zaczął – według tego, co piszesz, kobiety mają ogromną potrzebę dawania. Okazywania swojej miłości.
    – To prawda.
    – Ale to nie zgadza się z moimi doświadczeniami. Nie twierdzę, żebym miał ich wiele, ale przyjeżdżały tu czasem młode damy, które chciały przeżyć ze mną przygodę…
    – Czy im się udało? – spytała Helle trochę za szybko.
    – Nie, ponieważ dostrzegłem w ich oczach żądzę posiadania.
    – To oczywiste, że każdy chciałby również coś otrzymywać, a nie tylko dawać – powiedziała Helle.
    Milczał przez moment.
    – A gdybyś kochała jakiegoś mężczyznę, a on spytałby, czy może u ciebie zostać na noc, co byś wtedy zrobiła?
    – Ach, Peter, myślisz zbyt schematycznie! Czegoś takiego nie można przewidzieć z góry, to sprawa indywi…
    – Powiedziałem: Gdybyś go kochała.
    Helle przełknęła.
    – Stawiasz mnie w trudnej sytuacji. Musiałabym wtedy stoczyć ową odwieczną walkę między pragnieniem zachowania czystości a tęsknotą za całkowitym oddaniem, wspaniałomyślnością wobec człowieka, którego kocham. Zwykle w takim momencie mężczyźni naciskają zbyt mocno. Stawiają bezlitosne żądanie: „Jeżeli naprawdę mnie kochasz…” Nikogo nie powinno zatem dziwić, że kobiety naszych czasów stają się oziębłe.
    Westchnął.
    – Dobranoc, Helle!

ROZDZIAŁ VII

    Helle obudziła się późno. Peter już wstał, na stole czekało śniadanie, lecz gospodarza nie było.
    Dziewczyna szybko się umyła, ubrała i wyszła przed dom.
    Chmury wisiały nisko na niebie, lecz zrobiło się cieplej. Poranny deszcz zmył resztki śniegu. A jeżeli lód nie jest już tak mocny? pomyślała Helle zmartwiona.
    Zar podbiegł do niej, machając radośnie ogonem, po chwili pojawił się Peter. Chociaż uśmiechał się szeroko, Helle domyśliła się, że nie spał wiele tej nocy. Wyglądał na zmęczonego.
    – Dobrze spałaś? – spytał.
    – Nie. Ale to nie wina łóżka.
    – Myślę, że dziedzic już wrócił. Zjedz teraz śniadanie, a potem pójdziemy do majątku.
    Helle uznała, że to świetna propozycja.
    – Przy okazji zawiadomię Bellę, gdzie jestem. Mam okropne wyrzuty sumienia.
    Po śniadaniu poszli razem do dworu.
    Christian leżał na sofie w salonie. Na widok Helle wyciągnął ręce i zawołał:
    – Helle, kochana moja, pójdź w me objęcia! Gdzieś ty się podziewała? Chyba mi wybaczysz, mój skarbie – mruknął jej do ucha, kiedy utonęła w jego ramionach. – Nie dochowałem ci wierności, w szpitalu zajmowała się mną pielęgniarka o niebiańskiej urodzie! Kruczoczarne włosy, a co za oczy! Flirtowaliśmy bez wytchnienia ponad spluwaczkami i basenami.
    Dziedzic miał pewne kłopoty z mówieniem, widocznie jeszcze bolała go szczęka. Ale humor dopisywał mu jak zawsze. Helle roześmiała się serdecznie.
    – Christian, jesteś niepoprawny – żartobliwie skarciła go matka, wyraźnie dumna z syna i szczęśliwa, że ma go znowu w domu. – Ale skąd się tu wzięła Helle?
    – Przyjechała wczoraj – odparł spokojnie Peter. – I również ma co nieco do opowiadania. Ale najpierw pan, dziedzicu. Czy widział pan człowieka, który pana uderzył?
    – Tylko przez mgnienie oka. To nie był młody mężczyzna. Jakiś pijaczyna z długimi wąsami. Chwała Bogu, że tu jesteś, dziewczyno!
    – Z długimi, zwisającymi wąsami? – spytała Helle.
    – Niezupełnie. Coś jakby miękka szczotka.
    Helle i Peter spojrzeli po sobie.
    – Ten, który zepchnął mnie z wieży, miał takie same wąsy! – zawołała dziewczyna zdumiona.
    – Tak, wiem – odrzekł Christian. – Ale to może tylko przypadek.
    – Dlaczego pana zaatakował?
    – Sam chciałbym wiedzieć! Podszedł do mnie i chciał się awanturować, cuchnęło od niego wódką, a kiedy odpowiedziałem mu najgrzeczniej, jak umiałem, nazwał mnie „przeklętym durniem” i rzucił się na mnie.
    – Ale co z tym złotym ptakiem? – niecierpliwiła się Helle. – Mówiłeś przez telefon, że…
    Christian spojrzał na nich zaskoczony.
    – Jeszcze nie wiecie?
    – Nie. A powinniśmy?
    – O, święta naiwności! Złoty ptak to oczywiście ty, Helle!
    W eleganckim salonie zapadła zupełna cisza.
    – Ja? – Dziewczyna roześmiała się niepewnie. – Żartujesz sobie!
    – Nigdy nie byłem bardziej poważny.
    – Nic z tego nie rozumiem – odezwał się Peter. – Wprawdzie ktoś wczoraj do nas strzelał…
    Zarówno Christian, jak i jego matka chcieli od razu dowiedzieć się czegoś więcej, więc Peter w kilku zwięzłych zdaniach zrelacjonował wydarzenia wczorajszego wieczoru.
    Christian skinął głową.
    – To tylko potwierdza moje przypuszczenia. Tym złotym ptakiem na pewno jest Helle!
    – Jeżeli to prawda – zaczęła dziewczyna drżącym głosem – to można powiedzieć, że miałam niezwykłe szczęście, iż przez tyle miesięcy przebywałam w ukryciu. Nic o tym nie wiedząc, Bo Bernland przypuszczalnie uratował mi życie. Ale wyjaśnij, jak na to wpadłeś, bo ani trochę z tego nie rozumiem! Jeżeli pijak z ulicy i ten, kto mnie zepchnął z wieży, to jedna i ta sama osoba, to skąd miałby wiedzieć, że cię spotka przy wyjściu z biblioteki?
    Peter wtrącił pośpiesznie:
    – Nie widział go pan przypadkiem w holu biblioteki, kiedy pan dzwonił do domu?
    Młody dziedzic wyglądał bardzo tajemniczo.
    – Od tego myślenia zaraz was rozbolą głowy – rzekł z ironią. – Ale, Helle, Peter wspomniał, że masz jakąś bardzo poważną wadę serca, z powodu której powinnaś leżeć. To mnie naprawdę martwi. Czy nie uważasz, że…?
    W drzwiach pojawiła się służąca.
    – Przyszedł doktor Jepsen, proszę pani.
    – Poproś go.
    – O, nie, mamo! – rzucił zniecierpliwiony Christian. – Czyżbyś nie wierzyła lekarzom ze szpitala, którzy twierdzą, że jestem zdrów?
    – Wierzę, ale chciałabym, żeby cię teraz obejrzał i stwierdził, czy przypadkiem podróż ci nie zaszkodziła. Sądzę, że powinien też posłuchać serca Helle i powiedzieć nam, co jej naprawdę dolega.
    – Ale ja… – zaprotestowała Helle.
    – A więc to tak, Peter, ty stary obłudniku! – szepnął Christian za plecami dziewczyny. – Przyjmujesz u siebie w nocy kobiety! Tak, tak, cicha woda brzegi rwie…
    – Nie mieliśmy innego wyjścia – rzucił Peter oschle. – I mogę cię zapewnić, że nic zdrożnego się nie zdarzyło.
    – No tak, tego się obawiałem – mruknął Christian. – Tylko ty mogłeś zmarnować taką szansę. Ale przyznaj, że łaskotało cię w tym twoim starym ciele leśniczego! Podejrzewam, że kiepsko spałeś!
    – Christian! – skarciła go matka, tym razem naprawdę surowo.
    Helle nie śmiała spojrzeć na Petera. Ale przez cały czas trzymała się blisko niego, tak jakby czuła, że ją najlepiej rozumie. A może dlatego, że tak dobrze oceniał jej powieść?
    Doktor Jepsen obejrzał głowę Christiana, lecz nie zauważył niczego niepokojącego. Christian natomiast upierał się, żeby lekarz zbadał Helle. W oczach młodego dziedzica pojawił się błysk podniecenia, który Helle źle zrozumiała.
    – Nie zamierzam się rozbierać przy wszystkich – rzuciła gniewnie.
    Pani Wildehede zaproponowała pośpiesznie:
    – Możesz pójść za ten chiński parawan. A mój bezczelny syn obejdzie się smakiem!
    – Ach, nikt mnie nie rozumie! – jęknął Christian. – Ale czas zadośćuczynienia się zbliża!
    Helle udała się z doktorem Jepsenem za parawan. Oddychała głęboko, odkasływała, doktor opukiwał jej łopatki, podczas gdy wszyscy pozostali w milczeniu oczekiwali diagnozy.
    Po chwili Helle ubrała się i razem ze wszystkimi zasiadła przy stole w salonie. Czuła paraliżujący strach, oddychała z drżeniem. Rozpaczliwie złapała Petera za rękę, a on pogłaskał ją czule.
    Doktor Jepsen odczekał niepokojąco długo, zanim przystąpił do rzeczy.
    – Mówisz, że jak długo leżałaś?
    – Prawie trzy miesiące.
    – Kiedy cię ostatnio badano?
    – Przedwczoraj.
    – Co mówił lekarz?
    – Nigdy nic nie mówił – odparła Helle cicho. – Kręcił tylko głową, wzdychał i zalecał spokój.
    – Czy wiesz, jak się ten doktor nazywa?
    – Nie znam jego nazwiska. Wiem tylko, że jest profesorem i prowadzi liczne wykłady.
    – Jakie bierzesz lekarstwa?
    – Jakieś białe, miętowe tabletki.
    – Miętowe? – spytał doktor zaskoczony. – Nie pamiętasz ich nazwy?
    – Nie wiem, co to za lek. Nie dostawałam całego opakowania, lecz codziennie po kilka tabletek w miseczce. I co ze mną, doktorze Jepsen? Już dłużej nie wytrzymam tej niepewności!
    Głos dziewczyny przeszedł w żałosny pisk, z trudem tłumiła płacz.
    – Przepraszam – odparł lekarz i wziął Helle za ramiona. Przez chwilę patrzył na nią z życzliwością pomieszaną z gniewem. – Nie wiem, kto prowadzi z tobą tę grę. Ale serce masz jak dzwon, dziewczyno! I nie widzę żadnych oznak, żeby kiedykolwiek coś ci dolegało!
    Helle spojrzała na doktora oszołomiona.
    – Ale przecież wchodzenie po schodach tak mnie męczyło!
    – Cztery piętra? Sam Peter Thorn by się zasapał.
    – W drodze tutaj kręciło mi się w głowie.
    – Pamiętaj, że leżałaś przez wiele tygodni, a to osłabia. Lecz najważniejszą rolę odgrywa sama świadomość choroby.
    – Nic nie rozumiem. Dlaczego ktoś…?
    – Tym musi się zająć policja – stwierdził doktor. – To sprawa kryminalna!
    – Już wezwałam policję – powiedziała pani Wildehede. – Wczoraj wieczorem ktoś przecież strzelał do Helle i Petera.
    – Czy może to mieć jakiś związek z upadkiem Helle w wieży?
    – Jak najbardziej! – odezwał się Christian. – O, już widzę za oknem naszego poczciwego Lunda. Poczekajmy, aż wejdzie, to nie będę musiał powtarzać tej samej historii.
    – Ale ja powinnam jak najprędzej zawiadomić Bernlanda – rzuciła Helle nerwowo. – Tak wiele mu zawdzięczam.
    – Nie, poczekaj trochę – zaproponował Christian. – Nie umrze bez ciebie. A ty możesz zginąć, jeśli się stąd ruszysz.
    Policjant Lund, którego wszyscy poza Helle dobrze znali, wszedł do salonu, krępy i pewny siebie. Przywitał się bardzo uprzejmie z panią Wildehede, a następnie zwrócił się do młodych. Także lekarz pozostał w salonie, ponieważ uczestniczył w wydarzeniach od samego początku i pragnął się dowiedzieć, cóż to za „dziwną zupę gotowano na złotym ptaku”, jak to określił Christian.
    – O, znowu tu jesteś, pechowy ptaszku? Niech no usłyszę, o co w tym wszystkim chodzi – przywitał się z Helle policjant Lund.
    Helle opowiedziała o tym, co spotkało ją w ciągu ostatnich kilku miesięcy aż do diagnozy doktora Jepsena, której znaczenia sama jeszcze do końca nie pojmowała Nie zdając sobie z tego sprawy, przez cały czas ściskała Petera za rękę, bezwiednie wbijając w nią paznokcie. Tylko leśniczy wiedział, ile kosztowało ją zachowanie spokoju.
    Potwierdził zeznania dziewczyny dotyczące strzałów w zatoce.
    – Czy nawet przez moment nie widzieliście, kto strzelał?
    – Nie, strzały dochodziły z zarośli na drugim brzegu.
    – Powinniście wezwać mnie wczoraj wieczorem.
    – Wiem o tym, ale nie było nikogo w majątku, a nie mogłem zostawić Helle samej. Doznała szoku i panicznie się bała.
    Zamilkł.
    Lund głęboko wciągnął powietrze.
    – Racja. Czy możemy teraz wysłuchać opowieści dziedzica? Twierdzi pan, że wie, w jaki sposób te dramatyczne wydarzenia ze sobą się wiążą.
    – Nie do końca. Ale coś niecoś podejrzewam.
    – No to słuchamy!
    Christian poprawił się na sofie.
    – Do diabła, Thorn, przydałaby mi się teraz słodka dziewczyna, do której mógłbym się przytulić. Ale wygląda na to, że ona woli ciebie.
    Helle szybko cofnęła rękę, zaskoczona, że przez cały czas trzymała ją w dłoni Petera.
    – No więc, kiedy pan zaczął się czegoś domyślać? – spytał policjant.
    – W bibliotece. Po odwiedzeniu wszystkich wydawnictw, gdzie pytałem o autorkę Helle Strøm, siedziałem w bibliotece i przeglądałem stare zapiski dotyczące zamku Vildehede, wierząc, że znajdę w nich jakąś wzmiankę o złotym ptaku. Tak się nie stało, ale przypadkiem odkryłem coś innego. Mamo, wiele wskazuje na to, że należą się nam jakieś pieniądze, spadek, który gdzieś przepadł.
    – To byłoby wspaniale, Christianie, ale do rzeczy!
    – No więc, kiedy tak tam siedziałem, do bibliotekarki podeszła kobieta i szeptem spytała, czy nie mają przypadkiem powieści „Elisabeth Engman” Bo Bernlanda.
    Helle drgnęła. Dziwne, że nawet on jest w to zamieszany.
