Скачать fb2
Intruz

Intruz

Аннотация

    Przyszłość. Nasz świat opanował niewidzialny wróg. Najeźdźcy przejęli ludzkie ciała oraz umysły i wiodą w nich na pozór niezmienione życie. W ciele Melanie jednej z ostatnich dzikich istot ludzkich zostaje umieszczona dusza o imieniu Wagabunda. Wertuje ona myśli Melanie w poszukiwaniu śladów prowadzących do reszty rebeliantów. Tymczasem Melanie podsuwa jej coraz to nowe wspomnienia ukochanego mężczyzny, Jareda, który ukrywa się na pustyni. Wagabunda nie potrafi oddzielić swoich uczuć od pragnień ciała i zaczyna tęsknić za mężczyzną, którego miała pomóc schwytać. Wkrótce Wagabunda i Melanie stają się mimowolnymi sojuszniczkami i wyruszają na poszukiwanie człowieka, bez którego nie mogą żyć.


Stephenie Meyer Intruz

    The Host
    Przełożył Łukasz Witczak

PYTANIE

Ciało mym domem
rumakiem chartem
cóż biedna pocznę
kiedy je stracę

Gdzie będę spać
Czym pomknę w dal
Co będę jeść

Dokąd się udam
już bez wierzchowca
który mnie niósł
Skąd będę wiedzieć
co na mnie czeka
w leśnej gęstwinie
Bez mego Ciała
wiernego psa

Jakże to będzie
snuć się po niebie
bez drzwi ni dachu
z wiatrem za wzrok

pośród obłoków
jakże się skryć?

    May Swenson

Prolog

Zabieg

    Uzdrowiciel nazywał się Fords Cicha Toń.
    Jako że był duszą, był z natury dobry – współczujący, cierpliwy, uczciwy, szlachetny i pełen miłości. Niezwykle rzadko się niepokoił.
    Jeszcze rzadziej się denerwował. Ale ponieważ miał ludzkie ciało, zdenerwowania czasem po prostu nie dało się uniknąć.
    Tak jak teraz, kiedy, słysząc dochodzące z drugiego końca sali podniecone szepty studentów, odruchowo zacisnął usta. Na zazwyczaj uśmiechniętej twarzy grymas ten wyglądał nieco dziwnie.
    Widząc to niezadowolenie, jego pomocnik, Darren, poklepał go po ramieniu.
    – Po prostu są ciekawi – powiedział cicho.
    – Zabieg wszczepienia duszy nie jest ani ciekawy, ani szczególnie trudny. W razie nagłej potrzeby mogłaby to zrobić na ulicy pierwsza lepsza dusza. Niczego nowego się dzisiaj nie nauczą – odparł Fords. Ostry ton pobrzmiewający w zazwyczaj kojącym głosie zaskoczył nawet jego samego.
    – Nigdy wcześniej nie widzieli dorosłego człowieka – tłumaczył Darren. Fords uniósł brew.
    – Jak to, nie widzą siebie nawzajem? Nie mają w domach luster?
    – Wiesz, o co mi chodzi – o dzikiego człowieka. Bez duszy. Rebelianta.
    Fords spojrzał na leżące na stole operacyjnym twarzą do dołu nieprzytomne ciało dziewczyny. Przypomniał sobie, jak bardzo było sponiewierane, gdy Łowcy przywieźli je do szpitala, i ponownie wezbrało w nim współczucie. Ile ona musiała wycierpieć…
    Teraz, oczywiście, była już w bardzo dobrym stanie – całkiem uzdrowiona. Fords sam o to zadbał.
    – Wygląda przecież tak samo jak my – powiedział pod nosem do Darrena. – Wszyscy mamy ludzkie twarze. Gdy się zbudzi, będzie jedną z nas.
    – Po prostu są podekscytowani, nic więcej.
    – Dusza, którą dzisiaj wszczepiamy, zasługuje na szacunek. Nie należy się tak wgapiać w jej żywiciela. I tak aklimatyzacja będzie dla niej wystarczająco trudna. To nie w porządku, żeby musiała znosić jeszcze to – odparł Fords. Nie chodziło mu jednak wcale o gapienie się. W jego głosie znowu brzmiała ostra nuta.
    Darren ponownie go poklepał.
    – Nic złego się nie stanie. Łowca potrzebuje informacji i…
    Na dźwięk słowa „Łowca” Fords posłał Darrenowi spojrzenie pełne złości. Ten aż zamrugał z wrażenia.
    – Wybacz – przeprosił go pospiesznie Fords. – Nie chciałem. Po prostu się o nią martwię.
    Przeniósł wzrok na niewielką kapsułę umieszczoną na stojaku obok stołu. Lampka świeciła bladą czerwienią, co oznaczało, że coś w niej zahibernowano.
    – Wybrano ją specjalnie do tego zadania – starał się go uspokoić Darren. – To wyjątkowa dusza, odważna jak mało kto. Wszystkie jej życia mówią same za siebie. Pewnie zgłosiłaby się na ochotnika, gdyby można ją było o to zapytać.
    – Kto by się nie zgodził, poproszony o pomoc dla wyższego dobra? Tylko czy na pewno mamy tu właśnie taką sytuację? Czy tu chodzi o wyższe dobro? To nie jest kwestia jej dobrej woli, tylko tego, jak wielkiego poświęcenia można wymagać od duszy.
    Studenci również rozmawiali o zahibernowanej duszy. Fords słyszał ich szepty bardzo wyraźnie – mówili coraz głośniej, nie mogąc opanować podniecenia.
    – Mieszkała na sześciu planetach.
    – Ja słyszałem, że na siedmiu.
    – Podobno za każdym razem w innym gatunku.
    – To możliwe?
    – Była prawie wszystkim. Kwiatem, Niedźwiedziem, Pająkiem…
    – Wodorostem, Nietoperzem…
    – Nawet Smokiem!
    – Nie wierzę, że na siedmiu planetach.
    – Co najmniej na siedmiu. A urodziła się na Początku.
    – Żartujesz? Na Początku?
    – Proszę o ciszę! – interweniował Fords. – Jeżeli nie potraficie przyglądać się w ciszy i skupieniu, będę was musiał wyprosić.
    Cała szóstka zamilkła zawstydzona i spuściła wzrok.
    – Darren, bierzmy się do roboty.
    Wszystko było gotowe. Odpowiednie lekarstwa leżały już obok ciała dziewczyny. Specjalny czepek zakrywał jej długie, czarne włosy, odsłaniając smukłą szyję. Dziewczyna oddychała powoli – była w głębokiej narkozie. Na opalonej na brąz skórze trudno było dopatrzyć się jakichkolwiek śladów po… wypadku.
    – Zacznij rozmrażanie – powiedział Fords.
    Jego siwowłosy pomocnik stał już przy kapsule w pełnej gotowości, z dłonią na gałce. Zdjął z niej blokadę i przekręcił ją odwrotnie do ruchu wskazówek zegara. Czerwone światełko na szarym cylindrze zaczęło migać, najpierw wolno, potem coraz szybciej, zmieniło też kolor.
    Uwaga Fordsa była skupiona na nieprzytomnym ciele. Oszczędnymi, precyzyjnymi ruchami przeciągnął ostrzem skalpela wzdłuż skóry u podstawy czaszki, następnie spryskał nacięcie substancją powstrzymującą krwawienie i dopiero wtedy poszerzył szczelinę. Ostrożnie dostał się pod mięśnie szyi, uważając, aby ich nie uszkodzić, i obnażył białe kości u szczytu kręgosłupa.
    – Dusza jest gotowa – odezwał się pomocnik.
    – Ja też. Daj ją tutaj.
    Fords poczuł łokieć Darrena obok własnego. Nie musiał nawet odrywać wzroku od stołu; wiedział, że jego pomocnik jest gotowy, że stoi z wyciągniętą ręką i czeka na polecenie. Pracowali ze sobą od lat. Fords poszerzył otwór.
    – Do dzieła – wyszeptał.
    Ujrzał przed sobą dłoń Darrena, a w niej srebrzysty blask budzącej się istoty. Piękno nagiej duszy niezmiennie go poruszało.
    Mieniła się w mocnym świetle lamp, jaśniejsza niż skalpel, który lśnił wyłącznie światłem odbitym. Była jak żywa wstążka, wiła się, marszczyła i rozciągała, ciesząc się dopiero co odzyskaną wolnością. Setki cienkich, zwiewnych wici kłębiły się miękko niczym srebrna czupryna. Wszystkie dusze wyglądały wspaniale, lecz ta wydała się Fordsowi szczególnie urodziwa.
    Nie był zresztą w swoich odczuciach odosobniony. Słyszał cichutkie westchnienie Darrena, szmer zachwytu wśród studentów.
    Darren delikatnie umieścił lśniącą istotę w szczelinie. Dusza wśliznęła się gładko w wolną przestrzeń i od razu zespoliła z otoczeniem. Fords podziwiał sprawność, z jaką zadomowiła się na nowym miejscu. Wici ciasno oplotły ośrodki nerwowe, niektóre wydłużyły się, sięgając dalej niż jego spojrzenie, aż do samego mózgu, nerwów wzroku, kanałów słuchowych. Działała szybko i bez wahania. Wkrótce było już widać tylko jej mały skrawek.
    – Dobra robota – szepnął do niej, choć wiedział, że nie może go usłyszeć. Leżące na stole ciało miało uszy, nadal jednak trwało pogrążone w głębokim śnie.
    Reszta była już tylko formalnością. Fords oczyścił i wyleczył ranę, posmarował ją maścią, która zasklepiła nacięcie, potem rozprowadził wzdłuż blizny proszek wspomagający gojenie.
    – Idealnie, jak zwykle – powiedział Darren, który z nieznanego Fordsowi powodu pozostał przy imieniu swojego żywiciela.
    Fords westchnął.
    – Źle się z tym czuję.
    – Spełniasz tylko swoją powinność, jesteś Uzdrowicielem.
    – To jedna z tych rzadkich chwil, w których uzdrawiając, wyrządzam tak naprawdę krzywdę.
    Darren zaczął sprzątać po operacji. Nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć. Fords wykonywał przecież swój zawód. Z punktu widzenia Darrena liczyło się tylko to.
    Ale dla Fordsa bycie Uzdrowicielem oznaczało coś więcej; dotykało sedna jego istnienia. Spoglądał zafrasowany na pogrążone w spokojnym śnie ciało, świadom, że ów spokój pryśnie, gdy tylko kobieta się obudzi. Koszmarny los, jaki ją spotkał, będzie teraz musiała udźwignąć niewinna dusza, którą przed chwilą umieścił w środku.
    Fords pochylił się nad dziewczyną i bolejąc w duchu, że nie może go usłyszeć, wyszeptał jej do ucha:
    – Powodzenia, moja mała wagabundo, powodzenia. Jakżebym chciał, żebyś go nie potrzebowała.

Rozdział 1

Wspomnienie

    Wiedziałam, że wszystko zacznie się od końca i że koniec oglądany tymi oczami będzie jak śmierć. Uprzedzono mnie.
    Nie t y m i oczami. M o i m i oczami. Moimi. Teraz to już byłam ja.
    Język, którym teraz mówiłam, był dziwny, ale sensowny. Rwany, prosty, ślepy i linearny. Niesłychanie ułomny w porównaniu do wielu innych, którymi posługiwałam się wcześniej, ale jednak płynny i pozwalający się wyrazić. Chwilami piękny. Mój nowy język. Moja mowa.
    Kiedy znalazłam się w tym ciele, najbardziej pierwotny instynkt kazał mi opleść ośrodek myślenia, sprzęgnąć się z każdym oddechem i odruchem, aż to ciało przestało być osobnym bytem. Aż stało się mną.
    Nie w t y m ciele – w m o i m ciele.
    Czułam, jak sen powoli ustępuje, a jego miejsce zajmuje jasność. Czekałam, aż uderzy we mnie pierwsze wspomnienie, będące w istocie ostatnim – ostatnie chwile tego ciała, wspomnienie końca. Uprzedzono mnie, jak to będzie wyglądać. Ludzkie emocje miały być potężniejsze i żywsze niż doznania gatunków, które zamieszkiwałam do tej pory. Starałam się być na to przygotowana.
    Kiedy jednak wspomnienie wreszcie nadeszło, okazało się – tak jak mnie ostrzegano – czymś, na co nie sposób się było przygotować.
    Parzyło ostrymi kolorami i głośnymi dźwiękami. Skórę żywicielki przenikał chłód, kończyny trawił palący ból. W ustach miała nieznośnie metaliczny posmak. I był jeszcze jeden, nowy, piąty zmysł, którego nigdy wcześniej nie miałam, zbierający cząsteczki z powietrza i przetwarzający je w mózgu na dziwne komunikaty, ostrzeżenia, czasem na przyjemności – były to zapachy. Rozpraszały mnie i dezorientowały – mnie, ale nie jej pamięć. Pamięć nie miała czasu na rejestrowanie zapachów. Jedynym wspomnieniem było uczucie strachu.
    Strach wypełniał ją całą, popychał dziwaczne kończyny do przodu i zarazem je hamował. Mogła tylko biec, uciekać.

    Przegrałam.

    Ta myśl, nienależąca do mnie, pojawiła się nagle z wielką siłą, jak gdyby nie była tylko cudzym wspomnieniem, lecz częścią mnie samej. Mimowolnie zanurzyłam się w piekle ostatnich chwil jej życia, stałam się nią, biegłyśmy razem.

    Jak ciemno. Nic nie widzę. Nie widzę podłogi. Nie widzę przed sobą swoich dłoni. Biegnę po omacku, wsłuchując się w pościg, który czuję za plecami, ale słyszę tylko huczącą w uszach krew.
    Zimno mi. To teraz mało istotne, ale marznę. Strasznie tu zimno.

    Nieprzyjemne uczucie w nozdrzach. Okropny zapach. Tak nieprzyjemny, że aż na chwilę udało mi się uwolnić od wspomnień. Ale już sekundę później zalały mnie ze zdwojoną siłą, a oczy zaszły mi łzami przerażenia.

    Już po mnie. Już po nas. To koniec.
    Słyszę, że Łowcy są tuż, tuż. Jest ich wielu, ja sama. Przegrałam. Wołają za mną. Na dźwięk ich głosów dostaję skurczu żołądka. Niedobrze mi.
    – Nie bój się, nic ci nie zrobimy – woła żeńskim głosem jeden z nich, głośno dysząc,
    – Ostrożnie! – krzyczy inny.
    – Nie zrób sobie krzywdy – błaga któryś z troską w głosie. Z troską!

    Poczułam, jak gorąca krew uderza mi do głowy, jak ogarnia mnie dzika nienawiść.
    W żadnym z poprzednich żyć nie doznałam nigdy czegoś takiego. Na krótką sekundę odepchnęłam ze wstrętem to wspomnienie. Wysoki, przenikliwy dźwięk przeszywał mi uszy i pulsował w skroniach. Wydobywał się z moich płuc. Poczułam słaby ból w gardle.
    To krzyk, wyjaśniło moje ciało. Krzyczysz.
    Zamarłam w przestrachu i dźwięk gwałtownie się urwał.
    Tym razem to nie było wspomnienie.
    To moje ciało – myślało! Mówiło do mnie!
    Ale wspomnienia były silniejsze niż zdumienie.

    – Proszę, zaczekaj! – krzyczą. – Tam jest niebezpiecznie!
    To wy jesteście niebezpieczni, odpowiadam im w myślach. Ale rozumiem, o co im chodzi. Na końcu korytarza, nie wiadomo skąd, wydobywa się słaba smuga światła. To nie ślepy zaułek, którego się spodziewałam. To czarna dziura.
    Szyb windy. Pusty, nieużywany, jak cały ten budynek. Niegdyś kryjówka, teraz – grób.
    Biegnę przed siebie z uczuciem narastającej ulgi. Jednak jest szansa. Nie na przeżycie, ale może chociaż na zwycięstwo.

    Nie, nie! Ta myśl była już moja. Rozpaczliwie próbowałam się uwolnić od jej wspomnień, ale na próżno. Biegłyśmy razem ku krawędzi, za którą czekała nas śmierć.

    – Proszę, nie rób tego! – ktoś krzyczy coraz bardziej rozpaczliwie.
    Wiem już, że nie zdążą mnie złapać, i chce mi się śmiać. Oczyma wyobraźni widzę, jak wyciągają ręce do przodu, próbując mnie chwycić w ostatniej chwili. Ale jestem dla nich zbyt szybka. Nie zwalniam, nawet gdy kończy się pode mną podłoga. W jednej chwili pod stopami otwiera mi się czeluść.
    Połyka mnie pustka. Wywijam nogami. Rękoma chwytam się powietrza – miotają się bezradnie w poszukiwaniu oparcia. Z dołu uderza we mnie podmuch zimna.
    Najpierw słyszę uderzenie, a dopiero potem je czuję… Podmuch zamiera… Po całym ciele rozlewa się ból… Ból jest wszystkim. Jak długo jeszcze będzie boleć?
    – Za nisko – szepczę do siebie. Kiedy przestanie boleć? Kiedy…?

    Potem nastała ciemność, a ja poczułam niezmierną ulgę, że nie ma już nic więcej. Było ciemno. Byłam wolna. Nabrałam powietrza, by się uspokoić, tak bowiem podpowiadało mi ciało. M o j e ciało.
    Wtem jednak obrazy wróciły i znów porwał mnie wir wspomnień.
    – Nie! – krzyknęłam, bojąc się zimna, bólu oraz samego strachu.
    Ale nie było to już to samo wspomnienie, co do tej pory, lecz wspomnienie we wspomnieniu – ostatnie ze wszystkich, niczym ostatnie tchnienie umysłu – a jednak, nie wiedzieć czemu, jeszcze silniejsze od pierwszego.
    Tym razem z ciemności wyłoniła się jedynie czyjaś twarz.
    Jej wygląd był mi zupełnie obcy, tak samo jak memu nowemu ciału obcy wydałby się kształt mojego poprzedniego żywiciela – bezgłowych, wijących się macek. Podobne twarze widziałam jednak na obrazkach, które pokazywano mi, zanim przybyłam na tę planetę. Wszystkie zlewały się w jedną, różniły się tylko nieznacznie kształtem i kolorem. Były prawie identyczne. Na środku twarzy nos, nieco wyżej oczy, niżej usta, a po bokach uszy. Wszystkie zmysły – z wyjątkiem dotyku – skupione w jednym miejscu. Kości obleczone skórą, włosy na czubku głowy i, co ciekawe, tuż nad oczami. Niektóre twarze, ale tylko samców, miały też owłosioną żuchwę. Kolory włosów były różne, od bladożółtych po bardzo ciemne, niemalże czarne. Poza tym bardzo trudno było je rozróżnić.
    Ale tę jedną rozpoznałabym wśród miliona twarzy.
    Była prostokątna, z wyraźnie zarysowanymi kośćmi. Miała jasnobrązową cerę. Włosy – nieco tylko ciemniejsze, z wyjątkiem kilku jaśniejszych pasemek – pokrywały jedynie głowę i kawałek skóry nad oczami. Okrągłe tęczówki były ciemniejsze niż włosy, ale podobnie jak one rozjaśniały się w kilku miejscach. Wokół oczu rysowały się delikatne zmarszczki – jej pamięć podpowiadała mi, że to od uśmiechania się i mrużenia oczu na słońcu.
    Nie wiedziałam nic o tutejszym pojęciu piękna, lecz mimo to czułam, że to piękna twarz. Miałam ochotę długo jej się przyglądać. Gdy tylko sobie to uświadomiłam, zniknęła.
    Jest moja, zabrzmiała obca myśl, która nie miała prawa pojawić mi się w głowie.
    Znowu zamarłam, całkiem osłupiała. Przecież nie powinno tu być nikogo poza mną. Tymczasem ta myśl była tak żywa, tak silna.
    Niemożliwe. Co ona tu jeszcze robi? Przecież teraz to jestem ja.
    Właśnie że moja, poprawiłam ją, pragnąc dać wyraz mojej niepodzielnej władzy. Wszystko jest moje.
    Ale w takim razie dlaczego z nią rozmawiam? – zadałam sobie pytanie, lecz nie zdążyłam się nad tym zastanowić, bo usłyszałam głosy.

Rozdział 2

Głosy

    Dwie osoby rozmawiały gdzieś obok ściszonymi głosami, najwyraźniej już od dłuższego czasu.
    – To dla niej zbyt wiele – powiedział ktoś łagodnym, lecz głębokim męskim głosem. – Nie tylko dla niej, dla kogokolwiek. Tyle przemocy!… – dodał tonem obrzydzenia.
    – Krzyknęła tylko raz – odezwał się wyższy, piskliwy kobiecy głos, nie bez pewnej satysfakcji, jak gdyby jego właścicielka odniosła małe zwycięstwo.
    – Wiem – przyznał mężczyzna. – Jest bardzo silna. Wielu reagowało gorzej, choć mieli łatwiejsze zadanie.
    – Na pewno sobie poradzi, niech mi pan wierzy.
    – Może minęła się pani z powołaniem. – W głosie mężczyzny pobrzmiewała dziwna nuta. Sarkazm, podpowiedziała mi moja pamięć. – Może powinna pani być Uzdrowicielką.
    Kobieta wydała z siebie odgłos rozbawienia. Śmiech.
    – Nie wydaje mi się. Nas, Łowców, interesują innego typu diagnozy.
    Moje ciało znało ten wyraz, ten zawód: Łowca. Na jego dźwięk poczułam ciarki na plecach. Przestarzały odruch, którego szybko się wyzbędę. W końcu nie miałam żadnego powodu, by się Łowców obawiać.
    – Zastanawia mnie czasem, czy przedstawicieli waszej profesji nie dotknęła aby człowiecza zaraza – rzekł mężczyzna, nadal poirytowany. – Przemoc wydaje się nieodłączną częścią waszego Powołania. Czy nie odziedziczyła pani przypadkiem po żywicielu zamiłowania do okropieństw?
    Zaskoczył mnie ten oskarżycielski ton. Była to prawie… kłótnia. Coś dobrze znanego mojemu nowemu ciału, ale zupełnie obcego mnie.
    – Niechętnie używamy przemocy – broniła się kobieta. – Ale czasem trzeba stawić jej czoło. Pana i całą resztę powinno cieszyć, że niektórzy mają w sobie dość siły, by oddawać się tak nieprzyjemnym zajęciom. Tylko dzięki nam możecie spać spokojnie.
    – Może było tak dawno temu. Mam wrażenie, że wkrótce wasze Powołanie straci rację bytu.
    – Myli się pan, a dowód tej pomyłki leży na tym łóżku.
    – Jeden człowiek, i to dziewczyna, samotna i nieuzbrojona! Doprawdy, oka bym w nocy nie zmrużył.
    Kobieta głośno wypuściła powietrze. Westchnienie.
    – Ale skąd przyszła? Skąd wzięła się w samym sercu Chicago, miasta od dawna już skolonizowanego, setki mil od ostatnich skupisk rebeliantów? Sama tego dokonała? – Zadawała kolejne pytania, najwyraźniej nie oczekując odpowiedzi, jak gdyby mówiła to już wcześniej wiele razy.
    – To wasz problem, nie mój – odparł mężczyzna. – Ja mam tylko pomóc tej duszy zaaklimatyzować się w nowym żywicielu i oszczędzić jej niepotrzebnego bólu i przykrości. A pani mi to utrudnia.
    Wciąż byłam nieco zdezorientowana i nieoswojona z nowymi zmysłami i dopiero teraz zrozumiałam, że to o mnie rozmawiają, że to właśnie ja jestem tą duszą. Tym samym słowo, które oznaczało dla mojego żywiciela wiele różnych rzeczy, zyskało nowe znaczenie. Dusza. To chyba odpowiednie określenie. Niewidzialna siła kierująca ciałem.
    – Odpowiedzi na moje pytania są równie ważne jak pana powinności względem tej duszy.
    – Nie byłbym tego taki pewien.
    Usłyszałam, że jedno z nich się poruszyło, po czym dobiegł mnie szept kobiety.
    – Kiedy się obudzi? Środki nasenne powinny już chyba przestać działać.
    – Jak będzie gotowa. Proszę ją zostawić w spokoju. Ma prawo postąpić wedle swego uznania. Niech pani sobie wyobrazi szok, jakim będzie dla niej przebudzenie – wewnątrz żywiciela-rebelianta, który prawie zginął w trakcie ucieczki! W czasach pokoju nikogo nie powinno się narażać na takie traumatyczne przeżycie! – Jego głos wzmagał się wraz ze wzburzeniem.
    – Jest silna – odrzekła kobieta, tym razem uspokajającym tonem. – Przecież świetnie sobie poradziła z pierwszym wspomnieniem, tym najgorszym. Czegokolwiek się spodziewała, spisała się bardzo dobrze.
    – Tylko czy to było konieczne? – wymamrotał mężczyzna, nie oczekując odpowiedzi. Mimo to ją usłyszał.
    – Jeżeli mamy zdobyć informacje, których potrzebujemy…
    – To wam się wydaje, że ich potrzebujecie. Ja bym raczej powiedział, że ich chcecie.
    – …to ktoś musi wziąć na siebie to nieprzyjemne zadanie – kontynuowała niezrażona. – I uważam, sądząc po tym, co mi na temat tej duszy wiadomo, że by się tego podjęła, gdyby można było ją o to zapytać. Jak pan na nią mówi?
    Mężczyzna przez dłuższą chwilę milczał. Kobieta czekała.
    – Wagabunda – odparł w końcu niechętnie.
    – Pasuje do niej. Nie mam żadnych oficjalnych danych, ale podejrzewam, że jest jedną z niewielu dusz, które były w tylu różnych miejscach, jeżeli nie jedyną. O tak, Wagabunda to dobre imię, w każdym razie dopóki nie wybierze sobie innego.
    Uzdrowiciel nic nie odpowiedział.
    – Oczywiście może przyjąć imię żywiciela… Sprawdziliśmy odciski palców i siatkówkę oka, ale nie mamy ich w bazie, więc nie wiem, jakie to imię.
    – Nie przyjmie ludzkiego imienia – powiedział mężczyzna pod nosem.
    – Oczywiście nie musi, jeżeli tak będzie jej łatwiej – odparła pojednawczym tonem.
    – Dzięki waszym metodom będzie jej o wiele trudniej niż innym.
    Rozległ się odgłos kroków – twarde stukanie butów o podłogę. Kiedy chwilę później kobieta ponownie się odezwała, jej głos dobiegał z drugiego końca pomieszczenia.
    – Trudno byłoby panu odnaleźć się we wczesnych latach okupacji.
    – Pani za to chyba trudno odnaleźć się w czasach pokoju.
    Kobieta roześmiała się, ale jej śmiech nie brzmiał autentycznie – wcale nie była rozbawiona. Mój umysł całkiem nieźle radził sobie z odgadywaniem prawdziwych uczuć.
    – Chyba nie do końca zdaje pan sobie sprawę z tego, jak wygląda moja praca. Długie godziny ślęczenia nad mapami i dokumentami. Głównie praca przy biurku. O wiele rzadziej walka i przemoc, którą pan sobie wyobraża.
    – Dziesięć dni temu ścigała pani to ciało uzbrojona w śmiercionośną broń.
    – Zapewniam pana, że to wyjątek, nie reguła. Proszę nie zapominać, że ilekroć my, Łowcy, wykazujemy się niedostateczną czujnością, broń, którą tak się pan brzydzi, zostaje użyta przeciw naszemu gatunkowi. Ludzie nie wahają się nas zabijać, gdy tylko mają ku temu okazję. Dusze, które zetknęły się z ich przemocą, patrzą na nas, Łowców, jak na bohaterów.
    – Mówi pani tak, jakby toczyła się wojna.
    – Niedobitki ludzkiej rasy właśnie tak to widzą.
    Słowa te wywarły na moim umyśle duże wrażenie. Czułam reakcję ciała – oddech mi przyspieszył, serce zaczęło bić głośniej niż zwykle. Stojąca przy łóżku maszyna pikała teraz szybciej. Uzdrowiciel i Łowczyni byli jednak zbyt pochłonięci rozmową, by to zauważyć.
    – Ale nawet oni muszą rozumieć, że przegrali. Jaką mamy przewagę liczebną? Milion do jednego? Powinna to pani chyba wiedzieć.
    – W istocie znacznie więcej niż milion – przyznała z wyrzutem. Uzdrowiciel najwyraźniej uznał, że nie wymaga to komentarza. Przez chwilę oboje milczeli.
    Starałam się wykorzystać przerwę w rozmowie, żeby ocenić moją sytuację. Wiele się wyjaśniło.
    Znajdowałam się w ośrodku leczniczym, gdzie odpoczywałam po nadzwyczaj traumatycznym zabiegu wszczepienia. Nie ulegało wątpliwości, że ciało mojego nowego żywiciela zostało przedtem całkowicie uleczone. Gdyby było uszkodzone, toby się go pozbyto.
    Rozmyślałam o wymianie zdań pomiędzy Uzdrowicielem i Łowczynią. W świetle informacji, które otrzymałam, zanim zdecydowałam się przybyć na tę planetę, rację miał ten pierwszy. Walki z resztkami oporu praktycznie już się zakończyły. Planeta zwana Ziemią była tak cicha i spokojna, jaka wydawała się z kosmosu – kojąca zieleń i błękit spowite niegroźnymi białymi gazami. Panowała tu teraz pełna harmonia, jak w każdym innym miejscu zamieszkanym przez dusze.
    Spór pomiędzy Uzdrowicielem a Łowczynią odbierałam jako coś dziwnego. Zaskoczył mnie niespotykany wśród dusz poziom agresji. Dało mi to do myślenia. Czy to możliwe, że pogłoski rozchodzące się niczym fale po myślach…
    Nie wiedziałam, jak nazwać gatunek mojego poprzedniego żywiciela. Mieliśmy jakąś nazwę, tego byłam pewna. Jednakże, nie mając połączenia z tamtym żywicielem, nie potrafiłam jej sobie przypomnieć. Używaliśmy tam dużo prostszego, niemego języka myśli, który łączył wszystkich w jeden wielki umysł. Przydatna rzecz, gdy przez całe życie tkwi się korzeniami w ciemnej, wilgotnej glebie.
    Potrafiłam za to opisać tamten gatunek w moim nowym, ludzkim języku. Żyliśmy na dnie ogromnego oceanu, który zajmował całą powierzchnię planety – miał on swoją nazwę, ale jej również nie zdołałam przywołać. Każde z nas miało sto ramion, a na każdym z nich sto oczu, a ponieważ byliśmy połączeni myślami, nie było takiego miejsca, którego nie sięgalibyśmy wzrokiem. Niepotrzebne nam były dźwięki, więc nie mieliśmy w ogóle słuchu. Smakowaliśmy wodę i w ten sposób, a także dzięki naszym oczom, wiedzieliśmy wszystko, co musieliśmy. Chłonęliśmy też promienie odległych słońc i przemienialiśmy je w niezbędny dla nas pokarm.
    Potrafiłam nas opisać, ale nie wiedziałam, jak nas nazwać. Poczułam żal za straconą wiedzą. Szybko jednak wróciłam do rozważań o tym, co usłyszałam.
    Dusze z zasady mówiły tylko prawdę. Oczywiście Łowcy mieli specyficzne Powołanie, które wymagało od nich szczególnych metod postępowania, jednakże między duszami nie było miejsca na kłamstwo. W moim poprzednim życiu, kiedy to komunikowałam się za pomocą myśli, w ogóle nie dało się kłamać, nawet gdyby ktoś miał taki kaprys. Opowiadaliśmy sobie za to historie, aby się nie nudzić. Snucie opowieści było najbardziej cenionym ze wszystkich talentów, ponieważ służyło wspólnemu dobru.
    Czasem fakty tak zupełnie mieszały się z fikcją, że – choć nikt nie kłamał – zapominaliśmy, co jest prawdą, a co nie.
    Na myśl o nowej planecie, Ziemi – tak suchej i różnorodnej, zamieszkanej przez istoty tak niszczycielskie i okrutne, że przechodziło to nasze pojęcie – ogarniała nas jednocześnie trwoga i podniecenie. Błyskawicznie stała się ona tematem nowych, ekscytujących opowieści. Doniesienia o wojnach – niewiarygodne, byliśmy zmuszeni walczyć! – były rzetelne, lecz szybko zaczęliśmy je ubarwiać i dopowiadać do nich różne rzeczy. Gdy krążące opowieści kłóciły się z oficjalnymi informacjami, do których udało mi się dotrzeć, uznawałam je oczywiście za niewiarygodne.
    A chodziły słuchy o ludzkich żywicielach tak silnych, że dusze musiały ich porzucić. O ludzkich umysłach, które nie dawały się całkiem ujarzmić. O duszach, którym żywiciel narzucił osobowość, choć powinno być przecież odwrotnie. Opowieści, nic więcej. Szalone plotki. Ot co.
    Ale czyż nie to właśnie zdawał się sugerować Uzdrowiciel?…
    Odepchnęłam od siebie tę myśl. Zajęcie Łowców budziło niesmak większości z nas i zapewne stąd wzięła się jego reakcja. Po co komu życie wypełnione konfliktem i przemocą? Kto chciałby tropić i wyłapywać opornych żywicieli? Zmagać się z tą brutalną rasą ludzi, którym zabijanie przychodzi z taką łatwością? Tu, na tej planecie, Łowcy stali się praktycznie… zbrojną bandą – mój mózg podpowiedział mi słowa na określenie rzeczy, której wcześniej nie znałam. Wśród dusz panowało przekonanie, że zawód Łowcy wybierają jedynie najsłabiej rozwinięte, najbardziej prymitywne z nas.
    Na Ziemi jednak Łowcy zyskali zupełnie nowy status. Jeszcze nigdy żadne Powołanie tak się nie wynaturzyło. Jeszcze nigdy nie zamieniło się w krwawy bój. Nigdy wcześniej tyle dusz nie straciło życia. Łowcy byli niczym mocna tarcza, a przybyłe na tę planetę dusze miały wobec nich potrójny dług: za bezpieczeństwo, które im gwarantowali, za ryzyko ostatecznej śmierci, które świadomie ponosili każdego dnia, i za dostarczane na bieżąco nowe ciała.
    Teraz, gdy zagrożenie praktycznie minęło, poczucie wdzięczności słabło. Dla Łowców, a w każdym razie dla tej konkretnej Łowczyni, oznaczało to zmianę na gorsze. Nietrudno było się domyślić, o co będzie mnie pytać. Uzdrowiciel dokładał starań, by dać mi jak najwięcej czasu na zadomowienie się w nowym ciele, ale nie miałam wątpliwości, że zrobię, co w mojej mocy, żeby pomóc Łowcy. Byłam duszą, obywatelska postawa była dla mnie czymś oczywistym.
    Wzięłam głęboki oddech, aby przygotować się do rozmowy. Maszyna zarejestrowała to poruszenie. Zdawałam sobie sprawę, że nieco się ociągam. Wstyd mi było się do tego przyznać, ale się bałam. Wiedziałam, że jeśli chcę zdobyć informacje, o które zapyta mnie Łowczyni, będę musiała znowu pogrążyć się we wspomnieniach, tych samych, które sprawiły, iż krzyczałam z przerażenia. Mato tego, bałam się głosu, który usłyszałam wtedy bardzo wyraźnie w swojej głowie. No, ale teraz panowała w niej cisza, taka jak powinna. Człowiek, który zamieszkiwał to ciało, też był już tylko wspomnieniem.
    Nie powinnam się bać. W końcu nazwano mnie tutaj Wagabundą. I to nie bez powodu.
    Wzięłam kolejny głęboki oddech, zacisnęłam zęby i, przełamując strach, zanurzyłam się na nowo we wspomnieniach.
    Wspomnienie jej ostatnich chwil nie było już takie straszne jak za pierwszym razem. Odtworzyłam je teraz w przyspieszeniu – znów biegłam w ciemnościach, krzywiąc się z bólu, starając się nic nie czuć. Po chwili było już po wszystkim.
    Pokonawszy tę przeszkodę, mogłam z łatwością poruszać się po rzeczach i miejscach mniej niepokojących w poszukiwaniu konkretnych informacji. Ujrzałam, jak przyjeżdża do tego zimnego miasta w nocy, niepozornym kradzionym samochodem, jak chodzi w ciemnościach po ulicach Chicago, trzęsąc się z zimna, ubrana w cienki płaszcz.
    Ona też kogoś szukała. Sobie podobnych, byli tutaj, a przynajmniej miała taką nadzieję. W szczególności jednej osoby. Znajomej… nie, kogoś bliskiego. Nie siostry… kuzynki.
    Słowa przychodziły mi do głowy coraz wolniej. Z początku nie rozumiałam, dlaczego. Zapomniała? Straciła część wspomnień na skutek traumy, po tym jak otarła się o śmierć? A może jeszcze się do końca nie przebudziłam? Może moje ciało było nadal uśpione? Czułam się całkiem przytomna, ale umysł nie potrafił dostarczyć mi odpowiedzi na moje pytania.
    Ponowiłam próbę z innej strony. Jaki miała cel? Szukała… Sharon – udało mi się wyłowić imię – by wraz z nią… Uderzyłam w ścianę.
    Dalej nic, pusto. Próbowałam obejść przeszkodę, ale nie potrafiłam nawet ustalić, gdzie zaczyna się ta próżnia. Tak jakby ktoś wymazał informacje, na których mi zależało.
    Tak jakby mózg był uszkodzony.
    Ogarnął mnie nagły gniew, dziki i palący. Ta niespodziewana reakcja była dla mnie tak dużym zaskoczeniem, że aż zabrakło mi tchu. Uprzedzono mnie, że ciała ludzi są niestabilne emocjonalnie, ale czegoś takiego najzwyczajniej nie byłam w stanie przewidzieć. Żyłam na ośmiu różnych planetach i jeszcze nigdy żadne uczucie nie wezbrało we mnie z taką siłą.
    Poczułam, jak krew pulsuje mi w szyi, jak szumi w uszach. Dłonie zacisnęły się w pięści.
    Wraz z pulsem przyspieszyło pikanie urządzenia stojącego obok łóżka. Usłyszałam głośny stukot butów Łowczyni na zmianę z cichym szuraniem, najpewniej Uzdrowiciela.
    – Witaj na Ziemi, Wagabundo – odezwała się kobieta.

Rozdział 3

Opór

    – To imię nic jej nie mówi – mruknął Uzdrowiciel.
    Moja uwaga skupiła się na nowym, miłym doznaniu. Gdy kobieta podeszła do łóżka, w powietrzu coś się zmieniło. Zorientowałam się, że to zapach. Już nie sterylne, bezwonne pomieszczenie. Perfumy, podpowiedział mój nowy umysł. Kwiatowe, bujne…
    – Słyszy mnie pani? – zapytała Łowczyni, odwracając moją uwagę od nowej woni. – Jest pani przytomna?
    – Nie musi się pani spieszyć – dodał Uzdrowiciel tonem łagodniejszym niż wcześniej.
    Nie otworzyłam oczu. Nie chciałam się rozpraszać. Umysł podpowiadał mi, jakich słów użyć i jak je intonować – za pomocą tonu mogłam przekazać więcej treści.
    – Czy aby nie umieszczono mnie w uszkodzonym ciele, żebym mogła uzyskać dla pani informacje?
    Łowczyni zadyszała. Wyraz zdziwienia i zarazem oburzenia. Poczułam na dłoni ciepły dotyk.
    – Ależ oczywiście, że nie – zapewnił mnie mężczyzna. – Nawet Łowca nie posunąłby się do czegoś takiego.
    Łowczyni znowu ciężko westchnęła. Syknęła – poprawił mnie mózg.
    – Dlaczego w takim razie mój umysł nie działa, jak powinien? Na chwilę zapanowała cisza.
    – Wyniki badań były bez zarzutu – odrzekła Łowczyni. Nie tyle chciała mnie uspokoić, ile udowodnić mi, że się mylę, tak jakby zależało jej na kłótni. – Ciało jest w pełni zdrowe.
    – Po próbie samobójczej, która prawie się powiodła – odparłam stanowczo. W moim głosie wciąż pobrzmiewała złość. Było to nowe uczucie, jeszcze nie umiałam nad nim zapanować.
    – Wszystko było w jak najlepszym porządku…
    – Co jest nie tak? – przerwał jej Uzdrowiciel. – Ośrodek mowy, z tego co słychać, działa bez zarzutu.
    – Pamięć. Próbowałam dotrzeć do informacji, na których zależy Łowczyni.
    Nikt nic nie powiedział, ale coś się zmieniło. Napięta atmosfera spowodowana moim oskarżeniem nieco się rozładowała. Po czym to poznałam? Miałam dziwne uczucie, że czerpię informacje nie tylko z pięciu dostępnych mi zmysłów, ale skądś jeszcze – zupełnie jak gdybym posiadała jakiś szósty zmysł, nie całkiem okiełznany, gdzieś na obrzeżach mojej świadomości. Intuicja? Nie mogłam znaleźć na to lepszego słowa. Zdumiewające – na co żywej istocie aż tyle zmysłów?
    Łowczyni odchrząknęła, ale to Uzdrowiciel odezwał się pierwszy.
    – Cóż, proszę się nie martwić pewnymi… trudnościami. Nie twierdzę, że należało się ich… spodziewać, ale też naprawdę trudno się dziwić, zważywszy na okoliczności.
    – Nie rozumiem. Co pan ma na myśli?
    – Pani żywiciel należał do ludzkiego ruchu oporu – wtrąciła Łowczyni. Przez jej głos przebijało teraz podniecenie. – Trudniej ujarzmić ludzi, którzy przed pojmaniem wiedzieli o naszym istnieniu. Widocznie ten osobnik stawia jeszcze opór.
    Zapadła cisza. Czekali, aż coś powiem.
    Opór? Żywiciel blokował mi dostęp do pamięci? Znów gwałtownie i znienacka wezbrał we mnie gniew.
    – Czy jestem prawidłowo zespolona z ciałem? – zapytałam przez zęby.
    – Tak – odparł Uzdrowiciel. – Wszystkie osiemset dwadzieścia siedem końcówek jest na swoich miejscach.
    Mój nowy umysł wymagał większej liczby połączeń niż poprzednie – pozostało mi zaledwie sto osiemdziesiąt niewykorzystanych końcówek. Być może właśnie dlatego wszystkie doznania były tak intensywne.
    Postanowiłam otworzyć oczy. Chciałam się upewnić, że Uzdrowiciel ma rację i że wszystko inne działa jak należy.
    Jasność. Ból. Od razu zamknęłam powieki. Ostatnie światło, które widziałam, jeszcze w poprzednim życiu, musiało pokonać odległość stu sążni, zanim dotarło do mnie na dno oceanu. Na szczęście okazało się, że moje nowe oczy przyzwyczajone są do dużej ilości światła. Otworzyłam je ponownie, tym razem bardzo ostrożnie, zerkając przez rzęsy.
    – Może zgaszę światło? – zapytał Uzdrowiciel.
    – Dziękuję, nie trzeba. Zaraz przywyknę. Moje oczy potrzebują paru chwil.
    – Wspaniale – odparł, będąc chyba pod wrażeniem łatwości, z jaką użyłam słowa „moje”.
    Oboje stali w milczeniu, czekając, aż całkiem otworzę oczy.
    Mój nowy umysł szybko ustalił, że nieduże pomieszczenie, w którym się znajdujemy, jest częścią placówki medycznej. Szpitala. Sufit pokryty był białymi płytkami w ciemne kropki. Prostokątne światła, umieszczone na suficie w równych odstępach, były tych samych rozmiarów co płytki. Ściany miały kolor jasnozielony – kojący, lecz także kojarzący się z chorobą. Nie najlepszy wybór, moim świeżo wyrobionym zdaniem.
    Bardziej ciekawili mnie jednak stojący nade mną ludzie. Gdy tylko spojrzałam na Uzdrowiciela, w mojej głowie rozbrzmiało słowo „lekarz”. Miał na sobie luźny zielono-niebieski strój, z krótkimi rękawami. Chirurg. Twarz miał porośniętą włosami dziwnego koloru: pomarańczowymi.
    Pomarańczowy! Ostatni raz podobny kolor widziałam trzy światy temu. Broda Uzdrowiciela, choć rudawozłota, przywołała odległe wspomnienia.
    Twarz miał typowo ludzką, ale – dodał zaraz mój umysł – „dobrą”.
    Usłyszałam głośny oddech, będący oznaką zniecierpliwienia. Zwróciłam wzrok ku Łowczyni.
    Była znikomej postury. Gdyby nie zwróciła na siebie uwagi, mogłabym jej nie dostrzec jeszcze przez dłuższą chwilę. Nie rzucała się w oczy. Od szyi po nadgarstki ubrana była na czarno. Miała na sobie skromny kostium, a pod nim jedwabny golf. Również włosy miała czarne. Sięgały jej brody, ale nosiła je zaczesane za uszy. Cerę miała ciemniejszą niż Uzdrowiciel. Oliwkową.
    Trudno było cokolwiek wyczytać z subtelnych zmian w wyrazie ludzkiej twarzy. Z pomocą przyszła mi jednak pamięć. Czarne, nieco wygięte brwi i duże oczy układały się w znajomy kształt. Niezupełnie złość. Napięcie. Poirytowanie.
    – Jak często to się zdarza? – zapytałam, spoglądając na Uzdrowiciela.
    – Niezbyt często – przyznał. – Coraz rzadziej korzystamy z dorosłych ciał. Młode bardziej nadają się na żywicieli, nie stawiają oporu. Ale pani zażyczyła sobie dorosłego…
    – Zgadza się.
    – To dość nietypowa prośba. Ludzie żyją o wiele krócej niż pani poprzedni żywiciele.
    – Dziękuję za troskę, ale wszystkie istotne fakty są mi znane. Czy pan osobiście spotkał się wcześniej z przypadkiem… opornego żywiciela?
    – Tylko raz.
    – Niech mi pan o tym opowie – powiedziałam. – Proszę – dodałam po chwili, gdyż nie chciałam zabrzmieć niegrzecznie.
    Uzdrowiciel westchnął.
    Łowczyni zaczęła bębnić palcami o ramię. Oznaka zniecierpliwienia. Nie miała ochoty czekać.
    – To było cztery lata temu – zaczął Uzdrowiciel. – Pewna dusza zażyczyła sobie żywiciela płci męskiej. Pierwsze wolne ciało należało do człowieka, który od wczesnych lat okupacji przebywał wśród rebeliantów. Gdy go schwytano… wiedział, co go czeka.
    – Tak samo jak mój.
    – No tak. – Chrząknął. – To było dopiero drugie życie tamtej duszy. Najpierw była na Mrocznej Planecie.
    – Mroczna Planeta? – zapytałam, odruchowo nadstawiając ucha.
    – No tak, proszę wybaczyć, przecież pani nie zna tych określeń. Ale to chyba jedna z pani planet, jeżeli się nie mylę? – Wyciągnął z kieszeni niewielkie urządzenie, komputer, i szybko odnalazł potrzebne informacje. – Tak, pani siódma planeta. Sektor osiemdziesiąty pierwszy.
    – Mroczna Planeta? – powtórzyłam raz jeszcze, tym razem z niesmakiem w głosie.
    – Tak jest. To znaczy, dusze, które tam były, wolą mówić na nią Planeta Śpiewu.
    Przytaknęłam. Ta nazwa brzmiała o wiele lepiej.
    – Są i tacy, którzy nazywają ją Planetą Nietoperzy – powiedziała pod nosem Łowczyni.
    Zwróciłam wzrok w jej stronę. Czułam, jak oczy zwężają mi się na wzmiankę o brzydkim latającym gryzoniu.
    – Pani, jak rozumiem, nigdy tam nie była – powiedział Uzdrowiciel do Łowczyni dyplomatycznym tonem. – W każdym razie, w pierwszej chwili daliśmy tej duszy na imię Rwąca Pieśń, ponieważ mniej więcej tak tłumaczy się na tutejszy język imię, jakiego używała na Planecie Śpiewu. Wkrótce jednak postanowiła, że przyjmie imię swojego żywiciela: Kevin. Choć z racji pochodzenia jej Powołaniem miała być muzyka, uznała, że woli pozostać przy zajęciu żywiciela, który wykonywał prace techniczne. Przypisany do niej Pocieszyciel trochę się zaniepokoił, jednak w gruncie rzeczy nie było to zachowanie wykraczające drastycznie poza normę. Następnie Kevin zaczął się uskarżać na zaniki świadomości. Ponownie trafił do mnie i przeprowadziliśmy szczegółowe badania, aby upewnić się, że mózg żywiciela nie ma żadnych ukrytych defektów. W czasie tych badań kilku Uzdrowicieli zwróciło uwagę na istotne zmiany w jego zachowaniu i osobowości. Gdy go o to pytaliśmy, twierdził, że w ogóle nie przypomina sobie niektórych rzeczy, jakie mówił i robił. Poddaliśmy go dalszej obserwacji, aż w końcu wraz z jego Pocieszycielem doszliśmy do wniosku, że żywiciel co jakiś czas przejmuje kontrolę nad ciałem.
    – Przejmuje kontrolę? – Otworzyłam szeroko oczy. – Dusza nie zdawała sobie z tego sprawy? Żywiciel odzyskał władanie nad ciałem?
    – Niestety, właśnie tak było. Kevin okazał się nie dość silny, nie potrafił go ujarzmić.
    Nie dość silny.
    Czy pomyślą, że i ja jestem słaba? Czy rzeczywiście byłam słaba, skoro nie mogłam wydobyć z umysłu odpowiedzi? Mało tego, jej żywe myśli pojawiały mi się znienacka w głowie, choć nie powinnam tam znaleźć niczego prócz pamięci. Zawsze uważałam, że jestem silna. Zrobiło mi się nagle wstyd.
    – Doszło do pewnego incydentu, po którym zapadła decyzja…
    – Do jakiego incydentu? Uzdrowiciel milcząco spuścił wzrok.
    – Do jakiego incydentu??? – powtórzyłam. – Chyba mam prawo wiedzieć.
    Mężczyzna westchnął.
    – To prawda. Kevin… zaatakował jednego z Uzdrowicieli… nie będąc… sobą – wydusił. – Uderzył go pięścią tak, że tamten stracił przytomność, i wyjął mu z kieszeni skalpel. Nie było z nim żadnego kontaktu. Żywiciel próbował sam wyciąć sobie duszę.
    Potrzebowałam dobrych paru chwil, żeby ochłonąć. W końcu z trudem wyszeptałam:
    – Co było dalej?
    – Na szczęście żywiciel stracił przytomność, zanim zdążył zrobić coś więcej. Kevina umieszczono w innym ciele, tym razem dziecięcym. Zbuntowany żywiciel był w kiepskim stanie, więc uznano, że nie ma sensu utrzymywać go przy życiu… Kevin ma teraz siedem lat i wszystko u niego w porządku… chociaż został przy starym imieniu. Jego opiekunowie dbają, aby miał dużo kontaktu z muzyką, wszystko przebiega pomyślnie… – Ostatnie słowa zabrzmiały jak dobra nowina, która miała przesłonić całą resztę.
    – Dlaczego? – przerwałam i odchrząknęłam, aby mówić głośniej. – Dlaczego nic mi o tym nie powiedziano?
    – Przecież – wtrąciła się Łowczyni – wszystkie materiały na temat rekrutacji mówią wyraźnie, że dorośli żywiciele są o wiele trudniejsi niż dzieci, i zalecają wybór młodego ciała.
    – Słowo „trudniejsi” chyba nie do końca oddaje grozę historii, której właśnie wysłuchaliśmy.
    – No tak, cóż, wolała pani zignorować zalecenia.
    Mięśnie mojego ciała napięły się, materac pode mną zaszeleścił cicho. Widząc to, Łowczyni podniosła dłonie w pojednawczym geście.
    – To nie tak, że robię pani wyrzut. Dzieciństwo jest wyjątkowo męczące, a pani z pewnością jest ponadprzeciętna. Jestem przekonana, że sobie pani poradzi. To żywiciel jak każdy inny. Na pewno wkrótce będzie pani miała pełen dostęp do zasobów pamięci.
    Dziwiła mnie cierpliwość Łowczyni – wydawało się, że nie przeszkadza jej, iż musi czekać, dawała mi dużo czasu na aklimatyzację w nowym ciele. Wyczuwałam jednak, że jest rozczarowana brakiem informacji, i znów zaczęło narastać we mnie to dziwne uczucie – złość.
    – Mogła pani zażądać, aby to panią umieszczono w tym ciele, i sama znaleźć odpowiedzi na swoje pytania.
    Łowczyni zesztywniała.
    – Nie jestem dezerterem.
    Instynktownie uniosłam brwi.
    – Tak się tutaj mówi na tych, którzy porzucili żywiciela – wyjaśnił Uzdrowiciel.
    Potaknęłam na znak zrozumienia. Na innych planetach również mieliśmy określenia na takie dusze. Nigdzie nie cieszyły się uznaniem. Dałam więc Łowczyni spokój i zaczęłam opowiadać wszystko, czego się dotychczas dowiedziałam.
    – Nazywała się Melanie Stryder. Urodziła się w Albuquerque, w stanie Nowy Meksyk. Kiedy dowiedziała się o okupacji, była w Los Angeles. Potem przez kilka lat ukrywała się na odludziu, aż w końcu natknęła się na… Hmm, przepraszam, spróbuję wrócić do tego za chwilę. Ciało ma dwadzieścia lat. Do Chicago przyjechała z…
    Potrząsnęłam bezradnie głową.
    – Podróżowała etapami, nie zawsze sama. Samochód był kradziony. Szukała kuzynki o imieniu Sharon, gdyż miała powody przypuszczać, że jest ona nadal człowiekiem. Nie zdążyła nikogo odnaleźć ani z nikim się nie skontaktowała. Ale… – urwałam, zmagając się z kolejną białą plamą. – Wydaje mi się… nie mam pewności… ale wydaje mi się, że zostawiła gdzieś wiadomość.
    – Czyli spodziewała się, że ktoś będzie jej szukał? – zapytała zaintrygowana Łowczyni.
    – Tak. Jej zniknięcie… nie pozostanie niezauważone. Jeżeli nie spotka się z…
    Zacisnęłam zęby. Teraz już naprawdę walczyłam. Próbowałam przebić się przez tę ścianę, nie wiadomo jak grubą. Pot wystąpił mi na czoło. Łowczyni i Uzdrowiciel milczeli, pozwalając mi się skupić.
    Spróbowałam pomyśleć o czymś innym – o głośnym, nieznajomym odgłosie wydawanym przez silnik samochodu, o adrenalinie uderzającej za każdym razem, gdy w oddali pojawiały się światła innego pojazdu. Te wspomnienia były już moje, miałam do nich swobodny dostęp. Pozwoliłam, aby moja pamięć sama poniosła mnie dalej, od nocnego spaceru zimnymi ulicami miasta aż do budynku, w którym mnie znaleziono.
    Nie mnie, ją. Przeszły mnie dreszcze.
    – Proszę się nie forsować… – zaczął Uzdrowiciel.
    – Psst – przerwała mu Łowczyni.
    Pozwoliłam, aby mój umysł ponownie wypełnił się grozą tamtych chwil, nienawiścią do Łowców, która przesłaniała niemal wszystko inne. To uczucie było złe, sprawiało mi ból. Znosiłam je z trudem. Miałam jednak nadzieję, że w ten sposób zdekoncentruję przeciwnika, osłabię jego czujność.
    Widziałam, jak próbuje się ukryć, ale nie ma jak. Pisze wiadomość złamanym ołówkiem na przypadkowo znalezionym skrawku papieru. Wsuwa ją pospiesznie pod drzwi. Pod konkretne drzwi.
    – Piąte drzwi na piątym korytarzu piątego piętra. Tam zostawiła wiadomość.
    Łowczyni podniosła do ust niewielki telefon, który trzymała w dłoni, i zaczęła mówić do niego szybkim, ściszonym głosem.
    – Budynek miał być bezpieczny – kontynuowałam. – Wiedzieli, że nikogo tam nie ma. Nie ma pojęcia, jak ją namierzono. Czy złapano Sharon?
    Przebiegł mnie dreszcz przerażenia. W jednej chwili dostałam gęsiej skórki.
    To pytanie nie było moje.
    Nie było, a mimo to przeszło mi przez gardło, tak jakby było. Łowczyni nic nie zauważyła.
    – Tę kuzynkę? Nie, nie znaleziono nikogo więcej – odparła, na co mięśnie mojego ciała zareagowały odprężeniem. – Pani żywicielkę widziano, jak wchodziła do budynku. Osobie, która ją zauważyła, wydało się to podejrzane, ponieważ budynek był przeznaczony do rozbiórki, więc nas powiadomiła. Przez jakiś czas obserwowaliśmy wejście w nadziei, że może uda nam się złapać kogoś jeszcze, ale nic na to nie wskazywało, więc wkroczyliśmy. Czy potrafi pani ustalić, gdzie miało dojść do spotkania?
    Spróbowałam.
    Tyle różnych wspomnień, wszystkie żywe i wyraźne. Ujrzałam setki miejsc, w których nigdy nie byłam, pierwszy raz usłyszałam ich nazwy. Dom w Los Angeles, obsadzony wysokimi zielonymi drzewami. Leśna polana z namiotem i ogniskiem nieopodal Winslow w stanie Arizona. Bezludna kamienna plaża w Meksyku. Jaskinia schowana za strugami deszczu gdzieś w stanie Oregon. Namioty, chatki, kryjówki. Z biegiem czasu nazwy stawały się coraz mniej konkretne. Nie wiedziała, gdzie dokładnie się znajduje, i mało ją to obchodziło.
    Nazywałam się teraz Wagabunda, ale to imię pasowało również do jej wspomnień. Różnica polegała na tym, że ja włóczyłam się z wyboru, podczas gdy wszystkie obrazy z jej pamięci były przesiąknięte strachem. Moje życie było wędrówką, jej – ciągłą ucieczką.
    Nie mogłam pozwolić, aby zawładnęło mną współczucie. Starałam się skoncentrować na wspomnieniach. Nie musiałam wiedzieć, gdzie była wcześniej, interesowało mnie tylko, dokąd zmierzała. Przewertowałam obrazy związane ze słowem „Chicago”, ale wszystkie wydawały mi się zupełnie przypadkowe. Zarzuciłam więc szerszą sieć. Co było na obrzeżach Chicago? Chłód. Było zimno i trochę ją to martwiło.
    Gdzie? Spróbowałam przywołać obraz tego miejsca i znowu uderzyłam w niewidzialną ścianę.
    – Za miastem… na odludziu – wysapałam. – Park narodowy, z dala od terenów zamieszkanych. Nie była tam nigdy wcześniej, ale wiedziała, jak tam dotrzeć.
    – Kiedy?
    – Wkrótce – odparłam błyskawicznie. – Jak długo tu jestem?
    – Leczenie żywiciela zajęło nam dziewięć dni, chcieliśmy mieć absolutną pewność, że ciało jest w pełni sprawne – powiedział Uzdrowiciel. – Wszczepienie było dzisiaj, dziesiątego dnia.
    Dziesięć dni. Przez moje ciało przelała się fala ulgi.
    – Za późno – powiedziałam. – Nawet na odnalezienie wiadomości.
    Czułam reakcję żywiciela – czułam ją o wiele za dobrze. Była niemalże… zadowolona z siebie. Pozwoliłam, aby moje usta wypowiedziały słowa, które pomyślała:
    – Nie przyjdzie.
    – Nie przyjdzie? – podchwyciła Łowczyni. – Kto taki? Niewidzialny mur wyrósł ze zdwojoną siłą. Spóźniła się jednak tym razem o ułamek sekundy.
    Mój umysł ponownie wypełniła tamta twarz. Piękna, opalona na złoto, z lśniącymi oczami. Jej widok był dziwnie, intensywnie przyjemny.
    Dzika złość, z jaką żywiciel odgrodził mnie od swych wspomnień, na wiele się tym razem nie zdała.
    – Jared – odparłam. – Jared jest bezpieczny – dodałam tak szybko, jakby była to moja własna myśl. Ale nie była.

Rozdział 4

Sen

    Jest zbyt ciemno jak na takie gorąco, a może zbyt gorąco jak na taką ciemność. W każdym razie coś tu jest nie tak.
    Kucam w półmroku za dużym, rzadkim krzakiem. Wypociłam z ciała już chyba całą wodę. Piętnaście minut temu z garażu wyjechał samochód. Od tamtego czasu w domu nie zapaliło się światło. Drzwi do raju stoją lekko uchylone, widocznie klimatyzator czerpie powietrze z zewnątrz. Wyobrażam sobie ten chłodny wiew wilgotnego powietrza. Jaka szkoda, że mnie nie sięga.
    Burczy mi w brzuchu, więc napinam mięśnie, żeby powstrzymać odgłos. Dookoła panuje taka cisza, że ktoś mógłby usłyszeć.
    Jestem strasznie głodna.
    Ale jest coś, co doskwiera mi jeszcze bardziej – pusty brzuch kogoś innego, dobrze ukrytego w odległym miejscu, czekającego samotnie w ciemnościach jaskini, która chwilowo służy nam za dom. Ciasna, pełna wystających skał wulkanicznych. Jak on sobie poradzi, jeśli nie wrócę? Czuję się za niego odpowiedzialna jak matka, choć przecież nie wiem nic o macierzyństwie. Męczy mnie poczucie okropnej bezsilności. Jamie jest głodny.
    Obserwuję ten dom od wielu godzin. W bezpośrednim sąsiedztwie nie ma żadnych innych. Wygląda też na to, że właściciele nie mają psa.
    Powoli wstaję z kucek, choć łydki mi się buntują, ale nie podnoszę głowy, nadal chowam się za krzakiem. Spoglądam na wiodącą do domu piaszczystą ścieżkę, bielejącą w bladym świetle gwiazd. Od strony drogi cisza, żadnego samochodu.
    Kiedy te potwory o wyglądzie miłej starszej pary wrócą, od razu zrozumieją, kim jestem, i natychmiast rozpocznie się pościg. Muszę być wtedy daleko stąd. Oby miały w planach długi wieczór w mieście. Zdaje się, że dziś jest piątek. Tak skrupulatnie trzymają się naszych zwyczajów, że trudno zauważyć różnicę. Swoją drogą, właśnie dlatego udało im się nas zwyciężyć.
    Płot sięga mi ledwie do talii. Przechodzę z łatwością, bezszelestnie. Dalej jest żwir i muszę stąpać bardzo ostrożnie, żeby nie zgrzytał mi pod stopami. W końcu docieram do tarasu, na którym jest posadzka.
    Zostawili odsłonięte zasłony. Światło gwiazd wystarcza mi, aby stwierdzić, że po domu nikt nie chodzi. W kwestii wystroju właściciele najwyraźniej cenią sobie prostotę, co mnie cieszy, gdyż dzięki temu nie ma tam wielu miejsc, w których ktoś mógłby się schować. Oczywiście oznacza to również, że w razie kłopotów i ja nie będę miała się gdzie ukryć. Tyle że nawet gdybym miała, i tak koniec końców na niewiele by się to zdało.
    Powoli odsuwam drzwi, najpierw te z moskitierą, później szklane. Obie pary otwierają się bezszelestnie. Ostrożnie stawiam stopę na kafelkach, ale już tylko z przyzwyczajenia. Nikogo tu nie ma.
    Chłodne powietrze, jak cudownie.
    Kuchnię mam po lewej. Poznaję po lśniących granitowych blatach.
    Zdejmuję płócienną torbę z ramienia i zaczynam od lodówki. Wstrzymuję oddech, gdy zapala się w niej światło, ale szybko znajduję odpowiedni guzik i przyciskam go dużym palcem u stopy. Nic teraz nie widzę, ale nie mam czasu na przyzwyczajanie oczu do ciemności. Szukam po omacku.
    Mleko, ser w plastrach, resztki obiadu w plastikowej miseczce. Oby to był ten kurczak z ryżem, którego widziałam, jak przyrządzali. Zjemy to dzisiaj na kolację.
    Sok, worek jabłek. Małe marchewki. Jutro będą jeszcze dobre.
    Przechodzę do spiżarni. Potrzebuję teraz jedzenia, które się nie psuje.
    Wraca mi wzrok. Zgarniam z półek wszystko, co mogę unieść. Mm, ciasteczka z czekoladą, pycha. Mam wielką ochotę natychmiast je otworzyć, ale zaciskam tylko zęby, nie zważając na skurcze pustego żołądka.
    Torba zbyt szybko nabiera ciężaru. Starczy nam tego ledwie na tydzień, nawet jeśli będziemy oszczędni. A ja zupełnie nie mam ochoty być oszczędna; marzę, by się najeść do syta. Pakuję po kieszeniach batoniki musli.
    Jeszcze jedno. Pędzę do zlewu i napełniam bidon wodą. Potem nachylam się jeszcze i piję prosto z kranu. Woda wydaje w żołądku dziwne dźwięki.
    Pora się stąd wynosić. Włączają mi się nerwy. Chcę jak najszybciej opuścić to miejsce. Cywilizacja równa się niebezpieczeństwo.
    Idąc ku wyjściu, spoglądam pod nogi, żeby nie wywrócić się z moją ciężką torbą, dlatego dopiero chwytając za klamkę, dostrzegam stojącą przed domem czarną sylwetkę.
    Z ust wydobywa mi się niemądry stłumiony pisk; jednocześnie słyszę, jak nieznajomy mamrocze pod nosem jakieś przekleństwo. Obracam się na pięcie i rzucam w stronę drzwi frontowych. Mam nadzieję, że nie są zaryglowane, a przynajmniej, że łatwo je otworzyć.
    Nie zdążyłam nawet przebiec dwóch kroków, gdy duża, twarda ręka nieznajomego chwyta mnie za ramiona i przyciąga do siebie. Za wysoki, za silny, by mógł być kobietą. Odzywa się niskim głosem, rozwiewając wszelkie wątpliwości.
    – Otwórz tylko usta, a zginiesz. – Przykłada mi do szyi cienką, ostrą krawędź, wrzynającą się w skórę.
    Czegoś nie rozumiem. Dlaczego daje mi wybór? Kim jest ten potwór? Z tego, co mi wiadomo, one nigdy nie łamią zasad. Mogę odpowiedzieć tylko w jeden sposób.
    – Śmiało – wyrzucam z siebie przez zęby. – No, śmiało. Nie chcę być pasożytem!
    Czekam, aż podetnie mi gardło, i czuję ból w sercu. Każde jego uderzenie jest jak imię. Jamie. Jamie. Jamie. Co się teraz z tobą stanie?
    – Sprytne – mamrocze nieznajomy, jakby w ogóle nie do mnie mówił. – To pewnie Łowca. Niezła pułapka. Skąd wiedzieli? – Odejmuje mi nóż od szyi, ale zaciska na niej dłoń twardą jak stal.
    Ledwie oddycham.
    – Gdzie reszta? – pyta stanowczo, nie zmniejszając uścisku.
    – Jestem sama – odpowiadam z trudem. Nie mogę go zaprowadzić do Jamiego. Co zrobi Jamie, gdy nie wrócę? Jest głodny!
    Uderzam go z całej sity łokciem w brzuch i od razu tego żałuję. Bolało. Ma tam tak samo twarde mięśnie jak w ramionach. Dziwne. Takie mięśnie zawdzięcza się ciężkiej pracy albo obsesyjnemu treningowi, a przecież pasożytów nie dotyczy ani jedno, ani drugie.
    On nawet nie drgnął. Zrozpaczona wbijam mu piętę w śródstopie. To go zaskoczyło, chwieje się, a ja próbuję się wyrwać, ale chwyta za torbę i przyciąga z powrotem do siebie. Jego dłoń znowu ląduje na moim gardle.
    – Krewka jesteś jak na pasożyta. A podobno nie lubicie przemocy.
    To, co mówi, nie ma sensu. Myślałam, że wszyscy obcy są tacy sami. Najwidoczniej jednak i wśród nich zdarzają się pomyleńcy.
    Rzucam się i szarpię, próbując wyrwać się z jego uścisku. Wbijam mu paznokcie w ramię, lecz wtedy jeszcze mocniej ściska mnie za gardło.
    Naprawdę cię zabiję, słyszysz, potworze? Nie blefuję.
    – To na co czekasz!
    Nagle wzdycha gwałtownie. Czyżbym go uderzyła? Nie czuję żadnego bólu.
    Puszcza moje ramię i chwyta mnie za włosy. A więc jednak. Podetnie mi gardło. Czekam na śmierć.
    On tymczasem zabiera dłoń z mojego gardła i zaczyna gorączkowo obmacywać mi kark. Czuję na skórze ciepło jego szorstkich palców.
    Coś upada z hałasem na podłogę. Upuścił nóż? Zaczynam się zastanawiać, jak po niego sięgnąć. Może gdyby udało się schylić. Jego dłoń nie zaciska mi się mocno na karku, dam radę się wyrwać. Chyba słyszałam, w którym miejscu upadł nóż.
    Nagle obraca mnie gwałtownie ku sobie. Słyszę pstryknięcie i w tej samej chwili moje lewe oko zalewa światło. Odruchowo próbuję odrzucić głowę w bok, ale on jeszcze mocniej zaciska dłoń na moich włosach. Po chwili świeci mi w prawe oko.
    – Nie do wiary – szepcze. – Ty ciągle jesteś człowiekiem.
    Obejmuje dłońmi moją twarz i gwałtownym ruchem przyciska usta do moich.
    Na chwilę zastygam w bezruchu. Nikt mnie nigdy nie pocałował. Nie w taki sposób. Znałam tylko pocałunki w policzek i w czoło, które przed wieloma laty dostawałam od rodziców. Nie sądziłam, że kiedykolwiek coś takiego poczuję. Nawet teraz nie wiem do końca, jakie to uczucie. Jestem zbyt przerażona.
    Wymierzam z zaskoczenia cios kolanem.
    Udało się, zaparło mu dech w piersi, jestem wolna. Nie rzucam się jednak ponownie ku drzwiom frontowym, tak jak mógłby się spodziewać, lecz przemykam mu pod ramieniem i wybiegam przez otwarte drzwi do ogrodu. Chyba jestem w stanie mu uciec, nawet z ciężarem na plecach. Nie zaczął jeszcze mnie gonić, słyszę, że ciągle dochodzi do siebie. Wiem, dokąd biec, w tych ciemnościach nie zostawię po sobie śladów. Na szczęście ani na moment nie upuściłam torby z jedzeniem. Za to chyba zgubiłam batoniki musli.
    – Poczekaj! – krzyczy.
    Zamknij się, myślę, ale mu nie odpowiadam.
    Biegnie za mną. Jego głos się zbliża.
    – Nie jestem jednym z nich!
    Akurat. Biegnę dalej, nie odrywając wzroku od ziemi. Mój tata zawsze mi powtarzał, że biegam jak lampart. Zanim nadszedł koniec świata, byłam mistrzynią stanu.
    – Posłuchaj! – nie przestaje krzyczeć na cały głos. – Udowodnię ci. Zatrzymaj się i popatrz!
    Niedoczekanie. Zbaczam ze ścieżki i wbiegam pomiędzy zarośla.
    – Myślałem, że zostałem sam! Chcę z tobą porozmawiać! Proszę cię!
    Zaskoczyło mnie, jak blisko jest za mną.
    – Przepraszam, że cię pocałowałem! To było głupie! To przez samotność!
    – Zamknij się – nie mówię tego głośno, ale wiem, że mnie słyszy. Jest coraz bliżej. Jeszcze nigdy nikt mnie nie prześcignął. Próbuję biec jeszcze szybciej.
    On też przyspiesza. Coraz ciężej oddycha.
    Nagle coś wielkiego powala mnie od tyłu na ziemię. Mam piasek w ustach. Przygniata mnie ciężar tak duży, że z trudem oddycham.
    – Poczekaj. Chwilę. – Próbuje złapać dech.
    Przesuwa się i obraca mnie na plecy. Siada na mnie okrakiem, unieruchamiając moje ręce swoimi nogami. Zgniecie mi całe jedzenie. Staram się wyśliznąć, wściekle jęcząc.
    – Zobacz, zobacz! – Wyjmuje z kieszeni w spodniach niewielki, podłużny przedmiot, przekręca końcówkę – wystrzeliwuje z niej snop światła – i świeci sobie w twarz.
    W świetle latarki jego skóra wygląda żółto. Ma mocno zarysowane kości policzkowe, długi, chudy nos, kanciasty podbródek. Usta rozciągają mu się w uśmiechu, jak na mężczyznę ma wydatne wargi. Brwi i rzęsy zbielały mu od słońca.
    Ale nie to próbuje mi pokazać.
    Jego oczy koloru ziemi lśnią wyłącznie odbitym światłem, jak u człowieka. Świeci sobie latarką na przemian w lewe i prawe oko.
    – Widzisz? Rozumiesz? Jestem taki jak ty.
    – Pokaż kark – odpowiadam podejrzliwym tonem. Nie dam się oszukać. Nie rozumiem, po co ta cała farsa, ale nie wierzę w żadne jego słowo. Nie ma już dla mnie nadziei.
    – Ale… co to da? – Wykrzywia usta. – Oczy powinny ci wystarczyć. Widzisz, że nie jestem jednym z nich.
    – Dlaczego nie chcesz pokazać karku?
    – Bo mam tam bliznę – przyznaje.
    Próbuję mu się wywinąć, ale chwyta mnie za ramiona i przyciska do ziemi.
    – Sam ją sobie zrobiłem – tłumaczy. – Chyba nawet nieźle mi wyszło, choć bolało jak diabli. Nie wszyscy mają takie ładne długie włosy jak ty. Blizna pomaga mi udawać, że jestem jednym z nich.
    – Zejdź ze mnie.
    Waha się przez chwilę, po czym wstaje jednym zwinnym ruchem, nie używając rąk. Wyciąga do mnie dłoń.
    – Proszę, nie uciekaj. I… prosiłbym też, żebyś mnie już więcej nie kopała. Nie ruszam się z miejsca. I tak nie dam rady uciec, dogoniłby mnie.
    – Kim jesteś? – pytam pótszeptem. Uśmiecha się szeroko.
    – Nazywam się Jared Howe. Ostatni raz rozmawiałem z drugim człowiekiem ponad dwa lata temu, więc pewnie mogę ci się wydawać trochę… stuknięty. Przepraszam. Ale powiedz, jak masz na imię?
    – Melanie – szepczę.
    – Melanie. Nie masz pojęcia, jak mi miło.
    Zaciskam kurczowo dłonie na torbie z jedzeniem, nie spuszczając z niego wzroku. Powoli wyciąga dłoń jeszcze bliżej. Chwytam ją.
    Dopiero widząc nasze dłonie splecione razem, uświadamiam sobie, że mu ufam.
    Pomaga mi się podnieść, ale nie puszcza mojej ręki nawet wtedy, gdy już stoję o własnych siłach.
    – Co teraz? – pytam przezornie.
    – Nie możemy tu dłużej zostać. Wrócisz ze mną na chwilę do tego domu? Zostawiłem tam pustą torbę. Wyprzedziłaś mnie.
    Potrząsam głową.
    Widzę na jego twarzy zrozumienie, chyba pojął, że musi się ze mną obchodzić bardzo delikatnie.
    – W takim razie poczekasz tu na mnie? – pyta łagodnym tonem. – Zajmie mi to tylko chwilę. Zdobędę dla nas więcej jedzenia.
    – Dla nas?
    – Naprawdę myślisz, że pozwolę ci teraz odejść? Będę szedł za tobą, nawet jeśli mi zabronisz.
    Nie chcę nigdzie iść bez niego.
    – Ja… – Jak tu nie ufać w pełni drugiemu człowiekowi? Jesteśmy dla siebie rodziną, gatunkiem na wymarciu. – Nie mam czasu. Mam przed sobą długą drogę, a… Jamie na mnie czeka.
    – Czyli nie jesteś sama. – Na jego twarzy po raz pierwszy maluje się niepewność.
    – To mój brat. Ma dopiero dziewięć lat i bardzo się boi, kiedy zostaje sam. Zanim do niego dotrę, minie pół nocy. Będzie się martwił, czy mnie nie złapali. Jest bardzo głodny.
    Jakby na podkreślenie ostatniego słowa mój brzuch burczy głośno. Jared uśmiecha się tylko, jeszcze bardziej promiennie niż wcześniej.
    – Co powiesz na to, żebym cię podwiózł?
    – Podwiózł?
    – Dobijmy targu. Ty tu poczekasz, aż przyniosę więcej jedzenia, a ja zabiorę cię moim jeepem, gdziekolwiek zechcesz. Samochód jest szybszy niż nogi – nawet twoje.
    – Masz samochód?
    – Oczywiście. Nie myślisz chyba, że dotarłam tu pieszo?
    Szłam tutaj bite sześć godzin. Przypominam to sobie i czuję, jak marszczą mi się brwi.
    – Ani się obejrzysz, a będziesz znowu z bratem. Nie ruszaj się stąd, dobrze? Kiwam głową.
    – I proszę cię, zjedz coś. Nie chciałbym, żeby twój brzuch nas wydał. – Uśmiecha się szeroko, mrużąc oczy. Czuję mocniejsze uderzenie serca i wiem, że będę tu na niego czekać, nawet jeśli zajmie mu to całą noc.
    Ciągle trzyma moją dłoń. Wypuszcza ją bez pośpiechu, nie odrywając wzroku od moich oczu. Całuje mnie znowu i tym razem czuję to bardzo wyraźnie. Nawet w tym upale jego miękkie usta wydają się gorące. Instynktownie wyciągam ku niemu ręce. Dotykam jego ciepłych policzków i szorstkich włosów z tyłu głowy. Palce prześlizgują mi się po podłużnym wybrzuszeniu na karku.
    Krzyczę.

    Ocknęłam się zlana potem. Jeszcze zanim na dobre się przebudziłam, wędrowałam palcami po szyi, śledząc bieg podłużnej blizny po zabiegu. Niewielkie różowe znamię było ledwie wyczuwalne. Środki, których użył Uzdrowiciel, spełniły swoje zadanie.
    Słabo zagojona blizna Jareda była tak naprawdę bardzo marnym kamuflażem.
    Zapaliłam nocną lampkę i położyłam się na plecach, czekając, aż opadnie mi adrenalina i uspokoi się oddech. Sen był bardzo realistyczny.
    Nowy, a zarazem bardzo podobny do wielu innych, które dręczyły mnie nocami w ciągu ostatnich miesięcy.
    To nie mógł być sen. To wspomnienia.
    Wciąż czułam na ustach żar jego warg. Ręce, nie pytając mnie o zdanie, szukały w skotłowanej pościeli czegoś, czego nie mogły tam znaleźć. Wreszcie poddały się i puste opadły bezwładnie na łóżko, a wtedy żal ścisnął mi serce.
    Zamrugałam, próbując pozbyć się wilgoci w oczach. Nie mogłam już tego znieść. Jak inni sobie z tym radzili – z ciałami, których wspomnienia nie chciały odejść w przeszłość, tam gdzie ich miejsce? Z uczuciami tak potężnymi, że sama nie wiedziałam, co właściwie czuję?
    Jutro będę wycieńczona, pomyślałam, ale czułam, że jestem zbyt rozbudzona, żeby zasnąć w ciągu najbliższych paru godzin. Może lepiej po prostu napisać raport i mieć to z głowy. Może uda mi się dzięki temu oderwać myśli od rzeczy, o których wolałabym nie myśleć.
    Wygrzebałam się z łóżka i potoczyłam w stronę stojącego na pustym biurku komputera. Ekran monitora rozświetlił się po kilku sekundach, kolejne kilka zajęło mi uruchomienie programu pocztowego. Nietrudno było znaleźć adres Łowczyni; miałam tylko cztery kontakty: ją, Uzdrowiciela, mojego nowego pracodawcę oraz jego żonę, a moją Pocieszycielkę.

    Z moją żywicielką, Melanie Stryder, był ktoś jeszcze.

    Pisałam od razu na temat, nie bawiąc się w formułki powitalne.

    Nazywa się Jamie Stryder, jest jej bratem.

    Uświadomiłam sobie, jaka jest silna, i przejęła mnie nagła trwoga. Przez cały ten czas nawet przez myśli mi nie przeszło, że mógł z nią być mały chłopiec – nie dlatego, że mało dla niej znaczył, lecz przeciwnie, dlatego że strzegła go bardziej niż innych tajemnic, do których udało mi się dotrzeć. Ile jeszcze miała takich sekretów? Tak ważnych, tak jej drogich, że pilnowała, aby nie pojawiły się nawet w moich snach? Czy była, aż tak silna? Pisałam dalej drżącymi palcami.

    Teraz pewnie jest już nastolatkiem. Może mieć jakieś trzynaście lat. Mieszkali w prowizorycznym obozowisku na północ od miasta Cave Creek w Arizonie, tak mi się wydaje. Ale to było kilka lat temu. W każdym razie można poszukać na mapie linii, o których wspominałam wcześniej. Jeżeli dowiem się czegoś więcej, oczywiście dam znać.

    Nacisnęłam „wyślij”. Nie minęły dwie sekundy, a ogarnęła mnie trwoga.
    Tylko nie Jamie!
    Jej głos rozbrzmiał w mojej głowie tak wyraźnie, jakbym sama się odezwała. Otrząsnęłam się przerażona.
    Oprócz obezwładniającego strachu poczułam też nagle absurdalne pragnienie napisania drugiego e-maila i przeproszenia Łowczyni za to, że wysłałam jej swoje bzdurne sny. Chciałam napisać, że byłam na wpół nieprzytomna, i poprosić, żeby zapomniała o tych głupotach.
    To pragnienie nie było moje.
    Wyłączyłam komputer.
    Nienawidzę cię, warknął głos w mojej głowie.
    – W takim razie może powinnaś się wynieść – odgryzłam się. Na dźwięk mojego własnego głosu przeszedł mnie dreszcz.
    Nie mówiła nic do mnie od tamtych pierwszych chwil w szpitalu. Dopiero teraz zrozumiałam, że jest coraz mocniejsza. Zupełnie jak te sny.
    Nie miałam żadnych wątpliwości – jutro będę musiała odwiedzić moją Pocieszycielkę. Na samą myśl stanęły mi w oczach łzy zawodu i upokorzenia.
    Wróciłam do łóżka i przykryłam twarz poduszką, starając się nie myśleć o niczym.

Rozdział 5

Płacz

    – Witaj, Wagabundo! Wejdź, proszę, i rozgość się.
    Przez chwilę zawahałam się, stojąc w drzwiach, jedną nogą w gabinecie Pocieszycielki, drugą na zewnątrz.
    Uśmiechnęła się do mnie, unosząc leciutko kąciki ust. Umiałam już czytać ludzką mimikę; delikatne ruchy i drgnienia mięśni po paru miesiącach pobytu na Ziemi nie były dla mnie tajemnicą. Zrozumiałam, że mój wewnętrzny opór trochę ją bawi. Jednocześnie wyczuwałam, że jest nieco sfrustrowana faktem, iż nadal przychodzę do niej bardzo niechętnie.
    Westchnęłam cicho, zrezygnowana, wkroczyłam do niedużego, ja – skrawego pomieszczenia i usiadłam tam gdzie zawsze – w miękkim czerwonym fotelu, jak najdalej od niej.
    Zacisnęła usta.
    Nie chciałam spojrzeć jej w oczy, więc wyglądałam przez otwarte okno na sunące po słonecznym niebie obłoki. Gabinet wypełniała delikatna woń oceanu.
    – A więc, moja droga. Dawno się nie widziałyśmy. Posłałam jej spojrzenie pełne poczucia winy.
    – Ostatnim razem nie mogłam, jeden z moich studentów mnie potrzebował. Zostawiłam w tej sprawie wiadomość…
    – Tak, wiem – odparła, znowu leciutko się uśmiechając. – Odebrałam ją. Jak na starszą kobietę była atrakcyjna, przynajmniej według ludzkich standardów. Nie farbowała włosów – były puszyste, naturalnie szare, bardziej białe niż srebrne, długie, upięte w luźny warkocz. Intrygowała mnie zieleń jej oczu – nie widziałam takiej u nikogo innego.
    – Przepraszam – powiedziałam, gdyż odniosłam wrażenie, że czeka, aż coś powiem.
    – W porządku. Rozumiem. Te spotkania nie są dla ciebie łatwe. Chciałabyś, żeby nie były ci w ogóle potrzebne. Nigdy wcześniej nie były. Teraz jest inaczej i to cię martwi.
    Spuściłam wzrok na drewniany parkiet.
    – Tak, ma pani rację.
    – Pamiętam, że prosiłam cię, żebyś mówiła mi Kathy.
    – Dobrze… Kathy. Zaśmiała się cichutko.
    – Nie oswoiłaś się jeszcze z ludzkimi imionami, prawda?
    – Nie. Prawdę mówiąc… to dla mnie trochę jak kapitulacja.
    Podniosłam wzrok i zobaczyłam, że wolno mi przytakuje.
    – No tak, potrafię zrozumieć, dlaczego. Szczególnie w twoim przypadku. Przełknęłam głośno ślinę i ponownie wbiłam wzrok w podłogę.
    – Porozmawiajmy teraz na łatwiejszy temat – zaproponowała. – Czy twoje nowe Powołanie nadal sprawia ci przyjemność?
    – Tak – odparłam bez zastanowienia. Rzeczywiście, był to dla mnie łatwiejszy temat. – Właśnie zaczęłam nowy semestr. Zastanawiałam się wcześniej, czy aby się nie znudzę, powtarzając od nowa ten sam materiał, ale na razie jest ciekawie. Mam nowych słuchaczy, więc jest inaczej.
    – Curt opowiada mi o tobie same dobre rzeczy. Mówi, że twoje zajęcia należą do najbardziej obleganych na całej uczelni.
    Lekko się zarumieniłam.
    – Miło mi to słyszeć. Jak się miewa twój partner?
    – Dziękuję, Curt ma się świetnie. Nasi żywiciele są w znakomitym stanie, biorąc pod uwagę ich wiek. Myślę, że przed nami jeszcze wiele lat życia.
    Byłam ciekawa, czy Kathy zamierza zostać na Ziemi i w stosownym czasie po prostu zmieni żywiciela, czy też przeniesie się gdzie indziej. Wolałam jednak nie zadawać pytań, które mogłyby skierować rozmowę na niewygodne tematy. Wróciłam więc do poprzedniego wątku.
    – Lubię uczyć. Na Planecie Wodorostów miałam dość podobne Powołanie, więc łatwo było mi się przyzwyczaić. Mam u Curta dług wdzięczności.
    – To oni mają szczęście, że u nich pracujesz – odparła Kathy, uśmiechając się ciepło. – Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, że rzadkością jest nawet profesor historii z dwiema planetami w życiorysie. A ty mieszkałaś prawie wszędzie. I do tego na Początku! Nie znajdziesz na tym świecie szkoły, która nie chciałaby cię mieć u siebie. Curt głowi się, jak by tu cię zająć, żebyś nie miała czasu nawet pomyśleć o przeprowadzce.
    – Profesor nadzwyczajny – uściśliłam.
    Kathy uśmiechnęła się, po czym wzięła głęboki oddech, poważniejąc.
    – Nie było cię u mnie tak długo, że pomyślałam, iż może twoje problemy same się rozwiązały. Ale potem uświadomiłam sobie, że może być odwrotnie; że nie chcesz się ze mną spotkać, bo jest coraz gorzej.
    W milczeniu przyglądałam się swoim dłoniom.
    Były jasnobrązowe – nie bledły, nawet gdy nie spędzałam zbyt wiele czasu na słońcu. Tuż nad lewym nadgarstkiem ciemniał duży pieg. Paznokcie miałam krótko przycięte. Nie lubiłam nosić długich, ich dotyk nie był przyjemny. Poza tym moje palce były bardzo długie i chude – z długimi paznokciami wyglądałam dziwnie. Nawet jak na człowieka.
    Odchrząknęła, przerywając blisko minutową ciszę.
    – Czy moje przeczucie nie było słuszne?
    – Kathy – wymówiłam starannie jej imię, grając na zwłokę. – Dlaczego zatrzymałaś imię swojego żywiciela? Czy po to, żeby być bardziej… w zgodzie? Z żywicielem? – Miałam też ochotę zapytać o decyzję Curta, ale była to bardzo osobista sprawa. Pytanie o to kogokolwiek innego niż jego samego, nawet jego partnerki, byłoby niestosowne. Zresztą bałam się, że może i tak przekroczyłam już granicę taktu.
    Kathy jednak tylko się zaśmiała.
    – O rany, nie, skądże znowu. Nie mówiłam ci o tym? Hmm. Może nie, w końcu moja praca polega na słuchaniu, nie na mówieniu. Większość dusz, z którymi rozmawiam, nie potrzebuje aż tyle wsparcia. Czy wiesz, że przybyłam na Ziemię w jednym z pierwszych rzutów, jeszcze zanim ludzie zaczęli sobie zdawać sprawę z naszej obecności? Miałam ludzkich sąsiadów po obu stronach domu. Przez kilka lat musieliśmy z Curtem udawać naszych żywicieli. Nawet później, kiedy już zasiedliliśmy całą najbliższą okolicę, mogliśmy w każdej chwili natknąć się na człowieka. Dlatego po prostu zostałam Kathy. Inna sprawa, że moje poprzednie imię w tłumaczeniu na ten język ma czternaście słów i trudno je zgrabnie skrócić.
    Mówiąc to, uśmiechnęła się szeroko. Wpadające z zewnątrz światło odbiło się od jej oczu i zamigotało na ścianie zielonym refleksem. Przez chwilę jej tęczówki mieniły się jak szmaragdy.
    Do tej pory nie miałam pojęcia, że ta delikatna, czuła kobieta była w pierwszym szeregu kolonizatorów. Potrzebowałam paru chwil, żeby przetworzyć nowe informacje. Przyglądałam się jej, zdumiona i zarazem pełna uznania. Nigdy nie traktowałam Pocieszycieli zbyt poważnie – nigdy, aż do dziś, nie miałam ku temu powodów. Pomagali tym, którzy nie radzili sobie sami, czyli słabym, i wstydziłam się, że muszę tu przychodzić. Nieznane mi wcześniej fakty z przeszłości Kathy sprawiły, że nie czułam się już przy niej tak zażenowana. Wiedziała, na czym polega siła.
    – Trudno ci było? – zapytałam. – Udawać jedną z nich?
    – Nie, nieszczególnie. Widzisz, kiedy umieszczono mnie w tym ciele, musiałam się przyzwyczaić do tak wielu nowych rzeczy. Moje zmysły odbierały mnóstwo doznań. Na początku całkiem mnie to absorbowało.
    – A Curt… Postanowiłaś pozostać z partnerem swojego żywiciela? Gdy było już po wszystkim?
    Tym razem moje pytanie było bardziej dociekliwe i Kathy od razu to pojęła. Poprawiła się w fotelu, podnosząc stopy i opierając jedną na drugiej. Odpowiadała wpatrzona w punkt gdzieś ponad moją głową.
    – Tak, wybrałam Curta. A on mnie. Oczywiście na początku to był czysty przypadek, taki a nie inny przydział obowiązków. Zbliżył nas czas, który spędzaliśmy razem, i ryzyko, które dzieliliśmy podczas naszej misji. Widzisz, jako rektor uniwersytetu Curt miał rozliczne kontakty. W naszym domu odbywały się zabiegi. Miewaliśmy często gości. Przychodzili do nas ludzie, a wychodziły dusze w ludzkiej powłoce. Wszystko odbywało się szybko i po cichu – sama wiesz, jak gwałtowny potrafi być ten gatunek żywicieli. Żyliśmy z dnia na dzień ze świadomością, że każda godzina może się okazać naszą ostatnią. Towarzyszyły nam duże emocje, bardzo często strach.
    Tak więc, jak widzisz, nie brakowało nam dogodnych powodów, by się związać i pozostać parą nawet wówczas, gdy można już było wyjść z ukrycia. I mogłabym cię okłamać, uspokoić, mówiąc, że właśnie te powody były rozstrzygające. Ale… – Tu potrząsnęła głową, po czym jakby zapadła się głębiej w fotel, wbijając we mnie wzrok. – Przez wszystkie te tysiąclecia ludziom nie udało się rozgryźć zagadki, jaką jest miłość. Na ile jest sprawą ciała, a na ile umysłu? Ile w niej przypadku, a ile przeznaczenia? Dlaczego związki doskonałe się rozpadają, a te pozornie niemożliwe trwają w najlepsze? Ludzie nie znaleźli odpowiedzi na te pytania i ja też ich nie znam. Miłość po prostu jest albo jej nie ma. Mój żywiciel kochał żywiciela Curta i ta miłość przetrwała nawet wtedy, gdy umysły zmieniły właścicieli.
    Przyglądała mi się uważnie. Widząc, że osuwam się w fotelu, uniosła lekko brwi.
    – Melanie nadal opłakuje utratę Jareda – powiedziała oznajmiającym tonem.
    Kiwnęłam twierdząco głową, ledwie zdając sobie z tego sprawę.
    – Ty go opłakujesz.
    Zamknęłam oczy.
    – Ciągle miewasz te sny?
    – Co noc – wymamrotałam.
    – Opowiedz mi o nich. – Jej głos był łagodny, przekonujący.
    – Nie lubię do nich wracać.
    – Wiem. Spróbuj. Może ci to pomoże.
    – Jak? Co z tego, że ci powiem, iż widzę jego twarz za każdym razem, gdy zamykam oczy? Ze budzę się i płaczę, bo nie ma go przy mnie? Że jej wspomnienia są tak silne, iż nie potrafię ich już oddzielić od moich własnych?
    Zamilkłam gwałtownie, zaciskając zęby.
    Kathy wyjęła z kieszeni białą chusteczkę i wyciągnęła ją w moją stronę. Widząc, że nie ruszam się z miejsca, wstała, podeszła do mnie i upuściła mi ją na kolana, po czym usiadła na oparciu mojego fotela, czekając.
    Trwałam uparcie w bezruchu przez kolejne pół minuty. Wreszcie w złości chwyciłam chusteczkę i wytarłam oczy.
    – Nie znoszę tego.
    – Wszyscy płaczą przez pierwszy rok. Te uczucia są po prostu nieznośne. Każde z nas ma w sobie trochę dziecka, czy tego chcemy, czy nie. Kiedyś rozklejałam się za każdym razem, gdy widziałam ładny zachód słońca. Albo nawet jedząc masło orzechowe. – Poklepała mnie delikatnie po czubku głowy, następnie czule pociągnęła palcami po kosmyku, który chowałam zawsze za ucho.
    – Masz takie ładne, lśniące włosy – zauważyła. – Za każdym razem, kiedy się widzimy, są krótsze. Dlaczego?
    Widziała moje łzy, nie miałam już w jej oczach wiele do stracenia. Czemu miałabym kłamać, tak jak zwykle, że krótsze są łatwiejsze w utrzymaniu? W końcu jestem tu po to, żeby się zwierzyć i otrzymać wsparcie.
    – Żeby zrobić jej na złość. Ona woli, jak są długie.
    Nie wydała żadnego odgłosu zdumienia, choć chyba właśnie takiej reakcji oczekiwałam. Kathy była naprawdę dobra w swoim zawodzie. Jej niepokój zdradzały tylko sekundowa pauza i chwilowe problemy ze znalezieniem słów.
    – Czyli… ona… ona ciągle… tam jest?
    Dałam ujście przerażającej prawdzie.
    – Gdy zechce. Nasza historia ją nudzi. Kiedy pracuję, jest jakby uśpiona. Ale to nie znaczy, że jej nie ma, o nie. Czasem jej obecność wydaje mi się tak samo prawdziwa jak moja. – Te ostatnie słowa wypowiedziałam, już szeptem.
    – Wagabundo! – wykrzyknęła przerażona Kathy. – Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? Jak długo to już trwa?
    – Jest coraz gorzej. Zamiast słabnąć, robi się coraz silniejsza. Nie jest tak źle, jak w przypadku, o którym mówił Uzdrowiciel – rozmawiałyśmy o Kevinie, pamiętasz? Nie przejęła nade mną kontroli. Nie uda jej się. Nie pozwolę na to! – Mój głos był coraz wyższy.
    – Oczywiście, że jej się nie uda. – Kathy próbowała mnie uspokoić. – Oczywiście, że nie. Ale skoro jesteś tak… nieszczęśliwa, powinnaś była mi powiedzieć wcześniej. Musimy cię umówić z Uzdrowicielem.
    Byłam w tak złym stanie, że upłynęła chwila, zanim pojęłam, o co jej chodzi.
    – Jak to z Uzdrowicielem? Chcesz, żebym porzuciła to ciało?
    – Gdybyś się zdecydowała, nikt nie pomyśli o tobie źle. To zrozumiałe, że gdy żywiciel jest wadliwy…
    – Wadliwy? Ona nie jest wadliwa. Chyba raczej ja. Jestem za słaba na tę planetę! – Opuściłam głowę i ukryłam twarz w dłoniach. Ogarnęło mnie przemożne poczucie upokorzenia. Oczy znowu zaszły mi łzami.
    Kathy objęła mnie za ramię. Byłam tak zajęta poskramianiem swoich krnąbrnych emocji, że wcale nie zareagowałam na ten gest zbytniego spoufalenia, choć miałam do tego prawo.
    Melanie też nie była zachwycona. Nie podobało jej się, że obejmuje ją obca istota.
    Oczywiście po tym, jak przyznałam w końcu, że jest silna, była bardzo obecna i triumfująca. Radowała się. Zawsze, kiedy rozpraszały mnie silne emocje, trudniej było mi nad nią zapanować.
    Starałam się uspokoić, by pokazać jej, gdzie jej miejsce.
    Tu jest moje miejsce. Jej myśl była słaba, ale zrozumiała. Oto, do czego już doszło: była na tyle silna, że mogła do mnie mówić, kiedy tylko zapragnęła. Poczułam się równie strasznie jak wtedy w szpitalu, w pierwszych chwilach po przebudzeniu.
    Idź sobie precz. Teraz to moje miejsce.
    Nigdy.
    – Wagabundo, skarbie, to nie tak. Nie jesteś słaba, obie o tym wiemy.
    – Uhm.
    – Posłuchaj mnie. Jesteś silna. Zdumiewająco silna. My, dusze, na ogół jesteśmy do siebie bardzo podobne, ale ty wykraczasz ponad przeciętność. Twoja odwaga jest zadziwiająca. Twoje poprzednie życia są tego świadectwem.
    Moje poprzednie życia może i tak, ale teraz? Gdzie się tym razem podziała moja siła?
    – Ale ludzkość jest bardziej zróżnicowana niż my – ciągnęła Kathy. – U nich spektrum jest o wiele szersze, jedni są o wiele mocniejsi niż inni. Jestem święcie przekonana, że gdyby umieszczono w tym ciele jakąś inną duszę, Melanie rozprawiłaby się z nią w kilka dni. Może to przypadek, a może przeznaczenie, ale wygląda mi na to, że najsilniejszy spośród nas trafił na najsilniejszego spośród nich.
    – To chyba nie świadczy zbyt dobrze o naszym gatunku, nieprawdaż? Zrozumiała sugestię kryjącą się w moich słowach.
    – Ale przecież ona wcale nie wygrywa. To ty tu ze mną siedzisz, skarbie. Ona jest tylko cieniem w zakamarku twojego umysłu.
    – Mówi do mnie, Kathy. Ciągle ma swoje własne myśli. Ciągle ma przede mną tajemnice.
    – Ale chyba nie mówi za ciebie? Gdybym to ja była na twoim miejscu, pewnie niewiele byłabym w stanie powiedzieć.
    Przemilczałam to. Byłam rozbita.
    – Myślę, że powinnaś rozważyć zmianę żywiciela.
    – Kathy, sama przed chwilą powiedziałaś, że ona z łatwością zniszczyłaby każdą inną duszę. Nie jestem pewna, czy w to wierzę – pewnie próbujesz mnie tylko pocieszyć, na tym polega twoja praca. Ale jeżeli ona rzeczywiście jest aż tak silna, to chyba nie byłoby w porządku przekazać ją komuś innemu tylko dlatego, że nie umiem sobie z nią poradzić. Kogo zaproponowałabyś na moje miejsce?
    – Nie powiedziałam tego, żeby cię pocieszyć, skarbie.
    – Skoro nie, to…
    – Nie sądzę, żeby zdecydowano się na umieszczenie w tym żywicielu innej duszy.
    – Ach!
    Dreszcz przerażenia przebiegł mi po plecach. Nie tylko mnie ten pomysł wytrącił z równowagi.
    Brzydziłam się takim rozwiązaniem. Nie byłam dezerterem. Na poprzedniej planecie – w świecie Wodorostów, jak je tu nazywano – czekałam cierpliwie, zataczając z całą resztą kolejne koła wokół tamtejszych słońc. Bycie przytwierdzoną do ziemi zaczęło mnie nużyć szybciej, niż się spodziewałam, a długość życia Wodorostów w przeliczeniu na ziemskie lata wyniosłaby kilka wieków; mimo to nie porzuciłam swojego żywiciela. Byłoby to niewdzięcznością, marnotrawstwem, czynem niegodnym. Zaprzeczeniem tego, czym my, dusze, jesteśmy. Zawsze zależało nam, aby czynić światy lepszymi. W przeciwnym razie nie zasługiwałybyśmy na to, by je zamieszkiwać.
    I rzeczywiście, wszędzie, gdzie pojawiły się dusze, panowało dobro, piękno i pokój. Co innego ludzie, ci byli zupełnie nieokrzesani. Zabijali się nawzajem tak często, że zbrodnia była dla nich zwyczajną częścią życia. Rozliczne metody tortur, które stosowano tu od tysięcy lat, przechodziły moje pojęcie; nie mogłam znieść nawet suchych raportów na ten temat. Na prawie wszystkich kontynentach szalały wojny, w czasie których zabijano w majestacie prawa, nie szczędząc nikogo. Nawet ludzie, którym dane było żyć w pokoju, odwracali wzrok, widząc, jak członkowie tego samego gatunku umierają z głodu pod ich drzwiami. Obfite bogactwa naturalne planety nie były sprawiedliwie dzielone między wszystkich. I wreszcie, o zgrozo, ich własne potomstwo – następne pokolenie, które wśród nas, dusz, otaczano niemalże czcią, gdyż niesie obietnicę życia – padało nieraz ofiarą straszliwych zbrodni. I to nie tylko z rąk obcych ludzi, lecz także własnych opiekunów. Ludzka lekkomyślność i chciwość zaczęła w końcu zagrażać całej planecie. Nie ulega wątpliwości, że dzięki nam Ziemia stała się lepszym miejscem.
    Wymordowaliście cały gatunek istot, a teraz poklepujecie się z uznaniem po plecach.
    Dłonie zacisnęły mi się w pięści.
    Nie zapominaj, że ode mnie zależy, co się z tobą stanie, zauważyłam.
    No więc śmiało. Niech to morderstwo będzie oficjalne.
    Blefowałam, ona zresztą też.
    Może nawet wydawało jej się, że chce umrzeć. W końcu skoczyła w szyb windy. Ale zrobiła to w panice, przekonana o swojej porażce. To zupełnie co innego niż rozważyć to wnikliwie, siedząc w wygodnym fotelu. Kiedy zaczęłam rozmyślać o ewentualnej zmianie żywiciela, poczułam w żyłach gwałtowny przypływ adrenaliny – był to jej strach.
    Chciałam znowu być sama. Mieć umysł tylko dla siebie. Ten świat był pełen nowych, przyjemnych doznań i wspaniale byłoby móc się nimi cieszyć bez przeszkód, zamiast skupiać całą uwagę na rozsierdzonej jaźni, która nie chce mnie zostawić w spokoju.
    Melanie przysłuchiwała się moim rozważaniom i skręcało ją. Może jednak powinnam się poddać…
    Na samo to słowo aż drgnęłam. Ja, Wagabunda, miałabym się poddać? Uciec? Uznać porażkę i spróbować jeszcze raz, ze słabym żywicielem, który nie będzie sprawiał kłopotów?
    Potrząsnęłam głową. Nie mogłam znieść nawet tej myśli.
    A poza tym… to było moje ciało. Przyzwyczaiłam się do niego. Polubiłam uczucie naprężonych mięśni, zgiętych stawów, pracujących ścięgien. Znałam dobrze swoje lustrzane odbicie. Opalona skóra, podłużne, wyraźnie zarysowane kości twarzy, czepek z włosów w kolorze mahoniu, ciemny brąz i zieleń moich oczu – oto ja.
    Chciałam ocalić siebie. Nie mogłam dopuścić, by zniszczono to co moje.

