Скачать fb2
Tańczący Trumniarz

Tańczący Trumniarz

Аннотация

    Detektyw Lincoln Rhyme, duma i chwała nowojorskiej policji kryminalnej, ściga nieuchwytnego, seryjnego mordercę zwanego Tańczącym Trumniarzem. Ten niezwykle inteligentny zbrodniarz uderza znienacka, błyskawicznie, zawsze w odmienny sposób, po czym znika bez śladu. Tylko jedna z jego ofiar zauważyła charakterystyczny szczegół, o którym przed śmiercią zdążyła powiedzieć policji. Ten szczegół to niezwykły tatuaż na ramieniu mordercy, przedstawiający śmierć tańczącą z kobietą przed otwartą trumną.Co oznacza zagadkowy tatuaż? Czy ta skromna wskazówka pomoże Rhyme'owi ocalić kolejne ofiary działającego z żelazną konsekwencją zabójcy? Opromieniony sławą detektyw zdaje sobie sprawę, że oto trafił na godnego siebie przeciwnika, najbardziej zaś dręczy go graniczące z pewnością przeczucie, że już gdzieś, kiedyś go spotkał…


Jeffery Deaver Tańczący Trumniarz

    Coffin dancer
    Przełożył: Łukasz Praski
    Wydanie oryginalne: 1998
    Wydanie polskie: 2003

OD AUTORA

    Jak wiadomo wszystkim pisarzom, książki tylko w części są ich własnym dziełem. Na kształt powieści wpływ mają nasi najbliżsi i przyjaciele, czasem ingerując w jej kompozycję bezpośrednio, a czasem w bardziej subtelny, choć nie mniej ważny sposób. Chciałbym podziękować kilku osobom, które pomogły mi w pracy nad tą książką: dzięki Madelyn Warcholik – mojemu niewyczerpanemu źródłu inspiracji – postaci zachowały autentyzm, a mknące naprzód wątki powieści nie zeszły na manowce. Dziękuję moim wydawcom, Davidowi Rosenthalowi, Marysue Rucci i Carolyn Mays, za ich cierpliwość i wspaniałą pracę; agentce Deborah Schneider za to, że jest najlepsza w swojej profesji, oraz mojej siostrze pisarce, Julie Reece Deaver, która była przy mnie przez cały czas.

1

ŚMIERĆ MA WIELE TWARZY
    Żadnego jastrzębia nie można oswoić. W kontaktach z ptakiem nie ma miejsca na sentymenty. To w pewnym sensie sztuka psychiatrii. Jeden umysł przeciwstawia się drugiemu z zimną i nieugiętą zaciętością.
    „Jastrząb gołębiarz”
    T.H. White

Rozdział pierwszy

    Kiedy Percey Carney żegnała się ze swoim mężem, nie przypuszczała, że więcej go nie zobaczy.
    Edward Carney wsiadł do samochodu zaparkowanego przy Wschodniej Osiemdziesiątej Pierwszej ulicy na Manhattanie i po chwili włączył się do ruchu. Carney, spostrzegawczy z natury, zauważył zaparkowaną w pobliżu ich domu czarną furgonetkę. Wóz miał lustrzane szyby, zapaćkane błotem. Rzuciwszy okiem na grata, Carney zauważył numery Wirginii Zachodniej i w tej samej chwili zdał sobie sprawę, że w ciągu kilku ostatnich dni parę razy widział tę furgonetkę na ulicy. Potem jednak sznur samochodów przyspieszył. Carney zdążył przejechać na żółtym świetle i zupełnie zapomniał o furgonetce. Po chwili jechał już na północ Aleją Roosevelta.
    Dwadzieścia minut później sięgnął po telefon i zadzwonił do żony. Kiedy nie odebrała, zaniepokoił się. Według planu Percey miała lecieć razem z nim – poprzedniego wieczora rzucili monetą o to, kto będzie drugim pilotem, i ona wygrała, kwitując zwycięstwo swym niepowtarzalnym uśmiechem triumfu. Ale o trzeciej nad ranem zbudziła się z dokuczliwą migreną, która dręczyła ją potem przez cały dzień. Zadzwonili do kilku osób i znaleźli kogoś innego na jej miejsce, a Percey wzięła fiorinal i wróciła do łóżka.
    Migrena była jedyną dolegliwością, która mogła ją zatrzymać na ziemi.
    Edward Carney był wysoki i szczupły; mimo czterdziestu pięciu lat nadal nosił wojskową fryzurę. Przekrzywił głowę, słuchając dzwonków telefonu oddalonego o parę mil. Gdy włączyła się automatyczna sekretarka, odłożył słuchawkę, czując lekkie zdenerwowanie.
    Utrzymywał stałą prędkość sześćdziesięciu mil na godzinę, jadąc dokładnie środkiem prawego pasa; jak większość pilotów, w samochodzie był konserwatystą. Ufał innym pilotom, lecz większość kierowców uważał za szaleńców.
    W biurze Hudson Air Charters na lokalnym lotnisku Mamaroneck w Westchester czekało na niego ciasto czekoladowe. Z okazji podpisania nowego kontraktu upiekła je własnoręcznie pedantyczna i sztywna Sally Anne, pachnąca niczym dział perfumeryjny u Macy’ego. Miała na piersi wyobrażającą dwupłatowiec broszkę ze sztucznych brylantów, którą dostała na Boże Narodzenie od wnuków, i rozglądała się uważnie, pilnując, by każdemu z kilkunastu pracowników dostała się porcja smakołyku. Ed Carney zjadł parę kęsów, rozmawiając o dzisiejszym locie z Ronem Talbotem, którego wielki brzuch zdradzał, że Ron przepada za ciastem, choć tak naprawdę żył głównie dzięki kawie i papierosom. Talbot pełnił dwie funkcje, dyrektora firmy i kierownika technicznego. Martwił się, czy zdążą z załadunkiem, czy prawidłowo obliczono zużycie paliwa, czy uczciwie wycenili pracę. Carney poczęstował go resztą swojej porcji ciasta i poradził mu, by się rozluźnił.
    Znów pomyślał o Percey i poszedł do swojego biura zadzwonić.
    W domu wciąż nikt nie podnosił słuchawki.
    Jego niepokój przybrał na sile. Ludzie, którzy mają dzieci albo własną firmę, zawsze odbierają telefony. Odłożył z trzaskiem słuchawkę, zastanawiając się, czy zadzwonić do sąsiada, by sprawdził, co się dzieje z żoną. Jednak w tej samej chwili przed hangarem obok biura zatrzymała się duża biała ciężarówka. Czas do pracy. Osiemnasta.
    Talbot dał Carneyowi kilkanaście dokumentów do podpisania, a tymczasem przyjechał młody Tim Randolph, ubrany w ciemny garnitur, białą koszulę i wąski czarny krawat. Tim mówił o sobie „drugi pilot”, co podobało się Carneyowi. W firmie i liniach lotniczych nazywano ich „pierwszymi oficerami”, a choć Carney szanował każdego, kto dobrze sobie radził na prawym fotelu, pretensje do tytułów traktował z rezerwą.
    Lauren, wysoka brunetka, asystentka Talbota, była ubrana w swoją ulubioną, „szczęśliwą” sukienkę, której błękit pasował do barwy logo Hudson Air – sylwetki sokoła lecącego nad Ziemią opasaną siecią południków i równoleżników. Pochyliła się nad Carneyem i szepnęła:
    – Wszystko będzie w porządku, prawda?
    – W jak najlepszym – zapewnił ją.
    Uścisnęli się. Sally Anne również wzięła go w objęcia i zaproponowała ciasto na drogę. Odmówił. Ed Carney chciał już lecieć. Byle dalej od czułostkowości, od atmosfery świętowania. Byle dalej od ziemi.
    I niedługo potem był już w powietrzu. Trzy mile nad ziemią, za sterami leara 35 A, najlepszego prywatnego odrzutowca na świecie, lśniącego srebrem jak zwinny szczupak i pozbawionego wszelkich oznaczeń z wyjątkiem numeru rejestracyjnego.
    Lecieli prosto w kierunku zachodzącego słońca – pomarańczowej doskonałej kuli, która miękko osiadała na skłębionych różowofioletowych chmurach, przecinanych ostatnimi jasnymi promieniami.
    Tylko świt był równie piękny. A burze bardziej widowiskowe.
    Do O’Hare mieli siedemset dwadzieścia trzy mile, które pokonali w niecałe dwie godziny. Centrum kontroli lotów w Chicago grzecznie poprosiło, by zeszli na czternaście tysięcy stóp, po czym połączyło ich z kontrolą podejścia do lądowania.
    – Chicago, kontrola lądowania. Lear cztery dziewięć „Charlie Juliet”, na czternastu tysiącach – powiedział do mikrofonu Tim.
    – Dobry wieczór, cztery dziewięć „Charlie Juliet” – odezwał się spokojny głos innego kontrolera. – Zejdź na osiem tysięcy. Ciśnienie w Chicago trzydzieści koma jedenaście. Czekaj na kurs na pas dwadzieścia siedem, lewo.
    – Zrozumiałem, Chicago. „Charlie Juliet” dziewięć z czternastu na osiem tysięcy.
    O’Hare to najbardziej zatłoczone lotnisko na świecie. Kontrola lotów skierowała ich nad zachodnie przedmieścia, gdzie krążyli, czekając na swoją kolej.
    Dziesięć minut później przez szumy radiowe przebił się miły głos:
    – „Charlie Juliet” dziewięć, kurs zero dziewięć zero, podchodzisz z wiatrem na dwadzieścia siedem, lewo.
    – Zero dziewięć zero. „Charlie Juliet” dziewięć – zameldował Tim.
    Carney spojrzał w górę na jasne punkty konstelacji połyskujące na szarostalowym niebie i pomyślał: Popatrz, Percey, wszystkie gwiazdy wieczoru…
    Wtedy poczuł zupełnie nieprofesjonalny impuls, chyba po raz pierwszy w ciągu wszystkich lat spędzonych w fotelu pilota. Niepokój o Percey stał się nie do zniesienia, jak nagły atak gorączki. Za wszelką cenę musiał z nią porozmawiać.
    – Przejmij samolot – powiedział do Tima.
    – Zrozumiałem – odparł młody człowiek, posłusznie kładąc dłonie na wolancie steru.
    Wśród radiowych trzasków odezwała się kontrola lotów.
    – „Charlie Juliet” dziewięć, zejdź na cztery tysiące. Utrzymuj kurs.
    – Zrozumiałem, Chicago – rzekł Tim. – „Charlie Juliet” dziewięć, z ośmiu na cztery.
    Carney zmienił częstotliwość radia, aby odbyć prywatną rozmowę. Tim zerknął na niego.
    – Łączę się z firmą – wyjaśnił Carney. Kiedy zgłosił się Talbot, poprosił go o telefoniczne połączenie z domem.
    Czekając na rozmowę, Carney przeszedł do rutynowej litanii komunikatów przed lądowaniem, które zaczął wymieniać z Timem.
    – Klapy do podejścia… dwadzieścia stopni.
    – Dwadzieścia, dwadzieścia, jest – odrzekł Carney.
    – Prędkość.
    – Sto osiemdziesiąt węzłów.
    Gdy Tim zaczął mówić do mikrofonu: „Chicago, «Charlie Juliet» dziewięć mija numery: pięć, cztery…” – Carney usłyszał sygnał telefonu, który dzwonił w jego domu na Manhattanie, siedemset mil stąd.
    No dalej, Percey, odbierz! Gdzie jesteś?
    Proszę…
    Kontrola powiedziała:
    – „Charlie Juliet” dziewięć, zmniejsz prędkość do stu osiemdziesięciu. Połącz się z wieżą. Miłego wieczoru.
    – Zrozumiałem, Chicago. Sto osiemdziesiąt węzłów. Do usłyszenia.
    Trzy dzwonki.
    Gdzie ona, u diabła, jest? Co się dzieje?
    Ucisk w żołądku przybrał na sile.
    Silnik wydał wysoki, zgrzytliwy dźwięk. Jęknęły przewody hydrauliczne. Carney usłyszał w słuchawkach trzaski zakłóceń. Tim obwieścił śpiewnie:
    – Klapy trzydzieści. Podwozie w dół.
    – Klapy, trzydzieści, trzydzieści jest. Podwozie w dół, jest.
    A potem – nareszcie – krótki trzask w słuchawkach. I głos jego żony:
    – Halo?
    Carney z ogromną ulgą zaśmiał się w głos.
    Chciał coś powiedzieć, lecz nim zaczął, samolotem targnął gwałtowny wstrząs i nastąpiła eksplozja, której siła w ułamku sekundy zerwała mu z głowy słuchawki i rzuciła obu mężczyzn na tablicę przyrządów. Obok nich świsnęły płonące iskry i odłamki.
    Ogłuszony Carney instynktownie chwycił niereagujący wolant steru lewą ręką; prawej już nie miał. Odwrócił się do Tima dokładnie w chwili, gdy zakrwawione ciało drugiego pilota niczym bezwładną kukłę wyssało przez dziurę ziejącą w boku kadłuba.
    – O, Boże. Nie, nie…
    Po chwili cała kabina oderwała się od rozpadającego się samolotu i pofrunęła w górę, zostawiając w szalejącym ogniu kadłub, skrzydła i silniki leara.
    – Och, Percey – szepnął – Percey… – chociaż nie miał już mikrofonu, do którego mógłby mówić.

Rozdział drugi

    Wielkie jak asteroidy barwy żółtych kości.
    Na ekranie komputera błyszczały ziarna piasku. Przed monitorem siedział zgarbiony człowiek z obolałym karkiem i w skupieniu spoglądał na ekran zmrużonymi oczami.
    Gdzieś w oddali rozległ się grzmot. Poranne niebo miało żółtozieloną barwę, więc lada chwila mogła się rozpętać burza. Ta wiosna była chyba najbardziej mokra w historii.
    Ziarna piasku…
    – Powiększenie – polecił i obraz stał się dwa razy większy.
    Dziwne, pomyślał.
    – Kursor w dół… stop.
    Pochyliwszy się w przód, wyciągnął szyję, studiując ekran monitora.
    Lincoln Rhyme pomyślał, że piasek to sama radość dla specjalisty od kryminalistyki: kawałki skał, czasem zmieszane z innym materiałem, o rozmiarach od pół do dwóch milimetrów (żwir jest większy, a muł drobniejszy). Przykleja się do ubrania sprawcy jak lepka farba, a potem odpada w miejscu zbrodni albo kryjówce – i tak powstaje trop łączący mordercę z zamordowanym. Piasek może też sporo powiedzieć o tym, skąd przybył podejrzany. Nieprzezroczysty piasek oznacza, że zbrodniarz przyjechał z pustyni. Przezroczysty to plaża. Hornblenda – Kanada. Obsydian – Hawaje. Kwarc i nieprzezroczysta skała magmowa – Nowa Anglia. Gładki szary magnetyt – zachodnia część Wielkich Jezior.
    Jednak Rhyme nie miał pojęcia, skąd pochodzi piasek widoczny na ekranie. Na terenach wokół Nowego Jorku leżał kwarc i skalenie. Kamienisty nad cieśniną Long Island, sypki nad Atlantykiem i mulisty nad Hudsonem. Ale ten był biały, połyskliwy, nierówny i zmieszany z jakimiś czerwonymi kulkami. A te pierścienie? Białe kamienne pierścienie, jak mikroskopijne plasterki kalmara. Nigdy nie widział czegoś podobnego.
    Przez tę zagadkę Rhyme nie spał do czwartej nad ranem. Właśnie wysłał próbkę piasku znajomemu z laboratorium FBI w Waszyngtonie. Zrobił to bardzo niechętnie – Lincoln Rhyme nie cierpiał, kiedy na dręczące go pytania odpowiedzi udzielał ktoś inny.
    Za oknem przy łóżku coś się poruszyło. Rhyme spojrzał w tę stronę. Mieszkająca w sąsiedztwie para sokołów wędrownych właśnie wybierała się na łowy. Drzyjcie gołębie, pomyślał Rhyme. Potem przekrzywił głowę, mrucząc pod nosem: „niech to szlag”, nie miał jednak na myśli swojej porażki w pracy nad niewdzięcznym piaskiem, lecz zbliżających się intruzów. Na schodach rozległy się bowiem szybkie kroki. Thom wpuścił kogoś do domu, a Rhyme nie miał ochoty na gości. Spojrzał ze złością w kierunku korytarza.
    – Nie teraz, na litość boską.
    Ale oni oczywiście nie mogli tego usłyszeć, a nawet gdyby słyszeli, i tak by się nie zatrzymali.
    Było ich dwóch…
    Jeden ciężki i zwalisty.
    Energiczne pukanie do drzwi. Weszli.
    – Lincoln.
    Rhyme chrząknął.
    Lon Sellitto był detektywem pierwszego stopnia z Departamentu Policji Nowego Jorku i to on tak głośno tupał na schodach. Obok stał szczuplejszy i młodszy Jerry Banks, jego partner, wystrojony w elegancki szary garnitur w kratę. Niesforny kosmyk włosów ułożył za pomocą lakieru – Rhyme poczuł zapach propanu, izobutanu i octanu winylu – mimo to uroczy czubek sterczał na jego głowie dumnie niczym maszt.
    Zwalisty detektyw rozejrzał się po sypialni na piętrze, która miała dwadzieścia na dwadzieścia stóp. Ściany były puste, bez jednego obrazka.
    – Co tu się zmieniło, Linc?
    – Nic.
    – A, już wiem: jest czysto – powiedział Banks, po czym raptownie urwał, zorientowawszy się, że popełnił gafę.
    – Pewnie, że czysto – odparł Thom, który wyglądał nieskazitelnie w wyprasowanych jasnobrązowych spodniach, białej koszuli i krawacie w kwiaty, choć ten wydawał się Rhyme’owi trochę krzykliwy, mimo że sam mu go kupił w sprzedaży wysyłkowej. Thom był jego asystentem od kilku lat – i chociaż już dwukrotnie został zwolniony, a raz sam zrezygnował, Rhyme wciąż zatrudniał na nowo swego doradcę-pielęgniarza, który był ucieleśnieniem spokoju. Thom wiedział już tyle o paraliżu, że mógłby zostać lekarzem, i nauczył się od Lincolna Rhyme’a tyle o kryminalistyce, że sam mógłby być detektywem. Wystarczyła mu jednak funkcja, którą towarzystwo ubezpieczeniowe nazywało „opiekunem”, choć razem z Rhyme’em traktowali ten tytuł z pewnym lekceważeniem. Rhyme nazywał Thoma różnie: swoją „kwoką” albo „Nemezis”, co dla asystenta było źródłem nieustającej radości. Thom przecisnął się obok gości.
    – Nie spodobało mu się to, ale sprowadziłem dziewczyny od Molly i jakoś udało im się doczyścić pokój. Każdy kąt wymagał niemalże odkażenia. Później nie odzywał się do mnie przez cały tydzień.
    – Nie trzeba było sprzątać. Teraz niczego nie mogę znaleźć.
    – Przecież nie musi niczego szukać, prawda? – odparł Thom. – Po to tu jestem.
    Nie miał nastroju do przekomarzania.
    – No? – Rhyme odwrócił przystojną twarz do Sellitta. – Co jest?
    – Dostałem sprawę. Może będziesz chciał pomóc.
    – Jestem zajęty.
    – Co to takiego? – zapytał Banks, wskazując nowy komputer stojący przy łóżku Rhyme’a.
    – Ach – powiedział Thom z uśmiechem, który wyprowadzał Rhyme’a z równowagi. – Teraz ma ultranowoczesny sprzęt. Pokaż im, Lincoln. Pokaż im.
    – Nie chcę.
    Jeszcze jeden grzmot w oddali, ale ani kropli deszczu. Natura jak zwykle z nich kpiła.
    – Pokaż im, jak to działa – nalegał Thom.
    – Nie mam ochoty.
    – Wstydzi się.
    – Thom – mruknął Rhyme.
    Lecz młody asystent nie zważał na groźby i brnął dalej. Poprawił swój okropny, a może po prostu modny krawat.
    – Nie wiem, dlaczego tak się zachowuje. Jeszcze wczoraj był z tego bardzo dumny.
    – Wcale nie.
    – Ta skrzynka – Thom pokazał beżowy aparat – jest połączona z komputerem.
    – O, dwieście megaherców? – spytał Banks, ruchem głowy wskazując komputer. Pod ponurym spojrzeniem Rhyme’a ugryzł się w język.
    – No – odrzekł Thom.
    Lincolna Rhyme’a nie interesowały jednak komputery. W tej chwili interesowały go tylko mikroskopijne plasterki kamiennego kalmara zmieszane z białym piaskiem.
    – Z komputerem jest połączony mikrofon – ciągnął Thom. – Komputer rozumie wszystko, co Lincoln mówi. Trochę czasu zajęła mu nauka jego głosu. Lincoln nieco mamrocze.
    W rzeczywistości Rhyme cieszył się z nowego systemu – błyskawicznie działającego komputera, specjalnie skonstruowanej skrzynki USO – układu sterowania otoczeniem – i programu rozpoznawania głosu. Wystarczyło tylko mówić do mikrofonu, by móc kierować kursorem i robić wszystko to, co robi użytkownik dysponujący myszą i klawiaturą. Mógł też wydawać polecenia. Teraz głosem regulował ogrzewanie, zapalał i gasił światło, włączał i wyłączał wieżę stereo i telewizor, pisał w edytorze tekstów, dzwonił i wysyłał faksy.
    – Może nawet komponować muzykę – powiedział do gości Thom. – Mówi do komputera, jakie ma zapisać nuty.
    – Też mi pożytek – rzekł cierpko Rhyme. – Muzyka.
    Rhyme został sparaliżowany z powodu uszkodzenia czwartego kręgu szyjnego – mógł więc kiwać głową, a także wzruszać ramionami, choć nie wyglądało to tak wyraziście, jakby sobie tego życzył. Inna cyrkowa sztuczka polegała na poruszaniu palcem serdecznym lewej dłoni, kilka milimetrów w każdym kierunku. Od kilku dobrych lat był to cały repertuar jego aktywności fizycznej; raczej nie planował skomponowania sonaty na skrzypce.
    – Ma też gry – powiedział Thom.
    – Nie cierpię gier. W ogóle nie gram.
    Sellitto, który przypominał Rhyme’owi wielkie niezasłane łóżko, gapił się bez entuzjazmu na komputer.
    – Lincoln – zaczął bardzo poważnie. – Chodzi o zadanie grupy specjalnej, złożonej z naszych i federalnych. Wczoraj wieczorem wpakowaliśmy się w szambo.
    – Utknęliśmy na amen – odezwał się niepewnie Banks. – Pomyśleliśmy… właściwie to ja pomyślałem, że zechcesz nam w tym pomóc.
    Zechcesz pomóc?
    – Właśnie nad czymś pracuję – wyjaśnił Rhyme. – Dla Perkinsa. – Thomas Perkins był agentem specjalnym i dowodził manhattańskim biurem FBI. – Zaginął jeden z chłopaków Freda Dellraya.
    Agent specjalny Fred Dellray, weteran FBI, prowadził większość tajnych agentów na Manhattanie. Sam Dellray był jednym z najlepszych tajniaków w Biurze. Za swą pracę zyskał pochwałę samego dyrektora. Kilka dni temu zaginął jeden z agentów Dellraya, Tony Panelli.
    – Mówił nam o tym Perkins – rzekł Banks. – Dziwaczna sprawa.
    Rhyme przewrócił oczami na to mało oryginalne wyrażenie. Lecz trudno było nie przyznać Banksowi racji. O dwudziestej pierwszej agent zniknął z samochodu stojącego przed budynkiem federalnym w centrum Manhattanu. Ulice nie były zatłoczone, ale też nieopustoszałe. Silnik służbowej victorii pracował, drzwi zostawiono otwarte. Nigdzie krwi, śladów po oddanym strzale ani śladów walki. Brak świadków – a przynajmniej takich, którzy chcieliby mówić.
    Rzeczywiście dziwaczna sprawa.
    Perkins miał do dyspozycji świetną ekipę do zabezpieczania miejsc zbrodni, w skład którego wchodziła grupa analiz dowodów fizycznych. Ale to Rhyme stworzył tę grupę i właśnie jego Perkins poprosił, by zajął się zniknięciem agenta. Funkcjonariusz, który pracował jako partner Rhyme’a, spędził w samochodzie Panellego dobre kilka godzin i wyszedł stamtąd z pustymi rękami, nie licząc odcisków palców agenta i dziesięciu torebek nic nieznaczących materiałów. Jedynym tropem mogło być kilkadziesiąt ziarenek tego zagadkowego piasku.
    Ziarna widniały teraz na monitorze komputera, ogromne jak ciała niebieskie.
    – Perkins pchnie do sprawy Panellego innych ludzi, jeżeli nam pomożesz, Lincoln – ciągnął Sellitto. – W każdym razie mam wrażenie, że będziesz chciał pomóc.
    Znowu „chciał”. O co im chodzi?
    Rhyme i Sellitto kilka lat temu prowadzili razem dochodzenia w sprawach głośnych zabójstw. Były to trudne sprawy. Jednak znał Sellitta nie lepiej niż innych gliniarzy. Na ogół Rhyme nie ufał własnym umiejętnościom czytania w ludziach (jego była żona, Blaine, mawiała często, że Rhyme potrafi dostrzec łuskę pocisku z odległości mili, ale nie zauważy stojącego tuż przed nim człowieka), lecz teraz wyczuł, że Sellitto coś ukrywa.
    – No dobra, Lon. Powiedz, o co chodzi.
    Sellitto skinął głową Banksowi.
    – Phillip Hansen – powiedział znacząco młody detektyw, unosząc cienką brew.
    Rhyme znał to nazwisko jedynie z artykułów prasowych. Hansen – potężny i obrotny biznesmen pochodzący z Tampy na Florydzie – był właścicielem dużej hurtowni w Armonk, w stanie Nowy Jork. Przedsiębiorstwo prosperowało doskonale, dzięki czemu Hansen stał się multimilionerem. Osiągnął wiele, a zaczynał jako drobny przedsiębiorca. Nigdy nie musiał zabiegać o klientów, nigdy się nie reklamował, nigdy nie miał kłopotów z płatnościami. Właściwie jedyna trudność, z jaką borykała się firma PH Distributors Inc., polegała na tym, że rząd federalny i władze stanu Nowy Jork nie szczędziły energii, by ją zamknąć, a jej prezesa wysłać za kratki. Hansen handlował bowiem nie, jak twierdził, używanymi pojazdami z nadwyżek wyposażenia armii, lecz bronią, najczęściej kradzioną z baz wojskowych lub sprowadzaną nielegalnie z zagranicy. W tym roku koło mostu Waszyngtona napadnięto na ciężarówkę transportującą do New Jersey broń ręczną, zginęło dwóch szeregowców. Stał za tym Hansen – prokurator generalny i prokuratura stanowa Nowego Jorku byli o tym przekonani, ale nie mieli dowodów.
    – Pchamy sprawę razem z Perkinsem – powiedział Sellitto. – I z wojskowym wydziałem śledczym. Na razie idzie nam ciężko.
    – Nikt go jeszcze nie zakapował – rzekł Banks. – Nigdy.
    Rhyme przypuszczał, że nikt by się nie odważył kablować na takiego faceta jak Hansen.
    – Ale w zeszłym tygodniu coś w końcu drgnęło – ciągnął młody detektyw. – Hansen jest pilotem. Jego firma ma magazyny na lotnisku Mamaroneck – tym niedaleko White Plains. Sąd wydał nakaz ich rewizji. Oczywiście nic nie znaleźliśmy. Dopiero w zeszłym tygodniu, w środku nocy… Lotnisko było już zamknięte, ale w środku pracowało parę osób. Widzieli faceta, którego wygląd odpowiada rysopisowi Hansena, jak podjechał do prywatnego samolotu, władował do niego jakieś worki i wystartował. Bez zezwolenia. Nie zgłosił lotu kontroli, po prostu wystartował. Czterdzieści minut później wrócił, wylądował, wsiadł do samochodu i odjechał z piskiem opon. Bez worków. Świadkowie podali numery samolotu Federalnemu Urzędowi Lotnictwa. Okazało się, że to prywatny samolot Hansena, nie firmy.
    – Musiał wiedzieć, że depczecie mu po piętach – powiedział Rhyme. – Chciał się pozbyć czegoś, co miało związek z zabójstwami. – Zaczynał rozumieć, jak miał im pomóc. Trochę go nawet zaciekawili. – Kontrola lotów miała go na oku?
    – LaGuardia miała go przez chwilę. Poleciał prosto nad cieśninę Long Island. Potem zniżył lot i na jakieś dziesięć minut zniknął z ekranu radaru.
    – I chcielibyście wiedzieć, jak daleko dotarł. Cieśninę przeczesują nurkowie?
    – Zgadza się. Wiedzieliśmy, że gdy tylko Hansen dowie się o trzech świadkach, da drapaka. Udało się nam przymknąć go do poniedziałku. Areszt federalny.
    Rhyme roześmiał się.
    – Macie sędziego, który wymyśli na poczekaniu coś przekonującego?
    – Tak, jakąś bajeczkę o niebezpiecznym locie – odparł Sellitto. – I o naruszeniu przepisów urzędu lotnictwa, lekkomyślnym stworzeniu zagrożenia. Nie było zgłoszenia w kontroli lotów, poza tym Hansen leciał poniżej wymaganego pułapu.
    – Co na to pan Hansen?
    – Zna zasady. Ani słowa do oficerów, ani słowa do ludzi z prokuratury. Adwokat wszystkiemu zaprzecza i chce wytoczyć proces za bezpodstawne aresztowanie i tak dalej, i tak dalej… Jeśli więc znajdziemy te pieprzone worki, w poniedziałek idziemy przed sąd przysięgłych i bach! – mamy go.
    – Pod warunkiem – zauważył Rhyme – że w workach jest coś obciążającego.
    – Na pewno jest coś obciążającego.
    – Skąd wiesz?
    – Bo Hansen się boi. Wynajął kogoś, żeby zabił świadków. Jednego już zlikwidowano. Wczoraj wieczorem tuż nad lotniskiem w Chicago wysadzono samolot.
    A więc chcą, żebym znalazł te worki… W myślach zaczęły mu krążyć pytania. Czy można ustalić lokalizację samolotu nad powierzchnią wody na podstawie jakiegoś opadu, osadu soli albo owada rozgniecionego na przednim płacie skrzydła? Można w ogóle obliczyć czas śmierci owada? A może stężenie soli i zanieczyszczeń w wodzie? Czy podczas lotu tak nisko nad wodą silniki albo skrzydła mogły nanieść na kadłub czy ogon jakieś glony?
    – Muszę mieć mapy cieśniny – zaczął Rhyme. – Schematy samolotu…
    – Hm, nie po to do ciebie przyszliśmy – powiedział Sellitto.
    – Nie po to, żeby znaleźć worki – dodał Banks.
    – Nie? W takim razie po co? – Rhyme zmierzył młodego człowieka niechętnym spojrzeniem.
    Sellitto ponownie przyjrzał się beżowej skrzynce USO. Dołączone do niej ciemnoczerwone, żółte i czarne przewody leżały skręcone na podłodze jak kłębowisko węży.
    – Chcemy, żebyś pomógł nam znaleźć mordercę. Faceta, którego najął Hansen. Zatrzymaj go, zanim dopadnie dwoje pozostałych świadków.
    – Tak? – Rhyme czuł, że Sellitto nie powiedział wszystkiego.
    Patrząc za okno, detektyw odezwał się:
    – Wygląda na to, że to Trumniarz, Lincoln.
    – Tańczący Trumniarz?
    Sellitto spojrzał na niego i skinął głową.
    – Jesteś pewien?
    – Dowiedzieliśmy się, że kilka tygodni temu wykonał robotę w Waszyngtonie. Zabił jakiegoś pracownika Kongresu, zamieszanego w handel bronią. Mamy zapis z księgi meldunkowej i dowody na to, że Hansen dzwonił z automatu do hotelu, w którym zatrzymał się Trumniarz. To musi być on, Lincoln.
    Wielkie jak asteroidy i gładkie jak ramiona kobiety ziarna na ekranie monitora przestały nagle interesować Rhyme’a.
    – No – powiedział cicho. – To mamy sprawę.

Rozdział trzeci

    Przypomniała sobie:
    Wczoraj wieczorem, ostry dzwonek telefonu wcinający się w szum mżawki za oknem sypialni.
    Spojrzała na aparat z odrazą, jak gdyby to Bell Atlantic ponosił odpowiedzialność za mdłości, pulsujący pod czaszką ból i migoczące pod powiekami oślepiające światło.
    Wreszcie zwlokła się na nogi i po czwartym dzwonku podniosła słuchawkę.
    – Halo?
    Odpowiedziało jej głuche echo połączenia radiowo-telefonicznego.
    Potem głos. Chyba.
    Śmiech. Chyba.
    Potężny huk. Trzask w słuchawce.
    Cisza.
    Urwany sygnał, tylko cisza, otulona szumiącymi w jej uszach falami.
    Halo? Halo?…
    Odłożyła słuchawkę i wróciła na kanapę, patrząc na deszcz, na uginający się pod siłą wiatru dereń. Potem zasnęła. Pół godziny później obudził ją telefon z wiadomością, że lear dziewięć „Charlie Juliet” roztrzaskał się przy lądowaniu, a jej mąż i młody Tim Randolph zginęli.
    O szarym poranku Percey Rachael Clay wiedziała już, że tajemniczy wieczorny telefon był od jej męża. Ron Talbot – który bohatersko zadzwonił do niej z wiadomością o wypadku – wyjaśnił, że połączył z nią Eda w momencie katastrofy.
    Śmiech Eda…
    Halo? Halo?
    Percey odkorkowała piersiówkę i pociągnęła łyk. Myślała o wietrznym dniu sprzed kilku lat, gdy razem z Edem polecieli nad Jezioro Czerwone w Ontario cessną 180 – hydroplanem – i siadali z sześcioma uncjami paliwa w baku, a potem uczcili lądowanie, osuszając butelkę taniej kanadyjskiej whisky, po której oboje mieli największego w życiu kaca. To wspomnienie sprawiło, że do oczu, tak jak wtedy, napłynęły jej łzy.
    – Daj spokój, Perce, już wystarczy, co? – powiedział mężczyzna siedzący na kanapie w salonie. – Proszę. – Wskazał buteleczkę.
    – Dobrze – odrzekła nieprzyjemnym tonem, z ledwie powstrzymywanym sarkazmem. – Jasne. – I pociągnęła jeszcze jeden łyk. Poczuła ochotę na papierosa, ale jej nie uległa. – Po co, do diabła, dzwonił do mnie na koniec?
    – Może martwił się o ciebie – podsunął Brit Hale. – Miałaś migrenę.
    Podobnie jak Percey, Hale nie spał tej nocy. Talbot poinformował go o katastrofie, więc przyjechał ze swojego mieszkania w Bronxville, żeby być przy Percey. Został przez resztę nocy, pomagając jej telefonować tam, gdzie należało. To Hale, nie Percey, przekazał wiadomość jej rodzicom w Richmond.
    – Nie powinien tego robić, Brit. Dzwonić na koniec.
    – Ten telefon nie miał nic wspólnego z tym, co się stało – powiedział łagodnie.
    – Wiem – odrzekła.
    Znali się od lat. Hale był jednym z pierwszych pilotów Hudson Air i przez pierwsze cztery miesiące pracował za darmo, dopóki nie skończyły się jego oszczędności. Wtedy niechętnie zwrócił się do Percey z prośbą o jakąś wypłatę. Nie wiedział, że zapłaciła mu wtedy z własnych oszczędności, bo firma przez rok od rejestracji nie przynosiła żadnych zysków. Hale przywodził na myśl kościstego, surowego nauczyciela. W istocie jednak niezwykle trudno, było wyprowadzić go z równowagi – jego spokój był dla Percey idealnym antidotum. Poza tym był z niego niezły dowcipniś; potrafił obrócić w locie samolot i lecieć brzuchem do góry, dopóki szczególnie niesforni i nieprzyjemni pasażerowie się nie uspokoili. Często zajmował w kabinie prawy fotel obok Percey i był jej ulubionym partnerem za sterami.
    – To wielki zaszczyt latać z panią – mawiał, nieudolnie naśladując Elvisa Presleya. – Bardzo dziękuję.
    Ból uciskający oczy prawie zupełnie ustał. Percey straciła już kilku przyjaciół – głównie w wypadkach lotniczych – i wiedziała, że psychiczny szok po stracie działa jak narkoza na ból fizyczny.
    Podobnie whisky.
    Kolejny łyk z piersiówki.
    – Do diabła, Brit. – Ciężko opadła na kanapę obok niego. – Do diabła.
    Hale objął ją mocnym ramieniem. Oparła o nie głowę obramowaną ciemnymi puklami włosów.
    – Już dobrze, maleńka – rzekł. – Co mogę dla ciebie zrobić?
    Potrząsnęła głową. Na to pytanie nie było odpowiedzi.
    Łyczek burbona. Spojrzała na zegarek. Dziewiąta. Lada chwila mogła przyjechać matka Eda. Przyjaciele, krewni… Trzeba zaplanować szczegóły pogrzebu…
    Tyle rzeczy do zrobienia.
    – Muszę zadzwonić do Rona – powiedziała. – Trzeba coś robić. Firma…
    W spółkach lotniczych i czarterowych słowo „firma” miało inne znaczenie niż w pozostałych gałęziach biznesu. Firma przez duże F była żywą istotą. Mówiło się o niej ze czcią albo rozgoryczeniem, albo dumą. Czasem ze smutkiem. Śmierć Eda była ciosem dla wielu ludzi, także dla firmy, a cios ten mógł okazać się śmiertelny.
    Tyle rzeczy do zrobienia…
    Lecz Percey Clay, kobieta, która nigdy nie wpadała w panikę, która pewną ręką potrafiła wyprowadzić samolot ze śmiertelnie niebezpiecznej beczki, Nemezis learów 23, wychodząca z karkołomnych korkociągów, od których kręciło się w głowie wytrawnym pilotom – teraz jak sparaliżowana siedziała na kanapie. Dziwne, pomyślała, patrząc na siebie jak gdyby z innego wymiaru, nie umiem się poruszyć. Spojrzała na ręce i nogi i zauważyła, że są zupełnie blade, jakby odpłynęła z nich krew.
    Och, Ed…
    I jeszcze Tim Randolph. Jeden z najlepszych drugich pilotów, jakich udało im się znaleźć, a dobrzy pierwsi oficerowie byli prawdziwą rzadkością. Przed oczami stanęła jej okrągła twarz Tima, który przypominał młodego Eda. Z niewiadomego powodu wiecznie się uśmiechał. Czujny i posłuszny, ale stanowczy, nawet Percey wydawał krótkie i rzeczowe rozkazy, kiedy dowodził samolotem.
    – Powinnaś napić się kawy – orzekł Hale, idąc do kuchni. – Zrobię ci podwójne cappuccino z pianką.
    Często żartowali sobie na temat wymyślnych odmian kawy. Oboje czuli się prawdziwymi pilotami, pili więc tylko maxwell house albo folgersa.
    Lecz dzisiaj Hale nie miał na myśli kawy. Chciał jej delikatnie powiedzieć: odstaw flaszkę. Percey zrozumiała aluzję. Zakorkowała piersiówkę i ze stukiem postawiła na stoliku.
    – Dobrze, dobrze.
    Wstała i zaczęła chodzić po salonie. Zerknęła na swoje odbicie w lustrze. Drobna kwadratowa twarz z zadartym nosem. Czarne włosy uparcie zwijające się w ciasne loki. (W czasach burzliwej młodości, w chwili rozpaczy, ścięła włosy na króciutkiego jeżyka. Żeby im wszystkim pokazać. Niestety ów akt buntu dostarczył uroczym koleżankom ze szkoły Lee w Richmond jedynie nowych argumentów przeciw niej). Percey była drobna i miała błyszczące czarne oczy, które zdaniem jej matki były jej największym atutem. Czyli jedynym. I to atutem, który mężczyźni mieli gdzieś.
    Szare cienie pod oczami i beznadziejnie matowa skóra – skóra nałogowej palaczki, pamiątka po latach, gdy wypalała dwie paczki marlboro dziennie. Nakłute płatki uszu dawno już zarosły.
    Wyjrzała przez okno na ulicę, która biegła za drzewami. Zatrzymała wzrok na jadących samochodach i nagle poczuła jakiś nieuchwytny niepokój.
    Dlaczego? Skąd to dziwne doznanie?
    Po chwili rozległ się dzwonek u drzwi i niepokój zniknął.
    Percey otworzyła i ujrzała stojących na progu dwóch rosłych policjantów.
    – Pani Clay?
    – Tak.
    – Departament Policji Nowego Jorku – przedstawili się, pokazując legitymacje. – Przyjechaliśmy, żeby pani pilnować, dopóki nie sprawdzimy, co naprawdę stało się z pani mężem.
    – Proszę wejść – powiedziała. – Jest u mnie Brit Hale.
    – Pan Hale? – spytał jeden z gliniarzy. – Jest tu? To dobrze. Wysłaliśmy do niego kilku funkcjonariuszy z Westchester.
    Spojrzała ponad ramieniem policjantów na ulicę i wtedy ją olśniło. Wyminęła gliniarzy i wyszła na werandę.
    – Wolelibyśmy, żeby została pani w środku, pani Clay…
    Wpatrywała się w ulicę. Co to było?
    Wreszcie zrozumiała.
    – Powinniście o czymś wiedzieć – powiedziała do policjantów. – Czarna furgonetka.
    – Czarna…?
    – Czarna furgonetka. Stała na ulicy.
    Jeden z nich wyciągnął notatnik.
    – Proszę opowiedzieć o tym coś więcej.

    – Czekaj – powiedział Rhyme.
    Lon Sellitto przerwał opowiadanie.
    Rhyme usłyszał odgłos kroków na schodach, ani lekkich, ani ciężkich. Wiedział, kto nadchodzi. Nie musiał się domyślać. Wiele razy słyszał ten rytm.
    W drzwiach pojawiła się Amelia Sachs. Jej piękna twarz była otoczona długimi rudymi włosami. Rhyme zobaczył, jak dziewczyna przez chwilę się zawahała, po czym wkroczyła do pokoju. Miała na sobie granatowy mundur patrolowy; do regulaminowego stroju brakowało tylko czapki i krawata. W dłoni trzymała plastikową torbę z napisem „Jefferson Market”.
    Na jej widok Jerry Banks rozpromienił się w uśmiechu. Jego oczy wyrażały szczery zachwyt i uwielbienie – co wcale nie było dziwne, gdyż niewielu funkcjonariuszy miało za sobą, jak Amelia Sachs, karierę modelki. Piękna policjantka nie odwzajemniła zachwyconego spojrzenia młodego detektywa, który sam był przystojnym chłopcem, mimo niedokładnie ogolonej twarzy i sterczącego niesfornie kosmyka włosów, a teraz zdawał się pogodzony z tym, że ulokował uczucia dość nieszczęśliwie.
    – Cześć, Jerry – powiedziała. Sellittowi skinęła głową z szacunkiem. (Był porucznikiem i prawdziwą legendą wydziału zabójstw. Sachs pochodziła z rodziny policyjnej i szacunku dla przełożonych uczyła się nie tylko na akademii, ale i przy rodzinnym stole).
    – Wyglądasz na zmęczoną – zauważył Sellitto.
    – Nie spałam – odparła. – Szukałam piasku. – Z reklamówki wydobyła kilkanaście małych woreczków. – Zbierałam próbki.
    – Świetnie – odezwał się Rhyme. – Ale to już historia. Mamy nowy przydział.
    – Nowy?
    – Ktoś się zjawił w mieście. Musimy go złapać.
    – Kto?
    – Zabójca – rzekł Sellitto.
    – Zawodowiec? – spytała Sachs. – Mafia?
    – Profesjonalista, zgadza się – potwierdził Rhyme. – O związkach z mafią nic nie wiemy. – Mafia była największym dostawcą płatnych morderców w kraju.
    – Wolny strzelec – wyjaśnił Rhyme. – Nazywamy go Tańczącym Trumniarzem.
    Sachs uniosła brew zaczerwienioną od drapania paznokciem.
    – Dlaczego?
    – Tylko jedna ofiara widziała go z bliska i udało się jej pożyć jeszcze tak długo, że zdążyła podać nam pewne szczegóły. Morderca ma – a w każdym razie miał – tatuaż na ramieniu: na tle trumny z zakapturzoną śmiercią tańczy ludzka postać.
    – Należałoby to umieścić w raporcie wśród „Znaków szczególnych” – powiedziała z lekką drwiną. – Co jeszcze o nim wiecie?
    – Biały mężczyzna, około trzydziestki. To wszystko.
    – Próbowaliście określić pochodzenie tatuażu? – zapytała Sachs.
    – Oczywiście – odparł cierpko Rhyme. – Na samym końcu świata. – W tym określeniu nie było cienia przesady. Żaden departament policji w żadnym większym mieście świata nie miał jakichkolwiek danych na temat podobnego tatuażu.
    – Wybaczą panowie – i pani – rzekł Thom. – Mam coś do zrobienia. – Rozmowa urwała się, kiedy młody człowiek zaczął obracać ciałem swego szefa. Pomagało to oczyścić płuca. Osoby o sparaliżowanych kończynach często personifikują niektóre części swojego ciała; nabierają do nich specyficznego stosunku. Kilka lat temu, po wypadku podczas zabezpieczania miejsca zbrodni, w wyniku którego Rhyme doznał uszkodzenia kręgosłupa, ręce i nogi stały się jego największymi wrogami; poświęcał wiele energii, próbując zmusić je do posłuszeństwa. To one jednak bezapelacyjnie triumfowały, pozostając nieczułe jak kłody drewna. Potem Rhyme musiał stawić czoło skurczom bezlitośnie wstrząsającym jego ciałem. Starał się je powstrzymać. I w końcu ustały – ale chyba bez jego udziału. Nie mógł więc przypisać sobie zwycięstwa, ale przyjął kapitulację. Później podjął kolejne wyzwanie i zaczął się zmagać z płucami. Po roku rehabilitacji mógł już samodzielnie oddychać, bez sztucznego płuca i rurki w tchawicy. Było to jego jedyne zwycięstwo nad nieposłusznym ciałem, choć zaczynał żywić ponure podejrzenie, że płuca tylko czekają na okazję do rewanżu. Był przekonany, że za rok czy dwa umrze na zapalenie albo rozedmę płuc.
    Lincoln Rhyme nie miał nic przeciwko śmierci. Lecz śmierć miała tyle twarzy; stanowczo wolał jakąś przyjemniejszą drogę zejścia z tego świata niż uduszenie.
    – Jest jakiś trop? Ostatnie miejsce zbrodni? – zapytała Sachs.
    – Ostatnio pojawił się w okolicach Waszyngtonu – rzekł Sellitto z brooklyńskim akcentem. – I tyle. Nie wiemy nic więcej. Oczywiście od czasu do czasu czegoś się o nim dowiadujemy. Częściej od nas słyszy o nim Dellray, dzięki swoim tajnym informatorom. Wydaje się, że Trumniarz to dziesięć różnych osób. Zmienia kształt uszu, robi sobie operacje plastyczne, wszczepy silikonowe. Dodaje blizny, usuwa je, przybiera i traci na wadze. Raz obdarł ze skóry zwłoki ofiary – skóry z rąk używał jak rękawiczek, próbując innymi odciskami palców zrobić w konia ludzi ze wsparcia dochodzeniowego.
    – Mnie nie oszukał – przypomniał mu Rhyme.
    Mimo to wciąż chodzi na wolności, pomyślał z goryczą.
    – Wszystko dokładnie planuje – ciągnął detektyw. – Używa podstępów, odwraca uwagę na wszelkie możliwe sposoby i dopiero wtedy wkracza. Załatwia sprawę. A potem po sobie sprząta jak jakiś pieprzony czyścioch. – Sellitto urwał, dziwnie wzburzony jak na człowieka, który zarabia na życie łapaniem morderców.
    Rhyme utkwił spojrzenie za oknem, nie potwierdzając enigmatycznych słów swego byłego partnera. Podjął przerwany przez niego wątek.
    – Ta historia ze zdejmowaniem skóry z rąk była ostatnim dziełem Trumniarza w Nowym Jorku. Jakieś pięć, sześć lat temu. Wynajął go wtedy jeden bankier z Wall Street, żeby pozbyć się wspólnika. Czysta, perfekcyjna robota. Moja grupa zaczęła przeczesywać teren, chodząc według siatki. Ktoś wyciągnął z kosza na śmieci zwitek papieru. Wtedy nastąpiła detonacja ładunku tetraazotanu pentaerytrytu. Około ośmiu uncji, wzbogacony benzyną. Zginęli obaj technicy, a praktycznie wszystkie ślady uległy zniszczeniu.
    – Przykro mi – powiedziała Sachs. Zaległa niezręczna cisza. Sachs była jego uczennicą i partnerem od ponad roku – stała się też jego przyjaciółką. Od czasu do czasu nawet tu nocowała, śpiąc na kanapie albo, jak niewinna siostrzyczka, u boku Rhyme’a w jego półtonowym łóżku leczniczym „Clinitron”. Rozmowy między nimi ograniczały się jednak do tematów związanych z kryminalistyką, a Rhyme na dobranoc opowiadał jej bajki o ścigających swe ofiary seryjnych zabójcach i zwinnych jak koty włamywaczach. Zwykle omijali sprawy osobiste. Sachs ograniczyła się więc do krótkiego: – To musiało być trudne.
    Rhyme skwitował jej wymuszone współczucie nieznacznym ruchem głowy. Wpatrywał się w puste ściany. Długi czas w całym pokoju wisiały plakaty. Od dawna już ich nie było, lecz Rhyme zaczął się bawić w „połącz kropki”, próbując na podstawie pozostałych śladów odtworzyć poprzedni wygląd ścian. Uzyskał nieregularny kształt gwiazdy. Równocześnie czuł bezsilną rozpacz, gdy w pamięci przesuwały mu się okropne obrazy eksplozji i płonących ciał jego ludzi.
    – Ten człowiek, od którego Trumniarz dostał zlecenie, był skłonny go wydać? – zapytała Sachs.
    – Był skłonny, oczywiście. Ale niewiele miał do powiedzenia. Dostarczył pieniądze do umówionego miejsca razem z pisemnym zleceniem. Nie było żadnego przelewu drogą elektroniczną, żadnych numerów konta. Nigdy nie spotkali się osobiście. – Rhyme głęboko zaczerpnął tchu. – Najgorsze było jednak to, że bankier, który zlecił zabójstwo, zmienił zdanie. Puściły mu nerwy. Ale nie miał jak skontaktować się z Trumniarzem. Zresztą to i tak nie miało znaczenia. Trumniarz oświadczył mu wprost: „Odwołanie nie wchodzi w grę”.
    Sellitto krótko wprowadził Sachs w szczegóły sprawy Phillipa Hansena, informując ją o świadkach, którzy widzieli jego lot o północy, i o zamachu w Chicago.
    – Kim są pozostali świadkowie? – zapytała.
    – Percey Clay, żona tego Carneya, który wczoraj zginął w samolocie. Jest prezesem ich firmy, Hudson Air Charters. Jej mąż był wiceprezesem. Trzeci świadek to Britton Hale, pilot, który u nich pracował. Wysłałem do nich ochronę.
    – Wezwałem Mela Coopera – powiedział Rhyme. – Będzie pracował w laboratorium na dole. Sprawa Hansena jest zadaniem grupy specjalnej, więc od federalnych weźmiemy Freda Dellraya. Gdy będzie trzeba, da nam agentów i zdobędzie pozwolenie na umieszczenie tej Clay i Hale’a w jednym z ich bezpiecznych domów.
    Potem Sellitto coś powiedział, ale Lincolnowi Rhyme’owi stanęło przed oczami żywe wspomnienie tamtych wydarzeń i na chwilę przestał słuchać. Znów ujrzał biuro, w którym Trumniarz pięć lat temu podłożył bombę.
    Przypomniał sobie: kosz na śmieci wybuchł jak czarna róża. Zapach ładunku – duszący, chemiczny odór, w niczym nieprzypominający dymu płonącego drewna. Powolne zwęglanie się drewna, które po wszystkim przypominało krokodylową skórę. Osmalone ciała techników w płomieniach przybrały postawy walczących bokserów.
    Z tych przerażających wizji wyrwał go odgłos faksu. Jeny Banks wyszarpnął z maszyny pierwszą kartkę.
    – Raport z zabezpieczenia miejsca katastrofy lotniczej – oznajmił.
    Rhyme ożywił się.
    – Do pracy, chłopcy i dziewczynki!

    Zmyć, zmyć to.
    Żołnierzu, ręce już czyste?
    Melduję, że za chwilę będą.
    Krótko obcięty, barczysty mężczyzna po trzydziestce stał przed umywalką w barze przy Lexington Avenue, pochłonięty swoim zajęciem.
    Szoruj, szoruj, szoruj…
    Przerwał i wyjrzał z toalety. Nikogo nie zaciekawił fakt, że tkwi tu już od dziesięciu minut.
    Wrócił do szorowania.
    Stephen Kall obejrzał skórę wokół paznokci i duże czerwone kostki dłoni.
    Wyglądają na czyste, już czyste. Nie ma robaków. Ani jednego.
    Czuł się świetnie, wjeżdżając czarną furgonetką na podziemny parking. Stephen zabrał z samochodu potrzebne narzędzia i wyszedł z powrotem na ulicę, wtapiając się w tłum. Pracował już kilka razy w Nowym Jorku, mimo to nigdy się nie przyzwyczaił do tylu ludzi; na ulicy musiały ich być tysiące.
    Przez to miasto się kulę.
    Przez to miasto czuję się zarobaczony.
    Potem wstąpił do tej toalety, żeby się wyszorować.
    Żołnierzu, jeszcze nie skończyłeś? Masz dwa cele do wyeliminowania.
    Melduję, że już prawie koniec. Zanim będę kontynuował działania, muszę usunąć najmniejszy ślad.
    Och, na litość boską…
    Na ręce chlusnęła gorąca woda. Szorował szczoteczką, którą nosił w plastikowej torebce. Z pojemnika tryskało różowe mydło w płynie. Szorował dalej.
    Wreszcie obejrzał zaczerwienione dłonie i osuszył je strumieniem gorącego powietrza z suszarki. Nie używał ręczników, dzięki czemu nie pozostawały zdradzieckie włókna.
    I nie widać było żadnych robaków.
    Dziś Stephen miał na sobie strój maskujący, ale nie był to ani oliwkowobrązowy mundur, ani beżowy, taki jak nosiło wojsko podczas operacji Pustynna Burza. Był ubrany w dżinsy, parę reeboków, koszulę roboczą i szarą wiatrówkę upstrzoną plamami farby. Na pasku wisiał telefon komórkowy i długa taśma miernicza. Wyglądał jak zwykły manhattański robotnik i wybrał ten strój, by nikogo nie dziwiły rękawice, jakie nosił mimo ciepłej wiosennej pogody.
    Wyszedł z baru.
    Wciąż mnóstwo ludzi. Ale ręce miał już czyste i przestał się kulić.
    Przystanął na rogu, by spojrzeć w głąb ulicy na dom, w którym mieszkali Mąż i Żona, ale teraz tylko Żona, bo Mąż został rozerwany na milion małych kawałeczków nad ziemią.
    Dwoje świadków jeszcze żyło i oboje musieli zginąć, zanim w poniedziałek rano zbierze się sąd przysięgłych. Rzucił okiem na masywny stalowy zegarek. Wpół do dziesiątej rano, sobota.
    Żołnierzu, wystarczy czasu na oboje?
    Teraz może nie na oboje, ale melduję, że mam jeszcze czterdzieści osiem godzin. To więcej niż dość, żeby zlokalizować i zneutralizować obydwa cele.
    Żołnierzu, czy potrafisz sprostać temu wyzwaniu?
    Melduję, że żyję dla wyzwań.
    Przed domem stał tylko jeden wóz policyjny. Tak jak się spodziewał.
    W porządku, znamy już strefę rażenia przed domem, w środku jeszcze nie…
    Rozejrzał się po ulicy i ruszył dalej, czując, jak swędzą go wyszorowane dłonie. Plecak ważył blisko sześćdziesiąt funtów, ale Stephen prawie tego nie czuł. Jego ciało składało się przede wszystkim z mięśni.
    Idąc, wyobraził sobie, że jest stąd. Anonimowy przechodzień. Nie myślał o sobie jako o Stephenie ani panu Kallu, ani Toddzie Johnsonie czy Stanie Bledsoe, ani o nikim noszącym jedno z kilkudziesięciu przybranych nazwisk, jakich używał w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Prawdziwe nazwisko było jak zapomniany przyrząd gimnastyczny, rdzewiejący gdzieś na podwórku, który wprawdzie istniał, ale go się nie zauważało.
    Skręcił gwałtownie do budynku znajdującego się naprzeciw domu Żony. Pchnął drzwi wejściowe i ze środka wyjrzał na zewnątrz, wpatrując się w duże okna frontowe, częściowo zasłonięte kwitnącymi gałęziami derenia. Nałożył specjalne żółte okulary strzeleckie i oślepiający blask odbity od szyby zniknął. Zobaczył poruszające się wewnątrz postacie. Jeden… nie, dwóch gliniarzy. Człowiek stojący plecami do okna. Może Przyjaciel, ostatni świadek, którego miał zabić. I… tak! Żona też tu była. Niska. Pospolita. Chłopięca. Ubrana w białą bluzkę. Dobry cel.
    Odeszła w głąb domu.
    Stephen pochylił się i rozpiął plecak.

Rozdział czwarty

    Przeniesiono go na wózek Storm Arrow w pozycji siedzącej.
    Potem Rhyme przejął kierowanie wózkiem, ściskając w ustach plastikową słomkę pneumatycznego sterowania. Wjechał do małej windy – za jej drzwiami znajdował się kiedyś zwykły schowek – i po chwili znalazł się na parterze.
    W roku 1890, kiedy zbudowano dom, pomieszczenie, w którym znalazł się teraz Lincoln Rhyme, było salonikiem przylegającym do jadalni. Gipsowo-drewniana konstrukcja, sufitowa sztukateria zdobna w burbońskie lilie, łukowo sklepione wnęki i solidne dębowe deski podłogi trzymały się razem niczym zespawana stal. Jednak architekt byłby przerażony, gdyby zobaczył, że Rhyme kazał zburzyć ścianę rozdzielającą pokoje, a w pozostałych ścianach wybić wielkie dziury, by przeprowadzić dodatkowe przewody elektryczne. Połączone pokoje stanowiły teraz zabałaganioną przestrzeń, w której nie było szkła od Tiffany’ego ani nastrojowych pejzaży George’a Innessa, ale dzieła nieco innej sztuki: probówki do oznaczania gęstości, komputery, mikroskopy optyczne, mikroskopy sprzężone, chromatograf gazowy ze spektrometrem masowym, źródło zmiennego światła PoliLight, ramki dymne do wywoływania odcisków linii papilarnych. Na widocznym miejscu w kącie stał bardzo drogi elektronowy mikroskop skaningowy, połączony z urządzeniem rozpraszającym promienie rentgenowskie. Oczywiście były tu także pospolite narzędzia laboratoryjne wykorzystywane w kryminalistyce: gogle, lateksowe rękawice odporne na działanie środków żrących, zlewki, śrubokręty i kleszcze, łyżeczki do badań zwłok, szczypce, skalpele, zaciski do języka, tampony bawełniane, słoiczki, plastikowe torebki, tace do badań, sondy. Kilkanaście par chińskich pałeczek (Rhyme kazał asystentom brać dowody rzeczowe pałeczkami, tak jak chińszczyznę u Ming Wa). Rhyme podjechał lśniącym czerwonym wózkiem do stołu. Thom umieścił na jego głowie mikrofon i włączył komputer.
    Chwilę potem w drzwiach stanęli Sellitto i Banks, a za nimi pojawił się przybyły przed chwilą człowiek. Był wysoki i długonogi, o skórze ciemnej jak mahoń. Miał na sobie zielony garnitur i wściekle żółtą koszulę.
    – Witaj, Fred.
    – Cześć, Lincoln.
    – Hej. – Wchodząc do pokoju, Sachs skinęła Fredowi Dellrayowi głową. Wybaczyła mu już, że nie tak dawno ją aresztował – mała sprzeczka między policją a federalnymi – i teraz tę wysoką, piękną policjantkę i wysokiego agenta-dziwaka łączyła nić zagadkowej sympatii. Rhyme doszedł do przekonania, że oboje są gliniarzami od ludzi (on sam uważał się za gliniarza od dowodów). Dellray nie dowierzał badaniom kryminalistycznym, podobnie jak Rhyme nie dowierzał zeznaniom świadków. Natomiast była policjantka ze służby patrolowej, Sachs – cóż, Rhyme nie mógł zmienić jej naturalnych skłonności, ale postanowił zmusić ją, by odłożyła swój talent na półkę i została najlepszym specem kryminalistycznym w Nowym Jorku, a może w całym kraju. Mogła z łatwością osiągnąć ten cel, nawet jeśli sama nie zdawała sobie z tego sprawy.
    Dellray przemierzył długim krokiem pokój, zatrzymał się pod oknem i skrzyżował kościste ramiona. Nikt – nie wyłączając Rhyme’a – nie potrafił rozgryźć agenta. Mieszkał sam w małym mieszkaniu na Brooklynie, uwielbiał literaturę piękną i filozofię, a jeszcze bardziej lubił grać w bilard w obskurnych barach. Freda Dellraya, kiedyś najjaśniej błyszczącą gwiazdę wśród tajniaków FBI, jeszcze od czasu do czasu określano dawnym przezwiskiem „Kameleon” – nadanym mu w uznaniu niesamowitych zdolności przeistaczania się w osobę, którą miał udawać podczas misji. Miał na koncie ponad tysiąc aresztowań. Zbyt długo jednak działał jako tajny agent i „przesilił się”, jak mówiono w żargonie federalnych. W każdej chwili groziła mu śmierć, gdyby rozpoznał go jakiś dealer narkotyków czy boss mafii. Bardzo niechętnie zgodził się więc przejść do pracy administracyjnej i został szefem innych agentów i tajnych informatorów.
    – Chłopcy powiedzieli, że macie coś nowego o Trumniarzu – mruknął Dellray, z akcentem nie tyle murzyńskim, ile… Dellrayowskim. Język, jakim się posługiwał, był w dużej mierze, podobnie jak jego życie, efektem improwizacji.
    – Jakieś wieści o Tonym? – spytał Rhyme.
    – O moim chłopaku, co zaginął? – rzekł Dellray, krzywiąc gniewnie twarz. – Ani słowa.
    Tony Panelli, agent, który kilka dni temu zniknął sprzed budynku FBI, zostawił żonę, szarego forda z włączonym silnikiem i trochę ziaren tajemniczego piasku – gładkich asteroid, które miały udzielić odpowiedzi, lecz dotychczas zawzięcie milczały.
    – Kiedy będziemy mieli Trumniarza – powiedział Rhyme – wrócimy do tego z Amelią. Na całego, obiecuję.
    Dellray ze złością prztyknął w papierosa zatkniętego za uchem.
    – Trumniarz… cholera jasna. Lepiej tym razem dobierzcie mu się do dupy. Cholera.
    – A co z wczorajszym zamachem? – odezwała się Sachs. – Mamy jakieś szczegóły?
    Sellitto poszperał w pliku faksów i własnych odręcznych notatek. Po chwili uniósł głowę.
    – Ed Carney wystartował z lotniska Mamaroneck wczoraj około dziewiętnastej piętnaście. Firma – Hudson Air – zajmuje się czarterem. Przewożą ładunki, zorganizowane grupy pasażerów i tak dalej. Samoloty mają w leasingu. Właśnie podpisali nowy kontrakt na przewóz organów do przeszczepów na linii Środkowy Zachód-Wschodnie Wybrzeże. W dzisiejszych czasach w transporcie tego rodzaju jest spora konkurencja.
    – Krwiożercza – rzekł Banks i tylko on skwitował własny dowcip uśmiechem.
    – Klientem Hudson Air była firma Amer-Med z siedzibą w Somers – ciągnął Sellitto. – Obsługuje sieć klinik komercyjnych. Carney miał bardzo napięty rozkład lotów. Najpierw leciał do Chicago, potem do Saint Louis, Memphis, Lexington i Cleveland, przystanek w Erie w Pensylwanii i rano powrót do domu.
    – Mieli pasażerów? – spytał Rhyme.
    – Całych nie – odparł Sellitto. – Nie, tylko ładunek organów. Wcześniej wszystko przebiegało zgodnie z planem. Potem, po dziesięciu minutach krążenia nad O’Hare, wybuchła bomba. Rozerwała samolot na strzępy. Zginął Carney i drugi pilot. Na ziemi zostały ranne cztery osoby. Nawiasem mówiąc, żona Carneya zamierzała lecieć razem z nim, ale zachorowała i musiała zrezygnować.
    – Jest raport z Rady Bezpieczeństwa Transportu? – zapytał Rhyme. – Nie, pewnie jeszcze nie ma.
    – Raport będzie dopiero za dwa, trzy dni.
    – Nie możemy czekać tyle czasu! – jęknął głośno Rhyme. – Muszę go mieć teraz!
    Na jego szyi widać było różową bliznę po rurce aparatu. Rhyme sam odzwyczaił się od sztucznego płuca i teraz oddychał na całego. Lincoln Rhyme był sparaliżowanym człowiekiem, który umiał wzdychać, kaszleć i krzyczeć jak marynarz.
    – Muszę wszystko wiedzieć o bombie.
    – Zadzwonię do kumpla w Chicago – powiedział Dellray. – Jest mi coś winien. Powiem mu co i jak, i niech nam przyśle wszystko, co mają, migiem.
    Rhyme skinął głową i zastanowił się nad tym, co mówił Sellitto.
    – Dobra, mamy dwa miejsca zbrodni. Lotnisko w Chicago. Tam już za późno na cokolwiek, Sachs. Zapaprane jak diabli. Możemy mieć tylko nadzieję, że ludzie z Chicago przynajmniej zrobili to porządnie. Drugie miejsce to lotnisko w Mamaroneck – gdzie Trumniarz podłożył bombę.
    – Skąd wiadomo, że zrobił to na lotnisku? – spytała Sachs. Zwinęła swoje olśniewające rude włosy w węzeł i upięła je na czubku głowy. Takie wspaniałe pukle stanowiły niebezpieczeństwo przy oględzinach miejsca zbrodni; mogły zanieczyścić dowody. Sachs chodziła więc do pracy uzbrojona w glocka 9 i kilkanaście spinek do włosów.
    – Słusznie, Sachs. – Uwielbiał, kiedy ubiegała jego myśli. – Nie wiadomo i nie dowiemy się, dopóki nie stwierdzimy, gdzie podłożono bombę. Mogła być w ładunku, w bagażu podręcznym, w dzbanku z kawą.
    Albo w koszu na śmieci, pomyślał ponuro, znów przypominając sobie eksplozję przy Wall Street.
    – Chcę dostać jak najszybciej każdy najdrobniejszy kawałek tej bomby. Musimy ją mieć – rzekł Rhyme.
    – Linc – powiedział wolno Sellitto. – W momencie wybuchu samolot był milę nad ziemią. Pomyśl, w jakim promieniu rozrzuciło szczątki.
    – Nic mnie to nie obchodzi – odparł Rhyme, czując ból mięśni karku. – Ciągle ich szukają?
    Miejsca katastrof lotniczych przeszukiwały miejscowe służby, ale śledztwo należało do federalnych, więc Fred Dellray zadzwonił do agenta specjalnego FBI w Chicago.
    – Powiedz mu, że musimy otrzymać każdą drobinę ze śladami ładunku. Choćby nanogramową. Chcę mieć tę bombę.
    Dellray przekazał jego słowa przez telefon. Po chwili pokręcił głową.
    – Skończyli już zabezpieczanie śladów.
    – Co? – krzyknął Rhyme. – Po dwunastu godzinach? To kpiny. Karygodne!
    – Musieli udostępnić ulice. Powiedział…
    – Wozy strażackie! – zawołał Rhyme.
    – Co?
    – Każdy wóz strażacki, karetka, radiowóz… wszystkie pojazdy, które były na miejscu wypadku. Trzeba oskrobać opony.
    Pociągła, ciemna twarz Dellraya wpatrywała się w niego.
    – Chcesz to powtórzyć? Mojemu byłemu dobremu koledze? – Podsunął mu słuchawkę.
    Rhyme zignorował gest i powiedział do Dellraya:
    – Opony wozów ratowniczych to jedno z najlepszych źródeł dowodów rzeczowych w zanieczyszczonych miejscach zbrodni. To one przyjeżdżają pierwsze, zwykle mają nowe opony z głębokim bieżnikiem i prawdopodobnie nie jadą nigdzie indziej, tylko na miejsce wypadku i z powrotem. Chcę, żeby oskrobali opony i przysłali mi ślady.
    Dellray zdołał wymóc na ludziach z Chicago obietnicę, że zeskrobią materiał z tylu wozów, z ilu się da.
    – Nie „z ilu się da” – zawołał Rhyme. – Ze wszystkich!
    Dellray przewrócił oczami i przekazał jego słowa, po czym odłożył słuchawkę.
    Nagle Rhyme krzyknął:
    – Thom! Thom, gdzie jesteś?
    W chwilę później w drzwiach ukazał się zdyszany asystent.
    – Robię pranie.
    – Daj spokój z praniem. Musimy zrobić plan. Pisz, pisz…
    – Co mam pisać, Lincoln? Gdzie?
    – Na tablicy, tej dużej. – Rhyme spojrzał na Sellitta. – Kiedy zbiera się sąd przysięgłych?
    – W poniedziałek o dziewiątej.
    – Prokurator będzie chciał, żeby przyjechali wcześniej… przywiozą ich między szóstą a siódmą. – Rzucił okiem na zegar ścienny. Była dziesiąta rano, sobota.
    – Mamy dokładnie czterdzieści pięć godzin. Thom, pisz: „Czterdzieści pięć godzin – godzina pierwsza”.
    Chłopak zawahał się.
    – Pisz!
    Napisał.
    Rhyme spojrzał po twarzach obecnych. Popatrywali na siebie niepewnie, Sachs miała sceptyczną minę. Uniosła dłoń i bezwiednie podrapała się w głowę.
    – Sądzicie, że przesadzam? – zapytał. – Czy waszym zdaniem nie powinniśmy nieustannie o tym pamiętać?
    Przez chwilę wszyscy milczeli. W końcu odezwał się Sellitto:
    – Linc, chyba nic się przez ten czas nie stanie.
    – Ależ stanie się – powiedział Rhyme, patrząc na sokoła, który bez wysiłku wzbił się nad Central Park. – Do siódmej rano w poniedziałek albo będziemy mieli Trumniarza, albo zginą pozostali świadkowie. Nie ma innej możliwości.
    Ciężką ciszę, jaka zapadła po tych słowach, przerwał dźwięk telefonu komórkowego Banksa. Detektyw słuchał przez minutę, po czym uniósł wzrok.
    – Jest coś.
    – Co? – spytał Rhyme.
    – Dzwonili opiekunowie pani Clay i drugiego świadka, Brittona Hale’a.
    – Co z nimi?
    – Są u niej w domu. Pani Clay twierdzi, że przez kilka dni na ulicy przed domem parkowała czarna furgonetka, której nigdy wcześniej nie widziała. Z rejestracją z innego stanu.
    – Zapamiętała numery? Wie, z jakiego stanu?
    – Nie – odrzekł Banks. – Powiedziała, że wieczorem, gdy jej mąż pojechał na lotnisko, samochód zniknął.
    Sellitto spojrzał na niego uważniej. Rhyme ponaglił go ruchem głowy.
    – I?
    – Dziś rano samochód znowu stał pod domem. Teraz go nie ma. Mówiła…
    – O, Boże – szepnął Rhyme.
    – O co chodzi? – spytał Banks.
    – Centrala! – krzyknął specjalista od kryminalistyki. – Dzwoń do centrali! Natychmiast!

    Przed domem Żony zatrzymała się taksówka.
    Wysiadła z niej starsza kobieta, która niepewnie podeszła do drzwi.
    Stephen obserwował ją czujnie.
    Żołnierzu, czy to łatwy strzał?
    Melduję, że dla strzelca żaden strzał nie jest łatwy. Każdy wymaga maksymalnego skupienia i wysiłku. Ale potrafię oddać strzał, który spowoduje śmiertelną ranę. Melduję, że z obydwu celów zrobię miazgę.
    Kobieta weszła po schodach i zniknęła w korytarzu. Chwilę potem Stephen zobaczył jej sylwetkę w oknie salonu Żony. Dostrzegł też błysk białej tkaniny – bluzka Żony. Kobiety uścisnęły się. Do pokoju weszła jeszcze jakaś postać. Gliniarz? Postać odwróciła się. Nie, to był Przyjaciel.
    Obydwa cele, pomyślał podniecony Stephen, trzydzieści jardów od niego.
    Starsza kobieta – matka albo teściowa – stała przed Żoną i rozmawiała z nią. Obie miały spuszczone głowy.
    Jego ulubiony model 40 został w furgonetce. Nie będzie jednak potrzebował karabinu snajperskiego, wystarczy beretta z długą lufą. Wspaniała broń. Stara, poobijana, ale praktyczna. W przeciwieństwie do innych najemników i zawodowców, Stephen nie traktował swojej broni jak fetyszu. Gdyby najlepszym narzędziem zabicia ofiary był kamień, użyłby kamienia.
    Ocenił cel, obliczając kąt, prawdopodobne zniekształcenie wywołane przez szyby i odchylenie linii strzału. Starsza kobieta odsunęła się od Żony i stanęła na wprost szyby.
    Żołnierzu, jaki jest plan akcji?
    Strzeli przez okno i trafi w górną część ciała starszej kobiety. Ta upadnie. Żona instynktownie pochyli się nad nią i stanie się łatwym celem. Przyjaciel też wbiegnie do pokoju i będzie jak na dłoni.
    A co z glinami?
    Niewielkie ryzyko. Policjanci z patroli w najlepszym razie byli średnimi strzelcami i prawdopodobnie nigdy jeszcze nie używali broni na służbie. Na pewno wpadną w panikę.
    Korytarz, w którym stał, był nadal pusty.
    Stephen odciągnął suwadło, ustawił pojedynczy strzał i położył palec na spuście. Otworzył drzwi, blokując je nogą, po czym rozejrzał się po ulicy.
    Nikogo.
    Oddychaj, żołnierzu. Oddychaj, oddychaj, oddychaj…
    Położył karabin w dłoni. Kolba spoczywała w drugiej odzianej w rękawiczkę ręce. Niedostrzegalnym, płynnym ruchem zaczął naciskać spust.
    Oddychaj, oddychaj.
    Wpatrując się w starszą kobietę, zupełnie zapomniał o spuście, celowaniu, zapomniał o pieniądzach, jakie zarobi, zapomniał o całym wszechświecie. Po prostu trzymał nieruchomą jak skała broń, rozluźnił ręce i czekał, aż karabin sam wypali.

Rozdział piąty

    45 godzin – godzina pierwsza

    Starsza kobieta ociera łzy, Żona stoi za nią z założonymi rękami.
    Już po nich, już…
    Żołnierzu!
    Stephen zamarł. Rozluźnił palec leżący na spuście.
    Światła!
    Migające światła cicho, ale bardzo szybko zbliżały się ulicą. Błyskające koguty na dachu policyjnego radiowozu. Potem jeszcze dwa samochody, następnie kilkanaście i karetka pogotowia podskakująca na wybojach. Jadąc z obu końców ulicy, kierowały się w stronę domu Żony.
    Zabezpiecz broń, żołnierzu.
    Stephen opuścił karabin i cofnął się w głąb mrocznego korytarza.
    Policjanci potężną falą wysypali się z wozów. Rozbiegli się po chodniku, przyglądając się domom i spoglądając w górę na dachy. Gwałtownie otworzyli drzwi do domu Żony i wpadli do środka, tłukąc jakieś szkło.
    Pięciu funkcjonariuszy brygady specjalnej, w pełnym uzbrojeniu, rozstawiło się wzdłuż krawężnika, zajmując dokładnie te pozycje, które należało zająć; ich oczy rozglądały się czujnie, a palce lekko obejmowały czarne spusty pistoletów. Jeśli policjanci z patroli byli kimś w rodzaju trochę lepszych funkcjonariuszy drogówki, to trudno znaleźć drugich takich żołnierzy jak ludzie z nowojorskiej brygady specjalnej. Żona i Przyjaciel zniknęli, prawdopodobnie leżeli na podłodze. Starszej pani też nie było widać.
    Nadjechały kolejne samochody, parkowały na chodniku.
    Stephen Kall znów się kulił. Czuł się zarobaczony. Spociły mu się dłonie, więc zacisnął je w pięści, by pot wsiąkł w tkaninę rękawiczek.
    Odwrót, żołnierzu…
    Wyważył śrubokrętem zamek wewnętrznych drzwi, wcisnął się do środka i z pochyloną głową, szybkim krokiem, ale nie biegiem, skierował się do tylnego wyjścia, które prowadziło na alejkę obok domu. Nikt go nie widział, więc po chwili wyśliznął się na zewnątrz. Szybko dotarł na Lexington Avenue i przedzierając się przez tłum przechodniów, zaczął iść w stronę podziemnego parkingu, gdzie zaparkował furgonetkę.
    Spojrzał przed siebie.
    Melduję, że mam kłopoty.
    Więcej glin.
    Zamknęli Lexington Avenue trzy przecznice dalej i zacieśniali kordon wokół domu, zatrzymując samochody, przyglądając się przechodniom, chodząc od drzwi do drzwi i oświetlając latarkami wnętrza zaparkowanych aut. Stephen zobaczył dwóch gliniarzy, którzy ściskając w drżących dłoniach glocki, kazali jakiemuś człowiekowi wysiąść z wozu i zaczęli szukać czegoś pod kocami na tylnym siedzeniu. Stephen zaniepokoił się, bo mężczyzna był mniej więcej w jego wieku.
    Budynek, gdzie zaparkował furgonetkę, znajdował się na terenie otoczonym przez policję. Gdyby chciał stąd wyjechać, na pewno by go zatrzymali. Kordon gliniarzy zbliżał się. Stephen zszedł na podziemny parking i otworzył drzwi furgonetki. Szybko się przebrał – zrzucił strój robotnika i włożył niebieskie dżinsy, buty robocze (bez charakterystycznego protektora), czarną koszulkę, ciemnozieloną kurtkę (bez napisów) i czapkę baseballową (bez żadnych znaczków klubowych). W plecaku miał laptop, kilka telefonów komórkowych, parę sztuk małej broni ręcznej oraz amunicję. Wziął więcej pocisków, lornetkę, noktowizor, narzędzia, kilka paczek materiałów wybuchowych i detonatory. Wszystkie zapasy spakował do dużego plecaka.
    Model 40 spoczywał w pudle po gitarze basowej Fendera. Stephen zabrał pudło z tylnej części furgonetki i położył obok plecaka na podłodze. Zastanawiał się, co zrobić z samochodem. Nie dotykał żadnej części wozu bez rękawiczek, a w środku nie znajdowało się nic, co mogłoby zdradzić jego tożsamość. Zresztą dogde był kradziony i Stephen usunął znak identyfikacyjny z deski rozdzielczej i wszystkie ukryte znaki. Tablice rejestracyjne zrobił sam. Zamierzał prędzej czy później porzucić samochód i dokończyć zadanie bez pojazdu. Postanowił to zrobić teraz. Nakrył kanciastego dodge’a brezentową plandeką, nożem przebił opony, aby wyglądało, że furgonetka stoi tu od kilku miesięcy. Następnie ruszył do windy, która zawiozła go do budynku.
    Na ulicy znów wśliznął się w tłum. Policjanci byli wszędzie. Skóra mu ścierpła. Jakby obeszły ją robaki; była wilgotna. Wstąpił do budki telefonicznej i udawał, że dzwoni, pochylając głowę nad obudową aparatu. Poczuł strużki potu spływające po czole, pod pachami. Myślał: są wszędzie. Szukają go, patrzą na niego. Z samochodów. Z ulicy.
    Z okien…
    Znów wróciło tamto wspomnienie…
    Twarz w oknie.
    Głęboko nabrał powietrza.
    Twarz w oknie.
    To było niedawno. Stephen został wynajęty do zadania w Waszyngtonie. Miał zabić pracownika Kongresu sprzedającego tajne informacje wojskowe jakiemuś – jak przypuszczał – konkurentowi człowieka, który wynajął Stephena. Człowiek z Kongresu, co zrozumiałe, bał się panicznie i ukrywał w strzeżonym domu w Alexandrii w Wirginii. Stephen odszukał go i zdołał dotrzeć do miejsca, skąd mógł oddać celny strzał, choć piekielnie trudny.
    Jedna szansa, jeden strzał…
    Czekał na niego cztery godziny, a kiedy ofiara wreszcie przyjechała i rzuciła się do drzwi, zdołał oddać pojedynczy strzał. Wydawało mu się, że celny, ale człowiek zniknął na dziedzińcu domu i Stephen stracił go z oczu.
    Posłuchaj, chłopcze. Słuchasz?
    Tak jest.
    Tropisz każdy ranny cel i kończysz zadanie. Za śladami krwi musisz iść choćby do piekła i z powrotem.
    Ale…
    Nie ma żadnego ale. Upewniasz się, że obiekt nie żyje. Rozumiesz? Musisz to zrobić.
    Tak jest.
    Stephen przelazł przez ceglany murek na dziedziniec. Znalazł ciało ofiary leżące na brukowanej alejce, obok fontanny w kształcie koziej głowy. Strzał okazał się śmiertelny.
    Ale potem zdarzyło się coś dziwnego. Coś, od czego Stephen zadrżał, a niewiele rzeczy w życiu przyprawiało go o drżenie. Może to był tylko przypadek, może człowiek tak upadł albo tak trafiła go kula. Wyglądało, jakby ktoś celowo wyciągnął mu ze spodni koszulę i podwinął ją, ukazując małą ranę wlotową tuż nad mostkiem.
    Stephen obrócił się na pięcie, szukając tajemniczej osoby. Nie, w pobliżu nie było nikogo.
    Tak w każdym razie z początku pomyślał.
    Potem spojrzał na drugą stronę dziedzińca. Znajdowała się tam stara wozownia o brudnych oknach, którą od tyłu oświetlał blask zachodzącego słońca. Za jednym z zakurzonych okien dostrzegł – lub wydawało mu się, że dostrzegł – twarz, która mu się przyglądała. Nie widział wyraźnie, czy jest to mężczyzna, czy kobieta. Człowiek w oknie w ogóle nie wyglądał na przestraszonego. Nie cofnął się w głąb budynku ani nie próbował uciekać.
    Świadek, zostawiłeś świadka, żołnierzu!
    Melduję, że natychmiast wyeliminuję niebezpieczeństwo rozpoznania.
    Gdy jednak wpadł do wozowni, w środku nie znalazł nikogo.
    Odwrót, żołnierzu…
    Stephen stał w pustym budynku, którego okna wychodziły na oblany ostrym światłem zachodzącego słońca dziedziniec i jak szaleniec zataczał kółka w miejscu.
    Kto to był? Co tu robił? Może był tylko wytworem jego wyobraźni? Podobnie jak ojczymowi Stephena zdawało się, że w gniazdach jastrzębi na dębach Wirginii Zachodniej widzi snajperów.
    Twarz w oknie patrzyła na niego w sposób, w jaki czasem przyglądał mu się ojczym – nieruchomym, badawczym spojrzeniem. Stephen przypomniał sobie, co wtedy myślał młody Stephen: Spieprzyłem? Poradziłem sobie? Co on o mnie myśli?
    Nie mógł dłużej czekać, więc wrócił do hotelu w Waszyngtonie.
    Stephen odniósł już ranę postrzałową, był pobity i zraniony nożem. Nic jednak nie wstrząsnęło nim tak, jak tamto wydarzenie w Alexandrii. Ani razu nie prześladowały go twarze ofiar, żywe lub martwe. Lecz ta twarz w oknie była jak pełznący po nodze robak.
    Skulił się…
    I dokładnie tak samo czuł się teraz, widząc zbliżające się z obu końców Lexington tyraliery policjantów. Samochody trąbiły, kierowcy się niecierpliwili. Lecz gliniarze, na nic nie zważając, uparcie kontynuowali poszukiwania. Lada minuta mogli go zauważyć – atletycznie zbudowanego, samotnego białego mężczyznę z pudłem od gitary, w którym mógł nosić najlepszy na świecie karabin snajperski.
    Jego oczy spoczęły na ciemnych i brudnych oknach wychodzących na ulicę.
    Modlił się, by nie zobaczyć wyglądającej z nich twarzy.
    Żołnierzu, o czym ty mówisz, do kurwy nędzy?
    Melduję, że…
    Przeprowadzić rozpoznanie.
    Tak jest.
    Do jego nozdrzy doszedł gorzki zapach spalenizny.
    Odwrócił się i stwierdził, że stoi przed lokalem Starbucksa. Wszedł do środka, przez chwilę udawał, że studiuje menu, podczas gdy w rzeczywistości obserwował klientów.
    Przy jednym stoliku, na wątłym i niewygodnym krzesełku siedziała samotnie dość pulchna kobieta. Czytała czasopismo, trzymając w dłoni spory kubek herbaty. Była przysadzista, miała niewiele ponad trzydzieści lat, szeroką twarz i pokaźny nos. Lesbijka…?
    Nie, chyba jednak nie. Studiując numer „Vogue’a”, miała w oczach raczej zawiść niż pożądanie.
    Stephen kupił herbatkę ziołową, z rumianku. Wziął kubek i zaczął iść w stronę stolika pod oknem. Kiedy mijał grubą kobietę, kubek wyśliznął mu się z dłoni, lądując na drugim krześle, a gorąca herbata rozprysła się po całej podłodze. Kobieta odruchowo cofnęła się, z zaskoczeniem spoglądając na przerażoną minę Stephena.
    – Boże drogi – wyszeptał. – Tak mi przykro! – Złapał garść serwetek. – Mam nadzieję, że pani nie oparzyłem!

    Percey Clay uwolniła się z rąk młodego detektywa, który przycisnął ją do podłogi.
    Matka Eda, Joan Carney, leżała kilka stóp dalej, a na jej twarzy malowały się szok i zaskoczenie.
    Brit Hale stał, ale przyciśnięty do ściany przez dwóch gliniarzy. Wyglądało, jak gdyby go aresztowali.
    – Przepraszam, pani Clay – rzekł jeden z policjantów. – My właśnie…
    – Co się dzieje? – pytał szczerze zdumiony Brit. W przeciwieństwie do Eda, Rona Talbota i samej Percey nie miał wcześniej do czynienia z armią i nie brał udziału w żadnej walce. Był jednak nieustraszony. Nigdy nie nosił tradycyjnych koszul pilotów, białych z krótkimi rękawami, ale z długimi, aby ukryć ciemne blizny po oparzeniach, pamiątkę po wypadku sprzed kilku lat, kiedy wszedł do płonącej cessny 150, by uratować pilota i pasażera. Lecz takie rzeczy jak przestępstwo i celowe czynienie zła były mu zupełnie obce.
    – Dostaliśmy telefon od grupy specjalnej – wyjaśnił detektyw. – Ich zdaniem człowiek, który zabił pana Carneya, wrócił. Prawdopodobnie ze względu na państwa oboje. Pan Rhyme sądzi, że to zabójca był kierowcą czarnej furgonetki, którą dziś pani widziała.
    – Ci ludzie mieli nas pilnować – warknęła Percey, wskazując głową dwóch wcześniej przybyłych policjantów.
    – Jezu – mruknął Hale, wyglądając przez okno. – Pod domem jest chyba ze dwudziestu gliniarzy.
    – Proszę nie podchodzić do okna – polecił mu stanowczym głosem detektyw. – On może siedzieć na dachu. Miejsce nie jest jeszcze bezpieczne.
    Percey usłyszała tupot nóg na schodach.
    – Na dachu? – powtórzyła cierpko. – A może przebija tunel do piwnicy? – Otoczyła ramieniem panią Carney. – Nic ci nie jest, mamo?
    – Co się dzieje, o co chodzi?
    – Mogą być państwo w niebezpieczeństwie – powiedział policjant. – Pani nie – dodał, zwracając się do matki Eda. – Ale pani Clay i pan Hale. Dlatego że są świadkami w pewnej sprawie. Mamy zabezpieczyć teren i oddać ich grupie specjalnej.
    – Rozmawiali z nim już? – spytał Hale.
    – Jeszcze nie wiadomo, kto to jest.
    – Mam na myśli człowieka, przeciw któremu mamy zeznawać – odrzekł Brit. – Hansena.
    Świat Hale’a był światem logiki. Światem ludzi rozsądnych. Maszyn, cyfr i układów hydraulicznych. Jego trzy małżeństwa zakończyły się niepowodzeniem, ponieważ największe uczucie żywił do aerodynamiki, a najlepiej czuł się w kabinie pilotów, gdzie niepodzielnie rządziła logika. Hale odgarnął z czoła włosy i rzekł:
    – Wystarczy go zapytać. Powie wam, gdzie jest zabójca. Przecież to on go wynajął.
    – Nie sądzę, żeby to było takie proste.
    W drzwiach pojawił się jeszcze jeden policjant i zameldował:
    – Ulica bezpieczna.
    – Zechcą państwo iść z nami. Oboje.
    – A co z matką Eda?
    – Mieszka pani w okolicy? – zapytał policjant.
    – Nie. Zatrzymałam się u siostry – odrzekła pani Carney. – W Saddle River.
    – Odwieziemy tam panią i wystawimy przed domem kogoś z policji New Jersey. Pani nie ma związków z tą sprawą, więc jestem pewien, że nie ma powodów do niepokoju.
    – Och, Percey.
    Kobiety padły sobie w objęcia.
    – Wszystko będzie dobrze, mamo. – Percey z trudem powstrzymywała łzy.
    – Nie, nie będzie – powiedziała wątła kobieta. – Nigdy już nie będzie dobrze…
    Funkcjonariusz zaprowadził ją do radiowozu.
    Percey patrzyła, jak samochód odjeżdża, a potem zapytała policjanta stojącego obok:
    – Dokąd jedziemy?
    – Na spotkanie z Lincolnem Rhyme’em.
    Inny gliniarz rzekł:
    – Wyjdziemy z domu razem, będą państwo szli między dwoma funkcjonariuszami. Proszę trzymać głowy opuszczone i nie podnosić ich pod żadnym pozorem. Idziemy do tamtej furgonetki, drugiej, widzą państwo? W samochodzie proszę nie wyglądać przez okna i zapiąć pasy. Będziemy jechać dość szybko. Jakieś pytania?
    Percey otworzyła piersiówkę i pociągnęła łyk burbona.
    – Tak. Kto to jest Lincoln Rhyme?

    – Pani ją uszyła? Sama?
    – Tak – powiedziała kobieta, obciągając wyszywaną kamizelkę, która podobnie jak spódnica w kratę była odrobinę za duża, aby zamaskować jej obfitą figurę. Ścieg przypominał pierścienie na ciele dżdżownic. Wzdrygnął się z obrzydzeniem.
    Mimo to uśmiechnął się i powiedział:
    – Zdumiewające. – Wcześniej starł rozlaną herbatę i przeprosił ją jak dżentelmen, którego od czasu do czasu umiał udawać jego ojczym.
    Zapytał, czy może się przysiąść do jej stolika.
    – Hm, chyba tak – rzekła zawstydzona, chowając „Vogue’a” do płóciennej torby, jak gdyby było to pisemko pornograficzne.
    – Ach, przy okazji – powiedział Stephen. – Nazywam się Sam Levine.
    Na dźwięk tego nazwiska przyjrzała się nieufnie jego aryjskim rysom.
    – Przeważnie wystarcza Sammie – dodał. – Tylko kiedy coś przeskrobię, mama nazywa mnie Samuelem. – Zachichotał.
    – Będę cię nazywać „przyjacielem” – oznajmiła. – Jestem Sheila Horowitz.
    Zerknął za okno, aby umknąć zetknięcia z wilgotną dłonią, zakończoną miękkimi robakami.
    – Miło mi – rzekł, odwracając się do niej z powrotem i popijając nową herbatkę. Miała ohydny smak. Sheila zauważyła, że jej dwa kwadratowe paznokcie są brudne. Zaczęła dyskretnie usuwać zza nich czarny osad.
    – To mnie uspokaja – wyjaśniła. – Szycie. Mam starego singera, jeszcze z tych czarnych. Dostałam od dziadków. – Próbowała przygładzić błyszczące, krótkie włosy, żałując zapewne w duchu, że ich dziś nie umyła; właśnie dziś.
    – Nie znam już żadnych dziewczyn, które by szyły – powiedział Stephen. – Kiedyś, w college’u, chodziłem z jedną, która sama szyła sobie prawie wszystko. Byłem pod wrażeniem.
    – W Nowym Jorku nikt, ale to nikt sobie sam nie szyje. – Uśmiechnęła się szyderczo.
    – Moja matka potrafiła szyć całymi godzinami – rzekł Stephen. – Każdy szew musiał być idealny. Naprawdę idealny. Równiutki, długości jednej trzydziestej drugiej cala. – Mówił prawdę. – Do dziś mam rzeczy, które mi uszyła. Może to głupie, ale trzymam je właśnie dlatego, że ona je zrobiła. – Teraz kłamał.
    Stephen wciąż słyszał dźwięk singera dochodzący z małego, dusznego pokoiku matki. Dzień i noc. Każdy szew jak należy, trzydziesta druga część cala. Dlaczego? Bo to ważne! Linijka, pas, kurek karabinu…
    – Większości facetów szycie nic nie obchodzi – powiedziała Sheila Horowitz, akcentując drugie słowo, co pozwalało się domyślać, jak wygląda jej życie. – Chcą, żeby dziewczyny uprawiały sport albo znały się na filmach. Ja też uprawiam sport – dodała szybko. – Jeżdżę na nartach, założę się, że nie tak dobrze jak ty. Lubię chodzić do kina. Na niektóre filmy.
    – Wcale nie jeżdżę na nartach – powiedział Stephen. – Nie przepadam za sportem. – Wyjrzał na ulicę. Gliniarze byli wszędzie. Zaglądali do każdego samochodu. Mrowie niebieskich robaków…
    Melduję, że nie rozumiem, po co prowadzą tę ofensywę.
    Żołnierzu, twoje zadanie nie polega na rozumieniu. Masz przeprowadzić rozpoznanie, ocenić sytuację, zmylić wroga, odizolować i wyeliminować cel. Oto twoje jedyne zadanie.
    – Słucham? – rzekł, nie usłyszawszy, co powiedziała Sheila.
    – Mówiłam, żebyś się nie zgrywał. Musiałabym ćwiczyć kilka miesięcy, żeby być w takiej formie jak ty. Zamierzam zapisać się do klubu tenisowego. Tylko że mam kłopoty z kręgosłupem. Ale naprawdę chcę to zrobić.
    Stephen się roześmiał.
    – Wiesz, mam dość tych dziewczyn o chorym wyglądzie. Wszystkie są takie blade i chude. Gdybyś wzięła taką dziewczynę z telewizji i przeniosła w średniowiecze, na pewno król wezwałby nadwornego medyka, a ten by mu powiedział: „Biedactwo umiera, najjaśniejszy panie”.
    Sheila spojrzała na niego zaskoczona, a po chwili ryknęła gromkim śmiechem, ukazując uzębienie w rozpaczliwym stanie. Żart dał jej pretekst, by położyć dłoń na jego ramieniu.
    Stephen poczuł, jak pięć ciastowa tych robaków ugniata mu skórę, i z trudem opanował mdłości.
    – Mój tata – powiedziała – był zawodowym wojskowym i dużo podróżował. Mówił mi, że w innych krajach uważają, iż amerykańskie dziewczyny są chude.
    – Był żołnierzem? – zapytał z uśmiechem Sam Sammie Samuel Levine.
    – Pułkownikiem.
    – Aha…
    Za dużo szczęścia? – pomyślał. Nie.
    – Ja też jestem w wojsku. Mam stopień sierżanta.
    – Naprawdę? Gdzie stacjonujesz?
    – Jednostka specjalna, w New Jersey. – Dziewczyna na pewno wie, że o jednostkę specjalną nie należy pytać. – Cieszę się, że masz żołnierza w rodzinie. Czasami nie mówię ludziom, co naprawdę robię. Uważają, że to niezbyt fajne zajęcie. Zwłaszcza tutaj, w Nowym Jorku.
    – Nie przejmuj się tym. Dla mnie to bardzo fajne. – Pokazała futerał na gitarę. – Jesteś też muzykiem?
    – Niezupełnie. Jestem wolontariuszem w domu dziennej opieki. Uczę dzieciaki muzyki. Bas świetnie się do tego nadaje.
    Spojrzał za okno. Błyskające światła. Niebiesko-biało. Przemknął radiowóz.
    Przysunęła swoje krzesło bliżej i Stephena owionął obrzydliwy zapach. Znowu się skulił, widząc w wyobraźni, jak spomiędzy jej tłustych włosów wypełza robactwo. O mało nie zwymiotował. Przeprosił ją na chwilę i poszedł do toalety, gdzie przez trzy minuty szorował ręce. Kiedy wrócił, zauważył dwie rzeczy: rozpięty górny guzik bluzki Sheili i z tysiąc kocich włosów na plecach jej kamizelki. Według Stephena koty były niczym więcej jak tylko czworonogimi robakami.
    Spojrzał na ulicę i stwierdził, że kordon policjantów jest coraz bliżej knajpki. Zerknął na zegarek i powiedział:
    – Zaraz muszę odebrać kota od weterynarza, jest…
    – Masz kota? Jak ma na imię? – Pochyliła się nad stolikiem.
    – Kumpel.
    Jej oczy rozbłysły.
    – Och, jak ślicznie. Masz jego zdjęcie?
    Pieprzonego kota?
    – Przy sobie nie. – Westchnął z żalem.
    – Biedniutki Kumpel zachorował?
    – Nie, jest na badaniach kontrolnych.
    – Och, to dobrze. Musisz uważać na te robaki.
    – Co? – spytał z nagłym niepokojem.
    – No wiesz, zwierzaki łapią różne świństwa.
    – Ach, no jasne.
    – Hm, jeżeli będziesz miły, przyjacielu – powiedziała śpiewnie Sheila – może przedstawię cię Garfieldowi, Andrei i Essie. Essie naprawdę nazywa się Esmeralda, ale nigdy się z tym nie umiała pogodzić.
    – Fantastyczne – rzekł, oglądając zdjęcia, które Sheila wyciągnęła z portfela. – Strasznie chciałbym je poznać.
    – Wiesz – zaczęła szybko. – Mieszkam tylko trzy przecznice stąd.
    – Mam pomysł. – Stephen rozpromienił się. – Może pozwolisz mi zostawić u siebie ten majdan i poznam twoje maleństwa. A potem pomożesz mi odebrać Kumpla.
    – Suuuper – odrzekła Sheila.
    – Chodźmy.
    Na ulicy powiedziała do niego:
    – O, ależ tu policji. Co się dzieje?
    – Nie wiem. – Stephen zarzucił plecak na ramię. Coś zadźwięczało metalicznie. Może granat stuknął w berettę.
    – Co tam masz?
    – Instrumenty dla dzieciaków.
    – Aha, takie trójkąty?
    – Tak, coś w tym rodzaju.
    – Chcesz, żebym poniosła gitarę?
    – A mogłabyś?
    – Jasne. Nic mi się nie stanie.
    Wzięła pudło fendera, potem ujęła pod ramię Stephena i poszli, mijając grupkę gliniarzy, zdających się nie dostrzegać pary zakochanych. Zniknęli w głębi ulicy, śmiejąc się i rozmawiając o swoich uroczych kotach.