    Christian mówił dalej:
    – Owa kobieta właśnie przeczytała wspaniałe recenzje tej książki w szwedzkiej gazecie, którą trzymała w ręku. Miała to ponoć być świetnie napisana powieść, lecz mimo to wywołała skandal ze względu na drastyczność niektórych scen. Bibliotekarka odparła, że książka jeszcze nie dotarła ze Szwecji. Kobieta poszła, zostawiając gazetę, należącą do biblioteki. Ani bibliotekarka, ani ja nie wierzyliśmy w jej zapewnienia, że interesuje ją tylko wartość literacka utworu. Dlatego wziąłem gazetę i z wrodzonej ciekawości zacząłem czytać recenzję dzieła nieznanego mi Bernlanda. I co znajduję? Najpierw kilka słów o „zdumiewającej jakości, subtelnym portrecie kobiecej postaci groteskowo zeszpeconym najgorszego typu pornografią”. A więc jest to powieść dość szczególnie skomponowana, która świetnie się w Szwecji sprzedaje, prawdopodobnie ze względu na sceny pornograficzne. Ale, słuchajcie, dalej znajduję cytat z pierwszego rozdziału, jest to opis bohaterki. Nie pamiętam teraz dokładnie poszczególnych słów, ale rozpoznałem tekst od razu!
    Przerwał. Wszyscy czekali w napięciu.
    – Pochodził z powieści „Tęsknota”, którą napisała Helle.
    – Co???
    Trudno powiedzieć, kto zareagował tym pytaniem. Prawdopodobnie zawołali wszyscy naraz. Helle czuła w głowie pustkę, nie mogła zebrać myśli.
    – Lecz ja nie pisałam żadnych scen pornograficznych – zauważyła cicho.
    – Nie, oczywiście, że nie – potwierdził Peter. – Powieść Helle jest na wskroś subtelna.
    – Nie przeczę – dodał Christian. – Lecz na wszelki wypadek zdobyłem dziś jeden egzemplarz. Nie było to łatwe, ale wykorzystałem wszystkie znajomości. Książka zostanie zresztą prawdopodobnie wycofana ze sprzedaży w Szwecji ze względu na zbyt odważną treść. Niestety jej autor zarobił już na niej fortunę.
    Dziedzic cisnął „Elisabeth Engman” na stół.
    Natychmiast wyciągnęło się po książkę wiele rąk, lecz pozwolono, by dostała się policjantowi. Wszyscy jednak skupili się za jego plecami, żeby zajrzeć do środka.
    – Nigdy nie widziałam powieści Bo Bernlanda, ponieważ czytałam tylko te książki, które mi przynosił. Wiedziałam jedynie, że jego utwór wspaniale się sprzedaje. Dziwiło mnie co prawda nazwisko kobiety w tytule, sam przecież przyznał, że nie potrafi kreślić kobiecych postaci – Helle westchnęła. – Ale to przecież moja powieść! Podpisana innym nazwiskiem. Dlaczego…?
    – Poczekaj – przerwał jej Christian. – Przyjaciel, od którego pożyczyłem książkę, polecił mi stronę sześćdziesiątą siódmą. Zajrzyjmy tam.
    Niejasne uczucie bezsilnej rozpaczy budziło się powoli w skołatanym umyśle Helle, lecz jeszcze nie pojmowała rozmiaru tragedii.
    Nastała cisza, wszyscy próbowali czytać jednocześnie.
    – Ten pierwszy fragment jest autorstwa Helle – rzekł Peter. – Ale następnego nie poznaję. Nie, na Boga!
    – Fe, co za obrzydliwa papka! – przerwał lekarz.
    – Nie zamierzam tego czytać dalej – rzucił Peter wstrząśnięty, odwracając się ze wstrętem.
    Jedynie Christian pochłaniał tekst z błyszczącymi oczami.
    W końcu Helle uświadomiła sobie rozmiar katastrofy. Zaczęła cicho łkać.
    – Moja powieść! Została całkiem zniszczona! Tyle nad nią pracowałam! I byłam z niej taka dumna! Nigdy już żadne wydawnictwo jej nie wyda! O Boże…
    Dziewczyna bez sprzeciwu pozwoliła się ułożyć na sofie. Całym jej ciałem wstrząsał szloch. Peter usiadł obok, próbując ją jakoś pocieszyć, ale co miał powiedzieć?
    Łzy Helle kapary na jedwabną poduszkę z wyszywanym rajskim ptakiem.
    – Co za wstyd, Peter! – łkała. – W jaki sposób wyzwolę się z tej hańby?
    Peter gładził dziewczynę po plecach i szeptał jej do ucha:
    – Nie martw się, dorwiemy tego Bernlanda. Nie spoczniemy, póki ci wszystkiego nie wynagrodzi.
    – Oczywiście – mruknął Lund. – Ale to nie będzie takie proste.
    – Próbowałam ukazać w mojej książce kobietę jak najdelikatniej i z uczuciem – szlochała Helle niepocieszona. – Jak można było zrobić coś takiego?
    Christian skończył czytanie.
    – Teraz wiemy, dlaczego sam dobierał ci lektury. Zdemaskowanie tego drania i ukazanie ludziom prawdy nie powinno chyba sprawić problemu.
    – Proste też nie będzie – zauważył policjant. – Podejrzewam, że Bernland będzie utrzymywał, że to jego utwór, a Helle Strøm jest tylko bezczelną oszustką.
    Helle usiadła, zasłoniwszy usta ręką.
    – O Boże! Moja nowa powieść, którą wczoraj ukończyłam, nadal znajduje się w mieszkaniu Belli!
    Lund chciał zakląć, lecz w porę się opanował.
    – Powiedz mi, czy jeszcze w jakieś twoje powieści ten człowiek wsadził swoje łapy?
    – Dwie wcześniejsze – żałośnie pisnęła dziewczyna przez łzy. – Nie są wiele warte, ale nie dostałam ich z powrotem. Bernland powiedział, że zatrzymał je dyrektor wydawnictwa, ponieważ zamierza je przeczytać. On powinien znać moje nazwisko.
    Policjant sceptycznie pokręcił głową.
    – Czy w swoich poszukiwaniach nie ominął pan żadnego wydawnictwa w Kopenhadze, panie Wildehede?
    – Pytałem we wszystkich. I w żadnym nikt nie przypomina sobie nazwiska Helle Strøm.
    Helle jęknęła zrozpaczona.
    – Jeżeli dobrze zrozumiałem – rzekł Lund – to dyrektor wydawnictwa nigdy nie słyszał o Helle Strøm ani o jej powieściach. Trafiły bezpośrednio do Bo Bernlanda, a on je zatrzymał. Nie mówiąc pani ani słowa o tym, jaką mają wartość.
    – Czy możemy tę rozmowę przełożyć na później? – przerwał stanowczo doktor Jepsen. – Przede wszystkim trzeba dać dziewczynie odpocząć. Potrafię sobie wyobrazić, że czuje, jakby cały świat się zawalił. Dam jej coś na uspokojenie i może jechać do domu…
    – Do domu?! – wykrzyknął Peter. – Do Bernlandów? Nigdy w życiu!
    – Nie, oczywiście, że nie tam, ale ma chyba swój dom u rodziców?
    – Nie, nie ma. To dlatego Bernland mógł ją bezkarnie wykorzystywać.
    Na moment zapadła cisza. Wszyscy próbowali sobie wyobrazić, co Helle musiała przejść w ciągu ostatnich miesięcy.
    Christian odezwał się pierwszy:
    – Helle może oczywiście dostać pokój u nas na pierwszym piętrze, prawda, mamo?
    – Naturalnie – odpowiedziała spokojnie pani Wildehede. – Ale nie sądzę, że byłoby to najlepsze rozwiązanie. Helle znajdzie się tym sposobem w kolejnym nowym miejscu, w którym zostanie sama, dręczona ponurymi myślami. Tego chyba ma już dość. Nie, wszyscy widzimy, do kogo lgnie i przy kim się czuje bezpieczna. Jak tam, Thorn, czy Helle mogłaby przenocować u ciebie jeszcze raz? Uważam cię za człowieka honoru.
    – Oczywiście – odparł Peter tak ponuro, że Helle pomyślała z obawą, że pewnie nie życzy sobie jej obecności.
    – To całkiem rozsądna propozycja – uznał lekarz. – Dziewczyna potrzebuje opieki.
    – Ty szczęściarzu! – szepnął Christian do Petera.
    – Czekajcie chwilę! – rzucił nagle policjant Lund. – Wiemy, że ktoś usiłuje Helle zabić. Czy w leśniczówce jest wystarczająco bezpiecznie?
    – Tak, mam broń – odparł Peter. – I czujnego psa, który w porę ostrzega przed obcymi.
    – To dobrze. W takim razie natychmiast jadę do miasta złożyć wizytę Belli Bernland. Helle, czy masz jakiś dowód na to, że napisałaś te powieści? Brudnopisy albo coś podobnego?
    – Wszystko, co mam, jest u Belli.
    – To niedobrze – westchnął.
    – Poza rękopisem „Tęsknoty” – zauważył Peter. – Jest u mnie.
    – Świetnie – rzucił policjant zadowolony. – Może stanowić bezcenną pomoc. Niech się pan pospieszy, Thorn, zabierze dziewczynę do domu i zabezpieczy rękopis, by nikt go nie ukradł!
    Doktor Jepsen wręczył Peterowi kilka tabletek dla Helle, które powinny uspokoić jej nerwy i pozwolić zasnąć.
    – Nie są to jednak pastylki miętowe – ostrzegł. – Więc pilnuj ich! Dziewczyna może wpaść w depresję.
    Peter skinął głową.
    Helle miała spuchnięty nos i zaczerwienione oczy.
    – Ale kim jest ten drugi mężczyzna? – spytała pochlipując. – Ten, który…
    – Spokojnie – odparł policjant. – Zostało jeszcze sporo zagadek. Na pewno je rozwiążemy. Nie kłopocz się tym, idź grzecznie z Peterem i rób, co ci każe!
    – Teraz masz szansę, Thorn! – mrugnął porozumiewawczo Christian.
    – Helle jest jak bezbronne dziecko znalezione w lesie i nigdy nie będzie dla mnie kimś innym!
    Słowa te z niejasnych powodów jeszcze bardziej przygnębiły dziewczynę.

ROZDZIAŁ VIII

    Helle i Peter szli przez las w stronę leśniczówki. Dziewczyna ledwie powłóczyła nogami, odurzona lekarstwem od doktora Jepsena. Peter musiał ją niemal ciągnąć za sobą.
    – Podnoś nogi, droga Helle – skarcił ją łagodnie, kiedy po raz kolejny potknęła się o korzeń.
    – Jestem dla ciebie ciężarem – mruknęła.
    – Bzdura! Chodź szybciej, niepokoję się o Zara. Już tak długo jest sam, a jeżeli ktoś…
    – Dobrze – odparła Helle, próbując przyspieszyć. – Jestem tylko taka zmęczona, Peter.
    – Zaraz będziemy na miejscu. Nie, to nie ma sensu – rzucił niecierpliwie, kiedy ponownie się zatrzymała i oparła o pień drzewa.
    Przystanął, po czym wziął dziewczynę na ręce i zaniósł do domu.
    – O, jak dobrze – uśmiechnęła się sennie. – Jesteś taki silny…
    Zasypiała.
    Czuła niewyraźnie, jak Zar trąca ją nosem. W mieszkaniu było tak ciepło.
    – Peter…
    Mówienie przychodziło jej z trudnością.
    – Tak? Nie zasypiaj jeszcze, przygotuję ci posłanie.
    Helle zebrała wszystkie siły.
    – Zmarzłeś dziś w nocy na podłodze.
    – Nie było tak źle.
    – A ława… Można ją chyba rozłożyć?
    Pochylił się nad dziewczyną.
    – Nie słyszę, co mówisz. Ława? Nie, to nie przystoi.
    – Dlaczego nie? – spytała, choć język jej się plątał. – Przecież mówisz, że jestem tylko dzieckiem. Chociaż czytałeś moją powieść, twierdzisz, że jestem tylko dzieckiem…
    – Chciałbym, abyś nim była, Helle.
    – Dlaczego ty masz marznąć? Poza tym na tej ławie było tak twardo…
    W głosie Petera brzmiało rozbawienie, ale być może tylko udawał.
    – Mówisz, jakbyś była zalana w pestkę. Myślę, że doktor dał ci za dużo tabletek.
    – To nic! Zasnę jak kamień.
    – No dobrze – mruknął. – Mogę rozłożyć ławę, żeby ci było wygodniej, ale ja położę się na podłodze. A zresztą jeszcze daleko do nocy. Spij dobrze, moja mała, będę przy tobie. Twój rękopis jest bezpieczny, sprawdziłem to.
    Nie otrzymał odpowiedzi. Helle już prawie spała, siedząc w fotelu, podczas gdy Peter ścielił dla niej posłanie. Przez moment zatrzymał się, chwyciwszy drewnianą krawędź, gotów rozłożyć ławę, ale zrezygnował. Ostrożnie zaczął rozwiązywać buty dziewczyny.
    Policjant Lund niezwłocznie wyruszył do miasta. Trzeba kuć żelazo póki gorące.
    Od razu udał się pod wskazany adres. Otworzyła mu Bella Bernland ubrana w obszerną, czerwoną tunikę. Czuć było, że piła.
    – Kto? Helle Strøm? Nigdy nie słyszałam tego nazwiska.
    A więc tak to wykombinowali! pomyślał Lund.
    – Otrzymaliśmy informację, że dziewczyna tu mieszka. Mam zabrać jej rzeczy. Czy mogę wejść?
    – Proszę – rzuciła Bella chłodno.
    Helle wytłumaczyła dokładnie, gdzie znajdował się jej pokój. Policjant skierował się prosto w tę stronę.
    Zatrzymał się w drzwiach. Nie zauważył żadnego śladu, by ktoś inny tu mieszkał w ciągu ostatnich tygodni. Ujrzał maleńką klitkę, bez sofy lub łóżka, umeblowaną wytwornie w stylu rokoko.
    Lund odwrócił się w stronę właścicielki mieszkania.
    – Co pani zrobiła z rzeczami dziewczyny?
    – Nie wiem, o jakiej dziewczynie pan mówi, ale proszę bardzo! Niech pan przeszuka wszystkie pokoje! – rzuciła zirytowana. – I strych także. Łącznie z piwnicą i śmietnikiem!
    Lund wziął Bellę za słowo.
    Pół godziny później stanął na ulicy. Nie znalazł najmniejszego dowodu na to, że Helle tu mieszkała. A co najgorsze – ani śladu jakichkolwiek brudnopisów czy nowego rękopisu. Za to ogromne ilości pustych butelek po winie!
    Potem poszedł do wydawnictwa, do którego Helle wysłała swoją powieść pod tytułem „Tęsknota”.
    Zaprowadzono go do dyrektora, starszego, otyłego jegomościa, który z trudem mieścił się w krześle.
    Dyrektor wciągnął głęboko powietrze.
    – Czyżby nawet policja interesowała się osobą Helle Strøm? Jakiś czas temu szukał jej tutaj pewien młody człowiek, ale niestety, muszę panu odpowiedzieć to samo, co jemu: Nie mamy nazwiska tej dziewczyny w naszych dokumentach.
    – Czy rękopisy trafiają bezpośrednio do redaktorów, zanim jeszcze pan je przejrzy?
    – W zasadzie nie, ale czasem to się zdarza. Jeżeli mnie nie ma albo kiedy redaktor odbiera pocztę i zainteresuje go jakiś rękopis…
    – Ten młody człowiek, który do pana przychodził, Christian Wildehede, pytał o jednego z pracujących tu redaktorów, prawda?
    Dyrektor zastanowił się. Jedynie jego ciężki oddech zakłócał ciszę panującą w pokoju.
    – Tak, pytał. Ale niestety nie mogłem mu pomóc.