Rozdział 6

Gość

    Za oknami zaczęto się nareszcie ściemniać. Gorący jak na marzec dzień dłużył się niemiłosiernie, jak gdyby na złość.
    Pociągnęłam nosem i kolejny raz złożyłam mokrą chusteczkę.
    – Kathy, pewnie masz inne rzeczy na głowie. Curt będzie się martwił, gdzie jesteś.
    – Zrozumie.
    – Nie mogę tutaj siedzieć w nieskończoność. Zresztą nic dzisiaj nie wskórałyśmy.
    – Nie lubię prowizorycznych rozwiązań. Nie chcesz nowego żywiciela…
    – Zgadza się.
    – W takim razie uporanie się z tym problemem pewnie zajmie ci trochę czasu.
    Zacisnęłam bezsilnie zęby.
    – Przyda ci się pomoc. Wierz mi, że wtedy wszystko przebiegnie szybciej i łatwiej.
    – Będę się częściej umawiać na wizytę, obiecuję.
    – Mam nadzieję, choć nie do końca o to mi chodziło.
    – Masz na myśli… pomoc innych osób? – Skuliłam się lekko na myśl o tym, że miałabym powtórzyć dzisiejsze wyznanie komuś nieznajomemu. – Jestem pewna, że masz takie same kwalifikacje jak inni Pocieszyciele. Nawet lepsze.
    – Nie mówię o innym Pocieszycielu. – Poprawiła się i wyprostowała w fotelu. – Powiedz mi, ilu masz znajomych?
    – Pytasz o ludzi z pracy? Widuję kilku innych wykładowców prawie codziennie. Jest też paru studentów, z którymi często rozmawiam po zajęciach…
    – A poza uczelnią?
    Zamilkłam.
    – Ludzcy żywiciele potrzebują interakcji. Zresztą ty też nie zwykłaś być samotna. Dzieliłaś myśli z całą planetą…
    – Nie umawialiśmy się na piwo – starałam się zażartować, z marnym rezultatem.
    Uśmiechnęła się nieznacznie, po czym kontynuowała:
    – Twój problem tak bardzo ci doskwiera, że nie potrafisz się skupić na niczym innym. Spróbuj może mniej się na nim koncentrować. Wspominałaś, że Melanie się nudzi, kiedy pracujesz… że jest wtedy niemrawa. Może gdyby udało ci się nawiązać więcej kontaktów, znudzi się jeszcze bardziej.
    Ściągnęłam usta w zamyśleniu. Istotnie, zmęczona długim i intensywnym dniem Melanie nie wydawała się zachwycona tym pomysłem. Kathy potaknęła głową.
    – Zamiast zajmować się nią, zajmij się życiem.
    – To brzmi całkiem rozsądnie.
    – Kolejna rzecz to fizyczne instynkty tych ciał. Pod względem siły nie mają sobie równych. Pamiętam, że na początku kolonizacji jedną z największych trudności było dla nas okiełznanie popędu płciowego. Nie było łatwo, ale nie mieliśmy wyboru, jeżeli nie chcieliśmy zwracać na siebie uwagi. – Uśmiechnęła się szeroko i przewróciła oczami, jakby przypomniało jej się coś zabawnego. Nie doczekawszy się spodziewanej reakcji, westchnęła i założyła ręce na piersi. – Och, proszę cię, moja droga. Musiałaś zauważyć.
    – No tak, oczywiście – wymamrotałam. Melanie poruszyła się niespokojnie. – Naturalnie. Opowiadałam ci moje sny…
    – Nie chodzi mi teraz o wspomnienia. Nie spotkałaś nikogo, kto działałby pobudzająco na twoje ciało? Chodzi mi o reakcję czysto chemiczną.
    Dokładnie przemyślałam jej pytanie.
    – Nie wydaje mi się. W każdym razie nie zauważyłam.
    – Wierz mi, że zauważyłabyś – odparła z kamienną twarzą i potrząsnęła głową. – Być może powinnaś się bardziej rozglądać. Dobrze ci to zrobi.
    Moje ciało aż się wzdrygnęło. Melanie była zniesmaczona, ja sama wcale nie mniej.
    Kathy wyczytała to z mojej twarzy.
    – Nie pozwól jej decydować o twoich kontaktach z własnym gatunkiem, Wagabundo. Nie pozwól jej decydować o twoim życiu.
    Zwlekałam chwilę z odpowiedzią, próbując pohamować złość – uczucie, do którego ciągle jeszcze nie przywykłam.
    – Ona o niczym nie decyduje.
    Kathy uniosła brew. Gniew ścisnął mi gardło.
    – Ty też nie rozglądałaś się za partnerem. Może nie zadecydowałaś o tym sama?
    Zignorowała złość w moim głosie i starannie rozważyła pytanie.
    – Być może – odparła w końcu. – Trudno powiedzieć. Ale rozumiem, co masz na myśli. – Mówiąc to, zaczęła skubać nitkę u rąbka koszuli, po czym, jakby uświadomiwszy sobie, że unika mojego spojrzenia, stanowczym ruchem skrzyżowała dłonie i wyprostowała ramiona. – Kto wie, jaki wpływ mają na nas różni żywiciele z różnych planet. Tak jak mówiłam wcześniej, myślę, że czas przyniesie odpowiedź. Jeżeli Melanie osłabnie i ucichnie, może uda ci się zainteresować innym mężczyzną, a jeśli nie… cóż, Łowcy są bardzo skuteczni. Już go szukają. A jak jeszcze przypomnisz sobie coś, co im pomoże…
    Zastygłam w całkowitym bezruchu, lecz najwyraźniej uszło to jej uwadze.
    – Może w końcu go znajdą i będziecie mogli być razem. Jeżeli jego uczucie jest równie silne, to jego nowa dusza raczej nie stanie na przeszkodzie.
    – Nie! – Nie byłam pewna, czyj to okrzyk. Mógł być mój. Mnie również przejęła groza.
    Zerwałam się na nogi, cała roztrzęsiona. Łzy, choć wcześniej stawały mi w oczach z byle powodu, tym razem się nie pojawiły, za to dłonie zacisnęły się w drżące pięści.
    – Wagabundo?
    Nie odezwałam się, tylko obróciłam i ruszyłam biegiem w stronę drzwi, tłumiąc słowa, które nie miały prawa paść z moich ust. Słowa, które nie mogły być moje. Które miały sens wyłącznie jako jej słowa, a mimo to czułam się tak, jakby byty moje. Nie mogły być moje. Nie mogły być wypowiedziane.
    To tak jakby go zabić! Sprawić, że przestanie istnieć! Nie chcę nikogo innego. Chcę Jareda, a nie kogoś o jego wyglądzie! Bez niego samo ciało jest nic niewarte.
    Wybiegając na ulicę, słyszałam, jak Kathy woła mnie po imieniu.
    Mieszkałam niedaleko, ale zdezorientował mnie panujący na ulicy półmrok. Minęłam dwie przecznice, zanim uprzytomniłam sobie, że biegnę w złym kierunku.
    Przechodnie dziwnie na mnie patrzyli. Nie byłam ubrana na sportowo; widać było, że nie uprawiam joggingu, tylko uciekam. Nikt mnie jednak nie zatrzymywał, wszyscy taktownie odwracali oczy. Musieli rozumieć, że to mój nowy żywiciel i dlatego zachowuję się trochę jak dziecko.
    Przestałam biec i ruszyłam na północ, by nie przechodzić znowu obok gabinetu Kathy.
    Szłam jednak bardzo szybko. Moje stopy uderzały o chodnik w zbyt krótkich odstępach, jak gdyby w rytm żywej piosenki. Bach, bach, bach o beton. O nie, to brzmiało zbyt wściekle, by mogło być muzyką. To było jak przemoc. Bach, bach, bach. Jak ciosy pięścią. Potrząsnęłam głową, żeby odegnać ten straszny obraz.
    Wreszcie ujrzałam lampę nad drzwiami mojego domu. Pozostałą odległość pokonałam bardzo prędko. Nie przeszłam jednak na drugą stronę ulicy.
    Było mi niedobrze. Wiedziałam z pamięci, co znaczy wymiotować, ale dotychczas ani razu mi się to nie zdarzyło. Czoło zrosił mi zimny pot, w uszach szumiała krew. Wyglądało na to, że przekonam się sama, jak to jest.
    Wzdłuż chodnika ciągnął się trawnik. Stała na nim latarnia, a dalej zaczynał się starannie przystrzyżony żywopłot. Nie miałam czasu szukać lepszego miejsca. Ruszyłam chwiejnym krokiem w kierunku światła i oparłam się o słup latarni. Kręciło mi się w głowie od nudności.
    O tak, zdecydowanie zbierało mi się na wymioty.
    – Wagabundo, czy to ty? Dobrze się czujesz?
    Głos zabrzmiał znajomo, ale nie byłam w stanie się na nim skupić. Świadomość, że ktoś mnie ogląda, sprawiła jednak, że poczułam się jeszcze gorzej. Nachyliłam twarz w stronę krzewów i gwałtownie zwróciłam ostatni posiłek.
    – Kto jest tutaj twoim Uzdrowicielem? – zapytał głos. Szum w uszach sprawił, że wydał mi się odległy. Czyjaś dłoń dotknęła moich zgiętych pleców. – Potrzebujesz karetki?
    Kaszlnęłam dwukrotnie i potrząsnęłam głową. Mój żołądek był już opróżniony.
    – Nie jestem chora – powiedziałam, prostując się, wsparta o latarnię. Uniosłam wzrok, chcąc się dowiedzieć, kto był świadkiem mojego blamażu.
    Ujrzałam Łowczynię z Chicago. Trzymała w ręku telefon, nie mogąc się zdecydować, kogo powiadomić. Przyglądałam jej się przez chwilę, po czym znowu pochyliłam się w stronę żywopłotu. Z pustym żołądkiem czy nie, nie miałam najmniejszej ochoty na nią patrzeć.
    Nagle dotarło do mnie, że przecież nie zjawiła się tu bez powodu.
    O nie! O nie! O nieeeee!
    – O co chodzi? – wydusiłam z siebie głosem słabym ze strachu i choroby. – Co tu robisz? Co się stało? – W głowie dudniły mi złowróżbne słowa Pocieszycielki.
    Przez długie dwie sekundy wpatrywałam się w dłonie zaciśnięte na kołnierzu czarnej marynarki Łowczyni, aż w końcu uprzytomniłam sobie, że należą do mnie.
    – Przestań! – Na jej twarzy widniało wzburzenie. Głos dziwnie drżał.
    Potrząsałam nią.
    Oderwałam od niej ręce i chwyciłam się za twarz.
    – Przepraszam! – wyrzuciłam z siebie, dysząc ciężko. – Przepraszam. Nie wiem, czemu to zrobiłam.
    Łowczyni spojrzała na mnie krzywo i wygładziła przód kostiumu.
    – Nie czujesz się najlepiej, a ja cię chyba zaskoczyłam.
    – Nie spodziewałam się pani tutaj – odparłam półszeptem. – Co pani tu robi?
    – Zanim porozmawiamy, udajmy się do kliniki. Jeżeli masz grypę, trzeba cię wyleczyć. Należy dbać o swoje ciało.
    – Nie mam grypy. Nie jestem chora.
    – Zjadłaś coś? Powinnaś to zgłosić.
    Jej wścibskie pytania bardzo mnie drażniły.
    – Nie zjadłam niczego niedobrego. Jestem zdrowa.
    – Co szkodzi sprawdzić? Uzdrowiciel zbada cię w pięć sekund. Należy utrzymywać swojego żywiciela w dobrym stanie. Bądź odpowiedzialna. Przecież opieka zdrowotna jest ogólnodostępna i w pełni skuteczna.
    Wzięłam głęboki oddech, powstrzymując się od ponownego potrząśnięcia nią. Była o całą głowę niższa ode mnie. Nie dałaby mi rady w walce.
    W walce? Odwróciłam się i ruszyłam żwawym krokiem w stronę domu. Emocje brały nade mną górę. Musiałam się uspokoić, zanim zrobię coś niedopuszczalnego.
    – Wagabunda? Poczekaj! Uzdrowiciel…
    – Nie potrzebuję Uzdrowiciela – przerwałam, nie oglądając się. – Po prostu… poniosły mnie nerwy. Czuję się już dobrze.
    Łowczyni nie odpowiedziała. Byłam ciekawa, co o tym wszystkim myśli. Słyszałam za sobą jej wysokie obcasy, więc zostawiłam drzwi otwarte, wiedząc, że wejdzie w ślad za mną. Podeszłam do zlewu i nalałam sobie szklankę wody. Czekała w milczeniu, aż skończę płukać usta. Gdy już wyplułam wodę, oparłam się o barek i wlepiłam wzrok w kran.
    – Wagabundo… Czy nadal używasz tego imienia? Jeżeli nie, to przepraszam.
    – Tak, nadal go używam – odparłam, ani na chwilę nie podnosząc wzroku.
    – Ciekawe. Sprawiałaś wrażenie osoby, która będzie chciała wybrać sobie własne.
    – I wybrałam. Właśnie to.
    Już dawno zrozumiałam, że winę za łagodną sprzeczkę, której byłam świadkiem tuż po przebudzeniu w szpitalu, ponosiła Łowczyni. Była to najbardziej kłótliwa dusza, na jaką natknęłam się w ciągu moich dziewięciu żyć. Mój pierwszy lekarz, Fords Cicha Toń, był wyjątkowo łagodny, uprzejmy i mądry, nawet jak na duszę, a mimo to nie potrafił utrzymać przy niej nerwów na wodzy. Kiedy sobie o tym przypomniałam, spojrzałam łagodniejszym okiem na własne zachowanie.
    Obróciłam się twarzą do niej. Siedziała na mojej niewielkiej kanapie, wygodnie rozłożona, jak gdyby miała zamiar zostać dłużej. Jej twarz przybrała wyraz samozadowolenia, a duże oczy były rozbawione. Musiałam się powstrzymywać, żeby nie spojrzeć na nią wrogo.
    – Co pani tu robi? – zapytałam jeszcze raz. Mówiłam spokojnym, cichym głosem. Postanowiłam, że nigdy więcej nie poniosą mnie przy niej nerwy.
    – Nie odzywałaś się od dłuższego czasu, więc pomyślałam, że porozmawiam z tobą osobiście. W twojej sprawie nadal nie poczyniliśmy większych postępów.
    Zacisnęłam dłonie na krawędzi barku, lecz gdy się odezwałam, nie dałam po sobie poznać, jak wielką poczułam ulgę.
    – To chyba lekka… nadgorliwość z pani strony. Poza tym wczoraj w nocy wysłałam pani wiadomość.
    Jej brwi zeszły się w charakterystyczny sposób, nadając twarzy wyraz gniewu i poirytowania zarazem, jak gdyby to nie ona, lecz ktoś inny odpowiadał za jej złość. Wyjęła swojego palmtopa i parokrotnie dotknęła ekranu.
    – Ach – powiedziała sztywno. – Nie sprawdzałam dzisiaj poczty. W milczeniu przestudiowała treść mojej wiadomości.
    – Wysłałam to wcześnie nad ranem – wyjaśniłam. – Byłam półprzytomna. Nie jestem pewna, ile z tego to wspomnienie, a ile sen albo nawet lunatykowanie.
    Wymawiałam gładko kolejne słowa – słowa Melanie; na koniec dodałam nawet od siebie własny niewinny śmiech. Byłam nieszczera. Wstyd, niedobrze. Ale nie chciałam, żeby Łowczyni wiedziała, że żywiciel jest ode mnie silniejszy.
    Po raz pierwszy Melanie nie chełpiła się tym, że wzięła nade mną górę. Była zbyt szczęśliwa, zbyt wdzięczna, że jej nie wydałam, i nie zważała na to, że kierowały mną wyłącznie niskie pobudki.
    – Ciekawe – zaszemrała Łowczyni. – A więc jest jeszcze jeden. – Potrząsnęła głową. – Pokój ciągle nam się wymyka – dodała, ale idea nieustającej wojny zdawała się jej nie przerażać; przeciwnie, odniosłam wrażenie, że przypadła jej do gustu.
    Zagryzłam wargę. Melanie bardzo chciała, żebym jeszcze dobitniej zaprzeczyła temu, co napisałam, i powiedziała Łowczyni, że chłopiec tylko mi się przyśnił. Nie bądź głupia, odparłam. To by było zbyt oczywiste. Fakt, iż obie znalazłyśmy się nagle po tej samej stronie, najlepiej świadczył o tym, jak odpychająca była Łowczyni.
    Nienawidzę jej. Syczący szept Melanie był tak przenikliwy, że aż bolał.
    Wiem, wiem. Żałowałam bardzo, że… nie mogę się odciąć od tych słów. Nienawiść była czymś niewybaczalnym. Ale Łowczyni… nie dała się lubić. Ani trochę.
    Teraz przerwała mój wewnętrzny dialog.
    – A więc, nie licząc nowego miejsca do sprawdzenia na mapie, nie masz dla mnie żadnych innych wskazówek?
    Poczułam mechaniczną reakcję mojego ciała na jej krytyczny ton.
    – Wcale nie pamiętam, żebym mówiła, że te linie były na mapie. To pani przypuszczenie. I nie, nie mam nic więcej.
    Trzykrotnie cmoknęła.
    – Przecież mówiłaś, że to wskazówki.
    – Tak mi się wydaje. Nic więcej się nie dowiedziałam.
    – Dlaczego? Chcesz powiedzieć, że nie zapanowałaś jeszcze nad żywicielem? – Zaśmiała się głośno. Drwiła ze mnie.
    Odwróciłam się do niej plecami, starając się uspokoić. Próbowałam sobie wyobrazić, że jej tam nie ma. Że jestem w kuchni sama i wpatruję się przez okno w trzy gwiazdy lśniące na skrawku nocnego nieba.
    No, może nie całkiem sama.
    Kiedy tak przyglądałam się tym malutkim światełkom w ciemnościach nocy, stanęły mi nagle przed oczami owe linie, które widywałam regularnie w snach i fragmentach wspomnień; linie, które pojawiały się niespodziewanie w dość przypadkowych momentach.
    Pierwsza: łagodna krzywa, skręcająca gwałtownie na północ, później z powrotem na południe i jeszcze raz ostro na północ, dalej znowu na południe, i wreszcie na powrót łagodniejąca.
    Druga: nierówny zygzak o czterech spiczastych wierzchołkach i piątym dziwnie zaokrąglonym, jakby złamanym…
    Trzecia: łagodna falista linia z wąskim północnym szpikulcem gdzieś w połowie.
    Niezrozumiałe, z pozoru nic nieznaczące. Wiedziałam jednak, że są dla Melanie bardzo ważne. Wiedziałam o tym od samego początku. Chroniła tej tajemnicy skrzętniej niż wszystkich innych, nie licząc chłopca, jej braciszka. Do wczoraj nie miałam w ogóle pojęcia o jego istnieniu. Zastanawiało mnie, co takiego sprawiło, że ten sekret jej się wymknął. Być może im głośniejsza stawała się jej obecność, tym trudniej było jej zachować wspomnienia tylko dla siebie.
    Może znowu popełni jakiś błąd i dowiem się, co te linie oznaczają. Wiedziałam, że coś znaczą. Że dokądś prowadzą.
    I w tej właśnie chwili, gdy echo śmiechu Łowczyni dźwięczało mi jeszcze w uszach, uświadomiłam sobie nagle, jak ważne są to znaki.
    Oczywiście, że prowadziły do Jareda. Do nich obu, Jareda i Jamiego. Gdzie indziej miałyby prowadzić? Jakie inne miejsce mogłoby się dla niej liczyć? Rozumiałam jednak, że nie była to droga powrotu, ponieważ żadne z nich nigdy wcześniej tam nie było. Te linie były dla niej równie tajemnicze jak dla mnie – dopóki…
    Melanie się zagapiła, nie zdążyła mnie odgrodzić. Była zbyt rozkojarzona, zajęta Łowczynią bardziej niż ja. Poruszyła się nagle, zwracając moją uwagę na ciche odgłosy dochodzące zza pleców, i dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że Łowczyni podeszła bliżej.
    – Więcej się po tobie spodziewałam – westchnęła. – Twój życiorys wyglądał bardzo obiecująco.
    – Wielka szkoda, że nie była pani akurat wolna, by podjąć się tego zadania. Nie wątpię, że dla pani zapanowanie nad krnąbrnym żywicielem byłoby dziecinną igraszką – stwierdziłam spokojnym głosem, nie obracając się ani na chwilę w jej stronę.
    – Początki kolonizacji były wystarczająco trudne nawet bez opornych żywicieli – prychnęła.
    – Wiem, sama kilka razy brałam udział w zasiedlaniu. Łowczyni parsknęła.
    – Czyżby trudno było utemperować Wodorosty? Może próbowały uciekać?
    Zachowałam spokój.
    – Na biegunie południowym nie mieliśmy żadnych trudności. Na północnym, oczywiście, sytuacja rozwinęła się inaczej. Popełniono poważne błędy. Straciliśmy cały las. – W moim głosie pobrzmiewał smutek tamtych dni. Tysiąc świadomych istot wolało na wieczność zamknąć oczy niż nas przyjąć. Zwinęły liście, którymi czerpały pokarm, i umarły z głodu.
    Szczęśliwe istoty, szepnęła Melanie. Jej ton nie był ani trochę jadowity, wyrażała tylko aprobatę i oddawała cześć ofiarom tamtej tragedii.
    To była wielka strata. Przypomniałam sobie dojmujący smutek i ból, jaki czuliśmy, kiedy cały las bratnich istot, połączonych z nami myślami, umierał w naszej obecności.
    I tak czekała je śmierć.
    Równocześnie odezwała się Łowczyni, postanowiłam więc skupić się na jednej rozmowie.
    – Tak – przyznała z pewnym zażenowaniem. – Nie zrobiono tego tak jak należało.
    – Pewne działania należy podejmować z dużą ostrożnością. Niestety niektórzy nie chcą przyjąć tego do wiadomości.
    Nie odpowiedziała, usłyszałam tylko, jak cofa się o parę kroków. Wiadome było, że winę za masowe samobójstwo ponoszą Łowcy, którzy uznali, że skoro Wodorosty są nieruchome, to nie będą próbowały uciekać. Przystąpili więc do pierwszego etapu zasiedlania, zanim jeszcze osiągnęliśmy na miejscu liczebność umożliwiającą asymilację całej planety. Kiedy w końcu zorientowali się, do czego zdolne są Wodorosty, do czego są gotowe się posunąć, było już za późno. Kolejny transport dusz był zbyt daleko – zanim dotarł do celu, straciliśmy cały północny las.
    Odwróciłam się teraz w stronę Łowczyni, chcąc zobaczyć, jaki wpływ wywarło na nią to, co powiedziałam. Stała niewzruszona, ze wzrokiem utkwionym w białej ścianie na przeciwległym końcu pokoju.
    – Przykro mi, że nie mogę pani więcej pomóc – powiedziałam stanowczo, dając do zrozumienia, że już na nią czas. Chciałam mieć dom z powrotem dla siebie. Dla nas, poprawiła mnie Melanie z przekąsem. Westchnęłam. Pozwalała sobie na coraz więcej. – Naprawdę nie trzeba było się tak daleko fatygować.
    – To moja praca – odparła Łowczyni, wzruszając ramionami. – Powierzono mi tylko twoją sprawę. Dopóki nie znajdę pozostałych ludzi, będę w pobliżu. A nuż czegoś się dowiem.

Rozdział 7

Spięcie

    – Tak, W Stronę Słońca? – zapytałam, wdzięczna studentowi, że przerywa mi wykład. Nie czułam się dzisiaj zbyt pewnie. Moją największą zaletą i zarazem jedyną prawdziwą kwalifikacją było własne doświadczenie i to właśnie na nim zwykle się opierałam, prowadząc wykłady. Mój żywiciel, rzecz jasna, prawie nie chodził do szkoły, bo ukrywał się od dziecka. Teraz jednak po raz pierwszy w tym semestrze musiałam poprowadzić zajęcia z historii świata na temat, który sama znałam tylko z opowieści. Czułam, że dla moich studentów różnica jest aż nadto widoczna.
    – Przepraszam, że przerywam, ale – siwy mężczyzna urwał na chwilę, szukając właściwych słów – chyba nie do końca zrozumiałem. Czy te Ogniojady naprawdę… połykają dym z płonących Pędów? Jak pokarm? – Z trudem krył przerażenie. Zasadniczo dusza nie powinna osądzać innych dusz. Nie dziwiła mnie jednak jego żywa reakcja na los bliskich mu form życia, wiedziałam bowiem, że przybył na Ziemię z Planety Kwiatów.
    Zdumiewało mnie nieraz, jak niektóre dusze potrafią być całkowicie pochłonięte sprawami planety, którą zamieszkują, i całkiem zapominać o reszcie wszechświata. Uświadomiłam sobie jednak, że kiedy o Planecie Ognia było naprawdę głośno, W Stronę Słońca mógł być akurat w drodze na Ziemię.
    – Tak, dym dostarcza im niezbędnych składników odżywczych. Na tym właśnie polega cały problem z Planetą Ognia. To także powód, dla którego kolonizacja nie została przeprowadzona do końca, mimo że czasu na to nie brakowało. Poza tym Planeta Ognia ma wysoki współczynnik relokacji.
    – Kiedy ją odkryto, sądziliśmy początkowo, że dominujący na niej gatunek, Ogniojady, jest zarazem jedyną inteligentną formą życia. Ogniojady nie uważały Pędów za równe sobie – nazwijmy to uprzedzeniem kulturowym – dlatego minęło sporo czasu, ba, było już po pierwszej fali osiedleń, zanim dusze zdały sobie sprawę, że mordują inteligentne istoty. Od tamtego czasu naukowcy z Planety Ognia poszukują zastępczych składników diety dla Ogniojadów. Wysyłano tam również do pomocy Pająki, choć obie planety dzieli kilkaset lat świetlnych. Gdy ta przeszkoda zostanie pokonana, a jestem przekonana, że nastąpi to niebawem, być może uda się zasymilować również Pędy. Na razie zdołano znacząco ograniczyć przemoc. Skończono, rzecz jasna, z tym całym, hm, paleniem żywcem i paroma innymi rzeczami.
    – Jak oni mogą… – zaczął W Stronę Słońca, ale głos mu zamarł.
    – To mi wygląda na straszliwie okrutny ekosystem – odezwał się ktoś inny. – Dlaczego nie zrezygnowano z tej planety?
    – Oczywiście brano takie rozwiązanie pod uwagę, Robercie. Ale porzucanie planet nie jest łatwe. Dla wielu dusz Planeta Ognia jest domem. Nie można ich przesiedlić wbrew ich woli – wyjaśniłam, po czym spuściłam wzrok na notatki, próbując zakończyć dyskusję na ten temat.
    – Ale to przecież barbarzyństwo!
    Fizycznie rzecz biorąc, Robert był młodszy niż większość pozostałych studentów. Był mi właściwie najbliższy wiekiem. Był też dzieckiem w innym, ważniejszym sensie. Ziemia była jego pierwszym światem; jego matka mieszkała tutaj, gdy postanowiła się rozmnożyć. Dlatego widział dużo mniej niż inne, bardziej doświadczone dusze. Ciekawiło mnie, jak to jest – urodzić się od razu w świecie tak bogatym w emocje, nie doświadczywszy wcześniej niczego innego. Wyobrażałam sobie, że trudno wówczas zachować obiektywizm. Starałam się o tym pamiętać i okazywałam mu szczególną cierpliwość.
    – Każdy ze światów jest wyjątkowy. Dopóki sami gdzieś nie zamieszkamy, nie jesteśmy w stanie w pełni zrozumieć…
    – Ale pani nigdy nie mieszkała na Planecie Ognia – wtrącił. – Musiała pani myśleć podobnie… Chyba że miała pani jakiś inny powód, żeby się tam nie udać? Była pani przecież prawie wszędzie.
    – Wybór planety jest bardzo osobistą decyzją, Robercie, o czym być może sam się kiedyś przekonasz – odparłam, dając jasno do zrozumienia, że uważam ten temat za zamknięty.
    Czemu im tego nie powiesz? Przecież twoim zdaniem to jest barbarzyństwo – okrutne i niegodne. Co zresztą zakrawa na ironię, jeżeli chcesz znać moje zdanie – choć pewnie nie chcesz. W czym problem? Wstydzisz się powiedzieć, że zgadzasz się z Robertem? Dlatego, że jest bardziej ludzki niż inni?
    Odkąd Melanie zaczęła się do mnie odzywać, stawała się coraz bardziej nie do zniesienia. Jak miałam się skupić na pracy, skoro ciągle wygłaszała mi w głowie komentarze na każdy temat?
    Na krześle za Robertem poruszył się jakiś cień.
    To Łowczyni, jak zwykle ubrana na czarno, pochyliła się z uwagą, po raz pierwszy zaciekawiona tematem dyskusji.
    Miałam ochotę posłać jej krzywe spojrzenie, ale się pohamowałam. Nie chciałam, aby i tak już lekko zakłopotany Robert pomyślał, że to do niego. Melanie wydała pomruk niezadowolenia. Wolałaby, żebym uległa pokusie. Odkąd Łowczyni zaczęła śledzić każdy nasz krok, Melanie musiała zrewidować niektóre swoje poglądy; dotychczas wydawało jej się, że nie ma niczego, czego mogłaby nienawidzić bardziej niż mnie.
    – Czas nam się kończy – oznajmiłam z ulgą. – Miło mi was powiadomić, że w przyszły wtorek będziemy mieli gościa, który na pewno udzieli wam na ten temat bardziej wyczerpujących odpowiedzi. Strażnik Ogniska niedawno przybył na Ziemię i opowie nam, jak przebiegało zasiedlanie Planety Ognia. Jego żywiciel jest jeszcze bardzo młody, ale jestem pewna, że będziecie dla niego tak samo uprzejmi jak dla mnie i okażecie mu należyty szacunek. Dziękuję za dzisiejsze spotkanie.
    Studenci zaczęli pakować z wolna swoje rzeczy, wymieniając jeszcze między sobą uwagi, po czym opuścili salę. Przypomniało mi się to, co Kathy powiedziała na temat życia towarzyskiego, ale nie miałam ochoty do nich dołączyć. Byli mi obcy.
    Czy właśnie to czułam? A może były to odczucia Melanie? Trudno powiedzieć. Może byłam aspołeczna. Mój życiorys zdawał się to potwierdzać. Nigdy nie przywiązałam się do nikogo na tyle, aby pozostać na którejkolwiek z planet w kolejnym wcieleniu.
    Robert i W Stronę Słońca stali jeszcze w drzwiach, zajęci gorącą dyskusją. Domyślałam się, czego dotyczy.
    – Opowieści z Planety Ognia wywołują duże emocje. Drgnęłam zaskoczona.
    Łowczyni stała u mojego boku. Zwykle zdradzało ją stukanie obcasów. Spojrzałam w dół i zobaczyłam, że tym razem wyjątkowo założyła miękkie buty – oczywiście czarne. Bez tych dodatkowych kilku centymetrów była jeszcze mniejsza.
    – Nie jest to mój ulubiony temat – odparłam obojętnie. – Wolę się opierać na własnych doświadczeniach.
    – Grupa reagowała dość żywiołowo.
    – Owszem.
    Spoglądała na mnie badawczo, jakby czekała, aż powiem coś więcej. Zebrałam swoje notatki w jeden plik i odwróciłam się, żeby włożyć je do torby.
    – Tobie ten temat chyba też nie był całkiem obojętny.
    Starannie ułożyłam kartki w torbie, nie odrywając od nich wzroku.
    – Zastanowiło mnie, dlaczego nie odpowiedziałaś na jedno z pytań. Nastała chwila ciszy. Łowczyni czekała, aż coś powiem. Milczałam.
    – A zatem… dlaczego nie odpowiedziałaś na to pytanie? Zwróciłam się ku niej, nie kryjąc zniecierpliwienia.
    – Bo było nie na temat, bo Robert musi nauczyć się pewnych zasad, bo nikomu nic do tego.
    Zarzuciłam torbę na ramię i ruszyłam w stronę drzwi. Podążyła za mną, starając się dotrzymać mi kroku. Przeszyłyśmy w milczeniu cały korytarz. Dopiero na dworze, wśród promieni popołudniowego słońca, wydobywających ze słonego powietrza drobinki pyłu, odezwała się znowu:
    – Myślisz, że kiedyś gdzieś osiądziesz? A może tutaj? Zdaje się, że masz dużo sympatii dla ich… uczuć.
    Żachnęłam się na nutę oskarżenia w jej głosie. Nie do końca wiedziałam, o co mnie oskarża, ale o coś na pewno. Melanie aż drgnęła.
    – Nie bardzo rozumiem, o czym pani mówi.
    – Powiedz mi coś, Wagabundo. Żal ci ich?
    – Kogo? – zapytałam obojętnie. – Pędów?
    – Nie, ludzi.
    Przystanęłam, a Łowczyni zatrzymała się tuż za mną. Od domu dzieliło mnie już tylko kilka przecznic i starałam się iść szybkim krokiem, by jak najprędzej się od niej uwolnić – chociaż nie mogłam wykluczyć, że się wprosi. To pytanie zbito mnie jednak z tropu.
    – Ludzi?
    – Tak. Żal ci ich?
    – A pani nie?
    – Nie. To była wyjątkowo brutalna rasa. To cud, że sami się wcześniej nie pozabijali.
    – Nie wszyscy byli źli.
    – Tak byli genetycznie zaprogramowani. Przemoc leżała w ich naturze. Ale wygląda na to, że ty im współczujesz.
    – Wiele stracili, nie sądzi pani? – Powiodłam ręką dookoła. Stałyśmy w czymś na kształt parku, pomiędzy dwoma porośniętymi bluszczem akademikami. Głęboka zieleń liści była miła dla oka, szczególnie na tle wyblakłej czerwieni sędziwych cegieł. Powietrze było łagodne i złociste, a lekka woń oceanu mieszała się ze słodkim zapachem kwiatów i krzewów. Delikatny wiatr muskał mi skórę na ramionach. – W poprzednich życiach nie było pani dane takie bogactwo zmysłów. Jak nie współczuć komuś, komu to wszystko odebrano?
    Twarz Łowczyni pozostała niewzruszona. Nie dałam jednak za wygraną; chciałam, aby spojrzała na to z innej strony.
    – Na jakich planetach pani wcześniej mieszkała? – zapytałam.
    Zawahała się, po czym wyprostowała ramiona.
    – Na żadnej. Tylko na Ziemi.
    Zaskoczyło mnie to. Była dzieckiem, jak Robert.
    – Tylko na jednej? I od razu chciała pani zostać Łowczynią?
    Potaknęła sztywno.
    – No cóż, to już pani sprawa – powiedziałam i ruszyłam w kierunku domu. Może jeżeli uszanuję jej prywatność, ona zrewanżuje się tym samym, pomyślałam.
    – Rozmawiałam z twoją Pocieszycielką.
    Niedoczekanie, skomentowała cierpko Melanie.
    – Słucham? – wyrzuciłam z siebie z niedowierzaniem.
    – Z tego, co mi wiadomo, twoje problemy nie ograniczają się tylko do trudności z dostępem do informacji. Czy nie myślałaś o zmianie żywiciela na bardziej potulnego? Pocieszycielka chyba ci to sugerowała, nieprawdaż?
    – Kathy na pewno nic pani nie powiedziała!
    Łowczyni patrzyła na mnie triumfalnie.
    – Nie musiała. Potrafię nieźle czytać z wyrazu twarzy. Widziałam, że moje pytanie trafiło w czuły punkt.
    – Jak pani śmie? Związek pomiędzy duszą a Pocieszycielem…
    – Jest święty, tak. Wiem, jak to wygląda w teorii. Ale w twoim przypadku standardowe metody pracy zawodzą. Muszę być pomysłowa.
    – Myśli pani, że coś ukrywam? – zapytałam stanowczo, nie kryjąc już oburzenia. – Myśli pani, że powiedziałam to mojej Pocieszycielce?
    Moja złość jej nie zraziła. Miała tak trudny charakter, że była chyba przyzwyczajona do takich reakcji.
    – Nie. Myślę, że mówisz mi wszystko, co wiesz… Ale myślę też, że mogłabyś się bardziej postarać. Znam takie przypadki jak twój. Zaczynasz współczuć żywicielowi. Pozwalasz, aby jej wspomnienia podświadomie tobą kierowały. Teraz jest już pewnie za późno. Uważam, że byłoby dla ciebie lepiej, gdybyś zmieniła żywiciela i pozwoliła, aby ktoś inny spróbował szczęścia z Melanie.
    – No nie! – wykrzyknęłam. – Melanie zjadłaby go żywcem!
    Jej twarz zastygła w osłupieniu.
    Nawet po wizycie u Kathy nie mogła sobie zdawać sprawy z powagi sytuacji. Sądziła, że Melanie wpływa na mnie tylko poprzez wspomnienia.
    – To ciekawe, że mówisz o niej w czasie teraźniejszym.
    Puściłam to mimo uszu i kontynuowałam, jak gdyby nigdy nic.
    – Jeżeli wydaje się pani, że ktoś inny dałby radę odkryć jej tajemnice, to się pani myli.
    – Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać.
    – Ma pani na myśli kogoś konkretnego? – zapytałam lodowato.
    Uśmiechnęła się szeroko.
    – Pozwolono mi spróbować. Nie zajęłoby mi to pewnie wiele czasu. Potem wróciłabym do mojego żywiciela.
    W pierwszej chwili aż zaparło mi dech. Byłam roztrzęsiona, a Melanie pałała taką nienawiścią, że zabrakło jej słów. Sama myśl, że umieszczono by we mnie Łowczynię – choć oczywiście ja byłabym wtedy gdzie indziej – napawała mnie tak głęboką odrazą, że zrobiło mi się niedobrze.
    – Ma pani pecha. Nie jestem dezerterem.
    Łowczyni zmrużyła oczy.
    – Moje dochodzenie przeciąga się z tego powodu. Nigdy nie interesowałam się zbytnio historią, ale widzę, że czeka mnie cały kurs.
    – Sama pani powiedziała, że i tak pewnie jest już za późno, żeby cokolwiek wydobyć z jej pamięci – zauważyłam, z trudem zachowując względny spokój. – Może sobie pani w końcu odpuści i pójdzie tam, skąd przyszła?
    Wzruszyła na to ramionami i uśmiechnęła się, zaciskając usta.
    – Na pewno jest za późno na to, by dowiedzieć się czegokolwiek od ciebie. Ale jeżeli będziesz nadal upierać się przy swoim, to kto wie, może się zdarzyć, że to ona sama mnie do nich zaprowadzi.
    – Ona sama???
    – Kiedy już odzyska pełną kontrolę, a ty będziesz słaba jak Kevin, znany niegdyś jako Rwąca Pieśń. Pamiętasz? To ten, który rzucił się na Uzdrowiciela.
    Patrzyłam na nią wściekle.
    – O tak, to zapewne tylko kwestia czasu. Twoja Pocieszycielka pewnie nie podzieliła się z tobą statystykami? Zresztą nawet jeżeli tak, to nie zna najnowszych danych; tylko my nimi dysponujemy. Okazuje się, że w przypadkach takich jak twój – żywiciela stawiającego opór – zaledwie jedna na pięć dusz wychodzi z tego pojedynku zwycięsko. Czy przyszło ci w ogóle do głowy, że może być aż tak źle? Dusze zainteresowane przybyciem na Ziemię będą otrzymywać inne informacje niż do tej pory, Nie będą już mogły prosić o dorosłego żywiciela. Ryzyko jest zbyt duże. Tracimy kolejne dusze. Ani się obejrzysz, a zacznie do ciebie mówić, przemawiać twoimi ustami, kontrolować twoje zachowanie.
    Słuchałam tego wszystkiego w napięciu, całkiem znieruchomiała. Łowczyni stanęła na palcach i nachyliła się w moją stronę, po czym odezwała się znowu, tym razem cicho i łagodnie:
    – Czy właśnie tego chcesz, Wagabundo? Przegrać? Zniknąć, wyparta przez inny umysł? Chcesz być jak żywiciel?
    Zaparło mi dech.
    – Będzie już tylko gorzej. Przestaniesz być sobą. Znikniesz. Może cię uratują… Może przeniosą cię do innego ciała, tak jak Kevina. Staniesz się dzieckiem, będziesz miała na imię Melanie i zamiast komponować muzykę, będziesz wolała bawić się samochodami, czy co ją tam interesuje.
    – Tylko jedna na pięć dusz zwycięża? – wyszeptałam. Kiwnęła głową, ledwie powstrzymując uśmiech.
    – Przegrywasz samą siebie, Wagabundo. Światy, które zobaczyłaś, doświadczenie, które zgromadziłaś – wszystko przepadnie. Przeczytałam w twoich dokumentach, że mogłabyś zostać Matką. Gdybyś zdecydowała się na Macierzyństwo, twoje życie przynajmniej nie poszłoby na marne. Myślałaś o Macierzyństwie?
    Drgnęłam, czerwieniejąc na twarzy.
    – Przepraszam – wymamrotała, również się rumieniąc. – To było nietaktowne. Zapomnij, co powiedziałam.
    – Idę do domu. Proszę mnie nie śledzić.
    – Muszę. To moja praca.
    – Czemu tak się pani przejmuje kilkorgiem ludzi? Dlaczego? Czy ta pani praca ma jeszcze w ogóle jakiś sens? Przecież zwyciężyliśmy! Może czas zająć się czymś innym i lepiej przysłużyć społeczeństwu?
    Moje pytania, a raczej zawarte w nich oskarżenie, nie zrobiły na niej wrażenia.
    – Wszędzie tam, gdzie resztki ich świata stykają się z naszym, pojawia się śmierć – odparła spokojnym tonem. Przez moment zdawało mi się, że w jej spojrzeniu dostrzegam zupełnie inną osobę. Niespodziewanie zrozumiałam, iż głęboko wierzy w to, co robi. Jakaś część mnie zakładała dotychczas, że Łowczyni jest tym, kim jest, tylko dlatego, że pociąga ją przemoc. – Jeżeli przez jakiegoś Jareda albo Jamiego straci życie choćby jedna dusza, będzie to o jedną za dużo. Dopóki na tej planecie nie zapanuje zupełny pokój, mój zawód jest potrzebny. Dopóki Jared i jemu podobni pozostają na wolności, muszę chronić nasz gatunek. Dopóki Melanie i jej podobni wodzą dusze za nos…
    Odwróciłam się i ruszyłam długimi krokami w stronę domu. Musiałaby biec, żeby dotrzymać mi tempa.
    – Ratuj się, Wagabundo! – zawołała za mną. – Masz coraz mniej czasu!
    Zamilkła na chwilę, po czym krzyknęła jeszcze głośniej:
    – Daj mi znać, kiedy mam zacząć nazywać cię Melanie!
    W miarę jak się oddałam, jej głos był coraz słabiej słyszalny. Wiedziałam, że pójdzie za mną własnym tempem. Cały ostatni tydzień, kiedy widywałam ją na każdym moim wykładzie i bez przerwy słyszałam za sobą jej kroki, był niczym w porównaniu do tego, co mnie teraz czekało. Nie miałam złudzeń – moje życie miało stać się piekłem.
    Czułam się, jakby Melanie tłukła się wściekle o ściany mojej czaszki.
    Załatwmy ją na amen. Powiadom jej przełożonych, że zrobiła coś niedopuszczalnego. Nasze słowo przeciw jej słowu…
    Może w świecie ludzi, wtrąciłam, niemalże smutna, że to niemożliwe. W naszym świecie nie ma przełożonych, przynajmniej nie w tym sensie. Wszyscy pracują współnie na równych warunkach. Są tylko osoby, którym składa się sprawozdania, by obieg informacji był uporządkowany, i rady, które podejmują potem decyzje; ale nikt nie odbierze jej sprawy, którą chce się zajmować. Widzisz, to działa tak, że…
    Co mnie obchodzi jak, skoro nic z tego nie mamy. Wiem – zabijmy ją! Przed oczyma stanął mi znienacka obraz moich dłoni zaciśniętych na szyi Łowczyni.
    Właśnie d l a t e g o dobrze się stało, że mój gatunek zajął tę planetę.
    Nie zgrywaj niewiniątka. Byłabyś równie szczęśliwa jak ja. Ponownie ujrzałam siniejącą twarz Łowczyni, tym razem jednak poczułam gwałtowną falę przyjemności.
    To ty, nie ja. Mówiłam prawdę – ten obraz budził we mnie wstręt. Zarazem jednak niebezpiecznie otarłam się o kłamstwo – istotnie bowiem chciałabym nigdy więcej nie oglądać Łowczyni.
    I co teraz zrobimy? Ja się nie poddam. Ty się nie poddasz. I temu babsztylowi też ani w głowie się poddawać.
    Milczałam, nie wiedząc, co powiedzieć.
    Na chwilę w mojej głowie zrobiło się cicho. Nareszcie. Gdyby ta cisza mogła trwać dłużej. Ale pozostał mi już tylko jeden sposób na odzyskanie spokoju. Czy byłam gotowa zapłacić tę cenę? Czy miałam jeszcze w ogóle jakiś wybór?
    Melanie trochę się uspokoiła. Zamknęłam za sobą drzwi wejściowe, po raz pierwszy używając zainstalowanych w nich zamków – wytworów człowieka, które nie miały racji bytu w świecie zamieszkanym przez dusze. Melanie była pogrążona w zadumie.
    Nigdy się nie zastanawiałam, jak się rozmnażacie. Nie wiedziałam, że to tak wygląda.
    Traktujemy to bardzo poważnie, jak pewnie się domyślasz. Dzięki za troskę. W moim głosie pobrzmiewała ironia, ale wcale jej to nie zraziło.
    Rozmyślała o swoim nowym odkryciu, a ja w tym czasie włączyłam komputer i zaczęłam sprawdzać odloty wahadłowców. Minęła dłuższa chwila, zanim zorientowała się, co robię.
    Dokąd lecimy? Wyczułam lekki popłoch. Zaczęła przeszukiwać mój umysł, by się dowiedzieć, co przed nią ukrywam. Czułam w myślach jej dotyk, miękki jak puch.
    Pomyślałam, że oszczędzę jej trudu. Lecę do Chicago.
    Poczułam, jak ogarnia ją panika. Po co?
    Zobaczyć się z Uzdrowicielem. Nie ufam jej. Chcę z nim porozmawiać, zanim podejmę decyzję.
    Odezwała się dopiero po krótkiej chwili.
    O tym, czy mnie zabić?
    Tak.

Rozdział 8

Miłość

    – Ty boisz się latać? – W glosie Łowczyni słychać było kpinę i niedowierzanie. – Osiem razy leciałaś z planety na planetę, a boisz się polecieć wahadłowcem do Arizony?
    – Po pierwsze, nie boję się. Po drugie, w trakcie lotów międzyplanetarnych byłam zahibernowana. I po trzecie, mój żywiciel ma chorobę lokomocyjną.
    Łowczyni przewróciła oczami.
    – W takim razie należy wziąć leki! Co byś zrobiła, gdyby Uzdrowiciel Fords nie przeniósł się do Saint Mary’s? Pojechałabyś samochodem do Chicago?
    – Nie. Ale ponieważ w tej sytuacji opcja samochodowa jest jak najbardziej rozsądna, chętnie z niej skorzystam. Przy okazji zobaczę trochę tego świata. Pustynia bywa niesamowita…
    – Pustynia jest nudna jak flaki z olejem.
    – …a mnie się wcale nie spieszy. Muszę przemyśleć wiele spraw i przyda mi się odrobina samotności. – Postałam jej znaczące spojrzenie.
    – Nie rozumiem zresztą, po co miałabyś się z nim spotykać. W tym mieście nie brakuje bardzo dobrych Uzdrowicieli.
    – Ufam mu. Ma w takich sprawach doświadczenie, a ja czuję się niedoinformowana. – Znowu spojrzałam na nią wymownie.
    – Masz za mało czasu, żeby się nie spieszyć, Wagabundo. Wierz mi, widzę to.
    – Proszę mi wybaczyć, ale nie mogę uwierzyć w pani bezstronność. Poznałam się już wystarczająco na zachowaniu ludzi, by wiedzieć, kiedy ktoś próbuje mną manipulować.
    Spojrzała na mnie gniewnie.
    Do wypożyczonego dzień wcześniej samochodu pakowałam nieliczne rzeczy. Miałam w torbie ubrania na tydzień i trochę kosmetyków. Nie brałam zbyt dużo, ale też w domu zostawiłam jeszcze mniej. W ogóle niewiele miałam. Po tylu miesiącach ściany mojego niewielkiego mieszkania były nadal gołe, a półki puste. Może nigdy tak naprawdę nie chciałam tu zostać na stałe.
    Łowczyni stała na chodniku, tuż obok otwartego bagażnika, i za każdym razem, gdy podchodziłam, serwowała mi uszczypliwe uwagi. Była na szczęście zbyt niecierpliwa, żeby pojechać za mną. Wiedziałam, że poleci do Tucson wahadłowcem, do czego zresztą usilnie próbowała mnie namówić. Przyjęłam to z wielką ulgą. Wzdragałam się na samą myśl, że mogłaby być ze mną na każdym postoju, eskortować mnie do ubikacji na stacjach benzynowych i zarzucać pytaniami w oczekiwaniu na zielone światło. Jeżeli decydując się na nowe ciało, mogłabym się od niej uwolnić… Co tu dużo mówić, była to nie lada zachęta.
    Miałam też inną opcję. Mogłam w ogóle porzucić tę planetę i udać się na kolejną, dziesiątą. Spróbować zapomnieć to, co mnie tu spotkało. Ziemia byłaby jedynie małą skazą w moim nieposzlakowanym życiorysie.
    Tylko dokąd miałabym polecieć? Na któryś ze światów, gdzie już byłam? Jednym z moich ulubionych była Planeta Śpiewu, ale miałabym zrezygnować ze wzroku? Z kolei Planeta Kwiatów była przepiękna, ale chlorofilowe formy życia doświadczały bardzo niewielu emocji. Po tak dynamicznym miejscu jak Ziemia nie wytrzymałabym tam z nudów.
    Na jakąś nową planetę? Była jedna taka – tu na Ziemi nazywano tamtejszych żywicieli Delfinami, z braku lepszego określenia, choć w istocie przypominali oni bardziej ważki niż zwierzęta wodne. Były to istoty wysoko rozwinięte i na pewno ruchliwe, ale po długim pobycie wśród Wodorostów miałam na pewien czas dość życia w wodzie.
    Nie, obecna planeta ciągle była dla mnie tajemnicą. Żadne inne miejsce we wszechświecie nie urzekało mnie tak jak ta cicha, zacieniona ulica ciągnąca się pośród zieleni trawników, ani nie kusiło tak jak bezchmurne niebo nad pustynią, której wygląd znałam tylko ze wspomnień Melanie.
    Melanie nie komentowała moich wyborów. Odkąd postanowiłam odnaleźć Fordsa Cichą Toń, mojego pierwszego Uzdrowiciela, niewiele się odzywała. Nie byłam pewna, jak to rozumieć. Czy chciała pokazać, że nie jest aż tak groźna, że da się z nią wytrzymać? Przygotowywała się na wtargnięcie Łowczyni? Na śmierć? A może szykowała się do walki ze mną? Do próby odzyskania kontroli nad ciałem?
    Tak czy inaczej, przestała mi się narzucać. Czuwała tylko gdzieś tam w mojej głowie, ledwo uchwytna.
    Wróciłam do domu ostatni raz, żeby sprawdzić, czy czegoś nie zapomniałam. Mieszkanie świeciło pustkami. Były w nim tylko najbardziej podstawowe sprzęty, pozostawione przez poprzednich lokatorów. Te same talerze w szafkach, poduszki na łóżku, lampy na stołach. Zdałam sobie sprawę, że jeśli nie wrócę, następny lokator nie będzie miał tu zbyt wiele sprzątania.
    Wychodząc, usłyszałam telefon. Zawróciłam, by go odebrać, ale nie zdążyłam – wcześniej ustawiłam sekretarkę, żeby włączała się natychmiast. Nagrałam też niejasne wytłumaczenie swojej nieobecności – nie ma mnie do końca semestru, a moje wykłady są odwołane do czasu znalezienia zastępstwa. Nie powiedziałam dlaczego. Spojrzałam teraz na zegarek nad telewizorem. Było parę minut po ósmej rano. To pewnie Curt właśnie przeczytał zdawkowego maila, którego wysłałam mu wczoraj późno wieczorem. Miałam wyrzuty sumienia, że nie dokończyłam pracy, której się podjęłam. Czułam się trochę tak, jakbym już porzuciła żywiciela. I kto wie, być może ten krok, odejście z uczelni, był zapowiedzią mojej następnej decyzji i jeszcze większej hańby. Na myśl o tym wszystkim poczułam się nieswojo. Postanowiłam nie odsłuchiwać wiadomości, choć w zasadzie niespieszno mi było wychodzić.
    Jeszcze raz rozejrzałam się po pustym mieszkaniu. Nie czułam się wcale tak, jakbym coś za sobą zostawiała. Nie byłam przywiązana do tych pomieszczeń. Miałam dziwne wrażenie, że ten świat – nie tylko Melanie, ale cały glob – mnie nie chce, że ciepłe uczucia, jakimi go darzę, nie są odwzajemnione. Nie udało mi się tu zapuścić korzeni. Na myśl o korzeniach uśmiechnęłam się krzywo do siebie. Korzenie. Co za nonsens.
    Nigdy wcześniej nie miałam żywiciela, który ulegał tego typu przesądom. To było ciekawe. Trochę jak uczucie, że jest się obserwowanym, choć dookoła nikogo nie widać. Dostałam na karku gęsiej skórki.
    Powoli zamknęłam za sobą drzwi, oczywiście nie na klucz – i tak nikt tu nie wejdzie do czasu, aż wrócę lub wprowadzi się nowy lokator.
    Otworzyłam drzwi samochodu i usiadłam za kierownicą, ani razu nie spoglądając w stronę Łowczyni. Ani Melanie, ani ja nie byłyśmy doświadczonymi kierowcami, więc trochę się stresowałam. Ale też byłam pewna, że szybko oswoję się z autem.
    – Będę czekać w Tucson – powiedziała Łowczyni, zaglądając przez otwarte okno, kiedy zapalałam silnik.
    – Nie wątpię – burknęłam pod nosem.
    Przebiegłam wzrokiem po desce rozdzielczej i ze źle skrywanym uśmieszkiem nacisnęłam przycisk zamykający okno, zmuszając Łowczynię, by odskoczyła.
    – Może – zaczęła ponownie, tym razem prawie krzycząc, tak bym mogła ją usłyszeć przez zamknięte okno pomimo hałasu silnika – może jednak dogonię cię samochodem.
    Uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami.
    Powiedziała to tylko po to, żeby mi dokuczyć. Starałam się nie dać po sobie poznać, że jej się to udało. Ruszyłam spod domu, nie odrywając oczu od jezdni.
    Bez trudu znalazłam wjazd na autostradę i patrząc na znaki, wydostałam się z San Diego. Wkrótce zaczęła się prosta droga, na której drogowskazy nie były już w ogóle potrzebne. Za osiem godzin będę w Tucson. Trochę zbyt prędko. Może zatrzymam się na noc w jakimś miasteczku. Gdybym miała pewność, że Łowczyni czeka na mnie w Tucson, a nie jedzie za mną, taki postój byłby wręcz wymarzony.
    Często zerkałam mimowolnie w lusterko, aby się upewnić, że jadę sama. Prowadziłam wolno, nie spiesząc się do celu, więc co rusz wyprzedzały mnie inne samochody. Za kierownicami widywałam wyłącznie obce twarze. Nie powinnam się była dać podpuścić Łowczyni. Oczywiście, że nie miałaby cierpliwości, by jechać tak daleko autem. Mimo to jednak ciągle jej wypatrywałam.
    Bywałam wcześniej nad oceanem, w różnych częściach urokliwego kalifornijskiego wybrzeża, ale jeszcze nigdy nie zapuszczałam się dalej na wschód. Cywilizacja szybko zniknęła w tyle, ustępując miejsca nagim wzgórzom i skałom, zwiastunom jałowego krajobrazu pustyni.
    Oddaliwszy się od cywilizacji, poczułam odprężenie. Prawdę mówiąc, trochę mnie to zmartwiło. Samotność nie powinna mnie cieszyć. W końcu dusze były istotami społecznymi. Żyłyśmy i pracowałyśmy razem, w zgodzie i harmonii. Wszystkie byłyśmy takie same: troskliwe, uczciwe, miłujące pokój. Dlaczego czułam się lepiej z dala od innych? Czy to za sprawą Melanie?
    Skupiłam na niej uwagę, ale znalazłam ją wycofaną, śpiącą.
    Odkąd zaczęła do mnie mówić, jeszcze nigdy nie było tak dobrze.
    Podróż mijała mi bardzo szybko. Za oknami przemykały wciąż takie same ciemne, poszczerbione skały i pokryte pyłem równiny pełne karłowatych krzewów. Uprzytomniłam sobie, że jadę szybciej, niż zamierzałam. Nie miałam czym zająć myśli, więc odechciało mi się spowalniać podróż. Zastanawiało mnie, dlaczego we wspomnieniach Melanie pustynia jawi się o wiele barwniej i niezwyklej. Chciałam zrozumieć, co jest takiego wyjątkowego w tym pustkowiu, dlatego postanowiłam uczepić się jej myśli.
    Lecz ona zdawała się w ogóle nie dostrzegać otwartych przestrzeni za oknem. Śniła o innej pustyni, czerwonej, pełnej kanionów, jakby zaczarowanej. Nie próbowała mnie blokować. Wydawała się prawie nieświadoma mojej obecności. Znowu zaczęłam się zastanawiać nad znaczeniem tego dziwnego zachowania. Nie wyczuwałam u niej żadnych wrogich zamiarów. Miałam wrażenie, że przygotowuje się na swój koniec.
    Wracała pamięcią do ważnego dla siebie miejsca, jak gdyby chciała się pożegnać. Do miejsca, którego nigdy wcześniej nie pozwoliła mi ujrzeć.
    Była tam chatka – zmyślny barak wciśnięty w zakamarek czerwonego piaskowca, niebezpiecznie blisko wyrzeźbionej przez wodę linii powodziowej. Dziwnie położony, z dala od jakiegokolwiek szlaku czy ścieżki, zdawałoby się – bez sensu. Prymitywny, pozbawiony udogodnień. Jedno ze wspomnień, wesołe, dotyczyło umywalki, do której trzeba było pompować wodę spod ziemi.

    – To lepsze niż rury – stwierdza Jared, ściągając lekko brwi, tak że pogłębia mu się między nimi zmarszczka. Chyba zmartwił go mój śmiech. Może pomyślał, że mi się nie podoba? – Nikogo nam tu nie sprowadzi.
    – Genialne – zapewniam go czym prędzej. – Jak w starych filmach. Idealnie.
    Uśmiech, który właściwie nigdy nie znika z jego twarzy – Jared uśmiecha się nawet we śnie – rośnie wszerz.
    – Obawiam się, że w filmach nie wspominają o najgorszym. Chodź, pokażę ci latrynę.
    Jamie biegnie przodem, a jego śmiech odbija się echem od skał wąwozu. Czarne włosy podskakują wraz z nim. Ten szczupły, opalony urwis ostatnio głównie hasa. Dopiero teraz dociera do mnie, jak wielki ciężar musiały wcześniej dźwigać te małe, chude barki. Teraz, gdy jest z nami Jared, Jamie tryska energią. Na jego twarzy nie widać już niepokoju, tylko uśmiech. Okazało się, że oboje mamy w sobie więcej życia, niż przypuszczałam.
    – Kto to zbudował?
    – Ojciec i moi starsi bracia. Ja tylko trochę pomagałem albo przeszkadzałem, jak kto woli. Mój tata lubił uciekać od zgiełku miasta. I mało się przejmował zwyczajami. Nie chciało mu się sprawdzać, do kogo ta ziemia w ogóle należy, ani ubiegać się o jakieś pozwolenia i takie tam. – Śmieje się, zadzierając głowę. Promienie słońca tańczą mu na jasnych kosmykach włosów. – Oficjalnie to miejsce nie istnieje. Dobrze się składa, co? – pyta i sięga po moją dłoń, jakby bezwiednie.
    Moja skóra płonie pod jego dotykiem. To więcej niż przyjemne, ale też sprawia mi dziwny ból w piersi.
    Ciągle mnie w ten sposób dotyka, jak gdyby chcąc za każdym razem się upewnić, że wciąż tu jestem. Czy zdaje sobie sprawę z tego, jak to na mnie działa – ten z pozoru zwykły dotyk jego ciepłej dłoni? Czy jemu też skacze wtedy tętno? A może po prostu jest szczęśliwy, że w końcu ma towarzystwo?
    Macha naszymi dłońmi, gdy przechodzimy obok gaiku topoli. Ich zieleń tak żywo odcina się od czerwonego tła, że aż wzrok płata mi figle, gubiąc ostrość. Jared czuje się tutaj szczęśliwszy niż gdziekolwiek indziej. Ja też jestem szczęśliwa, choć dopiero oswajam się z tym zapomnianym uczuciem.
    Od tamtego wieczoru, kiedy wrzasnęłam, poczuwszy bliznę na jego karku, nie pocałował mnie więcej ani razu. Nie chce? Może ja powinnam? A co, jeśli mu się to nie spodoba?
    Spogląda na mnie z góry i uśmiecha się, a kiedy to robi, skóra wokół jego oczu nabiera delikatnych zmarszczek. Zastanawiam się, czy faktycznie jest tak przystojny, jak mi się wydaje, czy może myślę tak tylko dlatego, że to ostatni człowiek na Ziemi oprócz mnie i Jamiego.
    Nie, to chyba nie to. On naprawdę jest piękny.
    – O czym myślisz, Mel? – pyta. – To musi być coś bardzo ważnego – dodaje ze śmiechem.
    Wzruszam ramionami, czując ucisk w brzuchu.
    – Pięknie tutaj – mówię.
    – Tak – odpowiada, rozglądając się dookoła. – Ale czy w domu nie jest zawsze pięknie?
    – W domu – powtarzam cicho. – Dom.
    – Jest również twój, jeśli tylko chcesz.
    – Chcę.
    Mam wrażenie, że wszystkie mile, które przeszłam przez ostatnie trzy lata, pokonałam po to, żeby dojść tutaj. Nigdzie nie chcę się stąd ruszać, choć wiem, że będziemy musieli. Jedzenie nie rośnie na drzewach. W każdym razie nie na pustyni.
    Jared ściska moją dłoń. Serce mi kołacze, jakby chciało się wyrwać z piersi. Ile bólu w tej przyjemności.

    W tym momencie Melanie przeskoczyła myślami do przodu, przemykając tylko wśród pozostałych chwil owego upalnego dnia, aż prażące słońce zniknęło za czerwonymi ścianami kanionu. Towarzyszyłam jej przez cały czas, prawie zahipnotyzowana widokiem ciągnącej się przede mną w nieskończoność drogi i monotonią suchych pustynnych krzaków.

    Zerkam do naszej malutkiej, wąskiej sypialni. Między surowymi, kamiennymi ścianami ledwie mieści się tu pełnowymiarowy materac.
    Widok Jamiego śpiącego na prawdziwym łóżku, z głową na miękkiej poduszce, napawa mnie głęboką radością. Jego chudziutkie ręce i nogi leżą powyciągane na wszystkie strony, nie zostawiając mi zbyt wiele miejsca. W myślach zawsze wydaje mi się dużo mniejszy niż w rzeczywistości. Niedługo skończy dziesięć lat – ani się obejrzę, a przestanie być dzieckiem. Tyle że dla mnie będzie nim zawsze.
    Śpi mocno, oddycha równo. Nie ma żadnych złych snów, przynajmniej na razie.
    Zamykam cichutko drzwi i wracam na małą kanapę, na której siedzi Jared.
    – Dziękuję – odzywam się szeptem, choć przecież wiem, że nawet krzycząc, nie obudziłabym teraz Jamiego. – Mam wyrzuty sumienia. Ta kanapa jest na ciebie za krótka. Może powinniście spać razem.
    Jared śmieje się cicho.
    – Daj spokój, Mel, jesteś ode mnie niewiele niższa. Śpij sobie wygodnie, należy ci się. Następnym razem, jak gdzieś pojadę, zwinę jakieś łóżko polowe.
    Nie podoba mi się to z wielu powodów. Czy pojedzie już niedługo? Czy zabierze nas ze sobą? Czy chce, żebym spała w pokoju z Jamiem na stałe?
    Kładzie mi rękę na ramionach i przytula mnie do swego boku. Przybliżam się jeszcze bardziej, choć jego gorący dotyk znowu przyprawia mnie o ból serca.
    – Czemu marszczysz czoło? – pyta.
    – Kiedy musisz… kiedy musimy znowu jechać?
    Wzrusza ramionami.
    – Zebraliśmy po drodze tyle, że jesteśmy ustawieni na parę miesięcy. Mogę zrobić kilka krótkich wypadów w okolicy, jeżeli chcesz posiedzieć trochę w jednym miejscu. Na pewno masz już dość szukania kolejnych kryjówek.
    – O tak – przyznaję, po czym biorę głęboki oddech, żeby dodać sobie odwagi. – Ale jeżeli ty gdzieś pojedziesz, to ja z tobą.
    Przyciska mnie mocniej do siebie.
    – Przyznam, że całkiem mi to odpowiada. Sama myśl, że mielibyśmy się rozdzielić… – Urywa i śmieje się cicho. – Czy to zabrzmi głupio, jeżeli ci powiem, że wolałbym już raczej umrzeć? Zbyt melodramatycznie?
    – Nie. Wiem, o czym mówisz.
    N a p e w n o czuje to samo co ja. Czy gdyby myślał o mnie po prostu jak o drugim człowieku, a nie jak o kobiecie, mówiłby mi to wszystko?
    Uświadamiam sobie, że po raz pierwszy, od kiedy się spotkaliśmy, jesteśmy całkiem sami – pierwszy raz Jamie śpi za ścianą. Tyle razy nie spaliśmy w nocy, rozmawiając szeptem, opowiadając sobie nasze historie, te radosne i te najstraszniejsze, ale za każdym razem Jamie spał mi na kolanach. A teraz zwykła para zamkniętych drzwi sprawia, że przyspiesza mi oddech.
    – Nie wydaje mi się, żebyśmy na razie potrzebowali dodatkowego łóżka – oznajmiam.
    Czuję na twarzy jego pytające spojrzenie, ale nie potrafię popatrzeć mu w oczy. Wstydzę się, ale jest już za późno. Powiedziałam, co powiedziałam.
    – Nie martw się, zostaniemy tutaj, dopóki nie skończy nam się jedzenie. Sypiałem już na gorszych łóżkach niż ta kanapa.
    – Nie to miałam na myśli – odpowiadam, nadal nie podnosząc wzroku.
    – Łóżko jest twoje, Mel. Nie myśl nawet, że ustąpię.
    – Tego też nie miałam na myśli – mówię ledwo słyszalnym szeptem. – Chodziło mi o to, że ta kanapa będzie dobra dla Jamiego. Minie jeszcze dużo czasu, zanim z niej wyrośnie. Mogłabym spać w łóżku z… tobą.
    Nastaje cisza. Mam ochotę spojrzeć mu w twarz, wyczytać z niej, co o tym myśli, ale jestem zbyt zażenowana. A jeśli wzbudziłam w nim niesmak? Jak ja to zniosę? Każe mi sobie pójść?
    Jego ciepłe, twarde palce unoszą mi delikatnie brodę. Nasze spojrzenia się spotykają. Serce mi łomocze.
    – Mel, ja… – Chyba pierwszy raz widzę, jak przestaje się uśmiechać. Próbuję odwrócić wzrok, ale trzyma mnie za podbródek i nie pozwala spojrzeć gdzie indziej. Czy on nie czuje tego żaru pomiędzy nami? Może tylko sobie coś ubzdurałam? Ale jak to możliwe? Czuję się, jakby pomiędzy nami było płaskie słońce – ściśnięte niczym kwiat między stronicami grubej książki i spalające papier. Czy on czuje coś innego? Coś jest nie tak?
    Po chwili obraca głowę. Teraz to on patrzy gdzie indziej, choć nadal trzyma w palcach mój podbródek. W końcu odzywa się cicho:
    – Melanie, nie myśl, że jesteś mi to winna. Nie jesteś mi nic winna.
    Z trudem przełykam ślinę.
    – Nie mówię, że… Nie chodziło mi o to, że czuję się z o b o w i ą z a n a. I… ty też nie powinieneś. Zapomnij, że w ogóle cokolwiek powiedziałam.
    – Łatwo ci mówić – wzdycha.
    Mam ochotę zniknąć. Poddać się pasożytom i stracić świadomość, jeżeli będzie trzeba, byle tylko wymazać tę straszną pomyłkę. Skreślić ostatnie dwie minuty nawet za cenę wyrzeczenia się przyszłości. Za każdą cenę.
    Jared bierze głęboki oddech. Zastyga na chwilę w bezruchu, zezując na podłogę.
    – Mel, naprawdę nic nie musimy To, że jesteśmy tu razem, że jesteśmy ostatnimi ludźmi na Ziemi… – Brakuje mu słów, chyba jeszcze nigdy wcześniej mu się to nie zdarzyło. – To nie znaczy, że musisz robić cokolwiek, na co nie masz ochoty. Ja nie należę do tych, którzy w takiej sytuacji oczekiwaliby… Nie musisz…
    Ma tak strapiony wyraz twarzy, że odzywam się, choć wiem, że nie powinnam.
    – Nie to miałam na myśli – mamroczę. – Wcale nie uważam, że cokolwiek muszę, i wiem, że nie jesteś z tych. Oczywiście, że nie. Po prostu…
    Po prostu go kocham. Zaciskam zęby, aby nie upokorzyć się jeszcze bardziej. Powinnam sobie natychmiast odgryźć język, zanim wszystko popsuję.
    – Po prostu…? – dopytuje się.
    Próbuję potrząsnąć głową, ale mi nie daje – ciągle ściska palcami mój podbródek.
    – Mel?
    Wyrywam mu się i gwałtownie potrząsam głową.
    Nachyla się w moją stronę i nagle dostrzegam na jego twarzy zupełnie nowy wyraz. Walczy ze sobą – i choć nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi, w jednej chwili opuszcza mnie uczucie odrzucenia i odechciewa mi się płakać.
    – Powiesz mi coś? Proszę? – pyta nieśmiało.
    Czuję na policzku jego oddech. Przez kilka sekund w ogóle nie jestem w stanie myśleć.
    Jego spojrzenie sprawia, że zapominam o wstydzie i o tym, że nie miałam zamiaru się już więcej odzywać.
    – Gdybym miała wybrać kogoś – kogokolwiek – z kim chciałabym się znaleźć na bezludnej planecie, wybrałabym ciebie – szepczę. Słońce między nami praży coraz bardziej. – Chcę być zawsze z tobą. I nie tylko… nie tylko żeby z tobą rozmawiać. Kiedy mnie dotykasz… – Znajduję w sobie odwagę i delikatnie przeciągam palcami po jego ciepłym ramieniu. W moich opuszkach wybucha pożar i od razu rozprzestrzenia się po całym ciele. Jared obejmuje mnie mocniej. Czy on też czuje ten ogień? – Nie przestawaj. – Chciałabym wyrazić się precyzyjniej, ale nie mogę znaleźć właściwych słów. Może i lepiej. Dość już mu wyznałam. – Jeżeli ty tego nie czujesz, to trudno, rozumiem. Może dla ciebie to coś innego. Nie szkodzi.
    Oczywiście to kłamstwo.
    – Ach, Mel – wzdycha mi do ucha i obraca moją twarz ku sobie.
    W ustach ma jeszcze więcej żaru, jeszcze silniejszy płomień. Sama już nie wiem, co robię, ale to teraz nieważne. Jego dłonie zanurzają się w moich włosach, serce zaraz mi eksploduje. Nie mogę oddychać. N i e c h c ę oddychać.
    Ale wtedy odrywa usta od moich i nachyla mi się nad uchem.
    – To był cud, Melanie, więcej niż cud – to, że cię znalazłem. Gdybym teraz miał wybrać między tamtym utraconym światem a tobą, nie potrafiłbym z ciebie zrezygnować. Nawet gdyby to miało ocalić pięć miliardów ludzkich istnień.
    – Nie powinieneś tak mówić.
    – Nie powinienem, ale taka jest prawda.
    – Jared – wzdycham. Próbuję znowu sięgnąć jego ust. On jednak cofa się jakby chciał coś powiedzieć. Co jeszcze?
    – Ale…
    – Ale? – Jakie znowu „ale“? Jak po tym szaleństwie zmysłów można jeszcze zacząć zdanie od „ale“?
    – Ale ty masz siedemnaście lat. A ja dwadzieścia sześć.
    – Co to ma do rzeczy?
    Milczy. Głaszcze mnie wolno po rękach, maluje po nich ogniem.
    – Chyba nie mówisz tego poważnie. – Odchylam się do tyłu, żeby dobrze widzieć jego twarz. – Świat się kończy, a ty się przejmujesz k o n w e n a n s a m i?
    Przełyka głośno ślinę.
    – Większość konwenansów istnieje nie bez powodu, Mel. To by było złe, miałbym poczucie, że cię wykorzystuję. Jesteś bardzo młoda.
    – Nikt już nie jest młody. Jak ktoś przetrwał do dziś, to ma prawo czuć się stary.
    Uśmiech unosi mu jeden z kącików ust.
    – Może i masz rację. Ale nie ma co się z tym tak spieszyć.
    – A na co mamy czekać? – pytam.
    Długo zastanawia się nad odpowiedzią.
    – No wiesz, trzeba się chociażby zastanowić nad kwestiami… praktycznymi.
    Czy to możliwe, że gra ze mną na zwłokę? Tak to w każdym razie wygląda. Unoszę brew w geście zdumienia. Nie mogę uwierzyć, że nasza rozmowa przybrała taki obrót. Jeżeli naprawdę mnie pragnie, to czegoś tu nie rozumiem.
    – Widzisz… – tłumaczy z wahaniem w głosie. Chyba nawet trochę się rumieni pod swoją złocistobrązową opalenizną. – Kiedy gromadziłem tutaj różne zapasy jakoś nie przyszło mi do głowy, że mogę mieć… gościa. Chcę powiedzieć, że… – Znowu przerwał, jednak dalszy ciąg wypowiedział już jednym szybkim tchem. – Nie skupiałem się na środkach antykoncepcyjnych.
    Poczułam, jak marszczy mi się czoło.
    – No tak.
    Z jego twarzy znika uśmiech, a w oczach przez krótką chwilę błyska nawet gniew, jakiego nigdy dotąd u niego nie widziałam. Nadaje mu groźny wygląd, o który zupełnie bym go nie podejrzewała.
    – Nie chciałbym wydać dziecka na taki świat.
    Skuliłam się na samą myśl o małym, niewinnym niemowlęciu, otwierającym oczka na tym padole łez. Wystarczy, że muszę spoglądać w oczy Jamiemu, że wiem, jakie będzie miał tu życie, nawet w najlepszym razie.
    Jared dochodzi do siebie. Znowu delikatnie mruży oczy.
    – Zresztą, mamy mnóstwo czasu, żeby… to przemyśleć. – Znowu gra na zwłokę, myślę. – Zdajesz sobie sprawę, jak krótko jesteśmy razem? To dopiero cztery tygodnie.
    Zamurowało mnie.
    – Niemożliwe – mówię.
    – Dwadzieścia dziewięć dni. Liczę.
    Wracam myślami w przeszłość. To niewiarygodne, że minęło zaledwie dwadzieścia dziewięć dni, odkąd Jared odmienił nasze życie. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że spędziliśmy z nim tyle samo czasu, co wcześniej we dwójkę. Czyli dwa, może trzy lata.
    – Mamy czas – powtarza.
    Na chwilę ogarnia mnie panika, coś jakby złe przeczucie odbiera mi mowę. Jared widzi, że zmienił mi się wyraz twarzy, i przygląda mi się zaniepokojony.
    – Skąd wiesz? – pytam. Uczucie rozpaczy, które zelżało, kiedy go spotkałam, dopada mnie nagle niczym trzaśnięcie bicza. – Nie wiemy, ile mamy czasu. Może miesiące, a może dni lub godziny.
    W odpowiedzi słyszę jego ciepły śmiech. Dotyka ustami mojego zafrasowanego czoła.
    – Nie martw się. Skoro już zdarzył się cud, wszystko będzie dobrze. Nigdy cię nie stracę. Nie pozwolę ci odejść.
    Wróciłyśmy do teraźniejszości – na cienką wstęgę asfaltu wijącą się w spiekocie południa po pustkowiach Arizony – lecz wcale tego nie chciałam. Wpatrywałam się w pustkę przed sobą i czułam podobną pustkę w sobie.
    Usłyszałam w myślach ciche westchnienie Melanie. Nigdy nie wiesz, ile czasu ci zostało.
    Po policzkach ciekły mi nasze wspólne łzy.

Rozdział 9

Odkrycie

    Słońce zaczynało się już chylić ku zachodowi, kiedy wjeżdżałam w pośpiechu na węzeł autostrady stanowej do Tucson. Widziałam tylko białe i żółte linie na jezdni oraz gdzieniegdzie duże zielone tablice kierujące mnie dalej na wschód.
    Nie bardzo jednak wiedziałam, po co właściwie się tak spieszę. Chyba po to, by mieć już to wszystko za sobą. By uwolnić się od bólu, smutku, tęsknoty za utraconą na zawsze miłością. Czy także od tego ciała? Nie przychodziło mi do głowy żadne inne wyjście. Wciąż miałam zamiar zadać Uzdrowicielowi kilka pytań, ale czułam, że tak naprawdę podjęłam już decyzję. Tchórz. Dezerter. Wypróbowywałam w myślach brzmienie tych słów, starając się z nimi oswoić.
    Postanowiłam też, że uchronię Melanie przed Łowczynią, jeżeli tylko znajdę na to jakiś sposób. Będzie to jednak bardzo trudne. Żeby nie powiedzieć – niemożliwe.
    Ale spróbuję.
    Obiecałam jej to, ale nawet mnie nie usłyszała. Ciągle śniła. Jakby się poddała – dopiero teraz, kiedy już na nic się to nie zda!
    Starałam się trzymać z dala od jej snu, od czerwonego kanionu, ale okazało się to bardzo trudne. Koncentrowałam się na przejeżdżających obok autach, wahadłowcach sunących ku lotniskom, wielokształtnych obłokach na niebie, lecz mimo to nie potrafiłam całkiem uwolnić się od jej marzeń. Raz po raz stawała mi przed oczami twarz Jareda, za każdym razem pod innym kątem. Widziałam, jak wiecznie chudy Jamie coraz szybciej rośnie i nabiera ciała. Tak bardzo chciałam wziąć ich w ramiona. Tęsknota sprawiała mi fizyczny ból – ostry jak nóż, przenikliwy, nie do zniesienia. Musiałam jak najszybciej się od tego uwolnić.
    Jechałam ślepo przed siebie wzdłuż wąskiej, dwupasmowej autostrady. Tutejsza pustynia wydawała się jeszcze bardziej martwa i monotonna, plaska i bezbarwna. Będę w Tucson na długo przed kolacją, pomyślałam.
    Kolacja. Dotarło do mnie, że nic jeszcze dzisiaj nie jadłam, co mój żołądek natychmiast skwitował donośnym burczeniem.
    I kolejna myśl – że czeka tam na mnie Łowczyni. Ścisnęło mnie w dołku, a głód momentalnie ustąpił miejsca mdłościom. Odruchowo zdjęłam nogę z gazu.
    Spojrzałam na leżącą na sąsiednim fotelu mapę. Zbliżałam się do zajazdu w miejscowości Picacho Peak. Może tam się zatrzymam i coś zjem. A przy okazji zyskam kilka cennych chwil z dala od Łowczyni.
    Kiedy wymówiłam w myślach tę nieznaną mi nazwę – Picacho Peak – Melanie dziwnie zareagowała. Nie wiedziałam, o co jej chodzi. Czyżby kiedyś już tu była? Zaczęłam szukać jakiegoś wspomnienia, obrazu lub zapachu związanego z tym miejscem, ale nic nie znalazłam. Picacho Peak. Znowu wyczułam jej żywą reakcję, choć starała się to przede mną ukryć. Co znaczyły dla niej te słowa? Nie miałam pojęcia. Zaszyła się we wspomnieniach z dalekich stron, unikając moich pytań.
    Zaciekawiło mnie to. Przyspieszyłam nieco z nadzieją, że może na widok tego miejsca coś sobie przypomnę.
    Na horyzoncie zaczęła się rysować samotna góra – obiektywnie niezbyt duża, lecz dominująca nad otaczającymi ją wzniesieniami. Miała dość niezwykły, przykuwający uwagę kształt. W miarę jak się zbliżałyśmy, Melanie uważnie się jej przypatrywała, choć oczywiście markowała obojętność.
    Dlaczego udawała, że to miejsce wcale jej nie obchodzi, skoro było inaczej? Spróbowałam znaleźć odpowiedź, ale Melanie zaskoczyła mnie swoją mocą. Znowu odgrodziła się niewidzialnym murem. Myślałam, że nie ma już po nim śladu, tymczasem znów stanął mi na drodze i zdawał się jeszcze grubszy niż zwykle.
    Postanowiłam to zignorować. Starałam się nie dopuszczać myśli, że Melanie znowu rośnie w siłę. Skupiłam się na zarysie góry odcinającej się na tle bladego, upalnego nieba. Wyglądał znajomo. Byłam pewna, że gdzieś już ten kształt widziałam, a jednocześnie nie ulegało wątpliwości, że żadna z nas nigdy wcześniej tu nie była.
    Nagle Melanie, jakby chcąc odwrócić moją uwagę, zaczęła intensywnie myśleć o Jaredzie.

    Mrużę oczy, podziwiając ginący za drzewami blask zachodzącego słońca, i dygoczę z zimna, choć mam na sobie kurtkę. Powtarzam sobie, że wcale nie jest tak chłodno, jak mi się wydaje – po prostu moje ciało nie jest przyzwyczajone.
    Nagle czuję na ramionach czyjeś dłonie, lecz nie boję się, mimo że jestem w obcym miejscu i nie słyszałam zbliżających się kroków. Poznaję je od razu, po ciężarze.
    – Łatwo cię zajść od tyłu.
    Nawet w jego głosie zawsze słychać uśmiech.
    – Wiedziałam, że się skradasz, zanim jeszcze zrobiłeś pierwszy krok – odpowiadam, nie odwracając się. – Mam oczy dookoła głowy.
    Ciepłe palce głaszczą mnie po twarzy, od skroni aż po brodę. Moja skóra płonie pod ich dotykiem.
    – Wyglądasz jak driada wśród drzew – szepcze mi do ucha. – Tak piękna, że aż nierzeczywista.
    – Może powinniśmy zasadzić ich więcej wokół domu.
    Wybucha zduszonym śmiechem, a wtedy ja zamykam oczy i szeroko się uśmiecham.
    – Nie trzeba – mówi. – Zawsze tak wyglądasz.
    – Powiedział ostatni mężczyzna na Ziemi do ostatniej kobiety na Ziemi w przededniu rozstania. – W miarę jak wypowiadam te słowa, mój uśmiech gaśnie. W taki dzień jak ten uśmiechy nie trwają długo.
    Jared wzdycha. Czuję na policzku jego oddech, o wiele cieplejszy niż chłodne leśne powietrze.
    – No nie wiem. Jamie mógłby się obrazić.
    – Jamie jest jeszcze chłopcem. Proszę, nie pozwól, żeby coś mu się stało.
    – A co powiesz na taką umowę – proponuje Jared. – Ty nie pozwól, żeby cokolwiek stało się t o b i e, a ja… zrobię, co w mojej mocy. To moje ostatnie słowo.
    To tylko żart, ale nie potrafię się z niego śmiać. Tak naprawdę oboje wiemy, że nie możemy sobie niczego obiecać.
    – Cokolwiek będzie się działo – nalegam.
    – Nic się nie stanie. Nie martw się. – Jego zapewnienia są prawie bez znaczenia. Niepotrzebnie o tym rozmawiamy Ale przynajmniej słyszę jego głos.
    – Dobra.
    Obraca mnie ku sobie, opieram głowę na jego piersi. Nie wiem, do czego porównać jego zapach. Należy tylko do niego, jest zupełnie wyjątkowy, jak jałowiec albo deszcz na pustyni.
    – Nie rozstajemy się na zawsze – obiecuje. – Zawsze cię odnajdę. – Nigdy nie jest zupełnie poważny, więc oczywiście po chwili dodaje: – Nawet jeśli się dobrze schowasz. W grze w chowanego jestem mistrzem.
    – A policzysz najpierw do dziesięciu?
    – Tak, i nie będę podglądał.
    – No dobra – wyrzucam z siebie, nie dając po sobie poznać, że smutek ściska mi gardło.
    – Nie bój się. Wszystko będzie dobrze. Jesteś silna, szybka i mądra – uspokaja mnie, ale pewnie też siebie.
    Dlaczego tam jadę? Szanse na to, że Sharon jest nadal człowiekiem, są przecież bardzo małe.
    Ale kiedy zobaczyłam jej twarz w telewizji, nie miałam żadnych wątpliwości.
    To była zwykła wyprawa po jedzenie, jedna z wielu. Ponieważ czuliśmy się w miarę bezpiecznie, włączyliśmy telewizor i słuchaliśmy go, opróżniając spiżarnię i lodówkę. Programy informacyjne pasożytów są niemiłosiernie nudne, można się z nich tylko dowiedzieć, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. W pewnym momencie moją uwagę przykuły jednak czyjeś włosy – głęboka czerwień, prawie wpadająca w róż, którą widziałam wcześniej tylko u jednej osoby.
    Ciągle mam przed oczami wyraz jej twarzy, to ukradkowe spojrzenie, mówiące: „staram się nie rzucać w oczy, nie zwracajcie na mnie uwagi“. Szła nienaturalnym, odrobinę zbyt szybkim krokiem, chyba za bardzo starając się wyluzować. Wmieszać w tłum.
    Żaden pasożyt by się tak nie zachowywał.
    Co Sharon robi w tak wielkim mieście jak Chicago, spacerując po ulicach jak gdyby nigdy nic? Czy są z nią inni ludzie? Chyba nie mam wyboru. Jeżeli istnieje szansa na kontakt z innymi ludźmi, to trzeba ich odnaleźć.
    I muszę tam jechać sama. Sharon zacznie uciekać na widok kogokolwiek innego – w zasadzie zacznie uciekać także na mój widok, ale może wcześniej zdążę jej wszystko wytłumaczyć. Domyślam się, gdzie ma kryjówkę.
    – A ty? – pytam zachrypłym głosem. Nie wiem, czy moje ciało zniesie moment rozstania. – Będziesz na siebie uważał?
    – Żadna siła nie jest w stanie nas rozdzielić, Melanie.

    Nie zdążyłam nawet złapać oddechu ani otrzeć świeżych łez, a już podsuwała mi kolejne wspomnienie.

    Jamie wtula się w mój bok – nie mieści mi się już pod ramieniem tak jak kiedyś. Musi się trochę zgiąć, długie ręce i nogi sterczą mu na różne strony Ramiona powoli mu mężnieją, ale w tej chwili jest dzieckiem; cały się trzęsie. Jared jest zajęty pakowaniem moich rzeczy do auta. Gdyby tu był. Jamie nie okazałby strachu. Jared mu imponuje. Mały chce być tak samo dzielny jak on.
    – Boję się – mówi cicho.
    Całuję go w czarne jak noc włosy. Nawet tutaj, wśród żywicznej woni strzelistych drzew, pachną pyłem i słońcem pustyni. Jest nieomal częścią mnie, rozdzielić nas to rozedrzeć skórę, którą jesteśmy zrośnięci.
    – Przy Jaredzie nic ci nie grozi. – Muszę robić dobrą minę do złej gry i pokazać, że się nie boję, choć wcale tak nie jest.
    – Wiem. Boję się o c i e b i e. Boję się, że już nie wrócisz. Tak jak tata. Wzdrygam się. Dzień, w którym tata nie wrócił – w przeciwieństwie do jego ciała, które sprowadziło do naszego domu Łowców – był najstraszniejszym i najbardziej bolesnym dniem w całym moim życiu. Co się stanie, jeżeli Jamie znowu będzie musiał przez to przejść?
    – Wrócę. Zawsze wracam.
    – Boję się – powtarza.
    Muszę być dzielna.
    – Obiecuję, że wszystko będzie dobrze. Wrócę. Obiecuję. Przecież wiesz, że nie złamałabym słowa.
    Nie drży już tak mocno. Wierzy mi. Ufa.

    I następne:

    Słyszę ich, są piętro niżej. Znajdą mnie, to kwestia minut, może sekund. Drżącą ręką kreślę na brudnym strzępku gazety pożegnalne słowa. Są prawie nieczytelne, ale jeżeli je znajdzie, na pewno zrozumie.
    „Nie dałam rady. Kocham cię i Jamiego. Nie wracajcie do domu”.
    Nie tylko złamię im serce, lecz także pozbawię schronienia. Przypominam sobie kanion i naszą chatkę. Porzucą ją na zawsze, tak musi być. Jeżeli do niej wrócą, stanie się dla nich grobem. Wyobrażam sobie, że moje ciało wskazuje Łowcom drogę do naszej kryjówki i uśmiecha się, patrząc, jak ładują Jareda i Jamiego do samochodu…

    – Dosyć! – mówię na glos, otrząsając się z bólu. – Dosyć! Wygrałaś! Teraz ja też nie mogę bez nich żyć. Zadowolona? Chyba rozumiesz, że nie mam już zbyt dużego wyboru. Jest tylko jedno wyjście – muszę się ciebie pozbyć. Naprawdę chcesz, żeby umieścili w tobie Łowczynię? – pytam, wzdrygając się na samą myśl, jakbym to ja miała ją w sobie nosić.
    Jest inne wyjście, pomyślała łagodnie Melanie.
    – Czyżby? – zapytałam drwiącym głosem. – Ciekawe jakie.
    Sama zobacz.
    Wzrok miałam wciąż utkwiony w sylwetce skalistej góry. Wyrastała nagle z pustynnej równiny, dominując nad resztą krajobrazu. Powiodłam spojrzeniem po jej nierównym konturze w ślad za Melanie.
    Łagodna krzywa, biegnąca ostro w górę i równie ostro opadająca, potem pnąca się długo w górę, by w końcu znów gwałtownie opaść.
    A więc nie północ i południe, jak to sobie wyobrażałam na podstawie jej wyrywkowych wspomnień, lecz góra i dół.
    Rysunek górskiej grani.
    Linie prowadzące do Jareda i Jamiego. Ta była pierwsza.
    Mogłabym ich odnaleźć.
    Mogłybyśmy, poprawiła mnie Melanie. Nie znasz wszystkich wskazówek. Tak samo jak nie znasz drogi do chatki w kanionie. Nie zdradziłam ci wszystkiego.
    – Nie rozumiem. Jak to działa? Jak g ó r a może nas zaprowadzić do celu? – Tętno skoczyło mi na samą myśl: Jared jest w pobliżu. i Jamie. Na wyciągnięcie ręki.
    Wtedy ujrzałam odpowiedź.

    – To zwykłe gryzmoły. A wuj Jeb ma świra. Jest stuknięty, jak zresztą cała reszta rodziny taty. – Próbuję wydrzeć Jaredowi książkę z rąk, ale nic sobie z tego nie robi.
    – Stuknięty jak mama Sharon? – odparowuje, nie odrywając oczu od czarnych znaków nakreślonych ołówkiem z tyłu starego albumu ze zdjęciami. To jedyna rzecz, której nie zgubiłam przez te wszystkie lata. Nawet rysunek popełniony w czasie ostatnich odwiedzin przez szurniętego wujaszka ma teraz wartość sentymentalną.
    – No dobra, tu mnie masz. – Jeżeli Sharon wciąż żyje, to zapewne dzięki matce, stukniętej cioci Maggie, która mogłaby spokojnie konkurować ze stukniętym wujciem Jebem o tytuł największego świra w świrniętej rodzince Stryderów. Mojego taty jakimś cudem to nie dotknęło – nie mieliśmy za domem tajnego bunkra ani nic z tych rzeczy. Za to jego siostra, ciocia Maggie, oraz bracia, wuj Jeb i wuj Guy, byli specjalistami od rozmaitych teorii spiskowych. Wujek Guy zginął jeszcze przed inwazją, w wypadku samochodowym, tak trywialnym, że nawet Maggie i Jeb nie doszukali się w tym intrygi.
    Tata zawsze nazywał ich pieszczotliwie „Czubkami“. Mówił: „Chyba czas już odwiedzić Czubków”, na co mama zawsze reagowała głośnym jękiem. Pewnie dlatego nie wypowiadał tych słów zbyt często.
    Pewnego razu, kiedy gościliśmy u nich w Chicago, Sharon pokazała mi kryjówkę swojej mamy. Przyłapano nas – ciotka umieściła tam mnóstwo pułapek. Sharon dostała wtedy niezłą burę, a ja musiałam przysiąc, że dochowam tajemnicy. Mimo to przeczuwałam, że ciocia Maggie na wszelki wypadek przeniesie kryjówkę w nowe miejsce.
    Ale pamiętam, jak trafić do starej. Próbuję sobie wyobrazić, że Sharon tam teraz mieszka, w sercu wrogiego miasta, zupełnie jak ta słynna Żydówka, Anna Frank. Muszę ją znaleźć i zabrać do domu.
    – To właśnie ci wszyscy obłąkańcy mieli największe szanse na przeżycie – przerywa moje rozmyślania Jared. – Ludzie, którym się wydawało, że są obserwowani, jeszcze zanim zaczęto się to dziać naprawdę. Ci, którzy podejrzewali resztę ludzkości, zanim zaczęła stanowić zagrożenie. I przygotowali sobie kryjówki. – Uśmiecha się, wciąż wpatrzony w tajemnicze linie. Po chwili jednak poważnieje. – Tak jak mój ojciec. Gdyby on i moi bracia ukryli się, zamiast stawiać opór… pewnie by żyli.
    Słysząc ból w jego głosie, łagodzę ton.
    – No dobrze, zgoda co do teorii. Ale to nie zmienia faktu, że te linie n i c n i e z n a c z ą.
    – Powtórz dokładnie, co mówił, kiedy je rysował.
    Wzdycham.
    – Kłócili się – wuj Jeb i mój tata. Wuj Jeb próbował go przekonać, że dzieje się coś niedobrego i że nikomu nie wolno ufać. Tata go wyśmiał. Wuj chwycił album i ołówek i zaczął… prawie ryć te linie w okładce. Tata się wściekł, mówił, że mama będzie zła, jak się dowie. Wuj Jeb upierał się przy swoim: „Mama Lindy nagle zaprosiła was wszystkich do siebie, nie? Ni stąd, ni zowąd. I żdziebko się zmartwiła, jak usłyszała, że Linda przyjdzie sama. To chyba trochę dziwne, nie? Słuchaj, Trev, szczerze powiedziawszy, zdziwię się, jeżeli Lindę cokolwiek będzie w stanie wyprowadzić z równowagi, kiedy już wróci. Oczywiście będzie udawać, ale poznasz, że coś jest nie tak”. Wtedy wydawało się to zupełnie bezsensowną gadaniną. Tata się wkurzył i kazał mu sobie iść. Ale wujek nie chciał. Powtarzał nam, żebyśmy się ocknęli, dopóki nie jest za późno. Złapał mnie za ramię, przyciągnął do siebie i wyszeptał: „Nie pozwól, skarbie, żeby cię dopadli. Idź za tymi liniami. Zacznij od początku i cały czas ich się trzymaj. Wujek Jeb będzie na ciebie czekał”. Wtedy tata wyrzucił go za drzwi.
    Jared pokiwał głową w zamyśleniu, nie odrywając wzroku od rysunków.
    – Początek… początek… To musi coś znaczyć.
    – Wcale nie musi. Jared, to zwykłe bazgroły, a nie żadna mapa. Te linie nawet się nie łączą.
    – Ale ta pierwsza nie daje mi spokoju. Wygląda znajomo. Daję głowę, że gdzieś już to widziałem.
    Wzdycham.
    – Może powiedział cioci Maggie. Może ona ma dokładniejsze wskazówki.
    – Może – odpowiada i dalej wpatruje się w okładkę albumu.

    Kolejne wspomnienie było dużo starsze. Melanie sama wróciła do niego pierwszy raz całkiem niedawno. Ze zdumieniem uświadomiłam; sobie, że dopiero jakiś czas temu połączyła ze sobą te dwa wspomnienia – stare i nowe. Byłam już w niej, kiedy to się stało. Właśnie dlatego linie przedostały się wbrew jej woli do mojej świadomości, choć należały przecież do najcenniejszych sekretów. Była poruszona tym odkryciem, zbyt mocno je przeżywała.
    Owo drugie wspomnienie było bardziej mgliste. Melanie siedziała u taty na kolanach, trzymając w dłoniach ten sam album. Wówczas byt w nieco lepszym stanie. Miała malutkie rączki, paluszki jak serdelki. Czułam się dziwnie, wspominając dzieciństwo.
    Byli na pierwszej stronie.

    – Pamiętasz, gdzie to jest? – pyta tata, wskazując stare, poszarzałe zdjęcie u góry strony. Wydaje się cieńsze od innych, pewnie zrobił je dawno, dawno temu jakiś prapradziadek i od tamtego czasu bardzo się wytarło.
    – Stamtąd pochodzi nasza rodzina – odpowiadam tak, jak mnie nauczono.
    – Właśnie. To stare ranczo Stryderów. Bytaś tam raz, ale założę się, że tego nie pamiętasz. Miałaś wtedy chyba półtora roku. – Tata zaczyna się śmiać. – To od zawsze była nasza ziemia.

    I wreszcie wspomnienie samego zdjęcia. Oglądała je tysiące razy, a jednocześnie nigdy nie widziała tego miejsca na własne oczy. Czarnobiała, mocno wyblakła fotografia. Mały, drewniany wiejski domek, widziany z daleka. Na pierwszym planie ogrodzenie z drewnianych bali, między nim a domem kilka koni. I wreszcie ten wyraźny, znajomy kształt…
    Na białej ramce u góry widniał podpis ołówkiem:
    Ranczo Stryderów, 1904 r., rankiem w cieniu…
    – Picacho Peak – dokończyłam na głos.
    On na pewno znalazł to miejsce, nawet jeśli nie było tam Sharon. Jared to rozgryzł, jestem tego pewna, jest bystrzejszy ode mnie, no i ma album. Na pewno domyślił się, o co w tym chodzi, wcześniej niż ja. Może tam teraz jest. To tak blisko…
    Ogarnęły ją takie emocje, że po niewidzialnym murze nie było już śladu.
    Wtedy zobaczyłam całą ich wędrówkę przez bezdroża, zawsze nocą, w nierzucającym się w oczy kradzionym samochodzie. Minęły tygodnie, zanim dotarli do celu. Później ukazało mi się miejsce ich rozstania – leśna głusza za miastem, tak różna od pustynnego krajobrazu, do którego przywykli. W pewnym sensie ten chłodny las, tymczasowa kryjówka Jareda i Jamiego, wydawał się bezpieczniejszy, bo drzewa były tu gęste i stanowiły lepszą osłonę niż rzadkie pustynne listowie. Był też jednak groźniejszy z powodu obcych dźwięków i zapachów.
    Potem rozstanie, tak bolesne, że od razu przeskoczyłyśmy dalej. Następnie opuszczony budynek. Obserwowała z niego dom po drugiej stronie ulicy. Właśnie tam miała nadzieję znaleźć Sharon, ukrytą w piwnicy.
    Nie powinnaś tego widzieć, pomyślała Melanie. Jej cichutki głos zdradzał zmęczenie. Fala wspomnień, dyskusje, groźby – wszystko to ją zmogło. Powiesz im, gdzie ją znaleźć. Ją też zabijesz.
    – Tak – powiedziałam na głos, zamyślona. – To mój obowiązek.
    Ale dlaczego? – wymamrotała sennie, jakby miała zaraz usnąć. Co będziesz z tego miała?
    Nie miałam ochoty się z nią kłócić, więc milczałam.
    Góra była coraz bliżej, coraz większa. Lada chwila będziemy u jej zboczy. Widziałam z daleka nieduży zajazd – sklep i bar, a obok nich betonowy plac pod przenośne domy. Obecnie było ich tam niewiele; nieznośny upal nadchodzącego lata robił swoje.
    Co dalej? Zatrzymać się na późny lunch albo wczesną kolację? A może zatankować i ruszyć w dalszą drogę, dotrzeć czym prędzej do Tucson i powiedzieć Łowczyni, czego się dowiedziałam?
    Ta ostatnia myśl była tak wstrętna, że zacisnęłam usta i powstrzymałam odruch wymiotny pustego żołądka. Instynktownie wcisnęłam stopą hamulec, zatrzymując auto z piskiem opon na środku jezdni. Szczęśliwie nikt za mną nie jechał, bo spowodowałabym wypadek. Autostrada była pusta jak okiem sięgnąć. Prażony słońcem asfalt migotał w gorącym powietrzu.
    Słuszna przecież myśl o dokończeniu podróży, zrobieniu tego, co do mnie należało, sprawiła, że poczułam się zdrajczynią. Nie rozumiałam dlaczego. W pierwotnym języku dusz, używanym tylko na naszej rodzimej planecie, nie istniały słowa „zdrada” czy „zdrajca”. Nie było nawet wyrazu „lojalność” – nie było nam potrzebne, skoro nie istniało jego przeciwieństwo.
    Lecz mimo to na samą myśl o spotkaniu z Łowczynią ogarniało mnie przemożne poczucie winy. Zrobię coś złego, mówiąc jej, czego się dowiedziałam. Złego? Niby czemu? – odparowałam wściekle sama sobie. Jeżeli się teraz zatrzymam i posłucham bałamutnych rad żywiciela, to właśnie będzie prawdziwa zdrada. Nie mogę tak postąpić. Jestem duszą.
    Ale co z tego, skoro wiedziałam, czego pragnę – bardziej niż czegokolwiek innego we wszystkich poprzednich ośmiu życiach. Gdy mrugnęłam oślepiona słońcem, mignęła mi twarz Jareda. Tym razem wspomnienie nie należało do Melanie, lecz do mnie. Nie podsuwała mi już żadnych obrazów. Ledwie czułam jej obecność. Jakby z zapartym tchem czekała aż podejmę decyzję.
    Nie potrafiłam oddzielić się od tego ciała i jego pragnień. Stało się mną, a przecież nie tak to sobie wyobrażałam. Czyje to były pragnienia – moje czy ciała? I czy takie rozróżnienie miało jeszcze sens?
    W lusterku wstecznym mignął mi słoneczny refleks na samochodzie w oddali.
    Wcisnęłam gaz i ruszyłam z wolna w stronę sklepiku w cieniu wzgórza. Mogłam zrobić tylko jedno.

Rozdział 10

Zakręt

    Dzwonek oznajmił sklepikarzowi przybycie nowego klienta. Zawahałam się i schowałam głowę za półką z towarami.
    Nie zachowuj się jak przestępca, poradziła Melanie.
    Przecież nim jestem, odparłam dobitnie.
    W środku było dość gorąco. Dłonie miałam jednak chłodne, pokryte warstewką potu. Hałaśliwa klimatyzacja nie dawała sobie rady ze słońcem prażącym przez szerokie okna.
    Którą? – zapytałam w myślach.
    Tę większą, usłyszałam w odpowiedzi.
    Wzięłam większą z dwóch toreb – płócienną, z długim paskiem, mogącą na oko pomieścić dużo więcej, niż byłam w stanie unieść. Następnie skierowałam się w stronę półek z butelkowaną wodą.
    Damy radę unieść trzy galony, oznajmiła. To oznacza, że mamy trzy dni, żeby ich odszukać.
    Wzięłam głęboki oddech, próbując sobie wmówić, że wcale nie mam takiego zamiaru, że chcę tylko wydobyć z niej więcej informacji. Kiedy już będę wiedziała co trzeba, znajdę kogoś – może innego Łowcę, mniej odpychającego – i wszystko mu przekażę. Po prostu chcę się upewnić, tłumaczyłam sobie.
    Moje nieudolne próby okłamania samej siebie były tak żałosne, że Melanie ani trochę się nimi nie przejęła. W ogóle nie zwracała na nie uwagi. Chyba było już dla mnie za późno. Łowczyni słusznie mnie przestrzegała. Może trzeba było polecieć do Tucson wahadłowcem.
    Za późno? Dobre sobie, żachnęła się Melanie. Nie umiem sprawić, żebyś zrobiła coś, czego nie chcesz. Nie mogę nawet ruszyć ręką! Była wyraźnie sfrustrowana.
    Spojrzałam na ręce – istotnie, nie sięgały po wodę, choć bardzo tego chciała. Czekały wsparte na biodrach. Wyczuwałam jej zniecierpliwienie, rozpaczliwe pragnienie działania. Chciała być z powrotem z dala od cywilizacji, jak gdyby moje istnienie było jedynie krótkim przerywnikiem, zmarnowanym czasem, który ma już za sobą.
    Skwitowała moją refleksję myślowym odpowiednikiem prychnięcia, po czym wróciła do bieżących spraw. No dalej, pospieszała mnie. Ruszmy się stąd! Niedługo się ściemni.
    Westchnęłam ciężko i zdjęłam z półki największą zgrzewkę wody. Ważyła tyle, że zanim chwyciłam ją drugą ręką od dołu, prawie gruchneła o podłogę. Ramiona niemal wypadły mi ze stawów, a przynajmniej tak się poczułam.
    – Chyba żartujesz! – wykrzyknęłam na głos.
    Zamknij się!
    – Słucham? – zainteresował się inny klient, niski, zgarbiony mężczyzna przy drugim końcu regalu.
    – Yy… nic, nic – wymamrotałam, nie spoglądając mu w twarz. – To cięższe, niż sądziłam.
    – Może pomogę? – zaproponował.
    – Nie, nie – odparłam pospiesznie. – Wezmę mniejszą zgrzewkę. Mężczyzna popatrzył z powrotem na stojak z chipsami.
    A właśnie, że nie, odezwała się Melanie. Nosiłam już cięższe rzeczy. Trochę nas zaniedbałaś, Wagabundo, dodała poirytowana.
    Wybacz, odparłam machinalnie, zbita z tropu tym, że po raz pierwszy nazwała mnie po imieniu.
    Używaj nóg.
    Znalazłam w sobie siłę, żeby podnieść zgrzewkę, choć zastanawiało mnie, jak długo dam radę ją nieść. Na początek dotargałam ją do kasy. Z wielką ulgą odstawiłam ją na ladę, po czym położyłam na wodzie torbę, Dorzuciłam jeszcze paczkę batonów musli, pudełko pączków i torebkę chipsów ze stojaka przy kasie.
    Na pustyni woda jest dużo ważniejsza niż jedzenie, a możemy zabrać tylko tyle, ile…
    Jestem głodna, przerwałam jej. Są lekkie.
    To ty to będziesz dźwigać, skwitowała z wyrzutem, po czym dodała: Weź mapę.
    Sięgnęłam po tę, którą chciała – topograficzną mapę okolicy – i położyłam ją na ladzie obok reszty zakupów, choć czułam, że Melanie robi to jedynie dla niepoznaki.
    Kasjer, siwowłosy mężczyzna z uczynnym uśmiechem, sczytał z towarów kody kreskowe.
    – Wybieramy się na małą wycieczkę? – zapytał przyjaznym tonem.
    – To bardzo piękna góra.
    – Wejście na szlak jest zaraz za… – zaczął, unosząc dłoń.
    – Na pewno znajdę – ucięłam, zabierając z lady ciężką, źle wyważoną torbę.
    – Zejdź na dół, zanim się ściemni, dziecko. Wieczorem łatwo się zgubić.
    – Oczywiście.
    Miły starszy pan napędził Melanie nie lada strachu.
    Po prostu był życzliwy. Naprawdę się o mnie martwi, stwierdziłam.
    Jesteście dziwaczni, odparła cierpko. Nikt ci nigdy nie mówił, żebyś nie rozmawiała z obcymi?
    W naszym świecie nikt nie jest obcy, odparłam i nagle ogarnęło mnie głębokie poczucie winy.
    Nie mogę się przyzwyczaić, że nie trzeba za nic płacić, powiedziała, zmieniając temat. Po co w ogóle sczytują kody?
    Chodzi o inwentaryzację. Przecież przy następnym zamówieniu nie będzie pamiętał, ile czego wzięliśmy. Poza tym na co komu pieniądze, skoro wszyscy są w stu procentach uczciwi? Przerwałam, bo znowu ogarnęły mnie wyrzuty sumienia tak silne, że aż bolesne. Wszyscy oprócz mnie, oczywiście.
    Melanie się wycofała, zaniepokojona tym natężeniem uczuć. Bała się, że mogę zmienić zdanie. Zaczęła znowu myśleć o tym, by jak najprędzej ruszyć w drogę. Jej niepokój szybko mi się udzielił i przyspieszyłam kroku.
    Zaniosłam zakupy do samochodu i postawiłam je obok drzwi pasażera.
    – Pomogę pani.
    Poderwałam wzrok i zobaczyłam mężczyznę ze sklepu z plastikową torbą w ręku.
    – O… dziękuję – wydusiłam z siebie po chwili. Uszy wypełniało mi miarowe tętnienie krwi.
    Mężczyzna podniósł torbę i włożył ją do auta. Melanie czekała w napięciu, jakby gotując się do ucieczki.
    Nie ma się czego obawiać. Po prostu jest uprzejmy.
    Nadal przyglądała mu się nieufnie.
    – Dziękuję – powtórzyłam, gdy zamknął drzwi.
    – Nie ma sprawy. Cieszę się, że mogłem pomóc.
    Odszedł w stronę własnego samochodu, nie oglądając się ani razu. Wdrapałam się na siedzenie kierowcy i chwyciłam paczkę chipsów.
    Otwórz mapę, powiedziała. Poczekaj, aż się oddali.
    Nikt na nas nie patrzy, zapewniłam ją. Ale westchnęłam i rozpostarłam mapę, jedną ręką jedząc chipsy. Rozeznanie się w terenie nie było wcale złym pomysłem.
    W którą stronę idziemy? – zapytałam. Znalazłyśmy punkt startowy, co teraz?
    Rozejrzyj się, poleciła. Jeżeli nie znajdziemy jej tutaj, sprawdzimy południowe zbocze.
    Jeżeli nie znajdziemy czego?
    W odpowiedzi podsunęła mi obraz zygzakowatej linii – cztery ostre wierzchołki, piąty dziwnie zaokrąglony, jakby złamany. Tym razem wiedziałam, jak to odczytać – widziałam łańcuch górski z czterema grzbietami spiczastymi i jednym łagodnym…
    Przebiegłam wzrokiem po linii północnego horyzontu, ze wschodu na zachód. Dostrzegłam zygzak z taką łatwością, że w pierwszej chwili nie byłam pewna, czy sobie tego nie uroiłam, czy nie zmieniłam kształtu linii pod wpływem tego, co zobaczyłam.
    Jest, zawołała z podnieceniem Melanie, prawie śpiewając. Ruszajmy! Chciała, żebym od razu wysiadła z auta i tam poszła.
    Potrząsnęłam głową, ponownie studiując mapę. Te góry były bardzo daleko – nie potrafiłam nawet określić, ile mil stąd. Nie zamierzałam maszerować przez pustynię, chyba że nie miałabym wyjścia.
    Mądrzej będzie pojechać, zaproponowałam, wodząc palcem wzdłuż nitki na mapie – bezimiennej drogi odchodzącej od autostrady parę mil na wschód od nas i biegnącej mniej więcej w kierunku gór.
    Oczywiście, od razu przyznała mi rację. Im szybciej, tym lepiej.
    Szybko znalazłyśmy drogę. Okazała się zaledwie piaszczystą ścieżką szeroką na jedno auto, ciągnącą się pośród rzadko rozrzuconych pustynnych krzaków. Pomyślałam, że na bardziej zielonych obszarach podobna droga już dawno by zarosła. W poprzek wjazdu na dwóch drewnianych słupkach wisiał zardzewiały łańcuch. Po jednej stronie był umocowany na stałe, a po drugiej luźno przyczepiony. Zdjęłam go szybko i zwinęłam na ziemi, po czym wskoczyłam do auta, nie czekając, aż zjawi się kolejny kierowca skory do pomocy. Wjechawszy na ścieżkę, wyskoczyłam z samochodu i prędko założyłam łańcuch z powrotem. Droga była pusta.
    Kiedy asfaltowa szosa zniknęła w tyle, w końcu się odprężyłyśmy. Być może nie będę już musiała nikogo oszukiwać, czy to kłamiąc, czy milcząc. Myśl o tym sprawiała mi ulgę. W samotności nie czułam się tak bardzo inna.
    Melanie tymczasem czuła się na pustkowiu jak w domu. Znała nazwy wszystkich roślin dookoła. Nuciła je sobie, witając się z nimi jak ze starymi znajomymi.
    Krzew kreozotowy, fukieria, opuncja, meskit…
    Z dala od autostrady i zdobyczy cywilizacji pustynia nabierała dla niej zupełnie nowego znaczenia. Była zadowolona, że siedzimy w pędzącym aucie – co prawda słabo przystosowanym do jazdy terenowej, o czym przypominały nam co chwila wstrząsy – ale zarazem miała ochotę chodzić, biegać. Czuła się tu bezpiecznie.
    Byłam przekonana, że prędzej czy później – dla mnie na pewno zbyt prędko – będziemy musiały pójść piechotą. Nie sądziłam jednak, żeby Melanie znalazła wówczas ukojenie. Wiedziałam bowiem, czego naprawdę pragnie. Chodziło jej o wolność. Chciała znów sama ruszać ciałem w znajomym rytmie długich kroków; decydować o tym, czy iść, czy stać. Wyobraziłam sobie na chwilę niewolę, jaką jest życie bez ciała. Jak by to było – znajdować się wewnątrz cielesnej powłoki, lecz nie mieć nad nią władzy. Nie móc decydować o niczym. Być w potrzasku.
    Otrząsnęłam się i skupiłam ponownie na wyboistej drodze, próbując odegnać przerażenie zabarwione współczuciem. Żaden żywiciel nie przyprawił mnie nigdy o takie wyrzuty sumienia z powodu tego, czym jestem. Inna sprawa, że żaden nigdy się przede mną nie bronił i nie narzekał na swój los.
    Słońce chyliło się już nad wierzchołkami zachodnich wzgórz, gdy wywiązała się między nami pierwsza kłótnia. Długie cienie na drodze układały się w dziwne wzory i coraz trudniej było mi omijać dziury i kamienie.
    Jest! – zawołała Melanie, widząc na wschodzie kolejne pasmo gór: łagodne wzniesienie, z którego wyrastała nagle, niczym palec na tle nieba, długa, wąska skała.
    Zapragnęła natychmiast skręcić w tamtą stronę, nie myśląc o stanie podwozia.
    Może powinnyśmy najpierw dotrzeć do pierwszego punktu orientacyjnego, zauważyłam. Piaszczysta droga przed nami wiła się mniej więcej we właściwym kierunku, a ja bardzo się bałam z niej zjeżdżać. Jak znalazłabym drogę powrotną? Przecież chyba miałam zamiar wrócić?
    Słońce zetknęło się z ciemną, zygzakowatą linią horyzontu i nagle stanął mi przez oczami obraz Łowczyni. Co sobie pomyśli, gdy się nie zjawię? Roześmiałam się na głos w przypływie radości. Również Melanie cieszyła myśl, że Łowczyni wpadnie w furię. Jak szybko dotrze do San Diego, by się upewnić, czy nie był to tylko wybieg z mojej strony, czy nie chciałam się jej pozbyć na jakiś czas? I co zrobi, gdy się okaże, że nie ma mnie tam? Że nie ma mnie nigdzie?
    Szkoda tylko, że sama nie wiedziałam, gdzie wtedy będę.
    Spójrz, wyschnięty strumień. Samochód akurat się zmieści. Jedźmy tam, nalegała Melanie.
    Chyba jeszcze za wcześnie na to, żebyśmy skręcały.
    Zaraz się ściemni i będzie trzeba się zatrzymać. Marnujesz czas! – krzyczała na mnie w myślach, wściekła.
    Albo go oszczędzam, jeżeli to ja mam rację. Poza tym to przecież mój czas, prawda?
    Nie odpowiedziała słowami, ale rzucała się w mojej głowie i czułam jak bardzo pragnie zawrócić.
    To ja tu przyjechałam i ja decyduję.
    Melanie zagotowała się ze złości, lecz nic nie odpowiedziała. Pokażesz mi pozostałe linie? – zasugerowałam. Spróbujmy ich poszukać, zanim się ściemni.
    Nie, odfuknęła. O tym to ja decyduję.
    Zachowujesz się jak dziecko.
    Znowu milczała. Jechałam dalej w kierunku czterech ostrych szczytów. Melanie cały czas się dąsała.
    Słońce zniknęło za wzgórzami i szybko zapadła noc. Pomarańczowa pustynia w jednej chwili poczerniała. Zwolniłam, szukając po omacku włącznika świateł.
    Oszalałaś? – syknęła Melanie. Masz pojęcie, jak się będziemy rzucać w oczy? Od razu nas ktoś zobaczy.
    W takim razie co robimy?
    Sprawdźmy, czy fotel da się rozłożyć.
    Zwlekałam z wyłączeniem silnika. W myślach szukałam sposobu na uniknięcie noclegu w mrokach pustyni. Melanie czekała cierpliwie. Wiedziała, że nic nie wymyślę.
    Wiesz co, to jedno wielkie szaleństwo, oznajmiłam. Wyłączyłam silnik i wyjęłam kluczyki ze stacyjki. Założę się, że nikogo tam nie ma. Nic nie znajdziemy, tylko zgubimy się na amen. Miałam jako takie pojęcie o tym, że wędrówką w głąb upalnej pustyni bez planu awaryjnego i bez drogi powrotu narażamy się na niebezpieczeństwo. Melanie na pewno rozumiała to jeszcze lepiej, ale nic nie mówiła.
    Moje rozterki pozostały bez odpowiedzi. Mało ją obchodziły. Nie robiły na niej większego wrażenia. Wolała już do końca życia błąkać się samotnie po pustyni niż wrócić do świata, w którym żyła przez ostatnie kilka miesięcy. Nawet gdyby nie musiała się obawiać Łowczyni, wybór był dla niej oczywisty.
    Opuściłam oparcie fotela najniżej, jak się dało. Nie miało to jednak wiele wspólnego z wygodą. Wątpiłam, czy uda mi się zasnąć. Unikałam też myślenia o tylu różnych rzeczach; umysł wypełniła mi nudna pustka. Melanie milczała.
    Zamknęłam oczy. Ciemności pod powiekami niewiele się różniły od mroków bezksiężycowej nocy. Sen przyszedł nadspodziewanie łatwo.