Rozdział szósty

    45 godzin – godzina pierwsza

    W drzwiach pokoju Lincolna Rhyme’a ukazał się Thom, wprowadzając jakiegoś człowieka.
    Szczupły, pięćdziesięciokilkuletni, krótko ostrzyżony mężczyzna. Kapitan Bo Haumann, szef jednostki szybkiego reagowania w Departamencie Policji Nowego Jorku – brygady antyterrorystycznej. Siwy i muskularny Haumann wyglądał jak srogi sierżant od musztry, którym zresztą był kiedyś w wojsku. Mówił powoli i zwięźle, patrząc rozmówcy prosto w oczy, bez cienia uśmiechu. Podczas akcji ubrany w kamizelkę kuloodporną i hełm, zwykle jako jeden z pierwszych wchodził do zabarykadowanych budynków.
    – To naprawdę on? – spytał kapitan. – Trumniarz?
    – Tak słyszeliśmy – odparł Sellitto.
    Krótka chwila milczenia była bardziej wymowna niż głębokie westchnienie. Potem siwowłosy policjant powiedział:
    – Dam wam dwa zespoły trzydzieści dwa E.
    Funkcjonariusze 32-E, nazywani tak od numeru pokoju, który zajmowali w centrali policji, stanowili tajemnicę poliszynela. Oficjalna nazwa brzmiała Oddział do Zadań Specjalnych, a należeli do niego byli żołnierze, bezustannie szkoleni w całej procedurze działań rozpoznawczych – a także w ataku, strzelaniu i odbijaniu zakładników. Nie było ich wielu. Mimo reputacji miasta, w Nowym Jorku zdarzało się bardzo mało sytuacji, w których oddział mógł się wykazać swymi umiejętnościami, a negocjatorom – uważanym za najlepszych w kraju – zwykle udawało się rozwiązać kryzys i uwolnić zakładników bez uciekania się do użycia siły. Jeśli Haumann przeznaczy do sprawy Trumniarza dwa zespoły, czyli dziesięciu ludzi, będzie to prawie cała grupa 32-E.
    W chwilę później do pokoju wszedł drobny, łysiejący mężczyzna w niemodnych okularach. Mel Cooper był najlepszym specjalistą od kryminalistyki w wydziale wsparcia dochodzeniowego, którym kiedyś kierował Rhyme. Nigdy nie zabezpieczał miejsca zbrodni, nie aresztował żadnego sprawcy, prawdopodobnie zapomniał, jak się obchodzić z pistoletem, który z konieczności nosił zawieszony na pasku. Ulubionym miejscem na świecie, z którego Cooper najchętniej nigdzie by się nie ruszał, był taboret w laboratorium – nade wszystko Mel lubił gapić się w mikroskop i analizować odciski linii papilarnych (lubił też parkiet w sali balowej, gdzie jako niezrównany tancerz zgarnął kilka nagród w konkursach tanga).
    – Detektywie – rzekł Cooper, zwracając się do Rhyme’a jak dawniej, gdy przeszedł do nowojorskiej policji z departamentu Albany. – Myślałem, że mam pracować nad piaskiem. Podobno chodzi o Trumniarza. – Jest tylko jedno miejsce, gdzie plotka roznosi się prędzej niż na ulicach, pomyślał Rhyme – departament policji. – Tym razem będziemy go mieli, Lincoln. Będziemy.
    Podczas gdy Banks relacjonował nowo przybyłym sytuację, Rhyme mimowolnie uniósł wzrok. Ujrzał stojącą w drzwiach laboratorium kobietę. Ciemne oczy badawczo lustrowały pokój. Nie zdradzała ani śladu lęku czy niepokoju.
    – Pani Clay? – zapytał.
    Skinęła głową. Obok niej stanął szczupły mężczyzna. Rhyme domyślił się, że to Britton Hale.
    – Proszę wejść – powiedział Rhyme.
    Wkroczyła na środek pokoju, zerknęła na Rhyme’a, potem na sprzęt pod ścianą i stojącego obok Mela Coopera.
    – Percey – powiedziała. – Proszę mi mówić Percey. To pan jest Lincoln Rhyme?
    – Zgadza się. Przykro mi z powodu pani męża.
    Skwitowała to krótkim skinieniem głowy. Współczucie widocznie ją krępowało.
    Tak jak mnie, pomyślał Rhyme.
    – Pan Hale? – spytał stojącego obok Percey mężczyznę.
    Tykowaty pilot kiwnął głową i podszedł, by podać mu rękę, ale zauważył, że ramiona Rhyme’a są przypięte do wózka.
    – Och – bąknął zarumieniony i cofnął się.
    Rhyme przedstawił im resztę grupy, wszystkich poza Amelią Sachs, która na jego usilne prośby poszła na górę zmienić mundur na parę dżinsów i bluzę, wiszące w szafce Rhyme’a. Wyjaśnił jej, że Trumniarz często zabija lub rani policjantów, by odwrócić uwagę od właściwego celu; dlatego chciał, żeby wyglądała jak cywil.
    Percey wydobyła z kieszeni spodni srebrną piersiówkę i pociągnęła łyczek. Pije alkohol – Rhyme poczuł woń drogiego burbona – jakby to było lekarstwo.
    Zdradzony przez własne ciało, Rhyme rzadko zwracał uwagę na cechy fizyczne innych, poza ofiarami i sprawcami. Trudno jednak było przejść obojętnie obok Percey Clay. Miała niewiele ponad pięć stóp wzrostu. Mimo to promieniowała z niej jakaś intensywna energia. Jej czarne jak noc oczy były zniewalające. Dopiero po chwili wpatrywania się można było zauważyć, że ma niezbyt piękną twarz – drobną i kwadratową twarz chłopczycy. Splątane czarne, kędzierzawe włosy były krótko przycięte, choć Rhyme miał wrażenie, że dłuższe lepiej by maskowały kanciastość jej rysów. Nie przybierała maniery charakterystycznej dla niskich ludzi – którzy brali się pod boki, krzyżowali ramiona na piersi, wymachiwali rękami na wysokości ust. Rhyme zdał sobie sprawę, że Percey jest niemal tak oszczędna w gestach jak on.
    Nagle przyszło mu na myśl, że ta kobieta przypomina Cygankę.
    Zorientował się, że ona też mu się przygląda. I reaguje na jego ułomność inaczej niż inni. Zwykle ludzie, którzy widzieli go po raz pierwszy, z przyklejonym do twarzy głupkowatym uśmiechem czerwienili się jak burak, wbijając spojrzenie w czoło Rhyme’a, by przypadkiem nie patrzeć na jego sparaliżowane ciało. A Percey rzuciła okiem na jego twarz – o harmonijnie wykrojonych ustach i nosie Toma Cruise’a, twarz, która ujmowała mu nieco z jego czterdziestu kilku lat – i przelotnie zerknęła na nieruchome nogi, ręce i tułów. Zaraz potem jej uwagę przykuł sprzęt – błyszczący wózek, sterownik pneumatyczny, słuchawki z mikrofonem i komputer.
    Do pokoju wszedł Thom i podszedł do Rhyme’a, aby zmierzyć mu ciśnienie.
    – Nie teraz – powiedział mu jego szef.
    – Ależ teraz.
    – Nie.
    – Cicho – odrzekł Thom i nie zważając na nic, zmierzył mu ciśnienie. Zdjął stetoskop. – Nieźle. Ale jesteś zmęczony, za dużo pracowałeś. Powinieneś odpocząć.
    – Odejdź – mruknął Rhyme. Odwrócił wózek do Percey Clay. Ze względu na jego kalectwo, goście, uważając go za niepełną istotę ludzką, często sądzili, że nie rozumie, co do niego mówią; dlatego mówili powoli, a nawet zwracali się do niego za pośrednictwem Thoma. Percey odezwała się swobodnie, zyskując sobie u niego dodatkowe punkty.
    – Sądzi pan, że Britowi i mnie grozi jakieś niebezpieczeństwo?
    – Ależ tak. Bardzo poważne.
    Weszła Sachs, spoglądając na Rhyme’a i Percey.
    Lincoln dokonał prezentacji.
    – Amelia? – spytała Percey. – Ma pani na imię Amelia?
    Sachs skinęła głową.
    Percey uśmiechnęła się nieznacznie. Odwracając głowę, posłała uśmiech Rhyme’owi.
    – Nie dostałam tak na imię na cześć tej… lotniczki – powiedziała Sachs, przypominając sobie zapewne, że Percey jest pilotem. – Tylko siostry mojego dziadka. Ta Amelia Earhart była jakimś bohaterem?
    – Nie – odrzekła Percey. – Niezupełnie. To tylko zbieg okoliczności.
    – Dacie jej ochronę, prawda? – odezwał się Hale, wskazując Percey. – Całodobową?
    – Jasna sprawa – powiedział Dellray.
    – To dobrze – zawyrokował Hale. – Jeszcze jedna rzecz. Pomyślałem sobie, że powinniście pogadać z tym facetem. Phillipem Hansenem.
    – Pogadać? – zdziwił się Rhyme.
    – Z Hansenem? – spytał Sellitto. – Jasne. Ale gość wszystkiemu zaprzecza i nic nam nie powie. – Spojrzał na Rhyme’a. – Przesłuchiwali go bliźniacy. – Ponownie zwrócił się do Hale’a. – Nasi najlepsi ludzie. Ale nie mieli szczęścia. Na razie milczy jak grób.
    – Nie można go zastraszyć… czy coś w tym rodzaju?
    – Hm, nie – odparł detektyw. – Nie sądzę.
    – Nieważne – powiedział Rhyme. – I tak Hansen nie może nam nic powiedzieć. Trumniarz nigdy nie spotyka się osobiście ze swoimi klientami i nigdy im nie mówi, jak wykona zlecenie.
    – Trumniarz? – spytała Percey.
    – Tak nazywamy mordercę. Tańczący Trumniarz.
    – Tańczący Trumniarz? – Percey parsknęła krótkim śmiechem, jak gdyby ten pseudonim coś jej mówił. Nie powiedziała jednak nic więcej.
    – Trochę koszmarne – rzekł niepewnie Hale, jakby gliniarze nie powinni nadawać przestępcom makabrycznych przezwisk. Rhyme podzielał opinię Hale’a.
    Percey spojrzała Rhyme’owi w oczy, niemal tak czarne jak jej.
    – Co się panu stało? Postrzał?
    Sachs i Hale drgnęli na tak brutalnie postawione pytanie, lecz Rhyme nie widział w tym nic niestosownego. Lubił ludzi podobnych do siebie – którzy nie przywiązywali specjalnej wagi do form, jeśli nie było trzeba. Odrzekł spokojnie:
    – Zabezpieczałem miejsce zbrodni, na budowie. Spadła na mnie belka, mam złamany kark.
    – Jak ten aktor. Christopher Reeve.
    – Tak.
    – To musiał być dla niego cios – powiedział Hale. – Ale jaka odwaga. Widziałem go w telewizji. Gdyby mnie się to przydarzyło, chybabym się zabił.
    Rhyme zerknął na Sachs, która pochwyciła jego spojrzenie.
    – Potrzebujemy pani pomocy – zwrócił się do Percey. – Musimy ustalić, jak umieścił bombę na pokładzie samolotu. Nie domyśla się pani, jak to się mogło stać?
    – Nie – odparła Percey i spojrzała na Hale’a, który przecząco pokręcił głową.
    – Czy przed startem samolotu nie widziała pani w pobliżu kogoś nieznajomego?
    – Wczoraj wieczorem źle się poczułam – odparła Percey. – Nawet nie pojechałam na lotnisko.
    – Ja byłem na północy, na rybach – rzekł Hale. – Miałem wolne. Późno wróciłem do domu.
    – Gdzie dokładnie znajdował się samolot przed startem?
    – W naszym hangarze. Wyposażaliśmy go do nowego czarteru. Trzeba było wyjąć fotele, zainstalować specjalne półki z gniazdami wysokiej mocy – do urządzeń chłodzących. Wie pan, jakiego rodzaju ładunek przewoziliśmy?
    – Organy – rzekł Rhyme. – Ludzkie narządy. Dzielicie hangar z jakąś inną firmą?
    – Nie, należy tylko do nas. No, właściwie to go wynajmujemy.
    – Łatwo się dostać do środka? – spytał Sellitto.
    – Zwykle jest zamknięty, jeśli nie ma nikogo, ale przez ostatnie kilka dni ekipa pracowała przy learze dwadzieścia cztery godziny na dobę.
    – Dobrze ich znacie? – zapytał Sellitto.
    – Są dla nas jak rodzina – obruszył się Hale.
    Sellitto spojrzał wymownie na Banksa. Rhyme sądził, że zdaniem detektywa członkowie rodziny są zawsze pierwszymi podejrzanymi w sprawach morderstw.
    – W każdym razie sprawdzimy wszystkich, jeśli nie ma pani nic przeciwko temu.
    – Sally Anne kieruje naszym biurem, proszę zwrócić się do niej po listę nazwisk.
    – Trzeba będzie zaplombować hangar – powiedział Rhyme. – I nie wolno nikogo tam wpuszczać.
    Percey pokręciła głową.
    – Nie możemy…
    – Zaplombować – powtórzył. – I nikt, ale to nikt nie może wejść do środka.
    – Ale…
    – Musimy – uciął krótko Rhyme.
    – Będziemy mieli przestój. – Percey spojrzała na Hale’a. – „Foxtrot Bravo”?
    Brit wzruszył ramionami.
    – Ron mówił, że to potrwa co najmniej cały dzień.
    Percey westchnęła.
    – Tylko learjet, którym leciał Ed, był przystosowany do przewozu tego ładunku. Jutro wieczorem mamy w rozkładzie następny lot. Trzeba będzie pracować non stop, żeby przygotować inny samolot. Nie możemy zamknąć hangaru.
    – Przykro mi – rzekł Rhyme. – Ale nie ma innego wyjścia.
    Percey posłała mu zaskoczone spojrzenie.
    – A kim pan jest, żeby mi mówić, co mam robić?
    – Kimś, kto stara się ocalić pani życie – odparował Rhyme.
    – Nie mogę ryzykować utraty tego kontraktu.
    – Zaraz, zaraz, droga pani – wtrącił się Dellray. – Pani nie rozumie, kim jest morderca…
    – Zabił mojego męża – odparła lodowatym głosem. – Doskonale rozumiem. Ale nikt mnie nie zmusi, żebym straciła pracę.
    Sachs położyła dłonie na biodrach.
    – Chwileczkę. Jeśli ktokolwiek potrafi uratować pani skórę, to na pewno Lincoln Rhyme. Nie można się upierać bez sensu.
    Rhyme uznał, że musi przerwać kłótnię. Zapytał spokojnie:
    – Da nam pani godzinę na przeszukanie hangaru?
    – Godzinę? – Percey zaczęła się zastanawiać.
    Sachs wybuchnęła śmiechem i obróciła zdumione oczy na szefa.
    – Przeszukać hangar w godzinę? Daj spokój, Rhyme. – Jej twarz mówiła: Ja cię bronię, a ty wyjeżdżasz mi z czymś takim? Czyją trzymasz stronę?
    Niektórzy wysyłali na miejsce zbrodni cały zespół ludzi. Rhyme jednak upierał się, żeby Amelia Sachs pracowała sama, tak jak kiedyś on. Jedna osoba potrafiła się skoncentrować w stopniu nieosiągalnym dla kogoś pracującego w towarzystwie innych. Godzina wydawała się niezwykle krótkim czasem, jak na tak duży teren i jednego człowieka. Rhyme doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale nie odpowiedział na niemy wyrzut Amelii. Nie spuszczał oczu z Percey.
    – Godzina? – powtórzyła. – No, dobrze. Jakoś to przeżyję.
    – Rhyme – zaprotestowała Sachs. – Muszę mieć więcej czasu.
    – Przecież jesteś najlepsza, Amelio – oświadczył z uśmiechem. Co oznaczało, że decyzja już zapadła.
    – Kto z lotniska może nam pomóc? – zwrócił się Rhyme do Percey.
    – Ron Talbot. Jest wspólnikiem w firmie i szefem technicznym.
    Sachs zapisała nazwisko w notesie.
    – Mam już iść? – zapytała.
    – Nie – odrzekł Rhyme. – Zaczekaj, aż będziemy mieli bombę z Chicago. Będę potrzebował twojej pomocy przy analizie.
    – Mam tylko godzinę – powiedziała poirytowana. – Zapomniałeś?
    – Musisz zaczekać – mruknął. Potem zapytał Freda Dellraya: – Co z bezpiecznym domem?
    – Według życzenia. Spodoba się pani – powiedział agent do Percey. – Na Manhattanie. Dolary z pani podatków nie idą na marne. Pilnujemy za nie świadków w najbardziej ekskluzywnych apartamentach. Trzeba będzie tylko wziąć kogoś z miejskiej. Kogoś, kto zna Trumniarza i wie, do czego jest zdolny.
    Wtedy Jerry Banks uniósł głowę, zastanawiając się, dlaczego wszyscy na niego patrzą.
    – Co? – zapytał. – Co? – Na próżno usiłował przygładzić niesforny kosmyk.

    Stephen Kall, który mówił jak żołnierz i strzelał z broni wojskowej, w rzeczywistości nigdy nie służył w armii.
    Mimo to powiedział do Sheili Horowitz:
    – Jestem dumny z tradycji wojskowych w mojej rodzinie. Naprawdę.
    – Niektórzy uważają…
    – Nie – przerwał jej. – Niektórzy nie szanują za to człowieka. Ale to ich sprawa.
    – Ich sprawa – powtórzyła jak echo Sheila.
    – Ładnie tu. – Rozejrzał się po dziurze, którą wypełniały tanie meble z przeceny.
    – Dziękuję ci, przyjacielu. Hm, chciałbyś się jakby czegoś napić? Oj, znowu to powiedziałam. Mama zawsze mi dokucza. Oglądam za dużo telewizji. Jakby, jakby, jakby. Wstyd.
    O czym ona, do cholery, mówi?
    – Sama tu mieszkasz? – zapytał z uprzejmą ciekawością.
    – Tak, z trójką tych wariatów. Nie wiem, gdzie się schowały. Słodkie urwisy. – Sheila nerwowo skubała brzeg kamizelki. A ponieważ wcześniej nie odpowiedział, ponowiła pytanie: – No więc? Chcesz coś do picia?
    – Jasne.
    Zobaczył okrytą czapą kurzu butelkę wina, która stała na lodówce. Na specjalną okazję. Czy to dziś?
    Chyba jednak nie. Sheila wyciągnęła dietetycznego peppera.
    Podszedł do okna i wyjrzał na ulicę. Tu glin nie było. I dwa kroki do stacji metra. Mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze, a kraty w oknach z tyłu budynku były otwarte, więc w razie potrzeby mógł zejść schodami przeciwpożarowymi i zniknąć w tłumie, który niezależnie od pory dnia przelewał się przez Lexington Avenue…
    Sheila miała telefon i komputer. Świetnie.
    Rzucił okiem na wiszący na ścianie kalendarz – obrazki z aniołami. Gdzieniegdzie kilka notatek, ale na weekend nie było żadnych zapisków.
    – Słuchaj, Sheila, czy… – Urwał, pokręcił głową i zamilkł.
    – Co?
    – No, właściwie… Wiem, że to trochę głupie. Tak nagle i w ogóle. Zastanawiam się, czy masz jakieś plany na kilka najbliższych dni.
    Odrzekła ostrożnie:
    – Hm, miałam odwiedzić mamę.
    Rozczarowany Stephen zmarszczył czoło.
    – Niedobrze. Widzisz, mam taki domek w Cape May…
    – Na wybrzeżu Jersey!
    – Zgadza się. I jadę tam…
    – Jak już odbierzesz Kumpla?
    Kto to, kurwa, jest Kumpel?
    Aha, kot.
    – Tak. Gdybyś nie miała nic specjalnego do roboty, może miałabyś ochotę tam pojechać.
    – A ty…
    – Będzie tam moja mama i parę jej przyjaciółek.
    – No, ojej, sama nie wiem.
    – Mogłabyś zadzwonić do mamy i powiedzieć jej, że w ten weekend będzie sobie musiała poradzić bez ciebie?
    – Nie muszę wcale dzwonić. Jeżeli nie przyjadę, nic wielkiego się nie stanie. Umawiałyśmy się, że może przyjadę, a może nie.
    A więc kłamała. Miała wolny weekend. Przez parę dni nikt nie zauważy jej nieobecności.
    Obok niego skoczył kot i trącił go nosem w twarz. Stephen wyobraził sobie, jak tysiące robaków obłazi mu całe ciało. Wyobraził sobie, jak robaki kłębią się we włosach Sheili. Miękkie robaki jej palców. Poczuł, że zaczyna nienawidzić tej kobiety. Miał ochotę wrzasnąć.
    – O, przywitaj się z naszym nowym przyjacielem, Andrea. Polubiła cię, Sam.
    Wstał i rozejrzał się po mieszkaniu. Myślał: Pamiętaj, chłopcze, wszystkim można zabić. Niektóre rzeczy zabijają szybko, inne powoli. Ale każda może zabić.
    – Słuchaj – powiedział. – Masz jakąś szeroką taśmę klejącą?
    – Hm, a po co ci? – Zaczęła gorączkowo myśleć. – Po co?
    – Do instrumentów, które mam w torbie. Muszę skleić jeden bębenek.
    – Jasne, gdzieś tu powinna być. – Poszła do przedpokoju. – Często wysyłam ciotkom różne paczki i zawsze mam rolkę taśmy. Nigdy nie pamiętam, czy ją kupiłam i kupuję nową, a potem mam całe tony taśmy. No powiedz, czy nie jestem głupia?
    Nie odpowiedział, ponieważ rozglądał się po kuchni, uznając, że to najlepsze miejsce w całym mieszkaniu.
    – Proszę. – Z uśmiechem rzuciła mu rolkę taśmy.
    Zdenerwował się, bo nie zdążył nałożyć rękawiczek. Wiedział, że na taśmie zostawił odciski palców. Zadrżał z wściekłości. Kiedy zobaczył, że Sheila nadal uśmiecha się, mówiąc: – Dobry chwyt, przyjacielu – wtedy zamiast niej ujrzał wielkiego robaka, który zbliżał się coraz bardziej. Odłożył taśmę i nałożył rękawiczki.
    – Po ci rękawiczki? Zimno ci? Co ty…?
    Nie zwracając na nią uwagi, otworzył lodówkę i począł ją opróżniać.
    Sheila cofnęła się w stronę pokoju. Jej radosny uśmiech przybladł.
    – Jesteś… głodny?
    Zaczął wyjmować półki.
    Ich spojrzenia skrzyżowały się na ułamek sekundy i nagle z głębi gardła Sheili dobyło się słabe:
    – Eeeeeeeeeee.
    Stephen dopadł tłustego robaka w połowie drogi do drzwi.
    Szybko czy powoli?
    Zawlókł ją z powrotem do kuchni. W pobliże lodówki.

Rozdział siódmy

    45 godzin – godzina druga

    Parami.
    Percey Clay, która z wyróżnieniem ukończyła inżynierię, zdobyła dyplom mechanika konstrukcji i silników lotniczych i wszystkie licencje, jakie Federalny Urząd Lotnictwa mógł nadać pilotowi – nie miała głowy do przesądów.
    Mimo to, kiedy jechała pancerną furgonetką przez Central Park do bezpiecznego domu federalnego położonego w centrum miasta, myślała o starym powiedzeniu, które przesądni podróżnicy powtarzali niczym ponurą mantrę. Wypadki chodzą parami.
    Tragedie też.
    Najpierw Ed. A teraz druga rzecz. Percey rozmawiała przez telefon komórkowy z Ronem Talbotem z biura Hudson Air.
    Siedziała z opuszczoną głową, wciśnięta między Brita Hale’a a młodego detektywa, Jerry’ego Banksa. Hale przyglądał się jej, a Banks czujnie spoglądał przez okno na samochody, przechodniów i drzewa.
    – Amer-Med zgodził się dać nam jeszcze jedną szansę. – Oddech Talbota niepokojąco świszczał. Ron był jednym z najlepszych pilotów, jakich Percey znała, lecz od lat nie siedział za sterami – został „uziemiony” ze względu na stan zdrowia. Zdaniem Percey była to krzycząco niesprawiedliwa kara za grzech nadużywania trunków, papierosów i jedzenia (głównie dlatego, że sama miała na sumieniu podobne występki). – Powiedzieli, że mogą zerwać kontrakt. Ich zdaniem bomby to nie siła wyższa. Nie możemy tłumaczyć w ten sposób zawalenia zadania.
    – Ale zgodzili się na jutrzejszy lot.
    Chwila ciszy.
    – Tak, zgodzili się.
    – Daj spokój, Ron – syknęła. – Mnie nie musisz wciskać kitu. – Usłyszała, jak zapala kolejnego papierosa. Wielki, wiecznie otoczony kłębami dymu Talbot – od którego wyłudzała camele, gdy usiłowała rzucić palenie – często zapominał zmienić ubranie albo się ogolić. I nie umiał przekazywać złych wiadomości.
    – Chodzi o „Foxtrota Bravo” – powiedział z ociąganiem.
    – Co z nim?
    N695FB był learjetem 35A Percey Clay. Nie wynikało to jednak wcale z dokumentów. Według prawa dwusilnikowy odrzutowiec był dzierżawiony przez spółkę holdingową Clay-Carney Dwa, przedsiębiorstwo w całości kontrolowane przez Hudson Air Charters Ltd., od firmy Morgan Air Leasing, która z kolei dzierżawiła go od firmy z Delaware, Transport Solutions, zależnej od spółki holdingowej La Jolla Dwa. Ten bizantyjski system zależności był całkiem legalny i dość powszechnie stosowany, ponieważ w takim układzie samoloty i wypadki lotnicze były niewyobrażalnie kosztowne.
    Jednak wszyscy w Hudson Air Charters wiedzieli, że N695 „Foxtrot Bravo” był samolotem Percey. Wylatała na nim kilka tysięcy godzin. Był jej pupilkiem. Jej dzieckiem. Podczas wielu nocy, gdy nie było Eda, myśl o samolocie pozwalała jej lepiej znosić samotność. Cudowna maszyna mogła lecieć na wysokości czterdziestu pięciu stóp z prędkością czterystu sześćdziesięciu węzłów – czyli ponad pięćset mil na godzinę. Sama Percey wiedziała, że samolot potrafi lecieć wyżej i szybciej, lecz była to tajemnica, której nigdy nie zdradziła Morgan Air Leasing ani La Jolli, ani Transport Solutions, ani Urzędowi Lotnictwa.
    Wreszcie Talbot powiedział:
    – Wyposażenie go będzie bardziej skomplikowane, niż myślałem.
    – Mów dalej.
    – No dobrze – poddał się w końcu. – Stu się zwolnił.
    Stu Marquard, ich główny mechanik.
    – Co?!
    – Ten sukinsyn po prostu się zwolnił. Właściwie jeszcze nie – ciągnął Talbot. – Dzwonił, że zachorował, ale zabrzmiało to tak śmiesznie, że musiałem popytać u paru osób. On przechodzi do Sikorsky’ego. Już go zresztą przyjęli.
    Percey oniemiała.
    To był ich największy problem. Odrzutowe learjety 35A były fabrycznie wyposażone w osiem miejsc pasażerskich. Aby przystosować samolot do przewozu ładunku dla Amer-Medu, trzeba było wymontować siedzenia, zainstalować amortyzowane i chłodzone przegrody i dodatkowe gniazda połączone z alternatorami. W sumie sporo pracy przy układzie elektrycznym i konstrukcji samolotu.
    Stu Marquard był jednym z najlepszych mechaników. Leara Eda przygotował w rekordowym czasie. Percey nie miała pojęcia, jak bez niego uda im się zdążyć przed jutrzejszym lotem.
    – Co jest, Percey? – spytał Hale, widząc grymas na jej twarzy.
    – Stu odszedł – szepnęła.
    Potrząsnął głową, nie rozumiejąc, o co chodzi.
    – Skąd odszedł? Dokąd?
    – Z firmy – wyjaśniła przybitym głosem. – Rzucił robotę. Idzie pracować do pieprzonych helikopterów.
    Hale spojrzał na nią wstrząśnięty.
    – Dzisiaj?
    Skinęła głową.
    – Przestraszył się, Percey – ciągnął Talbot. – Ludzie już wiedzą, że to była bomba. Gliny nic nie mówią, ale i tak wszyscy wiedzą, co się stało. Są zdenerwowani. Rozmawiałem z Johnem Ringle’em…
    – Z Johnnym? – Młodym pilotem przyjętym w zeszłym roku. – On też odchodzi?
    – Pytał tylko, czy zamkniemy na jakiś czas interes. Dopóki wszystko się nie uspokoi.
    – Nie, nie zamykamy – powiedziała stanowczo. – I nie odwołujemy żadnego z zaplanowanych lotów. Firma działa jak zwykle. A jeżeli ktoś jeszcze zadzwoni z wiadomością, że zachorował, wyrzuć go.
    – Percey…
    Talbot sprawiał wrażenie surowego, ale wszyscy wiedzieli, że w rzeczywistości jest naiwniakiem o gołębim sercu.
    – No dobrze – dodała ostro. – W takim razie ja ich wyrzucę.
    – Słuchaj, przy twoim „Foxtrocie Bravo” większość roboty mogę zrobić sam – powiedział Talbot, posiadacz dyplomu mechanika konstrukcji lotniczych.
    – Zrób, co tylko się da. Postaraj się jednak znaleźć innego mechanika – odparła. – Pogadamy później.
    Wyłączyła telefon.
    – Nie wierzę – rzekł skonsternowany Hale. – Zwolnił się.
    Z kolei Percey była wściekła. Ludzie wyskakiwali w locie – najgorszy z możliwych grzechów. Firma umierała. A ona nie miała pojęcia, jak ją ratować.
    Percey Clay nie posiadła małpiej zręczności w kierowaniu przedsiębiorstwem.
    Małpia zręczność…
    Pierwszy raz użył tego sformułowania w stosunku do niej lotnik marynarki, admirał, gdy latała na myśliwcu. Miał na myśli jej nieprzeciętny talent urodzonego pilota, zdolności, których nie sposób było nikogo nauczyć.
    Jeśli chodziło o latanie, Percey rzeczywiście była małpio zręczna. Niezależnie od typu samolotu, wszystko jedno, czy już na nim latała, czy nie, bez względu na pogodę, widoczność ziemi, dzień czy noc. Prowadziła samolot perfekcyjnie i sadzała go w magicznym punkcie, który był celem pilotów – dokładnie „tysiąc za numerami” – tysiąc stóp od białych oznaczeń początku pasa startowego. Szybowce, dwupłaty, herculesy, boeingi 737, migi – w każdej kabinie czuła się równie pewnie.
    Jednak Percey Rachael Clay umiała się wykazać małpią zręcznością tylko za sterami samolotu.
    Nie potrafiła sobie radzić z rodziną. Jej ojciec, pracujący w branży tytoniowej, od lat z nią nie rozmawiał – właściwie ją wydziedziczył – kiedy rzuciła jego alma mater, Uniwersytet Wirginii, żeby wstąpić do szkoły lotniczej. (Choć Percey sama mu mówiła, że wyjazd z Charlottesville jest nieunikniony – po sześciu tygodniach pierwszego semestru znokautowała przewodniczącą żeńskiego koła studenckiego, po tym jak koścista blondynka teatralnym szeptem rzuciła uwagę, że ta podobna do trolla dziewczyna powinna się znaleźć w szkole rolniczej, a nie w szeregach zacnego bractwa).
    Naturalnie nie posiadła też małpiej zręczności w dyplomacji. Biegłość w pilotowaniu wielkich tomcatów budziła respekt, ale nie mogła usprawiedliwić jej nieszczęsnego zwyczaju szczerego wyrażania swoich myśli, podczas gdy inni nie puszczali pary z ust na pewne tematy.
    Wreszcie nie umiała dobrze rządzić firmą, której była prezesem. Nie mieściło jej się w głowie, że mimo nawału pracy Hudson Air stoi na krawędzi bankructwa. Tak jak Ed, Brit Hale i inni piloci, Percey pracowała bez przerwy (jednym z powodów, dla których unikała regularnych linii lotniczych, było idiotyczne zarządzenie Federalnego Urzędu Lotnictwa, że piloci nie powinni latać więcej niż osiemdziesiąt godzin miesięcznie). Dlaczego więc ciągle byli bez grosza? Gdyby nie przyciągający klientów urok Eda i kuglarskie zdolności Talbota, który zrzędząc, zmniejszał wydatki i mydlił oczy wierzycielom, nie przetrwaliby ostatnich dwóch lat.
    W zeszłym miesiącu firma mało nie splajtowała, ale na szczęście Edowi udało się zdobyć kontrakt z Amer-Medem. Sieć szpitali zarabiała niewiarygodne pieniądze na transplantacjach, które, jak dowiedziała się Percey, nie kończyły się na operacjach przeszczepu serc i nerek. Największy problem stanowiło dostarczenie organu do właściwego biorcy zaledwie w ciągu kilku godzin od momentu pobrania. Często narządy przewożono samolotami rejsowymi (w chłodziarkach umieszczonych w kabinie pilotów), lecz wszystko zależało od rozkładu lotów i tras linii handlowych. Hudson Air nie miał podobnych ograniczeń. Firma zgodziła się przeznaczyć jeden samolot na obsługę kontraktu z Amer-Medem. Trasa przebiegała przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, przez Wschodnie Wybrzeże i Środkowy Zachód, z lądowaniem w sześciu czy ośmiu miejscach, do których trzeba było dostarczyć organy. Gwarantowali każdą dostawę, bez względu na deszcz, śnieg, gwałtowne zmiany wiatru, widoczność – dopóki lotnisko było otwarte i można było latać, Hudson Air dostarczał ładunek na czas.
    Pierwszy miesiąc miał być okresem próbnym. Gdyby wszystko przebiegło pomyślnie, podpisaliby osiemnastomiesięczny kontrakt, dzięki któremu firma mogłaby ocaleć.
    Widocznie Ronowi udało się jakoś zaczarować klienta, by dał im jeszcze jedną szansę, lecz gdyby „Foxtrot Bravo” nie był gotowy na jutro… Percey nie chciała nawet myśleć o takiej możliwości.
    Jadąc policyjnym wozem przez Central Park, Percey Clay przyglądała się pierwszej wiosennej zieleni. Ed uwielbiał park i często tu biegał. Dwukrotnie okrążał staw, po czym wracał do domu mokry, ze zlepionymi w strąki szpakowatymi włosami. A ja? Percey zaśmiała się ze smutkiem. Siedziała w domu zatopiona po uszy w rejestrze nawigacyjnym albo podręczniku naprawy silników turbinowych dwuprzepływowych, z papierosem albo szklaneczką wild turkey. Ed dźgał ją kościstym palcem między żebra i z uśmiechem pytał, ile niezdrowych rzeczy umie robić jednocześnie. I gdy oboje wybuchali śmiechem, zawsze ukradkiem upijał kilka łyczków burbona.
    Potem przypomniała sobie, jak się pochylał i całował ją w ramię. Kiedy się kochali, wtulony w jej ciało właśnie tam opierał twarz i Percey Clay wierzyła, że w miejscu, gdzie szyja łączyła się z jej delikatnymi ramionami, była piękna. Przynajmniej tam.
    Ed…
    Wszystkie gwiazdy wieczoru…
    Jej oczy znów wypełniły się łzami. Spojrzała w szare niebo. Wyglądało groźnie. Oceniła pułap chmur na tysiąc pięćset stóp, wiatr 090, piętnaście węzłów. Gwałtowne zmiany kierunku. Poprawiła się na siedzeniu. Palce Brita Hale’a zaciskały się mocno na jej przedramieniu. Jerry Banks o czymś gadał. Nie słuchała go.
    Percey Clay podjęła decyzję. Ponownie włączyła telefon.

Rozdział ósmy

    45 godzin – godzina trzecia

    Zawyła syrena.
    Kiedy nadjeżdżał samochód, Lincoln Rhyme spodziewał się, że za moment usłyszy efekt Dopplera. Jednak tuż pod jego domem syrena wydała krótki dźwięk i zamilkła. Chwilę później Thom wpuścił do laboratorium młodego człowieka. Modnie przystrzyżony policjant stanowy z Illinois był ubrany w niebieski mundur, który pewnie jeszcze wczoraj wyglądał nieskazitelnie, lecz teraz był pognieciony i poplamiony sadzą i błotem. Mężczyzna niedawno chyba przejechał po twarzy golarką elektryczną, ale zdołał tylko lekko naruszyć ciemny zarost, który kontrastował z jego cienkimi, żółtawymi włosami. W rękach trzymał dwie duże płócienne torby i brązową teczkę. Jego widok sprawił Rhyme’owi większą radość niż widok jakiejkolwiek z osób, które spotkał w ciągu ostatniego tygodnia.
    – Bomba! – krzyknął. – Mamy bombę!
    Policjant zdumiał się, ujrzawszy to nieco osobliwe grono stróżów prawa, potem zaniemówił, kiedy Cooper wyrwał mu torby, a Sellitto skrobnął podpis na pokwitowaniu i karcie przejęcia dowodu w sprawie, po czym wcisnął mu oba dokumenty z powrotem do ręki.
    – Dzięki, do zobaczenia – wymamrotał detektyw, odwracając się.
    Thom uśmiechnął się uprzejmie do funkcjonariusza i wyprowadził go z pokoju.
    – No dalej, Sachs – zawołał Rhyme. – Co tak stoisz! Zobacz, co tam mamy.
    Posłała mu zimny uśmiech i podeszła do stołu Coopera, gdzie technik ostrożnie rozkładał zawartość toreb.
    O co jej dzisiaj chodziło? Godzina to mnóstwo czasu na przeszukanie hangaru, jeżeli tym się przejmowała. Ale lubił, kiedy była odrobinę poirytowana. On sam zawsze funkcjonował najlepiej właśnie w takim stanie.
    – Dobrze, Thom, pomożesz nam. Tablica. Trzeba zrobić listę dowodów. Pierwszy „nagłówek” MZ jeden.
    – MZ?
    – Miejsce zbrodni – wyjaśnił ostrym tonem Rhyme. – Co jeszcze? MZ jeden, Chicago.
    Jeszcze niedawno Rhyme robił listę dowodów w sprawie na odwrocie sfatygowanego plakatu z Metropolitan Museum. Dziś miał sprzęt najnowszej generacji – kilka zamontowanych na ścianie ścieralnych tablic i kredę, której zapach przywodził mu na myśl wilgotne wiosenne dni spędzone w szkole na Środkowym Zachodzie, kiedy wyczekiwał lekcji przedmiotów ścisłych, a z pogardą odnosił się do dyktand i angielskiego.
    Asystent posłał szefowi pełne wyrzutu spojrzenie, wziął kredę, strzepnął jakiś pyłek ze swego szałowego krawata i spodni zaprasowanych na ostry jak brzytwa kant, po czym zaczął pisać.
    – Co tam mamy, Mel? Sachs, pomóż mu.
    Zaczęli wypakowywać plastikowe torebki i słoiczki z popiołem, kawałkami metalu i włókien oraz drobinami plastyku. Zebrali zawartość na porcelanowych płytkach. Ludzie, którzy przeczesywali miejsce katastrofy – jeżeli dorównywali wszystkim uczniom Rhyme’a – aby oddzielić drobiny ładunku od szczątków samolotu, musieli używać zamontowanych na wałkach magnesów, specjalnych odkurzaczy i kilku przesiewaczy o gęstych sitach.
    Rhyme, ekspert w większości dziedzin kryminalistyki, był autorytetem w kwestii bomb. Nie interesował się nimi specjalnie, dopóki Trumniarz nie podłożył swojej małej paczuszki w koszu biura przy Wall Street, gdzie zginęli dwaj technicy.
    Wówczas postanowił nauczyć się wszystkiego na temat materiałów wybuchowych. Przeprowadzał badania z jednostką pirotechniczną FBI, jedną z najmniejszych – ale najbardziej elitarnych – komórek biura, w laboratorium federalnym, którego ekipa składała się z czternastu agentów i techników. Ich zadaniem nie było odnajdywanie amatorskich ładunków wybuchowych, jak nazywano w branży bomby, ani ich rozbrajanie. Analizowali ładunki i miejsca, w których je podkładano, tropili i klasyfikowali konstruktorów bomb i ich uczniów (w pewnych kręgach produkcję bomb uważano za sztukę i uczniowie musieli ciężko pracować, by pod okiem znanych konstruktorów opanować technologię ich wytwarzania).
    Sachs grzebała w torbach.
    – Bomba nie niszczy się sama?
    – Nic nigdy nie ulega zniszczeniu, Sachs. Pamiętaj o tym. – Choć gdy podjechał na wózku do stołu i przyjrzał się bliżej resztkom, przyznał: – Rzeczywiście kiepsko to wygląda. Widzisz te kawałeczki? Kupkę aluminium po lewej? Metal jest strzaskany, a nie wygięty. To oznacza, że ładunek miał wysoką kruszność.
    – Wysoką co? – zapytał Sellitto.
    – Kruszność. Współczynnik detonacji – wyjaśnił Rhyme. – Mimo to od sześćdziesięciu do dziewięćdziesięciu procent bomb przetrzymuje wybuch. Oczywiście, nie sam ładunek. Ale zawsze zostanie tyle, żeby móc go zidentyfikować. O, mamy tu sporo materiału.
    – Sporo? – Dellray parsknął śmiechem. – To gorzej niż złożyć do kupy abecadło, co z pieca spadło.
    – Przecież nie to mamy zrobić, Fred – odparł żywo Rhyme. – Musimy tylko złapać tego sukinsyna, który je z pieca zrzucił. – Podjechał bliżej stołu. – Jak to wygląda, Mel? Bateria, przewód, detonator zegarowy. Co jeszcze? Może kawałki pojemnika albo opakowania?
    Walizki przyczyniły się do wykrycia większej liczby zamachowców niż zapalniki i mechanizmy czasowe. Nie mówiło się o tym głośno, lecz często bagaż, do którego nikt się nie przyznawał, linie lotnicze przekazywały FBI, a specjaliści federalni detonowali go, aby na podstawie skutków eksplozji opracować standardy do badań kryminalistycznych. Po zamachu bombowym w locie 103 linii Pan Am FBI zidentyfikowało sprawców nie dzięki badaniu ładunku, ale przez to, że ukryli bombę w radiu Toshiba, które leżało w walizce Samsonite razem z ubraniami. Ubrania doprowadziły agentów do sklepu w Sliemie na Malcie, a sprzedawca zidentyfikował agenta libijskiego wywiadu jako osobę, która kupiła u niego te rzeczy.
    Cooper pokręcił jednak przecząco głową.
    – Nic z miejsca detonacji poza elementami bomby.
    – Czyli ładunek nie był w walizce ani torbie – zamyślił się Rhyme. – Ciekawe, Jak on, u diabła, podrzucił to na pokład? I gdzie? Lon, przeczytaj mi raport z Chicago.
    – Trudno określić dokładną lokalizację wybuchu – czytał Sellitto – ze względu na rozległy pożar i zniszczenie samolotu. Ładunek prawdopodobnie umieszczono pod spodem, za kabiną pilotów.
    – Pod spodem i za. Ciekawe, czy jest tam luk bagażowy. Może… – Rhyme zamilkł. Głowa poruszała mu się tam i z powrotem, gdy przyglądał się torebkom z dowodami. – Chwila! – krzyknął. – Mel, daj mi popatrzeć na te kawałeczki metalu. Trzecia torebka od lewej. Aluminium. Włóż to pod mikroskop.
    Cooper połączył już wcześniej wyjście wideo swojego mikroskopu z komputerem Rhyme’a. Rhyme widział więc na ekranie to co Cooper. Technik położył na płytkach maleńkie drobiny metalu i wsunął pod soczewki.
    W chwilę potem Rhyme powiedział do mikrofonu:
    – Kursor w dół. Kliknij dwa razy.
    Obraz na monitorze powiększył się.
    – Zobacz! Poszycie samolotu zostało wepchnięte do środka.
    – Do środka? – zdziwiła się Sachs. – To znaczy, że bomba była na zewnątrz?
    – Chyba tak. Co o tym sądzisz, Mel?
    – Masz rację. Łby nitów są wgięte do środka. Wybuch nastąpił na zewnątrz, to jasne.
    – Może rakieta? – podsunął Dellray. – Ziemia-powietrze?
    Czytając raport, Sellitto powiedział:
    – Na ekranie radaru nie odnotowano żadnych punktów odpowiadających pociskom rakietowym.
    Rhyme pokręcił głową.
    – Nie, wszystko wskazuje na bombę.
    – Ale na zewnątrz? – spytał niedowierzająco Sellitto. – Nigdy o czymś takim nie słyszałem.
    – Mam wyjaśnienie – zawołał Cooper. Technik w okularach powiększających i uzbrojony w ceramiczny próbnik przeglądał kawałeczki metalu z szybkością kowboja przeliczającego krowy w stadzie. – Fragmenty metalu żelaznego. Magnesy. Nie przylegają do aluminiowego poszycia, ale pod spodem jest stal. Znalazłem drobiny żywicy epoksydowej. Bomba była przytwierdzona do kadłuba magnesami, dopóki nie chwycił klej.
    – Spójrz na ślady fal uderzeniowych na epoksydzie – zauważył Rhyme. – Klej nie zdążył stężeć, czyli podłożył bombę niedługo przed startem samolotu.
    – Można określić rodzaj epoksydu?
    – Nie. To popularna mieszanka, dostępna wszędzie.
    – Nie ma nadziei na odciski palców? Powiedz prawdę, Mel.
    Odpowiedzią był krótki sceptyczny śmiech. Mimo to Cooper począł sprawdzać kawałki, używając pióra świetlnego, lecz nie było widać nic prócz resztek ładunku.
    – Nic.
    – Chcę to powąchać – oświadczył Rhyme.
    – Powąchać? – zapytała Sachs.
    – Przy takiej kruszności możemy mieć pewność, że to materiał kruszący. Chcę wiedzieć dokładnie jaki.
    Wielu zamachowców używało materiałów miotających – substancji, które szybko się spalały, lecz nie eksplodowały, dopóki nie umieszczono ich na przykład w rurze albo pojemniku. Najpowszechniej używanym materiałem tego typu był proch. Materiały kruszące – jak plastyk albo trotyl – wybuchają w naturalny sposób i nie trzeba ich do niczego pakować. Były drogie i trudne do zdobycia. Rodzaj i źródło pochodzenia ładunku mogło wiele powiedzieć o tożsamości zamachowca.
    Sachs przyniosła torebkę do wózka Rhyme’a i otworzyła. Mocno pociągnął nosem.
    – RDX – powiedział, natychmiast rozpoznając tę woń.
    – To by się zgadzało z siłą kruszącą – rzekł Cooper. – Jak sądzisz, C-3 czy C-4? – zapytał.
    RDX był głównym składnikiem tych dwu plastycznych materiałów wybuchowych używanych przez wojsko; cywil mógł wejść w ich posiadanie tylko nielegalnie.
    – C-3 nie – odparł Rhyme, ponownie wąchając pozostałości materiału, jak gdyby to było markowe Bordeaux. – Nie ma słodkiego zapachu… W każdym razie nie tak wyraźnego. Dziwne, czuję coś jeszcze… Mel, sprawdź to w chromatografie.
    Technik wprowadził próbkę do chromatografu gazowego sprzężonego ze spektrometrem masowym. Maszyna rozkładała związek na pierwiastki, które potem identyfikowała. Mogła analizować próbki o masie milionowej części grama, a kiedy określiła ich skład, sprawdzała informacje w bazie danych, by odnaleźć nazwę własną substancji.
    Cooper przyjrzał się wynikom.
    – Masz rację, Lincoln. To RDX. Do tego olej i ciekawostka – jakaś skrobia.
    – Skrobia! – zawołał Rhyme. – To właśnie poczułem. Mączka guar.
    Cooper roześmiał się, albowiem w tej samej chwili na ekranie komputera pojawiła się ta nazwa.
    – Skąd wiedziałeś?
    – Bo to wojskowy dynamit.
    – Nie ma tu nitrogliceryny – zaprotestował Cooper. – Czyli aktywnego składnika dynamitu.
    – Nie, to nie jest prawdziwy dynamit – powiedział Rhyme. – Mieszanka RDX, trotylu, oleju silnikowego i mączki guar. Często się tego nie spotyka.
    – Materiał wojskowy? – odezwał się Sellitto. – Wskazuje na Hansena.
    – Owszem.
    Technik umieścił próbkę na stoliku mikroskopu. Obraz z mikroskopu ukazał się równocześnie na monitorze Rhyme’a. Jakieś kawałki włókien, przewody, skrawki, odłamki i pył.
    Przypomniał mu się podobny widok sprzed roku, choć widziany w zupełnie innych okolicznościach. W ciężkim mosiężnym kalejdoskopie, który kupił na urodziny przyjaciółce. Claire Tripper była piękną i elegancką kobietą. Rhyme znalazł ten kalejdoskop w sklepie w SoHo. Oboje spędzili wieczór przy butelce merlota, próbując odgadnąć, jakie egzotyczne kryształy i kamienie tworzą niesamowite obrazy, które widzieli w okularze. Wreszcie Claire, której ciekawość naukowa dorównywała ciekawości Rhyme’a, odkręciła tylną część rury i wysypała jej zawartość na stół. Wybuchnęli śmiechem. W środku były tylko skrawki metalu, drewniane wiórki, złamany spinacz biurowy, wyrwane kawałeczki żółtych stron książki telefonicznej, pinezki.
    Rhyme odłożył na bok wspomnienie i skupił się na przedmiotach, które widział na ekranie. Kawałek szarego woskowanego papieru, w który opakowany był wojskowy dynamit. Włókna – sztuczny jedwab i bawełna – z przewodu detonacyjnego, którym Trumniarz obwiązał dynamit, by się nie pokruszył. Kawałek aluminium i cienkiego kolorowego przewodu odchodzącego ze spłonki elektrycznej. Kolejny, większy kawałek przewodu i fragment elektrody węglowej z baterii, rozmiarów gumki do wycierania.
    – Zegar! – zawołał Rhyme. – Pokaż mi zegar.
    Cooper wziął ze stołu małą plastykową torebkę.
    W środku tkwiło nieruchome, zimne serce bomby.
    Urządzenie prawie zupełnie zachowało swój pierwotny kształt, co zdziwiło Rhyme’a. Aha, twoja pierwsza wpadka, powiedział w duchu do Trumniarza. Większość zamachowców opakowywała materiałem wybuchowym układ detonujący, by zniszczyć wszelkie ślady. Ale Trumniarz przypadkowo umieścił mechanizm czasowy za grubą stalową krawędzią metalowej obudowy, w której tkwiła bomba. Krawędź osłoniła mechanizm przed siłą wybuchu.
    Rhyme poczuł ukłucie w szyi, gdy się wyciągnął, by jak najlepiej przyjrzeć się powyginanej tarczy zegara.
    Cooper przypatrzył się urządzeniu.
    – Mam numer modelu i producenta.
    – Sprawdź wszystko w spisie federalnym.
    Archiwum materiałów wybuchowych FBI było największą i najbardziej szczegółową bazą danych o urządzeniach wybuchowych na świecie. Zawierało informacje na temat wszystkich bomb, jakie znaleziono na terenie Stanów Zjednoczonych, a także związane z wieloma z nich dowody. Niektóre pozycje w archiwum były już historyczne i sięgały roku 1920.
    Cooper zaczął stukać w klawiaturę komputera. Po pięciu sekundach modem zaczął działać przy akompaniamencie świstów i trzasków.
    Kilka chwil później ich prośba została spełniona.
    – Niedobrze – powiedział mężczyzna z łysiną, krzywiąc się odrobinę, co u technika było wyrazem ogromnych emocji. – Bomba nie ma żadnych wspólnych cech z typami w archiwum.
    Niemal wszyscy zamachowcy konstruują bomby według określonego schematu – uczą się technologii i ściśle się jej trzymają. (Zważywszy na naturę materiałów, lepiej z nimi nie eksperymentować). Gdyby elementy bomby Trumniarza pasowały do jakiegoś amatorskiego ładunku, który podłożono na przykład na Florydzie czy w Kalifornii, zespół mógłby zebrać dodatkowe ślady z tamtych miejsc, które być może doprowadziłyby do miejsca pobytu Trumniarza. Z praktyki wynikało, że jeżeli dwie bomby mają przynajmniej cztery wspólne cechy konstrukcyjne – a różnią się na przykład tym, że przewody w jednej są lutowane, w drugiej sklejone taśmą albo w jednej jest analogowy, a w drugiej cyfrowy mechanizm zegarowy – to prawdopodobnie zostały wyprodukowane przez tę samą osobę lub pod jej nadzorem. Bomba podłożona przez Trumniarza kilka lat temu na Wall Street była zupełnie inna niż ta. Rhyme wiedział jednak, że tamta miała inny cel. Zadaniem bomby przy Wall Street było utrudnienie śledztwa; ta miała rozerwać na części wielki samolot. Rhyme niewiele wiedział o Tańczącym Trumniarzu, ale był pewien, że bardzo starannie dobiera narzędzia do wykonania zadania.
    – Gorzej? – zapytał Rhyme, przyglądając się minie wpatrzonego w monitor Coopera.
    – Zegar.
    Rhyme westchnął. Zrozumiał.
    – Ile ich wyprodukowano?
    – Korporacja Daiwana z Seulu w zeszłym roku sprzedała ich sto czterdzieści dwa tysiące sztuk. Sklepom detalicznym, kontrahentom, posiadaczom licencji. Nie mają żadnego kodu, żeby sprawdzić, gdzie które trafiły.
    – Świetnie. Po prostu świetnie.
    Cooper czytał pozostałe informacje z ekranu.
    – Hm, ludzie z archiwum twierdzą, że bardzo ich zainteresowała nasza bomba i mają nadzieję, że dodamy ją do ich bazy danych.
    – Rzeczywiście, to nasz najważniejszy cel – rzekł zgryźliwie Rhyme.
    Mięśnie jego ramienia nagle złapał kurcz, więc musiał oprzeć głowę o zagłówek wózka. Przez kilka minut głęboko oddychał, dopóki dotkliwy ból nie zelżał, a potem nie ustąpił. Sachs, która jedyna to zauważyła, chciała do niego podejść, lecz pokręcił głową, mówiąc:
    – Ile widzisz przewodów, Mel?
    – Wygląda na to, że były tylko dwa.
    – Wielokanałowe czy światłowody?
    – Nie, po prostu zwykły drut.
    – Jakiś bocznik?
    – Nie ma.
    Bocznik był osobnym przewodem, który zamykał obwód, gdyby przy próbie rozbrojenia bomby odcięto przewód od baterii albo zegara. Wszystkie bardziej wyrafinowane bomby miały boczniki.
    – To chyba dobra wiadomość, nie? – powiedział Sellitto. – Wskazuje na to, że przestaje uważać.
    Jednak Rhyme był przekonany, że jest wręcz odwrotnie.
    – Nie sądzę, Lon. Jednym celem bocznika jest utrudnienie rozbrojenia. Skoro nie zamontował bocznika, musiał być pewien, że nikt nie znajdzie bomby, która wybuchnie tak, jak sobie zaplanował – w powietrzu.
    – Nasz chłopak musiał się zetknąć z jakimiś ludźmi, żeby zrobić coś takiego – zauważył Dellray, spoglądając na składniki bomby. – Mam informatorów, co wiedzą to i owo o dostawcach bomb.
    Fred Dellray również musiał się nauczyć o bombach więcej, niż wcześniej zamierzał. Jego wieloletni partner i przyjaciel, Toby Doolittle, parę lat temu znalazł się na parterze budynku federalnego w Oklahoma City. Zginął na miejscu w wyniku eksplozji amatorskiej bomby z nawozów sztucznych.
    Lecz Rhyme pokręcił głową.
    – Wszystko zrobiono z rzeczy, które można kupić w każdym sklepie, Fred. Z wyjątkiem materiału wybuchowego i przewodu detonatora. Prawdopodobnie dostał to od Hansena. Niech to szlag, przecież Trumniarz mógł wszystko dostać w sklepie dla radioamatorów.
    – Co? – spytała zdumiona Sachs.
    – A tak – powiedział Cooper. I dodał: – My nazywamy to sklepem „Wszystko dla bombiarzy”.
    Rhyme podjechał wózkiem bliżej kawałka stalowej obudowy, skręconego jak zmięty papier i patrzył w niego przez dłuższą chwilę.
    Potem uniósł wzrok, spoglądając w sufit.
    – Ale dlaczego przykleił ją na zewnątrz? – rozmyślał na głos. – Percey mówiła, że zawsze kręci się tam dużo ludzi. A pilot nie obchodzi samolotu przed samym startem, nie ogląda kół czy czegoś takiego?
    – Chyba tak – rzekł Sellitto.
    – Dlaczego Ed Carney ani drugi pilot tego nie zauważyli?
    – Dlatego – odezwała się nagle Sachs – że Trumniarz nie mógł podłożyć bomby, dopóki nie wiedział na pewno, kto będzie w samolocie.
    Rhyme odwrócił wózek i podjechał do niej.
    – Tak jest, Sachs! Najpierw obserwował. Gdy zobaczył, jak Carney wsiada na pokład, wiedział, że ma przynajmniej jedną z ofiar. Podłożył więc bombę po tym, jak piloci wsiedli, a przed startem samolotu. Musisz się dowiedzieć gdzie, Sachs. I przeszukać to miejsce. Ruszaj.
    – Mam tylko godzinę… teraz już nawet mniej – powiedziała ze spokojem Amelia Sachs, idąc w stronę drzwi.
    – Jeszcze jedno – zatrzymał ją Rhyme.
    Przystanęła.
    – Trumniarz jest trochę inny od wszystkich, którymi się dotychczas zajmowałaś. – Jak miał jej to wyjaśnić? – To, co widać, niekoniecznie jest tym, czym się wydaje.
    Uniosła pytająco brew. Do rzeczy.
    – Pewnie go nie ma na lotnisku Ale jeżeli zobaczysz, że ktoś na ciebie rusza… strzelaj pierwsza.
    – Co? – wybuchnęła śmiechem.
    – Najpierw martw się o siebie, potem o miejsce, które masz przeszukać.
    – Zamierzam tylko zabezpieczać miejsce – powiedziała już od drzwi. – Nie będzie się mną przejmował.
    – Posłuchaj, Amelio…
    Lecz odpowiedział mu jedynie odgłos oddalających się kroków. Znajoma sekwencja dźwięków: głuchy tupot na dębowych deskach, potem ciche kroki na perskim dywanie, wreszcie stukot na marmurze korytarza. Na koniec, jak finałowy akord, trzaśniecie frontowych drzwi.

Rozdział dziewiąty

    45 godzin – godzina trzecia

    Najlepsi żołnierze to cierpliwi żołnierze.
    Melduję, że będę o tym pamiętał.
    Stephen Kall siedział przy stole w kuchni Sheili, zastanawiając się, do jakiego stopnia nie cierpi Essie, wyliniałego kota, czy czymkolwiek to stworzenie było, i słuchając długiej rozmowy nagranej na magnetofon. Z początku chciał znaleźć i pozabijać wszystkie koty, ale zauważył, że od czasu do czasu wydają z siebie przeraźliwe wycie. Jeśli sąsiedzi byli przyzwyczajeni do tego odgłosu, nagła cisza w mieszkaniu Sheili Horowitz mogłaby nasunąć pewne podejrzenia.
    Cierpliwości… patrzył na kręcącą się szpulkę kasety. Słuchał.
    Dwadzieścia minut później usłyszał z taśmy to, co chciał usłyszeć. Uśmiechnął się. Świetnie. Wziął swój ulubiony model 40 schowany w futerale po gitarze, gdzie broń miała wygodnie jak dziecko w kołysce, a potem podszedł do lodówki. Przekrzywił głowę, nasłuchując. Hałasy ustały. Lodówka już się nie trzęsła. Poczuł ulgę, przestał się kulić, skóra przestała mu cierpnąć, gdy myślał o uwięzionym w środku robaku, teraz już zimnym i nieruchomym. Mógł bezpiecznie wyjść. Podniósł plecak i opuścił tonące w półmroku mieszkanie, wypełnione ostrym zapachem kotów, zostawiając zakurzoną butelkę wina i miliony obrzydliwych robaków.

    W teren.
    Amelia Sachs jechała przez tunel z wiosennych drzew, mając po jednej stronie skały, a po drugiej niewysoki klif. Jak okiem sięgnąć, na tle zieleni wybuchały żółte kwiaty forsycji.
    Sachs była dziewczyną z miasta, urodzoną w szpitalu na Brooklynie i przez całe życie mieszkała w tej dzielnicy. Dla niej kontakt z naturą to były wyjazdy do Prospect Park w niedziele, a na co dzień wieczorne wypady do lasów Long Island, gdzie chowała swego zwinnego czarnego dodge’a chargera przed patrolami, które polowały na nią i podobnych rajdowców amatorów.
    Teraz, za kółkiem wozu wydziału wsparcia dochodzeniowego – dużego kombi wykorzystywanego przez ekipę zabezpieczającą miejsca zbrodni – wcisnęła gaz, gwałtownie skręciła w lewo i wyprzedziła furgonetkę, której tylna szyba była ozdobiona podobizną Garfielda, odwróconą do góry nogami. Potem wjechała w boczną drogę, prowadzącą w głąb okręgu Westchester.
    Zdjęła jedną dłoń z kierownicy i nerwowym ruchem podrapała się w głowę. Po chwili, wciskając gaz do dechy, wpadła miedzy budynki przedmieścia, obskurne sklepiki i tanie kafejki.
    Myślała o bombach, o Percey Clay.
    I o Lincolnie Rhymie.
    Dzisiaj wyglądał, jakby coś się w nim zmieniło. Coś ważnego. Pracowali razem już od roku, od kiedy siłą odsunął ją od upragnionego zadania w wydziale spraw publicznych, żeby pomogła mu schwytać seryjnego porywacza. W tym czasie Sachs przeżywała kryzys życiowy – sprawa poszła źle, a skandal korupcyjny w departamencie pozbawił ją złudzeń do tego stopnia, że zaczęła rozważać odejście ze służby. Jednak Rhyme nie pozwolił jej tego zrobić. Tak po prostu. Mimo że był tylko cywilnym konsultantem, udało mu się załatwić jej przeniesienie do wydziału wsparcia dochodzeniowego. Z początku protestowała, ale wkrótce przestała udawać niechęć; naprawdę pokochała tę pracę. Uwielbiała też pracować z Rhyme’em, którego przenikliwa inteligencja dodawała jej energii, onieśmielała, ale była też – do czego Sachs nie przyznawała się przed nikim – cholernie pociągająca.
    Co nie znaczy, że umiała zrozumieć go do końca. Lincoln Rhyme był ostrożnym graczem i nie pokazywał jej kart.
    Strzelaj pierwsza…
    O co mu chodziło? Na miejscu zbrodni użycie broni jest ostatecznością, jeżeli – naprawdę nie można tego uniknąć. Strzał mógł zanieczyścić teren węglem, siarką, rtęcią, antymonem, ołowiem, miedzią i arsenem, a emisja gazów groziła zniszczeniem kluczowych dowodów. Rhyme sam opowiadał jej o tym, jak musiał zastrzelić sprawcę ukrywającego się na miejscu zbrodni i najbardziej zmartwił się tym, że strzał zepsuł większość mikrośladów. (A gdy Sachs w nadziei, że wreszcie udało się jej pomyśleć szybciej niż on, powiedziała: „Przecież to i tak nie miało znaczenia. Stuknąłeś sprawcę, nie?”, Rhyme odparł zgryźliwie: „A jeżeli miał wspólników, hm? Co wtedy?”).
    Cóż takiego różniło Tańczącego Trumniarza od innych, poza idiotycznym przydomkiem i faktem, że był odrobinę sprytniejszy od typowego żołnierza mafii czy płatnego mordercy?
    Przeszukać hangar w godzinę? Sachs wydawało się, że zgodził się na to tylko ze względu na Percey. Zupełnie do niego niepodobne. Rhyme potrafił nie wpuszczać nikogo na miejsce zbrodni przez kilka dni, jeżeli uznał to za konieczne.
    Dręczyły ją te pytania, a nie cierpiała pytań bez odpowiedzi.
    Nie miała już jednak czasu na rozważania. Skręciła w szeroką bramę lotniska Mamaroneck, położonego na skraju lasu w okręgu Westchester na północ od Manhattanu. Panował tu duży ruch. Przy liniach lotniczych pracowały firmy usługowe – United Express, American Eagle – lecz większość samolotów nie miała żadnych oznaczeń, zapewne ze względów bezpieczeństwa.
    Przy wjeździe stało kilku policjantów ze stanowej, sprawdzając dokumenty wszystkim wchodzącym. W pierwszej chwili nie rozpoznali rudowłosej piękności, kiedy zatrzymała wóz – była ubrana po cywilnemu, w dżinsy, kurtkę i czapkę baseballową. Zaraz jednak machnęli ręką, zezwalając na wjazd. Kierując się tablicami informacyjnymi, znalazła szary budynek Hudson Air Charters, który stał na końcu rzędu terminali linii lotniczych.
    Zaparkowała przed wejściem i wyskoczyła z samochodu. Przedstawiła się dwóm policjantom trzymającym straż przy hangarze, w którym stał lśniący srebrem samolot. Ucieszyła się, że miejscowa policja ogrodziła taśmą hangar i płytę przy wjeździe. Zaniepokoiły ją jednak rozmiary miejsca, które miała przeszukać.
    Godzina? Mogła tu spędzić cały dzień.
    Wielkie dzięki, Rhyme.
    Pobiegła do biura.
    Znajdowało się tu kilkanaście osób zbitych w małe grupki, kobiety i mężczyźni, niektórzy ubrani w garnitury, inni w kombinezony robocze. Większość z nich miała po dwadzieścia-trzydzieści kilka lat. Sachs pomyślała, że do wczoraj pewnie wszyscy tryskali entuzjazmem właściwym młodym ludziom. Teraz twarze zdradzały smutek, który w widoczny sposób ich postarzał.
    – Czy jest tu Ron Talbot? – zapytała, pokazując srebrną odznakę.
    Podeszła do niej najstarsza osoba w biurze – pięćdziesięciokilkuletnia kobieta z trwałą ondulacją, ubrana w paskudną sukienkę.
    – Jestem Sally Anne McCay – przedstawiła się. – Kieruję biurem. Jak się czuje Percey?
    – Dobrze – odrzekła ostrożnie Sachs. – Gdzie jest pan Talbot?
    Z pokoju obok wyszła trzydziestokilkuletnia brunetka w pogniecionej niebieskiej sukience i otoczyła ramieniem Sally Anne. Starsza kobieta ścisnęła jej rękę.
    – Lauren, dobrze się czujesz?
    Na zapuchniętej twarzy Lauren wciąż malował się szok. Zapytała Sachs:
    – Wiadomo już, co się stało?
    – Właśnie zaczynamy śledztwo… Gdzie znajdę pana Talbota?
    Ocierając łzy, Sally Anne pokazała oczyma gabinet w rogu. Sachs podeszła do drzwi. W środku siedział zwalisty mężczyzna; jego podbródek okrywał zarost, a siwa czupryna była nieuczesana. Ślęczał nad wydrukami komputerowymi, oddychając ciężko. Uniósł znad papierów ponure spojrzenie. Wyglądało na to, że on też wcześniej płakał.
    – Sierżant Amelia Sachs z Departamentu Policji Nowego Jorku – powiedziała.
    Skinął głową.
    – Macie go już? – zapytał, spoglądając za okno, jak gdyby spodziewał się ujrzeć wzlatującego w niebo ducha Eda Carneya. Zaraz jednak popatrzył na nią. – Zabójcę?
    – Trzeba sprawdzić kilka tropów. – Amelia Sachs, gliniarz w drugim pokoleniu, do perfekcji opanowała sztukę udzielania wymijających odpowiedzi.
    W drzwiach stanęła Lauren.
    – Nie mogę uwierzyć, że już go nie ma – wykrztusiła głosem drgającym od smutku. – Kto mógł zrobić coś takiego? Kto?
    Pełniąc służbę patrolową, Sachs często przekazywała złe nowiny najbliższym osobom ofiary. Nigdy się jednak nie przyzwyczaiła do rozpaczy, którą słyszała w głosach rodziny i przyjaciół zmarłego.
    – Lauren – Sally Anne wzięła ją pod ramię – Lauren, lepiej idź do domu.
    – Nie! Nie chcę wracać do domu. Chcę wiedzieć, kto to zrobił! Och, Ed…
    Wchodząc do gabinetu Talbota, Sachs powiedziała:
    – Musi mi pan pomóc. Zdaje się, że zabójca umieścił bombę na zewnątrz samolotu, pod kabiną pilotów. Musimy się dowiedzieć gdzie.
    – Na zewnątrz? – Talbot zmarszczył brwi. – Jak?
    – Przytwierdził magnesami i przykleił. Klej nie zdążył dobrze stężeć, wniosek więc z tego taki, że zrobił to na krótko przed startem.
    Talbot kiwnął głową.
    – Zrobię, co będę mógł.
    Pokazała wiszący u pasa walkie-talkie.
    – Połączę się z moim szefem, który jest na Manhattanie. Zadamy panu kilka pytań. – Włączyła motorolę i nałożyła słuchawkę z mikrofonem.
    – Rhyme? Jestem na miejscu. Słyszysz mnie?
    Choć używali specjalnej częstotliwości operacyjnej i zgodnie z procedurą ustaloną przez Departament Łączności powinni zacząć od rytualnego wywołania i wymiany kodów cyfrowych, Sachs i Rhyme rzadko przejmowali się żargonem radiowym. Dziś też go zlekceważyli. W słuchawce odezwał się głos Rhyme’a, przekazany przez Bóg wie ile satelitów.
    – Słyszę. Długo jechałaś.
    Nie przeginaj, Rhyme.
    Zwróciła się do Talbota:
    – Gdzie był samolot, zanim wystartował? Powiedzmy, godzinę, godzinę i kwadrans przed startem?
    – W hangarze – odparł Talbot.
    – Sądzi pan, że zabójca mógł się tam dostać? Już po tym… jak wy to nazywacie? Po inspekcji pilota?
    – Po przeglądzie. Przypuszczam, że to możliwe.
    – Ależ cały czas są tam jacyś ludzie – odezwała się Lauren, atak szlochu minął i kobieta otarła już twarz. Uspokoiła się, a rozpacz w jej oczach zastąpił wyraz determinacji.
    – Można spytać panią o nazwisko?
    – Lauren Simmons.
    – Lauren jest zastępcą kierownika technicznego – rzekł Talbot. – Pracuje ze mną.
    – Całą dobę razem ze Stu – ciągnęła Lauren – naszym głównym mechanikiem… naszym byłym głównym mechanikiem… pracowaliśmy nad wyposażeniem samolotu. Gdyby ktoś kręcił się w pobliżu, na pewno byśmy go zauważyli.
    – Czyli – powiedziała Sachs – podłożył bombę dopiero wtedy, gdy samolot wyjechał z hangaru.
    – Chronologicznie! – wrzasnął w słuchawce głos Rhyme’a. – Gdzie był samolot pomiędzy wyjazdem z hangaru i startem?
    Sachs przekazała jego pytanie, a Talbot i Lauren zaprowadzili ją do sali konferencyjnej. W pomieszczeniu były mapy, rozkłady lotów, setki książek, notatników i stosy papierów. Lauren rozwinęła dużą mapę lotniska. Widniały na niej numery i symbole, których Sachs nie rozumiała, choć budynki i drogi rozrysowano dość czytelnie.
    – Żaden samolot nie może przesunąć się nawet o cal – tłumaczył szorstkim barytonem Talbot – bez pozwolenia kontroli naziemnej. „Charlie Juliet” był…
    – Co? „Charlie”…?
    – To numer samolotu. Nazywamy wszystkie ostatnimi literami numeru rejestracyjnego. Widzi pani numer na kadłubie? Tamten miał CJ, więc nazywaliśmy go „Charlie Juliet”. Stał w hangarze, tutaj… – Stuknął palcem w mapę. – Zakończyliśmy załadunek…
    – Kiedy? – odezwał się Rhyme tak głośno, że Sachs nie zdziwiłaby się, gdyby Talbot usłyszał jego pytanie. – Musimy znać dokładny czas!
    Rejestr pokładowy „Charlie Juliet” spalił się na popiół, a taśmy Federalnego Urzędu Lotnictwa z zapisem czasu nie poddano jeszcze transkrypcji. Lauren zaczęła przeglądać wewnętrzne zapisy firmy.
    – Wieża pozwoliła im kołować o dziewiętnastej szesnaście. O dziewiętnastej trzydzieści zgłosili gotowość do startu.
    Rhyme wszystko słyszał.
    – Czternaście minut. Zapytaj ich, czy w tym czasie samolot zatrzymał się gdzieś poza zasięgiem ich wzroku.
    Sachs posłusznie przekazała pytanie i Lauren odrzekła:
    – Prawdopodobnie tu. – Pokazała na mapie.
    Wąski pas drogi do kołowania, długości około dwustu stóp. Od reszty lotniska odgradzał go rząd hangarów. Kończył się skrzyżowaniem z pasem startowym.
    – O, na dodatek ślepy punkt KL.
    – Zgadza się – przytaknął Talbot, jak gdyby było to coś ważnego.
    – Przetłumacz! – zatrzeszczał w słuchawce Rhyme.
    – Czyli? – spytała Sachs.
    – Poza zasięgiem widoczności z wieży kontroli lotów – wyjaśniła Lauren. – Ślepy punkt.
    – Tak! – odezwał się głos w słuchawce. – Dobra, Sachs. Zabezpiecz i przeszukaj. Hangar zwolnij.
    – Nie będziemy wchodzić do hangaru – oznajmiła Talbotowi. – Chcę jednak zamknąć tę drogę do kołowania. Może pan dać znać wieży? Żeby skierowali ruch inną drogą?
    – Chyba mogę – rzekł z powątpiewaniem. – Nie spodoba im się to.
    – Jeżeli będą jakieś kłopoty, proszę zadzwonić do Thomasa Perkinsa – powiedziała Sachs. – Jest szefem biura FBI na Manhattanie. Zwróci się bezpośrednio do Federalnego Urzędu Lotnictwa.
    – Do Urzędu? W Waszyngtonie? – spytała Lauren.
    – Właśnie tego.
    Talbot uśmiechnął się blado.
    – Dobrze.
    Sachs ruszyła w kierunku drzwi, przystanęła i spojrzała na zatłoczoną płytę lotniska.
    – Mam samochód – powiedziała do Talbota. – Czy jeżdżąc po lotnisku, trzeba robić coś szczególnego?
    – Tak – odparł. – Niech pani stara się nie zderzyć z żadnym samolotem.

2

STREFA RAŻENIA
    Ptak sokolnika, nawet oswojony i oddany swemu panu, zachowuje instynkty i zwyczaje dzikiego zwierzęcia, jak każde zwierzę żyjące z człowiekiem. Przede wszystkim jest łowcą.
    „Sokoły moja pasja”
    Stephen Bodio

Rozdział dziesiąty

    45 godzin – godzina trzecia

    – Jestem na miejscu, Rhyme – oznajmiła.
    Sachs wysiadła z samochodu, nałożyła na dłonie rękawiczki lateksowe i gumowe ochraniacze na buty, aby nie zatrzeć śladów sprawcy. Tak ją uczył Rhyme.
    – Co to znaczy na miejscu, Sachs? – spytał.
    – Na skrzyżowaniu dróg do kołowania. Między rzędami hangarów. To tutaj zatrzymał się przed startem samolot Carneya.
    Spojrzała z niepokojem na stojące w oddali drzewa. Był pochmurny, wilgotny dzień, a w powietrzu wisiała następna burza. Sachs czuła się zupełnie odsłonięta. Możliwe, że Trumniarz tu był – wrócił by zniszczyć pozostawione dowody, albo chciał zabić policjanta, żeby utrudnić śledztwo. Jak wtedy na Wall Street dwa lata temu, gdy bomba zabiła techników Rhyme’a.
    Strzelaj pierwsza…
    Niech cię szlag, Rhyme, ale mnie nastraszyłeś! Dlaczego chcesz mi wmówić, że ten facet przenika przez ściany i pluje trucizną?
    Z bagażnika kombi Sachs wyciągnęła skrzynkę PoliLight i duży neseser, w którym miała potrzebne narzędzia: śrubokręty, klucze, młotki, przecinaki do drutu, noże, zestaw do zbierania odcisków linii papilarnych, ninhydrynę, pincetę, szczotki, szczypce, nożyczki, kleszcze o giętkich końcówkach, zestaw do zabezpieczania pozostałości po strzałach, ołówki, plastykowe i papierowe torebki, taśmę ochronną…
    Po pierwsze, ustalić granice miejsca zbrodni.
    Otoczyła cały teren żółtą taśmą policyjną.
    Po drugie, wziąć pod uwagę media, zasięg obiektywów kamer i mikrofonów.
    Nie ma dziennikarzy. Na razie. Dzięki ci, Panie.
    – Co mówisz, Sachs?
    – Dziękuję Bogu, że nie ma reporterów.
    – Niezła modlitwa. Ale powiedz mi, co robisz.
    – Zabezpieczam teren.
    – Znajdź… wejście i wyjście – powiedział.
    Krok trzeci, ustalić drogę, którą przyszedł i odszedł sprawca – będzie to drugie miejsce do zabezpieczenia.
    Nie miała jednak pojęcia, skąd mógł nadejść. Może przekradł się między hangarami, przyjechał wózkiem bagażowym, cysterną…
    Sachs nałożyła gogle i zaczęła omiatać pas drogi piórem PoliLight. Nie działało tak dobrze jak w ciemnym pokoju, ale dzięki nisko wiszącym chmurom w upiornym żółtozielonym świetle widziała różne plamy i smugi. Śladów stóp nie było.
    – Wczoraj wieczorem spryskali drogę – zawołał jakiś głos za nią.
    Sachs obróciła się na pięcie z ręką na glocku, nieznacznie wysuwając broń z kabury.
    Nigdy nie byłam taka nerwowa, Rhyme. To twoja wina.
    Przy żółtej taśmie stało kilku mężczyzn w kombinezonach ochronnych. Podeszła do nich ostrożnie, przyglądając się zdjęciom na ich identyfikatorach. Wszystkie pasowały do twarzy właścicieli. Oderwała dłoń od pistoletu.
    – Codziennie wieczorem myją pas wodą pod ciśnieniem. Mówię, bo chyba pani czegoś szuka.
    – Pod wysokim ciśnieniem – dodał drugi.
    Świetnie. Wszystkie dowody, najdrobniejszy ślad, każde włókienko, jakie spadło z Trumniarza, szlag trafił.
    – Widzieliście tu kogoś wczoraj wieczorem?
    – A to ma coś wspólnego z bombą?
    – Około dziewiętnastej piętnaście? – nie ustępowała.
    – Nie. Tu nikt nie przychodzi. Hangary są zupełnie puste. Pewnie je kiedyś rozbiorą.
    – A wy co tu robicie?
    – Zobaczyliśmy policję – bo pani jest z policji, nie? I przyszliśmy popatrzeć. Chodzi o bombę, nie? Kto to zrobił? Araby? Może jakaś pieprzona ochotnicza milicja?
    Odgoniła ich i powiedziała do mikrofonu:
    – Wczoraj wieczorem umyli drogę do kołowania, Rhyme. Zdaje się, że strumieniem wody pod ciśnieniem.
    – O, nie.
    – Podobno też…
    – Halo? – usłyszała zza pleców.
    Odwróciła się z westchnieniem, spodziewając się zobaczyć wracających robotników. Nowym gościem był jednak jakiś gliniarz z okręgowej, w czapce drogówki i szarych spodniach o ostrych jak brzytwa kantach. Pochylił się i przeszedł pod żółtą taśmą.
    – Przepraszam – zaprotestowała – ale na ten teren nie ma wstępu.
    Zwolnił, lecz się nie zatrzymał. Sprawdziła jego identyfikator – wszystko się zgadzało. Na zdjęciu przypominał trochę faceta z okładki czasopisma z męską modą.
    – To ty jesteś tą policjantką z Nowego Jorku, tak? – Roześmiał się dźwięcznie. – Fajne tam mają mundury – dodał, obrzucając znaczącym spojrzeniem jej obcisłe dżinsy.
    – Teren jest zamknięty.
    – Mogę pomóc. Skończyłem szkolenie z badań kryminalistycznych. Normalnie pracuję na autostradzie, ale brałem udział w śledztwach. Masz fantastyczne włosy. Pewnie nieraz ci o tym mówili?
    – Naprawdę muszę prosić…
    – Jestem Jim Everts.
    Strzeż się przechodzenia na ty; przylepia się to do ciebie jak rzep.
    – Sierżant Sachs, departament nowojorski.
    – Ale historia z tą bombą. Jakaś brudna sprawa.
    – Słuchaj, Jim, taśma jest po to, żeby nikt tu nie wchodził. Skoro chcesz pomóc, mógłbyś łaskawie wrócić na drugą stronę?
    – Zaraz. Nikt, czyli policjanci też nie?
    – Też.
    – Czyli ja też nie?
    – Nie da się ukryć.
    Istniało pięć klasycznych czynników stanowiących zagrożenie dla materiałów dowodowych na miejscu zbrodni: pogoda, krewni ofiary, podejrzani, kolekcjonerzy pamiątek i najgorszy z nich – inni gliniarze.
    – Niczego nie dotknę. Przysięgam. Wystarczy mi, że będę patrzył, jak pracujesz, złotko.
    – Sachs – szepnął Rhyme. – Powiedz mu, żeby stamtąd spieprzał.
    – Jim, spieprzaj z mojego miejsca zbrodni.
    – Inaczej złożysz na niego raport.
    – Inaczej złożę na ciebie raport.
    – Uuu, jesteś do tego zdolna, prawda? – Uniósł ręce, poddając się. Z jego ust zniknął ostatni ślad uwodzicielskiego uśmieszku.
    – Do roboty, Sachs.
    Gliniarz odszedł powoli, unosząc ze sobą swoją dumę. Odwrócił się jeszcze, ale nie przyszła mu do głowy żadna cięta riposta.
    Amelia Sachs przystąpiła do systematycznego badania terenu, chodząc po siatce.
    Było kilka różnych sposobów przeszukiwania miejsc zbrodni. Wstęgowe – gdy chodziło się po torze serpentyny – zwykle stosowano na otwartym terenie, ponieważ w ten sposób można było zbadać spory obszar w dość krótkim czasie. Rhyme nigdy o czymś takim nie chciał słyszeć. On wolał siatkę, czyli dokładne przeszukanie terenu w jednej płaszczyźnie, krok po kroku, tam i z powrotem, a potem w kierunku prostopadłym. Kiedy Rhyme kierował wydziałem, „chodzenie po siatce” stało się synonimem zabezpieczania miejsca zbrodni i biada policjantowi, którego przyłapał na chodzeniu skrótami albo oddawaniu się marzeniom podczas robienia siatki.
    Sachs przez godzinę chodziła tam i z powrotem. Polewaczka mogła zlikwidować odciski palców i mikroślady, lecz na pewno nie zniszczyłaby żadnego większego przedmiotu upuszczonego przez Trumniarza ani nie popsułaby śladów stóp czy odcisków innych części ciała w błocie obok drogi. Nic jednak nie znalazła.
    – Do diabła, Rhyme, nic nie ma.
    – Sachs, założę się, że jest mnóstwo dowodów. Musisz się bardziej postarać niż przy innych okazjach. Pamiętaj, że Trumniarz nie jest taki jak większość sprawców.
    Ten znowu swoje.
    – Sachs. – Jego cichy głos zabrzmiał szalenie zmysłowo, aż zadrżała. – Wejdź w niego – wyszeptał. – Wiesz, co mam na myśli.
    Och, wiedziała doskonale. Nie cierpiała tego, ale tak, wiedziała, o co chodzi Rhyme’owi. Najlepsi kryminalistycy potrafili odnaleźć takie miejsce w swoim umyśle, gdzie granica między ścigającym a ściganym właściwie przestawała istnieć. Poruszali się po miejscu zbrodni nie jak policjanci szukający śladów, ale jakby byli sprawcami, wczuwając się w ich emocje, pragnienia i lęki. Rhyme posiadł ów talent. Sachs też, chociaż próbowała temu zaprzeczać. (Miesiąc temu zabezpieczała miejsce zbrodni – ojciec rodziny zamordował żonę i dziecko – i jako jedyna zdołała odnaleźć narzędzie zbrodni. Po zamknięciu sprawy nie mogła pracować przez tydzień, bo dręczyły ją wspomnienia, jak gdyby to rzeczywiście ona zakłuła nożem ofiary. Widziała ich twarze, słyszała krzyki).
    Upłynęła chwila milczenia.
    – Mów do mnie – odezwał się Rhyme. Nareszcie z jego głosu zniknęło zdenerwowanie. – Jesteś nim. Idziesz drogą, którą on szedł, myślisz tak jak on.
    Oczywiście nieraz już tak do niej mówił. Lecz teraz – bo w przypadku Trumniarza wszystko było inaczej – wydawało się jej, że Rhyme’owi chodzi o coś więcej niż ukryte dowody. Nie, miała wrażenie, że Rhyme obsesyjnie chce poznać sprawcę. Kim jest, dlaczego zabija.
    Jeszcze raz przeszedł ją dreszcz. W myślach ujrzała wczorajszy wieczór. Światła na płycie lotniska, ryk silników odrzutowych, zapach spalin.
    – No, Amelio, jesteś nim. Jesteś Tańczącym Trumniarzem. Wiesz, że w samolocie jest Ed Carney, wiesz, że musisz podłożyć na pokładzie bombę. Pomyśl nad tym przez minutę.
    I myślała, starając się wzbudzić w sobie chęć zabijania.
    – Jesteś doskonała – ciągnął melodyjnym, niesamowitym głosem. – Nie masz żadnych oporów moralnych. Możesz zabić każdego, zrobisz wszystko, żeby osiągnąć cel. Odwracasz od siebie uwagę, wykorzystujesz innych ludzi… Twoją najniebezpieczniejszą bronią jest podstęp.
    Leżę i czekam.
    Moja najniebezpieczniejsza broń…
    Zamknęła oczy.
    …to podstęp.
    Sachs poczuła cień nadziei, budzący się w niej instynkt czujnego łowcy.
    – Rhyme…
    – Możesz spróbować jakoś odwrócić od siebie uwagę ludzi na lotnisku? – ciągnął cicho.
    Otworzyła oczy.
    – Teren jest zupełnie pusty. Nic nie może odwrócić uwagi pilotów.
    – Gdzie się chowasz?
    – Wszystkie hangary są pozamykane. Trawa jest za niska, żeby się w niej ukryć. Nie ma żadnych ciężarówek ani zbiorników z paliwem. Żadnych dróżek. Żadnych zakamarków.
    Skurcz rozpaczy. Co ja teraz zrobię? Muszę podłożyć bombę. Nie mam czasu. Te światła… wszędzie jasno. Co mam robić?
    – Nie mogę się ukryć po drugiej stronie hangarów – powiedziała. – Za dużo tam robotników. Będę na widoku. Zobaczą mnie.
    Przez głowę Sachs przemknęło, nie pierwszy raz, pytanie – skąd Lincoln Rhyme wziął tę moc, pozwalającą mu zmieniać ją w kogoś innego. Czasem ją to złościło. Czasem ekscytowało.
    Padła na kolana, zapominając o zapaleniu stawów, które nękało ją z przerwami od dwudziestych trzecich urodzin, czyli od dziesięciu lat.
    – Teren jest otwarty. Widać mnie jak na dłoni.
    – O czym myślisz?
    Szukają mnie, a ja nie mogę pozwolić, by mnie znaleźli. Nie mogę!
    To ryzykowna gra. Trzeba zostać w ukryciu. Nie pokazywać się.
    Nigdzie nie można się schować.
    Jeżeli mnie zobaczą, to koniec. Znajdą bombę, dowiedzą się, że chcę zabić wszystkich troje świadków. Dadzą im bezpieczne schronienie. Wtedy nigdy ich nie dopadnę. Nie mogę na to pozwolić.
    Czując panikę, która musiała towarzyszyć Trumniarzowi, Sachs zawróciła do jedynej możliwej kryjówki. Hangaru przy drodze do kołowania. Jedyne okno w ścianie od strony płyty lotniska było wybite. Miało trzy na cztery stopy, lecz nie zwróciła na nie uwagi, ponieważ zakrywała je gnijąca sklejka, przybita do ramy od wewnątrz.
    Wolno podeszła do hangaru. Na ziemi przed nim wysypano żwir, bez żadnych śladów stóp.
    – Rhyme, jest tu zabite deską okno. Od środka. Szyba wybita, są resztki szkła.
    – Resztki szyby są brudne?
    – Okropnie.
    – A brzegi?
    – Brzegi są czyste. – Zrozumiała, dlaczego o to zapytał. – Ktoś wybił szybę niedawno!
    – Zgadza się. Wypchnij tę deskę.
    Sklejka wpadła do hangaru bez żadnego oporu, uderzając z hałasem o podłogę.
    – Co to było? – wrzasnął Rhyme. – Sachs, nic ci nie jest?
    – To tylko sklejka – odpowiedziała, a jego niepokój znów przejął ją lękiem.
    Oświetliła wnętrze hangaru latarką halogenową. Nikogo.
    – Co widzisz, Sachs?
    – Pusto. Tylko kilka zakurzonych skrzynek. Żwir na podłodze…
    – To on! – przerwał Rhyme. – Wybił okno i wrzucił trochę żwiru, żeby mógł na nim stanąć, nie zostawiając śladów. Stary trik. Są przed oknem jakieś odciski stóp? Założę się, że tylko trochę żwiru – dodał kwaśno.
    – Rzeczywiście.
    – Dobra. Sprawdź okno. Potem wejdź do hangaru. Przede wszystkim uważaj na bomby pułapki. Pamiętaj o tamtym koszu na śmieci sprzed kilku lat.
    Przestań, Rhyme! Przestań.
    Sachs jeszcze raz skierowała snop światła do środka.
    – Czyściutko, Rhyme. Nie widzę żadnych pułapek. Obejrzę ramę okna.
    PoliLight nie wykazał nic, poza ledwie widocznym odciskiem pozostawionym przez palec w bawełnianej rękawiczce.
    – Nie ma ani jednego włókienka, tylko odcisk tkaniny bawełnianej.
    – Jest coś w hangarze? Coś, co warto ukraść?
    – Nie. Pusto.
    – To dobrze – odrzekł Rhyme.
    – Dlaczego dobrze? Mówiłam, że nie ma żadnych odcisków.
    – Ach, ale to znaczy, że to on, Sachs. Czy ktoś inny włamywałby się do hangaru w bawełnianych rękawiczkach, skoro w środku nic nie ma? Przecież to by było bezsensowne.
    Dokładnie zbadała teren. Nie było odcisków stóp ani palców, żadnych widocznych dowodów. Specjalnym odkurzaczem wciągnęła materiał z podłogi, umieszczając filtr w torebce.
    – Szkło i żwir też? – spytała. – Do papierowej torebki?
    – Tak.
    Często materiał dowodowy niszczyła wilgoć i choć mogło się to wydawać nieprofesjonalne, niektóre dowody najlepiej było transportować w papierowych torebkach zamiast w plastykowych.
    – Dobra, Rhyme. Za czterdzieści minut wszystko otrzymasz.
    Rozłączyli się.
    Ostrożnie pakując torebki do bagażnika służbowego kombi, Sachs zauważyła, że się zdenerwowała, jak zwykle gdy nie udało się jej znaleźć żadnego niezbitego dowodu – broni palnej, noża albo portfelu sprawcy. Materiał, który zebrała, być może zawierał jakąś informację na temat Trumniarza i jego kryjówki. Równie dobrze jednak cały wysiłek mógł się zdać psu na budę. Zależało jej, by jak najprędzej wrócić do laboratorium Rhyme’a i zobaczyć, czy on coś w tym znajdzie.
    Wskoczyła za kierownicę i pojechała z powrotem do biura Hudson Air. Wbiegła do gabinetu Rona Talbota. Ron rozmawiał z wysokim mężczyzną, który stał odwrócony do drzwi plecami. Sachs powiedziała:
    – Wiem, gdzie się ukrywał, panie Talbot. Teren jest już wolny. Może pan przekazać wieży…
    Mężczyzna odwrócił się. To był Brit Hale. Zmarszczył brwi, usiłując przypomnieć sobie jej nazwisko.
    – Ach, sierżant Sachs. Witam.
    Odruchowo chciała odwzajemnić pozdrowienie, lecz powstrzymała się.
    Co on tu robił? Przecież miał siedzieć w bezpiecznym domu.
    Usłyszała cichy płacz i zajrzała do sali konferencyjnej. Obok Lauren, ładnej brunetki, która była zastępczynią Talbota, siedziała Percey Clay. Lauren płakała, a Percey z determinacją próbowała ją pocieszać. Uniosła oczy, zobaczyła Sachs i skinęła jej głową.
    Nie, nie, nie…
    Po chwili trzecia niespodzianka.
    – Cześć, Amelio – powiedział wesoło Jerry Banks, popijając kawę przy oknie, przez które przed chwilą oglądał lśniącego learjeta. – Robi wrażenie taki samolot, co?
    – Co wy tu robicie? – zapytała ostro, wskazując Hale’a i Percey, zapominając, że Banks jest starszy stopniem.
    – Mieli jakieś kłopoty z mechanikiem – rzekł Banks. – Percey chciała tu na chwilę wpaść, żeby spróbować…
    – Rhyme – krzyknęła Sachs do mikrofonu. – Ona tu jest.
    – Kto? – odezwał się zrzędliwy głos. – I co to znaczy „tu”?
    – Percey. I Hale. Na lotnisku.
    – Nie! Przecież mieli być w bezpiecznym domu.
    – Ale nie są. Mam ich przed sobą.
    – Nie, nie, nie! – krzyknął wściekle Rhyme. Po chwili dodał spokojniej: – Zapytaj Banksa, czy przynajmniej jechali tak, żeby zgubić ewentualny ogon.
    Banks z ociąganiem przyznał, że nie.
    – Percey upierała się, żeby tu wstąpić. Próbowałem ją namawiać…
    – Jezu, Sachs. On tam gdzieś jest. Trumniarz. Wiem, że tam jest.
    – Jak to? – Jej wzrok powędrował za okno.
    – Zatrzymaj ich – rzekł Rhyme. – Dellray przyśle wam z White Plains samochód opancerzony.
    Percey usłyszała zamieszanie w gabinecie.
    – Pojadę do tej twierdzy za jakąś godzinę. Muszę znaleźć mechanika, który…
    Sachs uciszyła ją gestem i powiedziała:
    – Jerry, zatrzymaj ich tu. – Pobiegła do drzwi i wyjrzała na szarą połać lotniska; po pasie startowym mknął z rykiem samolot śmigłowy. Przysunęła mikrofon bliżej ust.
    – Jak, Rhyme? – zapytała głośno. – Jak nas może zaatakować?
    – Nie mam pojęcia. Jest zdolny do wszystkiego.
    Sachs starała się ponownie wejść w umysł Trumniarza, ale na próżno. Jedyne, co przychodziło jej do głowy, to podstęp.
    – Jak dobrze jest zabezpieczone lotnisko? – zapytał Rhyme.
    – Dość szczelne. Ogrodzenie ze stalowej siatki. Blokada policyjna przy wjeździe, sprawdzają wszystkim przepustki i legitymują.
    – Ale nie legitymują policjantów, prawda?
    Sachs spojrzała na umundurowanych funkcjonariuszy, przypominając sobie, jak łatwo ją wpuścili.
    – Do diabła, Rhyme, tu jest kilkanaście wozów policyjnych i parę cywilnych. Nie znam detektywów ani mundurowych… Każdy z nich mógłby nim być.
    – Dobrze, Sachs. Słuchaj, dowiedz się, czy nie zaginął żaden z miejscowych gliniarzy. W ciągu ostatnich dwóch, trzech godzin. Trumniarz mógł któregoś zabić i ukraść jego legitymację i mundur.
    Sachs zawołała jednego ze stanowych, dokładnie przyjrzała się jego twarzy i legitymacji, uznając, że jest prawdziwy. Powiedziała:
    – Sądzimy, że zabójca może być w pobliżu, prawdopodobnie w przebraniu policjanta. Chcę, żebyś sprawdził wszystkich, którzy tu są. Gdyby trafił się jakiś nieznany, daj mi znać. Dowiedz się też u dyspozytora, czy w ciągu ostatnich kilku godzin nie zaginął żaden gliniarz z waszego rejonu.
    – Zajmę się tym.
    Wróciła do biura. Na oknach nie było rolet, więc Banks zaprowadził Percey i Hale’a do wewnętrznego gabinetu.
    – Co się dzieje? – zapytała Percey.
    – Za pięć minut stąd wyjeżdżacie – odrzekła Sachs, spoglądając za okno i próbując odgadnąć, jak Trumniarz może zaatakować. Nie miała zielonego pojęcia.
    – Dlaczego? – zapytała lotniczka, marszcząc brwi.
    – Mamy wrażenie, że człowiek, który zabił pani męża, jest tutaj. Albo w drodze na lotnisko.
    – Przestańcie. Płyta jest obstawiona policją. Bezpieczniej być nie może, muszę…
    – Bez dyskusji – ucięła ostro Sachs.
    Mimo to Percey nie zamierzała dać za wygraną.
    – Nie możemy odjechać. Właśnie zwolnił się mój główny mechanik. Muszę…
    – Percey – powiedział niepewnie Hale. – Chyba jednak powinniśmy jej posłuchać.
    – Powinniśmy przygotować samolot.
    – Wracać do pokoju. I milczeć.
    Percey wstrząśnięta otworzyła usta.
    – Nie może pani tak się do mnie zwracać. Nie jestem więźniem.
    – Halo, sierżancie Sachs? – W drzwiach stanął policjant, z którym Sachs rozmawiała na zewnątrz. – Przyjrzałem się pobieżnie wszystkim mundurowym i detektywom. Nie ma żadnych nieznajomych. Nie zaginął żaden funkcjonariusz z Westchester ani ze stanowej. Lecz nasza centrala o czymś mi powiedziała. Być może to nic takiego, ale warto wiedzieć.
    – Słucham.
    – Sierżancie Sachs, muszę z panią porozmawiać… – wtrąciła Percey Clay.
    Nie zareagowała, ponaglając policjanta gestem.
    – No, proszę.
    – Meldunek od patrolu drogówki z White Plains, dwie mile stąd. W kontenerze ze śmieciami znaleźli zwłoki. Ofiara musiała zginąć z godzinę temu, może później.
    – Rhyme, słyszysz?
    – Tak.
    – Dlaczego sądzisz, że to może być ważne? – spytała gliniarza Sachs.
    – Chodzi o sposób zadania śmierci. Okropna masakra.
    – Zapytaj go, czy ofierze odcięto ręce i zdarto skórę z twarzy – odezwał się Rhyme.
    – Co?
    – Spytaj go!
    Przekazała pytanie, a rozmowy w biurze urwały się i wszyscy obecni utkwili spojrzenie w Sachs. Zaskoczony policjant odrzekł:
    – Tak, zgadza się. Przynajmniej jeśli chodzi o ręce. Skąd pani wie?
    – Gdzie jest teraz ciało? – wyrzucił z siebie Rhyme.
    Sachs znów powtórzyła jego pytanie.
    – W samochodzie koronera. Wiozą je do kostnicy okręgowej.
    – Nie – powiedział Rhyme. – Każ im przekazać je sobie, Sachs. Chcę, żebyś obejrzała zwłoki. Dzięki temu dowiesz się, jak zamierza was zaatakować. Niech Percey i Hale nie ruszają się stamtąd, dopóki nie będziemy wiedzieli, co nas może czekać.
    Prośba Rhyme’a została przekazana policjantowi.
    – Dobrze – odrzekł. – Zajmę się tym. Ale czy to znaczy, że mają przywieźć ciało… tutaj?
    – Tak. Jak najszybciej.
    – Sachs, powiedz im, żeby się pospieszyli – rzekł Rhyme. Westchnął. – Niedobrze, bardzo niedobrze.
    Sachs odniosła niejasne wrażenie, że Rhyme martwi się nie tyle z powodu człowieka, który zginął straszną śmiercią, ile z powodu ludzi, którzy być może mieli podzielić jego los.

    Powszechnie uważa się, że najważniejszy dla snajpera jest karabin, ale to nieprawda. Ważniejszy jest celownik optyczny.
    Jak nazywamy to urządzenie, żołnierzu? Celownik teleskopowy? Teleskop?
    Melduje, że to luneta. Redfield, z regulacją trzy na dziewięć i z siatką nitek. Nie ma lepszej.
    Luneta, którą Stephen montował na modelu 40, miała dwanaście i trzy czwarte cala długości, ważyła nieco ponad dwanaście uncji. Zgodnie z numerami seryjnymi celownik był specjalnie dobrany do tej broni, ostrość dokładnie wyregulowana. Inżynier optyk ustawił paralaksę w taki sposób, że jeśli strzelec nieznacznie poruszył głową z lewa na prawo, krzyż nitek na brzegu serca człowieka stojącego w odległości pięciuset jardów pozostawał na miejscu. Kąt przyłożenia oka był tak dokładny, że okular cofający się pod siłą odrzutu zatrzymywał się milimetr od brwi Stephena, nie dotykając ani jednego włoska.
    Luneta Redfield była czarna i lśniąca. Stephen trzymał ją w wyłożonej aksamitem styropianowej kształtce w futerale gitary.
    Teraz, ukryty w trawie jakieś trzysta jardów od hangaru i biura Hudson Air, Stephen zamontował czarną tuleję na prostopadłych do lufy uchwytach (zawsze, gdy to robił, myślał o krucyfiksie ojczyma), po czym przekręcił celownik, słysząc przyjemny trzask zacisków. Dokręcił śruby mocujące.
    Żołnierzu, jesteś dobrym snajperem?
    Melduję, że jestem najlepszy.
    Jakie masz kwalifikacje?
    Melduję, że jestem w świetnej formie fizycznej, jestem precyzyjny, praworęczny, mam doskonały wzrok, nie palę, nie piję, nie biorę żadnych narkotyków, potrafię leżeć nieruchomo przez kilka godzin i żyję po to, żeby posyłać kule wrogom.
    Wtulił się głębiej w stertę traw i liści.
    Pomyślał, że mogą tu być robaki. Lecz w tej chwili się nie kulił. Miał do spełnienia misję, która zaprzątała mu umysł bez reszty.
    Stephen przycisnął do siebie broń, wdychając zapach oleju z trzonka zamka i oleju kopytkowego, którym smarował skórzany pas, tak miękki i wytarty, że w dotyku przypominał angorę. Model 40 był karabinem z uzbrojenia NATO, kalibru 7,62 milimetra, o wadze ośmiu funtów dziesięciu uncji. Zwykle siła nacisku na spust wahała się między trzema a pięcioma funtami, lecz Stephen ustawił więcej, ze względu na siłę swoich palców. Broń miała zasięg znamionowy tysiąca jardów, ale już z niej trafiał do celów oddalonych o ponad tysiąc trzysta.
    Stephen znał swój karabin na wylot. Ojczym mówił mu, że snajperom nie pozwala się samym rozbierać broni i konsekwentnie zabraniał tego robić Stephenowi. On jednak nie zgadzał się z tą zasadą starego i w nietypowym dla siebie odruchu buntu, w tajemnicy nauczył się rozkładać karabin, czyścić go, naprawiać, a nawet samemu dorabiać zepsute części.
    Obserwował przez lunetę biuro Hudson Air. Nie widział Żony, ale wiedział, że tam jest albo niedługo przyjedzie. Na taśmie z podsłuchu zamontowanego na linii Hudson Air Stephen usłyszał, jak mówi komuś o imieniu Ron, że zmieniają plany; zamiast do bezpiecznego domu postanowili pojechać na lotnisko i znaleźć mechaników, którzy mieli pracować przy samolocie.
    Czołgając się nisko przy ziemi, Stephen przesunął się na lekkie wzniesienie, gdzie nadal chroniły go drzewa i liście, lecz skąd miał lepszy widok na hangar, biuro i parking, od których oddzielała go połać trawy i dwa pasy startowe.
    Wspaniała strefa rażenia. Szeroka. Prawie brak zasłon. Wszystkie wejścia i wyjścia stanowiły łatwy cel.
    Przed frontowymi drzwiami biura stały dwie osoby. Policjant ze stanowej albo okręgowej. Drugą osobą była kobieta – spod baseballowej czapki wymykały się kosmyki rudych włosów. Bardzo ładna. Policjantka w cywilu. Widział zarys kabury nad jej biodrem pod kurtką – pewnie glock albo sig-sauer. Wziął dalmierz i nastawił ostrość obu soczewek na rudych włosach kobiety. Przekręcał pierścień, aż obrazy stały się jednolite.
    Trzysta szesnaście jardów.
    Odłożył dalmierz, podniósł karabin i spojrzał przez celownik na kobietę, zatrzymując skrzyżowane nitki na jej włosach. Popatrzył na jej piękną twarz. Jej uroda zaniepokoiła go. Nie podobała mu się. Zastanawiał się dlaczego.
    Trawa wokół niego zaszeleściła. Pomyślał: robaki.
    Zaczął się kulić.
    Twarz w oknie…
    Nitki celownika znalazły się na piersi kobiety.
    Paskudne uczucie zniknęło.
    Żołnierzu, jak brzmi motto snajpera?
    „Jedna szansa, jeden strzał, jedna ofiara”.
    Warunki były doskonałe. Z prawej wiał słaby boczny wiatr, z prędkością około czterech mil na godzinę. W powietrzu czuć było wilgoć, która nadawała pociskowi płynny tor. Miał strzelać nad mało urozmaiconym terenem, przy umiarkowanych prądach termicznych.
    Wycofał się z powrotem za pagórek i wsunął w lufę wycior zakończony kawałkiem miękkiej bawełny. Przed oddaniem strzału zawsze trzeba wyczyścić broń. Najmniejsza drobina wody czy oleju mogła spowodować odchylenie kuli od trajektorii o jakiś cal. Zrobił pętlę na pasie karabinu i położył się płasko w swoim gnieździe.
    Stephen załadował do komory pięć nabojów – M-118, produkowanych w renomowanej wytwórni uzbrojenia w Salt Lake City. Sam pocisk był stusiedemdziesięciotrzygranowym stożkiem, który trafiał w cel z prędkością pół mili na sekundę. Jednak Stephen zmodyfikował trochę tę amunicję. Wywiercił w pociskach otworki, wypełniając je małymi ładunkami wybuchowymi i zmienił zwykłe metalowe obudowy na końcówki ceramiczne, które łatwo mogły przebić większość kuloodpornych osłon ciała.
    Rozwinął cienką ściereczkę i rozłożył ją na ziemi, by łuski opadły na materiał. Potem zrobił jeszcze jedną pętlę na pasku, owinął go wokół bicepsu lewej ręki i wbił łokieć mocno w ziemię, tak aby przedramię tworzyło z podłożem kąt prosty – w ten sposób zrobił naturalną podpórkę. Policzkiem i kciukiem prawej ręki przywarł do łoża karabinu nad spustem.
    Następnie zaczął obserwować strefę rażenia.
    Trudno było zajrzeć do wnętrza biura, ale Stephenowi wydawało się, że dojrzał Żonę.
    Tak! To była ona.
    Stała za wysokim, kędzierzawym mężczyzną, ubranym w białą pogniecioną koszulę. Mężczyzna trzymał w dłoni papierosa. Młody blondyn z policyjną odznaką na pasku wyprowadził ich poza zasięg wzroku Stephena.
    Cierpliwości… zaraz znowu się pokaże. Nie mają pojęcia, że tu jesteś. Możesz czekać cały dzień. Dopóki robaki…
    Znów zobaczył błyskające światła.
    Na parking wjechał z dużą szybkością ambulans. Rudowłosa policjantka zobaczyła go i zaintrygowana pobiegła do samochodu.
    Stephen głęboko odetchnął.
    Jedna szansa…
    Wyceluj broń, żołnierzu.
    Melduję, że normalny kąt celowania przy trzystu szesnastu jardach wynosi trzy minuty. Skierował lufę lekko w górę, by uwzględnić siłę grawitacji.
    Jeden strzał…
    Uwzględnij boczny wiatr, żołnierzu.
    Melduję, że wzór jest następujący: zasięg w setkach jardów razy prędkość, dzielone przez piętnaście. Stephen dokonał błyskawicznych obliczeń w myślach: nieco mniej niż minuta poprawki na wiatr. Odpowiednio ustawił lunetę.
    Melduję, że jestem gotów.
    Jedna ofiara…
    Spoza chmury błysnął snop światła i rozjaśnił front budynku biurowego. Stephen zaczął oddychać wolno i równo.
    Miał szczęście: robaki trzymały się z daleka. I nie patrzyły na niego żadne twarze z okien.