    – Ponieważ nie znał dokładnie nazwiska osoby, której szukał. Wydawało mu się, że brzmiało Sundman, Brunman albo Stenman.
    – Tak, zgadza się. Natychmiast pomyślałem o jednym z naszych redaktorów.
    – O Bo Bernlandzie?
    – Właśnie! Ale ponieważ zainteresowany był obecny przy tej rozmowie i sam nie zareagował, pomyślałem, że to nie jego miał na myśli Christian Wildehede.
    – Co pan mówi? – zdumiał się policjant, prostując się na krześle. – Czy Bernland wtedy tutaj był?
    – Tak, u mojej sekretarki za tą ścianą…
    Część pokoju została oddzielona dodatkową ścianką. Lund wstał i zajrzał za przepierzenie. Nikogo teraz w pomieszczeniu nie było, stało tam biurko, a wzdłuż ścian mnóstwo szaf z dokumentami. Bernland mógł spokojnie przysłuchiwać się stąd rozmowie między Christianem a dyrektorem, nie będąc zauważony.
    – To wiele wyjaśnia w naszej sprawie – rzekł Lund, wracając na miejsce. – Czy mogę osobiście porozmawiać z Bernlandem? Jest teraz w pracy?
    – Nie. Zrezygnował jakiś czas temu. Tuż po wizycie tego młodego szlachcica. Odniósł wielki sukces dzięki wątpliwej jakości książce wydanej w Szwecji i teraz zamierza całkowicie poświęcić się pisarstwu.
    – Czy czytał pan tę książkę?
    – Tak.
    Lund zaczerpnął powietrza.
    – Czy zaryzykowałby pan twierdzenie, że została napisana przez dwie osoby?
    Dyrektor wyjrzał przez okno.
    – To zdumiewający utwór – rzekł po chwili. – Czytałem wcześniej kilka prób Bernlanda, które zresztą odrzuciłem. W tej powieści w najwyższym stopniu zaskoczył mnie niezwykle trafny i pełen wyczucia portret postaci kobiecej. Natomiast mniej zdziwiły mnie sceny pornograficzne, które prawdopodobnie włączył, by książka się lepiej sprzedawała.
    – Włączył, tak! – przytaknął policjant. – A więc mamy tu do czynienia z dwoma zupełnie odmiennymi stylami?
    – Chyba tak… Ale do czego pan zmierza?
    – Helle Strøm napisała piękną powieść kobiecą. Nadała jej tytuł „Tęsknota”. Wysłała ją do pańskiego wydawnictwa i z niecierpliwością czekała na odpowiedź. Tymczasem rękopis wpadł w ręce Bernlanda. Ów redaktor dołączył od siebie fragmenty pornograficzne niszcząc całą pracę autorki, i wydał książkę pod własnym nazwiskiem. Helle przeżywa teraz głębokie załamanie nerwowe.
    Dyrektor gwizdnął cicho.
    – To dlatego wydał książkę w Szwecji. Ale, na Boga, to przecież wielki skandal!
    – Tak, a najgorsze jest to, że zdobył wszystko, co dziewczyna do tej pory napisała. Wszystkie szkice, notatki plus dwa wcześniejsze rękopisy i jeden nowy, ukończony wczoraj.
    – No tak. Słyszałem, że wkrótce ma się ukazać w Szwecji jego nowa powieść.
    Lund jęknął.
    – Z pewnością jeden ze starszych utworów Helle, który po swojemu przerobił. Proszę sobie wyobrazić, że trzymał dziewczynę w całkowitej izolacji, w mieszkaniu swojej ciotki. Wmówił przy tym Helle, że jest poważnie chora na serce i nie może wejść czterech pięter po schodach. No i przez cały czas zachęcał ją do pisania.
    – Co za cynizm!
    – No właśnie. Na szczęście dziewczynie udało się wczoraj wymknąć i dotrzeć do swoich przyjaciół w Vildehede, jest więc teraz bezpieczna. Ocalał też oryginalny rękopis „Tęsknoty”, to prawdziwy cud. Przypadek sprawił, że dziewczyna pożyczyła go pewnemu młodemu człowiekowi. Bernland sądzi, że utwór został spalony. Jednak pozostałe rękopisy…
    – To może być trudna sprawa. Nie ma żadnych dowodów oprócz zeznań zainteresowanych. Biedna dziewczyna!
    – Jest jeszcze coś. Ten drań musi mieć pomocników. Wkrótce po tym, jak Bernland podsłuchał pańską rozmowę z Christianem Wildehede, młody dziedzic został napadnięty. Prawdopodobnie przez tego samego mężczyznę, który usiłował pozbawić życia Helle Strøm. Wiemy, że miał długie wąsy. Oprócz niego i ciotki Belli w spisku brał również udział lekarz. A więc trzech pomocników.
    Dyrektor potrząsnął głową.
    – Niewiele wiem o prywatnym życiu Bernlanda. Tyle tylko, że był żonaty i lubi wystawne życie. Często pokazuje się w eleganckich restauracjach z pięknymi kobietami. Ale nie sądzę, by wiązały go z nimi jakieś głębsze uczucia.
    – Tak, wygląda na bardzo wyrachowanego. Sprawiłoby mi ogromną radość, gdyby udało się go zdemaskować.
    – Może pan liczyć na moją pomoc, jeżeli zajdzie potrzeba! To skandal, że mój pracownik dopuścił się takiego plagiatu!
    Helle obudziła się późnym wieczorem. Na początku nie mogła sobie przypomnieć, gdzie się znajduje. Dziwne posłanie, lampa naftowa, rzucająca słabe światło na biało malowane ściany i sufit, ciche pochrapywanie psa.
    Zar. To dom Petera!
    Jakże się uspokoiła. Jak ucieszyła.
    Przestraszona przesunęła ręką wzdłuż ciała. Miała na sobie tylko bieliznę.
    Czy sama się rozebrała? Nie, nie była w stanie. W takim razie to…
    Poczuła, jak zapłonęły jej policzki. Peter ją rozebrał. Zdjął jej suknię, buty, pończochy…
    Jakie to dziwne uczucie! Coś w rodzaju frywolności połączonej ze wstydem.
    Peter…
    Helle usiłowała przywołać w pamięci jego obraz… Kręcone, niesforne włosy. Ciepłe oczy, usta, które szeroko się uśmiechały, ale potrafiły też być bardzo poważne, niemal groźne. Bardzo męska sylwetka. Czy to właśnie owa męskość tak bardzo ją przerażała? To, że nie był już chłopcem, lecz dojrzałym mężczyzną? Przerażało ją to i jednocześnie pociągało.
    Tak, ciało, głos i oczy, wszystko w nim ją pociągało. Ale on nie może się o tym dowiedzieć! Ani też o tym, że bardzo chciałaby, aby znalazł się tuż obok.
    O Boże, o czym ja myślę?
    Serce Helle zaczęło bić jak szalone. W swej naiwności zaproponowała mu, by położył się spać na ławie, razem z nią! Jak mogła być tak dziecinna?
    Co innego pisać i tęsknić do wymyślonych, nierealnych postaci, a zupełnie co innego znaleźć się tuż obok żywego mężczyzny z krwi i kości i nagle poczuć jego bliskość, bliskość istoty przeciwnej płci. Jednocześnie przecież bardzo wysoko oceniała Petera Thorna jako człowieka.
    Helle westchnęła z drżeniem. Nagle zgrzytnęło przesuwane krzesło i Peter wstał od stołu, gdzie siedział i pisał. Podszedł do ławy, zatrzymał się i przyglądał się z góry dziewczynie, wyprostowany, postawny i bardzo przystojny w swym mundurze leśniczego, w koszuli rozpiętej pod szyją.
    Helle zdawało się, że widzi go po raz pierwszy w życiu. Była tak wstrząśnięta, że wstrzymała oddech, patrząc na Petera szeroko otwartymi oczami.
    – A więc już się obudziłaś – odezwał się z uśmiechem. – Jak się czujesz?
    Chwilę trwało, zanim zdołała odpowiedzieć:
    – D… dobrze.
    Zmarszczył czoło i spojrzał na nią pytająco.
    – Jesteś głodna?
    – Nie wiem. Nie zastanawiałam się.
    – Na pewno jesteś. Przygotowałem ci coś do jedzenia. Usiądź, zaraz przyniosę.
    – Nie, wołałabym usiąść przy stole. Nigdy nie lubiłam jeść w łóżku.
    Uśmiechnął się ze zrozumieniem.
    – Ja też nie. Proszę, weź ten koc i okryj się.
    Odwróciła się plecami, wychodząc spod kołdry.
    – Na dworze już ciemno – zauważyła, poklepując Zara.
    – Tak, zrobiło się późno. Włóż pantofle, bo się przeziębisz.
    Założenie ogromnych męskich pantofli okazało się niełatwe, gdy obie ręce dziewczyny zajęte były przytrzymywaniem koca, tak by się nie zsunął jej z ramion.
    Helle wydawało się, że między nią a Peterem wytworzyło się jakieś dziwne napięcie. Spytała z wahaniem:
    – Czy mogę na moment wypożyczyć Zara? Muszę wyjść. Chciałabym też się trochę umyć…
    – Oczywiście. Ale najpierw sprawdzę, czy na zewnątrz jest bezpiecznie.
    Wreszcie dziewczyna usiadła przy stole, drżąc od chłodu, który panował na dworze.
    – Ależ ty nic nie jesz, Helle. Siedzisz i dłubiesz w talerzu.
    – Nie jestem głodna – mruknęła. – Chyba zbyt wiele dziś przeżyłam.
    – Rozumiem – powiedział, nie rozumiejąc ani trochę. – Może dać ci następną tabletkę nasenną, żeby nie nachodziły cię czarne myśli?
    Helle musiała się roześmiać.
    – Czy myślisz, że proszki nasenne zaradzą wszystkim kłopotom?
    Zamilkła przestraszona. Peter poczuł się nieswojo.
    – Co się stało, Helle? Dlaczego tak dziwnie przez cały czas na mnie patrzysz? Jakbym przybył z innej planety?
    Wydaje mi się, że przybyłeś, pomyślała. Ukochana istota. Nigdy przedtem nikogo nie kochałam. Dlaczego musiałam wybrać właśnie tego, który nie potrafi dostrzec we mnie kobiety?
    Helle nie mogła zrozumieć samej siebie. To dziwne, że oto siedzi, przytrzymując kurczowo koc w obawie, że Peter zobaczy zbyt wiele jej ciała, a jednocześnie coraz bardziej pragnie zwrócić na siebie jego uwagę. Czego właściwie chce?
    Wydawał się taki dojrzały, taki męski. Helle uważnie śledziła ruchy jego rąk… A kiedy czasem przypadkiem musnęły jej skórę, drżała i płonęła. Wszystko w nim zdawało się objawieniem.
    – Nie wiem – odparła zmieszana. – Jestem jakaś nieswoja, to pewnie za sprawą lekarstwa. Musisz mieć dla mnie dużo cierpliwości.
    – Mam, przecież o tym wiesz.
    Nagle Zar się poderwał. Z jego gardła wydobywało się głuche warczenie.
    Peter natychmiast zgasił lampę i podszedł do okna. Helle wystraszona podążyła za nim niezgrabnie, owinięta w koc.
    Okno było nieduże, musiała więc stanąć bardzo blisko leśniczego, żeby cokolwiek zobaczyć.
    Na zewnątrz panowała zupełna ciemność. Dziewczyna stała za plecami Petera, czując ciepło, bijące od niego niczym elektryzująca siła i przyprawiające ją niemal o udrękę.
    O dobry Boże, pozwól mi uniknąć tego bólu, poprosiła.
    Ale czy naprawdę tego chciała? Czy to nie cudowne cierpienie? Czy nie jest tak, że jej życie jakby nagle wypełniło się ekstatycznym napięciem?
    Gdyby tylko dostrzegł w niej kobietę! To bardzo męczące nieustannie grać rolę wystraszonego króliczka, kiedy odczuwa się tak szczególne pragnienia!
    Zar stał przy drzwiach ze zjeżoną sierścią. Groźnie warczał, gotów wybiec na dwór i bronić swego pana. I swej pani, dodała w myślach Helle.
    Peter odwrócił się, żeby przynieść broń, i niechcący zderzył się z dziewczyną.
    – Przepraszam – szepnął i pomógł poprawić koc, który przypadkiem zsunął się nieco z jej ramion. Następnie pośpiesznie ruszył ku ścianie, na której wisiała strzelba.
    – Widziałeś kogoś? – spytała Helle cicho.
    – Nie, ale trzeba być przygotowanym na wszystko. Ty patrz przez drugie okno!
    Ach, ci mężczyźni, niczego nie rozumieją!
    – Chcę być przy tobie – jęknęła żałośnie.
    – Tu w domu jest bezpiecznie. Pospiesz się!
    Znowu została odtrącona.
    Podskakując, zbliżyła się do drugiego okna po przeciwnej stronie pokoju, z widokiem na zatokę. Na zewnątrz panowała przerażająca cisza. Helle słyszała, jak Peter ładuje broń, i ciarki jej przeszły po plecach.
    Oczy dziewczyny powoli zaczęły się przyzwyczajać do ciemności. Mogła odróżnić powierzchnię zatoki pomiędzy z rzadka rosnącymi drzewami oraz nieco ciemniejszy zarys przeciwległego brzegu.
    Nagle coś zaszeleściło za oknem, przy którym stała. Zaraz potem rozległ się trzask łamanej gałęzi. Zar zaskowyczał zaskoczony. Peter podbiegł z bronią, Helle pisnęła z przerażenia. Zapanowało zamieszanie. W następnej sekundzie za oknem zamajaczyły poroża dwu jeleni, dumnie kroczących tuż obok leśniczówki.
    Helle zdała sobie nagle sprawę, że kurczowo trzyma Petera za ramię, a koc, którym była otulona, zupełnie zsunął się na podłogę.
    – Ależ Helle, to tylko jelenie!
    Drżała ze strachu – i być może jeszcze z innego powodu – i nie chciała się odsunąć. Peter czule pogładził ją po plecach.
    – Tak, moje biedactwo, to dla ciebie zbyt wiele…
    Uniosła głowę i przytuliła policzek do jego twarzy.
    – Już dłużej tego nie zniosę, Peter. Nie odchodź ode mnie!
    – Przecież jestem z tobą – powiedział, nadal niczego nie rozumiejąc. Ostrożnie odłożył strzelbę na stół, by mieć wolne obie ręce.
    Helle przywarła do niego, żałośnie pochlipując. Nie mogąc się opanować, przesuwała wargami po jego policzku, oszołomiona tak, że drżała na całym ciele i ledwie mogła oddychać. Peter na moment znieruchomiał, lecz nie protestował i szeptał swojemu zajączkowi uspokajające słowa. Zdumiał się nagle, uświadamiając sobie, że jakiś dziwny to zajączek, skoro budzi w nim takie niezwykłe uczucia! Jakże zapragnął odwrócić głowę, poczuć zapach skóry dziewczyny, dotknąć jej wargami…
    Okazała się jeszcze bardziej delikatna, jeszcze cudowniejsza, niż się spodziewał. Te nagie ramiona pod jego dłońmi, to szczupłe ciało, które tak idealnie przylegało do jego ciała… Cóż za dziwne ciepło się w nim obudziło? Wszystko zdawało się tak nieziemsko słodkie i jednocześnie tak pełne bolesnej niemal tęsknoty… A gdyby jego usta poszukały jeszcze o mgnienie dłużej…
    Kiedy napotkał wargi Helle, obojgu zaparło dech i wszystko wokół zawirowało…
    Z oszołomienia wyrwało Petera szczekanie Zara.
