Скачать fb2
Raj

Raj

Аннотация

    Jedenaście lat minęło od pierwszego spotkania pięknej Meredith, córki właściciela sieci domów handlowych w Chicago, z Mattem, rozpoczynającym błyskotliwą karierę w świecie interesów. Uczucie, które wówczas na krótko ich połączyło, dzisiaj wydaje się należeć do bezpowrotnej przeszłości – miejsce namiętności zajęły wzajemne pretensje, rozczarowanie i gorycz. A przecież pamięć tamtych chwil pozostaje dla obojga czymś więcej niż tylko pięknym wspomnieniem. Czy jednak to wystarczy, by powrócić do utraconego raju miłości?


Judith McNaught Raj

    Tytuł oryginalny: Paradise
    Kolejna Szansa (tom: 1)

ROZDZIAŁ 1

    Grudzień 1973
    Meredith Bancroft ostrożnie wycinała zdjęcie z „Chicago Tribune”. Obok niej na łóżku z baldachimem leżał otwarty album z wycinkami prasowymi. Nadtytuł interesującego ją artykułu głosił:
    Dzieci śmietanki towarzyskiej Chicago w strojach elfów uczestniczą w bożonarodzeniowej akcji charytatywnej w szpitalu oaklandzkim.
    Dalej wymieniano ich nazwiska. Zamieszczono też duże zdjęcie „elfów”: pięciu chłopców i pięciu dziewcząt, w tym i Meredith. Elfy wręczały prezenty małym pacjentom oddziału dziecięcego. Z lewej strony, jakby nadzorując całą akcję, stał przystojny osiemnastolatek przedstawiony jako: „Parker Reynolds III, syn państwa Parker Reynolds z Kenilworth”.
    Meredith porównywała siebie do pozostałych dziewcząt w kostiumach elfów; zastanawiała się, dlaczego wyglądają umilkło, a jednocześnie mają wszelkie pożądane okrągłości, podczas gdy ona wygląda…
    – Przysadziście – powiedziała z bolesnym grymasem. – Wyglądam jak troll, a nie jak elf.
    To nie w porządku, że inne dziewczęta, już czternastolatki, zaledwie o kilka tygodni od niej starsze, mogły wyglądać tak cudownie. Ona była trollem o płaskich piersiach i z aparatem korekcyjnym na zębach. Znów spojrzała na fotografię i pożałowała odruchu próżności, który kazał jej wtedy zdjąć okulary. Bez nich miała tendencję do mrużenia oczu; właśnie tak, jak na tym okropnym zdjęciu.
    – Szkła kontaktowe zdecydowanie by pomogły – orzekła. Spojrzała na podobiznę Parkera i na jej twarzy pojawił się marzycielski uśmiech. Przycisnęła gazetę do tego, co powinno być jej biustem, gdyby go oczywiście miała. Niestety nie było tam nic takiego i wcale nie zanosiło się, aby kiedykolwiek to coś miało się tam pojawić.
    Nagle drzwi do jej pokoju otworzyły się i Meredith gwałtownie oderwała zdjęcie od piersi. Sześćdziesięcioletnia, tęga gospodyni przyszła uprzątnąć naczynia po kolacji.
    – Nie zjadłaś deseru – skarciła ją pani Ellis.
    – Jestem za gruba – powiedziała Meredith. Żeby to udowodnić, wstała ze swojego antycznego łóżka i podeszła do wiszącego nad toaletką lustra. – Proszę na mnie spojrzeć – wskazała na swoje odbicie. – Nie mam talii.
    – Masz jeszcze trochę dziecięcych okrągłości, i to wszystko.
    – Bioder też nie mam. Wyglądam jak chodzący kloc. Nic dziwnego, że nie mam przyjaciół…
    Pani Ellis, pracująca dla Bancroftów od niespełna roku, zdziwiła się.
    – Nie masz przyjaciół, dlaczego?
    Meredith, chcąc się komuś zwierzyć, powiedziała:
    – Tylko udawałam, że w szkole jest wszystko w porządku. Tak naprawdę to jest okropnie. Ja się zupełnie… nie nadaję. Nigdy nie umiałam się dostosować do otoczenia.
    – Coś musi być nie tak z dziećmi w twojej szkole…
    – Nie z nimi, tylko ze mną; ale mam zamiar się zmienić – oświadczyła Meredith. – Zaczęłam się odchudzać i chcę zrobić coś z włosami. Są okropne.
    – Wcale nie są okropne – zaprotestowała pani Ellis, patrząc na jej jasnoblond włosy i turkusowe oczy. – Masz niezwykłe oczy i bardzo ładne włosy. Ładne i gęste, i…
    – Nijakie.
    – Jasne.
    Meredith uparcie spoglądała w lustro, wyolbrzymiając swe niedoskonałości.
    – Mam prawie metr sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Na szczęście przestałam rosnąć, zanim stałam się wielkoludem. W sobotę zorientowałam się, że nie jestem tak do końca beznadziejnym przypadkiem.
    Pani Ellis zmarszczyła brwi.
    – Co takiego zdarzyło się w sobotę, że zmieniłaś zdanie?
    – Nic wielkiego – powiedziała Meredith, a w myślach dodała:
    Coś, co zatrzęsło ziemią. Parker uśmiechnął się do mnie w czasie imprezy bożonarodzeniowej i przyniósł mi colę. Poprosił, żebym zarezerwowała dla niego taniec na wieczorku pani Eppingham w sobotę.
    Przed siedemdziesięciu pięciu łaty Parkerowie założyli w Chicago potężny bank. Firma Bancroft i S – ka ulokowała w nim swój kapitał, a przyjaźń między obydwiema rodzinami przetrwała przez pokolenia.
    – Teraz wszystko się zmieni, nie tylko mój wygląd – ciągnęłą rozpromieniona Meredith. – Będę też miała przyjaciółkę. Do szkoły przyszła nowa dziewczynka, która nie wie, że nikt mnie nie lubi. Jest inteligentna jak ja. Zadzwoniła do mnie wczoraj. Sama do mnie zadzwoniła i gadałyśmy o wszystkim.
    – Zauważyłam, że nigdy nie przyprowadzasz do domu koleżanek ze szkoły – powiedziała pani Ellis, nerwowo zaciskając dłonie – ale sądziłam, że to dlatego, że daleko mieszkasz.
    – Nie, to nie to – powiedziała Meredith. Rzuciła się na łóżko, bezwiednie patrząc na swoje praktyczne kapcie, które wyglądały jak miniatury kapci jej ojca. Pomimo ogromnego bogactwa ojciec Meredith przejawiał niezwykły szacunek dla pieniędzy. Wszystkie jej ubrania były świetnej jakości, ale kupowano je tylko wtedy, kiedy było to naprawdę konieczne, i zawsze zwracano uwagę na ich trwałość. – Widzi pani, nie jeden przez nich akceptowana.
    – Kiedy ja byłam w twoim wieku, też trzymaliśmy się trochę z dala od prymusów.
    – To nie tylko to – odparła Meredith z wymuszonym uśmiechem. – To coś poza tym, jak wyglądam i jakie mam stopnie. To… to wszystko to – powiedziała, wymownie patrząc na duży, surowy pokój zastawiony antykami. Pokój ten odzwierciedlał charakter pozostałych czterdziestu pięciu pokoi w posiadłości Bancroftów. – Wszyscy myślą, że jestem dziwaczna, bo ojciec upiera się, żeby Fenwick odwoził mnie do szkoły.
    – Co w tym złego, jeśli wolno zapytać?
    – Inne dzieci przychodzą pieszo albo jeżdżą szkolnym autobusem.
    – A więc?
    – A więc nie przyjeżdżają rollsem z szoferem. – Prawie z tęsknotą w głosie dodała: – Ich ojcowie są hydraulikami lub księgowymi. Jeden z nich pracuje w naszym domu towarowym.
    Logika wywodu była niezaprzeczalna, lecz nie chcąc tego potwierdzić, pani Ellis spytała:
    – Ale ta nowa dziewczynka w szkole nie uważa, że to dziwne, że Fenwick cię wozi?
    – Nie – zachichotała Meredith z zażenowaniem. Jej oczy żywo błyszczały za szkłami okularów – ona myśli, że Fenwick jest moim ojcem. Powiedziałam jej, że mój ojciec pracuje dla bogatych ludzi, którzy prowadzą duży sklep.
    – No nie, nie zrobiłaś tego!
    – Zrobiłam i… i wcale nie żałuję. Powinnam była powiedzieć coś takiego już kilka lat temu w szkole, ale nie chciałam kłamać.
    – Teraz ci nie przeszkadza to, że kłamiesz? – dziwiła się pani Ellis.
    – To nie jest tak do końca kłamstwo – Meredith brnęła dalej. - Ojciec wytłumaczył mi to dawno temu. Widzi pani, Bancroft i S – ka to korporacja, a jej właścicielami są akcjonariusze. Ojciec jako prezes spółki praktycznie jest zatrudniony przez akcjonariuszy. Rozumie pani?
    – Sądzę, że nie – powiedziała bezbarwnie. – A kto jest właścicielem akcji?
    Meredith spojrzała na nią pokonana:
    – W większości my.
    Pani Ellis uważała za niepojęte wszystko, co dotyczy firmy Bancroft i S – ka i znanego domu towarowego w centrum Chicago. Meredith jednak wykazywała zadziwiające zrozumienie dla tych spraw. Może to wcale nie jest takie dziwne, pomyślała pani Ellis z rozdrażnieniem. Przecież ten człowiek interesuje się swoją córką tylko wtedy, kiedy poucza ją i wprowadza w sprawy tego sklepu. W gruncie rzeczy to właśnie Philipa Bancrofta należy winić za to, że jego córka nie może znaleźć wspólnego języka z rówieśnicami. Traktuje swoją córkę jak osobę dorosłą, oczekuje od niej, żeby mówiła i zachowywała się jak dorosła. Kiedy czasami podejmuje gości, Meredith gra rolę pani domu. W rezultacie dziewczynka czuje się swobodnie wśród dorosłych, a jest zagubiona w towarzystwie równolatków.
    – Ma pani rację, jeśli chodzi o jedno – dodała Meredith – nie mogę zwodzić Lisy Pontini, że Fenwick jest moim ojcem. Sadziłam, że gdy Lisa dobrze mnie pozna, nie będzie już miało dla niej znaczenia to, że Fenwick jest naszym szoferem. Lisa nie odkryła tego jeszcze tylko dlatego, że nie zna nikogo poza mną w naszej klasie, a po lekcjach musi od razu iść do domu. Ma siedmioro rodzeństwa i pomaga mamie.
    Pani Ellis z zakłopotaniem poklepała ją po ramieniu i próbowała powiedzieć coś pocieszającego.
    – Rano wszystko wydaje się prostsze – obwieściła, uciekając się do swoich ulubionych powiedzonek. Wzięła tacę, ruszyła w stronę drzwi, po czym zatrzymała się poruszona kolejną odkrywczą myślą: – I jeszcze jedno – dodała tonem zapowiadającym godną zapamiętania maksymę: – Każda potwora znajdzie swego amatora.
    Meredith nie wiedziała, czy śmiać się, czy płakać.
    – Dziękuję, pani Ellis – powiedziała w końcu. – To podtrzymuje na duchu.
    W bolesnej ciszy spoglądała na zamykające się za gospodynią drzwi, potem powoli podniosła album z wycinkami. Kiedy wycinek z „Tribune” był już starannie wklejony, patrzyła na niego przez chwilę, po czym wyciągnęła rękę i delikatnie dotknęła uśmiechniętych ust Parkera. Na samą myśl o tym, że może będzie z nim tańczyć, zadrżała pełna lęku i oczekiwania jednocześnie. Był czwartek, a tańce u pani Eppingham miały się odbyć pojutrze. Całe wieki oczekiwań.
    Z westchnieniem zaczęła przerzucać kartki albumu. Na początku było kilka bardzo starych wycinków, pożółkłych ze starości, niewyraźnych. Ten zeszyt założyła jej matka, Caroline. Był to zresztą w tym domu jedyny dowód na potwierdzenie tego, że Caroline Edwards Bancroft w ogóle kiedyś istniała. Wszystko inne, co było w jakikolwiek sposób z nią związane, zostało zgodnie z instrukcjami Philipa Bancrofta usunięte.
    Caroline Edwards była niespecjalnie dobrą aktorką, jak donosiły recenzje, ale z pewnością olśniewającą kobietą. Meredith wpatrywała się w wyblakłe zdjęcia, ale nie czytała notek redakcyjnych. Ich treść wyryta była w jej pamięci. Wiedziała, że Cary Grand towarzyszył jej matce na rozdaniu nagród Akademii Filmowej w 1955 roku. David Niven powiedział o niej, że jest najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widział, a David Selznik proponował jej rolę w swoim filmie. Wiedziała, że jej matka grała w trzech musicalach na Broadwayu i że krytycy niemiłosiernie nisko oceniali jej grę, ale docenili jej zgrabne nogi. Brukowce doszukiwały się romansów między Caroline a prawie wszystkimi jej partnerami filmowymi. Wycinki pokazywały ją otuloną futrem na przyjęciu w Rzymie; w wydekoltowanej czarnej sukni, grającą w ruletkę w Monte Carlo. Na jednym ze zdjęć opalała się na plaży w Monaco w skąpym bikini, na innym jeździła na nartach w Gstaad ze szwajcarskim mistrzem olimpijskim. Było oczywiste, że gdziekolwiek Caroline się pojawiła, otaczali ją przystojni mężczyźni. Ostatni wycinek zachowany przez jej matkę miał datę o sześć miesięcy późniejszą niż ten z Gstaad. Miała na sobie wspaniałą suknię ślubną. Uśmiechnięta zbiegała ze stopni katedry u boku Philipa Bancrofta pod gradem weselnego ryżu. Dziennikarze prześcigali się w ekstrawaganckich opisach ślubu. Przyjęcie w hotelu Palmer House było zamknięte dla prasy, ale reporterzy sumiennie odnotowali obecność wszystkich znamienitych gości od Vanderbiltów, Whitneyów po sędziego Sądu Najwyższego i czterech senatorów.
    Małżeństwo przetrwało dwa lata – wystarczająco długo, aby Caroline zaszła w ciążę, urodziła dziecko i miała nieciekawy romans z trenerem jazdy konnej. W końcu uciekła do Europy z jakimś księciem włoskim, który był gościem w domu jej męża. Poza tym Meredith wiedziała o matce niewiele ponad to, że nigdy nie dostała od niej nawet najkrótszego listu ani chociaż kartki urodzinowej. Ojciec Meredith, który zawsze podkreślał wagę honoru i zasad obowiązujących od pokoleń, uważał jej matkę za egoistyczną, bezwartościową osobę nie mającą pojęcia o czymś takim jak wierność małżeńska czy poczucie obowiązku rodzicielskiego. Kiedy Meredith miała rok, złożył pozew o rozwód i przyznanie mu pełnych praw do dziecka. Był zdecydowany użyć wszelkich, niemałych wpływów rodziny Bancroftów, ale nie musiał się uciekać do tych atutów. Zgodnie z tym, co powiedział Meredith, jej matka nie raczyła nawet czekać na przesłuchanie jej przez sąd, a co dopiero próbować walczyć o dziecko.
    Z chwilą uzyskania opieki nad córką, jej ojciec postanowił zrobić wszystko, aby Meredith nie poszła w ślady matki. Chciał – aby zajęła należne jej miejsce wśród szacownych kobiet z rodziny Bancroftów, wiodących przykładne życie poświęcone głównie pracy charytatywnej.
    Kiedy Meredith miała pójść do szkoły, Philip stwierdził z irytacją, że standardy wychowawcze, nawet wśród ludzi jego klasy, uległy rozprzężeniu. Wielu jego znajomych, hołdując zasadom bardziej liberalnego wychowania, posyłało dzieci do „postępowych” szkół, takich jak Bently czy Ridgeview. Kiedy Philip odwiedził te szkoły, usłyszał sformułowania typu: „swobodny tok nauczania” i „swoboda wypowiedzi”. Postępowa edukacja stała się dla niego równoznaczna z brakiem dyscypliny i obniżonym poziomem. Po odrzuceniu obydwu tych szkół zabrał Meredith do katolickiej szkoły St. Stephen, prowadzonej przez benedyktynki. Do tej właśnie szkoły chodziły kiedyś jego ciotka i matka.
    Szkoła St. Stephen spełniła wszelkie jego wymagania. Trzydzieści cztery dziewczęta w szaroniebieskich mundurkach i dziesięciu chłopców w białych koszulach i niebieskich krawatach poderwało się karnie na widok zakonnicy wprowadzającej go do klasy. Chór dziecięcych głosów wyrecytował: „Dzień dobry siostro”. Co najważniejsze jednak St. Stephen prezentowała stare, sprawdzone metody nauczania, nie takie jak Bently, gdzie część uczniów malowała palcami, podczas gdy inni, którzy akurat wybrali naukę, zajmowali się matematyką. Plusem St. Stephen były też wpajane tu zdrowe zasady moralne.
    Nie uszło uwagi jej ojca, że sąsiedztwo szkoły zubożało. Jego obsesją było jednak, żeby Meredith odebrała takie samo wykształcenie jak trzy pokolenia kobiet Bancroftów. Szofer wożący Meredith do szkoły rozwiązał sprawę niepewnego sąsiedztwa.
    Philip Bancroft nie zdawał sobie sprawy z tego, że dzieci uczęszczające do St. Stephen wcale nie były takimi nieskazitelnymi istotami. Były to najzwyczajniejsze dzieci pochodzące ze średnio zamożnych, a nawet biednych rodzin; bawiły się razem, razem chodziły do szkoły i były podejrzliwie nastawione wobec każdego, kto wywodził się z innego i w dodatku o wiele lepiej prosperującego środowiska.
    W dniu rozpoczęcia nauki w pierwszej klasie Meredith nie wiedziała o tym wszystkim. Ubrana w schludny szaroniebieski mundurek, zaopatrzona w nowy pojemnik na śniadania, drżała z podniecenia, jakie czuje każdy sześciolatek stojący oko w oko z klasą pełną obcych dzieci. Strachu jednak nie czuła. Dotychczas żyła właściwie w samotności, mając za towarzystwo tylko ojca i służących. Z radością wyczekiwała na przyjaźnie z dziećmi w swoim wieku.
    Pierwszy dzień w szkole minął zupełnie nieźle. Niestety sprawy przybrały inny obrót, gdy uczniowie wylegli po lekcjach na szkolny dziedziniec i parking. Obok rollsa, w czarnym szoferskim uniformie czekał Fenwick. Starsze dzieci zatrzymały się, patrzyły i zidentyfikowały ją jako „bogatą”, a co za tym idzie „inną”. Już samo to wystarczyłoby, żeby trzymały się od niej z daleka. Pod koniec tygodnia odkryły jednak dalsze przywary „bogatej dziewczynki”. Meredith Bancroft mówiła jak dorośli, a nie jak dziecko. W dodatku nie znała gier, w które bawili się na przerwach. Gdy próbowała z nimi grać, wydawała się im niezdarna. Najgorsze, że w ciągu kilku dni stała się ulubienicą nauczycieli, bo była inteligentna.
    W ciągu miesiąca Meredith została osądzona i zaszufladkowana jako obca przybyszka z innego świata, czyli wyrzutek. Być może, gdyby była ładna na tyle, żeby wzbudzać zachwyt, pomogłoby to z czasem – ale ładna nie była. Jako dziewięciolatka zaczęła nosić okulary, gdy miała dwanaście lat – aparat korekcyjny na zębach, a w wieku lat trzynastu była najwyższą dziewczynką w klasie.
    Tydzień temu, wieki całe po tym, jak Meredith straciła jakąkolwiek nadzieję, że będzie miała kiedyś prawdziwych przyjaciół – wszystko się odmieniło. W ósmej klasie do szkoły przyszła Lisa Pontini. Była o pół centymetra wyższa niż Meredith. Poruszała się z gracją modelki, a na skomplikowane pytania z algebry odpowiadała bez najmniejszego trudu. Tego samego dnia w południe Meredith siedziała na niskim murku przed szkołą. Jak zwykle jadła tam śniadanie, czytając książkę. Na początku zaczęła przynosić książkę, dlatego że czytanie zagłuszało trochę uczucie jej izolacji i wyobcowania. Od piątej klasy stała się już zapaloną czytelniczką.
    Miała właśnie przerzucić kartkę, gdy w polu jej widzenia pojawiła się para sfatygowanych, sznurowanych butów. Była to Lisa Pontini wpartująca się w nią z zaciekawieniem. Lisa z wyrazistą kolorystyką i masą kasztanowych włosów była całkowitym przeciwieństwem Meredith; co więcej, była wyzywająco pewna siebie, co pisma dla nastolatków określają ostentacją. Zamiast nosić szkolną bluzę zarzuconą porządnie na ramiona, tak jak to robiła Meredith, Lisa wiązała rękawy swojej bluzy w luźny węzeł na piersiach.
    – Boże, co za zbieranina – oznajmiła Lisa, siadając obok Meredith i rozglądając się po terenie szkoły. – W życiu nie widziałam tylu niskich chłopaków. Muszą tu dodawać do wody czegoś powstrzymującego wzrost! Jaka jest twoja średnia?
    Oceny w St. Stephen były wyrażane w procentach z dokładnością do części dziesiętnych.
    – Dziewięćdziesiąt siedem i osiem dziesiątych – odpowiedziała Meredith trochę zaskoczona gwałtownością uwag Lisy i jej nieoczekiwaną życzliwością.
    – Ja mam dziewięćdziesiąt osiem i jedną dziesiątą – skontrowała Lisa.
    Meredith zauważyła, że Lisa ma przekłute uszy. Kolczyki i kredka do ust były zakazane na terenie szkoły. Podczas gdy Meredith odnotowywała to wszystko, Lisa przypatrywała się jej także. Z zagadkowym uśmiechem zapytała bez ogródek:
    – Jesteś samotniczką z wyboru czy kimś w rodzaju wyrzutka?
    – Nigdy się nad tym nie zastanawiałam – skłamała Meredith.
    – Jak długo musisz jeszcze nosić ten aparat?
    – Jeszcze rok – odpowiedziała i zdecydowała, że jednak nie lubi Lisy Pontini. Zamknęła książkę i wstała zadowolona, że za chwilę miał już zabrzmieć dzwonek.
    Tego popołudnia, jak w każdy ostatni piątek miesiąca, uczniowie zbierali się w kościele, żeby wyspowiadać się szkolnemu księdzu, Jak zawsze, z uczuciem zawstydzonej grzesznicy, Meredith uklękła w konfesjonale i wyznała ojcu Vickersowi swoje przewinienia. Nie zabrakło tam takich grzechów jak nielubienie siostry Mary Lawrance i poświęcanie zbyt wiele uwagi swemu wyglądowi. Skończywszy, przytrzymała drzwi dla następnej osoby, a sama uklękła w ławce i odmówiła zadaną jej pokutę.
    Ponieważ uczniowie po spowiedzi nie mieli więcej lekcji, Meredith wyszła na zewnątrz, żeby poczekać na Fenwicka. W kilka minut później z kościoła wyszła Lisa, wkładając kurtkę. Meredith, ciągle wzdragając się na myśl o uwagach Lisy o jej samotności i aparacie ortodontycznym, patrzyła niechętnie, jak Lisa rozejrzała się wkoło i zwróciła się ku niej.
    – Nie uwierzysz – oznajmiła Lisa. – Vickers kazał mi odmówić cały różaniec za niewinne pieszczoty. Boję się pomyśleć, jaką pokutę zadaje za francuskie pocałunki – dodała z zuchwałym uśmieszkiem, siadając na stopniu obok Meredith.
    Meredith nie wiedziała, że narodowość określa sposób, w jaki ludzie się całują. Jednak z uwag Lisy wywnioskowała, że jakkolwiek Francuzi to robią, księża z St. Stephen nie akceptują tego. Starając się sprawić wrażenie osoby światowej, powiedziała:
    – Ojciec Vickers kazałby ci wyszorować cały kościół za całowanie się w ten sposób.
    Lisa zachichotała, patrząc na Meredith z zaciekawieniem.
    – Czy twój chłopak też nosi aparat na zębach? Meredith pomyślała o Parkerze i potrząsnęła przecząco głową.
    – To dobrze. – Lisa uśmiechnęła się. – Zastanawiałam się zawsze, jak dwoje ludzi z aparatami ortodontycznymi może się całować, nie zaczepiając się nimi. Mój chłopak nazywa się Mario Compano. Jest wysoki, ciemny i przystojny. Kto jest twoim chłopakiem, jaki on jest?
    Meredith zerknęła na ulicę z nadzieją, że Fenwick zapomniał, iż dzisiaj lekcje kończą się wcześniej. Czuła się trochę nieswojo, rozmawiając o tego typu sprawach, ale Lisa Pontini fascynowała ją. Wyczuwała, że z jakiegoś powodu Lisa chciała się z nią zaprzyjaźnić.
    – On ma osiemnaście łat i wygląda jak… – odpowiedziała szczerze – jak Robert Redford. Ma na imię Parker.
    – A jak się nazywa?
    – Reynolds.
    – Parker Reynolds – powtórzyła Lisa, marszcząc nos – brzmi snobistycznie. Jest w tym dobry?
    – W czym?
    – W całowaniu oczywiście.
    – A tak, jest absolutnie fantastyczny. Lisa spojrzała na nią z żartobliwą miną.
    – On cię nigdy nie pocałował. Czerwienisz się, kiedy kłamiesz.
    Meredith wstała gwałtownie.
    – Słuchaj – zaczęła ze złością – nie prosiłam, żebyś tu przyszła i…
    – Nie przejmuj się tym. Całowanie wcale nie jest takie wspaniałe. Kiedy Mario pocałował mnie po raz pierwszy, był to najbardziej zawstydzający moment w całym moim życiu.
    Złość Meredith ulotniła się, gdy tylko Lisa zaczęła się zwierzać. Usiadła z powrotem.
    – Jego pocałunek zawstydził cię?
    – Nie, ale kiedy mnie całował, oparłam się plecami o drzwi i niechcący nacisnęłam dzwonek. Mój ojciec je otworzył, a ja wpadłam w jego ramiona razem z Mariem, który ciągłe mnie obejmował niczym ostatnią deskę ratunku. Wieki całe trwało, zanim wszyscy troje pozbieraliśmy się z podłogi.
    Meredith przestała się śmiać na widok rollsa wyjeżdżającego zza rogu.
    – Jest już mój… mój transport do domu – powiedziała, starając się uspokoić.
    Lisa spojrzała spod oka i zamurowało ją.
    – Boże, czy to rolls?
    Meredith przytaknęła ze skrępowaniem i wzięła swoje książki.
    – Mieszkam daleko, a mój ojciec nie chciał, żebym jeździła autobusem.
    – Twój tata jest szoferem, co? – domyśliła się Lisa, idąc z Meredith w stronę samochodu. – Musi być nieźle jeździć takim samochodem i udawać, że jest się bogatą. – Nie czekając na odpowiedź Meredith, dodała: – Mój tata jest monterem rur. Jego związek strajkuje. Przeprowadziliśmy się, bo tutaj jest niższy czynsz. Wiesz, jak to jest.
    Meredith z własnego doświadczenia nie miała pojęcia, „jak to jest”, ale z gniewnych komentarzy ojca wiedziała, jaki efekt wywierają związki i strajki na przedsiębiorców takich jak Bancroftowie. Mimo to skinęła współczująco głową w odpowiedzi na smętne spojrzenie Lisy.
    – To musi być trudne – powiedziała, po czym impulsywnie dodała: – Chcesz, żebyśmy podwieźli cię do domu?
    – Czy chcę? Pewnie! Nie, poczekaj, możemy to zrobić w przyszłym tygodniu? Mam siedmioro rodzeństwa i jak tylko pojawię się w domu, mama będzie miała dla mnie sto spraw do załatwienia. Lepiej pokręcę się tutaj jeszcze przez jakiś czas i wrócę do domu o normalnej porze.
    To działo się tydzień temu. Wątła nić przyjaźni, która zawiązała się tego dnia, umocniła się, zasilana kolejnymi zwierzeniami i porozumiewawczymi uśmiechami. Teraz, patrząc na zdjęcie Parkera i myśląc o sobotnich tańcach, Meredith zdecydowała, że zasięgnie rady Lisy w tej sprawie. Lisa znała się na fryzurach i różnych innych rzeczach. Może doradzi coś, dzięki czemu Meredith wyda się Parkerowi bardziej atrakcyjna.
    Wprowadziła w życie swój plan w czasie przerwy śniadaniowej następnego dnia.
    – Jak myślisz – zagadnęła Lisę – czy istnieje coś poza operacją plastyczną, co mogłabym zrobić, żeby zmienić swój wygląd do jutrzejszego wieczora? Cokolwiek, co sprawiłoby, że wydałabym się Parkerowi starsza i ładniejsza?
    Zanim Lisa odpowiedziała, poddała ją wnikliwej inspekcji.
    – Te okulary i aparat ortodontyczny nie są wzbudzającymi żądzę ozdobami – zażartowała. – Zdejmij okulary i wstań.
    Meredith posłuchała i z niepewnym uśmiechem czekała na werdykt, podczas gdy Lisa krążyła wokół niej, oglądając ją od stóp do głów.
    – Rzeczywiście, zrobiłaś wszystko, co tylko można, żeby wyglądać nijako – orzekła. – Masz wspaniałe oczy i włosy. Jeśli zrobisz sobie lekki makijaż, zdejmiesz okulary i uczeszesz się inaczej, to może stary dobry Parker spojrzy na ciebie łaskawszym okiem.
    – Myślisz, że naprawdę mogę mieć szanse? – zapytała, a całe uczucie do Parkera malowało się w jej oczach.
    – Powiedziałam „może” – skorygowała Lisa z bezwzględną szczerością. – On jest starszym mężczyzną, więc wiek działa na twoją niekorzyść. Jak odpowiedziałaś na ostatnie pytanie w dzisiejszym teście z matmy?
    W czasie ich tygodniowej znajomości Meredith zdążyła się przyzwyczaić do karkołomnych zmian tematów. Lisa była zbyt bystra, żeby koncentrować się tylko na czymś jednym. Meredith podała jej swoją odpowiedź, a Lisa odparła:
    – Odpowiedziałam tak samo. Przy dwóch takich orłach jak my – zażartowała – można być pewnym, że to dobra odpowiedź. Czy wiesz, że wszyscy w tej beznadziejnej szkole uważają, że rolls jest własnością twojego taty?
    – Nigdy nie mówiłam, że to nie jego samochód – wyjaśniła Meredith zgodnie z prawdą.
    Lisa nadgryzła jabłko i przytaknęła:
    – Dlaczego miałabyś to mówić. Też pozwoliłabym im tak myśleć, jeśli są na tyle głupi, by wierzyć, że dziecko z bogatej rodziny chodziłoby tutaj do szkoły.
    Tego popołudnia po szkole Lisa znowu zgodziła się, żeby „tata” Meredith odwiózł ją do domu, co Fenwick niechętnie robił przez cały tydzień. Kiedy rolls zatrzymał się przed niskim, brązowym domem z cegły, gdzie mieszkała rodzina Pontinich, Meredith objęła wzrokiem podwórko z plątaniną dzieci i zabawek. Matka Lisy stała w drzwiach wejściowych jak zawsze przepasana fartuszkiem.
    – Lisa! – zawołała z silnym włoskim akcentem. – Dzwoni Mario, chce mówić z tobą. Witaj, Meredith – dodała, machając ręką. – Musisz zostać kiedyś na kolacji i przenocować u nas, żeby tata nie musiał przyjeżdżać po ciebie po nocy.
    – Dziękuję, pani Pontini – odkrzyknęła Meredith, machając na pożegnanie. – Z przyjemnością.
    Wszystko było tak, jak sobie wymarzyła: miała przyjaciółkę, której mogła się zwierzyć i zostawać u niej na noc. Meredith była niemal w euforii.
    Lisa zamknęła drzwi samochodu i oparła się o okienko.
    – Twoja mama powiedziała, że Mario dzwoni – przypomniała jej Meredith.
    – Czekanie dobrze robi chłopakom – odpowiedziała Lisa – to pobudza ich ciekawość. Tylko nie zapomnij zadzwonić do mnie w niedzielę i opowiedzieć, jak ci pójdzie z Parkerem jutro wieczorem. Wolałabym sama zrobić ci włosy przed tymi tańcami.
    – Też bym tego chciała – powiedziała Meredith, chociaż wiedziała, że gdyby Lisa przyszła do niej, wydałoby się, że Fenwick nie jest jej ojcem. Codziennie miała zamiar wyznać jej prawdę i codziennie odkładała to, myśląc, że im lepiej Lisa ją pozna, tym mniejsze znaczenie będzie miało dla niej to, czy ojciec Meredith jest bogaty czy biedny. Z tęsknotą w głosie ciągnęła: – Jeślibyś wpadła jutro, mogłabyś zostać na noc. Odrobiłabyś lekcje, kiedy byłabym na tańcach, a po powrocie opowiedziałabym ci wszystko.
    – Nie mogę. Na jutro wieczorem umówiłam się z Mariem.
    Meredith była zaskoczona, że rodzice pozwalają Lisie, czternastolatce, chodzić na randki. Lisa roześmiała się i wyjaśniła, że Mario nie odważyłby się zachować niewłaściwie, bo wie, że jej ojciec i wujowie policzyliby się z nim, gdyby to zrobił. Odsuwając się od samochodu, Lisa powiedziała:
    – Pamiętaj, co ci mówiłam. Flirtuj z Parkerem i patrz mu w oczy. Upnij włosy tak, żebyś wyglądała dorośle.
    Przez całą drogę do domu Meredith próbowała wyobrazić sobie siebie flirtującą z Parkerem. Pojutrze wypadały jego urodziny. Zapamiętała to rok temu, kiedy zorientowała się, że zaczyna się w nim podkochiwać. W ubiegłym tygodniu spędziła godzinę w sklepie, szukając dla niego kartki odpowiedniej na tę okazję. Wszystkie karty, które miały teksty naprawdę odzwierciedlające to, co czuła, były zbyt ostentacyjne. Była dość naiwna, ale zdawała sobie sprawę, że Parker nie przyjąłby mile karty, która obwieszczałaby: „Dla mojej jedynej, prawdziwej miłości”. Tak więc z żalem zdecydowała się na kartkę mówiącą: „Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin dla wyjątkowego przyjaciela”.
    Oparła głowę o tył siedzenia, zamknęła oczy i uśmiechnęła się marzycielsko. Wyobraziła sobie siebie wyglądającą jak wspaniała modelka, mówiącą dowcipnie, z polotem, podczas gdy Parker chciwie oczekiwał każdego jej następnego słowa.

ROZDZIAŁ 2

    Meredith z ciężkim sercem spoglądała na swoje odbicie w lustrze. Pani Ellis odsunęła się, kiwając z aprobatą głową. Kiedy w ubiegłym tygodniu była w sklepie z panią Ellis, aksamitna sukienka wydawała się błyszczeć niczym topaz. Tego wieczoru wyglądała jak uszyta ze zwyczajnego brązowego aksamitu. Pantofle dobrane kolorem do sukni wyglądały zbyt poważnie z niskimi, szerokimi obcasami. Meredith wiedziała, że to pani Ellis skłaniała się ku takiemu stylowi. Co więcej obydwie były ograniczone ścisłym poleceniem jej ojca, żeby wybrać sukienkę odpowiednią dla „wieku i pochodzenia młodej panienki, takiej jak Meredith”. Przyniosły do domu trzy sukienki, żeby mógł je ocenić. To była jedyna, która nie wydała mu się zbyt „wydekoltowana” lub „niepraktyczna”.
    Jedynym punktem jej wyglądu, który nie pogrążał jej zupełnie, były włosy. Proste, spadające do ramion. Zwykle czesała je z przedziałkiem z boku i jedną spinką nad uchem. Uwagi Lisy przekonały ją, że powinna się uczesać inaczej, bardziej dorośle. Uprosiła panią Ellis, żeby upięła je do góry, w koronę grubych loków na czubku głowy, z delikatnymi loczkami przy uszach. Wydawało jej się, że wyglądało to bardzo ładnie.
    – Meredith – powiedział jej ojciec, wchodząc do pokoju z biletami operowymi w dłoni – Park Reynolds potrzebuje dwóch dodatkowych biletów na „Rigoletto”, powiedziałem, że może wykorzystać nasze. Przekaż je dzisiaj młodemu Parkerowi, kiedy… – tu podniósł głowę, skupiając na niej surowe spojrzenie. – Co zrobiłaś z włosami? – rzucił oschle.
    – Chciałam je dzisiaj upiąć inaczej.
    – Wolałbym, żebyś się uczesała tak jak zwykle. – Spoglądając z rozczarowaniem na panią Ellis dodał: – Sądziłem, że uzgodniliśmy, kiedy panią zatrudniałem, że oprócz czuwania nad wszelkimi domowymi sprawami będzie pani także służyć kobiecą radą mojej córce, jeśli zajdzie taka potrzeba. Czy to uczesanie to próbka…
    – Ta fryzura to był mój pomysł; Poprosiłam panią Ellis, żeby tak właśnie mnie uczesała – interweniowała Meredith, podczas gdy pani Ellis zbladła i zaczęła drżeć ze zdenerwowania.
    – W takim razie powinnaś była prosić ją o radę – powiedział Philip – a nie mówić, co chcesz, żeby zrobiła.
    – Tak, masz rację – powiedziała Meredith. Nie cierpiała rozczarowywać ojca czy irytować go. Czuła się wtedy tak, jakby to ona i tylko ona była odpowiedzialna za to, czy przez cały dzień będzie miał dobry czy zły nastrój.
    – Nic się nie stało – przyznał, widząc, że Meredith została przykładnie skarcona. – Pani Ellis poprawi ci włosy, zanim wyjdziesz. Przyniosłem ci coś, moja droga. To naszyjnik – dodał, wyjmując z kieszeni płaskie ciemnozielone, aksamitne pudełeczko. – Możesz go założyć dzisiaj, będzie pasował do twojej sukienki. – Kiedy manipulował przy zamku pudełeczka, wyobrażała sobie złoty medalion lub… – - To są perły twojej babci Bancroft – oznajmił. Z trudem ukryła konsternację, kiedy wyjął długi sznur grubych pereł. – Odwróć się, to ci je zapnę.
    Dwadzieścia minut później Meredith stała przed lustrem, próbując na próżno przekonać samą siebie, że wygląda ładnie. Włosy miała rozczesane, proste, tak jak je zawsze nosiła. Ostatnią kroplą goryczy były jednak perły. Jej babka nosiła je niemal każdego dnia swojego życia; nawet umarła w nich. Teraz ciążyły na nie istniejącym biuście Meredith niczym ołów.
    – Przepraszam, panienko. – Odwróciła się gwałtownie na dźwięk głosu kamerdynera dobiegającego zza drzwi. – Na dole jest panna Pontini, która twierdzi, że jest koleżanką szkolną panienki.
    Meredith usiadła ciężko na łóżku, myśląc szaleńczo o jakimś sposobie wyplątania się z tej pułapki. Nie istniał jednak taki sposób i wiedziała o tym.
    – Możesz ją poprosić tutaj?
    W chwilę później weszła Lisa. Rozejrzała się po pokoju, jakby się znalazła na innej planecie.
    – Próbowałam zadzwonić, ale wasz telefon był zajęty przez godzinę, więc zdecydowałam, że zaryzykuję i wpadnę. – Przerwała, obróciła się i oglądała wszystko. – Tak czy inaczej, kto jest właścicielem tej kupy gruzu?
    W każdym innym momencie Meredith zachichotałaby na to świętokradcze określenie tego domu. Teraz jednak mogła tylko wyksztusić słabym głosem:
    – Mój ojciec.
    Twarz Lisy spochmurniała.
    – Tego sama się domyśliłam, kiedy człowiek, który otworzył drzwi nazwał cię „panienką Meredith” tonem, którym ojciec Vickers mówi: „Przenajświętsza Maria Panna”. – Lisa obrócili! się na pięcie i ruszyła do drzwi.
    – Liso, zaczekaj! – prosiła Meredith.
    – Dowcip ci się udał. Miałam rzeczywiście niezły dzień. – Lisa z sarkazmem odwróciła się do Meredith. – Najpierw Mario zabiera mnie na przejażdżkę i próbuje mnie rozebrać, a gdy docieram do domu mojej „przyjaciółki”, dowiaduję się, że ona robi ze mnie balona.
    – To nieprawda – krzyknęła Meredith. – Pozwoliłam ci myśleć, że nasz szofer Fenwick jest moim ojcem, bo bałam się, że prawda zepsuje wszystko między nami.
    – No tak, oczywiście – odpowiedziała Lisa z pogardliwym powątpiewaniem. – Mała bogata ty chciałaś za wszelką cenę zaprzyjaźnić się z małą, biedną mną. Założę się, że śmiałaś się ze swoimi bogatymi przyjaciółmi z mojej mamy, zapraszającej cię do nas na spaghetti i…
    – Przestań – przerwała jej Meredith. – Nic nie rozumiesz! Lubię twoich rodziców i chcę się z tobą przyjaźnić. Ty masz rodzeństwo, ciotki, wujków i wszystko to, co ja zawsze chciałam mieć. Czy myślisz, że jeśli mieszkam w tym głupim domu, to wszystko od razu jest cudowne? Zobacz, jak to wpłynęło na ciebie. Jedno spojrzenie i nie chcesz mieć ze mną nic wspólnego. Od kiedy pamiętam, dokładnie tak było w szkole. A na marginesie: uwielbiam spaghetti. Uwielbiam domy takie jak twój, gdzie ludzie śmieją się i krzyczą.
    Przerwała, kiedy na twarzy Lisy pojawił się zamiast gniewu sarkastyczny uśmiech.
    – Czyli że lubisz hałas, tak? Meredith uśmiechnęła się blado:
    – Chyba tak.
    – A co z twoimi bogatymi przyjaciółmi?
    – Tak naprawdę to ich nie mam. To znaczy, znam ludzi w swoim wieku. Widuję ich od czasu do czasu, ale oni chodzą razem do szkoły, są przyjaciółmi od lat. Ja jestem dla nich osobliwością, nie należę do nich.
    – Dlaczego ojciec posłał cię do St. Stephen?
    – On uważa, że to kuźnia charakterów. Moja babka i jej siostra skończyły St. Stephen.
    – Twój ojciec wygląda na dziwaka.
    – Chyba tak, ale intencje ma dobre.
    Lisa wzruszyła ramionami. Jej głos zabrzmiał bezceremonialnie:
    – W takim razie jest taki jak większość ojców. – Było to już drobne ustępstwo i delikatna sugestia wspólnoty interesów. W pokoju zapadła cisza. Między nimi stało łoże z baldachimem w stylu Ludwika XIV i gigantyczna przepaść klasowa. Dwie wyjątkowo bystre nastolatki zdawały sobie sprawę z dzielących je różnic i spoglądały na siebie z mieszaniną wygasającej nadziei i ostrożności. – Myślę, że lepiej będzie, jak już sobie pójdę – powiedziała Lisa.
    Meredith wpatrywała się w nylonową torbę, którą Lisa przyniosła, najwyraźniej myśląc o przenocowaniu u niej. Uniosła rękę w niemym, proszącym geście, ale opuściła ją, widząc, że to bezcelowe. Zamiast tego powiedziała:
    – Ja też będę musiała niedługo wychodzić.
    – Baw się… dobrze.
    – Fenwick może cię podrzucić do domu, jak mnie odwiezie do hotelu.
    – Mogę pojechać autobusem… – zaczęła mówić, ale przerwała z przerażeniem, bo dopiero teraz zobaczyła sukienkę Meredith. – Kto ci dobiera ubrania? Naprawdę będziesz to miała dzisiaj na sobie?
    – Tak. Nie podoba ci się, prawda?
    – Naprawdę chcesz wiedzieć?
    – Może raczej nie.
    – A jak ty byś określiła taką sukienkę? Meredith z zakłopotaniem wzruszyła ramionami.
    – Co byś powiedziała na „beznadziejna”, „koszmarna”. Lisa uniosła brwi i przygryzła usta, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
    – Dlaczego ją kupiłaś, skoro wiedziałaś, że jest taka okropna?
    – Podobała się mojemu ojcu.
    – Gust twojego ojca jest do kitu.
    – Nie powinnaś używać takich słów – zaprotestowała Meredith cicho, wiedząc, że Lisa ma rację co do sukienki. – Wydajesz się nieustępliwa i twarda, mówiąc tak, a wcale taka nie jesteś. Nie znam się na modzie i fryzurach, ale na pewno wiem, jak się poprawnie wyrażać.
    Lisa spojrzała na nią z niedowierzaniem i nagle coś się stało. Poczuły naraz delikatną więź dwóch zupełnie różnych osobowości, które zdały sobie sprawę z tego, że każda z nich ma coś wyjątkowego do zaoferowania drugiej. Powoli uśmiech rozjaśnił orzechowe oczy Lisy. Przekrzywiła głowę, koncentrując się na sukience Meredith.
    – Obciągnij trochę ramiona w dół, może to pomoże – poinstruowała ją nagle.
    Meredith uśmiechnęła się w odpowiedzi i karnie wykonała polecenie.
    – Włosy masz do ki… okropne – poprawiła się szybko. Rozejrzała się po pokoju. Jej wzrok rozjaśnił się na widok bukiecika jedwabnych kwiatów na toaletce. – Może pomogą kwiaty wpięte we włosy albo przypięte do paska.
    Z typowym dla Bancroftów instynktem Meredith wyczuła, że zwycięstwo było tuż – tuż i że czas wykorzystać swoje atuty.
    – Zostaniesz na noc? Wrócę przed północą i nikt nie będzie sprawdzał, o której się położymy.
    Lisa po chwili zastanowienia uśmiechnęła się.
    – Zostanę. – Wracając do wyglądu Meredith, powiedziała: – Dlaczego wybrałaś pantofle z takimi szerokimi niskimi obcasami?
    – Nie jestem w nich taka wysoka.
    – Być wysoką to teraz zaleta, głuptasie. Musisz zakładać te perły?
    – Mój ojciec chce, żebym je włożyła.
    – Mogłabyś je zdjąć w samochodzie, prawda?
    – Ojciec czułby się urażony, gdyby się o tym dowiedział.
    – Możesz być pewna, że ja mu o tym nie powiem. Pożyczę ci swoją kredkę do ust – dodała, szperając w torebce. – Co z twoimi okularami? Czy koniecznie musisz je nosić?
    Tłumiąc chichot, Meredith odpowiedziała:
    – Tylko wtedy, jeśli chcę coś widzieć.
    Czterdzieści pięć minut później Meredith wyszła. Lisa powiedziała jej, że ma talent do upiększania wszystkiego, począwszy od ludzi, a na wnętrzach skończywszy. Teraz Meredith już w to uwierzyła. Jedwabny kwiat wpięty w jej włosy nad uchem sprawił, że czuła się bardziej elegancko i modnie. Delikatny róż na policzkach ożywił ją, a kredka do ust, chociaż, jak orzekła Lisa, trochę za mocna do jej jasnej karnacji, powodowała, że Meredith czuła się bardziej dorośle i atrakcyjnie. Jej pewność siebie była podbudowana tak, jak to tylko było możliwe. Zatrzymała się w drzwiach swojego pokoju i pomachała na pożegnanie Lisie i pani Ellis. Do Lisy zaś powiedziała:
    – Nie mam nic przeciwko temu, żebyś upiększyła mój pokój w czasie mojej nieobecności, o ile będziesz miała na to ochotę.
    Lisa wyciągnęła zwiniętą dłoń z kciukiem skierowanym ku górze w pełnym wigoru geście:
    – Nie pozwól dłużej czekać Parkerowi.

ROZDZIAŁ 3

    Grudzień 1973
    Łomotanie w głowie Matta Farrella zaczęło dominować nad nasilającym się łomotaniem jego serca, kiedy pogrążył się całkowicie w pełnym żądzy, wymagającym ciele Laury. Jej biodra wciągały go coraz głębiej. Nie kontrolowała się… była na krawędzi spełnienia, tuż – tuż… Łomotanie stało się rytmiczne. Nie było to melodyjne dudnienie dzwonów wieży kościelnej w centrum miasta ani też rozlegające się echem dzwony straży pożarnej z naprzeciwka.
    – Hej, Farrell, jesteś tam?
    Definitywnie był „tam”. W niej, bliski eksplozji.
    – Do diabła, Farrell… Gdzie u diabła… jesteś? – Dopiero wtedy zaczęło do niego docierać: ktoś był na zewnątrz, przy pompie z paliwem, jego walenie w nią rozlegało się w całym warsztacie. Wykrzykiwał jego nazwisko.
    Laura zamarła, stłumiła cichy okrzyk.
    – O Boże, tam ktoś jest.
    Było już za późno. Nie mógł, nie chciał się powstrzymać. Nie chciał zaczynać tego tutaj, ale ona nalegała, kusiła. Teraz jego ciało nie chciało brać pod uwagę żadnego zagrożenia z zewnątrz. Wbił się w nią, ściskając jej krągłe pośladki. Eksplodował. Jego puls wracał do normy, usiadł i delikatnie, ale pospiesznie podniósł ją. Laura już obciągała spódnicę i poprawiała sweter. Wcisnął ją za stertę regenerowanych opon i wyprostował się akurat w momencie, kiedy drzwi się otworzyły i do części serwisowej stacji wkroczył, rozglądając się podejrzliwie, Owen Keenan.
    – Co się tu u diabła dzieje, Matt? Wrzeszczę i nic.
    – Zrobiłem sobie przerwę – odpowiedział Matt, przeczesując dłońmi włosy potargane namiętnymi pieszczotami Laury. – Czego chcesz?
    – Twój ojczulek upił się u Maxima. Wezwali szeryfa. Jedź tam zaraz, jeśli nie chcesz, żeby spędził noc w izbie wytrzeźwień.
    Po wyjściu Owena Matt podniósł z podłogi płaszcz Laury, na którym leżeli. Otrzepał go i pomógł go jej włożyć. Wiedział, że ktoś ją tu podwiózł, co oznaczało, że musi ją odwieźć.
    – Gdzie zostawiłaś swój samochód? Podwiozę cię tam, zanim pojadę ratować swojego ojca.
    Wzdłuż Main Street na skrzyżowaniach porozwieszano świąteczne dekoracje. Ich kolorowe światełka migotały w padającym śniegu. Na północnym krańcu miasta, nad napisem: „Witajcie w Edmunton, Indiana, liczba mieszkańców 38124” wisiał czerwony świąteczny wieniec. Z głośnika zainstalowanego przez ELK – Club wydobywały się głośno tony „Cichej nocy” i mieszały się z dźwiękami „Jingle Bells” sączącymi się z plastikowych sań zainstalowanych na dachu sklepu żelaznego Hortona.
    Opadające płatki śniegu i bożonarodzeniowe światełka odmieniały Edmunton. Użyczały niezwykłej aury temu, co w ostrym świetle dnia było małym miasteczkiem, uwitym ponad płytką doliną, gdzie pęki kominów wyrastały z hut żelaza, wyrzucając w niebo niezliczone gejzery dymu i pary. Wszystko to spowijała ciemność. Przykrywała południowy kraniec miasta, gdzie schludne domostwa przechodziły w nędzne chatynki, spelunki i lombardy, a potem w opustoszałe zimą pola.
    Matt zaparkował półciężarówkę w nie oświetlonym rogu parkingu, przy sklepie, gdzie Laura zostawiła swój samochód.
    – Nie zapomnij – powiedziała Laura, ocierając się o niego i zarzucając mu ręce na szyję. – Bądź dzisiaj wieczorem u stóp wzgórza, a skończymy to, co zaczęliśmy przed godziną. I, Matt, nie daj się zauważyć. Tata widział tam ostatnio twoją ciężarówkę i zaczyna zadawać pytania.
    Spojrzał na nią, myśląc naraz z niesmakiem o swoim czysto fizycznym pociągu do niej. Była piękną, bogatą, rozpieszczoną egoistką i on o tym wiedział. Pozwolił, żeby go wykorzystywała jak byka rozpłodowego. Pozwolił się wmanewrować w potajemne spotkania i ukradkowe obmacywanki; pozwolił sobie na zniżenie się do skradania się wśród wzgórz, zamiast wchodzić frontowymi drzwiami, jak to niewątpliwie robili inni, akceptowani przez jej środowisko młodzi ludzie.
    Nie łączyło ich absolutnie nic poza pociągiem fizycznym. Ojciec Laury, Frederickson, był najbogatszym człowiekiem w Edmunton, a ona była na pierwszym roku w kosztownym college'u na wschodzie. Matt pracował w ciągu dnia w hucie żelaza. W czasie weekendów dorabiał sobie jako mechanik i studiował wieczorowo w lokalnej filii Uniwersytetu Stanu Indiana.
    Przechylając się, otworzył drzwiczki ciężarówki z jej strony; jego głos zabrzmiał twardo i nieprzejednanie.
    – Albo dzisiaj przyjdę po ciebie do domu, albo zaplanuj sobie wieczór inaczej.
    – Ale co ja powiem ojcu, kiedy zobaczy twoją ciężarówkę na podjeździe?
    Widząc jej zawiedzione spojrzenie, Matt odpowiedział ironicznie, chłodnym, nieprzeniknionym głosem:
    – Powiedz mu, że moja limuzyna jest w naprawie.

ROZDZIAŁ 4

    Grudzień 1973
    Długa procesja limuzyn posuwała się wolno naprzód, zmierzając ku zadaszonemu wejściu chicagowskiego hotelu Drake. Tu pojazdy zatrzymywały się, żeby młodzi pasażerowie mogli wysiąść.
    Odźwierni eskortowali każdą z przybyłych grup z ich samochodów do hotelowego lobby. Żaden z pracowników Drake'a nie okazał rozbawienia ani nie użył protekcjonalnego tonu w odniesieniu do tych młodych gości przybywających w szytych na miarę smokingach i odświętnych kreacjach. Nie były to bowiem zwykłe dzieci przesadnie wystrojone na studniówkę lub przyjęcie weselne, onieśmielone otoczeniem i niepewne, jak się zachować. Były to dzieci najbardziej znaczących rodzin chicagowskich; były zrównoważone i pewne siebie, a jedynym zewnętrznym potwierdzeniem ich młodego wieku był być może radosny entuzjazm, jakim emanowali na myśl o czekającym ich wieczorze.
    Mając przed sobą długi sznur prowadzonych przez szoferów limuzyn, Meredith obserwowała wysiadającą młodzież. Tak jak ona wszyscy byli tutaj, żeby wziąć udział w organizowanych co roku przez panią Eppingham, a poprzedzanych kolacją tańcach. Tego wieczoru oczekiwano, że uczniowie pani Eppingham, wszyscy w wieku od dwunastu do czternastu lat, zaprezentują swoje umiejętności towarzyskie. Nabyli i szlifowali te umiejętności w czasie sześciomiesięcznego kursu. Było zrozumiałe, że oczekiwano, że będą się zachowywać jak dorośli, skoro ogłada towarzyska miała im umożliwiać poruszanie się z gracją w wyrafinowanych kręgach społecznych. Z tego to właśnie powodu wszyscy uczniowie, cała pięćdziesiątka ubrana stosownie do okoliczności zostanie formalnie wprowadzona, a następnie podjęta dwunastodaniową kolacją, uwieńczoną tańcami.
    Meredith obserwowała przez okna samochodu pogodne i pewne siebie twarze już zebranych w holu. Zauważyła, że jako jedyna przyjechała sama. Inne dziewczęta przyjeżdżały grupkami lub były eskortowane przez starszych braci i kuzynów, którzy już wcześniej ukończyli kursy pani Eppingham. Z zamierającym sercem patrzyła na piękne suknie innych dziewcząt, ich wyszukane fryzury: aksamitne wstążki wplecione we włosy, ozdobne spinki.
    Pani Eppingham zarezerwowała na ten wieczór wielką salę balową. Meredith wchodziła schodami prowadzącymi z marmurowego holu. Żołądek miała ściśnięty ze zdenerwowania, kolana drżały jej ze strachu. Na podeście zauważyła damską toaletę i udała się prosto do niej. Już w środku podeszła do lustra, mając nadzieję, że jej wygląd podtrzyma ją na duchu. Zdecydowała, że właściwie nie wygląda tak źle, biorąc pod uwagę to, czym dysponowała Lisa, przygotowując ją. Jej jasne włosy uczesane z przedziałkiem z prawej strony podpinał jedwabny kwiat. Opadały prosto, sięgając niemal do ramion. Z większą dozą nadziei niż przekonania uznała, że kwiat dodaje jej tajemniczości i sprawia, że wygląda światowo. Wyjęła z torebki brzoskwiniową szminkę Lisy i delikatnie poprawiła nią usta. Zadowolona z efektu rozpięła naszyjnik z pereł i włożyła go do torebki. Zdjęła okulary i upchnęła je razem z perłami.
    Dużo lepiej – pomyślała podbudowana. Gdyby tylko nie mrużyła oczu i gdyby światła były przyciemnione, to może Parker uzna, że wygląda bardzo, bardzo ładnie.
    Przed wejściem do sali balowej uczniowie pani Eppingham machali do siebie i zbierali się w grupki. Niestety do niej nikt nie pomachał i nie zawołał: „Mam nadzieję, że siedzimy razem?” Wiedziała, że nie było w tym ich winy. Większość z nich znała się od dzieciństwa, zapraszali się nawzajem na przyjęcia urodzinowe, ich rodzice się przyjaźnili.
    Wyższe sfery towarzyskie Chicago były ekskluzywną grupą, której dorośli członkowie poczytywali sobie za obowiązek bronienie tej ekskluzywności, a jednocześnie dbali o to, żeby ich dzieci miały zapewnione wejście do niej. Jedynym nie zgadzającym się z tą filozofią był ojciec Meredith. Chciał, żeby Meredith zajęła należne jej w towarzystwie miejsce, a jednocześnie nie chciał, żeby zdemoralizowały ją dzieci, których rodzice są bardziej tolerancyjni niż on. Meredith przebrnęła bez trudu przez formalności powitań w drzwiach sali i skierowała się w stronę stołów bankietowych. Ponieważ siedzenia były oznaczone karteczkami z nazwiskami, dyskretnie wyjęła z torebki okulary, żeby zlokalizować swoje miejsce. Znalazła je przy trzecim stole. Okazało się, że siedzi razem z Kimberly Gerrold i Stacy Fitzhgah, które razem z nią były „elfami” w czasie pokazu bożonarodzeniowego. Usłyszała chóralne „cześć Meredith”, przy czym dziewczęta spojrzały na nią z zabarwionym wyższością, pobłażliwym uśmiechem, który zawsze sprawiał, że czuła się niezręcznie i niepewnie. Już po chwili skoncentrowały ponownie uwagę na siedzących między nimi chłopcach. Trzecią z dziewcząt była młodsza siostra Parkera, Rosemary, która obojętnie skinęła w jej kierunku na powitanie. Jednocześnie szepnęła do siedzącego obok niej chłopca coś, co spowodowało, że zaczął się śmiać, rzucając w stronę Meredith szybkie spojrzenie.
    Starając się ukryć nieprzyjemne przekonanie, że to ona była przedmiotem tych szeptów, Meredith rozejrzała się z ożywieniem dookoła, udając, że podziwia biało – czerwone dekoracje świąteczne. Krzesło po jej lewej stronie ciągle pozostawało puste. Jak się później dowiedziała, przyczyną tego była grypa jednego z uczniów. Stawiało to Meredith w niezręcznej sytuacji bez przypisanego jej zwyczajowo partnera.
    Posiłek postępował danie za daniem. Meredith odruchowo wybierała do kolejnych potraw odpowiednie srebrne sztućce spośród jedenastu kunsztownie ułożonych wokół jej nakrycia. W jej domu, tak jak w domach innych uczniów pani Eppingham, jadanie w sposób tak formalny było codziennością, tak że nawet podejmowanie decyzji, jakich sztućców użyć, nie wyrywało jej z kręgu dziwnej izolacji, jaką czuła, słuchając toczącej się dyskusji o najnowszych filmach.
    – Czy widziałaś ten film, Meredith? – zapytał Steven Mormont, usiłując poniewczasie zastosować się do zalecenia pani Eppingham, aby starać się włączyć do rozmowy wszystkich siedzących przy stole.
    – Nie, niestety nie. – Na szczęście nie musiała mówić nic więcej na ten temat. Właśnie w tym momencie zaczęła grać orkiestra i podniesiono ścianę oddzielającą stoły od parkietu. Był to znak, że należy zgrabnie zakończyć rozmowy i udać się do sali balowej.
    Parker obiecał, że wpadnie na chwilę na tańce. Meredith była przekonana, że to zrobi, zwłaszcza że była tu jego siostra. Wiedziała też, że był w hotelu. Jego klub studencki organizował przyjęcie w jednej z tutejszych sal. Wstając, poprawiła włosy, wciągnęła brzuch i przeszła do sali balowej.
    Przez następne dwie godziny pani Eppingham czyniła zadość obowiązkom gospodyni przyjęcia, krążąc wśród gości, upewniając się, że każdy ma z kim rozmawiać i z kim tańczyć. Meredith zauważyła, że raz za razem wysyłała w jej kierunku jakiegoś ociągającego się chłopca z poleceniem poproszenia jej do tańca.
    Koło jedenastej większość kursantów podzieliła się na małe grupki i parkiet opustoszał prawie zupełnie. Przyczynił się do tego zapewne przestarzały repertuar orkiestry. Wśród ostatnich czterech, ciągle jeszcze tańczących par była. Meredith, a jej partner Stuart Whitmore podtrzymywał ożywioną dyskusję o zamiarze podjęcia kiedyś pracy w firmie prawniczej jego ojca. Stuart był poważny i inteligentny i Meredith lubiła go bardziej niż kogokolwiek innego z zebranych tu dzisiaj, szczególnie dlatego, że chciał z nią tańczyć. Słuchała Stuarta z oczami utkwionymi w wejście do sali, kiedy nagle pojawił się w nich Parker z trzema kolegami. Serce jej zadrżało, poczuła dławienie w gardle, kiedy zobaczyła, jak wspaniale wygląda w czarnym smokingu, z gęstymi, rozjaśnionymi jeszcze przez słońce blond włosami i opaloną twarzą. Wszyscy inni mężczyźni na sali wyglądali przy nim nieciekawie.
    Stuart poczuł, że Meredith nagle zesztywniała, przerwał swój wywód na temat wymagań stawianych przez firmy prawnicze i spojrzał w kierunku, w którym patrzyła.
    – Przyszedł brat Rosemary – powiedział.
    – Tak, wiem – odpowiedziała, nieświadoma rozmarzenia brzmiącego w jej głosie.
    Stuart wychwycił to brzmienie i skrzywił się.
    – Co takiego ma Parker Reynolds, że dziewczęta na jego widok tracą oddech i głowę? – zapytał z pretensją zabarwioną wisielczym humorem. – Wolisz go tylko dlatego, że jest ode mnie wyższy, starszy i po prostu nieskazitelny?
    – Nie powinieneś umniejszać swoich zalet – powiedziała Meredith z bezwiedną szczerością, obserwując, jak Parker idzie przez salę balową, żeby spełnić swój obowiązek i zatańczyć z siostrą. – Jesteś bardzo inteligentny i strasznie miły.
    – To tak samo jak ty.
    – Będziesz znakomitym prawnikiem, tak jak twój ojciec.
    – Umówiłabyś się ze mną w następną sobotę?
    – Co takiego? – tracąc oddech, gwałtownie zwróciła się w jego stronę. – To znaczy – dodała pospiesznie – miło, że mnie zaprosiłeś, ale ojciec nie pozwoli mi się umawiać, dopóki nie skończę szesnastu lat.
    – Dzięki, że mnie tak delikatnie odprawiłaś.
    – Nie zrobiłam tego! – zaprzeczyła pośpiesznie Meredith, ale zapomniała o wszystkim, widząc, że jeden z kolegów Rosemary Reynolds przerwał jej taniec z Parkerem i ten ostatni skierował się właśnie do drzwi, zamierzając wyjść z sali balowej. – Przepraszam cię, Stuart – powiedziała z desperacją w głosie – ale mam coś do przekazania Parkerowi.
    Nieświadoma tego, że skupia na sobie rozbawione spojrzenia wielu par oczu, Meredith ruszyła pospiesznie przez opustoszały parkiet i dotarła do Parkera właśnie w chwili, kiedy miał już wyjść razem ze swoimi kolegami z sali. Spojrzeli na nią ze zdziwieniem, jakby była niezręcznym robakiem, który nagle wkroczył między nich. Uśmiech Parkera był jednak ciepły i szczery.
    – Cześć Meredith. Dobrze się bawisz?
    Meredith skinęła głową, mając nadzieję, że będzie pamiętał o obietnicy zatańczenia z nią. W miarę jak przedłużało się jego oczekiwanie na wyjaśnienie, dlaczego go zatrzymała, jej stan ducha pogarszał się niewyobrażalnie, osiągając nie znane jej dotąd niziny. Jej policzki zalał gorący rumieniec zakłopotania w chwili, kiedy, zbyt późno, zorientowała się, że stoi wpatrzona w niego z niemym uwielbieniem.
    – Mam ci coś przekazać – powiedziała drżącym, przerażonym głosem, przetrząsając swoją torebkę. – To znaczy, mój ojciec prosił, żebym ci to przekazała. – Wyjęła w końcu kopertę z biletami operowymi i kartę urodzinową. Jednocześnie wyciągnęła i perły, które upadły na podłogę. Schyliła się po nie gwałtownie, w momencie kiedy Parker zrobił to samo. Ich głowy zderzyły się z impetem. – Przepraszam! – wykrzyknęła, słysząc jego jęk.
    Kiedy się prostowała, z jej otwartej torebki wypadła szminka Lisy. Jonathan Sommers, jeden z kolegów Parkera, pochylił się, żeby podnieść tym razem to.
    – Może wyrzucisz z niej wszystko, tak żebyśmy mogli pozbierać to za jednym zamachem – zażartował Jonathan, zionąc alkoholem.
    Była boleśnie świadoma dobiegających z boku, tłumionych parsknięć. Wcisnęła kopertę w dłoń Parkera, wepchnęła perty i szminkę do torebki i powstrzymując łzy, odwróciła się, żeby odejść. Za jej plecami Parker w końcu przypomniał sobie o obiecanym jej tańcu.
    – Pamiętasz, że obiecałaś zatańczyć ze mną? – zapytał z właściwą sobie dobrodusznością.
    Meredith odwróciła się. Jej twarz promieniała.
    – Ach, tak… zapomniałam. A chciałbyś? Chciałbyś zatańczyć?
    – To najlepsze, co mogło mi się dzisiaj przydarzyć – powiedział szarmancko.
    Orkiestra zaczęła grać, a Meredith znalazła się w ramionach Parkera. Jej marzenia stawały się rzeczywistością. Pod opuszkami palców czuła gładki materiał jego smokingu i mocne plecy. Tańczył świetnie, a jego woda kolońska pachniała świeżo i cudownie. Tak bardzo dała się ponieść emocjom, że powiedziała głośno to, co pomyślała:
    – Jesteś świetnym tancerzem.
    – Dziękuję.
    – I bardzo dobrze prezentujesz się w smokingu.
    Parker uśmiechnął się delikatnie, a Meredith odchyliła głowę, rozkoszując się ciepłem jego głosu.
    – Ty też bardzo ładnie wyglądasz – powiedział.
    Czując na policzkach gwałtowny rumieniec, pospiesznie opuściła wzrok. Niefortunnie, wszystkie odbyte akrobacje: schylanie się, odchylanie głowy w tył, w bok obluzowały niepostrzeżenie spinkę podtrzymującą kwiat wpięty w jej włosy. Zwisał teraz zawadiacko na drucianej łodyżce. Myśląc gorączkowo o powiedzeniu czegoś bardzo wyszukanego i dowcipnego, podniosła głowę i rzuciła z ożywieniem:
    – Miło spędzasz świąteczne ferie?
    – O tak – odparł. Jego wzrok powędrował w okolice jej ramienia i zwisającego kwiatu. – A ty?
    – Ja też – powiedziała, czując się bardzo niezręcznie.
    Równo z ostatnim taktem muzyki ramiona Parkera oderwały się od niej i z uśmiechem pożegnał się. Wiedziała, że nie może stać i patrzeć, jak odchodzi. Pospiesznie odwróciła się. W wyłożonej lustrami ścianie zobaczyła swoje odbicie. Jedwabny kwiat zwisał beznadziejnie w jej włosach. Wyszarpnęła go, mając nadzieję, że wypadł właśnie w tym momencie.
    Stała w kolejce do szatni wpatrzona posępnie w trzymany w dłoni kwiat, myśląc z przerażeniem, że on mógł tak dyndać przez cały czas, kiedy tańczyła z Parkerem. Spojrzała na dziewczynę stojącą obok niej, a ta, jakby czytając w jej myślach, skinęła głową:
    – Aha, zwisał już tak, kiedy z nim tańczyłaś.
    – Obawiałam się tego.
    Dziewczyna uśmiechnęła się z sympatią, a Meredith przypomniała sobie jej imię: Brooke, Brooke Morrison. Ona zawsze wydawała się jej miła.
    – Do której szkoły idziesz w przyszłym roku? – zapytała Brooke.
    – Do Bensonhurst w Vermont – odpowiedziała Meredith.
    – Bensonhurst? – powtórzyła Brooke, krzywiąc się. – To gdzieś na pustkowiu, a rygory są tam jak w więzieniu. Moja babcia chodziła do Bensonhurst.
    – To tak samo jak moja – odparła zgnębiona Meredith.
    Kiedy Meredith otworzyła drzwi swojego pokoju, zobaczyła, że Lisa i pani Ellis siedzą zwinięte w fotelach czekając na nią.
    – No i co? – zapytała Lisa zrywając się. – Jak było?
    – Wspaniale – powiedziała Meredith z grymasem. – Jeśli pominąć fakt, że wszystko wypadło z mojej torebki w chwili, kiedy dawałam Parkerowi kartę urodzinową. Albo to, że paplałam do niego przez cały czas o tym, jak to on wspaniale wygląda i tańczy. – Rzuciła się na zwolniony przed chwilą przez Lisę fotel i dopiero wtedy dotarło do niej, że stoi w innym niż zawsze miejscu. Właściwie cała jej sypialnia została przemeblowana.
    – No i co o tym sądzisz? – zapytała Lisa z pewnym siebie uśmiechem, patrząc, jak Meredith, mile zaskoczona, rozgląda się uważnie po pokoju.
    Lisa nie tylko przestawiła meble, ale zlikwidowała też wazę z jedwabnymi kwiatami. Teraz pączki tych kwiatów ozdabiały szarfy podtrzymujące kotary jej zabytkowego łoża. Zielone rośliny zostały zaanektowane z innych części domu i surowy dotąd pokój był teraz bardziej kobiecy i przytulny.
    – Liso, jesteś niesamowita!
    – Nie przeczę – uśmiechnęła się – ale pani Ellis mi pomogła.
    – Ja – broniła się pani Ellis – zorganizowałam tylko kwiaty. Wszystko inne to zasługa Lisy. Mam nadzieję, że twój ojciec nie będzie miał nic przeciwko temu – dodała niespokojnie, ubierając się do wyjścia.
    Kiedy już wyszła, Lisa powiedziała:
    – Miałam nadzieję, że twój ojciec zajrzy tutaj. Przygotowałam małe przemówienie dla niego. Chcesz posłuchać?
    Meredith skinęła z uśmiechem głową. Ta mowa podkreślała wszelkie, wymagane przez dobre wychowanie elementy, była powiedziana z dużą dozą pewności siebie i z nieskazitelną dykcją.
    – Dzień dobry, panie Bancroft. Nazywam się Lisa Pontini, jestem przyjaciółką Meredith, Mam zamiar zostać kiedyś dekoratorem wnętrz i właśnie próbowałam tutaj swoich sił. Mam nadzieję, że nie ma pan nic przeciwko temu, sir?
    Zrobiła to z taką perfekcją, że Meredith zaśmiała się.
    – Nie wiedziałam, że chcesz zostać dekoratorem wnętrz. Lisa spojrzała na nią z rozbawieniem.
    – Będę miała szczęście, jeśli uda mi się skończyć college, u co tu mówić o studiowaniu dekoracji wnętrz. Nie mamy pieniędzy na mój college. – Z respektem w głosie dodała: – Pani Ellis powiedziała mi, że twój tata to ten Bancroft z Bancroft i S – ka. Czy on wyjechał gdzieś, czy coś w tym rodzaju?
    – Nie, jest na służbowej kolacji z członkami zarządu – odpowiedziała Meredith. Sądząc, że Lisa będzie tak samo jak ona zafascynowana funkcjonowaniem Bancroft i S – ka, ciągnęła dalej: – Porządek dnia zapowiada się wyjątkowo ciekawie. Dwaj dyrektorzy uważają, że „Bancroft” powinien rozszerzyć swoją działalność na inne miasta. Zarząd jest zdania, że byłoby to finansowo lekkomyślne posunięcie. Wszyscy kierownicy handlowi twierdzą, że dodatkowe rynki zbytu, jakie zdobędziemy, zwiększą nasz całościowy dochód.
    – To wszystko czarna magia dla mnie – powiedziała Lisa, skupiając uwagę na dużej komodzie stojącej w rogu pokoju. Przesunęła ją odrobinę do przodu, a efekt tej prostej zamiany był zaskakujący.
    – Do którego college'u pójdziesz? – zapytała Meredith, podziwiając transformację, jakiej uległa jej sypialnia, i myśląc o tym, jakie to niesprawiedliwe, że Lisa nie może studiować i w pełni wykorzystać swojego talentu.
    – Kemmerling – odpowiedziała Lisa.
    Meredith skrzywiła się. W drodze do szkoły przejeżdżała koło Kemmerling. St. Stephen była starą szkołą, ale czystą i dobrze utrzymaną. Kemmerling była dużą, brzydką, chaotycznie zbudowaną szkołą państwową, a uczniowie wyglądali bardzo nędznie i chuligańsko. Ojciec podkreślał wielokrotnie, że pierwszorzędną edukację zdobywa się w pierwszorzędnych szkołach. Długo po tym, jak Lisa zasnęła, pewien pomysł zaczął kształtować się w umyśle Meredith. Zaczęła obmyślać plan działania z większą starannością niż cokolwiek, kiedykolwiek; no, może wyłączając wyimaginowane randki z Parkerem.

ROZDZIAŁ 5

    Następnego dnia rano Fenwick odwiózł Lisę do domu, a Meredith zeszła do jadalni, gdzie ojciec czytał gazetę, czekając na śniadanie. Zwykle byłaby bardzo ciekawa wyniku jego wczorajszego spotkania, ale tym razem myślała o czymś ważniejszym. Powiedziała dzień dobry, siadając na swoim miejscu i rozpoczęła kampanię, pomimo że on pochłonięty był ciągle artykułem, który czytał.
    – Czy nie mówiłeś zawsze, że solidne wykształcenie jest podstawą wszystkiego? – zaczęła. Ciągnęła dalej, widząc, że przytakuje jej automatycznie. – I czy nie mówiłeś, że wiele szkół średnich ma niedobory nauczycieli i mają niski poziom?
    – Tak – przytaknął ponownie.
    – A czy nie wspominałeś mi, że fundusz powierniczy naszej rodziny od dziesięcioleci zasila finanse Bensonhurst?
    – Uhu – rzucił, przewracając stronę gazety.
    Starając się kontrolować narastające w niej podniecenie, Meredith powiedziała:
    – W St. Stephen jest uczennica, wspaniała dziewczyna z bardzo porządnego domu. Jest inteligentna i utalentowana. Chce zostać dekoratorem wnętrz, ale musi iść do liceum Kemmerling, ponieważ rodzice nie mogą sobie pozwolić na posłanie jej do lepszej szkoły. Czy to nie jest przykre?
    – Uhu – mruknął, znowu krzywiąc się z myślą o czytanym artykule. Demokraci, w tym też Richard Daley, bohater artykułu, nie byli jego ulubieńcami.
    – Nie sądzisz, że to po prostu tragiczne, że zmarnuje się tyle talentu, inteligencji i ambicji?
    Ojciec podniósł wzrok znad gazety i przyjrzał jej się z nagłą uwagą. W wieku czterdziestu dwóch lat wciąż był atrakcyjnym, eleganckim mężczyzną, chociaż szorstkim w obejściu. Miał niebieskie, przenikliwe oczy i brązowe, siwiejące na skroniach włosy.
    – Co ty właściwie sugerujesz, Meredith?
    – Stypendium. Jeżeli Bensonhurst nie oferuje nic takiego, to mógłbyś poprosić, żeby użyli właśnie na stypendium części pieniędzy, które fundusz im przekazuje.
    – I miałbym ich też poinstruować, żeby przyznali to stypendium uczennicy, o której mówiłaś, mam rację? – Powiedział to w taki sposób, jakby to, o co prosiła Meredith, było nieetyczne. Ona jednak wiedziała, że jej ojciec jest zwolennikiem używania swojej władzy i koneksji, kiedy i gdzie tylko można, o ile będą one służyły realizacji jego celów. To jest potęga władzy; mówił jej to setki razy.
    Powoli skinęła głową, uśmiechając się.
    – Tak.
    – Aha.
    – Nigdy nie znalazłbyś nikogo bardziej zasługującego na to stypendium – naciskała żarliwie. – I – dodała natchniona – jeśli nie zrobimy czegoś dla Lisy, to ona prawdopodobnie znajdzie się kiedyś na łasce opieki społecznej.
    Hasło „opieka społeczna” było gwarancją rozbudzenia w jej ojcu silnego, negatywnego oddźwięku. Meredith chciała bardzo opowiedzieć ojcu więcej o Lisie, o tym jak wiele ta przyjaźń znaczy dla niej, ale jakiś szósty zmysł ostrzegał ją przed tym. W przeszłości jej ojciec był tak nadopiekuńczy w stosunku do niej, że żadne dziecko nigdy nie sprostało wymogom, które stawiał towarzyszom jej zabaw. Będzie wolał myśleć, że Lisa bardziej zasługuje na stypendium niż na to, żeby być jej przyjaciółką.
    – Przypominasz mi twoją babcię Bancroft – powiedział po chwili namysłu. – Ona często zajmowała się tymi wartościowymi, mającymi mniej szczęścia w życiu.
    Poczuła się bardzo winna. Jej starania, żeby Lisa znalazła się w Bensonhurst, były spowodowane na równi pobudkami czysto egoistycznymi, jak i szlachetnymi. Zapomniała jednak o tym wszystkim w chwili, kiedy usłyszała jego następne słowa:
    – Zadzwoń jutro do mojej sekretarki. Podaj jej wszystkie informacje, jakie masz o tej dziewczynie, i poproś ją, żeby przypomniała mi o telefonie do Bensonhurst.
    Przez następne trzy tygodnie czekała w narastającym napięciu. Bała się powiedzieć Lisie, co próbowała przeprowadzić, żeby uniknąć ewentualnego rozczarowania, chociaż trudno było sobie wyobrazić, żeby Bensonhurst mogło odmówić prośbie jej ojca. Amerykańskie dziewczęta były teraz wysyłane do szkół w Szwajcarii i Francji, nie do Vermont i nie do Bensonhurst, z jego zimnymi, zbudowanymi z kamienia internatami, sztywnym programem nauczania i rygorem. Z pewnością szkolą nie była przepełniona, tak jak to dawniej bywało. W tej sytuacji dyrekcja na pewno nie będzie chciała ryzykować zrażenia sobie jej ojca.
    W następnym tygodniu nadszedł list z Bensonhurst. Meredith krążyła w napięciu wokół krzesła ojca, kiedy go czytał.
    – Napisali – powiedział w końcu – że przyznają jedyne stypendium szkoły pannie Pontini. Decyzję motywują jej wybitnymi osiągnięciami w nauce i rekomendacją rodziny Bancroftów, potwierdzającej jej zalety jako uczennicy. – Meredith zapracowała sobie na lodowate spojrzenie ojca, kiedy wydała z siebie w tym momencie nie przystający damie okrzyk radości. – Stypendium – kontynuował – pokryje koszty nauki i internatu z wyżywieniem. Ona sama musi zapewnić sobie dojazd do Vermont i zaopatrzyć się w pieniądze na drobne wydatki.
    Przygryzła usta; nie wzięła pod uwagę kosztów lotu do Vermont czy pieniędzy na drobne wydatki. Była jednak prawie pewna, że coś wymyśli, skoro dotarła już tak daleko. Może przekona ojca, że powinna pojechać do Vermont samochodem; Lisa mogłaby wtedy jechać razem z nimi.
    Następnego dnia Meredith wzięła do szkoły wszystkie broszury o Bensonhurst i list o stypendium. Wydawało jej się, że ten dzień nigdy się nie skończy, ale wreszcie znalazła się w kuchni państwa Pontini. Mama Lisy krążyła, przygotowując cieniutkie włoskie placki i proponując domowej roboty cannoli.
    – Jesteś za chuda, tak samo jak Lisa – powiedziała, a Meredith posłusznie skubnęła placek, otwierając jednocześnie torbę szkolną. Wyjęła broszury.
    Czuła się trochę dziwnie w roli filantropki. Zaczęła mówić z podnieceniem o Bensonhurst, o Vermont i emocjach towarzyszących podróży, po czym oznajmiła, że Lisie przyznano stypendium do Bensonhurst. Na moment zapanowała głucha cisza. Wydawało się, że i pani Pontini, i Lisa nie są w stanie zrozumieć ostatniej części zdania. W końcu Lisa wstała powoli.
    – Co to! – wybuchnęła z furią. – Jestem twoim najnowszym przedsięwzięciem charytatywnym! Myślisz, że kim ty do diabła jesteś!
    Wybiegła kuchennymi drzwiami, a Meredith za nią.
    – Liso, ja chciałam tylko pomóc!
    – Pomóc? – rzuciła Lisa, krążąc wokół Meredith. – Skąd ci przyszło do głowy, że chciałabym chodzić do szkoły z bandą bogatych snobów, takich jak ty, patrzących na mnie jak na obiekt dobroczynności? Mogę to sobie wyobrazić: szkołę pełną rozpuszczonych dziewuch, narzekających, że muszą jakoś przeżyć, mając tylko tysiąc dolarów kieszonkowego, przysyłanego przez ich tatusiów…
    – Nikt nie będzie wiedział, że ty masz stypendium, o ile sama o tym nie powiesz… – zaczęła Meredith. Gniew i uraza spowodowały, że zbladła. – Nie wiedziałam, że uważasz mnie za „bogatą snobkę” i… i „rozpuszczoną dziewuchę”.
    – Posłuchaj siebie – nawet nie potrafisz wymówić bez zająknięcia słowa „dziewucha”. Jesteś tak cholernie pruderyjna i wyniosła.
    – To ty jesteś snobką Liso, nie ja – przerwała jej Meredith zawiedzionym głosem. – Patrzysz na wszystko przez pryzmat pieniędzy. Nie musisz się martwić o to, czy będziesz pasowała do Bensonhurst. To ja jestem tą, która nigdzie nie pasuje, nie ty. – Powiedziała to z godnością i w sposób, który niezmiernie zadowoliłby jej ojca. Potem odwróciła się i odeszła.
    Przed domem Pontinich czekał na nią Fenwick. Meredith wślizgnęła się na tylne siedzenie samochodu. Zdała sobie sprawę, że coś z nią jest nie tak, coś, co nie pozwala ludziom czuć się dobrze w jej towarzystwie, bez względu na ich pochodzenie społeczne. Nie przyszło jej na myśl, że było w niej coś niezwykłego: subtelność i wrażliwość, które prowokowały inne dzieci do zrobienia jej przykrości lub trzymania się od niej z daleka. Przyszło to na myśl Lisie, która patrzyła w ślad za odjeżdżającym samochodem. Nienawidziła Meredith Bancroft za to, że mogła grać rolę nastoletniej dobrej wróżki, a siebie za swoje paskudne, krzywdzące Meredith uczucia.
    Następnego dnia Meredith jadła na dworze lunch. Siedziała w swym zwykłym miejscu, okryta płaszczem. Jadła jabłko i czytała książkę. Kątem oka zauważyła, że Lisa idzie w jej stronę. Jeszcze bardziej skoncentrowała się na książce.
    – Meredith – powiedziała Lisa – przepraszam za wczorajszy dzień.
    – W porządku – odpowiedziała Meredith, nie podnosząc Kłowy. – Zapomnij o tym.
    – Trudno jest zapomnieć, że byłam taka okropna w stosunku do najlepszej, najmilszej osoby, jaką kiedykolwiek spotkałam.
    Meredith spojrzała na nią, potem na książkę. Jej głos był hardziej miękki, ale brzmiał zdecydowanie:
    – To już nie ma znaczenia.
    Lisa usiadła obok niej i ciągnęła nie zrażona:
    – Zachowałam się wczoraj z wielu głupich i egoistycznych powodów jak wiedźma. Czułam się rozżalona. Zaoferowałaś mi fantastyczną szansę wyjazdu do tej wyjątkowej szkoły. Przez chwilę czułam się jak ktoś wyjątkowy, a jednocześnie wiedziałam, że nie będę mogła tam pojechać. Mama potrzebuje mojej pomocy przy dzieciach i w domu. Nawet gdybym nie była jej potrzebna, to musiałabym mieć pieniądze na podróż do Vermont i na różne rzeczy już tam na miejscu.
    Meredith nie brała pod uwagę tego, że mama Lisy nie będzie mogła obejść się bez niej. Uważała, że to niesprawiedliwe, że pani Pontini, decydując się na ośmioro dzieci, oczekiwała, że Lisa przejmie część jej obowiązków.
    – Nie pomyślałam o tym, że twoi rodzice nie pozwolą ci jechać – przyznała, po raz pierwszy spoglądając na Lisę. – Sądziłam, że o ile jest to możliwe, to rodzice zawsze chcą, żeby ich dzieci zdobyły dobre wykształcenie.
    – Właściwie nie byłaś tak zupełnie w błędzie – odparła Lisa. Meredith dopiero teraz zauważyła, że Lisa wygląda tak, jakby za chwilę miała eksplodować wiadomościami. – Moja mama chce tego. Pokłócili się o to z ojcem, jak wyszłaś. Ojciec powiedział, że dziewczynie nie są potrzebne wymyślne szkoły. Jedyne, czego potrzebuje, to wyjść za mąż i mieć dzieci. Mama zaczęła wymachiwać tą wielką łyżką i krzyczeć, że mnie stać na więcej. Potem wszystko potoczyło się szybko. Mama zadzwoniła do babci, a babcia zadzwoniła do ciotek i wujków. Wszyscy przyszli do nas. Po chwili już robili składkę dla mnie. To tylko pożyczka. Wymyśliłam, że jak będę ciężko pracować w Bensonhurst, to mogę zdobyć stypendium do szkoły pomaturalnej. Potem dostanę świetną pracę i zwrócę wszystkim pieniądze.
    Jej oczy błyszczały, kiedy impulsywnie chwyciła dłoń Meredith.
    – Jak to jest – zapytała miękko – wiedzieć, że to dzięki tobie zmieniło się czyjeś całe życie? Wiedzieć, że spełniłaś marzenie moje, mojej mamy i ciotek?
    Niespodziewanie Meredith poczuła w oczach gorące łzy.
    – To jest – powiedziała – całkiem przyjemne uczucie.
    – Myślisz, że mogłybyśmy mieszkać w jednym pokoju? Meredith skinęła, jej twarz zaczęła się rozjaśniać.
    W odległości kilku metrów od nich grupa dziewcząt jadła śniadanie. Podniosły głowy i patrzyły, jak Lisa Pontini, nowa dziewczyna w szkole, i Meredith Bancroft, najdziwaczniejsza dziewczyna w szkole, wstały nagle, zaczęły płakać, śmiać się i ściskać się nawzajem, podskakując jednocześnie.

ROZDZIAŁ 6

    Czerwiec 1978
    Pokój, który Meredith dzieliła z Lisa przez cztery lata, zastawiony był pudłami i częściowo spakowanymi walizkami. Na drzwiach szafy wisiały niebieskie birety i togi, które nosiły poprzedniego wieczoru podczas uroczystości ukończenia szkoły. Złote ozdobne chwaściki oznaczały, że obydwie zdały z najwyższymi notami. Lisa wyjmowała z szafy i układała w pudle swetry. Za otwartymi drzwiami do ich pokoju korytarz rozbrzmiewał nietypowo odgłosami męskich rozmów. To ojcowie, bracia i chłopcy wyjeżdżających uczennic znosili na dół walizy i pudłu. Philip Bancroft nocował w tutejszym zajeździe i miał się pojawić za godzinę. Meredith straciła poczucie czasu. Z nostalgią przeglądała gruby plik fotografii, które właśnie wyjęła z biurka. Uśmiechała się na myśl o wspomnieniach, jakie każda z nich rozbudzała.
    Lata, które razem z Lisa spędziły w Vermont, były wspaniałe dla każdej z nich. Mimo obaw, że będzie uchodziła za wyrzutka w Bensonhurst, Lisa szybko została uznana za prekursorkę nowych trendów. Dziewczęta uważały ją za bardzo śmiałą i nieszablonową. To Lisa właśnie zorganizowała i poprowadziła w ich pierwszym roku, uwieńczony sukcesem wypad do męskiej szkoły w Litchfield. Zrobiły to w odwecie za próbę takiego wypadu chłopców z Litchfield na Bensonhurst. W drugim roku nauki Lisa zaprojektowała scenografię do corocznego przedstawienia teatralnego. Scenografia była tak efektowna, że jej zdjęcia ukazały się w gazetach kilku miast. W prze dostatnim roku nauki to właśnie Lisę zaprosił Bill Fletcher na wiosenną zabawę do Litchfield. Bill Fletcher był kapitanem drużyny piłkarskiej w Litchfield, a poza tym był niesamowicie przystojny i inteligentny. Na dzień przed tą zabawą wywalczył dwa punkty na boisku, a kolejny zdobył tego dnia w pobliskim motelu, gdy Lisa straciła dziewictwo. Po tym doniosłym wydarzeniu Lisa wróciła do pokoju, który dzieliła z Meredith, i natychmiast wyjawiła nowinę czterem dziewczętom, które się tam zebrały. Rzucając się na łóżko, z uśmiechem oznajmiła:
    – Już nie jestem dziewicą. Od tej chwili zupełnie swobodnie możecie mnie pytać o wszelkie porady!
    Dziewczęta odebrały to jako jeszcze jeden przykład nieustraszonej niezależności Lisy i jej doświadczenia życiowego, były wesołe i dowcipkowały. Meredith jednak była zmartwiona i nawet trochę przerażona. Tego wieczoru, kiedy ich koleżanki wyszły, Meredith i Lisa pokłóciły się naprawdę po raz pierwszy od przyjazdu do Bensonhurst.
    – Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłaś – wybuchnęła Meredith. – A jeśli zajdziesz w ciążę? A jeśli dziewczyny zaczną opowiadać o tym na prawo i lewo? A jeśli twoi rodzice się o tym dowiedzą?
    Lisa zareagowała równie gwałtownie:
    – Nie jesteś moją niańką i nie jesteś za mnie odpowiedzialna, więc przestań się zachowywać jak moja matka! Jeśli ty chcesz wyczekiwać na Parkera Reynoldsa lub jakiegoś innego, mitycznego, nieskazitelnego rycerza, który cię porwie w ramiona, a potem do łóżka, to czekaj! Nie myśl tylko, że wszyscy będą robić to samo. Nie przejęłam się tymi bzdurami o moralności i niewinności, którymi raczyły nas siostry w St. Stephen – ciągnęła Lisa, wrzucając swój blezer do szafy. – Jeśli byłaś na tyle głupia, żeby w to uwierzyć, to bądź wieczną dziewicą, ale nie oczekuj, że ja też nią będę! I nie jestem na tyle lekkomyślna, żeby zajść w ciążę; Bill użył prezerwatywy. Poza tym inne dziewczęta nie pisną nawet słówka o tym, co zrobiłam, ponieważ one też już to zrobiły! Dzisiaj wieczorem jedyną zszokowaną dziewicą w naszym pokoju byłaś ty!
    – Dosyć tego – przerwała jej z kamienną twarzą Meredith, podchodząc do biurka. Pomimo spokoju w głosie aż skręcała się wewnętrznie z poczucia winy i zażenowania. Czuła się odpowiedzialna za Lisę, bo to właśnie ona sprawiła, że Lisa znalazła się w Bensonhurst. Meredith zdawała sobie sprawę, jak bardzo archaiczne były jej zasady moralne. Wiedziała, że nie ma prawa narzucać Lisie rygorów tylko dlatego, że kiedyś zostały one narzucone jej samej. – Nie miałam zamiaru cię osądzać, Liso. Bałam się tylko o ciebie, to wszystko.
    Po chwili pełnej napięcia ciszy Lisa odwróciła się do niej i powiedziała:
    – Przepraszam, Mer.
    – Zapomnij o tym. To ty miałaś rację.
    – Nie miałam – Lisa spojrzała na Meredith prosząco i z desperacją. – Ja po prostu nie jestem taka jak ty, i nie mogę taka być. Nie powiem, żebym nie próbowała od czasu do czasu.
    Ta deklaracja wywołała u Meredith ponury uśmiech.
    – Dlaczego chciałabyś być podobna do mnie?
    – Ponieważ – odparła z krzywym uśmieszkiem, naśladując Humphreya Bogarta – masz klasę, dziecinko. Masz klasę przez duże „K”.
    Ta pierwsza konfrontacja zakończyła się zawarciem pokoju przypieczętowanym tego samego wieczoru mlecznym koktajlem w cukierni Pulsona.
    Meredith myślała o tym wieczorze, przeglądając zdjęcia. Te wspomnienia zostały jednak gwałtownie przerwane, kiedy Lynn Mc Laughlin zajrzała do ich pokoju, mówiąc:
    – Dzisiaj rano na telefon w korytarzu dzwonił Nick Tierney. Powiedziałam, że wasz telefon tutaj jest już wyłączony. Ma wpaść do was za jakiś czas.
    – Z którą z nas chciał rozmawiać?
    Lynn odpowiedziała, że dzwonił do Meredith. Lisa odwróciła się do Meredith z żartobliwie groźnym spojrzeniem. Położyła ręce na biodrach.
    – Wiedziałam! Nie mógł wczoraj oderwać oczu od ciebie, chociaż ja praktycznie stawałam na głowie, żeby zwrócił na mnie uwagę. Nie powinnam była uczyć cię makijażu i sztuki ubierania się.
    – Ot cała ty – odkrzyknęła Meredith, śmiejąc się. – Przypisujesz sobie całą zasługę za moją niewielką popularność u kilku chłopców.
    Nick Tierney był studentem trzeciego roku Yale. Zjawił się wczoraj, żeby jak to było w zwyczaju, uczestniczyć w uroczystości wręczania dyplomu jego siostrze, i oczarował wszystkie dziewczęta; był przystojny, miał piękną twarz i wspaniałą muskulaturę. W chwili kiedy zobaczył Meredith, to on stał się tym oczarowanym i nie ukrywał tego.
    – Niewielka popularność u kilku chłopców? – powtórzyła Lisa. Wyglądała fantastycznie, nawet kiedy rude włosy spięła w bezładny węzeł na czubku głowy. – Jeśli umówiłabyś się z połową proszących cię o to, to pobiłabyś mój własny rekord randek!
    Miała zamiar dodać coś jeszcze, kiedy w otwarte drzwi ich pokoju zastukała siostra Nicka Tierneya.
    – Meredith – zaczęła, uśmiechając się z rezygnacją – Nick jest na dole z kilkoma kolegami, którzy przyjechali dzisiaj rano z New Haven. Mówi, że jest zdeterminowany, żeby pomóc ci się pakować, zaproponować ci siebie albo małżeństwo, co wolisz.
    – Przyślij tu tego biednego, chorego z miłości i jego przyjaciół – powiedziała, śmiejąc się Lisa. Kiedy Trish Tierney wyszła, Lisa i Meredith spojrzały na siebie z rozbawieniem. Były swoimi przeciwieństwami, a jednak rozumiały się bez słów.
    W ciągu ostatnich kilku lat nastąpiło w nich wiele zmian, ale to u Meredith były one najbardziej widoczne. Lisa zawsze przykuwała uwagę. Nigdy nie musiała nosić okularów i nigdy nie była pulchna. Dwa lata temu Meredith kupiła za swoje kieszonkowe szkła kontaktowe, co wyeksponowało jej oczy. W miarę upływu czasu uwydatniły się delikatne, jakby rzeźbione rysy, jasnoblond włosy stały się grubsze, jej figura zaokrągliła się i wyszczupliła we wszystkich właściwych miejscach.
    Lisa ze swoimi płomiennymi, kręconymi włosami i wyzywającą pozą była jako osiemnastolatka olśniewająca w bardzo konkretny sposób. Meredith, dla kontrastu, była cicha, zrównoważona i anielsko piękna. Pełna życia Lisa przyciągała mężczyzn; pogodna rezerwa Meredith była dla nich wyzwaniem. Gdziekolwiek dziewczęta poszły razem, męskie głowy zawsze odwracały się w ich kierunku. Lisa lubiła skupiać na sobie uwagę; uwielbiała emocje umawiania się i podniecenie, jakie niosły nowe romanse. Meredith odbierała zadziwiająco spokojnie swoją popularność u płci przeciwnej w ostatnich czasach. Lubiła, kiedy chłopcy zabierali ją na narty, tańce i przyjęcia, ale bycie tą, której towarzystwo jest poszukiwane, spowszedniało jej, umawianie się z chłopcami, do których nie czuła nic poza przyjaźnią, stało się miłe, ale nie tak niesamowicie ekscytujące, jak się tego spodziewała. Tak samo było z całowaniem się. Lisa kładła to na karb tego, że Meredith zbyt wyidealizowała Parkera i teraz każdego chłopaka porównywała do niego. To na pewno było przyczyną braku entuzjazmu ze strony Meredith. Główny problem leżał jednak w tym, że Meredith była wychowana wśród samych tylko dorosłych, którzy w dodatku byli zdominowani przez dynamicznego biznesmena. Chłopcy ze szkoły w Litchfield, z którymi się umawiała, byli mili, ale czuła się zawsze dużo doroślejsza niż oni.
    Meredith już jako dziecko wiedziała, że chce skończyć studia i zająć kiedyś należne jej miejsce w Bancroft i S – ka. Uczniowie z Litchfield, a nawet ich starsi studiujący bracia, których poznała, nie mieli innych zainteresowań niż seks, sport i alkohol. Dla Meredith myśl o stracie dziewictwa z jednym z chłopców, dla których głównym celem było dodanie jej nazwiska do wiszącej w Litchfield listy dziewic z Bensonhurst zdeflorowanych przez „ich ludzi”, było nie tylko absurdalne, ule także poniżające i wulgarne.
    Jeśli miałaby przeżyć z kimś intymne chwile, chciałaby, żeby to był ktoś, kogo podziwia i komu ufa. Chciałaby, żeby to był prawdziwy romans, taki z czułością i zrozumieniem. Wszystkim jej marzeniom towarzyszyła zawsze wizja czegoś więcej niż tylko fizycznego kontaktu. Wyobrażała sobie długie spacery brzegiem morza, trzymanie się za ręce i rozmowy; długie noce spędzone przed kominkiem, wpatrywanie się w płomienie skaczące wśród polan. Po wielu latach nieudanych prób prawdziwego porozumienia i zbliżenia się do ojca Meredith pragnęła, żeby jej przyszły kochanek był kimś, z kim mogłaby porozmawiać i kto dzieliłby z nią swoje myśli. Tym Ideałem, w jej myślach, zawsze był Parker.
    W czasie lat nauki w Bensonhurst udawało się Meredith spotykać Parkera całkiem często, głównie podczas spędzanych w domu wakacji. Jej zabiegi w tym kierunku ułatwiał fakt, że obydwie rodziny Bancroftów i Reynoldsów należały do klubu Glenmoor. Członkowie tego klubu tradycyjnie uczestniczyli całymi rodzinami w organizowanych tam tańcach i imprezach sportowych. Dopóki Meredith nie skończyła osiemnastu lat, co stało się w końcu kilka miesięcy temu, nie mogła uczestniczyć w przeznaczonej dla dorosłych działalności klubu. Udawało jej się jednak wykorzystywać inne możliwości, jakie dawał jej Glenmoor. Każdego lata prosiła Parkera, żeby był jej partnerem w rozgrywkach tenisowych dla juniorów i seniorów. Zawsze łaskawie przyjmował tę propozycję; ich mecze były zwykle przerażającymi porażkami, głównie dzięki olbrzymiej mu zdenerwowaniu Meredith z powodu samego faktu grania z nim.
    Używała też i innych wybiegów. Przekonywała na przykład ojca, żeby każdego lata organizował przyjęcia. Lista gości uczestniczących w tych przyjęciach zawsze zawierała nazwisko Parkera i jego rodziny. Ponieważ Parkerowie byli właścicielami banku, w którym zostały zdeponowane fundusze firmy Bancrof t i S – ka, a Parker był już pracownikiem banku, czuł się zobligowany, żeby brać udział w tych przyjęciach, jak również być partnerem Meredith podczas kolacji.
    W czasie świąt Bożego Narodzenia udało się Meredith dwa razy stanąć pod wiszącą w hallu jemiołą, kiedy Parker z rodziną składali im świąteczną wizytę. Zawsze też towarzyszyła ojcu, kiedy nadchodził czas ich rewizyty u Reynoldsów.
    W efekcie triku z jemiołą to Parker był tym, który po raz pierwszy ją pocałował. Działo się to w czasie pierwszego roku jej pobytu w szkole. Aż do następnych świąt żyła wspomnieniem o tym. Rozpamiętywała poczucie jego bliskości, jego zapach i to, jak uśmiechnął się do niej, zanim ją pocałował.
    Kiedy był u nich na kolacji, uwielbiała słuchać, jak opowiadał o banku. Zupełnie wspaniałe były spacery, na które wybierali się po takich kolacjach, w czasie gdy ich rodzice sączyli brandy. Właśnie podczas jednego z tych spacerów ostatniego lata dokonała upokarzającego odkrycia, że Parker zawsze wiedział o tym, że ona się w nim podkochuje. Parker zapytał ją, jak udał się jej wyjazd na narty do Vermont. Uraczyła go zabawną historyjką o wyprawie z kapitanem narciarskiej drużyny z Litchfield, który musiał w czasie tej randki gonić po zboczu jej nartę, co zrobił zresztą stylowo i z właściwym sobie wdziękiem. Kiedy Parker przestał się już śmiać, powiedział uroczyście i z uśmiechem:
    – Za każdym razem, kiedy cię widzę, jesteś jeszcze piękniejsza. Chyba zawsze zdawałem sobie sprawę z tego, że kiedyś ktoś zajmie w końcu moje miejsce w twoim sercu, ale nie sądziłem, że będzie to jakiś osiłek, który uratuje twoją nartę. Właściwie – zażartował – przyzwyczaiłem się już do tego, że jestem twoim romantycznym bohaterem.
    Duma i zdrowy rozsądek powstrzymały ją przed wyrzuceniem z siebie, że źle ją zrozumiał, że nikt nie zajął jego miejsca była zbyt dorosła, żeby udawać, że nigdy takiego miejsca w jej sercu nie miał. Najwyraźniej Parker nie był zdruzgotany jej wyimaginowaną zdradą. Rozpaczliwie próbowała uratować chociaż ich przyjaźń, traktując swoje zadurzenie się w nim jako zabawny, chociaż już miniony epizod jej szczenięcych lat.
    – Wiedziałeś, co się ze mną działo? – zapytała, wykrzesując z siebie uśmiech.
    – Wiedziałem – uśmiechnął się w odpowiedzi – i zastanawiałem się, czy twój ojciec to zauważy i czy nie zacznie mnie ścigać z pistoletem w dłoni. Jest bardzo opiekuńczy w stosunku do ciebie.
    – Też to zauważyłam – zażartowała Meredith, chociaż ten problem wcale nie był śmieszny na co dzień.
    Parker zaśmiał się z żartu, a potem, poważniejąc, powiedział:
    – Mam nadzieję, że nasze spacery, obiady i rozgrywki tenisowe nie skończą się, mimo że twoje serce należy teraz do narciarza. Zawsze lubiłem nasze spotkania, mówię serio.
    Potem rozmawiali o dalszych planach Meredith, o jej studiach i zamiarze pójścia w ślady przodków, aż do fotela prezydenckiego w Bancroft i S – ka włącznie. Wydawało się, że rozumiał, co dla niej znaczy zarządzanie firmą, i szczerze wierzył, że potrafi tego dokonać, jeśli będzie bardzo chciała.
    Teraz, stojąc w pokoju internatu, myślała o tym, że po całym roku zobaczy znowu Parkera. Próbowała przygotować się na to, że może pozostanie dla niej tylko przyjacielem. Myśl o tym łamała jej serce. Była jednak pewna jego przyjaźni, a to wiele dla niej znaczyło.
    Za plecami Meredith Lisa rzuciła na łóżko obok otwartej walizki ostatnią porcję wyjętych z szafy ubrań.
    – Myślisz o Parkerze – zaatakowała ją żartobliwie. – Zawsze wtedy masz rozmarzony wyraz twarzy – urwała, kiedy w drzwiach pojawił się Nick Tierney, a za nim dwaj koledzy.
    – Powiedziałem im – oznajmił, ruchem głowy wskazując do tyłu – że za chwilę zobaczą w jednym pokoju więcej piękna, niż go widzieli w całym stanie Connecticut. Skoro wszedłem tu pierwszy, mogę wybierać: miejsce pierwsze zajmuje Meredith.
    Robiąc oko do Lisy, przesunął się. – Panowie – powiedział, robiąc ręką półkolisty gest – pozwólcie, że przedstawię wam „miejsce drugie”.
    Jego koledzy weszli ze znudzonymi, zarozumiałymi minami. Spojrzeli na Lisę i stanęli jak wryci.
    Muskularny blondyn na czele pozbierał się pierwszy.
    – Ty musisz być Meredith – powiedział do Lisy. Sądząc z wyrazu jego twarzy, podejrzewał Nicka o zagarnięcie najlepszego. – Jestem Craig Haxford, a to jest Chase Vouthier – skinął w stronę ciemnowłosego dwudziestolatka, który lustrował Lisę jak człowiek, który nareszcie odkrył doskonałość.
    Lisa spojrzała na nich z rozbawieniem.
    – Nie jestem Meredith.
    Jednocześnie odwrócili głowy, patrząc w przeciwległy kąt pokoju, gdzie stała Meredith.
    – Boże… – wyszeptał z namaszczeniem Craig Haxford.
    – Boże… – wtórował mu Chase Vouthier. Przenosili wzrok z jednej dziewczyny na drugą i z powrotem.
    Meredith przygryzła wargę, żeby nie parsknąć śmiechem na widok ich ogłupiałych min. Lisa uniosła brwi i powiedziała oschle:
    – Jak tylko zakończycie te modlitwy, proponujemy wam colę w zamian za pomoc w przygotowaniu tych pudeł do wyprowadzki.
    Z uśmiechem zabrali się do dzieła, a za ich plecami, o pół godziny wcześniej, niż to było w planie, pojawił się Philip Bancroft. Zatrzymał się na widok trzech młodych mężczyzn, jego twarz pociemniała z oburzenia.
    – Co się tu u diabła dzieje?
    Cała piątka zamarła. Meredith spróbowała załagodzić sytuację, przedstawiając ma chłopców. Ignorując jej wysiłki, ostrym ruchem głowy wskazał drzwi.
    – Wyjść! – rzucił krótko. Gdy opuścili pokój, zwrócił się do dziewcząt: – Myślałem, że przepisy tej szkoły zabraniają wchodzenia do tego budynku innym mężczyznom niż ojcowie.
    Nie „myślał” tak, ale był tego pewien. Przed dwoma laty złożył Meredith nie zapowiedzianą wizytę. Pojawił się o czwartej w niedzielne popołudnie. Zobaczył chłopców siedzących na parterze internatu, w pobliżu głównego wejścia. Do tego weekendu było dozwolone przyjmowanie męskich wizyt w hallu głównym w te dwa wolne popołudnia. Od tego dnia mężczyźni mieli całkowity zakaz wstępu do budynku. To Philip spowodował zmianę przepisów, wpadając do administratorki i oskarżając ją o wszystko, począwszy od karygodnego zaniedbania, a na przyczynianiu się do rozwoju przestępczości nieletnich skończywszy. Zagroził następnie, że poinformuje o tych faktach wszystkich rodziców i że cofnie niemałą sumę przekazywaną corocznie przez rodzinę Bancroftów na rzecz Bensonhurst.
    Meredith próbowała teraz zwalczyć w sobie wściekłość i upokorzenie jego zachowaniem w stosunku do trzech chłopców, którzy nie zrobili nic, co mogłoby spowodować tak gwałtowny wybuch jego gniewu.
    – Po pierwsze – powiedziała – rok szkolny skończył się wczoraj, więc te przepisy już nie obowiązują. Po drugie, oni tylko chcieli pomóc nam ułożyć te pudła do wywiezienia.
    – Miałem wrażenie – przerwał jej – że to ja miałem przyjść tutaj dzisiaj rano, żeby zrobić to wszystko. To z tego powodu musiałem wstać o… – przerwał swoją tyradę na dźwięk głosu administratorki.
    – Przepraszam, panie Bancroft, ma pan pilny telefon na dole. Kiedy Philip wyszedł, Meredith opadła ciężko na krzesło, a Lisa z impetem odstawiła swoją colę na biurko.
    – Nie rozumiem tego człowieka – powiedziała z furią. – Jest niemożliwy. Nie pozwoli ci się umówić z nikim, kogo nie zna od niemowlaka, i odstrasza wszystkich innych, którzy tylko tego spróbują. Daje ci samochód na szesnaste urodziny i… nie pozwala ci nim jeździć. Mam czterech braci, którzy są Włochami, do diabła, a wszyscy oni razem wzięci nie są tak potwornie opiekuńczy, jak twój ojciec! – Usiadła koło Meredith nieświadoma, że tylko powiększa jej zagniewanie i rozdrażnienie. – Mer, musisz coś z tym zrobić, bo tegoroczne lato będzie dla ciebie jeszcze gorsze niż poprzednie. Przez pół wakacji mnie nie będzie, więc nie będziesz mogła spędzać czasu chociażby ze mną. – Stopnie Lisy i jej talent artystyczny zrobiły takie wrażenie w Bensonhurst, że dostała sześciotygodniowe stypendium do Europy. Wyróżnieni nim uczniowie mogli wybrać nawet miasto, w którym pobyt najbardziej przyczyni się do realizacji ich przyszłych zamierzeń. Lisa zdecydowała się na Rzym i zapisała się tam na kursy dekoracji wnętrz.
    Meredith z rezygnacją oparła się o ścianę.
    – Nie boję się tak bardzo lata, jak myśli o tym, co stanie się za trzy miesiące.
    Lisa wiedziała, że Meredith mówi o batalii, jaką toczy z ojcem o to, gdzie ma się uczyć dalej. Kilka uniwersytetów zaoferowało Lisie pełne stypendium, ale ona wybrała Northwestern, bo Meredith chciała tam właśnie pójść. Ojciec jednak nalegał, żeby złożyła papiery do Maryville College, który był czymś tylko trochę lepszym niż ekskluzywną szkołą policealną na przedmieściach Chicago. Meredith poszła na kompromis i złożyła papiery do obu tych szkół i przez obie została zaakceptowana. Nie mogła jednak porozumieć się w tej materii.
    – Myślisz, że będziesz w stanie wyperswadować mu posłanie cię do Maryville?
    – Ja tam nie pójdę!
    . – Ty wiesz o tym i ja wiem o tym, ale to twój ojciec ma płacić czesne.
    Meredith z westchnieniem powiedziała:
    – On ustąpi. Jest niesamowicie nadopiekuńczy, ale chce dla mnie jak najlepiej, naprawdę, a Szkoła Handlowa Northwestern jest właśnie najlepsza. Dyplom z Maryville nie jest wart papieru, na którym jest napisany.
    Gniew Lisy przerodził się w zakłopotanie, kiedy zamyśliła się nad Philipem Bancroftem. Był człowiekiem, którego już trochę poznała, a którego jednocześnie nie potrafiła w pełni zrozumieć.
    – Wiem, że on chce dla ciebie wszystkiego co najlepsze – powiedziała. – Przyznaję, że nie jest taki, jak większość rodziców, którzy posyłają tutaj swoje dzieci. Jemu przynajmniej na tobie zależy. Dzwoni do ciebie co tydzień, przyjeżdża na wszystkie ważniejsze uroczystości szkolne. – Lisa była zszokowana, kiedy w pierwszym roku pobytu w Bensonhurst zorientowała się, że większość rodziców pozostałych dziewcząt prowadzi zupełnie odrębne życie. Rodzicielskie wizyty, telefony i listy zastępowały drogie prezenty przesyłane zwykle pocztą. – Może ja powinnam z nim porozmawiać i spróbować go przekonać, żeby pozwolił ci iść do Northwestern.
    Meredith uśmiechnęła się z przymusem.
    – Myślisz, że coś byś tym osiągnęła?
    Lisa nachyliła się, podciągnęła energicznie lewę skarpetkę i zawiązała jeszcze raz but.
    – To samo, co osiągnęłam ostatnim razem, jak mu się postawiłam, biorąc twoją stronę: zaczął uważać, że mam zły wpływ na ciebie. – Żeby zapobiec takiemu tokowi myśli Philipa Lisa traktowała go zawsze, z wyjątkiem tej jednej sytuacji, juko ukochanego, darzonego szacunkiem sponsora, który umożliwił jej naukę w Bensonhurst. W stosunku do niego była uosobieniem przykładnej uprzejmości i kobiecych dobrych obyczajów. Była to rola tak przeciwna jej bezpośredniej, wygadanej osobowości, że strasznie ją to irytowało, a Meredith pobudzało do śmiechu.
    Philip na początku uważał Lisę za rodzaj podrzutka, którego naukę sponsorował i który zaaklimatyzował się w Bensonhurst zaskakująco dobrze. Z czasem jednak, we właściwy sobie szorstki i powściągliwy sposób, zaczął okazywać, że jest z niej dumny i być może obdarza ją nawet odrobiną jakiegoś cieplejszego uczucia. Rodzice Lisy nie mogli sobie pozwolić na przyjazdy do Bensonhurst na szkolne uroczystości. Philip przejął na siebie te ich obowiązki. Kiedy zabierał Meredith na kolację, Lisa była też zapraszana. Okazywał też zainteresowanie jej postępami w nauce. W czasie pierwszego roku nauki dziewcząt, na wiosnę, posunął się nawet do tego, żeby zlecać sekretarce zadzwonienie do pani Pontini z pytaniem, czy chce przekazać przez niego coś dla Lisy. Miał wtedy lecieć do Vermont na Weekend Rodzicielski. Pani Pontini żarliwie zaakceptowała propozycję i umówiła się z nim na lotnisku. Wręczyła mu tam białe, piekarniane pudełko wypełnione placuszkami cannoli i innymi włoskimi ciasteczkami, dodając jeszcze brązową torbę zawierającą długie, ostro pachnące pęta salami. Opowiadał później Meredith, że był tym niesamowicie zirytowany. Wszedł na pokład samolotu jak niewydarzony włóczęga, wsiadający do autobusu wycieczkowego ze swoim śniadaniem w objęciach. Mimo to Philip dostarczył Lisie te paczki i nadal pełnił w Bensonhurst funkcję jej zastępczego rodzica.
    Wczoraj wieczorem z okazji uzyskania dyplomu Meredith dostała od ojca masywny, złoty wisiorek z różowym topazem od Tiffany'ego. Lisie dał o wiele mniej kosztowną, ale bezsprzecznie piękną złotą bransoletkę z wyrytymi pomiędzy ozdobami na jej powierzchni datą i jej inicjałami. To też było kupione u Tiffany'ego.
    Na początku Lisa zupełnie nie wiedziała, co myśleć o Philipie Bancrofcie. Był zawsze nieskazitelnie uprzejmy w stosunku do niej, ale jednocześnie był wyniosłym i nie okazującym uczuć człowiekiem. Zresztą w ten sam sposób odnosił się do Meredith. Lisa brała pod uwagę to, co robił, i starała się nie myśleć o zewnętrznej pozie, jaką przyjmował. W efekcie obwieściła Meredith, że zdecydowała, że tak właściwie to Philip jest niedźwiadkiem o miękkim sercu, który tylko udawał groźnego. Ta całkowicie nie trafiona konkluzja spowodowała wstawienie się Lisy za Meredith u jej ojca. Działo się to latem, po ich drugim roku nauki. Wprowadzając w czyn swoje postanowienie, Lisa zwróciła się do Philipa tonem bardzo grzecznym z najsłodszym ze swoich uśmiechów i powiedziała, że ona naprawdę uważa, że Meredith zasłużyła sobie na trochę więcej swobody w czasie wakacji. Reakcja Philipa na, jak to określił, „niewdzięczność” i „wścibstwo” była bardzo gwałtowna. Tylko jej całkowita skrucha i natychmiastowe przeprosiny powstrzymały go od zrealizowania groźby położenia kresu jej znajomości z Meredith i zasugerowania w Bensonhurst, żeby stypendium zostało przyznane innej, bardziej na nie zasługującej osobie.
    Ta konfrontacja poruszyła Lisę czymś więcej niż tylko jej niesamowitą gwałtownością. Po tym, co powiedział, Lisa uświadomiła sobie w końcu, że Philip nie tylko zasugerował delikatnie Bensonhurst, żeby to ona dostała stypendium, ale że to stypendium pochodziło z prywatnych datków rodziny Bancroftów dla tej szkoły. To odkrycie sprawiło, że poczuła się jak niewdzięcznica, podczas gdy gwałtowność reakcji Philipa wywołała u niej gniewną frustrację.
    Teraz Lisa czuła znowu ten bezsilny gniew i zdziwienie ostrym reżimem, jaki narzucał Meredith.
    – Czy tak naprawdę wierzysz w to, że on zachowuje się jak twój dozorca tylko dlatego, że twoja matka go oszukała?
    – Ona nie tylko raz go oszukała. Sypiała, już po ich ślubie, ze wszystkimi, począwszy od trenera jeździectwa, a na kierowcach ciężarówek skończywszy. Celowo robiła pośmiewisko z mojego ojca, mając skandalizujące romanse z miernotami. Powiedział mi to w ubiegłym roku Parker, kiedy go zapytałam, co jego rodzice wiedzą o niej. Najwyraźniej wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, jaka ona była.
    – Mówiłaś mi to już, ale zupełnie nie rozumiem, dlaczego twój ojciec zachowuje się tak, jakby brak zasad moralnych był dziedziczny.
    – Zachowuje się tak dlatego – odpowiedziała Meredith – że po części w to wierzy.
    Obydwie spojrzały oskarżycielsko na wracającego do pokoju Philipa. Widząc jego zmartwioną twarz, Meredith natychmiast zapomniała o swoich własnych problemach.
    – Co się stało?
    – Twój dziadek zmarł dzisiaj rano – odparł suchym tonem. To był zawał. Zabiorę swoje rzeczy z motelu. Załatwiłem dla na bilety na samolot, który odlatuje za godzinę. – Odwrócił się do Lisy. – Tobie powierzę odprowadzenie samochodu do domu. – Meredith namówiła go na przyjazd po nią samochodem, a nie lot samolotem, tak żeby Lisa mogła wrócić razem z nimi.
    – Oczywiście, panie Bancroft – powiedziała szybko Lisa. – Jest mi bardzo przykro z powodu pana ojca.
    Kiedy wyszedł, Lisa spojrzała na zamyśloną Meredith.
    – W porządku, Mer?
    – Tak – odpowiedziała Meredith nieswoim głosem.
    – Czy to ten dziadek ożenił się przed laty ze swoją sekretarką?
    Meredith skinęła głową.
    – On i mój ojciec nie żyli ze sobą zbyt dobrze. Ostatnio widziałam go, kiedy miałam jedenaście lat. Ale dzwonił do nas. Rozmawiali z ojcem o sprawach sklepu, no i ze mną też. On był… on był… lubiłam go – zakończyła bezradnie. – On mnie też lubił. – Spojrzała na Lisę oczami pełnymi smutku. – Poza ojcem był moim jedynym bliskim krewnym. Teraz pozostało mi tylko kilku bardzo dalekich kuzynów, których nawet nie znam.