Rozdział 11

Pragnienie

    – No dobrze! Miałaś rację, miałaś rację! – przyznałam na głos. I tak nikt mnie nie słyszał.
    Melanie nie powiedziała „a nie mówiłam”. W każdym razie nie słowami. Czułam, że oskarża mnie milcząco.
    Nadal nie miałam ochoty wychodzić z auta, mimo że było już bezużyteczne. Chwilę wcześniej skończyła się benzyna – samochód potoczył się jeszcze kawałek siłą rozpędu i ugrzązł w płytkim rowie wydrążonym przez ulewny deszcz. Spojrzałam przez szybę na bezkresną równinę i poczułam w żołądku skurcz paniki.
    Wagabundo, musimy ruszać. Zaraz zrobi się jeszcze goręcej.
    Gdybym nie zmarnowała ćwierci baku, uparcie brnąc w stronę drugiego punktu orientacyjnego – dopóki nie okazało się, że straciłam z oczu trzeci i muszę zawrócić – byłybyśmy dużo bliżej celu. Przeze mnie musiałyśmy teraz iść pieszo.
    Załadowałam wodę do torby, butelka po butelce, przeciągając każdy ruch. Następnie dorzuciłam ostatnie batoniki, także bez pośpiechu. Melanie przez cały ten czas podrygiwała zniecierpliwiona. Nie mogłam się przez to na niczym skupić. Na przykład na tym, co z nami teraz będzie.
    Szybciej, szybciej, szybciej, powtarzała, dopóki nie wygramoliłam się z auta. Przy prostowaniu poczułam ból w plecach. Nie od ciężaru torby, lecz od spania w niewygodnej pozycji. Torba nie wydawała się już taka ciężka, moje ramiona zdążyły się do niej przyzwyczaić.
    Zakryj samochód, poleciła Melanie, podsuwając mi obraz mnie, jak zrywam cierniste gałęzie z pobliskich krzaków i maskuję nimi srebrną karoserię.
    – Po co?
    Żeby nikt nas nie znalazł, odparta tonem reprymendy.
    A może ja chcę, żeby nas znaleziono? Co, jeśli nie ma tam nic prócz słońca i piasku? Nie mamy jak wrócić do domu!
    Do domu? – zapytała, bombardując mnie ponurymi obrazami: pustego mieszkania w San Diego, paskudnej miny Łowczyni, kropki na mapie podpisanej „Tucson”… Nie wiedzieć czemu mignął mi też w głowie obraz o wiele przyjemniejszy – czerwonego kanionu. Czyli niby dokąd?
    Odwróciłam się od samochodu, nie zważając na jej rady. I tak już zabrnęłam w to za daleko. Nie miałam zamiaru pozbywać się ostatniej szansy powrotu. Może ktoś znajdzie samochód, a potem mnie. Będę mogła łatwo i szczerze wyjaśnić, skąd się tu wzięłam. Zbłądziłam. Straciłam orientację… głowę… rozum.
    Ruszyłam wzdłuż piaszczystego szlaku długimi krokami, w naturalnym dla mojego ciała rytmie. Zupełnie innym, niż gdy chodziłam po chodnikach San Diego do pracy i z powrotem. Miałam wrażenie, że to w ogóle nie mój chód. Pasował jednak do nierównego terenu, dzięki czemu poruszałam się nadspodziewanie szybko.
    – Co by było, gdybym tędy nie jechała? – zastanawiałam się, idąc w głąb pustyni. – Co by było, gdyby Uzdrowiciel Fords został w Chicago? Gdybyśmy nie znalazły się tak blisko nich?
    Właśnie przez kuszącą myśl, że Jared i Jamie mogą g d z i e ś tu być, nie potrafiłam się oprzeć temu szalonemu pomysłowi.
    No nie wiem, odezwała się Melanie. Chyba i tak bym spróbowała. Nie chciałam robić tego przy innych duszach, bo się bałam. Zresztą ciągle się boję. Zaufałam ci; teraz mogą przeze mnie zginąć.
    Obie wzdrygnęłyśmy się na samą tę myśl.
    Ale skoro byłyśmy tak blisko… Po prostu musiałam spróbować. Proszę – nagle popadła w błagalny ton, bez cienia urazy ani złości – proszę, nie pozwól, aby stała im się z tego powodu krzywda. Proszę.
    – Wcale tego nie chcę… Nie wiem, czy w ogóle potrafiłabym do tego dopuścić. Już chyba byłoby lepiej…
    No właśnie, gdyby co? Gdybym sama umarła? Lepsze to niż wydać Łowcom kilku ludzkich niedobitków?
    Znów obie zadrżałyśmy na tę myśl. Tyle że mnie moja reakcja przerażała, a ją cieszyła.
    Kiedy szlak zaczął zanadto skręcać na północ, Melanie zaproponowała, żebyśmy z niego zboczyły i ruszyły prosto do trzeciego punktu orientacyjnego – wschodniej skały, która jak palec wskazywała na bezchmurne niebo.
    Ani mi się śniło. Podobnie jak wcześniej nie chciałam zostawiać auta. Szlak mógł mnie zaprowadzić z powrotem do drogi, a droga na autostradę. Dzieliło nas od niej wiele mil, droga powrotna zajęłaby parę dni, ale przynajmniej wiedziałabym, dokąd idę.
    Więcej wiary, Wagabundo. Znajdziemy wuja Jeba albo on znajdzie nas.
    O ile w ogóle żyje, dodałam i westchnęłam, schodząc z bezpiecznej ścieżki w zarośla, wszędzie jak okiem sięgnąć jednakowe. My nie znamy czegoś takiego jak wiara. Nie wiem, czy to kupuję.
    To może chociaż zaufanie?
    Tobie mam zaufać? – zaśmiałam się. Gorące powietrze piekło mi gardło przy każdym wdechu.
    Pomyśl tylko, odparła, zmieniając temat. Może jeszcze dzisiaj się z nimi zobaczymy.
    Tęskniłyśmy obie; niezależnie od siebie przywołałyśmy obraz dwóch twarzy, mężczyzny i chłopca. Przyspieszyłam kroku, nie do końca pewna, czy w pełni nad tym panuję.
    Rzeczywiście, zrobiło się goręcej. A po jakimś czasie – jeszcze goręcej.
    Włosy przykleiły mi się do spoconej głowy, bladożółta koszulka lepiła się nieprzyjemnie do ciała. Po południu nadeszły gorące podmuchy wiatru, sypiąc piaskiem w twarz. Upalne powietrze wysuszało mi skórę, pokrywało włosy piachem, nadymało zesztywniałą od zaschłej soli koszulkę. Szłam przed siebie.
    Sięgałam po wodę częściej, niż chciała tego Melanie. Żałowała mi każdego łyka, zapewniając, że jutro będę jeszcze bardziej spragniona. Nie miałam jednak ochoty się jej słuchać, tym bardziej że dość już dzisiaj ustąpiłam. Piłam, gdy mi się chciało, czyli praktycznie co chwila.
    Nogi same niosły mnie przed siebie. Ciszę wypełniał rytmiczny chrzęst kroków, cichy i jednostajny.
    Nie było na czym zawiesić oka. Wszystkie łamliwe, powykręcane krzaki wyglądały tak samo. Monotonia pustynnego krajobrazu działała na mnie usypiająco. Widziałam jedynie sylwetki gór na tle bladego, wypranego nieba. Co pewien czas przemykałam wzrokiem po ich kształtach, aż w końcu znałam je tak dobrze, że mogłabym je narysować z zamkniętymi oczami.
    Krajobraz sprawiał wrażenie zastygłego w bezruchu. Szukałam czwartego punktu, który Melanie pokazała mi dopiero dziś rano – dużego, kopulastego szczytu z okrągłym ubytkiem, jakby ktoś wydłubał kawałek skały łyżką do lodów. Rozglądałam się za nim co chwila, jak gdyby coś się mogło zmienić od ostatniego kroku. Miałam nadzieję, że to ostatni punkt, nie wiedziałam bowiem, jak daleko uda nam się dojść. Przeczuwałam jednak, że Melanie ukrywa przede mną coś jeszcze, że cel naszej wędrówki jest beznadziejnie odległy.
    Co jakiś czas sięgałam po batonik, aż w pewnej chwili uświadomiłam sobie, że właśnie nieopatrznie zjadłam ostatni.
    Noc zapadła tuż po zachodzie słońca, równie szybko jak zeszłego dnia. Melanie była na to przygotowana, od jakiegoś czasu wyglądała już miejsca na postój.
    Tutaj, oznajmiła. Jak najdalej od kaktusów. Wiercisz się w nocy.
    Przyjrzałam się w niknącym świetle niegroźnemu na pierwszy rzut oka kaktusowi i zadrżałam. Był tak gęsto usiany bladymi igłami, że przypominały futerko. Mam spać ot tak, na gołej ziemi?
    Widzisz jakąś inną opcję? – zapytała uszczypliwie, po chwili jednak wyraźnie złagodziła ton, wyczuwając moje przerażenie. Słuchaj – tu jest wygodniej niż w samochodzie. Przynajmniej jest płasko. Żadne zwierzęta nie przyjdą i cię nie zjedzą. Jest za gorąco, żeby poczuły twoje ciepło i…
    – Zwierzęta? – zawołałam na głos. – Zwierzęta?
    Przemknęły mi przed oczyma nieprzyjemne obrazy z jej pamięci – monstrualne owady, zwinięte węże.
    Aż stanęłam na palcach, przerażona tym, co może się czaić w piasku, i szukałam wzrokiem bezpiecznego miejsca ucieczki. Nie martw się. Próbowała mnie uspokoić. Jeżeli będziesz sobie spokojnie leżeć, nic ci się nie stanie. W końcu jesteś większa niż wszystko, co tu żyje. Mignęło mi kolejne wspomnienie, tym razem kojot pokaźnych rozmiarów.
    – Znakomicie – jęknęłam, kucając, choć spowita mrokiem ziemia nadal mnie przerażała. – Rozszarpana przez dzikie psy. Kto by pomyślał, że to się skończy tak… banalnie? Co za rozczarowujące zakończenie. Zginąć w pazurach szponowców na Planecie Mgieł, to jeszcze rozumiem. Tam umierałabym przynajmniej z jakąś godnością.
    Odpowiedziała takim tonem, że wyobraziłam sobie, jak przewraca oczami. Przestań się mazgaić, jesteś dorosła. Nic cię nie zje. Połóż się i odpocznij. Jutro będzie gorzej niż dzisiaj.
    – Wielkie dzięki za dobrą nowinę – burknęłam. Zrobił się z niej straszny tyran. Przypomniało mi się ludzkie powiedzenie: „Daj jej dłoń, a weźmie całą rękę”. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, jak bardzo jestem wykończona. Kiedy w końcu usiadłam niechętnie na ziemi, nie potrafiłam oprzeć się pokusie – położyłam się na żwirowatym piasku i od razu zamknęłam oczy.
    Potem nastał ranek, oślepiająco jasny i nieznośnie gorący. Obudziłam się cała w pyle i żwirze, bez czucia w prawej ręce, na której leżałam. Miałam wrażenie, że spałam co najwyżej kilka minut. Potrząsałam przez chwilę ręką, aż mrowienie ustało, po czym sięgnęłam do plecaka po wodę.
    Melanie była przeciw, ale nie zwracałam na nią uwagi. Dopiero przekopując się przez puste i pełne butelki w poszukiwaniu napoczętej, zaczęłam nagle rozumieć.
    Ogarnęła mnie trwoga. Policzyłam gorączkowo butelki, najpierw raz potem drugi. Pustych było dwa razy więcej niż pełnych. Zużyłam już ponad połowę wody.
    Mówiłam ci, że pijesz za dużo.
    Nic nie odpowiedziałam, tylko zarzuciłam torbę na ramię, nie biorąc ani łyka. Miałam okropnie sucho w ustach, czułam w nich gorycz i pył. Ruszyłam przed siebie, starając się o tym nie myśleć i nie przeciągać szorstkim jak papier ścierny językiem po zapiaszczonych zębach.
    W miarę jak słońce wznosiło się i przybierało na sile, coraz bardziej doskwierał mi również żołądek. Wił się i kurczył w regularnych odstępach czasu, daremnie domagając się posiłku. Po południu byłam już tak głodna, że rozbolał mnie brzuch.
    To jest nic, przypomniała Melanie. Bywało gorzej.
    Może tobie, odparowałam. Nie miałam ochoty słuchać o jej wyczynach.
    Zaczynałam pogrążać się w rozpaczy, gdy nagle nadeszła dobra wiadomość. Po raz tysięczny omiatając mechanicznie horyzont, pośrodku północnego łańcucha gór ujrzałam nagle masywną bryłę w kształcie kopuły. Luka wyglądała z dużej odległości jak malutkie wgniecenie.
    Damy radę, oszacowała Melanie, tak samo jak ja podniecona widocznymi postępami. Przyspieszyłam i zaczęłam się kierować na północ. Rozglądaj się za kolejnym. Podsunęła mi obraz kolejnej skały. Natychmiast się rozejrzałam, choć dobrze wiedziałam, że jeszcze na to za wcześnie.
    Uświadomiłam sobie pewną prawidłowość. Północ, wschód, północ. Następny punkt będzie więc na wschodzie.
    Radość z nowego odkrycia pchała nas do przodu wbrew rosnącemu zmęczeniu. Melanie dopingowała mnie za każdym razem, gdy zwalniałam, myślała o Jaredzie i Jamiem, gdy tylko opadałam z sił. Posuwałyśmy się nieprzerwanie do przodu. Parzyło mnie w gardle, ale ilekroć chciałam się napić, pytałam Melanie o zgodę.
    Byłam dumna ze swojej wytrwałości. Kiedy w oddali ukazał się piaszczysty szlak, potraktowałam to jak nagrodę. Wił się na północ, czyli w kierunku, w którym i tak już szłam, ale Melanie ogarnął niepokój.
    Nie podoba mi się, powtarzała.
    Była to ledwie smuga wśród morza krzaków, wyróżniająca się z otoczenia jedynie mniejszymi muldami i brakiem roślin. Środkiem biegły stare koleiny.
    Jeżeli skręci w złą stronę, to z niej zejdziemy, uspokajałam, idąc wzdłuż śladów. Tędy jest łatwiej, nie trzeba się przedzierać przez krzaki ani uważać na kaktusy.
    Melanie nic nie odpowiedziała, ale jej niepokój trochę mi się udzielił. Dalej rozglądałam się za następnym znakiem – dwoma identycznymi szczytami w kształcie litery M – ale też uważniej obserwowałam otoczenie.
    Być może dzięki temu dostrzegłam hen w dali zagadkową szarą plamę. Mrugnęłam kilka razy, żeby sprawdzić, czy wzrok mnie nie myli. Kolorem nie przypominała skały, ani kształtem drzewa. Mrużyłam oczy i zachodziłam w głowę.
    W pewnej chwili zamrugałam znowu i nagle plama nabrała konkretnego kształtu. Wydała się też mniej odległa. Był to mały, szarawy budynek.
    Melanie zareagowała paniką. Nie myśląc dużo, zbiegłam ze szlaku i skryłam się wśród krzaków, stanowiących zresztą dość wątpliwą zasłonę.
    Poczekaj, powiedziałam. Na pewno jest opuszczony.
    Skąd wiesz? Była tak stanowcza, że musiałam się skupić na stopach, by móc nimi poruszyć.
    Kto chciałby tu mieszkać? My, dusze, jesteśmy istotami społecznymi. Słyszałam w swoich słowach nutę goryczy i wiedziałam, skąd się wzięła. Oto stałam – dosłownie i w przenośni – na środku pustkowia. Dlaczego nie byłam już częścią mojego społeczeństwa? Dlaczego czułam, że… że n i e c h c ę nią być? Czy w ogóle kiedykolwiek należałam do społeczności, którą uznawałam za swoją własną? Czy nie z tego właśnie powodu każde kolejne życie zaczynałam na innej planecie? Czy zawsze byłam inna, czy też jest to wątpliwa zasługa Melanie? Czy ta planeta mnie zmieniła, czy też po prostu uświadomiła mi, kim jestem?
    Moje osobiste dywagacje niecierpliwiły Melanie. Chciała jak najprędzej oddalić się od budynku. Szturchała mnie i szarpała w myślach, próbując wyrwać z zadumy.
    Uspokój się, rozkazałam, usiłując pozbierać myśli, oddzielić się od niej. Jeżeli ktoś tu mieszka, to tylko człowiek. Uwierz mi, wśród dusz nie ma pustelników. Może twój wujek Jeb…
    Stanowczo odrzuciła moją sugestię. Nikt by tutaj nie przeżył, na takiej otwartej przestrzeni. Na pewno sprawdziliście starannie wszystkie budynki. Ktokolwiek tu mieszkał, musiał stąd uciec albo stał się jednym z was. Wuj Jeb na pewno ma lepszą kryjówkę.
    Jeżeli ten, kto tu mieszkał, stał się jednym z nas, to się stąd wyniósł, zapewniałam. Tylko człowiek mógłby tak żyć… Urwałam, czując, że i mnie ogarnia strach.
    Co się dzieje? – zareagowała od razu Melanie. Myślała, że przestraszyło mnie coś, co zobaczyłam.
    Było jednak inaczej. Melanie… A co, jeżeli tam są ludzie? Nie wujek Jeb z Jaredem i Jamiem. Co będzie, jeśli znajdzie nas ktoś inny?
    Potrzebowała chwili, żeby to przemyśleć. Masz rację. Zabiliby nas od razu. Jasne, że tak.
    Przełknęłam ślinę, a przynajmniej próbowałam.
    Nikogo innego tu nie ma. To niemożliwe, stwierdziła. Twoja rasa jest zbyt skrupulatna. Mógł się uchować tylko ktoś, kto ukrywał się od dłuższego czasu. Skoro ty jesteś pewna, że nie ma tam twoich, a ja, że nie ma tam moich, to sprawdźmy ten budynek. Może znajdziemy coś przydatnego, jakąś broń.
    Wzdrygnęłam się, widząc w jej myślach ostre noże i długie metalowe narzędzia. O nie, żadnej broni.
    Ech. Jak to możliwe, że ludzkość dała się pokonać takim mięczakom?
    Wystarczyło nieco sprytu i przewaga liczebna. Każdy człowiek, nawet młody, jest sto razy bardziej niebezpieczny niż dusza. Ale wy jesteście jak pojedynczy termit w mrowisku. A my wytrwałe dążymy do wspólnego celu, pracując w zgodzie i harmonii.
    Gdy tylko wypowiedziałam te słowa, ponownie dopadło mnie uczucie trwogi i zagubienia. Kim jestem?
    Idąc wśród krzewów, zbliżyłyśmy się do budynku. Wyglądał na matą chatkę bez żadnej specjalnej funkcji. Była to doprawdy zagadkowa lokalizacja. Ta pusta okolica nie miała do zaoferowania niczego prócz spiekoty.
    Wszystko wskazywało na to, że od dawna nikt tu nie mieszka. Dom nie miał drzwi, a jedynie pustą futrynę. Z ram okiennych sterczało kilka kawałków szyby. Próg zarósł wdzierającym się do środka kurzem. Szare, zniszczone ściany lekko się przechyliły, jakby wiatr wiał tu zawsze w tym samym kierunku.
    Wzięłam się w garść i podeszłam ostrożnie do wejścia. Nie było nikogo.
    Wnętrze wabiło mnie obietnicą cienia, tak kuszącą, że zapomniałam o strachu. Wprawdzie nadał wytężałam słuch, ale stopy wiodły mnie do przodu szybkimi, pewnymi krokami. Wpadłam do środka i od razu zrobiłam krok w bok, żeby mieć za plecami ścianę. Melanie wyrobiła sobie niegdyś ten odruch, włamując się do mieszkań po jedzenie. Stałam tak w bezruchu, czekając, aż moje oczy przywykną do ciemności.
    Dom był pusty, miałyśmy rację. Nic też nie wskazywało na to, żeby ktoś go ostatnio odwiedzał. Połamany stół, wsparty na dwóch nogach, spoczywał jedną krawędzią na podłodze. Obok stało pordzewiałe metalowe krzesło. Przez wielkie dziury w brudnym, przetartym dywanie przezierał goły beton. Wzdłuż ściany ciągnął się zlew, kilka szafek – niektóre bez drzwiczek – i metrowa, otwarta na oścież lodówka, w środku zapleśniała. Po przeciwległej stronie stał szkielet kanapy bez choćby jednej poduszki. Na ścianie nad kanapą ostał się lekko tylko przekrzywiony obrazek, na którym psy grały w pokera.
    Jak przytulnie, pomyślała Melanie, na tyle uspokojona, że pozwoliła sobie na ironię. W każdym razie wystrój bogatszy niż u ciebie w mieszkaniu.
    Byłam już w połowie drogi do zlewu, kiedy dodała: Jasne, możesz sobie pomarzyć.
    Rzeczywiście, doprowadzanie wody do takiego miejsca byłoby marnotrawstwem. Dusze nigdy nie dopuszczały do podobnych absurdów. Mimo to nie mogłam sobie odmówić przekręcenia kurków. Jeden z nich tak przeżarła rdza, że został mi w dłoni.
    Potem zainteresowałam się szafkami. Uklękłam na paskudnym dywanie i ostrożnie otworzyłam drzwiczki, starając się zachować bezpieczną odległość, gdyż bałam się, że zastanę w środku jakiegoś jadowitego mieszkańca pustyni.
    Pierwsza szafka była pusta i bez tylnej ścianki, tak że widać było za nią drewniane listwy. Druga nie miała drzwiczek, ale w środku znajdowała się tylko sterta zakurzonych gazet. Wyjęłam jedną z ciekawości, strząsnęłam brud na jeszcze brudniejszą podłogę i zerknęłam na datę.
    Jeszcze z waszych czasów, zauważyłam. Zresztą można się było łatwo zorientować i bez tego.
    „Ojciec spalił żywcem trzyletnią córeczkę”, krzyczał nagłówek opatrzony zdjęciem anielskiej twarzyczki jasnowłosej dziewczynki. Nie była to nawet pierwsza strona gazety. Opisana tu historia najwyraźniej nie została uznana za dość odrażającą. Nieco niżej widniał portret mężczyzny poszukiwanego od dwóch lat za zamordowanie żony i dwójki dzieci – ktoś prawdopodobnie widział go w Meksyku, informowała gazeta. Dalej wiadomość o śledztwie w sprawie oszustw i zabójstwa, jakich miał się dopuścić pewien wpływowy bankowiec. O pedofilu, którego wypuszczono na wolność po tym, jak przyznał się do winy. O zadźganych psach i kotach znalezionych w kuble na śmieci.
    Wrzuciłam gazetę z powrotem do szafki, przerażona tym, co przeczytałam.
    To nie była norma, to były wyjątki, pomyślała cicho Melanie, nie dopuszczając, by mój niesmak zabarwił jej wspomnienia z tamtych lat.
    Ale chyba rozumiesz, iż dusze miały powody przypuszczać, że będą lepszymi Ziemianami? Że może jednak nie zasługujecie na ten piękny świat?
    Skoro chcieliście oczyścić całą planetę z ludzi, to może trzeba ją było wysadzić w powietrze, odparowała jadowitym tonem.
    Wbrew temu, co sobie wyobrażają wasi pisarze science fiction, nie dysponujemy odpowiednią technologią.
    Mój żart ani trochę jej nie rozbawił.
    Poza tym byłoby to straszne marnotrawstwo, dodałam. To cudowna planeta. Oczywiście nie licząc pustyni.
    Właśnie tak zdaliśmy sobie sprawę z waszej obecności, powiedziała, wracając myślami do potworności z gazety. Kiedy w telewizji zaczęły lecieć same budujące reportaże, narkomani i pedofile ustawiali się w kolejkach do szpitali i w ogóle zapanowała jedna wielka sielanka – wtedy przejrzeliśmy na oczy.
    – No tak, co tu dużo mówić, świat zszedł na psy – odparłam z przekąsem.
    Pociągnęłam za kolejne drzwiczki i moja cierpliwość w końcu została wynagrodzona.
    – Krakersy! – wykrzyknęłam, chwytając poblakłe, zgniecione pudełko. W głębi leżało inne opakowanie. Wyglądało, jakby ktoś na nie nadepnął. – Ciastka z kremem! – zapiałam ze szczęścia.
    Patrz! Melanie zwróciła moją uwagę na stojące z tyłu trzy zakurzone butelki wybielacza.
    Po co nam wybielacz? – zapytałam, rozdzierając pudełko z krakersami. Chcesz nim komuś chlusnąć w twarz? A może ogłuszyć butelką?
    Ku mojej radości krakersy, choć pokruszone, były nadal szczelnie zamknięte w folii. Rozerwałam jedno opakowanie i zaczęłam wsypywać je sobie do ust. Połykałam łapczywie, nie całkiem przeżute. Nie mogłam się doczekać, kiedy wylądują w moim żołądku.
    Otwórz butelkę i powąchaj, poleciła, nie zważając na drwiny. Mój tata tak przechowywał wodę w garażu. Osad po wybielaczu sprawia, że woda się nie psuje.
    Za chwilę. Skończyłam jedno opakowanie krakersów i zabierałam się za następne. Były nieświeże, ale i tak smakowały jak ambrozja. Kiedy skończyłam trzecie, uświadomiłam sobie, że popękane wargi i kąciki ust palą mnie od soli.
    Poszłam za radą Melanie i dźwignęłam jedną z butelek. Okazało się wówczas, że mam bardzo mało siły w ramionach – ledwie dałam radę. Zaniepokoiło to nas obie. Ile zdrowia straciłyśmy? Jak długo jeszcze wytrzymamy?
    Nakrętka tkwiła bardzo mocno. W końcu jednak udało mi się ją odkręcić zębami. Bardzo ostrożnie powąchałam krawędź, bo nie uśmiechało mi się zemdleć od oparów wybielacza. Chemiczna woń była jednak ledwie wyczuwalna. Wciągnęłam zapach głębiej. Woda, bez dwóch zdań. Zatęchła, ale jednak. Wzięłam mały łyczek. Nie był to smak górskiego strumyka, ale nareszcie poczułam w ustach wilgoć. Zaczęłam pić łapczywie.
    Nie rozpędzaj się tak, przestrzegła mnie Melanie i musiałam przyznać jej rację. Miałyśmy farta, znajdując wodę, ale nie znaczyło to, że można ją roztrwonić. Poza tym usta przestały mnie już palić i znowu miałam ochotę coś zjeść. Sięgnęłam po zgniecione ciastka z kremem i wylizałam trzy prosto z papierka.
    Ostatnia szafka była pusta.
    Gdy tylko skurcze żołądka nieco zelżały, do moich myśli zaczęło przenikać zniecierpliwienie Melanie. Wyciągnęłam z torby puste butelki po wodzie i bez wahania zapakowałam zdobycze do torby. Pojemniki po wybielaczu sporo ważyły, lecz był to radosny ciężar. Oznaczał, że tego wieczoru nie położę się spać głodna i spragniona. Poza tym czułam zastrzyk cukru w żyłach. Nie zastanawiając się długo, wyszłam prosto w objęcia upalnego popołudnia.

Rozdział 12

Kres

    – Niemożliwe! Musiałaś coś pomylić! Nie zgadza się! Po prostu nie może być!
    Spoglądałam w dal z niedowierzaniem szybko przeradzającym się w trwogę.
    Wczoraj rano zjadłam na śniadanie ostatnie ciastko z kremem. Po południu znalazłam podwójny szczyt i ponownie skręciłam na wschód. Melanie pokazała mi, jak wygląda kolejny punkt orientacyjny, obiecując, że to już ostatni. Zeszłej nocy wypiłam resztki wody. Tak skończył się dzień czwarty.
    Dzisiejszy poranek był już mglistym wspomnieniem oślepiającego słońca i rozpaczliwej nadziei. Czas płynął nieubłaganie. Z coraz większą paniką wyglądałam na horyzoncie ostatniego punktu. Nie widziałam żadnego miejsca, do którego by pasował. Miało to być długie płaskowzgórze między dwoma łagodnymi szczytami, wznoszącymi się po obu stronach niczym wartownicy. Tymczasem widnokrąg na wschodzie i północy jak okiem sięgnąć usiany był spiczastymi wierzchołkami. Nie bardzo potrafiłam sobie wyobrazić, że gdzieś tam jest miejsce, którego szukamy.
    Parę godzin przed południem zatrzymałam się, żeby odpocząć. Słońce świeciło jeszcze ze wschodu, prosto w oczy. Byłam tak osłabiona, że aż się tego bałam. Od jakiegoś czasu bolały mnie wszystkie mięśnie i to nie od chodzenia. Owszem, czułam zmęczenie w nogach, doskwierało mi też spanie na ziemi; teraz jednak pojawiło się coś całkiem nowego. Moje ciało się odwadniało i właśnie przeciw temu buntowały się mięśnie. Wiedziałam, że długo już nie wytrzymam.
    Obróciłam się na chwilę plecami do słońca, żeby ulżyć twarzy.
    I wtedy zobaczyłam to, czego tak długo szukałam. Długi płaskowyż i dwa charakterystyczne szczyty, nie do przeoczenia. Wznosiły się hen na zachodzie, tak daleko, że zdawały się migotać niczym fatamorgana, wisząc nad pustynią na podobieństwo ciemnej chmury. Przez cały czas szłyśmy w złym kierunku. Żeby tam dotrzeć, musiałybyśmy przebyć jeszcze więcej mil niż do tej pory.

    – Niemożliwe – wyszeptałam jeszcze raz.
    Melanie zastygła w mojej głowie całkiem osłupiała, nie przyjmując tego do wiadomości. Czekałam, wodząc wzrokiem po znajomej linii. Kiedy w końcu dotarła do niej bezlitosna prawda, ogarnęła ją czarna rozpacz. Upadłam na kolana przygnieciona ciężarem jej uczuć. Cichy lament niósł się w moich myślach bolesnym echem. Zaczęłam bezgłośne łkać. Słońce pełzło mi po plecach, wlewając żar w gąszcz moich czarnych włosów,
    Zanim oprzytomniałam, mój cień niemal całkiem zniknął pode mną. Z dużym wysiłkiem dźwignęłam się z kolan. W skórę na nogach wbiły mi się małe, ostre kamyczki, ale nawet ich nie strzepnęłam. Długo wpatrywałam się w nieszczęsny płaskowyż, szydzący ze mnie z daleka.
    W końcu ruszyłam przed siebie, nie do końca wiedząc po co. Wiedziałam za to, że była to wyłącznie moja decyzja. Melanie skuliła się, zamknięta w kapsułce bólu. Nie mogłam już liczyć na jej pomoc.
    Posuwałam się do przodu z mozołem. Sucha ziemia chrzęściła mi pod nogami.
    – Zresztą był tylko starym, zbzikowanym dziwakiem – wymamrotałam do siebie. Nagle wstrząsnął mną silny dreszcz, a z płuc wydobył się gwałtowny, charkotliwy kaszel. Dopiero kiedy poczułam szczypanie w oczach, dotarło do mnie, że się śmieję.
    – Tam nic… nie ma… i nigdy… nie było – wyrzuciłam z siebie, targana spazmami histerii. Szłam chwiejnym krokiem, jakbym była pijana, pozostawiając za sobą nierówne ślady stóp.
    Nie. Melanie otrząsnęła się z letargu, by bronić tego, w co ciągle wierzyła. Musiałam się gdzieś pomylić. Moja wina.
    Roześmiałam się, lecz upalny wiatr porwał mój śmiech.
    Czekaj, próbowała odwrócić moją uwagę od beznadziei całej sytuacji. Pewnie nie… to znaczy… Myślisz, że o n i też próbowali tam dotrzeć?
    Ciągle jeszcze się śmiałam, gdy nagle poczułam jej strach. Zachłysnęłam się gorącym powietrzem. Serce kołatało mi jak szalone. Gdy wreszcie złapałam oddech, nie było już we mnie ani krzty czarnego humoru. Odruchowo rozejrzałam się po pustyni, szukając dowodów na to, że ktoś inny zginął tu przede mną. Stałam pośrodku niezmierzonej równiny i gorączkowo wypatrywałam… szczątków. Nie mogłam się powstrzymać.
    Nie, oczywiście, że nie! Melanie sama się pocieszyła. Jared nie jest głupi. Nie zjawiałby się tutaj nieprzygotowany tak jak my. Poza tym pewnie w ogóle go tu nie było. Pewnie nie rozgryzł tych znaków. Szkoda że tobie się udało.
    Nadal szłam przed siebie, ledwie tego świadoma. Moje kroki były niczym przy takiej odległości. Zresztą nawet gdybyśmy jakimś cudownym sposobem znalazły się nagle przy samym płaskowyżu, co by nam to dało? Byłam pewna, że nic. Nikt tam na nas nie czekał.
    – Umrzemy – powiedziałam. Zaskoczyło mnie, że w moim zachrypłym głosie w ogóle nie ma strachu. Stwierdziłam tylko fakt, jeden z wielu. Słońce jest gorące. Pustynia jest sucha. Umrzemy.
    Tak. Melanie również zachowywała spokój. Łatwiej było pogodzić się ze śmiercią niż z tym, że zabrakło nam rozsądku.
    – Nie dręczy cię to?
    Myślała przez chwilę, zanim odpowiedziała.
    Przynajmniej spróbowałam. I zwyciężyłam. Nie wydałam ich. Nie skrzywdziłam. Zrobiłam, co mogłam, żeby ich odnaleźć. Starałam się dotrzymać słowa… Umieram dla nich.
    Naliczyłam dziewiętnaście kroków, zanim udało mi się odpowiedzieć. Dziewiętnaście mozolnych, daremnych, chrzęszczących kroków.
    – A ja? Dlaczego umieram? – zastanawiałam się głośno, znów czując szczypanie wyschniętych oczu, na próżno domagających się łez. – Chyba dlatego, że przegrałam? Prawda?
    Trzydzieści cztery kroki po piasku.
    Nie, pomyślała. Nie wydaje mi się… Myślę… Myślę, że może… umierasz, by stać się człowiekiem. Po tych wszystkich planetach, które opuściłaś, znalazłaś nareszcie miejsce i ciało, za które jesteś gotowa oddać życie. Myślę, że znalazłaś sobie dom, Wagabundo.
    Dziesięć kroków.
    Nie miałam już siły otwierać ust. W takim razie szkoda, że nie mogłam tu pomieszkać dłużej.
    Nie byłam do końca przekonana o szczerości jej słów. Może po prostu chciała mnie pocieszyć. Ot, gest wdzięczności za to, że ją tu przyprowadziłam. Zwyciężyła – nie zniknęła.
    Nogi zaczęły się pode mną uginać. Mięśnie błagały o litość, jak gdybym mogła im jakoś ulżyć. Pewnie bym się zatrzymała, ale Melanie jak zwykle była ode mnie twardsza.
    Czułam teraz jej obecność nie tylko w głowie, lecz także w rękach i nogach. Krok mi się wydłużył, ślady wyprostowały. Przemożną siłą woli pchała moje wpółżywe ciało ku nieosiągalnemu celowi.
    Czerpałyśmy z naszej beznadziejnej walki niespodziewaną radość. Czułam Melanie, a ona czuła moje ciało. Nasze ciało. Przejęła władzę nad osłabionymi mięśniami. Cieszyła się wolnością, jaką było dla niej poruszanie rękoma i nogami, mimo że nie miało to już teraz żadnego znaczenia. Była zachwycona samym faktem, że znowu m o ż e nimi władać. To uczucie przyćmiewało nawet ból powolnego konania.
    Co jest po śmierci? – zapytała. Co zobaczysz, gdy już umrzesz?
    Nic. Słowo to zabrzmiało pusto, twardo, stanowczo. Dlatego własnie nazywamy to ostatnią śmiercią.
    Dusze nie wierzą w życie po śmierci?
    Żyjemy wiele razy. Oczekiwać czegoś więcej byłoby przesadą. Umieramy za każdym razem, gdy opuszczamy ciało żywiciela, a później odżywam w innym. Tym razem umrę na zawsze.
    Nastało długie milczenie. Nasze kroki były coraz wolniejsze. A ty? – zapytałam w końcu. Po tym wszystkim nadal wierzysz, że istnieje coś jeszcze? Sięgnęłam w myślach po jej wspomnienia końca ludzkiego świata.
    Wydaje mi się, że są takie rzeczy, które n i g d y nie umrą.
    Widziałyśmy w myślach ich twarze. Nasza miłość do Jareda i Jamiego rzeczywiście zdawała się czymś wiecznym. Zaczęłam się zastanawiać, czy śmierć jest dość silna, by unicestwić coś tak żywego, tak wzniosłego. Być może ta miłość przetrwa, a Melanie wraz z nią, w jakimś baśniowym domu o perłowych wrotach. Mnie tam nie będzie.
    Czy chciałabym się uwolnić od tego uczucia? Nie byłam pewna. Czułam, że stało się częścią mnie.
    Nasz czas dobiegał końca. Ciało słabło, więc nawet imponująca siła woli Melanie nie mogła się na wiele zdać. Ledwie widziałyśmy. Powietrze, które wdychałyśmy, zdawało się pozbawione tlenu. Szłyśmy, jęcząc z bólu.
    A może bywało gorzej? – zapytałam żartem, zataczając się w stronę uschłego drzewka otoczonego niskimi krzakami. Chciałyśmy dotrzeć do jego znikomego cienia, zanim upadniemy.
    Nie, powiedziała. Nigdy tak źle.
    Udało się. Znalazłyśmy się w pajęczym cieniu martwego drzewa i w jednej chwili nogi się pod nami ugięły. Upadłyśmy do przodu, już na zawsze chowając twarz przed słońcem. Głowa sama obróciła się w bok, szukając powietrza. Wpatrywałyśmy się z bliska w piasek, wsłuchane w swój głośny oddech.
    Później zamknęłyśmy oczy. Nie wiedziałyśmy nawet, ile czasu minęło. Wnętrze powiek jarzyło się czerwienią. W ogóle nie czułyśmy cienia, być może już na nas nie padał.
    Jak długo jeszcze? – zapytałam.
    Nie wiem, nigdy wcześniej nie umierałam.
    Godzina? Więcej?
    Wiem tyle co ty.
    Gdzie są te kojoty, kiedy człowiek ich wreszcie potrzebuje…
    Może szczęście się do nas uśmiechnie… jakiś zabłąkany szponowiec…
    To była nasza ostatnia rozmowa. Myślenie kosztowało zbyt wiele wysiłku. Ból okazał się silniejszy, niż sądziłyśmy. Wszystkie mięśnie ciała zmagały się w skurczach ze śmiercią.
    Nie walczyłyśmy. Dryfowałyśmy w oczekiwaniu, pogrążone w bezładnych wspomnieniach. Dopóki zachowywałyśmy przytomność, nuciłyśmy sobie w głowie kołysankę. Tę, którą śpiewałyśmy Jamiemu, kiedy nie mógł usnąć, bo było mu zimno lub niewygodnie, albo za bardzo się bał. Poczułyśmy, jak wtula nam się w zagłębienie tuż pod ramieniem, jak głaszczemy go po plecach. A potem wydało nam się, że to nasza głowa wtula się w szerokie ramię i że słyszymy kołysankę śpiewaną dla nas.
    Pod powiekami nam pociemniało, ale nie była to jeszcze śmierć. Niestety nastała noc. Oznaczało to prawdopodobnie, że nasze męki się wydłużą.
    Cisza i mrok zdawały się trwać w nieskończoność, aż nagle dobiegł nas jakiś odgłos.
    Ledwo nas zbudził. Pomyślałyśmy w pierwszej chwili, że to omamy. A może w końcu kojot. Czy na to liczyłyśmy? Nie byłyśmy pewne. Po chwili zgubiłyśmy ciąg myśli i zapomniałyśmy o tym.
    Coś nami potrząsnęło, uniosło nasze zdrętwiałe ręce, pociągnęło za nie. Nie miałyśmy siły pomyśleć żadnego życzenia, ale liczyłyśmy na szybką śmierć. Czekałyśmy, aż poczujemy w sobie kły. Tymczasem coś przestało nas ciągnąć i popchnęło, obracając twarzą ku niebu.
    Poczułyśmy na twarzy strumień wody – mokrej, zimnej, niewiarygodnej. Ściekała nam po oczach, obmywając je ze żwiru. Zamrugałyśmy.
    Nie przeszkadzał nam piasek w oczach. Uniosłyśmy podbródek, wystawiając usta ku wodzie. Otwierały się powoli i zamykały jak dziób pisklaka.
    Zdawało nam się, że słyszymy czyjeś westchnienie.
    I nagle woda popłynęła nam do ust. Łyknęłyśmy ją łapczywie i od razu się zachłysnęłyśmy. Wtedy przestała lecieć. Wyciągnęłyśmy po nią słabe ręce. Coś uderzało nas mocno po plecach, aż złapałyśmy oddech. Przez cały ten czas miałyśmy ręce w górze, szukając wody.
    Znowu usłyszałyśmy westchnienie. Tym razem na pewno.
    Coś dotknęło naszych spękanych ust i znów popłynęła do nich woda. Piłyśmy łapczywie, ale już ostrożniej. Nie dlatego, że bałyśmy się zachłyśnięcia; po prostu nie chciałyśmy, żeby znowu nam ją zabrano.
    Piłyśmy, aż rozbolał nas pęczniejący żołądek. Kiedy jednak butelka zrobiła się pusta, zażądałyśmy więcej. Przyłożono nam wówczas do ust kolejną i ją również opróżniłyśmy do dna.
    Od kolejnego łyka żołądek zapewne by pękł. Mimo to zamrugałyśmy, by złapać ostrość i rozejrzeć się za resztą wody. Było jednak zbyt ciemno, nie widziałyśmy na niebie ani jednej gwiazdy. Mrugnęłyśmy ponownie i nagle stało się jasne, że ciemność jest znacznie bliżej. Pochylała się na nami jakaś postać, czarniejsza niż noc.
    Rozległ się cichy szelest materiału oraz chrzęst piasku pod czyimś butem. Ciemna postać wyprostowała się i usłyszałyśmy, jak ciszę pustynnej nocy przecina odgłos zamka błyskawicznego.
    Poraziło nas ostre jak nóż światło. Wydałyśmy z siebie jęk bólu i odruchowo zakryłyśmy oczy dłońmi; raziło nawet przez zamknięte powieki. W końcu zgasło i poczułyśmy na twarzy czyjś oddech.
    Powoli otworzyłyśmy oczy, tym razem jeszcze bardziej oślepione. Nieznajomy siedział w bezruchu i milczał. Poczułyśmy lekkie napięcie, ale wydawało się bardzo odległe, jakby poza nami. Nasze myśli krążyły wokół wody i wciąż nieugaszonego pragnienia. Spróbowałyśmy skupić się jednak na naszym wybawcy.
    Pierwsze, co zauważyłyśmy po paru minutach mrugania i mrużenia oczu, to spływająca z ciemnej twarzy gęsta biel, miliony jasnych drzazg w mroku nocy. Szybko pojęłyśmy, że to broda: jak ta u Świętego Mikołaja, przyszło nam na myśl ni stąd ni zowąd. Pamięć sama odtworzyła resztę twarzy. Wszystko było na swoim miejscu: wielki nos, szerokie kości policzkowe, gęste siwe brwi, oczy schowane za fałdami pomarszczonej skóry. Choć każde z tych miejsc na jego twarzy było ledwie widoczne, potrafilyśmy sobie wyobrazić, jak wyglądałyby w świetle dnia.
    – Wujek Jeb – zachrypiałyśmy zdumione. – Znalazłeś nas. Słysząc swoje imię, wuj Jeb zakołysał się lekko na przykucniętych nogach.
    – A to ci dopiero – odezwał się swoim grubym głosem, budząc setki wspomnień. – A to ci ambaras.

Rozdział 13

Wyrok

    – Są tutaj? – Wyrzuciłyśmy te słowa z siebie tak, jak wcześniej wykrztusiłyśmy wodę z płuc. Kiedy już ugasiłyśmy pragnienie, tylko to się liczyło. – Trafili?
    W ciemnościach twarz wuja była nieprzenikniona.
    – Kto taki? – zapytał.
    – Jamie i Jared! – Szept bolał jak krzyk. – Jared z Jamiem. Z moim bratem! Są tu? Trafili? Ich też znalazłeś? Cisza nie trwała nawet sekundy.
    – Nie. – Ton jego głosu był stanowczy i beznamiętny, a już na pewno pozbawiony współczucia.
    – Nie – szepnęłyśmy. To nie było powtórzenie jego odpowiedzi. To był protest przeciw uratowaniu nam życia. Bo i po co? Zamknęłyśmy oczy, wsłuchując się w ból mięśni. Chciałyśmy nim zagłuszyć inny ból – ten, który wypełniał nam umysł.
    – Słuchaj – powiedział po chwili wuj Jeb. – Ja… mam coś do zrobienia. Odpocznij trochę, niedługo po ciebie wrócę.
    Nie docierało do nas znaczenie tych słów, jedynie dźwięki. Ani na chwilę nie otworzyłyśmy oczu. Kroki się oddalały. Nie potrafiłyśmy stwierdzić, w którą stronę poszedł. Zresztą to było już nieistotne.
    Straciłyśmy Jamiego i Jareda. Nie było szans na to, by ich odnaleźć. Zniknęli bez śladu, tak jak należało i tak jak to mieli przećwiczone. Nigdy więcej ich już nie zobaczymy.
    Woda i lekki chłód rozbudziły nas, choć wcale tego nie chciałyśmy. Przewróciłyśmy się z powrotem na brzuch. Byłyśmy więcej niż wycieńczone. Znajdowałyśmy się w kolejnym, jeszcze boleśniejszym stadium. Może przynajmniej uda nam się zasnąć, pomyślałyśmy. Wystarczy nie myśleć o niczym. Uda się.
    Udało.
    Gdy się obudziłyśmy, noc jeszcze trwała, ale ze wschodu powoli nadchodził już świt. Szczyty gór spowijała bladoczerwona poświata.
    W ustach czułyśmy pył. W pierwszej chwili byłyśmy przekonane, że wuj Jeb tylko nam się przyśnił. Jakże mogło być inaczej.
    Tego ranka nasz umysł był przytomniejszy, więc szybko spostrzegłyśmy obok prawego policzka dziwny kształt – ani kamień, ani kaktus. Był twardy i gładki w dotyku. Ze środka dobiegał rozkoszny chlupot wody.
    Wuj Jeb naprawdę tu był. Zostawił nam manierkę.
    Powoli usiadłyśmy, zaskoczone, że nie złamałyśmy się przy tym na pół jak uschnięty patyk. Co więcej, czułyśmy się lepiej. Widocznie dobroczynna woda zdążyła się już trochę rozejść po organizmie. Ból zelżał i po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułyśmy głód.
    Sztywnymi, niezdarnymi palcami zdjęłyśmy zakrętkę. Manierka nie była pełna po brzegi, ale wody starczyło, by znów rozciągnąć żołądek. Musiał się skurczyć. Wypiłyśmy wszystko. Racjonowanie nie miało teraz sensu.
    Wypuściłyśmy blaszaną manierkę z rąk; upadła na piasek z głuchym, przytłumionym brzęknięciem. Całkiem się już przebudziłyśmy, lecz było nam tęskno do stanu nieświadomości. Westchnęłyśmy i zanurzyłyśmy twarz w dłoniach. Co teraz?
    – Dlaczego dałeś mu wody? – zapytał ktoś gniewnie za naszymi plecami.
    Obróciłyśmy się gwałtownie i zerwałyśmy na kolana. To, co ujrzałyśmy, sprawiło, że ścisnęło nas w dołku. Nasza świadomość była na powrót podzielona.
    Przed nami stało w półkolu ośmioro ludzi. Wszyscy co do jednego byli ludźmi, bez dwóch zdań. Nigdy wcześniej nie widziałam tak wściekłych twarzy; w każdym razie nie wśród dusz. Te wykrzywione nienawiścią usta, te zaciśnięte zęby, zupełnie jak u dzikich zwierząt. I te brwi ściągnięte nisko nad ziejącymi złością oczyma.
    Sześciu mężczyzn i dwie kobiety. Niektórzy bardzo postawni, prawie wszyscy więksi ode mnie. Uprzytomniłam sobie, dlaczego tak dziwnie trzymają ręce, i poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Ściskali w nich broń. Niektórzy mieli noże – krótkie, takie jak te u mnie w kuchni, inne dłuższe, a jeden naprawdę ogromny i przerażający. Na pewno nie kuchenny. Melanie podsunęła mi właściwe słowo: „maczeta“.
    Inni trzymali w dłoniach długie, grube kije, jedne metalowe, inne drewniane. Maczugi.
    Wuj Jeb stał mniej więcej w środku. W jego dłoni spoczywał luźno przedmiot, którego podobnie jak maczety nigdy wcześniej nie widziałam na żywo, a jedynie we wspomnieniach Melanie. Była to strzelba.
    Ogarnęła mnie groza, gdy tymczasem Melanie patrzyła na nich z zachwytem. Była pod wrażeniem ich liczebności. Ośmiu ocalałych. Dotychczas myślała, że Jeb jest sam lub co najwyżej z dwoma innymi osobami. Widok tylu żywych ludzi napawał ją niepomierną radością.
    Oszalałaś, zwróciłam się do niej. Przyjrzyj im się.
    Zmusiłam ją, by spojrzała na to tak jak ja – by ujrzała groźne postacie w brudnych dżinsach i zakurzonych bawełnianych koszulach. Może i kiedyś byli ludźmi w jej rozumieniu tego słowa, lecz w tej chwili byli czymś innym. Barbarzyńcami. Potworami. Stali nad nami żądni krwi.
    W każdej parze oczu widziałam wyrok śmierci.
    Melanie też w końcu przejrzała na oczy. Choć wcale nie miała na to ochoty, musiała przyznać mi rację. Była to ludzkość w najgorszym wydaniu, jak z gazety, którą czytałyśmy w opuszczonym domu. Przed nami stała banda morderców.
    O ile roztropniej byłoby umrzeć poprzedniego dnia.
    Po co wuj Jeb nas uratował?
    Przeszedł mnie zimny dreszcz. Czytałam kiedyś trochę o ludzkim okrucieństwie, ale nie miałam do tego nerwów. Może powinnam wtedy bardziej się skupić. Pamiętałam, że ludzie czasem trzymali wrogów przy życiu, ponieważ chcieli wydobyć coś z ich umysłów, czasem również z ciał…
    Natychmiast uprzytomniłam sobie jedyną rzecz, której mogli ode mnie chcieć. Tajemnicę, której nigdy, przenigdy nie wolno mi było wyjawić. Cokolwiek by mi robili. Zrozumiałam, że w ostateczności będę musiała się zabić.
    Nigdy nie dopuściłam Melanie do tej tajemnicy. Użyłam teraz jej własnych metod. Odgrodziłam się murem, by móc w samotności o tym pomyśleć, pierwszy raz od zabiegu. Wcześniej nie musiałam do tego wracać, nie było takiej potrzeby.
    Melanie nie była zresztą nawet zbytnio zaciekawiona, w ogóle nie próbowała się przebić przez mur. Miała pilniejsze zmartwienia niż to, że nie tylko ona ma sekrety.
    Czy to, że nie dopuszczałam jej do tajemnicy, miało jakieś znaczenie? Nie byłam tak twarda jak ona. Nie wątpiłam, że zniosłaby tortury. A ja? Ile bólu zniosę, zanim wszystko im opowiem?
    Ścisnęło mnie w dołku. Myśl o samobójstwie napawała mnie odrazą, tym bardziej że byłoby to również morderstwo. Musiałabym poświęcić Melanie. Postanowiłam, że nie zrobię tego, dopóki będę miała inne wyjście.
    Nic nam nie zrobią. Wuj Jeb nie pozwoli mnie skrzywdzić.
    Wuj Jeb nie wie, że tu jesteś, zauważyłam.
    No to mu powiedz!
    Spojrzałam Jebowi w twarz. Gęsta broda zasłaniała mu usta, więc nie znałam ich wyrazu, ale oczy nie płonęły tak jak u pozostałych. Kątem oka dostrzegłam, że paru ludzi przeniosło wzrok ze mnie na niego. Czekali, aż odpowie na pytanie. Wuj Jeb przyglądał mi się uważnie, nie zwracając na nich uwagi.
    Nie mogę. Nie uwierzy mi. Pomyślą, że ich okłamuję, i wezmą mnie za Łowcę. Pewnie znają się na rzeczy i wiedzą, że tylko Łowca zjawiłby się tutaj ze zmyśloną historyjką, żeby przeniknąć w ich szeregi.
    Melanie w mig pojęła, że mam rację. Samo słowo „Łowca“ budziło w niej wstręt i nienawiść. Wiedziała, że ci ludzie czują podobnie.
    Zresztą to nieistotne. Jestem duszą i to im wystarczy.
    Mężczyzna z maczetą był największy ze wszystkich, czarnowłosy, o dziwnie jasnej karnacji i intensywnie niebieskich oczach. Wydał z siebie pomruk niezadowolenia i splunął na ziemię, po czym zrobił krok naprzód, z wolna unosząc długie ostrze.
    Im szybciej, tym lepiej. Lepiej, żeby oni nas zamordowali, niż żebym to ja musiała nas zabić, stając się odpowiedzialna nie tylko za swoją śmierć, lecz również za śmierć Melanie.
    – Spokój, Kyle – odezwał się Jeb. Wypowiedział te słowa powoli, niemalże od niechcenia, jednak podziałały. Mężczyzna skrzywił się i zwrócił w jego stronę.
    – Dlaczego? Mówiłeś, że sprawdziłeś. Że to jeden z nich. Rozpoznałam głos – to on zapytał wcześniej Jeba, dlaczego mnie napoił.
    – I owszem, bez dwóch zdań. Ale sprawa jest ciut skomplikowana.
    – Jak to? – zapytał inny mężczyzna, stojący obok Kyle’a. Byli do siebie tak podobni, że musieli być braćmi.
    – Ano tak, że to jest też moja bratanica.
    – Już nie, już nie jest – rzucił Kyle. Splunął ponownie, po czym zrobił kolejny krok w moją stronę, trzymając broń w gotowości. Widziałam po jego przyczajonych ramionach, że szykuje się do ataku. Tym razem słowa go nie powstrzymają. Zamknęłam oczy.
    Coś szczęknęło dwukrotnie. Ktoś nabrał powietrza w odruchu zaskoczenia. Z powrotem otworzyłam oczy.
    – Powiedziałem „spokój”, Kyle. – Głos Jeba nadal był spokojny, lecz tym razem wuj dziarsko trzymał w rękach strzelbę z lufą wycelowaną w plecy Kyle’a. Ten zastygł w bezruchu z wysoko uniesioną maczetą zaledwie kilka kroków ode mnie.
    – Jeb – odezwał się przerażony brat – co robisz?
    – Odsuń się od niej, Kyle.
    Kyle odwrócił się do Jeba i rzucił do niego wściekle:
    – To nie żadna „ona”. Jeb! To pasożyt!
    Jeb westchnął, nie opuszczając strzelby.
    – Trzeba omówić parę rzeczy.
    – Może Doktor go weźmie i czegoś się dowie – zasugerowała jedna z kobiet.
    Wzdrygnęłam się na te słowa, bo potwierdzały moje najgorsze obawy. Gdy Jeb nazwał mnie swoją bratanicą, pozwoliłam, by rozbłysła we mnie iskierka nadziei – a nuż się zlitują. Było to z mojej strony strasznie naiwne, jedyną litością, na jaką mogłam u nich liczyć, była śmierć.
    Spojrzałam na kobietę, która to powiedziała. O dziwo była co najmniej tak stara jak Jeb. Jej włosy nie były siwe, lecz ciemnoszare. Dlatego tak późno zdałam sobie sprawę z jej wieku. Twarz miała ściągniętą gniewnymi zmarszczkami. Było w niej jednak coś znajomego.
    Melanie skojarzyła tę przekwitłą twarz z inną, gładszą, ze wspomnień.
    – Ciocia Maggie? Ty też tutaj? Jak to? Czy Sharon… – Były to słowa Melanie, ale płynęły z moich ust i nie potrafiłam ich zatrzymać. Nasza wspólna niedola ją wzmocniła – albo mnie osłabiła. A może po prostu za bardzo skupiałam się na tym, z której strony nadejdzie śmiertelny cios. Gotowałam się na koniec, a tymczasem ona zaczęła się witać z rodziną.
    Lecz nie dane jej było dokończyć. Kobieta imieniem Maggie przypadła do nas szybko. Szybciej, niż można było przypuszczać, zważywszy na jej niepozorny wygląd. Nie uniosła dłoni, w której trzymała czarny łom. Tę właśnie dłoń z niepokojem obserwowałam, dlatego drugą, otwartą, spostrzegłam dopiero na ułamek sekundy przed tym, jak wymierzyła mi potężny policzek.
    Odrzuciło mi głowę do tyłu. Mimowolnie ją wyprostowałam, a wtedy kobieta uderzyła mnie drugi raz.
    – Nie damy się oszukać, ty oślizły pasożycie. Już my znamy te wasze sztuczki. Wiemy, jakie z was dobre udawadła.
    Poczułam krew w ustach.
    Nie rób tego więcej, zganiłam Melanie. Mówiłam ci, co sobie pomyślą.
    Melanie była zbyt zszokowana, by cokolwiek odpowiedzieć.
    – Maggie, złotko… – zaczął Jeb uspokajającym tonem.
    – Milcz, stary durniu! Pewnie przyprowadziła ich tu całą zgraję. – Odsuneła się, mierząc mnie wzrokiem jak węża. Stanęła obok brata.
    – Ja tu nikogo nie widzę – odparł Jeb. – Halo! – zawołał głośno, aż drgnęłam przestraszona. Nie tylko ja. Jeb wymachiwał lewą ręką nad głową, w prawej nadal trzymając strzelbę. – Tutaj jesteśmy!
    – Zamknij się – fuknęła Maggie, uderzając go w pierś. Przekonałam się na własnej skórze, że ta kobieta ma dużo siły, jednak Jeb ani drgnął.
    – Przyszła sama, Mag. Jak ją znalazłem, była ledwie żywa, zresztą widzisz, jak wygląda. Stonogi tak łatwo nie poświęcają swoich. Zjawiłyby się po nią dużo wcześniej niż ja. Czymkolwiek jest, przyszła tu sama.
    W wyobraźni zobaczyłam małe, długie, wielonogie stworzenie, ale nie wiedziałam, o co im chodzi.
    To o was, wyjaśniła Melanie. Zestawiła obraz brzydkiego robaka z moim wspomnieniem srebrzystej duszy. Nie widziałam podobieństwa.
    Ciekawe, skąd wie, jak wyglądacie, zastanowiła się Melanie. Sama dowiedziała się o tym dopiero z moich wspomnień.
    Nie miałam czasu na rozmyślania. Jeb szedł w moim kierunku, reszta krok za nim. Ręka Kyle’a wisiała nad ramieniem Jeba, gotowa go powstrzymać, a może zepchnąć na bok, nie wiadomo.
    Jeb przełożył strzelbę do lewej ręki, a prawą wyciągnął ku mnie. Patrzyłam na nią niepewnie, czekając, aż mnie uderzy.
    – No dalej – zwrócił się do mnie łagodnie. – Gdybym miał dość siły, tobym cię wczoraj w nocy zaniósł do domu. Ale niestety będziesz musiała kawałek przejść sama.
    – Nie! – warknął Kyle.
    – Zabieram ją ze sobą – powiedział Jeb. Po raz pierwszy w jego głosie zabrzmiała nuta stanowczości. Zauważyłam też, że zacisnął usta.
    – Jeb! – zaprotestowała Maggie.
    – To miejsce jest moje. Mag, i mogę robić, co mi się podoba.
    – Stary kretyn!
    Jeb pochylił się i podniósł moją dłoń zaciśniętą w pięść. Szarpnął za nią, podrywając mnie na nogi. Nie zrobił tego, żeby sprawić mi ból. Wyglądało to raczej, jakby się spieszył. Trzymał mnie przy życiu z sobie tylko znanych powodów. Z drugiej strony, czy nie było to okrucieństwem?
    Zachwiałam się. Nie miałam pełnego czucia w nogach. Kiedy zaczęła do nich spływać krew, poczułam ukłucia tysięcy maleńkich igiełek. Za jego plecami rozległy się pomruki niezadowolenia.
    – No dobra – powiedział do mnie życzliwie. – Kimkolwiek jesteś, zmywajmy się stąd, zanim zrobi się gorąco.
    Mężczyzna wyglądający na brata Kyle’a położył Jebowi dłoń na ramieniu.
    – Jeb, chyba nie pokażesz pasożytowi tak po prostu, gdzie mieszkamy.
    – To nie ma znaczenia – stwierdziła ostro Maggie. – I tak już nigdy nie zobaczy się z innymi.
    Jeb westchnął i zdjął z szyi chustę, ledwie widoczną pod gęstą brodą.
    – To głupie – wymamrotał, zwinąwszy brudny, sztywny od potu materiał w opaskę.
    Gdy przewiązywał mi oczy, stałam nieruchomo, starając się zapanować nad strachem. Był tym większy, że nie widziałam teraz swoich wrogów.
    Wiedziałam jednak, że to Jeb położył mi dłoń na ramieniu, by mną pokierować. Nikt inny nie byłby tak delikatny.
    Ruszyliśmy przed siebie, zgadywałam, że na północ. Z początku nikt się nie odzywał – słyszałam tylko chrzęst piasku i kamieni pod wieloma stopami. Ziemia była równa, lecz moje zdrętwiałe nogi bezustannie się potykały. Jeb był bardzo cierpliwy i uprzejmy.
    Słońce wschodziło coraz wyżej. Niektórzy szli szybciej. Wysunęli się naprzód i po pewnym czasie nie słyszałam już ich kroków. Miałam wrażenie, że przy mnie i Jebie pozostało niewielu. Nie wyglądałam zapewne, jakbym wymagała silnej straży. Słaniałam się z głodu, kręciło mi się w głowie.
    – Chyba mu nie powiesz?
    Był to głos Maggie. Dochodził zza moich pleców i brzmiał oskarżycielsko.
    – Ma prawo wiedzieć – odparł Jeb. Jego ton znów nabrał stanowczości.
    – To okrutne, co chcesz zrobić, Jebediah.
    – Życie jest okrutne, Magnolio.
    Nie wiedziałam, które z dwojga rodzeństwa bardziej mnie przeraża. Jeb, któremu tak bardzo zależało, by utrzymać mnie przy życiu? Czy Maggie, która jako pierwsza wspomniała o d o k t o r z e, przyprawiając mnie natychmiast o mdłości, ale też wydawała się bardziej wrażliwa na okrucieństwo niż brat?
    Przez kolejne parę godzin znów szliśmy w milczeniu. Gdy w pewnej chwili ugięły się pode mną nogi. Jeb pomógł mi się położyć i przytknął mi do ust manierkę, tak jak zeszłej nocy.
    – Daj znać, jak będziesz miała dość – powiedział. Jego słowa brzmiały serdecznie, ale wiedziałam, że to tylko pozory. Ktoś westchnął zniecierpliwiony.
    – Dlaczego to robisz. Jeb? – zapytał męski głos. Słyszałam go już wcześniej, należał do jednego z braci. – Dla Doktora? Trzeba było tak od razu powiedzieć Kyle’owi. Nie musiałeś go straszyć bronią.
    – Kyle’a trzeba czasem postraszyć bronią – odparł Jeb.
    – Tyłko proszę, nie mów mi, że robisz to ze współczucia – ciągnął mężczyzna. – Po tym wszystkim, co widziałeś…
    – Po tym wszystkim, co widziałem, trudno, żebym nie miał w sobie współczucia. To by chyba znaczyło, że coś jest ze mną nie tak. Ale nie, tu nie chodzi o współczucie. Gdybym miał go dość dla tego biednego stworzenia, pozwoliłbym mu umrzeć.
    Po nagrzanym ciele przebiegł mi chłodny dreszcz.
    – Więc dlaczego? – dociekał brat Kyle’a.
    Nastało długie milczenie, po czym wyczułam dłonią rękę Jeba. Chwyciłam ją, by pomóc sobie wstać. Wtedy położył mi drugą dłoń na plecach i ruszyliśmy w dalszą drogę.
    – Z ciekawości – oznajmił po chwili cichym głosem.
    Nikt nic nie powiedział.
    Idąc, próbowałam uporządkować fakty. Po pierwsze, nie byłam pierwszą duszą, którą pojmali. Przeciwnie, mieli najwyraźniej ściśle określoną procedurę postępowania. Mężczyzna zwany Doktorem wydobywał już informacje z innych dusz.
    Po drugie, nie udało mu się. Gdyby złamał którąś z torturowanych dusz, nie byłabym im potrzebna. Zginęłabym szybko i prawie bezboleśnie.
    Co ciekawe, uświadomiłam sobie, że wcale nie pragnę jak najszybszej śmierci. Nie dążę do niej. Nie byłoby to nic trudnego i wcale nie wymagałoby samobójstwa. Wystarczyłoby ich okłamać – udawać Łowcę, powiedzieć, że moi partnerzy już mnie szukają, poawanturować się i rzucić kilka gróźb. Albo nawet powiedzieć im prawdę – że Melanie wciąż żyje we mnie i że to ona mnie tu przyprowadziła.
    Ujrzeliby w tym kolejne kłamstwo. W dodatku tak kuszące – pomyśleć, że człowiek może przeżyć zabieg wszczepienia duszy! – tak atrakcyjne, tak przebiegłe, że od razu uwierzyliby, iż jestem Łowcą. Nawet bardziej, niż gdybym sama im to powiedziała. Uznaliby, że próbuję ich przechytrzyć, pozbyli się mnie czym prędzej i znaleźli sobie nową kryjówkę daleko stąd.
    Pewnie masz rację, przyznała Melanie. Ja bym tak zrobiła.
    Ale na razie nie cierpiałam, dlatego nie potrafiłam zdobyć się na samobójstwo. Instynkt przetrwania kazał mi siedzieć cicho. W myślach mignęło mi wspomnienie ostatniego spotkania z Pocieszycielką – było tak odlegle, jak gdyby zdarzyło się na innej planecie. Melanie prowokowała mnie wtedy, żebym się jej pozbyła, w istocie jednak tylko blefowała. Przypomniało mi się, jak pomyślałam sobie wtedy, że trudno w wygodnym fotelu myśleć o śmierci.
    Zeszłej nocy Melanie i ja chciałyśmy umrzeć, ponieważ było to bardzo realne. Teraz jednak stałam znowu o własnych siłach i czułam się zupełnie inaczej.
    Ja też nie chcę umierać, wyszeptała Melanie. Ale może się mylisz. Może wcale nie dlatego nas oszczędzili. Nie rozumiem, dlaczego mieliby… Nie miała ochoty wyobrażać sobie tortur, które mogli dla nas szykować. Na pewno potrafiłaby wymyślić o wiele gorsze niż ja. Niby czego chcieliby się od ciebie tak bardzo dowiedzieć?
    Tego nigdy nie powiem. Ani tobie, ani żadnemu innemu człowiekowi.
    Była to śmiała deklaracja. O tyle łatwa, że na razie nikt nie zrobił mi krzywdy…
    Minęła kolejna godzina. Słońce stało już wysoko i prażyło niemiłosiernie. Czułam się, jakbym miała na głowie koronę z ognia. W pewnej chwili z przodu zaczęły dobiegać nowe odgłosy. Dźwięk deptanej ziemi zamienił się w dziwne echo. Stopy Jeba ciągle stąpały po piasku, tak jak moje, ale ktoś idący przed nami wszedł na inny teren.
    – Teraz ostrożnie – ostrzegł mnie Jeb. – Uważaj na głowę.
    Nie wiedziałam, na co mam uważać ani jak, skoro nic nic widziałam. Jeb zdjął rękę z moich pleców i położył mi ją na głowie, dając do zrozumienia, że mam się schylić. Dalej szłam już przygięta, ze sztywną szyją.
    Jeb znów zaczął mną kierować. Nasze kroki rozbrzmiewały teraz jednakowym echem. Grunt nie ustępował już pode mną jak piasek. Nie był to też sypki żwir. Stąpałam po płaskim, twardym podłożu.
    Zniknęło też słońce. Nie czułam już żaru na skórze ani włosach.
    Zrobiłam kolejny krok i nagle zmieniło się powietrze. Nie był to wiatr; to ja w nie weszłam. Suchy pustynny podmuch znikł bez śladu. Nowe powietrze było chłodnawe i nieruchome. Miało delikatny posmak wilgoci.
    W myślach roiło nam się od pytań. Melanie chciała mówić, ale ja milczałam. Nie było takich słów, które by nam teraz pomogły.
    – Dobra, prostujemy się – polecił Jeb.
    Powoli podniosłam głowę.
    Mimo przewiązanych oczu wiedziałam, że jesteśmy w ciemnościach. Światło zza opaski znikło. Stojący za moimi plecami szurali niecierpliwie nogami, czekając, aż ruszymy dalej.
    – Tędy – powiedział Jeb, kierując mnie w lewo. Nasze kroki odbijały się echem bardzo blisko. Przestrzeń musiała być niewielka. Co jakiś czas odruchowo schylałam głowę w obawie, że o coś uderzę.
    Przeszliśmy kilka kroków i pokonaliśmy ostry zakręt, który prawdopodobnie zawrócił nas o sto osiemdziesiąt stopni. Korytarz zaczął opadać w dół. Z każdą chwilą zejście robiło się coraz bardziej strome. Jeb podał mi rękę, bym mogła się go złapać. Nie wiem, jak długo tak szłam, ślizgając się w ciemnościach. Zapewne trwało to krócej, niż mi się wydawało. Bałam się i każda minuta mi się dłużyła.
    Gdy pokonaliśmy kolejny zakręt, droga zaczęła piąć się w górę. Nogi tak mi zdrętwiały, że gdy zrobiło się stromo, Jeb musiał mnie prawie ciągnąć w górę. Powietrze było coraz bardziej stęchłe i wilgotne, a ciemności nie ustępowały. Ciszę zakłócały jedynie nasze kroki oraz ich pogłos.
    Po pewnym czasie droga się wyrównała i zaczęła wić niczym wąż.
    Aż wreszcie, wreszcie, ujrzałam zza krawędzi opaski nieco światła. Miałam nadzieję, że sama zsunie mi się z oczu, gdyż nie miałam odwagi jej zdjąć. Pomyślałam, że pewnie nie byłabym tak przerażona, gdybym chociaż widziała, gdzie jestem i z kim.
    Pojawieniu się światła towarzyszyły nowe dźwięki. Z daleka dobiegł mnie dziwny, cichy szmer. Prawie jak wodospad.
    W miarę jak szliśmy, szmer dobywał się coraz głośniej i coraz mniej przypominał wodę. Był zbyt niejednolity, mieszały się w nim i odbijały echem dźwięki o różnej wysokości. Gdyby miał w sobie więcej harmonii, mógłby uchodzić za gorszą wersję muzyki z Planety Śpiewu. Wróciłam na chwilę myślami do tamtego świata, co było o tyle łatwe, że nic nie widziałam.
    Melanie pierwsza zrozumiała tę kakofonię. Nigdy nie słyszałam niczego podobnego, gdyż nigdy nie przebywałam wśród ludzi.
    To odgłosy kłótni, wyjaśniła. Musi tam być strasznie dużo ludzi.
    Wabił ją ten hałas. Czyżby ukrywał się tu ktoś jeszcze? W końcu nawet te osiem osób nas zaskoczyło. Gdzie byłyśmy?
    Poczułam na karku czyjeś ręce i odskoczyłam ze strachem.
    – Spokojnie – odezwał się Jeb, po czym zdjął mi z oczu opaskę.
    Zamrugałam wolno i po chwili cienie dookoła ułożyły się w rozpoznawalne kształty: nierównych ścian, dziurawego sufitu, wytartej i zakurzonej posadzki. Znajdowaliśmy się pod ziemią, w jakiejś naturalnej jaskini. Niezbyt jednak głęboko; miałam wrażenie, że dłużej szliśmy pod górę, niż schodziliśmy.
    Skalne ściany i sufit były ciemne, brązowo-fioletowe, usiane płytkimi dziurami niczym ser szwajcarski. Te niżej miały nieco wytarte krawędzie. Te wyżej, nad moją głową, były wyraźniejsze, z ostrzejszymi brzegami.
    Światło wydobywało się z okrągłej dziury naprzeciw nas, podobne kształtem do pozostałych otworów, lecz większej. Stanowiła wejście do drugiego, jaśniejszego pomieszczenia. Melanie była ożywiona. Zaprzątała ją myśl, że jest tu więcej ludzi. Ja jednak wahałam się, czy z opaską na oczach nie było lepiej.
    Jeb westchnął.
    – Wybacz – powiedział pod nosem tak cicho, że tylko ja to usłyszałam.
    Próbowałam przełknąć ślinę, ale nie udało mi się. Zaczęłam mieć zawroty głowy, ale to mógł być głód. Gdy Jeb położył mi dłoń na plecach i pokierował w stronę wejścia, ręce zadrżały mi jak liście na wietrze.
    Weszliśmy do groty tak ogromnej, że w pierwszej chwili nie wierzyłam własnym oczom. Sufit był nienaturalnie wysoki i jasny – sprawiał wrażenie sztucznego nieba. Próbowałam dojrzeć, skąd bierze się ta jasność, ale ostre jak włócznie promienie światła raziły mnie w oczy.
    Spodziewałam się, że gwar jeszcze bardziej przybierze na sile; tymczasem nagle w olbrzymiej jaskini zrobiło się zupełnie cicho.
    W porównaniu z rozjarzonym sufitem wysoko w górze, na dole było ciemnawo. Minęła chwila, nim w kształtach w oddali rozpoznałam ludzi.
    Miałam przed sobą tłum. Nie było na to innego słowa. Tłum ludzi stojących w niemym bezruchu, wpatrzonych we mnie z tą samą co rano palącą nienawiścią.
    Melanie była tak oszołomiona, że potrafiła tylko liczyć. Dziesięć, piętnaście, dwadzieścia… dwadzieścia pięć, dwadzieścia sześć, dwadzieścia siedem…
    Nie obchodziło mnie, ilu ich jest. Starłam się uświadomić jej, że nie ma to żadnego znaczenia. Nie trzeba było dwudziestu, żeby mnie zabić. Żeby nas zabić. Próbowałam jej uzmysłowić, w jak trudnym położeniu się znalazłyśmy, ale była głucha na moje uwagi, całkiem pochłonięta widokiem świata, o którym nawet nie śniła.
    Jakiś człowiek wystąpił z tłumu. Najpierw spojrzałam na jego dłonie, spodziewając się ujrzeć w nich jakieś niebezpieczne narzędzie. Okazały się jednak tylko zaciśnięte. Mój wzrok wciąż przyzwyczajał się do światła i dopiero po chwili spostrzegłam na skórze mężczyzny złocistą opaleniznę. Natychmiast ją poznałam.
    Wstrzymałam oddech, odurzona nagłym przypływem nadziei, i podniosłam wzrok, by spojrzeć mu w twarz.

Rozdział 14

Spór

    To było zbyt wiele – widzieć go teraz, kiedy już pogodziłyśmy się z tym, że nigdy więcej go nie zobaczymy, że na zawsze go straciłyśmy. Stanęłam jak wryta, niezdolna do jakiejkolwiek reakcji. Chciałam spojrzeć na wuja Jeba, zrozumieć przykre słowa, które wypowiedział na pustyni, ale nie byłam w stanie poruszyć oczami. Utkwiłam błędny wzrok w twarzy Jareda.
    Melanie zareagowała inaczej.
    – Jared! – wykrzyknęła, ale z mojego zniszczonego gardła wydobyło się jedynie chrypienie.
    Tak jak wcześniej na pustyni, przejęła panowanie nad ciałem i ruszyła przed siebie. Rzecz w tym, że teraz dokonała tego siłą.
    Nie zdążyłam jej powstrzymać.
    Rzuciła się do przodu, wyciągając ręce w jego stronę. Krzyknęłam w myślach, usiłując ją ostrzec, ale w ogóle mnie nie słuchała. Jakby zapomniała o moim istnieniu.
    Nikt nie próbował jej zatrzymać. Nikt prócz mnie. Była już dwa kroki od niego i wciąż nie widziała tego, co ja spostrzegłam od razu. Nie widziała, jak bardzo przez te długie miesiące rozłąki zmieniła mu się twarz, jak wyostrzyły się rysy. Nie zauważyła, że bezwiedny uśmiech z jej wspo-mnień wcale nie pasował do tej nowej twarzy. Tylko raz widziała jego gniew, a i tak był wtedy dużo mniej rozwścieczony. Nie widziała tego, a przynajmniej nic sobie z tego nie robiła.
    Jego ramiona były dłuższe niż moje.
    Zanim Melanie zdążyła go dotknąć moimi palcami, uderzył mnie w twarz zewnętrzną częścią dłoni. Cios był tak silny, że ściął mnie z nóg, a upadając, uderzyłam głową o skalną posadzkę. Słyszałam, jak reszta ciała grzmotnęła o podłogę, ale już tego nie poczułam. Wywróciło mi oczy, dzwoniło w uszach. W głowie mi wirowało i o mało co nie straciłam przytomności.
    Głupia! – jęknęłam do niej. Miałaś tego nie robić!
    Jared tu jest, Jared żyje, Jared tu jest, powtarzała w kółko jak refren.
    Próbowałam skupić wzrok, ale sufit całkiem mnie oślepiał. Odwróciłam się od światła i od razu tego pożałowałam. Poczułam ostry ból rozchodzący się po policzku i załkałam.
    Ledwie zniosłam jeden cios. Jakie miałam szanse przeżyć lincz?
    Usłyszałam obok siebie szuranie stóp. Odruchowo podniosłam oczy, wypatrując zagrożenia, i ujrzałam wuja Jeba. Stał nade mną i jakby ku mnie sięgał, ale wyraźnie się wahał i patrzył gdzie indziej. Uniosłam lekko głowę, tłumiąc kolejny szloch, i spojrzałam tam gdzie on.
    Szedł ku nam Jared. Wyglądał tak samo jak barbarzyńcy z pustyni; może tylko w jego gniewie było coś pięknego. Serce mi załopotało i zaczęło bić nierówno. Miałam ochotę wyśmiać samą siebie. Jakie to miało znaczenie, że był piękny, że go kochałam, skoro zamierzał mnie zabić?
    Przyglądałam się tej okrutnej twarzy. Wmawiałam sobie, że morderczy szał weźmie w nim górę nad wyrachowaniem, lecz tak naprawdę nie pragnęłam śmierci.
    Jeb i Jared przez dłuższą chwilę patrzyli sobie w oczy. Jared zaciskał szczęki. Jeb zachowywał spokojną twarz. W końcu Jared westchnął gniewnie i zrobił krok do tyłu.
    Jeb wziął mnie za rękę i pomógł wstać, podpierając moje plecy. Zakręciło mi się w głowie i ścisnęło mnie w dołku. Gdyby nie to, że nic nie jadłam od paru dni, pewnie bym zwymiotowała. Czułam się, jakbym wcale nie stała na ziemi. Zachwiałam się i prawie upadlam do przodu, ale Jeb przywrócił mnie do pionu.
    Jared przyglądał się temu z zaciśniętymi ze złości zębami. Melanie próbowała znowu się do niego zbliżyć, niczego nienauczona. Ale zdążyłam się już otrząsnąć z szoku po spotkaniu z nim i byłam w tej chwili o wiele przytomniejsza. Tym razem nie mogło jej się udać. Uwięziłam ją w głowie, zatrzaskując wszystkie możliwe kraty.
    Siedź cicho. Nie widzisz, jak on się mną brzydzi? Cokolwiek byś powiedziała, tylko pogorszysz sprawę. Zginiemy.
    Ale on żyje, Jared żyje, zawodziła.
    Panująca w jaskini cisza została przerwana. Ze wszystkich stron rozległy się nagle szepty, wszystkie naraz, jakby na czyjś cichy znak. Nie rozumiałam ich jednak.
    Przebiegłam wzrokiem po tłumie. Ani jednej dziecięcej sylwetki, sami dorośli. Bolało mnie to, a Melanie chciała zapytać na głos. Uciszyłam ją stanowczo. Nie mogłyśmy tu liczyć na nic prócz gniewu i nienawiści na obcych twarzach. Także na twarzy Jareda.
    A przynajmniej dopóki przez tłum nie przecisnął się jeszcze ktoś. Był to wysoki, szczupły mężczyzna. Tylko u niego pod skórą znać było kości. Włosy miał mysie, chyba jasnobrązowe lub ciemnoblond. Rysom twarzy brakowało wyrazu, podobnie jak reszcie pociągłego ciała. W jego spojrzeniu nie było gniewu i właśnie dlatego od razu rzucił mi się w oczy.
    Pozostali ustępowali mu z drogi. Najwyraźniej darzyli tego niepozornego człowieka szacunkiem. Tylko Jared się nie usunął. Stał nieruchomo, nie odrywając ode mnie wzroku. Chudy mężczyzna ominął go, nie zwracając na niego większej uwagi. Zupełnie jakby mijał stertę kamieni.
    – Jestem, jestem – oznajmił dziwnie wesołym głosem, stając przede mną. – Co my tu mamy?
    Odpowiedziała mu ciocia Maggie, która nagle zjawiła się u jego boku.
    – Jeb znalazł go na pustyni. Kiedyś to była nasza bratanica, Melanie. Powiedział jej, jak ma tu trafić. – Mówiąc to, zerknęła gniewnie na Jeba.
    – Mhm – wymamrotał mężczyzna, z zaciekawieniem badając mnie wzrokiem. Czułam się dziwnie. Zdawał się zadowolony. Nie rozumiałam dlaczego.
    Speszona jego spojrzeniem, przeniosłam wzrok na inną postać – młodą kobietę o ognistych włosach. Wychylała się zza ramienia drobnego mężczyzny. Rękę położyła mu na barku.
    Sharon! – krzyknęła Melanie.
    Kiedy ją poznałam, kuzynka zmarszczyła gniewnie czoło. Zepchnęłam Melanie w kąt umysłu. Cii!
    – Mhm – wymamrotał ponownie wysoki mężczyzna, potakując. Wyciągnął dłoń ku mojej twarzy i zdziwił się, gdy przed nią uskoczyłam, prawie wpadając na Jeba.
    – Nie bój się – powiedział, uśmiechając się pokrzepiająco. – Nie zrobię ci krzywdy.
    Ponownie wyciągnął rękę w moją stronę. Przysunęłam się wystraszona do Jeba, lecz ten popchnął mnie łokciem do przodu. Mężczyzna dotknął mojej twarzy pod uchem. Był delikatniejszy, niż sądziłam. Obrócił mi twarz. Poczułam, jak przesuwa palcem po karku, i zrozumiałam, że sprawdza bliznę po wszczepieniu.
    Kątem oka obserwowałam Jareda. To, co robił mężczyzna, wyraźnie mu się nie podobało i domyślałam się dlaczego. Ta cienka różowa linia na mojej szyi musiała w nim budzić najgorsze uczucia.
    Miał teraz zmarszczone czoło, ale też, ku mojemu zdziwieniu, jego twarz trochę złagodniała. Uniósł nieco brwi, przez co wyglądał na zagubionego.
    Mężczyzna opuścił ręce i cofnął się. Usta miał ściągnięte, a oczy mu błyszczały.
    – Wygląda na zdrową, choć jest trochę wycieńczona, odwodniona i niedożywiona. Ale odwodnienie to nie problem, chyba wlałeś w nią wystarczająco dużo wody. A zatem – tu wykonał dziwny, mimowolny gest mycia rąk – do dzieła.
    Wszystko ułożyło się w całość i nagle zrozumiałam. Oto ten uprzejmy mężczyzna, który przed chwilą obiecał, że nie zrobi mi krzywdy, był Doktorem.
    Wuj Jeb westchnął ciężko i zamknął oczy.
    Doktor wyciągnął do mnie dłoń. Zacisnęłam pięści za plecami. Jeszcze raz zbadał mi wzrokiem twarz, skupiając się na wystraszonych oczach. Wykrzywił usta, ale nie był to grymas niezadowolenia. Zastanawiał się raczej, jak postąpić.
    – Kyle, Ian? – zawołał i wyciągnął szyję, wypatrując wezwanych w tłumie. Zobaczyłam, jak wyłaniają się z niego czarnowłosi bracia, i zadrżały pode mną kolana.
    – Chyba muszę was prosić o pomoc. Gdybyście mogli zanieść… – zaczął Doktor, który przy Kyle’u wydawał się dużo niższy.
    – Nie.
    Wszyscy obrócili się, by zobaczyć, kto to. Ja nie musiałam, bo poznałam go po głosie. Mimo to spojrzałam.
    Brwi miał nastroszone, a na ustach dziwny grymas. Na twarzy malowało się tyle emocji naraz, że trudno było je opisać jednym słowem. Widziałam w niej złość, bunt, zagubienie, nienawiść, strach… i ból.
    Doktor zamrugał, wyraźnie zaskoczony.
    – Tak, Jared? Jakiś problem?
    – Owszem.
    Wszyscy czekali w milczeniu. Stojący obok mnie Jeb zaciskał kąciki ust, jakby powstrzymując uśmiech, co wskazywałoby na dość osobliwe poczucie humoru.
    – Jaki znowu? – zapytał Doktor.
    – Oto jaki, Doktorze – odparł Jared przez zęby. – Co za różnica, czy oddamy go w twoje ręce, czy Jeb od razu wpakuje mu kulę w czaszkę?
    Zadrżałam. Jeb poklepał mnie uspokajająco po ramieniu. Doktor ponownie zamrugał.
    – No cóż.
    Jared nie czekał na odpowiedź.
    – Jedyna różnica jest taka, że Jeb przynajmniej nie nabrudzi.
    – Jared. – Ton głosu Doktora był kojący, tak jak wtedy, gdy mówił do mnie. – Za każdym razem wiele się dowiadujemy. Może tym razem uda nam się…
    – Ha! – parsknął Jared. – Jakoś nie widzę tego postępu.
    Jared nas obroni, pomyślała cichutko Melanie.
    Formułowanie myśli przychodziło mi z wielkim trudem. Nie nas, tylko twoje ciało.
    To wystarczy… Jej głos zdawał się dobiegać z daleka, jakby spoza mojej pulsującej głowy.
    Sharon zrobiła krok naprzód, wysuwając się nieznacznie przed Doktora, jak gdyby chciała stanąć w jego obronie.
    – Nie ma sensu marnować okazji! – wybuchnęła. – Wiemy, Jared, że jest ci ciężko, ale koniec końców decyzja nie należy do ciebie. Liczy się dobro większości.
    Jared posłał jej groźne spojrzenie.
    – Nie – odwarknął.
    Wiedziałam, że nie powiedział tego szeptem, a mimo to rozbrzmiało mi w uszach bardzo cicho. Zresztą wszystko nagle ucichło. Widziałam, jak Sharon rusza ustami, wymachując wściekle palcem w stronę Jareda, ale słyszałam jedynie przytłumiony jazgot. Choć żadne z nich nie ruszyło się ani na krok, zdawało mi się, że powoli odpływają w dal.
    Patrzyłam, jak czarnowłosi bracia zbliżają się do Jareda, obaj rozsierdzeni. Poczułam, że próbuję unieść zwiotczałą rękę w geście protestu, lecz tylko drgnęła żałośnie. Jared otworzył usta, czerwieniejąc na twarzy, a żyły na szyi napięły mu się, jakby krzyczał, ale niczego nie słyszałam. Jeb puścił moją rękę, a w powietrzu po prawej mignęła mi srebrna lufa strzelby. Odskoczyłam, mimo że nie była wycelowana we mnie. Straciłam wówczas równowagę; patrzyłam, jak jaskinia przewraca się na bok.
    – Jamie – szepnęłam, tracąc z oczu jasność.
    Twarz Jareda pojawiła się nagle tuż przy mnie. Pochylał się nade mną ze srogą miną.
    – Jamie? – powtórzyłam cicho, tym razem pytając. – Jamie?
    Z daleka dobiegł gruby głos Jeba.
    – Nic mu nie jest. Jared go tu przyprowadził.
    Spojrzałam na zbolałe oblicze Jareda, znikające coraz szybciej w mroku spowijającym mi oczy.
    – Dziękuję – wyszeptałam.
    Chwilę później pogrążyłam się w ciemnościach.

Rozdział 15

Cela

    Kiedy się ocknęłam, nie byłam ani trochę zdezorientowana. Od razu wiedziałam, gdzie jestem, przynajmniej mniej więcej. Dlatego też nie otwierałam oczu i oddychałam miarowo. Postanowiłam dowiedzieć się jak najwięcej, nie zdradzając, że odzyskałam przytomność.
    Byłam głodna. Mój żołądek skręcał się i kurczył, wydając niespokojne dźwięki. Nie bałam się jednak, że mnie wyda. Z pewnością burczał już od jakiegoś czasu.
    Strasznie bolała mnie głowa. Nie wiadomo było, ile w tym winy zmęczenia, a ile ciosów i upadków.
    Leżałam na twardej powierzchni. Nierównej i… podziurawionej. Nie była płaska, lecz dziwnie zakrzywiona, jakbym tkwiła w płytkiej balii. Od spania w niewygodnej pozycji bolały mnie plecy i biodra. Zapewne tylko dlatego się obudziłam, bo nie czułam się ani trochę wypoczęta.
    Było ciemno – wiedziałam to bez otwierania oczu. Ciemność musiała być bardzo gęsta, choć nie nieprzenikniona.
    Powietrze było tu jeszcze bardziej stęchłe – wilgotne i zapleśniałe, z charakterystyczną kwaśnawą domieszką, od której gryzło mnie w gardle. Było wprawdzie chłodniej niż na pustyni, ale nieznośna wilgoć sprawiała, że czułam się niewiele lepiej. Znowu się pociłam. Woda, którą dał mi Jeb, opuszczała moje ciało przez skórę.
    Słyszałam, jak własny oddech wraca do mnie echem. Mogło być tak, że leżałam po prostu blisko ściany, ale podejrzewałam, że pomieszczenie jest bardzo małe. Wytężyłam słuch i wydało mi się, że słyszę, jak oddech odbija się również po drugiej stronie.
    Prawdopodobnie nadal byłam w jaskiniach, do których zabrał mnie Jeb. Domyślałam się więc, co zobaczę, gdy otworzę oczy. Musiałam znajdować się w niewielkim zagłębieniu w skale – ciemnej, brązowo-fioletowej, usianej dziurami jak ser.
    Leżałam w ciszy, nie licząc dźwięków wydawanych przez moje ciało. Bałam się otworzyć oczy, dlatego skupiałam się na uszach, coraz bardziej wytężając słuch. Nikogo jednak nie słyszałam. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Nie zostawiliby mnie chyba bez strażnika? Bez wuja Jeba z jego nieodłączną strzelbą albo kogoś mniej sympatycznego? Zostawić mnie samą… to się kłóciło z ich brutalnym usposobieniem, z organicznym strachem i nienawiścią, jakie w nich budziłam. Chyba że…
    Spróbowałam przełknąć ślinę, ale przerażenie ścisnęło mi gardło. Zostawiliby mnie samą, gdyby myśleli, że nie żyję lub że umrę. Gdyby były w tych jaskiniach miejsca, z których nie ma powrotu.
    W jednej chwili spojrzałam na ten teren inaczej. Wyobrażałam sobie teraz, że leżę na dnie głębokiej rozpadliny albo w ciasnej skalnej mogile. Zaczęłam szybciej oddychać, smakując powietrze, by sprawdzić, czy nie brakuje w nim tlenu. Napełniłam płuca, szykując się do krzyku, i zacisnęłam zęby, próbując go zdławić.
    Nagle tuż przy mojej głowie coś zazgrzytało o ziemię.
    Wrzasnęłam, a mój krzyk odbił się w malej celi świdrującym echem. Otworzyłam błyskawicznie oczy i odskoczyłam od złowieszczego dźwięku, wpadając na poszczerbioną ścianę. Uderzyłam głową o niski sufit i odruchowo zasłoniłam twarz.
    Idealnie okrągłe wejście do mojej malutkiej groty jaśniało słabym światłem. Ujrzałam w nim na wpół oświetloną twarz Jareda, wyciągającego w moją stronę dłoń. Zaciskał usta ze złości. Na czole pulsowała mu żyła.
    Nie przesunął się nawet o centymetr, a jedynie wpatrywał się we mnie gniewnie, podczas gdy ja próbowałam uspokoić oddech. Przypomniałam sobie, że przecież zawsze był bezszelestny – potrafił skradać się cicho jak duch. Nic dziwnego, że nie zdawałam sobie sprawy z jego obecności.
    Ale coś jednak usłyszałam. Ledwie o tym pomyślałam, a Jared sięgnął ręką jeszcze dalej i znowu rozległ się ten sam zgrzyt. Spojrzałam w dół i zobaczyłam u stóp kawałek plastiku służący za tacę. A na nim…
    Rzuciłam się w stronę otwartej butelki. Porwałam ją do ust, ledwie rejestrując grymas niesmaku na jego twarzy. Później miało mnie to prześladować, teraz jednak myślałam tylko o wodzie. Zastanawiałam się, czy kiedykolwiek jeszcze będzie dla mnie czymś zwykłym. Miałam tak marne szanse na przeżycie, że prawdopodobnie nie.
    Jared zniknął. Widziałam tylko skrawek jego rękawa. Gdzieś obok znajdowało się źródło sztucznego, niebieskawego światła.
    Zdążyłam opróżnić butelkę do połowy, kiedy poczułam nowy zapach. Najwyraźniej dostałam coś jeszcze. Ponownie spojrzałam na tacę.
    Jedzenie. Jak to, karmią mnie?
    Był to zapach pieczywa – ciemnej, nieforemnej bułki. Na tacy znajdowała się również miseczka przejrzystego płynu pachnącego cebulą. Nachylając się, zobaczyłam na jej dnie ciemne kawałki czegoś. Obok miseczki leżały trzy krótkie, grube rurki. Pewnie były to warzywa, ale nie znałam ich nazwy.
    Przyglądałam się tacy raptem parę sekund, ale to wystarczyło, by wygłodniały żołądek omal nie wyskoczył mi z ust.
    Rozdarłam bułkę. Była zwarta, pełna ziaren grzęznących między zębami. Nieco twarda, ale miała cudownie bogaty smak. Nigdy wcześniej nie jadłam czegoś równie pysznego, nawet znalezione na pustyni ciastka z kremem nie smakowały mi tak bardzo. Gryzłam najszybciej, jak mogłam, ale większość kęsów połykałam, nie przeżuwszy ich do końca. Słyszałam, jak bulgocze mi w brzuchu. Było to mniej przyjemne, niż się spodziewałam. Mój żołądek odzwyczaił się od jedzenia i źle na nie reagował.
    Niezrażona, sięgnęłam po zupę. Poszło mi z nią łatwiej. Choć mocno pachniała, smak miała łagodny. Leżące na spodzie zielone kawałki były miękkie i gąbczaste. Wypiłam ją prosto z miseczki, żałując, że nie jest głębsza. Na koniec przechyliłam dnem do góry, upewniając się, że nie została w niej ani kropla.
    Białe warzywa – jakieś korzenie – były chrupiące i drewniane w smaku. Nie tak smaczne jak chleb ani pożywne jak zupa, ale przynajmniej sycące. Mimo to byłam nadal głodna i pewnie zaczęłabym pałaszować tacę, gdyby tylko dało się ją dobrze pogryźć.
    Dopiero kiedy skończyłam jeść, uzmysłowiłam sobie, że przecież nie powinni mnie karmić. Chyba że Jared ustąpił w końcu Doktorowi. Ale jeżeli istotnie tak było, dlaczego to on był moim strażnikiem?
    Odsunęłam pustą tacę w stronę wejścia, wzdrygając się na dźwięk zgrzytania plastiku o skałę. Siedziałam nieruchomo, przyparta plecami do ściany, i patrzyłam, jak Jared wchodzi, by ją zabrać. Tym razem na mnie nie spojrzał.
    – Dziękuję – szepnęłam, gdy odchodził. Nic nie odpowiedział, nawet nie drgnął na twarzy. Zniknął, nie widziałam już nawet kawałka rękawa, wiedziałam jednak, że wciąż tam jest.
    Nie wierzę, że mnie uderzył, odezwała się Melanie, bardziej zdumiona niż rozżalona. Nie otrząsnęła się jeszcze z szoku. Ja z kolei w ogóle nie byłam zaskoczona. Oczywiście, że mnie uderzył.
    Byłam ciekawa, gdzie się podziewasz, odparłam. To by nie było zbyt uprzejme, wciągnąć mnie w taką kabałę, a potem sobie zniknąć.
    Zignorowała mój cierpki ton. Nie pomyślałabym, że jest do tego zdolny, choćby nie wiem co. Ja bym chyba nie mogła.
    Jasne, że byś mogła. Gdyby podszedł do ciebie ze srebrnymi oczyma, zrobiłabyś to samo. Macie przemoc w genach. Przypomniałam sobie, jak chciała udusić Łowczynię. Miałam wrażenie, że od tamtej chwili minęły całe miesiące, a przecież było to zaledwie kilka dni temu. Nonsens. Czy to wszystko nie powinno zająć więcej czasu?
    Melanie próbowała rozważyć to na chłodno. Nie, nie sądzę, żebym mogła go uderzyć… ani Jamiego, nie wyobrażam sobie, żebym mogła skrzywdzić Jamiego, nawet gdyby… Urwała, nie mogąc znieść tej myśli.
    Zastanowiłam się nad tym i przyznałam jej rację. Nawet gdyby Jamie stał się kimś lub czymś innym, żadna z nas nie umiałaby podnieść na niego ręki.
    Ale to co innego. Jesteś dla niego jak… matka. Matka nie kieruje się w takiej sytuacji rozsądkiem, tylko uczuciami.
    Macierzyństwo zawsze wiąże się z uczuciami – nawet dla was.
    Nic nie odpowiedziałam.
    Jak myślisz, co teraz będzie?
    To ty lepiej znasz się na ludziach, przypomniałam. To chyba niedobrze, że mnie karmią. Przychodzi mi do głowy tylko jeden powód, dla którego mogą chcieć, żebym się wzmocniła.
    Kilka informacji o ludzkim okrucieństwie mieszało mi się w głowie z historiami z tamtej starej gazety. Ogarniało mnie przerażenie na myśl o ogniu. Melanie swego czasu oparzyła sobie gorącą patelnią opuszki palców prawej ręki. Przypomniałam sobie jej szok – ból był ostry, gwałtowny, prawie nie do zniesienia.
    Ale to był tylko nieszczęśliwy wypadek. Od razu dostała okład z lodu, potem maść i lekarstwa. Nikt nie zrobił jej tego umyślnie, nikt nie wydłużał jej cierpienia w nieskończoność…
    Nigdy wcześniej nie żyłam na planecie, na której działyby się takie rzeczy, nawet przed przybyciem dusz. Ziemia była jednocześnie najlepszym i najgorszym ze światów. Najpiękniejsze doznania i wzniosłe uczucia mieszały się tutaj z mrocznymi żądzami i podłością. Być może tak właśnie miało być. Może niziny były potrzebne, by wspinać się na wyżyny. Czy dusze były inne? Czy mogły cieszyć się światłem, nie zaznając mroków tego świata?
    Kiedy cię uderzył, to… coś poczułam, przerwała mi Melanie, cedząc słowa jakby wbrew sobie.
    Ja też. Zdumiewające, jak łatwo przychodził mi sarkazm po tak długim przebywaniu z Melanie. Ma niezły bekhend, nie uważasz?
    Nie o to mi chodziło. Rzecz w tym… Wahała się przez dłuższą chwilę, aż w końcu szybko wyrzuciła z siebie resztę słów. Myślałam, że to, co do niego czujemy, tak naprawdę pochodzi tylko ode mnie. Myślałam, że… mam nad tym kontrolę.
    Myśli były czytelniejsze niż same słowa.
    Myślałaś, że udało ci się mnie tu sprowadzić tylko dlatego, że sama bardzo tego chciałaś. Wydawało ci się, że to ty masz nade mną władzę, a nie na odwrót. Starałam się powściągnąć złość. Myślałaś, że umiesz mną manipulować.
    Tak. Była smutna nie z powodu mojego rozgoryczenia, lecz dlatego, że nie lubiła się mylić. Ale…
    Czekałam.
    Kiedy w końcu się odezwała, znów zalała mnie potokiem słów. Ty też go kochasz, niezależnie ode mnie. Inaczej. Nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki go tu nie ujrzałyśmy, dopóki pierwszy raz go nie zobaczyłaś. Jak to możliwe? Jak glista wielkości dłoni może się zakochać w człowieku?
    Glista?
    No dobra, przepraszam… rzeczywiście macie coś na kształt… nóżek.
    Niezupełnie. Prędzej czułki. A kiedy są wysunięte, z pewnością nie mieszczę się w dłoni.
    Chodzi mi o to, że Jared nie należy do twojego gatunku.
    Mam ludzkie ciało, odparłam. Będąc w nim, jestem człowiekiem. A ponieważ w twoich wspomnieniach Jared jest taki, a nie inny… No cóż, sama jesteś sobie winna.
    Namyślała się chwilę. Nie spodobało jej się to, co powiedziałam.
    Więc gdybyś pojechała do Tucson i dostała nowe ciało, to już byś go nie kochała?
    Mam szczerą nadzieję, że nie.
    Żadna z nas nie była do końca zadowolona z mojej odpowiedzi. Oparłam głowę na kolanach. Melanie zmieniła temat.
    Przynajmniej Jamie jest bezpieczny. Wiedziałam, że Jared dobrze się nim zaopiekuje. Nie mogłam go zostawić w lepszych rękach… Bardzo chciałabym go zobaczyć.
    Nie mam zamiaru o to prosić! Wzdrygnęłam się, wyobrażając sobie, co by się stało.
    Z drugiej strony, sama pragnęłam go zobaczyć. Chciałam mieć pewność, że naprawdę tu jest, że nic mu nie grozi, że karmią go i opiekują się nim. Tak jak robiła to Melanie – i jak nie zrobi już nigdy. I tak jak ja sama, bezdzietna, chciałabym się nim zaopiekować. Czy ma mu kto śpiewać kołysanki? Opowiadać bajki? Czy nowy, gniewny Jared ma głowę do takich rzeczy? Czy Jamie ma się do kogo przytulić, kiedy się boi?
    Jak myślisz, powiedzą mu, że tu jestem? – zapytała Melanie.
    To mu pomoże czy zaszkodzi? – zapytałam w odpowiedzi.
    Nie wiem… – wyszeptała. Chciałabym mu powiedzieć, że dotrzymałam słowa.
    Niewątpliwie tak. Pokiwałam głową z uznaniem. Wróciłaś, jak zawsze.
    Dzięki. Jej głos był bardzo cichy. Nie byłam pewna, czy dziękuje mi za te słowa, czy za wszystko. Za to, że z nią tu przyszłam.
    Poczułam się nagle bardzo zmęczona. Wiedziałam, że ona też. Mój żołądek nieco się już uspokoił i był prawie pełny, a inne bóle osłabły na tyle, że mogłam znowu spać. Zawahałam się, zanim ruszyłam ciałem, gdyż bałam się robić nawet najmniejszy hałas, ale musiałam się rozciągnąć. Zrobiłam to najciszej, jak umiałam, szukając miejsca, gdzie bym się zmieściła. W końcu musiałam prawie wystawić stopy na zewnątrz. Obawiałam się, że Jared mnie usłyszy i pomyśli, że próbuję uciec, ale nic nie zrobił. Podłożyłam sobie rękę pod mniej obolałą stronę twarzy i zamknęłam oczy, starając się nie myśleć o tym, że nierówna podłoga ciśnie mnie w kręgosłup.
    Chyba spałam, lecz na pewno nie głęboko. Gdy się zbudziłam, usłyszałam dalekie kroki.
    Tym razem natychmiast otworzyłam oczy. Dookoła nic się nie zmieniło. Wciąż widziałam bladoniebieską poświatę, nadal nie widziałam Jareda. Ktoś nadchodził – kroki wyraźnie się zbliżały. Odsunęłam stopy od wejścia najciszej, jak się dało, i znów się skuliłam, przywierając plecami do ściany. Wolałabym wstać, czułabym się wtedy mniej bezbronna i bardziej gotowa stawić czoła temu, co miało się wydarzyć, cokolwiek to było. Sklepienie znajdowało się jednak tak nisko, że trudno byłoby mi choćby uklęknąć.
    Przed moją celą coś drgnęło. Dojrzałam kawałek stopy cicho wstającego Jareda.
    – O, tutaj jesteś – odezwał się męski głos. Po długiej ciszy słowa te zabrzmiały tak głośno, że aż zadrżałam. Znałam ten głos. Należał do jednego z braci, którzy byli na pustyni, tego z maczetą – Kyle’a.
    Jared milczał.
    – Nie możemy na to pozwolić, Jared – powiedział ktoś inny spokojniejszym tonem. Zapewne młodszy brat, Ian. Mieli bardzo podobne głosy; a raczej mieliby, gdyby nie to, że Kyle prawie za każdym razem krzyczał, a w jego tonie zawsze pobrzmiewała złość. – Każdy z nas kogoś stracił. Każdy z nas cierpi. Ale to jest przecież jakiś absurd.
    – Skoro nie chcesz oddać go Doktorowi, musi zginąć! – ryknął Kyle.
    – Nie możesz go tu trzymać – ciągnął Ian. – Prędzej czy później ucieknie i nas wyda.
    Jared nadal milczał, ale zrobił krok w bok, zagradzając tym samym wejście do mojej celi.
    W miarę jak docierało do mnie znaczenie ich słów, serce łomotało mi coraz szybciej i głośniej. A zatem Jared wziął górę. Ustalono, że nie będę torturowana. Że mnie nie zabiją – przynajmniej nie od razu. Jared trzymał mnie jako więźnia.
    W tych okolicznościach słowo to wydało mi się piękne.
    Mówiłam ci, że będzie nas bronił.
    – Nie utrudniaj nam tego, Jared – odezwał się nowy, nieznany męski glos. – To po prostu trzeba zrobić.
    Jared milczał.
    – Nie chcemy zrobić ci krzywdy. Jesteśmy tu wszyscy braćmi. Nie zmuszaj nas do tego. – Słychać było, że Kyle wcale nie blefuje. – Odsuń się.
    Jared stał niewzruszony jak skała.
    Serce zaczęło mi walić jeszcze szybciej, uderzając o żebra z taką siłą, że zakłócało oddech. Melanie opanował strach, nie była w stanie spójnie myśleć.
    Chcieli mu zrobić krzywdę. Ci obłąkani ludzie chcieli zaatakować swojego.
    – Jared… proszę – powiedział Ian.
    Jared nie odpowiadał.
    Rozległy się szybkie kroki – odgłosy natarcia – po czym coś ciężkiego uderzyło w coś twardego. Usłyszałam sapanie, ktoś się krztusił…
    – Nie! – wykrzyknęłam i rzuciłam się w stronę wyjścia.