    Leśniczy odskoczył od dziewczyny.
    – Wybacz mi, Helle, ja… nie wiem, jak to się stało. Nie chciałem tego i obiecuję ci, że to się więcej nie powtórzy. Możesz być spokojna.
    Helle stała na środku pokoju bezradna i zrezygnowana, nie mogąc zebrać myśli.
    Jakże mogła podjąć się pisania o tęsknocie za miłością? Ona, która nigdy nie podejrzewała nawet, że to takie silne uczucie? Fizyczna tęsknota… Jak mogła używać takich słów, skoro nie znała ich znaczenia?
    Dopiero teraz mogłaby napisać powieść. Teraz bowiem wiedziała, o czym mówi.
    Usłyszała głos Petera.
    – Zapomniałem ci dać środek nasenny. Lepiej, żebyś go wzięła, to nie będziesz się dręczyć myślami.
    Peter wydawał się taki obojętny. Jak gdyby nic się nie stało!
    – Daj mi kilka tabletek – niemal syknęła. – Na pewno będę ich potrzebować!

ROZDZIAŁ IX

    Peter leżał, nie mogąc zasnąć. Na zewnątrz zimowa noc, niema i czarna, otulała dom. Powinienem choć trochę odpocząć, pomyślał zdesperowany. W ciągu ostatniej doby miałem zbyt mało snu, a podejrzewam, że jutrzejszy dzień będzie niełatwy.
    Jak to się mogło stać? Biedna dziewczyna, nic chyba jeszcze nie rozumie! Być może znienawidzi mnie za to, że straciłem głowę. Pocałowałem ją! Właśnie teraz, kiedy potrzebuje spokoju i poczucia bezpieczeństwa. Pewnie nigdy mi tego nie wybaczy.
    Ale była dziwnie łagodna i uległa. I pisała przecież w swej powieści…
    Nie, Helle na pewno nie jest taka, jak te lekkomyślne kobiety, igrające z uczuciami mężczyzn i w końcu zrywające z nimi ze śmiechem na ustach. Nie, to moja wina, omal nie uwiodłem niewinnego dziecka.
    Ale nie miałem zamiaru jej pocałować. Absolutnie! Co za nieposkromiona siła sprawia, że mężczyzna staje się taki bezradny, niemal traci świadomość? Zmusza go do rzeczy, których…
    Jak miękkie i ciepłe były jej wargi! A jak miłe te drobne ręce obejmujące go za szyję!
    Nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, jakby przyciągany nieznaną siłą, Peter wstał i podszedł do ławy. Zapalił lampkę.
    Helle spała. Długie rzęsy rzucały cień na policzki. Wydawała mu się najpiękniejszą istotą, jaką kiedykolwiek widział.
    Powoli opadł na kolana i dotknął jej skóry. Twarz dziewczyny okalały lekko kręcące się włosy. Zakręcił jeden z kosmyków wokół palca.
    Środek nasenny działał, Helle nawet się nie poruszyła, kiedy opuszkami palców dotykał ostrożnie jej ust.
    Była taka piękna! Jakie delikatne krągłe ramiona… Muszę ich dotknąć, muszę!
    Peter nie zauważał, że oddycha ciężko, nierówno i z drżeniem. Nie zastanawiając się dłużej nad tym, co robi, przesuwał dłonią po nagiej skórze Helle, czule, niemal bojaźliwie, tam i z powrotem.
    Kobieta… Nie, to przecież dziecko, nie wolno mu o tym zapominać!
    Ale powieść, którą napisała, świadczyła o niepojętej głębi uczuć tej drobnej istoty. I te niezwykłe doznania, które go wypełniły, kiedy znalazła się tak blisko…
    Peter podniósł się gwałtownie, przerażony namiętnością, która obudziła się w nim na nowo. Wrócił na swe prowizoryczne posłanie na podłodze.
    Nie mógł jednak zasnąć. Z westchnieniem przekręcił się na brzuch, ukrył twarz w poduszce i ściskając dłońmi brzegi materaca, marzył, że trzyma w swych objęciach Helle. Szeptał jej imię tak cicho, że nawet pies go nie słyszał.
    Następnego dnia Peter obudził się jako ostatni Od razu poczuł zapach świeżo zaparzonej kawy i pieczonego chleba.
    Usiadł na posłaniu pełen poczucia winy. Helle krzątała się po mieszkaniu i nakrywała do stołu. Zar deptał jej po piętach.
    – Piekłaś chleb? – spytał zaspany.
    – Tak, znalazłam na półkach wszystko, co potrzebne. Mam nadzieję, że nie zrobiłam nic złego?
    – Nie, nie, ani trochę, wręcz przeciwnie! O rany, jak długo spałem!
    Szybko się ubrał, podczas gdy Helle zajęta była przy kuchence. Następnie sprzątnął swoje „łóżko”.
    – Przyniosę trochę drewna – mruknął, nie wiedząc, jak powinien się tego ranka odnosić do dziewczyny.
    Kiedy wrócił, siedziała już przy stole i poprosiła go, by także usiadł.
    Helle cały czas uparcie spuszczała wzrok.
    W końcu Peter uznał, że cisza jest zbyt uciążliwa.
    – Helle, wczoraj wieczorem… Żału…
    – To się nigdy nie stało – rzuciła szybko. – Niech wszystko pozostanie tak, jak do tej pory. Ojej, nie dostałeś kawy!
    Wstała i podeszła do kuchenki. Wbrew swej woli śledził wzrokiem ruchy jej bioder – ukradkiem i z ogromnym poczuciem winy, ale nie mógł się opanować.
    Helle wróciła, stanęła bardzo blisko i nalewała kawę. Musiał niemal powstrzymać swą rękę, by nie objąć jej wpół. Co się z nim dzieje?
    – Przepyszny chleb – powiedział, kiedy usiadła.
    – Smakuje ci? Dziękuję, ale czuję, że brakuje tu…
    Zaczęła gorączkowo wyjaśniać osobliwości sztuki pieczenia.
    Rozległo się pukanie do drzwi. Zar zaczął szczekać, a Peter zawołał: „Proszę!”.
    – A więc siedzicie sobie tutaj i miło spędzacie czas – odezwał się w progu policjant Lund, za którym kroczył Christian Wildehede. – O, jak cudownie pachnie!
    Goście natychmiast zostali zaproszeni do stołu, przy którym zrobiło się ciasno. Ale zarówno Helle, jak i Peter poczuli wyraźną ulgę.
    – I jak tam wczoraj poszło? – spytał Peter.
    – Zaraz usłyszycie – odparł Lund. – Udało nam się zrekonstruować przebieg wydarzeń. Dyrektor wydawnictwa jest niewinny, Helle. Nigdy o tobie nie słyszał i chętnie pomoże zdemaskować Bernlanda. A więc tak: Bernland otrzymał twój rękopis „Tęsknoty” i natychmiast docenił jego wartość. To właśnie czegoś takiego potrzebował, żeby wydać bestseller. Najwidoczniej sam nie był w stanie napisać niczego oryginalnego. Zaczął się tobą interesować i dowiedział się, że jesteś młodziutką dziewczyną, która nie ma ani rodziny, ani przyjaciół. Absolutnie bezbronną, stanowiącą idealną ofiarę. Pojechał więc na spotkanie z tobą, żeby cię zaprosić do hotelu d’Angleterre. Wtedy dowiedział się od gospodyni, że popłynęłaś na drugą stronę zatoki, z zamiarem zwiedzenia wieży Vildehede. Świetnie się składa, pomyślał pewnie. Potem zadzwonił prawdopodobnie do swego wąsatego wspólnika, kimkolwiek on jest, i ten niewiarygodnie szybko zjawił się w Vildehede. Wspólnik zanotował przypuszczalnie informację na kartce papieru, a następnie wykonał szkic wieży i zaznaczył miejsce, które doskonale nadawałoby się na pułapkę. Napisał: „Złoty ptak znajduje się w zamku Vildehede”, bo tak zapewne nazywał cię Bernland, uznając, że spadłaś mu z nieba jak prawdziwie złoty ptak, Helle, ptak, który miał mu pomóc zdobyć bogactwo i sławę. Lecz w dalszym ciągu pozostaje zagadką, w jaki sposób udało się wspólnikowi tak szybko przedostać na drugą stronę zatoki?
    – Słyszałam, jak tuż przed rozpoczęciem zwiedzania wieży przyjechał jakiś wóz – wyjaśniła Hellen.
    – Czy wysiadł z niego ten sam człowiek, którego podejrzewamy?
    – Nie widziałam, bawiłam się z kotkiem na dziedzińcu.
    – Jestem pewien, że to on. Czy celowo upuścił kartkę, ażeby zwrócić twoją uwagę na przedostatnie piętro, czy też był to czysty przypadek, tego nie wiemy. Stawiam na to pierwsze. Jednak Helle przeżyła…
    – I znalazła nowych przyjaciół – wtrąciła.
    – Możesz i mnie do nich zaliczyć – uśmiechnął się Lund.
    – Wyobrażam sobie, jaki szok przeżył Bernland, kiedy Helle rzeczywiście przyszła do d’Angleterre następnego dnia – rzekł z satysfakcją w głosie Christian. – Nie wierzył chyba własnym oczom!
    – Zachował jednak kamienną twarz – odezwała się Helle. – Spytał tylko, co mi się stało w rękę.
    – Bernland myślał i działał szybko. Oto spotkał samą autorkę. Zrozumiał od razu, wybacz mi, Helle, jak jest naiwna i łatwowierna. Dowiedział się też, że napisała kilka innych powieści. Chciał je mieć!
    – Tak, mierzył nawet o wiele wyżej – zauważył Peter, a Helle z przyjemnością słuchała jego głosu. – Udało mu się ją nakłonić, by pisała następne, w dodatku według jego wskazówek.
    – Wtedy pojawił się lekarz – rzucił Christian. – Ale kim on jest?
    – W każdym razie nie jest prawdziwym lekarzem, a tym bardziej profesorem. Helle jednak odniosła wrażenie, że już go kiedyś widziała, prawda?
    – Tak, ale nie byłam pewna.
    – Na razie nie wiemy, kim on jest, ani też kim jest mężczyzna z wąsami.
    – W tym momencie na horyzoncie pojawił się Christian – mówił dalej Peter. – Bernland się wystraszył i polecił swemu wspólnikowi, by dziedzica unieszkodliwił.
    – Ale jakoś z tego wyszedłem – rzekł Christian. – Złego diabli…
    – No i chwała za to Bogu – westchnął Lund. – Jednak chociaż Bernland wypowiadał się negatywnie o utworach Helle, cały czas zachęcał ją, by nadal pisała. Dziewczyna, wierząc, że jest śmiertelnie chora, nie ruszała się z łóżka, tylko pisała zawzięcie dla tego drania. Zamordowałbym go własnymi rękami! No i pewnego dnia Helle zauważa, że jeden z jej listów do dziedzica Wildehede i Thorna nigdy nie został wysłany. Postanawia więc dotrzeć do przyjaciół za wszelką cenę, choćby z narażeniem życia. Wtedy Bernland wpada w szał i ponownie wykorzystuje posłusznego mu mordercę. Ów przestępca ukrywa się w zaroślach i strzela do Helle i Petera, kiedy ci pojawiają się na lodzie. Złoczyńcy bardzo słusznie założyli, że dziewczyna wybierze się do Vildehede, jedynego miejsca na ziemi, gdzie miała się do kogo zwrócić.
    – Właśnie – potwierdziła Helle. – I co teraz zrobimy?
    Lund odparł:
    – Młody dziedzic wniósł już formalną skargę przeciwko Bernlandowi, zarzucając mu oszustwo, plagiat i kradzież… co tam jeszcze podałeś? Bezprawne przetrzymywanie niewinnej osoby? Usiłowanie zabójstwa?
    Christian uśmiechnął się chytrze:
    – Wszelkie nikczemności, jakie mi przyszły do głowy.
    – To daje nam w każdym razie podstawy do podjęcia dochodzenia przeciwko niemu. Pierwsze, co powinniśmy zrobić, to znaleźć dobrego adwokata dla Helle. Znam takiego, który ma opinię jednego z najlepszych. Czy zgadzasz się, bym się z nim skontaktował, Helle?
    – Ja… nie mam przecież pieniędzy na opłacenie adwokata – powiedziała przestraszona dziewczyna.
    – Nie martw się o koszty – uspokoił ją Lund. – Jakoś to załatwię.
    Zaczerwieniła się.
    – W takim razie serdecznie dziękuję.
    – Aha! Czy mógłbym dostać rękopis „Tęsknoty”? To niezwykle cenny dowód przeciw Bernlandowi.
    Peter wyjął z szafy gruby plik i podał policjantowi, który obiecał Helle dobrze pilnować jej skarbu.
    – Świetnie! Kolejna rzecz, to zapewnienie Helle bezpieczeństwa. Życie dziewczyny nadal jest zagrożone, a zwłaszcza tutaj w Vildehede.
    – Ale… – zaprotestowała pełna niepokoju.
    – Nie możesz chyba pozostać dłużej u Thorna? – rzekł Christian ze złośliwym błyskiem w oku.
    Zapanowała nieprzyjemna cisza.
    – Nie, naturalnie, że nie – odezwała się tak cicho, że ledwie ją usłyszeli.
    – Wiem, że nie masz na to ochoty, ale trzeba cię znowu ukryć – rzekł Lund. – To niestety konieczne. Doktor Jepsen poznał pewną miłą rodzinę na Fionii. Owa rodzina prowadzi na tej wyspie coś w rodzaju pensjonatu, w którym przebywa wiele dziewcząt i chłopców w twoim wieku. A ty potrzebujesz towarzystwa rówieśników i musisz się oderwać na pewien czas od trosk i kłopotów.
    Chłopcy w jej wieku! Peter poczuł się tak, jakby mu ktoś wyrywał serce. Chciał zaprotestować, zaproponować, że się nią zaopiekuje, że…
    Ale nie mógł tego zrobić! Nadużył zaufania, jakim go obdarzono, i zdawał sobie sprawę, że z każdą upływającą godziną Helle znaczyła dla niego coraz więcej.
    Helle nie odezwała się ani słowem. Było jej tylko tak strasznie smutno, że musi opuścić Vildehede. Poklepała Zara z czułością.
    Jeszcze tego samego dnia przyjechał wóz, który miał odwieźć Helle. Dziewczyna dreptała niecierpliwie w holu dworku i wyszukiwała setki powodów, dla których mogłaby odwlec wyjazd. Peter bowiem jeszcze się nie zjawił, a koniecznie chciała się z nim pożegnać. Nagle, kiedy gotowa do drogi rozmawiała z panią Wildehede i Lundem, matka Christiana zawołała:
    – O, idzie Peter. A więc do widzenia, Helle. Uważaj na siebie!
    Lund także się pożegnał.
    Helle czuła, że się płoni na dźwięk imienia ukochanego. Odwróciła się i ujrzała, że leśniczy stoi tuż za nią.
    Nic nie mogła poradzić na to, że jej oczy promieniały blaskiem.
    – Nie sądziłam, że zechcesz przyjść – szepnęła bez tchu.
    – Miałem trochę pracy – odparł i zamilkł. W rzeczywistości przez ostatnią godzinę toczył walkę z samym sobą i… przegrał.