ROZDZIAŁ 7

    W foyer domu Philipa Bancrofta Jonathan Sommers zatrzymał się niezręcznie, rozglądając się w tłumie ludzi, którzy przyszli zgodnie ze zwyczajem złożyć kondolencje w dniu pogrzebu Cirila Bancrofta. Zatrzymał kelnera niosącego tacę drinków, przygotowanych już dla innych gości i poczęstował się dwoma. Po wypiciu do dna wódki z tonikiem wstawił pustą szklankę do dużej donicy z paprocią, po czym upił trochę szkockiej z drugiej szklanki i skrzywił się, bo nie był to jego ulubiony gatunek. Połączenie wódki z wypitym w samochodzie ginem sprawiło, że poczuł się lepiej przygotowany, aby stawić czoło przyjemnościom pogrzebowym. Stojąca za nim starsza kobieta z laską obserwowała go ze zdziwieniem. Ponieważ dobre maniery wymagały, żeby powiedział coś do niej, postarał się wyszukać jakąś grzeczną, odpowiednią na taką okazję formułkę:
    – Nienawidzę pogrzebów, a pani? – zapytał.
    – Ja je raczej lubię – odparła z zadowoleniem. – W moim wieku uważam każdy pogrzeb, w którym uczestniczę, za mój osobisty triumf, ponieważ to nie ja jestem honorowana tymi uroczystościami.
    Jonathan zdusił wybuch śmiechu, bo głośny śmiech na tym poważnym zgromadzeniu byłby zdecydowanie złamaniem zasad wpajanej mu etykiety. Przepraszając, postawił nie dokończoną szkocką na małym stoliku nieopodal i ruszył na poszukiwania lepszego napitku. Za jego plecami starsza dama podniosła tę szklankę i ostrożnie spróbowała:
    – Tania szkocka! – rzuciła z niesmakiem i odstawiła szklankę tam, gdzie ją zostawił.
    W kilka minut później Jon zauważył Parkera Reynoldsa stojącego w wykuszu pokoju z dwoma kobietami i mężczyzną. Zatrzymał się przy stole, zaopatrując się w następnego drinka i dołączył do przyjaciół.
    – Wspaniałe przyjęcie! – zauważył z sarkastycznym uśmiechem.
    – Sądziłem, że nie cierpisz pogrzebów i nigdy w nich nie uczestniczysz – powiedział Parker, kiedy umilkły chóralne powitania.
    – Rzeczywiście, nienawidzę ich. Przyszedłem tutaj nie po to, żeby opłakiwać Cirila Bancrofta, ale po to, żeby bronić mojego spadku. – Jon przełknął porcję swojego drinka. – Ojciec znowu straszy, że mnie wydziedziczy, tylko boję się, że stary drań tym razem mówi serio.
    Leigh Ackerman, piękna brunetka o świetnej figurze, spojrzała na niego z niedowierzaniem i rozbawieniem.
    – Ojciec cię wydziedziczy, jeżeli nie będziesz brał udziału w pogrzebach?
    – Nie, skarbie, ojciec grozi, że mnie wydziedziczy, jeśli natychmiast nie „doprowadzę się do porządku” i „nie zrobię czegoś ze sobą”. W tłumaczeniu to znaczy, że mam uczestniczyć w pogrzebach starych przyjaciół rodziny, takich jak ten, i w najnowszych przedsięwzięciach rodzinnych. W przeciwnym razie zostanę odcięty od tych wszystkich cudownych pieniążków, które ma moja rodzina.
    – To brzmi okropnie – powiedział Parker z mało współczującym uśmieszkiem. – Do jakiego nowego przedsięwzięcia zostałeś przydzielony?
    – Szyby naftowe. Jeszcze więcej szybów naftowych. Tym razem mój staruszek wykroił umowę z rządem wenezuelskim na prowadzenie poszukiwań na tamtym terenie.
    Shelly Filmore spojrzała w małe lustro w pozłacanych ramach wiszące za plecami Jona. Dotknęła opuszką palca kącika ust, usuwając z nich nadmiar cynobrowej szminki.
    – Chyba nie chcesz powiedzieć, że wysyła cię do Ameryki Południowej?
    – Nic aż tak konkretnego – odparł Jon z goryczą. – Ojciec robi ze mnie chwalebnego selekcjonera personelu. Uczynił mnie odpowiedzialnym za zatrudnienie załogi na ten wyjazd, i wiecie, co drań zrobił potem?
    Wszyscy byli przyzwyczajeni zarówno do tyrad Jona na temat ojca, jak i do jego pijaństwa. Tak czy inaczej byli gotowi do wysłuchania jego kolejnych skarg.
    – Co zrobił? – zapytał Doug Chalfont.
    – Sprawdził mnie. Po tym, jak wybrałem pierwszych piętnastu sprawnych, doświadczonych mężczyzn, mój staruszek zażądał osobistego spotkania ze wszystkimi, których przesłuchałem, żeby ocenić mój wybór pracowników. Odrzucił połowę z nich. Jedynym, który mu się naprawdę podobał, był facet o nazwisku Farrell, który jest hutnikiem i którego tak naprawdę nie miałem zamiaru zatrudnić. Dwa lata temu pracował na kilku małych polach naftowych w jakiejś cholernej kukurydzy w Indianie i to było jego jedynym kontaktem z tego rodzaju pracą. Nigdy nie był nawet w pobliżu takiej dużej instalacji, jaką będziemy mieć w Ameryce Południowej. Co więcej, tego Farrella nic nie obchodzi wiercenie ropy. Dla niego ważny jest tylko bonus: sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów, które dostanie, jeśli wytrzyma tam przez dwa lata. Powiedział to mojemu staremu prosto w oczy.
    – To dlaczego ojciec go przyjął?
    – Twierdzi, że podoba mu się styl Farrella – odparł z drwiną w głosie Jon, wychylając do dna swojego drinka. – Podoba mu się to, co Farrell ma zamiar zrobić z tym bonusem, jeśli go dostanie. Cholera, prawie myślałem, że ojciec zmieni zdanie i zamiast wysłać Farrella do Wenezueli zaproponuje mu w zamian moje stanowisko tutaj. A na razie rozkazano mi, żebym w przyszłym miesiącu wprowadził Farrella we wszystko, zapoznał go z naszą działalnością i przedstawił go ludziom.
    – Jon – powiedziała spokojnie Leigh – jesteś coraz bardziej pijany i coraz głośniej mówisz.
    – Przepraszam, ale przez cholerne dwa dni musiałem wysłuchiwać hymnów pochwalnych ojca o tym facecie. Mówię wam, Farrell to arogancki, ambitny sukinsyn. Nie ma klasy, pieniędzy ani niczego.
    – To brzmi bosko – zażartowała Leigh. Pozostała trójka milczała i Jon zaczął się bronić.
    – Jeśli myślicie, że przesadzam, to przyprowadzę go na tańce do klubu czwartego lipca i sami się przekonacie, jakim człowiekiem powinienem zostać zdaniem mojego ojca.
    – Nie bądź idiotą – ostrzegła go Shelly. – On mu się podoba jako pracownik, ale ojciec wykastruje cię, jeśli przyprowadzisz do Glenmoor kogoś takiego.
    – Wiem – Jon uśmiechnął się przez zaciśnięte usta – ale gra będzie warta świeczki.
    – Tylko nie wpakuj go nam, jeśli go tam przyprowadzisz – ostrzegła, wymieniając z Leigh znaczące spojrzenia. – Nie mamy zamiaru spędzić wieczoru na prowadzeniu wymuszonych rozmów z jakimś hutnikiem tylko po to, żebyś ty mógł dokuczyć ojcu.
    – Nie ma problemu. Zostawię Farrella i pozwolę mu pogrążyć się zupełnie na oczach mojego ojca, kiedy będzie próbował zorientować się, którego widelca do czego użyć. Mój stary nie będzie mógł mi powiedzieć słowa. W końcu to on kazał mi „wtajemniczyć” Farrella i „zająć się nim”.
    Parker zaśmiał się, widząc dziki wyraz twarzy Jona.
    – Na pewno jest jakiś prostszy sposób rozwiązania twojego problemu.
    – O tak, jest taki sposób – powiedział Jon. – Muszę sobie znaleźć bogatą żonę, która będzie mogła zapewnić mi poziom życia, do jakiego przywykłem. Wtedy mogę powiedzieć mojemu staruszkowi, żeby się odpieprzył.
    Rozejrzał się i skinął na śliczną kelnerkę krążącą z tacą pełną drinków. Podeszła szybko. Uśmiechnął się do niej.
    – Jesteś nie tylko śliczna – powiedział, stawiając na jej tacy pustą szklankę i biorąc nową – ale jeszcze ratujesz mi życie!
    Z tego, jak się uśmiechnęła i zarumieniła, wynikało jasno, że metr osiemdziesiąt jego muskularnego ciała i atrakcyjne rysy twarzy nie były jej obojętne. Zauważył to i Jon, i wszyscy pozostali. Przysuwając się do niej blisko, Jon scenicznym szeptem zapytał:
    – Czy to możliwe, że pracujesz tu tylko dla żartu, a tak naprawdę twój ojciec jest właścicielem banku lub rekinem giełdowym?
    – Co takiego? To znaczy, nie – odparła uroczo podniecona. Uśmiech Jona stał się prowokujący.
    – To nie rekin giełdowy? A może ma fabryki albo szyby naftowe?
    – On jest… hydraulikiem – wyrzuciła z siebie. Jego uśmiech zbladł i z westchnieniem powiedział:
    – W takim razie małżeństwo nie wchodzi w grę. Są pewne ścisłe finansowe i towarzyskie wymagania, jakim musiałaby sprostać zwycięska kandydatka na moją żonę. Aczkolwiek ciągle jeszcze możemy mieć romans. Spotkajmy się za pół godziny w moim samochodzie. To czerwone ferrari przed wejściem. Dziewczyna odeszła zarumieniona i zaintrygowana.
    – To było wstrętne – powiedziała z niesmakiem Shelly. Doug Chalfont klepnął go i zaśmiał się.
    – Stawiam pięćdziesiąt paczek, że dziewczyna będzie czekała na ciebie.
    Jon odwrócił głowę i już chciał odpowiedzieć, kiedy jego uwagę przykuła zapierająca dech w piersiach blondynka w czarnej, zapiętej pod szyję sukni z krótkimi rękawami. Schodziła schodami do salonu. Patrzył ha nią z otwartymi ustami. Widział, jak zatrzymała się, żeby porozmawiać ze starszą panią, a kiedy grupa ludzi przesunęła się i stracił ją z oczu, odchylał się na boki, starając się ją dojrzeć.
    – Na kogo patrzysz? – zapytał Doug, podążając za jego wzrokiem.
    – Nie wiem, kim ona jest, ale chciałbym się dowiedzieć.
    – Gdzie ona jest? – zapytała Shelly i wszyscy zwrócili się w stronę, w którą patrzył.
    – O, tam! – powiedział Jon, wskazując ją swoją szklanką, kiedy tłum wokół blondynki przesunął się i zobaczył ją znowu.
    Parker rozpoznał ją i uśmiechnął się.
    – Wszyscy znacie ją od lat, po prostu nie widzieliście jej przez jakiś czas. – Cztery zakłopotane twarze zwróciły się ku niemu. Uśmiechnął się szerzej. – To, moi drodzy, jest Meredith Bancrof t.
    – Postradałeś zmysły! – powiedział Jon. Przyglądał się jej intensywnie. Nie znajdował podobieństwa między niezręczną, raczej nieciekawą dziewczyną, jaką pamiętał, i tą pewną siebie, młodą pięknością, jaką miał przed sobą. Nie było śladu po dziecięcych krągłościach, okularach, aparacie ortodontycznym i spinkach, które zawsze spinały jej włosy. Teraz uczesana była w prosty, jasnozłoty koczek. Drobne loki przy uszach okalały twarz o klasycznie rzeźbionych rysach. W tym momencie podniosła wzrok i spojrzała gdzieś na prawo od grupki Jona, kłaniając się komuś uprzejmie. Wtedy zobaczył jej oczy. Z odległości ponad połowy salonu ujrzał te ogromne oczy w kolorze akwamaryny i nagłe przypomniał sobie te same niezwykłe oczy spoglądające na niego dawno temu.
    Meredith stała spokojnie, ale czuła się wyczerpana. Słuchała ludzi, którzy zwracali się do niej, uśmiechała się, kiedy oni się uśmiechali, ale nie mogła przyzwyczaić się do myśli, że jej dziadek nie żyje i że setki ludzi, którzy zdawali się przepływać z jednego pokoju do drugiego, były tu właśnie z tego powodu. To, że nie znała go zbyt dobrze, łagodziło nieco jej żal.
    W czasie uroczystości na cmentarzu widziała Parkera, spodziewała się więc, że może być gdzieś w domu. Biorąc jednak pod uwagę smutne okoliczności, szukanie go teraz w nadziei kontynuowania romantycznej znajomości wydało jej się nie na miejscu i byłoby okazaniem braku szacunku dla zmarłego. Poza tym zaczynała czuć się odrobinę zmęczona tym, że to ona zawsze go szukała; miała wrażenie, że teraz nadeszła jego kolej na zrobienie jakiegoś kroku w jej stronę. Tak jakby myślenie o nim nagle przywołało go do niej, usłyszała nagle znajomy głos szepczący jej do ucha:
    – W tym wykuszu jest człowiek, który nastaje na moje życie, jeśli nie przyprowadzę cię i nie poznam z nim. – Uśmiechając się, natychmiast się odwróciła, kładąc dłonie w jego wyciągnięte ręce. Poczuła drżenie kolan, kiedy przyciągnął ją do siebie i pocałował w policzek. – Wyglądasz pięknie… ale chyba jesteś trochę zmęczona – dodał. – Może poszlibyśmy na spacer jak za dawnych lat, kiedy już będziemy mieli za sobą przyjemności towarzyskie?
    – Chętnie – powiedziała, stwierdzając ze zdziwieniem i ulgą, że jej głos brzmi pewnie.
    Kiedy dotarli do wykuszu, znalazła się w absurdalnej sytuacji osoby przedstawianej czwórce ludzi, których już znała. Byli to ludzie, którzy zachowywali się, jakby była niewidzialna, kiedy spotkała ich ostatnio przed kilkoma laty. Teraz zdawali się żądni zaprzyjaźnienia się z nią i włączenia jej w krąg swych działań. Shelly zaprosiła ją na przyjęcie w przyszłym tygodniu, Leigh nalegała, żeby siedziała z nimi przy stoliku w czasie tańców w Glenmoor czwartego lipca. Parker celowo na koniec zostawił „przedstawienie” jej Jonowi.
    – Nie mogę uwierzyć, że to ty – powiedział ten ostatni. Alkohol sprawiał, że jego słowa zlewały się ze sobą. – Panno Bancroft – kontynuował ze zwycięskim uśmiechem na ustach. – Właśnie wyjaśniałem tym ludziom, że jestem w gwałtownej potrzebie znalezienia odpowiednio bogatej i olśniewającej żony. Czy wyjdzie pani za mnie w przyszłą sobotę?
    Ojciec Meredith wspominał częste kłótnie między Jonathanem a jego zawiedzionymi rodzicami; wywnioskowała, że „gwałtowna potrzeba” ożenienia się z „bogatą” kobietą to prawdopodobnie rezultat jednej z tych sprzeczek. Cała jego poza wydała jej się zabawna. Uśmiechając się promiennie, odparła:
    – Przyszły weekend to świetny termin, obawiam się jednak, że ojciec wydziedziczy mnie, jeśli wyjdę za mąż przed ukończeniem studiów, więc będziemy musieli mieszkać z twoimi rodzicami.
    – Boże uchowaj! – krzyknął Jonathan drżącym głosem i wszyscy, łącznie z nim, zaczęli się śmiać.
    Przed dalszymi nonsensownymi rozmowami uratował ją Parker, biorąc ją pod rękę ze słowami:
    – Meredith musi zaczerpnąć świeżego powietrza. Idziemy na spacer.
    Na zewnątrz przeszli przez frontowy trawnik i ruszyli wzdłuż drogi dojazdowej.
    – Jak to wszystko znosisz? – zapytał.
    – Jest w porządku, naprawdę. Może jestem trochę zmęczona. – W przedłużającej się ciszy myślała o powiedzeniu czegoś dowcipnego i zajmującego, ale zdecydowała się na prostotę i szczere zainteresowanie: – Wiele musiało się zdarzyć u ciebie w czasie ostatniego roku…
    Skinął głową i powiedział jedną z ostatnich rzeczy, jaką chciała usłyszeć:
    – Będziesz jedną z pierwszych, którzy się o tym dowiedzą. Sarah Ross i ja pobieramy się. Mamy zamiar na sobotnim przyjęciu oficjalnie ogłosić nasze zaręczyny.
    Świat zawirował wokół niej. Sarah Ross! Meredith znała Sarah i nie lubiła jej. Chociaż niesamowicie piękna i pełna życia, Sarah była płytka i próżna.
    – Mam nadzieję, że będziecie bardzo szczęśliwi - powiedziała ostrożnie, starając się ukryć swoje wątpliwości i rozczarowanie.
    – Ja też tak myślę.
    Przez pół godziny spacerowali, rozmawiając o jego planach na przyszłość, a potem też o jej zamierzeniach. Jak wspaniale się z nim rozmawiało, myślała Meredith z uczuciem bolesnej straty. Parker umiał podtrzymać ją na duchu, był pełen zrozumienia i całkowicie popierał jej pragnienie pójścia do Northwestern zamiast do Maryville.
    Skierowali się już ku domowi, kiedy na podjeździe zatrzymała się limuzyna. Wysiadła z niej uderzająco piękna brunetka. Towarzyszyło jej dwóch dwudziestokilkuletnich młodzieńców.
    – Widzę, że nieutulona w smutku wdowa zdecydowała się pojawić – powiedział Parker z niezwykłym dla siebie sarkazmem, patrząc na Charlotte Bancroft. Duże diamentowe kolczyki błyszczały w jej uszach. Pomimo szarego prostego kostiumu, który miała na sobie, wyglądała ponętnie i zgrabnie. – Zauważyłaś, że nie uroniła nawet jednej łzy w czasie pogrzebu? W tej kobiecie jest coś, co przypomina mi Lukrecję Borgię.
    W głębi serca Meredith zgadzała się z tym porównaniem.
    – Nie przyjechała tutaj po to, żeby przyjmować kondolencje. Chce, żeby jeszcze dzisiejszego popołudnia, jak tylko goście wyjdą, został odczytany testament. Wieczorem wraca do Palm Beach.
    – A propos wychodzenia – powiedział Parker, spoglądając na zegarek. – Za pół godziny mam spotkanie. – Nachylając się, pocałował ją po bratersku w policzek. – Pożegnaj ode mnie ojca.
    Meredith patrzyła, jak odchodzi, zabierając ze sobą wszystkie jej romantyczne dziewczęce marzenia. Letni wiatr rozwiewał jego rozjaśnione słońcem włosy. Szedł długim, zdecydowanym krokiem. Otworzył drzwiczki samochodu, zdjął swoją ciemną marynarkę i położył ją na oparciu drugiego siedzenia, po czym spojrzał w jej stronę i pomachał na pożegnanie.
    Desperacko starając się nie rozpamiętywać swojego żalu, ruszyła, żeby przywitać Charlotte. W czasie pogrzebu Charlotta ani razu nie odezwała się ani do Meredith, ani do jej ojca. Stała po prostu pomiędzy swoimi synami z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
    – Jak się pani czuje?
    – Czuję się… zniecierpliwiona. Chciałabym już wracać do domu – odpowiedziała lodowatym tonem kobieta. – Kiedy możemy przystąpić do załatwienia sprawy?
    – Dom jest ciągle pełen ludzi – powiedziała Meredith, otrząsając się wewnętrznie z wrażenia, jakie zrobiła na niej Charlotta. – Będzie pani musiała zapytać o to ojca.
    Charoltta, już na schodach, odwróciła się. Jej twarz wyglądała jak wykuta w lodzie.
    – Nie rozmawiałam z twoim ojcem od tamtego dnia w Palm Beach. Następnym razem będę z nim mówić, kiedy to ja będę miała w ręku wszystkie atuty, a on będzie mnie błagał o rozmowę. Do tego czasu ty, Meredith, musisz przejąć na siebie rolę pośrednika między nami. – Weszła do domu z synami, niczym strażą honorową po obu jej bokach.
    Meredith, patrząc na jej plecy, czuła emanującą z niej nienawiść. Pamiętała wyraźnie ten dzień w Palm Beach, o którym wspomniała Charlotta. Przed siedmioma laty pojechali z ojcem na Florydę zaproszeni przez dziadka, który po zawale przeprowadził się tam. Po przyjeździe na miejsce okazało się, że zostali zaproszeni nie na święta wielkanocne, jak sądzili, ale na ślub. Ślub Cirila Bancrofta z Charlotta, która od dwóch dziesięcioleci była jego sekretarką. Miała wtedy trzydzieści osiem lat i była o trzydzieści lat młodsza od niego. Była wdową i miała dwóch synów tylko o kilka łat starszych od Meredith.
    Meredith nigdy się nie dowiedziała, dlaczego Philip i Charlotta czuli do siebie aż taką niechęć. Z tego, co usłyszała w efekcie potężnej kłótni między jej dziadkiem i ojcem tego dnia, zorientowała się, że animozja między nimi miała początek dużo wcześniej, jeszcze kiedy Ciril mieszkał w Chicago. Charlotta była w zasięgu ich głosów, kiedy Philip nazwał ją podstępnym ambitnym śmieciem, a swojego ojca niemądrym, starzejącym się głupcem wmanewrowanym w poślubienie jej po to, żeby jej synowie mogli dostać część jego pieniędzy.
    Wtedy w Palm Beach Meredith po raz ostatni widziała dziadka. Od tamtej pory Ciril w dalszym ciągu kontrolował swoje inwestycje, ale prowadzenie Bancroft i S – ka zostawił ojcu Meredith. Chociaż dom handlowy stanowił tylko trochę mniej niż czwartą część majątku rodzinnego, to z racji swojej specyfiki pochłaniał całą uwagę jej ojca. „Bancroft”, zupełnie inaczej niż pozostałe olbrzymie, posiadane przez rodzinę aktywa, był czymś więcej niż tylko pakietem akcji przynoszących dywidendy. Tu właśnie były korzenie dobrobytu rodziny i ich wielkiej dumy.
    – Oto ostatnia wola i testament Cirila Bancrofta – zaczął czytać adwokat, zwracając się do zgromadzonych w bibliotece; Meredith, Philipa, Charlotty i jej synów. Pierwsze zapisy opiewały na duże sumy ofiarowane na różnorodne cele charytatywne, cztery następne, każdy po piętnaście tysięcy dolarów, przeznaczone były dla służby Cirila Bancrofta: jego szofera, gospodyni, ogrodnika i pielęgniarza.
    Meredith, ponieważ adwokat wyraźnie życzył sobie jej obecności, przypuszczała, że będzie obdarowana jakimś skromnym zapisem. Mimo to aż podskoczyła, kiedy Wilson Riley wymówił jej imię:
    – Mojej wnuczce, Meredith Bancroft, zapisuję kwotę czterech milionów dolarów.
    Meredith była zszokowana i zdziwiona ogromną wysokością kwoty. Musiała się skoncentrować, żeby wysłuchać ciągu dalszego:
    – Aczkolwiek dzieląca nas odległość i zaistniała sytuacja uniemożliwiły mi lepsze poznanie Meredith, było dla mnie jasne, kiedy ją ostatnio widziałem, że jest ciepłą, inteligentną osobą i wykorzysta te pieniądze z rozwagą. Żeby się upewnić, że tak się stanie, robię ten zapis z zastrzeżeniem, że suma ta zostanie ujęta w fundusz powierniczy dla niej, łącznie z odsetkami, dywidendami itd., aż do ukończenia przez nią trzydziestu lat. Niniejszym czynię mego syna Philipa Edwarda Bancrofta osobą zarządzającą i sprawującą pieczę nad całym tym funduszem.
    Riley odchrząknął, spojrzał na Philipa, potem na Charlotte i jej synów, Jasona i Joela, po czym zaczął czytać ciąg dalszy testamentu Cirila Bancrofta.
    – Żeby nie skrzywdzić nikogo, podzieliłem pozostałe moje dobra tak sprawiedliwie, jak to tylko możliwe pomiędzy moich pozostałych spadkobierców. Mojemu synowi, Philipowi Bancroftowi, zapisuję wszystkie moje akcje i cały mój udział w firmie „Bancroft i S – ka”, domu handlowym, którego wartość stanowi w przybliżeniu jedną czwartą wartości wszystkich moich dóbr.
    Meredith usłyszała to wszystko, ale nie mogła tego pojąć. „Żeby nie skrzywdzić nikogo”, zostawia swojemu jedynemu dziecku jedną czwartą swoich dóbr? Z pewnością, jeśli chciał podzielić równo, jego żonie należała się połowa, a nie trzy czwarte całości. Wtedy jakby z oddali usłyszała słowa adwokata:
    – Mojej żonie Charlotcie i moim prawnie zaadoptowanym synom Jasonowi i Joelowi, pozostawiam równe części pozostałych trzech czwartych mojego majątku. Następnie ustanawiam Charlotte Bancroft powiernikiem nad przypadającymi Jasonowi i Joelowi częściami, aż do czasu ukończenia przez nich lat trzydziestu.
    Słowa „prawnie zaadoptowanym” rozdarły serce Meredith, kiedy dostrzegła poczucie zdrady malujące się na pobladłej twarzy ojca. Powoli odwrócił głowę i spojrzał na Charlotte; odwzajemniła to spojrzenie, nie drgnąwszy nawet. Na jej twarzy pojawił się uśmiech, złośliwy i pełen triumfu.
    – Ty zakłamana suko! – powiedział przez zaciśnięte usta. – Powiedziałaś, że doprowadzisz do tego, żeby ich zaadoptował, i zrobiłaś to.
    – Ostrzegałam cię przed laty, że to zrobię. Teraz ostrzegam cię, że nasze porachunki nie są jeszcze zakończone. – Z szerokim uśmiechem, jakby igrając z jego furią, dodała: – Miej to na uwadze, Philipie. Nie śpij po nocach, zastanawiając się, jaki będzie mój następny krok, co ci zabiorę tym razem. Nie śpij, zastanawiaj się i bój się, tak jak ja przed osiemnastu laty.
    Rysy jego twarzy wyostrzyły się, kiedy zacisnął szczęki, żeby powstrzymać się od odpowiedzi. Meredith oderwała wzrok od nich dwojga i spojrzała na synów Charlotty. Twarz Jasona była repliką twarzy jego matki: zwycięska i złośliwa. Joel chmurnie wpatrywał się w swoje buty. Joel jest miękki, powiedział przed laty ojciec Meredith. Charlotta i Jason są jak nienasycone barakudy, ale przynajmniej wiadomo, czego się po nich spodziewać. Przy młodszym, Joelu, czuję się nieswojo, skóra mi cierpnie. Jest w nim coś dziwnego.
    Joel podniósł głowę, wyczuwając, że Meredith patrzy na niego. Jego twarz wyrażała ostrożną rezerwę. Zdaniem Meredith nie było w nim nic dziwnego lub wywołującego obawę. Właściwie, kiedy widziała go ostatnio na ślubie, specjalnie starał się być miły dla niej. Wtedy było jej żal Joela. Jego matka otwarcie faworyzowała Jasona, a Jason, o dwa lata starszy, zdawał się czuć do brata tylko pogardę.
    Meredith poczuła nagle, że nie wytrzyma dłużej ciężkiej atmosfery pokoju.
    – Jeśli można – powiedziała do prawnika, który rozkładał na biurku jakieś dokumenty – poczekam na zewnątrz.
    – Będzie pani musiała, panno Bancroft, podpisać te dokumenty.
    – Podpiszę je przed pana wyjazdem, kiedy mój ojciec już je przeczyta.
    Zdecydowała, że wyjdzie na zewnątrz, zamiast iść na górę. Ściemniało się już. Zaczęła schodzić po schodach, pozwalając, by wieczorny wiatr chłodził jej twarz. Frontowe drzwi za jej plecami otworzyły się. Odwróciła się, myśląc, że to adwokat wzywa ją do środka. W drzwiach stał Joel. Zatrzymał się w pół kroku, tak samo jak ona zaskoczony ich spotkaniem. Stał niezdecydowany, jakby chciał zostać, ale nie wiedział, czy będzie to mile widziane.
    Miała zakodowane, że zawsze należy być uprzejmym dla kogoś, kto jest gościem, i dlatego spróbowała się uśmiechnąć.
    – Przyjemnie tutaj, prawda?
    Joel skinął głową, akceptując nie wypowiedziane głośno zaproszenie do pozostania, jeśli chce. Zszedł po schodach. Miał dwadzieścia trzy lata, był niższy od brata i nie tak przystojny jak on. Stał, patrząc na nią tak, jakby nie wiedział, co powiedzieć.
    – Zmieniłaś się – usłyszała w końcu.
    – Chyba tak. Miałam jedenaście lat, kiedy widzieliśmy się ostatnio.
    – Po tym, co się tam przed chwilą stało, pewnie wolałabyś nie spotkać nigdy nikogo z nas.
    Była ciągle oszołomiona treścią testamentu dziadka i nie potrafiła przewidzieć, co on spowoduje w przyszłości. Wzruszyła ramionami.
    – Może jutro poczuję coś takiego. Teraz czuję po prostu odrętwienie.
    – Chciałbym, żebyś wiedziała, że nie spiskowałem, żeby wkraść się w łaski twojego dziadka czy zabrać jego pieniądze twojemu ojcu.
    Nie mogła ani go nienawidzić, ani przebaczyć pozbawienia jej ojca należnego mu dziedzictwa. Westchnęła i spojrzała w niebo.
    – Co miała na myśli twoja matka, mówiąc o wyrównaniu rachunków z moim ojcem?
    – Wiem tylko, że zawsze, odkąd pamiętam, nienawidzili się. Nie mam pojęcia, jak to się zaczęło, ale wiem, że moja matka nie zapomni o tym, dopóki nie odegra się na nim.
    – Boże, ale bagno. Zupełnie poważnie powiedział:
    – Obawiam się, że to dopiero początek.
    Meredith poczuła ciarki na plecach, słysząc to proroctwo. Spojrzała na niego, ale on tylko uniósł brwi, nie chcąc wdawać się w szczegóły.

ROZDZIAŁ 8

    Meredith wyjęła z szafy sukienkę, którą miała włożyć na przyjęcie czwartego lipca. Rzuciła ją na łóżko i zdjęła szlafrok. Lato rozpoczęło się pogrzebem, a potem przeobraziło się w pięciotygodniową walkę z jej ojcem. Chodziło o to, gdzie ma studiować. Wczoraj ta walka przerodziła się w otwartą wojnę. Dawniej Meredith zawsze wycofywała się, żeby zadowolić ojca. Kiedy był niepotrzebnie surowy, mówiła sobie, że jest taki dlatego, że ją kocha i boi się o nią; kiedy był szorstki, tłumaczyła sobie, że ma obowiązki, którymi jest zmęczony. Ale teraz, kiedy dostrzegła w końcu, że jego plany w stosunku do niej kolidują z jej własnymi, nie miała zamiaru zrezygnować ze swoich marzeń tylko po to, żeby go ułagodzić.
    Od czasu, kiedy była małą dziewczynką, wydawało jej się oczywiste, że pewnego dnia będzie jej dane pójść w ślady jej przodków i zająć w Bancroft i S – ka fotel prezesa. Każda kolejna generacja mężczyzn w rodzinie z dumą torowała sobie drogę do prezydentury w firmie. Zaczynali jako szefowie działów i przechodzili kolejne stopnie w hierarchii sklepu, aż do wiceprezydentury i prezydentury. Kiedy w końcu nadchodził moment, że byli gotowi przekazać dyrekcję sklepu swoim synom, obejmowali funkcje szefów zarządu spółki. Postępowano tak już od stu lat. Nigdy też żaden Bancroft nie dał prasie ani pracownikom powodu do zarzucenia mu niekompetencji lub tego, że nie zasługiwał na stanowisko, które piastował. Meredith wierzyła, była przekonana, że ona też by się sprawdziła, gdyby tylko dano jej szansę. Wszystko, czego chciała lub oczekiwała, to mieć tę szansę. A jedynym powodem, dla którego ojciec nie chciał jej tej szansy dać, było to, że nie była na tyle przewidująca, żeby urodzić się jako jego syn, a nie córka!
    Sfrustrowana prawie do łez, włożyła sukienkę. Podeszła do toaletki, usiłując zapiąć suwak na plecach i spojrzała w wiszące nad nią lustro. Z zupełnym brakiem zainteresowania zerknęła na koktajlową sukienkę bez ramiączek, którą kilka tygodni temu kupiła na tę okazję. Karczek był skrojony tak, że wielokolorowa tęcza pastelowego szyfonu krzyżowała się na piersiach i obejmowała ściśle talię. Wzięła szczotkę i przeczesała długie jasne włosy. Nie zadając sobie trudu, aby zrobić z nimi coś specjalnego, zaczesała je do tyłu i podpięła w koczek, zostawiając kilka loczków nad uszami. Naszyjnik z różowym topazem byłby do tej sukienki idealny, ale jej ojciec miał też tego wieczoru być w Glenmoor. Nie chciała, żeby zobaczył, że nosi prezent od niego. Włożyła więc złote kolczyki z różowymi kamieniami, które błyszczały i migotały w świetle. Ramiona i szyję zostawiła bez ozdób. Uczesanie sprawiało, że wyglądała doroślej, a opalone na złoty kolor ramiona pięknie kontrastowały ze staniczkiem jej sukni. Meredith było jednak całkowicie obojętne, jak wygląda. Wybierała się tam tylko dlatego, że nie mogła znieść myśli o pozostaniu w domu. Obawiała się, że frustracja doprowadziłaby ją do szaleństwa. Obiecała poza tym Shelly Fillmore i reszcie przyjaciół Jonathana, że dołączy do nich.
    Włożyła jedwabne pantofelki na wysokim obcasie, idealnie dobrane do sukienki. Kiedy się wyprostowała, jej wzrok padł na oprawiony w ramki, wiszący na ścianie numer starego wydania „Business Week”. Na okładce tego pisma było zdjęcie okazałego, śródmiejskiego sklepu „Bancrofta”, z umundurowanymi odźwiernymi stojącymi przy głównym wejściu. Czternastopiętrowy budynek stanowił punkt orientacyjny Chicago, odźwierni zaś byli symbolem ciągłych starań Bancroftów o zapewnienie doskonałej obsługi swoim klientom. W tym numerze był długi, wspaniały artykuł o sklepie, mówiący o tym, że metka „Bancrofta” na towarze była równocześnie gwarancją jego jakości; ozdobne „B” na torbach na zakupy było emblematem nobilitującym kupujących. Artykuł wspominał też o godnej podziwu kompetencji spadkobierców „Bancrofta”, jeśli chodzi o kierowanie nim. Mówił też o tym, że talent i miłość do handlu są w rodzinie Bancroftów przekazywane w genach, począwszy od założyciela sklepu Jamesa Bancrofta.
    Kiedy reporter przeprowadzał wywiad z dziadkiem Meredith i zapytał go o to, Ciril uśmiechnął się potwierdzająco i powiedział, że to możliwe. Dodał jednak, że to James Bancroft zapoczątkował tradycję, która była przekazywana z ojca na syna. Tradycją tą było przygotowywanie i kształcenie następcy od momentu, kiedy był na tyle duży, żeby opuścić pokój dziecinny i jadać ze swoimi rodzicami. To właśnie tam, przy stole, ojcowie zaczynali opowiadać swoim synom o wszystkim, co działo się w sklepie. Dla dziecka te codzienne opowiastki o działalności sklepu stawały się ekwiwalentem zwykle opowiadanych bajek. Powodowały podniecenie i zaciekawienie, a jednocześnie niemal niezauważalnie sączyły też wiedzę. Z kolei uproszczone nieco problemy były dyskutowane już z nastolatkami. Pytano o metody ich rozwiązywania i wysłuchiwano ich propozycji, chociaż oczywiście znajdowanie rozwiązań nie było prawdziwym celem tych rozmów; była nim nauka, pobudzanie i zachęcanie do myślenia.
    W końcowej części artykułu dziennikarz zapytał Cirila o jego następców. Meredith czuła ucisk w gardle, kiedy myślała o odpowiedzi, jakiej udzielił wtedy jej dziadek.
    – Mój syn już objął po mnie prezydenturę – powiedział. – On ma tylko jedno dziecko i jestem pewien, że Meredith świetnie sprosta zadaniu, kiedy nadejdzie czas, żeby przejęła prezydenturę Bancroft i S – ka. Chciałbym tylko móc doczekać lego dnia i zobaczyć to.
    Meredith wiedziała już, że jeśli wszystko potoczy się tak, jak tego chce jej ojciec, to ona nigdy nie zdobędzie prezydentury „Bancrofta”. Philip zawsze dyskutował z nią o działalności sklepu, tak jak to robił z nim jego ojciec, ale był zdecydowanie przeciwny temu, żeby ona pracowała tam kiedykolwiek. Tego odkrycia dokonała podczas obiadu, wkrótce po pogrzebie dziadka. W przeszłości wielokrotnie mówiła o swoim zamiarze kontynuowania tradycji rodzinnych i zajęcia stanowiska prezydenta „Bancrofta”. Wtedy albo tego nie słyszał, albo nie brał sprawy poważnie. Tego wieczoru potraktował ją z należytą uwagą. Z brutalną bezpośredniością poinformował ją, że nie oczekuje, żeby kiedyś przejęła jego obowiązki. Co więcej: nie chce tego. Był to przywilej, który rezerwował dla przyszłego wnuka. Potem chłodno zaznajomił Meredith z zupełnie inną tradycją, którą miał zamiar kontynuować: kobiety Bancroftów nie pracowały nigdy w sklepie ani nigdzie indziej, jeśli trzymać się faktów. Ich obowiązkiem było być przykładnymi żonami i matkami. Wszelkie dodatkowe zdolności i wolny czas miały poświęcać działalności charytatywnej.
    Meredith nie chciała tego zaakceptować, nie mogła, nie teraz. Było na to już za późno. Na długo przed tym, zanim się zakochała, lub myślała, że się zakochała w Parkerze – zakochała się w swoim sklepie. Do czasu, kiedy skończyła sześć lat, znała z imienia wszystkich odźwiernych i pracowników ochrony. Jako dwunastolatka znała nazwiska wszystkich wiceprezydentów firmy i wiedziała, za co byli odpowiedzialni. Rok później poprosiła ojca, żeby ją zabrał ze sobą do Nowego Jorku. Kiedy jej ojciec brał udział w spotkaniu w audytorium „Bloomingdale'a”, ona była przez całe popołudnie oprowadzana po tym olbrzymim sklepie. Kiedy wyjechali z Nowego Jorku, miała już wyrobioną własną opinię, nie całkiem prawidłową, o tym, dlaczego „Bancroft” był lepszy od „Bloomingdale'a”.
    Teraz, mając lat osiemnaście, dysponowała już ogólną wiedzą o takich problemach jak wynagrodzenia pracowników, wysokość osiąganych zysków, techniki obrotu towarowego czy zagadnienia obciążeń finansowych. To były rzeczy, które ją fascynowały, których chciała się uczyć. Nie miała zamiaru spędzić następnych czterech lat swojego życia na studiowaniu języków romańskich i sztuki Renesansu!
    Kiedy mu to powiedziała, uderzył dłońmi w stół tak mocno, że wszystkie naczynia podskoczyły.
    – Idziesz do Maryville, gdzie chodziły twoje obydwie babki, i będziesz mieszkać w domu. W domu! – powtórzył. – Czy to jasne? Zamknęliśmy ten temat. – Potem odsunął swoje krzesło i wyszedł.
    Jako dziecko Meredith robiła wszystko, żeby go zadowolić i udawało jej się to: był zadowolony z jej stopni, z jej manier, z zachowania. Właściwie była idealną córką. Teraz jednak zaczynała rozumieć, że cena za zadowalanie jej ojca i utrzymywanie pokoju między nimi zaczynała być coraz wyższa; krępowało to jej indywidualność, wymagało porzucenia wszystkich marzeń o przyszłości, nie mówiąc już o poświęceniu jej życia towarzyskiego.
    Jego absurdalne podejście do jej randek czy chodzenia na przyjęcia nie było w tej chwili jej największym problemem, ale było jednym z powodów ich ostrych sprzeczek i jej zażenowania tego lata. Teraz, kiedy miała już osiemnaście lat, wydawało się, że zaostrza jeszcze rygory, zamiast je łagodzić. Jeśli Meredith umówiła się z kimś, ojciec osobiście otwierał młodemu człowiekowi drzwi, brał go w krzyżowy ogień pytań i traktował z obraźliwą pogardą, co miało na celu doprowadzenie do tego, żeby nie chciał się już więcej z Meredith zobaczyć. Potem z kolei wyznaczał śmiesznie wczesną porę jej powrotu, np. na północ. Jeśli spędzała noc u Lisy, zawsze znalazł pretekst, żeby zadzwonić i upewnić się, że tam jest. Jeśli wyjeżdżała wieczorem na przejażdżkę, chciał dokładnie wiedzieć, dokąd jedzie. Po powrocie do domu żądał rozliczenia się z każdej minuty jej nieobecności. Po latach spędzonych w prywatnych szkołach o najostrzejszych z możliwych rygorach chciała posmakować prawdziwej swobody. Zasłużyła na to. Myśl o mieszkaniu przez najbliższe cztery lata w domu, pod narastającą kuratelą ojca, wydawała się nie do zniesienia. To było zupełnie niepotrzebne.
    Aż do tej pory nigdy nie przeciwstawiała mu się otwarcie. Wyraźna rebelia tylko zaostrzała jego gniew. Nie cierpiał, kiedy ktoś mu się sprzeciwiał. Raz rozzłoszczony potrafił chować urazę i być lodowato zły przez całe tygodnie. Dawniej zgadzała się na to wszystko nie tylko z obawy przed jego gniewem. Po pierwsze, zawsze pragnęła jego akceptacji. Po drugie, rozumiała, jak musiał być upokorzony zachowaniem jej matki i skandalem, jaki wybuchł potem. Kiedy Parker opowiedział jej o tym, wspomniał, że nadmierna opiekuńczość jej ojca w stosunku do niej może być właśnie spowodowana jego obawą, że ją straci. Była przecież wszystkim, co miał. Jej przyczyną może być też strach, że Meredith nieświadomie zrobi coś, co przypomni ludziom o skandalu, jaki kiedyś wywołała jej matka. Szczególnie ta ostatnia ewentualność nie przypadła Meredith do gustu, ale pogodziła się z tym i spędziła te pięć letnich tygodni, próbując dojść z ojcem do porozumienia; kiedy to zawiodło, zaczęła toczyć z nim słowne potyczki. Wczoraj jednak narastająca między nimi wrogość znalazła ujście w gwałtownej kłótni. W poczcie był rachunek na przedpłatę czesnego z Uniwersytetu Northwestern. Meredith zaniosła go do gabinetu ojca. Z opanowaniem, cicho powiedziała:
    – Nie zamierzam iść do Maryville. Idę do Northwestern i zdobędę dyplom, który jest coś wart.
    Kiedy podała mu rachunek, odłożył go na bok i spojrzał na nią tak, że zrobiło jej się słabo.
    – Doprawdy? – zadrwił – a jak zamierzasz opłacać czesne? Powiedziałem ci, że nie dam na nie pieniędzy. Nie możesz tknąć ani centa ze swojego spadku, dopóki nie ukończysz trzydziestu lat. Jest już za późno, żebyś mogła starać się o stypendium. Do studenckiej pożyczki nigdy cię nie zakwalifikują, możesz więc zapomnieć o sprawie. Będziesz mieszkała w domu i pójdziesz do Maryville. Czy rozumiesz mnie, Meredith?
    Powstrzymywane przez lata urazy wymknęły się zupełnie spod kontroli Meredith.
    – Nie myślisz racjonalnie! – wykrzyknęła. – Dlaczego nie potrafisz zrozumieć…
    Wstał powoli, nie spiesząc się. Jego wzrok prześlizgiwał się po niej z raniącą ją pogardą.
    – Rozumiem doskonale – wyrzucił z siebie z furią. – Rozumiem, że są rzeczy, które chcesz robić, i ludzie, z którymi je chcesz robić. Wiesz dobrze, że nigdy tego nie zaakceptuję. Oto dlaczego chcesz studiować w wielkiej uczelni i mieszkać w akademiku! Co przemawia do ciebie najbardziej, Meredith? Może mieszkanie w koedukacyjnych akademikach z chłopcami skradającymi się korytarzami i wślizgującymi się do twojego łóżka? Czy może…
    – Jesteś nienormalny!
    – A ty jesteś dokładnie taka, jak twoja matka! Masz wszystko, co najlepsze, a chcesz tylko jednego: znaleźć się w łóżku z mętami tego świata.
    – Do diabła! – wybuchnęła, zaskoczona siłą swojej niepohamowanej pasji. – Nigdy ci tego nie wybaczę, nigdy! – Obróciła się na pięcie i skierowała się do drzwi.
    Jego głos za nią zabrzmiał jak grzmot:
    – Dokąd idziesz!
    – Wychodzę! – rzuciła przez ramię. – Aha, jeszcze jedno. Nie wrócę przed północą. Mam już dosyć godziny policyjnej!
    – Wracaj tu! – krzyknął.
    Meredith, ignorując go, ruszyła do drzwi frontowych i wyszła na zewnątrz. Poczuła jeszcze większą wściekłość, kiedy wpadła do białego porsche, którego dostała od niego na szesnaste urodziny. Jej ojciec był opętany. Był nienormalny! Przez cały wieczór była u Lisy i celowo została u niej aż do trzeciej nad ranem. Kiedy wróciła, ojciec czekał na nią. Nerwowo krążył po hallu wejściowym. Wrzeszczał i wyzywał ją, używając rozdzierających jej serce słów. Po raz pierwszy nie przejęła się jego gwałtownym gniewem. Przetrwała ten atak, a każde, tak raniące ją słowo umacniało tylko jej postanowienie przeciwstawienia się mu.
    Klub Glenmoor obejmował wiele akrów majestatycznych trawników usianych tu i ówdzie kwitnącymi krzewami i klombami. Przed ciekawskimi i wycieczkowiczami chroniony był przez wysokie, żelazne ogrodzenie i straż przy bramie wjazdowej. Długa, wijąca się droga dojazdowa, oświetlona ozdobnymi lampami gazowymi, kluczyła pomiędzy okazałymi dębami i klonami, aż do drzwi frontowych klubu, potem zakręcała z powrotem do głównej drogi. Sam klub, nieregularna budowla z białej cegły z szerokimi filarami podtrzymującymi jego wspaniałą fasadę, otoczony był dwoma polami golfowymi klasy mistrzowskiej i szeregiem kortów tenisowych. Na jego tyłach rozsuwane drzwi prowadziły na szerokie tarasy z wieloma stolikami, osłoniętymi parasolami i drzewami w donicach. Kamienne stopnie prowadziły z najniższego tarasu do dwóch basenów o olimpijskich wymiarach. Tego wieczoru baseny były zamknięte dla kąpiących się, ale na leżakach wokół nich zostawiono grube, jasnożółte poduchy, dla tych członków klubu, którzy chcieliby oglądać fajerwerki w wygodnej pozycji lub odpoczywać między tańcami, kiedy orkiestra będzie grać na zewnątrz.
    Zaczynało już zmierzchać, kiedy Meredith przejechała obok głównego wejścia, gdzie obsługa pomagała członkom klubu wysiadać z samochodów. Wjechała w zatłoczony parking z boku budynku i zaparkowała swój samochód pomiędzy błyszczącym nowym rollsem, należącym do bogatego założyciela fabryki tekstylnej, a ośmioletnim, czterodrzwiowym chevrolelem, należącym do o wiele bardziej bogatego finansisty. Zwykle było coś takiego w zmierzchu, co podnosiło ją na duchu. Tym razem jednak była przygnębiona i zamyślona. Poza ubraniami nie miała nic, co mogłaby sprzedać, żeby zdobyć pieniądze na zapłacenie uniwersyteckich wydatków. Jej samochód zarejestrowany był na ojca. On też kontrolował jej spadek. Na koncie miała dokładnie siedemset dolarów, siedemset dolarów, należących wyłącznie do niej. Szła powoli w kierunku wejścia do klubu, usiłując wymyślić sposób na zapłacenie czesnego.
    W wyjątkowe wieczory, takie jak ten, ochroniarze klubowi pełnili również obowiązki obsługi parkingu. Jeden z nich pospieszył, żeby otworzyć przed nią drzwi.
    – Dobry wieczór, panno Bancroft – powiedział, rzucając jej zabójcze spojrzenie.
    Był świetnie zbudowanym, przystojnym studentem medycyny z Uniwersytetu Illinois. Wiedziała, bo opowiedział jej to wszystko w ubiegłym tygodniu, kiedy próbowała się opalać.
    – Cześć Chris – powiedziała nieobecnym głosem. Czwarty lipca, poza tym, że był to Dzień Niepodległości, był także dniem powstania klubu Glenmoor. Klub rozbrzmiewał śmiechami i rozmowami. Członkowie krążyli po salach z koktajlami w dłoniach, ubrani w smokingi i suknie wieczorowe, które obowiązywały dla uczczenia podwójnej tego wieczoru okazji. Wystrój wnętrza w Glenmoor był o wiele mniej imponujący i elegancki niż niektórych niedawno założonych klubów w rejonie Chicago. Wzory na wschodnich dywanach pokrywających wyfroterowane podłogi były już niewyraźne, a masywne, antyczne meble stwarzały atmosferę raczej pompatycznej wygody niż wystawności. Jeśli o to chodzi, Glenmoor nie różnił się niczym od innych przodujących w kraju klubów wiejskich. Został dawno założony i był najbardziej ekskluzywny, a jego prestiż nie miał nic wspólnego ze sposobem jego urządzenia czy nawet proponowanymi rozrywkami. Był nierozerwalnie związany z pozycją towarzyską jego członków. Samo tylko bogactwo nie zapewniało zdobycia upragnionego członkostwa w Glenmoor, o ile nie szło to w parze z odpowiednią rangą społeczną. W tych rzadkich razach, kiedy obydwa te warunki były spełnione, kandydat musiał zdobyć imienne poparcie wszystkich czternastu osób z Komitetu Członkowskiego Glenmoor, zanim zarekomendowano go do klubu. Te ostre wymagania udaremniły w ciągu ostatnich lat aspiracje członkowskie kilku nowobogackich przedsiębiorców, wielu lekarzy i kongresmanów, także wielu graczy wiodących drużyn, a nawet stanowego sędziego Sądu Najwyższego.
    Ani ekskluzywność klubu, ani jego członkowie nie robili na Meredith wrażenia. Dla niej były to po prostu znajome twarze. Niektóre z nich znała całkiem dobrze, a niektórych prawie wcale. Idąc hallem, uśmiechała się automatycznie do znanych sobie ludzi, rozglądała się po pokojach w poszukiwaniu tych, z którymi była umówiona. Jedna z jadalni została na ten wieczór przekształcona w kasyno. W dwóch innych urządzono wspaniałe bufety. Wszędzie kłębiły się tłumy ludzi. Na dole, w głównej sali bankietowej klubu, grała orkiestra i sądząc z dochodzących stamtąd odgłosów, tam także było tłoczno. Mijając pokój, w którym grano w karty, zerknęła tam ostrożnie. Jej ojciec był zapalonym graczem, tak samo jak większość ludzi w tym pokoju. Ani ojca, ani grupy Jona jednak tam nie było. Po sprawdzeniu wszystkich pomieszczeń poza salą główną, udała się z kolei tam.
    Sala bankietowa klubu pomimo wielkich rozmiarów była urządzona tak, że stwarzała wrażenie domowej przytulności. Wyściełane sofy i wygodne krzesła zgrupowane były wokół małych niskich stolików. Mosiężne kinkiety były zawsze przyciemnione, tak że ciepło oświetlały dębową boazerię. Zwykle ciężkie atłasowe kotary były zaciągnięte, osłaniając ścianę szklanych drzwi prowadzących na tyły klubu; tego wieczoru drzwi były otwarte, a goście mogli wychodzić na tarasy, gdzie nastrojowo grała orkiestra. Z lewej strony całą długość pokoju zajmował bar. Pomiędzy nim a ścianą luster, zastawioną setkami oświetlonych przyciemnionymi światłami trunków, krążyli barmani, obsługujący siedzących przy barze gości.
    Tutaj też było tego wieczoru tłoczno i Meredith już miała zamiar odwrócić się i ruszyć na dół, kiedy zauważyła Shelly Fillmore i Leigh Ackerman. Stały w dalekim krańcu baru razem z kilkoma przyjaciółmi Jonathana i starszą parą, którą Meredith w końcu zidentyfikowała jako państwa Sommersów, ciotkę i wuja Jonathana. Podeszła do nich, przywołując na twarz sztuczny uśmiech i zamarła, kiedy niedaleko od nich, na lewo zobaczyła ojca stojącego w grupce ludzi.
    – Meredith – powiedziała pani Sommers po powitaniach. – Masz śliczną sukienkę. Gdzie znalazłaś coś takiego?
    Musiała spojrzeć w dół, żeby zobaczyć, co ma na sobie.
    – W „Bancrofcie” – odpowiedziała.
    – Gdzież by indziej – zażartowała Leigh Ackerman.
    Państwo Sommers odwrócili się, żeby porozmawiać z innymi przyjaciółmi, a Meredith kątem oka obserwowała ojca. Miała nadzieję, że będzie się trzymał od niej z daleka. Przez chwilę stała bez ruchu, pozwalając, żeby jego obecność kompletnie wytrąciła ją z równowagi. Nagle uświadomiła sobie, że udaje mu się zepsuć jej nawet taki wieczór. Rozdrażniona, postanowiła, że pokaże mu, że tak się nie stanie, że nie pokonał jej jeszcze. Odwróciła się i zamówiła koktajl u jednego z barmanów. Potem obdarzyła Douga Chalfonta jednym ze swoich najpiękniejszych uśmiechów i wspaniale udała zainteresowanie tym, co do niej mówił.
    Na zewnątrz zmierzch przemienił się w noc, a wewnątrz gwar rozmów podniósł się w proporcji odpowiedniej do ilości wypitych trunków. Meredith sączyła swój drugi koktajl z szampana i zastanawiała się, czy powinna próbować znaleźć pracę, czym udowodniłaby ojcu, że podtrzymuje postanowienie studiowania w dobrej uczelni. Spojrzała w lustro za barem i zobaczyła, że ojciec obserwuje ją wzrokiem pełnym chłodnego niezadowolenia. Bez emocji zastanowiła się, co tym razem ma jej do zarzucenia. Być może przyczyną była jej wydekoltowana suknia albo, co bardziej prawdopodobne, zainteresowanie, jakie okazywał jej Doug Chalfont. Z pewnością przyczyną jego dezaprobaty nie mogła być lampka szampana, którą trzymała w dłoni. Odkąd nauczyła się mówić, wymagano od niej, żeby mówiła jak dorosła, a także, żeby zachowywała się jak osoba dorosła. Kiedy miała dwanaście lat, ojciec pozwalał jej uczestniczyć w kolacjach, gdy miał kilku gości. Jako szesnastolatka uczyła się podejmować jego gości i do kolacji, chociaż w niewielkich ilościach, sączyła wino.
    Z zamyślenia wyrwał ją głos Shelly Fillmore, która powiedziała, że o ile nie chcą stracić zarezerwowanego stolika, powinni już iść do jadalni. Meredith próbowała otrząsnąć się z ponurego nastroju, przypominając sobie, że przecież postanowiła dobrze się bawić.
    – Jonathan powiedział, że dołączy do nas przed kolacją – dodała Shelly. – Czy ktoś go widział? – Wyciągając szyję Shelly rozglądała się wśród rzednącego tłumu, który zaczynał przesuwać się w stronę jadalni. – Mój Boże! – wykrzyknęła, patrząc na wejście do sali. – Kto to jest? On jest absolutnie cudowny! – Uwagę tę zrobiła głośniej, niż zamierzała, co wywołało zainteresowanie nie tylko w całej grupie, z którą była Meredith, ale także wśród kilku innych osób, które usłyszały ten okrzyk i odwróciły się zaciekawione.
    – O kim mówisz? – zapytała Leigh Ackerman, rozglądając się ciekawie. Meredith, która stała twarzą do drzwi, podniosła głowę i natychmiast zorientowała się, kto wywołał ten wyraz zadziwienia i pożądania na twarzy Shelly. W drzwiach, z prawą ręką wciśniętą w kieszeń spodni, stał mężczyzna mający co najmniej metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Włosy miał prawie tak ciemne jak smoking, który opinał jego szerokie barki i długie smukłe nogi. Z opaloną na brąz twarzą kontrastowały jasne oczy. Stał tam, obojętnie spoglądając na elegancko ubranych członków Glenmoor. Patrząc na niego, Meredith zastanawiała się, jak Shelly mogła użyć w stosunku do niego słowa „cudowny”. Jego twarz wyglądała jak wykuta z granitu przez rzeźbiarza, którego zamierzeniem nie było pokazanie piękna mężczyzny, ale jego brutalnej siły i surowej męskości. Miał kwadratowy podbródek, prosty nos, jego szczęki wyrażały żelazną siłę. Meredith uznała, że wygląda na twardego i dumnego aroganta. To była typowa dla niej reakcja: nigdy nie podobali jej się ani bruneci, ani supermani.
    – Spójrz na te ramiona – entuzjazmowała się Shelly – popatrz na tę twarz. To właśnie, Doug, jest czysty, skondensowany sex appeal!
    Doug obejrzał nieznajomego i wzruszył ramionami, uśmiechając się.
    – Na mnie on nie robi żadnego wrażenia. – Zwracając się do jednego z nowo poznanych przez Meredith chłopców z ich grupy zapytał: – A co z tobą, Rick, czy on ciebie podnieca?
    – Nie dowiem się, dopóki nie zobaczę jego nóg – zażartował Rick. – Nogi są tym, co się liczy najbardziej dla mnie i to dlatego podnieca mnie Meredith.
    W tym momencie w drzwiach pojawił się trochę niepewnie trzymający się na nogach Jonathan. Rozglądając się po sali, otoczył ramieniem barki nieznajomego. Meredith odnotowała mały triumfujący uśmieszek, który rzucił w ich stronę, kiedy zobaczył całą ich grupę stojącą przy barze. Natychmiast zorientowała się, że był pijany, ale kompletnie zaskoczył ją jęk i śmiech, które wydały z siebie Shelly i Leigh.
    – O, nie! – powiedziała Leigh, patrząc na Shelly i Meredith z komicznym przerażeniem. – Tylko nie mówcie mi, że ten cudowny okaz mężczyzny to robotnik, którego Jonathan zaangażował do pracy przy ich instalacji naftowej!
    Wybuch śmiechu Douga Chalfonta zagłuszył większość słów Leigh, i Meredith nachyliła się do niej.
    – Przepraszam, co powiedziałaś?
    Leigh wyjaśniła jej, mówiąc szybko, żeby skończyć, zanim dwaj mężczyźni do nich dotrą:
    – Człowiek, który jest z Jonathanem, to hutnik z Indiany. Ojciec zmusił Jona do zatrudnienia go na ich instalacji naftowej w Wenezueli.
    Meredith była zdziwiona nie tylko uśmieszkami wymienianymi przez innych przyjaciół Jonathana, ale i wyjaśnieniami Leigh.
    – Dlaczego go tutaj przyprowadził? – zapytała.
    – To żart, Meredith! Jon jest wściekły na ojca, że zmusił go do zatrudnienia tego faceta i w dodatku stawia mu go za przykład do naśladowania. Przyprowadził go tu na złość ojcu, żeby zmusić go do kontaktu z nim na gruncie towarzyskim. I wiesz, co w tym wszystkim jest najśmieszniejsze – szepnęła w chwili, kiedy mężczyźni dotarli do nich – ciotka Jonathana powiedziała nam właśnie, że w ostatniej chwili jego rodzice zdecydowali się spędzić weekend w swoim letnim domu, a nie tutaj…
    Zbyt głośne, potoczyste powitanie Jonathana sprawiło, że wszyscy będący w zasięgu jego głosu, w tym jego ciotka i wuj oraz ojciec Meredith, odwrócili się w jego stronę.
    – Witajcie – zagrzmiał, wymachując ręką, żeby jego powitanie obejmowało ich wszystkich. - Cześć, ciociu Harriet, wujku Russel! – Odczekał, żeby skupić na sobie uwagę obecnych. – Chciałbym, abyście poznali mojego kumpla Matta Terrella, nie F – Farrella – tu czknął – ciociu Harriet, wujku Russell – przywitajcie się z Mattem. Mój ojciec chciałby, żebym był taki jak on, kiedy dorosnę. To jego najnowszy wzorzec dla mnie!
    – Dzień dobry – powiedziała grzecznie ciotka Jonathana. Oderwała lodowate spojrzenie od swojego pijanego siostrzeńca i zrobiła wysiłek, żeby być uprzejmą w stosunku do człowieka, którego ze sobą przyprowadził. – Skąd pan pochodzi, panie Farrell?
    – Z Indiany – odpowiedział spokojnym, rzeczowym tonem.
    – Z Indianapolis? – skrzywiła się. – Obawiam się, że nie znamy żadnych Farrellów z Indianapolis.
    – Nie jestem z Indianapolis i jestem pewien, że nie zna pani mojej rodziny.
    – A dokładnie to skąd pan pochodzi? – rzucił ojciec Meredith, gotowy do przesłuchania i zastraszenia każdego mężczyzny, który pojawi się w pobliżu córki.
    Matt Farrell odwrócił się, a Meredith obserwowała z ukrytym podziwem, jak bez mrugnięcia okiem odparował miażdżące spojrzenie jej ojca.
    – Edmunton, na południe od Gary.
    – Czym pan się zajmuje? – zapytał niegrzecznie Philip.
    – Pracuję w hucie żelaza – odpowiedział indagowany, przy czym wyglądał na równie twardego i zimnego, jak jej ojciec.
    Po tej rewelacji zapadła pełna zdziwienia cisza. Kilka par w średnim wieku, czekających na ciotkę i wuja Jonathana, wymieniło między sobą zakłopotane spojrzenia i wycofało się. Pani Sommers najwyraźniej zdecydowała się na równie nagły odwrót.
    – Życzę miłego wieczoru, panie Farrell – powiedziała sztywno i skierowała się razem z mężem do jadalni.
    Nagle wszyscy ożyli.
    – No cóż! – powiedziała wesoło Leigh Ackerman, patrząc na całą ich grupę i nie obejmując wzrokiem Matta Farrella, który stał z tyłu i trochę z boku. Chodźmy jeść! – Wcisnęła swoją dłoń pod ramię Jona i obróciła go do drzwi, dodając celowo: – Zarezerwowałam stolik na dziewięć osób.
    Meredith przeliczyła szybko. W ich grupie było dziewięć osób, nie licząc Matta Farrella. Zamarła, zdegustowana zachowaniem Jonathana i jego przyjaciół; przez moment pozostała na swoim miejscu. Ojciec zobaczył ją stojącą w niewielkiej odległości od Farrella. Zatrzymał się przy niej, idąc do sali jadalnej ze swoimi przyjaciółmi. Ścisnął jej łokieć.
    – Pozbądź się go! – warknął na tyle głośno, że Farrell go usłyszał, po czym ruszył dalej.
    Meredith z gniewnym, pełnym wyzwania buntem obserwowała, jak odchodził. Potem spojrzała na Matta Farrella, niepewna, co zrobić dalej. On odwrócił się w kierunku drzwi prowadzących na taras. Obserwował znajdujących się tam ludzi z wyniosłą niezmiennością kogoś, kto wie, że jest osobą niepożądaną i kto w takim układzie chce wyglądać jak ktoś, kto preferuje taki stan rzeczy.
    Meredith wiedziała od razu, w chwilę po poznaniu go, że nie należy do ich grupy społecznej, jeszcze zanim powiedział, że jest hutnikiem z Indiany. Smoking nie leżał na jego szerokich ramionach tak, jak leżałoby ubranie szyte na miarę, co oznaczało, że prawdopodobnie go wypożyczył. Nie mówił też z głęboko zakorzenioną pewnością siebie człowieka z towarzystwa, który oczekuje, że będzie mile widziany i lubiany, gdziekolwiek się pojawi. Co więcej, był w nim jakiś trudny do zdefiniowania brak ogłady, a także cień szorstkości i bezwzględności, które intrygowały ją i odpychały jednocześnie.
    Biorąc pod uwagę to wszystko, zaskakujące było, że nagle wydał jej się bardzo podobny do niej samej. Tak było. Spojrzała na osamotnionego mężczyznę, który sprawiał wrażenie, że nic sobie nie robi z tego, że jest szykanowany. Przypomniała sobie w tym momencie siebie w St. Stephen, kiedy spędzała każdą przerwę z książką otwartą na kolanach, też udając, że jej nie zależy.
    – Panie Farrell – zapytała tak obojętnie, jak tylko mogła. – Czy napiłby się pan czegoś?
    Odwrócił się zaskoczony, przez chwilę się wahał, po czym skinął głową.
    – Szkocka z wodą.
    Przywołała kelnera, który pospieszył ku niej.
    – Jimmy, podaj szkocką z wodą panu Farrellowi.
    Kiedy się odwróciła, Matt Farrell obserwował ją, krzywiąc się lekko. Wodził wzrokiem od jej twarzy po biust i talię, potem skoncentrował się na oczach, jakby uważał jej akcję za podejrzaną i zastanawiał się, co spowodowało, że trudziła się aż tak bardzo.
    – Kim był człowiek, który kazał ci się mnie pozbyć? – zapytał znienacka.
    Nie miała ochoty niepokoić go prawdą, ale odpowiedziała:
    – To był mój ojciec.
    – Współczuję ci głęboko i naprawdę szczerze – zażartował ponuro, na co Meredith zareagowała śmiechem, bo nikt nigdy nie ośmielił się skrytykować jej ojca, nawet pośrednio, i ponieważ nagle wyczuła, że Matt Farrell jest „rebeliantem” takim samym, jakim ona postanowiła się stać. Wydal jej się dzięki temu o wiele milszy. Zamiast użalać się nad nim lub czuć do niego niechęć, pomyślała o nim nagle jak o kundlu, który wbrew woli został wrzucony sam jeden w grupę hardych psów z rodowodem. Zdecydowała, że to ona go uratuje.
    – Czy miałbyś ochotę zatańczyć? – zapytała, uśmiechając się do niego, jakby był starym przyjacielem.
    Rzucił jej rozbawione spojrzenie.
    – Dlaczego myślisz, księżniczko, że hutnik z Edmunton w Indianie umie tańczyć?
    – A umie?
    – Myślę, że sobie poradzę.
    Była to raczej mało zgodna z prawdą ocena jego zdolności. Przekonała się o tym już kilka minut później, kiedy tańczyli na tarasie do wolnej melodii granej przez zespół. Prawdę mówiąc, był zupełnie niezły, ale za bardzo spięty i tańczył mało nowocześnie.
    – Jak mi idzie?
    Beztrosko nieświadoma podwójnego znaczenia, jakie można by przypisać jej słowom, powiedziała lekko:
    – Jak na razie, mogę jedynie powiedzieć, że masz wyczucie rytmu i poruszasz się dobrze. Tak czy inaczej to jedyne, co się naprawdę liczy, – Patrząc mu z uśmiechem w oczy, żeby złagodzić ewentualną nutkę krytycyzmu, której mógł doszukać się w jej następnych słowach, dodała: – Potrzebujesz tylko trochę praktyki.
    – Jak wiele praktyki zalecasz?
    – Niewiele. Jedna noc wystarczy, żeby nauczyć się kilku nowych ruchów.
    – Nie wiedziałem, że są jakieś „nowe” ruchy.
    – Są – powiedziała Meredith – ale najpierw musisz nauczyć się rozluźniać.
    – Najpierw? – powtórzył. – Do tej pory byłem przekonany, że należy się rozluźniać dopiero potem.
    Nagle dotarło do niej, o czym on myślał i co mówił. Nie tracąc głowy, powiedziała:
    – Czy mówimy o tańcu, panie Farrell?
    Wychwycił brzmiącą w jej głosie reprymendę. Przez chwilę obserwował ją ze wzrastającym zainteresowaniem, ponownie ją oceniał, szacował. Jego oczy nie były jasnoniebieskie, jak myślała początkowo, ale niezwykłe, metalicznie szare. Włosy miał ciemnobrązowe, a nie czarne. Kiedy się odezwał, jego cichy głos brzmiał usprawiedliwiająco.
    – Mówimy o nim teraz. – Chcąc wytłumaczyć swój brak swobody w tańcu, który wyczuła w jego ruchach, dodał: – Przed kilkoma dniami naderwałem więzadło w prawej nodze.
    – Przykro mi – powiedziała, przepraszając za wyciągnięcie go na taras. – Czy to boli?
    , Jego opalona twarz rozbłysła uśmiechem.
    – Tylko wtedy, kiedy tańczę.
    Meredith roześmiała się z tego żartu i poczuła, że jej troski gdzieś znikają. Przetańczyli jeszcze jeden taniec, rozmawiając o niczym bardziej istotnym niż zła muzyka i dobra pogoda. Kiedy wrócili do sali, Jimmy przyniósł ich drinki. Kierując się chęcią odegrania się i urazą do Jonathana, powiedziała:
    – Jimmy, zapisz, proszę, te drinki na konto Jonathana Sommersa. – Spojrzała na Matta i zobaczyła zaskoczenie w jego twarzy.
    – Jesteś przecież członkiem klubu?
    – Tak – powiedziała Meredith ze smętnym uśmiechem. – To mały rewanż z mojej strony.
    – Za co?
    – Za… – zbyt późno zorientowała się, że cokolwiek teraz powie, zabrzmi to jak użalanie się nad nim i będzie dla niego żenujące. Wzruszyła ramionami. – Nie lubię Jonathana Sommersa.
    Spojrzał na nią dziwnie, podnosząc swojego drinka i wypijając łyk.
    – Myślę, że jesteś już głodna. Dołącz do swoich przyjaciół. Był to miły gest, dający jej możliwość wyboru. Meredith nie miała jednak ochoty dołączyć teraz do grupy Jona. Rozejrzała się wokół i było dla niej jasne, że jeżeli zostawi tutaj Matta Farrella, nikt nie zrobi wobec niego najmniejszego przyjaznego gestu. Prawdę mówiąc, wszyscy na sali omijali ich z daleka.
    – Tak naprawdę – powiedziała – jedzenie tutaj wcale nie jest takie dobre.
    Rozejrzał się wokół i zdecydowanie odstawił swoją szklankę, dając jej do zrozumienia, że zamierza wyjść.
    – Ludzie też niezbyt ciekawi.
    – Oni trzymają się od nas z daleka nie z małostkowości czy arogancji – zapewniła go. – Naprawdę.
    Patrząc na nią obojętnie, zapytał:
    – To dlaczego tak się zachowują?
    Meredith popatrzyła na kilka par w średnim wieku, znajomych jej ojca. Wszyscy oni byli sympatycznymi ludźmi.
    – No cóż, są na pewno zażenowani zachowaniem Jonathana. A z tego, czego się dowiedzieli o tobie: gdzie mieszkasz i czym się zajmujesz, większość z nich wyciągnęła wniosek, że nie mają z tobą nic wspólnego.
    Najwyraźniej uznał, że traktuje go protekcjonalnie, uśmiechnął się grzecznie mówiąc:
    – Już czas na mnie.
    Nagle wydało jej się niesprawiedliwe, że on wyjdzie i jedyne, co zapamięta z tego wieczoru, to upokorzenie, jakiego tu doznał. Prawdę mówiąc, wydawało jej się to niepotrzebne i… wręcz nie do pomyślenia!
    – Nie możesz jeszcze wyjść – zaprotestowała zdecydowanie, uśmiechając się. – Chodź ze mną i weź swojego drinka.
    – Dlaczego? – spytał podejrzliwie.
    – Dlatego – zadeklarowała Meredith uparcie, z figlarnym uśmiechem – że jest łatwiej, jeśli robiąc to, trzyma się w dłoni drinka.
    – Robiąc co? – nalegał.
    – Poznając ludzi – wyjaśniła. – Przedstawię cię kilku osobom!
    – Absolutnie nie! – Matt chwycił jej nadgarstek, chcąc ją powstrzymać, ale było już za późno. Meredith nagle zawzięła się, że zmusi wszystkich do przełknięcia tej „pigułki” i będzie im się to musiało podobać.
    – Proszę, zrób mi tę przyjemność – powiedziała miękko, błagalnym głosem.
    Wymuszony uśmiech pojawił się na jego ustach.
    – Masz zupełnie niezwykłe oczy…
    – Tak naprawdę to jestem okropnym krótkowidzem – żartowała, serwując mu jeden ze swych zniewalających uśmiechów. – Znana jestem z wchodzenia na ściany. To przykry widok. Może wezmę cię pod rękę i wyprowadzisz mnie do hallu, żeby nie spotkało mnie znowu coś takiego.
    Nie pozostał nieczuły ani na jej żarty, ani na ten uśmiech.
    – Poglądy masz też bardzo nieszablonowe – odpowiedział, zaśmiał się niechętnie, ale jednak podał jej ramię, gotów zapewnić jej dobrą zabawę.
    Po przejściu kilku kroków w hallu Meredith zobaczyła znaną jej starszą parę.
    – Dzień dobry, pani Foster, panie Foster – przywitała ich wylewnie, w chwili kiedy mieli zamiar, nie dostrzegając jej, przejść obok.
    Zatrzymali się natychmiast.
    – O, dzień dobry, Meredith – powiedziała pani Foster, po czym obydwoje z mężem uśmiechnęli się z grzecznym zainteresowaniem do Matta.
    – Chciałabym przedstawić państwu przyjaciela mojego ojca – obwieściła Meredith, powstrzymując uśmiech na widok niedowierzającego wzroku Matta. - To jest Matt Farrell. Matt pochodzi z Indiany i zajmuje się hutnictwem.
    – Miło mi – powiedział pan Foster, ściskając dłoń Matta. – Wiem, że Meredith i jej ojciec nie grają w golfa, ale mam nadzieję, że powiedzieli panu, że mamy tu w Glenmoor dwa wysokiej klasy pola golfowe. Czy zabawi pan tu wystarczająco długo, żeby zagrać ze mną?
    – Nie jestem nawet pewien, czy będę tu tak długo, żeby dokończyć tego drinka – powiedział Matt, najwyraźniej spodziewając się, że zostanie wyrzucony, kiedy tylko ojciec Meredith odkryje, że przedstawiono go jako jego przyjaciela.
    Pan Foster przytaknął, zupełnie nie rozumiejąc sytuacji.
    – Biznes zawsze koliduje z przyjemnościami. Ale może chociaż zobaczy pan sztuczne ognie. Mamy najlepszy pokaz w okolicy.
    – Dzisiejszego wieczoru na pewno będą najlepsze – orzekł Matt; wzrok skoncentrował ostrzegawczo na szczerej twarzy Meredith.
    Pan Foster nawiązał znowu do swojego ulubionego golfa, podczas, gdy Meredith starała się bez powodzenia zachować powagę.
    – Jaki jest pański handicap? – wypytywał Matta.
    – Sądzę, że dzisiaj to ja jestem jego handicapem – wtrąciła Meredith, rzucając Mattowi prowokujące, rozbawione spojrzenie.
    – Co takiego? – zamrugał powiekami pan Foster.
    Ale Matt mu nie odpowiedział, a Meredith nie była w stanie tego zrobić.
    Jej uśmiechnięte usta przykuły uwagę Matta, a kiedy spojrzał na nią szarymi oczami, coś trudnego do zdefiniowania czaiło się w ich głębi.
    – Chodźmy, mój drogi – powiedziała pani Foster, obserwując roztargniony wyraz twarzy Matta i Meredith. – Ci młodzi ludzie nie chcą spędzić tego wieczoru na rozmowie o golfie.
    Reflektując się i przychodząc do siebie, Meredith pomyślała, że wypiła po prostu za dużo szampana. Potem wcisnęła dłoń pod ramię Matta.
    – Chodź ze mną – powiedziała, kierując się w stronę sali bankietowej, gdzie grała orkiestra.
    Niemal przez godzinę krążyła z nim od jednej grupy do drugiej. Uśmiechała się do niego porozumiewawczo, kiedy bez zająknięcia mówiła skandaliczne półprawdy p tym, kim był i czym się zajmował. Matt stał obok niej, nie pomagając jej aktywnie, ale obserwując jej poczynania z wyraźnym rozbawieniem.
    – Widzisz więc – obwieściła wesoło, kiedy pozostawiwszy w końcu za sobą gwar i muzykę, wyszli frontowymi drzwiami i ruszyli wolno przez trawnik. – Nie jest ważne to, co mówisz, ale to, czego nie powiesz.
    – To bardzo ciekawa teoria – droczył się z nią. – Masz ich więcej?
    Meredith potrząsnęła przecząco głową, rozkojarzona czymś, co podświadomie krążyło po jej głowie przez cały wieczór. – Nie mówisz wcale jak człowiek pracujący w hucie.
    – Ilu takich ludzi znasz?
    – Tylko jednego – przyznała.
    Jego głos stał się nagle poważniejszy.
    – Często tu przychodzisz?
    Spędzili pierwszą część wieczoru, uprawiając rodzaj głupiej gry, ale wyczuła, że nie miał już ochoty na gry. Ona też nie i ich nastrój wyraźnie zmienił się w tym momencie. Spacerowali wśród różanych klombów i kwietników. Meredith opowiedziała mu, że była w szkole z internatem i że niedawno ją ukończyła. Kiedy zapytał z kolei o jej plany zawodowe, zrozumiała, że on myślał, że skończyła właśnie studia. Zamiast sprostować pomyłkę, ryzykując, że przerazi go odkryciem, że ma osiemnaście lat, a nie dwadzieścia dwa, zrobiła szybko unik pytając o niego.
    Powiedział jej, że za sześć tygodni wyjeżdża do Wenezueli i co tam będzie robił. Od tego momentu ich rozmowa zaczęła z zadziwiającą łatwością przeskakiwać z tematu na temat. W końcu zatrzymali się, żeby móc się lepiej koncentrować na tym, o czym mówili. Stali pod leciwym wiązem. Meredith słuchała go jak zahipnotyzowana, nie zwracając uwagi na szorstką korę pod jej odkrytymi plecami. Dowiedziała się, że Matt ma dwadzieścia sześć łat i że jest dowcipny, i mówi ze swadą. Umiał słuchać z uwagą tego, co mówiła, tak jakby jej słowa były najważniejsze na świecie. Było to niepokojące i bardzo jej to pochlebiało. Wywoływało to także fałszywy nastrój intymności i odizolowania. Właśnie śmiała się z żartu, który opowiedział, kiedy tuż koło jej twarzy przeleciał dorodny owad i brzęczał teraz gdzieś koło jej ucha. Podskoczyła, krzywiąc się, i próbowała zlokalizować intruza.
    – Czy to wpadło mi we włosy? – zapytała spięta, pochylając głowę.
    – Nie – uspokoił ją. – To była tylko mała czerwcowa pszczółka. – Czerwcowe pszczółki są okropne, a ta była wielkości dużego kolibra.
    Kiedy śmiał się cicho, powiedziała z nutką satysfakcji w głosie:
    – Będziesz się śmiał za sześć tygodni, kiedy nie będziesz mógł zrobić kroku, żeby nie nadepnąć na węża.
    – Naprawdę? – powiedział półgłosem, ale uwagę, skupił na jej ustach. Jego ręce przesuwały się w górę, po obu stronach jej szyi, aż delikatnie objął jej twarz.
    – Co robisz? – szepnęła niemądrze, kiedy zaczął powoli wodzić kciukiem po jej dolnej wardze.
    – Próbuję się zdecydować, czy mogę sobie pozwolić, na podziwianie fajerwerków.
    – Fajerwerki będą dopiero za pół godziny – wyjaśniła, wiedząc doskonale, że chce ją pocałować.
    – Mam wrażenie – szepnął, powoli pochylając głowę – że rozpoczną się już zaraz.
    I tak się stało. Jego usta dotknęły jej warg w elektryzującym, kuszącym pocałunku. Poczuła, jak w każdym zakątku, jej ciała eksplodują dreszcze. Na początku pocałunek był lekki, pieszczotliwy; jego usta delikatnie badały zarys jej warg. Meredith była już wcześniej całowana, ale zwykle przez stosunkowo mało doświadczonych, niecierpliwych chłopców: nikt nigdy nie pocałował jej z niespiesznym rozmysłem Matta Farrella. Jego ręce przemieszczały się. Jedna z nich przesuwała się w dół po jej plecach, przyciągając ją bliżej. Druga znalazła się na jej karku, a jego usta powoli rozchylały się. Zatracona w tym pocałunku Meredith wsunęła dłonie pod jego marynarkę, wodziła nimi po jego piersi, szerokich barkach, aż splotła je wokół jego szyi.
    W chwili kiedy przywarła do niego, jego usta otworzyły się szerzej. Muskał językiem jej wargi, zostawiając na nich gorący ślad. Naglił je, żeby się rozchyliły. W momencie, kiedy to się stało, przedarł się do jej ust. Pocałunek eksplodował. Jego ręka znalazła jej pierś, pieścił ją przez materiał sukienki, polem niecierpliwie przesunął dłoń na plecy. Objął jej pośladki i przyciągnął ją mocno do siebie. Stała się świadoma jego tętniącego, podnieconego ciała i zesztywniała, zaskoczona trochę la wymuszoną intymnością. Potem, z powodów zupełnie nie dających jej się wytłumaczyć, wplotła nagłe palce w jego włosy i mocno przycisnęła usta do jego ust.
    Wydawało się, że minęła cała wieczność, zanim w końcu oderwał się od niej. Serce waliło jej niczym młot pneumatyczny. Stała w objęciu jego ramion. Czoło oparła o jego pierś i próbowała uporać się z burzliwymi emocjami, które przeżywała. Gdzieś w zakamarkach jej rozkojarzonego umysłu zaczęła się kształtować myśl, że jej reakcja na coś, co było tak naprawdę tylko zwykłym pocałunkiem, może mu się wydać bardzo dziwna. Ta zawstydzająca ewentualność zmusiła ją w końcu do podniesienia głowy. Oczekiwała, że będzie patrzył na nią ze zdziwionym rozbawieniem. Spojrzała w jego twarz, ale to, co tam zobaczyła, wcale nie było drwiną. Jego szare oczy płonęły, a twarz była napięta i pociemniała z namiętności. Odruchowo objął ją mocniej, jakby nie chciał jej wypuścić. Zdała sobie sprawę z tego, że jego ciało było ciągle w wyraźny sposób podniecone. Było jej przyjemnie i była dumna, że nie tylko ona była i ciągle jest tak poruszona tym pocałunkiem. Jej wzrok powędrował do jego ust. Były zuchwale, zmysłowe w kształcie, a jednocześnie niektóre jego pocałunki były tak niesamowicie delikatne. Aż boleśnie delikatne… Marzyła o tym, żeby znowu poczuć te usta. Spojrzała na niego nieświadoma niemej prośby malującej się w jej oczach. Matt zrozumiał tę prośbę. Ramiona już zacieśnił dookoła niej, a z piersi wyrwał mu się w połowie jęk, w połowie śmiech.
    – Tak – odpowiedział i zagarnął jej usta w zapierającym jej dech, namiętnym pocałunku. Przyjemność, jaką dawał jej ten pocałunek, doprowadzała ją niemal do szaleństwa.
    W pewnej chwili gdzieś niedaleko nich zabrzmiał śmiech i Meredith, zakłopotana, wyrwała się z jego ramion. Zaalarmowana odwróciła się w kierunku głosów. Kilkanaście par wychodziło z klubu, żeby oglądać fajerwerki. Wyprzedzał wszystkich jednak jej ojciec, który wielkimi, zamaszystymi krokami zmierzał w ich kierunku. W jego ruchach widać było niepohamowaną wściekłość.
    – O mój Boże – szepnęła. – Matt, musisz stąd odejść. Po prostu odwróć się i odejdź! Proszę.
    – Nie.
    – Proszę! – prawie krzyknęła. – Mnie on tutaj nic nie powie, poczeka, aż będziemy sami, ale nie wiem, co zrobi tobie.
    Już w chwilę potem znała odpowiedź na to pytanie.
    – Farrell. Wezwałem dwóch ludzi, żeby usunęli cię z terenu klubu – zasyczał z twarzą wykrzywioną furią. Obrócił Meredith, trzymając jej ramię w żelaznym uścisku. – Ty idziesz ze mną.
    Dwaj klubowi kelnerzy już nadchodzili, przecinając drogę dojazdową. Ojciec szarpnął jej ramię, a Meredith odwróciła się i jeszcze raz powiedziała do Matta:
    – Proszę, odejdź, nie pozwól im urządzić sceny.
    Ojciec pociągnął ją dwa kroki do przodu i musiała iść. Nie chciała, żeby ją ciągnął. Nie miała wyjścia. Kiedy zobaczyła, że obydwaj idący w stronę Matta kelnerzy zwolnili, a potem zatrzymali się, poczuła niemal łzy ulgi. Odetchnęła. Najwyraźniej Matt ruszył w stronę drogi. Jej ojciec widocznie myślał tak samo, bo kiedy kelnerzy, niepewni, patrzyli na niego pytająco, powiedział:
    – Pozwólcie odejść draniowi, ale zawiadomcie bramę wjazdową i upewnijcie się, że tu nie wróci.
    Już blisko drzwi wejściowych odwrócił się do Meredith.
    – Ludzie w tym klubie plotkowali na temat twojej matki. Prędzej piekło mnie pochłonie, niż pozwolę, żebyś ty też stała się przedmiotem ich plotek. Zrozumiałaś? – Puścił jej ramię, lak jakby jej skóra była skażona dotykiem Matta. Nie podniósł jednak głosu. Bancroftowie nigdy publicznie nie załatwiali rodzinnych problemów, bez względu na to, jak bardzo byli prowokowani. – Wracaj do domu. Droga zajmie ci dwadzieścia minut. Zadzwonię do ciebie za dwadzieścia pięć minut i lepiej żebyś tam była.
    Odwrócił się na pięcie i z godnością wszedł do klubu. Patrzyła za nim upokorzona, po czym weszła do środka, żeby zabrać torebkę. W drodze na parking widziała trzy pary stojące w cieniu drzew. Wszystkie się całowały.
    Jadąc, miała w oczach łzy bezsilnego gniewu i samotną postać na drodze zobaczyła dopiero po jej minięciu. Uświadomiła sobie, że był to Matt. Szedł z marynarką smokingu przerzuconą przez prawe ramię. Nacisnęła hamulec. Czuła się tak winna za upokorzenie, jakiego doznał przez nią, że nie od razu mogła mu spojrzeć w oczy.
    Podszedł do jej samochodu i nachylił się lekko, patrząc na nią przez otwarte okienko.
    – Nic ci się nie stało?
    – Nie. – Spojrzała na niego, próbując przybrać nonszalancki ton. – Mój ojciec jest Bancroftem, a Bancroftowie nigdy nie kłócą się w miejscach publicznych.
    Zobaczył powstrzymywane łzy błyszczące w jej oczach. Sięgając przez okienko, dotknął stwardniałymi opuszkami palców jej delikatnego policzka.
    – I nie płaczą w obecności innych ludzi. Zgadza się?
    – Zgadza się – przyznała, starając się przejąć od niego chociaż część jego wspaniałej obojętności wobec jej ojca. – Ja… ja jadę teraz do domu. Może podrzucić cię gdzieś po drodze?
    Jego wzrok przesunął się z jej twarzy na pałce kurczowo zaciśnięte na kierownicy.
    – Tak, ale pod warunkiem, że pozwolisz mi poprowadzić to cacko. – Zabrzmiało to tak, jakby zależało mu tylko na tym, żeby poprowadzić jej samochód, ale po tym, co powiedział za chwilę, stało się jasne, że martwił się o to, czy tak roztrzęsiona dotrze bezpiecznie do domu. – Odwiozę cię do domu i wezwę stamtąd taksówkę.
    – Proszę bardzo – powiedziała z ożywieniem, zdecydowana, że zachowa resztki dumy. Wysiadła i obeszła samochód do drzwiczek pasażera.
    Matt nie miał problemu z manipulowaniem drążkiem skrzyni biegów i wkrótce samochód wyślizgnął się z alei klubowej i wyskoczył na główną drogę. Światła innych samochodów migały w ciemnościach, a wiatr wpadał przez otwarte okna. Jechali w milczeniu. Gdzieś daleko z lewej strony kończyły się jakieś inne pokazy sztucznych ogni. Wystrzeliły w wielkim finale niezwykłą kaskadą czerwieni, bieli i niebieskości. Meredith obserwowała, jak błyszczące ogniki gasną wolno, opadając w dół.
    Z opóźnieniem przypomniała sobie o dobrych manierach i powiedziała:
    – Chciałabym cię przeprosić za to, co się stało dzisiaj wieczorem… to znaczy, za mojego ojca.
    Matt zerknął na nią z ukosa, rozbawiony.
    – To on powinien przepraszać. Żeby mnie wyrzucić, przysłał dwóch słabowitych kelnerów w średnim wieku. To uraziło moją dumę. Mógł przynajmniej wysłać czterech takich… żeby oszczędzić moje ego.
    Meredith patrzyła na niego zdziwiona. Nie był ani odrobinę zastraszony gwałtownością Philipa. Uśmiechnęła się, bo to było cudowne uczucie być z kimś, kto tak reagował na jej ojca. Patrząc na jego potężne barki, powiedziała:
    – Powinien być mądrzejszy i przysłać sześciu, jeżeli naprawdę chciał cię stamtąd usunąć.
    – Dziękujemy ci i ja, i moje ego – rzekł z leniwym uśmiechem i Meredith roześmiała się, chociaż jeszcze przed chwilą przysięgłaby, że nie uśmiechnie się nigdy więcej.
    ~ Masz wspaniały uśmiech – wyszeptał.
    – Dziękuję – odparła zaskoczona, z zadowoleniem nieproporcjonalnie dużym w stosunku do komplementu. W bladym świetle tablicy rozdzielczej obserwowała jego profil. Patrząc na jego targane wiatrem włosy, zastanawiała się, co w nim było takiego, co sprawiało, że kilka wypowiedzianych przez niego zwykłych słów stawało się fizyczną pieszczotą. W jej umyśle dźwięczały słowa Shelly Fillmore, zawierające chyba prawdziwą odpowiedź… „czysty, skondensowany sex appeal”. Kilka godzin wcześniej Matt nie wydawał jej się niezwykle przystojnym mężczyzną. Teraz tak było. Była przekonana, że kobiety szaleją za nim. Bez wątpienia, one też przyczyniły się do tego, że całował tak dobrze, jak tego doświadczyła. Miał sex appeal, to pewne… i wielką wprawę w całowaniu.
    – Skręć tutaj – powiedziała kwadrans później, kiedy zbliżyli się do potężnej kutej, żelaznej bramy. Nachyliła się i nacisnęła przycisk na tablicy rozdzielczej. Brania otworzyła się.

