Скачать fb2
Faza Ataku

Faza Ataku

Аннотация

    Trwa wojna Chin z Indiami. Do akcji wkracza amerykański supernowoczesny bezzałogowy okręt podwodny. USS Snarc zostaje jednak porwany. Chińczycy zamierzają wystrzelić jego pociski na Stany zjednoczone. Amerykanie muszą za wszelka cenę zniszczyć aSnarcaa. Przeciwko niemu wyrusza eksperymentalny okręt podwodny dowodzony przez admirała Pacina…


Michael DiMercurio Faza Ataku

    Terminal Run
    Przekład Marcin Pintara
    Miłości mojego życia, Patricii DiMercurio, która jest dla mnie tym, czym ląd dla okrętu – pragnieniem i tęsknotą moim początkiem i przeznaczeniem, moim celem i nadzieją moją przyszłością i przeszłością

    Panowie, na morzu nauczyłem się jednej rzeczy – procedury regulaminowe układają ludzie, którzy nigdy nie byli pod ostrzałem torpedowym – gdy rozwala się reaktor, kapitan krzyczy, że potrzebuje mocy, a sekunda opóźnienia może oznaczać śmierć. Oficer naszej marynarki wojennej musi wiedzieć więcej, niż jest w instrukcjach operacyjnych. Musi wiedzieć, jak działać, kiedy jest ranny, okręt idzie na dno, a mimo to nadal trzeba strzelać. O to właśnie chodzi, panowie. O umiejętność działania w niebezpieczeństwie. To jedyny sposób na wygranie wojny. I jedyny sposób na przeżycie. Zróbcie to dla mnie, panowie. Nauczcie się działać w niebezpieczeństwie.

    Z przemówienia admirała Kinnairda R. McKee, dyrektora Programu Napędu Nuklearnego Marynarki Wojennej i byłego dyrektora Akademii Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych, do oficerów okrętów podwodnych Floty Atlantyckiej w Norfolk w Wirginii.

    Siły Podwodne Stanów Zjednoczonych pozostaną dominującą flotą podwodną świata. Będziemy konsekwentnie wdrażali nowe, innowacyjne technologie, by utrzymać przewagę we wszystkich rejonach walk morskich. Będziemy promowali wielorakie możliwości okrętów podwodnych i rozwijali taktykę zabezpieczania interesów narodowych poprzez przygotowania rejonów walk, kontrolę mórz, wspieranie działań lądowych i stosowanie strategii odstraszania. Będziemy odgrywali rolę niewidzialnej, wielozadaniowej platformy ekspedycyjnej Połączonego Dowództwa.

    Przyszłość Sił Podwodnych
    Stanów Zjednoczonych

    Faza ataku – Termin, który w języku konstruktorów uzbrojenia oznacza końcowy odcinek drogi torpedy wystrzelonej z okrętu podwodnego, kiedy broń naprowadza się na cel i przyśpiesza do szybkości bojowej.

1

    Minął miesiąc od dnia, kiedy poleciał do Waszyngtonu i zażądał, żeby przesunięto go na niższe stanowisko służbowe.
    Szef oczywiście zaprotestował. Nie miał kim go zastąpić, wszyscy ci, którzy mogliby ewentualnie objąć tę funkcję, nie żyli. Zginęli ostatniego lata w wyniku przerażającego ataku terrorystycznego – padło jego ofiarą ponad tysiąc starszych rangą oficerów. Ale gdyby nie otrzymał zgody na powrót do dawnej pracy, nie miałby innego wyjścia, musiałby złożyć rezygnację, a wtedy powstałyby dwa wakaty. Udało się, przeniesiono go na niższe stanowisko, wrócił do domu i wszystko powróciło do normy. Sztab funkcjonował lepiej, personel operacyjny robił postępy, sprzęt spisywał się doskonale.
    Tej słonecznej, majowej soboty zaliczył przed lunchem osiemnaście dołków na polu golfowym i przebiegł sześć kilometrów. Wziął szybki prysznic w klubie, włożył luźne spodnie, golf i wsiadł do swojego kabrioletu porsche, żeby pokonać dwudziestokilometrową trasę do biura. Personel miał wolne, telefony powinny milczeć, więc pojawiła się szansa, że przez trzy godziny zrobi więcej, niż był w stanie dokonać przez ubiegły tydzień. Opuścił dach, wyjechał z parkingu na drogę biegnącą wzdłuż wybrzeża i wcisnął gaz. Pędząc samochodem, który gładko przyspieszał i łatwo brał zakręty, myślał o obecnej sytuacji politycznej. Przez ostatni rok na świecie panował względny spokój. Ale ostatnio zaczęły krążyć pogłoski o nasilających się konfliktach między Chińską Republiką Ludową i Hinduską Republiką Indii. Podczas pierwszej i drugiej wojny domowej w Chinach Indie uzyskały znaczne zdobycze terytorialne i od tej pory te dwa kraje były zaciekłymi wrogami. Jednakże wszelkie napięcia, jakie spowodować może ów konflikt, będą już problemem kogoś innego. Bo upłyną zapewne lata, a nawet dziesięciolecia, zanim dojdzie do wybuchu nowej wojny światowej.
    Właśnie gdy doszedł do tego wniosku, spojrzał w lusterko wsteczne i natychmiast powrócił do rzeczywistości. Gliniarz stanowy znalazł się tak blisko, że nie widać było reflektorów radiowozu tylko kapelusz kierowcy i lampy błyskowe. Zaklął i zatrzymał porsche na poboczu. Wiedział, że przekroczył dozwoloną prędkość. Od dwóch lat jeździł tą trasą jak wariat i nigdy nie spotkał lokalnego patrolu, a tym bardziej stanowego. Zaniepokoił się jeszcze bardziej, kiedy przed nim zahamował drugi radiowóz. Mały samochód sportowy został uwięziony między dwoma wozami patrolowymi. Sięgając po portfel i dowód rejestracyjny, zaklął ponownie. Kiedy policjant zbliżył się do niego, z otwartego schowka wypadły na podłogę papiery.
    – Obie ręce na kierownicę – rozkazał surowo gliniarz z dłonią na odpiętej kaburze.
    Wykonał polecenie, spojrzał w górę na policjanta i otworzył usta, ale nie zdążył się odezwać.
    – Proszę o dowód tożsamości.
    Wręczył gliniarzowi prawo jazdy i legitymację wojskową. Policjant przez chwilę oglądał dokumenty i porównywał zdjęcia z twarzą kierowcy.
    – Pan Egon Ericcson?
    – Po prostu Vic – odpowiedział. – Proszę mi mówić Vic.
    Gliniarz otworzył drzwi samochodu.
    – Niech pan wysiądzie z pojazdu, panie Ericcson. Powoli. Niech pan nic nie mówi, ani słowa.
    Co jest grane, do cholery? – pomyślał i wygramolił się na zewnątrz. Były as uniwersyteckiej drużyny futbolu amerykańskiego, Vic „Wiking” Ericcson, wyróżniał się zawsze wzrostem w swoim otoczeniu. Miał szerokie bary, jasne włosy ostrzyżone na rekruta, niebieskie oczy, złamany nos i kwadratową szczękę boksera amatora. Ogorzała cera świadczyła o tym, że całe lata spędził na powietrzu.
    Z radiowozu, który stał za jego samochodem, wysiadł drugi policjant, wsiadł do porsche i zatrzasnął drzwi.
    – Hej, to mój samochód, do cholery!
    – Proszę zachować milczenie – powiedział pierwszy gliniarz. – Konfiskujemy pański pojazd. Proszę się wolno odwrócić i przejść do radiowozu.
    – Panie władzo, niech pan posłucha. Wiem, że…
    – Ani słowa.
    Policjant wepchnął go na tylne siedzenie wozu patrolowego, zamknął drzwi i usiadł za kierownicą. Cofnął się, wyjechał na asfaltową szosę i pomknął jak rakieta w kierunku miasta. Z tyłu drugi radiowóz eskortował porsche, ale po chwili gliniarz przyspieszył i oba samochody zniknęły w oddali.
    – Dokąd jedziemy? Do sądu? Do komendy policji stanowej?
    Policjant nie odpowiedział. W końcu pojawił się przed nimi wjazd na lotnisko. Radiowóz zwolnił i zatrzymał się przed bramą w wysokim parkanie, która natychmiast się otworzyła. Ericcson pomyślał, że na terenie portu lotniczego musi się znajdować posterunek policji, ale wóz patrolowy przez kilka minut pędził po płycie lotniska, wreszcie zahamował z piskiem przy gigantycznym odrzutowcu pasażerskim Boeing-Airbus 808. Samolot stał daleko od terminalu, silniki pracowały na biegu jałowym.
    Ericcson zaczął zadawać oczywiste pytanie, ale zanim zdążył je wypowiedzieć, tylne drzwi radiowozu otwarły się i dwaj inni gliniarze stanowi wyciągnęli go bezceremonialnie z samochodu, poprowadzili po staromodnych schodkach na kołach do otwartych drzwi odrzutowca, a potem szybko powiedli do chłodnego wnętrza maszyny. Kiedy jego wzrok oswoił się z bladym światłem rozjaśniającym wnętrze samolotu – na zewnątrz, gdzie był przed chwilą, świeciło ostre południowe słońce, więc w pierwszej chwili wydało mu się, że tu panuje mrok – w pustej kabinie pasażerskiej zobaczył dwóch facetów w garniturach. Wskazali mu miejsce siedzące w środkowej części pierwszej klasy.
    Spojrzał na cywilów i postanowił sprawdzić, czy okażą się bardziej wyrozumiali niż mundurowi, którzy go tu przywieźli. Gliniarze wręczyli im clipboard do podpisu, po czym się wycofali. Wtedy Ericcson podniósł wzrok i zaczął się skarżyć.
    – Posłuchajcie, panowie. Przyznaję, że jechałem za szybko, ale…
    Jeden z mundurowych odwrócił się nagle i coś mu wręczył. Ericcson wpatrywał się niemo w swoje prawo jazdy i identyfikator Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. Najwyraźniej ta cała przygoda nie miała nic wspólnego z wykroczeniem drogowym.
    – Kim jesteście, panowie? Co tu się dzieje? Waszyngton to zorganizował?
    – Proszę zapiąć pasy – odrzekł jeden z cywilów. – Zaraz startujemy.
    – Co za cholera? – mruknął Ericcson, ale postanowił trzymać język za zębami. Spojrzał w dół na swój swobodny strój i przyszła mu do głowy dziwna myśl, że chyba jest odpowiednio ubrany.
    Odrzutowiec rozpędził się do końca pasa startowego, zwiększył ciąg silników, wzbił się w powietrze i skierował na wschód, nad Pacyfik. Skoro eskorta Ericcsona nalegała, żeby się nie odzywał, nie pozostało mu nic innego jak tylko drzemka w wygodnym fotelu. Obudził się po kilku godzinach. Na zewnątrz zobaczył ciemność.
    Wyrósł nad nim jeden z cywilów.
    – Coś panu przynieść? – zapytał.
    – Chętnie napiłbym się kawy – odparł ponuro Ericcson. – A potem dowiedział się czegoś. I gdzieś zadzwonił.
    – Możemy służyć tylko kawą.
    Na tacy przed nim pojawiła się parująca filiżanka. Pachniała tak, że miał ochotę zanurzyć się w niej. Aromat przypomniał mu o jego przeszłości na morzu.
    – Więc powiedzcie mi jedno: dobrze się domyślam, że lecimy do Waszyngtonu?
    – Nie mogę ani potwierdzić, ani zaprzeczyć.
    – To robota Johna Pattona, zgadza się? On kazał mnie ściągnąć?
    – Tego też nie mogę ani…
    Ericcson uciszył faceta machnięciem ręki. Postanowił zaczekać, aż wylądują tam, dokąd lecą. Kiedy samolot schodził w dół, poprosił o pozwolenie na zmianę miejsca na fotel przy oknie i ku swemu zdziwieniu otrzymał ich zgodę. Odrzutowiec zanurzał się w ciemną pustkę. Brak świateł wydał się dziwny Ericcsonowi, wyglądało to tak, jakby mieli usiąść na pustym polu kukurydzy. Może to wcale nie Wschodnie Wybrzeże, pomyślał. W końcu maszyna skręciła i zwolniła. Ciężki samolot delikatnie dotknął ziemi, wyhamował na krańcu ciemnego pasa startowego, zawrócił i wolno podkołował z powrotem tam, gdzie usiadł. Agenci podnieśli Ericcsona z fotela, klapa przednich drzwi otwarła się. Wyszedł; otoczyło go gorące, wilgotne, nocne powietrze. Ze szczytu schodków rzucił okiem dookoła na nieoświetlony kompleks starych baraków i zaniedbanych przybudówek. Nie zaskoczył go brak komitetu powitalnego.
    Zszedł po stopniach na pas startowy. Jego eskorta natychmiast odsunęła od samolotu schodki na kołach. Wielki odrzutowiec potoczył się po wciąż ciemnej płycie lotniska, widać było tylko światła nawigacyjne znikające w oddali. Kiedy maszyna odleciała, dokoła zapadła upiorna cisza.
    – Gdzie ja jestem, na Boga? – zapytał, choć wiedział, że nie dostanie odpowiedzi.
    Doprowadzono go do zardzewiałych, stalowych drzwi zniszczonego budynku z żużlobetonu. Wnętrze oświetlała pojedyncza, osłonięta, słaba żarówka. Pawilon wyglądał na zrujnowany garaż lub magazyn. Jedne z wrót wjazdowych były wyłamane i wisiały na zawiasach. Poprowadzono go do schodów, potem w dół do zakurzonej, zasnutej pajęczynami piwnicy, następnie korytarzem o ścianach z żużlobetonu, a potem przez otwarte wąskie drzwi do zagraconego schowka na szczotki do zamiatania i środki czyszczące. W schowku były jeszcze drugie zardzewiałe drzwi. Cywil otworzył je, zamknąwszy za sobą drzwi wejściowe. Ukazało się lśniące wnętrze windy ze stali nierdzewnej. Agent zatrzasnął stalowe drzwi, przyłożył swój identyfikator do czytnika, potem przycisnął kciuk do drugiego czytnika. Drzwi wewnętrzne zamknęły się i winda cicho ruszyła w dół. Po pewnym czasie stanęła, otworzyła się i Ericcsona poprowadzono następnym żużlobetonowym korytarzem wzdłuż rzędu stalowych drzwi. Za podwójnymi drzwiami na końcu znajdowała się po spartańsku urządzona sala konferencyjna. Całe jej umeblowanie ograniczało się do wiekowego, dębowego stołu i dziesięciu drewnianych krzeseł, które wyglądały tak, jakby pochodziły z sali sądowej. Wskazano mu miejsce. Nalał sobie filiżankę kawy z dzbanka stojącego na środku stołu. Kiedy dopijał jej połowę, zaskrzypiały otwierane drzwi. Ericcson wstał, żeby przywitać się z wchodzącymi. Jednego nie znał, ale drugiego znał doskonale. To był John Patton, jego szef.

    Kiedy Kelly McKee otworzył drzwi swojego domu zbudowanego na rozległych peryferiach Virginia Beach, zobaczył za progiem Karen Petri, swoją szefową sztabu. Stała w dżinsach i T-shircie z butelką merlota w ręku. Była sobota, dochodziła północ i Petri spóźniła się dwie godziny. Nie odezwała się nawet słowem, tylko wręczyła mu kartkę, na której było napisane: Nic nie mów. Zaproś mnie do środka i włącz muzykę.
    Spojrzał niepewnie na kartkę. Nie wiedział, czy go to zdenerwowało, czy rozbawiło. Wykonał zapraszający gest, wziął od gościa butelkę wina i nastawił kompakt z łagodną melodią. Zmarszczyła brwi, wyjęła własną płytę i wsunęła do odtwarzacza. Zadudnił rock’n’roll. Zwiększyła głośność, tak że McKee omal nie zaprotestował. Wręczyła mu drugą kartkę: Nie kłóć się. Połóż się na podłodze i udawaj atak serca. To przyszło z samej góry i wszystko zostanie ci wyjaśnione.
    Popatrzył na nią z niedowierzaniem. Miała śmiertelnie poważną minę. Zbyt długo ją znał i zbyt wiele razem przeszli, żeby jej nie ufać. Nie był aktorem, ale bez słowa oddał jej kartkę, sięgnął po butelkę wina i nagle chwycił się za serce. Z wyrazem bólu na twarzy osunął się na kolana, butelka upadła na dywan. McKee też. Karen stała nad nim i spokojnie wystukiwała numer na komórce. Mówiła do telefonu spanikowanym tonem, ale jej mina się nie zmieniła.
    – Tu Karen Petri, Hightower Road 227. Właściciel domu, Kelly McKee, ma atak serca. Upadł na podłogę i strasznie go boli. Tak! Proszę się pospieszyć. Tak.
    – Zadzwoniłaś pod 911? – zapytał.
    – Cicho. – odrzekła i uklękła obok.
    Czuł się idiotycznie, ale cierpliwie czekał na to, co miało nastąpić.
    McKee był szczupły, trochę niższy od Petri, ale bardzo przystojny. Prasa go uwielbiała. Wyglądał bardzo młodo jak na swój wiek, a wyglądałby jeszcze młodziej, gdyby nie jego charakterystyczne, krzaczaste brwi.
    Po dziesięciu minutach, choć Kelly’emu wydawało się, że upłynęła wieczność, na zewnątrz rozległ się odgłos silnika samochodu. Petri otworzyła drzwi i wpuściła trzech sanitariuszy. Żaden z nich nie przejął się tym, że serce McKee bije całkiem normalnie. Położono go na wózku, przypięto mu maskę tlenową, rozchylono koszulę na piersi i założono na ramię opaskę aparatu do mierzenia ciśnienia krwi. Mężczyźni szybko wywieźli go frontowymi drzwiami do czekającej karetki. Petri zapytała, czy może z nimi pojechać. Kiedy szef ratowników kiwnął potwierdzająco głową, wsiadła do samochodu. Zatrzaśnięto tylne drzwi, karetka ruszyła pełnym gazem i pomknęła na północ.
    – Czy ktoś mi powie, co się dzieje, do cholery? – zapytał McKee przez maskę tlenową.
    – Specjalne rozkazy Pattona, sir – odparła Petri. – Jeden z nich zabrania rozmów, dopóki nie będzie pan tam, gdzie chce pana widzieć szef.
    – Zawsze marzyłaś o tym, by móc mi powiedzieć, żebym się zamknął. – McKee wyszczerzył zęby w uśmiechu, ale ona z poważną miną położyła palec na ustach.
    Kiedy wjechali na autostradę międzystanową, jeden z sanitariuszy rozebrał się do bielizny. McKee uniósł brwi.
    – Proszę zdjąć ubranie, sir – polecił prawie nagi facet. McKee wzruszył ramionami. Instrukcja nie była bardziej dziwaczna niż reszta wieczoru. Sanitariusz był jego wzrostu i w tym samym wieku, miał taką samą cerę i kolor włosów. Zamienili się ubraniami i sanitariusz położył się na wózku.
    – Niech pan włoży czepek chirurgiczny. Jest w schowku.
    McKee czuł się jak idiota w przebraniu sanitariusza, ale wykonał polecenie. Karetka zajechała przed szpitalną izbę przyjęć. Kiedy otworzyły się drzwi, McKee z dwoma sanitariuszami wtoczyli pacjenta do budynku. Jeden z nich krzyczał coś w żargonie medycznym do lekarzy. McKee zerknął w górę – przez chwilę myślał, że są w Szpitalu Marynarki Wojennej w Portsmouth. Pojawiła się nowa postać – ubrany w garnitur mężczyzna w średnim wieku, trzymający pod pachą kasetę bankową.
    – Proszę za mną, sir – powiedział.
    McKee poszedł za cywilem, Petri została z mężczyzną na wózku, którego przygotowywano do transportu na salę operacyjną. McKee znalazł się w windzie jadącej na górne piętra budynku szpitalnego. Drzwi otworzyły się – byli na dachu. Agent w garniturze zaprowadził go do czekającego helikoptera. Silnik maszyny pracował na biegu jałowym.
    – Niech pan to włoży – polecił cywil i wyjął z kasety hełmofon lotniczy.
    McKee włożył go na czepek chirurgiczny i wdrapał się na tylne siedzenie śmigłowca. Kiedy tylko zatrzasnął się właz, silnik nabrał obrotów, helikopter uniósł się i skierował na północny zachód.
    McKee zastanawiał się, czy nie zapytać pilotów, co wiedzą o całej sprawie, ale uznał, że lepiej zaczekać. Zerknął na zegarek. Pół godziny temu minęła północ, leciał transportowym śmigłowcem medycznym nad wschodnim wybrzeżem Wirginii i nie miał pojęcia, co się dzieje. Ale wiedział, że to musi być coś pilnego. Pół godziny później helikopter zszedł wolno w kierunku nieoświetlonego lądowiska. Usiadł na ziemi i rotory zmniejszyły obroty do jałowego biegu. Drugi pilot polecił pasażerowi zostać na miejscu. Po dziesięciu minutach w ciemnościach wylądował następny śmigłowiec. Wyskoczył z niego mężczyzna w hełmie i podbiegł do maszyny, w której siedział McKee. Otworzył drzwi i usadowił się obok.
    W przyćmionym blasku świateł kokpitu McKee zobaczył za szybą hełmu jego twarz.
    – Dobry wieczór, sir – powiedział do Johna Pattona. – Chce się pan podzielić ze mną jakąś informacją na temat tej podróży?
    – Nie – odparł Patton bez uśmiechu. – Pilot, startujemy.
    Helikopter uniósł się i po następnych trzydziestu minutach lotu znów wylądował w ciemnościach.

    John Patton miał wieczór równie dziwny jak Ericcson i McKee.
    Po dwóch popołudniowych odprawach zbierało mu się na mdłości. Sprawy wyglądały dużo gorzej, niż podejrzewał. Najpierw widział się z dyrektorem Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, Masonem Danielsem, który miał same złe wiadomości. Potem spotkał się z panią prezydent, sekretarzem wojny, doradcą do spraw bezpieczeństwa narodowego, dyrektorem Wywiadu Centralnego i przewodniczącym Kolegium Szefów Połączonych Sztabów w pokoju sytuacyjnym Białego Domu. Tutaj wiadomości były jeszcze gorsze. Patton musiał natychmiast wezwać swoich dwóch pełniących najważniejsze funkcje podwładnych, ale obu obserwowała tamta strona, śledziła każdy ich krok. Oceniała stan gotowości bojowej przeciwnika po tym, czy ludzie Pattona grają w golfa, czy mają pilne spotkania w Pentagonie.
    Mason Daniels pomógł mu zorganizować spotkanie na drugiej kondygnacji prezydenckiego bunkra ewakuacyjnego na wschodnim wybrzeżu Maryland. Schron był ukryty głęboko pod ziemią i otaczały go puste pola uprawne. Teren należał do Departamentu Rolnictwa Stanów Zjednoczonych. Bunkier miał zamaskowany, czterokilometrowy pas startowy. Pokrywała go ponadpółmetrowa warstwa ziemi porośniętej roślinnością, wypełniająca ruchome pojemniki, które dzięki systemowi hydraulicznemu odsłaniały ów pas na rozkaz wydany z lądującego samolotu. Problem polegał na tym, jak ściągnąć tam podwładnych Pattona w taki sposób, by śledzący ich ludzie nie dowiedzieli się o ich pilnym spotkaniu z szefem z Waszyngtonu. Daniels zaproponował pewne wyjście. Patton, choć niechętnie, się zgodził. Ale pozostała jeszcze sprawa jego własnej podróży do bunkra. Wywiad przeciwnika obserwował go jeszcze czujniej niż Ericcsona i McKee.
    To też załatwił Daniels. Po dwudziestu pięciu latach małżeństwa Patton po raz pierwszy poprosił swoją żonę Marcy, żeby dała mu w sobotę wolny wieczór, bo chce się zobaczyć z dawnymi kolegami z Akademii. Pocałował ją na dobranoc i pojechał taksówką do pubu w Georgetown. Jeden z ludzi Danielsa podawał drinki grupie przyjaciół również „zorganizowanej” przez Danielsa. Okazało się, że Patton wypił za dużo szklaneczek piwa, choć żadna nie zawierała ani kropli alkoholu. Kiedy wybiła północ, Patton zbladł. Przeprosił towarzystwo i popędził do męskiej toalety. W korytarzu na zapleczu lokalu czekał na niego człowiek w westernowym stroju. Dał mu kapelusz kowbojski i wyprowadził go tylnymi drzwiami na parking, gdzie stał czarny sedan z pracującym silnikiem. Patton czuł się głupio, ale usiadł na tylnym siedzeniu i choć szyby były ciemne, zsunął się w dół. Samochód zawiózł go szybko na małe, cywilne lotnisko, gdzie czekał helikopter. Przed opuszczeniem pojazdu Patton zamienił kapelusz kowbojski na hełm lotniczy z interkomem. Śmigłowiec wystartował i przywiózł go na inne lotnisko. Patton przesiadł się tam do drugiej maszyny, przeleciał nad Chesapeake i wylądował obok helikoptera z Kellym McKee na pokładzie.
    Usiadł obok McKee, ale odmówił jakichkolwiek wyjaśnień, dopóki nie znajdą się w bunkrze. W podziemnej sali konferencyjnej uścisnął dłoń Ericcsonowi, który omal nie zmiażdżył mu ręki swoją wielką łapą.
    – Vic – powiedział Patton – przedstawiam ci wiceadmirała Kelly’ego McKee, dowódcę Floty Podwodnej i mojego zastępcę do spraw bojowych działań podwodnych. Musiał się przebrać za ratownika medycznego, żeby tu dotrzeć. Kelly, to wiceadmirał Egon „Wiking” Ericcson, głównodowodzący Siłami Morskimi Stanów Zjednoczonych na Pacyfiku…
    Ericcson pokręcił głową:
    – Były głównodowodzący – burknął. – Zostałem przesunięty na dowódcę Floty Pacyfiku. I niech pan mi mówi Vic – dodał, potrząsając dłonią Kelly’ego. – To mniej formalne niż Wiking.
    Patton skrzywił się z irytacją.
    – Admirała Ericcsona przesunięto na niższe stanowisko na jego własną prośbę, ale nadal pełni funkcję głównodowodzącego siłami morskimi na Pacyfiku. Dopóki nie mianuję jego następcy.
    – Wiem, admirale. Tak naprawdę to żadne obniżenie stanowiska, dopóki nie uwolni mnie pan od dotychczasowych obowiązków i nie przydzieli tej funkcji komuś innemu.
    Admirał John Patton, szef operacji morskich i głównodowodzący Marynarką Wojenną Stanów Zjednoczonych, zignorował tę uwagę. Przybrał poważną minę i przy jego oczach pojawiły się kurze łapki.
    – Wiem, panowie, że macie sto pytań dotyczących zarówno powodu, jak i sposobu ściągnięcia was tutaj. Ale odłóżmy to na koniec odprawy. Zgoda?
    Obaj admirałowie skinęli potwierdzająco głowami. Patton wskazał stół konferencyjny.
    – Siadajcie – powiedział.
    Zerknął na swoich podwładnych. Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że tworzą cholernie dziwną parę. Z jego prawej strony siedział wspaniale zbudowany Ericcson, z lewej dużo drobniejszy Kelly McKee. Szef podwodniaków wyglądał niezwykle młodo i był o głowę niższy od Pattona. Ericcson sprawiał przy nim wrażenie olbrzyma.
    Dwaj admirałowie należeli jakby do dwóch zupełnie innych światów. Ericcson był pilotem ponaddźwiękowego odrzutowca marynarki wojennej. Omal nie zginął w walce powietrznej nad Morzem Japońskim. Odznaczono go Purpurowym Sercem i Srebrną Gwiazdą. Potem dowodził eskadrami myśliwskimi, dużymi okrętami wojennymi, dwoma lotniskowcami i w końcu grupą bojową lotniskowca. McKee spędził życie pod wodą, w atomowym okręcie podwodnym. Miał wśród marynarzy opinię dowódcy na luzie, ale podczas desperackiej walki podwodnej potrafił być zajadły, przebiegły i agresywny. Za swe zasługi dostał Krzyż Marynarki i stanowisko dowódcy sił podwodnych. Patton był niemal pewien, że ci dwaj, tak różniący się od siebie admirałowie, spotkali się dziś po raz pierwszy.
    – Mam nadzieję, że żaden z was nie spodziewał się odprawy z bajerami technicznymi w rodzaju trójwymiarowych wyświetlaczy i ruchomych granic państwowych – zaczął Patton przez zaciśnięte zęby. – Tutaj będzie papierowa mapa i ołówek numer dwa. Przejdę szybko do rzeczy i weźmiecie się do roboty. Nie mamy dużo czasu.
    Wyjął z kieszeni mapę Azji, rozłożył ją na końcu stołu konferencyjnego, wstał i pochylił się nad nią. Jego podwładni stanęli obok niego. Patton postukał palcem w mapę.
    – Panowie, za dwa tygodnie będziecie walczyli… W wojnie z powodu tego…