Rozdział jedenasty

    45 godzin – godzina czwarta

    Z karetki wytoczył się pulchny sanitariusz.
    Skinęła mu głową.
    – Jestem sierżant Sachs.
    Skierował w jej stronę okrągły brzuch i z kamienną twarzą powiedział:
    – Aha, to ty zamawiałaś pizzę? – Po czym zachichotał.
    Westchnęła.
    – Co się stało? – spytała.
    – Co się stało? Z nim? Dał się zabić, tyle się stało. – Obrzucił ją badawczym spojrzeniem i pokręcił głową. – Jesteś policjantką? Nigdy cię tu nie widziałem.
    – Jestem z miasta.
    – A, z miasta. Jest z miasta. Zawsze lepiej zapytać – dodał ze śmiertelną powagą. – Widziałaś już kiedyś nieboszczyka?
    Czasem trzeba trochę pokory. Musisz się nauczyć ile, ale to cenna lekcja. Czasem więcej niż cenna – konieczna. Sachs uśmiechnęła się.
    – Mamy tu naprawdę trudną sytuację. Będę wdzięczna, jeśli mi pomożesz. Gdzie go znaleźliście?
    Przez chwilę przyglądał się jej biustowi.
    – Pytam, czy widziałaś już zwłoki, bo te tutaj to dość przykry widok. Mogę zrobić przy nim, co trzeba, dokonać oględzin i tak dalej.
    – Dzięki. Zaraz się do tego zabierzemy. Ale najpierw chcę wiedzieć, gdzie znaleźliście ciało?
    – W kontenerze na parkingu, jakieś dwa kilometry stąd…
    – Dwie mile – poprawił ktoś.
    – Cześć, Jim – powiedział sanitariusz.
    Sachs odwróciła się. No nie, znów ten gliniarz, który usiłował z nią flirtować przy pasie startowym. Podszedł do karetki wolnym krokiem.
    – Witaj, złotko. To znowu ja. Jak się trzyma żółta taśma na lotnisku? Co tam masz, Earl?
    – Zwłoki bez rąk. – Earl rozsunął drzwi ambulansu, sięgnął do środka i rozpiął zamek worka. Na podłogę karetki bryznęła krew.
    – Fuj. – Earl skrzywił się. – Słuchaj, Jim, jak tu skończysz, masz ochotę na spaghetti?
    – Może lepiej zimne nóżki.
    – To jest myśl.
    – Sachs, co się tam dzieje? – włączył się Rhyme. – Masz te zwłoki?
    – Mam. Próbuję się czegoś dowiedzieć. – Zwróciła się do grubego sanitariusza. – Pospieszmy się. Wiecie, kto to jest?
    – Nie miał nic, co pomogłoby go zidentyfikować. Nie zgłaszano żadnych zaginięć. Nikt nic nie widział.
    – Istnieje możliwość, że to policjant?
    – Nie. W każdym razie ja go nie znam – odparł Jim. – A ty, Earl?
    – Nie. Dlaczego?
    Sachs nie odpowiedziała.
    – Muszę go obejrzeć.
    – No dobrze – rzekł Earl. – Gdybyś mnie potrzebowała, jestem pod ręką.
    – Chyba nie pod jego – odezwał się Jim, parskając śmiechem. Sanitariusz znów głupkowato zachichotał.
    Sachs weszła do ambulansu i rozpięła do końca worek ze zwłokami.
    A ponieważ nie zdradzała ochoty, by ściągnąć przed nimi dżinsy ani nawet nie chciała niewinnie poflirtować, nie pozostawało im nic innego, jak gnębić ją dalej.
    – To nie to samo co zatrzymywanie samochodu za przekroczenie prędkości – powiedział do niej Earl. – Jim, jęk myślisz, lepsze od tego, co widziałeś w zeszłym tygodniu?
    – Od tamtej głowy? – Gliniarz zamyślił się. – Cholera, wolałbym codziennie świeżą głowę niż taką po miesiącu. Widziałaś kiedyś głowę po miesiącu w wodzie, złotko? Nieprzyjemna rzecz. Gdy ciało leży w wodzie trzy, cztery miesiące – nie ma sprawy, zostają tylko kości. Ale miesiąc…
    – Paskudztwo – dodał Earl.
    – Widziałaś kiedyś głowę z wody, złotko?
    – Wolałabym, żebyś tak nie mówił, Jim – powiedziała z roztargnieniem.
    – Głowa z wody?
    – Złotko.
    – Jasne, przepraszam.
    – Sachs – rzekł zniecierpliwiony Rhyme. – Co się dzieje?
    – Denat niezidentyfikowany, Rhyme. Nikt nie ma pojęcia, kto to może być. Ręce odcięte ostrą piłą.
    – Percey jest bezpieczna? Hale?
    – Oboje są w biurze. Jest z nimi Banks. Stoją daleko od okien. Co z wozem opancerzonym?
    – Powinien u was być za trzy minuty. Musisz dowiedzieć się czegoś o denacie.
    – Mówisz do siebie, złot… sierżancie?
    Sachs oglądała ciało. Doszła do wniosku, że ofierze odcięto ręce w chwilę po śmierci albo w momencie agonii, ponieważ krwi było mnóstwo. Nałożyła rękawiczki lateksowe.
    – Dziwne, Rhyme. Dlaczego tylko częściowo udaremniono identyfikację?
    Zabójcy, jeżeli nie mają czasu, by pozbyć się ciała, udaremniają jego identyfikację, usuwając charakterystyczne części: głównie ręce i zęby.
    – Nie wiem – odrzekł Rhyme. – Takie niedopatrzenie zupełnie nie pasuje do Trumniarza, nawet gdyby się spieszył. Co ofiara ma na sobie?
    – Tylko bieliznę. Na miejscu zbrodni nie znaleziono ubrań ani rzeczy osobistych.
    – Dlaczego Trumniarz wybrał właśnie jego? – Rhyme się zamyślił.
    – Jeżeli to w ogóle był Trumniarz.
    – Jak często w Westchester znajduje się ciała w takim stanie?
    – Z tego, co mówią miejscowi, wynika – powiedziała przygnębiona – że co drugi dzień.
    – Wracajmy do denata. Przyczyna śmierci?
    – Ustaliliście przyczynę śmierci? – zawołała do pucołowatego Earla.
    – Uduszenie – odrzekł sanitariusz.
    Lecz Sachs od razu zauważyła, że na wewnętrznych stronach powiek nie ma nacieków krwi. Język też nie był uszkodzony. Większość ofiar podczas duszenia przygryza sobie język.
    – Nie sądzę.
    Earl posłał Jimowi znaczące spojrzenie i prychnął:
    – Na pewno. A skąd ta czerwona pręga na szyi? Nazywamy to śladem zadzierzgnięcia, złotko. Nie możemy go tu trzymać w nieskończoność. W taki dzień jak dzisiaj szybko zacznie dojrzewać. A to zapaszek, jakiego na pewno twój kształtny nosek nie zniesie.
    Sachs zmarszczyła brwi.
    – Nie został uduszony.
    Natarli na nią we dwójkę.
    – Złot… sierżancie, to ślad zadzierzgnięcia – powiedział Jim. – Widziałem takich setki.
    – Nie, nie – odrzekła. – Sprawca zerwał mu tylko łańcuszek.
    – Chyba masz rację, Sachs – wtrącił Rhyme. – Pierwsza rzecz, żeby uniemożliwić identyfikację zwłok, to zabrać biżuterię. Pewnie miał medalik ze świętym Krzysztofem, może z dedykacją. Kto tam jest z tobą?
    – Dwóch kretynów – odparła.
    – Aha. Jaka jest więc przyczyna śmierci?
    Po krótkich poszukiwaniach znalazła ranę.
    – Szpikulec do lodu albo nóż o wąskim ostrzu, który wszedł z tyłu czaszki.
    Drzwi zatarasowała krągła postać Earla.
    – Znaleźlibyśmy to – powiedział na swoją obronę. – Przez twoich kolegów musieliśmy od razu gnać tutaj.
    – Opisz go – poprosił w słuchawce Rhyme.
    – Ma nadwagę, wielki brzuch. Dużo obwisłej skóry.
    – Opalenizna, może oparzenie słoneczne?
    – Tylko na ramionach i korpusie. Na nogach nie. Nieobcięte paznokcie u nóg, tani kolczyk ze zwykłego metalu. Slipki Sears, z dziurami.
    – Wygląda na robotnika albo jakiegoś dostawcę – powiedział Rhyme. – Wiemy coraz więcej. Zajrzyj mu do gardła.
    – Co?
    – Może znajdziesz portfel. Kiedy ofiara ma zostać przez parę godzin anonimowa, sprawca wpycha jej dokumenty do gardła. Znajduje się je dopiero w czasie sekcji.
    Z zewnątrz dobiegł wybuch śmiechu, który zaraz ucichł, gdy Sachs chwyciła szczękę nieboszczyka, odciągnęła i sięgnęła w głąb ust.
    – Jezu – wymamrotał Earl. – Co ty robisz?
    – Nic nie ma, Rhyme.
    – Lepiej przetnij gardło. I sięgnij głębiej.
    Kiedyś Sachs obruszała się, słysząc niektóre makabryczne prośby Rhyme’a. Ale dziś zerknęła na dwójkę uśmiechniętych bałwanów, po czym wyjęła z kieszeni dżinsów swój ulubiony, choć nielegalny, nóż sprężynowy i otworzyła go.
    Z obu twarzy zniknęły uśmieszki.
    – Złotko, co ty wyrabiasz?
    – Robię małą operację. Muszę zajrzeć do środka – powiedziała tonem, jak gdyby robiła to codziennie.
    – Słuchaj, nie mogę zawieźć koronerowi zwłok pociętych przez policjantkę z Nowego Jorku.
    – W takim razie sam to zrób.
    Wyciągnęła do niego rękojeść noża.
    – Robi nas w konia, Jim.
    Uniosła brew, po czym wbiła nóż w jabłko Adama nieboszczyka gestem rybaka patroszącego pstrąga.
    – O Jezu, Jim, zobacz, co ona robi. Powstrzymaj ją.
    – Mnie tu nie ma, Earl. Nic nie widziałem. – Policjant odszedł od ambulansu.
    Zrobiła równe cięcie i zajrzała do środka. Westchnęła.
    – Nic.
    – O co mu tym razem chodzi? – rozmyślał na głos Rhyme. – Zastanówmy się… Nie zależy mu na udaremnieniu identyfikacji ciała, w przeciwnym razie wybiłby zęby. Może chce przed nami ukryć coś innego?
    – Coś, co ofiara miała na rękach? – podsunęła Sachs.
    – Możliwe – odrzekł Rhyme. – Coś, co niełatwo zmyć ze zwłok. I co by nam powiedziało, gdzie go mamy szukać. – Olej? Smar?
    – Może facet pracował przy pompach z paliwem do odrzutowców – powiedział Rhyme. – Albo pracował w cateringu, a jego ręce pachniały czosnkiem.
    Sachs rozejrzała się po lotnisku. Kręciło się po nim kilkudziesięciu ludzi obsługujących zbiorniki z paliwem, załogi naziemnej, mechaników i robotników, którzy budowali nowe skrzydło w jednym z terminali.
    – Mówiłaś, że facet jest gruby? – ciągnął Rhyme.
    – Tak.
    – Prawdopodobnie się dzisiaj spocił. Może ocierał włosy albo drapał skórę głowy.
    Sama to dzisiaj robię cały dzień, pomyślała Sachs, czując nagłą chęć, by zanurzyć dłoń we włosy i kaleczyć skórę, jak zawsze robiła, kiedy czuła niepokój i napięcie.
    – Sprawdź skórę głowy, Sachs. Pod włosami.
    Zrobiła to.
    I znalazła.
    – Widzę kolorowe smugi. Niebieskie. Jest też trochę białych, na włosach i skórze. O cholera, Rhyme. To farba! Mamy malarza. Na płycie lotniska jest chyba ze dwudziestu robotników budowlanych.
    – Pręga na szyi – ciągnął Rhyme. – Trumniarz zdarł mu identyfikator.
    – Przecież zdjęcie by nie pasowało.
    – Cholera, identyfikator jest pewnie zapaćkany farbą albo on sam zamazał zdjęcie. Jest gdzieś na terenie lotniska, Sachs. Każcie Percey i Hale’owi położyć się na podłodze. Daj im opiekuna, a resztę wyślij na poszukiwania Trumniarza. Oddział specjalny jest w drodze.

    Kłopoty.
    Obserwował rudowłosą policjantkę, która siedziała w ambulansie. Przez lunetę Redfield nie widział dokładnie, co robiła, lecz mimo to nagle się zaniepokoił.
    Poczuł, jak gdyby robiła tam coś, przez co go znajdą i schwytają.
    Robaki były coraz bliżej. Szukała go zarobaczona twarz z okna, Stephen wzdrygnął się.
    Rudowłosa wyskoczyła z samochodu, rozglądając się po płycie lotniska.
    Coś się dzieje, żołnierzu? Melduję, że się zorientowałem.
    Kobieta zaczęła wykrzykiwać rozkazy do innych gliniarzy. Większość z nich spojrzała na nią, przyjmując nowiny z ponurą miną, i zaczęła się rozglądać. Jeden pobiegł do radiowozu, zaraz po nim drugi.
    Ujrzał piękną twarz rudowłosej i jej robaczywe oczy, które lustrowały teren lotniska. Zatrzymał krzyż nitek celownika na jej doskonałym podbródku. Co znalazła? Czego szukała?
    Zatrzymała się i Stephen zobaczył, jak mówi sama do siebie. Nie, nie do siebie. Mówiła do przytwierdzonego do słuchawki mikrofonu. Ze sposobu, w jaki słuchała i kiwała głową, wywnioskował, że ktoś wydaje jej rozkazy. Ciekawe kto?
    Ktoś, kto się domyślił, że tu jestem, pomyślał Stephen. Ktoś, kto mnie szuka.
    Ktoś, kto przygląda mi się przez okno i potrafi w jednej chwili zniknąć. Kto umie przechodzić przez ściany, dziurki od klucza i najmniejsze szczeliny, żeby mnie znaleźć.
    Po plecach przebiegł mu zimny dreszcz. Przez chwilę nitki celownika zatańczyły i z lunety zniknęła twarz rudowłosej gliny. Kurwa, co to ma znaczyć, żołnierzu?
    Gdy z powrotem ustawił celownik na rudowłosej, stwierdził, że jest coraz gorzej. Wskazywała prosto na furgonetkę malarza, którą ukradł. Wóz stał zaparkowany mniej więcej dwieście stóp od niego, na małym placyku zarezerwowanym dla pracowników budowy.
    Osoba, z którą rozmawiała ruda, musiała znaleźć zwłoki malarza i domyślić się, jak Stephen znalazł się na terenie lotniska. Robak zbliżał się. Czuł jego cień, oblepiający jego ciało zimny śluz.
    Skulił się. Robaki pełzną mu po nogach… robaki pełzną po szyi…
    Co mam robić? – zastanawiał się.
    Żona i Przyjaciel są tak blisko. Mógłby w jednej chwili zakończyć zadanie. Pięć sekund by wystarczyło. Może to ich sylwetki widział przez okno. Cień tamtej postaci… Lecz Stephen wiedział, że gdyby strzelił przez szybę, wszyscy padliby na podłogę. Gdyby nie zabił Żony pierwszym strzałem, zmarnowałby okazję.
    Ona musi stamtąd wyjść. Muszę wyciągnąć ich oboje z ukrycia, żeby weszli w strefę rażenia. Wtedy nie wolno mi spudłować.
    Nie ma czasu! Myśl!
    Jeżeli chcesz upolować łanię, musisz stworzyć zagrożenie dla młodych.
    Stephen zwolnił oddech. Wdech, wydech, wdech, wydech. Spokojnie wycelował. Zaczął niedostrzegalnie naciskać spust. Model 40 wypalił.
    Przez lotnisko przetoczył się huk, a wszyscy policjanci padli na ziemię, wyciągając broń.
    Kolejny strzał i z silnika zamontowanego na ogonie srebrnego samolotu, który stał w hangarze, wzbił się drugi kłąb dymu.
    Rudowłosa policjantka z pistoletem w dłoni siedziała w kucki, starając się zlokalizować strzelca. Spojrzała na dwie dymiące dziury w poszyciu odrzutowca, a potem przeniosła wzrok na płytę lotniska, trzymając przed sobą grubego glocka.
    Sprzątnąć ją?
    Tak? Nie?
    Odpowiedź negatywna, żołnierzu. Pozostań przy pierwotnym celu.
    Znów wystrzelił. Pocisk wyrwał z boku samolotu kolejny kawałek blachy.
    Spokój. Jeszcze jeden strzał. Uderzenie kolby w ramię, słodka woń spalonego prochu. Rozprysnęła się przednia szyba w kabinie pilotów.
    Dopiero ten strzał zadziałał.
    Nagle się pojawiła Żona, torując sobie drogę przez drzwi biura i mocując się z młodym blondynem, który usiłował ją powstrzymać.
    Jeszcze nie. Niech podejdzie bliżej.
    Pociągnięcie za spust. I kolejny pocisk przeszywa silnik.
    Żona z malującym się na twarzy przerażeniem, uwolniwszy się z ramion gliniarzy, zbiegła po schodach do hangaru, by zamknąć drzwi i uratować swoje dziecko.
    Przeładować.
    Ustawił nitki celownika na jej piersi w momencie, gdy postawiła stopę na ziemi i zaczęła biec.
    Wyprzedzenie celu cztery cale, obliczył odruchowo Stephen. Przesunął karabin przed nią i nacisnął na spust. Strzał padł dokładnie w chwili, gdy jasnowłosy policjant chwycił ją i oboje zniknęli w płytkim zagłębieniu w ziemi. Pudło. Mieli wystarczającą osłonę, by nie mógł wpakować im kulek w plecy.
    Nadchodzą, żołnierzu. Oskrzydlają cię.
    Tak jest, zrozumiałem.
    Stephen spojrzał w kierunku pasów startowych. Pojawili się inni policjanci. Pochyleni skradali się do samochodów. Jeden wóz jechał wprost na niego i był już w odległości pięćdziesięciu jardów. Stephen strzelił w blok silnika. Samochód zatrzymał się, tryskając parą spod maski.
    Spokojnie, powiedział do siebie.
    Jesteśmy gotowi do odwrotu. Tylko jeden czysty strzał.
    Usłyszał kilka szybkich wystrzałów z pistoletu. Obejrzał się na rudowłosą. Stała w pozycji strzeleckiej, celując grubym pistoletem w jego stronę, czyhając na błysk lufy jego karabinu. Odgłos wystrzału na pewno nie pomoże jej zlokalizować jego gniazda; dlatego Stephen nigdy nie zawracał sobie głowy tłumikami. Głośny strzał jest równie trudno namierzyć jak cichy.
    Ruda policjantka stała, mrużąc oczy.
    Stephen zatrzasnął zamek modelu 40.

    Amelia Sachs ujrzała niewyraźny błysk i wiedziała już, gdzie jest Tańczący Trumniarz.
    Wśród kilku drzewek rosnących w odległości około trzystu jardów. Celownik optyczny odbił światło spływające z bladych chmur.
    – Tam! – zawołała, wskazując to miejsce dwóm ludziom z okręgowej, którzy siedzieli skuleni pod radiowozem.
    Gliniarze wsiedli do samochodu i ruszyli, skręcając z impetem za hangar, żeby zaskoczyć Trumniarza z boku.
    – Sachs! – zawołał w słuchawce Rhyme. – Co tam…
    – Jezu, Rhyme, on jest na lotnisku i strzela do samolotu.
    – Co?
    – Percey próbuje się dostać do hangaru. On strzela pociskami rozpryskowymi. Chce ją wywabić na zewnątrz.
    – Nie ruszaj się, Sachs. Jeśli Percey sama chce się zabić, niech to zrobi. Ale ty się nie ruszaj!
    Pociła się z wściekłości, drżały jej ręce, serce szaleńczo waliło. Poczuła, jak po plecach przebiega dreszcz paniki.
    – Percey! – krzyknęła Sachs.
    Kobieta wyrwała się Jerry’emu Banksowi i pobiegła w kierunku drzwi hangaru.
    – Nie!
    Niech to szlag.
    W tym momencie zobaczyła błysk celownika Trumniarza.
    Za daleko, pomyślała. Z takiej odległości nie mam szans w nic trafić.
    Jeśli zachowasz spokój, trafisz. Masz jedenaście nabojów. Nie ma wiatru. Jedyny problem to trajektoria. Celuj wysoko i powoli opuszczaj lufę.
    Zobaczyła, jak przy kolejnym strzale wzlatuje w powietrze kilka liści.
    Ułamek sekundy później kula przeleciała kilka cali od jej twarzy. Poczuła fale uderzeniową i usłyszała świst pocisku, który mknął dwa razy szybciej od dźwięku, rozpalając powietrze wokół niej.
    Lekko jęknęła, padła na kolana i przycisnęła ręce do żołądka.
    Nie! Miałaś szansę strzelić do niego. Zanim przeładował broń. Ale już za późno. Znów ma pełną komorę.
    Spojrzała w górę, uniosła broń i straciła zimną krew. Z pochyloną głową, celując w stronę drzew, oddała pięć szybkich strzałów z glocka.
    Równie dobrze mogła strzelać ślepakami.
    No już, dziewczyno. Wstawaj. Wyceluj i strzelaj. Masz sześć pocisków i dwa magazynki przy pasie.
    Lecz myśl o przelatującym pocisku nie pozwoliła jej wstać z ziemi.
    Zrób to! – wrzasnęła na siebie w duchu.
    Ale nie mogła.
    Odwagi wystarczyło jej tylko na tyle, by unieść głowę o kilka cali – zobaczyła Percey Clay, która pędziła, gnała w stronę hangaru, i Jerry’ego Banksa, który zdołał ją dogonić. Młody detektyw pchnął ją i kobieta upadła za generatorem. Niemal równocześnie z hukiem karabinu Trumniarza usłyszała, jak kula rozrywa ciało Banksa, który zatoczył się jak pijany, a z rany w jego ciele trysnęła krew.
    Na jego twarzy najpierw odbiło się zdumienie, potem konsternacja. Wreszcie z obojętną miną osunął się na wilgotny beton.

Rozdział dwunasty

    45 godzin – godzina piąta

    – No i co? – zapytał Rhyme.
    Lon Sellitto wyłączył swój telefon.
    – Nadal nic nie wiedzą. – Patrzył za okno, nerwowo bębniąc palcami w szybę. Sokoły wróciły na parapet, ale patrzyły czujnie na Central Park, dziwnie obojętne na hałas.
    Rhyme nigdy nie widział podobnego zdenerwowania u detektywa. Jego nalana, pokryta kropelkami potu twarz była bardzo blada. Sellitto, legenda wydziału zabójstw, znany był z tego, że nic nie mogło wyprowadzić go z równowagi. Bez względu na to, czy dodawał otuchy rodzinie ofiary, czy bezwzględnie obalał alibi podejrzanego, zawsze koncentrował się na tym, co robi. Jednak teraz jego myśli zdawały się błądzić daleko stąd, z Jerrym Banksem, który może właśnie umierał w szpitalu Westchester. Było sobotnie popołudnie, po trzeciej, a Banks od godziny leżał w sali operacyjnej.
    Sellitto, Sachs, Rhyme i Cooper znajdowali się w laboratorium na parterze domu Rhyme’a. Dellray wyjechał, żeby dopilnować przygotowań w bezpiecznym domu i sprawdzić nowego opiekuna, którego na miejsce Banksa wyznaczył Departament Policji Nowego Jorku.
    Na lotnisku rannego detektywa zapakowano do ambulansu – tego samego, w którym leżały bezrękie zwłoki malarza. Earl, gruby sanitariusz, przestał się zgrywać i gorączkowo usiłował powstrzymać obfity krwotok Banksa. Potem pognał z bladym, nieprzytomnym detektywem na ostry dyżur do odległego o kilka mil szpitala.
    Agenci FBI z White Plains wsadzili Percey i Hale’a do opancerzonego wozu i klucząc, ruszyli na południe, w kierunku Manhattanu. Sachs zabezpieczyła nowe miejsca: gniazdo snajpera wśród drzew, furgonetkę malarza i samochód, którym uciekł Trumniarz – furgonetkę cateringu. Znaleziono ją niedaleko miejsca, gdzie zabił malarza i gdzie zdaniem policji ukrył samochód, którym przyjechał do Westchester.
    Potem z materiałem dowodowym pojechała na Manhattan.
    – Co tam mamy? – zapytał Coopera Rhyme. – Kule z karabinu?
    Skubiąc zakrwawiony paznokieć, Sachs wyjaśniła:
    – Nic po nich nie zostało. Pociski rozpryskowe. – Wydawała się bardzo przestraszona, oczy latały jej niespokojnie.
    – To Trumniarz. Nie tylko jest skuteczny, ale też nic po sobie nie zostawia. Dowody same się niszczą.
    Sachs trąciła plastykową torebkę.
    – Tyle zostało z jednego pocisku. Wydłubałam to ze ściany.
    Cooper wysypał zawartość na porcelanową płytkę. Zamieszał.
    – Zakończenia ceramiczne. Kamizelki na nic.
    – Pieprzony zawodowiec – rzekł Sellitto.
    – Trumniarz zna się na rzeczy – dodał Rhyme.
    Usłyszeli jakiś ruch przy wejściu i po chwili Thom wprowadził do pokoju dwóch odzianych w garnitury agentów FBI. Za nimi weszli Percey Clay i Brit Hale.
    – Jak on się czuje? – spytała Percey Sellitta. Rozejrzała się po pomieszczeniu ciemnymi oczyma, dostrzegając chłód, z jakim ją przywitano. Nie zrobiło to niej specjalnego wrażenia. – Pytam o Jerry’ego.
    Sellitto nie odpowiedział.
    – Jeszcze jest operowany – powiedział Rhyme.
    Miała zmiętą, zmęczoną twarz i włosy bardziej potargane niż dziś rano.
    – Mam nadzieję, że z tego wyjdzie.
    Amelia Sachs odwróciła oczy na Percey i zapytała lodowato:
    – Masz co?
    – Mam nadzieję, że z tego wyjdzie.
    – Nadzieję? – Policjantka górowała nad nią wzrostem. Podeszła bliżej. Niska kobieta nie ruszyła się z miejsca, gdy Sachs ciągnęła: – Trochę na to za późno, nie sądzisz?
    – O co ci chodzi?
    – To ja powinnam cię o to spytać. Przez ciebie został ranny.
    – Hej, sierżancie – odezwał się Sellitto.
    Percey odparła spokojnie:
    – Nie prosiłam, żeby za mną biegł.
    – Gdyby nie on, już byś nie żyła.
    – Być może. Tego nie wiemy. Przykro mi, że został ranny. Ja…
    – Jak bardzo ci przykro?
    – Amelio – upomniał ją ostro Rhyme.
    – Nie, chcę wiedzieć, jak bardzo jest jej przykro. Na tyle, żeby oddać dla niego krew? Żeby pchać jego wózek, gdyby nie mógł chodzić? Wygłosić mowę nad grobem, gdyby umarł?
    – Sachs, uspokój się – warknął Rhyme. – To nie jej wina.
    Sachs plasnęła się w uda rękami o poobgryzanych paznokciach.
    – Nie?
    – Trumniarz nas przechytrzył.
    Sachs ciągnęła, wpatrując się w ciemne oczy Percey:
    – Jerry był twoim opiekunem. Skoro biegniesz prosto na linię ognia, jak sądzisz, co innego miał zrobić?
    – Nic nie sądzę. Po prostu tak zareagowałam.
    – O Boże.
    – Sierżancie – powiedział Hale. – Może pani w takich sytuacjach zachowuje się spokojniej niż niektórzy z nas. My nie jesteśmy przyzwyczajeni, żeby do nas strzelano.
    – W takim razie powinna zostać w biurze. Tam gdzie wam kazałam zostać.
    Przeciągając lekko samogłoski, Percey próbowała wyjaśnić:
    – Zobaczyłam, że mój samolot znalazł się w niebezpieczeństwie. Zareagowałam. To tak jakbyś zobaczyła rannego partnera.
    – Zrobiła tylko to, co każdy pilot zrobiłby na jej miejscu – rzekł Hale.
    – Otóż to – wtrącił Rhyme. – Właśnie o tym mówię, Sachs. Tak pracuje Trumniarz.
    Amelia Sachs nie miała jednak zamiaru dać za wygraną.
    – Po pierwsze, powinniście być w bezpiecznym domu. W ogóle nie powinniście przyjeżdżać na lotnisko.
    – To wina Jerry’ego – oświadczył Rhyme, czując wzbierającą złość. – Nie miał pozwolenia na zmianę trasy.
    Sachs zerknęła na Sellitta, który od dwóch lat był partnerem Banksa. On jednak nie zamierzał stawać w obronie młodego detektywa.
    – Było miło – powiedziała oschle Percey Clay, odwracając się do drzwi – ale muszę wracać na lotnisko.
    – Co? – Sachs omal nie straciła tchu ze zdumienia. – Oszalałaś?
    – To niemożliwe – rzekł Sellitto, przerywając ponure milczenie.
    – Miałam kłopoty z wyposażeniem samolotu na jutrzejszy lot. A teraz trzeba go jeszcze naprawić. Skoro wszyscy mechanicy w Westchester to cholerni tchórze, będę musiała to zrobić sama.
    – Pani Clay – zaczął Sellitto. – To niedobry pomysł. W bezpiecznym domu nic się pani nie stanie, ale nie możemy zapewnić pani ochrony w żadnym innym miejscu. Zostanie pani tam do poniedziałku…
    – Do poniedziałku! – przerwała mu gwałtownie. – Nie, nic pan nie rozumie. Jutro wieczorem muszę lecieć tym samolotem. Czarter dla Amer-Medu.
    – Nie może pani.
    – Jedno pytanie – zabrzmiał lodowaty głos Amelii Sachs. – Kogo jeszcze chcesz zabić?
    Percey postąpiła naprzód.
    – Do cholery, wczoraj straciłam męża i jednego z najlepszych pracowników. Nie zamierzam stracić firmy. Nie możecie mi mówić, gdzie mam jechać i co robić. Dopóki mnie nie aresztujecie.
    – Dobra – powiedziała Sachs i jednym ruchem zatrzasnęła kajdanki na szczupłych przegubach kobiety. – Jesteś aresztowana.
    – Sachs – krzyknął rozwścieczony Rhyme. – Co ty wyprawiasz? Rozkuj ją. W tej chwili!
    Sachs odwróciła się, spoglądając mu w oczy.
    – Jesteś cywilem – warknęła. – Nie możesz mi rozkazywać.
    – Ja mogę – powiedział Sellitto.
    – Nic z tego – odparła niewzruszenie. – Ja ją aresztowałam. Nie możesz tego zmienić, mógłby to zrobić tylko prokurator.
    – Co to za błazenada? – żachnęła się Percey, znów przeciągając ze złością samogłoski. – Za co mnie aresztujesz? Za to, że jestem świadkiem?
    – Pod zarzutem lekkomyślnego stwarzania zagrożenia, a jeśli Jerry umrze, pod zarzutem zaniedbania, w wyniku którego popełniono zabójstwo. Albo nieumyślnego spowodowania śmierci.
    Hale zebrał się na odwagę i powiedział:
    – Nie podoba mi się sposób, w jaki cały dzień pani z nią rozmawia. Jeśli aresztuje pani Percey, musi pani aresztować też mnie.
    – Nie ma sprawy – odrzekła Sachs, po czym zwróciła się do Sellitta. – Poruczniku, potrzebuję drugich kajdanek.
    – Sierżancie, dość tego – powiedział stanowczo Sellitto.
    – Sachs – zawołał Rhyme. – Nie mamy na to czasu! Trumniarz jest na wolności i w tej chwili planuje następny atak.
    – Aresztujecie mnie – świadczyła Percey – a za dwie godziny będę na wolności.
    – I zginiesz za dwie godziny i dziesięć minut. Właściwie to by była twoja sprawa…
    – Sierżancie – syknął ostrzegawczo Sellitto. – Nie igraj z ogniem.
    – …gdybyś nie miała zwyczaju brać ze sobą innych.
    – Amelio – powiedział zimno Rhyme.
    Odwróciła się do niego. Zwykle zwracał się do niej „Sachs”, gdy użył jej imienia, poczuła się, jakby wymierzył jej policzek.
    Brzęknęły kajdanki na kościstych przegubach Percey. Sokół za oknem zatrzepotał skrzydłami. Wszyscy milczeli.
    Wreszcie Rhyme odezwał się rzeczowym tonem:
    – Proszę cię, zdejmij Percey kajdanki i zostawcie mnie z nią na parę minut.
    Sachs zawahała się. Jej twarz przypominała maskę bez wyrazu.
    – Proszę, Amelio. – Rhyme starał się zachować cierpliwość.
    Bez słowa rozkuła Percey.
    Wszyscy wyszli z laboratorium.
    Percey potarła nadgarstki, wyciągnęła z kieszeni piersiówkę i pociągnęła łyk.
    – Mogłabyś zamknąć ze sobą drzwi? – rzekł do Sachs Rhyme.
    W drodze na korytarz posłała mu przelotne spojrzenie, lecz nie posłuchała prośby. Ciężkie dębowe drzwi zamknął Hale.

    Na korytarzu Lon Sellitto jeszcze raz zadzwonił do szpitala. Banks wciąż był operowany i pielęgniarka nie potrafiła powiedzieć nic więcej.
    Sachs przyjęła tę wiadomość krótkim skinieniem głowy. Podeszła do okna wychodzącego na alejkę pod domem Rhyme’a. Światło ukośnie padło na jej ręce i zobaczyła swoje zniszczone paznokcie. Dwa najbardziej pokaleczone palce obwiązała bandażami. Paskudne nawyki, pomyślała. Dlaczego nie umiem z nimi skończyć?
    Detektyw stanął obok niej, spojrzał w szare niebo. Zbierało się na kolejną wiosenną burzę.
    – Sierżancie – zaczął cicho, by nikt inny nie mógł usłyszeć. – Ona spieprzyła sprawę, fakt. Ale musisz zrozumieć, Percey nie jest zawodowcem. To nasza wina – dopuściliśmy do tego. Rzeczywiście, Jerry powinien być mądrzejszy. Mówię to z bólem, lecz schrzanił sprawę.
    – Nie – rzekła przez zaciśnięte zęby. – Nie rozumiesz.
    – Czego nie rozumiem?
    Będzie umiała o tym opowiedzieć? Słowa przychodziły z takim trudem.
    – Ja schrzaniłam. To nie wina Jerry’ego. – Ruchem głowy wskazała drzwi laboratorium. – Ani Percey. Tylko moja.
    – Twoja? Kurwa, przecież to ty i Rhyme zorientowaliście się, że Trumniarz jest na lotnisku. Gdyby nie ty, załatwiłby wszystkich.
    Pokręciła głową.
    – Widziałam… widziałam, gdzie jest, zanim trafił Jerry’ego.
    – I co?
    – Dokładnie wiedziałam, gdzie jest. Wycelowałam i…
    Cholera, ależ to trudne.
    – Co ty mówisz?
    – Kula przeleciała obok mnie… O Boże. Upadłam na ziemię. – Wsunęła palec we włosy i poczęła drapać, dopóki nie poczuła ciepłej krwi. Przestań. Niech to szlag.
    – I co z tego? – Sellitto nie pojął, o co jej chodzi. – Wszyscy rzucili się na ziemię, nie? To normalne.
    Patrzyła przez okno z twarzą płonącą wstydem.
    – Kiedy strzelił i spudłował, miałam co najmniej trzy sekundy na strzał – wiedziałam, że strzela pojedynczo, mogłam wysypać na niego cały magazynek. Ale zaryłam twarzą w błoto. Potem już nie miałam odwagi wstać, bo wiedziałam, że zdążył przeładować.
    – Co? – rzekł drwiąco Sellitto. – Wyrzucasz sobie, że nie wstałaś bez żadnej osłony i nie zostałaś idealnym celem dla snajpera? Daj spokój… Poza tym, czekaj, miałaś broń służbową?
    – Tak, ale…
    – Trzysta jardów z glocka 9? Strzał marzeń.
    – Być może bym nie trafiła, ale mogłabym powstrzymać go ogniem. Nie strzeliłby do Jerry’ego. Niech to wszyscy diabli. – Zacisnęła dłonie, ponownie spoglądając na paznokieć palca wskazującego. Był ciemny od krwi. Podrapała mocniej.
    Czerwień przypomniała jej o fontannie krwi, która trysnęła z ciała Jerry’ego Banksa, lecz mimo to drapała jeszcze mocniej.
    – Naprawdę nie zamartwiałbym się tym na twoim miejscu.
    Jak mogła mu to wytłumaczyć? To, co ją gnębiło, było bardziej skomplikowane, niż sądził detektyw. Rhyme był najlepszym specjalistą od kryminalistyki w Nowym Jorku, może nawet w całym kraju. Sachs, mimo swoich ambicji, nigdy nie będzie się z nim mogła równać. Lecz strzelanie i szybka jazda samochodem należały do jej atutów. Strzelała lewą i prawą ręką lepiej niż większość ludzi z policji. Ustawiała dziesięciocentówki na pięćdziesięciojardowej strzelnicy i trafiała w ich błyszczące środki, a potem dawała w prezencie pogięte monety swojej chrześnicy i jej koleżankom. Mogła uratować Jerry’ego. Do diabła, mogła nawet stuknąć tego skurwysyna Trumniarza.
    Była wściekła na siebie, wściekła na Percey za to, że postawiła ją w takiej sytuacji.
    I wściekła na Rhyme’a.
    Otworzyły się drzwi, w których stanęła Percey. Rzuciwszy chłodnym okiem na Sachs, poprosiła do środka Hale’a. Zniknął w laboratorium, a po kilku minutach otworzył drzwi i powiedział:
    – Pan Rhyme prosi wszystkich z powrotem.
    Sachs zobaczył Percey siedzącą obok Rhyme’a na starym sfatygowanym fotelu. Nie mogła się oprzeć niedorzecznemu wrażeniu, że wyglądają jak małżeństwo.
    – Osiągnęliśmy kompromis – oświadczył Rhyme. – Brit i Percey pojadą do bezpiecznego domu Dellraya. Znajdą kogoś innego do naprawy samolotu. Natomiast bez względu na to, czy odnajdziemy Trumniarza, czy nie, zgodziłem się, żeby Percey leciała jutro wieczorem.
    – A jeżeli ją zatrzymam? – powiedziała rozdrażniona Sachs. – I zabiorę do aresztu?
    Wydawało się jej, że Rhyme wybuchnie – była na to przygotowana – lecz on spokojnym głosem odparł:
    – Myślałem o tym, Sachs. Nie sądzę jednak, żeby to był dobry pomysł. Wtedy narazilibyśmy oboje na większe niebezpieczeństwo. Sąd, areszt, transport – Trumniarz miałby więcej okazji.
    Po krótkim wahaniu Amelia Sachs poddała się. Miał rację, jak zwykle. Zresztą gdyby nawet nie miał, i tak stawiał na swoim. Ona była tylko jego asystentką. Pracownikiem. Nikim więcej.
    – Powiem wam, co mi przyszło do głowy – ciągnął Rhyme. – Urządzimy zasadzkę. Będę potrzebował twojej pomocy, Lon.
    – Słucham.
    – Percey i Hale pojadą do bezpiecznego domu. Chcę jednak, żeby wyglądało na to, że wybierają się zupełnie gdzie indziej. Zrobimy wokół tego szum. Wybierzemy jakiś posterunek i będziemy udawać, że ze względów bezpieczeństwa chcemy zamknąć ich w tamtejszym areszcie. Damy komunikat na całe miasto, niekodowany, że zamykamy ulicę przed posterunkiem, a wszystkich zatrzymanych podejrzanych przewozimy do głównego aresztu, żeby posterunek był czysty. Przy odrobinie szczęścia Trumniarz nas podsłucha. A jeśli nie, dowiedzą się media i tą drogą wiadomość do niego trafi.
    – Może dwudziesty? – zaproponował Sellitto.
    Dwudziesty posterunek, w West Side, znajdował się kilka przecznic od domu Rhyme’a. Lincoln znał tam wielu policjantów.
    – W porządku, może być.
    Sachs nagle ujrzała cień niepokoju w oczach Sellitta. Nachylił się nad wózkiem Rhyme’a, po jego szerokim zmarszczonym czole płynęła kropla potu. Kiedy się odezwał, usłyszeli go tylko Rhyme i Sachs:
    – Jesteś pewien, Lincoln? Dobrze się nad tym zastanowiłeś?
    Rhyme popatrzył na Percey. Wymienili krótkie spojrzenie. Sachs nie wiedziała, co ono znaczy, ale bardzo się jej nie spodobało.
    – Tak – odrzekł Rhyme. – Jestem pewien.
    Jednak Sachs wydawało się, że wcale nie jest taki pewien.

Rozdział trzynasty

    45 godzin – godzina szósta

    – Sporo śladów, jak widzę.
    Rhyme przyglądał się z zadowoleniem plastykowym torebkom, które Sachs przywiozła z lotniska.
    Mikroślady były ulubionym materiałem Rhyme’a – drobiny i kawałeczki, czasem mikroskopijnej wielkości, pozostawiane przez sprawców w miejscach zbrodni albo bezwiednie stamtąd zabierane. Właśnie tych dowodów nawet najinteligentniejsi sprawcy nie mogli zamienić ani podrzucić, a najbardziej zapobiegliwi nie mogli się pozbyć.
    – Najpierw pierwsza torebka, Sachs. Skąd pochodzi?
    Przerzuciła ze złością swoje notatki.
    Zastanawiał się, co ją gryzło. Rhyme wyraźnie widział, że coś jest nie tak. Może to echo złości na Percey Clay, może niepokój o Jerry’ego Banksa, może jeszcze coś innego. Z jej chłodnych spojrzeń wyczytał, że nie ma ochoty o tym mówić. W porządku. Przede wszystkim trzeba złapać Trumniarza. W tym momencie nie mieli ważniejszego zadania.
    – Z hangaru, gdzie Trumniarz czekał na samolot. – Podniosła dwie torebki, wskazując głową trzy pozostałe. – Ta z gniazda snajpera, ta z furgonetki malarza, a ta z wozu cateringowego.
    – Thom… Thom! – krzyknął Rhyme, a wszyscy w laboratorium drgnęli.
    W drzwiach stanął asystent. Zapytał zrzędliwie:
    – Tak? Właśnie usiłuję zrobić coś do jedzenia, Lincoln.
    – Jedzenia? – powtórzył zirytowany Rhyme. – Nie musimy jeść. Musimy mieć więcej rzeczy na tablicy. Pisz: „MZ dwa, hangar”. Tak, „MZ dwa, hangar”. Dobrze. Teraz „MZ trzy”. Stamtąd strzelał. Z trawiastego pagórka.
    – Tak mam napisać? „Trawiasty pagórek”?
    – Oczywiście, że nie. To żart. Czasem przejawiam poczucie humoru. Pisz: „MZ trzy, gniazdo snajpera”. Dobra, przyjrzyjmy się najpierw hangarowi. Co tam masz?
    – Kawałki szkła – powiedział Cooper, wysypując zawartość torebki na porcelanową płytkę gestem sprzedawcy brylantów.
    – I trochę śladów zebranych odkurzaczem, włókna z parapetu okna. Brak odcisków palców czy dłoni.
    – Za bardzo uważa z tymi odciskami – rzekł przygnębiony Sellitto.
    – Ależ to dobrze – powiedział Rhyme. Był zirytowany, jak zawsze, gdy nikt nie potrafił wyciągać wniosków tak szybko jak on.
    – Jak to? – zdziwił się detektyw.
    – Jest ostrożny, czyli musi być w jakiejś kartotece! Gdybyśmy więc znaleźli odcisk, mielibyśmy szansę go zidentyfikować. No tak, odcisk bawełnianej rękawiczki, to nic nie da… Odcisku buta też nie ma, bo rozsypał żwir na podłodze hangaru. Spryciarz. Ale gdyby był głupi, nie bylibyśmy potrzebni, prawda? Co nam powie szkło?
    – A co nam może powiedzieć? – rzekła Sachs. – Poza tym, że stłukł okno, żeby wejść do hangaru?
    – Ciekawe – odezwała się Rhyme. – Popatrzmy.
    Mel Cooper umieścił parę szklanych odprysków między płytkami i wsunął pod obiektyw mikroskopu, ustawiając niewielkie powiększenie. Włączył kamerę wideo, aby Rhyme mógł oglądać obraz na ekranie monitora.
    Rhyme podjechał na wózku do komputera.
    – Tryb poleceń – nakazał. Usłyszawszy jego głos, maszyna posłusznie wyświetliła na ekranie menu poleceń. Rhyme nie mógł sterować samym mikroskopem, lecz mógł swobodnie manipulować obrazem, powiększając go i zmniejszając. – Kursor w lewo. Kliknij dwa razy.
    Rhyme wyciągnął szyję, wpatrując się w tęczowe kręgi refrakcji.
    – Wygląda na standardowe, niezbrojone szkło okienne.
    – Zgadza się – rzekł Cooper, po czym zauważył: – Nie ma szczerb. Zostało rozbite tępym narzędziem, może łokciem.
    – Hm, hm, hm. Popatrz na te linie muszlowe, Mel.
    Kiedy ktoś tłucze okno, na szkle powstają zakrzywione linie pęknięć – przypominające rysunkiem wnętrze muszli. Z zakrzywień tych linii można się dowiedzieć, z której strony rozbito szybę.
    – Widzę – rzekł technik. – Standardowe pęknięcia.
    – Spójrz na brud – powiedział nagle Rhyme. – Na szkle.
    – No, widzę. Błoto naniesione przez deszcz, osad paliwa.
    – Po której stronie szyba jest brudna? – spytał niecierpliwie Rhyme. Kiedy kierował wydziałem, podlegli mu funkcjonariusze skarżyli się przede wszystkim na to, że często zachowywał się jak surowa nauczycielka starej daty. Rhyme uważał to za komplement.
    – Jest… o kurczę. – Cooper wreszcie zauważył. – Jak to możliwe?
    – Co? – zapytała Sachs.
    Rhyme wyjaśnił, że linie muszlowe zaczynały się na czystej stronie szyby, a kończyły na brudnej.
    – Wybił to okno, będąc w środku.
    – Niemożliwe – zaprotestowała Sachs. – Szkło leżało na podłodze hangaru. Przecież… – Urwała i pokiwała głową. – To znaczy, że wybił szybę od środka, a potem zebrał szkło i wrzucił do hangaru razem ze żwirem. Ale po co?
    – Żwir wcale nie miał zapobiec pozostawieniu odcisku buta. Miał nas zmylić. Żebyśmy myśleli, że Trumniarz włamał się do hangaru. Ale on był w środku i „wyłamał się”. Ciekawe. – Lincoln zastanawiał się przez chwilę, po czym zawołał: – Sprawdź to. Są ślady mosiądzu? Może mosiądzu z grafitem?
    – Klucz – powiedziała Sachs. – Myślisz, że ktoś dał mu klucz, żeby mógł się dostać do hangaru.
    – Otóż to. Trzeba się dowiedzieć, kto jest właścicielem albo najemcą hangaru.
    – Zadzwonię – rzekł Sellitto, biorąc telefon komórkowy.
    Cooper spojrzał w okular drugiego mikroskopu, ustawionego na duże powiększenie.
    – Proszę bardzo – oznajmił – grafit i mosiądz. Chyba też drobiny oleju „Trzy w jednym”. Czyli stary zamek. Musiał się przy nim bawić.
    – Albo? – Rhyme patrzył na nich wyczekująco. – Pomyślcie!
    – Dorobiony klucz! – krzyknęła nagle Sachs.
    – Tak jest! Nasmarowany. Dobra, Thom, tablica. Pisz: „Hangar otwarty kluczem”.
    Asystent swym wyraźnym charakterem pisma zanotował informację.
    – Co jeszcze? – Dmuchając w rurkę, Rhyme podjechał bliżej komputera. Trochę źle wymierzył i zderzył się z maszyną, omal nie zrzucając na podłogę monitora.
    – Niech to… – wymamrotał.
    – Nic ci nie jest? – spytał Sellitto.
    – Nic, nic – odburknął. – Pytałem, co jeszcze?
    Cooper i Sachs rozsypali resztę materiału dowodowego na czystej płachcie papieru gazetowego. Nałożyli gogle powiększające i zaczęli go oglądać. Cooper zebrał kilka drobinek próbnikiem i położył na płytce.
    – Mamy jakieś włókna – powiedział.
    Chwilę później Rhyme oglądał na swoim monitorze drobne pasemka.
    – Co o tym myślisz, Mel? Papier, prawda?
    – Aha.
    Mówiąc do mikrofonu, Rhyme kazał komputerowi przewinąć obraz włókien pod mikroskopem.
    – Wygląda, jakby były dwa różne. Jeden biały albo szary. Drugi ma odcień zielony.
    – Zielony? Pieniądze? – podsunął Sellitto.
    – Być może.
    – Masz ich tyle, żeby spróbować gazem? – spytał Rhyme. Chromatograf zniszczyłby włókna.
    Cooper skinął głową i przystąpili do testów. Technik zaczął czytać z ekranu monitora.
    – Nie ma bawełny, sodu, siarczanów ani siarczynów. Te substancje chemiczne dodawano przy rozpuszczaniu podczas produkcji papieru wysokiej jakości.
    – To tani papier. Barwnik rozpuszczalny w wodzie. Farba nie jest na bazie oleju.
    – Czyli – podsumował Rhyme – to nie pieniądze.
    – Prawdopodobnie papier makulaturowy – rzekł Cooper.
    Rhyme znów powiększył obraz. Na tle dużej mozaiki nie widać było żadnego szczegółu. Przez chwilę rozczarowany Lincoln żałował, że nie patrzy przez prawdziwy okular mikroskopu. Nic nie dorównywało wyrazistości przyrządów optycznych.
    Jednak coś zauważył.
    – Co to za żółte kropki, Mel? Klej?
    Technik popatrzył w okular mikroskopu i oznajmił:
    – Tak. Wygląda na klej z koperty.
    Czyli prawdopodobnie Trumniarz dostał klucz w kopercie. Ale co mógł oznaczać zielony papier? Rhyme nie miał pojęcia. Sellitto zamknął klapkę telefonu.
    – Rozmawiałem z Ronem Talbotem z Hudson Air. Zadzwonił do kilku miejsc. Zgadnijcie, kto wynajmuje ten hangar.
    – Phillip Hansen – rzekł Rhyme.
    – Aha.
    – Sprawa zaczyna się kleić – powiedziała Sachs.
    Rzeczywiście, pomyślał Rhyme, chociaż jego celem wcale nie było dostarczenie prokuraturze gotowego materiału do aktu oskarżenia przeciw Hansenowi. Chciał głowy Trumniarza.
    – Coś jeszcze?
    – Nic.
    – W porządku, możemy przejść do następnego miejsca. Gniazdo snajpera. Tam był w poważnych opałach, być może przestał uważać.
    Ale oczywiście wcale nie przestał uważać.
    Przecież nie zostawił ani jednej łuski.
    – Mamy odpowiedź – powiedział Cooper, oglądając ślady pod mikroskopem. – Włókna bawełniane. Łuski spadły na ściereczkę do naczyń.
    Rhyme pokiwał głową.
    – Jakieś odciski stóp?
    – Nie. – Sachs wyjaśniła, że Trumniarz omijał odkryte błoto, chodząc po trawie, nawet kiedy uciekał do furgonetki.
    – Ile odcisków palców?
    – W gnieździe snajpera nie znalazłam żadnych – powiedziała. – W obu furgonetkach prawie dwieście.
    Mogli je sprawdzić przez automatyczny system identyfikacji odcisków palców, który łączył bazy danych zawierające odciski palców kryminalistów, wojskowych i pracowników służby cywilnej całego kraju – mimo że byłaby to żmudna i czasochłonna operacja. Jednak Rhyme, opętany pragnieniem odnalezienia Trumniarza, nie chciał tym sobie zawracać głowy. Zresztą Sachs twierdziła, że w furgonetkach znalazła te same ślady bawełnianych rękawiczek, odciski w samochodach nie mogły więc raczej należeć do Trumniarza.
    Cooper opróżnił plastykową torebkę, Oboje z Sachs pochylili się nad jej zawartością.
    – Błoto, trawa, kamyczki… O, proszę. Zobacz, Lincoln. – Cooper położył coś na płytce i wsunął pod mikroskop. – Włosy – powiedział znad okularu. – Trzy, cztery, sześć, dziewięć… kilkanaście. Wygląda jak ciągły rdzeń.
    Rdzeń to kanał biegnący przez środek niektórych włosów. U ludzi rdzeń włosowy albo nie istnieje, albo jest przerywany. Ciągły rdzeń oznaczał, że włosy pochodzą od zwierzęcia.
    – Co o tym sądzisz, Mel?
    – Sprawdzę w SEM-ie.
    SEM to był elektronowy mikroskop skaningowy. Cooper ustawił skalę na tysiącpięćsetkrotne powiększenie i zaczął manipulować pokrętłami, dopóki na ekranie nie pojawił się jeden włos. Wyglądał jak białawy kłos z ostro zakończonymi łuskami, przypominającymi skórę ananasa.
    – Kot – oznajmił Rhyme.
    – Koty, w liczbie mnogiej – uściślił Cooper, spoglądając w mikroskop. – Wygląda na to, że dwa były krótkowłose, jeden czarny, a drugi dwubarwny. Trzeci żółtobrązowy, o długiej i miękkiej sierści. Pers czy coś takiego.
    Rhyme parsknął.
    – Z charakterystyki Trumniarza raczej nie wynika, żeby mógł być miłośnikiem zwierząt. Albo chce uchodzić za posiadacza kotów, albo stykał się z kimś, kto je ma.
    – Mam jeszcze jakieś włosy – powiedział Cooper, wsuwając płytki pod obiektyw. – Ludzkie. Zaraz… dwa pasma, długości około sześciu cali.
    – Łysieje, co? – zasugerował Sellitto.
    – Kto wie? – rzekł sceptycznie Rhyme. Bez cebulki włosowej nie sposób określić płci właściciela włosa. Wiek, z wyjątkiem włosów niemowlęcia, był również niemożliwy do zidentyfikowania.
    – Może to kierowcy furgonetki, tego malarza, Sachs? – spytał Rhyme. – Miał długie włosy?
    – Nie, krótko obcięte. Blond.
    – Co myślisz, Mel?
    Technik oglądał włosy cal po calu.
    – Farbowane.
    – Trumniarz jest znany z tego, że często zmienia wygląd – powiedział Rhyme.
    – No, nie wiem, Lincoln – rzekł Cooper. – Kolor farby jest zbliżony do naturalnego odcienia włosów. Gdyby chciał zmienić tożsamość, wybrałby coś bardziej odmiennego. Czekaj, widzę tu dwa kolory. Naturalna barwa to czerń. Farbowane na kasztanowo, później na ciemnofioletowo. Między jednym a drugim farbowaniem upłynęły dwa, może trzy miesiące… Lincoln, na włosach coś jeszcze jest. Chyba potraktuję jeden gazem.
    – Zrób to.
    Chwilę później Cooper czytał listę z komputera połączonego z chromatografem i spektrometrem.
    – Jakiś kosmetyk.
    Kosmetyki stanowiły ważne źródło informacji w badaniach kryminalistycznych; producenci znani byli z tego, że często zmieniali skład środków, chcąc wykorzystać nowe trendy. Dzięki temu łatwiej można było określić datę produkcji kosmetyku i miejsce dystrybucji.
    – I co tu mamy?
    – Chwileczkę. – Cooper sprawdzał skład chemiczny w bazie danych z nazwami własnymi produktów. Zaraz potem otrzymał odpowiedź. – Slim-U-Lite. Produkcji szwajcarskiej, importowana przez Jencon spod Bostonu. Zwykłe mydło na bazie detergentu, z dodatkiem olejków i aminokwasów. Było coś o tym w wiadomościach – Federalna Komisja Handlu przyczepiła się do firmy za twierdzenie, że środek likwiduje tłuszcz i cellulitis.
    – Zastanówmy się nad tą osobą – zarządził Rhyme. – Sachs, co sądzisz?
    – O nim?
    – O niej. Tej, która mu pomaga i go kryje. Albo o tej, którą zabił, żeby się schować w jej mieszkaniu. A może ukradł jej samochód.
    – Jesteś pewien, że to kobieta? – spytał z powątpiewaniem Sellitto.
    – Nie. Ale nie mamy czasu na ostrożne spekulacje. Więcej kobiet niż mężczyzn przejmuje się cellulitisem. Więcej kobiet niż mężczyzn farbuje sobie włosy. Czekam na odważne wnioski! No!
    – Ktoś z nadwagą – powiedziała Sachs. – Ma kłopoty z zaakceptowaniem swojego wyglądu.
    – Może jakaś punkowa, nowa fala, czy jak dzisiaj się nazywają ci popaprańcy – podsunął Sellitto. – Moja córka pomalowała sobie włosy na fioletowo. I przekłuła… nie powiem nawet co. Może East Village?
    – Nie sądzę, żeby była typem buntowniczki – powiedziała Sachs. – Kolory włosów są zbyt do siebie zbliżone. Próbuje tylko szykownie wyglądać, ale nic jej z tego nie wychodzi. Czyli tak: jest gruba, ma krótkie włosy, około trzydziestki, gdzieś pracuje. Wieczorem wraca sama do domu, do kotów.
    Rhyme kiwał głową, patrząc na tablicę.
    – Samotna. I naiwna – łatwo by uległa komuś wyszczekanemu. Dobra, trzeba sprawdzić u weterynarzy. Wiemy, że ma trzy różnokolorowe koty.
    – Ale gdzie? – spytał Sellitto. – Westchester? Manhattan?
    – Najpierw musimy postawić pytanie – rzekł z namysłem Rhyme – dlaczego w ogóle wybrał właśnie tę kobietę?
    Sachs pstryknęła palcami.
    – Bo musiał! Bo już go prawie mieliśmy. – Twarz się jej rozjaśniła. Wróciła dawna Amelia.
    – Tak! – podchwycił żywo Rhyme. – Dzisiaj rano, niedaleko domu Percey. Kiedy do akcji wkroczyła jednostka specjalna.
    – Porzucił czarną furgonetkę – ciągnęła Sachs – a potem ukrył się w jej mieszkaniu, aż niebezpieczeństwo minęło.
    Rhyme zwrócił się do Sellitta:
    – Każ swoim ludziom sprawdzić weterynarzy w promieniu dziesięciu przecznic od domu Percey. Albo nie, całe East Side. Dzwoń, Lon, dzwoń!
    Podczas gdy detektyw pospiesznie wstukiwał numer, Sachs zapytała poważnie:
    – Myślisz, że tej kobiecie coś się stało?
    – Miejmy nadzieję, że nie, Sachs – odrzekł Rhyme, choć w głębi serca w to nie wierzył. – Miejmy nadzieję.

Rozdział czternasty

    45 godzin – godzina siódma

    Bezpieczny dom nie wydawał się Percey Clay szczególnie bezpiecznym miejscem.
    Był to budynek z brązowego piaskowca, o trzech kondygnacjach, niczym nieróżniący się od innych przy ulicy w okolicach Biblioteki Morgana.
    – To tutaj – powiedział do nich agent, pokazując dom przez okno samochodu. Zaparkowali z tyłu, a potem pospiesznie wepchnięto Percey i Hale’a do sutereny przez stalowe drzwi, które zaraz się za nimi zatrzasnęły. Stanęli przed sympatycznym trzydziestokilkuletnim mężczyzną o przerzedzonych ciemnych włosach. Mężczyzna uśmiechnął się.
    – Witam – powiedział, pokazując legitymację Departamentu Policji Nowego Jorku i złotą odznakę. – Roland Bell. Od tej chwili, kiedy państwo kogoś poznają, nawet tak czarującego jak ja, proszę zawsze żądać dowodu tożsamości i sprawdzać, czy zdjęcie pasuje do właściciela.
    Słuchając jego przeciągłego akcentu, Percey zapytała:
    – Czy pan nie pochodzi przypadkiem… z Karoliny Północnej?
    – Pewnie, że tak. – Roześmiał się. – Mieszkałem w Hoggston – poważnie – potem cztery lata w Chapel Hill. Rozumiem, że pani jest dziewczyną z Richmond.
    – Byłam. Dawno temu.
    – A pan, panie Hale? – spytał go Bell. – Pan też spod sztandaru Konfederacji?
    – Michigan – rzekł Hale, ściskając energicznie rękę detektywa. – Przez Ohio.
    – Niech się pan nie przejmuje, wybaczę panu ten mały błąd sprzed stu trzydziestu lat.
    – Ja bym się poddał – zażartował Hale. – Nikt mnie nie pytał o zdanie.
    – Ha. Teraz pracuję w wydziale zabójstw, ale bawię się w ochronę świadków, bo mam talent do ocalania ludziom życia. Mój drogi przyjaciel Lon Sellitto poprosił mnie więc o pomoc. Będę się wami przez jakiś czas opiekował.
    – A co z tamtym detektywem? – zapytała Percey.
    – Z Jerrym? Z tego, co wiem, jeszcze jest operowany. Nie mamy nowych wiadomości.
    Choć mówił powoli, jego oczy z nadzwyczajną szybkością taksowały ich od stóp do głów. Czego szukał? – zastanawiała się Percey. Broni? Ukrytych mikrofonów? Potem rozejrzał się po korytarzu i sprawdził okna.
    – Dobra – powiedział Bell. – W zasadzie miły ze mnie facet, ale potrafię być trochę uparty, gdy chodzi o opiekę. – Posłał Percey nikły uśmiech. – Pani też mi wygląda na uparciucha, proszę jednak pamiętać, że wszystko, co wam każę robić, jest dla waszego dobra. W porządku? W porządku. Coś mi się wydaje, że się dogadamy. Chodźmy, pokażę wam nasze apartamenty pierwszej kategorii.
    Kiedy wchodzili po schodach, powiedział:
    – Pewnie padacie trupem z ciekawości, jak tu bezpiecznie…
    – Słucham? – odezwał się niepewnie Hale. – „Padamy trupem”?
    – To znaczy, pewnie umieracie z ciekawości. Chyba zostało mi jeszcze coś z Południa. Chłopaki z Dużego Budynku – z naszej centrali – trochę się ze mnie nabijają. Zostawiają mi wiadomości, że niby złapali jakiegoś kmiota i chcą, żebym był tłumaczem. Tak czy inaczej, to naprawdę bezpieczne miejsce. Nasi przyjaciele z wymiaru sprawiedliwości znają się na rzeczy. Większy, niż się wydaje z zewnątrz, nie?
    – Większy niż kabina pilotów, mniejszy niż ulica – rzekł Hale.
    Bell zachichotał.
    – Chodzi o okna od frontu? Dom nie wyglądał zbyt bezpiecznie, kiedy podjeżdżaliście, tak?
    – To jedna rzecz… – zaczęła Percey.
    – Oto nasz frontowy pokój. Możecie rzucić okiem. – Pchnął drzwi.
    W środku nie było okien. Przyśrubowano do nich arkusze stalowej blachy.
    – Firanki są po drugiej stronie – wyjaśnił Bell. – Z ulicy wygląda to jak ciemny pokój. We wszystkich pozostałych oknach są szyby kuloodporne. Mimo to lepiej trzymać się od nich z daleka. I nie podnosić rolet. Wyjście ewakuacyjne i dach są nadziane czujnikami, a w każdym zakamarku ukryto kamerę wideo. Każdy, kto się zbliży, zanim dojdzie do drzwi, zostanie prześwietlony i obfotografowany. Mógłby tu wejść tylko duch z anoreksją. – Poszedł w głąb szerokiego korytarza. – Chodźmy tędy… Proszę, to pani pokój, pani Clay.
    – Skoro mamy razem mieszkać, proszę mi mówić Percey.
    – Nie ma sprawy. A pan…
    – Brit.
    Pokoje były małe, ciemne i niezwykle ciche – w przeciwieństwie do biura Percey mieszczącego się w kącie hangaru w Hudson Air. Pomyślała o Edzie, który wolał biuro w głównym budynku; na jego biurku panował nienaganny porządek, na ścianach wisiały zdjęcia B-17 i P-51, na każdym pliku dokumentów stał przezroczysty przycisk do papieru. Percey lubiła zapach paliwa do odrzutowców, a najlepiej pracowało się jej przy akompaniamencie warkoczących kluczy pneumatycznych. Oczyma wyobraźni zobaczyła Eda siedzącego na jej biurku, gdy razem pili kawę. Zdołała odsunąć od siebie tę myśl, zanim łzy zdążyły jej napłynąć do oczu.
    Bell powiedział do walkie-talkie:
    – Główni bohaterowie na miejscu.
    W chwilę później w korytarzu pojawili się dwaj umundurowani funkcjonariusze. Skinęli im głowami, a jeden z nich powiedział:
    – Będziemy tu dwadzieścia cztery godziny na dobę. – Ciekawe, że ich twardy nowojorski akcent prawie się nie odróżniał od przeciągłej mowy Bella.
    – Bardzo dobrze – pochwalił Percey Bell.
    Zdziwiona uniosła brwi.
    – Sprawdziłaś identyfikator. Nie dasz się nabrać.
    Uśmiechnęła się blado.
    – Daliśmy twojej teściowej w New Jersey dwóch ludzi – rzekł Bell. – Masz jeszcze jakąś rodzinę, której trzeba pomóc?
    Percey odparła, że w okolicy nie ma żadnej. Bell zapytał o to samo Hale’a, który ze smutnym uśmiechem odparł:
    – Nie, jeżeli byłej żony nie uważa się za rodzinę. Byłych żon – uściślił.
    – W porządku. Nie trzeba karmić ani poić żadnych psów czy kotów?
    – Nie – powiedziała Percey, a Hale tylko pokręcił głową.
    – No to możemy się odprężyć. Nie używajcie komórek, jeżeli macie. Korzystajcie tylko z tej linii. Pamiętajcie o oknach i roletach. Tam jest przycisk alarmowy. Gdyby nie było już żadnego wyjścia, wciskacie go i padacie na ziemię. Dobra, jeżeli macie do mnie jakąś prośbę, możecie walić.
    – Ja mam – odezwała się Percey. Wyciągnęła srebrną piersiówkę i pokazała.
    – No – rzekł przeciągle Bell. – Jeśli chcesz, żebym ci pomógł ją opróżnić, muszę odmówić. Jestem na służbie. Mimo to dzięki. Jeżeli chcesz, żebym ci ją napełnił, to… nie ma sprawy.

    Ich przekręt nie stał się wiadomością dnia.
    Przez miejskie kanały policyjne poszły jednak trzy niekodowane komunikaty informujące posterunki o planowanej operacji na dwudziestym posterunku oraz ograniczeniach ruchu i zamknięciu niektórych ulic w West Side. Wszyscy podejrzani zatrzymani w rejonie dwudziestego mieli być zabrani do głównego aresztu w centrum. Nikt nie mógł wejść ani wyjść z posterunku bez specjalnej zgody FBI. Albo Federalnego Urzędu Lotnictwa – ten pomysł podsunął Dellray.
    W trakcie nadawania komunikatów grupa 32-E Bo Haumanna zajęła pozycje wokół komisariatu.
    Haumann objął dowództwo tej części operacji. Fred Dellray organizował federalną jednostkę odbijania zakładników, w razie gdyby zidentyfikowano właścicielkę kotów i zlokalizowano jej mieszkanie. Rhyme z Sachs i Cooperem dalej badali materiał dowodowy.
    Nie dokonali żadnego nowego odkrycia, lecz Rhyme chciał, by Sachs i Cooper jeszcze raz zbadali ślady. Na tym polega kryminalistyka – trzeba się przyglądać i przyglądać, a gdy niczego nie można znaleźć, trzeba się przyjrzeć jeszcze raz. Kiedy do niczego się dojdzie, należy przyjrzeć się jeszcze dokładniej.
    Rhyme podjechał do komputera i powiększył obraz zegara znalezionego we wraku samolotu Eda Carneya. Samo urządzenie – seryjne – niewiele mogło pomóc, lecz Rhyme zastanawiał się, czy nie znajdzie się na nim maleńki ślad albo nawet częściowo niewidoczny odcisk linii papilarnych. Zamachowcy są często przekonani, że eksplozja niszczy odciski, więc zdejmują rękawiczki, pracując przy drobniejszych elementach bomby. Jednak wybuch niekoniecznie niszczy odciski palców. Rhyme polecił Cooperowi okadzić zegar w ramce dymnej, a gdy to badanie niczego nie wykazało – napylić urządzenie drobnym proszkiem magnetycznym. Jednak i ten sposób nie przyniósł żadnych rezultatów.
    Wreszcie Rhyme kazał Cooperowi oświetlić próbkę laserem typu yag, najnowszą i ostateczną bronią w poszukiwaniu niewidzialnych odcisków palców. Cooper patrzył w okular mikroskopu, a Rhyme oglądał obraz na monitorze.
    Rhyme zaśmiał się, zmrużył oczy i popatrzył jeszcze raz, by się upewnić, czy nie zawodzi go wzrok.
    – Czy to… Zobaczcie, w prawym dolnym rogu! – zawołał.
    Lecz Cooper i Sachs nic nie widzieli.
    Powiększony komputerowo obraz wydobył coś, czego nie było widać w mikroskopie optycznym. Na brzegu metalu, który miał ochraniać urządzenie przed rozwaleniem na kawałki, widniał ledwie widoczny półksiężyc zakończeń i rozgałęzień linii papilarnych. Ślad miał szerokość jednej szesnastej cala i długość może pół cala.
    – Odcisk – powiedział Rhyme.
    – Za mały do identyfikacji – stwierdził Cooper, patrząc na ekran monitora.
    W jednym odcisku palca jest około stu pięćdziesięciu cech charakterystycznych, lecz ekspert potrafi go zidentyfikować tylko na podstawie ośmiu, szesnastu elementów. Niestety w tym nie było nawet połowy wymaganych cech.
    Mimo to Rhyme był wyraźnie podekscytowany. On, który nie potrafił ustawić pokrętła mikroskopu, zauważył coś, czego inni nie widzieli. Też prawdopodobnie by to przegapił, gdyby był „normalny”.
    Rhyme kazał komputerowi zapisać obraz jako mapę bitową, nie chcąc kompresować go do formatu pliku graficznego, aby nie uszkodzić obrazu. Wydrukował obraz odcisku i kazał Thomowi przykleić wydruk obok tablicy z listą dowodów z miejsca katastrofy.
    Zadzwonił telefon i Rhyme odebrał, korzystając ze swego nowego systemu, przełączając aparat na głośnik.
    To byli bliźniacy.
    Dwaj detektywi z wydziału zabójstw, znani też jako Chłopcy Twardziele, pracowali poza Dużym Budynkiem, główną siedzibą policji. Prowadzili śledztwo w terenie – rozmawiali z mieszkańcami, przechodniami i świadkami po dokonanej zbrodni – i uważano ich za najlepszych w mieście. Nawet Lincoln Rhyme ich szanował, mimo swej nieufności do ludzkich zdolności obserwacyjnych.
    Nie przeszkadzały mu maniery bliźniaków.
    – Cześć, detektywie. Się masz, Lincoln – powiedział jeden z nich. Mieli na imię Bedding i Saul. Trudno ich było od siebie odróżnić, a przez telefon nie było nawet sensu próbować.
    – Co macie? – zapytał Rhyme. – Znaleźliście panią kotów?
    – To było łatwe. Siedmiu weterynarzy, dwa hotele dla zwierząt…
    – Trzeba było iść do obu i…
    – Obskoczyliśmy też trzy firmy opieki nad zwierzętami. Chociaż…
    – Kto by wychodził z kotem na spacer, nie? Ale oni karmią, poją i sprzątają po zwierzaku, gdy właściciela nie ma. Pomyśleliśmy, że nie zaszkodzi sprawdzić.
    – Trzech weterynarzy nie było pewnych. Mają strasznie dużo roboty.
    – W East Side jest kupa zwierzaków. Zdziwiłbyś się. A może nie.
    – Musieliśmy dzwonić do ludzi do domu. No wiesz, lekarzy, asystentów, kosmetyczki…
    – Też mi robota, kocia kosmetyczka. W każdym razie rejestrator u weterynarza na Osiemdziesiątej Drugiej myśli, że może chodzić o Sheilę Horowitz. Trzydzieści kilka lat, krótkie, ciemne włosy, przy kości. Ma trzy koty. Jeden czarny, jeden biały. Nie wiedzą, jakiego koloru jest trzeci. Mieszka na Lexington, między Siedemdziesiątą Ósmą a Siedemdziesiątą Dziewiątą.
    Pięć przecznic od domu Percey.
    Rhyme podziękował bliźniakom i powiedział, żeby dalej byli uchwytni, po czym wrzasnął:
    – Pchnijcie tam ludzi Dellraya! Ty też się rusz, Sachs. Mamy następne miejsce do zabezpieczenia. Chyba jesteśmy coraz bliżej. Czujecie to? Coraz bliżej!

    Percey Clay opowiadała Rolandowi Bellowi o swoim pierwszym samodzielnym locie.
    Miał on trochę inny przebieg, niż planowała.
    Wystartowała z krótkiego trawiastego pasa, cztery mile za Richmond, słysząc znajome tung, tung, tung cessny podskakującej na nierównościach, dopóki nie oderwała się od ziemi. Potem pociągnęła stery i żwawa stopięćdziesiątka uniosła się w powietrze. Było wilgotne wiosenne popołudnie, takie jak dziś.
    – Musiało być fajnie – rzekł Bell, patrząc na nią niepewnie.
    – Potem już nie – odparła Percey, pociągając łyk z piersiówki.
    Dwadzieścia minut później zamilkł silnik nad pustkowiem lasów wschodniej Wirginii, koszmarną gęstwiną jeżyn i sosen. Percey posadziła posłuszny samolot na polnej drodze, sama oczyściła przewód paliwowy i wystartowała jeszcze raz, wracając bez szwanku do domu.
    Małej cessnie nic się nie stało, więc właściciel nigdy nie dowiedział się o przejażdżce. Jedynym ubocznym skutkiem tej historii było lanie, jakie sprawiła jej matka, dowiedziawszy się od dyrektora szkoły Lee, że Percey znów wdała się w bójkę i uderzyła pięścią w nos Susan Beth Halworth, a po piątej lekcji uciekła.
    – Musiałam zwiać – wyjaśniła Bellowi Percey. – Wszyscy się mnie czepiali. Chyba przezywali mnie „troll” i jeszcze inaczej.
    – Dzieciaki potrafią być okrutne – zgodził się Bell. – Gdyby moje chłopaki coś takiego zrobiły, złoiłbym im skórę jak… czekaj, ile wtedy miałaś lat?
    – Trzynaście.
    – Jak mogłaś to zrobić? Nie trzeba mieć skończonych osiemnastu, żeby latać?
    – Szesnaście.
    – Aha…To jak ci się udało?
    – Nie złapali mnie – powiedziała Percey. – Udało się.
    – Aha.
    Siedzieli z Rolandem w jej pokoju. Uczynny Bell napełnił jej buteleczkę wild turkey – prezentem od jakiegoś informatora, który mieszkał tu pięć tygodni. Zajęli zieloną kanapę, a Roland zlitował się i wreszcie przyciszył szumiący walkie-talkie. Percey siedziała wygodnie oparta, Bell wyprostowany – nie z powodu niewygodnego mebla, lecz nadzwyczajnej czujności. Na ruch przelatującej muchy lub najlżejszy podmuch wzdymający firankę reagował, kładąc dłoń na jednym z dwu pistoletów, które miał przy sobie.
    Zachęcona przez niego, Percey kontynuowała opowieść o swoich lotniczych dokonaniach. Uczniowską licencję pilota zdobyła w wieku szesnastu lat, a amatorską rok później. Skończywszy osiemnaście lat, została pilotem zawodowym.
    Ku zgrozie rodziców uciekła z kręgu branży tytoniowej (ojciec nie pracował w „firmie”, ale na „plantacji”, choć w rzeczywistości była to korporacja o sześciu miliardach dolarów kapitału), postanawiając zdobyć dyplom inżynierski. („Rzucenie uniwersytetu stanu Wirginia było pierwszą rozsądną rzeczą, jaką w życiu zrobiła”, powiedziała w rozmowie z jej ojcem matka Percey i był to jedyny raz, kiedy wzięła jej stronę. Potem jednak dodała: „W szkole inżynierskiej łatwiej jej będzie znaleźć męża”, wychodząc z założenia, że chłopcy w uczelniach technicznych mają mniejsze wymagania).
    Ale Percey nie interesowało życie towarzyskie, żeńskie koła studenckie ani chłopcy. Istniało tylko jedno. Samolot. Kiedy tylko pozwalał jej na to czas i finanse, latała. Zrobiła dyplom instruktora i zaczęła uczyć adeptów lotnictwa. Nieszczególnie podobało się jej to zajęcie, lecz nie rezygnowała z niego ze względu na bardzo cenny atut: godziny spędzone w fotelu instruktora liczono jako godziny wylatane przez pierwszego pilota. Co mogło niezwykle korzystnie wyglądać w życiorysie, bo niedługo miała zamiar zacząć pukać do drzwi linii lotniczych.
    Po dyplomie rozpoczęła życie pilota bez stałego zatrudnienia. Lekcje, pokazy, loty dla przyjemności, od czasu do czasu lewy kurs z jakimś ładunkiem albo zlecenie od małej firmy czarterowej. Taksówki powietrzne, hydroplany, opryskiwanie pól, nawet numery kaskaderskie na starych stearmanach i dwupłatach Curtis Jenny, podczas festynów w niedzielne popołudnia.
    – Było naprawdę ciężko – mówiła do Rolanda. – Może tak samo trudno jak w początkach kariery policyjnej.
    – To chyba wcale się tak bardzo nie różni. Kiedy pracowałem w biurze szeryfa w Hoggston, chowałem się w krzakach z radarem i pilnowałem ruchu na skrzyżowaniach. Przez trzy lata nie było ani jednego zabójstwa, nawet przypadkowego. Potem zacząłem piąć się w górę – zostałem zastępcą szeryfa okręgowego, zacząłem pracować na autostradzie. Ale robota polegała przede wszystkim na wyciąganiu gości z rozbitych wozów. Wróciłem na uniwerek skończyć kryminologię i socjologię. Potem przeniosłem się do Winston-Salem i dochrapałem się złotej odznaki.
    – Czego?
    – Zostałem detektywem. Jasne, że przed pierwszą sprawą zdążyli mnie dwa razy pobić i trzy razy postrzelić. Uważaj, o co prosisz, bo możesz to dostać. Słyszałaś to kiedyś?
    – Przecież robiłeś to, co chciałeś.
    – Żyłem tym. Wiesz, ciotka, która mnie wychowała, zawsze mawiała: „Idź drogą, którą Bóg ci wskaże”. Coś w tym jest. Ciekawy jestem, jak założyłaś własną firmę?
    – Założyliśmy ją we trójkę, Ed – mój mąż, Ron Talbot i ja. Jakieś siedem, osiem lat temu. Wcześniej jednak miałam małą przerwę.
    – Jak to?
    – Zaciągnęłam się do armii.
    – Poważnie?
    – Serio. Chciałam latać, a nikt mnie nie potrzebował. Widzisz, zanim dostaniesz pracę w firmie czarterowej albo liniach lotniczych, muszą cię ocenić na samolotach, którymi latają. Żeby mogli to zrobić, musisz zapłacić za szkolenie i godziny w symulatorze – z własnej kieszeni. Żeby latać wielkim odrzutowcem, trzeba często wybulić dziesięć tysięcy zielonych. Ja utknęłam na śmigłowcach, bo nie było mnie stać na szkolenia. No i przyszło mi do głowy: zaciągnę się i będą mi płacić za latanie najbardziej seksownymi maszynami na świecie. Wstąpiłam więc do marynarki.
    – Dlaczego tam?
    – Przez lotniskowce. Pomyślałam, że fajnie będzie lądować na ruchomym pasie startowym.
    Bell skrzywił się. Na jej pytające spojrzenie powiedział:
    – Gdybyś się nie domyślała, nie jestem wielkim fanem twojego fachu.
    – Nie lubisz pilotów?
    – Och, nie to miałem na myśli. Nie lubię latania.
    – Wolisz, żeby do ciebie strzelali, niż żebyś miał latać?
    Bez zastanowienia energicznie skinął głową, a potem spytał:
    – Widziałaś kiedyś prawdziwą walkę?
    – Pewnie. W Las Vegas.
    Zmarszczył brwi.
    – W dziewięćdziesiątym pierwszym. Hotel Hilton, trzecie piętro.
    – Walka? Nie rozumiem.
    – Nie słyszałeś nigdy o Tailhook?
    – Aha, to była jakaś konferencja marynarki? Kiedy banda pilotów się upiła i napadła na kobiety? Byłaś tam?
    – Podszczypywali mnie i macali. Znokautowałam jednego porucznika, innemu złamałam palec, chociaż żal mi, że był za bardzo pijany i poczuł ból dopiero następnego dnia. – Pociągnęła kolejny łyk burbona.
    – Naprawdę było tak źle, jak mówili?
    Po chwili milczenia powiedziała:
    – Zwykle spodziewasz się, że nagle jakiś Koreańczyk z Północy albo Irańczyk w migu pojawi się znikąd i siądzie ci na ogonie. Ale kiedy robią to ludzie, którzy mają być po twojej stronie – naprawdę można się załamać. Czujesz się paskudnie, jakby cię oszukano.
    – Co się stało?
    – Brudna sprawa – mruknęła. – Nie chcę się nad tym rozwodzić. Podałam kilka nazwisk, paru ludzi wyleciało. Nie tylko piloci, kilka szych też. Jak możesz przypuszczać, nie przyjęto tego najlepiej w sali odpraw.
    Z małpią zręcznością czy bez, nie lata się z ludźmi, którym nie można ufać.
    – No i rzuciłam armię. Fajnie było z chłopakami, fajne były loty bojowe. Ale najwyższy czas był odejść. Poznałam Eda, postanowiliśmy założyć firmę czarterową. Pogodziłam się z tatuśkiem – mniej więcej – i pożyczył mi większą część forsy, którą władowałam w firmę. – Wzruszyła ramionami. – Oddałam mu zresztą z procentem, nigdy nie spóźniłam się ani o dzień ze spłatą raty. Kawał drania…
    Ożyły wspomnienia związane z Edem. Pomagał jej wynegocjować pożyczkę. Wspólnie szukali odpowiedniego samolotu u firm leasingowych raczej sceptycznie nastawionych do ich projektu. Wynajmowali hangary. Kłócili się, o trzeciej nad ranem naprawiając panel nawigacyjno-komunikacyjny w samolocie, który miał wystartować o szóstej. Wspomnienia sprawiały jej ból tak ostry jak najdokuczliwsze migreny. Aby odegnać myśli, zapytała:
    – A ciebie co sprowadziło na północ?
    – Rodzina żony tu mieszka. Na Long Island.
    – Rzuciłeś Karolinę Północną dla teściów?
    Percey powstrzymała się przed uwagą na temat krótkiego lassa, na które żona łapie męża. Była jednak wdzięczna, że w porę ugryzła się w język, gdy Bell spojrzał na nią swymi piwnymi oczyma i rzekł:
    – Beth poważnie chorowała. Dziewiętnaście miesięcy temu umarła.
    – Och, przykro mi.
    – Dzięki. Mieszkają tu jej starzy i siostra. Tak naprawdę nie za bardzo radziłem sobie z dzieciakami. Umiem robić chili i grać w piłkę, ale dzieci mają trochę inne potrzeby. Na przykład, po moim pierwszym praniu zbiegły się prawie wszystkie swetry. Przestałem się więc sprzeciwiać przeprowadzce. Poza tym chciałem pokazać dzieciakom, że życie to nie tylko kombajny i silosy.
    – Masz zdjęcia? – zapytała Percey, przechylając piersiówkę. Przez moment czuła w gardle palący alkohol i postanowiła odstawić whisky. Zaraz jednak zmieniła decyzję.
    – No jasne. – Z kieszeni workowatych spodni wyciągnął portfel i pokazał jej fotografie dzieci. Dwóch chłopców o blond włosach, w wieku mniej więcej pięciu i siedmiu lat. – Benjamin i Kevin – przedstawił ich Bell.
    Percey zobaczyła jeszcze jedno zdjęcie – ładnej blondynki z krótką grzywką.
    – Urocze.
    – Masz dzieci?
    – Nie – odrzekła. Zawsze był jakiś powód, żeby odwlekali z Edem decyzję o dzieciach na następny rok. Może zaczekamy, aż firma zacznie sobie lepiej radzić. Najpierw weźmiemy w leasing 737. Zdobędę certyfikat na DC-9… – Uśmiechnęła się do niego w zamyśleniu. – A twoi chłopcy? Chcą zostać glinami, jak dorosną?
    – Raczej interesuje ich futbol. Ale wątpię, czy znajdą zajęcie w Nowym Jorku. Chyba że Metsi zaczną grać inaczej niż ostatnio.
    Po krótkim milczeniu Percey spytała:
    – Mogę zadzwonić do firmy? Muszę sprawdzić, co z samolotem.
    – Pewnie. Zostawię cię samą. Tylko nikomu nie podawaj numeru ani adresu. W tej sprawie jestem niepoprawnym uparciuchem.

Rozdział piętnasty

    45 godzin – godzina ósma

    – Tu Percey. Co u was?
    – Wszyscy są wstrząśnięci – powiedział. – Wysłałem Sally do domu. Nie mogła…
    – Jak się czuje?
    – Nie mogła dojść do siebie. Carol też. I Lauren. Zupełnie straciła nad sobą panowanie. Nigdy nie widziałem nikogo w takim stanie. Co u ciebie i Brita?
    – Brit jest wściekły, ja też. Ale się porobiło. Och, Ron…
    – A ten detektyw, ten ranny policjant?
    – Chyba jeszcze nic nie wiadomo. Co z „Foxtrotem Bravo”?
    – Nie tak źle, jakby się wydawało. Wymieniłem już okno w kabinie. W kadłubie nie ma żadnych uszkodzeń. Silnik numer dwa… tu jest kłopot. Trzeba było wymienić sporo poszycia. Staramy się znaleźć nową butlę gaśniczą. Z tym nie powinno być problemów…
    – Ale?
    – Ale trzeba wymienić pierścień.
    – Komorę spalania? Wymienić? O Boże.
    – Już dzwoniłem do dystrybutora Garretta w Connecticut. Zgodzili się przywieźć ją jutro, mimo że to niedziela. Mogę ją zamontować w dwie, trzy godziny.
    – Do diabła – mruknęła. – Powinnam tam być… Powiedziałam im, że się stąd nie ruszę, ale, niech to szlag, muszę tam być.
    – Gdzie jesteś, Percey?
    Stephen Kall, słuchający tej rozmowy w ciemnym mieszkaniu Sheili Horowitz, wziął długopis, gotów zapisać adres. Przycisnął słuchawkę do ucha.
    Lecz Żona powiedziała tylko:
    – Na Manhattanie. Otacza nas z tysiąc gliniarzy. Czuję się jak papież albo prezydent.
    Dzięki swemu odbiornikowi przeszukującemu Stephen słyszał policyjne komunikaty o jakimś zamieszaniu w okolicach dwudziestego posterunku, który znajdował się w West Side. Komisariat zamykano i wywożono wszystkich aresztantów. Zastanawiał się, czy właśnie tam jest teraz Żona – w budynku posterunku.
    – Powstrzymają jakoś tego faceta? – spytał Ron. – Mają jakiś trop?
    Właśnie, mają? – zastanawiał się Stephen.
    – Nie wiem – odrzekła.
    – Te strzały – powiedział Ron. – Boże, były straszne. Przypomniały mi wojsko. Ten sam huk.
    Stephen jeszcze raz pomyślał o Ronie. Czy mógłby go wykorzystać?
    Prowadź rozpoznanie, oceniaj… przesłuchuj.
    Stephen wahał się, czy wytropić Rona i torturami zmusić go, by zadzwonił do Percey i zapytał o adres jej kryjówki…
    Lecz gdyby nawet udało mu się ponownie przedrzeć się przez zabezpieczenia na lotnisku, byłoby to wielkie ryzyko. I zajęłoby mu zbyt wiele czasu.
    Słuchając rozmowy, Stephen wpatrywał się w monitor laptopa, na którym nadal widniał komunikat „Proszę czekać”. Podsłuch był połączony ze skrzynką przekaźnikową Bell Atlantic niedaleko lotniska i dzięki niemu Stephen już od tygodnia nagrywał rozmowy z biura. Dziwił się, że policja jeszcze tego nie odkryła.
    Na stół wskoczył kot – Esmeralda, Essie, obrzydliwy worek robaków – i wygiął w łuk grzbiet. Stephen usłyszał, jak mruczy.
    Zaczął się kulić.
    Strącił kota na podłogę, delektując się przeraźliwym wrzaskiem zwierzęcia.
    – Szukałem pilotów – mówił niewyraźnie Ron. – Mam…
    – Wystarczy tylko jeden. Jako drugi.
    Chwila ciszy.
    – Co? – spytał Ron.
    – Polecę jutro. Potrzebuję tylko pierwszego oficera.
    – Ty? Wydaje mi się, że to nie jest najlepszy pomysł, Percey.
    – A masz kogoś? – spytała krótko.
    – No, chodzi o to…
    – Masz kogoś?
    – Na liście jest Brad Torgeson. Powiedział, że chętnie nam pomoże. Wie, jaką mamy sytuację.
    – Dobrze. To pilot do rzeczy. Latał na learach?
    – Mnóstwo godzin… Percey, myślałem, że będziesz się ukrywać aż do zebrania sądu przysięgłych.
    – Lincoln pozwolił mi na ten lot. Pod warunkiem że do tego czasu zostanę tutaj.
    – Kto to jest Lincoln?
    Otóż to, pomyślał Stephen. Kto to jest Lincoln?
    – Dość dziwny człowiek… – Żona zawahała się, jak gdyby chciała coś więcej o nim powiedzieć, ale nie była pewna co. Zawiedziony Stephen usłyszał tylko: – Pracuje dla policji, stara się znaleźć mordercę. Powiedziałam mu, że zostanę tu do jutra, ale koniecznie muszę lecieć. Zgodził się.
    – Percey, możemy to odłożyć. Pogadam z Amer-Medem. Już wiedzą, że mamy pewne…
    – Nie – ucięła stanowczo. – Oni nie chcą żadnych usprawiedliwień. Chcą mieć towar na czas. Jeżeli nie będziemy im go w stanie dostarczyć, znajdą inną firmę. O której przywożą ładunek?
    – O szóstej albo siódmej.
    – Przyjadę tam po południu. Pomogę ci przy pierścieniu.
    – Percey – wykrztusił. – Wszystko będzie w porządku.
    – Zróbmy silnik na czas, a będzie świetnie.
    – Musiałaś przejść piekło – rzekł Ron.
    – Piekło? Nie – powiedziała.
    Jeszcze nie, poprawił ją bezgłośnie Stephen.

    Sachs skręciła swoim kombi za róg z prędkością czterdziestu mil na godzinę. Zobaczyła kilkunastu agentów spacerujących po ulicy.
    Ludzie Freda Dellraya otoczyli budynek, w którym mieściło się mieszkanie Sheili Horowitz. Typowy brązowy dom East Side, sąsiadujący z koreańskim sklepikiem, przed którym na skrzynce z mlekiem siedział Azjata i obierał marchew do sałatki, patrząc bez specjalnego zainteresowania na uzbrojonych w broń maszynową ludzi okrążających budynek.
    Sachs znalazła Dellraya w klatce schodowej. Agent trzymał w ręku broń i studiował listę lokatorów.
    S. Horowitz. 204.
    Pokazał radio.
    – Jesteśmy na cztery osiem trzy koma cztery.
    Częstotliwość operacyjna federalnych. Sachs ustawiła radio, a Dellray zajrzał do skrzynki na listy Horowitz, oświetlając ją małą czarną latarką.
    – Nikt dziś nie wyjmował poczty. Mam przeczucie, że dziewczyny nie ma. – Potem dodał: – Chłopcy są przy wyjściu ewakuacyjnym, piętro wyżej i piętro niżej, z mikrofonami i kamerami. W środku nikogo nie widać. Słychać jednak drapanie i mruczenie. Takich dźwięków nie wydaje człowiek. Ona ma koty, pamiętaj. Rhyme miał niezły pomysł z tymi weterynarzami.
    Rhyme nie miewa złych pomysłów, pomyślała.
    Gwizdał wiatr i nad miasto nadciągało kolejne stado czarnych chmur. Ogromne sine płaty. Dellray warknął do nadajnika:
    – Wszystkie zespoły, meldować o sytuacji.
    – Czerwoni. Jesteśmy przy wyjściu ewakuacyjnym.
    – Niebiescy. Pierwsze piętro.
    – Zrozumiałem – mruknął Dellray. – Rozpoznanie. Meldujcie.
    – Nic pewnego. Mamy słabe odczyty w podczerwieni. Ktokolwiek tam jest, nie rusza się. To może być śpiący kot. Albo ranna ofiara. Albo płomyk zapalacza w piecyku, który pali się już od jakiegoś czasu. Równie dobrze może to być jednak poszukiwany. W głębi mieszkania.
    – A jakie jest wasze zdanie? – zapytała Sachs.
    – Kto to? – spytał przez radio agent.
    – Departament Policji Nowego Jorku, odbiornik przenośny, pięć osiem osiem pięć – zameldowała Sachs, podając numer swojej odznaki. – Chciałabym znać waszą opinię. Sądzicie, że podejrzany jest w środku?
    – Dlaczego pytasz? – chciał wiedzieć Dellray.
    – Nie chcę tam mieć żadnych zanieczyszczeń. Wolałabym wejść sama, jeśli ich zdaniem nie ma go w mieszkaniu. – Wtargnięcie kilkunastu uzbrojonych funkcjonariuszy mogło nieodwracalnie uszkodzić wszystkie ślady na miejscu zbrodni.
    Dellray patrzył na nią przez chwilę, marszcząc czoło, a potem powiedział do mikrofonu:
    – Rozpoznanie, jakie jest wasze zdanie?
    – Nie możemy niczego stwierdzić z całą pewnością – rzekł głos agenta.
    – Wiem, Billy. Powiedzcie mi tylko, co wam mówi nos.
    Krótka przerwa.
    – Moim zdaniem prysnął. Chata jest chyba czysta.
    – Dobra. – Do Sachs powiedział: – Weź ze sobą jednego człowieka. To rozkaz.
    – Ale wejdę pierwsza. Może mnie osłaniać od drzwi. Słuchaj, ten facet nie zostawia żadnych śladów. Musimy go w końcu na czymś przyłapać.
    – No dobrze, sierżancie. – Dellray kiwnął głową do kilku agentów jednostki specjalnej.
    – Zezwolenie na wejście – powiedział oficjalnie.
    Jeden z agentów w ciągu trzydziestu sekund rozmontował zamek u drzwi na korytarz.
    – Chwila – rzekł Dellray, przekrzywiając głowę. – Jest sygnał z centrali. – Powiedział do radia: – Podajcie im częstotliwość. – Spojrzał na Sachs. – Lincoln do ciebie.
    W chwilę potem wtrącił się głos Rhyme’a:
    – Sachs. Co ty wyrabiasz?
    – Tylko…
    – Słuchaj – oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Nie wchodź tam sama. Pozwól im najpierw sprawdzić mieszkanie. Znasz zasady.
    – Mam wsparcie.
    – Nie, najpierw wejdą agenci.
    – Są pewni, że go nie ma w środku – skłamała.
    – To nie wystarczy – uciął krótko. – Nie w przypadku Trumniarza. Z nim niczego nie można być pewnym.
    Znowu to samo. Daj sobie spokój, Rhyme.
    – Nie przypuszczał, że znajdziemy to mieszkanie. Prawdopodobnie nie posprzątał po sobie. Może znajdziemy odcisk palca, łuskę z pocisku. Do cholery, przy odrobinie szczęścia możemy znaleźć jego kartę kredytową.
    Odpowiedziało jej milczenie. Nieczęsto udawało się uciszyć Lincolna Rhyme’a.
    – Przestań mnie straszyć, Rhyme, dobrze?
    Milczał, a ona odniosła wrażenie, że Rhyme chce, by była przestraszona.
    – Sachs…?
    – Co?
    – Bądź ostrożna – brzmiała jego jedyna rada, wygłoszona dość niepewnym tonem.
    Nagle pojawiło się pięciu agentów w rękawicach, kominiarkach i niebieskich kamizelkach kuloodpornych, z czarnymi H &K w dłoniach.
    – Odezwę się do ciebie już z mieszkania – powiedziała.
    Poszła za nimi po schodach, bardziej myśląc o ciężkiej walizce ze sprzętem, którą niosła w słabej lewej dłoni, niż o czarnym pistolecie w prawej.

    W dawnych czasach, Przed Tym, Lincoln Rhyme uwielbiał spacery.
    W ruchu było coś, co go uspokajało. Przechadzka w Central Parku albo w Parku Washington Square, szybki marsz przez Fashion District. Często się zatrzymywał, aby podnieść jakiś kawałeczek i potem wprowadzić go do bazy danych wydziału – lecz gdy już zapakował drobiny ziemi, roślin czy próbki materiałów budowlanych i skrupulatnie odnotował ich pochodzenie, szedł dalej. Potrafił pokonywać całe mile.
    W obecnym stanie najbardziej frustrujące było to, że nie mógł w żaden sposób rozładować napięcia. Lincoln zamknął oczy i wbił tył głowy w zagłówek swojego wózka, zaciskając zęby.
    Poprosił Thoma o odrobinę szkockiej.
    – Nie powinieneś zachować jasnego umysłu?
    – Nie.
    – Chyba jednak powinieneś.
    Idź do diabła, pomyślał Rhyme i mocniej zacisnął zęby. Thom będzie musiał oczyścić mi zakrwawione dziąsła i wezwać dentystę. Wobec niego też będę się zachowywał jak ostatni kutas.
    W oddali przetoczył się grzmot. Światła w pokoju przygasły.
    Wyobraził sobie Sachs idącą przed grupą uzbrojonych agentów. Oczywiście miała rację: wchodząc do mieszkania, agenci z jednostki specjalnej zniszczyliby większość dowodów. Mimo to drżał z lęku o nią. Była zbyt lekkomyślna. Widział, jak drapie się w głowę, skubie brwi, obgryza paznokcie. Rhyme, tak sceptyczny wobec czarnej magii psychologii, dostrzegał wszystkie jej autodestrukcyjne zachowania. Jechał z nią kiedyś jej podrasowanym sportowym samochodem. Pędzili sto pięćdziesiąt mil na godzinę, a Sachs wydawała się zawiedziona, że nierówne drogi Long Island nie pozwalają jej jechać dwa razy szybciej.
    Drgnął, usłyszawszy jej szept:
    – Rhyme, jesteś tam?
    – Słucham, Amelio.
    Chwila milczenia.
    – Bez imion. To przynosi pecha.
    Próbował się roześmiać. Żałował, że zwrócił się do niej po imieniu, zastanawiając się, dlaczego to właściwie zrobił.
    – Mów.
    – Jestem przed drzwiami. Chcą je wyważyć. Zameldował się drugi zespół. Ich zdaniem w środku nie ma nikogo.
    – Masz kamizelkę?
    – Ukradłam ją jednemu federalnemu. Wygląda, jakbym zamiast stanika miała dwa pudełka z czarnych łusek.
    – Na trzy – Rhyme usłyszał głos Dellraya – wszystkie zespoły, obstawić drzwi i okna, zająć wszystko, ale zatrzymać się przy wejściu. Raz…
    Rhyme był rozdarty. Chciał dorwać Trumniarza – niemal czuł smak tego pragnienia. Jednocześnie tak bardzo bał się o Sachs.
    – Dwa…
    Sachs, niech to szlag, pomyślał. Nie chcę się o ciebie bać…
    – Trzy…
    Usłyszał cichy trzask, jakby ktoś wyłamał stawy palców i stwierdził, że opadła mu głowa. W szyi poczuł bolesny skurcz, więc odchylił się do tyłu. Natychmiast zjawił się Thom i począł masować mu kark
    – Wszystko w porządku – wymamrotał Rhyme. – Dziękuję. Proszę cię, otrzyj mi pot.
    Thom spojrzał na niego podejrzliwie – na dźwięk „proszę cię” – po czym otarł mu czoło.
    Co robisz, Sachs?
    Chciał zapytać, lecz nie mógł jej teraz przeszkadzać.
    Potem usłyszał, jak Sachs wstrzymuje oddech. Zjeżyły mu się włoski na karku.
    – Chryste, Rhyme.
    – Co jest? Mów.
    – Ta kobieta… Horowitz… Drzwi lodówki są otwarte. Ona jest w środku. Nie żyje, ale wygląda jakby… O Boże, jej oczy.
    – Sachs…
    – Chyba włożył ją do lodówki, kiedy jeszcze żyła. Dlaczego do cholery…
    – Zapomnij o tym na chwilę, Sachs. Spróbuj.
    – Jezu.
    Rhyme wiedział, że Sachs cierpi na klaustrofobię. Wyobraził sobie, co musiała czuć, patrząc na tak potworną śmierć.
    – Skrępował ją taśmą czy sznurem?
    – Taśmą. Ma też kawałek przezroczystej taśmy na ustach. Ale jej oczy, Rhyme, te oczy…
    – Otrząśnij się, Sachs. Na powierzchni taśmy mogą być odciski. Co jest na podłodze?
    – W salonie dywan. Linoleum w kuchni. I… – Krzyknęła nagle. – Boże!
    – Co się stało?
    – Kot na mnie skoczył. Cholerny zwierzak… Rhyme?
    – Co?
    – Czuję jakiś zapach. Zabawny.
    – Dobrze. – Uczył ją, żeby na miejscu zbrodni zawsze zwracała uwagę na zapach. To pierwsza rzecz, którą należy zauważyć. – Co to znaczy „zabawny”?
    – Taki kwaśny. Chemiczny. Nie wiem, skąd dochodzi.
    Wtedy zorientował się, że coś jest nie tak.
    – To ty otworzyłaś drzwi lodówki? – zapytał nagle.
    – Nie. Były otwarte. I zdaje się zablokowane krzesłem.
    Dlaczego? Po co miałby to zrobić, zastanawiał się Rhyme. Myśli przelatywały mu przez głowę jak błyskawice.
    – Zapach staje się silniejszy. Czuć go dymem.
    Ta kobieta to przynęta! Zostawił otwartą lodówkę, żeby od razu zauważyli ją po wejściu do mieszkania. Och, nie! Znowu!
    – Sachs! Ten zapach to zapalnik. Zapalnik z opóźnionym zaplonem. Tam jest bomba! Wyjdź stamtąd natychmiast! Zostawił otwartą lodówkę, żeby nas zwabić do środka.
    – Co?
    – Zapalnik! Podłożył bombę. Masz kilka sekund na ucieczkę. Zmiataj!
    – Tylko zerwę taśmę z jej ust.
    – Uciekaj, do cholery!
    – Tylko wezmę…
    Rhyme usłyszał szelest, przyspieszony oddech, a kilka sekund później głośny huk eksplozji, dzwoniący jak cios młotem w kocioł.
    Łomot na chwilę go ogłuszył.
    – Nie! – krzyknął. – Nie!
    Spojrzał na Sellitta, który wpatrywał się w jego przerażoną twarz.
    – Co się stało? Co się stało? – wołał detektyw.
    Chwilę potem Rhyme usłyszał w słuchawce męski głos, krzyczący w panice:
    – Mamy ogień na drugim piętrze. Zburzone ściany… Są ranni… O Boże, co się z nią stało? Popatrz, krew. Ależ krwi! Potrzebujemy pomocy. Drugie piętro! Drugie piętro…

    Stephen Kall obchodził wkoło dwudziesty posterunek w West Side.
    Budynek stał niedaleko Central Parku i Stephen przelotnie ujrzał cienie drzew. Skrzyżowanie, przy którym znajdował się posterunek, było pilnowane, ale nie wyglądało to groźnie. Przed wejściem stało trzech rozglądających się nerwowo gliniarzy. Od wschodniej strony, gdzie okna zasłaniały grube stalowe kraty, nie dostrzegł nikogo. Domyślił się, że właśnie tam jest areszt.
    Stephen przeszedł za róg i skierował się na południe, do następnego skrzyżowania. Ulica nie była zamknięta niebieskimi barierkami, ale stało tu dwóch policjantów. Przyglądali się badawczo wszystkim samochodom i przechodniom. Obrzucił budynek krótkim spojrzeniem, poszedł jeszcze przecznicę dalej i okrążył posterunek od zachodu. Przemknął przez opustoszałą alejkę, wyciągnął z plecaka lornetkę i począł badawczo oglądać gmach.
    Będziesz tu umiał uderzyć, żołnierzu?
    Tak jest, będę umiał.
    Na parkingu obok posterunku stał dystrybutor z benzyną. Jakiś gliniarz tankował swój radiowóz. Stephenowi nigdy nie przyszło do głowy, że samochody policyjne nie tankują na stacjach Amoco czy Shella.
    Przez dłuższą chwilę patrzył na dystrybutor przez ciężką lornetkę, którą po chwili włożył z powrotem do plecaka, i ruszył szybkim krokiem na zachód, jak zawsze uważając na rozglądających się za nim ludzi.