Rozdział 16

Strzelba

    Krawędź włazu była wytarta, ale przeciskając się przezeń, zdarłam sobie skórę z dłoni i łydek. Prostując się, poczułam ból w zesztywniałych mięśniach i na moment straciłam oddech. Krew odpłynęła mi z głowy, przyprawiając mnie niemal o omdlenie.
    Chciałam wiedzieć tylko jedno – gdzie jest Jared. Wtedy mogłabym stanąć pomiędzy nim a napastnikami.
    Wszyscy stali jak wryci i patrzyli na mnie. Jared plecami do ściany, na ugiętych nogach, z dłońmi zaciśniętymi w pięści. Naprzeciw niego Kyle, skurczony, trzymający się za brzuch. Ian i trzeci napastnik stali nieco z tyłu, po bokach, z rozdziawionymi ustami. Wykorzystałam ich zaskoczenie i dwoma długimi, chwiejnymi krokami zajęłam miejsce między Kyle’em a Jaredem.
    Kyle ocknął się pierwszy. Stałam teraz tuż przed nim, więc jego pierwszym odruchem było odepchnąć mnie na bok. Chwycił mnie za bark i pchnął na ziemię. Nim zdążyłam upaść, coś złapało mnie za nadgarstek i podniosło z powrotem na nogi.
    Gdy tylko Jared uświadomił sobie, co zrobił, natychmiast mnie puścił, jak gdyby moja skóra ociekała żrącym kwasem.
    – Wracaj tam! – ryknął i popchnął mnie do tyłu, jednak lżej niż Kyle. Zachwiałam się i cofnęłam nieco w stronę ziejącego czernią włazu.
    Otwór znajdował się na końcu wąskiego korytarza, łudząco podobnego do mojej klitki, tyle że wyższego i dłuższego. Jedynym źródłem światła była stojąca na ziemi niewielka lampa, zasilana w nieznany mi sposób. Rzucała na twarze walczących dziwne cienie, nadając im wygląd dzikich bestii.
    Ponownie zrobiłam krok w ich stronę, stając plecami do Jareda.
    – To po mnie przyszliście – zwróciłam się do Kyle’a. – Zostawcie go.
    Przez długą sekundę nikt nic nie powiedział.
    – Przebiegły ten robal – wymamrotał w końcu Ian z oczami wytrzeszczonymi z przerażenia.

    – Powiedziałem, wracaj tam – syknął za moimi plecami Jared.
    Zwróciłam się do niego bokiem, nie tracąc Kyle’a z pola widzenia.
    – Nie musisz się dla mnie narażać.
    Jared skrzywił się i wyciągnął rękę, chcąc wepchnąć mnie z powrotem do celi.
    Uskoczyłam w bok, przez co zbliżyłam się jeszcze do ludzi, którzy chcieli mnie zabić.
    Ian chwycił mnie za ręce i skrzyżował je z tyłu. Instynktownie stawiłam mu opór, ale był zbyt silny. Wygiął mi stawy do tyłu tak mocno, że straciłam dech.
    – Puść ją! – krzyknął Jared, ruszając do natarcia.
    Kyle złapał go i obrócił, zakładając mu zapaśniczy chwyt i zginając kark do przodu. Nieznajomy doskoczył do nich i pochwycił Jareda za wymachującą rękę.
    – Zostawcie go! – krzyknęłam przerażona, daremnie napinając mięśnie. Ian trzymał mnie bardzo mocno.
    Jared zaskoczył Kyle’a ciosem łokcia w brzuch i wyswobodził się z uścisku, wyrwał się drugiemu napastnikowi, po czym przyłożył Kyle’owi pięścią w nos. Trysnęła ciemna krew, ochlapując ścianę i lampę.
    – Ian, wykończ go! – zawołał Kyle, po czym pochylił głowę i zaatakował Jareda, popychając go na trzeciego napastnika.
    – Nie! – krzyknęliśmy z Jaredem.
    Ian puścił moje ręce i zacisnął mi dłonie na szyi. Wbiłam w nie palce, ale moje krótkie paznokcie nie zdały się na wiele. Wówczas ścisnął mnie jeszcze mocniej i uniósł.
    Uścisk na szyi, nagły brak powietrza w płucach – wszystko to bolało. Cierpiałam męki. Rozpaczliwie próbowałam uwolnić się nie tyle nawet ze śmiercionośnego chwytu, co od bólu.
    Coś szczęknęło. Dwa razy.
    Słyszałam ten odgłos dopiero drugi raz w życiu, ale od razu go rozpoznałam. Nie tylko ja. Wszyscy zamarli, nawet dłonie Iana zastygły na mojej szyi.
    – Kyle, Ian, Brandt – wara! – warknął Jeb.
    Nikt nawet nie drgnął, jedynie moje dłonie wciąż ślizgały się gorączkowo, a stopy podrygiwały w powietrzu.
    Wtedy Jared przemknął Kyle’owi pod ramieniem i rzucił się ku mnie. Ujrzałam jego pięść pędzącą w moją stronę i zamknęłam oczy.
    Tuż koło mojego ucha rozległo się głośne praśniecie. Ian zawył i upuścił mnie na ziemię. Ległam zgięta u jego stóp, łapiąc oddech. Jared posłał mi krótkie, gniewne spojrzenie, po czym stanął u boku Jeba.
    – Chyba zapominacie, chłopcy, że jesteście tutaj gośćmi – warknął Jeb. – Zabroniłem wam jej szukać. Ona też jest moim gościem, przynajmniej na razie, i bardzo mi to nie w smak, że w moim domu jedni urządzają sobie polowania na innych.
    – Jeb – jęknął Ian stłumionym głosem, trzymając się za usta. – Jeb, przecież to szaleństwo.
    – Jaki masz plan? – domagał się odpowiedzi Kyle. Jego umazana krwią twarz wyglądała makabrycznie. W głosie jednak nie było ani śladu bólu, jedynie wrzenie. – Mamy prawo wiedzieć. Musimy wiedzieć, czy jesteśmy tu nadal bezpieczni, czy może powinniśmy szukać innej kryjówki. Jak długo masz zamiar go tu trzymać? To twoje nowe zwierzątko? Co z nim zrobisz, gdy już ci się znudzi zabawa w boga? Mamy prawo wiedzieć.
    Jego słowa dzwoniły mi w głowie echem przy akompaniamencie pulsującej krwi. Miałam tu zostać? Jeb nazwał mnie swoim gościem… może raczej więźniem? Czy to możliwe, że istniało dwóch ludzi, którzy nie chcieli mnie zabić ani torturować? Jeżeli tak, to prawdziwy cud.
    – Ja sam nie wiem, Kyle – odparł Jeb. – To nie ja mam w tej sprawie decydujący głos.
    Chyba nie mógł ich bardziej zbić z tropu. Wszyscy czterej – Kyle, Ian, nieznajomy, nawet Jared – patrzyli się na niego osłupiali. Ja wciąż leżałam zwinięta u stóp Iana, głośno dysząc i marząc o tym, by znaleźć się z po-wrotem w mojej ciasnej grocie.
    – Nie? – odezwał się w końcu z niedowierzaniem Kyle. – W takim razie kto? Nie chodzi ci chyba o głosowanie, przecież już to zrobiliśmy. Większość zadecydowała i wyznaczyła nas do wykonania wyroku.
    Jeb potrząsnął głową, ani na chwilę jednak nie spuszczając go z oczu.
    – To nie podlega głosowaniu. Ja tu ustalam reguły, to ciągle mój dom.
    – W takim razie kto ma decydujący głos? – wykrzyknął Kyle.
    Oczy Jeba w końcu drgnęły – spojrzał na inną twarz, po czym znów na Kyle’a.
    – Jared.
    Wszyscy, włącznie ze mną, przenieśli wzrok na Jareda. On sam popatrzył na Jeba, równie zdumiony jak reszta, po czym zgrzytnął zębami, posyłając mi spojrzenie pełne nienawiści.
    – Jared? – zapytał Kyle, spoglądając z powrotem na Jeba. – Przecież to absurd! – wykrzyknął, kipiąc ze złości. Wyraźnie tracił panowanie nad sobą. – On jest najmniej bezstronny! Dlaczego właśnie on? Przecież nie zadecyduje racjonalnie.
    – Jeb, ja nie… – zaczął cicho Jared.
    – To ty za nią odpowiadasz – przerwał mu Jeb stanowczym tonem. – Oczywiście poratuję cię w razie kłopotów, tak jak teraz, i pomogę ci jej pilnować. Ale decyzje podejmujesz ty. – Uniósł dłoń, widząc, że Kyle znów chce zaprotestować. – Spójrz na to inaczej, Kyle. Gdyby ktoś w trakcie którejś z wypraw odnalazł twoją Jodi i przywiózł ją tutaj, chciałbyś, żebym o jej losie rozstrzygał ja, Doktor albo głosowanie?
    – Jodi nie żyje – syknął Kyle, aż z ust prysnęła mu krew. Zmierzył mnie takim samym wzrokiem jak Jared chwilę wcześniej.
    – Ale gdyby jej ciało tu trafiło, decyzja należałaby do ciebie – odparł Jeb. – Nie chciałbyś chyba inaczej?
    – Większość…
    – To mój dom i ja tu ustalam reguły – przerwał mu gwałtownie Jeb. – Zamykam ten temat. Nie będzie kolejnych głosowań. Niech nikt nie próbuje jej zabić. Przekażcie to reszcie – nowa zasada.
    – Jeszcze jedna? – burknął pod nosem Ian.
    Jeb nie zwracał na niego uwagi.
    – Jeżeli, choć to mało prawdopodobne, taka sytuacja się powtórzy, decyduje zawsze ten, kto ma prawo do ciała. – Jeb machnął lufą w stronę Kyle’a i wskazał nią korytarz. – No, a teraz wynocha mi stąd. Macie się tu więcej nie pokazywać. Przekażcie wszystkim, że nie wolno tu wchodzić. Nikt nie ma tu nic do roboty oprócz mnie i Jareda, a jeśli kogoś przyłapię, to nie będzie zlituj się. Kapewu? No to jazda. Już – to mówiąc, znów machnął w stronę Kyle’a.
    Zdumiałam się, patrząc, jak moi niedoszli zabójcy natychmiast karnie ruszają w górę korytarza, nie rzucając mnie ani Jebowi nawet krzywego spojrzenia.
    Chciałam wierzyć, że strzelba Jeba to jedynie blef.
    Odkąd ujrzałam go po raz pierwszy, zawsze sprawiał wrażenie serdecznego. Ani razu nie był wobec mnie brutalny, nawet nie spojrzał na mnie wrogo. Teraz wydawało się, że jest jedną z zaledwie dwóch osób, które nie chcą mi zrobić krzywdy. Jared wprawdzie walczył w mojej obronie i uratował mi życie, ale bez wątpienia był rozdarty wewnętrznie. Czułam, że w każdej chwili może zmienić zdanie. Po twarzy było widać, że jakaś jego część pragnie mieć już to wszystko za sobą. Zwłaszcza teraz, gdy Jeb powierzył mu mój los. Kiedy o tym wszystkim rozmyślałam, Jared spoglądał na mnie ze wstrętem widocznym na każdym skrawku twarzy.
    Ale choć bardzo chciałam wierzyć, że Jeb jedynie blefował, to kiedy patrzyłam, jak trzej intruzi znikają w ciemnościach korytarza, stało się jasne, że mówił poważnie. Sądząc po jego słowach, musiał być równie okrutny i niebezpieczny jak cała reszta. Z pewnością użył już kiedyś swej strzelby, nie jako straszaka, lecz do zabijania. W przeciwnym razie nie miałby takiego posłuchu.
    Trudne czasy, szepnęła Melanie. W świecie, który nam zgotowaliście, nie możemy sobie pozwolić na serdeczności. Jesteśmy uchodźcami, zagrożonym gatunkiem. Każda decyzja jest na wagę życia.
    Cii. Nie mam teraz czasu na dyskusje. Muszę się skupić.
    Jared stał naprzeciw Jeba z dłonią uniesioną w geście perswazji. Teraz, będąc sami, mogli się w końcu odprężyć. Jeb uśmiechał się nawet pod gęstą brodą, jakby całe zajście sprawiło mu przyjemność. Dziwny człowiek.
    – Proszę cię, Jeb, nie obarczaj mnie tym – powiedział Jared. – Co do jednego Kyle ma rację: nie potrafię podjąć racjonalnej decyzji.
    – Nikt nie powiedział, że musisz zadecydować w tej sekundzie. Ona się nigdzie nie wybiera. – Jeb zerknął w moją stronę, nadal szeroko się uśmiechając, i mrugnął do mnie okiem. Tym, którego Jared nie widział. – Zbyt wiele trudu ją to kosztowało, żeby tu dotrzeć. Masz mnóstwo czasu do namysłu.
    – Nie ma nad czym rozmyślać. Melanie nie żyje. Ale nie potrafię… nie potrafię… Jeb, ja nie potrafię tak po prostu… – Nie mógł skończyć.
    Powiedz mu.
    Wybacz, ale nie jestem gotowa umrzeć w tej sekundzie.
    – No to nie myśl o tym – powiedział Jeb. – Może później coś wymyślisz. Odczekaj trochę.
    – Ale co z nim zrobimy? Nie możemy go pilnować bez przerwy.
    Jeb potrząsnął głową.
    – Ale musimy, przynajmniej na razie. Niedługo wszystko się uspokoi. Nawet ktoś taki jak Kyle nie może być wiecznie wściekły, za parę tygodni mu przejdzie.
    – Za parę t y g o d n i? Nie możemy tu stać na straży przez parę t y g o d n i. Mamy inne rzeczy…
    – Wiem, wiem – westchnął Jeb. – Coś wykombinuję.
    – Poza tym to tylko połowa problemu. – Jared spojrzał na mnie ponownie. Na czole pulsowała mu żyła. – Gdzie będziemy go trzymać? Nie mamy przecież odpowiedniego miejsca.
    Jeb uśmiechnął się do mnie.
    – Nie będziesz nam sprawiać problemów, co?
    Patrzyłam na niego w milczeniu.
    – Jeb – odezwał się cicho Jared, nieco zakłopotany.
    – E tam, nie martw się nią. Po pierwsze, będziemy mieli na nią oko. Po drugie, nie wydostałaby się stąd sama – błądziłaby, aż w końcu ktoś by ją zobaczył. I wreszcie po trzecie, nie jest taka głupia. – Zerknął w moją stronę, unosząc gęstą, siwą brew. – Nie będziesz szukać Kyle’a i reszty, prawda? Odniosłem wrażenie, że za tobą nie przepadają.
    Patrzyłam mu milcząco w twarz, nie wiedząc, co myśleć o jego lekkim, beztroskim tonie.
    – Wolałbym, żebyś nie mówił do niego w ten sposób – wymamrotał Jared.
    – Tak mnie wychowano, chłopcze, a było to dość dawno. Nic na to nie poradzę. – Jeb położył mu dłoń na ramieniu i poklepał lekko. – Słuchaj, siedziałeś tu całą noc. Pozwól mi teraz przejąć wartę. Prześpij się.
    Jared miał już chyba protestować, ale spojrzał na mnie i twarz mu stężała.
    – Co tylko chcesz, Jeb. Aha… Nie chcę… Nie mogę wziąć odpowiedzialności za to coś. Zabij go, jeżeli uznasz to za słuszne.
    Drgnęłam.
    Jared skrzywił się na moją reakcję, po czym odwrócił się raptownie i wyszedł tą samą drogą co tamci. Jeb patrzył, jak odchodzi. Ja tymczasem wpełzłam z powrotem do mojej groty.
    Po chwili usłyszałam, jak Jeb siada powoli na ziemi obok włazu. Westchnął i przeciągnął się, aż strzeliły mu stawy. Po kilku minutach zaczął cichutko gwizdać. Melodia była wesoła.
    Zwinęłam się wokół zgiętych kolan, wciskając się w najdalszy zakamarek maleńkiej celi. Poczułam dreszcze w okolicach krzyża, rozchodzące się wzdłuż kręgosłupa. Trzęsły mi się ręce, a zęby bezgłośnie szczękały pomimo ciepłej wilgoci powietrza.
    – Tak na dobrą sprawę można by się położyć i zdrzemnąć – odezwał się Jeb, nie byłam pewna, czy do mnie, czy do siebie. – Jutro ciężki dzień.
    Może po pół godzinie dreszcze w końcu przeszły mi same. Czułam się jednak wycieńczona. Postanowiłam pójść za radą Jeba. Choć było mi na skalnej posadzce jeszcze niewygodniej niż wcześniej, po kilku sekundach już spałam.

*

    Obudził mnie zapach jedzenia. Tym razem, otwierając oczy, b y ł a m zamroczona i zdezorientowana. Zanim jeszcze całkiem oprzytomniałam, zaczęły mi się instynktownie trząść ręce.
    Na ziemi obok mnie leżała ta sama taca co wcześniej, a na niej identyczny posiłek. Widziałam i słyszałam Jeba. Siedział bokiem u wejścia, patrząc przed siebie w głąb długiego, krętego korytarza, i cicho gwizdał.
    Kierowana pragnieniem, usiadłam i chwyciłam otwartą butelkę.
    – Dobry – przywitał mnie Jeb, kiwając w moją stronę.
    Zamarłam z ręką na wodzie, dopóki się nie odwrócił i nie zaczął znowu gwizdać.
    Dopiero teraz, nie będąc już tak rozpaczliwie spragniona, zauważyłam, że płyn ma dziwny, nieprzyjemny posmak. Coś jak ta kwaśna nuta w powietrzu, ale trochę silniejszy. Pozostawał w ustach i nie było na niego rady.
    Jadłam szybko, tym razem zostawiając sobie zupę na koniec. Żołądek reagował dziś lepiej, wdzięcznie chłonąc pokarm. Prawie nie bulgotał.
    Ale moje ciało miało też inne potrzeby. Rozejrzałam się po ciemnej, ciasnej grocie. Nie było wielu możliwości. Ogarniał mnie jednak strach na samą myśl, że miałabym się odezwać na głos i o cokolwiek prosić – nawet przyjaznego dziwaka, jakim był Jeb.
    Kołysałam się w tył i przód, rozważając opcje. Biodra miałam obolałe od leżenia na krzywej podłodze.
    – Ekhem – chrząknął Jeb. Znowu na mnie spoglądał, ale z bardziej niż zwykle zarumienioną twarzą.
    – Trochę już tam siedzisz – powiedział. – Może potrzebujesz… na chwilę wyjść?
    Kiwnęłam twierdząco.
    – Sam mam ochotę na spacer – odparł wesoło, po czym zerwał się na nogi z zadziwiającą zwinnością.
    Doczołgałam się do krawędzi włazu, nieśmiało przez niego wyglądając.
    – Pokażę ci naszą skromną łazienkę – mówił. – Trzeba ci wiedzieć, że po drodze będziemy musieli przejść przez… coś jakby główny plac, że tak powiem. Ale nie martw się. Myślę, że wszyscy słyszeli już o nowej zasadzie. – Mówiąc to, machinalnie pogładził lufę strzelby.
    Przełknęłam ślinę. Co prawda pęcherz miałam tak pełny, że bez przerwy mnie bolał, tak że nie mogłam się skupić na niczym innym, ale żeby od razu przechadzać się wśród tłumu potencjalnych morderców? Czy nie mógł po prostu przynieść mi wiadra?
    Dostrzegł strach w moich oczach oraz to, jak odruchowo cofnęłam się w głąb celi, i ściągnął usta w zamyśleniu. Następnie odwrócił się i ruszył korytarzem.
    – Idź za mną – rzucił przez ramię i nawet nie sprawdził, czy posłuchałam.
    Stanął mi w głowie obraz Kyle’a znajdującego mnie tu samą, więc wygramoliłam się z groty. Już po chwili kuśtykałam za Jebem ile sił w zesztywniałych nogach. Mogłam się wyprostować, co było zarazem okropne i cudowne; czułam przenikliwy ból, ale jeszcze większą ulgę.
    Dogoniłam go, zanim dotarliśmy do końca korytarza. Wysokie, na wpół owalne wyjście ziało ciemnością. Zawahałam się i obejrzałam na lampę, którą zostawił na ziemi, jedyne źródło światła w ciemnej pieczarze. Może miałam ją zabrać ze sobą?
    Usłyszał, że się zatrzymałam, i zerknął przez ramię. Wskazałam głową światło, po czym spojrzałam na niego.
    – Może tam zostać. Znam drogę. – Wyciągnął do mnie dłoń. – Poprowadzę cię.
    Spoglądałam na jego rękę przez dłuższą chwilę, aż w końcu, czując ucisk w pęcherzu, powolnym ruchem położyłam na niej swoją, ledwie jej dotykając. Zapewne tak dotknęłabym węża, gdybym z jakiegoś powodu była do tego zmuszona.
    Jeb prowadził mnie przez ciemności pewnym, szybkim krokiem. Po długim tunelu następowała seria dezorientujących zakrętów w różne strony. Po kolejnym ostrym wirażu uświadomiłam sobie, że zupełnie straciłam już poczucie kierunku. Byłam pewna, że to nie przypadek i że właśnie dlatego Jeb nie wziął lampy. Nie chciał, żebym się zbytnio rozeznała w tym labiryncie, bo mogłabym wtedy próbować się z niego wydostać.
    Ciekawiło mnie, skąd się wzięto to miejsce, jak Jeb je znalazł i jak trafiła tu cała reszta. Nie odzywałam się jednak ani słowem. Milcząc, czułam się bezpieczniejsza. Nie byłam jednak pewna, czego w ogóle się spodziewać. Jeszcze kilku dni życia? Tego, że zostanie mi oszczędzony ból? Czy na coś więcej mogłam liczyć? Wiedziałam tylko, że nie jestem gotowa na śmierć, tak jak powiedziałam Melanie. Instynkt przetrwania miałam rozwinięty na miarę człowieka.
    Pokonaliśmy kolejny skręt i w końcu ujrzałam w oddali pierwsze światło. Przez wysoką, wąską szczelinę przezierał blask z innego pomieszczenia. Nie był sztuczny jak światło lampy stojącej przed moją grotą. Zbyt biały, zbyt czysty.
    Nie dalibyśmy rady przejść przez szczelinę ramię w ramię. Jeb pokonał ją pierwszy, prowadząc mnie tuż za sobą. Kiedy już znaleźliśmy się po drugiej stronie i zaczęłam coś widzieć, wysunęłam rękę z delikatnego uścisku Jeba, a wtedy on położył wolną dłoń z powrotem na strzelbie.
    Znajdowaliśmy się w krótkim tunelu zakończonym łukowatym przejściem, z którego wydobywało się silniejsze światło. Skały miały tu ten sam fioletowy kolor i były tak samo dziurawe.
    Dobiegały mnie teraz głosy ludzi. Nie były tak podniesione jak ostatnim razem, gdy słyszałam gwar tłumu. Nikt się nas tu dzisiaj nie spodziewał. Wyobrażałam sobie jednak, jak na mnie zareagują. Dłonie miałam zimne i mokre, oddech płytki i przyspieszony. Zbliżyłam się do Jeba, jak tylko mogłam, nie dotykając go.
    – Spokojnie – powiedział pod nosem, nie obracając się. – Oni boją się ciebie bardziej niż ty ich.
    Nie chciało mi się w to wierzyć. A nawet gdyby tak było, wiedziałam przecież, że strach rodzi w ludzkim sercu nienawiść i przemoc.
    – Nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić – dodał niedbale, gdy zbliżyliśmy się do przejścia. – Zresztą musisz się zacząć przyzwyczajać.
    Chciałam zapytać, co ma na myśli, ale ruszył już dalej. Podążałam się cicho w jego ślady, pół kroku za nim, w miarę możliwości chowając się za jego plecami. Jedyną rzeczą, której bałam się bardziej niż wejścia do środka, było odłączenie się od Jeba.
    Przywitano nas nagłym milczeniem.
    Znajdowaliśmy się ponownie w olbrzymiej, świetlistej jaskini; tej samej, co za pierwszym razem. Kiedy to było? Nie miałam pojęcia. Sklepienie nadal raziło, lecz nie widziałam, skąd bierze się jasność. Dopiero teraz zauważyłam, że ściany nie są jednolite. Widniały w nich dziesiątki nieregularnych otworów prowadzących do sąsiednich tuneli. Niektóre z tych szpar były ogromne, inne tak małe, że ledwie mieściły dorosłą osobę. Część była naturalna, inne stworzył, lub przynajmniej powiększył, człowiek.
    Z ciemności owych szczelin patrzyło na nas kilka zastygłych w bezruchu osób, akurat skądś przychodzących lub dokądś idących. Na środku jaskini było ich jeszcze więcej – ci również wraz z naszym nadejściem zamarli przy wykonywaniu swoich czynności. Jakaś kobieta schylała się, by zawiązać sobie buty. Jakiś mężczyzna stał z zawieszonymi w powietrzu rękoma, którymi zapewne tłumaczył coś swym towarzyszom. Ktoś inny chwiał się na nodze, wytrącony z równowagi nagłym przystanięciem. Balansował przez moment ciałem, po czym głośno postawił stopę na ziemi i był to jedyny odgłos, jaki dał się słyszeć na całej tej ogromnej przestrzeni. Rozchodził się teraz echem po jaskini.
    Choć czułam, że jest w tym coś głęboko niewłaściwego, to jednak cieszyłam się, że Jeb trzyma w ręku strzelbę. Wiedziałam, że gdyby nie ona, prawdopodobnie zostalibyśmy zaatakowani. Ci ludzie mogliby nawet zranić Jeba, byle tylko mnie dopaść. Zresztą mogli nas zaatakować i pomimo strzelby. W końcu Jeb mógł strzelać tylko do jednego naraz.
    Zaczęły mi przychodzić do głowy makabryczne sceny, więc powściągnęłam wyobraźnię i skupiłam się na tym, co widziałam. Już samo to było wystarczająco groźne.
    Jeb przystanął na chwilę, trzymając strzelbę na wysokości pasa, lufą do przodu. Rozejrzał się po jaskini, jakby spoglądał wszystkim po kolei w oczy. Nie trwało to zbyt długo, było ich tu niecałe dwadzieścia osób. W końcu, zadowolony, ruszył wzdłuż lewej ściany. Podążałam za nim w jego cieniu. W uszach huczała mi krew.
    Nie szedł środkiem jaskini, lecz trzymał się jej brzegu. W pierwszej chwili mnie to zdziwiło, wkrótce jednak spostrzegłam, że środek zajmuje wielki kwadrat ciemnej ziemi. Nikt na niej nie stał. Byłam zbyt przerażona, by zastanawiać się dlaczego.
    W miarę jak okrążaliśmy pomieszczenie, ludzie zaczęli się ruszać. Schylona kobieta wyprostowała się i obróciła, by nas widzieć. Mężczyzna demonstrujący coś rękoma założył je na pierś. Wszyscy zmrużyli oczy, a twarze stężały im w grymasie gniewu. Nikt jednak do nas nie podszedł ani nawet się nie odezwał. Cokolwiek Kyle opowiedział o zajściu przed celą, najwyraźniej odniosło to zamierzony skutek.
    Przechodząc wśród lasu ludzkich posągów, poznałam stojące w jednym z wejść Sharon i Maggie. Twarze miały pozbawione wyrazu, a spojrzenia zimne. W ogóle nie spoglądały na mnie, tylko na Jeba, który nie zwracał na nie najmniejszej uwagi.
    Wydawało mi się, że dotarcie na drugi koniec jaskini zajęło nam całe lata. Jeb kierował się w stronę średniej wielkości włazu czerniejącego wśród światła. Kark swędział mnie od ludzkich spojrzeń, ale nie odważyłam się obejrzeć. Wszyscy nadal milczeli, lecz bałam się, że mogą pójść za nami. Kiedy w końcu zanurzyliśmy się w ciemnościach kolejnego korytarza, odetchnęłam z ulgą. Nie sprzeciwiałam się, gdy Jeb dotknął mojego łokcia, by mną pokierować. W tyle wciąż panowała cisza.
    – Poszło lepiej, niż się spodziewałem – mruknął Jeb, prowadząc mnie po ciemku. Zaskoczył mnie tym. Wolałam w takim razie nie wiedzieć, czego się spodziewał.
    Czułam pod stopami, że korytarz zaczyna się nachylać. Widziałam jedynie słabe światło gdzieś w oddali.
    – Idę o zakład, że nigdy wcześniej nie widziałaś takiego miejsca – powiedział Jeb, tym razem głośniej, z powrotem przybierając charakterystyczny lekki ton. – Robi wrażenie, co?
    Zrobił pauzę, jak gdyby czekając na odpowiedź, po czym ciągnął dalej:
    – Odkryłem je w latach siedemdziesiątych. Właściwie to samo mnie znalazło. Wpadłem do środka – aż dziw, że się nie zabiłem, no ale pech tak chciał. Nieźle się namęczyłem, zanim znalazłem wyjście. Byłem tak głodny, że mogłem kamienie jeść.
    – Mieszkałem już wtedy sam na ranczu, więc nie miałem komu tego pokazać. Złaziłem tu każdy zakamarek. Od początku wiedziałem, co z tym można zrobić. Pomyśłałem, że dobrze mieć takie miejsce w zana-drzu, no bo nigdy nie wiadomo. My, Stryderowie, już tacy jesteśmy – lubimy być przygotowani na różne niespodzianki.
    Minęliśmy słaby strumień światła, do którego zbliżaliśmy się od pewnego czasu. Wpadał przez dziurę wielkości pięści w suficie i rozlewał się na ziemi okrągłą plamką. Po chwili ujrzałam w dali kolejny jasny punkt.
    – Pewnie zachodzisz w głowę, skąd to wszystko się tu wzięło. – Znowu zrobił pauzę, tym razem krótszą. – Mnie to nie dawało spokoju. Musiałem trochę poszperać. No i okazało się, że tędy płynęła lawa. Wyobrażasz sobie? To był kiedyś wulkan. Właściwie to chyba ciągle jest wulkan. Nie całkiem wygasły, zaraz się przekonasz. Wszystkie te groty i dziury były bańkami powietrza w stygnącej lawie. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat nieźle się tu napracowałem. Niektóre rzeczy były łatwe – łączenie tuneli szło gładko. Ale w paru miejscach musiałem naprawdę ruszyć łepetyną. Widziałaś sufit w dużej jaskini? To mi zajęło parę dobrych lat.
    Chciałam zapytać, jak to zrobił, ale nie mogłam się przełamać. Najbezpieczniej było milczeć.
    Zejście robiło się coraz bardziej strome. Wyczułam pod nogami stopnie, niezbyt foremne, ale zapewniały wystarczające oparcie. Jeb prowadził mnie po nich pewnym krokiem. W miarę jak schodziliśmy, robiło się coraz ciepłej i wilgotniej.
    W pewnym momencie znowu usłyszałam gwar, tym razem gdzieś przed nami, i zesztywniałam. Jeb poklepał mnie serdecznie po dłoni.
    – Spodoba ci się, wszystkim się podoba – obiecał. W szerokim, łukowatym wejściu migotało światło. Białe i czyste, przypominało światło z dużej jaskini, ale w przeciwieństwie do niego niespokojnie mrugało. Tak jak wszystko inne, czego tu nie rozumiałam, przejmowało mnie strachem.
    – No, jesteśmy – odezwał się Jeb podnieconym tonem, przeprowadzając mnie pod łukiem. – I jak?

Rozdział 17

Odwiedziny

    Najpierw uderzyło mnie ciepło – parne, wilgotne powietrze przetoczyło się po mnie, zraszając mi skórę. Instynktownie otworzyłam usta, by zaczerpnąć więcej tlenu. Na sile przybrał również zapach, bardzo podobny do metalicznego posmaku tutejszej wody.
    Ze wszystkich stron dochodził mnie, odbity echem od ścian, gwar niskich i wysokich głosów. Mrużyłam oczy, próbując przedrzeć się wzrokiem przez kłęby pary, by zobaczyć, kto tu jest. Było bardzo jasno – sufit oślepiał blaskiem, tak jak w dużej jaskini, ale znajdował się znacznie niżej. Światło tańczyło wśród drobinek pary, tworząc migoczącą zasłonę, która raziła w oczy. Chwyciłam Jeba za rękę, gdyż nie mogłam przyzwyczaić wzroku.
    Zaskoczyło mnie, że gwar nie ustał wraz z naszym nadejściem. Zapewne nas też nie było widać.
    – Trochę tu duszno – odezwał się Jeb przepraszająco, odganiając parę sprzed nosa. Powiedział to beztroskim tonem, tak głośno, że prawie podskoczyłam. Zachowywał się, jakbyśmy byli sami. Tymczasem gwar nie cichł, tak jakby nikt nas nie słyszał.
    – Nie żebym narzekał – kontynuował. – Gdyby nie to miejsce, tobym już chyba z dziesięć razy zginął. Pierwszy raz oczywiście dawno temu, kiedy tu zabłądziłem. A teraz bez niego nie moglibyśmy się tu ukrywać. A jak się nie ma kryjówki, to jest się martwym, czyż nie?
    Trącił mnie łokciem w geście porozumienia.
    – Trzeba powiedzieć, że układ tych jaskiń jest wymarzony. Chyba nie zrobiłbym tego lepiej, gdybym mógł je ulepić z plasteliny.
    Jego śmiech rozproszył nieco mgły i po raz pierwszy zobaczyłam, jak wygląda pomieszczenie.
    Była to dość wysoka grota, przez którą przepływały dwie rzeczki. To właśnie szmer wody bijącej wśród wulkanicznych skał wzięłam mylnie za gwar ludzkich głosów. Jeb mówił, jakbyśmy byli sami, gdyż tak właśnie było.
    Ściślej mówiąc, płynęła tu jedna rzeka oraz, bliżej nas, płytki strumyczek, srebrzysta wstęga wijąca się wzdłuż skalnych brzegów, tak niskich, jakby woda miała się za chwilę przelać. Łagodne fale strumyka szemrały wysokim, kobiecym tonem.
    Z kolei niski, męski bulgot wydobywał się z rzeki, podobnie jak gęste kłęby pary wylatujące z dziur w ziemi pod przeciwległą ścianą. Rzeka była ciemna i częściowo schowana pod skalną podłogą, widoczna w miejscach, gdzie ta się osunęła. Czerniejące dziury wyglądały groźnie, płynąca wartkim nurtem w nieznane woda była przez nie ledwie widoczna. Zdawała się wrzeć – taka biła od niej para i ciepło. Również odgłosy, które wydawała, przypominały dźwięk gotowania.
    Z sufitu zwisało kilka długich i wąskich stalaktytów, po których woda skapywała na bliźniacze stalagmity. Trzy takie pary spotykały się pomiędzy rzeką a strumykiem, tworząc cienkie, ciemne filary.
    – Ostrożnie tutaj – powiedział Jeb. – Wierz mi, w gorącym źródle jest niczego sobie prąd. Jak wpadniesz, będzie po tobie. Już raz się to zdarzyło. – Skinął znacząco głową, spochmurniały.
    Bystry nurt podziemnej rzeki wydał mi się nagle przerażający. Wyobraziłam sobie, że mnie porywa, i poczułam dreszcz na plecach. Jeb położył mi delikatnie rękę na ramieniu.
    – Nie martw się. Wystarczy patrzeć pod nogi. A więc tak – zaczął, wskazując na przeciwległy koniec pieczary, gdzie strumyk wpływał do ciemnej jamy – pierwsza grota to łaźnia. Wykopaliśmy tam w podłodze ładną, głęboką wannę. Mamy grafik kąpieli, ale i tak nikt cię nie podejrzy, ciemno tam jak diabli. W środku jest ciepło i przyjemnie, a woda nie parzy tak jak tu. Dalej, za szczeliną, jest następna grota. Niedawno poszerzyliśmy przejście, żeby było wygodniej. To ostatnie pomieszczenie połączone ze strumieniem, dalej woda spływa już zbyt głęboko w dół. Urządziliśmy tam sobie ubikację – tak jest wygodnie i higienicznie. – Nie krył samozadowolenia, jak gdyby taki a nie inny bieg strumienia był jego zasługą. Faktem jednak było, że odkrył to miejsce i przystosował do zamieszkania – miał zatem powody do pewnej dumy.
    – Nie lubimy trwonić baterii, a poza tym większość z nas zna to miejsce na pamięć, no ale ponieważ jesteś tu pierwszy raz, możesz sobie trochę pomóc.
    Wyjął z kieszeni latarkę i wyciągnął ją w moją stronę. Na jej widok przypomniałam sobie, jak znalazł mnie umierającą na pustyni i poświecił mi w oczy, by sprawdzić, czy jestem człowiekiem. Kiedy o tym pomyślałam, zrobiło mi się smutno, choć nie bardzo wiedziałam dlaczego.
    – Tylko sobie nie myśl, że uda ci się stąd wydostać rzeką. Ta woda wpływa pod ziemię i tam już zostaje – ostrzegł.
    Zdawał się czekać na pozytywny odzew, więc przytaknęłam. Powoli wzięłam do ręki latarkę, unikając gwałtowniejszych ruchów, które mogłyby go zaskoczyć.
    Uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco.
    Podążyłam czym prędzej za jego wskazówkami – odgłos rwącej wody źle na mnie działał. Gdy zniknęłam mu z oczu, poczułam się dziwnie. Co, jeśli ktoś się tu skrył, domyślając się, że w końcu przyjdę? Czy Jeb usłyszałby moje krzyki mimo głośnego szumu wody?
    Poświeciłam latarką po łaźni, sprawdzając, czy ktoś się na mnie nie zaczaił. Migoczące cienie działały na wyobraźnię, ale mój strach okazał się bezzasadny. Wanna, o której mówił Jeb, miała w istocie rozmiary małego basenu, a powierzchnia wody była czarna jak smoła. Gdyby ktoś się w niej zanurzył i wstrzymał oddech, byłby zupełnie niewidoczny… Pomknęłam w stronę wąskiej szczeliny wiodącej do kolejnego pomieszczenia, odganiając złe myśli. Bez Jeba byłam opętana strachem – nie mogłam normalnie oddychać. W uszach huczała mi krew, zagłuszając wszystkie inne dźwięki. Do pieczary z rzekami wróciłam nie tyle szybkim krokiem, co biegiem.
    Widok Jeba stojącego samotnie w niezmienionej pozie tam, gdzie go zostawiłam, był jak balsam dla moich zszarpanych nerwów. Nareszcie uspokoił mi się oddech, zwolniło bicie serca. Nic potrafiłam do końca zrozumieć, dlaczego ten zwariowany człowiek tak dobrze na mnie działa. Przypomniałam sobie wtedy słowa Melanie – trudne czasy.
    – Niezgorsze, co? – zapytał, uśmiechając się z dumą. Potaknęłam raz i oddałam mu latarkę.
    – Te jaskinie to wielki dar – powiedział, gdy już ruszaliśmy w drogę powrotną. – Bez nich nie dalibyśmy rady przeżyć w tak dużej grupie. Magnolia i Sharon całkiem dobrze sobie radziły w Chicago – zaskakująco dobrze – ale jednak bardzo ryzykowały, ukrywając się we dwie. Miło żyć znowu w prawdziwej wspólnocie. Dopiero w niej czuję się jak człowiek.
    Zaczęliśmy się wspinać po schodach i Jeb znowu chwycił mnie za łokieć.
    – Nie gniewaj się, że daliśmy ci taki lichy… kwaterunek. To najbezpieczniejsze miejsce, jakie przyszło mi do głowy. Byłem zaskoczony, że chłopcy tak szybko cię wywęszyli… – Westchnął. – No cóż, cały Kyle… Ale może i dobrze się stało. Niech się przyzwyczajają. Może znajdziemy ci coś odpowiedniejszego. Pomyślę o tym… A póki co, nie musisz wysiadywać w tej ciasnej dziurze, gdy ja jestem w pobliżu. Możesz spokojnie siedzieć ze mną w korytarzu, jeśli wolisz. Ale z Jaredem… – Przerwał, nie kończąc myśli.
    Słuchałam jego przeprosin w zdumieniu. Było w nim dużo więcej serdeczności, niż się spodziewałam. Nie podejrzewałam, że te istoty potrafią znaleźć w sobie tyle współczucia dla wrogów. Poklepałam go nieśmiało po dłoni, którą trzymał mi na łokciu, próbując mu przekazać, że zrozumiałam jego słowa i nie będę sprawiać kłopotów. Byłam przekonana, że Jared nie ma ochoty mnie oglądać.
    Jeb z łatwością odczytał mój sygnał.
    – Dobra dziewczyna – powiedział. – Jakoś to wszystko rozwiążemy. Doktor może się skoncentrować na leczeniu ludzi. Ja tam uważam, że jesteś o wiele ciekawsza żywa.
    Staliśmy tak blisko siebie, że poczuł, jak się zatrzęsłam.
    – Nie martw się, Doktor nie będzie cię niepokoił.
    Nie mogłam opanować dreszczy. Obietnica Jeba dotyczyła chwili obecnej. Jared mógł w każdym momencie stwierdzić, że moja tajemnica jest ważniejsza niż ciało Melanie. Gdyby tak się miało stać, wolałabym raczej zginąć wczoraj z rąk Iana. Przełknęłam ślinę i poczułam lekki ból, który zdawał się przeszywać całą szyję od skóry aż po wnętrze gardła.
    Nigdy nie wiesz, ile czasu ci zostało, powiedziała Melanie wiele dni temu, kiedy panowałam jeszcze nad swoim życiem.
    Jej słowa rozbrzmiewały mi w głowie, gdy weszliśmy z powrotem do wielkiej jaskini, głównego placu, wokół którego toczyło się tutaj życie. Był pełen ludzi, tak jak pierwszego wieczoru, i wszyscy nas obserwowali, a oczy płonęły im gniewem i rozgoryczeniem, gdy spoglądali na Jeba, zaś żądzą krwi, gdy spozierali na mnie. Patrzyłam pod nogi, starając się nie podnosić wzroku. Kątem oka widziałam, że Jeb znów trzyma strzelbę w gotowości.
    Poczułam, że to tylko kwestia czasu. Atmosfera strachu i nienawiści była zbyt potężna. Prędzej czy później Jeb nie da rady mnie obronić.
    Z wielką ulgą pokonałam wąską szczelinę, nie mogąc się doczekać, aż wrócę labiryntem krętych korytarzy do mojej ciasnej kryjówki. Przynajmniej mogłam tam liczyć na spokój.
    Z tyłu, niczym z gniazda rozjuszonych węży, dochodziło mnie wściekłe syczenie, roznoszące się echem po całym placu. Słysząc je, miałam ochotę iść szybciej niż prowadzący mnie za rękę Jeb.
    Jeb zachichotał pod nosem. Im dłużej z nim przebywałam, tym dziwniejszy mi się wydawał. Jego poczucie humoru było dla mnie równie nieodgadnione jak intencje, którymi się kierował.
    – Czasem robi się tu ździebko nudno – mamrotał do mnie, a może do samego siebie. W jego przypadku trudno było stwierdzić. – Może jak im w końcu przejdzie, docenią to, że dostarczam im rozrywki.
    Korytarz wił się w ciemnościach. Zupełnie go nie poznawałam. Być może Jeb rozmyślnie obrał tym razem inną trasę. Miałam wrażenie, że idziemy dłużej niż ostatnio, lecz w końcu ujrzałam wyłaniające się zza zakrętu słabe niebieskie światło.
    Zebrałam się w sobie, zastanawiając się, czy zastaniemy tam Jareda. Jeżeli tak, na pewno będzie zły. Nie spodoba mu się, że Jeb zabrał mnie na spacer, nawet jeśli było to konieczne.
    Gdy tylko minęliśmy ostatni zakręt, istotnie zobaczyłam, że ktoś na nas czeka. Stał oparty o ścianę nieopodal lampy, rzucając długi cień w naszą stronę, ale bez wątpienia nie był to Jared. Zacisnęłam dłoń na ramieniu Jeba w panicznym odruchu.
    Dopiero potem przyjrzałam się tajemniczej postaci. Był to ktoś mniejszy ode mnie – dlatego od razu poznałam, że to nie Jared – i bardzo szczupły. Mały, ale też jakby zbyt wysoki, zbyt patykowaty. Nawet w słabym świetle niebieskiej lampy widać było skórę opaloną na głęboki brąz i jedwabiste czarne włosy opadające bezładnie aż za podbródek.
    Ugięły się pode mną kolana.
    Kurczowo ścisnęłam ramię Jeba, szukając oparcia.
    – Oż jasny gwint! – wykrzyknął poirytowany. – Czy nikt tu nie potrafi dochować tajemnicy dłużej niż dzień? Można zwariować. Nic tylko zawiązać im te długie jęzory… – Jeb zaczął mamrotać coś pod nosem.
    Nie próbowałam nawet zrozumieć, co mówi. Toczyłam właśnie najzacieklejszy bój w życiu. We wszystkich życiach.
    Czułam Melanie w każdej komórce ciała. Mrowiły mnie zakończenia nerwów, które poznały ją po długiej nieobecności. Mięśnie drgały w oczekiwaniu na jej ruch. Usta mi drżały, próbując same się otworzyć. Pochyliłam się ku stojącemu w korytarzu chłopcu. Ręce odmawiały mi posłuszeństwa.
    Melanie wiele się uczyła za każdym razem, gdy traciłam panowanie nad ciałem lub dobrowolnie się go zrzekałam, dlatego była teraz trudnym przeciwnikiem – tak trudnym, że na czoło wystąpiły mi krople potu. Ale tym razem nie leżałam konająca na pustyni ani nie byłam osłabiona i wytrącona z równowagi widokiem osoby, której miałam już nigdy nie zobaczyć. Byłam przygotowana. Ciało zregenerowało się i odzyskało siły, a to działało na moją korzyść.
    Przegnałam Melanie z rąk i nóg, wypchnęłam z każdego miejsca, w którym próbowała zdobyć przyczółek, zapędziłam z powrotem do małego zakamarka w mojej głowie i przykułam łańcuchem.
    Jej kapitulacja była nagła i całkowita. Ach, westchnęła i był to niemalże jęk bólu.
    Zwyciężyłam, ale natychmiast ogarnęło mnie dziwne poczucie winy.
    Już wcześniej zdawałam sobie sprawę, że Melanie jest dla mnie kimś więcej niż tylko zbuntowanym żywicielem uprzykrzającym mi życie. W ciągu ostatnich tygodni – od kiedy połączyła nas niechęć do wspólnego wroga, czyli Łowczyni – zbliżyłyśmy się do siebie, a nawet stałyśmy się powierniczkami. Kiedy Kyle stał nade mną z nożem na pustyni, część mnie cieszyła się, że przynajmniej to nie ja uśmiercę Melanie. Już wtedy była dla mnie czymś więcej niż tylko ciałem. Teraz jednak poczułam coś jeszcze głębszego. Żałowałam, że sprawiłam jej ból.
    Nie miałam niestety wyjścia, choć ona zdawała się tego nie rozumieć. Każde nieopatrznie wypowiedziane słowo, każdy pochopny krok mógł dla nas oznaczać szybką egzekucję. Melanie reagowała zbyt spontanicznie i emocjonalnie. Wpakowałaby nas w tarapaty.
    Musisz mi zaufać, zwróciłam się do niej. Ja po prostu robię, co mogę, żeby nas nie zabito. Wiem, nie chce ci się wierzyć, że ci twoi ludzie mogliby nas skrzywdzić…
    Ale to Jamie, szepnęła. Tęskniła do niego tak mocno, że znów poczułam się, jakbym miała nogi z waty.
    Próbowałam spojrzeć na niego z dystansem – ujrzeć jedynie opartego o ścianę ponurego nastolatka ze sztywno założonymi rękoma. Starałam się widzieć w nim obcą osobę i tak też go traktować. Starałam się, ale nie umiałam. To był Jamie, byłam nim zachwycona, a moje ręce – moje, nie Melanie – chciały go uściskać. Łzy stanęły mi w oczach i pociekły po twarzy. Mogłam tylko mieć nadzieję, że nie widać ich w słabym świetle.
    – Jeb – przywitał się oschłe Jamie. Omiótł mnie przelotnym spojrzeniem, po czym odwrócił wzrok.
    Miał taki głęboki głos! Czy to możliwe, że tak urósł? Uświadomiłam sobie z bólem, że niedawno skończył czternaście lat. Melanie pokazała mi datę. Okazało się, że było to w dniu, w którym po raz pierwszy mi się przyśnił. Tak bardzo starała się tamtego ranka zachować cały ból tylko dla siebie, zataić wspomnienia, by chronić brata, że w końcu pojawił się w jej śnie. A wtedy ja napisałam o tym Łowczyni,
    Zdrętwiałam, nie mogąc uwierzyć, że postąpiłam tak bezdusznie.
    – Co ty tu robisz, chłopcze? – zapytał Jeb.
    – Czemu mi nic nie powiedziałeś? – odparował Jamie.
    Jeb zamilkł.
    – Jared ci zabronił? – naciskał Jamie.
    Jeb westchnął.
    – No dobrze, czyli już wiesz. I po co ci to było? My tylko…
    – Chcieliście mnie chronić? – dokończył za niego chłopiec.
    Skąd było w nim tyle goryczy? Czy to moja wina? Oczywiście, że moja.
    Melanie zaczęła głośno szlochać w mojej głowie. Rozpraszało mnie to i sprawiało, że słyszałam głosy Jeba i Jamiego jakby z daleka.
    – Okej, Jamie, nie trzeba cię chronić. Czego chcesz?
    Ta nagła kapitulacja najwyraźniej zbiła chłopca z tropu. Zerkał to na mnie, to na Jeba, nie wiedząc, jak zacząć.
    – Chcę… chcę z nią porozmawiać… to znaczy z nim – wybąkał w końcu. Kiedy się wahał, mówił trochę wyższym tonem.
    – Jest mało rozmowna – odparł Jeb – ale jeśli chcesz, możesz spróbować.
    Zdjął moje palce ze swego ramienia, po czym oparł się plecami o najbliższą ścianę i zsunął powoli do pozycji siedzącej. Powiercił się jeszcze chwilę w miejscu, szukając najwygodniejszej pozycji. Strzelba przez cały czas leżała mu na kolanach. Wsparł głowę o skałę i zamknął oczy. Po chwili wyglądał już, jakby spał.
    Stałam tam, gdzie mnie zostawił, próbując nie patrzeć Jamiemu w twarz, ale nie najlepiej mi to szło.
    Jamie był zaskoczony uległością Jeba. Miał oczy jak spodki – wyglądał z nimi trochę młodziej – i nie odrywał ich od siadającego starca. Dopiero gdy Jeb nie ruszył się przez dobrych parę minut, Jamie przeniósł wzrok na mnie, mrużąc powieki.
    Widząc to spojrzenie – złe, markujące odwagę i dorosłość, ale też przepojone bólem i strachem – Melanie zaczęła jeszcze głośniej szlochać, a mnie zatrzęsły się kolana. Nie chcąc ryzykować kolejnego upadku, zbliżyłam się do ściany naprzeciw Jeba, oparłam o nią plecami, usiadłam na ziemi i skuliłam się – pragnęłam być jak najmniejsza.
    Jamie bacznie mi się przyglądał; w końcu zrobił cztery małe kroki naprzód, aż stanął nade mną. Rzucił jeszcze okiem na wciąż nieruchomego Jeba i klęknął obok mnie. Jego twarz przybrała nagle wyraz skupienia, nadając mu doroślejszy wygląd. Ujrzałam w nim smutnego mężczyznę i serce zabiło mi mocniej.
    – Nie jesteś Melanie – powiedział cicho.
    Było mi teraz jeszcze trudniej nic nie mówić, tym razem bowiem to ja chciałam się odezwać. Zawahałam się jednak i po chwili jedynie potrząsnęłam głową.
    – Ale masz jej ciało.
    Potaknęłam, choć znów nie od razu.
    – Co ci się… co jej się stało w twarz?
    Wzruszyłam ramionami. Nie widziałam swojej twarzy, ale domyślałam się, jak wygląda.
    – Kto ci to zrobił? – dociekał Jamie. Wyciągnął ku mnie palec i prawie dotknął mojej szyi, ale się zawahał. Siedziałam spokojnie – akurat tej ręki się nie bałam.
    – Ciotka Maggie, Jared i Ian – wyliczył Jeb znużonym głosem. Oboje aż podskoczyliśmy. Ale Jeb nawet się nie poruszył, a oczy miał ciągle zamknięte. Na jego twarzy malował się spokój. Można by pomyśleć, że odpowiedział przez sen.
    Jamie odczekał chwilę i obrócił się z powrotem do mnie, z tym samymi skupieniem na twarzy.
    – Nie jesteś Melanie, ale pamiętasz wszystko co ona i tak dalej, prawda?
    Przytaknęłam.
    – Wiesz, kim ja jestem?
    Próbowałam milczeć, ale słowa same przesmyknęły mi się przez usta.
    – Jesteś Jamie. – Mój głos otulił czule jego imię, nie mogłam na to nic poradzić.
    Zamrugał zaskoczony. Nie spodziewał się, że przestanę milczeć.
    – Tak – odszepnął, kiwając głową.
    Oboje spojrzeliśmy na Jeba, wciąż zastygłego w bezruchu, i z powrotem na siebie.
    – Czyli pamiętasz, co się z nią stało?
    Skrzywiłam się z bólu i potaknęłam wolno.
    – Chcę wiedzieć.
    Potrząsnęłam głową.
    – Chcę wiedzieć – powtórzył. Usta mu drżały. – Nie jestem dzieckiem. Powiedz mi.
    – To nic… miłego – westchnęłam, na próżno starając się trzymać język za zębami. Nie potrafiłam mu odmówić.
    Ciemne, proste brwi powędrowały mu w górę i prawie zetknęły się na środku czoła, ponad szeroko otwartymi oczami.
    – Proszę – szepnął.
    Zerknęłam na Jeba. Miałam wrażenie, że podgląda nas przez rzęsy, ale nie byłam pewna.
    Odezwałam się głosem cichym jak oddech.
    – Ktoś zauważył, jak wchodzi do budynku przeznaczonego do rozbiórki, zorientował się, że coś jest nie tak, i wezwał Łowców.
    Wzdrygnął się na dźwięk ostatniego słowa.
    – Próbowali ją przekonać, żeby się poddała, ale nie chciała. Kiedy zapędzili ją w ślepy zaułek, wskoczyła do otwartego szybu windy.
    Otrząsnęłam się z bolesnego wspomnienia. Jamie pobladł na twarzy.
    – Nie zginęła?
    – Nie. Mamy bardzo dobrych Uzdrowicieli. Szybko ją wyleczyli. Potem umieścili mnie w jej ciele. Myśleli, że im powiem, jak udało jej się tak długo przetrwać. – Zorientowałam się, że powiedziałam więcej, niż zamierzałam, i gwałtownie zamknęłam usta. Jamie tego nie zauważył, ale Jeb otworzył z wolna oczy i utkwił we mnie wzrok. Reszta jego ciała pozostała nieruchoma. Jamie niczego nie spostrzegł.
    – Dlaczego nie pozwoliliście jej umrzeć? – zapytał. Musiał przełknąć ślinę, głos zaczynał mu się załamywać. Było to dla mnie tym boleśniejsze, że nie był to płacz wystraszonego dziecka, lecz głębokie cierpienie dojrzałego człowieka. Z najwyższym trudem powstrzymywałam się przed pogłaskaniem go po twarzy. Chciałam go przytulić i błagać, by się nie smucił. Zwinęłam palce w pięści, próbując skupić się na jego pytaniu. Jeb zerknął na nie, po czym spojrzał mi z powrotem w twarz.
    – Nie było mnie przy podejmowaniu decyzji – odparłam cicho. – Byłam wtedy jeszcze w kapsule hibernacyjnej.
    Jamie znów zamrugał ze zdziwienia. Zupełnie nie spodziewał się takiej odpowiedzi, widziałam, że zmaga się z nowym uczuciem. Zerknęłam na Jeba i zobaczyłam w jego oczach błysk zaciekawienia.
    Ciekawość wzięła w końcu górę także u Jamiego.
    – Skąd przyleciałaś? – zapytał.
    Uśmiechnęłam się wbrew sobie, widząc w jego oczach zainteresowanie.
    – Z daleka. Z innej planety.
    – Jakie tam… – zaczął, lecz nagle rozległo się inne pytanie.
    – Co u licha? – krzyknął wściekle Jared. Stał jak wryty w głębi tunelu, zaraz przy zakręcie. – Niech cię, Jeb! Chyba się umawialiśmy, że…
    Jamie zerwał się na nogi.
    – Jeb wcale mnie nie przyprowadził. Ale ty powinieneś!
    Jeb westchnął i powoli dźwignął się z ziemi. Strzelba zsunęła mu się z kolan i upadła na podłogę blisko mnie. Odskoczyłam przestraszona.
    Jared rzucił się pędem w moją stronę, pokonując dzielącą nas odległość kilkoma susami. Skuliłam się pod ścianą, zakrywając twarz rękoma. Patrzyłam zza łokcia, jak dopada broni i podnosi ją z ziemi.
    – Chcesz nas zabić? – niemal wrzasnął na Jeba, gwałtownym ruchem wpychając mu strzelbę do rąk.
    – Uspokój się, Jared – odparł Jeb zmęczonym głosem, chwytając broń jedną dłonią.
    – Nie dotknęłaby jej nawet gdyby leżała tu całą noc. Nie widzisz? – Machnął lufą w moim kierunku, aż zadrżałam. – To nie jest Łowca.
    – Jeb, zamknij się, do diabła!
    – Zostaw go! – krzyknął Jamie. – Nie zrobił nic złego.
    – A ty – odkrzyknął Jared, zwracając się do zezłoszczonego chłopca – wynoś się stąd natychmiast albo pożałujesz!
    Jamie zacisnął dłonie w pieści i stał twardo w miejscu.
    Byłam tak przerażona, że nie mogłam się ruszyć. Jak oni mogli tak na siebie krzyczeć? Byli rodziną, łączyły ich więzy silniejsze niż krew. Przecież Jared nie uderzyłby Jamiego – nie mógłby! Chciałam coś zrobić, ale nie miałam żadnego pomysłu. Zwracając na siebie uwagę, tylko bym ich jeszcze bardziej rozgniewała.
    O dziwo, tym razem to Melanie zachowywała większy spokój. Nie skrzywdzi Jamiego, oznajmiła bez cienia wątpliwości. To niemożliwe.
    Spojrzałam na nich – stali naprzeciw siebie jak dwaj wrogowie – i wpadłam w panikę.
    Nie powinnyśmy były tu przychodzić. Popatrz, jacy są przez nas nieszczęśliwi, rozpaczałam.
    – Trzeba było niczego przede mną nie ukrywać – powiedział Jamie przez zęby. – I nie robić jej krzywdy. – Rozluźnił zaciśniętą dłoń i wskazał na moją twarz.
    Jared splunął na ziemię.
    – To nie jest Melanie. Melanie już nie wróci, Jamie.
    – To jej twarz – obstawał przy swoim famie. – I jej szyja. Nie przeszkadzają ci te sińce?
    Jared opuścił ręce. Zamknął oczy i wziął głęboki wdech.
    – Jamie, albo natychmiast sobie stąd pójdziesz i zostawisz mnie samego, albo cię do tego zmuszę. Nie żartuję. Mam już dosyć, rozumiesz? Więcej w tej chwili nie zniosę. Czy możemy odłożyć tę rozmowę na później? – Otworzył z powrotem oczy i zobaczyłam w nich ból.
    Jamie popatrzył na niego i zaczął pokornieć na twarzy.
    – Przepraszam – wymamrotał po chwili. – Pójdę sobie… ale nie obiecuję, że tu nie wrócę.
    – Nie mam teraz do tego głowy. Idź już. Proszę.
    Jamie wzruszył ramionami. Posłał mi jeszcze ostatnie spojrzenie i zniknął w tunelu. Słuchałam roztkliwiona, jak oddala się długimi, szybkimi krokami; ich znajomy odgłos przypomniał mi dawne czasy. Jared spojrzał na Jeba.
    – Ty też – powiedział beznamiętnym tonem.
    Jeb wywrócił oczami.
    – Miałeś trochę przykrótką przerwę, nie uważasz? Popilnuję jej jeszcze, a…
    – Idź.
    Jeb zmarszczył brwi w zamyśleniu.
    – Dobra, jak tam chcesz – odparł i ruszył wolno w głąb korytarza.
    – Jeb? – zawołał za nim Jared.
    – Ta?
    – Gdybym kazał ci go zastrzelić w tej chwili, zrobiłbyś to?
    Jeb nie zatrzymał się ani nie obejrzał, lecz jego słowa zabrzmiały bardzo wyraźnie.
    – Nie miałbym wyjścia. Przestrzegam własnych reguł. Dlatego dobrze się zastanów, zanim mnie o to poprosisz.
    Po chwili rozpłynął się w ciemnościach.
    Jared spoglądał za nim. Postanowiłam nie czekać, aż zmierzy mnie złowrogim wzrokiem. Wcisnęłam się do mojej niewygodnej kryjówki i skuliłam w najdalszym kącie.

Rozdział 18

Bezczynność

    Reszta dnia, nie licząc jednej krótkiej chwili, upłynęła mi w zupełnej ciszy.
    Przerwał ją tylko Jeb, przynosząc mi i Jaredowi jedzenie. Położył tacę przy wyjściu i uśmiechnął się przepraszająco.
    – Dziękuję – powiedziałam.
    – Nie ma za co – odparł.
    Jared chrząknął, wyraźnie poirytowany tą wymianą serdeczności.
    Był to jedyny dźwięk, jaki wydał przez cały dzień. Wiedziałam, że ciągle tam jest, ale nie słyszałam niczego, co by to potwierdzało – nawet oddechu.
    To był długi dzień, nudny i męczący. Próbowałam leżenia we wszystkich możliwych pozycjach, ale w żadnej nie mogłam się cała wygodnie rozprostować. Wkrótce zaczął mi dokuczać ból krzyża.
    Obie z Melanie myślałyśmy dużo o Jamiem. Przede wszystkim martwiłyśmy się, że zjawiając się tutaj, wyrządziłyśmy mu krzywdę, i że nadal cierpi z naszego powodu. Czy warto było w takim razie dotrzymać danej mu obietnicy?
    Czas stracił znaczenie. Mogło teraz świtać, ale równie dobrze mogło też zmierzchać – tu, pod ziemią, nie miałam żadnego punktu odniesienia. Skończyły nam się – Melanie i mnie – tematy do rozmów. Wertowałyśmy od niechcenia nasze połączone pamięci, trochę tak, jak skacze się po kanałach telewizyjnych, ani na moment nie zatrzymując się na żadnym, by obejrzeć coś konkretnego. Zdrzemnęłam się chwilę, ale nie mogłam zapaść w głębszy sen, bo było mi niewygodnie.
    Kiedy w końcu znów pojawił się Jeb, miałam ochotę go ucałować. Zajrzał do mojej celi, szeroko się uśmiechając.
    – Co powiesz na spacer? – zapytał.
    Przytaknęłam ochoczo głową.
    – Zaprowadzę ją – burknął Jared. – Daj mi strzelbę.
    Zawahałam się, przykucnięta w otworze groty, ale Jeb skinął głową.
    – Śmiało – rzekł.
    Wydostałam się na zewnątrz, sztywna i chwiejna, chwytając wyciągniętą w moją stronę dłoń Jeba, by złapać równowagę. Jared wydał z siebie odgłos niesmaku i odwrócił wzrok. Mocno ściskał strzelbę w dłoni; zaciśnięte na lufie kłykcie aż mu zbielały. Widok broni w jego rękach mnie przerażał. Niepokoiłam się bardziej, niż kiedy trzymał ją Jeb.
    Jared był dla mnie mniej wyrozumiały. Zanurzył się bez słowa w ciemnym tunelu, nie czekając, aż do niego dołączę.
    Nie było mi łatwo – szedł bardzo cicho i w ogóle mnie nie prowadził, stąpałam więc wśród ciemności po omacku, z jedną ręką wyciągniętą przed siebie, drugą zaś dotykając ściany, by nie uderzyć twarzą o skałę. Dwa razy przewróciłam się na nierównym podłożu. Jared nie pomógł mi wstać, ale przynajmniej czekał, aż wstanę, i dopiero wtedy ruszał dalej. W pewnej chwili, przyspieszając na jednym z prostych odcinków korytarza, podeszłam zbyt blisko i dotknęłam wyciągniętą dłonią jego pleców, a nawet przeciągnęłam palcami po barku, zanim zorientowałam się, że to nie ściana. Jared syknął gniewnie i wyrwał do przodu, uciekając od mojego dotyku.
    – Przepraszam – szepnęłam. Czułam, jak w ciemnościach płoną mi policzki.
    Nic nie odpowiedział, tylko zwiększył tempo, tak że jeszcze trudniej było za nim nadążyć.
    Kiedy wreszcie w oddali pojawił się jasny punkt, poczułam się zdezorientowana. Czyżby prowadził mnie inną trasą? Nie była to bowiem biel wielkiego placu, lecz blade, srebrnawe światło. Z drugiej jednak strony, szczelina wydawała się ta sama… Dopiero kiedy przez nią przeszliśmy i znalazłam się znowu w centralnej jaskini, zrozumiałam, skąd bierze się różnica.
    Była noc. Blade światło sufitu imitowało teraz nie słońce, lecz księżyc. Skorzystałam z okazji, by przyjrzeć się sklepieniu, ciekawił mnie bowiem sekret jego działania. Hen wysoko nade mną ujrzałam dziesiątki malutkich księżyców, świecących rozrzedzonym blaskiem. Były rozsiane po suficie w nieregularnych odstępach, jedne bliżej, inne dalej. Potrząsnęłam głową. Choć mogłam teraz patrzeć pod światło, nadal niewiele z tego rozumiałam.
    – Szybciej! – zawołał ze złością Jared z odległości siedmiu, ośmiu kroków.
    Otrząsnęłam się i pospieszyłam za nim. Byłam zła na siebie, że się zagapiłam. Widziałam, jak go rozzłościło to, że musiał się do mnie odezwać.
    W pieczarze z rzekami nie mogłam liczyć na latarkę. Tu oświetlenie było słabsze niż ostatnio – doliczyłam się w górze tylko dwudziestu paru miniaturowych księżyców. Udałam się nieśmiałym krokiem do łaźni, podczas gdy Jared stał z zaciśniętą szczęką i wpatrywał się w sufit. Przyszło mi do głowy, że gdybym potknęła się i wpadła do bystrego gorącego źródła, zapewne uznałby to za zrządzenie opatrzności.
    Wydaje mi się, że byłoby mu smutno gdybyśmy tam wpadły, rzekła Melanie, kiedy w zupełnych ciemnościach przemierzałam małymi kroczkami pomieszczenie z wanną.
    Wątpię. Może przypomniałby sobie ból, który czuł, gdy pierwszy raz cię stracił, ale akurat moje zniknięcie by go ucieszyło.
    Bo cię nie zna, szepnęła Melanie i wycofała się, jak gdyby nagle ogarnęło ją zmęczenie.
    Stałam jak wryta. Nie miałam pewności, ale wydawało mi się, że Melanie właśnie powiedziała mi komplement.
    – Szybciej – dobiegło mnie z daleka warknięcie Jareda.
    Spieszyłam się na tyle, na ile pozwalały mi ciemności oraz strach.
    Gdy wróciliśmy, Jeb czekał na nas obok niebieskiej lampy. U jego stóp leżały dwa pękate tobołki oraz dwa nierówne prostokąty. Nie widziałam ich tu wcześniej. Być może przyniósł je, kiedy nas nie było.
    – Kto tu dzisiaj śpi, ja czy ty? – zapytał Jeb beztroskim tonem.
    Jared spojrzał na przedmioty leżące u jego stóp.
    – Ja – odparł szorstko. – I wystarczy mi jedno posłanie.
    Jeb uniósł gęstą brew.
    – Nie jest jednym z nas. Jeb. Dałeś mi wolną rękę, to się teraz odchrzań.
    – Nie jest też zwierzęciem, chłopcze. Zresztą nawet psa byś tak nie traktował.
    Jared nic nie odpowiedział, tylko zacisnął zęby.
    – Nigdy bym nie pomyślał, że okrutny z ciebie człowiek – powiedział cicho Jeb. Ale podniósł jeden tobołek i przekładając rękę przez pasek zarzucił go na ramię, po czym wsadził sobie pod pachę jedną z prostokątnych poduszek.
    – Wybacz, skarbie – rzekł i poklepał mnie po ramieniu, gdy przechodził obok.
    – Przestań! – warknął Jared.
    Jeb wzruszył ramionami i oddalił się spokojnym krokiem. Nim zniknął nam z oczu, czmychnęłam z powrotem do groty. Schowałam się w najciemniejszym zakamarku i zwinęłam w ciasny kłębek, tak by nie było mnie widać.
    Tym razem, zamiast przyczaić się w niewidocznym miejscu, Jared rozłożył posłanie dokładnie na wprost wejścia do celi. Klepnął parę razy poduszkę, być może chcąc mi w ten sposób dokuczyć. Rozłożył się na macie i założył ręce na piersi. Właśnie tyle widziałam przez otwór groty – założone ręce i kawałek brzucha.
    Jego skórę pokrywała ta sama złocista opalenizna, którą przez ostatnie pół roku widywałam w snach. Czułam się dziwnie, widząc ją teraz na jawie, parę kroków ode mnie. Było w tym coś nierzeczywistego.
    – Nie wymkniesz się – ostrzegł. Głos miał teraz spokojniejszy, śpiący. – Jeżeli spróbujesz… – Ziewnął. – Wierz mi, że cię zabiję.
    Nic nie odpowiedziałam. Poczułam się jednak trochę urażona. Niby po co miałabym próbować się stąd wykraść? Gdzie bym poszła? Prosto w ręce barbarzyńców, którzy tylko na to czekali? A nawet zakładając, że mogłabym jakoś wydostać się niepostrzeżenie z jaskiń – wróciłabym na pustynię, gdzie ostatnio prawie się upiekłam? Zastanawiałam się, o co mnie podejrzewa. Jaki niecny plan mi przypisuje? Czy naprawdę myśli, że byłabym w stanie zagrozić ich małemu podziemnemu światu? Czy nie widzi, jaka jestem żałośnie bezbronna?
    Wiedziałam, że zasnął, ponieważ drgnął kilka razy, tak jak to pamiętała Melanie. Spał niespokojnie, tylko gdy był zdenerwowany. Patrzyłam, jak zaciska i rozluźnia palce we śnie, i zastanawiałam się, czy śni mu się, że mnie dusi.

*

    Kolejnych parę dni – być może nawet tydzień, szybko straciłam rachubę – upłynęło bardzo spokojnie. Jared był jak niemy mur odgradzający mnie od reszty świata, od wszystkiego, co złe i dobre. Słyszałam jedynie własny oddech i ruchy; widziałam czarną jaskinię, blady krąg światła, znajomą tacę z niezmiennym posiłkiem, czasem popatrzyłam ukradkiem na twarz Jareda. Czułam tylko dotyk postrzępionej skały oraz smak gorzkiej wody, twardego chleba, rzadkiej zupy, drewnianych korzeni.
    Była to dziwna mieszanka doznań, połączenie ciągłego strachu, wiecznej niewygody i straszliwej monotonii. Najgorsza była właśnie śmiertelna nuda. Moje zmysły umierały z głodu. Znajdowałam się w stanie istnej deprywacji sensorycznej.
    Obie z Melanie bałyśmy się, że zwariujemy.
    Obie słyszymy w myślach obcy głos, zauważyła. To zawsze źle wróży.
    Zapomnimy, jak się mówi, pomyślałam. Ile to już czasu, od kiedy ktoś do nas odezwał?
    Cztery dni temu, podziękowałaś Jebowi za jedzenie, a on odpowiedział, że nie ma za co. To znaczy, wydaje mi się, że to było cztery dni temu. W każdym razie od tamtego czasu cztery razy długo spałyśmy. Jakby westchnęła w mojej głowie. Przestań obgryzać paznokcie – nie masz pojęcia, ile trudu mnie kosztowało, żeby się od tego odzwyczaić.
    Ale długie, ostre paznokcie mi przeszkadzały. Chyba na dłuższą metę nie mamy się co przejmować niedobrymi nawykami.
    Jared nie pozwalał już Jebowi przynosić jedzenia. Teraz ktoś zostawiał je w tunelu, a on po nie szedł. Karmiono mnie dwa razy dziennie, za każdym razem tym samym: chlebem, zupą i warzywami. Czasem Jared dostawał na deser coś szczelnie zapakowanego – cheetosy, mentosy, snickersy. Ciekawiło mnie, skąd je biorą.
    Oczywiście nie oczekiwałam, że mnie poczęstuje, ale czasem zastanawiałam się, czy myśli, że na to liczę. Słuchanie, jak je słodycze, było jedną z niewielu moich rozrywek – robił to zawsze bardzo ostentacyjnie, być może chcąc mi dokuczyć, tak jak tamtej nocy, gdy chwalił się poduszką.
    Pewnego razu otworzył powoli paczkę cheetosów – jak zwykle na pokaz – i po grocie roztoczył się mocny zapach sztucznego sera… apetyczny, kuszący. Potem Jared długo jadł jedną chrupkę, donośnie chrupiąc.
    Zaburczało mi głośno w brzuchu i zaśmiałam się sama z siebie. Dawno się nie śmiałam. Próbowałam sobie przypomnieć ostatni raz, ale nie potrafiłam, do głowy przychodził mi tylko dziwaczny atak histerii na pustyni, lecz to się nie liczyło. Nawet zanim się tu znalazłam, nie miałam zbyt wielu powodów do wesołości.
    Ale z jakiegoś powodu burczenie brzucha na dźwięk serowej chrupki bardzo mnie rozbawiło. Zaśmiałam się ponownie. To chyba znak, że wariuję, pomyślałam od razu.
    Nie wiedzieć czemu, Jared poczuł się tym urażony – wstał i zniknął. Po jakimś czasie znowu usłyszałam, jak je cheetosy, ale tym razem gdzieś dalej. Wyjrzałam przez otwór i zobaczyłam, że siedzi w mroku na końcu korytarza, zwrócony do mnie tyłem. Schowałam głowę z powrotem do groty, obawiając się, że spojrzy przez ramię i mnie zobaczy. Odtąd spędzał tam większość czasu. Dopiero wieczorem wracał, by położyć się przed wejściem do celi.
    Dwa razy dziennie – a raczej dwa razy każdej nocy, kiedy wszyscy spali – prowadził mnie do pieczary z rzekami. Pomimo strachu czekałam na ten moment z utęsknieniem, gdyż tylko wtedy mogłam wyjść z ciasnej i niewygodnej groty. Za każdym razem wracałam do niej z jeszcze większą niechęcią.
    W ciągu tego tygodnia trzy razy mieliśmy gości, zawsze w nocy.
    Za pierwszym razem był to Kyle.
    Obudził mnie wtedy Jared, zrywając się głośno na nogi.
    – Wynoś się stąd – warknął, trzymając broń w pogotowiu.
    – Wpadłem tylko zajrzeć – odparł Kyle. Jego głos dochodził z daleka, ale brzmiał na tyle głośno, że nie można go było pomylić z głosem brata. – Może któregoś dnia cię tu nie będzie. Może któregoś dnia będziesz spał twardo.
    Jared nic nie odpowiedział, tylko postraszył go bronią. Kyle roześmiał się i odszedł.
    Za drugim i trzecim razem nie wiedziałam, kto przyszedł. Może znowu Kyle, może Ian, a może ktoś, kogo nie znałam z imienia. W każdym razie jeszcze dwukrotnie zbudził mnie odgłos Jareda zrywającego się na nogi ze strzelbą w ręku. Nie padły jednak żadne słowa. Ktokolwiek tym razem „wpadł zajrzeć”, nie miał ochoty na rozmowę. Kiedy już sobie poszedł, Jared od razu kładł się spać. Ja musiałam najpierw ochłonąć.
    Za czwartym razem było całkiem inaczej.
    Nie zdążyłam jeszcze porządnie zasnąć, gdy nagle Jared obudził się i zerwał błyskawicznie na kolana. Sekundę później stał już ze strzelbą w dłoniach i przekleństwem na ustach.
    – Spokojnie – zaszemrał ktoś w oddali. – Przychodzę w pokojowych zamiarach.
    – Gadaj zdrów – odwarknął Jared.
    – Chcę tylko porozmawiać. – Głos się zbliżył. – Siedzisz tu cały czas, omijają cię ważne dyskusje… Brakuje nam twojego zdania.
    – O tak, nie wątpię – odparł Jared sarkastycznym tonem.
    – Daj spokój, odłóż broń. Gdybym chciał cię napaść, przyprowadziłbym ze sobą czterech.
    Nastała krótka cisza. Po chwili Jared odezwał się z nutą czarnego humoru w głosie.
    – Jak się miewa twój brat? – zapytał. Odniosłam wrażenie, że sprawiło mu to przyjemność. Usiadł, oparłszy się o ścianę kilka kroków od groty, nieco już odprężony, ale wciąż ze strzelbą w ręku.
    – Ciągle jest wściekły o ten nos – odparł Ian. – No, ale nie pierwszy raz mu go złamano. Powiem mu, że jest ci przykro.
    – Nie jest.
    – Wiem. Jeszcze nikt nigdy nie żałował, że mu przyłożył. Zaśmiali się obaj. Uderzyła mnie atmosfera zażyłości – zdawała się zupełnie nie na miejscu, zważywszy na to, że jeden nadal mierzył w drugiego z broni. Z drugiej strony, więzi wykute w tym ponurym miejscu musiały być niezwykle mocne. Silniejsze niż krew.
    Jan usiadł na macie obok Jareda. Widziałam teraz zarys jego twarzy, czarny profil na tle niebieskiego światła. Nos miał idealny – prosty, dostojny, taki jaki widywałam na zdjęciach słynnych rzeźb. Czy to znaczyło, że budzi u ludzi inne uczucia niż brat, skoro do tej pory nigdy mu go nie złamano? Czy że po prostu lepiej unika ciosów?
    – To po co tu przyszedłeś? Bo chyba nie po przeprosiny dla Kyle’a.
    – Jeb nic ci nie powiedział?
    – Nie wiem, o czym mówisz.
    – Przestali szukać. Nawet Łowcy.
    Jared nic nie odpowiedział, ale wyczułam napięcie w powietrzu.
    – Przyglądaliśmy im się uważnie. Nie wyglądali na bardzo zaniepokojonych. Przeszukiwali tylko okolicę, w której porzuciliśmy samochód, a przez ostatnie kilka dni widać było, że szukają już tylko trupa. Dwa dni temu uśmiechnęło się do nas szczęście: grupa poszukiwawcza zostawiła na wierzchu trochę niesprzątniętych śmieci i w nocy przyszły kojoty. Jeden z p a s o ż y t ó w właśnie wracał sam do obozu i je wystraszył. Rzuciły się na niego i ciągnęły go po ziemi przez ładne sto metrów, zanim pozostali usłyszeli wołanie i przybiegli mu na ratunek. Mieli oczywiście broń i łatwo przepędzili kojoty, a poszukiwaczowi nic poważnego się nie stało, ale po tym zdarzeniu chyba nie mają już wątpliwości, co się zdarzyło temu tutaj.
    Zastanawiało mnie, jakim sposobem udało im się tak dobrze szpiegować szukających mnie Łowców. Poczułam się nieswojo. Nie podobał mi się obrazek, który miałam w głowie: niewidoczni ludzie obserwujący z ukrycia znienawidzone dusze. Na samą myśl dostawałam gęsiej skórki na karku.
    – No i w końcu spakowali się i odjechali. Łowcy zaprzestali poszukiwań, a ochotnicy wrócili do domów. Nikt go już nie szuka. – Zwrócił twarz w moją stronę, a ja schyliłam głowę w nadziei, że w grocie jest zbyt ciemno, by mógł mnie zobaczyć; że jestem co najwyżej czarnym kształtem, tak jak jego twarz. – Podejrzewam, że uznali go za zmarłego, o ile w ogóle jeszcze się zajmują takimi formalnościami. Jeb teraz chodzi i powtarza wszystkim „a nie mówiłem?”.
    Jared wymamrotał coś niezrozumiałego, usłyszałam tylko imię Jeba. Potem odetchnął głośno i powiedział:
    – No dobra. To chyba zamyka sprawę.
    – Na to wygląda. – Ian zawahał się przez chwilę, po czym dodał: – Chociaż… to znaczy, nie zrozum źle, to pewnie nic takiego.
    Jared znowu spochmurniał. Nie podobało mu się, że Ian bawi się w cenzora.
    – Dawaj.
    – Nikt się tym zbytnio nie przejmuje oprócz Kyle’a, a sam wiesz, jaki on jest.
    Jared mruknął twierdząco.
    – Ty masz chyba w takich sprawach najlepsze wyczucie, więc chciałem cię zapytać o zdanie. Po to tu jestem, ryzykując życie, bo w końcu to strefa zakazana – powiedział Ian z udawaną powagą, po czym odezwał się już całkiem serio: – Widzisz, jest jeszcze jeden… Ma ciało kobiety. To Łowca, bez dwóch zdań. Nosi przy sobie glocka.
    Zrozumienie tego słowa zajęło mi chwilę. Melanie je kojarzyła, ale słabo. Kiedy już pojęłam, że chodzi o rodzaj pistoletu, zrobiło mi się niedobrze – powiedział to takim tęsknym, zazdrosnym głosem!
    – Kyle pierwszy zauważył, że ten jeden jest jakiś inny. Pozostali Łowcy nie zwracali na niego większej uwagi – na pewno nie brał udziału w podejmowaniu decyzji. To znaczy, miał ciągle coś do powiedzenia, ale raczej nikt go nie słuchał. Szkoda, że nie wiemy, co mówił…
    Znowu przeszły mnie ciarki.
    – Tak czy siak – ciągnął Ian – kiedy odwołali poszukiwania, ten jeden był wyraźnie niezadowolony. Sam wiesz, jakie są pasożyty – zawsze takie… p o c z c i w e. A ten był inny – to wyglądało jak kłótnia, nigdy czegoś takiego u nich nie widziałem. Może nie do końca kłótnia, bo cała reszta miała to gdzieś, ale ten jeden naprawdę wyglądał, jakby się o coś wykłócał, wierz mi. No, ale reszta go zignorowała i pojechali sobie.
    – A co z tamtym?
    – Wsiadł do auta i przejechał pół drogi do Phoenix. Potem zawrócił i pojechał z powrotem do Tucson. A potem znów na zachód. – Czyli ciągle węszy.
    – Albo nie wie, co robić. Zatrzymał się przy sklepie obok wzgórza i rozmawiał z pasożytem, który tam pracuje, mimo że już wcześniej go przesłuchiwano.
    – Uhm – chrząknął Jared. Był zaintrygowany, ciekawiło go rozwiązanie tej zagadki.
    – A potem wdrapał się na górę. Dziwny robal. Musiał się ugotować w tych ciuchach, był ubrany na czarno od stóp do głów.
    Wzdrygnęłam się gwałtownie, aż oderwałam się od podłogi i uderzyłam ciałem o tylną ścianę groty. Instynktownie wyrzuciłam ręce przed siebie, osłaniając twarz. Usłyszałam syknięcie – odbijało się echem od ścian celi – i uświadomiłam sobie, że to ja je z siebie wydałam.
    – A to co? – zapytał Ian przerażonym głosem.
    Zerknęłam przez palce i ujrzałam ich twarze zaglądające do środka. Ian był zupełnie czarny, ale słabe światło rozjaśniało część skamieniałego oblicza Jareda.
    Chciałam leżeć nieruchomo, by mnie nie widzieli, ale targały mną silne, nieopanowane dreszcze.
    Jared odszedł na chwilę. Wrócił z lampą w dłoni.
    – Popatrz na jego oczy – wymamrotał Ian. – Jest wystraszony.
    Widziałam teraz ich obu, ale spoglądałam tylko na Jareda. Przypatrywał mi się badawczym wzrokiem i zapewne rozmyślał o tym, co powiedział Ian, próbując dociec, co spowodowało u mnie tak gwałtowną reakcję.
    Nie przestawałam się trząść.
    Ona się nigdy nie podda, jęknęła Melanie.
    Wiem, wiem, odjęknęłam.
    Kiedy nasz wstręt przemienił się w strach? Skręcało mnie w żołądku. Dlaczego Łowczyni nie mogła pogodzić się z moją śmiercią tak jak pozostali? Czy szukałaby mnie nawet, gdybym naprawdę była martwa?
    – Kim jest Łowca w czerni? – warknął nagle Jared w moją stronę.
    Zadrżały mi usta, ale nic mu nie odpowiedziałam. Najbezpieczniej milczeć.
    – Wiem, że umiesz mówić – podniósł głos. – Rozmawiałaś z Jebem i Jamiem. A teraz porozmawiasz ze mną.
    Wskoczył do groty, zdziwił się jednak i zezłościł, gdy się okazało, jak bardzo musi się zgiąć, żeby się zmieścić. Klęknął pod niskim sufitem, wyraźnie niezadowolony. Wolałby nade mną stać.
    Nie miałam dokąd uciec. Już wcześniej wcisnęłam się w najdalszy kąt, We dwójkę ledwie się mieściliśmy w grocie. Czułam na skórze jego oddech.
    – Mów, co wiesz – rozkazał.

Rozdział 19

Rozstanie

    – Kim jest Łowca w czerni? Dlaczego ciągle cię szuka? – Krzyk Jareda był ogłuszający, odbijał się od ciasnych ścian groty, atakując mnie ze wszystkich stron.
    Schowałam twarz w dłoniach, spodziewając się lada moment pierwszego ciosu.
    – Hm… Jared? – powiedział pod nosem Ian. – Może pozwól mi…
    – Nie wtrącaj się!
    Głos Iana się zbliżał, słyszałam też zgrzyt kamyków pod jego butem – próbował wejść za Jaredem do i tak już przepełnionej groty.
    – Nie widzisz, że się boi? Zostaw go na chwi…
    Coś zaszurało o podłogę, a chwilę później rozległ się głuchy odgłos uderzenia. Ian przeklął. Spojrzałam przez palce i zobaczyłam, że gdzieś zniknął, a Jared stoi odwrócony do mnie plecami.
    Ian splunął i zajęczał.
    – To już drugi raz – warknął, a ja zrozumiałam, że cios przeznaczony dla mnie spadł na niego.
    – Nie ręczę, że ostatni – rzucił pod nosem Jared, zwracając się z powrotem ku mnie. W dłoni, którą przed chwilą uderzył Iana, trzymał teraz lampę. W dotychczas ciemnej grocie zrobiło się nagle olśniewająco jasno.
    Jared przemówił ponownie, przyglądając mi się w nowym świetle. Każde słowo wymawiał tak, jakby było osobnym zdaniem:
    – Kim. Jest. Ten. Łowca.
    Opuściłam dłonie i spojrzałam mu w oczy. Nie było w nich ani cienia litości. Bolało mnie, że kto inny poniósł karę za moje milczenie – nawet jeśli ten ktoś próbował mnie niedawno zabić. Nie tak miały wyglądać tortury.
    Jared spostrzegł, że zmienił mi się wyraz twarzy, i zawahał się.
    – Nie muszę ci robić krzywdy – powiedział cichym, niepewnym głosem. – Ale muszę poznać odpowiedź na moje pytanie.
    Nie było to nawet to p y t a n i e – to, którego tak bardzo się obawiałam. Nie pytał o nic, czego nie wolno mi było ujawnić.
    – Odpowiedz – nalegał, patrząc na mnie sfrustrowanym, nieszczęśliwym wzrokiem.
    Czy byłam tchórzem? Chciałabym uwierzyć, że tak – że to strach przed bólem wziął nade mną górę. W istocie jednak powód, dla którego zaczęłam mówić, był o wiele bardziej żałosny.
    Pragnęłam mianowicie sprawić mu – człowiekowi, który zajadle mnie nienawidził – r a d o ś ć.
    – Łowca – zaczęłam, wydając z siebie chrapliwe dźwięki; dawno się do nikogo nie odzywałam.
    – To już wiemy – przerwał mi zniecierpliwiony.
    – To nie żaden przypadkowy Łowca – szepnęłam. – To m ó j Łowca.
    – Jak to „twój”?
    – Przypisany do mnie. Chodziła za mną i jeździła. To przez nią… – Urwałam w ostatniej chwili, zanim zdążyłam wypowiedzieć słowo, które ściągnęłoby na nas śmierć. Zanim zdążyłam powiedzieć „uciekłyśmy”. Wziąłby czystą prawdę za czyste kłamstwo, pomyślałby, że próbuję grać na jego uczuciach, na jego bólu. Nie dopuściłby do siebie, że najgłębsze z jego pragnień mogłoby się spełnić. Ujrzałby we mnie jedynie groźnego kłamcę przebranego za kogoś, kogo kochał.
    – To przez nią co? – ponaglił.
    – To przez nią uciekłam – wyszeptałam. – To przez nią tu jestem.
    Nie było to do końca prawdą, ale też nie było do końca kłamstwem.
    Jared wpatrywał się we mnie z na wpół rozwartymi ustami, przetrawiając to, co usłyszał. Kątem oka spostrzegłam Iana, który zaglądał do groty szeroko otwartymi błękitnymi oczami. Na posiniałych ustach miał krew.
    – Uciekłaś przed Łowcą? Przecież jesteś jednym z nich! – Jared przerwał na chwilę przesłuchanie, nie mogąc się otrząsnąć. – Dlaczego za tobą jeździł? Czego chciał?
    Przełknęłam ślinę, głośniej, niż się spodziewałam.
    – Chciała złapać ciebie. Ciebie i Jamiego.
    Twarz mu stwardniała.
    – I próbowałaś ją tu przyprowadzić?
    Potrząsnęłam głową.
    – Nie… Ja… – Jak miałam mu to wytłumaczyć? Nie przyjąłby prawdy do wiadomości.
    – No co?
    – Ja… nie chciałam jej nic powiedzieć. Nie lubię jej.
    Zamrugał, znowu nic nie rozumiejąc.
    – Myślałem, że u was wszyscy się lubią?
    – Tak być powinno – przyznałam, rumieniąc się ze wstydu.
    – Komu powiedziałaś o tym miejscu? – zapytał mu przez ramię Ian.
    Jared wykrzywił twarz, ale nie spuszczał ze mnie wzroku.
    – Nie mogłam, nie wiedziałam o nim… Widziałam tylko linie. Linie z albumu. Narysowałam je Łowczyni… ale nie wiedziałyśmy, co oznaczają. Ona myśli, że to coś w rodzaju mapy drogowej. – Mówiłam jak nakręcona. Gdy to sobie uświadomiłam, starałam się zwolnić, by nie powiedzieć czegoś nie w porę.
    – Jak to nie wiedziałaś, co oznaczają? Przecież nas znalazłaś. – Ręka Jareda wyprężyła się w moją stronę, ale opuścił ją, zanim mnie dosięgła.
    – Bo… Miałam kłopoty z pamięcią… z jej pamięcią… Nie mogłam zrozumieć… nie mogłam sobie wszystkiego przypomnieć. Natykałam się na przeszkody. Dlatego przydzielono mi Łowczynię, miała czekać, aż wszystkiego się dowiem. – Za dużo, za dużo. Ugryzłam się w język.
    Ian i Jared wymienili spojrzenia. Nigdy wcześniej nie słyszeli czegoś podobnego. Nie mieli do mnie zaufania, ale bardzo pragnęli uwierzyć, że to wszystko możliwe. Tak bardzo, że obudził się w nich strach.
    Jared zaskoczył mnie ostrym tonem.
    – Przypomniałaś sobie moją kryjówkę?
    – Tylko na chwilę.
    – I pewnie od razu powiedziałaś o tym Łowczyni.
    – Nie.
    – Nie? Dlaczego?
    – Bo… wtedy już nie chciałam jej nic powiedzieć.
    Oczy Iana zastygły w zdumieniu.
    Jared znów zmienił ton. Odezwał się cicho, wręcz łagodnie. Przerażał mnie teraz bardziej, niż gdy krzyczał.
    – Dlaczego nie chciałaś jej nic powiedzieć?
    Zacisnęłam zęby. Ciągle nie pytał o najważniejszą z tajemnic, pytał jednak o coś, czego nie miałam zamiaru tanio sprzedać. Moje milczenie było w tej chwili spowodowane nie tyle instynktem samozachowawczym, ile głupią, urażoną dumą. Miałabym powiedzieć mężczyźnie, który mnie nienawidzi, że go kocham? Wykluczone.
    Zauważył moje zbuntowane spojrzenie i chyba zrozumiał, do czego musiałby się posunąć, żeby wydobyć ze mnie odpowiedź na to pytanie. Postanowił to sobie darować – a może wrócić do tego później, zostawić to na koniec, a teraz wyciągnąć ze mnie inne rzeczy, dopóki byłam w stanie mówić.
    – Dlaczego nie mogłaś sobie przypomnieć niektórych rzeczy? To… normalne?
    Kolejne bardzo niebezpieczne pytanie. Po raz pierwszy musiałam się ratować otwartym kłamstwem.
    – Spadła z dużej wysokości. Ciało się uszkodziło. Miałam trudności z kłamaniem i dało się to wyczuć w moim głosie.
    Zarówno Jared, jak i Ian od razu zwietrzyli fałszywą nutę. Jared nadstawił ucha, Ian uniósł czarną brew.
    – Dlaczego ta… Łowczyni nie zrezygnowała jak pozostali? – zapytał Ian.
    Ogarnęło mnie nagle przemożne zmęczenie. Byłam pewna, że są w stanie przesłuchiwać mnie całą noc i że tak właśnie będzie, jeżeli nie przestanę odpowiadać. Wiedziałam też, że prędzej czy później popełnię jakiś błąd. Osunęłam się i zamknęłam oczy.
    – Nie wiem – wyszeptałam. – Ona nie jest jak inne dusze. Jest… nie do z n i e s i e n i a.
    Ian parsknął krótkim śmiechem, jakby moja odpowiedź go zaskoczyła.
    – A ty? Jesteś jak inne… d u s z e? – zapytał Jared.
    Otworzyłam oczy i przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w niego zmęczonym wzrokiem. Co za durne pytanie, pomyślałam. Następnie ponownie zamknęłam oczy, schowałam twarz w kolanach i zakryłam głowę rękoma.
    Albo Jared zrozumiał, że mam dosyć, albo nie mógł dłużej znieść niewygody. Chrząknął parę razy i wygramolił się z groty, zabierając ze sobą lampę. Potem przeciągnął się i wydał z siebie ciche stęknięcie.
    – Kto by się spodziewał – zwrócił się do niego szeptem Ian.
    – Kłamie, to jasne – odparł Jared równie cicho. Z trudem, ale jednak rozumiałam, co mówią. Zapewne nie zdawali sobie do końca sprawy z siły pogłosu. – Nie wiem tylko, do czego próbuje nas przekonać. Co próbuje nam wmówić.
    – Moim zdaniem nie kłamie. Z jednym wyjątkiem. Zwróciłeś uwagę?
    – To była gra.
    – Ale pomyśl, spotkałeś kiedyś pasożyta, który by tak kłamał? Oczywiście nie licząc Łowców.
    – Widocznie jest Łowcą.
    – Mówisz poważnie?
    – To najbardziej prawdopodobne wytłumaczenie.
    – Ona – on – w niczym nie przypomina Łowcy. Gdyby jakiś Łowca miał pojęcie, gdzie nas szukać, przyprowadziłby ze sobą całą zgraję.
    – I nic by nie znaleźli. A jej – temu tutaj – udało się tu dostać.
    – Mógł już dziesięć razy zginąć, a…
    – A jednak wciąż żyje, prawda?
    Obaj zamilkli na dłużej. Na tak długo, że zaczęłam myśleć o zmianie pozycji na leżącą, ale bałam się, że mnie usłyszą. Marzyłam, aby Ian już sobie poszedł, bym mogła się położyć spać. Adrenalina całkiem opadła, pozostało jedynie zmęczenie.
    – Chyba pójdę pogadać z Jebem – szepnął w końcu Ian.
    – No tak, gratuluje wspaniałego pomysłu. – Głos Jareda był pełen sarkazmu.
    – Pamiętasz pierwszą noc? Jak wskoczyła między ciebie a Kyle’a? To było dziwne.
    – Po prostu szukał szansy na przeżycie, na ucieczkę…
    – Podkładając się Kyle’owi, tak? Świetny plan.
    – Podziałało.
    – Podziałał dopiero Jeb i jego strzelba. Przecież nie wiedziała, że Jeb przyjdzie – tak czy nie?
    – Za bardzo to komplikujesz, Ian. Pasożyt właśnie tego chce.
    – Nie zgadzam się z tobą. Nie wiem czemu… ale mam wrażenie, że ona w ogóle nie chce, żebyśmy o niej myśleli. – Usłyszałam, jak Ian wstaje. – Wiesz, co jest najdziwniejsze? – wymamrotał cicho, ale już nie szeptem.
    – No co?
    – Miałem wyrzuty sumienia – jak diabli – kiedy zobaczyłem, jak się nas boi. I kiedy zobaczyłem te sińce na jej szyi.
    – Nie możesz tak reagować – odparł Jared, nagle zaniepokojony. – To nie jest człowiek. Nie zapominaj.
    – To jeszcze nie znaczy, że nie czuje bólu, nie uważasz? – Głos Iana powoli się oddalał. – Że nie czuje się po prostu jak pobita dziewczyna. I to my ją pobiliśmy.
    – Weź się w garść – rzucił za nim Jared.
    – Na razie.
    Kiedy Ian zniknął, Jared długo nie mógł się odprężyć. Przez chwilę dreptał w tę i we w tę, wreszcie usiadł na macie, zasłaniając mi światło, i zaczął mamrotać coś do siebie. Straciłam nadzieję, że pójdzie wkrótce spać, i rozciągnęłam się na tyle, na ile mogłam, na krzywej podłodze. Drgnął, słysząc, że się poruszyłam, po czym znowu zaczął mówić do siebie pod nosem.
    – W y r z u t y s u m i e n i a! – utyskiwał cicho. – Daje sobie mydlić oczy. Jak Jeb i Jamie. Trzeba coś zrobić. Po co ja go broniłem. Niech mnie.
    Dostałam na ramionach gęsiej skórki, ale starałam się o tym nie myśleć. Gdybym wpadała w panikę za każdym razem, gdy się zastanawiał, czy mnie zabić, nie miałabym ani chwili spokoju. Obróciłam się na brzuch, żeby wygiąć kręgosłup w przeciwną stronę, i usłyszałam, jak znowu się poderwał, by po chwili położyć się w ciszy. Zasypiając, byłam pewna, że nadał rozmyśla.

*

    Kiedy się obudziłam, ujrzałam go siedzącego na macie z łokciami na kolanach i głową wspartą na pięści.
    Spałam pewnie nie dłużej niż godzinę lub dwie, ale byłam zbyt obolała, by od razu położyć się z powrotem. Zaczęłam więc rozmyślać o wizycie Iana i martwić się, że teraz Jared będzie się starał jeszcze bardziej mnie izolować. Czy Ian musiał się wygadać, że ma wyrzuty sumienia? Skoro w ogóle ma sumienie, to dlaczego o tym nie pomyślał, kiedy próbował mnie udusić? Melanie również była poirytowana jego zachowaniem i obawiała się skutków.
    I pewnie zamartwiałybyśmy się dalej, ale nagle zjawił się Jeb.
    – To tylko ja! – zawołał. – Nic się nie bój.
    Jared chwycił za strzelbę.
    – No śmiało, synu, strzelaj. Na co czekasz? – Z każdym słowem głos Jeba rozbrzmiewał coraz bliżej.
    Jared westchnął i odłożył broń.
    – Proszę, idź sobie.
    – Muszę z tobą porozmawiać – rzekł Jeb, siadając zdyszany naprzeciw niego. – Serwus, maleńka – rzucił w moją stronę, skinąwszy głową.
    – Wiesz, że tego nie znoszę – wymamrotał Jared.
    – Mhm.
    – Ian powiedział mi o Łowcach…
    – Wiem, przed chwilą z nim o tym rozmawiałem.
    – Świetnie. W takim razie czego chcesz?
    – Wiesz, tu nie idzie o to, czego ja chcę, tylko o to, czego wszyscy potrzebujemy. Kończą nam się zapasy. Musimy się porządnie zaopatrzyć.
    – Aha – powiedział pod nosem Jared. Nie tego tematu się spodziewał. – Wyślij Kyle’a – dodał po chwili.
    – No dobra – odrzekł Jeb, powoli zaczynając wstawać.
    Jared westchnął. Chyba nie mówił serio. Widząc, że Jeb wcale nie protestuje, natychmiast się z tego wycofał. – Nie, Kyle nie. Jest zbyt…
    Jeb zachichotał.
    – Ostatnim razem, gdy pojechał sam, o mały włos nie napytał nam biedy, co? Temu chłopakowi brakuje pomyślunku. No to Ian?
    – Ian myśli z a d u ż o.
    – Brandt?
    – Nie nadaje się na dłuższe wyprawy. Po paru tygodniach puszczają mu nerwy i zaczyna popełniać błędy.
    – No to ty mi powiedz kto.
    Mijały sekundy. Jared co jakiś czas nabierał gwałtowniej powietrza, jak gdyby już miał coś powiedzieć, po czym wydychał je w milczeniu.
    – Ian i Kyle razem? – zasugerował Jeb. – Może w parze spiszą się lepiej?
    Jared jęknął.
    – Tak jak ostatnio? No dobra, wiem, że to muszę być ja.
    – Jesteś najlepszy – przyznał Jeb. – Spadłeś nam z nieba, bo kiedy się tu zjawiłeś.
    Melanie i ja pokiwałyśmy sobie nawzajem ze zrozumieniem, ani trochę nas te słowa nie dziwiły.
    Jared jest niesamowity. Przy nim zawsze czuliśmy się z Jamiem bezpieczni. Nigdy nie mieliśmy żadnych nerwowych sytuacji. Gdyby to Jared pojechał do Chicago, na pewno nic by mu się nie stało.
    Jared skinął ramieniem w moją stronę.
    – A co z?…
    – Postaram się mieć na nią oko. A ty weź ze sobą Kyle’a. To powinno pomóc.
    – To nie wystarczy – to że Kyle pojedzie ze mną, a ty postarasz się mieć na nią oko. Długo nie pożyje.
    Jeb wzruszył ramionami.
    – Zrobię, co będę mógł. Więcej ci nie mogę obiecać.
    Jared zaczął powoli kiwać głową w przód i w tył.
    – Ile czasu może ci to zająć?
    – Nie wiem – odszepnął Jared.
    Nastało długie milczenie. Po paru minutach Jeb zaczął gwizdać fałszywą melodię.
    W końcu Jared odetchnął głośno. Musiał od dłuższego czasu wstrzymywać powietrze, choć nie zwróciłam na to uwagi.
    – Jadę wieczorem – wypowiedział te słowa wolno, tonem zrezygnowania, ale też ulgi. Głos nieco mu złagodniał. Można było odnieść wrażenie, że przemienia się z powrotem w człowieka, którym był, zanim się zjawiłam. Zdjęto mu z barków jedną odpowiedzialność i nałożono drugą, o wiele mniej przykrą.
    Postanowił nie chronić mnie dłużej przed innymi i pozwolić, by natura – a raczej sprawiedliwość plemienna – robiła swoje. Gdy wróci i zastanie mnie martwą, nie będzie nikogo winić. Nie będzie mnie opłakiwać. Wszystko to zawarł w dwóch słowach: „Jadę wieczorem“.
    Wiedziałam, że ludzie, gdy mają na myśli wielki smutek, mówią o „złamanym sercu”. Wiedziałam też ze wspomnień Melanie, że jej samej zdarzyło się kiedyś użyć tego określenia. Zawsze jednak myślałam, że to zwykła przenośnia, utarte powiedzenie nie mające żadnego pokrycia w ludzkiej fizjologii, coś jak „błękitna krew”. Dlatego ból w piersi zupełnie mnie zaskoczył. Mdłości – owszem, gula w gardle – jak najbardziej, i tak, oczywiście, łzy i pieczenie w oczach. Ale to rozdzierające uczucie w piersi? Nie mogłam tego pojąć.
    Zresztą czułam nie tylko, że coś rozdziera mi serce, lecz również że szarpie je i rozciąga w różne strony. Działo się tak, ponieważ Melanie także pękło serce i było to osobne doznanie, tak jakby wyrosło nam drugie serce, oddające bliźniaczość naszych umysłów. Podwójna świadomość, podwójne serce. Podwójny ból.
    Odchodzi, zanosiła się płaczem Melanie. Już nigdy go nie zobaczymy. Nie miała wątpliwości, że wkrótce zginiemy.
    Chętnie zapłakałabym wraz z nią, ale jedna z nas musiała zachować zimną krew. Zacisnęłam zęby na dłoni, powstrzymując jęk.
    – Tak będzie chyba najlepiej – powiedział Jeb.
    – Muszę zadbać o parę spraw… – Jared był już myślami daleko stąd.
    – Posiedzę tu za ciebie. Uważajcie na siebie.
    – Dzięki, Jeb. To co, do zobaczenia kiedyś tam.
    – Ano.
    Jared oddał Jebowi broń, wstał, machinalnie otrzepał się z kurzu i ruszył znajomym, spiesznym krokiem w głąb tunelu, rozmyślając już o innych rzeczach. Nawet nie spojrzał na mnie ostatni raz, ani na chwilę nie przejął się moim losem.
    Wsłuchiwałam się w cichnące kroki. Gdy już całkiem zamilkły, schowałam twarz w dłoniach i nie zważając na obecność Jeba, wybuchnęłam szlochem.