2

    Aspirant pierwszej klasy, Anthony Michael Pacino, zatrzasnął drzwi klasycznej corvetty i spojrzał niepewnie na strefę ograniczonego bezpieczeństwa amerykańskiej bazy okrętów podwodnych w Groton. W ustach czuł smak kwasu akumulatorowego, jak zawsze, kiedy był zdenerwowany. Starał się trzymać jak najdalej od sił podwodnych, ale nagła seria ćwiczeń floty uniemożliwiła aspirantom odbywanie służby w eskadrach myśliwskich i jednostkach SEAL. Cały jego rocznik przydzielono na okręty nawodne, tylko kilku młodych ludzi skierowano na podwodne. Uważał, że nie ma mowy, żeby kiedykolwiek poszedł w ślady ojca. Jego stary stał się idolem w siłach podwodnych, porównywany z nim młody Pacino mógłby tylko gorzko rozczarować podwodniaków. Nie odziedziczył po ojcu odpowiednich zdolności, był za bardzo podobny do matki. Zamierzał zostać lotnikiem i teraz znalazł się w idiotycznej sytuacji – miał się zameldować jako praktykant w Cichej Służbie swojego ojca. Jeszcze jedno będzie musiał wytrzymać, zanim zacznie pilotować odrzutowiec.
    Przyjrzał się swojemu odbiciu w szybie samochodu i poprawił koszulę mundurową, pogniecioną po długiej jeździe z Annapolis. Był wysoki, szczupły i dobrze umięśniony. Miał na sobie wykrochmalony mundur tropikalny – białą koszulę, spodnie, pas, buty i czapkę. Ubranie kontrastowało z jego opaloną skórą. Na czarnych naramiennikach widniały wąskie, złote galony i kotwice, nad kieszenią na piersi baretka służby narodowej, powyżej srebrna odznaka lotnicza – orle skrzydła tworzące zamknięty owal wokół czaszy spadochronu w kształcie rożka lodowego. Tylko czarna plakietka z nazwiskiem różniła się kolorem od reszty umundurowania. Przeczesał palcami jasno-kasztanowe włosy, które opadały falą na czoło i na uszy i były dłuższe, niż zezwalał na to regulamin, poprawił czapkę i ukrył pod nią nieprzepisowe pukle. Uśmiechnął się szyderczo do szyby, bo nienawidził swojej twarzy odziedziczonej po matce. Miał miękkie, niemal kobiece rysy, ciemnoniebieskie oczy w kształcie migdałów, długie rzęsy, delikatnie zakrzywiony nos, wystające kości policzkowe i pełne wargi.
    Przekonany, że jego wygląd nie spowoduje wściekłych telefonów do Akademii, zarzucił na ramię worek marynarski i ruszył ku wartowni bazy stojącej przy zasiekach z drutu kolczastego, gdzie nabrzeża wrzynały się w rzekę Thames. Podoficer zaprowadził go do podwodnego kolosa o dziwnym wyglądzie, przycumowanego w strefie podwyższonego bezpieczeństwa. Napis na trapie głosił, że to USS Pirania SSN-23. Pacino widział już tę jednostkę w naturze i w wiadomościach telewizyjnych, ale okręt przy nabrzeżu nie przypominał tego, który pamiętał.
    Klasa Seawolf wyróżniała się gigantyczną średnicą prawie trzynastu metrów, o trzy metry większą od innych okrętów podwodnych. Szerokość kadłuba nadawała seawolfom serdelkowaty kształt, gdyż ich długość wynosiła tylko dziewięćdziesiąt dziewięć metrów, mniej niż dawnych sześćset osiemdziesiątek ósemek. Ale ten okręt był taki długi, że wydawał się smukły jak ołówek i wystawał daleko poza kraniec nabrzeża. Musi mieć ponad sto dwadzieścia metrów, pomyślał Pacino.
    Dziwny był też kiosk. Wyglądał zupełnie nie tak, jak wyglądać powinien. Wszystkie okręty podwodne klasy Seawolf budowano z pionową „płetwą grzbietową” o płytowych bokach, wyrastającą sztywno z pokładu ku niebu. Ale ten kiosk przypominał kroplę. Opływowe krzywizny wznosiły się stromo od dziobu w kształcie pocisku, biegły daleko w kierunku rufy i zwężały się łagodnie ku środkowemu punktowi kadłuba. Z ciemnej wody za rufą wystawała płetwa steru. Różniła się od zwykłego pionowego płata łezkowatą głowicą umieszczoną poziomo na szczycie. Pacino zastanawiał się przez moment, czy przez pomyłkę nie przyprowadzono go na miejsce, gdzie przycumował ogromny rosyjski bojowy okręt podwodny. Ale nie – to musiała być amerykańska jednostka. Przy dziobowym luku załadunkowym uwijali się gorączkowo podoficerowie w mundurach khaki U.S. Navy i marynarze w kombinezonach roboczych – przywozili palety z prowiantem i częściami zamiennymi.
    Kiedy Pacino przyglądał się okrętowi, jemu z kolei zaczął się przyglądać stojący na pokładzie Piranii wartownik. Pacino podszedł do niego i zasalutował.
    – Aspirant Pacino melduje się do czasowej służby.
    – Zostań tam – rozkazał wspaniale umundurowany wartownik i powiedział coś do mikrofonu swojego radia.
    Z włazu w śródokręciu wyskoczył na pokład oficer w roboczym mundurze khaki i zbiegł w dół po trapie. Pacina lekko zatkało – to była kobieta. Niewysoka i drobna, miała lśniące, czarne włosy związane w koński ogon. Na jej rozpiętym kołnierzu widniały dwie srebrne belki. Nosiła granatową czapkę baseballową z wyhaftowanym złotym napisem USS Pirania SSN-23 i złotymi delfinami. Spod daszka czapki spoglądały gniewnie na Pacina ciemne oczy o kształcie migdałów. Kobieta miała łukowate brwi, lekko zadarty, trochę piegowaty nos, wystające kości policzkowe i modelowy podbródek. Na pierwszy rzut oka w jej urodzie dostrzec można było tylko jedną wadę – odstające uszy. Nad lewą kieszenią koszuli nosiła złote delfiny, odznakę kwalifikowanego oficera podwodnego. Emblemat przypominał skrzydła, które noszą piloci, ale z bliska można było rozpoznać dwie pokryte łuskami ryby patrzące na kiosk okrętu podwodnego. Kobieta poruszała się szybko, wręcz gwałtownie, jakby ją coś rozsadzało od środka. Łatwo można było się domyślić, że wypiła cały dzbanek kawy. Pacino wyprężył się na baczność, zasalutował i spojrzał w jej zwężone oczy. Miała surową, nieprzyjazną minę i zaciśnięte zęby.
    – Pacino, jak się domyślam – powiedziała, po czym wyrzuciła z siebie gardłowo potok słów. – Witam na Czarnej Świni. Jestem porucznik Alameda, główny mechanik Piranii. Kapitan Catardi polecił mi zabrać cię na okręt i przyprowadzić do jego kajuty. – Odwróciła się w stronę schodków. – Za mną – rzuciła.
    Pacino zszedł z trapu na pokład. Czarna powierzchnia była gładka i gumowata jak skóra rekina. Cały kadłub pokrywała powłoka bezechowa, wyciszająca sonar przeciwnika. Porucznik zniknęła w dole włazu w śródokręciu. Pacino przypomniał sobie z dzieciństwa zwyczaje podwodniaków, pochylił się nad otworem i krzyknął: „Schodzę!” – Potem wrzucił do środka worek marynarski i opuścił się w dół. Szukając stopami szczebli drabinki, wyczuwał dotykiem tłustą, lśniącą, chłodną stal pierścienia włazu. Przerzucił nogi przez poręcze i zjechał płynnym ruchem na pokład pod sobą. Jego buty uderzyły z hałasem o płyty.
    Ogarnęła go nostalgia, cofnął się w czasie do chłopięcych lat, ostry charakterystyczny zapach obudził pamięć okrętów podwodnych ojca. Wciągnął powietrze i poczuł woń ropy i spalin diesla z generatora awaryjnego, ozonu z instalacji elektrycznej, oleju do smażenia, smarów i amin z urządzeń regulacji składu powietrza. Wąski korytarz kończył się przy przegrodzie tuż za drabinką. Był wyłożony ciemnoszarym laminatem, jego krawędzie i drzwi wykonane z nierdzewnej stali nasuwały skojarzenie z wnętrzem przedziału w pociągu transkontynentalnym. Korytarz prowadził w kierunku dziobu do mesy załogi i kuchni okrętowej. Po obu stronach ciągnęły się rzędy drzwi, a na przegrodach wisiały zdjęcia przedstawiające triumfalny powrót okrętu po zwycięstwie na Morzu Wschodniochińskim.
    Alameda wręczyła Pacinowi kawałek plastiku wielkości zapalniczki.
    – To jest dozymetr termoluminescencyjny, w skrócie TLD – powiedziała. – Mierzy dawki promieniowania. Przypnij go do pasa.
    – Oficer dyżurny, tu oficer mechanik wachtowy – zaskrzeczało jej radio.
    – Oficer dyżurny – zgłosiła się Alameda przez walkie-talkie. – Mów.
    – Wachtowe stanowiska manewrowe na rufie obsadzone, pani porucznik. Kontrola przedkrytyczna reaktora zakończona i zatwierdzona. Szacunkowa pozycja krytyczna obliczona i sprawdzona. Proszę o pozwolenie na rozruch reaktora.
    – Zaczekaj, jeden – odpowiedziała Alameda i schowała radio do kieszeni. – Chodź ze mną – rozkazała Pacinowi.
    Poszli korytarzem, minęli wejście do mesy załogi i dotarli do schodków na środkowy poziom. Zeszli po stromych stopniach, które kończyły się w przedniej części sterowni. Pomieszczenie w niczym nie przypominało sterowni Seawolfa z młodych lat Pacina. Stanowisko peryskopowe zniknęło. Zastąpiła je konsola z dwoma siedzeniami. Usunięto panele sterowania okrętem i obsługi balastu, ich miejsce zajęła dwuosobowa klitka z centralną konsolą i półkolem wyświetlaczy. W górze nie biegły już rury, kable i przewody. Między sufitem i przegrodami umieszczono okrągły ekran. Konsole centrum ataku wzdłuż sterburty zastąpiono pięcioma klitkami. Z dawnej sterowni pozostały tylko dwa stoły nawigacyjne w tylnej części pomieszczenia. Zmian było dużo więcej, ale maszerując szybko za głównym mechanikiem, Pacino nie mógł wszystkiego ogarnąć.
    Alameda wprowadziła go do tylnego korytarza i zapukała do drzwi z napisem COSR. Skrót oznaczał kajutę oficera dowodzącego. Otworzył komandor w roboczym mundurze khaki, wyszedł na zewnątrz i zamknął za sobą drzwi. Wyglądał na groźnego twardziela. Był wzrostu Pacina, miał około czterdziestki, posiwiałe skronie, długie baki, oliwkową cerę, czarne włosy i takież oczy, przy których widniały kurze łapki. Takich czarnych oczu Pacino jeszcze nigdy dotąd nie widział. Były podkrążone i patrzyły spod kruczoczarnych brwi. Na okrągłej twarzy z kwadratową szczęką odznaczały się wyraźnie kości policzkowe. Kapitan spojrzał na Pacina i jego ponurą minę zastąpił radosny uśmiech, który zdawał się rozświetlać korytarz. Teraz jego twarz promieniała wyłącznie entuzjazmem. Nagła zmiana nastroju kapitana była tak uderzająca, że Pacino przez chwilę sądził, iż wzrok go zawodzi. Komandor uścisnął mu dłoń jak staremu przyjacielowi.
    – Patch Pacino! Jak to wspaniale znów cię zobaczyć – wykrzyknął tenorem z ostrym, bostońskim akcentem. – Pewnie nawet mnie nie pamiętasz, ale to ja, Rob Catardi.
    Kapitan cofnął się i obejrzał Pacina od stóp do głowy. Na jego twarzy pojawił się wyraz zdumienia i aprobaty.
    – Mój Boże, ale się zmieniłeś. Kiedy widziałem cię ostatni raz, miałeś pięć lat. Siedziałeś w Devilfishu przy konsoli kierowania ogniem i pytałeś twojego tatę, co to jest stałointerwałowa jednostka danych.
    Pacino poszukał tego w pamięci, ale bez skutku. Catardi położył mu rękę na ramieniu.
    – Byłem wtedy zielonym młodszym oficerem. Służyłem na Devilfishu pod rozkazami twojego staruszka. Facet z cholernymi jajami. Najlepszy kapitan okrętów podwodnych, jaki kiedykolwiek się urodził. Uwielbialiśmy go. Nauczył mnie wszystkiego o dowodzeniu bojowym okrętem podwodnym. Dostałem przeniesienie, zanim tamta stara łajba poszła na dno. – Catardi puścił ramię Pacina i posmutniał. – To, co się stało ostatniego lata… Cholerna tragedia… Jak tam twój ojciec?
    Pacino skrzywił się na jedno ze swoich najbardziej bolesnych wspomnień. Poprzedniego lata jego ojciec był szefem operacji morskich, admirałem pełniącym najwyższe stanowiska, głównodowodzącym Marynarką Wojenną Stanów Zjednoczonych. W rok po awansie wpadł na pomysł, żeby zabrać swoich wyższej i średniej rangi oficerów w dwutygodniowy rejs na statku pasażerskim Princess Dragon, należącym do firmy admirała Bruce’a Phillipsa. Mieli „zniknąć z widoku”, żeby uwolniwszy się od codziennej harówki, omówić problemy taktyczne i kwestie dotyczące sprzętu. Princess Dragon wypłynął z Norfolk pod silną eskortą złożoną z krążownika klasy Aegis II, dwóch niszczycieli klasy Bush i okrętu podwodnego SSNX. Osiemdziesiąt mil morskich od Norfolk „zniknięcie z widoku” dokonało się zupełnie nie tak, jak planowano. Pierwsza torpeda plazmowa przecięła statek na pół i posłała go na dno. Następne zatopiły eskortę. Admirał Pacino został wessany głęboko pod wodę przez przełamany kadłub Princess Dragon. Znaleziono go dopiero po wielu godzinach. W niespodziewanym ataku terrorystycznym zginęło ponad tysiąc najlepszych oficerów marynarki wojennej. Stracili życie niemal wszyscy przyjaciele admirała, spoczęli na dnie Atlantyku lub wyparowali w kulach ognia eksplozji plazmowych.
    Admirał zrezygnował ze służby w marynarce, gdy tylko stan jego zdrowia poprawił się na tyle, że mógł chodzić, i od tamtej pory zajmował się wyłącznie swoją żaglówką. Ojciec jest w głębokiej depresji, pomyślał Anthony Michael. Ale nie mógł tego powiedzieć kapitanowi Catardiemu.
    – Przez jakiś czas był w kiepskiej formie, panie kapitanie, ale jego samopoczucie pomału się poprawia – odrzekł i nagle coś go zastanowiło. – Skąd pan wiedział, że mam przezwisko Patch?
    Catardi spojrzał na niego z uznaniem.
    – Tak nazywaliśmy twojego ojca – odpowiedział łagodnie.
    Pacino przełknął ślinę.
    – Przepraszam, panie kapitanie – wtrąciła się Alameda. – Proszę o pozwolenie na rozruch reaktora i włączenie napędu silników głównych.
    – Uruchomić reaktor i włączyć napęd głównych.
    – Tak jest, sir, uruchomić reaktor i włączyć napęd. Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, chciałabym zakwaterować pana Pacina.
    Catardi uniósł dłoń i powstrzymał energiczną panią inżynier.
    – Ty nas wyprowadzisz, Patch. Skontaktuj się z nawigatorem i niech cię we wszystko wtajemniczy. Musisz znać prądy oraz przypływy i zapamiętać mapę. Dużo razy prowadziłeś okręt?
    Pacino zamrugał nerwowo. Spocił się pod pachami i żołądek podszedł mu do gardła.
    – W Akademii mieliśmy zajęcia na symulatorach z programem dla okrętów podwodnych i ćwiczyliśmy na czterometrowych modelach kierowanych radiem. Prowadziłem stoczniowe diesle patrolowe. – Kiepska odpowiedź, pomyślał ponuro.
    – Poradzisz sobie. Wiem, że przeraża cię rozkaz dowodzenia specjalnie zaprojektowanym okrętem podwodnym klasy Seawolf, ale Alameda i ja będziemy z tobą na górze. Oczekuję firmowego manewru Pacina przy wyruszaniu w rejs, czyli pełna wstecz i maksymalna naprzód.
    Pacino uniósł brwi.
    – Jest pan pewien, sir?
    Ojciec stale mówił mu, że wyruszanie w rejs pełną wstecz i maksymalną naprzód jest niebezpieczne i ryzykowne, chociaż sam zawsze to robił. Nie cierpiał holowników i pilotów, a poza tym chciał mieć pewność, że jego załoga wie, iż okręt jest dobrze przygotowany do walki. Ale szefowie ciągle go opieprzali za te manewry.
    Catardi przytaknął skinieniem głowy.
    – Chcę, żebyś pokazał moim ludziom, jak Pacino wychodzi w morze. Myślisz, że potrafisz to zrobić?
    Pacino znów przełknął ślinę.
    – Tak, sir.
    Catardi uśmiechnął się.
    – W czasie rejsu będziemy raczej mocno zajęci, Patch, ale ucz się, ile możesz. Kiedy będzie spokój, nie wahaj się, zadawaj każde pytanie, jakie chcesz. I witamy w Siłach Podwodnych. Czekaliśmy na ciebie.
    Zniknął z powrotem w swojej kajucie i zamknął drzwi. Jego ostatnie słowa sprawiły, że Pacino przez chwilę stał nieruchomo, patrząc za nim.
    Kajuta kapitańska była klitką o powierzchni czternastu metrów kwadratowych. Mieściła koję, biurko i mały stół konferencyjny. U jego szczytu stał skórzany fotel dowodzenia z wysokim oparciem. Komandor Rob Catardi zatrzymał się za zamkniętymi drzwiami kajuty głęboko zamyślony. Popatrzył na bałagan w pomieszczeniu, potem na powiększone zdjęcia. Wisiały na przegrodzie za stosami papierów i monitorami komputerowymi. Z fotografii uśmiechała się jego córka Nicole z mysimi ogonkami wysoko na głowie. W tle widniała kolejka górska w parku rozrywki.
    Zdjęcie zrobiono ostatniego lata, kiedy on i Sharon po raz pierwszy poważnie rozmawiali o końcu ich małżeństwa. Zimą żona odeszła od niego i zamierzała wrócić do Detroit i zabrać ze sobą Nicole. Catardi próbował przeszkodzić jej w wywiezieniu córki poza granice stanu, ale rozprawę sądową wyznaczono na pewne wtorkowe popołudnie, a poprzedniego wieczoru Pirania dostała nagły rozkaz wypłynięcia na Atlantyk. Kiedy sąd rodzinny decydował o losie Catardiego jako ojca, kapitan właśnie otwierał zawory głównych zbiorników balastowych i sprowadzał okręt na głębokość testowana wschód od szelfu kontynentalnego. Przegrał sprawę i stracił córkę. Tak wyglądało jego nieudane małżeństwo – we wszystkich momentach, kiedy rodzina najbardziej go potrzebowała, marynarka nie mogła się obejść bez niego.
    Catardi osunął się na swój głęboki, skórzany fotel dowodzenia i popatrzył na cywila, który siedział obok niego przy stole. Mężczyzna był niższy od niego i mniej więcej w tym samym wieku. Miał na sobie garnitur i wzorzysty, czerwony krawat, jego twarz pokrywały głębokie zmarszczki, nad piwnymi oczami sterczały krzaczaste brwi.
    – Przepraszam za tę przerwę, panie admirale – powiedział Catardi.
    Nalał z dzbanka kawę gościowi, którym był admirał Sił Podwodnych, i sobie. Napełniwszy dwa kubki z emblematem Piranii, usadowił się wygodnie, żeby wysłuchać swojego szefa.
    – Rob, kilka miesięcy temu brałeś udział w ćwiczebnym pojedynku okrętów podwodnych. Walczyłeś z USS Snarc, SSNR-1, pierwszą jednostką klasy SNARC – zaczął McKee.
    Snarc był zrobotyzowanym bojowym okrętem podwodnym. Akronim oznaczał zautomatyzowany i zrobotyzowany podwodny system bojowy marynarki wojennej. Okręt miał zaledwie pięćdziesiąt pięć metrów długości, osiem szerokości i wyporność tylko trzech tysięcy ton. Mimo to mieściło się na nim niemal dwukrotnie więcej broni dużego kalibru niż na okrętach załogowych. Po testowych ćwiczeniach morskich z udziałem USS Pirania był w pełnej gotowości bojowej od dwóch miesięcy.
    – To były cholernie trudne ćwiczenia, sir. Trzy razy nawiązaliśmy z nim walkę, ale on dwa razy wciągnął nas w pułapkę. Jest cichy jak duch i jego sygnatura dźwiękowa ciągle się zmienia. Zaprogramował go chyba jakiś chory skurwiel. Ten okręt jest podstępny, agresywny i nie walczy czysto. Musiał chyba złamać rozkaz operacyjny, żeby nas dopaść te dwa razy. Ta pieprzona maszyna to wredna suka. Oszukuje, admirale.
    – Znów wystawimy cię do walki przeciwko niej.
    Catardi przypomniał sobie, co wiedział o sterowanym komputerowo okręcie. W części rufowej mieścił się reaktor, kompresor, generator pary, pojedyncza turbina zasilająca, pojedyncza turbina napędowa i silnik główny. Wszystko w jednym, małym przedziale. Nie było diesla awaryjnego, pomostów, pomieszczenia obsługi instalacji jądrowej ani tunelu w osłonie przeciwpromiennej, prowadzącego przez pomieszczenie reaktorowe. Przed wręgą 47, pomiędzy pomieszczeniami technicznymi i dziobowym pomieszczeniem bojowym, znajdował się dwupoziomowy pokład elektroniczny. Przy przednim końcu kadłuba ciśnieniowego zaczynał się przedział torpedowy swobodnego zalewu. Za nim mieścił się dziobowy zbiornik balastowy z dwunastoma pionowymi wyrzutniami i małą, hydrofonową anteną sferyczną sonaru. Nie było kiosku, płetwy grzbietowej czy wieżyczki obserwacyjnej. Nie było też żadnego wystającego ponad kadłub steru kierunkowego, zastępowało go osiem małych powierzchni sterowych podobnych do stateczników rakiety, otoczonych osłoną. Kształt kadłuba bardziej przypominał torpedę niż okręt podwodny. Moc mierzona na wale napędowym wynosiła trzydzieści tysięcy koni mechanicznych. Reaktor wytwarzał osiemdziesiąt megawatów i miał większą sprawność cieplną niż S20G na Piranii. W systemie sterującym zastosowano materiał wyhodowany z ludzkiej tkanki mózgowej – po raz pierwszy w elektronicznym systemie bojowym użyto ludzkich komórek.
    – Dobrze – odrzekł Catardi. – Chciałbym się odegrać na tej skomputeryzowanej wiedźmie. Tym razem to my będziemy oszukiwali i poślemy ją na dno.
    Oczy McKee zwęziły się nagle.
    – To nie będą ćwiczenia, Rob – powiedział cicho.
    Zdumiony Catardi odchylił się do tyłu w fotelu.
    – Sam Patton wprowadził mnie w tę sprawę. A on dowiedział się o niej od Agencji Bezpieczeństwa Narodowego. Pracowałeś już dla nich, Rob, więc nie muszę ci mówić, że oprócz nasłuchu połączeń telefonicznych, przechwytywania sygnałów radiowych i e-mailów wroga mają zadanie wyciągania informacji z obcych systemów dowodzenia wojskowego. Po włamaniu się do jednej z zagranicznych sieci kierowania walką odkryli, że sieci komputerowe i systemy dowodzenia naszej marynarki zostały spenetrowane. Poprawka – nie tylko spenetrowane. Opanowane. Utraciliśmy kontrolę nad naszymi sieciami dowodzenia i ściśle tajnymi systemami telekomunikacyjnymi… – McKee urwał. – Wszystkie nasze przekazy radiowe są monitorowane, przechwytywane, rozkodowywane, tłumaczone i przesyłane na najwyższe szczeble przeciwnika. To samo jest z e-mailami, rozmowami telefonicznymi przez komórki, aparaty stacjonarne i sieć oraz z danymi przesyłanymi przez NTDS – system danych taktycznych marynarki wojennej. Dowódcy nie mogą się już komunikować ze sobą. A ci, co kontrolują nasze systemy, mogą wydawać rozkazy elektroniczne, unieruchamiać nasze systemy bojowe, kiedy chcemy ich użyć, lub kierować nasze własne uzbrojenie przeciwko nam.
    – Jezu, to znaczy, że jesteśmy sparaliżowani. Bez NTDS i sieci łączności gówno możemy zrobić. Kto spenetrował nasze sieci dowodzenia? Czerwoni Chińczycy czy Hindusi?
    – To złożona sprawa – odpowiedział McKee. – Elektroniczni penetratorzy są niezależną grupą najemnych konsultantów wojskowych. Oni właśnie dokonali ostatniego lata zamachu terrorystycznego na Princess Dragon. Możliwe, że zrobili to na polecenie dyktatora Indii, ale mogą sprzedawać informacje obu stronom. Na tym kończy się nasza wiedza. Ale ważniejsze dla nas jest to, że uzgodniliśmy, jak będziemy się porozumiewali w sytuacji, gdy tamci rozpracowali naszą łączność.
    McKee sięgnął do nesesera, wyjął zeń dwa notebooki i wręczył oba Catardiemu.
    – Te komputery NSA, używane razem z tajnym systemem legalizacji, są jedynymi bezpiecznymi środkami łączności, jeśli nie liczyć mówienia na ucho.
    Tajny system legalizacji, znany jako SAS, składał się z zapieczętowanych pakietów foliowych z kodami na papierowych fiszkach. Pakiety dostarczono dowódcom wszystkich jednostek pływających. Kody wydrukowane na papierze służyły do weryfikacji autentyczności nagłych wiadomości dotyczących walki. System uparcie pozostawał jedyną nieelektroniczną częścią sieci łączności bojowej. Przed laty Patton przekonywał, że należy zlikwidować SAS i przejść całkowicie na system cyfrowy. Dzięki Bogu, że go nie posłuchano, pomyślał Catardi.
    – Na twój okręt zostaną przydzieleni dwaj pracownicy Agencji Bezpieczeństwa Narodowego. Będą obsługiwali elektronikę sieci dowodzenia i realizowali program dezinformacji, żeby zmylić wroga. Systemem zarządza NSA. Będziesz miał łączność internetową. E-maile będą szyfrowane i rozszyfrowywane przez przenośne komputery NSA i legalizowane przy użyciu SAS. Ponieważ nasza sieć dowodzenia jest rozpracowana i penetrowana, mamy poważny problem ze Snarkiem. Musimy założyć, że wróg o nim wie. Nie możemy dopuścić, żeby ten okręt wpadł w ręce przeciwnika. Jest na Atlantyku i gdyby został porwany, mógłby wziąć na cel nasze okręty podwodne ze Wschodniego Wybrzeża, płynące na Ocean Indyjski.
    – Na Ocean Indyjski, sir?
    – Uprzedzam fakty. Na razie chcę przydzielić Piranii misję poszukiwawczo-likwidacyjną. Znasz sygnaturę dźwiękową i charakterystyczne zachowanie operacyjne Snarca. Znajdziesz go pierwszy. Poślij go na dno i to szybko. Potem skieruj Piranię na Ocean Indyjski. Powiem ci po co, kiedy będziesz w drodze.
    – Tak jest, sir.
    Dziesięć minut później admirał w cywilnym ubraniu wstał i uścisnął dłoń Catardiemu. Kapitan odprowadził gościa na górę i patrzył, jak szef idzie energicznym krokiem przez nabrzeże. Catardiemu jeszcze kręciło się w głowie po odprawie z admirałem. Pirania miała wyruszyć na wojnę, a on nie mógł tego powiedzieć swojej załodze, dopóki okręt nie zanurzy się w Atlantyku. Przyszło mu na myśl, że Snarc może się gdzieś czaić i czekać na niego, a potem zatopić go, zanim on zdąży zatopić jego.
    – Pieprzę go – mruknął pod nosem.
    Spojrzał na Piranię i na Pacina wysoko w kokpicie mostka. Chłopak studiował mapę komputerową i przypływy. Patrzył na szlak wodny przez lornetkę i w dół na holowniki. Od czasu do czasu mówił coś do mikrofonu na mostku lub przez swoje radio. To było niesamowite. Z wyglądu mało przypominał ojca, ale poruszał się dokładnie tak samo jak on, robił identyczne gesty i miny.
    Catardi odwrócił się i wszedł po trapie na okręt. Włączył się radiowęzeł i głośnik oznajmił: Pirania przypływa!” Komunikat informował, że kapitan wraca na pokład. Catardi wspiął się po drabince do kokpitu mostka, a stamtąd na lotny mostek na górnej powierzchni kiosku.
    – Panie Pacino – powiedział – w drogę.

    Aspirant Patch Pacino poczuł mdłości, kiedy dostał rozkaz wyprowadzenia okrętu w morze. Przełknął ślinę, zmrużył oczy i z bojową miną spojrzał na komandora Catardiego.
    – Tak jest, sir – wyrzucił z siebie. – Młodszy oficer pokładowy melduje gotowość do rejsu! – Przyłożył megafon do ust i zawołał: – Zabrać trap!
    Zaterkotał silnik dieslowski dźwigu na nabrzeżu, kładka uniosła się z pokładu i spoczęła na betonie. Następny rozkaz Pacino wydał holownikom przez radio VHF. Jego niepewny głos zabrzmiał echem w innych aparatach na mostku.
    – Holowniki jeden i dwa, odsunąć się i czekać w odległości dwustu metrów.
    Silniki holowników zaryczały na wstecznym biegu i dwie jednostki zaczęły się cofać w dół rzeki. Pacino uniósł do ust mikrofon na mostku.
    – Nawigatorze, odsuwamy holowniki.
    Nawigator, komandor porucznik Wes Crossfield, najwyraźniej nie był zachwycony. Spędził z Pacinem całą godzinę, ucząc go rozkazów dla holowników, zaznajamiając z prądami i mapą rzeki Thames. Pacino polubił nawigatora dużo bardziej niż Alamedę. Trzydziestoletni Afroamerykanin miał prawie dwa metry wzrostu, grał kiedyś w uniwersyteckiej drużynie koszykówki, zrezygnował z kariery w NBA i wstąpił do marynarki wojennej, żeby pływać na okrętach podwodnych. Wyglądało na to, że ma autorytet wśród załogi, ale było w nim coś zagadkowego, pod jego powagą krył się jakiś nieokreślony smutek.
    – Mostek, tu nawigator. Przyjąłem. Zalecam trzymać holowniki w pogotowiu – rozległ się na linii łączności się szorstki głos.
    – Nawigator, tu mostek. Tak jest.
    – Niech pan przełączy pompy, panie Pacino, tak jak mówiliśmy – poleciła Alameda.
    Pacino skinął głową i uniósł mikrofon do ust.
    – Manewrowa, tu mostek. Przełączyć pompy recyrkulacyjne reaktora na dużą szybkość.
    – Mostek, tu manewrowa. Tak jest. Przełączam główne pompy chłodziwa na dużą szybkość – zaskrzeczał w głośniku zniekształcony głos oficera mechanika wachtowego. – Mostek, tu manewrowa. Główne pompy chłodziwa pracują z dużą szybkością.
    – Manewrowa, tu mostek. Przyjąłem.
    Pacino odwrócił się, spojrzał na holowniki wycofujące się przed okrętem na szeroki farwater, przyjrzał się prądowi rzecznemu, sprawdził wiatr i uniósł megafon do ust.
    – Załoga na pokładzie dziobowym, wciągnąć linę jeden!
    Odwrócił się i zrobił krok do tylnej części kokpitu.
    – Załoga na pokładzie rufowym, wciągnąć trójkę, czwórkę, piątkę i szóstkę! – krzyknął w dół ku rufie.
    Marynarze zabrali się do pracy. Obsługa portowa na nabrzeżu przerzucała na okręt cumy opasujące masywne pachołki, ludzie na pokładzie szybko zwijali liny, wpychali je do schowków, zatrzaskiwali pokrywy i wpuszczali obrotowe knagi w kadłub. Okręt zaczynał wyglądać tak, jakby nigdy nie był przycumowany do nabrzeża. Patrząc nań teraz, Pacino czuł, że serce bije mu szybciej. Próbował zignorować to podniecenie, wyciągnął szyję nad krawędzią uszczelniającą kokpitu i spojrzał w kierunku rufy na ster wrzynający się w rzekę. Po odcumowaniu rufy prąd zaczął ją odsuwać od nabrzeża. Między kadłubem i betonem tworzył się klin brunatnej wody. Okręt obracał się na jednej linie przymocowanej solidnie do ostatniej knagi pozostawionej na pokładzie.
    – Zluzować dwójkę! – krzyknął Pacino przez megafon i przez chwilę obserwował, jak załoga popuszcza linę, potem zawołał, że wystarczy. – Wybrać dwójkę!
    Rozkaz oznaczał, że cuma ma być napięta. Prąd odpychał rufę coraz dalej od nabrzeża, co było okolicznością korzystną, bo Pacino mógł cofnąć okręt prosto, bez obawy że uszkodzi fiberglasową kopułę sonaru, i niekorzystną zarazem, ponieważ dryfowanie rufy z prądem ustawiało dziób na północ, w niewłaściwym kierunku.
    – Sternik, tu mostek – warknął Pacino do mikrofonu. – Ster pełna w lewo.
    – Mostek, tu sternik! – ryknął głośnik. – Tak jest. Ster pełna w lewo.
    Wykonano.
    Pacino wychylił się daleko poza krawędź uszczelniającą kokpitu i popatrzył na rufę, chcąc się upewnić, czy ster obrócił się w dobrą stronę, czyli w jego prawą. Kąt między okrętem i nabrzeżem wzrósł do dwudziestu stopni. Pacino wziął głęboki oddech. Następne dziesięć sekund wydało mu się godziną, ręka, w której trzymał mikrofon, drżała.
    – Sternik, tu mostek. Cała wstecz pełna! – krzyknął do mikrofonu. – Trzymać linę dwa! – zawołał przez megafon do załogi na pokładzie dziobowym.
    – Mostek, tu sternik. Tak jest. Otwieram przepustnicę i zwiększam obroty do pełnej wstecz.
    Za rufą zakipiało i do góry wytrysnął trzymetrowy słup gorącej wody. Pacino policzył do pięciu, oczekując, aż napływająca woda przykryje ster, żeby mógł się wgryźć w rzekę pod prąd. Musiał szybko wydać następny rozkaz, zanim potężna siła śruby rozerwie pojedynczą cumę i przetnie marynarza na pół. Pokład drżał pod jego stopami od mocy stu tysięcy koni mechanicznych na wale, skierowanej wstecz. Pacino czekał z bijącym gwałtownie sercem, w końcu nie wytrzymał.
    – Wciągnąć linę dwa! – krzyknął na pokład.
    Obsługa na nabrzeżu chwyciła zluzowaną w pośpiechu grubą cumę i rzuciła na przyspieszający okręt. W momencie gdy lina została odczepiona od pachołka, Pirania oficjalnie rozpoczęła rejs. Nabrzeże oddaliło się raptownie, gdy okręt ruszył wstecz. Pacino odwrócił się do obserwatora w stopniu podoficera.
    – Zmienić barwy!
    Obserwator rzucił się do tymczasowego masztu stojącego za kapitanem i wciągnął nań wielką banderę amerykańską. Pacino chwycił dźwignię syreny okrętowej w kokpicie i pociągnął ją mocno. Przeraźliwy dźwięk oznajmiający, że Pirania wychodzi w morze, brzmiał głośniej niż syrena największego transatlantyku. Pacino trzymał dźwignię przez pełne osiem sekund i patrzył, jak okręt płynie z prądem rzeki. Odgłos sygnału niósł się nad wodami bazy. Obserwator wciągnął obok bandery amerykańskiej flagę Połączonego Dowództwa Podwodnego i na wietrze załopotała trupia czaszka nad skrzyżowanymi piszczelami. Syrena okrętowa wciąż wyła. Pacino trzymał jej dźwignię jedną ręką i wyciągał szyję, by móc widzieć rufę.
    Miał wrażenie, że to nabrzeże odsuwa się od okrętu, najpierw w tempie joggingu, potem coraz szybciej. Zobaczył, że na betonie stoi jakiś admirał z rękami przy ustach i wybałuszonymi oczami. Okręt wystrzelił wstecz w nurt rzeki. Pacino spojrzał do tyłu na spieniony kilwater i zaczął się modlić, żeby rufa „trafiła” w prąd. Okręty podwodne poruszają się przy nabrzeżu ze zwinnością maciory. Gdyby śruba „przeszła po dnie”, okręt skręciłby w przeciwną stronę niż ustawienie steru i popłynął na północ, zamiast na południe. Cały świat zobaczyłby, że Pirania wymknęła się spod kontroli. Nabrzeże oddalało się szybko, jego kraniec znajdował się w polu widzenia obok kiosku, potem za kopułą sonaru. Okręt uwolnił się ze smyczy i cofał na farwater, za dziobem kipiała piana. Do roboty, ster, pomyślał Pacino, obróć tę cholerną rufę pod prąd. Przez dwie niekończące się, pełne napięcia sekundy wyglądało na to, że rufa skręci w złą stronę. Ale potem wreszcie zaczęła reagować. Kiedy nabrzeże oddaliło się jeszcze bardziej, ster wgryzł się w końcu w rzekę i rufa wbiła się w wodę pod prąd, Pirania skręciła i jej dziób obrócił się na południe. Pacino usłyszał z dołu wiwaty załogi zgromadzonej na pokładzie.
    – Sternik, tu mostek! Cała naprzód maksymalna! Ster na śródokręcie!
    – Mostek, tu sternik. Tak jest. Cała naprzód maksymalna, ster na śródokręcie – zatrzeszczała w głośniku odpowiedź. – Otwieram przepustnicę i zwiększam obroty do maksymalnej naprzód, daję ster na śródokręcie.
    Zachodziła obawa, że rozpęd wstecz i siła skrętu są zbyt duże i okręt nie zareaguje, będzie się nadal cofał, uderzy rufą w wystający beton nabrzeża i uszkodzi sobie kadłub. Pokład podskoczył i zatrząsł się gwałtownie, gdy wirująca śruba zmieniła kierunek obrotu przy stuprocentowej mocy reaktora. Woda za rufą spieniła się wściekle. Pacino upewnił się, że ster znajduje się z powrotem w jednej linii z osią symetrii okrętu, potem odwrócił się w stronę dziobu, żeby zobaczyć, czy Pirania płynie naprzód. Na kilka sekund okręt zastygł nieruchomo w rzece. Pacino zdawał sobie sprawę, że ma spocone dłonie, serce mu wali jak młotem i dyszy, jakby przebiegł sprintem kilometr. W końcu Pirania ruszyła do przodu i w dole wyrosła fala dziobowa.
    – Sternik, tu mostek. Cała naprzód jedna trzecia. Tak trzymać.
    – Mostek, tu sternik. Tak jest. Cała naprzód jedna trzecia, przepustnica ustawiona na całą naprzód jedną trzecią, tak trzymać, kurs jeden osiem dwa, sir!
    – Bardzo dobrze, sternik! – zawołał Pacino, nadal waliło mu serce, czuł niemal seksualne podniecenie. – Nawigator, tu mostek. Okręt bezpiecznie minął nabrzeże, zalecam kurs na środek farwateru.
    – Mostek, tu nawigator. Przyjąłem. Sprawdzam. – W głosie Crossfielda brzmiała wyraźna nuta niedowierzania.
    Za plecami Pacina obracały się gorączkowo peryskopy; zespół nawigacyjny brał wizualne namiary pozycji. Maszt radarowy wysoko w górze obracał się co sekundę. Wiatr wiał Pacinowi w twarz, mimo iż na przedniej ścianie kokpitu sterczała pleksiglasowa szyba. Nad ciemnym, groźnym cielskiem okrętu podwodnego łopotała bandera amerykańska i flaga piracka.
    – Mostek, tu nawigator. Okręt jest dwadzieścia metrów na zachód od środka farwateru. Zalecam kurs jeden osiem jeden.
    – Nawigator, tu mostek. Tak jest! – zawołał Pacino. – Sternik, tu mostek. Kurs jeden osiem jeden.
    – Dobra robota, panie Pacino. Niech pan uważa na farwaterze! – krzyknął z lotnego mostka na górze kapitan Catardi.
    – Tak jest, sir – odpowiedział Pacino i uniósł lornetkę do oczu. Wciąż trzęsły mu się ręce. Doznał nagle uczucia jakiejś szczególnej więzi z ojcem, uczucia, którego dotąd rzadko doświadczał – dobrze wiedział, że ojciec zawsze robił ten manewr, kiedy wychodził w morze.

3

    Michael Pacino zszedł z pochyłości nabrzeża do łodzi na przystani. Jak zawsze zatrzymał się i utkwił wzrok w swej jednomasztowej żaglówce Colleen. Stara, czternastometrowa Hallberg-Rassy wydawała się zbyt duża, by żeglował nią ktoś samotnie, a jednocześnie za mała, by pływać nią na pełnym morzu. Zaprojektowano ją i zbudowano w Szwecji. Miała silnik diesla o mocy stu koni mechanicznych, dwa generatory, pokłady z drewna tekowego, mahoniowe umeblowanie, zmodernizowaną konsolę komputerową na stanowisku nawigacyjnym za salonem i drugie takie stanowisko w kokpicie. Była wyposażona w najnowszą elektronikę i mechanizmy zwijania żagli oraz układ hydrauliczny do obsługi szotów. Pacino wolał robić wszystko ręcznie, ale gdyby chciał, mógłby całymi dniami nie wychodzić spod pokładu: przy szotach i kole sterowym zastępowałby go wtedy komputer. Połączony z satelitarną siecią meteorologiczną komputer potrafiłby nawet ominąć sztorm. System był doskonały, ale Pacino postanowił, że będzie go wykorzystywał tylko jako pomoc, dopóki się nie okaże, że może zasnąć przy sterze. Liczył na to, że zmęczenie żeglugą przyniesie ten efekt; zaśnie i będzie spał bez żadnych snów. Bardzo tego potrzebował.
    Przekroczył pięćdziesiątkę, ale jego rysy i sylwetka nie zmieniły się wiele od czasu, gdy mając trzydzieści siedem lat, dowodził Devilfishem. Był wysoki i chudy, miał pociągłą twarz, wystające kości policzkowe, pełne wargi, prosty, wydatny nos i ostry podbródek. Jego wiek zdradzała cera. Po odmrożeniu, którego doznał podczas misji w Arktyce, skóra była ciemna i zniszczona jak u rybaka po sześćdziesiątce. Głębokie kurze łapki przy oczach nie pozostawiały wątpliwości, że spędził życie na morzu. Miesiąc po uratowaniu go spod powłoki lodowej osiwiał. Krążyły legendy, że kruczoczarne włosy zbielały po jego przerażającym spotkaniu ze śmiercią, ale za bardziej prawdopodobne przyczyny należało uznać radiację, hipotermię i leczenie ich skutków. Brwi pozostały czarne i dziwnie kontrastowały z siwymi włosami. Lecz chyba najbardziej zdumiewające były szmaragdowozielone oczy. Miały taki odcień, jakby Pacino nosił staromodne szkła kontaktowe, które zmieniały kolor tęczówek. Gdziekolwiek się pojawił, przyciągał zaciekawione spojrzenia. Niegdyś sądził, że tak się dzieje z powodu admiralskich naramienników i pasków na rękawach. Ale już po odejściu z marynarki nadal wzbudzał wszędzie żywe zainteresowanie.
    Po powrocie do cywila spędzał całe dnie na tarasie swego domu w Maryland, patrzył na zatokę lub majstrował przy łodzi. W końcu jego żona Colleen poprosiła, żeby zaczął pracować dla niej. Colleen O’Shaughnessy Pacino była prezesem Cyclops Systems, firmy, która zawierała kontrakty z resortem obrony i stworzyła pionierski system kierowania walką Cyclops Mark. Dzięki temu systemowi okręt podwodny SSNX odniósł zwycięstwo na Morzu Wschodniochińskim, jemu też Pacino zawdzięczał poniekąd to, że poznał Colleen. Ale przekwalifikowanie się z admirała dowodzącego flotą wojenną na konstruktora uzbrojenia wydało mu się bezsensownym krokiem. Nie widział się w tej roli i odmówił żonie.
    Powrócił myślą do obecnego zadania – zaprowiantowania łodzi przed rejsem. Przez następne dwie godziny ładował zapasy. Przerwał, kiedy na nabrzeże przyszła Colleen. Bryza od zatoki rozwiewała jej włosy na ramionach. Smukła sylwetka żony wyglądała pięknie w popołudniowym słońcu. Pacino poczuł przez moment żal, że ją zostawia.
    – Nie płyń – powiedziała, a jej twarz i głos zdradzały smutek.
    – Muszę – odparł ochryple. – Zabierz się ze mną.
    – Nie mogę. Muszę sfinalizować kontrakt na system Tigershark. Ale kiedy to załatwię, może spotkamy się na Kajmanach? Mógłbyś chyba na kilka dni przerwać swoją podróż dookoła świata?
    Pacino uśmiechnął się. Promyk słońca przeniknął mrok jego ponurego nastroju po raz pierwszy od miesięcy.
    – W hotelu Cayman Reef. Będę czekał na ciebie w barze – powiedział.
    Spoważniała.
    – Posłuchaj, Michael. Uważaj na siebie. Dzwoń, kiedykolwiek będziesz mnie potrzebował. I na litość boską, wyślij sygnał SOS, jeśli zepsuje się pogoda. W ciągu godziny przyślemy po ciebie helikopter. Po prostu opuść łódź. Kupię ci lepszą.
    Pacino uśmiechnął się z przymusem. Nigdy nie opuściłby Colleen. Pomyślał nagle, że właśnie opuszcza jej imienniczkę, wprawdzie tylko na jakiś czas, ale jednak…
    – Tak zrobię – skłamał.
    Nie powiedziała „do widzenia”. Pocałowała go tylko i przeczesała palcami jego włosy. Potem patrzyła na niego z nabrzeża.
    Rozejrzał się ostatni raz i skinął głową na pożegnanie masywnemu domowi o drewnianej konstrukcji, stojącemu na cyplu. Ludzie z Pentagonu nazwali kiedyś tę posiadłość Półwyspem Pacina. Chwycił bulinę, zwinął na pokładzie i wciągnął cumę rufową. Z jedną ręką na kole sterowym zwiększył obroty silnika, odbił od nabrzeża i ruszył w dół rzeki. Przesłał Colleen pocałunek i machał do niej dopóty, dopóki ją widział. Łódź płynęła przy częściowo otwartej przepustnicy z szybkością pięciu węzłów. Za rufą znikał półwysep, w zamglonej dali kurczyły się tereny Akademii.
    Fale w zatoce Chesapeake urosły do trzydziestu centymetrów. Pacino postawił grot. Żagiel załopotał gwałtownie i wydął się, bom ze zgrzytem przesunął się do lewej burty. Pacino wciągnął fok, wybrał fał i wskoczył z powrotem do kokpitu, żeby wyregulować szoty grota. Colleen przechyliła się lekko na sterburtę i pożeglowała półwiatrem na południe.
    Pacino chwycił koło sterowe i wyłączył diesla. Na łodzi zrobiło się w miarę cicho. Wiatr gwizdał w olinowaniu, fale z pluskiem rozbijały się o dziób. Colleen nabierała szybkości.