ROZDZIAŁ 9

    – Tutaj mieszkam – powiedziała Meredith, kiedy zatrzymali się na podjeździe przed frontowymi drzwiami.
    Matt spojrzał na imponującą kamienną budowlę z ołowianymi obramowaniami wokół okien. Meredith otwierała drzwi.
    – To wygląda jak muzeum.
    – Dobrze, że nie użyłeś słowa mauzoleum – uśmiechnęła się do niego przez ramię.
    – Nie, ale tak właśnie pomyślałem.
    Meredith, ciągle uśmiechając się na wspomnienie jego słów, wprowadziła go do mrocznej biblioteki na tyłach domu. Zapaliła lampę. Serce jej zamarło, kiedy zobaczyła, że Matt kieruje się prosto do stojącego na biurku telefonu. Chciała, żeby został, chciała z nim rozmawiać. Chciała zrobić cokolwiek, żeby uniknąć rozpaczy, która na pewno owładnęłaby nią, jak tylko zostałaby sama.
    – Nie musisz od razu wychodzić. Mój ojciec będzie grał w karty w klubie do drugiej w nocy.
    Odwrócił się, słysząc desperację w jej głosie.
    – Nie boję się twojego ojca, Meredith. Myślę tylko o tobie, ty musisz z nim mieszkać. Jeśli wróci i zastanie mnie tutaj…
    – Nie wróci – przyrzekła. – Mój ojciec nie pozwoliłby nawet śmierci przeszkodzić sobie w grze. Gra w karty to jego obsesja.
    – Ma też nielichą obsesję na twoim punkcie – powiedział bezbarwnie Matt.
    Wstrzymała oddech, zanim po chwili zastanowienia odłożył słuchawkę. Zanosiło się na to, że przez całe miesiące nie będzie miała tak przyjemnego wieczoru jak ten. Zamierzała przedłużyć go, jak tylko się da.
    – Napiłbyś się brandy? Obawiam się, że nie mogę cię poczęstować niczym innym, bo służba już śpi.
    – Może być brandy.
    Podeszła do barku i wyjęła karafkę. Za jej plecami rozległ się głos Matta:
    – Czy służący zamykają lodówkę na noc na klucz? Zastygła z karafką w dłoni.
    – Coś w tym rodzaju – powiedziała wymijająco.
    Jak tylko podeszła do kanapy ze szklaneczką dla niego, zorientowała się, że nie udało jej się go wyprowadzić w pole. Zobaczyła rozbawienie w jego oczach.
    – Nie umiesz gotować, księżniczko, prawda?
    – Na pewno bym potrafiła – zażartowała – gdyby tylko ktoś pokazał mi drogę do kuchni, a potem palcem wskazał kuchenkę i lodówkę.
    Kąciki jego ust uniosły się w uśmiechu. Nachylił się i postawił swoją szklankę na stoliku. Wiedziała dokładnie, co zamierza zrobić, jeszcze zanim chwycił jej nadgarstki i zdecydowanie pociągnął ją ku sobie.
    – Wiem, że umiesz gotować – powiedział, podnosząc jej podbródek.
    – Skąd ta pewność?
    – Stąd – wyszeptał – że mniej niż godzinę temu doprowadziłaś mnie do wrzenia.
    Jego usta były o milimetry od jej warg. W tej chwili za – brzmiał ostry dzwonek telefonu. Odskoczyła od niego gwałtownie. Kiedy podniosła słuchawkę, głos jej ojca zadziałał jak powiew arktycznego powietrza.
    – Cieszę się, że byłaś na tyle rozumna, żeby zrobić tak, Juk ci kazałem. Chcę, żebyś wiedziała – dodał – że już miałem zamiar pozwolić ci iść do Northwestern. Teraz jednak możesz o tym zapomnieć. Twoje dzisiejsze zachowanie to dowód, że nie można ci ufać. – Nie mówiąc nic więcej, rozłączył się.
    Meredith drżącymi dłońmi odłożyła słuchawkę. Jej ramiona, kolana, a potem całe ciało zaczęło drżeć z bezsilności i gniewu. Szukając oparcia, położyła dłonie na blacie biurka.
    Matt podszedł do niej. Położył dłonie na jej ramionach.
    – Meredith – powiedział głosem pełnym zatroskania. – Kto dzwonił? Czy coś się stało?
    – To był mój ojciec. Upewniał się, że jestem w domu, jak rozkazał – wyjaśniła drżącym głosem.
    Po chwili ciszy zapytał:
    – Co zrobiłaś, że on ci aż tak nie ufa?
    Delikatna nutka oskarżenia brzmiąca w głosie Matta ubodła ją i pozbawiła resztek samokontroli.
    – Co ja zrobiłam? – powtórzyła. W jej głosie brzmiała histeria. – Co ja zrobiłam?
    – Musiałaś dać mu jakiś powód, żeby pilnował cię w ten sposób.
    Aż gotowała się wewnętrznie z oburzenia. W oczach błyszczały jej łzy. Zaczynał się w niej formować pewien plan. Odwróciła się do niego i dłonie położyła na jego mocnej piersi.
    – Moja matka była nietypowa. Nie umiała trzymać rąk z dala od innych mężczyzn. Ojciec mnie pilnuje, bo wie, że jestem taka jak ona.
    Zmarszczył brwi, kiedy oplotła rękami jego szyję.
    – Co u diabła robisz?
    – Dobrze wiesz, co robię – szepnęła. Przycisnęła się do niego całą sobą, zanim zdążył odpowiedzieć, i pocałowała go namiętnie.
    Pragnął jej. Wyczuła to w chwili, kiedy ją objął, przyciągając mocno do swojego naprężonego ciała. Chciał jej. Jego usta zagarnęły jej wargi w nienasyconym pocałunku, a ona starała się zrobić wszystko, żeby nie przestał. Zresztą ona też nie mogłaby już przestać. Niezręcznymi palcami rozpinała pospiesznie jego koszulę, obnażając opalone mięśnie pokryte sprężynującymi, czarnymi włosami. Zamknęła mocno oczy; usiłowała odpiąć zamek swojej sukienki. Chciała tego, zasłużyła na to, mówiła sobie szaleńczo.
    – Meredith?
    Podniosła głowę na dźwięk jego spokojnego głosu, ale nie zdobyła się na odwagę, żeby spojrzeć mu w oczy.
    – Jestem zaszczycony jak diabli, ale nigdy nie zdarzyło mi się spotkać kobiety, która zaczęłaby zdzierać z siebie ubranie z tak wielką pasją tylko po jednym pocałunku.
    Meredith, na samym już wstępie poczuła się pokonana. Oparła czoło o jego pierś. Jego dłoń zsunęła się na jej kark, pieszcząc go. Objął jej talię drugą ręką i przysunął ją bliżej. Potem przesunął pałce w dół po jej plecach aż do suwaka sukienki. Staniczek bardzo kosztownej, szyfonowej sukni opadł w dół.
    Przełykając głośno, zaczęła podnosić ręce, żeby się zakryć, ale powstrzymała się.
    – Nie jestem… nie jestem zbyt dobra w tym – powiedziała, podnosząc ku niemu oczy.
    Opuścił powieki. Przeniósł wzrok na jej piersi.
    – Nie jesteś? – szepnął namiętnie, pochylając głowę.
    Meredith chciała się zapomnieć i udało jej się to przy następnym pocałunku. Jej palce odnajdywały napięte mięśnie na jego plecach. Całowała go ze ślepą potrzebą, a kiedy jego uchylone usta zaczęły mocniej napierać na jej wargi, poddała się inwazji jego języka. Odwzajemniła ją tak, że stracił oddech; uchwycił ją mocniej. Wtedy nagle poczuła, że nie panuje nad sobą; nie liczyło się dla niej nic poza doznawanymi emocjami. Jego usta wpiły się w nią z niepohamowanym pożądaniem, jej ubranie zsunęło się, owionął ją prąd chłodnego powietrza. Uwolnione włosy opadły na jej ramiona. Pokój zawirował. Znalazła się na kanapie, tuż obok pożądającego jej, nagiego męskiego ciała. Wirowanie ustało. Meredith wypłynęła odrobinę z ciemnego, słodkiego świata jego ust i rozniecających jej namiętność pieszczot jego dłoni. Rozchyliła powieki i zobaczyła, że oparł się na łokciu i studiował jej twarz oświetloną delikatnym blaskiem stojącej na biurku lampy.
    – Co robisz? – zapytała; cienki, cichy głos nie brzmiał zupełnie jak jej własny.
    – Patrzę na ciebie – mówiąc to, przesunął wzrok w dół na jej piersi, talię, potem na uda i nogi. Zawstydzona przerwała tę lustrację, dotykając wargami jego piersi. Jego mięśnie zadrżały, kiedy muskała ustami jego skórę. Zanurzył ręce powoli w jej włosach na karku, unosząc je ku górze. Tym razem, kiedy spojrzała na niego, to on pochylił głowę. Całował ją prawie brutalnie. Rozchylił językiem jej wargi i wślizgnął się do jej ust w gwałtownym, przepojonym erotyzmem pocałunku, który rozpalał całe ciało. Nachylił się nad nią. Całował ją, aż usłyszała, że to z jego ust wydobywa się stłumiony jęk. Wtedy przesunął usta na jej piersi. Pieścił je aż do bólu, podczas gdy jego palce krążyły po jej ciele. Jej plecy wygięły się w łuk pod dotykiem jego dłoni. Przesunął się. Poczuła na sobie ciężar jego ciała. Jego biodra napierały. Jego usta raz brutalne, raz delikatne pieściły zakola jej karku, policzki. W końcu wrócił do jej warg, uchylił je; jego nogi znalazły miejsce między jej udami, rozchylił je. Jego język przez cały czas splatał się z jej językiem, uciekał, po to żeby po chwili zagłębić się znowu. I wtedy Matt znieruchomiał.
    Ujął jej twarz w dłonie i rozkazał ochryple:
    – Spójrz na mnie.
    Jakimś cudem udało jej się wyrwać ze zmysłowego oszołomienia; zmusiła się, żeby rozchylić powieki. Spojrzała w jego rozpalone, szare oczy. W tej chwili zagłębił się w nią z siłą, która wyrwała z jej gardła cichy krzyk i spowodowała, że jej ciało wygięło się gwałtownie. Ten ułamek sekundy wystarczył, żeby się zorientował, że właśnie straciła dziewictwo. Jego reakcja była jeszcze bardziej wyrazista niż jej. Zamarł. Powieki miał zaciśnięte, barki i ramiona napięte; pozostawał ciągle w niej. Nie poruszał się.
    – Dlaczego? – bezbarwnym szeptem zażądał wyjaśnienia. Myślała, że wychwyciła w tym nutkę oskarżenia, nie zrozumiała jego pytania, zadrżała z obawy.
    – Dlatego, że nie robiłam tego nigdy dotąd.
    Ta odpowiedź spowodowała, że otworzył oczy. Zobaczyła w nich nie rozczarowanie czy oskarżenie, ale czułość i żal.
    – Dlaczego mi nie powiedziałaś, mogłem to zrobić o wiele delikatniej.
    Dotykając palcami jego policzka, powiedziała miękko, z zapewniającym uśmiechem:
    – Zrobiłeś to delikatnie. I wspaniale.
    To było dopełnieniem, którego oczekiwał. Jęknął. Przycisnął usta do jej ust i z niewypowiedzianą delikatnością zaczął poruszać się wewnątrz niej. Wysuwał się z niej prawie zupełnie, po czym powoli znowu zagłębiał się w nią. Stopniowo zwiększał tempo swoich płynnych ruchów, dając z siebie wszystko, dając i dając, aż doprowadził poddaną jego rytmowi Meredith do szaleństwa. Jej paznokcie wbijały się w jego plecy i biodra, przyciskając go do niej. Rozgorzała w niej pasja narastała coraz bardziej i bardziej, aż w końcu eksplodowała w szarpiącym jej duszę wybuchu niezwykłej ekstazy. Matt zagarnął ją w ramiona, wplótł palce w jej włosy. Całował ją z pełną pasji gwałtownością. Zagłębił się w niej raz jeszcze. Głęboki, nieskrywany głód jego pocałunków i nagła, gwałtowna fala płynu przedzierająca się z jego do jej ciała spowodowała, że Meredith chwyciła go mocniej i jęknęła w uczuciu niezwykłej rozkoszy.
    Serce biło jej szaleńczo. Leżeli przytuleni. Twarz wcisnęła w jego pierś. Jego ramiona oplatały ją mocno.
    – Czy masz pojęcie – szepnął drżącym, szorstkim głosem, muskając ustami jej policzek – jaka jesteś podniecająca i jak wspaniale reagujesz na każdy mój gest?
    Nie odpowiadała. Znaczenie tego, co zrobiła, zaczęło docierać do niej, a nie chciała pozwolić, żeby to już się stało. Nie teraz. Jeszcze nie teraz. Nie chciała, żeby cokolwiek zakłócało len moment. Zamknęła oczy i słuchała tych wspaniałych słów, które ciągle mówił do niej. Dotykał dłonią jej policzka i delikatnie pocierał kciukiem jej skórę.
    Nagle zapytał o coś, co wymagało odpowiedzi i magia chwili prysnęła.
    – Dlaczego? – zapytał cicho. – Dlaczego zrobiłaś to dzisiaj, ze mną?
    Spięła się, słysząc to trudne pytanie. Westchnęła i wysunęła się z jego ramion. Owinęła się kocem leżącym na brzegu kanapy. Wiedziała o fizycznej intymności, jaką przynosi seks, ale nikt jej nie ostrzegł przed tym dziwnym, krępującym uczuciem następującym potem. Czuła się emocjonalnie naga, wyeksponowana, bez możliwości obrony. Czuła się niezręcznie.
    – Ubierzmy się lepiej – powiedziała nerwowo. – Wtedy odpowiem ci na każde pytanie. Zaraz wracam.
    W swoim pokoju Meredith włożyła niebiesko – biały szlafrok, zawiązała pasek i ciągle boso, zeszła na dół. Mijając zegar w hallu zerknęła na niego. Ojciec powinien być w domu za godzinę.
    Matt rozmawiał przez telefon. Był ubrany, z wyjątkiem krawata, który wcisnął do kieszeni marynarki.
    – Jaki tu jest adres? – zapytał. Podała mu go, a on przedyktował go w słuchawkę. – Taksówka będzie za pół godziny – powiedział. Podszedł do stolika stojącego przy kanapie. Podniósł swoją szklankę z brandy.
    – Mogę cię jeszcze czymś poczęstować? – zapytała Meredith, bo wydało jej się, że dobra gospodyni powinna powiedzieć właśnie coś takiego do swojego gościa, kiedy wizyta zbliżała się ku końcowi. Albo może, zastanawiała się histerycznie, było to pytanie, jakie zwykły zadawać kelnerki?
    – Chciałbym, żebyś odpowiedziała na moje pytanie – powtórzył. – Co spowodowało, że zrobiłaś to dzisiaj wieczorem?
    Wydawało jej się, że słyszy napięcie w jego głosie, ale twarz miał zupełnie pozbawioną wyrazu. Westchnęła i odwróciła wzrok. Nieświadomie wodziła palcami po blacie biurka.
    – Przez całe lata ojciec traktował mnie jak… jak nimfomankę, a ja nie zrobiłam nic, żeby na to zasłużyć. Kiedy dzisiaj wieczorem powiedziałeś, że musi być jakiś powód, dla którego on mnie tak „strzeże”, coś się we mnie przełamało. Zdecydowałam, że jeśli mam być traktowana jak latawica, to równie dobrze mogę w praktyce poznać, jak to jest być z mężczyzną. Jednocześnie zakiełkowała we mnie szalona myśl, żeby ukarać ciebie… i jego też. Chciałam, żebyś się przekonał, że nie miałeś racji.
    Po kilku minutach złowieszczej ciszy Matt powiedział:
    – Mogłaś mnie o tym przekonać, mówiąc po prostu, że twój ojciec jest tyranem i podejrzliwym draniem. Uwierzyłbym ci.
    W głębi serca wiedziała, że to była prawda. Spojrzała na niego niepewnie. Zastanawiała się, czy gniew był jedynym powodem zainicjowania przez nią tego, co się właśnie stało. Może po prostu użyła swojego gniewu jako wybiegu, żeby doświadczyć intymnie, czym jest ten seksualny magnetyzm, który emanował z niego przez cały wieczór. Wykorzystanie. To było właściwe słowo. Czuła się w dziwny sposób winna. Wykorzystała człowieka, którego szalenie polubiła, po to, żeby odegrać się na ojcu. Zapadła przedłużająca się cisza. Wydawało się, że Matt ocenia to, co powiedziała, i to, czego nie powiedziała. Starał się zgadnąć, o czym myślała. Konkluzje, do jakich doszedł, nie zadowalały go najwidoczniej, bo nagle wstał, odstawił szklankę i spojrzał na zegarek.
    – Przejdę się do końca alei.
    – Odprowadzę cię do drzwi.
    Były to uprzejme zdania wymienione między dwójką obcych ludzi, którzy mniej niż godzinę temu byli ze sobą w najbardziej intymny z możliwych sposobów. Kiedy wstawała zza biurka, uderzył ją bezsens tej sytuacji. W tym samym momencie jej bose stopy przykuły jego uwagę. Przeniósł wzrok zaraz na jej twarz, a potem na opadające do ramion włosy. Meredith, bosonoga, z rozpuszczonymi włosami i w długim szlafroku nie wyglądała wcale tak jak wcześniej w wydekoltowanej sukni wieczorowej i z upiętymi w kok włosami. Odgadła pytanie, zanim je jeszcze zadał.
    – Ile masz lat?
    – Niezupełnie tyle… ile myślisz, że mam. – Ile?
    – Osiemnaście.
    Oczekiwała, że w jakiś sposób na to zareaguje, ale tylko rzucił jej długie, twarde spojrzenie. Potem zrobił coś jej zdaniem bezsensownego. Odwrócił się, podszedł do biurka i napisał coś na skrawku papieru.
    – To jest numer mojego telefonu w Edmunton – powiedział, podając go jej. – Jestem tam osiągalny przez następnych sześć tygodni. Potem Sommers będzie wiedział, gdzie mnie szukać.
    Po jego wyjściu poszła na górę. Marszcząc brwi, patrzyła na trzymany w dłoni skrawek papieru. Jeśli w ten sposób Matt dawał jej do zrozumienia, że chciałby, żeby zadzwoniła do niego kiedyś, to zachował się arogancko, niegrzecznie i w sposób przykry dla niej. Było to też trochę upokarzające.
    Przez cały następny tydzień, za każdym razem, kiedy dzwonił telefon, podskakiwała, bojąc się, że to może być Matt. Na samo wspomnienie rzeczy, które razem robili, twarz paliła ją ze wstydu. Chciała zapomnieć i to, i jego samego.
    W następnym tygodniu już wcale nie chciała o tym zapomnieć. Kiedy poczucie winy rozwiało się i przestała się bać, że wszystko się wyda, złapała się na tym, że myśli o nim ciągle, przeżywa na nowo te same chwile i momenty, które jeszcze niedawno chciała zapomnieć. Wieczorami, leżąc w łóżku z twarzą wciśniętą w poduszkę, czuła jego usta na swoim policzku, na karku. Przywoływała w pamięci każde przepojone seksem czułe słówko, które jej szeptał. Na samo wspomnienie czuła dreszcze emocji. Myślała też o innych rzeczach. O tym, jak przyjemnie było jej z nim, kiedy rozmawiali w czasie spaceru w Glenmoor, o tym, jak śmiał się z rzeczy, które mówiła. Zastanawiała się, czy myślał o niej, i jeśli myślał, to dlaczego nie zadzwonił…
    Kiedy i w kolejnym tygodniu nie odezwał się, stwierdziła, że najwyraźniej łatwo było mu ją zapomnieć. Widocznie wcale nie uważał jej za „podniecającą” i „wrażliwą”. Rozpamiętywała wielokrotnie wszystko, co powiedziała do Matta tuż przed jego wyjściem. Zastanawiała się, czy coś, co wtedy powiedziała, mogło być przyczyną jego milczenia. Brała pod uwagę ewentualność, że uraziła go, kiedy wyznała mu prawdę o tym, dlaczego się z nim przespała. Trudno było jednak w to uwierzyć. Matt Farrell nie wątpił ani trochę w swoją atrakcyjność seksualną. Już kiedy tańczyli ze sobą w pierwszych minutach ich znajomości, przedmiotem jego przekomarzania się z nią był seks. Bardziej prawdopodobne było to, że nie zadzwonił, bo uznał, że była za młoda, żeby zaprzątać sobie nią głowę.
    Pod koniec następnego tygodnia Meredith nie chciała już, żeby się odezwał. Okres miała opóźniony o dwa tygodnie i dziękowałaby Bogu, gdyby w ogóle nie poznała Matthew Farrella. Mijał dzień za dniem, a ona nie mogła już myśleć o niczym innym jak tylko o przerażającej ewentualności, że jest w ciąży. Lisa była w Europie i Meredith nie miała nawet komu się zwierzyć. Czas jej się dłużył. Czekała, modliła się i obiecywała sobie żarliwie, że jeśli okaże się, że nie jest w ciąży, to z następnymi kontaktami seksualnymi poczeka, aż będzie mężatką.
    Niestety, albo Pan Bóg nie słuchał jej modlitw, albo był nieczuły na przekupstwo. Jej ojciec był jedynym, który zauważył i kogo obchodziło to, że zamknęła się w sobie i bardzo coś przeżywała.
    – Co się stało, Meredith? – pytał wielokrotnie.
    Jeszcze niedawno największym problemem w jej życiu było to, że nie może studiować na wymarzonej uczelni. Teraz ten problem wydawał się jej niewyobrażalnie mały.
    – Nic się nie stało – odpowiadała. Zbyt się bała, żeby kłócić się z nim o całe zajście z Mattem w Glenmoor. Potem była zbyt zajęta swoimi sprawami, żeby angażować się w jakiekolwiek nowe utarczki z ojcem.
    W sześć tygodni potem, jak spotkała Matta, druga miesiączka nie pojawiła się w przepisowym terminie. Teraz jej obawy przekształciły się w paniczny strach. Próbowała się uspokoić tym, że nie miała porannych mdłości i czuła się normalnie. Zamówiła wizytę u ginekologa i przeprowadzenie próby ciążowej.
    W pięć minut po tym, jak odwiesiła słuchawkę po umówieniu się z lekarzem, do pokoju zapukał jej ojciec. Podszedł do niej i wręczył jej dużą kopertę. Adres zwrotny brzmiał: Uniwersytet Northwestern.
    – Wygrałaś – powiedział zwięźle. – Nie zniosę już dłużej tego twojego nastroju. Studiuj tam, jeżeli to dla ciebie takie cholernie ważne. Oczekuję jednak, że weekendy będziesz spędzać w domu, i to nie podlega absolutnie negocjacjom!
    Otworzyła kopertę. Było w niej zawiadomienie, że została oficjalnie zapisana na jesienny semestr. Zdobyła się tylko na blady uśmiech.
    Meredith nie poszła do swojego lekarza. On był kolegą jej ojca. Zamiast tego udała się do obskurnie wyglądającej Kliniki Planowania Rodziny w południowej części Chicago, gdzie nikt na pewno nie mógł jej rozpoznać. Nie robiący dobrego wrażenia doktor potwierdził jej najgorsze obawy. Była w ciąży.
    Wysłuchała lekarza z dziwnym, nienaturalnym spokojem, ale już kiedy dotarła do domu, odrętwienie przekształciło się w bezrozumną, mocno trzymającą ją w szponach panikę. Nie mogła zdecydować się na usunięcie ciąży, nie sądziła, żeby mogła się zdobyć na oddanie dziecka do adopcji. Nie mogła też zdobyć się na stanięcie przed ojcem z nowiną, że właśnie była u krok od zostania niezamężną matką i o krok od wykreowania najnowszego skandalu w rodzinie Bancroftów. Było jeszcze tylko jedno inne wyjście i na nie Meredith się zdecydowała. Zadzwoniła pod numer, który dał jej Matt. Nikt nie odbierał tam telefonu. Wtedy zadzwoniła do Jonathana Sommersa. Skłamała, że znalazła coś, co należy do Matta, i że musi mu to odesłać. Jonathan podał jej jego adres i powiedział, że Matt jeszcze nie wyjechał do Wenezueli. Jej ojca nie było w domu; wyjechał na kilka dni z miasta. Spakowała małą walizeczkę, zostawiła mu wiadomość, że pojechała odwiedzić przyjaciół, wsiadła do samochodu i pojechała do Indiany.
    W stanie przygnębienia, w jaki zapadła, Edmunton wydało jej się bezbarwnym miasteczkiem, pełnym dymiących kominów fabryk i hut. Adres Matta wskazywał na daleko położone, już właściwie rolnicze tereny, dla niej tak samo bezbarwne jak te przemysłowe. Po pół godzinie krążenia po wiejskich drogach Meredith zrezygnowała z odnalezienia adresu, który miała zapisany. Zatrzymała się w kiepsko wyglądającej stacji benzynowej, żeby zapytać o drogę.
    Ze stacji wyszedł gruby mechanik w średnim wieku. Obrzucił spojrzeniem porsche Meredith, potem ją samą w taki sposób, że skóra jej ścierpła. Pokazała mu adres, który próbowała znaleźć. Zamiast wytłumaczyć jej, jak tam dojechać, odwrócił się i krzyknął:
    – Hej, Matt, czy to nie twoja ulica?
    Meredith zaskoczona obserwowała, jak w części serwisowej stacji mężczyzna, którego głowa tkwiła pod maską starej ciężarówki, prostuje się i odwraca w ich kierunku. To był Matt; ręce miał umazane w smarze, ubrany był w stare, wyblakłe dżinsy i wyglądał dokładnie jak mechanik z jakiegoś zapomnianego przez Boga, małego miasteczka. Była tak zaskoczona jego wyglądem i tak wystraszona ciążą, że nie potrafiła ukryć swojej reakcji. Zauważył to. Pełen zdziwienia powitalny uśmiech zamarł na jego twarzy, kiedy podchodził do jej samochodu. Klasyczne rysy stwardniały. Kiedy odezwał się, jego głos był pozbawiony emocji.
    – Meredith – powiedział, kłaniając się jej lekko. – Co cię tu sprowadza?
    Zamiast patrzeć na nią, skoncentrował się na wycieraniu dłoni ze smaru w ścierkę, którą wyciągnął z tylnej kieszeni spodni. Miała paraliżujące ją wrażenie, że on właśnie zorientował się, dlaczego tu się zjawiła, i to spowodowało ten nagły chłód w jego zachowaniu. W tej chwili życzyła sobie żarliwie, że lepiej by było, żeby nie żyła i nigdy tu nie przyjechała. Wydawało się jasne, że on nie będzie chciał pomóc, a wymuszać na nim niczego nie chciała.
    – Nic szczególnego – skłamała, uśmiechając się bezbarwnie; dłoń kładła już na dźwigni biegów. – Po prostu miałam ochotę na przejażdżkę i okazało się, że jestem w tej okolicy. Teraz jednak lepiej już pojadę i…
    Przestał wpatrywać się w ścierkę i spojrzał na nią. W momencie, kiedy poczuła na sobie parę przenikliwych, szarych oczu, głos jej zamarł. Jego wzrok wydał jej się zimny, badawczy, tak jakby znał już prawdę. Pochylił się i otworzył drzwiczki jej samochodu.
    – Ja poprowadzę – rzucił.
    W stanie niesamowitego napięcia, w jakim była, usłuchała go. Wysiadła z samochodu i obeszła go dookoła. Matt odwrócił się przez ramię do grubego mężczyzny, który stał obok, obserwując z fascynacją i kompletnym brakiem dobrego wychowania rozwój sytuacji.
    – Wrócę za godzinę.
    – Do diabła, Matt, jest już wpół do czwartej – powiedział tamten, pokazując w uśmiechu braki w uzębieniu. – Skończ już na dzisiaj. Taka panienka zasługuje na więcej niż tylko godzinę z tobą.
    Meredith była kompletnie upokorzona, a na dodatek Matt wyglądał na rozwścieczonego. Uruchomił porsche i wystartował w polną drogę, wyrzucając spod kół żwir.
    – Czy mógłbyś trochę zwolnić? – zapytała z drżeniem w głowie. Była zaskoczona i odetchnęła z ulgą, kiedy natychmiast zdjął nogę z gazu. Czując, że powinna nawiązać rozmowę, powiedziała jedyne, co przyszło jej w tej chwili do głowy: – Myślałam, że pracujesz w hucie.
    – Pracuję tam pięć dni w tygodniu. W pozostałe dwa dorabiam tu jako mechanik.
    – Och – powiedziała niezręcznie.
    W parę minut później wjechali w małą polankę otoczoną kilkoma drzewami. Na jej środku stał stary, wysłużony stół piknikowy. W trawie, obok rozpadającego się kamiennego grilla, leżał drewniany znak z zatartym już częściowo napisem: „Tereny piknikowe dla zmotoryzowanych, Klub Lwów z Edmunton”. Wyłączył silnik, a w zapadłej ciszy Meredith słyszała krew pulsującą gwałtownie w jej uszach. Patrzyła prosto przed siebie, próbując stawić czoło rzeczywistości. Siedzący obok niej nieprzenikniony, obcy mężczyzna był tym samym człowiekiem, z którym śmiała się i kochała przed sześcioma tygodniami. Problem, który ją tu sprowadził, przytłaczał ją. Krak zdecydowania potęgował jej zdenerwowanie. Oczy paliły ją od powstrzymywanych łez. Poruszył się, a ona aż podskoczyła. Gwałtownie odwróciła głowę w jego stronę, ale on tylko wysiadł z samochodu. Obszedł go i podszedł do jej drzwiczek. Otworzył je i Meredith wysiadła. Rozglądając się dookoła z udawanym zainteresowaniem, powiedziała:
    – Ładnie tu. – Jej głos brzmiał dla jej własnych uszu głucho i nieswojo. – Powinnam już jednak wracać.
    Nie mówiąc nic, oparł się o stół piknikowy. Spojrzał na nią wyczekująco, marszcząc brwi. Sądziła, że spodziewał się dodatkowych wyjaśnień tłumaczących jej wizytę. Walczyła, żeby zapanować nad sobą, ale jego przedłużające się milczenie i badawczy wzrok utrudniały jej zadanie. Myśli, które przez cały dzień rozlegały się alarmująco w jej głowie, rozpoczęły znowu swój przerażający, monotonny rytm: była w ciąży i miała zostać niezamężną matką, a jej ojciec będzie szalał z wściekłości i bólu. Była w ciąży. Była w ciąży. Była w ciąży z człowiekiem współodpowiedzialnym za jej rozpacz. Siedział tam, patrząc na nią z obojętnym zainteresowaniem naukowca, obserwującego wijącą się pod mikroskopem muchę. Nagle Meredith wybuchnęła zupełnie irracjonalną furią.
    – Jesteś zły z jakiegoś konkretnego powodu czy z przekory nie chcesz się odezwać?
    – Właściwie – odpowiedział bezbarwnie – czekam, żebyś to ty zaczęła.
    – Och! – Wybuch jej gniewu przeszedł nagle w cierpienie i niepewność. Patrzyła badawczo w jego pewną siebie, spokojną twarz. Zmieniając decyzję sprzed kilku minut, postanowiła, że zapyta go o radę. Po prostu poradzi się go i to wszystko. Musiała przecież z kimś o tym porozmawiać! Skrzyżowała ręce na piersi, chroniąc się jakby przed reakcją Matta. Odchyliła głowę do tyłu, przełykając z trudem ślinę. Udawała, że podziwia baldachim z liści nad ich głowami. – Prawdę mówiąc, miałam konkretny powód, żeby tu przyjechać.
    – Tak sądziłem.
    Spojrzała na niego, próbując zgadnąć, czy domyślał się czegoś więcej, ale twarz miał nieprzeniknioną. Przeniosła wzrok z powrotem na liście. Ich obraz rozmył się, kiedy gorące łzy stanęły jej w oczach.
    – Jestem tu dlatego, że… – Nie mogła zmusić się do wypowiedzenia tych okropnych, zawstydzających słów.
    – Dlatego, że jesteś w ciąży – dokończył za nią beznamiętnie.
    – Jak udało ci się tego domyślić? – zaśmiała się cierpko.
    – Tylko dwie rzeczy mogły cię tu sprowadzić. To była właśnie jedna z nich.
    Z przygnębieniem zapytała:
    – A ta druga rzecz?
    – Moje wspaniałe umiejętności taneczne?
    On żartował. Ta zaskakująca odpowiedź spowodowała, że Meredith nie wytrzymała. Łzy popłynęły gwałtownie; zakryła twarz dłońmi, drżała cała, szarpana łkaniem. Poczuła, że Matt kładzie ręce na jej ramionach. Pozwoliła, żeby przyciągnął ją między swoje uda, i znalazła się w jego objęciach.
    – Jak możesz ż – żartować w takiej chwili? – łkała w jego pierś, ale była jednocześnie zadowolona z cichego komfortu, jaki oferował jej ten uścisk. Wcisnął w jej dłoń chusteczkę. Meredith wzruszyła ramionami, starając się opanować. – Nie krępuj się, powiedz to – powiedziała, wycierając oczy. – Byłam głupia, że pozwoliłam, żeby to się stało.
    – Jeśli o to chodzi, nie będę się specjalnie sprzeciwiał.
    – Dziękuję – powiedziała z sarkazmem – teraz na pewno poczułam się lepiej. – W tej chwili dotarło do niej, że zareagował na to wszystko z zadziwiającym, godnym podziwu spokojem, a jej zachowanie tylko pogarszało sytuację.
    – Czy jesteś absolutnie pewna, że jesteś w ciąży? Skinęła głową.
    – Byłam dzisiaj rano w klinice. Powiedzieli, że to szósty tydzień. Jestem też pewna, że to twoje dziecko, jeśli się nad tym zastanawiasz, ale jesteś zbyt dobrze wychowany, żeby zapytać wprost.
    – Aż tak dobrze wychowany nie jestem – powiedział gorzko. Spojrzała na niego z urazą, mokrymi od łez turkusowymi oczami. To, co powiedział, uznała za wyzwanie, ale on zaprzeczył ruchem głowy, uciszając jej wybuch.
    – To nie kurtuazja powstrzymała mnie od zadania takiego pytania, ale znajomość podstaw biologii. Nie mam wątpliwości, że to moje dziecko.
    Oczekiwała, że będzie rzucał oskarżenia, że będzie zszokowany, rozgoryczony; jego spokojna reakcja, pozbawione emocji, logiczne podejście do sprawy działało na nią niesamowicie uspokajająco i było całkowicie zaskakujące. Otarła łzy. Wpatrywała się w guzik jego niebieskiej koszuli i usłyszała pytanie, które torturowało ją przez ostatnie godziny:
    – Co chcesz zrobić?
    – Najchętniej zabiłabym się – powiedziała z konsternacją.
    – A kolejna ewentualność?
    Uniosła gwałtownie głowę, bo wydało jej się, że w jego głowie słyszy powstrzymywany śmiech. Zakłopotana, zmarszczyła brwi. Spojrzała na niego. Uderzyła ją emanująca z jego twarzy Nita. Była zaskoczona zrozumieniem, jakie zobaczyła w jego spojrzeniu. Odchyliła się nieco do tyłu. Musiała pomyśleć.; Rozczarowana, poczuła, że Matt natychmiast uwolnił ją z objęć. Jego spokojna akceptacja faktów udzieliła się jej jednak.: Myślała o wiele bardziej racjonalnie niż do tej pory.
    – Wszystkie ewentualności są przerażające. Lekarz w klinice uważa, że aborcja to logiczne wyjście… – Zawiesiła głos w oczekiwaniu, że zacznie nalegać, żeby właśnie to zrobiła. Byłaby o krok od uznania, że ta myśl jest mu obojętna albo że się, wręcz z nią zgadza, gdyby nie wychwyciła mocnego skurczu jego szczęk. Mimo to jednak nie była całkowicie pewna jego reakcji. Odwróciła głowę, jej głos się załamał. – Ale… ale nie sądzę, żebym mogła zdecydować się na coś takiego. Nawet gdybym to zrobiła, nie wiem, czy mogłabym potem żyć ze świadomością tego. – Wzięła głęboki oddech, próbując opanować drżenie głosu. – Mogłabym urodzić dziecko i oddać je do adopcji, ale to nie byłoby rozwiązaniem problemu. Nie dla mnie. W dalszym ciągu musiałabym powiedzieć ojcu, ze jestem niezamężną matką, a to złamałoby mu serce. Nigdy by mi tego nie przebaczył. Wiem, że tak by było! I… i zaczęłam sobie wyobrażać, jak kiedyś moje dziecko czułoby się, zastanawiając się, dlaczego je oddałam. Wiem, że przez resztę życia zastanawiałabym się na widok każdego dziecka, czy to nie jest to moje, czy ono myśli o mnie, może mnie szuka. – Otarła kolejną łzę. – Nie mogłabym żyć z takimi wątpliwościami i z poczuciem winy. – Zerknęła w jego nieprzeniknioną twarz. – Czy mógłbyś powiedzieć, co o tym myślisz?
    – Jak tylko powiesz coś, z czym się nie zgadzam, powiem ci o tym – rzekł to pełnym autorytetu tonem, jakiego nigdy jeszcze nie użył w stosunku do niej.
    Była skonsternowana brzmieniem jego głosu, ale pocieszała się znaczeniem tego, co powiedział. Pocierając nerwowo dłońmi o spodnie, ciągnęła dalej:
    – Ojciec rozwiódł się z moją matką, dlatego że ona sypiała ze wszystkimi wkoło. Jeśli wrócę do domu i powiem mu, że jestem w ciąży, wyrzuci mnie. Teraz nie mam pieniędzy, ale kiedy skończę trzydzieści lat, dostanę spadek. Mogę spróbować do tego czasu wychowywać moje dziecko sama…
    Przemówił wreszcie. Powiedział dwa zwięzłe, wyjaśniające sytuację słowa:
    – Nasze dziecko.
    Skinęła głową. Czuła ulgę wywołującą niemal łzy.
    – Ostatnia ewentualność nie… nie będzie ci się podobać. Mnie ona się też nie podoba. Jest wstrętna… – Zawiesiła głos upokorzona. Potem zebrała odwagę i zaczęła mówić, szybko wyrzucając z siebie słowa: – Matt, czy zgodziłbyś się pomóc mi przekonać mojego ojca, że zakochaliśmy się w sobie i zdecydowaliśmy się… pobrać od razu? Za kilka tygodni moglibyśmy powiedzieć mu, że jestem w ciąży? Oczywiście rozwiedlibyśmy się, jak tylko dziecko by się urodziło. Zgodziłbyś się na coś takiego?
    – Bardzo niechętnie – rzucił po przedłużającej się przerwie. Meredith odwróciła głowę. Była upokorzona do granic wytrzymałości i przez to zastanawianie się i daleką od uprzejmości akceptację.
    – Dziękuję, że jesteś taki rycerski – powiedziała z sarkazmem. – Z przyjemnością dam ci oświadczenie na piśmie, że nie będę od ciebie niczego chciała dla dziecka i że obiecuję dać ci rozwód. Mam w torebce długopis – dodała, ruszając w stronę samochodu, zdenerwowana i zdecydowana napisać taką umowę tu i teraz.
    Kiedy przechodziła obok niego, chwycił ją za ramię, zatrzymując gwałtownie i obracając do siebie.
    – Spodziewałaś się, że jak zareaguję? – wycedził. – Czy nie sądzisz, że to trochę mało romantyczne z twojej strony mówić, że myśl o wyjściu za mnie wydaje ci się „wstrętna” i mówić o rozwodzie na tym samym oddechu, na którym mówisz o małżeństwie?
    – „Mało romantyczne”? – powtórzyła, patrząc na jego surową twarz. Chciała się zaśmiać histerycznie ze sposobu, w jaki wyolbrzymiał fakty. Jednocześnie przerażał ją jego gniew. Po chwili jednak dotarła do niej reszta tego, co powiedział, i jej radość prysła. Poczuła się jak bezmyślne dziecko. – Przepraszam – powiedziała, patrząc prosto w zagadkowe, szare oczy. – Naprawdę mi przykro. To nie myśl o wyjściu za ciebie wydaje mi się „wstrętna”. Miałam na myśli to, że pobieranie sio dlatego, że ja już jestem w ciąży, jest wstrętnym powodem, żeby robić coś, co dwoje ludzi robi zwykle z miłości.
    Z wielką ulgą obserwowała, jak wyraz jego twarzy złagodniał.
    – Jeżeli zdążymy do sądu przed piątą – powiedział, prostując się i przejmując inicjatywę – to weźmiemy po drodze potrzebne dokumenty i pobierzemy się w sobotę.
    Zgromadzenie dokumentów niezbędnych do zawarcia małżeństwa wydało się Meredith przerażająco łatwe. Poczuła się przytłoczona tym, jak małą wagę przykładano do tak ważnego w życiu człowieka wydarzenia. Stała obok Matta, przedkładając papiery potwierdzające jej wiek i tożsamość. Patrzyła, jak on składa podpis, i sama podpisała się pod nim. Potem wyszli ze starego budynku sądu w centrum miasta, podczas gdy odźwierny czekał niecierpliwie, żeby zamknąć za nimi drzwi. Byli zaręczeni. Ot tak, po prostu, bez żadnych emocji.
    – Zdążyliśmy w ostatniej chwili – powiedziała z beztroskim, kruchym jednocześnie uśmiechem i ściśniętym żołądkiem. – Gdzie teraz jedziemy? – zapytała, wsiadając do samochodu i odruchowo prowadzenie zostawiając jemu.
    – Zabieram cię do domu.
    – Do domu? – powtórzyła spięta. Zauważyła, że nie był ani trochę zadowolony z tego, co przed chwilą zrobili. Ona czuła to samo. – Nie mogę wrócić do domu, dopóki się nie pobierzemy.
    – Nie mówię o tej kamiennej fortecy w Chicago – skorygował. Wsiadł do samochodu obok niej. – Mówiłem o moim domu.
    Mimo że była zmęczona, jak zwykle takie lekceważące określenie jej domu wywołało jej uśmiech. Utwierdzała się w przekonaniu, że nic nie było w stanie wprowadzić w podziw albo zastraszyć Matthew Farrella. Odwracając się w jej stronę, oparł ramię o tył siedzenia. Jego głos zabrzmiał nieprzejednanie; przestała się uśmiechać.
    – Zgodziłem się, żeby złożyć nasze papiery w urzędzie, ale przed zrobieniem ostatecznego kroku musimy uzgodnić kilka spraw.
    – Jakich spraw?
    – Jeszcze nie wiem. Porozmawiamy o tym w domu.
    W trzy kwadranse później Matt zjechał z otoczonej z obydwu stron wypielęgnowanymi polami kukurydzy państwowej drogi w pokrytą koleinami boczną ulicę. Samochód podskakiwał i kołysał się na deskach drewnianego mostka przewieszonego przez mały strumyk, który minęli. Droga łagodnie skręciła i Meredith zobaczyła po raz pierwszy miejsce, które on nazywał domem. Staromodny budynek ostro kontrastował z dobrze utrzymanymi, zadbanymi polami, które minęli. Sprawiał wrażenie opuszczonego. Ściany wymagały malowania. Na drzwiach chwasty walczyły o miejsce z trawą, a drzwi do stajni, na lewo od głównego budynku, zwisały zawadiacko na jednym zawiasie. Pomimo tego wszystkiego udawało się znaleźć ślady mówiące o tym, że miejsce to było kiedyś kochane i zadbane. Różowe róże były w pełnym rozkwicie. Pięły się dzikim gąszczem po drewnianych kratkach obok ganku. Drewniana huśtawka przymocowana była do konara potężnego dębu rosnącego przed domem.
    W czasie jazdy tutaj Matt opowiedział, że jego matka zmarła przed siedmioma laty, po ciężkiej batalii z rakiem. Teraz mieszkał tu z ojcem i szesnastoletnią siostrą. Meredith denerwowała się na myśl o poznaniu jego rodziny. Ruchem głowy wskazała na rolnika jeżdżącego po polu traktorem.
    – Czy to twój ojciec?
    Matt zatrzymał się na chwilę, pochylając się, żeby otworzyć jej drzwiczki. Zerknął za jej wzrokiem i pokręcił przecząco Kłową.
    – To sąsiad. Przed laty sprzedaliśmy większość naszej ziemi, a resztę wydzierżawiliśmy jemu. Mój ojciec po śmierci matki stracił resztki zainteresowania prowadzeniem gospodarstwa.
    Kiedy wchodzili na ganek, zobaczył, jak bardzo jest spięta. Położył rękę na jej ramieniu:
    – Co się dzieje?
    – Jestem śmiertelnie przerażona na myśl o poznaniu twojej godziny.
    – Nie masz się czego bać. Moja siostra uzna, że jesteś fascynująca i światowa, bo mieszkasz w dużym mieście. – Przez chwilę wahał się, po czym dodał: – Mój ojciec pije, Meredith. Zaczął, kiedy dowiedział się, że choroba matki jest nieuleczalna. Ma stałą pracę i nigdy nie jest agresywny. Mówię to, żebyś potrafiła go zrozumieć i potraktowała ulgowo. Jest trzeźwy od kilku miesięcy, ale to się może zmienić w każdej chwili. – Nie powiedział tego tonem usprawiedliwienia. Było to stwierdzenie faktu, wypowiedziane spokojnie, głosem nie zawierającym krytyki.
    – Rozumiem – powiedziała, chociaż nigdy w życiu nie miała nic wspólnego z alkoholikiem i nie rozumiała tego absolutnie.
    Nie musiała dłużej martwić się tym problemem, ponieważ w tym momencie drzwi na ganek otworzyły się z hukiem i wypadła przez nie szczupła dziewczyna. Miała ciemne włosy tak jak Matt i takie same szare oczy. Wpatrywała się w stojący przed domem samochód.
    – Boże mój, Matt, to porsche! – Włosy miała obcięte prawie tak krótko jak Matt i to sprawiało, że śliczne rysy jej twarzy były jeszcze bardziej wyraziste. Z nabożnym zdziwieniem zwróciła się do Meredith: – Czy to twój samochód?
    Meredith skinęła głową. Ujęła ją ta dziewczyna, tak bardzo podobna fizycznie do Matta, a nie mająca ani trochę jego rezerwy w zachowaniu. Od razu ją polubiła.
    – Musisz być niesamowicie bogata – ciągnęła szczerze i niewinnie. – To znaczy, Laura Frederickson jest bardzo bogata, ale ona nigdy nie miała porsche.
    Meredith była zaskoczona tematem rozmowy i zaciekawiona Laurą Frederickson. Matt wyglądał na poirytowanego wspomnieniem i jednego, i drugiego.
    – Przestań, Julie – upomniał ją.
    – O przepraszam – powiedziała, uśmiechając się do niego i zwróciła się do Meredith: – Cześć, jestem koszmarnie źle zachowującą się siostrą Matta. Wchodzicie do środka? – Otworzyła przed nimi drzwi. – Tata poszedł jakiś czas temu na górę – dodała w stronę Matta. – Pracuje w tym tygodniu na zmianie od jedenastej wieczór. Obiad będzie więc na wpół do ósmej. Może być?
    – W porządku – powiedział Matt, kładąc rękę na plecach Meredith i kierując ją do środka.
    Meredith rozejrzała się. Serce waliło jej gwałtownie na myśl o spotkaniu z ojcem Matta. Wnętrze domu sprawiało podobne wrażenie jak jego otoczenie. Było w przyjemny sposób staroświeckie z oznakami zaniedbania i zużycia, które przyćmiewały jego wczesnoamerykański urok. Drewniane podłogi były porysowane i zdarte, a porozkładane tu i ówdzie plecione dywaniki wytarte i wyblakłe. Na prawo od wyłożonego cegłami i obudowanego półkami na książki kominka stała para zdobionych gałkami, zielonych foteli. Zwrócone były przodem do kanapy obitej wzorzystym materiałem dawno temu przedstawiającym jesienne liście. Pokój ten przechodził dalej w jadalnię z meblami z klonowego drewna. Poza nią otwarte drzwi pozwalały zobaczyć kuchnię z ustawionym na nóżkach zlewem. Schody znajdujące się na prawo prowadziły z jadalni na piętro. Schodził nimi bardzo wysoki, szczupły mężczyzna o siwiejących włosach i twarzy pokrytej głębokimi bruzdami. W jednej dłoni niósł gazetę, a w drugiej wypełnioną ciemnobursztynowym płynem szklaneczkę. Niefortunnie Meredith nie widziała go aż do tej chwili. Skrępowanie, jakie czuła rozglądając się dookoła, było wyryte na jej twarzy aż do chwili, kiedy jej wzrok przykuła trzymana przez niego szklaneczka.
    – Co tu się dzieje? – zapytał, wchodząc do jadalni; wodził wzrokiem od Meredith do Matta i Julie, która krążyła wokół kominka, ukradkiem podziwiając spodnie Meredith, jej włoskie sandały i długą bluzkę w kolorze khaki.
    Odpowiadając na pytanie, Matt przedstawił ojcu i siostrze Meredith:
    – Meredith i ja poznaliśmy się, kiedy byłem w Chicago w ubiegłym miesiącu – dodał. – Pobieramy się w sobotę.
    – Coo robicie? – zaakcentował mocno jego ojciec.
    – Fantastycznie! – wykrzyknęła Julie, zmieniając kierunek dyskusji. – Zawsze chciałam mieć starszą siostrę, ale nigdy nie wyobrażałam sobie, że zjawi się ze swoim własnym porsche!
    – Z czym? – Patrick Farrell zażądał wyjaśnień od swojej nieodpowiedzialnej córki.
    – Z porsche – odpowiedziała pełna zachwytu Julie.
    Podbiegła do okna i uchyliła zasłonę, żeby mógł go zobaczyć. Samochód Meredith błyszczał w słońcu, wysmukły, biały i bardzo kosztowny. Tak samo nie pasował tutaj jak i ona. Najwyraźniej Patrick był takiego właśnie zdania, ponieważ kiedy przeniósł spojrzenie z samochodu na Meredith, zmarszczył swoje krzaczaste brwi, aż cienkie kreski między jego wyblakłymi, niebieskimi oczami zmieniły się w głębokie bruzdy.
    – Chicago? – powiedział. – Byłeś w Chicago tylko kilka dni!
    – Miłość od pierwszego wejrzenia! – zadeklarowała Julie, przerywając nagle pełną napięcia ciszę. – Jakie to romantyczne!
    Patrick Farrell widział przed chwilą niepewny wyraz jej twarzy, kiedy rozglądała się po domu. Przypisał tę reakcję jej pogardzie dla tego miejsca i dla niego samego. Nie brał pod uwagę tego, że mogła to być reakcja wywołana jej własną, przerażająco niepewną przyszłością. Zerknął znowu przez okno na jej samochód, po czym odwrócił się i spojrzał w jej zastygłą twarz.
    – Miłość od pierwszego wejrzenia – powtórzył, przypatrując się jej z nieukrywanym powątpiewaniem. – Czy to właśnie tak było?
    – Najwyraźniej – powiedział Matt tonem ostrzegającym go, żeby lepiej zaniechał tego tematu. Potem zapytał Meredith, czy nie chciałaby odpocząć przed obiadem, ratując ją tym praktycznym pytaniem z opresji. Meredith z ochotą uchwyciłaby się drutu kolczastego, byleby tylko wyciągnąć się z tej sytuacji. Był to drugi, najbardziej upokarzający moment w jej życiu, poza powiedzeniem Mattowi, że jest w ciąży. Skinęła głową, a Julie nalegała, żeby Meredith umieścić w jej pokoju. Matt poszedł do samochodu po jej bagaże.
    Na górze Meredith usiadła ciężko na szerokim łóżku Julie. Była przygnębiona. Matt położył jej torbę na krześle.
    – Najgorsze mamy za sobą – powiedział cicho.
    Nie patrząc na niego, potrząsnęła głową. Zaciskała nerwowo leżące na kolanach dłonie.
    – Nie sądzę. Myślę, że to dopiero początek. – Biorąc na warsztat najmniejszy z piętrzących się przed nią problemów, powiedziała: – Twój ojciec mnie nie cierpi.
    W głosie Matta zabrzmiał śmiech:
    – Wasze spotkanie mogło wypaść lepiej, gdybyś nie patrzyła na jego szklaneczkę mrożonej herbaty jak na wijącego się węża.
    Opadła na plecy i zapatrzyła się w sufit. Była zawstydzona i zaskoczona. Przełknęła głośno.
    – Naprawdę tak to wypadło? – zapytała ochryple, zamykając jednocześnie oczy, jakby to mogło wymazać obraz całej tej sytuacji.
    Matt spojrzał na nią: na zdenerwowaną piękną dziewczynę leżącą na łóżku, niczym rzucony niedbale kwiat. Oczami wyobraźni zobaczył ją taką, jaką była przed sześcioma tygodniami w klubie: pełną uśmiechów, figlarności, robiącą wszystko, co tylko możliwe, żeby się dobrze bawił. Kiedy odnotowywał zmiany, które w niej zaszły, uderzyła go dziwnie nowa dla niego myśl. Jego umysł wychwycił absurdalność ich problemu: Nie znali swoich osobowości, ale znali intymnie swoje ciała.
    W porównaniu z innymi kobietami, z którymi sypiał, Meredith była zupełnie niedoświadczona, była jednak w ciąży i to było jego dziecko.
    Dzieliła ich szeroka na tysiące mil przepaść towarzyska. Mieli zamiar zniwelować ją przez małżeństwo, a potem jeszcze bardziej rozszerzyć ją rozwodem.
    Nie mieli ze sobą nic wspólnego, nic poza jedną zaskakującą nocą – pełną słodkiej, gorącej miłości, kiedy to kusząca prowokatorka w jego ramionach stała się nagle przestraszoną dziewicą, a potem cudownie dręczącym zjawiskiem. Była to niezapomniana dla niego noc, której wspomnienie ścigało go przez całe tygodnie. Była to noc, kiedy dał się uwieść, po to tylko, żeby samemu stać się aktywnym uwodzicielem, który był bardziej niż kiedykolwiek w swoim życiu zdeterminowany, żeby zapewnić im obojgu rozkosz, jakiej nigdy nie zapomną.
    I na pewno udało mu się to.
    Dzięki swojej nieprześcignionej pracowitości i determinacji w tym przedsięwzięciu stał się ojcem.
    Żona i dziecko teraz z pewnością nie były częścią opracowanego w szczegółach panu życiowego Matta; z drugiej jednak strony, przygotowując ten plan, a potem wprowadzając go w życie przez długich dziesięć lat, wiedział, że prędzej czy później coś nieprzewidzianego się wydarzy i będzie musiał zaadaptować swój plan tak, żeby uwzględniał nowe wymogi. Odpowiedzialność za Meredith i dziecko przyszła w bardzo nieodpowiednim czasie. Matt był jednak przyzwyczajony do zmagania się z potężnymi problemami. Bardziej niż nowe obowiązki niepokoiły go jednak teraz inne sprawy. Jedną z najbliższych był brak nadziei i uśmiechu w twarzy Meredith Bancroft. Nigdy nic uwierzyłby, że brak tych dwóch elementów na jej twarzy zmartwi go aż tak bardzo. To z tego właśnie powodu nachylił się nad nią, opierając dłonie po obu stronach jej ramion. Głosem, który miał zabrzmieć żartobliwie, rzucił szorstko:
    – Rozchmurz się, śpiąca królewno!
    Otworzyła gwałtownie oczy, zmarszczyła brwi. Spojrzała na jego uśmiechnięte usta, potem z zakłopotaniem i udręką zerknęła w jego oczy.
    – Nie mogę – szepnęła ochryple. – Cały ten pomysł jest szalony. Dopiero teraz to widzę. Jeśli się pobierzemy, to tylko pogorszymy jeszcze sytuację i naszą, i dziecka.
    – Dlaczego tak mówisz?
    – Dlaczego? – powtórzyła, czerwieniąc się z upokorzenia. – Jak możesz o to pytać? Mój Boże, przecież po tej nocy nawet nie umówiłeś się ze mną. Nawet nie zadzwoniłeś. Jak mogę…
    – Miałem zamiar zadzwonić do ciebie – przerwał jej. Wzniosła oczy do góry w geście niedowierzania, a on kontynuował. – Za rok albo dwa, jak tylko wróciłbym z Ameryki Południowej.
    Gdyby nie była tak przygnębiona, zaśmiałaby mu się w twarz, słysząc to oświadczenie. Jego następne słowa wypowiedziane ze spokojem i mocą zaskoczyły ją i wyciszyły tamten bunt.
    – Jeślibym chociaż przez chwilę pomyślał, że ty możesz chcieć, żebym się odezwał, zadzwoniłbym już dawno.
    Meredith była jednocześnie pełna niedowierzania i bolesnej nadziei. Przymknęła oczy. Starała się bez powodzenia uporządkować swoje odczucia. Wszystko było ekstremalne: rozpacz, ulga, nadzieja, radość.
    – Uśmiechnij się! – zarządził ponownie Matt.
    Był niesamowicie zadowolony, że ona najwyraźniej chciała kontynuować ich znajomość. Przed sześcioma tygodniami sądził, że Meredith w ostrym świetle dnia oceni na nowo całą sytuację i zdecyduje, że jego jednoczesny brak pieniędzy i pozycji towarzyskiej są przeszkodami nie do pokonania i uniemożliwiają kontynuowanie ich znajomości w jakiejkolwiek formie. Wydawało się, że nie podchodziła do sprawy w ten sposób. Westchnęła i dopiero kiedy się odezwała, Matt zorientował się, że stara się mimo wszystko rozchmurzyć, tak jak ją o to prosił. Z niepewnym uśmiechem, nadając głosowi posępne brzmienie, powiedziała:
    – Masz zamiar być wielkim zrzędą?
    – Myślę, że to powinno być moje zadanie.
    – Jesteś pewien?
    – Uhm – powiedział. – Będę zrzędliwym małżonkiem.
    – Jacy są mężowie?
    Spojrzał na nią z udawaną wyższością.
    – Mężowie wydają rozkazy.
    Jej uśmiech i głos kłóciły się wyraźnie z jej następnymi słowami.
    – Chciałbyś się o to założyć?
    Oderwał spojrzenie od jej kuszących ust i spojrzał w błyszczące oczy. Oczarowany nimi powiedział otwarcie:
    – Nie.
    I wtedy stało się coś, czego się najmniej spodziewał. Zorientował się, że Meredith płacze, zamiast się śmiać. Już sobie wyrzucał, że to z jego winy tak się dzieje, ale wtedy właśnie ona objęła go mocno i przyciągnęła do siebie. Leżał obok niej na łóżku, a ona ukryła twarz w zakolu między jego szyją a ramieniem. Pozwoliła mu się objąć, drżała cała. Kiedy po kilku minutach w końcu się odezwała, trudno mu było zrozumieć jej słowa zniekształcone przez łzy.
    – Czy żona farmera musi robić przetwory i kisić różne rzeczy na zimę?
    Matt stłumił śmiech i głaszcząc jej wspaniałe włosy powiedział:
    – Nie musi.
    – Dobrze, bo ja tego nie umiem robić.
    – Nie jestem farmerem – przypomniał jej znowu. – Wiesz przecież o tym.
    Prawdziwy powód jej rozpaczy ujawnił się razem z potokami łez pełnych głębokiego żalu.
    – W przyszłym miesiącu miałam rozpocząć studia. Ja muszę studiować, Matt. Ja p – planowałam, że pewnego dnia zostano prezydentem.
    Matt zaskoczony schylił głowę, starając się dostrzec jej twarz.
    – To nie byle jaki cel – wyrwało mu się, zanim zdążył się powstrzymać. – Prezydent Stanów Zjednoczonych…
    Ta ostatnia uwaga, wypowiedziana całkiem poważnym tonom spowodowała wybuch okraszonego łzami śmiechu z ust nieszablonowej kobiety, którą trzymał w objęciach.
    – Nie Stanów Zjednoczonych, tylko domu handlowego! – poprawiła go, a wspaniałe oczy, którymi spojrzała na niego, były nagle pełne łez śmiechu, a nie rozpaczy.
    – Dzięki Bogu i za to – zażartował. Tak bardzo chciał utrzymać jej dobry nastrój, że lekko traktował wypowiadane przez siebie słowa. – W ciągu najbliższych kilku lat mam zamiar stać się całkiem bogatym człowiekiem, ale kupienie ci prezydentury Stanów Zjednoczonych nawet wtedy mogłoby być poza moimi możliwościami.
    – Dziękuję – szepnęła.
    – Za co?
    – Za to, że mnie rozśmieszyłeś. Nie płakałam tyle od czasu, kiedy byłam dzieckiem. Teraz wydaje mi się, że nie mogę przestać.
    – Mam nadzieję, że nie śmiałaś się z tego, co powiedziałem o tym, że będę kiedyś bogaty.
    Meredith wyczuła, że pomimo jego lekkiego tonu była to dla niego bardzo ważna sprawa. Spoważniała. W rysach jego twarzy dostrzegła zdecydowanie, inteligencję i trudne doświadczenia wyryte w szarych oczach. Życie nie dawało mu takich ułatwień, jakie oferowało młodym ludziom z jej sfery. Wyczuła instynktownie, że Matt Farrell ma tę rzadką siłę wewnętrzną, idącą w parze z nieprzepartą chęcią osiągnięcia celu. Wyczuła w nim coś jeszcze innego. Pomimo jego arbitralnej postawy życiowej i cynizmu, jaki w nim wychwyciła, była w nim ukryta gdzieś głęboko zdumiewająca łagodność. Dowodem na to było jego dzisiejsze zachowanie. To ona sprowokowała ich zbliżenie przed sześcioma tygodniami. Jej ciąża i to pospieszne małżeństwo na pewno w takim samym stopniu rujnowało jego życie, jak i jej. Pomimo to jednak ani razu nie wypomniał jej głupoty i lekkomyślności ani też nie powiedział, żeby „poszła do diabła”, kiedy prosiła go, żeby się z nią ożenił. A właściwie takiej właśnie reakcji się spodziewała.
    Patrzyła na niego, a on wiedział, że ocenia jego możliwości zrealizowania tych planów. Zdawał sobie też sprawę z tego, jak dziwaczne mogą się jej one wydać. Zwłaszcza teraz. Tego wieczoru, kiedy ją poznał, przynajmniej wyglądał na człowieka sukcesu. Teraz wiedziała już, skąd pochodził; widziała go grzebiącego pod maską starej ciężarówki, z dłońmi umazanymi smarem. Zapamiętał ten nagły szok i niechęć malującą się na jej twarzy. Dlatego też teraz, patrząc w dół na jej śliczną twarz, oczekiwał, że zacznie się śmiać z jego zamierzeń. Nie, to nie byłby śmiech. Była zbyt dobrze wychowana, żeby zaśmiać mu się w twarz. Zniżyłaby się do jego poziomu, powiedziałaby coś protekcjonalnego, co on wyczułby natychmiast. Jej szczere oczy zdradziłyby jej prawdziwe myśli.
    W końcu odezwała się cichym głosem, pełnym zastanowienia, ale i odrobinę żartobliwym:
    – Masz zamiar zawojować cały świat, prawda?
    – Zgadza się – potwierdził.
    Był kompletnie zszokowany, kiedy Meredith Bancroft wyciągnęła dłoń i nieśmiało dotknęła napiętych mięśni jego szczęki, musnęła policzek. Teraz uśmiechały się też jej oczy, błyszczały. Miękko, ale z absolutnym przekonaniem w głosie szepnęła:
    – Jestem pewna, Matt, że ci się to uda.
    Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu; poczuł się oszołomiony dotykiem jej palców, bliskością jej ciała, wyrazem oczu. Przed sześcioma tygodniami podniecała go szaleńczo; teraz w ciągu kilku chwil ten ukryty pociąg wybuchnął z siłą, która kazała mu nachylić się i zagarnąć jej usta w mocnym, pełnym głodu pocałunku. Rozkoszował się nim, zaskoczony swoją własną gwałtownością i tym, że musiał zwolnić jego tempo i powoli nakłonić jej usta, żeby się uchyliły. Instynktownie wyczuł, że jej uczucia nie są tak pełne żaru jak jego. A kiedy jej usta w końcu uległy, był zaskoczony ogarniającym go przypływem triumfu. Stracił poczucie rzeczywistości; uniósł się i mocno przycisnął do niej całe swoje napięte ciało. Prawie jęknął, kiedy po kilku minutach oderwała się od niego i oparła dłońmi na jego piersi, odpychając go lekko od siebie.
    – Twoja rodzina – wyrzuciła z siebie z desperacją. – Są na dole…
    Matt niechętnie zdjął dłoń z jej nagiej piersi. Rodzina. Zapomniał o tym wszystkim. Wtedy, na dole, było jasne, że jego ojciec wyciągnął prawidłowy wniosek, co do powodu ich pospiesznego małżeństwa, i zupełnie błędnie ocenił, jakiego rodzaju kobietą była Meredith. Musiał zejść na dół i wyjaśnić to. Nie chciał utwierdzać ojca w błędnym przekonaniu, że Meredith była bezwartościową, bogatą pannicą, przez pozostawanie z nią teraz w tej sypialni. Był zdziwiony, że nie pomyślał o tym; bardziej jeszcze zaskoczyło go to, że przy niej zupełnie się nie kontrolował. Pragnął ją teraz posiąść szybko i całkowicie. Coś takiego nie zdarzyło mu się nigdy dotąd.
    Odchylił do tyłu głowę, odetchnął głęboko, żeby opanować emocje, i wstał z łóżka, usuwając się z zasięgu pokusy. Oparł turnię o obramowanie łóżka i obserwował, jak poderwała się do pozycji siedzącej. Skrępowana, zerknęła na niego, próbując pospiesznie uporządkować ubranie. Uśmiechnął się, kiedy zobaczył, jak wstydliwie okrywa piersi, które jeszcze przed chwilą całował i pieścił.
    – Zaryzykuję, że zabrzmi to skandalicznie – zauważył mimochodem – ale zaczyna mi się wydawać, że fikcyjne pobieranie się w naszym wypadku to nie tylko barbarzyństwo, ale rzecz wręcz niepraktyczna. To pewne, że jesteśmy sobą zainteresowani seksualnie. Spłodziliśmy dziecko. Może powinniśmy dać sobie szansę i spróbować żyć jak prawdziwe małżeństwo. – Wzruszając lekko szerokimi ramionami, z uśmiechem igrającym na ustach dodał: – Kto wie, może by się nam to spodobało.
    Meredith nie byłaby bardziej zdziwiona, gdyby nagle wyrosły mu skrzydła i zacząłby fruwać po pokoju. Po chwili zdała sobie jednak sprawę, że on zaledwie rozpatruje to jako ewentualność, a nie sugeruje, żeby tak zrobić. Czuła urazę za jego nieprzemyślane słowa i jednocześnie dziwny rodzaj zadowolenia i wdzięczności, że w ogóle pomyślał o tym. Milczała.
    – Nie musimy się spieszyć – wyprostował się i z łobuzerskim uśmiechem dodał: – Mamy kilka dni na podjęcie decyzji.
    Wpatrywała się w drzwi, za którymi zniknął, całkowicie oszołomiona tempem, z jakim wyciągał wnioski, wydawał polecenia i zmieniał tematy rozmów. Matthew Farrell był kilkoma różnymi i zaskakująco odmiennymi osobowościami. Kim był, tak naprawdę, tego wcale nie była pewna. Wtedy wieczorem, kiedy się poznali, dostrzegła w nim lodowatą szorstkość; jednocześnie tej samej nocy śmiał się z jej żartów, spokojnie rozmawiał z nią o swoich sprawach, całował ją do nieprzytomności i kochał się z nią z pasją i nadzwyczajną czułością. Czuła jednak, że łagodność, jaką prawie zawsze jej okazywał, nie leżała w jego naturze i że nie mogła go niedoceniać. Była pewna, że on kiedyś stanie się siłą, z którą będzie trzeba się liczyć, bez względu na to, co zdecyduje się zrobić w przyszłości ze swoim życiem. Zasnęła myśląc, że on już jest kimś, z kim należy się liczyć.
    To, co Matt powiedział ojcu, zanim Meredith zeszła na obiad, najwyraźniej odniosło skutek, bo wydawało się, że Patrick Farrell bez dalszych problemów zaakceptował fakt, że się pobierają. Mimo wszystko jednak posiłek ten byłby dla Meredith szarpiącym nerwy przeżyciem, gdyby nie sympatyczny potok słów Julie. Matt milczał przez cały czas i wydawał się zamyślony. Jednocześnie był w pokoju osobą dominującą i nawet rozmowę zdominował samą swoją obecnością.
    To Patrick Farrell powinien pełnić funkcję pana tego domu, ale najwyraźniej przekazał ją Mattowi. Patrick był szczupłym, zamyślonym człowiekiem. Jego twarz nosiła ślady intensywnych przeżyć i tragedii. Kiedy tylko zachodziła konieczność podjęcia jakiejś decyzji, zwracał się do Matta. W oczach Meredith był on jednocześnie godnym pożałowania i przerażającym człowiekiem. Miała wrażenie, że w dalszym ciągu nie bardzo ją lubi.
    Wydawało się, że Julie jest pogodzona z rolą kucharki i sprzątaczki w tym domostwie. Była żywa jak iskierka z czwartolipcowych fajerwerków. Każda jej myśl wystrzeliwała natychmiast w potoku entuzjastycznych słów. Uwielbiała Matta. Było to oddanie bardzo widoczne i całkowite; zrywała się, żeby podać mu kawę, radziła się go, słuchała tego, co mówił, jakby były to słowa zsyłane przez samego Pana Boga. Meredith starała się z desperacją nie myśleć o swoich własnych problemach i zastanawiała się, jak Julie potrafiła utrzymać swój entuzjazm i optymizm w miejscu takim jak to. Wydawało jej się dziwne, że dziewczyna tak inteligentna jak Julie poświęcała ochoczo to, co mogłaby osiągnąć w życiu dla opieki nad ojcem; sądziła, że takie właśnie były plany Julie. Meredith była tak pochłonięta tymi rozmyślaniami, że dopiero po chwili zorientowała się, że Julie mówi do niej.
    – W Chicago jest dom towarowy: „Bancroft” – powiedziała. – Widuję czasami ich reklamy w „Siedemnastolatce”, ale najczęściej w „Vogue”. Mają fantastyczne rzeczy. Kiedyś Matt kupił mi u nich jedwabną apaszkę. Bywasz tam?
    Meredith skinęła głową. Na wspomnienie o sklepie jej uśmiech bezwiednie nabrał ciepła, ale nie kontynuowała tego lematu. Nie nadarzyła się dotąd odpowiednia chwila, żeby powiedzieć Mattowi o jej powiązaniu z „Bancroftem”. Nie chciała poruszać tej sprawy tutaj, zwłaszcza że Patrick już tak źle zareagował na jej samochód. Niestety, Julie zadając następne pytanie, nie pozostawiła jej możliwości wyboru.
    – Czy jesteś może w jakiś sposób spokrewniona z tymi Ban – Bancroftami?
    – Jestem.
    – Czy to bliskie pokrewieństwo?
    – Dosyć bliskie – powiedziała, mimo wszystko trochę rozbawiona błyskiem fascynacji w wielkich szarych oczach Julie.
    – Jak bliskie? – zapytała Julie, odkładając widelec i wpatrując się w nią. Filiżanka Matta zastygła w połowie drogi do jego ust. On też przyglądał się Meredith. Patrick Farrell, marszcząc brwi, odchylił się do tyłu na swoim krześle.
    Meredith, z cichym westchnieniem rezygnacji przyznała:
    – Mój prapradziadek był założycielem tego sklepu.
    – To fantastyczne. Wiesz, co mój prapradziadek zrobił?
    – Co? – zapytała Meredith i nawet nie spojrzała na Matta, żeby zobaczyć, jak zareagował na tę rewelację, tak wciągnął ją zaraźliwy entuzjazm Julie.
    – Imigrował tutaj z Irlandii i założył hodowlę koni – powiedziała Julie, wstając i biorąc się za sprzątanie ze stołu.
    Meredith podniosła się, żeby jej pomóc. Uśmiechnęła się.
    – Mój był koniokradem. – Za jej plecami obaj mężczyźni wzięli swoje filiżanki z kawą i przenieśli się do saloniku.
    – Naprawdę był koniokradem? – zapytała Julie, napełniając zlew wodą z płynem do mycia. – Jesteś pewna?
    – Absolutnie – potwierdziła Meredith, z uporem starając się nie patrzeć za odchodzącym Mattem. – Powiesili go za to.
    Przez jakiś czas pracowały w przyjaznej ciszy, którą przerwała Julie.
    – Przez następnych kilka dni tata będzie pracował codziennie po dwie zmiany. Ja dzisiaj zostaję na noc u koleżanki. Będziemy się uczyć. Ale rano będę na czas, żeby przygotować śniadanie.
    Meredith zdziwiła się i nie od razu dotarło do niej, że tego wieczoru najwyraźniej będzie z Mattem sam na sam.
    – Uczyć się? Nie masz teraz wakacji?
    – Chodzę do szkoły letniej. Dzięki temu będę mogła zrobić maturę w grudniu, w dwa dni po tym, jak skończę siedemnaście lat.
    – To wcześnie na robienie matury.
    – Matt miał szesnaście lat…
    – Och – wyrwało się Meredith. Zastanawiała się nad poziomem wiejskiego systemu nauczania, który pozwala wszystkim zdawać maturę w tak młodym wieku. – Co masz zamiar robić po maturze?
    – Chcę studiować. Chciałabym się specjalizować w naukach przyrodniczych. Jeszcze nie zdecydowałam, co to będzie dokładnie. Prawdopodobnie biologia.
    – Naprawdę?
    Julie skinęła głową i powiedziała z dumą:
    – Mam pełne stypendium. Matt czekał z wyjazdem do teraz, bo chciał się upewnić, że sobie poradzę. Ale to tylko wyszło mu na dobre, bo kiedy czekał, aż ja dorosnę, miał okazję skończyć studia podyplomowe. Mimo wszystko musiał jednak zostać w Edmunton i jednocześnie pracować, żeby spłacać rachunki za leczenie mamy.
    Meredith energicznie odwróciła się do niej słysząc to i patrzyła zaskoczona.
    – Matt miał okazję skończyć co?
    – Skończyć studia podyplomowe, no wiesz, zdobyć dalszy tytuł naukowy w administracji handlowej. To można zrobić, jak się już ma zwykły tytuł magistra – wyjaśniła jej. – Matt najpierw zrobił dwa inne fakultety: z ekonomii i finansów. Mamy niezłe głowy w naszej rodzinie. – Nagle zorientowała się, jak zaskoczona jest Meredith. Przestała mówić i po chwili zastanowienia spytała: – Ty… ty nic nie wiesz o Matcie, prawda?
    Wiem tylko, jak całuje i jak się kocha – ze wstydem pomyślała Meredith.
    – Niewiele – przyznała cicho.
    – To nie twoja wina. Większość ludzi uważa Matta za skrytego człowieka, a wy dwoje znacie się właściwie tylko dwa dni. – Zabrzmiało to okropnie i Meredith odwróciła się, nie mogąc spojrzeć jej w twarz. Wzięła do ręki kubek i zaczęła go myć. – Meredith – powiedziała Julie zaniepokojona, starając się dojrzeć jej odwróconą twarz. – Nie ma się czego wstydzić, to znaczy, to nic wielkiego dla mnie, że jesteś w ciąży.
    Meredith upuściła kubek. Potoczył się po linoleum aż pod zlew.
    – To naprawdę nic takiego! – powtórzyła Julie. Schyliła się i podniosła go.
    – Czy Matt powiedział ci, że jestem w ciąży? – wydusiła z siebie Meredith. – Czy ty sama się zorientowałaś?
    – Matt powiedział to w rozmowie w cztery oczy naszemu ojcu, a ja to podsłuchałam, chociaż domyślałam się tego już wcześniej.
    – Cudownie – jęknęła Meredith, pogrążając się w upokorzeniu.
    – Wszystko było takie proste – powiedziała Julie – to znaczy, zanim Matt powiedział tacie wszystko o tobie. Zaczynałam się czuć, jakbym to ja była jedyną żyjącą na tym świecie dziewicą, mającą skończone szesnaście lat.
    Meredith przymknęła oczy. Czuła zawroty głowy z powodu gwałtownych zwrotów tej ujawniającej tyle nowych rzeczy konwersacji. Była zła, że Matt tak dogłębnie dyskutował jej sprawy z ojcem.
    – Oni dwaj musieli odbyć całkiem niezłe plotkarskie posiedzenie – powiedziała cierpko.
    – Matt nie plotkował na twój temat! Chciał, żeby tata zrozumiał, że jesteś porządną dziewczyną. – Meredith poczuła się o wiele lepiej. Julie, widząc to, zmieniła trochę temat. – W tym roku u mnie w szkole, w równoległych z moją klasach, trzydzieści osiem dziewcząt na dwieście jest w ciąży. Prawdę mówiąc – zwierzała się trochę przygnębiona – ja nigdy nie musiałam się o to martwić. Większość chłopaków boi się mnie nawet pocałować.
    Czując, że należało coś powiedzieć, Meredith zapytała:
    – Dlaczego?
    – To z powodu Matta – odparła krótko Julie. – Każdy chłopak w Edmunton wie, że Matt Farrell to mój brat. Oni wiedzą, co Matt by im zrobił, gdyby się dowiedział, że próbowali czegokolwiek ze mną. Jeśli chodzi o ochronę czci kobiecej – dodała z westchnieniem śmiejąc się – to mieć Matta w pobliżu to tak jakby nosić stale pas cnoty.
    – To dziwne – powiedziała Meredith, zanim zdołała się powstrzymać – ale nie sądzę, żeby to akurat było prawdą.
    Julie wybuchnęła śmiechem i Meredith nagle zaczęła śmiać się razem z nią.
    Po chwili dołączyły do mężczyzn w pokoju. Meredith przygotowywała się na spędzenie przed telewizorem kilku pełnych skrępowania godzin. Julie jednak znowu przejęła inicjatywę.
    – Co będziemy robić? – zapytała, patrząc wyczekująco na Matta i Meredith. – Już wiem. Co powiecie na jakąś grę? Karty? Nie, mam pomysł, to musi być coś naprawdę głupiego… – Odwróciła się w stronę półek i zaczęła wodzić palcem po kilku leżących tam grach. – Monopol? – powiedziała, patrząc przez ramię.
    – Na mnie nie liczcie – powiedział Patrick. – Wolę obejrzeć ten film.
    Matt nie miał najmniejszej ochoty na gry, szczególnie na te. Był już o krok od zasugerowania, żeby poszli obydwoje z Meredith na spacer. Uświadomił sobie jednak, że ona potrzebuje teraz odrobiny wytchnienia od wszelkich napięć. Ich rozmowa na zewnątrz na pewno by takim wytchnieniem nie była. Co więcej, wydawało mu się, że Meredith znalazła z Julie wspólny język i chyba czuła się dobrze w jej towarzystwie. Skinął więc głową, próbując wyglądać na zadowolonego tą perspektywą. Zerknął na Meredith, żeby to ona zdecydowała. Nie wyglądała ani trochę bardziej entuzjastycznie, niż on się czuł, ale uśmiechnęła się i też skinęła głową.
    Matt w dwie godziny później uznał, że Monopol był strzałem w dziesiątkę. Zupełnie niespodziewanie i z powodów niczym nie dających się usprawiedliwić zajęcie to nawet jemu sprawiało przyjemność. Z Julie w roli podżegaczki gra przekształciła się natychmiast w rodzaj farsy. Dziewczęta próbowały wszystkiego, żeby pokonać go w zgodzie z regułami gry. Kiedy to im się nie udało, zaczęły oszukiwać. Dwukrotnie złapał Julie na „kradzieży” pieniędzy, które on już wygrał. Teraz z kolei Meredith wymyślała skandaliczne powody, żeby nie płacić mu jego należności.
    – Należy mi się tysiąc czterysta.
    – Nie należy ci się – powiedziała z uśmiechem zadowolenia. Wskazała na małe plastikowe hotele, które umieścił na swoim terenie. Jeden z nich przesunęła palcem. – Ten hotel narusza moją własność. Wybudowałeś go na moim terenie, więc to ty jesteś mi coś winien.
    – Dopiero „naruszę twoją własność” – zagroził z cichym uśmieszkiem – jeśli nie oddasz moich pieniędzy.
    Śmiejąc się, Meredith zwróciła się do Julie:
    – Mam tylko tysiąc. Możesz mi coś pożyczyć?
    – Jasne – powiedziała Julie, chociaż sama już straciła wszystkie pieniądze. Wyciągnęła rękę, ściągnęła kilka banknotów pięciusetdolarowych z kupki Matta i dała je Meredith.
    W kilka minut później Meredith przyznała się do porażki. Julie poszła po swoje książki, a Meredith kończyła składanie gry. Podniosła się, żeby odłożyć ją na półkę. Za jej plecami Patrick Parrell wstał.
    – Chyba już się będę zbierał – powiedział do Matta. – Ciężarówkę zostawiłeś w warsztacie?
    Matt potwierdził i powiedział, że rano postara się, żeby ktoś go podwiózł do miasta, i przyprowadzi ją. Patrick wtedy odwrócił się do Meredith. W czasie ich awanturniczej gry czuła na sobie jego spojrzenie. Teraz uśmiechnął się niepewnie.
    – Dobranoc, Meredith.
    Matt też wstał i zapytał, czy nie miałaby ochoty na spacer. Meredith była zadowolona ze wszystkiego, co odwlekało moment, kiedy znajdzie się w łóżku i będzie się zamartwiać.
    – Z przyjemnością – powiedziała.
    Powietrze na zewnątrz było jak balsam. Blask księżyca malował dzikie wzory na podwórku. Właśnie schodzili po schodach werandy, kiedy Julie wyszła na ganek. Sweter miała narzucony na ramiona i niosła szkolne książki.
    – Do zobaczenia rano. Umówiłam się z Joelle przy głównej drodze. Zostaję u niej, będziemy się uczyć.
    Matt odwrócił się. Zmarszczył brwi.
    – O dziesiątej w nocy?
    Zatrzymała się z ręką na balustradzie. Z lekko poirytowanym uśmiechem, wznosząc oczy do góry, powiedziała:
    – Matt!
    Wtedy dopiero zrozumiał.
    – Pozdrów Joelle ode mnie.
    Julie odeszła, spiesząc się ku światłom samochodu widocznym na końcu żużlowej drogi. Matt zwrócił się do Meredith, pytając ją o coś, co najwyraźniej zaskoczyło go.
    – Skąd wiedziałaś o czymś takim jak prawo naruszenia cudzej własności czy pogwałcenie stref?
    Odchylając głowę lekko w bok, spojrzała na księżyc, który wisiał nad ich głowami jak wielki złoty dysk.
    – Mój ojciec zawsze mówił mi dużo o interesach. Kiedy budowaliśmy jeden ze sklepów na przedmieściach, mieliśmy problemy z pogwałceniem stref. Powstał też zatarg, kiedy ekipa budowlana naruszyła prawo przejazdu przez plac parkingowy.
    Ponieważ on zadał jej już pytanie, postanowiła zapytać i jego o coś, co nurtowało ją od kilku godzin. Umilkła, zerwała listek z jednej z niższych gałęzi nad ich głowami. Spróbowała, chyba bez powodzenia, żeby w jej głosie nie zabrzmiało oskarżenie.
    – Julie powiedziała mi, że zrobiłeś już studia podyplomowe. Dlaczego pozwoliłeś mi myśleć, że jesteś zwykłym hutnikiem, który wyrusza do Wenezueli szukać szczęścia na polach naftowych?
    – Dlaczego myślisz, że hutnicy są zwykłymi ludźmi, a ci z dyplomem naukowym są wyjątkowi?
    Usłyszała lekką naganę w tym, co powiedział, i spięła się wewnętrznie. Oparła się o pień drzewa.
    – Czy zachowałam się jak snobka?
    – A jesteś nią? – zapytał, wsuwając ręce do kieszeni i popatrując na nią.
    – Ja… – zawiesiła głos, usiłując dostrzec ledwo widoczne w blasku księżyca rysy jego twarzy. Kusiło ją, żeby powiedzieć to, co wydawało jej się, że on chciałby usłyszeć. Oparła się jednak tej pokusie. – Prawdopodobnie jestem. – Nie wiedziała, z jakim niesmakiem to powiedziała, ale Matt to usłyszał. Jej puls zaczął bić szybciej, kiedy zobaczyła, jak wspaniale, leniwie uśmiecha się do niej.
    – Wątpię w to.
    Te trzy słowa sprawiły jej wielką przyjemność.
    – Dlaczego?
    – Ponieważ snob nie martwi się tym, czy nim jest, czy nie. A odpowiadając na tamto twoje pytanie: nie mówiłem ci nic o moim wykształceniu częściowo dlatego, że ono nic nie znaczy, o ile i dopóki nie zacznę go wykorzystywać. Wszystko, co mam teraz, to trochę pomysłów i planów, które może uda mi się zrealizować.
    Julie powiedziała, że większość ludzi uważa, że Matt jest bardzo skryty. Nie było jej trudno w to uwierzyć. Z drugiej jednak strony było wiele takich momentów jak ten, kiedy czuła, że tak go rozumie, że niemal odgaduje jego myśli. Powiedziała cicho:
    – Myślę, że był inny powód, dla którego pozwoliłeś mi myśleć, że jesteś hutnikiem. Chciałeś sprawdzić, czy to ma dla mnie znaczenie. To był rodzaj… rodzaj testu, prawda?
    Uśmiechnął się zaskoczony.
    – Myślę, że tak było. Kto wie, może zawsze będę hutnikiem.
    – I teraz przerzucasz się ze stalowni na pola naftowe – droczyła się z nim – ponieważ wolisz bardziej widowiskową pracę, zgadza się?
    Matt z wysiłkiem oparł się pokusie porwania jej w ramiona i wcałowania swojego uśmiechu w jej usta. Ona była młodą dziewczyną, wychowaną w cieplarnianych warunkach. On wyjeżdżał do obcego kraju, gdzie wiele zwykłych tutaj drobiazgów będzie luksusem. Ten gwałtowny, szalony impuls, żeby; zabrać ją ze sobą, powracał do niego ciągle i był właśnie taki: szalony. Z drugiej jednak strony, ona była bardzo dzielna, bardzo urocza i była w ciąży, z nim. Ich dziecko. Może ten pomysł nie był tak szalony. Odchylił głowę do tyłu i spojrzał w księżyc.
    – Meredith – zaczął – większość par ma całe miesiące przed ślubem, żeby się dobrze poznać. My mamy zaledwie kilka dni do ślubu i mniej niż tydzień do mojego wyjazdu. Myślisz, że możemy spróbować zmieścić takich kilka miesięcy w kilku dniach, które mamy?
    – Chyba tak – odpowiedziała, zaskoczona nagłą intensywnością jego głosu.
    – No dobrze – powiedział Matt, nie wiedząc, jak się zabrać do tego teraz, kiedy się zgodziła. – Co chciałabyś wiedzieć o mnie?
    Zdumiona spojrzała na niego, powstrzymując wybuch śmiechu i zastanowiła się, czy może on ma na myśli pytania natury genetycznej, jakie może mieć do niego, jako do ojca jej dziecka. Zerkając ku niemu, zapytała niepewnie:
    – Myślisz, że powinnam cię zapytać o coś w rodzaju: czy były przypadki chorób psychicznych w twojej rodzinie albo czy byłeś notowany przez policję?
    Matt zdusił śmiech na myśl o doborze tych pytań i śmiertelnie poważnie – powiedział.
    – Nie, na obydwa pytania. A u ciebie? Uroczyście pokręciła głową.
    – Brak chorób psychicznych i brak zatargów z policją. Wtedy zobaczył porozumiewawczy uśmiech igrający w jej oczach i po raz kolejny w ciągu chwili musiał powstrzymać nieprzepartą chęć przytulenia jej.
    – Teraz twoja kolej na pytanie – zaoferowała, traktując całą rzecz jak rozgrywkę. – Co chcesz wiedzieć?
    – Jeszcze tylko jedną rzecz – powiedział z bezpardonową szczerością. Położył rękę wysoko na pniu drzewa, o które się opierała. – Czy jesteś chociaż w połowie tak urocza, jak myślę, że jesteś?
    – Prawdopodobnie nie.
    Wyprostował się i uśmiechnął. Był prawie pewien, że się myliła.
    – Przejdźmy się, zanim zapomnę, co tu mieliśmy robić. A żeby być zupełnie szczerym – dodał, kiedy odwróciła się i zaczęli spacerować aleją, która wiła się ku głównej drodze – właśnie sobie przypomniałem, że byłem notowany przez policję.
    Meredith zatrzymała się gwałtownie. Odwrócił się do niej:
    – Zatrzymali mnie dwa razy, kiedy miałem dziewiętnaście lut.
    – Za co?
    – Za bijatykę. Za awanturę, może byłoby lepszym określeniem. Zanim moja matka umarła, wmówiłem sobie, że nie umrze, jeśli będzie miała najlepszych lekarzy i jeśli będzie leżała w najlepszym szpitalu, tylko najlepszym. Udało się nam, mnie i ojcu, zapewnić jej to. Kiedy pieniądze z ubezpieczenia się wyczerpały, wyprzedaliśmy cały sprzęt rolniczy i wszystko, co się tylko dało, żeby płacić na bieżąco rachunki szpitalne. Mimo wszystko umarła. – Powiedział to pozbawionym emocji głosem. – Mój ojciec pogrążył się w piciu, a ja pogrążyłem się w czymś innym. Przez całe miesiące potem szukałem rewanżu, rwałem się do walki. Nie mogłem walczyć z Bogiem, któremu moja matka tak ufała, musiałem więc się zadowolić każdym śmiertelnikiem chętnym do walki. W Edmunton nietrudno o takiego – dodał z krzywym uśmiechem. Dopiero w tym momencie zorientował się, że zwierza się osiemnastoletniej dziewczynie z rzeczy, do których nie przyznał się jeszcze nikomu, nawet samemu sobie. Ta osiemnastolatka patrzyła na niego ze spokojnym zrozumieniem, niezwyczajnym dla jej wieku. – Gliny przerwały dwie z tych bójek – zakończył. – Zatrzymali nas wszystkich. To nic takiego. Wzmianka o tym jest tylko w lokalnej policji w Edmunton, nigdzie więcej.
    Jego zaufanie poruszyło ją. Powiedziała miękko:
    – Musiałeś kochać ją bardzo. – Była świadoma tego, że to delikatna sprawa i dodała: – Nigdy nie znałam swojej matki. Wyjechała do Włoch po rozwodzie. Miałam szczęście, nie uważasz? Nie znałam jej i nie kochałam jej przez te wszystkie lala po to, żeby dopiero po jakimś czasie ją stracić.
    Matt zorientował się, do czego zmierza, i nie próbował wyszydzać jej wysiłków.
    – To mile, co powiedziałaś – rzeki poważnie. Starając się zmienić nastrój, oznajmił krzywiąc się: – Mam zadziwiająco dobry gust, jeśli chodzi o kobiety.
    Meredith wybuchnęła śmiechem i poczuła radość, kiedy jego ręka prześlizgnęła się po jej plecach i znalazła się na jej talii. Przycisnął ją mocno do swojego boku. Szli dalej. Po kilku krokach pomyślała o czymś, co spowodowało, że zatrzymała się gwałtownie.
    – Czy byłeś już kiedyś żonaty?
    – Nie, a ty? – dodał drocząc się z nią.
    – Wiesz doskonale, że nie… że byłam… – przerwała. Nie czuła się swobodnie, mówiąc o tym.
    – Tak, – wiem – potwierdził. – Jedno, czego nie rozumiem, to jak udało się komuś wyglądającemu tak jak ty dotrzeć do osiemnastych urodzin i nie stracić po drodze dziewictwa z jakimś bogatym, prawiącym śliczne słówka chłoptasiem.
    – Nie lubię chłoptasiów – odpowiedziała Meredith, a potem rozbawiona spojrzała na niego. – Właściwie to do tej pory nie zdawałam sobie z tego sprawy.
    Matt był bardzo zadowolony, słysząc to. Było pewne, że teraz nie wychodziła za nikogo takiego. Czekał, żeby powiedziała coś więcej. Kiedy milczała, ponaglił ją, nie mogąc uwierzyć.
    – I to wszystko? To twoja odpowiedź?
    – Jej część. Cała prawda to to, że do szesnastego roku życia byłam tak nieatrakcyjna, że chłopcy trzymali się ode mnie z daleka. Do momentu, kiedy przestałam być nieatrakcyjna, byłam już tak wściekła na nich za ignorowanie mnie przez te lata, że nie miałam o nich, jako o całości zbyt wysokiego mniemania.
    Spojrzał na jej piękną twarz, ponętne usta, błyszczące oczy i uśmiechnął się.
    – Naprawdę byłaś nieatrakcyjna?
    – Pozwól, że ujmę to w ten sposób – powiedziała sucho. – Jeśli będziemy mieli córkę, to będzie dla niej lepiej, jeśli jako dziecko i nastolatka będzie podobna do ciebie!
    Miłą ciszę zakłócił wybuch śmiechu Matta. Objął ją. Ciągle się śmiejąc, zanurzył twarz w jej pachnących włosach, zaskoczony czułością, jaka ogarnęła go w tej chwili. Był wzruszony, że mu się zwierzyła. Najwyraźniej rzeczywiście miała kiedyś problemy ze swoim wyglądem. Czuł też uniesienie, ponieważ… ponieważ… Nie chciał myśleć o tym, skąd ono wypływało. Najważniejsze w tej chwili było to, że ona też się śmiała i że też go objęła. Z poważnym uśmiechem potarł policzkiem o jej głowę i szepnął:
    – Jeśli o kobiety chodzi, mam wspaniały gust.
    – Cóż, nie pomyślałbyś tak jeszcze kilka lat temu – powiedziała, śmiejąc się i odchylając się lekko w jego objęciach.
    – Umiem przewidywać – zapewnił ją spokojnie. – Pomyślałbym tak nawet wtedy.
    W godzinę później siedzieli na stopniach werandy, zwróceni do siebie, każde oparte o balustradę. Matt siedział o stopień wyżej. Wyciągnął przed siebie długie nogi. Meredith, u stopień niżej, przyciągnęła kolana do piersi i oplotła je ramionami. Nie starali się już poznawać się nawzajem na siłę, dlatego tylko że była w ciąży i że wkrótce się pobierali. Byli teraz po prostu parą siedzącą na ganku w letnią noc, cieszącą się swoim towarzystwem.
    Meredith odchyliła głowę do tyłu i z przymkniętymi oczami wsłuchiwała się w cykanie świerszczy.
    – O czym myślisz? – zapytał.
    – Myślę o tym, że niedługo już nadejdzie jesień – powiedziała, spoglądając na niego. – Jesień to moja absolutnie ulubiona pora roku… Wiosna jest przereklamowana. Jest wilgotno, a drzewa są ciągle jeszcze gołe po zimie. Zima ciągnie się i ciągnie. Lato jest przyjemne, ale wszystko zawsze wygląda tak samo. Jesień to co innego. Czy sądzisz, że jest jakikolwiek zupach dorównujący zapachowi palonych liści? – zapytała przejęta. Matt pomyślał, że ona sama pachnie o niebo lepiej niż palone liście, ale nie przerywał jej. – Jesień jest podniecająca, ciągle coś się zmienia. To jak zmrok.
    – Zmrok?
    – Zmrok to moja ulubiona pora dnia, z tych samych powodów. Kiedy byłam mała, miałam zwyczaj w lecie o zmroku chodzić aleją aż do ogrodzenia. Obserwowałam światła przejeżdżających samochodów. Wszyscy mieli miejsca, do których spieszyli, rzeczy, które mieli zrobić. Wieczór był takim początkiem wszystkiego… – urwała zawstydzona. – To musiało zabrzmieć niesamowicie głupio.
    – To zabrzmiało jak coś pełnego samotności.
    – Tak naprawdę, nie byłam samotna. Byłam po prostu marzycielką. Wiem, że tamtej nocy w Glenmoor mój ojciec zrobił na tobie okropne wrażenie. Nie jest bestią, którą ci się wydał. On mnie kocha, a wszystko, co próbuje robić, robi po to, żeby mnie ochronić i zapewnić mi to, co najlepsze.
    Nagle wspaniały nastrój Meredith prysnął. Rzeczywistość przytłoczyła ją z przyprawiającą o mdłości siłą:
    – I w zamian za to zjawię się za kilka dni w domu w ciąży i…
    – Uzgodniliśmy, że nie będziemy martwić się o to wszystko dzisiejszego wieczoru – przerwał jej.
    Meredith skinęła potakująco głową i próbowała się uśmiechnąć. Nie umiała jednak nadawać pożądanego toku swoim myślom, tak jak najwyraźniej on potrafił. Naraz wyobraziła sobie swoje dziecko stojące na końcu jakiejś alei w Chicago, samotne, wpatrujące się w przejeżdżające samochody. Bez rodziny, braci, sióstr, bez ojca. Mające tylko ją. Nie była pewna, czy to by mu wystarczyło.
    – Jeśli jesień jest czymś, co lubisz najbardziej, to czego nie lubisz najbardziej? – zapytał Matt, próbując odwrócić jej uwagę od przykrych myśli.
    Zastanowiła się przez chwilę.
    – Widoku placów, na których sprzedają choinki w dzień po Bożym Narodzeniu. Jest coś smutnego w tych ślicznych drzewkach, których nikt nie kupił. One są jak niechciane sieroty… – przerwała, zdając sobie sprawę, jak to zabrzmiało. Szybko odwróciła wzrok.
    – Jest po północy – powiedział Matt wstając. Wiedział, że nic nie wyciągnie jej z tego nastroju. – Chodźmy już do łóżka.
    Zabrzmiało to tak, jakby uważał za naturalne, że powinni albo będą chcieli spędzić tę noc razem. Nagle poczuła panikę na myśl o tym. Była w ciąży, a on miał zamiar ją poślubić, dlatego że powinien to zrobić; cała ta sytuacja już teraz była deprymująca. Czuła się jak ktoś bezwartościowy, była upokorzona.
    Nie rozmawiając, zgasili światło w pokoju na dole i weszli na górę. Drzwi do pokoju Matta były tuż przy podeście, podczas gdy pokój Julie był na lewo, w końcu korytarza, za łazienką. Kiedy znaleźli się przy drzwiach Matta, Meredith przejęła inicjatywę.
    – Dobranoc, Matt – powiedziała z drżeniem w głosie.
    Wyminęła go, uśmiechając się sztucznie. Zostawiła go stojącego w drzwiach pokoju. Nie próbował jej zatrzymać. Emocje Meredith skakały szaleńczo od uczucia ulgi aż po uczucie zawodu. Wchodząc do pokoju Julie, pomyślała, że najwyraźniej kobiety w ciąży nie są pociągające nawet dla mężczyzn, którzy jeszcze kilka tygodni wcześniej kochali się z nimi z pasją i pożądaniem. Weszła do pokoju.
    Za jej plecami Matt odezwał się bezbarwnym, spokojnym głosem:
    – Meredith?
    Odwróciła się i zobaczyła, że on ciągle jeszcze stoi w drzwiach swojego pokoju. Opierał się o futrynę, ręce skrzyżował luźno na piersiach.
    – Słucham?
    – Wiesz, czego ja najbardziej nie lubię? Nieprzejednany ton zapowiadał, że jego pytanie nie należy do tych nic nie znaczących. Potrząsnęła ostrożnie głową, zastanawiając się, do czego zmierza. Nie pozostawiał jej długo w niepewności.
    – Spędzać samotnie nocy, kiedy cholernie dobrze wiem, że w pokoju obok jest ktoś, kto powinien spać razem ze mną. – Matt chciał, żeby zabrzmiało to bardziej jak zaproszenie niż szorstkie stwierdzenie faktu. Był zaskoczony brakiem taktu, juki wykazywał w stosunku do niej. Na jej twarzy odmalowało się zawstydzenie, niezręczność i niepewność. Uśmiechnęła się niepewnie, zastanowiła się i już zdecydowanie powiedziała:
    – Dobranoc.
    Matt patrzył, jak zamykała za sobą drzwi. Stał tak przez długą chwilę, wiedząc, że gdyby poszedł za nią i spróbował delikatnej perswazji, prawdopodobnie przekonałby ją, żeby spędziła tę noc z nim. Jednocześnie coś go przed tym powstrzymywało. Odwrócił się i wszedł do pokoju, ale drzwi zostawił otwarte. Był przekonany, że ona chce być razem z nim, i jeśli istotnie tak jest, przyjdzie do niego, kiedy będzie gotowa do snu.
    Po długich poszukiwaniach znalazł w szufladzie spodnie od piżamy, włożył je i stał przy oknie, patrząc na zalany światłem księżyca trawnik. Usłyszał, jak Meredith wyszła z łazienki, i zastygł słuchając jej kroków. Oddaliły się w koniec korytarza i drzwi do pokoju Julie zamknęły się. Podjęła decyzję. Zrozumiał to z mieszaniną zaskoczenia, poirytowania i rozczarowania. Nie było to jednak tylko powiązane z jego nieodwzajemnionym pożądaniem. To sięgało gdzieś głębiej i miało bardziej ogólne podłoże. Chciał, żeby zasygnalizowała w jakiś sposób, że jest gotowa do nawiązania z nim prawdziwego kontaktu. Bardzo na to liczył, ale nie chciał robić niczego, co miałoby ją ponaglać. To powinna być jej decyzja, jej wybór wypływający całkowicie z jej własnej woli. Dokonała takiego wyboru, kiedy odeszła od niego tym korytarzem. Jeśli miałaby jakieś wątpliwości co do tego, czego on od niej oczekuje, to to, co powiedział jej w drzwiach swojego pokoju, rozproszyłoby te niejasności.
    Sapnął z poirytowaniem, odwracając się od okna. Prawda mogła być taka, że zbyt wiele oczekiwał od osiemnastoletniej dziewczyny. Rzecz w tym, że cholernie trudno było mu pamiętać o tym, jak młoda naprawdę jest Meredith. Odsunął nakrycie na bok i położył się na łóżku, krzyżując ręce za głową. Patrzył w sufit i myślał o niej. Tego wieczoru opowiedziała mu o swojej przyjaźni z Lisą Pontini. Z tego, co mówiła, zorientował się, że Meredith czuje się zupełnie swobodnie nie tylko w klubie czy luksusowej posiadłości, ale i w codziennych kontaktach z rodziną Pontinich. Pomyślał, że Meredith jest pozbawiona absolutnie wszelkiej pozy, nie stosuje podstępów. Jednocześnie była pełna łagodności i zakodowanej w każdym ruchu elegancji, która była dla niego tak samo kusząca, jak jej śliczna twarz i czarujący uśmiech.
    Zmęczenie w końcu dało znać o sobie i przymknął oczy. Niestety, żadna z tych cech nie będzie jej pomocna i nie spowoduje, że wizja wyjazdu do Ameryki Południowej wyda jej się chociaż odrobinę ponętna, o ile nie czuje czegoś do niego. Najwyraźniej był jej obojętny, bo inaczej byłaby tu teraz z nim. Pomysł, żeby próbować nakłonić niechętną, wychuchaną osiemnastolatkę do wyjazdu z nim do Wenezueli, był nie tylko dziwaczny, ale i z góry skazany na niepowodzenie. Zwłaszcza że ona nie miała nawet dość odwagi, żeby pokonać dla niego odległość równą długości tego korytarza.
    Meredith stała przy łóżku Julie z opuszczoną głową. Szarpały nią tęsknoty i wątpliwości, nie kontrolowała ich już ani nie umiała przewidzieć. Nie odczuwała jeszcze ciąży w żaden fizyczny sposób, ale najwyraźniej jej stan siał spustoszenia w jej emocjach. Mniej niż godzinę temu nie chciała zbliżenia z Mattem, teraz tego pragnęła. Zdrowy rozsądek ostrzegał ją, że jej przyszłość była już i tak przerażająco niepewna, Jeśli ulegnie swojemu narastającemu zainteresowaniu nim, skomplikuje wtedy wszystko jeszcze bardziej. Dwudziestosześcioletni Matt był o wiele starszy od niej i o wiele bardziej doświadczony we wszystkich dziedzinach życia, życia jej zupełnie nie znanego. Przed sześcioma tygodniami, kiedy on miał na sobie smoking, a ona była w znanym sobie otoczeniu, wydawał jej się niemal taki sam jak inni znani jej mężczyźni. Ale tutaj, w dżinsach i koszuli było w nim coś tak bliskiego życiu, mocnego, co jednocześnie podniecało i alarmowało ją. Chciał być z nią. Dzisiaj wieczorem dał jej to jasno do zrozumienia. Był wyraźnie tak pewny siebie, gdy w grę wchodziły kobiety i seks, że potrafił stać tam i bez ogródek mówić jej, czego od niej oczekuje. Nie prosić ją, czy próbować namawiać, ale po prostu oznajmiać swoje życzenia. Bez wątpienia miał w Edmunton opinię nie byle jakiego ogiera i to chyba zasłużona. Tego wieczoru, kiedy się poznali, potrafił sprawić, że doświadczyła prawdziwej namiętności, mimo że była taka przerażona. Wiedział dokładnie, które miejsce pieścić i jak kierować swoim ciałem, żeby doprowadzić ją do szaleństwa. Takiej seksualnej maestrii nie nabywa się, czytając książki! Prawdopodobnie kochał się setki razy, na sto możliwych sposobów i z setkami kobiet.
    Nawet w chwili, kiedy myślała o tym, jej umysł sprzeciwiał się podejrzeniu, że Matt nie żywi do niej żadnych innych uczuć poza fizycznym pożądaniem. Co prawda nie zadzwonił przez sześć tygodni, odkąd wyjechał z Chicago; prawdą też jest, że była tamtego wieczoru tak zdenerwowana, że nie mogła mu dać do zrozumienia, że tego chce. Jego twierdzenie, że zamierzał zadzwonić do niej za dwa lata, po powrocie z Ameryki Południowej, wydało jej się śmieszne, kiedy to jej powiedział. Dzisiaj wieczorem opowiedział jej o swoich planach na przyszłość i teraz w łagodnych ciemnościach myślała, że może on chciał być kimś, kiedy zadzwoni do niej znowu. Myślała o tym, co opowiedział jej o śmierci matki. Z pewnością chłopiec, który tak opłakiwał i przeżywał tę stratę, nie mógł wyrosnąć na powierzchownego, nieodpowiedzialnego mężczyznę, którego w kobiecie interesowało tylko jedno… Zamarła. Matt nie był nieodpowiedzialnym człowiekiem. Ani przez chwilę, odkąd dotarła tutaj, nie starał się uniknąć odpowiedzialności za dziecko. Co więcej, z tego, co powiedział, i z kilku uwag Julie wynikało, że Matt już od lat był odpowiedzialny za rodzinę.
    Jeśli dzisiaj myślał tylko o seksie, to dlaczego nie próbo -; wał namówić jej, żeby spała z nim, skoro tak bez ogródek po -: wiedział jej, że chce tego? Pamiętała czuły wyraz jego oczu, kiedy pytał ją, czy jest naprawdę tak urocza, jak on to sobie wyobraża. Tak samo patrzył na nią, kiedy siedzieli na ganku. Dlaczego nie próbował skłonić jej do pójścia z nim do łóżka? Odpowiedź na to pytanie sprawiła, że poczuła ogarniającą ją słabość i dziwne przerażenie. Zdecydowanie chciał się z nią kochać i zdecydowanie wiedział, jak ją do tego przekonać, ale nie chciał tego robić. Tego wieczoru chciał od niej czegoś więcej niż tylko jej ciała. Nie wiedziała, skąd płynęło to przekonanie, ale była tego pewna.
    Było też możliwe, że to ona jest po prostu nadwrażliwa.
    Wyprostowała się, drżąc z niepewności. Nieświadomie położyła dłoń na swoim płaskim brzuchu. Była przestraszona, zmieszana i na dodatek bardzo zainteresowana mężczyzną, którego nie znała i nie rozumiała. Z łomoczącym sercem otworzyła drzwi. Drzwi jego pokoju były otwarte, widziała to, kiedy wracała z łazienki. Zdecydowała, że jeśli już zasnął, wróci do swojego pokoju.
    Całą sprawę zostawiła zrządzeniu losu.
    Spał. Stała w drzwiach jego pokoju, obserwując jego sylwetkę oświetloną światłem księżyca sączącym się przez cienkie zasłony. Bicie jej serca wracało do normy. Nie poruszała się, myśląc a tym gwałtownym, odruchu emocjonalnym, który popchnął ją ku niemu. Świadomość, że stoi w drzwiach jego pokoju i obserwuje go śpiącego, była niepokojąca. Odwróciła się, żeby wyjść.
    Matt nie miał pojęcia, co go obudziło i jak długo ona tam stała, ale kiedy otworzył oczy, właśnie wychodziła. Zatrzymał ją, mówiąc pierwsze, co mu przyszło na myśl:
    – Nie rób tego, Meredith!
    Odwróciła się gwałtownie, słysząc jego głos. Włosy przesypały się przez jej lewe ramię. Nie była pewna, co przez to rozumiał i o czym myślał. Starała się dostrzec w ciemnościach wyraz jego twarzy. Nie udało jej się to i podeszła kilka kroków w jego stronę.
    Patrzył, jak się zbliżała. Miała na sobie krótką, jedwabną koszulkę, ledwo zakrywającą górę zgrabnych ud. Przesunął się o odkrył kołdrę, robiąc dla niej miejsce. Zawahała się i tylko usiadła na łóżku obok niego. Jej udo dotykało jego uda, wpatrywała się w jego oczy wzrokiem pełnym zmieszania. Odezwała się cichym, drżącym głosem:
    – Nie wiem, dlaczego tak jest, ale teraz boję się bardziej niż wtedy.
    Matt uśmiechną! się pochmurnie. Uniósł dłoń, dotykając jej policzka, a potem zakola jej karku.
    – Ja też.
    Pozostali nieruchomi. Jedynym gestem w przedłużającej się ciszy były powolne ruchy jego kciuka po jej karku. Obydwoje wyczuwali, że są o krok od wkroczenia w nowe, nie zbadane jeszcze rejony. Meredith wyczuwała to nieświadomie. Matt zdawał sobie z tego wyraźnie sprawę, ale to, co zamierzali zrobić, jemu wydawało się absolutnie słuszne. Nie była już dla niego bogatą dziewczyną z innego świata; była kobietą, którą chciał zdobyć od chwili, kiedy ją pierwszy raz zobaczył. Teraz siedziała obok niego. Jej włosy spadały jedwabistą, grubą kaskadą ponad jego ramieniem.
    – Muszę cię ostrzec – szepnął, zwiększając nacisk dłoni na jej kark i przyciągając jej usta w dół, bliżej swoich – że teraz podejmujesz może nawet większe ryzyko niż wtedy przed sześcioma tygodniami. – Spojrzała w jego płonące oczy. Wiedziała, że ostrzega ją przed głębokim zaangażowaniem. – Podejmij decyzję – szepnął ochryple.
    Zawahała się. Przeniosła wzrok z jego naglących oczu na zmysłowe usta. Jej serce zamarło, zesztywniała i odchyliła się nieco. Natychmiast cofnął dłoń.
    – Ja… – zaczęła.
    Pokręciła przecząco głową i wstała. Nagle coś ją powstrzymało. Z ust wyrwał się jej przytłumiony jęk, pochyliła się i pocałowała go mocno. Matt objął ją i przycisnął do siebie. Zwiększył jeszcze ten uścisk i przyciągnął ją na łóżko. Całował gwałtownie i nalegająco.
    Magia chwili ogarnęła ich znowu, tak jak sześć tygodni temu, tyle tylko że tym razem było trochę inaczej. Było w ich kontakcie więcej ognia, słodyczy i jednocześnie bardziej wszystko przeżywali.
    Teraz to zbliżenie znaczyło dla nich o wiele więcej. W jakiś czas później położyła się na boku. Leżała bez sił, spocona i w pełni zaspokojona. Czuła dotyk jego ud przyciśniętych mocno do niej. Zaczynała zasypiać. Jego ręka ciągle poruszała się leniwie wzdłuż jej ramienia, aż znalazła wygodne miejsce na jej piersi, obejmując ją w sposób władczy i bardzo prowokujący. Jej ostatnią myślą na jawie było to, że on chce, żeby pamiętała o jego obecności. Uzurpował sobie nowy rodzaj przywileju, o który nie poprosił i którego ona mu nie przyznała. To było takie typowe dla niego. Zasnęła, uśmiechając się.
    – Dobrze spałaś? – zapytała następnego poranka Julie. Stała przy blacie kuchennym i smarowała tosty masłem.
    – Bardzo dobrze – odpowiedziała Meredith, próbując desperacko nie wyglądać jak ktoś, kto spędził noc, kochając się z jej bratem. – Mogę ci w czymś pomóc?
    – Wszystko już gotowe. Tata pracuje po dwie zmiany przez następny tydzień: od trzeciej po południu do siódmej rano. Jedyne, czego chce po przyjściu do domu, to zjeść i spać. Jego śniadanie już przygotowałam. Matt śniadań nie jada. Chcesz zanieść mu poranną kawę? Zwykle zanoszę mu ją tuż przed włączeniem się jego budzika, co nastąpi… – zerknęła na plastikowy, kuchenny zegar w kształcie czajniczka do herbaty – za dziesięć minut.
    Meredith ucieszyła perspektywa zrobienia czegoś tak wciągającego ją w krąg rodzinnych działań, jak obudzenie go filiżanką kawy. Skinęła głową i nalała kawę. Zerknęła na cukiernicę i zawahała się niepewna.
    – On nie słodzi kawy – powiedziała Julie, uśmiechając się na widok zmieszania Meredith. – A tak przy okazji, to Matt zachowuje się rano jak niedźwiedź zbudzony ze snu zimowego. Nie oczekuj więc ożywionej konwersacji z jego strony.
    – Naprawdę? – Meredith przyswajała sobie ten nowy okruch informacji o nim.
    – Nie jest niemiły. Po prostu nie odzywa się.
    Julie miała w pewnym stopniu rację. Kiedy Meredith zapukała i weszła do jego pokoju, Matt obrócił się na wznak i wyglądał na kompletnie zdezorientowanego. Jedynym przywitaniem z jego strony był nikły uśmiech podziękowania. Podciągnął się do pozycji siedzącej i sięgnął po filiżankę. Meredith stała niepewnie przy jego łóżku, patrząc, jak wypijał kawę. Obserwowała tę jego czynność, jakby od tego miało zależeć jej przetrwanie przez następnych kilka minut. W końcu odwróciła się, zamierzając wyjść. Czuła się tu niepotrzebna, była intruzem. Matt zatrzymał ją, chwytając jej nadgarstek. Posłusznie usiadła obok niego.
    – Dlaczego to tylko ja jestem wykończony tego poranka? – zapytał głosem ciągle lekko schrypniętym od snu.
    – Ja jestem rannym ptaszkiem – powiedziała. – Zmęczenie poczuję pewnie dopiero po południu.
    Spojrzał na zwyczajną bluzkę Julie, którą Meredith związała w węzeł w pasie i też należące do Julie białe szorty, które miała na sobie.
    – Te rzeczy wyglądają na tobie, jakby były najdroższą kreacją.
    Był to pierwszy komplement, jaki kiedykolwiek usłyszała ud niego, poza tym wszystkim, co szeptał jej, kiedy się kochali. Zwykle nie przykładała wagi do komplementów, ale ten zapamiętała sobie. Nie ze względu na treść, ale na czułość, z jaku Matt to powiedział.
    Patrick wrócił do domu, zjadł śniadanie i poszedł spać. Julie wyszła o wpół do dziewiątej, machając wesoło na pożegnanie i oznajmiając, że zaraz po szkole jedzie do swojej koleżanki i ma zamiar znowu zostać u niej na noc. Meredith o wpół do dziesiątej zdecydowała, że zadzwoni do domu i zostawi kamerdynerowi wiadomość dla ojca. Kiedy Albert odebrał telefon, okazało się jednak, że to on miał dla niej informację od ojca. Ojciec przekazywał jej, żeby natychmiast wracała do domu i żeby lepiej umiała sensownie wytłumaczyć swoje zniknięcie. Meredith poprosiła Alberta, żeby przekazał jej ojcu, że powód tego wyjazdu jest wspaniały i że zobaczy się z nim w niedzielę.
    Potem czas zaczął się dłużyć. Starając się nie obudzić Patricka, poszła do salonu, żeby znaleźć coś do czytania. Półki z książkami oferowały kilka ewentualności, ale była zbyt niespokojna, żeby móc się skoncentrować na długiej powieści. Wśród magazynów i czasopism leżących na najwyższej półce znalazła starą broszurę do nauki szydełkowania. Zagłębiła się w czytanie jej z narastającym zainteresowaniem. W jej myślach powstawały fantazyjne buciki dziecięce. Nie mając innego zajęcia, postanowiła spróbować tego. Pojechała do miasta. W sklepie Jacksona kupiła magazyn poświęcony szydełkowaniu, sześć motków grubej przędzy i drewniane szydełko, grube jak palec. Sprzedawczyni zapewniła ją, że takie właśnie szydełko będzie najlepsze dla osoby początkującej. Kiedy otwierała samochód zaparkowany przed sklepem żelaznym, przyszło jej na myśl, że to na nią może spaść dzisiaj odpowiedzialność za przygotowanie kolacji. Wrzuciła torbę z przędzą do samochodu i ponownie przeszła na drugą stronę ulicy. Weszła do sklepu spożywczego. Przez kilka minut krążyła wzdłuż półek ogarnięta słusznymi wątpliwościami co do swoich umiejętności kulinarnych. Przy stoisku z mięsem, przygryzając wargę, przeglądała paczkowane porcje. Wczorajsza pieczeń rzymska Julie była cudowna; wszystko, cokolwiek ona zrobi dzisiaj, musi być proste. Jej wzrok wędrował od steków, kotletów schabowych do wątróbki, potem zatrzymał się na hot dogach. Ich widok zainspirował ją. Przy odrobinie szczęścia kolacja może stać się nie katastrofą kulinarną, a nostalgiczną przygodą. Uśmiechając się, kupiła kilka paczek hot dogów, paczkę słodkich bułek i wielką torbę grubych, gąbczastych słodyczy do pieczenia na ogniu.
    Po powrocie do domu odniosła zakupy do kuchni i zasiadła ze swoim szydełkiem, broszurą i magazynem z kolorowymi instrukcjami dla szydełkujących. Zgodnie z nimi łańcuszek był podstawowym ściegiem dla wszystkich ściegów szydełkowych. Początkujący mogli zaznajomić się z następnymi zawiłościami robótek dopiero, kiedy będą umieli zrobić co najmniej sto prawidłowych oczek łańcuszka. Stosując się do tego, Meredith rozpoczęła posłusznie robienie ściegu łańcuszkowego. Każde oczko miało średnicę prawie centymetra z powodu wielkich rozmiarów szydełka i grubości przędzy, której używała.
    Poranek przeszedł w popołudnie, a obawy, przed którymi starała się uciec, zaczęły ją nękać znowu. Szydełkowała tym intensywniej, żeby je odpędzić. Nie będzie myśleć o pediatrach… albo o tym, jak to jest w czasie porodu… o tym, czy Matt będzie chciał uzyskać prawo odwiedzania ich dziecka… o przedszkolu… o tym, czy Matt mówił serio, żeby spróbowali żyć jak prawdziwe małżeństwo…
    Oczka ściegu łańcuszkowego spadały kaskadą spod jej szydełka. Grube i kształtne układały się w duży stos delikatnego, kremowego zwoju u jej stóp. Spojrzała w dół. Wiedziała doskonale, że czas, żeby przerwać tę część nauki i przejść do bardziej skomplikowanych działań. Nie czuła się jednak zdolna do podjęcia tego wyzwania. Poza tym czerpała z tej powtarzającej się czynności pewną ponurą satysfakcję i zaspokajała potrzebę poczucia kontroli nad czymkolwiek. O drugiej po południu dotąd nie objawiająca się ciąża dała o sobie znać nagłą potrzebą snu. Meredith odłożyła szydełko. Zwinęła się na kanapie i zerknęła na zegar. Zdrzemnie się przez chwilę i zdąży przed powrotem Matta odłożyć przędzę i wszystko przygotować. Przed powrotem Matta… Myśl o nim, powracającym do niej po ciężkim dniu pracy napełniła ją uczuciem wielkiej przyjemności. Podłożyła dłoń pod policzek. Przypomniała sobie, jak Matt kochał się z nią, i musiała zmusić się do myślenia u czymś innym. To wspomnienie było tak żywe i intensywne, że poczuła aż bolesną tęsknotę za nim. Zagrażało jej poważne niebezpieczeństwo zakochania się w ojcu swojego dziecka. Poważne niebezpieczeństwo? – pomyślała z uśmiechem. Czy istniało coś wspanialszego, o ile Matt czułby to samo, a sądziła, że tak jest.
    Przez otwarte okno dotarł do niej odgłos żwiru trzeszczącego pod oponami. Otworzyła gwałtownie oczy, spojrzała na zegar. Było wpół do piątej. Usiadła szybko, przejechała palcami po włosach. Odgarnęła je z czoła. Frontowe drzwi otworzyły się akurat w chwili, kiedy sięgała po przędzę, żeby ją schować. Jej serce zareagowało na jego widok radosnym biciem.
    – Cześć – powiedziała i nagle wyobraziła sobie inne wieczory, takie jak ten, kiedy Matt wracałby do domu do niej. Zastanawiała się, czy on w ogóle myślał o niej, po czym złajała się za takie głupie pomysły. To ona miała nadmiar wolnego czasu; tai był zapracowany i na pewno zajęty czymś innym. – Jak minął ci dzień?
    Matt patrzył na nią stojącą koło kanapy. Oczami wyobraźni widział wiele dni takich jak ten; dni, miesięcy, lat. Wracałby do domu do tej złotowłosej bogini, której uśmiech sprawiał, że czuł się, jakby właśnie pokonał gołymi rękami smoka, wykurował się z przeziębienia i znalazł sposób na zapewnienie pokoju na całym świecie.
    – Miałem niezły dzień – powiedział, uśmiechając się. – A co ty robiłaś?
    Przez część dnia zamartwiała się, a przez jego resztę myślała i marzyła o nim. Jako że tego raczej nie powinna mu mówić, powiedziała tylko:
    – Zaczęłam uczyć się szydełkowania. – Na potwierdzenie swoich słów wyciągnęła motek przędzy.
    – To typowo domowe zajęcie – zażartował Matt. Jego wzrok ześlizgnął się wzdłuż oczek jej robótki, zwieszającej się z morka i niknącej gdzieś pod stolikiem. Uniósł ze zdziwieniem brwi. – Co to będzie?
    Nie miała najmniejszego pojęcia i zachichotała zawstydzona:
    – Zgadnij – powiedziała, żeby zachować twarz. Miała nadzieję, że może on coś wymyśli.
    Matt podszedł, schylił się i podniósł koniec robótki. Zaczął się cofać do tyłu, aż rozprostował jej łańcuszek na całą długość pokoju.
    – Cztery metry, może to dywan? – zaryzykował ze śmiertelną powagą.
    Jakimś cudem udało jej się zapanować nad wyrazem swojej twarzy i wyglądać na urażoną.
    – To oczywiste, że nie jest to dywan. Spoważniał i ruszył ku niej pełen skruchy.
    – Podpowiedz mi – poprosił łagodnie.
    – Tak naprawdę, to nie potrzebujesz podpowiedzi. To jasne, co to będzie. – Usiłując zachować powagę, obwieściła: – Mam zamiar dodać jeszcze kilka rzędów do tego, co już zrobiłam, żeby to było szersze. Potem ukrochmalę to wszystko i będziesz miał czym ogrodzić swoją posiadłość.
    Matt, śmiejąc się, przyciągnął ją do siebie, nie bacząc na kłujące go szydełko.
    – Kupiłam coś na kolację – oświadczyła, odchylając się w jego objęciach.
    Matt myślał o zabraniu jej gdzieś wieczorem. Spojrzał na nią zdziwiony.
    – Myślałem, że mówiłaś, że nie potrafisz gotować.
    – Zrozumiesz, jak zobaczysz, co kupiłam – odparła. Objął ją ramieniem i poszli do kuchni. Wyjęła hot dogi, a jego wzrok padł na gąbczaste słodycze do opiekania na ogniu.
    – To bardzo sprytne – powiedział z uśmieszkiem. – Znalazłaś sposób, żebym to ja musiał się wykazać.
    – Wierz mi – powiedziała posępnie – tak będzie bezpieczniej.
    Był w domu mniej niż dziesięć minut i już po raz drugi poczuł, jakby życie stało się nagle wypełnione tylko radością i śmiechem.
    Meredith wyniosła przed dom koc i jedzenie, a Matt przygotował ognisko. Spędzili wieczór na zewnątrz, jedząc przypalone hot dogi, niedopieczone bułeczki i słodkości skapujące w trakcie pieczenia do ogniska. Rozmawiali o wszystkim, o ukształtowaniu terenu w Ameryce Południowej, o niezwykłym braku typowych objawów ciąży u Meredith, a nawet o sposobie przypiekania na ogniu tych słodkich przysmaków. Kończyli jedzenie przy blasku księżyca. Meredith uprzątnęła talerze i zaniosła je do kuchni. Matt podciągnął kolana do piersi i czekał na jej powrót. Spoglądał leniwie na ciemniejące niebo i na liście, które zebrał i wrzucił do ognia, żeby zrobić jej niespodziankę.
    Kiedy Meredith wróciła, powietrze było przesycone wspaniałym aromatem jesieni. Matt siedział na kocu i starał się wyglądać tak, jakby zapach palonych w sierpniu liści był czymś najnormalniejszym. Uklękła na kocu naprzeciwko niego, spojrzała w ogień, a potem w jego twarz. Pomimo ciemności widział blask jej oczu.
    – Dziękuję – powiedziała prosto.
    – Bardzo proszę – odpowiedział, a jego głos zabrzmiał dla jego własnych uszu dziwnie ochryple. Wyciągnął do niej dłoń i musiał zwalczyć ogarniającą go falę pożądania, kiedy mylnie odczytując jego gest, usiadła między jego kolanami, żeby oprzeć się o jego pierś i jednocześnie obserwować ogień. W chwilę później jego pożądaniu towarzyszyło też uczucie wspaniałej radości, kiedy powiedziała miękko:
    – Matt, to jest najprzyjemniejszy wieczór, jaki kiedykolwiek przeżyłam.
    Objął jej talię, kładąc opiekuńczo dłoń na płaskim brzuchu. Starał się ukryć wzruszenie. Odgarnął jej włosy i pocałował kark.
    – A co z wczorajszym wieczorem?
    Pochyliła głowę do przodu, ułatwiając jego ustom dostęp do całowanego miejsca i szybko skorygowała:
    – To jest mój drugi najprzyjemniejszy wieczór, jaki kiedykolwiek przeżyłam.
    Matt uśmiechnął się, ciągle dotykając ustami jej skóry. Delikatnie przygryzł brzeżek jej ucha. Chciał jej. To uczucie eksplodowało w całym jego ciele, dziko przetaczało się przez jego żyły. Nie był w stanie powstrzymać go ani odmówić go sobie. Był poruszony jego siłą. Odwrócił jej twarz ku sobie i znalazł jej usta. Jej wargi poruszały się słodko, najpierw delikatnie, potem z celową prowokacją. Wsunęła język w jego wargi. Matt przestał panować nad sobą. Jego dłoń przekradła się pod jej bluzkę. Otoczył palcami jej pierś. Jęknęła z rozkoszy i słysząc to, przestał się kontrolować. Obrócił ją w ramionach i położył na kocu. Przywarł do niej. Wplótł palce w jej włosy, unieruchamiając jej twarz i pokrywając ją pocałunkami. W pewnym momencie wyczuł chwilę jej zawahania. Gwałtowność jego uczuć spowodowała, że znieruchomiała. To zaskoczyło i jego; ta desperacja, gwałtowna potrzeba, żeby ją posiąść całkowicie, i konieczność uczynienia świadomego wysiłku, żeby opanować to uczucie. Pochłonęło go ono tak kompletnie, że nie zorientował się, że jej wahanie wynikało nie z obawy przed jego burzliwą namiętnością, ale z jej nie doświadczenia i niepewności. Nie wiedziała, w jaki sposób odwzajemnić jego uczucie, jak je stymulować. Nawet gdyby zdał sobie z tego sprawę, nie pokazałby jej właśnie wtedy, jak to robić. Wystarczająco trudnym zadaniem było teraz dla niego spowolnienie jego działania, tak żeby przedłużyć ich zbliżenie. Wprowadzając ten zamiar w czyn, rozbierał ją powoli drżącymi palcami. Całował ją, aż zaczęła wić się gwałtownie w jego ramionach. Przesuwała gorączkowo dłońmi po jego rozgrzanej skórze. Dotyk jej rąk i ust rozpalał go coraz bardziej. Każdy delikatny dźwięk, jaki wydawała, powodował wzmożone pulsowanie jego krwi. Ochryple szeptał gorące, obiecujące rozkosz słowa, prowadząc jej emocje coraz wyżej i wyżej. Podążała za nim, brała w tym procesie czynny udział, aż w końcu spowodował, że wydała z siebie okrzyk, jej ciało wygięło się wstrząsane wibracjami. Wtedy wypełnił ją całym sobą.
    Już potem okrył ich obydwoje kocem i leżał obok niej, spoglądając w usiane gwiazdami niebo. Wdychał nostalgiczny zapach wczesnej jesieni. Kochanie się było dla niego w przeszłości aktem wzajemnie odczuwanej rozkoszy. Z Meredith był to akt urzekająco piękny. Subtelny, zadający katusze, owiany magią piękności. Matt czuł się po raz pierwszy w życiu całkowicie zaspokojony i w zgodzie z samym sobą. Przyszłość wydawała się bardziej niż kiedykolwiek skomplikowana, a jednocześnie nigdy nie był bardziej pewien siebie, że może ukształtować ją tak, żeby odpowiadała im obojgu. O ile tylko ona da mu szansę i czas, żeby mógł to zrobić. Czas.
    Desperacko potrzebował więcej czasu, żeby wzmocnić tę dziwną, delikatną więź, która przyciągała ich ku sobie coraz bardziej z każdą wspólnie spędzoną godziną. Jeśli tylko udałoby mu się namówić ją na wspólny wyjazd do Ameryki Południowej, miałby czas, żeby tę więź wzmocnić. Nie rozwiodłaby się wtedy z nim. Wierzył, że tak by się stało. Zdecydował, że jutro zadzwoni do Jonathana Sommersa i nie podając przyczyny, spróbuje dowiedzieć się, jak będzie tam wyglądać zakwaterowanie i opieka medyczna. Nie chodziło mu o siebie. Meredith i jego dziecko, to było to, co się dla niego liczyło.
    Jeśli nie mógłby jej zabrać ze sobą… to byłby problem. Nie mógł zmienić decyzji o wyjeździe. Po pierwsze: podpisał kontrakt, poza tym stupięćdziesięciotysięczna premia za tę pracę potrzebna mu była, żeby sfinansować następną inwestycję. Tak jak fundament dla drapacza chmur, tak te sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów było fundamentem dla całego jego wielkiego planu. Ta suma musiała na razie wystarczyć, chociaż wolałby, żeby była większa.
    Leżąc koło niej, miał ochotę zostać z nią w Stanach i zapomnieć o tym całym cholernym planie. Tego jednak też nie mógł zrobić. Meredith była przyzwyczajona do tego, co najlepsze. Miała do tego prawo i chciał, żeby tak było dalej. Jedyną drogą, żeby jej to zapewnić, był ten wyjazd.
    Myśl o tym, że zostawi ją tu, a potem być może straci, bo znuży ją czekanie na niego lub przestanie wierzyć w jego sukces, doprowadzałaby go normalnie do szaleństwa. Było jednak coś, co przemawiało na jego korzyść. Była z nim w ciąży. Ich dziecko będzie dla niej wystarczającym powodem, żeby czekać na niego i wierzyć mu.
    Tę samą ciążę, którą Meredith przyjmowała jako wielkie nieszczęście, Matt uważał teraz za niespodziewany dar losu. Wyjeżdżając z Chicago, sądził, że miną co najmniej dwa lata, zanim będzie mógł wrócić i spróbować zabiegać o jej względy w sposób odpowiadający jej pozycji społecznej. Oczywiście, o ile jeszcze byłaby wolna. Była piękna i fascynująca. Setki mężczyzn uganiałyby się za nią w czasie jego nieobecności. Któremuś z nich prawdopodobnie udałoby się ją zdobyć. Wiedział o tym tamtej nocy, kiedy pożegnał się z nią.
    Teraz jednak przeznaczenie wkroczyło i świat leżał u jego stóp. Matt nie pozwolił, żeby ten podniosły nastrój zepsuł mu fakt, że przeznaczenie nigdy nie było zbyt łaskawe dla rodziny Farrellów. Był teraz gotów wierzyć w Boga, w przeznaczenie, wszechobecną prawość, a wszystko to za sprawą Meredith i dziecka.
    Trudno było mu uwierzyć jedynie w to, że młoda, światowa przyszła posiadaczka fortuny, którą poznał w ekskluzywnym klubie, czarująca blondynka pijąca z wystudiowaną pozą koktajl z szampana, leżała tuż obok niego, zwinięta w kłębek, śpiąca w jego ramionach, z jego dzieckiem bezpiecznie ukrytym w jej łonie.
    Jego dziecko.
    Matt rozpostarł palce, przykrywając nimi jej brzuch. Uśmiechał się przytulony do jej karku. Meredith nie miała pojęcia, jakie tak naprawdę były jego uczucia do ich dziecka. Nie wiedziała też, jakie uczucia wywoływała w nim jej decyzja, żeby nie pozbywać się ani dziecka, ani jego. Pierwszego dnia, kiedy wyliczała, co może zrobić w tej sytuacji, słowo aborcja spowodowało, że poczuł mdłości.
    Chciał porozmawiać z nią o dziecku i powiedzieć jej, co czuje. Jego radość z powodu czegoś, co ją stresowało tak bardzo, sprawiała, że milczał, bo czuł się jak nędzny egoista. Wiedział, że wzdragała się na myśl o konfrontacji z ojcem, a każde wspomnienie jej stanu przypominało jej też o tym, co było jeszcze ciągle przed nią.
    Konfrontacja z jej ojcem… uśmiech Matta zniknął. Ten człowiek był sukinsynem. Jakimś cudem jednak udało mu się wychować najbardziej zadziwiającą kobietę, jaką Matt kiedykolwiek spotkał, i za to był mu głęboko wdzięczny. Był mu wdzięczny do tego stopnia, że miał zamiar zrobić wszystko, co tylko możliwe, żeby spotkanie Meredith z ojcem w niedzielę w Chicago przebiegło jak najłagodniej. Będzie się starał pamiętać o tym, że Meredith była jedynym dzieckiem Philipa Bancrofta i że z powodów oczywistych tylko dla niej kochała tego drania.