Rozdział 20

Wolność

    Jeb siedział spokojnie, pozwalając mi się wypłakać. Nie odzywał się też, kiedy już przestałam i tylko co jakiś czas pociągałam nosem. Dopiero gdy całkiem się uspokoiłam i przez dobre pół godziny nie wydałam z siebie żadnego dźwięku, przemówił:
    – Nie śpisz jeszcze?
    Nie odpowiedziałam. Za bardzo przyzwyczaiłam się do milczenia.
    – Może wyjdź stamtąd, tu ci będzie wygodniej – zasugerował. – Na sam widok tej dziury bolą mnie plecy.
    Co dziwne, biorąc pod uwagę, że ostatni tydzień upłynął mi w nieznośnej ciszy, w ogóle nie byłam w nastroju do rozmów. Padła jednak propozycja, której nie potrafiłam odrzucić. Nie zdążyłam nawet pomyśleć, a już moje dłonie chwytały się krawędzi wyjścia.
    Jeb siedział na macie z założonymi nogami. Rozciągałam na stojąco kończyny i kręciłam barkami, czekając, aż coś powie, lecz miał zamknięte oczy. Wyglądał, jakby spał, tak jak wtedy, gdy rozmawiałam z Jamiem.
    Ile czasu minęło, od kiedy widziałam się z Jamiem? Jak się teraz czuł? Poczułam lekkie szarpnięcie w i tak już obolałym sercu.
    – I co, lepiej? – zapytał Jeb, otwierając oczy.
    Wzruszyłam tylko ramionami.
    – Wszystko będzie dobrze. – Na twarz zawitał mu szeroki uśmiech. – To, co powiedziałem Jaredowi… No wiesz, nie twierdzę, że to było k ł a m s t w o, ściśle rzecz biorąc, bo jeśli na to spojrzeć z pewnej perspektywy, była to szczera prawda, ale jeśli spojrzeć z nieco innej, to powiedziałem mu raczej to, co potrzebował usłyszeć.
    Stałam wgapiona w niego. Nie rozumiałam ani słowa.
    – Tak czy siak, Jared musi odpocząć. Nie od ciebie, dziecko – dodał spiesznie – tylko od całej tej sytuacji. Będzie mógł teraz poukładać to sobie w głowie.
    Zadziwiał mnie tym, że zawsze wiedział, jakie słowa mogą mi sprawić ból. A przede wszystkim, dlaczego w ogóle miałoby go obchodzić, że słowa mnie ranią, albo nawet, że łupie mnie w krzyżu? Serdeczność, jaką mi okazywał, była na swój sposób straszna, bo niezrozumiała. Zachowanie Jareda przynajmniej miało sens. Brutalność Kyle’a i Iana, zapał Doktora – to wszystko też dawało się logicznie wytłumaczyć. Ale serdeczność? Czego Jeb ode mnie chciał?
    – Nie rób takiej smutnej miny – poprosił. – Jest też jasna strona medalu. Jared był strasznie uparty. Ale teraz, gdy go nie ma, będzie ci tu o wiele lepiej, zobaczysz.
    Zmarszczyłam brwi, próbując zrozumieć, co ma na myśli.
    – Na przykład – ciągnął – to miejsce służy nam zwykle za przechowalnię. Kiedy Jared i reszta wrócą, będziemy musieli gdzieś upchnąć wszystko, co przywiozą. To chyba dobry powód, żeby znaleźć ci jakieś inne lokum. Może coś ciut większego, jak myślisz? Na przykład z łóżkiem? – Uśmiechał się znowu. Czułam się, jakby machał mi przed nosem marchewką.
    Czekałam, aż mi ją zabierze i powie, że tylko żartował.
    Tymczasem jego oczy – koloru wypranych niebieskich dżinsów – jeszcze bardziej łagodniały. Było w nich coś, co sprawiło, że znowu ścisnęło mnie w gardle.
    – Nie musisz wracać do tej dziury, skarbie. Najgorsze już za tobą.
    Jego twarz przybrała teraz tak szczery wyraz, że nie mogłam mu nie uwierzyć. Po raz drugi w ciągu godziny schowałam twarz w dłoniach i rozpłakałam się.
    Jeb wstał i poklepał mnie nieśmiało po ramieniu. Chyba nie do końca wiedział, jak się zachować, widząc łzy.
    – No już dobrze, już – zamamrotał.
    Tym razem opanowałam się dużo szybciej. Kiedy zobaczył, że wycieram łzy i uśmiecham się do niego, kiwnął głową z aprobatą.
    – Dobra dziewczynka – powiedział, znów mnie poklepując. – Musimy tu jeszcze trochę posiedzieć, aż będziemy mieli pewność, że Jared pojechał i nas nie przyłapie. – Posłał mi konspiratorski uśmiech. – A potem będzie fajno! Zobaczysz.
    Nie wiedziałam, czy mam się cieszyć. Najwięcej uciechy sprawiały mu do tej pory konfrontacje ze strzelbą w roli głównej.
    Zachichotał na widok mojej miny.
    – Nic się nie martw. Na razie możesz trochę odpocząć. Te materace są cienkie, ale coś mi mówi, że nawet takim nie pogardzisz, co?
    Przeniosłam wzrok z jego twarzy na leżącą na podłodze matę i z powrotem na niego.
    – Nie krępuj się – rzekł. – Widać po tobie, że potrzeba ci odrobiny snu. Będę stał na straży.
    Znów stanęły mi w oczach łzy wzruszenia. Usiadłam na posłaniu i złożyłam głowę na poduszce. Wbrew temu, co sugerował Jeb, uczucie było niebiańskie. Rozprostowałam się od stóp do głów, wyciągając wszystkie palce. Słyszałam, jak strzelają mi stawy. W końcu przykurczyłam się z powrotem. Miałam wrażenie, że materac mnie przytula, że uzdrawia wszystkie bolące miejsca. Odetchnęłam.
    – Serce mi rośnie – odezwał się pod nosem Jeb. – Wiedzieć, że ktoś cierpi pod twoim dachem, to jak czuć swędzenie i nie móc się podrapać.
    Ułożył się wygodnie na podłodze parę metrów dalej i zaczął cichutko coś nucić. Usnęłam, zanim skończył pierwszy takt.
    Kiedy się obudziłam, wiedziałam, że spałam długo – dłużej niż kiedykolwiek, odkąd się tu znalazłam. Nic mnie nie bolało, nikt mnie nie niepokoił. Byłoby mi jeszcze lepiej, gdyby poduszka nie przypomniała mi od razu o Jaredzie. Czułam na niej jego zapach.
    No to znowu zostały nam tylko sny, westchnęła rzewnie Melanie.
    Kiedy się obudziłam, nie pamiętałam żadnego snu, ale na pewno śnił mi się Jared, tak jak zawsze, gdy mogłam zasnąć wystarczająco głęboko.
    – Dobry, maleńka – przywitał mnie Jeb rześkim głosem.
    Podniosłam powieki, by mu się przyjrzeć. Czy to możliwe, że siedział pod ścianą całą noc? Nie wyglądał na zmęczonego, lecz mimo to miałam wyrzuty sumienia, że zajęłam wygodniejsze miejsce do spania.
    – Chłopcy już dawno pojechali – oznajmił radośnie. – To co, może cię trochę oprowadzę? – Bezwiednym ruchem pogłaskał wiszącą u pasa strzelbę.
    Otworzyłam szeroko oczy, wpatrując się w niego z niedowierzaniem.
    – Oj, nie bądź mięczakiem. Nikt cię nie będzie zaczepiał. I tak będziesz musiała się w końcu usamodzielnić.
    Wyciągnął dłoń, by pomóc mi wstać.
    Sięgnęłam po nią odruchowo, usilnie próbując zrozumieć sens jego słów. Będę musiała się usamodzielnić? Dlaczego? I co miał na myśli, mówiąc „w końcu”? Przecież długo chyba nie pożyję?
    Poderwał mnie na nogi i poprowadził naprzód.
    Zapomniałam już, jak to jest chodzić ciemnymi tunelami za rękę z przewodnikiem. Było to nieporównanie łatwiejsze, prawie wcale nie musiałam się skupiać.
    – Zastanówmy się – wymamrotał Jeb. – Może najpierw prawe skrzydło. Znajdziemy ci porządny pokój. Potem kuchnia… – Planował na głos całą wycieczkę, nie przestając, nawet gdy przedostaliśmy się przez wąską szczelinę do jasnego korytarza prowadzącego do jeszcze jaśniejszej dużej jaskini. Kiedy dotarły do nas głosy ludzi, zrobiło mi się sucho w ustach. Jeb jednak gadał dalej, nic sobie nie robiąc z mojego strachu – albo po prostu go nie dostrzegając.
    – Założę się, że marchewki już wyrastają – rzucił, gdy wchodziliśmy na plac.
    Światło mnie oślepiło i nie widziałam, kto tu jest, ale czułam na sobie spojrzenia. Jak zwykle zapanowała złowroga cisza.
    – No ba – odpowiedział Jeb samemu sobie. – Zawsze mi się to podoba. Na taką wiosenną zieleń to aż miło popatrzeć.
    Przystanął i wyciągnął przed siebie otwartą dłoń, jakby chciał powiedzieć: „Patrz i podziwiaj”. Zmrużyłam oczy i spojrzałam we wskazanym kierunku, ale wzrok błądził mi po jaskini, powoli przyzwyczajając się do światła. Minęło parę chwil, zanim ujrzałam to, o czym mówił. Naliczyłam też około piętnastu osób. Wszystkie patrzyły na mnie krzywym wzrokiem, lecz miały także inne zajęcia.
    Szeroki, ciemny kwadrat zajmujący środek jaskini tym razem nie był ciemny. Połowa jaśniała świeżą zielenią, tak jak to przewidział Jeb. Widok rzeczywiście mógł się podobać. I zdumiewać.
    Nic dziwnego, że nikt tam nie stał. Był to ogród.
    – Marchewki? – wyszeptałam.
    – To ta połowa, która się zieleni – odparł zwyczajnym głosem. – Po drugiej stronie jest szpinak. Potrzebuje jeszcze paru dni.
    Ludzie zabrali się z powrotem do pracy, czasem tylko zerkali w moją stronę, ale skupiali się na swoich zajęciach. Teraz, gdy już wiedziałam, że to ogród, ich obecność miała sens, podobnie jak wielka beczka oraz węże ogrodowe.
    – Nawadnianie? – szepnęłam znowu.
    – Bingo. W tym upale wszystko migiem wysycha.
    Przytaknęłam. Podejrzewałam, że jest dość wcześnie, a mimo to się pociłam. Ciepłe promienie słońca sprawiały, że w jaskiniach robiło się duszno. Spróbowałam znowu przyjrzeć się sufitowi, ale był zbyt jasny. Pociągnęłam Jeba za rękaw i spojrzałam w górę, mrużąc oczy.
    – Jak?…
    Uśmiechnął się radośnie.
    – Tak jak to robią magicy, moja droga. Lusterkami. Są ich tam setki. Zajęło mi to trochę czasu, nie powiem. Dobrze, że mam dużo rąk do pomocy, gdy trzeba je czyścić. Widzisz, tam na górze są tylko cztery otwory, a ja potrzebowałem więcej światła. I co o tym sądzisz? – Wypiął dumnie pierś.
    – Cudowne – wyszeptałam. – Niesamowite.
    Jeb uśmiechnął się i przytaknął, ucieszony moją reakcją.
    – No, ale chodźmy dalej – rzekł. – Mamy jeszcze dzisiaj wiele do zrobienia.
    Poprowadził mnie do nowego, szerokiego tunelu o naturalnych kształtach. Znalazłam się nagle na nieznanym terenie. Poczułam, jak napinają mi się mięśnie. Szłam na sztywnych nogach, prawie nie zginając kolan.
    Jeb poklepał mnie po dłoni, poza tym jednak nie zwracał uwagi na moje zdenerwowanie.
    – Tutaj mamy głównie sypialnie i trochę zapasów. Te tunele są bliżej powierzchni, więc łatwiej o trochę światła.
    Wskazał jasne, wąskie pęknięcie w suficie, rzucające na podłogę plamę światła wielkości dłoni.
    Dotarliśmy do szerokiego rozwidlenia o bardzo wielu odnogach. Liczne korytarze schodziły się tu niczym ramiona ośmiornicy.
    – Trzeci od lewej – powiedział i spojrzał na mnie wyczekująco.
    – Trzeci od lewej? – powtórzyłam.
    – Zgadza się. Nie zapomnij. Łatwo się tu zgubić, a tego przecież nie chcemy. Prędzej cię tu zadźgają, niż wskażą drogę.
    Przeszły mnie ciarki.
    – Dzięki – mruknęłam z nieśmiałą nutą sarkazmu.
    Roześmiał się, jakbym powiedziała coś bardzo zabawnego.
    – Po co się oszukiwać. Nie ma nic złego w mówieniu prawdy na głos.
    Ani nic dobrego, pomyślałam, ale tego nie powiedziałam. Musiałam jednak przyznać, że czas upływa mi teraz milej. Dobrze było znowu móc z kimś porozmawiać. Potrzebowałam towarzystwa.
    – Raz, dwa, trzy – odliczył i ruszył w głąb trzeciego korytarza z lewej. Zaczęliśmy mijać okrągłe wejścia z różnego rodzaju prowizorycznymi drzwiami. W niektórych wisiała jedynie zasłona z wzorzystego materiału, inne zakrywał posklejany karton. W jeden z otworów wstawiono dwoje prawdziwych drzwi – jedne z pomalowanego na czerwono drewna, drugie z szarej blachy.
    – Siedem – doliczył się Jeb, stając przed okrągłą dziurą średnich rozmiarów, niewiele wyższą ode mnie. Wnętrze zasłaniał zielonkawy parawan, który mógłby pewnie służyć za przepierzenie w gustownym salonie. Na jedwabiu wyszyto wzór w kwitnące wiśnie.
    – To na razie jedyny pokój, który przychodzi mi do głowy. Jedyny, który się nadaje do tego, by mieszkał w nim człowiek. Przez parę tygodni pozostanie wolny, a kiedy znów będzie potrzebny, wymyślimy coś nowego.
    Odsunął parawan i przywitało nas dość silne światło. Pokój przyprawił mnie w pierwszej chwili o dziwny zawrót głowy, być może dlatego, że był o wiele wyższy niż szerszy. Czułam się w nim trochę jak w wieży lub silosie – nie to, żebym bywała w takich miejscach, ale takie skojarzenia podsunęła mi Melanie. Wysoki sufit był mocno popękany. Szczeliny wiły się na nim niczym świetliste winorośle, w paru miejscach niemal się stykając. Na moje oko nie wyglądało to zbyt bezpiecznie, lecz Jeb widocznie nie podzielał tych obaw, gdyż beztroskim krokiem wmaszerował do wnętrza.
    Na środku leżał podwójny materac, oddalony od ścian mniej więcej o metr. Sądząc po kocach i poduszkach zwiniętych bezładnie na obu połowach materaca, mieszkały tu dwie osoby. Na przeciwległej ścianie, na wysokości ramion, w dwóch dziurach w skale umocowano poziomo długi drewniany kij – jakby od grabi. Wisiało na nim kilka podkoszulek i dwie pary dżinsów. Obok, tuż pod ścianą, stał drewniany stołek, a pod nim na podłodze leżała sterta wytartych książek.
    – Kto? – zapytałam, i tym razem szeptem. Pokój był w tak oczywisty sposób cudzy, że czułam się, jakbyśmy nie byli sami.
    – Jeden z chłopaków, którzy pojechali. Trochę go nie będzie. Przez ten czas coś ci znajdziemy.
    Nie podobało mi się to – nie samo pomieszczenie, lecz to, że miałam w nim zamieszkać. Choć urządzone było skromnie, czułam w powietrzu obecność właściciela. Kimkolwiek był, na pewno nie byłby szczęśliwy, gdyby mnie tu zobaczył. Mówiąc najdelikatniej.
    Jeb jakby czytał mi w myślach, a może to mój wyraz twarzy wszystko mu powiedział.
    – Spokojnie, spokojnie – odezwał się. – Nic się nie martw. To mój dom, a to jest jeden z wielu pokojów dla gości. To ja decyduję, kto jest moim gościem, a kto nie. W tej chwili jesteś moim gościem i oferuję ci ten pokój.
    Nadal nie podobał mi się ten pomysł, ale nie chciałam denerwować Jeba. Przyrzekłam sobie, że niczego tu nie tknę, choćbym musiała z tego powodu spać na ziemi.
    – No dobra, chodźmy dalej. Tylko pamiętaj: trzeci od lewej, siódmy pokój.
    – Zielony parawan – dodałam.
    – Właśnie.
    Jeb zabrał mnie z powrotem do jaskini z ogrodem, a stamtąd do największego z tuneli. Kiedy mijaliśmy pracujących ludzi, sztywnieli i obracali się w naszą stronę, jakby czuli się bezpieczniej, mając mnie na oku.
    Duży tunel był dobrze oświetlony, prześwity w suficie powtarzały się tutaj w nienaturalnie równych odstępach.
    – Teraz podejdziemy jeszcze bliżej powierzchni. Będzie bardziej sucho i goręcej.
    Zauważyłam to niemal od razu. Zaczęliśmy się piec. Powietrze było mniej parne i stęchłe. W ustach czułam pył pustyni.
    Z daleka dobiegały czyjeś głosy. Postanowiłam tym razem przygotować się na nieprzychylną reakcję. Skoro Jeb uparcie traktował mnie jak… jak człowieka, jak miłego gościa, to pozostawało mi się przyzwyczaić. Ile można było reagować mdłościami na widok ludzi? Mimo to mój żołądek już zaczynał się niepokoić.
    – Tędy do kuchni – powiedział Jeb.
    W pierwszej chwili myślałam, że znaleźliśmy się w kolejnym tunelu, tyle że zatłoczonym. Przywarłam do ściany, starając się zachować bezpieczną odległość.
    Kuchnia okazała się długim korytarzem, wyższym niż szerszym, tak jak w moim nowym pokoju. Światło było tu jasne i gorące. Wpadało nie przez cienkie szczeliny, lecz przez wielkie otwory w skale.
    – Oczywiście za dnia nie wolno nic gotować. Dym, rozumiesz. Dlatego od świtu do zmierzchu to miejsce służy za stołówkę.
    Słowa Jeba słychać było w całym pomieszczeniu, gdyż chwilę wcześniej ucichły nagle wszystkie rozmowy. Próbowałam się za nim schować, lecz ani na moment nie przystanął.
    Zjawiliśmy się w porze śniadania, może lunchu.
    Tym razem ludzie – około dwudziestu osób – znajdowali się bardzo blisko, inaczej niż w jaskini z ogrodem. Starałam się utkwić wzrok w podłodze, ale nie mogłam się powstrzymać, żeby co jakiś czas się nie rozejrzeć. Na wszelki wypadek. Czułam, jak moje mięśnie gotują się do ucieczki, choć nie bardzo wiedziałam, dokąd miałabym uciekać.
    Po obu stronach korytarza wzdłuż ścian ciągnęły się sterty kamieni. W większości były to chropowate, fioletowe skaty wulkaniczne, przedzielone od czasu do czasu jaśniejszą substancją – cementem? – pełniącą funkcję spoiwa. Na samym wierzchu leżały inne kamienie, płaskie, brązowawe, także połączone jasnoszarą zaprawą. Dawało to w rezultacie względnie równą powierzchnię. Służyły one niewątpliwie za blaty.
    Na niektórych ludzie siedzieli, na innych się opierali. Rozpoznałam w ich dłoniach te same bułki, którymi mnie karmiono; trzymali je zawieszone między stołem a ustami i patrzyli oniemiali na Jeba i jego jednoosobową wycieczkę.
    Kilka twarzy było znajomych. Najbliżej mnie siedzieli Sharon, Maggie i Doktor. Ciotka i kuzynka spozierały gniewnie na Jeba – nie mogłam się oprzeć dziwnemu wrażeniu, że choćbym nawet stanęła na głowie i zaczęła wyśpiewywać na całe gardło piosenki, i tak by na mnie nie spojrzały – za to Doktor przyglądał mi się z nieskrywaną, niemal przyjacielską ciekawością, aż przejął mnie chłód.
    Z tyłu pomieszczenia wyłapałam wzrokiem wysokiego mężczyznę o kruczoczarnych włosach i krew zastygła mi w żyłach. Dotychczas myślałam, że Jared zabrał groźnych braci ze sobą, by choć trochę ułatwić Jebowi życie. Cóż, na szczęście został tylko młodszy z dwójki, Ian, który ostatnio wyhodował sobie sumienie – zawsze to lepiej, niż gdyby zamiast niego był tu Kyle. To marne pocieszenie nie uspokoiło jednak mojego szaleńczego pulsu.
    – No co, wszyscy nagle najedzeni? – zapytał ironicznie Jeb.
    – Straciliśmy apetyt – mruknęła Maggie.
    – A ty? – Jeb zwracał się teraz do mnie. – Głodna?
    Wśród obecnych przebiegł cichy pomruk niezadowolenia. Potrząsnęłam głową nieznacznie, ale bardzo szybko. Nie dałam sobie nawet czasu do namysłu, po prostu wiedziałam, że nie zjem nic na oczach ludzi, którzy są gotowi zjeść mnie.
    – A ja owszem – mruknął Jeb. Ruszył z wolna wzdłuż blatów, ale nie poszłam za nim. Ani mi się śniło – mieliby mnie na wyciągnięcie ręki. Stałam w miejscu, przywierając plecami do ściany. Jedynie Sharon i Maggie odprowadziły Jeba wzrokiem do wielkiego plastikowego pojemnika i patrzyły, jak wyjmuje z niego bułkę. Cała reszta wpatrywała się we mnie. Byłam przekonana, że rzucą się na mnie, jeśli tylko ruszę się o centymetr. Wstrzymywałam oddech.
    – No dobra, chodźmy dalej – zaproponował Jeb, przeżuwając. Wracał do mnie spacerowym krokiem. – Biedaczyska nie mogą się skupić na lunchu.
    Spoglądałam na nich, oczekując gwałtownych ruchów. Nie przyglądałam się tak naprawdę twarzom, nie licząc pierwszej chwili, w której parę rozpoznałam. Pewnie dlatego spostrzegłam Jamiego dopiero, gdy się podniósł.
    Był o głowę niższy od siedzących przy nim dorosłych, ale wyższy od dwójki mniejszych dzieci przycupniętych obok na blacie. Zeskoczył lekko z siedzenia i ruszył za Jebem. Twarz miał ściągniętą, skupioną, jakby próbował rozwiązać w myślach jakieś skomplikowane równanie. Zbliżył się w ślad za Jebem, przyglądając mi się badawczo zmrużonymi oczami.
    Przestałam być jedyną osobą wstrzymującą oddech. Pozostali patrzyli to na mnie, to na niego.
    Ach, Jamie, pomyślała Melanie. Bolał ją ten smutny, dorosły wyraz twarzy. Mnie bolał chyba jeszcze bardziej, gdyż wiedziałam, że to ja ponoszę większą winę.
    Gdyby tale można było sprawić, żeby znowu był szczęśliwy. Westchnęła.
    Za późno. Co możemy zrobić, żeby poczuł się lepiej?
    Było to w zamierzeniu pytanie retoryczne, ale zaczęłam sama szukać na nie odpowiedzi. Melanie też. Nic nie znalazłyśmy, zresztą nie było teraz na to czasu. Poza tym byłam pewna, że nie da się nic wymyślić. Mimo to obie dobrze wiedziałyśmy, że będzie nas to męczyć, jak tylko wrócimy z tego idiotycznego spaceru i położymy się w ciszy i spokoju. O ile tego dożyjemy.
    – Co tam, młody człowieku? – zapytał Jeb, nie spoglądając na chłopca.
    – Nic. Co robicie? – odparł Jamie. Próbował zabrzmieć obojętnie, ale nie do końca mu się to udało.
    Jeb stanął przy mnie i obejrzał się przez ramię.
    – Oprowadzam ją po jaskiniach. Tak jak każdego nowego gościa.
    Rozległ się kolejny pomruk.
    – Mogę iść z wami?
    Widziałam, jak wzburzona Sharon gorączkowo potrząsa głową. Jeb w ogóle jednak nie zwracał na nią uwagi.
    – Nie widzę przeszkód… jeżeli potrafisz się zachować. Jamie wzruszył ramionami.
    – No pewnie.
    Musiałam się nagle poruszyć i spleść palce. Korciło mnie bowiem, by odgarnąć Jamiemu włosy z oczu i położyć mu dłoń na szyi. Bez wątpienia nie zostałoby to tutaj dobrze odebrane.
    – No to idziemy – powiedział Jeb.
    Prowadził nas tą samą drogą, którą przyszliśmy. Szedł po mojej lewej stronie. Jamie szedł po prawej i chyba starał się patrzeć pod nogi, ale co jakiś czas zerkał w górę na moją twarz – tak samo jak ja nie umiałam odmówić sobie zerkania na niego. Za każdym razem, gdy nasze spojrzenia się spotykały, natychmiast odwracaliśmy wzrok.
    Byliśmy mniej więcej w połowie dużego tunelu, gdy usłyszałam za plecami ciche kroki. Moja reakcja była natychmiastowa i automatyczna. Odskoczyłam w bok, porywając ze sobą Jamiego, i stanęłam pomiędzy nim a zbliżającym się niebezpieczeństwem.
    – Hej! – zaprotestował, ale nie odtrącił mojej ręki.
    Jeb był równie szybki. Strzelba w okamgnieniu zatańczyła na pasku.
    Ian i Doktor unieśli ręce ponad głowy.
    – My też umiemy się zachować – odezwał się Doktor.
    Nie chciało się wierzyć, że ten łagodny mężczyzna o przyjaznej twarzy jest tutaj etatowym oprawcą. Przerażał mnie tym bardziej, że wyglądał tak dobrotliwie. Każdy wie, że należy mieć się na baczności w ciemnościach nocy. Ale w biały, pogodny dzień? Nikt wówczas nie myśli o ucieczce, bo i gdzie miałoby się czaić niebezpieczeństwo?
    Jeb spojrzał pytająco na Iana, a lufa strzelby jakby sama podążyła za jego wzrokiem.
    – Niczego nie knuję. Jeb. Będę tak samo grzeczny jak Doktor.
    – Okej – odparł szorstko Jeb, poprawiając sobie broń. – Ale dobrze ci radzę, nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę. Dawno już nikogo nie zastrzeliłem i trochę tęsknię za tym uczuciem.
    Zaparło mi dech w piersi. Wszyscy usłyszeli, jak nabieram gwałtownie powietrza, i spojrzeli w moim kierunku. Byłam przerażona. Pierwszy zaśmiał się Doktor, ale nawet Jamie po chwili do niego dołączył.
    – To był żart – szepnął mi. Zdjął rękę z biodra, jak gdyby chciał mnie chwycić za dłoń, ale szybko ją cofnął i schował do kieszeni spodenek. Ja także opuściłam rękę, którą wciąż go osłaniałam.
    – No, chłopcy i dziewczęta, szkoda dnia – odezwał się Jeb nieco burkliwie. – Lepiej się nie ociągajcie, bo nie mam zamiaru na was czekać. – Zanim jeszcze skończył mówić, szedł już cichym krokiem naprzód.

Rozdział 21

Imię

    Szłam u jego boku, o pół kroku z przodu. Doktor i Ian maszerowali za nami. Wolałam się od nich trzymać z daleka, Jamie szedł w środku, jakby niezdecydowany.
    Nie mogłam się już skupić na spacerze. Ani na drugim ogrodzie – w gorącym blasku luster rosła tu sięgająca pasa kukurydza – ani na szerokiej i niskiej grocie, którą nazwał „salą gier”. Ta ostatnia znajdowała się głęboko pod ziemią, w zupełnych ciemnościach, ale – jak mi tłumaczył – kiedy mieli ochotę się wyluzować, przynosili ze sobą lampy. Słowo „wyluzować” jakoś mi nie pasowało do tej bandy gniewnych ludzi, ale nie wnikałam w szczegóły. Była tu też woda – siarkowe źródełko służące czasem za drugą ubikację, gdyż, jak twierdził Jeb, woda nie nadawała się do picia.
    Dzieliłam całą uwagę między Jamiego i dwóch mężczyzn idących z tyłu.
    Ian i Doktor rzeczywiście zachowywali się nadspodziewanie dobrze. Wbrew moim obawom nie rzucili się na mnie od tylu, wciąż jednak zezowałam na lewo i prawo, aż bolały mnie oczy. Szli za nami cicho, od czasu do czasu rozmawiając ściszonymi głosami, głównie o ludziach, których imiona nic mi nie mówiły, oraz miejscach i rzeczach znajdujących się w jaskiniach, a przynajmniej tak mi się wydawało. Niewiele z tego wszystkiego rozumiałam.
    Jamie się nie odzywał, ale często na mnie spoglądał. Gdy nie podpatrywałam innych, również zerkałam w jego stronę. W rezultacie miałam mało czasu na podziwianie rzeczy, które pokazywał mi Jeb, ten jednak zdawał się nie zauważać, że zajmuje mnie zupełnie co innego.
    Niektóre tunele były bardzo długie – aż nie chciało się wierzyć, że ziemia skrywa takie miejsca. Przez większość czasu szliśmy w zupełnych ciemnościach, a mimo to Jeb i reszta nie przystawali ani na sekundę; najwidoczniej byli przyzwyczajeni do chodzenia po ciemku i znali na pamięć wszystkie trasy. Było mi trudniej niż kiedy poruszałam się po jaskiniach tylko z Jebem. W ciemnościach każdy dźwięk brzmiał złowrogo. Nawet niewinna pogawędka między Doktorem i Ianem wydawała mi się jedynie przykrywką dla niecnych planów.
    Masz paranoję, skwitowała Melanie.
    Jeżeli to jedyny sposób na przeżycie, to czemu nie.
    Szkoda, że nie słuchasz uważniej tego, co mówi wuj Jeb. To fascynujące.
    Rób, co chcesz, ze swoim własnym czasem.
    Widzę i słyszę tylko to co ty, Wagabundo, odparła, po czym zmieniła temat. Jamie nie wygląda najgorzej, nie sądzisz? Nie sprawia wrażenia bardzo nieszczęśliwego.
    Wydaje się… trochę zagubiony.
    Przebyliśmy najdłuższy do tej pory odcinek w ciemnościach, aż w końcu zaczęło się nieco rozjaśniać.
    – Jesteśmy teraz najdalej na południe, jak się tylko da – powiedział Jeb. – Trochę daleko, ale za to przez cały dzień jest tu w miarę jasno. Dlatego właśnie tutaj urządziliśmy szpital. To tu pracuje Doktor.
    Krew zastygła mi w żyłach, stawy zlodowaciały. Zerkałam przestraszonymi oczami to na Jeba, to na Doktora.
    A więc to wszystko podstęp? Poczekali, aż uparty Jared zniknie, żeby móc mnie tutaj sprowadzić? Nie mogłam uwierzyć, że przyszłam tu z własnej, nieprzymuszonej woli. Jaka ja byłam głupia!
    Melanie również nie posiadała się ze zdumienia. Mogłyśmy się jeszcze dla nich zapakować!
    Obaj na mnie spojrzeli. Twarz Jeba była pozbawiona wyrazu, za to Doktor wyglądał na równie zaskoczonego jak ja – choć nie tak przerażonego.
    Poczułam czyjś dotyk na ramieniu i pewnie podskoczyłabym ze strachu, gdyby nie to, że była to znajoma dłoń.
    – Nie – powiedział Jamie, nieśmiało opierając rękę tuż pod moim łokciem. – To nie tak. Wszystko jest w porządku. Naprawdę. Prawda, wujku? – Jamie spojrzał na starca ufnym wzrokiem. – Prawda, że nie ma się czego bać?
    – No jasne, maleńka. – Oczy Jeba były spokojne i wyraziste. – Oprowadzam cię tylko po moim domu, ot co.
    – O czym wy mówicie? – mruknął za moimi plecami niezadowolony Ian.
    – Myślałaś, że przyprowadziliśmy cię tutaj specjalnie? – zapytał mnie Jamie, ignorując jego pytanie. – Nie zrobilibyśmy tego. Obiecaliśmy Jaredowi.
    Przyglądałam się jego szczerej buzi i bardzo chciałam mu wierzyć.
    – Aha – odezwał się Ian, zrozumiawszy, o czym mowa, i roześmiał się. – Niczego sobie plan. Że też na to nie wpadłem.
    Jamie zmierzył go krzywym wzrokiem, a mnie poklepał po ręce i dopiero wtedy zabrał dłoń.
    – Nie bój się.
    Jeb wrócił do opowiadania.
    – No więc jest tu parę łóżek, na wypadek gdyby ktoś się pochorował albo zrobił sobie krzywdę. Ale dotychczas rzadko się przydawały. Doktor nie ma zbyt wielu nagłych przypadków. – Uśmiechnął się do mnie. – Pozbyliście się wszystkich n a s z y c h lekarstw. Niełatwo nam zdobyć potrzebne rzeczy.
    Potaknęłam lekko głową w roztargnieniu. Wciąż jeszcze dochodziłam do siebie. Pomieszczenie wyglądało raczej niewinnie, jakby istotnie służyło wyłącznie do celów medycznych, lecz mimo to przyprawiało mnie o mdłości.
    – Co wiesz o waszej medycynie? – zapytał nagle Doktor, obracając głowę. Spoglądał mi w twarz z nieskrywaną ciekawością. Patrzyłam na niego oniemiała.
    – Nie musisz się bać Doktora – odezwał się Jeb. – Wierz mi, że koniec końców to bardzo poczciwy facet.
    Potrząsnęłam głową. Chciałam przez to powiedzieć, że nic nie wiem, ale źle mnie zrozumieli.
    – Nie zdradzi nam żadnych sekretów – skwitował cierpko Ian. – Prawda, kotku?
    – Zachowuj się, Ian – sarknął Jeb.
    – Czy to tajemnica? – zapytał Jamie powściągliwym tonem, lecz widać było, że jest ciekawy.
    Jeszcze raz zaprzeczyłam gestem. Patrzyli na mnie zdezorientowani. Doktor również powoli potrząsnął głową, jakby nie wiedział, co myśleć. Westchnęłam głęboko, po czym wyszeptałam;
    – Nie jestem Uzdrowicielką. Nie wiem, jak działają te lekarstwa. Wiem jedynie, że d z i a ł a j ą – nie tylko zwalczają objawy, ale naprawdę leczą. Są niezawodne. Dlatego wyrzucono wszystkie wasze leki.
    Cała czwórka przyglądała mi się w osłupieniu. Najpierw dziwiło ich, że nie odpowiadam, a teraz – że się odezwałam. Trudno było dogodzić ludziom.
    – Tak naprawdę nie zmieniło się zbyt wiele – rzekł po chwili Jeb z zadumą. – Tylko sposoby leczenia, no i macie statki kosmiczne zamiast samolotów. Poza tym życie toczy się jak dawniej… przynajmiej na pierwszy rzut oka.
    – Nie chcemy zmieniać światów, tylko je przeżywać – odszepnęłam. – Zdrowie jest pewnym wyjątkiem od tej filozofii.
    Zamknęłam raptownie usta. Powinnam bardziej uważać. Ludzie raczej nie oczekiwali wykładów na temat filozofii dusz. Nigdy nie wiadomo, co ich rozzłości, kiedy puszczą im nerwy.
    Jeb pokiwał głową w zamyśleniu, po czym dał znak, byśmy szli dalej. O kolejnych grotach opowiadał już bez zapału. Gdy wreszcie zawróciliśmy ku ciemnemu tunelowi, całkiem zamilkł. Szliśmy długo i w ciszy. Zastanawiałam się, czy mogłam go czymś urazić. Nie potrafiłam jednak przejrzeć tego dziwaka. Pozostali mogli być groźni i nieufni, ale ich zachowanie przynajmniej miało sens. Jeb pozostawał dla mnie zagadką.
    Spacer gwałtownie dobiegł końca, gdy weszliśmy z powrotem do jaskini z ogrodem, gdzie na ciemnej ziemi grządki marchwi układały się w jasnozielony dywan.
    – Przedstawienie skończone – odezwał się oschle Jeb, spoglądając na Iana i Doktora. – Weźcie się teraz za coś pożytecznego.
    Ian spojrzał na Doktora i przewrócił oczami, ale obaj posłusznie obrócili się i ruszyli ku największemu wyjściu, prowadzącemu, jak sobie przypomniałam, do kuchni. Jamie się wahał, spoglądał za nimi, ale stał w miejscu.
    – Ty pójdziesz ze mną – zwrócił się do niego Jeb, tym razem mniej szorstko. – Mam dla ciebie zadanie.
    – Okej – odparł Jamie. Cieszył się, że padło na niego.
    Udaliśmy się z powrotem do części mieszkalnej. Jamie maszerował raźno u mojego boku. Zaskoczyło mnie, że wydawał się świetnie wiedzieć, dokąd idziemy. Jeb szedł nieco w tyle, lecz Jamie sam zatrzymał się przed zielonym parawanem. Odsunął mi go, ale nie wszedł do środka.
    – Co powiesz na odrobinę słodkiego lenistwa? – zapytał mnie Jeb.
    Pokiwałam twierdząco głową, ucieszona, że znowu będę mogła się schować. Schyliłam głowę, weszłam do środka i stanęłam w miejscu, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. Melanie przypomniała mi, że widziałam książki, lecz wtedy ja przypomniałam jej, że obiecałam sobie niczego tu nie dotykać.
    – Mam trochę pracy, chłopcze – zwrócił się Jeb do Jamiego. – Jedzenie samo się nie zrobi, że tak powiem. Postoisz na straży?
    – Jasne – odparł Jamie z promiennym uśmiechem, nadymając chudą klatkę piersiową.
    Zobaczyłam, że Jeb podaje mu strzelbę, i otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia.
    – Zwariowałeś?! – wykrzyknęłam tak głośno, że w pierwszej chwili nie poznałam własnego głosu. Miałam wrażenie, że wcześniej całe życie tylko szeptałam.
    W jednej chwili znalazłam się znowu obok nich na korytarzu. Patrzyli na mnie oniemiali.
    Niewiele brakowało, a chwyciłabym za lufę i wyrwała małemu strzelbę z dłoni. Powstrzymała mnie nie tyle świadomość, że przypłaciłabym to życiem, ile moja własna słabość. Nawet dla ratowania Jamiego nie potrafiłam się zmusić do złapania za broń.
    Zamiast tego zwróciłam się do Jeba.
    – Co ci strzeliło do głowy? Dawać broń dziecku? Przecież może się zabić!
    – Jamie to już mężczyzna. Jest młody, ale wiele przeżył. Zna się na rzeczy, potrafi obchodzić się z bronią.
    Jamie wyprostował się, przyciskając strzelbę do piersi.
    Nie mogłam wyjść ze zdumienia.
    – A jeśli po mnie przyjdą, kiedy tu będzie? Przyszło ci do głowy, co się może stać? To nie są żarty! Zrobią mu krzywdę, byle tylko mnie dopaść.
    Jeb zachowywał spokój.
    – Nie sądzę, żeby były dzisiaj jakieś kłopoty – odparł łagodnie. – Nie martwiłbym się.
    – Ale ja owszem! – krzyknęłam znowu. Mój głos odbijał się echem od ścian korytarza – ktoś na pewno mnie usłyszał, ale mało mnie to obchodziło. Nawet lepiej, żeby przyszli, dopóki jest z nami Jeb. – Skoro nie mam czego się bać, to zostaw mnie tu samą. Niech się dzieje, co ma się dziać. Ale nie ryzykuj jego życia!
    – Boisz się o niego, czy może raczej jego? – zapytał Jeb niemalże ospale.
    Zamrugałam, całkiem zbita z tropu. Coś takiego nie przeszło mi nawet przez myśl. Popatrzyłam tępym wzrokiem na Jamiego i napotkałam jego zdziwione spojrzenie. Był tak samo zdezorientowany jak ja.
    Potrzebowałam chwili, żeby się pozbierać. Tymczasem twarz Jeba przybrała nowy wyraz. Oczy miał teraz skupione, usta zaciśnięte – jak gdyby miał lada chwila dopasować ostatni element frustrującej układanki.
    – Daj broń Ianowi albo komukolwiek. Wszystko mi jedno – powiedziałam powoli i spokojnie. – Tylko nie mieszaj w to Jamiego.
    Uśmiechnął się wówczas szeroko. Nie wiedzieć czemu, przypominał mi teraz polującego kota w chwili skoku.
    – To mój dom, drogie dziecko, i zrobię to, co uznam za słuszne. Tak jak zawsze.
    Odwrócił się i ruszył z wolna korytarzem, pogwizdując. Spoglądałam za nim z rozdziawionymi ustami. Kiedy zniknął, zwróciłam twarz w stronę Jamiego. Patrzył na mnie spochmurniały.
    – Nie jestem dzieckiem – odezwał się cicho głosem głębszym niż zwykle, wystawiając zadziornie podbródek. – A teraz lepiej wracaj… wracaj do pokoju.
    Rozkaz nie zabrzmiał może zbyt stanowczo, ale i tak nie miałam innego wyjścia. Tę bitwę przegrałam z kretesem.
    Usiadłam w środku i oparłam się o ścianę obok wejścia – w ten sposób mogłam się schować za na wpół odsuniętym parawanem, nie tracąc Jamiego z oczu. Objęłam nogi rękoma i zaczęłam robić jedyną rzecz, która mi pozostała, czyli się martwić.
    Oprócz tego wytężałam wzrok i słuch, wyczekując kroków. Nie powinnam dać się zaskoczyć. Jeb mógł sobie mówić, co chciał, ale postanowiłam nie dopuścić, by Jamie musiał stanąć w mojej obronie. Zamierzałam oddać się w ręce napastników, nim sami zaczną się tego domagać.
    Tak, poparła mnie Melanie.
    Jamie przez kilka minut stał na korytarzu z bronią w ręku, nie do końca wiedząc, jak się zachowywać. Potem zaczął chodzić przed wejściem w tę i z powrotem, ale po paru takich rundach poczuł się chyba nieswojo. W końcu usiadł na ziemi obok parawanu. Położył broń na skrzyżowanych nogach i oparł brodę na dłoniach. Po paru chwilach westchnął. Stanie na straży okazało się nudniejsze, niż przypuszczał.
    Za to ja mogłabym się w niego wpatrywać bez końca.
    Po godzinie lub dwóch zaczął spoglądać w moją stronę, posyłając mi co jakiś czas ukradkowe spojrzenia. Kilka razy otworzył nawet usta, ale rozmyślił się i nic nie powiedział.
    Oparłam brodę na kolanach i czekałam. W końcu moja cierpliwość została wynagrodzona.
    – Ta planeta, na której byłaś wcześniej – odezwał się. – Jaka ona była? Taka jak ta?
    Zaskoczył mnie wyborem tematu.
    – Nie – odparłam. Teraz, gdy byłam z nim sama, nie miałam oporów przed mówieniem normalnym głosem. – Nie, była zupełnie inna.
    – Opowiesz mi o niej? – zapytał, nadstawiając ucha, tak jak zwykł to robić, kiedy Melanie mówiła mu na dobranoc szczególnie ciekawą historię.
    Opowiedziałam.
    O Wodorostach i ich podwodnym świecie. O dwóch słońcach, orbicie w kształcie elipsy, szarych wodach, nieruchomych korzeniach, tysiącu oczu i wspaniałych widokach; o długich rozmowach pomiędzy milionem bezgłośnych istot.
    Słuchał tego wszystkiego zafascynowany, z szeroko otwartymi oczami i rozmarzonym uśmiechem.
    – Są jeszcze jakieś planety? – odezwał się, gdy umilkłam. Usilnie zastanawiał się, o co by jeszcze zapytać. – Czy Wodorosty to jedyna obca rasa?
    Zaśmiałam się.
    – O nie, wierz mi, że nie.
    – Opowiedz.
    Więc opowiedziałam o Nietoperzach na Planecie Śpiewu – o tym, jak to jest żyć w zupełnych ciemnościach i fruwać wśród dźwięków muzyki. Później mówiłam o Planecie Mgieł – o tym, jak się czułam, mając grube białe futerko i cztery serca, dzięki którym było mi ciepło, i o tym, jak omijałam szerokim łukiem szponowce.
    Zaczynałam opowiadać o Planecie Kwiatów, o tamtejszym świetle i kolorach, gdy przerwał mi kolejnym pytaniem.
    – A te zielone ludki z trójkątnymi głowami i wielkimi czarnymi oczami? No wiesz, te, co się kiedyś rozbiły w Roswell – to byliście wy?
    – Nie, to nie my.
    – Czyli to wszystko ściema?
    – Nie wiem, może tak, a może nie. Wszechświat jest duży i ma wielu mieszkańców.
    – W takim razie, jak tu przylecieliście? Skoro nie byliście zielonymi ludkami, to kim? Musieliście mieć jakieś ciała, żeby móc się poruszać i w ogóle, prawda?
    – To prawda – przyznałam. Byłam pod wrażeniem tego, z jaką łatwością kojarzy fakty. Nie powinno mnie to dziwić – wiedziałam przecież, że jest bystry, że jego umysł chłonie wiedzę jak gąbka.
    – Na początku korzystaliśmy z ciał Pająków.
    – Pająków?
    Opowiedziałam o Pająkach – były to naprawdę fascynujące istoty. Ich umysły nie miały sobie równych, a każdy Pająk miał aż trzy. Trzy mózgi, po jednym w każdym segmencie wieloczłonowego ciała. Rozwiązywały dla nas najbardziej skomplikowane problemy. Zarazem jednak były tak chłodne, tak analityczne, że prawie nigdy nie stawiały same nowych pytań. Ze wszystkich żywicieli to właśnie Pająki najlepiej znosiły naszą obecność. Prawie nie dostrzegały różnicy, a nawet jeśli dostrzegały, zdawały się wdzięczne. Niewiele dusz miało okazję spojrzeć na tę planetę oczyma innego gatunku, ale te, które tego doświadczyły, mówiły, że jest szara i zimna – nic więc dziwnego, że Pająki widziały wszystko w czerni i bieli, jak również miały bardzo ograniczone poczucie temperatury. Żyły krótko, ale młode dziedziczyły po rodzicach całą wiedzę, więc mądrzały z pokolenia na pokolenie.
    Mieszkałam tam krótko, a gdy mój żywiciel umarł, zmieniłam planetę i wiedziałam, że raczej nigdy tam nie wrócę. Niesamowita jasność myśli, natychmiastowe odpowiedzi na skomplikowane pytania, marsz i taniec ciągów liczb – wszystko to nie było w stanie wynagrodzić mi braku kolorów i uczuć, o których Pająki miały bardzo ograniczone pojęcie. Dziwiłam się, jak ktokolwiek może tam być zadowolony z życia, niemniej planeta przez tysiące ziemskich lat była samowystarczalna. Kolonizacja jeszcze się tam nie zakończyła, a to dlatego, że Pająki bardzo szybko się rozmnażały – znosiły mnóstwo jaj.
    Zaczęłam opowiadać Jamiemu o tym, jak rozpoczynano kolonizację Ziemi. Pająki były naszymi najlepszymi inżynierami – na zbudowanych przez nich statkach kosmicznych mogliśmy śmigać niezauważeni wśród gwiazd. Ciała Pająków były niemal tak użyteczne jak ich umysły: każdy segment poruszał się na czterech długich nogach – stąd właśnie taka ziemska nazwa tych istot – a każda noga była zakończona dwunastoma palcami. Palce miały po sześć stawów, były wąskie oraz mocne jak stal i można było nimi wykonywać zadania wymagające największej precyzji. Pająki ważyły mniej więcej tyle co krowa, ale były niskie i chude. Pierwsze wszczepienia przebiegły bezproblemowo. Pająki były silniejsze i inteligentniejsze od ludzi, no i przygotowane…
    Przerwałam opowieść w pół zdania, widząc błysk na policzku Jamiego.
    Patrzył gdzieś daleko, a usta miał mocno zaciśnięte. Po twarzy spływała mu powolutku duża kropla słonej wody.
    Idiotka, zganiła mnie Melanie. Nie przyszło ci do głowy, jak się poczuje?
    A tobie nie przyszło do głowy ostrzec mnie wcześniej? Nic nie odpowiedziała. Niewątpliwie opowieść pochłonęła ją bez reszty.
    – Jamie – wydusiłam z siebie skrzeczącym głosem. Na widok jego łez działo mi się z gardłem coś dziwnego. – Jamie, przepraszam. Głupia jestem.
    Potrząsnął głową.
    – W porządku. Zapytałem. Chciałem wiedzieć, jak to było. – Mówił grubym głosem, próbując ukryć ból.
    To był instynkt – zapragnęłam nagle pochylić się i otrzeć mu łzę. Przez chwilę próbowałam się pohamować. Przecież nie byłam Melanie. Lecz nieszczęsna łza wisiała nieruchomo na policzku, jakby w ogóle nie zamierzała spaść. Jamie nie odrywał wzroku od ściany. Usta mu drżały.
    Nie siedział daleko. Wyciągnęłam rękę i przesunęłam mu czule palcami po policzku, patrząc, jak łza rozchodzi się cieniutko po skórze i znika. Potem, znowu kierując się instynktem, zostawiłam dłoń na ciepłym policzku i delikatnie go pogłaskałam.
    Przez chwilę udawał, że nie zwraca na mnie uwagi. Wreszcie przysunął się do mnie gwałtownie, z zamkniętymi oczami i wyciągniętymi rękoma. Przytulił mi się do boku, przyciskając policzek w tym samym miejscu co kiedyś – choć trochę już z niego wyrósł – i zaczął łkać.
    Nie były to łzy dziecka, lecz tym potężniejszą miały wymowę – to, że przy mnie płakał, świadczyło o ogromie bólu. Był to smutek mężczyzny stojącego nad grobem rodziny.
    Objęłam go – nie było to już tak łatwe jak kiedyś – i zapłakałam razem z nim.
    – Przepraszam – powtórzyłam kilka razy. Przepraszałam za wszystko. Za to, że nasz gatunek znalazł tę planetę. Że wybrał ją do zasiedlenia. Że zabrałam ciało jego siostry. Że przyprowadziłam ją tutaj i ponownie go skrzywdziłam. Że sprawiłam mu przykrość, opowiadając te straszne historie. Nie opuściłam rąk, nawet kiedy już się uspokoił. Nie chciałam go puszczać. Miałam wrażenie, że moje ciało czekało na to od samego początku, po prostu wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy. Tajemnicza więź pomiędzy matką a dzieckiem – tak potężna na tej planecie – przestała być dla mnie zagadką. Nie było wspanialszej więzi nad tę, która kazała poświęcić życie dla drugiej osoby. Rozumiałam to już wcześniej, lecz do tej pory nie rozumiałam, d l a c z e g o tak jest. Teraz wiedziałam już, czemu matka jest gotowa oddać życie za dziecko, i to odkrycie miało na zawsze zmienić moje spojrzenie na wszechświat.
    – Nie tak cię uczyłem, chłopcze.
    Odskoczyliśmy od siebie przestraszeni. Jamie zerwał się na nogi, a ja przywarłam do ściany i się skuliłam.
    Jeb schylił się i podniósł z podłogi strzelbę. Oboje o niej zapomnieliśmy.
    – Musisz uważniej pilnować broni, Jamie. – Strofował go, lecz ton miał łagodny. Wyciągnął dłoń, by potargać go po rozczochranych włosach.
    Jamie zrobił unik. Rumienił się ze wstydu.
    – Przepraszam – wymamrotał i odwrócił się, jakby chciał uciec. Zatrzymał się jednak w pół kroku i spojrzał w moją stronę.
    – Nie wiem, jak masz na imię – powiedział.
    – Mówili na mnie Wagabunda – odszepnęłam.
    – Wagabunda?
    Kiwnęłam głową.
    Jamie przytaknął i oddalił się szybkim krokiem, z rumieńcem na karku.
    Kiedy już zniknął, Jeb oparł się o skałę w miejscu, gdzie wcześniej siedział chłopiec, i zsunął się do pozycji siedzącej. Strzelbę położył na kolanach, tak samo jak Jamie.
    – Ciekawe imię – stwierdził. Najwyraźniej wrócił mu rozmowny nastrój. – Może kiedyś opowiesz mi, skąd się wzięło. To musi być nie lada historia. Ale, ale, jest trochę długaśne – Wagabunda. Nie sądzisz?
    Patrzyłam na niego z uwagą.
    – Co byś powiedziała, gdybym mówił na ciebie Wanda? Tak będzie wygodniej.
    Czekał, aż coś odpowiem. W końcu wzruszyłam ramionami. Nie robiło mi zbytniej różnicy, czy będzie się do mnie zwracał „maleńka“, czy jakoś inaczej. Ważne, że robił to z sympatii, a przynajmniej takie odniosłam wrażenie.
    – No dobrze, Wando. – Uśmiechnął się, zadowolony z siebie. – Wolę ci mówić po imieniu. Jesteśmy teraz prawie jak starzy znajomi.
    Znów uśmiechnął się całą twarzą, szczerząc zęby. Odpowiedziałam smutnym uśmiechem. Dziwne, przecież Jeb powinien mnie traktować jak wroga. Co za szalony człowiek. Tak czy inaczej, był moim przyjacielem. Nie znaczyło to, że mnie nie zabije, gdy sprawy przybiorą zły obrót, ale uczyni to niechętnie. Czego więcej można było oczekiwać od przyjaciela, który jest człowiekiem?

Rozdział 22

Zgoda

    Jeb założył ręce pod głowę i spojrzał w zamyśleniu na ciemny sufit. Nie opuszczał go towarzyski nastrój.
    – Dużo myślałem o tym, jak to jest – no wiesz, jak cię złapią. Nieraz już to widziałem na własne oczy, a parę razy niewiele brakowało, a i mnie by dopadli. Zastanawiałem się, jak by to było. Włożyliby mi coś do głowy – czy to by bolało? Widziałem, jak to robią.
    Otworzyłam szeroko oczy z wrażenia, ale nie zauważył tego.
    – Zdaje się, że używacie jakiegoś znieczulenia – to znaczy, mogę się tylko domyślać. Ale nikt się nie wydzierał z bólu ani nic z tych rzeczy, więc to nie mogła być żadna straszna tortura.
    Zmarszczyłam nos. Tortury. O nie, to akurat nie nasza specjalność.
    – Strasznie ciekawe rzeczy opowiadałaś małemu.
    Zesztywniałam, a wtedy zaśmiał się lekko.
    – Tak, podsłuchiwałem. Przyznaję się. I nie żałuję – to były naprawdę niezłe opowieści, a ze mną byś tak nie porozmawiała. Słuchałem z wypiekami na twarzy. O tych wszystkich nietoperzach, roślinach, pająkach. To daje człowiekowi do myślenia. Zawsze lubiłem czytać różne dziwne książki o kosmitach, no wiesz, science fiction i takie tam. Pożerałem jedną za drugą. Jamie ma to samo – przeczytał już wszystkie książki, które tu mam, i to po parę razy. Musi mieć niezłą frajdę, że może usłyszeć coś nowego. Ja mam. Umiesz opowiadać.
    Nie podniosłam wzroku, ale czułam, że mięknę, daję się udobruchać. Udzieliła mi się ludzka słabość do pochlebstw.
    – Tutaj wszyscy myślą, że zjawiłaś się, żeby ściągnąć nam na głowę Łowców.
    Ostatnie słowo przyprawiło mnie o dreszcze. Dostałam szczękościsku i skaleczyłam sobie zębami język. Poczułam w ustach smak krwi.
    – No bo w jakim innym celu? – Nie dostrzegł mojego zdenerwowania, a może po prostu się nim nie przejął. – Ale oni myślą utartymi schematami. Tylko ja tu zadaję pytania… Na przykład: co to za plan, zabłądzić na pustyni i nie mieć jak wrócić? – Zachichotał. – Aż taką Wagabundą to chyba nie jesteś, co, Wando?
    Pochylił się i trącił mnie łokciem. Spuściłam oczy na podłogę, zerknęłam mu w twarz, po czym znowu utkwiłam wzrok w ziemi. Ponownie się roześmiał.
    – O mały włos to by była udana próba samobójcza. Chyba się ze mną zgodzisz, że nie tak pracują Łowcy. Próbowałem to wszystko rozgryźć, No wiesz. Wziąć to na logikę. A więc, skoro nie miałaś wsparcia, a raczej nie miałaś, i nie miałaś jak wrócić, to musiałaś tu przyjść w jakimś innym celu. Od początku byłaś małomówna, nie licząc rozmów z małym, ale gdy już coś mówiłaś, uważnie cię słuchałem. No i wychodzi mi, że po prostu bardzo chciałaś odnaleźć Jamiego i Jareda, i to dla nich prawie postradałaś życie na pustyni.
    Zamknęłam oczy.
    – Tylko dlaczego c i na tym tak bardzo zależało? – rzekł Jeb, bardziej rozmyślając na głos niż zadając pytanie. – No więc oto jak ja to widzę: albo jesteś naprawdę niezłą aktorką, jakimś super-Łowcą, nową, przebieglejszą odmianą, i knujesz coś, czego nie rozumiem, albo nie udajesz. To pierwsze nijak nie tłumaczy niektórych twoich zachowań, więc raczej odpada. Ale skoro nie udajesz…
    Zamilkł na chwilę.
    – Długo się przyglądałem waszej rasie. Czekałem, aż zaczniecie się inaczej zachowywać – no wiesz, aż przestaniecie udawać, bo już nie będzie przed kim. Czekałem i czekałem, a wy ciągle zachowywaliście się jak ludzie. Żyliście w tych samych rodzinach co wcześniej, jeździliście w weekendy na pikniki, sadziliście kwiaty, malowaliście obrazy i tak dalej. W końcu zacząłem się zastanawiać, czy wy się przypadkiem nie zamieniacie w ludzi. Czy to nie jest tak, że jednak mamy na was jakiś wpływ.
    Zamilkł w oczekiwaniu na odpowiedź, ale nie odezwałam się ani słowem.
    – Parę lat temu zobaczyłem coś, co zapadło mi głęboko w pamięć. To była starsza para, mężczyzna i kobieta, to znaczy ciała mężczyzny i kobiety. Byli tak długo po ślubie, że mieli na skórze ślady obrączek. Trzymali się za dłonie, on pocałował ją w policzek, a ona cała się zarumieniła pod tymi wszystkimi zmarszczkami. I wtedy dotarło do mnie, że macie te same uczucia co my, bo jesteście nami, a nie tylko rękami w pacynkach.
    – Tak – odszepnęłam. – Doznajemy tych samych uczuć. Ludzkich uczuć. Nadziei… bólu… miłości.
    – A zatem, skoro nie udajesz… no to dałbym głowę, że ich kochasz. T y, Wanda – a nie tylko ciało Mel.
    Zwiesiłam głowę. Tym samym mimowolnie przyznałam mu rację, ale było mi już wszystko jedno. Nie mogłam tego dłużej kryć.
    – Tyle, jeśli chodzi o ciebie. Ale myślę też dużo o mojej bratanicy. Jakie to było dla niej przeżycie, jak by to było, gdyby to się przytrafiło mnie. Wkładają ci kogoś do głowy i co… znikasz? Nie ma cię? Jakbyś umarła? A może to bardziej jak sen? Może zdajesz sobie sprawę z tego, że ktoś tobą steruje? A ten ktoś zdaje sobie sprawę z twojego istnienia? I jesteś tam uwięziona, możesz tylko krzyczeć, ale nikt cię nie słyszy?
    Siedziałam nieruchomo z kamienną twarzą, a przynajmniej taki był mój zamiar.
    – Pewnie tracisz wtedy pamięć i kontrolę nad ciałem. Ale świadomość… Nie wydaje mi się, żeby wszyscy poddawali się bez walki. Ja tam bym się bronił – łatwo nie odpuszczam, każdy ci to powie. Walczę do końca. My wszyscy, którzy przetrwaliśmy, jesteśmy tacy. I wiesz, co ci powiem? Zdziwiłbym się, gdyby Mel była inna.
    Nie odrywał wzroku od sufitu, lecz mimo to ja nadal wpatrywałam się w skalną podłogę. Próbowałam zapamiętać wzory w piasku.
    – O tak, sporo się nad tym zastanawiałem.
    W pewnym momencie poczułam na sobie jego spojrzenie. Prawie się nie ruszałam, oddychałam tylko powoli i miarowo. Zachowanie tego wolnego rytmu kosztowało mnie wiele wysiłku. Przełknęłam gromadzącą się w ustach ślinę. Nadal miałam w nich krew.
    Skąd nam przyszło do głowy, że jest wariatem? – zastanawiała się Mel. On widzi wszystko jak na dłoni. To geniusz.
    Geniusz i wariat.
    Tak czy inaczej, może nie musimy już teraz milczeć. Skoro wie. Wstąpiła w nią nadzieja. Ostatnio była bardzo wyciszona, wręcz nieobecna. Odkąd się uspokoiła, trudniej było jej się skoncentrować. Wygrała najważniejszą potyczkę. Przyprowadziła mnie w to miejsce. Jej sekrety były tutaj bezpieczne, wspomnienia nie mogły już nikomu zaszkodzić.
    Nie miała motywacji, żeby się odzywać, nawet do mnie. Teraz jednak ożywiła ją perspektywa zmian – tego, że pozostali ludzie nareszcie się o niej dowiedzą.
    Jeb wie, owszem. Tylko czy to cokolwiek zmienia?
    Przypomniała sobie, jak reszta spoglądała na Jeba. No tak. Westchnęła. Ale Jamie chyba… to znaczy, nic nie wie ani się nie domyśła, ale wydaje się, że coś wyczuwa.
    Być może. Czas pokaże, czy to dobrze. Dla niego, dla nas.
    Jeb wytrzymał w milczeniu zaledwie kilka sekund. Odezwał się znowu, przerywając nam wewnętrzny dialog.
    – To diablo ciekawe. Może akcja nie jest tak wartka jak w filmach, ale mimo wszystko to diablo ciekawe. Chętnie bym jeszcze trochę posłuchał o tych wszystkich pająkach. Bardzo mnie to ciekawi, oj bardzo.
    Wzięłam głęboki oddech i podniosłam głowę.
    – Co chcesz wiedzieć?
    Uśmiechnął się do mnie ciepło i zmrużył oczy.
    – Więc mówisz, że mają trzy mózgi?
    Przytaknęłam.
    – A ile oczu?
    – Dwanaście, po jednym na każdym styku nogi z ciałem. Zamiast powiek mieliśmy mnóstwo stalowych włókien.
    Pokiwał głową, oczy mu lśniły.
    – Były włochate, jak tarantule?
    Oparłam się ciężko o ścianę. Zanosiło się na długą rozmowę.
    I taka też była. Zadawał niezliczoną ilość pytań. Chciał znać szczegóły – jak wyglądały pająki, jak się zachowywały, co robiły na Ziemi. Nie wzdrygał się, słuchając o kolonizacji, przeciwnie, ciekawiło go to chyba najbardziej. Gdy tylko kończyłam mówić, od razu zadawał kolejne pytanie, po czym szeroko się uśmiechał. Kiedy wreszcie po paru godzinach wyczerpał temat Pająków, zaczął wypytywać o Kwiaty.
    – Niewiele o nich opowiedziałaś – zauważył.
    Zaczęłam więc mówić o najpiękniejszej i najspokojniejszej z planet. Niemal za każdym razem, gdy robiłam przerwę na oddech, wtrącał następne pytanie. Lubował się w zgadywaniu i wcale się nie przejmował, gdy musiałam go wyprowadzać z błędu.
    – I co, żywiliście się muchami, jak muchołówki? Na pewno właśnie tak było – a może jedliście coś większego, może ptaki – albo pterodaktyle!
    – Nie, czerpaliśmy pokarm ze światła słonecznego, tak jak większość roślin na Ziemi.
    – Ee, szkoda, moja wersja była ciekawsza.
    Czasami zarażał mnie śmiechem.
    Przechodziliśmy właśnie do Smoków, gdy nagle zjawił się Jamie z posiłkiem dla trzech osób.
    – Cześć, Wagabundo – powiedział nieco zawstydzony.
    – Cześć, Jamie – odparłam niepewnie. Bałam się, że jeszcze pożałuję tej zażyłości. W końcu, jak by nie patrzeć, byłam tu czarnym charakterem.
    Ale Jamie usiadł tuż obok, między mną a Jebem, skrzyżował nogi i położył na nich tacę z jedzeniem. Umierałam z głodu, a od mówienia zaschło mi w gardle. Wzięłam do ręki miseczkę zupy i opróżniłam ją duszkiem.
    – No tak, mogłem się domyślić, że na stołówce wolałaś się nie przyznawać. Mów śmiało, kiedy jesteś głodna, Wando. Nie umiem czytać w myślach.
    Co do tego miałam akurat poważne wątpliwości, lecz byłam zbyt zajęta przeżuwaniem chleba, by cokolwiek odpowiedzieć.
    – Wando? – zapytał Jamie.
    Kiwnęłam głową na znak aprobaty.
    – Pasuje, nie sądzisz? – Jeb promieniał dumą. Aż dziwne, że sam się nie poklepał po plecach dla lepszego efektu.
    – No w sumie. Rozmawialiście o smokach?
    – Tak – odparł entuzjastycznie Jeb – ale nie takich jaszczurowatych, tylko galaretowatych. Umieją latać, wyobraź sobie… no, w pewnym sensie. Powietrze jest tam gęstsze, też galaretowate. Więc trochę jakby w nim pływały. I zieją kwasem – to może nawet lepsze niż ogień, nie sądzisz?
    Jeb opowiadał dalej, a ja w tym czasie jadłam – więcej, niż mi się należało – i piłam jak smok. Kiedy skończyłam. Jeb natychmiast zaczął kolejną rundę pytań.
    – Czyli ten kwas…
    Jamie nie był taki dociekliwy, poza tym odkąd się zjawił, odpowiadałam ostrożniej. Nie musiałam jednak bardzo uważać, gdyż Jeb – czy to świadomie, czy przypadkowo – nie pytał już o nic drażliwego.
    Światło z wolna gasło, aż w końcu korytarz ponownie wypełnił mrok. Oczy szybko mi jednak przywykły. Twarze oświetlał nam teraz slaby blask księżyca.
    Z czasem Jamie przysunął się bliżej. Nie zdawałam sobie nawet sprawy, że głaszczę go po głowie, dopóki nie spostrzegłam, że Jeb spogląda mi na dłoń.
    Założyłam ręce na ciało.
    W końcu Jeb ziewnął przeciągle, zarażając nas sennością.
    – Masz dar opowiadania, Wando – powiedział, gdy wszyscy troje skończyliśmy się przeciągać.
    – Na tym polegała moja praca. Byłam wykładowczynią na uniwersytecie w San Diego. Uczyłam historii.
    – Wykładowczynią! – powtórzył Jeb podekscytowany. – No proszę, świetnie! Możesz nam się przydać. Mamy tu trójkę dzieci, uczy je Sharon, córka Mag, ale nie na wszystkim się zna. Najlepiej radzi sobie z matematyką i tym podobnymi. Ale historia…
    – Uczyłam tylko n a s ze j historii – przerwałam mu w końcu. Od dłuższej chwili czekałam na próżno, aż zrobi pauzę, by zaczerpnąć powietrza. – Nie będzie tu ze mnie pożytku. Nie mam żadnego przygotowania.
    – Lepsza wasza historia niż żadna. Zresztą my, ludzie, też powinniśmy ją znać, skoro kosmos jest większy, niż nam się wydawało.
    – Ale ja nie byłam prawdziwą nauczycielką – odparłam rozpaczliwym głosem. Naprawdę myślał, że ktoś będzie chciał mnie w ogóle słuchać, a tym bardziej moich opowieści? – Byłam kimś w rodzaju profesora nadzwyczajnego, to były gościnne wykłady. Chcieli, żebym to robiła, tylko dlatego, że… To długa historia. To ma związek z moim imieniem.
    – To miało być moje następne pytanie – odparł Jeb tonem zadowolenia. – O twojej pracy na uczelni możemy pogadać później. Teraz lepiej powiedz, dlaczego nazwali cię Wagabunda. Słyszałem już kilka dziwacznych imion – Sucha Woda, Palce na Niebie, Szum Przestworzy – oczywiście wszystkie w połączeniu z całkiem normalnymi, jak Pam i Jim. Wierz mi, to jedna z tych zagadek, od których można umrzeć z ciekawości.
    Odczekałam chwilę, by upewnić się, że skończył mówić.
    – No więc zwykle jest tak, że dusza próbuje życia na paru planetach, najczęściej na dwóch, a potem osiedla się na stałe na jednej z nich. Kiedy ciało jest już bliskie śmierci, przenosi się do nowego żywiciela tego samego gatunku. Przenosiny do ciała innego gatunku są dezorientujące, większość dusz bardzo tego nie lubi. Niektóre w ogóle nie opuszczają planety urodzenia. Czasem zdarzy się, że ktoś ma kłopot ze znalezieniem sobie odpowiedniego miejsca i zmienia planetę więcej niż raz. Poznałam kiedyś duszę, która była na pięciu, zanim zamieszkała wśród Nietoperzy. Mnie też się tam podobało – gdybym miała gdzieś zostać, to najprędzej właśnie tam. Gdyby nie to, że Nietoperze są ślepe…
    – A ty na ilu byłaś planetach? – zapytał Jamie ściszonym głosem. Dopiero teraz spostrzegłam, że trzymam go za rękę.
    – To moja dziewiąta – odparłam, delikatnie ściskając mu palce.
    – Łał, dziewiąta!
    – Dlatego chcieli, żebym prowadziła wykłady. Każdy może uczyć suchych liczb, ale nie każdy widział na własne oczy większość planet, które… przejęliśmy. – Zawahałam się przy ostatnim słowie, ale Jamie wcale się tym nie przejął. – Nie byłam tylko na trzech – no, teraz już czterech. Właśnie zaczęto zasiedlać kolejną.
    Oczekiwałam, że Jeb podskoczy z wrażenia i zacznie wypytywać mnie o nowy świat lub o te, na których nie byłam, tymczasem siedział zamyślony i bawił się brodą.
    – Dlaczego nigdzie nie zostałaś? – zapytał Jamie.
    – Nigdzie mi się aż tak nie podobało.
    – A Ziemia? Myślisz, że mogłabyś tu zostać?
    Stysząc ten całkiem poważny ton, miałam ochotę się uśmiechnąć. Pytał, jak gdyby nigdy nic, jakbym mogła jeszcze kiedyś zmienić żywiciela. Jakbym mogła liczyć na to, że przeżyję w ciele Melanie kolejny miesiąc.
    – Ziemia jest… bardzo ciekawa – wymamrotałam. – Trudniejsza niż wszystkie inne miejsca, w których byłam.
    – Nawet to z mrozem i szponowcami?
    – Na swój sposób tak. – Jak miałam mu wytłumaczyć, że na Planecie Mgieł niebezpieczeństwo groziło mi tylko i wyłącznie z zewnątrz? Że czymś o wiele gorszym jest atak od wewnątrz?
    Atak, prychnęła Melanie.
    Ziewnęłam. Nie myślałam akurat o tobie. Chodziło mi o gwałtowne uczucia, które ciągle mnie zdradzają. Ale ty też mnie atakowałaś. Wspomnieniami.
    Wyciągnęłam z tego naukę, zapewniła mnie oschle. Poczułam, że skupia się bardzo na dłoni, którą trzymam w ręku. Narastało w niej jakieś nienazwane uczucie. Coś przypominającego gniew, ale zaprawiony szczyptą tęsknoty i rozpaczy.
    Zazdrość, oświeciła mnie nagle.
    Jeb znowu ziewnął.
    – Gdzie moje dobre wychowanie. Musisz być przecież diablo śpiąca – złaziliśmy całe jaskinie, a potem pół nocy musiałaś ze mną rozmawiać. Nie powinienem cię sobą zamęczać. Chodź, Jamie, niechże Wanda się wyśpi.
    Byłam wyczerpana. Czułam się jak po bardzo długim dniu, a słowa Jeba utwierdziły mnie w przekonaniu, że sobie tego nie uroiłam.
    – Dobrze, wujku. – Jamie z lekkością stanął na nogi i podał starcowi dłoń.
    – Dzięki, chłopcze – stęknął Jeb, podnosząc się z ziemi. – I dzięki, Wando – dodał po chwili. – To była najciekawsza rozmowa od… hm, chyba odkąd żyję. Niech ci gardło odpocznie, bo będę miał jeszcze wiele pytań. O, przyszedł w końcu. Najwyższy czas.
    Dopiero teraz usłyszałam odgłosy zbliżających się kroków. Odruchowo przesunęłam się w głąb pokoju, lecz było tam nawet jaśniej, przez co czułam się jeszcze bardziej odsłonięta.
    Dziwiło mnie, że dopiero teraz usłyszeliśmy pierwsze kroki, w końcu korytarz wyglądał na zamieszkany.
    – Wybacz, Jeb, zagadałem się z Sharon, a potem trochę mi się przysnęło.
    Od razu rozpoznałam ten łagodny głos. Zabulgotało mi w brzuchu i natychmiast pożałowałam, że nie jest pusty.
    – Nawet nie zauważyliśmy, Doktorze – odparł Jeb. – To był fantastycznie spędzony czas. Musisz ją kiedyś namówić, żeby opowiedziała ci jakąś historię – naprawdę warto. No, ale to już innym razem. Musi być strasznie zmęczona. Widzimy się rano.
    Doktor rozkładał przed wejściem matę, tak jak wcześniej Jared.
    – Miej na to oko – rzucił Jeb, kładąc strzelbę na ziemi.
    – Wanda, wszystko w porządku? – zapytał Jamie. – Trzęsiesz się.
    Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że cała drżę. Nic nie odpowiedziałam – nie potrafiłam z siebie wydusić ani słowa.
    – Już dobrze, spokojnie – odezwał się Jeb kojącym głosem. – Poprosiłem Doktora, żeby cię popilnował. Nie masz się czego obawiać. To bardzo przyzwoity człowiek.
    Doktor uśmiechnął się ospale na te słowa.
    – Nie zrobię ci krzywdy… Wanda, tak? Obiecuję. Będę stał na straży, żebyś mogła spokojnie spać.
    Zagryzłam wargę, ale dreszcze nie ustawały.
    Jeb uznał jednak najwyraźniej, że wszystko zostało już ustalone.
    – Branoc, Wanda. Branoc, Doktorze – powiedział, odchodząc.
    Jamie się wahał, spoglądał na mnie zmartwiony.
    – Doktor jest wporzo – szepnął.
    – Dalej, chłopcze, późno już!
    Jamie pobiegł za Jebem.
    Kiedy zniknęli, zaczęłam wypatrywać zmiany na twarzy Doktora, ale panował na niej ciągle ten sam niezmącony spokój. Rozłożył długie ciało na macie, tak że wystawały mu stopy i łydki. Był naprawdę chudy; leżąc sprawiał wrażenie mniejszego.
    – Dobranoc – zamamrotał śpiącym głosem.
    Oczywiście nie odezwałam się słowem. Obserwowałam go w bladym świetle księżyca, patrzyłam, jak unosi mu się klatka piersiowa, i odmierzałam jego oddechy własnym pulsem, który dudnił mi w uszach. Oddychał coraz wolniej i głębiej, w końcu zaczął cicho pochrapywać.
    Nawet jeżeli udawał, niewiele mogłam zrobić. Przesuwałam się po cichu w głąb pokoju, aż poczułam pod plecami brzeg materaca. Obiecałam sobie wcześniej, że niczego tutaj nie tknę, ale pomyślałam, że przecież nic się stanie, jeśli położę się na skraju łóżka. Podłoga była nierówna i bardzo twarda.
    Chrapanie Doktora mi nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie. Być może miało uśpić moją czujność, ale przynajmniej go słyszałam i wiedziałam, gdzie jest.
    Niezależnie od tego, jaki los mnie czekał, pozostało mi położyć się spać. Byłam wypompowana, jak by to powiedziała Melanie. Materac był cudownie miękki. Ułożyłam się wygodnie, powoli się w niego zapadając…
    Nagle usłyszałam ciche szuranie – rozległo się gdzieś w pokoju. Otworzyłam oczy i zobaczyłam pomiędzy sobą a księżycowym sufitem jakiś cień. Doktor wciąż chrapał na korytarzu.

Rozdział 23

Wyznanie

    Wiszący nade mną cień byt wielki i bezkształtny, szerszy u góry. W pewnym momencie zbliżył mi się do twarzy.
    Chyba chciałam krzyczeć, ale głos ugrzązł mi w krtani i na zewnątrz wydostało się jedynie bezgłośne pisknięcie.
    – Cii, to tylko ja – szepnął Jamie. Coś dużego zsunęło mu się z ramienia i upadło miękko na ziemię. Dopiero teraz widziałam na tle światła jego prawdziwą, smukłą sylwetkę.
    Zadyszałam, trzymając się za gardło.
    – Przepraszam – szepnął, siadając na brzegu materaca. – To było niemądre. Ale nie chciałem obudzić Doktora. Nie przyszło mi do głowy, że cię wystraszę. Wszystko okej? – Poklepał mnie po kostce, gdyż była najbliżej.
    – Jasne – wysapałam.
    – Przepraszam – zaszemrał ponownie.
    – Co ty tu robisz. Jamie? Nie powinieneś spać?
    – Właśnie dlatego przyszedłem. Wujek Jeb chrapie jak nie wiem co. Nie mogłem z nim wytrzymać.
    Wydało mi się to podejrzane.
    – Myślałam, że śpisz z nim codziennie?
    Ziewnął i schylił się, by rozsupłać posłanie.
    – Nie, normalnie śpię z Jaredem. Jared nie chrapie. Zresztą wiesz.
    To prawda, wiedziałam.
    – W takim razie czemu nie śpisz w pokoju Jareda? Boisz się spać sam? – Nie uważałam tego za powód do wstydu. Sama bez przerwy wpadałam w popłoch.
    – Czy się boję? – burknął urażony. – No coś ty. To jest pokój Jareda. I mój.
    – Co? Jeb dał mi pokój Jareda?
    Nie mogłam w to uwierzyć. Jared mnie zabije. A raczej zabije Jeba, a p o t e m mnie.
    – To też mój pokój. Powiedziałem Jebowi, że możesz tu spać.
    – Jared będzie wściekły – szepnęłam.
    – Mogę robić z moim pokojem, co mi się podoba – mruknął Jamie buntowniczo, lecz po chwili zagryzł wargę. – Nie powiemy mu. Nie musi wiedzieć.
    – Przytaknęłam.
    – Mogę się tu położyć? Wujek naprawdę hałasuje.
    – Jamie… Mnie to nie przeszkadza. Ale to chyba nie jest dobry pomysł.
    Zmarszczył brwi, próbując ukryć, że jest mu przykro.
    – Dlaczego nie?
    – Bo nie będziesz tu bezpieczny. Czasem nocą szukają mnie różni ludzie.
    Otworzył szeroko oczy ze zdziwienia.
    – Naprawdę?
    – Jared zawsze miał przy sobie broń, więc się go bali.
    – Kto?
    – Nie wiem. Czasem Kyle. Ale na pewno też tacy, którzy nie pojechali z Jaredem.
    Kiwnął głową.
    – No to tym bardziej powinienem zostać. Doktor może potrzebować pomocy.
    – Jamie…
    – Wanda, nie jestem dzieckiem. Dam sobie radę.
    Było jasne, że nic nie wskóram.
    – Połóż się chociaż na łóżku. Ja będę spała na podłodze. To twój pokój.
    – Nie. Jesteś gościem.
    Prychnęłam cicho.
    – Ha. Nie ma mowy, łóżko jest twoje.
    – Zapomnij. – Położył się na macie i założył ręce na piersi.
    I tym razem uznałam, że dalsza kłótnia nie ma sensu. Zresztą wiedziałam, że wystarczy poczekać, aż uśnie. Miał twardy sen. Gdy w niego zapadał, Melanie mogła go nosić na rękach.
    – Możesz wziąć moją poduszkę – powiedział, klepiąc leżący między nami jasiek. – I nic musisz się tak kurczyć na samym brzegu.
    Westchnęłam, ale powlokłam się w górę łóżka.
    – Tak lepiej. A możesz mi rzucić poduszkę Jareda?
    Zawahałam się. Chciałam już sięgnąć po jasiek, który miałam pod głową, lecz wtedy Jamie poderwał się, wyciągnął nade mną i wziął tę, o którą prosił. Westchnęłam po raz kolejny.
    Przez chwilę leżeliśmy w ciszy, wsłuchując się w świszczący oddech Doktora.
    – Takie chrapanie to jeszcze ujdzie – szepnął Jamie.
    – Raczej cię nie obudzi.
    – Jesteś zmęczona?
    – O tak.
    – Aha.
    Czekałam, aż powie coś więcej, ale milczał.
    – Chciałeś czegoś ode mnie? – zapytałam.
    W pierwszej chwili nic nie odpowiedział, ale czułam, że szuka słów, więc czekałam.
    – Gdybym cię o coś zapytał, powiedziałabyś mi prawdę?
    Teraz to ja miałam moment zawahania.
    – Nie wiem wszystkiego – wykręciłam się.
    – Ale to będziesz wiedzieć. Kiedy szliśmy korytarzem… to znaczy, ja i wuj Jeb… rozmawialiśmy o paru rzeczach. Powiedział mi, co myśli, ale nie wiem, czy ma rację.
    W głowie poczułam nagle silną obecność Melanie.
    Jamie mówił ledwie słyszalnym szeptem, cichszym niż mój oddech.
    – Wuj Jeb podejrzewa, że Melanie żyje. Ze jest tam z tobą w środku.
    Mój Jamie, westchnęła Melanie.
    Nie odpowiedziałam ani jemu, ani jej.
    – Nie wiedziałem, że to w ogóle możliwe. To możliwe? – Głos mu się załamał, słyszałam, że zbiera mu się na płacz. Wzruszył się przy mnie dwa razy w ciągu doby, a przecież nie był beksą. Poczułam ból w klatce piersiowej.
    – Wanda, powiedz, proszę.
    Powiedz mu. Proszę, powiedz mu, że go kocham.
    – Czemu nie chcesz mi powiedzieć? – Teraz już naprawdę płakał, choć próbował tłumić łkanie.
    Zsunęłam się z łóżka, wcisnęłam w twardą szparę między materacem a matą i objęłam go ramieniem. Czułam, jak drży. Dotknęłam twarzą jego policzka i poczułam na szyi ciepłe łzy.
    – Melanie żyje? Proszę cię, Wanda, powiedz.
    Był pewnie mimowolnym narzędziem w rękach Jeba. Stary lis zapewne celowo go przysłał, wiedząc, że przy chłopcu rozwiązuje mi się język. Szukał potwierdzenia swoich domysłów i był gotów w tym celu posłużyć się chłopcem. Ale jak postąpi, gdy już ustali niebezpieczną prawdę? Co z nią zrobi? Nie miał chyba wobec mnie złych zamiarów, ale czy mogłam ufać własnej ocenie? Przecież ludzie to przewrotne, zdradzieckie istoty.
    Nie byłam w stanie ich przejrzeć. Wśród dusz niecne intencje były nie do pomyślenia.
    Jamie cały się trząsł.
    Cierpi, jęknęła Melanie. Rozpaczliwie próbowała odzyskać władzę nad ciałem.
    Odezwałam się jednak sama, świadoma odpowiedzialności za to, co mówię.
    – Obiecała, że wróci, prawda? – powiedziałam cicho. – Przecież zawsze dotrzymuje słowa.
    Jamie objął mnie wpół i mocno się przytulił.
    – Kocham cię, Mel – szepnął po chwili.
    – Ona ciebie też. Jest bardzo szczęśliwa, że tu jesteś i że nic ci nie grozi.
    Milczał przez dłuższy czas. Jego łzy na mojej skórze zdążyły wyschnąć i został po nich jedynie słony proszek.
    – Czy tak jest ze wszystkimi? – szepnął w końcu, gdy już myślałam, że dawno zasnął.
    – Nie – odparłam ze smutkiem. – Nie. Melanie jest wyjątkowa.
    – Jest odważna i silna.
    – Bardzo.
    – Myślisz, że… – Przerwał, pociągając nosem. – Myślisz, że nasz tata też żyje?
    Przełknęłam ślinę, żeby pozbyć się guli w gardle, ale nie pomogło.
    – Nie, Jamie. Nie sądzę. Przynajmniej nie tak jak Melanie.
    – Dlaczego?
    – Ponieważ przyprowadził do was Łowców. To znaczy nie on, tylko dusza w jego ciele. Gdyby twój tata żył, nie dopuściłby do tego. Twoja siostra nigdy mi nie pokazała, jak dotrzeć do waszej kryjówki – bardzo długo nie miałam nawet pojęcia o twoim istnieniu. Przyprowadziła mnie tutaj, gdy stało się jasne, że nie zrobię ci krzywdy.
    Powiedziałam za dużo. Dopiero kiedy zamilkłam, dotarło do mnie, że Doktor przestał chrapać. W ogóle nie słyszałam jego oddechu. Skarciłam się w myślach za głupotę.
    – O rany – powiedział Jamie.
    – Tak, jest bardzo silna – szepnęłam mu na ucho, tak by Doktor nie mógł słyszeć.
    Jamie zmarszczył brwi, wytężając słuch, po czym zerknął w stronę ciemnego korytarza. Widocznie uświadomił sobie, że możemy być podsłuchiwani, gdyż zbliżył się do mojego ucha i odszepnął ciszej niż poprzednio:
    – Dlaczego nie chcesz, żeby nas złapali? Przecież… powinnaś tego chcieć?
    – Ale nie chcę.
    – Dlaczego?
    – Bo… spędziłam z twoją siostrą dużo czasu. Jej wspomnienia i uczucia są teraz jak moje własne. I… ja też cię… kocham.
    – I Jareda?
    Zacisnęłam na chwilę zęby. Zaskoczyło mnie, że tak łatwo połączył fakty.
    – Oczywiście, że nie chcę, żeby coś mu się stało.
    – On cię nienawidzi – powiedział smutno Jamie.
    – Wiem. Jak wszyscy. – Westchnęłam. – Nie mogę mieć do nich o to żalu.
    – Nie wszyscy. Jeb nie. Ja też nie.
    – Może jeszcze zmienisz zdanie, jak to przemyślisz.
    – Przecież nawet nie było cię tutaj w czasie inwazji. Nie wybrałaś sobie specjalnie mojego taty ani mamy, ani Melanie. Byłaś wtedy w kosmosie, prawda?
    – Tak, Jamie, ale jestem tym, kim jestem. Robię to, co wszystkie inne dusze. Zanim zamieszkałam w Melanie, miałam wielu innych żywicieli i nigdy nie odczuwałam skrupułów przed… odebraniem życia. My, dusze, po prostu tak żyjemy.
    – Czy Melanie cię nienawidzi?
    Chwilę się zastanawiałam.
    – Nie tak bardzo jak kiedyś.
    Nieprawda. Całkiem przestałam.
    – Mówi, że całkiem przestała – dodałam ledwie słyszalnym głosem.
    – Jak się… jak się czuje?
    – Cieszy się, że tu jest. Bardzo się cieszy, że cię znalazła. Nie przejmuje się tym, że nas zabiją.
    Poczułam, jak Jamie cały sztywnieje.
    – Nie mogą! Nie mogą! Przecież Melanie żyje!
    Po co mu to powiedziałaś, żachnęła się Melanie. To było niepotrzebne.
    Chyba lepiej, żeby był przygotowany.
    – Nikt nie uwierzy – szepnęłam do chłopca. – Pomyślą, że kłamię, że próbuję cię oszukać. Jeżeli im powiesz, jeszcze bardziej będą chcieli mnie zabić. Bo tylko Łowcy kłamią.
    Wzdrygnął się na to słowo.
    – Ale ty nie kłamiesz. Wiem, że nie – odezwał się po chwili.
    Wzruszyłam tylko ramionami.
    – Nie pozwolę im, żeby ją zabili – dodał.
    W jego cichym głosie pobrzmiewała determinacja. Przeraziłam się na myśl, że teraz jeszcze bardziej się we wszystko uwikła. Pomyślałam o barbarzyńcach, z którymi tu żyje. Jeżeli stanie w mojej obronie, czy powstrzyma ich to, że jest tylko małym chłopcem? Śmiałam w to wątpić. Gorączkowo szukałam w myślach sposobu, by skutecznie go zniechęcić, pamiętałam jednak, jak bardzo potrafi być uparty.
    Odezwał się, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. Tym razem spokojnym tonem, jakby stwierdzał coś oczywistego.
    – Jared coś wymyśli. Jak zawsze.
    – Jared też ci nie uwierzy. Wścieknie się najbardziej ze wszystkich.
    – Nawet jeśli nie uwierzy, będzie ją chronił. Na wszelki wypadek.
    – Zobaczymy – wymamrotałam. Postanowiłam przekonać go później, kiedy już znajdę odpowiednie słowa, takie, które zabrzmią, jakbym wcale nie próbowała go do niczego nakłaniać.
    Jamie milczał, myślał. Z czasem oddech mu zwolnił, usta się otwarły. Odczekałam trochę, chcąc mieć pewność, że śpi twardo, po czym stanęłam nad nim na czworakach i bardzo ostrożnie przeniosłam go na łóżko. Był cięższy niż kiedyś, ale jakoś udało mi się go nie zbudzić.
    Odłożyłam poduszkę Jareda na miejsce i rozłożyłam się na macie.
    No, pomyślałam, to właśnie uciekłam z deszczu. Byłam jednak zbyt zmęczona, by się zastanawiać, co przyniesie jutro. Usnęłam w ciągu minuty.
    Kiedy się obudziłam, przez szczeliny w suficie prześwitywały promienie słońca. Ktoś gwizdał. Po chwili gwizdanie ustało. Otworzyłam powoli oczy.
    – No, nareszcie – mruknął Jeb.
    Przewróciłam się na bok, żeby móc na niego spojrzeć, i poczułam, jak z ręki ześlizguje mi się dłoń Jamiego. Widocznie objął mnie w nocy – a właściwie siostrę.
    Jeb stał z założonymi rękoma w wejściu, oparty o skalną futrynę.
    – Dobry – przywitał się. – Wyspana?
    Przeciągnęłam się i kiwnęłam twierdząco głową.
    – Tylko nie baw się znowu w milczka. – Skrzywił się.
    – Przepraszam – wymamrotałam. – Spałam dobrze, dziękuję.
    Jamie poruszył się na dźwięk mego głosu.
    – Wanda?
    Może to nie miało sensu, ale rozczuliło mnie, że właśnie moje durne „imię” wypowiedział, budząc się ze snu.
    – Tak?
    Jamie zamrugał i odgarnął sobie z oczu poplątane włosy.
    – O, cześć, wujku.
    – Źle ci było ze mną, chłopcze?
    – Strasznie głośno chrapiesz – odparł Jamie, ziewając.
    – Naprawdę nie nauczyłem cię lepszych manier? – zapytał go Jeb. – Od kiedy to pozwala się gościom, na dodatek damie, spać na ziemi?
    Jamie podniósł się gwałtownie i rozejrzał, zdezorientowany. Zmarszczył brwi.
    – To nie jego wina – odezwałam się. – Upierał się, że będzie spał na macie. Przeniosłam go, jak zasnął.
    Jamie prychnął.
    – Zupełnie jak Melanie.
    Spojrzałam na niego i otworzyłam szerzej oczy, dając do zrozumienia, że powinien uważać na to, co mówi.
    Jeb zachichotał. Popatrzyłam w jego stronę i zobaczyłam ten sam koci wyraz twarzy co wczoraj. Zupełnie jakby rozwiązał jakąś zagadkę. Podszedł bliżej i trącił stopą brzeg materaca.
    – Przespałeś już jedną lekcję. Sharon będzie zła. Lepiej się uwijaj.
    – Sharon zawsze jest zła – poskarżył się Jamie, ale natychmiast wstał.
    – Raz dwa, chłopcze, raz dwa.
    Jamie spojrzał jeszcze na mnie, po czym obrócił się i zniknął w korytarzu.
    – A teraz posłuchaj – odezwał się Jeb, gdy już zostaliśmy sami. – Nie będę cię dzisiaj niańczył. Mam dużo roboty. Zresztą jak wszyscy. Nikt nie ma czasu bawić się w strażnika. Dlatego dzisiaj będziesz mi pomagać przy pracy.
    Poczułam, jak opada mi szczęka.
    Jeb spoglądał na mnie bez cienia uśmiechu.
    – Nie bój się tak – burknął. – Nic ci się nie stanie. – Poklepał strzelbę. – Mój dom to nie miejsce dla sierotek.
    Akurat z t y m trudno się było nie zgodzić. Wzięłam trzy szybkie, głębokie oddechy, żeby opanować nerwy. Krew huczała mi w uszach tak głośno, że kiedy odezwał się ponownie, miałam wrażenie, że mówi dużo ciszej.
    – No dalej, Wando. Rachu ciachu. Szkoda dnia.
    Obrócił się i wyszedł ciężkim krokiem na korytarz.
    Leżałam przez chwilę nieruchomo, po czym zerwałam się i wybiegłam za nim. Wcale nie blefował – zdążył już zniknąć za pierwszym zakrętem. Zaczęłam go gonić, przerażona myślą, że mogłabym się natknąć na kogoś innego, w końcu było to skrzydło mieszkalne. Złapałam go przed skrzy-żowaniem tuneli, zwalniając tempo dopiero u jego boku. Nawet na mnie nie spojrzał.
    – Pora obsiać wschodnie pole. Będziemy musieli się trochę pobabrać w ziemi, mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko. Trzeba przygotować glebę. Potem dopilnuję, żebyś mogła się umyć. Potrzebujesz kąpieli. – Znacząco pociągnął nosem, po czym się roześmiał.
    Poczułam, jak ciepły rumieniec oblewa mi kark, ale zignorowałam tę uwagę.
    – Nie, nie mam nic przeciw temu, żeby sobie pobrudzić ręce. – Z tego, co pamiętałam, wschodnie pole znajdowało się na uboczu. Pomyślałam, że może będziemy tam pracować sami.
    Doszliśmy do jaskini z ogrodem i zaczęliśmy mijać ludzi. Wszyscy jak zwykle patrzyli na mnie ze wściekłością w oczach. Zaczynałam rozróżniać twarze. Rozpoznałam kobietę w średnim wieku z ciemnoszarym warkoczem, która wczoraj pracowała przy nawadnianiu, podobnie jak niski mężczyzna z okrągłym brzuchem, rzadkimi rudoblond włosami i czerwonymi policzkami. Atletycznie zbudowana kobieta o karmelowej skórze schylała się, by zawiązać but, gdy pierwszy raz przyszłam tu za dnia. Inną kobietę o ciemnej cerze, z grubymi ustami i sennymi oczami, widziałam wcześniej w kuchni obok dwójki czarnowłosych dzieci – może była ich matką? Następnie minęliśmy Maggie, która spojrzała tylko gniewnie na Jeba, odwracając ode mnie twarz. Przeszliśmy też obok siwego, bladego mężczyzny o schorowanym wyglądzie, którego nigdy wcześniej nie widziałam; byłam o tym przekonana. Parę chwil później spotkaliśmy Iana.
    – Czołem, Jeb – przywitał się wesoło. – Dokąd to?
    – Idziemy kopać wschodnie pole – odmruknął Jeb.
    – Może wam pomóc?
    – Może byś raczył.
    Ian uznał to za zgodę i ruszył w ślad za mną. Czułam na plecach jego wzrok i dostawałam gęsiej skórki.
    Minęliśmy młodego człowieka, co najwyżej kilka lat starszego niż Jamie, o ciemnych włosach sterczących niczym stalowa wełna nad oliwkowym czołem.
    – Czołem, Wes – przywitał się Ian.
    Chłopak przyglądał się nam w milczeniu, Ian roześmiał się, widząc wyraz jego twarzy. Minęliśmy Doktora.
    – Czołem, Doktorze – rzucił Ian.
    – O, Ian. – Doktor kiwnął głową. Trzymał w dłoniach duży kawał ciasta. Koszulę miał powalaną ciemną, grubą mąką. – Dzień dobry, Jeb. Dzień dobry, Wando.
    – Dobry – odparł Jeb.
    Kiwnęłam niemrawo głową, zakłopotana.
    – Wando? – zapytał zdziwiony Ian.
    – To mój pomysł – wyjaśnił Jeb. – Pasuje do niej, według mnie.
    – Ciekawe – skwitował Ian.
    W końcu dotarliśmy na wschodnie pole i pozbyłam się złudzeń. Było tu więcej ludzi niż w tunelach – pięć kobiet i dziewięciu mężczyzn. Wszyscy na mój widok przerwali pracę i, rzecz jasna, skrzywili się.
    – Nie zwracaj na nich uwagi – powiedział do mnie półgłosem Jeb.
    Jak mi doradził, tak sam uczynił. Podszedł do sterty narzędzi pod ścianą, przytroczył sobie strzelbę do pasa i sięgnął po kilofek oraz dwie łopaty.
    Zawsze, gdy się oddalał, czułam się niepewnie, Ian stał tuż za mną – słyszałam jego oddech. Reszta nadal spoglądała na mnie z narzędziami w dłoniach. Miałam świadomość, że kilofy i motyki używane do przekopywania ziemi mogą równie dobrze posłużyć do rozorania mi czaszki. Sądząc po niektórych twarzach, nie tylko ja wpadłam na ten pomysł.
    Jeb wrócił i podał mi łopatę. Złapałam za wytarty drewniany uchwyt i zważyłam narzędzie w dłoni. Po tym, jak ujrzałam w oczach ludzi zew krwi, trudno było nie myśleć o nim jak o broni. Brzydziłam się jednak tym pomysłem. Raczej nie byłabym w stanie wykorzystać łopaty w taki sposób, nawet do zablokowania ciosu.
    Ian dostał kilof. Ostry, poczerniały, wyglądał w jego rękach śmiertelnie niebezpiecznie. Z trudem powstrzymałam się, żeby nie odskoczyć na bezpieczną odległość.
    – Chodźmy w tamten kąt.
    Przynajmniej ze wszystkich miejsc w długiej, słonecznej jaskini Jeb wybrał to najmniej zatłoczone. Kazał Ianowi iść przodem i rozkopywać spieczony na skorupę grunt, ja przewracałam wykopane bryły ziemi, a on sam rozgniatał je kantem łopaty, zamieniając w pulchną glebę.
    Po paru sekundach w gorących promieniach odbitego słońca Ian zdjął koszulę. Zobaczyłam pot spływający po jego jasnej skórze, usłyszałam za plecami dyszenie Jeba i zrozumiałam, że mam najlżejsze zadanie. Żałowałam, że nie dostałam czegoś trudniejszego, na czym musiałabym się bardziej skupić, co chwila bowiem zerkałam nerwowo na pozostałych ludzi. Każdy uchwycony kątem oka ruch sprawiał, że serce skakało mi do gardła.
    Nie mogłabym robić tego co Ian – nie miałam wystarczająco silnych ramion ani pleców, by przebijać się przez twardą ziemię. Postanowiłam ułatwić pracę Jebowi i rozbijałam bryły na mniejsze grudki. Trochę mi to pomagało – zajmowało wzrok i męczyło, przez co skupiałam się bardziej na sobie.
    Co pewien czas Ian chodził po wodę. Była tu wprawdzie niska, jasna kobieta – widziałam ją wczoraj w kuchni – której praca zdawała się polegać właśnie na roznoszeniu wody, ale w ogóle nie zwracała na nas uwagi. Za każdym razem Ian przynosił tyle, by starczyło dla trzech osób. Nie wiedziałam, co myśleć o zmianie w jego zachowaniu. Naprawdę nie chciał już mojej śmierci? A może po prostu czekał na dogodną okazję? Woda w tych jaskiniach zawsze smakowała dziwnie – trąciła stęchlizną i siarką – lecz teraz zaczęłam nabierać podejrzeń. Starałam się jednak ignorować paranoiczne myśli.
    Pracowałam dość ciężko, by całkiem się wyłączyć. Nawet nie zauważyłam, kiedy dotarliśmy do końca ostatniej grządki. Dopiero widząc, że Ian przestał rozkopywać ziemię, sama się zatrzymałam. Przeciągnął się, unosząc kilof oburącz ponad głowę. Odskoczyłam na widok wzniesionego ostrza, ale nie zauważył tego. Nagle spostrzegłam, że cała reszta także już przestała pracować. Popatrzyłam wzdłuż i wszerz jaskini na świeżo przekopaną ziemię i zrozumiałam, że pole jest gotowe.
    – Dobra robota – oznajmił głośno Jeb całej grupie. – Jutro będziemy obsiewać i podlewać.
    Grotę wypełnił cichy gwar oraz brzęk odkładanych na stertę narzędzi. Jedni rozmawiali beztrosko, inni prawie nie spuszczali mnie z oka. Oddając Ianowi łopatę, czułam, że mój i tak kiepski nastrój sięgnął właśnie dna. Nie wątpiłam, że słowo „będziemy“ obejmowało także mnie. Jutrzejszy dzień miał być równie ciężki.
    Posłałam Jebowi żałosne spojrzenie i zobaczyłam, że się do mnie uśmiecha. Było w tym uśmiechu coś, co mówiło, że wie, co sobie myślę -że nie tylko jest świadom mojej udręki, ale wręcz czerpie z niej przyjemność.
    Mrugał teraz do mnie. Co za dziwny człowiek. Po raz kolejny uprzytomniłam sobie, że po ludzkiej przyjaźni nie należy się zbyt wiele spodziewać.
    – Do jutra, Wando! – zawołał Ian z drugiego końca groty i zaśmiał się sam do siebie.
    Wszyscy spojrzeli zdziwieni.

Rozdział 24

Zmiana

    Rzeczywiście, nie pachniałam fiołkami.
    Straciłam już rachubę czasu spędzonego w jaskiniach – ponad tydzień? dwa? – a przez wszystkie te dni nosiłam to samo ubranie co na pustyni. Bawełniana koszulka wchłonęła już tyle potu, że pogięła się i przypominała akordeon. Kiedyś była bladożółta, teraz – całkiem upaćkana, ciemnofioletowa jak skalna podłoga. Moje krótkie włosy były poplątane i zapiaszczone. Czułam, jak sterczą mi na głowie niczym czub kakadu. Dawno nie widziałam swojej twarzy, ale domyślałam się, że dominują na niej dwa odcienie fioletu, które zawdzięczałam jaskiniowemu pyłowi oraz siniakom.
    Dlatego rozumiałam, o co chodziło Jebowi. Istotnie, potrzebowałam kąpieli. Oraz nowych ubrań, inaczej mycie się nie miało sensu. Jeb zaproponował, żebym ponosiła rzeczy Jamiego, dopóki moje nie wyschną, ale bałam się, że je rozciągnę i zniszczę. Na szczęście nie zaoferował mi żadnych ubrań Jareda. W końcu dostałam jego własną flanelową koszulę z odprutymi rękawami, starą, lecz czystą, a także wyblakłe, dziurawe spodnie z bawełny, których nikt inny nie chciał. Niosłam je zwinięte na ramieniu, a w dłoni trzymałam cuchnącą bryłę zlepioną z kawałków czegoś, co Jeb nazywał mydłem kaktusowym domowej roboty. Z tym wszystkim maszerowałam do łaźni.
    Znów okazało się, że nie będziemy tam sami. Nad strumykiem stało trzech mężczyzn oraz kobieta – ta o ciemnoszarych włosach – napełniali wiadra wodą. Natomiast z łaźni dobiegały pluski i śmiechy.
    – Poczekamy na naszą kolej – powiedział Jeb i oparł się o ścianę.
    Stałam sztywno obok niego i czułam na sobie nieprzyjemne spojrzenia czterech par oczu, sama jednak nie odrywałam wzroku od gorącego źródła, płynącego wartkim nurtem pod dziurawą podłogą.
    Po paru chwilach łaźnię opuściły trzy kobiety – atletyczna o karmelowej cerze, młoda blondynka, której chyba wcześniej nie widziałam, oraz Sharon, kuzynka Melanie. Kiedy nas ujrzały, od razu przestały się śmiać.
    – Dzień dobry, dziewczęta – odezwał się Jeb, dotykając czoła niczym brzegu kapelusza.
    – Cześć, Jeb – odparła bez entuzjazmu kobieta o ciemnej karnacji.
    Sharon i blondynka całkiem nas zignorowały.
    – No dobra, Wando – powiedział, gdy sobie poszły. – Twoja kolej.
    Posłałam mu ponure spojrzenie i ruszyłam ostrożnym krokiem w stronę ciemnego pomieszczenia.
    Próbowałam sobie przypomnieć jego rozmiary – byłam pewna, że mam jeszcze parę kroków do wody. Zdjęłam buty, żeby móc jej poszukać palcami.
    Ciemności mnie przerażały. Zadrżałam na wspomnienie czarnej powierzchni wody, pod którą mogło się czaić dosłownie wszystko. Ale gra na zwłokę nie przybliżała mnie do wyjścia, więc położyłam czyste rzeczy obok butów, z cuchnącym mydłem w ręku ruszyłam powolutku przed siebie i w końcu poczułam pod stopą krawędź basenu.
    W porównaniu do parnego powietrza w grocie na zewnątrz, woda była chłodna. Przyjemna. Potrafiłam to docenić mimo strachu. Dawno już nie miałam kontaktu z niczym chłodnym. Zamoczyłam się w brudnym ubraniu aż do pasa. Czułam prąd strumyka wokół kostek. Cieszyło mnie, że woda nie stoi w miejscu, dzięki temu nie musiałam się obawiać, że ją pobrudzę.
    Przykucnęłam, zanurzając się po ramiona. Przejechałam mydłem po ubraniu. Tam, gdzie dotknęło skóry, czułam łagodne pieczenie.
    Zdjęłam namydlone rzeczy i zaczęłam trzeć pod wodą. Następnie wypłukałam je niezliczoną ilość razy, by mieć pewność, że po łzach i pocie nie został ani ślad, wykręciłam i położyłam na ziemi obok butów, a przynajmniej tak mi się wydawało.
    Zaczęłam się namydlać. Pieczenie było teraz silniejsze, ale jakoś to znosiłam, bo bardzo chciałam być znowu czysta. Gdy skończyłam, czułam na całym ciele szczypanie, a skóra głowy bolała mnie jak oparzona. Niektóre miejsca były szczególnie wrażliwe – musiałam nadal mieć siniaki. Z ulgą odłożyłam mydło na bok i spłukałam się dokładnie wiele razy, tak jak wcześniej ubranie.
    Wychodząc z basenu, czułam zarazem ulgę i żal. Chłodna woda była przyjemna, podobnie jak uczucie czystości. Miałam jednak dość poruszania się po omacku i wyobrażania sobie w ciemnościach różnych rzeczy. Wymacałam dłonią suchą koszulę oraz spodnie i szybko je włożyłam, po czym wsunęłam buty na pomarszczone od wody stopy. Jedną ręką podniosłam mokre rzeczy, drugą chwyciłam mydło między palce i ruszyłam w stronę wyjścia.
    Jeb roześmiał się, widząc, jak ostrożnie je niosę.
    – Trochę piecze, co? Pracujemy nad tym. – Wyciągnął zawiniętą w brzeg koszuli dłoń, a wtedy ja położyłam na niej mydło.
    Nic nie odpowiedziałam, bo nie byliśmy sami. Czekało za nim w milczeniu pięć osób, wszystkie ze wschodniego pola. Pierwszy w kolejce stał Ian.
    – Lepiej wyglądasz – zwrócił się do mnie, ale nie potrafiłam odgadnąć, czy jest tym zaskoczony, czy może poirytowany.
    Uniósł dłoń i wyciągnął ku mojej szyi długie, jasne palce. Odskoczyłam do tyłu, a wtedy on opuścił rękę.
    – Przepraszam – wymamrotał.
    Nie wiedziałam, czy przeprasza za to, że mnie przestraszył, czy za sińce na szyi. Ale chyba nie za to, że próbował mnie zabić – wydało mi się to całkiem nieprawdopodobne. Na pewno wciąż życzył mi śmierci. Nie miałam jednak zamiaru pytać. Ruszyłam z miejsca, a w ślad za mną Jeb.
    – No, dzisiaj nie było aż tak źle – odezwał się w ciemnym korytarzu.
    – Nie aż tak – odparłam cicho. W końcu nikt mnie nie zabił. Zawsze to coś.
    – Jutro będzie jeszcze lepiej – obiecał. – Bardzo lubię siać. To niesamowite, ile te małe, niepozorne ziarenka mają w sobie życia. Myślę wtedy, że może nawet taki stary dziad jak ja jest jeszcze coś wart. Może na przykład będzie ze mnie dobry nawóz. – Zaśmiał się z własnego żartu.
    Gdy znaleźliśmy się w jaskini z ogrodem, Jeb wziął mnie za łokieć i poprowadził nie na zachód, lecz na wschód.
    – Nawet nie próbuj mi wmówić, że nie jesteś głodna po pracy. Nie mam czasu się bawić w obsługę hotelową. Będziesz musiała jeść tam gdzie wszyscy.
    Skrzywiłam się i spuściłam wzrok na podłogę, ale pozwoliłam się zaprowadzić do kuchni.
    Dobrze, że jedzenie było takie jak zawsze, bo gdyby nawet podano mi soczysty stek albo paczkę cheetosów, i tak nie mogłabym się cieszyć smakiem. W zupełnej ciszy, jaka zapanowała w kuchni, samo przełykanie było nie lada wyzwaniem. Nie było w niej tłoczno, około dziesięciu osób jadło przy stołach twarde bułki i wodnistą zupę. Gdy tylko się zjawiłam, ucichły wszelkie rozmowy. Zastanawiało mnie, jak długo to jeszcze potrwa.
    Prawidłowa odpowiedź na to pytanie brzmiała: równo cztery dni.
    Tyle samo czasu zajęto mi zrozumienie, dlaczego Jeb z serdecznego gospodarza przemienił się w mrukliwego nadzorcę.
    Nazajutrz po kopaniu pola spędziłam cały dzień obsiewając i nawadniając ziemię. Tym razem pracowali z nami inni ludzie. Domyśliłam się, że obowiązuje tu rotacja. W nowej grupie była Maggie, a także kobieta o karmelowej cerze, ale wciąż nie wiedziałam, jak ma na imię. Przez większość czasu wszyscy pracowali w milczeniu. Była to nienaturalna cisza – wyraz sprzeciwu wobec mojej obecności.
    Ian pracował z nami, choć nie była jego kolej. Martwiło mnie to.
    Po pracy znowu musiałam jeść w kuchni. Był tam Jamie i tylko dlatego w pomieszczeniu nie panowała zupełna cisza. Wiedziałam, że jest doskonale świadom złowrogiego milczenia, ale rozmyślnie je lekceważył, jakby udając, że on, Jeb i ja jesteśmy sami. Opowiadał o lekcjach z Sharon, mówiąc nie bez pewnej dumy o tym, że dostał od niej burę za to, iż odzywał się niepytany, i narzekając na zadanie domowe, którym go ukarała. Jeb napomniał go dobrodusznym tonem. Obaj zachowywali się, jakby wszystko było w jak najlepszym porządku. Ja nie umiałam tak dobrze grać. Kiedy Jamie pytał mnie o mój dzień, utkwiłam wzrok w jedzeniu i odpowiadałam półsłówkami. Chyba go to zasmuciło, ale nie naciskał.
    Co innego nocą – wówczas zadawał pytania, dopóki nie ubłagałam go, aby dał mi się wyspać. Przeniósł się z powrotem do swojego pokoju i spał na łóżku po stronie Jareda, uparłszy się, że jego strona jest teraz moja. Melanie to odpowiadało, właśnie za tym tęskniła.
    Jeb również nie miał zastrzeżeń.
    – Przynajmniej nie muszę szukać chętnych do pełnienia straży. Miej broń pod ręką i nigdy o niej nie zapominaj – powiedział Jamiemu.
    Znowu protestowałam, ale nikt mnie nie słuchał. Jamie spał między mną a strzelbą, a ja się martwiłam i dręczyły mnie koszmary.
    Trzeciego dnia pracy trafiłam do kuchni. Jeb nauczył mnie ugniatać ciasto na bułki i dzielić je na okrągłe kawałki, a później także rozpalać ogień pod kamiennym piecem, gdy jest już ciemno i nie widać dymu.
    Po południu nagle sobie poszedł.
    – Idę po mąkę – rzucił pod nosem, bawiąc się paskiem.
    Trzy kobiety, które w milczeniu pracowały obok nas, nawet nie podniosły wzroku. Byłam upaprana po łokcie, więc zaczęłam zdrapywać z siebie lepkie ciasto, by pójść z nim.
    Jeb uśmiechnął się szeroko, zerknął w stronę kobiet, po czym spojrzał na mnie i potrząsnął głową. Obrócił się na pięcie i zniknął, zanim zdążyłam się uwolnić.
    Wstrzymałam oddech. Spojrzałam na kobiety – młodą blondynkę z łaźni, matkę o sennych oczach oraz tę z ciemnoszarym warkoczem. Lada chwila powinny się zorientować, że mogą mnie zabić. Nie było Jeba ani strzelby – co mogło je powstrzymać?
    Lecz one dalej ugniatały ciasto, jakby nieświadome niczego. Po pewnym czasie zaczęłam znowu normalnie oddychać i wróciłam do lepienia bułek. Uznałam, że stojąc w bezruchu tylko zwracam na siebie uwagę.
    Jeba nie było całą wieczność. Może poszedł zemleć trochę mąki. Nie potrafiłam inaczej wytłumaczyć tak długiej nieobecności.
    – Trochę ci to zajęło – odezwała się kobieta z ciemnoszarym warkoczem, gdy w końcu wrócił. Upewniła mnie tym samym, że mi się nie zdawało.
    Jeb upuścił na ziemię ciężką torbę.
    – To góra mąki. Sama spróbuj ponieść, jak chcesz, Trudy.
    Trudy prychnęła.
    – Musiałeś pewnie wiele razy przystawać.
    Jeb uśmiechnął się do niej szeroko.
    – Oj tak.
    Bijące dotychczas w szaleńczym tempie serce nieco mi się uspokoiło.
    Następnego dnia myliśmy lusterka nad polem kukurydzy. Jeb wytłumaczył mi, że trzeba to robić dość często, gdyż szybko pokrywa je wilgoć i kurz, a rośliny potrzebują dużo światła. Ian, który znów do nas dołączył, wspinał się tym razem po chybotliwej drabinie, a my staraliśmy się utrzymać ją w miejscu. Nie było łatwo, Ian był ciężki, a domowej roboty drabina niestabilna. Na koniec dnia nie czułam rąk, jedynie ból.
    Dopiero gdy zbieraliśmy się do kuchni, spostrzegłam, że przy pasku Jeba nic nie wisi.
    Zaparło mi dech w piersiach, kolana zesztywniały jak przestraszonemu źrebięciu. Zachwiałam się.
    – Co się dzieje, Wando? – zapytał niewinnie Jeb.
    Odpowiedziałabym, gdyby nie to, że Ian stał tuż obok i przyglądał mi się błękitnymi oczami.
    Spojrzałam tylko na Jeba z pretensją i niedowierzaniem, po czym ruszyłam dalej, potrząsając głową. Jeb zachichotał.
    – O co chodzi? – zamamrotał Ian do Jeba, jakby myślał, że jestem przygłucha.
    – Żebym to ja wiedział. – Jeb skłamał tak, jak potrafi tylko człowiek, gładko i prosto w twarz.
    Był dobrym kłamcą. Zaczęłam się zastanawiać, czy to, że nie wziął dziś broni, i to, że zostawił mnie wczoraj samą, i całe to wpychanie mnie między ludzi nie oznacza, że czeka, aż ktoś mnie zabije, bo nie ma ochoty zrobić tego własnoręcznie? Czy to możliwe, że tylko sobie tę przyjaźń ubzdurałam? Albo że była jednym z wielu kłamstw?
    Po raz czwarty miałam zjeść lunch w kuchni.
    Jeb, Ian i ja weszliśmy do środka. W dużym, dusznym pomieszczeniu siedziało wiele osób. Rozmawiały półgłosem o mijającym dniu. Weszliśmy – i nic się nie stało.
    Nic.
    Nie zapanowała cisza. Nikt nie przerwał rozmowy, by zmierzyć mnie lodowatym wzrokiem. W ogóle nie zwrócono na nas uwagi.
    Jeb posadził mnie na wolnym miejscu i poszedł po pieczywo dla trzech osób. Ian usiadł koło mnie i zagadał do siedzącej obok dziewczyny. Była nią młoda blondynka, którą ostatnio często widywałam. Okazało się, że ma na imię Paige.
    – Co tam słychać? Jak sobie dajesz radę bez Andy’ego?
    – W porządku, tylko się o niego martwię – odparła i zagryzła wargę.
    – Niedługo wróci – uspokajał ją Ian. – Jared zawsze przywozi wszystkich z powrotem. Ma talent. Odkąd jest z nami, nie mieliśmy żadnych wypadków, żadnych problemów. Andy jest bezpieczny.
    Zainteresowała mnie wzmianka o Jaredzie – nawet pogrążona ostatnio w letargu Melanie drgnęła na dźwięk jego imienia – lecz Ian nie powiedział nic więcej. Poklepał tylko Paige po ramieniu i zwrócił się twarzą do Jeba, który właśnie przyniósł jedzenie.
    Starzec usiadł obok mnie i rozejrzał się po jadalni z wyrazem głębokiej satysfakcji. Spojrzałam dookoła, ciekawa, co takiego zobaczył. Tak właśnie musiało wyglądać to miejsce, gdy mnie tu nie było. Tyle że dziś nikt się mną nie przejął. Widocznie nie chciało im się już przerywać rozmów na mój widok.
    – Emocje opadają – zauważył Ian, zwracając się do Jeba.
    – Wiedziałem, że tak będzie. Jak by nie patrzeć, mieszkają tu sami rozsądni ludzie.
    Odruchowo zmarszczyłam brwi.
    – To prawda – odparł Ian, śmiejąc się. – Przynajmniej dopóki nie wróci Kyle.
    – Otóż to – przytaknął mu Jeb.
    A więc Ian zaliczał siebie do grona rozsądnych. Czy zauważył, że Jeb nie ma przy sobie broni? Nie dawało mi to spokoju, ale nie chciałam nic mówić, bo przecież mógł po prostu nie zauważyć.
    Jedliśmy w spokoju. Najwyraźniej przestałam budzić emocje.
    Kiedy skończyliśmy, Jeb stwierdził, że należy mi się odpoczynek. Odprowadził mnie do drzwi, znów odgrywając przede mną dżentelmena.
    – Do widzenia, Wando – rzekł i trącił dłonią wyimaginowany kapelusz.
    Wzięłam głęboki oddech, żeby zebrać w sobie odwagę.
    – Jeb, poczekaj.
    – Tak?
    – Jeb… – Milczałam chwilę, szukając wystarczająco uprzejmych słów.
    – Ja… Może to głupie, ale… myślałam, że jesteśmy… choć trochę… przyjaciółmi.
    Uważnie przyglądałam się jego twarzy, wypatrując zmiany, jakiegoś znaku, że będzie próbował mnie okłamać. Spoglądał na mnie z serdecznością – ale skąd miałam wiedzieć, po czym poznaje się kłamcę?
    – Oczywiście, że jesteśmy.
    – W takim razie dlaczego chcesz, żeby mnie zabili?
    Ściągnął brwi.
    – Powiedz mi, skarbie, skąd ci to przyszło do głowy?
    Wymieniłam dowody.
    – Nie nosisz dzisiaj broni. A wczoraj zostawiłeś mnie samą.
    Jeb szeroko się uśmiechnął.
    – Myślałem, że nie lubisz tej strzelby.
    Milczałam w oczekiwaniu na odpowiedź.
    – Wando, gdybym chciał, żeby cię zabili, nie przeżyłabyś pierwszej nocy.
    – Wiem – odparłam cichutko. Poczułam się nagle zażenowana, nie wiedzieć czemu. – Dlatego się w tym wszystkim g u b i ę.
    Jeb roześmiał się wesoło.
    – Ja wcale nie chcę, żeby cię zabili. W tym rzecz, moje dziecko. Muszą się do ciebie przyzwyczaić. Najlepiej, żeby w ogóle o tym nie myśleli. To jak z gotowaniem żaby.
    Zmarszczyłam czoło. Nie wiedziałam, o co mu chodzi.
    – Jeżeli wrzucisz żabę do gotującej się wody – tłumaczył – to od razu wyskoczy. Ale jeśli włożysz ją do letniej wody i zaczniesz wolno podgrzewać, żaba niczego się nie domyśli, aż będzie za późno. I masz ugotowaną żabę. Trzeba działać stopniowo.
    Przez chwilę się nad tym zastanawiałam – pomyślałam o ludziach, którzy nie zwracali na mnie uwagi w czasie lunchu. Jeb ich do mnie przyzwyczaił. Poczułam dziwny przypływ nadziei. Nie było to może zbyt mądre, biorąc pod uwagę moją sytuację, ale czułam, jak we mnie wzbiera i zabarwia myśli na jaśniejszy kolor.
    – Jeb?
    – Taak?
    – Jestem żabą czy wodą?
    Roześmiał się.
    – Zostawię cię samą z tą zagadką. Ale nie myśl, że jestem bezduszny. – Zaśmiał się jeszcze głośniej. – Że się tak wyrażę.
    – Poczekaj… mogę zapytać o coś jeszcze?
    – Jasne. Zresztą teraz chyba twoja kolej na zadawanie pytań.
    – D l a c z e g o jesteś moim przyjacielem?
    Ściągnął usta, zastanawiając się nad odpowiedzią.
    – Wiesz, że wszystko mnie ciekawi – zaczął, a ja przytaknęłam. – Długo się wam, duszom, przyglądałem, ale nigdy nie miałem okazji z żadną porozmawiać. Przybywało mi tylko pytań, coraz więcej i więcej… Poza tym zawsze uważałem, że jeżeli tylko ma się dobre chęci, można się dogadać dosłownie z każdym. Lubię wystawiać swoje teorie na próbę. No i popatrz, zjawiasz się tu nagle i okazujesz się jedną z najmilszych dziewczyn, jakie w życiu spotkałem. To wielka frajda mieć duszę za przyjaciela. Czuję się wielkim szczęściarzem, jak sobie myślę, że mi się udało.
    Mrugnął do mnie, ukłonił się w pas i odszedł.