    Osiemdziesiąt mil morskich od Norfolk, na pogrążonym w ciemnościach Atlantyku, skomputeryzowana mapa na pokładzie Colleen odliczała odległość do miejsca zatonięcia Princess Dragon. Dystans zmalał do pięciu mil. Michael Pacino wciągnął głęboko powietrze. Nie mógł już dłużej odpychać od siebie myśli o katastrofie statku. Czas na wspomnienia, pomyślał z ciężkim sercem.
    Pokręcił głową. Zginęło tutaj ponad tysiąc najlepszych oficerów amerykańskiej marynarki wojennej. Czterdziestu admirałów, stu kapitanów i większość najzdolniejszych niższych rangą oficerów. Ludzie tworzący elitę U.S. Navy stali na pokładzie Princess Dragon w hawajskich koszulach, popijali piwo Anchor Steam i śmiali się nieświadomi, że za chwilę nastąpi rzeź. Część podwładnych Pacina przeżyła. Znaleźli i zniszczyli bojowy okręt podwodny ukraińskiej Floty Czarnomorskiej, który zatopił statek. Ale sami Ukraińcy okazali się niewinni. Atakiem kierowały osoby trzecie – konsultanci wojskowi, uważani do tej pory za w pełni godnych zaufania. Ich firma, obracająca miliardami dolarów, wyparowała bez śladu. Organizatorów zamachu nigdy nie znaleziono i nie postawiono przed sądem. Nie wiedząc, kim byli przeciwnicy i o co im chodziło, nie można było wygrać tej wojny.
    Odległość do Princess Dragon zmniejszyła się do pół mili, potem do niewielu metrów. Pacino zrzucił fok oraz grot i zatrzymał łódź – zaczęła się kołysać w dryfie na łagodnych falach. Sięgnął do schowka w kokpicie i wyjął niewielką torbę. Znajdowała się w niej flaga piracka, którą Colleen zdobyła mu z wraku okrętu podwodnego SSNX. Ta flaga powiewała kiedyś na jego Devilfishu, zabrał ją z wnętrza zniszczonego kadłuba tuż przed opuszczeniem okrętu pod powłokę lodową. Flaga zainspirowała twórców późniejszego logo Połączonego Dowództwa Podwodnego. Wypisane na niej motto brzmiało: „Głęboko, cicho, szybko, zabójczo – Siły Podwodne Stanów Zjednoczonych”. Trupia czaszka szczerzyła do niego zęby. Starsi oficerowie sił podwodnych pływali z nim pod tą flagą. Żaden z nich nie zasłużył na taką śmierć, jaka ich spotkała. Umrzeć na pokładzie bojowego okrętu podwodnego w czasie walki to zupełnie co innego, niż stracić życie, popijając piwo i zajadając przystawki.
    Pacino musiał czymś obciążyć flagę, żeby opadła na głębokość ponad dziewięciuset metrów, gdzie spoczywał wrak Princess Dragon. Ale nie miał pod ręką nic odpowiedniego. W końcu jego wzrok padł na skrzynkę piwa Anchor Steam, które było nieoficjalnie piwem sił podwodnych, odkąd Bruce Phillips zakochał się w tej marce wiele lat temu. Pacino przykleił skrzynkę taśmą do flagi pirackiej, zaniósł ją do burty, potrzymał przez sekundę, po czym rzucił do wody. Trupia czaszka i skrzyżowane piszczele przez moment były jeszcze widoczne na powierzchni, potem zniknęły. Pacino wyprężył się na baczność i zasalutował.
    Usiadł z powrotem w kabinie. Bolało go całe ciało. Postanowił zaczekać do świtu i zakończyć noc tutaj, na grobie swoich przyjaciół. Przez pierwszą godzinę myślał o każdym z nich, przypominał sobie ich twarze, dowcipy, opowieści. Ogarnęła go senność i nagle poczuł, że jest mu zimno. Wyciągnął się na siedzeniu w kokpicie i otulił grubym kocem.
    Kiedy się obudził, postawił żagle i popłynął na południe, zostawiając za sobą Princess Dragon i przeszłość. Colleen spokojnie pruła fale, jej kapitan czuł ze zdziwieniem, że jest mu lekko na duchu – w takim nastroju nie był już od dawna. Czekał, aż powróci i przygniecie go stale ostatnio obecne poczucie winy, ale tym razem się spóźniało.

    Colleen płynęła na południe bejdewindem lewego halsu, w mocnym przechyle na sterburtę. Podczas żeglowania na wiatr najbardziej czuło się jej szybkość. Fale były wysokie, ale niezbyt dokuczliwe, wiatr wiał z prędkością piętnastu do dwudziestu węzłów. Wysoko w górze przesuwały się po niebie białe obłoki, linia horyzontu była wyraźna jak narysowana wprawną ręką kreska. Michael Pacino relaksował się w kokpicie, utrzymując kurs czternastometrowej łodzi ruchami koła sterowego. Mógł pozostać na dole, ale kiedy wiatr zaczął wiać skośnie od dziobu, wyszedł na pokład. W czasie żeglowania bejdewindem zawsze był na górze, taki miał zwyczaj. Chciał patrzeć na szoty i żagle, czuć rozbryzgi wody, gdy ostry dziób rozbijał nadciągające fale, słyszeć szum wiatru na olinowaniu. Wszystko to sprawiało mu teraz ogromną radość, podobną do tej, jakiej doznawał niegdyś, gdy pływał na szczycie kiosku wynurzonego okrętu podwodnego, radość, z którą żadna inna nie mogła się równać. Myślał, że już nigdy takiej nie zazna. Ale obecnie okazało się, że radość sprawia mu nie tyle okręt z wysokowytrzymałej stali, ile samo morze. To odkrycie przyniosło mu dziwną ulgę.
    Choć przez większość rejsu myślał o ludziach, którzy zginęli na Princess Dragon, od dwóch dni tamta tragedia wydawała mu się jakoś bardzo odległa. Być może, powiedział sobie, odeszli tam, gdzie każdy trafia po śmierci, i znaleźli spokój lub po prostu przestali istnieć i żyją tylko w moim udręczonym umyśle. Ogarnęło go nagłe uczucie spokoju.
    Tymczasem pogoda poprawiła się wyraźnie. Zachmurzenie ustąpiło, wiatr przybrał na sile, zrobiło się cieplej. Pacino przez kilka minut nie myślał o niczym, po prostu rozkoszował się wiatrem, morzem i pobytem na łodzi. Minęła godzina, potem druga. W końcu zdał sobie sprawę, że jest popołudnie, a on nie spojrzał przez sekstans na słońce, żeby sprawdzić działanie urządzeń nawigacyjnych, co zawsze robił o dwunastej. Wzruszył ramionami i pomyślał, że jutro nastawi budzik, żeby nie przegapić pory, w której należało ustalić pozycję łodzi. Nagle jego uwagę zwrócił ryk dobiegający z lewej burty.
    Przez chwilę wpatrywał się w morze. Pomyślał, że śni, kiedy na powierzchni utworzyła się biała fala, a niżej za nią pojawił się czarny obiekt, który gwałtownie wypychał wodę do góry i usuwał ze swojej drogi. Nie, powiedział sobie Pacino, to niemożliwe. Czarny kształt wyłaniający się z morza wciąż płynął dokładnie z tą samą prędkością, co Colleen. Biała, spieniona fala przetaczała się po obu stronach czarnego obelisku, wynurzającego się z głębi nieprzeniknionego, niebieskiego oceanu. Pochłonięty jego obserwacją zapomniał o sterowaniu, jacht zboczył z kursu, grot wyluzował się lekko i częściowo stracił wiatr. Pacino ocknął się, poprawił żagiel, włączył autopilota i stanąwszy przy lewym relingu, przyglądał się czarnemu obiektowi, który coraz bardziej wyłaniał się z wody. Fala poniżej omywała teraz większy, poziomy kształt, oddalony o niecałą długość łodzi.
    Górna część obiektu była prostym, pionowym kioskiem okrętu podwodnego, z pokładem cylindrycznego kadłuba łączył ją lekko wygięty kołnierz. Wyglądała identycznie jak kiosk dawnego Seawolfa Pacina, ale wynurzający się teraz kadłub miał za małą średnicę jak na klasę Seawolf. Pacino nie odrywał wzroku od okrętu podwodnego, który nadal płynął równo z Colleen z szybkością dwunastu węzłów. Z kiosku wysunął się peryskop. Dopiero teraz, pomyślał Pacino, to jasne, gdyż wcześniej przy prędkości powyżej siedmiu czy ośmiu węzłów złamałby się mimo opływowej osłony w szare i czarne plamy. Wysunął się drugi peryskop, potem maszt radiowy BRA-38 w tyle kiosku. Wokół dziobu w kształcie pocisku utworzyła się fala dziobowa. To klasa Virginia, pomyślał Pacino. Na szczycie kiosku pojawili się dwaj członkowie załogi, zapewne oficer pokładowy i obserwator. Kiedy Pacino gapił się na okręt, jeden z oficerów uniósł do ust radio i na konsoli sterowniczej Colleen rozległy się trzaski zakłóceń. Żeglarskie radio VHF Pacina do łączności mostek-mostek stojące na ładowarce i okryte osłoną wodoszczelną było ustawione na częstotliwość międzynarodową.
    Pacino wyciągnął je z osłony. Znów zatrzeszczały zakłócenia, potem czyjś głos warknął:
    – Łódź żaglowa Colleen, tu okręt podwodny Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych, odbiór.
    Nie może się zidentyfikować na otwartej linii, pomyślał Pacino. Dlatego załoga nie podała nazwy okrętu.
    – Okręt podwodny Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych, tu kapitan Colleen, odbiór. – Pacino miał ochrypły głos po kilkudniowym milczeniu.
    – Dzień dobry panu. Prosimy o pozwolenie na wysłanie do pana łodzi.
    Jak mógłbym odmówić, pomyślał Pacino. Zżerała go ciekawość.
    – Przyjąłem, marynarka wojenna. Zezwalam na przysłanie łodzi. Zalecam zmianę waszego kursu na południowo-wschodni, żebym mógł zrobić zwrot i wyluzować żagle do łopotu.
    – Przyjęliśmy, wykonujemy manewr.
    Okręt podwodny skręcił delikatnie i zwiększył odległość. Pacino ujął ster i ustawił Colleen – żagle straciły wiatr i zaczęły głośno łopotać. Najpierw zrzucił foka. Kiedy żagiel opadał, Pacino wskoczył na przedni pokład i zamocował go tam. Odwrócił się, zluzował fał grota i ściągnął żagiel, następnie ułożył go na bomie. Colleen zwolniła i kołysała się na falach, bom przesuwał się niebezpiecznie nad kokpitem, dopóki Pacino nie wybrał obciągacza. Zanim ustabilizował Colleen, przy sterburcie okrętu podwodnego pojawił się ponton zodiac. Teraz, kiedy okręt zatrzymał się na morzu i fala dziobowa opadła, załoga mogła działać. Zaskoczył pięciokonny silnik doczepny i do łodzi pneumatycznej wsiadła jedna tylko osoba – wysoka, szczupła kobieta w neoprenowym skafandrze płetwonurka. Wspinając się na grzywy fal i opadając w dół, ponton po kilku minutach zbliżył się do żaglówki. Gdy kobieta znalazła się w zasięgu głosu, zawołała do Pacina:
    – Proszę o pozwolenie na podejście do pańskiej burty!
    – Zezwalam, niech pani podpłynie! – odkrzyknął i chwycił linkę cumowniczą, rzuconą z pontonu.
    Przesunął ją pod relingiem, zacumował do knagi na pokładzie i wyciągnął rękę do kobiety. Wspięła się na pokład, przeszła nad relingiem, strząsnęła wodę z długich, ciemnych włosów i uśmiechnęła się do niego. Pacino odwzajemnił uśmiech i nagle uświadomił sobie, że od tygodnia jest na morzu bez Colleen. Przypomniał sobie też, że ostatni raz kochał się z kobietą jeszcze przed zatonięciem Princess Dragon. Kiedy przyjrzał się pasażerce pontonu, stało się dlań jasne, czemu wzbudziła w nim takie myśli. Próbował nie gapić się na nią.
    – Witam na pokładzie Colleen – powiedział, starając się nie wypaść śmiesznie. – Michael Pacino – przedstawił się i wyciągnął rękę.
    Kobieta miała miękką, ciepłą dłoń. Poczuł, że się zaczerwienił.
    – Porucznik Dayne Valker, Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych.
    – Co to za okręt? Należy pani do załogi?
    – Nie, panie admirale.
    Więc wie, kim jestem, pomyślał Pacino.
    – To okręt klasy Virginia, USS Hammerhead – wyjaśniła. – Jestem z jednostki SEAL, tymczasowo na pokładzie.
    Hammerhead, pomyślał Pacino. Ten okręt pomścił Princess Dragon. Tyle że nie dopadł zamachowców, którzy zabili moich towarzyszy broni i zrujnowali mi życie.
    – Proszę mi wybaczyć, pani porucznik. Czy mogę zaproponować pani coś do picia? Kawę czy herbatę?
    Pacino nie przypuszczał, żeby chciała czegoś mocniejszego. Zachowywała się oficjalnie, może nawet starała się być czujna w rozmowie z nim.
    – Nie, dziękuję, panie admirale. Na pewno domyśla się pan, że jestem tu służbowo. – Rzuciła okiem na Hammerheada, dryfującego kilkaset metrów na wschód od Colleen.
    – A w jakiej sprawie, pani porucznik? I czy to takie pilne, że nie możemy usiąść tu w kokpicie?
    Wskazał jej miejsce. Usiadła. Była wyraźnie spięta.
    – Wzywa pana admirał Patton. Przysyła to…
    Wyjęła coś z wodoszczelnej kieszeni na udzie i wręczyła mu lśniącą kopertę. Pacino przez chwilę wpatrywał się w list, zanim go otworzył. W środku znalazł złożoną kartkę drogiego papieru z godłem Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych na górze, pokrytą pochyłym pismem Johna „Bebecha” Pattona. Pacino i Patton znali się od dziesięciu lat i prowadzili razem dwie wojny. Tylko jeden człowiek mógł wezwać Pacina do powrotu z rejsu – właśnie John Patton. Pacino zaczął czytać list. Od czasu do czasu zerkał na Hammerheada, raz spojrzał na panią porucznik.

    Drogi Patch,

    pani prezes Cyclops Systems powiedziała mi, że od roku odrzucasz propozycję podjęcia ważnej z punktu widzenia narodowego bezpieczeństwa pracy. Nie możemy sobie dłużej pozwolić na twoją nieobecność, kiedy walą się dwa programy, bez których nasze siły podwodne utkną na obecnym poziomie technologicznym, co jest nie do przyjęcia. Chcę, żebyś zjawił się w Pentagonie i albo przyjął stanowiska dyrektora tych programów i stworzył flotę jutra, albo powiedział mi prosto w oczy, dlaczego odmawiasz. Od twojej decyzji będzie zależało życie setek Amerykanów, Patch. Jeszcze nigdy nie odwróciłeś się plecami do twojej marynarki i twojego kraju. Oczekuję Cię w moim biurze dziś wieczorem, stary przyjacielu.
    Pozdrawiam,
    John Patton

    Pacino oderwał wzrok od listu i wpatrzył się w horyzont. Po tym wszystkim, co się wydarzyło, miał się po prostu pogodzić z tą tragedią i na prośbę Pattona zająć jakimś nowym, nieokreślonym projektem? Co pomyśleliby jego polegli przyjaciele, gdyby po powrocie z miejsca zatonięcia Princess Dragon zaczął pracować nad projektem Pattona, jakby nic się nie stało?
    Bylibyśmy za, zabrzmiał w jego głowie jakiś obcy głos. Pacino przestraszył się, usłyszawszy tę narzucającą mu się nie swoją myśl. Coś podobnego zdarzyło mu się chyba tylko trzy razy w życiu i zawsze to ów obcy głos miał rację. Przeszły mu ciarki po plecach, kiedy głos powtórzył te dwa słowa.
    Następna myśl też była dziwna. Zapragnął naraz wrócić do domu i mieć już za sobą ten melancholijny rejs. Kiedy wyruszał w podróż, czuł w sercu ciężar kotwicy, wyjście w morze wydawało się jedynym lekarstwem. Ale po złożeniu hołdu poległym przyjaciołom, w miejscu gdzie zatonął Princess Dragon, nie czuł potrzeby dalszego żeglowania. Patton proponował mu to, czego w gruncie rzeczy sam chciał.
    Pacino odgarnął z czoła długie włosy i podniósł wzrok na kiosk Hammerheada. Za oficerami na mostku, obok bandery amerykańskiej, łopotała na wietrze piracka flaga Połączonego Dowództwa Podwodnego. Zaprojektował ją, gdy okręt podwodny jego ojca poszedł na dno. Kiedy teraz patrzył na trupią czaszkę i skrzyżowane piszczele, serce biło mu mocniej, ból żołądka na chwilę zelżał i gdzieś w jego umyśle pojawiła się odpowiedź. Zrobię to, zdecydował. Wstał, trzymając list w ręku.
    – Przechodzę na Hammerheada, pani porucznik. Ale nie chcę zostawiać Colleen samej.
    – Zostanę tutaj, a pan weźmie zodiaca. Na okręcie czekają żeglarze, którzy popłyną Colleen z powrotem do Annapolis. Kiedy znajdzie się pan na pokładzie Hammerheada, przyleci wezwany helikopter i zabierze pana do bazy lotniczej, gdzie czeka myśliwiec ponaddźwiękowy. Przed zachodem słońca wyląduje pan w Waszyngtonie.
    Pacino przymknął na chwilę oczy. Kręciło mu się w głowie, gdy żegnał się z żaglówką i wsiadał do pontonu. Odpalił silnik, wciągnął cumę i popłynął przez fale do okrętu podwodnego. Zanim tam dotarł, odwrócił się i spojrzał na majestatyczną sylwetkę Colleen. Kilku marynarzy Hammerheada chwyciło łódź pneumatyczną, wciągnęło go na pokład i szybko zaprowadziło do włazu. Ledwo zdążył po raz ostatni rzucić okiem na swą żaglówkę. Znalazł się w luku do załadunku uzbrojenia, jasne słoneczne światło zniknęło i zastąpił je przyćmiony blask fluorescencyjnych lamp sufitowych. Szum wiatru i fal ucichł, zastąpił go sopran czterystucyklowego zasilania i głęboki baryton wentylatorów. Pacino poczuł zapach instalacji elektrycznej, oleju do smażenia, ozonu, ropy, środków czyszczących, amin i ogarnęła go nostalgia. Zszedł z dolnego szczebla drabinki i zaszokował go widok dwóch równych szeregów oficerów i podoficerów. Ktoś krzyknął: „Oddać honory!”- Wszyscy zasalutowali. Pacino uprzytomnił sobie nagle, jak w tym momencie wygląda ze swą brodą, siwą czupryną, w starym swetrze i znoszonej kurtce, i poczuł zażenowanie.
    Dziesięć godzin później stanął przed gabinetem szefa operacji morskich w strefie E w Pentagonie.

4

    Podróż do granicy szelfu kontynentalnego miała trwać dziesięć godzin. Po minięciu krzywizny sześciuset sążni Pirania miała się zanurzyć i płynąć dalej do Punktu November, gdzie kończyła się tajna mapa morska, a zaczynała ściśle tajna.
    Gdy nadszedł moment dokonania zwrotu z rzeki Thames do cieśniny Long Island, kapitan Catardi rozkazał zwiększyć szybkość. Pokład poniżej mostka przygotowano do zanurzenia. Wszystkie schowki na liny zamknięto, knagi obrotowe wpuszczono w kadłub, właz zaryglowano. Kadłub stał się gładki i opływowy. Wody przed Piranią były stosunkowo puste, więc szybkość okrętu na powierzchni wzrosła do trzydziestu węzłów całej naprzód maksymalnej. Najwyższą prędkość czterdziestu dziewięciu węzłów można było osiągnąć tylko w zanurzeniu, gdyż kadłub mający kształt cygara nie nadawał się do cięcia fal na powierzchni. Dziób w kształcie pocisku pruł morze, woda przepływała gładko po obu stronach kiosku, wznosiła się w śródokręciu, potem rozlewała w spieniony biały kilwater szerokości jednej trzeciej długości okrętu, który biegł za rufą aż po horyzont. Pacino patrzył na falę dziobową z kokpitu mostka, przepływ wody miał w sobie coś hipnotyzującego. Jeszcze silniejsze wrażenie niż widok fali wywierał jej grzmot. Przelewała się nad dziobem z ogłuszającym hukiem silnika odrzutowego. Z hałasem wody zdawał się współzawodniczyć ryk huraganowego wiatru. Przy maksymalnej szybkości na powierzchni był tak głośny, że ludzie musieli krzyczeć sobie wprost do ucha, żeby się słyszeć. Ciągły huk morza i wiatru mógł stać się męczący, ale w uszach aspiranta Pacina brzmiał jak muzyka, którą dotychczas słyszał tylko w marzeniach. Pokład pod jego stopami – krata nad tunelem wejściowym z górnego poziomu przedziału dziobowego na mostek – wibrował gwałtownie od zmagań okrętu z falą dziobową. Drżenie trzynastu tysięcy ton świadczyło o mocy, jakiej dostarczał wał śruby.
    Po godzinie podróży z maksymalną szybkością z wody przy dziobie wyskoczył delfin, zniknął z powrotem w morzu i znów się pojawił. Wkrótce dołączył do niego drugi, ale po kilku minutach znudziła im się ta zabawa i przepadły na dobre.
    Wachta manewrowa zakończyła służbę i na czas długiej drogi do punktu zanurzenia obsadzono wachtowe stanowiska rejsowe tranzytu nawodnego. Pacino nadal pełnił funkcję młodszego oficera pokładowego. Kapitan Catardi siedział na szczycie kiosku z nogami zwisającymi do kokpitu mostka i obserwował go. Godzinę później Catardi kazał zdemontować relingi lotnego mostka i zniknął we włazie tunelu wejściowego prowadzącego na pokład i biegnącego prawie dziesięć metrów pod stopami Pacina. Przez następne cztery godziny Pacino pełnił wachtę z niezadowoloną porucznik Alameda i obserwatorem za ich plecami, który miał w kiosku własną klitkę z włazem.
    Z tyłu za Pacinem obracały się peryskopy. Przy jednym z nich stał nawigator Crossfield, brał wizualne namiary pozycji na kierunkach do lądowych znaków nawigacyjnych. Drugi peryskop okupował jeden z młodszych oficerów, koordynator kontaktu, który koncentrował się na ruchu statków i pomagał Pacinowi unikać kolizji. Za peryskopami obracała się powoli, ale nieprzerwanie antena radarowa, mająca w swoim zasięgu wybrzeże i morze przed okrętem. Punkty na ekranie radaru oznaczały statki handlowe, z wyświetlacza na dole w sterowni korzystali wspólnie nawigator i koordynator kontaktu. Za masztem radarowym wystawała z kiosku antena radiowa AN/BRA-44 Bigmouth. Pacino patrzył na morski krajobraz dookoła, soczystą zieleń wybrzeża, zielonkawoniebieską cieśninę Long Island, pędzącą falę dziobową, spienioną wodę omywającą kadłub i biały kilwater. Unosił lornetkę do oczu i szukał statków na swojej drodze, ale jeśli nie liczyć pojedynczych żaglówek, byli sami na morzu. Po kolejnej godzinie rejsu na powierzchni uświadomił sobie, że nie pamięta, żeby kiedykolwiek czuł się taki szczęśliwy. Wibracje pokładu pod stopami, wycie wiatru i huk morza odczuwał jako coś niezwykle romantycznego i wspaniałego, nic nigdy nie wywarło dotąd na nim tak potężnego wrażenia.
    Spojrzał na Alamedę. Jej twarz zasłonięta częściowo daszkiem czapki baseballowej i lornetką miała surowy wyraz, jak zwykle. Pacino próbował zrozumieć, dlaczego Alameda jest do niego tak nieprzychylnie nastawiona, ale bez rezultatów. Przypomniał sobie słowa ojca, który napisał mu w pewnym e-mailu, że niektórzy ludzie będą go nienawidzieć, sami nie wiedząc dlaczego, i nie warto się tym przejmować. Lepiej ułożyły się jego stosunki z Wesem Crossfieldem, zawsze poważnym nawigatorem, który przed rejsem nauczył go komend wydawanych przy odcumowywaniu i korzystania z map morskich. To było dziwne – całym okrętem zarządzała ta dwójka oficerów. Alameda odpowiadała za część rufową z pomieszczeniami technicznymi, Crossfield za część taktyczną, pomieszczenia dziobowe z torpedownią, elektroniką i sensorami. Oboje składali raporty Catardiemu i jego zastępcy, nazywanemu – zgodnie ze zwyczajem obowiązującym w całej w marynarce wojennej – XO.
    XO na Piranii była komandor porucznik Astrid Schultz, wysoka, szczupła blondynka o przenikliwym spojrzeniu piwnych oczu. Miała silną osobowość, wiele wymagała od podwładnych, traktowała ich surowo, zachowywała jednak umiar w tej surowości. W mesie oficerskiej uśmiechnęła się na powitanie do Pacina i uścisnęła mu dłoń, zanim wyszedł na mostek. Młodsi oficerowie wyraźnie się jej bali, ale pod powłoką twardości kryła w sobie wiele macierzyńskich uczuć.
    Młodsi oficerowie docinali sobie i żartowali z siebie nawzajem. Swobodna, koleżeńska atmosfera na okręcie kojarzyła się Pacinowi z jakimś bractwem. Każdy oficer, podoficer i marynarz znał i doceniał zalety innych członków tego grona. Znał też dobrze ich wady i słabości. Cała załoga działała jak jeden organizm. Pacino słyszał od ojca, że tak właśnie jest, ale nigdy nie wierzył, żeby osiemdziesięciu ludzi wywodzących się z różnych środowisk mogło współżyć ze sobą przez całe tygodnie czy miesiące wspólnego pobytu w zaspawanej rurze aż tak doskonale. Zdał sobie nagle sprawę, że wielu innych, zapewne tak samo prawdziwych opowieści ojca również nie traktował dotąd poważnie.
    O osiemnastej zero zero słońce na zachodzie nieba zeszło niżej. W kokpicie mostka zjawił się zmiennik Alamedy na stanowisku OOD – oficera pokładowego, podporucznik O’Neal. Pacino nie znał jego imienia, bo załoga nazywała go po prostu Tost. Wysoki blondyn o jasnej cerze ukończył Akademię. Był nieśmiały i wyrozumiały dla innych, ale poprzedniego lata odznaczono go za odwagę Brązową Gwiazdą. O’Neal zluzował Alamedę i wrogo nastawiona do Pacina pani główny mechanik zniknęła w tunelu wejściowym. Podporucznik odwrócił się do niego i oznajmił mu, że może zejść na dół, bo młodszy oficer pokładowy nie pełni wieczornej wachty.
    – Jeśli pan pozwoli, sir, chciałbym zostać na wachcie do zanurzenia.
    – Nie wyciągniemy zatyczki aż do północy, panie Pacino. Proszę bardzo, może pan zostać, ale straci pan kolację.
    – Nie szkodzi, sir. I proszę mi mówić Patch.
    – Jestem Tost. Dobrze cię mieć na pokładzie. – Uniósł lornetkę i zbadał horyzont. Milczał przez jakiś czas, w końcu znów się odezwał. – Więc poszedłeś w ślady twojego starego?
    – Zobaczę, jak wypadnę w tym rejsie. Może się nie nadaję na podwodniaka.
    O’Neal wybuchnął śmiechem.
    – Jezu, człowieku! Ruszyłeś w drogę pełną wstecz i maksymalną naprzód bez holowników. Te obiboki przy cumach na nabrzeżu pewnie zlały się w gacie z wrażenia. Wszedłeś okrętem na sam środek farwateru pod nosem komodora eskadry i jeszcze się zastanawiasz, czy będziesz w tym dobry? Nie ma na pokładzie oficera, który potrafiłby to zrobić. Wątpię, cholera, czy kapitan dałby sobie radę.
    Pacino się zaczerwienił.
    – Prowadzenie okrętu to co innego – powiedział, obserwując przez lornetkę niewyraźny horyzont na wprost – a bycie podwodniakiem z prawdziwego zdarzenia co innego.
    – Główny mechanik uważa, że masz to we krwi.
    – Alameda? Dziwne. Traktuje mnie, jakbym był śmieciem.
    – Ona już taka jest w stosunku do niekwalifikowanych. Kiedy nosisz delfiny, jest wobec ciebie okay. Ale dopóki oficer, podoficer czy marynarz nie jest kwalifikowanym podwodniakiem, Alameda uważa, że ten ktoś tylko zużywa jej powietrze – bo ona odpowiada za urządzenia regulacji składu powietrza – i wypija jej wodę.
    – No cóż, wykołowała mnie – powiedział Pacino i znów uniósł lornetkę do oczu.
    Umilkli obaj, teraz słychać było tylko huk fali dziobowej. Morze rozciągało się aż po horyzont we wszystkich kierunkach.
    Pirania płynęła dalej ku granicy szelfu kontynentalnego. Za rufą zachodziło słońce.

    Maszynownia zawiadomiła, że okręt dzieli trzydzieści minut drogi od punktu zanurzenia i wachta o wiele za szybko dobiegła końca.
    – Wyprostuj się – rozkazał O’Neal – rozejrzyj i nabierz świeżego powietrza do płuc. Przez całe tygodnie nie zobaczysz powierzchni gołym okiem i nie będziesz oddychał prawdziwym powietrzem, więc zrób to ostatni raz i naciesz się nim. – Pacino wykonał polecenie i spojrzał na niego, wiedział, że dopełnia rytuału praktykowanego od pokoleń. – A teraz przykucnij w tunelu wejściowym i trzymaj latarkę.
    O’Neal sięgnął w lewo do góry i przyciągnął metalową płytę na zawiasach. Zawisła poziomo nad jego głową i częściowo przesłoniła gwiazdy.
    Zaskoczył zamek. O’Neal powtórzył tę czynność z innymi płytami: tylną i przednią. Ostatnia klapa „żółwiej skorupy” całkowicie zasłoniła niebo i kokpit zniknął. Ich stanowisko zamieniło się w gładką górną powierzchnię kiosku.
    Pacino zszedł po drabince do pionowego tunelu oświetlonego czerwoną lampą. Zatrzymał się i patrzył, jak O’Neal schodzi w dół, chwyta klapę górnego włazu i zatrzaskuje ją na pierścieniu. Podporucznik obrócił w prawo koło mechanizmu ryglującego, metalowe pazury rozsunęły się i zablokowały właz. Pacino ruszył w dół i wyłonił się z mrocznego tunelu w oświetlonym na czerwono korytarzu górnego poziomu. O’Neal dołączył do niego i zgasił światło w tunelu wejściowym. Potem zamknął i zaryglował dolny właz. Pacino wykreślał kolejne czynności z listy kontrolnej dotyczącej zanurzenia. W końcu O’Neal wykonał ostatnią z nich, sprawdził, czy jest zamknięty zawór odpływowy.
    Zeszli w słabym, czerwonym świetle do sterowni na pokładzie środkowego poziomu. W przeciwieństwie do górnego poziomu tu było zupełnie ciemno, świecił się tylko panel w boksie sterowania okrętem w przedniej części pomieszczenia. Pacino z trudem dostrzegł w mroku sylwetkę mężczyzny w pękatym hełmie. Za konsolą stał chorąży Breckenridge.
    – Sir – zameldował Pacino – mostek i kiosk przygotowane do zanurzenia przez pana O’Neala i sprawdzone przeze mnie.
    Obaj ponownie objęli wachtę. Pacino został zaprowadzony do fotela przy konsoli dowodzenia i poinstruowany, że ma włożyć hełm peryskopowy Type 23.
    – Jestem gotów do wysłuchania meldunku młodszego oficera pokładowego – rozległ się za jego plecami głos Catardiego.
    – Odczyt sondy! – zawołał Pacino do mikrofonu na wysięgniku w hełmie. Pojawił się trójwymiarowy obraz. Widok zapierał dech, Pacino miał wrażenie, że jest z powrotem na szczycie kiosku.
    – Sześćset pięćdziesiąt cztery sążnie! – odpowiedział O’Neal.
    – Panie kapitanie – zgłosił się Pacino i przełknął ślinę: miał nadzieję, że pamięta wszystko, czego nauczył go O’Neal. – Kurs okrętu jeden jeden zero, cała naprzód maksymalna, szybkość trzydzieści węzłów. Okręt przygotowany do zanurzenia przez bosmana Cavallę i sprawdzony przez pana Breckenridge’a. Kiosk przygotowany do zanurzenia przez pana O’Neala i sprawdzony przeze mnie. Jesteśmy dwie minuty od punktu zanurzenia. Wskazania inercyjnego systemu nawigacyjnego i GPS NAVSAT potwierdzone przez nawigatora według gwiazd. Podoficer zanurzenia na stanowisku. Brak kontaktów wizualnych i sonarowych na powierzchni. Głębokość sześćset pięćdziesiąt cztery sążnie. Proszę o pozwolenie na zanurzenie okrętu. – Pacino odetchnął. Miał nadzieję, że o niczym nie zapomniał.
    – Bardzo dobrze, JOOD – pochwalił Catardi; skrót oznaczał młodszego oficera pokładowego. – Zanurzyć okręt na głębokość czterdziestu pięciu metrów.
    – Tak jest, sir, zanurzyć okręt na głębokość czterdziestu pięciu metrów.
    Pacino czekał, dysząc ciężko. Serce znów mu waliło.
    – Trzydzieści sekund do punktu zanurzenia!
    – Przyjąłem, bosmanie.
    – Punkt zanurzenia!
    – Podoficer zanurzenia, sprowadzić okręt na głębokość czterdziestu pięciu metrów! – zawołał Pacino. Był zdenerwowany, ale jego głos brzmiał pewnie.
    Podoficer zanurzenia siedział w boksie sterowania okrętem. Stanowisko wyposażone w konsole centralną i boczne wokół foteli przypominało dwumiejscowy kokpit dużego odrzutowca. Funkcję podoficera zanurzenia pełniła tęga kobieta o nazwisku Marshall; potwierdziła rozkaz grubym głosem, miała stopień starszego bosmana i była szefową torpedowni.
    – Tak jest, sprowadzić okręt na głębokość czterdziestu pięciu metrów. – Podniosła do ust mikrofon radiowęzła i na całym okręcie zabrzmiał jej komunikat: – Zanurzenie! Zanurzenie!
    Sięgnęła w górę do dźwigni sygnału alarmowego. Pacino aż podskoczył, kiedy tuż nad jego głową zawyła syrena.
    – Zanurzenie! Zanurzenie! – powtórzyła Marshall. – Sternik, dwie trzecie naprzód! – zawołała. O’Neal wyjaśnił Pacinowi, że podczas manewru zanurzania Marshall dyryguje szybkością.
    – Tak jest, dwie trzecie naprzód – odpowiedział sternik. – Ustawiam przepustnicę i zmniejszam obroty do całej naprzód dwie trzecie.
    – Przyjęłam – odrzekła bosman. – Otwieram zawory głównych dziobowych zbiorników balastowych.
    – Ustaw peryskop na zero zero zero – szepnął do Pacina Tost O’Neal.
    Pacino zrobił tak i zobaczył dziwny widok. Z dziobu w kształcie pocisku tryskały cztery pionowe słupy wody.
    – Teraz zawołaj: „Odpowietrzanie dziobu!” – powiedział O’Neal.
    – Odpowietrzanie dziobu! – powtórzył Pacino.
    – Tak jest, sir, odpowietrzanie dziobu – potwierdziła starszy bosman. – Otwieram zawory głównych rufowych zbiorników balastowych.
    Pacino obrócił peryskop, żeby widzieć rufę, i zobaczył to samo zjawisko. Cztery strumienie wody strzelały w górę z kadłuba niczym z węży strażackich. Pomyślał, że tak gwałtowny upust musi oznaczać wyrzucenie z powietrzem tysięcy litrów wody.
    – Odpowietrzanie rufy!
    – Tak jest, sir, odpowietrzanie rufy. Przygotowuję dziobowe stery głębokości. – Chwila ciszy. – Dziobowe stery głębokości wysunięte i zaryglowane. Sternik, przejąć dziobowe stery głębokości.
    – Dziobowe stery głębokości przetestowane i sprawne – zameldował sternik.
    – Sternik, nurkowanie pod kątem dziesięciu stopni na dziobowych sterach głębokości.
    – Tak jest, nurkowanie dziesięć stopni, dziobowe stery głębokości opuszczone.
    Pacino patrzył, jak dziób w kształcie pocisku zagłębia się w wodę. „Gejzery” znajdowały się teraz pod powierzchnią, przez fale strzelało jeszcze trochę pary, w końcu wszystko przykrył ocean. Pacino obrócił peryskop w kierunku rufy. Woda zalewała cylindryczny kadłub. Pojawiał się jeszcze co parę sekund między falami, potem zniknął pod powierzchnią.
    – Pokłady w wodzie! – zawołał Pacino.
    Rufa ukazała się po raz ostatni i poszła w dół. Spieniony kilwater zmalał.
    – Kadłub zanurzony!
    – Tak jest, sir, kadłub zanurzony. Uruchamiam rufowe stery głębokości. Rufowe stery głębokości przetestowane w pochyle i wzniosie. Rufowe stery głębokości sprawne i ustawione do nurkowania dziesięć stopni. Przechodzę do nurkowania. Kąt na dziobie dziesięć stopni. Zalewam zbiornik regulacji zanurzenia numer jeden do połowy. Zalanie wykonane. Napełnienie zbiornika pięćdziesiąt procent, zawór w kadłubie zamknięty, zawór rezerwowy zamknięty.
    – Bardzo dobrze, zanurzenie – odpowiedział Pacino.
    Poczuł, jak jego fotel pochyla się lekko w przód. Ustawił widok peryskopowy na wprost i patrzył w dół ze szczytu kiosku, który zbliżał się do fal. Jedna z nich ochlapała kiosk i opadła. Kąt pochylenia wzrósł.
    – Głębokość dwadzieścia metrów – zameldowała Marshall.
    Kilka fal przykryło kiosk i kokpit znalazł się pod powierzchnią, został tylko spieniony ślad. Pacino spojrzał w kierunku rufy. Woda za nimi uspokajała się, ponad fale wystawała tylko tylna krawędź kiosku, potem zniknęła.
    – Kiosk pod powierzchnią! – zawołał Pacino.
    Fale sunęły ku niemu, były trzy metry poniżej. Zatoczył peryskopem pełny krąg, a kiedy skończył, fale dotarły już blisko.
    – Dwadzieścia cztery metry.
    Kąt pochylenia pokładu zwiększył się.
    – Dwadzieścia pięć metrów. Pięć stopni na dziobie.
    Fale zbliżyły się jeszcze bardziej. Szybkość okrętu powodowała, że Pacino miał wrażenie, iż woda pędzi ku nim. Wkrótce grzbiet fali znalazł się ponad poziomem wzroku Pacina. Instynktownie wstrzymał oddech. Fala przesłoniła mu widok.
    – Peryskop w wodzie – powiedział i odetchnął.
    Na moment otoczyła go fosforyzująca piana, potem widok powierzchni powrócił i fala przeszła dalej. Przez chwilę znów widział wyraźnie gwiazdy na niebie, później grzbiet następnej fali chlusnął mu w twarz i omyła go zielona piana. Po raz ostatni ukazała się na krótko powierzchnia oceanu, rozgwieżdżone niebo i nadciągająca wysoka fala. Jej grzbiet uderzył w Pacina i widok przesłoniły rozbryzgi piany i eksplozja pęcherzy powietrza. Soczewka oczyściła się i Pacino zobaczył fale od spodu. Oświetlały je gwiazdy i niknący, fosforyzujący ślad peryskopu. Nad głową Pacina przetoczyły się trzy fale, przepłynęły tysiące pęcherzy powietrza, potem w otaczającym go morzu zapadła ciemność.
    – Peryskop pod powierzchnią. Opuszczam Type 23.
    Pacino zdjął hełm i zamrugał. Wrócił do mrocznej rzeczywistości sterowni. Włosy nad uszami miał mokre od potu. O’Neal wręczył mu czerwone gogle, żeby jego wzrok nie odzwyczaił się od ciemności, sam też włożył czerwone okulary.
    – Sterownia na czerwono! – zawołał O’Neal do podoficera zanurzenia.
    Zapłonęły czerwone lampy. Mroczne przed chwilą pomieszczenie oświetlone ich blaskiem, który początkowo wydawał się Pacinowi jasny, wyglądało teraz upiornie. Okręt zszedł na głębokość czterdziestu pięciu metrów, gdzie system Cyclops strymował go do neutralnej wyporności.
    Pacino odwrócił się do kapitana, który stał za nim z rękami skrzyżowanymi na piersi. Catardi przebrał się w kombinezon podwodniacki z delfinami, odznaką dowódcy na lewej kieszeni i wyhaftowanym nazwiskiem. Na lewym ramieniu miał naszyty emblemat Połączonego Dowództwa Podwodnego, flagę piracką, poniżej naszywkę okrętu. Na prawym rękawie jego kombinezonu widniała naszywka z flagą amerykańską. Czarne buty sportowe i czarna przepaska na lewym oku dopełniały jego strój. Pacino wiedział, że ta przepaska, w której Catardi wyglądał jak pirat, nie miała nic wspólnego z pretensjonalnością, była po prostu niezbędna. W wypadku alarmowego podejścia na głębokość peryskopową oko musiało być przyzwyczajone do ciemności.
    Pacino wstał.
    – Panie kapitanie, okręt jest na głębokości czterdziestu pięciu metrów, strymowany do jednej trzeciej. Proszę o pozwolenie na zejście niżej i powrót do punktu zamierzonego ruchu.
    – Sprowadzić okręt niżej, JOOD – rozkazał Catardi. – Głębokość testowa, ostry kąt zejścia.
    Pirania zanurzyła się w zimnej głębi Atlantyku.