Rozdział szesnasty

    45 godzin – godzina dwunasta

    – Sachs! – krzyknął znowu Rhyme.
    Niech to szlag, dlaczego nie pomyślała? Jak mogła być tak nieostrożna?
    – Co się stało? – spytał ponownie Sellitto. – O co chodzi? Co się z nią stało?
    – Bomba w mieszkaniu Horowitz – odrzekł głucho Rhyme. – W czasie wybuchu Sachs była w środku. Połącz się z nimi. Dowiedz się, co z nią. Włącz głośnik.
    Ależ krwi…
    Po trzech minutach, które zdawały się ciągnąć w nieskończoność, Sellittowi udało się połączyć z Dellrayem.
    – Fred – zawołał Rhyme. – Co z nią?
    Upłynęła chwila dramatycznej ciszy.
    – Niedobrze, Lincoln. Właśnie gasimy ogień. To była jakaś mina pułapka. Przeciwpiechotna. Cholera, mogliśmy wcześniej sprawdzić. Kurwa mać.
    Miny pułapki często robiono z plastyku albo trotylu ze szrapnelem czy kulkami z łożysk – by maksymalnie zwiększyć ich siłę rażenia.
    – Zawaliło się kilka ścian – ciągnął Dellray. – Prawie całe mieszkanie się spaliło. Muszę ci powiedzieć, Lincoln – zawiesił głos. – Znaleźliśmy… – Zawsze spokojny Dellray był wyraźnie zdenerwowany.
    – Co? – wyrzucił z siebie Rhyme.
    – Części ciała… Rękę. Kawałek ramienia.
    Rhyme zamknął oczy z przerażeniem, jakiego nie zaznał od lat. Lodowaty dreszcz przeszedł jego nieczułe ciało. Ze świstem wypuścił powietrze.
    – Lincoln… – zaczął Sellitto.
    – Ciągle szukamy – ciągnął Dellray. – Być może jeszcze żyje. Znajdziemy ją. Zawieziemy do szpitala. Zrobimy wszystko, przecież wiesz.
    Sachs, po co to zrobiłaś, do cholery? Dlaczego ci na to pozwoliłem?
    Nie powinienem…
    We włożonej do ucha słuchawce usłyszał suchy trzask, jak wybuch petardy.
    – Czy ktoś może… Chryste, niech ktoś to ze mnie zdejmie.
    – Sachs? – zawołał Rhyme do mikrofonu. Był pewien, że to jej głos. Po chwili usłyszał kaszel, jak gdyby się zakrztusiła.
    – Kurczę – powiedziała. – Ale ohyda.
    – Nic ci nie jest? – Potem zwrócił się do Dellraya: – Fred, gdzie ona jest?
    – To ty, Rhyme? – spytała. – Nic nie słyszę. Niech się ktoś do mnie odezwie!
    – Lincoln – zawołał Dellray. – Mamy ją. Cała i zdrowa.
    – Amelio?
    Usłyszał, jak Dellray wzywa ambulans. Choć od kilku lat żaden dreszcz nie wstrząsnął jego ciałem, Rhyme zauważył, że palec serdeczny u lewej dłoni drży jak osika.
    Znów odezwał się Dellray:
    – Nie za dobrze słyszy, Lincoln. Zdaje się, że te kawałki to trup tej Horowitz. Sachs wyciągnęła zwłoki z lodówki dokładnie w momencie wybuchu i zwłoki ją osłoniły.
    – Widzę twoją minę, Lincoln – powiedział Sellitto. – Daj jej spokój.
    Lecz on nie miał zamiaru odpuścić.
    – Co ci przyszło do głowy, Sachs? Mówiłem ci, że tam jest bomba. Powinnaś sama wiedzieć, że to bomba i zwiewać.
    – Rhyme, to ty?
    Udawała, że go nie słyszy. Był niemal pewien.
    – Sachs…
    – Musiałam zabrać ten kawałek taśmy, Rhyme. Jesteś tam? W ogóle cię nie słyszę. To plastykowa taśma do pakowania. Słuchaj, musimy mieć jego odcisk. Sam mi to mówiłeś.
    – Jesteś niemożliwa – powiedział ostro.
    – Rhyme? Rhyme? Nie słyszę ani słowa.
    – Sachs, nie wciskaj mi kitu.
    – Coś sprawdzę, Rhyme.
    Na moment zapadła cisza.
    – Sachs… Sachs, jesteś tam? Co u diabła…?
    – Słuchaj, Rhyme – właśnie sprawdziłam taśmę pod lampą. Zgadnij, co znalazłam? Częściowy odcisk! Odcisk Trumniarza!
    Wiadomość o znalezisku powstrzymała go na chwilę, lecz zaraz podjął przerwaną tyradę. Kiedy się już na dobre rozkręcił, zorientował się, że swój akt oskarżenia o bunt wygłasza do głuchego telefonu.

    Okryta sadzą Sachs wyglądała na ogłuszoną.
    – Tylko bez ochrzanu, Rhyme. To było głupie, fakt, ale w ogóle o tym nie pomyślałam. Po prostu działałam.
    – Co się stało? – spytał. Surowa mina zniknęła w jednej chwili; Rhyme cieszył się, że widzi Sachs żywą.
    – Byłam w połowie drogi do drzwi. Zobaczyłam za nimi ładunek i już wiedziałam, że nie zdążę uciec. Złapałam zwłoki tej kobiety i wyciągnęłam z lodówki. Chciałam zawlec ją pod okno w kuchni. Ale wybuchło, zanim zdążyłam tam dojść.
    Mel Cooper obejrzał torebkę z materiałem, który podała mu Sachs. Zbadał sadzę i kawałki bomby.
    – M czterdzieści pięć. Trotyl z zapalnikiem wstrząsowym i czterdziestopięciosekundowym opóźnieniem. Wyważając drzwi, agenci przewrócili go; włączył się zapalnik. Znalazłem grafit, więc to trotyl o ulepszonym składzie. Bardzo dużej mocy, wyjątkowo niebezpieczny.
    – Skurwiel – bluznął Sellitto. – Zapalnik opóźnieniowy… Chciał mieć pewność, że zabije jak najwięcej ludzi.
    – Da się namierzyć? – spytał Rhyme.
    – Standardowy ładunek wojskowy. Nie zaprowadzi nas nigdzie indziej tylko…
    – Do tego gnoja, który mu to dał – mruknął Sellitto. – Phillipa Hansena. – Zadzwonił telefon detektywa, więc Sellitto odebrał i słuchał, kiwając głową.
    – Dziękuję – powiedział, wyłączając telefon.
    – Co? – zapytała Sachs.
    Detektyw miał zamknięte oczy.
    Rhyme domyślił się, że chodzi o Jerry’ego Banksa.
    – Lon?
    – Jerry – Detektyw otworzył powieki i westchnął. – Będzie żył. Ale stracił rękę. Nie mogli jej uratować. Zbyt zmasakrowana.
    – O nie – szepnął Rhyme. – Mogę z nim porozmawiać?
    – Nie – odrzekł detektyw. – Teraz śpi.
    Rhyme myślał o młodym człowieku, który mówił niewłaściwe rzeczy w nieodpowiednim czasie, przygładzał sterczące włosy, pocierał ślad po zacięciu na różowym podbródku.
    – Przykro mi, Lon.
    Detektyw pokręcił głową, podobnie jak Rhyme, gdy ktoś częstował go wyrazami współczucia.
    – Mamy teraz inne kłopoty.
    Istotnie.
    Rhyme dostrzegł kawałek plastykowej taśmy, którym Trumniarz zakneblował ofiarę. Zobaczył ledwie widoczny odcisk szminki po lepkiej stronie taśmy.
    Sachs wpatrywała się w dowód, lecz nie było to spojrzenie „kliniczne” – zawodowe. Była wyraźnie wzburzona.
    – Sachs?
    – Dlaczego on to zrobił?
    – Mówisz o bombie?
    Pokręciła głową.
    – Dlaczego włożył ją do lodówki? – Uniosła palec do ust i przygryzła paznokieć. Tylko na małym palcu lewej ręki miała długi i kształtny paznokieć. Pozostałe były paskudnie poobgryzane. Niektóre pokrywała brązowa warstewka zakrzepłej krwi.
    – Chyba po to, żeby odwrócić naszą uwagę i żeby nikt nie zauważył bomby – odparł Rhyme. – Ciało w lodówce – to od razu rzuca się w oczy.
    – Nie to mam na myśli – powiedziała. – Przyczyną śmierci było zaduszenie. Włożył ją tam, kiedy jeszcze żyła. Dlaczego? Jest jakimś sadystą?
    – Nie, Trumniarz nie jest sadystą – rzekł Rhyme. – Nie może sobie na to pozwolić. Przede wszystkim musi wypełnić zadanie i ma tyle siły woli, żeby opanować inne instynkty. Dlaczego skazał ją na zaduszenie, jeśli mógł użyć noża albo sznura? Nie wiem, ale możliwe, że to nam pomoże.
    – Jak to?
    – Być może nie cierpiał jej z jakiegoś powodu, dlatego chciał jej zadać śmierć w najbardziej okrutny sposób.
    – No dobrze, ale dlaczego ma nam to pomóc? – spytał Sellitto.
    – Dlatego – odpowiedziała mu Sachs – że jeżeli go zdenerwowała, mógł się stać mniej ostrożny.
    – Otóż to – zawołał Rhyme dumny z jej przenikliwości. Sachs nie dostrzegła jednak uśmiechu uznania na jego twarzy. Na chwilę spuściła oczy, prawdopodobnie przypominając sobie widok przerażonych oczu kobiety. Uważa się, że ludzie od kryminalistyki są zimni (co często zarzucała Rhyme’owi żona), lecz w istocie najlepsi z nich odczuwają głęboką empatię w stosunku do ofiar. Sachs nie była wyjątkiem.
    – Sachs – szepnął do niej Rhyme. – Odcisk?
    Spojrzała na niego.
    – Mówiłaś, że znalazłaś odcisk palca. Trzeba działać szybko.
    Sachs skinęła głową.
    – Częściowy. – Uniosła plastykową torebkę. – Może to jej?
    – Nie, zdjęłam jej odciski. Trochę trwało, zanim znalazłam jej ręce. Ale odcisk na pewno nie jest jej.
    – Mel – rzekł krótko Rhyme.
    Technik włożył kawałek taśmy do ramki i podgrzał. Natychmiast wyłonił się maleńki fragment odcisku palca. Cooper pokręcił głową.
    – Nie wierzę – wymruczał.
    – Co?
    – Trumniarz wytarł taśmę. Wiedział, że dotykał jej bez rękawiczek. Zostawił tylko kawałeczek odcisku.
    Podobnie jak Rhyme, Cooper należał do Międzynarodowego Stowarzyszenia Identyfikacji. Obaj byli ekspertami w identyfikowaniu ludzi na podstawie badań daktyloskopijnych, DNA i stomatologicznych – śladów zębów. Ale wobec tego odcisku – podobnie jak poprzedniego na metalowej osłonie bomby – byli bezsilni. Umieli znaleźć i zidentyfikować najbardziej ukryty ślad. Tego nie.
    – Zrób zdjęcie i powieś na tablicy – mruknął Rhyme. Zgodnie z wymogami profesjonalizmu należało tak postąpić. Zawód był jednak ogromny. Sachs o mało nie przypłaciła życiem tego śladu – na próżno.
    Edmond Locard, słynny francuski ekspert kryminalistyczny, sformułował zasadę nazwaną później jego imieniem. Stwierdził, że przy każdym kontakcie zbrodniarza i ofiary następuje wymiana dowodów. Choćby w mikroskopijnej skali, lecz zawsze ma miejsce przepływ. Rhyme odnosił jednak wrażenie, że jeśli ktokolwiek był w stanie obalić zasadę Locarda, duch zwany przez nich Tańczącym Trumniarzem mógł sprostać temu zadaniu najlepiej.
    Sellitto, widząc jego zmartwioną minę, rzekł:
    – Urządziliśmy zasadzkę w dwudziestym. Przy odrobinie szczęścia będziemy go mieli.
    – Miejmy nadzieję. Należy nam się trochę szczęścia.
    Zamknął oczy, opierając głowę na poduszce. Po chwili usłyszał głos Thoma:
    – Dochodzi jedenasta. Czas się położyć.
    Czasami łatwo ignorować potrzeby ciała, nawet o nim zapominać – tak jak teraz, gdy stawką jest ludzkie życie, trzeba uwolnić się z fizycznych ograniczeń i pracować, pracować bez ustanku. Trzeba pokonać wszystkie bariery normalnego funkcjonowania organizmu. Ciało Lincolna Rhyme’a nie tolerowało jednak lekkomyślnego traktowania. Odleżyny mogły prowadzić do posocznicy i zatrucia krwi. Obecność płynu w płucach – do zapalenia płuc. Nikt nie cewnikował pęcherza? Nie masował jelit, by pobudzić je do ruchu? Za ciasno zawiązał buty? Konsekwencją mogła być dysrefleksja i udar. Już zwykłe wyczerpanie mogło spowodować atak.
    Śmierć ma wiele twarzy…
    – Idziesz spać – oświadczył Thom.
    – Muszę jeszcze…
    – Spać. Musisz spać.
    Rhyme uległ. Był już bardzo zmęczony.
    – No dobrze, Thom. – Podjechał do windy. – Jeszcze tylko jedno. – Odwrócił się. – Sachs, możesz do mnie przyjść za parę minut?
    Skinęła głową, patrząc, jak zamykają się drzwi małej windy.
    Zastała go już leżącego w „Clinitronie”.
    Sachs odczekała dziesięć minut, by dać mu czas na wszystkie rutynowe czynności – Thom założył szefowi cewnik i wyczyścił zęby. Jak większość inwalidów Rhyme był pozbawiony fałszywego wstydu, lecz Sachs wiedziała, że nie chciał, by oglądała go przy niektórych czynnościach.
    W tym czasie wzięła prysznic w łazience na dole, przebrała się w czyste ubranie, które Thom przypadkiem miał w pralni w suterenie.
    Światła były przygaszone. Rhyme pocierał głową o poduszkę jak niedźwiedź szorujący grzbietem o pień drzewa. „Clinitron” było to najwygodniejsze łóżko na świecie. Ważyło pół tony i składało się z masywnej płyty z umieszczonymi wewnątrz szklanymi kuleczkami, między którymi przepływało ogrzane powietrze.
    – Sachs, dzisiaj byłaś świetna. Przechytrzyłaś go.
    Tyle że przeze mnie Jerry Banks stracił rękę.
    I pozwoliłam Trumniarzowi uciec.
    Podeszła do barku, gdzie nalała sobie macallana, unosząc pytająco brew.
    – Śmiało – rzekł. – Cudowny nektar zapomnienia…
    Zrzuciła mundurowe buty i podciągnęła bluzę, by obejrzeć siniec.
    Rhyme syknął na ten widok.
    Siniec miał kształt Missouri i barwę dojrzałego bakłażana.
    – Nie lubię bomb – powiedziała. – Nigdy nie byłam tak blisko wybuchu.
    Z torebki wyjęła trzy pastylki aspiryny, które połknęła, niczym ich nie popijając (to sztuczka, której artretycy uczą się dość szybko). Podeszła do okna. Na parapecie siedziały sokoły wędrowne. Piękne ptaki. Nie były duże. Czternaście, może szesnaście cali. Mniejsze od psa. Ale jak na ptaki… wyglądały wyjątkowo groźnie. Ich dzioby miały kształt pazurów dzikich stworów z filmów fantastycznych.
    – Dobrze się czujesz, Sachs? Powiedz prawdę.
    – Nic mi nie jest.
    Wróciła na krzesło, pociągając kolejny łyk alkoholu, który miał ciężki smak dymu.
    – Chcesz zostać na noc? – zapytał.
    Od czasu do czasu nocowała u niego. Spała na kanapie albo w łóżku obok niego. Nie wiedziała, czy ze względu na ciepłe powietrze „Clinitronu”, czy dlatego że leżała obok człowieka – ale zawsze najlepiej spała tutaj. Od rozstania ze swoim ostatnim chłopakiem, Nickiem, nie miała żadnych bliższych kontaktów z mężczyzną. Tu mogła leżeć z Rhyme’em w szerokim łóżku i rozmawiać. Opowiadała mu o samochodach, zawodach strzeleckich, o matce i chrześnicy. O ojcu żyjącym kiedyś pełnią życia, jego długim i smutnym umieraniu. Zdradzała mu znacznie więcej osobistych spraw niż on jej. Wcale jej to jednak nie przeszkadzało. Lubiła go słuchać. Jego żywy umysł nie przestawał jej zdumiewać. Mówił o dawnym Nowym Jorku, o sprawkach mafii, o których nikt się nigdy nie dowiedział, o miejscach zbrodni, które wyglądały beznadziejnie, dopóki nie znaleziono drobinki kurzu, skrawka paznokcia, kropelki śliny czy włoska, na podstawie których można było ustalić tożsamość albo miejsce pochodzenia sprawcy – ustalić mógł to oczywiście Rhyme, lecz niewielu poza nim. Jego umysł był niestrudzony. Wiedziała, że przed wypadkiem włóczył się ulicami Nowego Jorku, szukając próbek ziemi, szkła, roślin i kamieni – wszystkiego, co mogło mu pomóc w rozwiązywaniu spraw. Sachs miała wrażenie, że potrzeba nieustannego ruchu przeniosła się z jego bezużytecznych nóg do umysłu, który teraz wędrował po ulicach miasta do późnej nocy.
    Dziś jednak było inaczej. Jego myśli zdawały się błądzić gdzieś daleko. Nie miała mu za złe zaciętego uporu – zawsze był taki. Ale nie podobało się jej, że myślami jest gdzie indziej. Usiadła na skraju łóżka.
    – Sachs… Lon mi powiedział – zaczął. Zapewne poprosił ją do siebie właśnie w tej sprawie. – O tym, co się stało na lotnisku.
    Wzruszyła ramionami.
    – Nie mogłaś nic więcej zrobić. Naraziłabyś się na pewną śmierć. To dobrze, że się ukryłaś. Strzelił bardzo blisko i następny pocisk już by nie chybił.
    – Miałam dwie, trzy sekundy. Mogłam go trafić. Wiem, że zmarnowałam szansę.
    – Jesteś lekkomyślna, Sachs. Ta bomba…
    Zamilkł na widok błysku w jej oczach.
    – Chcę go dopaść, cena nie gra roli. Mam przeczucie, że chcesz tego samego. Też byś zaryzykował. – Po czym dodała zagadkowo: – Być może już ryzykujesz.
    Podziałało lepiej, niż się spodziewała. Zamrugał oczami, odwracając wzrok. Nic jednak nie odpowiedział, pociągając szkocką przez słomkę.
    Pod wpływem impulsu rzekła:
    – Mogę o coś zapytać? Jeżeli nie, powiedz, żebym się zamknęła.
    – Daj spokój, Sachs. Mamy przed sobą jakieś tajemnice? Nie sądzę.
    Ze wzrokiem wbitym w podłogę powiedziała:
    – Pamiętam, jak kiedyś mówiłam ci o Nicku. Co do niego czułam i tak dalej. Jak mi było ciężko po tym, co się między nami stało.
    Skinął głową.
    – Pytałam cię też, czy czułeś do kogoś coś podobnego, może do żony. Powiedziałeś, że tak, ale to nie była Blaine. – Uniosła oczy.
    Przełknął to, choć nie od razu. Zorientowała się, że trafiła w czuły punkt.
    – Pamiętam – odrzekł.
    – Kto to był? Słuchaj, jeżeli nie chcesz o tym mówić…
    – W porządku. Miała na imię Claire. Claire Tripper. Jak ci się podoba nazwisko?
    – Pewnie musiała znosić podobne męki w szkole jak ja. Amelia Sachs-ofon, Amelia Seks… Jak ją poznałeś?
    – No… – Zaśmiał się z własnej niechęci, by mówić dalej. – W wydziale.
    – Była gliną? – zdziwiła się Sachs.
    – Tak.
    – Co się stało?
    – To był… trudny związek. – Rhyme ze smutkiem pokręcił głową. – Miałem żonę, ona męża. Nic by z tego nie wyszło.
    – Dzieci?
    – Miała córkę.
    – I zerwaliście?
    – I tak by się nie udało, Sachs. Och, z Blaine i tak musieliśmy się rozwieść – inaczej byśmy się pozabijali. To była tylko kwestia czasu. Ale Claire… martwiła się o córkę – o męża, czy da sobie z nią radę, kiedy się rozwiodą. Nie kochała go, lecz to był dobry człowiek. Bardzo kochał dziewczynkę.
    – Poznałeś ją?
    – Jej córkę? Tak.
    – Widujesz ją czasem? Claire?
    – Nie. Było minęło. Już jej nie ma w policji.
    – Zerwałeś z nią po wypadku?
    – Nie, nie, przed.
    – Ale wie, co się z tobą stało?
    – Nie – odrzekł Rhyme po chwilowym wahaniu.
    – Dlaczego jej nie powiedziałeś?
    Milczenie.
    – Miałem powody… To zabawne, że o niej wspomniałaś. Od dawna w ogóle o niej nie myślałem.
    Posłał jej przelotny uśmiech i Sachs poczuła, jak jej ciało przeszywa ból – fizyczny ból, podobny do tego, który odcisnął na jej ciele siny ślad w kształcie Missouri. Bo Rhyme kłamał. Przecież myślał o tej kobiecie. Sachs nie wierzyła w kobiecą intuicję, ale wierzyła w intuicję gliniarza; za dużo przeszła, by lekceważyć takie przeczucia. Wiedziała, że Rhyme myślał o pani Tripper.
    A jej uczucia? Śmiechu warte. Miała za mało cierpliwości, by odczuwać zazdrość. Nie była zazdrosna o pracę Nicka – który był tajniakiem i całe tygodnie włóczył się po ulicach. Nie była zazdrosna o dziwki i blond piękności, z którymi przesiadywał w knajpach podczas zadania.
    Na co więcej mogła liczyć z Rhyme’em, pomijając zazdrość? Często rozmawiała o nim z jego matką. Powściągliwa starsza pani zwykle mawiała coś w rodzaju: „Dobrze, że jest pani miła dla takiego kaleki”.
    I tylko tyle można było powiedzieć o związku, jaki ich łączył. Jaki mógł ich łączyć.
    Mniej niż śmiechu warte.
    Była jednak zazdrosna. Wcale nie o Claire.
    O Percey Clay.
    Sachs nie potrafiła zapomnieć, jak wyglądali oboje, kiedy ujrzała ich dzisiaj siedzących obok siebie w jego pokoju.
    Jeszcze trochę szkockiej. Myślała o nocach, które spędziła z Rhyme’em w tym pokoju, rozmawiając z nim o pracy, pijąc tę doskonałą whisky.
    No, pięknie. Zaczynam się rozklejać. Tego uczucia jestem dla odmiany jak najbardziej pewna. Precz z ckliwością.
    Lecz zamiast się otrząsnąć, podlała swój rzewny nastrój alkoholem.
    Percey nie była atrakcyjną kobietą, ale to nie miało znaczenia; Sachs po tygodniu spędzonym w Chantelle, agencji modelek na Madison Avenue, w której pracowała przez kilka lat, zrozumiała złudę urody. Mężczyźni uwielbiają patrzeć na piękne kobiety, ale nic ich nie odstrasza bardziej niż uroda.
    – Masz ochotę na jeszcze jednego? – spytała.
    – Nie.
    Bezwiednie pochyliła się i złożyła głowę na poduszce. Zabawne, jak szybko przyzwyczajamy się do pewnych rzeczy, pomyślała. Naturalnie Rhyme nie mógł jej objąć i przyciągnąć do siebie. Zamiast tego przechylał w jej stronę głowę. Tak zasypiali już wiele razy.
    Dziś wyczuła u niego sztywność i rezerwę.
    Miała wrażenie, że go traci. I mogła jedynie próbować się do niego zbliżyć.
    Sachs zwierzyła się kiedyś ze swoich uczuć do Rhyme’a przyjaciółce, Amy – matce jej chrześnicy. Kobieta zastanawiała się nad atrakcyjnością Lincolna. „Może chodzi o to, że on nie może się poruszać. Jest mężczyzną, ale nie ma nad tobą żadnej władzy. Być może to cię kręci” – rozmyślała głośno.
    Sachs wiedziała jednak, że jest akurat odwrotnie. Przyciągał ją do niego fakt, że był mężczyzną, który miał nad nią absolutną władzę, mimo że nie mógł się poruszać.
    Słyszała strzępy słów, kiedy mówił o Claire, a potem o Trumniarzu. Odchyliła głowę, by spojrzeć na jego wąskie usta.
    Jej dłonie wyruszyły na wędrówkę.
    Rhyme oczywiście nie był w stanie nic poczuć, lecz widział, jak jej smukłe palce zakończone obgryzionymi paznokciami suną po jego piersi, zmierzając niżej. Thom co dzień aplikował mu porcję ćwiczeń ruchowych i choć Rhyme nie był muskularny, miał ciało młodego człowieka. Jak gdyby proces starzenia ustał w dniu wypadku.
    – Sachs?
    Jej dłoń przesunęła się jeszcze niżej.
    Zaczęła oddychać szybciej. Odchyliła koc. Thom ubrał go na noc w koszulkę. Podciągnęła ją i położyła ręce na jego piersi. Potem ściągnęła własną koszulę, rozpięła stanik i przycisnęła zaróżowione ciało do jego bladej skóry. Przypuszczała, że ciało Rhyme’a będzie zimne, ale nie. Było bardziej gorące niż jej. Przytuliła się mocniej.
    Pocałowała go: najpierw w policzek, później w kącik ust, wreszcie prosto w usta.
    – Sachs, nie… Słyszysz mnie? Nie.
    Nie słuchała.
    Nie mówiła o tym Rhyme’owi, ale kilka miesięcy temu kupiła sobie książkę pod tytułem „Niesprawny kochanek”. Ze zdumieniem dowiedziała się z niej, że sparaliżowani mężczyźni mogą się normalnie kochać i mieć dzieci. Zadziwiający męski organ ma dosłownie niezależny umysł, a uszkodzenie rdzenia kręgowego eliminuje tylko jeden rodzaj bodźców. Niepełnosprawni mężczyźni byli zdolni do normalnych erekcji. Wprawdzie Rhyme nie miał czucia, lecz – w każdym razie dla niej – dreszcz fizycznej rozkoszy był tylko częścią całego aktu, często nawet mniej ważną. Liczyła się bliskość; dzięki niej osiągało się szczyty, z którymi nie mogły się równać miliony udawanych, kinowych orgazmów. Podejrzewała, że odczucia Rhyme’a są podobne.
    Pocałowała go jeszcze raz. Mocniej.
    Po chwilowym wahaniu oddał pocałunek. Nie zdziwiła się, że jest w tym dobry. W jego twarzy najpierw zauważało się wyraziste ciemne oczy, a zaraz potem piękne usta.
    Nagle Rhyme odsunął głowę.
    – Nie, Sachs, proszę…
    – Cii… nic nie mów. – Jej dłoń zanurkowała pod kocami i zaczęła pieścić i dotykać.
    – Chodzi o to…
    O co? Że może się nie udać? – zastanawiała się.
    Lecz wszystko szło doskonale. Czuła, jak rośnie w jej ręce, bardziej wrażliwy na dotyk niż u niektórych z największych macho, z jakimi zdarzyło się jej w życiu kochać.
    Jednym ruchem znalazła się na nim, skopując resztę prześcieradeł i koców; pochyliła się i znów go pocałowała. Och, jak bardzo pragnęła być z nim tak blisko. Przekonać go, że widzi w nim doskonałego mężczyznę. By zrozumiał, że niczego mu nie brakuje.
    Rozpięła włosy, pozwalając im swobodnie opaść.
    Ich usta przywarły do siebie na pełną minutę.
    Nagle Lincoln potrząsnął gwałtownie głową i w pierwszej chwili pomyślała, że dostał ataku.
    – Nie! – wyszeptał.
    Spodziewała się figlarnego, namiętnego, w najgorszym razie kokieteryjnego „Och, cóż za pomysły”… Tymczasem jego „nie” zabrzmiało bardzo cicho, jak gdyby nagle opadł z sił. Na głuchy dźwięk jego głosu zabolała ją dusza. Zsunęła się z niego, przyciskając do piersi poduszkę.
    – Nie, Amelio. Przykro mi. Nie.
    Twarz paliła ją ze wstydu. Ile to razy umawiała się gdzieś z mężczyzną, który był jej przyjacielem, kolegą albo przypadkowym znajomym, a potem nagle drętwiała z przerażenia, gdy nagle dobierał się do niej zachłannie jak nastolatek. Wtedy w jej głosie brzmiała ta sama konsternacja, którą teraz usłyszała u Rhyme’a.
    W końcu zrozumiała.
    Nie była dla niego nikim więcej niż tylko partnerem. Koleżanką z pracy. Przyjaciółką przez duże P.
    – Przepraszam, Sachs… nie mogę. Są pewne komplikacje.
    Komplikacje? Nie dostrzegała żadnych, naturalnie poza faktem, że jej nie kochał.
    – Nie, to ja przepraszam – powiedziała szorstko. – Głupio wyszło. Trochę za dużo szkockiej. Nigdy nie umiałam pić, dobrze o tym wiesz.
    – Sachs.
    Ubierając się, przykleiła do ust sztuczny uśmiech.
    – Sachs, pozwól mi coś powiedzieć.
    – Nie. – Nie chciała usłyszeć ani słowa więcej.
    – Sachs…
    – Powinnam iść. Wrócę wcześnie rano.
    – Chcę coś powiedzieć.
    Lecz Rhyme nie miał okazji nic już więcej powiedzieć, wytłumaczyć się ani przeprosić, ani wyznać. Ani wygłosić wykładu.
    Nagle rozległo się głośne pukanie do drzwi. Zanim Rhyme zdążył zapytać, kto to, do pokoju wpadł Lon Sellitto.
    Obrzucił przelotnym spojrzeniem Sachs, potem popatrzył na Rhyme’a i oznajmił:
    – Właśnie rozmawiałem z chłopakami Bo spod dwudziestego. Trumniarz tam był i węszył dookoła. Sukinsyn chwycił przynętę! Będziemy go mieli, Lincoln! Tym razem będziemy go mieli.
    – Kilka godzin temu – opowiadał dalej detektyw – paru chłopaków z rozpoznania zauważyło białego mężczyznę spacerującego wokół dwudziestego posterunku. Wśliznął się w alejkę i wyglądało, jakby sprawdzał ochronę. Później widzieli go, jak się gapił na dystrybutor obok komisariatu.
    – Dystrybutor? Do tankowania radiowozów?
    – Zgadza się.
    – Śledzili go potem?
    – Próbowali. Ale zniknął, zanim zdążyli się zbliżyć.
    Rhyme domyślał się, że Sachs dyskretnie zapina górny guzik bluzki… Musiał z nią porozmawiać o tym, co tu przed chwilą zaszło. Musiała go zrozumieć. Ale wobec nowin, z jakimi przyszedł Sellitto, ta rozmowa będzie musiała zaczekać.
    – Mamy coś lepszego. Pół godziny temu dostaliśmy meldunek o kradzieży ciężarówki. Z Rollins Distributing. West Side, niedaleko rzeki. Firma dostarcza benzynę małym stacjom. Gość przeciął siatkę ogrodzenia. Strażnik usłyszał to i poszedł sprawdzić. Został zaatakowany od tyłu i pobity niemal do nieprzytomności. A facet ulotnił się razem z ciężarówką.
    – Wydział kupuje paliwo od tego Rollinsa?
    – Nie, ale kto o tym może wiedzieć? Jeśli Trumniarz podjedzie pod posterunek cysterną, strażnicy przepuszczą go, nic nie podejrzewając, a potem…
    – Cysterna wyleci w powietrze – wtrąciła Sachs.
    Sellitto zamilkł raptownie.
    – Sądziłem, że chce wykorzystać wóz tylko po to, żeby dostać się do środka – powiedział po chwili. – Waszym zdaniem to bomba?
    Rhyme poważnie pokiwał głową. Zły na siebie. Sachs miała rację.
    – Wpadliśmy we własne sidła. Nie przyszło mi do głowy, że mógłby coś takiego zrobić. Chryste, cysterna wybucha w dzielnicy…
    – Bomba z nawozów sztucznych?
    – Nie – rzekł Rhyme. – Chyba nie miał czasu na złożenie tego do kupy. Ale wystarczy mały ładunek na boku cysterny i powstanie superbomba ze wspomaganiem benzynowym. Zmiecie posterunek z powierzchni ziemi. Trzeba wszystkich ewakuować. Ale po cichu.
    – Po cichu – mruknął Sellitto. – To nie będzie trudne.
    – A co ze strażnikiem od Rollinsa? Może mówić?
    – Może, ale dostał od tyłu. Nic nie widział.
    – Chcę przynajmniej jego ubranie. Sachs – spojrzała na niego – mogłabyś przywieźć jego rzeczy ze szpitala? Będziesz wiedziała, jak je zapakować, żeby nie zniszczyć śladów. A potem sprawdź miejsce, gdzie ukradł ciężarówkę.
    Zastanawiał się, jak dziewczyna zareaguje. Nie zdziwiłby się, gdyby wyszła bez słowa. Ale w jej nieruchomej, pięknej twarzy zobaczył, że czuje to samo co on: paradoksalną ulgę, że ich wieczór, nieuchronnie zmierzający do katastrofy, swoją interwencją uratował Trumniarz.

    Powoli, powoli zaczynało im dopisywać szczęście, wyczekiwane przez Rhyme’a.
    Godzinę później wróciła Amelia Sachs. Trzymała plastykową torebkę, w której spoczywały nożyce do drutu.
    – Znalazłam je przy samym ogrodzeniu. Strażnik musiał zaskoczyć Trumniarza i ten je upuścił.
    – Aha! – krzyknął Rhyme. – Nigdy nie sądziłem, że popełni taki błąd. Może rzeczywiście przestaje uważać… Ciekawe, czego się tak boi?
    Rhyme rzucił okiem na nożyce. Proszę, modlił się w duchu, niech tu będzie odcisk.
    Nieprzytomny Mel Cooper – który wcześniej spał w sypialni na górze – zbadał każdy milimetr kwadratowy narzędzia. Nie znalazł ani śladu odcisku.
    – Możesz coś powiedzieć o samych nożycach? – odezwał się Rhyme.
    – Model Craftsman, jeden z najlepszych, sprzedawany w każdym sklepie Searsa w całym kraju. Za kilka dolców można je kupić na giełdach albo złomowiskach.
    Rhyme syknął zawiedziony. Przez chwilę wpatrywał się w nożyce, po czym spytał:
    – Ślady narzędzia?
    Cooper spojrzał na niego zdziwiony. Ślady po narzędziach to charakterystyczne znaki, pozostawiane na miejscu zbrodni przez używane przez sprawców śrubokręty, szczypce, wytrychy, łomy i tak dalej. Kiedyś Rhyme’owi udało się ustalić osobę włamywacza tylko na podstawie drobnego nacięcia w kształcie litery V na mosiężnym zamku. Nacięcie pasowało do skrzywionego dłuta, które znaleziono u tego człowieka. Teraz mieli narzędzie, ale nie mieli pozostawionych przez nie śladów. Cooper nie rozumiał, co Rhyme ma na myśli.
    – Mówię o śladach na ostrzu – powiedział zniecierpliwiony Rhyme. – Może Trumniarz przeciął coś charakterystycznego, coś, co pomoże nam ustalić jego kryjówkę.
    – Aha. – Cooper obejrzał dokładnie ostrze nożyc. – Jest jakieś draśnięcie, ale sam zobacz… Widzisz coś szczególnego?
    Rhyme nic nie zauważył.
    – Zbierz wszystko z ostrza i uchwytu, zobacz, czy nie ma jakichś resztek.
    Cooper umieścił drobiny w chromatografie.
    – No, no – wymruczał, czytając wyniki. – Posłuchaj. Resztki RDX, asfaltu i sztucznego jedwabiu.
    – Przewód detonatora – powiedział Rhyme.
    – Przeciął go nożycami? – spytała Sachs. – Można to zrobić?
    – Nie jest mocniejszy niż sznur od bielizny – rzekł z roztargnieniem Rhyme, wyobrażając sobie, czego może dokonać wybuch tysiąca galonów benzyny w okolicach dwudziestego posterunku.
    Powinienem zmusić ich do wyjazdu, pomyślał. Percey i Brita Hale’a. Zastosować areszt prewencyjny i wysłać do Montany, gdzie by siedzieli do posiedzenia sądu przysięgłych. Pomysł z zasadzką to czyste wariactwo.
    – Lincoln? – odezwał się Sellitto. – Musimy znaleźć tę cysternę.
    – Mało czasu – powiedział Rhyme. – Będzie próbował dostać się do środka najwcześniej nad ranem. Najpierw musi wymyślić historyjkę z dostawą paliwa. Coś jeszcze, Mel? Mikroślady?
    Cooper sprawdził filtr próżniowy.
    – Ziemia, kawałeczki cegły. Czekaj… jakieś włókna. Pod chromatograf?
    – Tak.
    Technik zgarbił się nad ekranem.
    – Włókno roślinne. Skład podobny do składu papieru. Jest jeszcze jakiś związek… NH4OH.
    – Wodorotlenek amonowy – rzekł Rhyme.
    – Amonowy? – spytał Sellitto. – Może się pomyliłeś co do składu bomby?
    – Jakiś olej? – zapytał Rhyme.
    – Brak śladów.
    – Włókno z amoniakiem z uchwytu nożyc?
    – Nie, z ubrania pobitego strażnika.
    Rhyme zamyślił się. Poprosił Coopera, by umieścił włókno pod mikroskopem skaningowym.
    – Duże powiększenie. W jaki sposób ta substancja przyczepiła się do włókna?
    Ekran rozjaśnił się. Włókno wyglądało na nim jak pień drzewa.
    – Chyba wtopiła się pod wpływem ciepła.
    Kolejna zagadka. Papier i wodorotlenek amonowy…
    Rhyme spojrzał na zegar. Za dwadzieścia trzecia.
    Nagle zorientował się, że Sellitto o coś go pyta. Odwrócił głowę.
    – Pytam – powtórzył detektyw – czy mamy rozpocząć ewakuację z okolicy posterunku? Chyba lepiej teraz, niż gdybyśmy mieli czekać do ostatniej chwili przed atakiem.
    Przez dłuższą chwilę Rhyme wpatrywał się w niebieskawy pień drzewa na ekranie mikroskopu.
    – Tak – odparł. – Musimy wszystkich stamtąd usunąć. Ewakuować budynki wokół posterunku. Zastanówmy się – cztery domy po każdej stronie komisariatu.
    – Aż tyle? – Sellitto usiłował się roześmiać. – Myślisz, że naprawdę trzeba ich wszystkich ewakuować?
    Rhyme popatrzył na detektywa i rzekł:
    – Nie, zmieniłem zdanie. Tylko domy do najbliższych przecznic. Natychmiast. I sprowadź tu Haumanna i Dellraya. Nie obchodzi mnie, gdzie teraz są. Chcę, żeby się tu zaraz zjawili.

Rozdział siedemnasty

    45 godzin – godzina dwudziesta druga

    Niektórzy zdążyli się przespać.
    Sellitto drzemał w fotelu. Wstał z niego bardziej pomięty niż zwykle, z rozczochranymi włosami. Cooper spał na dole.
    Sachs spędziła noc na kanapie na dole albo w drugiej sypialni na górze. „Clinitron” już jej nie interesował.
    Kochany Thom krzątał się z zaczerwienionymi oczyma, mierząc Rhyme’owi ciśnienie. Dom wypełniał aromat kawy.
    Niedawno wzeszło słońce. Rhyme przyglądał się tablicom z listami dowodów. Wszyscy byli na nogach do czwartej, opracowując strategię schwytania Trumniarza i odpowiadając na liczne skargi od ewakuowanych mieszkańców.
    Czy wszystko się uda? Czy Trumniarz wpadnie w pułapkę? Rhyme wierzył, że tak. Lecz nasuwało się jeszcze jedno pytanie, o którym Rhyme wolał nie myśleć, ale którego nie mógł uniknąć. Jakie będą skutki urządzonej zasadzki? Trumniarz był i tak wystarczająco niebezpieczny. Jak daleko się posunie, gdy zostanie osaczony?
    Thom nalał kawę, po czym wszyscy usiedli nad mapą przyniesioną przez Dellraya. Rhyme, już w wózku, podjechał do stołu i przyjrzał się planowi.
    – Wszyscy na miejscach? – spytał Sellitta i Dellraya.
    Ludzie Haumanna z 32-E i jednostka specjalna FBI z południowych i wschodnich dzielnic byli gotowi. Zajmowali pozycje pod osłoną nocy, idąc kanałami, piwnicami i dachami domów w pełnym kamuflażu; Rhyme był przekonany, że Trumniarz obserwuje swój cel.
    – Dziś na pewno nie będzie spał – mówił Rhyme.
    – Jesteś pewien, Linc? – pytał Sellitto.
    Pewien? – pomyślał rozdrażniony. Kto może być czegokolwiek pewien w przypadku Trumniarza?
    Jego najniebezpieczniejszą bronią jest podstęp…
    – Pewien na dziewięćdziesiąt dwa koma siedem procent – odrzekł drwiąco Rhyme.
    Sellitto parsknął zgryźliwym śmiechem.
    Rozległ się dzwonek u drzwi. Chwilę później w drzwiach salonu zjawił się krępy człowiek w średnim wieku, którego Rhyme nie znał.
    Westchnienie Dellraya mogło sugerować, że zanosi się na większe kłopoty. Sellitto chyba też znał przybyłego i powściągliwie skinął mu głową.
    Mężczyzna przedstawił się jako Reginald Eliopolos, zastępca prokuratora okręgowego. Rhyme przypomniał sobie, że to on prowadził sprawę Phillipa Hansena.
    – Pan Lincoln Rhyme? Słyszałem o panu wiele dobrego. Mhm. – Krępy człowiek ruszył ku niemu, odruchowo wyciągając na powitanie rękę. Zaraz się jednak zorientował, że to bezcelowy gest, więc nie opuszczając ramienia, podał dłoń Dellrayowi, który uścisnął ją niechętnie.
    – Fred, miło cię widzieć. – Choć zostało to powiedziane wesoło, oznaczało coś wręcz przeciwnego. Rhyme zastanawiał się, dlaczego traktują się nawzajem z chłodnym dystansem.
    Prokurator nie zwrócił uwagi na Sellitta i Mela Coopera. Thom instynktownie wyczuł co i jak; nie zaproponował gościowi kawy.
    – Mhm, mhm. Słyszałem, że prowadzicie jakąś poważną operację. Nie konsultujecie się za bardzo z górą, ale, do diabła, rozumiem, że niekiedy trzeba improwizować. Czasem nie warto czekać, żeby ktoś podpisywał dokument w trzech egzemplarzach. – Eliopolos podszedł do mikroskopu i zajrzał w okular. – Mhm, mhm – wymruczał, choć to, co zobaczył, nadal stanowiło dla Rhyme’a zagadkę.
    – Może… – zaczął Rhyme.
    – Do rzeczy? – Eliopolos obrócił się na pięcie. – Proszę bardzo. Pod budynkiem federalnym w centrum stoi opancerzona furgonetka. Chcę, żeby w ciągu godziny znaleźli się w niej świadkowie w sprawie Hansena. Percey Clay i Brit Hale. Zostaną zawiezieni do Shoreham na Long Island, obiektu strzeżonego przez FBI. Tam zaczekają na przesłuchanie przed sądem przysięgłych w poniedziałek. Kropka. Co wy na to?
    – Sądzi pan, że to dobry pomysł?
    – Mhm. Tak właśnie uważamy. Lepszy niż żeby byli przynętą w jakichś osobistych porachunkach departamentu nowojorskiego.
    Sellitto westchnął.
    – Otwórz oczy, Reggie – powiedział Dellray. – Pomyśl: wcale nie jest tak, że nie masz na nic wpływu. Czy ktoś tu prowadzi jakąś operację? Oddział specjalny?
    – Jeszcze jedno – dodał z roztargnieniem Eliopolos. Całą uwagę skupił na Rhymie. – Naprawdę sądzi pan, że nikt w mieście nie pamięta, że ten sam facet zabił pana techników pięć lat temu?
    Cóż, hm, Rhyme miał nadzieję, że nikt nie pamięta. Ponieważ okazało się jednak, że o tym nie zapomniano, zdaje się, że razem z całym zespołem pakowali się w niezłe tarapaty.
    – Ale, ale – rzekł wesoło prokurator. – Nie chcę wojny o wpływy. Myślicie, że chcę? Po co? Chcę Phillipa Hansena. Dlaczego wszyscy chcą głowy Hansena? Bo to on jest grubą rybą.
    W istocie Rhyme niemal zapomniał o Phillipie Hansenie, więc dopiero teraz zaczynał rozumieć, o co chodzi Eliopolosowi. I bardzo się zaniepokoił.
    Rhyme okrążył na wózku Eliopolosa jak kojot.
    – Ma pan tam dobrych agentów, prawda? – spytał z niewinną miną. – Do ochrony świadków.
    – W Shoreham? – rzekł niepewnie prokurator. – Oczywiście. Mhm.
    – Poinstruował ich pan o wymogach bezpieczeństwa? O tym, jak groźny może być Trumniarz? – Dalej grał niewiniątko.
    Chwila milczenia.
    – Poinstruowałem.
    – I jakie dostali rozkazy?
    – Rozkazy? – udał zdziwienie Eliopolos. Nie był głupi. Zorientował się, że go przyłapano.
    Rhyme roześmiał się. Zerknął na Sellitta i Dellraya.
    – Rozumiecie, nasz przyjaciel prokurator ma nadzieję, że dzięki trzem świadkom będzie miał w ręku Hansena.
    – Trzem?
    – Percey, Hale… i sam Trumniarz – wyliczył z szyderstwem w głosie Rhyme. – Chce go złapać, żeby mieć jeszcze jeden dowód. – Spojrzał na Eliopolosa. – Czyli pan także chce wykorzystać Percey jako przynętę.
    – Tyle że chce ją wsadzić w środek pułapki. – Dellray zachichotał. – Chwytam, chwytam.
    – Dobrze pan wie – ciągnął Rhyme – że sprawa przeciw Hansenowi nie wygląda najlepiej, bez względu na to, co widzieli Percey i Hale.
    Pan Mhm postanowił spróbować szczerości.
    – Widzieli, jak pozbywał się jakichś cholernych dowodów. Cholera, może nawet nie widzieli. Jeżeli znajdziemy te worki i uda się ustalić związek Hansena ze śmiercią dwóch żołnierzy poprzedniej wiosny, świetnie, będzie sprawa. Być może. Ale, po pierwsze – możliwe, że wcale nie znajdziemy worków, i po drugie, dowody mogły ulec zniszczeniu.
    Wtedy, po trzecie, wezwijcie mnie, pomyślał Rhyme. Umiem znaleźć materiał dowodowy choćby w nocnym wietrzyku.
    – Jeżeli jednak będziesz miał żywego człowieka wynajętego przez Hansena – wtrącił Sellitto – możliwe, że facet wsypie szefa.
    – Otóż to. – Eliopolos skrzyżował ręce na piersi w geście, którego z pewnością używał w sądzie, wygłaszając ostatnie zdanie oskarżenia.
    Sachs przysłuchiwała się rozmowie, stojąc w drzwiach. Zadała pytanie, które Rhyme miał na końcu języka.
    – Na jakie okoliczności łagodzące może w zamian liczyć Trumniarz?
    – Kim pani jest? – spytał Eliopolos.
    – Sierżant Sachs, wydział wsparcia dochodzeniowego.
    – To chyba nie jest kwestia, która mogłaby interesować technika od zabezpieczania miejsc zbrodni.
    – Wobec tego interesuje mnie – warknął Sellitto. – A jeżeli nie uzyskam odpowiedzi, to pytanie zada burmistrz.
    Rhyme przypuszczał, że Eliopolosa czeka kariera polityka. Prawdopodobnie całkiem niezła. Prokurator powiedział:
    – Ważne, żeby udało się oskarżyć Hansena. Z dwojga złego jest znacznie groźniejszy. Zdolny do czynienia większego zła.
    – No dobrze – rzekł Dellray, marszcząc czoło. – Ale to nie jest odpowiedź. Co dasz Trumniarzowi, jeśli zgodzi się podkablować Hansena?
    – Nie wiem – odparł wykrętnie prokurator. – O tym jeszcze nie było mowy.
    – Dziesięć lat dozoru? – mruknęła Sachs.
    – O tym nie było mowy.
    Rhyme myślał o zasadzce, którą dokładnie opracowali, siedząc do czwartej nad ranem. Jeżeli teraz przewiozą Percey i Hale’a gdzie indziej, Trumniarz na pewno to wywęszy. Zmieni plany. Dowie się, że są w Shoreham, ominie strażników, którzy dostali rozkaz ujęcia go żywego, zabije Percey i Hale’a – i jeszcze paru ludzi – a potem zniknie.
    – Zostało niewiele czasu – zaczął prokurator.
    – A ma pan papier? – przerwał mu Rhyme. – Miałem nadzieję, że będziecie skłonni do współpracy.
    – Nie będziemy.
    – Pan jest cywilem.
    – Ja nie – powiedział Sellitto.
    – Mhm. Rozumiem. – Spojrzał na Dellraya, ale nawet nie spytał agenta, po czyjej jest stronie.
    – W ciągu trzech albo czterech godzin mogę zdobyć nakaz aresztowania prewencyjnego – rzekł prokurator.
    W niedzielę rano? – pomyślał Rhyme. Mhm.
    – Nie oddamy ich – powiedział. – Niech pan robi, co pan musi.
    Na okrągłej twarzy biurokraty rozlał się szeroki uśmiech.
    – Jestem zmuszony poinformować pana, że jeżeli sprawca zginie podczas próby zatrzymania, osobiście zapoznam się z raportem komisji i istnieje duże prawdopodobieństwo, że dojdę do wniosku, iż rozkaz użycia broni nie został wydany przez zwierzchników. – Spojrzał na Rhyme’a. – Możliwe też, że pojawi się kwestia ingerencji osób cywilnych w operacje organów federalnych. A to już jest materiał na bardzo poważny proces cywilny. Chcę pana tylko ostrzec.
    – Dzięki – odparł jowialnie Rhyme. – Jestem ogromnie wdzięczny.
    Gdy prokurator wyszedł, Sellitto przeżegnał się.
    – Chryste, Linc, słyszałeś? Powiedział „poważny proces cywilny”.
    – Kurczę, po mojemu nasz bohater bardzo by się przestraszył „niepoważnego” procesu – wtrącił się Dellray.
    Wybuchnęli śmiechem.
    Dellray przeciągnął się i rzekł:
    – Aleśmy wdepnęli. Lincoln, słyszałeś o tym wirusie?
    – Jakim wirusie?
    – Ostatnio atakuje coraz więcej naszych ludzi. Jesteśmy na jakiejś akcji, ja i chłopaki z oddziału, i dostajemy paskudnego tiku w palcu wskazującym. Tym, który naciska spust.
    Sellitto, znaczenie gorszy aktor niż agent, rąbnął:
    – Wy też? Myślałem, że to dotyka tylko naszych ludzi z brygady specjalnej.
    – Wiecie co? – powiedział Fred Dellray, Alec Guinness wśród gliniarzy. – Znalazłem na to lekarstwo. Wystarczy samemu zabić takiego gościa jak Trumniarz i zobaczyć zdziwienie na jego zezowatej gębie. Działa bez pudła. – Włączył telefon. – Chyba zadzwonię do moich chłopców i zapytam, czy pamiętają o tym lekarstwie.

Rozdział osiemnasty

    45 godzin – godzina dwudziesta druga

    Percey Clay zbudziła się w mrocznym pokoju, wstała z łóżka i podeszła do okna. Rozsunąwszy zasłony, spojrzała w monotonnie szare niebo. W powietrzu wisiała delikatna mgiełka.
    Warunki bliskie minimum, oceniła. Wiatr 090, pięć węzłów. Widzialność ćwierć mili. Miała nadzieję, że przed wieczornym lotem pogoda się poprawi. Och, potrafiła latać w każdych warunkach atmosferycznych – i latała. Wszyscy, którzy pomyślnie przeszli testy lotów według przyrządów, mogli startować, latać i lądować przy całkowitym zachmurzeniu. (Właściwie dzięki komputerom pokładowym, łączności radiowej, radarowi i systemom antykolizyjnym większość samolotów pasażerskich mogła latać i lądować bez udziału pilota). Lecz Percey wolała latać przy dużej widoczności. Lubiła patrzeć na przesuwającą się w dole ziemię. Światła w nocy. Chmury. A nad nią gwiazdy.
    Wszystkie gwiazdy wieczoru…
    Znów pomyślała o Edzie i wczorajszym telefonie do jego matki. Zaczęły planować pogrzeb. Percey chciała dokładnie się nad wszystkim zastanowić, sporządzić listę gości, przygotować przyjęcie.
    Lecz nie potrafiła. Jej myślami bez reszty zawładnął Lincoln Rhyme.
    Przypomniała sobie rozmowę, jaką wczorajszego wieczoru odbyli za zamkniętymi drzwiami – po spięciu z Amelią Sachs.
    Siedziała obok niego w starym fotelu. Rhyme mierzył ją wzrokiem od stóp do głów. Doznała dziwnego uczucia. Nie było to taksujące spojrzenie, jakim mężczyźni obrzucają kobiety (niektóre – jej nie) w barze albo na ulicy. Patrzył na nią tak, jakby był bardziej doświadczonym pilotem i oceniał ją przed ich pierwszym wspólnym lotem. Sprawdzał jej kompetencje, zachowanie, szybkość podejmowania decyzji. Jej odwagę.
    Wyciągnęła z kieszeni piersiówkę, lecz Rhyme pokręcił głową, po czym zaproponował jej osiemnastoletnią szkocką.
    – Zdaniem Thoma za dużo piję – rzekł. – Ma rację, ale czym jest życie bez drobnych przywar?
    Parsknęła wymuszonym śmiechem.
    – Mój ojciec na nich zarabia.
    – Na gorzale? Czy przywarach w ogóle?
    – Na papierosach. Jest jednym z szefów US Tobacco w Richmond. Nie, przepraszam, firma nazywa się teraz Towary Konsumpcyjne czy coś w tym rodzaju.
    Za oknem zatrzepotały ptasie skrzydła.
    – Och. – Percey zaśmiała się. – Samczyk.
    Rhyme powędrował wzrokiem za jej spojrzeniem.
    – Słucham?
    – Samiec sokoła wędrownego. Dlaczego uwiły gniazdo tutaj? Zwykle mieszkają wyżej.
    – Nie wiem. Obudziłem się pewnego ranka i już tu były. Znasz się na sokołach?
    – Pewnie.
    – Polowałaś z nimi? – zapytał.
    – Kiedyś. Miałam jednego, z którym polowałam na kuropatwy. Dostałam go jako sokolę.
    – Cóż to takiego?
    – Pisklę. Łatwiej je ułożyć. – Dokładnie obejrzała gniazdo, uśmiechając się nieznacznie. – Ale moim najlepszym łowcą był jastrząb gołębiarz, złapany jako dorosły ptak. Samica. Samice są większe od samców i lepiej polują. Ciężko dać sobie z nimi radę. Ale ta polowała na wszystko – króliki, zające, bażanty.
    – Masz jeszcze tego ptaka?
    – Och, nie. Kiedyś czekała – to znaczy krążyła w górze, szukając ofiary. Nagle zmieniła zdanie. Pozwoliła uciec tłustemu bażantowi. Potem wzbiła się w prąd ciepłego powietrza, które uniosło ją kilkaset stóp w górę. Zniknęła w słońcu. Jeszcze przez miesiąc wystawiałam przynętę, ale nie wróciła.
    – Tak po prostu zniknęła?
    – Zdarza się dorosłym ptakom – wyjaśniła, wzruszając obojętnie ramionami. – To dzikie zwierzęta. Ale spędziła ze mną ponad pół roku. – Właśnie ten jastrząb stanowił inspirację przy projektowaniu logo Hudson Air. – Wskazując sokoły za oknem, dodała: – Masz szczęście, że trafiło ci się takie towarzystwo. Nadałeś im imiona?
    Rhyme parsknął pogardliwym śmiechem.
    – Nie mam takich zwyczajów. Thom próbował, ale go wyśmiałem i uciekł z pokoju.
    – Ta Sachs… naprawdę ma zamiar mnie aresztować?
    – Wydaje mi się, że będę umiał jej to wyperswadować. Słuchaj, muszę ci coś powiedzieć.
    – Słucham.
    – Musicie z Hale’em dokonać wyboru. Dlatego chciałem z tobą porozmawiać.
    – Wyboru?
    – Możemy was wywieźć z miasta. Do miejsca przeznaczonego specjalnie do ochrony świadków. Przy zachowaniu środków ostrożności z pewnością zgubimy Trumniarza, a wy bezpiecznie doczekacie posiedzenia sądu przysięgłych.
    – Ale? – zapytała.
    – Ale nadal będzie was tropił. Nawet po posiedzeniu sądu będziecie stanowić zagrożenie dla Phillipa Hansena, bo będziecie musieli zeznawać w procesie. A proces może trwać wiele miesięcy.
    – Nie wiadomo, czy sąd przysięgłych w ogóle postawi go w stan oskarżenia, bez względu na to, co usłyszy od nas – zauważyła Percey. – Po co więc miałby nas zabijać?
    – To nie ma znaczenia. Gdy Trumniarz dostanie od kogoś zlecenie, nie spocznie, dopóki jego ofiara będzie żyła. Poza tym prokuratorzy obciążą Hansena zabójstwem twojego męża i w tej sprawie również będziesz świadkiem. Hansenowi bardzo więc zależy, żeby się ciebie pozbyć.
    – Chyba rozumiem, do czego zmierzasz.
    Uniósł brew.
    – Robak na haczyku – powiedziała.
    Zmrużył oczy, wybuchając śmiechem.
    – No, nie zamierzam paradować z wami na oczach wszystkich, tylko umieścić was w bezpiecznym domu w mieście. Pod pełną strażą. Z najnowocześniejszymi systemami bezpieczeństwa. Trumniarz odsłoni się i będziemy go mieli. Skończymy z nim raz na zawsze. Wariacki pomysł, ale nie sądzę, żebyśmy mieli inny wybór.
    Kolejny łyczek szkockiej. Niezła. Jak na trunek niewyprodukowany w Kentucky.
    – Wariacki? – powtórzyła. – Pozwól, że o coś cię spytam. Masz jakiegoś mistrza? Kogoś, kogo starasz się naśladować?
    – Oczywiście. Najsłynniejszych badaczy kryminalistycznych. Augusta Vollmera, Edmonda Locarda.
    – Słyszałeś o Beryl Markham?
    – Nie.
    – Lotniczka brytyjska z lat trzydziestych i czterdziestych. To ona – nie Amelia Earhart – jest moim idolem. Prowadziła życie pełne fantazji. Pochodziła z arystokracji – wiesz, jak z „Pożegnania z Afryką”. Była pierwszym człowiekiem – nie kobietą, pierwszym człowiekiem – który samotnie przebył trasę nad Atlantykiem trudniejszą drogą, ze wschodu na zachód. Lindbergh wykorzystał wiejące w ogon wiatry. – Zaśmiała się. – Wszyscy myśleli, że jest pomylona. Gazety drukowały błagalne artykuły wstępne, żeby zrezygnowała z lotu. Oczywiście nie zrezygnowała.
    – I dokonała tego?
    – Lądowała awaryjnie tuż przed lotniskiem, lecz tak, dokonała tego. Nie wiem, czy to był akt odwagi, czy szaleństwa. Czasem wydaje mi się, że nie ma różnicy.
    – Będziecie tam dość bezpieczni – ciągnął Rhyme. – Ale nie całkowicie.
    – Coś ci powiem. Jak nazywacie tego mordercę?
    – Trumniarz.
    – Właśnie. W odrzutowcach używamy określenia „trumienny próg”.
    – Co to takiego?
    – Margines między prędkością przeciągnięcia a prędkością, od której samolot zaczyna się rozpadać od turbulencji Macha – kiedy zbliża się do prędkości dźwięku. Na poziomie morza lecisz kilkaset mil na godzinę, ale na wysokości pięćdziesięciu albo sześćdziesięciu tysięcy stóp prędkość przeciągnięcia może osiągać pięćset węzłów, a na barierę dźwięku trafiasz przy pięćset czterdziestu. Jeżeli nie zostaniesz w tym marginesie czterdziestu węzłów, przechodzisz przez trumienny próg i koniec. Wszystkie samoloty, które latają na takich pułapach, muszą mieć autopiloty, żeby utrzymać prędkość w marginesie. Powiem ci, że latam na takiej wysokości i prawie nigdy nie korzystam z autopilota. Nie znam pojęcia „absolutne bezpieczeństwo”.
    – Czyli zrobisz to.
    Percey nie odpowiedziała od razu. Przez chwilę patrzyła na niego badawczo.
    – Chodzi o coś więcej, prawda?
    – Więcej? – zdziwił się Rhyme, ale niewinność w jego głosie zabrzmiała niezbyt przekonująco.
    – Czytam rubrykę miejską w „Timesie”. Przecież nie w każde morderstwo angażuje się tylu gliniarzy naraz. Co ten Hansen takiego zrobił? Zabił dwóch żołnierzy i mojego męża, a traktujecie go, jakby był jakimś Alem Capone.
    – Mam gdzieś Hansena – powiedział cicho Lincoln Rhyme, siedzący na swym zmotoryzowanym tronie. Ciało miał nieruchome, lecz ciemne oczy błyszczały mu jak płomienie – tak samo jak oczy jej jastrzębia. Nie mówiła tego Rhyme’owi, ale ona też nie nadawała imion ptakom myśliwskim. Swojego jastrzębia nazywała po prostu „sokołem”.
    – Chcę dostać Trumniarza – ciągnął Rhyme. – Zabił wielu gliniarzy, w tym dwóch, którzy pracowali u mnie. Zamierzam go złapać.
    Mimo to czuła, że kryje się za tym coś więcej. Nie naciskała jednak.
    – Będziesz musiał porozmawiać też z Britem.
    – Oczywiście.
    Po chwili oświadczyła:
    – Zgoda, zrobię to.
    – Dziękuję. Chcę…
    – Zaraz – przerwała mu.
    – Co takiego?
    – Pod jednym warunkiem.
    – Jakim? – Rhyme uniósł brew, a Percey uderzyła niespodziewana myśl: kiedy nie zwracało się uwagi na jego okaleczone ciało, można w nim było zobaczyć bardzo przystojnego mężczyznę. Kiedy to sobie uświadomiła, wróciło dawne, znienawidzone wrażenie – w obecności atrakcyjnego mężczyzny czuła się znacznie brzydsza i gorsza. Hej, Trollu, Małpia Gębo, Pekińczyku, Żabo, jesteś z kimś umówiona na sobotę? Pewnie nie…
    – Że jutro wieczorem polecę z ładunkiem dla Amer-Medu – odrzekła Percey.
    – Nie sądzę, żeby to był najlepszy pomysł.
    – Ostatnie słowo – powiedziała, przypominając sobie wyrażenie, które od czasu do czasu słyszała w rozmowach Rona i Eda.
    – Dlaczego właśnie ty musisz lecieć?
    – Hudson Air musi dotrzymać warunków kontraktu. Za wszelką cenę. Lot jest na styk i musi polecieć najlepszy pilot w firmie. Czyli ja.
    – Co to znaczy „na styk”?
    – Plan jest napięty do granic możliwości. Lecimy z minimalną ilością paliwa. Nie mogę sobie pozwolić na to, żeby pilot krążył nad lotniskiem, bo schrzanił podejście do lądowania, albo lądował gdzie indziej, tłumacząc się złą pogodą. – Zamilkła na chwilę, po czym dodała: – Nie dopuszczę do upadku firmy.
    Percey powiedziała to bardzo zdecydowanie. Stanowczością nie ustępowała Rhyme’owi, toteż zdumiała się, gdy ten skinął głową.
    – Dobrze – rzekł. – Zgadzam się.
    – A więc umowa stoi. – Instynktownie wyciągnęła do niego rękę, by przypieczętować układ, lecz zaraz się zreflektowała.
    Roześmiał się.
    – Ostatnio polegam wyłącznie na ustnych umowach – powiedział. By uczcić zawartą zgodę, wypili po szklaneczce szkockiej.
    Teraz, w niedzielę o wpół do siódmej rano, opierała głowę o szybę okna. Miała tyle do zrobienia. Trzeba naprawić „Foxtrota Bravo”, przygotować rejestr nawigacyjny i plan lotu – co potrwa kilka godzin. A jednak mimo niepokoju, mimo smutku z powodu śmierci Eda, ogarniało ją nieokreślone poczucie szczęścia; jeszcze dziś będzie latać.
    – Hej – odezwał się przyjazny głos.
    Odwróciła się i ujrzała stojącego w drzwiach Rolanda Bella.
    – Dzień dobry – powiedziała.
    Podszedł do niej szybkim krokiem.
    – Jeśli rozsuwasz zasłony, lepiej się nie wychylaj. – Zasłonił okno.
    – Słyszałam, że detektyw Rhyme przygotowuje jakąś pułapkę. Na pewno go złapie.
    – Fakt, Lincoln Rhyme zawsze ma rację. Ale za tego ptaszka nie dałbym funta kłaków. Dobrze spałaś?
    – Nie – odrzekła. – A ty?
    – Zdrzemnąłem się parę godzin – powiedział Bell, wyglądając bacznie przez szparę między zasłonami. – Nie potrzebuję dużo snu. Przeważnie budzę się na każdy szmer. Tak to już jest, kiedy człowiek ma dzieciaki. Nie odsłaniaj więcej okna. Pamiętaj, to Nowy Jork. Pomyśl, co by się stało z moją karierą, gdyby przy okazji przypadkowej strzelaniny trafiła cię jakaś zbłąkana kula. Przez tydzień by ze mnie kpili. Masz ochotę na kawę?

    W niedzielny ranek w oknach starego domu odbijało się kilkanaście gęstych chmur.
    Zanosiło się na deszcz.
    W oknie stała Żona ubrana w szlafrok. Jej bladą twarz okalały rozczochrane czarne włosy; widocznie przed chwilą wstała.
    Stephen Kall znajdował się na dachu starego budynku niedaleko bezpiecznego domu Departamentu Sprawiedliwości przy Trzydziestej Piątej, kryjąc się w cieniu wieży hydrantu. Przez lornetkę obserwował, jak po szczupłym ciele Żony przepływają cienie chmur.
    Wiedział, że szyby w oknach są kuloodporne i z pewnością pierwszy pocisk się od nich odbije. W ciągu czterech sekund mógł oddać drugi strzał, lecz Żona na pewno odskoczyłaby od okna, gdyby rozprysła się szyba, nawet nie wiedząc, że ktoś do niej strzelił. Wszystko wskazywało na to, że nie będzie mógł zadać jej śmiertelnej rany.
    Melduję, że będę się trzymał pierwotnego planu.
    Obok Żony pojawił się jakiś mężczyzna i zaciągnął zasłony. Potem wyjrzał przez szparę, oczy zlustrowały dachy okolicznych budynków, gdzie zgodnie z logiką mógł się czaić snajper. Wyglądał na niebezpiecznego fachowca. Stephen zapamiętał wygląd tego człowieka.
    Potem schował się za fasadę budynku, zanim mężczyzna zdążył go zobaczyć.
    Blef policji – domyślał się, że to pomysł Lincolna Robaka – z rzekomym przewiezieniem Żony i Przyjaciela na posterunek w West Side, rozszyfrował już po dziesięciu minutach. Podsłuchawszy rozmowę Żony z Ronem, po prostu uruchomił ściągnięty z Internetu program, sprawdzający zastrzeżone numery połączeń. Okazało się, że Żona dzwoniła z numeru zaczynającego się od 212. Manhattan.
    Następnie podjął próbę, która miała niewielkie szanse powodzenia.
    A jak inaczej odnosi się zwycięstwa, żołnierzu?
    Melduję, że łapiąc się każdej, nawet najbardziej nieprawdopodobnej możliwości.
    Zalogował się do sieci i chwilę później wstukiwał numer telefonu do „odwrotnej” książki telefonicznej, która podawała nazwisko i adres abonenta. Oczywiście nie było w niej zastrzeżonych numerów i Stephen był pewien, że nikt przy zdrowych zmysłach z władz federalnych nie korzystałby w bezpiecznym domu z normalnej linii.
    Mylił się.
    Ekran wyświetlił: James L. Johnson, Trzydziesta Piąta Wschodnia, nr 258.
    Niemożliwe…
    Potem zadzwonił do budynku federalnego na Manhattanie i poprosił pana Johnsona.
    – Chodzi mi o pana Jamesa Johnsona.
    – Proszę zaczekać. Łączę.
    – Przepraszam – wtrącił Stephen – proszę mi przypomnieć, w którym departamencie teraz pracuje.
    – W Departamencie Sprawiedliwości. W Biurze Zarządu Infrastruktury.
    Kiedy łączono go z biurem, Stephen odłożył słuchawkę.
    Ponieważ już wiedział, że Żona i Przyjaciel są w bezpiecznym domu przy Trzydziestej Piątej, ukradł kilka planów kwartału, by dokładnie zaplanować atak. Potem ruszył na przechadzkę wokół dwudziestego posterunku na West Side i pozwolił, by zauważono, jak obserwuje dystrybutor benzyny. Następnie gwizdnął cysternę i zostawił mnóstwo śladów, żeby pomyśleli, że chce jej użyć jako gigantycznej bomby paliwowej, za pomocą której zamierza zgładzić dwoje świadków na posterunku.
    I tak Stephen Kall znalazł się tutaj i miał Żonę i Przyjaciela w zasięgu broni krótkiej.
    Skupił się na zadaniu, starając się nie myśleć o oczywistej paraleli: o twarzy widzianego w oknie człowieka, który go szukał.
    Tylko trochę się kulił. Czuł się tylko trochę zarobaczony.
    Twarz między zasłonami zniknęła. Stephen ponownie obejrzał dom.
    Trzykondygnacyjny budynek, wolno stojący, otoczony ciemną alejką. Ściany wyłożone kwarcytem – najtwardszym z materiałów budowlanych, którego w przeciwieństwie do granitu czy marmuru nie można było przebić. Okien broniły kraty, które wyglądały jak zrobione ze starego żelaza, ale Stephen wiedział, że w istocie są z utwardzanej stali, nafaszerowane czujnikami ruchu albo dźwięku, albo jednymi i drugimi.
    Wyjście ewakuacyjne było prawdziwe, lecz jeśli uważniej się przyjrzeć, widać było, że za zasłoniętymi oknami panuje ciemność. Prawdopodobnie do ram przykręcono od wewnątrz stalowe płyty. Stephen znalazł prawdziwe wyjście ewakuacyjne za dużym plakatem teatralnym przyklejonym do ceglanej ściany. (Po co ktoś umieszczałby reklamę przy prowadzącej na podwórko alejce, jeśli nie w celu zamaskowania drzwi?). Alejka niczym nie różniła się od innych w mieście, z bruku i asfaltu, ale w ścianach Stephen dostrzegł połyskujące szkłem oczy kamer. Przy alejce stały jednak worki ze śmieciami i kilka kubłów, które stanowiłyby wystarczającą zasłonę. Mógł ześliznąć się w alejkę z okna sąsiedniego biurowca i pod osłoną kubłów na śmieci dotrzeć do ukrytych drzwi.
    Akurat na pierwszym piętrze budynku biurowego było otwarte okno, w którym powiewała firanka. Ktoś, kto śledził monitory kamer, musiał zauważyć ten ruch i przestał nań zważać. Stephen mógł zeskoczyć z wysokości sześciu stóp i za kubłami podczołgać się do wyjścia ewakuacyjnego.
    Wiedział, że się go nie spodziewają – słyszał komunikaty o ewakuacji wszystkich budynków w okolicach dwudziestego posterunku, naprawdę więc uwierzyli, że chce wysadzić komisariat, wykorzystując cysternę. Oceniaj, żołnierzu.
    Melduję, że według mojej oceny wróg polega na obronnych zaletach budynku, wynikających z solidnej konstrukcji i anonimowości posesji. Nie zauważyłem obecności uzbrojonego personelu, przypuszczam więc, że zaatakowanie domu z dużym prawdopodobieństwem pozwoli wyeliminować jeden lub oba cele.
    Mimo tej pewności natychmiast poczuł się zarobaczony od stóp do głów.
    Wyobraził sobie, jak szuka go Lincoln. Lincoln Robak. Wielka, gruba larwa, śliska od śluzu, rozglądająca się wszędzie, widząca przez ściany, włażąca w najdrobniejsze szczeliny.
    Wyglądająca przez okno…
    Wspinająca się po jego nodze.
    Wżerająca się w ciało.
    Zmyć to! Zmyć!
    Co zmyć, żołnierzu? Znowu zaczynasz o tych pieprzonych robakach?
    Melduję, że tak… że nie.
    Miękniesz, żołnierzu? Czujesz się jak mała przestraszona dziewczynka?
    Melduję, że nie. Jestem twardy jak stal. Chcę zabijać. Pałam żądzą mordu!
    Zaczął głęboko oddychać. Powoli się uspokoił.
    Pod wieżą hydrantu gaśniczego na dachu ukrył futerał po gitarze z modelem 40 w środku. Resztę sprzętu umieścił w dużej torbie, po czym nałożył kurtkę ze znaczkiem Uniwersytetu Columbia i czapkę baseballową.
    Zszedł po schodach ewakuacyjnych i zniknął w alejce, czując wstyd, a nawet strach – nie przed kulami wroga, lecz przed przewiercającym go na wskroś spojrzeniem Lincolna Robaka, który zbliżał się powoli, ale nieubłaganie, szukając go w całym mieście.

    Stephen dokładnie zaplanował atak na biurowiec, ale nie musiał zabijać ani jednego człowieka. Budynek obok bezpiecznego domu był pusty.
    Westybul wyglądał na opustoszały i nie było tu żadnych kamer. Drzwi wejściowe, częściowo otwarte, blokował gumowy ogranicznik, a obok stały wózki i podkładki pod meble. Kuszący widok, ale Stephen nie chciał wpaść na tragarzy ani dzierżawców budynku. Wyszedł więc na zewnątrz i wśliznął się za róg po przeciwnej stronie bezpiecznego domu. Przystanął za małą sosną rosnącą w donicy, która zasłaniała go od strony chodnika.
    Łokciem zbił wąskie okno, za którym było ciemne pomieszczenie – jak się okazało, gabinet psychiatry – i dostał się do środka. Przez pięć minut stał zupełnie bez ruchu, ściskając w ręku pistolet. Potem cicho wymknął się za drzwi i znalazł w korytarzu.
    Zatrzymał się pod drzwiami, za którymi powinien się znajdować pokój z otwartym oknem – i powiewającą firanką. Sięgnął do klamki.
    Lecz instynkt podpowiedział mu zmianę planów. Stephen postanowił spróbować wyjść przez piwnicę. Odnalazł schody i zszedł do wionącego stęchlizną labiryntu.
    Cicho zmierzał w kierunku ściany położonej najbliżej bezpiecznego domu. Pchnął stalowe drzwi i wszedł do tonącego w półmroku pomieszczenia o wymiarach dwadzieścia na dwadzieścia stóp, w którym stały pudła i stare sprzęty. Na wysokości własnej głowy dostrzegł okienko wychodzące na alejkę.
    Ciasna droga. Trzeba wyjąć szybę wraz z ramą. Ale gdy już się znajdzie na zewnątrz, będzie mógł od razu ukryć się za workami i pełznąc po ziemi, dotrzeć do wyjścia ewakuacyjnego bezpiecznego domu. To lepszy plan.
    Zrobiłem to, pomyślał Stephen.
    Wystrychnął ich wszystkich na dudka.
    Wystrychnął na dudka Lincolna Robaka! Ta myśl sprawiła mu przyjemność, jaką na pewno dałoby zlikwidowanie obu celów.
    Z przewieszonej przez ramię torby wyjął śrubokręt i począł wydłubywać z okna kit. Szare płaty odpadały powoli i zajęcie pochłonęło go do tego stopnia, że zanim zdążył rzucić śrubokręt i położyć dłoń na kolbie beretty, ten człowiek już na nim siedział, przykładając mu lufę do szyi i szepcząc:
    – Jeden ruch i nie żyjesz.

3

KUNSZT
    [Sokół] zerwał się do lotu. Szybował: jak potworna latająca ropucha, jak pierzasta sowa, jak fruwający Ryszard III z garbem na plecach, zbliżał się do mnie, lecąc nisko przy ziemi. Skrzydła miarowo rozcinały powietrze, para oczu w opuszczonej nisko głowie wpatrywała się we mnie w upiornym skupieniu.
    „Jastrząb gołębiarz”
    T.H. White

Rozdział dziewiętnasty

    45 godzin – godzina dwudziesta trzecia

    Krótka lufa, pewnie kolt, smittie albo podróbka dago, z której dawno nie strzelano, albo której nie smarowano.
    Czuję rdzę.
    Co nam mówi rdza na broni, żołnierzu?
    Melduję, że dużo.
    Stephen Kall uniósł ręce.
    Wysoki i drżący niepewnością głos powiedział:
    – Rzuć broń. I walkie-talkie.
    Walkie-talkie?
    – No już. Bo za chwilę twój mózg wyląduje na ścianie. – Głos załamywał się z emocji. Napastnik pociągnął nosem.
    Żołnierzu, czy zawodowcy grożą?
    Melduję, że nigdy. Ten człowiek jest amatorem. Mam go unieszkodliwić?
    Jeszcze nie. Nadal jest groźny.
    Tak jest.
    Stephen upuścił broń na kartonowe pudło.
    – Gdzie… gdzie jest twoje radio?
    – Nie mam radia – odrzekł Stephen.
    – Odwróć się. Nie próbuj żadnych sztuczek.
    Stephen ostrożnie obrócił się i stanął twarzą w twarz z chudym mężczyzną, który patrzył na niego wyzywająco. Człowiek był bardzo brudny i wyglądał na chorego. Z nosa mu ciekło, miał niepokojąco zaczerwienione oczy. Jego brązowe włosy były skołtunione. Poza tym cuchnął. Zapewne bezdomny. Menel, jak nazwałby go ojczym Stephena. Albo ćpun.
    Wysłużony stary colt z krótką lufą napierał na brzuch Stephena. Kciuk menela odwiódł kurek. Spust mógł zaskoczyć w każdej chwili, zwłaszcza że rewolwer był stary. Stephen uśmiechnął się łagodnie. Nie poruszył żadnym mięśniem.
    – Posłuchaj – powiedział. – Nie chcę jakichkolwiek kłopotów.
    – Gdzie masz radio? – powtórzył człowiek.
    – Nie mam.
    Człowiek nerwowym ruchem stuknął jeńca w pierś. Stephen z łatwością mógł go zabić – napastnik wydawał się rozkojarzony. Czuł, jak palce włóczęgi badawczo przesuwają się po jego ciele. Wreszcie facet odsunął się od niego.
    – Gdzie twój partner?
    – Kto?
    – Nie wciskaj mi kitu. Przecież wiesz.
    Nagle znowu robaki… Coś było nie tak.
    – Naprawdę nie wiem, o czym mówisz.
    – Gliniarz, co tu był przed chwilą.
    – Gliniarz? – szepnął Stephen. – W tym budynku?
    W oczach włóczęgi błysnęła niepewność.
    – Tak. Nie jesteś jego partnerem?
    Stephen podszedł do okna i wyjrzał.
    – Nie ruszaj się. Bo strzelę.
    – Wyceluj gdzie indziej – polecił mu Stephen, spoglądając na niego przez ramię. Przestał się bać starego rewolweru. Zaczynał pojmować swój błąd i mdłości ścisnęły mu żołądek.
    – Stój. Kurwa, nie żartuję – zaskrzeczał człowiek.
    – W alejce też są? – spytał spokojnie Stephen.
    Upłynęła chwila milczenia.
    – Naprawdę nie jesteś gliną?
    – W alejce też są? – powtórzył stanowczym głosem Stephen.
    Człowiek rozejrzał się zaniepokojony po pomieszczeniu.
    – Kilku przed chwilą było. Wystawili worki ze śmieciami. Nie wiem, gdzie potem poszli.
    Stephen wpatrywał się w alejkę. Worki… Wystawili je, żeby mnie zwabić. Fałszywa zasłona.
    – Jak dasz komuś sygnał, przysięgam…
    – Cicho bądź. – Stephen powoli lustrował alejkę, z cierpliwością boa, i wreszcie dostrzegł nikły cień na bruku – za kubłem na śmieci. Cień przesunął się o dwa cale.
    Na szczycie budynku za bezpiecznym domem – na wieży windy – zauważył inny postrzępiony cień. Byli za dobrzy, żeby wysunąć lufy, ale nie na tyle dobrzy, żeby zasłonić światło odbijające się od stojącej na dachu budynku wody.
    Chryste… Lincoln Robak jakimś cudem wiedział, że Stephen nie kupił bajeczki o dwudziestym posterunku. Cały czas czekali na niego tutaj. Lincoln rozgryzł nawet jego plan – według którego Stephen chciał się dostać do domu z tego budynku.
    Twarz w oknie…
    Stephenowi przyszła do głowy niedorzeczna myśl, że wtedy w Alexandrii z okna zalanego różowym światłem patrzył na niego Lincoln Robak. Oczywiście, to nie mógł być on. Mimo to nie mógł opanować mdłości, rozchodzących się jak skłębione robaki w jego trzewiach.
    Zablokowane drzwi, otwarte okna, łopocząca firanka… pieprzone zaproszenie. Do tego alejka: idealna strefa rażenia.
    Ocalił go tylko instynkt.
    Lincoln Robak zwabił go w pułapkę.
    Zagotował się z wściekłości. Przez ciało przepłynęła fala gorąca. Jeżeli się go spodziewają, muszą postępować zgodnie z zasadami rozpoznania. Co oznaczało, że gliniarz, którego widział ten śmieć, niedługo zjawi się tu ponownie. Stephen odwrócił się do chudego włóczęgi.
    – Kiedy gliniarz był tu ostatni raz?
    W oczach mężczyzny pojawił się lęk.
    – Odpowiedz – warknął Stephen, ignorując wycelowaną w siebie czarną gardziel kolta.
    – Dziesięć minut temu.
    – Jaką miał broń?
    – Nie wiem. Chyba jakąś fachową. Pistolet maszynowy albo coś takiego.
    – A ty kto jesteś? – zapytał Stephen.
    – Nie muszę, kurwa, odpowiadać na twoje pytania – odparł zadziornie włóczęga. Otarł nos rękawem. I to był jego błąd, bo zrobił to ręką, w której trzymał kolta. W ułamku sekundy Stephen wyszarpnął mu broń i rzucił mężczyznę na ziemię.
    – Nie, nie rób mi krzywdy!
    – Zamknij się – warknął Stephen. Odruchowo otworzył małego kolta, by sprawdzić, ile pocisków jest w bębenku. Nie było ani jednego.
    – Pusty? – spytał z niedowierzaniem.
    Człowieczek wzruszył ramionami.
    – No…
    – Groziłeś mi nienaładowaną bronią?
    – No… jeżeli cię łapią z pustym gnatem, nie zamykają na długo.
    Stephen nie zrozumiał. Pomyślał, że mógłby go zabić za jego głupotę: za to, że chodzi z nienaładowaną bronią.
    – Co tu robisz?
    – Odejdź i zostaw mnie w spokoju – zaskomlał człowiek, rozpaczliwie próbując podnieść się na nogi.
    Stephen wrzucił mu kolta do kieszeni, po czym chwycił berettę i wycelował ją w głowę włóczęgi.
    – Co tu robisz?
    Mężczyzna otarł twarz.
    – Na górze są gabinety lekarzy. W niedzielę nikogo nie ma, to przyszedłem zabrać trochę… no wiesz, próbek.
    – Próbek?
    – Lekarze dostają bezpłatne próbki lekarstw i innego gówna, w ogóle tego nie wpisują do kartotek. Można nakraść, ile się chce i nikt się nie dowie. Percodan, fiorinal, tabletki na odchudzanie i tak dalej.
    Jednak Stephen nie słuchał go. Znowu poczuł chłód Robaka. Lincoln musiał być bardzo blisko.
    – Hej, nic ci nie jest? – spytał człowiek, patrząc na twarz Stephena.
    Dziwne, ale robaki odeszły.
    – Jak się nazywasz? – zapytał Stephen.
    – Jodie. Właściwie Joe D’Onofrio. Ale wszyscy mówią mi Jodie. A ty?
    Stephen nie odpowiedział. Patrzył przez okno. Na szczycie budynku za bezpiecznym domem mignął następny cień.
    – Dobra, Jodie. Posłuchaj mnie. Chcesz zarobić parę groszy?

    – No? – pytał niecierpliwie Rhyme. – Co się dzieje?
    – Ciągle jest w budynku obok, od strony wschodniej. Jeszcze nie wyszedł na alejkę – zameldował Sellitto.
    – Dlaczego? Musi. Przecież nie ma po co zostawać w środku. O co chodzi?
    – Sprawdzają każde piętro. Nie ma go w gabinecie, do którego – jak przypuszczaliśmy – powinien wejść.
    W tym, gdzie było otwarte okno. Niech to szlag! Rhyme długo myślał, czy zostawić okno otwarte, pozwalając firance zapraszająco powiewać na wietrze. Wydawało mu się, że to szyte zbyt grubymi nićmi. Trumniarz mógł nabrać podejrzeń.
    – Wszyscy w pogotowiu? – spytał Rhyme.
    – Oczywiście. Wyluzuj się.
    Nie mógł się jednak odprężyć. Rhyme nie znał szczegółów strategii Trumniarza, jednak był pewien, że atak nastąpi od strony alejki. Miał nadzieję, że worki i kubły na śmieci uśpią jego czujność na tyle, że uzna je za wystarczającą zasłonę. Agenci Dellraya i grupa 32-A Haumanna otaczali alejkę, obstawili budynek obok i inne w okolicy bezpiecznego domu. Sachs razem z Haumannem, Sellittem i Dellrayem siedziała w furgonetce rzekomo należącej do firmy kurierskiej i zaparkowanej przecznicę dalej.
    Z początku Rhyme dał się nabrać na numer z bombą z cysterny. Mało prawdopodobne, żeby Trumniarz zapomniał zabrać narzędzie, ale ostatecznie można w to było uwierzyć. Później Rhyme nabrał podejrzeń do resztek przewodu detonatora na nożycach. Ilość materiału mogła sugerować, że Trumniarz pomazał nim ostrze, by mieć pewność, że policja podejmie trop zamachu bombowego na posterunek. Rhyme uznał, że Trumniarz wcale nie schrzanił roboty – jak z początku sądzili on i Sachs. Pozwalając, by namierzono trasę ataku, a potem darowując życie strażnikowi, który mógł wezwać policję i donieść o kradzieży cysterny – wcale nie działał przypadkowo.
    Ostatecznie szalę przeważył dowód rzeczowy. Wodorotlenek amonowy z papierowym włóknem. Taka kombinacja mogła pochodzić tylko z dwóch źródeł – ze starych planów architektonicznych albo map nieruchomości, które reprodukowano na dużych maszynach drukarskich, wykorzystując związki amonowe do przygotowania kliszy. Rhyme kazał Sellittowi zadzwonić do centrali policji i zapytać o włamania do pracowni architektonicznych albo okręgowych biur notarialnych. Rzeczywiście był meldunek o włamaniu do biura sędziego. Rhyme poprosił, żeby sprawdzili Trzydziestą Piątą w East Side i zdumieni stróże miasta stwierdzili, że istotnie brakuje planu tej części miasta.
    Mimo to wciąż pozostawało tajemnicą, jak Trumniarz zdobył adres bezpiecznego domu, w którym byli Percey i Brit.
    Pięć minut temu dwaj funkcjonariusze jednostki specjalnej odkryli wybite okno na parterze biurowca. Trumniarz ominął otwarte drzwi frontowe, ale nadal chciał zaatakować dom od strony alejki, tak jak przewidywał Rhyme. Coś go jednak odstraszyło. Był w budynku, ale oni nie mieli pojęcia, gdzie dokładnie. Jadowity wąż w ciemnym pokoju. Gdzie był, co zamierzał?
    Śmierć ma wiele twarzy…
    – Nie będzie czekał – mruknął Rhyme. – Za duże ryzyko. – Coraz bardziej się denerwował.
    – Na parterze ani śladu – zameldował agent. – Kontynuujemy obchód.
    Upłynęło pięć minut. Zgłaszali się następni, którzy nikogo nie znaleźli. W swojej słuchawce Rhyme słyszał jednak tylko szum.

    – Kto nie chce zarobić? – odezwał się Jodie. – Ale nie wiem jak.
    – Pomóż mi się stąd wydostać.
    – A co tu właściwie robisz? To ciebie tak szukają?
    Stephen przyjrzał się uważnie smutnemu człowieczkowi. Menda, ale nie wariat ani głupiec. Stephen uznał, że najkorzystniejsza taktycznie będzie szczerość. Poza tym za kilka godzin facet i tak już nie będzie żył.
    – Przyszedłem tu, żeby kogoś zabić – powiedział.
    – Nie mów. Jesteś z mafii? Kogo chcesz zabić?
    – Jodie, cicho bądź. Jesteśmy naprawdę w trudnej sytuacji.
    – My? Ja nic nie zrobiłem.
    – Znalazłeś się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie – rzekł Stephen. – I to twój kłopot, ale jesteś w takiej samej sytuacji jak ja, bo szukają mnie i nie uwierzą, że nie jesteśmy wspólnikami. No więc: pomożesz mi czy nie? Nie ma czasu – tak czy nie?
    Jodie próbował opanować lęk, ale zdradziło go spojrzenie.
    – Tak czy nie?
    – Nie chcę, żeby mi się coś stało.
    – Jeśli będziesz po mojej stronie, nic ci się nie stanie. To ja decyduję, komu się stanie krzywda, a komu nie. Jestem w tym dobry.
    – I zapłacisz? Pieniędzmi? Nie czekiem?
    Stephen musiał się roześmiać.
    – Nie czekiem. Gotówką.
    W kaprawych oczach odbił się głęboki namysł.
    – Ile?
    Gnida chciał negocjować cenę.
    – Pięć tysięcy.
    Lęk pozostał, ale obok niego w oczach włóczęgi pojawiło się bezbrzeżne zdumienie.
    – Naprawdę? Bez kitu?
    – Naprawdę.
    – A jak pomogę ci wyjść, a ty mnie zabijesz, żeby mi nie zapłacić?
    Stephen znów się roześmiał.
    – Płacą mi o wiele więcej. Pięć kawałków to dla mnie nic. W każdym razie, jeżeli stąd wyjdziemy, może będę jeszcze potrzebował twojej pomocy.
    – Ja…
    W oddali dał się słyszeć jakiś dźwięk. Ktoś się zbliżał.
    Gliniarz, który go szukał.
    Tylko jeden, stwierdził Stephen, nasłuchując. Słusznie. Spodziewają się go na pierwszym piętrze, w pokoju z otwartym oknem, który Lincoln Robak zapewne obstawił największym oddziałem.
    Stephen wsunął pistolet do torby i wyciągnął nóż.
    – Pomożesz mi?
    Głupie pytanie. Jeśli chciał żyć, musiał mu pomóc. Inaczej umrze w ciągu sześćdziesięciu sekund. Dobrze o tym wiedział.
    – Dobra. – Wyciągnął do niego rękę.
    Stephen ją zignorował.
    – Jak się stąd wydostaniemy?
    – Popatrz na te bloki żużlowe. Można je wyjąć. Pod spodem jest wejście do tunelu. To sieć starych tuneli, które kiedyś biegły pod całym miastem. Nikt o nich nie wie.
    – Tak? – Stephen żałował, że nic o nich wcześniej nie słyszał.
    – Dojdziemy nim do metra. Tam właśnie mieszkam. Na starej stacji metra.
    Ostatni raz Stephen pracował z innym człowiekiem dwa lata temu. Czasami żałował, że zabił swojego partnera.
    Jodie ruszył w stronę bloków.
    – Nie – szepnął Stephen. – Chcę to zrobić inaczej. Stań pod ścianą. Tutaj. – Pokazał ścianę naprzeciw drzwi.
    – Ale mnie zobaczy. Zaświeci latarką i od razu mnie zobaczy!
    – Stań tam i podnieś ręce.
    – Zastrzeli mnie – zaskomlił Jodie.
    – Nie, nie zastrzeli. Musisz mi zaufać.
    – Ale… – Obejrzał się na drzwi i otarł twarz.
    Czy ten człowiek nie stchórzy, żołnierzu?
    Melduję, że istnieje takie ryzyko. Ale rozważyłem tę możliwość i moim zdaniem nie stchórzy. Bardzo potrzebuje pieniędzy.
    – Musisz mi zaufać.
    Jodie westchnął.
    – No dobrze.
    – Podnieś ręce jak najwyżej, inaczej strzeli.
    – Tak? – Wyciągnął w górę ramiona.
    – Cofnij się, żeby mieć twarz w cieniu. Tak, teraz dobrze. Nie chcę, żeby widział twoją twarz… dobrze. Świetnie.
    Kroki zbliżały się. Przycichły, policjant się wahał.
    Stephen dotknął palcami ust i rzucił się jak długi na podłogę.
    Kroki zatrzymały się. W drzwiach pojawiła się jakaś postać. W kamizelce kuloodpornej i kurtce FBI.
    Wśliznęła się do pomieszczenia, oświetlając je latarką umieszczoną na końcu H &K. Kiedy agent dostrzegł sylwetkę Jodiego, zrobił coś, co zdumiało Stephena.
    Zaczął naciskać spust.
    Był to bardzo subtelny ruch. Lecz Stephen strzelał już do tylu zwierząt i ludzi, że doskonale znał to napięcie mięśni i postawę tuż przed oddaniem strzału.
    Stephen musiał działać szybko. Skoczył, podbijając w górę karabin agenta i wyrywając mu mikrofon. Potem wbił nóż w triceps, paraliżując mu prawe ramię. Człowiek zawył z bólu.
    Pozwolono im strzelać! Nie mogę się poddać. Jeśli się pokażę, zastrzelą. Z bronią lub bez.
    – O Boże! – krzyknął Jodie. Niepewnie postąpił naprzód. Ręce wciąż trzymał w górze, co wyglądało niemal komicznie.
    Stephen rzucił agenta na kolana, wcisnął mu na oczy hełm z kevlaru i zakneblował usta szmatą.
    – O Boże, zabiłeś go – wykrztusił Jodie, opuszczając ramiona i podchodząc bliżej.
    – Zamknij się – powiedział Stephen. – Gdzie to wyjście?
    – Ale…
    – No już.
    Jodie wytrzeszczył oczy.
    – Gdzie?
    Jodie pobiegł do dziury w ścianie, a Stephen pociągnął agenta na korytarz.
    Pozwolili im strzelać…
    Lincoln Robak zdecydował, że trzeba go zabić. Stephen był wściekły.
    – Zaczekaj tu – rozkazał Jodiemu.
    Stephen wcisnął wtyczkę mikrofonu ze słuchawką z powrotem do radia i zaczął nasłuchiwać. Działali na kanale operacyjnym, a w biurowcu musiało być kilkunastu gliniarzy i agentów porozumiewających się podczas przeszukiwania różnych części budynku.
    Nie miał czasu, ale musiał ich zatrzymać.
    Stephen wywlókł bezwładnego agenta na żółty korytarz.
    Znów wyciągnął nóż.

Rozdział dwudziesty

    45 godzin – godzina dwudziesta trzecia

    – Niech to szlag. Niech to jasny szlag! – krzyknął Rhyme, opluwając sobie brodę. Podszedł Thom i starł mu ślinę, lecz Rhyme odpędził go niecierpliwie.
    – Bo! – zawołał do mikrofonu.
    – Tak? – odezwał się siedzący w furgonetce Haumann.
    – Chyba rozgryzł zasadzkę i będzie się starał wydostać. Powiedz swoim agentom, żeby się przegrupowali w zespoły obronne. Nie chcę, aby ktokolwiek został sam. Pchnij wszystkich do budynku. Chyba…
    – Czekaj… Czekaj… O nie…
    – Bo? Sachs? Niech się ktoś odezwie.
    Nikt jednak nie odpowiadał.
    Rhyme usłyszał krzyki w radiu. Połączenie zostało przerwane. Potem zaczął słyszeć urywane słowa:
    – …pomocy. Mamy ślady krwi… W biurowcu. Tak, tak… nie… na dole… piwnicy. Innelman nie odpowiada. Był… piwnicy. Do wszystkich, ruszać się. Ruszać!…
    – Bell, słyszysz mnie? – zawołał Rhyme. – Podwoić straż przy świadkach. Nie zostawiaj, powtarzam, nie zostawiaj ich bez opieki. Trumniarz jest w pobliżu, nie wiemy dokładnie gdzie.
    W słuchawce odezwał się spokojny głos Rolanda Bella:
    – Siedzą jak pisklęta pod skrzydłem. Nikt tu nie wejdzie.
    Przeciągające się oczekiwanie doprowadzało Rhyme’a do wściekłości. Nie potrafił tego znieść. Chciało mu się krzyczeć.
    Gdzie on jest?
    Wąż w ciemnym pokoju.
    Potem zameldował się jeden z agentów, mówiąc Haumannowi i Dellrayowi, że zabezpieczają piętro po piętrze.
    Na koniec Rhyme usłyszał:
    – Piwnica zabezpieczona. Jezu, ile tu krwi. Nie ma Innelmana. Nie możemy go znaleźć! Chryste, ileż krwi!
    – Rhyme, słyszysz mnie?
    – Tak.
    – Jestem w piwnicy biurowca – powiedziała do mikrofonu Amelia Sachs, rozglądając się.
    Betonowe ściany miały brudnożółtą barwę, a podłogi pomalowano na szary kolor, który przywodził na myśl okręt wojenny. Trudno było jednak nie dostrzec krwi, wszystko było nią spryskane, jak na koszmarnym obrazie Jacksona Pollocka.
    Biedny agent, pomyślała. Innelman. Lepiej jak najszybciej go odszukać. Człowiek, który traci tyle krwi, nie przeżyje dłużej niż piętnaście minut.
    – Masz zestaw? – spytał ją Rhyme.
    – Nie mamy czasu! Krwawi jak diabli, musimy go znaleźć!
    – Spokojnie, Sachs. Zestaw. Otwórz swój zestaw.
    Westchnęła.
    – No dobrze. Mam.
    Zestaw narzędzi do zabezpieczania miejsca zbrodni zawierał liniał, kątomierz zaopatrzony w ciężarek, taśmę mierniczą, zestaw odczynników do testów chemicznych. Był też luminol – który wykrywa pozostałości tlenku żelaza, nawet gdyby sprawca posprzątał dokładnie ślady krwi.
    – To jedna wielka jatka, Rhyme – powiedziała. – Nie będę w stanie nic znaleźć.
    – Miejsce może nam powiedzieć o wiele więcej, niż ci się wydaje, Sachs. To miejsce też.
    Cóż, Rhyme na pewno by się połapał w tej makabrycznej piwnicy; on i Mel Cooper od dawna byli członkami Międzynarodowego Stowarzyszenia Analityków Plam Krwi. (Nie wiedziała, co jest bardziej poruszające – potworne kałuże na miejscach zbrodni czy fakt, że istnieje grupa ludzi specjalizujących się w ich badaniu). Tu jednak rzecz przedstawiała się beznadziejnie.
    – Musimy go znaleźć…
    – Sachs, uspokój się… Rozumiesz mnie?
    – W porządku – odrzekła po chwili.
    – Potrzebujesz tylko linijki – powiedział. – Najpierw mów, co widzisz.
    – Wszędzie plamki.
    – Ślady rozprysku krwi mogą dużo wyjaśnić. Ale są bez wartości przy niejednolitej powierzchni. Jak wygląda podłoga?
    – Gładki beton.
    – To dobrze. Jak duże są te plamki? Zmierz.
    – Rhyrne, on umiera.
    – Jak duże? – powtórzył ostro.
    – Różnych rozmiarów. Kilkaset plam ma średnicę około trzech czwartych cala. Niektóre są większe. Cal i ćwierć. Tysiące bardzo małych. Jakby rozpylano krew w sprayu.
    – Zostaw te najmniejsze. To odpryski, satelity większych. Opisz największe. Kształt?
    – W większości okrągłe.
    – Brzegi postrzępione?
    – Tak – mruknęła. – Ale są też z gładkimi brzegami. Kilka mam tuż przed sobą. Są jednak trochę mniejsze.
    Gdzie on jest, zastanawiała się. Agent Innelman. Człowiek, którego nie znała. Zniknął, krwawiąc jak zarzynana świnia.
    – Sachs?
    – Co? – odburknęła.
    – Opisz mi drobniejsze plamki.
    – Nie mamy czasu!
    – Nie mamy czasu, żeby to zlekceważyć – powiedział spokojnie.
    Niech cię szlag, Rhyme, pomyślała, a potem odezwała się:
    – Dobra. – Zmierzyła. – Mają średnicę około pół cala. Idealnie okrągłe. Brzegi niepostrzępione.
    – Gdzie one są? – zapytał niecierpliwie. – Przy którymś z końców korytarza?
    – Przede wszystkim w środku. Na końcu korytarza znajduje się jakiś składzik. W środku i blisko środka plamy są większe i mają nierówne brzegi. Na drugim końcu korytarza są mniejsze.
    – Tak, tak – rzekł z roztargnieniem Rhyme, po czym zaczął wyjaśniać: – A więc sprawa wyglądała tak… Jak się nazywa ten agent?
    – Innelman. John Innelman. To przyjaciel Dellraya.
    – Trumniarz dopadł Innelmana w składziku, zadał mu jeden cios nożem, dość wysoko. Chciał go osłabić, może trafił w ramię albo szyję. Stąd te duże, nierówne plamy. Potem wywlókł go na korytarz i zadał jeszcze jeden cios, tym razem niżej. Dlatego są tam mniejsze i okrągłe plamy krwi. Z im mniejszej wysokości spadają krople krwi, tym równiejsze są brzegi plam.
    – Dlaczego to zrobił? – spytała, tracąc oddech.
    – Żeby nas na chwilę zatrzymać. Wie, że zanim zaczniemy go gonić, będziemy szukać rannego agenta.
    Ma rację, pomyślała, ale szukamy go bardzo powoli!
    – Jak długi jest ten korytarz?
    Westchnęła, spoglądając w obie strony.
    – Jakieś pięćdziesiąt stóp, mniej więcej. Na całej długości ciągną się ślady krwi.
    – We krwi są jakieś odciski butów?
    – Kilkadziesiąt. Rozchodzą się we wszystkich kierunkach. Czekaj… tu jest winda dla obsługi. Nie zauważyłam jej z początku. Tam właśnie prowadzą ślady krwi! Na pewno jest w środku. Trzeba…
    – Nie, Sachs, zaczekaj. To by było zbyt oczywiste.
    – Trzeba otworzyć drzwi windy. Połączę się ze strażą pożarną. Niech przyślą kogoś z kluczem do wind albo łomem. Wtedy będzie…
    – Posłuchaj mnie – rzekł spokojnie Rhyme. – Czy plamki prowadzące do windy wyglądają jak łezki? Węższymi końcami skierowanymi w różne strony?
    – Musi być w windzie! Na drzwiach widać czerwone smugi. On umiera, Rhyme! Czy ty tego nie rozumiesz?
    – Łezki, Sachs? – powtórzył, starając się przybrać uspokajający ton. – Wyglądają jak kijanki?
    Spojrzała w dół. Rzeczywiście. Idealne kijanki, z ogonami skierowanymi w różne strony.
    – Tak, Rhyme. Właśnie tak wyglądają.
    – Wycofaj się do miejsca, w którym się kończą.
    Czyste szaleństwo. Innelman wykrwawiał się w szybie windy. Przez chwilę patrzyła na metalowe drzwi, myśląc o tym, czy nie zignorować poleceń Rhyme’a, lecz potem posłusznie cofnęła się w głąb korytarza.
    Do miejsca, w którym urywały się łezkowate plamy.
    – Znalazłam, Rhyme. Tu się kończą.
    – Obok jakiegoś schowka albo drzwi.
    – Tak, skąd wiesz?
    – Zaryglowane od zewnątrz?
    – Zgadza się.
    Jak on to, u diabła, robi?
    – Czyli agenci zobaczyli rygiel i poszli dalej – przecież Trumniarz nie mógł się zaryglować od zewnątrz. W środku jest Innelman. Otwórz te drzwi, Sachs. Chwyć kombinerkami skobel, ale nie za sam uchwyt. Być może uda się zdjąć odcisk. Jeszcze jedno, Sachs.
    – Tak?
    – Nie sądzę, żeby zostawił bombę. Miał za mało czasu. Ale bez względu na to, w jakim stanie jest agent, a na pewno w kiepskim, zapomnij o nim przez chwilę i sprawdź, czy nie ma żadnej pułapki.
    – Dobrze.
    – Obiecujesz?
    – Tak.
    Kombinerki… odsunąć skobel… przekręcić gałkę.
    Broń w górę. Nacisnąć mocniej. Już!
    Drzwi odskoczyły.
    Nie było bomby ani żadnej innej pułapki. Tylko bezwładne, blade, ociekające krwią ciało Johna Innelmana, które upadło u jej stóp.
    Zdusiła krzyk.
    – Jest. Szybko, sanitariuszy! Jest okropnie pocięty.
    Sachs pochyliła się nad nim. Podbiegli dwaj ludzie z ambulansu i kilku agentów, wśród których był posępny Dellray.
    – Co on ci zrobił, John? Stary… – Wysoki agent cofnął się, podczas gdy sanitariusze zabrali się do pracy. Rozcięli ubranie i obejrzeli rany. Innelman miał półotwarte, zamglone oczy.
    – Czy on…? – spytał Dellray.
    – Żyje, ale ledwie, ledwie.
    Sanitariusze nałożyli opatrunki na rany, na nogę i ramię nałożyli opaski uciskowe, podłączyli przewód z osoczem.
    – Bierzmy go do busa. Szybko, każda chwila się liczy!
    Położyli agenta na noszach i pomknęli korytarzem. Dellray ruszył za nimi z opuszczoną głową, mrucząc do siebie i ściskając w palcach zgasłego papierosa.
    – Może mówić? – spytał Rhyme. – Wiecie już, dokąd mógł pójść Trumniarz?
    – Nie, był nieprzytomny. Nie wiem, czy zdołają go uratować. Jezu.
    – Musisz zachować spokój, Sachs. Mamy miejsce zbrodni. Musimy się dowiedzieć, gdzie jest Trumniarz, jeżeli w ogóle jeszcze jest w pobliżu. Wróć do składziku. Sprawdź, czy są tam jakieś drzwi albo okna prowadzące na zewnątrz.
    Po drodze zapytała go:
    – Skąd wiedziałeś o schowku?
    – Zorientowałem się po kształcie plam krwi. Trumniarz wepchnął tam Innelmana, a potem nasączył jego krwią jakąś szmatę. Poszedł do windy, wymachując szmatą. Krople padały pod różnym kątem i stąd ich łezkowaty kształt. Ponieważ usiłował zaprowadzić nas do windy, powinniśmy szukać w przeciwnym kierunku. Czyli w składziku. Jesteś tam już?
    – Tak.
    – Opisz to pomieszczenie.
    – Jedno okno wychodzące na alejkę. Wygląda, jakby zaczął je otwierać. Ale jest zakitowane na amen. Drzwi nie ma. – Wyjrzała przez okienko. – Nie widać stąd żadnych stanowisk snajperów. Nie wiem, co go spłoszyło.
    – Ty nie widzisz snajperów – rzekł z nutą cynizmu Rhyme. – On mógł zobaczyć. Dobra, teraz przejdź po siatce i może coś znajdziesz.
    Dokładnie przeszukała składzik, zebrała mikroślady i schowała do torebek filtry z materiałem.
    – Widzisz coś? Cokolwiek?
    Poświeciła latarką po ścianach i zauważyła dwa bloki, które zdawały się do siebie nie pasować. Między nimi ziała wąska szczelina, ale ktoś zwinny mógłby się przez nią przecisnąć.
    – Wiem, którędy uciekł, Rhyme. Przez ścianę. Luźne bloki betonowe.
    – Nie otwieraj. Wezwij agentów.
    Sprowadziła do składziku dwóch ludzi, którzy wyciągnęli bloki i omietli wejście latarkami zamontowanymi na lufach H &K.
    – Czysto – oznajmił jeden z agentów. Sachs wyciągnęła broń i wśliznęła się w chłodną, wilgotną przestrzeń.
    Schodzący w dół korytarz był wąski, wypełniony gruzem. Wiódł przez dziurę w fundamentach. Z góry kapała woda. Sachs starała się stąpać po dużych kawałkach betonu, nie dotykając wilgotnej ziemi.
    – Co widzisz, Sachs? Mów!
    Oświetliła piórem PoliLight miejsca, gdzie zgodnie z logiką Trumniarz musiał się przytrzymywać rękami i stawiać stopy.
    – Kurczę, Rhyme.
    – Co?
    – Odciski palców. Całkiem świeże… Czekaj, są też odciski rękawiczek. Z krwią, pewnie z tej szmaty. Nie rozumiem. To jakaś jaskinia… Może z jakiegoś powodu zdjął rękawiczki. Może sądził, że w tunelu jest bezpieczny.
    Potem spojrzała w dół i skierowała tam snop upiornego żółtozielonego światła.
    – Och.
    – Co się stało?
    – To nie jego odciski. Jest z nim ktoś jeszcze.
    – Ktoś jeszcze? Skąd wiesz?
    – Są ślady innych stóp. Też świeże. Jedne ślady są większe, drugie mniejsze. Idą w tę samą stronę, biegną. Jezu, Rhyme.
    – O co chodzi?
    – To znaczy, że ma wspólnika.
    – Daj spokój, Sachs. Spójrz na to z drugiej strony – poradził jej niemal wesoło Rhyme. – Będzie dwa razy więcej śladów, które pomogą go wytropić.
    – Wydaje mi się – powiedziała ponuro – że raczej stał się dwa razy niebezpieczniejszy.