ROZDZIAŁ 10

    – Gdzie jest Meredith? – zapytał Matt Julie następnego popołudnia po powrocie z pracy.
    Spojrzała na niego znad stołu, przy którym odrabiała lekcje.
    – Jeździ konno. Powiedziała, że wróci przed twoim powrotem, ale jesteś o dwie godziny wcześniej niż zwykle. – Z krzywym uśmieszkiem dodała: – Zastanawiam się, co za atrakcja przyciągnęła cię tutaj?
    – Mądrala. – Skierował się w stronę tylnych drzwi, mierzwiąc po drodze jej włosy.
    Meredith powiedziała mu wczoraj, że bardzo lubi konną jazdę. Rano Matt zadzwonił do sąsiada, pana Dale'a, z prośbą, żeby wypożyczył mu dla niej jednego ze swoich koni.
    Na zewnątrz Matt przebiegł dziedziniec, minął zarośnięte grządki, kiedyś będące ogródkiem warzywnym jego matki i wypatrując sylwetki Meredith, przeszukiwał leżące na prawo pola. Był w połowie drogi do ogrodzenia, kiedy zobaczył, że nadjeżdża. W plecach poczuł igiełki strachu na ten widok. Kasztanowaty koń galopował, pożerając przestrzeń. Biegł wzdłuż linii ogrodzenia. Meredith pochylała się nisko, tuż nad jego karkiem. Włosy powiewały jej dziko wokół ramion. W miarę jak się zbliżała, zorientował się, że ma zamiar zakręcić i skierować konia do ich stajni. Ruszył w tamtą stronę. Obserwował ją, a jego puls zwalniał do bardziej normalnego tempa. Jego obawy zniknęły. Meredith Bancroft jeździła jak arystokratka, którą była: siedziała w siodle lekko, wyglądała ślicznie i kontrolowała sytuację całkowicie.
    – Cześć! – zawołała. Twarz miała zaróżowioną i promienną. Zatrzymała konia przed stajnią, tuż obok sterty niezbyt świeżego siana. – Muszę go wytrzeć – powiedziała, kiedy Matt sięgał po uzdę.
    Wtedy wypadki potoczyły się szybko. Matt nadepnął obcasem na ząb starych wideł leżących na ziemi. Stało się to akurat w chwili, kiedy Meredith zaczęła zsiadać z konia i właśnie przekładała nogę ponad jego grzbietem. Trzonek nadepniętych przez Matta wideł podskoczył do góry i uderzył konia w nos, ten z pełnym protestu rżeniem zakołysał się i stanął dęba. Matt wypuścił z rąk uzdę, starając się chwycić Meredith, ale ona już ześlizgnęła się do tyłu, wylądowała na sianie, po czym znalazła się na ziemi.
    – Do diabła! – wybuchnął Matt, przykucając i chwytając jej ramiona. – Zraniłaś się?
    Sterta siana złagodziła jej upadek i nic się jej nie stało. Była tylko przerażona i zaskoczona zdarzeniem.
    – Czy ja się zraniłam? – powtórzyła, wstając z wyrazem komicznego szoku na twarzy. – Moja duma jest więcej niż zraniona. To ona poniosła ciężkie straty, jest zdruzgotana…
    Patrzył na nią zaniepokojony.
    – Czy nic nie stało się dziecku?
    Meredith przerwała czyszczenie z siana i kurzu tyłu pożyczonych od Julie dżinsów.
    – Matt – poinformowała go z krzywym uśmieszkiem i pełnym wyższości spojrzeniem, zatrzymując rękę na siedzeniu swoich spodni – to nie jest miejsce, w którym jest dziecko.
    W końcu zorientował się w umiejscowieniu jej ręki, a co za tym idzie, zlokalizował miejsce, na które upadła. Poczuł rozbawienie i ulgę. Z udawanym zaskoczeniem zapytał:
    – To nie to miejsce?
    Przez kilka minut Meredith siedziała zadowolona, obserwując, jak Matt wyciera konia. Potem przypomniała sobie o czymś i uśmiechnęła się.
    – Dzisiaj skończyłam szydełkowanie twojego swetra – zawołała.
    Zatrzymał się gwałtownie i patrzył na nią niepewnie.
    – Ty… zrobiłaś z tego czegoś przypominającego linę sweter? Dla mnie?
    – Nie z tego – powiedziała, starając się wyglądać na urażoną. – To coś przypominające linę to były tylko wprawki. Dzisiaj zrobiłam prawdziwy sweter. To raczej kamizelka, nie sweter. Chcesz ją zobaczyć?
    Powiedział, że chce, ale był tak skrępowany, że Meredith musiała przygryźć wargę, żeby nie parsknąć śmiechem. W kilka minut później wyszła z domu, niosąc zrobioną grubym ściegiem kamizelkę. Jej szydełko i resztka beżowej przędzy, którą ćwiczyła wczoraj, były wbite w gotowy do włożenia produkt.
    Matt wychodził właśnie ze stajni i spotkali się przy stercie siana.
    – Oto ona – powiedziała, wyciągając zza pleców swoją niespodziankę. – Jak ci się podoba?
    Z nieukrywaną obawą spoglądał na jej ręce, potem na kamizelkę, w końcu na jej twarz. Był zaskoczony i pełen podziwu dla jej dzieła i wyraźnie wzruszony, że zrobiła to dla niego. Nie spodziewała się takiej reakcji i. była trochę zażenowana swoim żartem.
    – Niesamowite – powiedział Matt. – Sądzisz, że to będzie dla mnie dobre?
    Była pewna, że będzie. Sprawdziła swetry w jego szufladzie, żeby upewnić się, że kupi dobry rozmiar. Kiedy przyniosła do domu tę kamizelkę, usunęła starannie metki.
    – Myślę, że będzie pasować.
    – Przymierzę ją.
    – Tutaj? – zapytała i kiedy skinął potakująco głową, wyjęła z kamizelki szydełko. Czuła się coraz bardziej winna.
    Powoli i ostrożnie wziął ją z jej rąk; włożył, wygładził i wyciągnął kołnierzyk koszuli, którą miał na sobie.
    – Jak wyglądam? – zapytał, stając w lekkim rozkroku z rękoma na biodrach.
    Wyglądał absolutnie cudownie. Nawet w wytartych dżinsach i niedrogiej kamizelce był przystojny w bardzo męski sposób. Miał szerokie ramiona szczupłe biodra: był zabójczo przystojny.
    – Podoba mi się, głównie dlatego, że zrobiłaś ją sama, specjalnie dla mnie.
    – Matt – zaczęła niepewnie, gotowa do przyznania się.
    – Słucham?
    – Jeśli chodzi o kamizelkę…
    – Nie, kochanie – przerwał jej – nie tłumacz się, że nie miałaś czasu zrobić więcej takich rzeczy dla mnie. Możesz to nadrobić jutro.
    Meredith dochodziła do siebie po emocjonalnym dreszczyku, jaki odczuła, słysząc jego głęboki głos mówiący do niej „kochanie”. Z tego powodu z opóźnieniem dotarto do niej znaczenie jego słów i rozbawienie, jakie pobłyskiwało w jego oczach. Schylił się i nie kryjąc swoich zamiarów, podniósł z ziemi patyk. Ruszył z nim w stronę cofającej się i śmiejącej się bezsilnie Meredith.
    – Nie waż się! – zachichotała, okrążając pospiesznie stertę siana i wycofując się ku stodole. Wpadła tyłem na ścianę budynku. Traciła równowagę, ale Matt chwycił jej nadgarstek, podrywając ją szybko i przyciskając jednocześnie do siebie.
    Cała w pąsach z błyszczącymi oczami śmiejąc się, spojrzała w górę na jego zadowoloną twarz.
    – Teraz, skoro mnie już złapałeś – droczyła się – co mi zrobisz?
    – Oto jest pytanie – powiedział zduszonym głosem. Wpatrywał się w jej usta, pochyli! głowę. Całował ją z wystudiowaną, powolną zmysłowością, aż poczuł, że Meredith odwzajemnia ten pocałunek. Wtedy zaczął całować ją mocniej, rozchylił jej usta swoimi. Zapomniała, że w miejscu, gdzie stali, w jasnym świetle dnia byli doskonale widoczni z okien domu. Objęła ręką jego kark, przytrzymując go blisko siebie. Zaspokajała głód jego pocałunków swoim własnym głodem, przyjmując sugestywny rytm jego języka. Kiedy w końcu podniósł głowę, obydwoje oddychali ciężko i szybko, a jego podniecone ciało pozostawiło na jej ciele niewidoczny ślad.
    Matt odetchnął głęboko i odchylił głowę do tyłu. Wyczuł instynktownie, że był to idealny moment, żeby spróbować namówić ją na wyjazd z nim. Zastanowił się, jak to zrobić. Cholernie bał się, że mu odmówi, i zdecydował lekko przechylić szalę na swoją korzyść, używając pewnej formy nacisku.
    – Myślę, że nadszedł czas na naszą poważną rozmowę – oświadczył, prostując się i patrząc na nią. – Powiedziałem ci, kiedy zgodziłem się na małżeństwo, że być może postawię pewne warunki. Nie byłem wtedy pewny, jakie one będą. Teraz już wiem.
    – Co to za warunki?
    – Chcę, żebyś pojechała ze mną do Ameryki Południowej. – Po wyrzuceniu z siebie tego oświadczenia czekał.
    Była zszokowana, że stawiał warunki, i jednocześnie niewypowiedzianie zadowolona z ich treści. Niepokoił ją trochę dyktatorski ton, jakiego użył, i dlatego powiedziała:
    – Chciałabym coś ustalić. Czy to znaczy, że nie ożenisz się ze mną, jeśli nie zgodzę się na to, o co prosisz?
    – Wolałbym, żebyś to ty najpierw odpowiedziała na moje pytanie, zanim ja odpowiem na twoje.
    Po chwili zrozumiała, że Matt sprawdzał, czy ona zgodzi się na jego propozycję bez stosowania przez niego gróźb, po tym jak zasugerował, że może odmówić ożenienia się z nią. Uśmiechnęła się w głębi duszy, myśląc o niepotrzebnym i pełnym despotyzmu sposobie, w jakim zamierzał osiągnąć cel. Udała, że intensywnie rozważa tę sprawę.
    – Chcesz, żebym pojechała z tobą do Ameryki Południowej? Skinął głową.
    – Rozmawiałem dzisiaj z Sommersem. Powiedział mi, że zakwaterowanie i opieka medyczna są na dobrym poziomie. Muszę to jednak najpierw zobaczyć. Jeśli uznam, że są wystarczająco dobre, chciałbym, żebyś przyjechała do mnie.
    – Nie sądzę, żeby to była uczciwa propozycja – powiedziała poważnie, wychodząc ze stajni. Odpłacała mu pięknym za nadobne, stosując jego metodę i każąc mu czekać na odpowiedź.
    Trochę zesztywniał.
    – To najlepsze, co w tej sytuacji mogę zrobić.
    – Nie wydaje mi się – powiedziała, kierując się w stronę domu, żeby ukryć uśmiech. – Ja dostaję męża, dziecko, mój własny dom i jeszcze ekscytujący wyjazd. Ty dostajesz żonę, która najpierw ugotuje na obiad twoje koszule, namoczy w proszku do prania jedzenie i zgubi twój…
    Zaskoczona, krzyknęła i zaśmiała się, kiedy jego ręka wylądowała na jej siedzeniu. Odwróciła się gwałtownie i zderzyła się z nim. On się jednak nie śmiał. Patrzył na nią z trudnym do zdefiniowania wyrazem twarzy i przytulił ją mocno do swojej piersi.
    Julie obserwowała przez kuchenne okno, jak Matt całuje Meredith i w końcu niechętnie puszcza ją ze swoich objęć. Kiedy odeszła, stał z rękami opartymi na biodrach, patrząc za nią z uśmiechem.
    – Tato – powiedziała Julie, rzucając ojcu przez ramię pełne zdziwienia i jednocześnie promienie spojrzenie – Matt chyba jest zakochany!
    – Jeśli naprawdę tak jest, to niech go Bóg ma w swojej opiece.
    Odwróciła się zaskoczona.
    – Nie lubisz Meredith?
    – Widziałem, jakim wzrokiem obrzuciła ten dom, kiedy tu weszła po raz pierwszy. Patrzyła na niego i na wszystko, co w nim jest, z czubkiem nosa gdzieś w chmurach.
    Twarz Julie spochmurniała, potrząsnęła przecząco głową.
    – Ona była wtedy przerażona. Naprawdę.
    – To Matt powinien być przerażony. Jeśli nie uda mu się zrealizować swoich planów z takim powodzeniem, jak to sobie obmyślił, to ona rzuci go dla jakiegoś bogatego drania. Wtedy może stracić wszystko, nawet prawo do odwiedzania mojego wnuka.
    – Nie wierzę, żeby mogło się stać coś takiego.
    – Ma jedną na milion szansę, żeby być z nią szczęśliwy – powiedział szorstko. – Wiesz, co się dzieje z człowiekiem, który żeni się z kobietą, którą kocha, chce dać jej wszystko, co najlepsze, albo chociażby więcej, niż miała, zanim wyszła za niego, a potem nie jest w stanie tego zrealizować? Możesz sobie wyobrazić, jakie to uczucie, patrzeć codziennie w lustro, widzieć, że zawodzisz ją, a skoro tak, to że jesteś przegranym człowiekiem?
    – Myślisz o mamie – powiedziała Julie, wpatrując się w jego zmizerowaną twarz. – Mama nigdy nie uważała, że ją zawiodłeś. Setki razy mówiła nam, ile szczęścia jej dałeś.
    – Tym gorzej, że nie zrobiłem tak, żeby była mniej szczęśliwa, a bardziej żywa – powiedział gorzko, zamierzając odejść.
    Ta nietrafiona logika i początki depresji ojca nie uszły uwagi Julie. Wiedziała, że praca w podwójnym wymiarze godzin w tym tygodniu wykańcza go. Wiedziała to równie dobrze, jak i to, że już wkrótce, może jutro, jej ojciec upije się do nieprzytomności.
    – Mama żyła o pięć lat dłużej, niż przewidywali lekarze – przypomniała mu. – A jeśli Matt chce, żeby Meredith została z nim, to na pewno znajdzie sposób, żeby tak się stało. On jest taki jak mama. On walczy.
    Patrick Farrell odwrócił się i spojrzał na nią, uśmiechając się smutno.
    – Czy to była wyraźna wskazówka dla mnie, żebym zwalczał pokusę?
    – Nie – powiedziała. – Proszę cię w ten sposób, żebyś przestał oskarżać się, dlatego że nie mogłeś zrobić więcej. Mama walczyła ze wszystkich sił, a ty i Matt walczyliście razem z nią. Tego lata spłaciliście resztę rachunków szpitalnych. Nie uważasz, że już czas zapomnieć o wszystkim?
    Patrick Farrell wyciągnął rękę i uniósł ku górze jej podbródek.
    – Niektórzy ludzie, Julie, mają miłość w sercach. U niektórych staje się ona częścią ich duszy. To właśnie tacy ludzie jak my nie umieją zapomnieć. – Cofnął rękę. Spoglądał przez okno. Jego twarz nabrała szorstkości. – Dla dobra Matta mam nadzieję, że on nie jest taki. Ma wielkie plany na przyszłość, a to znaczy, że będzie musiał poświęcić niejedno. Ta dziewczyna nie wie, co to poświęcenie. Nie będzie miała odwagi, żeby przy nim wytrwać. Ucieknie od niego, jak tylko pojawią się pierwsze trudności.
    Meredith stała w drzwiach wejściowych. Zamarła zszokowana, słysząc te słowa. Patrick odwrócił się właśnie, żeby wyjść, i stanęli obydwoje twarzą w twarz. Miał tyle przyzwoitości, żeby przynajmniej wyglądać na trochę speszonego, ale stawił jej czoło:
    – Przykro mi, Meredith, że to usłyszałaś. Ja jednak tak właśnie myślę.
    Widać było, że zabolało ją to, ale spojrzała mu prosto w oczy i spokojnie, z godnością powiedziała:
    – Mam nadzieję, że z równie wielką ochotą przyzna pan, że się pan mylił, kiedy zorientuje się pan, że to nieprawda.
    Odwróciła się i zaczęła wchodzić na górę. Patrick Farrell zaskoczony patrzył w ślad za nią. Za jego plecami Julie powiedziała z zadowoleniem:
    – Pewne jest, że wystraszyłeś ją śmiertelnie. Teraz już wiem, co myślałeś, mówiąc, że Meredith nie ma za grosz odwagi.
    Patrick spojrzał na nią, marszcząc brwi, ale kiedy zbierał się do wyjścia do pracy, zatrzymał się i popatrzył na schody. Meredith właśnie schodziła na dół, trzymając w ręku sweter.
    Zawahała się. Patrick, bez większego przekonania w głosie, powiedział:
    – Meredith, jeśli dowiedziesz, że się myliłem, uczynisz mnie bardzo szczęśliwym człowiekiem.
    Była to niezobowiązująca oferta pokoju i przyjęła ją skinieniem głowy.
    – Nosisz pod sercem mojego wnuka – dodał. – Chciałbym widzieć, jak dorasta i kończy studia, mając przy sobie obydwoje rodziców.
    – Chcę tego samego, panie Farrell.
    To wywołało niemal uśmiech na jego twarzy.

ROZDZIAŁ 11

    Meredith patrzyła, jak słońce wpadające przez przednią szybę samochodu pobłyskuje na złotej obrączce, którą poprzedniego dnia Matt wsunął jej na palec. Prostej ceremonii zaślubin dokonał miejscowy sędzia. Świadkami byli tylko Julie i Patrick. Jej własny ślub, w porównaniu ze wspaniałymi ceremoniami ślubnymi, na jakich bywała, był krótki i przypominał raczej transakcję handlową. Natomiast „miesiąc miodowy”, który rozpoczął się potem w łóżku Matta, w niczym skromności ślubu nie przypominał. Dom mieli do swojej dyspozycji i Matt zadbał o to, żeby nie zmrużyła oka aż do świtu. Kochał się z nią bez wytchnienia. Podejrzewała, że starał się w ten sposób wynagrodzić jej to, że nie mógł jej zabrać na prawdziwy miodowy miesiąc.
    Meredith pomyślała o tym, machinalnie pocierając swoją obrączkę o materiał pożyczonej od Julie letniej sukienki. Matt w łóżku ciągle dawał z siebie wszystko. Dawał i dawał. Jednocześnie wydawało się, że nie chciał i nie potrzebował, żeby ona w zamian robiła coś, co by jemu sprawiło przyjemność. Czasami, kiedy kochał się z nią, marzyła o tym, żeby sprawić mu taką samą, szarpiącą duszę rozkosz, jaką on jej dawał. Wahała się jednak przejąć inicjatywę bez wyraźnej zachęty z jego strony. Niepokoiło ją to, że on więcej daje z siebie, niż otrzymuje w zamian. Kiedy jednak czuła go nad sobą i kiedy zanurzał się głęboko w jej poddającym mu się ciele, zapominała o tym. Zapominała o całym świecie.
    Drzemała jeszcze tego poranka, kiedy postawił na jej nocnej szafce tacę ze śniadaniem i usiadł koło niej. Wiedziała, że zapamięta na całe życie jego wspaniały chłopięcy uśmiech, kiedy nachylił się nad nią i szepnął:
    – Obudź się, śpiąca królewno, i pocałuj tę żabę.
    Spojrzała na niego teraz i nie znalazła nic chłopięcego w jego mocno zarysowanej szczęce, pełnym zdecydowania podbródku. Bywały jednak inne momenty: kiedy spał i jego ciemne włosy były potargane. Wtedy miał twarz raczej ujmującą, a nie twardą. No i te rzęsy! Poprzedniego poranka zauważyła jego grube, podwinięte do góry rzęsy. Spał wtedy, a ona miała ochotę pochylić się i przytulić go, bo wyglądał jak mały chłopiec.
    Przyłapał ją na tym, że go obserwuje, i zażartował:
    – Zapomniałem się dzisiaj ogolić?
    Zaśmiała się. Jego słowa były w tak wielkiej sprzeczności z tokiem jej myśli.
    – Prawdę mówiąc, myślałam właśnie o tym, że masz rzęsy, których pozazdrościłaby ci niejedna dziewczyna.
    – Lepiej uważaj – ostrzegł, rzucając jej spod oka żartobliwe spojrzenie. – W szóstej klasie stłukłem chłopaka, który powiedział, że mam rzęsy jak dziewczyna.
    Uśmiechnęła się, ale lekki nastrój, jaki obydwoje starali się podtrzymywać, rozpływał się w miarę, jak zbliżali się coraz bardziej do jej domu i do konfrontacji z jej ojcem. Za dwa dni Matt musiał wyjechać do Wenezueli. Zostawało im coraz mniej czasu. Matt zgodził się, żeby nie mówili na razie jej ojcu o ciąży, ale w głębi duszy był przeciwny temu pomysłowi.
    To nie podobało się też i Meredith, bo potęgowało tylko jej uczucie, że była małoletnią panną młodą, nienawidziła tego. W czasie czekania na wyjazd do Matta miała zamiar nauczyć się gotowania. W ostatnich dniach bardzo nęcił ją pomysł, żeby stać się prawdziwą żoną, mającą męża i własne mieszkanie. Było to bardzo pociągające pomimo trochę zniechęcającego opisu ich ewentualnego mieszkania, jaki przedstawił jej Matt.
    – Jesteśmy na miejscu – powiedziała w kilka minut później, kiedy skręcili w drogę dojazdową do domu. – Podobno nie ma to jak w domu.
    – Jeśli twój ojciec kocha cię tak bardzo, jak myślisz – zapewnił ją spokojnie Matt, pomagając jej wysiąść z samochodu – to postara się zachować przyzwoicie, jak tylko ochłonie z szoku.
    Meredith miała nadzieję, że Matt się nie myli. Jeśli się mylił, oznaczałoby to, że kiedy Matt wyjedzie, będzie musiała mieszkać na farmie. Wolałaby tego uniknąć, wiedząc, co Patrick Farrell o niej myśli.
    – No to do dzieła – powiedziała. Zbliżali się do frontowych drzwi. Wzięła głęboki wdech. Spodziewała się, że ojciec będzie na nią czekał, ponieważ rano dzwoniła do domu i zostawiła Albertowi wiadomość dla Philipa, że będzie w domu po południu.
    Nie myliła się. Wypadł z salonu w chwili, kiedy otworzyła drzwi. Wyglądał, jakby nie spał przez tydzień.
    – Gdzie byłaś do diabła? – zagrzmiał, gotów potrząsnąć nią. Pienił się, nieświadom obecności Matta, który stał o kilka kroków za nią. – Czy chcesz doprowadzić mnie do szaleństwa?
    – Wytłumaczę to, tylko uspokój się chociaż na chwilę – powiedziała Meredith, unosząc dłoń w stronę Matta.
    Jej ojciec zerknął w lewo i zobaczył, z kim przyszła.
    – Sukinsynu!
    – Jest nie tak, jak myślisz – wykrzyknęła. – My się pobraliśmy.
    – Co zrobiliście?
    Na to pytanie, spokojnie i niewzruszenie odpowiedział Matt:
    – Pobraliśmy się.
    Philipowi Bancroftowi wystarczyły zaledwie dwie sekundy, żeby dotrzeć do jedynego możliwego powodu, dla którego Meredith poślubiłaby kogoś, kogo zupełnie nie znała. Ona była w ciąży.
    – Chryste Panie!
    Morderczy wyraz jego twarzy i bolesna wściekłość brzmiąca w jego głosie zabolały Meredith bardziej niż cokolwiek innego, co mógłby zrobić albo powiedzieć. W chwili kiedy była przekonana, że gorzej już być nie może, zorientowała się, że to zaledwie początek. Szok i żal zmieniły się teraz u jej ojca w furię. Okręcił się na pięcie i rozkazał, żeby weszli do jego gabinetu. Kiedy znaleźli się w środku, zatrzasnął za nimi drzwi z hukiem, od którego zadrżały mury. Zaczął krążyć po gabinecie jak osaczony zwierz. Meredith ignorował zupełnie, a ilekroć spojrzał na Matta, jego oczy rzucały mordercze błyski i emanowały nienawiścią. Obrzucał Matta obelgami i oskarżał go o wszystko, począwszy od gwałtu, skończywszy na napaści. Wydawało się, że trwa to całe wieki. Jego furia narastała, ponieważ Matt przyjmował tę zjadliwą tyradę całkowicie niewzruszenie i w absolutnej ciszy, sugerującej obojętność.
    Meredith siedziała obok Matta na kanapie, na której się kochali. Drżała ze zdenerwowania i wstydu. Była tak podenerwowana, że dopiero po kilku minutach zorientowała się, że jej ojciec był tak wściekły nie z powodu jej ciąży, ale z powodu jej małżeństwa z „ambitnym degeneratem z nizin społecznych”. Kiedy w końcu zabrakło mu słów, rzucił się na krzesło stojące za jego biurkiem. Siedział w złowieszczej ciszy, wpatrując się w Matta. Postukiwał o blat biurka nożykiem do otwierania listów.
    Gardło bolało Meredith od połykanych łez. Zrozumiała, że Matt się mylił. To nie było coś, do czego jej ojciec przystosuje się albo z czym się pogodzi. Wyrzuci ją ze swojego życia, tak jak to zrobił z jej matką. Pomimo wszystkich nieporozumień, jakie miała z ojcem, była tą perspektywą zdruzgotana. Matt był dla niej właściwie ciągle jeszcze obcym człowiekiem, a poczynając od tego dnia, jej ojciec też stanie się dla niej obcym. Nie miała szansy, żeby tłumaczyć albo bronić Matta, bo ilekroć próbowała przerwać ojcu, on albo ją ignorował, albo rozwścieczało go to jeszcze bardziej.
    Wstała i starając się zachować tyle godności, ile tylko mogła, powiedziała:
    – Miałam zamiar zostać tu do czasu, aż wyjadę do Ameryki Południowej. Najwyraźniej to nie będzie możliwe. Pójdę na górę i spakuję kilka drobiazgów.
    Odwróciła się do Matta, chcąc zaproponować, żeby zaczekał na nią w samochodzie, ale ojciec przerwał jej pełnym napięcia głosem.
    – To twój dom, Meredith. Twoje miejsce jest tutaj. Teraz jednak Farrell i ja musimy porozmawiać na osobności.
    To wcale jej się nie podobało, ale Matt krótko skinął głową w jej stronę.
    Z chwilą kiedy za Meredith zamknęły się drzwi, Matt oczekiwał kolejnej tyrady. Wydawało się jednak, że Bancroft zaczął panować nad sobą. Siedział za biurkiem, twardym wzrokiem obserwując Matta przez kilka długich chwil. Widać było, że jego umysł pracuje. Kalkuluje. Matt podejrzewał, że obmyśla najlepszą metodę przekonania go do tego, co zamierzał powiedzieć. Wściekłością nie osiągnął nic i Matt wiedział, że spróbuje wobec tego innej taktyki. Nie oczekiwał jednak, że Philip Bancroft uderzy w jego najsłabszy, jeśli chodzi o Meredith punkt. W jego poczucie winy. Nie spodziewał się też, że będzie on tak morderczo elokwentny.
    – Gratuluję, Farrell – powiedział z sarkazmem, uśmiechając się zjadliwie. – Sprawiłeś, że osiemnastoletnia dziewczyna jest z tobą w ciąży. Dziewczyna stojąca u progu życia, które dałoby jej świetną edukację, podróże i wszystko, co najlepsze. – Ogarnął Matta pogardliwym spojrzeniem i ciągnął dalej: – Wiesz, dlaczego istnieją takie kluby, jak Glenmoor? – Matt milczał, a Philip odpowiadał za niego: – Są po to, żeby chronić nasze rodziny, nasze córki przed takim jak ty, używającym pięknych słówek plugastwem.
    Wydawało się, że Bancroft wyczuł, że zranił go tym do krwi i z instynktem wampira szedł dalej tym tropem.
    – Meredith ma osiemnaście lat, a ty ukradłeś jej młodość tym, że zaszła z tobą w ciążę i że pobraliście się. Teraz chcesz pociągnąć ją za sobą w dół, chcesz zabrać ją do Ameryki Południowej, żeby harowała jako żona robotnika. Byłem w Ameryce Południowej i znam Bradleya Sommersa. Wiem dokładnie, jakiego rodzaju operację wiertniczą planuje w Wenezueli. Wiem, gdzie to jest i jak to naprawdę wygląda. Będziecie musieli wyrąbywać w dżungli ścieżkę, żeby przedostać się z tego, co tam uchodzi za cywilizację, do miejsca odwiertu. Kiedy spadnie kolejny deszcz, po wyrąbanym szlaku nie zostanie nawet śladu. Wszystko jest dostarczane i wywożone helikopterem, nie ma telefonu, nie ma klimatyzacji, nie ma niczego! I do tego wilgotnego piekła chcesz zabrać moją córkę?
    Matt wiedział, podejmując tę pracę, że firmy wiertnicze płacą sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów jako rekompensatę za pewne braki i niewygody, ale był przekonany, że uda mu się zapewnić Meredith dobre warunki. Pomimo nienawiści, jaką czuł do Philipa Bancrofta, przyznawał, że miał on prawo do uzyskania zapewnienia co do przyszłości Meredith. Odezwał, się po raz pierwszy od przyjazdu.
    – W odległości osiemdziesięciu kilometrów jest duże osiedle – zaczął pozbawionym emocji, rezolutnym głosem.
    – Brednie! Osiemdziesiąt kilometrów to osiem godzin jazdy dżipem, zakładając, że dżungla nie wchłonęła już ścieżki, którą wyrąbałeś w niej ostatnio! Czy to jest osiedle, w którym masz zamiar trzymać moją córkę przez półtora roku? Kiedy masz zamiar być z nią? Rozumiem, że będziesz pracował po dwanaście godzin dziennie.
    – Są też domki na terenie odwiertu – zaznaczył Matt, chociaż podejrzewał i powiedział to Meredith, że one mogą nie być odpowiednie dla niej, zgodnie z tym, co mówił Sommers. Wiedział też, że Bancroft miał rację, jeśli chodzi o teren i różnego rodzaju utrudnienia. Ryzykownie stawiał na to, że Meredith uzna, że Wenezuela jest piękna, a krótki czas, jaki tam spędzą, będzie dla niej rodzajem przygody.
    – Wspaniałe życie jej oferujesz – odparował Philip z ostrym szyderstwem. – Chałupę na terenie odwiertu albo ruderę w jakiejś zapomnianej przez Boga wiosce w środku głuszy! – Zmienił gwałtownie kierunek natarcia, przygotowując się do następnego ciosu. -. Jesteś gruboskórny, Farrell, to muszę ci przyznać. Bez mrugnięcia okiem zabrałeś wszystko, co miałem. Zastanawiam się, czy ty masz sumienie? Sprzedałeś mojej córce swoje marzenia w zamian za jej całe życie. Tak, draniu, ona też miała marzenia. Chciała studiować. Od czasu dzieciństwa jest zakochana w tym samym chłopcu, w synu bankiera, który mógłby dać jej wszystko. Ona myśli, że ja o tym nie wiem. A czy ty o tym wiesz?
    Matt zacisnął szczęki, ale nie powiedział nic.
    – Powiedz mi, skąd ona ma ubrania, które ma na sobie? – nie czekając na odpowiedź, wykrzyknął: – Jest z tobą zaledwie kilka dni, a już nawet wygląda inaczej! Wygląda, jakby się ubierała w prowincjonalnym sklepie. A teraz! – głos Philipa zabrzmiał formalnie. – Doszliśmy do najbardziej cię chyba interesującego zagadnienia: pieniędzy. Nie zobaczysz nawet centa z pieniędzy Meredith! Czy to jasne dla ciebie? – wyrzucił z siebie, pochylając się w fotelu do przodu. – Pozbawiłeś ją już jej młodości i marzeń, ale jej pieniądze będą dla ciebie nieosiągalne. Mam nad nimi kontrolę przez następne dwanaście lat. Jeśli jakimś cudem za dwanaście lat ona w dalszym ciągu będzie z tobą, zainwestuję każdy cholerny cent tych pieniędzy, zanim je jej przekażę, żeby nie mogła ich naruszyć przez dwadzieścia pięć lat.
    Ponieważ Matt zachowywał kamienny spokój, Bancroft kontynuował:
    – Jeśli sądzisz, że będzie mi jej żal i zacznę podsyłać jej pieniądze, żeby ułatwić jej życie, a co za tym idzie i tobie, widząc, w jaki sposób z tobą żyje, to mnie nie znasz zbyt dobrze. Myślisz, Farrell, że jesteś twardy, ale tak naprawdę to ty jeszcze nie wiesz, co to znaczy być twardym. Nic mnie nie powstrzyma przed uwolnieniem Meredith od ciebie. Jeśli w tym celu będę musiał pozwolić jej chodzić w łachmanach, to trudno, tak będzie. Jest to dla ciebie jasne? – warknął, tracąc na chwilę kontrolę nad sobą wobec braku reakcji ze strony Matta.
    – Wspaniale – powiedział Matt przez zaciśnięte usta – a teraz proszę pozwolić, że ja przypomnę panu o czymś – kontynuował z pełnym opanowania wyrazem twarzy przeczącym samobiczowaniu, jakie przeżył w efekcie poczucia winy, które Bancroft tak skutecznie w nim rozbudził. – W grę wchodzi tutaj dziecko. Meredith już jest w ciąży i większość z tego, co pan powiedział, jest nieaktualna.
    – Miała rozpocząć studia – kontrował Philip. – Wszyscy o tym wiedzieli. Mogę wysłać ją gdzieś, żeby urodziła dziecko. Poza tym, ciągle jest czas, żeby rozważyć inną ewentualność…
    W oczach Matta zabłysła wściekłość.
    – Temu dziecku nic się nie stanie! – ostrzegł cichym, pełnym pasji głosem.
    – Świetnie. Chcesz, to je bierz.
    Była to jedyna możliwość, której nie wzięli pod uwagę. W sytuacji, która się wytworzyła, nie było takiej potrzeby. Matt, z większym przekonaniem niż jego odczucia w tej chwili, powiedział:
    – To zupełnie bezprzedmiotowe. Meredith chce zostać ze mną.
    – Oczywiście, że chce – odparował Philip. – Seks jest dla niej czymś nowym. – Obrzucił Matta wszechwiedzącym, pogardliwym spojrzeniem i dodał: – Nie jest to jednak coś nowego dla ciebie, prawda? – Przygotowywali się do kolejnych ciosów, jak dwaj przeciwnicy na ringu. Docinki Philipa były bardziej ostre, a Matt bronił się. – Kiedy wyjedziesz, a seks przestanie, być twoim atutem, Meredith zacznie myśleć bardziej trzeźwo – oznajmił z przekonaniem Philip. – Będzie chciała realizować swoje marzenia, nie twoje. Będzie chciała studiować, spotykać się z przyjaciółmi. Tak więc – ciągnął – proszę cię o pewne ustępstwo. Jestem gotów zapłacić za nie bardzo przyzwoicie. Jeśli Meredith przejdzie ciążę tak jak jej matka, to nie będzie ona widoczna co najmniej do szóstego miesiąca. Będzie miała czas, żeby wszystko przemyśleć. Chcę, żebyś namówił ją do utrzymania w tajemnicy tego skandalicznego małżeństwa i ciąży…
    Matt, nie chcąc, żeby Philip pomyślał, że uzyskał jego zgodę, przerwał mu i powiedział krótko:
    – Ona już zdecydowała, żeby tak zrobić do chwili, kiedy przyjedzie do mnie. – Matt zacisnął szczęki na widok zadowolenia malującego się na twarzy Bancrofta.
    – To dobrze, wasz rozwód będzie bezproblemowy, jeśli nikt nie będzie wiedział o tym małżeństwie. Oto, co ci proponuję, Farrell: w zamian za to, że zostawisz moją córkę w spokoju, wyasygnuję pokaźną sumę na sfinansowanie tego twojego idiotycznego planu. Meredith wspomniała, że po powrocie z Ameryki Południowej miałeś zamiar wprowadzić w życie coś takiego.
    Matt w lodowatej ciszy obserwował, jak Philip Bancroft wyjmuje z biurka dużą książeczkę czekową. Kierując się zdecydowanie niskimi pobudkami, Matt pozwolił mu wypisać czek. Wiedział, że go nie przyjmie, ale chciał, żeby przeciwnik zadał sobie trud jego wypisania. Było to małe zadośćuczynienie za wewnętrzne niepokoje, jakie przeżył z jego powodu.
    Bancroft rzucił pióro na biurko i ruszył przez pokój. Matt wstał powoli.
    – W pięć minut po tym, jak opuścisz ten pokój, każę zablokować ten czek w moim banku, ostrzegł. – Kiedy tylko przekonasz Meredith, żebyście położyli kres tej parodii małżeństwa i żebyś ty zabrał dziecko, poinstruuję bank, żeby go odblokowali. Te pieniądze, sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów, to twoje wynagrodzenie za niełamanie życia osiemnastoletniej dziewczynie. Weź go – rozkazał, wyciągając rękę z czekiem.
    Matt zignorował go.
    – Bierz ten czek, bo to jedyne pieniądze, jakie kiedykolwiek ode mnie zobaczysz.
    – Nie interesują mnie pańskie cholerne pieniądze!
    – Ostrzegam cię, Farrell – twarz znowu pociemniała mu z gniewu – weź ten czek.
    Z lodowatym spokojem Matt powiedział:
    – Wsadź go sobie…
    Pięść Bancrofta wystrzeliła do przodu z zadziwiającą siłą. Matt uchylił się przed ciosem, chwycił w locie ramię Bancrofta, pociągnął go do przodu, obrócił dookoła i szarpnął jego ramię do tyłu, przyciskając je równocześnie do pleców przeciwnika. Warknął, miękko modulując głos:
    – Słuchaj mnie uważnie, Bancroft. W ciągu kilku lat zdobędę wystarczającą ilość pieniędzy, żeby cię wykupić, a potem pogrzebać, jeśli ośmielisz się ingerować w moje małżeństwo. Rozumiemy się?
    – Puść moje ramię, sukinsynu.
    Matt odepchnął go i ruszył w stronę drzwi. Za jego plecami Bancroft w zadziwiającym tempie doszedł do siebie.
    – Obiad w niedzielę jest o trzeciej – rzucił. – Wolałbym, żebyś nie niepokoił Meredith tym, co się tu wydarzyło. Jak słusznie zauważyłeś, ona jest w ciąży.
    Matt zatrzymał się z ręką już na klamce. Odwrócił się, milcząco akceptując tę propozycję, ale Bancroft jeszcze nie skończył. Dziwne, ale wydawało się, że wyładował swoją wściekłość a teraz, niechętnie, akceptował to, że nie może przerwać tego małżeństwa. Zdawał sobie też sprawę z tego, że dalsze próby przeprowadzenia takiego manewru mogą doprowadzić do oziębienia stosunków między nim a Meredith.
    – Nie chcę stracić córki, Farrell - powiedział z kamiennym spokojem. – Jest oczywiste, że my nigdy się nie polubimy, jednak musimy dla jej dobra spróbować przynajmniej tolerować się nawzajem.
    Matt obserwował pełną złości, zaciętą twarz starszego mężczyzny, ale nie znajdował w niej śladów nieszczerości. Co więcej, to, co sugerował, było logiczne i miało sens. Takie postawienie sprawy leżało w interesie jego i jego córki. Matt wziął tę ofertę za dobrą monetę i po chwili zastanowienia skinął głową akceptując ją.
    – Możemy spróbować.
    Philip Bancroft patrzył, jak Matt wychodzi z pokoju i zamyka za sobą drzwi, potem powoli podarł czek na drobne kawałeczki. Z kpiącym uśmieszkiem na twarzy powiedział:
    – Popełniłeś właśnie dwa poważne błędy, Farrell: odmówiłeś wzięcia tego czeku i nie doceniłeś swojego przeciwnika.
    Meredith leżała obok Matta i obserwowała pełen cieni baldachim nad swym łóżkiem. Była zaniepokojona zmianą, jaką wyczuła w nim po rozmowie z jej ojcem. Kiedy zapytała, co zaszło w bibliotece, powiedział jej:
    – Próbował namówić mnie, żebym zniknął z twojego życia. Po tym spotkaniu obydwaj mężczyźni odnosili się do siebie poprawnie, Meredith sądziła więc, że zawarli rozejm, i dlatego zapytała żartobliwie Matta:
    – Udało mu się to? Odpowiedział, że nie, i uwierzyła mu. Tego wieczoru jednak kochał się z nią z pełną szorstkości determinacją, co było zupełnie niepodobne do niego. Miała wrażenie, jakby chciał naznaczyć ją swoim ciałem… albo żegnał się z nią…
    Ukradkiem spoglądała na niego; nie spał. Szczęki miał zaciśnięte, był pogrążony w myślach. Nie umiała powiedzieć, czy był zły, smutny, czy po prostu zamyślony. Znali się dopiero sześć dni i teraz bardziej niż kiedykolwiek uświadomiła sobie, jak wielki był to minus dla ich związku. Nie potrafiła rozszyfrować nastroju Matta.
    – O czym myślisz? – zapytał znienacka.
    Zaskoczona jego nagłą ochotą do rozmowy, powiedziała:
    – Myślałam o tym, że znamy się zaledwie od sześciu dni. Kpiący uśmiech wykrzywił jego przystojną twarz, tak jakby oczekiwał, że powie coś takiego.
    – To wspaniały powód, żeby zarzucić myśl o utrzymaniu naszego małżeństwa, prawda?
    Kiedy usłyszała te słowa, niepokój, jaki czuła, przeszedł w panikę. Zrozumiała z nagłą jasnością powód tej gwałtownej reakcji. Była w nim zakochana. Beznadziejnie zakochana i boleśnie bezbronna z tego powodu. Starała się nie okazać swoich uczuć. Położyła się na brzuchu i oparła na łokciach. Nie była pewna, czy on stwierdzał fakt, czy próbował wysondować jej myśli. Kierując się pierwszym impulsem, była skłonna przyjąć to jako stwierdzenie faktu i próbować ratować swoją dumę, zgadzając się z nim lub udając obojętność. Jeśliby tak zrobiła, nigdy nie znałaby prawdy, a niepewność doprowadzała ją do szału. Co więcej, wyciąganie pochopnych wniosków nie było zbyt dojrzałe, zwłaszcza teraz, kiedy stawka była tak duża. Zdecydowała, że nie kierując się pierwszym impulsem, dowie się, co miał na myśli. Starając się skrupulatnie unikać jego wzroku, zakreślała koła palcem na swojej poduszce. Zbierając całą odwagę, zapytała:
    – Czy pytałeś teraz o moją opinię, czy starałeś się przekazać mi swoje sugestie?
    – Pytałem, czy to o tym myślałaś.
    Poczuła ulgę i uśmiechnęła się, potrząsając przecząco głową:
    – Myślałam o tym, że trudno mi cię dzisiaj zrozumieć dlatego, że znamy się tak krótko. – Kiedy nie zareagował na to, spojrzała na niego i zobaczyła, że w dalszym ciągu jest zamyślony i smętny. – Teraz twoja kolej – powiedziała z nerwowym uśmiechem. – O czym ty myślałeś?
    Jego milczenie wywoływało w niej niepokój, ale jego słowa, kiedy zaczął mówić, zmroziły ją.
    – Myślałem o tym, że powodem, dla którego pobraliśmy się, jest dziecko. Chciałaś, żeby dziecko urodziło się po naszym ślubie. Nie chciałaś mówić ojcu, że jesteś w ciąży. Teraz dziecko już jest dzieckiem ślubnym, twój ojciec wie o ciąży. Zamiast próbować, żeby z tego małżeństwa coś wyszło, możemy rozpatrzyć inną możliwość, której dotąd nie braliśmy pod uwagę. Mogę zabrać dziecko i sam je wychować.
    Zarzucając postanowienie, żeby zachowywać się dojrzale, uchwyciła się nasuwającej się w tym momencie konkluzji.
    – To uwolniłoby cię od problemu niechcianej żony, prawda?
    – Nie z tego powodu to zasugerowałem.
    – Naprawdę? – powiedziała gorzko.
    – Nie. – Odwrócił się do niej i dotknął jej ramienia, głaszcząc pieszczotliwie dłonią jej skórę.
    Meredith eksplodowała.
    – Nie waż się próbować kochać się ze mną znowu – wybuchnęła, cofając gwałtownie ramię. – Może i jestem młoda, ale jednak mam prawo wiedzieć, co się dzieje, a nie tylko być wykorzystywana przez całą noc jak, jak… bezrozumne ciało! Je – Jeśli chcesz się uwolnić z tego małżeństwa, to powiedz to po prostu!
    Jego reakcja była niemalże tak gwałtowna jak jej.
    – Do diabła, nie chcę się z niczego uwolnić! Czuję się winny. To poczucie winy, a nie tchórzostwo! To przeze mnie jesteś w ciąży i to do mnie przybiegłaś w panice i w efekcie to przeze mnie jesteś teraz mężatką. Jak to twój ojciec elokwentnie ujął – dodał gorzko – ukradłem twoją młodość, twoje marzenia, a w zamian sprzedałem ci swoje. Była przepełniona radością, że to nie żal, ale poczucie winy wprowadziło go w taki nastrój. Odetchnęła z ulgą i chciała coś powiedzieć, ale teraz Matt chciał jej udowodnić, że tak naprawdę to on rzeczywiście był winny zmarnowania jej młodości i że oczekiwania, jakie wiązała z przyszłością, były prawdopodobnie mało realne.
    – Powiedziałaś, że nie chciałabyś zostać na farmie, kiedy wyjadę – rzekł. – Czy pomyślałaś, że farma jest o niebo przyjemniejszym miejscem niż to, do którego jedziesz? A może podchodzisz do tego dziecinnie i wyobrażasz sobie, że będziesz żyła w takich samych warunkach jak tutaj i w Wenezueli, i po powrocie stamtąd? Jeśli tak jest, to jesteś bardzo bliska przeżycia szoku. Nawet jeśli wszystko ułoży się tak, jak to sobie zaplanowałem, miną lata, zanim będzie mnie stać na zapewnienie ci takich warunków życia, do jakich przywykłaś. Do diabła, może nigdy nie będzie mnie stać na dom taki jak ten…
    – Dom taki jak ten… – przerwała mu Meredith, patrząc na niego z rozbawieniem i przerażeniem jednocześnie.
    Przywarła twarzą do poduszki, tłumiąc śmiech. Gdzieś ponad nią rozległ się jego rozzłoszczony, pełen zdziwienia głos:
    – To nie jest ani odrobinę śmieszne!
    – To jest śmieszne – powiedziała, ciągle śmiejąc się w poduszkę. – Ten dom jest okropny. Nie jest przytulny i ja nigdy go nie lubiłam. – Nie zareagował na to i Meredith opanowała się trochę. Oparła się znowu na łokciach. Odrzuciła włosy na bok i zerknęła rozweselona w jego nieprzeniknioną twarz. – Chcesz, żebym powiedziała ci coś jeszcze? – droczyła się z nim, mając na myśli jego słowa o jej zmarnowanej młodości.
    Był zdecydowany, żeby uzmysłowić jej, ile musiałaby poświęcić dla niego. Opanował chęć zanurzenia dłoni w jej rozsypanych na plecach błyszczących włosach, ale nie udało mu się pozbyć uśmiechu brzmiącego w jego głosie.
    – Co to takiego? – szepnął miękko.
    Ramiona Meredith zaczęły drżeć od nowej fali powstrzymywanej wesołości.
    – Mojej młodości też nigdy nie lubiłam!
    Jego reakcja na to obwieszczenie była już taka, jakiej oczekiwała. Pocałował ją mocno, tak że straciła oddech i przestała myśleć. Ciągle jeszcze dochodziła do siebie po tych wrażeniach, kiedy powiedział szorstko:
    – Meredith, obiecaj mi jedną rzecz. Jeśli zmienisz zdanie mi jakikolwiek temat, kiedy mnie nie będzie, obiecaj, że naszemu dziecku nic się nie stanie. Żadnej aborcji. Zorganizuję to lak, żebym to ja je wychował.
    – Nie zmienię…
    – Obiecaj mi, że nie usuniesz ciąży!
    Wiedziała, że próby perswazji byłyby bezskuteczne. Skinęła potakująco głową i spojrzała mu głęboko w oczy. Zobaczyła w nich groźbę.
    – Obiecuję – powiedziała, uśmiechając się miękko. Nagroda za tę obietnicę była kolejna godzina miłości, ale tym razem Matt był człowiekiem, jakiego znała.
    Meredith stała przed domem i po raz trzeci tego poranka całowała Matta na pożegnanie. Ten dzień nie rozpoczął się dobrze. Ojciec zapytał przy śniadaniu, czy ktoś obcy wie o ich małżeństwie. To przypomniało jej, że w ubiegłym tygodniu dzwoniła do Jonathana Sommersa, kiedy nikt nie odbierał telefonu w Edmunton.
    Żeby wytłumaczyć swoje zainteresowanie Mattem, powiedziała, że po podwiezieniu go do domu z Glenmoor znalazła w samochodzie jego kartę kredytową i nie wie, gdzie ją odesłać. Jonathan powiedział jej, że Matt jest ciągle jeszcze w Edmunton. Jak zauważył ojciec Meredith, ogłoszenie ich małżeństwa w zaledwie dwa dni po tym telefonie byłoby po prostu śmieszne. Sugerował, żeby Meredith pojechała do Wenezueli, stwarzając wrażenie, że wzięli ślub właśnie tam. Meredith wiedziała, że miał rację, ale mijanie się z prawdą nie było jej mocną stroną. Była zła na siebie, że w sposób niezamierzony wykreowała potrzebę stosowania jeszcze większej ilości takich półprawd.
    Teraz bardzo przeżywała wyjazd Matta.
    – Zadzwonię do ciebie z lotniska – obiecał. – Zaraz po dotarciu na miejsce zorientuję się w sytuacji i zadzwonię do ciebie. To nie będzie zwykłe połączenie telefoniczne. Będziemy mieli komunikację radiową z bazą, gdzie mają telefon. Połączenie będzie na pewno kiepskie, a dostęp do telefonu będę miał tylko w razie nagłej potrzeby. Przekonam ich, że zawiadomienie cię, że dojechałem bezpiecznie, należy uznać za właśnie taką nagłą potrzebę – dodał. – Nie sądzę jednak, żeby udało mi się przeforsować coś takiego ponownie.
    – Napisz do mnie – powiedziała, próbując się uśmiechnąć.
    – Napiszę. Poczta będzie działała prawdopodobnie fatalnie, więc się nie zdziw, jeśli będą mijały dni bez listów ode mnie, a potem dostaniesz ich kilka jednocześnie.
    Stała w alei, patrząc, jak odjeżdża, po czym powoli ruszyła! z powrotem do domu. Starała się skoncentrować na myśli o tym, że jeżeli szczęście im dopisze, za kilka tygodni będą razem. Ojciec stał w hallu, patrząc na nią z politowaniem.
    – Farrell to mężczyzna, który potrzebuje ciągle nowych kobiet, nowych miejsc, nowych wrażeń. Złamie ci serce, jeśli będziesz za bardzo liczyć na niego.
    – Przestań – przerwała mu ostrzegawczo. Nie chciała, żeby to, co powiedział, zaniepokoiło ją. – Mylisz się, zobaczysz.
    Mart dotrzymał obietnicy i zadzwonił do niej z lotniska. Następne dwa dni Meredith spędziła na czekaniu na jego telefon z Wenezueli. Zadzwonił trzeciego dnia, ale Meredith nie było w domu. Zdenerwowana siedziała w poczekalni u swojego lekarza. Bała się, że może poronić.
    – W czasie pierwszych trzech miesięcy ciąży plamienie nie jest wcale tak rzadkim objawem – mówił doktor Arledge; kiedy już ubrana siedziała w jego gabinecie. – To nie musi być nic groźnego. Jednak większość poronień występuje właśnie w czasie tych pierwszych trzech miesięcy. – Powiedział to w taki sposób, jakby oczekiwał, że słysząc to odetchnie z ulgą. Doktor Axledge był przyjacielem jej ojca. Meredith znała go od lat i była przekonana, że tak samo jak jej ojciec sądził, że wyszła za mąż tylko dlatego, że była w ciąży. – Na dzień dzisiejszy – dodał – nie ma powodów, żeby podejrzewać, że grozi ci poronienie.
    Zmarszczył brwi, kiedy zapytała go, czy może wyjechać do Wenezueli.
    – Nie polecałbym tego, o ile nie jesteś absolutnie pewna poziomu dostępnej tam pomocy medycznej.
    Meredith spędziła ponad miesiąc, łudząc się, że jeśli jest w ciąży, to poroni. Teraz czuła niesamowitą ulgę, że nie straci dziecka Matta. Ich dziecka.
    Przez całą drogę do domu uśmiechała się, myśląc o tym.
    – Dzwonił Farrell – powiedział jej ojciec pełnym pogardy głosem, jakiego zawsze używał mówiąc o Matcie. – Powiedział, że wieczorem znowu spróbuje zadzwonić.
    Siedziała przy telefonie, kiedy zadzwonił. Matt nie przesadzał, mówiąc o złej jakości połączeń z nim.
    – „Przyzwoite” zdaniem Sommersa warunki to żart w jego wykonaniu – powiedział jej. – Absolutnie nie możesz przyjechać tutaj już teraz. Mieszkamy w większości w barakach. Pocieszające jest to, że jeden z domków zwolni się za kilka miesięcy.
    – Mówi się trudno – powiedziała, starając się nadać tonowi swojego głosu pogodne brzmienie. Nie chciała mówić mu, dlaczego była u lekarza.
    – Wygląda na to, że nie jesteś bardzo rozczarowana.
    – Jestem rozczarowana – zaprzeczyła. – Lekarz powiedział, że poronienia zdarzają się najczęściej w pierwszych trzech miesiącach. Może to lepiej, że chociażby z tego powodu zostanę przez ten czas tutaj.
    – Czy jest jakiś szczególny powód, dla którego zaczęłaś bać się poronienia? – zapytał w przerwie pomiędzy kolejnymi piwkami i zgrzytami na łączach.
    Zapewniła go, że czuje się dobrze. Była zawiedziona, kiedy powiedział jej przed wyjazdem, że po pierwszym telefonie do niej może już nie móc się dodzwonić. Teraz jednak, kiedy trudno jej było wychwycić jego głos pomiędzy wszystkimi tymi szumami i innymi odgłosami, nie żałowała tego tak bardzo. W tej sytuacji, zdecydowała, pisanie listów będzie niemal równie dobre.
    W dwa tygodnie po wyjeździe Matta Lisa wróciła z Europy. Zaczynał się już rok akademicki. Jej reakcja na opowieść u poznaniu Matta i o ich ślubie, kiedy już się zorientowała, że Meredith nie żałowała niczego, co się stało, była niemalże komiczna.
    – Niemożliwe! – powtarzała w kółko, patrząc na siedzącą na jej łóżku Meredith. – Coś tu nie gra! – droczyła się. – To ja byłam tą niepoprawną, szukającą przygód, a ty byłaś nieskazitelną i najbardziej ostrożną wychowanką Bensonhurst. Jeśli już ktokolwiek miałby się zakochać w chłopaku od pierwszego wejrzenia, zajść w ciążę i wyjść za mąż, to powinnam to być ja!
    Meredith zaśmiała się w odpowiedzi. Wesołość Lisy udzieliła się i jej.
    – Myślę, że już najwyższy czas, żebym to ja zrobiła coś jako pierwsza.
    Lisa spoważniała trochę.
    – Powiedz, Mer, czy on jest wspaniały? Myślę o tym, że jeśli on nie jest naprawdę, ale tak naprawdę wspaniały, to nie jest dość dobry dla ciebie.
    To było nowe i skomplikowane zadanie: mówić o Matcie i swoich uczuciach do niego. Meredith wiedziała, jak dziwnie to zabrzmi, jeśli powie, że go kocha, mimo że spędzili ze sobą zaledwie sześć dni. Zamiast tego skinęła głową i powiedziała z emfazą:
    – On jest niesamowicie wspaniały.
    Kiedy jednak już raz zaczęła, okazało się, że jest jej trudno, przestać mówić o nim. Moszcząc się wygodnie, podciągnęła nogi pod siebie i spróbowała wytłumaczyć Lisie swoje uczucia.
    – Czy zdarzyło ci się poznać kogoś i w ciągu kilku minut nabrać przekonania, że to jest najbardziej wyjątkowa osoba, jaką kiedykolwiek poznałaś w swoim życiu?
    – Z grubsza rzecz biorąc, czuję coś takiego zwykle, jak zaczynam się z kimś spotykać… żartuję tylko! – zaśmiała się, kiedy Meredith rzuciła w nią poduszką.
    – Matt jest wyjątkowy i jestem o tym przekonana. Uważam, że jest inteligentny, ale tak naprawdę inteligentny. Ma w sobie niezwykłą siłę, czasami jest trochę dyktatorski, ale gdzieś w głębi jest w nim coś jeszcze innego: dobroć, łagodność i…
    – Czy może mamy zupełnie przypadkiem zdjęcie tego wzoru cnót? – przerwała jej Lisa zafascynowana równie mocno jaśniejącą twarzą Meredith, jak i tym, co jej przyjaciółka mówiła.
    Meredith natychmiast zaprezentowała fotografię.
    – Znalazłam je w rodzinnym albumie, który pokazała mi jego siostra. Powiedziała, że mogę je zatrzymać. Było zrobione przed rokiem i chociaż to tylko amatorskie, niezbyt dobre zdjęcie, przypomina mi coś więcej niż tylko jego twarz. Widać tu jego osobowość. – Podała zdjęcie Lisie. Matt miał zmrużone w słońcu oczy; ręce w kieszeniach dżinsów i uśmiechał się do Julie, która to zdjęcie robiła.
    – O mój Boże! – powiedziała Lisa, otwierając szeroko oczy ze zdziwienia. – I jak tu nie mówić o zwierzęcym magnetyzmie! Męskiej charyzmie i sex appealu…
    Meredith zabrała jej zdjęcie, śmiejąc się.
    – Spokojnie, nie podniecaj się, to mój mąż. Lisa wpatrywała się w nią.
    – Zawsze lubiłaś śliczniutkich blondynów w amerykańskim stylu.
    – Prawdę mówiąc, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Marta, nie uważałam go za specjalnie przystojnego. Jednak od tamtej pory mój gust się wyraźnie poprawił.
    Przybierając poważniejszy ton, Lisa zapytała:
    – Myślisz, Mer, że go kochasz?
    – Kocham być z nim.
    – Czy to nie to samo?
    Meredith uśmiechnęła się z rezygnacją.
    – To samo, ale myślę, że to brzmi mniej głupio niż mówieniu „kocham go” o kimś, kogo zna się zaledwie kilka dni.
    Lisa, usatysfakcjonowana, poderwała się.
    – Chodźmy gdzieś i uczcijmy to obiadem! Ty stawiasz.
    – Zgoda – zaśmiała się Meredith, podchodząc do szafy, żeby się przebrać.
    Poczta wenezuelska działała o wiele gorzej, niż Matt przypuszczał. W ciągu następnych dwóch miesięcy Meredith pisała do Matta trzy lub cztery razy w tygodniu, a w zamian dostała tylko pięć listów. Jej ojciec regularnie podkreślał ten fakt, lecz z większym zatroskaniem niż satysfakcją. Meredith niezmiennie przypominała mu, że te listy, które dostała, były bardzo długie, na dziesięć lub dwanaście stron. Co więcej, Matt ciężko pracował fizycznie po dwanaście godzin dziennie i nie można było oczekiwać, że będzie pisał tak często, jak ona. Nie omieszkała powiedzieć ojcu tego wszystkiego. Nie wspomniała jednak o tym, że dwa ostatnie listy były o wiele mniej ciepłe i intymne niż poprzednie. Na początku Matt pisał o tym, że tęskni za nią, o ich wspólnych planach, a ostatnio pisał więcej o pracy przy odwiercie i przyrodzie wenezuelskiej. Te opisy poruszały jej wyobraźnię. Wmawiała sobie, że pisze o tym nie dlatego, że przestaje się nią interesować, ale po to, żeby podtrzymać jej ciekawość kraju, do którego niedługo pojedzie.
    Starała się robić różne rzeczy, żeby dni szybciej mijały. Czytała książki o ciąży, o pielęgnacji niemowląt. Kupowała dziecięce ubranka, planowała i marzyła.
    Dziecko, które najpierw wydawało się czymś zupełnie nierealnym, objawiało teraz swoje istnienie pojawiającymi się od czasu do czasu nudnościami i ogarniającym ją niespodziewanie zmęczeniem. Te dolegliwości powinny były pojawić się dużo wcześniej, a teraz towarzyszyły im gwałtowne bóle głowy z powodu których musiała leżeć w łóżku w zaciemnionym pokoju. Mimo wszystko przyjmowała je z pogodą ducha i absolutnym przekonaniem, że były to wyjątkowe doznania. W miarę jak upływały dni, nabrała zwyczaju przemawiania do dziecka tak jakby dzięki położeniu dłoni na jej ciągle jeszcze płaskim brzuchu mogło ono ją usłyszeć. – Mam nadzieję, że dobrze się tam bawisz – żartowała sobie, leżąc któregoś dnia w łóżku, kiedy ból głowy właśnie mijał – ponieważ jestem, młoda damo rozłożona przez ciebie na łopatki! – Dla zachowania równowagi, wymieniała czasem „młodą damę” na „młodzieńca”, jako że nie faworyzowała żadnej płci. Pod koniec października talia Meredith pogrubiała. Była w czwartym miesiącu ciąży i zaczynała dopatrywać się prawdy w regularnych komentarzach ojca, że Matt chce się wykręcić z tego małżeństwa.
    – Bardzo dobrze, że nie powiedziałaś o małżeństwie nikomu poza Lisą – zauważył na kilka dni przed Halloween. – Ciągle jeszcze masz do wyboru różne możliwości, nie zapominaj; o tym – dodał z rzadką u niego łagodnością. – Kiedy ciąża stanie się widoczna, powiemy wszystkim, że wyjechałaś na studia na zimowy semestr.
    – Przestań tak mówić do diabła! – wybuchnęła i poszła do swojego pokoju. Postanowiła, że wytknie Mattowi to, że do niej nie pisze, przestając pisać do niego. Zaczynała się czuć jak porzucona idiotka: pisała do niego przez cały ten czas, a on nie raczył jej przysłać nawet widokówki.
    Lisa zadzwoniła wieczorem tego dnia. Od razu wyczuła napięcie w głosie Meredith i wywnioskowała, jaki był jego powód.
    – Nie miałaś dzisiaj listu od Matta? – zgadywała. – A twój ojciec gra na swoją ulubioną nutę, zgadza się?
    – Zgadza się – odpowiedziała Meredith. – Minęły już dwa tygodnie, odkąd dostałam list numer pięć.
    – Wyjdźmy gdzieś – zaproponowała Lisa. – Wystroimy się, to ci zawsze poprawiało humor, i pójdziemy gdzieś, gdzie jest miło.
    – Co sądzisz o obiedzie w Glenmoor? – zapytała Meredith, wprowadzając w życie plan, który krążył jej po głowie już od tygodnia. – Być może – przyznała trochę smętnie – będzie tam Jon Sommers. Zwykle jest. Mogłabyś go wypytać o poszukiwania ropy, a może powie coś o Matcie.
    – No dobrze – powiedziała Lisa, ale Meredith wiedziała, że Matt traci w oczach Lisy z każdym kolejnym dniem bez listu od niego.
    Jonathan był w klubie. Rozmawiał, popijając coś razem z kilkoma innymi mężczyznami. Wejście Meredith i Lisy wywołało niemałe poruszenie i subtelne sprowokowanie zaproszenia do męskiego grona było dziecinnie proste. Przez ponad godzinę Meredith siedziała zaledwie o kilka metrów od miejsca, w którym stała z Mattem przy barze przed czterema miesiącami. Obserwowała, jak Lisa dawała godne Oskara przedstawienia, wmawiając Jonathanowi, że myśli o zmianie kierunku studiów na geologię i specjalizowaniu się w poszukiwaniach ropy naftowej. W efekcie Meredith dowiedziała się więcej o wierceniach, niżby chciała, i kompletnie niczego o Matcie.
    Dwa tygodnie później lekarz Meredith, rozmawiając z nią, już się nie uśmiechał i nie był wcale pewny siebie. Znowu krwawiła. Tym razem poważnie. Opuściła gabinet z zaleceniem, żeby ograniczyła wszelką aktywność. Teraz bardziej niż kiedykolwiek chciała, żeby Matt był z nią. Po powrocie do domu zadzwoniła do Julie tylko po to, żeby porozmawiać z kimś bliskim Mattowi. Dzwoniła już przedtem do jego siostry z tego samego powodu i za każdym razem dowiadywała się, że Julie i jej ojciec mieli w tym tygodniu listy od Matta.
    Nie mogła zasnąć tego wieczoru. Rozmyślała o tym, żeby dziecku nic się nie stało i żeby Matt do niej napisał. Minął już miesiąc od czasu, kiedy dostała od niego ostatni list. Pisał w nim, że był bardzo zapracowany, a wieczorami zmęczony. Mogła to zrozumieć, ale nie rozumiała, dlaczego miał czas, żeby pisać do swojej rodziny, a nie miał czasu na listy do niej. W obronnym geście położyła dłoń na swoim brzuchu.
    – Twój tata – szepnęła do dziecka – dostanie ode mnie bardzo zdecydowany list w tej sprawie.
    Wyglądało na to, że groźba podziałała, bo Matt jechał osiem godzin, żeby dotrzeć do telefonu i zadzwonić do niej. Była tak zadowolona, że go słyszy, że zbyt mocno ściskała słuchawkę. Jego głos jednak brzmiał trochę gwałtownie i raczej chłodno.
    – Domek w pobliżu odwiertu nie zwolnił się jeszcze – powiedział. – Znalazłem inne miejsce, w małej wiosce, ale mógłbym tam dojeżdżać tylko w czasie weekendów.
    Meredith nie mogła jechać. Nie teraz, kiedy powinna ograniczyć chodzenie do minimum i kiedy doktor chce ją widzieć co tydzień. Nie mogła pojechać, a nie chciała wystraszyć Matta mówiąc, że lekarz boi się, że może stracić dziecko. Z drugiej jednak strony była tak zła na niego za to, że nie pisał, i tak bała się o dziecko, że zdecydowała się jednak postraszyć go trochę.
    – Nie mogę przyjechać – powiedziała. – Lekarz chce, żebym została w domu i nie chodziła za dużo.
    – To dziwne – rzucił. – Sommers był tu w ubiegłym tygodniu i powiedział mi, że byłyście z Lisą w Glenmoor i czarowałyście wszystkich mężczyzn.
    – To było, zanim doktor kazał mi zostać w domu.
    – Rozumiem.
    – Czego się spodziewałeś – odparowała Meredith z niespotykanym u niej sarkazmem – że będę siedzieć tu z założonymi rękami i wypatrywać twoich rzadkich listów.
    – Mogłabyś tego spróbować – warknął. – A tak przy okazji, to ty też nie masz specjalnego daru pisania.
    Wzięła to za krytykę jej stylu pisania i była tak wściekła, że o mało nie odłożyła słuchawki.
    – Rozumiem, że nie masz nic więcej do powiedzenia.
    – Raczej nie.
    Po odłożeniu słuchawki Matt oparł ciężko dłoń na ścianie nad telefonem. Zamknął oczy i próbował wymazać z pamięci tę rozmowę i ból, jaki czuł, zdając sobie sprawę z tego, co im się właśnie przydarzało. Nie było go trzy miesiące, a Meredith już nie chciała przyjechać do Ameryki Południowej. Nie pisała do niego od tygodni; już podejmowała swoje dawne życie towarzyskie i jeszcze kłaniała, że musi leżeć w łóżku. Powiedział sobie z goryczą, że ona ma dopiero osiemnaście lat. Dlaczego miałaby nie chcieć normalnego życia towarzyskiego?
    – Cholera! – szepnął w bezsilnej wściekłości, ale po chwili ochłonął i wyprostował się z nowym postanowieniem. Za kilka miesięcy sprawy na odwiercie będą bardziej klarowne i zażąda czterodniowego urlopu. Będzie mógł polecieć do domu i zobaczyć się z nią. Meredith chciała z nim być. Nie chciała rozwodu; w głębi serca wiedział, że tak było w dalszym ciągu, bez względu na to, jak mało listów napisała i co robiła. Poleci tam i namówi ją, żeby razem wrócili do Wenezueli.
    Meredith po odłożeniu słuchawki rzuciła się na łóżko i płakała. Z całą pewnością nie starał się specjalnie, żeby to, co mówił jej o domu, który znalazł, brzmiało zachęcająco. Odnosiła wrażenie, jakby mu właściwie nie zależało na tym, czy ona przyjedzie, czy nie. Kiedy w końcu przestała płakać, otarła łzy i napisała do niego długi list usprawiedliwiając się za swój brak „daru pisania”. Przepraszała za to, że straciła panowanie nad sobą i z uszczerbkiem dla swojej dumy przyznała, jak wiele znaczą dla niej jego listy. Dokładnie tłumaczyła, co powiedział jej lekarz.
    Po skończeniu zaniosła list na dół i zostawiła do wysłania Albertowi. Zarzuciła już wyczekiwanie przy skrzynce pocztowej na listy, które nie nadchodziły. Kiedy kładła list, do hallu wszedł Albert, który pracował jako kamerdyner, szofer i zarazem człowiek do wszystkiego. W ręku trzymał ściereczkę do wycierania kurzu. Pani Ellis miała pierwsze od trzech lat wakacje i wzięła trzy miesiące urlopu. Albert, niechętnie, ale przejął też niektóre z jej obowiązków.
    – Czy mógłbyś wysłać mi ten list, Albercie? – zapytała.
    – Oczywiście – odpowiedział, a kiedy wyszła, zaniósł list do gabinetu pana Bancrofta, otworzył kluczykiem antyczny sekretarzyk i dorzucił go do sporej sterty innych, których połowa nadeszła z Wenezueli.
    Meredith poszła na górę do sypialni i była w połowie drogi do krzesełka stojącego przy jej biurku, kiedy rozpoczął się krwotok.
    Dwa dni spędziła w szpitalu „Na Cedrowych Wzgórzach”. Leżała w skrzydle Bancroftów, nazwanym tak dla uhonorowania pokaźnych datków jej rodziny dla tego szpitala. Modliła się, żeby krwawienie nie rozpoczęło się znowu i żeby jakimś cudem Matt zdecydował się przyjechać do domu. Chciała tego dziecka i chciała swojego męża, a miała koszmarne wrażenie, że traci ich obydwoje.
    Dr Arledge wypisał ją ze szpitala pod warunkiem, że przez cały okres ciąży pozostanie w łóżku. Zaraz po powrocie do domu napisała do Matta list. Informowała go w nim, że zachodzi poważna obawa, że może nie donosić ciąży. List ten był obliczony na to, żeby wystraszyć go na tyle, żeby zaczął się o nią martwić. Była gotowa zrobić wszystko, żeby tylko myślał o niej.
    Wydawało się, że leżenie w łóżku zażegnywało problem grożącego jej poronienia. Swoją aktywność ograniczała do czytania, oglądania telewizji i martwienia się. Miała więc wystarczająco dużo czasu, żeby zastanawiać się nad tym, co się wydarzyło. Najwyraźniej Matt uważał, że w łóżku była interesującą partnerką, a teraz, kiedy byli daleko od siebie, nietrudno już mu było o niej zapomnieć. Zaczęła myśleć o najlepszym sposobie samodzielnego wychowania dziecka.
    Tym problemem martwiła się niepotrzebnie. Pod koniec piątego miesiąca ciąży, w środku nocy rozpoczął się krwotok. Tym razem żadne znane osiągnięcia medycyny nie zdołały uratować dziecka. Była to dziewczynka, którą Meredith nazwała, na cześć matki Matta, Elizabeth. O mały włos nie straciliby też Meredith, która przez trzy dni była w stanie krytycznym.
    Przez cały następny tydzień leżała w łóżku podłączona do kroplówek, nasłuchująca z korytarza odgłosu długich, szybkich kroków Matta. Jej ojciec próbował dodzwonić się do niego, a kiedy mu się to nie udało, wysłał telegram.
    Matt ani nie przyjechał, ani nie zadzwonił.
    W czasie drugiego tygodnia jej pobytu w szpitalu odpowiedział jednak na jej telegram. Jego treść była krótka, zwięzła i zbijająca z nóg:
    Rozwód to świetny pomysł. Załatw formalności.
    Tych sześć słów rozbiło ją kompletnie. Nie chciała uwierzyć, że Matt był zdolny do wysłania takiego telegramu, nie w chwili, kiedy ona leżała w szpitalu.
    – Lisa – szlochała histerycznie Meredith – żeby zrobić coś takiego, on musiałby mnie nienawidzić, a ja nie zrobiłam niczego, żeby na taką nienawiść zasłużyć. To nie on wysłał ten telegram, on nie zrobiłby tego. On nie mógłby tego zrobić. – Namówiła Lisę, żeby ta używając sobie tylko znanych sposobów sprawdziła w Western Union, kto wysłał ten telegram. Western Union, aczkolwiek niechętnie, potwierdziła, że telegram został wysłany przez Matthew Farrella z Wenezueli i zapłacony jego kartą kredytową.
    Zimnego, grudniowego poranka Meredith znalazła się przed budynkiem szpitala. Szła pomiędzy Lisą a swoim ojcem. Spojrzała w górę na jasne, błękitne niebo. Wyglądało dziwnie obco. Cały świat wydawał jej się obcy.
    Ulegając namowom ojca, zapisała się na zimowy semestr do Northwestern i zamieszkała razem z Lisą w akademiku. Zrobiła to tylko dlatego, że oni tego od niej oczekiwali. Z czasem jednak przypomniała sobie, dlaczego kiedyś to miało dla niej takie znaczenie. Zaczęła sobie też przypominać inne rzeczy: jak się uśmiechać, a potem śmiać. Lekarz ostrzegł ją, że kolejna ciąża niosłaby ze sobą jeszcze większe ryzyko dla dziecka i dla niej samej. Bardzo bolała ją myśl o tym, że nigdy nie będzie mogła mieć dziecka, jednak z tym też musiała sobie jakoś poradzić.
    Dostała od życia kilka poważnych ciosów, ale przetrwała je i radząc sobie z nimi, odnalazła jednocześnie w sobie wewnętrzną siłę, której istnienia nawet nie podejrzewała.
    Jej ojciec wynajął prawnika, który przeprowadził rozwód. Matt więcej się nie odezwał, ale w końcu osiągnęła stan ducha, w którym mogła myśleć o nim bez bólu i niechęci. Najwyraźniej poślubił ją tylko dlatego, że była w ciąży, i dlatego, że był łasy na pieniądze. Kiedy zorientował się, że ojciec całkowicie je kontroluje, okazało się, że nie mogła mu się na nic przydać. Powody, dla których ona go poślubiła, też nie były pozbawione pobudek egoistycznych: zaszła w ciążę i bała się w samotności stawić czoło jej konsekwencjom. Nawet jeśli sądziła, że go kocha, to on nigdy nie wprowadzał jej w błąd swoimi deklaracjami miłości. To ona sama wmawiała sobie, że on ją kocha. Pobrali się z zupełnie złych powodów i ich małżeństwo było od początku skazane na niepowodzenie.
    W czasie pierwszego roku nauki widywała w Glenmoor Jonathana Sommersa. Powiedział jej, że Matt tak przypadł do gustu jego ojcu, że utworzył razem z nim spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością i wyłożył nawet dodatkowy kapitał do ewentualnego obrotu.
    Obracanie tym kapitałem opłaciło się. W czasie następnych jedenastu lat o wiele więcej kierowanych przez Matta transakcji przyniosło nadspodziewane efekty. W magazynach i gazetach często pojawiały się artykuły o nim i jego zdjęcia. Meredith widziała je, ale to, co robił, nie znaczyło już dla niej nic, była zajęta swoją własną karierą. Jego poczynania były jednak istotne dla dziennikarzy. W miarę jak mijały lata, narastało niemal obsesyjne zainteresowanie prasy spektakularnymi sukcesami kierowanego przez niego zespołu i pojawiającymi się w jego życiu kobietami, wśród których nie brakowało i kilku gwiazd filmowych. Dla przeciętnego człowieka Matt niewątpliwie reprezentował żywy przykład realizacji „amerykańskiego marzenia”. Był biednym chłopcem, który zrobił karierę. Dla Meredith był on jednak tylko obcym człowiekiem, z którym kiedyś była blisko. Nigdy nie używała jego nazwiska i tylko Lisa i jej ojciec wiedzieli, że kiedyś była jego żoną. Jego szeroko omawiane na łamach prasy romanse nigdy więc nie wyrządziły żadnej szkody jej reputacji.