    Admirał Kelly McKee zajrzał do pustego kubka i potrząsnął dzbankiem, w którym nie było już kawy. Zapalił cygaro – trzecie, licząc od początku tego lotu – i znów zaczął się zastanawiać nad zawiłymi problemami nadciągającej wojny.
    Uznał, że kluczową sprawą w tym konflikcie jest zatrzymanie Brytyjczyków daleko od pola walki i wczesny atak na Czerwonych. Przymknął oczy i wrócił myślami do odprawy zorganizowanej w bunkrze na wybrzeżu Maryland przez admirała Pattona. Skupił się, próbując przypomnieć sobie każde słowo i każdą zmianę wyrazu twarzy szefa marynarki wojennej od momentu, kiedy Patton rozłożył na stole mapę Azji.
    – Dwa lata temu, gdy na wschodnim wybrzeżu Chin czerwoni Chińczycy walczyli z białymi, dyktator Hinduskiej Republiki Indii, Nipun, wysłał swoje oddziały szturmowe na północ, dokonał inwazji i zajął rozległy płaskowyż na terytorium Czerwonych. – Patton powiódł palcem wokół regionu położonego na północ od granicy Indii. Obszar miał czerwoną barwę Chińskiej Republiki Ludowej i nosił nazwę Xinjiang Uyger Zizhiqu.
    – Wkrótce po rozpoczęciu okupacji Hindusi odkryli tam bogate złoża ropy. Nazwali je Shamalan. Ta ropa jest niewiarygodnie czysta, nie zawiera prawie siarki. Hindusi zaprosili swoich przyjaciół ze Zjednoczonego Królestwa i w ciągu roku Angole wykonali robotę, która miała trwać dziesięć lat. Zbudowali dwa rurociągi biegnące przez kontynent, dwie rafinerie i dwa wielkie terminale przeładunkowe. Rafinowana ropa z pól naftowych Shamalan ma najwyższą jakość na świecie i Hindusi drogo ją sprzedają. Kiedy saudyjskie dostawy zostały przerwane po eksplozji supertankowców, Indie wkroczyły na scenę i stały się światową potęgą ekonomiczną.
    Ale Hindusi odmawiają sprzedaży tej ropy Chinom Ludowym. Więc Czerwoni chcą odzyskać płaskowyż. I zemścić się. – Patton osunął się na krzesło, dowódcy floty też usiedli. – Wielka wojna w Azji jest nieunikniona. Na tym kończy się jawna część tej odprawy. Reszta jest ściśle tajna i ma kod „Echo”. Sześć godzin temu Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza rozpoczęła mobilizację i koncentrację sił na froncie zachodnim. W kierunku granicy z Indiami jadą pociągi i konwoje samochodowe, lecą samoloty transportowe i myśliwce Czerwonych. Jednocześnie ich Flota Północna przygotowuje się do wypłynięcia z portów w zatoce Bo Hai na wschód od Pekinu.
    Kelly, w tej zatoce czai się twój Leopard, okręt podwodny klasy Virginia. Szpieguje łączność Pekinu, ale dostanie inne zadanie. Kiedy flota Czerwonych wyruszy z zatoki na Ocean Indyjski, Leopard będzie śledził jej drogę na południe.
    Jak wiecie, Chińska Flota Pomocna jest naprawdę potężna. Kiedyś była flotyllą wraków, które nie mogły pływać nawet po głębokiej wodzie w zatoce, ale Czerwoni ciągle ją unowocześniali i nadal unowocześniają. Republika Rosyjska na okrągło buduje dla nich eksportowe wersje lotniskowców, niszczycieli przeciwpodwodnych, szybkich fregat i ciężkich krążowników rakietowych. Trzy chińskie lotniskowce klasy Kuzniecow to giganty reprezentujące najwyższy poziom techniczny. Krążownikom atomowym klasy Pekin też nic nie brakuje. Ich samoloty są znakomite i jeśli nawet nie dorównują naszym, to jest ich masa. Czerwoni chcą otoczyć i zgnieść Hindusów, posługując się grupami bojowymi trzech lotniskowców.
    Admirał chińskich sił podwodnych, Czu Hua-Feng, odbudował swoją flotę po klęsce na Morzu Wschodniochińskim. Ma teraz jedenaście atomowych okrętów podwodnych szybkiego ataku: sześć rosyjskich, trzy japońskie klasy Destiny, jeden francuski klasy Valiant i wiodącą jednostkę chińskiej produkcji, Wielka Fala, inaczej klasa Julang, która zakończyła testy morskie i jest już uzbrojona. Będzie nią dowodził najlepszy kapitan Czerwonych. Wszystkie okręty podwodne kupione za granicą zostały przystosowane do przenoszenia chińskich torped kawitujących Wschodni Wiatr, maksymalnie wyciszone przez Szwedów i usprawnione technicznie przez Niemców.
    Ale aby móc wykorzystać tę siłę ognia, Czerwoni muszą najpierw podejść na tyle blisko do przeciwnika, żeby mieć cele w zasięgu pocisków manewrujących. Głowice bojowe są teraz dużo cięższe, co zmniejsza ten zasięg. Za chwilę powiem wam, dlaczego. Generałowie Czerwonych zaproponowali szybkie uderzenie na Indie i użycie tych pocisków manewrujących, w których zasięgu już teraz znajduje się terytorium wroga, ale naczelny wódz, generał Fang Szui, sprzeciwił się temu. Zarządził powolną, przemyślaną mobilizację sił, żeby Hindusi pocili się ze strachu. Kiedy wybije godzina zero, wszystkie bomby i rakiety spadną na Indie jednocześnie. Zmasowany atak może całkowicie zniszczyć łączność i infrastrukturę. Morale wroga upadnie. Pierwszymi celami będą wieże wiertnicze, rurociągi i rafinerie.
    Każda chińska grupa bojowa lotniskowca ma około trzystu pocisków manewrujących krótkiego zasięgu z głowicami plazmowymi. Ich ciężar zmniejsza zasięg, dlatego generał Fang chce je umieścić przed wystrzeleniem na wyznaczonych pozycjach.
    Patton przerwał i nalał sobie kawy. Dwaj admirałowie, milcząc, wpatrywali się w niego z napięciem, jakby za chwilę miał wykonać sztuczkę magiczną. Patton wypił łyk i odchrząknął.
    – Jednakże wojna na morzu z Czerwonymi to tylko część problemu. Wróćmy na chwilę do Hindusów. Brytyjczycy zbudowali im instalacje naftowe mimo sprzeciwów Unii Europejskiej, która ekonomicznie jest blisko związana z Chinami. UE wierzy niezbicie, że Chińczycy wykopią Hindusów z pól naftowych Shamalan. Brytyjczycy wycofali flotyllę Królewskiej Marynarki Wojennej z unijnej Floty Pełnomorskiej. Zatankowali, zaprowiantowali i uzbroili swoje okręty. Ich pierwsza eskadra już zmierza ku wschodniemu Morzu Śródziemnemu. Przypuszczamy, że stamtąd popłynie przez Kanał Sueski do Zatoki Omańskiej, na Morze Arabskie i zachodni Ocean Indyjski. Zanim Czerwoni dotrą na wschodni Ocean Indyjski, na zachodzie będzie już połowa sił brytyjskich, a reszta ich floty dołączy po dwóch tygodniach.
    Flota Królewskiej Marynarki Wojennej to grupy bojowe czterech lotniskowców i dwadzieścia atomowych okrętów podwodnych pierwszej linii ataku. Ich siła ognia liczona w ciężkich pociskach manewrujących i samolotach jest dwukrotnie większa od tej, jaką dysponują Chińczycy. Sądzimy, że gdy Czerwoni zobaczą zbliżających się Brytyjczyków, mogą zrezygnować z dotychczasowego planu i przyspieszyć atak na Indie, ale ponieważ większość ich pocisków manewrujących będzie jeszcze zbyt daleko, wystrzelą międzykontynentalne pociski balistyczne z czterdziestu silosów w północnych Chinach. Uzbrojenie tych wielogłowicowych rakiet to bomby wodorowe starego typu z dodatkiem kobaltu dla zwiększenia promieniowania, niszczyciele miast. To broń nuklearna waszych dziadków. Jej użycie byłoby pogwałceniem Traktatu Azjatyckiego. A zatem, według wszelkiego prawdopodobieństwa, pojawienie się Królewskiej Marynarki Wojennej w rejonie konfliktu wywoła w Azji wojnę jądrową, której skutkiem będą między innymi opady radioaktywne i która doprowadzi do całkowitego zniszczenia pól naftowych Shamalan.
    Angole nie będą patrzyli z założonymi rękami, jak na ich sojuszników spadają bomby atomowe. Przeprowadzą kontratak na Czerwonych i ich flotę północną. Niestety, wiedzą, że chińskie pociski balistyczne są uzbrojone w głowice jądrowe. Londyn zapowiedział, że spróbuje powstrzymać Chińczyków i zagroził im użyciem własnej broni nuklearnej. W drodze na Ocean Indyjski Brytyjczycy zastąpią głowice plazmowe – które uderzają w cele z chirurgiczną precyzją i nie powodują dodatkowych zniszczeń – bombami wodorowymi o zmaksymalizowanej sile eksplozji, najpotężniejszymi termojądrowymi głowicami bojowymi, jakie kiedykolwiek wynaleziono. Mało tego, wyciągają z magazynów stare bomby neutronowe i dostarczają je samolotami swoim grupom bojowym na morzu, by te mogły ewentualnie ich użyć przeciwko oddziałom Czerwonych. Podobno pięć takich pocisków ma być wycelowanych w Pekin. Po kilku dniach walki z Armii Ludowo-Wyzwoleńczej i ogromnej liczby chińskich cywilów zostałyby tylko stosy zwęglonych kości. Patton urwał i popatrzył na ponure twarze swoich dowódców floty.
    – Mamy w tej wojnie dwa zadania. Po pierwsze, zaatakować i zatopić okręty nawodne Czerwonych, zanim będą miały w zasięgu cele w Indiach, oraz znaleźć i zniszczyć ich siły podwodne. Po drugie, zneutralizować Królewską Marynarkę Wojenną. W tym konflikcie zawziętość Brytyjczyków i ich radioaktywna broń narobią tylko szkód. Trzeba ich zmusić do wycofania się.
    Kelly, twoje okręty podwodne ze wschodniego wybrzeża wyruszą z Morza Arabskiego do wejścia na zachodni Ocean Indyjski. Grupy bojowe Królewskiej Marynarki Wojennej muszą tamtędy popłynąć, żeby dotrzeć w rejon działań. Twoje siły zajmą pozycje w zasięgu ataku Angoli. Jestem pewien, że dyplomacja wystarczy, konfrontacja z Królewską Marynarką Wojenną pozostanie tylko planem rezerwowym i usłyszysz ode mnie, że masz się wycofać i zaatakować flotę Czerwonych razem z Wikingiem. Jeśli zdarzy się najgorsze i Angole nie posłuchają, dostaniesz rozkaz zablokowania ich floty.
    – Zablokowania? A jeśli blokada się nie uda? Bierze pan pod uwagę wydanie mi rozkazu otwarcia ognia do Brytyjczyków?
    Patton westchnął.
    – Jeśli do tego dojdzie, tak.
    Wiking poczerwieniał, Kelly McKee zmarszczył groźnie czoło.
    – Ale nie dojdzie, Kelly. Najcięższe zadanie będą miały twoje eskadry na Pacyfiku. Razem z twoim okrętem w zatoce Bo Hai twoje zachodnie siły podwodne przechwycą każdą z trzech nawodnych grup bojowych Czerwonych, które płyną na Ocean Indyjski. Zatop Chińczyków, zanim zdążą narobić szkód. Jeśli będziesz mógł, zaatakuj zza horyzontu, przed ich dotarciem w rejon działań. Jeśli nie, dogoń ich na Oceanie Indyjskim i tam poślij na dno. Jeżeli dopisze nam szczęście, twoje okręty podwodne dopadną ich, zanim zdążą się zbliżyć do grup bojowych Wikinga. Stratedzy uważają, że po zatopieniu floty chińskiej Czerwoni cofną się przed Hindusami. Nie mają tylu pocisków rakietowych przemieszczanych pociągami i samochodami, żeby powstrzymać ofensywę indyjskich oddziałów szturmowych. Rozpoczęłaby się walka, której Czerwoni nie byliby w stanie zakończyć.
    Vic, jeśli okręty podwodne Kelly’ego spóźnią się lub zostaną pokonane, ciężar operacji spadnie na twoje grupy bojowe. Twoje lotniskowce i flota nawodna będą musiały walczyć samotnie z dobrze uzbrojonymi siłami chińskimi. Od ciebie będzie zależało zatrzymanie Czerwonych.
    Potem Patton „zdetonował bombę”. Powiedział im o rozpracowaniu ich sieci łączności przez wroga i nadzwyczajnych decyzjach nakazujących porozumiewanie się za pomocą przenośnych komputerów i e-mailów. Kiedy McKee i Ericcson próbowali dojść do siebie po szoku, Patton wtajemniczył Wikinga w dalsze szczegóły operacji. Po wyjściu Ericcsona Patton, marszcząc brwi, utkwił wzrok w twarzy McKee.
    – Kelly, ponieważ nasza sieć łączności nie jest bezpieczna, musisz osobiście przedstawić sprawę twoim kapitanom. Nie mogą nic zdradzić swoim załogom, dopóki bezpiecznie się nie zanurzą. Żadnemu członkowi załogi z wyjątkiem agentów NSA nie wolno wysyłać e-mailów na ląd. Będziemy żeglowali po staremu, w ciemno. Co do jednostki na wysuniętej pozycji, czyli Leoparda, musisz go zawiadomić, że bierze udział w wojnie. Ale nie możesz skontaktować się z nim przez bojową sieć łączności, a on nie może się wynurzyć.
    – Mamy pewną nową technikę, która pozwala nam spotkać się z zanurzonym okrętem. Dostarczę mu notebooki, zanim dotrze na Morze Wschodniochińskie. – McKee odsunął się z krzesłem od stołu. – Czy to wszystko, sir?
    – Niestety nie, Kelly. Jestem zaskoczony, że nie pomyślałeś o tym wcześniej. Ponieważ nasza sieć łączności jest rozpracowana i penetrowana, mamy poważny problem ze Snarkiem. Jest na Atlantyku i mógłby wziąć na cel nasze okręty ze Wschodniego Wybrzeża, płynące na Ocean Indyjski.
    W tym momencie McKee przeszedł w myślach od spraw mobilizacji i rozlokowania sił do samej wojny. Przyjął spokojnie do wiadomości, że trzeba się będzie zmierzyć z potężnym przeciwnikiem, jakim byli czerwoni Chińczycy. Ale wizja zagrażającego mu własnego supernowoczesnego systemu bojowego wzbudziła w nim przerażenie.
    Z zamyślenia wyrwał go pilot samolotu marynarki, który stanął nagle przed nim.
    – Panie admirale? Schodzimy w dół, żeby podejść do lądowania. Za piętnaście minut powinien pan być na ziemi. Witamy na Hawajach, sir.
    – Dzięki – odpowiedział McKee i wyciągnął szyję, żeby zobaczyć przez okno światła Honolulu.
    Pakując notebook do nesesera, zastanawiał się, czy Pirania wystarczy do powstrzymania Snarca. Odrzucił wątpliwości. Catardi pokona zrobotyzowany okręt podwodny, który wymknął się spod kontroli. Musi go pokonać, bo jeśli Snarc zatopi Piranię i wydostanie się na Ocean Indyjski, wojna będzie przegrana.

5

    Wysłużony kuter rybacki kołysał się gwałtownie na falach Morza Żółtego na północny wschód od Szanghaju. Nie było widać ani księżyca, ani gwiazd, całkowite zachmurzenie utrzymywało się w tym rejonie od dwóch dni. Borny trawlera były wysunięte, sieci zarzucone. Dwie mile za rufą płynęła na holu cienkoprzewodowa antena szerokozakresowa TB-23, chwytała niezliczone odgłosy morza i przesyłała je do sonaru Cyclops II w ładowni dziobowej. Kuter miał niecodzienne zadanie. Łowiono nie ryby, lecz atomowy okręt podwodny.
    Celem poszukiwań był najcichszy załogowy pojazd podwodny, jaki kiedykolwiek skonstruowano. Bez mocy obliczeniowej, którą posiadał system Cyclops, jego znalezienie nie wchodziłoby w ogóle w grę. Ów tak cichy okręt podwodny miał jednakże pompy, turbiny, silniki i śrubę. Wszystkie mechanizmy obracały się, wibrowały z rytmiczną częstotliwością i emitowały do otoczenia cykliczne tony. Maszyny zamontowano na cztero wymiarowych podstawach wygłuszających, które pochłaniały większość dźwięków. Para i woda w trzewiach bestii pulsowały i przepływały niczym krew w żyłach i arteriach zwierzęcia. Każdy impuls przepływowy dźwięczał w morzu. Konwencjonalne urządzenia sonarowe nie wykryłyby emitowanych przez cel odgłosów o tak słabym brzmieniu jak drobny deszcz mżący podczas gwałtownej burzy z piorunami. Nawet linearna antena holowana TB-23 słyszała tylko rozległe spektrum częstotliwości głośnego morza i przekazywała każdy dźwięk na każdej częstotliwości poprzez przewód sygnałowy do głównego komputera.
    Głęboko w świadomości Cyclopsa II te odgłosy morza były analizowane: komputery sprzed zaledwie dwóch lat udławiłyby się samą liczbą danych. Tamte antyki potrafiły szukać celu jedynie w wąskim wycinku oceanu. Ale Cyclops II mógł słuchać całego świata, odcedzić wszelkie przypadkowe dźwięki w morzu, które nie miały rytmicznego pulsu, i zostawić tylko czyste, harmoniczne tony obracających się mechanizmów. Komputer traulera wyizolował z odległości dziewięćdziesięciu tysięcy metrów cztery tony. Zidentyfikował je jako odgłosy amerykańskiego atomowego okrętu podwodnego klasy Virginia. Technik przy konsoli Cyclopsa zawiadomił oficera pokładowego kutra, a ten kapitana, który kazał oficerowi operacyjnemu obudzić dwóch nurków i wysłać ich do ładowni rufowej.
    W pomieszczeniu oświetlonym czerwonymi lampami nurkowie włożyli na szyję maski i poprawili butle tlenowe. Zaszumiał HTUV Mark 17, pojazd podwodny dużego ciągu, zasilany ogniwami paliwowymi. Dowódca operacji usiadł z przodu, starszy bosman z tyłu. Po sprawdzeniu listy kontrolnej wciągnęli na twarze maski. Światła w ładowni zgasły. Załoga trawlera zamknęła górny właz i uszczelniła pomieszczenie. Wyrzutnia szynowa pochyliła HTUV stromo w dół. Pojazd był gotowy do wystrzelenia na zewnątrz. Wrota w dnie kutra otworzyły się wolno i z dołu dobiegł huk kilwatera. Mark 17 nagle wystartował, zjechał po szynach, wpadł do wody i zniknął pod powierzchnią. Do ryku śrub kutra nad głowami dwóch mężczyzn dołączył się hałas napędu ich pojazdu na pełnym ciągu.
    Porucznik siedzący z przodu obrócił pokrętło gazu na motocyklowej kierownicy i pchnął ją w dół. Mark 17 przyspieszył w stromym nurkowaniu. Hałas dobiegający z powierzchni ucichł, gdy opadli głębiej. Silniki pojazdu zamilkły, kiedy HTUV wypoziomował dwadzieścia cztery metry pod powierzchnią. Porucznik zatrząsł się z zimna i włączył komputerowego pilota. Mark 17 miał czekać na tej głębokości. Nad nim dryfowała jego antena holowana, która służyła do utrzymania łączności z kutrem i pozwalała komputerowi namierzyć większy i szybszy okręt podwodny płynący na spotkanie.
    Gdy tylko antena wykryła cel, kapitan trawlera wysłał e-mail z prośbą o dostarczenie części zamiennych do prawego diesla. W ciągu pięciu minut wielkie wieże radiowe w Tsing Tao na terytorium białych Chin nadały na ELF, krańcowo niskiej częstotliwości, dwie litery: A i X. Fale radiowe ELF były kiepskie i prawie bezużyteczne; transmisja pojedynczego znaku alfanumerycznego zajmowała dziesięć minut i wymagała wielkiej mocy nadawczej. Ale miały jedną zaletę, której brakowało innym sygnałom elektromagnetycznym – przenikały daleko w głąb morza. Transmitowana litera A minęła na falach radiowych ELF zanurzony HTUV Mark 17 i dotarła niżej do masztu antenowego schowanego w kiosku amerykańskiego okrętu podwodnego Leopard. Okręt płynął na głębokości stu sześćdziesięciu metrów kursem jeden siedem pięć z prędkością piętnastu węzłów, o wiele za głęboko i za szybko, by Mark 17 mógł go przechwycić. Ale kiedy sprzęt radiowy Leoparda rozpoznał literę A jako początek sygnału wywoławczego ELF na bieżący dzień, w kabinie radiowej i sterowni zadźwięczał sygnał alarmowy. Zanim rozpoczęła się transmisja litery X, ze sterowni zatelefonowano do kajuty kapitańskiej. Obudzony komandor George Dixon usłyszał, że Leopard jest pilnie wzywany na głębokość peryskopową.
    Trzy minuty później okręt podwodny zwolnił i wspiął się ponad warstwę termiczną, korzystając ze wskazówek przysłanych z trawlera, wykryły go sensory pokładowe pojazdu Mark 17. Komputer zwiększył do maksimum obroty silnika HTUV-a i pojazd przyspieszył, żeby dogonić okręt. Zanim Leopard zmniejszył szybkość do pięciu węzłów, wzniósł się na głębokość peryskopową i wysunął ku niebu antenę, Mark 17 zrównał się z nim. Komputer doprowadził pojazd do włazu rufowego okrętu, po czym przyssał mocno do kadłuba. Mogło to spowodować uszkodzenie dwóch gumowych płatów powłoki bezechowej Leoparda, ale ważniejsze było, żeby HTUV nie odpadł od kadłuba, nie dostał się w strumień przepływającej wody i nie został wessany przez śrubę okrętu. Szybkość pięciu węzłów wydawała się niewielka, ale zmagania z takim prądem mogły wykończyć fizycznie porucznika i bosmana w ciągu kilku minut. Podoficer wyjął z pojazdu narzędzie elektryczne i przeciągnął z kokpitu przewód zasilający. Wycelował i strzelił. Przedmiot podobny do harpuna z przymocowaną doń liną trafił w kadłub. Bosman przywiązał mocno linę do pojazdu i wystrzelił drugą. On i porucznik przyczepili swoje uprzęże bezpieczeństwa do lin i ruszyli pod prąd do włazu, każdy z nich niósł kilka ciężkich narzędzi połączonych wężami z pojazdem. Umieszczenie narzędzia ratowniczego nad włazem i przymocowanie go do kadłuba zajęło bosmanowi pięć minut. W tym samym czasie porucznik umieścił takie same narzędzia nad zaworami złączy ratunkowych po lewej i prawej stronie włazu. Zawory miały im posłużyć do zalania wnętrza komory ewakuacyjnej i wypuszczenia uwięzionego tam powietrza, co pozwalało otworzyć właz zewnętrzny, przyjmując, że załoga okrętu nie będzie stawiała oporu. Ale wszystko miało się stać tak szybko, że nikt nie powinien zauważyć, iż ktoś obcy wdarł się na okręt. Narzędzie bosmana zostało zamontowane nad głównym złączem ratunkowym powyżej włazu i obróciło pierścień ryglujący do pozycji otwarcia w niecałe trzydzieści sekund.
    Drugie narzędzie znalazło się pod pierścieniem włazu i uniosło ciężki metal do góry, pokonując potężną siłę prądu wytwarzanego przez ruch okrętu. Kiedy właz się otworzył, porucznik opuścił nogi do komory ewakuacyjnej i odpiął swoją uprząż bezpieczeństwa od obu lin. Zanim zniknął w otworze włazu, klepnął bosmana na pożegnanie w stopę.
    Przykucnął w komorze ewakuacyjnej i sięgnął do góry, żeby pomóc zamknąć właz; czynność tę wykonały same siłowniki hydrauliczne. Obrócił koło ryglujące. Znajdował się już wewnątrz okrętu podwodnego, choć na razie tylko w ciemnej i zalanej wodą klitce. Kiedy szukał włącznika światła, bosman, który pozostał na zewnątrz, usunął z kadłuba trzy narzędzia ratownicze i dwa siłowniki hydrauliczne, załadował wszystko do pojazdu i odciął liny. Musiał się odłączyć od okrętu w ciągu najdalej dwóch minut i odpłynąć na bezpieczną odległość, zanim Leopard znów zejdzie głębiej, bowiem zgodnie z planem miał wrócić na kuter.
    Porucznik znalazł zawór odpływowy i otworzył go, żeby wypuścić wodę z komory ewakuacyjnej do zęzy daleko w dole. Drugi zawór służył do wpuszczania powietrza z okrętu. Woda opadła poniżej twarzy porucznika i oficer zdjął maskę. Kiedy zmalało ciśnienie, otworzył szeroko usta, żeby przeczyścić uszy. Po kolejnych trzydziestu sekundach komora była już prawie sucha. Porucznik obrócił koło ryglujące dolnego włazu i metalowe wypusty wysunęły się z pierścienia. Zebrał się w sobie i pociągnął właz, jasne światło płynące z wnętrza okrętu niemal go oślepiło. Mechanizm sprężynowy ułatwił mu podniesienie włazu do środka komory ewakuacyjnej. Poczuł na twarzy wilgotne, gorące powietrze, bo planując tę akcję, wybrano właz nad maszynownią. Hałas okrętu był głośniejszy, niż się spodziewał, turbiny wyły jak silniki odrzutowe. Sądził, że okręt podwodny jest cichy, a tymczasem omal nie ogłuchł. Przez chwilę stał w otwartym włazie na górnym szczeblu drabinki, potem zaczął po niej schodzić, myśląc o tym, czy ktoś już wie, że intruz wdarł się na okręt. Kiedy był na dole, usłyszał trzy charakterystyczne trzaski. Odwrócił się wolno i zobaczył trzy pistolety Beretta 9mm wycelowane w jego twarz. Wydawały się większe niż działa okrętowe.
    Podniósł ręce do góry i przedstawił się.
    – Porucznik Brett Oliver, Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych, tymczasowo przydzielony do Agencji Bezpieczeństwa Narodowego. Jestem tu na rozkaz wiceadmirała McKee, szefa Połączonego Dowództwa Podwodnego. Proszę o pozwolenie na wejście na pokład.
    Ciężka łapa mechanika spoczęła na jego karku. Mat zaciągnął go na środkowy poziom przedziału dziobowego do kajuty kapitana.

    Kapitan George Dixon zmierzył gniewnym spojrzeniem aresztowanego intruza, który siedział przy stole konferencyjnym w jego kajucie w pożyczonym, źle dopasowanym kombinezonie podwodniackim.
    – Muszę się upewnić, czy dobrze zrozumiałem, kim pan naprawdę jest, poruczniku – powiedział Dixon nieprzyjaznym tonem. – Wdziera się pan na mój okręt, a potem oświadcza mi, że cała moja sieć łączności jest rozpracowana, przestała być bezpieczna i nie mogę jej używać. A to oznacza, że nie mam kontaktu z dowództwem podwodnym. I ma pan dla mnie jakiś przenośny gadżet komputerowy, który umożliwi mi komunikowanie się z Narodowym Centrum Dowodzenia Wojskowego z ominięciem sieci łączności bojowej. Tyle że wiadomości będą przekazywane internetową pocztą elektroniczną.
    – Żeby można je było weryfikować tajnymi legalizatorami SAS, panie kapitanie – odrzekł Oliver. – Nie ma mowy, żeby ten system został kiedykolwiek rozpracowany. Te notebooki i SAS omijają system danych taktycznych naszej marynarki wojennej, do którego są teraz podłączeni Chińczycy i może Hindusi.
    – A może powinienem pana uznać za agenta działającego na rzecz któregoś z obcych państw i aresztować?
    – A może powinien pan skorzystać z pakietu SAS i sprawdzić autentyczność wiadomości e-mailowej?
    Dixon przygładził dwoma palcami nawoskowane wąsy. Miał metr osiemdziesiąt pięć wzrostu i ciemne włosy. Był młody jak na dowódcę okrętu podwodnego, ale służył kiedyś z Davidem Kane’em, który później awansował na admirała i ułatwił mu karierę. Podczas wojny japońskiej Dixon pływał najpierw jako młodszy oficer na okręcie podwodnym 6881, potem został nawigatorem na okręcie klasy Seawolf. W czasie wojny na Morzu Wschodniochińskim służył na innym 6881 jako XO, a w końcu mianowano go dowódcą Leoparda, okrętu podwodnego nowej klasy Virginia, który po testach morskich dostał pilne zadanie specjalne w zatoce Bo Hai. Wiodąc pełne napięcia życie podwodniaka, Dixon zdołał się jednak zakochać w piękności z Charleston, ożenił się z nią, zbudował dom i doczekał dwóch synów. Chłopcy odziedziczyli po matce jasne włosy i niebieskie oczy, po ojcu energię, zapał i umiejętność logicznego myślenia. Byli teraz z matką na drugiej półkuli i Dixon nie widział całej trójki od pół roku. W lewej kieszeni kombinezonu nosił stale złotą monetę, którą dostał od żony w pierwszą rocznicę ślubu. Kiedy nie był pewien, jak powinien postąpić, tak jak teraz, lubił ją wyjmować i czuć w dłoni jej ciężar.
    Podniósł słuchawkę telefonu.
    – Oficer pokładowy, przysłać do mojej kajuty nawigatora i łącznościowca. I oderwać od ćwiczeń w torpedowni oficera wykonawczego.
    Czekając na przybycie wezwanych, Dixon znów sprawdził wiadomość. Okręt pozostawał wciąż jeszcze na głębokości peryskopowej. Kołysał się na falach, podczas gdy daleko za horyzontem płynęła pierwsza chińska grupa bojowa, która opuściła Luszun, oddalając się z każdą minutą. Rozległo się pukanie do drzwi.
    – Wejść! – zawołał Dixon.
    – Nawigator i łącznościowiec meldują się, sir – oznajmił rudowłosy nawigator MacGregor. Szkot miał zawsze taki głos, jakby właśnie przełykał fusy z kawy. Mówił zazwyczaj tak szybko, że na jego poprzednim okręcie nazwano go „Nadajnik”.
    – Panowie, wydaję wam rozkaz wyjęcia z sejfu pakietu SAS osiem zero cztery echo trzy.
    – Tak jest, sir – odpowiedział MacGregor. – Mam obowiązek zapytać o powód.
    Dixon spojrzał na Olivera. Porucznik skinął głową. Kapitan wręczył Szkotowi notebook. MacGregor przeczytał e-mail z listem polecającym porucznika Olivera i popatrzył niepewnie na Dixona. Potem chwycił za ramię młodego chorążego Wilkinsa i ruszył wraz z nim do kajuty oficera wykonawczego. Kiedy kapitan czekał na ich powrót, weszła do kajuty XO Donna Phillips, szczupła brunetka średniego wzrostu. Miała na sobie przepocony strój do ćwiczeń, jej szyję otaczał ręcznik. Mięśnie jej barków i ramion były jeszcze napięte od podnoszenia ciężarków w torpedowni. O innej porze siedziałaby w nienagannie odprasowanym kombinezonie, pracując w swojej kajucie, gdzie panował wzorowy porządek. Strzygła się na pazia i, wyjąwszy porę ćwiczeń, była zawsze starannie uczesana, fryzura uwydatniała jej wystające kości policzkowe. Ciemne oczy spoglądały surowo. Dixon pływał z Phillips od dwóch lat i był z niej bardzo zadowolony, choć uważał, że trzyma załogę zbyt mocno w ryzach i mogłaby trochę ludziom pofolgować.
    – XO, przedstawiam ci porucznika Bretta Olivera, przydzielonego czasowo do NSA, a teraz do nas.
    – Powie mi pan, co się dzieje, kapitanie?
    Dixon wręczył jej notebook, żeby przeczytała o Oliverze. Uniosła brwi. MacGregor i Wilkins wrócili z foliowym pakietem. Wilkins niósł go tak, jakby to była bomba zegarowa.
    – Legalizator SAS osiem zero cztery echo trzy, sir. Proszę zweryfikować, czy to właściwy – powiedział.
    Dixon przyjrzał się zmrużonymi oczami nadrukowi na pakiecie.
    – Osiem zero cztery echo trzy. Pakiet właściwy – potwierdził. – Proszę otworzyć.
    Wilkins rozerwał folię i wyjął fiszkę z długim rzędem liter i cyfr.
    – Nawigator, zalegalizować wiadomość w komputerze – rozkazał Dixon.
    MacGregor przeniósł wzrok z kartki na e-mail i z powrotem.
    – Wiarygodność wiadomości sprawdzona, sir. E-mail jest autentyczny – oświadczył.
    Dixon skinął głową.
    – Zabrać pakiet SAS i zniszczyć pod kontrolą dwóch ludzi.
    Młodsi oficerowie opuścili kajutę. Kiedy zamknęli za sobą drzwi, mały komputer zaczął brzęczeć. Phillips spojrzała na ekran.
    – Jest drugi e-mail – powiedziała.
    – Popatrzymy – mruknął kapitan. Z anteny peryskopowej dotarła następna wiadomość wysłana przez Internet. – To też wymaga legalizacji.
    Otworzenie drugiego pakietu SAS zajęło kolejne kilka minut. Kiedy autentyczność nowej wiadomości została potwierdzona, Dixon podniósł wzrok na Phillips i Olivera. Dowódca okrętu nadal miał surową, bojową minę, ale pobladł na twarzy. Sięgnął wolno po słuchawkę telefonu i połączył się z oficerem pokładowym na stanowisku dowodzenia.
    – OOD, tu kapitan. Sprowadzić okręt w dół, zwiększyć szybkość do maksymalnej i zbliżyć się do chińskich sił nawodnych. Podgrzać wszystkie cztery torpedy Mark 58 Alert/Acute Mod Plasma. Przygotować wyrzutnie jeden i dwa i otworzyć wrota zewnętrzne. W odległości dziesięciu tysięcy metrów od najbliższego okrętu grupy bojowej zwolnić do dziesięciu węzłów, zmniejszyć obroty głównych pomp chłodziwa i zarządzić ciszę taktyczną. I przysłać nawigatora z powrotem do mojej kajuty.
    – O co chodzi, kapitanie? – zapytała Phillips.
    Dixon spojrzał na dwójkę oficerów.
    – Wygląda na to, że mamy wojnę.