    – Co mamy? – spytał Lincoln Rhyme.
    Sachs wróciła już do jego domu i teraz razem z Melem Copperem przeglądała materiał zebrany w biurowcu przy Trzydziestej Piątej. Z agentami jednostki specjalnej szła tropem aż do miejsca, w którym tunel łączył się z kanałami i tam ślad się urywał. Wyglądało na to, że Trumniarz ze swoim towarzyszem wyszli przez właz kanalizacyjny na ulicę.
    Sachs podała Cooperowi odcisk, który znalazła przy wejściu do tunelu. Zeskanował go w komputerze i wysłał do federalnych, by sprawdzili w automatycznym systemie identyfikacji odcisków palców.
    Potem uniosła dwie odbitki elektrostatyczne, by Rhyme mógł się im przyjrzeć.
    – To są ślady stóp z tunelu. Ten zostawił Trumniarz. – Pokazała przezroczysty arkusz przypominający zdjęcie rentgenowskie.
    – Pasuje do odcisku z gabinetu psychiatry na pierwszym piętrze, do którego się włamał.
    – Zwykłe buty robocze – rzekł Rhyme.
    – Można by pomyśleć, że chodzi w wojskowych – mruknął Sellitto.
    – Nie, to by było zbyt proste. Buty robocze mają gumowe podeszwy dla lepszej przyczepności i stalowe nakładki na palcach. Są równie dobre jak wojskowe, jeśli nie musisz mieć unieruchomionej kostki. Pokaż mi drugi ślad, Sachs.
    Mniejsze buty były wyraźnie zdarte na obcasach i w śródstopiu. W prawym bucie znajdowała się duża dziura, przez którą widać było siatkę zmarszczek na skórze.
    – Nie nosi skarpet. Możliwe, że jego przyjaciel to bezdomny.
    – Dlaczego wziął sobie kogoś do towarzystwa? – zapytał Cooper.
    – Nie wiem – odrzekł Sellitto. – Wiadomo, że Trumniarz zawsze działa w pojedynkę. Wykorzystuje ludzi, ale im nie ufa.
    O to samo zawsze oskarżano mnie, pomyślał Rhyme.
    – Zostawia odciski palców? – spytał głośno. – Ten gość nie jest zawodowcem. Musi być Trumniarzowi do czegoś potrzebny.
    – Przede wszystkim do wskazania drogi ucieczki z biurowca – podsunęła Sachs.
    – Całkiem możliwe.
    – Prawdopodobnie ten człowiek już nie żyje – dodała.
    Prawdopodobnie, zgodził się milcząco Rhyme.
    – Ślady są dość małe – powiedział Cooper. – Rozmiar chyba ósemka.
    Rozmiar podeszwy niekoniecznie odpowiada rozmiarowi butów i o wiele mniej mówi o posturze ich właściciela, lecz właściwie można było przyjąć, że wspólnik Trumniarza był raczej drobnej budowy.
    Cooper zabrał się do mikrośladów. Umieścił próbki na płytce i wsunął pod mikroskop, przełączając obraz do komputera Rhyme’a.
    – Tryb poleceń, kursor w lewo – rzucił Rhyme do mikrofonu.
    – Stop. Kliknij dwa razy. – Wpatrywał się w powiększony obraz.
    – Zaprawa z żużlowych bloków. Ziemia, kurz… Skąd to jest, Sachs?
    – Zdrapałam z okolic bloków i ściągnęłam z podłoża tunelu. Znalazłam też małą niszę za kartonami. Wygląda, jakby ktoś się tam wcześniej chował.
    – No dobrze. Mel, potraktuj to gazem. Jest tu mnóstwo rzeczy, których nie umiem rozpoznać.
    Chromatograf zahuczał, rozdzielając związki chemiczne, i wysłał opary do spektrometru. Cooper spojrzał na wyświetlone na ekranie wyniki. Gwizdnął zdumiony.
    – Dziwię się, że jego przyjaciel jeszcze chodzi.
    – Mógłbyś wyrażać się ściślej, Mel?
    – Lincoln, on jest chodzącą apteką. Barbital, luminal, deksedryna, amobarbital, chlordiazepoksyd, diazepam.
    – Jezu – mruknął Sellitto. – Czerwone i niebieskie kapsułki, amfa…
    – Jest też laktoza i sacharoza – ciągnął Cooper. – Wapno, witaminy, enzymy pochodzące z produktów mlecznych.
    – Formuła niemowlęca – mruknął Rhyme. – Dealerzy w ten sposób rozcieńczają narkotyk.
    – Czyli Trumniarz wziął sobie na kumpla jakiegoś szajbusa.
    – Gabinety lekarskie w biurowcu… – powiedziała Sachs. – Ten gość musiał je obrabiać z tabletek.
    – Połącz się z federalną bazą danych – rzekł Rhyme. – Weź listę wszystkich przesiadywaczy spod aptek, jakich mają.
    Sellitto wybuchnął śmiechem.
    – Lincoln, to będzie wielka książka telefoniczna.
    – Nikt nie twierdzi, że będzie łatwo, Lon.
    Ale wcześniej Cooper dostał e-mail.
    – Nie zawracaj tym sobie głowy.
    – Co?
    – Cholera! – warknął przez zaciśnięte zęby Rhyme. Czuł się, jakby ciążyła nad nimi klątwa. Czy to nie mogło być choć trochę łatwiejsze? – Mamy jeszcze jakiś materiał? – spytał cicho.
    – Coś jest – odrzekł Cooper. – Chyba kawałek niebieskiego kafla z resztką zaprawy, przyklejony do betonu.
    – Zobaczmy.
    Cooper włożył okruch pod mikroskop.
    Mimo drżenia szyi, przechodzącego w spazm, Rhyme pochylił się i wbił wzrok w monitor.
    – No dobrze. Stara mozaikowa płytka. Porcelana, trochę spękana, na ołowiu. Moim zdaniem ma jakieś sześćdziesiąt, siedemdziesiąt lat. – Z płytki jednak nie potrafił nic wydedukować. – Coś jeszcze? – mruknął.
    – Włosy. – Cooper położył je na szkiełku mikroskopu i pochylił się nad okularem.
    Rhyme równocześnie badał cienkie słupki na monitorze.
    – Zwierzęce – oznajmił.
    – Znowu kocie? – spytał Sellitto.
    – Zobaczymy – odparł Cooper, nie unosząc głowy.
    Lecz te włosy nie pochodziły z kota. Była to sierść gryzonia.
    – Szczur – powiedział Rhyme. – Rattus noruegicus. Zwykły szczur z kanałów.
    – Dalej. Co jest w tej torebce, Sachs? – Rhyme pytał jak zgłodniałe dziecko, spoglądające łakomie na czekoladki w witrynie sklepu ze słodyczami. – Nie, nie w tej. Tak, w tamtej.
    W torebce spoczywał kawałek papierowego ręcznika z ledwie widoczną brązową plamą.
    – Znalazłam to na bloku żużlowym, tym, który przesunął. Chyba ten facet miał to na rękach. Nie ma odcisków, ale kształt plamy wskazuje, że mógł ją zrobić ręką.
    – Dlaczego tak myślisz?
    – Bo wsadziłam rękę w coś brudnego, a potem pchnęłam drugi blok. Ślad był taki sam.
    I to jest moja Amelia, pomyślał. Na chwilę wróciło wspomnienie wczorajszej nocy – oboje razem w jego wielkim łóżku. Szybko odsunął od siebie tę myśl.
    – Co to jest, Mel?
    – Wygląda jak smar. Wymieszany z kurzem, brudem, fragmentami drewna i jakiegoś materiału organicznego. Chyba mięsem zwierzęcym. Wszystko bardzo stare. Popatrz, tu w górnym rogu.
    Rhyme zobaczył na ekranie monitora srebrzyste plamki.
    – Metal. Opiłki czegoś metalowego. Gazem. Musimy wiedzieć o wszystkim.
    Cooper włożył próbkę do chromatografu.
    – Substancja ropopochodna – oznajmił. – Słabo przerobiona, bez dodatków… Jest żelazo ze śladami manganu, krzemu i węgla.
    – Czekaj – zawołał Rhyme. – A nie ma chromu, kobaltu, miedzi, niklu, wolframu?
    – Nie.
    Rhyme spojrzał na sufit.
    – Metal? Stara stal, wytapiana z surówki w piecu bessemerowskim. Gdyby pochodziła z bardziej współczesnych czasów, musiałaby zawierać niektóre z tych pierwiastków.
    – Jest coś jeszcze. Smoła węglowa.
    – Kreozot! – wrzasnął Rhyme. – Mam cię. Pierwszy poważny błąd Trumniarza. Jego wspólnik to chodząca mapa ich drogi.
    – Drogi dokąd? – zapytała Sachs.
    – Do metra. Stary smar, stal ze starych torów i haków szynowych, kreozot z podkładów. Aha, a ten kawałek kafla jest z mozaiki. Dużo starych stacji było wyłożonych kafelkami – z obrazkami związanymi z okolicą.
    – Jasne – powiedziała Sachs. – Na stacji Astor Place jest mozaika ze zwierzętami, którymi handlował John Jacob Astor.
    – Popękana porcelanowa płytka. A więc po to był potrzebny Trumniarzowi. Żeby pokazał mu kryjówkę. Przyjaciel Trumniarza to pewnie bezdomny ćpun, który mieszka w nieużywanej bocznicy, w tunelu albo na starej stacji.
    Rhyme zorientował się nagle, że wszyscy patrzą na cień stojącego w drzwiach człowieka. Zamilkł.
    – Dellray? – spytał niepewnie Sellitto.
    Ukazała się ciemna, posępna twarz Freda Dellraya.
    – Co jest? – zapytał Rhyme.
    – Innelman. Pozszywali go. Założyli mu trzysta szwów. Ale było za późno. Stracił za dużo krwi. Właśnie umarł.
    – Przykro mi – powiedziała Sachs.
    Agent uniósł dłonie, rozcapierzając długie palce.
    Wszyscy obecni w pokoju wiedzieli o długoletnim partnerze Dellraya, który zginął podczas zamachu bombowego na budynek federalny w Oklahoma City. Rhyme pomyślał też o Tonym Panellim – porwanym kilka dni temu w środku miasta. Prawdopodobnie już nie żył, a jedynym śladem, który mógłby pomóc go odnaleźć, były ziarna dziwnego piasku.
    Teraz odszedł kolejny z przyjaciół Dellraya.
    Agent zaczął chodzić po pokoju wolnym, ciężkim krokiem.
    – Wiecie, po co ten skurwiel zadźgał Innelmana?
    Wszyscy wiedzieli; nikt jednak nie odpowiedział.
    – Żeby odwrócić naszą uwagę. To jedyny powód. Żebyśmy zgubili trop. Możecie w to uwierzyć? Żebyśmy, kurwa, zgubili trop. – Zatrzymał się gwałtownie. Spojrzał na Rhyme’a czarnymi oczyma, w których tliła się wściekłość. – Masz w ogóle jakieś punkty zaczepienia, Lincoln?
    – Niewiele. – Powiedział mu o bezdomnym przyjacielu Trumniarza, lekach, kryjówce w metrze. W bliżej niesprecyzowanym miejscu.
    – To wszystko?
    – Niestety tak. Ale mamy jeszcze trochę dowodów do zbadania.
    – Dowodów – szepnął pogardliwie Dellray. Podszedł do drzwi i przystanął. – Odwrócenie uwagi. Nie ma żadnego powodu, żeby zginął dobry chłopak. Żadnego, kurwa, powodu.
    – Fred, zaczekaj… potrzebujemy twojej pomocy.
    Ale agent już nie słyszał albo nie chciał słyszeć. Wyszedł z pokoju.
    Chwilę później drzwi na dole zamknęły się z głośnym trzaskiem.

Rozdział dwudziesty pierwszy

    45 godzin – godzina dwudziesta czwarta

    – Nareszcie w domu – powiedział Jodie.
    Materac, dwa kartony starych ubrań, jedzenie w puszkach. Czasopisma – „Playboy”, „Penthouse” i tanie pornosy, które Stephen obrzucił zniesmaczonym spojrzeniem. Jakieś dwie książki. Cuchnąca stacja metra, gdzie mieszkał Jodie, znajdowała się gdzieś pod centrum miasta. Została zamknięta kilkadziesiąt lat temu i zastąpiona stacją położoną wyżej.
    Dobre miejsce dla robaków, pomyślał ponuro Stephen, po czym z trudem odgonił ohydny obraz.
    Weszli na małą stację z niższego peronu. Dotarli tutaj – dwie lub trzy mile od bezpiecznego domu – idąc cały czas pod ziemią, przez piwnice budynków, tunele, szerokie i wąskie rury kanalizacyjne. Po drodze zostawili fałszywy trop – otwarty właz do kanałów. W końcu weszli do tunelu metra i pokonali go w całkiem dobrym czasie, choć Jodie miał kiepską kondycję i ciężko dyszał, usiłując dotrzymać kroku pędzącemu naprzód Stephenowi.
    Prowadzące na ulicę drzwi były od środka zabite deskami. Spomiędzy szpar w belkach padały ukośne promienie światła, w których tańczył kurz. Stephen wyjrzał na zewnątrz i zobaczył zaciągnięte chmurami niebo. Była to biedna część miasta. Na rogach ulic siedzieli włóczędzy, na chodnikach walały się butelki po thunderbirdzie i colcie 44, ulice były upstrzone kapslami z fiolek. W ciemnej alejce przycupnął duży szczur, pożerając coś szarego.
    Stephen usłyszał za sobą jakiś brzęk. Odwrócił się i zobaczył, jak Jodie wsypuje garść ukradzionych tabletek do puszek po kawie. Zgarbiony uważnie sortował kolorowe pigułki. Stephen pogrzebał w torbie i wydobył telefon komórkowy. Zadzwonił do mieszkania Sheili. Spodziewał się, że odezwie się automatyczna sekretarka, lecz usłyszał nagrany komunikat, że linia jest uszkodzona.
    – O nie…
    Stał jak ogłuszony.
    Oznaczało to, że torebka z ładunkiem w mieszkaniu Sheili eksplodowała. Czyli dowiedzieli się, że tam był. Jakim cudem, do cholery?
    – Dobrze się czujesz? – spytał Jodie.
    Jak?
    Lincoln, Król Robaków. Tak się dowiedzieli!
    Lincoln, biała robaczywa twarz przyglądająca mu się z okna…
    Stephen poczuł, jak zaczynają mu się pocić dłonie.
    – Hej?
    Stephen uniósł głowę.
    – Wyglądasz jakby…
    – Wszystko w porządku – odrzekł krótko.
    Przestań się zadręczać, powiedział do siebie w duchu. Jeżeli wybuch rzeczywiście nastąpił, zmiótł całe mieszkanie i zniszczył najmniejszy ślad. Wszystko w porządku. Jesteś bezpieczny. Nigdy cię nie znajdą, nie złapią. Robaki cię nie dostaną…
    Spojrzał na Jodiego, który uśmiechał się z zaciekawieniem. Napięcie ustąpiło.
    – Nic, nic – powiedział. – Mała zmiana planów. – Wyłączył telefon.
    Stephen ponownie otworzył torbę i odliczył pięć tysięcy dolarów.
    – Masz swoją kasę.
    Na widok pieniędzy Jodie osłupiał. Spoglądał to na banknoty, to na Stephena. Wyciągnął drżącą chudą dłoń i ostrożnie wziął pięć tysięcy, jakby papier mógł się rozpaść, gdyby chwycił go za mocno.
    Odbierając pieniądze, Jodi na chwilę musnął dłonią rękę Stephena. Mimo rękawiczki morderca poczuł silne, wibrujące gorąco dotknięcia – jak wtedy, gdy dostał nożem w brzuch – szokujące, choć pozbawione bólu. Stephen puścił banknoty i odwracając wzrok, powiedział:
    – Jeśli jeszcze coś dla mnie zrobisz, dostaniesz dziesięć kawałków.
    Na napuchniętą, czerwoną twarz włóczęgi wypełzł niepewny uśmiech. Głęboko nabrał powietrza i zaczął grzebać w jednej z puszek po kawie.
    – Trochę… się zdenerwowałem. – Znalazł pastylkę i połknął. – To niebieski diabełek. Dobrze robi. Miło się po nim człowiek czuje. Chcesz jednego?
    – Mhm…
    Żołnierzu, czy mężczyźni od czasu do czasu pozwalają sobie na drinka?
    Melduję, że nie wiem.
    Owszem, pozwalają. Poczęstuj się.
    Nie sądzę, żeby…
    Poczęstuj się, żołnierzu. To rozkaz.
    Właściwie…
    Jesteś dziewczynką, żołnierzu? Masz cycuszki?
    Melduję, że… że nie mam.
    A więc bierz, żołnierzu.
    Tak jest.
    – Chcesz jednego? – powtórzył Jodie.
    – Nie – wyszeptał Stephen.
    Jodie zamknął oczy i położył się na wznak.
    – Dziesięć… tysięcy… – Po chwili zapytał: – Zabiłeś go, nie?
    – Kogo?
    – Tego gliniarza w piwnicy. Ty, a soku pomarańczowego chcesz?
    – Agenta? Być może go zabiłem. Nie wiem. Nie zależało mi na tym.
    – Trudno zrobić coś takiego? Nie, pytam tak sobie, z ciekawości. Chcesz soku? Piję go bez przerwy. Po tabletkach bardzo chce się pić. Robi się sucho w ustach.
    – Nie. – Puszka była brudna. Możliwe, że oblazły ją robaki. Może nawet wpełzły do środka. Wypiłbym robaka, nawet o tym nie wiedząc… Wzdrygnął się. – Masz tu bieżącą wodę?
    – Nie. Ale mam w butelkach. Mineralną. Ukradłem w supermarkecie.
    Skulił się.
    – Muszę umyć ręce.
    – Po co?
    – Żeby zmyć krew. Przesiąkła przez rękawiczki.
    – Aha. Tam jest. Dlaczego cały czas nosisz rękawiczki? Nie chcesz zostawiać odcisków?
    – Zgadza się.
    – Byłeś w wojsku, co? To widać.
    Stephen już miał skłamać, ale nieoczekiwanie zmienił decyzję.
    – Nie – powiedział. – Prawie byłem. W piechocie morskiej. Chciałem się zaciągnąć. Mój ojczym był w piechocie morskiej i chciałem iść na ochotnika tak jak on.
    – Zgadza się.
    Zapadła cisza. Jodie przyglądał mu się wyczekująco.
    – Co się stało?
    – Próbowałem, ale nie chcieli mnie przyjąć.
    – To głupie. Ciebie nie chcieli przyjąć? Byłbyś świetnym żołnierzem. – Jodie obejrzał Stephena od stóp do głów, kiwając głową. – Jesteś silny. Masz niezłe mięśnie. Ja… – Roześmiał się. – Ja w ogóle nie ćwiczę, czasem tylko uciekam przed czarnuchami albo dzieciakami, jak chcą mnie obić. Zresztą i tak mnie zawsze łapią. Jesteś też przystojny. Jak żołnierze z filmów.
    Stephen poczuł, że robaki znikają, a on, Boże… zaczyna się rumienić. Wbił wzrok w ziemię.
    – Nie wiedziałem.
    – No co ty. Założę się, że twoja dziewczyna też tak myśli.
    Znów robaki.
    – Właściwie…
    – Nie masz dziewczyny?
    – Gdzie schowałeś tę wodę? – spytał Stephen.
    Jodie pokazał pudło z butelkami mineralnej. Stephen otworzył dwie i począł myć ręce. Zwykle nie cierpiał tego robić, kiedy ktoś na niego patrzył. Gdy przyglądali mu się ludzie, kulił się, a robaki nie chciały odejść. Jednak teraz nie przeszkadzało mu, że Jodie patrzy.
    – To nie masz dziewczyny, co?
    – Teraz nie – odpowiedział ostrożnie Stephen. – Ale nie jestem homo ani nic w tym rodzaju.
    – Wcale tak nie pomyślałem.
    – Nie wierzę w to, co inni. Na przykład myślę, że mój ojczym nie miał racji. Mówił, że AIDS to broń, którą Bóg chce wymierzyć karę homoseksualistom. Ale gdyby Bóg naprawdę chciał się pozbyć pedałów, toby się ich pozbył. Bez ryzyka, że mogą się zarazić normalni ludzie.
    – Logiczne – rzekł Jodie. – Ja też nie mam dziewczyny. – Zaśmiał się z goryczą. – Zresztą jakim cudem miałbym mieć? Nie? Co ja mam? Nie jestem taki przystojny jak ty, nie mam kasy… jestem tylko pieprzonym ćpunem.
    Stephen czuł, jak twarz mu płonie. Mył ręce coraz zajadlej.
    Szoruj skórę, tak, tak…
    Robaki, precz…
    Patrząc na ręce, Stephen ciągnął:
    – Ostatnio znalazłem się w takiej sytuacji, że nie interesuję się kobietami tak jak inni faceci. Ale to chwilowe.
    – Chwilowe – powtórzył Jodie.
    Oczy wbił w kostkę mydła, jak gdyby był to więzień planujący ucieczkę.
    – Chwilowe. Z powodu pracy. Muszę zachować czujność.
    – Jasne. Czujność.
    Szoruj, szoruj. Mydło pieniło się jak targane sztormem morze.
    – Zabiłeś kiedy pedała? – spytał z ciekawością Jodie.
    – Nie wiem. Powiem ci, że nigdy nikogo nie zabiłem dlatego, że był homoseksualistą. To by nie miało sensu. – Ręce zaczęły go piec i swędzić. Szorował jeszcze mocniej, nie patrząc na Jodiego. Nagle poczuł, że przepełnia go dziwne pragnienie – by porozmawiać z kimś, kto być może go zrozumie. – Widzisz, ja nie zabijam ludzi dla samego zabijania.
    – W porządku – odparł Jodie. – Ale jak na ulicy podejdzie do ciebie jakiś pijak, popchnie cię i powie do ciebie, bo ja wiem, „ty pieprzony pedale”. Zabiłbyś go, nie? Powiedzmy, że nikt by się o tym nie dowiedział.
    – Ale… przecież pedał tak czy tak bywa pieprzony, nie?
    Jodie zamrugał oczami i wybuchnął śmiechem.
    – A to dobre.
    Czyżbym powiedział coś dowcipnego? – zastanawiał się Stephen. Uśmiechnął się zadowolony, że zrobił wrażenie na Jodiem.
    – No dobra – ciągnął Jodie. – Powiedzmy, że nazwał cię skurwysynem.
    – Oczywiście, że bym go nie zabił. Skoro mówimy o pedałach, pomyśl też o Murzynach i Żydach. Nie zabiłbym Murzyna, chyba że dostałbym zlecenie i ofiara przypadkowo byłaby Murzynem. Pewnie są jakieś powody, dla których Murzyni nie powinni żyć, a przynajmniej mieszkać w tym kraju. Mój ojczym znalazłby dużo takich powodów. Zwykle miałem podobne poglądy jak on. Podobne zdanie miał o Żydach, ale tu się z nim nie zgadzam. Żydzi są dobrymi żołnierzami. Szanuję ich.
    – Widzisz – ciągnął. – Zabijanie to tylko biznes. Pomyśl o Kent State. Byłem wtedy dzieciakiem, ale ojczym mi opowiadał. Słyszałeś o Kent State? O tych studentach, do których strzelała Gwardia Narodowa?
    – Pewnie, że słyszałem.
    – I tak naprawdę nikogo nie obchodziło, że ci studenci zginęli, nie? Ale strzelanie do nich nie miało sensu. Zupełnie bez celu. Jeżeli ktoś chce zwalczyć jakiś ruch, czy co to było, powinien namierzyć przywódców i ich sprzątnąć. Wtedy byłoby łatwiej. Przeprowadzić rozpoznanie, ocenić, zmylić, odizolować i wyeliminować.
    – Tak właśnie zabijasz ludzi?
    – Rozpoznajesz teren. Oceniasz trudność zadania i możliwości obrony wroga. Wszystkich trzeba zmylić, odwracając ich uwagę od ofiary – na przykład sprawić, żeby uwierzyli, że ich atakujesz, a potem się okazuje, że to tylko chłopak na posyłki albo czyścibut. Tymczasem ty docierasz do ofiary. Izolujesz ją i eliminujesz.
    Jodie popijał sok pomarańczowy. W rogu piętrzyło się kilkadziesiąt pustych puszek. Wydawało się, że odżywia się wyłącznie sokiem.
    – Wiesz – powiedział, ocierając usta rękawem – wszyscy myślą, że zawodowi mordercy są szurnięci. Ale ty wcale taki nie jesteś.
    – Nie sądzę, żebym był szurnięty – rzekł pogardliwie Stephen.
    – Ci ludzie, których zabijasz, są źli? Na przykład oszuści, ludzie z mafii czy inni tacy?
    – Zawsze zrobili coś złego ludziom, którzy mi płacą, żebym ich zabił.
    – Czyli są źli?
    – Pewnie.
    Jodie zaśmiał się głupkowato, z półprzymkniętymi oczyma.
    – Niektórzy mówią, że tacy jak ty nie zawsze wiedzą, co jest dobre, a co złe.
    – No dobra, co jest dobre, a co złe? – odparł Stephen. – Robię to samo co Bóg. W katastrofach kolejowych giną dobrzy i źli ludzie i nikt nie ma o to do Boga pretensji. Niektórzy zawodowi mordercy mówią o swoich ofiarach „cele” albo „obiekty”. Słyszałem o jednym, który nazywał ofiary „zwłokami”. Jeszcze przed wykonaniem zadania. Na przykład: „Zwłoki wysiadają z samochodu. Biorę je na cel”. Łatwiej mu chyba myśleć w ten sposób o ofierze. Mnie to nie obchodzi. Nazywam ich normalnie. Ofiary, które teraz namierzam, to Żona i Przyjaciel. Zabiłem już Męża. Tak o nich myślę. Są ludźmi, których zabijam, i tyle.
    Jodie myślał nad tym, co przed chwilą usłyszał.
    – Wiesz co? Myślę, że wcale nie jesteś zły. A wiesz dlaczego?
    – No?
    – Bo zło to coś, co wygląda niewinnie, a dopiero potem wychodzi z niego prawdziwa natura. A ty jesteś, jaki jesteś. To chyba dobrze.
    Stephen bawił się czystymi paznokciami. Poczuł, że znów się rumieni. Wreszcie zapytał:
    – Boisz się mnie, co?
    – Nie – odrzekł Jodie. – Nie chciałbym cię mieć przeciw sobie. O nie. Ale mam wrażenie, że jesteśmy przyjaciółmi. Chybabyś mi nie zrobił krzywdy.
    – Nie – powiedział Stephen. – Jesteśmy wspólnikami.
    – Mówiłeś o swoim ojczymie. Żyje?
    – Nie, umarł.
    – Przykro mi. Kiedy o nim powiedziałeś, pomyślałem o swoim ojcu – też już nie żyje. Zawsze mówił, że na świecie ludzie najbardziej szanują kunszt. Lubił patrzeć, jak utalentowany człowiek robi coś najlepiej, jak umie. Jak ty.
    – Kunszt – powtórzył Stephen, czując, jak przepełniają go nieokreślone uczucia. Przyglądał się, jak Jodie chowa pieniądze w dziurze w brudnym materacu. – Co chcesz zrobić z tą kasą?
    Jodie usiadł, wbijając w niego otumaniony, lecz poważny wzrok.
    – Chcesz, żebym ci coś pokazał? – Pod wpływem narkotyku jego głos stał się niewyraźny.
    – Jasne.
    Z kieszeni wyciągnął książkę. Na okładce widniał tytuł „Koniec z zależnością”.
    – Ukradłem ją w księgarni na Saint Mark. To taki poradnik dla ludzi, którzy nie chcą już być alkoholikami albo narkomanami. Zupełnie niezły. Piszą tu o takich klinikach. Znalazłem jedną w New Jersey. Spędzasz tam miesiąc – cały miesiąc – i wychodzisz czysty. Podobno to naprawdę działa.
    – Świetnie – rzekł Stephen. – Podoba mi się ten pomysł.
    – No, wiesz. – Jodie skrzywił się. – Kosztuje czternaście tysięcy.
    – Poważnie?
    – Za jeden miesiąc. Masz pojęcie?
    – Ktoś robi na tym niezłe pieniądze. – Stephen zarabiał sto pięćdziesiąt tysięcy za jedną robotę, lecz nie podzielił się tą informacją z Jodiem, swoim nowym przyjacielem i wspólnikiem.
    Jodie westchnął, ocierając oczy. Zdaje się, że narkotyki wywoływały u niego większą płaczliwość. Jak u ojczyma Stephena, kiedy pił.
    – Całe życie miałem takie popieprzone – powiedział. – Chodziłem do college’u. No, radziłem sobie zupełnie nieźle. Potem trochę uczyłem w szkole. Pracowałem w jednej firmie. Później mnie wylali. Wszystko się posypało. Straciłem mieszkanie… Zawsze miałem kłopoty z tabletkami. Zacząłem kraść… Niech to szlag…
    Stephen usiadł obok niego.
    – Dostaniesz pieniądze i pójdziesz do tej kliniki. Wszystko się jakoś ułoży.
    Jodie uśmiechnął się do niego z trudem.
    – Mój ojciec mówił mi coś takiego: kiedy musisz zrobić coś trudnego, nie myśl, że trudności to problem. Pomyśl, że to tylko czynnik. Rzecz, nad którą trzeba się zastanowić. Patrzył mi w oczy i mówił: „To nie problem, to tylko czynnik”. Próbuję o tym nie zapominać.
    – Nie problem, tylko czynnik – powtórzył Stephen. – Podoba mi się.
    Stephen położył dłoń na nodze Jodiego, by dać mu do zrozumienia, że naprawdę podoba mu się to zdanie.
    Żołnierzu, co tu robisz, do kurwy nędzy?
    Melduję, że jestem teraz zajęty. Zamelduję się później.
    Żołnierzu…
    Później!
    – Twoje zdrowie – rzekł Jodie.
    – Nie, twoje – odparł Stephen.
    Wznieśli toast wodą mineralną i sokiem pomarańczowym, by uczcić ich osobliwy sojusz.

Rozdział dwudziesty drugi

    45 godzin – godzina dwudziesta czwarta

    Labirynt.
    Metro nowojorskie ma łączną długość ponad dwustu pięćdziesięciu mil i składa się z kilkunastu oddzielnych tuneli, które przecinają cztery z pięciu dzielnic (z wyłączeniem Staten Island, choć mieszkańcy wyspy mają oczywiście słynny prom).
    Satelita mógłby odnaleźć żaglówkę dryfującą po północnym Atlantyku szybciej niż zespół Lincolna Rhyme’a dwóch mężczyzn ukrywających się w metrze Nowego Jorku.
    Rhyme, Sellitto, Sachs i Cooper ślęczeli nad mapą metra, przyklejoną naprędce na ścianie. Oczy Rhyme’a śledziły różnokolorowe kreski oznaczające poszczególne linie; niebieska oznaczała linię Ósmej Alei, zielona Lexington, a czerwona Broadway.
    Rhyme miał szczególnie przykre wspomnienia związane z systemem kolei podziemnej. To właśnie w wykopie na budowie metra odłamała się dębowa belka i roztrzaskała mu kręgosłup – dokładnie w momencie, gdy pochylał się, by podnieść złote jak anielskie włosy włókno z ciała ofiary morderstwa.
    Jednak nawet przed wypadkiem metro odgrywało ważną rolę w badaniach kryminalistycznych departamentu nowojorskiego. Kiedy Rhyme kierował jeszcze wydziałem, pilnie studiował układ linii: pokrywały tak ogromny obszar, a w ciągu wielu lat wykorzystywano do budowy tyle różnych materiałów, że na podstawie mikrośladów często można było określić, którą linią jechał sprawca lub nawet w której dzielnicy albo stacji wsiadł do metra. Rhyme od lat zbierał próbki materiałów z metra – niektóre pochodziły jeszcze z zeszłego wieku. (Właśnie w roku 1860 Alfred Beach, wydawca „New York Sun” i „Scientific American”, postanowił zaadaptować swój pomysł przesyłania poczty wąskimi rurami pneumatycznymi do transportowania ludzi szerszymi tunelami).
    Rhyme polecił komputerowi wybrać numer i po chwili rozmawiał z Samem Hoddlestonem, szefem Ochrony Transportu. Podobnie jak policja dzielnicowa, była to regularna policja Nowego Jorku, nieróżniąca się niczym od departamentu miejskiego, tyle że do jej zadań należała ochrona systemu komunikacyjnego miasta. Hoddleston znał Rhyme’a jeszcze z dawnych czasów. Kiedy Lincoln przedstawił się, z ciszy, jaka zapadła, wywnioskował, że Sam, podobnie jak jego wielu byłych kolegów, nie wiedział, że Rhyme wrócił do żywych niemal znad grobu.
    – Mamy wyłączyć jakąś linię? – zapytał Hoddleston, gdy Rhyme krótko streścił sprawę. – I zarządzić przeszukanie?
    Sellitto usłyszał pytanie przez głośnik telefonu i pokręcił przecząco głową.
    Rhyme zgodził się z nim.
    – Nie, nie chcemy się odkryć. W każdym razie sądzę, że są gdzieś w starej części.
    – Wyłączonych stacji nie jest dużo – rzekł Hoddleston. – Ale chyba setka starych bocznic i placów budów. Słuchaj, Lincoln, co u ciebie?
    – W porządku, Sam. W porządku – rzekł szybko Rhyme, jak zwykle uchylając się od odpowiedzi na podobne pytania. Po chwili dodał: – Rozmawialiśmy o tym – naszym zdaniem prawdopodobnie będą przemieszczać się pieszo. Raczej nie wsiądą do pociągu. Czyli najprawdopodobniej są na Manhattanie. Mamy tu mapę i chcielibyśmy, żebyś nam pomógł zawęzić trochę teren poszukiwań.
    – Jasne – odrzekł Sam.
    Rhyme nie pamiętał, jak Hoddleston wygląda. Z głosu można było wnioskować, że jest atletyczny i wysportowany, lecz Rhyme przypuszczał, że on sam przez telefon mógł uchodzić za olimpijczyka, jeśli rozmówca nie widział jego kalekiego ciała.
    Rhyme zastanawiał się teraz nad resztą materiałów, które Sachs znalazła w biurowcu – pozostawione przez wspólnika Trumniarza.
    – W ziemi jest bardzo dużo wilgoci, skalenia i piasku kwarcowego – powiedział do Hoddlestona.
    – Pamiętam, jak lubiłeś grzebać się tym błocie, Lincoln.
    – Z gleby można sporo wyczytać – odrzekł, po czym ciągnął: – Mało kamieni, żaden nie jest rozgnieciony ani rozkruszony. Nie ma wapieni ani łupków mikowych z Manhattanu. Czyli szukamy w centrum. Z ilości drewnianych drobin wynika, że to bliżej Canal Street.
    Na północ od Dwudziestej Siódmej podłoże skalne znajduje się bliżej powierzchni. Natomiast na południe teren pokrywa ziemia, piasek i glina, bardzo wilgotne. Kiedy dawno temu ludzie w kesonach kopali tunele metra, ziemia o konsystencji gęstej zupy z okolic Canal Street zalewała szyb. Dwa razy dziennie przerywano prace, żeby odpompować maź i podeprzeć ściany drewnem, które z czasem przegniło, przenikając do gleby.
    Hoddleston nie był optymistą. Z jego słów wynikało, że choć informacje Rhyme’a ograniczały geograficznie obszar poszukiwań, na tym terenie istniało kilkadziesiąt połączonych tuneli, peronów i części stacji sukcesywnie wyłączanych z ruchu. Niektóre były zapomniane i zagrzebane głęboko jak egipskie grobowce. Wiele lat po śmierci Alfreda Beacha robotnicy budujący kolejną linię metra, przebiwszy się przez ścianę, odnaleźli pierwotny, od dawna nieużywany tunel, z piękną poczekalnią, ozdobioną malowidłami ściennymi i wyposażoną w fortepian i akwarium.
    – Ten włóczęga na pewno nie śpi na czynnej stacji albo między stacjami? – spytał Hoddleston.
    Sellitto pokręcił głową.
    – Nie pasuje do jego profilu. To ćpun. Za bardzo by się martwił o swoją kryjówkę.
    Rhyme powiedział Hoddlestonowi o turkusowym kaflu.
    – Nie umiem powiedzieć, skąd to pochodzi, Lincoln. Tyle się odnawiało mozaik, że pył i gruz możesz znaleźć wszędzie. Kto wie, skąd twój ćpun mógł to przywlec.
    – No dobrze, podaj wreszcie jakieś konkrety – rzekł Rhyme. – W ilu miejscach mamy szukać?
    – Ze dwudziestu – odparł tubalny głos Hoddlestona. – Może trochę więcej.
    – Niech to… – mruknął Rhyme. – Przefaksuj nam listę najbardziej prawdopodobnych lokalizacji.
    – Jasne. Kiedy chcecie to mieć? – Zanim jednak Rhyme zdążył odpowiedzieć, Hoddleston dodał: – Nieważne, Pamiętam cię z dawnych lat, Lincoln. Zawsze chciałeś wszystko na wczoraj.
    – Tym razem na zeszły tydzień – zakpił Rhyme, zniecierpliwiony, że szefowi zebrało się na żarciki, gdy powinien stukać w klawiaturę.
    Pięć minut później zabuczał faks. Thom położył przed Rhyme’em kartkę papieru, na której widniała lista piętnastu punktów w sieci metra.
    – Dobra, Sachs, do roboty.
    Skinęła głową, podczas gdy Sellitto łączył się z Haumannem, by wydać rozkazy oddziałom operacyjnym.
    – Amelio, tym razem trzymaj się z tyłu – rzekł z naciskiem Rhyme. – Jesteś specjalistką od badania miejsc zbrodni, pamiętasz? Miejsc zbrodni.

    Na krawężniku w centrum Manhattanu siedział Leon Kanciarz. Obok usiadł Misiarz – przezwany tak po tym, jak zaczął wozić w wózku z supermarketu kilkadziesiąt pluszowych zwierzaków, przypuszczalnie na sprzedaż, ale chyba tylko rodzice niespełna rozumu kupiliby dziecku jedną z tych podartych i zawszonych zabawek.
    Leon i Misiarz mieszkali razem – to znaczy wspólnie zajmowali jedną alejkę niedaleko Chinatown – i utrzymywali się ze sprzedaży butelek, użebranych datków i drobnych, nieszkodliwych kradzieży.
    – Umiera, co nie? – odezwał się Leon.
    – Nie, ma tylko koszmary – odrzekł Misiarz, kołysząc wózkiem, jak gdyby próbował ukołysać swoje misie do snu.
    – Trzeba by wydać dziesiątaka i zadzwonić po karetkę.
    Leon i Misiarz spoglądali na drugą stronę ulicy, w przecznicę. Leżał tam inny bezdomny, czarny, wyglądający na chorego, o drgającej nerwowo i wynędzniałej twarzy. Jego ubranie było w strzępach.
    – Trzeba by kogo zawołać.
    – Chodź, obejrzymy go.
    Ruszyli w kierunku leżącego, rozglądając się czujnie jak szczury.
    Człowiek był chudy – prawdopodobnie miał AIDS, z czego wywnioskowali, że pewnie bierze herę – i bardzo brudny. Nawet Leon i Misiarz od czasu do czasu kąpali się w fontannie w Washington Square Parku albo lagunie w Central Parku, nie zważając na żółwie. Murzyn miał na sobie postrzępione dżinsy, oblepione brudem skarpety (był bez butów) i podartą, ubrudzoną kurtkę z napisem „Cats… The Musical”.
    Patrzyli na niego przez dłuższą chwilę. Gdy Leon niepewnie dotknął nogi Catsa, człowiek natychmiast się zbudził i raptownie usiadł, wbijając w nich wściekłe spojrzenie.
    – Co jest, kurwa? Kto to?
    – Hej, stary, wszystko w porządku? – Odsunęli się o kilka stóp.
    Cats zadrżał, chwytając się za brzuch. Rozkaszlał się, a Leon szepnął:
    – Wygląda chujowo, nie?
    – Straszny jest. Lepiej chodźmy. – Misiarz chciał wrócić do swojego wózka z pluszowymi zabawkami.
    – Potrzebuję pomocy – wymamrotał Cats. – Jestem ranny.
    – Tam jest klinika i…
    – Nie mogę iść do kliniki – warknął Cats, jak gdyby go obrazili.
    A więc był notowany, a jeżeli ktoś leżał na ulicy w takim stanie i nie chciał iść do szpitala, musiał mieć na sumieniu poważne rzeczy. Jakieś ciężkie przestępstwo. Tak, ten kundel musiał mieć kłopoty.
    – Potrzebuję lekarstwa. Macie jakieś? Zapłacę. Mam kasę.
    Nie uwierzyliby w to, gdyby Cats nie kradł puszek. Musiał być w tym bardzo dobry, jak zauważyli. Obok niego stała duża torba, którą wygrzebał gdzieś ze śmieci, pełna puszek po wodzie sodowej i piwie. Leon wlepił w nią zazdrosne spojrzenie. Musiał poświęcić na uzbieranie takiej kolekcji ze dwa dni. Warta trzydzieści dolców, może czterdzieści.
    – Nic nie mamy. Nie bierzemy prochów.
    – On mówi o tabletkach.
    – Chcesz butelkę? T-bird. Mam całkiem dobrego T-birda. Sprzedam ci za te puszki.
    Cats wzruszył jednym ramieniem.
    – Nie chcę żadnej butelki. Dostałem wpierdol. Od jakichś dzieciaków. Rzucili we mnie czymś. Źle się czuję. Muszę wziąć lekarstwo. Nie kokę ani herę, ani pieprzonego T-birda. Chcę, żeby mnie przestało boleć. Tabletkę! – Wygramolił się na nogi i zataczając się, ruszył na Misiarza.
    – Nic nie mamy, stary.
    – Pytam ostatni raz, dacie mi coś? – Jęknął, łapiąc się za bok. Dobrze wiedzieli, jak silni mogą być ćpuni. Ten był wysoki. Z łatwością mógł ich obu złamać na pół.
    – Ty, pamiętasz tego gościa, wczoraj? – szepnął do Misiarza Leon.
    Misiarz skwapliwie pokiwał głową, ale był to nerwowy odruch. Nie miał pojęcia, o kim mówi Leon.
    – Jest taki facet, nie? – ciągnął Leon. – Wczoraj próbował nam sprzedać jakieś gówno. Piguły. Był strasznie zadowolony.
    – Tak, strasznie zadowolony – powiedział szybko Misiarz, jak gdyby mógł w ten sposób uspokoić Catsa.
    – Nie obchodziło go, że ktoś może zobaczyć. Sprzedawał piguły. Nie kokę, nie herę, nie trawę, tylko piguły na dobry nastrój albo zły, co chcesz.
    – Tak, co chcesz.
    – Mam pieniądze. – Cats pogrzebał w brudnej kieszeni i wyciągnął trzy zmięte dwudziestki. – Widzicie? Gdzie jest ten skurwysyn?
    – Niedaleko Ratusza. Na starej stacji metra…
    – Źle się czuję. Dostałem wpierdol. Dlaczego ktoś mi wpierdolił? Co ja zrobiłem? Te parę puszek? I patrzcie, co się stało. Kurwa mać. Jak on się nazywa?
    – Nie wiem – powiedział szybko Misiarz, trąc czoło, jak gdyby intensywnie myślał. – Nie, czekaj. Coś mówił.
    – Nie pamiętam.
    – Pamiętasz… patrzył na twoje miśki.
    – I coś mówił. Tak, tak. Powiedział, że nazywa się Joe czy coś takiego. Może Jodie.
    – Tak, już wiem. Jodie.
    – Jodie – powtórzył Cats, po czym otarł czoło. – Poszukam go. Stary, muszę coś wziąć. Kurwa, jak mnie boli.
    Kiedy Cats oddalił się chwiejnym krokiem, pojękując, mamrocząc do siebie i ciągnąc za sobą torbę z puszkami, Leon i Misiarz wrócili na swój krawężnik i usiedli. Leon otworzył piwo Voodoo i zaczęli pić.
    – Nie powinniśmy mu tego robić – powiedział.
    – Komu?
    – Joemu, czy jak on się nazywał.
    – Chcesz, żeby ten skurwiel się tu kręcił? – zapytał Misiarz. – Niebezpieczny. Bałem się go. Chcesz, żeby się tu kręcił?
    – Pewnie, że nie. Ale wiesz, nie?
    – No.
    – Sam wiesz.
    – Wiem. Daj butelkę.

Rozdział dwudziesty trzeci

    45 godzin – godzina dwudziesta piąta

    Siedząc obok Jodiego na materacu, Stephen podsłuchiwał rozmowę prowadzoną przez telefon Hudson Air.
    Rozmawiał Ron. Stephen już wiedział, że nazywa się Talbot. Nie był pewien, na czym dokładnie polega praca Rona, ale był to ktoś ważny w firmie, więc Stephen miał nadzieję, że podsłuchując jego telefon, zdobędzie ważne informacje na temat Żony i Przyjaciela.
    Usłyszał, jak Ron kłóci się z kimś z firmy sprzedającej części do silników Garretta. Ponieważ była niedziela, mieli kłopoty ze zdobyciem części do naprawy samolotu – butli gaśniczej i czegoś, co nazywali pierścieniem.
    – Obiecałeś, że będzie o trzeciej – zrzędził Ron. – Musi być o trzeciej.
    Po krótkich negocjacjach – i utyskiwaniach – firma zgodziła się przerzucić części samolotem z Bostonu do siedziby w Connecticut. Potem ciężarówka miała je dostarczyć do Hudson Air o trzeciej albo czwartej. Na tym skończyli rozmowę.
    Stephen słuchał jeszcze przez kilka minut, ale nikt już nie dzwonił.
    Zawiedziony wyłączył telefon.
    Nie miał pojęcia, gdzie teraz mogą być Żona i Przyjaciel. Dalej w bezpiecznym domu? Może ich gdzieś przewieziono?
    O czym teraz myślał Lincoln Robak? Do czego jest zdolna jego inteligencja?
    I kim on jest? Stephen próbował go sobie wyobrazić jako cel oglądany przez celownik optyczny Redfield. Jednak nie potrafił. Widział tylko masę skłębionych robaków i twarz spokojnie mu się przyglądającą zza brudnej szyby okna.
    Zorientował się, że Jodie coś do niego mówi.
    – Co?
    – Pytam, co robił twój ojczym.
    – Różne rzeczy. Dużo polował i łowił ryby. Był bohaterem w Wietnamie. Przeszedł za linię frontu i zabił pięćdziesięciu czterech ludzi. To się podobało nie tylko żołnierzom, ale politykom i zwykłym ludziom.
    – On cię nauczył tego… co robisz? – Narkotyk przestał działać i zielone oczy Jodiego nabrały blasku.
    – Nie, ćwiczyłem przede wszystkim w Afryce i Ameryce Południowej, ale on zaczął mnie uczyć. Nazywałem go „Największym żołnierzem świata”. Śmiał się z tego.
    W wieku ośmiu, dziewięciu i dziesięciu lat Stephen maszerował za Lou przez wzgórza Wirginii Zachodniej. Gorące krople potu kapały im z nosa wprost na palce, zgięte na spustach winchesterów albo rugerów. Godzinami leżeli bez ruchu w trawie, nie odzywając się ani słowem. Na skórze czaszki Lou perlił się pot, widoczny pod krótko przyciętymi włosami. Obaj mieli oczy utkwione w celu.
    Nie mruż lewego oka, żołnierzu.
    Nigdy.
    Wiewiórki, dzikie indyki, jelenie, bez względu na okres ochronny, niedźwiedź, gdy udało się go wytropić, psy w mniej fartowne dni.
    Zabij to, żołnierzu. Patrz na mnie.
    Huk. Uderzenie w ramię, zdumione oczy umierającego zwierzęcia.
    W parne sierpniowe niedziele ładowali karabiny do paint-ballu pociskami z dwutlenkiem węgla, rozbierali się do spodenek i polowali na siebie nawzajem, robiąc sobie na piersiach i udach rozległe plamy i pręgi. Kulki świstały w powietrzu z prędkością trzystu stóp na sekundę, a młody Stephen z trudem powstrzymywał płacz po bolesnym trafieniu. Można było kupić kule w każdym kolorze, ale Lou upierał się, by ładowali broń pociskami z czerwoną farbą. Jak krew.
    Wieczorami siedzieli przy ognisku w ogrodzie; dym ulatywał pierścieniami w niebo i wciskał się przez otwarte okno do kuchni, gdzie matka myła naczynia po kolacji szczoteczką do zębów. Muskularny, niewysoki człowiek – w wieku piętnastu lat Stephen był już wzrostu Lou – popijał ze świeżo otwartej butelki jacka danielsa i mówił, mówił, mówił, bez względu na to, czy Stephen słuchał, czy nie, spoglądając na iskry mknące w niebo jak świetliste pomarańczowe owady.
    – Chcę, żebyś jutro nożem załatwił jelenia.
    – Ja…
    – Umiesz to zrobić, żołnierzu?
    – Tak jest, umiem.
    – No to słuchaj. – Pociągnął łyk. – Gdzie twoim zdaniem jest tętnica szyjna?
    – No chyba…
    – Nie bój się powiedzieć, jeśli czegoś nie wiesz. Dobry żołnierz przyznaje się do niewiedzy. Potem jednak robi coś, żeby to zmienić.
    – Melduję, że nie wiem, gdzie jest tętnica szyjna.
    – Pokażę na tobie. Tutaj. Czujesz pulsowanie? Dokładnie tu.
    – Tak jest, czuję.
    – Najpierw musisz znaleźć rodzinę – łanię z cielakami. Podejdziesz blisko. To najtrudniejsza część zadania. Żeby zabić łanię, musisz stworzyć zagrożenie dla młodych. Ruszasz na cielaka. Jeśli mu zagrozisz, łania nie ucieknie. Podejdzie do ciebie. Wtedy skok! Wbijasz jej nóż w szyję. Ale nie prosto, tylko pod kątem. Rozumiesz? Robisz nacięcie w kształcie V. Chwytasz? To dobrze. Chłopcze, to dopiero będzie zabawa!
    Potem Lou szedł do domu, żeby sprawdzić, czy talerze i garnki są czyste i stoją równo na kraciastym obrusie, cztery kwadraty od brzegu stołu. Kiedy stały trzy i pół kwadratu od brzegu albo choć na jednym znalazła się plamka tłuszczu, Stephen, leżąc przy ognisku i obserwując lecące w ciemne niebo iskry, słyszał dobiegające z domu odgłosy uderzeń i płacz.
    – Musisz być w czymś dobry – mówił mu później ojczym, kiedy matka już spała, a on z butelką wychodził przed dom. – Inaczej nie ma po co żyć.
    Kunszt. Mówił o kunszcie.
    – Jak to się stało, że cię nie wzięli do piechoty morskiej? – zapytał Jodie. – W końcu mi nie powiedziałeś.
    – To było głupie – odrzekł Stephen, a po chwili dodał: – Kiedy byłem dzieciakiem, wpakowałem się w kłopoty. Ty tego nie robiłeś?
    – Czy pakowałem się w kłopoty? Rzadko. Za bardzo się bałem. Nie chciałem martwić matki. Nie podobało się jej, że kradłem i tak dalej. A co zrobiłeś?
    – Niezbyt mądrą rzecz. W naszym mieście mieszkał jeden facet. Wiesz, taki tyran. Zobaczyłem, jak wykręca ręce swojej kobiecie. Była chora, więc dlaczego jeszcze się nad nią znęcał? Poszedłem do niego i powiedziałem, że jeżeli nie przestanie, to go zabiję.
    – Tak mu powiedziałeś?
    – Ojczym nauczył mnie jeszcze jednej rzeczy. Nie groź. Zabij albo daruj życie, ale nie groź. Dalej gnębił tę kobietę i musiałem dać mu nauczkę. Zacząłem go bić. Poniosło mnie. Wziąłem kamień i walnąłem go. Nie zastanawiałem się nad tym, co robię. Dostałem kilka lat za nieumyślne spowodowanie śmierci. Miałem piętnaście lat, ale już zaszarganą kartotekę. Wystarczyło, żeby mnie nie przyjęli do piechoty morskiej.
    – Chyba gdzieś czytałem, że nawet jak jesteś notowany, możesz iść do wojska. Do jakiegoś specjalnego obozu.
    – Ale to było zabójstwo.
    Jodie ścisnął ramię Stephena.
    – To nie fair.
    – Wtedy tak nie myślałem.
    – Naprawdę mi przykro – powiedział Jodie.
    Stephen, który umiał bez mrugnięcia patrzeć ludziom w oczy, zerknął przelotnie na Jodiego, po czym zaraz odwrócił wzrok. I gdzieś w głębi ujrzał dziwaczny obrazek: on i Jodie mieszkają w chacie, razem chodzą polować i na ryby. Gotują kolację nad ogniskiem.
    – Co się z nim stało? Z twoim ojczymem?
    – Zginął w wypadku. Był na polowaniu i spadł ze skały.
    – Może właśnie tak chciał umrzeć – rzekł Jodie.
    – Niewykluczone – odparł Stephen po krótkim milczeniu.
    Poczuł, jak noga Jodiego ociera się o jego nogę. Znów ten elektryczny wstrząs. Stephen wstał szybko i podszedł do okna.
    Przejechał radiowóz, ale gliniarze w środku pili wodę i rozmawiali.
    Ulica była pusta, jeśli nie liczyć grupki bezdomnych: kilku białych i jednego Murzyna.
    Stephen przymrużył oczy. Murzyn, dźwigający wielką torbę pełną puszek po wodzie sodowej i piwie, kłócił się z innymi, gestykulował, rozglądał się na boki i proponował torbę jednemu z białych, który przecząco kręcił głową. Czarny miał w oczach jakiś obłęd i biali wyraźnie się go bali. Stephen przyglądał się kłótni przez parę minut, po czym wrócił na materac i usiadł obok Jodiego.
    Położył mu dłoń na ramieniu.
    – Chcę z tobą pogadać o tym, co zrobimy.
    – Dobra. Słucham, wspólniku.
    – Ktoś mnie szuka.
    Jodie wybuchnął śmiechem.
    – Po tym, co się stało w tamtym budynku, powiedziałbym, że całkiem sporo ludzi.
    Stephen nawet się nie uśmiechnął.
    – Chodzi o jedną osobę. Nazywa się Lincoln.
    Jodie skinął głową.
    – To imię?
    Stephen wzruszył ramionami.
    – Nie wiem… Nigdy nie spotkałem nikogo podobnego.
    – Kto to jest?
    Robak…
    – Może gliniarz. Albo federalny. Konsultant czy ktoś w tym rodzaju. Dokładnie nie wiem.
    Stephen przypomniał sobie, jak Żona opisywała Lincolna w rozmowie z Ronem – mówiła o nim jak o guru albo duchu. Poczuł, że się kuli. Przesunął dłoń na plecy Jodiego i zatrzymał na wystającym kręgosłupie. Przykre uczucie minęło.
    – Już drugi raz udało mu się mnie powstrzymać. Prawie mnie złapał. Próbuję go rozgryźć i nie potrafię.
    – Co chcesz rozgryźć?
    – Jego następny ruch. Co zamierza teraz zrobić. Żebym mógł go uprzedzić.
    Poklepał po plecach Jodiego, który najwyraźniej nie miał nic przeciwko temu. Nie unikał też jego spojrzenia. Jego bojaźń zniknęła. Popatrzył dziwnie na Stephena. Czyżby było to spojrzenie… Stephen nie umiał znaleźć właściwego słowa. Może podziwu?
    Zdał sobie sprawę, że tak samo patrzyła na niego Sheila w barze, gdy mówił jej rzeczy, które chciała usłyszeć. Tyle tylko, że wtedy nie był Stephenem. Był kimś, kto nie istniał. Jodie spoglądał na niego podobnie, choć dokładnie wiedział, kim jest Stephen. Wiedział, że jest mordercą.
    Wciąż trzymając rękę na jego plecach, Stephen rzekł:
    – Nie umiem odgadnąć, czy wywiezie ich z bezpiecznego domu. Tego, który stoi obok biurowca.
    – Kogo wywiezie? Ludzi, których masz zabić?
    – Tak. Próbuje mnie przechytrzyć. Myśli… – Stephen urwał.
    Myśli…
    O czym myślał Lincoln Robak? Wywiezie Żonę i Przyjaciela, bo się spodziewa, że jeszcze raz spróbuję zaatakować dom? Albo zostawi ich przekonany, że odczekam jakiś czas i spróbuję w nowym miejscu? Jeżeli nawet myśli, że jeszcze raz spróbuję dostać się do domu, może zostawi ich na przynętę, żeby mnie zwabić do następnej pułapki? Przewiezie do innego bezpiecznego domu dwoje pozorantów? I spróbuje mnie sprzątnąć, kiedy za nimi pojadę?
    Chudy człowiek powiedział prawie szeptem:
    – Wyglądasz, ja wiem, jakbyś przeżył jakiś szok.
    – Nie rozumiem go… Nie wiem, co zrobi. Wszystkich, którzy mnie do tej pory chcieli złapać, rozumiałem. Jego nie potrafię.
    – Co mam zrobić? – spytał Jodie, przechylając się na bok. Jego ramię dotknęło Stephena.
    Stephen Kall, fachowiec w swej profesji, pasierb człowieka, który nigdy nie przeżył chwili wahania – zabijając jelenia czy sprawdzając talerze czyszczone szczoteczką do zębów – zupełnie zdezorientowany gapił się teraz w podłogę. Potem spojrzał Jodiemu w oczy.
    Ręka na plecach. Zetknięci ramionami.
    Stephen podjął decyzję.
    Pochylił się i pogrzebał w plecaku. Znalazł czarny telefon komórkowy. Patrzył na niego przez chwilę, a potem podał Jodiemu.
    – Co to? – spytał włóczęga.
    – Telefon. Będziesz z niego korzystał.
    – Komórka! Super. – Oglądał aparat, jak gdyby nigdy wcześniej nie miał w rękach czegoś podobnego. Otworzył klapkę, badał wszystkie przyciski.
    – Wiesz, kto to jest naganiacz? – spytał Stephen.
    – Nie.
    – Najlepsi snajperzy nie pracują sami. Zawsze mają naganiacza. To on lokalizuje cel, szacuje odległość, osłania snajpera i tak dalej.
    – Chcesz, żebym był twoim naganiaczem?
    – Tak. Widzisz, chyba Lincoln ich wywiezie.
    – Rozgryzłeś go w końcu? – zapytał Jodie.
    – Nie umiem tego wytłumaczyć. Mam po prostu przeczucie. – Spojrzał na zegarek. – Dobra, słuchaj. O wpół do drugiej przejdziesz się ulicą, jak zwykły… bezdomny.
    – Możesz mówić „włóczęga”.
    – I będziesz obserwować dom. Możesz grzebać w śmieciach i szukać, bo ja wiem, puszek.
    – Butelek. Zawsze tak robię.
    – Dowiesz się, jakim samochodem stamtąd wyjeżdżają, potem zadzwonisz do mnie. Będę czekał za rogiem w samochodzie. Ale musisz uważać na pozorantów.
    W myślach ujrzał rudowłosą policjantkę. Nie mogłaby udawać Żony. Za wysoka, za ładna. Zastanawiał się, dlaczego tak jej nie znosi… Żałował, że strzelając do niej, nie wycelował lepiej.
    – Dobra. Zrobię to. Chcesz ich zastrzelić na ulicy?
    – To zależy. Może pojadę za nimi do nowego miejsca i tam to zrobię. W razie czego mogę improwizować.
    Jodie oglądał telefon jak dziecko prezent gwiazdkowy.
    – Nie wiem, jak to działa.
    Stephen pokazał mu.
    – Dzwonisz, kiedy będziesz na stanowisku.
    – Na stanowisku. Brzmi zawodowo. – Jodie uniósł wzrok znad telefonu. – Wiesz, po tym wszystkim, kiedy już wyjdę z kliniki, może będziemy się czasem spotykać? Pójdziemy na kawę, sok czy coś w tym rodzaju? Hm? Chcesz?
    – Jasne – odparł Stephen. – Możemy…
    Nagle drzwiami wstrząsnął jakiś łomot. Stephen okręcił się na pięcie i wyszarpnął broń z kieszeni, przyjął klasyczną pozycję strzelecką.
    – Otwieraj te jebane drzwi! – krzyknął głos z zewnątrz. – I to już!
    – Cicho – szepnął Stephen do Jodiego. Serce waliło mu jak oszalałe.
    – Jesteś tam, szmaciarzu? – Głos był nieustępliwy. – Jo-die. Gdzie, kurwa, jesteś?
    Stephen podszedł do zabarykadowanego okna i wyjrzał. Bezdomny Murzyn z przeciwnej strony ulicy. Miał na sobie postrzępioną kurtkę z napisem „Cats… The Musical”. Murzyn nie widział go.
    – Gdzie ten kurdupel? – spytał czarny. – Muszę dostać jakieś piguły! Jodie, Joe? Gdzie jesteś?
    – Znasz go? – spytał Stephen, odwracając się.
    Jodie uniósł wzrok, wzruszył ramionami i szepnął:
    – Nie wiem, może. Na ulicy jest kupa ludzi.
    Stephen przyglądał się człowiekowi, gładząc kciukiem plastyk rękojeści pistoletu.
    Bezdomny zawołał:
    – Wiem, że tam jesteś, stary. – Jego głos przeszedł w ohydny kaszel. – Jo-die! Jo-die! Wiesz, ile mnie to będzie kosztować? Tydzień, kurwa, polowania na puszki. Otwieraj, powiedzieli mi, że tu jesteś. Wszyscy tak mówią. Jodie, Jodie!
    – Zaraz sobie pójdzie – rzekł Jodie.
    – Czekaj – powiedział Stephen. – Może będzie go można wykorzystać.
    – Jak?
    – Pamiętasz, co ci mówiłem? Zmylić wroga. Nadaje się… – Stephen kiwał głową. – Wygląda groźnie. Skupią uwagę na nim, nie na tobie.
    – To znaczy, mam go wziąć ze sobą? Do bezpiecznego domu?
    – Tak – odparł Stephen.
    – Potrzebuję towaru, stary – jęknął Murzyn. – Kurewsko źle się czuję. Proszę. Cały się trzęsę. Ty skurwielu! – Kopnął w drzwi. – Proszę, Jodie. Jesteś tam? Pomóż mi. O co ci, kurwa, chodzi? Szmaciarzu! Pomóż mi. – Chyba płakał.
    – Wyjdź do niego – rzekł Stephen. – Powiedz mu, że dostanie coś ode mnie, jeżeli z tobą pójdzie. Zrób tak, żeby podszedł do jakiegoś śmietnika naprzeciw domu, kiedy ty będziesz obserwował. Tyle wystarczy.
    Jodie spojrzał na niego.
    – Teraz? Mam z nim rozmawiać?
    – Tak. Powiedz mu.
    – Chcesz, żeby tu wszedł?
    – Nie, nie chcę, żeby mnie zobaczył. Ty idź i z nim pogadaj.
    – No… dobra. – Jodie pchnął mocno drzwi. – A jeżeli wbije mi nóż albo co?
    – Popatrz na niego. Ledwie żyje. Położyłbyś go jedną ręką.
    – Wygląda, jakby miał AIDS.
    – Idź.
    – A jak dotknie…
    – Idź!
    Jodie głęboko nabrał powietrza i wyszedł na zewnątrz.
    – Hej, uspokój się – powiedział do człowieka. – Czego chcesz, do cholery?
    Stephen widział, jak Murzyn przygląda się Jodiemu oszalałymi oczami.
    – Mówili, że sprzedajesz prochy. Mam kasę. Sześćdziesiąt dolców. Potrzebuję piguł. Słuchaj, jestem chory.
    – Czego chcesz?
    – A co masz, stary?
    – Czerwone, amfę, kwas, demerol.
    – Dobra, demerol jest niezły. Zapłacę. Kurwa, mam kasę. Boli mnie w środku. Dostałem wpierdol. Gdzie moje pieniądze? – Kilka razy poklepał się po kieszeniach, zanim się zorientował, że ściska banknoty w lewej dłoni.
    – Ale musisz najpierw coś dla mnie zrobić – powiedział Jodie.
    – No, co mam zrobić? Obciągnąć ci?
    – Nie – odrzekł przerażony Jodie. – Chcę, żebyś mi pomógł przerzucić jedne śmieci.
    – Po co mam się babrać w takim gównie?
    – Tam są puszki.
    – Puszki? – ryknął czarny, drapiąc się zawzięcie w nos. – Po co ci, kurwa, puszki? Dostaniesz za nie może piątaka. Właśnie dałem setkę puszek, żeby się dowiedzieć, gdzie grzejesz dupę. Pierdol puszki. Płacę ci gotówką, gościu.
    – Dam ci demerol za friko, tylko mi pomóż znaleźć parę flaszek.
    – Za friko? – Murzyn zdawał się nie rozumieć. – Znaczy, że nie będę musiał płacić?
    – Tak.
    Czarny rozejrzał się, jak gdyby szukał kogoś, kto mu to wytłumaczy.
    – Zaczekaj tu – powiedział mu Jodie.
    – Gdzie mam szukać tych flaszek?
    – Zaczekaj chwilę…
    – Gdzie? – powtórzył ostro.
    Jodie cofnął się do tunelu. Powiedział do Stephena:
    – Zgodził się.
    – Dobra robota. – Stephen uśmiechnął się.
    Jodie odwzajemnił uśmiech. Zaczął się odwracać do drzwi, lecz Stephen powiedział:
    – Hej.
    Chudy człowiek zatrzymał się W pół kroku.
    – Fajnie, że cię spotkałem – wyrzucił z siebie Stephen.
    – Też się cieszę. – Jodie zawahał się przez chwilę. – Wspólniku. – Wyciągnął do niego rękę.
    – Wspólniku – powtórzył za nim Stephen. Poczuł chęć, by zdjąć rękawiczkę, żeby poczuć na swojej skórze skórę Jodiego. Jednak nie zrobił tego.
    Kunszt przede wszystkim.

Rozdział dwudziesty czwarty

    45 godzin – godzina dwudziesta piąta

    Dyskusja miała gorący przebieg.
    – Chyba się mylisz, Lincoln – powiedział Lon Sellitto. – Trzeba ich wywieźć. Jeżeli ich zostawimy, znowu zaatakuje dom.
    Nie tylko oni głowili się nad tym dylematem. Prokurator Reg Eliopolos jeszcze się do nich nie zgłosił, ale przybył we własnej osobie agent specjalny, szef manhattańskiego biura FBI, Thomas Perkins, reprezentujący w dyskusji stronę federalnych. Rhyme żałował, że nie ma Dellraya i Sachs, która razem z połączonymi oddziałami policji i FBI przeszukiwała stare części metra. Jak dotąd nie natknęli się na żaden ślad Trumniarza ani jego towarzysza.
    – Z mojej oceny sytuacji wynika, że lepiej przewieźć ich w inne miejsce – rzekł z powagą Perkins. – Mamy inne bezpieczne obiekty. – Był zbulwersowany faktem, że Trumniarz w ciągu zaledwie ośmiu godzin ustalił miejsce ukrywania świadków i zdołał zbliżyć się na odległość pięciu jardów od zamaskowanego wyjścia ewakuacyjnego. – Lepsze obiekty – dodał szybko. – Powinniśmy jak najszybciej zorganizować im transport. Miałem już sygnały z samej góry. Z Waszyngtonu. Świadkom trzeba bezwzględnie zapewnić bezpieczeństwo.
    Czyli, pomyślał Rhyme, natychmiast wywieźć.
    – Nie. – Rhyme był nieugięty. – Musimy ich zostawić tam, gdzie są.
    – Biorąc pod uwagę priorytety – powiedział Perkins – odpowiedź może być tylko jedna. Przewieźć ich.
    – Będzie ich dalej podchodził, wszystko jedno, czy zostaną w starym domu, czy pojadą do nowego – rzekł Rhyme. – Tam znamy teren, mniej więcej wiemy, skąd się go można spodziewać. Łatwiej zastawić pułapkę.
    – To ważny argument – zgodził się Sellitto. – Możemy w ten sposób popsuć mu szyki.
    – Jak to? – spytał Perkins.
    – On też się teraz zastanawia.
    – Tak?
    – No pewnie – powiedział Rhyme. – Próbuje rozgryźć nasze zamiary. Jeśli postanowimy zostawić ich w domu, musi spróbować jeszcze raz. Jeżeli ich wywieziemy – i chyba tego się spodziewa – będzie szukał szczęścia podczas transportu. A wtedy zabezpieczenia będą gorsze niż w stałym obiekcie. Nie, musimy ich zostawić i przygotować się na ponowną próbę ataku. Przewidzieć wszystko. Ostatnim razem…
    – Ostatnim razem zginął jeden agent.
    – Gdyby Innelman miał osłonę, skończyłoby się inaczej – odparował szefowi agentów Rhyme.
    Ubrany w nienaganny garnitur Perkins był typowym biurokratą, lecz niepozbawionym rozsądku. Skinął głową, wyrażając zgodę.
    Ale czy ja mam rację? – zastanawiał się Rhyme.
    O czym myśli Trumniarz? Czy naprawdę wiem?
    Przecież potrafię zajrzeć do czyjegoś pokoju albo do cuchnącej uliczki i odtworzyć przebieg zbrodni, jaka się tam rozegrała. Z plam krwi na dywanie albo kafelkach umiem odczytać, jak w teście Rorschacha, jak niewiele brakowało, żeby ofiara uciekła, albo jak małe miała szansę, albo jaką zginęła śmiercią. Wystarczy, że spojrzę na pozostawiony przez mordercę pyłek i już wiem, skąd przyszedł.
    Wiem kto, wiem dlaczego.
    Ale co zrobi Trumniarz?
    Mogę się tylko domyślać, nie mogę mieć pewności.
    W drzwiach stanęła jakaś postać – jeden z funkcjonariuszy pilnujących wejścia do domu. Podał Thomowi kopertę i wycofał się na swoje stanowisko.
    – Co to? – Rhyme nieufnie przyglądał się kopercie. Nie czekał na żaden raport z laboratorium, poza tym zbyt dobrze pamiętał o upodobaniu Trumniarza do bomb. W kopercie była tylko gruba kartka papieru przysłana przez FBI.
    Thom otworzył i zaczął czytać.
    – To od grupy analiz dowodów fizycznych. Namierzyli fachowca od piasku.
    – Nie ma związku z naszą sprawą – wyjaśnił Perkinsowi Rhyme. – Chodzi o agenta, który zaginął parę dni temu.
    – Tony? – spytał Perkins. – Na razie nie mam żadnego tropu.
    Rhyme zerknął na raport.

    Substancja dostarczona do analizy, formalnie rzecz biorąc, nie jest piaskiem. To koralowe odłamki z rafy, wśród których można wyróżnić morskie bezkręgowce, fragmenty morskich pierścienic, muszli brzuchonogów i otwornic. Najbardziej prawdopodobne miejsce pochodzenia to północna część Karaibów – Kuba, Bahamy.

    Karaiby… Ciekawe. Cóż, na razie ta sprawa będzie musiała zaczekać. Gdy dostaną Trumniarza, razem z Sachs wrócą…
    W jego słuchawce rozległ się suchy trzask.
    – Rhyme, jesteś tam? – zaskrzeczał głos Sachs.
    – Tak! Gdzie jesteś, Sachs? Co masz?
    – Jesteśmy przy starej stacji metra niedaleko ratusza. Wejście zabite dechami. Ludzie z rozpoznania twierdzą, że tam ktoś jest. Jedna, może dwie osoby.
    – Dobra, Sachs – powiedział; serce mu waliło na myśl, że być może są blisko Trumniarza. – Melduj cały czas. – Spojrzał na Sellitta i Perkinsa. – Zdaje się, że w ogóle nie będzie trzeba wywozić świadków z domu.
    – Znaleźli go? – zapytał detektyw.
    Lecz Rhyme – przede wszystkim naukowiec – nie chciał wyrażać głośno swoich nadziei. Bał się, że to przyniesie pecha operacji – właściwie przyniesie pecha Sachs.
    – Trzymajmy kciuki – mruknął.

    Jednostki specjalne po cichu otoczyły stację.
    Prawdopodobnie tu mieszka nowy wspólnik Trumniarza, uznała Amelia Sachs. Ludzie z rozpoznania spotkali kilku miejscowych, którzy poinformowali o narkomanie sprzedającym w tej okolicy tabletki. Był to drobny człowiek – czyli pasowałby do znalezionego odcisku buta numer osiem.
    Wejście na stację było, prawie dosłownie, dziurą w murze. Wiele lat temu zastąpiono je bardziej luksusowym, znajdującym się kilka przecznic dalej.
    Oddział 32-E zajął stanowiska, rozpoznanie ustawiało mikrofony i kamery na podczerwień, a pozostali funkcjonariusze przystąpili do wyłączenia ulicy z ruchu i usuwania bezdomnych, którzy siedzieli na krawężnikach i w drzwiach budynków.
    Dowódca kazał Sachs odsunąć się od wejścia na stację – zejść z linii ognia. Przydzielili jej upokarzające zadanie pilnowania wyjścia z metra, od lat zamkniętego aa kłódkę i zagrodzonego żelaznymi kratami. Zaczęła się nawet zastanawiać, czy Rhyme nie umówił się z Haumannem, by ten osobiście zadbał, żeby nic się jej nie stało. Złość z poprzedniego wieczoru, gdy pościg za Trumniarzem się nie udał, wróciła ze zdwojoną siłą.
    Sachs wskazała ruchem głowy zardzewiała kłódkę.
    – Tędy chyba nie wyjdzie – zauważyła od niechcenia.
    – Trzeba pilnować wszystkich wyjść – mruknął zamaskowany gliniarz, nie zauważając jej sarkazmu lub puszczając go mimo uszu, po czym wrócił do swoich kompanów.
    Z brudnoszarego nieba padał chłodny deszcz, bębniąc w usypaną przed starym wyjściem ze stacji stertę śmieci.
    Czy w środku rzeczywiście jest Trumniarz? Jeżeli tak, będzie strzelanina. Na pewno. Nie wyobrażała sobie, by mógł się poddać bez morderczej walki.
    I była wściekła, że nie weźmie w niej udziału.
    Cwany z ciebie fiut, kiedy masz karabin i chroni cię ćwierć mili, powiedziała do niego w duchu. Ale powiedz mi, gnojku, jak się czujesz otoczony, mając tylko broń krótką? Chciałbyś się teraz ze mną zmierzyć? W domu, na półce nad kominkiem, miała kilkanaście trofeów – pozłacanych figurek strzelców celujących z pistoletów. (Wszystkie figurki przedstawiały mężczyzn, co z niewiadomego powodu bardzo śmieszyło Amelię Sachs).
    Zeszła kilka schodków, podchodząc bliżej żelaznych krat. Potem przylgnęła płasko do ściany.
    Sachs, fachowiec w zabezpieczaniu miejsc zbrodni, zbadała obrzydliwy zakątek, czuła zapach śmieci, zgnilizny i moczu – charakterystyczne wonie metra. Dokładnie obejrzała kraty, łańcuch i kłódkę. Zajrzała do ciemnego tunelu, ale nic nie zobaczyła i niczego nie usłyszała.
    Gdzie on jest?
    I co robią agenci z gliniarzami? Dlaczego to tak długo trwa?
    Chwilę później usłyszała odpowiedź – w słuchawce telefonu: czekali na wsparcie. Haumann postanowił wezwać jeszcze dwudziestu ludzi z jednostki specjalnej i drugi zespół 32-E.
    Nie, nie, nie – myślała. Błąd! Wystarczy, że Trumniarz wyjrzy na zewnątrz, zobaczy, że na ulicy nie ma ani jednego samochodu, taksówki ani pieszego, i od razu się domyśli, że szykuje się akcja. Ulica spłynie krwią… Czy oni tego nie rozumieją?
    Sachs położyła narzędzia u stóp schodków i wspięła się z powrotem na ulicę. Niedaleko była apteka. Weszła tam, kupiła dwa pojemniki z butanem i pożyczyła od aptekarza pręt od markizy nad drzwiami – kawał stali długości pięciu stóp.
    Włożyła koniec pręta w jedno z ogniw łańcucha, które było częściowo nadpiłowane, po czym przekręciła go, aż łańcuch się napiął. Potem nałożyła rękawiczkę z nomexu i opróżniła oba pojemniki butanu, kierując strumień gazu na metalowe ogniwa i obserwując, jak pokrywają się szronem. (Amelia Sachs wiedziała o sposobach forsowania zamkniętych drzwi tyle rzeczy, że w razie czego mogła zmienić zawód).
    Gdy drugi pojemnik był już pusty, złapała oburącz pręt i zaczęła ciągnąć. Pod wpływem lodowatego gazu metal stał się bardzo kruchy. Z cichym trzaskiem ogniwo pękło na pół. Złapała łańcuch, zanim upadł na ziemię, i położyła go na kupie liści.
    Zawiasy były mokre od deszczu, ale splunęła na nie, żeby nie skrzypiały i pchnęła drzwi, wyciągając jednocześnie glocka z kabury. Pomyślała: nie trafiłam do ciebie z trzystu jardów, ale z trzydziestu nie chybię.
    Rhyme’owi na pewno by się to nie podobało, ale na szczęście nic nie wiedział. Pomyślała przez chwilę o nim i o wczorajszym wieczorze, gdy leżeli w łóżku. Ale obraz jego twarzy szybko się ulotnił. Jak podczas jazdy z prędkością stu pięćdziesięciu mil na godzinę, tak i w tej misji nie miała czasu na użalanie się nad swoim tragicznym życiem.
    Zniknęła w mrocznym korytarzu, przesadziła starodawny drewniany kołowrotek i ruszyła w kierunku stacji, idąc wzdłuż peronu.
    Zanim uszła dwadzieścia stóp, usłyszała jakieś głosy.
    – Muszę iść… rozumiesz… mówię? Odejdź.
    Biały mężczyzna.
    Trumniarz?
    Serce łomotało jej w piersi.
    Oddychaj spokojnie, pouczyła się w myśli. Strzelanie to oddech.
    (Lecz wtedy na lotnisku nie uspokoiła oddechu. Dyszała ze strachu).
    – Co, co mówisz? – odezwał się ktoś drugi. Czarny. W tym głosie usłyszała coś, co przeszyło ją lękiem – coś niebezpiecznego. – Mogę mieć kasę. Mogę mieć forsy jak nasrał. Mam sześćdziesiąt, nie? Ale mogę mieć więcej. Ile chcesz. Miałem dobrą robotę, ale mi ją skurwiele zabrali. Za dużo wiedziałem.
    Broń to tylko przedłużenie ręki. Celuj sobą, nie bronią.
    (Ale gdy była na lotnisku, w ogóle nie celowała. Trzęsła się ze strachu jak osika i strzelała na oślep – co jest najbardziej bezsensowną i niebezpieczną metodą posługiwania się bronią palną).
    – Rozumiesz? Zmieniłem zdanie… i wyjdź. Dam ci… demerol.
    – Nie powiedziałeś, gdzie idziemy. Gdzie mamy szukać tych jebanych butelek? Najpierw powiedz. Gdzie?
    – Nigdzie nie idziemy. Odejdź stąd.
    Sachs powoli zaczęła wchodzić po schodach.
    Myślała: Najpierw wyciągnij cel z ukrycia, sprawdź, co masz za plecami, naciśnij spust. Schowaj się. Jeżeli trzeba, powtórz wszystko. I cofnij się. Nie pozwól, żeby coś wytrąciło cię z równowagi.
    (Na lotnisku wytrąciła ją z równowagi kula, która z gwizdem przeleciała tuż obok jej twarzy).
    Zapomnij o tym. Skup się.
    Jeszcze kilka schodów w górę.
    – A teraz mówisz, że nie dasz za darmo. Teraz mówisz, że muszę płacić. Skurwysynu!
    Schody były najgorsze. Kolana, jej słaby punkt. Pieprzony artretyzm…
    – Masz. Dwanaście demeroli. Zabieraj i spadaj stąd!
    – Dwanaście. I nie muszę płacić? – Czarny ryknął śmiechem. – Dwanaście?
    Zbliżała się do szczytu schodów.
    Mogła już prawie zajrzeć na stację. Była gotowa do oddania strzału. Jeżeli facet przesunie się w jakąkolwiek stronę o więcej niż sześć cali, stuknij go, dziewczyno. Zapomnij o przepisach. Trzy strzały w głowę. Bach, bach, bach. Nie celuj w korpus. Nie…
    Nagle schody się skończyły.
    Upadając, wydała z siebie zduszony, gardłowy jęk.
    Jeden stopień okazał się pułapką. Podstopnicy nie było, a sam schodek opierał się na dwóch pudełkach po butach. Pod jej ciężarem karton się załamał, a betonowa płyta runęła w dół, więc i Sachs spadła ze schodów. Glock wyleciał jej z ręki, a kiedy zaczęła przez radio wzywać pomocy, zorientowała się, że przewód łączący słuchawkę i mikrofon z motorolą został wyrwany z gniazdka.
    Sachs wylądowała z głuchym łoskotem na betonowo-stalowym podeście. Głową uderzyła w słupek podtrzymujący poręcz. Oszołomiona przewróciła się na brzuch.
    – No, świetnie – mruknął głos białego.
    – Kto to, kurwa? – spytał Murzyn.
    Unosząc głowę, ujrzała dwóch mężczyzn stojących u szczytu schodów.
    – Jasny szlag – mruknął czarny. – Kurwa, co się tu dzieje?
    Biały złapał kij baseballowy i ruszył w dół po schodach.
    Już po mnie, pomyślała. To koniec.
    W kieszeni miała nóż sprężynowy. Musiała tylko zdobyć się na wysiłek, by wyciągnąć spod siebie prawą rękę. Obróciła się na plecy, szukając po omacku noża. Było już jednak za późno. Mężczyzna nastąpił jej na ramię, przygważdżając je do ziemi. Wlepił spojrzenie w jej twarz.
    Kurczę, Rhyme, wszystko spieprzyłam. Szkoda, że w nocy nie pożegnaliśmy się lepiej… Przepraszam… Przepraszam…
    W obronnym geście uniosła ręce, żeby osłonić głowę, poszukała spojrzeniem glocka. Był za daleko.
    Żylastą ręką, która przypominała zakończoną pazurami ptasią nogę, włóczęga wyciągnął jej z kieszeni sprężynowiec. Odrzucił go daleko.
    Potem wstał, mocno chwytając kij.
    Dlaczego tak schrzaniłam? – pytała w duchu zmarłego ojca. Ile złamałam zasad? Przypomniała sobie jego słowa, że na ulicy można zginąć, popełniając jeden, jedyny błąd, trwający nie dłużej niż sekundę.
    – Powiesz mi, co tu robisz – wymruczał, wymachując pałką z roztargnieniem, jak gdyby nie mógł się zdecydować, co jej złamać najpierw. – Kim, do cholery, jesteś?
    – Nazywa się Amelia Sachs – powiedział bezdomny Murzyn, który nagle przestał mówić jak bezdomny. Zszedł z dolnego stopnia i zbliżył się do białego, wyciągając mu kij z ręki. – I jeżeli się nie mylę, przyszła tu, żeby dobrać ci się do dupy. Tak jak ja.
    Sachs zmrużyła oczy i zobaczyła, jak czarny włóczęga prostuje się i zmienia we Freda Dellraya. Agent mierzył do osłupiałego człowieka z wielkiego sig-sauera.
    – Gliniarz? – parsknął bezdomny.
    – FBI.
    – Niech to szlag! – wyrzucił z siebie, zamykając oczy z niesmakiem. – To moje pierdolone szczęście.
    – Mylisz się – powiedział Dellray. – Szczęście nie ma tu nic do rzeczy. Dobra, skuję cię i zachowuj się grzecznie. Jeżeli nie, to przez długie miesiące będzie cię bardzo bolało. Rozumiemy się?
    – Jak to zrobiłeś, Fred?
    – Bardzo łatwo. – Wysoki Dellray stał obok Sachs przed opuszczoną stacją metra. Agent wciąż miał na sobie strój włóczęgi, a jego twarz i ręce pokrywało błoto, którym się wysmarował, by wyglądać, jakby od tygodni mieszkał na ulicy. – Rhyme mi mówił, że nowy kumpel Trumniarza jest ćpunem i mieszka gdzieś w metrze pod centrum. Wiedziałem, gdzie iść. Kupiłem torbę puszek i pogadałem z kim trzeba, żeby dostać namiary na jego mieszkanko. – Ruchem głowy wskazał stację. Spojrzeli na radiowóz, w którym na tylnym siedzeniu tkwił Jodie w kajdankach, z ponurą miną.
    – Dlaczego nam nie powiedziałeś?
    Dellray zaśmiał się i Sachs zrozumiała, że pytanie nie ma sensu; tajniacy rzadko mówią komuś – nawet innym gliniarzom, a zwłaszcza przełożonym – o swoich poczynaniach. Nick, jej były eks, był tajniakiem i cholernie mało jej mówił.
    Pomasowała stłuczony bok. Bolało jak diabli i sanitariusze poradzili jej, żeby się prześwietliła. Sachs ścisnęła biceps Dellraya. Sama czuła się nieswojo, gdy ktoś jej dziękował – w tym rzeczywiście była dobrą uczennicą Rhyme’a – ale bez żadnych oporów powiedziała teraz:
    – Ocaliłeś mi życie. Gdyby nie ty, byłoby już po mnie. Co ci mam powiedzieć?
    Dellray skwitował podziękowanie wzruszeniem ramion i wydębił papierosa od jednego z mundurowych, którzy stali przed stacją. Obwąchał marlboro i wsunął za ucho. Spojrzał w ciemne okno stacji.
    – Proszę – rzekł nie wiadomo do kogo, wzdychając. – Najwyższy czas, żebyśmy mieli trochę szczęścia.
    Kiedy aresztowali Joego D’Oforio i wepchnęli go do radiowozu, bezdomny powiedział im, że Trumniarz wyszedł dziesięć minut wcześniej i udał się w głąb ciemnej bocznicy. Jodie – bo tak brzmiało przezwisko włóczęgi – nie wiedział, dokąd poszedł. Po prostu nagle zniknął z bronią i plecakiem. Haumann i Dellray wysłali ludzi, żeby przetrząsnęli stację, tunele i położoną niedaleko czynną stację. Teraz czekali na rezultaty poszukiwań.
    – No dalej…
    Dziesięć minut później w drzwiach ukazał się mężczyzna z jednostki specjalnej. Sachs i Dellray spojrzeli na niego z nadzieją. On jednak pokręcił głową.
    – Zgubiłem jego ślad na początku toru. Nie mam pojęcia, dokąd poszedł.
    Sachs westchnęła i z ociąganiem przekazała tę wiadomość Rhyme’owi, pytając, czy ma zbadać tory i stację.
    Jak się spodziewała, nie przyjął wiadomości najlepiej.
    – Niech to diabli – mruknął Rhyme. – Nie, samą stację. Nie ma sensu iść tunelem. Cholera, jak on to robi? Jakby miał jakiś pieprzony szósty zmysł.
    – Przynajmniej mamy świadka – powiedziała.
    I natychmiast pożałowała tych słów.
    – Świadka? – prychnął Rhyme. – Świadka? Nie potrzebuję świadków. Potrzebuję dowodów! Ale przywieź go tu. Posłuchamy, co ma do powiedzenia. Sachs, chcę, żebyś przeszukała stację tak dokładnie, jak jeszcze nie przeczesywałaś żadnego miejsca. Słyszysz? Jesteś tam, Sachs? Słyszysz mnie?

Rozdział dwudziesty piąty

    45 godzin – godzina dwudziesta piąta

    – Co tu mamy? – spytał Rhyme, dmuchając w rurkę sterownika wózka i podjeżdżając bliżej.
    – Kawałek śmiecia – stwierdził Fred Dellray, już umyty i przebrany w mundur – jeśli mundurem można nazwać zjadliwie zielony garnitur. – Hm, hm. Nic nie mów. Czekaj, aż cię spytamy. – Utkwił groźne spojrzenie w Jodiem.
    – Nabrałeś mnie!
    – Cicho bądź, szczaplaku.
    Rhyme nie był zadowolony, że Dellray wypuścił się na samotną akcję, lecz na tym polegała praca tajniaka i nawet jeśli Lincoln nie do końca ją rozumiał, nie mógł kwestionować jej skuteczności – której agent niezaprzeczalnie dowiódł.
    Poza tym ocalił skórę Amelii Sachs.
    Wkrótce miała tu przybyć. Sanitariusze zabrali ją na ostry dyżur, żeby zrobić prześwietlenie żeber. Potłukła się, spadając ze schodów, ale na szczęście nic nie złamała. Zaniepokojony stwierdził, że w ogóle nie wzięła sobie do serca ich rozmowy; sama weszła do metra, gdzie prawdopodobnie ukrywał się Trumniarz.
    Niech to szlag, pomyślał, jest tak samo uparta jak ja.
    – Nie chciałem nikomu zrobić krzywdy – zaprotestował Jodie.
    – Ogłuchłeś? Powiedziałem, ani słowa.
    – Nie wiedziałem, kim ona jest!
    – No jasne – rzekł Dellray. – Srebrna odznaka nic oczywiście nie znaczy. – Potem sobie przypomniał, że zabronił mu się odzywać.
    Sellitto poszedł bardzo blisko Jodiego i nachylił się nad nim.
    – Powiedz nam coś o swoim przyjacielu.
    – To nie jest mój przyjaciel. Porwał mnie. Byłem w tym budynku przy Trzydziestej Piątej, bo…
    – Bo podpieprzałeś tabletki. Wiemy, wiemy.
    Jodie wybałuszył na niego oczy.
    – Skąd…
    – Nie obchodzi nas to. Przynajmniej na razie. Mów dalej.
    – Myślałem, że to glina, ale potem mi powiedział, że przyszedł zabić jakichś ludzi. Bałem się, że mnie też zabije. Musiał stamtąd uciekać i kazał mi stać bez ruchu. Potem wszedł ten gliniarz, czy kto to był, a on wbił mu nóż.
    – I go zabił – wyrzucił z siebie Dellray.
    Jodie westchnął nieszczęśliwie.
    – Nie wiedziałem, że chce go zabić. Myślałem, że tylko obezwładnić.
    – Ty gnojku – warknął Dellray. – Ale go zabił. Facet nie żyje.
    Sellitto spojrzał na torebki z dowodami znalezionymi w metrze. Znajdowały się w nich świerszczyki, setki pigułek, ubrania. Nowy telefon komórkowy. Plik banknotów. Ponownie popatrzył na Jodiego.
    – Mów dalej.
    – Powiedział, że mi zapłaci, jak go wyprowadzę z budynku. Zaprowadziłem go do metra przez tunel. Jak ty mnie znalazłeś, człowieku? – zwrócił się do Dellraya.
    – Bo włóczyłeś się po ulicach i każdemu usiłowałeś wcisnąć te swoje prochy. Dowiedziałem się nawet, jak masz na imię. Chryste, ale z ciebie szmata. Powinienem cię złapać za kark i dusić, aż zsiniejesz.
    – Nie możesz mi zrobić krzywdy. – Usiłował się zbuntować. – Mam swoje prawa.
    – Kto mu zlecił robotę? – spytał Jodiego Sellitto. – Wspominał nazwisko Hansena?
    – Nie. – Głos Jodiego zadrżał. – Posłuchajcie, zgodziłem się mu pomóc, bo wiedziałem, że mnie zabije, jeżeli tego nie zrobię. Wcale nie chciałem. – Zwrócił się do Dellraya: – Chciał, żebym wziął cię do pomocy. Ale zaraz potem zniknął, dlatego mówiłem, żebyś sobie poszedł. Miałem zamiar iść na policję i o wszystkim powiedzieć. Naprawdę. To straszny facet. Boję się go!
    – Fred? – odezwał się Rhyme.
    – No, tak – przyznał agent. – Zmienił ton. Chciał, żebym go zostawił, ale nic nie wspominał o chodzeniu na policję.
    – Dokąd on poszedł? Co mieliście zrobić?
    – Miałem grzebać w kubłach na śmieci przed jakimś domem i obserwować samochody. Powiedział, żebym uważał na kobietę i mężczyznę wsiadających do samochodu. Miałem zadzwonić do niego z tego telefonu i podać markę wozu. Potem on miał za nimi pojechać.
    – Nie myliłeś się, Lincoln – powiedział Sellitto. – W sprawie zatrzymania ich w domu. Szykował się do ataku w drodze.
    – Chciałem do was przyjść… – ciągnął Jodie.
    – Człowieku, nie ma sensu, żebyś kłamał. Czy brak ci odrobiny godności?
    – Naprawdę chciałem – rzekł spokojniej. Nawet się uśmiechnął. – Przypuszczałem, że dostanę nagrodę.
    Rhyme zerknął w chciwe oczy człowieka i zaczynał mu wierzyć. Spojrzał na Sellitta, który ze zrozumieniem skinął głową.
    – Jeżeli zaczniesz z nami współpracować – oznajmił detektyw – może cię uratujemy przed pudłem. Co do pieniędzy – nie wiem. Niewykluczone, że coś dostaniesz.
    – Nigdy nikomu nie zrobiłem krzywdy. Nie potrafię…
    – Zamknij już gębę – powiedział Dellray. – Rozumiemy się?
    Jodie przewrócił oczami.
    – Rozumiemy? – szepnął jadowicie agent.
    – Tak, tak, tak.
    – Nie traćmy czasu – odezwał się Sellitto. – Kiedy miałeś iść pod tamten dom?
    – O wpół do pierwszej.
    Do umówionej godziny zostało pięćdziesiąt minut.
    – Jakim samochodem jeździ?
    – Nie wiem.
    – Jak wygląda?
    – Chyba trzydzieści kilka lat. Niewysoki. Ale silny. Muskuły to on ma. Krótko obcięte ciemne włosy. Okrągła twarz. Może zrobicie taki wasz obrazek? Jak one się nazywają – portret pamięciowy?
    – Powiedział ci, jak się nazywa? Skąd pochodzi? Cokolwiek?
    – Nie wiem. Miał trochę południowy akcent. Aha, jeszcze jedno – powiedział, że nosi rękawiczki, bo jest notowany.
    – Gdzie i za co? – spytał Rhyme.
    – Nie wiem gdzie. Za zabójstwo. Powiedział, że zabił człowieka w swoim mieście. Gdy miał kilkanaście lat.
    – Co jeszcze? – warknął Dellray.
    – Słuchaj – rzekł Jodie, krzyżując ręce na piersi i spoglądając na agenta. – Może robiłem świństwa, ale nigdy w życiu nikogo nie skrzywdziłem. Ten facet mnie porwał. Miał plecak pełen gnatów, wyglądał jak pieprzony psychol i tak mnie przestraszył, że prawie zesrałem się w gacie. Na moim miejscu każdy zrobiłby to samo. Nie mam ochoty dłużej tego znosić. Jeżeli chcecie mnie aresztować, proszę bardzo. Ale nic więcej już nie powiem.
    Szczupła twarz Freda Dellraya nieoczekiwanie rozjaśniła się w uśmiechu.
    – Zaczyna pękać.
    W drzwiach stanęła Amelia Sachs i weszła do pokoju, patrząc na Jodiego.
    – Powiedz im! – pisnął bezdomny. – Powiedz, że nie zrobiłem ci krzywdy.
    Spojrzała na niego, jak gdyby był kawałkiem przeżutej gumy.
    – Chciał mi roztrzaskać mózg kijem baseballowym.
    – Wcale nie, wcale nie!
    – Wszystko w porządku, Sachs?
    – Mam następnego siniaka. Na plecach. To wszystko.
    Sellitto, Sachs i Dellray skupili się wokół Rhyme’a, który relacjonował Sachs zeznanie Jodiego.
    Detektyw spytał Rhyme’a szeptem:
    – Uwierzymy mu?
    – Pieprzony szczaplak – mruknął Dellray. – Ale moim zdaniem mówi prawdę.
    Sachs również skinęła głową.
    – Chyba tak. Ale tak czy inaczej, nie możemy go puścić, wszystko jedno, co zamierzamy zrobić.
    – Och, będzie mu u nas dobrze – zgodził się Sellitto.
    Rhyme przystał na to niechętnie. Wyglądało na to, że bez pomocy tego człowieka nie będą mogli uprzedzić ruchu Trumniarza. W sprawie pozostawienia Percey i Hale’a w bezpiecznym domu pozostał nieugięty, lecz w istocie wcale nie wiedział, czy Trumniarz zdecydował się na atak podczas transportu. Skłaniał się jedynie ku takiej konkluzji. Równie dobrze mógł postanowić, by wywieźć Percey i Hale’a i zginęliby gdzieś w drodze do nowego strzeżonego obiektu.
    Poczuł, że sztywnieje mu szczęka.
    – Jak twoim zdaniem powinniśmy to rozegrać, Lincoln? – spytał Sellitto.
    To było pytanie do taktyka. Rhyme spojrzał na Dellraya, który wyciągnął zza ucha papierosa i przez chwilę go wąchał. Wreszcie rzekł:
    – Niech ten śmieć zadzwoni i spróbuje wyciągnąć od Trumniarza, ile się da. Wypuścimy jakiś fałszywy wóz i Trumniarz za nim pojedzie. W samochodzie będą nasi ludzie. Z tyłu zastawi go kilka cywilnych wozów i mamy go na widelcu.
    Rhyme niechętnie pokiwał głową. Wiedział, jak niebezpieczne są podobne akcje na ulicy.
    – Może przynajmniej wyciągniemy go z centrum miasta?
    – A gdyby wywabić go aż do East River? – zaproponował Sellitto. – Tam będziemy mieli dużo miejsca na akcję. Na przykład na jakimś starym parkingu. Można udawać, że świadkowie muszą się przesiąść do innej furgonetki. Ze względów bezpieczeństwa.
    Wszyscy byli zgodni, że to był najmniej niebezpieczny sposób.
    Wskazując na Jodiego, Sellitto szepnął:
    – Wsypał Trumniarza… co mu za to damy? Żeby na tym nie stracił.
    – Odstąpcie od zarzutu o udzielenie pomocy w dokonaniu przestępstwa – rzekł Rhyme. – I dajcie mu jakieś pieniądze.
    – Kurwa – powiedział Dellray, choć był znany ze swej szczodrości wobec tajnych informatorów, którzy dla niego pracowali. W końcu skinął przyzwalająco głową. – Dobra, dobra. Podzielimy się kosztami. Zależy jeszcze, ile sobie szczur policzy.
    Sellitto zawołał Jodiego.
    – Umawiamy się tak: pomożesz nam, zadzwonisz do niego, tak jak chciał, my go namierzymy, potem wycofamy zarzuty wobec ciebie i dostaniesz nagrodę.
    – Ile? – spytał Jodie.
    – Słuchaj, jesteś w takim położeniu, że negocjacje są raczej niewskazane.
    – Potrzebuje pieniędzy na terapię odwykową. Dziesięć tysięcy. Da się zrobić?
    Sellitto spojrzał na Dellraya.
    – Jak wygląda twój fundusz dla kapusiów?
    – Możemy na to pójść – odrzekł Dellray. – Ale fifty-fifty.
    – Naprawdę? – Jodie z trudem powstrzymał uśmiech. – To zrobię, co chcecie.
    Rhyme, Sellitto i Dellray omówili plan. Uzgodnili, że będą dowodzić akcją z ostatniego piętra bezpiecznego domu, gdzie umieszczą też Jodiego z telefonem. Percey i Brit zajmą środkowe piętro razem z ochraniającymi ich funkcjonariuszami. Jodie zadzwoni do Trumniarza i powie mu, że para świadków właśnie wsiada do furgonetki i odjeżdża. Samochód skieruje się na opuszczony parking w East Side. Trumniarz pojedzie za furgonetką. Akcję przeprowadzą na parkingu.
    – No dobra, do roboty – powiedział Sellitto.
    – Czekajcie – rozkazał Rhyme. Zatrzymali się i spojrzeli na niego. – Zapomnieliśmy o najważniejszym.
    – Czyli?
    – Amelia przeszukała stację metra. Chcę zobaczyć, co znalazła. Może dzięki temu dowiemy się, jakie są szczegóły planu Trumniarza.
    – Znamy jego plan – oświadczył Sellitto, wskazując ruchem głowy Jodiego.
    – Spełnij kaprys starego kaleki, dobrze? Sachs, zobaczmy, co tam masz.