*

    To, że rozumiałam teraz, na czym polega plan Jeba, nie znaczyło wcale, że patrzyłam ze spokojem na to, co wyprawia.
    W ogóle przestał nosić przy sobie broń. Nie wiedziałam, co z nią zrobił, ale przynajmniej byłam wdzięczna, że Jamie nie musi z nią spać. Trochę mnie martwiło, że jest bezbronny, ale doszłam do wniosku, że tak jest lepiej. Nie stanowił teraz zagrożenia i nikt nie miał powodu, żeby zrobić mu krzywdę. Poza tym nikt mnie już nie nachodził.
    Jeb zaczął mnie posyłać z różnymi drobnymi zadaniami. Skocz do kuchni po jeszcze jedną bułkę, bo się nie najadłem. Przynieś wiadro wody, ziemia jest sucha w tym miejscu. Wyciągnij Jamiego z lekcji, muszę z nim porozmawiać. Czy szpinak już rośnie? Idź sprawdzić. Pamiętasz drogę do szpitala? Mam coś do przekazania Doktorowi.
    Za każdym razem, gdy wykonywałam te proste polecenia, pociłam się ze strachu. Dokładałam starań, by nikt mnie nie widział, przemykałam tunelami i grotami najszybciej, jak potrafiłam, nie biegnąc. Trzymałam się ścian i patrzyłam pod nogi. Od czasu do czasu ktoś na mój widok przerywał rozmowę, tak jak kiedyś, lecz zwykle nie zwracano na mnie uwagi. Tylko raz poczułam, że grozi mi śmierć, a było to wówczas, gdy przerwałam lekcję Sharon, by poprosić Jamiego. Popatrzyła wtedy na mnie takim wzrokiem, jakby za chwilę miała mi się rzucić do gardła. Kiedy jednak wybełkotałam, o co mi chodzi, kiwnęła głową, pozwalając Jamiemu na opuszczenie klasy. Gdy już byliśmy sami, złapał mnie za rękę i powiedział, że Sharon spogląda tak na każdego, kto przerywa jej zajęcia.
    Najgorsze było jednak szukanie Doktora, ponieważ Ian uparł się, że pokaże mi drogę. Pewnie mogłabym odmówić, ale Jeb wydawał się zadowolony, a zatem musiał ufać, że Ian mnie nie zabije. Była t o teoria, której zupełnie nie miałam ochoty testować, ale wyglądało na to, że nie mam wyjścia. Jeżeli Jeb mylił się co do Iana, prędzej czy później i tale bym się o tym przekonała. Potraktowałam więc długi spacer z łanem w ciemnościach jak próbę ognia.
    Do półmetka dotarłam cała i zdrowa. Przekazaliśmy Doktorowi wiadomość. Nie sprawiał wrażenia zdziwionego obecnością Iana. Być może to sobie uroiłam, ale zdawało mi się, że wymienili między sobą znaczące spojrzenia. Zobaczyłam oczyma wyobraźni, jak przywiązują mnie do jednego ze szpitalnych łóżek. To miejsce nadał przyprawiało mnie o mdłości.
    Ale Doktor tylko mi podziękował i odesłał z powrotem, widocznie zajęty. Czym, tego nie wiedziałam – dostrzegłam jedynie na biurku kilka otwartych książek i sterty papierów zapełnionych rysunkami.
    Kiedy wracaliśmy, ciekawość wzięła we mnie górę nad strachem.
    – Ian? – Po raz pierwszy wypowiedziałam jego imię. Przyszło mi to nie bez trudu.
    – Tak? – odezwał się zaskoczony.
    – Czemu mnie jeszcze nie zabiłeś?
    Parsknął.
    – Jesteś bardzo bezpośrednia.
    – Przecież mógłbyś. Jeb pewnie by się wkurzył, ale raczej by cię nie zastrzelił. – Co ja wygaduję, pomyślałam. Próbuję go namówić? Ugryzłam się w język.
    – Wiem – odparł beztrosko.
    Na chwilę zapadła cisza, tylko przytłumione odgłosy naszych kroków odbijały się od ścian tunelu.
    – To by nie było w porządku – powiedział w końcu. – Dużo o tym myślałem i nie wiem, co by to miało dać. To tak, jakby rozstrzelać szeregowca za zbrodnie wojenne generała. Nie, żebym wierzył we wszystkie szalone teorie Jeba – nawet bym chciał, ale przecież nie wystarczy chcieć, żeby coś było prawdą. Zresztą, czy Jeb ma rację, czy nie, wcale nie wydajesz się groźna. Trzeba ci przyznać, że naprawdę się troszczysz o młodego. Aż nie chce się wierzyć. W każdym razie, dopóki nic nam z twojej strony nie grozi, zabić cię byłoby… o k r u c i e ń s t w e m. Jeden odmieniec w tę czy we w tę naprawdę nie robi w tym miejscu różnicy.
    Zastanowiłam się nad tym słowem. O d m i e n i e c. Czy to aby nie najtrafniejsze określenie, jakie o sobie słyszałam? Czy kiedykolwiek gdziekolwiek pasowałam?
    Ian w tym czasie milczał.
    – Skoro nie chcesz mnie zabić, to czemu poszedłeś ze mną do Doktora?
    Znów nie odpowiedział od razu.
    – Nie jestem pewien, czy… – Zawahał się. – Jeb twierdzi, że emocje opadły, ale nie jestem tego całkiem pewien. Ciągle jest parę osób… W każdym razie Doktor i ja staramy się mieć cię na oku. Tak na wszelki wypadek. Kiedy Jeb posłał cię samą tak daleko, pomyślałem, że to lekka przesada, kuszenie losu. Ale on już taki jest – kuszenie losu to jego hobby.
    – Ty… ty i Doktor mnie o c h r a n i a c i e?
    – Dziwny ten świat, co?
    Upłynęło kilka sekund, nim zdołałam odpowiedzieć.
    – Jak żaden inny.

Rozdział 25

Presja

    Minął kolejny tydzień, może dwa – liczenie dni nie miało większego sensu – a ja dziwiłam się coraz bardziej.
    Codziennie pracowałam z ludźmi, ale nie zawsze z Jebem. Czasami był ze mną Ian, innym razem Doktor, a czasem tylko Jamie. Wyrywałam chwasty, lepiłam bułki, szorowałam stoły. Nosiłam wodę, gotowałam zupę cebulową, prałam ubrania i parzyłam sobie dłonie, robiąc mydło z kaktusa. W jaskiniach nie było miejsca dla darmozjadów, a ponieważ nie czułam się członkiem wspólnoty, postanowiłam, że będę pracować jeszcze więcej niż pozostali. Wiedziałam, że żadną pracą nie zasłużę sobie na miejsce wśród nich, ale chciałam przynajmniej nie być dla nich ciężarem.
    Dowiadywałam się coraz więcej o mieszkających tu ludziach, głównie poprzez słuchanie rozmów. Poznałam w końcu imiona. Kobieta o karmelowej cerze nazywała się Lily i pochodziła z Filadelfii. Miała ironiczne poczucie humoru i dobrze ze wszystkimi żyła, bo była zawsze pogodna. Chłopak z czarnymi, najeżonymi włosami, Wes, ciągle na nią zerkał, ale zdawała się tego nie widzieć. Miał dopiero dziewiętnaście lat, uciekł z Eureki w stanie Montana. Matka o sennym spojrzeniu miała na imię Lucina, a jej synkowie – Isaiah i Freedom. Ten drugi urodził się już w jaskiniach, poród odbierał Doktor. Nie widywałam tej trójki zbyt często. Miałam wrażenie, że matka stara się trzymać dzieci z dala ode mnie. Łysiejący mężczyzna o rumianych policzkach był mężem Trudy, nazywał się Geoffrey. Często można go było zobaczyć z innym starszym mężczyzną, Heathem, z którym przyjaźnił się od dziecka. Cała trójka uciekła razem. Blady człowiek o siwych włosach miał na imię Walter. Był chory, ale Doktor nie wiedział, co mu dolega – tu w jaskiniach nie było jak tego sprawdzić, a nawet gdyby Doktor mógł postawić diagnozę, i tak nie miał lekarstw. W miarę postępu choroby zaczął podejrzewać, że to rak. Bolało mnie bardzo, że ktoś u m i e r a na coś całkowicie uleczalnego. Walter szybko się męczył, ale był zawsze uśmiechnięty. Jasnowłosa kobieta o zaskakująco ciemnych oczach, ta sama, która pierwszego dnia podawała innym wodę, miała na imię Heidi. Travis, John, Stanley, Reid, Carol, Violetta, Ruth, Ann… Przynajmniej znałam już wszystkie imiona. Ogółem w jaskiniach mieszkało trzydzieści pięć osób, z czego sześć, w tym Jared, pojechało po zapasy. Pozostało dwadzieścioro dziewięcioro ludzi i jeden intruz.
    Dowiedziałam się też nieco o sąsiadach.
    W pokoju z dwiema parami drzwi mieszkali Ian z Kyle’em. Ten pierwszy na początku przeniósł się do innego korytarza, do pokoju Wesa, żeby zaprotestować przeciw mojej obecności, ale już po dwóch dniach wrócił do siebie. Również inne sąsiednie groty chwilowo opustoszały. Jeb powiedział, że lokatorzy się mnie boją. Bardzo mnie to rozbawiło. Dwadzieścia dziewięć grzechotników obawiało się samotnej polnej myszy?
    Teraz jednak do sąsiedniego pokoju wprowadziła się z powrotem Paige. Mieszkała tam z partnerem, Andym, którego nieobecność bardzo przeżywała. Pierwsza jaskinia, z zasłoną w kwiaty, należała do Lily i Heidi; w drugiej, za drzwiami z kartonu, był Heath, a w trzeciej, przesłoniętej pasiastym kocem – Trudy i Geoffrey. Mój pokój nie był ostatni – na końcu korytarza mieszkali Reid i Violetta; wejście do ich groty zakrywał wytarty i poplamiony orientalny dywan.
    Czwarta grota należała do Doktora i Sharon, a piąta do Maggie, lecz na razie żadne z nich nie wróciło do siebie.
    Doktor i Sharon byli parą. Gdy Maggie ogarniał ironiczny nastrój, co nie zdarzało się zbyt często, śmiała się z Sharon i mawiała, że musiał nastąpić koniec świata, by córka znalazła właściwego mężczyznę; jak prawie każda matka, Maggie chciała mieć zięcia lekarza.
    Sharon nie była dziewczyną, jaką znałam ze wspomnień Melanie. Być może lata spędzone samotnie z matką sprawiły, że tak bardzo się do niej upodobniła. Była z Doktorem krócej niż ja na Ziemi, lecz próżno było szukać w jej zachowaniu dobroczynnego wpływu kwitnącego uczucia.
    Wiedziałam o ich związku od Jamiego – Sharon i Maggie bardzo się pilnowały, gdy byłam w pobliżu. Nadal buntowały się przeciw mojej obecności i jako jedyne wciąż otwarcie okazywały mi wrogość.
    Zapytałam Jamiego, jak się tu znalazły – czy pojawiły się wcześniej niż oni? Chyba jednak się domyślił, że tak naprawdę ciekawi mnie, czy wyprawa Melanie do Chicago była całkowicie niepotrzebna.
    Okazało się, że nie. Opowiedział mi o tym, jak Jared pokazał mu ostatnią wiadomość od Melanie i wytłumaczył, że nigdy więcej jej nie zobaczą – po tych słowach potrzebował chwili, by odzyskać mowę, i wtedy nagle zrozumiałam, jak bardzo to przeżyli. Potem sami pojechali szukać Sharon. Ukrywała się z matką. Gdy Jared przekonywał je, że jest człowiekiem, Maggie trzymała mu na gardle zabytkowy miecz. Niewiele brakowało.
    Później wspólnymi siłami rozwikłali zagadkę tajemniczych znaków. Cała czwórka zjawiła się tutaj, zanim jeszcze przeniosłam się z Chicago do San Diego.
    Rozmowy z Jamiem o Melanie były łatwiejsze, niż się spodziewałam. Za każdym razem do nas dołączała, pocieszała brata i prostowała moje myśli, choć sama miała niewiele do powiedzenia. Ostatnio była niemrawa i rzadko się do mnie odzywała. Czasem nie byłam pewna, czy rzeczywiście coś powiedziała, czy tylko sama to sobie wyobraziłam. Tylko dla Jamiego starała się bardziej. Odzywała się jedynie, gdy był blisko. Nawet kiedy milczała, czuliśmy jej obecność.
    – Dlaczego Melanie jest taka cicha? – zapytał raz Jamie.
    Tego wieczoru wyjątkowo nie zasypywał mnie pytaniami o Pająki i Ogniojady. Oboje byliśmy wyczerpani – cały dzień zbieraliśmy marchew. Bolał mnie krzyż.
    – Mówienie ją męczy. Dużo bardziej niż ciebie i mnie. Nie ma akurat nic ważnego do powiedzenia.
    – A co ona r o b i przez cały dzień?
    – Chyba słucha. Właściwie to nie wiem.
    – Słyszysz ją teraz?
    – Nie.
    Ziewnęłam. Jamie się nie odzywał. Myślałam, że usnął, i sama zaczęłam powoli zapadać w sen.
    – Myślisz, że może zniknąć? Na zawsze? – wyszeptał nagle. Głos załamał mu się na ostatnim słowie.
    Nie umiałam kłamać, a nawet gdybym potrafiła, i tak nie mogłabym go oszukiwać. Starałam się nie myśleć o tym, co do niego czuję. Pierwszy raz odezwał się we mnie instynkt macierzyński, pierwszy raz doświadczyłam tak potężnego uczucia miłości. I do kogo? Do obcej formy życia. Odepchnęłam tę myśl.
    – Nie wiem – odparłam. Po chwili dodałam zgodnie z prawdą: – Mam nadzieję, że nie.
    – Lubisz ją tak samo jak mnie? Nienawidziłaś jej kiedyś tak jak ona ciebie?
    – Z nią jest inaczej niż z tobą. Poza tym nigdy tak naprawdę nie czułam do niej nienawiści, nawet na początku. Bardzo się jej bałam i byłam zła, że nie potrafię być taka jak inne dusze. Ale zawsze, zawsze podziwiałam jej siłę. Melanie to najsilniejsza osoba, jaką kiedykolwiek znałam.
    Jamie się zaśmiał.
    – Ty bałaś się jej?
    – Myślisz, że twoja siostra nie potrafi być straszna? Przypomnij sobie, jak zniknąłeś w kanionie i wróciłeś późno, a ona „wpadła w dziki szał”. Tak to określił Jared.
    Jamie zachichotał. Byłam zadowolona, że udało mi się zmienić temat na mniej przykry.
    Zależało mi na przyjaznych stosunkach ze wszystkimi współmieszkańcami. Z początku wydawało mi się, że nie ma takiego poświęcenia, na które bym się dla nich nie zdobyła, szybko jednak okazało się, że byłam w błędzie.
    – Tak sobie pomyślałem… – rzekł do mnie Jeb pewnego dnia, jakieś dwa tygodnie po tym, jak „emocje opadły”.
    Coraz mniej lubiłam, gdy tak zaczynał.
    – Pamiętasz, jak mówiłem ci, że mogłabyś uczyć?
    Moja odpowiedź była krótka.
    – Tak.
    – I co ty na to?
    Nie potrzebowałam ani chwili zastanowienia.
    – Nie.
    Lecz ogarnęły mnie nagle wyrzuty sumienia. Nigdy wcześniej nie odrzuciłam żadnego Powołania – takie zachowanie byłoby oznaką egoizmu. Ale też znajdowałam się teraz w innej sytuacji. Jeb chciał, żebym podjęła się zadania wręcz samobójczego. Dusze nigdy by mnie o coś takiego nie poprosiły.
    Ściągnął gąsienicowate brwi i patrzył na mnie krzywo.
    – Dlaczego?
    – A co by na to powiedziała Sharon? – zapytałam spokojnym tonem. Posłużyłam się tylko jednym z wielu przykładów, ale chyba najmocniejszym.
    Kiwnął głową ze zrozumieniem.
    – Tu chodzi o większe dobro – mruknął.
    Parsknęłam.
    – Większe dobro? Większym dobrem byłoby chyba mnie zastrzelić.
    – To by było bardzo niemądre. – Wdał się ze mną w dyskusję, jak gdyby potraktował moją odpowiedź poważnie. – Mamy niezwykłą szansę, żeby się czegoś nauczyć. Nie skorzystać z niej to straszne marnotrawstwo.
    – Naprawdę nie sądzę, żeby ktoś chciał się ode mnie czegokolwiek uczyć. Chętnie rozmawiam z tobą i Jamiem…
    – Nieważne, czego chcą – upierał się Jeb. – Ważne, co jest dla nich dobre. To jak wybór między czekoladą a szpinakiem. Powinni wiedzieć więcej o wszechświecie, nie mówiąc już o nowych mieszkańcach Ziemi.
    – Ale Jeb, jaki oni będą mieli z tego pożytek? Myślisz, że wiem coś, co pozwoli wam zniszczyć dusze? Odwrócić bieg historii? Spójrz prawdzie w oczy, jest już po wszystkim.
    – Właśnie, że nie jest, dopóki my tu jesteśmy – odparł, szczerząc zęby w uśmiechu. – Ale wcale nie oczekuję, że zdradzisz własną rasę i sprezentujesz nam tajną broń. Po prostu myślę sobie, że powinniśmy więcej wiedzieć o świecie, w którym żyjemy.
    Wzdrygnęłam się na słowo „zdradzisz“.
    – Nie dałabym wam żadnej broni, nawet gdybym chciała. Nie mamy słabego punktu, pięty achillesowej. Ani śmiertelnych wrogów w kosmosie, którzy przybędą wam z odsieczą, ani wirusów, które nas zabiją, a was nie tkną. Przykro mi.
    – Nic się nie bój! – Zwinął palce w pięść i trącił mnie w ramię. – Możesz się jeszcze zdziwić. Mówiłem ci, że bywa tu nudno. Ludzie będą ciekawsi twoich opowieści, niż ci się wydaje.
    Wiedziałam, że Jeb nie odpuści. Czy w ogóle wiedział, co znaczy dać za wygraną? Miałam co do tego wątpliwości.
    W czasie posiłków siedziałam zwykle z Jebem i Jamiem, o ile ten nie był na przykład w szkole. Ian zawsze siadał w pobliżu, ale nigdy z nami. Nie wiedziałam, co myśleć o tym, że sam mianował się moim ochroniarzem. Wydawało się to zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe, a zatem – idąc tropem ludzkiej filozofii – musiało być fałszywe.
    Kilka dni po tym, jak odmówiłam uczenia ludzi „dla ich własnego dobra”, dosiadł się do mnie przy kolacji Doktor.
    Sharon pozostała na swoim miejscu w najdalszym kącie jadalni. Siedziała tam dzisiaj sama, nie było z nią matki. Nie obróciła się nawet, by odprowadzić Doktora wzrokiem. Związane w kok gęste włosy odsłaniały napiętą szyję, miała też przygarbione ramiona. Zapragnęłam natychmiast wstać i wyjść, zanim Doktor zdąży się do mnie odezwać, bo nie chciałam, żeby coś sobie pomyślała.
    Ale siedzący obok Jamie dostrzegł na mojej twarzy znajomy wyraz paniki i chwycił mnie za dłoń. Jak mało kto potrafił wyczuć, kiedy się boję. Westchnęłam i pozostałam na miejscu. Najbardziej powinno mnie chyba martwić, że spełniam posłusznie wszystkie jego życzenia.
    – Co słychać? – zagaił Doktor, siadając na blacie koło mnie.
    Siedzący niedaleko Ian obrócił się, by móc się włączyć do rozmowy.
    Wzruszyłam ramionami.
    – Gotowaliśmy dzisiaj zupę – oznajmił Jamie. – Jeszcze mnie oczy szczypią.
    Doktor pokazał nam zaczerwienione dłonie.
    – Mydło.
    Jamie roześmiał się.
    – Wygrałeś.
    Doktor żartobliwie ukłonił mu się w pas, po czym zwrócił się do mnie.
    – Wando, mam do ciebie pytanie… – zaczął, ale urwał.
    Uniosłam brwi.
    – Tak się zastanawiam… Ze wszystkich znanych ci planet, który gatunek jest fizycznie najbliższy człowiekowi?
    Zamrugałam.
    – Dlaczego?
    – Pytam z czystej zawodowej ciekawości. Ostatnio dużo myślałem o tych waszych Uzdrowicielach… Skąd wiedzą, jak leczyć choroby, a nie tylko objawy? – Mówił zbyt głośno, jego łagodny głos niósł się dalej niż zwykle. Parę osób podniosło głowy znad talerzy – Trudy i Geoffrey, Lily, Walter…
    Założyłam ręce na tułów. Chciałam zajmować jak najmniej miejsca.
    – To są dwa różne pytania – odparłam pod nosem.
    Doktor uśmiechnął się i pokazał dłonią, bym kontynuowała. Jamie ścisnął mnie za rękę.
    Westchnęłam.
    – Chyba Niedźwiedzie na Planecie Mgieł.
    – Tej ze szponowcami? – szepnął Jamie. Kiwnęłam twierdząco głową.
    – Na czym polega podobieństwo?
    Przewróciłam oczami, czując w tym wszystkim rękę Jeba, ale mówiłam dalej.
    – Pod wieloma względami przypominają ssaki. Mają futro, są ciepłokrwiste. Krew mają trochę inną niż wasza, ale zasadniczo pełni tę samą funkcję. Doznają podobnych uczuć, wchodzą w bogate interakcje, lubią tworzyć…
    – Tworzyć? – Doktor pochylił się zafascynowany, a może tylko udawał. – Jak to?
    Spojrzałam na Jamiego.
    – Może opowiesz Doktorowi?
    – Nie wiem, czy czegoś nie pomylę.
    – Dasz radę.
    Popatrzył na Doktora, a ten skinął głową.
    – No więc one mają takie niesamowite ręce. – Ożywił się, gdy tylko zaczął opowiadać. – Jakby z podwójnymi stawami – mogą je wyginać w obie strony. – Pociągnął do tyłu palce u dłoni. – Po jednej stronie są miękkie jak moja dłoń, a po drugiej ostre jak brzytwy! Tną nimi lód – rzeźbią w nim. Ich miasta to lodowe zamki, które nigdy nie topnieją! Są przepiękne. Prawda? – Szukał u mnie potwierdzenia.
    Przytaknęłam.
    – Niedźwiedzie postrzegają inne pasmo barw, dlatego lód na Planecie Mgieł mieni się tęczą kolorów. Są bardzo dumne ze swoich miast. Bez przerwy starają się je upiększać. Był tam pewien Niedźwiedź nazywany przez wszystkich… powiedzmy, że Tkaczem Błysków, choć w ich języku brzmi to znacznie lepiej, a nazywał się tak dlatego, że pod jego rękoma lód zawsze przybierał wyśniony przez niego kształt. Miałam okazję go poznać i zobaczyć te arcydzieła. To jedno z moich najpiękniejszych wspomnień.
    – Mają sny? – zapytał cicho Ian.
    Uśmiechnęłam się.
    – Nie tak sugestywne jak ludzie.
    – Skąd wasi Uzdrowiciele czerpią wiedzę na temat fizjologii nowych gatunków? Byli przygotowani, kiedy się tu zjawili. Pamiętam, jak to się zaczęło, widziałem, jak śmiertelnie chorzy ludzie wychodzą ze szpitala o własnych siłach. – Na jego czole pojawiła się zmarszczka w kształcie klina. Nienawidził najeźdźców tak samo jak pozostali, ale też miał dla nich dużo podziwu.
    Nie kwapiłam się do odpowiedzi na to pytanie. Słuchała nas już cała kuchnia, a przecież mowa była nie o Niedźwiedziach rzeźbiących w lodzie, lecz o klęsce ludzkości.
    Doktor czekał ze zmarszczonymi brwiami.
    – Robią wcześniej… badania – wymamrotałam.
    Ian uśmiechnął się.
    – No tak, porwania przez kosmitów.
    Puściłam to mimo uszu.
    Doktor zacisnął usta.
    – To by miało sens.
    Panująca dookoła cisza skojarzyła mi się z pierwszą wizytą w kuchni.
    – Skąd pochodzicie? – zapytał Doktor. – Pamiętacie? Wiecie, jak wyglądała wasza ewolucja?
    – Naszą ojczystą planetą jest Początek – odparłam, potakując. – Nadal ją zamieszkujemy. Właśnie tam się… urodziłam.
    – To bardzo nietypowe – dodał Jamie. – Rzadko spotyka się kogoś stamtąd, prawda? Większość dusz raczej tam zostaje, prawda, Wando? – Wcale jednak nie czekał, aż cokolwiek powiem. Zaczynałam żałować, że wieczorami odpowiadałam mu tak drobiazgowo na wszystkie pytania. – Więc jeśli ktoś przenosi się gdzie indziej, staje się prawie jak… gwiazda filmowa? Albo członek rodziny Królewskiej.
    Poczułam, że się rumienię.
    – To bardzo fajne miejsce – ciągnął Jamie. – Mnóstwo chmur, a każda warstwa ma inny kolor. To jedyna planeta, gdzie dusze mogą żyć długo poza ciałem żywiciela. A w ogóle to żywiciele są tam bardzo ładni, mają coś jakby skrzydła i macki, i wielkie, srebrne oczy.
    Doktor siedział pochylony z twarzą w dłoniach.
    – A czy pamiętają, skąd się wziął ten pasożytniczy tryb życia? Jak wyglądały początki kolonizacji?
    Jamie wzruszył ramionami i spojrzał na mnie.
    – Zawsze tacy byliśmy – odpowiedziałam niechętnie, z ociąganiem. – Przynajmniej odkąd mamy świadomość. Odkrył nas inny gatunek – nazywamy je tu Sępami, ale bardziej ze względu na charakter niż wygląd. To były… mało sympatyczne istoty. Zauważyliśmy, że możemy się z nimi zespalać tak jak z naszymi pierwszymi żywicielami. Przejęliśmy nad nimi kontrolę i zaczęliśmy wykorzystywać zdobytą technologię. Najpierw zajęliśmy ich rodzimą planetę, a później Planetę Smoków i Planetę Słońca – piękne światy, których mieszkańcom Sępy również dawały się we znaki. W końcu zaczęliśmy kolonizować inne planety – nasi żywiciele rozmnażali się znacznie wolniej niż my, poza tym żyli krótko. Musieliśmy szukać dalej, odkrywać wszechświat…
    Urwałam, czując na sobie wzrok bardzo wielu osób. Tylko Sharon wciąż spoglądała w inną stronę.
    – Mówisz o tym tak, jakbyś to wszystko widziała – zauważył Ian ściszonym głosem. – Jak dawno to było?
    – Po wyginięciu dinozaurów, ale zanim pojawiliście się wy. Nie było mnie tam wtedy, ale pamiętam trochę z opowieści matki matki mojej matki.
    – Ile masz lat? – zapytał Ian, pochylając się ku mnie i patrząc lśniącymi błękitnymi oczyma.
    – Nie wiem, ile to ziemskich lat.
    – Mniej więcej? – naciskał.
    – Może parę tysięcy. – Wzruszyłam ramionami. – Nie wiem, ile czasu spędziłam w hibernacji.
    Ian zdumiony wyprostował plecy.
    – Łał… To bardzo dużo! – szepnął Jamie.
    – Ale tak naprawdę jestem od ciebie młodsza – zwróciłam się do niego półgłosem. – Jakbym miała mniej niż rok. Czuję się jak małe dziecko.
    Uśmiechnął się delikatnie. Podobało mu się, że w pewnym sensie jest ode mnie dojrzalszy.
    – Jak wygląda u was proces starzenia? – zapytał Doktor. – Jak długo żyjecie?
    – Nie ma czegoś takiego. Jeżeli tylko mamy zdrowego żywiciela, możemy żyć wiecznie.
    Po grocie przetoczył się cichy pomruk – gniewu? lęku? może niesmaku? Zrozumiałam, że moja odpowiedź nie była zbyt roztropna. Mogłam sobie wyobrazić, co te słowa dla nich znaczą.
    – Pięknie. – Był to głos Sharon, cichy i wściekły. Nadal jednak była do nas zwrócona plecami.
    Jamie znów dostrzegł w moich oczach pragnienie ucieczki i ścisnął mi dłoń. Tym razem delikatnie się wyswobodziłam.
    – Już nie jestem głodna – szepnęłam, choć bułka leżała obok prawie nietknięta. Zeskoczyłam z blatu i trzymając się ściany, ruszyłam żwawym krokiem do wyjścia.
    Jamie od razu pobiegł za mną. Dogonił mnie w jaskini z ogrodem i wręczył mi niezjedzone pieczywo.
    – To było naprawdę ciekawe. Słowo! – powiedział. – Nie sądzę, żeby ktoś się obraził.
    – To Jeb namówił Doktora, prawda?
    – Opowiadasz świetne historie. Zobaczysz, jak inni się dowiedzą, też będą chcieli cię słuchać. Tak jak ja i Jeb.
    – A może ja wcale nie c h c ę nic opowiadać?
    Jamie spochmurniał.
    – No, skoro tak… to nie musisz. Ale myślałem, że lubisz mi opowiadać.
    – To co innego. Ty mnie lubisz. – Mogłam powiedzieć: „Ty nie chcesz mnie zabić”, ale wtedy pewnie by się przejął.
    – Polubią cię, muszą tylko cię poznać. Jak Ian i Doktor.
    – Ian i Doktor wcale mnie nie lubią. Jamie. Po prostu są chorobliwie ciekawi.
    – Proszę.
    – Ech – jęknęłam. Doszliśmy już do pokoju. Odsunęłam parawan i rzuciłam się na materac. Jamie usiadł obok i założył ręce na kolana.
    – Nie wygłupiaj się – błagał. – Jeb ma dobre chęci.
    Jęknęłam po raz kolejny.
    – Nie będzie tak źle.
    – Doktor będzie mnie teraz maglował za każdym razem, kiedy przyjdę do kuchni, prawda?
    Jamie posłusznie przytaknął.
    – Albo Ian. Albo Jeb.
    – Albo ty.
    – Wszyscy jesteśmy ciekawi.
    Westchnęłam i przewróciłam się na brzuch.
    – Czy Jeb za każdym razem musi dopiąć swego?
    Jamie pomyślał chwilę, po czym pokiwał twierdząco głową.
    – Raczej tak.
    Ugryzłam spory kęs chleba.
    – Chyba zacznę jeść tutaj – powiedziałam, skończywszy przeżuwać.
    – Ian będzie cię jutro wypytywał przy wyrywaniu chwastów. Jeb wcale go nie namówił. Sam jest ciekaw.
    – Doprawdy? Cudownie.
    – Jesteś ironiczna. Myślałem, że pasożyty – to znaczy dusze – nie lubią takiego poczucia humoru. Że nie potrafią śmiać się ze wszystkiego.
    – Tutaj szybko by się nauczyły.
    Jamie roześmiał się i złapał mnie za dłoń.
    – Nie jest ci z nami źle, prawda? Chyba nie jesteś nieszczęśliwa?
    Widziałam troskę w jego dużych, czekoladowych oczach. Przycisnęłam do twarzy jego dłoń.
    – Nie jest źle.
    Mówiłam prawdę.

Rozdział 26

Powrót

    Choć nigdy oficjalnie na to nie przystałam, zostałam nauczycielką, tak jak chciał tego Jeb.
    „Zajęcia” ze mną miały bardzo luźny charakter. Każdego wieczoru po kolacji odpowiadałam na pytania. Ian, Doktor i Jeb nie męczyli mnie już teraz w ciągu dnia, dzięki czemu mogłam się skupić na pracy. Zbieraliśmy się zawsze w kuchni. W trakcie opowiadania lubiłam pomagać przy wypieku pieczywa. Dawało mi to pretekst do namysłu przed odpowiedzią na trudne pytanie, miałam też gdzie spojrzeć, gdy nie chciałam patrzeć nikomu w oczy. Przede wszystkim jednak cieszyłam się, że ciągle coś dla nich robię, nawet jeśli mówię czasem rzeczy, które ich smucą.
    Nie miałam zamiaru przyznać Jamiemu racji. Oczywiście, że ci ludzie mnie nie l u b i l i. Nie mogli, w końcu byłam obca. Owszem, Jamie mnie lubił, lecz tłumaczyłam to sobie dziwną, całkiem irracjonalną reakcją chemiczną. Jeb też mnie lubił, ale on był zdrowo stuknięty. Reszta nie miała żadnej wymówki.
    A zatem nie, wcale mnie nie lubili. Musiałam jednak przyznać, że odkąd zaczęłam snuć wieczorne opowieści, trochę się pozmieniało.
    Pierwszy raz zdałam sobie z tego sprawę nazajutrz po tym, jak odpowiadałam przy kolacji na pytania Doktora. Byłam w ciemnej łaźni z Trudy, Lily i Jamiem. Robiliśmy pranie.
    – Wando, podasz mi mydło? – odezwała się nagle Trudy.
    Na dźwięk swojego imienia poczułam się jak rażona prądem. Osłupiała podałam jej mydło i opłukałam szczypiącą dłoń.
    – Dziękuję – powiedziała.
    – Nie ma za co – wymamrotałam. Głos załamał mi się na ostatniej sylabie.
    Następnego dnia przed kolacją, szukając Jamiego, minęłam się w korytarzu z Lily.
    – Hej, Wando – odezwała się i skinęła głową.
    Zaschło mi w gardle.
    – Hej, Lily – odparłam.
    Wkrótce pytania zadawali już nie tylko Doktor i Ian. Zaskoczyło mnie, jak bardzo niektórzy garnęli się do rozmowy. Blady i schorowany Walter dopytywał się bez przerwy o Nietoperze z Planety Śpiewu. Heath, który zwykle pozwalał Geoffreyowi i Trudy mówić za siebie, wieczorem bardzo się ożywiał. Był zafascynowany Planetą Ognia i zarzucał mnie mnóstwem pytań. Choć nie był to mój ulubiony temat, musiałam podzielić się z nim wszystkimi szczegółami. Lily bardzo interesowały sprawy mechaniczne, ciekawiły ją statki międzyplanetarne – kto je pilotuje, jaki mają napęd. Na jej prośbę wyjaśniłam działanie kapsuł hibernacyjnych – wszyscy je widzieli, ale niewielu rozumiało, do czego służą. Nieśmiały Wes, zwykle siedzący blisko Lily, nie pytał o inne światy, lecz o to, jak zmieniło się życie na Ziemi. Jak funkcjonuje społeczeństwo? Bez pieniędzy, bez wynagrodzenia za pracę – jak to możliwe, że się nie rozpadło? Próbowałam mu wyjaśnić, że w gruncie rzeczy niewiele się to różni od życia w jaskiniach. W końcu tu też nikt nie miał pieniędzy, a mimo to wszyscy dzielili się owocami wspólnej pracy.
    – No tak – przerwał mi, potrząsając głową – ale to co innego. Jeb ma strzelbę i goni nas do roboty.
    Wszyscy spojrzeli na starca i roześmiali się głośno, gdy ten w odpowiedzi puścił oko.
    Jeb zjawiał się mniej więcej co drugi wieczór. Nie zabierał jednak głosu, siedział zamyślony w głębi pomieszczenia i tylko czasem się uśmiechnął.
    Musiałam mu przyznać rację, moje opowieści rzeczywiście stały się źródłem rozrywki. Przypominało mi to trochę planetę Wodorostów, gdzie istniało nawet specjalne Powołanie polegające na snuciu opowieści. Byłam tam właśnie jednym z takich Gawędziarzy, dlatego praca wykładowcy w San Diego nie była dla mnie czymś szczególnie nowym. Kiedy zapadał zmrok, wypełniona zapachem chleba i dymu kuchnia przypominała mi tamten nastrój. Wszyscy słuchali w skupieniu, jakby wrośnięci w ziemię. Moje barwne opowieści były odmianą od szarej codzienności – od tych samych mozolnych prac, trzydziestu pięciu znajomych twarzy, wspomnień o utraconych bliskich. Były też ucieczką od strachu i rozpaczy. Toteż wieczorami kuchnia wypełniała się po brzegi. Jedynie Sharon i Maggie nie pojawiły się ani razu.
    Minęły mniej więcej trzy tygodnie, odkąd zaczęłam dzielić się wspomnieniami z odległych światów, gdy nagle życie w jaskiniach ponownie się zmieniło.
    Tego wieczoru kuchnia była zatłoczona jak zawsze. Oprócz dwóch stałych nieobecnych brakowało tylko Jeba i Doktora. Na blacie obok mnie leżała metalowa taca z surowymi bułkami czekającymi w kolejce do pieca. Trudy zaglądała do niego co parę minut, by sprawdzić, czy nic się nie przypala.
    Czasem namawiałam Jamiego, żeby opowiadał za mnie historie, które dobrze znał. Lubiłam patrzeć, jak ożywia mu się twarz i jak gestykuluje. Tym razem Heidi chciała dowiedzieć się czegoś więcej o Delfinach, więc poprosiłam go, żeby odpowiadał, oczywiście na tyle, na ile potrafi.
    Ludzie zawsze pytali o tę najnowszą z odkrytych planet ze smutkiem w głosie. Widzieli w Delfinach siebie z pierwszych lat okupacji. Kiedy Heidi zadawała kolejne pytania, jej ciemne oczy, mocno kontrastujące z blond grzywką, były pełne współczucia.
    – Wyglądają raczej jak olbrzymie ważki, prawda, Wando? – Jamie prawie zawsze prosił mnie o potwierdzenie, choć nigdy na nie nie czekał. – Ale mają skórę i trzy, cztery albo pięć par skrzydeł, zależy od wieku, prawda? I wyglądają, jakby latały w wodzie – bo woda jest tam lżejsza, nie tak gęsta jak nasza. Mają pięć, siedem lub dziewięć nóg w zależności od płci, prawda, Wando? Mają trzy płcie. Mają bardzo długie ręce i mocne palce do budowania różnych rzeczy. Budują podwodne miasta z bardzo twardych roślin, trochę takich jak nasze drzewa, ale nie do końca. Są za nami w tyle, prawda, Wando? Nie zbudowali nigdy statku kosmicznego ani na przykład telefonów. Nasza cywilizacja była bardziej zaawansowana.
    Trudy wyjęła z pieca upieczone bułki, a ja schyliłam się, by wsunąć do dymiącego otworu kolejną tacę. Jak zwykle musiałam się trochę napocić, żeby włożyć ją prawidłowo.
    Tymczasem gdzieś w jaskiniach podniosła się wrzawa, której echo zaczęło właśnie docierać do kuchni. Trudno było jednak oszacować odległość, gdyż podziemne tunele miały dziwną akustykę.
    – Hej! – zawołał Jamie gdzieś za moimi plecami. Obejrzałam się, ale zdążyłam jedynie zobaczyć tył jego głowy znikający w drzwiach.
    Wyprostowałam się i już miałam odruchowo pójść za nim.
    – Czekaj – powiedział Ian. – Zaraz wróci. Opowiedz nam jeszcze o Delfinach.
    Siedział na blacie obok pieca, w nagrzanym miejscu, którego ja bym nie wybrała, wystarczająco blisko, by wyciągnąć rękę i dotknąć mojego nadgarstka. Instynktownie cofnęłam dłoń, ale nie ruszyłam się z miejsca.
    – Co tam się dzieje? – zapytałam. Z tunelu wciąż dobiegały hałasy. Przez chwilę zdawało mi się, że wśród odległego zgiełku słyszę podekscytowany głos Jamiego
    Ian wzruszył ramionami.
    – Kto to wie? Może Jeb… – Jeszcze raz wzruszył ramionami, jakby chciał pokazać, że nie chce mu się sprawdzać. Zachowywał się beztrosko, ale spojrzenie miał dziwnie niespokojne.
    Byłam pewna, że wkrótce i tak się dowiem, więc sama wzruszyłam ramionami i zaczęłam tłumaczyć niezwykle skomplikowane relacje rodzinne Delfinów, jednocześnie pomagając Trudy przełożyć ciepłe bułki do plastikowych pojemników.
    – Sześcioro spośród dziewięciorga… dziadków, tak ich nazwijmy, zwykle opiekuje się larwami w pierwszym okresie rozwoju, a pozostała trójka pracuje z sześciorgiem własnych dziadków nad nowym skrzydłem domu, gdzie młode zamieszkają, gdy zaczną się poruszać – tłumaczyłam, jak zwykle nie spoglądając na słuchaczy, tylko na bułki, gdy nagle z końca groty dobiegło mnie głośne westchnienie. Zaczęłam rozglądać się po twarzach słuchaczy w poszukiwaniu osoby, którą przestraszyłam. Nie przerywałam jednak wykładu. – Pozostałych troje dziadków zgodnie ze zwyczajem…
    Szybko jednak zrozumiałam, że wcale nikogo nie przestraszyłam. Wszystkie głowy zwrócone były w tym samym kierunku. Przebiegłam po nich wzrokiem i utkwiłam spojrzenie w ciemnym wyjściu.
    Z początku widziałam tylko smukłą postać Jamiego, uczepioną czyjejś ręki. Był to ktoś tak brudny od stóp do głów, że prawie zlewał się ze ścianą groty. Ktoś zbyt wysoki, by mógł to być Jeb, który zresztą właśnie pojawił się za Jamiem. Nawet z tej odległości widziałam, że Jeb ma przymrużone oczy i zmarszczony nos, jakby się niepokoił, co przecież zdarzało mu się niezwykle rzadko. Za to twarz chłopca promieniała radością.
    – Oho – powiedział Ian cichym głosem, ginącym w trzasku płomieni.
    Tajemnicza postać zrobiła krok do przodu, podniosła drżącą dłoń i zacisnęła ją w pięść.
    Z jej gardła wydobył się głos Jareda, chłodny i beznamiętny.
    – Co to ma znaczyć. Jeb?
    Ścisnęło mnie w gardle. Próbowałam przełknąć ślinę, ale nie mogłam. Próbowałam oddychać, ale nie byłam w stanie. Serce waliło mi nierówno.
    Jared! Melanie przebudziła się i piszczała w uniesieniu, Jared wrócił!
    – Wanda opowiada nam o kosmosie – zatrajkotał Jamie, chyba wciąż nie zdając sobie sprawy z grozy sytuacji. Być może był zbyt przejęty, by zwrócić na to uwagę.
    – W a n d a? – powtórzył Jared, prawie warcząc.
    Za nim w korytarzu stało jeszcze kilku brudnych mężczyzn. Zauważyłam ich, dopiero gdy zawtórowali mu gniewnym pomrukiem.
    Wśród zastygłych w bezruchu słuchaczy mignęła blond czupryna.
    – Andy! – zawołała Paige, przedzierając się do przodu. Jeden z przybyszów obszedł Jareda i chwycił ją w ramiona, ratując przed upadkiem, gdyż potknęła się o nogę Wesa. – Och, Andy! – wybuchła szlochem. Ton jej głosu przypominał mi Melanie.
    Spontaniczna reakcja Paige w jednej chwili odmieniła atmosferę. Ludzie zaczęli coś mówić i podnosić się z miejsc. Witali powracających towarzyszy. Próbowałam zrozumieć ich miny – na twarzach mieli nienaturalne uśmiechy i od czasu do czasu zerkali ukradkiem w moją stronę. Minęła długa, wolna sekunda – czas zdawał się zastygać dookoła mnie i krępować mi ruchy. W końcu dotarło do mnie, że czują się winni.
    – Wszystko będzie dobrze, Wando – powiedział cicho Ian.
    Spojrzałam mu w twarz zaszczutym wzrokiem. Spodziewałam się ujrzeć ten sam wyraz zażenowania, tymczasem znalazłam czujne oczy wpatrzone w Jareda i resztę świty.
    – Co tu się dzieje, do cholery? – zagrzmiał nowy głos.
    Był to Kyle, łatwy do rozpoznania z racji postury. Przecisnął się koło Jareda i ruszył… w moją stronę.
    – Sami pozwalacie się okłamywać? Upadliście wszyscy na łeb? A może przyprowadził tu Łowców? Jesteście pasożytami?
    Większość spuściła głowy ze wstydu. Tylko kilka osób nie ugięło karku i trzymało się prosto: Lily, Trudy, Heath, Wes… i biedny Walter, kto by pomyślał, że właśnie on!
    – Spokojnie, Kyle – odezwał się schorowanym głosem.
    Kyle nie zwrócił na niego uwagi. Szedł ku mnie zdecydowanym krokiem, a kobaltowe oczy, podobne jak u brata, płonęły mu gniewem. Nie potrafiłam jednak utrzymać na nim wzroku – spojrzenie co chwila uciekało mi w stronę mrocznej sylwetki Jareda. Próbowałam wyczytać coś z jego zakamuflowanej twarzy.
    Uczucie Melanie rozlewało się we mnie niczym woda z przerwanej tamy.
    Nagle zobaczyłam przed sobą Iana. Musiałam wygiąć szyję, gdyż zasłonił mi Jareda.
    – Trochę się pozmieniało, jak was nie było, braciszku.
    Kyle przystanął, nie wierząc własnym uszom.
    – Co, Łowcy przyszli?
    – Wanda jest niegroźna.
    Starszy z braci zacisnął zęby. Kątem oka spostrzegłam, że sięga po coś do kieszeni. Dopiero to mnie otrzeźwiło. Drgnęłam, oczekując w jego ręku broni.
    – Zejdź mu z drogi, Ian – powiedziałam zdławionym głosem.
    Ian nie zareagował. Dziwiło mnie, jak bardzo drżałam o jego zdrowie. Nie była to jednak instynktowna, podskórna potrzeba, by go chronić, taka jak w przypadku Jamiego czy nawet Jareda. Wiedziałam po prostu, że Ian nie powinien ryzykować życia w mojej obronie.
    Kyle wyciągnął dłoń z kieszeni i spomiędzy palców wystrzeliło mu światło. Przez chwilę świecił bratu w twarz, Ian nawet nie drgnął.
    – A więc o co chodzi? – zapytał Kyle, chowając latarkę z powrotem do kieszeni. – Nie jesteś pasożytem. Więc co z tobą?
    – Uspokój się, a wszystko ci wyjaśnimy.
    – Nie. – Odpowiedź nie padła z ust Kyle’a, lecz rozległa się za jego plecami. Patrzyłam, jak Jared idzie przez tłum w naszą stronę. Razem z nim szedł zdezorientowany Jamie, który ani na chwilę go nie puścił. W miarę jak się zbliżali, coraz lepiej widziałam twarz ukrytą pod maską brudu. Nawet majacząca ze szczęścia Melanie od razu spostrzegła bijącą od niej nienawiść.
    Jeb chciał dobrze, ale skupił się nie na tych ludziach, co trzeba. Co z tego, że Trudy i Lily zaczęły się do mnie odzywać, że Ian chciał mnie bronić przed bratem, że Sharon i Maggie nie próbowały mi zrobić krzywdy. Jedyna osoba, której zdanie naprawdę się liczyło, właśnie podjęła decyzję.
    – Za późno na spokój – powiedział Jared przez zęby. – Jeb – dodał, nie oglądając się na starca. – Podaj mi strzelbę.
    Zapanowała cisza tak napięta, że czułam w uszach ciśnienie.
    Wiedziałam, że to koniec, odkąd ujrzałam z bliska jego twarz. Wiedziałam też, co robić, a Melanie się ze mną zgadzała. Najciszej, jak potrafiłam, zrobiłam krok w bok i do tyłu, tak by Ian nie stał na linii strzału, po czym zamknęłam oczy.
    – Nie mam jej przy sobie – odparł Jeb rozwlekłym tonem. Zerknęłam spod powiek i zobaczyłam, jak Jared obraca się, by zobaczyć to na własne oczy.
    – Trudno – wymamrotał i uczynił kolejny krok w moją stronę. – Gdybyś przyniósł broń, byłoby szybciej po sprawie. Bardziej humanitarnie.
    – Jared, porozmawiajmy – odezwał się cicho Ian, nie ruszając się z miejsca.
    – Dość już gadania – burknął Jared. – Jeb zostawił to mnie i podjąłem decyzję.
    Jeb odchrząknął głośno. Jared obejrzał się na niego.
    – No co? – sarknął. – Sam ustaliłeś zasadę.
    – I owszem.
    Jared zwrócił się z powrotem ku mnie.
    – Ian, zejdź mi z drogi.
    – Ale, ale – odezwał się Jeb, dając do zrozumienia, że jeszcze nie skończył. – Nie wiem, czy pamiętasz, jak ona brzmi. Decyduje ten, kto ma prawo do ciała.
    Jaredowi wystąpiła na czoło żyła.
    – No i?
    – Mnie się wydaje, że ktoś tu ma do niej takie samo prawo jak ty. A może i większe.
    Jared zamyślił się, zapatrzony gdzieś daleko. Po dłuższej chwili zmarszczył brwi, jakby coś zrozumiał. Spojrzał na chłopca.
    Na twarzy Jamiego nie było już śladu radości, tylko blady strach.
    – Nie wolno ci, Jared! – wydusił. – Nie możesz. Wanda jest dobra. Przyjaźnimy się! A Mel? Co z Mel? Nie możesz zabić Mel! Proszę! Musisz… – Urwał. Widać było, że bardzo cierpi.
    Zamknęłam oczy i starałam się wyprzeć ten obraz z umysłu. Z wielkim trudem powstrzymywałam się, żeby nie podejść do chłopca. Usztywniłam mięśnie i powtarzałam sobie, że wcale by mu to nie pomogło.
    – Sam widzisz, że mamy tu różnicę zdań – powiedział Jeb gawędziarskim tonem, nieprzystającym do powagi sytuacji. – A Jamie ma chyba tyle samo do powiedzenia co ty.
    Nastało milczenie tak długie, że otworzyłam oczy. Jared spoglądał na udręczoną, przelękłą twarz chłopca. Sam też miał w oczach strach, ale zupełnie inny.
    – Jeb, jak mogłeś do tego dopuścić? – szepnął.
    – Musimy porozmawiać – odparł Jeb. – Ale może najpierw trochę odpocznij. Kąpiel poprawi ci humor.
    Jared posłał starcowi posępne spojrzenie, pełne bólu i niedowierzania. Nasuwały mi się jedynie ludzkie skojarzenia. Cezar i Brutus. Jezus i Judasz.
    Napięta cisza ciągnęła się przez kolejną minutę. W końcu Jared wyrwał się Jamiemu z rąk.
    – Kyle – warknął i ruszył w stronę wyjścia.
    Kyle popatrzył jeszcze krzywo na brata i uczynił to samo.
    Reszta uczestników wyprawy poszła w ich ślady, Andy pod rękę z Paige. Potem wywlekli się z kuchni wszyscy ci, którzy wcześniej zwiesili głowy ze wstydu. Zostali tylko Jamie, Jeb i Ian oraz Trudy, Geoffrey, Heath, Lily, Wes i Walter.
    Dopóki echo kroków w tunelu całkiem nie ucichło, nikt nie odzywał się ani słowem.
    – Uff – westchnął Ian. – Niewiele brakowało. Ładnie wybrnąłeś. Jeb.
    – Potrzeba matką wynalazku – odparł Jeb. – Ale za wcześnie jeszcze, by się cieszyć.
    – Nie musisz mi tego mówić. Lepiej powiedz, że nie zostawiłeś broni nigdzie na wierzchu.
    – Nie. Wiedziałem, co się święci.
    – Przynajmniej tyle.
    Roztrzęsiony Jamie stał sam jak palec na środku opustoszałego pomieszczenia. Uznałam, że wszystkie osoby, które zostały, są mi przyjazne, i ośmieliłam się do niego podejść. Objął mnie w talii, a ja drżącymi rękoma poklepałam go po plecach.
    – Już dobrze – skłamałam szeptem. – Już dobrze. – Wiedziałam, że każdy głupi wychwyciłby fałszywą nutę w moim głosie, a Jamie nie był głupi.
    – Nie zrobi ci krzywdy – powiedział Jamie niskim tonem, powstrzymując łzy. – Nie pozwolę mu.
    – Cii.
    Byłam przerażona, czułam, że moja twarz stężała w wyrazie trwogi. Jared miał rację – jak Jeb mógł do tego dopuścić? Gdyby zabili mnie pierwszego dnia, zanim jeszcze Jamie w ogóle mnie zobaczył… Albo w pierwszym tygodniu, gdy siedziałam w celi, zanim zdążył mnie polubić… Albo gdybym chociaż trzymała język za zębami i nic powiedziała nic o Melanie… Było jednak za późno. Przytuliłam go mocniej.
    Melanie była nie mniej przerażona. Moje biedne maleństwo.
    Mówiłam ci, że to zly pomysł wszystko mu powiedzieć, przypomniałam dla porządku.
    Jak on teraz zniesie naszą śmierć?
    To będzie straszne. Będzie zszokowany i zrozpaczony, i…
    Starczy, przerwała. Wiem. Ale co możemy zrobić?
    Przeżyć?
    Zastanowiłyśmy się nad szansami na przetrwanie i ogarnęła nas rozpacz.
    Ian poklepał Jamiego po plecach. Ich drżenie przenosiło się na moje ciało.
    – Nie gryź się tak, młody – powiedział. – Jesteśmy z tobą.
    – Muszą się najpierw otrząsnąć z szoku. – Rozpoznałam za plecami altowy głos Trudy. – Jak tylko pozwolą sobie wszystko wyjaśnić, zmienią zdanie.
    – Kto zmieni zdanie? Kyle? – syknął ktoś prawie niezrozumiale.
    – Wiadomo było, że to się stanie – rzeki pod nosem Jeb. – Trzeba to przeczekać. Żadna burza nie trwa wiecznie.
    – Może jednak powinieneś iść po strzelbę – zasugerowała spokojnie Lily. – Zapowiada się długa noc. Wanda może spać u mnie i Heidi…
    – A ja uważam, że trzeba ją ukryć gdzie indziej – odezwał się Ian. – Może w tunelach na południu? Mogę jej pilnować. Jeb, pomożesz mi?
    – U mnie nie będą jej szukać – wyszeptał Walter. Nie skończył jeszcze mówić, kiedy odezwał się Wes:
    – Mogę iść z tobą, Ian. Ich jest sześciu.
    – Nie – wydusiłam wreszcie z siebie. – Nie. Tak być nie może. To wasz dom. Jesteście wspólnotą. Nie wolno wam ze sobą walczyć z mojego powodu.
    Wydostałam się z objęć Jamiego. Gdy próbował mnie powstrzymać, chwyciłam go za nadgarstki.
    – Muszę pobyć sama – zwróciłam się do niego, nie zważając na utkwione we mnie spojrzenia. – Potrzebuję chwili dla siebie. – Skierowałam wzrok w stronę Jeba. – A wy będziecie mogli przedyskutować to beze mnie. To nie w porządku, żebyście musieli podejmować decyzje w obecności wroga.
    – Proszę cię, nie bądź taka – odparł.
    – Potrzebuję chwili skupienia, Jeb.
    Odsunęłam się od Jamiego i puściłam jego ręce. Poczułam czyjąś dłoń na ramieniu i drgnęłam. Był to Ian.
    – To naprawdę nie jest dobry pomysł, żebyś włóczyła się sama po jaskiniach.
    Pochyliłam się w jego stronę i odezwałam cicho, by Jamie nie mógł mnie zrozumieć.
    – Po co odwlekać to, co nieuniknione? Czy to mu jakoś pomoże?
    Byłam przekonana, ze znam odpowiedź na to pytanie. Prześliznęłam mu się pod ręką i ruszyłam biegiem do wyjścia.
    – Wanda! – krzyknął za mną Jamie.
    Ktoś go uciszył. Nie słyszałam za plecami żadnych kroków. Widocznie zrozumieli, że tak będzie najlepiej.
    Tunel był ciemny i pusty. Przy odrobinie szczęścia mogłam przemknąć całkiem niepostrzeżenie skrajem jaskini z ogrodem.
    Jedyną rzeczą, jakiej nigdy mi nie pokazano, było wyjście z jaskiń. Miałam wrażenie, że byłam już wszędzie po kilka razy i że nie było takiej szczeliny, przez którą bym nie przechodziła w tym czy innym celu. Myślałam o tym teraz, idąc chyłkiem wzdłuż najbardziej zacienionej ściany jaskini z ogrodem. Gdzie mogło być wyjście? I przede wszystkim: czy gdybym je znalazła, mogłabym uciec?
    Nie przychodziła mi do głowy żadna rzecz, dla której byłoby warto – na pewno nie dla bezkresnej pustyni, ale też nie dla Łowczyni ani Uzdrowiciela, ani Pocieszycielki, ani dla tamtego życia, po którym nie został już prawie żaden ślad. Wszystko, co miało dla mnie jakąś wartość, było tutaj. Jamie. Jared, mimo że chciał mnie zabić. Nie wyobrażałam sobie, bym mogła ich opuścić.
    Jeb. Ian. Miałam tu teraz przyjaciół. Doktor, Trudy, Lily, Wes, Walter, Heath. Dziwni ludzie, którzy umieli przymknąć oko na to, czym jestem, i dostrzec we mnie kogoś, kogo wcale nie muszą zabijać. Może kierowała nimi jedynie ciekawość, ale nie zmieniało to faktu, że byli gotowi mnie bronić wbrew całej reszcie, ryzykując jedność ludzkiej wspólnoty. Potrząsnęłam w zdumieniu głową, nie przestając posuwać się po omacku wzdłuż ściany.
    Nie byłam w jaskini sama, z drugiego końca dobiegały czyjeś głosy. Nie zatrzymywałam się, bo wiedziałam, że jestem niewidoczna, a poza tym właśnie znalazłam szczelinę, której szukałam.
    Koniec końców, było tylko jedno miejsce, dokąd mogłam się udać. Poszłabym tam, nawet gdybym jakimś trafem znalazła stąd wyjście. Zanurzyłam się powoli w zupełnych ciemnościach.

Rozdział 27

Dylemat

    Wracałam po omacku do celi.
    Nie szłam tym korytarzem od wielu tygodni. Ostatni raz, gdy Jared pojechał na wyprawę. Teraz, kiedy powrócił, wracałam na swoje miejsce.
    Tym razem nie przywitało mnie z daleka blade światło niebieskiej lampy. Mimo to wiedziałam, że to już ostatnia prosta – nie zapomniałam całkiem przebiegu korytarza. Wiodłam palcami nisko po ścianie, szukając wejścia do groty. Nie miałam zamiaru wchodzić do środka, po prostu potrzebowałam punktu odniesienia, chciałam się upewnić, że dotarłam na miejsce.
    Okazało się zresztą, że wcale nie miałam wyboru.
    Równo w chwili, gdy wyczułam palcami brzeg dziury, potknęłam się i upadlam na kolana. Wyciągnęłam ręce przed siebie i wylądowałam z trzaskiem na czymś, co nie było skałą i czego nie powinno tu być.
    Zdziwiłam się i przestraszyłam. Co to był za dźwięk, skąd się wzięła zagadkowa przeszkoda? Może jednak gdzieś źle skręciłam i trafiłam w całkiem inne miejsce? Może ktoś tu mieszka? Prześledziłam w pamięci całą trasę, nie rozumiejąc, jak mogłam zabłądzić. Jednocześnie stałam w zupełnym bezruchu i nasłuchiwałam wśród ciemności, czy hałas kogoś nie zaalarmował.
    Nic jednak nie słyszałam, nikt nie nadchodził. Było ciemno, duszno i wilgotno jak zawsze, i tak cicho, że musiałam być sama.
    Ostrożnie i nie robiąc hałasu, rozeznałam się w otoczeniu.
    Moje ręce w czymś tkwiły. Uwolniłam je i wyczułam kartonowe pudło zakryte cienką, szeleszczącą folią, którą rozerwałam, upadając. Sięgnęłam do środka i natrafiłam na mnóstwo miękkich, prostokątnych opakowań, równie hałaśliwych w dotyku. Szybko cofnęłam rękę, gdyż bałam się, że ktoś mnie w końcu usłyszy.
    Przypomniałam sobie, że przecież chwilę wcześniej znalazłam po omacku krawędź groty. Wysunęłam dłoń w lewo i natrafiłam na kolejne kartony, ułożone jeden na drugim. Gdy spróbowałam namacać wierzch sterty, okazało się, że muszę wstać – sięgała mi głowy. Następnie znalazłam ścianę, a potem otwór; był dokładnie tam, gdzie się spodziewałam. Postanowiłam wdrapać się do środka i upewnić, że to rzeczywiście to samo miejsce – od razu poznałabym tę strasznie wklęsłą podłogę – ale po chwili musiałam z tego zrezygnować, bo wnętrze również okazało się zagracone.
    Wyciągnęłam ręce przed siebie i zaczęłam się wycofywać w głąb korytarza, ale i tędy nie zaszłam daleko – wszędzie pełno było tajemniczych pudeł.
    Gdy tak kluczyłam w ciemnościach wśród kartonów, nie wiedząc, co myśleć, natrafiłam na coś jeszcze innego – ciężki, zgrzebny worek, którego zawartość przesunęła się pod naporem mojej dłoni, wydając przy tym cichy szmer. Nacisnęłam go mocniej – w przeciwieństwie do szelestu plastikowych opakowań nie był to odgłos, który mógł mnie zdradzić.
    Nagle mnie olśniło. Pomógł mi węch. Ugniatając sypką zawartość worka, poczułam niespodziewanie znajomy zapach, który zabrał mnie na chwilę z powrotem do San Diego, do kuchennej szafki na prawo od zlewu. Widziałam w myślach torebkę surowego ryżu, plastikową miarkę, z tylu rząd puszek…
    Kiedy tylko zrozumiałam, że dotykam worka ryżu, wszystko stało się jasne. A zatem wcale nie zabłądziłam. W końcu Jeb wspominał, że używają tego miejsca jako przechowalni. A Jared właśnie wrócił z długiej wyprawy. Wszystko, co udało im się zdobyć przez te kilka tygodni, przechowywano teraz tutaj, w odległej grocie.
    Naraz przyszło mi do głowy kilka myśli.
    Po pierwsze, dotarło do mnie, że zewsząd otacza mnie jedzenie. I to nie twarde bułki ani cienka zupa cebulowa, tylko j e d z e n i e. Mogło tu gdzieś być masło orzechowe. Ciastka z czekoladą. Czipsy ziemniaczane. Cheetosy.
    Jednak nawet sama myśl, że miałabym wyciągnąć te rarytasy z kartonów, zjeść je ze smakiem i po raz pierwszy, odkąd opuściłam cywilizację, poczuć się syta, budziła we mnie poczucie winy. Jared nie po to ryzykował życie, żebym to ja mogła się najeść. To jedzenie było przeznaczone dla ludzi.
    Poza tym zlękłam się, że może nie znieśli tu jeszcze wszystkiego. Co, jeśli przyjdą z kolejnymi kartonami? Jeżeli przyniosą je Jared i Kyle? Nie trzeba było wielkiej fantazji, żeby to sobie wyobrazić.
    Ale czy nie dlatego właśnie tu przyszłam? Czy nie dlatego chciałam być sama?
    Oparłam się plecami o ścianę i osunęłam na ziemię. Worek ryżu był niczego sobie poduszką. Zamknęłam oczy – nie żeby w ciemnościach cokolwiek to zmieniało – i postanowiłam się naradzić.
    No dobra, Mel. Co dalej?
    Ucieszyło mnie, że nadal jest przytomna i czujna. Problemy ją mobilizowały. Co innego, gdy wszystko szło ku dobremu, wtedy się wyłączała.
    Ustalmy priorytety, zarządziła. Na czym nam najbardziej zależy? Na życiu? Czy na Jamiem?
    Dobrze znała odpowiedź. J a m i e, potwierdziłam, wzdychając na głos. Dźwięk odbił się cicho od czarnych ścian.
    No to mamy to uzgodnione. Możemy pewnie jeszcze trochę pożyć, jeśli pozwolimy Jebowi i Ianowi, żeby nas chronili. Ale czy to mu jakoś pomoże?
    Nie wiem. Zastanówmy się. Czym sprawimy mu więcej bólu, poddając się, czy niepotrzebnie odwlekając koniec?
    Ten ostatni pomysł nie przypadł jej do gustu. Czułam, że się miota, że szuka innych rozwiązań.
    Próba ucieczki? – zasugerowałam.
    Nie sądzę, stwierdziła. Zresztą co byśmy zrobiły? Jak byśmy się z tego wszystkiego wytłumaczyły?
    Obie próbowałyśmy to sobie wyobrazić – jak wyjaśniłabym moją paromiesięczną nieobecność? Mogłabym skłamać, zmyślić jakąś historię albo powiedzieć, że nic nie pamiętam. Ale przypomniałam sobie podejrzliwe spojrzenie Łowczyni, błysk niedowierzania w oczach, i zrozumiałam, że moje nieporadne próby matactwa byłyby skazane na porażkę.
    Pomyśleliby, że przejęłam nad tobą władzę, przytaknęła Melanie. Wyjęliby cię ze mnie i włożyli ją.
    Skręciłam się – tak jakby zmiana ułożenia ciała mogła mi pomóc uciec od tej myśli – i zadrżałam. Po chwili doprowadziłam jednak myśl do jedynej logicznej konkluzji. Powiedziałaby Łowcom, jak tu dotrzeć.
    Przeszyła nas zgroza.
    Właśnie, odparłam. Czyli wykluczamy ucieczkę.
    Tak, szepnęła łamiącym się głosem.
    A więc wybór brzmi… szybko czy wolno. Co mniej go zrani?
    Miałam wrażenie, że dopóki skupiam się na praktycznej stronie problemu, jestem w stanie zachować trzeźwy osąd. Melanie próbowała mnie naśladować.
    Nie jestem pewna. Z jednej strony, logicznie rzecz biorąc, im dłużej będziemy ze sobą we trójkę, tym trudniejsze będzie dla niego… rozstanie. Z drugiej strony, gdybyśmy się poddały bez walki… na pewno miałby do nas wielki żal. Czułby się zdradzony.
    Przyjrzałam się obu argumentom, by dokonać racjonalnej oceny.
    A więc… szybko, ale robiąc, co w naszej mocy, żeby przeżyć?
    Polec w walce, przytaknęła surowo.
    W walce. No pięknie. Spróbowałam to sobie wyobrazić – jak odpowiadam przemocą na przemoc. Jak biorę zamach, by kogoś uderzyć. Umiałam to opisać słowami, ale nie potrafiłam tego zobaczyć.
    Dasz radę, dopingowała mnie Melanie. Pomogę ci.
    Dzięki, ale nie. Musi być jakiś inny sposób.
    Nie rozumiem cię, Wando. Wyrzekłaś się swojej rasy, jesteś gotowa zginąć za mojego brata, kochasz mojego mężczyznę, który chce nas zabić, a nie potrafisz się pozbyć przyzwyczajeń, które zupełnie nam nie pomagają.
    Jestem, kim jestem, Mel. Wszystko inne może się zmienić, ale tego jednego zmienić nie mogę. Ty też pozostałaś sobą, pozwól mi na to samo.
    Ale jeśli oni…
    Kłótnia trwałaby dłużej, ale nam przerwano. Z głębi tunelu doszło nas echo podeszew szurających o skalną podłogę.
    Nasłuchiwałam w bezruchu – zamarło we mnie wszystko prócz serca, a i ono jakby zgubiło rytm. Przez krótką chwilę łudziłam się, że może się przesłyszałam. Jednakże po paru sekundach ponownie dobiegł mnie odgłos kroków.
    Melanie zachowywała zimną krew, za to ja byłam całkiem spanikowana.
    Wstawaj, rozkazała.
    Po co?
    Skoro nie chcesz walczyć, możesz przynajmniej uciekać. Czegoś musisz spróbować – dla Jamiego.
    Zaczęłam znowu oddychać, cicho i płytko. Podniosłam się powoli i stanęłam na palcach. Adrenalina krążyła mi w mięśniach, czułam, jak się napinają i drżą. Byłam szybsza od większości prześladowców, ale dokąd miałam uciekać?
    – Wanda? – szepnął ktoś. – Wanda? Jesteś tu? To ja. Głos mu się załamał i natychmiast go poznałam.
    – Jamie! – zachrypiałam. – Co ty tu robisz? Mówiłam, że muszę pobyć sama.
    W jego głosie usłyszałam teraz wyraźną ulgę.
    – Wszyscy cię szukają. No wiesz, Trudy, Lily, Wes – c i wszyscy. Tylko mamy nikomu o tym nie mówić. Nikt nie może się dowiedzieć, że zniknęłaś. Jeb znowu nosi strzelbę, Ian jest z Doktorem. Jak tylko Doktor będzie miał chwilę, porozmawia z Jaredem i Kyle’em. Doktora wszyscy słuchają. Nie musisz się ukrywać. Wszyscy są teraz zajęci, a ty pewnie jesteś zmęczona…
    W miarę jak objaśniał mi sytuację, zbliżał się do mnie, aż wreszcie dotknął palcami mojego ramienia, a potem dłoni.
    – Nie u k r y w a m się, Jamie. Mówiłam ci, że muszę pomyśleć.
    – A nie mogłabyś myśleć z Jebem?
    – Niby gdzie mam iść? Z powrotem do pokoju Jareda? Tu jest moje miejsce.
    – Już nie. – W jego głosie pojawiła się znajoma nuta uporu.
    – Czym wszyscy są zajęci? – zapytałam, rozmyślnie zmieniając temat. – Co robi Doktor?
    Nic jednak w ten sposób nie zdziałałam, Jamie milczał.
    Po minucie dotknęłam jego policzka.
    – Słuchaj, powinieneś być teraz z Jebem. Powiedz reszcie, żeby mnie nie szukali. Posiedzę tu trochę.
    – Tu się nie da spać.
    – Już to kiedyś robiłam.
    Poczułam, jak potrząsa głową.
    – Przyniosę chociaż maty i poduszki.
    – Nie potrzebuję dwóch.
    – Nie będę spał w jednym pokoju z Jaredem, dopóki nie zmądrzeje.
    Jęknęłam w duchu.
    – To śpij u Jeba. Tam jest twoje miejsce, nie tutaj.
    – Ja sam decyduję, gdzie jest moje miejsce.
    Ciążyła mi myśl, że może mnie tu znaleźć Kyle. Ale gdybym o tym wspomniała, Jamie poczułby się jeszcze bardziej odpowiedzialny za moje bezpieczeństwo.
    – Dobrze, ale Jeb musi się zgodzić.
    – Później. Nie będę mu dzisiaj zawracał głowy.
    – A co takiego robi?
    Jamie nie odpowiedział. Dopiero teraz zrozumiałam, że za pierwszym razem celowo przemilczał moje pytanie. Było coś, o czym nie chciał mi powiedzieć. Może reszta również mnie szukała. Może powrót Jareda sprawił że wrócili do starego zdania na mój temat. W kuchni mniej więcej tak to wyglądało – zwiesili głowy i zerkali na mnie zakłopotani.
    – Jamie, co się dzieje?
    – Nie wolno mi powiedzieć – wymamrotał. – I nie powiem. – Objął mnie w talii i przycisnął twarz do mojego ramienia. – Wszystko będzie dobrze – obiecał niskim głosem.
    Poklepałam go po plecach i pogłaskałam po rozwichrzonych włosach.
    – Dobrze – odparłam, godząc się na jego milczenie. W końcu ja też miałam swoje tajemnice. – Nie martw się. Jamie. Nie wiem, o co chodzi, ale na pewno wszystko się ułoży. Nic ci nie będzie. – Bardzo chciałam, żeby te słowa okazały się prawdziwe.
    – Sam już nie wiem, co myśleć – szepnął.
    Wpatrywałam się w ciemności, próbując zgadnąć, o czym nie chce mi powiedzieć, gdy nagle spostrzegłam w oddali poświatę – bardzo słabą, ale jaśniejącą pośród czerni korytarza.
    – Cii – szepnęłam. – Ktoś idzie. Szybko, schowaj się za kartonami.
    Jamie gwałtownie obrócił twarz ku żółtemu światłu, które z każdą sekundą przybierało na sile. Nasłuchiwałam kroków, ale nic nie słyszałam.
    – Nie będę się chował – odszepnął. – Stań za mną.
    – Nie!
    – Jamie! – zawołał Jared. – Wiem, że tam jesteś!
    Nogi zamieniły mi się w watę. Dlaczego akurat Jared? Gdyby to chociaż Kyle przyszedł mnie zabić! Biedny Jamie.
    – Idź sobie! – odkrzyknął.
    Żółta poświata zaczęła się przybliżać jeszcze szybciej i zmieniła się w plamę światła na ścianie tunelu.
    Jared wyłonił się po cichu zza rogu, świecąc w nas latarką. Był już umyty, miał na sobie wyblakłą czerwoną koszulkę, która wisiała w pokoju podczas jego nieobecności. Również twarz wyglądała teraz znajomo – miał tę samą minę co zawsze, odkąd tu przybyłam.
    Oślepiający promień latarki zatrzymał się na mojej twarzy. Oczy musiały mi zalśnić srebrem, gdyż poczułam, że Jamie drgnął. Po chwili jednak przylgnął do mnie jeszcze mocniej.
    – Odsuń się! – zaryczał Jared.
    – Sam się odsuń! – odkrzyknął Jamie. – W ogóle jej nie znasz. Zostaw ją w spokoju!
    Próbowałam uwolnić się z jego uścisku, ale nie chciał mnie puścić.
    Jared dopadł do nas niczym rozjuszony byk. Jedną ręką chwycił Jamiego za koszulę i odciągnął ode mnie. Zaczął nim potrząsać, krzycząc:
    – Co robisz, głupi? Nie widzisz, że ona cię wykorzystuje?
    Odruchowo rzuciłam się pomiędzy nich. Zgodnie z moim oczekiwaniem Jared puścił Jamiego. Chodziło mi tylko o to, reszta – znajomy zapach, który uderzył mnie w nozdrza, kształt jego piersi pod moimi palcami – była nieistotna.
    – Zostaw go – powiedziałam, żałując, że nie potrafię być taka, jaką chciałaby mnie oglądać Melanie; że nie umiem zacisnąć pięści, a mój głos nie jest dość stanowczy.
    Pochwycił jedną dłonią moje nadgarstki i odrzucił mnie w bok. Uderzyłam o ścianę i zaparło mi dech. Odbiłam się i wyładowałam na podłodze, z powrotem wśród kartonów, rozdzierając kolejny celofan.
    Czułam tętnienie krwi w skroniach. Przed oczami migały mi przez chwilę dziwne światełka.
    – Tchórz! – krzyknął Jamie. – Ona by prędzej zginęła, niż cię skrzywdziła! Zostaw ją w spokoju!
    Usłyszałam szuranie pudeł o ziemię i poczułam na ramieniu dłoń Jamiego.
    – Wanda, wszystko w porządku?
    – Tak – wydyszałam, choć głowa pękała mi z bólu. Widziałam nad sobą jego zatroskaną twarz. Jared musiał upuścić latarkę. – Idź stąd. Jamie – wyszeptałam. – Biegnij.
    Jamie potrząsnął stanowczo głową.
    – Odsuń się od niego! – krzyknął Jared. Do Jamiego, nie do mnie.
    Zobaczyłam, jak chwyta chłopca za ramiona i podnosi z kucek, przewracając przy okazji kilka pudeł, które spadły na mnie niczym lawina. Przeturlałam się w bok, osłaniając głowę rękoma. Jakiś ciężki karton uderzył mnie dokładnie pomiędzy łopatkami. Jęknęłam z bólu.
    – Przestań! – zawył Jamie.
    Usłyszałam trzask i ktoś nagle wstrzymał oddech. Wyczołgałam się spod ciężkiego pudła i podniosłam chwiejnie na łokciach.
    Jared trzymał się za nos, coś ciemnego ściekało mu po ustach. Oczy miał szeroko otwarte ze zdziwienia. Jamie stał naprzeciw niego z wściekłym wyrazem twarzy i dłońmi zaciśniętymi w pięści.
    Jared spoglądał na niego w szoku. Twarz chłopca zaczęła łagodnieć. W miejsce gniewu pojawiło się rozgoryczenie i żal – tak wielki, że mógł konkurować ze spojrzeniem, jakie Jared posłał w kuchni Jebowi.
    – Myślałem, że jesteś inny – szepnął Jamie. Spoglądał na Jareda jak gdyby z bardzo daleka, jakby dzielił ich mur nie do pokonania.
    W oczach stanęły mu łzy. Odwrócił głowę, wstydząc się swojej słabości, po czym oddalił się szybkim, niespokojnym krokiem.
    Starałyśmy się, pomyślała smutno Melanie. Serce wyrywało jej się za bratem, choć jednocześnie pragnęła, bym zwróciła wzrok w stronę Jareda. Dałam jej to, czego chciała.
    Jared w ogóle na mnie nie spoglądał. Trzymał się za nos, wpatrzony w ciemności, w których przed chwilą zniknął Jamie.
    – Do diabła! – krzyknął nagle. – Jamie! Wracaj!
    Odpowiedziała mu cisza.
    Zerknął ponuro w moim kierunku, przyprawiając mnie o dreszcz, choć jego gniew zdawał się ustępować; potem podniósł z ziemi latarkę, kopnął zawadzający mu karton i ruszył za chłopcem.
    – Przepraszam! Nie płacz. – Zniknął za zakrętem, co chwila coś wołając. Zostałam sama.
    Przez dłuższą chwilę musiałam się koncentrować na oddychaniu. W skupieniu wdychałam i wydychałam powietrze z płuc. Kiedy już poczułam, że mam to opanowane, spróbowałam się podnieść. Minęło kilka sekund, nim przypomniałam sobie, jak poruszać nogami, ale ponieważ trzęsły mi się i uginały, usiadłam z powrotem pod ścianą i przesuwałam się wzdłuż niej, dopóki nie znalazłam worka z ryżem. Oparłam na nim głowę i zabrałam się do oceny obrażeń.
    Niczego sobie nie złamałam. Co innego Jared, tu nie miałam już pewności. Potrząsnęłam wolno głową. Jamie i Jared nie powinni się bić. Ściągnęłam na nich tyle nieszczęścia. Westchnęłam i skupiłam się z powrotem na ciele. Czułam rozległy ból w środkowej części pleców. Poza tym piekła mnie część twarzy, którą uderzyłam o ścianę. Dotknęłam skóry i poczułam szczypanie, a na palcach została mi ciepła maź. Ogólnie rzecz biorąc, nie było jednak najgorzej. Resztę obrażeń stanowiły niegroźne siniaki i zadrapania.
    Uświadomiłam to sobie i niespodziewanie ogarnęła mnie wielka ulga.
    Żyję. Jared miał okazję mnie zabić i tego nie zrobił. Wolał iść pogodzić się z Jamiem. Wygląda więc na to, że stosunki między nimi, choć mocno z mojego powodu nadszarpnięte, dadzą się naprawić.
    To był długi dzień – nawet zanim wrócił Jared, a miałam wrażenie, że od tamtej chwili minęła wieczność. Zamknęłam oczy, nie ruszając się z miejsca, i usnęłam z głową na worku ryżu.

Rozdział 28

Tajemnica

    Obudziłam się w zupełnych ciemnościach, zdezorientowana. Zdążyłam się bowiem przyzwyczaić do promieni słońca oznajmiających nadejście poranka. W pierwszej chwili myślałam, że ciągle jest noc, ale pieczenie na twarzy i ból pleców przypomniały mi, gdzie jestem.
    W pobliżu ktoś cicho i równo oddychał. Nie wystraszyłam się – ten odgłos był mi dobrze znajomy. Nie dziwiło mnie, że Jamie wrócił, by ze mną spać.
    Być może zbudziła go zmiana w moim oddechu, a może po prostu byliśmy nieźle zsynchronizowani. W każdym razie chwilę po tym, jak się ocknęłam, nabrał głęboko powietrza.
    – Wanda?
    – Jestem.
    Odetchnął z ulgą.
    – Strasznie tu ciemno.
    – To prawda.
    – Myślisz, że już pora śniadania?
    – Nie wiem.
    – Jestem głodny. Chodźmy sprawdzić.
    Odpowiedziałam milczeniem.
    Odczytał je właściwie, czyli jako odmowę.
    – Nie musisz się tu ukrywać – powiedział po chwili, przekonany o prawdziwości tych słów. – Rozmawiałem wczoraj z Jaredem. Przestanie ci dokuczać, obiecał.
    Dokuczać. Prawie się uśmiechnęłam.
    – Pójdziesz ze mną? – nalegał. Znalazł w ciemnościach moją dłoń.
    – Naprawdę tego chcesz? – zapytałam cicho.
    – Tak. Wszystko będzie tak jak wcześniej.
    Mel? Co o tym sądzisz?
    Nie wiem. Była rozdarta. Wiedziała, że nie potrafi się zdobyć obiektywizm. Pragnęła znowu zobaczyć Jareda.
    To szalone, wiesz o tym.
    Nie bardziej niż to, że ty też za nim tęsknisz.
    – Dobra – zgodziłam się. – Ale nie gniewaj się, jeśli nie będzie tak samo jak wcześniej, dobrze? Jeżeli znowu będą jakieś kłopoty… Po prostu niech cię to nie zdziwi.
    – Wszystko będzie w porządku. Zobaczysz.
    Pozwoliłam się poprowadzić przez tunel za rękę. Do jaskini z ogrodem wchodziłam spięta. Nie mogłam być dzisiaj pewna niczyjej reakcji. Kto wie, jakie słowa padły, gdy spałam?
    Ale ogród był pusty, choć jasno oświetlony promieniami porannego słońca. Odbijały się od setek lusterek i na początku całkiem mnie oślepiły.
    Jamie nawet się nie rozejrzał po jaskini, wzrok miał utkwiony w mojej twarzy, a kiedy ukazała mu się w świetle dnia, zasyczał, wciągając powietrze przez zęby.
    – O nie! – zadyszał. – Nic ci nie jest? Bardzo boli?
    Przejechałam delikatnie palcami po twarzy. Była nierówna od piasku i żwiru w zakrzepłej krwi. Najlżejszy dotyk sprawiał mi ból.
    – To nic takiego – szepnęłam. Pusta jaskinia napawała mnie lękiem, bałam się mówić zbyt głośno. – Gdzie są wszyscy?
    Jamie wzruszył ramionami, nie odrywając wzroku od mojej twarzy.
    – Pewnie są zajęci – odparł, nie ściszając głosu.
    Przypomniało mi się, że poprzedniego wieczoru nie chciał mi czegoś powiedzieć. Ściągnęłam brwi.
    Jak myślisz, o co może chodzić?
    Wiesz tyle samo co ja.
    Ale ty jesteś człowiekiem. Myślałam, że masz intuicję czy coś w tym rodzaju.
    Intuicję? Intuicja podpowiada mi, że nie znamy tego miejsca tak dobrze, jak nam się wydaje.
    Zadumałyśmy się nad złowróżbnym wydźwiękiem tych słów.
    Kiedy chwilę później usłyszałam dobiegające z kuchni normalne odgłosy śniadania, poczułam coś w rodzaju ulgi. Nie to, żebym miała szczególną ochotę kogoś spotkać – oczywiście nie licząc chorobliwej tęsknoty za Jaredem – ale cisza opustoszałych tuneli w połączeniu z wiedzą, iż coś jest przede mną ukrywane, budziła we mnie rosnący niepokój.
    Kuchnia nie była wypełniona nawet w połowie – jak na tę porę dnia było to cokolwiek dziwne. Nie roztrząsałam tego jednak, gdyż całą moją uwagę zaprzątał zapach wydobywający się z kamiennego pieca.
    – Ooo – westchnął Jamie. – Jajka!
    Prowadził mnie teraz szybciej, zresztą ja sama wcale się nie opierałam. Popędziliśmy do blatu przy piecu, gdzie z plastikową chochlą stała Lucina, matka chłopców. Zazwyczaj śniadanie każdy robił sobie sam – ale też zwykle były to suche bułki.
    Odpowiadając, spoglądała tylko na Jamiego.
    – Godzinę temu smakowały lepiej.
    – Teraz też będą smakować – odparł podekscytowany. – Wszyscy już jedli?
    – Raczej tak. Doktorowi i reszcie ktoś chyba zaniósł tacę… – Lucina przerwała i dopiero teraz pierwszy raz na mnie zerknęła, podobnie zresztą jak Jamie. Nie rozumiałam wyrazu jej twarzy – zbyt szybko zniknął, ustępując miejsca reakcji na mój wygląd.
    – Dużo jeszcze zostało? – zapytał. Tym razem jego entuzjazm wydał mi się odrobinę wymuszony.
    Lucina obróciła się i pochyliła, by za pomocą chochli ściągnąć blaszaną patelnię z gorących kamieni na spodzie pieca.
    – Ile chcesz? Jest dużo – powiedziała, nadal odwrócona.
    – Udajmy, że jestem Kyle’em – odparł ze śmiechem.
    – Porcja à la Kyle, proszę cię bardzo. – Uśmiechnęła się, ale oczy miała smutne.
    Napełniła jedną z miseczek po brzegi nieco gumowatą jajecznicą, wyprostowała się i podała ją Jamiemu.
    Zerknęła na mnie ponownie i tym razem zrozumiałam, o co jej chodzi.
    – Usiądźmy gdzieś – odezwałam się, trącając Jamiego. Spojrzał na mnie zdumiony.
    – A ty? Nie chcesz jajecznicy?
    – Nie, nie jestem… – Już miałam powiedzieć „głodna”, gdy nagłe zaburczało mi głośno w brzuchu.
    – Ej, co jest? – Spojrzał na mnie, a potem znowu na stojącą z założonymi rękami Lucinę.
    – Wystarczy mi chleb – wymamrotałam, próbując odciągnąć go od blatu.
    – Nie, nie. Lucino, w czym problem? – Popatrzył na nią pytająco. Stała nieruchomo. – Jeżeli już skończyłaś, mogę cię zastąpić – dodał, po czym przymrużył oczy i zacisnął usta.
    Lucina wzruszyła ramionami i odłożyła chochlę na kamienny blat, a następnie oddaliła się powoli, ani razu na mnie nie spojrzawszy.
    – Jamie – wyszeptałam spiesznym głosem. – To jedzenie nie jest dla mnie. Jared i reszta nie ryzykowali życia po to, żebym mogła zjeść na śniadanie jajecznicę. Chleb mi wystarczy.
    – Nie bądź głupia – odparł. – Mieszkasz tu tak jak wszyscy inni. Nikt nic nie mówi, jak pierzesz im rzeczy i pieczesz dla nich chleb. Poza tym trzeba zjeść te jajka, póki są świeże. Inaczej się zmarnują.
    Czułam na plecach wzrok wszystkich obecnych.
    – Może niektórzy woleliby je wyrzucić – odparłam jeszcze ciszej, tak by nikt inny nie usłyszał.
    – Zapomnij – burknął Jamie. Jednym susem przesadził blat i napełnił drugą miseczkę, po czym gwałtownym ruchem wyciągnął ją ku mnie. – Masz zjeść wszystko – oznajmił stanowczo.
    Spojrzałam na jajecznicę i poczułam, jak cieknie mi ślina. Mimo to odsunęłam miseczkę od siebie i założyłam ręce na piersi.
    Jamie zmarszczył brwi.
    – Okej – powiedział, kładąc swoją porcję na blat i gwałtownie ją odpychając. – Skoro ty nie jesz, ja też nie. – Kiedy zamilkł, zabulgotało mu w żołądku. Założył ręce.
    Patrzyliśmy na siebie przez dwie długie minuty, wdychając zapach jajek. Ciszę przerywało tylko burczenie naszych głodnych brzuchów. Jamie co pewien czas zerkał na jedzenie kątem oka. Właśnie to tęskne spojrzenie sprawiło, że się poddałam.
    – Dobra – westchnęłam. Popchnęłam miseczkę z powrotem ku niemu i sięgnęłam po własną. Nie ruszył swojej porcji, dopóki nie wzięłam pierwszego kęsa. Gdy poczułam smak jajek na języku, miałam ochotę głośno westchnąć. Wystygłe i gumowate, nie mogły być najlepszą rzeczą, jakiej kiedykolwiek skosztowałam, ale właśnie tak się czułam. Moje ciało żyło teraźniejszością.
    Jamie zareagował podobnie. Chwilę później zaczął wcinać jajecznicę tak szybko, że zdawał się w ogóle nie robić przerw na oddech. Przyglądałam mu się uważnie, pilnując, aby się nie udusił.
    Sama jadłam wolniej w nadziei, że kiedy skończy, uda mi się go przekonać, by zjadł część mojej porcji.
    Dopiero teraz, kiedy doszłam z Jamiem do porozumienia i zaspokoiłam głód, zdałam sobie sprawę z panującej w kuchni atmosfery.
    Biorąc pod uwagę to, że po wielu miesiącach monotonnej diety podano na śniadanie jajka, można się było spodziewać weselszych nastrojów. Tymczasem wszyscy byli raczej ponurzy i rozmawiali ściszonymi głosami. Czy to z powodu wczorajszego zajścia? Rozglądałam się po twarzach, próbując zrozumieć, w czym rzecz.
    Co prawda niektórzy zerkali w moją stronę, ale szeptem mówili wszyscy, łącznie z tymi, którzy w ogóle nie zwracali na mnie uwagi. Poza tym nie wyglądali na złych, zawstydzonych czy spiętych. Nie okazywali żadnych uczuć, których się po nich spodziewałam.
    Byli za to s m u t n i. Na każdej twarzy malowało się przygnębienie.
    Ostatnią osobą, którą zauważyłam, była Sharon, siedząca w odległym kącie, jak zwykle samotnie. Jadła śniadanie mechanicznymi ruchami, w sposób tak opanowany, że w pierwszej chwili nie zauważyłam łez ściekających jej po twarzy. Kapały do jedzenia, ale zupełnie nie zwracała na to uwagi.
    – Czy Doktorowi coś się stało? – zapytałam Jamiego szeptem, nagle wystraszona. Zastanawiałam się, czy nie zachowuję się jak paranoik – może to nie ma nic wspólnego ze mną? Panujący tu smutek wydawał się częścią jakiegoś dramatu, o którym nie miałam pojęcia. Czy właśnie dlatego wszyscy poznikali? Czy zdarzył się jakiś wypadek?
    Jamie spojrzał w stronę Sharon i westchnął.
    – Nie, Doktor jest cały i zdrowy.
    – Ciotka Maggie? Coś z nią nie tak?
    Potrząsnął głową.
    – Gdzie jest Walter? – zapytałam, nadal szepcząc. Na myśl o tym, że komukolwiek, nawet któremuś z moich wrogów, mogła się stać krzywda, ogarnął mnie niepokój.
    – Nie wiem. Ale na pewno nic mu nie jest.
    Dotarto do mnie, że Jamie jest tak samo przygnębiony jak pozostali.
    Jadł teraz wolno i w skupieniu.
    – Co się stało, Jamie? Czemu jesteś smutny?
    Jamie spuścił wzrok na jajecznicę i nic nie odpowiedział.
    Do końca posiłku nie odezwał się już ani słowem. Kiedy skończył, próbowałam podsunąć mu resztę swojej porcji, ale zmierzył mnie tak srogim spojrzeniem, że cofnęłam rękę i sama zjadłam to, co zostało.
    Odłożyliśmy miseczki do plastikowego pojemnika z brudnymi naczyniami. Był pełny, więc postanowiłam zabrać go ze sobą. Nie byłam pewna, co takiego dzieje się w jaskiniach, ale uznałam, że zmywanie powinno być bezpiecznym zajęciem.
    Jamie nie odstępował mnie na krok i bacznie się rozglądał. Martwiło mnie to. Obiecałam sobie, że w razie kłopotów nie pozwolę, żeby mnie bronił. Problem sam się jednak rozwiązał, gdy przechodząc naokoło ogrodu spotkaliśmy mojego etatowego ochroniarza.
    Ian był cały umorusany – od stóp do głów pokrywał go brud, ciemniejszy w miejscach wilgotnych od potu. Choć twarz miał umazaną na brązowo, znać było po nim zmęczenie. Jak dało się przewidzieć, był w takim samym nastroju jak wszyscy. Zastanawiał mnie jednak brud.
    Nie był to wszechobecny w jaskiniach ciemnofioletowy pył. Ian musiał być rano na pustyni.
    – O, tu jesteś – rzekł pod nosem, gdy nas zobaczył. Szedł żwawo, stawiając długie kroki. Kiedy do nas dołączył, nie zwolnił, lecz chwycił mnie za łokieć. – Schowajmy się tutaj na moment.
    Wciągnął mnie do wąskiego tunelu prowadzącego w stronę wschodniego pola, gdzie powoli dojrzewała już kukurydza. Nie weszliśmy daleko w głąb, lecz przystanęliśmy w ciemnościach, niewidoczni z dużej jaskini. Poczułam, jak Jamie kładzie mi lekko dłoń na ramieniu.
    Po upływie pół minuty w jaskini z ogrodem rozbrzmiały echem głębokie głosy. Nie były gwałtowne, lecz posępne, tak jak twarze wszystkich ludzi, których dzisiaj spotkałam. Mijały nas w bliskiej odległości, Ian zacisnął dłoń na moim łokciu, wczepiając palce w miękkie miejsce nad kością. Poznałam głosy Jareda i Kyle’a. Melanie zaczęła wyrywać się do przodu, ja sama również miałam na to ochotę. Obie pragnęłyśmy ujrzeć twarz Jareda. Na szczęście Ian trzymał nas w ryzach.
    – …nie wiem, dlaczego w ogóle mu na to pozwalamy. Jak koniec, to koniec – mówił Jared.
    – Naprawdę myślał, że tym razem będzie inaczej… Zresztą, jeżeli kiedyś w końcu mu się uda, to znaczy, że było warto – dyskutował Kyle.
    – Jeżeli. – Jared prychnął. – Chyba dobrze, że znaleźliśmy tę brandy. Chociaż jeśli będzie pił w takim tempie, to do wieczora obali całą skrzynkę.
    – Nie zdąży, prędzej zaśnie – odparł Kyle. Jego głos zaczął ginąć w oddali. – Szkoda, że Sharon nie… – Dalej nic już nie zrozumiałam.
    Ian czekał, aż głosy całkiem ucichną, potem wytrwał jeszcze parę minut i dopiero wtedy mnie puścił.
    – Jared obiecał – rzucił w jego stronę Jamie.
    – Ale Kyle nie – brzmiała odpowiedź.
    Weszli z powrotem do słonecznej jaskini. Podążyłam wolno za nimi. Nie do końca wiedziałam, jak się czuję. Dopiero teraz Ian zauważył, że coś niosę.
    – Nie czas teraz na zmywanie – powiedział. – Najpierw niech tamci się umyją i sobie pójdą.
    Myślałam, czy go nie zapytać, dlaczego jest brudny, ale pewnie by nie odpowiedział, tak jak wcześniej Jamie. Zamyślona obróciłam głowę w stronę tunelu prowadzącego do łaźni.
    Ian wydał gniewny odgłos.
    Popatrzyłam na niego przestraszona i zrozumiałam, co go zdenerwowało – dopiero teraz zobaczył moją twarz.
    Wyciągnął rękę, jakby chciał mi unieść podbródek, ale opuścił ją, zobaczywszy, że drgnęłam nerwowo.
    – Aż mnie skręca. – Głos miał taki, jakby naprawdę było mu niedobrze. – Chociaż chyba najbardziej boli mnie myśl, że gdybym pojechał z nimi, to pewnie byłbym gotów ci zrobić to samo.
    Potrząsnęłam głową.
    – To nic takiego, Ian.
    – Mam na ten temat inne zdanie – mruknął, po czym zwrócił się do Jamiego: – Powinieneś chyba iść do szkoły. Im szybciej wszystko wróci do normalności, tym lepiej.
    Jamie jęknął.
    – Sharon będzie dzisiaj straszna.
    Ian uśmiechnął się.
    – No trudno, młody, ktoś musi to wziąć na siebie. Ale wcale ci nie zazdroszczę.
    Jamie westchnął i kopnął żwir.
    – Pilnuj Wandy.
    – No ba.
    Jamie oddalił się niespiesznym krokiem, parę razy oglądając się za siebie, aż w końcu po kilku minutach zniknął w jednym z tuneli.
    – Daj, ja poniosę – odezwał się Ian i zabrał mi pojemnik z naczyniami, zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć.
    – Potrafię je unieść – powiedziałam.
    Uśmiechnął się znowu.
    – Głupio mi tak stać z pustymi rękoma i patrzeć, jak je taszczysz. Taki już ze mnie dżentelmen, nic nie poradzę. No, chodźmy usiąść w jakimś ustronnym miejscu i tam poczekamy, aż zwolnią łazienkę.
    Podążyłam za nim. Jego słowa były dla mnie niezrozumiałe. Dlaczego miałby się poczuwać do dżentelmeństwa w mojej obecności?
    Zaszliśmy aż na pole kukurydzy, a wtedy Ian zaczął iść wzdłuż bruzd, między rzędami łodyg. Szłam za nim, nieco w tyle, dopóki nie zatrzymał się mniej więcej na środku pola. Odłożył pojemnik z naczyniami i wyciągnął się na ziemi.
    – No tak, to rzeczywiście ustronne miejsce – przyznałam, siadając obok i krzyżując nogi. – Ale czy nie powinniśmy pracować?
    – Pracujesz zbyt ciężko, Wando. Jesteś jedyną osobą, która nigdy nie robi sobie wolnego.
    – Przynajmniej mam zajęcie – bąknęłam.
    – Wszyscy mają dziś przerwę, więc ty też możesz.
    Przyjrzałam mu się. Oświetlone promieniami słońca łodygi kukurydzy rzucały na niego krzyżujące się cienie. Twarz miał pobladłą i zmęczoną.
    – Wyglądasz, jakbyś pracował.
    Przymrużył oczy.
    – Ale teraz odpoczywam.
    – Jamie nie chce mi powiedzieć, co jest grane – wybąknęłam.
    – Ja też ci nie powiem. – Westchnął. – Nie chcesz wiedzieć.
    Ścisnęło mnie w dołku. Wbiłam wzrok w fioletowo-brązową ziemię. Nie rozumiałam, co może być gorsze od niewiedzy, ale pewnie po prostu brakowało mi wyobraźni.
    – To trochę nie fair – odezwał się Ian po chwili – bo sam nie chcę nic powiedzieć, ale czy mogę ci zadać pytanie?
    Ucieszyła mnie zmiana tematu.
    – Dawaj.
    Nie zaczął od razu, więc podniosłam wzrok. Teraz to on miał spuszczone oczy; wpatrywał się w smugi brudu na dłoniach.
    – Wiem, że mogę ci ufać. Teraz już wiem – powiedział cicho. – Uwierzę ci, cokolwiek odpowiesz.
    Przerwał na chwilę, wciąż spoglądając na nie.
    – Wcześniej nie kupowałem tego, co mówił Jeb, ale… on i Doktor są pewni swego… Wando? – zapytał, podnosząc wzrok i spoglądając mi w twarz. – Czy ona tam ciągle z tobą jest? Ta dziewczyna?
    Nie była to już tajemnica – zarówno Jamie, jak i Jeb znali prawdę. Zresztą przestała mieć znaczenie. Poza tym ufałam Ianowi, wiedziałam, że nie wypapla tego nikomu, kto byłby gotów mnie zabić.
    – Tak. Melanie żyje.
    Kiwnął powoli głową.
    – Jak to jest? Dla ciebie? Dla niej?
    – To… frustrujące dla nas obu. Na początku oddałabym wszystko, byleby sprawić, że zniknie. Ale potem… przyzwyczaiłam się do niej. – Uśmiechnęłam się krzywo. – Czasem miło jest mieć towarzystwo. Dla niej to dużo trudniejsze. Pod wieloma względami jest jak więzień zamknięty w mojej głowie. Ale wolała pogodzić się z takim życiem niż zniknąć.
    – Nie wiedziałem, że człowiek ma wybór.
    – Na początku tak nie było. Dopiero gdy ludzie zorientowali się w sytuacji, zaczęli stawiać opór. To chyba właśnie jest klucz – świadomość zgrożenia. Ci, którzy dali się zaskoczyć, w ogóle się nie bronili.
    – A gdyby mnie złapali?
    Przyjrzałam się jego walecznej twarzy, roziskrzonym oczom.
    – Nie sądzę, byś zniknął. Tylko że ostatnio trochę się pozmieniało. Dorosłych ludzi nie używa się już jako żywicieli. Za dużo było z nimi problemów. – Znów lekko się uśmiechnęłam. – Takich jak mój. Zmiękłam, zaczęłam współczuć żywicielowi, pobłądziłam…
    Rozmyślał o tym przez dłuższą chwilę, spoglądając od czasu do czasu na moją twarz, czasem na kukurydzę, a czasem – na nic.
    – W takim razie co by ze mną zrobili, gdyby mnie złapali? – zapytał w końcu.
    – Pewnie i tak wszczepiliby ci duszę, prawdopodobnie Łowcę, żeby się czegoś dowiedzieć.
    Wzdrygnął się.
    – Ale później, niezależnie od tego, czy dowiedzieliby się czegoś, czy nie, zostałbyś… usunięty. – Wymówiłam to słowo z dużym trudem. Napawało mnie wstrętem. Dziwne – zwykle to ludzkie wymysły budziły we mnie odrazę. Ale też nigdy wcześniej nie oceniałam sytuacji z perspektywy ciała, bo i na żadnej innej planecie nie byłam do tego zmuszona. Ciał, które nie funkcjonowały, jak należało, szybko i bezboleśnie się pozbywano, gdyż były bezużyteczne, zupełnie jak niesprawny samochód. Jaki był sens trzymania ich przy życiu? Mogły też decydować pewne przypadłości umysłowe: groźne żądze i uzależnienia, czyli nieuleczalne słabości stwarzające zagrożenie dla innych. Oczywiście pozbywano się też silnych umysłów, które nie chciały zniknąć. Ta ostatnia kategoria była swoistą anomalią, po raz pierwszy zaobserwowaną na Ziemi.
    Dopiero teraz, gdy patrzyłam Ianowi w oczy, dotarło do mnie z całą mocą, jakie to okropne – traktować hart ducha jako defekt.
    – A gdyby c i e b i e złapali? – zapytał.
    – Gdyby wiedzieli, kim jestem… jeżeli ciągle mnie szukają… – Pomyślałam o Łowczyni i wzdrygnęłam się tak samo jak on przed chwilą. – Przenieśliby mnie do innego żywiciela. Młodego, potulnego. W nadziei, że będę znowu sobą. Może wysłaliby mnie na inną planetę, żeby uchronić przed złym wpływem.
    – I byłabyś znowu sobą? Spojrzałam mu w oczy.
    – Jestem sobą. Nie zniknęłam. Czułabym to samo co teraz, nawet będąc Kwiatem albo Niedźwiedziem.
    – Nie u s u n ę l i b y cię?
    – Nie, bo jestem duszą. U nas nie ma kary śmierci. W ogóle nie ma kar. Cokolwiek by zrobili, kierowaliby się moim dobrem. Kiedyś wierzyłam, że nie istnieje żaden powód, by miało być inaczej, ale zdaje się, że mój przypadek temu przeczy. Chyba jednak należałoby mnie usunąć. W końcu jestem zdrajczynią, nieprawdaż?
    Ian zacisnął usta.
    – Prędzej… emigrantką. Nie zdradziłaś ich, tylko wyemigrowałaś.
    Ponownie zamilkliśmy. Chciałam wierzyć w prawdziwość jego słów.
    Zastanawiałam się nad wyrazem „emigrantka“, próbując przekonać siebie, że rzeczywiście nie zasługuję na gorszy epitet.
    Ian westchnął głośno, aż drgnęłam.
    – Jak Doktor wytrzeźwieje, obejrzy ci twarz. – Wyciągnął dłoń i dotknął mojego podbródka. Tym razem nie odskoczyłam. Obrócił moją głowę w bok, by przyjrzeć się ranie.
    – To nic pilnego. Na pewno wygląda gorzej, niż jest naprawdę.
    – Mam nadzieję, bo wygląda okropnie. – Westchnął i przeciągnął się. – No, chyba daliśmy Kyle’owi dość czasu, żeby się umył i poszedł spać. Pomóc ci z naczyniami?
    Ian nie pozwolił mi zmywać w strumyku, gdzie robiłam to do tej pory. Nalegał, żebyśmy zabrali je do łaźni, gdzie nikt mnie nie zobaczy. Szorowałam naczynia w płytkiej wodzie, podczas gdy on obmywał się z zagadkowego brudu. Później pomógł mi dokończyć zmywanie.
    Kiedy skończyliśmy, odprowadził mnie z powrotem do kuchni, gdzie ludzie zbierali się już powoli na lunch. Serwowano kolejne świeże produkty, kromki miękkiego białego chleba, plasterki ostrego sera cheddar, krążki soczystej różowej mortadeli. Zajadano się tym wszystkim bez opamiętania, lecz wciąż wyczuwałam ogólną posępność, która objawiała się choćby spuszczonymi głowami i brakiem uśmiechów.
    Jamie czekał na mnie przy tym samym blacie co zwykle. Przed sobą miał stertę nietkniętych kanapek, lecz siedział z założonymi rękoma. Ian spojrzał na niego z zaciekawieniem, ale nic nie powiedział, tylko poszedł wziąć sobie jedzenie.
    Usiadłam naprzeciw Jamiego, przewróciłam oczami i ugryzłam kęs. Gdy tylko zobaczył, że nie udaję, sam zabrał się do jedzenia. Wkrótce zjawił się Ian i jedliśmy w milczeniu we troje. Wszystko było tak smaczne, że nikomu nie chciało się otwierać ust.
    Nasyciłam się dwoma kanapkami, ale Jamie i Ian jedli dalej, dopóki nie zaczęli pojękiwać. Ian wyglądał, jakby miał się zaraz przewrócić. Oczy same mu się zamykały.
    – No, młody, wracaj na lekcje.
    Jamie zmierzył go wzrokiem.
    – Może powinienem cię zmienić…
    – Idź na lekcje – ucięłam szybko. Z dala ode mnie był bezpieczniejszy.
    – Zobaczymy się później, tak? Nie martw się o… o nic.
    – Jasne. – Krótkie kłamstwo zabrzmiało w moich ustach całkiem naturalnie. A może po prostu znowu zebrało mi się na sarkazm.
    Kiedy Jamie już sobie poszedł, zwróciłam się do sennego Iana.
    – Idź odpocząć. Poradzę sobie – schowam się w jakimś bezpiecznymi miejscu. Na przykład w kukurydzy.
    – Gdzie wczoraj spałaś? – zapytał.
    Oczy miał na wpół zamknięte, ale zaskakująco czujne.
    – Dlaczego pytasz?
    – Mogę tam teraz z tobą pójść i się położyć.
    Rozmawialiśmy ściszonymi głosami, niemalże szeptem. Nikt nie zwracał na nas najmniejszej uwagi.
    – Nie możesz mnie pilnować bez przerwy.
    – Założymy się?
    Wzruszyłam ramionami w geście kapitulacji.
    – Byłam z powrotem w… celi. Tam, gdzie mieszkałam na samym początku.
    Ian zmarszczył brwi – nie spodobało mu się to – ale wstaliśmy i ruszyliśmy do przechowalni. W jaskini z ogrodem znowu roiło się od ludzi, lecz wszyscy mieli zmartwione twarze i spuszczony wzrok.
    Gdy znaleźliśmy się sami w ciemnym korytarzu, ponownie spróbowałam przemówić mu do rozsądku.
    – Ian, jaki to ma sens? Nie rozumiesz, że im dłużej żyję, tym gorzej Jamie to zniesie? Sam powiedz, czy nie będzie dla niego lepiej, jeśli…
    – Nie myśl w ten sposób, Wando. Wcale nie musisz zginąć. Nie jesteśmy zwierzętami.
    – Nie uważam cię za zwierzę – odrzekłam cicho.
    – Dzięki. Ale to nie miało zabrzmieć jak wyrzut. Gdybyś uważała mnie za zwierzę, nie miałbym do ciebie o to żalu.
    Musieliśmy nagle przerwać rozmowę, gdyż oboje zobaczyliśmy w dali bladoniebieską poświatę.
    – Cii – szepnął Ian. – Poczekaj tu.
    Nacisnął mi lekko ramię, dając do zrozumienia, bym nie ruszała się z miejsca. Potem ruszył śmiało przed siebie. Po chwili zniknął za zakrętem.
    – Jared? – usłyszałam, jak udaje zaskoczonego. Poczułam ciężar na sercu, bardziej ból niż strach.
    – Wiem, że jest z tobą – odezwał się Jared podniesionym głosem, który musiało być słychać w całym tunelu. – Wyłaź, gdziekolwiek się chowasz! – zawołał surowym, szyderczym głosem.