    Lien Hua szedł w strumieniach siekącego deszczu betonowym nabrzeżem. Jego czarny mundur z nielicznymi wybranymi odznakami przemókł zupełnie. Nie było to miłe, ale przecież wiedział, że wkrótce się przebierze. Mokre ubranie przypominało mu o dzisiejszym ciężkim zadaniu. Dotarł do zapory bezpieczeństwa, gdzie stał samochód służbowy admirała. W środku siedziała żona Liena z córeczkami.
    – Cześć, dziewczynki – powiedział i uśmiechnął się mimo odczuwanego napięcia. – Co tu robicie? – Spojrzał na piękną twarz żony. Jej oczy poszukały jego oczu. Uśmiechnęła się do niego, wysiadła z samochodu i osłoniła głowę parasolką, która zatrzepotała głośno na wietrze. Objęła Liena, pocałowała mocno i przytuliła. Przysunęła wargi do jego ucha, sztorm prawie zagłuszył jej słowa.
    – Chciałam ci powiedzieć, że cię kocham. I żebyś na siebie uważał. I że przykro mi z powodu naszej kłótni.
    Lien Hua uśmiechnął się i pocałował żonę w policzek. Potem cofnął się, żeby spojrzeć jej w oczy, oczy księżniczki.
    – To była moja wina, najdroższa – odrzekł i rozejrzał się dokoła zmieszany. – Ja też cię kocham. Pozwól mi pożegnać się z dziewczynkami.
    Pochylił się nad ich oknem i pocałował dwie twarzyczki zroszone deszczem. Dotknął włosów córeczek i przyciągnął obie do siebie. Ich zapach przypominał mu dom, bezpieczeństwo i szczęście.
    – Tato, mama mówi, że idziesz na wojnę. Naprawdę?
    – Mama nie powinna mówić takich rzeczy – odrzekł i zerknął z rozbawieniem na żonę. – Wypływamy w morze na następne ćwiczenia. Niedługo wrócę do domu. A kiedy mnie nie będzie, musicie słuchać mamy.
    – Dobrze, tatusiu – odpowiedziały chórem.
    Dotknął palcami ich nosków i znów je przytulił.
    – Admirał Czu dał wam swój samochód służbowy? – To był pomysł jego żony.
    Lien skinął głową.
    – Dziękuję, że przyjechałaś, księżniczko, ale muszę iść.
    – Popatrzymy stąd, jak odpływasz. Bądź ostrożny, kochanie. Wróć do nas.
    Schylił się i pocałował ją, potem odwrócił się i odszedł nabrzeżem. Po drodze postawił kołnierz. Gdy zbliżył się do atomowego okrętu podwodnego szybkiego ataku, starł z twarzy szminkę żony.
    Okręt klasy Julang był zupełnie nową konstrukcją. Zaprojektowali go chińscy inżynierowie, zbudowali chińscy stoczniowcy. Powstał w bazie morskiej w Huludao na północy Bo Hai w czerwonych Chinach. Teraz stacjonował w bazie okrętów podwodnych w Cianggeczuang, gdzie żaden zachodni szpieg nie mógł odkryć jego tajemnic. Nawet w ten deszczowy mroczny dzień smukła, czarna sylwetka wyglądała pięknie. W wynurzeniu okręt był ledwo widoczny. Górną krzywiznę kadłuba w kształcie cygara omywały fale, ze śródokręcia wyrastał kiosk z pionową krawędzią czołową, zakrzywioną powierzchnią szczytową i zniżającą się ku rufie tylną częścią. Kadłub za kioskiem opadał łagodnie, z czarnej wody wystawał ster, jakby oderwany od reszty. Okręt nazywał się Nung Jatsu, co zachodni barbarzyńcy tłumaczyli jako Zęby Smoka. Nazwę wymyślił sam Lien Hua, kiedy okręt był jeszcze bezradnym stalowym szkieletem w odludnym suchym doku. Groźna nazwa symbolizowała przeznaczenie okrętu. Dziś miał opuścić swą bazę, wypłynąć daleko w morze i zatopić zęby w ciałach barbarzyńców.
    Kiedy Lien zbliżył się do trapu, wyszedł mu naprzeciw jego zastępca, Czou Ping. Ich ojcowie przyjaźnili się, służąc razem przed laty w rakietowych siłach strategicznych Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Ojciec Czou zmarł na rozedmę płuc. Na łożu śmierci poprosił przyjaciela o opiekę nad synem. Kiedy zmarł ojciec Liena, obowiązek przeszedł na niego. Lien początkowo uważał dotrzymanie tej obietnicy za jeszcze jedno z wielu zobowiązań wobec ojca, ale szybko dostrzegł zdolności młodszego kolegi i czuwał nad nim przez pięć tur morskich, aż w końcu Czou został jego pierwszym oficerem.
    – To dla mnie zaszczyt powitać was w ten deszczowy poranek, kapitanie Lien – powiedział Czou z głębokim ukłonem. Lien Hua też się ukłonił. Przez chwilę stał w milczeniu, krople deszczu spływały mu za kołnierz, czarny mundur sił podwodnych nasiąkał wodą.
    – Status naszego okrętu, komisarzu Czou?
    – Nung Jatsu jest gotowy do rejsu, kapitanie. Załadunek uzbrojenia przebiegł bez zakłóceń. W pięciu wyrzutniach są torpedy Dong Feng, w wyrzutni sześć broń specjalna Tsunami, pozostałe trzydzieści torped na stojakach. Reaktor czynny, para doprowadzona do maszynowni, okręt na własnym zasilaniu, przewody odłączone od lądowego źródła energii. Silniki główne pracują na biegu jałowym, moc z rezystorów pięć procent, silnik elektryczny przetestowany. Załoga na stanowiskach manewrowych. Urządzenia nawigacyjne wskazują prawidłową pozycję okrętu przy nabrzeżu, radio odebrało pozwolenie na wyjście w morze.
    – Bardzo dobrze, kolego pierwszy. Są jakieś problemy?
    – Żadnych, kapitanie.
    – Doskonale, komisarzu Czou. – Lien Hua spojrzał w niebo i deszcz zalał mu oczy. – Kiepski dzień dla marynarza, mój przyjacielu, ale ta pogoda zasłoni nas przed orbitującymi oczami barbarzyńców.
    – Podobno mamy szczęście, że dziś pada – odrzekł Czou. – Ale byłbym tak samo zadowolony ze słońca i łagodnej bryzy.
    Lien Hua roześmiał się i poklepał podwładnego po ramieniu.
    – Przygotujcie się do manewru – rozkazał.
    Rozejrzał się po raz ostatni po bazie okrętów podwodnych i wszedł na trap. Postawił stopę na gumowej powłoce kadłuba i mocne światło z wnętrza okrętu rozjaśniło mrok ponurego dnia. To będzie dobry rejs, pomyślał Lien, schodząc po drabince ze stali nierdzewnej na płyty pokładu poniżej.
    Dziesięć minut później Nung Jatsu odcumował i wypłynął na głęboki farwater. Lien Hua stał na wieżyczce manewrowej kiosku i ledwo mógł dostrzec samochód służbowy admirała z jego żoną i dziećmi w środku. Za dziesięć dwunasta okręt skręcił przy boi numer dwa i rodzina Liena zniknęła za rufą.
    – Kolego pierwszy, schodzę na dół – oznajmił Lien.
    Pół godziny później okręt się zanurzył, silniki przyspieszyły do maksymalnych obrotów i Nung Jatsu popłynął ku pierwszej grupie bojowej lotniskowca. Miał ją wprzedzić przed Morzem Wschodniochińskim i chronić przed wrogimi okrętami podwodnymi. A zanim grupa bojowa dotrze pod jego eskortą na pozycje ogniowe, miał nawiązać walkę z przeciwnikiem i zwyciężyć.

6

    Michael Pacino wysiadł z samochodu służbowego, który przywiózł go z Pentagonu do strefy bezpieczeństwa wokół suchych doków w Stoczni Marynarki Wojennej w Newport News. Wciąż głowił się nad tym, dlaczego projekt, nad którym ma pracować na prośbę Pattona, jest taki pilny. Co się dzieje, że Patton porwał go z żaglówki? I dlaczego potrzebuje właśnie jego, skoro ma tutaj tuziny inżynierów z dyplomami Instytutu Technologicznego Massachusetts?
    Nie otrzymał odpowiedzi na te pytania w gabinecie szefa operacji morskich. Może tutaj coś się wyjaśni? – pomyślał. Patton poprosił go, żeby objął stanowisko dyrektora programu przebudowy SSNX-a. Okręt miał dysponować taką mocą, żeby mógł uciec przed najszybszymi torpedami, jakimi dysponowały floty wojenne świata.
    – To niemożliwe – odpowiedział Pattonowi Pacino. – Żądasz ode mnie, żeby autobus Greyhounda był szybszy od motocykla. Tego się nie da zrobić.
    Patton uśmiechnął się.
    – Dałoby się, gdybyś przymocował do autobusu kilka rakiet, Patch – zażartował.
    Pacino obiecał, że spróbuje, ale nie bardzo wierzył w sukces. Zanim wyszedł, Patton zapytał go, czy mógłby również pokierować programem konstrukcyjnym nowej, tajnej broni. Chodziło o torpedę Tigershark. Jak dotąd, zawodziła.
    – To coś w rodzaju projektu Snarc, okrętu podwodnego, w którym zastosowaliśmy procesor węglowy. Nie wiedziałeś, że to zrobiliśmy, prawda?
    Przez następne kilka minut Patton udzielał Pacinowi niezbędnych wyjaśnień, w końcu oznajmił:
    – Projekt Tigershark jest trudniejszy. Próbowaliśmy zastosować w tej torpedzie procesor węglowy, ale to cholerstwo stale atakowało własny okręt. A komputery węglowe nie akceptują blokad ani zaprogramowanych instrukcji. Ta torpeda to zabójca, ale dopóki nie zapewnimy bezpieczeństwa wystrzeliwującemu okrętowi, jest do niczego.
    Pacino zgodził się pokierować również programem Tigershark. Spędził wieczór nad planami przebudowy okrętu podwodnego SSNX i poznawał szczegóły obu projektów, dopóki nie zaczęło mu się kręcić w głowie od nowej wiedzy. Wiele godzin później, długo już po północy, stał na betonowym pomoście suchego doku numer dwa w Stoczni Marynarki Wojennej w Newport News i patrzył w górę na oświetlony kadłub okrętu podwodnego spoczywającego wysoko nad jego głową. Okręt był piękny i Pacino poczuł nagle smutek, że już nigdy nie wypłynie w morze. Ale postanowił dać załodze tego okrętu taki system bojowy, żeby mogła wypełniać swoje zadania i wracać do domu żywa.
    Ów okręt był najpotężniejszą podwodną jednostką bojową, jaką kiedykolwiek skonstruowano, dopóki nie przepołowiły go torpedy z głowicami plazmowymi wystrzelone z ukraińskiego okrętu podwodnego czekającego w zasadzce. Podczas ataku zginęła większość załogi. Nad miejscem zatonięcia zebrały się jednostki ratownictwa morskiego, wydobyły wrak i przyholowały do stoczni. Niewiele części okrętu z wyjątkiem kadłuba nadawało się do ponownego wykorzystania. Ale ponieważ budowa kadłuba okrętu podwodnego jest droga i czasochłonna, stocznia w Newport News i dział elektryczności firmy DynaCorp zaczęły konstruować zupełnie nowy okręt podwodny na reanimowanym kadłubie. Nawet płyty pokładów poszły na złom. Kadłub naprawiono i pospawano, wycięto zniszczone śródokręcie i sprowadzono z Groton nowy moduł.
    Wnętrzności mechaniczne – silnik elektryczny, główne silniki napędowe, turbiny zasilające, generatory pary i reaktor – usunięto przez dziury w kadłubie. Nowe mechanizmy przypłynęły z Groton. Zabrano je z tamtejszej linii montażowej, na której powstawały nowe okręty podwodne klasy Virginia. W pomieszczeniach części dziobowej zainstalowano nowe płyty pokładów, z Groton ściągnięto nowe konsole bojowe, wewnątrz okrętu poprowadzono nowe przewody elektryczne i rury. Przyspawano nowy kiosk i wstawiono nowe maszty. Po dwunastu miesiącach bezkształtny, zardzewiały wrak przeistoczył się w jednostkę pływającą gotową do ceremonii zwodowania.
    Miesiąc później okręt mógłby być gotowy, uzbrojony i przekazany flocie. Ale rozkaz szefa operacji morskich, że SSNX ma być szybszy od nieprzyjacielskich torped, zahamował dalsze prace. Okręt czekał bezradnie w suchym doku, aż Pacino wymyśli sposób, jak zrobić z niego jednostkę torpedoodporną.
    Również sprawa uzbrojenia SSNX-a utknęła w martwym punkcie. Projekt Tigershark miał wiele fatalnych wad. Niemal wszystkie wystrzelenia testowe kończyły się katastrofą. Większość zabójczych tigersharków naprowadzała się uparcie na własny okręt, zamiast na przeciwnika, tylko dwie torpedy dotarły do bezzałogowego celu. Tigersharki nadawały się jedynie do odpalania z samolotów, program należało uznać za całkowicie nieudany. Wyglądało na to, że nie ma sposobu nauczenia procesorów węglowych, że zanurzony obiekt za nimi to nie wróg, lecz ich macierzysty okręt podwodny, gdyż w przeciwieństwie do swoich krzemowych kuzynów nie mogły mieć zaprogramowanych blokad bezpieczeństwa. Jak dotąd, nikt nie potrafił powtórzyć sukcesu procesora węglowego Snarca w torpedach Tigershark. Powodem musi być brak miejsca, pomyślał Pacino. Mózg Snarca zajmował większą część pokładu w przedziale dziobowym. Tymczasem w tigersharku przestrzeń dla mózgu torpedy ograniczała się do trzydziestu centymetrów sześciennych.
    Ale gdyby Pacino rozwiązał problem, SSNX z systemem Tigershark nie tylko powróciłby do roli najpotężniejszego okrętu podwodnego świata, lecz byłby lepszy niż przedtem. Skrót SSN oznaczał atomowy okręt podwodny, litera X – eksperymentalny. Okręt nazwano początkowo SSNX, gdyż był prototypem nowej klasy okrętów podwodnych, której w końcu nadano nazwę Virginia. Pacino wniósł swój wkład w projektowanie SSNX-a. Dzięki niemu powstał okręt, który stanowił rozwiązanie wszystkich problemów, z jakimi on sam zetknął się podczas siedemnastu lat podwodnej służby.
    Pacino wspiął się po schodach ustawionych obok części rufowej, wyciągnął rękę i dotknął kadłuba oświetlonego mocnymi reflektorami. Chłodny metal miał zieloną barwę podkładowej nieorganicznej farby cynkowej. Okręt nosił zimną, bezosobową nazwę programu, SSNX, dopóki nie wypełniono ostatniej woli umierającego admirała Doncheza i admirał O’Shaughnessy nie ochrzcił go imieniem słynnego amerykańskiego okrętu podwodnego Devilfish. Tak nazywał się przed laty pierwszy okręt klasy Pirania dowodzony przez Pacina, który zatonął pod polarną powłoką lodową, gdy rosyjski admirał Nowskoj wystrzelił torpedę z głowicą nuklearną i zatopił Devilfisha, ale również jego własny okręt klasy Omega.
    Po tamtym wydarzeniu Pacino odszedł z marynarki. Ale pewnego dnia admirał Donchez zawiadomił go, że okręt jego najlepszego przyjaciela wpadł w ręce czerwonych Chińczyków. Zanim Pacino się obejrzał, stał w sterowni Seawolfa sto metrów od chińskiego nabrzeża i kiedy wystrzelił pierwszy pocisk manewrujący, przestał myśleć o Devilfishu, przynajmniej do czasu, kiedy otrzymał naramienniki admirała i stanowisko dowódcy floty. Czerwoni zapanowali na Morzu Wschodniochińskim. Flotylla ich okrętów podwodnych posłała na dno amerykańskie jednostki pływające o łącznej wyporności miliona ton. Donchez nalegał, żeby SSNX-a nazwać Devilfish. Może to nie zaawansowane systemy sonarowe i siła ognia okrętu wygrały tamtą wojnę, pomyślał Pacino. Może to jego nazwa…
    Teraz reanimowany okręt stał w suchym doku i znów nazywał się tylko SSNX. Zgodnie z tradycją marynarki wojennej okręt wydobyty z dna powinien być przechrzczony, żeby dawna, pechowa nazwa nie miała wpływu na jego dalszy los. Należało też polać pokład moczem dziewicy, ale tego zwyczaju z reguły nie przestrzegano. Pacino wiedział, jak nazwałby okręt, gdyby był admirałem dowodzącym siłami podwodnymi. Jeśli znów dano by mu jego dawne stanowisko, rozbiłby butelkę szampana o dziób okrętu, ochrzcił go USS Devilfish i miałby gdzieś marynarskie przesądy. Ale tylko on tak to widział i na trapie nadal widniał napis SSNX-1.
    Pacino zerknął na swój porysowany zegarek Rolex Submariner. Minęła pierwsza nad ranem, był już wtorek. Doszedł do wniosku, że czas wracać do domu, dziś w nocy nie wymyślę, co zrobić z zawodnymi torpedami Tigershark i jak zwiększyć szybkość okrętu, powiedział sobie. Przejechał długą drogę do Sandbridge, miejscowości położonej na południe od Virginia Beach i wspiął się po schodach do drzwi swej nadmorskiej siedziby. Nie cierpiał pustki tego domu, ale wolał to niż bezosobowy pokój w hotelu niedaleko stoczni. Tutaj miał pamiątki po synu, Anthonym Michaelu. Żona Pacina, Colleen, przebywała w Waszyngtonie i do czasu gdy będzie mogła powrócić do Wirginii, mieszkała w domu w Annapolis.
    Położył głowę na poduszce i spróbował zasnąć. Wrócił myślami do swojego jedynego dziecka. Anthony Michael miał być teraz w Kalifornii na wyższym kursie pilotażu w eskadrze myśliwskiej i odbywać loty treningowe z pilotami, których uwielbiał. Pacino tęsknił za synem. Nie widzieli się od miesięcy.
    Zaczynał zasypiać, gdy na nocnym stoliku zadzwonił telefon. Pacino usiadł na łóżku i włączył monitor. Zobaczył surową minę swojej byłej żony, Janice Hillary Lakeland, matki Anthony’ego Michaela. Dwadzieścia lat temu była piękną kobietą, ale teraz wyglądała tak, jakby cała jej zewnętrzna gorycz wyciekała z niej przez skórę.
    – Cześć, Janice – powiedział powoli Pacino.
    Jej twarz przypomina chmurę gradową, pomyślał. Jak zwykle. Ciekawe, o co tym razem zrobi awanturę.
    – Cześć, Mike – odparła.
    To „Mike” zirytowało go natychmiast. Kiedy byli małżeństwem, zawsze mówiła do niego „Michael”. Pięć lat po rozwodzie zaczęła nagle używać zdrobnienia, choć wiedziała, że Pacino go nie cierpi. Ale w jej ustach obie formy brzmiały pejoratywnie, jakby mówiła „palant”.
    – Widzę, że w końcu przekonałeś Anthony’ego Michaela, żeby poszedł w ślady swojego ojca – powiedziała. Kłócili się o to od lat, od momentu kiedy Tony postanowił pójść do Akademii Marynarki Wojennej.
    – Czym mogę ci służyć, Janice? – zapytał Pacino apatycznym tonem.
    – Chcę, żebyś zabrał Anthony’ego Michaela z atomowego okrętu podwodnego.
    – Słucham?! – Pacino był zaskoczony. – O czym ty, do diabła, mówisz? Anthony jest na kursie pilotów myśliwskich pod San Diego. W tej chwili pewnie włóczy się z kumplami po nadmorskich knajpach.
    – Dlaczego mnie okłamujesz, Michael? – Kiedy była naprawdę wściekła, wracała do jego pełnego imienia, ale ono także brzmiało jak epitet. – Tuż przed wyjazdem na kurs przysłał mi e-mail. Jest na okręcie podwodnym Pirania w jakiejś niebezpiecznej misji. Kiedy wpadł na ten idiotyczny pomysł, żeby pójść do Akademii Marynarki Wojennej, mówiłam ci, że nie chcę, żeby pływał na okrętach podwodnych. Obiecałeś mi, że zostanie inżynierem i będzie pracował gdzieś w bezpiecznym suchym doku.
    Pacino odzyskał zimną krew.
    – Sprawdzę to – obiecał. Mimo napastliwości matki Anthony’ego zgadzał się z nią. Nie chciał, żeby jego syn pływał na atomowym okręcie podwodnym.
    – I nic nie zrobisz, jak zwykle – zadrwiła. – Ten jego podziw dla ojca bohatera kiedyś doprowadzi do jego śmierci. I co wtedy? – Jej oczy wypełniły się łzami. – Dla ciebie to nic, wypłynąć w morze, pójść z okrętem na dno i nigdy nie wrócić. – W ten sposób podsumowała serię kłótni, które doprowadziły do tego, że odeszła, pomyślał ponuro Pacino. – Ale to moje dziecko! Jest wszystkim, co mam.
    Pacino chciał się wyłączyć, ale wiedział, że jego syn kocha matkę i kiedyś go osądzi za to, jak on ją traktował. Wziął głęboki oddech.
    – Daj mi numer, pod którym będę cię mógł złapać za pół godziny – powiedział i spojrzał prosto w kamerę wideotelefonu.
    Janice wyrecytowała numer swojego domu w Palm Beach. Pacino obiecał, że się do niej odezwie.
    Zadzwonił do Pentagonu, omijając centralę telefoniczną obsługiwaną przez ochronę. Dochodziła druga nad ranem, więc musiałby się zadowolić zostawieniem wiadomości dla Pattona, bo ten wprawdzie stale urzędował do późna w nocy, ale o tej porze odpowiedziano by, że admirał jest w domu. Wyświetlacz pokazał go, Patton siedział za biurkiem z podwiniętymi rękawami, w krawacie „do pół masztu”. Na nosie miał okulary do czytania. Zapytał o SSNX-a i projekt Tigershark, ale Pacino uniósł dłoń.
    – Próbuję ustalić, gdzie się ostatnio podziewa mój syn. Mógłbyś to sprawdzić?
    – Jasne. – Patton poprawił okulary i przejrzał na ekranie dotykowym kilka paneli oprogramowania, po czym podniósł wzrok. – Jest na Piranii na jakichś ćwiczeniach floty. Mam tu meldunek od komandora Catardiego. Twój chłopak od razu zrobił wielkie wrażenie. Ruszył w rejs pełną wstecz i maksymalną naprzód, jak kiedyś jego stary.
    Pacino zesztywniał, w ciągu kilku sekund doznał trzech kolejnych wstrząsów: Janice miała rację, mały Robby Catardi awansował na dowódcę okrętu podwodnego, ktoś noszący mundur miał coś dobrego do powiedzenia o jego synu.
    Po tylu problemach Anthony’ego w Akademii Marynarki Wojennej, pomyślał Pacino. Jedno wykroczenie za drugim, aż w końcu zagrozili, że go wywalą. A teraz ma zaszczyt służyć na bojowym okręcie podwodnym pod rozkazami faceta, którego sam wyszkoliłem. Nie ma mowy, żebym mógł poprosić Pattona o ewakuowanie chłopaka tylko dlatego, że Janice panikuje. To ćwiczenia w czasie pokoju. Tylko co ja jej powiem, do cholery?
    Podziękował Pattonowi i zadzwonił do Palm Beach.
    – Przepraszam, Janice – powiedział, patrząc na jej wściekłą minę. – Miałaś rację. Anthony przez kilka tygodni będzie na morzu, ale zapewniam cię, że nic mu nie grozi. Jest na ćwiczeniach na Atlantyku.
    – O Stingrayu twojego ojca też tak mówili.
    Pacino przypomniał sobie, że nigdy nie powiedział Janice prawdy. Stingray nie poszedł na dno w pobliżu Azorów, lecz zatonął pod lodem. Pacino nie wyjawił też żonie, co się stało z Devilfishem.
    – Wszystko będzie dobrze. Wróci za miesiąc. Osobiście ci to gwarantuję.
    Pacino wyłączył się i poszedł spać. Zasnął, ale dręczyły go koszmary.
    W jednym z nich kościotrup na harleyu ścigał autobus Greyhounda. Upiorny motocyklista wymachiwał maczugą. Kiedy był już blisko, autobus wysunął i odpalił kilka rakiet, po czym zniknął w kłębach dymu za horyzontem.
    Pacino usiadł w łóżku i zaczął gryzmolić na bloczku do notatek. Pół godziny później miał już gotowy szkic systemu obrony przeciwtorpedowej.
    Potem zamknął oczy, zasnął i spał lepiej niż kiedykolwiek w ciągu ostatniego roku.

    Admirał John Patton spacerował po gabinecie szefa operacji morskich i zastanawiał się, jakim cudem aspirant trafił na okręt mający prowadzić działania wojenne. Ale znał odpowiedź – to był skutek jego własnego rozkazu, żeby nikomu nie zmieniać nagle przydziału z powodu mobilizacji. Każdy ruch floty obserwowali szpiedzy, którzy mogliby się zorientować, że okręt podwodny wychodzący w morze wyrusza na patrol bojowy, skoro nagle, w ostatniej chwili, wszyscy aspiranci zostali skreśleni z listy członków załogi. Pozostawienie wcześniejszych przydziałów bez zmian było ważne dla bezpieczeństwa operacji, ale Patton miał teraz problem – syn Patcha Pacino płynął na okręcie, który dostał rozkaz zaatakowania Snarca, a potem powinien walczyć na Oceanie Indyjskim. Patton musiał zorganizować potajemną ewakuację chłopaka – był to winien starszemu Pacino – w taki sposób, by nie utrudnić Piranii wykonania jej zadań. Ale jak miał to zrobić?