    Helle wyciągnęła rękę.
    – Dziękuję za wszystko – powiedziała, a ponieważ nagle uderzyła ją dwuznaczność tych słów, pośpiesznie dodała: – I pożegnaj ode mnie Zara!
    Peter skinął głową.
    – Nie chcę, żebyś wyjeżdżała. Pragnąłem się tobą zaopiekować, ochraniać cię. Jesteś taka krucha i bezbronna.
    – A ja myślę, że radziłam sobie dość dobrze przez te dwadzieścia dwa lata – odparła z goryczą w głosie.
    – Tak, ale tyle musiałaś przejść. Jesteś jak mały…
    Oczy Helle stały się jak ciemne ołowiane chmury.
    – Dziękuję, wiem, co masz na myśli. Dla ciebie istnieją tylko nieopierzone pisklęta albo te nędzne kobiety strzelające do zwierząt i prowadzące mężczyzn do zguby!
    – Nie, Helle! Ja nigdy…
    – Drogi przyjacielu – odezwała się z prośbą w głosie. – Spróbuj zrozumieć, że kobiety mają własną wartość, że nie istnieją tylko ze względu na mężczyzn. Czy ty dokładnie przeczytałeś moją powieść?
    Popatrzył na nią nieszczęśliwy.
    – Rozczarowałem cię wczoraj – zaczął, nie bardzo wiedząc, o co jej chodzi.
    Przymknęła oczy i westchnęła zrezygnowana.
    – Ależ Peter! Czy pamiętasz, kiedy Christian pocałował mnie w wieży? Kiedy uciekłam pełna niechęci? Czy uciekałam wczoraj wieczorem? Czy nie rozumiesz, co to znaczy?
    Postawiła stopę na stopniu powozu.
    – Wyjdź ze swojej skorupy, mój drogi, i przypatrz się kobietom, które cię otaczają! Zdziwisz się. Nie dzielą się tylko na dwa typy: słodkie i bezradne oraz zepsute uwodzicielki. Jest ich setki tysięcy, a każda jest inna. Większości nie zdążysz chyba poznać przed moim powrotem.
    Helle poczuła się nagle o wiele starsza od Petera.
    – Ale pewnie nawet nie będziesz próbował. Najlepiej więc chyba będzie, jeśli się więcej nie spotkamy. Jestem żywą kobietą, rozumiesz, i chcę być kochana i kochać, nie mając przy tym uczucia, że robię coś złego. Chcę się czuć bezpieczna i wolna, a nie odgrywać roli zajączka, który co najwyżej może się czasem spodziewać poklepania po grzbiecie.
    Zanim Peter zdążył ochłonąć z oszołomienia, Helle skinęła mu na pożegnanie i zatrzasnęła drzwiczki wozu. Stangret natychmiast popędził konie.
    – Helle! – zawołał Peter, a w jego głosie brzmiały rozpacz i tęsknota.
    Lecz powóz znajdował się już daleko.
    Tygodnie spędzone na Fionii okazały się o wiele przyjemniejsze, niż Helle się spodziewała. Na początku czuła się onieśmielona, lecz młodzież przyjęła ją do swego kręgu w sposób zupełnie naturalny. Dwaj synowie pastora, u którego Helle zamieszkała, traktowali ją z pełnym szacunku podziwem, lecz byli zbyt dobrze wychowani, aby się narzucać. Dostała trochę ubrań, z których córki duchownego już wyrosły. Rzeczy te bardzo się przydały, bowiem jej jedyna suknia była już bardzo zniszczona. Helle poprosiła, by pozwolono jej pomagać w dużej kuchni na plebanii, na co gospodyni z radością się zgodziła. I chociaż dziewczyna postanowiła zapomnieć o Peterze, myśl o nim towarzyszyła jej przy każdej czynności, również w czasie wolnym od zajęć.
    Helle wiedziała, że miejsce jej pobytu musi pozostać tajemnicą, nie oczekiwała więc żadnych listów ani odwiedzin. Jedynie jej adwokat, człowiek zachowujący się z rezerwą i dość oficjalnie, lecz niewątpliwie bardzo inteligentny, zjawił się jeden raz, by wypytać o szczegóły dotyczące rękopisów.
    Wydawał się jednak tak nieprzystępny, że Helle nie ośmieliła się pytać go o nowe szczegóły w sprawie przeciw Bernlandowi ani też o wieści z „domu” w Vildehede.
    Otrzymała również list od Lunda. Policjant usilnie prosił w nim, by Helle nie kontaktowała się z nikim ani też nie opuszczała plebanii, gdyż istnieje ryzyko, że prześladowcy wpadną na jej ślad. Donosił, że Bernland kategorycznie wszystkiemu zaprzecza i twierdzi, że młoda dziewczyna, którą kilka razy spotkał, przeczytała jego powieść, a teraz twierdzi bezczelnie, że to jej własne dzieło, nie mając na to żadnych dowodów. I tak dalej. Jego wspólników nie udało się jeszcze odnaleźć, a Bella tak pije, że trudno się z nią dogadać.
    Na zakończenie Lund napisał: Thorn zadręcza mnie niemal na śmierć, żebym mu dał Twój adres. Lecz naturalnie go nie dostanie.
    Wieczory wydawały się Helle najgorsze. Dziewczyna wspominała przed zaśnięciem chwile spędzone w przytulnym domku Petera. Dlaczego musiała się zakochać w mężczyźnie, który nie zamierzał się ożenić, nie chciał mieć dzieci i który do tego stopnia nie ufał kobietom, że bronił się przed nimi rękami i nogami?
    Pisać także nie mogła. Dom za bardzo tętnił życiem, a poza tym dzieliła pokój z córkami pastora. Dodatkowo przygnębiała ją myśl, że odebrano jej wszystko, co dotychczas napisała, i nie miała siły zaczynać od nowa.
    Aż nagle pewnego dnia pod koniec zimy nadeszła wiadomość, że wyznaczono termin rozprawy. Dziewczyna pożegnała się z życzliwą rodziną i wsiadła na prom. Po długiej i samotnej podróży znalazła się w Kopenhadze.
    Czekał tam policjant Lund, który odprowadził również Helle do hotelu niedaleko sądu, gdzie zarezerwował dla niej pokój. Żegnając się, poradził, by dobrze wypoczęła przed jutrzejszym rankiem. Czasu na odpoczynek nie zostało jednak wiele, gdyż wkrótce zjawił się adwokat Marholm, by uzgodnić z Helle pewne szczegóły.
    – Bernland ma adwokata – rzekł. – Ale wystąpił o to, by mógł się bronić sam. To zarozumialstwo i głupota z jego strony. Od początku sprawy zachowuje się zresztą bardzo arogancko.
    Adwokat Marholm poprosił Helle o napisanie krótkiego streszczenia swej najwcześniejszej powieści pod tytułem „Zimowy poranek”, którą właśnie wydano w Szwecji i którą Bernland przechrzcił na „Kobietę 1908 roku”. Byłoby wspaniale, gdyby udało się napisać kilka słów o dwóch pozostałych utworach. Przydałoby się też kilka cytatów.
    Helle obiecała, że zrobi, co będzie mogła.
    – A czy są jakieś sygnały ze Szwecji? – spytała. – Czy Bernland nie został oskarżony o rozpowszechnianie nieprzyzwoitych treści?
    Znowu poczuła ukłucie w sercu na myśl o tym, że jej powieść „Tęsknota” została uznana za utwór szerzący pornografię.
    – Nie, do tej pory nie wpłynął taki wniosek, alarm podniosły jedynie ugrupowania chrześcijańskie. Na razie, do chwili zakończenia sprawy o plagiat, tamtą sprawę odłożono. Do Kopenhagi przybyli dziennikarze ze Szwecji i z dużym zainteresowaniem śledzą twój proces. Chciałabyś przeczytać wypowiedzi Bernlanda dla prasy?
    Właściwie Helle nie miała najmniejszej ochoty, ale zanim zdążyła zaprotestować, adwokat wcisnął jej do ręki gazetę sprzed tygodnia.
    Z rosnącym niesmakiem czytała fragmenty jednego z wywiadów Bo Bernlanda:
    To po prostu śmieszne! Jakaś zupełnie nieznana dziewczyna, która jeszcze nie odrosła od ziemi, oskarża mnie, m n i e, o plagiat jej powieści! To taka zuchwałość, że nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. Wszyscy wiedzą, że jestem uznanym pisarzem, który nie musi się przejmować takimi oskarżeniami. Ale kim jest ta dziewczyna? Tylko pytam. A co robi policja? Siedzi z założonymi rękami, pozwalając, by szanowanego obywatela poniżano w jakiejś zupełnie niepotrzebnej sprawie sądowej!
    Helle jęknęła, odkładając gazetę.
    – Zapoznałem się dokładnie z wcześniejszą produkcją Bernlanda – rzekł adwokat Marholm. – Muszę przyznać, że to niewiele znaczące utwory. Jego dwie książki zostały co prawda wydane, ale przez jakieś nieznane wydawnictwo, natomiast wszystkie renomowane wydawnictwa odmówiły ich przyjęcia. Nie widzę żadnego podobieństwa między wcześniejszymi powieściami Bernlanda a twoją, poza wątpliwej jakości fragmentami, których nie ma w twoim rękopisie. Niestety, sprawa przed sądem odbędzie się trochę za szybko. Podjąłem bowiem pewne bardzo ważne badania, po których wiele sobie obiecuję, ale nie zostały one jeszcze ukończone. Zatrudniłem kilku ekspertów i jeżeli ich wnioski potwierdzą moje przypuszczenia, to przymkniemy Bernlanda. Ale nawet jeżeli się mylę, to i tak mamy w ręku kilka dobrych kart. Mimo braku brudnopisów i notatek oraz innych dowodów. Możesz ufnie iść na spotkanie nowego dnia!
    Helle zadrżała ze strachu na myśl o rozprawie. Starała się jednak nie martwić na zapas.
    Kiedy adwokat wyszedł, rozejrzała się po pokoju. Nigdy przedtem nie mieszkała w hotelu i wszystko wydawało się jej jak z bajki. Nie dostrzegała wytartych krawędzi sofy i odpryśniętej tu i ówdzie farby. Z przyjemnością zanurzyła się w łóżku na białym jak śnieg prześcieradle, niezłomnie przekonana o tym, że przez całą noc nie zmruży oka.
    Ale zmęczona podróżą natychmiast zapadła w sen.
    Następnego ranka zajęła się szczególnie starannie swoim wyglądem. Wybrała skromną sukienkę, którą dostała po córkach pastora, i rozpuściła kręcące się włosy, które luźno opadły na plecy. Nie była to może zbyt szczęśliwa decyzja, ponieważ Helle wyglądała jak szesnastolatka. Kto uwierzy, że napisała cztery długie, poważne powieści?
    Punktualnie weszła na salę sądową. Denerwowała się tak bardzo, że nie była w stanie jasno myśleć ani rozumieć, co się wkoło mówi. Sala wypełniała się ludźmi, ale ponieważ Helle siedziała na samym przodzie obok swego adwokata, nie mogła w tłumie dojrzeć nikogo ze znajomych.
    Dokładnie natomiast widziała człowieka, który teraz miał zeznawać jako świadek – Bo Bernlanda. Wiele czasu upłynęło od chwili, kiedy się spotkali po raz ostatni, i Helle poczuła głęboki niesmak. Jak mogła kiedykolwiek dać się zwieść jego imponującemu wyglądowi?
    Przez dłuższą chwilę patrzył jej prosto w twarz, a jego fascynujące gadzie oczy wypełniała taka nienawiść i pogarda, że Helle zakręciło się w głowie.
    Walka się zaczęła.

ROZDZIAŁ X

    Helle nie pamiętała dokładnie całego przebiegu rozprawy. Nie potrafiła rozróżnić poszczególnych procedur, gdyż jej umysł wydawał się jakby sparaliżowany zmieszaniem, strachem i rozpaczą. Nigdy nie lubiła zwracać na siebie uwagi, a teraz wszystkie oczy na sali kierowały się na nią.
    Nie potrafiłaby powtórzyć kolejnych wystąpień, pamiętała jednak, że Bo Bernland jako pierwszy zeznawał w charakterze świadka.
    Adwokat Marholm zadał mu pytanie:
    – Mamy w tej sprawie do czynienia z wyraźną rozbieżnością zeznań. Moja klientka utrzymuje, że napisała cztery powieści, którymi pan „się zajął” jako redaktor wydawnictwa. Chodzi tu przede wszystkim o utwór „Tęsknota”, który rozpoznała jako pańską „Elisabeth Engman”. Wrócimy do tego później. Następnie panna Strøm przekazała panu dwie swoje wcześniejsze powieści, do których nie przywiązywała większej wagi, lecz pan nalegał, by pozwoliła je panu przeczytać. Do dziś nie otrzymała ich z powrotem. Jeden z tych utworów nosił tytuł „Zimowy poranek”, a drugi „Ingemunde”. Ostatnio moja klientka ukończyła nową powieść, której nie nadała jeszcze tytułu i którą pozostawiła w mieszkaniu pańskiej ciotki, Belli. Nigdy potem nie ujrzała jednak tego rękopisu. Pan twierdzi, że w ostatnim roku napisał dwie książki, „Elisabeth Engman” i „Kobieta 1908 roku”, które wypożyczyliśmy od szwedzkiego wydawnictwa.
    Bernlandowi nie udało się ukryć złości, która w tym momencie odmalowała się na jego twarzy.
    – Helle Strøm rozpoznaje w tej ostatniej swój „Zimowy poranek” – mówił dalej adwokat Marholm – chociaż nazwiska, nazwy miejscowości i niektóre szczegóły zostały zmienione. Czy może pan powiedzieć, gdzie są wspomniane rękopisy?
    Bo Bernland wyprostował się oburzony.
    – Po pierwsze, uważam powyższe pytanie za skrajną insynuację. Po drugie, absolutnie wątpię w to, by ta „dama” mogła stworzyć coś więcej niż list. A po trzecie, nigdy nie postawiła nawet nogi w mieszkaniu mojej ciotki. Nie może też przedłożyć żadnego dowodu na to, że cokolwiek napisała! Owe cztery powieści istnieją chyba tylko w jej wyobraźni.
    Ze źle skrywanym triumfem adwokat Marholm uniósł w górę rękopis otrzymany od Helle.
    – A jednak moja klientka posiada oryginał „Tęsknoty”. Udało się go ocalić, gdyż pożyczyła go przyjacielowi. Oto dowód. Można sprawdzić, czyj to charakter pisma, a według ekspertów ta wersja powieści jest pod względem literackim znacznie lepsza od pańskiej „Elisabeth Engman”, chociaż treść jest miejscami identyczna. Z tą tylko różnicą, że pańska wersja zawiera elementy ordynarnej pornografii.
    Wydawało się, że twarz Bernlanda zmienia się w burzową chmurę. Helle dostrzegła drobne, lecz intensywne drganie jednego z kącików jego ust. To musiał być dla niego szok. Szybko jednak się opanował i mimo złości, jaka go ogarnęła, odpowiedział na pozór niewzruszony:
    – Z litości zająłem się tą dziewczyną, kiedy nie miała gdzie mieszkać. Udostępniłem jej na kilka tygodni moje mieszkanie, gdzie w ciągu dnia zostawała sama. Odpłaciła mi tym, że przepisała moją powieść, opuszczając z fałszywej skromności wątki erotyczne.