Rozdział 29

Zdrada

    Może trzeba było uciekać. Lecz tym razem nikt mnie nie trzymał, a słowa Jareda, choć lodowate i pełne złości, były skierowane do mnie. Melanie wyrywała się do przodu jeszcze bardziej ochoczo niż ja. Minęłam powoli zakręt i zatrzymałam się w niebieskim świetle.
    Ian stał zaledwie parę kroków przede mną, przyczajony, gotowy w każdej chwili odeprzeć atak.
    Lecz Jared siedział na ziemi na jednej z mat, które zostawiliśmy tutaj z Jamiem. Wydawał się równie zmęczony jak Ian, ale też miał tak samo czujne spojrzenie.
    – Spokojnie – zwrócił się do Iana. – Chcę z nim tylko porozmawiać. Obiecałem młodemu i chcę dotrzymać słowa.
    – Gdzie Kyle? – zapytał Ian.
    – Chrapie. Obawiam się, że wasz pokój może się zawalić.
    Ian ani drgnął.
    – Nie kłamię, Ian. Nie chcę zabić pasożyta. Jeb ma racje. Nieważne, jak bardzo to wszystko jest zagmatwane. Jamie ma tyle samo do powiedzenia co ja, a skoro dał się całkiem omotać, to chyba szybko zdania nie zmieni.
    – Nikt nikogo nie omotał – warknął łan.
    Jared machnął dłonią, ucinając dyskusję.
    – Mniejsza z tym, chcę tylko powiedzieć, że nic mu nie grozi. – Po raz pierwszy spojrzał w moją stronę. Patrzył, jak stoję wciśnięta w ścianę, obserwował moje roztrzęsione dłonie. – Nie zrobię ci więcej krzywdy – powiedział.
    Zrobiłam mały krok do przodu.
    – Nie musisz z nim rozmawiać, jeśli nie chcesz, Wando – rzucił Ian. – To nie żaden obowiązek, nikt cię do tego nie zmusza. Masz wolny wybór.
    Jared ściągnął brwi ze zdziwienia.
    – Nie – odszepnęłam. – Porozmawiam z nim. – Zrobiłam kolejny kroczek. Jared uniósł dłoń i dwukrotnie skinął zapraszająco palcami.
    Szłam wolno, co chwila przystając. Wreszcie zatrzymałam się metr od niego. Ian postępował w ślad za mną, tuż obok.
    – Chciałbym porozmawiać z nim sam, jeśli nie masz nic przeciwko – zwrócił się do niego Jared.
    – Oczywiście, że mam – odparł Ian, nie ruszając się z miejsca.
    – Nie, Ian, nie trzeba. Idź się przespać. Dam sobie radę. – Trąciłam go lekko w ramię.
    Ian spojrzał na mnie z niepewną miną.
    – Nie próbujesz mnie czasem oszukać? Poświęcić się dla małego?
    – Nie. Jared nie okłamałby Jamiego.
    Jared skrzywił się na dźwięk swojego imienia, które na dodatek wypowiedziałam stanowczo.
    – Proszę cię, Ian – ciągnęłam. – Chcę z nim porozmawiać.
    Ian przyglądał mi się przez dłuższą chwilę, potem popatrzył krzywo na Jareda.
    – To nie jest żaden on, tylko Wanda. Nie wolno ci jej tknąć. Spróbuj zrobić jej krzywdę, a połamię ci gnaty.
    Skrzywiłam się.
    Ian odwrócił się gwałtownie i rozpłynął w mrokach tunelu.
    Przez chwilę oboje milczeliśmy, zapatrzeni w ciemności. Pierwsza zerknęłam na niego, gdy wciąż jeszcze spoglądał za Ianem. Kiedy wreszcie popatrzył na mnie, spuściłam wzrok.
    – No proszę. Chyba nie żartował, co? – zapytał.
    Potraktowałam to jako pytanie retoryczne.
    – Siadaj śmiało – powiedział i poklepał matę.
    Po chwili zastanowienia usiadłam pod tą samą ścianą, lecz na drugim końcu posłania, niedaleko wejścia do groty. Melanie była niepocieszona, chciała mieć go bliżej, czuć jego ciepło i zapach.
    Ja tego nie chciałam. Nie bałam się, że zrobi mi krzywdę – złość mu przeszła, wyglądał jedynie na zmęczonego. Po prostu nie chciałam. Było w tej bliskości coś bolesnego.
    Przyglądał mi się z twarzą obróconą w bok. Nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy, nie odwracając natychmiast wzroku.
    – Przepraszam za wczoraj – za to, co ci zrobiłem. Nie powinienem.
    Popatrzyłam na swoje dłonie, złączone na kolanach w pięść.
    – Nie musisz się mnie bać.
    Kiwnęłam głową, nie podnosząc wzroku.
    – Wydawało mi się, że mówiłaś, iż chcesz ze mną porozmawiać?
    Wzruszyłam ramionami. Atmosfera nienawiści była tak gęsta, że nie potrafiłam wydobyć z siebie głosu.
    Usłyszałam, że się poruszył. Dźwignął się na ramieniu i przysunął bliżej. Siedział teraz obok mnie, tak jak sobie tego życzyła Melanie. Zbyt blisko – trudno było mi się skupić, a nawet normalnie oddychać – lecz nie potrafiłam się od niego odsunąć. O dziwo, Melanie, która przecież bardzo tej bliskości pragnęła, nagle zaczęła się irytować.
    Co jest? – zapytałam, zaskoczona siłą tego uczucia.
    Nie podoba mi się, że siedzicie obok siebie. To nie w porządku. Nie podoba mi się, że tobie to się podoba. Po raz pierwszy, odkąd opuściłyśmy cywilizację, czułam bijącą od niej wrogość. Byłam w szoku. Poczułam się dotknięta.
    – Mam tylko jedno pytanie – przerwał nam Jared.
    Spojrzałam mu w oczy i od razu odwróciłam twarz, uciekając przed jego surowym wzrokiem, lecz także przed gniewem Melanie.
    – Pewnie się domyślasz. Jeb i Jamie truli mi całą noc…
    Wyczekiwałam pytania, wpatrzona w stojący naprzeciw worek ryżu, moją wczorajszą poduszkę. Kątem oka spostrzegłam, że uniósł rękę, i skuliłam się ze strachu.
    – Nie zrobię ci krzywdy – powtórzył trochę zniecierpliwiony, po czym szorstką dłonią chwycił mnie za podbródek i obrócił twarzą do siebie, bym na niego spojrzała.
    Moje serce zgubiło rytm, a oczy zaszły wilgocią. Zamrugałam, by lepiej widzieć.
    – Wando. – Wypowiedział moje imię powoli, niechętnie – czułam to, mimo że jego głos był spokojny i beznamiętny. – Czy Melanie żyje – jest częścią ciebie? Powiedz mi prawdę.
    Melanie natarła z siłą buldożera. Próbowała się wydostać, sprawiając mi fizyczny ból, zupełnie jak nagły atak migreny.
    Przestań! Nic nie rozumiesz?
    Patrzyłam na ułożenie jego warg, na lekko przymrużone oczy, i nie miałam najmniejszych wątpliwości.
    On myśli, że kłamię, tłumaczyłam jej. Nie chodzi mu o prawdę – szuka tylko dowodów, chce pokazać Jebowi i Jamiemu, że jestem kłamcą. Łowcą, i że trzeba mnie zabić.
    Melanie nie odpowiadała na moje słowa ani im nie wierzyła. Z najwyższym trudem powstrzymywałam ją przed odezwaniem się na głos.
    Jared zauważył krople potu na moim czole, dreszcze targające plecami, i przymrużył oczy. Nadal trzymał mnie za brodę, nie pozwalając, bym odwróciła twarz.
    Jared, kocham cię, próbowała wykrzyknąć. Jestem tu.
    Usta nawet mi nie drgnęły, ale wcale bym się nie zdziwiła, gdyby wyczytał te słowa z moich oczu.
    Każda minuta ciszy dłużyła się w nieskończoność. Obrzydzenie, z jakim na mnie patrzył, wyczekując odpowiedzi, rozdzierało mi serce. Jak gdyby tego było mało, Melanie nie przestawała dźgać mnie od środka swym gniewem. Jej zazdrość wezbrała i zalała mnie potężną falą, przetoczyła się przez moje ciało, trwale je zanieczyszczając.
    Mijały kolejne minuty, aż w końcu nie mogłam już powstrzymać łez. Wylały mi na policzki i spłynęły mu w dłoń. Miał jednak wciąż ten sam wyraz twarzy.
    Poczułam, że dłużej nie mogę. Zamknęłam oczy i szarpnęłam głową w dół. Mógł użyć siły, ale opuścił dłoń.
    Westchnął rozczarowany.
    Myślałam, że sobie pójdzie. Ponownie wlepiłam wzrok w dłonie i czekałam. Bicie serca odmierzało mi upływające minuty. Oboje siedzieliśmy nieruchomo. Pasował do niego ten kamienny bezruch – do jego nowego, twardego oblicza, do oczu zimnych jak głaz.
    Melanie pogrążyła się w zadumie. Porównywała go z mężczyzną, którym był kiedyś. Przypomniała sobie jeden z dawnych dni.

    – No nieeee – jęczą razem Jamie i Jared.
    Jared leży wyciągnięty na skórzanej sofie, Jamie obok na dywanie. Oglądają na telewizorze plazmowym mecz koszykówki. Pasożyty mieszkające w tym domu są w pracy, nasz jeep jest już pełny. Możemy tu spokojnie posiedzieć jeszcze parę godzin.
    Na ekranie dwaj koszykarze grzecznie wyjaśniają między sobą różnicę zdań. Stoją blisko kamery, słychać każde ich stówo.
    – Wydaje mi się, że to ja ostatni dotknąłem piłki.
    – Nie jestem pewien. Nie chciałbym cię oszukać. Może lepiej poprośmy sędziów, żeby sprawdzili zapis wideo.
    Ściskają sobie dłonie i poklepują się po piecach.
    – To jakiś absurd – psioczy Jared.
    – Nie mogę na to patrzeć – przytakuje Jamie, naśladując jego ton. Z każdym dniem mówi coraz bardziej jak Jared – to jeden z wielu przejawów uwielbienia. – Jest coś innego?
    Jared przeskakuje kilka kanałów i zatrzymuje się na transmisji z zawodów lekkoatletycznych. Na Haiti odbywają się właśnie igrzyska olimpijskie. Wygląda na to, że pasożyty bardzo się nimi emocjonują. Wielu zatknęło przed domami olimpijskie flagi. Trochę się jednak pozmieniało. Teraz każdy uczestnik olimpiady dostaje medal. Żałosne.
    Ale bieg na sto metrów przez płotki jeszcze się broni. Współzawodnictwo pasożytów jest o wiele ciekawsze, gdy rywalizują ze sobą oddzielnie, na przykład na osobnych torach,
    – Mel, chodź odpocząć.
    Stoję przy drzwiach z przyzwyczajenia, a nie ze strachu. Stary nawyk i nic więcej.
    Podchodzę do Jareda. Sadza mnie sobie na kolanach i kładzie moją głowę na swoim ramieniu.
    – Dobrze ci?
    – Tak – odpowiadam, bo naprawdę, naprawdę jest mi dobrze. Mimo że to dom obcych.
    Tata miał dużo śmiesznych powiedzonek – czasem można było pomyśleć, że mówi swoim własnym językiem. Ryzyk-fizyk, niech to dunder świśnie, kuku na muniu, wystrychnięty na dudka i coś o wąsach babci. Jednym z jego ulubionych było „jesteśmy w domu”. Mawiał tak, gdy na przykład naprawił mi rower, włączono nam prąd po awarii albo gdy udało nam się schować przed ulewą pod rozłożystym drzewem.
    Potem nagle z dnia na dzień nasze życie zamieniło się w koszmar, a ulubione powiedzenie taty w ponury żart. Domy stały się dla mnie i Jamiego najniebezpieczniejszymi miejscami. – Myślisz, że pasożyty pojechały gdzieś na dłużej? – pytał mnie, gdy opróżniałam czyjąś lodówkę, a ja odpowiadałam: – Zapomnij. Jesteśmy w domu. Wiejemy stąd.
    A teraz siedzę sobie i oglądam telewizję, jak gdybym cofnęła się pięć lat w czasie, jakby mama z tatą siedzieli w pokoju obok, jakbym nigdy nie chowała się z Jamiem w rurze ściekowej przed pasożytami szukającymi złodziei, którzy ukradli paczkę fasoli i talerz zimnego spaghetti.
    Wiem, że nawet gdybyśmy radzili sobie jakoś przez następnych dwadzieścia lat, nigdy nie zaznalibyśmy tego uczucia. Uczucia bezpieczeństwa. A nawet czegoś więcej – szczęścia. Bezpieczeństwo i szczęście – dwie rzeczy, które uważałam za bezpowrotnie stracone.
    Jared daje nam obie, i to nawet szczególnie się nie wysilając – po prostu jest sobą.
    Upajam się zapachem jego skóry i rozkoszuję ciepłem jego ciała. Jared sprawia, że wszędzie jest bezpiecznie. Nawet w domach.

    Ciągle czuję się przy nim bezpieczna, uprzytomniła sobie Melanie, czując ciepło ramienia, którym prawie się ze mną stykał. Choć nie wie nawet, że tu jestem.
    Za to ja nie czułam się bezpieczna. Moja miłość do Jareda wydawała mi się bardziej niebezpieczna niż cokolwiek innego.
    Zastanawiało mnie, czy kochałybyśmy Jareda, gdyby zawsze był taki jak teraz, nigdy taki, jakim go pamiętałyśmy, uśmiechnięty, opiekuńczy i czyniący cuda. Czy poszłaby za nim, gdyby zawsze był tak szorstki i cyniczny? Gdyby utrata ojca i braci podziałała na niego tak jak utrata Melanie?
    Oczywiście, że tak. Melanie nie miała wątpliwości. Kochałabym go w każdej postaci. Kocham go nawet takiego jak teraz.
    Zastanawiałam się, czy to samo dotyczy mnie. Czy kochałabym go, gdyby właśnie taki był w jej wspomnieniach?
    Nie dane mi jednak było pomyśleć o tym dłużej. Jared przemówił znienacka, jak gdyby zaczynał od połowy zdania.
    – I dlatego Jeb i Jamie są przekonani, że można mniej lub bardziej zachować świadomość nawet po… schwytaniu. Są pewni, że Mel ciągle walczy.
    Delikatnie popukał mnie pięścią w głowę. Odsunęłam twarz, a wtedy założył ręce na piersi.
    – Jamie twierdzi, że z nią rozmawia. – Przewrócił oczami. – To naprawdę nie fair, wykorzystywać go w ten sposób. No, ale rozumiem, że odwołując się do moralności, grzeszę naiwnością.
    Otoczyłam się ramionami.
    – Tylko że Jeb ma trochę racji – i to mi nie daje spokoju! O co ci właściwie chodzi? Łowcy nie bardzo wiedzieli, gdzie cię szukać, ani nawet nie wyglądali zbyt… podejrzliwie. Wyglądało to tak, jakby szukali tylko ciebie, a nie nas. Więc może rzeczywiście nic nie wiedzieli o twoich planach. Może jesteś wolnym strzelcem? Może to jakaś tajna misja. Albo…
    Kiedy wygadywał bzdury, łatwiej mi było go ignorować. Skupiłam wzrok na kolanach. Jak zwykle były umazane, fioletowe i czarne.
    – Może mają rację… Przynajmniej co do tego, żeby cię nie zabijać.
    Poczułam całkiem niespodziewane muśnięcie jego palców na skórze, a raczej na gęsiej skórce, o jaką przyprawiły mnie te słowa. Kiedy odezwał się znowu, jego głos zabrzmiał łagodniej.
    – Nikt ci nie zrobi krzywdy. Jeżeli tylko nie będziesz sprawiała kłopotów… – Westchnął. – Nawet rozumiem, o co im chodzi, i może w jakimś chorym sensie to rzeczywiście byłoby złe. Może faktycznie nie ma wystarczającego powodu, żeby… Nie licząc tego, że Jamie…
    Podniosłam głowę. Przyglądał mi się bacznie, badając moją reakcję. Pożałowałam, że okazałam zainteresowanie, i utkwiłam wzrok z powrotem w kolanach.
    – Przeraża mnie to, jak bardzo się przywiązuje – wymamrotał Jared. – Nie powinienem był go zostawiać samego. Nie przyszło mi do głowy… A teraz nie wiem, co robić. On myśli, że Mel żyje. Jak on to zniesie, gdy…
    Nie uszło mojej uwadze, że powiedział „gdy”, a nie „jeżeli”. Wcześniej obiecał, że jestem bezpieczna, ale na dłuższą metę nie dawał mi szans.
    – Nie mogę uwierzyć, że urobiłaś sobie Jeba – rzekł, zmieniając temat. – To stary lis. Potrafił przejrzeć każdego. Aż do teraz.
    Zamyślił się na chwilę.
    – Nie jesteś w nastroju do rozmowy, co?
    Nastała kolejna długa cisza.
    Kiedy odezwał się ponownie, mówił szybko i bez zająknienia.
    – Jedno mnie męczy: co, jeśli oni mają rację? Skąd u diabła ja mam to wiedzieć? Wkurza mnie, że wszystko, co mówią, trzyma się kupy. Musi być jakieś inne wytłumaczenie.
    Melanie znów próbowała odezwać się na głos, choć tym razem mniej zaciekle, bez wiary w sukces. I bez skutku.
    Jared odsunął plecy od ściany, zwracając się całym ciałem w moją stronę. Przyglądałam się temu kątem oka.
    – Co ty tu robisz? – szepnął.
    Spojrzałam ukradkiem na jego twarz. Była łagodna, dobra, prawie taka jak we wspomnieniach. Poczułam, że tracę panowanie, że drżą mi usta. Mnóstwo wysiłku kosztowało mnie utrzymanie rąk na wodzy. Pragnęłam dotknąć jego twarzy. Ja, Wanda. Melanie była zła.
    Skoro nie pozwalasz mi się odezwać, to chociaż trzymaj ręce przy sobie, syknęła.
    Staram się. Przepraszam. Naprawdę było mi przykro. Sprawiałam jej ból. Obie cierpiałyśmy, każda inaczej. Trudno było powiedzieć, która bardziej.
    Znowu miałam łzy w oczach. Jared przyglądał mi się uważnie.
    – Powiesz mi? – zapytał łagodnie. – Wiesz, Jeb sobie ubzdurał, że przyszłaś tu dla mnie i Jamiego. Czy to nie chore?
    Poczułam, jak otwierają mi się usta. Zagryzłam szybko wargę.
    Jared pochylił się wolno i wziął moją twarz w dłonie. Zamknęłam oczy.
    – Powiesz mi?
    Kiwnęłam przecząco głową. Sama już nie wiedziałam, czy to ja dałam znak – że nie powiem, czy Melanie – że nie może.
    Poczułam, jak zaciska mi palce na policzkach. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że nasze twarze dzielą zaledwie centymetry. Serce mi zatrzepotało, żołądek się skurczył – próbowałam złapać oddech, lecz płuca odmawiały mi posłuszeństwa.
    Widziałam po jego spojrzeniu, co zamierza zrobić. Wiedziałam, jaki wykona ruch i co poczuję, gdy przywrze do mnie ustami. A mimo to, kiedy mnie pocałował, było to dla mnie czymś zupełnie nowym i nie dało się porównać z niczym innym.
    Chciał chyba jedynie dotknąć delikatnie moich ust, lecz gdy tylko zetknęliśmy się wargami, rozpętała się burza. Gwałtownie przylgnął do mnie twarzą, poruszając naszymi ustami w szaleńczym rytmie. Było zupełnie inaczej, niż gdy to sobie przypominałam, o wiele intensywniej. Wirowało mi w głowie.
    Ciało przestało się mnie słuchać. Nie miałam już nad nim kontroli – to ono kontrolowało mnie. To nie była Melanie – ciało było teraz silniejsze od nas obu. Moje dzikie dyszenie i jego głośny, prawie warczący oddech odbijały się echem od ścian.
    Straciłam panowanie nad ramionami. Lewa ręką sięgnęła jego twarzy i zagrzebała się w brązowych włosach.
    Moja prawa ręka była szybsza. I nie była moja.
    Wściekła pięść Melanie z głuchym odgłosem wylądowała mu na szczęce.
    Siła uderzenia nie odrzuciła go zbyt daleko, lecz gdy tylko nasze usta się rozdzieliły, odskoczył ode mnie gwałtownie, spoglądając na mnie przerażonymi oczami. Moja twarz musiała być równie przerażona.
    Spojrzałam ze wstrętem na zaciśniętą pięść niczym na skorpiona, który wyrósł mi z dłoni. Zatrzęsła mną odraza. Schwyciłam prawy nadgarstek lewą ręką, by nie pozwolić, aby Melanie znowu użyła przemocy.
    Popatrzyłam na Jareda. Spoglądał na poskromioną pięść, a przerażenie na jego twarzy ustępowało miejsca zdumieniu. Przez moment miał całkiem bezbronną minę. Z jego oczu dało się czytać jak z książki.
    Nie tego się spodziewał – a czegoś spodziewał się na pewno. Wystawił mnie na próbę. Myślał, że potrafi przewidzieć jej rezultat. Zdziwił się jednak.
    Ale czy to oznaczało, że przeszłam ją pomyślnie?
    Ból w piersi nie był dla mnie zaskoczeniem. Zdążyłam się już przekonać, że pękające serce nie jest jedynie wymysłem poetów.
    Wybór pomiędzy walką a ucieczką w rzeczywistości nie istniał – mogłam tylko uciekać. Ponieważ drogę do tunelu zagradzał mi Jared, obróciłam się i rzuciłam w stronę wypchanej kartonami groty.
    Pudła trzeszczały i chrzęściły pod moim ciężarem, gdy wgniatałam je w podłogę i ściany. Z trudem wcisnęłam się w niewielką przestrzeń, zgniatając mniejsze kartony i omijając większe. Poczułam, że Jared próbuje mnie złapać za kostkę, i wkopnęłam pomiędzy nas jedno z cięższych pudeł. Usłyszałam jęknięcie i rozpacz ścisnęła mi gardło. Nie chciałam sprawić mu bólu, w ogóle nie chciałam go uderzyć. Próbowałam tylko uciec.
    Dopiero gdy wcisnęłam się najgłębiej, jak potrafiłam, i przestałam hałasować, usłyszałam własny szloch i poczułam wstyd.
    Wstyd i upokorzenie. Byłam zatrwożona przemocą, do której dopuściłam, świadomie czy nie, ale nie dlatego płakałam. Płakałam, ponieważ Jared poddał mnie jedynie próbie, podczas gdy ja – głupia, uczuciowa istota! – chciałam, żeby to była prawdziwa namiętność.
    Melanie wiła się w bólu, ale każda z nas miała własny powód do rozpaczy. Ja cierpiałam, bo pocałunek nie był prawdziwy, a ona dlatego, że wydał jej się aż nazbyt prawdziwy. Wiele w życiu wycierpiała, ale dotychczas nikt jej nie zdradził. Kiedy ojciec nasłał Łowców na nią i brata, nie był już sobą. Była to tragedia, ale nie zdrada. Ojciec nie żył. Co innego Jared.
    Nikt cię nie zdradził, głupia, ofuknęłam ją. Chciałam, żeby się uspokoiła. Nie mogłam znieść podwójnego ciężaru bólu. Wystarczał mi własny.
    Jak on mógł? Jak mógł? – zawodziła, nie zwracając na mnie uwagi.
    Obie zanosiłyśmy się niekontrolowanym szlochem.
    Ze skraju histerii wyrwało nas jedno krótkie słowo.
    Cichy głos Jareda łamał się i miał w sobie coś dziecięcego.
    – Mel?

Rozdział 30

Choroba

    – Mel? – powtórzył. W jego głosie dało się słyszeć nadzieję, przed którą wcześniej tak bardzo się bronił.
    Targnął mną kolejny szloch.
    – Mel, wiesz, że to było dla ciebie. Dobrze o tym wiesz. Nie dla ni… niego. Wiesz, że to ciebie pocałowałem.
    Załkałam ponownie, tym razem głośniej. Dlaczego nie potrafiłam się uciszyć? Spróbowałam wstrzymać oddech.
    – Mel, jeżeli tam jesteś… – Urwał. Melanie zabolało to „jeżeli”. Znowu wybuchłam szlochem, łapiąc dech.
    – Kocham cię – powiedział Jared. – Nawet jeśli cię tam nie ma, jeśli mnie nie słyszysz. Kocham cię.
    Ponownie wstrzymałam oddech, zagryzając wargę do krwi. Ale ból fizyczny rozpraszał mniej, niżbym chciała.
    Na zewnątrz zrobiło się cicho. Po chwili i ja ucichłam. Nasłuchiwałam, nie skupiając się na niczym innym – nie miałam ochoty myśleć. Nie dochodziły mnie jednak żadne odgłosy.
    Leżałam nieprawdopodobnie powyginana. Najniżej miałam głowę, prawy policzek przywierał do skalnej podłogi. W przekrzywione plecy wrzynała mi się krawędź zgniecionego kartonu, tak że prawy bark miałam wyżej od lewego. Biodra wyginały się w drugą stronę, lewym dotykałam sufitu. Zmagania z pudłami zostawiły ślady na moim ciele – czułam, jak robią mi się siniaki. Wiedziałam, że będę musiała jakoś przekonać Iana i Jamiego, że nabiłam je sobie sama, ale jak? Co im powiem? Że Jared pocałował mnie na próbę, tak jak poraża się prądem szczura, żeby sprawdzić, jak zareaguje?
    Zastanawiałam się też, jak długo wytrwam w tej pozycji. Nie chciałam robić hałasu, ale czułam się, jakby za chwilę miał mi pęknąć kręgosłup. Ból z każdą sekundą doskwierał coraz bardziej. Wiedziałam, że nie wytrzymam zbyt długo w milczeniu. Już teraz rodził mi się w gardle jęk.
    Melanie nie miała mi nic do powiedzenia. Była skupiona na sobie, ogarnięta gniewem i ulgą. Jared nareszcie do niej przemówił, w końcu uwierzył w to, że żyje. Wyznał jej miłość. Ale to mnie pocałował. Próbowała przekonać sama siebie, że nie ma powodu, by czuć się skrzywdzona, że to wcale nie było tak, jak wyglądało. Próbowała, lecz z marnym rezultatem. Słyszałam jej myśli, ale były skierowane do wewnątrz. Nie rozmawiała ze mną – była jak obrażone dziecko. Rozmyślnie mnie ignorowała.
    Byłam na nią zła, lecz całkiem inaczej niż do tej pory. Nie tak jak na samym początku, kiedy się bałam i chciałam od niej uwolnić. Nie, teraz czułam się przez nią w jakimś sensie zdradzona. Jak mogła mieć do mnie żal o to, co się stało? Niby dlaczego? Jak mogła obwiniać mnie za to, że najpierw zakochałam się we wspomnieniach, które sama mi podsuwała, a potem straciłam panowanie nad tym dzikim ciałem? Martwiłam się o nią, tymczasem mój ból nic dla niej nie znaczył. Mało tego – cieszył ją. Ot, ludzka złośliwość.
    Po policzkach znów ciekły mi łzy, choć tym razem dużo mniej gwałtowne. Czułam, jak kipi w niej wrogość.
    Ból w poobijanych, wykręconych plecach stał się nagle nie do zniesienia. Czara goryczy się przelała.
    – Uch – jęknęłam, odpychając się od skały i pudła.
    Nie obchodziło mnie już, że zwrócę na siebie uwagę, chciałam się tylko wydostać. Przyrzekłam sobie, że nigdy więcej nie przekroczę progu tej parszywej klitki – prędzej umrę. Dosłownie.
    Wygrzebać się stamtąd było trudniej niż wejść. Wiłam się i kotłowałam, ale czułam, że tylko pogarszam sprawę, zginając się w kształt koślawego precla. Zaczęłam znowu płakać jak wystraszone dziecko. Bałam się, że nigdy się stąd nie uwolnię.
    Melanie westchnęła. Zaczep stopę o krawędź i pomóż nią sobie, podpowiedziała.
    Zignorowałam ją, starając się przecisnąć tułów obok skalnego rogu, który wciskał mi się tuż pod żebra.
    Nie dąsaj się, burknęła.
    Proszę, proszę, kto to mówi.
    Zawahała się, po czym zmiękła. No dobra. Przepraszam. Słuchaj, jestem człowiekiem. Zdarza mi się nie myśleć obiektywnie. Nas czasem zwodzą emocje, nie zawsze postępujemy słusznie. Nadal żywiła urazę, ale starała się wybaczyć i zapomnieć o tym, że przed chwilą całowałam się z jej ukochanym – a tak to odebrała.
    Zaczepiłam stopę o krawędź otworu i pociągnęłam. Dotknęłam kolanem podłogi i wsparłam się na nim, unosząc żebra. Teraz łatwiej było mi wystawić na zewnątrz drugą stopę. W końcu udało mi się sprowadzić ręce na podłogę i wyczołgałam się tyłem. Wylądowałam na ciemnozielonej macie. Leżałam na niej chwilę twarzą do ziemi, oddychając. Byłam przekonana, że Jared dawno już sobie poszedł, ale zamiast upewnić się natychmiast, tylko wdychałam i wydychałam powietrze, dopóki nie poczułam, że mogę już podnieść głowę.
    Byłam sama. Poczułam jednocześnie smutek i ulgę, ale starałam się skupić na tym drugim. Lepiej, że byłam sama. Nie musiałam się wstydzić.
    Skuliłam się na macie, przyciskając twarz do zatęchłego materiału. Nie chciało mi się spać, ale byłam zmęczona. Czułam się odrzucona przez Jareda i było mi z tym bardzo ciężko. Zamknęłam oczy, próbując pomyśleć o czymś przyjemniejszym. O czymkolwiek, byle nie o twarzy Jareda w tamtej chwili, gdy ode mnie odskoczył…
    Ciekawe, gdzie był teraz Jamie? Czy wiedział, że tu jestem, czy mnie szukał? Ian pewnie dawno już spał, wyglądał na wykończonego. A Kyle? Czy niedługo wstanie? Czy będzie mnie szukał? Gdzie był Jeb? Nie widziałam go cały dzień. Czy Doktor naprawdę upił się do nieprzytomności? Nigdy bym go o to nie podejrzewała…
    Ocknęłam się powoli, zbudzona burczeniem brzucha. Przez kolejnych parę minut leżałam w ciszy, próbując rozeznać się w czasie. Był dzień czy noc? Jak długo tu spałam?
    Nie mogłam jednak dłużej lekceważyć pustego żołądka, więc podniosłam się na kolana. Musiałam długo spać, skoro byłam tak głodna, jakbym ominęła co najmniej jeden posiłek.
    Przeszło mi przez myśl, by zjeść coś ze zgromadzonych w grocie zapasów – w końcu i tak prawie wszystko uszkodziłam, może nawet coś zniszczyłam. Ale to tylko wzmogło wyrzuty sumienia. Postanowiłam, że pójdę do kuchni i zjem parę suchych bułek.
    Niezależnie od wszystkich innych, poważniejszych zmartwień było mi trochę przykro, że przez cały ten czas nikt mnie nie szukał – to takie próżne, niby czemu ktoś miałby się mną przejmować? – dlatego ucieszyłam się i odetchnęłam z ulgą, widząc Jamiego u wejścia do jaskini z ogrodem. Siedział obrócony tyłem do świata ludzi. Bez wątpienia czekał na mnie.
    Obojgu nam zabłysły oczy. Jamie wstał, wyraźnie uspokojony.
    – Nic ci nie jest – stwierdził. Żałowałam, że to nie do końca prawda. – Znaczy się, nie żebym nie wierzył Jaredowi, ale powiedział, że chyba chcesz być sama, a Jeb nie kazał mi iść sprawdzić, tylko zostać tutaj, żeby widział, że tam nie zaglądam, ale wiesz, chociaż nie pomyślałem, że coś ci się stało, to jednak nie wiedziałem na pewno i trochę się martwiłem, rozumiesz.
    – Nic mi nie jest – zapewniłam, ale wyciągnęłam ku niemu ramiona, szukając pocieszenia. Objął mnie w pasie i spostrzegłam ze zdumieniem, że kiedy stoi wyprostowany, może mi oprzeć głowę na barku.
    – Masz czerwone oczy – szepnął. – Był dla ciebie niedobry?
    – Nie. – W końcu ludzie porażali szczury prądem nie ze złej woli, tylko po to, żeby się czegoś dowiedzieć.
    – Nie wiem, co mu powiedziałaś, ale chyba zaczął nam wierzyć. W sensie, że Mel żyje. Jak ona się czuje?
    – Cieszy się.
    Kiwnął głową zadowolony.
    – A ty?
    Zawahałam się, by nie skłamać.
    – Ja też się cieszę, że nie muszę już tego przed nim ukrywać.
    Ta wymijająca odpowiedź chyba go zadowoliła.
    Za jego plecami, w dużej jaskini, bladło czerwone światło. Słońce zachodziło nad pustynią.
    – Głodna jestem – przyznałam, uwalniając się z jego objęć.
    – Tak myślałem. Mam dla ciebie coś dobrego.
    Westchnęłam.
    – Chleb wystarczy.
    Daj spokój, Wanda, Ian mówi, że za bardzo się umartwiasz.
    Zrobiłam minę.
    – Ma rację – dodał cicho. – Nawet jeśli wszyscy się zgodzą, żebyś została, nie będziesz jedną z nas, jeżeli sama tego nie zechcesz.
    – Nigdy nie będę jedną z was. Poza tym nikt tak naprawdę nie chce, żebym została.
    – Ja chcę.
    Nie miałam ochoty z nim dyskutować, ale był w błędzie. Nie kłamał; wierzył w to, co mówi. W rzeczywistości jednak nie chodziło mu o mnie, lecz o Melanie. Nie rozróżniał nas tak, jak powinien.
    W kuchni Trudy i Heidi piekły bułki, jedząc na zmianę soczyste zielone jabłuszko.
    – Dobrze cię widzieć, Wando – ucieszyła się Trudy, zakrywając usta, bo nie skończyła jeszcze przeżuwać. Heidi, która właśnie wgryzała się w jabłko, przywitała mnie skinieniem głowy. Jamie trącił mnie ukradkiem, żeby dać mi do zrozumienia, że jestem tu przez wszystkich miłe widziana. Nie przyszło mu do głowy, że mogła to być zwyczajna uprzejmość.
    – Odłożyłyście dla niej kolację? – zapytał żywo.
    – Tak – odparta Trudy. Schyliła się obok pieca i po chwili podeszła do nas z metalową tacą w dłoni. – Jeszcze ciepłe. Pewnie już trochę stwardniało, ale to i tak smaczniejsze jedzenie niż zwykle.
    Na tacy leżał pokaźny kawałek czerwonego mięsa. Poczułam, jak w ustach zbiera mi się ślina, ale nie chciałam brać wielkiej porcji.
    – To za dużo.
    – Rzeczy, które się psują, trzeba zjeść pierwszego dnia. – Jamie nie dawał za wygraną. – Wszyscy objadają się do oporu, taki mamy zwyczaj.
    – Potrzebujesz białka – dodała Trudy. – Zbyt długo byliśmy na diecie jaskiniowców. Aż dziwne, że wszyscy tak dobrze się trzymają.
    Jadłam swoją porcję białka, a Jamie śledził uważnie drogę każdego kęsa z tacy do ust. Zjadłam wszystko, żeby sprawić mu przyjemność, choć żołądek bolał mnie z przejedzenia.
    Kiedy już kończyłam, kuchnia zaczęła się znowu zapełniać. Kilka osób trzymało w dłoniach jabłka – każdy dzielił je z kimś innym. Niektórzy spoglądali na siniec na mojej twarzy.
    – Dlaczego wszyscy przychodzą akurat teraz? – zapytałam Jamiego, półgłosem. Na zewnątrz było ciemno, pora kolacji dawno już minęła.
    Jamie przez chwilę spoglądał na mnie zdziwiony.
    – Posłuchać twoich opowieści. – Ton jego głosu był równoznaczny ze słowem „oczywiście”.
    – Żartujesz sobie?
    – Mówiłem ci, że wszystko będzie po staremu.
    Rozejrzałam się po wąskim pomieszczeniu. Nie wszyscy byli obecni. Brakowało Doktora i mężczyzn, którzy wrócili z wyprawy, a także Paige. Nie było Jeba, Iana ani Waltera, jak również paru innych osób: Travisa, Carol, Ruth Ann. Ale i tak było więcej ludzi, niżbym się spodziewała, gdyby w ogóle przyszło mi do głowy, że na koniec tak dziwnego dnia ktoś może się przejmować normalnym porządkiem zajęć.
    – Możemy wrócić do Delfinów, tam gdzie skończyliśmy? – zapytał Wes, przerywając mi rozważania. Oczywiście wcale nie był jakoś żywotnie zainteresowany stopniami pokrewieństwa na obcej planecie, po prostu wiedział, że ktoś musi zacząć.
    Wszyscy patrzyli na mnie wyczekująco. Najwidoczniej życie w jaskiniach nie zmieniło się tak bardzo, jak sądziłam.
    Wzięłam od Heidi tackę z bułkami, obróciłam się, by włożyć ją do pieca, i zaczęłam opowiadać, wciąż odwrócona plecami do słuchaczy.
    – A więc… yyy… hmm… ach tak, trzecia grupa dziadków. Tradycyjnie służą wspólnocie, w ich rozumieniu tego pojęcia. Na Ziemi byliby żywicielami… to znaczy… karmicielami… wychodziliby z domu i wracali z pożywieniem. W większości wykonują prace rolnicze. Uprawiają coś na kształt roślin, wyciskają z nich sok…
    Życie toczyło się dalej.
    Jamie próbował mnie namówić, żebym nie wracała na noc do przechowalni, choć robił to bez przekonania. Zdawał sobie chyba sprawę, że nie ma dla mnie innego miejsca. Upierał się jednak, by spać ze mną. Domyślałam się, że Jared nie jest tym zachwycony, ale nie widziałam się z nim ani tego wieczoru, ani nazajutrz.
    Odkąd cała szóstka powróciła z wyprawy, znów czułam się nieswojo, tak jak na początku, gdy Jeb zmuszał mnie, żebym stała się częścią wspólnoty. Wróciły gniewne spojrzenia i chwile złowrogiej ciszy. Dla nich jednak było to jeszcze trudniejsze niż dla mnie – przynajmniej byłam przyzwyczajona, podczas gdy oni musieli dopiero przywyknąć do tego, iż jestem traktowana normalnie. Kiedy na przykład pomagałam przy zbieraniu kukurydzy i Lily podziękowała mi z uśmiechem za świeżo napełniony koszyk, Andy wytrzeszczył oczy ze zdumienia. Innym razem czekałam z Trudy i Heidi w kolejce do kąpieli i Heidi zaczęła się bawić moimi włosami. Były coraz dłuższe, prawie wpadały mi do oczu, i miałam zamiar je niedługo skrócić. Heidi próbowała wymyślić dla mnie fryzurę i układała mi kosmyki na różne sposoby. W pewnym momencie pojawili się Brandt z Aaronem – najstarszym z szabrowników, którego wcześniej zupełnie nie kojarzyłam. Widząc, jak Trudy śmieje się z tego, co Heidi zmajstrowała mi na głowie, obaj zzielenieli na twarzach, po czym minęli nas bez słowa.
    Oczywiście były to drobne incydenty, nic poważnego. Bardziej bałam się Kyle’a, który znowu kręcił się po jaskiniach. Byłam pewna, że Jeb kazał mu się trzymać ode mnie z daleka, ale wiedziałam, jak bardzo go to mierzi. Zawsze, gdy go spotykałam, byłam w towarzystwie innych osób. Zastanawiało mnie, czy tylko dlatego nic mi jeszcze nie zrobił, a jedynie gniewnie na mnie spozierał i zaciskał palce niczym szpony. Czułam ten sam paniczny strach co w pierwszych tygodniach i kto wie, może nawet zaczęłabym się znów ukrywać i unikać głównych tuneli, gdyby nie to, że kolejnego wieczoru dowiedziałam się czegoś, co przejęło mnie znacznie bardziej niż Kyle i jego żądne krwi spojrzenie.
    Kuchnia znowu wypełniła się po brzegi – nie wiem, ile było w tym zasługi moich opowieści, a ile rozdawanych przez Jeba czekoladowych batoników. Ja sama podziękowałam, tłumacząc obruszonemu Jamiemu, że nie mogę jednocześnie mówić i przeżuwać. Podejrzewałam, że z właściwym sobie uporem odłoży dla mnie jednego na później, Ian wrócił na swoje miejsce obok pieca, przyszedł też Andy – siedział z Paige i łypał na mnie nieufnym wzrokiem. Oczywiście nie było nikogo z pozostałych szabrowników, włącznie z Jaredem. Nie zjawił się także Doktor. Ciekawiło mnie, czy nadał jest pijany, czy może po prostu odchorowuje.
    Tego wieczoru pierwszy raz zadał mi pytanie Geoffrey, mąż Trudy. Choć starałam się tego nie okazywać, cieszyło mnie, że dołączył do grona tolerujących mnie osób. Żałowałam jednak, że nie potrafię udzielić mu wyczerpujących odpowiedzi. Jego pytania przypominały te, które zadawał Doktor.
    Zupełnie się nie znam na pracy Uzdrowicieli – przyznałam. – Nigdy nie korzystałam z ich pomocy, odkąd… odkąd przybyłam na Ziemię. Nie chorowałam. Wiem tylko, że nie kolonizowalibyśmy planety, nie wiedząc, jak utrzymać ciała żywicieli w doskonałym stanie. Wszystko da się uleczyć, od zwykłego skaleczenia przez złamaną kość po ciężką chorobę. Umiera się teraz tylko ze starości. Nawet w pełni zdrowe ludzkie ciało nie może żyć wiecznie. No i pewnie ciągle zdarzają się różne wypadki, choć o wiele rzadziej. Dusze są ostrożniejsze.
    – Wypadek to jedno, a uzbrojeni ludzie to drugie – rzucił ktoś pod nosem. Wyciągałam akurat z pieca gorące pieczywo i nie widziałam, kto to powiedział, nie rozpoznałam też głosu.
    – Tak, to prawda. – Nie miałam zamiaru z tym dyskutować.
    – Czyli nie wiesz, czym leczą choroby? – dociekał Geoffrey. – Co jest w lekarstwach?
    Potrząsnęłam głową.
    – Przykro mi, nie wiem. Wcześniej, gdy miałam możliwość zgłębienia tematu, mało się tym interesowałam. Na wszystkich planetach, na których byłam, zdrowie jest po prostu czymś danym raz na zawsze, więc się o nim nie myśli.
    Rumiane policzki Geoffreya zaczerwieniły się bardziej niż zwykle. Spuścił wzrok, krzywiąc usta. Co takiego powiedziałam, że go uraziłam?
    Siedzący obok Heath poklepał go po plecach. Kuchnię wypełniała ponura cisza.
    – A te… Sępy – odezwał się Ian, byle tylko zmienić temat. – Może mnie coś ominęło, ale nie przypominam sobie, żebyś tłumaczyła, co to znaczy, że były „mało sympatyczne”?
    Owszem, nic na ten temat nie mówiłam, ale też nie wierzyłam, że Ian jest tym szczególnie zainteresowany. Zapytał po prostu o pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy.
    Wykład zakończył się wcześniej niż zwykle. Nikt nie garnął się do zadawania pytań, większość padała z ust Jamiego i Iana. Wszystkim chodziło po głowie to, co odpowiedziałam Geoffreyowi.
    – No, jutro trzeba wcześnie wstać, czeka nas dużo pracy… – przerwał kolejną kłopotliwą ciszę Jeb, dając do zrozumienia, że to koniec. Ludzie zaczęli wstawać z miejsc i się przeciągać. Rozmawiali ściszonymi głosami, jakby bardziej zamyśleni niż zwykle.
    – Co ja takiego powiedziałam? – zapytałam Iana szeptem.
    – Nic. Rozmyślają o śmierci. – Westchnął.
    Doznałam olśnienia, które ludzie nazywają przeczuciem.
    – Gdzie jest Walter? – zapytałam, nadal szepcząc.
    Ian znowu westchnął.
    – W południowym skrzydle… Nie jest z nim najlepiej.
    – Dlaczego nikt mi nie powiedział?
    – Miałaś ostatnio wystarczająco dużo… wrażeń, więc…
    Potrząsnęłam gwałtownie głową.
    – Co mu jest?
    U mego boku zjawił się Jamie. Wziął mnie za rękę.
    – Popękały mu kości, są bardzo kruche – powiedział ściszonym głosem. – Doktor mówi, że to końcowe stadium raka.
    – Musiało go boleć od dłuższego czasu, ale się nie przyznawał – dodał smutno Ian.
    Skrzywiłam się.
    – I nic się nie da zrobić? Nic?
    Ian potrząsnął głową, nie odrywając ode mnie lśniących oczu.
    – Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy. Nawet gdybyśmy nie mieszkali w jaskiniach, i tak nie dałoby się już nic zrobić. Nie wynaleziono lekarstwa na tę chorobę.
    Zagryzłam wargę, powstrzymując się przed powiedzeniem czegoś głupiego. Oczywiście, że nie można było mu pomóc. Wszyscy oni woleliby umierać długo i w cierpieniu niż stracić świadomość. Teraz było to dla mnie jasne.
    – Pytał o ciebie – kontynuował Ian. – To znaczy, czasem wypowiada twoje imię, trudno powiedzieć, o co mu chodzi. Doktor znieczula go alkoholem.
    – I ma wyrzuty sumienia, że sam tyle zużył. Tak się głupio złożyło w czasie.
    – Mogę się z nim zobaczyć? – zapytałam. – Czy będzie to komuś przeszkadzało?
    Ian prychnął i zmarszczył brwi.
    – Niektórym pewnie tak, to bardzo w ich stylu. – Potrząsnął głową. – Ale kto by się przejmował? Skoro to ostatnie życzenie Walta…
    – Racja – przytaknęłam. Na dźwięk słowa „ostatnie” poczułam pieczenie w oczach. – Jeżeli Walter tego chce, to chyba nieważne, co sobie pomyślą inni, choćby nawet mieli dostać szału.
    – Nie martw się, nie pozwolę, żeby ktokolwiek cię niepokoił. – Ian mocno zacisnął usta.
    Zaczęłam się denerwować, trochę jakbym potrzebowała spojrzeć na zegarek. Czas dawno już przestał dla mnie cokolwiek znaczyć, teraz jednak poczułam, jak ucieka nieubłaganie.
    – Możemy tam pójść jeszcze dziś? Nie jest za późno?
    – Nie sypia o normalnych porach. Możemy iść sprawdzić.
    Od razu ruszyłam z miejsca, pociągając ze sobą Jamiego, który wciąż ściskał moją dłoń. Popychała mnie do przodu świadomość upływającego czasu, przemijania i ostateczności. Po chwili Ian dogonił nas swoimi długimi krokami.
    Skąpana w księżycowym blasku jaskinia z ogrodem nie była pusta, ale nie zwracano na nas najmniejszej uwagi. Mój widok już dawno przestał budzić ciekawość. Nikt nawet nie zauważył, że idziemy w innym kierunku niż zwykle.
    Nikt oprócz Kyle’a. Widząc mnie w towarzystwie Iana, znieruchomiał w pół kroku. Omiótł mnie wzrokiem, spostrzegł dłoń Jamiego w mojej dłoni i wykrzywił usta.
    Ian wyprostował ramiona, a twarz przybrała identyczny wyraz jak u brata. Odruchowo sięgnął po moją wolną rękę. Wtedy Kyle wydał z siebie odgłos, jakby miał zwymiotować, i odwrócił się do nas plecami.
    Kiedy już znaleźliśmy się w ciemnościach południowego tunelu, próbowałam uwolnić dłoń, lecz Ian ścisnął ją jeszcze mocniej.
    – Po co go prowokujesz – odezwałam się cicho.
    – Kyle nie ma racji. Jak zwykle – to u niego nawyk. Potrzebuje więcej czasu niż inni, żeby zmądrzeć, ale to nie znaczy, że należy go traktować ulgowo.
    – Boję się go – przyznałam szeptem. – Nie chcę, żeby miał jeszcze więcej powodów, by mnie nienawidzić.
    Ian i Jamie równocześnie ścisnęli mnie za dłonie i odezwali się.
    – Nie bój się – powiedział Jamie.
    – Jeb wyraził się jasno – zauważył Ian.
    – Co masz na myśli? – zapytałam.
    – Jeżeli Kyle nie uzna jego reguł, będzie musiał stąd odejść.
    – Ale przecież tak nie można. Tu jest jego miejsce.
    – Zostaje – mruknął Ian – a więc będzie musiał się przyzwyczaić.
    Dalej szliśmy już w milczeniu. Znów czułam się winna – jak przez większość czasu spędzonego w jaskiniach. Wciąż tylko wina, rozpacz, strach. Po co tu przyszłam?
    Bo, choć to dziwne, właśnie tu jest twoje miejsce, szepnęła Melanie. Czuła ciepło dłoni Iana i Jamiego splecionych z moimi. Gdzie indziej doświadczyłaś czegoś takiego?
    Nigdzie, przyznałam, lecz tylko bardziej mnie to przygnębiło. Ale to wcale nie oznacza, że tu jest moje miejsce. Twoje owszem.
    Jesteśmy nierozłączne, Wando.
    Jak gdyby trzeba mi było o tym przypominać…
    Zdziwiłam się trochę, że słyszę ją tak wyraźnie. Przez ostatnie dwa dni była milcząca, wyczekiwała niecierpliwie kolejnego spotkania z Jaredem. Ja, oczywiście, też.
    Może jest u Waltera. Może dlatego go nie widywałyśmy, pomyślała z nadzieją Melanie.
    Nie po to tam idziemy.
    Nie. Oczywiście. Powiedziała to ze skruchą, lecz nagle uświadomiłam sobie, że Walter nie znaczy dla niej tyle co dla mnie. Naturalnie było jej smutno, że umiera, ale od razu przeszła nad tym do porządku, podczas gdy ja wciąż nie mogłam się z tym pogodzić. Walter był moim przyjacielem. To mnie bronił.
    Z oddali przywitało nas bladoniebieskie światło szpitala. (Wiedziałam już, że są to lampy zasilane energią słoneczną, za dnia wystawiane na słońce). Wszyscy troje równocześnie zwolniliśmy kroku. Szliśmy teraz ciszej.
    Nie znosiłam tego miejsca. W półmroku, wśród dziwacznych cieni, wyglądało jeszcze mniej zachęcająco. Wyczułam w powietrzu nowy zapach – cuchnęło zgnilizną, alkoholem i żółcią.
    Dwa łóżka były zajęte. Z jednego zwisały stopy Doktora, poznałam go po chrapaniu. Na drugim leżał Walter, wykoślawiony i uwiędły. Patrzył, jak się zbliżamy.
    – Przyjmujesz gości, Walt? – szepnął Ian, spoglądając mu w oczy.
    – Uhm – jęknął Walter. Wargi zwisały mu ze zwiotczałej twarzy, skóra lśniła wilgocią w słabym świetle lampy.
    – Możemy ci jakoś pomóc? – wymamrotałam. Uwolniłam dłonie i wyciągnęłam je przed siebie, zatrzepotały bezradnie w powietrzu.
    Wpatrywał się rozbieganymi oczami w ciemność. Zrobiłam krok do przodu.
    – Możemy coś dla ciebie zrobić? Cokolwiek?
    Błądził wzrokiem, aż w końcu natrafił na moją twarz. Zdołał się na niej skupić mimo bólu i zamroczenia alkoholem.
    – Nareszcie – zadyszał. Oddech miał świszczący. – Wiedziałem, że w końcu przyjdziesz. Ach, Gladys. Tyle mam ci do powiedzenia.

Rozdział 31

Zadanie

    Zamarłam. Po chwili spojrzałam przez ramię, by sprawdzić, czy nikt za mną nie stoi.
    – Tak miała na imię jego żona – szepnął Jamie ledwie słyszalnym głosem. – Złapali ją.
    – Gladys – powiedział Walter, zupełnie nieświadomy mojego zdziwienia. – Dostałem raka, dasz wiarę? Kto by pomyślał, co? Przez całe życie ani razu nie wziąłem zwolnienia… – Głos mu słabł, aż w końcu w ogóle przestałam go słyszeć, lecz nie przestawał ruszać ustami. Nie miał siły podnieść ręki, powlókł jedynie palcami po łóżku ku mnie.
    Ian trącił mnie lekko.
    – Co mam robić? – szepnęłam. W pomieszczeniu było parno, ale nie dlatego miałam na czole krople potu.
    – …dziadek dożył stu lat – zaświstał Walter, odzyskując głos. – Nikt w rodzinie nie miał raka, nawet kuzyni. Ale twoja ciocia Regan chyba miała, prawda?
    Spoglądał na mnie ufnie, czekając, aż coś powiem. Ian poklepał mnie po plecach.
    – Yyy…
    – A może to była ciotka Billa – przyznał Walter.
    Posłałam Ianowi przerażone spojrzenie, lecz wzruszył tylko ramionami.
    – Pomocy – szepnęłam, a właściwie pokazałam ustami.
    Dał znak dłonią, żebym złapała Waltera za rękę.
    Skóra chorego była biała jak kreda i prześwitująca. Widziałam, jak w niebieskich żyłach na dłoni pulsuje słabo krew. Podniosłam mu rękę, bardzo ostrożnie w trosce o kruche kości, o których wspominał Jamie. Była nadspodziewanie lekka, jakby pusta w środku.
    – Och, Gladdie, smutno mi było bez ciebie. To miłe miejsce, spodoba ci się, nawet gdy mnie już nie będzie. Jest tu z kim porozmawiać – wiem, jak bardzo tego potrzebujesz… – Przestałam go rozumieć, gdyż mówił zbyt cicho, ale nadal kierował słowa do żony. Nawet gdy zamknął oczy, a głowa osunęła mu się na bok, usta były w ciągłym ruchu.
    Ian znalazł mokrą szmatkę i zaczął mu ocierać twarz.
    – Nie jestem dobra w… udawaniu – szepnęłam, zerkając na mamroczące usta Waltera, by mieć pewność, że mnie nie słyszy. – Wszystko popsuję.
    – Nie musisz nic mówić – uspokajał mnie Ian. – Jest ledwie przytomny.
    – Czy wyglądam jak jego żona?
    – Ani trochę, widziałem ją na zdjęciu. Była ruda i krępa.
    – Daj, ja to mogę robić.
    Wzięłam od Iana szmatkę i wytarłam Walterowi pot z szyi. Jak zwykle czułam się pewniej, gdy miałam co robić z rękoma. Walter nie przestawał mamrotać. Wydawało mi się, że słyszę, jak mówi; „Dzięki, Gladdie, tak mi lepiej“.
    Nawet nie wiedziałam, kiedy ustało chrapanie. Usłyszałam nagle za plecami znajomy glos Doktora – zbyt łagodny, by mnie przestraszył.
    – Jak się czuje?
    – Majaczy – odszepnął Ian. – To od brandy czy z bólu?
    – Chyba raczej z bólu. Oddałbym prawą rękę za odrobinę morfiny.
    – Może Jared dokona kolejnego cudu.
    – Może – westchnął Doktor.
    Ocierałam machinalnie bladą twarz Waltera, przysłuchując się rozmowie, ale imię Jareda więcej nie padło.
    Nie ma go, szepnęła Melanie.
    Pojechał po coś dla Waltera, przytaknęłam.
    Sam, dodała.
    Przypomniał mi się ostatni raz, kiedy się widzieliśmy – pocałunek, nadzieja… Pewnie potrzebował trochę czasu dla siebie.
    Oby tylko nie po to, żeby przekonać samego siebie, że jesteś Łowcą z talentem aktorskim.
    To oczywiście możliwe.
    Melanie jęknęła cicho.
    Ian i Doktor rozmawiali szeptem o mało istotnych rzeczach, głównie o tym, co działo się ostatnio w jaskiniach.
    – Co się stało Wandzie w twarz? – zapytał Doktor Iana, ale słyszałam go wyraźnie.
    – To co zwykle – odparł Ian surowym tonem.
    Doktor westchnął, po czym mlasnął językiem.
    Ian opowiedział mu pokrótce o dzisiejszym wykładzie i pytaniach Geoffreya.
    – Byłoby nam łatwiej, gdyby w Melanie umieszczono Uzdrowiciela.
    Drgnęłam, ale stali za mną i prawdopodobnie nie zauważyli.
    – Mamy szczęście, że to Wanda – wstawił się za mną Ian. – Nikt inny…
    – Wiem – przerwał Doktor dobrotliwym tonem. – Powinienem raczej powiedzieć: szkoda, że Wanda nie interesowała się medycyną.
    – Przepraszam – wymamrotałam. To prawda, cieszyłam się doskonałym zdrowiem, nie zadając sobie trudu, by cokolwiek się na jego temat dowiedzieć. Była to pożałowania godna beztroska.
    Poczułam czyjąś dłoń na ramieniu.
    – Nie masz za co przepraszać – zapewnił Ian.
    Jamie był bardzo cichy. Obejrzałam się i zobaczyłam, że leży na łóżku, na którym wcześniej drzemał Doktor.
    – Późno już – zauważył Doktor. – Walter nigdzie się nie wybiera. Powinniście się wyspać.
    – Wrócimy – obiecał Ian. – Daj znać, czy mamy coś przynieść, dla ciebie albo dla niego.
    Położyłam dłoń Waltera na łóżku, delikatnie ją poklepując. Otworzył nagle oczy i skupił na mnie wzrok jeszcze bardziej niż przedtem.
    – Idziesz sobie? – zaświszczał. – Musisz już iść?
    Szybko chwyciłam go za dłoń.
    – Nie, nie muszę.
    Uśmiechnął się i znowu zamknął oczy. Zacisnął też lekko palce wokół moich.
    Ian westchnął.
    – Idźcie – powiedziałam. – Ja zostanę. Połóż Jamiego do łóżka.
    Ian rozejrzał się po grocie.
    – Chwila – odezwał się, po czym chwycił za pierwsze z brzegu łóżko. Nie było ciężkie, uniósł je z łatwością i postawił obok łóżka chorego. Aby mu to ułatwić, wyciągnęłam ramię, jak tylko potrafiłam, starając się nie potrząsnąć Walterem. Potem Ian podniósł mnie równie łatwo i posadził na dostawionym łóżku. Walter nawet nie zamrugał. Westchnęłam cicho, zaskoczona, że Ian nie miał żadnych oporów przed wzięciem mnie na ręce. Zupełnie jakbym była człowiekiem.
    Wskazał brodą na dłoń Waltera zaciśniętą na mojej.
    – Dasz radę tak spać?
    – Tak, spokojnie.
    – No to śpij dobrze. – Uśmiechnął się do mnie, po czym obrócił się i wziął Jamiego na ręce. – Idziemy, młody – zamamrotał, ruszając się z taką łatwością, jakby niósł niemowlę. Kroki oddalały się i w końcu umilkły.
    Doktor ziewnął, zabrał niebieską lampę i usiadł za biurkiem z drewnianych skrzynek i aluminiowych drzwi. Gdy twarz Waltera pociemniała, ogarnął mnie niepokój. Wyglądała tak, jakby już odszedł. Na szczęście wciąż zaciskał palce wokół moich.
    Doktor zaczął nucić coś cichutko pod nosem i przeglądać papiery. Ich delikatny szelest ukołysał mnie do snu.
    Rano Walter mnie poznał.
    Obudził się dopiero kiedy zjawił się po mnie Ian – mieliśmy oczyszczać pole kukurydzy z badyli. Obiecałam Doktorowi, że przed pracą przyniosę mu śniadanie. Na koniec delikatnie rozluźniłam zdrętwiałe palce i uwolniłam je z uścisku Waltera.
    Wtedy otworzył oczy.
    – Wanda – szepnął.
    – Walter? – Nie byłam pewna, jak długo będzie wiedział, kim jestem, ani czy pamięta cokolwiek z zeszłego wieczoru. Szukał czegoś ręką, więc podałam mu lewą, nieodrętwiatą dłoń.
    – Przyszłaś mnie odwiedzić. To miło. Teraz, jak tamci wrócili… pewnie nie jest ci lekko… Twoja twarz…
    Miałam wrażenie, że z trudem rusza ustami, a oczy na przemian łapały i gubiły ostrość. Pierwsze słowa, którymi się do mnie odezwał, były słowami troski – taki właśnie był Walter.
    – Wszystko w porządku. Jak się czujesz?
    – Och. – Jęknął cicho. – Nie najlepiej… Doktorze?
    – Jestem. – Usłyszałam go tuż za plecami.
    – Mamy jeszcze trochę brandy? – wydyszał Walter.
    – Jasne.
    Doktor był już przygotowany. Przyłożył szyjkę grubej szklanej butelki do zwiotczałych ust Waltera i powoli wlewał do nich ciemnobrązowy płyn. Chory krzywił się z każdym palącym gardło łykiem. Trochę brandy wypłynęło mu z kącika ust i pociekło na poduszkę. Ostry zapach trunku uderzył mnie w nozdrza.
    – Lepiej? – zapytał Doktor po długiej chwili, odejmując butelkę.
    Walter chrząknął. Nie zabrzmiało to jak przytaknięcie. Zamknął oczy.
    – Więcej?
    Chory skrzywił się, a po chwili jęknął. Doktor zaklął pod nosem.
    – Gdzie się podziewa Jared? – zamamrotał.
    Zesztywniałam. Melanie drgnęła i znowu znikła. Głowa Waltera opadła i przekrzywiła się na bok.
    – Walter? – szepnęłam.
    – Stracił przytomność z bólu. Zostawmy go – powiedział Doktor.
    Ścisnęło mnie w gardle.
    – Co mogę zrobić?
    – Obawiam się, że tyle co ja. Czyli nic. Jestem do niczego.
    – Przestań – mruknął Ian. – To nie twoja wina. Świat wygląda teraz inaczej. Nikt nie oczekuje od ciebie cudów.
    Skuliłam ramiona. O tak, ich świat wyglądał teraz inaczej.
    Ktoś popukał mnie palcem po barku.
    – Chodźmy – szepnął Ian.
    Kiwnęłam głową i jeszcze raz spróbowałam uwolnić dłoń.
    Walter otworzył niedowidzące oczy.
    – Gladdie? Jesteś tu? – odezwał się błagalnym głosem.
    – Yyy… jestem – odparłam z wahaniem, pozwalając mu zacisnąć palce na mojej dłoni.
    Ian wzruszył ramionami.
    – Przyniosę wam coś do jedzenia – szepnął i poszedł.
    Wyczekiwałam niecierpliwie jego powrotu, zakłopotana sytuacją. Walter powtarzał w kółko imię żony, ale najwyraźniej nie miał żadnych próśb. Cieszyło mnie to. Po jakimś czasie – minęło może pół godziny – zaczęłam nasłuchiwać kroków w tunelu. Zastanawiałam się, czemu Ian tak długo nie wraca.
    Doktor nie odchodził od biurka, stał przy nim zgarbiony, zapatrzony w dal. Widać było, że czuje się bezużyteczny.
    W końcu usłyszałam jakiś odgłos, lecz nie były to kroki.
    – Co to? – zapytałam szeptem. Walter chwilę wcześniej się uspokoił, może nawet zasnął. Nie chciałam go obudzić.
    Doktor spojrzał na mnie i jednocześnie nadstawił ucha. Dobiegało nas dziwne dudnienie, ciche i szybkie. Przez chwilę miałam wrażenie, że się wzmogło, lecz potem znów jakby ucichło.
    – Dziwne – stwierdził Doktor. – Prawie jak… – Zamilkł, marszcząc czoło w skupieniu.
    Nasłuchiwaliśmy uważnie, dlatego bardzo wcześnie usłyszeliśmy kroki. Nie był to równy chód, jakiego spodziewaliśmy się po Ianie. Ktoś biegł do nas, i to bardzo szybko. Doktor natychmiast zareagował, przeczuwając kłopoty, i myśląc, że to Ian, wyszedł naprzeciw. Też byłam ciekawa, co się dzieje, ale nie chciałam niepokoić Waltera, który ciągle trzymał mnie za rękę, więc jedynie nadstawiałam uszu.
    – Brandt? – odezwał się Doktor zdumionym głosem.
    – Gdzie on jest? G d z i e o n j e s t?! – wydyszał niespodziewany gość. Odgłosy kroków umilkły tylko na moment, po chwili znów zerwał się do biegu, choć nieco już wolniejszego.
    – Ale kto? – zapytał Doktor.
    – Pasożyt! – syknął Brandt, wpadając do środka.
    Nie był tak wielki jak Kyle czy Ian, przewyższał mnie ledwie o kilka centymetrów, ale miał budowę nosorożca. Omiótł pomieszczenie gniewnym spojrzeniem: na pół sekundy zatrzymał je na mojej twarzy, następnie zerknął na nieobecną postać Waltera, rozejrzał się jeszcze wkoło, po czym znów popatrzył na mnie.
    Uczynił już pierwszy krok w moją stronę, gdy dogonił go Doktor i chwycił za ramię długimi palcami.
    – Co ty wyprawiasz? – zawołał. Pierwszy raz podniósł przy mnie głos.
    Zanim Brandt zdążył cokolwiek odpowiedzieć, ponownie rozległ się zagadkowy odgłos, najpierw cicho, potem bardzo głośno i znowu cicho. Przez chwilę wszyscy troje staliśmy jak wryci.
    – Czy to… helikopter? – wyszeptał Doktor.
    Uderzenia rozbrzmiewały jedno po drugim. W pewnym momencie zaczęło nawet drgać powietrze.
    – Tak – odszepnął Brandt. – To Łowca, ten sam co wtedy, ten co go szukał. – Wskazał brodą na mnie.
    Gardło nagle jakby mi się zwęziło, oddech stał się słaby i płytki. Zakręciło mi się w głowie.
    Nie. Proszę. Nie teraz.
    Czy ona jest nienormalna? – warknęła Mel. Nie może nas zostawić w spokoju?
    Nie możemy pozwolić, żeby zrobiła im krzywdę!
    Jak chcesz ją powstrzymać?
    Nie wiem. To wszystko moja wina.
    Moja też, Wando. Nasza wspólna.
    – Jesteś pewien? – zapytał Doktor.
    – Kyle widział ją wyraźnie przez lornetkę. To ta sama.
    – S z u k a t u t a j? – W głosie Doktora pojawiła się nagle trwoga. Obrócił się na pięcie i spojrzał ku wyjściu. – Gdzie Sharon?
    Brandt potrząsnął głową.
    – Przeczesuje całą okolicę. Zaczyna w Picacho, leci w jednym kierunku, potem wraca i od nowa. Nie wygląda, jakby koncentrowała się na jednym miejscu. Zatoczyła parę kółek tam, gdzie zostawiliśmy auto.
    – Gdzie Sharon? – powtórzył Doktor.
    – Jest z Luciną i dzieciakami. Są bezpieczni. Chłopaki się pakują, na wypadek gdybyśmy musieli się stąd w nocy zwijać, ale Jeb mówi, że to mało prawdopodobne.
    Doktor odetchnął, podszedł do biurka i oparł się o nie zgarbiony, prawie jak po długim i męczącym biegu.
    – Czyli w gruncie rzeczy nic nowego – powiedział pod nosem.
    – Tak. Musimy tylko przez parę dni uważać jeszcze bardziej niż zwykle. – Brandt znowu miał rozbiegane oczy, wodził nimi po pomieszczeniu, co jakiś czas zawadzając o moją twarz. – Masz tu jakiś sznur? – zapytał, po czym zaczął się przyglądać leżącemu na wolnym łóżku prześcieradłu i złapał je za brzeg.
    – Sznur? – powtórzył zdziwiony Doktor.
    – Żeby związać pasożyta. Kyle mnie po to przysłał.
    Dostałam skurczu mięśni. Walter jęknął, gdyż ścisnęłam mu mocno palce. Próbowałam rozluźnić dłoń, nie odrywając wzroku od surowego oblicza Brandta. Czekał, aż Doktor coś mu odpowie.
    – Przyszedłeś z w i ą z a ć Wandę? – Doktor znów przybrał srogi ton. – Skąd ten pomysł?
    – Daj spokój. Doktorze. Nie bądź głupi. Jest tu kilka otworów i mnóstwo błyszczącego metalu. – Wskazał na stojącą pod ścianą szafkę. – Spuścisz go na chwilę z oka i od razu zacznie puszczać sygnały temu Łowcy.
    Nabrałam gwałtownie powietrza, mimowolnie zwracając na siebie uwagę.
    – Widzisz? – dodał. – Przejrzałem go.
    Byłam gotowa zakopać się pod wielkim głazem, byle tylko skryć się przed wytrzeszczonymi oczami Łowczyni, tymczasem on myślał, że pragnę ją tu sprowadzić. Żeby mogła zabić Jamiego, Jareda, Jeba, Iana… Miałam ochotę go wyśmiać.
    – Możesz wracać, Brandt – odparł lodowato Doktor. – Będę jej pilnował.
    Brandt uniósł brew.
    – Ludzie, co się z wami stało? Z tobą, Ianem, Trudy i resztą? Jesteście jak zahipnotyzowani. Gdyby nie to, że wasze oczy są w porządku, zacząłbym się zastanawiać…
    – Śmiało, Brandt, zastanawiaj się, ile chcesz. Tylko nie tutaj.
    Brandt potrząsnął głową.
    – Mam zadanie do wykonania.
    Doktor podszedł bliżej i stanął dokładnie pomiędzy Brandtem a mną. Założył ręce na piersi.
    – Nie myśl sobie, że jej dotkniesz.
    Gdzieś daleko znowu zafurkotał helikopter. Zamarliśmy, wstrzymując oddechy, dopóki nie odleciał.
    Wtedy Brandt potrząsnął głową. Nic nie powiedział, tylko podszedł do biurka i złapał za krzesło. Zaniósł je pod ścianę obok szafki, postawił z hukiem na podłodze i usiadł na nim ciężko, aż metalowe nogi zazgrzytały o skałę. Pochylił się, położył dłonie na kolanach i zaczął się we mnie wpatrywać. Był jak sęp, który czeka, aż konający zając przestanie się ruszać.
    Doktor głośno zacisnął szczękę.
    – Gladys – wymamrotał Walter, odzyskawszy przytomność. – Jesteś tu.
    Byłam zbyt zdenerwowana obecnością Brandta, by się odezwać, więc tylko poklepałam go po dłoni. Przyglądał się mętnym wzrokiem mojej twarzy, dopatrując się w niej rysów żony.
    – Boli mnie, Gladdie. Boli jak cholera.
    – Wiem – szepnęłam. – Doktorze?
    Stał już obok z brandy w ręku.
    – No, Walter, otwieramy usta.
    Znowu dobiegł nas furkot helikoptera. Rozbrzmiewał gdzieś w dali, ale wciąż o wiele za blisko. Doktor drgnął i wylał mi na rękę kilka kropel brandy.

*

    To był straszny dzień. Mój najgorszy na Ziemi, nie wyłączając pierwszego w jaskiniach i ostatniego na gorącej pustyni, kiedy byłam parę godzin od śmierci.
    Helikopter krążył i krążył. Czasem znikał i mijała dobra godzina, ale kiedy już myślałam, że Łowczyni wreszcie sobie poleciała, huk śmigła rozlegał się ponownie, a mnie stawała w pamięci jej zawzięta twarz i wyłupiaste oczy, którymi przeczesywała teraz pustynię w poszukiwaniu ludzi. Próbowałam ją odegnać, przywołując obrazy pustego, bezbarwnego krajobrazu, jakbym mogła w ten sposób sprawić, że nic innego nie zobaczy i w końcu odleci.
    Brandt nie przestawał mierzyć mnie podejrzliwym wzrokiem. Bez przerwy czułam na sobie jego oczy, choć rzadko na niego spoglądałam. Na szczęście wkrótce zjawił się Ian, przynosząc od razu śniadanie i lunch. Był cały brudny od pakowania się na wypadek ewakuacji – cokolwiek to znaczyło. Nie bardzo rozumiałam, dokąd mieliby się udać. Kiedy Brandt wyjaśnił mu urywanymi zdaniami powód swojej obecności, twarz Iana przybrała tak groźny wyraz, że wyglądał jak Kyle. Ustawił potem obok mnie inne wolne łóżko i usiadł na nim, zasłaniając mnie przed wzrokiem Brandta.
    Moim największym zmartwieniem nie był jednak ani helikopter, ani stały dozór. W zwykły dzień – o ile takie w ogóle jeszcze się zdarzały – każda z tych rzeczy zapewne nie dawałaby mi spokoju. Dziś jednak zdawały się czymś błahym.
    Przed południem Doktor podał Walterowi resztkę brandy. Miałam wrażenie, że nie minęło nawet dziesięć minut, a Walter znowu zaczął się skręcać i jęczeć. Z trudem łapał oddech. Jego palce obcierały mi skórę na dłoni, lecz gdy tylko próbowałam ją zabrać, jęki przeradzały się w przeraźliwy krzyk. Raz musiałam skorzystać z ubikacji. Brandt poszedł za mną, a więc także Ian. Kiedy wróciliśmy, pokonawszy niemal całą drogę biegiem, okrzyki Waltera brzmiały nieludzko. Doktor miał zapadniętą twarz, widać było, że bardzo to przeżywa. Walter uspokoił się, dopiero gdy się do niego odezwałam, ponownie odgrywając rolę żony. Okłamywałam go dla jego dobra, dlatego przychodziło mi to z pewną łatwością. Brandt mruczał coś pod nosem, niezadowolony, ale wiedziałam, że nie ma racji. Teraz liczył się tylko Walter i jego cierpienie.
    Chory jednak nadal wił się i pojękiwał, aż w końcu Brandt udał się na drugi koniec pomieszczenia i zaczął chodzić w tę i z powrotem, próbując się wyłączyć.
    Kiedy światło prześwitujące przez sufit zaczęło pomarańczowieć, zjawił się Jamie z jedzeniem dla czworga. Nie pozwoliłam mu zostać; nakłoniłam Iana, by odprowadził go z powrotem do kuchni, i kazałam mu obiecać, że będzie go pilnował całą noc, gdyż bałam się, że chłopiec spróbuje wrócić. Wcześniej Walter, poruszywszy złamaną nogą, wydał z siebie mrożący krew w żyłach wrzask. Nie chciałam, żeby ta noc wyryła się Jamiemu w pamięci, tak jak mnie i Doktorowi. Może również Brandtowi, choć ten robił, co mógł, by ignorować cierpienia Waltera; zatykał sobie uszy i nucił fałszywe melodie.
    Doktor przeciwnie, wcale nie próbował się dystansować, lecz cierpiał razem z Walterem. Twarz miał pobrużdżoną, tak jakby rozdzierające okrzyki chorego przeorały ją niczym pazury.
    Nie spodziewałam się ujrzeć tyle współczucia w człowieku, a tym bardziej w Doktorze. Odkąd zobaczyłam, jak przeżywa cierpienia Waltera, patrzyłam na niego zupełnie inaczej. Miał w sobie tyle empatii, że zdawał się krwawić w środku. Przestałam wierzyć w jego okrucieństwo, ten człowiek po prostu nie mógł być katem. Próbowałam sobie przypomnieć, co takiego sprawiło, że miałam o nim podobne wyobrażenie czy ktokolwiek powiedział coś wprost? Chyba nie. Widocznie pod wpływem strachu wyciągnęłam niewłaściwe wnioski.
    Tego koszmarnego dnia Doktor raz na zawsze zdobył moje zaufanie. Natomiast jego szpital wydawał mi się teraz jeszcze bardziej odstręczający.
    Wraz z ostatnimi promieniami słońca zniknął helikopter. Jeszcze długo siedzieliśmy w ciemnościach, nie ważąc się zapalić nawet bladoniebieskiej lampy. Nie byliśmy pewni, czy poszukiwania się zakończyły. Jako pierwszy uwierzył w to Brandt – on również miał już dość szpitala.
    – Pewnie zrezygnował – mruknął znużony, kierując się do wyjścia. – W nocy nic nie widać. Zabieram lampę. Doktorze, żeby pasożyt nie wyciął jakiegoś numeru.
    Doktor nic nie odpowiedział, nawet za nim nie spojrzał.
    – Zrób coś, Gladdie, zrób coś! – błagał Walter, ściskając mnie za dłoń. Otarłam mu pot z twarzy.
    Miałam wrażenie, że czas zwolnił, stanął w miejscu. Czarna noc zdawała się nie mieć końca. Walter krzyczał coraz częściej i coraz głośniej.
    Melanie była nieobecna; zdawała sobie sprawę, że nic nie może zdziałać. Ja również najchętniej bym się ukryła, gdyby nie to, że Walter mnie potrzebował. Byłam sama ze swoimi myślami – ziściło się moje dawne pragnienie. Czułam się jednak zagubiona.
    W końcu przez otwory w wysokim suficie zaczęło się wkradać słabe, szare światło. Balansowałam na krawędzi snu, co jakiś czas słysząc jęki i krzyki Waltera. Z tyłu dochodziło chrapanie Doktora. Cieszyło mnie, że uda mu się choć trochę odpocząć.
    W ogóle nie usłyszałam nadejścia Jareda. Szemrałam coś bezładnie do Waltera, próbując go uspokoić.
    – Jestem, jestem – wymamrotałam, gdy po raz kolejny wypowiedział imię żony. – Cii, już dobrze. – Moje słowa nie miały znaczenia, ale sam głos zdawał się działać na niego kojąco.
    Nie wiem, jak długo Jared nam się przyglądał, zanim go zauważyłam. Zapewne dłuższą chwilę. Co dziwne, nie zareagował gniewem. Głos miał spokojny.
    – Doktorze. – Usłyszałam za plecami skrzypienie łóżka. – Doktorze, wstawaj.
    Słysząc znajomy głos, nie do pomylenia z żadnym innym, obróciłam się gwałtownie, uwalniając dłoń.
    Jared potrząsał Doktorem i spoglądał na mnie. W mroku jego oczy były nieprzeniknione, a twarz pozbawiona wyrazu.
    Melanie nagle się przebudziła. Obserwowała uważnie tę maskę, próbując zmiarkować, jakie kryją się pod nią myśli.
    – Gladdie! Nie odchodź! Proszę! – zaskrzeczał Walter, aż Doktor zerwał się z łóżka, omal go nie wywracając.
    Obróciłam się z powrotem ku choremu i wsunęłam swoją obolałą dłoń między wyciągnięte palce.
    – Cii, cii! Już dobrze, Walter. Jestem. Nigdzie nie pójdę. Obiecuję.
    Uspokoił się. Kwilił teraz jak małe dziecko. Otarłam mu czoło wilgotną szmatką i łkanie urwało się nagle, przechodząc w westchnienie.
    – Co jest grane? – zapytał pod nosem Jared.
    – Ona jest najlepszym środkiem przeciwbólowym, jaki udało mi się znaleźć – odparł Doktor zmęczonym głosem.
    – Mam dla ciebie coś lepszego niż oswojony Łowca.
    Poczułam skurcz w żołądku, a Melanie syknęła wściekle. Boże, jaki on jest ślepy i uparty! Nie uwierzyłby ci nawet gdybyś mu powiedziała, że słońce wstaje na wschodzie.
    Ale Doktor był zbyt podekscytowany, by przejąć się wymierzoną we mnie obelgą.
    – Znalazłeś coś!
    – Morfinę. Nie za dużo. Byłbym wcześniej, ale wypatrzył mnie Łowca.
    Doktor nie marnował ani chwili. Usłyszałam, jak wyciąga coś z szeleszczącego opakowania i wydaje okrzyk zachwytu.
    – Jared, jesteś cudotwórcą.
    – Poczekaj…
    Ale Doktor stał już obok mnie, promieniejąc na zmizerniałej twarzy. W rękach trzymał niewielką strzykawkę. Wbił Walterowi cieniutką igłę w fałdę na łokciu. Odwróciłam głowę. Nie mogłam na to patrzeć, wbijanie czegoś w skórę wydawało mi się strasznie inwazyjne.
    Jednakże już po upływie pół minuty zastrzyk zaczął działać. Naprężone ciało chorego zmiękło i opadło na materac, niespokojny oddech wyrównał się i przycichł, ręka rozluźniła się, uwalniając moją.
    Zaczęłam masować lewą dłoń, by odzyskać czucie w koniuszkach palców. Tam, gdzie wracała krew, czułam lekkie mrowienie.
    – Słuchaj, naprawdę nam nie starczy – bąknął Jared.
    Oderwałam wzrok od twarzy Waltera, nareszcie niczym niezmąconej. Jared stał tyłem do mnie, ale widziałam zdziwienie na twarzy Doktora.
    – Nie starczy na co? Nie mam zamiaru oszczędzać morfiny na czarną godzinę, Jared. Pewnie niedługo będziemy żałować, że jej nie mamy, ale nie pozwolę, żeby Walter oszalał z bólu, skoro mogę mu ulżyć!
    – Nie o to mi chodziło – odparł Jared głosem, jakim mówił, gdy dobrze coś przemyślał. Niespiesznym i równym, jak oddech Waltera.
    Doktor zmarszczył brwi.
    – Wystarczy tylko na trzy, może cztery dni, nie więcej – powiedział Jared. – I to jeżeli będziesz mu ją odpowiednio dawkował.
    Nie rozumiałam, o czym mówi, ale Doktor najwyraźniej tak.
    – Ech – westchnął. Obrócił się twarzą do Waltera i zobaczyłam, że nad jego dolnymi powiekami gromadzą się świeże łzy. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale nie padło z nich ani jedno słowo.
    Bardzo chciałam się dowiedzieć, o czym rozmawiają, ale powściągała mnie obecność Jareda; znów czułam lęk przed mówieniem, uczucie, od którego powoli się już odzwyczajałam.
    – Nie uratujesz mu życia. Możesz jedynie uratować go od bólu.
    – Wiem – odparł Doktor. Głos mu się załamał, jakby powstrzymywał płacz. – Masz rację.
    Co się dzieje? – zapytałam. Pomyślałam, że skorzystam z obecności Melanie, dopóki ze mną jest.
    Chcą go zabić, stwierdziła suchym tonem. Mają dość morfiny, by wstrzyknąć mu śmiertelną dawkę.
    Z trudem złapałam powietrze. Mój oddech, choć niezbyt głośny, wypełnił ciche pomieszczenie. Nie zaprzątałam sobie jednak głowy reakcją Jareda ani Doktora. Pochyliłam się ze łzami w oczach nad Walterem.
    Nie, pomyślałam, nie. Jeszcze nie. Nie.
    Wolisz, żeby umarł z bólu?
    Po prostu… przeraża mnie ta… ostateczność. To takie nieodwracalne. To mój przyjaciel. Nigdy więcej go nie zobaczę.
    A ilu przyjaciół poleciałaś odwiedzić na innych planetach?
    Jeszcze nigdy nie miałam takich przyjaciół jak tu.
    Przyjaciele z poprzednich wcieleń zlewali mi się w głowie. Dusze były do siebie bardzo podobne, pod pewnymi względami wręcz identyczne. Walter był inny – nie dało się go nikim zastąpić.
    Tuliłam jego głowę, kapiąc na nią łzami. Próbowałam zdusić płacz, ale nadaremnie. Był to raczej lament niż szloch.
    Wiem, wiem. Kolejny pierwszy raz, szepnęła Melanie ze współczuciem. Współczuła mi – to również był pierwszy raz.
    – Wando? – odezwał się Doktor.
    Potrząsnęłam tylko głową. Nie byłam w stanie mu odpowiedzieć.
    – Chyba za długo tu siedzisz. – Poczułam na ramieniu jego ciepłą, lekką dłoń. – Powinnaś odpocząć.
    Jeszcze raz potrząsnęłam głową, wciąż popłakując.
    – Jesteś wykończona – przekonywał. – Idź się umyć, rozprostować. Zjedz coś.
    Spojrzałam mu w oczy.
    – Czy Walter będzie tu, kiedy wrócę? – wymamrotałam przez łzy.
    Przymrużył oczy.
    – Chcesz tego?
    – Chciałabym się pożegnać. To mój przyjaciel.
    Poklepał mnie po ramieniu.
    – Wiem, Wando, wiem. Ja też. Wcale mi się nie spieszy. Idź się przewietrzyć i wróć. Walter jeszcze trochę pośpi.
    Jego zmęczona twarz miała szczery wyraz. Ufałam mu.
    Przytaknęłam i ostrożnie oparłam głowę Waltera na poduszce. Pomyślałam, że może łatwiej mi będzie sobie z tym poradzić, jeśli odpocznę trochę od tego miejsca. Nie wiedziałam jednak, jak to właściwie jest – pożegnać kogoś na zawsze.
    Wychodząc, musiałam jeszcze spojrzeć na Jareda – chcąc nie chcąc, byłam w nim zakochana. Mel pragnęła tego samego, najlepiej bez mojego udziału. Jak gdyby jedno nie wykluczało drugiego.
    Jared patrzył na mnie. Odniosłam wrażenie, że już od dłuższego czasu. Twarz miał opanowaną, ale znów pojawił się na niej cień zdumienia i podejrzenia. Byłam już tym zmęczona. Nawet gdybym istotnie była dobrą aktorką, po co miałabym to wszystko przed nim odgrywać? Wiadome było, że Walter już nigdy nie stanie w mojej obronie. Po co miałabym go sobie „urabiać”?
    Przez jedną długą sekundę spoglądałam Jaredowi w oczy, po czym obróciłam się i ruszyłam w głąb tunelu, czarnego jak smoła, a mimo to bardziej przyjaznego niż tamto srogie oblicze.

Rozdział 32

Zasadzka

    W jaskiniach było cicho, słońce jeszcze nie wstało. Lusterka nad głównym placem szarzały dopiero bladym brzaskiem świtającego dnia.
    Moje jedyne ubrania zostały u Jamiego i Jareda. Zakradłam się do ich pokoju. Nie bałam się, bo wiedziałam, że Jared jest w szpitalu.
    Jamie spał twardo, zwinięty w kulkę w górnym rogu materaca. Zwykle nie spał tak przykurczony, ale tym razem miał powód. Resztę łóżka zajmował Ian, wystając rękoma i stopami poza wszystkie cztery brzegi.
    Nie wiedzieć czemu, strasznie mnie to rozbawiło. Musiałam zagryźć pięść, żeby zdusić śmiech. Zabrałam prędko moją starą brudną koszulkę oraz szorty i wymknęłam się na korytarz, wciąż powstrzymując się od chichotu.
    Masz głupawkę, skomentowała Melanie. Potrzebujesz snu.
    Później. Jak już… Urwałam w pół zdania, otrzeźwiona ponurą myślą. Znów nastała zupełna cisza.
    Ruszyłam do łaźni, ani na chwilę nie zwalniając kroku. Ufałam Doktorowi, ale… Co, jeśli zmieni zdanie? Jared mógł go przekonać. Nie miałam całego dnia.
    Kiedy dotarłam do skrzyżowania korytarzy, wydało mi się, że coś usłyszałam. Obejrzałam się, ale nikogo nie było. Ludzie budzili się dopiero ze snu. Zbliżała się pora śniadania i kolejny dzień pracy. Trzeba było przekopać wschodnie pole, o ile uprzątnięto je z suchych łodyg. Może znajdę trochę czasu, żeby pomóc… później…
    Podążałam znajomą trasą do pieczary z rzekami, ale myślami byłam w tysiącu innych miejsc. Nie mogłam się na niczym skupić. Za każdym razem, gdy próbowałam skoncentrować umysł na rzeczy lub osobie – na Walterze, Jaredzie, śniadaniu, pracy, kąpieli – świtała mi w głowie jakaś nowa myśl. Melanie miała rację, potrzebowałam snu. Sama też była rozkojarzona. Jej myśli krążyły wokół Jareda, ale były równie chaotyczne jak moje. Zdążyłam się przyzwyczaić do łaźni. Panujący tu mrok już dawno przestał mi przeszkadzać. W jaskiniach było mnóstwo takich miejsc, Spędzałam po ciemku połowę dnia. Poza tym myłam się w basenie już wiele razy i nigdy nic w nim na mnie nie czyhało.
    Tym razem nie miałam czasu się moczyć. Nadchodził czas pobudki, a niektórzy lubili zacząć dzień od kąpieli. Zabrałam się do pracy, najpierw umyłam siebie, potem chwyciłam za ubrania. Szorowałam je zawzięcie, żałując, że nie mogę wyprać pamięci, tak by zniknęły z niej wspomnienia ostatnich dwóch nocy.
    Kiedy skończyłam, szczypały mnie dłonie. Najbardziej piekła mnie popękana skóra na kłykciach. Opłukałam ręce w wodzie, lecz nie przyniosło to żadnej ulgi. Westchnęłam i wyszłam z basenu, żeby się ubrać.
    Suche ubranie czekało na mnie na kamieniach w kącie. Idąc po nie, kopnęłam niechcący kamyk, na tyle mocno, by skaleczyć się w bosą stopę. Kamyk potoczył się hałaśliwie po ziemi, odbił od ściany i wylądował z pluskiem w wodzie, i choć dźwięk prawie zginął wśród bulgotu rzeki, podskoczyłam przestraszona.
    Akurat zakładałam z powrotem obdarte tenisówki, gdy mój czas na kąpiel dobiegł końca.
    – Puk, puk – odezwał się w ciemnościach znajomy głos.
    – Dzień dobry, Ian – odpowiedziałam. – Właśnie skończyłam. Dobrze spałeś?
    – Ian śpi – odparł głos Iana. – Ale pewnie niedługo się obudzi, więc musimy się pospieszyć.
    Poczułam, jak lodowacieją mi stawy. Nie mogłam się ruszyć z miejsca. Zaparło mi dech.
    Zwróciłam kiedyś na to uwagę, a potem, gdy Kyle zniknął na kilka tygodni, całkiem o tym zapomniałam: bracia mieli nie tylko bardzo podobną fizjonomię, ale też identyczny głos. Oczywiście pod warunkiem, że Kyle mówił normalnym tonem, czyli dość rzadko.
    Brakowało mi powietrza. Znalazłam się w potrzasku. Byłam w grocie czarnej jak noc, a Kyle stał u wyjścia. Nie miałam dokąd uciec.
    Bądź cicho! – pisnęła Mełanie.
    Posłuchałam jej. I tak nie mogłam krzyczeć, nie miałam powietrza w płucach.
    Nasłuchuj!
    Robiłam, co kazała. Spróbowałam się skupić mimo strachu przeszywającego mnie milionem lodowatych sopli.
    Nic nie słyszałam. Czyżby Kyle czekał, aż coś odpowiem? Zakradał się po cichu? Jeszcze mocniej wytężyłam słuch, ale bulgot rzeki zagłuszał inne dźwięki.
    Szybko, podnieś jaikś kamień! – rozkazała Melanie.
    Po co?
    W myślach stanął mi obraz, jak rozbijam Kyle’owi głowę.
    Nie potrafię!
    Inaczej zginiemy! – krzyknęła. Ja potrafię! Pozwól mi to zrobić.
    Musi być jakieś inne wyjście, jęknęłam, ale posłusznie ugięłam zesztywniałe kolana i zaczęłam przeczesywać rękoma ciemną podłogę. Znalazłam jeden duży, strzępiasty kamień oraz garść małych.
    Walcz albo uciekaj.
    Zdesperowana, próbowałam uwolnić Melanie, ale nie mogłam znaleźć właściwych drzwi – ręce ciągle były moimi rękoma, to ja ściskałam w nich kamienie, których nie potrafiłam użyć jako broni.
    Jakiś dźwięk. Cichy plusk w strumyku odprowadzającym wodę z basenu do sąsiedniej groty. Parę metrów ode mnie.
    Oddaj mi moje ręce!
    Nie wiem jak! Weź je sobie!
    Ruszyłam po cichu wzdłuż ściany w stronę wyjścia. Melanie próbowała wydostać mi się z głowy, ale ona również nie mogła odnaleźć furtki.
    Kolejny odgłos. Oddech. Tym razem nie od strony strumienia, lecz…
    przy wyjściu. Zamarłam.
    Gdzie on jest?
    Nie wiem!
    Znowu słyszałam tylko rzekę. Czy Kyle był sam? Czy miał kogoś do pomocy, czekającego w drzwiach? Jak blisko już podszedł?
    Włosy na rękach i nogach stanęły mi dęba. Wyczuwałam w powietrzu dziwne napięcie, tak jakbym czuła jego bezszelestne ruchy. Zawróciłam powoli tam, skąd przyszłam.
    Wiedziałam, że nie będzie czekał bez końca. Z tego, co mówił, wynikało, że nie ma zbyt wiele czasu. W każdej chwili mógł ktoś przyjść. Z drugiej strony, więcej było takich, którzy raczej przymkną oko na to, co się dzieje, niż spróbują go powstrzymać, a osób, które mogłyby tego dokonać, było jeszcze mniej. Chyba tylko Jeb ze swoją strzelbą mógł tu coś wskórać. Wprawdzie Jared nie był od Kyle’a słabszy, ale mniej mu zależało. Tym razem pewnie nie stanąłby z nim do walki.
    Kolejny dźwięk. Chyba krok w okolicach drzwi. A może się przesłyszałam? Jak długo jeszcze potrwa ta gra? Straciłam rachubę czasu, nie miałam pojęcia, ile minęło sekund albo minut.
    Przygotuj się. Melanie czuła, że zabawa w kotka i myszkę powoli dobiega końca. Chciała, żebym mocniej ścisnęła kamień w dłoni.
    Postanowiłam jednak spróbować najpierw ucieczki. Nawet gdybym się przemogła i stanęła do walki, nie byłabym przecież równorzędnym przeciwnikiem. Kyle ważył pewnie dwa razy więcej ode mnie i miał dłuższe ramiona.
    Uniosłam dłoń, w której trzymałam garść kamyków, mierząc w kierunku przejścia do ubikacji. Liczyłam, że uda mi się go zmylić, tak by pomyślał, że chcę się tam schować i czekać na pomoc. Uderzyły o ścianę z takim hałasem, aż schowałam głowę w ramiona.
    Znowu oddech przy wyjściu. Miękkie kroki. Przynęta zadziałała. Ruszyłam wzdłuż ściany najciszej, jak umiałam.
    Co, jeśli jest ich dwóch?
    Nie wiem.
    Byłam już bardzo blisko wyjścia. Byle tylko dostać się do tunelu, pomyślałam. Tam mnie nie dogoni, jestem lżejsza i szyb…
    Usłyszałam krok, tym razem wyraźnie. Postawił nogę w strumyku. Przyspieszyłam.
    Ciszę przerwał ogromny plusk. Wzdrygnęłam się, opryskana wodą. Część chlusnęła głośno o ścianę.
    Idzie przez basen! Biegnij!
    Wahałam się o sekundę za długo. Wielkie palce schwyciły mnie za kostkę i łydkę. Szarpnęłam nogą i upadlam jak długa na ziemię, wyślizgując mu się z dłoni. Złapał mnie za but. Natychmiast wyszarpnęłam z niego stopę.
    Leżałam na ziemi, ale on też, więc rzuciłam się czym prędzej do ucieczki, rozdzierając sobie kolana o skalną podłogę.
    Kyle chrząknął i chwycił się mojej bosej pięty, ale nie miał na czym oprzeć palców i od razu mu się wysmyknęłam. Wyrwałam do przodu na nogach, lecz mocno pochylona, tak że w każdej chwili mogłam się znowu przewrócić, poruszałam się bowiem niemal równolegle do podłogi. Utrzymywałam równowagę jedynie siłą woli.
    Nikogo więcej nie było. Nikt nie czekał przy wejściu, żeby mnie złapać. Zaczęłam pędzić przed siebie. Czułam, jak rośnie we mnie nadzieja i wzbiera adrenalina. Wpadłam biegiem do pieczary z rzeką, myśląc jedynie o tym, by dotrzeć do tunelu. Słyszałam za sobą dyszenie Kyle’a – blisko, ale nie dość blisko. Z każdym krokiem odbijałam się mocniej od ziemi, powiększałam przewagę.
    Nagle poczułam ostry, przeszywający ból w nodze. Wśród szumu rzeki rozległ się odgłos dwóch kamieni uderzających o podłogę – tego, który ściskałam w dłoni, oraz tego, który mnie ugodził.
    Zraniona noga przekręciła się pode mną i upadłam plecami na ziemię. Kyle dopadł do mnie w mgnieniu oka.
    Przygniótł mnie swoim ciężarem do podłogi, tak że uderzyłam głową o skałę i zadzwoniło mi w uszach. Nie byłam w stanie się ruszyć ani tym bardziej dźwignąć.
    Krzycz!
    Z piersi wydarł mi się przenikliwy wrzask. Nie sądziłam, że uda mi się narobić tyle hałasu – ktoś na pewno mnie usłyszał. Oby to był Jeb. Oby miał ze sobą broń.
    – Uch! – zaprotestował Kyle. Jego wielka dłoń zakrywała mi prawie całą twarz. Zacisnął ją na moich ustach.
    Zaczęliśmy się toczyć. Tak bardzo mnie tym zaskoczył, że nawet nie próbowałam tego wykorzystać. Przeciągał mnie płynnie nad i pod sobą. Byłam oszołomiona, wciąż kręciło mi się w głowie, ale gdy tylko zanurzył mnie w wodzie, wszystko stało się jasne.
    Chwycił mnie mocno za kark i wepchnął do chłodnego, płytkiego strumyka płynącego krętym torem w stronę łaźni. Było za późno, by nabrać powietrza. Łyknęłam już sporo wody.
    Kiedy wlała mi się do płuc, moje ciało ogarnęła panika. Broniło się z nadspodziewaną siłą. Kończyny miotały się we wszystkie strony, szyja wyśliznęła się z uścisku. Próbował mnie lepiej chwycić, a wtedy ja zamiast schować się głębiej, tak jak się spodziewał, instynktownie poderwałam głowę. Nieznacznie, ale to wystarczyło, żeby wynurzyć brodę ze strumienia, wykasłać trochę wody i zaczerpnąć powietrza.
    Próbował zanurzyć mnie z powrotem, ale tak się pod nim wiłam i szarpałam, że jego własny ciężar tylko mu przeszkadzał. Targał mną kaszel, ciało wciąż zmagało się z wodą w płucach.
    – Dość tego! – warknął Kyle. Zszedł ze mnie. Próbowałam się odczołgać.
    – Nawet o tym nie myśl – rzucił przez zęby.
    Wiedziałam, że to już koniec.
    Z ranną nogą było coś nie tak. Zdrętwiała i odmawiała posłuszeństwa. Mogłam się tylko odpychać rękoma i drugą nogą, ale nie szło mi to najlepiej, bo przeszkadzał mi kaszel. Nie byłam też w stanie znowu krzyknąć.
    Kyle chwycił mnie za nadgarstek i poderwał z ziemi. Noga ugięła mi się pod ciężarem ciała i osunęłam się na niego.
    Wtedy jedną ręką ścisnął mi nadgarstki, a drugą objął w pasie. Podniósł mnie z podłogi i przycisnął do boku jak nieporęczny worek mąki. Wywijałam w powietrzu zdrową nogą.
    – Miejmy to z głowy.
    Przesadził strumień jednym susem i zaniósł mnie do pierwszego z brzegu otworu w podłodze. Uderzyła mnie w twarz para z gorącego źródła.
    Zamierzał wrzucić mnie do ciemnej dziury na pastwę bystrej, wrzącej wody.
    – Nie, nie! – krzyczałam, ale zbyt cicho i chrapliwie, by ktokolwiek mógł mnie usłyszeć.
    Miotałam się gorączkowo. Uderzyłam kolanem w jedną ze skalnych kolumn, a po chwili zaczepiłam o nią stopę, próbując mu się wyrwać, ale wyszarpnął mnie, dysząc gniewnie.
    Przynajmniej musiał poluzować nieco uścisk, dzięki czemu mogłam wykonać jeszcze jeden manewr. Raz już mi się udał, więc postanowiłam spróbować znowu. Zamiast się wyrywać, objęłam go nogami w pasie i, nie zważając na ból, zacisnęłam zdrową stopę na tej zdrętwiałej, by mocno się go uczepić.
    – Złaź ze mnie, ty… – Kiedy próbował mnie zrzucić, udało mi się uwolnić nadgarstek. Owinęłam mu rękę wokół szyi i złapałam go za gęstą czuprynę. Gdybym spadła teraz w rzeczną czeluść, poleciałby ze mną.
    Kyle zasyczał, puścił na chwilę moją nogę i zdzielił mnie pięścią w bok.
    Jęknęłam z bólu, ale udało mi się złapać go za włosy drugą ręką.
    Objął mnie rękoma, jakbyśmy się przytulali, a nie walczyli w śmiertelnym zwarciu. Potem chwycił mnie z obu stron za talię i naparł z całej siły, próbując przerwać klincz.
    Jego włosy zaczęły mi zostawać w dłoniach, lecz tylko warczał i ciągnął jeszcze mocniej.
    Słyszałam blisko bulgot wrzącej wody, miałam wrażenie, że jest tuż pode mną. Para wydobywała się gęstymi kłębami. Przez minutę nie widziałam nic poza wykrzywioną gniewem twarzą Kyle’a, dziką i bezwzględną.
    Poczułam, że ranna noga słabnie. Spróbowałam przywrzeć do niego jeszcze bardziej, ale brutalna siła powoli brała górę nad moją desperacją, jeszcze chwila i się uwolni, a mnie pochłonie sycząca para.
    Jared! Jamie! – rozpaczałyśmy obie. Nigdy się nie dowiedzą, co się ze mną stało. Ian. Jeb. Doktor. Walter. Nie pożegnałam się.
    Kyle nagle podskoczył i wylądował ciężko na nogach. Wstrząs przyniósł zamierzony skutek: nogi mi się obsunęły.
    Zanim jednak zdążył to wykorzystać, stało się coś jeszcze.
    Huk pękającej skały prawie mnie ogłuszył. Myślałam, że wali się cała grota. Zatrzęsła się pod nami podłoga.
    Kyle wydał stłumiony krzyk i odskoczył do tyłu, a ja z nim. Znowu rozległ się huk i mój napastnik zaczął tracić grunt pod nogami.
    To brzeg skalnego otworu załamał się pod naszym ciężarem. Kyle próbował się wycofać, lecz skała pękała w zastraszającym tempie, wyprzedzając jego kroki.
    Kawałek podłogi osunął mu się spod pięty i runęliśmy z łoskotem na ziemię. Kyle upadł na plecy, uderzając głową o skalny słup. Ręce opadły mu bezwładnie.
    Pękająca podłoga coraz głośniej hałasowała. Czułam, jak pod nim drży. Leżałam mu na piersi. Nasze nogi wisiały nad czeluścią, parująca woda skraplała się na nich milionem kropelek.
    – Kyle?
    Cisza.
    Bałam się ruszyć.
    Musisz z niego zejść. Razem jesteście za ciężcy. Ostrożnie – złap się słupa. Odsuń się od dziury.
    Byłam zbyt przerażona i rozełkana, by samodzielnie myśleć, więc słuchałam Melanie. Puściłam włosy Kyle’a i powlokłam się ostrożnie po jego nieprzytomnym ciele, używając skalnego słupa jako oparcia. Wydawał się stabilny, ale podłoga wciąż złowrogo pod nami trzeszczała.
    Minęłam słup i dobrnęłam do miejsca, w którym skała była nieruchoma, ale czołgałam się dalej w stronę tunelu.
    Za mną znów coś pękło. Obejrzałam się i zobaczyłam, że noga Kyle’a zwisa teraz jeszcze niżej. Fragment skalnej podłogi osunął się spod niego i wylądował z pluskiem w rzece. Skała drżała pod jego ciężarem.
    Spadnie, uprzytomniłam sobie.
    I dobrze, warknęła Melanie.
    Ale!…
    Jak spadnie, nie będzie mógł nas zabić. Jak nie spadnie, to nas zabije. Proste.
    Nie mogę tak zwyczajnie…
    Możesz, Wando. Możesz. Nie chcesz żyć?
    Chciałam.
    Oto pojawiła się szansa, że Kyle zniknie. I że nikt mnie już więcej nie skrzywdzi. W każdym razie żaden człowiek. Była jeszcze Łowczyni, ale może kiedyś w końcu się podda? I będę mogła pozostać na zawsze z ludźmi, których kocham…
    Rwało mnie w kolanie – ból powoli wypierał odrętwienie. Po ustach spływał mi ciepły płyn. Skosztowałam go w roztargnieniu i zrozumiałam, że to krew.
    Zostaw go, Wagabundo. Chcę żyć. Ja też chyba mam coś do powiedzenia.
    Nawet tu, gdzie stałam, czułam drgania. Kolejny kawałek skały runął z pluskiem do wody. Miałam wrażenie, że Kyle zsunął się o parę centymetrów.
    Zostaw go.
    Melanie wiedziała, co mówi. To był jej świat. Znała rządzące nim zasady.
    Spoglądałam na człowieka, który miał lada chwila zginąć – człowieka, który chciał mnie zabić. Nie przypominał już dzikiego zwierzęcia. Na jego twarzy malowało się odprężenie, wręcz błogi spokój.
    Był łudząco podobny do brata.
    N i e! – zaprotestowała Melanie.
    Wróciłam po niego na czworakach, powoli, co chwila badając grunt. Bałam się minąć słup, więc zaczepiłam o niego zdrową nogę i wyciągnęłam się w stronę Kyle’a. Wsunęłam mu ręce pod ramiona i splotłam dłonie na piersi.
    Ciągnęłam tak mocno, że oczy prawie wyszły mi z orbit, ale nawet nie drgnął. Podłoga wciąż się sypała, niczym piasek w klepsydrze.
    Szarpnęłam ponownie, ale sprawiłam tylko, że skała zaczęła się kruszyć jeszcze szybciej.
    Ledwie to sobie uświadomiłam, gdy odpadł kolejny, tym razem większy kawałek. Punkt ciężkości nieprzytomnego ciała niebezpiecznie się przesunął. Kyle zaczął się osuwać.
    – Nie! – wykrzyknęłam, nagle odzyskując głos.
    Zacisnęłam dłonie mocniej na szerokiej piersi i z wielkim trudem przycisnęłam go do skały. Bolały mnie ręce.
    – Pomocy! – krzyczałam. – Niech mi ktoś pomoże!