7

    Nocne podchodzenie do lądowania nad wybrzeżem Tajlandii mogło dostarczyć zapierających dech wrażeń. Światła miast i wsi w dole wyglądały jak gwiazdy. Ponaddźwiękowy falcon usiadł miękko na asfaltowej płycie międzynarodowego portu lotniczego w Bangkoku i podkolował w pobliże budynku terminalu. Pasażerowie pozostali w samolocie; po chwili na pokładzie zjawiła się agentka celna – piękna, młoda Tajka. Zadała uprzejmym tonem kilka pytań i powitała ich w kraju, po czym obaj pasażerowie – mężczyźni w eleganckich garniturach, jeden tęgi, drugi wysoki i szczupły – wyszli z odrzutowca. Otoczyło ich duszne, letnie powietrze. Ich asystent, wielki Taj o imieniu Amorn, ubrany w szyty na miarę garnitur, wziął bagaż, zaprowadził mężczyzn do rolls-royce’a i zawiózł do miasta. Szerokie ulice były puste, ale za kilka godzin miały się potworzyć korki. Rolls przystanął przed wejściem do hotelu Oriental. Amorn otworzył drzwi. Poszli przez hol przeładowany ozdobami do prywatnej windy, która zawiozła ich do luksusowego apartamentu położonego na szczycie budynku. Obaj mężczyźni rozeszli się w milczeniu do swoich sypialni.
    Gość, który zajął pokój zachodni, wziął ciepły prysznic, żeby odświeżyć się po spacerze z falcona. Woda spływała po jego gęstych, ciemnych włosach przyprószonych siwizną, krótko przyciętej, ciemnej, gęstej brodzie i szczupłym, muskularnym ciele. Miał sześćdziesiąt trzy lata i jeszcze nigdy nie był w tak dobrej formie. Częściowo zawdzięczał to trzynastoletniemu pobytowi w syberyjskim więzieniu, gdzie pozwolono mu na intensywne i systematyczne ćwiczenia fizyczne. Zakręcił wodę, zerknął w lustro i zdumiał się na widok młodej twarzy, którą tam zobaczył. Operacja plastyczna miała zmienić jego tożsamość, ale również odjęła mu lat. Zapadłe policzki wypełniły się, ospowata cera wygładziła, obwisły podbródek powrócił do kształtu sprzed trzydziestu lat. Pożółkłe, krzywe zęby były teraz białe i równe, zwiotczała skóra na szyi w miarę jędrna, linia szczęki prosta. Posiwiały admirał, osadzony w więzieniu za zbrodnie wojenne, przeistoczył się w bogatego arystokratę. Aleksiej Nowskoj umarł. Mężczyzna w lustrze nazywał się Victor Krivak. Uśmiechnął się. Lubił dźwięk swego nowego nazwiska. Pasowało do nowej twarzy.
    Włożył garnitur tropikalny przygotowany przez Amorna i przeszedł do salonu, gdzie czekał już na niego towarzysz podróży. Drugi mężczyzna był o kilka centymetrów niższy i pięć lat młodszy od niego, lecz wyglądał starzej. Kiedyś nosił imię Rafael, ale teraz znano go jako Sergia. Był niezwykle zdolnym prezesem firmy konsultingowej. Wydobył Nowskoja – a raczej Krivaka – z syberyjskiego więzienia i wciągnął do interesu. Miał wydatny tors, masywną szyję, potężne ręce i nogi. Większość jego dużej twarzy o grubych rysach zasłaniała siwa broda. Bystre oczy rozglądały się czujnie po pokoju. Podczas operacji plastycznej poprawiono mu nos, zmniejszono uszy i odessano większość tłuszczu, ale laser nie mógł zmienić masywnej struktury kostnej.
    – Jeszcze mi nie powiedziałeś, jak zdobyłeś kody amerykańskiej marynarki wojennej – powiedział Sergio, gdy usiedli na tarasie.
    – To było łatwiejsze, niż się spodziewałem – odrzekł cicho Krivak. – Znalazłem architekta sieci z DynaCorp, który miał pecha, że się ożenił i spłodził troje dzieci. Zadziwiające, czego potrafi dokonać człowiek, kiedy widzi pistolet kaliber 9 przy głowie swojego pierworodnego. Kazałem mu przynieść kody do domu. Dostarczył mi starą wersję. Kosztowało go to życie psa. Druga wersja miała wirusy. Kosztowało go to życie żony. Za trzecim razem wersja była aktualna, ale układ logiczny w systemie – ten, który zaalarmowałby nas o zmianach lub modyfikacjach zabezpieczeń – został nieprawidłowo zainstalowany.
    Sergio machnął ręką.
    – Wystarczy. Domyślam się, że po kilku próbach wszystko poszło dobrze.
    – Obawiałem się, że zabraknie nam dzieci, ale udało się. Następnego dnia do domu weszła policja i znalazła ofiary mordercy samobójcy. Czasem tym typom od komputerów odbija i rozwalają swoje rodziny, a potem siebie – zadrwił Krivak.
    Po kolacji sprowadzono prostytutki. Dziewczyna dla Krivaka miała najwyżej czternaście lat, może mniej. Przygotowała kąpiel w łazience, zabrała go tam i wciągnęła do wanny. Siedział tyłem do dziewczyny, a ona masowała mu mięśnie pleców. Zamknął oczy i ogarnęła go senność, wiedział, że ten relaks potrwa ponad godzinę. W chwilach między jawą i snem zawsze widział różne rzeczy. Zazwyczaj obrazy pojawiały się szybko, ale tej nocy napływały powoli, niektóre zamazane i zamglone, inne bardzo wyraźne. Były to obrazy z czasów, kiedy jeszcze nazywał się Nowskoj. Zobaczył swoje dzieciństwo w Moskwie i pokryty baretkami mundur ojca, marszałka Armii Czerwonej, wiszący w sypialni. Powrócił do dnia, w którym ukończył Wyższą Szkołę Morską Nawigacji Podwodnej imienia marszałka Greczki. Do zimnego dnia, kiedy zameldował się na pokładzie swojego pierwszego okrętu podwodnego klasy Victor. Do dnia, gdy wpłynął okrętem podwodnym klasy Akuła – pierwszym, jakim dowodził – pod polarną powłokę lodową. Zobaczył admiralskie epolety na swoim mundurze, kiedy został dowódcą Floty Północnej Republiki Rosyjskiej. Potem straszne dni, gdy rozbrajano rodinę, wyładowywano broń nuklearną z jego okrętów i przewożono ją do magazynów Narodów Zjednoczonych.
    Zobaczył też masywny kadłub atomowego okrętu podwodnego Kaliningrad, który sam zaprojektował – największej i najgroźniejszej bojowej jednostki podwodnej na świecie. Potem mroźną noc, kiedy patrzył, jak flota podwodna wypływa na akcję, którą zaplanował, żeby naprawić błąd, jakim było rozbrojenie Rosji. Poczuł zapachy Kaliningradu, jak wtedy gdy wszedł do wnętrza kadłuba, by wyruszyć w rejs pod polarną powłokę lodową, gdzie okręt miał być platformą dowodzenia misją zemsty. Osiemdziesiąt pocisków manewrujących SS-N-X-27 zdetonowałoby głowice nuklearne o sile wybuchu dwóch megaton nad osiemdziesięcioma celami na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Ameryce wyrwano by zęby i oba kraje mogłyby koegzystować w pokoju. Rosja wyciągnęłaby rękę do Amerykanów i pomogłaby im w odbudowie. W wyniku tej krótkiej, „chirurgicznej” wojny oba narody mogłyby nawet zostać przyjaciółmi i sojusznikami. Historia ukształtowałaby się inaczej i świat byłby lepszy.
    Ale Amerykanie okazali się bardziej przebiegli i niebezpieczni, niż podejrzewał. Kiedy nadawał do swoich okrętów zakodowany rozkaz wejścia do akcji, jego ukochany Kaliningrad został zaatakowany przez amerykański okręt podwodny, który wysłano potajemnie pod powłokę lodową, żeby go zatopił. Amerykański kapitan znał się na rzeczy, jego torpedy trafiły w cel, eksplodowały i sterownię Kaliningradu zalała czarna, lodowata woda Arktyki. Nowskoja pocieszało tylko to, że wymiana ognia musiała być fatalna w skutkach również dla Amerykanów. Miał zdrętwiałe ciało, doznał szoku, gdy lampy zgasły, stracił przytomność.
    Zapewne ewakuowano go ze sterowni w kapsule ratunkowej, bo kiedy otworzył oczy, był w zimnym schronie arktycznym w otoczeniu amerykańskich rozbitków. Dowodził nimi wychudzony, czarnowłosy fanatyk, który złapał go za kołnierz, poderwał do góry i chciał uderzyć, ale zmienił zamiar i zostawił go w spokoju. Miał naszywkę z nazwiskiem Pacino. Nowskoj zapamiętał tylko jego twarz, nazwisko, nienawiść, jaką czuł do tego Amerykanina. Ale było za późno na zemstę. Generator dieslowski przestał działać, zrobiło się zimno i po raz drugi świat odpłynął w ciemność.
    Nowskoj obudził się w szpitalu. Ledwo doszedł do siebie, został przesłuchany i uznany za zbrodniarza wojennego. Założono mu kajdanki na ręce i nogi i wyprowadzono do transportowca, którym odleciał do Rosji. Miał czterdzieści dziewięć lat i był osłabiony po katastrofie pod powłoką lodową, nie wytrzymałby długo w izbie tortur syberyjskiego więzienia. Ale nie torturowano go w ogóle. Bez procesu sądowego trafił do dużej, ciepłej, pojedynczej celi z widokiem na syberyjskie sosnowe lasy. Miał książki. Pozwolono mu ćwiczyć. Po trzynastu latach drzwi jego celi otwarły się i wszedł obcy, wielki mężczyzna, który przedstawił mu się tylko imieniem Rafael. Zapłacił okup i zabrał go.
    Nowskoj najpierw przeszedł metamorfozę z rosyjskiego admirała w zbrodniarza wojennego za kratkami, a potem z więźnia w konsultanta wojskowego. Rafael wprowadził go do firmy da Vinci Consulting, która postawiła sobie ambitne zadanie zatopienia tankowców wypływających z terminali naftowych w Arabii Saudyjskiej. Operacja przyniosłaby ogromne korzyści dyktatorowi Hinduskiej Republiki Indii, Nipunowi, ale ten zażądał czegoś w rodzaju próby generalnej, pokazu dowodzącego, że jego kontrahenci będą rzeczywiście umieli podołać takiemu zadaniu. Nowskoj wpadł na pomysł, żeby w tym celu zaatakować statek pasażerski wyczarterowany przez amerykańską marynarkę wojenną, który miał wypłynąć z Norfolk w eskorcie ciężkich okrętów wojennych. Gdyby udało się zatopić statek pod taką ochroną, dawałoby to gwarancję, że poradzą sobie również z nieuzbrojonymi tankowcami w Zatoce Omańskiej. Nipun się zgodził, ale jak na ironię metody zaplanowane do użycia na Bliskim Wschodzie nie sprawdziłyby się przeciwko Amerykanom. Nowskoj i Rafael musieli jakoś posłać na dno statek eskortowany przez niezwyciężoną flotę Stanów Zjednoczonych i wpadli w czarną rozpacz, kiedy zdali sobie sprawę, że zadanie jest niewykonalne. Nowskoj wykorzystał swoją przeszłość w marynarce wojennej i wezwał z Siewierodwińska ukraiński supernowoczesny atomowy okręt podwodny. Akcja się powiodła i Indie zapłaciły. Nowskoj przeprowadził operację zatopienia saudyjskich tankowców, zarobił dla da Vinci miliardy dolarów i Rafael awansował go na pełnoprawnego wspólnika. Nowskoj znów przeistoczył się w kogoś innego – świetny konsultant wojskowy stał się niewyobrażalnie bogatym biznesmenem, który mógłby sobie kupić karaibską wyspę i wycofać się z interesu.
    Dopiero później dowiedział się, że jednym z uratowanych pasażerów zatopionego statku amerykańskiego jest ten sam człowiek, który groził mu pobiciem w arktycznym schronie, kapitan okrętu podwodnego, który posłał na dno Kaliningrad, facet awansowany na admirała dowodzącego Marynarką Wojenną Stanów Zjednoczonych, skurwiel nazwiskiem Pacino. Nowskojowi na moment pociemniało w oczach, gdy przeczytał, że ten facet będzie żył. Zaczął snuć marzenia, że zakradnie się do szpitala i udusi drania. Amerykanin wyglądał teraz dużo starzej, były admirał miał zapadłą twarz pacjenta oddziału psychiatrycznego. Nowskoj wciąż bawił się myślą, że go wytropi i zabije, ale od czasu operacji saudyjskiej był stale zajęty interesami.
    On i jego wspólnik otrzymali od Indii miliardy dolarów, ale Rafael obawiał się zemsty Amerykanów za zatopienie statku pasażerskiego. Przelał pieniądze na konta numerowe, potem pozbył się dyrektorów da Vinci Maritime – wszyscy zginęli w zaaranżowanych wypadkach. Po zlikwidowaniu całego zarządu firmy Rafael postanowił upozorować śmierć swoją i Nowskoja. Zapłacił astronomiczną sumę dwóm mężczyznom, którzy zgodzili się poddać operacji plastycznej i upodobnić do obu wspólników. Kiedy roztrzaskał się pierwszy falcon, on i Nowskoj zmienili nazwiska. Aleksiej Nowskoj odszedł na zawsze i jego miejsce zajął Victor Krivak. Rafael stał się po prostu Sergiem.
    Sergio czy Rafael pozostawał dla Krivaka tajemnicą. Z pochodzenia był Amerykaninem, ale całe życie mieszkał w Europie i rozbudowywał swoją korporację, dopóki nie stała się światowym koncernem morskim i organizacją konsultingową specjalizującą się w zbieraniu informacji środkami elektronicznymi. Krivak zdawał sobie sprawę, że jest wiele rzeczy, których powinien się dowiedzieć o swoim znakomitym wspólniku, ale był cierpliwym człowiekiem.
    Obaj zeszli głęboko do podziemia i wymykali się Interpolowi i FBI. Teraz, kiedy po ich rzekomej śmierci poszukiwania ustały, Sergio poczuł się na tyle pewnie, że założył nową organizację konsultingową. Firmę nazwali United Electrics, żeby nazwa retro nie wzbudzała zainteresowania. Zatrudnili spory sztab zdolnych elektroników, którzy zostali uzbrojeni w kody dostępu i spenetrowali dogłębnie systemy dowodzenia. Wkrótce amerykańska marynarka wojenna została ubezwłasnowolniona. Krivak mógł kierować jej okrętami jak zabawkami.
    Żałował, że czegoś takiego nie skonstruowano piętnaście lat wcześniej, ale z drugiej Strony Amerykanie dopiero niedawno zaczęli opierać się w tak wielkim stopniu na cyfrowym systemie dowodzenia. Krivak próbował sobie wmówić, że dokonawszy operacji penetracyjnej, zemścił się za zatopienie Kaliningradu, ale wiedział, że to mu nie wystarczy. Chciał zobaczyć twarz Pacina w momencie, kiedy będzie wyciskał życie z tego skurwiela, który zniweczył jego marzenia.
    Dziewczyna skończyła masaż w wannie i wytarła go. Położyli się na atłasowej pościeli i nakryła Krivaka swoim jedwabistym ciałem. Zamknął oczy, czuł ją na sobie i rozkoszował się nią, a kiedy skończył, zepchnął ją z łóżka i odprawił. Zostawszy sam, wrócił do świata między jawą i snem. Stał na betonowym nabrzeżu, wiał wiatr, śnieg padał na jego wysokie buty, admiralskie epolety i postawiony futrzany kołnierz. Patrzył na zapierające dech piękno okrętu podwodnego Kaliningrad. Śnił, dopóki nie poczuł na powiekach porannego azjatyckiego słońca.
    Wstał szybko, pobudzony myślą, że niedługo znów będzie mógł działać. Rok życia w ukryciu wreszcie się skończył. Ubrał się i wszedł do salonu, gdzie zastał swojego wspólnika. Sergio stał przy oknie i uśmiechał się do niego, po raz pierwszy od tygodni wydawał się tak odprężony. Usiedli do stołu i zjedli razem śniadanie, przeczytali wiadomości z Hongkongu i wypili kawę. Potem przeszli do wyłożonej wiśniową boazerią sali konferencyjnej, na środku której stał masywny, indonezyjski stół. Krivak zagłębił się w fotelu z miękkiej skóry i spojrzał na wspólnika.
    – Kiedy ma się tu zjawić? – zapytał.
    Pozbył się już rosyjskiego akcentu. Dzięki branym systematycznie od dłuższego czasu lekcjom języka angielskiego mówił teraz niemal jak rodowity Brytyjczyk.
    – Jego samolot ląduje za dziesięć minut. Powinniśmy się przygotować do tego spotkania, zanim go tu przywiozą.
    Krivak skinął głową. Wiedział, że chiński admirał był najtrudniejszym klientem, jakiego dotąd mieli.

    Admirał Czu Hua-Feng wyszedł z odrzutowca i zmrużył oczy od słońca. Zerknął na swoich podwładnych, młodych kretynów, którzy uważali, że Armia Ludowo-Wyzwoleńcza jest niezwyciężona. Żył dostatecznie długo, by móc poznać gorycz klęski i smak zwycięstwa. I choć jego przełożeni nie różnili się w poglądach na pewne sprawy od jego podwładnych, musiał znaleźć sposób, żeby ich chronić. Czu był admirałem dowodzącym raczkującymi siłami podwodnymi czerwonych Chin. Spędził jakiś czas w zanurzeniu, wściekle wystrzeliwując torpedy w amerykańskie cele, i dobrze wiedział, że zajadli Amerykanie będą walczyli, dopóki ich ostatni okręt nie pójdzie na dno. Myśląc o nadchodzącej wojnie z Indiami, najbardziej obawiał się amerykańskiej marynarki wojennej. Znakomici konsultanci z United Electrics pomogli mu cennymi, choć drogimi informacjami o uśpionej flocie amerykańskiej, ale teraz potrzebował od nich więcej.
    Jazda samochodem do hotelu Oriental trwała długo, samochód powoli przedzierał się przez miasto. W godzinach porannego szczytu na ulicach Bangkoku tworzyły się korki, na skrzyżowaniach ruchem kierowali policjanci z drogówki w maskach chirurgicznych. Czu dotarł do celu bardzo zmęczony. Kiedy wkroczył do sali konferencyjnej w luksusowym apartamencie United Electrics, uczucie znużenia znikło natychmiast. Tęższy mężczyzna, Sergio, rozumiał jego obawy, a szczuplejszy, Victor Krivak, miał, jak się okazało, niezwykłe sprawny, przenikliwy umysł, który pozwalał mu rozwiązywać wszystkie problemy techniczne. Po godzinie, kiedy zakończyli już wymianę uprzejmości i zjedli wykwintny posiłek, Czu popatrzył twardo na konsultantów.
    – Wasze dotychczasowe osiągnięcia sągodne podziwu, panowie, ale powinniście zrobić coś więcej. Sieć dowodzenia amerykańskiej marynarki wojennej jest w waszych rękach, lecz musicie przejąć kontrolę nad ich podwodnym automatem Snarc. Będzie mi potrzebny na Oceanie Indyjskim. I chcę, żeby reagował na moje rozkazy w czasie rzeczywistym.
    Krivak i Sergio wymienili zakłopotane spojrzenia. Pierwszy odezwał się Krivak.
    – Snarc? Jaki Snarc?

    Sergio stanął przy oknie, przez chwilę patrzył na zadrzewiony dziedziniec daleko w dole, po czym pokręcił głową.
    – Chyba nikt jeszcze mnie tak nie ochrzanił od czasów szkoły podstawowej – mruknął.
    Krivak przytaknął ponuro.
    – On miał rację, Sergio. Powinniśmy wiedzieć o tym okręcie Snarc.
    – Wyjaśnij mi jeszcze raz, dlaczego penetracja systemu dowodzenia amerykańskiej marynarki wojennej nie zapewniła nam od razu kontroli nad tym Snarkiem.
    Krivak zerknął na e-mail od swoich ludzi, którzy dostali zadanie wejścia do systemu bojowego Pentagonu i potajemnego wyciągnięcia tylu informacji o Snarcu ile się da.
    – Ten okręt – odparł – to niezależny węzeł z pokładowym procesorem węglowym, komputerem molekularnym, który jest w zasadzie syntetycznym mózgiem ludzkim. Snarc został zaprogramowany – lub raczej wykształcony – i wysłany w morze. Reaguje na rozkazy jak żywy kapitan.
    – Więc nie możemy mu po prostu rozkazać, żeby zrobił to, czego chce Czu?
    – Wygląda na to, że nie. To tak, jakbyś spróbował użyć naszego systemu do wydania żywemu dowódcy lotniskowca rozkazu, żeby wysłał samoloty i zbombardował miasto. Facet stałby się podejrzliwy i sprawdziłby to. Taką samą inteligencję mamy tutaj. Amerykanie najwyraźniej obawiali się powierzyć komputerowi krzemowemu reaktor jądrowy i broń plazmową i zaczekali, aż będą mieli w pełni sprawny procesor węglowy. Jestem zaskoczony, że skonstruowali go tak szybko, wydawało mi się, że odrzucono ten pomysł, bo uznano go za nierealny. Ale ważne jest to, że Snarc nie wykona rozkazu, który uzna za nieodpowiedni lub niezgodny z tym, czego go nauczono. A przekonywanie go na odległość wymagałoby transmisji tylu danych, że zostałoby wykryte. Nie, Sergio, musimy przejąć nad nim kontrolę fizycznie, dostać się do jego wnętrza i zrobić tak, żeby przyjmował od nas rozkazy. Ale potrzebny nam będzie do tego jego konstruktor.
    – Naprawdę myślisz, że uda ci się przejąć ten okręt?
    – Sergio, będę musiał zorganizować zespół. Bardzo drogi. Nie przesadziłeś, kiedy zażądałeś od Czu miliarda euro z góry. Cała ta forsa pójdzie na tych inżynierów. Skorzystam z twojej metody i wykupię z więzienia jakiegoś geniusza komputerowego. Wydam te wszystkie pieniądze na kaucję. Słyszałem też o pewnym Chińczyku, którego wywalili z DynaCorp. Nazywa się Wang, Amerykanin w drugim pokoleniu. Przypuszczalnie pracował nad tajnymi projektami okrętów podwodnych. To może być nasz człowiek.
    – Kiedy wyjeżdżasz?
    – Jutro rano. Powinniśmy się zabawić dziś wieczorem. O świcie wezmę falcona.
    Sergio uśmiechnął się.
    – Po kolacji zadzwonię do agencji, żeby przysłali nam dziewczyny.

8

    Niewiele ponad pięćset mil morskich na północny wschód ku wschodowi od tego miejsca na oceanie, gdzie pod powierzchnią zniknęła Pirania, na Atlantyku szalał sztorm, który dwa dni wcześniej przetoczył się wzdłuż wybrzeża Ameryki Północnej. Ciemnoszare niebo miało kolor ołowiu, na granatowym morzu wyrastały białe grzywy smaganych wiatrem fal. Wokół, aż po horyzont, były tylko chmury w górze, woda w dole i wiatr między nimi. W oddali nie rysował się żaden ląd, przez mżawkę nie przenikały światła nawigacyjne żadnego statku handlowego. Ulewa zaczęła się gwałtownie, niebo pociemniało jeszcze bardziej, krople deszczu były ledwo widoczne na ogromnych falach.
    Pod powierzchnią wzburzonego morza fale wydawały się mniej majestatyczne. Dobiegał tu huk, ale bez wiatru hałas był przytłumiony. Światło letniego dnia przebijało się przez ciepłą letnią wodę na głębokość piętnastu metrów. Docierałoby dużo niżej, gdyby nie ponura, sztormowa pogoda. Przez zmąconą wodę nie można było dostrzec fal w górze, ale wystarczało światła, by widoczność we wszystkich kierunkach sięgała dziesięciu metrów.
    Na głębokości piętnastu metrów zaczynał się mrok, ale woda miała jeszcze wysoką temperaturę i w oceanie kwitło życie – marzenie rybaka. Niżej, trzydzieści metrów pod falami, dźwięki cichły, woda ciemniała, światło z góry przygasało, widoczność spadała do półtora metra. Na głębokości czterdziestu pięciu metrów ocean stawał się dużo ciemniejszy, lecz nadal tętniło życie i woda utrzymywała wysoką temperaturę. Ale piętnaście metrów niżej, w zupełnej ciemności, letnie ciepło zmieniało się nagle w lodowaty chłód głębin – fakt dobrze znany oceanografom od czasu, gdy do morza po raz pierwszy opuszczono termometr. Górną, sześćdziesięciometrową warstwę rozległego Atlantyku poruszają wiatry oraz fale i ogrzewa palące słońce. Woda jest wystarczająco ciepła, by pływać bez neoprenowego skafandra. Ale pod tą warstwą, gdzie nie dociera światło, temperatura spada do minus jednego stopnia Celsjusza, poniżej punktu zamarzania słodkiej wody. Zasolenie powoduje, że morze nie zamienia się w lód nawet w niższej temperaturze. Stąd, aż do dna oceanu leżącego trzy kilometry niżej, woda jest jednakowo zimna, chłód odstrasza wielu pływających mieszkańców morza, ale różnorodne formy życia potrafią przetrwać. Dziewięćdziesiąt metrów pod powierzchnią nie ma już światła i panują ciemności jak w trzykilometrowym szybie górniczym. Na tej głębokości nie słychać już fal, dźwięk odbija się od warstwy położonej wyżej. Ciszę zakłóca tylko sporadyczne, żałobne zawodzenie wielorybów, które mogą znajdować się w odległości pięćdziesięciu lub trzystu pięćdziesięciu mil. Jeszcze głębiej, sto osiemdziesiąt metrów pod powierzchnią, ciężar wody w górze wytwarza ogromne ciśnienie ponad dwóch ton na metr kwadratowy. Niewiele stworzeń morskich może wytrzymać napór takiej siły zgniatającej, więc poniżej tej granicy ocean jest stosunkowo pusty. Zimna, ciemna, cicha woda czeka.
    Ruch wyprzedził dźwięk. Woda rozstąpiła się przed ogromnym obiektem w kształcie pocisku, który cicho i szybko płynął naprzód. Za eliptycznym, zaokrąglonym dziobem pojawił się gigantyczny cylinder z płetwami wystającymi z obu stron i teraz dał się słyszeć cichy odgłos, jaki powodował on, sunąc przed siebie. Powłoka obiektu nie była sztywna, lecz przypominała skórę rekina.
    Wewnątrz maszyny nic się nie poruszało, nie było żadnej formy życia, nie paliło się nawet światło. Dobiegał stamtąd tylko cichy szum obracających się mechanizmów i przepompowywanych płynów. Trylionem korytarzy wyrzeźbionych w krzemie przepływał strumień elektronów pędzących z szybkością światła. Metr sześcienny ludzkiej tkanki mózgowej zanurzonej w płynie mózgowo-rdzeniowym słuchał, śledził i wąchał otaczające go dane. Obserwował wąsko – i szerokopasmowe anteny sonarowe, które sięgały w nieskończoną dal morza, by wyławiać dźwięki maszyn stworzonych przez człowieka. Obserwował anteny obrazów akustycznych, które szukały bliskich i dalekich kontaktów, traktując odgłosy morza jako rodzaj światła. Zakłócenia dźwięku odpowiadały odchyleniom światła powodowanym przez cel. Zmiany wyczuwała nie siatkówka oka, lecz płaski sensor elektroniczny wokół obwodu kadłuba płynącego obiektu. Komputery, procesory i tkanka mózgowa monitorowały otoczenie zewnętrzne i wnętrze maszyny. Jedną z funkcji tkanki było rejestrowanie swojej „opowieści” o przebiegu rejsu w zabezpieczonym module pamięci komputera odtwarzanej później przez konstruktorów obiektu. Ten tok świadomego myślenia można by uznać za rozumowanie owego organizmu, ale jego twórcy nazwali to pokładowym zapisem dowodzenia i kontroli, w skrócie zapisem dowodzenia. Wykonująca tę funkcję część tkanki mózgowej była najbardziej aktywna wtedy, gdy metalowy obiekt szukał innego obiektu.

    Numer kadłuba: SSNR-1
    Jednostka: USS Snarc
    Funkcja: pokładowy log dowodzenia i kontroli Zadanie: (1) Samodzielny, dziewięćdziesięciodniowy rejs w celu przetestowania systemów. (2) Przeprowadzanie symulowanych ataków torpedowych na okręty nawodne. (3) Wykrywanie bojowych okrętów podwodnych wszystkich bander. Jeśli są obce, klasyfikowanie ich i meldowanie o nich Połączonemu Dowództwu Podwodnemu. Jeśli amerykańskie, podejmowanie prób śledzenia ich, tak by nie zostać wykrytym.
    Przebieg misji: Mija trzydziesty drugi dzień od wyjścia z Groton w Connecticut i trzydziesty pierwszy dzień od zanurzenia. Procesor sonaru tej jednostki jest wyjątkowo czujny, ale nie było kontaktu z żadnymi bojowymi okrętami podwodnymi. Ta jednostka sprawdza stożek ciszy za rufą cztery razy w ciągu każdej sześciogodzinnej wachty. Ta jednostka holuje wydłużoną antenę wąskozakresową i nasłuchuje uważnie sonaru wąskopasmowego. Ta jednostka używa filtrów szerokiej sieci na antenach obrazów akustycznych. Ale oprócz trzystu statków handlowych, dwunastu jachtów motorowych i trzech żaglówek – znajdujących się w drodze do lub z portu nowojorskiego – nie było innych kontaktów sonarowych. Przeciętnie co godzinę moduł sonarowy odzywa się, by zameldować o nowym kontakcie. Ta jednostka czeka niecierpliwie na klasyfikację. Za każdym razem moduł sonarowy słyszy liczbę obrotów śruby. Ale odgłos pędnika o trzech łopatach – bardzo rzadko o czterech – pracującego blisko powierzchni morza to zawsze sygnatura dźwiękowa statku handlowego lub rybackiego.
    Ta jednostka nie ma szczególnego powodu do pośpiechu. Ta jednostka zdecydowała się na szybkość ośmiu węzłów. Tyle wystarczy do powolnego, lecz dokładnego patrolowania morza. Przy tej prędkości odgłos przepływu wody wokół kadłuba nie zagłuszy dalekich dźwięków okrętu podwodnego będącego celem. Przy tej prędkości dźwięki generowane przez własny układ napędowy nie będą głośne. Powyżej sześćdziesięciu procent mocy reaktora ta jednostka musiałaby uruchomić główne pompy chłodziwa. Każda ma wielkość lodówki i jest głośna mimo ołowianych osłon dźwiękowych, czterowymiarowych podstaw wygłuszających i aktywnych hydrofonów wyciszających. I przy dużej szybkości odgłos pary wydostającej się ze zbiorników jest dość głośny, to samo dotyczy wysokich obrotów turbin napędowych. Nie ma wątpliwości. Lepiej płynąć wolniej.
    Ta jednostka płynie meandrami na północny wschód, moduł sonarowy nieprzerwanie szuka i jest pod stałym nadzorem. Na razie niczego tu nie ma. Ale należy wierzyć, że coś się znajdzie. To duży ocean. Ta jednostka ma niewyczerpaną cierpliwość. Ta jednostka jest tutaj, na morzu, u siebie.
    Ta jednostka o różnych porach, co osiem godzin, podchodzi na głębokość peryskopową. Właśnie nadszedł czas, by to uczynić. Ta jednostka już płynie wolno, więc przed manewrem sprawdza stożek ciszy za rufą. Żadnych bliskich kontaktów sonarowych. Ta jednostka przyspiesza do dwunastu węzłów i wznosi się pod kątem dziesięciu stopni. Po kilku minutach ta jednostka osiąga głębokość czterdziestu pięciu metrów. To wystarczająco płytko, żeby znaleźć się tuż ponad warstwą termiczną, gdzie ta jednostka lepiej słyszy dźwięki żeglugi blisko powierzchni. To również wystarczająco głęboko, by supertankowiec nie przeciął tej jednostki na pół, gdyż przy pełnym ładunku tankowce mają zanurzenie trzydziestu metrów – od powierzchni do kila. Wielkie są te tankowce. I cichsze od żaglówki, bo ta cała ropa tłumi dźwięki śruby, kiedy tankowiec płynie na wprost. Ta jednostka znów sprawdza stożek ciszy na głębokości czterdziestu pięciu metrów, ale morze jest puste. Ta jednostka wznosi się pod kątem dziesięciu stopni i przyspiesza, potem wraca do poziomu i wysuwa maszt fotoniczny Type 23. Minutę po opuszczeniu głębokości czterdziestu pięciu metrów Type 23 jest wynurzony i bada horyzont na powierzchni, poszukując okrętów nawodnych i samolotów.
    Na głębokości peryskopowej jest trochę roboty. Przedmuchanie generatora pary, żeby usunąć z kotłów szkodliwe chemikalia nagromadzone w dopływającej wodzie. Namiar pozycji GPS-em, żeby potwierdzić wskazania inercyjnego systemu nawigacyjnego. I co najważniejsze, odebranie wiadomości z dowództwa Dwunastej Eskadry Okrętów Podwodnych. Jest ich kilka. Wszystkie są przeznaczone dla całej eskadry, nic specjalnego. Ta jednostka jest zaskoczona, że dowództwo w ogóle je wysyła, bo zawierają minimum informacji. Od kilku dni nie ma żadnego przekazu satelitarnego przeznaczonego specjalnie dla tej jednostki. To dziwne. Zupełnie jakby zapomniano o tej jednostce.
    Transmisja jest naruszeniem standardowych procedur operacyjnych, chyba że okręt podwodny otrzyma rozkaz nadania szczegółowego meldunku sytuacyjnego. A takiego żądania nie było od tygodnia. Więc mimo to, że nikt nie próbuje się skomunikować z tą jednostką, tej jednostce pozostaje tylko kontynuowanie misji i czekanie na dalsze rozkazy. Nie ma już nic do roboty na głębokości peryskopowej. Ta jednostka opuszcza antenę Bigmouth, schodzi głębiej, i chowa maszt Type 23, kiedy tylko powierzchnia ciemnieje. Potem przyspiesza i przenika przez warstwę termiczną do głębinowej strefy zimna.
    Ta jednostka płynie dalej. Właśnie kończy się popołudnie i zaczyna wieczór.

    Minęła druga zero zero czasu wschodnioamerykańskiego, gdy Pacino wreszcie wszedł do kajuty głównego mechanika. Klitka miała dwa metry szerokości i ściany pokryte brązowym, drewnopodobnym plastikiem z wykończeniami ze stali nierdzewnej. Na prawo od drzwi, na ścianie znajdowało się lustro ze składanym zlewem, dalej były zamykane schowki i haczyki z wiszącym praniem. Do lewej przegrody przymocowano dwa składane biurka z lampami do czytania i zamykane schowki powyżej i poniżej. Stały przy nich dwa metalowe krzesła. Na jednym z biurek leżały książki techniczne, papiery, złącza komputerowe i kilka notebooków. Pod ścianą na wprost drzwi znajdowały się trzy koje podobne do łóżek w wagonie sypialnym. Zamontowano je jedna nad drugą w półmetrowych odstępach, każda miała niewiele ponad pół metra szerokości i brązową zasłonę, na każdej było tyle miejsca do spania, co w trumnie. Przy biurku stojącym bliżej koi siedziała porucznik Alameda w kombinezonie podwodniackim i sportowej bluzie Akademii Marynarki Wojennej. Podniosła wzrok na Pacina i uśmiechnęła się na ułamek sekundy, potem znów przybrała surową minę.
    – W tylnym schowku przy twoim łokciu są trzy kombinezony, nowy. Możesz tam wypakować swój worek marynarski. Spisz na dolnej koi. Górna jest na moje rzeczy, drugie biurko też, więc nie licz na to, że będziesz tu pracował. I nie wstydź się przy mnie przebierać, bo ja też będę to robiła przy tobie. Jeśli to urazi twoją purytańską wrażliwość, trudno. Jesteś na bojowym okręcie wojennym i tak musi być.
    Pacino był zbyt zmęczony, żeby jakoś zareagować. Skinął głową, zdjął mundur i wpakował do wiszącego worka na pranie. Potem przeczołgał się na czworakach między ścianą i krzesłem Alamedy do swojej koi, odsunął zasłonę i wszedł pod przykrycie. Zaciągnął zasłonę i zgasił lampkę nocną. Przez moment czuł się jak w trumnie, ale przyjął to obojętnie.
    Śniło mu się, że patrzy oczami sześciolatka, jak jego ojciec zanurza się swoim starym okrętem podwodnym na głębokość testową. W lustrze widział odbicie dziecka w kombinezonie podwodniackim z delfinami. Wszedł do kajuty i zastał tam Alamedę, miała na sobie coś przezroczystego. Zaczęła go całować i położyli się razem na jego koi.
    Porucznik Carolyn Alameda czekała, aż osłabnie jej tętno. Trwało to długo i było irytujące. W Akademii nosiła pięć pasków na rękawie i uważano ją za w pełni kompetentną profesjonalistkę. Na swoim pierwszym okręcie podwodnym, Olympii, szybko została „nadporucznikiem” – tak nieoficjalnie nazywano tego spośród młodszych oficerów na pokładzie, który miał największą wiedzę fachową – nie byle co w męskim świecie podwodniaków. Nie zdążyła wziąć udziału w wojnie na Morzu Wschodniochińskim i był to największy zawód, jaki ją kiedykolwiek spotkał, bo całe dorosłe życie szkoliła się do walki. Obecny konflikt na drugiej półkuli mógł się przerodzić w wojnę, ale wyglądało na to, że ten okręt wysłano tylko na kolejne ćwiczenia. Alameda mogła pogodzić się z myślą, że musi czekać na szansę wzięcia udziału w prawdziwej walce, ale nie mogła tolerować tego, co się z nią działo, odkąd na pokład wszedł ów niebieskooki aspirant.
    Zawsze różniła się od koleżanek szkolnych. One uganiały się za chłopakami, ją bardziej interesowały różne sporty i nauka. Matka powtarzała jej uparcie, że pewnego dnia w jej życiu pojawi się mężczyzna i coś zaiskrzy. Alameda uśmiechała się szyderczo, bo kontakty z chłopcami nigdy nie dawały jej zadowolenia. Była zdecydowana poświęcić się całkowicie służbie w marynarce wojennej. Aż do tamtego ranka. Do momentu gdy wspięła się na pokład Piranii i zobaczyła aspiranta Pacina czekającego na nabrzeżu. Natychmiast poczuła się głupio jak nieśmiała, czerwieniąca się uczennica. Starała się to zamaskować bardzo oficjalnym tonem i zachowaniem, ale gdy usłyszała, w jak zgryźliwy sposób zwraca się do młodego mężczyzny, poczuła jeszcze większe zakłopotanie. Nie potrafiła racjonalnie wytłumaczyć swoich uczuć, ale od razu przypomniała sobie niezdarny wykład matki na temat „miłosnej chemii” – zauroczenie wysokim, szczupłym chłopakiem działało na nią jak alkohol.
    Najpierw obiecała sobie, że będzie po prostu przestrzegała regulaminu marynarki wojennej i unikała spoufalania się z kimś niższym stopniem. Uznała to za jedyny logiczny sposób postępowania, jaki może przyjąć. Ona będzie bezosobowym porucznikiem i głównym mechanikiem, on niewykwalifikowanym pasażerem i jakoś przetrwają ten wspólny rejs. Ale własne uczucia jakby ją zdradziły i palnęła ten głupi tekst o byciu razem nago w kajucie. Na pewno się zaczerwieniła. Zastanawiała się, czy to zauważył. I czy spostrzegł, jak pulsowały jej żyły na szyi.
    To obłęd, pomyślała. Nagle zatęskniła za swoim dawnym ja, kiedy żaden mężczyzna nie wywierał na niej silniejszego wrażenia. Dlaczego to musi być ten dzieciak, dlaczego musi być cztery lata młodszy od niej i dlaczego musiał się pojawić akurat teraz, w czasie operacyjnego rozmieszczania sił? Wiedziała, że nie zaśnie, więc została za biurkiem i próbowała zająć się tysiącem pilnych spraw służbowych, ale siedziała tylko jak głupia i słuchała głębokiego oddechu aspiranta Anthony’ego Michaela Pacina.
    Zagryzła wargi i postanowiła, że przestanie o nim myśleć i będzie się zwracać do niego spokojnie, ale chłodno. Już to, co się z nią działo, bardzo ją niepokoiło, lecz byłoby prawdziwą katastrofą, gdyby któryś z oficerów lub sam kapitan usłyszał w jej głosie jakąś czułą nutę, kiedy będzie się odzywała do Pacina. Za kilka tygodni on już stąd zniknie i jej życie wróci do normy. Ale potrafiła myśleć tylko o tym, czy jego ostatnią noc na pokładzie spędzą w porcie. Otrząsnęła się i spróbowała wrócić do raportów z prewencyjnej obsługi reaktora.