    Robak.
    Stephen przemykał ulicami, jeździł autobusami, unikał gliniarzy, których widział po drodze, i Robaka, którego nie widział.
    Ale Robak patrzył na niego z każdego okna na każdej ulicy. Robak zbliżał się coraz bardziej.
    Myślał o Żonie i Przyjacielu, myślał o swoim zadaniu, zastanawiał się, ile mu zostało amunicji, czy cele będą mieć na sobie kamizelki, skąd będzie strzelał, czy tym razem użyje tłumika, czy nie.
    Lecz były to myśli, które przychodziły automatycznie. Nie kontrolował ich świadomie, jak oddychania, bicia serca czy ciśnienia krwi pulsującej w jego ciele.
    Był za to świadomy myśli o Jodiem.
    Co go w nim tak zafascynowało?
    Stephen nie potrafił tego dokładnie określić. Może to, że mieszkał sam, ale nie wydawał się samotny. Może to, że nosił przy sobie ten poradnik i naprawdę chciał się wyzwolić z nałogu. Albo to, że bez wahania stanął przy drzwiach piwnicy, kiedy Stephen mu kazał, mimo ryzyka, że zostanie zastrzelony.
    Stephen poczuł rozbawienie…
    Słucham, żołnierzu, co poczułeś?
    Melduję, że…
    Rozbawienie? Żołnierzu, co to znaczy „rozbawienie”? Miękniesz?
    Melduję, że nie.
    Nie było jeszcze za późno na zmianę planów. Wciąż miał wybór. Było mnóstwo rozwiązań.
    Myślał o Jodiem. O tym, co od niego usłyszał. Cholera, może rzeczywiście pójdą na kawę po robocie.
    Mogliby pójść do Starbucksa. Tak jak wtedy z Sheilą, tylko że teraz wszystko byłoby naprawdę. Nie będzie musiał sączyć tej lurowatej herbatki, tylko napije się porządnej, podwójnej kawy, jaką matka rano parzyła ojczymowi, gotując ją na ogniu dokładnie sześćdziesiąt sekund, z dokładnie dwóch i trzech czwartych łyżeczki na filiżankę, nie rozsypując ani ziarenka.
    A może jeszcze przyjdzie czas na ryby i polowanie?
    Albo ognisko…
    Może powie Jodiemu, żeby nie szedł pod dom. Sam zlikwiduje Żonę i Przyjaciela.
    Żeby nie szedł, żołnierzu? O czym ty mówisz?
    Melduję, że rozważam wszystkie możliwości związane z atakiem. Dokładnie według instrukcji.
    Stephen wysiadł z autobusu i wśliznął się w aleję za strażą pożarną w Lexington. Ukrył torbę za pojemnikiem na śmieci, wysunął z pochwy nóż i schował pod kurtką.
    Jodie. Joe D…
    Znów zobaczył jego chude ramiona. Jego spojrzenie.
    Też się cieszę, że cię poznałem, wspólniku.
    Nagle Stephen zadrżał. Tak jak w Bośni, kiedy musiał wskoczyć do strumienia, by nie złapali go partyzanci. Wtedy był marzec i woda miała temperaturę bliską zeru.
    Zamknął oczy i oparł się o ceglany mur, wdychając zapach mokrych kamieni.
    Jodie był…
    Żołnierzu, co się, kurwa, dzieje?
    Melduję, że…
    Co?
    Melduję, że ja…
    Wykrztuś to, żołnierzu.
    Melduję, że według moich ustaleń wróg próbował prowadzić wojnę psychologiczną. Ale jego wysiłki okazały się bezskuteczne. Jestem gotów do realizacji planu.
    Bardzo dobrze, żołnierzu. Ale patrz pod nogi.
    Otwierając tylne drzwi do budynku straży i wchodząc do środka, Stephen zdał sobie sprawę, że już nie będzie zmiany planów. Wszystko było doskonale przygotowane i nie mógł tego zmarnować, zwłaszcza że miał szansę zabić nie tylko Żonę i Przyjaciela, ale także Lincolna Robaka i rudowłosą policjantkę.
    Stephen spojrzał na zegarek. Za piętnaście minut Jodie będzie na stanowisku. Zadzwoni do Stephena. Stephen odbierze telefon i po raz ostatni usłyszy jego wysoki głos.
    Potem naciśnie guzik nadajnika, który zdetonuje dwanaście uncji RDX w telefonie komórkowym Jodiego.
    Zmylić wroga… odizolować… wyeliminować.
    Naprawdę nie miał wyboru.
    Poza tym, pomyślał, o czym byśmy rozmawiali? Co byśmy robili po tej kawie?

4

MAŁPIA ZRĘCZNOŚĆ
    Zdolność [Sokoła] do akrobacji powietrznych i podniebnych szaleństw można porównać jedynie z błazenadą kruków. Wydaje się, że latają dla samej przyjemności latania.
    „Sokoły moja pasja”
    Stephen Bodio

Rozdział dwudziesty szósty

    45 godzin – godzina dwudziesta szósta

    Czekał.
    Rhyme był sam w swojej sypialni na górze, słuchał radia ustawionego na częstotliwość operacyjną. Był śmiertelnie zmęczony. Minęło południe niedzieli, a on właściwie prawie w ogóle nie spał. Najbardziej jednak wyczerpał go inny wysiłek – próby przeniknięcia myśli Trumniarza. Rachunek za tę morderczą pracę musiało zapłacić jego ciało.
    Cooper siedział na dole w laboratorium, przeprowadzając testy, które miały potwierdzić domysły Rhyme’a co do najnowszego planu Trumniarza. Pozostali pojechali do bezpiecznego domu; Amelia Sachs również. Gdy tylko Rhyme, Sellitto i Dellray opracowali plan akcji przeciw zakładanej próbie ataku Trumniarza na Percey Clay i Brita Hale’a, Thom zmierzył Rhyme’owi ciśnienie i zrobił użytek ze swej władzy, w istocie rodzicielskiej, każąc szefowi położyć się, bez dyskusji. Wjechali na górę windą. Rhyme milczał, pełen niepokoju, czy znów udało mu się trafnie przejrzeć zamiary Trumniarza.
    – O co chodzi? – spytał Thom.
    – O nic. Dlaczego pytasz?
    – Bo siedzisz cicho i na nic nie narzekasz. Czyli coś jest nie tak.
    – Bardzo śmieszne – mruknął Rhyme.
    Thom położył go do łóżka i dokonał kilku rutynowych zabiegów. Rhyme uniósł głowę z luksusowej poduszki i przez słuchawkę z mikrofonem, którą nałożył mu Thom, polecił komputerowi nastroić odbiornik na częstotliwość operacyjną.
    System rzeczywiście był niewiarygodnym wynalazkiem. Przy Sellitcie i Banksie Rhyme wyrażał się o nim lekceważąco i jak zwykle narzekał. Jednak urządzenie, bardziej niż inne udogodnienia, sprawiało, że czuł się zupełnie inaczej. Przez parę lat był przekonany, że nigdy nie będzie mógł funkcjonować w miarę normalnie. Lecz dzięki tej maszynie i oprogramowaniu czuł się jak zdrowy człowiek.
    Przekręcił głowę i położył ją z powrotem na poduszce.
    Czekał. Próbował nie myśleć o swej wczorajszej klęsce z Sachs.
    Jakiś ruch za oknem. Zobaczył sokoła. Mignęła biała pierś, potem ptak odwrócił się do niego błękitnoszarym grzbietem i spojrzał w stronę Central Parku. Samiec. Samczyk, jak mówiła Percey Clay. Mniejszy i mniej okrutny niż samica. Przypomniał sobie coś jeszcze o sokołach wędrownych. Można by powiedzieć, że ptaki zmartwychwstały. Jeszcze kilka lat wcześniej cała populacja tego gatunku we wschodniej części Ameryki Północnej pod wpływem pestycydów stała się bezpłodna i niemal wyginęła. Dzięki wysiłkom hodowców i ograniczeniu używania pestycydów udało się je uratować.
    Zmartwychwstanie…
    Z radia dobiegł trzask. Meldowała się Amelia Sachs. Gdy mówiła, że wszystko jest gotowe, w jej głosie słychać było napięcie.
    – Jesteśmy z Jodiem na ostatnim piętrze – powiedziała. – Czekaj… jest już samochód.
    Przynętą miała być opancerzona furgonetka z napędem na cztery koła i lustrzanymi szybami, w której siedziało czterech funkcjonariuszy z jednostki specjalnej. Za nią miał ruszyć nieoznakowany samochód z dwoma „hydraulikami”, czyli w istocie ludźmi z grupy 32-E. Z tyłu jechało jeszcze czterech.
    – Pozoranci są już na dole… w porządku.
    Role Percey i Brita grali dwaj funkcjonariusze z oddziału Haumanna.
    – Idą – poinformowała Sachs.
    Rhyme był niemal pewien, że wobec nowych planów Trumniarza raczej nie można się spodziewać snajperskiego strzału z ulicy. Mimo to wstrzymał oddech.
    – Biegną do wozu.
    Trzask i radio umilkło.
    Kolejny trzask. Zakłócenia. Odezwał się Sellitto.
    – Wsiedli. Wszystko idzie dobrze. Ruszają. Drugi samochód gotowy.
    – Dobra – rzekł Rhyme. – Jest tam Jodie?
    – Jest z nami.
    – Powiedz mu, żeby zadzwonił.
    – W porządku, Linc. Dzwonimy. Radio wyłączyło się.
    Rhyme czekał.
    By zobaczyć, czy tym razem Trumniarz się zawaha. By się przekonać, czy tym razem przejrzał zimny umysł mordercy.
    Czekał.

    Zadźwięczał telefon. Stephen otworzył klapkę.
    – Tak.
    – Cześć, to ja. Jo…
    – Wiem – odparł Stephen. – Bez imion.
    – Jasne. – W głosie Jodiego słychać było lęk. Sprawiał wrażenie zaszczutego zwierzęcia. Po chwili dodał: – Już jestem.
    – Dobrze. Wziąłeś ze sobą tego czarnucha?
    – Hm, tak. Jest ze mną.
    – Gdzie dokładnie jesteś?
    – Po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko tego domu. Stary, tu jest kupa gliniarzy. Ale nikt nie zwraca na mnie uwagi. Minutę temu zatrzymał się tam samochód. Duża furgonetka, chyba yukon z napędem na cztery koła. Niebieski, łatwo go zauważyć. – W zdenerwowaniu zaczął mówić bez ładu i składu. – Bardzo ładny. Ma lustrzane szyby.
    – Kuloodporne.
    – No. Znasz się na tym, co?
    Zaraz umrzesz, bezgłośnie powiedział do niego Stephen.
    – Ten facet i kobieta właśnie wybiegli z alejki, razem z nimi jest może z dziesięciu gliniarzy. To na pewno oni.
    – Nie pozoranci?
    – Nie wyglądają na gliny poza tym są spanikowani. Jesteś na Lexington?
    – Tak.
    – W samochodzie? – spytał Jodie.
    – Oczywiście – odparł Stephen. – Ukradłem małego gównianego japońca. Pojadę za nimi. Zaczekam, aż znajdą się w jakimś pustym miejscu i dopiero wtedy to zrobię.
    – Jak?
    – Co jak?
    – Jak to zrobisz? Granatem, pistoletem maszynowym?
    Tak bardzo chciałbyś wiedzieć? – pomyślał Stephen.
    – Nie jestem pewien – powiedział. – To zależy.
    – Widzisz ich? – spytał z napięciem Jodie.
    – Widzę. Jadę za nimi. Ruszam.
    – Japoniec, mówisz? – dopytywał się Jodie. – Toyota czy coś w tym rodzaju?
    Ty śmierdzący zdrajco, pomyślał z goryczą Stephen. Świadomość, że włóczęga go zdradził, bardzo go zabolała, mimo iż wiedział, że to nieuniknione.
    Stephen rzeczywiście widział yukona i towarzyszące mu samochody, które szybko przejechały obok niego. Nie siedział jednak w żadnym japońskim wozie, ani gównianym, ani dobrym. W ogóle nie siedział w żadnym samochodzie. Ubrany w kradziony mundur strażaka stał na rogu ulicy dokładnie sto stóp od bezpiecznego domu, obserwując rzeczywisty rozwój wypadków, trochę inny od zmyślonej historyjki Jodiego. Wiedział, że w yukonie siedzą pozoranci. Żona i Przyjaciel zostali w domu.
    Stephen wziął do ręki szary nadajnik detonatora. Urządzenie wyglądało jak walkie-talkie, ale nie miało głośnika ani mikrofonu. Ustawił częstotliwość bomby ukrytej w telefonie Jodiego i uzbroił zapalnik.
    – Nie wyłączaj się – powiedział do Jodiego.
    – No – zaśmiał się Jodie. – Zrobi się.

    Lincoln Rhyme był teraz tylko biernym obserwatorem.
    Słuchał, co się dzieje w radiu. Modlił się, by jego przewidywania okazały się trafne. Usłyszał, ja Sellitto pyta:
    – Gdzie wóz?
    – Dwie przecznice stąd – odrzekł Haumann. – Mamy go na oku. Jedzie wolno przez Lex. A on… czekaj. – Długa chwila milczenia.
    – Co?
    – Mamy tu kilka takich samochodów, nissan, subaru. Jest też honda accord, ale siedzą w niej trzy osoby. Do furgonetki zbliża się nissan. To może być on. Nie widzę kierowcy.
    Lincoln Rhyme zamknął oczy. Poczuł, jak drga nerwowo serdeczny palec jego lewej ręki, spoczywającej na grubej kołdrze – jedyna, poza głową, poruszająca się część ciała.

    – Halo? – rzekł Stephen do telefonu.
    – Tak – odparł Jodie. – Jestem.
    – Dokładnie naprzeciwko domu?
    – Zgadza się.
    Stephen patrzył na budynek. Nie było Jodiego, nie było Murzyna.
    – Chciałem ci coś powiedzieć.
    – Co takiego?
    Stephen przypomniał sobie impuls elektryczny, gdy jego kolano dotknęło kolana tego drobnego człowieka.
    Nie mogę tego zrobić…
    Żołnierzu…
    Stephen ściskał w lewej dłoni zdalny włącznik detonatora. Powiedział:
    – Posłuchaj mnie uważnie.
    – Przecież słucham.
    Stephen wcisnął guzik.
    Wybuch był nadzwyczaj głośny. Głośniejszy, niż Stephen się spodziewał. Zadrżały szyby w oknach, a w niebo wzbiło się mnóstwo gołębi. Stephen ujrzał, jak na alejkę obok bezpiecznego domu sypie się szkło i drewno z ostatniego piętra.
    Lepiej, niż mógłby przypuszczać. Sądził, że Jodie będzie gdzieś niedaleko, może w wozie policyjnym stojącym przed domem. Nie mógł uwierzyć w swoje szczęście – Jodie był w środku. Doskonale!
    Zastanawiał się, kto jeszcze mógł zginąć od eksplozji.
    Modlił się, żeby wśród ofiar był Lincoln Robak.
    Może rudowłosa policjantka?
    Popatrzył w stronę domu i ujrzał dym unoszący się z okna na ostatnim piętrze.
    Dobra, za parę minut dołączy do niego reszta drużyny.

    Zadzwonił telefon i Rhyme kazał komputerowi przerwać połączenie radiowe i odebrać.
    – Tak – powiedział do mikrofonu.
    – Lincoln. – Mówił Lon Sellitto. – Korzystam ze zwykłej linii, bo nie chcę blokować kanału operacyjnego. Będzie potrzebny w czasie pościgu.
    – Dobra, słucham.
    – Zdetonował bombę.
    – Wiem. – Rhyme słyszał wybuch; dom był oddalony o ponad dwie mile od jego sypialni, lecz od eksplozji zadrżały szyby, a sokoły spłoszone hałasem poderwały się z parapetu i poczęły zataczać koła w powietrzu. – Coś się komuś stało?
    – Ten śmierdziel, Jodie, spanikował. Poza tym wszystko w porządku. Tylko federalni stwierdzili, że straty są większe, niż się spodziewali. Okropnie zrzędzą.
    – Powiedz im, że w tym roku wcześniej zapłacimy podatki.
    Na trop bomby ukrytej w telefonie komórkowym naprowadziły Rhyme’a drobne skrawki polistyrenu, które Sachs znalazła na stacji metra. Poza tym w mikrośladach odkryli resztki plastyku, o trochę innym składzie niż w bombie podłożonej w mieszkaniu Sheili Horowitz. Rhyme po prostu dopasował skrawki polistyrenu do telefonu, który Trumniarz dał Jodiemu, i stwierdził, że ktoś odkręcał obudowę aparatu.
    Po co? Był tylko jeden uzasadniony powód; dlatego Rhyme wezwał oddział pirotechników z szóstego posterunku. Dwóch detektywów rozbroiło telefoniczną bombę; usunęli z aparatu duży ładunek plastyku i obwód detonatora, po czym w pobliżu jednego z okien zamontowali znacznie mniejszy kawałek materiału wybuchowego z tym samym obwodem, umieszczony w specjalnym pojemniku, którego otwartą gardziel wycelowali w alejkę jak moździerz. Pokój zasłali kocami ochronnymi i wyszli na korytarz, wręczając bezpieczny już telefon Jodiemu, który ujął go drżącymi dłońmi, żądając, by mu udowodnili, że ładunku nie ma.
    Rhyme domyślił się, że Trumniarz podłoży bombę, by odwrócić ich uwagę od furgonetki i zwiększyć swoje szanse w ataku na dwoje świadków. Morderca również prawdopodobnie się domyślił, że Jodie przejdzie na stronę przeciwnika i że będzie w towarzystwie glin, kiedy do niego zadzwoni. Gdyby udało mu się za jednym zamachem sprzątnąć dowódców – jego szanse byłyby jeszcze większe.
    Podstęp…
    Tańczący Trumniarz był najbardziej znienawidzonym przez Rhyme’a zbrodniarzem. Lincoln nikogo nie ścigał z większą zajadłością, ale przede wszystkim był ekspertem kryminalistyki i skrycie podziwiał przenikliwość mordercy.
    – Mamy dwa wozy na ogonie nissana – mówił Sellitto. – Za chwilę…
    Nastąpiła chwila ciszy.
    – Głupota – mruknął Sellitto.
    – Co jest?
    – Nic takiego. Nikt się nie porozumiał z centralą. Jedzie do nas straż pożarna. Nikt ich nie poinformował, żeby zignorowali zgłoszenie o wybuchu.
    Rhyme też o tym zapomniał.
    – Mam wiadomość – ciągnął Sellitto. – Furgonetka skręca na wschód, Linc. Nissan jedzie za nią. Trzyma się jakieś czterdzieści jardów za furgonetką. Są cztery przecznice od parkingu przy Alei Roosevelta.
    – Dobra, Lon. Jest tam Amelia? Chcę z nią porozmawiać.
    – Boże – powiedział jakiś głos w tle. Bo Haumann, pomyślał Rhyme. – Mamy tu pełno wozów strażackich.
    – Czy ktoś…? – zaczął mówić inny głos, ale po chwili zamilkł.
    Nie, ktoś nie, pomyślał Rhyme. Można by pomyśleć…
    – Odezwę się później, Lincoln – powiedział Sellitto. – Musimy coś z tym zrobić. Wozy strażackie zatarasowały wszystkie chodniki.
    – Sam się odezwę do Amelii – odrzekł Rhyme.
    Sellitto odłożył słuchawkę.

    Przy zaciągniętych zasłonach pokój stał się znacznie ciemniejszy.
    Percey Clay bała się.
    Myślała o swoim jastrzębiu, który złapał się kiedyś w sidła i próbował uwolnić, trzepocząc silnymi skrzydłami. Szpony i dziób siekły powietrze jak brzytwy, ptak skrzeczał jak oszalały. Lecz największe wrażenie na Percey zrobiły jego przerażone oczy. Gdy jastrzębiowi zabrano niebo, ptak wpadał w panikę. Stawał się nadwrażliwy.
    Percey czuła się tak samo. Nie cierpiała tego domu. Zamknięta jak w klatce. Patrzyła na idiotyczne obrazki na ścianach. Jakieś gówno – Woolworth i J. C. Penney. Sflaczały dywan. Miednica na wodę i dzbanek. Brudnoróżowa narzuta na łóżko, z której nadprutego rogu zwisało kilkanaście długich nitek; może siedział tu kiedyś jakiś członek mafii, który postanowił sypać kompanów, i nerwowo skubał guzkowaty materiał.
    Łyk z piersiówki. Rhyme mówił jej o zasadzce. Trumniarz miał jechać za furgonetką, w której rzekomo siedzieli Percey i Hale. Mieli zatrzymać jego samochód i aresztować go albo zabić. Jej poświęcenie nie pójdzie więc na marne. Za dziesięć minut będą mieli człowieka, który zabił Eda. Który na zawsze zmienił jej życie.
    Ufała Lincolnowi Rhyme’owi i wierzyła mu. Ale wierzyła mu tak jak wieży kontrolnej, kiedy podawała komunikat, że nie ma zmiennego wiatru, a samolot nieoczekiwanie zaczynał spadać z szybkością trzech tysięcy stóp na minutę – z pułapu dwóch tysięcy stóp.
    Percey rzuciła piersiówkę na łóżko, wstała i zaczęła chodzić po pokoju. Chciała znaleźć się w powietrzu, gdzie była bezpieczna, gdzie nad wszystkim miała kontrolę. Roland Bell kazał jej zgasić światła i siedzieć w zamkniętym pokoju. Wszyscy byli na ostatnim piętrze. Usłyszała huk eksplozji. Spodziewała się go. Ale nie spodziewała się lęku, jaki ją ogarnął na dźwięk wybuchu. Strach był nie do zniesienia. Dałaby wszystko, by móc wyjrzeć za okno.
    Podeszła do drzwi, otworzyła je i wyszła na korytarz.
    Było ciemno, jak w nocy…
    Wszystkie gwiazdy wieczoru…
    Poczuła gryzący zapach. Pewnie z tego, co wybuchło. Holl był zupełnie pusty. W klatce schodowej pojawił się jakiś cień. Spojrzała w tę stronę, lecz cień zniknął.
    Brit Hale był w pokoju oddalonym zaledwie o dziesięć stóp. Zapragnęła z nim porozmawiać, ale nie chciała, by zobaczył ją w tym stanie – bladą, z trzęsącymi się rękami. Wilgotniejącymi ze strachu oczyma… Boże, była spokojniejsza, wyprowadzając z nurkowania boeinga 737, niż teraz, gdy wpatrywała się w ciemny korytarz.
    Cofnęła się do swojego pokoju.
    Czyżby usłyszała jakieś kroki?
    Zamknęła drzwi i wróciła na łóżko.
    Znów kroki.

    – Tryb poleceń – powiedział do mikrofonu Lincoln Rhyme. Ekran posłusznie wyświetlił okno dialogowe.
    W oddali usłyszał nikły odgłos syren.
    Dopiero wtedy Rhyme zdał sobie sprawę ze swojego błędu.
    Wozy strażackie…
    Nie! Nie przyszło mi to do głowy.
    Ale Trumniarzowi przyszło. No jasne! Ukradł mundur strażaka albo kombinezon ratownika i w tej chwili wchodził do bezpiecznego domu!
    – O nie – wymamrotał. – Nie! Jak mogłem się tak pomylić? To wyłącznie moja wina. Wyłącz…
    Komputer usłyszał ostatnie słowo i posłusznie wyłączył program telekomunikacyjny.
    – Nie! – krzyknął Rhyme. – Nie!
    Lecz system nie zrozumiał głośnego, rozgorączkowanego głosu i wyświetlił pytanie: Czy na pewno chcesz zamknąć system?
    – Nie – szepnął zrozpaczony.
    Przez chwilę nic się nie działo, ale system się nie zamknął. Pojawił się następny komunikat: Co chcesz teraz zrobić?
    – Thom! – krzyknął. – Niech ktoś tu przyjdzie… Mel!
    Ale drzwi były zamknięte; z dołu nikt nie odpowiadał.
    Palec u lewej ręki drgał jak oszalały. Kiedyś Rhyme miał mechaniczny USO i mógł sprawnym palcem wystukać numer telefonu. System komputerowy zastąpił wszystko i teraz Rhyme musiał używać głosu, żeby zadzwonić do bezpiecznego domu i powiedzieć im, że nadchodzi Trumniarz przebrany za strażaka albo ratownika.
    – Tryb poleceń – rzucił do mikrofonu. Starał się za wszelką cenę zachować spokój.
    Nie zrozumiałem. Powtórz.
    Gdzie jest teraz Trumniarz? Wszedł już do środka? Już celuje do Percey Clay albo Brita Hale’a?
    Może do Amelii Sachs?
    – Thom! Mel!
    Nie zrozumiałem…
    Dlaczego o tym nie pomyślałem?
    – Tryb poleceń – powiedział niemal bez tchu, próbując nie wpaść w panikę.
    Wreszcie ukazało się okienko trybu poleceń. Strzałka kursora była na górze ekranu, natomiast ikona programu telekomunikacyjnego widniała na samym dole.
    – Kursor w dół – jęknął szeptem.
    Nic się nie stało.
    – Kursor w dół – powiedział głośniej.
    Znów wyświetlił się komunikat: Nie zrozumiałem. Powtórz.
    – Niech cię szlag…
    Nie zrozumiałem…
    Ciszej, zmuszając się do mówienia normalnym tonem, powiedział:
    – Kursor w dół.
    Świetlista biała strzałka drgnęła i poczęła wolniutko wędrować w dół ekranu.
    Jeszcze jest czas, powtarzał sobie. Zresztą ludzie w bezpiecznym domu nie są przecież bezbronni.
    – Kursor w lewo – polecił.
    Nie zrozumiałem…
    – No już!
    Nie zrozumiałem…
    – Kursor w górę… kursor w lewo…
    Kursor pełznął po ekranie jak ślimak, aż w końcu dotarł do ikony.
    Spokojnie, spokojnie…
    – Kursor stop. Kliknij dwa razy.
    Na ekran posłusznie wyskoczyła ikona walkie-talkie.
    W wyobraźni ujrzał Trumniarza bez twarzy, który z nożem albo ze stalową linką zachodzi od tyłu Percey Clay.
    Tak spokojnym głosem, na jaki mógł się zdobyć, skierował kursor na okienko regulacji częstotliwości.
    Strzałka zatrzymała się idealnie na początku okienka.
    – Cztery – powiedział Rhyme, wymawiając słowo nadzwyczaj starannie.
    W okienku wyskoczyło 4.
    – Osiem.
    Za czwórką pojawiło się „O”. Widocznie drugą sylabę wymówił za cicho.
    Boże drogi!
    – Cofnij.
    Nie zrozumiałem…
    Nie, nie!
    Zdawało mu się, że usłyszał kroki za drzwiami.
    – Hej! – zawołał. – Jest tam kto? Thom? Mel?
    Nikt nie odpowiedział, poza wiernym komputerem, który ze spokojem oświadczył, że nie rozumie.
    – Osiem – powiedział powoli Rhyme.
    Udało się. Następna cyfra.
    – Trzy.
    Trójka wyświetliła się na ekranie.
    – Przecinek.
    W okienku pojawiło się słowo przecinek.
    Niech cię szlag!
    – Cofnij. Ułamek dziesiętny.
    Ekran pokazał wreszcie przecinek.
    Cztery.
    Zostało jedno wolne miejsce. Pot spływał mu po twarzy. Rhyme podyktował „zero” i w okienku ukazała się wreszcie częstotliwość operacyjna.
    Radio włączyło się.
    Nareszcie!
    Lecz zanim się odezwał, przez trzaski zakłóceń przebił się przerażony męski głos, który zmroził Rhyme’owi serce. Głos wzywał szyfrem pomocy.
    – Dziesięć trzynaście. Federalny obiekt chroniony w szóstce, potrzebujemy wsparcia.
    Bezpieczny dom.
    W mężczyźnie rozpoznał Rolanda Bella.
    – Dwóch leży i… Jezu, jeszcze tu jest. Atakuje nas! Trzeba…
    Dwa wystrzały. Potem jeszcze jeden. Kilkanaście. Gęsta kanonada, przypominająca fajerwerki czwartego lipca.
    – Potrzebujemy…
    Radio umilkło.
    – Percey! – krzyknął Rhyme. – Percey…
    Na ekranie ukazał się prosty komunikat: Nie zrozumiałem. Powtórz.

    Koszmar.
    Stephen Kall, w kominiarce na twarzy i obszernym płaszczu strażackim, leżał płasko na podłodze, zasłonięty ciałem jednego z dwóch gliniarzy, których przed chwilą zabił.
    Kolejny pocisk odłupał kawałek podłogi obok jego głowy. Strzelił detektyw o ciemnych, przerzedzonych włosach – ten, którego rano widział w oknie domu. Mężczyzna kucał w drzwiach, stanowiąc dość łatwy cel, ale Stephen nie mógł oddać strzału. Detektyw w obu dłoniach trzymał pistolety automatyczne i posługiwał się nimi mistrzowsko.
    Stephen poczołgał się jeszcze jard naprzód, w kierunku otwartych drzwi pokoju.
    Spanikowany, oblepiony ze wszystkich stron robakami.
    Strzelił jeszcze raz, a ciemnowłosy detektyw zrobił unik, chowając się z powrotem w pokoju, krzyknął coś do radia i znów się wysunął, spokojnie otwierając ogień.
    Ubrany w długi czarny płaszcz – taki sam jak te, które miało na sobie trzydziestu czy czterdziestu strażaków przed domem – Stephen wysadził drzwi od strony alejki ładunkiem przecinającym i wbiegł do środka, spodziewając się ujrzeć płonące pobojowisko, Żonę i Przyjaciela – i połowę obecnych w domu – rozerwanych na kawałki lub przynajmniej ciężko rannych. Ale Lincoln Robak znów go nabrał. Domyślił się, że telefon jest pułapką. Nie spodziewali się tylko, że Stephen jeszcze raz zaatakuje dom; sądzili, że planuje akcję w czasie transportu. Mimo to, kiedy wpadł do środka, dwóch strażników otworzyło ogień. Byli jednak ogłuszeni przez eksplozję i Stephenowi udało się ich zabić.
    Później z korytarza wybiegł ciemnowłosy detektyw, strzelając z dwu pistoletów; dwie kule ześliznęły się po kamizelce Stephena, który też trafił w kuloodporny pancerz przeciwnika. Odskoczyli od siebie równocześnie. Znowu strzały, znowu prawie celne. Gliniarz był niemal tak dobrym strzelcem jak Stephen.
    Minęła najwyżej minuta. Nie miał więcej czasu.
    Czuł się tak zarobaczony, że chciało mu się krzyczeć… Obmyślił plan najlepiej, jak umiał. Najsprytniejszy, na jaki było go stać, ale mimo to Lincoln Robak go rozgryzł. Czy właśnie ma go przed sobą? Czy to ten łysiejący detektyw z dwoma pistoletami?
    Następna salwa z broni Stephena. I… niech to szlag… ciemnowłosy detektyw ruszył do przodu, nie zważając na ogień. Każdy normalny glina by się schował. Ale ten nie. Posunął się jeszcze dwie stopy, potem trzy. Stephen przeładował, znów strzelił i czołgając się, pokonał podobną odległość w kierunku drzwi pokoju.
    Wtapiasz się w ziemię, chłopcze. Jeśli chcesz, możesz się stać niewidzialny.
    Melduję, że chcę. Chcę być niewidzialny…
    Jeszcze jeden jard, już prawie u celu.
    – Tu znowu Roland Bell! – krzyknął do mikrofonu gliniarz. – Potrzebujemy wsparcia, natychmiast!
    Bell. Stephen zapamiętał nazwisko. Czyli to nie Lincoln Robak.
    Gliniarz przeładował i kontynuował wymianę ognia. Kilkanaście strzałów, jeszcze kilkanaście… Stephen podziwiał jego technikę. Bell dokładnie wiedział, ilu strzałowy jest każdy pistolet i przeładowywał na zmianę, więc ani przez moment nie miał nienaładowanej broni.
    Jeden pocisk zarył się w ścianie cal od twarzy Stephena, który odpowiedział podobnym minimalnie chybionym strzałem.
    Podczołgał się jeszcze dwie stopy.
    Bell uniósł wzrok i zobaczył, że Stephen w końcu dotarł pod drzwi ciemnej sypialni. Ich spojrzenia się spotkały. Choć Stephen tylko udawał żołnierza, widział dość walk, by wiedzieć, że właśnie pękła ostatnia nić rozsądku gliniarza, który zmienił się w najniebezpieczniejszą istotę na ziemi – zręcznego żołnierza, niezważającego na własne bezpieczeństwo. Bell wstał i zaczął iść naprzód, strzelając z obu pistoletów.
    Dlatego właśnie na Pacyfiku używali czterdziestekpiątek, chłopcze. Dzikich żółtków mogły powstrzymać tylko wielkie pociski. Nie bali się śmierci; parli naprzód za wszelką cenę.
    Stephen pochylił głowę, rzucił w Bella granat oślepiający z sekundowym opóźnieniem i zamknął oczy. Detonacji towarzyszył zdumiewająco głośny huk. Usłyszał krzyk gliniarza, który padł na kolana, zakrywając twarz rękami.
    Z obecności strażników i zajadłości, z jaką Bell próbował go zatrzymać, Stephen domyślił się, że w pokoju musi być Żona albo Przyjaciel. Pomyślał też, że przebywająca w sypialni osoba na pewno chowa się w szafie albo pod łóżkiem.
    Mylił się.
    Spojrzawszy w drzwi pokoju, zobaczył nacierającą na niego postać, uzbrojoną w lampę i wrzeszczącą ze strachu i wściekłości.
    Z broni Stephena padło pięć szybkich strzałów. W głowę i pierś napastnika, dobrze rozłożonych. Postać obróciła się i padła na wznak na podłogę.
    Dobra robota, żołnierzu.
    Rozległ się odgłos kroków na schodach. Kobiecy głos. Potem inne głosy. Nie ma już czasu, żeby wykończyć Bella, nie ma czasu szukać drugiego celu.
    Odwrót…
    Pobiegł do tylnych drzwi i wystawił przez nie głowę, wołając strażaków.
    Zaraz podbiegło kilku.
    Stephen dał im znak, by weszli do domu.
    – Wybuchła rura gazowa. Trzeba wszystkich wyprowadzić!
    Po czym zniknął w alejce i wybiegł na ulicę. Przemykał między wozami strażackimi, ambulansami i policyjnymi radiowozami.
    Cały się trząsł.
    Ale był zadowolony. Wypełnił zadanie w dwóch trzecich.

    Amelia Sachs pierwsza zareagowała na eksplozję ładunku przy wejściu i krzyki.
    Potem usłyszała głos Rolanda Bella dobiegający z pierwszego piętra:
    – Wsparcie! Wsparcie! Straciliśmy człowieka!
    Potem rozległy się strzały. Po kilkanaście, w krótkich odstępach.
    Nie wiedziała, jak Trumniarz się tu dostał, ale nic jej to nie obchodziło. Chciała tylko zobaczyć go przed sobą i mieć dwie sekundy, by wpakować w niego pół magazynka dziewięciomilimetrowych pocisków.
    Z glockiem w dłoni wybiegła na korytarz drugiego piętra. Za sobą miała Sellitta, Dellraya i młodego policjanta, zupełnie nie wiedziała, jak dzieciuch zachowa się pod ostrzałem. Jodie zwinął się w kłębek na podłodze, z bolesną świadomością, że zdradził bardzo niebezpiecznego człowieka, który z bronią w ręku znajduje się niecałe trzydzieści stóp od niego.
    Zbiegając po schodach, Sachs usłyszała skrzypienie własnych kolan. Cholerny artretyzm. Zeskakując z trzech ostatnich stopni, skrzywiła się z bólu.
    W słuchawce usłyszała, jak Bell powtarza prośbę o wsparcie.
    Weszła do ciemnego korytarza, trzymając pistolet blisko ciała, by nikt nie mógł go jej wytrącić (tylko w filmach i w telewizji gliniarze i gangsterzy, wychylając się zza rogów, trzymają broń przed sobą albo przechyloną poziomo). Obrzucała szybkim spojrzeniem każde mijane pomieszczenie, kucając poniżej poziomu, na którym mogła być wycelowana lufa.
    – Pójdę z przodu – powiedział Dellray, po czym ze swoim wielkim sig-sauerem w dłoni zniknął w korytarzu za jej plecami.
    – Osłaniajcie nas z tyłu – poleciła młodemu gliniarzowi w mundurze i Sellittowi, nie zważając na jego stopień.
    – Tak jest – odparł policjant. – Osłaniam tyły.
    Zasapany Sellitto też rozglądał się na boki.
    W słuchawce Sachs coś trzeszczało, ale nie słyszała żadnych głosów. Zdarła słuchawkę z mikrofonem – by nic jej nie przeszkadzało – i z najwyższą ostrożnością szła dalej korytarzem.
    U swoich stóp zobaczyła zwłoki dwóch policjantów.
    W powietrzu czuć było silną woń chemicznego materiału wybuchowego. Sachs zerknęła na tylne drzwi. Były stalowe, ale Trumniarz rozdarł je jak papier ładunkiem przecinającym.
    – Jezu – powiedział Sellitto, lecz był zbyt doświadczony, aby próbować pomóc leżącym policjantom, a zbyt wrażliwy, aby widok podziurawionych ciał nie zrobił na nim żadnego wrażenia.
    Sachs przystanęła przed drzwiami jednego z pokoi. Pierwsi weszli przez zniszczone drzwi ludzie Haumanna.
    – Osłaniajcie mnie – zawołała i zanim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać, dała susa przez próg.
    Rozejrzała się, unosząc glocka.
    Nikogo.
    Nie czuła też zapachu prochu. Tu nikt nie strzelał.
    Wycofała się na korytarz. Następne drzwi.
    Pokazała na siebie, potem na pokój. Ludzie z 32-E skinęli głowami.
    Sachs wpadła do środka z bronią gotową do strzału, osłaniający gliniarze za nią. Zamarła na widok lufy wycelowanej w swoją pierś.
    – Boże – mruknął Roland Bell, opuszczając broń. Miał potargane włosy i sadzę na twarzy. Dwa pociski rozdarły mu koszulę i drasnęły kamizelkę kuloodporną.
    Potem Sachs spojrzała podłogę. Potworny widok.
    – O nie…
    – Budynek czysty – zameldował policjant z korytarza. – Widzieli, jak uciekał. W stroju strażackim. Już go nie ma. Wmieszał się w tłum na ulicy.
    Amelia Sachs, przedzierzgnąwszy się na powrót z członka oddziału operacyjnego w eksperta kryminalistyki, zauważyła rozpryśniętą krew, ostry zapach pozostały po strzałach, przewrócone krzesło, które prawdopodobnie świadczyło o stoczonej tu walce – czyli mogło zawierać ślady do analizy. Łuski rozpoznała od razu – 7,62 milimetra, z automatu.
    Zwróciła również uwagę, w jak charakterystyczny sposób upadły zwłoki. Z ułożenia ciała wynikało, że ofiara zaatakowała napastnika – prawdopodobnie leżącą obok lampą. Z miejsca zbrodni pewnie można było wyczytać jeszcze inne informacje – dlatego jak najprędzej powinna pomóc Percey Clay wstać i odsunąć ją od bezwładnego ciała przyjaciela. Lecz Sachs nie mogła tego zrobić. Patrzyła tylko, jak drobna kobieta o nieładnej, kwadratowej twarzy tuli do siebie zakrwawioną głowę Brita Hale’a, powtarzając: „O, nie, nie, nie…”.
    Jej twarz przypominała nieruchomą maskę, na której nie było ani śladu łez.
    Wreszcie Sachs dała znak Rolandowi, który otoczył Percey ramieniem i wyprowadził ją na korytarz. Bell wciąż był czujny. Nie wypuszczał z ręki broni.

    Dwieście trzydzieści jardów od bezpiecznego domu.
    Czerwone i niebieskie światła pojazdów ratunkowych migały, próbując go oślepić, ale on patrzył przez celownik Redfield, więc poza siatką nitek nie widział nic więcej. Przesuwał lunetę tam i z powrotem, oglądając całą strefę rażenia.
    Stephen zdjął strój strażaka i znów wyglądał jak nieco starszy student college’u. Spod zbiornika wodnego wyciągnął model 40, ukryty tam dziś rano. Broń była już załadowana. Pas owinął wokół dłoni i był gotów do zabijania.
    W tym momencie nie czyhał na Żonę.
    Ani na Jodiego, małego pedała-Judasza.
    Szukał Lincolna Robaka. Człowieka, któremu znowu udało się go przechytrzyć.
    Kim on jest? Którym z nich?
    Stephen skulił się.
    Lincoln… Książę Robaków.
    Gdzie jesteś? Tu, przede mną? W tłumie stojącym wokół dymiącego budynku?
    Jesteś tym grubym gliniarzem, który poci się jak mysz?
    Wysokim, szczupłym Murzynem w zielonym garniturze? Ten wydawał się znajomy. Gdzie Stephen mógł go spotkać?
    Podjechał cywilny samochód, z którego wysiadło kilku ludzi w garniturach.
    Może Lincoln był jednym z nich.
    Z domu wyszła rudowłosa policjantka. W lateksowych rękawiczkach. A więc jesteś od przeszukiwania miejsca zbrodni, tak? Zadbałem o swoje kule i łuski, złotko, powiedział do niej bezgłośnie, ustawiając celownik na jej szyi. Żeby namierzyć moją broń, musiałabyś lecieć do Singapuru.
    Doszedł do wniosku, że zdąży oddać pojedynczy strzał, a potem jego ciało spadnie prosto w alejkę, zmiecione gradem pocisków.
    Kim jesteś?
    Lincoln? Lincoln?
    Nie miał pojęcia.
    Otworzyły się frontowe drzwi domu, w których stanął Jodie. Niepewnie przekroczył próg. Rozejrzał się wkoło, zmrużył oczy, cofnął się pod ścianę budynku.
    Ty…
    Znów ten elektryczny impuls. Mimo dzielącej ich odległości.
    Stephen przesunął celownik na jego pierś.
    No dalej, żołnierzu, strzelaj. Logiczne, że to twój następny cel; jest w stanie cię zidentyfikować.
    Melduję, że obliczam tor i poprawkę na wiatr.
    Stephen zwiększył nacisk na spust.
    Jodie…
    Zdradził cię, żołnierzu. Musisz… go… sprzątnąć.
    Tak jest. Już po nim. Już jest zimny. Melduję, że już krążą nad nim sępy.
    Żołnierzu, według podręcznika snajpera amerykańskiej piechoty morskiej język spustu modelu 40 należy naciskać niezauważalnie, tak żebyś sam nie wiedział, kiedy dokładnie broń wypali. Zgadza się, żołnierzu?
    Tak jest.
    Dlaczego więc tego, kurwa, nie robisz?
    Nacisnął mocniej.
    Powoli, powoli…
    Lecz broń nie wystrzeliła. Przesunął nitki celownika na głowę Jodiego. I tak się złożyło, że w tym momencie błądzące po dachach oczy Jodiego ujrzały go.
    Za długo zwlekał.
    Strzelaj, żołnierzu. Strzelaj!
    Na mgnienie oka zatrzymał palec.
    A potem szarpnął spust jak chłopiec, strzelający pierwszy raz na letnim obozie.
    Jodie odskoczył na bok, pociągając za sobą gliniarzy.
    Jak, do kurwy nędzy, mogłeś spudłować, żołnierzu? Powtórz strzał!
    Tak jest!
    Oddał jeszcze dwa strzały, ale Jodie i wszyscy pozostali ukryli się albo rzucili na chodnik i ulicę, czołgając się do bezpiecznej kryjówki.
    Wtedy wybuchła kanonada. Najpierw kilkanaście pojedynczych sztuk broni, potem coraz więcej. Przede wszystkim pistolety, ale też H &K, plujące kulami z taką szybkością, że ich odgłos przypominał ryk silników z dziurawym tłumikiem.
    Pociski siekły wieżę windy tuż za nim. Na Stephena spadał deszcz odłamków cegieł i betonu, ołowiu i ostrych miedzianych osłon kul, boleśnie raniąc mu przedramiona i dłonie.
    Stephen upadł w tył, zakrywając twarz rękami. Czuł piekące rany i widział, jak na smołowany dach kapią z nich drobne krople krwi.
    Po co czekałem? Po co? Mogłem go zastrzelić i już by mnie tu nie było.
    Po co?
    Odgłos helikoptera, nadlatującego nad budynek. Syreny.
    Odwrót, żołnierzu! Odwrót!
    Spojrzał w dół i zobaczył, jak Jodie chowa się za samochodem. Stephen włożył model 40 do futerału, zarzucił na ramię plecak i po schodach przeciwpożarowych zbiegł w alejkę.

    Druga tragedia.
    Percey Clay przebrała się i wyszła na korytarz, wspierając się bezwolnie na Rolandzie Bellu, który podtrzymywał ją ramieniem.
    Tragedia. To nie był kłopot z mechanikiem czy problemy z czarterem. Zginął jej przyjaciel.
    Och, Brit…
    Wyobrażała go sobie, jak z szeroko otwartymi oczyma, ustami rozchylonymi w niemym krzyku biegł wprost na tego strasznego człowieka. Próbował go zatrzymać, oburzony tym, że ktoś zamierza zabić jego, zabić Percey. Bardziej wściekły niż przestraszony. Twoje życie było takie pedantyczne, pomyślała. Nawet ryzyko skrupulatnie obliczałeś. Lot brzuchem do góry na wysokości pięćdziesięciu stóp, korkociągi, skoki spadochronowe. Widzom wszystko wydawało się niemożliwe. A jednak dobrze wiedziałeś, co robisz i jeśli kiedyś pomyślałeś o przedwczesnej śmierci, sądziłeś, że nawali jakaś dźwignia, zapcha się przewód paliwowy albo nieostrożny uczeń wepchnie ci się przed nos.
    Świetny autor książek o lotnictwie, Ernest K. Gann, napisał, że los jest jak myśliwy. Percey zawsze sądziła, że miał na myśli naturę albo nieszczęśliwe okoliczności – kapryśne żywioły, perfidne i zawodne mechanizmy, które strącają samoloty na ziemię. Lecz los okazał się bardziej złożony. Los był skomplikowany jak ludzki umysł i jak zło, do jakiego człowiek był zdolny.
    Nieszczęścia chodzą parami… a jeśli trójkami? Co się jeszcze może wydarzyć? Jaka tragedia? Jej śmierć? Koniec firmy? Śmierć kogoś innego?
    Wtulona w Rolanda Bella drżała ze złości. Wszystko było wynikiem głupiego zbiegu okoliczności. Pomyślała o wilgotnej nocy sprzed kilku tygodni: ona, Ed i Hale, słaniając się z niewyspania, stali w rzęsiście oświetlonym hangarze wokół learjeta „Charlie Juliet”, w nadziei, że podpiszą kontrakt z Amer-Medem; drżąc z zimna, próbowali wykombinować, jak najlepiej przygotować samolot do czekającego go zadania.
    Była mglista noc. Lotnisko opustoszałe i ciemne. Jak w ostatniej scenie „Casablanki”.
    Usłyszeli pisk hamulców i wyjrzeli na zewnątrz.
    Ten człowiek przytargał z samochodu dwa wielkie worki i postawił je na płycie lotniska. Potem wrzucił do beechcrafta i uruchomił silnik. Rozległ się charakterystyczny wizg silnika tłokowego.
    Przypomniała sobie, jak Ed powiedział z niedowierzaniem:
    – Co on wyprawia? Lotnisko jest zamknięte.
    Los.
    Traf chciał, że tej nocy tam byli.
    Że Phillip Hansen właśnie w tym momencie postanowił pozbyć się obciążających go dowodów.
    Że Hansen należał do ludzi, którzy byli w stanie zabić, by utrzymać tamten lot w tajemnicy.
    Los…
    Nagle podskoczyła – na dźwięk pukania do drzwi domu.
    Na progu stali dwaj mężczyźni. Bell poznał ich. Byli z Biura Ochrony Świadków departamentu nowojorskiego.
    – Mamy przewieźć panią do Shoreham na Long Island, pani Clay.
    – Nie, nie – odrzekła. – To pomyłka. Muszę jechać na lotnisko Mamaroneck.
    – Percey – powiedział Roland Bell.
    – Muszę.
    – Nic o tym nie wiem, proszę pani – rzekł jeden z policjantów. – Dostaliśmy rozkaz, żeby zawieźć panią do Shoreham i zatrzymać tam do rozprawy przed sądem przysięgłych w poniedziałek.
    – Nie, nie, nie. Proszę zadzwonić do Lincolna Rhyme’a. On o wszystkim wie.
    – No… – Policjanci spojrzeli po sobie.
    – Proszę – powiedziała. – Zadzwońcie. On wam powie.
    – Właściwie to Lincoln Rhyme kazał panią przewieźć, pani Clay. Proszę iść z nami. I niczego się nie bać. Dobrze się panią zaopiekujemy.

Rozdział dwudziesty siódmy

    45 godzin – godzina dwudziesta ósma

    – Nie jest zbyt sympatyczny – poinformował Amelię Sachs Thom.
    Usłyszała dobiegający zza drzwi sypialni głos:
    – Podaj mi tę butelkę, i to już!
    – Co się tu dzieje?
    Przystojną twarz młodzieńca wykrzywił grymas.
    – Czasem potrafi być takim kutasem. Kazał jednemu gliniarzowi nalać sobie szkockiej. Powiedział mu, że to na ból. Że mu lekarz przepisał szklaneczkę dziennie. Masz pojęcie? Jest nieznośny, kiedy pije.
    W pokoju rozległ się wściekły ryk.
    Sachs wiedziała, że Rhyme rzucałby, czym popadnie, gdyby tylko mógł.
    Sięgnęła do klamki.
    – Powinnaś trochę zaczekać – ostrzegł ją Thom.
    – Nie mamy czasu.
    – Niech was szlag! – warczał Rhyme. – Kurwa, chcę butelkę!
    Otworzyła drzwi.
    – Tylko potem nie mów, że cię nie ostrzegałem – szepnął Thom.
    Sachs zatrzymała się w drzwiach. Rhyme przedstawiał żałosny widok. Rozczochrane włosy, ślina na brodzie, zaczerwienione oczy.
    Na podłodze leżała butelka macallana. Pewnie ją przewrócił, usiłując złapać zębami.
    Zauważył Sachs, ale powiedział do niej tylko:
    – Podnieś.
    – Mamy robotę, Rhyme.
    – Podnieś tę butelkę.
    Wzięła ją z podłogi. I odstawiła na półkę.
    – Przecież wiesz, o co mi chodzi! – wrzasnął z wściekłością. – Chcę drinka.
    – Zdaje się, że wypiłeś już więcej niż jednego.
    – Nalej mi whisky do szklanki. Thom! Chodź tutaj! Pieprzony tchórz.
    – Rhyme – rzekła ostro. – Musimy zbadać ślady.
    – Do diabła ze śladami.
    – Ileś ty wypił?
    – Trumniarz dostał się do środka, nie? Lis w kurniku. Lis w kurniku.
    – Mam filtr pełen materiału, pocisk, próbki jego krwi…
    – Jego krwi? No, to sprawiedliwie. On ma mnóstwo naszej.
    – Powinieneś cieszyć się jak dziecko z takich dowodów – ofuknęła go. – Przestań się nad sobą użalać i zabierajmy się do pracy.
    Nie odpowiedział. Zauważyła, że jego zaczerwienione oczy spoglądają ponad jej ramieniem, na drzwi. Odwróciła się. Stała tam Percey Clay.
    Rhyme natychmiast wbił wzrok w podłogę. Zamilkł.
    Jasne, pomyślała Sachs. Nie chce wyjść na chama przed nową ukochaną.
    Weszła do pokoju, przyglądając się zmienionemu Rhyme’owi.
    – Lincoln, co się dzieje? – Sachs zobaczyła, że Percey towarzyszył Sellitto. Detektyw wszedł do sypialni.
    – Trzy osoby zginęły, Lon. Trzy następne. Lis w kurniku.
    – Lincoln – powiedziała stanowczo Sachs. – Przestań. Nie wstyd ci?
    Błąd. Rhyme wlepił w nią zdumione spojrzenie.
    – Nie wstyd mi. Wyglądam na zawstydzonego? Niech ktoś powie. Jestem zawstydzony? Czy ja, kurwa, wyglądam na zawstydzonego?
    – Mamy…
    – Gówno mamy! Koniec na dziś. Dosyć. Wystarczy. Pora się zwijać. Przegraliśmy bitwę i wycofujemy się za wzgórza. Idziesz z nami, Amelio? Chyba nie zostaniesz sama?
    Wreszcie spojrzał na Percey.
    – Co tu robisz? Miałaś jechać na Long Island.
    – Chcę z tobą porozmawiać.
    – Daj mi drinka – rzekł po chwili.
    Percey zerknęła na Sachs, po czym podeszła do półki, nalała sobie i Rhyme’owi. Sachs posłała jej wściekłe spojrzenie; Percey zauważyła to, ale nie zareagowała.
    – Oto kobieta z klasą – oznajmił Rhyme. – Ja zabijam jej partnera, ale mimo to się ze mną napije. Ty tego nie zrobiłaś, Sachs.
    – Och, Rhyme, potrafisz być takim draniem – powiedziała z wyrzutem Sachs. – Gdzie Mel?
    – Odesłałem go do domu. Nie ma już nic do roboty… Pakujemy ją do samochodu i odwozimy na Long Island, tam będzie bezpieczna.
    – Co? – spytała Sachs.
    – Powinniśmy to zrobić na samym początku. Nalej mi jeszcze.
    Percey przechyliła butelkę. Sachs powiedziała:
    – Już ma dość.
    – Nie słuchaj jej – rzucił Rhyme. – Jest na mnie wściekła. Nie miałem ochoty na to, co ona, więc się wkurzyła.
    Dzięki, Rhyme. Wypierzmy brudy przy wszystkich, co? Zatopiła w nim zimne spojrzenie swoich pięknych oczu, ale nawet tego nie zauważył. Patrzył na Percey Clay.
    A ona powiedziała:
    – Zawarliśmy umowę. I nagle zjawia się dwóch agentów, którzy chcą mnie zabrać na Long Island. Myślałam, że mogę ci ufać.
    – Jeśli mi zaufasz, zginiesz.
    – Istniało ryzyko – rzekła Percey. – Ostrzegałeś, że może dostać się do domu.
    – Jasne, ale nie wiesz, że wszystkiego się domyśliłem.
    – Wszystkiego… co?
    Sachs słuchała ze zmarszczonymi brwiami.
    – Domyśliłem się, że chce zaatakować dom – ciągnął Rhyme. – Domyśliłem się, że przebrał się za strażaka. Nawet się domyśliłem, że rozwali tylne drzwi ładunkiem przecinającym. Założę się, że to był accuracy pięć dwadzieścia albo pięć dwadzieścia jeden z systemem odpalającym Instadet. Mam rację?
    – Ja…
    – Mam rację?
    – Pięć dwadzieścia jeden – potwierdziła Sachs.
    – Widzisz? Wszystko wiedziałem. Pięć minut przed jego wejściem do domu. Ale nie mogłem nikomu o tym powiedzieć. Nie mogłem… zadzwonić z tego pieprzonego telefonu i przekazać wam, co się święci. I twój przyjaciel zginął. Przez mnie.
    Sachs współczuła mu. Cierpiała, widząc jego ból, lecz nie miała pojęcia, co powiedzieć, żeby go pocieszyć.
    Na policzku miał kroplę wilgoci. Podszedł Thom z chusteczką, ale Rhyme odgonił go, z wściekłością wysuwając szczękę. Ruchem głowy wskazał komputer.
    – Byłem taki nadęty. Zacząłem myśleć, że jestem zupełnie normalny. Jeżdżę na wózku jak kierowca rajdowy, sam zapalam i gaszę światło, zmieniam płyty… Normalny. Gówno prawda! – Zamknął oczy i wcisnął głowę w poduszkę.
    Nagle, ku zdziwieniu wszystkich, w pokoju rozległ się śmiech.
    Percey Clay nalała sobie jeszcze trochę whisky. Potem odrobinę Rhyme’owi.
    – Gówno prawda, to fakt. Ale dlaczego nie mogę od ciebie usłyszeć po prostu prawdy?
    Rhyme otworzył oczy i spiorunował ją wzrokiem.
    Percey znów wybuchnęła śmiechem.
    – Nie… – ostrzegł ją Rhyme.
    – Och. – Wykonała zniecierpliwiony gest. – Co – nie?
    Sachs zobaczyła, jak Percey mruży oczy.
    – Coś ty powiedział? – zaczęła Percey. – Że Brit zginął przez jakąś… usterkę techniczną?
    Sachs zorientowała się, że Rhyme nie tego się spodziewał. Chwilę milczał, zbity z tropu.
    – Tak – odrzekł wreszcie. – Właśnie to powiedziałem. Gdybym mógł zadzwonić…
    – I co? – przerwała mu. – I dlatego sądzisz, że masz prawo stroić fochy? Łamać dane mi słowo? – Odstawiła szklankę i westchnęła z tłumioną złością. – Na litość boską… Czy ty w ogóle wiesz, w jaki sposób zarabiam na życie?
    Sachs ze zdumieniem stwierdziła, że Rhyme się uspokoił. Zaczął coś mówić, lecz Percey znów mu przerwała.
    – Zastanów się. – Jej południowy akcent zabrzmiał bardzo wyraźnie. – Siedzę w aluminiowej rurce, która leci z prędkością czterystu węzłów, sześć mil nad ziemią. Na zewnątrz minus sześćdziesiąt Fahrenheita, wiatr sto mil na godzinę. Nie wspomnę o błyskawicach, gwałtownych zmianach wiatru i oblodzeniu. Chryste, żyję tylko dzięki maszynom. – Kolejny wybuch śmiechu. – Czym to się różni od twojej sytuacji?
    – Nie rozumiesz – rzekł opryskliwie.
    – Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Czym to się różni? – pytała nieustępliwie.
    – Możesz chodzić, potrafisz podnieść słuchawkę telefonu i…
    – Chodzić? Jestem na pięćdziesięciu tysiącach stóp. Jeżeli otworzę drzwi, w ciągu kilku sekund krew mi się ugotuje.
    Po raz pierwszy, odkąd go znam, pomyślała Sachs, Rhyme spotkał kogoś takiego jak on. Zaniemówił.
    – Przykro mi, detektywie – ciągnęła Percey – ale nie widzę cienia różnicy między nami. Oboje jesteśmy produktami dwudziestowiecznej nauki. Do cholery, gdybym miała skrzydła, latałabym bez niczyjej pomocy. Ale nie mam i nigdy mi nie wyrosną. Żeby robić to, co robimy, oboje… musimy być zależni.
    – W porządku… – Uśmiechnął się diabelsko.
    No dalej, Rhyme, pokaż jej! Sachs gorąco pragnęła, żeby wygrał, żeby wykopał tę kobietę na Long Island i skończył z nią na zawsze.
    – Ale jeżeli ja coś schrzanię, giną ludzie – powiedział Rhyme.
    – Tak? A co się stanie, gdy zepsuje się urządzenie przeciwoblodzeniowe? Co się stanie, jeśli spieprzy mi się układ tłumienia drgań? Albo gołąb wleci do rurki Pitota w czasie podchodzenia do lądowania według przyrządów? Już nie żyję. Przerwanie płomienia, uszkodzenia w hydraulice, mechanicy, którzy zapominają wymienić zepsute wyłączniki automatyczne… Albo nawalą systemy awaryjne. Jeżeli u ciebie coś się chrzani, niektórzy mają szansę wylizać się z ran. Ale mój samolot ryje w ziemię z prędkością trzystu mil na godzinę. Nic po nim nie zostaje.
    Rhyme wydawał się już zupełnie trzeźwy. Jego oczy przebiegały cały pokój, jak gdyby szukając jakiegoś dowodu, który mógłby obalić poglądy Percey.
    – No dobrze – powiedziała spokojnie Percey. – Podobno Amelia ma jakieś dowody, które znalazła z tyłu domu. Proponuję, żebyś skończył z tym przedstawieniem i zaczął badać te materiały. Ja zaś pojadę do Mamaroneck, skończyć naprawę samolotu, a wieczorem zamierzam polecieć z ładunkiem. Zapytam cię wprost: pozwolisz mi lecieć, tak jak się umówiliśmy, czy mam dzwonić po adwokata?
    Rhyme nadal milczał.
    Upłynęła dłuższa chwila.
    Sachs drgnęła zaskoczona, gdy Rhyme swoim dźwięcznym barytonem huknął:
    – Thom! Thom! Chodź tutaj.
    Asystent podejrzliwie zajrzał przez drzwi do sypialni.
    – Nabałaganiłem trochę. Zobacz, przewróciłem szklankę. I potargałem sobie włosy. Mógłbyś coś z tym zrobić? Proszę.
    – Nie nabierasz nas, Lincoln? – spytał z powątpiewaniem.
    – A Mel Cooper? Możesz go wezwać, Lon? Pewnie serio potraktował to, co mówiłem. Przecież to był żart. Naukowiec, cholera, ani śladu poczucia humoru. Potrzebujemy go.
    Amelia Sachs chciała stąd uciec. Wsiąść do samochodu i pomknąć drogami New Jersey i okręgu Nassau sto dwadzieścia mil na godzinę. Nie wytrzyma z tą kobietą ani chwili dłużej w jednym pokoju.
    – No dobrze, Percey – powiedział Rhyme. – Weź ze sobą detektywa Bella, damy wam jeszcze ludzi Bo. Jedź na to swoje lotnisko i zrób, co musisz.
    – Dziękuję, Lincoln. – Skinęła mu głową i lekko się uśmiechnęła.
    Jeden uśmiech wystarczył, by Amelia zaczęła się zastanawiać, czy część przemowy Percey nie była przeznaczona dla niej: by Sachs nie miała wątpliwości, kto odniósł niekwestionowane zwycięstwo. Cóż, Sachs miała wrażenie, że w pewnych dyscyplinach jest skazana na porażkę. Była mistrzynią w strzelaniu, właścicielką policyjnej odznaki, demonem szos i niezłym ekspertem kryminalistycznym, natomiast serce miała zupełnie nieodporne. Wyczuwał to jej ojciec; też był romantykiem. Gdy kilka lat temu ciężko przeżywała koniec pewnego romansu, mówił do niej: „Wiesz, powinni wynaleźć kamizelki ochronne na duszę, nie tylko na ciało, Amie”.
    Żegnaj, Rhyme, pomyślała. Żegnaj.
    A jak on odpowiedział na jej milczące pożegnanie? Przelotnym spojrzeniem i szorstkim:
    – Zobaczmy te dowody, Sachs. Nie ma czasu do stracenia.

Rozdział dwudziesty ósmy

    45 godzin – godzina dwudziesta dziewiąta

    Celem kryminalistyki jest ścisłe określenie obiektu poszukiwań.
    Konkretny ślad trzeba połączyć z jednym źródłem pochodzenia, wyłączając inne.
    Lincoln Rhyme przyglądał się najbardziej konkretnemu dowodowi znalezionemu przez Sachs: krwi pochodzącej z ciała Trumniarza. Testy polimorfizmu wycinka DNA powinny wyeliminować możliwość, że krew pochodzi od kogoś innego.
    Jednak ten dowód niewiele mógł im powiedzieć. System informacji o DNA, oparty na komputerowej bazie danych, zawierał personalia skazanych zbrodniarzy, lecz w istocie był to nieduży zbiór informacji, który dotyczył przede wszystkim sprawców przestępstw seksualnych i niewielkiej grupy zabójców. Rhyme nie zdziwił się więc, że poszukiwanie kodu genetycznego Trumniarza zakończyło się fiaskiem.
    Mimo to odczuwał coś na kształt radości, że w probówce mają prawdziwy kawałek mordercy. Dla większości analityków kryminalistycznych sprawcy byli „gdzieś tam”, rzadko spotykali się z nimi oko w oko, często po raz pierwszy widzieli ich dopiero na procesie. Był więc poruszony tą cząstkową obecnością człowieka, który sprawił wielu ludziom, nie wyłączając jego, tyle bólu.
    – Co jeszcze znalazłaś? – spytał Sachs.
    Sachs przeszukała cały pokój Brita Hale’a, lecz obejrzawszy z Cooperem zebrany materiał w powiększeniu, nie znaleźli nic poza śladami po strzałach i fragmentami pocisków, cegieł i tynku.
    Znalazła łuski z półautomatycznego pistoletu, z którego strzelał Trumniarz. Beretta, 7,32 milimetra. Prawdopodobnie broń była stara; na metalu widniały drobne zniekształcenia. Wszystkie znalezione przez Sachs łuski zanurzono wcześniej w jakimś środku czyszczącym, aby usunąć nawet odciski palców pracowników fabryki zbrojeniowej – by nikt nie mógł ustalić miejsca produkcji; na podstawie odcisków palców konkretnej zmiany w fabryce Remingtona można było określić porę transportu towaru i w konsekwencji sklep, w którym amunicja została kupiona. Na dodatek Trumniarz najwidoczniej ładował broń, używając kłykci, by nie pozostawić odcisków. Stara sztuczka.
    – Dalej – powiedział do Sachs Rhyme.
    – Kule z pistoletu.
    Cooper obejrzał pociski. Trzy były spłaszczone. Jeden całkiem dobrze zachował swój kształt. Dwie pokrywała warstwa skrzepłej i przypalonej krwi Brita Hale’a.
    – Sprawdź, czy są jakieś odciski – polecił Rhyme.
    – Już sprawdziłam – odrzekła obojętnie Sachs.
    – Spróbuj laserem.
    Cooper spełnił polecenie.
    – Nic nie ma, Lincoln. – Technik spojrzał na bawełniany płatek spoczywający w plastykowej torebce. – Co to jest?
    – To? Och, mam też jeden pocisk z jego karabinu – powiedziała Sachs.
    – Co?
    – Kilka razy strzelał do Jodiego. Dwa pociski trafiły w ścianę i eksplodowały. Ten zarył się w ziemię – w grządkę kwiatów – i nie wybuchł. Znalazłam dziurę pod pelargonią i…
    – Zaraz. – Cooper wlepił w nią zdumione spojrzenie. – To jest pocisk rozpryskowy?
    – Tak, ale nie wybuchł – odparła Sachs.
    Technik ostrożnie położył torebkę na stole i odsunął się, pociągając za sobą Sachs – wyższą od niego o dwa cale.
    – O co chodzi?
    – Pociski rozpryskowe są bardzo niebezpieczne. Ziarna prochu mogą się tlić nawet w tym momencie… Lada chwila może wybuchnąć. Odłamek mógłby cię zabić.
    – Widziałeś fragmenty innych, Mel – powiedział Rhyme. – Jak to jest zrobione?
    – Dość paskudnie, Lincoln – rzekł zaniepokojony technik; na jego łysinie lśniły kropelki potu. – Wypełnienie z czteroazotanu pentaerytrytu, proch bezdymny jako ładunek inicjujący. Dlatego jest taki niebezpieczny.
    – Czemu nie eksplodował? – zapytała Sachs.
    – Grządka zadziałała jak amortyzator. Poza tym sam je robi. Może akurat ten pocisk nie jest najlepszej jakości.
    – Sam je robi? – powtórzył Rhyme. – Jak?
    Z oczyma wbitymi w torebkę Cooper powiedział:
    – Zwykle robi się otwór od szpica do samej podstawy. Wrzuca się tam śrut i wsypuje trochę czarnego albo bezdymnego prochu. Potem trzeba zwinąć wąską nitkę z plastyku i włożyć do otworu. Całość zatyka się z powrotem – w tym wypadku szpicem ceramicznym. Gdy pocisk trafia w cel, śrut uderza w proch. Następuje wybuch czteroazotanu pentaerytrytu.
    – Zwija plastyk? – spytał Rhyme. – Palcami?
    – Zwykle tak to się robi.
    Rhyme spojrzał na Sachs i na moment przepaść między nimi zniknęła. Uśmiechnęli się do siebie i równocześnie powiedzieli:
    – Odciski!
    – Być może – przyznał Mel Cooper. – Ale jak je chcecie znaleźć? Trzeba by rozłożyć pocisk.
    – No to go rozłożymy – powiedziała Sachs.
    – Nie, nie, nie, Sachs – rzekł szorstko Rhyme. – Lepiej się do tego nie bierz. Zaczekamy na pirotechników.
    – Nie mamy czasu.
    Pochyliła się nad torebką i zaczęła ją otwierać.
    – Sachs, co ty, do cholery, chcesz udowodnić?
    – Niczego nie próbuję udowodnić – odparła spokojnie. – Staram się złapać mordercę.
    Cooper stał obok, bezsilny.
    – Chcesz uratować Jerry’ego Banksa? Chyba trochę na to za późno. Daj sobie spokój. Zajmij się swoją robotą.
    – To właśnie jest moja robota.
    – Sachs, to nie była twoja wina! – krzyknął Rhyme. – Nie myśl o tym. Zapomnij o zmarłych. Powtarzałem ci to już kilkanaście razy.
    – Ustawię na stole kamizelkę – powiedziała opanowanym głosem – i zasłonię się nią. – Zdarła z siebie bluzę, zerwała rzepy pasków kamizelki kuloodpornej. Ustawiła ją jak namiot wokół torebki z pociskiem.
    – Ty jesteś zasłonięta, ale twoje ręce nie – zauważył Cooper.
    – Kombinezony pirotechników też nie ochraniają rąk – odrzekła. Wyciągnęła z kieszeni zatyczki i wepchnęła do uszu. – Będziesz musiał do mnie krzyczeć – uprzedziła Coopera. – Co mam teraz zrobić?
    Nie, Sachs, pomyślał Rhyme.
    – Jeżeli mi nie powiesz, jak to zdemontować, potnę pocisk na kawałki. – Wzięła do ręki piłę. Ostrze zawisło nad torebką.
    Rhyme westchnął i skinął głową Cooperowi.
    – Powiedz jej, co ma robić.
    Technik zawahał się, przełykając ślinę.
    – Rozwiń. Ostrożnie. Połóż na tym ręczniku. Nie wstrząsaj. To najgorsze, co możesz zrobić.
    Wydobyła z torebki pocisk, zdumiewająco mały kawałek metalu z brudnobiałą końcówką.
    – Widzisz ten szpic? – ciągnął Cooper. – Kiedy pocisk się rozrywa, szpic przebija kamizelkę kuloodporną i co najmniej jedną albo dwie ściany. Jest pokryty teflonem.
    – Dobra. – Obróciła pocisk szpicem do ściany.
    – Sachs – powiedział cicho Rhyme. – Weź kleszcze. Nie rób tego palcami.
    – Jeśli wybuchnie, to żadna różnica, Rhyme. Poza tym muszę to robić z wyczuciem.
    – Proszę cię.
    Zawahała się, lecz po chwili wzięła od Coopera szczypce. Złapała nimi podstawę pocisku.
    – Jak mam to otworzyć? Przeciąć?
    – Nie możesz przeciąć ołowiu – zawołał Cooper. – Od temperatury powstałej przy tarciu zapali się proch. Musisz ostrożnie oddzielić biały czubek i wyciągnąć zwinięty plastyk.
    Po jej twarzy strużkami spływał pot.
    – Dobra. Kleszczami?
    Cooper wziął ze stołu kleszcze o cienkich końcówkach, podszedł i stanął obok niej. Włożył jej narzędzie do prawej dłoni, po czym się wycofał.
    – Złap i mocno przekręć. Przykleił plastyk epoksydem. Żywica nie wiąże się najlepiej z ołowiem, więc powinien łatwo wyskoczyć. Ale nie ściskaj za mocno. Jeżeli pęknie, nie wyciągniesz tego bez wywiercenia otworu. A przy wierceniu wybuchnie.
    – Mocno, ale nie za mocno – mruknęła.
    – Pomyśl o wszystkich samochodach, przy których pracowałaś – powiedział Rhyme.
    – Co?
    – Jakbyś próbowała wyjąć stare świece. Na tyle mocno, żeby je obluzować, ale nie tak mocno, żeby złamać ceramiczny korpus.
    Skinęła głową i Rhyme nie wiedział, czy usłyszała, co powiedział. Sachs opuściła głowę za namiot sklecony z własnej kamizelki.
    Rhyme zobaczył, jak mruży oczy.
    Sachs…
    Nie zauważył żadnego ruchu. Usłyszał tylko bardzo cichy trzask. Sachs zamarła na moment, a potem zajrzała za zasłonę.
    – Już. Otwarte.
    – Widzisz materiał wybuchowy? – spytał Cooper.
    Zerknęła do środka.
    – Tak.
    Podał jej puszkę oleju maszynowego.
    – Kapnij trochę do środka i przechyl. Plastyk powinien sam wypaść. Nie można go wyciągnąć, żeby nie zniszczyć odcisków.
    Nalała odrobinę oleju, po czym przechyliła pocisk otwartą stroną w kierunku rozłożonego ręcznika. Nic się nie stało.
    – Niech to szlag – mruknęła.
    – Nie…
    Energicznie potrząsnęła pociskiem.
    – Nie potrząsaj! – wrzasnął Cooper.
    – Sachs! – sapnął Rhyme.
    Potrząsnęła mocniej.
    – Niech to szlag.
    – Nie!
    Z pocisku wypadła cienka biała nitka i kilka czarnych ziaren prochu.
    – Dobra – rzekł Cooper i odetchnął. – Już jest bezpieczny.
    Podszedł do stołu i igłowym próbnikiem zwinął nitkę plastyku na szklanej płytce. Poruszał się typowym dla laborantów płynnym krokiem – wyprostowany, z wyciągniętą ręką, w której nieruchomo trzymał próbkę – podszedł do mikroskopu i wsunął płytkę pod okular.
    – Proszkiem magnetycznym? – spytał.
    – Nie – odrzekł Rhyme. – Gencjaną. To odcisk na plastyku. Trzeba zobaczyć kontrast.
    Cooper spryskał próbkę i jeszcze raz umieścił płytkę pod mikroskopem.
    Obraz pojawił się równocześnie na monitorze komputera Rhyme’a.
    – Jest! – krzyknął. – Jest!
    Łuki i rozgałęzienia były doskonale widoczne.
    – Nieźle, Sachs. Dobra robota.
    Cooper powoli obracał jądro pocisku, a Rhyme zapisywał kolejne obrazy – mapy bitowe – na twardym dysku. Potem złożył je razem i wydrukował jeden, dwuwymiarowy obraz.
    Jednak Cooper, obejrzawszy go, westchnął.
    – Co? – spytał Rhyme.
    – Nie wystarczy. Ledwie ćwierć cala na pięć ósmych. Na tej podstawie nie znajdziemy nic w żadnym systemie identyfikacji odcisków.
    – Chryste – westchnął Rhyme. – Cały wysiłek… na nic.
    Nagły wybuch śmiechu.
    Śmiała się Amelia Sachs. Patrząc na tablice na ścianie. MZ jeden, MZ dwa…
    – Złóżcie je razem.
    – Co?
    – Mamy trzy częściowe odciski – wyjaśniła. – Prawdopodobnie palca wskazującego. Nie widzicie?
    Cooper spojrzał na Rhyme’a.
    – Nigdy nie słyszałem o takiej technice.
    Rhyme też nie. Większość ekspertyz kryminalistycznych polegała na analizowaniu dowodów w celu przedstawienia ich przed sądem – ekspertyza „sądowa” oznaczała „zgodna z postępowaniem prawnym” – i gdyby policja zaczęła składać fragmenty odcisków palców sprawcy, adwokat mógłby od razu iść świętować sukces.
    Ale oni chcieli znaleźć Trumniarza, a nie wytoczyć mu sprawę.
    – Jasne – powiedział Rhyme. – Zróbcie to!
    Cooper zdarł z tablicy wydruki fragmentarycznych odcisków Trumniarza i położył przed sobą na stole.
    Sachs i technik zabrali się do pracy. Cooper zrobił fotokopie odcisków, zmniejszając dwa, żeby wszystkie były tych samych rozmiarów. Potem razem z Sachs zaczęli je dopasowywać, jak kawałki układanki. Jak dzieci próbowali różnych kombinacji, przekładali, kłócili się. Sachs nawet wzięła długopis i uzupełniła brakujące linie.
    – Oszukujesz – stwierdził Cooper.
    – Ale pasuje – powiedziała triumfalnie.
    Wreszcie sklecili wszystko razem i wydrukowali. Obraz przedstawiał trzy czwarte odcisku linii papilarnych, prawdopodobnie palca wskazującego prawej dłoni.
    Cooper uniósł wydruk.
    – Mam wątpliwości, Lincoln.
    – Ależ to czysta sztuka, Mel – rzekł Rhyme. – Piękne!
    – Nie mów o tym nikomu w Stowarzyszeniu, bo nas zdegradują i wyleją.
    – Wprowadź to do systemu identyfikacji. Z klauzulą absolutnego pierwszeństwa. Szukaj we wszystkich stanach.
    – Uuu – powiedział Cooper. – To mnie będzie kosztować roczną pensję.
    Wprowadził wydruk do komputera.
    – Potrwa jakieś pół godziny – rzekł Cooper – realista, nie pesymista.
    Jednak poszukiwanie wcale nie trwało długo. Już po upływie pięciu minut – w ciągu których Rhyme zastanawiał się, kogo mógłby naciągnąć na drinka, Sachs czy Coopera – ekran zamigotał.
    Na podstawie przedstawionych danych znaleziono… 1 osobę. Zgodność 14 punktów porównawczych. Statystyczne prawdopodobieństwo tożsamości: 97%.
    – Boże – wymruczała Sachs. – Mamy go.
    – Kto to jest, Mel? – spytał Rhyme cicho, jak gdyby się obawiał, że słowa zdmuchną z ekranu kruche elektrony.
    – Już nie Trumniarz – rzekł Cooper. – Nazywa się Stephen Robert Kall. Trzydzieści sześć lat. Obecne miejsce zamieszkania nieznane. Ostatnie dane pochodzą sprzed piętnastu lat, wiejski adres w Cumberland w Wirginii Zachodniej.
    Takie pospolite nazwisko. Rhyme poczuł ukłucie rozczarowania. Kall.
    – Za co jest notowany?
    Cooper zaczął czytać.
    – Mówił o tym Jodiemu… Gdy miał piętnaście lat, odsiedział dwadzieścia miesięcy za nieumyślne spowodowanie śmierci. – Technik parsknął krótkim śmiechem. – Widocznie Trumniarz nie powiedział mu, że ofiarą był jego ojczym.
    – Ojczym?
    – Kurczę, ale historia – rzekł Cooper, czytając.
    – Co się stało? – spytała Sachs.
    – To fragmenty raportów policyjnych. Posłuchajcie. Zdaje się, że w rodzinie od dawna nie działo się najlepiej. Matka chłopca miała raka, a jej mąż – ojczym Kalla – za jakieś nieposłuszeństwo ją uderzył. Kobieta upadła i złamała rękę. Kilka miesięcy później umarła, a Kall był przekonany, że to Lou był winien jej śmierci.
    Cooper czytał dalej i wydawało się, że w pewnym momencie zadrżał.
    – Chcecie wiedzieć, co się stało?
    – Słuchamy.
    – Kilka miesięcy po śmierci matki Stephen z ojczymem poszli na polowanie. Dzieciak uderzył go, tak że Lou stracił przytomność, rozebrał go do naga i przywiązał do drzewa w lesie. Zostawił go tam na parę dni. Chciał go tylko nastraszyć, mówił później jego adwokat. Zanim odnalazła go policja, ciało roiło się od robaków. Przede wszystkim larw. Człowiek żył jeszcze przez dwa dni. Majaczył.
    – Niech mnie – szepnęła Sachs.
    – Kiedy go znaleziono, chłopak siedział obok, przyglądając się ojczymowi – czytał dalej Cooper. – Podejrzany poddał się bez oporu. Wydawał się zupełnie zdezorientowany. Cały czas powtarzał: „Wszystkim można zabić, wszystkim można zabić…”. Zabrano go na obserwację do Centrum Zdrowia Psychicznego Cumberland.
    Rhyme’a nie za bardzo obchodziło psychiczne skrzywienie przestępcy. Wierzył w swoje techniki kryminalistyczne bardziej niż w badania behawioralne. Wiedział, że Trumniarz jest socjopatą – jak wszyscy zawodowi mordercy – lecz przykrości i urazy, jakich doznał w przeszłości, w tym momencie nie miały większego znaczenia.
    – Jest zdjęcie? – spytał.
    – Z młodości nie ma żadnego.
    – Cholera. Służba wojskowa?
    – Nic z tego. Lecz jest jeszcze jeden wyrok – powiedział Cooper. – Próbował się zaciągnąć do piechoty morskiej, ale po badaniach psychologicznych nie przyjęli go. Przez kilka miesięcy nękał oficerów z komendy poborowej w Waszyngtonie, w końcu zaatakował i pobił sierżanta. Dostał wyrok w zawieszeniu.
    – Sprawdzimy to nazwisko w spisie pseudonimów, na policji i w NCIC – powiedział Sellitto.
    – Niech Dellray wyśle swoich ludzi do Cumberland, żeby zaczęli węszyć – polecił Rhyme.
    – Dobra.
    Stephen Kall…
    Minęło tyle lat. Jak gdyby wreszcie zobaczył relikwiarz, o którym wiele słyszał w ciągu całego życia, ale którego nigdy nie widział na własne oczy.
    Rozległo się energiczne pukanie do drzwi. Dłonie Sachs i Sellitta instynktownie sięgnęły do broni.
    Był to jednak tylko jeden z gliniarzy z dołu. Trzymał w ręku sporą teczkę.
    – Przesyłka.
    – Co to takiego? – zapytał Rhyme.
    – Przywiózł glina z Illinois. Powiedział, że to z pogotowia i straży pożarnej okręgu DuPage.
    – Co to jest?
    Policjant wzruszył ramionami.
    – Powiedział, że jakiś syf z bieżników opon. Chyba sobie robił jaja.
    – Nie – odrzekł Rhyme. – To właśnie to. – Spojrzał na Coopera. Mieli materiał z opon samochodów z miejsca katastrofy lotniczej.
    Gliniarz posłał mu zdumione spojrzenie.
    – I wieźli to samolotem z Chicago?
    – Czekaliśmy z zapartym tchem.
    – Życie czasami potrafi być zabawne.
    Lincoln Rhyme musiał się z tym zgodzić.

    Profesjonalne latanie tylko w części polega na lataniu.
    Latanie to także robota papierkowa.
    Z tyłu furgonetki, która wiozła Percey Clay na lotnisko Mamaroneck, piętrzył się stos książek, map i dokumentów: „Katalog lotnisk i punktów obsługi”, „Informator lotniczy”, „Ogłoszenia lotnicze” – wydawane przez Federalny Urząd Lotnictwa – okólniki doradcze i poradnik Jeppesena, „Katalog informacji i lotnisk”. Tysiące stron, góry informacji. Percey, jak większość pilotów, znała prawie wszystkie na pamięć. Mimo to nie zamierzała siadać za sterami samolotu pozbawiona możliwości konsultacji z materiałami źródłowymi.
    Uzbrojona w te informacje oraz kalkulator mogła wypełnić dwa podstawowe dokumenty przed lotem, rejestr nawigacyjny i plan lotu. W rejestrze notowała wysokość, obliczała odchylenia kursu powstałe na skutek wiatru i odchylenia między kursem prawdziwym i magnetycznym, określała czas przelotu i ilość potrzebnego paliwa. Sześć miast, sześć różnych zapisów, między nimi kilkanaście punktów kontroli…
    Potem plan lotu Federalnego Urzędu Lotnictwa, po drugiej stronie rejestru nawigacyjnego. Już po starcie samolotu drugi pilot uruchomi plan, łącząc się ze stanowiskiem obsługi lotów w Mamaroneck, które z kolei połączy się z Chicago i poda zakładany czas przylotu „Foxtrota Bravo”. Gdyby samolot nie przybył pół godziny po ustalonym czasie, zostałby uznany za spóźniony i rozpoczęłaby się procedura poszukiwawcza.
    Były to skomplikowane dokumenty i należało wszystko dokładnie obliczyć. Gdyby samolot miał nieograniczony zapas paliwa, mogliby polegać na nawigacji radiowej i kursować między miejscami przeznaczenia tak długo, jak by im się podobało, na dowolnie wybranej wysokości. Ale paliwo było nie tylko drogie (a dwa silniki odrzutowe Garretta spalały zdumiewająco dużo), lecz również nadzwyczaj ciężkie i transport dodatkowych zbiorników kosztował majątek. Podczas długich lotów, zwłaszcza przy dużej liczbie paliwożernych startów, zbyt wiele przewożonego paliwa mogło drastycznie ograniczyć zyski firmy z lotu. Federalny Urząd Lotnictwa wydał zarządzenie, by każdy samolot miał tylko tyle paliwa, ile potrzeba na przelot do miejsca przeznaczenia plus rezerwa, w razie nocnego lotu, która umożliwiłaby dodatkowe czterdzieści pięć minut przebywania w powietrzu;
    Percey Clay stukała w klawisze kalkulatora, wypełniając formularze swoim precyzyjnym charakterem pisma. Tak niedbała w innych sferach życia, w sprawach latania była wyjątkowo skrupulatna. Sama czynność wypełniania rubryk, wpisywania częstotliwości łączności z kontrolą lotów i odchyleń kursu magnetycznego sprawiała jej przyjemność. Nigdy nie podawała przybliżonych liczb, kiedy wymagano dokładnych obliczeń. Dziś praca pochłonęła ją bez reszty.
    Obok niej siedział Roland Bell. Miał wyjątkowo posępną minę. Wesoły chłopak z Południa gdzieś zniknął. Przejmowała się jego smutkiem, tak jak własnym; Brit Hale był chyba pierwszym świadkiem, jakiego stracił. Odczuła niewytłumaczalną potrzebę, by dotknąć jego ręki, pocieszyć go, powiedzieć mu to, co on wcześniej mówił jej. Widocznie należał jednak do tego typu mężczyzn, którzy w obliczu klęski zamykają się w sobie; każdy przejaw współczucia mógłby go rozdrażnić. Uważała, że jest podobny do niej. Bell patrzył przez okno samochodu, od czasu do czasu dotykając czarnej rękojeści pistoletu, spoczywającego w kaburze pod pachą.
    W momencie gdy skończyła wypełniać ostatnią kartę planu lotu, furgonetka skręciła na wjazd na lotnisko, zatrzymując się przy stanowisku uzbrojonych strażników, którzy sprawdzili ich dokumenty i wpuścili.
    Percey kazała kierowcy podjechać do hangaru, ale zauważyła, że w biurze nadal palą się światła. Poleciła zatrzymać wóz i wysiadła, a Bell z resztą ochroniarzy poszli za nią do głównego budynku biura, czujni i spięci.
    W gabinecie siedział Ron Talbot, umorusany smarem i śmiertelnie zmęczony, ocierał spocone czoło. Jego twarz była niepokojąco czerwona.
    – Ron… – Podbiegła do niego. – Nic ci nie jest?
    Uścisnęli się.
    – Brit – powiedział, kręcąc ze smutkiem głową. – Brita też dostał. Percey, nie powinnaś tu być. Jedź w jakieś bezpieczne miejsce, zapomnij o locie. Nie warto.
    Odsunęła się.
    – O co chodzi? Źle się czujesz?
    – Jestem tylko zmęczony.
    Wyjęła mu z palców papierosa i zgasiła.
    – Sam wszystko robiłeś? Przy „Foxtrocie Bravo”?
    – Ja…
    – Ron?
    – Większość. Już prawie skończyłem. Facet przywiózł butlę gaśniczą i pierścień jakąś godzinę temu. Zacząłem je montować. Trochę się zmęczyłem.
    – Boli cię w piersiach?
    – Nie, nie bardzo.
    – Ron, jedź do domu.
    – Mogę…
    – Ron – powiedziała ostro. – W ciągu dwóch dni straciłam dwie bliskie osoby. Nie mam zamiaru stracić trzeciej… Sama zamontuję pierścień. Przecież to nic wielkiego.
    Talbot wyglądał, jakby nie był w stanie unieść zwykłego klucza, a co dopiero ciężkiej komory spalania.
    – Gdzie Brad? – spytała Percy. Miał być dziś pierwszym oficerem.
    – W drodze. Powinien być za godzinę.
    Pocałowała Talbota w spocone czoło.
    – Jedź do domu. I odstaw fajki, na litość boską. Zwariowałeś?
    Objął ją.
    – Percey, Brit…
    Uciszyła go, kładąc palec na ustach.
    – Do domu. Wyśpij się. Gdy się obudzisz, będę już w Erie i nikt nie odbierze nam tego kontraktu. Na mur.
    Z trudem dźwignął się na nogi i przez chwilę stał, patrząc przez okno na „Foxtrota Bravo”. Na jego twarzy malowało się rozgoryczenie. Przypomniała sobie, że miał taką samą minę, kiedy ją poinformował, że oblał testy fizyczne i już nie będzie mógł latać. Talbot skierował się do drzwi.
    Powinna brać się już do roboty. Zakasała rękawy, dała znak Bellowi, by podszedł bliżej. Pochylił głowę, przyjmując pozycję dokładnie taką jak Ed, kiedy coś do niego mówiła przyciszonym głosem.
    – Muszę parę godzin spędzić w hangarze. Możesz przez ten czas dopilnować, żeby ten skurwysyn mnie nie zabił?
    Bez wygłaszania żadnych ludowych mądrości ani stawiania warunków Roland Bell, człowiek z dwoma pistoletami, skinął poważnie głową, przyglądając się uważnie wszystkim cieniom w okolicy.

    Mieli w rękach zagadkę.
    Cooper i Sachs zbadali cały materiał znaleziony w bieżnikach opon wozów strażackich i radiowozów policyjnych, które były na lotnisku w Chicago po katastrofie samolotu Eda Carneya. Była tam ziemia, psie odchody, smar, olej, trawa i śmieci, czyli wszystko to, czego Rhyme się spodziewał. Ale dokonali jednego odkrycia, które jego zdaniem mogło być ważne.
    Nie miał jednak pojęcia, co ono znaczy.
    Jedynym śladem, który mógł być pozostałością po bombie, były drobne fragmenty plastycznej beżowej substancji. Chromatograf gazowy sprzężony ze spektrometrem masowym określił ją jako C5H8.
    – Izopren – zastanawiał się Cooper.
    – Czyli co? – zapytała Sachs.
    – Guma – wyjaśnił Rhyme.
    – Są jeszcze kwasy tłuszczowe. Barwniki, talk.
    – Jakieś utwardzacze? – spytał Rhyme. – Glina? Węglan magnezu? Tlenek cynku?
    – Nic.
    – Miękka guma. Na przykład lateks.
    – I fragmenty kleju kauczukowego – dodał Cooper, oglądając próbkę pod mikroskopem. – Mam – oznajmił po chwili.
    – Nie kpij, Mel – mruknął Rhyme.
    – Ślady lutowania i małe kawałki plastyku wbitego w gumę. Czyli obwody scalone.
    – Część zegara z bomby? – zastanawiała się głośno Sachs.
    – Nie, przecież zegar był nienaruszony – przypomniał jej Rhyme.
    Czuł, że są na tropie. Jeżeli była to jeszcze jedna część bomby, może natrafią na ślad źródła pochodzenia materiału wybuchowego albo innego składnika.
    – Musimy mieć pewność, czy to element bomby, czy samolotu. Sachs, pojedziesz na lotnisko.
    – Na…
    – Do Mamaroneck. Znajdziesz Percey i powiesz jej, żeby ci dała próbki wszystkich rzeczy z lateksu, gumy albo obwodów scalonych, jakie są w brzuchu takiego samolotu, którym leciał Carney. W okolicy tego miejsca kadłuba, gdzie eksplodowała bomba. Mel, wyślij informację do federalnego spisu materiałów wybuchowych i sprawdź w wojskowym biurze śledczym – może jakiś materiał używany przez armię ma wodoodporną osłonę z lateksu. Może w ten sposób dotrzemy do źródła.
    Cooper zaczął stukać w klawiaturę komputera, lecz Rhyme zauważył, że Sachs nie jest zadowolona ze swojego zadania.
    – Chcesz, żebym z nią porozmawiała? – spytała. – Z Percey?
    – Tak. Przecież mówiłem.
    – Dobra. – Westchnęła. – W porządku.
    – I nie mów jej takich rzeczy jak ostatnio. Musi z nami współpracować.
    Rhyme nie miał pojęcia, dlaczego z taką złością nałożyła kamizelkę i wyszła bez pożegnania.

Rozdział dwudziesty dziewiąty

    45 godzin – godzina trzydziesta pierwsza

    Na lotnisku Mamaroneck Amelia Sachs zobaczyła przyczajonego pod hangarem Rolanda Bella. Wokół dużego budynku trzymało straż jeszcze sześciu ludzi. Przypuszczała, że snajperzy zajęli stanowiska w pobliżu.
    Dojrzała kątem oka pagórek, obok którego padła wtedy na ziemię, chowając się przed ogniem. Z nieprzyjemnym uciskiem w żołądku przypomniała sobie zapach ziemi zmieszany ze słodkawą wonią prochu, które towarzyszyły jej, gdy strzelała do Trumniarza.
    – Detektywie – zawołała do Bella.
    – Hej. – Zerknął na nią przelotnie. Zaraz jednak wrócił do penetrowania lotniska. Jego beztroski sposób bycia Południowca zniknął bez śladu. Zmienił się. Sachs zdała sobie sprawę, że teraz coś ich oboje łączy. Oboje strzelali do Trumniarza i spudłowali.
    Oboje znaleźli się też na linii ognia i przeżyli. Bell miał jednak więcej powodów do chwały. Zauważyła, że na jego kamizelce widnieją ślady po dwóch kulach, które odbiły się od Bella podczas ataku na dom. On twardo wytrzymał, nie chowając się przed ogniem.
    – Gdzie Percey? – zapytała Sachs.
    – W środku. Kończy naprawiać samolot.
    – Sama?
    – Chyba tak. To jest ktoś. Kto by przypuszczał, że taka, no, mało atrakcyjna kobieta może być tak intrygująca. Nie?
    Och, nie, przestań.
    – Jest tu ktoś jeszcze? Z firmy? – Wskazała biuro Hudson Air. W oknie paliło się światło.
    – Percey prawie wszystkich wysłała do domu. Lada chwila ma tu przyjechać jeden gość – drugi pilot. W środku jest ktoś z obsługi naziemnej. Zdaje się, że musi dyżurować, kiedy leci jakiś samolot. Sprawdziłem go. Jest w porządku.
    – Ona naprawdę chce lecieć? – spytała Sachs.
    – Na to wygląda.
    – Samolot był cały czas pilnowany?
    – Od wczoraj. A ty co tu robisz?
    – Potrzebuję paru próbek do analizy.
    – Ten Rhyme to też jest ktoś.
    – Mhm.
    – Od dawna pracujecie razem?
    – Zrobiliśmy kilka spraw – odrzekła wymijająco. – Zabrał mnie z wydziału spraw publicznych.
    – Dobry uczynek. Słyszałem, że nieźle lutujesz.
    – Nieźle co…?
    – Strzelasz. Z broni krótkiej. Jesteś podobno w drużynie.
    Tak i właśnie jestem w miejscu, gdzie odbyły się ostatnie zawody, pomyślała z goryczą.
    – Taka zabawa w weekendy – mruknęła.
    – Sam trochę strzelam z pistoletu, ale nawet gdy mam dobry dzień, z długiej lufy i pojedynczymi strzałami jestem w stanie trafić najwyżej z pięćdziesięciu, sześćdziesięciu jardów.
    Była mu wdzięczna za te uwagi, ale domyśliła się, że próbuje ją pocieszyć po wczorajszej klęsce; w istocie słowa nic nie znaczyły.
    – Lepiej pójdę pogadać z Percey.
    – Śmiało.