ROZDZIAŁ 12

    Listopad 1989
    Wiatr targał spienione fale i z łoskotem rozbijał je o piasek sześć metrów poniżej skalnej krawędzi, wzdłuż której spacerowali Barbara Walters i Matthew Farrell. W ślad za nimi podążała kamera, której ciemne, szklane oko nie traciło ich ani na chwilę z pola widzenia. Ujęcie obejmowało ich na tle wspaniałej kalifornijskiej posiadłości Farrella i wzburzonego Pacyfiku.
    Napływała mgła. Jej gruby, falujący kobierzec popychany był w ich kierunku przez tę samą, nieokiełznaną siłę, jaka szarpała włosami Barbary Walters i ciskała ziarenkami piasku w obiektyw kamery. We wcześniej ustalonym miejscu pani Walters odwróciła się plecami do oceanu i zaczęła zadawać kolejne pytanie Farrellowi. Kamera też wykonała zwrot, ale teraz w jej obiektywie była tylko para ludzi na tle niewyraźnej zasłony szarej mgły. Wiatr rzucił włosy pani Walters na twarz.
    – Cięcie! – krzyknęła poirytowana. Odgarniała włosy z oczu, próbowała uwolnić te, które przywarły do pomadki na ustach. Zwracając się do kobiety odpowiedzialnej za makijaż, zapytała: – Tracy, czy możesz zrobić coś, żeby moje włosy nie szalały tak na tym wietrze?
    – Może superklej? – zasugerowała Tracy, próbując podejść do sprawy humorystycznie.
    Jednocześnie skinęła głową w kierunku wozu transmisyjnego zaparkowanego pod cyprysem w zachodniej część posiadłości. Walters przeprosiła Farrella i poszła razem z dziewczyną w tamtą stronę.
    – O Boże, jak ja nienawidzę mgły – obwieścił gorzko kamerzysta. Spoglądał na grubą, szarą powłokę osnuwającą linię brzegową i niszczącą kompletnie panoramiczny widok zatoki Half Moon. Oczami duszy widział ten fragment krajobrazu jako świetne filmowe tło dla tego wywiadu. – Nienawidzę mgły – powtórzył, podnosząc ku niebu nasrożoną twarz. – I nie cierpię też wiatru, cholera!
    Adresował swoje skargi bezpośrednio do Boga i jakby w odpowiedzi na nie porcja piasku spod jego własnych stóp poszybowała w górę i w miniaturowym wirze dosięgnęła jego piersi i twarzy.
    Asystent zachichotał.
    – Najwyraźniej ty sam też nie masz najlepszych notowań u Pana Boga – zauważył, patrząc, jak poirytowany mężczyzna oczyszcza brwi z piasku. Wyciągnął w jego kierunku parujący kubeczek. – Może napijesz się kawy?
    – Kawy też nie cierpię – wymamrotał kamerzysta, ale przyjął kubeczek.
    Asystent ruchem głowy wskazał stojącego o kilka metrów od nich, spoglądającego na ocean mężczyznę.
    – Dlaczego nie poprosisz Farrella, żeby uciszył wiatr i rozpędził mgłę? Z tego, co słyszałem, to Bóg prawdopodobnie też wykonuje jego polecenia.
    – Jeśli o mnie chodzi – zaśmiała się cicho Alice Champion, sącząc kawę – to Matthew Farrell jest dla mnie Bogiem.
    Obydwaj mężczyźni rzucili scenarzystce ironiczne spojrzenie, ale nic nie powiedzieli. Alice wiedziała, że to milczenie jest wyrazem ich niechętnego podziwu dla tego człowieka.
    Zerkając znad swojej filiżanki, obserwowała Farrella. Stał zapatrzony w ocean. Samotny, trochę tajemniczy władca finansowego imperium o nazwie Intercorp. Imperium, które stworzył własnym wysiłkiem i sprytem. Wysoki, pełen ogłady potentat, który wybił się wprost ze stalowni w Indianie i który wyzbył się jakimś cudem wszelkich cech, które mogłyby go identyfikować ze środowiskiem, z którego pochodził.
    Kiedy obserwowała go, jak stał na skraju urwiska, czekając na dalszy ciąg wywiadu, Alice pomyślała, że emanuje od niego aura sukcesu, pewność siebie i męskość. No i siła. Z postaci Matthew Farrella biła przede wszystkim pierwotna, brutalna siła. Był opalony, miał świetne maniery i ubierał się z perfekcyjną starannością. Było w nim jednak coś takiego, czego nie usuną ani szyte na miarę ubrania, ani uprzejmy uśmiech. Były to groźba i bezwzględność, które skłaniały ludzi raczej do rozweselania go niż denerwowania. Wyglądało to tak, jakby cała jego osobowość wysyłała nieme ostrzeżenie, żeby nie wchodzić mu w drogę.
    – Panie Farrell – Barbara Walters wyszła z furgonetki, przyciskając włosy obiema rękami do skroni. – Pogoda jest beznadziejna. Musimy zainstalować się wewnątrz domu. Zajmie nam to około trzydziestu minut. Czy możemy wykorzystać salon?
    – Oczywiście – powiedział Matt, pokrywając rozdrażnienie wywołane tą zwłoką krótkim uśmiechem. Nie lubił dziennikarzy. Żadnych. Pozwolił Barbarze Walters na ten wywiad tylko dlatego, że ostatnio ukazała się w prasie seria artykułów na temat jego życia prywatnego i jego miłostek. Dla dobra Intercorpu będzie lepiej, jeżeli jego dyrektor generalny objawi się dla odmiany w swoim służbowym wcieleniu. Matt był gotów na każdego rodzaju poświęcenie, jeżeli w grę wchodził Intercorp. Przed dziewięcioma laty, kiedy skończył pracę w Wenezueli, zużył swój bonus i dodatkowo wyłożone przez Sommersa pieniądze na kupienie chylącej się ku bankructwu, małej firmy produkującej części zamienne do samochodów. W rok później sprzedał ją za podwójną cenę. Ze swojej części zysku i dodatkowych pieniędzy pożyczonych z banku i od prywatnych inwestorów utworzył Intercorp.
    Przez kilka następnych lat wykupywał firmy stojące na skraju bankructwa; nie takie, które były źle zarządzane, ale te, których bolączką było tylko niedoinwestowanie. Wykorzystując kapitał Intercorpu, stawiał je na nogi, a potem czekał tylko na kupca.
    Po jakimś czasie przestał wyprzedawać te przedsiębiorstwa, lecz zaczął pieczołowicie planować ich rozwój. W rezultacie tych działań tylko w jednej dekadzie przekształcił Intercorp w finansowe imperium, które wyobrażał sobie w czasie tych smętnych dni i nocy, kiedy harował w stalowni i spływał potem na polu naftowym. Dzisiaj Intercorp był potężnym konglomeratem z siedzibą w Los Angeles. Kontrolował różnorodne dziedziny biznesu, począwszy od laboratoriów farmaceutycznych, a skończywszy na fabrykach tekstylnych.
    Do niedawna Matt stosował jako zasadę kupowanie tylko wybranych, wystawionych na sprzedaż przedsiębiorstw. Jednak rok temu rozpoczął negocjacje w sprawie zakupu wielomiliardowego przedsiębiorstwa elektronicznego z Chicago. Tym razem to właściciele sami zwrócili się do niego z pytaniem, czy Intercorp byłby zainteresowany wchłonięciem ich.
    Pomysł ten podobał się Mattowi, ale po zaangażowaniu dużych środków finansowych i po miesiącach pracy nad umową dyrekcja Haskell Electronics nagle odmówiła akceptacji wcześniej uzgodnionych warunków. Matt rozzłoszczony z powodu straty czasu i pieniędzy Intercorpu zdecydował, że za ich zgodą lub bez niej kupi tę firmę. W efekcie tej decyzji wyniknęła zagorzała i nagłośniona w mediach bitwa. Po jej zakończeniu dyrekcja Haskella została dotkliwie pobita na polu finansowym, a Intercorp zyskał przynoszącego duże zyski producenta elektroniki. Jednak razem z tym zwycięstwem do Matta przylgnęła reputacja bezwzględnego rekina finansowego. Nie burzyło to specjalnie jego wewnętrznego spokoju; nie było to bardziej irytujące niż jego sława międzynarodowego playboya, którą obdarzyła go prasa. Ceną sukcesu były nieprzychylne publikacje i utrata prywatności. Akceptował to z taką samą filozoficzną niezmiennością, jaką czuł wobec szerzącej się hipokryzji. Spotykał się z nią na gruncie towarzyskim, a w interesach miał do czynienia z perfidią wielu partnerów. Pochlebcy i wrogowie byli nieodłączną częścią błyskotliwego sukcesu. Obcując z nimi, Matt stał się cynikiem i nie ufał ludziom, co też było ceną jego powodzenia.
    Tym się jednak nie martwił; niepokoiło go tylko to, że jego sukcesy nie przynosiły mu już takiego zadowolenia jak dawniej. Od lat brakowało mu ożywienia, jakie kiedyś czuł, stając przed trudnym do rozwiązania problemem. Sądził, że działo się tak dlatego, iż sukces był teraz właściwie z góry przesądzonym wynikiem jego działań. Nie istniało nic, co stanowiłoby dla niego wyzwanie. Przynajmniej nie było niczego takiego aż do czasu, kiedy zdecydował się na przejęcie Haskell Electronics. Dopiero teraz, po raz pierwszy od lat, czuł wzmożone krążenie adrenaliny i dawne wyczekiwanie na rozwój sytuacji. Haskell było wyzwaniem. Potężna firma wymagała całkowitej restrukturyzacji. Była nadmiernie obciążona rozbudowaną kadrą kierowniczą; urządzenia produkcyjne były przestarzałe, strategia rynkowa, jaką stosowali, nie miała nic wspólnego z najnowszymi osiągnięciami w dziedzinie marketingu.
    Wszystko to należało zmienić, żeby mogły się objawić pełne możliwości dochodowe tej firmy. Matt czekał niecierpliwie na wyjazd do Chicago. W przeszłości, kiedy kupował nową firmę, wysyłał tam swoich sześciu ludzi, których magazyn „Tydzień w interesach” ochrzcił mianem jego „drużyny przejmującej”. Ekipa ta oceniała stan bieżący przedsiębiorstwa i sugerowała kolejne posunięcia Intercorpu. Teraz byli już tam od dwóch tygodni. Pracowali w należącym do Haskella sześćdziesięciopiętrowym wieżowcu. Czekali, aż dołączy do nich szef. Matt spodziewał się, że spędzi w Chicago większą część roku, i kupił tam mieszkanie, zajmujące całe ostatnie piętro budynku. Wszystko było przygotowane i nie mógł się doczekać, kiedy będzie mógł wyjechać i rozpocząć działanie.
    Poprzedniego wieczoru wrócił z Grecji, gdzie negocjował zakup floty handlowej. Doprowadzenie transakcji do skutku zajęło mu cztery długie tygodnie, zamiast planowanych dwóch. Teraz jedyną rzeczą, która zatrzymywała go tutaj, był ten cholerny wywiad. Ruszył w stronę domu, po cichu przeklinając zwłokę. We wschodniej części posiadłości czekał już jego helikopter. Miał zabrać go na lotnisko, gdzie samolot typu Lear, też jego własność, czekał gotowy do startu do Chicago.
    Pilot helikoptera odwzajemnił powitalne machnięcie Matta i dłonią z kciukiem skierowanym do góry dał znać, że maszyna jest zatankowana i gotowa do lotu. Z niepokojem spojrzał w kierunku napływającej mgły. Matt rozumiał to spojrzenie. Wiedział, że jego pilot, tak samo mocno jak i on, chciał się już znaleźć w powietrzu. Przeciął wyłożony płaskimi kamieniami taras i wszedł przez prowadzące stąd do jego gabinetu oszklone drzwi. Sięgał właśnie po telefon, zamierzając zadzwonić do biura w Los Angeles, kiedy drzwi w przeciwnym krańcu pokoju zostały bezceremonialnie otwarte.
    Do pokoju wsunął głowę Joe O'Hara.
    – Jak się masz, Matt…
    Jego szorstki głos i mało schludna powierzchowność wyraźnie kontrastowały z niemal antyseptyczną czystością marmurowej podłogi gabinetu, grubego, kremowego dywanu i biurka o szklanym blacie. O'Hara oficjalnie był szoferem Matta. Nieoficjalnie był jego ochroniarzem i dużo bardziej nadawał się do tej roli niż do roli szofera. Kiedy O'Hara siadał za kółkiem, prowadził tak, jakby ścigał się w Formule 1.
    – Kiedy wyruszamy do Chicago? – zapytał.
    – Jak tylko skończę z tym cholernym wywiadem.
    – W porządku. Dzwoniłem już na lotnisko. Limuzyna będzie na nas czekała na pasie startowym. Ale przyszedłem tu, żeby powiedzieć ci o czymś innym – ciągnął O'Hara, podchodząc do okna i odsłaniając zasłony. Gestem prosząc Matta do siebie, wskazał w kierunku szerokiej, wijącej się alei, która przed domem kluczyła wśród cyprysów. Jego wyblakła twarz nabrała miękkości, a głos stał się cichy i pożądliwy. – Rzuć okiem na tę wysmukłą ślicznotkę – powiedział, kiedy Matt podszedł do okna. Ktoś inny oczekiwałby może, że ślicznotka będzie kobietą, ale Matt znał swojego człowieka. Po śmierci żony jedyną miłością O'Hary stały się samochody. – To samochód jednego z kamerzystów tej Walters.
    Ślicznotką nazwał cadillaca z 1959 roku. Był to utrzymany w wyśmienitym stanie kabriolet.
    – Spójrz na te okrągłości – powiedział O'Hara, mając na myśli reflektory samochodu. Jego głos był pełen podziwu i tak zmysłowy, jak głos nastolatka oglądającego rozkładówkę „Playboya”. – A te kształty! Wysmukłe, prawdziwie wysmukłe. Ma się ochotę tego dotknąć. – Szturchnął łokciem stojącego w milczeniu mężczyznę: – Widziałeś kiedyś coś piękniejszego, Matt?
    Nadejście scenarzystki wybawiło Matta z konieczności wypowiedzenia się na ten temat. Dziewczyna przyszła z wiadomością, że zainstalowali się już w salonie.
    Wywiad trwał już niemal godzinę i rozwijał się zgodnie z przewidywaniami, kiedy nagle otworzyły się drzwi i do pokoju spiesznie weszła kobieta. Na jej nie przygotowanej na niespodziankę pięknej twarzy gościł uśmiech.
    – Matt, kochanie, już wróciłeś i ja… – Wszystkie głowy w pokoju zwróciły się w jej stronę. Cała ekipa ABC wpatrywała się w nią. Trwające nagranie poszło w zapomnienie. Meryl Saunders podążała w głąb pokoju. Miała na sobie czerwony, przezroczysty, tak niesamowicie pobudzający wyobraźnię szlafroczek, że przyprawiłby on o rumieniec wstydu nawet klienta najbardziej ekstrawaganckiego sklepu z damską bielizną w Hollywood.
    Jednak to nie ciało Meryl przykuwało uwagę wszystkich, ale jej twarz. Twarz, która była ozdobą ekranów kinowych i telewizyjnych na całym świecie; dzięki tej twarzy, jej dziewczęcemu urokowi i szczeremu, niemal religijnemu uduchowieniu, stała się ona ulubienicą Ameryki. Nastolatki kochały ją, bo była taka ładna i wyglądała tak młodo; ich rodzice dlatego, że stanowiła zdrowy przykład dla młodzieży, a producenci lubili ją, bo była niesamowicie zdolną aktorką. Było pewne, że każdy film z jej udziałem gwarantował dochody w megamilionach. Nieważne, że była 23 – latką o silnych potrzebach seksualnych. W pulsującej napięciem ciszy, jaka powitała przybycie Meryl, Matt poczuł się jak mężczyzna przyłapany na gorącym uczynku w trakcie uwodzenia Alicji z krainy czarów.
    Z odwagą godną heroicznego małego kawalerzysty, jakim bywała na planie filmowym, uśmiechnęła się uprzejmie do oniemiałych ludzi, przeprosiła zgrabnie Matta za wejście nie w porę, po czym odwróciła się i wyszła. Zrobiła to ze skromną godnością, jaką mogłaby czuć roznegliżowana uczennica szkoły zakonnej dla dziewcząt. Było to prawdziwym pokazem jej umiejętności aktorskich, jako że paski materiału tylko symbolizowały figi i jej pośladki były wyraźnie widoczne poprzez ognistoczerwony peniuar udrapowany na jej smukłym ciele.
    Na twarzy Barbary Walters walczyły ze sobą o lepsze przeciwstawne reakcje i Matt uzbrajał się na odparcie niemożliwej do uniknięcia porcji wścibskich pytań dotyczących Meryl. Było mu przykro, że jej pieczołowicie konstruowany na potrzeby publiczności wizerunek miał za chwilę lec w gruzach. O dziwo, pani Walters zapytała tylko, czy Meryl Saunders jest częstym gościem w jego domu. Odpowiedział, że ona bardzo lubi zatrzymywać się u niego, kiedy on wyjeżdża, co przy jego trybie życia zdarza się bardzo często.
    Ku jego zdumieniu, dziennikarka zaakceptowała tę wymijającą odpowiedź i wróciła do kwestii, którą poruszali, zanim pojawiła się Meryl. Wychylając się lekko w swoim krześle, zapytała:
    – Co sądzi pan o wzrastającej liczbie agresywnych przejęć firm przez korporacje?
    – Uważam, że jest to trend, który będzie się utrzymywał do czasu, aż zostaną ustalone zasady regulujące te sprawy – odpowiedział Matt.
    – Czy Intercorp planuje „połknięcie” jeszcze jakichś firm? Było to bezpośrednie, ale nie nieoczekiwane pytanie. Gładko je ominął.
    – Intercorp jest zawsze zainteresowany nabyciem nowych, dobrych firm, mając na celu zarówno nasz dalszy rozwój, jak i rozwój tych firm.
    – Nawet jeśli firma nie chce być przez was wchłonięta?
    – To jest ryzyko, jakie ponosimy wszyscy, nawet Intercorp – odparł z uprzejmym uśmiechem.
    – Ale żeby wchłonąć firmę wielkości Intercorpu, trzeba by równie potężnego giganta. Czy istnieje ktoś odporny na wymuszoną fuzję z panem… przyjaciele może? A czy na przykład – droczyła się z nim – jest możliwe, żeby nasza telewizja ABC znalazła się w pozycji pańskiej kolejnej ofiary?
    – Przejmowana firma nazywana jest obiektem – powiedział sucho – na pewno nie ofiarą. Jeśli jednak niepokoi to panią – zażartował – to mogę zapewnić, że pożądliwe oko Intercorpu nie jest skierowane na ABC.
    Zaśmiała się i obdarzyła go jednym z jej najbardziej profesjonalnych uśmiechów.
    – Czy możemy teraz porozmawiać przez chwilę o pana życiu osobistym?
    Irytację pokrył bezbarwnym uśmiechem.
    – A czy byłbym w stanie odwieść panią od tego zamiaru? Jej uśmiech pogłębił się, potrząsnęła przecząco głową i zaczęła:
    – W czasie ostatnich kilku lat donoszono o pana burzliwych przygodach z kilkoma gwiazdami filmowymi, z księżniczką, a ostatnio wymieniano nazwisko Marii Calvaris, spadkobierczyni greckiego potentata okrętowego. Czy te szeroko omawiane na łamach prasy przygody miłosne są prawdziwe, czy też zostały spreparowane przez dziennikarzy rubryk towarzyskich?
    – Tak – odpowiedział Matt, pozostawiając pytanie właściwie bez odpowiedzi.
    Barbara Walters zaśmiała się, słysząc ten zamierzony unik, ale po chwili spoważniała.
    – A co z pana małżeństwem? Możemy o tym porozmawiać? Pytanie tak zaskoczyło Matta, że zabrakło mu słów.
    – O czym, przepraszam? – powiedział, nie wierząc, że dobrze usłyszał, nie chcąc uwierzyć, że dobrze usłyszał. Jego fatalne małżeństwo z Meredith Bancroft przed jedenastu laty nigdy nie zostało wykryte.
    – Nigdy się pan nie ożenił – uściśliła – i zastanawiam się, czy ma pan tego typu plany na przyszłość.
    Matt odprężył się i odpowiedział enigmatycznie:
    – To nie jest wykluczone.

ROZDZIAŁ 13

    Listopad 1989
    Tłumy mieszkańców Chicago spacerowały ulicą Michigan. Niespieszny rytm tych spacerów spowodowany był częściowo niezwykłą jak na tę porę roku łagodnością listopadowego dnia, a częściowo tamującymi ruch klientami Bancroft i S – ka, którzy gromadzili się przy ich oknach wystawowych. Witryny wielkiego domu towarowego były już wspaniale udekorowane na święta.
    Od czasu otwarcia w 1891 roku „Bancroft” przekształcił się z dawnego dwupiętrowego, ceglanego budynku z półkolistymi, żółtymi okiennicami w czternastopiętrową strukturę ze szkła i marmuru. Pomimo wielu zmian, jakim sklep podlegał, jedna rzecz się nie zmieniła: to para odźwiernych ubranych w ciemnoczerwone liberie ze złotymi ozdobami. Stali oni jak zawsze, pełniąc swoje obowiązki przy głównym wejściu. Ten drobny, elegancki element był widocznym zapewnieniem dbałości „Bancrofta” o solidność i zachowanie form.
    Dwaj odźwierni, którzy pracowali razem od trzydziestu lat, tak bardzo współzawodniczyli ze sobą, że rzadko nawet rozmawiali przez te lata. Teraz ukradkiem obserwowali przybycie czarnego BMW i każdy z nich po cichu życzył sobie, żeby kierowca zatrzymał się po jego stronie wejścia.
    Samochód podjechał do krawężnika i Leon, jeden z odźwiernych, wstrzymał oddech, po czym westchnął z irytacją, kiedy samochód przejechał obok jego stanowiska i zatrzymał się dokładnie przed obszarem podległym jego przeciwnikowi.
    – Nędzny stary bałwan! – zamruczał Leon pod adresem kolegi.
    Ernest ruszył do przodu.
    – Dzień dobry, panno Bancroft – powiedział, otwierając ostentacyjnie drzwiczki samochodu Meredith. Przed dwudziestu pięciu laty zobaczył ją po raz pierwszy, kiedy otwierał drzwiczki samochodu jej ojca – Powiedział wtedy dokładnie te same słowa, takim samym, pełnym szacunku tonem.
    – Dzień dobry, Erneście – odpowiedziała Meredith, wysiadając i wręczając mu z uśmiechem kluczyki do swojego samochodu. – Czy mógłbyś poprosić Carla, żeby go zaparkował? Mam dzisiaj dużo do niesienia, a nie chciałabym tego dźwigać z garażu.
    Pracownik zajmujący się parkowaniem samochodów był kolejnym udogodnieniem, które oferował klientom „Bancroft”.
    – Naturalnie, panno Bancroft.
    – Pozdrów ode mnie Amelię – dodała, mając na myśli jego żonę. Meredith znała szczegóły dotyczące życia wielu długoletnich pracowników sklepu; oni wszyscy byli dla niej teraz jedną wielką rodziną. Tak samo jak ten sklep, najważniejszy w rozrastającej się teraz sieci siedmiu sklepów firmy, rozlokowanych w różnych miastach. Był on dla niej tak samo domem jak posiadłość, w której wyrosła, i jak jej własne mieszkanie.
    Zatrzymała się przez chwilę na chodniku, obserwując tłumy gromadzące się przed witrynami sklepu. Na jej ustach pojawił się uśmiech, a serce zabiło radośnie. Było to uczucie, którego doświadczała niemalże zawsze, ilekroć patrzyła na elegancką fasadę „Bancrofta”. Czuła dumę, entuzjazm i gorącą chęć czuwania nad tym wszystkim. Dzisiaj jednak była bezgranicznie szczęśliwa. Ubiegłego wieczoru Parker objął ją i z czułością i powagą powiedział:
    – Kocham cię, Meredith. Czy wyjdziesz za mnie, kochanie? Potem wsunął na jej palec zaręczynowy pierścionek.
    – Okna wystawowe prezentują się w tym roku lepiej niż kiedykolwiek – powiedziała do Ernesta, kiedy tłum przesunął się na chwilę i zobaczyła zaskakujący efekt pracy Lisy, jej talentu i umiejętności. Lisa Pontini cieszyła się już świetną opinią w środowisku profesjonalistów za swoją pracę na rzecz „Bancrofta”. Należała do kandydatów do objęcia stanowiska dyrektora reklamy „Bancrofta”, kiedy jej szef za rok przejdzie na emeryturę.
    Meredith chciała jak najszybciej odnaleźć Lisę i opowiedzieć jej o wczorajszym wyznaniu Parkera. Otworzyła drzwiczki od strony pasażera w swoim samochodzie i wzięła dwie walizeczki i kilka teczek z dokumentami. Ruszyła w kierunku głównego wejścia. Jak tylko znalazła się wewnątrz, dostrzegł ją agent ochrony i podszedł do niej.
    – Czy mogę pomóc, panno Bancroft?
    Miała zamiar odmówić, ale ramiona już ją bolały, a poza tym czuła nieprzepartą chęć pospacerowania po sklepie przed pójściem do Lisy. Zapowiadał się kolejny dzień rekordowej sprzedaży. Tłumy kupujących już wypełniały przejścia i tłoczyły się przy ladach.
    – Dziękuję, Dan, będę wdzięczna za pomoc – powiedziała, przekazując mu ciężkie teczki i obydwie walizeczki.
    Dan ruszył ku windom, a Meredith odruchowo wygładziła niebieską, jedwabną apaszkę, którą miała zawiązaną pod klapami białego płaszcza, włożyła dłonie do kieszeni i przeszła wzdłuż działu kosmetycznego. Klienci potrącali się nawzajem, spiesząc ku schodom znajdującym się w centralnej części sklepu. Ten tłok jednak sprawiał jej ogromną przyjemność.
    Przechyliła lekko głowę i spojrzała na wysokie na dziesięć metrów białe choinki, które górowały ponad stoiskami. Ich gałęzie były ustrojone migającymi, czerwonymi światełkami i olbrzymimi czerwonymi bombkami z aksamitu. Nie brakowało też dużych ozdób z czerwonego szkła. Świąteczne wieńce ozdobione saneczkami i dzwonkami wisiały na wykładanych lustrami kwadratowych filarach rozsianych po całym sklepie. Świąteczne melodie płynęły wesoło z głośników. Kobieta oglądająca damskie torebki zobaczyła Meredith i trąciła swoją towarzyszkę.
    – Czy to nie Meredith Bancroft? – wykrzyknęła.
    – To jest na pewno Meredith Bancroft! – powiedziała jedna z kobiet. – Ten pisarz, który porównał ją do Grace Kelly w młodości, miał rację!
    Meredith usłyszała tę wymianę zdań, ale ledwie odnotowała, co kobiety powiedziały. W ciągu ostatnich lat przyzwyczaiła się do tego, że ludzie przypatrują się jej i mówią o niej. Poczytne pismo „Codzienna Moda Kobieca” nazwało ją „uosobieniem chłodnej elegancji”. „Cosmopolitan”: „elegancką w każdym calu”. „Wall Street Journal” pisał o niej jako o „księżniczce panującej w «Bancrofcie»„. Natomiast poza salą posiedzeń zarządu „Bancrofta”, jego dyrektorzy nazywali ją „dopustem Bożym”.
    Tylko ta ostatnia opinia znaczyła coś dla Meredith. Nie dbała o to, co piszą o niej gazety i magazyny; ich artykuły nie szkodziły, a wręcz mogły przysporzyć sklepowi prestiżu. Zdanie zarządu miało dla niej ogromną wartość. To oni byli w stanie albo pokrzyżować jej plany, albo zablokować jej marzenia o rozszerzeniu sieci sklepów „Bancrofta” na inne miasta. Prezydent „Bancrofta” nie okazywał jej więcej sympatii czy entuzjazmu niż jego dyrektorzy. A był to jej własny ojciec.
    Dzisiaj jednak jej świetnego nastroju nie mogła zepsuć nawet trwająca wokół jej planów ekspansji batalia z ojcem i zarządem. Czuła się tak doskonale szczęśliwa, że musiała powstrzymać chęć nucenia kolędy w takt tonów płynących z głośników. Zamiast tego dała wyraz swojej euforii przez zrobienie czegoś, co zwykła robić jako mała dziewczynka: podeszła do jednego z wyłożonych lustrami filarów. Stanęła blisko niego. Wpatrywała się w lustro, udając, że poprawia sobie włosy, po czym uśmiechnęła się i „puściła oczko” do ochroniarza, który, jak wiedziała, siedział w środku filara, wypatrując sklepowych złodziejaszków.
    Odwróciła się i ruszyła w stronę ruchomych schodów. Lisa wpadła na pomysł, żeby dekoracje na każdym piętrze były w innym kolorze. Chciała dostosować ich tonację do specyfiki produktów sprzedawanych na poszczególnych piętrach. Meredith uważała, że przyniosło to świetny efekt. Dawało się to odczuć szczególnie, kiedy znalazła się na drugim piętrze. Był tam salon futrzarski i salon sprzedaży kreacji projektantów mody. Tutaj wszystkie białe choinki przybrane były w delikatny fiolet z połyskującymi, złotymi bombkami. Na wprost ruchomych schodów siedział przed swoim domkiem Święty Mikołaj w biało – złotym stroju. Na jego kolanach „przysiadł” manekin: piękna kobieta w peniuarze z francuskiej koronki. Ślicznym gestem wskazywała na warte dwadzieścia pięć tysięcy dolarów futro z norek z liliową podszewką.
    Ten widok rozjaśnił twarz Meredith. Ekstrawagancki luksus, jaki kreowała ta dekoracja, był subtelnym i bardzo przemawiającym do wyobraźni zaproszeniem dla klientów, którzy zawędrowali na to piętro, zaproszeniem, żeby sami też dali się ponieść podobnej ekstrawagancji. Sądząc z wielkiej liczby mężczyzn oglądających futra i wielu kobiet mierzących suknie, zaproszenie to zostało przyjęte. Na tym piętrze każdy projektant miał swój własny salon, gdzie prezentował swoje kreacje. Meredith szła głównym pasażem. Od czasu do czasu wymieniała powitalne gesty z pracownikami, których znała. W salonie Goffreya Beene'a dwie postawne kobiety w norkowych futrach podziwiały niebieską, usztywnianą fiszbinami suknię z metką opiewającą na siedem tysięcy dolarów.
    – Margaret, będziesz w tym wyglądać jak worek kartofli – jedna z nich przestrzegała drugą.
    Ignorując ją, kobieta zwróciła się do sprzedawczyni:
    – Na pewno nie – zaprzeczyła. – Czy macie to w rozmiarze dwudziestym?
    W sąsiednim salonie kobieta namawiała córkę, dziewczynę może osiemnastoletnią, do przymierzenia aksamitnej sukni Valentino. Sprzedawczyni czekała dyskretnie z boku, żeby pomóc w przymiarce.
    – Jeśli ci się tak podoba – mówiła córka, rzucając się na jedwabną sofę – to kup ją dla siebie. Nie będę na twoim głupim przyjęciu. Powiedziałam ci, że chcę spędzić święta w Szwajcarii.
    – Wiem, kochanie – odpowiedziała matka nadąsanej nastolatce głosem pełnym winy i usprawiedliwienia – ale sądziliśmy, że byłoby miło spędzić te święta chociaż jeszcze ten jeden raz razem.
    Meredith zerknęła na zegarek i zorientowała się, że to już pierwsza po południu. Poszła w stronę wind, żeby znaleźć Lisę i podzielić się z nią nowinami. Poranek spędziła w biurze architekta, dyskutując plany sklepu w Houston, a przed sobą miała pełne zajęć popołudnie.
    Pracownia reklamy była w rzeczywistości wielkim składowiskiem ulokowanym w suterenie, pod poziomem ulicy. Była zastawiona stołami kreślarskimi, rozmaitymi manekinami, potężnymi belami materiałów i wszelkiego rodzaju elementami, które w ostatniej dekadzie były używane w oknach wystawowych. Meredith ze znawstwem torowała sobie drogę przez ten chaos. Kiedyś była jego współtwórczynią. Jednym z elementów pierwszego etapu jej przeszkolenia była praca w każdym dziale sklepu.
    – Lisa? – zawołała i kilkanaście głów pomocników Lisy uniosło się. – Lisa?
    – Tutaj! – odkrzyknął jej przytłumiony głos. Nagle falbana zwisająca wokół jednego ze stołów została odrzucona na bok i wychyliła się spod niej pełna rudych loków głowa Lisy. – Co znowu? – zapytała poirytowanym głosem. Jej błękitne oczy patrzyły na nogi Meredith. – Jak mogę zrobić cokolwiek, jeśli mi ciągle przeszkadzacie?
    – Zabij mnie – odpowiedziała radośnie Meredith, przysiadając na stole i śmiejąc się w zaskoczoną twarz przyjaciółki – ale nigdy nie mogłam zrozumieć, jak ty tutaj cokolwiek znajdujesz, nie mówiąc już o tworzeniu czegokolwiek.
    – Cześć! – odpowiedziała trochę zawstydzona Lisa, wyczołgując się na czworaka spod stołu. – Próbowałam tam zamontować przewody na świąteczną imprezę w dziale meblowym. Jak było wczoraj na randce z Parkerem?
    – O, nieźle – odpowiedziała Meredith. – Jak zawsze – skłamała, ostentacyjnie manipulując lewą ręką przy zapięciu swojego płaszcza. Teraz na tej dłoni pysznił się zaręczynowy pierścionek z szafirem. Wspomniała wczoraj Lisie, że ma wrażenie, że Parker zbiera się, żeby poprosić ją o rękę.
    Lisa oparła zaciśnięte dłonie na biodrach.
    – Jak zawsze! Boże, Mer, on się rozwiódł już dwa lata temu. Spotykasz się z nim od ponad dziewięciu miesięcy. Spędzasz z jego córkami niemal tyle samo czasu co on. Jesteś piękna i inteligentna… mężczyźni po jednym twoim spojrzeniu padają jak muchy do twoich stóp, ale Parker „przygląda” ci się od miesięcy i to z dość bliskiego dystansu. Myślę, że tylko tracisz z nim czas. Jeśli ten idiota miałby zamiar ci się oświadczyć, zrobiłby to już dawno.
    – Już to zrobił – rzuciła Meredith, uśmiechając się triumfalnie.
    Lisa „wsiadła” jednak na swojego ulubionego „konika” i upłynęło kilka chwil, zanim dotarły do niej słowa Meredith.
    – On się dla ciebie nie nadaje, tak czy inaczej. Ty potrzebujesz kogoś, kto by cię wyciągnął z konserwatyzmu, w którym tkwisz, kto by sprawił, że zaczęłabyś robić szalone rzeczy w rodzaju głosowania, chociaż raz na Demokratów, czy pójścia do opery w piątek, zamiast w sobotę. Parker jest za bardzo podobny do ciebie, jest za bardzo systematyczny, za bardzo zrównoważony, zbyt ostrożny… Żartujesz! Oświadczył ci się?
    Meredith skinęła głową, a Lisa dostrzegła w końcu antycznie oprawiony ciemny szafir.
    – Pierścionek zaręczynowy? – zapytała, łapiąc rękę Meredith. Oglądała dokładnie pierścionek, a jej uśmiech zastąpiło zdziwienie. – Co to jest?
    – Szafir – odpowiedziała Meredith, nie poruszona wyraźnym brakiem entuzjazmu Lisy dla tego drobiazgu. Zawsze lubiła jej bezpośredniość. Poza tym, nawet ona, która kochała Parkera, nie była w stanie wmówić sobie, że pierścionek był; oszałamiająco piękny. Był wytworny, antyczny i był klejnotem rodzinnym. Wystarczało jej to w zupełności.
    – Zorientowałam się, że to szafir, ale te małe kamyki? Nie błyszczą jak prawdziwe diamenty.
    – Są obrabiane w starodawny sposób, mają mniej szlifowanych płaszczyzn. To stary pierścionek. Należał do babki Parkera.
    – Nie stać go było na nowy, co? – droczyła się Lisa. – Wiesz – ciągnęła dalej – zanim ciebie poznałam, myślałam, że bogaci ludzie kupują wspaniałe rzeczy, nie zwracając uwagi na cenę…
    – Tylko nowobogaccy to robią – oświecała ją Meredith. – Stare pieniądze to ciche pieniądze.
    – Tak, ale stare pieniądze mogłyby się czegoś nauczyć od tych nowych. Wy trzymacie rzeczy, aż się niemal rozpadają. Jeśli ja się kiedyś zaręczę i chłopak będzie chciał mi wcisnąć wyświechtany babciny pierścionek, to przepadł. A z czego – ciągnęła barbarzyńsko – jest zrobiona oprawa? Nie błyszczy za bardzo.
    – To platyna – odpowiedziała Meredith, powstrzymując śmiech.
    – Wiedziałam… podejrzewam, że to jest niezniszczalne i to dlatego ten, kto go kupował te dwieście lat temu, kazał go z tego zrobić.
    – Właśnie – odpowiedziała Meredith. Jej ramiona drżały ze śmiechu.
    – Prawdę mówiąc, Mer – Lisa śmiała się razem z Meredith, ale w oczach miała łzy – to podejrzewam, że jeśli nie byłabyś przekonana, że musisz być chodzącą reklamą elegancji „Bancrofta”, to ciągle jeszcze nosiłabyś ciuchy ze studiów.
    – Tylko jeśliby to były bardzo mocne ciuchy. Bez dalszego udawania Lisa uścisnęła ją mocno.
    – On nie jest ciebie wart. Taki ktoś nie istnieje.
    – Parker jest dla mnie idealny – oponowała Meredith, śmiejąc się i ściskając Lisę. – Jutro wieczorem jest bal dobroczynny w operze. Wezmę bilety dla ciebie i Phila – powiedziała, nawiązując do pracującego w reklamie fotografa, z którym Lisa spotykała się ostatnio. – Po balu robimy przyjęcie zaręczynowe.
    – Phil jest w Nowym Jorku – odparła Lisa – ale ja przyjdę. W końcu jeśli Parker ma się stać członkiem naszej rodziny, muszę się nauczyć go kochać. – Nie mogąc opanować uśmiechu, dodała: – Nawet jeśli rzeczywiście ściąga dla żartu długi hipoteczne ze zbolałych wdów…
    – Liso – powiedziała poważniej Meredith – Parker nie cierpi twoich dowcipów o bankierach, wiesz o tym dobrze. Czy teraz, kiedy jesteśmy zaręczeni, mogłabyś przestać mu dogadywać?
    – Spróbuję – obiecała. – Żadnego dogadywania i żadnych dowcipów o bankierach.
    – I nie będziesz go więcej nazywać panem Drysdale?
    – Przestanę też oglądać powtórki „Beverly Hillbillies” – przysięgła Lisa.
    – Dzięki – powiedziała Meredith wstając. Lisa odwróciła się gwałtownie i dziwnie nienaturalnie zajęła się wygładzaniem zmarszczek z pilśniowego, czerwonego paska. – Coś nie w porządku?
    – Nie w porządku? – zapytała Lisa, uśmiechając się ze sztucznym ożywieniem. – Co może być nie w porządku? Moja najlepsza przyjaciółka właśnie zaręczyła się z mężczyzną swoich marzeń. – Co jutro włożysz? – zapytała, gwałtownie zmieniając temat.
    – Jeszcze nie zdecydowałam. Wstąpię jutro na drugie piętro i wybiorę coś wystrzałowego. Przy okazji obejrzę ślubne suknie. Parker chce, żebyśmy zrobili wystawne przyjęcie z wszelkimi ozdobnikami i obrządkami. Nie chce pozbawiać mnie wesela z pompą tylko dlatego, że on już takie miał.
    – Czy on wie o… o tamtej sprawie, o tamtym twoim „weselu”?
    – Wie – odpowiedziała Meredith smętnym głosem. – Przyjął to z wielkim zrozumieniem i był bardzo miły – zaczęła i raptownie przerwała, kiedy z głośników sklepowych zabrzmiała seria dzwonków. Klienci byli do nich przyzwyczajeni i ignorowali je. Zakodowany system dzwonków był przeznaczony dla poszczególnych działów i pracownicy reagowali na nie natychmiast. Meredith przerwała i słuchała. Dwa krótkie dzwonki. przerwa i jeszcze jeden. – To mój kod wywoławczy – powiedziała, wstając z westchnieniem. – I tak musiałabym już lecieć. Za godzinę mamy zebranie i muszę jeszcze przygotować kilka notatek.
    – Daj im wycisk! – powiedziała Lisa i wczołgała się szybko z powrotem pod stół. Przypominała Meredith rozczochranego rudzielca bawiącego się w namiocie zrobionym własnym sumptem w rodzinnym salonie. Podeszła do telefonu wiszącego na ścianie blisko drzwi i zadzwoniła do centrali sklepu.
    – Tu Meredith Bancroft – powiedziała, kiedy odezwała się telefonistka. – Wywołała pani przed chwilą mój kod.
    – Zgadza się, panno Bancroft – powiedziała telefonistka. – Pan Braden z ochrony pytał, czy mogłaby pani przyjść do jego biura najszybciej, jak to możliwe. To bardzo pilne.

ROZDZIAŁ 14

    Biura ochrony znajdowały się na szóstym piętrze, za działem z zabawkami. Były dyskretnie ukryte za maskującym je przepierzeniem. Dział ochrony podlegał Meredith jako wiceprezydentowi do spraw operacyjnych. Mijając klientów oglądających skomplikowane pociągi elektryczne i wiktoriańskie domki dla lalek, zastanawiała się, kogo tym razem złapano na kradzieży w sklepie, że wymaga to aż jej obecności. Jeśli byłby to zwyczajny złodziejaszek, załatwiliby to sami. Prawdopodobnie chodziło więc o któregoś z pracowników. Pracownicy sklepu, począwszy od kierowników działów, a na sprzedawcach skończywszy, byli bacznie obserwowani przez dział ochrony. Złodzieje sklepowi byli odpowiedzialni za osiemdziesiąt procent kradzieży, ale to pracownicy kradnący w sklepie powodowali najwyższe straty finansowe. Złodzieje sklepowi mogli ukraść tylko to, co udało im się ukryć i wynieść. Pracownicy codziennie mieli wiele możliwości i różne metody kradzieży. Ochrona przyłapała w ubiegłym miesiącu sprzedawcę, który wystawił na nazwiska znajomych fałszywe kwity za zwrot towarów. Miesiąc wcześniej został zwolniony pracownik zajmujący się zaopatrywaniem sklepu w biżuterię za wzięcie dziesięciu tysięcy dolarów łapówki za zakup towaru pośledniejszego gatunku od trzech różnych dostawców. Zawsze kiedy złodziejem okazywał się pracownik, Meredith czuła się w jakimś sensie zdradzona. W tym występku było coś niezwykle nieetycznego i wulgarnego. Zatrzymała się przed drzwiami z napisem „Mark Braden, dyrektor ochrony i zapobiegania stratom”. Przygotowała się wewnętrznie i weszła do dużej poczekalni przylegającej do gabinetu Marka. Pod ścianą, na plastikowo – aluminiowych krzesełkach siedziały dwie przyłapane na kradzieżach osoby: jedna w wieku około dwudziestu lat, druga siedemdziesięciu. Umundurowany agent ochrony pilnował kobiet. Młodsza siedziała zwinięta na swoim krześle, ramionami obejmowała brzuch, a jej policzki nosiły ślady łez; wyglądała na zaniedbaną, biedną i wystraszoną. Dla kontrastu starsza złodziejka była uosobieniem radosnego, eleganckiego dobrobytu. Przypominała wiekową, porcelanową lalkę ustrojoną w czerwono – czarny kostium od Chanela. Siedziała wyprostowana, z torebką na kolanach.
    – Dzień dobry, moja droga – zaszczebiotała na widok Meredith. – Jak się masz?
    – Dziękuję, dobrze, pani Fiorenza – odpowiedziała Meredith, starając się zatuszować złość, kiedy rozpoznała starszą damę. Mąż Agnes Fiorenzy był nie tylko szanowanym filarem społeczeństwa i ojcem senatora stanowego, ale był też członkiem zarządu „Bancrofta”. Z tego powodu cała sytuacja stawała się delikatna i to niewątpliwie dlatego wezwano Meredith. – A jak pani się miewa? – zapytała machinalnie Meredith.
    – Jestem bardzo zbulwersowana, Meredith. Czekam tutaj już pół godziny, a jak tłumaczyłam panu Bradenowi, niestety bardzo się spieszę. Za pół godziny mam wziąć udział w obiedzie wydawanym na cześć senatora Fiorenzy. Będzie niesamowicie rozczarowany, jeśli się tam nie zjawię. Potem mam wykład w Stowarzyszeniu Młodych. Może mogłabyś wpłynąć na Bradena i przyspieszyć tę procedurę?
    – Zobaczę, co mogę zrobić – powiedziała Meredith, starając się zachować nieodgadniony wyraz twarzy.
    Otworzyła drzwi do gabinetu Marka. Braden przysiadł na krawędzi biurka i popijając kawę, rozmawiał z ochroniarzem, który przyłapał na kradzieży młodszą kobietę.
    Braden był atrakcyjnym, dobrze zbudowanym czterdziestopięcioletnim mężczyzną o rudoblond włosach i brązowych oczach. Pracował kiedyś jako specjalista w ochronie powietrznych sił zbrojnych, a pracę w „Bancrofcie” traktował z równą powagą jak tę dla zapewnienia bezpieczeństwa państwa. Meredith nie tylko mu ufała i szanowała go, ale także go lubiła. Wyraźnie było to widać w jej uśmiechu, kiedy powiedziała:
    – Widziałam Agnes Fiorenzę w poczekalni. Chciała, żebym ci powiedziała, że przeszkadzasz jej w udziale w ważnym obiedzie.
    Braden uniósł wolną rękę w geście wyrażającym bezsilną odrazę.
    – Wydałem w tej sprawie instrukcje, żeby tobie zostawić rozprawienie się z tą czarownicą.
    – Co zwędziła tym razem?
    – Pasek od Liebera, torebkę Gevinchy i to.
    Pokazał jej parę wielkich, krzykliwych kolczyków z niebieskiego kryształu. Pochodziły one z działu sztucznej biżuterii i na drobnej starszej kobiecie wyglądałyby dziwacznie.
    – Ile ma jeszcze nie wykorzystanego kredytu? – zapytała Meredith, myśląc o rachunku, jaki założył nękany jej wyczynami małżonek, żeby z góry zapłacić za jej ewentualne kradzieże.
    – Czterysta dolarów. To za mało, żeby pokryć tę kradzież.
    – Porozmawiam z nią, ale mogłabym dostać najpierw filiżankę kawy?
    W głębi duszy miała dosyć cackania się z tą kobietą, podczas gdy inni, tacy jak na przykład ta młoda dziewczyna, byli oskarżani w pełnym majestacie prawa.
    – Mam zamiar po tym wszystkim wydać odźwiernemu zakaz wpuszczania pani Fiorenzy do sklepu – zdecydowała, wiedząc dobrze, że może ją to narazić na niezadowolenie pana Fiorenzy. – Co wzięła ta młodsza kobieta?
    – Kombinezon dla niemowlaka, rękawiczki i kilka sweterków. Zaprzecza temu – powiedział, wzruszając ramionami ze zniechęceniem. Podał Meredith kawę. – Mamy ją nagraną na taśmie wideo. Wartość tych rzeczy to około dwustu dolarów.
    Meredith skinęła głową. Popijała kawę i miała nadzieję, życzyła sobie nawet tego, żeby ta zaniedbana matka przyznała się do kradzieży. Nie przyznając się, zmuszała sklep do udowodnienia jej winy i oskarżenia jej. Było to konieczne, żeby zapobiec ewentualnemu oskarżeniu sklepu o bezprawne przetrzymywanie.
    – Była już karana?
    – Mój człowiek w policji powiedział, że nie.
    – Byłbyś skłonny wycofać oskarżenie, jeśli podpisze oświadczenie i przyzna się do kradzieży?
    – Dlaczego, do diabła, mielibyśmy to zrobić?
    – Przede wszystkim wnoszenie oskarżenia jest kosztowne, a ona nie ma poza tym nic na sumieniu. Uważam też, że to wstrętne puścić panią Fiorenzę po lekkim zbesztaniu za kradzież zbytkownych rzeczy, za które może z łatwością zapłacić i jednocześnie zaskarżać kobietę za kradzież ciepłych rzeczy dla jej dziecka.
    – Proponuję ci układ: ty zakazujesz wstępu pani Fiorenzie do sklepu, a ja puszczam tę drugą wolno, o ile przyzna się do kradzieży. Umowa stoi?
    – Stoi, stoi – powiedziała Meredith.
    – Wprowadź starszą panią – polecił Mark agentowi ochrony. Pani Fiorenza wkroczyła do pokoju owiana zapachem perfum „Joy”, cała w uśmiechach, ale wyglądająca na bardzo zniecierpliwioną.
    – Dobry Boże, zajęło to panu całe wieki, panie Braden.
    – Pani Fiorenza – powiedziała Meredith, przejmując inicjatywę – już kilkakrotnie przysparzała nam pani kłopotów, z uporem biorąc ze stoisk rzeczy bez uprzedniego płacenia za nie.
    – Wiem, Meredith, że powoduję czasem kłopoty, ale to jeszcze nie usprawiedliwia oskarżycielskiego tonu, jaki wobec mnie stosujesz.
    – Pani Fiorenza! – powiedziała Meredith, poirytowana, że mówiono do niej jak do źle wychowanego dziecka. – Ludzie idą do więzienia na całe lata za kradzież rzeczy wartych o wiele mniej niż to… – Wskazała na pasek, torebkę i kolczyki. – W poczekalni siedzi kobieta, która wzięła ciepłe rzeczy dla swojego dziecka i jej grozi więzienie. Ale pani, pani wzięła zupełnie niepotrzebne głupstwa.
    – Dobry Boże, Meredith – przerwała jej pani Fiorenza, robiąc przerażoną minę. – Można by pomyśleć, że wzięłam, te kolczyki dla siebie. Wiesz, że nie jestem kompletną egoistką. Wiele robię bezinteresownie, dla ludzi.
    Meredith, zbita z tropu, zawahała się.
    – To znaczy, że rzeczy, które pani kradnie, tak jak te kolczyki, przekazuje pani na cele charytatywne?
    – Na Boga! – odparła. Jej twarz chińskiej laleczki przybrała wyraz zaskoczenia. – Która porządna organizacja charytatywna przyjęłaby takie kolczyki? Są okropne. Nie, doprawdy. Wzięłam je dla mojej służącej. Ona ma fatalny gust, będą się jej podobać. Sądzę jednak, że powinnaś powiedzieć temu, kto kupuje coś takiego dla sklepu, że to nie przysparza dobrego imienia „Bancroftowi”. Może nadawałyby się do „Goldblatta”, ale nie rozumiem, dlaczego „Bancroft”…
    – Pani Fiorenza – przerwała jej Meredith, ignorując kierunek, jaki przyjmowała rozmowa. – Ostrzegałam panią w ubiegłym miesiącu, że jeżeli zostanie pani znowu przyłapana na kradzieży, będę musiała zakazać odźwiernemu wpuszczania pani do sklepu.
    – Nie mówisz tego poważnie!
    – Mówię to jak najbardziej poważnie.
    – To zniewaga.
    – Przykro mi.
    – Mój mąż dowie się o tym! – powiedziała, ale jej głos brzmiał niepewnie i patetycznie.
    – Dowie się o tym tylko wtedy, jeśli zdecyduje się pani mu o tym powiedzieć – odparła Meredith, wyczuwając, że zamierzona groźba w głosie starszej damy wynikała bardziej z zaniepokojenia niż ze złości.
    Winowajczyni uniosła dumnie głowę i dziwnie brzmiącym głosem powiedziała:
    – Nie mam zamiaru nigdy więcej robić zakupów w tym sklepie. Mogę, się przenieść do „I. Magnin”. Oni nie pomyśleliby nawet, żeby chociaż skrawek lady przeznaczyć na takie okropne kolczyki!
    Wzięła torebkę, którą wcześniej położyła na biurku, poprawiła swoje białe włosy i wyszła. Meredith oparła się o ścianę, spojrzała na obydwu mężczyzn i napiła się kawy. Czuła się nieswojo i było jej smutno. Zupełnie tak, jakby przed chwilą spoliczkowała tę starszą kobietę. W końcu jej mąż z góry zapłacił za wszystko, co ewentualnie ukradnie. „Bancroft” nie ponosił więc strat, przynajmniej wtedy, kiedy to ją właśnie przyłapywano.
    Po chwili powiedziała do Marka:
    – Zauważyłeś, że jakimś cudem udało jej się być, powiedzmy… patetyczną?
    – Nie.
    – Myślę, że wyjdzie jej to na dobre – ciągnęła Meredith, obserwując dziwny wyraz jego twarzy. – Kto wie, może daliśmy jej nauczkę, karząc ją zamiast zignorować to, co zrobiła. Prawda?
    Braden uśmiechnął się leniwie. Wyglądał na rozbawionego. Potem, nie odpowiadając jej, podniósł słuchawkę i nacisnął cztery klawisze.
    – Dan – powiedział do jednego z ochroniarzy z parteru. – Pani Fiorenza jest w drodze na dół. Zatrzymaj ją i zażądaj zwrotu paska Liebera, który ma w swojej torebce. Tak, zgadza się – powiedział w słuchawkę, uśmiechając się na widok osłupiałej twarzy Meredith. – To ten sam pasek, na którego kradzieży przyłapałeś ją wcześniej. Ukradła go z mojego biurka.
    Kiedy odłożył słuchawkę, Meredith otrząsnęła się z zaskoczenia i zawstydzenia. Zerknęła na zegarek, myśląc już o zaplanowanym na to popołudnie zebraniu.
    – Zobaczymy się później na zebraniu. Masz przygotowany raport o stanie wydziału?
    – Tak. Mamy dobre wyniki. Straty obniżyły się średnio o osiem procent w stosunku do ubiegłego roku.
    – Wspaniale – powiedziała i naprawdę wiele to dla niej znaczyło.
    Meredith chciała, teraz bardziej niż kiedykolwiek, żeby cały jej dział błyszczał. Kardiolog nalegał, żeby ojciec przeszedł na emeryturę i zrezygnował z prezydentury „Bancrofta” albo co najmniej wziął sześciomiesięczny urlop. Ojciec zdecydował, że weźmie urlop, i wczoraj spotkał się z zarządem, żeby przedyskutować, kto będzie pełnił funkcję prezydenta firmy w czasie jego nieobecności. Meredith wiedziała tylko tyle, że desperacko chce uzyskać szansę zastąpienia go. Tego samego chciało co najmniej czterech innych wiceprezydentów na stanowiskach kierowniczych. Pracowała równie ciężko, a może nawet ciężej niż każdy z nich; nie tak długo jak dwaj inni, ale nieludzko intensywnie i bezsprzecznie z sukcesem. Ważne było też to, że zawsze w fotelu prezydenckim zasiadał Bancroft. Meredith wiedziała, że gdyby nie urodziła się dziewczynką, czasowa prezydentura byłaby automatycznie jej. Kiedy jej dziadek przejmował interesy, był młodszy niż ona. On jednak nie był krępowany przez uprzedzenia swojego ojca wobec jego płci lub przez zarząd mający teraz zadziwiająco dużą kontrolę nad decyzjami dotyczącymi firmy. To ostatnie utrudnienie nastąpiło częściowo z winy Meredith. To ona propagowała i walczyła o ekspansję „Bancrofta” do innych miast. Wymagało to jednak gromadzenia potężnych środków finansowych. Jedyną drogą do urzeczywistnienia tego przedsięwzięcia było wprowadzenie Bancroft i S – ka na giełdę i sprzedawanie akcji firmy na rynku. Teraz każdy mógł kupić udziały w akcjach firmy, a każdy udział to był jeden głos. W efekcie członkowie zarządu byli rozliczani i wybierani przez udziałowców. Nie byli już tylko figurantami wybieranymi lub zwalnianymi przez jej ojca. Co gorsza wszyscy członkowie zarządu sami byli właścicielami dużych pakietów akcji, a co za tym idzie i głosów. Dawało im to jeszcze większą władzę. Dobrą stroną obecnego składu zarządu było to, że większość z tych dwunastu mężczyzn byli to ci sami ludzie, którzy zasiadali w zarządzie „Bancrofta” od lat. Byli przyjaciółmi i współpracownikami ojca lub dziadka. Byli więc skłonni kierować się sugestiami jej ojca.
    Okres sześciomiesięcznej prezydentury w firmie w zastępstwie ojca był Meredith bardzo potrzebny. Mogła w tym czasie udowodnić ojcu i zarządowi, że po przejściu ojca na emeryturę ona podołałaby odpowiedzialności, jaką niesie ze sobą to stanowisko.
    Jeśli ojciec zarekomendowałby Meredith jako swoją zastępczynię w czasie urlopu, dyrektorzy z pewnością by to zaaprobowali. Ojciec był jednak denerwująco powściągliwy co do efektów swojego spotkania z zarządem i nie chciał nawet zdradzić, kiedy zostanie ogłoszona ostateczna decyzja.
    Odstawiając filiżankę na biurko Marka, zerknęła na malutki kombinezon ukradziony przez kobietę czekającą w poczekalni. Poczuła ten sam smutek, który ogarniał ją zawsze, kiedy uświadamiała sobie, że ona sama nigdy nie będzie miała dziecka. Już dawno nauczyła się ukrywać swoje uczucia przed współpracownikami i jej uśmiech był naturalny, kiedy powiedziała:
    – Wychodząc, porozmawiam z tą drugą kobietą. Jak ona się nazywa?
    Mark podał jej nazwisko i Meredith wyszła do poczekalni.
    – Pani Jordan – powiedziała do wyglądającej blado młodej matki, mającej na sumieniu kradzież dziecięcych ubranek. – Jestem Meredith Bancroft.
    – Widziałam pani zdjęcia w gazetach – odpowiedziała ostro Sandra Jordan. – Wiem, kim pani jest. I co teraz?
    – No cóż, jeśli będzie pani dalej zaprzeczać, że ukradła pani te rzeczy, sklep będzie musiał wnieść przeciwko pani oskarżenie. – Wrogość we wzroku kobiety mogłaby powstrzymać Meredith przed wprowadzeniem w życie jej dobroczynnych zamierzeń. Stałoby się tak, gdyby nie wiedziała, co kobieta ukradła i gdyby nie zauważyła błysku przerażenia w jej załzawionych oczach. – Proszę, żeby mnie pani uważnie wysłuchała, pani Jordan, bo naprawdę współczuję pani. Niech pani postąpi, jak pani radzę, albo niech się pani przygotuje na poniesienie konsekwencji: jeśli nie przyzna się pani do wzięcia tych rzeczy i puścimy panią wolno, nie oskarżając pani i nie udowadniając pani winy, musimy brać pod uwagę, że pani może oskarżyć nas o bezprawne obwinienie i zatrzymanie. Nasz sklep nie może ryzykować takiego procesu. Co za tym idzie, jeśli pani się nie przyzna, będziemy musieli, skoro już panią zatrzymaliśmy, przedsięwziąć wszelkie wymagane prawem kroki. Czy rozumie mnie pani dobrze? Na taśmie wideo mamy nagrany moment, kiedy kradnie pani te rzeczy. Zostało to sfilmowane przez jedną z kamer umieszczonych w suficie, w dziecięcym dziale. Możemy i przedstawilibyśmy w sądzie tę taśmę, żeby udowodnić pani winę, a naszą niewinność, jeśli chodzi o bezprawne oskarżenie pani. Nadąża pani za mną?
    Meredith przerwała i spojrzała w napiętą twarz młodej kobiety; nie wiedziała, czy ona uchwyci się oferowanej jej właśnie możliwości wydostania się z opresji.
    – Mam przez to rozumieć, że wypuszczacie złodziei sklepowych, o ile przyznają się oni do kradzieży? – zapytała niepewnie i lekceważąco.
    – Pani Jordan, czy pani jest złodziejką sklepową? – skontrowała Meredith. – Zwykłą, nałogową złodziejką? – Zanim kobieta zdążyła jej ostro odpowiedzieć, Meredith powiedziała łagodnie: – Kobiety złodziejki w pani wieku kradną zwykle ubrania dla siebie, perfumy albo biżuterię. Pani wzięła zimowe ubranka da dziecka. Nie jest pani notowana przez policję. Wolę więc wersję, że jest pani zdesperowaną matką, która musi zapewnić ciepło swojemu dziecku.
    Młoda kobieta, najwyraźniej bardziej przyzwyczajona do zmagania się z przeciwnościami losu niż do współczucia, załamała się, słysząc słowa Meredith. W jej oczach zabłysły łzy. Zaczęły spływać po policzkach.
    – Wiem z telewizji, że nigdy nie powinno się przyznawać do czegoś, jeśli nie ma przy tym adwokata.
    – Czy pani ma adwokata?
    – Nie mam.
    – Jeśli nie przyzna się pani do kradzieży tych rzeczy, adwokat będzie pani naprawdę niezbędny.
    Przełknęła głośno.
    – Czy zanim się przyznam, może mi pani dać na piśmie, urzędowo, że jeśli to zrobię, to nie naśle pani na mnie policji?
    To było dla Meredith coś nowego. Bez konsultacji z prawnikami nie mogła być pewna, że takie oświadczenie nie byłoby później uznane za rodzaj łapówki lub mogło spowodować innego rodzaju konsekwencje. Potrząsnęła przecząco głową.
    – Niepotrzebnie pani wszystko komplikuje, pani Jordan. Młoda dziewczyna drżała ze strachu. Westchnęła niepewnie.
    – Jeśli się przyznam, da mi pani słowo, że nie naśle pani na mnie policji?
    – A zaufa pani memu słowu? – zapytała spokojnie Meredith.
    Kobieta przez długą chwilę wpatrywała się w twarz Meredith.
    – Powinnam? – zapytała w końcu drżącym z przestrachu głosem.
    Meredith skinęła głową, patrząc na nią łagodnie. – Tak.
    Dziewczyna ponowne zawahała się, długo, ciężko westchnęła, a potem skinęła głową, biorąc za dobrą monetę słowo Meredith.
    – No dobrze… ja… ukradłam te rzeczy.
    Zerkając przez ramię na Marka Bradena, który cicho otworzył drzwi i obserwował całą scenę, powiedziała:
    – Pani Jordan przyznała, że wzięła te ubranka.
    – Dobrze – powiedział bezbarwnie. W ręku trzymał formularz potwierdzający ten fakt. Podał go jej, razem z długopisem, do podpisania.
    – Nie powiedziała pani – zwróciła się do Meredith – że będę musiała podpisać to zeznanie.
    – Po zrobieniu tego będzie pani mogła odejść wolno – zapewniła ją spokojnie Meredith i stała się obiektem kolejnego, długiego i badawczego spojrzenia młodej kobiety. Ręka jej drżała, ale podpisała formularz i oddała go Markowi.
    – Jest pani wolna – powiedział.
    Uchwyciła się oparcia krzesła, wyglądając tak, jakby za chwilę miała zemdleć, tym razem z uczucia ulgi. Spojrzała na Meredith.
    – Dziękuję, panno Bancroft.
    – Nie ma o czym mówić.
    Meredith już szła korytarzem do działu zabawek, kiedy dogoniła ją Sandra Jordan.
    – Panno Bancroft? – Meredith zatrzymała się i odwróciła do niej. – Chciałam powiedzieć, że… że widziałam panią kilka razy w telewizji… w różnych pięknych miejscach ubraną w futra i suknie i chcę powiedzieć, że w rzeczywistości jest pani nawet ładniejsza niż w telewizji.
    – Dziękuję – powiedziała Meredith, uśmiechając się niepewnie.
    – I… i chcę, żeby pani wiedziała, że nigdy przedtem nie próbowałam niczego ukraść – powiedziała, wpatrując się błagalnie w Meredith. – Proszę popatrzeć – wyciągnęła z torebki portfel i wyjęła z niego zdjęcie. Przedstawiało ono drobniutką twarzyczkę dziecka o wielkich, niebieskich oczach i rozbrajającym bezzębnym uśmiechu. – To moja Jenny – powiedziała Sandra. Jej głos brzmiał teraz poważnie i czule. – W ubiegłym tygodniu zachorowała. Lekarz powiedział, że powinna mieć cieplej, ale nie stać mnie teraz na zapłacenie rachunku za prąd. Pomyślałam sobie, że może jeśliby miała cieplejsze ubranka… – Do oczu napłynęły jej łzy i zamrugała gwałtownie powiekami. – Ojciec Jenny ulotnił się, kiedy zaszłam w ciążę, ale to nic, bo ja i Jenny mamy siebie i to nam wystarcza. Ale nie zniosłabym, jeśli… jeśli… straciłabym moją Jenny.
    Otworzyła usta, jakby miała zamiar powiedzieć coś jeszcze, ale odwróciła się na pięcie i uciekła. Meredith patrzyła, jak biegnie między stoiskami wypełnionymi setkami zabawek. Przed oczami miała jednak dziecko z fotografii, różową kokardkę w jej włosach, uśmiech cherubinka.
    Kilka minut później, kiedy Sandra Jordan chciała już wyjść ze sklepu, została zatrzymana przy głównym wejściu przez agenta ochrony.
    – Proszę zaczekać, pan Braden schodzi do pani, pani Jordan – poinformował ją.
    Zaczęła dygotać. Była przerażona, sądziła, że została podstępnie wmanipulowana w podpisanie oświadczenia i że teraz oddadzą ją w ręce policji. Nie miała co do tego wątpliwości, kiedy zobaczyła zbliżającego się do niej Marka Bradena. Niósł dużą torbę z emblematem Bancrofta. Od razu zorientowała się, że zawierała ona wszystkie dowody jej kradzieży: różowy kombinezon i całą resztę łącznie z dużym niedźwiadkiem, którego nawet nie tknęła.
    – Oszukaliście mnie – wykrzyknęła zduszonym głosem, kiedy Braden wyciągnął do niej torbę.
    – Pani Jordan, to są rzeczy dla pani do zabrania do domu – przerwał jej z bezosobowym uśmiechem. Mówił to głosem człowieka, który wygłaszał zleconą mu do wygłoszenia mowę. Sandra, oszołomiona, pełna wdzięczności i niedowierzania, wzięła torbę. Przycisnęła ją do piersi. – Wesołych świąt od firmy Bancroft i S – ka – powiedział sztywno, ale Sandra wiedziała, że to nie były prezenty od niego ani też nie był to humanitarny gest ze strony sklepu. Podniosła wzrok w górę na poziom balkonowy, szukając przez łzy pięknej młodej kobiety, która patrzyła na zdjęcie Jenny z takim poruszeniem i łagodnością w uśmiechu. W pewnym momencie wydawało jej się, że ją widzi, Meredith Bancroft w białym płaszczu, uśmiechającą się do niej z góry. Myślała, że to ona, ale nie była pewna, bo łzy zalewały jej oczy.
    – Niech pan jej powie – szepnęła zduszonym głosem – że Jenny i ja dziękujemy.

ROZDZIAŁ 15

    Biura kierownictwa zajmowały czternaste piętro. Były usytuowane po obydwu stronach długiego, szerokiego, pokrytego dywanem korytarza, prowadzącego do owalnej recepcji. Na ścianach wisiały oprawione w pozłacane ozdobne ramy portrety wszystkich prezydentów firmy z rodziny Bancroftów. Pod nimi stały przeznaczone dla gości kanapa i fotele w stylu królowej Anny. Na lewo od recepcji mieściło się biuro i prywatna sala konferencyjna, które zgodnie z tradycją zawsze należały do prezydenta Bancrofta. Na prawo rozmieszczone były biura dyrektorów. Stanowiska ich sekretarek znajdowały się przed ich gabinetami, oddzielone od siebie funkcjonalnymi, estetycznymi ściankami z rzeźbionego mahoniu.
    Meredith wysiadła z windy i spojrzała na już dwukrotnie przenoszony portret swojego pradziadka Jamesa Bancrofta, założyciela Bancroft i S – ka.
    – Dzień dobry, pradziadku – powiedziała cicho.
    Witała go tak codziennie prawie od zawsze. Wiedziała, że to głupie, ale w tym człowieku w sztywnym kołnierzyku, z gęstymi jasnymi włosami i okazałą brodą było coś, co ją poruszało. Fascynowały ją jego oczy. Pomimo kwintesencji godności, jaka biła od niego, w jego jasnoniebieskich oczach była odwaga i coś łobuzerskiego.
    Pradziadek był odważny. Odważny i nowatorski. W 1891 r. James Bancroft zdecydował się zerwać z tradycją i zaoferować wszystkim klientom takie same ceny. Do tego momentu lokalni klienci kupowali taniej niż obcy ludzie. Było tak i w sklepach z żywnością, i w takich jak Bancroft i S – ka. Aktem odwagi ze strony Jamesa Bancrofta było dyskretne umieszczenie w oknie sklepu tabliczki: „Jedna cena dla wszystkich”. W jakiś czas później inny właściciel sklepu w Wyoming, James Cash Penney, przyjął tę zasadę jako własną i to jemu w kolejnych dziesięcioleciach przypisywano tę zasługę. Meredith znała jednak prawdę, ponieważ znalazła w starym dzienniku zapisek mówiący o tym, że decyzja Jamesa Bancrofta o ustaleniu jednej ceny dla wszystkich była wcześniejsza niż ta J.C. Penneya.
    Portrety innych przodków Meredith wisiały wzdłuż ścian w identycznych ramach, ale na nie ledwie rzuciła okiem. Myślami była już przy cotygodniowym zebraniu kierownictwa firmy.
    Kiedy Meredith weszła do sali konferencyjnej, było w niej niezwykle cicho. Panowała tu napięta atmosfera. Wszyscy tak samo jak ona mieli nadzieję, że Philip Bancroft zasygnalizuje chociażby, kto miałby być jego tymczasowym zastępcą. Meredith, zajmując miejsce przy końcu długiego stołu, skinęła głową na powitanie dziewięciu mężczyznom i jednej kobiecie, którzy wszyscy tak jak ona byli wiceprezydentami i stanowili trzon kierowniczy „Bancrofta”. Zasady hierarchii w „Bancrofcie” były proste i sprawdzały się w działaniu. Główny księgowy stał na czele działu finansowego, a działem prawnym kierował główny radca prawny. Pięciu wiceprezydentów jednocześnie pełniło funkcje dyrektorów handlowych. Grupa tych pięciu ludzi była odpowiedzialna za zaopatrzenie dla tego olbrzymiego domu towarowego i jego filii w innych miastach. Oddzielnie każdy z nich był odpowiedzialny za z góry ustaloną grupę towarów. To na ich barkach leżała odpowiedzialność za sukces lub porażkę w zakresie tych grup, chociaż każdy z nich miał podległych sobie kierowników, pracowników dokonujących zakupów i urzędników, którzy z kolei podlegali kierownikom.
    Ponadto przy stole konferencyjnym zasiadało jeszcze dwóch wiceprezydentów zajmujących się wszelką działalnością pomagającą w sprzedaży towarów. Byli to: wiceprezydent reklamy i promocji, którego zespół planował kampanie promujące sprzedaże sklepowe, kupował czas antenowy w radiu i telewizji i przestrzeń w gazetach, żeby je reklamować, oraz wiceprezydent do spraw prezentacji wizualnej, dla którego pracowała Lisa. Była ona odpowiedzialna, razem z innymi podległymi mu pracownikami, za zaprezentowanie klientom na terenie sklepu wszystkich towarów.
    Meredith zajmowała stanowisko starszego wiceprezydenta do spraw operacyjnych, co czyniło ją odpowiedzialną za całą pozostałą działalność dotyczącą prowadzenia sklepu, począwszy od problemów ochrony sklepu, spraw kadrowych po ekspansję na rynku i planowanie. To właśnie ta ostatnia dziedzina najbardziej zajmowała Meredith. Pod jej kierownictwem powstało pięć nowych filii sklepu i wyznaczono już tereny pod pięć kolejnych. Na dwóch z nich były już prowadzone prace budowlane. Jedyną poza Meredith kobietą zasiadającą przy stole konferencyjnym była specjalistka zajmująca się kreowaniem ekspansji towarowej firmy. To jej zadaniem było przewidywanie nastających trendów mody po to, żeby zgodnie z nimi ukierunkowywać działalność dyrektorów handlowych. Piastująca to stanowisko Theresa Bishop siedziała naprzeciwko Meredith i rozmawiała cicho z księgowym.
    – Dzień dobry. – Do sali konferencyjnej wszedł Philip Bancroft. Jego głos zabrzmiał mocno i energicznie. Zajął miejsce u szczytu stołu. Jego następne słowa zelektryzowały wszystkich: – Jeśli zastanawiacie się, czy zostały podjęte decyzje co do wyboru osoby mającej mnie zastąpić, to odpowiedź brzmi nie. Zostaniecie o tym powiadomieni, kiedy zapadnie decyzja. Teraz możemy chyba porzucić tę kwestię i przejść do spraw bieżących firmy. Ted – skupił przenikliwy wzrok na Tedzie Rothmanie, wiceprezydencie, który zaopatrywał sklep w kosmetyki, bieliznę osobistą, buty i płaszcze. – Zgodnie z raportami z wczorajszego wieczoru ze wszystkich naszych sklepów, sprzedaż płaszczy jest o jedenaście procent niższa w porównaniu z danymi z tego samego tygodnia ubiegłego roku. Co masz do powiedzenia na ten temat?
    – Tylko tyle – odparł Rothman z uśmiechem – że jest bardzo ciepło jak na tę porę roku i klienci nie koncentrują się aż tak bardzo na zakupie okryć wierzchnich, jak to robili zwykle w tym czasie. Tego należało oczekiwać. – Mówiąc to, wstał i podszedł do jednego z monitorów wbudowanych w ścianę. Nacisnął szybko serię klawiszy. Unowocześnienie systemu komputerowego sklepu zostało przeforsowane przez Meredith, z niemałymi nakładami, już dawno temu. Teraz w każdej chwili można było uzyskać dane dotyczące sprzedaży w każdym dziale każdego sklepu firmy. Można je było też porównać z danymi dotyczącymi tego samego działu sprzed tygodnia, miesiąca lub sprzed roku. – Podniosła się sprzedaż płaszczy w Bostonie, gdzie temperatura w czasie tego weekendu spadła do wysokości bardziej normalnej dla tej pory roku… – przerwał, obserwując ekran. – Podskoczyła o dziesięć procent w stosunku do ubiegłego tygodnia.
    – Nie interesuje mnie ubiegły tydzień. Chcę wiedzieć, dlaczego nasza sprzedaż płaszczy jest niższa od ubiegłorocznej.
    Meredith poprzedniego dnia rozmawiała przez telefon ze znajomą z pisma „Moda”. Patrząc na rzucającego rozzłoszczone spojrzenia ojca, wtrąciła:
    – Według „Mody” sprzedaż płaszczy spadła wszędzie. W następnym numerze zamieszczą artykuł na ten temat.
    – Nie chcę usprawiedliwień, chcę wytłumaczenia – odparował jej ojciec.
    Meredith drgnęła, ale tylko nieznacznie. Od dnia, kiedy zmusiła go do uznania jej przydatności jako dyrektora „Bancrofta”, ojciec wychodził z siebie, żeby udowadniać jej i wszystkim innym, że jego córka nie jest przez niego faworyzowana. Prawdę mówiąc, działo się wręcz przeciwnie.
    – Wytłumaczeniem są kurtki – powiedziała spokojnie. – Sprzedaż kurtek zimowych wzrosła w skali kraju o dwanaście procent. To jest przyczyna zmniejszenia sprzedaży płaszczy.
    Philip wysłuchał jej, ale poza krótkim skinieniem głową nie wykonał żadnego, chociażby kurtuazyjnego gestu doceniającego jej wysiłki. Zamiast tego zaatakował Rothmana:
    – Co mamy teraz zrobić z tymi wszystkimi płaszczami?
    – Wstrzymaliśmy nasze zamówienia na płaszcze – wyjaśnił cierpliwie Rothman. – Nie spodziewamy się wielkiej nadwyżki.
    Nie dodał w tym momencie, że to Theresa Bishop doradziła mu zamówienie dużych ilości kurtek i wstrzymanie zamówień płaszczy. To niedociągnięcie skorygował natychmiast Gordon Mitchell, wiceprezydent odpowiedzialny za suknie, dodatki do nich i ubranka dziecięce:
    – O ile sobie dobrze przypominam – wtrącił – kurtki zostały zakupione zamiast płaszczy zgodnie z sugestią Theresy, że moda na krótsze spódnice spowoduje, że kobiety będą w tym roku preferować raczej kurtki niż płaszcze.
    Meredith wiedziała, iż Mitchell powiedział to nie dlatego, że zależało mu chociaż trochę na tym, aby Theresa została doceniona, ale dlatego, że nie chciał, by to Rothman zebrał laury. Mitchell nigdy nie przegapił możliwości wykazania, iż inni wiceprezydenci do spraw zakupów są mniej kompetentni niż on. Był niesympatycznym, złośliwym człowiekiem; mimo że był przystojnym mężczyzną, budził w Meredith odrazę.
    – Jestem przekonany, że wszyscy jesteśmy świadomi i wdzięczni za jasnowidztwo Theresy w zakresie mody – powiedział Philip z drwiną w głosie. Nie lubił kobiet w zarządzie i wszyscy o tym wiedzieli. Theresa wzniosła oczy ku górze, ale nie spojrzała w poszukiwaniu zrozumienia ku Meredith; mogłoby to wskazywać na ich słabość, a obie wiedziały, że nie należy okazywać tego uczucia ich wspaniałemu prezydentowi, – Co z nowymi perfumami, które ma promować ta gwiazda rocka… – zapytał ostro Philip, zerkając w notatki, a potem na Rothmana.
    – Nazywają się „Charyzma” – podpowiedział Rothman – ma je promować Cheryl Aderly, gwiazda rocka i symbol seksu, która…
    – Wiem, kim ona jest! – uciął Philip. – Czy „Bancroft” będzie miał tę promocję; czy nie?
    – Jeszcze nie wiemy – odpowiedział niepewnie Rothman. Perfumy były najbardziej dochodowym towarem w domu handlowym, a uzyskanie wyłączności na wprowadzenie w mieście nowego, liczącego się gatunku byłoby mistrzowskim posunięciem. Oznaczało to bezpłatną reklamę dla sklepu ze strony produkującej je firmy i rozgłos, kiedy przyjedzie gwiazda, żeby je promować, i oczywiście wielki napływ klientek, które będą oblegały stoiska, żeby wypróbować nowy zapach.
    – Co to znaczy, że nie wiesz jeszcze? – rzucił gniewnie Philip. – Mówiłeś, że to niemal pewne.
    – Aderly jest bardzo ostrożna – przyznał Rothman. – Wydaje się, że chciałaby porzucić rocka na rzecz kariery w filmie, ale…
    Philip z niesmakiem rzucił pióro na biurko.
    – Na litość boską. Nic mnie nie obchodzą jej plany na przyszłość. Chcę tylko wiedzieć, czy „Bancroft” dostanie wprowadzenie jej perfum na rynek, a jeśli nie, to dlaczego!
    – Staram się, Philipie, odpowiedzieć ci na to pytanie – odparł ostrożnie Rothman pozbawionym emocji głosem. – Aderly chce wprowadzić swoje perfumy w sklepie z dużą klasą, który użyczyłby swojego blasku jej nowemu image.
    – Co może mieć większą klasę niż „Bancroft”? _ skrzywił się z dezaprobatą Philip i nie czekając na odpowiedź na to retoryczne pytanie, zapytał: – Dowiedziałeś się, kogo jeszcze bierze pod uwagę?
    – Marshall Field.
    – To niedorzeczność! „Field” nawet nie próbuje nam dorównać i oni nie zrobią dla niej tyle, ile my możemy zrobić!
    – W tym wypadku właśnie nasza „klasa” wydaje się problemem. – Ted Rothman uniósł dłoń, widząc, jak twarz Philipa czerwienieje ze złości. – Wygląda to tak: kiedy rozpoczynaliśmy negocjacje, Aderly chciała image wysokiej klasy. Teraz jednak jej agent i doradcy niemal przekonali ją, że to błąd pozbywać się aury gwiazdy rocka i seksu, która przysporzyła jej tylu nastoletnich wielbicieli. To z tego powodu rozmawiają z „Fieldem”. Oni mieliby być dla niej rodzajem kompromisu godzącego te dwie sprawy.
    – Ted, chcę tej inauguracji – stwierdził Philip sucho. – Mówię poważnie. Jeśli trzeba, zaproponuj im większą część zysku albo powiedz, że pokryjemy część kosztów reklamy w mieście. Nie oferuj więcej, niżbyśmy zyskali, ale załatw to.
    – Zrobię, co będę mógł.
    – Czy nie robisz właśnie tego cały czas? – rzucił mu wyzwanie Philip.
    Nie czekając na odpowiedź, zwrócił się do wiceprezydenta siedzącego obok Rothmana, a potem poddawał takiemu samemu krzyżowemu ogniowi pytań wszystkich pozostałych siedzących wokół stołu. Wyniki sprzedaży były świetne, a każdy wiceprezydent był więcej niż kompetentny. Philip wiedział o tym, ale w miarę jak pogarszało się jego zdrowie, pogarszało się też jego usposobienie. Jako ostatni ostrzałowi poddany został Gordon Mitchell.
    – Suknie Dominicka Avanti są okropne, wyglądają jak resztki z ubiegłego roku i nie sprzedają się.
    – Jednym z powodów, dla których się nie sprzedają, jest to – obwieścił Mitchell z gorzkim, oskarżycielskim spojrzeniem skierowanym na szefa Lisy – że twoi ludzie robią, co tylko mogą, żeby rzeczy Avantiego wyglądały śmiesznie! Co to był za pomysł, żeby przystroić manekiny kapeluszami i rękawiczkami całymi w cekinach?
    Neil Nordstrom, szef Lisy, przyjął wypowiedź rozzłoszczonego kolegi z niezmąconym spokojem.
    – Przynajmniej – skomentował – Lisie Pontini i jej zespołowi udało się sprawić, że wyglądały interesująco, chociaż takie nie były.
    – Dosyć tego, panowie – rzucił Philip ze znużeniem. – Sam – powiedział, odwracając się w kierunku Sama Greena, szefa prawników, który siedział tuż przy nim, po lewej stronie – co z procesem, który wytoczyła nam kobieta, ta która twierdzi, że potknęła się w dziale meblowym i potłukła plecy?
    – To oszustka – odparł Sam Green. – Ludzie z naszego ubezpieczenia odkryli, że z tego samego powodu wytoczyła cztery podobne procesy innym sklepom. Tamci nie będą się starał dojść z nią do porozumienia. Najpierw sprawa musiałaby trafić na wokandę, a gdyby tak się stało, przegrałaby.
    Philip skinął głową i spojrzał chłodno na Meredith. – Co z kontraktami na zakup terenów w Houston, która chcesz zdobyć z taką determinacją?
    – Rozpracowujemy z Samem końcowe szczegóły. Sprzedający zgodził się podzielić posiadłość, a my jesteśmy gotowi do pracy nad kontraktem.
    Kolejnym, krótkim skinieniem przyjął do wiadomości jej wypowiedź i odwrócił się na krześle do siedzącego po prawej stronie księgowego.
    – Allen, a co ty masz do przekazania?
    Księgowy zerknął na leżący przed nim żółty notatnik. Allen Stanley był odpowiedzialny, jako główny specjalista do spraw finansowych korporacji „Bancrofta”, za wszystko, co dotyczyło finansów, łącznie z departamentem kredytowym sklepu. Zdaniem Meredith, przez stresujące boje z Philipem Bancroftem stracił większość włosów i nie wyglądał na swoje pięćdziesiąt pięć lat, ale raczej na sześćdziesiąt pięć. Księgowi i podlegli im pracownicy nie przynosili dochodów sklepowi. Dział prawny i dział personalny też nie. Philip traktował te trzy działy jako zło konieczne, a odnosił się do nich zaledwie trochę lepiej niż do bezproduktywnych obiboków. Gardził nimi także dlatego, że ich szefowie zwykle przedstawiali mu powody, dla których nie mógł przeprowadzić swoich planów, zamiast mówić mu, co zrobić, żeby je zrealizować. Allen Stanley miał jeszcze pięć lat do wcześniejszej emerytury i Meredith czasami zastanawiała się, jak on to wytrzyma. Głos Allena, kiedy się odezwał, brzmiał rzeczowo, ale wyczuwało się w nim wahanie.
    – W ubiegłym miesiącu mieliśmy rekordową ilość podań o karty kredytowe, prawie osiem tysięcy.
    – Ile z nich załatwiłeś pozytywnie?
    – Z grubsza sześćdziesiąt pięć procent.
    – Jak, do diabła – Philip krzyknął z furią, stukając końcem pióra o blat stołu dla podkreślenia każdego słowa – jak usprawiedliwisz odrzucenie trzech tysięcy z ośmiu tysięcy podań? Staramy się przyciągnąć klientów z kartami kredytowymi, a ty, ot tak sobie, odrzucasz ich! Nie muszę ci chyba tłumaczyć, jakie zyski w naszej działalności mamy z tych kart. Nawet nie liczę strat, jakie poniesiemy z powodu braku zakupów, jakich te trzy tysiące osób nie zrobią w „Bancrofcie”, dlatego że nie mogą tu kupować na kredyt!
    Meredith zauważyła, że ojciec nagle jakby przypomniał sobie o swoim słabym sercu i starał się uspokoić.
    – Podania, które odrzuciliśmy, pochodziły od niepewnych kredytobiorców – stwierdził Allen zdecydowanym, rzeczowym tonem. – Tacy ludzie, jak wiesz, nie płacą za to, co kupują. Nie płacą odsetek od swoich rachunków. Możesz pomyśleć, że odrzucając te podania, ponieśliśmy straty, ale ja uważam, że moi pracownicy zaoszczędzili „Bancroftowi” fortunę, unikając niemożliwych do ściągnięcia wierzytelności. Ustaliłem podstawowe warunki, jakim musi sprostać każdy, komu zostanie przyznana karta kredytowa „Bancrofta”. Faktem jest, że trzy tysiące osób nie sprostało tym wymaganiom.
    – Stało się tak dlatego, że te wymogi są cholernie wysokie wtrącił gładko Gordon Mitchell.
    – Dlaczego tak sądzisz? – zapytał żarliwie Philip, zawsze chętny do znalezienia uchybienia w działaniu księgowego.
    – Dlatego – odpowiedział Mitchell z pełnym satysfakcji, złośliwym uśmiechem – że moja siostrzenica powiedziała mi, że „Bancroft” właśnie odrzucił jej podanie o kartę kredytową.
    – Widocznie nie była pewnym kredytobiorcą – odparował księgowy.
    – Doprawdy? – wycedził Mitchell. – To dlaczego „Field” i „Macy” właśnie wydali jej nowe karty? Zgodnie z tym, co powiedziała mi siostrzenica, list zawierający odmowę przyznania jej naszej karty mówił, że ma ona nieodpowiednią przeszłość kredytową. Ona jest na pierwszym roku studiów i sądzę, że ta odmowa oznaczała, że nie mogłeś dowiedzieć się o niej niczego, ani dobrego, ani złego.
    Księgowy skinął głową, jego blada, poprzecinana zmarszczkami twarz przybrała dziwny wyraz.
    – Najwyraźniej tak było, skoro nasz list tak to formułował.
    – Jak wytłumaczysz postępowanie „Fielda” i „Macy'ego”? – zapytał ostro Philip, pochylając się do przodu. – Najwyraźniej oni mieli dostęp do większej ilości informacji niż ty i twoi ludzie.
    – Nie mieli lepszych informacji. Wszyscy używamy tego samego Kredytowego Biura Informacyjnego. Najprawdopodobniej ich wymagania stawiane przy udzielaniu kredytów są łagodniejsze niż moje.
    – To nie są twoje wymagania, to nie jest twój sklep…
    Meredith postanowiła interweniować. Wiedziała, że księgowy będzie z żelazną konsekwencją bronił swojego zdania i swojego personelu, ale rzadko zdobywa się na wytknięcie Philipowi jego błędów. Ten problem był wynikiem błędu Philipa. Meredith, kierując się pozbawioną egoizmu chęcią obrony Allena Stanleya i niewątpliwie egoistyczną chęcią uniknięcia kolejnego długiego starcia, którego wszyscy dyrektorzy łącznie z nią musieliby wysłuchać, przerwała tyradę ojca:
    – Kiedy ostatnio poruszane było to zagadnienie – powiedziała, starając się zachować respekt i obiektywizm w głosie – uważałeś, że doświadczenie nauczyło nas, że studenci są grupą o dużym stopniu ryzyka kredytowego. Poleciłeś Allenowi odmawiać kart kredytowych wszystkim studentom, poza wyjątkowymi przypadkami.
    W sali konferencyjnej zapanowała cisza. Dziwna, pełna oczekiwania cisza, która często pojawiała się, kiedy Meredith sprzeciwiała się ojcu. Dzisiaj jednak była ona cięższa niż zwykle. Wszyscy z napięciem oczekiwali jakiegoś znaku wskazującego na złagodzenie nieprzejednanego stosunku Philipa do córki, co mogłoby sugerować, że to jej powierzy zastępstwo. Prawdę mówiąc, jej ojciec nie był bardziej wymagający niż jego odpowiednicy w „Saksie” czy „Macym” lub każdej innej dużej firmie handlowej. Meredith wiedziała o tym i przeciwstawiała się nie żądaniom, jakie stawiał, ale jego bezceremonialnemu, autokratycznemu stylowi bycia. Dyrektorzy zebrani wokół stołu konferencyjnego związali swe kariery zawodowe z handlem, wiedząc dobrze, że była to pełna nieoczekiwanych emocji, stawiająca wysokie wymagania dziedzina interesów. Sześćdziesięciogodzinny tydzień pracy był tu normą, a nie wyjątkiem, dla każdego, kto chciał się wspiąć na sam szczyt… i utrzymać się tam. Meredith, tak jak pozostali, wiedziała o tym. Wiedziała też, że w jej wypadku będzie musiała pracować ciężej, dłużej i bardziej efektywnie niż inni, jeśli będzie chciała zdobyć prezydenturę firmy, która przecież przypadłaby jej niejako automatycznie, gdyby dane jej było urodzić się chłopcem.
    Wkroczyła w dyskutowany temat, wiedząc bardzo dobrze, że być może zyska sobie szacunek ojca, ale jednocześnie ściągnie na siebie nieproporcjonalnie wielką porcję jego oburzenia i urazy. Posłał w jej stronę pogardliwe spojrzenie.
    – Co zasugerowałabyś, Meredith? – zapytał, ani nie potwierdzając, ani nie zaprzeczając, że była to ustalona przez niego reguła.
    – To samo, co proponowałam wtedy: żeby studentom, którzy nie mieli dotąd problemów kredytowych, przyznawać karty kredytowe, ale do ograniczonej wysokości, powiedzmy do pięciuset dolarów. Przez pierwszy rok. Jeśli pod koniec tego okresu ludzie Allena upewnią się co do ich wypłacalności, limit mógłby być podwyższony.
    Przez chwilę patrzył po prostu na nią, potem odwrócił się, tak jakby nie słyszał tego, co powiedziała, i kontynuował zebranie. Godzinę później zamknął swoją teczkę z jeleniej skóry, w której miał notatki dotyczące zebrania. Spojrzał na zgromadzonych przy stole konferencyjnym dyrektorów.
    – Mam dzisiaj niezwykle napięty program spotkań, panowie… i panie… – dodał protekcjonalnym tonem, który powodował, że zawsze miała ochotę w takim momencie zrobić do niego jakąś głupią minę. – Musimy pominąć omówienie najlepszych sprzedaży tygodnia. Dziękuję państwu. Kończymy zebranie. Allen – rzucił mimochodem – zaoferuj studentom karty z limitem do pięciuset dolarów, o ile nie mieli wcześniej problemów kredytowych.
    To było typowe. Publicznie nie docenił propozycji Meredith ani w żaden inny sposób nie okazał jej uznania. Zachował się tak, jak to robił zwykle, kiedy jego utalentowana córka wykazywała się świetną oceną sytuacji. Niechętnie przyjmował jej sugestię, nie podkreślając wartości jej koncepcji ani też wartości jej samej dla firmy. Była jednak liczącą się osobą dla sklepu i wszyscy o tym wiedzieli. Philip Bancroft też.
    Meredith zebrała swoje notatki i ramię w ramię z Gordonem Mitchellem wyszła z sali konferencyjnej. To właśnie Meredith i Mitchell mieli największe szanse ze wszystkich kandydatów na zdobycie czasowej prezydentury. Obydwoje wiedzieli o tym. On, jako trzydziestosiedmiolatek, miał więcej lat przepracowanych w handlu niż Meredith, co dawało mu lekką przewagę nad nią. Jego minusem było to, że w „Bancrofcie” pracował dopiero od trzech lat. Meredith pracowała w firmie ojca już od lat siedmiu, a co najważniejsze, to jej należało przypisać sukces i spowodowanie ekspansji „Bancrofta” do innych stanów; to ona toczyła spory, argumentowała i perswadowała ojcu, a potem bankierom firmy, żeby finansowali tę ekspansję. Ona sama wybierała nowe sklepy i to ona była najbardziej zaangażowana w nie kończące się problemy budowy, a potem uruchomienia tych sklepów. Meredith jako jedyna miała do zaoferowania zarządowi coś wyjątkowego, czego żaden inny kandydat do prezydentury, łącznie z Gordonem Mitchellem, nie posiadał. Była to wszechstronność. Jej atutami były ta właśnie wszechstronność i szeroki zakres rozumienia działalności sklepu, wynikający z jej wcześniejszych doświadczeń z pracy w innych działach firmy. Meredith zerknęła z ukosa na Gordona Mitchella. W jego wzroku, kiedy spojrzał na nią, zobaczyła wszechobecną u niego kalkulację.
    – Philip powiedział mi, że zgodnie z zaleceniami lekarza, wybierze się w rejs w czasie urlopu – zaczął, kiedy szli pokrytym dywanem korytarzem, mijając stanowiska sekretarek umiejscowione przed gabinetami wiceprezydentów. – Kiedy planuje… – urwał, słysząc wypowiedziane lekko podniesionym głosem słowa swojej sekretarki:
    – Panie Mitchell, na pana prywatną linię dzwoni pan Bender. Jego sekretarka mówi, że to raczej pilne.
    – Mówiłem ci, Debbie, żebyś nie odbierała telefonów na mojej prywatnej linii – rzucił ostro. Przepraszając Meredith, przeleciał jak burza koło stanowiska swojej sekretarki i wpadł do biura, zamykając za sobą drzwi.
    Na zewnątrz Debbie Novotny przygryzła wargę, patrząc w ślad za odchodzącą Meredith. Zawsze, kiedy dzwoniła „sekretarka pana Bendera”, Gordon stawał się spięty i podenerwowany i zamykał drzwi, kiedy rozmawiali. Przez prawie rok Mitchell obiecywał, że rozwiedzie się z żoną i poślubi Debbie. Teraz nagle Debbie zaczęła się bać, że powodem jego ociągania się jest „sekretarka pana Bendera”, czyli nowa kochanka ukrywana pod tym hasłem. Nie dotrzymywał też innych obietnic, takich jak awans Debbie na handlowca i podwyżka pensji. Z walącym mocno sercem podniosła słuchawkę swojego aparatu. Głos Gordona był cichy i słychać w nim było zdenerwowanie:
    – Mówiłem ci, żebyś przestał dzwonić do biura!
    – Uspokój się, nie zajmę ci dużo czasu – powiedział Bender. – Ciągle mam cholerną stertę tych niebieskich jedwabnych bluzek, które kupiłeś, i górę tej sztucznej biżuterii. Dam ci podwójną działkę, jeśli zabierzesz to ode mnie. – To był męski głos i Debbie poczuła taką ulgę, że już miała zamiar odłożyć słuchawkę, kiedy uderzyło ją, że to, co mówił Bender, brzmiało jak przekupstwo.
    – Nie mogę – warknął Gordon. – Widziałem ostatnią porcję bluzek i biżuterii od ciebie. To towar pośledniego gatunku! Do tej pory to wszystko udawało się nam tylko dlatego, że rzeczy, które dostarczałeś, były niezłej jakości. Jeśli ktoś tutaj przypatrzy się dobrze tej ostatniej dostawie, to będą chcieli wiedzieć, kto i dlaczego to kupił. Jeśli tak się stanie, moi kierownicy handlowi bez wahania wskażą na mnie i powiedzą, że to ja kazałem im kupować od ciebie.
    – Jeśli się tego boisz, to zwolnij ich obydwu i nie będą już mogli wskazać na ciebie.
    – Chyba będę musiał to zrobić, ale to niczego nie zmieni. Słuchaj, Bender – powiedział Gordon stanowczo – ten układ przynosił zyski nam obydwu, ale skończmy z tym. To za duże ryzyko. Poza tym, myślę, że zaproponują mi tu czasową prezydenturę. Jeśli tak się stanie, nie będę miał kompletnie nic wspólnego ze sprawami zaopatrzeniowymi.
    W głosie Bendera zabrzmiała groźba:
    – Słuchaj mnie uważnie, śmieciu, bo wyłożę ci to tylko jeden raz. Ty i ja robiliśmy niezłe interesy, a twoje ambicje nic mnie nie obchodzą. Zapłaciłem ci w ubiegłym roku sto tysięcy dolarów…
    – Powiedziałem ci: kończymy z tym.
    – Nie kończymy, o ile ja tego nie powiem, a do tego jeszcze daleko. Zrób mi numer, a dzwonię do starego Bancrofta…
    – I co mu powiesz? – wykrzyknął Gordon z kpiną. – Że nie dałem ci się przekupić?
    – Nie, opowiem mu, jakim to ja jestem uczciwym biznesmenem i jak to ty nastajesz na mnie, żebym ci odpalał dolę, zanim pozwolisz swoim ludziom kupić mój wspaniały towar. To nie jest przekupstwo, to jest wymuszenie. – Przerwał na chwilę, żeby znaczenie tych słów dotarło do Mitchella, po czym dodał: – I zawsze jest jeszcze wewnętrzna służba podatkowa, którą też trzeba brać pod uwagę, prawda? Założę się, że jeśli dostaną anonimowy telefon i zaczną cię sprawdzać, to doszukają się twoich nie zadeklarowanych stu tysięcy. Niepłacenie podatków, kochasiu, jest oszustwem. Wymuszenie i oszustwo.
    W narastającej panice Gordon usłyszał w słuchawce dziwny, przytłumiony odgłos zamykania szuflady z aktami.
    – Zaczekaj chwilę! – powiedział szybko. – Muszę wyjąć coś z teczki. – Ignorując teczkę, która leżała na biurku, tam gdzie ją położył, odłożył słuchawkę, podszedł do drzwi, cicho nacisnął klamkę i otworzył je bezgłośnie. Jego sekretarka siedziała przy biurku ze słuchawką przyciśniętą do ucha. Dłonią zakrywała mikrofon, a na jej aparacie zapalone było tylko jedno światełko sygnalizujące rozmowę. Pobladły ze strachu i wściekłości zamknął drzwi i wrócił do swojego biurka. – Będziemy musieli dokończyć rozmowę wieczorem – rzucił. – Zadzwoń do mnie do domu.
    – Ostrzegam cię…
    – W porządku, w porządku! Zadzwoń do domu, coś wymyślimy.
    Bender, trochę uspokojony, powiedział:
    – Mówisz bardziej do rzeczy. Potrafię to zrozumieć. Podniosę ci działkę, skoro będziesz musiał odrzucić propozycję Bancrofta.
    Gordon odłożył słuchawkę i gwałtownie nacisnął przycisk intercomu.
    – Debbie, czy możesz tu przyjść? – powiedział, po czym zwolnił przycisk i dodał: – Głupia, wścibska suka!
    W chwilę później Debbie otworzyła drzwi. Była wystraszona. Straciła wszelkie iluzje wobec niego. Bała się, że jej twarz zdradzi to, czego się dowiedziała.
    – Zaniknij drzwi na klucz – powiedział Gordon, starając się nadać swojemu głosowi intymne brzmienie. Wyszedł zza biurka i podszedł do kanapy. – Podejdź tutaj.
    Debbie podeszła do niego niepewna, zbita z tropu zmysłową nutką w jego głosie i kontrastującym z nią chłodem w oczach. Krzyknęła zaskoczona, kiedy objął ją gwałtownie.
    – Wiem, że podsłuchiwałaś moją rozmowę – powiedział, opanowując chęć zaciśnięcia dłoni wokół jej gardła. – Robię to dla nas, Debbie. Będę spłukany po rozwodzie. Potrzebuję pieniędzy dla nas. Chcę móc ci dać to wszystko, na co zasługujesz. Rozumiesz to, kochanie, prawda?
    Debbie spojrzała mu w twarz i zobaczyła błagalną prośbę w jego oczach. Zrozumiała wszystko, uwierzyła mu. Już rozpinał jej sukienkę, ściągał ją z niej. Kiedy jego ręce wślizgnęły się w jej stanik, figi, przywarła do niego, ofiarowując mu swoje ciało, miłość i milczenie.
    Meredith właśnie podnosiła słuchawkę telefonu, kiedy w drzwiach gabinetu pojawiła się jej sekretarka.
    – Byłam przy fotokopiarce – wyjaśniła Phyllis wchodząc. Phyllis Tilsher miała dwadzieścia siedem lat, była inteligentna, miała intuicję i była bardzo sensowną osobą we wszystkich dziedzinach poza jedną: czuła nieprzeparty pociąg do nieodpowiedzialnych mężczyzn, na których w dodatku nie można było polegać. Była to słabość, którą wielokrotnie, ze śmiechem omawiały w czasie wspólnie przepracowanych lat. – Kiedy cię nie było, dzwonił Jerry Keaton z personalnego – ciągnęła i ze zwykłą sobie pełną pogody biegłością zaczęła zdawać relację ze wszystkich telefonów, jakie były do Meredith. – Powiedział, że być może jeden z naszych urzędników zaskarży nas o dyskryminację.
    – Rozmawiał z działem prawnym?
    – Tak, ale chciał też porozmawiać z tobą.
    – Muszę wrócić do biura architekta, żeby zakończyć przeglądanie planów sklepu w Houston – rzuciła Meredith. – Powiedz Jerry'emu, że zobaczę się z nim w poniedziałek rano.
    – Dobrze. Dzwonił też pan Savage. – Przerwała, bo we framugę drzwi zapukał Sam Green..
    – Przepraszam – powiedział do nich obydwu – czy miałabyś dla mnie kilka minut, Meredith?
    Skinęła głową.
    – Co się dzieje?
    – Miałem właśnie telefon od Ivana Thorpa – powiedział, marszcząc brwi. Podszedł do jej biurka. – Możemy mieć problem z zakupem ziemi w Houston.
    Meredith spędziła ponad miesiąc w Houston, szukając odpowiedniej lokalizacji, gdzie „Bancroft” mógłby wybudować nie tylko sklep, ale i całe centrum handlowe. Znalazła w końcu idealne miejsce w pobliżu znanej Gallerii. Właścicielem terenu była firma Thorp Development i od miesięcy negocjowali z nimi warunki sprzedaży.
    – Jakiego rodzaju problem?
    – Kiedy powiedziałem mu, że jesteśmy gotowi do sporządzenia umowy, stwierdził, że być może mają już kupca na wszystkie swoje tereny, łącznie z tym nas interesującym.
    Thorp Development była firmą holdingową, która posiadała w Houston kilka biurowców, kilka centrów handlowych, a także tereny przeznaczone pod zabudowę. Wszyscy wiedzieli o tym, że bracia Thorp chcą sprzedać całą firmę; pisano o tym nawet w „Wall Street Journal”.
    – Wierzysz, że naprawdę mają kupca? A może on tylko próbuje zmusić nas do zaproponowania wyższej ceny wyjściowej w negocjacjach?
    – To bardzo prawdopodobne, ale chcę, żebyś zdawała sobie sprawę z tego, że możemy mieć nieoczekiwanie konkurencję.
    – W takim razie musimy z tym coś zrobić, Sam. Chcę wybudować naszą nową filię właśnie na tym kawałku ziemi. Nigdzie indziej nie chciałam wybudować sklepu w jakimś konkretnym miejscu tak bardzo jak tutaj. Ta lokalizacja jest idealna. Houston zaczyna wychodzić z kryzysu, ale ceny w budownictwie są jeszcze dość niskie. Kiedy będziemy gotowi do otwarcia sklepu, będą w pełni rozkwitu gospodarczego.
    Meredith zerknęła na zegarek i wstała. Była trzecia, i był to piątek. Oznaczało to, że już zaczynały się korki na drogach.
    – Muszę już uciekać – uśmiechnęła się przepraszająco. – Zorientuj się, czy twój znajomy z Houston może dowiedzieć się, czy Thorp rzeczywiście ma innego kupca.
    – Już do niego dzwoniłem. Sprawdza to.