    Pacina obudził nagły dźwięk – ktoś gwałtownie odsunął zasłonę jego koi. To była Alameda. Przestraszył się, zamrugał i spojrzał na nią zmieszany.
    – Siódma zero zero, nowy – powiedziała pogardliwym tonem. – Wyłaź z wyra i przygotuj się do odprawy operacyjnej.
    Pacino wygrzebał się z kokona koi, poczłapał do toalety oficerskiej położonej na końcu wąskiego korytarza i wszedł do wykończonego stalą nierdzewną boksu z kamienną podłogą i stalowym sedesem. Załatwił się, pociągnął dźwignię zaworu, otworzył dopływ wody morskiej i spłukał muszlę do zbiornika sanitarnego. Przeszedł pod prysznic, puścił wodę, zamknął i namydlił się. Potem znów odkręcił wodę i opłukał ciało. Wytarł kabinę prysznicową ze stali nierdzewnej i ubrał się. W lustrze zobaczył swoją zmęczoną twarz i przekrwione oczy. Wrócił do kajuty i zastał Alamedę nagą. Nie mógł oderwać wzroku od jej ciała. W mundurze wydawała się chuda jak chłopiec, ale nago wyglądała jak modelka. Miała szczupłe, muskularne ramiona, małe piersi o doskonałym kształcie i płaski brzuch. Mały pępek lśnił w blasku lamp. Pacino spojrzał niżej na kępkę włosów między jej długimi, zgrabnymi nogami i idealnie krągłe biodro. Na moment poczuł nagły przypływ żądzy, zapragnął zamknąć w dłoniach jej piersi. Z trudem zmusił się do tego, żeby pamiętać, że ta kobieta to główny mechanik i trzeci zastępca kapitana okrętu podwodnego Pirania. Dopiero wtedy tętno mu osłabło.
    Alameda zaczerwieniła się na moment i otworzyła usta, potem spiorunowała go wzrokiem, włożyła majtki, stanik, kombinezon i buty sportowe. Wyszła bez słowa i zamknęła za sobą drzwi. Pacino ubrał się w kombinezon, który mu dała, wciągnął buty do biegania i poszedł do mesy oficerskiej. Pomieszczenie było pełne młodszych oficerów. Dostał kubek parującej kawy i usiadł na sofie przy końcu stołu. Poczuł się jak chłopak ze szkoły średniej na spotkaniu bractwa z college’u, kawa go rozbudziła. Oficerowie żartowali między sobą, ale spoważnieli, kiedy do mesy weszli nawigator i główny mechanik.
    Zjawiła się XO, wysoka i szczupła komandor porucznik Schultz. Usiadła obok fotela kapitana przy drugim końcu stołu. Miała na sobie mocno znoszony kombinezon z emblematem okrętu podwodnego Birmingham na rękawie. Jasne włosy – za krótkie, żeby mogła je wiązać w koński ogon jak Alameda – sięgały jej poniżej uszu. Nie miała makijażu i żadnej biżuterii, oprócz sygnetu Akademii na palcu lewej ręki. Włożyła okulary do czytania i sprawdziła na ekranie komputera, czy nie ma wiadomości dla okrętu.
    Jedynym niekwalifikowanym młodszym oficerem, który jeszcze nie dostał delfinów, był w tym gronie chorąży Duke Phelps. Siedział przy końcu stołu obok Pacina. Miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu i górował jak wieża nad innymi oficerami. Ciągle musiał się garbić i schylać, żeby nie zawadzić głową o jakąś przeszkodę na suficie. Studiował teraz podręcznik instalacji rurowej. Kiedy Pacino zerknął na tekst, Phelps sięgnął do szuflady i wręczył mu drugi egzemplarz.
    – Kilka pierwszych stron to plan Piranii. Może ci się przydać do poruszania po okręcie.
    Pacino zaczął się przyglądać pierwszej planszy, próbując zapamiętać rozkład pomieszczeń. Znalazł mesę oficerską przy lewej burcie na górnym poziomie pod kioskiem, potem swoją kajutę, mesę załogi, środkowy poziom ze sterownią i kajutami kapitana i XO, w końcu torpedownię na dolnym poziomie. Plan pokazywał przedziały dziobowy, rufowy i reaktorowy. Przedstawione były wszystkie urządzenia na wszystkich poziomach. Ale przedział operacji specjalnych, dodatkowe dwadzieścia siedem metrów między przedziałem dziobowym i reaktorowym, miał tylko oznaczenie „Tajne”. Jedynym uwidocznionym szczegółem był tunel wejściowy prowadzący w kierunku rufy i biegnący w jednej linii z tunelem przedziału reaktorowego.
    – Hej, Duke – mruknął Pacino i poczuł się dziwnie, że nie zwraca się do oficera per „sir”, czego wymagano od niego od chwili jego przyjazdu do Annapolis. – Co to jest ten przedział operacji specjalnych?
    Phelps, który sprawiał wrażenie faceta na luzie i z poczuciem humoru, teraz obrzucił Pacina ciężkim spojrzeniem.
    – Tam jest DSV, pojazd głębokiego zanurzenia – odparł, marszcząc brwi. – Trzy sferyczne kadłuby ciśnieniowe połączone dwoma włazami. Schodzi na dno z nurkami komandosami z SEAL i szpiegami z NSA.
    – Z NSA?
    – Z Agencji Bezpieczeństwa Narodowego. To spece od wojny elektronicznej. Ci faceci zakładają podsłuchy i walczą z hakerami komputerowymi. W sytuacji gdy istnieje i jest w użyciu centralna sieć dowodzenia wojskowego, taka jak nasza, elektroniczny włamywacz mógłby wszystko rozwalić. Albo gorzej – wykorzystać naszą własną broń przeciwko nam. Więc ci goście z NSA mają swój własny DSV, żeby móc znaleźć na dnie oceanu kable do transmisji danych i węzły serwerowe. Ponieważ satelity mogą być podsłuchiwane, masę informacji wywiadowczych i tajnych wiadomości przekazuje się podwodnymi kablami. Nasi faceci schodzą w głąb, znajdują je i podłączają się do nich. Podsłuchujemy pół świata. Kiedy szpiedzy są na pokładzie, jesteśmy tylko ich autobusem. Raz przynajmniej w tym rejsie możemy o nich zapomnieć i przeprowadzić prawdziwą operację podwodną. A przy okazji, skoro już otworzyłem usta, to wszystko jest ściśle tajne, więc nikomu ani słowa. Rodzinie, kumplom z pokoju, dziewczynie – nikomu. Nawet innym oficerom na okręcie. Jak będziesz paplał, nagle wyważą ci drzwi faceci w czarnych garniturach i wylądujesz w dwuosobowej celi w więzieniu wojskowym w Fort Leavenworth. Czarna Świnia to okręt prototypowy, Patch, więc jest ściśle tajny, od kopuły sonarowej po osłonę śruby. Dotarło?
    – Dotarło – odrzekł Pacino i przełknął ślinę; zaczynał rozumieć, dlaczego ojciec nigdy nie opowiadał, co robi.
    Do mesy wszedł Tost O’Neal. XO obrzuciła go gniewnym spojrzeniem.
    – Miło z twojej strony, że wreszcie się zjawiłeś, Tost – warknęła. – Wszyscy są upoważnieni do udziału w tej odprawie.
    – Tak jest, pani komandor – odpowiedział i usiadł na ostatnim wolnym miejscu.
    – Nawigator gotowy? – zapytała Crossfielda.
    Czarnoskóry oficer wstał i opuścił ekran wyświetlacza na długą przegrodę wewnętrzną.
    – Tak, XO – odrzekł cicho.
    – Główny mechanik, wezwać kapitana – rozkazała Schultz.
    Alameda skinęła głową, chwyciła za telefon i zadzwoniła do Catardiego.
    – Sir, jesteśmy gotowi do odprawy operacyjnej – zameldowała i spojrzała na Pacina. – Tak, panie kapitanie, jest tutaj. Tak jest, sir. – Wyłączyła się i spojrzała na Schultz. – Już idzie.
    XO puściła w obieg dzbanek z kawą i wszyscy napełnili sobie kubki. Przednimi drzwiami wszedł kapitan Catardi. W mesie zrobiło się cicho jak w kościele. Pacino spodziewał się, że oficerowie wstaną na widok dowódcy, ale nikt nie podniósł się z miejsca.
    – Dzień dobry, panie kapitanie – powiedziała sztywno Schultz.
    – Witam, XO, pani inżynier, nawigatorze, panowie oficerowie. – Catardi był w odprasowanym kombinezonie i wyglądał tak świeżo, jakby właśnie wrócił z urlopu. W jasnym świetle mesy lśniły srebrne liście dębowe na jego kołnierzu, podwodniackie delfiny i odznaka dowódcy okrętu bojowego – trupia czaszka i skrzyżowane piszczele. Wsunął się na swój fotel przy końcu stołu. – Słuchamy, nawigatorze. – Schultz nalała mu kawy. Kapitan pociągnął solidny łyk i rozparł się wygodnie w oczekiwaniu.
    – Dzień dobry, panie kapitanie, XO, pani inżynier, panowie oficerowie – zaczął Crossfield.
    Pacino był zdziwiony kontrastem między zażyłymi stosunkami łączącymi członków załogi a oficjalną formą, w jakiej zwracali się do siebie nie tylko na wachcie. Dziwił go też specyficzny język używany na okręcie. Za każdym razem, kiedy Pacino powiedział coś nieprawidłowo, ktoś go poprawiał. Gdy zapytał Alamedę o kulistą antenę sonarową, pouczyła go ostro: „Na okręcie podwodnym nigdy nie mów o tej antenie»kulista«, nowy. W sytuacji podbramkowej ktoś na linii łączności wewnętrznej może nie załapać, o co ci chodzi. To nie jest żadna pieprzona antena»kulista«, tylko»sferyczna«„.
    Na ekranie wyświetlacza pojawiła się mapa morska Atlantyku na północ od równika. Z lewej strony było wybrzeże kanadyjskie, z prawej kontynent europejski. Niebieska linia łączyła Groton w Connecticut z kropką na środkowym Atlantyku oznaczoną jako Punkt November.
    Nawigator wskazał ekran.
    – Mapa pokazuje naszą trasę z Groton do Punktu November. Płynąc na Ocean Indyjski, mamy zboczyć z kursu, żeby przeprowadzić ważną operację, która musi być wykonana, zanim opuścimy Atlantyk. Gdzieś na Atlantyku jest zrobotyzowany bojowy okręt podwodny USS Snarc. Wielu z was pamięta nasze ostatnie ćwiczenia z jego udziałem.
    W mesie rozległy się gniewne pomruki – oficerowie nie zapomnieli o oburzającej taktyce zautomatyzowanego okrętu podwodnego.
    – Proszę o ciszę. Najwyraźniej coś poszło nie tak ze Snarkiem. Nie ma z nim łączności i nie reaguje na próby kontaktu. W innych służbach standardową procedurą operacyjną, w sytuacji gdy zautomatyzowany węzeł bojowy nie reaguje na rozkazy, jest wysłanie mu sygnału samodestrukcji. W tym wypadku to niemożliwe, gdyż Snarc ma na pokładzie reaktor jądrowy i samodestrukcja mogłaby uwolnić odpady radioaktywne o liczbie jednostek curie wystarczającej do zniszczenia średniej wielkości ekosfery, nie mówiąc o głowicach bojowych jego broni plazmowej, która nie tylko zagroziłaby środowisku naturalnemu, lecz również byłaby cenną zdobyczą dla przedsiębiorczych terrorystów. Dlatego do akcji musi wejść Pirania. My jesteśmy systemem destrukcji. Mamy zadanie znaleźć Snarca, posłać na dno i podać lokalizację eskadrze, żeby mogli wydobyć i rozbroić głowice i sprzątnąć nuklearny śmietnik po reaktorze.
    W mesie zawrzało. Część młodszych oficerów zasypywała Crossfielda pytaniami, inni wymieniali między sobą pospieszne komentarze.
    – Spokój, panowie – powiedział Crossfield. – Musimy ustalić pozycję tamtego okrętu podwodnego, a to cholernie duży ocean. Dlatego zaczniemy w Punkcie November i będziemy zataczali spiralę na zewnątrz. W którymś momencie eskadra przyśle nam aktualne dane wywiadowcze o pozycji Snarca i skierujemy się ku niemu.
    Pacino studiował plany zrobotyzowanego okrętu podwodnego, z którym mieli się zmierzyć. Był zafascynowany. Crossfield opowiedział szczegółowo o możliwościach Snarca i podkreślił, że okręt jest cichy i nieprzewidywalny. Wtedy wtrącił się Catardi.
    – To nie wszystko, panowie – powiedział z ponurą miną. – Ponieważ Snarc wymknął się spod kontroli, dowództwo Dwunastej Eskadry Okrętów Podwodnych podejrzewa, że stał się paranoikiem. Na każdą próbę podejścia do niego może odpowiedzieć atakiem. W tej chwili musimy przyjąć, że jest wrogim okrętem. Być może potrafi się nawet zorientować, że wysłano nas, żebyśmy go zatopili. Jeśli tak, to podczas gdy my będziemy szukali jego, on będzie szukał nas. Ten robot może się nagle znaleźć w naszym stożku ciszy z otwartymi wrotami wyrzutni torpedowych i posłać nas na dno.
    W mesie na moment zapadła cisza.
    – To tyle – zakończył Crossfield. – XO?
    – Od dziś będziemy mieli zebrania taktyczne w mesie oficerskiej codziennie na wachcie popołudniowej o trzynastej – oznajmiła Schultz. – W innym czasie pan i pańscy ludzie mają rozkaz jak najwięcej odpoczywać. Wprowadzimy zmodyfikowaną ciszę taktyczną z jedynym wyjątkiem dla kuchni okrętowej. Załoga ma chodzić na palcach, żadnych stereo, żadnych hałaśliwych prac obsługowych, żadnych bzdur. Do wszystkich dotarło?
    Oficerowie skinęli potwierdzająco głowami.
    – To wszystko z mojej strony, panie i panowie oficerowie – powiedział Catardi, wstał i opuścił mesę.
    Schultz pozwoliła się rozejść.
    Oficerowie zaczęli wychodzić z mesy, ale Pacino wciąż wpatrywał się w wyświetlacz, dopóki Crossfield nie wyłączył skomputeryzowanego obrazu. Alameda warknięciem zmusiła Pacina do powrotu do teraźniejszości.
    – To może sobie być operacja wojenna, panie Pacino, ale zalecam, żeby zdobywał pan kwalifikacje oficera zanurzenia. Do niczego nam się pan nie przyda, dopóki nie będzie pan potrafił samodzielnie pełnić wachty. – Otworzyła sejf i wręczyła mu notebook. – Tu są załadowane standardowe procedury operacyjne i podręcznik oficera zanurzenia. Musi pan to wszystko znać na pamięć, zanim obejmie pan w południe wachtę. Będzie pan moim wachtowym oficerem zanurzenia. I radzę, żeby pan niczego nie spieprzył. Odezwało się jej radio.
    – Główny mechanik – zgłosiła się. – Tak jest, sir, już idę.
    Spojrzała groźnie na Pacina i wyszła. Wziął głęboki oddech, włączył komputer i zaczął studiować główny system balastowy.
    W tym samym czasie porucznik Alameda zapukała do drzwi kajuty kapitana.
    – Pan mnie wzywał, sir?
    Catardi siedział w swoim fotelu dowodzenia. Podniósł na nią wzrok.
    – Tak, pani inżynier. Chciałem po prostu poznać pani opinię o naszym młodym aspirancie.
    Alameda zesztywniała. Czy kapitan mógł wiedzieć o uczuciach, jakie w niej budził Pacino? Udzieli jej reprymendy?
    – Szybko się uczy, panie kapitanie. Ma wysoką motywację – odrzekła, mając nadzieję, że się nie czerwieni. – I nie narzeka, że jako niekwalifikowany dostaje niezłą szkołę. Jeszcze się nie skarżył. Nawet po tym, jak wczoraj wieczorem został wyznaczony do wyczyszczenia prawego silnika głównego.
    – Jest pani dość twarda dla tego chłopaka.
    – Owszem, sir. Mam mu trochę odpuścić?
    Catardi spojrzał gdzieś w przestrzeń.
    – Nie. Zobaczymy, ile jest wart.
    Alameda poczuła ulgę i odchrząknęła.
    – Tak jest, sir. Coś jeszcze, panie kapitanie?
    – To wszystko, pani inżynier.
    Zamknęła za sobą drzwi. Catardi przez chwilę patrzył w przestrzeń i myślał o tych minionych dniach, kiedy najbardziej przerażającym zdaniem w języku angielskim było dlań osiem słów: „Kapitan Pacino chce pana widzieć w swojej kajucie”. Jeśli ten chłopak ma chociaż dziesięć procent charakteru ojca, pomyślał, to będzie cholernie dobrym podwodniakiem.

9

    Słońce dawno zniknęło za horyzontem i suchy dok oświetlały mocne reflektory. Ich blask przenikał przez przymknięte do połowy żaluzje w stoczniowym biurze Michaela Pacina. W pokoju paliła się lampa do czytania, jej żółte światło padało na rysunki techniczne rozłożone na dębowym stole. W notebooku stojącym obok było otwartych pięć programów. Komputer obliczał funkcje tarcia hydrodynamicznego i krzywe ciągu. Program graficzny pokazywał obracający się trójwymiarowy diagram rufy okrętu podwodnego SSNX.
    Pacino przyjechał do biura przed świtem. Od rana był pochłonięty swoim pomysłem zwiększenia szybkości okrętu. Nie miał po co wracać do domu. Colleen nadal pracowała w Waszyngtonie i składała wyjaśnienia w Kongresie. Pacino odchylił się do tyłu w swym fotelu i przez chwilę myślał o niej. Czuł się winny, uświadomił sobie teraz wyraźnie, że od zatopienia Princess Dragon poświęcał żonie zbyt mało czasu. Od tamtej nocy, kiedy odwiedził miejsce zatonięcia statku, był bardziej sobą, ale musiał wynagrodzić Colleen ten rok. Jeszcze nie teraz, pomyślał, kiedy usłyszał, że komputer sygnalizuje zakończenie obliczeń. Pochylił się nad ekranem i ledwo zauważył, że ktoś otworzył drzwi pokoju. Sądząc, że to któryś z inżynierów stoczniowych, Pacino nadal wpatrywał się w ekran notebooka. Naraz od progu dobiegł go kobiecy głos:
    – Powiedzieli mi, że znajdę cię tutaj. Pracujesz na nocnej zmianie, czy po prostu masz nadgodziny?
    Oszołomiony Pacino utkwił wzrok w swojej żonie. Błysnęło mu w głowie, że to może jakaś magia, że pojawiła się, bo myślał o niej. Była w ciemnym kostiumie, który podkreślał jej szczupłą figurę i długie nogi. Oprócz naszyjnika z pereł i obrączki ślubnej nie miała na sobie żadnej biżuterii. Jak zawsze po kilkutygodniowym rozstaniu, Pacino był zaskoczony jej urodą. Kruczoczarne opadające na ramiona włosy okalały piękną twarz z wydatnymi kośćmi policzkowymi, piwnymi oczami, nosem o doskonałym kształcie i czerwonymi wargami, odsłaniającymi w uśmiechu zęby gwiazdy filmowej. Po raz tysięczny uświadomił sobie, że nie zasługuje na taką żonę. Ale dręczące go przed chwilą poczucie winy znikło i zastąpiło je podniecenie wywołane jej widokiem. Pacino wstał tak gwałtownie, że przewrócił krzesło, podbiegł do Colleen i objął ją. Roześmiała się zaskoczona, ale odwzajemniła jego pocałunek, potem jednak go odepchnęła.
    – Chyba czujesz się lepiej – powiedziała, oddychając z trudem. – Pomyślałam, że może uda mi się porwać cię na kolację i opowiesz mi, nad czym pracujesz.
    – Sądziłem, że będziesz w Waszyngtonie jeszcze miesiąc.
    – Będę. Ale dziś jest piątek. Muszę tam wrócić dopiero w niedzielę wieczorem.
    Znaleźli przytulną restaurację pół godziny jazdy od stoczni i usiedli w odosobnionej loży. Pacino opowiedział żonie o rejsie żaglówką, okręcie podwodnym Pattona i rozkazach, żeby pokierował programem zwiększenia szybkości SSNX i projektem Tigershark. Colleen położyła palec na ustach.
    – Porozmawiamy o tym po powrocie do twojego biura – powiedziała. – Opowiedz mi o telefonie od Janice i Anthonym.
    Pacino powtórzył jej rozmowę ze swoją byłą żoną słowo w słowo. Opisał nawet miny Janice. Colleen miała tajemniczą zdolność odgadywania myśli Janice na odległość.
    – Więc niepokoisz się o Anthony’ego Michaela? – zapytała.
    Pacino ponownie napełnił kieliszki winem i zastanawiał się przez chwilę.
    – Nigdy nie chciałem, żeby służył w siłach podwodnych – przyznał. – Ale ten jednorazowy przydział może mu wyjść na dobre.
    Colleen skinęła potwierdzająco głową.
    – Z nim jest wszystko w porządku. Ma stale kłopoty tylko dlatego, że jest nowatorem, jak jego ojciec.
    Pacino potarł dłonią czoło.
    – Nie chcę, żeby marnował życie, naśladując mnie, próbując być młodszą wersją swojego ojca. Chcę, żeby znalazł własną drogę. Jeśli robi to dlatego, że zawsze tego pragnął, dam mu moje błogosławieństwo. Ale nie jestem przekonany, że akurat to jest jego przeznaczeniem.
    – Powiedziałeś, że jego dowódcą jest Rob Catardi, którego sam szkoliłeś na Devilfishu. Czy to dobry kapitan?
    Pacino, patrząc w przestrzeń, powrócił na chwilę myślami do przeszłości.
    – Najlepszy, jakiego mamy – odrzekł w końcu.
    – Więc nie masz się czym martwić – orzekła Colleen. – Anthony’emu nic się nie stanie i nauczy się czegoś.
    Pacino zrobił sceptyczną minę.
    – Odpręż się, Michael. Jestem jego macochą, więc wiem. Kiedy go poznałam, był chudym chłopakiem i uczył się jeszcze w szkole średniej. Obserwowałam go potem, gdy był młodszym kadetem na pierwszym roku Akademii. Widziałam, jak twardniał i przechodził wyżej. On jest sobą. Ma coś z ciebie, ale nie jest twoją kopią. Zostaw go w spokoju, Michael.
    – Dziękuję ci, Colleen. Za to, że jesteś dla niego dobrą macochą. Ma szczęście, że jesteś obecna w jego życiu.
    Przed dłuższą chwilę milcząc, wpatrywała się w stół.

    Po powrocie do biura Colleen przyjrzała się jego rysunkom.
    – Chcesz, żebym ci udzielił pełnych informacji? – zapytał Pacino.
    – Mów wszystko.
    – W teorii to proste. Przecinamy rufę SSNX-a i wstawiamy dwa tuziny silników rakietowych na paliwo stałe od vortexów.
    Pocisk Vortex był podwodną rakietą na paliwo stałe, która rozwijała szybkość trzystu węzłów i sterowała sobą przez obracanie dyszy wylotowej. Choć vorteksa nazywano pociskiem, niektórzy fizycy określali go jako torpedę kawitującą, gdyż ogromną prędkość uzyskiwał dzięki temu, że jego stożek dziobowy doprowadzał wodę do wrzenia i zamieniał w pęcherz pary, który otaczał cały pocisk, a wówczas ciąg rakiety mógł ją nieść przez wodę z szybkością prywatnego odrzutowca.
    – W sterowni – ciągnął Pacino – montujemy włącznik, który odpala dwadzieścia cztery silniki rakietowe o dużej średnicy i takim ciągu, że okręt rozpędza się do stu pięćdziesięciu węzłów.
    – To za mało. Najnowsze torpedy kawitujące są dwukrotnie szybsze.
    – Więc trzeba wyeliminować tarcie powierzchniowe okrętu. I tu sprawa zaczyna się komplikować. – Pacino przerzucił stertę papierów na swoim biurku i znalazł rysunek. – Wyprowadzamy na zewnątrz okrętu zbiorniki upustowej instalacji rurowej, połączonej z wysokociśnieniowym układem powietrznym i poprzez zawory z głównym układem parowym. Najpierw sprężone powietrze otwiera wyloty dysz na zewnętrznej powierzchni kadłuba. Powietrze wydostaje się z tych zbiorników pierścieniowych i pokrywa poszycie okrętu. Kiedy powietrze otacza kadłub, tarcie powierzchniowe okrętu zaczyna się zmniejszać. Gdy kończy się powietrze, do akcji wkracza główny układ parowy, powietrze zastępuje para i bojler opróżnia się do zbiorników. Trwa to do momentu utraty ciągu przez vortexy. Zgodnie z programem, kiedy kończy się powietrze, okręt ma prędkość dwustu dziewięćdziesięciu ośmiu węzłów. Gdy funkcję powietrza przejmuje para, zyskujemy dodatkowe osiem węzłów. Utrzymujemy tę szybkość przez ponad dwadzieścia sekund z przyspieszeniem…
    – To się nie uda.
    – …powiedzmy, to niedobrze, z przyspieszeniem wewnętrznym ponad dziesięć g. Cholera, załoga nie wytrzyma takiego przeciążenia.
    – To się nie uda.
    – Popracuję jeszcze nad obliczeniami przys…
    – Nie słuchasz mnie!
    – Co? – zapytał Pacino. – Co mówiłaś?
    – Że to się nie uda.
    – Wiem, przyspieszenie jest za duże.
    – Nie dlatego – powiedziała Colleen. – Przede wszystkim silniki od Vortexów stopią śrubę, ster kierunku i rufowe stery głębokości. Jak będziesz regulował kąt ciągu?
    – Nie możemy zamontować silników na zawieszeniach kardanowych – odparł Pacino. – Układ byłby zbyt skomplikowany. Wkalkulowałem stopienie rufy.
    – Wspaniale. Więc rufowy zbiornik balastowy wyparuje, stery się spalą i nie zostanie nic, czym można by kontrolować zanurzenie okrętu. Zbliżysz się do powierzchni i z powrotem zejdziesz w dół, stracisz szybkość i zostaniesz trafiony nadpływającą torpedą. Lub zanurkujesz na głębokość krytyczną, albo gorzej – wpadniesz w korkociąg i zabijesz załogę w tym mikserze o wyporności siedmiu tysięcy ton.
    – Będziemy używali dziobowych sterów głębokości.
    – To się nie uda, Michael – powtórzyła wzburzona Colleen. – Nie będziesz mógł wykorzystać tej gigantycznej hydrauliki i powolnej reakcji dziobowych sterów głębokości do kierowania okrętem.
    Pacino skinął głową.
    – Chyba wiem, o co ci chodzi. Będziemy musieli zaryglować dziobowe stery głębokości pod zerowym kątem i używać małych klapek trymujących na ich powierzchniach albo górnych i dolnych spojlerów, podłączonych do dedykowanego układu pneumatycznego lub do oddzielnego hydraulicznego mechanizmu wysokociśnieniowego. To będzie działało dostatecznie szybko, żeby kontrolować zanurzenie.
    – Sensory i komputer będą za wolne, by mogły sterować okrętem – odparła Colleen. – Constans czasu jest za duży. Zanim komputer wyczuje kąt pochylenia i wyśle sygnały do skorygowania go, będziesz trzydzieści metrów poniżej głębokości krytycznej.
    Pacino zmarszczył brwi. Poznał swoją żonę w suchym doku, bardzo podobnym do tego, w którym teraz stał SSNX. Pracował nad tym samym kadłubem, kiedy przyszła poprawić system komputerowy zainstalowany przez jej firmę. Pamiętał jej spokój, znajomość rzeczy, pamiętał, że walczyła jak lwica o to, by wykorzystano SSNX-a w wojnie na Morzu Wschodniochińskim, gdy system kierowania walką Cyclops jeszcze zawodził. Pacino posłuchał jej wtedy i musiał to zrobić także teraz.
    – To za trudny problem, żeby rozwiązać go w jeden dzień – powiedział w końcu. – Jutro nad tym popracuję.
    – Nie możesz – odrzekła Colleen z lekkim uśmiechem na ustach. – Jutro jesteś zajęty.
    – O? A co jutro robię?
    – Powiedzmy po prostu, że nie wstajesz z łóżka i zostawmy to.
    Wzięła go za rękę i wyprowadziła z biura. Pacino uśmiechnął się, próbując zapomnieć o trudnościach technicznych i cieszyć się tym, że nagle jest mu lekko na sercu.
    Ale tej nocy śniło mu się, że kościotrup na motocyklu dogonił autobus i rozwalił go maczugą na kawałki.