    Adwokat Marholm nie ustępował:
    – Tym, co charakteryzuje powieść Helle Strøm „Tęsknota”, jest właśnie erotyka. Przewija się ona jak podziemne źródło przez całą akcję, lecz nigdy nie wydobywa się na światło dzienne. Erotyka ukazana jest w taki sposób, że przeobraża się w miłość. Natomiast w „Elisabeth Engman” staje się pornografią! W jakim okresie panna Strøm mieszkała u pana?
    Bernland zawahał się przez moment.
    – Prawie rok temu. Nie pamiętam. Powiedzmy kwiecień – maj. W każdym razie nie później.
    Z informacji Helle wynikało, że w tym czasie przebywała w Sjælland.
    – W takim razie muszę panu zadać delikatne pytanie: Czy utrzymywał pan stosunki z tą młodą dziewczyną, kiedy u pana mieszkała?
    Bernland obrzucił Helle badawczym spojrzeniem i ocenił jej wygląd jako zbyt niewinny. Nie dał się więc wciągnąć w pułapkę.
    – Nie. Nie dlatego, żeby nie miała ochoty, lecz dlatego, że niezbyt dbała o higienę.
    Na twarzy Helle odmalowało się oburzenie, podobnie zareagowała większość osób obecnych na sali. Co za podłość!
    – To nieprawda! – zawołała, chociaż została uprzedzona, że nie wolno mówić bez pozwolenia. – Nigdy nie mieszkałam u tego człowieka!
    Adwokat Marholm nakazał jej milczenie ledwie dostrzegalnym ruchem dłoni. Przeszedł do innego tematu.
    – A jak pan wytłumaczy fakt, że Helle Strøm i jej przyjaciół trzykrotnie usiłowano zabić?
    – Naprawdę nic mi o tym nie wiadomo. We wszystkich tych przypadkach mam niepodważalne alibi, co pan sam sprawdził już dawno temu.
    Adwokat nie mógł zarzucić kłamstwa Bernlandowi, gdyż jeszcze nie natrafiono na ślad żadnego ze wspólników. Czego dotyczyła dalsza część przesłuchania, Helle nie pamiętała. Zauważyła tylko, że kiedy Bernland zszedł z podestu, minął ją, nie spojrzawszy nawet w jej stronę.
    Zaczęto przesłuchiwać następnych świadków. Wezwano Bellę Bernland, z charakterystyczną czarną grzywką, choć teraz tuż przy skórze głowy dały się zauważyć siwe odrosty. Przesłuchiwana zaklinała się, że nigdy przedtem nie widziała Helle Strøm oraz że dziewczyna ani razu nie była u niej w mieszkaniu.
    Adwokat zdziwił się wobec tego, dlaczego Helle potrafi z najdrobniejszymi szczegółami opisać rozkład domu i ten opis jest zgodny z prawdą.
    – Nie mieszkam tam od zawsze – mruknęła Bella. – Dziewczyna mogła przebywać w tym domu jako dziecko.
    – Helle Strøm twierdzi, że zostawiła u pani rękopis swej nowej powieści.
    – Nie, w moim mieszkaniu nie znaleziono żadnych rękopisów czy notatek.
    – Kto jest pani lekarzem, panno Bernland?
    – Lekarzem? Moim?
    Wymieniła nazwisko.
    – Ach, tak – rzekł adwokat Marholm. – W takim razie dlaczego to nie jego wezwała pani do Helle, lecz zupełnie nieznanego, który podobno miał tytuł profesora?
    Bella wyglądała na zakłopotaną.
    – Nie, ja… To mój…
    Szybko jednak się zorientowała.
    – Co za bzdury! Dziewczyny przecież nigdy u mnie nie było!
    – Ciekawe, gdzie w takim razie przez prawie trzy miesiące przebywała panna Strøm? – spytał adwokat. – Nikt jej w tym czasie nie widział. Szkoda, że nie możemy o to spytać jej poprzedniej gospodyni, która na pewno by pamiętała, kto towarzyszył Helle, kiedy się od niej wyprowadzała. Na szczęście dla pani siostrzeńca ta kobieta nie żyje.
    – Lub na szczęście dla panny Strøm – zareplikowała Bella. – Mogłaby przecież równie dobrze potwierdzić, że mój siostrzeniec nigdy u niej nie był.
    Helle nie wiedziała, że jej poprzednia gospodyni nie żyje. Miała nadzieję, że ta wścibska kobieta okaże się teraz pomocna.
    Następnie sąd wezwał na świadka Christiana Wildehede. Bardzo młody, elegancki, o arystokratycznym wyglądzie zajął miejsce świadka i skinął przyjaźnie w stronę Helle. Opowiedział, w jakich okolicznościach on i Peter Thorn znaleźli dziewczynę w wieży, o „złotym ptaku” i o mężczyźnie z wąsami, a także o nagłym zniknięciu Helle, kiedy się wyprowadziła do miasta. Mówił o swych bezskutecznych poszukiwaniach dziewczyny, o wizycie w wydawnictwie, do którego Helle przesłała swój rękopis „Tęsknoty”, i rozmowie przeprowadzonej z dyrektorem, a podsłuchanej przez Bernlanda, i o tym, jak wkrótce potem sam został napadnięty przez wąsatego mężczyznę. Christian zrobił dobre wrażenie na sędziach przysięgłych, być może dlatego, że przynajmniej raz udało mu się zachować powagę.
    Pani Wildehede potwierdziła zeznania syna, wyrażając się o Helle bardzo pozytywnie. To pokrzepiające!
    Następnie zeznawał Peter.
    Helle przełknęła ślinę. Nie widziała go od czasu wyjazdu na Fionię i choć przez cały czas rozłąki usiłowała sobie przypomnieć, jak wyglądał, jego obraz jakby zamazywał się w pamięci.
    Kiedy stanął przed nią, Helle poczuła słabość ogarniającą całe ciało. Czy to ten sam Peter, który pocałował ją tak namiętnie, a potem prosił, by o wszystkim zapomniała? Ten wysoki, przystojny mężczyzna ze szczerym spojrzeniem? Helle doznała dziwnego ukłucia w okolicy serca, czuła rozpaczliwy żal na myśl o tym, że wybrał samotne życie. Uświadomiła sobie, że nigdy nie pokocha nikogo innego.
    Napotkała spojrzenie leśniczego i wyczytała z niego bardzo wiele. Po chwili jednak się odwrócił, a jego twarz stała się skupiona i skoncentrowana, jak gdyby już nie myślał o obecności Helle na sali.
    Lecz Peter nie był dobrym świadkiem. Nie starał się nawet ukryć, że jest wrogo usposobiony do oskarżonego. Zdawał się mówić, że najbardziej pragnąłby się znaleźć sam na sam z Bernlandem w jakimś ciemnym zaułku i sprawić mu solidne lanie.
    Potem wzywano jeszcze wielu innych świadków. Przewodniczkę… Doktora Jepsena, który zdał relację z wyniku badania Helle po upadku z wieży oraz oceny stanu jej serca po powrocie z miasta do Vildehede. Na zakończenie wspomniał o reakcji dziewczyny na wiadomość o przerobieniu i wydaniu pod innym nazwiskiem i tytułem jej powieści „Tęsknota”.
    Jednak mimo wielu pozytywnych dla Helle głosów pierwszy dzień rozprawy należało uznać za korzystny dla Bernlanda. Udało mu się przedłożyć rozmaite notatki i szkice dotyczące obu omawianych powieści, a nawet cały brudnopis „Elisabeth Engman” ze skreśleniami i zmianami. Helle nie miała nic takiego, absolutnie żadnych dowodów na potwierdzenie swej wersji. Tylko rękopis „Tęsknoty”, co do którego zeznania były jednak sprzeczne. Adwokat nie zdążył tego dnia przedstawić zapisków dziewczyny, sporządzonych poprzedniego wieczoru, streszczeń ani cytatów. Helle poważnie się obawiała wyniku rozprawy.
    – Mamy jednak jeszcze wiele mocnych kart w ręku – powiedział policjant Lund pocieszająco, kiedy spotkali się poza salą rozpraw.
    Helle zamyśliła się.
    – Chciałabym porozmawiać z dyrektorem wydawnictwa – rzekła niespodziewanie.
    – Będzie zeznawał jutro.
    – Wiem, ale wolałabym się z nim spotkać teraz. Czy jest jeszcze w swym biurze?
    Lund, mocno odchylając się do tyłu, spojrzał na zegar ścienny wiszący nad ich głowami.
    – Powinien jeszcze być. Ale musimy się pospieszyć.
    Potężny szef wydawnictwa przyjął nieoczekiwanych gości w swoim gabinecie.
    – Jestem bardzo przygnębiona tym, że moja powieść ukazała się w takiej postaci – zaczęła Helle. – Miałabym do pana w związku z tym ogromną prośbę. Jeśli uda nam się jakimś cudem wygrać sprawę, to czy mógłby pan przeczytać mój rękopis? Naprawienie tej szkody bardzo wiele dla mnie znaczy. Całkowicie nie da się chyba tego zrobić, ale…
    – Przejrzę go, obiecuję. Ale nie mogę przyrzec, że na pewno wydam pani powieść. To zależy od jakości.
    – Naturalnie, rozumiem to. Bardzo panu dziękuję. Kiedy znaleźli się z powrotem w recepcji, Helle nagle cofnęła się o parę kroków.
    Policjant spojrzał na nią zdumiony.
    Na ścianie wisiało kilka zdjęć z życia wydawnictwa. Dziewczyna zatrzymała się przed jednym z nich, na którym dyrektor z dumą pokazywał nową prasę drukarską, a za nim widnieli pracownicy, wnoszący wspaniały nabytek.
    – To on! – szepnęła Helle i wskazała na jedną z postaci. – Ten na prawo. To ten lekarz, profesor!
    – O czym ty mówisz?
    – Tak, przysięgam! To na pewno on!
    Lund zerwał fotografię ze ściany i z impetem wpadł do gabinetu dyrektora.
    Mężczyzna aż się cofnął, zaskoczony tym nagłym wtargnięciem.
    – Ten tutaj? – wykrztusił, kiedy przyjrzał się uważnie fotografii. – Ach, to Mogensen. Spotkał go tragiczny los!
    – Czy to znaczy, że on nie żyje? – spytał Lund, pełen najgorszych przeczuć.
    – Nic mi o tym na razie nie wiadomo. Ale to by mnie wcale nie zdziwiło. Był bardzo utalentowanym człowiekiem. Zaczynał tutaj w redakcji, lecz niestety pił i szybko się stoczył. Przechodził na coraz mniej odpowiedzialne stanowiska, aż wreszcie jakiś czas temu musiałem go zwolnić.
    – Czy ma pan jego adres?
    – Proszę spytać w sekretariacie.
    Lund otrzymał adres i wraz z Helle opuścił wydawnictwo.
    – Najpierw odwiozę cię do hotelu, bo nie chcę cię narażać na spotkanie z Mogensenem.
    – Ale tak bardzo chciałabym się zobaczyć z moimi przyjaciółmi z Vildehede.
    – Wykluczone! Nikt nie może się dowiedzieć, gdzie się zatrzymałaś. I pod żadnym pozorem nie wychodź z pokoju. Wąsal nadal znajduje się na wolności.
    Lund wstąpił jeszcze po drodze na komendę, zabierając ze sobą dwóch ludzi do pomocy, nakaz aresztowania i nakaz rewizji. Następnie udał się pod adres, otrzymany w sekretariacie wydawnictwa.
    Drzwi uchyliły się nieznacznie, zabezpieczone łańcuchem, i ukazała się w nich nie ogolona twarz.
    – Czego chcecie? – zabrzmiał niewyraźny głos. Przez szparę uderzył policjantów odór wódki.
    – Policja.
    Łańcuch został zwolniony.
    Mogensen był kiedyś z pewnością zadbanym i przystojnym mężczyzną, który przed łatwowierną dziewczyną z powodzeniem mógł odegrać rolę lekarza lub profesora. Teraz jednak ledwie trzymał się na nogach i z dawnej świetności pozostało niewiele.
    Lund oznajmił mu, że jest aresztowany pod zarzutem oszustwa i używania fałszywych tytułów, oraz pokazał nakaz rewizji.
    – Ach, tak – rzucił gospodarz zaskoczony. – A co spodziewacie się tu znaleźć?
    – Może rękopisy. Napisane przez pewną młodą autorkę.
    Mogensen tylko prychnął pogardliwie i pozwolił funkcjonariuszom szukać do woli.
    Nie znaleźli żadnych papierów. Ani też jakichkolwiek brudnopisów czy notatek, sporządzonych przez Helle.
    – Czy teraz jesteście zadowoleni? – mruknął Mogensen.
    – Niezupełnie, nie znaleźliśmy tego, czego szukaliśmy – odparł Lund łagodnym głosem. – A to co takiego? – zawołał nagle zdumiony. Kiedy pokazywał Mogensenowi dziwny przedmiot, w jego oczach pojawił się triumf.
    Następnego dnia wszyscy zainteresowani ponownie pojawili się w sądzie. Helle weszła po schodach wraz ze swym adwokatem i przedzierała się przez tłum czekający w holu.
    Nieoczekiwanie usłyszała zdyszany głos:
    – Helle!
    Odwróciła głowę. To Peter!
    Przez sekundę trwali tak naprzeciw siebie, Peter chwycił dziewczynę za ręce i usiłował coś powiedzieć, lecz był tak głęboko poruszony, że tylko ciepło się uśmiechnął. Helle poczuła się spokojna. I silna, jakby Peter w swym geście przekazał jej jakąś moc. Po chwili jednak adwokat pociągnął ją za sobą.
    Leśniczy patrzył, jak dziewczyna znika za drzwiami sali rozpraw, a w jego oczach pojawił się smutek. Zdawał sobie sprawę, że gdyby musiał walczyć z olbrzymami, smokami lub z czymkolwiek, co mógłby pokonać przy użyciu siły, odniósłby zwycięstwo. Ale Bernland był innego rodzaju przeciwnikiem, złym człowiekiem, wykorzystującym kłamstwo i stosującym niedozwolone chwyty. Peter czuł się bezsilny, wydawało mu się, że nic nie może dla Helle zrobić.
    Pierwsi świadkowie tego dnia nie zasługiwali na szczególną uwagę. Przesłuchanie toczyło się ospale, a publiczność ziewała. Szanse Helle i Bernlanda wydawały się niemal równe, choć może oskarżony miał pewną przewagę ze względu na to, że dziewczynie brakowało dowodów.
    Znaleźliśmy się w sytuacji bez wyjścia, pomyślała Helle w panice. Tej sprawy nigdy nie uda się rozwiązać, a podejrzenie będzie na mnie ciążyć do końca życia. A moich powieści, które tak wiele dla mnie znaczą, na pewno już nie odzyskam.
    Nagle drgnęła. Wywołano jej nazwisko, wzywając na świadka. Publiczność poprawiła się na swoich miejscach.
    Helle znalazła się w krzyżowym ogniu pytań obrońcy Bernlanda. Starała się odpowiadać zgodnie z prawdą, lecz pytania były podstępne i przebiegłe i często zadawane w innym zamiarze, niż początkowo mogło się wydawać. Czuła się zbita z tropu. Adwokat Bernlanda dążył do tego, by dziewczyna zaprzeczała samej sobie, ale mimo to zdołała wybrnąć z najgorszych pułapek.