ROZDZIAŁ 16

    Limuzyna Matta przedzierała się poprzez zwykły dla piątkowego popołudnia tłok, torując sobie drogę ku sześćdziesięciopiętrowemu budynkowi Haskell Electronics. Tam właśnie mieściła się ogólnokrajowa dyrekcja firmy. Siedzący na tylnym siedzeniu Matt uniósł głowę znad sprawozdania właśnie w chwili, kiedy Joe O'Hara manewrował gwałtownie limuzyną wokół taksówki, przejechał na czerwonym świetle i waląc kilkakrotnie w klakson, rozproszył grupę nieustraszonych chicagowskich pieszych. Mniej niż trzy metry przed zjazdem do podziemnego parkingu „Haskella” Joe gwałtownie nacisnął hamulec i limuzyna znalazła się we wjeździe do garażu.
    – Przepraszam, Matt – powiedział z krzywym uśmieszkiem, widząc jego grymas we wstecznym lusterku.
    – Czy mógłbyś mi wytłumaczyć – zapytał rozdrażniony Matt – dlaczego robisz wszystko, żeby piesi stali się ozdobną miazgą na masce tego samochodu?
    Jego głos utonął w ogłuszającym pisku opon, kiedy długi nos samochodu pochylił się ostro do przodu i zaczął zjeżdżać, zataczając ciasne kółka po spiralnym wjeździe prowadzącym na poziom parkingu zarezerwowany dla dyrekcji. Samochód mijał ściany zjazdu ledwie o centymetry. Bez względu na to, jak drogim i eleganckim jechał samochodem, O'Hara prowadził zawsze jak nieustraszony nastolatek siedzący we wbijającym go w dumę starym chevrolecie, z blondynką na kolanach i zapasem piwa tuż obok. Gdyby nie to, że wciąż miał refleks nastolatka, to na pewno już dawno straciłby prawo jazdy i życie też.
    Był lojalny i odważny i to te cechy spowodowały, że dziesięć lat temu w Ameryce Południowej zaryzykował życie dla Matta. W ciężarówce, którą prowadził Matt, wysiadły hamulce. Samochód spadł z nasypu i zaczął się palić. Joe O'Hara uratował go, a Matt w zamian obdarował go skrzynką ulubionej whisky i dozgonną wdzięcznością.
    Na ramieniu pod marynarką Joego wisiała automatyczna czterdziestka piątka, którą kupił wiele lat temu, kiedy to po raz pierwszy wiózł Matta przez pikietę kierowców ciężarówek z firmy, którą Matt właśnie kupił. W głębi duszy Matt uważał, że broń nie była konieczna. Joe miał niecałe metr osiemdziesiąt wzrostu, ale miał też ponad sto kilogramów solidnych muskułów i wyrażającą wolę walki, wręcz brzydką twarz z miną wyraźnie ostrzegającą przed zagrożeniem. Przypominał bardziej ochroniarza niż kierowcę. Wyglądał jak zapaśnik sumo. Prowadził jak szaleniec.
    – Jesteśmy na miejscu – zawołał Joe, dokonując sztuki łagodnego wyhamowania samochodu tuż przy prywatnej windzie w podziemiu budynku. – Nie ma to jak w domu.
    – Tylko przez rok albo krócej – powiedział Matt, zamykając aktówkę. Zwykle kiedy kupował firmę, spędzał w niej miesiąc albo dwa, towarzysząc swoim ludziom podczas oceny kierownictwa firmy i opracowywania strategii jej dalszego rozwoju. W przeszłości jednak kupował tylko dobrze zarządzane firmy, których problemem był brak kapitału operacyjnego. Wprowadzał w nich niewielkie zmiany, żeby dostosować ich funkcjonowanie do Intercorpu. Z „Haskellem” sprawa wyglądała inaczej. Stare metody i styl zarządzania powinny zostać zastąpione nowymi; aktywa powinny zostać ponownie oszacowane, system płacowy poddany zmianom, lojalność pracowników zweryfikowana. Należało też wybudować obiekty produkcyjne w podmiejskim Southville, gdzie Matt już kupił tereny. „Haskell” wymagał bardzo poważnych przekształceń. Matt miał zamiar dzielić swój czas pomiędzy firmę okrętową, którą właśnie kupił, a reorganizację „Haskella”. Miał przed sobą bardzo trudne dni, wypełnione pracą, ale taki tryb życia prowadził już od lat. Na początku robił to z desperackiej chęci osiągnięcia sukcesu, udowodnienia, że stać go na to. Nawet teraz, kiedy sukcesy w interesach przewyższały jego najśmielsze marzenia, utrzymywał ciągle intensywny tryb życia, ponieważ weszło mu to w nawyk. Powodem takiej sytuacji było też to, że nic innego nie przynosiło mu już takiej satysfakcji. Pracował ciężko, a kiedy poświęcał czas rozgrywkom, był twardym graczem. Nic z tych rzeczy nie było jednak dla niego szczególnie znaczące czy dające zadowolenie. Modernizowanie „Haskella”, sprawienie, żeby stał się tym, czym powinien być, było wyzwaniem. Może tutaj właśnie tkwi błąd, pomyślał Matt, otwierając swoją prywatną windę prowadzącą na piętro zajmowane przez dyrekcję. Kupował atrakcyjne, dobrze prowadzone firmy, potrzebujące tylko zastrzyku finansowego. Tak stworzył olbrzymi konglomerat. Może powinien był kupić kilka firm, które potrzebowały czegoś więcej. Jego grupa przejmująca działała w „Haskellu” już od dwóch tygodni. Czekali na górze na spotkanie z nim, a on niecierpliwił się, żeby rozpocząć pracę.
    Na sześćdziesiątym piętrze recepcjonistka odebrała telefon i wysłuchała informacji od umundurowanego strażnika, który pełnił również funkcję recepcjonisty w hallu głównym „Haskella” na parterze. Valerie odłożyła słuchawkę i podeszła do siedzącej na prawo od niej sekretarki.
    – Pete Duncan powiedział, że do garażu właśnie wjechała srebrna limuzyna – szepnęła. – Myśli, że to Farrell.
    – Srebrny to widocznie jego ulubiony kolor – odpowiedziała Joanna. Spojrzała znacząco na prawie dwumetrową, kwadratową, srebrną tablicę z insygniami Intercorpu wiszącą za jej plecami na ścianie wyłożonej różanym drewnem.
    Dwa tygodnie po przejęciu firmy przez Intercorp pojawiła się grupa stolarzy, nadzorowana przez człowieka, który przedstawił się jako kierownik działu dekoracji wnętrz Intercorpu. Kiedy po dwóch tygodniach opuszczali budynek, wystrój wnętrz recepcji, sali konferencyjnej i przyszłego gabinetu Matta Farrella uległ gruntownej zmianie. Kiedyś podłogi pokrywały wytarte przez lata, brunatne dywany, na których stały delikatne, ale naruszone zębem czasu meble z ciemnego drewna. Teraz każdy centymetr podłogi pokrywały srebrzyste dywany, a wokół małych stolików zgrupowane były nowoczesne, skórzane kanapy w kolorze burgunda. Była to szeroko komentowana przez prasę mania Matta Farrella: wszystkie przejęte przez firmę przedsiębiorstwa miały natychmiast zmieniany wystrój wnętrz, upodabniający je do innych biur Intercorpu.
    Valerie, Joanna i kilka innych sekretarek z tego piętra znały już teraz dobrze nie tylko reputację i kaprysy Matta Farrella, ale i jego bezwzględność. W ciągu kilku dni po przejęciu j „Haskella” przez Intercorp jego prezydent, pan Vern Haskell, został zmuszony do przejścia na wcześniejszą emeryturę. To samo spotkało dwóch starszych wiceprezydentów. Jednym z nich był syn Verna Haskella, a drugim jego zięć. Jeden z wiceprezydentów odmówił złożenia rezygnacji, więc został zwolniony. Ich biura zajmowali teraz trzej współpracownicy Matta. Jego pozostali ludzie rozlokowali się gdzie indziej w budynku i jak wieść niosła, szpiegowali, zadawali wścibskie pytania i sporządzali listy zawierające niewątpliwie nazwiska osób; przewidzianych do zwolnienia w następnej kolejności. Jakby tego nie było dość, pracę stracili nie tylko ci z najwyższego, kierownictwa firmy; sekretarka pana Haskella dostała propozycję: miała pracować dla jakiegoś mało liczącego się kierownika albo opuścić firmę razem ze swoim szefem. Okazało się, że Matt Farrell postanowił przysłać tu z Kalifornii swoją własną sekretarkę. Wywołało to nową falę strachu i oburzenia wśród sekretarek dyrekcji, ale było jeszcze niczym w porównaniu z ich odczuciami wobec sekretarki Farrella, kiedy ta pojawiła się w końcu w „Haskellu”. Eleanor Stern była trzymającą się prosto jak patyk, chudą kobietą o szczeciniastych włosach. To był wszechobecny tyran, który krążył nad nimi jak jastrząb i ciągle używał słów typu „impertynencja” czy też. „przyzwoitość”. Zjawiała się w biurze jako pierwsza, opuszczała je jako ostatnia i kiedy drzwi do jej pokoju nie były zamknięte jak teraz, mogła usłyszeć najcichszy nawet śmiech czy plotkarski szept. W takim momencie wstawała zza biurka i pojawiała się w drzwiach pokoju niczym poirytowany sierżant w wojsku. Stała tak, aż wszelkie objawy rozluźnienia nastroju nieuchronnie zamilkły. Z tego to powodu Valerie opanowała chęć zawiadomienia kilku innych sekretarek o przyjeździe Farrella, tak żeby mogły pod jakimś pretekstem pojawić się tam i chociaż zerknąć na niego.
    Prasa określała go jako przystojnego światowca spotykającego się z gwiazdami filmowymi i europejskimi arystokratkami. „Wall Street Journal” nazywał go „korporacyjnym geniuszem o midasowym zacięciu”. Pan Haskell w dniu swojego odejścia powiedział, że Matthew Farrell to „arogancki, nieludzki drań o instynkcie rekina i moralności węszącego zdobycz wilka”. Joanna i Valerie czekały na jego pojawienie się doskonale przygotowane, żeby od razu okazać mu swoją pogardę. I tak też zrobiły.
    Delikatny dźwięk dzwonka windy rozległ się w recepcji jak uderzenie młotem w gong. Wysiadł z niej Matthew Farrell i naraz wydawało się, że powietrze eksploduje nadmiarem energii wywołanej jego obecnością. Nadchodził w ich kierunku. Był mocno opalony i miał sylwetkę lekkoatlety. Idąc, czytał sprawozdanie. W ręku trzymał teczkę, a szary, kaszmirowy płaszcz niósł przerzucony przez ramię. Valerie wstała niepewnie.
    – Dzień dobry, panie Farrell. – W zamian za grzeczność obdarzył ją tylko zniechęcającym, krótkim spojrzeniem szarych oczu i skinieniem głowy. Przeleciał obok nich niczym wicher, potężny, niespokojny i absolutnie obojętny w stosunku do takich zwykłych śmiertelników jak Valerie i Joanna.
    Matt był już tutaj wcześniej, żeby wziąć udział w wieczornym zebraniu i teraz z bezbłędną pewnością podążał do zespołu prywatnych pomieszczeń, zajmowanych wcześniej przez prezydenta Haskella i jego sekretarkę. Dopiero kiedy zamknął za sobą drzwi sekretariatu, oderwał się od czytanego sprawozdania i zerknął w stronę sekretarki. Współpracował z nią od blisko dziewięciu lat. Nie przywitali się ani nie wymienili nic nie znaczących zwyczajowych zwrotów; nigdy tego nie robili.
    – Jak idzie?
    – Całkiem nieźle – odpowiedziała Eleanor Stern.
    – Czy program zebrania jest już gotowy? – spytał, kierując się ku dwuskrzydłowym drzwiom z drzewa różanego prowadzącym do jego gabinetu.
    – Oczywiście – potwierdziła szybko, dostosowując się idealnie do jego pełnego wigoru stylu bycia. Pasowali do siebie kwietnie, od pierwszego dnia, kiedy to zjawiła się w jego biurze razem z dwudziestoma innymi kobietami, młodymi i atrakcyjnymi, przysłanymi mu przez agencję. Wcześniej tego dnia Matt widział zdjęcie Meredith w piśmie, które ktoś zostawił na kawiarnianym stoliku. Przedstawiało ją leżącą na plaży na Jamajce razem z uniwersyteckim graczem w polo. Artykuł mówił o tym, że spędzała wakacje ze szkolnymi przyjaciółmi. To zdjęcie sprawiło, że rozpoczął przesłuchania kandydatek z jeszcze bardziej gorzką determinacją, żeby osiągnąć sukces. Większość z nich była bezmyślnymi lub otwarcie flirtującymi dziewczynami, a Matt nie był w nastroju, żeby tolerować głupotę lub kobiece wybiegi. Potrzebował kogoś inteligentnego, na kim można polegać i kto dotrzyma mu kroku w jego ponownie wzmożonej chęci wspięcia się na szczyt. Właśnie wrzucił do kosza życiorys ostatniej kandydatki, kiedy zobaczył maszerującą w jego kierunku Eleanor Stern. Była w zwykłej, czarnej garsonce, na nogach miała pantofle na płaskim, szerokim obcasie. Siwe włosy spięła w prosty kok. Podała mu swój życiorys i czekała ze stoickim spokojem, kiedy Matt czytał zawarte w nim fakty, ściśle dotyczące sprawy. Miała pięćdziesiąt lat, była niezamężna, pisała na maszynie z prędkością stu dwudziestu słów na minutę i stenografowała sto sześćdziesiąt słów na minutę. Matt zerknął na nią, chcąc zadać jej pytanie, ale natychmiast usłyszał wypowiedziane lodowatym, defensywnym tonem słowa:
    – Zdaję sobie sprawę, że jestem o dwadzieścia lat starsza niż inne siedzące tam kandydatki i dwadzieścia razy mniej atrakcyjna niż one. Nigdy nie byłam piękną kobietą i musiałam rozwinąć inne swoje zalety.
    Matt, ujęty tą tyradą, zapytał:
    – Co to za zalety?
    – Mój umysł i umiejętności – odpowiedziała. – Oprócz maszynopisania i stenografii ukończyłam kursy w zakresie prawa i mam pełne uprawnienia księgowego. Co więcej, potrafię coś, czego już raczej żadna dwudziestolatka teraz nie potrafi…
    – Co to takiego?
    – Znam świetnie gramatykę i ortografię! – Ta uwaga podobała mu się. Wypowiedziana była z pewną siebie wyższością i zawierała jednocześnie pogardę dla wszystkiego, co nie było perfekcyjne. Emanowała wyraźną, pełną rezerwy dumą i to Matt cenił. Wyczuwał w niej taką samą jak jego, bezwzględną determinację, żeby wykonać zaplanowaną pracę. Instynkt podpowiadał mu, że ona jest odpowiednią osobą. Powiedział więc otwarcie:
    – Godziny pracy są długie, a pensja nie jest na razie wysoka. Dopiero zaczynam. Jeśli powiedzie mi się, pociągnę panią za sobą. Pani pensja będzie rosła razem z pani wkładem pracy.
    – Akceptuję.
    – Będę dużo podróżował. W przyszłości może się zdarzyć, że będzie pani musiała mi towarzyszyć.
    Zaskoczona, zmarszczyła brwi.
    – Może powinien pan, panie Farrell, dokładniej sprecyzować moje obowiązki. Kobiety niewątpliwie uważają pana za bardzo przystojnego mężczyznę, jednak…
    To, co usłyszał, wprawiło go w osłupienie. Najwyraźniej sądziła, że robił jej niedwuznaczną propozycję. Rozgniewał go jej mentorski ton i nieproszone opinie o jego atrakcyjności dla innych kobiet. Odpowiedział tonem nawet chłodniejszym niż jej.
    – Pani obowiązki będą obowiązkami czysto sekretarskimi. Niczym więcej. Nie jestem zainteresowany przygodami i flirtami; nie chcę tortów na urodziny, cackania się ze mną ani też nie chcę pani opinii na temat moich prywatnych spraw, które należą tylko do mnie. Wszystko, czego chcę, to pani czas i patii fachowość.
    Tym razem zareagował bardziej ostro niż zwykle, a przyczyną tego było raczej zdjęcie Meredith niż zachowanie Eleanor Stern. Ona jednak nie poczuła się tym ani trochę dotknięta. Prawdę mówiąc, preferowała rodzaj współpracy, jaki jej przedstawił.
    – To mi absolutnie odpowiada.
    – Kiedy może pani zacząć?
    – Już teraz.
    Nigdy nie żałował tej decyzji. Już po tygodniu zorientował się, że Eleanor Stern może, tak jak on, pracować bez wytchnienia, w morderczym tempie, nie okazując zmęczenia lub znużenia. Im większą ilością pracy ją obarczał, tym efektywniej pracowała. Bariera, jaka powstała między nimi w chwili, kiedy Eleanor Stern okazała zaniepokojenie jego intencjami, nigdy nie zniknęła. Na początku byli zbyt zainteresowani pracą, żeby to zauważać. Potem to już nie było istotne; wpadli w utarty tok współdziałania i to idealnie odpowiadało im obojgu. Matt wspiął się na szczyt, a ona, nie skarżąc się, pracowała dzień i noc u jego boku. Prawdę mówiąc, Eleanor Stern stalli się niemal niezastąpioną częścią jego służbowego życia. Tak jak obiecał, wynagradzał sowicie jej lojalność i wysiłki. Panna Stern zarabiała sześćdziesiąt pięć tysięcy dolarów rocznie; nie zarabiał tyle niejeden z niższych rangą dyrektorów Intercorpu.
    Teraz weszła za nim do gabinetu i czekała, aż odłoży teczkę na niedawno dostarczone biurko z różanego drewna. Zwykle wręczał jej co najmniej jedną mikrokasetę wypełnioną poleceniami i tekstami do przepisania na maszynie.
    – Nie przygotowałem kasety – wyjaśnił Matt, odpinając teczkę i przekazując jej plik skoroszytów. – I nie przejrzałem w samolocie kontraktu Simpsona. Mój lear miał awarię silnika i musiałem lecieć rejsowym samolotem. Dziecko w rzędzie przede mną miało problemy z uszami i płakało przez cały lot.
    Panna Stern czuła się w obowiązku wziąć udział w rozmowie, skoro on ją rozpoczął.
    – Ktoś powinien był coś z tym zrobić.
    – Człowiek siedzący obok mnie zaoferował, że je uspokoi – powiedział Matt – ale matka dziecka nie zaakceptowała ani jego propozycji, ani mojej. Zaoferowałem porcję wódki z odrobiną brandy. – Zamykając swoją teczkę, zapytał: – Jaki jest tu poziom personelu urzędniczego?
    – Niektórzy są bardzo sumienni, ale na przykład Joanna Simons, którą pan minął, idąc tutaj, ledwie się nadaje. Plotka głosi, że dla pana Morrisseya była czymś więcej niż tylko sekretarką. Jestem skłonna w to wierzyć, jako że wiedzę fachową ma żadną. Należy przypuszczać, że wykazywała talenty w jakiejś innej dziedzinie.
    Matt odnotował mimochodem jej dezaprobujące sapnięcie, Ruchem głowy wskazując przyległą do jego gabinetu salę konferencyjną, zapytał:
    – Wszyscy już tam są?
    – Oczywiście.
    – W czasie najbliższej godziny spodziewam się telefonu z Brukseli. Tę rozmowę proszę przełączyć do mnie natychmiast, ale żadnych innych.
    Sześciu najbardziej utalentowanych wiceprezydentów Intercorpu siedziało na dwóch długich, pikowanych, skórzanych kanapach w kolorze burgunda. Stały one naprzeciwko siebie przedzielone dużym niskim stołem ze szkła i marmuru. Kiedy Matt podszedł do nich, mężczyźni wstali. Wymienili uściski dłoni i każdy z nich wpatrywał się w jego twarz, starając się odgadnąć, jakim wynikiem zakończyła się jego podróż do Grecji.
    – Dobrze, że już wróciłeś, Matt – powiedział po powitalnym uścisku ostatni z mężczyzn.
    – Nie trzymaj nas dłużej w napięciu – dodał Tom Anderson. – Jak było w Atenach?
    – Wyjątkowo miło – odpowiedział Matt. Wszyscy ruszyli do stołu konferencyjnego. – Intercorp stał się właśnie właścicielem floty tankowców.
    Triumfalny nastrój ogarnął wszystkich zgromadzonych w pokoju. Podniosły się głosy i zaczęli gremialnie omawiać plany wykorzystania najnowszego nabytku.
    Odchylając się lekko w krześle, Matt obserwował swoich najlepszych dyrektorów. Wszyscy oni byli dynamicznymi, oddanymi pracy, doskonale wykształconymi w swoich dziedzinach ludźmi. Pięciu z nich skończyło Harvard, Princeton i Yale; inni mieli za sobą uniwersytet w Los Angeles albo Instytut Technologiczny Massachusetts. Reprezentowali sobą tytuły naukowe obejmujące przekrój dziedzin od międzynarodowego prawa bankowego po marketing. Pięciu z nich miało na sobie szyte na miarę garnitury warte osiemset dolarów każdy, koszule z egipskiej bawełny i świetnie dobrane jedwabne krawaty, Zgrupowani razem, tak jak teraz, wyglądali jak reklama wysokiej klasy magazynu, która mogłaby być opatrzona podpisem: tylko to, co najlepsze jest dla ciebie dobre, kiedy wspiąłeś się już na szczyt. Szósty mężczyzna, Tom Anderson, stanowił kontrast w stosunku do pozostałych. Był postacią pełną dysonansów: miał na sobie marynarkę w zielono – brązową kratę, zielone spodnie i wzorzysty, kolorowy krawat. Zamiłowanie Andersona do krzykliwych strojów budziło rozweselenie wśród pozostałych nienagannie ubranych mężczyzn z grupy przejmującej. Rzadko jednak nagabywali go o to. Powód był prosty: trudno było wchodzić w drogę człowiekowi, który mierzył prawie dwa metry wzrostu i ważył sto dziesięć kilogramów.
    Anderson nie miał wyższych studiów i często bywał w agresywny sposób z tego dumny.
    – Moje stopnie naukowe zdobyłem w szkole życia – obwieszczał, ilekroć był o to pytany. Anderson był obdarzony niezwykłym talentem, jakiego nie wyniósłby z żadnej uczelni. Miał intuicję i naturalną wrażliwość na niuanse ludzkiej natury. Po kilku minutach rozmowy z obcym człowiekiem wiedział, jakie były motywy jego postępowania, i jego system alarmowy uruchamiał się, jeśli były to próżność, zachłanność czy nadmierna ambicja.
    Z pozoru wyglądał na mówiącego bezbarwnie, potężnego misiowatego mężczyznę lubiącego ciężką, fizyczną pracę. Pod tą nieoszlifowaną powierzchownością Toma Andersona krył się dar prowadzenia negocjacji i spryt, dzięki któremu zawsze docierał do sedna problemów. Była to nieoceniona zdolność, szczególnie kiedy miał z ramienia Intercorpu do czynienia ze związkami.
    Jednak ze wszystkich jego zalet Matt cenił sobie najbardziej to, że Anderson był lojalny. Prawdę mówiąc, był on jedynym człowiekiem w tym pokoju, którego talenty nie były na sprzedaż dla tego, kto da więcej. Pracował w pierwszej firmie, którą Matt kupił. W chwili kiedy Matt ją sprzedawał, Tom wybrał pracę w Intercorpie, a nie z nowym właścicielem, który oferował mu wspaniałe stanowisko i lepszą pensję.
    Pozostałym mężczyznom w grupie Matt płacił wystarczająco dużo, aby być pewnym, że nie zaprzedadzą się konkurencyjnej korporacji; Andersonowi płacił nawet więcej za jego absolutne oddanie sobie i Intercorpowi. Nigdy nie żałował wydawanych na nich pieniędzy, ponieważ jako zespół byli najlepsi. To jednak za sprawą Matta ich energia była ukierunkowywana na odpowiednie przedsięwzięcia. Mistrzowski plan rozwoju Intercorpu był wyłącznie jego dziełem. On też modyfikował go, o ile uznawał to za celowe.
    – Panowie – przerwał ich dyskusję o tankowcach. – Tę sprawę omówimy innym razem. Pomówmy teraz o problemach „Haskella”.
    Metody, jakie Matt stosował w stosunku do świeżo przejętych firm, były wyjątkowe i efektywne. Nie tracił miesięcy na próby rozpracowania problemów firmy, na znalezienie powodów i cudownych metod naprawy czy też na wyrzucanie dyrektorów, którzy nie odpowiadali standardom Intercorpu. Matt robił coś zupełnie innego. Wysyłał tam grupę zebranych w sali konferencyjnej mężczyzn, żeby pracowali ramię w ramię z wiceprezesami nabytych firm. Każdy z sześciu mężczyzn był ekspertem w konkretnej dziedzinie zarządzania i w ciągu zaledwie kilku tygodni mogli dokładnie zapoznać się z powierzonymi im działami. Oceniali umiejętności wiceprezydentów tych działów i wskazywali na słabości i mocne strony podległych im komórek.
    – Elliocie – Matt zwrócił się do Elliota Jamisona – zaczniemy od ciebie. Jak z grubsza rzecz biorąc, wygląda dział marketingu „Haskella”?
    – Nie całkiem źle, ale i nie wspaniale. Mają zbyt mało kierowników; tutaj i w biurach regionalnych. Jest też za mało przedstawicieli firmy sprzedających jej produkty. Poświęcają czas obecnym klientom, ale nie mają czasu na werbowanie nowych. Biorąc pod uwagę jakość produktów „Haskella”, powinien on mieć trzy lub cztery razy więcej klientów, niż ma teraz. Na tym etapie sugerowałbym zwiększenie liczby przedstawicieli handlowych firmy do pięćdziesięciu osób. W chwili kiedy będzie wybudowane i rozpocznie działalność Southville, zalecałbym dodanie jeszcze pięćdziesięciu.
    Matt zrobił notatkę w bloczku leżącym na stole przed nim i ponownie zwrócił się do Jamisona.
    – Co jeszcze?
    – Paul Cranshow, wiceprezydent do spraw marketingu, będzie musiał odejść, Matt. Pracuje w „Haskellu” dwadzieścia osiem lat. Jego filozofia marketingu jest przestarzała i niemądra. Nie jest człowiekiem elastycznym i nie chce zmienić sposobów działania.
    – Ile ma lat?
    – Z jego dokumentów wynika, że pięćdziesiąt sześć.
    – Przejdzie na wcześniejszą emeryturę, jeśli mu to zaproponujemy?
    – Być może. Sam nie zrezygnuje, to pewne. Jest aroganckim sukinsynem wyraźnie wrogo nastawionym do przejęcia firmy przez Intercorp.
    Tom Anderson przerwał podziwianie swojego wzorzystego krawata.
    – To nic dziwnego. Jest dalekim kuzynem starego Haskella. Elliot spojrzał na niego zaskoczony.
    – Naprawdę? – powiedział, niechętnie doceniając umiejętność Toma wyciągania informacji bez sprawiania chociażby wrażenia, że to robi. – Tego nie było w jego danych personalnych. Jak się o tym dowiedziałeś?
    – Odbyłem wspaniałą pogawędkę z uroczą starszą damą w sekcji danych. Pracuje tu dłużej niż ktokolwiek i jest chodzącą skarbnicą wiedzy.
    – Nic dziwnego, że Cranshow był tak cholernie irytujący, Zdecydowanie będzie musiał odejść. Poza wszystkim innym stwarza on potężny problem moralny. To tyle, jeśli chodzi o sprawy ogólne, Matt. Spotkamy się w przyszłym tygodniu i omówimy szczegóły.
    Matt zwrócił się teraz w stronę Lamberta, który dysponował informacjami na temat finansów firmy.
    John Lambert zerknął w swoje notatki i powiedział:
    – Ich dochody są dobre, wiedzieliśmy o tym już wcześniej, ale jest wiele możliwości wprowadzenia usprawnień i ograniczenia wydatków. Zrobili fatalną rzecz, jeśli chodzi o ściąganie ich własnych należności. Niemal połowa ich rachunków jest płacona dopiero po sześciu miesiącach. Dzieje się tak dlatego, że agresywne ściąganie należności nie stało się regułą obowiązującą w „Haskellu”.
    – Czy w związku z tym będziemy musieli wymienić księgowego?
    Lambert zawahał się.
    – To trudna sprawa. Księgowy twierdzi, że to sam Haskell nie chciał, żeby ponaglać klientów. Twierdzi, że on sam już od lat próbował wprowadzać bardziej agresywne metody działania, ale stary Haskell nie chciał o tym nawet słyszeć. Jeśli nie będziemy brać tego pod uwagę, to bardzo sprawnie zarządzał swoją działką. Morale w jego dziale jest bardzo wysokie, prowadzi dobrą politykę kadrową. Ma wystarczającą liczbę inspektorów do realizacji zadań i robią to dobrze. Na jego dziale można polegać.
    – Jak zareagował na twoją ingerencję w jego królestwo? Sądzisz, że będzie chciał dostosować się do zmian?
    – Nie należy do tych, którzy dowodzą, jest raczej z tych, którzy wykonują polecenia, ale jest sumienny i pracowity. Powiedz mu, co ma być zrobione, a będzie to zrobione. Z drugiej strony, jeśli chcesz mieć kogoś wprowadzającego innowacje i nowe, agresywne procedury w księgowości, to on ich sam nie wymyśli.
    – Ułagodź go i wprowadź na właściwe tory – powiedział Matt po chwili zastanowienia. – Kiedy powołam już prezydenta, będzie musiał mieć go na oku. Księgowość to duży dział; wydaje się, że jest w niezłej kondycji. Jeśli morale u nich jest wysokie, to chciałbym utrzymać to tak, jak jest.
    – Zgadzam się z tobą. W przyszłym tygodniu będę gotowy do przedyskutowania nowego budżetu i struktury cen.
    – Świetnie – Matt zwrócił się teraz do niskiego blondyna, specjalizującego się we wszystkim, co dotyczy personelu i polityki personalnej. – David, co powiesz o zasobach ludzkich „Haskella”?
    – Są niezłe. Prezentują się wręcz bardzo dobrze. Procent młodych pracowników jest trochę niski, ale nie tak niski, żeby wywoływało to komentarze albo utratę kontraktów rządowych – odpowiedział David Talbot. – Dział personalny wykonał dobrą robotę, jeśli chodzi o wprowadzenie i utrzymanie zdrowej praktyki zatrudnienia, praktyk promocyjnych itd. Lloyd Waldrup, wiceprezydent, który kieruje tym działem, jest bystry i ma dobre kwalifikacje do wykonywania swoich obowiązków.
    – On jest nietolerancyjnym świętoszkiem, bigotem – zaoponował Tom Anderson, wychylając się, żeby nalać sobie kawy do filiżanki ze srebrnego serwisu stojącego na środku stołu.
    – To śmieszne oskarżenie – powiedział poirytowany Talbot.
    – Lloyd Waldrup przekazał mi zestawienie przedstawiające liczbę kobiet i łudzi młodych w różnych kategoriach zatrudnienia. Znaczny procent wśród nich zajmuje stanowiska kierownicze.
    – Ja w zestawienia nie wierzę.
    – Jezu, Tom, co się z tobą dzieje! – warknął Talbot, odwracając się, żeby spojrzeć w nieporuszoną twarz Toma. – Zawsze kiedy pozyskujemy nową firmę, wsiadasz na szefa działu personalnego. Co konkretnie powoduje, że prawie zawsze ich nie lubisz?
    – Myślę, że „prawie zawsze” są to żądni władzy pochlebcy.
    – Waldrup też?
    – On przede wszystkim.
    – I któryż to z twoich nieocenionych instynktów każe ci w to wierzyć?
    – Przez dwa dni prawił mi komplementy na temat mojego stroju. Nigdy nie ufam komuś, kto to robi, zwłaszcza gdy on sam nosi szary konserwatywny garnitur.
    Tłumione chichoty przerwały napięcie tworzące się w pokoju. Nawet David się odprężył.
    – Jest jakiś inny powód, sugerujący, że on kłamie, jeśli chodzi o praktyki dotyczące zatrudnienia i awansów?
    – Owszem, jest – powiedział Tom, koncentrując się na tym, żeby nie umoczyć rękawa marynarki w kawie, kiedy sięgał po cukier. – W czasie, kiedy wy byliście zajęci swoją pracą w dziale zasobów ludzkich, ja krążyłem po tym budynku przez klika tygodni i udało mi się zauważyć jedną małą rzecz. – Przerwa, żeby zamieszać kawę, co zniecierpliwiło wszystkich obecnych w pokoju poza Mattem. Matt w dalszym ciągu ze spokojnym zainteresowaniem obserwował go, a Tom odchylił się do tyłu i oparł stopę na kolanie drugiej nogi. W dłoni trzymał filiżankę z kawą.
    – Tom! – ponaglił z rozdrażnieniem David. – Przejdź w końcu do rzeczy. Chcemy kontynuować zebranie! Co zaobserwowałeś, krążąc po budynku?
    Tom, zupełnie nie poruszony, uniósł krzaczaste brwi i powiedział:
    – Zobaczyłem mężczyzn siedzących w swoich gabinetach.
    – I co z tego?
    – Nie zauważyłem tam żadnej kobiety, wyłączając rachunkowość, gdzie tradycyjnie kierownikami były zwykle kobiety Tylko kilka kobiet, które miały swoje biura, miały też sekretarki siedzące przed tymi biurami. Widząc to, zacząłem się zastanawiać, czy twój kumpel Waldrup nie rozdziela lepszych funkcji kierowniczych, żeby panie były usatysfakcjonowanej a on dobrze wypadał w swoich raportach o zatrudnieniu. Jeśli te kobiety miały naprawdę pracę na kierowniczych stanowiskach, to gdzie podziały się ich sekretarki? Gdzie są ich biura?
    – Sprawdzę to – powiedział David z gniewnym sapnięciem. – Odkryłbym to prędzej czy później, ale lepiej wiedzieć to już teraz. – Zwracając się do Matta, ciągnął: – Kiedyś w przyszłości będziemy musieli dostosować politykę urlopową i rozpiętość wynagrodzeń do zasad obowiązujących w Intercorpie, „Haskell” daje swoim ludziom trzy tygodnie urlopu po trzech latach pracy i cztery tygodnie po ośmiu łatach. Te praktyki kosztują firmę fortunę, biorąc pod uwagę stracony czas i ciągłą potrzebę zatrudniania dodatkowych pracowników sezonowych.
    – Jak wynika porównanie poziomu ich wynagrodzeń z naszymi?
    – Są niższe niż nasze. Dewizą „Haskella” było: dawać pracownikom więcej wolnego, ale płacić mniej. Spotkam się z tobą i przedstawię to bardziej szczegółowo, kiedy będę miał dane liczbowe i zalecenia do dalszego działania.
    Przez następną godzinę Matt wysłuchiwał relacji pozostałych mężczyzn z dziedzin, w których się specjalizowali. Omawiał z nimi metody rozwiązywania dostrzeżonych problemów. Po omówieniu spraw „Haskella” Matt zapoznał ich z rozwojem sytuacji w innych rejonach działalności Intercorpu, które mogły dotyczyć ich teraz lub w przyszłości. Problemy te obejmowały m.in. sytuację strajkową w należącej do Intercorpu fabryce włókienniczej w Georgii i zahaczały o kwestie projektowania i zdolności produkcyjnej nowego zespołu obiektów, który zamierzał wybudować dla „Haskella” na dużym terenie kupionym w Southville.
    Jedynie jeden z mężczyzn, Peter Vanderwild, pozostawał cichy i zasłuchany, jak świetny, trochę zdziwiony student, który rozumie wszystkie zagadnienia podstawowe, ale niuansów uczy się od grupy ekspertów. Peter miał dwadzieścia osiem lat. Był „cudownym dzieckiem” Harvardu o ilorazie inteligencji właściwym geniuszowi. Specjalizował się w ocenie firm, których pozyskanie rozważał Intercorp. Analizował ich potencjalne możliwości osiągnięcia zysku i przedstawiał Mattowi swoje wnioski i zalecenia. To właśnie Vanderwild wybrał Haskell Electronics i zanosiło się na to, że będzie to jego trzeci z kolei sukces. Matt wysłał go tutaj, do Chicago, z całą resztą Krupy, dlatego że chciał, aby Peter na własne oczy przekonał się, co się dzieje, gdy firma zostaje w końcu zakupiona. Chciał, żeby miał możliwość zaobserwowania tego, czego nie można dojrzeć w zestawieniach finansowych, na których Peter tak bardzo polegał, rekomendując zakup firmy. Czymś takim był na przykład księgowy zbyt opieszale ściągający należności czy dyrektor personalny, który był bigotem.
    Matt sprowadził go tu, żeby obserwował i żeby sam też był poddany obserwacji. Zdawał sobie sprawę z tego, że Peter ciągle jeszcze musi się uczyć, pomimo dotychczasowych sukcesów. W zależności od sytuacji Peter był zbyt pewny siebie, nadwrażliwy, impulsywny lub nieśmiały. Matt miał zamiar te jego emocje okiełznać. Niesamowite zdolności Petera wymagały ukierunkowania.
    – Peter? – zwrócił się do niego Matt. – Czy u ciebie wydarzyło się coś nowego, o czym powinniśmy usłyszeć?
    – Mam na oku kilka firm, które byłyby dla nas świetnym nabytkiem – obwieścił Peter. – Nie są tak duże jak „Haskell”, ale mogą przynosić zysk. Jedna z nich to ładna mała firma komputerowa z Krzemowej Doliny…
    – Żadnych firm komputerowych, Peter – powiedział stanowczo Matt.
    – Ale JLH to…
    – Żadnych firm komputerowych – przerwał mu Matt. – W tej chwili są zbyt ryzykowne. Dostrzegł rumieniec zażenowania pnący się coraz wyżej po karku Vanderwilda i przypomniał sobie, że jego celem było ukierunkowywanie olbrzymiego talentu młodego człowieka, a nie zdeptanie jego entuzjazmu. Powstrzymując zniecierpliwienie, dodał: – To nie twoja wina, Peter. Nigdy nie mówiłem ci, jaki mam stosunek do firm komputerowych. Co jeszcze polecasz?
    – Wspominałeś, że chciałbyś powiększyć nasz stan posiadania firm komercyjnych – powiedział z wahaniem Peter. – Jest tego rodzaju firma w Atlancie, inna jeszcze tutaj w Chicago i trzecia w Houston. Wszystkie są do kupienia. Dwie pierwsze mają głównie biurowce, ta trzecia w Houston to przede wszystkim inwestycje w ziemię pod zabudowę. To rodzinna firma. Prowadzą ją od śmierci ojca dwaj bracia Thorp. Zgodnie z doniesieniami nie cierpią się nawzajem. – Peter pospiesznie przedstawił minusy rekomendowanej firmy, ciągle urażony gwałtownym odrzuceniem przez Matta jego poprzedniej propozycji. – Houston było długo w recesji i myślę, że nie ma powodu przypuszczać, że dające się ostatnio zauważyć symptomy poprawy będą się utrzymywać. Istotne jest to, że skoro bracia Thorp nie zgadzają się ze sobą w niczym, to ta transakcja przysporzyłaby nam prawdopodobnie więcej kłopotów, niż to warte…
    – Usiłujesz mnie przekonać, że to dobry czy zły pomysł? – zapytał Matt z uśmiechem, który miał zatrzeć jego wcześniejszą stanowczość. – Ty dokonujesz wyborów, bazując na swojej najpełniejszej ocenie sytuacji, a ja ci je ewentualnie zbijam. To moje zadanie, a jeśli ty zaczniesz wykonywać moją pracę plus swoją, nie będę miał nic do roboty i poczuję się niepotrzebny.
    Śmiechy skwitowały tę żartobliwą uwagę. Peter, wstając, podał Mattowi teczkę opatrzoną napisem: „Zalecane do zakupu obiekty komercyjne”. Były w niej dane dotyczące trzech firm, o których wspomniał, i kilka innych mniej zachęcających propozycji. Peter, już teraz bardziej zrelaksowany, usiadł na swoim miejscu.
    Matt zerknął do teczki. Dane były obszerne i bardzo kompleksowe. Nie chcąc zatrzymywać niepotrzebnie pozostałych mężczyzn, powiedział:
    – Panowie, Peter jak zwykle nie pominął niczego i zapoznanie się z zawartością tej teczki zajmie mi sporo czasu. Myślę, że omówiliśmy wszystko, co wymagało przedyskutowania. Spotkam się z każdym z was w przyszłym tygodniu. Zawiadomcie pannę Stern, kiedy będziecie gotowi omówić szczegółowo wasze działy. – Zwrócił się do Petera: – Przejrzyjmy to w moim gabinecie.
    Kiedy usiadł już przy swoim biurku, zabrzmiał sygnał intercomu i panna Stern zapowiedziała oczekiwane przez niego połączenie z Brukselą. Matt, trzymając słuchawkę między ramieniem a policzkiem, zaczął przeglądać zestawienia finansowe firmy z Atlanty.
    – Matt – rozległ się przebijający się przez zakłócenia na linii, ucieszony głos Josefa Hendriksa – mamy kiepskie połączenie, ale moja wiadomość nie może czekać na lepsze. Moi Indzie w pełni akceptują ubiegłomiesięczną propozycję ograniczonego partnerstwa dla ciebie. Nie wnoszą sprzeciwu co do żadnego z warunków, które przedstawiłeś.
    – Miło to słyszeć, Josef – odpowiedział Matt, ale jego entuzjazm był nieco przytłumiony długim lotem, który miał za sobą, i świadomością, że było już o wiele później, niż myślał. Za zajmującymi niemal całą zewnętrzną ścianę jego biura oknami niebo było pogrążone w ciemnościach, a w stojących wokół wieżowcach pobłyskiwały światła. Słyszał, jak daleko w dole na Michigan Avenue trąbiły klaksony uwięzionych w wieczornych korkach aut, starających się utorować sobie drogę do domu. Sięgnął do lampy stojącej na biurku i zapalił ją. Zerknął na Petera, który wstał, i włączył też górne oświetlenie. – Peter, jest później, niż myślałem, a muszę jeszcze zadzwonić do kilku osób. Wezmę tę teczkę do domu i przejrzę ją w czasie weekendu. Omówimy to wszystko w poniedziałek rano, o dziesiątej.

ROZDZIAŁ 17

    Matt czuł się odświeżony po saunie i prysznicu. Zawiązał ręcznik wokół bioder i sięgnął po zegarek leżący na marmurowym blacie, ciągnącym się wzdłuż ścian okrągłej łazienki. Zadzwonił telefon. Podniósł słuchawkę.
    – Czy jesteś nagi? – zapytała namiętnym głosem Alicja Avery, zanim jeszcze zdążył się odezwać.
    – Pod jaki numer pani dzwoni? – zapytał z udawanym zmieszaniem.
    – Pod twój numer, kochany. Czy jesteś nagi?
    – Prawie nagi – odpowiedział Matt – i już spóźniony.
    – Tak się cieszę, że w końcu jesteś w Chicago, kiedy przyjechałeś?
    – Wczoraj.
    – Nareszcie mam cię w swoich rękach! – zaśmiała się prowokacyjnym, zaraźliwym śmiechem. – Nie uwierzysz, jak marzę o dzisiejszym wieczorze, tej jego części, kiedy już wrócimy z balu w operze. Stęskniłam się za tobą, Matt – dodała, jak zawsze szczera i bezpośrednia.
    – Zobaczymy się za godzinę – obiecał. – O ile oczywiście pozwolisz mi teraz odłożyć słuchawkę.
    – W porządku. Prawdę mówiąc, to tata kazał mi zadzwonić do ciebie. Bał się, że zapomnisz o dzisiejszym benefisie. On też nie może się doczekać, żeby cię zobaczyć, oczywiście z zupełnie innych powodów niż ja.
    – Oczywiście – zażartował Matt.
    – Aha, równie dobrze mogę cię ostrzec, że on zamierza przedstawić cię do przyjęcia w poczet członków klubu Glenmoor. Bal to świetna okazja, by przedstawić cię kilku członkom klubu i uzyskać ich poparcie. Nie zdziw się, jeśli będzie próbował ciągnąć cię na prawo i lewo, jeśli mu na to pozwolisz. Nie sądzę, żeby musiał o to zabiegać. Będziesz hitem wieczoru. Aha, i prasa będzie w pełnym składzie. Przygotuj się na oblężenie. To bardzo poniżające, panie Farrell – droczyła się z nim – wiedzieć, że mój partner wzbudzi dzisiaj większą sensację niż ja… Wzmianka o klubie Glenmoor, gdzie dawno temu, czwartego lipca, Matt poznał Meredith, spowodowała, że zacisnął szczęki w poczuciu niewesołej ironii. Reszta tego, co mówiła Alicja, ledwo do niego docierała. Był już członkiem dwóch klubów równie ekskluzywnych jak Glenmoor. Rzadko w nich bywał, a jeśli przystąpiłby do któregoś z klubów w Chicago, czego nie miał zamiaru robić, na pewno jako żywo nie byłby to Glenmoor.
    – Powiedz ojcu, że bardzo jestem mu wdzięczny, że o tym pomyślał, ale wolałbym, żeby nie wprowadzał tego zamiaru w czyn.
    Zanim zdążył powiedzieć coś jeszcze, słuchawkę drugiego aparatu podniósł Stanton Avery włączając się do rozmowy.
    – Matt – powiedział swoim bezceremonialnym, pełnym wigoru głosem. – Nie zapomniałeś o dzisiejszym benefisie w operze?
    – Pamiętałem o tym, Stantonie.
    – Dobrze, dobrze. Planowałem, że wstąpimy po ciebie o dziewiątej, zatrzymamy się w Yacht Clubie na drinka i dzięki temu nie będziemy musieli wysłuchiwać „Traviaty”, zanim rozpocznie się prawdziwe popijanie i zabawa. A może ty wyjątkowo lubisz „Traviatę”?
    – Mdleję na operach – zażartował Matt, a Stanton zgodnie zarechotał. W ostatnich latach Matt chadzał do opery i na koncerty symfoniczne. Obracał się w kręgach towarzyskich, w których sponsorowanie i uczestniczenie w wydarzeniach kulturalnych było zawodową koniecznością. Siłą rzeczy znał teraz większość słynnych oper i muzykę klasyczną. Jednak nie zmienił swojej opinii o nich. Uważał, że większość była nudna jak diabli, a wszystkie były zdecydowanie za długie.
    – Będę gotowy na dziewiątą – dodał.
    Mimo że nie lubił ani muzyki operowej, ani nagabywania przez prasę, cieszył się na ten wieczór. Zapiął zegarek i wziął maszynkę do golenia. Stantona Avery poznał przed czterema laty w Los Angeles. Od tego czasu zawsze starali się spotkać, ilekroć Matt był w Chicago, a Stanton w Kalifornii. Stanton był inny niż większość poznawanych przez Matta ludzi z towarzystwa. Był twardym, bezpośrednim, trzymającym się realiów człowiekiem interesu i Matt lubi! go niezmiernie. Prawdę mówiąc, gdyby mógł wybrać sobie teścia, to Stanton byłby pierwszy na liście… Alicja była bardzo podobna do ojca: była obytą w świecie osobą, miała świetne maniery, ale kiedy w grę wchodziło osiągnięcie tego, czego chciała, była niesamowicie bezpośrednia. Obydwoje bardzo chcieli, żeby Matt wybrał się z nimi tego wieczoru do opery, i nie pogodziliby się z odmową. Skończyło się na tym, że nie tylko zgodził się pójść z nimi, ale jeszcze wyłożył na ten cel pięć tysięcy dolarów.
    Przed dwoma miesiącami, kiedy Alicja była z nim w Kalifornii, sugerowała ostentacyjnie, że powinni się pobrać. Matt przez chwilę brał pod uwagę tę ewentualność, ale ten impuls bardzo szybko minął. Było mu dobrze z Alicją i w łóżku, i poza nim. Lubił też jej sposób bycia, ale miał już na koncie jedno zakończone klęską małżeństwo z rozpuszczoną, bogatą panną z chicagowskiego towarzystwa i nie zamierzał powtarzać tego doświadczenia. Przeciwnie, nigdy nie myślał poważnie o ponownym małżeństwie, ponieważ nigdy nie udało mu się powtórzyć tego, co czuł do Meredith. Tej agresywnej, zaborczej, szaleńczej potrzeby patrzenia na nią, dotykania jej: i śmiania się razem z nią; tej potężnej żądzy, która kierowała nim i była ciągle nienasycona. Żadna inna kobieta nie spowodowała, żeby czuł w tym samym momencie pokorę i jednocześnie ogromną władzę nad nią. Żadna też nie wyzwalała w nim takiej samej desperackiej chęci sprawdzenia się, udowodnienia, że może być kimś lepszym i osiągnąć więcej niż inni. Poślubienie kogoś, kto nie wywoływał w nim tego rodzaju uczuć, byłoby godzeniem się na coś gorszego, a dla niego we wszystkim liczyło się tylko to, co najlepsze. Jednocześnie absolutnie nie życzył sobie doświadczyć jeszcze kiedykolwiek tych zadających katusze, burzliwych, rozbijających wewnętrznie emocji. Były one równie bolesne, jak miłe. Po rozwiązaniu jego nieudanego małżeństwa nawet przelotne wspomnienie tego związku lub jego nielojalnej młodej, kochanej kiedyś żony, powodowało, że jego życie jeszcze długo potem stawało się w takich momentach piekłem.
    Prawda wyglądała tak, że jeśli Alicja byłaby w stanie zaleźć mu za skórę tak, jak to zrobiła Meredith, zerwałby z nią natychmiast, gdyby zauważył, że tak się dzieje. Nie chciałby i nie pozwoliłby sobie stać się znowu tak podatnym na czyjś wpływ. Nigdy więcej. Teraz, kiedy był w Chicago, Alicja na pewno nie zaniecha poruszenia tematu małżeństwa. Jeśli tak się stanie, będzie musiał wyraźnie dać jej do zrozumienia, że nie wchodzi to w grę, teraz ani nigdy. Innym wyjściem może być tylko położenie kresu ich przynoszącemu tyle przyjemności związkowi.
    Matt, wkładając marynarkę czarnego smokingu, przeszedł z łazienki do pokoju. Miał jeszcze kwadrans do przyjazdu Stantona i Alicji, przeniósł się więc w daleki kraniec mieszkania, gdzie na wyższym poziomie urządzono barek i gdzie stało kilka wygodnie usytuowanych kanap. Wybrał ten właśnie budynek i to mieszkanie ze względu na to, że jego zewnętrzne ściany były niemal całe ze szkła. Widok, jaki się stąd roztaczał, zapierał dech w piersiach. Przez chwilę stał i podziwiał go, po czym podszedł do barku, żeby napić się brandy. Robiąc to, zahaczył połą marynarki o leżące na stole gazety, ułożone tam w elegancki stosik przez jego gospodynię. Wszystkie spadły na podłogę i rozsypały się.
    Wtedy to zobaczył Meredith.
    Jej zdjęcie spoglądało na niego z ostatniej strony pierwszej części gazety. Uśmiech miała wspaniały, jej włosy były wspaniałe, wyraz twarzy też. Cała Meredith, pomyślał z lodowatą niechęcią. Podniósł gazetę. Patrzył na to zdjęcie. Była upozowana dla wywołania tego efektu. Kiedyś była piękną nastolatką, ale ten, kto robił jej zdjęcia dla prasy, przeszedł samego siebie, żeby wyglądała jak młoda Grace Kelly.
    Przeniósł wzrok z jej zdjęcia na zamieszczony pod nim artykuł i przez chwilę zastygł w bezruchu, zaskoczony. Zgodnie z tym, co pisała dziennikarka, Sally Mansfield, Meredith zaręczyła się właśnie z „ukochanym z dziecięcych lat” Parkerem Reynoldsem III. Firma Bancroft i S – ka miała zamiar uczcić zaplanowany na luty ślub ogólnokrajową, okolicznościową wyprzedażą we wszystkich swoich sklepach.
    Usta Matta wykrzywił wymuszony, ironiczny uśmiech. Odłożył gazetę i podszedł do okna. Był mężem małej, zdradzieckiej suki i nawet nie wiedział, że miała „ukochanego z dziecięcych lat”. Ale właściwie, to wtedy tak naprawdę nie znał jej wcale, zreflektował się. Gardził zaś tym, co o niej wiedział.
    Nagle, w środku tej myśli, Matt uświadomił sobie, że tok jego rozumowania nie odpowiadał jego uczuciom. Najwyraźniej reagował zgodnie ze starym nawykiem, ponieważ tak naprawdę już nią nie gardził. Teraz po prostu bardzo jej nie lubił. To, co było między nimi, wydarzyło się tak dawno temu. Czas zatarł wszelkie silne uczucia, jakie żywił dla niej, nawet nienawiść. W ich miejscu była teraz pustka… nic więcej tylko pustka i litość. Meredith była zbyt miękka, żeby zdradzać z premedytacją: była miękka i całkowicie zdominowana przez ojca. Poddała się aborcji, kiedy była prawie w szóstym miesiącu ciąży. Usunęła ich dziecko i przysłała mu potem telegram donoszący o tym i oznajmiający, że rozwodzi się z nim. Pomimo tego, co zrobiła jego dziecku, był tak zwariowany na jej punkcie, że przyleciał do kraju z szalonym zamiarem wyperswadowania jej tego pospiesznego rozwodu. Kiedy dotarł do szpitala, został poinformowany w hallu głównym skrzydła, noszącego imię Bancrofta, że Meredith nie życzy sobie go widzieć. Strażnik eskortował go do drzwi. Matt podejrzewał, że te instrukcje mogły być wydane przez Philipa Bancrofta, a nie przez samą Meredith. Wrócił więc tam następnego dnia. Przy drzwiach frontowych zastał policjanta, który wcisnął mu w dłoń nakaz, wystawiony na prośbę Meredith. Ten kawałek papieru oznaczał, że samo zbliżenie się Matta do niej stawało się przestępstwem.
    Przez całe lata Matt odpychał te wspomnienia i żal po stracie dziecka w najdalsze zakamarki swojego umysłu. Nie mógł znieść myśli o tym. Niemyślenie o Meredith stało się sztuką, którą doskonalił i doprowadził do perfekcji. Najpierw robił to dla samoochrony. Potem już tylko z przyzwyczajenia.
    Patrząc na światła samochodów błyskające daleko w dole na Lake Shore Drive, uzmysłowił sobie, że nie potrzebuje już tego robić. Przestała istnieć dla niego.
    Podejmując decyzję o spędzeniu roku w Chicago, zdawał sobie sprawę, że on i Meredith będą musieli wpaść na siebie prędzej czy później. Nie pozwolił jednak, żeby ta ewentualność wpłynęła na jego plany. Teraz wiedział już, że nie warto było zaprzątać tym sobie głowy. To się już nie liczyło. Obydwoje byli dorośli. Przeszłość była zamkniętą kartą. O Meredith można było powiedzieć wszystko, ale nie to, że była źle wychowana. Obydwoje będą w stanie zachować w stosunku do siebie uprzejmość w czasie takiego spotkania, uprzejmość, jakiej w tej sytuacji należało oczekiwać od dorosłych ludzi.
    Matt wsiadł do długiego mercedesa należącego do Stantona. Uścisnął dłoń swojego przyjaciela i dopiero wtedy spojrzał na Alicję. Była otulona futrem z soboli: długim do kostek w kolorze takim samym jak jej błyszczące włosy. Uśmiechając się wyciągnęła dłoń i wsunęła ją w jego rękę. Ten uśmiech był uwodzący, śmiały i czarujący jednocześnie.
    – Minęło dużo czasu – powiedziała charakterystycznym dla niej głęboko brzmiącym i delikatnym głosem.
    – Zbyt wiele – odpowiedział i naprawdę tak myślał.
    – Pięć miesięcy – przypomniała. – Masz zamiar uścisnąć mi dłoń czy też pocałujesz mnie jak należy?
    Rzucił w stronę jej ojca bezradne, rozbawione spojrzenie, mające usprawiedliwić to, co miał zamiar zrobić za chwilę. Stanton odpowiedział przyzwalającym, ojcowskim uśmiechem. Matt ujął dłoń Alicji i bezceremonialnie przyciągnął ją na swoje kolana.
    – Jak twoim zdaniem ma wyglądać taki pocałunek? – zapytał. Uśmiechnęła się i odpowiedziała:
    – Pokażę ci.
    Tylko Alicja odważyłaby się na pocałowanie mężczyzny w taki sposób w obecności swojego ojca. Ale też niewielu ojców uśmiechnęłoby się i odwróciło dyskretnie, podczas gdy ich córka całowałaby tak kochanka: namiętnie, powoli i z wyraźnym zamiarem wywołania u niego podniecenia seksualnego. Alicja to zrobiła, a reakcja Matta była taka, jakiej oczekiwała. Obydwoje wiedzieli o tym doskonale.
    – Myślę, że naprawdę się za mną stęskniłeś – powiedziała.
    – A ja myślę, że jedno z nas powinno mieć trochę przyzwoitości, żeby się chociaż zarumienić.
    – To bardzo prowincjonalny pomysł, kochanie – obwieściła, uśmiechając się i z ociąganiem zdejmując ręce z jego ramion. – Rodem z klas średnich.
    – Pamiętam czasy – wytknął jej – kiedy zaliczanie się do klasy średniej byłoby osiągnięciem.
    – Jesteś z tego dumny, prawda? – droczyła się.
    – Myślę, że tak.
    Zsunęła się z jego kolan. Założyła nogę na nogę i jej futro rozchyliło się, ukazując sięgające aż do uda rozcięcie w jej czarnej obcisłej sukni.
    – O czym myślisz? – zapytała.
    – Dowiesz się później, o czym on myśli – powiedział Stanton nagłe zniecierpliwiony zmonopolizowaniem Matta przez swoją córkę. – Co sądzisz, Matt, o pogłoskach, że Edmund Mining ma zamiar połączyć się z Ryerson Consolidated? Zanim odpowiesz mi na to pytanie, powiedz jeszcze, jak się miewa twój ojciec? Ciągle upiera się, żeby mieszkać na farmie?
    – U niego wszystko w porządku – powiedział Matt i było to zgodne z prawdą. Patrick Farrell nie pił już od jedenastu lat. – Przekonałem go w końcu, żeby sprzedał farmę i przeniósł się do miasta. Będzie mieszkał u mnie przez kilka tygodni, a potem pojedzie odwiedzić moją siostrę. Będę się musiał wybrać na farmę jeszcze w tym miesiącu, żeby spakować rodzinne pamiątki. On nie może się zdobyć, żeby to zrobić.
    Olbrzymia sala balowa hotelu z jej strzelistymi marmurowymi kolumnami, błyszczącymi, kryształowymi żyrandolami i wspaniałym rzeźbionym sklepieniem zawsze prezentowała się wspaniale. Meredith pomyślała jednak, że tego wieczoru wyglądała szczególnie pięknie. Dekoratorzy zamienili jej wnętrze w cudowny, bajkowy, zimowy krajobraz. Białe altanki oproszone były sztucznym śniegiem, przystrojone czerwonymi różami i ostrokrzewem. Niemal w środku sali znajdowała się duża altana. Różyczki oplatały jej konstrukcję, a „zaspy” po jej obydwu stronach zajmowała orkiestra grająca znane melodie. Fontanny obwieszone błyszczącymi, sztucznymi soplami wyrzucały z siebie gejzery iskrzącego się szampana. Wśród gości krążyli kelnerzy, roznosząc hors d'oeuvres tym, którzy nie korzystali z wystawnych bufetów zastawionych srebrną zastawą pełną najróżniejszych potraw.
    Tego wieczoru przepych dekoracji zasilany był blaskiem ustrojonych biżuterią jedwabi i przybranych brokatem atłasów. To bogaci sponsorzy, którzy pojawili się tu en masse, dodawali blasku wnętrzom. Prowadzili oni pełne ożywienia i śmiechów rozmowy, przerywając je tylko po to, żeby pozować fotografom prasowym do zdjęć lub spacerować, wymieniając pozdrowienia ze znajomymi. Meredith stała w centrum sali obok Parkera, który zaborczo obejmował jej talię. Przyjmowali życzenia od znajomych i przyjaciół, którzy czytali o ich zaręczynach. Kiedy ostatni z nich odeszli, Meredith spojrzała na Parkera i nagle zaczęła się śmiać.
    – Co cię tak rozśmieszyło? – zapytał, uśmiechając się czule.
    – To piosenka, którą gra orkiestra – wyjaśniła. – To ta sama melodia, przy której tańczyliśmy, kiedy miałam trzynaście lat. – Spojrzał na nią zaskoczony, więc dodała: – Na przyjęciu u pani Eppingham w hotelu Drake. – Twarz Parkera rozjaśniła się i uśmiechnął się na wspomnienie tamtego dnia.
    – Ach tak, obowiązkowy wieczór niedoli u pani Eppingham.
    – Ja się tak naprawdę czułam – przyznała Meredith. – Upuściłam torebkę, zderzyłam się z tobą głową, a w czasie tańca deptałam ci zawzięcie po palcach.
    – Upadła ci torebka i zderzyliśmy się głowami – powiedział z delikatnością i zrozumieniem dla jej odczuć, co tak bardzo w nim ceniła – ale po nogach mi jednak nie deptałaś. Byłaś tego wieczoru urocza. Prawdę mówiąc, wtedy po raz pierwszy zauważyłem twoje niezwykłe oczy – ciągnął, przypominając sobie. – Spojrzałaś na mnie z najdziwniejszym, pełnym determinacji wyrazem twarzy…
    Wybuchnęła śmiechem.
    – Prawdopodobnie rozważałam najlepszy sposób oświadczenia ci się.
    Uśmiechnął się, zacieśniając uścisk wokół jej talii.
    – Naprawdę?
    – Absolutnie tak. – Przestała się śmiać, widząc, że w ich stronę nadciąga dziennikarka, której specjalnością było plotkowanie na łamach prasy. – Parker – powiedziała szybko. – Wychodzę do hallu na kilka minut. W naszą stronę idzie Sally Mansfield, a nie chcę z nią rozmawiać, dopóki nie dowiem się w poniedziałek, kto w „Bancrofcie” naopowiadał jej tych bzdur o czczeniu naszego ślubu ogólnokrajową wyprzedażą. Osoba, która to zrobiła, będzie musiała poprosić ją o wydrukowanie sprostowania, ponieważ nie będzie żadnej takiej wyprzedaży – Meredith powiedziała to stanowczo i niechętnie wysunęła się z zakola jego ramienia. – Rozejrzyj się za Lisa – dodała ruszając już w stronę głównych schodów prowadzących na niższy poziom balkonowy. – Powinna tu już być dawno temu.
    – Mamy świetny czas, Matt – powiedział Stanton, podczas gdy Matt zdejmował futro z ramion Alicji i przekazywał je szatniarce, czuwającej przy wejściu do sali balowej.
    Matt usłyszał go, ale jego uwagę natychmiast przyciągnęło śmiałe wycięcie w czarnej aksamitnej obcisłej sukni Alicji, Ujawniało ono dużą przestrzeń jej wspaniałego, mlecznobiałego ciała.
    – To niezwykła suknia – powiedział z wyrazem twarzy ocieplonym rozbawieniem i nieukrywanym pożądaniem.
    Odwzajemniła to spojrzenie i nie spuściła wzroku. Przechyliła głowę do tyłu, a na jej cynobrowych ustach pojawił się znaczący uśmiech.
    – Jesteś jedynym mężczyzną – powiedziała miękko – który potrafi sprawić, że zwrot: „to niezwykła suknia” brzmi jak zaproszenie do jego łóżka na co najmniej tydzień.
    Zaśmiał się. Skierowali się w stronę błyszczących świateł i głośnego gwaru przyjęcia. Z daleka widział dwóch fotografów robiących zdjęcia i ekipę telewizyjną wędrującą wśród tłumów. Przygotowywał się psychicznie na nieuniknione zetknięcie z nimi.
    – Czy to było to? – zapytała Alicja, kiedy jej ojciec zatrzymał się, żeby porozmawiać ze znajomymi.
    – Co takiego? – zapytał Matt, zatrzymując się, żeby wziąć z tacy przechodzącego kelnera dwa kieliszki szampana.
    – Zaproszenie na tydzień cudownego pieprzenia, jak to, które mieliśmy przed pięcioma miesiącami?
    – Alicjo – upomniał ją łagodnie, kłaniając się dwóm znajomym – zachowuj się, Alicjo, przyzwoicie. – Ruszyłby do przodu, ale Alicja uparcie pozostawała na swoim miejscu. Przyglądała mu się z natężeniem.
    – Dlaczego nigdy się nie ożeniłeś?
    – Pomówimy o tym innym razem.
    – Próbowałam to zrobić w czasie naszych ostatnich dwóch spotkań, ale robiłeś uniki.
    Czuł się poirytowany jej naleganiem, tematem, przy którym obstawała, i chwilą, jaką sobie wybrała, żeby to zrobić. Ujął jej obciągnięte czarną rękawiczką ramię i poprowadził ją na stronę.
    – Rozumiem – powiedział – że masz zamiar dyskutować na ten temat tu i teraz.
    – Zgadza się – odparła, patrząc mu prosto w oczy i dumnie unosząc podbródek.
    – Co masz na myśli?
    – Małżeństwo.
    Zastygł, a Alicja zobaczyła w jego oczach nagły chłód. To, co powiedział, było nawet bardziej zbijające z tropu niż wyraz jego twarzy.
    – Z kim?
    Pobita jego zamierzoną zniewagą i wściekła na siebie za taktyczną niezgrabność zerknęła w jego nieprzeniknioną twarz. W tym momencie opadło z niej całe napięcie.
    – Myślę, że zasłużyłam sobie na to – odparła.
    – Nie – uciął krótko Matt zły na siebie za nadmierny brak taktu – to nieprawda.
    Spoglądała na niego niepewna, co o tym myśleć, i wreszcie uśmiechnęła się odrobinę.
    – Wiemy w końcu, na czym stoimy, przynajmniej na dzień dzisiejszy.
    W odpowiedzi uśmiechnął się krótko, chłodno i wyraźnie niezachęcająco. Alicja z westchnieniem wsunęła dłoń pod jego ramię.
    – Jesteś – powiedziała otwarcie, pozwalając mu się prowadzić – najtwardszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek poznałam! – Próbując poprawić nastrój, posłała mu uwodzicielskie spojrzenie i dodała szczerze: – Fizycznie i oczywiście emocjonalnie też.
    Lisa pokazała lokajowi stojącemu przed salą balową swoje wygrawerowane zaproszenie, zatrzymała się tylko na chwilę, żeby zdjąć okrycie i oddać je do szatni, i już rozglądała się wśród kłębiącego się tłumu w poszukiwaniu Meredith lub Parkera. Niedaleko orkiestry wypatrzyła jasną głowę Parkera i ruszyła ku niemu. Po drodze otarła się o Alicję Avery, która wolno przechadzała się u boku bardzo wysokiego, ciemnowłosego mężczyzny o szerokich barach. Jego profil wydał się Lisie znajomy.
    Podczas gdy Lisa torowała sobie drogę w tłumie, mężczyźni odwracali się za nią z pełnymi aprobaty spojrzeniami. Była zwiewną rudowłosą postacią, ubraną w wygodne, luźne czerwone satynowe spodnie i czarną aksamitną kurteczkę. Pikowana czarna opaska okalała jej głowę. Był to całkowicie nie pasujący tutaj, wydawałoby się nieodpowiedni strój, który jakimś cudem na Lisie prezentował się świetnie. Tak myśleli inni mężczyźni, ale nie Parker.
    – Cześć – powiedziała, podchodząc do niego akurat w chwili, kiedy napełniał kieliszek szampana z jednej z fontann.
    Odwrócił się do niej i zmarszczył brwi z dezaprobatą, patrząc na jej ubranie. Lisa aż cofnęła się, widząc tę nie wypowiedzianą krytykę.
    – O nie! – próbowała zgadywać, akcentując dramatycznie słowa z udanym zaniepokojeniem na widok jego przystojnej rozzłoszczonej twarzy. – Czy ceny wyjściowe znowu podskoczyły?
    Poirytowany, odwrócił wzrok od jej dekoltu uwydatnionego przez kurteczkę i spojrzał w jej wyzywającą twarz.
    – Dlaczego nie ubierasz się tak jak inne kobiety? – zapytał ostro.
    – Nie wiem – Lisa zawiesiła głos, jakby zastanawiała się nad tym, po czym z rozbrajającym uśmiechem obwieściła: – To pewnie ten sam rodzaj perwersji, który sprawia, że ty czerpiesz radość z żerowania na wdowach i sierotach. Gdzie Meredith?
    – Poszła się odświeżyć.
    Wyładowawszy się w ten sposób, w dosyć nietypowej niegrzecznej formie, co pogłębiało się i dzieliło ich od lat, starali się obydwoje ze stoickim spokojem unikać patrzenia na siebie, koncentrując uwagę na otaczającym ich tłumie. Na prawo od nich wytworzyło się pełne przepychania zamieszanie i obydwoje spojrzeli w tamtą stronę. Obserwowali, jak nagle ekipa telewizyjna i dziennikarz, którzy do tej pory krążyli wokół gości lub stali z boku, zostali zelektryzowani do akcji i ruszyli w kierunku swojej zdobyczy. Zaczęły błyskać flesze. Lisa wychyliła się jeszcze bardziej w prawo i zobaczyła przez chwilę dziennikarzy oblegających ciemnowłosego mężczyznę, którego widziała z Alicją Avery. Kamery telewizyjne wycelowane były w jego twarz, kiedy eskortował towarzyszkę poprzez eksplozję fleszów i tłumy reporterów wymachujących w jego kierunku mikrofonami.
    – Kto to jest? – zapytała, zerkając niepewnie na Parkera. – Nie widzę dobrze… – zaczął Parker, obserwując zamieszanie z niewielkim zainteresowaniem, ale kiedy tłum się rozstąpił, spiął się cały. – To Farrell.
    To nazwisko w połączeniu z dobrze teraz widoczną twarzą Farrella wystarczyło, żeby Lisa uświadomiła sobie, że mężczyzna, z którym była Alicja, to nikt inny jak tylko niewierny, pozbawiony uczuć, były mąż Meredith. Patrzyła, jak zatrzymuje się, żeby odpowiedzieć na wykrzykiwane do niego przez dziennikarzy pytania, i ogarniało ją uczucie nienawiści. Alicja Avery w dalszym ciągu wisiała na jego ramieniu, uśmiechając się na użytek fotografów. Lisa stała i przypominała sobie, jak wielu Meredith wycierpiała przez tego człowieka. Miała ochotę pomaszerować do niego i w obliczu mizdrzących się reporterów wykrzyczeć mu w twarz, że jest sukinsynem. Byłaby to bardzo satysfakcjonująca akcja. Wiedziała jednak, że nie zyskałaby ona uznania Meredith. Ona nie lubiła ostentacji, a poza tym, nikt oprócz Parkera i Lisy nie wiedział, że Meredith kiedykolwiek coś łączyło z Farrellem. Meredith! Pomyślała o niej w tym samym momencie, kiedy myśl ta uderzyła i Parkera. Za jej przyczyną rozmył się spokojny, cywilizowany wyraz jego twarzy, jaki zachowywał, patrząc na Farrella.
    – Czy Meredith wie, że on tu jest? – wyrzuciła z siebie dokładnie w tej samej chwili, kiedy Parker chwycił ją za ramię i rozkazał:
    – Znajdź Meredith i ostrzeż ją, że Farrell jest tutaj. Kiedy Lisa przemykała się, torując sobie drogę w tłumie, nazwisko Matthew Farrella krążyło już tam niczym nieprzerwanie płynący, szeptany psalm. Farrell tymczasem uwolnił się już od przedstawicieli prasy z wyjątkiem Sally Mansfield, która stała za nim, podczas gdy rozmawiał ze Stantonem Avery tuż u podnóża głównych schodów. Lisa starała się nie stracić z oczu Farrella, aby móc ostrzec Meredith, gdzie on jest. Jednocześnie obserwowała balkon. Ruszyła naprzód i nagle zatrzymała się bezradnie, widząc, jak niespodziewanie, u szczytu schodów pojawiła się Meredith i zaczęła schodzić w dół.
    Jako że nie była w stanie dotrzeć do Meredith przed jej zejściem ze schodów i przejściem tuż obok Farrella, stała bez ruchu, czerpiąc mało chwalebną satysfakcję z faktu, że Meredith nigdy nie wyglądała lepiej niż właśnie w tej chwili, kiedy to jej niewydarzony eksmąż miał ją zobaczyć po raz pierwszy od jedenastu lat! Meredith, zupełnie ignorując obowiązujące kanony mody, miała na sobie uszytą z połyskującej, białej satyny rozkloszowaną suknię bez ramion. Ściśle przylegający do ciała staniczek ozdabiały perełki, między którymi rozrzucone, były nieregularnie białe cekiny i srebrne kryształki. Na jej szyi połyskiwał wspaniały naszyjnik z rubinów i diamentów, który mógł być prezentem od Parkera, w co Lisa była skłonna wątpić, lub mógł też być wypożyczony z działu jubilerskiego „Bancrofta”, co jak sądziła, było bardziej prawdopodobne.
    Meredith zatrzymała się w połowie schodów, żeby porozmawiać ze starszą parą, i Lisa wstrzymała oddech. Parker pojawił się za jej plecami i bezradnie wodził wzrokiem od Farrella da Sally Mansfield i do Meredith.
    Matt słuchał tego, co mówił do niego Stanton, i rozglądał się za Alicją, która poszła poprawić makijaż. W tej chwili ktoś zawołał jego imię lub zakrzyknął coś, co brzmiało jak ono. Odwrócił głowę, szukając źródła tego głosu. Spojrzał wyżej, ku schodom… i zamarł, kieliszek szampana zastygł w połowie drogi do jego ust. Spoglądał na stojącą na schodach kobietę, która była jego dziewczyną i żoną, kiedy widział ją po raz ostatni. W tym momencie zrozumiał, dlaczego media uwielbiały porównywać ją do młodej Grace Kelly. Z jasnymi włosami, upiętymi elegancko tuż nad karkiem, otoczonymi białymi różyczkami, Meredith Bancroft stanowiła zapierające dech w piersiach, przepiękne wyobrażenie kobiecej klasy i anielskości. Jej figura, od czasu, kiedy ją widział po raz ostatni, nabrała krągłości. Delikatna twarz jaśniała fascynująco. Szok, jaki przeżył, minął tak szybko, jak się pojawił, i udało mu się napić szampana i skinąć potakująco Stantonowi, potwierdzając machinalnie to, co tamten mówił. Sam w dalszym ciągu studiował nietuzinkową piękność stojącą na schodach. Teraz jednak robił to już tylko ze spokojnym zainteresowaniem znawcy szacującego dzieło sztuki, o którym wiedział już, że ma wady i jest falsyfikatem.
    Pomijając to, nawet on nie pozostawał zupełnie nieczuły na jej wdzięk, kiedy tak stała na schodach, słuchając z uwagą starszej pary. Przypomniał sobie, że ona zawsze bez trudu znajdowała wspólny język z ludźmi o wiele starszymi od siebie, tak jak w klubie tamtego wieczoru, kiedy wzięła go pod swoje skrzydła. Na to wspomnienie jego serce zmiękło jeszcze bardziej w stosunku do niej. Szukał w niej oznak charakterystycznych dla typowej kobiety interesu, ale jedyne, co znajdował, to ujmujący uśmiech, błyszczące, turkusowe oczy i zupełnie niespodziewana aura… szukał w myślach właściwego określenia i przychodziło mu na myśl tylko słowo nieskazitelność. To była aura nieskazitelności. Może odpowiedzialna była za to dziewicza biel jej sukienki lub fakt, że podczas gdy większość kobiet nosiła ponętne kreacje z dekoltami niemalże do pasa i rozcięciami aż do wysokości uda, ona odkryła jedynie ramiona i mimo wszystko wyglądała bardziej prowokująco niż one. Prowokująco, królewsko i nieprzystępnie.
    Czuł, jak znikają w nim ostatnie pozostałości goryczy, jaką odczuwał w stosunku do niej. Była piękna, ale bardziej uderzająca była bijąca od niej łagodność, o której zapomniał. Tę łagodność mógł stłumić w niej jedynie niesamowity terror, który mógł ją popchnąć do poddania się aborcji. Była taka młoda, kiedy sytuacja zmusiła ją do poślubienia go, pomyślał. Nie znała go wtedy zupełnie. Na pewno bała się tego, że będzie musiała mieszkać w jakimś brudnym miasteczku, takim jak Edmunton, jako żona pijaka takiego jakim był jego ojciec, borykająca się z wychowaniem ich dziecka. Jej ojciec, Matt był lego cholernie pewien, dołożył wszelkich starań, żeby przekonać ją, że tak się na pewno stanie; on zrobiłby wszystko, żeby położyć kres jej kontaktom z takim „nikim” jak Matt, łącznie z przekonaniem jej, żeby usunęła ciążę i rozwiodła się. Matt uzmysłowił sobie to niedługo po ich rozwodzie. W przeciwieństwie do swojego ojca, Meredith nigdy nie była snobką, taką prawdziwą. Miała świetne maniery, była starannie wychowana, o tak, ale nigdy nie była tak niesamowitą snobką, żeby zrobić coś takiego Mattowi i ich dziecku. Strach, jej młodość i naciski ze strony dominującego ojca przyczyniły się do tego. Teraz to zrozumiał. Po jedenastu latach dopiero zobaczenie jej znowu uświadomiło mu, jaką osobą była i kim ciągle jest.
    – Piękna, prawda? – powiedział Stanton, trącając Matta.
    – Bardzo.
    – Chodźmy, przedstawię cię jej i jej narzeczonemu. I tak muszę zamienić z nim kilka słów. A tak przy okazji, musisz poznać Parkera, on kontroluje jeden z największych banków w Chicago.
    Matt zawahał się, ale skinął potakująco głową. Meredith i on byli skazani na spotykanie się ze sobą w czasie różnego rodzaju towarzyskich wydarzeń; wydawało się, że najlepiej będzie, jeśli przebrną przez pierwszą konfrontację już teraz. Przynajmniej tym razem, kiedy zostanie jej przedstawiony, nie będzie się czuł jak wyrzutek społeczny.
    Meredith zeszła ze schodów, rozglądając się za Parkerem i zatrzymała się, słysząc tuż obok siebie bezceremonialny, jowialny głos Stantona Avery.
    – Meredith – powiedział, kładąc dłoń na jej ramieniu – chciałbym ci kogoś przedstawić.
    Już się uśmiechała i już zaczynała wyciągać dłoń, przenosząc wzrok z pogodnej twarzy Stantona, najpierw na opaloną szyję bardzo wysokiego mężczyzny, a potem na jego twarz. Twarz Matthew Farrella. W głowie jej zawirowało, żołądek podskoczył do gardła. Głos Avery'ego dobiegał do niej jak z tunelu, mówił:
    – To mój przyjaciel, Matthew Farrell…
    Meredith zobaczyła przed sobą mężczyznę, który pozwolił, żeby po stracie ich dziecka leżała osamotniona w szpitalnym łóżku, a potem przysłał telegram proponujący rozwód. Teraz uśmiechał się do niej tym samym niezapomnianym, intymnym, czarującym i jednocześnie zdradzieckim uśmiechem. Wyrwała rękę z zasięgu dłoni Matta, obrzuciła go lodowatym, pogardliwym spojrzeniem i zwróciła się do Stanleya Avery.
    – Powinien pan być naprawdę bardziej wybredny w doborze przyjaciół, panie Avery – powiedziała z chłodną dumą. – Proszę wybaczyć – odwróciła się i odeszła, pozostawiając za sobą zafascynowaną Sally Mansfield, zaskoczonego Stantona Avery i wściekłego Matthew Farrella.
    Dopiero o trzeciej nad ranem ostatni goście Meredith i Parkera opuścili jej mieszkanie. Zostali tylko oni obydwoje i jej ojciec.
    – Powinieneś już spać o tej porze – powiedziała do niego Meredith, siadając ciężko na stylowym krześle. Nawet teraz, w wiele godzin po konfrontacji z Matthew Farrellem, w dalszym ciągu czuła się poruszona wspomnieniem tamtej chwili. Teraz była to jednak tylko złość na samą siebie.
    Prześladowało ją to uczucie i to, co zobaczyła w oczach Matta, kiedy zostawiła go stojącego z wyciągniętą do niej ręką. Wyglądał jak głupiec, a w oczach miał dziką wściekłość.
    – Wiesz doskonale, dlaczego jeszcze tu jestem – powiedział Philip, nalewając sobie kieliszek sherry. O spotkaniu Meredith z Farrellem dowiedział się dopiero godzinę temu od Parkera. Najwyraźniej chciał usłyszeć szczegóły.
    – Nie pij tego. Lekarze ci zabronili.
    – Do diabła z lekarzami. Chcę wiedzieć, co powiedział Farrell. Parker mówi, że zareagowałaś bardzo ostro.
    – Nie miał szansy, żeby powiedzieć cokolwiek – odparła Meredith i powiedziała mu, co dokładnie zaszło.
    Kiedy skończyła, zestresowana patrzyła w milczeniu, jak dopijał zakazane sherry. Był postarzałym, ale ciągle jeszcze robiącym wrażenie, srebrzystowłosym mężczyzną w szytym na miarę smokingu. Przez większość jej życia dominował nad nią i manipulował nią, aż w końcu znalazła w sobie odwagę i siłę, żeby przeciwstawić się jego żelaznej woli i wybuchowemu temperamentowi. Mimo wszystko kochała go i niepokoiła się o niego. Był jedyną rodziną, jaką miała, a jego twarz była naznaczona chorobą i zmęczeniem. W chwili, kiedy zostanie uzgodnione wszystko dotyczące jego urlopu, miał wypłynąć w długi rejs. Lekarze wymogli na nim obietnicę, że nie będzie sobie zaprzątał głowy problemami „Bancrofta”, sprawami międzynarodowymi czy czymkolwiek innym. Przez sześć tygodni trwania rejsu miał nie oglądać wiadomości telewizyjnych, nie czytać gazet i nie robić niczego, co nie byłoby absolutnie na luzie i nie przynosiłoby odpoczynku. Oderwała wzrok od twarzy ojca i spojrzała na Parkera.
    – Wolałabym, żebyś nie mówił ojcu o tym, co wydarzyło się dzisiejszego wieczoru. To nie było konieczne.
    Parker odchylił się na krześle, westchnął i niechętnie powiedział jej o czymś, czego jeszcze nie wiedziała.
    – Sally Mansfield widziała i prawdopodobnie słyszała całą tę scenę. Będziemy mieli szczęście, jeśli wszyscy nie przeczytają o tym jutro w jej rubryce.
    – Mam nadzieję, że to wydrukuje – powiedział Philip.
    – W przeciwieństwie do mnie – skontrował Parker, ignorując ze zwykłym sobie niewzruszonym spokojem niezadowolenie Philipa. – Ja nie chcę, żeby ludzie pytali, dlaczego Meredith potraktowała go w ten sposób.
    Meredith odchyliła głowę do tyłu, westchnęła i przymknęła oczy.
    – Gdybym miała czas na zastanowienie się, nie zrobiłabym tego, na pewno nie zachowałabym się tak ostentacyjnie.
    – Dzisiaj wieczorem kilka osób już pytało o to – powiedział Parker. – Będziemy musieli wymyślić jakieś wytłumaczenie.
    Meredith przerwała mu.
    – Proszę – powiedziała słabo – tylko nie teraz. Jedyne, czego chcę w tej chwili, to położyć się spać.
    – Masz rację – rzekł Parker, wstając i nie pozostawiając Philipowi nic innego, jak tylko zrobienie tego samego.

ROZDZIAŁ 18

    Zbliżało się południe, kiedy Meredith wyszła spod prysznica. Włożyła sweter i wełniane spodnie w kolorze burgunda. Włosy spięła wysoko w koński ogon. Przeszła do salonu i niechętnie spojrzała na „Sunday Tribune”, którą rzuciła na kanapę, gdy tylko zerknęła w rubrykę Sally Mansfield. Jej pierwszy akapit poświęcony był wydarzeniom ostatniego wieczoru: Kobiety na całym świecie padają ofiarą uroku legendarnego Matthew Farrella, ale nasza Meredith Bancroft jest najwyraźniej na jego wdzięki uodporniona. Na sobotnim balu dobroczynnym w operze potraktowała go w sposób, nazywany w pewnych kręgach krótko i dosadnie „zmieszaniem kogoś z błotem”. Zrobiła to nasza Meredith, która ma reputację osoby z zasady zawsze i w stosunku do wszystkich niezwykle uprzejmej i ujmującej. Tymczasem to ona właśnie odmówiła uściśnięcia dłoni Matthew Farrella. Nic dziwnego, że niektórzy zadają sobie pytanie, jaki był tego powód.
    Meredith miała za bardzo napięte nerwy, żeby pracować, była też zbyt zmęczona, żeby gdzieś wyjść. Stała na środku pokoju, patrząc na stylowe meble, tak jakby były zupełnie jej nie znane, w takim samym stopniu, jak obcy był jej naturze wewnętrzny zamęt, który czuła. Pod jej stopami leżał perski dywan w bladozielone i różowe wzory. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak chciała, począwszy od bawełnianych zasłon misternie upiętych na szerokich oknach, a skończywszy na francuskim rzeźbionym biurku znalezionym przez nią na aukcji w Nowym Jorku. To mieszkanie z roztaczającym się z okien pięknym widokiem miasta było jej jedyną prawdziwą ekstrawagancją. To i BMW, które kupiła przed pięcioma laty. Tego dnia pokój wydawał się pełen dysonansów i obcy, dokładnie tak jak jej myśli. Porzuciła przelotny pomysł, żeby przez chwilę zająć się pracą, i przeszła do kuchni. Nalała filiżankę kawy. Oparta o kuchenny blat sączyła ją, czekając, aż minie to uczucie nierealności. Unikała myśli o wczorajszym wieczorze, dopóki jej umysł nie będzie sprawnie funkcjonował. Machinalnie wodziła palcem wzdłuż fug kafelków, którymi wyłożony był blat. Nad kącikiem śniadaniowym wisiały kwiatki, zwykle skąpane w słońcu wpadającym przez okna. Dzisiaj niebo było zachmurzone. Taki też był i jej nastrój. Gorąca, świeża kawa lepiej usuwała odrętwienie jej umysłu niż prysznic i razem z powracającą pełną świadomością ledwo mogła znieść zabarwiony złością wstyd, jaki czuła na wspomnienie swojego zachowania poprzedniego wieczoru. W przeciwieństwie do Parkera i jej ojca nie żałowała tego, co zrobiła z obawy przed ewentualnymi reperkusjami wywołanymi ciętością pióra Sally Mansfield. Nie mogła sobie darować, że straciła panowanie nad sobą, tego, że straciła rozum! Wiele lat temu zmusiła się do zaprzestania oskarżania Matthew Farrella, nie tyle ze względu na niego, co na siebie samą. Wściekłość i ból, jakie czuła po jego zdradzie, to było więcej, niż mogła znieść. W rok po poronieniu zmusiła się do przeanalizowania wszystkiego, co zaszło między nimi; zmagała się ze sobą i starała się o ten obiektywizm, a kiedy go osiągnęła, uchwyciła się go tak bardzo, aż stał się jej częścią. Ten obiektywizm i uczelniany psycholog umożliwił jej zrozumienie, że to, co się im przydarzyło, było nieuniknione. Byli zmuszeni do pobrania się. Poza wspólnie spłodzonym dzieckiem nie mieli nawet jednego powodu, żeby dalej być razem. Nie łączyło ich nic i nic ich nigdy nie mogło łączyć. Zignorował jej prośbę o to, żeby wrócił z Ameryki Południowej, i to świadczyło o jego wielkiej nieczułości. Tę jego cechę potwierdzało jeszcze jego natychmiastowe żądanie rozwodu. Ale pod zewnętrzną powłoką wdzięku zawsze kryła się u niego nieprzejednaność i stanowczość. Jak mógłby być innym człowiekiem, jeśli weźmie się pod uwagę jego pochodzenie? Musiał siłą przepychać się przez życie, radzić sobie z ojcem pijakiem i młodszą siostrą, pracą w stalowni i całą resztą. Nigdy nie wydostałby się stamtąd, gdyby nie był twardy i ogarnięty dążeniem do własnego celu. Kiedy przed jedenastu laty potraktował Meredith z tak bolesną dla niej obojętnością, był po prostu człowiekiem twardym, zimnym i nieustępliwym. Zrobił to, co nakazywał mu obowiązek: poślubił ją, być może po części powodowany chciwością. Szybko zorientował się, że ona nie ma swoich własnych pieniędzy, i kiedy straciła dziecko, nie miał już żadnego powodu, żeby kontynuować ich związek. Nie cenił w życiu tego samego co ona i na pewno złamałby jej serce, gdyby zostali razem. Udało jej się zrozumieć to wszystko, albo przynajmniej wydawało jej się, że tak było. Niestety ostatniego wieczoru straciła na ten okropny, szarpiący nerwy moment i ten obiektywizm, i zdolność panowania nad sobą. To nigdy nie powinno było się stać. Nie stałoby się, gdyby ostrzeżono ją chociaż na kilka minut, zanim stanęła z nim oko w oko, lub gdyby przynajmniej nie uśmiechał się do niej w ten gorący, dobrze jej znany, intymny sposób!
    Dłoń ją świerzbiła, żeby uderzeniem zmazać z jego twarzy ten nieszczery uśmiech.
    Powiedziała do Stantona to, co czuła, najbardziej jednak martwiła ją gwałtowność jej uczuć, która spowodowała, że powiedziała właśnie to. Bała się, że to może się powtórzyć. Po chwili jednak zrozumiała, że nie było to możliwe. Nie czuła w tej chwili nic poza irytacją, że Matt stał się jeszcze bardziej przystojny i zyskał jeszcze więcej tego powierzchownego uroku, jaki nie należał się człowiekowi z jego kompletnym brakiem skrupułów. Najwyraźniej wybuch emocji, jakiego doświadczyła wczoraj wieczorem, był ostatnim słabym wybuchem gasnącego już wulkanu.
    Poczuła się znacznie lepiej po przeanalizowaniu tego wszystkiego. Nalała kolejną filiżankę kawy i zasiadła przy biurku, żeby popracować. Jej śliczne mieszkanko znowu wyglądało jak należy, znajomo i bezpiecznie, tak samo jak jej umysł. Zerknęła na telefon stojący na biurku i przez jakiś absurdalny moment poczuła impuls, żeby zadzwonić do Matta Farrella i zrobić to, co nakazywało dobre wychowanie: przeprosić za urządzenie sceny. Z lekkim wzruszeniem ramion porzuciła ten nonsensowny pomysł, otworzyła swoją teczkę i wyjęła z niej dane finansowe, dotyczące sklepu w Houston. Matthew Farrella nic nie obchodziło, co ona czuła lub co robiła, kiedy byli małżeństwem, na pewno więc było mu też obojętne to, co zrobiła ubiegłego wieczoru. Poza tym, był takim egoistą i człowiekiem tak gruboskórnym, że nic nie mogło go zranić lub urazić.

ROZDZIAŁ 19

    Peter Vanderwild pojawił się u panny Stern, którą na swój użytek nazywał „Sfinksem”, dokładnie o dziesiątej rano w poniedziałek. Musiał czekać jak poirytowany petent, aż raczy go zauważyć. Dopiero kiedy jej to odpowiadało, przestała pisać na maszynie i zwróciła na niego swoje bazyliszkowe spojrzenie.
    – Jestem umówiony z panem Farrellem na dziesiątą – poinformował ją.
    – Pan Farrell ma w tej chwili spotkanie. Przyjmie pana za piętnaście minut.
    – Myśli pani, że powinienem zaczekać?
    – Tylko wtedy, jeśli nie ma pan nic do roboty przez następne piętnaście minut – odparła ozięble.
    Potraktowany jak niesforny uczeń, ruszył w stronę wind i wrócił do swojego pokoju. Wydało się to znacznie rozsądniejsze niż pozostanie na sześćdziesiątym piętrze i tym samym udowodnienie jej, że nie ma nic do roboty. Piętnaście po dziesiątej panna Stern skierowała go do wewnętrznego sanktuarium, które opuszczali właśnie trzej wiceprezydenci „Haskella”. Zanim Peter miał szansę cokolwiek powiedzieć, na biurku Matta zaczął dzwonić telefon.
    – Usiądź, Peter – powiedział Matt – za chwilę będę do twojej dyspozycji.
    Trzymając ramieniem słuchawkę przy uchu, otworzył teczkę zawierającą dane dotyczące ewentualnych zakupów firmy, polecanych przez Petera. Były to firmy o dużych pakietach posiadłości komercyjnych i Matt przejrzał je już w czasie weekendu. Kilka propozycji Petera podobało mu się, w kilku przypadkach podziwiał dogłębność jego badań, a kilka polecanych przez niego firm wywołało jego zdziwienie. Po odłożeniu słuchawki odchylił się w fotelu i całą swoją uwagę skoncentrował na Peterze.
    – Co szczególnie zainteresowało cię w firmie z Atlanty?
    – Kilka rzeczy – odpowiedział Peter trochę zaskoczony gwałtownością tego pytania. – Należą do nich głównie nowe budynki średniej wielkości mające powierzchnie pod wynajem, w wysokim procencie wynajęte. Prawie wszyscy lokatorzy to dobrze sytuowane firmy, które podpisały długoterminowe umowy najmu. Wszystkie budynki są wyjątkowo dobrze zarządzane i utrzymane. Sam to widziałem, kiedy pojechałem do Atlanty, żeby się im przyjrzeć.
    – A ta firma z Chicago?
    – Ich specjalnością są budynki mieszkalne o wysokich czynszach. Mają lokalizację w pierwszorzędnych dzielnicach i wielkie zyski.
    Matt zmarszczył brwi, patrząc na niego.
    – Z twoich danych wynika, że wiele ich budynków ma ponad trzydzieści lat. W ciągu siedmiu do dziesięciu lat koszty remontów i napraw zaczną zżerać ten świetny zysk.
    – Wziąłem to pod uwagę przygotowując przedstawioną w tych materiałach przewidywaną prognozę dochodów – powiedział Peter. – Poza tym ziemia, na której stoją te budynki, zawsze będzie warta fortunę.
    Matt, usatysfakcjonowany, skinął głową i otworzył następną teczkę. To właśnie rekomendacja tej firmy sprawiła, że Matt zaczął się zastanawiać, czy rzekomy geniusz Petera i jego zdrowy rozsądek nie są przereklamowane. Zerkając na niego znad otwartej teczki, powiedział:
    – Co spowodowało, że w ogóle brałeś pod uwagę firmę z Houston?
    – Jeśli tempo wzrostu ekonomicznego w Houston utrzyma się, wartość nieruchomości wzrośnie i…
    – Zdaję sobie z tego sprawę – Matt przerwał mu niecierpliwie. – Chcę, żebyś mi powiedział, dlaczego rekomendujesz rozważanie zakupu Thorp Development. Każdy, kto czytuje „Wall Street Journal”, wie, że ta firma od dwóch lat jest wystawiona na sprzedaż i wie też, dlaczego do tej pory nie została sprzedana: jej cena jest śmiesznie zawyżona, a sama firma jest źle zarządzana.
    Peter poczuł, jakby krzesełko, na którym siedział, nagle zostało podłączone do prądu, odchrząknął jednak i kontynuował:
    – Ma pan rację, ale gdyby dał mi pan chwilę na wytłumaczenie, może posiadanie tej firmy wydałoby się panu o wiele bardziej atrakcyjne. – Widząc, że Farrell skinął głową, ciągnął dalej: – Thorp Development jest własnością dwóch braci, którzy odziedziczyli ją przed dziesięciu laty, po śmierci ojca. Odkąd przejęli kontrolę nad firmą, zrobili kilka kiepskich inwestycji. Musieli w tym celu zastawić większość dóbr gromadzonych przez ich ojca przez wiele lat. W rezultacie są zadłużeni po swoje szacowne uszy w Continental City Trust w Houston. Obydwaj bracia nie cierpią się nawzajem i nie zgadzają się w niczym. Przez ostatnie dwa lata jeden z nich próbuje sprzedać całą firmę, a drugi chce podzielić dobra firmy i sprzedawać je w częściach każdemu, kto tylko wyrazi na to ochotę. Teraz jednak nie mają już innego wyjścia, jak tylko zrobić to ostatnie, ponieważ Continental jest o krok od rozpoczęcia ściągania z nich swojego długu.
    – Skąd wiesz to wszystko? – zapytał Matt.
    – Kiedy w październiku poleciałem do Houston, żeby odwiedzić siostrę, zdecydowałem, że przyjrzę się „Thorpowi” i obejrzę kilka posiadłości firmy. Od Maksa Thorpa dostałem nazwisko ich bankiera Charlesa Collinsa. Po powrocie zadzwoniłem do niego. Collins koniecznie chce pomóc Thorpowi w znalezieniu kupca. Wyśpiewał wszystko. W trakcie naszej rozmowy zacząłem podejrzewać, że powodem jego gorliwości jest chęć pozbycia się ze swoich ksiąg pożyczek „Thorpa”. W ubiegły czwartek zadzwonił do mnie i powiedział, że „Thorp” bardzo chce dojść z nami do porozumienia i że sprzedadzą bardzo tanio. Nalegał, żebym to przemyślał i przedstawił im propozycję. Wywnioskowałem z tego, że jeśli zadziałamy szybko, to będziemy mogli dostać każdą z własności „Thorpa” raczej za sumę obciążeń hipotecznych niż po ich rzeczywistej cenie. Collins jest tuż przed rozpoczęciem postępowania likwidacyjnego, a „Thorp” najwyraźniej wie o tym.
    – Dlaczego myślisz, że ma zamiar rozpocząć postępowanie likwidacyjne?
    Peter uśmiechnął się lekko.
    – Zadzwoniłem do znajomego bankiera w Dallas i zapytałem, czy zna Collinsa z Continental City Trust. Powiedział, że go zna, i zadzwonił do niego po przyjacielsku, rzekomo żeby poużalać się nad smutnym stanem bankowości w Teksasie. Collins powiedział mu, że inspektorzy bankowi naciskają, żeby rozpoczął postępowanie likwidacyjne w stosunku do kilku największych dłużników, zalegających ze spłatami pożyczek na hipotekę, w tym i „Thorpa”. – Peter zrobił pauzę i czekał triumfująco na jakiś rodzaj komplementu ze strony nie okazującego emocji szefa za swoją wnikliwość i efekt przeprowadzonych badań. Jedynym, czego się doczekał, był przelotny uśmiech i niemal niezauważalne, aprobujące skinienie głowy. Peter poczuł się, jakby to sam Bóg właśnie zerknął na niego łaskawie. Niewspółmiernie do tej pochwały podniesiony na duchu, nachylił się do przodu i powiedział: – Chciałby pan usłyszeć o kilku posiadłościach „Thorpa”? Niektóre z nich to pierwszorzędne działki, które odpowiednio przygotowane mogą być sprzedane za fortunę.
    – Słucham cię – powiedział Matt, chociaż zakupem gołej ziemi nie był tak bardzo zainteresowany jak zakupem obiektów komercyjnych.
    – Najlepsza z nich to piętnastoakrowa działka położona niedaleko Gallerii, potężnego, luksusowego centrum handlowego z własnymi hotelami. W kompleksie Gallerii mieszczą się Neiman – Marcus i Saks. W pobliżu jest też wiele ekskluzywnych butików i kolejka ekspresowa. Tereny „Thorpa” leżą między dwoma kompleksami handlowymi. Jest to idealne miejsce dla kolejnego ekskluzywnego sklepu i całego centrum.
    – Widziałem te tereny. Byłem tam niedawno służbowo – wtrącił Matt.
    – Rozumie pan więc, jaki to byłby interes, jeśli udałoby się nam kupić ten kawałek ziemi za dwadzieścia milionów, na jakie „Thorp” go zadłużył. Moglibyśmy zagospodarować go sami, lub zatrzymać go i sprzedać później z niezłym zyskiem. Przed pięcioma laty był wart czterdzieści milionów. Jeśli Houston będzie wychodziło z kryzysu, ta ziemia już wkrótce będzie tyle warta.
    Matt robił notatki w dokumentach dotyczących „Thorpa” i czekał na przerwę w recytacji Petera, żeby mu wytłumaczyć, że woli, żeby Intercorp inwestował w budynki komercyjne, kiedy tamten dodał:
    – Jeśli jest pan zainteresowany, to musimy działać szybko, ponieważ i „Thorp”, i Collin dają do zrozumienia, że w każdej chwili oczekują oferty na ten kawałek. Sądzę, że próbowali mnie zachęcić, zanim zaczęli wymieniać nazwiska. Najwyraźniej firma Bancroft i S – ka stąd, z Chicago, aż się pali, żeby zdobyć te ziemie. I nic dziwnego. W Houston nie ma drugiego takiego miejsca. Do diabła, możemy zagarnąć to za dwadzieścia milionów i za kilka miesięcy sprzedać „Bancroftowi” za dwadzieścia pięć albo trzydzieści milionów, co jest jej rzeczywistą ceną. – Peter urwał w tym momencie, ponieważ Matthew Farrell podniósł gwałtownie głowę i patrzył na niego z bardzo dziwnym wyrazem twarzy.
    – Co powiedziałeś? – zapytał ostro.
    – Powiedziałem, że Bancroft i S – ka planuje zakup tej ziemi – powiedział Peter świadomy zimnego, kalkulującego i niebezpiecznego wyrazu oczu Farrella. Sądząc, że Farrell chce, żeby przedstawił mu więcej danych, dodał szybko: – „Bancroft” to firma w rodzaju Bloomingdale czy Neiman – Marcus; założona dawno temu, dystyngowana, z klientelą wywodzącą się głównie z wyższych sfer. Zaczęli ostatnio rozszerzać…
    – Wiem co nieco o „Bancrofcie” – powiedział Matt przez zaciśnięte usta.
    Przeniósł wzrok na teczkę z dokumentami dotyczącymi „Thorpa” i ze wzmożonym zainteresowaniem przeglądał dane szacunkowe terenów w Houston. Wynikało z nich, że ten zakup byłby świetnym interesem, umożliwiającym osiągnięcie w przyszłości potężnego zysku. Ale to nie o zysku myślał w tej chwili. Znowu z gniewem przypominał sobie zachowanie się Meredith poprzedniego wieczoru.
    – Kup to – powiedział łagodnie.
    – Nie chce pan usłyszeć o tym, co jeszcze posiadają?
    – Nie jestem zainteresowany niczym więcej, poza kawałkiem ziemi, który chce kupić „Bancroft”. – Każ prawnikom przygotować ofertę, biorąc pod uwagę zgodność naszej własnej oceny wartości tej ziemi z oceną „Thorpa”. Jutro rano zabierz ją do Houston i sam osobiście przedstaw „Thorpowi”.
    – Ofertę? – Peter niemalże się zająknął. – Na jaką sumę?
    – Zaoferuj piętnaście milionów i daj im dwadzieścia cztery godziny na podpisanie kontraktu albo zrezygnujemy. Na pewno natychmiast skontrują to dwudziestoma pięcioma milionami. Zgódź się na dwadzieścia milionów i powiedz, że chcemy mieć świadectwo własności tej ziemi w ciągu trzech tygodni albo zrywamy umowę.
    – Naprawdę nie sądzę…
    – Mam też inny warunek. Jeśli zaakceptują naszą ofertę, mają utrzymać tę transakcję w absolutnej tajemnicy. Nikt nie musi wiedzieć, że kupujemy tę ziemię, dopóki transakcja nie zostanie sfinalizowana. Przekaż prawnikom, żeby uwzględnili to w kontrakcie łącznie ze wszystkimi innymi zwykłymi klauzulami.
    Peter poczuł się nagle nieswojo. Dawniej, kiedy Farrell inwestował albo kupował firmy, które Peter mu polecał, nie polegał tylko i wyłącznie na jego opinii. Był daleki od tego. Sprawdzał wszystko osobiście. Był bardzo ostrożny. Tym razem jednak, gdyby coś poszło źle, winą obarczono by całkowicie jego.
    – Panie Farrell, nie sądzę naprawdę, żeby…
    – Peter – przerwał mu Matt z jedwabistą stanowczością. – Kup tę cholerną działkę.
    Peter wstał i skinął potakująco głową, ale jego skrępowanie narastało.
    – Zadzwoń do Arta Simpsona z naszego działu prawnego w Kalifornii, podaj mu nasze warunki i powiedz, że chcę mieć tutaj kontrakty. Przynieś mi je, kiedy nadejdą, i wtedy przedyskutujemy nasze następne posunięcie.
    Po wyjściu Vanderwilda Matt odwrócił się i spojrzał przez okno. Najwyraźniej Meredith w dalszym ciągu zaliczała go do niższych form życia i pogardzała nim. Miała do tego prawo. Miała też prawo obwieścić to, co czuła, wszystkim czytelnikom chicagowskich gazet, co też zrobiła. Jednak korzystanie z tych praw będzie ją kosztowało około dziesięciu milionów dolarów. Tyle, ile będzie wynosiła dodatkowa kwota, jaką będzie musiała zapłacić Intercorpowi za ziemię, którą chciała kupić w Houston.