    Sachs pchnęła drzwi i znalazła się w przestronnym hangarze. Szła powoli, zaglądając do wszystkich miejsc, w których mógłby się ukryć Trumniarz. Przystanęła za wysokim rzędem pudeł; Percey jej nie widziała.
    Kobieta stała na niskim rusztowaniu z dłońmi na biodrach i patrzyła na skomplikowaną sieć rurek i przewodów w otwartym silniku. Miała podwinięte rękawy i ręce powalane smarem. Pokiwała głową i sięgnęła do środka.
    Sachs przyglądała się zafascynowana, jak jej ręce migają wśród mechanizmów, regulując, badając, dopasowując metal do metalu, dociskając poszczególne elementy dokładnie obliczonymi ruchami szczupłych dłoni. Zamontowała jakiś duży czerwony cylinder – pojemnik gaśniczy, jak się domyśliła Sachs – w ciągu dokładnie dziesięciu sekund.
    Ale jedna część – wyglądała jak duża metalowa dętka – nie chciała się dopasować.
    Percey zeszła z rusztowania, wybrała jakiś klucz nasadowy i wróciła na górę. Poluzowała śruby i usunęła jakąś część, by mieć lepszy dostęp i większe pole manewru, po czym ponownie spróbowała wcisnąć duży pierścień na miejsce.
    Bezskutecznie.
    Pchnęła, wykorzystując całą siłę ramienia. Pierścień nie przesunął się nawet o cal. Percey usunęła jeszcze jedną część, skrupulatnie układając każdą śrubę i śrubkę na plastykowej podstawce u swoich stóp. Jej twarz poczerwieniała z wysiłku, a pierś unosiła się gwałtownie. Nagle pierścień wyśliznął się jej z rąk, wyskakując ze swojego miejsca i zwalając Percey z rusztowania. Odwróciła się w locie, padając na ręce i kolana. Narzędzia i śruby, tak pieczołowicie ułożone na podstawce, rozsypały się na podłodze pod ogonem samolotu.
    – Nie! – krzyknęła Percey. – Nie!
    Sachs dała krok naprzód, by zobaczyć, czy nie zrobiła sobie krzywdy, lecz natychmiast zauważyła, że jej okrzyk nie ma nic wspólnego z bólem – Percey chwyciła wielki klucz i z wściekłością walnęła nim w posadzkę hangaru. Policjantka zatrzymała się w pół kroku i schowała za dużym kartonem.
    – Nie, nie, nie – powtarzała Percey, tłukąc kluczem w gładki beton.
    Sachs pozostała w ukryciu.
    – Och, Ed… – Percey upuściła klucz. – Nie umiem tego sama zrobić. – Ciężko dysząc, zwinęła się w kłębek. – Ed… Ed… tak mi ciebie brakuje! – Leżała skulona na lśniącej podłodze jak kruchy liść i łkała.
    Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, atak rozpaczy się skończył. Percey uniosła głowę, głęboko odetchnęła i wstała, ocierając łzy. Dusza lotniczki jeszcze raz wzięła górę. Pozbierała śruby i narzędzia, po czym wspięła się z powrotem na rusztowanie. Przez chwilę wpatrywała się w uparty pierścień. Dokładnie obejrzała obudowę, lecz nie widziała, w którym miejscu metal się klinował.
    Sachs wycofała się do drzwi, głośno nimi trzasnęła i zaczęła iść w głąb hangaru, tupiąc donośnie.
    Percey obróciła się, ujrzała ją i wróciła do silnika. Kilka razy otarła twarz rękawem i pracowała dalej.
    Sachs podeszła do rusztowania, obserwując zmagania Percey z pierścieniem.
    Żadna z nich przez dłuższą chwilę nie odezwała się ani słowem.
    W końcu Sachs powiedziała:
    – Spróbuj podnośnikiem.
    Percey spojrzała przez ramię, lecz nie odpowiedziała.
    – Niewiele brakuje – ciągnęła Sachs. – Tylko trzeba więcej siły. Stara technika przymusu. Nie uczą jej w szkołach technicznych.
    Percey przyjrzała się dokładnie uchwytom mocującym na metalowych częściach.
    – No, nie wiem.
    – Ale ja wiem. Rozmawiasz z ekspertem.
    – Montowałaś kiedyś komorę spalania w learze?
    – Nie. Świece zapłonowe w chevrolecie monza. Żeby ich dosięgnąć, trzeba trochę unieść silnik. W każdym razie silnik ośmiocylindrowy. Zresztą kto by kupował samochód z czterema cylindrami? Po co?
    Percey spojrzała ponownie na silnik.
    – To jak? – Sachs obstawała przy swoim. – Podnośnik?
    – Może wgiąć obudowę.
    – Ale nie jeśli przyłożysz go tutaj. – Sachs pokazała element konstrukcji, który biegł od silnika do wspornika, połączonego z kadłubem.
    Percey obejrzała łącznik.
    – Nie mam takiego małego podnośnika, żeby tu pasował.
    – Ja mam. Zaraz przyniosę.
    Wyszła do samochodu i po chwili wróciła ze składanym lewarkiem. Gdy wspinała się na rusztowanie, poczuła, że jej kolana protestują przeciw takiemu wysiłkowi.
    – Spróbuj tutaj. – Dotknęła podstawy silnika. – Stalowy dwuteownik.
    Kiedy Percey ustawiała lewarek, Sachs podziwiała skomplikowaną konstrukcję silnika.
    – Ile ma koni?
    Percey roześmiała się.
    – Mocy tych silników nie liczy się w koniach mechanicznych, tylko w funtach siły ciągu. Te dwa to Garrett siedem trzy jeden, każdy o sile ciągu do trzech i pół tysiąca funtów.
    – Niesamowite. – Sachs roześmiała się. Włożyła dźwignię do lewarka, a gdy zaczęła kręcić korbą, poczuła znajomy opór. – Nigdy nie byłam tak blisko silnika turbinowego – powiedziała. – Zawsze marzyłam o tym, żeby pojeździć samochodem z silnikiem odrzutowym po dnie wyschniętego słonego jeziora.
    – To nie jest klasyczny silnik turboodrzutowy. Niewiele już takich zostało. Chyba w concorde’ach i samolotach wojskowych. Lear ma silniki dwuprzepływowe, jak samoloty pasażerskie. Spójrz z przodu – widzisz te łopatki? To nic innego jak stałe śmigło. Silniki odrzutowe są niewydolne na małych wysokościach. A te palą czterdzieści procent mniej.
    Sachs oddychała ciężko, z trudem obracając dźwignię lewarka. Percey ponownie wparła się ramieniem w pierścień i pchnęła. Część nie wydawała się duża, ale była bardzo ciężka.
    – Znasz się na samochodach, co? – spytała Percey, też ledwie dysząc.
    – Mój ojciec się znał. Uwielbiał auta. Całe popołudnia rozbieraliśmy samochody i składaliśmy z powrotem. Kiedy akurat nie był na patrolu.
    – Na patrolu?
    – Też był gliniarzem.
    – A ty połknęłaś bakcyla mechaniki? – spytała Percey.
    – Nie, raczej prędkości. A wtedy trzeba też zostać fanem zawieszenia, układu napędowego i silników, inaczej nigdy nie pojedzie się tak szybko, jak się chce.
    – Prowadziłaś kiedyś samolot? – zapytała ją Percey.
    – Czy prowadziłam? – Sachs uśmiechnęła się na to słowo. – Nie. Ale pomyślę o tym, skoro ma tyle pary pod maską.
    Przekręciła jeszcze trochę korbę, czując ból w mięśniach. Pierścień jęknął i zazgrzytał, unosząc się do obudowy.
    – No, nie wiem – powiedziała niepewnie Percey. – Jeszcze trochę!
    Z głośnym metalicznym brzękiem pierścień idealnie wskoczył na miejsce. Na kwadratowej twarzy Percey pojawił się nikły uśmiech.
    – Dokręcasz je kluczem dynamometrycznym? – spytała Sachs, wkręcając śruby w otwory pierścienia i rozglądając się za narzędziem.
    – Tak – odparł Percey. – Do momentu „żeby za cholerę się nie mogły poluzować”.
    Sachs docisnęła śruby kluczem z grzechotką. Stukot narzędzia sprawił, że przypomniała się jej szkoła średnia i chłodne sobotnie popołudnia spędzane z ojcem. Zapach benzyny, jesiennego powietrza i gulaszu gotującego się w kuchni w ich domu.
    Percey sprawdziła dzieło Sachs, po czym powiedziała:
    – Skończę sama.
    Zaczęła łączyć przewody i części elektroniczne. Sachs przyglądała się zdziwiona i zafascynowana. Percey na chwilę przerwała.
    – Dzięki – rzekła cicho, a po chwili zapytała: – Co tu właściwie robisz?
    – Mamy materiał, który być może pochodzi z bomby, ale Lincoln nie wiedział, czy to nie jest część samolotu. Kawałki beżowego lateksu? Obwód scalony? Brzmi znajomo?
    Percey wzruszyła ramionami.
    – W learze są tysiące uszczelek. Mogą być z lateksu, nie mam pojęcia. A obwodów scalonych? Pewnie też z tysiąc. – Ruchem głowy wskazała szafkę obok stołu warsztatowego w rogu hangaru. – Płytki są różne, zależnie od składnika. Ale znajdziesz tam kupę uszczelek. Weź próbki, jakie chcesz.
    Sachs podeszła do stołu i zaczęła wkładać do torebek wszystkie beżowe kawałki gumy, jakie znalazła.
    Nie patrząc na Sachs, Percey powiedziała:
    – Myślałam, że przyjechałaś mnie aresztować. Odstawić z powrotem do więzienia.
    I powinnam, pomyślała Sachs. Lecz głośno rzekła:
    – Nie, tylko po próbki. – Po chwili dodała: – Co jeszcze trzeba zrobić przy samolocie?
    – Wyregulować. Potem sprawdzić wszystkie ustawienia. Muszę też obejrzeć okno, to, które wymienił Ron. Głupio by było zgubić okno przy prędkości czterystu mil na godzinę. Możesz mi podać ten zestaw sześciokątny? Nie, metryczny.
    – Zgubiłam kiedyś przy stu – poinformowała Sachs, podając jej narzędzia.
    – Co?
    – Okno. Ścigałam faceta uzbrojonego w dubeltówkę. Zdążyłam się uchylić, ale przednia szyba poszła w drobny mak… Zanim go zgarnęłam, miałam już w zębach kilka robaczków.
    – A ja myślałam, że mam życie pełne przygód – powiedziała Percey.
    – Moja praca to głównie nuda. Płacą mi za te pięć procent, kiedy buzuje adrenalina.
    – Podobno – rzekła Percey.
    Podłączyła laptop do kilku części silnika i zaczęła stukać w klawisze, od czasu do czasu spoglądając na ekran. Nie patrząc na Sachs, zapytała:
    – Powiedz mi, o co właściwie chodzi?
    Ze wzrokiem wbitym w ekran migoczący rzędami cyfr Sachs odpowiedziała pytaniem:
    – Jak to – o co?
    – Skąd to, hm, napięcie między nami. Między tobą i mną.
    – Przez ciebie o mało nie zginął mój przyjaciel.
    Percey pokręciła głową.
    – Nie, to nie to – oznajmiła. – W waszą pracę jest wkalkulowane ryzyko. Sami decydujecie, czy je podejmujecie, czy nie. Jerry Banks nie był żółtodziobem. Nie, to coś innego – czułam to, zanim jeszcze Jerry został ranny. Kiedy cię pierwszy raz zobaczyłam, w pokoju Lincolna Rhyme’a.
    Sachs nie odpowiedziała. Wyciągnęła podnośnik z komory silnika, postawiła go na stole i machinalnie złożyła.
    Trzy metalowe części wskoczyły na miejsce wokół silnika. Percey posługiwała się śrubokrętem jak dyrygent batutą. Miała naprawdę magiczne dłonie. W końcu spytała:
    – Chodzi o niego, prawda?
    – O kogo?
    – Dobrze wiesz. O Lincolna Rhyme’a.
    – Sądzisz, że jestem zazdrosna? – Sachs roześmiała się.
    – Tak właśnie myślę.
    – Śmieszne.
    – Łączy was coś więcej niż sama praca. Chyba go kochasz.
    – Oczywiście, że nie. Co za pomysł.
    Percey posłała jej znaczące spojrzenie, po czym ostrożnie zwinęła zbędny kawałek przewodu, upychając go obok komory silnika.
    – Cokolwiek wtedy zobaczyłaś, to był tylko szacunek dla jego talentu, nic więcej. – Uniosła pokrytą smarem dłoń na wysokość własnej piersi. – Tylko spójrz na mnie, Amelio. Jaki ze mnie materiał na kochankę. Jestem niska, despotyczna, nieładna.
    – Jesteś… – zaczęła Sachs.
    – Co, bajka o brzydkim kaczątku? – przerwała jej Percey. – Czytałam ją miliony razy, kiedy byłam mała. Ale nigdy nie zmieniłam się w łabędzia. Wprawdzie nauczyłam się latać jak ptak – dodała ze smutnym uśmiechem – jednak to nie to samo. Poza tym… jestem wdową. Dopiero co straciłam męża. Nie interesuje mnie nikt inny.
    – Przepraszam – zaczęła wolno Sachs, niechętnie dając się wciągnąć w tę rozmowę – ale muszę powiedzieć… że nie wyglądasz, jakbyś tonęła w żałobie.
    – Dlaczego? Bo próbuję za wszelką cenę ratować swoją firmę?
    – Nie, nie tylko – odrzekła ostrożnie Sachs. – Prawda?
    Percey wpatrywała się w twarz Sachs.
    – Ed był mi bardzo bliski. Byliśmy małżeństwem, przyjaciółmi, wspólnikami… masz rację, spotykał się z kimś innym.
    Sachs zerknęła w stronę biura Hudson Air.
    – Zgadza się – powiedziała Percey. – Lauren. Poznałaś ją wczoraj.
    Brunetka zanosząca się od szlochu.
    – Bardzo to przeżyła. Cholera, Ed też. Kochał mnie, ale musiał mieć te swoje ładne kochanki. Zawsze je miał. Ale wiesz, one chyba znosiły to jeszcze gorzej. Bo on zawsze do mnie wracał. – Przerwała na chwilę, walcząc ze łzami. – To chyba jest właśnie miłość. Kiedy się ma kogoś w domu i zawsze się do niego wraca.
    – A ty?
    – Czy byłam mu wierna? – Percey wybuchnęła swoim lekko drwiącym śmiechem, jak ktoś świadomy swoich wad, ale nielubiący roztrząsać szczegółów. – Nie miałam zbyt wielu okazji. Nie należę do dziewczyn, które podrywa się na ulicy. – Z roztargnieniem oglądała klucz nasadowy. – Chociaż, kiedy dowiedziałam się o dziewczynach Eda, kilka lat temu, wściekłam się. Bardzo mnie to dotknęło. Spotykałam się z innymi facetami. Kilka miesięcy byłam z Ronem – z Ronem Talbotem. – Uśmiechnęła się. – Nawet mi się oświadczył. Powiedział, że zasługuję na kogoś lepszego niż Ed. Przypuśćmy, że miał rację. Ale mimo tych dziewczyn Ed był facetem, z którym musiałam być. To się nigdy nie zmieniło.
    Wzrok Percey stał się na chwilę nieobecny.
    – Poznaliśmy się w marynarce. Oboje byliśmy tam pilotami. Kiedy mi się oświadczył… W wojsku tradycyjne oświadczyny polegają na tym, że się mówi: „Chcesz zostać moim podwładnym?”. Taki żart. Oboje mieliśmy stopień podporucznika, więc Ed powiedział: „Zostańmy swoimi podwładnymi”. Chciał mi kupić pierścionek, ale ojciec się mnie wyrzekł…
    – Naprawdę?
    – Tak. Jak w kiepskim serialu. Nie chcę się nad tym rozwodzić, w każdym razie oszczędzaliśmy każdego centa, żeby otworzyć własną firmę czarterową. Zwolnili nas ze służby, byliśmy bez grosza. Któregoś wieczoru powiedział: „Lecimy”. Pożyczyliśmy starego norsemana, którego mieli na płycie. Niezła maszyna. Wielki, chłodzony powietrzem silnik tłokowy… Tym samolotem można było zrobić wszystko. Zajęłam fotel po lewej. Wystartowałam i po chwili byliśmy już na sześciu tysiącach stóp. Nagle Ed mnie pocałował i zakołysał sterem, co oznaczało, że przejmuje maszynę. Pozwoliłam mu. Powiedział: „A jednak mam dla ciebie brylant, Percey”.
    – I miał? – spytała Sachs.
    Percey uśmiechnęła się.
    – Ed przyspieszył i nagle pociągnął stery. Samolot zadarł nos do góry. – Łzy napłynęły jej do oczu. – Przez krótką chwilę, zanim wyrównał lot, patrzyliśmy prosto w rozgwieżdżone niebo. Pochylił się do mnie i powiedział: „Wybierz sobie. To wszystkie gwiazdy wieczoru – możesz mieć, którą zechcesz”. – Percey schyliła głowę, łapiąc oddech. – Wszystkie gwiazdy wieczoru…
    Potem otarła rękawem oczy i odwróciła się z powrotem do silnika.
    – Uwierz mi, nie masz się czym dręczyć. Lincoln to fascynujący człowiek, ale Ed był dla mnie wszystkim.
    – Jest jeszcze coś. – Sachs westchnęła. – Przypominasz mu kogoś. Kogoś, kogo kochał. Pojawiasz się i nagle jakby tamto wróciło.
    Percey wzruszyła ramionami.
    – Jesteśmy podobni do siebie. Rozumiemy się. I co z tego? To nic nie znaczy. Amelio, Rhyme cię kocha.
    Sachs parsknęła śmiechem.
    – Nie sądzę.
    Percey posłała jej kolejne wymowne spojrzenie i zaczęła chować sprzęt do pudeł z taką samą skrupulatnością, z jaką posługiwała się narzędziami i komputerem.
    Do hangaru wszedł wolnym krokiem Roland Bell, sprawdzając okna i przyglądając się uważnie wszystkim cieniom.
    – Spokój? – zapytał.
    – Zupełny.
    – Mam wiadomość. Facet z Amer-Medu właśnie wyjechał ze Szpitala Westchester. Ładunek będzie tu za godzinę. Dla bezpieczeństwa pojedzie za nimi wóz z moimi ludźmi. Nie musisz się bać, że popsują ci interes albo ich nastraszą. Moi ludzie to zawodowcy. Kierowca w ogóle się nie zorientuje, że ktoś za nim jedzie.
    Percey zerknęła na zegarek.
    – Dobra. – Spojrzała na Bella, który patrzył niepewnie na otwartą komorę silnika, jak wąż na mangustę. – Ale nie muszę lecieć z opiekunami, co? – zapytała.
    Bell ciężko westchnął.
    – Po tym, co się stało w domu – rzekł poważnie – nie mogę cię stracić z oczu. – Pokręcił głową, jak gdyby już robiło mu się niedobrze od wstrząsów samolotu, zawrócił do drzwi i wyszedł w chłodne powietrze popołudnia.
    Sprawdzając efekty swojej pracy, Percey odezwała się z głębi komory silnika:
    – Patrząc na ciebie i Rhyme’a, nie mogę dać wam więcej niż pięćdziesiąt procent szans powodzenia. – Odwróciła się i spojrzała na Sachs. – Ale wiesz, miałam kiedyś jednego instruktora.
    – I co?
    – Kiedy lataliśmy dwusilnikowcem, dławił jeden silnik i śmigło kręciło się na wolnych obrotach. Wielu instruktorów odgrywa taki numer – wyłączają silnik na sporej wysokości, żeby zobaczyć, jak sobie poradzisz. Ale zawsze przed lądowaniem włączają go z powrotem. Ten instruktor kazał nam lądować na jednym silniku. Uczniowie pytali go: „Czy to nie za duże ryzyko?”, a on odpowiadał: „Bóg nie daje pewniaków. Czasami trzeba grać w ciemno”.
    Percey zatrzasnęła klapę silnika.
    – W porządku, gotowe. Można latać. – Klepnęła lśniące poszycie gestem kowbojki, która dodaje animuszu swojemu chłopakowi startującemu w rodeo.

Rozdział trzydziesty

    45 godzin – godzina trzydziesta druga

    W niedzielę o osiemnastej wezwali do siebie Jodiego z sypialni Rhyme’a na dole, gdzie włóczęga siedział zamknięty.
    Poczłapał na górę z ociąganiem, ściskając swoją głupią książkę „Koniec z zależnością”, jakby to była Biblia. Rhyme pamiętał ten tytuł. Gdy był w najczarniejszym nastroju, książka przez wiele miesięcy była na liście bestsellerów w „Timesie”. Zauważył ją wtedy i cynicznie pomyślał, że jemu przydałby się poradnik „Początek zależności”.
    Do Cumberland w Wirginii Zachodniej leciał z Quantico zespół agentów, by w dawnym miejscu zamieszkania Stephena Kalla poszukać jakichś tropów, które być może pomogą odnaleźć jego obecną kryjówkę. Lecz Rhyme widział już, jak dokładnie Kall oczyszcza każde miejsce zbrodni, miał więc powody przypuszczać, że morderca z podobną sumiennością zaciera wszystkie inne ślady.
    – Powiedziałeś nam o nim parę rzeczy – zwrócił się Rhyme do Jodiego. – Podałeś kilka faktów, kilka cennych informacji. Chcę wiedzieć więcej.
    – Ale ja…
    – Skup się.
    Jodie zmrużył oczy. Rhyme odniósł wrażenie, że włóczęga zastanawia się, jak ich zmiękczyć. Dlatego zdziwił się, gdy Jodie powiedział:
    – Jedno jest pewne – że się pana boi.
    – Mnie? – zdumiał się Rhyme. – Skąd o mnie może wiedzieć?
    – Wie, że ma pan na imię Lincoln. I że chce go pan złapać.
    – Skąd?
    – Nie wiem – odparł drobny człowiek, po czym dodał: – Kilka razy dzwonił z komórki i strasznie długo słuchał. Pomyślałem sobie…
    – Niech to szlag jasny! – krzyknął Dellray. – Podsłuchuje kogoś.
    – Oczywiście! – wykrzyknął Rhyme. – Pewnie biuro Hudson Air. Stąd się dowiedział, gdzie jest bezpieczny dom. Dlaczego wcześniej nie przyszło nam to do głowy?
    – Trzeba przeczesać biuro – rzekł Dellray. – Ale pluskwa może być gdzieś w skrzynce przekaźnikowej. Znajdziemy ją. Musimy znaleźć. – Zadzwonił do obsługi technicznej FBI.
    – Mów dalej – powiedział do Jodiego Rhyme. – Co jeszcze o mnie wie?
    – Wie, że jest pan detektywem. Chyba się nie orientuje, gdzie pan mieszka i nie zna pana nazwiska. Ale robi w portki ze strachu.
    Gdyby Rhyme mógł czuć przyjemne ukłucie dumy w żołądku – na pewno by je teraz poczuł.
    Cóż, panie Kall, może uda nam się sprawić, żeby się pan jeszcze bardziej bał.
    – Już raz nam pomogłeś, Jodie. Chciałbym ponownie skorzystać z twojej pomocy.
    – Zwariował pan?
    – Zamknij się, do kurwy nędzy – huknął Dellray. – Słuchaj, co pan do ciebie mówi. Dobrze?
    – Zrobiłem, co mi kazaliście. Więcej nic już nie zrobię. – Jego skomlenie było nie do zniesienia. Rhyme zerknął na Sellitta. Tu mogły się przydać jego umiejętności radzenia sobie z ludźmi.
    – Pomożenie nam leży w twoim własnym interesie – rzekł z przekonaniem Sellitto.
    – Kula w plecy to ma być mój interes? Kula w łeb? Mhm. Rozumiem. Może mi pan wytłumaczy?
    – A pewnie, że ci to wytłumaczę – mruknął Sellitto. – Trumniarz wie, że go wsypałeś. Wcale nie musiał do ciebie celować wtedy pod domem. Mam rację?
    Zawsze zmuszaj ich do mówienia. Muszą brać udział w rozmowie. Sellitto często tłumaczył Rhyme’owi zasady prowadzenia przesłuchania.
    – Chyba tak.
    Sellitto dał Jodiemu znak, by się zbliżył.
    – Rozsądniej dla niego byłoby, gdyby stamtąd spieprzał. Ale on mimo wszystko zaczaił się na dachu, żeby cię rozwalić. Jaki z tego wniosek?
    – No…
    – Że nie spocznie, dopóki cię nie stuknie.
    Dellray, uradowany, że u boku Sellitta może zagrać rolę pozytywnego bohatera, rzekł:
    – Chyba nie chciałbyś, żeby ktoś taki zapukał do ciebie o trzeciej nad ranem – w tym tygodniu, w przyszłym miesiącu albo przyszłym roku. Nie mam racji?
    – No więc – sapnął Sellitto. – Zgadzasz się z nami, że pomagając nam, załatwiasz własny interes?
    – Dacie mi ochronę taką jak świadkom?
    Sellitto wzruszył ramionami.
    – Tak i nie.
    – Co?
    – Tak, jeżeli nam pomożesz. Nie, jeśli odmówisz.
    Czerwone oczy Jodiego wypełniły się łzami. Wyglądał na naprawdę przerażonego. W ciągu ostatnich lat Rhyme bał się o innych – o Amelię, Thoma i Lona Sellitta. Ale nie sądził, żeby kiedykolwiek bał się własnej śmierci (po wypadku na pewno przestał się bać). Zastanawiał się, jak można żyć w takim lęku. Jodie żył jak mysz.
    Śmierć ma wiele twarzy…
    Sellitto, wchodząc na powrót w rolę dobrego gliny, uśmiechnął się lekko do Jodiego.
    – Byłeś przy tym, kiedy zabił tego agenta w piwnicy, prawda?
    – Tak, byłem.
    – Ten człowiek mógł żyć. Brit Hale też. Wielu ludzi mogło żyć… gdyby ktoś nam pomógł powstrzymać tego gnoja kilka lat temu. Teraz ty masz taką szansę. Możesz ocalić Percey i być może jeszcze kilkanaście innych osób. Tylko ty.
    Tak działał geniusz Sellitta. Rhyme mógłby bez skutku godzinami straszyć i próbować zmusić chudego włóczęgę do współpracy. Nigdy jednak nie przyszłoby mu do głowy poruszyć resztki przyzwoitości, jakie zostały w tym śmieciu, a które detektyw zdołał dojrzeć.
    Jodie w roztargnieniu kartkował książkę brudnym kciukiem. Wreszcie uniósł wzrok i ze zdumiewającą powagą rzekł:
    – Kiedy go prowadziłem do siebie, na stację metra, kilka razy pomyślałem, czyby go nie wepchnąć do rury kolektora kanalizacyjnego. Woda płynie tam bardzo szybko. Zmyłoby go prosto do Hudson. Wiem też, gdzie leżą haki szynowe. Mógłbym wziąć jeden i walnąć go w głowę, gdyby się odwrócił. Naprawdę o tym myślałem. Ale się bałem. – Podniósł książkę. – „Rozdział trzeci. Spróbuj stawić opór swoim demonom”. Zawsze uciekałem. Nigdy nie próbowałem niczemu się przeciwstawić. Myślałem, że z nim mi się uda, ale nie potrafiłem.
    Znów zaczął kartkować sfatygowaną książkę. Westchnął.
    – Co mam zrobić?
    Dellray wycelował swój niewiarygodnie długi kciuk w sufit. Był to znak najwyższej aprobaty.
    – Za chwilę do tego przejdziemy – powiedział Rhyme, rozglądając się po pokoju. Nagle zawołał: – Thom! Thom! Chodź, potrzebuję cię!
    Z kąta wychynęła przystojna, choć rozdrażniona twarz opiekuna.
    – Tak?
    – Czuję przypływ próżności – oznajmił dramatycznym tonem Rhyme.
    – Czego?
    – Próżności. Przynieś mi lustro.
    – Chcesz lustro?
    – Tak, duże. I proszę, uczesz mnie. Ciągle ci to powtarzam, a ty ciągle zapominasz.

    Na płytę lotniska wjechała furgonetka Amer-Medu. Jeśli nawet grupa gliniarzy uzbrojonych w broń maszynową, która otaczała teren, zrobiła wrażenie na dwóch odzianych na biało pracownikach, wiozących wart ćwierć miliona dolarów ładunek ludzkich organów, nie dali tego po sobie poznać.
    Wzdrygnęli się dopiero wówczas, gdy pojemniki zaczął obwąchiwać King, owczarek niemiecki należący do brygady pirotechnicznej, specjalista w odnajdywaniu materiałów wybuchowych.
    – Hm, dla psów wątroba to wątroba, a serce to serce – powiedział z lekkim niepokojem jeden z dostawców. – Zawsze to mięso.
    Lecz King zachowywał się jak stuprocentowy profesjonalista i przepuścił ładunek, nie próbując otworzyć żadnego z pojemników. Ludzie zanieśli ładunek na pokład samolotu i załadowali do chłodziarek. Percey wróciła do kabiny pilotów, gdzie Brad Torgeson, jasnowłosy młodzieniec, który od czasu do czasu latał w Hudson Air, dokonywał rutynowej kontroli przed startem.
    Oboje już skończyli przegląd maszyny, przy którym towarzyszyli im Bell, trzech funkcjonariuszy i King. Nie było mowy, by Trumniarz mógł się dostać do samolotu, ale już wiedzieli, że morderca potrafi zmaterializować się w każdej chwili; był to chyba najbardziej drobiazgowy przegląd w historii lotnictwa.
    Zajrzawszy do przedziału pasażerskiego, Percey zobaczyła światełka chłodziarek. Zawsze czuła nieokreśloną satysfakcję, kiedy zbudowana przez człowieka martwa maszyneria ożywała. Dla Percey Clay dowodem na istnienie Boga było buczenie serwomotorów i unoszenie się w powietrzu lśniącego metalowego skrzydła w chwili, gdy płat tworzył u góry podciśnienie, a człowiek stawał się nieważki.
    Kontynuując kontrolę przedstartową, Percey drgnęła na dźwięk ciężkiego dyszenia obok.
    – O kurczę – powiedział Brad, gdy King uznał, że w jego kroczu nie ma materiałów wybuchowych i ruszył na dalszą kontrolę wnętrza samolotu.
    Niedawno z Percey rozmawiał Rhyme i powiedział, że sprawdzili z Sachs uszczelki i rurki – żadna nie pasowała do kawałków lateksu z lotniska w Chicago. Rhyme przypuszczał, że guma mogła służyć do uszczelnienia bomby, żeby psy nie wyczuły materiału wybuchowego. Kazał więc Percey i Bradowi zaczekać, podczas gdy technicy kilka razy przechodzili przez cały samolot z superczułymi mikrofonami, nasłuchując tykania detonatora zegarowego.
    Maszyna była czysta.
    Podczas kołowania samolotu pasa mieli strzec umundurowani policjanci. Fred Dellray porozumiał się z Federalnym Urzędem Lotnictwa, by lot był zastrzeżony – żeby Trumniarz nie dowiedział się, dokąd lecą, gdyby nawet wiedział, że Percey siedzi za sterami. Agent skontaktował się też z biurami terenowymi FBI w każdym z miast, w których samolot miał lądować, i wydał dyspozycje, by podczas rozładunku na płycie lotniska czuwali agenci.
    Odezwały się silniki. Brad siedział fotelu po prawej, a Roland Bell kręcił się niespokojnie na jednym z dwu pozostawionych w kabinie siedzeń pasażerskich. Percey Clay powiedziała do wieży:
    – Lear sześć dziewięć pięć „Foxtrot Bravo” w Hudson Air. Gotów do kołowania.
    – Zrozumiałem, dziewięć pięć „Foxtrot Bravo”. Zezwolenie na prawy pas zero dziewięć.
    – Zero dziewięć, prawy, dziewięć pięć „Foxtrot Bravo”.
    Lekkie dotknięcie dźwigni i zwinny samolot skręcił na pas, wolno sunąc w szarzejącym świetle wczesnego wiosennego wieczoru. Prowadziła Percey. Drugiemu pilotowi wolno przejmować stery w powietrzu, lecz na ziemi samolotem może sterować tylko pierwszy.
    – Jak się bawisz, detektywie? – zawołała Percey do Bella.
    – Doskonale – odrzekł, patrząc z kwaśną miną przez okrągłe okno. – Można tu spojrzeć prosto w dół. Za dużo widać. Po co robią takie duże okna?
    Percey roześmiała się.
    – Widzisz, w samolotach pasażerskich robią wszystko, żebyś się nie zorientował, że lecisz. Filmy, jedzenie, małe okienka. I jak tu się cieszyć z lotu? Po co to?
    – Znalazłbym ze dwa powody – rzekł Bell, żując energicznie gumę. Zasłonił okno.
    Percey nie odrywała oczu od pasa, spoglądając w lewo i w prawo, jak zwykle czujna.
    – Zrobimy krótką odprawę, dobrze? – zwróciła się do Brada.
    – Tak jest.
    – Start poziomy, kąt ustawienia klap piętnaście stopni – powiedziała Percey. – Zwiększam ciąg. Meldujesz prędkość wznoszenia, osiemdziesiąt węzłów, potwierdzam, prędkość jeden, nos w górę, prędkość wznoszenia. Mówię ci, podwozie w górę i podnosisz je. Zapamiętałeś?
    – Prędkość wznoszenia, osiemdziesiąt, prędkość jeden, w górę, prędkość dwa, utrzymać. Podwozie.
    – Dobrze. Będziesz kontrolować wszystkie przyrządy i panel wskaźników. Gdyby się zapaliła czerwona lampka albo przed prędkością jeden nawalił któryś z silników, powiedz głośno i wyraźnie „Przerywamy” i wtedy zdecyduję – lecimy czy nie. Jeśli coś takiego się stanie po przekroczeniu prędkości jeden, nie przerywamy startu i traktujemy sytuację jako awarię podczas lotu. Poprosisz o pozwolenie na niski lot i natychmiastowy powrót na lotnisko. Zrozumiano?
    – Zrozumiano.
    – Dobrze. No to lecimy… Roland, jesteś gotowy?
    – Ja tak. Mam nadzieję, że wy też. Tylko nie spatałasz.
    Percey znów się zaśmiała. Tak samo mawiała ich gospodyni w Richmond.
    Percey przesunęła dźwignie. Silniki zazgrzytały i learjet pomknął naprzód. Pokołowali do miejsca oczekiwania na start, dokładnie tam gdzie morderca podłożył bombę w samolocie Eda. Wyjrzała przez okno i zobaczyła sylwetki dwóch gliniarzy.
    – Lear dziewięć pięć „Foxtrot Bravo” – odezwała się w radiu kontrola naziemna. – Kołuj na początek lewego pasa startowego pięć.
    – „Foxtrot Bravo”. Na początek zero pięć.
    Skierowała tam samolot.
    Lear był dość niską maszyną, lecz kiedy Percey zajmowała fotel pilota, miała wrażenie, że unosi się milę nad ziemią. Czuła ogrom swojej władzy. To ona podejmowała wszystkie decyzje, które były bezwarunkowo wykonywane. Na niej spoczywała cała odpowiedzialność. Była kapitanem.
    Spoglądała na przyrządy.
    – Klapy piętnaście – powiedziała, powtarzając kąt ustawienia.
    – Klapy piętnaście, jest piętnaście – jak echo powtórzył Brad.
    – Lear dziewięć pięć „Foxtrot Bravo”, przygotuj się. Zezwolenie na start, lewy pas pięć.
    – Lewy pas pięć, „Foxtrot Bravo”. Zezwolenie na start.
    Brad kończył kontrolę przedstartową.
    – Ciśnienie w kabinie w normie. Temperatura ustawiona automatycznie. Radar i światła zewnętrzne włączone. Zapłon, pitot i stroboskopy, u ciebie.
    Percey zerknęła na wskaźniki.
    – Zapłon, pitot i stroboskopy włączone.
    Ustawiła leara na początku pasa, wyprostowała przednie koło i ulokowała się dokładnie na linii środkowej. Spojrzała na kompas.
    – Wszystkie wskaźniki w porządku. Pas zero pięć L. Zwiększam moc.
    Nacisnęła dźwignie sterowania silnika. Zaczęli pędzić środkiem betonowego pasa. Poczuła, że Brad też łapie dźwignie.
    – Pełny ciąg. – Potem Brad zawołał: – Jest prędkość wznoszenia.
    Wskaźniki prędkości drgnęły i poczęły piąć się coraz wyżej: dwadzieścia węzłów, czterdzieści…
    Silniki wyły pełną mocą, samolot wystrzelił do przodu. Percey usłyszała ciche „Aj” z tyłu i powstrzymała uśmiech.
    Pięćdziesiąt węzłów, sześćdziesiąt, siedemdziesiąt…
    – Osiemdziesiąt węzłów – oznajmił Brad. – Sprawdź.
    – Jest – zawołała, zerknąwszy na prędkościomierz.
    – Prędkość jeden – powiedział Brad. – Nos w górę.
    Percey zdjęła prawą dłoń z dźwigni i ujęła wolant steru. Drgający do tej pory ster nagle zesztywniał pod wpływem oporu powietrza. Pociągnęła go lekko, ustawiając leara pod standardowym kątem siedmiu i pół stopnia. Silniki dalej ryczały spokojnie, więc jeszcze trochę pociągnęła wolant, aż samolot zadarł nos pod kątem dziesięciu stopni.
    – Wznoszenie – powiedział Brad.
    – Podwozie w górę. Klapy w górę. Włącz układ tłumienia drgań.
    W słuchawkach odezwała się kontrola naziemna.
    – Lear dziewięć pięć „Foxtrot Bravo”, kurs lewo dwa osiem zero. Połącz się z kontrolą odlotów.
    – Dwa osiem zero, lear dziewięć pięć „Foxtrot Bravo”. Dziękuję.
    – Miłego wieczoru.
    Pociągnęła wolant, jedenaście stopni, dwanaście, czternaście… na parę minut utrzymała ciąg startowy trochę większy niż zwykle. Słuchała pokrzepiającego szumu silników za sobą.
    Siedząc w srebrzystym samolocie, Percey Clay miała wrażenie, jakby leciała w sam środek nieba, zostawiając w dole wszystkich zbyt ciężkich i przygiętych do ziemi. Zostawiała za sobą śmierć Eda i Brita, zostawiała nawet tego strasznego człowieka, diabła wcielonego, Tańczącego Trumniarza. Cały ból, lęk i niepewność zostały daleko w dole, a ona czuła się wolna. Niewykluczone, że droga ucieczki od tego brzemienia należała do zbyt łatwych, lecz dla Percey stanowiła jedyny sposób. Bo Percey Clay siedząca za sterami Leara N695FB nie była niską dziewczyną o kwadratowej twarzy, ani dziewczyną mającą tylko jeden atut – fortunę tatusia zbitą na tytoniu. Znikała Małpia Gęba, Pekińczyk czy Troll, niezgrabna brunetka nerwowo poprawiająca rękawiczkę na szkolnym balu, opierająca się na ramieniu purpurowego ze wstydu kuzyna, otoczona przez smukłe blondynki, które częstowały ją uśmiechami, ciesząc się z góry na późniejsze ploteczki.
    Tamta Percey nie była prawdziwą Percey Clay.
    Ta była prawdziwa.
    Z tyłu dobiegł zduszony jęk Rolanda Bella. Pewnie wyjrzał przez okno podczas niepokojącego przechyłu samolotu.
    – Kontrola odlotów Mamaroneck, lear dziewięć pięć „Foxtrot Bravo” na dwóch tysiącach.
    – Dobry wieczór, dziewięć pięć „Foxtrot Bravo”. Wejdź na sześć tysięcy i utrzymuj pułap.
    Przystąpili do żmudnej pracy ustawiania systemu nawigacyjnego na częstotliwość radiolatarni, dzięki której mogli pomknąć do Chicago prosto jak strzała.
    Na sześciu tysiącach stóp przebili się przez warstwę chmur wprost w czyste niebo i zachód słońca, jakiego Percey nigdy jeszcze nie widziała. Właściwie nie obcowała zbyt blisko z naturą i widok pięknego nieba nigdy jej nie nudził. Przyszła jej do głowy jedna jedyna sentymentalna myśl – że Ed powinien przed śmiercią popatrzeć na coś tak pięknego.
    – Przejmij maszynę – powiedziała na dwudziestu jeden tysiącach.
    – Tak jest – odparł Brad.
    – Kawy?
    – Z przyjemnością.
    Percey poszła w głąb kabiny i nalała kawy do trzech kubków. Jeden podała Bradowi, a sama usiadła obok Rolanda, który ujął kubek trzęsącymi się dłońmi.
    – Jak się czujesz? – spytała go.
    – Nie, wcale nie mam mdłości, tylko… – skrzywił się – zdenerwowałem się jak… – Południowcy znali pewnie tysiące porównań tego rodzaju, lecz tym razem elokwencja z Karoliny zawiodła. – Po prostu się zdenerwowałem – wyjaśnił.
    – Popatrz – powiedziała, wskazując na okno.
    Nachylił się i wyjrzał przez szybę. Obserwowała, jak na jego twarzy odmalowuje się zdumienie na widok olśniewającego zachodu.
    Bell gwizdnął.
    – No, no, popatrz tylko… Ale mieliście tempo przy starcie.
    – To grzeczny ptaszek. Słyszałeś kiedyś o Brooke Knapp?
    – Nie przypominam sobie.
    – Bizneswoman z Kalifornii. Ustanowiła rekord świata, okrążając ziemię w learze 35A – takim samym jak ten – w ciągu pięćdziesięciu godzin z kawałkiem. Pewnego dnia zamierzam pobić jej rekord.
    – Nie wątpię. – Był już spokojniejszy. Przyglądał się przyrządom. – Chyba okropnie skomplikowana maszyna.
    Pociągnęła łyk kawy.
    – Jest taka sztuczka, o której nikomu nie mówimy. Tajemnica zawodowa. Wszystko jest o wiele prostsze, niż ci się wydaje.
    – Co to za sztuczka? – spytał z niecierpliwością.
    – Popatrz przez okno. Widzisz te kolorowe światełka na końcach skrzydeł?
    Niechętnie wyjrzał.
    – No, widzę.
    – Na ogonie też jest takie.
    – Aha. Widziałem, pamiętam.
    – Całe nasze zadanie polega na tym, żeby utrzymać samolot między tymi światełkami. Wtedy wszystko jest w porządku.
    – Między tymi… – Dopiero po chwili zrozumiał żart. Przez minutę przyglądał się jej kamiennej twarzy, a potem lekko się uśmiechnął.
    – Dużo ludzi na to nabrałaś?
    – Paru.
    Lecz żart wcale go nie rozbawił. Wciąż wpatrywał się w podłogę. Po dłuższym milczeniu Percey odezwała się:
    – Brit Hale mógł się nie zgodzić, Roland. Wiedział, jakie jest ryzyko.
    – Nie, nie mógł – odrzekł Bell. – Godził się na wszystko, ale nie bardzo wiedział, co się dzieje. Powinienem się domyślić po tych wozach strażackich. Powinienem się domyślić, że morderca wiedział, gdzie są wasze pokoje. Mogłem was umieścić w piwnicy czy gdzie indziej. I mogłem lepiej strzelać.
    Bell był tak przygnębiony, że Percey nie wiedziała, co powiedzieć. Położyła swą żylastą dłoń na jego przedramieniu. Wydawał się szczupły, ale poczuła twarde mięśnie.
    Zaśmiał się cicho.
    – Wiesz co?
    – Co?
    – Pierwszy raz, odkąd cię poznałem, wyglądasz mniej więcej na spokojną.
    – To jedyne miejsce, gdzie czuję się jak u siebie – odparła.
    – Lecimy dwieście mil na godzinę, milę nad ziemią, a ty się czujesz bezpieczna. – Bell westchnął.
    – Nie, lecimy czterysta mil na godzinę, cztery mile nad ziemią.
    – A… Dzięki za informację.
    – Piloci mawiają – rzekła Percey – że święty Piotr nie liczy godzin spędzonych w powietrzu, a godziny spędzone na ziemi liczy podwójnie.
    – Bardzo śmieszne – powiedział Bell. – Mój wujek też mówił coś takiego. Tylko że wspominał coś o chodzeniu na ryby. Nie obraź się, ale wolę jego wersję.

Rozdział trzydziesty pierwszy

    45 godzin – godzina trzydziesta trzecia

    Robaki…
    Spocony Stephen Kall stał w obskurnej łazience na zapleczu kubańsko-chińskiej restauracji.
    Szorował dłonie, by zbawić duszę.
    Robaki wżerały się w skórę, kłębiły, szarpały…
    Zmyć je… Zmyć je!!!
    Żołnierzu…
    Melduję, że jestem zajęty.
    Żoł…
    Szoruj, szoruj, szoruj.
    Lincoln Robak mnie szuka.
    Wszędzie, gdzie patrzy Lincoln Robak, pojawiają się robaki.
    Precz!!!
    Szczotka migała tam i z powrotem, aż skórki wokół paznokci zaczęły krwawić.
    Żołnierzu, ta krew może być dowodem. Nie wolno ci…
    Precz!!!
    Wytarł ręce, a potem złapał futerał po gitarze i torbę i zawrócił do sali restauracyjnej.
    Żołnierzu, rękawiczki…
    Zaniepokojeni goście przyglądali się jego zakrwawionym dłoniom i nieprzytomnej minie.
    – Robaki – wyjaśnił całej restauracji. – Pieprzone robaki – po czym wypadł na ulicę.
    Biegnąc chodnikiem, powoli się uspokajał. Myślał o tym, co musi zrobić. Oczywiście zabić Jodiego. Musi go zabić, musi zabić, musi… Nie dlatego, że zdradził, ale że wyjawił tyle informacji o nim…
    Po co to robisz, żołnierzu?
    …temu człowiekowi. I musi zabić Lincolna Robaka, bo… bo robaki go wykończą, jeśli tego nie zrobi.
    Muszę zabić, muszę zabić, muszę…
    Słuchasz mnie, żołnierzu? Słuchasz?
    Tylko tyle trzeba zrobić.
    Potem wyjedzie z tego miasta. Z powrotem do Wirginii Zachodniej. Na wzgórza.
    Lincoln, trup.
    Jodie, trup.
    Muszę zabić, muszę, muszę, muszę…
    Nic więcej go tu nie zatrzyma.
    A Żona – spojrzał na zegarek. Minęła właśnie siódma. Powinna już nie żyć.

    – Kuloodporna.
    – Ale czy odporna na te kule? – spytał Jodie. – Mówiliście, że one eksplodują!
    Dellray zapewnił go, że kamizelka wytrzyma. Składała się z grubej warstwy kevlaru i stalowej płyty pod spodem. Ważyła czterdzieści dwa funty. Rhyme nie znał żadnego gliniarza w mieście, który kiedykolwiek nosił taki pancerz.
    – A jak strzeli mi w głowę?
    – O wiele bardziej zależy mu na mojej głowie – powiedział Rhyme.
    – Skąd będzie wiedział, że tu jestem?
    – A jak myślisz, durniu? – warknął Dellray. – Powiem mu.
    Agent docisnął paski kamizelki na drobnym ciele Jodiego i rzucił mu kurtkę. Mimo protestów bezdomny został wykąpany i przebrany w czyste ubranie. Duża granatowa kurtka zakrywająca kamizelkę kuloodporną leżała trochę krzywo, ale nadawała mu wygląd muskularnego mężczyzny. Jodie przejrzał się w lustrze i na widok swego nowego ja – wyszorowanego i wystrojonego – uśmiechnął się po raz pierwszy, odkąd tu trafił.
    – Dobra – powiedział Sellitto do dwóch tajniaków. – Zabierajcie go do miasta.
    Gliniarze wyprowadzili Jodiego z domu.
    Dellray spojrzał na Rhyme’a, który nieznacznie skinął głową. Wysoki Murzyn westchnął, sięgnął po swój telefon i zadzwonił do biura Hudson Air Charters, gdzie przy telefonie dyżurował inny agent. Grupa techniczna FBI w jednej ze skrzynek przekaźnikowych niedaleko lotniska znalazła urządzenie podsłuchowe podłączone do linii Hudson Air. Jednak agenci nie usunęli podsłuchu; Rhyme nalegał, żeby tylko sprawdzili, czy działa i wymienili baterie. Chciał wykorzystać urządzenie do nowej zasadzki.
    W głośniku zabrzmiało kilka dzwonków, potem trzask.
    – Agent Mondale – odezwał się głęboki głos. Nie był to żaden Mondale, a rozmowa przebiegała według ułożonego wcześniej scenariusza.
    – Mondale – rzekł Dellray z akcentem urodzonego w Connecticut właściciela ziemskiego o skórze białej jak lilia. – Tu agent Wilson, jesteśmy u Lincolna. (Nie „u Rhyme’a”. Trumniarz znał go jako „Lincolna”).
    – Jak tam lotnisko?
    – Ciągle zabezpieczone.
    – To dobrze. Słuchaj, mam pytanie. Pracuje z nami tajny informator, Joe D’Oforio.
    – To ten sam, który…
    – Zgadza się.
    – Pracujesz z nim?
    – Tak – odrzekł Wilson alias Fred Dellray. – Trochę mułowaty, ale chętnie współpracuje. Musimy go odstawić do jego nory i z powrotem.
    – Z powrotem, czyli dokąd? Do Lincolna?
    – Zgadza się. Facet chce zabrać jakieś swoje rzeczy. Z tamtej starej stacji metra… W każdym razie nie chcemy organizować konwoju. Wystarczy jeden wóz. Dzwonię, bo potrzebujemy dobrego kierowcy. Miałeś kiedyś takiego niezłego faceta, nie?
    – Kierowcę?
    – No, przy sprawie Gambino?
    – A, tak… Niech pomyślę.
    Obaj świetnie odgrywali swoje role. Rhyme jak zwykle był pod wrażeniem zdolności aktorskich Dellraya. Facet był, kim chciał.
    Agent „Mondale” – który zasługiwał na Oscara za rolę drugoplanową – powiedział:
    – Przypomniałem sobie. Tony Glidden. Nie, Tommy. Taki blondyn, zgadza się?
    – To ten. Chciałbym, żeby on jechał. Można go gdzieś złapać?
    – Nie. Jest w Filadelfii. Wiesz, ta akcja z kupowaniem kradzionych aut.
    – W Filadelfii. Niedobrze. Wyjeżdżamy za dwadzieścia minut. Dłużej nie możemy czekać. No dobra, sam pojadę. Ale Tommy…
    – Umiał skurczybyk jeździć, nie? Potrafił zgubić ogon między dwoma skrzyżowaniami. Niesamowity gość.
    – Szkoda, że go nie ma. No nic, dzięki, Mondale.
    – Na razie.
    Rhyme mrugnął, co było u niego dowodem najwyższego uznania. Dellray wyłączył telefon i głęboko odetchnął.
    – Zobaczymy, zobaczymy.
    Sellitto optymistycznie zauważył:
    – Trzeci raz zarzucamy przynętę. Powinien wreszcie złapać.
    Lincoln Rhyme nie wierzył, że zasada „do trzech razy sztuka” działa w przypadku Trumniarza, ale powiedział:
    – Miejmy nadzieję.

    Siedząc w ukradzionym samochodzie, Stephen Kall obserwował służbowy wóz, który zatrzymał się niedaleko stacji Jodiego.
    Wysiedli z niego Jodie i dwóch umundurowanych gliniarzy, którzy badawczo przyglądali się okolicznym dachom. Jodie wpadł do metra i pięć minut później biegiem wrócił do samochodu z dwoma zawiniątkami pod pachą.
    Stephen nie widział żadnej obstawy, żadnego samochodu z tyłu. Wóz z Jodiem włączył się do ruchu, a Stephen ruszył za nim, myśląc, że nie ma lepszego miejsca niż Manhattan, by śledzić kogoś i nie zostać zauważonym. Na pewno nie udałoby się to w Iowa albo Wirginii.
    Nieoznakowany samochód przed nim jechał dość szybko, lecz Stephen też był niezłym kierowcą i nie tracił ich z oczu. Wóz zwolnił, kiedy znaleźli się w zachodniej części Central Parku i minęli dom przy Siedemdziesiątej którejś. Przed frontem stali dwaj ludzie w cywilu, ale na pewno byli glinami. Wymienili znak – zapewne „wszystko w porządku” – z kierowcą samochodu.
    A więc to tutaj. Dom Lincolna Robaka.
    Samochód pojechał dalej na północ. Stephen pokonał jeszcze pewien dystans, a potem gwałtownie zatrzymał się i wysiadł. Wziął pudło po gitarze i wbiegł między drzewa. Wiedział, że wokół mieszkania będą krążyć ludzie z rozpoznania, więc poruszał się dość szybko.
    Jak jeleń, żołnierzu.
    Tak jest.
    Zniknął w wysokich krzewach i poczołgał się z powrotem w stronę domu. Znalazł sobie doskonałe stanowisko na kamiennym stopniu pod obsypanym pączkami bzem. Otworzył futerał. Samochód, w którym siedział Jodie, jechał teraz w kierunku południowym i nieoczekiwanie z piskiem opon zatrzymał się pod domniemanym domem Lincolna. Typowe gubienie ogona – zawrócił w gęstym ruchu i podjechał pod dom z drugiej strony.
    Przyglądał się, jak dwaj gliniarze wysiadają, rozglądają się i ruszają chodnikiem, eskortując przestraszonego Jodiego.
    Stephen zdjął osłony lunety i ostrożnie ustawił celownik na plecach zdrajcy.
    Nagle przed domem przemknął jakiś czarny samochód i przeraził Jodiego. Włóczęga otworzył szeroko oczy, wyrwał się gliniarzom i wbiegł w alejkę biegnącą wzdłuż domu.
    Eskorta odwróciła się na pięcie z dłońmi na pistoletach, patrząc za samochodem, którego tak przestraszył się bezdomny. Policjanci zobaczyli, że w środku siedzą cztery latynoskie dziewczyny, więc uznali, że to fałszywy alarm. Wybuchnęli śmiechem. Jeden z nich zawołał Jodiego.
    Ale Stephena w tej chwili nie interesował chudy włóczęga. Nie mógł zlikwidować i Robaka, i Jodiego, a teraz musiał zabić Lincolna. Czuł smak tego pragnienia. Dojmującego jak głód, jak chęć wyszorowania rąk.
    Strzelić do twarzy w oknie, zabić Robaka.
    Muszę, muszę, muszę…
    Przez celownik obserwował okna budynku. I nagle – jest. Lincoln Robak!
    Przez całe ciało Stephena przebiegł dreszcz.
    Jak elektryczny prąd, który poczuł, dotknąwszy nogi Jodiego… tylko że tysiąc razy mocniejszy. Stephen wstrzymał oddech.
    Wcale się nie zdziwił, że Robak jest kaleką. Właściwie od razu się domyślił, że ten przystojny mężczyzna siedzący w wyposażonym w silnik wózku inwalidzkim musi być Lincolnem. Stephen wiedział, że wytropić mógł go jedynie ktoś wyjątkowy. Ktoś, kogo zbytnio nie obchodziła codzienność. Dla kogo najważniejszy jest umysł.
    Robaki mogły obłazić Lincolna cały dzień i nawet by tego nie poczuł. Mogłyby wpełznąć mu pod skórę i nic by o tym nie wiedział. Był odporny. Za tę niewrażliwość Stephen nienawidził go jeszcze bardziej.
    A więc twarz w oknie podczas akcji w Alexandrii… nie należała do Lincolna.
    Może jednak należała?
    Przestań o tym myśleć! Przestań! Inaczej robaki cię wykończą.
    W magazynku były pociski rozpryskowe. Załadował jeden i ponownie obejrzał pokój.
    Lincoln Robak z kimś rozmawiał. Stephen nie widział osoby. Pokój wyglądał na jakieś laboratorium – zobaczył komputer i różne urządzenia.
    Stephen owinął pas dookoła ręki i przywarł policzkiem do kolby. Nastał chłodny, wilgotny wieczór. Powietrze było ciężkie; z łatwością mogło utrzymać pocisk. Nie trzeba nawet korygować; cel w odległości zaledwie osiemdziesięciu jardów. Odbezpieczyć, oddychać, oddychać…
    Strzał w głowę. Stąd będzie łatwo.
    Oddychać…
    Wdech, wydech, wdech, wydech.
    Skupił nitki celownika na uchu Lincolna Robaka, który patrzył w ekran monitora.
    Palec począł wolniutko naciskać spust.
    Oddychać. To jak seks, jak szczytowanie, jak dotknięcie naprężonej skóry…
    Mocniej.
    Mocniej.
    Nagle Stephen coś dostrzegł.
    Niewyraźnie – drobną nierówność na rękawie Lincolna Robaka. Ale to nie była fałdka. To było zniekształcenie.
    Rozluźnił palec wskazujący i przez chwilę uważnie przyglądał się temu obrazowi przez lunetę. Stephen zwiększył rozdzielczość celownika Redfield. Spojrzał na litery na monitorze komputera. Były odwrócone.
    Lustro! Patrzył w lustro.
    Następna pułapka!
    Stephen zamknął oczy. Mało brakowało, żeby zdradził swoje stanowisko. Skulił się; robaki go dusiły, dławił się nimi. Rozejrzał się ostrożnie. Wiedział, że w parku musi być kilkunastu ludzi z czułymi mikrofonami, czekających, aż padnie strzał, żeby go natychmiast zlokalizować. Namierzą go celownikami M-16 i rozniosą ogniem krzyżowym.
    Nie będzie mowy o kapitulacji. Zabiją go, bo taki mają rozkaz.
    Szybko, lecz bezszelestnie drżącymi rękami zdjął lunetę i razem z bronią odłożył do futerału po gitarze. Powstrzymywał mdłości.
    Żołnierzu…
    Melduję, że nie mogę wypełnić rozkazu.
    Żołnierzu, coś ty…
    Kurwa, nie mogę wypełnić rozkazu!
    Stephen przemknął między drzewami na ścieżkę, którą okrążył łąkę, i wolnym krokiem skierował się na wschód.
    O, tak, teraz jeszcze bardziej był pewien, że musi zabić Lincolna. Musi opracować nowy plan. Potrzebował godziny albo dwóch, żeby pomyśleć, żeby się zastanowić, co robić.
    Nagle zszedł ze ścieżki i przystanął w krzakach, nasłuchując i rozglądając się wokół. Bali się, żeby nie nabrał podejrzeń, gdyby park był pusty, zostawili więc otwarte wejścia.
    To był błąd.
    Stephen ujrzał grupkę mężczyzn w swoim wieku – japiszonów, sądząc z wyglądu – ubranych w dresy i bluzy do joggingu. Mieli pokrowce z rakietami do squasha i plecaki, a szli w stronę East Side, rozmawiając głośno. Ich włosy lśniły po prysznicu, jaki zapewne wzięli przed chwilą w niedalekim klubie sportowym.
    Stephen zaczekał, aż go miną, po czym dołączył na koniec grupki, jak gdyby do niej należał. Jednemu z młodych ludzi posłał szeroki uśmiech. Raźno wymachując futerałem gitary, szedł za nimi w kierunku tunelu prowadzącego do East Side.

Rozdział trzydziesty drugi

    45 godzin – godzina trzydziesta czwarta

    Otoczył ich zmierzch.
    Percey Clay, znów siedząc w lewym fotelu learjeta, zobaczyła przed sobą maleńkie światełka – Chicago.
    Centrum lotów Chicago dało im pozwolenie zejścia na dwanaście tysięcy stóp.
    – Zaczynamy schodzić – oznajmiła, zmniejszając moc silników. – System lotniska.
    Brad przełączył radio na automatyczny system informacyjny lotniska i głośno powtarzał wszystko, co mówił nagrany na taśmę głos.
    – Tu Chicago. Wiatr dwa pięć zero na trzech. Temperatura pięćdziesiąt dziewięć stopni. Ciśnienie trzydzieści koma jedenaście.
    Brad ustawił wysokościomierz, a Percey powiedziała do mikrofonu:
    – Chicago, kontrola lądowania, tu lear dziewięć pięć „Foxtrot Bravo”, na dwunastu tysiącach. Kurs dwieście osiemdziesiąt.
    – Dobry wieczór, „Foxtrot Bravo”. Zejdź na dziesięć tysięcy. Czekaj na kurs na pas dwadzieścia siedem, prawo.
    – Zrozumiałam. Zejść na dziesięć. Kurs dwadzieścia siedem, prawo. Dziewięć pięć „Foxtrot Bravo”.
    Percey nie chciała spojrzeć w dół. Gdzieś pod nimi był grób jej męża i jego samolotu. Nie wiedziała, czy kontrola O’Hare skierowała go na pas dwudziesty siódmy, ale było to wielce prawdopodobne. Jeśli tak, to schodziła tym samym korytarzem, który był ostatnią drogą Eda.
    Może właśnie stąd do niej zadzwonił…
    Nie! Nie myśl o tym, rozkazała sobie. Lecisz samolotem, o nim myśl.
    Cichym, spokojnym głosem powiedziała:
    – Brad, schodzimy z widocznością ziemi na prawy pas dwadzieścia siedem. Kontroluj podchodzenie i powtarzaj wszystkie ustalone wysokości. Kiedy już będziemy na prostej, kontroluj prędkość lotu, wysokość i prędkość opadania. Gdybyśmy schodzili szybciej niż tysiąc stóp na minutę, powiedz mi. Zwrot przy dziewięćdziesięciu dwóch procentach.
    – Zrozumiałem.
    – Klapy dziesięć stopni.
    – Klapy dziesięć stopni, jest dziesięć stopni.
    – Lear dziewięć pięć „Foxtrot Bravo”, skręć w lewo, kurs dwieście czterdzieści, zejdź i utrzymuj cztery tysiące – odezwał się głos w radiu.
    – Dziewięć pięć „Foxtrot Bravo” z dziesięciu na cztery. Kurs dwieście czterdzieści.
    Pociągnęła lekko dźwignie i samolot trochę się uspokoił, huk silników przycichł. Percey usłyszała szum powietrza jak szelest wiatru wpadającego przez okno w nocy i poruszającego prześcieradła.
    Zawołała do Bella:
    – Zaraz przeżyjesz pierwsze lądowanie learem. Zobaczymy, czy umiem go tak posadzić, żebyś nie uronił ani kropli kawy.
    – Wystarczy, że przeżyję – powiedział Bell i zacisnął pas tak mocno, jak gdyby przypinał się do bungee.

    – Nic, Lincoln.
    Zdegustowany Rhyme zamknął oczy.
    – Nie wierzę. Po prostu w to nie wierzę.
    – Nie ma go. Był, to niemal pewne. Ale mikrofony nie wyłowiły żadnego dźwięku.
    Rhyme zerknął na duże lustro, które kazał Thomowi ustawić po drugiej stronie pokoju. Spodziewali się, że roztrzaskają je kule rozpryskowe. Central Park kłębił się od ludzi Haumanna i Dellraya czekających na odgłos strzału.
    – Gdzie Jodie? – spytał Rhyme.
    Dellray prychnął pogardliwie.
    – Chowa się w alejce. Zobaczył jakiś samochód i się spłoszył.
    – Jaki samochód?
    Agent roześmiał się.
    – Jeżeli to był Trumniarz, to udało mu się zmienić w cztery pulchne Portorykanki. Gnojek powiedział, że nie wyjdzie, dopóki ktoś nie wyłączy latarń przed domem.
    – Zostaw go. Zmarznie, to wróci.
    – Albo wróci po pieniądze – przypomniała Sachs.
    Rhyme spojrzał na nią spode łba. Czuł gorycz zawodu, że i tym razem sztuczka się nie udała.
    Czy to on popełnił błąd? A może Trumniarz miał jakiś osobliwy instynkt? Szósty zmysł? Sama myśl o tym była odstręczająca dla Rhyme’a jako naukowca, lecz nie mógł tego wykluczyć. W końcu nawet departament nowojorski od czasu do czasu korzystał z usług mediów.
    Sachs ruszyła w stronę okna.
    – Nie podchodź – powiedział Rhyme. – Ciągle nie mamy pewności, czy uciekł. – Sellitto zaciągnął zasłony, trzymając się z dala od szyb.
    Dziwne, ale brak pewności, gdzie dokładnie jest Trumniarz, był straszniejszy niż świadomość, że celuje do nich z odległości dwudziestu stóp.
    Zadzwonił telefon Coopera. Technik odebrał.
    – Lincoln, to pirotechnicy z FBI. Pogrzebali w archiwum materiałów wybuchowych i twierdzą, że być może namierzyli te kawałki lateksu.
    – Co mówią?
    Cooper przez chwilę słuchał agenta.
    – Nie zidentyfikowali konkretnego typu gumy, ale niewykluczone, że to może być materiał z detonatora wysokościowego. Jego częścią jest balon z lateksu wypełniony powietrzem. Gdy samolot nabiera wysokości, balon powiększa się pod wpływem niższego ciśnienia na dużej wysokości i w pewnym momencie naciska na włącznik w ściance bomby. Wtedy następuje eksplozja.
    – Ale ta bomba miała detonator zegarowy.
    – Mówili tylko o tym lateksie.
    Rhyme patrzył na plastykowe torebki ze składnikami bomby. Gdy jego wzrok spoczął na zegarze, pomyślał: Dlaczego jest nienaruszony?
    Bo był zamontowany za stalową osłoną.
    Ale Trumniarz mógł go zamontować gdziekolwiek, choćby wcisnąć w sam materiał wybuchowy i wtedy nic by po nim nie zostało. Pozostawienie zegara w całości w pierwszej chwili mogło się wydawać nieostrożnością. Lecz teraz zaczął się nad tym zastanawiać.
    – Powiedz mu, że samolot eksplodował, kiedy podchodził do lądowania – rzekła Sachs.
    Cooper przekazał agentowi tę uwagę. Po chwili powiedział:
    – Mówi, że to może być różnica konstrukcyjna. Kiedy samolot się wznosi, balon odbezpiecza zapalnik, a podczas schodzenia balon kurczy się i zamyka obwód.
    – Zegar to blef – szepnął Rhyme. – Zamontował go za stalową osłoną, żeby nie uległ zniszczeniu. Żebyśmy pomyśleli, że to bomba zegarowa, a nie wysokościowa. Jak wysoko był samolot Carneya w momencie wybuchu?
    Sellitto przewertował raport.
    – Schodził z pięciu tysięcy stóp.
    – Czyli bomba była uzbrojona od chwili, gdy weszli na pięć tysięcy nad Mamaroneck, i wybuchła, kiedy zeszli poniżej tego poziomu nad Chicago – rzekł Rhyme.
    – Dlaczego podczas zejścia? – zapytał detektyw.
    – Żeby samolot był daleko? – podsunęła Sachs.
    – Zgadza się – odparł Rhyme. – Żeby Trumniarz zdążył uciec z lotniska przed wybuchem.
    – Ale po co chciał, żebyśmy myśleli, że to taki, a nie inny typ bomby? – zapytał Sellitto.
    Rhyme zobaczył, że Sachs domyśliła się w tej samej chwili co on.
    – O, nie! – krzyknęła.
    Sellitto nadal nie rozumiał.
    – Co?
    – Bo w samolocie Percey oddział saperów szukał bomby zegarowej – powiedziała. – Nasłuchiwali tykania.
    – Czyli – wykrztusił Rhyme – Percey i Bell też mają na pokładzie bombę wysokościową.

    – Prędkość schodzenia tysiąc dwieście stóp na minutę – oznajmił Brad.
    Percey pociągnęła lekko wolant steru, zwalniając opadanie. Zeszli już na pięć i pół tysiąca stóp.
    Wtedy usłyszała ten dźwięk.
    Dziwne ćwierkanie. Nigdy nie słyszała takiego odgłosu w learze 35A. Przypominał jakiś brzęczyk ostrzegawczy, ale dość daleki. Percey zerknęła na wskaźniki, lecz nie zobaczyła żadnej czerwonej lampki.
    – Pięć tysięcy trzysta stóp – powiedział Brad. – Co to za hałas?
    Nagle dźwięk ustał.
    Percey wzruszyła ramionami.
    Chwilę później usłyszała obok siebie krzyk:
    – W górę! Ciągnij go w górę! Natychmiast!
    Poczuła na policzku gorący oddech Rolanda Bella, który kucnął obok jej fotela, wymachując telefonem komórkowym.
    – Co?
    – Mamy bombę na pokładzie! Wysokościową. Wybuchnie, jeśli będziemy na wysokości pięciu tysięcy stóp.
    – Ale jesteśmy nad…
    – Wiem! Ciągnij w górę! W górę!
    – Ciąg dziewięćdziesiąt osiem procent! – krzyknęła Percey. – Podaj wysokość.
    Bez chwili wahania Brad pchnął dźwignie ciągu. Percey obróciła leara o dziesięć stopni. Bell poleciał do tyłu i wylądował z hukiem na podłodze.
    – Pięć tysięcy dwie, pięć sto pięćdziesiąt – mówił Brad -…pięć dwieście, pięć trzysta, pięć czterysta… pięć osiemset. Sześć tysięcy stóp.
    W ciągu lat spędzonych w powietrzu Percey Clay nigdy nie ogłosiła alarmu. Raz tylko zgłosiła sytuację awaryjną, kiedy pechowe stado pelikanów postanowiło popełnić samobójstwo w silniku numer dwa, blokując na dodatek pilota. Teraz jednak, po raz pierwszy powiedziała:
    – SOS, SOS, lear sześć dziewięć pięć „Foxtrot Bravo”.
    – Mów, „Foxtrot Bravo”.
    – Kontrola, zawiadamiam, że mamy zgłoszenie o bombie na pokładzie. Proszę o natychmiastową zgodę na wejście na dziesięć tysięcy stóp i przejście w tryb oczekiwania nad obszarem niezamieszkanym.
    – Zrozumiałem, dziewięć pięć „Foxtrot Bravo” – powiedział spokojnie kontroler. – Utrzymuj obecny kurs dwieście czterdzieści. Zezwolenie na dziesięć tysięcy stóp. Podamy odpowiednie kursy innym samolotom… Zmień kod na siedem siedem zero zero i skrzecz.
    Brad spojrzał niepewnie na Percey, ustawiając w transponderze kod, który automatycznie wysyłał sygnał ostrzegawczy do wszystkich urządzeń radarowych w pobliżu, że „Foxtrot Bravo” ma kłopoty. Skrzeczenie polegało na wysyłaniu sygnału z transpondera, by wszyscy w kontroli lotów i innych samolotach dokładnie wiedzieli, który punkt na ekranie radaru oznacza leara.
    Percey usłyszała, jak Bell mówi do telefonu:
    – Poza mną i Percey do samolotu zbliżał się tylko Ron Talbot, dyrektor firmy. Wiesz, nic do niego nie mam, ale moi chłopcy albo ja nie spuszczaliśmy z niego oka, kiedy pracował. Cały czas ktoś zaglądał mu przez ramię. Aha, przyjechał jeszcze ten człowiek z częściami. Z firmy dystrybucyjnej w Greenwich. Ale go sprawdziłem, był w porządku. Wziąłem od niego nawet numer do domu i rozmawiałem z jego żoną, żeby potwierdzić tożsamość. – Bell słuchał przez chwilę, po czym wyłączył telefon. – Odezwą się.
    Percey spojrzała na Brada, potem na Bella i wróciła do pilotowania samolotu.
    – Paliwo? – spytała drugiego pilota. – Na ile wystarczy?
    – Jesteśmy poniżej normy. Mieliśmy dobry wiatr. – Obliczył szybko. – Zostało na sto pięć minut lotu.
    Dziękowała Bogu albo losowi, albo własnej intuicji, że postanowiła nie tankować w Chicago, ale nalać tyle, żeby starczyło do Saint Louis, plus wymagana nadwyżka na dodatkowe czterdzieści pięć minut lotu.
    Znów zadzwonił telefon Bella.
    Słuchał, potem westchnął i spytał Percey:
    – Ta sama firma dostarczyła butlę gaśniczą?
    – Cholera, włożył to do gaśnicy? – spytała z goryczą.
    – Na to wygląda. Samochód dostawczy złapał gumę zaraz po wyjeździe z magazynu. Kierowca zmieniał koło przez jakieś dwadzieścia minut. Gliniarz z Connecticut właśnie znalazł coś, co przypomina pianę z gaśnicy śniegowej; w krzakach przy drodze niedaleko miejsca, gdzie to się zdarzyło.
    – Niech to szlag! – Percey odruchowo spojrzała w kierunku silnika. – I sama zainstalowałam to cholerstwo.
    – Rhyme pyta o temperaturę – rzekł Bell. – Czy pod wpływem ciepła bomba nie wybuchnie?
    – Niektóre części silnika są gorące, inne nie. Przy gaśnicy nie jest aż tak gorąco.
    Bell przekazał informację Rhyme’owi, po czym powiedział:
    – Chce z tobą porozmawiać.
    Chwilę później Percey usłyszała w radiu odgłos łączenia z telefonem.
    Odezwał się Lincoln Rhyme.
    – Percey, słyszysz mnie?
    – Głośno i wyraźnie. Kutas wykręcił nam numer, co?
    – Na to wygląda. Jak długo możecie jeszcze lecieć?
    – Godzinę czterdzieści pięć minut. Mniej więcej.
    – Dobra. – Po chwili milczenia Rhyme zapytał: – Możesz się jakoś dostać do silnika od wewnątrz?
    – Nie.
    Znów cisza.
    – A mogłabyś odłączyć cały silnik? Odkręcić, czy coś? Żeby odpadł?
    – Od wewnątrz nie.
    – Nie ma sposobu, żebyś zatankowała w powietrzu?
    – Zatankować? Tego samolotu nie.
    – A mogłabyś wznieść się na tyle, żeby zamrozić mechanizm bomby? – spytał Rhyme.
    Zdumiało ją tempo jego myśli. Żaden z tych pomysłów jej nie przyszedłby do głowy.
    – Być może. Ale nawet przy awaryjnym schodzeniu – mówię o locie nurkującym – wylądowalibyśmy dopiero po ośmiu, dziewięciu minutach. Nie sądzę, żeby części bomby mogły być tak długo zamrożone. Poza tym taka prędkość rozerwałaby nas na kawałki.
    – Dobra, a gdybyście zostawili samolot i skoczyli ze spadochronami? – ciągnął Rhyme.
    W pierwszym odruchu pomyślała, że nigdy by nie porzuciła swojego samolotu. Lecz realistyczna odpowiedź – a taką dała Rhyme’owi – była taka, że zważywszy na prędkość leara 35A i układ drzwi, skrzydeł i silników, raczej nikt by nie przeżył skoku z samolotu.
    Rhyme znów na chwilę zamilkł. Brad przełknął ślinę i otarł dłonie w nienagannie wyprasowane spodnie.
    – Kurczę.
    Roland Bell kiwał się w przód i w tył.
    Beznadzieja, myślała, wpatrując się w zapadający zmierzch.
    – Lincoln? – odezwała się Percey. – Jesteś tam?
    Usłyszała jego głos. Wołał do kogoś w laboratorium – albo w sypialni. Rozdrażnionym tonem mówił:
    – Nie tę mapę. Wiesz, o którą mi chodzi. Po co mi ta? Nie, nie…
    Cisza.
    Och, Ed, pomyślała Percey. Nasze życie zawsze biegło tym samym torem. Może nasza śmierć też będzie podobna. Najbardziej jednak martwiła się o Rolanda Bella. Nie mogła znieść myśli, że mógłby osierocić dzieci.
    Usłyszała, jak Rhyme pyta:
    – Jak daleko możesz dolecieć na paliwie, które ci zostało?
    – Przy najbardziej ekonomicznym ciągu… – Spojrzała na Brada, który stukał w klawisze kalkulatora.
    – Jeśli nabierzemy wysokości, powiedzmy, osiemset mil.
    – Mam pomysł – rzekł Rhyme. – Czy moglibyście polecieć do Denver?

Rozdział trzydziesty trzeci

    45 godzin – godzina trzydziesta szósta

    – Lotnisko jest położone na wysokości pięciu tysięcy stu osiemdziesięciu stóp – powiedział Brad, wertując „Przewodnik lotniczy Denver”. – Na podobnej wysokości byliśmy nad Chicago i bomba nie wybuchła.
    – Ile jest do Denver? – spytała Percey.
    – Od punktu, w którym teraz jesteśmy, dziewięćset dwie mile.
    Percey zastanawiała się tylko kilka sekund. Skinęła głową.
    – Dobra, spróbujemy. Podaj mi kurs obliczeniowy, dopóki nie dostaniemy częstotliwości radiolatarni. – Potem powiedziała do radia: – Będziemy próbować, Lincoln. Powinno wystarczyć paliwa, dojedziemy do samej kreski. Mamy sporo roboty. Odezwę się później.
    – Będziemy czekać.
    Brad wpatrywał się w mapę, po czym zajrzał do rejestru lotu.
    – Kurs lewo dwieście sześćdziesiąt sześć.
    – Dwa sześć sześć – powtórzyła. – Centrum Chicago – powiedziała do kontroli lotów. – Dziewięć pięć „Foxtrot Bravo”. Bierzemy kurs na międzynarodowe lotnisko Denver. Przypuszczalnie… mamy na pokładzie bombę wysokościową. Musimy siąść na terenie położonym na wysokości pięciu tysięcy stóp albo nawet wyżej. Prośba o natychmiastowe podanie częstotliwości radiolatarni na Denver.
    – Zrozumiałem, „Foxtrot Bravo”. Podamy za minutę.
    – Proszę podać warunki pogodowe na trasie, Centrum Chicago – rzekł Brad.
    – Nad Denver przechodzi teraz front wysokiego ciśnienia. Przeciwny wiatr na dziesięciu tysiącach waha się od piętnastu do czterdziestu, miejscami wzrasta do sześćdziesięciu, siedemdziesięciu na dwudziestu pięciu tysiącach.
    – Cholera – mruknął Brad i wrócił do swoich obliczeń. – Paliwo wyczerpie się pięćdziesiąt pięć mil przed Denver.
    – Nie możecie wylądować na autostradzie? – spytał Bell.
    – Tylko jako wielka ognista kula – odparła Percey.
    – „Foxtrot Bravo”, jesteś gotów do przyjęcia częstotliwości? – odezwała się kontrola z Chicago.
    Podczas gdy Brad notował informacje, Percey przeciągnęła się, opierając głowę o fotel. Gest wydał się jej znajomy i przypomniała sobie, że podobny ruch wykonywał Lincoln Rhyme w swoim ogromnym łóżku. Pomyślała o krótkim wykładzie, jakiego mu wówczas udzieliła. Mówiła wtedy poważnie, ale nie zdawała sobie sprawy, jak prawdziwe mogą się okazać te słowa. Jak zależni mogą się stać od kruchego metalu i plastyku.
    I być może przez nie zginą.
    Los to myśliwy…
    Zabraknie pięćdziesięciu pięciu mil. Co mieli zrobić?
    Dlaczego nie potrafi myśleć tak szybko jak Rhyme? Nie było żadnego sposobu, żeby zaoszczędzić paliwo?
    Ekonomiczne było latanie na większej wysokości.
    Latanie z mniejszym obciążeniem też. Może coś zrzucą z samolotu?
    Ładunek? Transport Amer-Medu ważył dokładnie czterysta siedemdziesiąt osiem funtów. Dzięki temu można by zyskać kilka mil.
    Ale choć rozważała tę możliwość, wiedziała, że nigdy by tego nie zrobiła. Może gdyby była jakaś szansa na ocalenie tego lotu, na ocalenie firmy.
    Dalej, Lincoln, podsuń mi jakiś pomysł. Podaj… Wyobraziła sobie jego pokój, siebie siedzącą obok niego, przypomniała sobie samczyka sokoła przechadzającego się dumnie po parapecie.
    – Brad – odezwała się nieoczekiwanie. – Jak mamy współczynnik lotu ślizgowego?
    – Współczynnik leara trzydzieści pięć A? Nie mam pojęcia.
    Percey latała kiedyś schweizerem 2-32 – szybowcem wyczynowym. Jego prototyp zbudowano w 1962 roku i tym samym na długo ustalono standardy szybownictwa. Schweizer miał niesamowitą prędkość schodzenia – sto dwadzieścia stóp na minutę. Ważył około tysiąca trzystu funtów. Lear, którym teraz leciała, ważył czternaście tysięcy funtów. Mimo to mógł przecież, jak każdy samolot, wykonywać lot ślizgowy. Pamiętała przypadek kanadyjskiego boeinga 767 sprzed kilku lat, o którym nadal było głośno. Na skutek błędu komputera i ludzi skończyło się paliwo. Obydwa silniki zgasły na wysokości czterdziestu jeden tysięcy stóp i boeing zmienił się w stuczterdziestotrzytonowy szybowiec. Wylądował awaryjnie i wszyscy przeżyli.
    – Trzeba pomyśleć. Jaka jest prędkość schodzenia bez ciągu?
    – Chyba można utrzymać dwa trzysta.
    Czyli prawie pionowe spadanie z prędkością trzydziestu mil na godzinę.
    – Policz teraz, kiedy skończyłoby się paliwo, gdybyśmy chcieli wejść na pięćdziesiąt pięć tysięcy stóp.
    – Pięćdziesiąt pięć? – zapytał zdumiony Brad.
    – Zgadza się.
    Postukał w klawisze.
    – Maksymalna prędkość wznoszenia to cztery tysiące trzysta stóp na minutę; dużo spalimy, ale po trzydziestu pięciu tysiącach spalanie znacznie maleje. Można zredukować napęd…
    – Ciągnąć na jednym silniku?
    – Jasne. Da się zrobić.
    Znów zaczął stukać w kalkulator.
    – Nawet przy takich założeniach, będzie pusty osiemdziesiąt trzy mile przed Denver. Ale wtedy oczywiście osiągniemy sporą wysokość.
    Percey Clay, która zawsze otrzymywała najlepsze oceny z matematyki i fizyki, potrafiła doskonale liczyć bez kalkulatora; liczby zaczęły jej migać w głowie. Na pięćdziesięciu pięciu tysiącach wyłączają silniki, prędkość spadania dwa trzysta… Przed lądowaniem mogli pokonać ponad osiemdziesiąt mil. Może więcej, jeśli dopiszą wiatry.
    Brad, za pomocą kalkulatora i swoich szybkich palców, doszedł do tego samego wniosku.
    – Chociaż niewiele by zabrakło.
    Bóg nie daje pewniaków.
    Powiedziała:
    – Centrum Chicago. Lear „Foxtrot Bravo” prosi o natychmiastowe zezwolenie na pięćdziesiąt pięć tysięcy.
    Czasami trzeba grać w ciemno.
    – Hm, powtórz, „Foxtrot Bravo”.
    – Musimy wejść wyżej. Pięćdziesiąt pięć tysięcy stóp.
    – „Foxtrot Bravo” – wtrącił się głos kontrolera z wieży. – Macie leara trzydzieści pięć, tak?
    – Tak jest.
    – Maksymalny pułap wynosi czterdzieści pięć tysięcy.
    – Zgadza się, ale musimy wejść wyżej.
    – Sprawdzaliście ostatnio uszczelnienie?
    Uszczelnienie ciśnieniowe. Drzwi i okna. Dzięki któremu samolot nie rozpada się na kawałki.
    – Jest w porządku – odrzekła, nie wspominając o tym, że „Foxtrot Bravo” został podziurawiony kulami i naprędce połatany jeszcze tego samego popołudnia…
    – Zgoda, masz zezwolenie na pięćdziesiąt pięć tysięcy stóp, „Foxtrot Bravo”.
    Po czym Percey powiedziała coś, czego wcześniej nie mówił prawie żaden pilot leara.
    – Zrozumiałam, z dziesięciu na pięćdziesiąt pięć tysięcy.
    Zaczęła wydawać polecenia.
    – Ciąg osiemdziesiąt osiem procent. Podaj prędkość wznoszenia i wysokość przy czterdziestu, pięćdziesięciu i pięćdziesięciu pięciu tysiącach.
    – Zrozumiałem – rzekł opanowanym głosem Brad. Przechyliła samolot i lear począł się piąć w górę.
    Wszystkie gwiazdy wieczoru…
    Dziesięć minut później Brad zawołał:
    – Pięćdziesiąt pięć tysięcy.
    Wyrównali tor lotu. Percey wydawało się, że słyszy jęk szwów kadłuba. Przypomniała sobie, jak zachowuje się organizm ludzki na dużych wysokościach. Gdyby wyleciało okno, które wymienił Ron, albo puściło któreś z uszczelnień ciśnieniowych, to jeśliby nawet samolot pozostał cały, niedotlenienie pozbawiłoby ich przytomności w ciągu pięciu sekund. Gdyby nawet mieli maski, na skutek różnicy ciśnień krew by się w nich zagotowała.
    – Tlen. Zwiększ ciśnienie w kabinie na dziesięć tysięcy stóp.
    – Ciśnienie na dziesięć tysięcy – powiedział.
    To przynajmniej zmniejszy nieco straszliwe ciśnienie na kruchy kadłub samolotu.
    – Dobry pomysł – rzekł Brad. – Jak myślisz, uda się?
    Małpia zręczność…
    – Nie wiem – odparła. – Trzeba wyłączyć numer dwa. Dopływ paliwa zamknięty, system automatycznej regulacji odłączony.
    – Zamknięty, odłączony – powtórzył jak echo Brad.
    – Pompy paliwowe wyłączone, zapłon wyłączony.
    – Pompy wyłączone, zapłon wyłączony.
    Poczuła lekki skręt samolotu, gdy ustał ciąg z lewej. Percey wyrównała przechył lekkim wychyleniem steru pionowego. Niespecjalnie to jednak odczuli. Ponieważ silniki były zamontowane z tyłu kadłuba, a nie na skrzydłach, utrata jednego z nich nie wpływała poważnie na stabilność samolotu.
    – Co teraz mamy robić? – zapytał Brad.
    – Ja zamierzam napić się kawy – powiedziała Percey, zeskakując z fotela jak chłopczyca ze swego domku na drzewie. – Hej, Roland, masz ochotę?

    W pokoju Rhyme’a przez czterdzieści pełnych męki minut panowała cisza. Nie zadzwonił żaden telefon. Nie nadszedł żaden faks. Głos komputera nie zameldował: „Masz wiadomość”.
    Wreszcie zabrzęczał telefon Dellraya. Agent kiwał głową, słuchając, ale Rhyme widział, że wieści nie są pomyślne. Dellray wyłączył aparat.
    – Z Cumberland?
    Dellray skinął głową.
    – Zupełny klops. Kall nie był tam od lat. Miejscowi ciągle wspominają chłopaka, który przywiązał ojczyma do drzewa, żeby zjadły go robaki. Taka lokalna legenda. Nie ma tam żadnej rodziny. Nikt nic nie wie. Albo nie chce powiedzieć.
    Po chwili zaćwierkał telefon Sellitta. Detektyw otworzył klapkę i powiedział:
    – Tak?
    Rhyme modlił się, żeby to był trop. Spojrzał na nalaną, stoicką twarz Sellitta. Gliniarz zatrzasnął telefon.
    – To Roland Bell – powiedział. – Chciał, żebyśmy wiedzieli. Skończyło im się paliwo.

Rozdział trzydziesty czwarty

    45 godzin – godzina trzydziesta ósma

    Trzy różne sygnały ostrzegawcze rozległy się równocześnie.
    Niski poziom paliwa, niski poziom oleju, niska temperatura silnika.
    Percey próbowała zmienić nieznacznie położenie samolotu, by sprawdzić, czy nie uda się jej wciągnąć do przewodów jeszcze trochę paliwa, lecz zbiorniki były suche jak pieprz.
    Silnik numer jeden kaszlnął, stuknął cicho i zamilkł.
    Kabinę zalała nieprzenikniona ciemność.
    O, nie…
    Percey nie widziała żadnego przyrządu, ani jednej dźwigni czy gałki. Jedynym jasnym elementem, dzięki któremu nie straciła orientacji, była ledwie widoczna linia świateł Denver daleko przed nimi.
    – Co jest? – spytał Brad.
    – Jezu, zapomniałam o alternatorach.
    Alternatory były napędzane przez silniki. Bez silników nie mieli prądu.
    – Opuść turbinę naporową – poleciła.
    Brad znalazł po omacku odpowiednią dźwignię i pociągnął. Z dołu samolotu wysunęła się turbina powietrza naporowego.
    Było to niewielkie śmigło połączone z alternatorem. Napędzał je strumień powietrza naporowego podczas lotu, a obrót turbiny zasilał alternator. Wystarczało to na wytworzenie prądu do przyrządów i oświetlenia. Ale nie do klap, podwozia, hamulców aerodynamicznych.
    Chwilę później rozbłysły niektóre światła.
    Percey patrzyła na wskaźnik prędkości pionowej. Pokazywał, że schodzą z prędkością trzech i pół tysiąca stóp na minutę.
    O wiele szybciej, niż zakładali. Prawie pięćdziesiąt mil na godzinę.
    Dlaczego? – zastanawiała się. Czyżby pomylili się w obliczeniach?
    Z powodu rozrzedzonego powietrza! Obliczała prędkość opadania w gęstej atmosferze. Myśląc o tym teraz, przypomniała sobie, że powietrze w okolicach Denver jest rzadsze również na mniejszych wysokościach. Nigdy nie latała szybowcem wyżej niż milę.
    Pociągnęła ster, by zmniejszyć prędkość spadku. Po chwili schodzili dwa tysiące sto stóp na minutę. Ale równocześnie zmniejszyła się prędkość pozioma. W tym rzadkim powietrzu prędkość przeciągnięcia wynosiła około trzystu węzłów. Drążek steru zaczął wibrować, a przyrządy stały się bezwładne. W takim samolocie nie będzie wyjścia z bezwładnego lotu.
    Trumienny próg…
    Wolant w przód. Opadali szybciej, ale nabierali przy tym prędkości. Bawiła się tak przez pięćdziesiąt mil. Kontrola lotów powiedziała im, gdzie wieją najsilniejsze wiatry przeciwne i Percey próbowała znaleźć odpowiednią kombinację wysokości i toru lotu – wiatru, który by uniósł leara na dostateczną wysokość, ale nie za szybko, żeby zbytnio nie wytracili prędkości.
    W końcu Percey – z obolałymi mięśniami od siłowego sterowania samolotem – otarła spocone czoło i powiedziała:
    – Połącz się z nimi, Brad.
    – Centrum Denver, tu lear sześć dziewięć pięć „Foxtrot Bravo” na dziewiętnastu tysiącach stóp. Jesteśmy dwadzieścia jeden mil od lotniska. Prędkość dwieście dwadzieścia węzłów. Nie działają silniki. Prosimy o skierowanie na najdłuższy pas zgodny z naszym kursem dwa pięć zero.
    – Zrozumiałem, „Foxtrot Bravo”. Czekaliśmy na was. Ciśnienie trzydzieści koma dziewięć pięć. Kurs w lewo dwa cztery zero. Pas lewo dwadzieścia osiem. Będziecie mieli jedenaście tysięcy stóp do dyspozycji.
    – Zrozumiałem, Denver.
    Coś nie dawało jej spokoju. Znów czuła ten paskudny ucisk w żołądku. Jak wówczas, gdy zobaczyła czarną furgonetkę.
    Co to było? Tylko przesąd?
    Wypadki chodzą parami…
    – Dziewiętnaście mil do lądowania – powiedział Brad. – Szesnaście tysięcy stóp.
    – „Foxtrot Bravo”, skontaktuj się z kontrolą podejścia do lądowania. – Kontroler z centrum podał im częstotliwość i dorzucił: – Zostali poinformowani o waszej sytuacji. Powodzenia. Wszyscy o was myślimy.
    – Dobranoc, Denver, Dzięki.
    Brad przełączył radio na nową częstotliwość.
    Co się dzieje? – zastanawiała się Percey. Musiałam o czymś zapomnieć. Ale o czym?
    – Kontrola lądowania Denver, tu lear sześć dziewięć pięć „Foxtrot Bravo”. Na trzynastu tysiącach stóp, trzynaście mil przed lądowaniem.
    – Mamy cię, „Foxtrot Bravo”. Kurs dwa pięć zero. Podobno nie macie ciągu, zgadza się?
    – Jesteśmy największym szybowcem, jaki latał nad Denver.
    – Działają klapy i podwozie?
    – Klapy nie. Podwozie spuścimy ręcznie.
    – Zrozumiałem. Chcecie wozy ratownicze na płycie?
    – Zdaje się, że mamy na pokładzie bombę. Chcemy wszystko, co macie pod ręką.
    Wtedy z dreszczem przerażenia uświadomiła sobie: ciśnienie atmosferyczne!
    – Kontrola Denver – powiedziała. – Podajcie ciśnienie.
    – Hm, mamy trzydzieści koma dziewięćdziesiąt sześć, „Foxtrot Bravo”.
    Podskoczyło o jedną setną cala w ciągu ostatniej minuty.
    – Rośnie?
    – Tak, „Foxtrot Bravo”. Idzie szeroki front wysokiego ciśnienia.
    Nie! Wzrośnie temperatura otoczenia wokół bomby, balon się skurczy, jak gdyby byli dużo niżej niż w rzeczywistości.
    – Wdepnęliśmy w niezłe gówno – mruknęła.
    Brad spojrzał na nią.
    – Ile było na Mamaroneck? – spytała go.
    Zajrzał do rejestru lotu.
    – Dwadzieścia dziewięć koma sześć.
    – Oblicz pięć tysięcy stóp wysokości przy tym ciśnieniu i porównaj z ciśnieniem trzydzieści jeden koma zero.
    – Trzydzieści jeden? Cholernie dużo.
    – Właśnie w takie coś się pakujemy.
    Wlepił w nią oczy.
    – Przecież bomba…
    Percey skinęła głową.
    – Oblicz.
    Młody człowiek pewną ręką wstukał cyfry do kalkulatora.
    Westchnął, co było u niego pierwszą widoczną oznaką emocji.
    – Pięć tysięcy stóp w Mamaroneck przekłada się na cztery osiemset pięćdziesiąt tutaj.
    Percey przywołała do siebie Bella.
    – Sytuacja wygląda tak. Nadchodzi front wysokiego ciśnienia. Zanim zbliżymy się do pasa, bomba może odczytać wysokość jako mniejszą niż pięć tysięcy stóp. Może wybuchnąć, kiedy będziemy pięćdziesiąt, sto stóp nad ziemią.
    – Aha. – Spokojnie skinął głową. – Aha.
    – Klapy nie działają, więc będziemy lądować z dużą szybkością, jakieś dwieście mil na godzinę. Jeżeli będzie wybuch, stracimy kontrolę nad sterami i rozbijemy się. Nie powinno być dużo ognia, bo zbiorniki są puste. A w zależności od tego, co przed nami będzie, może nami nieźle rzucać, zanim zaczniemy spadać. Nic tu nie poradzisz, więc przypnij się mocno pasami i spuść głowę najniżej, jak możesz.
    – Dobra – powiedział, kiwając głową i spoglądając przez okno.
    Zerknęła na jego twarz.
    – Mogę cię o coś zapytać, Roland?
    – Jasne.
    – To nie jest twój pierwszy lot samolotem, co?
    Westchnął.
    – Wiesz, jak się od urodzenia mieszka w Karolinie Północnej, nie ma wielu okazji do podróżowania. A do Nowego Jorku… pociągi są bardzo wygodne. – Przerwał. – Właściwie nigdy nie wjechałem wyżej niż windą na ostatnie piętro wieżowca.
    – Tu jest zupełnie inaczej.
    Ścisnął ją za ramię i szepnął:
    – Nie spatałasz. – Po czym wrócił na swoje miejsce.
    – Dobra – powiedziała Percey, przeglądając w „Przewodniku lotniczym” informacje na temat lotniska Denver. – Brad, będziemy mieli nocne lądowanie z widocznością ziemi na lewym pasie dwadzieścia osiem. Ja dowodzę. Opuścisz ręcznie podwozie i będziesz podawać prędkość spadku, odległość do pasa, wysokość – prawdziwą wysokość nad ziemią, nie nad poziomem morza – i prędkość. – Myślała, o czym jeszcze powiedzieć. Silniki i klapy nie działały, nie działały hamulce aerodynamiczne. Nic więcej nie przychodziło jej do głowy; był to najkrótszy instruktaż przed lądowaniem w ciągu jej lotniczej kariery. – Ostatnia rzecz. Kiedy się już zatrzymamy, spieprzaj stąd, ile sił w nogach.
    – Dziesięć mil do pasa – powiedział Brad. – Prędkość dwieście węzłów. Wysokość dziewięć tysięcy stóp. Trzeba zmniejszyć prędkość opadania.
    Pociągnęła wolant steru i prędkość znacznie zmalała. Drążek znów zaczął wibrować. Jeśli przekroczą teraz kąt krytyczny, koniec.
    Naprzód.
    Dziewięć mil… Osiem…
    Pociła się jak mysz. Otarła twarz. Między kciukami i palcami wskazującymi zrobiły się jej pęcherze.
    Siedem… Sześć…
    – Pięć mil do lądowania, cztery i pół tysiąca stóp. Prędkość dwieście dziesięć węzłów.
    – Podwozie w dół – rozkazała Percey.
    Brad zaczął kręcić kołem, które opuszczało ciężkie podwozie. Wprawdzie pomagała mu siła grawitacji, ale był to spory wysiłek. Mimo to nie odrywał oczu od wskaźników, recytując ze spokojem księgowego, który odczytuje cyfry z zestawienia bilansowego:
    – Cztery mile do lądowania, trzy tysiące dziewięćset stóp…
    Percey zmagała się z różnicą ciśnień na mniejszej wysokości i silnym wiatrem.
    – Podwozie w dole – zawołał zdyszanym głosem Brad.
    Prędkość spadła do stu osiemdziesięciu węzłów – około dwustu mil na godzinę. Nadal lecieli za szybko. O wiele za szybko. Bez odwracaczy ciągu zaryją w beton i staną w ogniu nawet na najdłuższym pasie startowym.
    – Denver, jakie ciśnienie?
    – Trzydzieści koma dziewięćdziesiąt osiem – odparł niewzruszony głos kontrolera.
    Rośnie. Ciągle rośnie.
    Nabrała głęboko powietrza. Według bomby pas startowy był położony niecałe pięć tysięcy stóp nad poziomem morza. Z jaką dokładnością Trumniarz skonstruował zapalnik?
    – Podwozie opuszczone. Prędkość spadku dwa tysiące sześćset. Czyli pionowa prędkość około trzydziestu ośmiu mil na godzinę.
    – Opadamy za szybko, Percey – zawołał Brad. – Walniemy jakieś sto jardów przed światłami. Może dwieście.
    Kontrola też to zauważyła.
    – „Foxtrot Bravo”, musisz nabrać trochę wysokości. Podchodzisz za nisko.
    Znowu za stery. Prędkość zmalała. Niebezpieczeństwo przeciągnięcia. Stery naprzód.
    – Dwie i pół mili do lądowania, wysokość tysiąc dziewięćset stóp.
    – Za nisko, „Foxtrot Bravo”! – ostrzegł ponownie kontroler lotów.
    Spojrzała przed siebie, poza srebrny nos samolotu. Zobaczyła wszystkie światła – stroboskopowe światła podchodzenia do lądowania, mrugające do nich zachęcająco, niebieskie punkciki wyznaczające drogę do kołowania, pomarańczowoczerwone pasa startowego… I światła, jakich Percey nigdy nie widziała przy podchodzeniu. Setki błyskających białych i czerwonych lamp. Wszystkie wozy ratownicze.
    Wszędzie światła.
    Wszystkie gwiazdy wieczoru…
    – Ciągle nisko – powiedział Brad. – Uderzymy o ziemię dwieście jardów za blisko.
    Pociły się jej ręce. Wyciągnięta do przodu, Percey znów pomyślała o Lincolnie Rhymie, przypiętym do wózka i pochylającym w przód głowę, kiedy przyglądał się czemuś na monitorze komputera.
    – Za nisko, „Foxtrot Bravo” – powtórzyła kontrola. – Wysyłam wozy ratownicze przed pas startowy.
    – Nie zgadzam się – odparła niewzruszenie Percey.
    – Wysokość tysiąc trzysta. Półtorej mili do lądowania.
    Mamy trzydzieści sekund! Co mam robić?
    Ed? Powiedz… Brit? Niech mi ktoś powie…
    Gdzie moja małpia zręczność? Co mam, do cholery, zrobić?!
    Wyjrzała przez okno kabiny. W blasku księżyca dostrzegła miasteczka i przedmieścia, jakieś pola, a po lewej rozciągała się szeroka połać pustyni.
    Kolorado to stan pustynny… No jasne!
    Nieoczekiwanie wykonała ostry przechył w lewo.
    Zaskoczony Brad, nie wiedząc, co robi Percey, zawołał:
    – Prędkość spadku trzy dwieście, wysokość tysiąc stóp, dziewięćset, osiemset pięćdziesiąt…
    Przechył samolotu bez silników kosztuje błyskawiczną utratę wysokości.
    – „Foxtrot Bravo”, nie skręcaj – krzyknął kontroler. – Powtarzam, nie skręcaj! Masz za małą wysokość.
    Nad pasem pustyni wyrównała lot.
    Brad zaśmiał się krótko.
    – Wysokość stała…Wysokość rośnie, mamy dziewięćset stóp, tysiąc, tysiąc dwieście. Tysiąc trzysta… Nic nie rozumiem.
    – Ciepły prąd powietrza – wyjaśniła. – W ciągu dnia pustynia absorbuje ciepło, a w nocy oddaje.
    Kontrola w Denver też się tego domyśliła.
    – Dobrze, „Foxtrot Bravo”! Dobrze. Zyskaliście jakieś trzysta jardów przy lądowaniu. Kurs prawo dwieście dziewięćdziesiąt, teraz lewo dwieście osiemdziesiąt. Dobrze. Jesteś na kursie. Słuchaj, „Foxtrot Bravo”, jeżeli chcesz skasować światła podchodzenia, wal prosto przed siebie.
    – Dzięki za propozycję, Denver, ale chyba siądę tysiąc za numerami.
    – Też może być.
    Mieli następny kłopot. Wprawdzie mogli już dolecieć do pasa, lecz wciąż lecieli za szybko. Przydałyby się klapy, których zadaniem była redukcja prędkości przy lądowaniu. Normalna prędkość leara 35A z wyłączonymi silnikami wynosiła sto dziesięć mil na godzinę. Bez klap zbliżała się do stu osiemdziesięciu. Przy takiej szybkości nawet pas startowy długości dwóch mil byłby za krótki.
    Percey zastosowała więc ślizg boczny.
    Jest to prosty manewr, wykorzystywany podczas lądowania przy silnych bocznych wiatrach w małym prywatnym samolocie. Przechyla się maszynę w lewo, naciskając równocześnie prawy pedał sterowania kierunkowego, dzięki czemu samolot znacznie zwalnia. Percey nie wiedziała, czy ktoś przed nią używał tej techniki w siedmiotonowym odrzutowcu, lecz nic innego nie przyszło jej do głowy.
    – Potrzebuję twojej pomocy – powiedziała do Brada, łapiąc z trudem powietrze i czując ból przeszywający jej otartą skórę na dłoniach. Brad też złapał za wolant i nadepnął na pedały. Samolot zwolnił, choć niebezpiecznie przechylił się w lewo.
    Percey zdołała go wyprostować, zanim zetknął się z pasem. Nadzieja w niej odżyła.
    – Prędkość lotu? – zawołała.
    – Sto pięćdziesiąt węzłów.
    – Wygląda to nieźle, „Foxtrot Bravo”.
    – Dwieście jardów do pasa startowego, wysokość dwieście osiemdziesiąt stóp – rzekł Brad. – Światła podejścia na godzinie dwunastej.
    – Prędkość spadku? – zapytała.
    – Dwa sześćset.
    Za szybko. Lądowanie przy takiej prędkości opadania mogło zniszczyć podwozie. A także groziło detonacją bomby.
    Przed sobą zobaczyła błyskające światła podejścia, kierujące ich naprzód…
    W dół, w dół…
    Gdy pędzili w kierunku rusztowania ze światłami, Percey krzyknęła:
    – Przejmuję samolot!
    Brad puścił wolant steru.
    Percey wyprostowała leara z bocznego przechyłu i zadarła nos. Samolot pięknie uniósł przód i chwycił wiatr, zatrzymując karkołomny spadek tuż nad numerami na początku pasa.
    Chwycił wiatr tak dobrze, że nie chciał siąść.
    Lżejszy bez paliwa samolot mknął naprzód w gęstym powietrzu, ani myśląc o lądowaniu.
    Zerknęła na żółte i zielone wozy ratownicze, rozstawione po obu stronach pasa.
    Tysiąc stóp za numerami nadal wisieli trzydzieści stóp nad betonem.
    Chwilę później byli już dwa tysiące za numerami. Potem trzy.
    Do diabła, niech coś ją w końcu posadzi na ziemi!
    Percey pchnęła ster naprzód. Nos samolotu opadł niebezpiecznie, więc szarpnęła z powrotem wolant. Srebrny ptak zadrżał, po czym miękko osiadł na betonie. Było to najłagodniejsze lądowanie w jej karierze.
    – Hamulce do dechy!
    Percey i Brad równocześnie wdusili pedały, słysząc pisk klocków hamulcowych i czując gwałtowne wibracje. Kabina wypełniła się dymem.
    Byli już w połowie długości pasa, lecz nadał pędzili z szybkością stu mil na godzinę.
    Trawa, pomyślała Percey. Jeżeli będzie trzeba, skręcę na trawę. Zniszczę podwozie, ale przynajmniej uratuję ładunek…
    Siedemdziesiąt, sześćdziesiąt…
    – Alarm pożarowy, prawe koło – zameldował Brad. A potem: – Alarm pożarowy, przednie koło.
    Mam to gdzieś, pomyślała i naparła na pedały całym ciężarem ciała.
    Learem zaczęło rzucać na boki i trząść. Percey skontrowała, skręcając przednie koło. Do kabiny wdarło się jeszcze więcej dymu.
    Sześćdziesiąt mil na godzinę, pięćdziesiąt, czterdzieści…
    – Drzwi – zawołała do Bella.
    W ułamku sekundy detektyw był przy drzwiach, wypychając je na zewnątrz; zmieniły się w schodki.
    Z kilku miejsc jechały w ich kierunku wozy strażackie.
    Z przeraźliwym jękiem dymiących hamulców lear N695FB zatrzymał się dziesięć stóp przed końcem pasa.
    Najpierw w kabinie rozległ się głos Bella:
    – Dobra, Percey, uciekaj! Ruszaj się.
    – Muszę…
    – Teraz ja dowodzę! – krzyknął detektyw. – Jak trzeba będzie, wywlokę cię stąd siłą. A teraz spadaj.
    Bell wypchnął ją i Brada za drzwi, potem sam zeskoczył na beton, odciągając ich od samolotu. Zawołał do strażaków, którzy zaczęli oblewać pianą wnęki kół:
    – Na pokładzie jest bomba, może w każdej chwili wybuchnąć. W silniku. Nie zbliżajcie się.
    Obserwując tłum strażaków i ratowników otaczających samolot, trzymał w dłoni jeden ze swoich pistoletów. Percey wcześniej uważała, że Bell zachowuje się czasem jak stuknięty paranoik, lecz zdążyła od tego czasu zmienić zdanie.
    Przystanęli w odległości stu stóp od samolotu. Na pasie zatrzymał się wóz oddziału pirotechników policji Denver. Bell przywołał ich gestem.
    Z samochodu wysiadł chudy, wysoki gliniarz o wyglądzie kowboja i podszedł do Bella. Pokazali sobie nawzajem legitymacje, po czym Bell wyjaśnił mu, gdzie ich zdaniem może znajdować się bomba.
    – Czyli – rzekł gliniarz z Denver – nie jesteście pewni, że bomba jest na pokładzie.
    – Nie. Nie na sto procent.
    Jednak gdy Percey spojrzała na „Foxtrota Bravo” – na jego piękne srebrne poszycie, zbryzgane teraz pianą i lśniące w blasku reflektorów – rozległ się ogłuszający huk. Wszyscy poza Percey i Bellem padli na ziemię w momencie, gdy tylna połowa samolotu rozpadła się, a w niebo wzbił się potężny słup płomieni i kawałków metalu.
    – Och – powiedziała bez tchu Percey, zakrywając dłonią usta.
    W zbiornikach oczywiście nie było paliwa, lecz wnętrze samolotu – siedzenia, przewody, wykładzinę, plastykowe elementy i cenny ładunek – trawił wielki ogień. Strażacy zaczekali na dogodniejszą chwilę, po czym ruszyli naprzód, bezsensownie zalewając metalowe szczątki strumieniami śnieżnej piany.