    Wypytywał Helle o najdrobniejsze szczegóły życia prywatnego, natomiast wyraźnie unikał tematu samych rękopisów. Z kolei jej adwokat, Marholm, który zadawał pytania jako następny, mówił głównie o powieściach. Przedstawił sądowi notatki, sporządzone przez Helle w hotelu, analizował je i porównywał z książkami Bernlanda.
    – I proszę zapamiętać sobie jedną rzecz, panie Bernland – rzucił ostrzegawczo, zwracając się w stronę sali. – Posiadam streszczenia obu brakujących powieści: jednej z dawniejszych i najnowszej, która jeszcze nie ma tytułu. Zamierzam dostarczyć ich kopie wszystkim wydawcom w kraju. Niech więc pan nawet nie próbuje wydać ich jako swoje własne!
    Bernland nawet nie drgnął, lecz jego adwokat wyraził sprzeciw. Sprzeciw został uznany, ale Marholm osiągnął to, co zamierzał.
    Kiedy Helle pozwolono w końcu wrócić na miejsce, czuła się jak wykręcona przez wyżymaczkę. Nie sądziła, by udało się jej przekonać sąd o winie Bernlanda. Twarze sędziów wydawały się nieprzeniknione i poważne, niemal surowe.
    Ale oto zaczęły się dziać rzeczy, których nikt nie przewidział.
    Adwokat Marholm wezwał na świadka panią Astę Bernland.
    Bo Bernland drgnął i poderwał się z miejsca.
    – Protestuję! Żonie nie wolno świadczyć przeciw mężowi.
    – Chciałbym zauważyć, że nie jesteście już małżeństwem – odparł Marholm z chytrym uśmieszkiem. – Państwo się przecież rozwiedli. Zresztą skąd pan wie, że pańska była żona zamierza świadczyć przeciw panu?
    Bernland usiadł, czerwony z wściekłości na twarzy.
    A więc tak. Jednak dostał rozwód! Skłamał, żebym nie robiła sobie żadnych nadziei, pomyślała Helle zaskoczona. Mogę się tylko z tego cieszyć.
    Pani Bernland okazała się piękną kobietą, innej ten człowiek naturalnie by nie wybrał. Odpowiadała krótko i zwięźle.
    – Mój były mąż miał zawsze chorobliwie wygórowane ambicje – odparła na jedno z pytań Marholma. – Nie mógł przeboleć, że jego brat jest znanym dramaturgiem, nawet cierpiał z tego powodu na głęboką depresję. Wielokrotnie słyszałam, jak Bo poprzysięgał sobie, że będzie bardziej sławny niż brat, że jeszcze go prześcignie.
    – Jako pisarz?
    – Właśnie. Lecz wyniki jego starań w tym kierunku były dość żałosne.
    – Tak, mieliśmy dziś możliwość wysłuchania niektórych fragmentów wczesnych jego utworów dla porównania z powieścią „Elisabeth Engman”. Różnica jest uderzająca. Czy czytała pani „Elisabeth Engman”, pani Bernland?
    – Tak, czytałam i, pominąwszy niektóre niesmaczne opisy, nie mieści mi się w głowie, że Bo mógł być jej autorem. Chyba że nagle obudził się w nim talent. Według mnie tylko kobieta mogła tak napisać o kobiecie.
    – Wnoszę sprzeciw – odezwał się adwokat Bernlanda. – Takie opinie nie mają znaczenia dla sprawy. Żądamy dowodów!
    A właśnie o to było najtrudniej – o dowody.
    O ciotce Belli pani Bernland powiedziała:
    – Ach, to biedna kobieta. Zrobi wszystko za butelkę wina. A od kiedy przepiła wszystkie swoje pieniądze, jest zależna od cudzych datków. Jeśli ktoś jest wystarczająco bezwzględny, łatwo może to wykorzystać.
    Potem miejsce pani Asty Bernland zajął Mogensen.
    Helle zaczerwieniła się na widok swojego „lekarza”, który kazał jej miesiącami leżeć w łóżku i przepisywał pastylki miętowe na chorobę serca, na którą nie cierpiała.
    Mogensen, ogolony i nienagannie ubrany, zaprzeczył stanowczo wszystkiemu. Nie, nigdy nie udawał lekarza czy profesora. Dlaczego miałby to robić?
    – Ale zna pan Bo Bernlanda? – spytał Marholm.
    Mogensen trwał przy swoim.
    – Widywałem go czasem w wydawnictwie, ale nie znam go bliżej.
    Adwokat Marholm wyjął więc swą kartę atutową, którą otrzymał od Lunda.
    – Ten tajemniczy przedmiot policja znalazła wczoraj w pańskim mieszkaniu. Co może pan o tym powiedzieć?
    Mogensen nie odpowiadał. Helle patrzyła zdumiona na rzecz, którą adwokat trzymał w górze.
    – Czy mam powiedzieć, co to jest? – spytał Marholm. – To sztuczne wąsy. Proszę je założyć!
    – Nie zrobię tego. To nie karnawał.
    Kilku porządkowych spełniło polecenie Marholma, a wtedy z sali rozległ się krzyk Christiana:
    – To on! Ten pijaczyna, który pobił mnie przed wejściem do biblioteki!
    – Poznaję go. To ten turysta, który powiedział mi, że dziewczyna wcześniej zeszła z wieży – dodała przewodniczka.
    – Spokój na sali! – zarządził sędzia, uderzając młotkiem w stół.
    – Teraz się pan nie wykręci! – rzekł Marholm. – Odpowie pan za potrójne usiłowanie morderstwa, Mogensen. – Wiemy też przypadkiem, że znajdował się pan w wydawnictwie tego dnia, kiedy Bernland podsłuchał rozmowę między Christianem Wildehede a wydawcą. To, moje panie i moi panowie, świadczy o tym, że oskarżony jest zamieszany w napad na dziedzica. Polecił panu śledzić młodzieńca w drodze do biblioteki, prawda?
    Bernland i jego adwokat wnieśli zdecydowany sprzeciw. Mogensen został wyprowadzony. Z wściekłością zerwał wąsy z twarzy.
    – A teraz – rzekł Marholm z wyraźnym zadowoleniem – chciałbym przesłuchać ostatniego świadka. Jeden z policyjnych ekspertów pracował bez wytchnienia, by zdążyć na dziś przygotować pewną analizę, i udało mu się. Jest wybitnym specjalistą w swojej dziedzinie. Proszę go teraz o zajęcie miejsca w loży świadków.
    Drobny i niepozorny człowiek złożył przysięgę. Marholm zaczął:
    – Przeprowadził pan ostatnio analizę rękopisu powieści, której Helle Strøm nadała tytuł „Tęsknota”, a Bo Bernland nazwał „Elisabeth Engman”. Przejrzał pan również konspekt, notatki i brudnopis. Czy mógłby pan przedstawić swoje wnioski?
    – Nie chciałbym wnikać w aspekty literackie, choć i tam można by wiele znaleźć. Wolałbym przejść do spraw bardziej konkretnych, czyli do dowodów, których brakuje w tej sprawie. Zbadałem papier, na którym Helle Strøm sporządziła swój rękopis, oraz ten, którego dla swoich zapisków użył Bernland. Okazuje się, że papieru wykorzystanego przez oskarżonego na rzekomy brudnopis nie było jeszcze w handlu kilka miesięcy temu. Rękopis Helle Strøm został napisany na długo przed pierwszymi notatkami Bernlanda, a więc zanim Bernland oskarżył dziewczynę o kradzież swojej powieści.

ROZDZIAŁ XI

    Na sali rozpraw powstał nieopisany chaos. Sędzia bezskutecznie usiłował uspokoić zebranych. W końcu, wykorzystując chwilę ciszy, ogłosił przerwę.
    Peter w jakiś sposób przecisnął się do Helle i rozłożywszy ręce, chronił ją przed napierającymi osobami, które pragnęły jej pogratulować. Helle dostrzegła wśród nich promiennie uśmiechniętego Christiana.
    Adwokat Marholm był zadowolony:
    – Świetnie nam poszło. Pozostało jeszcze tylko kilka drobiazgów do wyjaśnienia. I odzyskanie najnowszego rękopisu.
    – To nie jest taki drobiazg – odezwał się Peter.
    Helle czuła się bardzo szczęśliwa z powodu pomyślnego zakończenia sprawy, a także dlatego, że Peter, silny i stanowczy, znowu znajdował się tak blisko. Ze wzruszenia nie mogła wydobyć słowa. Uśmiechała się tylko rozpromieniona.
    Nagle od strony tylnych ławek rozległ się rozpaczliwy krzyk i szmer głosów umilkł.
    To Bella Bernland.
    – Nie możecie tego zrobić! – wołała. – Nie możecie zamknąć Bo w więzieniu, co będzie ze mną? Z czego mam teraz żyć?
    Bella, która przez wiele dni nie miała w ustach kropli alkoholu, nie panowała nad swoimi słowami. Kierował nią prymitywny egoizm i niepohamowane współczucie dla samej siebie.
    – A Mogensen?! – histeryzowała. – Z nim jest tak samo źle! Został bez pracy, bez pieniędzy i nie ma nic do picia. Mój bratanek załatwiał mu wszystko!
    I w ten sposób wyjaśniło się, dlaczego Mogensen trzykrotnie próbował dokonać zabójstwa. Bernland przez cały czas wykorzystywał jego słabość.
    Nikt nawet nie starał się uciszyć Belli.
    Sędzia główny i dwóch sędziów posiłkowych, wychodzący z sali, zatrzymali się w drzwiach i słuchali z zainteresowaniem. Jedynie adwokat Bernlanda torował sobie drogę, by czym prędzej zamknąć kobiecie usta, ale nie od razu mu się udało.
    – Wszystkiemu winna jest ta dziewczyna – szlochała Bella, tak że ledwie ją można było zrozumieć. – Robiłam, co mogłam, byłam dla niej miła, opiekowałam się nią, a nawet gotowałam, co uważam za rzecz najnudniejszą na świecie. I właśnie wtedy, kiedy skończyła tę przeklętą powieść i Mogensen miał jej dać proszek, żeby się jej pozbyć na zawsze, ta mała uciekła! Dlaczego mi to zrobiła? Bo nie zostawił na mnie suchej nitki, że jej nie upilnowałam, to takie niesprawiedliwe!
    Tymczasem obrońca Bernlanda dotarł do Belli i położył kres dalszym jej wynurzeniom.
    – A więc uciekłaś w samą porę, Helle! – rzekł Christian. – Zgodnie z ich planem miałaś zniknąć bez śladu.
    – Bernland nie mógł przecież trzymać „złotego ptaka” bez końca – przytaknął adwokat Marholm. – Pomyślał pewnie, że cztery powieści wystarczą, by osiągnąć sławę i bogactwo, których tak straszliwie pragnął.
    Ku sali rozpraw przeciskał się strażnik.
    – Panie sędzio! Bernland uciekł! Pilnowaliśmy Mogensena, bo jest oskarżony o próbę zabójstwa. Natomiast Bernland pozostawał bez nadzoru, gdyż jego sprawa jeszcze nie została rozstrzygnięta. Poszedł do toalety i nikt go już od tego czasu nie widział!
    – Co pan mówi?! Kiedy to się stało?
    – Jakiś kwadrans temu.
    W tej samej chwili weszła sekretarka biura sądu.
    – Dzwonią z banku obok, panie sędzio. Bernland właśnie opróżnił swoją skrytkę.
    – Do licha! – zawołał Marholm. – Gdzie on teraz jest?
    – Pojechał samochodem w kierunku zachodnim.
    – Czy podejmował pieniądze?
    – Według urzędników bankowych zabrał głównie jakieś papiery. Grube pliki.
    – Rękopisy Helle! Sprowadźcie samochód! Szybko!
    Dwóch strażników ruszyło jednocześnie ku wyjściu, wpadając na siebie z rozpędu.
    – Jadę z wami! – zawołał Christian.
    – Ja też! – wykrzyknął Peter. – Chodź, Helle!
    Wiele osób rzuciło się jednocześnie do drzwi. W jaki sposób udało im się wyjść, pozostaje zagadką. Dobrze, że silny i rosły Peter zadbał o to, by nie wypchnięto Helle na sam koniec.
    Strażnicy natychmiast znaleźli duże, szybkie auto, do którego wpakowało się tyle osób, ile mogło pomieścić. Pasażerami okazali się adwokat Marholm, Lund, Helle, Peter, Christian, dwóch konstabli i pewien młody chłopak, który nie wiadomo, czego tam szukał. Szybko go wyproszono i rozpoczęła się szaleńcza pogoń. Samochód, kierując się na zachód, minął w pędzie budynek banku i przerażonych ludzi, szukających schronienia za słupami latarni i w bramach.
    Helle siedziała na tylnym siedzeniu, wciśnięta między Petera a Christiana, funkcjonariusze zajęli miejsca naprzeciw, a adwokat i Lund zmieścili się na przodzie obok kierowcy. Pędzili z zawrotną szybkością pięćdziesięciu kilometrów na godzinę.
    – Myślicie, że go złapiemy? – spytała Helle oszołomiona.
    – Z pewnością, jeśli uda się nam zachować taką prędkość – odparł Christian. – Chyba że Bernland obrał jakąś inną drogę.
    Marholm odwrócił się nieznacznie do tyłu.
    – Zakładamy, że będzie próbował dostać się na prom, żeby później dotrzeć do Niemiec. Szwecja jest już bowiem zamknięta dla niego jako pisarza. Ale jeżeli uda mu się przetłumaczyć powieści Helle na niemiecki, to dopnie swego.
    – Nie poddaje się tak łatwo – mruknął Lund. – Obyśmy tylko go dostali, zanim wsiądzie na prom!
    Dawno już wyjechali z miasta. Dokoła rozpościerał się niebieskawy, błotnisty krajobraz, typowy dla duńskiego przedwiośnia.
    – Gdzie jesteśmy? – spytała Helle.
    – Niedaleko Vildehede – odparł Lund. – Majątek leży dokładnie na północ stąd.
    – Tam widać jakiś samochód! – krzyknął Christian. – Na skraju tego pola. Teraz zniknął w lesie.
    – Może to być zupełnie przypadkowy wóz, Ale załóżmy, że to Bernland. Czy możemy trochę przyspieszyć?
    – W tym błocie to niemożliwe – odpowiedział kierowca.
    Dotarli do lasu. Dopiero wtedy Helle uświadomiła sobie, że z całej siły zaciska pięści i zagryza zęby.
    Samochód kołysał się w głębokich koleinach. Helle przysunęła się blisko Petera, musiała przyznać, że bijące od niego ciepło sprawiało jej przyjemność. Nigdy w życiu nie czuła się tak wytrzęsiona i obolała, ale za nic w świecie nie zrezygnowałaby z tej jazdy!
    Wreszcie pomiędzy drzewami pozbawionymi jeszcze liści dojrzeli wóz, którym uciekał Bernland.
    – Depczemy mu po piętach! – zawołał Christian. – Już nas zobaczył. Patrzcie, odwrócił się! To jego gęba!
    – Teraz możemy chyba zwiększyć szybkość – zaproponował Marholm.
    Przez chwilę siedzieli w napięciu, obserwując, jak na zmianę oddalają się, to znowu zbliżają do uciekającego.
    – Mamy go – rzucił Lund.
    Helle czuła mdłości.
    – Co to takiego fruwa w powietrzu? – spytał nagle Peter. – Wygląda jak duże płatki śniegu.
    – Ten drań coś wyrzuca! – zawołał Christian. – Jakieś papiery.