ROZDZIAŁ 20

    Pan Farrell powiedział, że mam przynieść mu te kontrakty natychmiast, kiedy nadejdą, poinformował Peter pannę Stern późnym popołudniem następnego dnia, używając wyraźnie agresywnego tonu głosu.
    – W takim razie – powiedziała, unosząc do góry cienkie, siwe brwi, sugerowałabym, żeby pan zrobił dokładnie to, o co pan Farrell prosił.
    Peter obrócił się na pięcie, poirytowany, że przegrał kolejną potyczkę słowną z sekretarką, i zapukał w różane drzwi gabinetu Matta Farrella. Był pochłonięty desperacką chęcią wyperswadowania Mattowi pochopnego działania przy zakupie ziemi w Houston i nie zauważył Toma Andersona stojącego w przeciwległym krańcu dużego gabinetu. Tom wpatrywał się w zawieszony przed chwilą na ścianie obraz.
    – Panie Farrell – zaczął Peter – muszę powiedzieć, że mam bardzo mieszane uczucia co do tej transakcji z „Thorpem”.
    – Masz kontrakty?
    – Mam je – niechętnie podał mu dokumenty. – Czy chociaż wysłucha pan tego, co mam do powiedzenia?
    Farrell skinął w kierunku jednego z wiśniowych, pikowanych krzeseł, które stały półkolem przed jego biurkiem.
    – Usiądź, ja przejrzę to i wtedy będziesz mógł powiedzieć, co ci leży na sercu.
    Peter obserwował zdenerwowany, jak Matt, zachowując kamienną twarz, czyta wyczerpująco traktujące problem dokumenty, zobowiązujące Intercorp do wyłożenia gotówką milionów dolarów. Zastanawiał się, czy ten człowiek podlegał kiedykolwiek takim ludzkim słabościom jak zwątpienie, strach, żal, czy też jakimś innym silnym emocjom.
    Peter w ciągu roku, odkąd zaczął pracować w Intercorpie, widział, jak Matt Farrell decydował, że chce coś zrealizować. Jeśli tak było, potrafił natychmiast rozwiązywać problemy, które nie pozwalały jego prawnikom ruszać spraw do przodu. Przezwyciężał też wszelkie przeciwności i doprowadzał w ciągu tygodnia lub dwóch do zamknięcia sprawy. Kiedy miał motywację, żeby osiągnąć jakiś cel, przedzierał się przez piętrzące się na jego drodze trudności jak siejące spustoszenie tornado: z nieubłaganą siłą i kompletnym brakiem emocji.
    Pozostali mężczyźni, którzy współpracowali blisko z Farrellem w jego „ekipie reorganizacyjnej”, lepiej niż Peter potrafili ukrywać zdziwienie i niepewność w odniesieniu do swojego pracodawcy. Peter jednak wyczuwał, że podzielali jego odczucia. Przed dwoma dniami wszyscy pracowali razem do dziesiątej wieczorem; zaprosili go potem na późną kolację. Tom Anderson nie brał w niej udziału, w ostatniej chwili zdecydował, że jeszcze trochę popracuje. W czasie tej kolacji Peter zorientował się, że żaden z tych mężczyzn nie zna Farrella lepiej niż on sam. Wyglądało na to, że Farrell darzył zaufaniem i przyjaźnią jedynie Toma Andersona, chociaż nikt nie wiedział, w jaki sposób tamten sobie te uczucia zaskarbił.
    Jego spekulacje urwały się nagle, kiedy Farrell zrobił dwie zmiany w treści kontraktów, zaparafował je, po czym złożył swój podpis na samym końcu dokumentów. Przesunął je potem w stronę Petera.
    – Z tymi poprawkami kontrakty są w porządku. Co chciałeś mi powiedzieć o tej sprawie?
    – Mam kilka uwag, panie Farrell – odpowiedział Peter, prostując się w krześle. Próbował pozbyć się swojego agresywnego nastawienia. – Po pierwsze, mam wrażenie, że pan finalizuje te transakcje dlatego, że sugerowałem możliwość zarobienia szybkich, dużych pieniędzy przez odsprzedanie tej ziemi firmie Bancroft i S – ka. Wczoraj sądziłem, że to była absolutnie pewna sprawa. Ostatnie półtora dnia spędziłem, zgłębiając operacje „Bancrofta”, przeglądając ich zestawienia finansowe. Wykonałem też kilka telefonów do przyjaciół z Wall Street. Ostatni z moich rozmówców osobiście zna Philipa i Meredith Bancroft…
    – I? – zapytał Farrell, nie okazując większego zainteresowania.
    – I teraz wcale nie jestem taki przekonany, że oni będą mieli możliwości finansowe, żeby kupić te ziemie. Po tym, czego się dowiedziałem, myślę, że są o krok od wpadnięcia w poważne kłopoty.
    – Jakiego rodzaju kłopoty?
    – Wytłumaczenie tego zajęłoby raczej dużo czasu, a są to tylko moje przypuszczenia, bazujące na faktach i mojej intuicji.
    Farrell, zamiast zbesztać go za nieprzechodzenie bezpośrednio do sedna sprawy, czego Peter właściwie oczekiwał, powiedział:
    – Kontynuuj.
    To jedno słowo zachęty usunęło nerwową niepewność Petera. Stał się znowu w pełni sprawnym geniuszem inwestycyjnym, o którym rozpisywały się fachowe pisma już wtedy, kiedy był jeszcze w Harvardzie.
    – W porządku – powiedział. – Przedstawia się to następująco: jeszcze kilka lat temu „Bancroft” miał kilka sklepów w rejonie Chicago i firma była właściwie w zupełnej stagnacji. Mieli antyczne techniki marketingowe, dyrekcja za bardzo wierzyła w „prestiż” nazwiska właścicieli. W tej sytuacji byli na dobrej drodze do wyginięcia, niczym dinozaury. Philip Bancroft, który ciągle jeszcze jest prezydentem firmy, prowadzi ją w taki sam sposób jak jego ojciec, jak głowa rodzinnego klanu, który nie musi naginać swojej działalności do trendów ekonomicznych. Wtedy to pojawiła się jego córka Meredith. Zamiast iść do jakiejś szkoły dla panienek z dobrych domów i zająć się błyszczeniem w kronikach towarzyskich, zdecydowała, że chce zająć prawnie jej się należące miejsce w firmie. Rozpoczęła studia, zdobyła tytuł magisterski na wydziale handlu. Ukończyła ten wydział z wyróżnieniem, co absolutnie nie wywołało entuzjazmu jej ojca. Próbował ją zniechęcić do pracy w „Bancrofcie”, każąc jej zaczynać od stanowiska urzędniczki w dziale bieliźnianym.
    Przerywając na chwilę, Peter wyjaśnił:
    – Naświetlam tak dokładnie całą sytuację, żeby wyrobił pan sobie zdanie o tym, kto naprawdę prowadzi tę firmę.
    – Mów dalej – powiedział Farrell, ale wyglądał na znudzonego. Zaczął czytać leżące na biurku sprawozdanie.
    – W czasie następnych kilku lat – uparcie ciągnął Peter – panna Bancroft przechodziła wszystkie szczeble pracy w firmie, zdobywając po drodze świetne informacje na temat wszystkiego, co ma związek z handlem. Kiedy awansowała do działu towarowego, rozpoczęła batalię, żeby „Bancroft” zaczął sprzedawać towary opatrzone ich własnym znakiem firmowym. Było to doskonałe posunięcie i powinni byli to zrobić dużo wcześniej. Kiedy ten pomysł zaczął przynosić duże zyski, papa przeniósł ją do przynoszącego straty działu meblowego. I tam nie poniosła porażki. Wymyśliła specjalny dział „zabytkowych mebli muzealnych”, który został opisany we wszystkich gazetach i sprowadził do sklepu klientów podziwiających wypożyczone z muzeów antyki. Kiedy ludzie zwiedzali ten dział, trafiali też naturalnie do zwykłego działu meblowego i nagle zaczęli kupować meble nie w sklepach na przedmieściach, ale właśnie w „Bancrofcie”.
    Wtedy z kolei papa uczynił ją dyrektorem działu public relations. Była to nic nie znacząca funkcja. Wymagała ona jedynie od czasu do czasu jej aprobaty dla jakiejś dotacji na cele charytatywne, czy też nadzorowania dorocznego pokazu bożonarodzeniowego. Panna Bancroft szybko pomyślała o innych corocznych imprezach, które sprowadziły klientelę do sklepu. Nie ograniczyła się jednak tylko do zwykle organizowanych pokazów mody. Zaprzęgła też do działania rodzinne kontakty towarzyskie w orkiestrze symfonicznej, operze, muzeum sztuki itp. Na przykład, spowodowała, że Chicagowskie Muzeum Sztuki przeniosło do sklepu jedną ze swoich ekspozycji, nakłoniła też zespół baletowy, żeby w czasie świąt Bożego Narodzenia wystawił w audytorium sklepu „Dziadka do orzechów”. Naturalnie, wszystko to spowodowało wielkie zainteresowanie mediów, co z kolei umocniło pozycję firmy w świadomości mieszkańców miasta i pogłębiło jeszcze elitarny charakter „Bancrofta”. Sklep odnotował rekordowe ilości klientów, a ojciec przeniósł ją do działu kolekcji mody, gdzie znowu przeszła samą siebie. Swój sukces w tym dziale zawdzięczała zarówno swojemu wyglądowi, jak i szczególnym talentom w dziedzinie mody. Widziałem jej zdjęcia w gazetach. Ona ma nie tylko wielką klasę, ona jest zachwycająca. Niektórzy europejscy kreatorzy mody byli najwyraźniej tego samego zdania, kiedy próbowała namówić ich do powierzenia „Bancroftowi” prezentowania ich kolekcji. Jeden z nich, którego kolekcje mógł do tej pory prezentować tylko „Bergdorf Goodman”, przystał na jej propozycje. Zgodził się, żeby to „Bancroft” miał wyłączność na reprezentowanie jego firmy, pod warunkiem że panna Bancroft sama będzie się pokazywać w jego kreacjach. Następnie zaprojektował dla niej całą kolekcję. Oczywiście była fotografowana w tych sukniach przy okazji wielu wydarzeń towarzyskich. Zrobiła furorę wśród przedstawicieli mediów i publiczności, kiedy zobaczyli ją w tych kreacjach. Kobiety nieprzerwaną falą zaczęły napływać do działu kolekcji „Bancrofta”. Zyski tego europejskiego kreatora podskoczyły, podskoczyły też zyski „Bancrofta”, a kilku innych projektantów, chcąc podłączyć się pod ich sukces, przeniosło swoje kolekcje z innych sklepów do „Bancrofta”.
    Farrell posłał mu znad czytanego sprawozdania niecierpliwe spojrzenie.
    – Dlaczego to wszystko opowiadasz?
    – Już właśnie dochodzę do sedna sprawy. Panna Bancroft jest, tak jak jej przodkowie, kupcem, ale jest specjalnie utalentowana w dziedzinie ekspansji planowania perspektywicznego. To jest to, do czego dąży teraz. Jakimś cudem zdołała przekonać ojca i cały niezbyt postępowy zarząd „Bancrofta” do rozpoczęcia programu ekspansji firmy do innych miast i otwarcia tam sklepów. Żeby sfinalizować ten plan, musieli zgromadzić setki milionów dolarów. Zabrali się do tego w klasyczny sposób. Pożyczyli ze swojego banku, ile tylko mogli, po czym wprowadzili firmę na giełdę. Sprzedawali udziały na Nowojorskiej Giełdzie.
    – To niczego nie zmienia!
    – Nie zmieniałoby to niczego, gdybyśmy nie brali pod uwagę dwóch spraw: rozwijają się tak szybko, że są w długach po same uszy, a większość swoich zysków zużywają, żeby otwierać kolejne sklepy. W rezultacie nie mają wystarczającej ilości wolnej gotówki, żeby wytrzymać jakieś znaczne przedsięwzięcia ekonomiczne. Szczerze mówiąc, nie wiem, w jaki sposób mają zamiar zapłacić za ziemię w Houston i czy będą mogli to w ogóle zrobić. Po drugie, nastąpiła ostatnio seria agresywnych wchłonięć jednych domów towarowych przez inne. Jeśli ktoś chciałby przejąć „Bancrofta”, nie zdołaliby podjąć walki i wygrać jej. Są najlepszym obiektem dla kogoś, kto chciałby ich przejąć. Myślę też – stwierdził Peter, zniżając głos dla podkreślenia wagi tego, co miał zamiar powiedzieć – że ktoś inny to już zauważył.
    Obserwował, jak twarz Farrella przybrała dziwny wyraz. Mogło to uchodzić za rozbawienie lub uczucie satysfakcji zamiast zaniepokojenia, czego oczekiwał Peter.
    – Czy tak istotnie jest?
    Peter skinął potakująco głową niepewny z powodu tak dziwnej reakcji na coś, co powinno być alarmującą nowiną.
    – Wydaje mi się, że ktoś zaczął już ukradkiem wykupywać wszystkie akcje „Bancrofta”, które tylko wpadną mu w ręce. Wykupuje je w na tyle małych pakietach, żeby nie zaalarmować „Bancrofta”, Wall Street, czy też komisji papierów wartościowych. – Wskazując na ekrany komputerów wbudowanych w blat za biurkiem, Peter zapytał: – Mogę?
    Farrell skinął głową, a Peter wstał i podszedł do komputerów. Dwa pierwsze przetwarzały informacje ze wszystkich działów Intercorpu. Na ekranach wyświetlone były dane, które Farrell najwyraźniej przeglądał wcześniej. Ekran trzeciego komputera był ciemny i to jego użył Peter, żeby wywołać dane, na których pracował w swoim biurze. W chwilę później wskaźnik Dow Jones pojawił się na ekranie. Przerwał wyświetlanie tych danych i wprowadził inny zestaw poleceń. Na ekranie zajaśniał nagłówek:
    Przebieg sprzedaży Bancroft i Spółka,
    Kod Sprzedaży BiC
    – Proszę spojrzeć na to – Peter wskazał na kolumnę danych na ekranie. – Jeszcze sześć miesięcy temu akcje „Bancrofta” miały prawie taką samą wartość, jak przez ostatnie dwa lata. Cena sprzedaży wynosiła dziesięć dolarów za jeden udział. Do tamtego momentu obracano tygodniowo średnio stu tysiącami udziałów. A teraz proszę popatrzeć – przesunął palcem w dół lewej kolumny. – W czasie ostatnich sześciu miesięcy te cyfry rosły, aż teraz jest to prawie dwanaście dolarów za udział, a ilość sprzedawanych udziałów rośnie z miesiąca na miesiąc.
    Nacisnął inny klawisz i ekran zgasł. Marszcząc brwi, odwrócił się do Farrella.
    – To tylko przeczucie, ale myślę, że ktoś być może próbuje uzyskać kontrolę nad tą firmą.
    Matt wstał, gwałtownie przerywając i definitywnie kończąc dyskusję.
    – To może być to albo inwestorzy po prostu sądzą, że „Bancroft” to dobra, długoterminowa inwestycja. Kontynuujemy działania związane z zakupem ziemi w Houston.
    Peter zorientował się, że został właśnie odprawiony, i nie pozostawało mu nic innego, jak tylko wziąć podpisany kontrakt i postąpić zgodnie z otrzymaną instrukcją.
    – Panie Farrell – powiedział z wahaniem. – Zastanawiam się, dlaczego to mnie wysyła pan do Houston, żebym przeprowadził te negocjacje. Nigdy tego nie robiłem.
    – To nie powinna być skomplikowana transakcja – Matt uśmiechnął się zachęcająco. – Będzie to dla ciebie ciekawe poszerzające horyzonty doświadczenie. O ile sobie przypominam, to z tych właśnie powodów chciałeś pracować dla Intercorpu.
    – Tak było, zgadza się – odparł Peter przepełniony dumą, że Farell obdarzył go zaufaniem.
    Jednak kiedy już ruszał w stronę drzwi, doznał bardzo poważnego uszczerbku, słysząc, jak Matt dodał:
    – Peter, nie spartacz tego!
    – Nie spartaczę – zapewnił, ale ostrzeżenie brzmiące w głosie Farrella zrobiło na nim wrażenie.
    Tom Anderson, który przez cały czas maglowania Vanderwilda stal przy oknie, nie odzywając się, przemówił, skoro tylko tamten wyszedł.
    – Matt – powiedział rozweselony, zasiadając na krześle przed jego biurkiem – kompletnie wystraszyłeś tego dzieciaka.
    – Ten dzieciak – powiedział sucho Matt – ma iloraz inteligencji sto sześćdziesiąt pięć i już teraz zarobił dla Intercorpu kilka milionów dolarów. Zatrudnienie go okazało się świetną inwestycją.
    – A ta ziemia w Houston też jest świetną inwestycją?
    – Myślę, że tak.
    – To dobrze – odpowiedział Tom, siadając i wyciągając przed siebie długie nogi. – Okropna byłaby świadomość, że wydajesz fortunę tylko po to, żeby odegrać się na jakiejś damie z towarzystwa, która obraziła cię w obecności dziennikarki.
    – Dlaczego miałbyś pomyśleć coś takiego? – zapytał Matt, ale w jego oczach błysnęło sardoniczne rozbawienie.
    – Sam nie wiem. W niedzielę przypadkowo przeczytałem w gazetach, że w operze jakaś dzierlatka o nazwisku Bancroft nie zachowała się grzecznie w stosunku do ciebie. A dzisiaj proszę, podpisujesz kontrakt na zakup czegoś, co ona chce kupić. Powiedz mi… ile ta ziemia będzie kosztować Intercorp?
    – Prawdopodobnie dwadzieścia milionów.
    – A ile będzie musiała wyłożyć panna Bancroft, żeby kupić ją od nas?
    – Diablo więcej.
    – Matt – zaczął Tom wolno, z udawaną obojętnością – pamiętasz ten wieczór przed ośmioma laty, kiedy mój rozwód z Marilyn stał się faktem?
    Pytanie zaskoczyło Matta, ale tamten moment pamiętał nieźle. Żona Toma w kilka miesięcy po tym, jak Tom zaczął pracować dla niego, oświadczyła, że ma romans i chce rozwodu. Tom był zbyt dumny, żeby prosić, i za bardzo zdruzgotany, żeby walczyć. Wyprowadził się z domu, ale aż do dnia rozwodu wierzył, że ona zmieni zdanie. Tamtego dnia nie przyszedł do pracy, nie zadzwonił nawet. O szóstej wieczorem Matt już wiedział, dlaczego tak się stało. Tom zadzwonił z komisariatu policji, gdzie został zatrzymany za pijaństwo i zakłócanie spokoju.
    – Niewiele pamiętam z tego wieczoru poza tym, że spiliśmy się.
    – Ja już byłem pijany – skorygował Tom z krzywym uśmieszkiem. – Potem wykupiłeś mnie z więzienia i wtedy już razem upiliśmy się – ciągnął, uważnie przyglądając się Mattowi. – Przypominam sobie niejasno, że pocieszałeś mnie tego wieczoru, przytaczając swoje przykre doświadczenia z damą o imieniu Meredith, która porzuciła cię, czy coś w tym rodzaju. Tyle tylko, że nie nazywałeś jej damą, ale „małą rozpuszczoną suką”. W jakimś momencie, zanim urwał mi się film, uzgodniliśmy, że kobiety o imionach zaczynających się od litery M to nic dobrego, dla nikogo.
    – Masz zdecydowanie lepszą pamięć niż ja – powiedział wymijająco Matt, ale Tom dostrzegł ledwo widoczne napięcie mięśni twarzy Matta na wspomnienie tego imienia. Wyciągnął z tego natychmiastowe i nie mijające się z prawdą wnioski.
    – Tak więc – kontynuował z uśmiechem – skoro już ustaliliśmy, że tamta Meredith to Meredith Bancroft, może powiedziałbyś, co takiego zdarzyło się między wami, że ciągle jeszcze się nienawidzicie?
    – Nie, nie powiedziałbym – mówiąc to, Matt wstał i podszedł do stolika przy kanapach, gdzie były rozłożone projekty budowy w Southville. – Skończmy dyskusję o Southville.

ROZDZIAŁ 21

    Ruch uliczny był zablokowany na kilku przecznicach w pobliżu skrzyżowania, przy którym mieścił się „Bancroft”. Tłumy robiących zakupy ludzi otulonych szczelnie płaszczami wchodziły na pasy przy czerwonym świetle. Pochylali głowy, chroniąc się przed smagającym ich wiatrem, który nabierał rozpędu nad jeziorem Michigan i szalał po śródmieściu Chicago. Klaksony aut trąbiły, a kierowcy przeklinali pieszych, z powodu których nie zdążali przejechać przy zielonym świetle. Meredith obserwowała ze swojego czarnego BMW, jak grupy klientów zatrzymywały się przy oknach wystawowych „Bancrofta” i potem wchodziły do środka. Na dworze oziębiło się bardzo, a to zawsze sprowadzało do sklepu tych, którzy chcieli unikać tłoku przed świętami. Tego dnia jednak nie myślała o liczbie klientów wchodzących do sklepu.
    Za dwadzieścia minut miała formalnie zaprezentować zarządowi sprawę sklepu w Houston. Pomimo że już uzyskała wstępną akceptację projektu, nie mogła jednak podejmować dalszych kroków bez formalnej zgody, jaką mieli wyrazić tego poranka.
    Kiedy Meredith wysiadła na czternastym piętrze, biurko jej sekretarki otaczały cztery inne dziewczyny. Zatrzymała się tam i zerknęła im przez ramię, oczekując, że zobaczy kolejne wydanie „Playgirl”, takie jak to, nad którym debatowały w ubiegłym miesiącu.
    – Co się dzieje? – zapytała. – Następny męski adonis?
    – Nie, to nie to – powiedziała Phyllis. Pozostałe sekretarki rozpierzchły się, a Phyllis podążyła za Meredith do jej gabinetu. Z rozbawieniem wznosząc oczy do góry, wyjaśniła: – Pam zamówiła kolejny wydruk swojego horoskopu na następny miesiąc. Ten przepowiada, że czeka ją prawdziwa miłość, fortuna i sława.
    Meredith, równie rozbawiona, uniosła brwi.
    – Myślałam, że to było w poprzednim.
    – Było. Powiedziałam jej, że za piętnaście dolarów sama przygotuję jej następny. – Obydwie kobiety zaśmiały się zgodnie, po czym zajęły się sprawami służbowymi. – Za dwie minuty rozpoczyna się spotkanie zarządu – przypomniała jej Phyllis.
    Meredith skinęła głową i wzięła notatnik ze swoimi zapiskami.
    – Czy makieta sklepu jest w sali?
    – Tak. Przygotowałam też projektor do slajdów.
    – Jesteś niezastąpiona – powiedziała Meredith i naprawdę tak myślała. Z notatnikiem w ręku ruszyła w stronę drzwi, ale odwróciła się jeszcze i powiedziała: – Zadzwoń do Sama Greena i powiedz mu, żeby był gotowy na spotkanie ze mną, jak tylko skończę z zarządem. Chciałabym, żebyśmy przejrzeli razem wstępny projekt kontraktu na zakup ziemi w Houston. Najlepiej by było, gdyby Thorp Development dostał go pod koniec tygodnia. Przy odrobinie szczęścia będę miała dzisiaj do południa aprobatę zarządu.
    Phyllis podniosła słuchawkę aparatu Meredith, żeby zadzwonić do radcy prawnego firmy i unosząc kciuk ku górze w podtrzymującym na duchu geście, dodała:
    – Rozłóż ich na obie łopatki.
    Sala konferencyjna zarządu wyglądała niemal tak samo jak przed pięćdziesięciu laty; teraz jednak w dobie szkła, mosiądzu i chromu w tym potężnym wnętrzu czuło się nostalgiczny przepych. Wrażenie robiły orientalne dywany, misterne rzeźbienia na wyłożonych ciemną boazerią ścianach i angielskie krajobrazy, oprawione w barokowe ramy. Przez środek wielkiego pokoju ciągnął się masywy, rzeźbiony stół. Był długi na dziesięć metrów. Dookoła niego stało ustawionych w równych odstępach dwadzieścia ozdobnie rzeźbionych, wyściełanych amarantowym aksamitem krzeseł. Środek stołu zajmowała duża, zabytkowa srebrna waza wypełniona czerwonymi i białymi różami. Obok stały serwisy do kawy i herbaty. Filiżanki do kawy były porcelanowe, ręcznie malowane w drobne różyczki i winogrona ze złotymi obwódkami. Srebrne pucharki, oszronione od nalanej do nich wody z lodem, były ustawione też w równych odległościach wzdłuż stołu.
    Pokój ten z powodu swojej wielkości i ciężkich, rzeźbionych mebli sprawiał wrażenie sali tronowej, co jak Meredith podejrzewała, było dokładnie zamiarem jej dziadka, kiedy przed półwiekiem zlecał ich zrobienie. Czasami nie mogła zdecydować, czy to pomieszczenie było ładne czy brzydkie. Zawsze kiedy tu wchodziła, czuła się częścią historii. Tego poranka jednak jej myśli koncentrowały się raczej na tworzeniu historii przez otwarcie kolejnego sklepu niż na rozpamiętywaniu przeszłości.
    – Dzień dobry, panowie – powiedziała z szerokim, profesjonalnym uśmiechem do dwunastu konserwatywnie ubranych, siedzących wokół stołu mężczyzn. Mieli oni moc zaakceptowania bądź też odrzucenia jej houstońskiego projektu.
    Z wyjątkiem Parkera, którego uśmiech był ciepły, i starego Cyrusa Fortella, który uśmiechał się lubieżnie, w grzecznym, chóralnym „dzień dobry” odpowiadającym na jej powitanie brzmiała wyraźna rezerwa. Wiedziała, że częściowo była spowodowana świadomością mocy, jaką posiadali, część zaś miała źródło w prostym fakcie, że już kilkakrotnie przeforsowywała i przekonywała ich do inwestowania zysków „Bancrofta” raczej w dalszy rozwój firmy niż do wypłacania wysokich dywidend akcjonariuszom, czyli im samym. Przede wszystkim jednak zachowywali rezerwę i mieli się na baczności, ponieważ była dla nich zagadką. Nie wiedzieli, jak z nią postępować. Pomimo że była wiceprezydentem, nie była jednak członkiem zarządu, przewyższali ją więc w hierarchii. Z drugiej jednak strony była Bancroftem, bezpośrednią następczynią fundatora firmy. Należał jej się z tego powodu respekt. Jej własny ojciec, który był i Bancroftem, i członkiem zarządu, ledwo ją tolerował, nic poza tym. Wszyscy wiedzieli, że nigdy nie chciał, żeby pracowała dla Bancroft i S – ka; zdawali też sobie sprawę z tego, że sprawdzała się pod każdym względem i że jej wkład w działalność firmy był olbrzymi. W efekcie tego wszystkiego członkowie zarządu znaleźli się w sytuacji, która z ludzi odnoszących sukcesy, pewnych siebie przekształciła ich w osoby zbyt pobudliwe i gwałtowne – niepewne swoich posunięć. Ponieważ to Meredith w pewnym sensie była przyczyną ich nieprzyjemnych odczuć, często bez żadnego konkretnego powodu reagowali na nią negatywnie.
    Rozumiała to wszystko i nie pozwoliła, żeby ich mało zachęcające miny zmąciły jej pewność siebie. Zajęła swoje miejsce przy końcu stołu i czekała na pozwolenie ojca, żeby rozpocząć prezentację.
    – Skoro Meredith już tu jest – powiedział tonem dającym do zrozumienia, że się spóźniła i że musieli na nią czekać – sądzę, że możemy rozpocząć zebranie.
    Meredith czekała, aż zostanie odczytane sprawozdanie z ostatniego zebrania zarządu, ale uwagę jej przyciągała makieta sklepu w Houston, którą Phyllis wcześniej zainstalowała w sali. Patrzyła na wspaniałe centrum handlowe w stylu hiszpańskim. Zostało zaprojektowane przez architekta tak, żeby w obrębie tego samego dziedzińca znalazło się miejsce i dla innych sklepów. Czuła, jak jej determinacja umacnia się, a pewność siebie rośnie. Houston było idealnym miejscem dla tego nowego członka rozrastającej się rodziny sklepów „Bancrofta”. Bliskość tego miejsca do houstońskiej Gallerii zapewniała sukces „Bancrofta” z chwilą otwarcia jego podwojów. Kiedy sprawozdanie zostało przyjęte, Nolan Wilder jako przewodniczący zarządu formalnie zapowiedział, że Meredith chciałaby przedstawić do ich akceptacji ostateczne dane i plany dotyczące sklepu w Houston.
    Meredith wstała i podeszła do projektora. W tym momencie w jej stronę zwróciło się dwanaście męskich głów.
    – Panowie – zaczęła – rozumiem, że mieliście już okazję zapoznać się z modelem architektonicznym?
    Dziesięciu z nich skinęło głową, jej ojciec spojrzał w kierunku makiety, a Parker posłał jej po części dumny i jednocześnie zabarwiony zdziwieniem uśmiech, jakim ją zwykle obdarzał, widząc, jak wykonuje swoją pracę. Wyglądało to tak, jakby nie w pełni zdawał sobie sprawę z tego, dlaczego upiera się, żeby to robić, ale był zadowolony, że tak dobrze sobie radzi. Zasiadał w zarządzie jako bankier firmy, ale Meredith wiedziała, że nie zawsze może liczyć na jego poparcie. Był panem siebie; rozumiała to od samego początku i szanowała go za to.
    – Na poprzednich zebraniach przedyskutowaliśmy większość danych związanych z kosztami – zaczęła, sięgając do tyłu i przyciemniając światła – postaram się więc pokazywać panom te slajdy tak szybko, jak to możliwe. – Nacisnęła przycisk na pilocie projektora i pierwszy slajd przedstawiający oczekiwane koszty budowy sklepu wskoczył na swoje miejsce. – Zgodnie z tym, co uzgodniliśmy wcześniej, sklep w Houston będzie miał dziewięćdziesiąt tysięcy metrów kwadratowych powierzchni. Nasze projektowane koszty budowy to trzydzieści dwa miliony dolarów. Na tę kwotę składają się koszty naszego sklepu, koszty stałe, koszty budowy parkingu, oświetlenia, wszystkiego. Ziemia, którą mamy kupić od Thorp Development, to będzie dodatkowe dwadzieścia do dwudziestu trzech milionów dolarów w zależności od naszych ostatecznych negocjacji z nimi. Kolejnych dwudziestu milionów będziemy potrzebowali na zaopatrzenie.
    – To maksymalnie siedemdziesiąt pięć milionów – przerwał jeden z dyrektorów – a prosisz nas o zaakceptowanie wydania siedemdziesięciu siedmiu milionów.
    – Te dwa miliony przewidziane są na pokrycie kosztów poprzedzających otwarcie sklepu – wyjaśniła. – Jeśli spojrzycie panowie na czwartą linijkę na ekranie, zobaczycie, że ta suma pokrywa koszty uroczystego otwarcia sklepu, reklamę itp.
    Nacisnęła przycisk i kolejny slajd znalazł się we właściwym miejscu. Przedstawiał o wiele wyższe koszty projektu.
    – Ten slajd – wyjaśniła – obrazuje ewentualne koszty budowy całego centrum handlowego, gdybyśmy nie odkładali tego na później, a zdecydowali się na taką inwestycję przy okazji budowy naszego sklepu. Wiecie już, że jestem absolutnie przekonana, że powinniśmy budować całość. Dodatkowe koszty wynoszą pięćdziesiąt dwa miliony, ale zwróciłyby się nam z wynajmu powierzchni sklepowej.
    – To by się nam zwróciło, tak – stwierdził z irytacją jej ojciec – ale nie natychmiast, jak to sugerujesz.
    – Czy ja to sugerowałam? – zapytała uprzejmie Meredith. Uśmiechnęła się do niego i pozwoliła, żeby chwila ciszy stała się reprymendą za jego niesprawiedliwość i niecierpliwość. Przekonała się już, że kiedy zachowywał się irracjonalnie, był to przynoszący najlepsze efekty sposób radzenia sobie z nim. Jednak mimo wszystko w jego głosie brzmiało napięcie. Od czasu ataku serca zdarzało mu się to często. Poczuła ostry skurcz strachu i musiała go opanować.
    – Czekamy na ciąg dalszy – ponaglił ją. Tonem spokojnej argumentacji kontynuowała:
    – Niektórzy z was uważają, że powinniśmy poczekać z budową całego centrum. Moim zdaniem są trzy bardzo ważne powody, żeby budować to wszystko jednocześnie.
    – Tak dla porządku, co to za powody? – zapytał inny członek zarządu, nalewając sobie wody z lodem.
    – Po pierwsze, bez względu na to, czy będziemy budować całe centrum czy nie, musimy wykupić cały ten teren. Jeśli ruszymy z budową centrum w tym samym czasie, kiedy będziemy budować nasz sklep, zaoszczędzimy kilka milionów dolarów na kosztach konstrukcyjnych. Jak wszyscy wiemy, jeśli budujemy wszystko razem, płacimy za metr kwadratowy mniej, niż gdybyśmy dobudowywali później. Po drugie, ceny w budownictwie muszą wzrosnąć razem ze wzrostem gospodarczym Houston. Po trzecie, jeśli będziemy mieli w naszym centrum innych, pieczołowicie dobranych najemców, pomogą oni sprowadzić więcej klientów do naszego sklepu. Czy są jeszcze jakieś pytania? – zapytała, a ponieważ nikt się nie odezwał, przeszła do pozostałych slajdów. – Jak widzicie, panowie, nasza regionalna grupa badawcza dogłębnie przeanalizowała lokalizację, którą wybrałam dla sklepu w Houston. Uzyskała ona z ich strony najwyższą z możliwych ocen. Prognozy demograficzne dla tego rejonu są idealne, nie ma barier terenowych…
    Te wyjaśnienia przerwał Cyrus Forteli, osiemdziesięcioletni rozpustnik, który w zarządzie „Bancrofta” zasiadał już od pięćdziesięciu lat. Jego spojrzenie na świat było równie niedzisiejsze, jak brokatowa kamizelka i laska z rękojeścią z kości słoniowej, którą zawsze nosił ze sobą.
    – Dla mnie, pannico, to tylko jeden wielki bełkot – oznajmił piskliwym, pełnym irytacji głosem. – „Prognozy demograficzne”, „bariery terenowe”, „regionalna grupa badawcza”. Co to tak naprawdę znaczy, to chcę wiedzieć!
    Meredith znała Cyrusa od dzieciństwa i czuła w tej chwili w stosunku do niego mieszaninę rozdrażnienia i sentymentu. Pozostali członkowie zarządu uważali, że zaczyna tracić rozum, i planowali przeniesienie go na emeryturę.
    – To znaczy, Cyrusie, że grupa ludzi specjalizujących się w wybieraniu najlepszych miejsc na otwarcie sklepów pojechała do Houston i przeanalizowała zalety i wady miejsca, które wybrałam. Uważają, że prognozy demograficzne…
    – Demo – co? – zadrwił. – Kiedy ja otwierałem drogerie wszerz i wzdłuż kraju, nie istniało nawet takie słowo! Co to znaczy?
    – Używam teraz tego słowa jako określenia charakterystyki ludzkiej populacji w rejonie tego sklepu; w jakim są wieku, ile zarabiają…
    – W dawnych czasach w ogóle nie zwracałem na to uwagi – upierał się poirytowany, spoglądając na zniecierpliwione twarze zgromadzonych przy stole ludzi. – Po prostu nie robiłem nic takiego. Kiedy chciałem otworzyć sklep, wysyłałem ludzi, żeby go zbudowali i wypełnili towarem, i już interes się kręcił.
    – W dzisiejszych czasach wygląda to trochę inaczej, Cyrusie – powiedział Ben Houghton. – Teraz tylko słuchaj, żebyś mógł głosować nad tym, co mówi Meredith.
    – Nie mogę głosować nad czymś, czego nie rozumiem, prawda? – zaprotestował, nastawiając głośniej schowany w kieszeni aparat słuchowy podłączony do słuchawki tkwiącej w uchu. Spojrzał na Meredith. – Kontynuuj, moja droga. Rozumiem już teraz, że wysłałaś do Houston bandę ekspertów, którzy odkryli, że w okolicy mieszkają ludzie na tyle dorośli, żeby mogli dotrzeć do twojego sklepu na piechotę albo pojazdami silnikowymi i którzy mają w kieszeniach wystarczającą ilość pieniędzy, żeby podzielić się ich częścią z „Bancroftem”. Tak to mniej więcej wygląda?
    Meredith stłumiła uśmiech, co też zrobili i inni.
    – Zgadza się, mniej więcej tak to wygląda – przyznała.
    – Dlaczego więc nie powiedziałaś tego? Denerwuje mnie, kiedy młodzi ludzie komplikują każdą najmniejszą rzecz przez używanie tych mądrych słów. Robicie to chyba tylko po 10, żeby nas zbijać z tropu. Teraz powiedz, co to są bariery terenowe?
    – No cóż – powiedziała Meredith – bariery terenowe to wszystko to, czego potencjalny klient może nie chcieć napotkać, jadąc do naszego sklepu. Na przykład, jeśli musieliby jechać przez rejon przemysłowy albo przez niepewną okolicę, żeby dostać się do naszego sklepu, to byłyby właśnie bariery terenowe.
    – Czy w pobliżu tego miejsca w Houston jest coś takiego?
    – Nie, nie ma.
    – W takim razie, głosuję „za” – obwieścił i Meredith ukryła uśmiech.
    – Meredith – zdecydowany głos jej ojca uniemożliwił Cyrusowi jakiekolwiek dalsze komentarze… – czy masz coś jeszcze do dodania, zanim zarząd rozpocznie głosowanie?
    Spojrzała na nieprzeniknione twarze siedzących przy stole mężczyzn i potrząsnęła przecząco głową.
    – Na poprzednich posiedzeniach zarządu przedyskutowaliśmy ten projekt dogłębnie i szczegółowo. Nie mam nic więcej do dodania. Chciałabym jednak podkreślić raz jeszcze, że „Bancroft” może pomyślnie konkurować z innymi domami handlowymi tego typu jedynie poprzez rozwój. – Była ciągle niepewna, czy będą głosować za projektem czy nie, i dlatego spróbowała jeszcze jedną uwagą zyskać ich poparcie. – Jestem pewna, że nie muszę przypominać członkom zarządu, że każdy z naszych pięciu nowo otwartych sklepów wykazuje dochody dorównujące albo przewyższające nasze przewidywania. Wierzę, że te sukcesy zawdzięczamy pieczołowitości, z jaką dobieraliśmy ich lokalizację.
    – Pieczołowitości, z jaką ty dobierałaś ich lokalizację – poprawił ją ojciec.
    Spojrzał przy tym na nią tak chłodno i surowo, że dopiero po chwili dotarło do niej, że właściwie był to komplement. Nie po raz pierwszy obdarzył ją tak wstrzemięźliwą pochwałą. To, że powiedział to teraz i wobec całego zarządu, uznała za wysoce podbudowujący znak. Może znaczyło to, że miał zamiar nie tylko poprzeć projekt houstoński, ale też prosić zarząd o zaakceptowanie jej jako swojej zastępczyni w czasie urlopu.
    – Dziękuję – powiedziała z prostotą i usiadła.
    Philip sprawiając wrażenie, jakby nie bardzo wiedział, za co mu dziękuje, zwrócił się do Parkera:
    – Rozumiem, że twój bank w dalszym ciągu jest gotów pożyczyć fundusze na sfinansowanie tego projektu, o ile oczywiście zarząd go zaaprobuje?
    – Zamierzamy, Philipie, ale tylko na warunkach, jakie przedyskutowaliśmy na poprzednim posiedzeniu.
    Meredith od tygodni znała te warunki, ale mimo to przygryzła wargę, żeby ukryć panikę, jaką poczuła na wzmiankę na ich temat. Bank Parkera, a ściśle mówiąc, jego własny zarząd, dokonał formalnego przeglądu potężnych sum pieniędzy, jakie pożyczyli „Bancroftowi” w ciągu ostatnich kilku lat. Zaczęli odczuwać podenerwowanie astronomicznymi cyframi, do jakich te pożyczki urosły. W zamian za przyznanie kolejnych pożyczek na sklep w Phoenix, a teraz w Houston, zarząd banku nalegał na wprowadzenie pewnych nowych warunków. Dokładnie rzecz biorąc, ona i jej ojciec mieli osobiście gwarantować te pożyczki. Mieli utworzyć dodatkowe ich zabezpieczenie własnymi akcjami „Bancrofta”. Meredith ryzykowała swoje własne pieniądze i świadomość tego trochę ją przerażała. Poza akcjami „Bancrofta” i pensją, jedynymi pieniędzmi, jakie miała, był spadek po dziadku. To właśnie ten spadek miał stanowić dodatkowe zabezpieczenie pożyczki na sklep w Houston.
    Kiedy jej ojciec zabrał głos, stało się jasne, że w dalszym ciągu był zły na swojego bankiera, którego wymagania uznawał za oburzające.
    – Wiesz, co myślę o twoich specjalnych warunkach, Parker. Biorąc pod uwagę fakt, że Reynolds Mercantile jest jedynym bankiem, z którego „Bancroft” korzysta od ponad osiemdziesięciu lat, uważam to nagłe żądanie wprowadzenia osobistych gwarancji i dodatkowego zabezpieczenia nie tylko za niesłychane, ale za obrażające.
    – Rozumiem, co czujesz – powiedział spokojnie Parker. – Nawet zgadzam się z tobą, i wiesz o tym. Miałem dziś rano kolejne spotkanie ze swoim zarządem. Próbowałem wpłynąć na nich, żeby albo zrezygnowali z żądania wprowadzenia tych obostrzeń, albo chociaż je złagodzili. Nie udało mi się to. Jednak – ciągnął, patrząc na mężczyzn zgromadzonych wokół stołu dla podkreślenia, że i do nich kieruje te słowa – ich nalegania na wprowadzenie dodatkowych zabezpieczeń i osobistych gwarancji nie są odzwierciedleniem ich opinii co do wartości Bancroft i S – ka jako pożyczkobiorcy.
    – Dla mnie to brzmi właśnie dokładnie tak – obwieścił leciwy Cyrus. – To brzmi tak, jakby twój bank uważał Bancroft i S – ka za potencjalnie niewypłacalną firmę!
    – Tak nie jest. To fakt, że w czasie ostatniego roku ekonomiczny klimat wokół sieci domów handlowych stał się mniej niż dobry. Dwa z nich musiały się uciec do zastosowania specjalnych procedur, żeby przy próbie reorganizacji uniknąć zamknięcia przez kredytodawców. Jest to jeden z czynników, jaki wpłynął na. naszą decyzję. Równie ważne jest to, że od czasu kryzysu banki padają nieporównanie częściej niż kiedykolwiek. W efekcie większość banków stała się bardzo ostrożna, jeśli chodzi o pożyczanie zbyt wielkich sum jakiemukolwiek jednostkowemu pożyczkobiorcy. Tak więc, my także musimy się starać zadowolić kontrolerów bankowych, którzy dokłada niej niż zwykle sprawdzają wszystkie pożyczki, jakich udzielamy. Wymagania pożyczkowe są teraz bardzo zaostrzone.
    – Wygląda na to, że powinniśmy poszukać sobie innego banku – zasugerował Cyrus, patrząc raźno po wszystkich twarzach, – Oto, co bym zrobił! Powiedziałbym naszemu Parkerowi, żeby poszedł do diabła, a my zdobędziemy pieniądze gdzie indziej!
    – Moglibyśmy próbować znaleźć inne źródła finansowania – powiedziała Meredith do Cyrusa. Desperacko próbowała oddzielić swoje uczucia do Parkera od tej dyskusji. Bank Parkera daje nam jednak bardzo korzystne oprocentowanie. Trudno by nam było uzyskać takie gdzie indziej. On naturalnie…
    – Nie ma w tym nic naturalnego – przerwał jej Cyrus. Obrzucił ją aprobującym spojrzeniem, które balansowało na granicy lubieżności, po czym zwrócił się oskarżycielsko do Parkera: – Jeśli ja miałbym poślubić tę młodą, wspaniałą kobietę, naturalne byłoby to, że chciałbym jej dać wszystko, czego tylko zapragnie, a nie zabierać jej wszystko, co posiada!
    – Cyrusie – upomniała go Meredith, zastanawiając się, dlaczego niektórzy starzy ludzie zarzucają dobre maniery i zachowują się jak wchodzące w wiek dojrzewania nastolatki – rozpatrujemy tu sprawy zawodowe.
    – Kobiety nie powinny zajmować się interesami, o ile nie są brzydkie i nie mają kłopotu ze znalezieniem mężczyzny, który by o nie dbał. Za moich czasów taka piękna dziewczyna jak ty siedziałaby w domu, robiąc rzeczy tak naturalne jak rodzenie dzieci i…
    – To nie są twoje czasy, Cyrusie – warknął Parker. – Kontynuuj, Meredith. Co miałaś zamiar powiedzieć?
    – Chciałam powiedzieć – dodała Meredith, czując, że policzki ma gorące ze wstydu na widok znaczących uśmieszków, jakie wymienili między sobą mężczyźni – że specjalne warunki zaproponowane przez bank nie są tak groźne, ponieważ Bancroft i S – ka będzie regularnie spłacać pożyczkę.
    – To prawda – potwierdził jej ojciec z rezygnacją i zniecierpliwieniem. – Sądzę, że o ile nikt nie chce nic dodać do tej dyskusji, możemy zamknąć temat Houston i głosować nad nim pod koniec tego posiedzenia.
    Meredith zebrała swoje materiały, formalnie podziękowała zarządowi za rozpatrzenie projektu houstońskiego i opuściła salę konferencyjną.
    – I co? – zapytała Phyllis, idąc za Meredith do jej gabinetu. – Jak poszło? Będziemy mieć filie „Bancrofta” w Houston czy nie?
    – Właśnie nad tym głosują – powiedziała Meredith, przerzucając poranną pocztę, którą Phyllis zostawiła na jej biurku.
    – Trzymam kciuki.
    Meredith uśmiechnęła się, słysząc tę sympatyczną reakcję.
    – Zaakceptują ten sklep – zawyrokowała. Ojciec, co prawda niechętnie, ale był za. Wynik głosowania wydawał jej się przesądzony. Nie mogła tylko zorientować się na podstawie uwag robionych przez niego w ciągu ubiegłego tygodnia, czy był za czy przeciw budowie całego centrum. – Jedyne, czego nie jestem pewna, to czy zaakceptują budowę całego kompleksu, czy tylko naszego sklepu. Mogłabyś zadzwonić do Sama Greena i poprosić, żeby przyniósł kontrakty „Thorpa”?
    Kiedy w kilka minut później odkładała słuchawkę, Sam Green stał w drzwiach jej gabinetu. Miał tylko metr sześćdziesiąt pięć wzrostu, włosy koloru i struktury stalowej wełny, ale otaczała go aura kompetencji i autorytetu. Szczególnie odczuwali to jego przeciwnicy w każdym prawnym zagadnieniu, jakie prowadził. Jego oczy za drucianymi oprawkami okularów błyszczały inteligencją. Spoglądał wyczekująco na Meredith.
    – Phyllis powiedziała mi, że jesteś gotowa do finalizacji kontraktu na ziemię w Houston – powiedział, wchodząc do środka. – Czy to znaczy, że mamy akceptację zarządu?
    – Myślę, że będziemy ją mieli za kilka minut. Ile powinniśmy zaoferować „Thorpowi” na początek?
    – Chcą trzydzieści milionów – odpowiedział, siadając na jednym z krzeseł stojących przed biurkiem. – Co sądzisz o tym, żeby zaproponować im osiemnaście milionów i zgodzić się powiedzmy na dwadzieścia?
    – Myślisz, że to realne?
    – Prawdopodobnie nie – powiedział z uśmiechem.
    – Jeśli będziemy musieli, zgodzimy się na dwadzieścia pięć. Jest warta najwyżej trzydzieści, ale nie uda im się sprzedać za taką sumę…
    Telefon na jej biurku zadzwonił w tej chwili i nie kończąc zdania, podniosła słuchawkę. Głos jej ojca brzmiał ostatecznie.
    – Wprowadzamy w życie projekt w Houston, ale odkładamy budowę całego centrum, do czasu, aż będziemy mieli jakieś zyski z tego sklepu.
    – Uważam, że popełniasz błąd – powiedziała, pokrywając rozczarowanie energicznym, profesjonalnym tonem.
    – To była decyzja zarządu.
    – Mogłeś na nich wpłynąć – powiedziała bez emocji.
    – Dobrze, w takim razie to była moja decyzja.
    – I była ona błędna.
    – Kiedy to ty będziesz kierowała tą firmą, będziesz mogła podejmować decyzje…
    Serce zabiło jej żywiej.
    – A czy tak się stanie?
    – Na razie to ja je podejmuję – powiedział, robiąc unik. – Na dzisiaj mam już dosyć, jadę do domu. Nie czuję się dobrze. Prawdę mówiąc, przełożyłbym to dzisiejsze posiedzenie, gdybyś się tak nie upierała, że musisz już finalizować ten zakup.
    Meredith westchnęła, niepewna, czy naprawdę źle się czuł, czy używał tego argumentu jako wybiegu, by uniknąć dyskusji.
    – Uważaj na siebie. Spotkamy się na kolacji w czwartek wieczorem.
    Po odłożeniu słuchawki pozwoliła sobie na chwilę żalu, że całe centrum nie będzie budowane od razu. Potem zrobiła to, co nauczyła się robić dawno temu, po klęsce swojego małżeństwa. Stawiła czoło rzeczywistości i znalazła w niej coś optymistycznego, dla czego warto pracować. Uśmiechnęła się do Sama Greena i nadała swojemu głosowi ton zadowolenia i triumfu:
    – Mamy zgodę na wdrożenie projektu houstońskiego.
    – Całego centrum czy tylko sklepu?
    – Tylko sklepu.
    – Uważam, że to błąd.
    Było jasne, że tyle usłyszał z tego, co mówiła do ojca. Nie skomentowała jego uwagi. Przyjęła zasadę, że swoje komentarze i myśli na temat postępowania ojca zachowuje, jeśli to tylko możliwe, dla siebie.
    – Jak szybko możesz przygotować kontrakt i dostarczyć go do „Thorpa”? – zapytała.
    – Mogę je mieć gotowe do jutrzejszego wieczoru. Jeśli jednak chcesz, żebym negocjował tę transakcję osobiście, to nie byłbym w stanie pojechać do Houston wcześniej niż za dwa tygodnie. Ciągle przygotowujemy ten proces przeciwko Wilson Toys.
    – Wolałabym, żebyś to ty się tym zajął – powiedziała, zdając sobie sprawę z tego, że on wynegocjowałby lepsze warunki niż ktokolwiek inny. Jednocześnie pomyślała, że korzystniej by było, gdyby pojechał tam wcześniej. – Myślę, że dwa tygodnie to może poczekać. Może będziemy już mieli do tego czasu pisemne zobowiązanie od Reynolds Mercantile i nie będziemy potrzebowali kontraktowego uwarunkowania finansowania.
    – Ta ziemia jest wystawiona na sprzedaż od lat – powiedział, uśmiechając się. – Będzie osiągalna i za dwa tygodnie. Poza tym, im dłużej poczekamy, tym pewniejsze będzie, że przyjmą naszą ofertę. – Widząc, że Meredith w dalszym ciągu wygląda na zaniepokojoną, dodał: – Spróbuję przyśpieszyć prace moich ludzi nad procesem Wilsona. Wyjadę do Houston, kiedy tylko to zakończę.
    Było po szóstej, kiedy Meredith spojrzała znad czytanych właśnie kontraktów i zobaczyła Phyllis wchodzącą do jej gabinetu już w płaszczu i z wieczorną gazetą w ręku.
    – Przykro mi z powodu Houston – powiedziała Phyllis. – To znaczy, przykro mi, że nie zatwierdzili budowy całego centrum.
    Meredith odchyliła się w fotelu i zmęczona uśmiechnęła się.
    – Dziękuję.
    – Za to, że jest mi przykro?
    – Nie – sięgnęła po gazetę – za to, że cię to obchodzi. Ogólnie rzecz biorąc, powiedziałabym, że był to całkiem udany dzień.
    Phyllis ruchem głowy wskazała gazetę, którą podała Meredith już otwartą na drugiej stronie.
    – Mam nadzieję, że nie zmienisz zdania po tym. Zaintrygowana, otworzyła gazetę. Spoglądało z niej zdjęcie Matta Farrella. U jego boku była jakaś wschodząca gwiazdka filmowa, która najwyraźniej przyleciała do Chicago jego prywatnym samolotem, żeby towarzyszyć mu na wczorajszym przyjęciu u przyjaciół. Fragmenty artykułu o świeżo przybyłym do miasta magnacie i najbardziej rozrywanym w mieście kawalerze zrobiły na niej wrażenie, ale kiedy spojrzała znad gazety na Phyllis, jej twarz nie zdradzała niczego.
    – Czy to miało mnie zaniepokoić?
    – Przejrzyj dział handlowy, zanim zdecydujesz – poradziła jej Phyllis.
    Przez chwilę miała ochotę, żeby zwrócić uwagę Phyllis, że posuwa się za daleko, ale szybko zarzuciła tę myśl. Phyllis była jej pierwszą sekretarką, a ona sama była jej pierwszą szefową. W czasie sześciu ostatnich lat przepracowały razem setki nocy i wiele weekendów. Przy biurku Meredith przegryzały kanapki, pracując bez wytchnienia, żeby skończyć projekty w wyznaczonych terminach. Były zgranym duetem, lubiły się i szanowały nawzajem.
    Na pierwszej stronie działu handlowego było kolejne zdjęcie Matta i błyskotliwy artykuł o jego przewodnictwie w Intercorpie, powodach przeprowadzki do Chicago, imponującej fabryce, jaką miał zamiar wybudować w Southville. Była też wzmianka o wspaniałym apartamencie, który kupił w Berkeley Towers. Obok jego zdjęcia trochę poniżej było zdjęcie Meredith, któremu towarzyszył artykuł przytaczający jej wypowiedzi na temat przynoszącej sukcesy ekspansji „Bancrofta” na ogólnokrajowy rynek handlowy.
    – Reklamują go niesamowicie – zauważyła Phyllis, przysiadając na brzegu biurka Meredith, patrząc, jak czyta artykuł. – Jest tu mniej niż dwa tygodnie, a gazety są pełne opowieści o nim.
    – Gazety są też pełne opowieści o rabusiach i gwałcicielach – wytknęła Meredith, zdegustowana gloryfikacją jego zdolności kierowniczych i wściekła na siebie za to, że z jakiegoś powodu widok jego zdjęcia sprawiał, że drżały jej dłonie. Taka reakcja była na pewno efektem świadomości, że on był teraz w Chicago zamiast tysiące mil stąd.
    – W rzeczywistości jest tak samo przystojny jak na zdjęciach?
    – Przystojny? – powiedziała chłodnym, wystudiowanym głosem. Podeszła do szafy, żeby wziąć płaszcz. – Nie dla mnie.
    – To drań, tak? – zapytała Phyllis, nie mogąc ukryć uśmiechu.
    W odpowiedzi Meredith uśmiechnęła się i podeszła, żeby zamknąć swoje biurko.
    – Skąd ci to przyszło do głowy?
    – Czytałam rubrykę Sally Mansfield – odpowiedziała Phyllis. – Kiedy przeczytałam, że wobec wszystkich „zmieszałaś go z błotem”, zrozumiałam, że on musi być draniem pierwszej wody. Widziałam przecież, jak sobie radzisz z mężczyznami, których nie znosisz, i zawsze udawało ci się uśmiechać i być dla nich uprzejma.
    – Prawdę mówiąc, Sally Mansfield źle zrozumiała całą tę sytuację. Ledwo znam tego człowieka. – Z ulgą zmieniając temat, powiedziała: – Jeśli twój samochód w dalszym ciągu jest w warsztacie, mogę cię podwieźć.
    – Dziękuję, jadę do siostry na kolację, a ona mieszka w przeciwnym kierunku.
    – Podwiozłabym cię do niej, ale jest późno, a to środa…
    – A twój narzeczony zawsze we środy jada u ciebie kolacje. Zgadza się?
    – Zgadza się.
    – Masz szczęście, że lubisz rutynę. Ja oszalałabym chyba, gdybym wiedziała, że mężczyzna mojego życia zawsze robi coś konkretnego w konkretne dni, dzień za dniem, rok za rokiem… dekada za…
    Meredith wybuchnęła śmiechem.
    – Przestań. Wpędzasz mnie w depresję. Lubię rutynę, porządek i to, że mogę na kimś polegać.
    – Ja lubię spontaniczność.
    – To dlatego faceci, z którymi się umawiasz, rzadko pojawiają się ustalonego dnia, że o godzinie nie wspomnę – droczyła się Meredith.
    – Racja.

ROZDZIAŁ 22

    Meredith wolałaby zupełnie zapomnieć o Matthew Farrellu, ale Parker pojawił się w jej mieszkaniu z gazetą w dłoni, Pocałował ją i zapytał:
    – Widziałaś artykuł o Farrellu?
    – Widziałam. Napiłbyś się czegoś?
    – Tak, poproszę.
    – Na co masz ochotę? – zapytała podchodząc do dziewiętnastowiecznego sekretarzyka, który zamieniła w barek. Otworzyła jego drzwiczki.
    – To, co zwykle.
    Jej ręka zastygła w drodze po szklankę. Przypomniała sobie uwagę Lisy, spotęgowaną jeszcze dzisiejszym komentarzem Phyllis. „Potrzebujesz kogoś, kto sprawiłby, że zrobiłabyś coś naprawdę szalonego, jak na przykład głosowanie na Demokratów… Oszalałabym, gdybym wiedziała, że mężczyzna mojego życia zawsze będzie robił konkretne rzeczy konkretnego dnia…”
    – Jesteś pewien, że nie chciałbyś czegoś innego? – powiedziała z wahaniem, zerkając na niego przez ramię. – Co powiedziałbyś na dżin z tonikiem?
    – Nie bądź niemądra. Zawsze piję burbon z wodą, kochanie, a ty zawsze białe wino. To właściwie już tradycja.
    – Parker – zaczęła trochę niepewnie – Phyllis powiedziała coś dzisiaj, a Lisa tydzień temu zwróciła uwagę na tę samą sprawę. Zastanawiam się, czy my… – urwała, czując się głupio, ale mimo wszystko dla siebie przygotowała dżin z tonikiem.
    – Zastanawiasz się, czy my co? – zapytał, wyczuwając jej konsternację. Stanął tuż za nią.
    – No cóż, czy my wpadliśmy już w rutynę? Objął ją.
    – Ja lubię rutynę – powiedział, całując jej czoło. – Lubię rutynę i rzeczy przewidywalne i to samo lubisz ty.
    – Wiem, że to lubię, ale nie sądzisz, że… z biegiem lat może nas to znudzić? Myślę o tym, że trochę podniecenia też może sprawiać przyjemność, nie sądzisz?
    – Raczej nie – powiedział i odwrócił ją ku sobie, mówiąc z łagodną stanowczością: – Jeśli jesteś na mnie zła za to, że prosiłem ciebie i twojego ojca o osobiste zabezpieczenie tej pożyczki, to powiedz to. Jeśli jesteś rozczarowana z tego powodu, to też mi to powiedz, ale nie przenoś oskarżeń wywołanych tą sprawą na inne dziedziny naszego życia.
    – Nie będę tego robić – obiecała szczerze. – Prawdę mówiąc, wyjęłam z sejfu certyfikaty moich akcji, żeby ci je dać. Są tam, w tym dużym folderze na biurku.
    W tym momencie przez chwilę przestał interesować się folderem. Spojrzał w jej twarz i Meredith niechętnie dodała:
    – Przyznaję, że to trochę przerażające, pozbyć się wszystkiego, co mam, ale wierzę, że nie mogłeś przekonać zarządu, żeby zrezygnowali z dodatkowych zabezpieczeń.
    – Na pewno? – zapytał. Był w tej chwili bardzo przystojny i wyglądał na bardzo zaniepokojonego.
    – Jestem o tym przekonana – zapewniła z promiennym uśmiechem i odwróciła się, żeby skończyć przygotowywania jego drinka. – Sprawdź te certyfikaty i upewnij się, że wszystko jest w porządku, a ja zobaczę, co pani Ellis zostawiła nam na obiad. – Pani Ellis nie pracowała już u jej ojca, ale w środy pojawiała się u niej, żeby posprzątać i zrobić zakupy. Zawsze leż zostawiała dla nich jakieś gotowe danie.
    Parker podszedł do biurka, podczas gdy ona rozkładała na stole w jadalni jasnoróżowe serwetki pod ich nakrycia.
    – To to? – zapytał, unosząc w górę żółtą kopertę. Zerknęła przez ramię w jego stronę:
    – Nie, to mój paszport, akt urodzenia i jeszcze jakieś dokumenty. Certyfikaty są w większej kopercie.
    Uniósł kolejną z kopert. Spojrzał na adres zwrotny i zdziwiony zmarszczył brwi.
    – W tej?
    – Nie – odpowiedziała, zerkając znowu. – To moje dokumenty rozwodowe.
    – Ta koperta w ogóle nie była otwierana. Nigdy tego nawet nie przeczytałaś?
    Wzruszyła ramionami. Wzięła płócienne serwetki z bocznego stolika.
    – Nie, od czasu, kiedy je podpisałam. Ale pamiętam ich treść. Mówią one, że w zamian za dziesięć tysięcy dolarów, wypłaconych przez mojego ojca, Matthew Farnell daje mi rozwód i zrzeka się wszelkich żądań w stosunku do mnie lub w stosunku do czegokolwiek, co kiedykolwiek było moją własnością.
    – Jestem przekonany, że nie jest to dokładnie tak sformułowane – powiedział Parker ze smętnym uśmiechem, obracając kopertę w dłoniach. – Mógłbym na to zerknąć?
    – Oczywiście, ale po co? Zaśmiał się.
    – Zawodowa ciekawość. Tak w ogóle, to jestem prawnikiem, wiesz. Nie jestem tylko tym nudnym, sztywnym bankierem, za jakiego uważa mnie twoja przyjaciółka Lisa. Drażni mnie tym przez cały czas.
    Parker nie po raz pierwszy dawał jej do zrozumienia, że żarty Lisy zachodzą mu za skórę. Meredith obiecała sobie, że tym razem powie Lisie bardzo zdecydowanie, że musi z tym skończyć. Parker może być dumy z wielu swoich cech i osiągnięć. Biorąc to pod uwagę, uznała, że byłoby nierozsądnie i niepotrzebnie zwiększać jego rozdrażnienie wypominaniem, że robił specjalizację w prawie podatkowym, a nie rodzinnym.
    – Przeglądaj, co tylko chcesz – powiedziała i nachyliła się, całując go w czoło. – Wolałabym, żebyś nie musiał jechać do Szwajcarii. Będę tęsknić.
    – To tylko dwa tygodnie, mogłabyś pojechać ze mną.
    Miał tam wygłosić odczyt na Światowej Konferencji Bankierów. Byłoby wspaniale, gdyby mogła tam być, ale było to niemożliwe.
    – Wiesz, że bardzo bym chciała, ale ten okres to…
    – Najbardziej ruchliwa pora roku – dokończył bez pretensji. – Wiem.
    W lodówce Meredith znalazła pięknie prezentujący się półmisek z marynowanym kurczakiem i sałatką. Jak zwykle, jedyne, co musiała zrobić, to otworzyć butelkę wina i postawić półmisek na środku stołu. Tak czy inaczej, był to właściwie szczyt jej kulinarnych umiejętności. Gotowanie było czymś, co próbowała robić kilka razy i co się jej nie udawało. Ponieważ nie sprawiało jej to przyjemności, pogodziła się z tym, że poświęcała się pracy, a domowe obowiązki pozostawiała pani Ellis. O ile jedzenie nie mogło znaleźć się na stole za pośrednictwem kuchenki mikrofalowej lub piecyka, Meredith nie życzyła sobie mieć z tym nic wspólnego.
    Deszcz uderzał o szyby. Zapaliła świece w zabytkowych świecznikach i postawiła na stole kurczaka, sałatkę i schłodzone białe wino. Odsunęła się, żeby ocenić efekt końcowy nakrycia stołu. Świeże róże ułożone w ozdobnej wazie na środku stołu i zabytkowa srebrna zastawa wyglądały ślicznie na tle różowych serwetek.
    Pomyślała sobie, że właściwie powinna bardziej przyczynić się do przygotowania tego posiłku, niż tylko nakryć do stołu. Wyciągnęła rękę i delikatnie poprawiła dwie różyczki w wazie.
    – Kolacja gotowa – powiedziała, podchodząc do Parkera. Przez moment wydawało się, że nie usłyszał jej, potem uniósł głowę znad dokumentów, które czytał. Patrzył na nią marszcząc brwi. – Coś nie w porządku?
    – Nie jestem pewien – powiedział, ale jego głos brzmiał tak, jakby coś było bardzo nie w porządku. – Kto prowadził twój rozwód?
    Beztrosko oparła się o poręcz jego fotela i zerkała z niechęcią na dokumenty, które nosiły nagłówek:
    Orzeczenie rozwodu Meredith Alexandra Bancroft kontra Matthew Allan Farrell
    – Ojciec zajął się wszystkim. Dlaczego pytasz?
    – Uważam, że te dokumenty z prawego punktu widzenia bardzo odbiegają od normy.
    – W jakim sensie? – zapytała. Zauważyła, że prawnik ojca zrobił błąd w drugim imieniu Matta: napisał Allan zamiast Allen.
    – W każdym sensie – powiedział bardzo poruszony, przerzucając kartki dokumentów.
    Meredith zdała sobie sprawę z napięcia wyczuwalnego w jego głosie. Myśl o Matcie i rozwodzie była jej tak niemiła, że natychmiast spróbowała zapewnić Parkera i siebie też, że to, co go zaniepokoiło, było bez znaczenia. Nie miała jednak najmniejszego pojęcia, co też mogło wywołać takie zaniepokojenie.
    – Jestem pewna, że wszystko zostało przeprowadzone zgodnie z prawem i obowiązującymi zasadami. Ojciec zajął się tym, a wiesz, jakim on jest pedantem.
    – Może i jest pedantem, ale ten prawnik, Stanislaus Spyzhalski, kimkolwiek był, nie przejmował się detalami. Popatrz tutaj – powiedział, przerzucając papiery z powrotem, do listu przewodniego, zaadresowanego do jej ojca. – Napisał w tym liście, że załącza całą dokumentację, a sąd zamknął sprawę, tak jak sobie tego twój ojciec życzył.
    – I co w tym złego?
    – Najgorsze w tym jest to, że ta „cała dokumentacja” nie zawiera nawet wzmianki o tym, że Farrellowi był kiedykolwiek przedstawiony pozew rozwodowy lub że pojawił się on chociażby w sądzie, lub że kiedykolwiek zrzekł się prawa wystąpienia w sądzie. A to jest tylko skromna część tego, co mnie niepokoi.
    Meredith poczuła pierwsze ukłucie prawdziwego strachu, ale zignorowała je.
    – Jakie to ma znaczenie? Jesteśmy rozwiedzeni i tylko to się liczy.
    Zamiast odpowiedzi Parker przerzucił kartki pozwu rozwodowego do pierwszej strony i zaczął go powoli czytać. Jego czoło z każdym czytanym paragrafem marszczyło się coraz bardziej. Meredith wstała, nie mogąc już wytrzymać napięcia.
    – Co niepokoi cię tym razem? – zapytała spokojnie.
    – Cały ten dokument mnie niepokoi – odpowiedział z niezamierzoną gwałtownością. – Orzeczenia rozwodowe są sporządzane przez prawników i podpisywane przez sędziów. To orzeczenie jednak jest sformułowane jak żadne inne, które kiedykolwiek czytałem, a które sporządzone było przez sensownego i w miarę kompetentnego prawnika. Spójrz na to sformułowanie! – powiedział, wskazując ostatni paragraf na końcu dokumentu.
    W zamian za sumę 10 000 dolarów oraz innego rodzaju gratyfikacje wypłacane na rzecz pana Matthew Farrella, Matthew Farrell zrzeka się wszelkich roszczeń wobec wszelkich własności lub rzeczy posiadanych przez Meredith Bancroft Farrell teraz lub w przyszłości. Ponadto, sąd ten niniejszym wydaje orzeczenie rozwodowe pani Meredith Bancroft Farrell.
    Nawet teraz przeszedł ją dreszcz na wspomnienie tego, co czuła jedenaście lat temu, kiedy dowiedziała się, że Matt przyjął pieniądze od jej ojca. Cały czas, kiedy byli małżeństwem, był takim kłamcą, takim hipokrytą. Zarzekał się, że nigdy nie tknąłby nawet centa z jej pieniędzy.
    – Nie mogę uwierzyć, że ktoś mógł to tak sformułować! – niski, pełen złości głos Parkera przywołał ją do rzeczywistości. – To brzmi jak jakiś cholerny kontrakt handlowy. „W zamian za sumę dziesięciu tysięcy dolarów oraz innego rodzaju gratyfikacje – powtórzył. – Co to za facet, do diabła? – zapytał agresywnie. – Spójrz na jego adres! Dlaczego twój ojciec wynajął prawnika praktykującego w południowej dzielnicy, właściwie w slumsach?
    – Chodziło o dyskrecję – powiedziała zadowolona, że nareszcie zna odpowiedź na jakieś pytanie. – Powiedział mi wtedy, że celowo wynajął prawnika z „zapadłej dziury”, z południowej dzielnicy właśnie, kogoś, kto nie skojarzy, kim ja jestem ani kim jest on. Mówiłam ci, że był bardzo zdenerwowany tym wszystkim. Co robisz? – zapytała, widząc, jak sięga po słuchawkę telefonu stojącego na jej biurku.
    – Dzwonię do twojego ojca – powiedział i żeby zapobiec jej protestom dodał: – Nie zdenerwuję go. Nawet nie jestem pewien, czy jest się tu czym denerwować.
    Trzymał się tego, kiedy Philip odebrał telefon. Wdał się z nim w nic nie znaczącą rozmowę, a po chwili wspomniał mimochodem, że przeglądał papiery rozwodowe Meredith. Wyraził zainteresowanie jego wyborem prawnika działającego na pograniczu slumsów i zapytał, kto mu polecił szanownego pana Stanislausa Spyzhalskiego. Zaśmiał się w odpowiedzi na to, co usłyszał od Philipa, ale ten uśmiech zniknął z jego twarzy, kiedy tylko odłożył słuchawkę.
    – Co powiedział?
    – Wziął jego nazwisko z książki telefonicznej.
    – I co z tego? – powiedziała desperacko, próbując nie poddać się ogarniającej ją panice. Czuła się tak, jakby ktoś zepchnął ją w ciemny, niebezpieczny obszar i straszył ją czymś niepewnym i nie zidentyfikowanym. – Do kogo chcesz teraz dzwonić? – zapytała, widząc, jak wyjmuje z wewnętrznej kieszeni marynarki ciemny, zgrabny notes i szuka w nim numeru.
    – Do Howarda Turnbilla.
    Zaniepokojona i zdenerwowana jego niekomunikatywnością powiedziała:
    – Dlaczego dzwonisz do niego?
    – Byliśmy razem w Princeton – odpowiedział, niewiele jej wyjaśniając.
    – Parker, jeśli próbujesz mnie naprawdę zdenerwować, to jesteś na dobrej drodze – ostrzegła, widząc, że już wystukuje numer na klawiaturze telefonu. – Chcę wiedzieć, dlaczego dzwonisz teraz do swojego starego kumpla z Princeton.
    Nie wyjaśniając niczego, uśmiechnął się.
    – Uwielbiam, kiedy mówisz tym tonem. Przypomina mi to moją nauczycielkę z przedszkola, podkochiwałem się w niej. – Była gotowa udusić go za taką odpowiedź, ale dodał szybko: – Dzwonię do Howarda, bo on jest prezydentem Zrzeszenia Prawników w Illinois i… – przerwał, bo Howard odebrał telefon. – Witam, Howardzie, mówi Parker Reynolds – zaczął, ale przerwał, kiedy tamten powiedział coś do niego. – Masz rację, zapomniałem, że winien ci jestem rewanż w squasha. Zadzwoń jutro do biura, to ustalimy termin. – Znowu przerwał i zaśmiał się, słuchając, co mówi Howard, po czym powiedział: – Masz może pod ręką wykaz członków palestry z Illinois? Nie dzwonię z domu, a jestem ciekaw, czy pewien człowiek jest jej członkiem. Mógłbyś to sprawdzić w swoim wykazie? – najwyraźniej Howard przystał na to, bo Parker powiedział: – Świetnie. Nazwisko tego człowieka to Stanislaus Spyzhalski. S – P – Y – Z – H – A – L – S – K – I. Dobrze, czekam.
    Parker przykrył mikrofon słuchawki i uśmiechnął się uspokajająco:
    – Prawdopodobnie niepotrzebnie się niepokoję. To, że człowiek jest niekompetentny, nie oznacza jeszcze, że nie ma uprawnień. – W chwilę później jednak, kiedy Howard wrócił do telefonu, Parker przestał się uśmiechać. – Nie ma go w wykazie? Jesteś pewien? Przez chwilę Parker zamyślił się, a potem powiedział: – Czy mógłbyś dotrzeć do aktualnego wykazu Ogólnokrajowego Zrzeszenia i sprawdzić, czy jest tam wymieniony? Przerwał na chwilę, słuchaj, po czym z wymuszoną jowialnością powiedział: – Nie, to nic pilnego. Może być jutro. Zadzwoń do biura, to ustalimy też termin naszego squasha. Dzięki, Howardzie. Pozdrowienia dla Helen. Parker powoli odłożył słuchawkę.
    – Nie wiem, czy dobrze rozumiem powody twojego niepokoju – powiedziała Meredith.
    – Na razie wiem tylko tyle, że miałbym ochotę na jeszcze jednego drinka – oznajmił. Wstał i podszedł do barku.
    – Parker, to wszystko dotyczy mnie, mam więc prawo wiedzieć, o czym myślisz.
    – W tej chwili myślę o kilku znanych przypadkach ludzi, którzy podawali się za prawników, zwykle w uboższych dzielnicach i którzy brali pieniądze od klientów, wierzących, że poprowadzą oni ich sprawy sądowe. W jednym z tych przypadków chodziło o człowieka, który był prawnikiem, ale zgarniał do swojej kieszeni koszty, jakie pobierał sąd, i „udzielał” swoim klientom rozwodów. Nie były one nigdzie zarejestrowane, a orzeczenia podpisywał własnoręcznie.
    – Jak mógł robić coś takiego?
    – To prawnicy piszą pozwy rozwodowe. Sędziowie tylko je podpisują. On sam wpisywał pod nimi nazwisko sędziego.
    – Ale jak mu… im to uchodziło płazem?
    – Udawało się to, bo brali tylko sprawy nie wymagające rozpraw sądowych, bezsporne, takie jak np. rozwody.
    Meredith zupełnie machinalnie wypiła do połowy swojego drinka i po chwili rozchmurzyła się.
    – Ale na pewno w przypadkach, kiedy obie strony działały w dobrej wierze, sądy honorowałyby orzeczenia, nawet gdyby nie były one prawidłowo zarejestrowane?
    – Już widzę, jak to robią.
    – Nie podoba mi się ta rozmowa – powiedziała, czując lekki zamęt w głowie po mocnym drinku. – Co sądy robią z ludźmi, którzy byli przekonani, że są rozwiedzeni?
    – Jeśli zawarliby nowe związki małżeńskie, sądy zwolniłyby ich z zarzutu bigamii.
    – Dobrze.
    – Ale to drugie małżeństwo zostałoby unieważnione, a pierwsze musiałoby być rozwiązane we właściwy sposób.
    – Dobry Boże! – powiedziała Meredith i opadła na krzesło. W głębi duszy była jednak absolutnie pewna, że jej rozwód był legalny i prawnie obowiązujący. Była o tym przekonana, bo inna sytuacja była nie do pomyślenia.
    Parker wreszcie zorientował się, jak bardzo ją to poruszyło. Wyciągnął rękę i delikatnie pogłaskał jej lśniące włosy.
    – Nawet jeśli Spyzhalski nie należy do zrzeszenia i nawet jeśli nigdy nie ukończył studiów prawniczych, to twój rozwód może być legalny, o ile przedstawił sędziemu ten absurdalny pozew i jakimś cudem uzyskał pod nim jego podpis. – Spojrzała na niego wspaniałymi niebieskozielonymi oczami. Były one pełne niepokoju, pociemniały. – Wyślę jutro kogoś do sądu, żeby sprawdził, czy złożono ten pozew i czy został zarejestrowany. Jeśli tak się stało, nie mamy się czym martwić.

ROZDZIAŁ 23

    – Źle spałaś? – zapytała Phyllis następnego poranka, kiedy Meredith przeszła koło jej biurka, machinalnie kiwając głową.
    – Nie najlepiej. Co mam w planie na dzisiaj?
    – O dziesiątej masz spotkanie z działem reklamy w sprawie uroczystości otwarcia sklepu w Nowym Orleanie. Jerry Keaton z personalnego prosił o spotkanie. Chodzi o jakieś podwyżki wymagające twojego zatwierdzenia. Powiedziałam, że możesz go przyjąć o jedenastej. Może być?
    – W porządku.
    – O wpół do dwunastej Ellen Parkvale musi przedyskutować z tobą sprawę wniesioną przeciwko nam do sądu. Skarży nas kobieta, która twierdzi, że w naszej kawiarence złamała sobie ząb.
    Meredith, zdegustowana, wzniosła oczy do góry.
    – Skarży nas, bo złamała ząb, jedząc u nas?
    – Niezupełnie. Skarży nas, ponieważ złamała go na skorupce orzecha, która była w jej daniu.
    – Ach tak – powiedziała Meredith, otwierając biurko. Akceptowała już ewentualną konieczność pójścia na ugodę. – To zmienia postać rzeczy.
    – Rzeczywiście, wpół do dwunastej to dobra pora?
    – Dobra – odpowiedziała i w tej samej chwili telefon na jej biurku zaczął dzwonić.
    – Odbiorę – powiedziała Phyllis i dzień potoczył się ze zwykłym sobie stresującym pośpiechem wydarzeń sklepowych, które czasami męczyły Meredith, ale które zawsze uważała za podniecające. Od czasu do czasu miała chwilę dla siebie i wtedy spoglądała na telefon z nadzieją, że zadzwoni Parker i powie, że jej rozwód jest absolutnie w porządku.
    Była niemalże piąta, kiedy Phyllis w końcu powiedziała, że dzwoni Parker. Meredith, nagle cała spięta, chwyciła za słuchawkę.
    – Czego się dowiedziałeś? – zapytała.
    – Nic definitywnego, jak na razie – odpowiedział, ale wyczuwała w jego głosie nowe, nieobecne dotąd napięcie. – Spyzhalski nie jest członkiem Zrzeszenia Prawników. Czekam na telefon od kogoś z sądu Cook County. Zadzwoni do mnie z informacjami, o które prosiłem, jak tylko je zdobędzie. Najdalej za kilka godzin będę wiedział, na czym stoimy. Będziesz w domu wieczorem?
    – Nie – westchnęła. – Będę u ojca. Urządza małe przyjęcie dla senatora Davisa. Dzwoń tam.
    – Dobrze.
    – Zaraz jak tylko dostaniesz odpowiedź?
    – Obiecuję.
    – Przyjęcie nie będzie długie, bo senator musi o północy lecieć do Waszyngtonu. Jeśliby mnie już tam nie było, zadzwoń do domu.
    – Nie martw się, znajdę cię.

ROZDZIAŁ 24

    W miarę upływu wieczoru, zachowanie spokoju stawało się coraz trudniejsze. Właściwie była przekonana, że dręczyła się bez powodu, ale nie była w stanie opanować narastającego strachu. Udawało jej się uśmiechać, potakiwać i być w miarę uprzejma dla gości ojca, ale wymagało to najwyższego wysiłku. Kolacja skończyła się przed godziną, a Parker ciągle jeszcze nie dzwonił. Próbowała zająć się czymś i została w jadalni, nadzorując sprzątanie ze stołu, potem poszła do biblioteki, gdzie goście zebrali się, żeby wypić brandy na zakończenie wieczoru.
    Ktoś włączył telewizor i kilku mężczyzn zgromadziło się wokół niego, oglądając wiadomości.
    – To było wspaniałe przyjęcie, Meredith – powiedziała żona senatora Davisa. Reszta jej słów uleciała gdzieś, kiedy do Meredith dotarł głos komentatora telewizyjnego:
    – Dzisiaj w wiadomościach ukazały się informacje o kolejnym mieszkańcu Chicago. Gościem Barbary Walters był Matthew Farrell w nagranym wcześniej wywiadzie. Między nami, skomentował on ostatnią serię akcji przejmowania firm przez korporacje. Oto urywek tego wywiadu…
    Wszyscy goście czytali rubrykę Sally Mansfield i sądzili naturalnie, że Meredith będzie zainteresowana tym, co powiedział Farrell. Rzucając w jej stronę pełne ciekawości spojrzenia i uśmiechy, zgodnie zwrócili się w stronę telewizora, gdzie pojawiła się twarz Matta i zabrzmiał jego głos.
    – Co pan sądzi o wzrastającej liczbie agresywnych przejęć firm przez korporacje? – zapytała go Barbara Walters. Meredith, zdegustowana, zauważyła, że nawet ta dziennikarka wyglądała na zafascynowaną nim i aż pochyliła się w jego stronę.
    – Uważam, że jest to trend, który będzie się utrzymywał do czasu, aż ustalone zostaną zasady regulujące te sprawy.
    – Czy istnieje ktoś odporny na wymuszoną fuzję z panem… przyjaciele może? A czy na przykład – dodała z żartobliwym niepokojem – jest możliwe, żeby nasza ABC znalazła się w pozycji pańskiej kolejnej ofiary?
    – Przejmowana firma nazywana jest obiektem – powiedział wymijająco Matt, uśmiechając się – na pewno nie ofiarą – dodał z leniwym, rozbrajającym uśmiechem. – Jeśli jednak uspokoi to panią, to mogę zapewnić, że pożądliwe oko Intercorpu nie jest skierowane na ABC.
    Mężczyźni w pokoju przyjęli ten żart uśmiechami, a twarz Meredith pozostała bez wyrazu.
    – Czy możemy teraz porozmawiać chwilę o pana życiu osobistym? W czasie ostatnich kilku lat donoszono o pana burzliwych przygodach z kilkoma gwiazdami filmowymi, z księżniczką, a ostatnio wymieniano nazwisko Marii Calvaris, spadkobierczyni greckiego potentata okrętowego. Czy te szeroko omawiane na łamach prasy przygody miłosne są prawdziwej czy też zostały spreparowane przez dziennikarzy rubryk towarzyskich?
    – Tak.
    W bibliotece znowu rozległ się aprobujący śmiech, jako komentarz dla zręczności Matta. Meredith poczuła niechęć, słysząc, z jaką łatwością potrafi sobie zaskarbiać ludzką przychylność.
    – Nigdy się pan nie ożenił i zastanawiam się, czy ma pan tego typu plany na przyszłość?
    – To nie jest wykluczone. Jego spokojny uśmiech uwydatnił impertynencję pytania, a Meredith zacisnęła zęby, przypominając sobie łomotanie serca, jakie ten uśmiech kiedyś u niej wywoływał. Nagle na ekranie pojawiły się znowu lokalne wiadomości, a ulga, jaką w tej chwili poczuła, rozwiała się, kiedy senator zwrócił się do niej z przyjaznym zaciekawieniem:
    – Jestem pewien, że wszyscy tu obecni czytali rubrykę Sally Mansfield. Czy mogłabyś zaspokoić naszą ciekawość i powiedzieć nam, dlaczego nie lubisz Farrella?
    Udało jej się sparodiować leniwy uśmiech Matta:
    – Nie.
    Wszyscy wybuchnęli śmiechem, ale dostrzegła w ich twarzach narastającą ciekawość i pospiesznie zajęła się poprawianiem poduszek leżących na kanapie. Senator powiedział do jej ojca:
    – Stanton Avery zgłosił nazwisko Farrella jako kandydata na członka klubu.
    Przeklinając w duchu Matta Farrella za pojawienie się w Chicago, Meredith rzuciła ojcu ostrzegawcze spojrzenie, ale jego temperament wziął górę nad chłodnym osądem.
    – Sądzę, że wszyscy zgromadzeni w tym pokoju są na tyle wpływowi, żeby nie przyjąć go, nawet jeśli inni, należący do Glenmoor chcieliby go widzieć wśród członków.
    Sędzia Northrup usłyszał to i przerwał swoją rozmowę z innym gościem.
    – Czy chcesz, żebyśmy to zrobili, Philipie? Chcesz, żebyśmy głosowali przeciwko przyjęciu go?
    – Masz rację, dokładanie tego chcę.
    – Jeśli ty uważasz, że on jest niepożądaną osobą, to mnie to wystarcza – powiedział sędzia, spoglądając na innych. Powoli, podkreślając ten gest, goście skinęli zgodnie głowami i szanse Matta na członkostwo w Glenmoor były teraz zerowe.
    – Farrell kupił wielki szmat ziemi w Southville – powiedział sędzia jej ojcu. – Chce uzyskać zezwolenie na budowę na tym terenie wysoko zmechanizowanego kompleksu przemysłowego.
    – Naprawdę? – powiedział ojciec i Meredith zorientowała się z jego następnych słów, że ma zamiar, o ile zdoła, nie dopuścić i do tego. – Kogo znamy w komisji ziemskiej Southville?
    – Kilka osób Paulsona i…
    – Na miłość boską! – przerwała im Meredith z wymuszonym uśmiechem, rzucając w stronę ojca proszące spojrzenie. – Nie ma potrzeby wytaczać ciężkich dział tylko dlatego, że nie lubię Matta Farrella.
    – Jestem pewien, że ty i twój ojciec musicie mieć wystarczające powody, żeby czuć to, co czujecie – powiedział senator Davis.
    – Masz ra…
    – Wcale nie! – powiedziała Meredith, ucinając zdanie ojca, próbując powstrzymać wendettę. Z szerokim, wystudiowanym uśmiechem zwróciła się do wszystkich: – Prawda wygląda tak, że Matt Farrell interesował się mną dawno temu, kiedy miałam osiemnaście lat, i mój ojciec nigdy mu tego nie wybaczył.
    – Teraz już wiem, gdzie go poznałam – obwieściła pani Foster, patrząc na swojego męża. Odwróciła się do Meredith i powiedziała: – To było przed laty w Glenmoor! Pamiętam, że pomyślałam, jakim był niesamowicie przystojnym młodym człowiekiem… Meredith, to ty nam go przedstawiłaś!
    Przypadkowo albo celowo senator zaoszczędził Meredith konieczności udzielenia odpowiedzi, mówiąc:
    – No cóż, to żadna przyjemność przerywać własne przyjęcie urodzinowe, ale o północy muszę wylecieć do Waszyngtonu.
    W pół godziny później wyszedł ostatni z gości, a Meredith żegnała ich u boku ojca. Zobaczyła, że w aleję wjeżdża samochód.
    – A to kto? – powiedział z niezadowoleniem Philip, widząc zbliżające się do nich światła.
    Meredith zidentyfikowała ten samochód w chwili, kiedy przejeżdżał pod jedną z latarń alejki. Był to jasnoniebieski mercedes.
    – To Parker!
    – O jedenastej w nocy?
    Meredith zaczęła drżeć, przeczuwając najgorsze, zanim jeszcze napięta twarz Parkera znalazła się w światłach ganku.
    – Miałem nadzieję, że przyjęcie się już skończy. Muszę z wami porozmawiać.
    – Parker – zaczęła Meredith – nie zapominaj o chorobie ojca…
    – Nie będę go nadmiernie stresował – obiecał, niemal popychając ich w drodze przez korytarz, trzymając ręce na plecach obydwojga – musi jednak zostać poinformowany o faktach, żeby można to było załatwić w należyty sposób.
    – Przestańcie mówić o mnie tak, jakby mnie tu nie było – powiedział Philip, kiedy weszli już do biblioteki. – Fakty, jakie fakty? Co się u diabła dzieje?
    Parker zatrzymał się, żeby zamknąć drzwi, i powiedział:
    – Sądzę, że obydwoje powinniście usiąść.
    – Do diabła, Parker, nic nie denerwuje mnie bardziej niż trzymanie w niepewności.
    – W porządku, Philipie. Wczoraj wieczorem zerknąłem na orzeczenie rozwodowe Meredith i znalazłem w nim kilka nieprawidłowości. Czytałeś może, jakieś osiem lat temu, o prawniku, który pobierał od klientów opłaty, po czym zgarniał je dla siebie bez przeprowadzania powierzonych mu spraw?
    – Czytałem o tym i co z tego?
    – Około pięciu lat temu ukazała się następna seria artykułów o domniemanym prawniku z południowej dzielnicy. Nazywał się Grandola i skazano go za pięćdziesiąt kilka przestępstw polegających na podawaniu się za prawnika i pobieraniu honorariów za prowadzenie spraw, które nie pojawiły się nawet w pobliżu gmachu sądu. – Czekał na jakiś komentarz, ale Philip nie zareagował, milcząc nieprzystępnie. – Grandola skończył pierwszy rok prawa, zanim go wyrzucili. Kilka lat później otworzył kancelarię w okolicy, gdzie większość potencjalnych klientów nie miała wykształcenia. Przez dziesięć lat udawały mu się jego oszustwa. Brał tylko sprawy, które nie wymagały rozpraw i gdzie było mało prawdopodobne, żeby miały one angażować prawnika strony przeciwnej, czyli bezsporne rozwody, testamenty itp.
    Meredith opadła na kanapę. Poczuła dławienie w gardle, a jej umysł powoli akceptował to, co Parker miał zamiar powiedzieć jej ojcu. Coś w niej krzyczało, że to nie może być prawda. Głos Parkera docierał do niej jak z wielkiej odległości.
    – Liznął trochę studiów prawniczych na tyle, żeby komponować coś na kształt dokumentów sądowych. Kiedy pojawiał się u niego klient chcący rozwodu, on najpierw upewniał się, że druga strona bez problemów zgadza się na rozwód lub też, że jest nie do odnalezienia. Jeśli sytuacja przedstawiała się tak właśnie, wystawiał klientowi rachunek, na ile się tylko dało, a potem sporządzał pozew rozwodowy. Wiedząc, że nie uda mu się na tyle wejść w rolę prawnika, żeby uzyskać podpis sędziego, podpisywał go sam.
    – Próbujesz mi powiedzieć – zaczął Philip napiętym, nieswoim głosem – że prawnik, którego zatrudniłem jedenaście lal temu, nie był prawnikiem?
    – Obawiam się, że tak.
    – Nie wierzę! – krzyknął, tak jakby własną furią chciał odstraszyć tę ewentualność.
    – Nie ma sensu, żebyś przyprawiał się z tego powodu o kolejny atak serca. To niczego nie zmieni – argumentował Parker spokojnie i z sensem. Meredith poczuła lekką ulgę, widząc, że ojciec stara się uspokoić.
    – Mów dalej – powiedział po chwili.
    – Kiedy dzisiaj uzyskałem potwierdzenie, że ten Spyzhalski nie jest członkiem Zrzeszenia Prawników, wysłałem do sądu dyskretnego detektywa, z którego usług korzystamy przy załatwianiu spraw bankowych – zapewnił Philipa, który uchwycił się kurczowo oparcia krzesła. – Detektyw spędził cały dzień i część wieczoru, sprawdzając dokładnie, że rozwód Meredith absolutnie nie figuruje w rejestrach sądowych.
    – Zabiję drania!
    – Jeśli masz na myśli Spyzhalskiego, to musisz go najpierw odnaleźć. Jeśli chodzi ci o Farrella – kontynuował zrezygnowanym głosem – sugeruję zdecydowanie, żebyś przemyślał swój stosunek do niego.
    – Już to robię! Meredith bardzo prosto może rozwiązać cały problem, lecąc do Reno czy w inne tego typu miejsce, żeby uzyskać cichy, szybki rozwód.
    – Już o tym myślałem, ale to nam nie rozwiąże problemu. – Uniósł rękę, żeby zapobiec pełnemu złości wybuchowi Philipa. – Miałem dzisiaj czas, żeby przemyśleć tę sprawę. Nawet jeśli Meredith zrobi tak, jak sugerujesz, to nie rozwiąże węzła gordyjskiego, jakim są ich prawa własności. To w dalszym ciągu będzie musiało być przeprowadzone przez sąd Illinois.
    – Meredith nigdy nie będzie musiała mu wspominać, że są jakiekolwiek problemy.
    – Nie dość, że jest to moralnie i etycznie błędne, to jeszcze jest to zupełnie niepraktyczne – wyjaśnił Parker, wzdychając z frustracją. – Zrzeszenie Prawników ma już dwie skargi przeciwko Spyzhalskiemu i przekazują sprawę władzom. Załóżmy, że Meredith zrobi tak, jak sugerowałeś, a Spyzhalski zostanie aresztowany i będzie zeznawał. W chwili, kiedy to zrobi, władze zawiadomią Farrella, że jego rozwód jest nielegalny. Zakładając oczywiście, że Farrell nie przeczyta o tym wcześniej w gazetach. Masz pojęcie, jakiego rodzaju proces może ci za to wszystko wytoczyć? W dobrej wierze pozwolił tobie i Meredith przejąć odpowiedzialność za przeprowadzenie rozwodu, a ty nie dopatrzyłeś sprawy. Co więcej, on przez wszystkie te lata narażony był przez ciebie na popełnienie bigamii i…
    – Zdaje się, że przemyślałeś ten problem dokładnie – warknął Philip. – Co sugerujesz?
    – Trzeba zrobić wszystko, żeby go ułagodzić i spowodować, żeby zgodził się na szybki, nieskomplikowany rozwód – odpowiedział Parker spokojnie i niewzruszenie, po czym odwrócił się do Meredith: – Obawiam się, że to zadanie przypadnie tobie.
    W czasie całej dyskusji Meredith milczała wstrząśnięta, ale la uwaga wytrąciła ją z otępienia.
    – A właściwie, tak naprawdę, dlaczego to on ma być ułagodzony przeze mnie czy przez kogokolwiek innego?
    – Ponieważ wchodzą tu w grę potężne zależności finansowe. Chcesz czy nie, Farrell jest od jedenastu lat twoim prawowitym mężem. Jesteś bogatą młodą kobietą i Farrell, jako twój legalny małżonek, może spokojnie zażądać części tego, co posiadasz…
    – Przestań go tak nazywać!
    – To prawda – powiedział Parker, tym razem łagodnie. – Farrell może odmówić współpracy w uzyskaniu rozwodu. Może leż oskarżyć cię o zaniedbanie.
    – Dobry Boże! – wykrzyknęła Meredith i zaczęła krążyć nerwowo po pokoju. – Nie mogę w to uwierzyć. Nie, poczekaj, wyolbrzymiamy wszystko – powiedziała po chwili. Zmusiła się, żeby myśleć logicznie, tak jakby rozwiązywała jakiś problem w pracy. – Jeśli to, co czytałam, jest prawdą, to Matt jest o wiele zamożniejszy niż my…
    – O wiele – potwierdził Parker, uśmiechając się do niej i aprobując jej spokojną logikę – a w takim razie miałby o wiele więcej do stracenia w walce rozwodowej niż ty.
    – Czyli nie ma się czym martwić – skonkludowała. – Będzie chciał równie szybko skończyć z tą sprawą jak i ja. Poczuje ulgę, że nie chcę nic od niego. Prawdę mówiąc, mamy nad nim przewagę…
    – To niezupełnie prawda – zaprzeczył Parker. – Właśnie tłumaczyłem, że ty i twój ojciec przejęliście odpowiedzialność za przeprowadzenie rozwodu, a skoro nie wywiązaliście się z tego, adwokaci Farrella będą mogli prawdopodobnie przekonać sąd, że wina jest po waszej stronie. W takim wypadku sędzia może nawet przyznać mu odszkodowanie za wynikłe z tego straty. Ty z kolei miałabyś problem z uzyskaniem jakichkolwiek pieniędzy od Farrella, ponieważ to ty miałaś zająć się rozwodem. Podejrzewam, że jego prawnicy mogą przekonać sąd, że celowo nie zrobiłaś tego, kierując się jakąś nadzieją na późniejsze wyciągnięcie pieniędzy od niego.
    – Zgnije w piekle, zanim wyciągnie od nas o jeden cent więcej – warknął Philip. – Już zapłaciłem draniowi dziesięć tysięcy dolarów, żeby zniknął z naszego życia i zapomniał o jakichkolwiek pieniądzach, Meredith czy moich.
    – W jaki sposób mu zapłaciłeś?
    – Ja… – twarz Philipa przybladła. – Zrobiłem to, co powiedział mi Spyzhalski. Nie było to bardzo niezwykłe: wypisałem czek wypłacamy łącznie na nazwisko jego i Farrella.
    – Spyzhalski – wytknął mu z sarkazmem Parker – jest oszustem. Naprawdę wierzysz, że miałby skrupuły, jeśli chodzi o sfałszowanie podpisu Farrella i zagarnięcie całej gotówki?
    – Powinienem był zabić Farrella tego dnia, kiedy Meredith przyprowadziła go tutaj!
    – Przestań! – wykrzyknęła Meredith. – Nie chcę, żebyś z tego powodu nabawił się kolejnego zawału. Po prostu nasz adwokat skontaktuje się z jego adwokatem…
    – Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł – przerwał jej Parker. – Jeżeli chcesz, żeby ten człowiek chciał współpracować z nami w tej sprawie i przystał na maksymalne jej wyciszenie, co, jak sądzę, powinno być dla nas wszystkich głównym celem, to najlepiej będzie, jeśli zaczniesz od załagodzenia tych spraw z nim samym.
    – Jakich spraw? – odparowała żarliwie Meredith.
    – Sugeruję, żebyś rozpoczęła od osobistych przeprosin za tę twoją wypowiedź, która ukazała się w rubryce Sally Mansfield…
    Dopiero w tej chwili uderzyło ją wspomnienie balu dobroczynnego. Opadła na krzesło stojące przy kominku. Zapatrzyła się w ogień.
    – Nie mogę w to uwierzyć – szepnęła.
    Głos jej ojca, który rozległ się w chwilę potem, był niemal krzykiem. Patrzył na Parkera:
    – Zaczynasz mnie dziwić, Parker. Jakiego rodzaju człowiekiem jesteś, że sugerujesz, żeby to ona przepraszała tego drania! Ja się nim zajmę.
    – Jestem praktycznym, cywilizowanym człowiekiem. Oto kim jestem – odpowiedział, podchodząc do Meredith. Położył na jej ramieniu dłoń w dodającym otuchy geście. – A ty jesteś człowiekiem gwałtownym i dlatego jesteś ostatnią osobą, która powinna próbować dogadać się z nim. Co więcej, ja wierzę w Meredith. Opowiedziała mi całą historię o tym, co wydarzyło się między nią a Farrellem. Ożenił się z nią dlatego, że była w ciąży. To, co zrobił, kiedy straciła dziecko, było brutalne, ale było to też praktyczne i być może nawet lepsze niż ciągnięcie małżeństwa, które od samego początku skazane było na fiasko…
    – Sympatyczne! – wyrzucił z siebie Philip. – Był dwudziestosześcioletnim łowcą posagów, który uwiódł osiemnastoletnią bogatą dziewczynę, zrobił jej dziecko, a potem raczył ożenić się z nią…
    – Przestań! – powiedziała znowu Meredith, tym razem jednak bardziej dobitnie. – Parker ma rację, a ty wiesz dobrze, że on mnie nie uwiódł. Powiedziałam ci, co się stało i dlaczego. – Z wysiłkiem panowała nad sobą. – Cała ta dyskusja jest bezprzedmiotowa. – To ja rozmówię się z Mattem, kiedy zdecyduję, jak najlepiej to zrobić.
    – To rozumiem – powiedział Parker. Zerknął na Philipa i zignorował jego wzburzenie. – Jedyne, co Meredith musi zrobić, to spotkać się z nim w cywilizowany sposób, wyjaśnić problem i zasugerować, żeby rozwiedli się bez finansowych żądań żadnej ze stron – mówiąc to, z niewyraźnym uśmiechem spoglądał w jej pobladłą, spiętą twarz. – Dawałaś sobie radę z trudniejszymi przeciwnikami i trudniejszymi zadaniami niż to, prawda, kochanie?
    Meredith widziała w jego oczach zachętę i dumę z niej. Spojrzała na niego z konsternacją. – Nie.
    – Jak to nie! – zaoponował. – Jeśli on zgodzi się na spotkanie z tobą, możesz do jutrzejszego wieczoru mieć za sobą większość tego wszystkiego…
    – Spotkać się! – wybuchnęła. – Nie mogę omówić z nim tego przez telefon?
    – Tak zabrałabyś się do załatwiania zagmatwanej, superważnej dla ciebie sprawy służbowej?
    – Nie. Oczywiście nie – westchnęła.
    Przez kilka minut po wyjściu Parkera Meredith i jej ojciec siedzieli jeszcze w bibliotece, obydwoje zapatrzeni w przestrzeń w pełnym złości otępieniu.
    – Podejrzewani, że winisz mnie za to – stwierdził w końcu Philip.
    Przestała użalać się nad sobą, odwróciła głowę i spojrzała na niego. Wyglądał na człowieka przegranego. Był blady.
    – Oczywiście, że nie – powiedziała spokojnie. – Próbowałeś tylko mnie chronić, zatrudniając prawnika, który nas nie znał.
    – Sam zadzwonię rano do Farrella!
    – Nie, nie możesz tego zrobić – powiedziała spokojnie. – Parker ma rację. Na dźwięk imienia Matta ogarnia cię zupełnie irracjonalny gniew. Poniosłoby cię w ciągu kilku sekund i na pewno dostałbyś przy okazji kolejnego zawału. Teraz powinieneś iść do łóżka i przespać się – dodała, wstając. – Widzimy się jutro w pracy. Wszystko to będzie wyglądać rano… mniej groźnie. Poza tym – dodała z uspokajającym uśmiechem, który udało jej się jakimś cudem z siebie wykrzesać, kiedy szli do drzwi frontowych – nie jestem już osiemnastoletnią dziewczyną i nie boję się konfrontacji z Matthew Farrellem. Prawdę mówiąc – skłamała – z przyjemnością czekam na możliwość utarcia mu nosa!
    Philip wyglądał tak, jakby intensywnie próbował wymyślić jakieś inne wyjście z sytuacji. Bladł coraz bardziej, nie znajdował go.
    Machając wesoło na pożegnanie, Meredith zbiegła pospiesznie po schodkach ganku. Jej samochód stał na podjeździe. Otworzyła przednie drzwiczki i wsiadła do lodowatego wnętrza, zatrzaskując je za sobą. Oparła głowę o kierownicę i zamknęła oczy.
    – O mój Boże! – szepnęła, przerażona perspektywą konfrontacji z demonem z przeszłości.

ROZDZIAŁ 25

    – Dzień dobry – powiedziała raźno Phyllis, idąc za Meredith do jej gabinetu.
    – Mogę powiedzieć o tym poranku różne rzeczy – odpowiedziała, wieszając swój płaszcz w szafie – ale słowo „dobry”, nie jest tu odpowiednie. Były jakieś telefony do mnie?
    Phyllis skinęła potwierdzająco głową.
    – Dzwonił pan Sanborn z personalnego. Nie zwróciłaś im uaktualnionego formularza ubezpieczeniowego. Powiedział, że jest mu natychmiast potrzebny. – Podała formularz i czekała.
    Meredith z westchnieniem usiadła przy biurku, wzięła do ręki długopis, wpisała swoje nazwisko, adres, potem spojrzała na następną rubrykę. Zbuntowana i zbita z tropu przeczytała nagłówek: „stan cywilny”. „Zakreśl jedno: wolny, zamężny/żonata, wdowiec/wdowa”. Patrzyła na środkową ewentualność i wzbierał w niej histeryczny śmiech. Była mężatką. Od jedenastu lat była żoną Matta Farrella.
    – Dobrze się czujesz? – zapytała z troską Phyllis, widząc, że Meredith podpiera ręką czoło i patrzy sparaliżowana na formularz.
    Podniosła wzrok na Phyllis i zapytała:
    – Co grozi za podanie nieprawdziwych danych w takim formularzu?
    – Myślę, że w wypadku twojej śmierci mogą odmówić wypłacenia ubezpieczenia twojemu prawowitemu spadkobiercy.
    – To całkiem w porządku – powiedziała Meredith, żartując gorzko, po czym energicznie zakreśliła słowo „wolny”. Nie zważając na zaniepokojenie Phyllis, podała jej formularz i powiedziała: – Czy mogłabyś wychodząc zamknąć drzwi i nie łączyć mnie z nikim przez kilka minut?
    Kiedy Phyllis wyszła, Meredith wzięła książkę telefoniczną, leżącą na biurku za jej plecami. Znalazła numer telefonu Haskell Electronics i zapisała go. Odłożyła książkę i siedziała wpatrzona w ten numer tak, jakby był on co najmniej wijącym się wężem. Wiedziała, że chwila, przed którą wzdragała się przez całą noc, właśnie nadeszła. Zamknęła na chwilę oczy i spróbowała wprowadzić się we właściwy nastrój, przypominając sobie po raz kolejny swój plan. Jeśli Matt będzie wściekły za to, co powiedziała w operze, przeprosi go z prostotą i godnością. Będą to przeprosiny bez żadnych tłumaczeń. Potem, uprzejmie i bez emocji, poprosi go o spotkanie w bardzo pilnej sprawie. Taki był jej plan. W zwolnionym tempie uniosła drżącą rękę i sięgnęła po telefon.
    Po raz trzeci w ciągu godziny rozległ się dźwięk intercomu stojącego na biurku Matta, przerywając burzliwą dyskusję prowadzoną przez jego dyrektorów. Zniecierpliwiony tymi ciągłymi przerywnikami, spojrzał przepraszająco na mężczyzn i sięgnął do guzika intercomu mówiąc:
    – Panna Stern musiała wyjechać na Wybrzeże do chorej siostry. Kontynuujcie rozmowę – dodał. Nacisnął przycisk i z niezadowoleniem powiedział do sekretarki zastępującej pannę Stern: – Prosiłem, żeby mnie pani z nikim nie łączyła!
    – Tak, ja, ja wiem – usłyszał głos Joanny Simons – ale panna Bancroft powiedziała, że to wyjątkowo pilne. Nalegała, żebym jednak panu przeszkodziła.
    – Niech zostawi wiadomość – rzucił Matt. Już miał zwolnić przycisk, ale zatrzymał się. – Mówi pani, że kto dzwoni?
    – Meredith Bancroft – sekretarka zaakcentowała te słowa znacząco, dając do zrozumienia, że ona też czytała w rubryce Sally Mansfield o ich starciu. To samo niewątpliwie dotyczyło mężczyzn siedzących półkolem wokół jego biurka, ponieważ zaanonsowanie Meredith spowodowało zapadnięcie pełnej zaskoczenia ciszy i gwałtowną eksplozję nerwowej, ożywionej dyskusji, mającej tę ciszę następnie zatuszować.
    – Jestem w trakcie zebrania – powiedział zwięźle Matt. – Powiedz, żeby zadzwoniła za piętnaście minut.
    Odłożył słuchawkę, wiedząc doskonale, że uprzejmość wymagała, żeby to on zaoferował oddzwonienie do niej. Tak naprawdę jednak nic go to nie obchodziło; nie mieli sobie nic więcej do powiedzenia. Zmusił się, żeby się skupić na omawianych sprawach, spojrzał na Toma Andersona i kontynuował rozmowę przerwaną przez telefon Meredith.
    – Nie będziemy mieli żadnych problemów z komisją ziemską w Southville. Mamy tam informatora, który twierdzi, że zarówno powiat, jak i miasto Southville są bardzo zainteresowani wybudowaniem przez nas fabryki na ich terenie. Będziemy mieli ich akceptację w środę, kiedy zbiorą się, żeby przeprowadzić głosowanie…
    W dziesięć minut później Matt odprowadził ich wszystkich do drzwi, zamknął je i usiadł za swoim biurkiem. Kiedy Meredith nie zadzwoniła przez następne pół godziny, odchylił się na swoim skórzanym fotelu i spoglądał na milczący telefon. Z każdą mijającą chwilą narastało w nim uczucie niechęci do niej. Jakie to w jej stylu, pomyślał. Dzwoni do niego po raz pierwszy od ponad dziesięciu lat, nalega, żeby sekretarka przerwała mu zebranie, a kiedy nie może z nią rozmawiać, każe mu siedzieć i czekać do tej pory. Zawsze zachowywała się jak księżniczka. Już w chwili urodzenia miała wpojone poczucie własnej wartości. Była wychowana w przekonaniu, że jest lepsza niż wszyscy inni…
    Bębniąc nerwowo palcami o blat biurka, Meredith odchyliła się na swoim fotelu. Obserwowała ze złością zegar. Celowo odczekała trzy kwadranse, zanim powtórnie zadzwoniła do niego. Jakie to w jego stylu: aroganckie i napuszone, kazać jej dzwonić do siebie! – pomyślała rozgniewana. Najwyraźniej ze swoim bogactwem nie nabył dobrych manier. Inaczej wiedziałby, że skoro ona zrobiła kurtuazyjnie pierwszy krok i skontaktowała się z nim, jego obowiązkiem było zrobić następny. Oczywiście Matthew Farrell nigdy nic sobie nie robił z dobrych manier. Pod świeżo zdobytą powłoką ogłady ciągle był niczym więcej, jak tylko niegrzecznym, ambitnym… Nagle zdała sobie sprawę ze swoich gorzkich myśli; takie nastawienie utrudni tylko realizację tego, co było jeszcze przed nią. Poza tym, przypomniała sobie po raz kolejny, nie było w porządku oskarżanie Matta o wszystko, co zdarzyło się przed laty. Tego wieczoru, kiedy się poznali, z własnej woli bardzo chętnie uczestniczyła w ich zbliżeniu. Zlekceważyła zadbanie o to, żeby uchronić się przed ciążą. Kiedy okazało się, że to się stało, przyzwoicie zgodził się z nią ożenić. Później to ona sama wmówiła sobie, że go kocha. On tego nigdy nie powiedział. Prawdę mówiąc, nigdy nie wprowadzał jej w błąd i oskarżanie go o to, że nie sprostał jej naiwnym oczekiwaniom, było głupie i dziecinne. Było to tak samo niemądre i bezcelowe jak to, co powiedziała do niego w operze. Teraz poczuła się lepiej i opanowała emocje. Odsunęła urażoną dumę i obiecała sobie, że zachowa filozoficzny spokój. Zegar wskazywał dziesiątą czterdzieści pięć. Sięgnęła po telefon. Matt drgnął na dźwięk intercomu.
    – Panna Bancroft jest na linii – powiedziała Joanna. Podniósł słuchawkę.
    – Meredith? – powiedział spiętym, zniecierpliwionym głosem. – To nieoczekiwana niespodzianka.
    Zbita trochę z tropu odnotowała, że nie powiedział „nieoczekiwana przyjemność”, jak to było w zwyczaju, i że jego głos był głębszy i bardziej dźwięczny, niż pamiętała.
    – Meredith! – jego irytacja była wyczuwalna poprzez dzielącą ich odległość i wyrwało to ją z nerwowego zamyślenia. – Jeśli zadzwoniłaś po to tylko, żebym posłuchał twojego oddechu, to jestem zaszczycony, ale i trochę tym zmieszany. Jakiej reakcji oczekujesz teraz ode mnie?
    – Widzę, że w dalszym ciągu jesteś tak zadufany w sobie i źle wychowany jak…
    – Aha, zadzwoniłaś po to, żeby krytykować moje maniery – skonkludował.
    Meredith, biorąc się w karby, przypomniała sobie, że jej celem miało być ułagodzenie, a nie antagonizowanie go. Opanowała temperament i powiedziała szczerze:
    – Prawdę mówiąc, dzwonię dlatego, że chciałabym zakopać topór wojenny.
    – W jakiej części mojego ciała?
    Było to na tyle niedalekie prawdy, że wyrwało z jej ust bezsilny śmiech. Matt słysząc go przypomniał sobie, jak bardzo był kiedyś oczarowany tym jej zaraźliwym śmiechem i poczuciem humoru. Zacisnął szczęki, a ton jego głosu stał się ostrzejszy.
    – Czego chcesz, Meredith?
    – Chcę, to znaczy, muszę porozmawiać z tobą… osobiście.
    – W ubiegłym tygodniu pokazałaś mi swoje plecy wobec pięciuset osób – przypomniał jej lodowatym tonem. – Skąd ta nagła zmiana?
    – Coś się wydarzyło i musimy przedyskutować to w sposób dojrzały i na spokojnie – powiedziała, desperacko próbując uniknąć precyzowania sprawy do chwili, kiedy będzie rozmawiać z nim oko w oko. – To dotyczy, jak by to powiedzieć, nas…
    – Nie istnieje coś takiego jak „my” – powiedział niewzruszenie – a po tym, co wydarzyło się w operze, wydaje się oczywiste, że spokój i dojrzałość to coś, na co ty nie możesz się zdobyć.
    Meredith była o krok od zrewanżowania mu się pełną gniewu tyradą, ale powstrzymała się. Nie chciała staczać z nim bitwy. Chciała pokojowych negocjacji. Była kobietą interesu i nauczyła się już, jak sobie radzić z upartymi mężczyznami. Widziała, że Matt założył sobie, że będzie trudnym rozmówcą; w takim razie musiała wprowadzić go w bardziej rzeczowy nastrój. Spieranie się z nim nie doprowadziłoby jej do celu.
    – Kiedy zachowałam się tak w stosunku do ciebie, nie miałam pojęcia, że Sally Mansfield była w pobliżu – wyjaśniła taktownie. – Przeproszę za to, co powiedziałam, i zadbam o to, żeby ona przede wszystkim to usłyszała.
    – Jestem pod wrażeniem – powiedział zgryźliwie. – Najwyraźniej sztuka dyplomacji nie jest ci obca.
    Meredith wykrzywiła się do słuchawki, ale głos miała w dalszym ciągu łagodny.
    – Matt, wyciągam rękę do zgody. Nie mógłbyś współpracować ze mną? Chociaż trochę?
    Dźwięk jej głosu wymawiającego jego imię poruszył go. Wahał się pięć sekund, a potem powiedział agresywnie.
    – Za godzinę wylatuję do Nowego Jorku. Wracam dopiero w poniedziałek, późnym wieczorem.
    Uśmiechnęła się triumfalnie.
    – Czwartek to Święto Dziękczynienia. Moglibyśmy spotkać się wcześniej, powiedzmy we wtorek? Czy może jesteś wyjątkowo zajęty tego dnia?
    Matt zerknął na kalendarz leżący na jego biurku. Cały świąteczny tydzień zapełniały spotkania i zebrania. Był wyjątkowo zajęty.
    – We wtorek znajdę czas. Może przyszłabyś do mojego biura o jedenastej czterdzieści pięć?
    – Świetnie – zgodziła się natychmiast, czując raczej ulgę niż rozczarowanie pięciodniowym odroczeniem.
    – A tak przy okazji, czy twój ojciec wie, że mamy się spotkać?
    Lodowaty ton jego głosu potwierdzał, że nie lubił jej ojca tak samo jak kiedyś.
    – Wie o tym.
    – W takim razie, jestem zaskoczony, że nie trzyma cię pod kluczem i w kajdankach, żeby temu zapobiec. Wyraźnie złagodniał.
    – Nie złagodniał, ale przybyło mu lat i był bardzo chory. – Próbując zmniejszyć nieuniknioną animozję, jaką Mart odczuje w stosunku do jej ojca, kiedy się dowie, że to on wynajął „lewego” prawnika i że z tego powodu są ciągle małżeństwem, dodała: – Może umrzeć w każdej chwili.
    – Jeśli to się stanie – skontrował sarkastycznie Matt – wierzę, że Bóg sprawi, że ktoś będzie miał tyle zdrowego rozsądku, żeby przebić jego serce drewnianym kołkiem.
    Meredith, słysząc to, zdusiła w sobie wybuch pełnego zgrozy chichotu i grzecznie pożegnała się. Kiedy odłożyła słuchawkę, uśmiech zniknął z jej twarzy. Usiadła wygodniej. Matt robił z jej ojca wampira, a w jej życiu były momenty, kiedy czuła się tak, jakby ojciec istotnie wysysał z niej soki życiowe. Pewne było, że pozbawił ją wielu radości, jakie niesie ze sobą młodość.