5

DANSE MACABRE
    Spoglądając w górę, dostrzegłem spadającą kropkę, która zbliżając się, przybierała kształt odwróconego serca – nurkującego ptaka. Spadał przez pół mili w przezroczystym jesiennym powietrzu, a jego wrzask zmieszany z gwizdem wiatru przerodził się w dźwięk, jakiego nie wydaje żadne ziemskie stworzenie. W ostatniej chwili ptak zrównał swój lot z torem lotu przepiórki i rzucił się na nią. Towarzyszyło temu głośne „plask”, jak gdyby pocisk dużego kalibru rozerwał ciało.
    „Sokoły moja pasja”
    Stephen Bodio

Rozdział trzydziesty piąty

    45 godzin – godzina czterdziesta druga

    Rhyme zauważył, że minęła już trzecia nad ranem. Percey Clay leciała z powrotem na Wschodnie Wybrzeże odrzutowcem FBI i za parę godzin miała się stawić przed sądem przysięgłych.
    A Rhyme nadal nie miał pojęcia, gdzie może być Tańczący Trumniarz, co planuje, za kogo teraz się przebierze.
    Zadzwonił telefon Sellitta. Detektyw słuchał wiadomości ze zmarszczonym czołem.
    – Jezu. Trumniarz sprzątnął następną osobę. Znaleźli ciało w stanie uniemożliwiającym identyfikację, w tunelu w Central Parku. Niedaleko Piątej Alei.
    – W ogóle nie da się ustalić tożsamości?
    – Zdaje się, że wyczyścił go zupełnie. Odciął ręce, usunął zęby, szczękę, zdjął ubranie. Wiadomo tylko, że to był biały mężczyzna. Młody, w okolicach trzydziestki. – Detektyw zamilkł, słuchając dalej. – Nie był włóczęgą – zameldował. – Czysty, w dobrej formie. Nieźle zbudowany. Haumann uważa, że to jakiś yuppie z East Side.
    – No dobra – powiedział Rhyme. – Niech go tu przywiozą. Sam chcę mu się przyjrzeć.
    – Ciału?
    – Zgadza się.
    – Dobrze.
    – A więc Trumniarz ma nową tożsamość – rzekł ze złością Rhyme i zamyślił się. – O co tym razem, do cholery, chodzi? Co planuje?
    Westchnął, spoglądając za okno. Po chwili powiedział do Dellraya:
    – Fred, w którym domu teraz ich umieścicie?
    – Zastanawiałem się nad tym – odrzekł agent. – I wydaje mi się…
    – W naszym – odezwał się nowy głos.
    Wszyscy spojrzeli na stojącego w drzwiach krępego mężczyznę.
    – W naszym bezpiecznym domu – powiedział Reggie Eliopolos. – Przejmujemy świadka.
    – Ale jeżeli nie macie… – zaczął Rhyme.
    Prokurator pomachał papierkiem, zbyt szybko, by Rhyme mógł przeczytać, lecz wszyscy już wiedzieli, że ma oficjalny rozkaz o areszcie prewencyjnym.
    – To niedobry pomysł – powiedział Rhyme.
    – Lepszy niż pańskie pomysły, przez które ostatni świadek kilka razy otarł się o śmierć.
    Sachs z gniewem postąpiła krok naprzód, ale Rhyme pokręcił głową.
    – Proszę mi wierzyć – rzekł – że Trumniarz wszystkiego się domyśli. Może nawet już się domyślił, że ich przejmujecie. Właściwie – dodał złowrogo – może właśnie na to liczy.
    – Musiałby czytać w myślach.
    Rhyme przechylił głowę na bok.
    – Nareszcie pan coś chwyta.
    Eliopolos parsknął pogardliwie. Rozejrzał się i spostrzegł Jodiego.
    – Jesteś Joseph D’Oforio?
    Człowieczek wlepił w niego zdziwione oczy.
    – Ja… tak.
    – Ciebie też zabieramy.
    – Chwileczkę, powiedzieli mi, że jak tylko dostanę moje pieniądze, mogę…
    – To nie ma nic wspólnego z żadnymi nagrodami. Jeżeli masz prawo do nagrody, dostaniesz ją. Chcemy tylko, żebyś był bezpieczny do posiedzenia sądu przysięgłych.
    – Sądu! Nikt nic nie mówił o zeznaniach przed sądem!
    – Cóż – rzekł Eliopolos. – Jesteś ważnym świadkiem. – Ruchem głowy wskazał Rhyme’a. – On być może chce tylko zabić płatnego mordercę. My stawiamy zarzuty człowiekowi, który go wynajął. Tak zresztą postępuje większość stróżów prawa.
    – Nie będę zeznawał.
    – Wobec tego odsiedzisz wyrok za niezastosowanie się do wyroku sądu. W normalnym więzieniu. Sam pewnie wiesz, jak tam bezpiecznie.
    Drobny człowiek próbował się rozzłościć, lecz był zbyt przerażony. Krew odpłynęła mu z twarzy.
    – O Jezu.
    – Nie będziecie w stanie zapewnić im pełnego bezpieczeństwa – powiedział do Eliopolosa Rhyme. – Znamy już Trumniarza. Pozwólcie nam nadal ich chronić.
    – Rhyme? – Eliopolos zwrócił ku niemu twarz. – Przez ten incydent z samolotem oskarżę cię o przeszkadzanie w śledztwie.
    – Kurwa, nie zrobisz tego – powiedział Sellitto.
    – Kurwa, zrobię – odrzekł ostro pulchny człowiek. – Pozwalając jej lecieć, mógł rozwalić nam całą sprawę. Jeszcze w poniedziałek będę miał nakaz. I sam dopilnuję jego wykonania. To przez niego…
    – On tu był – rzekł cicho Rhyme.
    Zastępca prokuratora przestał mówić. Po chwili spytał:
    – Kto?
    Chociaż doskonale wiedział kto.
    – Niecałą godzinę temu był za tym oknem i celował do tego pokoju z karabinu snajperskiego załadowanego pociskami rozpryskowymi. – Rhyme wbił spojrzenie w podłogę. – Prawdopodobnie dokładnie w to miejsce.
    Eliopolos odruchowo chciał się cofnąć, ale wytrzymał. Tylko jego oczy prześliznęły się po oknie, sprawdzając, czy rolety są opuszczone.
    – Dlaczego…?
    – Nie strzelił? – dokończył pytanie Rhyme. – Bo wpadł na lepszy pomysł.
    – Jaki?
    – Ach, odpowiedź na to pytanie warta jest milion dolarów – odparł Rhyme. – Wiemy tylko tyle, że kogoś zabił – jakiegoś młodego człowieka w Central Parku – i zdarł ze zwłok ubranie. Uniemożliwił też identyfikację ciała i przybrał tożsamość nieboszczyka. Moim zdaniem na sto procent wie, że bomba nie zabiła Percey, więc chce skończyć zadanie. A z pana zrobić współsprawcę.
    – Przecież nawet nie wie, że ja istnieję.
    – Jezu, Reggie, chłopcze – powiedział Dellray. – Zrozum w końcu!
    – Nie mów tak do mnie.
    – Nie domyśla się pan? – włączyła się Sachs. – Nigdy nie miał pan do czynienia kimś takim.
    Patrząc na nią, Eliopolos rzekł do Sellitta:
    – Chyba powinniście zrobić porządek w policji miejskiej. U federalnych każdy zna swoje miejsce.
    – Nie można go traktować jak gangstera albo byłego mafiosa – ostrym tonem wtrącił Rhyme. – Nikt nie umie się przed nim ukryć. Jedyny sposób to powstrzymać go na dobre.
    – Tak, Rhyme, znam twoje hasło. Nie zamierzamy jednak więcej poświęcać życia ludzi tylko dlatego, że staje ci na myśl o facecie, który pięć lat temu zabił twoich dwóch techników. O ile oczywiście w ogóle ci staje…
    Eliopolos był człowiekiem pokaźnej postury, więc bardzo się zdziwił, że z taką łatwością został powalony na podłogę. Z trudem łapiąc powietrze, ujrzał nad sobą purpurową twarz Sellitta i wzniesioną pięść detektywa.
    – Śmiało, poruczniku – wykrztusił prokurator – a za pół godziny postawię cię w stan oskarżenia.
    – Lon – odezwał się Rhyme – daj spokój, daj spokój…
    Detektyw uspokoił się, zmierzył leżącego wściekłym spojrzeniem, po czym się odsunął. Eliopolos niezdarnie dźwignął się na nogi.
    Obraza nie miała żadnego znaczenia. Rhyme w ogóle nie myślał o Eliopolosie, nawet nie o Trumniarzu. Przypadkiem spojrzał na Amelię Sachs, na pustkę i rozpacz w jej oczach. Wiedział, co czuła: bezbrzeżny żal za utraconą zdobyczą. Eliopolos odbierał jej szansę złapania Trumniarza. Tak jak dla Lincolna Rhyme’a, morderca stał się mroczną obsesją jej życia.
    Wszystko przez jeden jedyny błąd – wydarzenie na lotnisku i jej ucieczka przed strzałami. Drobnostka, nic nie znacząca dla nikogo, prócz niej. Głupiec potrafi wrzucić kamień do stawu, ale tuzin mędrców nie potrafi go wydobyć. Życie Rhyme’a na zawsze zmienił kawałek drewna, łamiąc mu maleńki odcinek kości. Życie Sachs zmieniło się w momencie, gdy (jej zdaniem) zachowała się jak tchórz. Jednak w przeciwieństwie do Rhyme’a ona miała jeszcze szansę wyzdrowieć.
    Och, Sachs, wiem, jak to boli, ale nie mam wyboru. Powiedział do Eliopolosa:
    – Zgodzimy się, jeżeli zrobisz coś w zamian.
    – A jeżeli nie? – prychnął Eliopolos.
    – Wtedy nie powiem, gdzie jest Percey – odrzekł z prostotą Rhyme. – Tylko my o tym wiemy.
    Na twarzy Eliopolosa, z której zniknął już rumieniec po zapaśniczej przygodzie z Sellittem, pojawił się lodowaty uśmieszek.
    – Czego chcesz?
    Rhyme głęboko nabrał powietrza.
    – Wiemy już, że Trumniarz chętnie bierze na cel ludzi, którzy go szukają. Jeżeli wy będziecie ochraniać Percey, chcę, żebyście zapewnili też ochronę głównemu specjaliście kryminalistyki, który pracuje przy tej sprawie.
    – Czyli tobie? – spytał prawnik.
    – Nie. Amelii Sachs – odrzekł Rhyme.
    – Rhyme, nie – powiedziała, marszcząc czoło.
    Lekkomyślna Amelia Sachs… a ja pcham ją wprost w paszczę lwa.
    Dał jej znak, by podeszła.
    – Chcę tu zostać – oznajmiła. – I znaleźć go.
    – O to się nie martw, Sachs – szepnął. – On sam cię znajdzie. Musimy z Melem spróbować ustalić, kim teraz jest. Ale jeżeli wykona jakiś ruch na Long Island, chcę, żebyś tam była. Chcę, żebyś towarzyszyła Percey. Tylko ty rozumiesz Trumniarza. No, właściwie my oboje. A ja w najbliższej przyszłości nie zamierzam strzelać.
    – Może tu wrócić…
    – Nie sądzę. Istnieje niebezpieczeństwo, że po raz pierwszy wymknie mu się ofiara. Nie może do tego dopuścić, dlatego za wszelką cenę będzie się starał dopaść Percey. Jest zdesperowany.
    Sachs zastanawiała się przez chwilę, po czym skinęła głową.
    – No dobrze – rzekł Eliopolos. – Pojedziesz z nami. Samochód czeka.
    – Sachs? – odezwał się Rhyme.
    Przystanęła.
    – Powinniśmy już jechać – ponaglił ich Eliopolos.
    – Za minutę będę na dole.
    – Naprawdę mamy mało czasu…
    – Powiedziałam za minutę.
    Skrzyżowali spojrzenia i prokurator pierwszy odwrócił wzrok. Eliopolos i policjant, z którym przyszedł, odprowadzili Jodiego do wyjścia. Już z korytarza drobny człowiek zawołał:
    – Chwileczkę! – Wrócił, złapał swój poradnik i zbiegł po schodach.
    – Sachs…
    Chciał jej powiedzieć, żeby unikała heroizmu, żeby nie była wobec siebie taka ostra, chciał wspomnieć Banksa.
    Żeby dała spokój zmarłym…
    Lecz wiedział, że każde słowo ostrzeżenia albo zachęty mogło ją dotknąć jeszcze bardziej.
    Poprzestał więc na krótkim:
    – Strzelaj pierwsza.
    Położyła rękę na jego lewej dłoni. Zamknął oczy, próbując poczuć dotyk jej skóry. I chyba poczuł, w każdym razie na pewno na serdecznym palcu.
    Spojrzał na nią.
    – Miej zawsze kogoś pod ręką, dobrze? – poprosiła.
    Skinęła głową Sellittowi i Dellrayowi.
    Potem w drzwiach stanął sanitariusz z pogotowia, rozglądając się po pokoju. Zatrzymał wzrok kolejno na Rhymie, na sprzęcie, pięknej policjantce, próbując pojąć, dlaczego dostał taki dziwaczny rozkaz.
    – Ktoś tu chciał zobaczyć zwłoki? – spytał niepewnie.
    – Wnosić! – krzyknął Rhyme. – Natychmiast!

    Furgonetka minęła bramę i jechała wąskim podjazdem, który zdawał się liczyć parę dobrych mil.
    – Jeżeli to ma być podjazd – mruknął Roland Bell – nie mogę się doczekać widoku domu.
    On i Amelia Sachs siedzieli po obu stronach Jodiego, który irytował wszystkich, wiercąc się nerwowo i rozpychając w swej grubej kamizelce kuloodpornej, gdy badawczo przyglądał się wszystkim cieniom, drzwiom i mijającym ich na drodze ekspresowej Long Island samochodom. Z tyłu zajęło miejsce dwóch funkcjonariuszy z 32-E, uzbrojonych w pistolety maszynowe. Percey Clay siedziała z przodu na fotelu pasażera. Kiedy w drodze do okręgu Suffolk odebrali ich w terminalu lotnictwa morskiego na lotnisku LaGuardia, Sachs była wstrząśnięta jej zmienionym wyglądem.
    To nie wyczerpanie – choć oczywiście Percey była zmęczona. I nie strach. Nie, Sachs niepokoiła się jej kompletną rezygnacją. Podczas patrolowania ulic wielokrotnie stykała się z tragedią. Przekazywała ludziom trudne wiadomości, lecz nigdy nie widziała nikogo, kto by skapitulował tak całkowicie jak Percey Clay.
    Percey rozmawiała przez telefon z Ronem Talbotem. Z urywków rozmowy Sachs wywnioskowała, że Amer-Med zerwał kontrakt, nie czekając nawet, aż dogasną zgliszcza samolotu. Percey wyłączyła telefon i przez chwilę patrzyła na mijany krajobraz. Z roztargnieniem powiedziała do Bella:
    – Firma ubezpieczeniowa nie zamierza nawet płacić za ładunek. Powiedzieli, że świadomie podjęłam ryzyko. A więc koniec. Koniec. Jesteśmy bankrutami.
    Za oknami samochodu migały sosny, dęby, połacie piasku. Sachs, dziewczyna z miasta, jako nastolatka jeździła do okręgów Nassau i Suffolk, ale nie na plażę czy zakupy, tylko po to, by wciskać do dechy gaz swojego chargera i rozpędzać bordowy wóz od zera do sześćdziesięciu mil na godzinę w niecałe sześć sekund, i brać udział w nielegalnych wyścigach, z których słynęło Long Island. Lubiła drzewa, trawę i krowy, lecz natura podobała się jej najbardziej, kiedy przemykała obok niej z szybkością stu dziesięciu mil na godzinę.
    Jodie splatał i rozplatał ręce na piersi, wciskając się głęboko w środkowe siedzenie, bawił się pasem bezpieczeństwa i co chwilę stukał Sachs swoim pancerzem.
    – Przepraszam – mruknął.
    Miała ochotę dać mu w pysk.
    Okazało się, że dom nie pasował do okazałego podjazdu.
    Chaotycznie zbudowany wielopoziomowy budynek, będący kombinacją dużych płaszczyzn i długich belek. Ruina, w którą w ciągu lat ładowano kupę federalnych pieniędzy, ale ani krzty pomysłu.
    Noc była pochmurna, zasnuta oparami gęstej mgły, lecz mimo to Sachs zauważyła, że dom otacza ciasny krąg drzew. Wokół rozciągał się pas wolnego terenu szerokości dwustu jardów. Drzewa stanowiły dobrą osłonę dla lokatorów domu i jednocześnie wyznaczały doskonałe miejsce, w którym można namierzyć i sprzątnąć każdego napastnika. W pewnej odległości widniało szarawe pasmo – zapewne las. Za domem znajdowało się duże, spokojne jezioro.
    Reggie Eliopolos wygramolił się z furgonetki i dał znak reszcie, by też wysiedli. Zaprowadził ich do głównego wejścia. Tam przekazał ich pucołowatemu cywilowi, który sprawiał wrażenie wesołego, mimo że w ogóle się nie uśmiechał.
    – Witam – powiedział. – Jestem komendant David Franks. Chciałbym powiedzieć parę słów o domu. To najbardziej pewne ze wszystkich schronień dla świadków w całym kraju. Mamy czujniki masy i ruchu w całym budynku i w otoczeniu. Każde przerwanie obwodu włącza mnóstwo alarmów. Komputer jest zaprogramowany tak, żeby wyczuwał ruch człowieka i porównywał odczyt z wagą, bo inaczej każdy zabłąkany jeleń albo pies uruchamiałby alarm. Jeżeli ktoś – człowiek – wejdzie tam, gdzie nie powinien, cały dom zaczyna się świecić jak Times Square w Wigilię Bożego Narodzenia. A jeśli ktoś postanowi podjechać pod dom konno? Pomyśleliśmy i o tym. Komputer rozpozna anomalię masy w połączeniu z rozstawem kopyt zwierzęcia i włączy alarm. W ogóle każdy ruch – nawet szopa czy wiewiórki – włącza kamery na podczerwień.
    – Aha, jesteśmy też obserwowani przez radar na regionalnym lotnisku Hampton, więc o każdej próbie ataku z powietrza będziemy wiedzieć ze sporym wyprzedzeniem. Jeżeli cokolwiek się wydarzy, usłyszycie syrenę i być może zobaczycie światła. Wtedy macie po prostu zostać tam, gdzie jesteście. I nie wychodzić z domu.
    – Jak wygląda straż? – spytała Sachs.
    – W samym domu czterech funkcjonariuszy. Dwóch w wartowni od frontu i dwóch z tyłu domu, obok jeziora. Po naciśnięciu guzika alarmowego w ciągu dwudziestu minut zjawia się wóz chłopców z brygady specjalnej.
    Mina Jodiego mówiła, że dwadzieścia minut to o wiele za długo. Sachs była podobnego zdania.
    Eliopolos spojrzał na zegarek.
    – O szóstej przyjedzie pancerna furgonetka, żeby zabrać panią do sądu. Przykro mi, że nie zdąży się pani za bardzo wyspać.
    – Zerknął na Percey. – Gdyby jednak wcześniej mnie posłuchano, spędzilibyście tu całą noc, cali i zdrowi.
    Gdy prokurator odwrócił się do drzwi, nikt nie wypowiedział ani słowa pożegnania.
    – Trzeba jeszcze wspomnieć o kilku sprawach – ciągnął Franks. – Proszę nie wyglądać przez okna. Tamten telefon – wskazał beżowy aparat w kącie salonu – jest bezpieczny. Tylko z tego wolno wam korzystać. Telefony komórkowe proszę wyłączyć i nie korzystać z nich pod żadnym pozorem. To tyle. Jakieś pytania?
    – Tak, znajdzie się tu jakaś butelczyna? – zapytała Percey.
    Franks pochylił się i z szafki wydobył butelkę wódki i butelkę burbona.
    – Cieszymy się, gdy nasi goście są zadowoleni.
    Postawił butelki na stole i podszedł do drzwi wyjściowych, narzucając po drodze kurtkę.
    – Idę do domu. Dobranoc, Tom – powiedział do gliniarza przy drzwiach i skinął głową czwórce nowych lokatorów, którzy wyglądali dość absurdalnie, stojąc nad dwiema butelkami alkoholu pośrodku pokoju przypominającego wnętrze domku myśliwskiego. Ze ścian pokrytych lakierowanym drewnem spoglądało na nich kilkanaście łbów jeleni i łosi.
    Nagle rozdzwonił się telefon i na ten dźwięk wszyscy drgnęli. Jeden z policjantów podniósł słuchawkę po trzecim dzwonku.
    – Halo?
    Spojrzał niepewnie na dwie kobiety.
    – Amelia Sachs?
    Skinęła głową i wzięła słuchawkę.
    Dzwonił Rhyme.
    – Sachs, bezpiecznie tam?
    – Na to wygląda – powiedziała. – Wszędzie technika najnowszej generacji. A jak z ciałem?
    – Na razie nic. Na Manhattanie zgłoszono zaginięcie czterech mężczyzn w ciągu ostatnich czterech godzin. Sprawdzamy wszystkich. Jest tam Jodie?
    – Tak.
    – Zapytaj go, czy Trumniarz wspominał coś o nowej tożsamości.
    Przekazała pytanie.
    Jodie zamyślił się.
    – Przypominam sobie, jak coś mówił… nic konkretnego. Powiedział tylko, że jeżeli chce się kogoś zabić, trzeba przeprowadzić rozpoznanie, ocenić, zmylić wroga, odizolować i wyeliminować cel. Czy coś podobnego. Nie pamiętam dokładnie. Mówił, że można zmylić wroga, wysyłając z zadaniem kogoś innego, a gdy wszyscy zwrócą na niego uwagę, wtedy on atakuje. Chyba wspominał coś o dostawcy albo czyścibucie.
    Twoją najniebezpieczniejszą bronią jest podstęp…
    Kiedy Sachs przekazała jego słowa Rhyme’owi, ten rzekł:
    – Wydaje się nam, że to zwłoki młodego biznesmena. Może adwokata. Spytaj Jodiego, czy Trumniarz mówił coś o próbie wejścia do sądu podczas posiedzenia przysięgłych.
    Jodie nic takiego sobie nie przypominał.
    – Dobra, Sachs, dzięki. – Usłyszała, jak Rhyme woła coś do Mela Coopera. – Zadzwonię później.
    Kiedy odłożyła słuchawkę, Percey zapytała ją:
    – Masz ochotę na jednego?
    Sachs nie była pewna, czy ma. Wzdrygnęła się na wspomnienie o szklaneczce szkockiej, po której nastąpiło fiasko w łóżku Lincolna Rhyme’a. Lecz pod wpływem impulsu powiedziała:
    – Czemu nie.
    Roland Bell uznał, że na pół godziny może przerwać służbę.
    Jodie wolał szybkiego, leczniczego kielicha, po którym skierował się do sypialni, ściskając pod pachą swój poradnik i gapiąc się na ogromny łeb łosia z zachwytem typowym dla chłopaka z miasta.

    W gęstym wiosennym powietrzu rozbrzmiewała muzyka cykad i niepokojące nawoływania żab.
    Patrząc przez okno w półmrok wczesnego poranka, Jodie widział snopy świateł szperaczy przenikające mgłę. Tańczące cienie kładły się po bokach – tam gdzie między drzewami przepływały pasma mgły.
    Odszedł od okna, zbliżył się do drzwi swojego pokoju i wyjrzał na zewnątrz.
    Dwaj strażnicy pilnujący korytarza siedzieli w małym pokoiku oddalonym o dwadzieścia stóp. Wyglądali na znudzonych i niezbyt czujnych.
    Począł nasłuchiwać, lecz słyszał tylko odgłosy skrzypienia i stuki typowe dla starego domu, który szykował się do snu.
    Jodie wrócił do łóżka i usiadł na zdeformowanym materacu. Wziął do ręki swój sfatygowany poradnik „Koniec z zależnością”. No, to do roboty, pomyślał.
    Otworzył książkę szeroko, aż pękło klejenie na grzbiecie, po czym oderwał wąski pasek taśmy przyklejony u dołu grzbietu. Na łóżko wypadł długi nóż. Wyglądał jak zrobiony z czarnego metalu, choć w rzeczywistości ostrze wykonano z polimeru z ceramiczną impregnacją i nie sposób było go wykryć detektorem metali. Nóż był poplamiony i matowy, z jednej strony ostry jak brzytwa, z drugiej pokryty ząbkami jak piła chirurgiczna. Rękojeść oklejała taśma. Jodie sam go zaprojektował i wykonał. Jak większość niebezpiecznej broni, nie był efektowny ani piękny; miał tylko jedną zaletę – zabijał. I to doskonale.
    Bez wahania wziął nóż do ręki – spokojnie dotykał też klamek i okien – ponieważ od niedawna był właścicielem nowych linii papilarnych. Skórę na opuszkach palców wypalił mu chemicznie w zeszłym tygodniu chirurg w Bernie i za pomocą lasera używanego w mikrochirurgii wyrył w świeżych bliznach nowe linie. Jego własne odciski miały się zregenerować, ale nie wcześniej niż za parę miesięcy.
    Siedząc na brzegu łóżka z zamkniętymi oczami, ujrzał w wyobraźni wspólny pokój i zaczął go przemierzać w myślach, zapamiętując każde drzwi, okno, mebel, każdy kiczowaty pejzaż na ścianie, rogi łosi nad kominkiem, popielniczki, broń i wszystko, co mogło stać się bronią. Jodie miał tak dobrą pamięć, że mógłby przejść przez ten pokój z zawiązanymi oczami, nie dotykając żadnego krzesła ani stolika.
    Zatopiony w myślach, skierował swe wyimaginowane kroki do telefonu w rogu i przez chwilę zastanawiał się nad systemem łączności w domu. Doskonale wiedział, jak działa (większość wolnych chwil wykorzystywał na studiowanie podręczników o systemach zabezpieczeń i łączności), miał więc świadomość, że jeśli przetnie linię, spadek napięcia spowoduje wysłanie sygnału alarmowego do panelu kontrolnego u strażników i prawdopodobnie też do biura terenowego. Dlatego linię telefoniczną lepiej zostawić w spokoju.
    To nie problem, tylko czynnik.
    Jego pamięć ruszyła dalej. Oglądał kamery wideo w salonie – o których strażnicy „zapomnieli” im powiedzieć. Były ustawione w kształcie litery Y – oszczędnościowym układzie, zaprojektowanym na potrzeby rządowego obiektu strzeżonego przez specjalistę od zabezpieczeń, który musiał się liczyć z ograniczeniami budżetu. Ten system też znał, wiedział więc, że ma istotną wadę – wystarczy tylko mocno stuknąć w środek soczewek obiektywu. Wówczas rozstrajała się cała optyka; ekran monitora kontrolnego stawał się czarny, ale nie włączał się alarm, czym groziło przecięcie kabla koncentrycznego.
    Co do świateł… Mógł odłączyć sześć – nie, pięć – z ośmiu świateł, które widział w domu, lecz nie więcej. Przynajmniej dopóki będą żyli strażnicy. Zapamiętał lokalizację wszystkich lamp i włączników, po czym kontynuował zwiedzanie domu w myślach. Pokój telewizyjny, kuchnia, sypialnie. Myślał o odległościach, kątach widzenia z zewnątrz.
    To nie problem…
    Lokalizacja każdej z ofiar. Zastanawiał się, czy w ciągu ostatniego kwadransa mogli zmienić położenie.
    …tylko czynnik.
    Otworzył oczy. Pokiwał głową do siebie, wsunął nóż do kieszeni i wymknął się za drzwi.
    Cicho wszedł do kuchni, z suszarki nad zlewem wziął ukradkiem łyżkę cedzakową. Podszedł do lodówki i nalał sobie szklankę mleka. Potem skierował się do wspólnego pokoju i począł krążyć między półkami z książkami, udając, że szuka czegoś do czytania. Mijając każdą kamerę, wyciągał rękę z łyżką w stronę obiektywu i stukał w soczewkę. Pozostawiwszy mleko i łyżkę na stole, poszedł do pokoiku strażników.
    – Ty, popatrz na monitory – mruknął jeden z nich, próbując wyregulować obraz.
    – Taa? – odezwał się drugi bez specjalnego zaciekawienia.
    Jodie zbliżył się do pierwszego strażnika, który uniósł wzrok i zapytał:
    – Wszystko w porząd…?
    Dwa szybkie ruchy i obfita struga ciemnej krwi trysnęła ze starannie wykonanego cięcia w kształcie litery V na gardle. Partner strażnika wybałuszył oczy i sięgnął po broń, lecz Jodie wyszarpnął mu ją z ręki i wbił mu nóż najpierw w gardło, a potem w pierś. Mężczyzna padł na podłogę i dostał konwulsji. Głośna śmierć – tak jak Jodie się spodziewał. Ale nie mógł zadać strażnikowi więcej ciosów; potrzebował jego munduru, więc krwi musiało być jak najmniej.
    Strażnik leżał na podłodze wstrząsany śmiertelnymi drgawkami i patrzył, jak Jodie zdejmuje zakrwawione ubranie. Jego oczy przesunęły się po ramieniu Jodiego i zatrzymały na tatuażu.
    Jodie pochylił się, by rozebrać strażnika i dostrzegł jego spojrzenie.
    – To „Danse macabre” – powiedział. – Widzisz? Śmierć tańczy ze swoją następną ofiarą. Z tyłu stoi już jej trumna. Podoba ci się?
    Zapytał z prawdziwej ciekawości, choć nie spodziewał się odpowiedzi. I jej nie usłyszał.

Rozdział trzydziesty szósty

    45 godzin – godzina czterdziesta trzecia

    Mel Cooper w lateksowych rękawiczkach stał nad ciałem młodego mężczyzny, znalezionym w Central Parku.
    – Może odciski stóp? – rzekł bez przekonania.
    Linie papilarne na podeszwach stóp były równie indywidualną cechą jak linie na palcach, lecz miały niewielką wartość, jeśli nie zdobyło się wzoru odcisków podejrzanego; nie były katalogowane w identyfikacyjnych bazach danych.
    – Nie zawracaj sobie głowy – mruknął Rhyme.
    Kto to u diabła jest? – zastanawiał się Rhyme, patrząc na leżące przed nim zmasakrowane zwłoki. Klucz do następnego ruchu Trumniarza. I to najgorsze z możliwych uczucie, jak swędzące miejsce, którego nie można podrapać. Mieć przed sobą dowód, wiedzieć, że jest kluczowy dla sprawy, a jednocześnie nie móc go rozszyfrować.
    Oczy Rhyme’a zbłądziły na wiszące na ścianie tablice z listą dowodów. Z ciałem było podobnie jak z zielonymi włóknami znalezionymi w hangarze – ważny dowód, ale o niewiadomym znaczeniu.
    – Coś jeszcze? – zapytał Rhyme lekarza z biura badań medycznych, który przywiózł tu ciało, młodego, łysiejącego człowieka, na którego wysokim czole perliły się grube krople potu. – Był homoseksualistą, a ściśle rzecz ujmując, uprawiał praktyki homoseksualne w młodości. Częste stosunki analne, które ustały jakiś czas temu.
    – Co może oznaczać ta blizna? – pytał dalej Rhyme. – Ślad po operacji?
    – Cóż, wygląda na precyzyjne cięcie, ale nie wiem, z jakiego powodu mógł być operowany w tym miejscu. Może jakiś zator w jelitach. Chociaż gdyby nawet tak było, nigdy nie słyszałem o cięciu w tej części brzucha.
    Rhyme żałował, że nie ma tu Sachs. Mógłby przerzucać się z nią pomysłami. Ona na pewno wpadłaby na coś, co on przeoczył.
    Kto to mógł być? Rhyme wytężał umysł. Identyfikacja była złożoną nauką. Kiedyś ustalił tożsamość człowieka na podstawie jednego jedynego zęba. Lecz cała procedura trwała zwykle kilka tygodni albo miesięcy.
    – Sprawdźcie grupę krwi i DNA – rzekł Rhyme.
    – Już badają – odparł lekarz. – Wysłałem próbki do miasta.
    Gdyby był seropozytywny, mieli szansę go zidentyfikować, sprawdzając w szpitalach i u lekarzy. Lecz bez żadnego punktu zaczepienia badania krwi niewiele mogli zdziałać.
    Odcisk palca…
    Oddałbym wszystko za jeden ładny odcisk linii papilarnych, pomyślał Rhyme. Może…
    – Zaraz! – Rhyme roześmiał się w głos. – Fiut!
    – Co? – zdumiał się Sellitto.
    Dellray uniósł tylko brew.
    – Facet nie ma rąk, ale jakiej części ciała na pewno dotykał przed śmiercią?
    – Penisa – zawołał Cooper. – Jeżeli sikał w ciągu ostatnich kilku godzin, chyba będziemy mieli odcisk.
    – Kto dokona ceremonii?
    – Nie ma roboty… nie do zrobienia – rzekł technik, nakładając drugą warstwę rękawiczek lateksowych. Zabrał się do dzieła uzbrojony w listki do zdejmowania odcisków ze skóry. Zdjął dwa czyste i wyraźne ślady – kciuka z grzbietu i palca wskazującego ze spodniej części penisa.
    – Doskonale, Mel.
    – Tylko nie mów mojej dziewczynie – odparł z zażenowaniem. Wprowadził odciski do identyfikacyjnej bazy danych.
    Na ekranie pojawił się komunikat: Proszę czekać… Proszę czekać…
    Bądź w kartotece, myślał zrozpaczony Rhyme. Błagam, bądź w kartotece.
    Był.
    Ale gdy ukazał się wynik poszukiwań, Sellitto i Dellray, którzy stali najbliżej komputera, patrzyli w ekran monitora z niedowierzaniem.
    – Co jest, do cholery? – odezwał się detektyw.
    – Co? – krzyknął Rhyme. – Kto to jest?
    – To Kall.
    – Co?!
    – Stephen Kall – powtórzył Cooper. – Dwadzieścia cech wspólnych. Nie ma wątpliwości. – Cooper odnalazł odcisk, który ułożyli wcześniej z Sachs, by zidentyfikować Trumniarza. Położył wydruk obok świeżo zdjętych odcisków. – Identyczne.
    Jak to…? – myślał Rhyme. Jak to możliwe?
    – A jeśli to tylko odciski Kalla na fiucie tego gościa? – rzekł Sellitto. – Może Kall jest miłośnikiem loda?
    – Mamy przecież próbki DNA krwi Kalla, prawda? Krwi spod wieży hydrantu?
    – Zgadza się – zawołał Cooper.
    – Porównajcie – krzyknął Rhyme. – Chcę wyników badań krwi pobranej ze zwłok. Natychmiast!

    Nie był całkiem obojętny na poezję.
    „Tańczący Trumniarz”… podoba mi się, pomyślał. O wiele lepsze niż „Jodie” – imię, jakie przybrał do tego zadania, ponieważ brzmiało niegroźnie. Głupie, zdrobniałe imię.
    Trumniarz…
    Wiedział, że imiona i nazwy są ważne. Czytał filozofów. Akt nazywania – określania – jest cechą charakterystyczną tylko dla gatunku ludzkiego. Trumniarz mówił teraz w duchu do nieżyjącego, pozbawionego rąk Stephena Kalla: To o mnie słyszałeś. To ja nazywałem swoje ofiary „zwłokami”. Ty mówiłeś o nich Żony, Mężowie, Przyjaciele, wszystko jedno.
    Ale kiedy ja dostaję zadanie, są już zwłokami. Niczym więcej.
    Ubrany w mundur strażnika federalnego ruszył w głąb ciemnego korytarza, zostawiwszy w pokoiku ciała dwóch strażników. Oczywiście nie udało mu się uniknąć kontaktu z krwią, lecz w mroku domu nikt nie mógł zobaczyć, że na granatowym mundurze widnieją czerwone plamy.
    Szedł do zwłok numer trzy.
    Do Żony, jeśli wolisz, Stephen. Ależ z ciebie było zagubione i nerwowe stworzenie. Te twoje wyszorowane ręce i niezdecydowany fiut. Mąż, Żona, Przyjaciel…
    Przeprowadzić rozpoznanie, ocenić, zmylić wroga, wyeliminować cel…
    Och, Stephen… Mógłbym cię nauczyć, że w tym biznesie liczy się tylko jedna zasada: trzeba zawsze iść krok przed wszystkimi.
    Miał dwa pistolety, ale jeszcze z nich nie skorzystał. Nie chciał działać pochopnie. Gdyby mu się teraz nie udało, nie będzie już drugiej okazji zabicia Percey Clay przed posiedzeniem sądu przysięgłych, które miało się odbyć dziś rano.
    Cicho wsunął się do salonu, gdzie siedziało dwóch strażników. Jeden czytał gazetę, drugi oglądał telewizję.
    Pierwszy uniósł głowę i spojrzał na Trumniarza. Zobaczył mundur, więc wrócił do gazety. Po chwili jednak ponownie uniósł wzrok.
    – Czekaj – rzekł, uświadamiając sobie nagle, że nie zna tej twarzy.
    Lecz Trumniarz nie czekał.
    Odpowiedzią był szybki ruch; błyskawicznie przeciął obie tętnice szyjne. Człowiek pochylił się naprzód i umarł na szóstej stronie „Daily Mail” tak cicho, że jego partner nie odwrócił się nawet od telewizora, na którego ekranie jakaś blondynka obficie obwieszona złotą biżuterią opowiadała, jak dzięki medium poznała swojego chłopaka.
    – Czekać? Na co? – zapytał drugi strażnik, nie odrywając wzroku od ekranu.
    Umierał trochę głośniej niż jego partner, ale wydawało się, że nikt w domu i okolicy niczego nie słyszał. Trumniarz położył obydwa ciała płasko na podłodze i zawlókł pod stół.
    Przy tylnych drzwiach upewnił się, że we framudze nie ma żadnych czujników, a potem wymknął się na zewnątrz. Dwaj strażnicy od frontu rozglądali się czujnie, ale nie patrzyli w stronę domu. Jeden z nich zerknął przelotnie na Trumniarza, pozdrowił go skinieniem głowy i wrócił do lustrowania terenu. Na niebie pojawił się pierwszy promień świtu, lecz było jeszcze za ciemno, by widzieć twarze. Obaj strażnicy zginęli prawie bezgłośnie.
    Natomiast ostatnich dwóch, nad jeziorkiem, Trumniarz zaszedł od tyłu. Najpierw wbił jednemu nóż głęboko w plecy, aż ostrze sięgnęło serca, a potem rozpłatał gardło drugiego. Leżąc w agonii na ziemi, pierwszy strażnik wydał z siebie żałosny krzyk. Lecz znowu najwyraźniej nikt niczego nie usłyszał. Trumniarz uznał, że dźwięk bardzo przypomina skrzek nura, budzącego się w piękny, różowoszary ranek.

    Zanim nadszedł faks z badaniami DNA, Rhyme i Sellitto zdążyli zaciągnąć ogromny dług u nowojorskich biurokratów. Przeprowadzono szybką wersję testu łańcuchowej reakcji polimerazy; wynik był praktycznie bezdyskusyjny. Prawdopodobieństwo, że zwłoki nie są szczątkami Stephena Kalla, wynosiło jeden do sześciu tysięcy.
    – Ktoś go zabił? – mruknął z niedowierzaniem Sellitto. Jego straszliwie pognieciona koszula wyglądała jak próbka włókna powiększona pięćset razy. – Po co?
    „Po co?” – nie pytał żaden specjalista kryminalistyki.
    Dowody… myślał Rhyme. Liczą się tylko dowody.
    Spojrzał na tablice z różnych miejsc zbrodni, przyglądając się po kolei wszystkim wynotowanym dowodom. Włókna, pociski, stłuczone szkło…
    Analizuj! Myśl!
    Znasz całą procedurę. Robiłeś to miliony razy.
    Identyfikujesz fakty. Określasz je ilościowo i klasyfikujesz. Formułujesz założenia. I wyciągasz wnioski. Sprawdzasz…
    Założenia, myślał Rhyme.
    Od początku sprawy oparli śledztwo na jednym oczywistym założeniu – na przekonaniu, że Tańczącym Trumniarzem jest Stephen Kall. A jeżeli nie? Jeśli był tylko pionkiem i Trumniarz używał go jako broni?
    Podstęp…
    Jeśli tak, powinien istnieć jakiś dowód niepasujący do reszty. Coś, co mogło wskazać prawdziwego Trumniarza.
    Począł uważnie studiować tablice.
    Wszystko jednak zostało wyjaśnione, prócz zielonych włókien. Które nic mu nie mówiły.
    – Nie mamy żadnego ubrania Kalla, co?
    – Kiedy go znaleźliśmy, był zupełnie nagi – powiedział lekarz.
    – Niczego, z czym miał kontakt?
    Sellitto wzruszył ramionami.
    – Chyba tylko Jodie.
    – Jodie przebrał się tutaj, prawda? – spytał Rhyme.
    – Zgadza się – odrzekł Sellitto.
    – Przynieście tu jego ubranie. Chciałbym rzucić na nie okiem.
    – Jest wyjątkowo nieprzyjemne – rzekł z niesmakiem Dellray.
    Cooper odnalazł i przyniósł ubranie. Nad czystą płachtą papieru gazetowego przejechał je szczotką i wytrzepał. Próbki materiału umieścił między płytkami i wsunął pod mikroskop.
    – Co mamy? – spytał Rhyme, patrząc na ekran komputera, na którym miał wierne odbicie obrazu z mikroskopu.
    – Co to za białe ziarenka? – zapytał Cooper. – Mnóstwo ich. Były w szwach spodni.
    Rhyme poczuł, że twarz oblewa mu fala gorąca. Częściowo winne było nieregularne ciśnienie krwi wynikające z wyczerpania, częściowo tajemniczy ból, który nękał go od czasu do czasu. Ale przede wszystkim powodem była gorączka pościgu.
    – O, Boże – szepnął.
    – Co, Lincoln?
    – To oolit.
    – Co za pieprzony oolit? – spytał Sellitto.
    – Ikrowiec. Lotny piasek. Można go znaleźć na Bahamach.
    – Na Bahamach? – odezwał się Cooper, marszcząc brwi. – Przy jakiej okazji słyszeliśmy o Bahamach? Nie pamiętam.
    Lecz Rhyme pamiętał. Jego oczy spoczęły na tablicy, do której przypięty był raport analityka FBI na temat piasku znalezionego przez Amelię Sachs w zeszłym tygodniu w samochodzie Tony’ego Panellego – zaginionego agenta.
    Przeczytał:

    Substancja dostarczona do analizy, formalnie rzecz biorąc, nie jest piaskiem. To koralowe odłamki z rafy, wśród których można wyróżnić morskie bezkręgowce, fragmenty morskich pierścienic, muszli brzuchonogów i otwornic. Najbardziej prawdopodobne miejsce pochodzenia to północna część Karaibów: Kuba, Bahamy.

    Agent Dellraya, pomyślał Rhyme… Człowiek, który znał lokalizację najlepiej strzeżonego federalnego domu na Manhattanie. I który mógł zdradzić adres torturującemu go porywaczowi.
    Trumniarz mógł więc tam czekać, czekać na Stephena Kalla, żeby okazać mu życzliwą pomoc. Potem mógł załatwić wszystko tak, żeby go złapano i umieszczono niedaleko ofiar.
    – Leki! – krzyknął Rhyme.
    – Co? – spytał Sellitto.
    – Gdzie ja miałem głowę? Dealerzy nie rozcieńczają leków przepisywanych przez lekarzy! Za dużo z tym zawracania głowy. Tylko uliczne narkotyki!
    Cooper skinął głową.
    – Jodie nie rozcieńczał leków według formuły niemowlęcej. Po prostu je wyrzucał. Sam brał placebo, żebyśmy myśleli, że jest ćpunem.
    – To Jodie jest Trumniarzem! – zawołał Rhyme. – Telefon! Dzwoń do nich!
    Sellitto podniósł słuchawkę i wstukał numer.
    Czy nie za późno?
    Och, Amelio, co ja zrobiłem? Zabiłem cię?
    Niebo powoli przybierało barwę metalicznego różu.
    Gdzieś w oddali zawyła syrena.
    Sokół wędrowny – samczyk – obudził się i wybierał się na łowy.
    Lon Sellitto uniósł znad telefonu zrozpaczone spojrzenie.
    – Nikt nie odpowiada – oznajmił.

Rozdział trzydziesty siódmy

    45 godzin – godzina czterdziesta czwarta

    Przez jakiś czas rozmawiali we trójkę w pokoju Percey.
    O samolotach, samochodach i pracy w policji.
    Potem Bell poszedł się położyć, a Percey i Sachs rozmawiały o facetach.
    Wreszcie Percey położyła się i zamknęła oczy. Sachs wyjęła jej z dłoni szklaneczkę burbona i zgasiła światło. Postanowiła też spróbować zasnąć.
    Przystanęła w korytarzu, by spojrzeć w jaśniejące świtem niebo – różowopomarańczowe – kiedy zdała sobie sprawę, że od dłuższego czasu w głównym korytarzu dzwoni telefon.
    Dlaczego nikt nie odbiera?
    Poszła dalej w głąb korytarza.
    Nie widziała strażników, którzy powinni być w pobliżu. Dom wydawał się ciemniejszy niż przedtem. Wygaszono większość świateł. Ponure miejsce, pomyślała. Wzbudza grozę. Czuła woń sosen i pleśni. Czegoś jeszcze? Wydawało się jej, że w powietrzu unosi się jeszcze jakiś zapach, dziwnie znajomy. Co to było?
    Coś związanego z miejscami zbrodni. Była zbyt zmęczona, żeby dokładnie rozpoznać tę woń.
    Telefon dzwonił dalej.
    Minęła pokój Rolanda Bella. Drzwi były lekko uchylone, więc zajrzała. Detektyw siedział na fotelu zwrócony plecami do drzwi, a twarzą do zasłoniętego okna, z głową zwieszoną na piersi i założonymi rękami.
    – Detektywie?
    Nie odpowiedział.
    Głęboko spał. Och, jak bardzo sama chciała zasnąć. Zamknęła cicho drzwi i poszła korytarzem do swojego pokoju.
    Myślała o Rhymie. Miała nadzieję, że on też śpi. Kiedyś widziała jeden z jego ataków zaburzenia dysrefleksji. To był straszny widok i nie chciała, by jeszcze raz przez to przechodził. Telefon ucichł w pół dzwonka. Zerknęła w stronę, z której dobiegał dźwięk, zastanawiając się, czy ktoś nie dzwonił do niej. Nie słyszała głosu osoby, która odebrała telefon. Zaczekała chwilę, lecz nikt jej nie zawołał.
    Cisza. Jakiś stukot, potem skrobnięcie. I znowu cisza.
    Weszła do pokoju. Ciemno. Odwróciła się, by namacać włącznik i ujrzała parę oczu, w których odbijało się światło z korytarza.
    Z prawą ręką na kolbie glocka odwróciła się w lewo i zapaliła światło. Szklanymi oczami patrzył na nią rogaty łeb jelenia.
    – Martwe zwierzęta – mruknęła. – Ale pomysł na dekorację bezpiecznego domu…
    Zdjęła bluzę, potem kamizelkę kuloodporną – oczywiście nie tak grubą jak pancerz Jodiego. Ależ z niego model. Jak to mówił o nim Dellray? Szczaplak. Chudy jak szczapa. Głupi wymoczek.
    Zaczęła się wściekle drapać pod podkoszulkiem. Drapała piersi, plecy pod biustonoszem, boki.
    Uuuu, jak dobrze.
    Była zmęczona, ale czy będzie w stanie zasnąć?
    Łóżko wyglądało cholernie zachęcająco.
    Nałożyła z powrotem bluzę, zapięła i położyła się. Zamknęła oczy. Słyszała jakieś kroki?
    Pewnie strażnik robi sobie kawę.
    Chcesz zasnąć? Oddychaj głęboko…
    Sen nie nadchodził.
    Otworzyła oczy, spoglądając w łukowaty sufit.
    Tańczący Trumniarz. Jak ich będzie chciał zaatakować? Jaką bronią?
    Jego najniebezpieczniejszą bronią jest podstęp…
    Zerkając przez szparę w zasłonach okiennych, ujrzała piękny, szary świt. Drzewa w oddali przykrywała delikatna zasłona mgły.
    Gdzieś w głębi domu rozległ się głuchy łomot. Czyjeś kroki.
    Sachs spuściła stopy na ziemię i usiadła.
    Mogę dać sobie spokój ze spaniem i zrobić kawy. Jeszcze zdążę się dzisiaj wyspać.
    Poczuła nagle chęć, by porozmawiać z Rhyme’em i dowiedzieć się, czy czegoś nie odkrył. Pewnie powie: „Gdybym coś znalazł, zadzwoniłbym do ciebie. Powiedziałem, że się odezwę”.
    Nie, nie chciała go budzić, ale wątpiła, że śpi. Wyjęła z kieszeni telefon komórkowy i włączyła. Zaraz jednak przypomniała sobie, że Franks kazał im korzystać tylko z linii w salonie.
    Już miała wyłączyć telefon, gdy głośno zadzwonił.
    Wzdrygnęła się – nie na dźwięk przeszywającego ćwierkania, ale na myśl, że Trumniarz jakoś znalazł jej numer i chce się upewnić, że ona też jest w domu. Przemknęła jej przez głowę myśl, że mógł podłożyć w telefonie bombę.
    Niech cię szlag, Rhyme, widzisz, w jaki kłębek nerwów się zmieniłam!
    Nie odbieraj, powiedziała do siebie.
    Ale instynkt jej podpowiadał, żeby odebrała. Wprawdzie kryminalistycy tłumią intuicję, ale gliniarze z patroli – z ulicy – zawsze słuchają wewnętrznego głosu. Wyciągnęła antenę telefonu.
    – Tak?
    – Dzięki Bogu… – Zmroziła ją drgająca w głosie Lincolna Rhyme’a panika.
    – Rhyme, co się…
    – Posłuchaj mnie uważnie. Jesteś sama?
    – Tak, o co chodzi?
    – Jodie to Trumniarz.
    – Co?
    – Stephen Kall był przynętą, miał odwrócić naszą uwagę. Jodie go zabił. To jego zwłoki znaleziono w parku. Gdzie Percey?
    – W swoim pokoju. Jak…
    – Nie ma czasu. Jodie właśnie do niej idzie. Jeżeli strażnicy jeszcze żyją, powiedz im, żeby zajęli stanowiska obronne w którymś pokoju. Dellray wysłał do was brygadę specjalną, ale przyjadą dopiero za jakieś dwadzieścia minut.
    – Przecież tu jest ośmiu strażników. Nie mógł wszystkich…
    – Sachs – powiedział ostro – pamiętaj, kto to jest. Ruszaj! Odezwij się, kiedy będziecie bezpieczni.
    Bell! – pomyślała, przypominając sobie jego nieruchomą sylwetkę, spuszczoną głowę.
    Skoczyła do drzwi, otworzyła je na oścież, ściskając broń w ręku. Salon i korytarz ziały ciemną pustką. Do pokoi sączyło się tylko przez okna blade światło poranka. Nasłuchiwała. Szuranie. Szczęk metalu. Ale skąd dobiegały te dźwięki?
    Skręciła do pokoju Bella, idąc jak najciszej.
    Ktoś rzucił się na nią, zanim zdążyła przestąpić próg.
    Kucnęła, kierując glocka w stronę napastnika. Wydał gardłowy pomruk i wytrącił jej pistolet z ręki. Instynktownie pchnęła go, przygniatając plecami do ściany.
    Sięgnęła po sprężynowiec.
    – Czekaj, o co… – sapnął Roland Bell.
    Sachs puściła jego koszulę.
    – To ty!
    – Mało się nie zes… ze strachu.
    – Nic ci nie jest?
    – Drzemałem jakąś minutkę. Co się dzieje?
    – Jodie to Trumniarz. Właśnie dzwonił Rhyme.
    – Co? Jak to?
    – Nie wiem. – Rozejrzała się, drżąc w panice. – Gdzie strażnicy?
    Korytarz był pusty.
    Wtedy Sachs rozpoznała zagadkowy zapach. Krew! Woń rozgrzanej miedzi. Wiedziała już, że strażnicy nie żyją. Podniosła z podłogi swoją broń. Zmarszczyła brwi, przyglądając się kolbie. Miejsce, gdzie powinien być magazynek, było puste.
    – Nie!
    – Co jest? – spytał Bell.
    – Nie ma magazynka. – Pomacała pas. Nie miała też dwóch zapasowych magazynków.
    Bell wyciągnął swoją broń – glocka i browninga. Oba pistolety nie miały magazynków. Komory też były puste.
    – W samochodzie! – wyjąkała. – Założę się, że zrobił to w samochodzie. Siedział między nami. Przez cały czas się wiercił i nas trącał.
    – W salonie widziałem skrzynię z bronią – rzekł Bell. – Powinno w niej być kilka strzelb myśliwskich.
    Przypomniała sobie.
    – Tam – wskazała.
    Dostrzegli skrzynię w bladym świetle poranka. Bell rozejrzał się, po czym przypadł do kufra, a Sachs pobiegła do pokoju Percey i zajrzała do środka. Kobieta spokojnie spała w łóżku.
    Sachs wycofała się na korytarz, otworzyła nóż i kucnęła, mrużąc oczy. W chwilę później wrócił Bell.
    – Włamał się do środka. Zniknęły wszystkie strzelby. Nie ma też amunicji do broni krótkiej.
    – Bierzemy Percey i wiejemy.
    Usłyszeli dobiegający z niedaleka odgłos kroków. Szczęk odbezpieczanego zamka.
    Chwyciła Bella za kołnierz i pociągnęła na podłogę.
    Huk wystrzału był ogłuszający. Kula śmignęła tuż nad ich głowami. Sachs poczuła woń palonych włosów – własnych. Jodie musiał zgromadzić spory arsenał – miał pewnie broń wszystkich strażników – ale strzelił ze strzelby myśliwskiej.
    Biegiem rzucili się do pokoju Percey. Drzwi otworzyły się dokładnie w momencie, gdy ich dopadli, a na progu stanęła Percey, mówiąc:
    – Boże, co się…
    Roland Bell wepchnął ją z powrotem do pokoju, przygniatając całym ciałem do podłogi. Sachs wpadła na nich. Zatrzasnęła drzwi, przekręciła klucz i podbiegła do okna, otwierając je na oścież.
    – Już, już, już…
    Bell poderwał z podłogi ogłuszoną Percey Clay i zaniósł w kierunku okna. Kilka grubych pocisków na jelenie rozpruło drzwi wokół zamka.
    Żadne z nich nie popatrzyło, czy Trumniarzowi udało się sforsować drzwi. Wygramolili się przez okno w blask świtu i ruszyli po okrytej rosą trawie.

Rozdział trzydziesty ósmy

    45 godzin – godzina czterdziesta czwarta

    Sachs przystanęła obok jeziorka. Ponad szarą, nieruchomą powierzchnią wody unosiły się widmowe strzępy mgły o różowym i czerwonym zabarwieniu.
    – Chodźcie – krzyknęła do Bella i Percey. – Dojdziemy do tych drzew.
    Wskazała znajdującą się najbliżej naturalną osłonę – szeroki pas drzewa po drugiej stronie jeziorka. Dzieliło ich od niego ponad sto jardów, ale bliżej nie było żadnego schronienia.
    Sachs spojrzała przez ramię na dom. Jodiego ani śladu. Kucnęła nad zwłokami jednego ze strażników. Oczywiście mieli puste kabury i opróżnione kieszenie na zapasowe magazynki. Wiedziała, że Jodie zabrał broń, ale miała nadzieję, że o jednym nie pomyślał.
    Jest przecież tylko człowiekiem, Rhyme…
    Przeszukując ostygłe ciało, znalazła to, czego szukała. Podciągnęła nogawkę spodni strażnika i z kabury nad kostką wydobyła jego zapasową broń. Idiotyczny gnat. Mały, pięciostrzałowy kolt z dwucalową lufą.
    Znów zerknęła na dom dokładnie w chwili, gdy w oknie ukazała się twarz Jodiego. Unosił strzelbę myśliwską. Sachs obróciła się, oddając pojedynczy strzał. Pocisk rozbił szybę kilka cali od twarzy mordercy. Jodie cofnął się w głąb pokoju.
    Sachs ruszyła sprintem za Bellem i Percey, którzy biegiem okrążali jeziorko, przemykając zygzakiem po pokrytej rosą trawie.
    Oddalili się prawie sto jardów od domu, kiedy padł pierwszy strzał. Huk odbił się echem od drzew, a pocisk wyrwał kawałek ziemi tuż obok nogi Percey.
    – Kryć się! – zawołała Sachs. – Tutaj. – Wskazała płytkie obniżenie terenu.
    Zanim rozległ się drugi strzał, padli na ziemię. Gdyby Bell stał, kula trafiłaby go dokładnie między łopatki.
    Od najbliższej kępy drzew, która dałaby im schronienie, wciąż dzieliło ich około pięćdziesięciu stóp. Jednak próba pokonania tej odległości równała się samobójstwu. Jodie miał tak samo doskonałe oko jak Stephen Kall. Sachs uniosła na chwilę głowę.
    Nic nie zobaczyła, ale usłyszała eksplozję. Ułamek sekundy później pocisk świsnął w powietrzu tuż obok niej. Poczuła to samo przenikające do szpiku kości przerażenie, co wtedy na lotnisku. Wtuliła w chłodną trawę twarz, mokrą od rosy i potu. Zaczęły drżeć jej ręce.
    Bell wyjrzał i zaraz opuścił głowę.
    Następny strzał. Kawał ziemi wyrwany parę cali od twarzy detektywa.
    – Chyba go widziałem – rzekł Bell. – W krzakach, na prawo od domu. Na wzgórzu.
    Sachs trzy razy szybko zaczerpnęła powietrza. Potem przeturlała się pięć stóp w prawo, wystawiła na moment głowę i szybko schowała.
    Jodie tym razem nie strzelił, więc miała okazję lepiej się przyjrzeć. Bell miał rację: morderca był na zboczu wzgórza i mierzył do nich ze strzelby na jelenie, zaopatrzonej w celownik optyczny; zobaczyła słaby błysk lunety. Jednak z tego miejsca nie mógł ich trafić, jeśliby pozostali rozciągnięci na dnie zagłębienia w ziemi. Musiał tylko wejść wyżej. Ze szczytu wzniesienia mógłby strzelać wprost do niecki, w której się ukryli – idealnej strefy rażenia.
    Minęło pięć minut bez jednego strzału. Pewnie Jodie wspina się na wzgórze – ostrożnie, bo wiedział, że Sachs ma broń i przekonał się o jej umiejętnościach strzeleckich. Zdołają przeczekać? Kiedy zjawi się helikopter oddziału specjalnego?
    Sachs zacisnęła oczy, wdychając zapach ziemi i trawy.
    Pomyślała o Lincolnie Rhymie.
    Znasz go lepiej niż ktokolwiek inny, Sachs…
    Nigdy nie poznasz sprawcy, jeśli nie przejdziesz drogi, którą on szedł, dopóki po nim nie posprzątasz…
    Ależ Rhyme, pomyślała, przecież to nie Stephen Kall. Jodie nie jest mordercą, którego znam. Nie byłam w miejscach jego zbrodni. To nie do jego umysłu zaglądałam…
    Szukała wzrokiem jakiejś niżej położonej drogi, którą bezpiecznie mogliby się dostać między drzewa, ale nic nie znalazła. Gdyby ruszyli się o pięć stóp w którąkolwiek stronę, Jodie miałby sposobność do oddania celnego strzału.
    Zresztą gdy tylko dotrze na szczyt wzniesienia, będzie ich miał jak na dłoni.
    Coś jej nagle przyszło do głowy. Że miejsca zbrodni, które zabezpieczała, były w istocie miejscami zbrodni, które popełnił Trumniarz. Rzecz jasna to nie on zastrzelił Brita Hale’a ani nie podłożył bomby, która rozsadziła samolot Eda Carneya, ani nie zadźgał Johna Innelmana w piwnicy biurowca. Lecz to Jodie był sprawcą.
    Wejdź w jego umysł, Sachs – usłyszała w głowie głos Lincolna Rhyme’a.
    Jego najniebezpieczniejszą… moją najniebezpieczniejszą bronią jest podstęp.
    – Słuchajcie – zawołała, odwracając się. – Cofnijcie się tutaj. – Pokazała płytki wąwóz.
    Bell posłał jej wściekłe spojrzenie. Zobaczyła, że on też chce za wszelką cenę dostać Trumniarza. Lecz z wyrazu jej oczu odczytał, że morderca ma być jej i tylko jej zdobyczą. Bez dyskusji. Dostała tę szansę od Rhyme’a i nic na świecie nie było w stanie jej powstrzymać.
    Detektyw z powagą skinął głową i pociągnął Percey do ledwie widocznej bruzdy w ziemi.
    Sachs sprawdziła rewolwer. Zostały cztery pociski.
    Mnóstwo.
    O wiele więcej niż potrzeba…
    Jeżeli mam rację.
    A mam? – zastanawiała się z twarzą wciśniętą w pachnącą i mokrą ziemię. Uznała, że tak – ma rację. Frontalny atak nie był w stylu Trumniarza.
    Podstęp…
    Właśnie tym go poczęstuję.
    – Nie podnoście się. Cokolwiek się stanie, nie podnoście się z ziemi. – Stanęła na czworakach, wyglądając na zewnątrz niecki. Oddychała powoli, przygotowując się.
    – Amelio, to strzał ze stu jardów – szepnął Bell. – Nie przeceniasz się?
    Zignorowała jego uwagę.
    – Amelio – powiedziała Percey. Przez chwilę patrzyła jej w oczy. Obie kobiety uśmiechnęły się do siebie.
    – Głowa w dół – rozkazała Sachs, a Percey posłusznie wtuliła się w trawę.
    Amelia Sachs wstała.
    Nie kucała, nie zwróciła się bokiem, by wystawić na strzał mniejszą powierzchnię ciała. Przyjęła klasyczną pozycję strzelecką, trzymając oburącz maleńki rewolwer. Zwrócona twarzą w stronę domu, jeziora, przyczajonej na zboczu wzniesienia postaci, która kierowała wprost na nią celownik optyczny. Broń wydawała się jej lekka jak szklaneczka ze szkocką.
    Wzięła na cel blask odbity od lunety, odległej o długość boiska do piłki nożnej.
    Na twarzy czuła pot i mgłę.
    Oddychaj, oddychaj…
    Nie spiesz się.
    Czekaj…
    Dreszcz przebiegł jej po plecach, zadrżały ramiona i ręce. Nie pozwoliła ogarnąć się panice.
    Oddychaj…
    Nasłuchuj, nasłuchuj.
    Oddychaj…
    Teraz!
    Odwróciła się, padając na kolana w momencie, gdy w odległości pięćdziesięciu stóp za nią wypaliła strzelba wystająca spomiędzy drzew. Kula świsnęła tuż nad jej głową.
    Sachs znalazła się oko w oko z zaskoczonym Jodiem, który wciąż trzymał strzelbę przy policzku. Zorientował się, że nie udało mu się jej wykiwać. Że rozgryzła jego taktykę. Wcześniej strzelił kilka razy znad jeziora, a potem przywlókł na wzniesienie ciało jednego ze strażników i zostawił przy nim strzelbę, by odbijające się od niej światło zatrzymało ich w ukryciu, a sam pobiegł drogą i zaszedł ich od tyłu.
    Podstęp…
    Przez chwilę żadne z nich się nie poruszyło.
    Powietrze było zupełnie nieruchome. Ani śladu przepływającej mgły, żadnego szumu drzew ani traw.
    Sachs uniosła oburącz broń, a na jej twarz wypełzł lekki uśmiech.
    Jodie gorączkowo wyrzucił łuskę z komory i załadował nowy pocisk. Kiedy unosił strzelbę, Sachs strzeliła. Dwa razy.
    Obydwa strzały trafiły w cel. Zobaczyła, jak leci do tyłu, a strzelba frunie w górę jak batuta kapelmistrza.
    – Zostań z nią, Bell! – zawołała Sachs i rzuciła się w stronę Jodiego.
    Leżał na wznak w trawie.
    Jedna kula zgruchotała mu lewy bark. Druga trafiła w celownik optyczny, wbijając mu w oko metal i szkło. Miał zakrwawioną całą twarz.
    Odwiodła kurek i z palcem na spuście przycisnęła lufę do jego skroni. Obszukała Jodiego. W jego kieszeni znalazła glocka i długi nóż z nakładką ze spieków. Innej broni nie miał.
    – Czysty – zawołała.
    Gdy wstawała, zdejmując z pasa kajdanki, Trumniarz kaszlnął i splunął, po czym otarł krew ze zdrowego oka. Uniósł głowę i zobaczył Percey Clay, która podnosiła się z trawy ze wzrokiem utkwionym w napastniku.
    Jodie zdawał się drżeć pod jej spojrzeniem. Jeszcze raz kaszlnął, a potem głośno jęknął. Sachs wzdrygnęła się, gdy pchnął ją nieuszkodzonym ramieniem. Był ranny – może śmiertelnie – i słaby. Dziwaczny gest, jak gdyby odpychał natrętnego pekińczyka.
    Odsunęła się, z rewolwerem wycelowanym w jego pierś.
    Amelia Sachs nie interesowała już Trumniarza. Nie zwracał też uwagi na rany ani potworny ból. Miał w głowie tylko jedno. Nadludzkim wysiłkiem obrócił się na brzuch i drapiąc ziemię i jęcząc, zaczął pełznąć w stronę Percey Clay, kobiety, którą miał zabić. Za której śmierć wziął pieniądze.
    Bell stanął obok Sachs. Podała mu glocka i oboje trzymali Trumniarza na muszce. Mogli go z łatwością zatrzymać lub zabić. Jednak stali jak wrośnięci w ziemię, przyglądając się żałosnym ruchom człowieka, którego do tego stopnia opętała obsesja wypełnienia misji, iż zdawał się nie dostrzegać, że ma zmasakrowane twarz i ramię.
    Pokonał jeszcze kilka stóp. Chwycił ostry kamień wielkości grejpfruta i dalej sunął w kierunku swej ofiary. Jego twarz zlaną krwią zmieszaną z potem wykrzywiał konwulsyjny grymas. Nawet Percey, która miała najwięcej powodów, by nienawidzić tego człowieka i mogła wyrwać Sachs colta z ręki, żeby zakończyć życie mordercy – nawet ona jak zahipnotyzowana obserwowała jego beznadziejne wysiłki, by dopełnić rozpoczętego dzieła.
    – Dość – powiedziała w końcu Sachs. Pochyliła się i wyjęła mu kamień z ręki.
    – Nie – wycharczał. – Nie…
    Skuła go.
    Tańczący Trumniarz wydał przerażający jęk – może z bólu, ale prawdopodobnie z poczucia ostatecznej klęski – po czym jego głowa opadła na ziemię.
    Leżał nieruchomo. Stali nad nim we trójkę, patrząc, jak krew wsiąka w trawę i niewinne krokusy. Niedługo potem rozdzierający serce ptasi krzyk zagłuszył warkot nadlatującego znad drzew helikoptera. Sachs zobaczyła, że Percey Clay w jednej chwili straciła zainteresowanie człowiekiem, który dostarczył jej tylu cierpień, a całą uwagę skupiła na niezgrabnym śmigłowcu, kiedy powoli opuszczał się w porannej mgle, by miękko siąść na trawie.

Rozdział trzydziesty dziewiąty

    – Nielegalka, Lincoln. Nie możesz tego zrobić.
    Lon Sellitto był nieugięty.
    Lincoln Rhyme także.
    – Daj mi pół godziny.
    – Nie są z tego zadowoleni. – Sellitto wyjaśnił swe obiekcje bardziej szczegółowo – O mało się nie zesrali, gdy im o tym wspomniałem. Jesteś cywilem.
    Dochodziła dziesiąta w poniedziałek rano. Zeznania Percey przed sądem przysięgłych przesunięto na następny dzień. Nurkowie znaleźli worki, które Phillip Hansen zatopił w cieśninie Long Island. Natychmiast przewieziono je do budynku federalnego, do grupy analiz dowodów fizycznych FBI. Eliopolos odłożył posiedzenie sądu przysięgłych, by móc zgromadzić jak najwięcej dowodów obciążających Hansena.
    – O co im chodzi? – zapytał nadąsany Rhyme. – Przecież go nie pobiję.
    Zastanawiał się, czy nie ograniczyć swojej prośby do dwudziestu minut, ale to byłoby oznaką słabości. A Lincoln Rhyme nie zwykł okazywać słabości.
    – To ja go złapałem – przypomniał. – Zasłużyłem chyba na chwilę rozmowy.
    I zamilkł.
    Blaine, jego była żona, powiedziała kiedyś z nietypową dla siebie spostrzegawczością, że czarne jak noc oczy Rhyme’a przemawiają silniej niż słowa. Tak więc Rhyme wlepił oczy w Sellitta, aż detektyw westchnął i zerknął na Dellraya.
    – Jezu, pozwól mu – rzekł agent. – Co to szkodzi? Przyprowadź tu tego kowboja. A jak będzie próbował ucieczki, cholera, stuknę go w ramach ćwiczeń. I wybronisz mnie z tego.
    – No dobra – powiedział Sellitto. – Zadzwonię. Tylko niczego nie spieprz.
    Rhyme nie słyszał jego słów. Spojrzał na drzwi, jak gdyby Tańczący Trumniarz miał się tam zmaterializować w każdej chwili.
    Wcale by się nie zdziwił, gdyby tak się stało.

    – Jak masz naprawdę na imię? Joe, Jodie?
    – Co to ma za znaczenie? Złapałeś mnie. Możesz do mnie mówić, jak chcesz.
    – A imię? – spytał Rhyme.
    – A jakie daliście mi imię? Trumniarz. Podoba mi się.
    Drobny człowiek badawczo przyglądał się Rhyme’owi zdrowym okiem. Jeśli nawet bardzo cierpiał z powodu ran albo był oszołomiony po lekach, nie dał tego po sobie poznać. Całe ramię i bark miał w gipsie, lecz mimo to zostawiono mu kajdanki, połączone z grubą klamrą przy pasie. Nogi także skuwał mu łańcuch.
    – Jak sobie życzysz – odparł uprzejmie Rhyme. Nie odrywał od niego wzroku, jak gdyby morderca był pyłkiem niezwykłej rośliny znalezionym w miejscu zbrodni.
    Trumniarz uśmiechnął się. Z powodu uszkodzenia nerwów twarzy wyszedł z tego groteskowy grymas. Od czasu do czasu jego ciałem wstrząsały dreszcze, drgały mu palce; złamane ramię bezwiednie unosiło się i opadało. Rhyme odniósł dziwne wrażenie, że to więzień, a nie on, jest kaleką.
    W krainie ślepców królem jest jednooki.
    Trumniarz uśmiechnął się do niego.
    – Pewnie umierasz z ciekawości, co? – powiedział.
    – Z ciekawości?
    – Chcesz wszystko wiedzieć… Dlatego kazałeś mnie tu przyprowadzić. Mieliście szczęście, że mnie złapaliście, ale nie macie pojęcia, jak tego wszystkiego dokonałem.
    – Dokładnie wiem, jak to zrobiłeś – rzekł ze zniecierpliwieniem Rhyme.
    – Już wiesz?
    – Chciałem tylko z tobą porozmawiać – odparł Rhyme. – To wszystko. Z człowiekiem, który o mały włos mnie nie przechytrzył.
    – O mały włos. – Trumniarz się zaśmiał. Znów ten upiorny uśmiech. – No dobrze, słucham.
    Rhyme sączył przez słomkę sok owocowy. Zaskoczył Thoma, prosząc, by wylał szkocką i zastąpił ją zwykłym sokiem.
    – W porządku – zgodził się Rhyme. – Wynajęto cię, żebyś zabił Eda Carneya, Brita Hale’a i Percey Clay. Pewnie sporo ci zapłacono. Sześciocyfrową sumę.
    – Siedmio – odrzekł z dumą Trumniarz.
    Rhyme uniósł brew.
    – Dochodowe zajęcie.
    – Jeżeli człowiek zna się na rzeczy.
    – Zdeponowałeś pieniądze na Bahamach. Skądś wytrzasnąłeś Stephena Kalla – nie wiem dokładnie, może z sieci najemników. – Trumniarz skinął głową. – Podnająłeś z kolei jego. Anonimowo, może przez e-mail, może faksem, wykorzystując jakieś wiarygodne referencje. Oczywiście, nigdy się z nim nie spotkałeś. Przypuszczam też, że wcześniej go wypróbowałeś?
    – Jasne. W akcji pod Waszyngtonem. Miałem zabić jednego pracownika Kongresu, który węszył w kartotekach Komisji Sił Zbrojnych. Łatwa robota, więc zleciłem ją Stephenowi. Miałem świetną okazję, żeby go przetestować. Widziałem jego każdy krok. Sam sprawdzałem ranę wlotową na ciele. Profesjonalna. Chyba widział, że go obserwuję, i chciał mnie zlikwidować, żeby pozbyć się świadków. To też mi się podobało.
    – Zostawiłeś mu forsę – ciągnął Rhyme – i klucz do hangaru Phillipa Hansena, gdzie czekał, żeby podłożyć bombę w samolocie Carneya. Wiedziałeś, że jest dobry, ale nie miałeś pewności, czy da sobie radę z całą trójką. Prawdopodobnie myślałeś, że zlikwiduje jedną osobę i to odciągnie od ciebie naszą uwagę, a wtedy będziesz mógł podejść pozostałych.
    Trumniarz przytaknął niechętnie, ale był pod wrażeniem.
    – Zdziwiłem się, że udało mu się zabić Brita Hale’a. A jeszcze bardziej zdziwiłem się, kiedy potem uciekł i podłożył bombę w samolocie Percey Clay.
    – Przypuszczałeś, że przynajmniej jedną osobę będziesz musiał zabić sam, więc w zeszłym tygodniu zmieniłeś się w Jodiego i zacząłeś wszystkim wciskać prochy, żeby każdy na ulicy o tobie wiedział. Porwałeś agenta sprzed budynku federalnego i dowiedziałeś się, w którym bezpiecznym domu będą. Zaczekałeś na Stephena w miejscu jego najbardziej prawdopodobnego ataku i pozwoliłeś się porwać. Zostawiłeś mnóstwo śladów prowadzących do swojej kryjówki w metrze, żebyśmy mogli cię znaleźć… i przez ciebie dotrzeć do Kalla. Wszyscy ci zaufaliśmy. Dokładnie wszyscy – przecież Stephen nie miał pojęcia, że to ty go wynająłeś. Wiedział tylko, że go zdradziłeś i chciał cię zabić. Doskonała przykrywka. Ale ryzykowna.
    – Czymże jest życie bez ryzyka? – spytał filuternie Trumniarz. – W nim cały smak, nie sądzisz? Poza tym, kiedy byliśmy razem w metrze, użyłem pewnych… środków zaradczych, żeby zaczął wątpić, czy warto mnie zabić. Podteksty homoseksualne zawsze pomagają.
    – Ale – rzekł Rhyme, urażony, że przerwano mu opowieść – gdy Kall był w parku, uciekłeś z alejki, znalazłeś go i zabiłeś… Pozbawiłeś dłoni, zębów, ubrania – i broni – które wrzuciłeś do kolektora kanalizacyjnego. Potem sami zaprosiliśmy cię na Long Island… Lis w kurniku. Tak to mniej więcej wyglądało – dodał nieco nonszalanckim tonem Rhyme. – Schemat, szkielet… ale chyba oddaje sens całej historii.
    Zdrowe oko Trumniarza zamknęło się na moment, a potem otworzyło. Wpatrzyło się w Rhyme’a, wilgotne i czerwone. Trumniarz lekko skinął głową, przyznając mu rację, a może wyrażając podziw.
    – Co to było? – spytał w końcu. – Co cię naprowadziło?
    – Piasek – odrzekł Rhyme. – Z Bahamów.
    Trumiarz kiwnął głową, krzywiąc się z bólu.
    – Wywróciłem kieszenie na lewą stronę. Wyczyściłem całe ubranie.
    – Był w szwach. Poza tym prochy. I formuła niemowlęca.
    – No tak. – Po chwili Trumniarz dodał: – Stephen miał rację, że się ciebie bał. – Zdrowym okiem wciąż wpatrywał się badawczo w Rhyme’a, jak lekarz szukający oznak nowotworu. – Biedny gość. Jak myślisz, kto go rżnął? Ojczym czy chłopaki w poprawczaku? A może i on, i oni?
    – Nie wiem – rzekł Rhyme. Na parapecie wylądował sokół, składając skrzydła.
    – Stephen się bał – ciągnął Trumniarz. – A kiedy zaczynasz się bać, to koniec. Myślał, że szuka go robak. Lincoln Robak. Słyszałem, jak kilka razy szeptał do siebie coś takiego. Czuł przed tobą prawdziwy strach.
    – Ale ty nie.
    – Ja nie – powiedział Trumniarz. – Nigdy się nie boję. – Nieoczekiwanie pokiwał głową, jak gdyby wreszcie się domyślił, co jest nie tak. – Ach, uważnie mnie słuchasz, co? Chcesz ustalić mój akcent.
    Rzeczywiście, Rhyme chciał ustalić pochodzenie Trumniarza.
    – Widzisz, można go łatwo zmienić. Montana… Connecticut… Południe, równiny i bagna… Missouri, Kentucky. Po co mnie właściwie przesłuchujesz? Jesteś od kryminalistyki. Złapaliście mnie. Pa, pa, dobranoc. Koniec i bomba. Powiedzmy, że lubię szachy. Uwielbiam szachy. Grałeś kiedyś, Lincoln?
    Kiedyś nawet lubił szachy. Grywał dość często z Claire Tripper. Thom zachęcał go, żeby zaczął grać z komputerem, i kupił mu całkiem dobry program, ale Rhyme nigdy go nie uruchomił.
    – Dawno już nie grałem.
    – Powinniśmy kiedyś zagrać partyjkę. Byłbyś niezłym przeciwnikiem… Chcesz wiedzieć, jaki błąd popełniają niektórzy gracze?
    – Jaki? – Rhyme czuł na sobie jego spojrzenie. Nagle ogarnął go niepokój.
    – Zaczynają za bardzo interesować się przeciwnikiem. Próbują dowiedzieć się różnych rzeczy o jego życiu. Rzeczy zupełnie bezużytecznych. Skąd jest, gdzie się urodził, kim jest jego rodzeństwo.
    – Co w tym złego?
    – Zaspokajają zachciankę, ale mogą się zagubić. To niebezpieczne. Widzisz, gra toczy się na szachownicy, Lincoln. Tylko na szachownicy. – Krzywy uśmiech. – Nie możesz się pogodzić z tym, że nic o mnie nie wiesz, prawda?
    Zgadza się, pomyślał Rhyme. Nie mogę.
    – Czego właściwie chcesz? – ciągnął Trumniarz. – Adresu? Klasowego zdjęcia z matury? Może chcesz, bym podał jakieś naprowadzające hasło? Proszę bardzo: „Pączek róży” *. Dziwię ci się, Lincoln. Jesteś najlepszym ekspertem kryminalistycznym, jakiego znam. A teraz podejmujesz jakąś żałosną podróż sentymentalną. Kim jestem? Jeźdźcem bez głowy. Belzebubem. Królową Mab. To o mnie mówi się w ostrzeżeniu: „Uważaj, przyjdą po ciebie”. Nie jestem koszmarem, bo koszmary są urojeniem, a ja jestem rzeczywisty, bardziej, niż się niektórym wydaje. Jestem rzemieślnikiem i biznesmenem. Nie poznasz mojego nazwiska, stopnia ani numeru seryjnego. Nie działam zgodnie z konwencją genewską.
    Rhyme nie potrafił nic odpowiedzieć.
    Rozległo się pukanie.
    Przybyła eskorta.
    – Możecie mi zdjąć łańcuchy z nóg? – żałosnym tonem zapytał Trumniarz dwóch funkcjonariuszy. Jego zdrowe oko napełniło się łzami. – Proszę. Okropnie boli. I tak trudno chodzić.
    Jeden ze strażników spojrzał na niego ze współczuciem, potem zerknął na Rhyme’a, który rzucił od niechcenia:
    – Jeżeli poluzujecie choć jedną klamrę, stracicie robotę i nigdy nie będziecie mogli pracować w tym mieście.
    Gliniarz patrzył chwilę na Rhyme’a, po czym skinął głową do partnera. Trumniarz roześmiał się.
    – To nie problem – powiedział z okiem wlepionym w Rhyme’a. – Tylko czynnik.
    Strażnicy złapali go za zdrowe ramię i postawili na nogi. Między rosłymi mężczyznami wydawał się bardzo mały. Odwrócił się.
    – Lincoln?
    – Tak?
    – Będzie ci mnie brakowało. Beze mnie będziesz się nudził. – W jego oku pojawił się dziwny blask. – Beze mnie umrzesz.

    Godzinę później ciężkie kroki obwieściły nadejście Lona Sellitta. Towarzyszyli mu Sachs i Dellray.
    Rhyme od razu wiedział, że ich przybycie oznacza kłopoty. Przemknęło mu przez myśl, że może Trumniarz uciekł.
    Lecz nie o to chodziło.
    Sachs westchnęła.
    Sellitto spojrzał wymownie na Dellraya. Szczupłą twarz agenta wykrzywił grymas.
    – No, dobra, słucham – przerwał milczenie Rhyme.
    – FBI obejrzało zawartość worków – poinformowała go Sachs.
    – Zgadnij, co było w środku – powiedział Sellitto.
    Rhyme westchnął zmęczony; nie był w nastroju do zgadywanek.
    – Zapalniki, pluton i ciało Jimmy’ego Hoffy.
    – Parę książek telefonicznych okręgu Westchester i pięć funtów kamieni – rzekła Sachs.
    – Co?!
    – Nic tam nie było, Lincoln. Zero.
    – Jesteście pewni, że to książki telefoniczne, a nie zaszyfrowane zapisy transakcji?
    – Kryptolodzy dobrze się im przyjrzeli – powiedział Dellray. – Zwykłe pieprzone książki telefoniczne. A kamienie były tylko po to, żeby worki utonęły.
    – Wypuszczą to bydlę, Hansena – mruknął ponuro Sellitto. – Właśnie przygotowują dokumenty. Nawet nie będą przedstawiać ich sądowi przysięgłych. Wszyscy zginęli na darmo.
    – Powiedz mu resztę – wtrąciła Sachs.
    – Zaraz tu będzie Eliopolos – rzekł Sellitto. – Ma papier.
    – Nakaz? – spytał krótko Rhyme. – Jaki?
    – Tak jak ci powiedział. Nakaz aresztowania. Ciebie.

Rozdział czterdziesty

    W drzwiach stanął Reginald Eliopolos z obstawą dwóch rosłych agentów.
    Rhyme wcześniej sądził, że prokurator jest człowiekiem w średnim wieku. W świetle dnia zobaczył jednak, że Eliopolos ma niewiele ponad trzydziestkę. Agenci też byli młodzi; ubrani równie nienagannie jak prokurator, ale Rhyme’owi przywodzili na myśl raczej wkurzonych dokerów.
    Do czego mu właściwie byli potrzebni? Do obezwładnienia unieruchomionego człowieka?
    – Lincoln, chyba mi nie wierzyłeś, kiedy ci mówiłem, że będą reperkusje. Mhm. Nie wierzyłeś.
    – O czym ty pieprzysz, Reggie? – odezwał się Sellitto. – Przecież go złapaliśmy.
    – Mhm… mhm. Powiem wam, o czym… – uniósł dłonie, rysując w powietrzu cudzysłów -…pieprzę. Sprawa przeciw Hansenowi kaput. W workach nie ma żadnych dowodów.
    – To nie nasza wina – powiedziała Sachs. – Ochroniliśmy świadka. I złapaliśmy wynajętego przez Hansena mordercę.
    – Ale jest coś jeszcze, prawda, Reggie? – rzekł Rhyme.
    Zastępca prokuratora zmierzył go zimnym spojrzeniem.
    – Widzisz, Sachs – ciągnął Rhyme. – Jodie, czyli Trumniarz – to teraz jedyny punkt zaczepienia w sprawie przeciw Hansenowi. Tak w każdym razie myśli Reggie. Ale Trumniarz nigdy by nie wsypał klienta.
    – Czyżby? Nie znasz go więc tak dobrze, jak ci się wydaje. Właśnie odbyłem z nim długą rozmowę. Bardziej niż chętnie potwierdzi udział Hansena w sprawie. Tylko że teraz opiera się przed współpracą. Przez ciebie.
    – Przeze mnie? – spytał Rhyme.
    – Powiedział, że mu groziłeś. W trakcie krótkiego, nielegalnego spotkania, jakie odbyliście parę godzin temu. Mhm. Przez to polecą głowy. Bądź pewien.
    – Na litość boską. – Rhyme roześmiał się z goryczą. – Nie rozumiesz, co on robi? Niech zgadnę… powiedziałeś mu, że chcesz mnie aresztować, prawda? Zgodził się zeznawać pod warunkiem, że to zrobisz.
    Nieznaczne drgnienie oczu Eliopolosa powiedziało Rhyme’owi, że trafił.
    – Nie rozumiesz?
    Lecz Eliopolos niczego nie rozumiał.
    – Nie sądzisz, że miałby ochotę mnie stuknąć, kiedy będę w areszcie, może kilkadziesiąt stóp od miejsca, gdzie będziecie go trzymać? – ciągnął Rhyme.
    – Rhyme – powiedziała Sachs, marszcząc brwi.
    – O czym ty mówisz? – spytał prokurator.
    – On chce mnie zabić, Reggie. O to chodzi. Jestem jedynym człowiekiem, któremu udało się uniemożliwić mu wykonanie zadania. Nie mógłby wrócić do swojego zajęcia, wiedząc, że pozostałem przy życiu.
    – Przecież on nie wróci do swojej roboty. Nigdzie już nie wróci.
    Mhm.
    – Kiedy zginę, wszystkiego się wyprze. Nie będzie zeznawał przeciw Hansenowi. I czym go wtedy przyciśniecie? Nastraszycie go? On się niczego nie boi. Niczego.
    O co tu chodzi? – myślał Rhyme. Coś jest nie tak. Bardzo nie tak.
    Uznał, że to te książki telefoniczne…
    Książki i kamienie.
    Pogrążony w myślach, przyglądał się swoim tablicom. Usłyszał brzęk i uniósł wzrok. Jeden z agentów Eliopolosa wyciągnął kajdanki i zbliżał się do łóżka. Rhyme zaśmiał się w duchu. Niech mu skują nogi. Bo jeszcze gotów uciec.
    – Daj spokój, Reggie – powiedział Sellitto.
    Zielone włókno, książki telefoniczne i kamienie.
    Przypomniał sobie coś, co mu powiedział Trumniarz. Siedząc na tym samym krześle, obok którego stał teraz Eliopolos.
    Milion dolarów…
    Rhyme nie zwracał uwagi na agenta, który zastanawiał się, jak najlepiej skuć kalekę. Nie zwracał też uwagi na Sachs, która postąpiła naprzód, zastanawiając się, jak obezwładnić agenta.
    – Chwilę – warknął nagle tonem, na którego dźwięk wszyscy w pokoju zamarli.
    Zielone włókno…
    Spojrzał na tablicę.
    Ktoś do niego mówił. Agent wciąż przyglądał się rękom Rhyme’a, potrząsając kajdankami. On jednak nikogo nie widział ani nie słyszał. Powiedział do Eliopolosa:
    – Daj mi pół godziny.
    – Po co?
    – Co ci szkodzi? Przecież nigdzie stąd nie pójdę. – I zanim prokurator zdążył odpowiedzieć, Rhyme krzyknął: – Thom! Thom, muszę zadzwonić. Pomożesz mi czy nie? Nie wiem, gdzie on czasami się zaszywa. Lon, zadzwonisz?

    Percey Clay właśnie wróciła z pogrzebu męża, kiedy zadzwonił Lon Sellitto. Teraz, odziana w czerń, siedziała na trzeszczącym krześle wiklinowym przy łóżku Lincolna Rhyme’a. Obok stał Roland Bell w jasnobrązowym garniturze, trochę zdeformowanym przez dwa wielkie pistolety, jakie przy sobie nosił. Rzadkie włosy zaczesał do tyłu, ukazując wysokie czoło.
    Eliopolosa już nie było, ale dwóch zbirów zostało, trzymając straż w korytarzu. Prawdopodobnie rzeczywiście wierzyli, że korzystając z okazji, Thom wywiezie za drzwi Rhyme’a, który ucieknie na wózku z karkołomną prędkością siedmiu i pół mili na godzinę.
    Strój Percey był nieco wytarty przy kołnierzu i w pasie. Rhyme mógłby się założyć, że to jej jedyna sukienka. Siadając, chciała oprzeć kostkę nogi na kolanie drugiej, lecz w pół ruchu zdała sobie sprawę, że strój jej na to nie pozwala, więc usiadła normalnie, ze złączonymi kolanami.
    Patrzyła na niego z mieszaniną ciekawości i zniecierpliwienia. Rhyme zorientował się, że pewnie nikt – ani Sachs, ani Sellitto, którzy ją sprowadzili – nie przekazał jej najnowszej wiadomości.
    Tchórze, pomyślał ponuro.
    – Percey… nie wniosą sprawy Hansena przed sąd przysięgłych.
    Przez chwilę w rysach jej twarzy odmalowała się ulga. Zaraz jednak pojęła znaczenie tej nowiny.
    – Nie! – powiedziała niemal bez tchu.
    – Wiesz, co wtedy Hansen wyrzucił w workach z samolotu? Nic. To był blef.
    Zbladła.
    – Wypuszczą go?
    – Nie mogą powiązać Trumniarza z Hansenem. Dopóki my tego nie zrobimy, będzie wolny.
    Uniosła dłonie ku twarzy.
    – A więc to wszystko na marne? Ed… i Brit? Zginęli za nic.
    – Co się teraz stanie z twoją firmą? – zapytał.
    Percey nie spodziewała się tego pytania. Nie była pewna, czy dobrze zrozumiała.
    – Słucham?
    – Firma. Co się stanie z Hudson Air?
    – Pewnie sprzedamy. Mieliśmy już ofertę od innej firmy. Są w stanie spłacić długi, my nie. A może po prostu zlikwidujemy. – Po raz pierwszy w jej głosie usłyszał rezygnację. Pokonana Cyganka.
    – Co to za firma?
    – Naprawdę nie pamiętam. Ron z nimi rozmawiał.
    – Ron Talbot, zgadza się?
    – Tak.
    – Dobrze zna sytuację finansową firmy?
    – Jasne. Tak samo jak adwokaci i księgowi. Lepiej ode mnie.
    – Mogłabyś zadzwonić do niego i poprosić, żeby tu jak najprędzej przyszedł?
    – Chyba tak. Był na cmentarzu. Powinien już wrócić w domu. Zadzwonię.
    – Sachs? – rzekł Rhyme. – Mamy jeszcze jedno miejsce zbrodni. Musisz je przeszukać. Natychmiast.

    Rhyme patrzył na wchodzącego do pokoju mężczyznę o zwalistej sylwetce, ubranego w granatowy garnitur. Połyskliwy ubiór miał krój i barwę munduru. Rhyme przypuszczał, że właśnie tak Talbot się ubierał, kiedy jeszcze latał.
    Percey przedstawiła ich sobie.
    – A więc macie tego skurwysyna – sapnął Talbot. – Myślicie, że dostanie krzesło?
    – Ja tylko zbieram śmieci – rzekł Rhyme, jak zawsze zadowolony, gdy udało mu się wymyślić efektowną kwestię. – A co z tym zrobi adwokat, to już jego sprawa. Percey mówiła ci, że mamy problem z dowodami obciążającymi Hansena?
    – Tak, podobno to był jakiś blef? Po co zrzucał do wody fałszywkę?
    – Chyba mogę to wyjaśnić, ale najpierw muszę mieć więcej informacji. Percey twierdzi, że dość dobrze znasz sytuację firmy. Jesteś wspólnikiem, tak?
    Talbot skinął głową. Wciągnął paczkę papierosów, zobaczył, że nikt inny nie pali, więc schował ją z powrotem do kieszeni. Był bardziej wymięty niż Sellitto i chyba minęło sporo czasu od chwili, gdy dopinała mu się marynarka na pokaźnym brzuchu.
    – Spróbujmy tak – powiedział Rhyme. – A jeśli Hansen nie chciał zabić Eda i Percey dlatego, że byli świadkami?
    – Więc dlaczego? – wyrzuciła z siebie Percey.
    – Inny motyw? – spytał Talbot. – Jaki na przykład?
    Rhyme nie odpowiedział wprost.
    – Percey mówiła, że ostatnio firmie nie wiedzie się najlepiej.
    Talbot wzruszył ramionami.
    – Mieliśmy kilka ciężkich lat. Zmiany w przepisach, pojawiło się dużo małych firm przewozowych. Konkurencja z firmami kurierskimi, UPS, FedEx. Z pocztą też. Coraz niższe stawki.
    – Ale mieliście niezły… jak to się mówi, Fred? Pracowałeś w przestępstwach gospodarczych, nie? Wpływające pieniądze.
    Dellray parsknął krótkim śmiechem.
    – Przychód, Lincoln.
    – Mieliście niezłe przychody.
    Talbot skinął głową.
    – Z obrotami nigdy nie było kłopotów. Tyle że więcej wydawaliśmy, niż zarabialiśmy.
    – Co sądzisz na temat takiej teorii, że Trumniarz dostał zlecenie zabicia Percey i Eda, żeby jego zleceniodawca mógł kupić firmę za niższą cenę?
    – Jaką firmę, naszą? – spytała Percey, marszcząc brwi.
    – Po co Hansen miałby to robić? – rzekł Talbot, oddychając ciężko.
    – Dlaczego nie złożył nam po prostu oferty? – dodała Percey. – Nigdy nie zwrócił się bezpośrednio do nas.
    – Nie powiedziałem, że chodzi o Hansena – zauważył Rhyme. – Postawiłem pytanie: a jeśli Hansen nie chciał zabić Eda i Percey? Jeśli to był kto inny?
    – Kto? – zapytała Percey.
    – Nie wiem. Tylko… to zielone włókno.
    – Zielone włókno? – Talbot podążył za spojrzeniem Rhyme’a, który patrzył na tablicę.
    – Zdaje się, że wszyscy o tym zapomnieli. Z wyjątkiem mnie.
    – Facet nigdy o niczym nie zapomina, co, Lincoln?
    – Rzadko, Fred. Rzadko. To włókno… Sachs – moja partnerka…
    – Pamiętam. – Talbot skinął jej głową.
    – Znalazła włókno w hangarze wynajmowanym przez Hansena. Wśród innych śladów pod oknem, gdzie Stephen Kall czekał, żeby podłożyć bombę w samolocie Eda Carneya. Znalazła też drobiny mosiądzu, kilka białych włókien i klej z koperty. Wywnioskowaliśmy, że ktoś zostawił Kallowi klucz od hangaru w kopercie. Potem jednak zacząłem się zastanawiać, czemu Kall potrzebował klucza, żeby wejść do pustego hangaru? Był zawodowcem. Mógł się wszędzie włamać z zamkniętymi oczami. Odpowiedź może być tylko jedna: wszystko miało wyglądać tak, jakby to Hansen zostawił klucz. Ktoś chciał go wrobić.
    – Przecież urządził napad – powiedział Talbot. – Zabił żołnierzy i ukradł broń. Wszyscy wiedzą, że to morderca.
    – Och, pewnie nim jest – zgodził się Rhyme. – Ale to nie on poleciał nad cieśninę Long Island i bawił się w bombardowanie morza książkami telefonicznymi. W samolocie był ktoś inny.
    Percey poruszyła się niespokojnie.
    – Ktoś, kto nigdy nie przypuszczał, że znajdziemy worki – ciągnął Rhyme.
    – Kto? – zapytał ostro Talbot.
    – Sachs?
    Wyjęła z płóciennej torby trzy duże koperty i położyła na stole.
    W dwóch były księgi rachunkowe. W trzeciej plik białych kopert.
    – To z twojego gabinetu, Talbot.
    – Chyba nie wolno wam brać niczego bez nakazu – odparł Talbot, śmiejąc się niepewnie.
    Percey Clay zmarszczyła brwi.
    – Ja dałam pozwolenie. Wciąż kieruję firmą, Ron. Właściwie do czego zmierzasz, Lincoln?
    Rhyme żałował, że wcześniej nie podzielił się z Percey swoimi podejrzeniami; teraz będzie to dla niej poważny wstrząs. Nie mógł jednak ryzykować, że zdradzi przed Talbotem wnioski, do jakich doszli. Jak dotąd świetnie zacierał ślady.
    Zerknął na Mela Coopera, który powiedział:
    – Zielone włókno znalezione przy drobinach klucza pochodzi z kartki głównej księgi rachunkowej. Białe z koperty. Nie ma wątpliwości, że pasują.
    – Wszystko pochodzi z twojego gabinetu, Talbot – ciągnął Rhyme.
    – Co chcesz przez to powiedzieć, Lincoln? – wykrztusiła Percey.
    Rhyme zwrócił się do Talbota:
    – Wszyscy na lotnisku wiedzieli, że przeciw Hansenowi toczy się śledztwo. Pomyślałeś, że można to wykorzystać. Zaczekałeś więc do pewnego wieczoru, gdy Percey, Ed i Brit Hale pracowali do późna. Ukradłeś samolot Hansena, poleciałeś nad cieśninę i zrzuciłeś worki. Wynająłeś Trumniarza. Przypuszczam, że słyszałeś o nim, gdy pracowałeś w Afryce albo na Dalekim Wschodzie. Dzwoniłem do kilku osób. Pracowałeś w siłach powietrznych Botswany i dla rządu birmańskiego. Doradzałeś w sprawach kupna używanych samolotów wojskowych. Trumniarz mówił mi, że za zlecenie dostał milion. – Rhyme pokręcił głową. – Powinienem już wtedy się domyślić. Hansen mógł kazać zamordować całą trójkę za paręset tysięcy. Na dzisiejszym rynku cenę za zabójstwo dyktuje klient. Milion oznaczał, że facet jest amatorem. I dysponuje sporymi pieniędzmi.
    Percey Clay przeraźliwie krzyknęła. Skoczyła do Talbota. Ten wstał i cofnął się.
    – Jak mogłeś? – krzyknęła. – Dlaczego?
    – Moi chłopcy od przestępstw gospodarczych przeglądają wasze księgi – rzekł Dellray. – Chyba odkryją, że brakuje bardzo dużo kasy tam, gdzie powinna być.
    – Hudson Air ma się o wiele lepiej, niż sądziłaś, Percey – ciągnął Rhyme. – Tyle że większość zysków płynęła do kieszeni Talbota. Wiedział, że pewnego dnia wszystko się wyda, więc musiał się pozbyć ciebie i Eda, żeby samemu kupić firmę.
    – Prawo pierwokupu – powiedziała. – Jako wspólnik mógł w razie naszej śmierci wykupić nasze udziały w firmie po niższej cenie.
    – To jakaś bzdura. Pamiętaj, że ten facet strzelał też do mnie.
    – Nie ty wynająłeś Stephena Kalla – przypomniał mu Rhyme.
    – Zleciłeś robotę Jodiemu – Trumniarzowi – który z kolei zlecił ją Kallowi. A ten nie miał pojęcia, kim jesteś.
    – Jak mogłeś?! – powtórzyła głucho Percey. – Dlaczego? Dlaczego?!
    – Bo cię kochałem! – wrzasnął Talbot.
    – Co? – wykrztusiła Percey.
    – Śmiałaś się, kiedy chciałem się z tobą ożenić – ciągnął Talbot.
    – Ron, nie. Ja…
    – Potem wróciłaś do niego. – Uśmiechnął się drwiąco. – Ed Carney, przystojny pilot myśliwca. Orzeł… Pomiatał tobą, a mimo to chciałaś z nim być. Potem… – Twarz spurpurowiała mu z wściekłości. – Potem straciłem ostatnią rzecz, jaka mi została – zabronili mi latać. Patrzyłem, jak oboje zapisujecie setki wylatanych godzin miesięcznie, a ja mogłem tylko gnić za biurkiem i przekładać papierki. Mieliście siebie nawzajem, lataliście… nie masz pojęcia, co to znaczy stracić wszystko, co kochasz. Po prostu nie masz pojęcia!
    Sachs i Sellitto zauważyli, że Talbot się spina. Przypuszczali, że będzie czegoś próbował, ale nie docenili jego siły. Gdy Sachs podeszła do niego, wyciągając z kabury broń, skoczył, przewracając ją na stół, z którego pospadały mikroskopy i inny sprzęt. Równocześnie przycisnął Mela Coopera stołem do ściany. Wyrwał Sachs glocka z dłoni.
    Wycelował pistolet w Bella, Sellitta i Dellraya.
    – Rzućcie broń na podłogę. Już!
    – Co ty, stary – powiedział Dellray, przewracając oczami. – Co chcesz zrobić? Wyleźć przez okno? Nie masz dokąd uciec.
    Talbot podsunął lufę pod nos Dellraya.
    – Nie będę powtarzał.
    W jego oczach widać było prawdziwą desperację. Przypominał Rhyme’owi osaczonego niedźwiedzia. Agent i obaj policjanci upuścili broń na podłogę. Bell rzucił oba pistolety.
    – Dokąd prowadzą te drzwi? – Talbot wskazał na ścianę. Na zewnątrz widział strażników Eliopolosa i wiedział, że tamtędy nie ma ucieczki.
    – Do szafy – rzekł szybko Rhyme.
    Otworzył i zobaczył małą windę.
    – Kurwa twoja mać – szepnął Talbot, celując w Rhyme’a.
    – Nie! – zawołała Sachs.
    Talbot skierował pistolet w jej stronę.
    – Ron – krzyknęła Percey. – Zastanów się. Proszę…
    Sachs, trochę stropiona, ale cała, wstała i spojrzała na pistolety leżące na podłodze w odległości dziesięciu stóp od niej.
    Nie, Sachs, pomyślał Rhyme. Nie rób tego!
    Przeżyła atak najniebezpieczniejszego i najbardziej opanowanego zabójcy w kraju, a teraz mógł ją zastrzelić spanikowany amator.
    Oczy Talbota spoglądały to na Sellitta, to na Dellraya, wreszcie spoczęły na windzie, szukając włącznika.
    Sachs, nie rób tego.
    Rhyme próbował zwrócić na siebie jej uwagę, lecz Sachs oceniała właśnie dystans i kąt. Nie zdąży.
    – Pogadajmy, Talbot – rzekł Sellitto. – Daj spokój, odłóż tego gnata.
    Proszę, Sachs, nie… Zauważy cię. Strzeli w głowę – jak każdy amator – i umrzesz.
    Sprężyła ciało. Nie odrywała oczu od sig-sauera Dellraya.
    Nie…
    W chwili gdy Talbot spojrzał na windę, Sachs rzuciła się na podłogę i złapała broń Dellraya. Lecz Talbot ją zauważył. Zanim zdołała podnieść ciężki automat, wycelował glocka w jej twarz i w panice naciskał spust.
    – Nie! – krzyknął Rhyme.
    Ogłuszający huk wystrzału. Szyby w oknach zadzwoniły, a para sokołów wzbiła się w niebo.
    Sellitto chwycił swój pistolet. Drzwi otworzyły się z trzaskiem i do pokoju wpadli strażnicy Eliopolosa z bronią w ręku.
    Ron Talbot, z małą czerwoną dziurką w skroni, przez ułamek sekundy stał zupełnie nieruchomo, a potem zwalił się ciężko na podłogę.
    – O kurczę – powiedział Mel Cooper. Stał jak wryty, patrząc na lufę własnego smitha & wessona.38, wysuwającą się zza jego łokcia. Broń trzymała dłoń Rolanda Bella. Detektyw wynurzył się zza pleców technika, wyjmując broń z małej kabury znajdującej się z tyłu na pasku Coopera. Bell strzelił z biodra – z biodra Coopera, ściśle rzecz ujmując.
    Sachs podniosła się z podłogi i wyjęła glocka z dłoni Talbota. Zbadała mu puls, pokręciła głową.
    Pokój wypełniło głośne łkanie. Percey Clay padła na kolana i szlochając, zaczęła walić pięścią w masywne ramię Talbota. Przez dłuższą chwilę nikt się nie ruszał. Potem Amelia Sachs i Roland Bell ruszyli do niej równocześnie. Sachs cofnęła się jednak i pozwoliła, by detektyw objął ramieniem drobną kobietę i delikatnie odciągnął od ciała jej przyjaciela, a zarazem wroga.

Rozdział czterdziesty pierwszy

    Z oddali dobiegł odgłos burzy. Późnym wieczorem zaczął padać gęsty wiosenny deszcz.
    Okno było otwarte na oścież – naturalnie nie to, na którym mieszkały sokoły; Rhyme nie lubił, by im przeszkadzano – i pokój wypełniało chłodne, rześkie powietrze.
    Amelia Sachs odkorkowała butelkę i nalała chardonnay cakebread do szklaneczki Rhyme’a i swojego kieliszka.
    Spojrzała na ekran i zaśmiała się.
    – Nie wierzę.
    Na monitorze obok łóżka toczyła się partia szachów.
    – Przecież nie grasz na komputerze – rzekła. – To znaczy nigdy nie widziałam, żebyś grał.
    – Czekaj – odezwał się do niej.
    Nie zrozumiałem. Powtórz – wyświetlił ekran.
    Głośno powiedział:
    – Wieża na D osiem. Szach i mat.
    Chwila ciszy. Potem komputer powiedział: „Gratulacje” i zagrał cyfrową wersję marsza „Washington Post” Sousy.
    – To nie rozrywka – oświadczył nieprzyjemnym tonem – ale ćwiczenie umysłu. Moja gimnastyka. Chcesz kiedyś zagrać, Sachs?
    – Nie gram w szachy – odrzekła, przełknąwszy łyk wina. – Co to znaczy, że jakiś skoczek atakuje mojego króla? Wolałabym go rozwalić, a nie kombinować, jak go tu przechytrzyć. Ile znaleźli?
    – Pytasz o pieniądze? Które ukrył Talbot? Ponad pięć milionów.
    Kiedy rewidenci federalnych skończyli sprawdzać drugi zestaw ksiąg – tych prawdziwych – stwierdzili, że Hudson Air to wyjątkowo dochodowa firma. Strata samolotu i zerwanie kontraktu z Amer-Medem były wprawdzie bolesne, lecz mieli jeszcze mnóstwo pieniędzy, by, jak się wyraziła Percey, „utrzymać firmę w powietrzu”.
    – Gdzie jest Trumniarz?
    – W areszcie specjalnym.
    Był to mało znany areszt znajdujący się w budynku sądu karnego. Rhyme nigdy go nie widział – zresztą niewielu gliniarzy widziało – lecz w ciągu ostatnich trzydziestu pięciu lat nikomu nie udało się stamtąd uciec.
    – Nieźle spiłowali mu szpony – powiedziała Percey Clay, gdy Rhyme ją o tym poinformował. Wyjaśniła mu, że robi się tak sokołom używanym do polowania.
    Rhyme, jako osoba zainteresowana sprawą, nalegał, by informowano go o szczegółach pobytu Trumniarza w areszcie. Dowiedział się od strażników, że pytał o okna w pomieszczeniu, rodzaj podłogi, lokalizację w mieście.
    – Czy to nie zapach stacji benzynowej? – spytał zagadkowo.
    Gdy Rhyme to usłyszał, natychmiast zadzwonił do Sellitta i poprosił go o interwencję u szefa aresztu, żeby ten podwoił straże.
    Amelia Sachs wzmocniła się kolejnym łykiem wina i pomyślała: raz kozie śmierć.
    Nabrała głęboko powietrza i wyrzuciła z siebie:
    – Rhyme, powinieneś spróbować. – Następny łyk. – Nie byłam pewna, czy to powiem.
    – Słucham?
    – Pasujecie do siebie. Może ci być z nią naprawdę dobrze.
    Zwykle bez problemu umieli patrzeć sobie prosto w oczy. Teraz jednak, wpływając na tak niespokojne wody, Sachs wbiła wzrok w podłogę.
    Co się dzieje?
    Kiedy podniosła oczy i stwierdziła, że jej słowa do niego nie dotarły, powiedziała:
    – Wiem, co do niej czujesz. Ona wprawdzie się nie przyznaje, ale wiem, co ona czuje do ciebie.
    – Kto?
    – Przecież wiesz. Per