    Ziemia pokryła się drobnymi, białymi strzępami papieru.
    Helle ogarnęło niedobre przeczucie.
    – Zatrzymajcie się! – pisnęła. – A jeżeli to…
    Samochód zahamował tak gwałtownie, że dziewczyna wpadła w ramiona jednego z konstabli. Christian wyskoczył z wozu, złapał jeden ze skrawków podartej kartki, po czym opadł z powrotem na siedzenie.
    – To przypomina pismo Helle. Co tu jest napisane? „…kiedy byliśmy w Odense – rzekł Erl…”
    – To moja najnowsza powieść! – jęknęła Helle. – Porwał ją na strzępy! A ja nie mam nawet kopii!
    – Chodź! – odezwał się Peter przytomnie. – Wysiądziemy i pozbieramy wszystkie kawałki rękopisu.
    – Czy mam wam pomóc? – spytał Christian bez entuzjazmu.
    – Nie, lepiej goń tego łotra! Czy zauważyłaś, Helle, kiedy zaczął sypać ten „śnieg”?
    – Chyba dopiero za ostatnim zakrętem.
    – Później po was przyjedziemy – rzekł Lund. – Weźcie torbę na te drobinki.
    Samochód ruszył i Helle z Peterem zostali sami w lesie.
    – Nigdy nam się nie uda pozbierać wszystkiego – jęknęła dziewczyna.
    – Uda się – rzekł Peter, próbując jej dodać otuchy.
    Pobiegli do zakrętu i od razu znaleźli miejsce, w którym Bernland zaczął drzeć rękopis. Na szczęście nie było wiatru, ale kawałki papieru wyrzucone z pędzącego samochodu i tak rozsypały się dokoła. Niektóre pofrunęły pomiędzy drzewa.
    Szli po obu stronach drogi, żeby zebrać możliwie wszystko.
    Nagle w lesie rozległ się huk i Helle aż podskoczyła.
    – Czyżby strzelał?
    – Nie, to chyba coś z samochodem, może awaria układu wydechowego lub koła.
    – Miejmy nadzieję, że to nie nasz wóz się zepsuł – mruknęła Helle i dalej zbierała porozrzucane kawałki papieru.
    Przez chwilę oboje szli w milczeniu.
    – Helle, dużo rozmyślałem – odezwał się nagle Peter. – O tym wszystkim, o co miałaś do mnie pretensje.
    – Nie miałam do ciebie pretensji, Peter.
    – W każdym razie muszę ci przyznać absolutną rację. Byłem ślepy i uparty.
    Helle zdjęła z gałęzi kawałek kartki.
    – Ja także wiele rozmyślałam, kiedy mieszkałam na Fionii, i doszłam do wniosku, że potraktowałam cię niesprawiedliwie. Powinnam uszanować twój stosunek do kobiet. Zresztą ja także nie potrafię zrozumieć, jak można strzelać do zwierząt jedynie dla własnej przyjemności
    – Wiele się w tym czasie nauczyłem, Helle! Możesz mi wierzyć! Zrozumiałem, że są także wspaniałe kobiety. Jest wśród nich taka, bez której nie potrafię żyć. Boże, omal nie oszalałem! Nieustannie napotykałem mur nie do przebycia, kiedy usiłowałem się z tobą skontaktować. Miałem ci tak wiele do powiedzenia… O, popatrz, już się tak nie stara, wyrzuca całe arkusze.
    – To dobrze. Robi mi się słabo na samą myśl o tym, ile mnie czeka pracy, żeby poskładać powieść w jedną całość. Ale myślę, że warto. To najlepsza rzecz, jaką do tej pory napisałam.
    – Pomogę ci w tej układance. Helle, jest coś, o co chciałbym cię spytać…
    Umilkł i zaczął nasłuchiwać.
    – Posłuchaj! Są tuż za wzgórzem. Samochody się zatrzymały, chyba go złapali!
    Helle, która strasznie chciała usłyszeć, o co Peter zamierzał ją zapytać, westchnęła zrezygnowana. Obiegli wzgórze i zobaczyli oba wozy, które zatrzymały się przy moście, prowadzącym przez niewielką, leniwie płynącą rzekę. Na jednym końcu mostu stali policjanci i rozgorączkowany Christian, gotowi zaatakować Bernlanda, który niezdecydowany stał pośrodku. Jego kierowca leżał na deskach mostu i sprawdzał, dlaczego samochód utknął. Lund wołał coś do ściganego.
    Kiedy Bernland zauważył Helle, krzyknął coś z wściekłością i rzucił cały plik papieru przez barierkę.
    – O, nie – jęknęła Helle. – Przecież atrament się rozpłynie!
    W tej samej chwili Peter błyskawicznie wbiegł na most i skoczył do rzeki.
    – Peter! – krzyknęła Helle.
    Ale leśniczy był już w wodzie. Rzucił się w stronę kartek, które płynęły z prądem, i chwycił cały plik, zanim papier zdążył nasiąknąć. Jeden z arkuszy popłynął dalej, lecz Peter nie zrezygnował. Z rękopisem Helle uniesionym wysoko w jednej ręce rzucił się w pogoń za umykającą kartką. Wreszcie dosięgnął i tę ostatnią.
    Konstable tymczasem zatrzymali Bernlanda. Adwokat Marholm i Christian stali na brzegu rzeki, wyciągając ręce do Petera. Zsiniałego na twarzy i drżącego z zimna wyciągnęli w końcu na ląd.
    – Wyłowiłem twój rękopis, Helle – Peter próbował się uśmiechnąć.
    Jeden z samochodów, który udało się jakoś wyprowadzić, odjechał z Bernlandem, pilnowanym przez Lunda i funkcjonariuszy. Marholm i Christian zbierali pośpiesznie do torby pozostałe kawałki podartego papieru. Kierowca wyciągnął z bagażnika koc i okrył nim zziębniętego Petera, któremu Helle pomogła usadowić się na tylnym siedzeniu.
    – Jesteś niespełna rozumu! – powiedziała z podziwem. – Ale dziękuję! Stokrotnie dziękuję, nie masz pojęcia, jak się cieszę. Ta powieść jest dla mnie prawie jak dziecko.
    Pojechali prosto do Vildehede. Christian zaproponował, by Peter udał się do majątku i tam odtajał, lecz on wolał wrócić do własnego domu i przebrać się w swoje ubranie.
    – Pójdę z tobą – zaproponowała Helle. – Potrzebny ci ktoś, kto rozpali w piecu, poda ciepłą zupę i zadba, byś szybko się rozgrzał.
    – Tak, to dobry pomysł, Helle – odezwał się Christian, uśmiechając się dwuznacznie. – Ale przypilnuj, żeby się najpierw należycie oświadczył!
    – O ile się nie mylę, już to uczynił, co prawda używając półsłówek.
    – Zgodziłaś się czy odmówiłaś?
    – A kiedy miałam znaleźć na to czas, jak nie odstępujecie nas na krok i ciągle przeszkadzacie?
    Christian uśmiechnął się, a potem, mimo wielu protestów kierowcy, zapłacił mu z nawiązką za ewentualne szkody oraz za koc.
    – Teraz proszę wszystkich o ciszę – rzekł. – Mam pewną ważną wiadomość. Dzięki tajemniczej historii Helle zacząłem wertować stare pisma w poszukiwaniu „złotego ptaka”, a moja matka odwiedziła kilka biur adwokackich, i dowiedzieliśmy się o pewnym starym spadku, który nie ma właściciela. Okazuje się, że należy do nas. W ciągu wielu lat jego wartość znacznie wzrosła, no i jesteśmy spadkobiercami fortuny. Co o tym myślisz, Helle, czy nie byłbym lepszą partią dla ciebie niż Thorn, otrzymujący tylko nędzną pensję od skąpego dziedzica?
    Dziewczyna uśmiechnęła się ciepło do młodego figlarza.
    – Pieniądze to nie wszystko, Christianie.
    Westchnął.
    – Nie, prawdopodobnie nie. Ale są piękne! Tobie by się też przydały, Thorn, musisz rozbudować swój dom.
    – Tak, myślałem o tym.
    Christian i adwokat Marholm udali się na zasłużoną kawę, a Helle poszła z Peterem do leśniczówki. W drzwiach zawołała zdumiona:
    – Peter! Ale masz wspaniałe łóżko!
    Pół pokoju zajmowało ogromne podwójne łoże z baldachimem.
    – Dostałem je od dziedzica. Ława była zbyt niewygodna.
    – Na Boga! Pospiesz się, zmień wreszcie ubranie i wskakuj prędko do tego monstrum. Ja tymczasem napalę w piecu!
    Wkrótce w pokoju zapanowało przyjemne ciepło, lecz Peter nadal szczękał zębami, gdyż przemarzł do szpiku kości. Helle upewniła się przestraszona, czy w jego żyłach nadal krąży krew, a on uspokoił ją, że jest tego absolutnie pewien.
    Na zewnątrz zapadł zmrok. Helle zapaliła lampę parafinową. Zmartwiona usiadła obok leśniczego. Zar stanął przy łóżku, opierając pysk na pościeli, wydawał się podzielać smutek dziewczyny.
    – Nie wolno ci zachorować, Peter – zaczęła, zdumiona, że potrafi rozmawiać z nim tak naturalnie. A jeszcze całkiem niedawno uważała go za zbyt nieprzystępnego i poważnego. Lecz człowiek ten przez tak długi czas wypełniał jej marzenia, że stał się jej bardzo bliski.
    Poczuła ogarniające ją gorąco, kiedy przyglądała się jego twarzy, w której kochała każdy szczegół.
    – Helle, gdybyś zechciała zostać ze mną na zawsze, to przyrzekam ci, że nie będę nadopiekuńczy. Obiecuję ci prawo do samodzielności. Będziesz mogła pisać, kiedy zechcesz. Bernland wsadził swojego złotego ptaka do klatki. Ja tego nie zrobię. Chciałbym, abyś zachowała wolność i nie czuła się do niczego zmuszona. Żebyś tylko zechciała ze mną zostać!
    Popatrzyła na niego w zamyśleniu.
    – Trochę się boję – przyznała. – Do niedawna nie znosiłeś kobiet i byłeś do nich uprzedzony.
    – Nie byłem uprzedzony, droga Helle. Tylko głupi, bo nie znałem wcześniej nikogo takiego jak ty. Miałaś całkowitą rację, kiedy mówiłaś, że ludzie, którzy się kochają, muszą być wobec siebie szczerzy i potrzebują poczucia bezpieczeństwa, by móc okazać sobie wzajemnie całą miłość. Ale uważam także, że to jest bardzo trudne.
    Helle skinęła energicznie.
    – To tak, jakbyśmy oddawali całą swoją duszę.
    – Tak. Helle, pamiętasz, jak cię po raz pierwszy pocałowałem?
    – Też pytanie!
    Nie sprostowała, że to właściwie ona go pocałowała. Jeśli tego nie zauważył, tym lepiej.
    – Marzyłem o tym później przez cały czas – przyznał cicho. – Czy mógłbym spróbować jeszcze raz?
    – Ale to niebezpieczne, Peter. Chyba zauważyłeś to tamtego wieczoru?
    – Nie musimy się chyba teraz obawiać. Helle… już dawno chciałem cię zapytać o to, czy zechciałabyś ze mną dzielić życie?
    – Tak. Pragnę tego bardziej niż czegokolwiek innego, ale…
    Przerwał jej surowo:
    – Helle, nie żyjesz zgodnie z zasadami, które głosisz. Te cudowne uczucia, o których pisałaś w książce…
    – Jednak to o wiele trudniejsze, niż myślałam, Peter – rzekła błagalnie. – O wiele silniejsze. Wszystko, co pisałam o tęsknocie i miłości, jest niczym w porównaniu z namiętnością w sytuacji, kiedy się kogoś kocha naprawdę. I to mnie przeraża. My kobiety nie powinnyśmy doznawać tego rodzaju uczuć, bo uwłaczają naszej godności.
    – Nie, już tak nie myślę, to było głupie z mojej strony. Uważam, że pięknie to wyjaśniłaś w swojej powieści. Czytałem to wiele razy, Helle. Zwłaszcza pewien fragment, w którym młoda kobieta wraca do domu z lekcji muzyki, na której przez cały czas musiała ukrywać i tłumić swą miłość do nauczyciela…
    – Dziękuję bardzo – odparła Helle przygnębiona, odwracając twarz. – Spodziewałam się, że zatrzymasz się na tej scenie. To jedyny odważny fragment.
    – Wcale nie jest odważny – zaprotestował ostro. Wyglądał bardzo zabawnie, kiedy mówił, gdyż broda nadal drżała mu z zimna. A może już nie z zimna? To prawda, że przemarzł, ale w domu było przecież ciepło. Helle nieznacznie się odsunęła.
    Nagle Peter schwycił ją za nadgarstek i mocno przytrzymał.
    – To było takie piękne i takie naturalne – rzekł z naciskiem. – Ten opis, jak rozmarzona bohaterka rozbiera się i w milczeniu kładzie na łóżku bez ubrania. Rozdarta między uczuciem wstydu a potrzebą dawania. Helle, zrób tak jak ona! Zdejmij ubranie!
    – Ale przecież ty tu jesteś. Nie, to niemożliwe. To nie to samo.
    Usiadł na posłaniu.
    – Czy kiedykolwiek leżałaś sama w ten sposób? – spytał cicho.
    Helle siedziała nieruchomo. Nie miała odwagi odpowiedzieć. Ani też spojrzeć mu w oczy.
    Peter dotknął jej podbródka i skierował jej twarz ku swojej.
    – Czy tak?
    Minęło sporo czasu, zanim odpowiedziała.
    – Może.
    – Kiedy?
    – Niedawno. W pokoju hotelowym. Kiedy cię ponownie zobaczyłam po długiej rozłące.
    – Czy myślałaś wtedy o mnie?
    Głos Helle był ledwie słyszalny.
    – Tak.
    Peter z drżeniem zaczerpnął powietrza.
    – Ja także miewałem takie myśli, Helle. Już od dawna. Od czasu, kiedy ostatnio u mnie byłaś. Wtedy się w tobie zakochałem.
    Wreszcie odważyła się podnieść wzrok.
    – Jeśli chcesz, możemy zgasić światło – rzekł, ostrożnie rozpinając jej sukienkę.
    – Nie. Muszę widzieć twoje oczy. Zawsze dostrzegałam w nich wiele ciepła, choć ty starałeś się go nie okazywać. Miłość, której dziś wieczorem nie musisz kryć. Potrzebuję jej, Peter!
    Sukienka ześliznęła się na podłogę. Helle zaczęła zdejmować buty. Palce jej drżały, kiedy rozwiązywała sznurowadła.
    Została w samej bieliźnie. Spojrzała Peterowi w oczy, szukając w nich odpowiedzi, i znalazła ją. Skinął głową. Helle zdjęła bieliznę i zażenowana usiadła na brzegu łóżka.
    Peter pieścił dłonią jej policzek. Po chwili ułożyła się obok niego na posłaniu. Pozwoliła, by poszukał ustami jej ust. Przymknęła oczy.
    Nagle, zupełnie niespodziewanie i nie wiadomo dlaczego, ujrzała w myślach wieżę w Vildehede. Jeżeli wyjdzie za Petera, będzie miała ten upiorny zabytek w najbliższym sąsiedztwie. Ale Helle nie żałowała. Warto było!

Margit Sandemo


***

Top.Mail.Ru