Rozdział 33

Kłamstwo

    Kolejny plusk. Ręce powoli opadały mi z sił.
    – Wanda? Wanda!
    – Pomocy! Kyle! Podłoga! Pomocy!
    Twarz miałam przyciśniętą do skały, a oczy zwrócone ku wejściu do pieczary. W górze robiło się coraz jaśniej, wstawał dzień. Wstrzymałam oddech. Ból rozsadzał mi ramiona.
    – Wanda! Gdzie jesteś?
    Ian wpadł do groty ze strzelbą w ręku. Trzymał ją nisko, gotową do strzału. Na twarzy miał ten sam wyraz gniewu co jego brat parę chwil wcześniej.
    – Uważaj! – krzyknęłam. – Podłoga się wali! Dłużej go nie utrzymam!
    Potrzebował dwóch długich sekund, żeby ogarnąć umysłem to, co zobaczył. Spodziewał się ujrzeć Kyle’a próbującego mnie zabić. I całkiem słusznie, ale się spóźnił.
    Rzucił broń na ziemię i ruszył pędem w moją stronę.
    – Połóż się! Rozłóż równo ciężar!
    Padł na ręce i podszedł do mnie na czworakach. W bladym świetle poranka widziałam, jak płoną mu oczy.
    – Nie puszczaj.
    Jęknęłam z bólu.
    Pomyślał sekundę, po czym położył się za mną i przycisnął mnie do skały. Sięgał ramionami o wiele dalej niż ja. Z łatwością objął brata, mimo że leżałam między nimi.
    – Raz, dwa, trzy – wystękał.
    Jednym pewnym ruchem odciągnął Kyle’a od dziury. Uderzyłam twarzą w skałę, na szczęście zdartym policzkiem. Nie mógł wyglądać dużo gorzej.
    – Przyciągnę go. Możesz się wydostać?
    – Spróbuję.
    Powoli, z bolesną ulgą w ramionach, puściłam Kyle’a, upewniając się najpierw, że Ian mocno go trzyma. Następnie wycofałam się spomiędzy Iana i skały, unikając kontaktu z niepewnym fragmentem podłogi. Przeczolgałam się tyłem półtora metra w stronę wyjścia, gotowa w każdej chwili złapać Iana, gdyby zaczął się osuwać.
    Ian zaciągnął bezwładne ciało brata za słup, przesuwając je pojedynczymi szarpnięciami, za każdym razem o kilkanaście centymetrów. Większość podłogi już się zawaliła, ale podstawa słupa trwała nieporuszona.
    Ian przeczołgał się tyłem w ślad za mną, taszcząc brata zrywami mięśni i woli. Minutę później wszyscy troje byliśmy już u wejścia do tunelu, Ian i ja zasapani.
    – Co się… stało… u diabła?
    – Byliśmy… za ciężcy… Podłoga… nie wytrzymała.
    – Co tam robiliście… na skraju? Z Kyle’em?
    Spuściłam głowę, skupiając się na oddychaniu.
    No co, powiedz mu.
    Ale co wtedy…?
    Dobrze wiesz. Kyle złamał zasady. Jeb go zastrzeli albo wyrzuci. Może Ian najpierw skopie mu tylek. Chętnie na to popatrzę.
    Melanie nie mówiła tego serio; w każdym razie nie podejrzewałam jej o to. Po prostu była na mnie wściekła, że ryzykowałam nasze życie, ratując niedoszłego mordercę.
    No właśnie, odparłam. Jeżeli wyrzucą Kyle’a z mojego powodu… albo zastrzelą… Zadrżałam. Nie widzisz, że to nie ma sensu. On jest jednym z was.
    Naraziłaś nasze życie, Wando.
    To także moje życie. Nie potrafię nie być… nie być sobą.
    Melanie jęknęła z niesmakiem.
    – Wando? – rzucił pytająco Ian.
    – Nic – odparłam pod nosem.
    – Kłamiesz jak najęta.
    Nie podnosiłam głowy.
    – Co ci zrobił?
    – Nic – skłamałam. Nieprzekonująco.
    Ian dotknął mi brody i podniósł twarz.
    – Krew ci leci z nosa. – Obrócił mi głowę. – I masz krew we włosach.
    – Uderzyłam się… kiedy skała się zawaliła.
    – Po obu stronach?
    Wzruszyłam ramionami.
    Ian wpatrywał się we mnie przez dłuższą chwilę. Błysk jego oczu ginął w mroku tunelu.
    – Musimy zabrać Kyle’a do Doktora – powiedziałam. – Rozbił sobie głowę.
    – Dlaczego go chronisz? Próbował cię zabić. – Nie było to pytanie, lecz stwierdzenie faktu. Gniew na jego twarzy zaczął powoli ustępować miejsca przerażeniu. Pewnie wyobrażał sobie szamotaninę na krawędzi skały. Widziałam to po jego oczach. Nie doczekawszy się odpowiedzi, odezwał się ponownie, tym razem szeptem. – Chciał cię wrzucić do rzeki… – Przeszył go dreszcz.
    Do tej pory jedną ręleą obejmował Kyle’a – tak usiadł i nie miał siły się ruszyć. Teraz jednak gwałtownie odepchnął nieprzytomnego brata i odsunął się od niego ze wstrętem. Przycisnął mnie do piersi. Czułam jego nierówny oddech.
    Było mi dziwnie.
    – Powinienem go tam zaciągnąć z powrotem i wrzucić do wody.
    Potrząsnęłam gwałtownie głową, aż odezwał się w niej pulsujący ból.
    – Nie.
    – Po co marnować czas. Jeb jasno powiedział, jakie są zasady. Jeżeli próbujesz zrobić komuś krzywdę, czeka cię kara. Trzeba zwołać sąd.
    Spróbowałam się od niego odsunąć, ale przycisnął mnie do siebie jeszcze mocniej. Nie przestraszyłam się – nie tak jak wtedy, gdy chwycił mnie Kyle. Czułam się jednak nieswojo.
    – Nie. Nie wolno ci tego zrobić. Nikt nie złamał zasad. Podłoga się zawaliła, to wszystko.
    – Wando…
    – To twój brat.
    – Wiedział, co robi. Tak, to mój brat, ale zrobił to, co zrobił, a ty jesteś… jesteś moją przyjaciółką.
    – Nic nie zrobił. Jest człowiekiem – odszepnęłam. – Jego miejsce jest tutaj z wami.
    – Nie zamierzam z tobą znowu o tym dyskutować. Widocznie masz inną definicję człowieka niż ja. Dla ciebie to słowo jest… obelgą. Dla mnie – komplementem. Według mnie ty jesteś człowiekiem, a on nie jest. Nie po tym, co zrobił.
    – „Człowiek” wcale nie jest dla mnie obelgą. Poznałam was lepiej. Ale, Ian, to przecież twój brat!
    – Wstydzę się tego.
    Uwolniłam się z jego uścisku. Tym razem nie stawiał oporu. Może dlatego, że gdy ruszyłam nogą, wyrwało mi się z ust ciche jęknięcie.
    – Wszystko w porządku?
    – Chyba tak. Musimy znaleźć Doktora, ale nie wiem, czy dam radę iść. Ude… uderzyłam się w nogę.
    Ian wydał zduszony okrzyk.
    – Która to? Pokaż.
    Spróbowałam wyprostować prawą nogę i znów jęknęłam. Dotknął palcami mojej kostki, sprawdzając kości i stawy. Pokręcił nią ostrożnie.
    – Wyżej. Tu. – Położyłam jego dłoń na tylnej stronie uda, tuż nad kolanem. Kiedy dotknął obolałego miejsca, wydałam kolejny jęk. – To chyba nie złamanie ani nic takiego. Po prostu boli.
    – W najlepszym razie to głębokie stłuczenie mięśnia – zamamrotał. – jak to się stało?
    – Musiałam… uderzyć się o skałę, jak upadłam.
    Westchnął.
    – Dobra, idziemy do Doktora.
    – Kyle bardziej potrzebuje pomocy.
    – I tak muszę najpierw znaleźć Doktora albo kogokolwiek. Nie zaniosę Kyle’a tak daleko, a ciebie mogę. A niech to, poczekaj.
    Obrócił się gwałtownie i zniknął w pieczarze z rzeką. Postanowiłam, że nie będę się z nim kłócić. Chciałam zobaczyć Waltera, zanim… Doktor obiecał, że na mnie poczeka. Jak długo jeszcze podziała pierwsza dawka morfiny? Kręciło mi się w głowie. Miałam dużo zmartwień i mało sił. Adrenalina opadła, czułam się wyczerpana.
    Ian wrócił ze strzelbą. Przypomniało mi się, że pomyślałam o niej w łaźni, i zmarszczyłam brwi. Byłam z siebie niezadowolona.
    – Chodźmy.
    Bez namysłu podał mi broń. Wpadła mi w otwarte dłonie, ale nie potrafiłam ich zacisnąć. Doszłam jednak do wniosku, że to zasłużona kara. Ian zaśmiał się pod nosem.
    – Nie rozumiem, jak można się ciebie bać – powiedział cicho. Uniósł mnie łatwo i ruszył w głąb tunelu, zanim jeszcze zdążyłam się ułożyć. Starałam się oszczędzać obolały kark i udo.
    – Czemu masz takie mokre rzeczy? – zapytał. Mijaliśmy akurat jeden z otworów w suficie i zobaczyłam na jego bladych ustach ponury uśmiech.
    – Nie wiem – odparłam cicho. – Od pary? Znowu zanurzyliśmy się w ciemnościach.
    – Zgubiłaś but.
    – O.
    Minęliśmy kolejną strugę światła i oczy na moment zalśniły mu szafirem. Były poważne, zwrócone na moją twarz.
    – Wando… nie masz pojęcia, jaki jestem szczęśliwy, że nic ci się nie stało… To znaczy – że nie stało się nic gorszego.
    Milczałam. Bałam się, że powiem coś, czego będzie mógł użyć przeciw Kyle’owi.
    Jeb znalazł nas przed wejściem do jaskini z ogrodem. Wystarczyło światła, żebym dojrzała w jego oczach błysk zaciekawienia. Nic dziwnego, skoro Ian niósł mnie na rękach, miałam krew na twarzy, a w otwartych dłoniach strzelbę.
    – Czyli miałeś rację – odezwał się. W jego głosie słychać było gniew. Zaciskał szczękę pod gęstą brodą. – Nie słyszałem strzałów. Co z Kyle’em?
    – Jest nieprzytomny – odparłam pospiesznie. – Trzeba wszystkich ostrzec, że urwał się kawałek podłogi nad rzeką. Może tam być niebezpiecznie. Kyle uderzył się mocno w głowę. Potrzebuje pomocy.
    Jeb uniósł brew tak wysoko, że prawie dotknęła wypłowiałej chusty.
    – To jej wersja – uściślił Ian, nie kryjąc wątpliwości. – Upiera się przy niej.
    Jeb roześmiał się.
    – Pozwól, że uwolnię cię od tego ciężaru – powiedział do mnie.
    Chętnie oddałam mu broń. Zaśmiał się znowu, tym razem z mojej miny.
    – Ściągnę Andy’ego i Brandta, pomogą mi z Kyle’em. Dojdziemy do was.
    – Nie spuszczajcie go z oka, kiedy już się ocknie – rzucił Ian surowym tonem.
    – Spokojna głowa.
    Jeb poszedł szukać rąk do pomocy. Ian zabrał mnie do południowego tunelu.
    – Kyle może być poważnie ranny… Jeb powinien się pospieszyć.
    – Kyle ma głowę twardszą niż wszystkie skały w tych jaskiniach.
    Tunel zdawał się jeszcze dłuższy niż zwykle. Czy Kyle umierał pomimo moich starań? Może doszedł do siebie i znowu mnie szuka? Co z Walterem? Ciągle śpi? Co, jeśli… już go nie ma? A Łowczyni? Poddała się czy znowu dziś przyleci?
    Czy Jared nadal jest u Doktora? – dodała od siebie Melanie. Czy będzie zły, gdy cię zobaczy? Czy mnie pozna?
    Kiedy w końcu dotarliśmy do słonecznego szpitala, odniosłam wrażenie, że Jared i Doktor przez cały ten czas prawie się nie ruszali. Stali ramię w ramię, oparci o biurko. Nie rozmawiali, tylko patrzyli na śpiącego Waltera.
    Gdy Ian wniósł mnie do środka i położył na łóżku, obaj poderwali się, szeroko otwierając oczy. Ian złapał mnie delikatnie za nogę i ostrożnie ją wyprostował.
    Walter chrapał. Trochę mnie to uspokoiło.
    – Co tym razem? – zapytał Doktor wzburzonym tonem. Sekundę później pochylał się już nade mną i wycierał mi krew z policzka.
    Twarz Jareda zastygła w wyrazie zaskoczenia. Był bardzo ostrożny, pilnował się, by nie okazać żadnych innych emocji.
    – Kyle – odparł Ian.
    – Podłoga… – powiedziałam równo z nim.
    Doktor przyglądał się nam na przemian, nie wiedząc, co myśleć.
    Ian westchnął i przewrócił oczami. Machinalnie położył mi dłoń na czole.
    – Załamała się podłoga nad rzeką. Kyle upadł i rozbił sobie głowę. Wanda uratowała łajdakowi życie. Twierdzi, że się przewróciła. – Ian posłał Doktorowi znaczące spojrzenie. – Coś – kontynuował, nie szczędząc ironii w głosie – nieźle jej przyłożyło w głowę. – Zaczął wymieniać moje obrażenia. – Nos jej krwawi, ale raczej nie jest złamany. Ma coś z mięśniem. – Dotknął mojego zbolałego uda. – Kolana nieźle poharatane, no i znowu dostała w twarz, choć to akurat mogłem być ja, kiedy wyciągałem Kyle’a z dziury, nie wiadomo po co. – Ostatnie słowa już tylko wymamrotał.
    – Coś jeszcze? – zapytał Doktor, badając mój bok. Dotknął palcami miejsca, gdzie uderzył mnie Kyle. Drgnęłam.
    Doktor podciągnął mi koszulkę, a wtedy Ian i Jared zasyczeli, przejęci tym, co zobaczyli.
    – Niech zgadnę – odezwał się Ian lodowatym głosem. – Przewróciłaś się.
    – Właśnie – przytaknęłam na bezdechu. Doktor wciąż dotykał mojego boku. Musiałam się powstrzymywać, żeby znowu nie jęknąć.
    – To może być nawet złamane żebro, ale nie jestem pewien – wymamrotał w końcu. – Żałuję, że nie mogę ci dać nic przeciwbólowego…
    – Nie martw się, Doktorze – wydyszałam. – Nic mi nie jest. Jak się czuje Walter? Budził się w ogóle?
    – Nie, dostał końską dawkę, pewnie jeszcze trochę pośpi – odparł Doktor. Uniósł moją rękę i zaczął ją zginać w nadgarstku i łokciu.
    – Nic mi nie jest.
    Spojrzał na mnie troskliwie.
    – Nic ci nie będzie. Musisz tylko trochę odpocząć. Zajmę się tobą. No, obróć głowę.
    Zrobiłam, jak kazał, krzywiąc się z bólu, gdy oglądał ranę.
    – Nie tutaj – wymamrotał Ian.
    Nie widziałam twarzy Doktora, ale Jared rzucił Ianowi pytające spojrzenie.
    – Przyniosą tu Kyle’a. Wanda nie może być z nim w jednym pomieszczeniu.
    Doktor kiwnął głową.
    – Chyba masz rację.
    – Przygotuję jej jakieś miejsce. Musicie pilnować Kyle’a, dopóki… dopóki nie zdecydujemy, co z nim zrobić.
    Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale Ian położył mi na nich palec.
    – Dobra – powiedział Doktor. – Mogę go nawet przywiązać, jeśli chcesz.
    – Jeżeli będzie trzeba. Mogę ją zabrać? – Ian zerknął nerwowo w stronę ciemnego tunelu.
    Doktor zawahał się.
    – Nie – szepnęłam, choć Ian ciągle trzymał mi palec na ustach. – Walter. Chcę być z Walterem.
    – Uratowałaś już dzisiaj życie, komu mogłaś. – Głos Iana brzmiał łagodnie i smutno.
    – Chcę… chcę się… pożegnać.
    Ian kiwnął głową ze zrozumieniem. Po chwili spojrzał na Jareda.
    – Mogę ci zaufać?
    Jared zaczerwienił się ze złości. Ian podniósł dłoń w pojednawczym geście.
    – Nie chcę jej zostawiać bez ochrony – wyjaśnił. – Nie wiem, czy Kyle będzie przytomny. Jeżeli Jeb go zastrzeli, Wanda będzie się obwiniać. Ale ty i Doktor powinniście dać mu radę. Nie chcę, żeby Doktor był tu sam i musiał liczyć na Jeba i jego strzelbę.
    – Doktor nie będzie sam – odpowiedział przez zęby Jared.
    Ian zawahał się.
    – Pamiętaj, że przeszła piekło.
    Jared kiwnął głową, wciąż zaciskając zęby.
    – Ja też tu będę – przypomniał Doktor.
    Ian spojrzał mu w oczy.
    – Dobrze. – Pochylił się nade mną i popatrzył błyszczącymi oczami. – Niedługo wrócę. Nic się nie bój.
    – Nie boję się.
    Zniżył twarz i dotknął ustami mojego czoła.
    Nikt chyba nie był zaskoczony bardziej niż ja, aczkolwiek usłyszałam ciche stęknięcie Jareda. Ian obrócił się na pięcie i niemalże wybiegł, zostawiając mnie z otwartymi ze zdziwienia ustami.
    Doktor nabrał powietrza przez zęby, jakby próbował zagwizdać w przeciwną stronę.
    – No cóż – odezwał się.
    Obaj patrzyli na mnie przez dłuższą chwilę. Byłam tak zmęczona i obolała, że mało mnie obchodziło, co sobie myślą.
    – Doktorze – zaczął Jared naglącym tonem, ale przerwał mu jakiś hałas dochodzący z tunelu.
    Do groty weszło pięciu mężczyzn, Jeb trzymał Kyle’a za lewą nogę, Wes – za prawą. Andy i Aaron podtrzymywali tułów. Głowa rannego opadała Andy’emu za bark.
    – Rany boskie, jaki on ciężki – mruknął Jeb.
    Jared i Doktor rzucili się do pomocy. Po paru minutach jęczenia i przeklinania udało się Kyle’a położyć na łóżku. Leżał teraz parę kroków ode mnie.
    – Wando, jak długo jest nieprzytomny? – zapytał Doktor. Podniósł mu powieki, wpuszczając światło do źrenic.
    – Yyy… – Zastanowiłam się pospiesznie. – Odkąd tu jestem plus dziesięć minut, bo tyle Ian mnie tu niósł, i może jeszcze pięć przedtem.
    – Czyli co najmniej dwadzieścia?
    – Tak, mniej więcej.
    Tymczasem Jeb zdążył już postawić własną diagnozę. Niezauważony obszedł łóżko rannego. Nikt nie zwracał na niego uwagi – dopóki nie wyjął butelki i nie chlusnął Kyle’owi w twarz.
    – Jeb – zaprotestował Doktor, odsuwając mu rękę.
    Ale Kyle parsknął wodą, zamrugał i wydał z siebie jęk.
    – Co się stało? Gdzie pasożyt? – Zaczął się wiercić, próbując rozejrzeć się po grocie. – Podłoga… się wali…
    Na dźwięk jego głosu ogarnęła mnie panika i zacisnęłam palce na bokach materaca. Bolała mnie noga. Czy dałabym radę uciec, kuśtykając? Może niezbyt szybko…
    – Spokojnie – powiedział ktoś cicho. Nie, to nie był żaden ktoś. Poznam ten głos zawsze i wszędzie.
    Jared stanął pomiędzy naszymi łóżkami, plecami do mnie, twarzą do Kyle’a. Ten obracał głową w tę i we w tę, cicho utyskując.
    – Jesteś bezpieczna – oznajmił Jared, nie spoglądając w moją stronę. – Nie bój się.
    Wzięłam głęboki oddech.
    Melanie pragnęła go dotknąć. Opierał się ręką o brzeg mojego łóżka. Była tak blisko.
    Proszę cię, nie, powiedziałam. I tak już boli mnie twarz.
    Nie uderzy cię.
    Być może. Nie mam ochoty sprawdzać.
    Melanie westchnęła. Tęskniła do niego. Pewnie jakoś bym to zniosła, gdyby nie to, że czułam się podobnie.
    Daj mu trochę czasu, poprosiłam. Niech się do nas przyzwyczai. Poczekajmy, aż naprawdę uwierzy.
    Znowu westchnęła.
    – Cholera! – warknął Kyle. Spojrzałam mimowolnie w jego stronę. Jared mi go zasłaniał, widziałam jedynie lśniące oczy. Wpatrywały się we mnie z furią. – Nie spadł!

Rozdział 34

Pogrzeb

    Jared doskoczył do Kyle’a i zdzielił go pięścią w twarz. Trafiony opadł na materac z wywróconymi oczami i otwartymi ustami.
    Przez kilka sekund panowała cisza.
    – No więc – odezwał się Doktor łagodnym głosem – z medycznego punktu widzenia to chyba nie było najwłaściwsze.
    – Ale za to ja czuję się lepiej – odparł chmurno Jared.
    Na twarzy Doktora zagościł nikły uśmiech.
    – Z drugiej strony, parę minut snu raczej go nie zabije. Jeszcze raz zajrzał mu pod powieki i sprawdził puls.
    – Co się stało? – odezwał się cicho Wes gdzieś znad mojej głowy.
    – Kyle próbował go zabić – odparł Jared, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. – Chyba nas to nie dziwi?
    – Nie próbował – bąknęłam. Wes spojrzał pytająco na Jareda.
    – Altruizm przychodzi mu łatwiej niż kłamstwa – zauważył Jared.
    – Robisz mi to na złość? – zapytałam. Moja cierpliwość nie tyle się kończyła, co nie było po niej śladu. Jak długo już nie spałam? Bardziej niż noga bolała mnie tylko głowa. Każdy oddech sprawiał mi ból w boku. Uświadomiłam sobie, nie bez pewnego zdziwienia, że jestem w bardzo złym nastroju. – Bo jeżeli tak, to muszę przyznać, że dobrze ci idzie.
    Jared i Wes spojrzeli na mnie ze zdumieniem. Byłam pewna, że miny pozostałych wyglądają podobnie. Może z wyjątkiem Jeba, który jak nikt inny umiał zachować twarz pokerzysty.
    – Jestem k o b i e t ą – żachnęłam się. – I całe to mówienie o mnie per „on” strasznie działa mi na nerwy.
    Jared zamrugał, zbity z tropu. Po chwili jednak odzyskał srogi wyraz.
    – Bo jesteś przebrana w kobiece ciało?
    Wes spojrzał na niego krzywo.
    – Bo jestem s o b ą – syknęłam.
    – Według czyjej definicji?
    – Chociażby według waszej. Należę do płci, która wydaje na świat młode. A może to niewystarczająco kobiece?
    Zamknęło mu to usta. Poczułam namiastkę samozadowolenia.
    I słusznie, przyklasnęła mi Melanie. Zachowuje się jak świnia.
    Dzięki.
    My, dziewczyny, musimy się trzymać razem.
    – Nigdy nam o tym nie opowiadałaś – powiedział cicho Wes, podczas gdy Jared zastanawiał się nad ripostą. – Jak to u was wygląda?
    Jego oliwkowa cera nabrała rumieńców, jak gdyby dopiero po fakcie zdał sobie sprawę, że wypowiedział te słowa na głos.
    – To znaczy, nie musisz odpowiadać, jeżeli to nietaktowne pytanie.
    Zaśmiałam się. Byłam w dziwnym, rozchwianym nastroju. Miałam głupawkę, jak to ujęła Mel.
    – Nie, nie pytasz o nic… niestosownego. U nas to nie przebiega w tak… skomplikowany sposób jak u was. – Zaśmiałam się znowu i zrobiło mi się ciepło. Pamiętałam to aż nazbyt wyraźnie.
    Masz kosmate myśli.
    To twoje myśli, odparowałam.
    – A więc?… – zapytał Wes.
    Westchnęłam.
    – Wśród nas jest bardzo niewiele… Matek. To znaczy, niezupełnie Matek. Tak się nas nazywa, ale tak naprawdę chodzi o samą możliwość macierzyństwa… – Zaczęłam o tym rozmyślać i szybko spoważniałam. W świecie dusz w ogóle nie było żywych Matek, trwały jedynie w pamięci potomnych.
    – Masz taką m o ż l i w o ś ć? – zapytał sztywno Jared.
    Wiedziałam, że wszyscy mnie słuchają. Nawet Doktor zastygł z uchem nachylonym nad piersią Kyle’a.
    Nie odpowiedziałam na to pytanie.
    – Jesteśmy… trochę jak ule pszczół albo jak mrówki. Mamy mnóstwo bezpłciowych osobników i królową…
    – Królową? – powtórzył za mną Wes, spoglądając dziwnie.
    – Nie do końca. Ale na każde pięć, dziesięć tysięcy dusz przypada tylko jedna Matka. Czasem nawet mniej. Nie ma żelaznej reguły.
    – A ile jest trutni? – zapytał Wes.
    – Nie, nie – nie ma żadnych trutni. Mówiłam, to prostsze.
    Czekali, aż im wszystko wyjaśnię. Przełknęłam ślinę. Nie powinnam była poruszać tego tematu. Nie miałam ochoty dłużej o tym rozprawiać. Czy naprawdę nie mogłam przecierpieć, że Jared mówi o mnie „on”?
    Nie zamierzali mi teraz odpuścić. Zmarszczyłam brwi, lecz kontynuowałam. Przecież sama zaczęłam.
    – Matki… się dzielą. Każda… komórka – chyba tak to byście nazwali, choć różnimy się od was budową – no więc każda komórka staje się nową duszą. Każda nowa dusza nosi w sobie okruch pamięci matki, ślad po niej.
    – Ile komórek? – zapytał Doktor zaciekawiony. – Ile młodych?
    Wzruszyłam ramionami.
    – Około miliona.
    Otworzyli szeroko oczy w przerażeniu. Wes odsunął się ode mnie, ale powtarzałam sobie, że nie powinnam czuć się urażona.
    Doktor zagwizdał pod nosem. Był jedyną osobą, która chciała słuchać dalej. Aaron i Andy wyglądali na zaniepokojonych. Nigdy wcześniej nie słuchali moich opowieści, nie wiedzieli, jak dużo potrafię mówić.
    – Kiedy to się dzieje? Potrzeba jakiegoś katalizatora?
    – To wybór. Własnowolna decyzja. Tylko tak umieramy. Poświęcamy się dla nowego pokolenia.
    – Mogłabyś to zrobić w każdej chwili, podzielić wszystkie komórki, ot tak, po prostu?
    – Może nie „ot tak, po prostu”, ale tak.
    – Czy to bardzo złożone?
    – Decyzja, owszem. Sam proces jest… bolesny.
    – Bolesny?
    Czemu go to dziwiło? Przecież na Ziemi było podobnie.
    Mężczyźni, prychnęła Mel.
    – Bardzo – powiedziałam. – Wszystkie dusze pamiętają, co czuła wtedy ich Matka.
    Doktor gładził się po brodzie, zafascynowany.
    – Ciekawe, jak przebiegała ewolucja waszego gatunku… zanim wykształciło się społeczeństwo z królowymi-samobójczyniami. – Myślami był gdzieś daleko.
    – Altruizm – powiedział cicho Wes.
    – Hmm. Tak – przytaknął Doktor.
    Zamknęłam oczy, żałując, że się w ogóle odzywałam. Kręciło mi się w głowie. Nie byłam pewna, czy to po prostu zmęczenie, czy może rana głowy.
    – Ach – westchnął cicho Doktor. – Spałaś chyba jeszcze mniej niż ja, prawda? Należy ci się odpoczynek.
    – Nic mi nie jest – wymamrotałam, ale nie otworzyłam oczu.
    – No to pięknie – rzucił ktoś pod nosem. – Mamy w jaskiniach pieprzoną królową matkę obcych. Za chwilę może się zamienić w milion małych robali.
    – Cii.
    – Nic by wam nie zrobiły – odpowiedziałam, nie otwierając oczu. – Bez żywicieli od razu by poumierały. – Skrzywiłam się na myśl o tak niewyobrażalnej tragedii. Milion malutkich, bezbronnych duszyczek, srebrzystych niemowląt, usychających…
    Nikt nic nie powiedział, ale czułam w powietrzu ulgę.
    Byłam bardzo zmęczona. Nie obchodziło mnie już nawet, że parę kroków dalej leży Kyle. Ani że dwaj z mężczyzn, którzy go przynieśli, wezmą jego stronę, gdy się ocknie. Obchodził mnie jedynie sen.
    Ale oczywiście wtedy obudził się Walter.
    – Au – zajęczał cichutko. – Gladdie?
    Ja także jęknęłam i obróciłam się ku niemu. Ból w nodze wykrzywił mi twarz, ale nie byłam w stanie przekręcić tułowia. Wyciągnęłam do niego ręce i chwyciłam go za dłoń.
    – Już – szepnęłam.
    Walter odetchnął z ulgą.
    Doktor uciszył protestujących Andy’ego i Aarona.
    – Wanda odmawia sobie snu i spokoju, żeby mu ulżyć. Ma obolałe dłonie od ściskania go za rękę. A wy co dla niego zrobiliście?
    Walter jęknął przeciągle, z początku nisko i głęboko, lecz jego głos szybko przeszedł w wizg.
    Doktor skrzywił się.
    – Aaron, Andy, Wes… Moglibyście, hm, powiedzieć Sharon, żeby przyszła?
    – Wszyscy trzej?
    – Wynocha – przetłumaczył Jeb.
    Jedyną odpowiedzią było szuranie stóp zmierzających ku wyjściu.
    – Wando – szepnął Doktor, nachylając mi się nad uchem. – On bardzo cierpi. Nie mogę pozwolić, żeby całkiem odzyskał przytomność.
    Próbowałam równo oddychać.
    – To lepiej, że mnie nie poznaje. Że bierze mnie za Gladdie.
    Otworzyłam oczy. Jeb stal przy łóżku Waltera; twarz chorego wyglądała, jakby nadal spał.
    – Żegnaj, Walt – powiedział Jeb. – Do zobaczenia po tamtej stronie.
    Odstąpił od łóżka.
    – Jesteś dobrym człowiekiem. Będzie nam ciebie brakowało – odezwał się cicho Jared.
    Doktor znów odpakowywał morfinę z szeleszczącego papieru.
    – Gladdie? – załkał Walt. – Boli mnie.
    – Cii. Zaraz przestanie. Doktor da ci zastrzyk.
    – Gladdie?
    – Tak?
    – Kocham cię, Gladdie. Zawsze cię kochałem.
    – Wiem, Walter. Ja… ja ciebie też. Wiesz jak bardzo.
    Walter westchnął.
    Zobaczyłam, jak Doktor pochyla się nad nim ze strzykawką, i zamknęłam oczy.
    – Spij spokojnie, przyjacielu – zamamrotał.
    Palce Waltera odprężyły się i poluzowały. Nadal je ściskałam – teraz to ja nie chciałam go puścić.
    Minęły trzy minuty i zrobiło się tak cicho, że słyszałam jedynie własny oddech. Niejednostajny, urywany, przypominający łkanie.
    Ktoś poklepał mnie po ramieniu.
    – Odszedł – powiedział Doktor napiętym głosem. – Już nie cierpi. Wyciągnął moją dłoń z ręki zmarłego, obrócił mnie ostrożnie i ułożył w wygodniejszej pozycji. Ale prawie nie odczułam zmiany. Teraz, gdy wiedziałam, że Walter już mnie nie słyszy, łkałam głośniej. Złapałam się za rwący bok.
    – Jak tam sobie chcesz. Skoro musisz – wymamrotał Jared tonem urazy. Próbowałam otworzyć oczy, ale nie dałam rady.
    Coś ukłuło mnie w ramię. Nie pamiętałam, żebym miała tam jakąś ranę. I to jeszcze w tak dziwnym miejscu, po wewnętrznej stronie łokcia.
    Morfina, szepnęła Melanie.
    Powoli odpływałyśmy. Nie czułam nawet niepokoju, choć przecież powinnam.
    Nikt się ze mną nie pożegnał, pomyślałam otępiałe. Nie liczyłam na Jareda… ale Jeb… Doktor… Iana nie było…
    Nie umierasz, zapewniła mnie Mel. Zasypiasz.

*

    Kiedy się obudziłam, sufit był ciemny, gwiaździsty. Noc. Mnóstwo gwiazd. Zaczęłam się zastanawiać, gdzie jestem. Nic nie przesłaniało mi nieba, nie widziałam ani kawałka sufitu. Wszędzie tylko gwiazdy, gwiazdy, gwiazdy…
    Wiatr delikatnie omiótł mi twarz. Pachniał… pyłem i… czymś jeszcze, czymś dziwnym. Nieobecnością. Nie czułam stęchlizny ani siarki. Powietrze było suche.
    – Wanda? – szepnął ktoś, dotykając mojego zdrowego policzka.
    Ruszyłam oczami i ujrzałam nad sobą oświetloną przez gwiazdy twarz Iana. Jego dłoń była chłodniejsza niż wiatr, lecz miła w dotyku, ponieważ powietrze było bardzo suche. Co to za miejsce?
    – Wanda? Spisz? Nie mogą dłużej czekać.
    Mówił szeptem, więc odpowiedziałam równie cicho.
    – Co?
    – Zaraz zaczną. Pomyślałem, że będziesz chciała przy tym być.
    – Ocknęła się? – rozległ się głos Jeba.
    – Co zaczną?
    – Pogrzeb Waltera.
    Próbowałam usiąść, ale ciało miałam jak z waty. Ian położył mi dłoń na czole. Nie chciał, żebym wstawała.
    Zaczęłam obracać głową, by zobaczyć więcej…
    Byliśmy na zewnątrz.
    N a z e w n ą t r z.
    Po lewej niczym miniaturowa góra wznosił się usypany stos głazów porośnięty krzakami. Po prawej rozciągała się i ginęła w ciemnościach pustynna równina. Spojrzałam wzdłuż ciała i zobaczyłam gromadę ludzi pod gołym niebem. Byli jacyś nieswoi. Dobrze ich rozumiałam – czuli się odsłonięci.
    Znów spróbowałam wstać. Chciałam podejść bliżej, zobaczyć więcej. Ian wciąż mi nie pozwalał.
    – Spokojnie – powiedział. – Nie podnoś się.
    – Pomóż mi – poprosiłam.
    – Wanda?
    Najpierw usłyszałam głos Jamiego, a po chwili zobaczyłam jego samego. Biegł w moją stronę, włosy mu podskakiwały.
    Palcami wyczułam pod sobą krawędź maty. Jak się tu dostałam?
    – Nie poczekali – powiedział Jamie do Iana. – Zaraz skończą.
    – Pomóżcie mi wstać.
    Jamie wyciągnął rękę, ale Ian potrząsnął głową.
    – Ja to zrobię.
    Ostrożnie wsunął pode mnie ręce, uważając szczególnie na obolałe miejsca. Kiedy dźwignął mnie z ziemi, głowa przechyliła mi się na bok jak tonący statek. Jęknęłam.
    – Co mi dał Doktor?
    – Trochę morfiny, żebyś straciła przytomność. Zresztą i tak potrzebowałaś snu.
    Zmarszczyłam brwi.
    – Ktoś kiedyś może jej potrzebować bardziej.
    – Cii.
    Usłyszałam w oddali cichy glos. Obróciłam głowę.
    Ponownie ukazała mi się gromada ludzi. Stali w nierównym szeregu przed niewielkim, ciemnym otworem wykopanym przez wiatr w stercie kamieni.
    Poznałam głos Trudy.
    – Walter zawsze umiał dostrzec we wszystkim jasną stronę. Potrafił doszukać się jasnej strony w czarnej dziurze. Będzie mi tego brakować.
    Jakaś postać uczyniła krok do przodu. To była Trudy – poznałam ją po ciemnoszarym warkoczu. Rzuciła do dziury garść czegoś drobnego. Piasku. Opadł na ziemię, cichutko szeleszcząc.
    Trudy stanęła z powrotem u boku męża, a wtedy on wystąpił naprzód.
    – W końcu odnajdzie Gladys. Jest teraz szczęśliwszy. – Geoffrey rzucił swoją garść piasku.
    Ian stanął ze mną na prawym krańcu szeregu, na tyle blisko, że widziałam czarne wnętrze groty. Na ziemi przed nami czerniał jakiś podłużny kształt, wokół niego stali w półkolu wszyscy ludzie z jaskiń.
    Wszyscy – dosłownie wszyscy.
    Teraz Kyle zrobił krok do przodu.
    Zadrżałam, a wtedy Ian przycisnął mnie lekko do siebie.
    Kyle nie spoglądał w naszą stronę. Widziałam jego twarz z profilu. Prawe oko miał tak spuchnięte, że ledwie się otwierało.
    – Walter do końca pozostał człowiekiem – odezwał się. – To najlepsze, co mogło go spotkać. – Rzucił garść piachu na czarny prostokąt i zajął z powrotem swoje miejsce.
    Obok niego stał Jared. Ruszył przed siebie i zatrzymał się u brzegu grobu.
    – Walter był dobry na wskroś. Nikt z nas mu nie dorównywał. – Rzucił swoją garść.
    Następny był Jamie. Jared poklepał go po ramieniu, gdy się mijali.
    – Walter był dzielny – powiedział Jamie. – Nie bał się umierać, nie bał się żyć i… nie bał się u w i e r z y ć. Podejmował własne decyzje i to były słuszne decyzje. – Rzucił garść piasku, obrócił się i wrócił na miejsce, spoglądając mi w oczy.
    – Twoja kolej – odezwał się, stanąwszy obok. Andy zbliżał się już do grobu z łopatą w ręku.
    – Poczekaj – powiedział Jamie półgłosem niosącym się wśród ciszy. – Jeszcze Wanda i Ian.
    Dookoła rozległ się szmer niezadowolenia. Miałam wrażenie, że mózg próbuje mi się wyrwać z czaszki.
    – Okażmy trochę szacunku – odezwał się Jeb, głośniej niż Jamie. Jak dla mnie zbyt głośno.
    W pierwszej chwili chciałam dać znak Andy’emu, żeby zaczynał, i poprosić Iana, by mnie stamtąd zabrał. To był ludzki rytuał, ludzka żałoba. Ale ja też byłam pogrążona w żałobie. I miałam coś do powiedzenia.
    – Ian, pomóż mi wziąć trochę piasku.
    Ian przykucnął, dzięki czemu mogłam nabrać w garść drobnych kamyczków. Oparł mój ciężar na kolanie, by samemu też po nie sięgnąć. Potem wyprostował się i poniósł mnie nad grób.
    Nie widziałam, co jest w dziurze. W cieniu skały było ciemno, a grób wydawał się bardzo głęboki.
    Ian przemówił pierwszy.
    – Walter był wszystkim tym, co w ludziach najlepsze i najjaśniejsze – powiedział, rozrzucając piasek. Dopiero po dłuższej chwili usłyszałam, jak ziarenka lądują cicho na dnie.
    Ian spojrzał na mnie.
    Pod rozgwieżdżonym niebem zapanowała zupełna cisza. Nawet wiatr ustał. Mówiłam szeptem, ale wiedziałam, że wszyscy mnie słyszą.
    – Miałeś serce niezatrute nienawiścią. Twoje istnienie jest dowodem naszego błędu. Nie mieliśmy prawa odbierać ci tego świata, Walterze. Mam nadzieję, że twoje marzenia się ziszczą. Mam nadzieję, że odnajdziesz Gladdie.
    Rozwarłam palce, przepuszczając przez nie kamyki. Czekałam, dopóki nie usłyszałam, jak rozpryskują się cicho na ciele Waltera na dnie ciemnego grobu.
    Gdy tylko Ian uczynił krok do tyłu, Andy zabrał się do pracy i zaczął zasypywać grób jasną, piaszczystą ziemią z kopca usypanego parę kroków dalej. Lądowała na dnie z ciężkim dźwiękiem, od którego przechodziły mnie dreszcze.
    Po chwili dołączył do niego Aaron z drugą łopatą. Ian obrócił się z wolna i poniósł mnie na bok, by zrobić im miejsce. Ciężki odgłos upadającego piasku unosił się echem za naszymi plecami. Ludzie zaczęli szeptać między sobą. Słyszałam, jak się snują, wymieniając uwagi na temat pogrzebu.
    Dopiero gdy Ian niósł mnie z powrotem w stronę ciemnej maty – obcego ciała na piaszczystej równi – pierwszy raz mu się przyjrzałam. Twarz miał zmęczoną, pokrytą smugami kurzu. Już raz go takiego widziałam, ale nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy to było. Po chwili położył mnie z powrotem na matę. Co niby miałam tu robić, pod gołym niebem? Spać? Tuż za nami był Doktor – obaj z Ianem klęknęli przy mnie w piasku.
    – Jak się czujesz? – zapytał Doktor, dotykając mojego boku. Chciałam wstać, lecz Ian przycisnął mi ramię.
    – Dobrze. Może dam radę iść o własnych…
    – Nie ma co się spieszyć. Dajmy nodze parę dni, zgoda? – Uniósł mi machinalnie lewą powiekę i zaświecił w oko malutkim strumieniem światła. Prawym okiem widziałam, jak na twarzy zatańczył mu jasny refleks. Zmrużył oczy i odsunął się o kilka centymetrów. Za to dłoń Iana na moim barku nawet nie drgnęła. Zdziwiło mnie to.
    – Hmm. Cóż, to mi nie pomaga w pracy. Jak tam głowa? – zapytał Doktor.
    – Mam lekkie zawroty. Ale to chyba nie od rany, tylko od tego leku, który mi dałeś. Nie podoba mi się to uczucie – już chyba wolałabym, żeby mnie bolało.
    Obaj skrzywili się.
    – No co? – zapytałam zdziwiona.
    – Będę cię musiał uśpić jeszcze raz, Wando. Przykro mi.
    – Ale… dlaczego? – szepnęłam. – Naprawdę nic mi nie jest. Nie chcę…
    – Musimy cię zanieść z powrotem do jaskiń – uciął Ian ściszonym głosem, tak jakby nie chciał, żeby inni usłyszeli. Wciąż dochodziły nas glosy odbijające się cichym echem od skał. – Obiecaliśmy… że będziesz nieprzytomna.
    – Zwiążcie mi oczy, tak jak ostatnio.
    Doktor wyjął z kieszeni strzykawkę. Była już wciśnięta, zostało jedynie ćwierć zawartości. Odsunęłam się bojaźliwie w kierunku Iana, lecz ten zacisnął dłoń, którą trzymał mi na ramieniu.
    – Zbyt dobrze znasz jaskinie – bąknął Doktor. – Chcą mieć pewność, że niczego się nie domyślisz…
    – Ale dokąd miałabym uciec? – wyszeptałam gorączkowo. – Nawet gdybym znała drogę do wyjścia? Po tym wszystkim, co się wydarzyło, dlaczego miałabym tego chcieć?
    – Jeżeli to ich uspokoi… – powiedział Ian.
    Doktor wziął do ręki mój nadgarstek. Nie broniłam się. Kiedy wbijał mi igłę w skórę, odwróciłam się. Spojrzałam na Iana. W mroku nocy jego oczy były zupełnie ciemne. Zmrużył je, gdy popatrzyłam na niego skrzywdzonym wzrokiem.
    – Przykro mi – wymamrotał. Była to ostatnia rzecz, jaką usłyszałam.

Rozdział 35

Sąd

    Jęknęłam. Wirowało mi w głowie, jakbym się chwiała. Targały mną mdłości.
    – Nareszcie – powiedział ktoś z ulgą. Ian. Oczywiście. – Głodna?
    Pomyślałam o jedzeniu i dostałam odruchu wymiotnego.
    – Hm. No, nieważne. Przepraszam. Musieliśmy to zrobić. Ludzie zaczęli… świrować, jak cię wynieśliśmy na zewnątrz.
    – W porządku – westchnęłam.
    – Wody?
    – Nie.
    Otworzyłam oczy, próbując po ciemku złapać ostrość. Widziałam nad sobą w szczelinach dwie gwiazdy. Nadal była noc. A może znowu noc, kto to wiedział?
    – Gdzie jestem? – zapytałam. Szczeliny nie wyglądały znajomo. Mogłabym przysiąc, że nigdy wcześniej nie wpatrywałam się w ten sufit.
    – W swoim pokoju – odparł Ian.
    Poszukałam wzrokiem jego twarzy w ciemnościach, ale zobaczyłam jedynie czarny kształt głowy. Przeciągnęłam palcami po posłaniu; był to prawdziwy materac. Pod głową miałam poduszkę. Natrafiłam ręką na jego dłoń, a wtedy chwycił mnie za palce, zanim zdążyłam je cofnąć.
    – A tak naprawdę czyj to pokój?
    – Twój.
    – Ian…
    – Wcześniej był nasz, to znaczy mój i Kyle’a. Ale teraz trzymają go w szpitalu, dopóki… sprawa się nie rozstrzygnie. A ja mogę zamieszkać z Wesem.
    – Nie chcę zajmować ci pokoju. Co za sprawa ma się rozstrzygnąć?
    – Mówiłem ci, będzie sąd.
    – Kiedy?
    – Czemu chcesz wiedzieć?
    – Bo jeżeli się odbędzie, to muszę tam być. Wyjaśnić, jak to było.
    – Nakłamać.
    – Kiedy? – powtórzyłam pytanie.
    – O świcie. Nie zabiorę cię tam.
    – W takim razie sama się zabiorę. Dam radę iść, muszę tylko poczekać, aż przestanie mi się kręcić w głowie.
    – Zrobiłabyś to, prawda?
    – Tak. To nie fair nie pozwolić mi zabrać głosu.
    Ian westchnął. Puścił moją dłoń i powoli dźwignął się na nogi. Słyszałam, jak strzelają mu stawy. Jak długo siedział tu po ciemku, czekając, aż się obudzę?
    – Zaraz wracam. Może ty nie masz apetytu, ale ja umieram z głodu.
    – To była dla ciebie długa noc.
    – To prawda.
    – Jeżeli zacznie świtać, nie będę tu siedzieć i na ciebie czekać.
    Zaśmiał się niewesoło.
    – Nie wątpię. Dlatego wrócę szybko i pomogę ci tam dojść.
    Odchylił drzwi i wyszedł, pozwalając, by same wróciły na miejsce. Zmarszczyłam brew. To może być trudne do zrobienia na jednej nodze. Miałam nadzieję, że naprawdę wróci.
    Czekając, wpatrywałam się w dwie widoczne gwiazdy i dochodziłam do siebie. Ludzkie leki były paskudne. Fuj. Wszystko mnie bolało, ale zawroty głowy były jeszcze gorsze.
    Czas płynął powoli, ale nie usnęłam z powrotem. Przez ostatnią dobę głównie spałam. Pewnie jednak byłam głodna. Żeby się upewnić, musiałam poczekać, aż uspokoi mi się żołądek.
    Ian wrócił przed brzaskiem, tak jak obiecał.
    – Lepiej się czujesz? – zapytał w progu.
    – Chyba tak. Ale nie ruszałam jeszcze głową.
    – Myślisz, że to t w o j a reakcja na morfinę, czy ciała Melanie?
    – To Mel. Słabo znosi większość środków przeciwbólowych. Dziesięć lat temu złamała nadgarstek i wtedy to odkryła.
    Zastanawiał się przez chwilę.
    – To… dziwne. Mieć do czynienia z dwoma osobami naraz.
    – Rzeczywiście.
    – Zgłodniałaś już?
    Uśmiechnęłam się.
    – Wydawało mi się, że czuję chleb. Tak, mój żołądek najgorsze ma już chyba za sobą.
    – Miałem nadzieję, że to powiesz.
    Jego cień rozłożył się obok mnie. Znalazł po ciemku moją dłoń, otworzył ją i poczułam w niej znajomy, okrągły kształt.
    – Pomożesz mi wstać?
    Objął mnie ostrożnie za ramię i podniósł jednym sztywnym ruchem, tak że prawie nie poczułam bólu w boku. Poczułam za to, że coś przylega mi do skóry pod koszulką.
    – I co z moimi żebrami? Połamane?
    – Doktor nie jest pewien. Robi, co może.
    – Bardzo się stara.
    – To prawda.
    – Głupio mi, że… na początku go nie lubiłam – przyznałam.
    Ian zaśmiał się.
    – Trudno, żeby było inaczej. Dziwię się, że w ogóle potrafiłaś polubić kogokolwiek z nas.
    – Wiesz, o co mi chodzi – wymamrotałam, po czym wbiłam zęby w twardą bułkę. Przeżułam ją mechanicznie i połknęłam, odkładając resztę na bok, gdyż wolałam się najpierw przekonać, jak zareaguje mój brzuch.
    – Wiem, nie jest zbyt smaczna – powiedział Ian.
    Wzruszyłam ramionami.
    – Tylko sprawdzam, czy mdłości mi przeszły.
    – Może to ci bardziej zasmakuje.
    Spojrzałam zaciekawiona, ale nie widziałam jego twarzy. Usłyszałam przenikliwy szelest, odgłos rozdzieranego opakowania… i nagle poczułam woń, która wszystko wyjaśniła.
    – Cheetosy! – zawołałam. – Naprawdę? To dla mnie?
    Coś dotknęło mojej wargi. Bez wahania wgryzłam się w podsunięty mi przysmak.
    – Marzyłam o tym – westchnęłam, przeżuwając.
    Roześmiał się, po czym położył mi na dłoni całą paczkę.
    Opróżniłam pospiesznie niewielkie opakowanie, a następnie skończyłam bułkę, przyprawioną serowym smakiem, który został mi w ustach. Zanim zdążyłam poprosić, sam podał mi butelkę wody.
    – Dziękuję. Nie tylko za cheetosy, no wiesz. Za wszystko.
    – Cała przyjemność po mojej stronie, Wando.
    Popatrzyłam mu w ciemne niebieskie oczy, próbując odszyfrować znaczenie tych słów – miałam wrażenie, że kryje się za nimi coś więcej niż tylko grzeczność. Wtedy jednak uprzytomniłam sobie, że widzę kolor jego oczu. Spojrzałam w górę. Gwiazdy zniknęły, a niebo szarzało. Nadchodził świt.
    – Jesteś pewna, że tego chcesz? – zapytał Ian z na wpół wyciągniętymi rękoma, jakby chciał mnie podnieść.
    – Kiwnęłam twierdząco głową.
    – Nie musisz mnie nieść. Moja noga ma się już lepiej.
    – Zobaczymy.
    Pomógł mi się podźwignąć. Kiedy już stanęłam, nie zdjął ręki z mego boku, a moją rękę założył sobie na kark.
    – Tylko ostrożnie. I jak?
    Zrobiłam krok do przodu, kuśtykając. Bolało, lecz ból był do zniesienia.
    – Świetnie. Chodźmy.
    Ian chyba za bardzo cię lubi.
    Za bardzo? Nie spodziewałam się usłyszeć Melanie, w dodatku tak wyraźnie. Ostatnio odzywała się tak głośno jedynie na widok Jareda.
    Ja też tu jestem. Mam wrażenie, że jego to nie obchodzi.
    Oczywiście, że obchodzi. Wierzy nam bardziej niż ktokolwiek inny, oprócz Jamiego i Jeba.
    Nie to mam na myśli.
    A co?
    Ale Melanie znowu zniknęła.
    Dotarcie na miejsce zajęło nam dużo czasu. Zaskoczyło mnie to, jaki kawał drogi musieliśmy przejść. W pierwszej chwili myślałam, że idziemy do jaskini z ogrodem albo do kuchni, ponieważ tam zwykle odbywały się zebrania. Tymczasem przemierzyliśmy wschodnie pole i szliśmy dalej, aż w końcu dotarliśmy do dużej, głębokiej i czarnej groty, którą Jeb nazwał kiedyś przy mnie „salą gier”. Nie byłam tu od czasu, gdy pierwszy raz oprowadzał mnie po jaskiniach. Przywitał nas gryzący zapach siarkowego źródełka.
    W przeciwieństwie do większości grot sala gier była dużo szersza niż wyższa. Tym razem było to widać, gdyż niebieskie lampy nie stały na ziemi, lecz zwisały z sufitu, od którego dzieliło mnie ledwie kilkadziesiąt centymetrów, tak jak w zwyczajnym mieszkaniu. Nie widziałam za to w ogóle ścian, były zbyt daleko od światła. Nie widziałam też gryzącego źródełka, ukrytego gdzieś w dalekim kącie, ale słyszałam jego chlupotanie.
    Kyle siedział w najjaśniej oświetlonym punkcie groty, z długimi rękoma założonymi na nogi. Jego twarz przypominała kamienną maskę. Nie podniósł wzroku, kiedy z pomocą Iana weszłam do środka, kuśtykając.
    Po jego bokach stali Jared i Doktor, obaj czujni, z rękoma zwieszony-mi luźno wzdłuż ciała. Wyglądali jak… strażnicy.
    Obok Jareda stał Jeb ze strzelbą zarzuconą na ramię. Wydawał się odprężony, ale wiedziałam już, jak szybko potrafi mu się zmienić nastrój. Jamie trzymał go za drugą rękę… a właściwie to Jeb ściskał chłopcu nadgarstek, z czego Jamie chyba nie był zadowolony. Jednakże kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się i pomachał. Westchnął głęboko i spojrzał dosadnie na Jeba. Wtedy ten puścił jego dłoń.
    Obok Doktora stała Sharon, a po jej drugiej stronie ciotka Maggie.
    Ian poprowadził mnie do brzegu cienia otaczającego ten żywy obrazek. Nie byliśmy sami. Widziałam sylwetki wielu osób, ale nie ich twarze.
    Dziwne – przez całą drogę Ian z łatwością mnie podpierał, teraz jednak jakby nagle się zmęczył. Ręka, którą obejmował mnie w pasie, wisiała na mnie luźno. Poruszałam się chwiejnie, choć najsprawniej, jak mogłam, dopóki nie wybrał miejsca. Pomógł mi usiąść na ziemi, po czym usadowił się obok.
    – Auć – szepnął ktoś.
    Obejrzałam się i poznałam Trudy. Przysunęła się do nas, a w ślad za nią Geoffrey i Heath.
    – Okropnie wyglądasz – powiedziała. – To coś poważnego?
    Wzruszyłam ramionami.
    – Nic mi nie jest. – Zaczęłam się zastanawiać, czy Ian specjalnie przestał mi pomagać, żeby wszyscy zobaczyli, że ledwo chodzę – było to nieme świadectwo przeciw Kyle’owi. Zmarszczyłam brwi, widząc jego niewinne spojrzenie.
    Po chwili zjawili się Wes oraz Lily i oboje dołączyli do grupki moich stronników. Parę sekund później przyszedł Brandt, potem Heidi, a następnie Andy i Paige. Ostatni zjawił się Aaron.
    – Wszyscy są – oznajmił. – Lucina została z dziećmi. Nie chciała ich tu przyprowadzać. Powiedziała, żebyśmy zaczynali bez niej.
    To powiedziawszy, usiadł obok Andy’ego i nastało krótkie milczenie.
    – No dobra – odezwał się głośno Jeb, tak by wszyscy słyszeli. – Oto zasady. Robimy głosowanie. Tak jak zawsze, mogę sam podjąć decyzję, jeżeli nie spodoba mi się wola większości, bo to…
    – Mój dom – dokończyło za niego chórem kilka osób. Ktoś zachichotał, lecz od razu przestał. Nikomu nie było do śmiechu. Dokonywał się sąd nad człowiekiem, który próbował zabić obcego. Musiał to być straszny dzień dla nich wszystkich.
    – Kto oskarża? – zapytał Jeb.
    Ian zaczął się podnosić.
    – Nie! – szepnęłam, ciągnąć go za łokieć.
    Uwolnił rękę i wstał.
    – To bardzo proste – odezwał się. Chciałam się zerwać na nogi i zakryć mu usta, ale nie dałabym rady sama wstać. – Mój brat dostał ostrzeżenie. Miał pełną jasność co do reguł ustalonych przez Jeba. Wanda jest członkiem wspólnoty – zasady i prawa dotyczące każdego z nas dotyczą również jej. Jeb powiedział Kyle’owi wprost, że jeśli nie potrafi się z tym pogodzić, musi odejść. Kyle zdecydował, że zostaje. Wiedział – i wie nadal – jaka jest kara za morderstwo.
    – Przecież go nie zabiłem – warknął Kyle.
    – I dlatego nie domagam się twojej śmierci – odparował Ian. – Ale nie możesz tu zostać, skoro w głębi serca jesteś mordercą.
    Patrzył przez chwilę na brata, po czym z powrotem usiadł obok mnie.
    – Mogą go złapać, a my nie będziemy nic wiedzieć – zaprotestował Brandt, podnosząc się. – Przyprowadzi ich tutaj znienacka.
    Rozległ się szmer głosów.
    Kyle popatrzył krzywo na Brandta.
    – Żywego mnie nie dostaną.
    – No to zostaje kara śmierci – powiedział ktoś cicho.
    – Nie możesz być tego pewien – odezwał się Andy równo w tej samej chwili.
    – Po kolei – napomniał ich Jeb.
    – Potrafię przeżyć na powierzchni, to dla mnie nic nowego – powiedział Kyle gniewnym tonem.
    – Zawsze to pewne ryzyko – odezwał się kolejny głos. Nie potrafiłam rozpoznać ich właścicieli; mówili niewyraźnym szeptem.
    I jeszcze jeden.
    – Co złego zrobił Kyle? Nic.
    Jeb zrobił krok w stronę pytającego, rozeźlony.
    – To moje zasady.
    – Wcale nie jest jedną z nas – zaprotestował jeszcze ktoś.
    Ian znów zaczął wstawać.
    – Hej! – wybuchnął Jared. Odezwał się tak głośno, że wszyscy aż podskoczyli. – To nie jest sąd nad Wandą! Ktoś ma jakiś konkretny zarzut wobec niej – wobec samej Wandy? Niech poprosi o osobne zebranie. Ale jak wszyscy dobrze wiemy, ona nikogo tu nie skrzywdziła. Mało tego, uratowała mu życie. – Wskazał na Kyle’a, dźgając palcem powietrze, a wtedy ten drgnął, jakby poczuł to na własnej skórze. – Chwilę po tym, jak próbował ją wrzucić do rzeki, zaryzykowała życie, żeby uchronić go przed taką samą śmiercią. Na pewno zdawała sobie sprawę, że jeśli pozwoli mu zginąć, będzie bezpieczniejsza, a mimo to go uratowała. Czy ktoś z was uczyniłby to samo – ocalił wroga od śmierci? Próbował ją zabić, a ona nawet go nie oskarża.
    Jared wskazywał na mnie otwartą dłonią. Czułam na sobie oczy wszystkich osób zgromadzonych w ciemnej grocie.
    – O s k a r ż y s z go, Wando?
    Patrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami, nie mogąc uwierzyć, że odezwał się w mojej obronie, że odezwał się do m n i e, że wypowiedział moje imię. Melanie również była w szoku, a ponadto silnie rozdarta. Radował ją ten serdeczny wyraz twarzy, ciepłe spojrzenie, którego tak dawno już nie widziała. Ale to moje imię padło z jego ust…
    Potrzebowałam paru sekund, żeby odzyskać głos.
    – Zaszło jedno wielkie nieporozumienie – szepnęłam. – Oboje upadliśmy, bo załamała się podłoga. Nic więcej się nie wydarzyło. – Powiedziałam to szeptem, ponieważ miałam nadzieję, że dzięki temu nikt nie usłyszy kłamliwej nuty w moim głosie, ale gdy tylko zamilkłam, Ian zaczął się śmiać pod nosem. Trąciłam go łokciem, lecz nic sobie ze mnie nie robił.
    Nawet Jared się do mnie uśmiechnął.
    – Sami widzicie. Próbuje jeszcze kłamać w jego obronie.
    – Przy czym „próbuje” jest tu słowem kluczowym – dodał Ian.
    – A gdzie jest powiedziane, że kłamie? Kto ma na to dowód? – zapytała surowo Maggie, zajmując puste miejsce obok Kyle’a. – Kto ma dowód na to, że to, co brzmi w jej ustach jak fałsz, nie jest prawdą?
    – Mag… – zaczął Jeb.
    – Zamknij się, Jebediah, teraz ja mówię. Nie rozumiem, o co ta cała awantura. Nikt z nas nie został zaatakowany. Ten przebiegły intruz na nikogo się nie poskarżył. Marnujemy tylko czas.
    – Popieram – dodała Sharon głośno i wyraźnie.
    Doktor posłał jej zranione spojrzenie.
    Trudy zerwała się na nogi.
    – Nie możemy pozwolić, by wśród nas żył morderca – i czekać, aż w końcu mu się powiedzie!
    – M o r d e r s t w o to pojęcie względne – syknęła Maggie. – Według mnie o morderstwie można mówić tylko wtedy, gdy zabito człowieka.
    Poczułam na ramionach rękę Iana. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że cała się trzęsę, dopóki nie przylgnął do mnie nieruchomym ciałem.
    – C z ł o w i e k to także pojęcie względne – odparł Jared, mierząc ją wzrokiem. – Zawsze mi się wydawało, że warunkiem człowieczeństwa jest choćby odrobina współczucia i miłosierdzia.
    – Zagłosujmy – zaproponowała Sharon, zanim jej matka zdążyła cokolwiek odpowiedzieć. – Niech podniosą rękę ci, którzy uważają, że Kyle powinien zostać i że nie należy go karać za to… nieporozumienie. – Wypowiadając słowo, którego wcześniej użyłam ja, zerknęła groźnie na Iana.
    Ludzie zaczęli podnosić ręce. Przyglądałam się coraz bardziej skrzywionej twarzy Jareda.
    Próbowałam unieść dłoń, lecz Ian jeszcze mocniej przycisnął mi ręce do tułowia i wydał przez nos odgłos poirytowania. Uniosłam ją najwyżej, jak mogłam. W ostatecznym rozrachunku mój głos okazał się jednak niepotrzebny.
    Jeb liczył na głos.
    – Dziesięć… piętnaście… dwadzieścia… dwadzieścia trzy. No dobra, mamy wyraźną większość.
    Nie rozglądałam się, by zobaczyć, kto jak głosował. Wystarczyło mi, że dookoła mnie wszyscy trzymali ręce założone na piersiach i z nadzieją w oczach spoglądali na Jeba.
    Jamie opuścił swoje dotychczasowe miejsce i wcisnął się między Trudy a mnie. Objął mnie ręką w pasie, tuż pod ramieniem Iana.
    – Może twoje dusze miały rację – powiedział surowym tonem, na tyle głośno, by większość mogła go usłyszeć. – Większość ludzi to zwykłe…
    – Cicho! – syknęłam.
    – No dobra – rzekł Jeb. Wszyscy zamilkli. Spojrzał na Kyle’a, później na mnie, w końcu na Jareda. – No dobra, jestem gotów uznać zdanie większości.
    – Jeb… – odezwali się jednocześnie Jared i Ian.
    – Mój dom, moje reguły – przypomniał im Jeb. – Nigdy o tym nie zapominajcie. A teraz posłuchaj mnie, Kyle. I ty lepiej też, Magnolio. Jeśli ktoś jeszcze spróbuje zrobić Wandzie krzywdę, czeka go nie sąd, lecz pochówek. – Jakby dla podkreślenia wagi swych słów, poklepał kolbę strzelby.
    Wzdrygnęłam się.
    Magnolia rzuciła bratu nienawistne spojrzenie.
    Kyle kiwnął głową, najwyraźniej przystając na te warunki.
    Jeb rozglądał się po rozrzuconym tłumie, patrząc w oczy wszystkim z wyjątkiem grupki skupionej wokół mnie.
    – Sąd zakończony – ogłosił wreszcie. – Kto gra w piłkę?

Rozdział 36

Wiara

    Atmosfera się rozluźniła, po półkolu przebiegł tym razem szmer ożywienia. Spojrzałam na Jamiego. Zacisnął usta i wzruszył ramionami.
    – Jeb chce tylko, żeby wszystko wróciło do normalności. To było kilka ciężkich dni. Pogrzeb Waltera…
    Skrzywiłam się.
    Zobaczyłam, że Jeb uśmiecha się szeroko do Jareda. Ten przez chwilę się opierał, po czym westchnął i przewrócił oczami. Obrócił się i ruszył żwawym krokiem w stronę wyjścia.
    – Jared przywiózł nową piłkę? – zapytał ktoś.
    – Bosko – skomentował stojący obok mnie Wes.
    – Będą grać – zamamrotała Trudy i potrząsnęła głową.
    – Jeżeli to pomoże rozładować emocje… – odparła pod nosem Lily, wzruszając ramionami.
    Mówiły cicho, ale dochodziły mnie również inne, donośniejsze głosy.
    – Tylko uważaj tym razem na piłkę – powiedział Aaron do Kyle’a. Stanął nad nim z wyciągniętą dłonią.
    Kyle chwycił za nią i podniósł się powoli. Kiedy już stał wyprostowany, prawie sięgał głową wiszących lamp.
    – Z tamtą coś było nie tak – odparł, uśmiechając się. – Wada konstrukcyjna.
    – Andy kapitanem – zawołał ktoś.
    – Ja proponuję Lily – krzyknął Wes, wstając z ziemi, po czym zaczął się rozciągać.
    – Andy i Lily.
    – Tak, Andy i Lily.
    – Biorę Kyle’a – powiedział szybko Andy.
    – Ian – odpowiedziała natychmiast Lily.
    – Jared.
    – Brandt.
    Jamie podniósł się z ziemi i stanął na palcach, żeby dodać sobie wzrostu.
    – Paige.
    – Heidi.
    – Aaron.
    – Wes.
    Ustalanie składów trwało dalej. Jamie rozpromienił się, gdy Lily wzięła go do drużyny, choć miała do wyboru jeszcze połowę dorosłych. Nawet Maggie i Jeb zostali przydzieleni do zespołów. Liczba zawodników była parzysta, dopóki Jared nie przyprowadził Luciny z dwoma podekscytowanymi chłopcami. W ręku miał nową, lśniącą piłkę nożną. Trzymał ją w górze, a Isaiah, starszy z chłopców, podskakiwał, próbując mu ją wytrącić.
    – Wanda? – zapytała Lily.
    Potrząsnęłam głową, wskazując palcem na chorą nogę.
    – No tak. Przepraszam.
    Jestem dobra w piłkę, odezwała się Mel, rozczarowana. To znaczy byłam.
    Ledwie chodzę, przypomniałam jej.
    – Ja chyba sobie dzisiaj odpuszczę – rzekł Ian.
    – Nie – zaprotestował Wes. – Oni mają Kyle’a i Jareda. Bez ciebie jesteśmy załatwieni.
    – Zagraj – odezwałam się do niego. – Ja… będę pilnować wyniku.
    Popatrzył na mnie, układając usta w cienką, napiętą linię.
    – Nie bardzo jestem w nastroju do gry.
    – Potrzebują cię.
    Prychnął.
    – No dalej, Ian – namawiał go Jamie.
    – Chcę popatrzeć – powiedziałam. – Ale to będzie… nudne, jeżeli jedna drużyna będzie miała zbyt dużą przewagę.
    – Wando – westchnął Ian. – Jesteś najgorszym kłamcą, jakiego w życiu spotkałem.
    Wstał jednak i zaczął się rozciągać wraz z Wesem.
    Paige ustawiła słupki – cztery lampy.
    Spróbowałam wstać, gdyż siedziałam na samym środku groty. W słabym świetle nikt nie zwracał na mnie uwagi. Atmosfera zdecydowanie się poprawiła, zawodnicy obu drużyn czekali w napięciu na rozpoczęcie gry. Jeb miał rację. Potrzebowali tego, jakkolwiek dziwne mogło mi się to wydawać.
    Udało mi się stanąć na czworakach. Wysunęłam zdrową nogę do przodu, opierając się na zranionej. Zabolało. Dalej postanowiłam skakać na jednym kolanie. Trudno mi jednak było utrzymać równowagę.
    Już byłabym upadła na twarz, gdyby nie czyjeś silne ręce. Nieco przygnębiona podniosłam wzrok, by podziękować Ianowi za pomoc.
    Słowa ugrzęzły mi jednak w gardle, gdy zobaczyłam, że to Jared mnie złapał.
    – Wystarczyło poprosić o pomoc – zagaił luźnym tonem.
    – Tak. – Odchrząknęłam. – Powinnam. Nie chciałam…
    – Zwracać na siebie uwagi? – zapytał tak, jakby naprawdę go to ciekawiło. Nie było w tych słowach ani krzty oskarżenia. Pomógł mi doczłapać się do wejścia.
    Potrząsnęłam głową.
    – Nie chciałam… żeby ktokolwiek robił coś z grzeczności, nie mając na to ochoty. – Nie wyjaśniłam tego najlepiej, ale zdawał się rozumieć, o co mi chodzi.
    – Nie sądzę, by Jamie albo Ian mieli ci to za złe.
    Zerknęłam przez ramię. Żaden z nich nie zauważył jeszcze w półmroku mojego zniknięcia. Ćwiczyli grę głową i właśnie się roześmiali, bo Wes odbił piłkę twarzą.
    – Ale dobrze się bawią. Nie chciałam im przerywać.
    Jared przyglądał mi się uważnie. Uświadomiłam sobie, że na mojej twarzy pojawił się tkliwy uśmiech.
    – Mały dużo dla ciebie znaczy – powiedział.
    – To prawda.
    Przytaknął głową.
    – A Ian?
    – Ian jest… Ian mi wierzy. Opiekuje się mną. Potrafi być bardzo serdeczny… jak na człowieka. – Miałam ochotę dodać, że jest prawie jak dusza. Ale nie zostałoby to chyba właściwie odebrane.
    Jared parsknął.
    – Jak na człowieka. Nie wiedziałem, że to takie ważne rozróżnienie.
    Opuścił mnie na krawędź wejścia, która posłużyła mi za wklęsłą ławkę, nieco wygodniejszą niż płaska skalna podłoga.
    – Dziękuję – powiedziałam. – Jeb słusznie postąpił.
    – Mam inne zdanie. – Ton jego głosu był łagodniejszy niż same słowa.
    – I jeszcze dziękuję… za to, co było wcześniej. Nie musiałeś mnie bronić.
    – Mówiłem tylko prawdę.
    Utkwiłam wzrok w ziemi.
    – Rzeczywiście, nigdy nie zrobiłabym niczego, co mogłoby kogoś tu skrzywdzić. Na pewno nie umyślnie. Przepraszam, że cię zraniłam, zjawiając się tutaj. Ciebie i Jamiego. Tak mi przykro.
    Usiadł obok mnie z zamyśloną miną.
    – Szczerze mówiąc… – Zawahał się. – Mały się rozpogodził, od kiedy tu jesteś. Prawie zapomniałem, jak wygląda, kiedy się śmieje.
    Śmiech Jamiego właśnie niósł się echem po grocie; wyróżniał się na tle niskiego rechotu dorosłych.
    – Dziękuję, że mi to powiedziałeś. To moje… największe zmartwienie. Bałam się, że może na trwałe coś zepsułam.
    – Dlaczego?
    Spojrzałam na niego zagubiona.
    – Dlaczego go kochasz? – zapytał zaciekawionym, lecz spokojnym głosem.
    Zagryzłam wargę.
    – Możesz mi powiedzieć. Ja… – Długo szukał właściwych słów. – Możesz mi powiedzieć – powtórzył w końcu.
    – Po części z powodu Melanie – odparłam, nie podnosząc wzroku. Nie zerknęłam, by zobaczyć, czy jej imię zrobiło na nim wrażenie. – Pamiętałam go takim, jakim ona go zapamiętała… To potężna siła. No a potem go tu zobaczyłam… – Wzruszyłam ramionami. – Nie potrafię go n i e kochać. To jest we mnie, w każdej komórce tego ciała. Wcześniej nie doceniałam wpływu żywiciela. Może to tylko te ludzkie ciała. A może tylko Melanie.
    – Mówi do ciebie? – Jego głos był nadal spokojny, ale dało się w nim teraz wyczuć lekkie napięcie.
    – Tak.
    – Jak często?
    – Kiedy ma ochotę. Kiedy coś ją zainteresuje.
    – A dzisiaj?
    – Nie za dużo… Jest na mnie trochę zła.
    Parsknął zdziwionym śmiechem.
    – Zła? Dlaczego?
    – Bo… – Zaczęłam się zastanawiać, czy mogą osądzić Kyle’a drugi raz. – Nic.
    Jared znów wychwycił kłamstwo w moim głosie i skojarzył fakty.
    – Ach, chodzi o Kyle’a. Na pewno chciała dla niego surowej kary. – Zaśmiał się. – Znając ją.
    – Bywa… agresywna – przyznałam. Uśmiechnęłam się, by złagodzić oskarżenie.
    Wcale jednak nie odebrał tego jako zarzutu.
    – Naprawdę? Kiedy?
    – Chce, żebym się broniła. Ale ja… nie potrafię. Nie umiem walczyć.
    – To widać. – Dotknął mojej sponiewieranej twarzy opuszką palca. – Przepraszam.
    – Nie. Każdy zachowałby się tak samo. Wiem, jak się musiałeś czuć.
    – Ty byś się tak nie…
    – Gdybym była człowiekiem, owszem. Zresztą, nie to miałam na myśli… Myślałam o Łowczyni.
    Zesztywniał.
    Ponownie się uśmiechnęłam, żeby rozluźnić atmosferę.
    – Mel chciała, żebym ją udusiła. Naprawdę jej nienawidzi. I jakoś… nie potrafię jej za to potępić.
    – Ciągle cię szuka. Ale chyba musiała w końcu oddać helikopter. Przynajmniej tyle.
    Zamknęłam oczy, zacisnęłam pięści i przez parę chwil koncentrowałam się na oddechu.
    – Kiedyś się jej nie bałam – szepnęłam, – Nie wiem, dlaczego teraz tak bardzo mnie przeraża. Gdzie ona jest?
    – Nie martw się. Wczoraj jeździła tylko wzdłuż autostrady. Nie znajdzie cię.
    Kiwnęłam głową, powtarzając sobie, że to prawda.
    – Czy… słyszysz teraz Mel? – zapytał cicho.
    Nie otwierałam oczu.
    – Czuję jej obecność – odrzekłam po chwili wahania. – Słucha nas uważnie.
    – Co sobie myśli? – szepnął.
    Wreszcie masz swoją szansę, odezwałam się do niej. Co chcesz mu powiedzieć?
    Tym razem była wyjątkowo ostrożna. Nasza rozmowa ją zaniepokoiła. Dlaczego? Dlaczego teraz ci wierzy?
    Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że Jared patrzy mi w twarz, wstrzymując oddech.
    – Chce wiedzieć, co się stało, że jesteś… inny niż do tej pory. Dlaczego nam wierzysz?
    Zastanawiał się chwilę.
    – Złożyło się na to parę rzeczy. Byłaś taka… troskliwa wobec Waltera. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktokolwiek prócz Doktora okazywał komuś tyle współczucia. No i uratowałaś życie Kyle’owi, podczas gdy większość z nas choćby dla własnego bezpieczeństwa pozwoliłaby, żeby się utopił. A poza tym zupełnie nie potrafisz kłamać. – Zaśmiał się krótko. – Wmawiałem sobie, że to wszystko zasłona dymna. Może gdy obudzę się jutro rano, znowu będę tak myślał.
    Otrząsnęłam się. Mel również.
    – Ale kiedy zaczęli cię dzisiaj atakować… coś we mnie pękło. Zobaczyłem w nich wszystko to, czego nie powinno być we mnie. Zrozumiałem, że już wcześniej ci uwierzyłem, tylko byłem po prostu uparty. Okrutny. Ale wydaje mi się, że zacząłem wierzyć – to znaczy trochę – już tamtej pierwszej nocy, gdy chciałaś mnie obronić przed Kyle’em. – Roześmiał się, jakby nie uważał go za kogoś groźnego. – Tyle że jestem lepszym kłamcą niż ty. Potrafię nawet okłamywać samego siebie.
    – Mel ma nadzieję, że nie zmienisz zdania. Boi się tego.
    Zamknął oczy.
    – Mel.
    Serce zabiło mi szybciej. Sprawiła to jej radość, nie moja. Na pewno się domyślał, że go kocham. Po tym, co mu powiedziałam o Jamiem, musiało to być dla niego jasne.
    – Powiedz jej… że nie zmienię.
    – Słyszy cię.
    – Jak… bezpośrednie macie połączenie?
    – Słyszy i widzi to co ja.
    – I czuje to co ty?
    – Tak.
    Zmarszczył nos. Po raz kolejny dotknął mojej twarzy, delikatnie, czule.
    – Nie masz pojęcia, jak mi przykro.
    Jego dotyk rozpalał mi skórę i było to przyjemne uczucie, ale słowa, które wypowiedział, paliły mnie bardziej. Oczywiście, że było mu przykro głównie ze względu na nią. Oczywiście. Nie powinnam się tym przejmować.
    – Jared, no chodź! Gramy!
    Oboje podnieśliśmy wzrok. To Kyle wołał. Sprawiał wrażenie zupełnie odprężonego, jak gdyby wcale przed chwilą nie ważyło się jego życie. Może wiedział, że wszystko pójdzie po jego myśli. Może szybko się z tego otrząsnął. W każdym razie zdawał się mnie teraz w ogóle nie zauważać.
    Za to inni – owszem.
    Jamie przyglądał się nam z uśmiechem zadowolenia. Musiał go ten widok radować. Ale czy słusznie?
    Co masz na myśli?
    Co widzi, kiedy na nas patrzy? Odzyskaną rodzinę?
    A nie jest tak? W pewnym sensie?
    Szkoda, że pojawił się w niej ktoś nieproszony.
    I tak jest dużo lepiej niż wczoraj.
    W sumie…
    Wiem, przyznała. Cieszę się, że Jared o mnie wie… ale wciąż nie podoba mi się, że cię dotyka.
    A mnie to się podoba za bardzo. Czułam przyjemne łaskotanie na skórze w miejscu, gdzie mnie dotknął. Przepraszam.
    Nie mam do ciebie żalu. W każdym razie wiem, że n i e p o w i n n a m mieć.
    Dzięki.
    Nie tylko Jamie nam się przyglądał.
    Również Jeb był wyraźnie zaciekawiony, znów uśmiechał się leciutko zza brody.
    Sharon i Maggie spoglądały na nas złowrogo. Miały identyczny wyraz twarzy, przez co Sharon, pomimo młodzieńczej cery i jaskrawej fryzury, wyglądała równie staro jak jej szpakowata matka.
    Ian był zaniepokojony. Miał przymrużone oczy i wyglądał, jakby miał za chwilę do nas podejść i po raz kolejny stanąć w mojej obronie, upewnić się, że Jared nie sprawi mi żadnej przykrości. Posłałam mu kojący uśmiech. Nie odwzajemnił go jednak, a jedynie ciężko westchnął.
    Myślę, że martwi go co innego, odezwała się Mel.
    – Mówi do ciebie teraz? – Jared wstał, ale wciąż spoglądał mi w twarz.
    Rozproszył mnie tym pytaniem i nie zdążyłam zapytać Melanie, co ma na myśli.
    – Tak.
    – Co mówi?
    – Widzimy, co inni myślą o… zmianie twojego nastawienia. – Wskazałam głową ciotkę i kuzynkę Mel, a wtedy obie jednocześnie odwróciły się do mnie plecami.
    – Twarde sztuki – przyznał.
    – Okej – zagrzmiał Kyle i obrócił się w stronę piłki, ustawionej w najjaśniejszym punkcie groty. – Poradzimy sobie bez ciebie.
    – Idę! – Jared posłał mi – nam – na pożegnanie tęskne spojrzenie i dołączył do drużyny.
    Pilnowanie wyniku nie szło mi najlepiej. Z miejsca, gdzie siedziałam, nie było zbyt dobrze widać piłki. Mrok sprawiał, że słabo widziałam nawet samych zawodników, chyba że akurat znaleźli się tuż pod którąś z lamp. Musiałam się wszystkiego domyślać po zachowaniu Jamiego. Gdy jego drużyna strzelała gola, wydawał okrzyk zwycięstwa, a gdy traciła – głośno jęczał. To drugie zdarzało się częściej.
    Grali dosłownie wszyscy. Maggie stała na bramce w drużynie Andy’ego, a Jeb u Lily. Oboje spisywali się nadspodziewanie dobrze. Widziałam ich postacie w świetle rzucanym przez lampy, poruszali się bardzo zwinne, jakby mieli dużo mniej lat. Jeb nie bał się rzucać na podłogę, by obronić strzał, Maggie grała mniej ofiarnie, lecz równie skutecznie. Przyciągała niewidzialną piłkę jak magnes. Za każdym razem, gdy Ian lub Wes strzelali na bramkę… pac! – piłka trafiała jej do rąk.
    Trudy i Paige zeszły z boiska po upływie pół godziny i opuściły grotę, przechodząc obok mnie, pochłonięte żywą rozmową. Niewiarygodne, że ten dzień zaczął się od sądu. Tak czy inaczej, owa skrajna zmiana nastrojów bardzo mnie cieszyła.
    Wkrótce kobiety wróciły, dźwigając mnóstwo pudełek. Batoniki musli, te z nadzieniem owocowym. Zawodnicy przystanęli. Jeb ogłosił przerwę i wszyscy zaczęli się pospiesznie schodzić po śniadanie.
    Dzielono je na środku groty. W pierwszej chwili zapanował straszny zamęt.
    – Wanda, to dla ciebie – powiedział Jamie, wydostawszy się z tłumu. Ręce miał pełne batoników, a pod pachami ściskał butelki wody.
    – Dzięki. Fajnie się gra?
    – Super! Szkoda, że nie możesz.
    – Następnym razem.
    – Proszę bardzo… – Ian pojawił się nagle z garściami batoników.
    – Ha, byłem pierwszy – odezwał się Jamie.
    – O – powiedział Jared, ukazując się po drugiej stronie chłopca. Również on trzymał w dłoniach więcej batoników, niż potrzebował.
    Ian i Jared wymienili długie spojrzenia.
    – Co się stało z jedzeniem? – zapytał gniewnie Kyle. Stał nad pustym pudełkiem i rozglądał się po grocie w poszukiwaniu winowajcy.
    – Łap – zawołał Jared, rzucając mu szybko batony, jeden za drugim, niczym noże.
    Kyle chwytał je z łatwością. Potem podbiegł, by sprawdzić, czy Jared nie przywłaszczył sobie zbyt wielu.
    – Masz – odezwał się Ian i rzucił bratu połowę swoich, nawet na niego nie spoglądając. – A teraz znikaj.
    Kyle zignorował go. Po raz pierwszy dzisiaj spojrzał na mnie. Jego oczy wydawały się czarne na tle świecącej za nim lampy. Nie mogłam odczytać wyrazu jego twarzy.
    Otrząsnęłam się i złapałam oddech, przypłacając to bólem w żebrach.
    Stojący przede mną Jared i Ian zacieśnili szyk, schodząc się niczym kotary w teatrze.
    – Słyszałeś brata – rzekł Jared.
    – A mogę najpierw coś powiedzieć? – zapytał Kyle, zerkając przez szczelinę pomiędzy nimi.
    Nie usłyszał żadnej odpowiedzi.
    – Niczego nie żałuję – zwrócił się do mnie. – Nadal uważam, że zrobiłem to, co należało.
    Ian odepchnął brata. Kyle zatoczył się do tyłu, lecz po chwili znowu podszedł bliżej.
    – Poczekaj. Nie skończyłem.
    – A właśnie, że skończyłeś – odparował Jared. Dłonie miał zaciśnięte w pięści, skóra bieliła mu się na knykciach.
    Gwałtowna scena nie uszła niczyjej uwadze. Wszyscy ucichli, atmosfera zabawy nagle wyparowała.
    – A właśnie, że nie. – Kyle uniósł ręce w pojednawczym geście, po czym kontynuował: – Uważam, że miałem rację, ale uratowałaś mi życie. Nie wiem, dlaczego to zrobiłaś, ale stało się. A więc – życie za życie. Nie zabiję cię. Tak spłacę dług.
    – Ty głupi palancie – odezwał się Ian.
    – A kto tu się, braciszku, zabujał w robalu? Mnie nazywasz głupim?
    Ian podniósł pięści i wychylił się do przodu.
    – Powiem ci, dlaczego – przemówiłam, głośniej niż chciałam. Odniosło to jednak zamierzony skutek. Ian, Jared i Kyle spojrzeli w moją stronę, zapominając na chwilę o kłótni.
    Poczułam napięcie. Odchrząknęłam.
    – Nie pozwoliłam ci wpaść do wody, bo… bo nie jestem taka jak ty. Nie chodzi mi o to, że nie jestem… jak ludzie. Są tu tacy, którzy na moim miejscu postąpiliby tak samo. Ludzie dobrzy i serdeczni. Na przykład twój brat, Jeb, Doktor… Chcę powiedzieć, że nie jestem taką o s o b ą jak ty.
    Kyle wpatrywał się we mnie przez dłuższą chwilę, aż w końcu zarechotał.
    – Auć – powiedział, nie przestając się śmiać. Następnie odwrócił się uznawszy widocznie, że przekazał mi wszystko, co miał do powiedzenia, i poszedł napić się wody. – Życie za życie! – zawołał jeszcze przez ramię.
    Nie byłam wcale pewna, czy mu wierzę. Starałam się nie zapominać, że ludzie to doskonali kłamcy.

Rozdział 37

Zazdrość

    Wynikami meczów rządziła pewna prawidłowość. Kiedy Jared i Kyle grali w jednej drużynie, wygrywali. Kiedy Jared był z Ianem, również wygrywał. Miałam wrażenie, że jest nie do pokonania – dopóki nie zobaczyłam, jak bracia grają razem.
    Z początku wydawało się to trudne, przynajmniej dla Iana, grać w tym samym zespole co Kyle. Jednak po kilku minutach gonienia po ciemku za piłką wpasowali się w pewien schemat, istniejący na długo przed tym, jak przybyłam na Ziemię.
    Kyle zdawał się wiedzieć, co za chwilę zrobi Ian, i odwrotnie. Rozumieli się bez słów. Byli nie do zatrzymania, nawet gdy Jared przeciągnął do swojej drużyny wszystkich najlepszych zawodników – Brandta, Andy’ego, Wesa, Aarona, Lily oraz Maggie na bramkę.
    – No dobra – odezwał się Jeb, wtykając sobie pod pachę piłkę, którą przed chwilą wyłapał jedną ręką po strzale Aarona. – Chyba wiadomo, kto wygrał. Nie lubię być tym, który psuje zabawę, ale czeka nas dużo pracy… Poza tym nie wiem jak wy, ale ja się trochę zmachałem.
    Parę osób protestowało bez większego animuszu, niektóre narzekały półgębkiem, ale większość się śmiała. Nikt jakoś bardzo się tym nie przejął. Widać było, że nie tylko Jeb się zziajał – kilka osób od razu usiadło na podłodze z głową między kolanami, żeby odetchnąć.
    Ludzie zaczęli powoli wychodzić dwójkami, trójkami. Usunęłam się w przejściu, żeby zrobić im miejsce. Zapewne zmierzali do kuchni, musiała już minąć pora lunchu, choć w tej ciemnej grocie trudno było zgadnąć. Wśród wychodzącego tłumu majaczyły mi stojące w oddali postaci Kyle’a i Iana.
    Kiedy Jeb zarządził koniec meczu, Kyle chciał przybić „piątkę“, ale Ian przeszedł obok, nie zwracając na niego uwagi. Wtedy Kyle złapał brata za ramie i obrócił, Ian odepchnął jego dłoń. Napięłam mięśnie ze zdenerwowania. Zanosiło się na bójkę – i w pierwszej chwili właśnie tak to wyglądało. Kyle próbował uderzyć Iana w brzuch, lecz ten z łatwością zrobił unik i zrozumiałam, że nie był to prawdziwy cios. Kyle roześmiał się i wyciągnął długie ramię, by potargać bratu włosy pięścią, Ian odtrącił ją, ale tym razem prawie się uśmiechnął.
    – Dobry mecz, braciszku – powiedział Kyle. – Nie zapomniałeś, jak się gra.
    – Jesteś idiotą – odparł Ian.
    – Ty jesteś bystry, a ja przystojny. To chyba sprawiedliwe. Kyle wyprowadził kolejny słaby cios. Tym razem Ian złapał brata za nadgarstek, po czym założył mu chwyt. Teraz już się uśmiechał, a Kyle jednocześnie śmiał się i przeklinał.
    Wszystko to wydawało mi się bardzo gwałtowne i przyglądałam się temu w napięciu, marszcząc brwi. Zarazem jednak przywiodło mi to na myśl wspomnienie Mel: widok trzech szczeniaków turlających się na trawie, ujadających zaciekle i szczerzących kły, jak gdyby chciały się pozagryzać.
    Tak, wygłupiają się, potwierdziła Melanie. Więź braterstwa jest bardzo silna.
    I dobrze. Tak powinno być. Jeżeli Kyle naprawdę nas nie zabije, to dobrze się stało.
    Jeżeli, powtórzyła ponuro Mel.
    – Głodna?
    Podniosłam wzrok i serce zamarło mi na moment. Poczułam lekkie ukłucie w piersi. Wyglądało na to, że Jared wciąż nie zmienił zdania.
    Potrząsnęłam głową. Dało mi to chwilę, której potrzebowałam, by się przemóc.
    – Nie wiem czemu, ale jestem tylko zmęczona, choć siedziałam tu cały czas i nic nie robiłam.
    Wyciągnął dłoń.
    Weź się w garść, skarciła mnie Melanie. Po prostu jest uprzejmy.
    Myślisz, że nie wiem?
    Sięgnęłam po jego dłoń, robiąc, co mogłam, by ręce mi się nie trzęsły. Podniósł mnie ostrożnie na nogi – a właściwie na nogę. Stałam na niej, balansując ciałem, niepewna, co dalej począć. Jared również czuł się nieco zagubiony. Nadal trzymał mnie za rękę, ale dzielił nas duży odstęp. Wyobraziłam sobie, jak komicznie będę wyglądać, skacząc na jednej nodze po jaskiniach, i zrobiło mi się ciepło. Palce zacisnęły się jego dłoni, choć właściwie się na niej nie opierałam.
    – Dokąd?
    – Aa. – Zmarszczyłam brwi. – Sama nie wiem. Pewnie obok ce… to znaczy w przechowalni… ciągle jest jakaś mata.
    Zobaczyłam, że podobnie jak ja, nie jest tym pomysłem zachwycony. Nagle objęła mnie z tyłu czyjaś silna dłoń, dając mi oparcie.
    – Ja ją zabiorę tam, gdzie trzeba – odezwał się Ian.
    Twarz Jareda przybrała powściągliwy wyraz, tak jak za każdym razem, gdy nie chciał, żebym wiedziała, co sobie myśli. Tym razem jednak spoglądał w ten sposób na Iana.
    – Właśnie rozmawialiśmy o tym, gdzie to dokładnie jest. Wanda jest zmęczona. Może szpital…?
    Ian i ja jednocześnie potrząsnęliśmy głowami. Kiedyś mój lęk przed tym miejscem był urojony, ale teraz, po tych paru okropnych dniach, nie zniosłabym chyba kolejnego tam pobytu. A szczególnie pustego łóżka Waltera…
    – Mam dla niej lepsze miejsce – odparł Ian. – Łóżka w szpitalu są niewiele miększe od skał, a Wanda jest obolała.
    Jared wciąż trzymał mnie za rękę. Czy zdawał sobie sprawę, jak mocno ją ściska? Zaczynało mi to przeszkadzać, ale chyba nie był tego świadomy, a ja na pewno nie miałam zamiaru się uskarżać.
    – Nie chcesz iść na lunch? – zasugerował Ianowi Jared. – Wyglądasz na głodnego. Zabiorę ją, gdzie chcesz…
    Ian zaśmiał się cicho i ponuro.
    – Dobrze się czuję. Jared, musisz wiedzieć, że Wanda potrzebuje nieco więcej pomocy niż tylko podania dłoni. Nie wiem, czy… jesteś gotów jej to zapewnić. Bo widzisz…
    Ian urwał, nachylił się i żwawym ruchem wziął mnie na ręce. Westchnęłam gwałtownie, czując ból w stłuczonym boku. Jared nie puszczał mojej dłoni. Opuszki palców zaczęły mi czerwienieć.
    – …miała już chyba dość sportu jak na jeden dzień. Ty idź do kuchni.
    Mierzyli się nawzajem wzrokiem, tymczasem koniuszki moich palców zrobiły się fioletowe.
    – Zaniosę ją – powiedział w końcu Jared półgłosem.
    – Jesteś pewien? – Ian wyciągnął mnie ku niemu.
    Propozycja.
    Jared przyglądał mi się przez długą chwilę. W końcu westchnął i puścił moją dłoń.
    Au, to boli! – żachnęła się Melanie. Nie chodziło jej o krew wracającą do palców, lecz o nagły ból, który przeszył mi pierś.
    Wybacz. Co mam ci na to poradzić?
    On nie jest twój.
    Wiem o tym.
    Au.
    Przepraszam.
    Ian nieznacznie uniósł kąciki ust w triumfalnym uśmiechu, obrócił się i ruszył w stronę wyjścia.
    – Pójdę z wami – powiedział Jared. – Chcę z tobą o czymś porozmawiać.
    – Nie krępuj się.
    Szliśmy jednak ciemnym tunelem w milczeniu. Jared zachowywał się tak cicho, że nie miałam pewności, czy w ogóle tam jest. Kiedy jednak wyszliśmy z ciemności na pole kukurydzy, okazało się, że idzie z nami krok w krok.
    Nie odzywał się, dopóki nie dotarliśmy do jaskini z ogrodem – i nie zostaliśmy sami we trójkę.
    – Ufasz Kyle’owi? – zapytał Iana.
    Ten prychnął.
    – Mówi o sobie, że jest człowiekiem honoru. Normalnie uwierzyłbym, że dotrzyma słowa. Ale w tej konkretnej sytuacji… nie zamierzam spuszczać Wandy z oka.
    – To dobrze.
    – Nic mi się nie stanie, Ian – powiedziałam. – Nie boję się.
    – Nie ma powodu. Obiecuję – nic podobnego już cię nie spotka. Dopilnuję, żebyś czuła się tu bezpiecznie.
    Trudno było odwrócić wzrok, gdy tak płonęły mu oczy. I trudno było wątpić w to, co mówi.
    – Tak – poparł go Jared. – Nic ci nie grozi.
    Szedł teraz za Ianem. Nie widziałam wyrazu jego twarzy.
    – Dzięki – odszepnęłam.
    Potem nikt się nie odzywał, dopóki Ian nie zatrzymał się przed czerwono-szarymi drzwiami do swojego pokoju.
    – Mógłbyś mi otworzyć? – poprosił Jareda, wskazując brodą drzwi.
    Ale Jared nie ruszył się z miejsca. Ian obrócił się. Teraz oboje go widzieliśmy. Twarz miał znowu nieprzeniknioną.
    – Twój pokój? To ma być to lepsze miejsce? – W głosie Jareda pobrzmiewało zwątpienie.
    – To teraz jej pokój.
    Zagryzłam wargę. Chciałam powiedzieć Ianowi, że to z całą pewnością nie jest mój pokój, ale nie zdążyłam, gdyż Jared zaczął go wypytywać.
    – Gdzie śpi Kyle?
    – Na razie u Wesa.
    – A ty?
    – Jeszcze nie wiem.
    Spoglądali na siebie badawczym wzrokiem.
    – Ian, to nie jest… – zaczęłam.
    – Ach – przerwał mi, jakby właśnie sobie o mnie przypomniał… jakbym była tak lekka, że całkiem zapomniał, iż trzyma mnie na rękach. – Jesteś bardzo zmęczona, prawda? Jared, czy mógłbyś otworzyć te drzwi?
    Jared otworzył czerwone drzwi szarpnięciem, tak że zatrzymały się dopiero na drugich, szarych.
    Po raz pierwszy zobaczyłam pokój Iana w świetle dnia. Przez wąskie szpary w suficie sączyło się południowe słońce. Nie był tak jasny jak pokój Jamiego i Jareda, ani tak wysoki. Miał bardziej równomierny kształt i był mniejszy. Okrągły – trochę jak moja dawna cela, tylko że dziesięć razy większy. Na podłodze leżały dwa podwójne materace, dociśnięte do przeciwległych ścian, tak by można było między nimi przejść. Za nimi pod ścianą stała niska, podłużna szafka, a na niej, po lewej, sterta ubrań, dwie książki oraz talia kart. Prawa strona była pusta, ale od niedawna, sądząc po śladach w kurzu.
    Ian położył mnie ostrożnie na materacu po prawej, starannie układając mi nogę i poprawiając poduszkę pod głową. Jared stał w drzwiach, przodem do korytarza.
    – Tak dobrze?
    – Tak.
    – Wyglądasz na zmęczoną.
    – Nie wiem czemu – ostatnio głównie spałam.
    – Twoje ciało potrzebuje snu, żeby wyzdrowieć.
    Przytaknęłam. Istotnie, oczy same mi się zamykały.
    – Później przyniosę ci jedzenie – o nic się nie martw.

    – Dziękuję. Ian?
    – Tak?
    – To twój pokój – wymamrotałam. – Oczywiście, że śpisz tutaj.
    – Nie będziesz miała nic przeciwko?
    – Niby czemu?
    – Może to i dobry pomysł – będę cię mógł lepiej pilnować. Prześpij się.
    – Dobrze.
    Oczy miałam już zamknięte. Poklepał mnie po dłoni, potem usłyszałam, jak wstaje. Kilka sekund później drewniane drzwi stuknęły lekko o skałę.
    Co ty wyprawiasz? – zapytała gwałtownie Melanie.
    Jak to? Co takiego znowu zrobiłam?
    Wando, jesteś… zasadniczo człowiekiem. Chyba zdajesz sobie sprawę, jak Ian potraktuje to zaproszenie?
    Zaproszenie? Zaczynałam rozumieć, do czego zmierza. To nie tak. To jego pokój. Są tu dwa łóżka. Mają za mało pokojów, żebym dostała cały dla siebie. To oczywiste, że trzeba je dzielić. Ian o tym wie.
    Czyżby? Otwórz oczy, Wando. On zaczyna… Jak mam ci to wytłumaczyć, żebyś mnie dobrze zrozumiała? Zaczyna czuć do ciebie… to, co ty czujesz do Jareda. Nie widzisz tego?
    Zanim zdołałam odpowiedzieć, serce zabiło mi dwa razy.
    To niemożliwe, powiedziałam w końcu.
    – Myślisz, że to, co się stało rano, wpłynie jakoś na Aarona albo Brandta? – zapytał Ian półgłosem po drugiej stronie drzwi.
    – To, że Kyle’owi się upiekło?
    – Tak. Do tej pory nie… musieli nic robić. Myśleli, że Kyle zrobi to za nich.
    – No tak. Pogadam z nimi.
    – Sądzisz, że to wystarczy? – zapytał Ian.
    – Obydwu uratowałem życie. Mają u mnie dług wdzięczności. Jeżeli ich o coś poproszę, posłuchają.
    – Jesteś pewien? Tu chodzi o jej życie.
    Milczeli przez chwilę.
    – Będziemy jej pilnować – powiedział w końcu Jared.
    Kolejna długa cisza.
    – Nie idziesz na lunch? – zapytał Jared.
    – Nie, na razie tu zostanę… A ty?
    Jared nic nie odpowiedział.
    – Co? – zapytał Ian. – Chcesz mi coś powiedzieć, Jared?
    – Ta dziewczyna… – zaczął powoli Jared.
    – Tak?
    – To ciało nie jest jej.
    – No i?
    – Trzymaj ręce przy sobie. – Ton Jareda był stanowczy.
    Ian zaśmiał się pod nosem.
    – Jesteś zazdrosny, Howe?
    – Nie w tym rzecz.
    – Doprawdy. – Ian przybrał sarkastyczny ton.
    – Wygląda na to, że Wanda i Melanie jakoś się dogadują. Trochę jakby… się przyjaźniły. Ale oczywiście to Wanda podejmuje decyzje. Postaw się teraz na miejscu Melanie. Jak byś się czuł? Gdybyś to ty miał w sobie… intruza. Gdybyś był uwięziony we własnym ciele, a ktoś inny kierowałby jego ruchami? Gdybyś nie mógł nawet się odezwać? Nie chciałbyś, żeby twoja wola – na tyle, na ile można by ją ustalić – została uszanowana? Przynajmniej przez innych ludzi?
    – No dobrze, dobrze. Rozumiem. Będę to miał na uwadze.
    – Co to znaczy „będę to miał na uwadze”?
    – To znaczy, że to przemyślę.
    – Tu nie ma o czym myśleć – odparował Jared. Potrafiłam wyobrazić sobie jego twarz na podstawie głosu – zaciskał zęby, napinał szczękę. – To ciało i uwięziona w nim osoba należą do mnie.
    Jesteś pewien, że Melanie wciąż czuje…
    – Melanie zawsze będzie moja. A ja zawsze jej.
    Zawsze.
    Znalazłyśmy się nagle z Melanie na przeciwnych biegunach. Ona niemal fruwała w uniesieniu, a ja… a ja nie.
    Czekałyśmy w napięciu, aż znowu się odezwą.
    – A teraz postaw się na miejscu Wandy – powiedział Ian prawie szeptem. – Co by było, gdyby wsadzono cię do ludzkiego ciała i kazano żyć na Ziemi, i okazałoby się, że czujesz się zagubiony wśród własnej rasy? Gdybyś był tak dobrą… osobą, że spróbowałbyś ocalić życie, które zabrałeś, i zwrócić tego człowieka rodzinie, prawie przy tym ginąc? A potem znalazłbyś się wśród obcych, brutalnych istot, które cię nienawidzą, krzywdzą i co jakiś czas próbują zabić? – Głos na chwilę mu się załamał. – A mimo to robiłbyś, co w twojej mocy, żeby tym ludziom pomóc? Nie zasługiwałbyś wtedy na własne życie? Nie należałoby ci się choć tyle?
    Jared milczał. Czułam, jak oczy zachodzą mi łzami. Czy Ian naprawdę miał o mnie tak wysokie mniemanie? Czy naprawdę uważał, że zasłużyłam na to, by żyć wśród nich?
    – Rozumiesz? – naciskał Ian.
    – Muszę to przemyśleć.
    – I bardzo słusznie.
    – Ale tak czy inaczej…
    Ian przerwał mu, wzdychając.
    – Nie masz co się tak denerwować. Wanda niezupełnie jest człowiekiem, mimo że ma ciało. Nie zauważyłem, żeby reagowała na… dotyk tak jak ludzie.
    Tym razem to Jared się zaśmiał.
    – Czy to twoja teoria?
    – Co w tym śmiesznego?
    – Wierz mi, potrafi reagować na dotyk – zapewnił go Jared, przybierając na powrót poważny ton. – Jest pod tym względem wystarczająco ludzka. A przynajmniej jej ciało.
    Zrobiło mi się gorąco na twarzy.
    Ian milczał.
    – Jesteś zazdrosny, O’Shea?
    – Wyobraź sobie… że tak. Dziwne, prawda? – Głos Iana brzmiał nienaturalnie. – Skąd o tym wiesz?
    Teraz to Jared się zawahał.
    – To był… taki eksperyment.
    – Eksperyment?…
    – Skończył się inaczej, niż przypuszczałem. Mel walnęła mnie w twarz. – Słyszałam, że się uśmiecha, i wyobrażałam sobie, jak wokół oczu pojawiają mu się maleńkie zmarszczki.
    – Melanie… cię… walnęła?
    – Jestem pewien, że to nie była Wanda. Musiałbyś widzieć jej twarz… Co? Hej, wyluzuj, człowieku!
    – Pomyślałeś choć przez chwilę, jak się musiała poczuć?
    – Mel?
    – Nie, idioto! Wanda!
    – Wanda? – zapytał Jared ze zdziwieniem, jakby nie rozumiejąc.
    – Ech. Wynoś się stąd. Idź coś zjedz. Trzymaj się ode mnie przez parę godzin z daleka.
    Ian nie dał mu szansy na odpowiedź. Otworzył drzwi szarpnięciem – gwałtownie, ale bardzo cicho – i wśliznął się do pokoju, po czym zamknął je za sobą.
    Obrócił się i natrafił na moje spojrzenie. Sądząc po jego minie, był zaskoczony tym, że nie śpię. Zaskoczony i zmartwiony. Oczy zapłonęły mu ogniem, po czym z wolna przygasły. Ściągnął usta.
    Przekrzywił głowę na bok, nadstawiając uszu. Ja także nasłuchiwałam, ale Jared poszedł sobie bezszelestnie. Ian odczekał jeszcze chwilę, potem westchnął i osunął się na brzeg swojego materaca, naprzeciw mnie.
    – Chyba rozmawialiśmy głośniej, niż mi się wydawało – powiedział.
    – Dźwięk się niesie w tych jaskiniach – szepnęłam.
    Kiwnął twierdząco głową.
    – A więc… – odezwał się w końcu. – Co ty o tym myślisz?

Rozdział 38

Dotyk

    – Co myślę o czym?
    – No… o tej naszej rozmowie – uściślił Ian.
    Co o niej myślałam? Nie wiedziałam.
    Jakimś sposobem Ianowi udało się spojrzeć na sytuację z mojej perspektywy, z obcej perspektywy. Uważał, że zasłużyłam na życie.
    Ale że był… zazdrosny? O Jareda?
    Wiedział, czym jestem. Wiedział, że jestem tylko małą istotą przyczepioną do mózgu Melanie. Robalem, jak nazwał mnie Kyle. Ale nawet Kyle stwierdził, że Ian się we mnie „zabujał”. We mnie? To przecież niemożliwe. A może chciał wiedzieć, co myślę o Jaredzie? O jego eksperymencie? Jak reaguję na dotyk? Otrząsnęłam się.
    Może chodziło mu o mój stosunek do Melanie? A może o to, co ona myśli o ich rozmowie? Albo chciał wiedzieć, czy zgadzam się z Jaredem co do jej praw?
    Prawdę mówiąc, nie wiedziałam, co myśleć na którykolwiek z tych tematów.
    – Nie wiem, naprawdę – odparłam.
    Kiwnął głową.
    – To zrozumiałe.
    – Tylko dlatego, że jesteś bardzo wyrozumiały.
    Uśmiechnął się do mnie. Zadziwiające, jak jego oczy potrafiły jednocześnie ogrzewać i palić. Tym bardziej, że jeśli chodzi o kolor, było im bliżej do lodu niż do ognia. W tej chwili biło z nich ciepło.
    – Bardzo cię lubię, Wando.
    – Dopiero teraz to widzę. Chyba jestem mało spostrzegawcza.
    – Ja też się tego nie spodziewałem.
    Oboje zamyśliliśmy się nad tymi słowami.
    Zacisnął usta.
    – No więc… domyślam się, że… to jest właśnie jedna z tych rzeczy, o których nie wiesz, co myśleć?
    – Nie. To znaczy, tak… N i e w i e m. Ja… Ja…
    – W porządku. Nie miałaś zbyt wiele czasu, żeby to przemyśleć. To wszystko musi ci się wydawać… dziwne.
    Kiwnęłam głową.
    – Tak. Więcej niż dziwne. Niemożliwe.
    – Powiedz mi coś – rzekł Ian po chwili.
    – Jeżeli znam odpowiedź.
    – To nie jest trudne pytanie.
    Nie wypowiedział go od razu. Zamiast tego sięgnął w poprzek wąskiego przejścia po moją rękę. Trzymał ją przez chwilę w obu dłoniach, po czym przeciągnął wolno palcami lewej ręki po mojej skórze, od nadgarstka aż do ramienia i z powrotem, równie powoli. Nie przyglądał się mojej twarzy, lecz gęsiej skórce, która pojawiała się w ślad za jego dotykiem.
    – Dobrze ci? – zapytał.
    Nie, podpowiedziała Melanie.
    Przecież nie boli, zaprotestowałam.
    Nie o to pyta. Kiedy mówi „dobrze“… Rany, z tobą jak z dzieckiem!
    Mam niecały rok, jakbyś zapomniała. A może już cały? Zaczęłam się zastanawiać, ile minęło czasu.
    Melanie była bardziej skoncentrowana. Kiedy mówi „dobrze”, chodzi mu o to, co czujemy, kiedy dotyka nas Jared. Wspomnienie, którym zilustrowała tę myśl, nie pochodziło z jaskiń, lecz z owego magicznego kanionu o zachodzie słońca. Jared stał za nią, z rękoma opuszczonym wzdłuż jej rąk, od ramion do nadgarstków. Na myśl o tym prostym dotyku przeszły mnie przyjemne ciarki. Właśnie tak.
    Ach.
    – Wando?
    – Melanie mówi, że źle – szepnęłam.
    – A ty co mówisz?
    – Ja… ja nie wiem.
    Kiedy zebrałam się w sobie i spojrzałam mu w oczy, były cieplejsze, niż się spodziewałam.
    – Trudno mi sobie nawet wyobrazić, jaki musisz mieć z tego powodu mętlik w głowie.
    Cieszyło mnie, że rozumie.
    – Tak, mam mętlik.
    Ponownie powiódł palcami w górę mojej ręki i z powrotem.
    – Chcesz, żebym przestał?
    Zawahałam się.