ROZDZIAŁ 26

    We wtorek, kiedy stała przed lustrem w łazience przylegającej do jej gabinetu, udało jej się wyrobić w sobie przeświadczenie, że absolutnie podoła zadaniu przeprowadzenia z Mattem uprzejmego, pozbawionego osobistych emocji spotkania i równie łatwo przekona go, żeby zgodził się na prosty, szybki rozwód.
    Poprawiła pomadkę na ustach, przeczesała długie do ramion włosy, nadając im wygląd artystycznego nieładu. Potem zrobiła krok do tyłu, żeby ocenić efekt końcowy. Miała na sobie miękko układającą się, czarną dżersejową sukienkę z długimi rękawami, zabudowaną wysoko pod szyję, luźną od pasa w dół. Jej szyję ciasno obejmował szeroki, błyszczący złoty naszyjnik, ładnie kontrastujący z czernią sukni. Na przegubie miała pasującą do niego bransoletkę. Duma i zdrowy rozsądek wymagały, aby wyglądała jak najlepiej; Matt spotykał się z gwiazdami filmowymi i seksownymi, zachwycającymi modelkami. Wiedziała, że lepiej sobie z nim poradzi, jeśli będzie czuła się pewnie. Usatysfakcjonowana, wrzuciła kosmetyki do torebki, wzięła płaszcz i rękawiczki. Zdecydowała, że pojedzie do jego biura taksówką, żeby nie musiała przedzierać się przez korki i szukać w deszczu miejsca do parkowania.
    Już z taksówki obserwowała przechodniów na Michigan Avenue. W rękach trzymali parasole albo chronili głowy rozłożonymi gazetami. Deszcz, niczym drobne młoteczki, uderzał o dach taksówki. Zagłębiła się w miękkie fałdy futra, które dostała od ojca na dwudzieste piąte urodziny. Przez pięć dni i nocy planowała swoją strategię, powtarzała, co powie i w jaki sposób to zrobi. Spokojnie, taktownie, rzeczowo, oto jak się zachowa. Nie zniży się do krytykowania go za dawne zachowanie. Po pierwsze: dla niego nie istniało poczucie dobra i zła, poza tym, zdecydowanie nie chciała dać mu satysfakcji uzmysłowienia sobie, jak bardzo zabolała ją jego zdrada. Żadnych oskarżeń, przypomniała sobie. Spokój, rzeczowość i takt. Miała nadzieję, że zachowując się w ten sposób, narzuci ton spotkaniu i skłoni go do pójścia w jej ślady. I nie wyrzuci z siebie ot tak po prostu informacji o ich problemie. Dojdzie do tego stopniowo, łagodnie.
    Jej dłonie zaczynały drżeć. Włożyła je głębiej do kieszeni futra, zacisnęła w nerwowym napięciu. Rzeka deszczu spływała po przedniej szybie taksówki, rozmywając światła sygnałów na przejściach dla pieszych w kolorowe błyski zieleni, żółci i czerwieni. Te błyski przypominały jej fajerwerki eksplodujące tamtego wieczoru, czwartego lipca. Wieczoru, który zmienił całe jej życie.
    Ze wspomnień wyrwał ją głos taksówkarza.
    – Jesteśmy na miejscu, panienko.
    Meredith wyciągnęła pieniądze z torebki, zapłaciła i przebiegła przez ulewę do wysokiego budynku ze szkła i stali, który mieścił najnowszą handlową zdobycz Matta.
    Kiedy wysiadła z windy na sześćdziesiątym piętrze, znalazła się w obszernej, wyłożonej srebrnymi dywanami recepcji. Podeszła do recepcjonistki, atrakcyjnej brunetki, która spoza okrągłego biurka obserwowała ze źle ukrywaną fascynacją zbliżającą się ku niej Meredith.
    – Pan Farrell oczekuje pani, panno Bancroft – powiedziała, najwyraźniej rozpoznając Meredith ze zdjęć. – Ma w tej chwili spotkanie, ale ono skończy się za kilka minut. Proszę usiąść.
    Była poirytowana, że Matt zamierzał kazać jej czekać, jak poddanej, próbującej uzyskać audiencję u króla. Spojrzała znacząco na zegar wiszący na ścianie. Była o dziesięć minut za wcześnie.
    Złość opuściła ją tak szybko, jak się pojawiła. Usiadła na krześle z chromu i skóry. Wzięła do ręki magazyn i otworzyła go. W tej chwili z narożnego gabinetu wyszedł mężczyzna. Nie zamknął za sobą drzwi. Zerkając sponad pisma, odkryła, że uchylone drzwi odsłoniły jej niczym nie zmącony widok człowieka, który był jej mężem. Obserwowała go niechętnie, ale i z fascynacją.
    Matt siedział za biurkiem. Rozmyślał nad czymś, tak że jego ciemne brwi zbiegły się w pionowej zmarszczce. Oparł się wygodnie w fotelu i słuchał mówiącego do niego mężczyzny. Pomimo swobodnej pozycji z jego twarzy emanował autorytet i pewność siebie. Nawet w koszuli z krótkimi rękawami nie tracił otaczającej go aury dynamicznej siły. Zaskoczyło to ją i dziwnie zaniepokoiło. Tamtej nocy w operze była zbyt zdenerwowana, żeby spojrzeć na niego, nie mówiąc o dokładnym przypatrzeniu mu się. Teraz jednak, kiedy miała czas i okazję po temu, zauważyła, że rysy jego twarzy nie zmieniły się niemal zupełnie w stosunku do tego, co zapamiętała sprzed jedenastu lat. Mimo wszystko jednak było w nich coś innego. Miał trzydzieści siedem lat i stracił już zuchwałość młodości. Jego twarz zyskała w zamian twardą siłę, która sprawiała, że wydawał się jeszcze bardziej atrakcyjny i bardziej bezkompromisowy. Miał ciemniejsze włosy, niż pamiętała. Oczy były jaśniejsze, ale jego piękne usta wyrażały tę samą, wyzywającą zmysłowość. Jeden z mężczyzn powiedział coś zabawnego i błysk wspaniałego uśmiechu Matta spowodował skurcz jej serca. Zignorowała tę niewytłumaczalną reakcję i skoncentrowała się na toczącej się w jego gabinecie dyskusji. Wyglądało na to, że Matt zamierzał połączyć dwa działy Intercorpu w jeden i celem prowadzonych rozmów było przedyskutowanie najmniej drastycznego sposobu przeprowadzenia tego manewru. Z narastającym, profesjonalnym zainteresowaniem zauważyła, że metody prowadzenia spotkania ze swoimi dyrektorami, jakie stosował Matt, były zupełnie inne niż metody jej ojca. Ojciec zwoływał zebrania po to, żeby wydawać rozkazy. Był oburzony, jeśli ktoś ośmielał mu się przeciwstawiać. Matt z kolei najwyraźniej preferował żywy dialog, swobodne wyrażanie kontrowersyjnych opinii i wywołujących konflikty sugestii. Słuchał uważnie, oceniając wartość każdego pomysłu i każdego sprzeciwu. Matt nie terroryzował swoich pracowników i nie zmuszał nikogo do upokarzającego wycofywania się, jak to robił jej ojciec. Wykorzystywał ich talenty i korzystał ze szczególnych uzdolnień każdego z nich. Ta metoda wydawała się Meredith o wiele bardziej sensowna i produktywna.
    Teraz już otwarcie podsłuchiwała, a drobniutkie ziarenko podziwu zakorzeniało się w niej i zaczynało rosnąć. Uniosła rękę, żeby odłożyć pismo, i ten ruch zwrócił uwagę Matta. Nagle odwrócił głowę i spojrzał wprost na nią.
    Zamarła, trzymając pismo w dalszym ciągu w dłoni. Jego przenikliwe, szare oczy wpatrywały się w nią. Nagle oderwał od niej wzrok i spojrzał na mężczyzn siedzących wokół biurka.
    – Jest później, niż myślałem – powiedział. – Będziemy kontynuować dyskusję po lunchu.
    Mężczyźni zaczęli natychmiast wychodzić, a Meredith poczuła suchość w gardle na widok Matta idącego do niej zdecydowanym krokiem. Spokojnie, taktownie, rzeczowo, przypomniała sobie nerwowo. Zmusiła się, żeby podnieść wzrok wyżej, ponad pięknie skrojone szare spodnie, które opinały jego długie, umięśnione nogi i biodra. Spojrzała w jego oczy. Bez oskarżeń… łagodnie wprowadź go w problem, nie wygadaj się.
    Matt patrzył, jak wstawała, i kiedy się odezwał, jego głos był tak całkowicie obojętny, jak jego uczucia w stosunku do niej.
    – Nie widzieliśmy się tak dawno – powiedział, celowo pomijając ich krótkie, mało przyjemne spotkanie w operze. Przeprosiła go za nie w rozmowie telefonicznej, potwierdziła chęć zawarcia pokoju przez pojawianie się tu, a on był skłonny wyjść jej naprzeciw. Przecież wyleczył się z niej już wiele lat temu; pielęgnowanie urazy do czegoś czy kogoś, kto teraz nie znaczy dla niego już kompletnie nic, było niemądre.
    Podbudowana wyraźnym brakiem animozji z jego strony, wyciągnęła obciągniętą czarną rękawiczką dłoń. Starała się nie dopuścić, aby w jej głosie było słychać zdenerwowanie.
    – Witaj, Matt – udało jej się powiedzieć z opanowaniem. Uścisk jego ręki był zdecydowany, profesjonalny.
    – Wejdź na chwilę do mojego gabinetu, muszę zadzwonić, zanim wyjdziemy.
    – Wyjdziemy? – zapytała, wchodząc razem z nim do obszernego, wyłożonego srebrnym dywanem biura z panoramicznym widokiem Chicago. – Co przez to rozumiesz?
    Matt podniósł słuchawkę telefonu.
    – Nadeszło kilka płócien do tego biura i za kilka minut będą je tu wieszać. Myślałem poza tym, że rozmowa przy lunchu będzie przyjemniejsza.
    – Przy lunchu? – powtórzyła, myśląc w popłochu o sposobie uniknięcia tego.
    – Nie mów, że już jadłaś, bo nie uwierzę – powiedział, wystukując numer na klawiaturze telefonu. – Zwykle uważałaś jedzenie lunchu przed drugą po południu za niecywilizowany zwyczaj.
    Pamiętała, że mówiła coś takiego w czasie dni spędzonych na farmie. Pomyślała, że jako osiemnastolatka była małą, zadufaną w sobie idiotką. Teraz jadała lunch przy biurku, kiedy i o ile w ogóle miała czas, żeby cokolwiek zjeść. Uświadomiła sobie, że tak naprawdę lunch w restauracji nie był złym pomysłem. Jeśli usłyszy jej nowiny w miejscu publicznym, nie będzie mógł rzucać obelg, krzyczeć i urządzić sceny. W czasie, kiedy on czekał na podejście do telefonu osoby, do której dzwonił, Meredith zaczęła oglądać jego kolekcję sztuki nowoczesnej. W najdalszym krańcu pokoju zauważyła i zidentyfikowała jedną rzecz, która jej się podobała: duże dzieło Caldera. Tuż obok niego wisiał obraz przedstawiający żółte, niebieskie i ciemnoczerwone plamy. Odsunęła się, próbując zobaczyć, co komukolwiek miałoby się podobać w czymś takim. Jej zdaniem, ten obraz przedstawiał rybie oczy pływające w galaretce z grapefruita. Zajęła się kolejnym obrazem. Wydawało się, że przedstawia nowojorską aleję. Przechyliła głowę na bok, intensywnie wpatrując się w dzieło. Nie, to nie aleja. To monastyr albo być może stojące do góry nogami góry z wioską i strumykiem płynącym ukośnie przez całe płótno i kosze na śmieci…
    Matt czekał na swoje poleczenie, stojąc za biurkiem. Obserwował ją. Patrzył na tę kobietę z wypranym z emocji zainteresowaniem konesera. Otulało ją futro z norek, złoty naszyjnik pobłyskiwał wokół jej szyi. Wyglądała elegancko, bogato, była wychuchana. To wrażenie kontrastowało uderzająco z jej nieskazitelnym profilem madonny. Oglądała obrazy. Jej włosy, w punktowym świetle padającym z góry, wyglądały niczym żywe złoto. Miała prawie trzydzieści lat, a w dalszym ciągu emanowała tą przekonującą aurą niewystudiowanej światowości i nieświadomego sex appealu. Bez wątpienia, pomyślał z sarkazmem, właśnie to było główną przyczyną pociągu, jaki czuł do niej. Winna była jej zapierająca dech w piersiach uroda w połączeniu z powierzchowną, ale przekonywającą aurą królewskiej wyniosłości i w rzeczywistości nie istniejącą słodyczą i dobrocią.
    Nawet teraz, kiedy jest o całą dekadę starszy i mądrzejszy, w dalszym ciągu dałby się nabrać, gdyby nie wiedział już, jaką osobą naprawdę jest: pozbawiona uczuć egoistka.
    Po odłożeniu słuchawki podszedł do miejsca, gdzie oglądała obrazy, i czekał w ciszy na jej komentarz.
    – Myślę… myślę, że są piękne – skłamała.
    – Naprawdę? Co ci się w nich podoba?
    – O, wszystko. Kolory… są interesujące… dają pole wyobraźni.
    – Wyobraźni – powtórzył ze sceptycyzmem. – Co konkretnie widzisz, kiedy patrzysz na nie?
    – No cóż, to mogą być góry… lub gotycka budowla do góry nogami… lub… urwała, czując się niesamowicie niezręcznie.
    – A co ty widzisz, patrząc na nie? – zapytała z wymuszonym entuzjazmem.
    – Widzę ćwierćmilionową inwestycję ~ odpowiedział sucho – która teraz jest już warta pół miliona.
    Przeraziła się i było to po niej widać. Nie zdążyła ukryć swojego odczucia.
    – Za to?
    – Za to – odparł i wydawało jej się niemal, że dostrzegła w jego oczach błysk rozbawienia.
    – No cóż… – zaczęła usprawiedliwiająco, przypominając sobie o swoim planie: spokojnie, taktownie… – Tak naprawdę niewiele wiem o sztuce współczesnej.
    Przestał zajmować się tym tematem, obojętnie wzruszając ramionami.
    – Możemy już iść?
    Kiedy podszedł do szafy, żeby zabrać płaszcz, Meredith zobaczyła na jego biurku oprawioną w ramki fotografię bardzo pięknej, młodej kobiety, siedzącej na zwalonym pniu drzewa. Kolana miała przyciągnięte do piersi, wiatr rozwiewał jej włosy. Uśmiechała się olśniewająco. Meredith zdecydowała, że albo była zawodową modelką, albo była zakochana w tym, kto robił to zdjęcie.
    – Kto robił to zdjęcie? – zapytała, kiedy Matt odwrócił się do niej.
    – Ja. Dlaczego pytasz?
    – Bez powodu. – Młoda kobieta nie była jedną ze znanych gwiazd czy panien z towarzystwa, z którymi fotografowano Matta. Świeża, niczym nie skalana uroda dziewczyny ze zdjęcia zaintrygowała Meredith. – Nie rozpoznaję jej.
    – Nie bywa w twoich kręgach towarzyskich – odparł ironicznie, wkładając marynarkę i płaszcz. – Jest po prostu dziewczyną, która prowadzi w Indianie prace badawcze z zakresu chemii.
    – I ona cię kocha – skonkludowała Meredith, zaskoczona zawoalowanym sarkazmem brzmiącym w jego głosie. Matt spojrzał na zdjęcie swojej siostry.
    – Ona mnie kocha.
    Meredith wyczuła instynktownie, że ta dziewczyna była dla niego ważna. Jeśli tak było, jeśli być może myślał o małżeństwie, to tak samo jak i jej zależałoby mu na szybkim, nieskomplikowanym rozwodzie. Jej zadanie tego popołudnia byłoby dzięki temu o wiele łatwiejsze.
    Kiedy przechodzili przez sekretariat, Matt zatrzymał się na chwilę, żeby porozmawiać z siwowłosą kobietą.
    – Tom Anderson jest na przesłuchaniu w komisji ziemskiej Southville – powiedział. – Jeśli wróci, kiedy będę na lunchu, daj mu telefon do restauracji, niech zadzwoni tam do mnie.

ROZDZIAŁ 27

    Przed budynkiem czekała na nich srebrna limuzyna. Koło niej stał potężnie zbudowany kierowca. Miał złamany nos i wygląd bizona. Otworzył przed nią drzwiczki. Zwykle jazda limuzyną była dla Meredith odpoczynkiem i luksusem, ale kiedy odjechali od krawężnika, zaskoczona i niepewna chwyciła za poręcz siedzenia. Udało jej się ukryć przerażenie, kiedy kierowca szaleńczo brał zakręty. Kiedy jednak przejechał na czerwonym świetle i wyprzedził niebezpiecznie autobus, zerknęła nerwowo na Matta.
    Na jej niemy protest zareagował lekkim wzruszeniem ramion.
    – Joe nie porzucił jeszcze marzeń o jeżdżeniu w rajdach.
    – To nie jest rajd – wytknęła mu Meredith, jeszcze mocniej ściskając poręcz, kiedy pokonywali kolejny zakręt.
    – A on nie jest szoferem.
    Zdeterminowana, żeby zachować się równie nonszalancko jak on, przestała wciskać palce w wyściełaną poręcz.
    – Naprawdę? Kim w takim razie jest?
    – Ochroniarzem.
    Poczuła ucisk w żołądku, mając dowód na to, że Matt robił rzeczy, z powodu których ludzie mogli go nienawidzić i chcieć mu wyrządzić fizyczną krzywdę. Poczucie zagrożenia nigdy jej nie pociągało; lubiła spokój i stabilizację. Posiadanie ochroniarza wydawało jej się barbarzyńskim pomysłem.
    Nie odzywali się do siebie aż do chwili, kiedy samochód zakołysał się gwałtownie, zatrzymując się przed zadaszonym wejściem do Landry's, najbardziej eleganckiej i ekskluzywnej restauracji w mieście.
    Niedaleko wejścia, w swoim zwykłym miejscu stał ubrany w smoking maître d'hôtel, był on także współzałożycielem lokalu. Meredith znała Johna od czasów szkolnych, kiedy to ojciec przyprowadzał ją tu na lunch. John przesyłał do ich stolika zwykle napoje ze specjalnymi życzeniami dla niej, przygotowane w taki sam sposób jak egzotyczne drinki dla dorosłych.
    – Dzień dobry, panie Farrell – zaintonował formalnie, ale kiedy zwrócił się do niej, dodał z uśmiechem i z przymrużeniem oka: – Zawsze miło jest gościć panią u nas, panno Bancroft.
    Meredith rzuciła mimochodem spojrzenie na zamkniętą twarz Matta. Zastanawiała się, jak musi się czuć, odkrywszy, że ona jest lepiej znana w restauracji, którą wybrał, niż on. Nie myślała już o tym, kiedy poprowadzono ją do stolika i zorientowała się, że w sali siedziało kilka osób, które znała. Sądząc z ich zszokowanych spojrzeń, rozpoznali Matta i niewątpliwie zastanawiali się, dlaczego jadła lunch z człowiekiem, z którym wcześniej nie chciała mieć nic do czynienia. Sherry Withers, jedna z największych plotkarek wśród znajomych Meredith, uniosła rękę, machając do niej, przeniosła spojrzenie na Matta i uniosła brwi z rozbawieniem, spekulując na temat tego, co zobaczyła.
    Kelner poprowadził ich do stolika wzdłuż klombów kwiatów rozmieszczonych dookoła wymyślnych białych kratek. Stolik stał wystarczająco blisko hebanowego pianina, żeby mogli z przyjemnością słuchać muzyki, a jednocześnie dość daleko, żeby nie zagłuszała ona rozmowy. Jeśli nie było się stałym klientem Landry's, zarezerwowanie stolika szybciej niż na dwa tygodnie naprzód było niemal niemożliwe. Zarezerwowanie dobrego stolika, jakim ten niewątpliwie był, było absolutnie niemożliwe. Zastanawiała się, jak Matt tego dokonał.
    – Napijesz się czegoś? – zapytał, kiedy już siedzieli.
    Jej umysł przeskoczył gwałtownie z bezcelowych domysłów, jak zdobył tę rezerwację, do okropnej konfrontacji, która była tuż przed nią.
    – Nie, dziękuję, poproszę tylko o wodę z lodem… – zaczęła, ale pomyślała, że drink pomógłby jej opanować nerwy. – Tak, poprawiła się – poproszę o drinka.
    – Na co miałabyś ochotę?
    – Chciałabym znaleźć się w Brazylii – wymamrotała z drżącym westchnieniem.
    – Co takiego?
    – Coś mocnego – powiedziała, próbując zdecydować, co ma wypić – Manhattan. – Pokręciła jednak przecząco głową, wykluczając ten wybór; czym innym było uspokojenie się, a czym innym wprowadzenie się w stan odurzenia alkoholowego, który spowodowałby, że powiedziałaby albo zrobiła coś, czego nie chciała. Była strzępkiem nerwów i chciała czegoś, co złagodziłoby jej napięcie. Coś, co mogłaby sączyć powoli, aż nastąpiłby pożądany efekt. Coś, czego nie lubiła. – Martini.
    – To wszystko jednocześnie? – zapytał, zachowując powagę. – Szklanka wody, Manhattan i martini?
    – Nie… tylko martini – powiedziała z niepewnym uśmiechem, a jej oczy przepełnione były pełnym frustracji smutkiem i nieświadomą prośbą o cierpliwość.
    Matt był zaintrygowany kombinacją zaskakujących kontrastów, jakie prezentowała w tej chwili. W tej wspaniałej sukni, okrywającej ją od szyi po nadgarstki, wyglądała i elegancko, i olśniewająco. Samo to nie rozbroiłoby go, ale połączenie tego z delikatnym rumieńcem barwiącym jej gładkie policzki, z bezradną prośbą w jej wielkich, oszałamiających oczach i dziewczęcym zmieszaniem sprawiało, że nie mógł się jej oprzeć. Jego nastawienie do niej łagodził też fakt że to ona poprosiła o to spotkanie. Chciała naprawić wszystko. Zdecydował więc nagle, że przyjmie tę samą taktykę, którą próbował zastosować w operze: pozwoli, żeby przeszłość stała się tylko przeszłością.
    – Czy ponownie spowoduję twoje wielkie zmieszanie, jeśli zapytam, na jakie martini masz ochotę?
    – Dżin – powiedziała. – Wódka – poprawiła się. – Nie, dżin, martini z dżinu.
    Jej rumieńce pogłębiły się, a była zbyt zdenerwowana, żeby zauważyć iskierki rozbawienia w jego oczach, kiedy zapytał poważnie:
    – Wytrawne czy słodkie?
    – Wytrawne.
    – Beefeater, Tanqueray czy Bombay?
    – Beefeater.
    – Oliwka czy cebulka?
    – Oliwka.
    – Jedna czy dwie?
    – Dwie.
    – Walium czy aspiryna? – dopytywał się tym samym bezbarwnym głosem, ale w kącikach jego ust czaił się uśmiech.
    Zorientowała się, że przez cały czas droczył się z nią. Poczuła wdzięczność i ulgę. Spojrzała na niego i odwzajemniła uśmiech.
    – Przepraszam, jestem trochę zdenerwowana.
    Kiedy kelner odszedł z ich zamówieniem na drinki, Matt zastanawiał się nad jej zdenerwowaniem. Rozejrzał się po wspanialej restauracji, gdzie jeden posiłek kosztował tyle, ile kiedyś dostawał za dzień pracy w stalowni. Nie mając właściwie takiego zamiaru, i on przyznał się do czegoś:
    – Kiedyś marzyłem o zabraniu cię na lunch do miejsca takiego jak to.
    Zajęta rozmyślaniem, jak najzręczniej poruszyć problem, z którym tu przyszła, spojrzała na piękne bukiety kwiatów wypełniających potężne srebrne wazony, na kelnerów w smokingach, pochylających się z atencją nad stolikami przykrytymi płóciennymi obrusami, błyszczącymi chińską porcelaną i kryształami.
    – To znaczy do jakiego? Matt zaśmiał się krótko.
    – Nie zmieniłaś się, Meredith, najbardziej ekstrawagancki luksus to dla ciebie ciągle najzwyczajniejsza rzecz.
    Była zdeterminowana, żeby utrzymać tę delikatną nutkę dobrej woli, która pojawiła się w czasie ustalania, co będzie piła, i powiedziała rzeczowo:
    – Nie możesz wiedzieć, czy się zmieniłam, czy nie, bo spędziliśmy razem zaledwie sześć dni.
    – I sześć nocy – podkreślił znacząco, z premedytacją próbując wywołać rumieniec na jej policzkach, wytrącić ją z równowagi, zobaczyć znowu tę niepewną dziewczynę, nie mogącą się zdecydować, jaki trunek wybrać.
    Zignorowała wzmiankę o seksie i powiedziała:
    – Trudno uwierzyć, że byliśmy kiedyś małżeństwem.
    – Nic dziwnego, skoro nigdy nawet nie używałaś mojego nazwiska.
    – Jestem przekonana – skontrowała, starając się utrzymać ton łagodnej obojętności – że dziesiątki kobiet zasługują na to bardziej niż ja kiedykolwiek.
    – To brzmi tak, jakbyś była zazdrosna.
    – Jeśli uważasz, że w moim głosie brzmi zazdrość – odparowała, z trudem trzymając w ryzach swój temperament, lekko nachylając się w jego kierunku – to coś bardzo złego dzieje się z twoim słuchem!
    Przez jego twarz przebiegł niechętny uśmiech.
    – Zapomniałem już, że używasz tego superpoprawnego sposobu wyrażania się, kiedy jesteś zła.
    – Dlaczego próbujesz – zasyczała – celowo wmanewrować mnie w sprzeczkę?
    – Prawdę mówiąc – powiedział sucho – to co powiedziałem, miało być komplementem.
    – Och – wyrwało jej się. Zaskoczona i trochę sfrustrowana, spojrzała na kelnera, który przyniósł ich drinki. Zamówili lunch i Meredith zdecydowała, że poczeka z nowiną o ich nie istniejącym rozwodzie do chwili, aż Matt wypije część swojego drinka i alkohol rozluźni go trochę. Wybór następnego tematu pozostawiła jemu.
    Matt uniósł szklaneczkę, zdziwiony tym, że nieświadomie stara się przypierać ją do muru. Z wyszukaną kurtuazją i zainteresowaniem powiedział:
    – Zgodnie z tym, co piszą w rubrykach towarzyskich, działasz aktywnie w kilku przedsięwzięciach charytatywnych, operze, balecie, koncertach symfonicznych. Co poza tym robisz ze swoim czasem?
    – Przez pięćdziesiąt godzin tygodniowo pracuję w „Bancrofcie” – powiedziała, trochę rozczarowana, że nie czytał nic o jej osiągnięciach w tej dziedzinie.
    O jej sukcesach w „Bancrofcie” Matt wiedział wszystko i był ciekaw, jak dobrym dyrektorem była naprawdę. Mógł to ocenić, słuchając, jak opowiada o swojej pracy. Zaczął zadawać jej pytania.
    Meredith odpowiadała. Najpierw niechętnie, a potem rozluźniła się, ponieważ odsuwała od siebie, jak tylko mogła, wyjawienie powodu ich spotkania i dlatego też, że praca była jej ulubionym tematem. Jego pytania były bardzo trafne. Wydawał się tak prawdziwie zainteresowany tym, co mówiła, że już po chwili opowiadała mu o swoich osiągnięciach i celach, o sukcesach i porażkach. Matt potrafił słuchać w taki sposób, że prowokował do zwierzeń. Koncentrował się wyłącznie na tym, co do niego mówiono, tak jakby każde słowo było interesujące, ważne, wiele znaczące. Zanim zdała sobie z tego sprawę, zwierzyła mu się nawet z problemu, jakim dla niej były oskarżenia o nepotyzm w sklepie i jak trudno było dawać sobie z tym radę. Powiedziała też o szowinizmie, jaki swoim nastawieniem siał jej ojciec wśród personelu.
    Do czasu, kiedy kelner sprzątnął talerze po lunchu, Meredith odpowiadała na wszystkie jego pytania i wykończyła niemal całą zamówioną przez niego butelkę bordeaux. Przyszło jej do głowy, że powodem, dla którego była tak wylewna, był fakt, że odwlekała powiedzenie mu swojej denerwującej nowiny, ale nawet teraz, kiedy nie dało się już tego dłużej odwlekać, czuła się o wiele bardziej zrelaksowana niż na początku posiłku.
    Milczeli przez chwilę, pełni wzajemnego zrozumienia. Spojrzeli na siebie poprzez stół.
    – Twój ojciec ma szczęście, że pracujesz dla niego – powiedział Matt ze szczerym przekonaniem. Nie miał wątpliwości, że jest bardzo dobrym dyrektorem. Może nawet uzdolnionym. Kiedy mówiła, styl jej działania stał się dla niego jasny; tak samo jak jej oddanie pracy, inteligencja, entuzjazm i przede wszystkim odwaga i spryt.
    – To ja mam szczęście – powiedziała, uśmiechając się do niego. – „Bancroft” liczy się dla mnie najbardziej. To najważniejsza rzecz w moim życiu.
    Matt oparł się wygodnie o oparcie krzesła i przyswajał sobie tę nowo odkrytą stronę Meredith. Trzymając w dłoni kieliszek wina, zmarszczył brwi. Zastanawiał się, dlaczego, u diabła, mówiła o tym domu handlowym tak, jakby mówiła o tym, co kocha. Dlaczego kariera była najważniejszą rzeczą w jej życiu. Dlaczego nie był nią Parker Reynolds albo jakiś inny, odpowiednio ważny człowiek z towarzystwa? Ale już zadając sobie te pytania, pomyślał, że zna na nie odpowiedź. Jej ojcu mimo wszystko udało się; zdominował ją tak bezwzględnie i tak efektywnie, że w końcu niemal zupełnie zniechęcił ją do mężczyzn. Jakikolwiek był powód jej ślubu z Reynoldsem, najwyraźniej nie była nim miłość. Biorąc pod uwagę to, co powiedziała, i sposób, w jaki wyglądała, mówiąc o „Bancrofcie”, była absolutnie oddana i zakochana właśnie w tym domu handlowym.
    Poczuł litość, patrząc na nią. Litość i czułość. Doświadczył tych uczuć tego wieczoru, kiedy ją poznał. Towarzyszyło temu wtedy potężne pragnienie, żeby ją posiąść. Pragnienie to pozbawiło go zdrowego rozsądku. Wszedł do tego klubu, usłyszał jej pełen wigoru śmiech, spojrzał w błyszczące oczy i stracił rozum. Jego serce zmiękło na wspomnienie tego, jak radośnie przedstawiała go wszystkim, jakby był potentatem stalowym z Indiany. Była tak pełna życia i śmiechu, tak niewinnie entuzjastyczna w jego ramionach. Boże, jak on jej pragnął! Chciał zabrać ją od ojca, przychylić jej nieba, chuchać na nią i chronić przed całym światem.
    Jeśli pozostałaby jego żoną, byłby teraz niesamowicie z niej dumny. W wyprany z osobistych uczuć sposób i teraz był diabelnie dumny z tego, co osiągnęła.
    Chuchać na nią i ochraniać ją? Zorientował się, w jakim kierunku zmierzają jego myśli, i zacisnął zęby, zdegustowany sobą. Meredith nie potrzebowała nikogo, kto by ją chronił. Sama była śmiertelnie niebezpieczna jak jadowity pająk. Jedyną istotą, która się dla niej liczyła, był jej ojciec. Żeby go zadowolić, zabiła ich nie narodzone dziecko. Była rozpuszczona, była osobą bez charakteru i bez serca: pusty, piękny manekin przeznaczony do przystrajania w piękne szatki i sadzania u szczytu stołu w jadalni. Do tego się tylko nadawała; to było jej jedyne zajęcie w życiu. Jej wygląd spowodował, że zapomniał o tym na chwilę w czasie ostatnich kilku minut. Winna była jej wspaniała twarz, z tymi czarującymi, turkusowymi oczami ocienionymi gęstymi rzęsami, duma, z jaką się trzymała; delikatne, ponętne usta, melodyjny dźwięk głosu, intrygujący, zaraźliwy śmiech. Chryste, zawsze był głupcem, jeśli chodziło o nią, pomyślał. Jego niechęć do niej osłabła nagle. Uzmysłowił sobie, że ten wybuch złości był niemądry i bezcelowy. Bez względu na to, co zrobiła, była wtedy bardzo młoda, bardzo wystraszona i zdarzyło się to tak dawno temu. To była już zamknięta sprawa. Obracając machinalnie nóżkę kieliszka w palcach, spojrzał na Meredith i powiedział nic nie znaczący, banalny komplement:
    – Z tego co słyszę, stałaś się wspaniałym dyrektorem. Jeśli bylibyśmy ciągle jeszcze małżeństwem, prawdopodobnie chciałbym zwabić cię do mojej firmy.
    Nieświadomie stworzył jej okazję, na którą czekała. Szacowała ją. Próbując zaszczepić element humoru do tej strasznej chwili, powiedziała z nerwowym, przyduszonym śmiechem:
    – W takim razie próbuj to zrobić. Zmarszczył brwi.
    – Co przez to rozumiesz?
    Nie umiała dłużej zachować nikłego uśmiechu. Nachyliła się do przodu, oparła ramiona o brzeg stołu i wzięła głęboki, uspokajający oddech.
    – Ja, ja mam ci coś do powiedzenia, Matt. Spróbuj się nie zdenerwować.
    Nie wykazując zainteresowania, wzruszył ramionami i uniósł kieliszek do ust.
    – Nie istnieją między nami żadne uczucia, Meredith. A w takim razie nic, co powiesz, nie może mnie zdenerwować…
    – Ciągle jeszcze jesteśmy małżeństwem – oświadczyła. Jego brwi zwarty się gwałtownie.
    – Tylko tyle!
    – Nasz rozwód nie był legalny – brnęła dalej, odruchowo cofając się przed jego groźnym wzrokiem. – Prawnik, który przeprowadził rozwód, nie miał uprawnień, był oszustem, jest prowadzone przeciwko niemu śledztwo, właśnie teraz. Żaden sędzia nie podpisał nigdy naszego orzeczenia rozwodowego. Żaden go nawet nie widział.
    Z niepokojącą pieczołowitością odstawił swój kieliszek. Nachylił się ku niej i zasyczał niemalże niskim głosem:
    – Albo kłamiesz, albo jesteś kompletnie nieodpowiedzialna. Jedenaście lat temu zaprosiłaś mnie do swojego łóżka, nie poświęciwszy chociażby jednej myśli zabezpieczeniu się przed ciążą. Kiedy zaszłaś w ciążę, przybiegłaś do mnie i zrzuciłaś na mnie ten problem. Teraz mówisz mi, że nie miałaś tyle zdrowego rozsądku, żeby wynająć prawdziwego prawnika, który załatwiłby ci rozwód, i że jesteśmy ciągle małżeństwem. Jak do diabła udaje ci się kierować całym działem domu handlowego i w dalszym ciągu wykazywać taką głupotę?
    Każde pogardliwe słowo wymówione przez niego raniło jej dumę, ale taka reakcja nie była gorsza, niż się tego spodziewała. Akceptowała to słowne biczowanie jako coś, co się jej należało. Był wściekły i zszokowany, zamilkł na chwilę. Wykorzystała to i powiedziała niskim, uspokajającym głosem:
    – Rozumiem, Matt, jak się czujesz…
    Chciałby móc uwierzyć, że całe to bagno było tylko jej wymysłem, że był to jakiś rodzaj szalonej próby wyłudzenia od niego pieniędzy. Wszystkie instynkty jednak podpowiadały mu, że ona mówi prawdę.
    – Jeśli to ja byłabym na twoim miejscu – ciągnęła, starając się mówić spokojnym, racjonalnym głosem – czułabym się tak samo, jak ty się czujesz teraz…
    – Kiedy się o tym dowiedziałaś? – przerwał jej, cały spięty.
    – Wieczorem na dzień przed tym, kiedy zadzwoniłam do ciebie, żeby umówić się na to spotkanie.
    – Zakładając, że mówisz prawdę, że ciągle jesteśmy małżeństwem, czego dokładnie ode mnie chcesz?
    – Rozwodu. Spokojnego, nieskomplikowanego natychmiastowego rozwodu.
    – Żadnych alimentów? – zadrwił, patrząc, jak rumieniec złości pokrywa jej policzki. – Żadnego podziału majątku, nic w tym rodzaju?
    – Nie!
    – Dobrze, bo to cholernie pewne, że nie dostałabyś niczego takiego!
    Była wściekła, że celowo wypominał jej, że teraz był o wiele bogatszy niż ona. Spojrzała na niego z pogardą dobrze wychowanej osoby.
    – Zawsze interesowały cię tylko pieniądze. Nigdy nie chciałam wychodzić za ciebie i nie chcę twoich pieniędzy! Raczej umarłabym z głodu, niż dopuściłabym do tego, żeby ktokolwiek się dowiedział, że byliśmy kiedykolwiek małżeństwem!
    Maître d'hôtel wybrał właśnie ten niefortunny moment, żeby pojawić się przy ich stoliku z pytaniem, czy dania im smakowały i czy życzą sobie czegoś jeszcze.
    – Tak – powiedział Matt szorstko. – Poproszę podwójną szkocką z lodem dla mnie, a dla mojej żony – podkreślił – poproszę o jeszcze jedno martini. – Czerpał przewrotnie niskiego lotu satysfakcję ze zrobienia dokładnie tego, czego ona, jak to i przed chwilą powiedziała, chciałaby uniknąć za wszelką cenę.
    Meredith, która nigdy dotąd nie uczestniczyła w publicznej scenie, zerknęła na starego znajomego i powiedziała:
    – Daję tysiąc dolarów za zatrucie jego drinka! Skłaniając się lekko, John uśmiechnął się i powiedział śmiertelnie poważnie:
    – W tej chwili, pani Farrell – następnie zwrócił się do wściekłego Matta i dodał dowcipnie: – Czy ma to być arszenik, czy preferuje pan coś bardziej egzotycznego?
    – Nie waż się zwracać do mnie kiedykolwiek tym nazwiskiem! – zagroziła Johnowi Meredith – to nie jest moje nazwisko.
    Humor i przychylność zniknęły z twarzy Johna. Skłonił się ponownie.
    – Proszę o wybaczenie, panno Bancroft, że pozwoliłem sobie na te nieodpowiednie uwagi. Pani drink będzie zaraz podany.
    Poczuła się jak wiedźma, dlatego że wyładowała na nim swoją złość. Przygnębiona, spojrzała na odchodzącego sztywno Johna, a potem na Matta. Odczekała jeszcze chwilę, aż ich temperamenty ostygną. Wzięła głęboki, uspokajający oddech:
    – To bezcelowe, żebyśmy obrzucali się obelgami. Nie moglibyśmy chociaż spróbować potraktować się uprzejmie?
    O wiele łatwiej poradzilibyśmy sobie z tym wszystkim, gdyby to się nam udało.
    Miała rację, wiedział o tym, i po chwili zastanowienia powiedział krótko:
    – Sądzę, że możemy spróbować. Jak powinniśmy to załatwić?
    – Bez rozgłosu! – powiedziała, uśmiechając się z ulgą. – I szybko. Konieczność zachowania dyskrecji i pośpiech są o wiele istotniejsze, niż prawdopodobnie podejrzewasz.
    Matt skinął głową. Jego myśli w końcu stały się bardziej uporządkowane:
    – Twój narzeczony – domyślił się. – Zgodnie z tym, co pisali w gazetach, chcesz wyjść za niego w lutym.
    – Tak, chodzi i o to – przyznała. – Parker wie, co się wydarzyło. To on właśnie odkrył, że człowiek, którego wynajął mój ojciec, nie jest prawnikiem, a nasz rozwód to coś nieistniejącego. Ale jest coś jeszcze… coś życiowo ważnego dla mnie, co mogę stracić, jeśli to wyjdzie na jaw.
    – Co to takiego?
    – Chciałabym, żeby nasz rozwód był dyskretny, najchętniej utrzymany w tajemnicy, bez plotek o nas i szumu w prasie. Widzisz, mój ojciec ma zamiar wziąć urlop ze względu na swój stan zdrowia, a ja bardzo chcę uzyskać szansę zastąpienia go na stanowisku prezydenta firmy. Potrzebuję tej szansy, żeby udowodnić zarządowi, że kiedy ojciec przejdzie na emeryturę, będę w stanie przejąć prezydenturę korporacji. Tak jak ci powiedziałam, zarząd waha się, żeby to mnie powierzyć czasową prezydenturę. Są bardzo konserwatywni i już mają co do mnie wątpliwości: jestem za młoda na objęcie takiego stanowiska, a do tego jestem kobietą. Mam przeciwko sobie te dwa minusy, a prasa nie pomogłaby mi, przedstawiając mnie jako frywolną trzpiotkę z towarzystwa. Jeśli zdobędą informacje o naszej sytuacji, urządzą sobie z tego święto. Ja ogłosiłam zaręczyny z szanowanym, poważnym bankierem, ciebie swatają z tuzinem gwiazd filmowych, i oto my objawiamy się naraz jako ciągle jeszcze związani węzłem małżeńskim. Potencjalna bigamistka nie dostanie nominacji na stanowisko prezydenta „Bancrofta”. Wierz mi, jeśli to się wyda, położy to kres moim szansom.
    – Nie wątpię, że jesteś o tym przekonana – powiedział Matt – ale nie sądzę, żeby to zaszkodziło twoim szansom.
    – Naprawdę? – odparła gorzko. – Pomyśl, jak ty zareagowałeś, kiedy powiedziałam ci, że prawnik był oszustem. Natychmiast wyciągnąłeś wniosek, że jestem imbecylem, niezdolnym do kierowania własnym życiem, a co dopiero siecią domów handlowych. Dokładnie tak samo zareagowałby zarząd, ponieważ oni nie są ani odrobinę bardziej przychylnie do mnie nastawieni niż ty.
    – Czy twój ojciec nie może dać im wyraźnie do zrozumienia, że chce, żeby powierzyli ci to stanowisko?
    – Mógłby, ale zgodnie z zasadami korporacji zarząd musi anonimowo zaakceptować wybór prezydenta. Nawet jeśli ojciec ich kontroluje, nie jestem pewna, czy działałby na moją korzyść.
    Matt nie musiał ustosunkowywać się do tego, bo kelner właśnie przyniósł ich drinki, a inny zbliżał się do ich stolika z telefonem bezprzewodowym.
    – Telefon do pana, panie Farrell – powiedział. – Dzwoniący twierdzi, że zostawił mu pan ten numer.
    Matt wiedział, że musi to być telefon od Toma Andersona. Przeprosił Meredith, podniósł słuchawkę i bez zbędnych wstępów zapytał:
    – Jakie wieści po posiedzeniu komisji ziemskiej?
    – Niedobre, Matt – odparł Tom. – Odrzucili naszą prośbę.
    – Dlaczego, na Boga, mieliby odrzucić prośbę o wydanie zezwolenia na budowę, która przyniesie tylko korzyści ich społeczeństwu? – powiedział Matt, w tym momencie bardziej zaskoczony niż zły.
    – Zgodnie z tym, co mówi mój informator w komisji, jakaś bardzo wpływowa osoba kazała im nas odrzucić.
    – Domyślasz się, kto to mógł być?
    – Tak. Człowiek o nazwisku Paulson, przewodniczący komisji, powiedział kilku jej członkom, w tym i mojemu informatorowi, że senator Davis uznałby to za osobistą przysługę, jeśli odrzuciliby naszą prośbę.
    – Dziwne – powiedział Matt, marszcząc brwi. Próbował sobie przypomnieć, czy dotował kampanie Davisa, czy jego przeciwnika. Zanim sobie przypomniał, Anderson dodał głosem brzmiącym sarkazmem: – Czy może zwróciłeś uwagę na wzmiankę w rubryce towarzyskiej o przyjęciu urodzinowym wydanym na cześć dobrego senatora?
    – Nie, a dlaczego?
    – Było ono wydane przez niejakiego Philipa A. Bancrofta. Czy jest jakiś związek między nim a Meredith, o której mówiliśmy w ubiegłym tygodniu?
    W piersi Matta eksplodowała rozżarzona, siejąca spustoszenie wściekłość. Spojrzał na Meredith i zauważył, że zbladła nagle, co mogło być tylko efektem jego wzmianki o komisji ziemskiej. Zwracając się do Andersona, powiedział miękko i lodowato jednocześnie:
    – Istnieje taki związek. Jesteś w biurze? – Anderson potwierdził i Matt powiedział: – Zostań tam, będę z powrotem o trzeciej i przedyskutujemy następne kroki.
    Matt odłożył słuchawkę, powoli, pieczołowicie, a potem spojrzał na Meredith, która nagle poczuła nieprzepartą potrzebę wygładzenia palcami nie istniejących zmarszczek na obrusie. Poczucie winy i świadomość faktów były wyryte na jej twarzy. Nienawidził jej w tej chwili, gardził nią z nie dającą się ogarnąć zaciętością. Poprosiła o to spotkanie nie po to, żeby „zakopać topór wojenny”, jak utrzymywała, ale dlatego, że chciała czegoś. Kilku rzeczy. Chciała wyjść za swojego nieocenionego bankiera, chciała prezydentury „Bancrofta” i chciała szybkiego, cichego rozwodu. Był zadowolony, że tak bardzo zależało jej na tym, dlatego że nie zanosiło się na to, żeby jej pragnienia miały się spełnić. Ona i jej ojciec mogli oczekiwać od niego tylko wojny. Wojny, którą wygrać miał on, łącznie ze wszystkim, co tamci posiadali. Zasygnalizował kelnerowi chęć zapłacenia rachunku. Meredith zorientowała się, co robił, i niepokój, który ogarnął ją, kiedy wymienił komisję ziemską, przerodził się teraz w panikę. Nic jeszcze nie uzgodnili, a on nagle, przedwcześnie, kończył dyskusję. Kelner podał rachunek w składanym skórzanym etui, a Matt wyciągnął studolarowy banknot ze swojego portfela i nie patrząc nawet na wysokość rachunku, rzucił go do etui. Wstał.
    – Chodźmy – warknął, podchodząc do jej krzesła i odsuwając je.
    – Ale jeszcze niczego nie uzgodniliśmy – powiedziała desperacko w chwili, kiedy mocno uchwycił ją za łokieć i zaczął, kierować energicznie ku wyjściu.
    – Dokończymy rozmowę w samochodzie.
    Na zewnątrz deszcz bębnił o czerwone zadaszenie. Umundurowany odźwierny stojący na skraju chodnika otworzył swój parasol i trzymał go nad ich głowami, kiedy wsiadali do limuzyny.
    Matt poinstruował kierowcę, żeby jechał do „Bancrofta”, po czym skoncentrował się na niej.
    – A teraz – powiedział łagodnie – co chciałabyś zrobić? Ton jego głosu sugerował, że miał zamiar współdziałać z nią. Poczuła mieszaninę ulgi i wstydu. Wstydu, ponieważ wiedziała, dlaczego komisja ziemska odrzuciła jego prośbę, tak samo jak wiedziała, dlaczego nie uzyska członkostwa; w Glenmoor. Obiecała sobie w myślach, że zmusi jakoś ojca, żeby naprawił szkody, jakie wyrządził Mattowi w tych dwóch miejscach. Powiedziała spokojnie:
    – Chciałabym, żebyśmy rozwiedli się bardzo szybko i dyskretnie, najchętniej poza granicami stanu lub kraju. Chciałabym też, żeby nasze małżeństwo pozostało tajemnicą.
    Skinął głową, jakby rozważał te sprawę w korzystny dla niej sposób, ale jego następne słowa wstrząsnęły nią.
    – A jeśli odmówię, jak się na mnie odegrasz? Podejrzewam – chłodnym, rozbawionym głosem snuł przypuszczenia – że będziesz kontynuować mieszanie mnie z błotem na nudnych imprezach towarzyskich, a twój ojciec będzie mógł blokować przyjęcie mnie do innych podmiejskich klubów w Chicago.
    Wiedział już, że to jej ojciec nie dopuścił do przegłosowania jego członkostwa w Glenmoor!
    – Przykro mi z powodu tego, co zrobił w Glenmoor, naprawdę.
    Skwitował śmiechem jej szczerość.
    – Nic mnie nie obchodzi twój wspaniały klub. Ktoś podał moją kandydaturę wbrew mojej woli.
    Nie wierzyła, mimo wszystko, że nic to dla niego nie znaczyło. Nie byłby człowiekiem, gdyby nie ubodło go odrzucenie jego kandydatury. Odwróciła wzrok. Czuła się winna i było jej wstyd za powodowane niskimi pobudkami działania ojca. Było jej miło w towarzystwie Matta w czasie lunchu i wydawało się, że tak samo czuł się i on. Tak dobrze jej się 7, nim rozmawiało. Zupełnie tak, jakby nie istniała ta straszna przeszłość. Nie chciała być jego wrogiem. To, co zdarzyło się przed laty, nie było wyłącznie jego błędem. Teraz obydwoje mieli już poukładane na nowo życie. Ona była dumna ze swoich osiągnięć, on z pewnością był dumny ze swoich. Opierał ramię o oparcie ich siedzenia. Zerknęła na elegancki, cieniutki niczym płatek zegarek, który pobłyskiwał na jego nadgarstku. Przeniosła wzrok na jego dłoń. Pomyślała, że ma wspaniałe dłonie: zręczne i bardzo męskie. Dawno temu te ręce były twarde od pracy, teraz były wymanikiurowane…
    Nagle ogarnął ją absurdalny impuls, żeby wziąć jego dłoń w swoją i powiedzieć:
    Jest mi przykro. Jest mi przykro z powodu rzeczy, które zrobiliśmy i z powodu których zraniliśmy się nawzajem. Przykro mi, że tak nie pasowaliśmy do siebie.
    – Sprawdzasz, czy ciągle jeszcze mam olej za paznokciami? – Nie! – zaprotestowała, a jej wzrok ciskał błyskawice w jego tajemnicze, szare oczy. Z godnością przyznała: – Myślałam o tym, że chciałabym, żeby wszystko między nami ułożyło się inaczej… żeby ułożyło się przynajmniej tak, żebyśmy mogli być teraz przyjaciółmi.
    – Przyjaciółmi? – powtórzył dobitnie, z ironią. – Kiedy ostatnio byłem w stosunku do ciebie przyjacielski, zapłaciłem za to moim nazwiskiem, utratą stanu kawalerskiego i poważniejszymi jeszcze stratami.
    Kosztowało cię to więcej, niż się domyślasz, pomyślała z żalem. Kosztowało cię to fabrykę, którą chciałeś budować, w Southville, ale spróbuję temu zaradzić. Zmuszę ojca, żeby, naprawił szkody, jakie wyrządził, i żeby obiecał, że nigdy już, nie będzie ingerował w twoje sprawy.
    – Posłuchaj, Matt – powiedziała, czując nagle potrzebę naprawienia wszystkiego między nimi. – Chcę zapomnieć o przeszłości i…
    – Jak to uprzejmie z twojej strony – zadrwił.
    Meredith spięła się i już chciała mu wytknąć, że to ona jest poszkodowaną stroną, porzuconą żoną, ale opanowała impuls i ciągnęła z uporem:
    – Powiedziałam, że jestem skłonna zapomnieć o przeszłości i to prawda. Jeśli zgodzisz się na cichy rozwód za obopólnym porozumieniem stron, zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby naprawić szkody wyrządzone ci tutaj w Chicago.
    – Tak z ciekawości, księżniczko, w jaki sposób masz zamiar tego dokonać?
    – Nie nazywaj mnie księżniczką. Nie staram się być łaskawa dla ciebie, próbuję tylko zachować się przyzwoicie.
    Matt odchylił się do tyłu i patrzył na nią spod przymkniętych powiek.
    – Przepraszam, Meredith, że byłem niegrzeczny. Co takiego zamierzasz zrobić dla mnie?
    Z ulgą przyjęła zmianę jego nastawienia. Powiedziała szybko:
    – Na początek mogę sprawić, żeby zaakceptowano cię w towarzystwie. Wiem, że mój ojciec zablokował twoje członkostwo w naszym klubie. Spróbuję, żeby to odwołał.
    – Zapomnijmy na chwilę o mnie – zasugerował gładko, zdegustowany jej pochlebstwami i hipokryzją. Bardziej mu się podobała, kiedy przeciwstawiała mu się w operze i obrzucała pogardliwie obelgami. Teraz jednak to ona potrzebowała czegoś od niego i był zadowolony, że było to dla niej tak ważne, ponieważ nie chciał jej tego dać. – Chcesz ślicznego, spokojnego rozwodu, bo chcesz wyjść za swojego bankiera i ponieważ chcesz zostać prezydentem „Bancrofta”, tak? – Kiedy potaknęła, ciągnął dalej: – I prezydentura w „Bancrofcie” jest bardzo, bardzo ważna dla ciebie?
    – Zależy mi na tym bardziej, niż zależało mi na czymkolwiek, kiedykolwiek w moim życiu – zapewniła żarliwie. – Ty… ty zgodzisz się na to? – zapytała, szukając odpowiedzi w jego zamkniętej twarzy. Samochód zatrzymał się przed „Bancroftem”.
    – Nie – powiedział to w sposób tak uprzejmy i ostateczny, że umysł Meredith przez chwilę nie zaabsorbował tego, co usłyszała.
    – Nie – powtórzyła niedowierzając. – Ale rozwód jest…
    – Zapomnij o tym! – warknął.
    – Zapomnij? Wszystko, czego chcę, zależy od tego!
    – To cholerny pech.
    – W takim razie załatwię to bez twojej zgody! – odparowała.
    – Spróbuj tylko, a nadam temu taki rozgłos i smaczek, że trudno ci będzie z tym żyć. Na dobry początek pozwę do sądu twojego pozbawionego charakteru bankiera i zarzucę mu rozbicie naszego związku.
    – Rozbicie… – Była zbyt zaskoczona, żeby zachować ostrożność i wybuchnęła gorzkim śmiechem. – Postradałeś rozum? Jeśli to zrobisz, będziesz wyglądał jak niezguła, jak zdradzony mąż o złamanym sercu.
    – A ty będziesz wyglądać jak wiarołomna żona – skontrował.
    Zatrzęsła się z wściekłości.
    – Cholerny egoisto! – wybuchnęła, pąsowiejąc. – Jeśli ośmielisz się publicznie ośmieszyć Parkera, zamorduję cię własnymi rękami. Nie jesteś go wart. Do pięt mu nie dorosłeś! – eksplodowała. – On jest dziesięć razy bardziej mężczyzną niż ty! Nie musi iść do łóżka z każdą kobietą, którą pozna. Ma zasady, jest dżentelmenem, ale ty tego nie zrozumiesz, bo pod tym szytym na miarę garniturem ciągle jesteś niczym innym, jak tylko brudnym hutnikiem z brudnej mieściny, z brudnym ojcem pijakiem.
    – A ty – powiedział dziko – jesteś ciągle pozbawioną zasad moralnych, zadufaną w sobie suką!
    Meredith zrobiła szybki obrót z dłonią gotową do wymierzenia policzka i stłumiła nagle okrzyk bólu. To Matt uchwycił jej nadgarstek zaledwie centymetr od swojej twarzy. Trzymał go w miażdżącym uścisku i aksamitnym głosem zagroził:
    – Jeśli komisja ziemska w Southville nie zmieni swojej decyzji, nie będzie żadnych dalszych dyskusji o rozwodzie. Jeśli zdecyduję się dać ci rozwód, to jego warunki będę dyktować ja, a ty i twój ojciec zgodzicie się na nie. – Zwiększył nacisk na jej nadgarstek i przyciągnął ją do przodu. Ich twarze oddalone były od siebie zaledwie o centymetry. – Zrozumiałaś mnie, Meredith? Ty i twój ojciec nie macie nade mną żadnej władzy. Zrób jeszcze chociaż raz coś wbrew moim interesom, a będziesz żałowała, że to nie twoja matka pozbyła się ciebie, zanim cię urodziła!
    Wyrwała ramię z jego uścisku.
    – Jesteś potworem! – zasyczała. Kilka kropli deszczu spadło jej na policzki. Chwyciła swoje rękawiczki i torebkę. Kierowcę i goryla w jednej osobie obrzuciła druzgoczącym spojrzeniem. Trzymał otwarte dla niej drzwiczki samochodu i obserwował ich słowną bitwę z entuzjastycznym podnieceniem widza meczu tenisowego.
    Kiedy wysiadła z samochodu, Ernest, który nie od razu ją rozpoznał, ruszył do przodu gotów bronić jej przed grożącym jej nie zidentyfikowanym niebezpieczeństwem.
    – Widziałeś tego mężczyznę w samochodzie? – zapytała ostro odźwiernego. Kiedy potaknął, powiedziała: – To dobrze, bo jeśli on kiedykolwiek pojawi się w pobliżu tego sklepu, masz wezwać policję!

ROZDZIAŁ 28

    Joe O'Hara podjechał do krawężnika przed budynkiem Intercorpu. Jeszcze zanim zdążył się zatrzymać, Matt, z nadmierną energią otworzył drzwiczki i wyskoczył z samochodu.
    – Wezwij Toma Andersona – polecił pannie Stern, zmierzając po lunchu zamaszystym krokiem do swojego gabinetu. – Potem spróbuj znaleźć mi jakąś aspirynę.
    W dwie minuty później pojawiła się przy jego biurku ze szklanką zimnej wody i dwiema aspirynami.
    – Pan Anderson już wjeżdża na górę – powiedziała, obserwując jego twarz, kiedy popijał tabletki. – Ma pan bardzo napięty rozkład dnia. Mam nadzieję, że nie łapie pan grypy. Pana Harsha nie ma dzisiaj z tego powodu, tak samo jak dwóch wiceprezydentów i połowy działu przetwarzania danych. Ta grypa zaczyna się bólem głowy.
    Jako że panna Stern nigdy nie wykazywała nadmiernego zainteresowania jego stanem zdrowia, było oczywiste dla Matta, że jedyną przyczyną tego zainteresowania teraz była troska o to, żeby udało mu się zrealizować plan dnia.
    – To nie jest grypa – powiedział krótko. – Ja nigdy nie choruję. – Bezwiednie rozmasował bolące mięśnie karku. Ból głowy, który rano był tylko niewielkim, dokuczliwym dyskomfortem, teraz zaczynał pulsować.
    – Jeśli to jest grypa, może trwać całe tygodnie, a nawet przekształcić się w zapalenie płuc. Coś takiego przydarzyło się pani Morris z reklamy i panu Lathrup z personalnego. Obydwoje są w szpitalu. Może powinien pan wypocząć, zamiast jechać w przyszłym tygodniu do Indiany. Inaczej pana rozkład…
    – Nie mam grypy – obwieścił zwięźle. – Po prostu boli mnie głowa.
    Ton jego głosu zmroził ją. Obróciła się na pięcie i wymaszerowała z gabinetu, zderzając się po drodze z Tomem Andersonem.
    – A jej co się stało? – zapytał Tom, zerkając przez ramię.
    – Obawia się, że będzie musiała zmienić terminy moich spotkań – powiedział niecierpliwie Matt. – Porozmawiajmy o komisji ziemskiej.
    – W porządku. Co mam robić?
    – Na razie poproś o wstrzymanie wydawania jakichkolwiek oficjalnych decyzji.
    – A co potem?
    W odpowiedzi Matt podniósł słuchawkę telefonu i zadzwonił do Vanderwilda.
    – Za ile sprzedaje się „Bancroft”? – zapytał Petera. Gdy usłyszał odpowiedź, polecił: – Zacznij kupować ich akcje. Użyj tej samej metody, jaką stosowaliśmy, kiedy zdecydowaliśmy się na wykupienie „Haskella”. Utrzymuj to w tajemnicy. – Odłożył słuchawkę i spojrzał na Toma. – Chcę, żebyś sprawdził wszystkich członków zarządu „Bancrofta”. Któregoś może będzie można przekupić. Dowiedz się, kogo ewentualnie i jaka jest jego cena.
    Ani razu przez lata, kiedy prowadzili i wygrywali wspólnie batalie o korporacje, Matt nie uciekał się do czegoś tak bezpardonowego jak przekupstwo.
    – Mówisz o czystej wody przekupstwie…
    – Mówię o pobiciu Bancrofta w jego własnej grze. On używa wpływów, żeby zdobyć głosy w komisji ziemskiej, my użyjemy pieniędzy, żeby zdobyć głosy w jego zarządzie. Jedyną różnicą pomiędzy tym, co robi on i co robię ja, jest końcowy efekt tego starcia. Kiedy skończę z tym mściwym draniem, będzie słuchał moich poleceń w swojej własnej sali posiedzeń zarządu!
    – W porządku – powiedział Tom po pełnej zastanowienia pauzie. – Ale to musi być przeprowadzone bardzo dyskretnie.
    – To nie wszystko – poinstruował go Matt, przechodząc do sali konferencyjnej, przylegającej do gabinetu. Nacisnął przycisk i lustrzana tafla zasłaniająca barek odsunęła się bezszelestnie. Chwycił z półki butelkę whisky, nalał jej trochę do szklaneczki i wziął solidny łyk trunku. – Chcę wiedzieć wszystko o operacjach „Bancrofta”. Pracuj nad tym razem z Vanderwildem. Za dwa dni chcę wiedzieć wszystko o ich finansach, o kadrze kierowniczej. A przede wszystkim chcę znać ich najsłabszy punkt.
    – Rozumiem, że chcesz ich przejąć? Matt przełknął kolejny długi łyk drinka.
    – Zdecyduję o tym później. To, czego chcę teraz, to wystarczająca ilość akcji, żeby ich kontrolować.
    – Co z Southville? Zainwestowaliśmy fortunę w te ziemie. Ponury uśmiech wykrzywił usta Matta.
    – Dzwoniłem z samochodu do „Pearsona i Levinsona” – wymienił nazwę firmy prawniczej z Chicago, z której usług korzystał. – Powiedziałem im, co chcę zrobić. Będziemy mieć zgodę komisji ziemskiej i niezły zysk z „Bancrofta”.
    – W jaki sposób?
    – Istnieje taki drobiazg jak ziemia w Houston, której oni chcą tak bardzo.
    – I?
    – I teraz ona jest naszą własnością.
    Anderson skinął głową, zrobił dwa kroki w stronę drzwi, zatrzymał się i odwrócił. Z wahaniem zapytał:
    – Skoro mam być z tobą w pierwszej linii tej batalii o „Bancrofta”, chciałbym przynajmniej wiedzieć, jak się to wszystko zaczęło?
    Gdyby zapytał o to którykolwiek inny z jego dyrektorów, Matt nie zostawiłby na nim suchej nitki. Zaufanie było luksusem, na który mężczyzna o jego statusie finansowym nie mógł sobie pozwolić. Nauczył się już, tak samo jak nauczyli się tego inni, którzy wspięli się na szczyt, że zwierzanie się ze zbyt wielu spraw komukolwiek było ryzykowne, a nawet niebezpieczne. Najczęściej takie informacje były używane do zaskarbienia sobie łask gdzie indziej; czasami ludzie wykorzystywali je po to po prostu, żeby udowodnić, że byli powiernikami tych, którzy osiągnęli sukces. Ze wszystkich ludzi, jakich znał, było tylko czworo takich, którym ufał w pełni: jego ojciec, siostra, Tom Anderson i Joe O'Hara. Tom był z nim od czasu tych dawnych dni, kiedy Matt bazował na swojej przebojowości, budując imperium, mając za podwaliny pod nie zuchwałość, przeczucia i niewielką ilość prawdziwego kapitału. Wierzył Andersonowi i O'Harze dlatego, że oni dowiedli już swojej lojalności. Do pewnego stopnia wierzył im także dlatego, że tak jak i on nie pochodzili z uprzywilejowanych środowisk i wyszukanych szkół prywatnych.
    – To się zaczęło jedenaście łat temu – odpowiedział niechętnie po pauzie Matt. – Zrobiłem wtedy coś, co nie podobało się Bancroftowi.
    – Jezu, musiałeś dać mu w kość, skoro pała chęcią zemsty aż do teraz. Co zrobiłeś?
    – Ośmieliłem się sięgnąć na wyżyny i wedrzeć się do jego prywatnego, małego elitarnego świata.
    – W jaki sposób?
    Matt pociągnął kolejny łyk drinka, żeby zmyć gorycz słów i wspomnień.
    – Ożeniłem się z jego córką.
    – Ożeniłeś się z jego… z Meredith Bancroft? Z tą córką?
    – Dokładnie tą samą – potwierdził smętnie. Kiedy Anderson gapił się na niego zaskoczony, Matt dodał:
    – Jest coś jeszcze, o czym równie dobrze możesz się dowiedzieć. Powiedziała mi dzisiaj, że rozwód, który jak sądziła, dostała jedenaście lat temu, jest nieważny. Prawnik prowadzący go był oszustem. Nigdy nie złożył w sądzie tego pozwu rozwodowego. Kazałem Levinsonowi to sprawdzić, ale mam przeczucie, że to prawda.
    Po kolejnej chwili pełnego zdumienia milczenia umysł Andersona zaczął sprawnie funkcjonować.
    – A teraz ona chce fortuny i podziału majątku, tak?
    – Ona chce rozwodu – poprawił go Matt. – Ona i jej ojciec najchętniej by mnie zrujnowali, ale poza tym, ona twierdzi, że nie chce niczego.
    Tom zareagował, tak jak należało się tego spodziewać, lojalnie. Był zły, zaśmiał się głośno, z sarkazmem.
    – Kiedy rozprawimy się z nimi, będą pluć sobie w brodę, że rozpoczęli tę wojnę – obiecał, idąc do drzwi.
    Matt podszedł do okna. Stał i patrzył na ponury dzień podobny do stanu jego duszy w tej chwili. Anderson miał prawdopodobnie rację co do efektu tego wszystkiego, ale poczucie triumfu Matta już się rozpływało. Czuł się… pusty. Kiedy patrzył na padający deszcz, ostatnie słowa Meredith krążyły w jego myślach i powracały, znowu i znowu: „Nie jesteś go wart. Do pięt mu nie dorosłeś. On jest dziesięć razy bardziej mężczyzną niż ty. Pod tym szytym na miarę garniturem ciągle jesteś niczym innym, jak tylko brudnym hutnikiem z brudnej mieściny, z brudnym ojcem pijakiem”. Próbował wymazać z myśli te zdania, ale one ciągle brzmiały, wyszydzały jego własną głupotę, przypominały mu z wielką mocą, jakim był głupcem, jeśli o nią chodziło. Przez całe lata po tym, kiedy jak sądził, byli rozwiedzeni, nie był w stanie kompletnie wymazać jej z serca. Zapracował się niemal na śmierć, żeby stworzyć imperium, gnany jakimś niemądrym, na poły sformułowanym planem, żeby wrócić kiedyś i zrobić na niej wrażenie tym, co osiągnął i kim się stał.
    Skrzywił usta z gorzką ironią. Dzisiaj miał taką szansę. Osiągnął sukces finansowy; jego garnitur kosztował więcej niż ciężarówka, którą miał, kiedy się poznali. Zabrał ją limuzyną prowadzoną przez szofera do pięknej, drogiej restauracji. I po tym wszystkim był dla niej w dalszym ciągu „niczym innym, jak tylko brudnym hutnikiem”. Zwykle był dumny ze swojego pochodzenia, ale słowa Meredith sprawiły, że poczuł się jak jakiś oślizgły potwór wyciągnięty z dna zastygłego bagna, który zmienił swoje łuski na skórę.
    Matt opuścił budynek dopiero po siódmej wieczorem. Joe otworzył drzwiczki samochodu i Matt wsiadł do środka. Czuł nietypowe dla siebie zmęczenie. Oparł bolący kark o oparcie siedzenia. Próbował zignorować unoszący się w samochodzie delikatny zapach perfum Meredith. Pomyślał o ich lunchu i przypomniał sobie sposób, w jaki śmiały się do niego jej oczy, kiedy opowiadała mu o sklepie. Z typową dla Bancroftów arogancją uśmiechała się do niego i prosiła o przysługę: cichy, przyjacielski rozwód. Robiąc to, jednocześnie upokarzała go publicznie i kolaborowała ze swoim ojcem, żeby go zrujnować. Był absolutnie skłonny dać jej ten rozwód, ale niezupełnie od razu.
    Nagle samochód zakołysał się, a klaksony aut jadących obok i z tyłu roztrąbiły się. Matt gwałtownie otworzył oczy i spostrzegł, że Joe obserwuje go we wstecznym lusterku.
    – Czy kiedykolwiek przyszło ci na myśl, żeby spojrzeć od czasu do czasu na drogę? Dzięki temu moglibyśmy jechać z mniejszą ilością przygód, ale dużo spokojniej.
    – Niee. Kiedy zbyt często patrzę na drogę, dostaję hipnozy ulicznej. A więc – powiedział, zmierzając do tematu, który najwyraźniej zaprzątał jego myśli po kłótni między Mattem a Meredith, której był świadkiem – to była twoja żona, ta dzisiaj, co, Matt? – Joe zerknął na drogę, a potem znowu skoncentrował się na lusterku wstecznym. – To znaczy, spieraliście się na temat rozwodu, więc zorientowałem się, że ona musi być twoją żoną, racja?
    – Racja – warknął Matt.
    – To pewne, że jest wystrzałowa – zachichotał Joe, ignorując zmarszczone brwi Matta. – Ona cię za bardzo nie lubi, prawda?
    – Tak.
    – Co ma przeciwko hutnikom?
    Jej słowa, rzucone na odchodnym, rozbrzmiały w głowie Matta: „Jesteś niczym innym, jak tylko brudnym hutnikiem”.
    – Brud – powiedział, nic nie wyjaśniając. – Ona nie lubi brudu.
    Joe, niechętnie zmienił temat, kiedy stało się jasne, że jego pracodawca nie zaoferuje żadnych dalszych informacji.
    – Będziesz mnie potrzebował w przyszłym tygodniu w Indianie? Jeśli nie, to pomyśleliśmy, twój ojciec i ja, że urządzimy sobie dwudniową warcabową orgię.
    – Nie będziesz mi potrzebny, zostań z nim. – Jego ojciec nie pił już od dziesięciu lat, a do sprzedaży farmy podchodził bardzo emocjonalnie, chociaż była to całkowicie jego decyzja. Z tego to powodu Matt czuł się trochę niepewnie, wiedząc, że jadąc tam, żeby spakować ich osobiste rzeczy, zostawia go zupełnie samego.
    – A co z dzisiejszym wieczorem? Wychodzisz gdzieś? Matt był umówiony z Alicją.
    – Pojadę rollsem – powiedział. – Masz wolny wieczór.
    – Jeśli mnie potrzebujesz…
    – Do diabła, powiedziałem już, że pojadę rollsem.
    – Matt?
    – Słucham.
    – Twoja żona jest szałowa – powiedział Joe z kolejnym uśmieszkiem. – Niedobrze tylko, że z jej powodu stajesz się takim zrzędą.
    Matt wyciągnął rękę i niegrzecznie zasunął szybę oddzielającą go od kierowcy.
    Parker obejmował Meredith, pocieszając ją bez słów. Patrzyła w ogień płonący na kominku i powracała myślami do fatalnego spotkania z Mattem. Czuła bezsilną złość. Był taki miły na początku. Droczył się z nią, kiedy nie mógł się zdecydować, co będzie pić… słuchał jej opowieści o pracy.
    Telefon z informacją o decyzji komisji ziemskiej w Southville zmienił wszystko. Teraz, kiedy miała czas, żeby zastanowić się nad tym, uzmysłowiła to sobie. Było jednak kilka spraw, których nie rozumiała. Spraw, które powodowały, że czuła się nieswojo. One nie miały sensu. Nawet jeszcze przed rozmową telefoniczną Matta wyczuwała, jakby przez cały czas towarzyszył jego myślom jakiś podtekst, rodzaj złości, a właściwie pogardy dla niej. I pomimo tego, co zrobił przed jedenastu laty, on nie był tu ani przez chwilę stroną broniącą się. Był daleki od tego. Zachowywał się natomiast lak, jakby sądził, że to ona powinna była się bronić. On chciał rozwodu, ona była stroną poszkodowaną, a mimo to nazwał ją dzisiaj pozbawioną zasad moralnych, zadufaną w sobie suką.
    Poirytowana, odsunęła od siebie te nie wnoszące niczego nowego myśli. Z niesmakiem uświadomiła sobie, że szuka powodów, które usprawiedliwiałyby jego zachowanie. Już od samego początku, od wieczora, kiedy go poznała, była tak oczarowana bijącą od niego siłą i szorstkością jego urody, że uparła się, żeby wykreować go na rycerza w srebrnej zbroi. W mniejszym stopniu, ale jednak robiła to i teraz, a wszystko dlatego, że dzisiaj działał on na jej zmysły niemal w taki sam hipnotyzujący sposób jak przed laty.
    Rozżarzone polano spadło z rusztu, sypiąc pomarańczowymi iskrami. Parker spojrzał na zegarek.
    – Jest siódma – powiedział. – Chyba powinienem już pójść. Meredith wstała z westchnieniem i odprowadziła go do drzwi, wdzięczna, że pomyślał o tym, żeby wyjść. Ojciec był przez całe popołudnie na badaniach w szpitalu i nalegał, że wstąpi do niej wieczorem, żeby usłyszeć pełną relację z jej upoi kania z Mattem. Na pewno rozzłości go to, co miała mu do powiedzenia, i chociaż sama była przyzwyczajona do objawów jego niezadowolenia, to eksponowanie tego przed Parkeremi żenowało ją.
    – Muszę w jakiś sposób zmusić go, żeby zmienił swoje stanowisko wobec komisji ziemskiej. Dopóki tego nie zrobi, nie mam co marzyć o tym, że Matt zgodzi się na cichy rozwód.
    – Uda ci się – zapewnił Parker, obejmując ją. Przyciągnął ją do siebie, dodając jej otuchy pocałunkiem.
    – Nie da się ukryć, że twój ojciec nie ma raczej wyboru. Zda sobie z tego sprawę.
    Zamykała już drzwi, kiedy usłyszała, że Parker wita się z jej ojcem w korytarzu. Zrobiła głęboki wdech i przygotowała się do czekającej ją konfrontacji.
    – No i co? – zapytał Philip zaraz po wejściu do jej mieszkania. – Co z Farrellem?
    Meredith z początku zignorowała to pytanie.
    – Jak wyniki twoich badań? Co lekarz powiedział o twoim sercu?
    – Powiedział, że ciągle jest na swoim miejscu – odparł z sarkazmem Philip, zdejmując płaszcz i przerzucając go przez poręcz krzesła. Nie cierpiał lekarzy w ogóle, a swojego szczególnie, ponieważ doktor Shaeffer nie dał się zastraszyć, i sterroryzować czy przekupić, żeby Philip dostał to, czego chce, czyli mocne serce i zdrowie bez zarzutu. – Mniejsza o to wszystko. Chcę wiedzieć dokładnie, co powiedział Farrell – oświadczył, nalewając sobie kieliszek sherry.
    – Nie waż się tego pić – ostrzegła go, po czym aż otworzyła usta z przerażenia, kiedy z wewnętrznej kieszeni marynarki wyciągnął smukłe cygaro. – Próbujesz się zabić? Odłóż to cygaro.
    – Meredith – warknął lodowato – bardziej szkodzisz mojemu sercu, nie odpowiadając na moje pytanie, niż może to zrobić ta kropla brandy i jedno zaciągnięcie się cygarem. Jestem rodzicem, a nie dzieckiem. Bądź łaskawa pamiętać o tym.
    Po całym nerwowym dniu ten niesłuszny atak spowodował, że w jej oczach zabłysła złość. Philip wyglądał lepiej niż przez cały mijający tydzień, co oznaczało, że badania musiały wypaść pomyślnie, zwłaszcza jeśli zdecydował się na sherry i cygaro.
    – No dobrze – powiedziała, zadowolona, że czuł się tak dobrze. Wiedziała, że nie będzie w stanie upiększać przebiegu tego spotkania. Chciał relacji słowo po słowie i Meredith przekazała mu ją. Dziwne, ale kiedy skończyła, ojciec wyglądał, jakby poczuł ulgę.
    – To wszystko? To wszystko, co Farrell powiedział? Nie powiedział niczego, co… – Zerknął na swoje cygaro, jakby szukał w myślach odpowiedniego słowa… – czegoś, co wydawałoby się dziwne? – podkreślił.
    – Usłyszałeś wszystko, co zostało powiedziane – odpowiedziała Meredith. – Teraz chciałabym, żebyś to ty odpowiedział mi na kilka pytań. – Patrząc mu prosto w oczy, zapytała z mocą: – Dlaczego zablokowałeś członkostwo Matta w Glenmoor? Dlaczego po upływie tylu łat ciągle podtrzymujesz tę szaloną wendetę? Dlaczego?
    Pomimo złości brzmiącej w jego głosie, ojciec wyglądał niepewnie.
    – Trzymam go z dala od klubu, żeby uchronić cię przed spotykaniem go tam. Załatwiłem odmowę komisji ziemskiej, ponieważ chcę, żeby wyniósł się z miasta, żebyśmy nigdzie nie musieli natykać się na niego. Ale nie ma o czym mówić, co się stało, to się nie odstanie.
    – To musi zostać zmienione – poinformowała go bez emocji. Philip zignorował to.
    – Nie chcę, żebyś jeszcze kiedykolwiek z nim rozmawiała. Zgodziłem się na to dzisiaj tylko dlatego, że dałem się przekonać Parkerowi, że nie było innego wyjścia. On powinien był pójść tam z tobą. Doprawdy, zaczynam mieć wrażenie, że Parker jest mięczakiem, a nie lubię takich mężczyzn.
    Meredith stłumiła śmiech.
    – Po pierwsze, Parker nie jest mięczakiem. Był wystarczająco inteligentny, żeby wiedzieć, że jego obecność tylko by skomplikowała i tak trudną sytuację. Po drugie, jeśli kiedykolwiek spotkałbyś kogoś tak silnego jak ty, znienawidziłbyś go.
    Philip właśnie zamierzał wziąć z krzesła swój płaszcz, ale zatrzymał się i spojrzał na nią przez ramię.
    – Dlaczego mówisz coś takiego?
    – Dlatego – powiedziała Meredith – że jedynym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek znałam, a który dorównuje ci bezwzględną, nieustraszoną siłą woli, jest Matt Farrell. To prawda, wiesz o tym – powiedziała łagodnie. – W pewnych sprawach on jest bardzo podobny do ciebie: jest przebiegły, twardy, gotowy niemal na wszystko, żeby osiągnąć to, czego chce. Najpierw nienawidziłeś go, bo był nikim i ośmielił się przespać się ze mną. Ale nawet bardziej nienawidziłeś go dlatego, że nie udawało ci się go zastraszyć, ani tej pierwszej nocy w klubie, kiedy kazałeś go stamtąd wyrzucić, ani później, kiedy byliśmy już małżeństwem i kiedy przyprowadziłam go do domu. – Uśmiechnęła się ze smutkiem pozbawionym złości i dodała spokojnie: – Gardzisz nim, ponieważ on jest jedynym znanym ci mężczyzną, który jest tak samo nieposkromiony jak ty.
    Zupełnie jakby to, co powiedziała, nie zrobiło na nim żadnego wrażenia, powiedział chłodno:
    – Nie lubisz mnie, Meredith, prawda?
    Rozważała te słowa z mieszaniną przywiązania i ostrożności. Dał jej życie, a potem próbował kierować każdym jej oddechem, jaki w tym życiu brała. Nikt nie mógł mu nigdy zarzucić, że nie zależało mu na niej lub że ją zaniedbywał. Wręcz przeciwnie, od jej najmłodszych lat krążył nad nią niczym sęp, pilnując jej. Wiele w życiu straciła przez niego, ale on kierował się miłością. Zaborczą, zniewalającą miłością.
    – Kocham cię – powiedziała z czułym uśmiechem, chcąc zatuszować ostrość swoich następnych słów – ale nie podoba mi się wiele rzeczy, które robisz. Ranisz ludzi, nie przykładając do tego żadnej wagi, zupełnie tak, jak to robi Matt.
    – Ja robię to, co według mnie musi być zrobione – odpowiedział, wkładając płaszcz.
    – Skoro jesteśmy przy tym, co musi być zrobione – przypomniała Meredith, wstając, by odprowadzić go do drzwi – musisz natychmiast naprawić szkody, jakie wyrządziłeś Mattowi w Glenmoor i w komisji ziemskiej w Southville. Kiedy tylko to zrobisz, skontaktuję się z nim i załagodzę wszystko.
    – I myślisz, że on się tym zadowoli i zgodzi się na twoje warunki rozwodu? – zapytał z niedowierzaniem.
    – Tak myślę. Widzisz, mam tu pewną przewagę. Matthew Farrell nie chce pozostawać w tym związku bardziej niż ja. Teraz chce się zemścić, ale nie jest na tyle szalony, żeby komplikować sobie resztę życia tylko po to, żeby odegrać się na tobie i na mnie. Mam taką nadzieję. A teraz – zakończyła – dasz mi słowo, że zadzwonisz jutro i doprowadzisz do tego, żeby komisja ziemska załatwiła przychylnie jego prośbę?
    Spojrzał na nią i było jasne, że jego chęci stały w sprzeczności z jej potrzebami.
    – Zobaczę, co się da zrobić.
    – To nie wystarczy…
    – To tyle, ile jestem skłonny zrobić.
    Blefował, zdecydowała z ulgą po przypatrzeniu się jego twarzy. Pocałowała go w policzek. Kiedy wyszedł, podeszła do kanapy i usiadła na niej. Przez kwadrans wpatrywała się niewidzącymi oczyma w dogasający ogień, zanim przypomniała sobie, że Parker powiedział jej o jutrzejszym posiedzeniu zarządu „Bancrofta”. Mieli podjąć próbę ustalenia obsady tymczasowej prezydentury. Sam Parker z powodu swoich więzów z Meredith miał nie głosować w tej konkretnej sprawie. Była zbyt zmęczona, żeby czuć jakiekolwiek napięcie czy podniecenie posiedzeniem, które mogło nie przynieść ostatecznych rozstrzygnięć.
    Na stoliku leżał pilot do telewizora i sięgając po niego, pomyślała nagle o wywiadzie Barbary Walters z Mattem. Rozmawiali o jego sukcesach i sławnych kobietach w jego życiu. Meredith zastanawiała się, jak kiedykolwiek mogła wierzyć, że ona i Matt mogli być razem szczęśliwi. Parker i ona rozumieli się dobrze, pochodzili z tych samych kręgów społecznych, z tej samej klasy… z klasy ludzi, którzy fundowali nowe oddziały szpitali i poświęcali swój czas dla przedsięwzięć charytatywnych lub społecznych. Oni nie mówili o swoim majątku przed kamerami telewizyjnymi ani też nie opowiadali tam o przygodach miłosnych kiepskiego kalibru.
    Pomyślała gorzko, że bez względu na to, jak wielkich pieniędzy dorobił się Matthew Farrell lub z iloma pięknymi, stawnymi kobietami sypiał, będzie tym, czym zawsze był: człowiekiem bezwzględnym, aroganckim i pozbawionym zasad moralnych. Był zachłanny, pozbawiony skrupułów i… zmarszczyła brwi, wpatrując się pustym wzrokiem w ekran telewizora, zbita z tropu… Był takim człowiekiem, a jednocześnie miała dzisiaj wrażenie, jakby to on miał równie kiepskie mniemanie o niej. Kiedy przypomniała sobie o tym, jak potraktowała jego rodzinę, a jego samego nazwała brudnym hutnikiem, sama o sobie nie miała zbyt dobrego mniemania. To było niskie zagranie, a prawda była taka, że był w niej niewyartykułowany podziw dla ludzi, którzy mieli wystarczająco dużo siły, żeby podołać fizycznej pracy. Wracanie dzień po dniu do pracy, która nie oferowała żadnych wyzwań intelektualnych, a tylko stałą pensję, wymagało jej zdaniem wielkiej odwagi. Zaatakowała jego pochodzenie, dlatego że był to! jego jedyny słaby punkt.
    Dźwięk telefonu wyrwał ją z tych rozmyślań. Podniosła słuchawkę. Usłyszała zaniepokojony głos Lisy.
    – Mer, jak przebiegło spotkanie z Farrellem? Powiedziałaś, że zadzwonisz do mnie.
    – Wywoływałam cię pagerem po powrocie do biura, ale nie odpowiedziałaś.
    – Byłam poza budynkiem przez kilka minut. Mów, co się stało?
    Meredith opowiedziała całą historię już dwukrotnie i nie czuła się na siłach, żeby opowiadać ją po raz kolejny.
    – Nie było to spotkanie uwieńczone sukcesem. Czy szczegóły mogę ci opowiedzieć jutro?
    – Dobrze. Może zjemy razem obiad?
    – W porządku, ale to moja kolej na pitraszenie.
    – O nie – droczyła się Lisa. – Ciągle jeszcze mam kłopoty z trawieniem po tym, jak robiłaś to ostatnio. Może po drodze do ciebie kupię chińszczyznę?
    – Dobrze, ale ja płacę.
    – Sprawiedliwy podział. Przynieść coś jeszcze?
    – Jeśli chcesz usłyszeć o moim spotkaniu z Mattem, lepiej zaopatrz się w chusteczki do ocierania łez.
    – Było aż tak źle?
    – Aha.
    – W takim razie, może powinnam przynieść pistolet – zażartowała – i po kolacji mogłybyśmy wyjść i urządzić na niego polowanie.
    – Nie kuś mnie! – odpowiedziała Meredith, ale już uśmiechała się odrobinę.

ROZDZIAŁ 29

    O wpół do drugiej następnego popołudnia Meredith wyszła z działu reklamy i skierowała się do swojego biura. Przez cały dzień, gdziekolwiek poszła, ludzie odwracali się i patrzyli na nią. Nie miała wątpliwości, dlaczego tak się działo. Z nadmierną energią wcisnęła przycisk windy, myśląc o zamieszczonej w porannej „Tribune”, doprowadzającej ją do szału notatce Sally Mansfield.
    Przyjaciele Meredith Bancroft, którzy byli zaskoczeni, widząc, jak dwa tygodnie temu w operze ostro potraktowała Matthew Farrella, najbardziej pożądanego w Chicago kawalera, przeżyli kolejny szok. Para ta jadła razem lunch przy jednym z najbardziej przytulnych i ustronnych stolików w Landry's, Nasz świeżo pozyskany kawaler jest z pewnością bardzo zajętym człowiekiem: tego samego wieczoru towarzyszył wspaniałej Alicji Avery na premierze „Okiełznania Amazonki” w Małym Teatrze. Już w biurze Meredith wyszarpnęła ze złością szufladę swojego biurka, zastanawiając się po raz kolejny nad wypływającą z niskich pobudek mściwością dziennikarki, która była bliską przyjaciółką byłej żony Parkera. Wzmianka o jej lunchu z Mattem była niczym innym jak tylko zawoalowaną sugestią, sprawiającą, że Parker wyszedł na głupca, któremu grozi porzucenie przez narzeczoną.
    – Meredith – powiedziała Phyllis pełnym napięcia głosem. – Dzwoniła właśnie sekretarka pana Bancrofta. Powiedziała, że on wzywa cię do siebie, natychmiast.
    Nagłe wezwania Meredith przez ojca były czymś wyjątkowo rzadkim; preferował on nadzorowanie pracy swoich dyrektorów poprzez regularnie zaplanowane, cotygodniowe spotkania.
    Wszystkie dodatkowe sprawy zwykł załatwiać telefonicznie. W chwili ciszy, jaka zapadła, Meredith i jej sekretarka spojrzały na siebie. Podejrzewały, że powód tego spotkania może być związany z wyznaczeniem tymczasowego prezydenta.
    Ten wniosek zdawał – się znajdować potwierdzenie, kiedy Meredith dotarła do rejonu recepcyjnego przed biurem ojca i zobaczyła, że inni wiceprezydenci zostali także wezwani, włącznie nawet z Allenem Stanleyem, który w ubiegłym tygodniu był na urlopie.
    – Panno Bancroft – powiedziała sekretarka jej ojca z zapraszającym gestem skierowanym do niej – pan Bancroft prosi panią od razu do siebie. – Serce Meredith zabiło mocniej, kiedy podchodziła do drzwi gabinetu. Skoro ona pierwsza miała dowiedzieć się o wyborze rady, to logiczne było, że to ją wybrali. Meredith Bancroft miało zostać przyznane należne jej z racji urodzenia prawo, tak jak jej ojcu, ojcu jej ojca i wszystkim innym Bancroftom przed nimi. A raczej miano dać jej szanse wykazania się przez następnych sześć miesięcy i udowodnienia własnej wartości.
    Meredith zapukała i weszła do biura ojca, niemądrze bliska sentymentalnych łez. Zawsze tylko Bancroft zajmował to biuro i siedział za tym biurkiem; jak mogła przypuszczać, że ojciec zignoruje tak wspaniałą tradycję.
    Stał przy oknie z rękoma splecionymi z tyłu.
    – Dzień dobry! – krzyknęła radośnie do jego pleców.
    – Dzień dobry, Meredith – odpowiedział, odwracając się. Jego głos i wyraz twarzy były niezwykle przyjazne. Usiadł za biurkiem, patrząc, jak podchodzi bliżej Mimo. że w odległym, kącie gabinetu stała kanapa i mały stolik, ojciec nigdy tam nie siadał ani nie proponował tego nikomu innemu. Jego zwyczajem było zasiadanie w stojącym za jego biurkiem obrotowym fotelu z wysokim oparciem i rozmawianie z ludźmi ceremonialnie, poprzez znaczącą barierę potężnego, antycznego mebla. Meredith nie była pewna, czy robił to bezwiednie czy celowo, z zamiarem onieśmielenia ludzi. W każdym razie było to trochę denerwujące dla każdego, włączając Meredith, kiedy należało przemierzyć szeroką przestrzeń, żeby dotrzeć do tego biurka, podczas gdy on siedział i obserwował.
    Odnotowała, że czekał tym razem bardzo cierpliwie, chociaż nie wstał. Dobre wychowanie i zwyczaj nakazywały, żeby wstawał, kiedy kobieta podchodzi do niego. Działoby się tak w każdym innym przypadku, jeśli jednak ta kobieta pracowała w kadrze kierowniczej „Bancrofta” lub w jego dyrekcji, zawsze pozostawał na swoim miejscu, nawet jeśli wszyscy inni mężczyźni podnosili się. Meredith wiedziała, że była to metoda nie wypowiedzianej krytyki obecności kobiet w kierownictwie. Kiedy natomiast była z nim poza sklepem, był dżentelmenem w każdym calu. Przez lata pracy w firmie nauczyła się akceptować te dwie różne osobowości ojca. Ciągle jeszcze zdarzały się momenty, kiedy denerwowało ją to, że całowała go na dobranoc, a następnego ranka w pracy mijał ją z ledwie zauważalnym skinieniem głowy.
    – Podoba mi się twoja sukienka – powiedział, przyglądając się jej szarej, kaszmirowej sukni.
    – Dziękuję – odpowiedziała, szczerze zaskoczona.
    – Nie cierpię, kiedy nosisz te kostiumy w stylu „kobieta pracująca”. Prawdziwe kobiety powinny chodzić w sukienkach. – Nie dając jej szansy na odpowiedź, wskazał jej ruchem głowy jedno z krzeseł stojących przed jego biurkiem. Meredith usiadła, próbując nie okazywać zdenerwowania. – Wezwałem całą dyrekcję, ponieważ mam coś do ogłoszenia. Najpierw chciałem jednak porozmawiać z tobą. Zarząd podjął już decyzję co do obsadzenia stanowiska tymczasowego prezydenta. – Zrobił pauzę i Meredith aż się pochyliła do przodu w pełnym napięcia oczekiwaniu. – Wybrali Allena Stanleya.
    – Co takiego? – wyszeptała, łapiąc powietrze. Czuła zamęt, mieszaninę szoku, złości i niedowierzania.
    – Powiedziałem, że wybrali Allena Stanleya. Nie będę kłamał… zrobili to, bo go rekomendowałem.
    – Allen Stanley – przerwała mu Meredith, zaskoczona i wściekła wstała gwałtownie – od śmierci żony jest na skraju załamania nerwowego. Co więcej, nie ma kwalifikacji i doświadczenia, żeby kierować działalnością handlową…
    – Od dwudziestu lat jest księgowym w „Bancrofcie” – rzucił ostro Philip, ale Meredith nie dała się zastraszyć, nie skończyła jeszcze.
    Była oburzona nie tylko tym, że została niesłusznie pozbawiona szansy, która powinna być jej dana. Oburzała ją czysta głupota wyboru zastępcy. Oparła dłonie o jego biurko.
    – Allen Stanley jest w tym momencie gloryfikowanym, zwykłym księgowym. Nie mogłeś dokonać gorszego wyboru, i dobrze o tym wiesz! Każdy z pozostałych, każdy z nich byłby lepszy… – Wtedy dopiero dotarła do niej prawda. Zbiła ją niemal z nóg. – To właśnie dlatego rekomendowałeś Stanleya, prawda? Dlatego, że on nie mógłby prowadzić „Bancrofta” tak dobrze lub lepiej, niż ty to robiłeś. Celowo narażasz firmę na ryzyko, ponieważ twoje ego…
    – Nie będę tolerował tego, żebyś zwracała się do mnie w ten sposób!
    – Nie waż się wypróbowywać teraz na mnie twojego autorytetu rodzicielskiego! – ostrzegła go rozwścieczona. – Tysiące razy mówiłeś mi, że na terenie tego sklepu nasze powiązania rodzinne nie istnieją. Nie jestem dzieckiem i nie mówię w tej chwili jako twoja córka. Jestem wiceprezydentem i jednym z większych akcjonariuszy tej firmy.
    – Jeśli którykolwiek inny wiceprezydent ośmieliłby się mówić do mnie w ten sposób, zwolniłbym go natychmiast.
    – Zwolnij mnie w takim razie! – odparowała. – Nie, nie dam ci aż takiej satysfakcji! Sama złożę rezygnację. Ze skutkiem natychmiastowym. Będziesz ją miał na piśmie na swoim biurku za piętnaście minut.
    Zanim zdążyła zrobić krok w kierunku drzwi, opadł na swój fotel.
    – Siadaj! Skoro zdecydowałaś, żebyśmy w tym niekorzystnym momencie powiedzieli sobie wszystko, wyłóżmy karty na stół.
    – Będzie to miła odmiana – odpowiedziała, siadając.
    – Prawda jest taka – powiedział z kąśliwym sarkazmem – że nie jesteś zła, dlatego że wybrałem Allena Stanleya, ale dlatego, że nie wybrałem ciebie.
    – Jestem zła z tych obydwu powodów.
    – W każdym razie, miałem poważne powody, dla których to nie ty zostałaś wybrana. Po pierwsze, jesteś za młoda i niedostatecznie doświadczona, żeby kierować tą firmą.
    – Doprawdy? – zapytała zgryźliwie. – Jak doszedłeś do takiego wniosku? Ty byłeś o niecały rok starszy niż ja, kiedy dziadek przekazał ci wszystko.
    – To była inna sytuacja.
    – Rzeczywiście, sytuacja była inna – przyznała drżącym ze złości głosem. – Kiedy obejmowałeś tu kierownictwo, twoje dokonania w tym sklepie były o wiele mniej imponujące niż moje! A prawdę mówiąc, jedyną rzeczą, jakiej rzeczywiście dokonywałeś, było niespóźnianie się do pracy! – Zobaczyła, że ojciec przykłada dłoń do piersi, jakby poczuł tam ból. To tylko zwiększyło jej wściekłość. – Nie waż się udawać, że masz atak serca, bo to nie powstrzyma mnie od powiedzenia tego, co powinnam powiedzieć już lata temu. – Opuścił rękę i pobladły patrzył, jak mówiła: – Jesteś antyfeministą i prawdziwym powodem, dla którego nie dasz mi szansy, jest fakt, że jestem kobietą.
    – Nie jesteś daleka od prawdy – wyrzucił z siebie szorstko, z prawie dorównującą jej złością. – Na zewnątrz w recepcji czeka pięciu mężczyzn, którzy zainwestowali w ten sklep dziesiątki lat. Nie kilka lat, ale dziesiątki!
    – Naprawdę? – odpowiedziała z sarkazmem. – A ilu z nich zainwestowało w niego cztery miliony dolarów z ich własnych pieniędzy? Co więcej, ty nie tylko Wetujesz, ty kłamiesz. Dwaj z tych mężczyzn rozpoczęli tu pracę w tym samym roku, co ja i to, dodam, za wyższą pensję niż moja.
    Zacisnął w pięści leżące na biurku dłonie.
    – Ta dyskusja jest bezcelowa.
    – Zgadza się – przyznała gorzko, wstając. – Podtrzymuję swoją rezygnację.
    – A właściwie to myślisz, że dokąd stąd odejdziesz? – powiedział głosem sugerującym, że nigdy nie uda jej się znaleźć równie dobrej pracy.
    – Do którejś z wielkich firm handlowych! – skontrowała, zbyt wściekła, żeby wziąć pod uwagę stres, z jakim wiązałby się dla niej taki akt nielojalności. „Bancroft” był jej życiem. – Marshall Field zatrudniłby mnie w ciągu kilku minut, tak samo May Company czy Neiman.
    – Teraz to ty blefujesz – warknął.
    – Jeszcze zobaczymy! – ostrzegła, ale już na samą myśl o pracy dla konkurentów „Bancrofta” robiło jej się niedobrze. Była wykończona szarpiącymi nią emocjami. – Czy chociaż raz mógłbyś być ze mną zupełnie szczery?
    W kompletnej ciszy czekał na jej pytanie.
    – Nigdy nie miałeś zamiaru przekazać mi prowadzenia sklepu, prawda? Ani teraz, ani w przyszłości, bez względu na to, jak długo i jak ciężko bym tu pracowała?
    – Nie.
    W głębi serca wiedziała o tym zawsze, ale mimo to aż zakręciło jej się w głowie, kiedy usłyszała, jak on to mówi.
    – To dlatego, że jestem kobietą – stwierdziła.
    – To jeden z powodów. Mężczyźni czekający tam nie będą pracowali dla kobiety.
    – To bzdura – odpowiedziała bezbarwnie Meredith. – I jest to niezgodne z prawem. Nie jest to też prawda, ale o tym już wiesz. Dziesiątki mężczyzn podlegają mi bezpośrednio lub pośrednio w działach, którymi kieruję. To twoja własna egoistyczna bigoteria powoduje, że wierzysz, że ja nie potrafiłabym kierować firmą.
    – Może częściowo tak jest – odparował – a może też dzieje się tak dlatego, że odmawiam wspierania cię i podtrzymywania twojej nie zważającej na nic ślepej determinacji, z jaką budujesz swoje życie wokół tej firmy. Prawdę mówiąc, zrobię co tylko w mojej mocy, żeby cię przed tym uchronić. Bez względu na to, z którym wielkim domem handlowym będziesz chciała wiązać swoją karierę! To są motywy, jakimi się kierowałem, uniemożliwiając ci odziedziczenie tego gabinetu. I bez względu na to, czy akceptujesz te motywy, ja zdaję sobie z nich sprawę. Ty natomiast nawet nie wiesz, dlaczego jesteś tak zdeterminowana, żeby zrobić z siebie kolejnego prezydenta „Bancrofta”.
    – Co takiego? – wyrzuciła z siebie gniewnie, zbita z tropu. – Może w takim razie ty mi powiesz, dlaczego to robię?
    – Zrobię to. Jedenaście lat temu poślubiłaś drania, który chciał twoich pieniędzy i który wpakował cię w ciążę; straciłaś to dziecko i okazało się, że nie możesz już mieć dzieci. I nagle – dokończył z gorzkim triumfem – zapałałaś nieprzepartą miłością do Bancroft i S – ka i rozwinęłaś w sobie intensywną ambicję matkowania firmie.
    Wpatrywała się w niego. Wszystkie niedoskonałości jego rozumowania eksplodowały gniewnie w jej myślach. Pełna emocji czuła w gardle bolesny, nie dający się przełknąć kłąb. Ze wszystkich sił starała się, żeby głos jej nie zadrżał i powiedziała:
    – Kochałam to miejsce, odkąd byłam małą dziewczynką; kochałam je, zanim spotkałam Matta Farrella i kochałam je po tym, jak zniknął z mojego życia. Prawdę mówiąc, mogę ci dokładnie powiedzieć, kiedy zdecydowałam, że będę tutaj pracować i że zostanę kiedyś prezydentem. Miałam wtedy sześć lat. Przyprowadziłeś mnie do tego pokoju, żebym poczekała, aż skończysz spotkanie z zarządem. Powiedziałeś mi – ciągnęła rozzłoszczona – że mogę, czekając na ciebie, siedzieć w twoim fotelu. Tak zrobiłam. Siedziałam, dotykałam twoich wiecznych piór i przywołałam intercomem twoją sekretarkę, a ona pozwoliła mi podyktować list. To był list do ciebie – powiedziała, a sądząc po tym, jak zbladł, zorientowała się, że nagle przypomniał sobie ten list. – Napisałam w nim – zrobiła pauzę i odetchnęła z drżeniem, uparcie powstrzymując łzy – ”Drogi ojcze, będę uczyć się i pracować z całych sił, żebyś kiedyś był ze mnie dumny i pozwolił mi pracować tutaj, tak jak ty i dziadek. Jeśli tak się stanie, pozwolisz mi znowu usiąść w twoim fotelu?”
    Podniosła głowę i dodała:
    – Myślałam, że mnie kochałeś. Wiem, że marzyłeś o tym, żebym była chłopcem, ale nie zdawałam sobie sprawy z tego, że nic cię nie obchodziłam, tylko dlatego, że byłam dziewczynką. Przez całe moje życie kazałeś mi gardzić moją matką za to, że nas opuściła. Teraz zaczynam się zastanawiać, czy ona odeszła, czy to ty ją odepchnąłeś od siebie, dokładnie tak jak właśnie teraz odpychasz mnie. Moja rezygnacja znajdzie się jutro na twoim biurku. – Zauważyła, że ta zwłoka wywołała na jego twarzy pełen satysfakcji, domyślny uśmiech. Jeszcze wyżej uniosła głowę. – Mam zaplanowane spotkania i nie będę mogła zabrać się do tego wcześniej.
    – Jeśli nie będzie cię tutaj, kiedy ogłoszę wszystkim wybór – ostrzegł, widząc, że kieruje się ku bocznym drzwiom, prowadzącym poprzez salę konferencyjną na korytarz, pomyślą, że wybiegłaś stąd cała we łzach, dlatego że to nie ty zostałaś wybrana.
    Meredith zatrzymała się i spojrzała na niego lekceważąco.
    – Nie oszukuj się, ojcze. Mimo że traktujesz mnie jak zawalidrogę, żaden z nich nie wierzy tak naprawdę, że nie masz dla mnie żadnych uczuć i jestem ci aż tak obojętna. Pomyślą, że własnej córce już dawno powiedziałeś, kto zostanie wybrany.
    – Zmienią zdanie, jeśli złożysz rezygnację – ostrzegł i przez ułamek sekundy słychać było w jego głosie nutkę niepokoju.
    – Będą zbyt zajęci pomaganiem Allenowi Stanleyowi w kierowaniu tą firmą, żeby myśleć o tym.
    – To ja będę kierował Allenem Stanleyem. Zatrzymała się z dłonią już na klamce i spojrzała na niego przez ramię. Czuła się wewnętrznie odrętwiała, ale jakimś cudem zdobyła się na śmiech.
    – Wiem o tym. Czy sądzisz, że byłam aż tak arogancka, żeby myśleć, że mogłabym sama sobie poradzić z „Bancroftem” w czasie twojego urlopu, bez wskazówek od ciebie? Czy też może bałeś się, że spróbuję tego?
    Nie czekając na odpowiedź, otworzyła drzwi wiodące do sali konferencyjnej i wyszła, zostawiając go stojącego bez ruchu.
    Była rozczarowana, że nie dana jej była szansa sprawdzenia się jako tymczasowy prezydent „Bancrofta”, ale zdała sobie sprawę z tego, jak niewiele znaczyła dla ojca, i to przyćmiewało rozczarowanie. Przez całe lata wmawiała sobie, że on ją kocha, ale nie umie tego okazać. Teraz, czekając na windę, czuła, jakby ktoś wywrócił jej świat do góry nogami. Drzwi windy otworzyły się i weszła do środka. Patrzyła na podwójny rząd podświetlonych cyfr, nie wiedząc, który przycisk nacisnąć. Nie wiedziała, dokąd zmierza. Nie wiedziała, kim tak naprawdę była. Przez całe swoje życie istniała jako córka Philipa Bancrofta. To była jej przeszłość. Jej przyszłość zawsze wiązała się z tym miejscem, ze sklepem. Teraz jej przeszłość okazała