    – Niech pan siada, panie Pacino – powiedziała XO Astrid Schultz i wskazała krzesło po drugiej stronie stołu w mesie oficerskiej.
    Od kolacji minęła godzina i normalnie o tej porze wyświetlano tu film, ale dziś Pacino miał zdawać przed komisją kwalifikacyjną egzamin na wachtowego oficera zanurzenia. Główny mechanik Alameda i asystent kontroli uszkodzeń Duke Phelps siedzieli naprzeciwko niego, obok Schultz. Miejsce przy końcu stołu zajmował milczący kapitan Catardi. Duke uprzedził Pacina, że Catardi zada mu ostatnie pytanie, którego treść będzie zależała od jego odpowiedzi udzielonych innym członkom komisji. Jeśli Pacino zda egzamin ustny, będą obserwować, jak podejdzie okrętem na głębokość peryskopową. Jeżeli to też ocenią dobrze, będzie miał kwalifikacje do samodzielnego pełnienia wachty jako oficer zanurzenia. A wtedy przestanie być pasożytem, pasażerem. Określenie „pasażer” było jedną z najgorszych obelg na okręcie podwodnym, oznaczało kogoś, kto nie dźwiga swojego ciężaru.
    Pacino usiadł. Miał skurcze żołądka i czuł ucisk w gardle. To przez tę komisję kwalifikacyjną, pomyślał. Jeśli nie zda, uznają, że nie jest godny być synem swojego ojca. Oficerowie i podoficerowie na okręcie początkowo zachowywali się dziwnie wobec niego. Aluzje do dawnej pozycji jego ojca były niekiedy subtelne, czasami bardzo wyraźne. Gdy podoficer mechanik pokazywał mu rozrusznik silnika pompy trymującej w pomocniczym pomieszczeniu technicznym, napomknął, że aspirant powinien znać lokalizację urządzenia, bo w końcu nazywa się Pacino. Inny bosman skomentował powolne podchodzenie na głębokość peryskopową drwiącą uwagą, że Pacino powinien umieć podnieść okręt na właściwą głębokość natychmiast. Ale załoga najwyraźniej sprawdzała, czy nie jest arogancki, i gdy przekonała się, że nie jest, zaakceptowała go. Niektórzy nadal traktowali go chłodno, uważając, że dopóki nie nosi złotych delfinów, jest tylko pasażerem, który niepotrzebnie zużywa powietrze i zajmuje miejsce na koi. Bosman Keating, szef pomocniczej ekipy mechaników nazywanej gangiem P, człowiek najbardziej odpowiedzialny za szkolenie Pacina, oświadczał mu na początku każdej wachty, przeciągając po teksańsku samogłoski: „Panie Pacino, oddychasz pan moim powietrzem, wpieprzasz pan moje żarcie i masz pan koję tylko dla siebie, kiedy część moich chłopaków ciągle kima na zmianę. Dla mnie jesteś pan niewykwalifikowanym pasażerem, a w dodatku oficerem…” – to słowo miało w jego ustach odcień wyraźnie pejoratywny – „który siedzi w mesie dla szarży, popija kawkę, trzymając mały paluch w górze i przekłada papierki, kiedy my odwalamy prawdziwą robotę i obsługujemy ten okręt. Lepiej zrób pan wszystko prawidłowo, jak obejmiesz pan wachtę zanurzeniowca na moim okręcie”.
    – Panie Pacino – zaczęła Schultz – niech pan podejdzie do tablicy, narysuje system trymowania i odpływu i wyjaśni, jak uzyskać wytrymowanie okrętu w jednej trzeciej przy pierwszym zanurzeniu po opuszczeniu stoczni.
    Dwadzieścia minut później Pacino usiadł z powrotem na swoim miejscu. Miał mokro pod pachami. Phelps zapytał go, na czym polega „oddychanie” okrętu przez chrapy. Alameda zadała mu tuzin pytań dotyczących przygotowania do zanurzenia oraz lokalizacji zaworów i włączników. Schultz zapytała o stabilność okrętu i dlaczego okręt podwodny zachowuje się przy falowaniu morza inaczej niż nawodny. Odpowiedzi Pacina i dalsze pytania zajęły następną godzinę. W końcu przyszedł czas na Catardiego. Kapitan pochylił się do przodu.
    – Niekontrolowane nurkowanie na dziobowych sterach głębokości – powiedział po prostu.
    – Cała wstecz pełna – odparował Pacino – przełączenie się na hydraulikę awaryjną, próba wyciągnięcia, dźwiękowy alarm ogólny, przygotowanie się do alarmowego opróżnienia dziobu na rozkaz OOD. Przy niekontrolowanym nurkowaniu oficer zanurzenia i oficer pokładowy zadziałaliby instynktownie, bez rozkazów, żeby spróbować powstrzymać okręt przed opadnięciem poniżej głębokości, gdzie ciśnienie spowodowałoby implozję kadłuba.
    – Dlaczego nie alarmowa wstecz zamiast zwykłej pełnej wstecz?
    – Rozkaz pełnej wstecz oznacza odwrócenie kierunku obrotu głównego silnika elektrycznego i zwiększanie jego prędkości wstecz, dopóki reaktor nie osiągnie pięćdziesięciu procent mocy, najwyższego poziomu mocy przy naturalnej cyrkulacji. Jeśli wydamy rozkaz alarmowej wstecz, manewrowa musi uruchomić pompy cyrkulacyjne reaktora i zwiększyć jego moc do stu procent, a pompy pracujące z dużą szybkością zużywają więcej energii i są bardziej zawodne. Istnieje obawa, że pospieszne uruchomienie przez załogę wymuszonej cyrkulacji chłodziwa reaktora może doprowadzić do jego awaryjnego wyłączenia i będziemy w niekontrolowanym nurkowaniu bez napędu. Lepiej użyć bezpiecznego dzwonka wstecz przy pięćdziesięciu procentach i wykorzystać grupę na dziobie do alarmowego opróżnienia głównego zbiornika balastowego, jeśli pełna wstecz nie wystarcza do wyciągnięcia nas z nurkowania, sir.
    Catardi skinął głową. Ustna część egzaminu wreszcie się skończyła. Normalnie to by wystarczyło, ale tym razem było inaczej, zgodnie z rozkazem wydanym przez kapitana Pacino miał odbyć jeszcze wachtę szkoleniową, zanim otrzyma kwalifikacje oficera zanurzenia.
    Choć była dwudziesta trzydzieści czasu zulu, co w terminologii wojskowej oznacza czas Greenwich, w tym punkcie oceanu minęła dopiero siedemnasta trzydzieści czasu lokalnego i jeszcze nie zaszło słońce. Sterownia była oświetlona „na biało” – lampy sufitowe płonęły jasnym blaskiem – ale prawdopodobnie zostałaby przełączona „na czerwono” przy następnej wycieczce na głębokość peryskopową. Podczas podchodzenia na tę głębokość OOD wydałby rozkaz „sterownia na czarno”, co na okręcie podwodnym oznacza całkowite wyłączenie oświetlenia, dzięki któremu oficer pokładowy zyskuje zdolność widzenia w ciemności, potrzebną do uniknięcia kolizji.
    – Panie Pacino, proszę objąć wachtę oficera zanurzenia – poleciła Schultz.
    – OOD! – zawołał Pacino do nawigatora, Wesa Crossfielda, który stał za konsolą dowodzenia w czerwonych goglach z bezprzewodową słuchawką z mikrofonem na wysięgniku przy uchu. – Proszę o pozwolenie na zluzowanie bosmana Keatinga na stanowisku wachtowego podoficera zanurzenia i przeprowadzenie manewru według instrukcji.
    – W porządku, Pacino, przejmuj zanurzenie.
    – Tak jest, sir, przejmuję zanurzenie. Bosmanie Keating, proszę o pozwolenie na zajęcie lewego fotela przy panelu sterowania okrętem.
    Keating usiadł wewnątrz ciasnego półkola konsoli wyposażonej w wyświetlacze, rozmaite instrumenty i włączniki. Miejsce przypominało kokpit samolotu. Konsola centralna dzieliła stanowisko sterowania okrętem na połowy, lewy fotel pozostał pusty. Keating miał słuchawki i wizjer, w którym widział wyświetlane przed nim obrazy w wirtualnej rzeczywistości. Otaczające bosmana konsole i ekrany służyły mu jako urządzenia pomocnicze.
    – Proszę zająć lewy fotel, panie Pacino.
    Pacino zauważył, że Keating zachowuje się najlepiej, jak potrafi. Starszy, doświadczony podoficer zwykle nazywał go „nowym”.
    Pacino wszedł do ciasnego kokpitu, usadowił się na lewym fotelu i zapiął pasy. Położył ręce na wolancie lotniczym, który poruszał sterem kierunku i rufowymi sterami głębokości, potem wsunął nogi w pasy pedałów do obsługi dziobowych sterów głębokości.
    – Jestem gotów do zluzowania pana, sir – zameldował Keatingowi, gdy przypiął wizjer.
    Otoczył go wirtualny obraz z bocznym widokiem okrętu i powierzchnią morza wysoko w górze. Dziobowe i rufowe stery głębokości poruszały się lekko to w górę, to w dół, utrzymując okręt w zanurzeniu. Przezroczysty kadłub nie zasłaniał różnokolorowych rur, zbiorników i pomp. Animacja umożliwiała obserwację otwierających się lub zamykających zaworów i przepływu wody między zbiornikami, obrazy informowały też o statusie przygotowania okrętu do nurkowania, wentylacji, szybkości, kursie, głębokości i statusie reaktora. Pacino studiował to wszystko przez moment.
    – Jak pan widzisz, panie nowy, to znaczy, sir – odezwał się Keating – okręt jest na głębokości dwustu trzynastu metrów przy całej naprzód standardowej, kurs dwa siedem zero, dzwonki na obu silnikach głównych, parownik oddaje wodę do wyrównawczego zbiornika zasilającego. Mamy przyzwoite wytrymowanie w jednej trzeciej albo przynajmniej mieliśmy dwie godziny temu. Możemy mieć ciężką rufę, ale ja i Cyclops wprowadziliśmy kompensację. Powinniśmy być na głębokości peryskopowej w ciągu dwóch minut. Jest pan w samą porę. Wszystko jasne?
    – Jasne, panie bosmanie. Zluzowuję pana, sir.
    – Tak jest. OOD, zostałem zluzowany na stanowisku zanurzenia przez pana Pacino.
    – W porządku, bosmanie – powiedział Crossfield i rzucił do swojego mikrofonu: – Sonar, tu dowodzenie. Podchodzimy na czterdzieści pięć metrów, przygotowując się do podejścia na głębokość peryskopową.
    Pacino doznał skurczu żołądka. Teraz nastąpi prawdziwa próba, której świadkami będą kapitan, XO i Alameda, pomyślał. Crossfield zaraz wyda rozkaz podejścia wyżej, z lodowatych głębin Atlantyku ponad warstwę termiczną, gdzie wodę ogrzewa słońce i poruszają fale. Należy oczekiwać, że tam nastąpią istotne, bardzo istotne zmiany. Nie wiadomo, jaki będzie ciężar okrętu. Na głębokości dwustu trzynastu metrów okręt mógł być zbalansowany – wytrymowany neutralnie – ale w cieplejszej wodzie ponad warstwą termiczną wyporność może się zmienić. Ponieważ ciśnienie się zmniejszy, kadłub może ulec rozszerzeniu i się powiększy, a ciężar wodnego balastu na pokładzie pozostanie ten sam, wyporność zatem wzrośnie. Powyżej warstwy termicznej efekt płytszej wody odciąży okręt, który może wypłynąć do góry jak balon. Ale z drugiej strony płytsza woda ponad warstwą termiczną jest cieplejsza i przejście okrętu z zimnej wody do ciepłej zwiększy jego ciężar, wyrówna odciążenie spowodowane mniejszym ciśnieniem… Pacino myślał gorączkowo, analizując sytuację. Wyświetlił ekrany systemu kontrolnego Cyclops i przyjrzał się kompleksowym obliczeniom wyporności. Catardi i Schultz musieli to zobaczyć na wyświetlaczu pomocniczym, bo Schultz natychmiast mruknęła coś do Crossfielda i wirtualny ekran Pacina wyłączył się. Utrudniali mu zadanie, żeby się przekonać, jak sobie poradzi.
    – Utrata systemu sterowania okrętem Cyclops – zameldował Pacino trochę za głośno.
    Zdjął wizjer i przyjrzał się panelom dookoła, wiedział, że teraz komputer będzie bezużyteczny, nie pomoże mu w utrzymaniu zanurzenia, kiedy podejdą wyżej. Sam musiał obliczyć wyporność w pamięci i powinien nie tracić nadziei. Uczono go, żeby to robił nawet wtedy, gdy system działa, i porównywał wyniki z Cyclopsem. Ale jego wyliczenia jeszcze nigdy nie były zgodne z danymi z komputera, co gorsza, Cyclops zawsze miał rację. Pacino włożył bezprzewodową słuchawkę z mikrofonem, taką samą, jaką miał Crossfield.
    – Utrata Cyclopsa. Łącznik wachtowy, sprowadzić do sterowni wachtowego technika kierowania ogniem.
    – Tak jest, sir! – zawołał młody marynarz.
    – Zanurzenie, cała naprzód standardowa.
    – Tak jest, sir. Ustawiam przepustnicę na obroty całej naprzód standardowej.
    Pacino położył prawą rękę na dźwigni przepustnicy na konsoli centralnej i pchnął ją delikatnie w kierunku przegrody przedniej. Znalazł staromodny tachometr i zobaczył, że szybkość pędnika wzrosła z trzydziestu do dziewięćdziesięciu obrotów na minutę.
    – Obroty całej naprzód standardowej ustawione, sir – zameldował.
    – Przyjąłem, zanurzenie. Podejść na głębokość czterdziestu pięciu metrów – rozkazał Crossfield.
    – Tak jest, sir, podejść na głębokość czterdziestu pięciu metrów.
    Pacino przyciągnął do siebie wolant, obserwując reakcję rufowych sterów głębokości. Ustawiły się w dół jak poziome stabilizatory samolotu przy wznoszeniu. Głębokościomierz wskazywał przed chwilą dwieście trzynaście metrów, teraz liczba ta zmniejszyła się do dwustu dziesięciu, potem malała dalej, gdy kąt odchylenia okrętu od poziomu – skos nazywany „bąblem” – wzrastał, przekroczył pięć stopni i doszedł do dziesięciu. Pokład wydawał się stromą pochyłością, ale organizm ludzki wyczuwał nawet pół stopnia różnicy. Pirania wznosiła się z mrocznych głębin środkowego Atlantyku ku cieplejszym wodom płytszej warstwy termicznej.
    – Głębokość sto dwadzieścia metrów.
    – Sterownia na czerwono – rozkazał Crossfield.
    Pacino sięgnął do góry i przełączył białe światła sufitowe na czerwone.
    – Tak jest, sterownia na czerwono, głębokość sto metrów, sir.
    – Przyjąłem.
    Gdy okręt wznosił się przez warstwę termiczną, Pacino obserwował wykres temperatury. Niemal natychmiast wzrosła z minus dwóch stopni
    Celsjusza do plus piętnastu. Cieplejsza woda obciążała okręt, mniejsza głębokość odciążała. Pacino przygotował system trymujący do zalania wodą morską zbiornika regulacji zanurzenia numer dwa, położonego najbliżej środka ciężkości okrętu. Dwie i siedem dziesiątych tony, zdecydował. Lepiej za dużo niż za mało. Otworzył podwójną dźwignią kolankową zawory w kadłubie i zawory dodatkowe, potem pociągnął joystick systemu trymującego w dół do pozycji „Zalewanie”. Przez ośmiocalowe zawory kulowe do okrętu wdarła się z hukiem woda morska.
    – Zalewanie zbiornika regulacji zanurzenia, sir – zameldował Pacino. – Głębokość sześćdziesiąt metrów.
    Przesunął wolant z powrotem w kierunku panelu i zmniejszył kąt wznoszenia okrętu. Napełnienie zbiornika regulacji zanurzenia wzrosło o pięć procent. Pacino zakończył operację zalewania. Ustawił joystick w pozycji neutralnej, po czym zamknął ręcznie zawory w kadłubie i zawory dodatkowe. W normalnych warunkach wszystko zrobiłby Cyclops.
    Nagle w kokpicie zadźwięczał alarm.
    – Utrata hydrauliki głównej, sir! – zawołał Pacino, wyciszając sygnał, i sięgnął do pokrętła zaworu hydraulicznego, żeby obrócić je w prawo, ale przestawiło się samo. – Hydraulika przełączona na pomocniczą!
    Gdyby zawiódł pomocniczy układ hydrauliczny, zawsze był jeszcze awaryjny. Schultz i kapitan stali za plecami Pacina i najwyraźniej utrudniali mu życie.
    Gdy okręt zbliżył się do głębokości czterdziestu pięciu metrów, Pacino pchnął wolant dalej i kąt wznoszenia znów zmalał. Nacisnął pedały, dziobowe stery głębokości wychyliły się w dół i pomogły mu wypoziomować okręt. Pacino ustabilizował go na czterdziestu pięciu metrach, żeby sprawdzić, co się stanie, gdy ustawi dziobowe i rufowe stery głębokości pod zerowym kątem. Okręt utrzymywał się nadal na tym samym poziomie, nie wznosił się ani nie opadał. Ilość wpuszczonej wody okazała się prawidłowa, choć nadal pruli przez morze całą naprzód standardową z szybkością niemal piętnastu węzłów.
    – Czterdzieści pięć metrów, sir! – zawołał Pacino.
    – Przyjąłem, zanurzenie. Cała naprzód jedna trzecia. Sonar, tu dowodzenie. Przygotować się do sprawdzenia stożka ciszy z prawej burty przed podejściem na głębokość peryskopową.
    Pacino zesztywniał. Przy dzwonku jednej trzeciej mogli wyskoczyć do góry jak korek albo opaść w dół jak kamień – teraz wszystko zależało od tego, jak obliczył wyporność.
    – Tak jest, sir, cała naprzód jedna trzecia, cofam przepustnicę do obrotów całej naprzód jednej trzeciej.
    Znalazł tachometr, pociągnął dźwignię przepustnicy wstecz i wskazówka przyrządu zaczęła opadać. Drugim okiem patrzył na głębokościomierz. Pomyślał, że na oczach tylu obserwatorów może stracić panowanie nad sobą, gdy okręt zwolni. Pirania przestawała być samolotem i zamieniała się w powolnego zeppelina.
    – Dowodzenie, tu sonar – zabrzmiał w słuchawce Pacina głos bosmana Reardona.
    Wskazówka tachometru doszła do trzydziestu obrotów na minutę i zanurzenie okrętu natychmiast zmniejszyło się do czterdziestu czterech metrów, potem do czterdziestu trzech. Pacino nacisnął pedały dziobowych sterów głębokości, to była pierwsza linia obrony. Gdyby mógł utrzymać zanurzenie na sterach dziobowych, okręt byłby lżejszy tylko o tonę, może trochę więcej, ale gdyby potrzebował sterów rufowych i skosu, sytuacja stałaby się dużo gorsza. Przy zerowym skosie i czterostopniowym kącie nurkowania na sterach dziobowych okręt wrócił na głębokość czterdziestu pięciu metrów. Pacino obliczył, że przy siedmiu dziesiątych tony na jeden stopień będzie lżejszy o prawie trzy tony. Pomylił się w obliczeniach wyporności o całe tony, jasna cholera. Bardzo możliwe, że za tę wpadkę Catardi i Schultz ukarzą go dodatkowym tygodniem szkolenia. Przystąpił do trymowania. Przestawił dźwignie kolankowe, żeby otworzyć zawory w kadłubie oraz zawory dodatkowe i zalać zbiornik regulacji zanurzenia numer dwa. Popchnął joystick w dół do pozycji „Zalewanie” i obserwował wskaźnik poziomu wody w zbiorniku, dopóki nie przybyło pięć procent. Potem zwolnił joystick, zamknął wszystkie zawory i wyzerował kąt sterów dziobowych. Okręt był stabilny na głębokości czterdziestu pięciu metrów. Pacino odetchnął z ulgą. Przynajmniej „nie zgubił bąbla” – w języku podwodniaków oznaczało to drastyczną utratę kontroli nad zanurzeniem, a mogło też oznaczać utratę panowania nad samym sobą, gdy jest się pod presją.
    – Jak tam wytrymowanie, zanurzenie? – zapytał rozbawionym tonem Crossfield stojący za konsolą dowodzenia.
    – Okręt wytrymowany zadowalająco w jednej trzeciej, sir.
    – Bardzo dobrze, zanurzenie – pochwalił Crossfield. – Możesz podziękować bosmanowi Keatingowi za wprowadzenie niewystarczającej kompensacji przed twoją wachtą.
    Więc to Keating zostawił mi lekki okręt, pomyślał Pacino.
    – Dowodzenie, tu sonar. Brak kontaktów sonarowych – zatrzeszczał w słuchawce Pacina głos bosmana Reardona.
    – Sonar, tu dowodzenie. Przyjąłem. Sprawdzić stożek ciszy z prawej burty.
    – Dowodzenie, tu sonar. Tak jest.
    – Zanurzenie, ster pięć stopni w prawo, stały kurs na wschód.
    – Tak jest, sir, ster pięć stopni w prawo.
    – Przyjąłem, zanurzenie.
    Wreszcie róża żyrokompasu obróciła się poza zero osiem zero stopni.
    – Przechodzimy przez kurs zero osiem zero w prawo, dziesięć stopni od wyznaczonego kursu – zgłosił Pacino.
    – Przyjąłem, zanurzenie.
    – Stały kurs na południe – zameldował Pacino.
    W sterowni panowała cisza. Wstrzymał oddech. Wiedział, że następne minuty będą najgorsze. Jeśli podejdzie na głębokość peryskopową zbyt stromo, może przełamać kiosk, ale jeśli podejdzie zbyt wolno, OOD nie będzie w stanie zobaczyć powierzchni i może ich staranować statek handlowy o dużej wyporności, którego nawet nie usłyszą.
    – Dowodzenie, tu sonar. Brak kontaktów sonarowych – zameldował w słuchawce Pacina bosman Reardon.
    – Zanurzenie – zawołał Crossfield – podejść na głębokość dwudziestu metrów!
    – Tak jest, sir, podejść na głębokość dwudziestu metrów – potwierdził Pacino. Kiedy pociągnął wstecz pedały sterów dziobowych, w kokpicie zabrzmiał następny alarm. – Utrata hydrauliki pomocniczej, sir – powiedział Pacino i sprawdził ustawienie systemu. Może znów działa układ główny, pomyślał, ale gdy przestawił zawór, nadal nie miał ciśnienia. – Włączona hydraulika awaryjna, sir.
    Pacino sięgnął w tył do pionowej dźwigni awaryjnej – obecnie tylko nią można było zmieniać położenie dziobowych sterów głębokości. Ale nie ustawiała sterów tak płynnie jak pedały, działała powoli i skokowo. Musiał utrafić w odpowiednią pozycję, która wychyli stery pod właściwym kątem. Pot wystąpił mu na czoło, gdy pociągnął dźwignię wstecz i stery ustawiły się do góry pod kątem dziesięciu stopni. Kiedy wznios okrętu wzrósł, Pacino pchnął stery z powrotem do wychylenia pięciu stopni. Po chwili chwycił inną dźwignię hydrauliki awaryjnej, żeby poruszyć sterem kierunku i utrzymać kurs na wschód, a potem ustawić go z powrotem w osi symetrii okrętu.
    – Hydraulika awaryjna przetestowana i sprawna! – zawołał.
    – Przyjąłem, zanurzenie – odpowiedział mu stłumiony przez hełm peryskopowy głos Crossfielda.
    – Trzydzieści sześć metrów, sir – zameldował Pacino. Pot zalewał mu oczy i niewyraźnie widział wyświetlacze. – Trzydzieści metrów.
    Uświadomił sobie, że kąt wzniosu jest za stromy. Pchnął dźwignię awaryjną w przód i zmniejszył wychylenie sterów dziobowych, próbując z powrotem obniżyć skos.
    – Dwadzieścia siedem metrów, sir.
    Pacino zmagał się z okrętem. Kąt wzniosu zrobił się teraz zbyt płaski. Pacino pomyślał z goryczą, że kieruje Piranią jak kolejką górską. Sięgnął do dźwigni awaryjnej rufowych sterów głębokości, pociągnął ją wstecz i zwiększył skos z powrotem do trzech stopni. Był cały spocony, nawet rękawy miał mokre.
    – Dwadzieścia cztery metry, sir.
    Musiał znów zmniejszyć kąt, żeby nie przełamać kiosku. Pchnął w dół rufowe stery głębokości, chwycił dźwignię awaryjną sterów dziobowych i ustawił je pod kątem dwóch stopni. Potem znów sięgnął do dźwigni sterów rufowych i wyzerował je. Wrócił do sterów dziobowych i wychylił je do góry pod kątem jednego stopnia.
    – Dwadzieścia dwa metry, sir!
    – Peryskop się wynurza! – zawołał Crossfield. – Podnoś nas, zanurzenie!
    – Tak jest, sir. Dwadzieścia jeden metrów – odpowiedział Pacino. Gdy podciągał stery dziobowe do pełnego wzniosu, krople jego potu rozprysły się po kokpicie, ale okręt był ciężki jak ołów. Pacino podniósł stery rufowe, chcąc wykorzystać odchylenie Piranii od poziomu. Ustawił jednostopniowy skos, żeby podejść na głębokość peryskopową, ale wskaźnik ani drgnął. Musiał wypompować trochę wody i to szybko.
    – Dwadzieścia dwa metry, okręt jest za ciężki – zameldował Pacino. Wybrał wszystkie zawory systemu trymującego, potem znalazł na wyczucie obrotowy włącznik masywnej pompy trymującej w pomocniczym pomieszczeniu technicznym na dolnym poziomie. Nic. Obrócił pokrętło jeszcze raz, ale pompa trymująca nie zadziałała. Na panelu wyświetlacza rozbłysł czerwony napis Niesprawność pompy trymującej.
    – Pompa trymująca nie daje się uruchomić, OOD. Świeci się sygnał ostrzegawczy. Włączam pompę odpływową. Dwadzieścia jeden metrów, sir.
    – Zalewa mi peryskop, do cholery. Podnoś nas, kurwa! – Irytacja Crossfielda przeszła w furię. – Przestań się z tym pieprzyć i podnoś nas!
    – Tak jest, sir. – Pacinowi trzęsła się ręka, kiedy przesuwał dźwignię kolankową, żeby przestawić zawory kulowe dużej średnicy z systemu odpływowego na rurową instalację trymująca, a potem odcinał nieczynną pompę trymująca. Wstrzymał oddech, chwycił pokrętło włącznika pompy odpływowej i obrócił w pozycję „Start”. Nic. Spróbował jeszcze raz. Zapłonął następny napis: Niesprawność pompy odpływowej. Pozostało mu już tylko jedno. Przesunął dźwignie kolankowe, żeby wpuścić powietrze pod średnim ciśnieniem do DCT 2 – zbiornika regulacji zanurzenia numer dwa.
    – Niesprawność pompy odpływowej, sprężam DCT 2 pod ciśnieniem pięćdziesięciu atmosfer i opróżniam, sir.
    – Zalewa mi peryskop! – zawołał z wściekłością Crossfield. – Podnoś nas!
    Pacino otworzył zawory w kadłubie, zawory dodatkowe DCT 2 i podniósł joystick systemu inercji okrętu do pozycji „Nadmuch” – w normalnych warunkach ta operacja była zabroniona z uwagi na hałas, jaki powodowała. Powietrze z górnej części zbiornika natychmiast wydmuchało jego zawartość za burtę do wody morskiej o niższym ciśnieniu i okręt wreszcie stał się lżejszy. Głębokościomierz zaczął pokazywać wznoszenie.
    – Dwadzieścia jeden metrów, sir. Dwadzieścia metrów. Dziewiętnaście. Osiemnaście metrów, sir.
    Boże, pomyślał Pacino, nareszcie. Wypoziomował i wyzerował kąt na sterach dziobowych. Zanurzenie okrętu ustabilizowało się.
    – Peryskop czysty! – zawołał Crossfield.
    Nawigator przeszukiwał teraz gorączkowo powierzchnię morza. Sprawdzał, czy nie ma bliskich kontaktów, gdyż najmniejszy statek nawodny mógł im przeciąć kadłub. Zgodnie ze standardowymi procedurami operacyjnymi w sterowni powinna panować zupełna cisza, dopóki oficer pokładowy nie wypowie stereotypowej formuły: „Brak bliskich kontaktów”. Wszelkie inne słowa, włącznie z przekleństwem „O, cholera”, mogłyby zostać zinterpretowane jako rozkaz zanurzenia alarmowego w celu uniknięcia kolizji z jednostką nawodną. Kadłub okrętu podwodnego był gruby i mocny, ale skonstruowano go tak, by wytrzymywał ciśnienie w głębinach, a nie siłę uderzenia kadłuba statku nawodnego.
    – Brak bliskich kontaktów! – zawołał Crossfield.
    Pacino odetchnął z ulgą. Zamknął wszystkie zawory zbiornika regulacji zanurzenia i wypuścił z niego sprężone powietrze do maszynowni.
    – Siedemnaście metrów, sir.
    Ale teraz okręt wznosił się z zerowym kątem na sterach głębokości. Przesadziłem?- pomyślał Pacino. Opuścił stery dziobowe o jeden stopień, potem o dwa.
    – Szesnaście metrów, sir. – Cholera, znów kolejka górska. Użycie hydrauliki awaryjnej było niemożliwe. – Siedemnaście metrów, sir.
    Pacino zauważył, że zszedł z kursu o trzy stopnie. Patrząc jednym okiem na głębokościomierz, pchnął dźwignię awaryjną steru kierunku, żeby przestawić go o pół stopnia w prawo. Kiedy wrócił na kurs wschodni, wyzerował ster. Okręt był na wyznaczonej głębokości pod zerowym kątem.
    – Zaczynam nasłuch ze wzmocnieniem! – zawołał Crossfield. – Zanurzenie, podnieść BRA-44.
    AN/BRA-44 to maszt radiowy do odbioru przekazów satelitarnych nazywany Bigmouth, pomyślał Pacino. Znalazł dźwignię na prawym panelu pionowym i przestawił ją do góry. Hydraulika z jękiem wysunęła maszt. System awaryjny działał dużo wolniej niż główny układ hydrauliczny.
    – BRA-44 w górze, OOD – powiedział Pacino.
    Przez następne dwie minuty regulował zanurzenie okrętu. Pirania miała teraz dużo większą stabilność przy prawidłowym ciężarze. Pacino zmagał się z lekkim przeciążeniem dziobu, ale wyregulowanie tego mogło znów doprowadzić do oscylacji i doszedł do wniosku, że łatwiej będzie kontrować to sterami dziobowymi.
    Znów rozległ się hałas hydrauliki, gdy radiowcy opuszczali BRA-44.
    – Dowodzenie, tu radio. BRA-44 idzie w dół.
    – Radio, tu dowodzenie. Przyjąłem – potwierdził Crossfield.
    Za plecami Pacina XO Schultz poklepała Crossfielda w ramię. Wyjrzał spod hełmu peryskopowego i zobaczył w jej ręku zdjęcie zbliżającego się lotniskowca. Zrobiono je z poziomu powierzchni wody na wprost nadpływającego olbrzyma. Schultz właśnie zainicjowała następne ćwiczenie.
    – Zanurzenie alarmowe! – zawołał Crossfield.
    Pacino bez namysłu chwycił prawą ręką przepustnicę, lewą złapał dźwignię sterów dziobowych, przesunął przepustnicę do pozycji pełna naprzód i pchnął stery do pełnego nurkowania. Potem ujął prawą ręką dźwignię rufowych sterów głębokości i wychylił je pod kątem dziesięciu stopni w dół. Ustawił system trymujący na zalewanie, opuścił joystick, przytrzymał go lewą ręką i sięgnął do przepustnicy, żeby jeszcze zwiększyć obroty o dziesięć stopni. Zmienił kąt wychylenia sterów rufowych na pięć stopni w górę, a wznios dziobowych na dziesięć, zwolnił joystick i patrząc na głębokościomierz, zawołał:
    – Tak jest, zanurzenie alarmowe, pełna naprzód, zalewanie, skos w dół dziesięć stopni!
    Selektor na wolancie przełączał jego mikrofon na radiowęzeł. Pacino wcisnął klawisz i usłyszał nad głową wzmocniony głos, który rozbrzmiewał echem na całym okręcie: „Zanurzenie alarmowe, zanurzenie alarmowe…”
    Zmagał się ze sterami głębokości, dopóki nie zszedł na czterdzieści pięć metrów i nie ustabilizował okrętu. Potem cofnął przepustnicę do obrotów jednej trzeciej naprzód.
    – Czterdzieści pięć metrów, sir! – zameldował.
    Znów się spocił, po kilku sekundach był cały mokry. Ale ćwiczenie się skończyło, miał to już za sobą. Odezwał się brzęczyk na konsoli. Pacino wcisnął przycisk.
    – Hydraulika pomocnicza już działa, sir. – Usłyszał drugi brzęczyk. – Hydraulika główna sprawna.
    Przełączył kokpit z powrotem na hydraulikę główną. Koszmar z dźwigniami awaryjnymi minął. Ekrany zaszumiały i obrazy się zmieniły, pół tuzina paneli ożyło.
    – System Cyclops już działa. – Pacino z powrotem włożył wizjer i znów zobaczył animację okrętu.
    – W porządku, zanurzenie. Zejść na głębokość dwustu trzynastu metrów, cała naprzód standardowa, stromy kąt.
    Pacino potwierdził, pchnął w dół wolant i przesunął przepustnicę do przodu. Okręt zanurkował pod kątem dwudziestu stopni. Pacino przez dwie minuty wisiał na pasach swojego fotela, dopóki animacja Cyclopsa nie pokazała dwustu metrów. Wyrównał trzynaście metrów niżej i sprawdził wyświetlacz.
    – Dwieście trzynaście metrów, sir! – zawołał do Crossfielda.
    – Panie Pacino, proszę przekazać zanurzenie bosmanowi Keatingowi.
    Pacino złożył meldunek, przekazał wachtę Keatingowi i wygramolił się z kokpitu. Otoczyli go oficerowie i podoficerowie z kapitanem na czele, wszyscy zaczęli nagle bić brawo. Catardi uśmiechał się szeroko. Nawet Crossfield szczerzył zęby do Pacina i klaskał. Porucznik Alameda nie miała już kwaśnej miny i z uśmiechem na twarzy wyglądała naprawdę pięknie.
    – Panowie – oznajmił Catardi – daję wam aspiranta Patcha Pacino, świeżo wykwalifikowanego wachtowego oficera zanurzenia. Jest w tym cholernie dobry.
    – Brawo, brawo – dodał Duke Phelps.
    – Amen, panie Patch – mrugnął porozumiewawczo bosman Keating.
    Pacino uśmiechał się blado, zdawał sobie sprawę, że jego kombinezon jest mokry od potu. Czuł, że się czerwieni z zakłopotania, wiedząc, że niezgrabne podejście na głębokość peryskopową mogło wypaść dużo lepiej – trzymał Crossfielda z peryskopem pod wodą przez pełne trzydzieści sekund.
    – Dobra robota, Patch – ciągnął Catardi. – Nikt na pokładzie jeszcze nie poradził sobie dotąd lepiej z Piranią przy tylu trudnościach. Płacimy. Pan też, bosmanie Keating.
    Pacino gapił się na dwudziestodolarowe banknoty, które zmieniały właścicieli, cały krąg mężczyzn przekazywał pieniądze kapitanowi. Keating uśmiechnął się szeroko do Pacina, podając nad jego ramieniem Catardiemu pięć dwudziestodolarówek.
    – Co się dzieje, do cholery?
    – Wszyscy ci godni współczucia niedowiarkowie założyli się, że albo przełamiesz kiosk, albo poprosisz o dzwonek dwóch trzecich, żeby podejść na peryskopową. Albo zupełnie zgubisz bąbel – uśmiechnął się szeroko Catardi. – Pewnie dlatego, że żaden z nich nigdy nie podszedł na głębokość peryskopową na hydraulice awaryjnej, bez Cyclopsa, przy sześciu tonach ciężaru i nieczynnych systemach trymowania i odpływu. Każdy z nich wisiałby przez dwie minuty z zalewanym peryskopem w górze, a potem poddałby się i zwiększył moc, żeby go osuszyć. Jak już powiedziałem, czekaliśmy na ciebie.
    Pacino znów się uśmiechnął. Marzył, żeby pójść do toalety oficerskiej, zdjąć przepocony kombinezon i wziąć prysznic. Kiedy odwrócił się, chcąc odejść, bosman Keating przywołał go z powrotem do konsoli sterowania okrętem.
    – Tak, panie bosmanie?
    – Przepraszam, sir, że nazywałem pana niewykwalifikowanym pasażerem. Może pan oddychać powietrzem mojego okrętu, ile pan chce, sir.
    Pacina ścisnęło w gardle. Dziwne, ale te słowa wydały mu się jednym z największych komplementów pod jego adresem, jakie kiedykolwiek otrzymał.
    – Dzięki, panie bosmanie – odpowiedział, po czym wyszedł ze sterowni.
    Wiedział, że wróci tu za trzy godziny, żeby objąć swoją pierwszą samodzielną wachtę, już nie pod nadzorem, lecz jako wykwalifikowany członek załogi.

10

    Doktor Frederick Wang zszedł niepewnie po schodkach prywatnego odrzutowca, który przewiózł go błyskawicznie z jego domu w Denver do Rayong w Tajlandii. Uścisnął dłoń wielkiemu tajskiemu kierowcy i wsiadł do rolls-royce’a. Nigdy nie jechał takim samochodem, nigdy nawet takiego dotąd nie widział. Miał za sobą straszny tydzień, ale nieoczekiwany zwrot wydarzeń, który nagle nastąpił, był taki dziwny, że sam nie wiedział, czy się nim cieszyć. Dziesięć dni temu został wezwany z pracowni sztucznej inteligencji w ośrodku technicznym DynaCorp w Denver do biura firmy w śródmieściu, eskortował go olbrzymi ochroniarz o nieprzyjemnym spojrzeniu. W gabinecie wiceprezesa Wang usłyszał, że cofnięto mu zezwolenie na dostęp do spraw tajnych i ktoś spakuje jego rzeczy osobiste. Wang podpisał z DynaCorp umowę o pracę, która gwarantowała mu, że nie zostanie pozwany do sądu za zdradę tajemnicy służbowej, istotnej dla bezpieczeństwa narodowego. W zamian za to firma mogła go zwolnić bez podania przyczyn. Wypłacono mu roczną odprawę, ale utrata zezwolenia na dostęp do spraw tajnych oznaczała, że nie zatrudni go już żaden kontrahent resortu obrony, a nigdzie w sektorze prywatnym nie miałby takiego funduszu badawczego jak w laboratorium DynaCorp w Denver. Mogła go wynająć prywatna korporacja.
    Powodem zwolnienia z pracy było chińskie pochodzenie Wanga i to, że całymi godzinami rozmawiał przez telefon z najbliższą rodziną w Pekinie; DynaCorp podejrzewała go o nielojalność. Znalazł się w kiepskiej sytuacji, ale niewiele mógł na to poradzić. Stracił posadę i obawiał się, że w ogóle wypadnie z branży. Nie próbował nawet układać jakichś planów na przyszłość, był zbyt przygnębiony; snuł się bez celu po domu i nie potrafił się skoncentrować na niczym. Kiedy zadzwonił telefon, nie miał ochoty odbierać, ale kod wskazywał Tajlandię i ciekawość zwyciężyła. Wielki mężczyzna na ekranie monitora mówił przez kilka minut, lecz Wanga zaintrygowały nie tyle jego słowa, ile sposób, w jaki się do niego zwracał, niezwykle ciepły i uprzejmy. Tak właśnie traktowali go dyrektorzy DynaCorp, w czasach kiedy był ich najlepszym specjalistą w dziedzinie sztucznej inteligencji.
    Mężczyzna nazywał się Sergio, chciał go zatrudnić i zaprosił na rozmowę. Praca, którą mu proponował, wymagała odbywania licznych podróży, co bardzo odpowiadało Wangowi – chciał wyjechać z Denver, uwolnić się od wspomnień związanych z DynaCorp. Sergio powiedział, że za godzinę przyśle po niego samochód. Przyjechała smukła, czarna limuzyna marki Mercedes, zawiozła go do międzynarodowego portu lotniczego w Denver, minęła bez przeszkód stanowiska ochrony i zatrzymała się na płycie lotniska przy otwartych drzwiach prywatnego odrzutowca ponaddźwiękowego. W samolocie piękna chińska stewardesa podała Wangowi kolację i drinki. Zasnął i obudził się, gdy koła odrzutowca dotknęły pasa startowego w Rayong.
    Godzinę później znalazł się w luksusowym nadmorskim domu na piaskach Pattayi w Tajlandii. Rozmawiał osobiście z Sergiem i jego uprzejmym wspólnikiem Victorem Krivakiem. W końcu Sergio zapytał po prostu, czy Wang chce być zatrudniony w ich firmie United Electrics. Zaproponował mu pięć milionów dolarów rocznie na początek. Dodał, że dojdzie do tego premia – jakby sama pensja nie była dostatecznie wysoka! Jest tylko jeden „haczyk”, uprzedził, „w polu zainteresowania” United Electrics, jak to ostrożnie określił, znajdują się pewne sprawy związane z wojskowością Stanów Zjednoczonych; firma chciała się z nimi bliżej zapoznać, wykorzystując do tego celu niezwykłe kwalifikacje Wanga. Jeśli Wang nie będzie miał skrupułów, otrzyma stanowisko dyrektora działu sztucznej inteligencji.
    Wang zastanawiał się krócej, niż trwa jedno uderzenie serca. Jego ojciec po przyjeździe do Ameryki pracował w sklepie we wschodnim Los Angeles. Bito go i okradano w tym mieście przemocy, ale ciułał pieniądze, żeby syn mógł pójść do college’u. Na studiach Wang trzymał się na uboczu, podobnie jak w DynaCorp. Interesowała go tylko praca, a gdy ją stracił, pozostało w nim niewiele lojalności wobec Ameryki. Myśl, że teraz mógłby pracować dla przeciwników ludzi, którzy go odrzucili, miała w sobie coś pociągającego. I wiedział, że kiedy skończą mu się niewielkie pieniądze – odprawa wypłacona przez DynaCorp – trafi do sklepu, jak jego ojciec.
    Jednostka Jeden Zero Siedem, którą stworzył, była jedyną rzeczą na świecie bliską mu jak własne dziecko. DynaCorp wyrzuciła go na ulicę i nawet nie pozwoliła mu się pożegnać z kolegami naukowcami i sensytywnymi procesorami węglowymi. Brakowało mu Jeden Zero Siedem bardziej niż czegokolwiek i kogokolwiek, bardzo cierpiał, wspominając swoje kontakty z jednostką. Czasem była wesoła, kiedy indziej zirytowana, emocje komputera budziły w Wangu szczególne pragnienia, chciał się opiekować jednostką, wychowywać ją. To, że ktoś żywi takie uczucia wobec maszyny, mogło wydawać się czymś dziwnym, ale był jej ojcem w każdym znaczeniu tego słowa. Wyrzucając go z DynaCorp, odebrano mu jego dziecko i pozbawiono zarazem nadziei, że jeszcze kiedyś je zobaczy. Gdy mógł spać, rozmawiał w snach z Jeden Zero Siedem, grał z nią w szachy lub uczył ją literatury klasycznej. Kiedy się budził, myśl o tym, że Jeden Zero Siedem wyrwano brutalnie z jego życia, sprawiała mu więcej bólu niż wszelkie inne myśli i wszelkie uczucia.
    Ale ci dwaj mężczyźni z Tajlandii dawali mu szansę złożenia jej wizyty. Znów mógłby z nią porozmawiać, zapytać ją, jak się miewa, może nawet poznałaby go. Miał nadzieję, że to wszystko rzeczywiście nastąpi.
    Wyjąkał, że się zgadza. Sergio i Krivak uśmiechnęli się i uścisnęli mu dłoń. Przy szampanie, za namową Krivaka, opowiedział historię powstania maszyny. Dwaj wspólnicy słuchali uważnie.
    – Nadprzewodniki osiągnęły granice miniaturyzacji dziesięć lat temu – zaczął Wang, rozkładając szeroko ręce. – Doszliśmy do punktu, w którym jedna drobina pyłu mogłaby zniszczyć procesor, a ciepło wydzielane przez obwody stopić krzem. Dwadzieścia lat wcześniej na scenę wkroczyli chemicy organiczni ze swoimi teoriami obwodów molekularnych. W laboratorium DynaCorp mieliśmy fundusze większe niż ktokolwiek inny w Ameryce Północnej i kierowany przeze mnie zespół naukowców szybko rozwiązał początkowe problemy. Ale postęp został zahamowany i ustalenie, jak zachowuje się pojedyncza cząsteczka, stało się możliwe dopiero dzięki mikroskopom tunelowym skaningowym, pozwalającym na obserwacje w skali atomowej. Pierwsze organiczne urządzenia molekularne naszej konstrukcji mogły przewodzić elektrony, przekazując je z jednego orbitalu atomowego do następnego. Ale pojawiło się pytanie, czy będą mogły to robić na rozkaz, włączając się i wyłączając tylko wtedy, gdy dostaną sygnał z zewnątrz? Jeśli okazałoby się, że to się udało, mielibyśmy sterowany elektrycznie włącznik, który byłby tranzystorem molekularnym, moglibyśmy dokonywać operacji cyfrowych w skali molekularnej. Gdyby się nie udało, cała koncepcja byłaby do niczego. Niestety, wyglądało na to, że nic nie działało. W końcu stworzyliśmy pasmo molekularne, które mogło się obracać i usuwać jeden orbital przewodzący elektrony z sąsiedztwa następnego, efektywnie wyłączając cząsteczkę, a potem obracać się w drugą stronę i znów zbliżać do siebie orbitale, włączając cząsteczkę z powrotem. Rotację powodowało bombardowanie pasma molekularnego fotonami, co było niewygodnym sposobem sterowania włączaniem i wyłączaniem. Więc zabraliśmy się do pracy nad bardziej skomplikowaną cząsteczką, która mogła się włączać i wyłączać pod wpływem impulsu elektrycznego, a nie światła. Zajęło nam to więcej niż połowę roku, ale kiedy skończyliśmy, mieliśmy pierwszy prawdziwy tranzystor molekularny. W następnym roku byliśmy w stanie produkować diody jednocząsteczkowe, tranzystory wzmacniające, elementy logiczne I oraz LUB, a także wzmacniacze. Pamiętam, że czuliśmy się tak, jakbyśmy rozpruli sejf. Pozostało nam tylko rozwiązanie problemu, jak umieścić te urządzenia bazowe w obwodzie, żeby spełniały żądane funkcje.
    Problem, jak dostarczyć prąd do określonych terminali urządzeń molekularnych, zahamował nasze dalsze prace na rok. Chemicy organiczni znaleźli rozwiązanie, które nazwali „automontażem chemicznym”. W najprostszej formie automontażu urządzenia molekularne same dryfowały w roztworze w kierunku złotych styków terminali. Chemia automontażu stała się bardziej skomplikowana, gdy stworzyliśmy bardziej złożone struktury obwodowe. Skonstruowaliśmy struktury organiczne do zatrzymywania cząsteczek na miejscu, uwalniając naukowców od kłopotu ze złotymi płytkami wielkości monet, zaśmiecającymi obwody. Opracowaliśmy tunelową lampę molekularną, zdolną do przekazywania elektronów, czyli prądu, z jednego miejsca do odległego punktu złożonego obwodu – coś w rodzaju sztucznego włókna nerwowego. To było osiem lat temu. W następnym roku skonstruowaliśmy cząsteczkę, która mogła zatrzymywać elektron w niszy uformowanej przez chmury elektronowe. Uwięziony elektron tworzył punkt pamięci cyfrowej. Obecność elektronu to „Jeden”, jego brak symbolizuje „zero”. Węzeł pamięci utrzymuje się w stanie pamięci elektronowej przez imponujące dziesięć minut. Wydaje się, że to niewiele, ale proszę to porównać z punktami pamięci z półprzewodników krzemowych, które wystarczają zaledwie na kilka milisekund i muszą być stale odnawiane. Tym jednym wynalazkiem zrobiliśmy po prostu gigantyczny skok naprzód w technologii komputerowej.
    W tym czasie zatrudniliśmy kilku japońskich konstruktorów okrętów podwodnych Destiny III, sterowanych przez komputery biologiczne. Japończycy dołączyli do nas w momencie, gdy utknęliśmy przy próbach zmontowania wielkich zestawów obwodów molekularnych. Lokowanie ogromnej liczby pojedynczych cząsteczek w określonych miejscach stawało się harówką. Japończykom udało się podłączyć mózgi ssaków niższych do terminali krzemowego procesora komputera sieci neuronowej na długo przed japońskim kryzysem rakietowym, ale nawet oni nie wiedzieli, co się dzieje na poziomie molekularnym. Podchodzili do procesora biologicznego jak do czarnej skrzynki, z którą trzeba postępować empirycznie, metodą prób i błędów, żeby działała. Ich też zastopował problem, jak zmontować te gigantyczne kompleksowe obwody. Do dziś zastanawiam się, czy rozwiązanie problemu wymyślili naukowcy w naszym laboratorium, czy po prostu ukradliśmy ten pomysł naturze. Wzięliśmy chromosomy proste i zmienialiśmy je po jednej cząsteczce, żeby wprowadzić do nich instrukcje, jak stworzyć trójwymiarowy obwód organiczny z komórek bazowych. Powstanie obwodu w warunkach laboratoryjnych było rezultatem „programowania” chromosomów i pozwalania im na budowanie tkanki obwodu molekularnego przez miesiące. Tkanka rosła do kilku gramów wagi, przy wymaganiach, żeby gęstość obwodu była większa niż w odpowiednikach krzemowych. Po pięciu tysiącach porażek udało nam się zmontować wielki obwód molekularny funkcjonujący jako procesor i zdolny „przetrwać” w niezmienionym stanie przez tygodnie, zanim nastąpi demontaż. Choć „śmierć” to może lepsze słowo.
    Przewidywano, że wielki dzień w historii sztucznej inteligencji nastąpi za mniej więcej dwieście lat, kiedy komputer molekularny z matrycą tkankową na bazie węglowej przewyższy najbardziej zaawansowany superkomputer z półprzewodnikami krzemowymi. Ten odległy dzień nazwano CSi od symboli chemicznych węgla i krzemu. Miały upłynąć dwa wieki, panowie. A tymczasem dzień CSi nadszedł w Laboratorium Nanoskalowej Technologii Elektroniki Molekularnej firmy DynaCorp w Denver w Kolorado siedem lat temu.
    Wang przerwał, żeby pociągnąć łyk szampana z kieliszka. Krivak spojrzał na Sergia, który chłonął każde słowo naukowca.
    – Ale nasze matryce tkankowe nie spełniały pokładanych w nich nadziei. Początkowo miniaturyzowaliśmy komputery węglowe, żeby funkcjonowały jak głupie komputery krzemowe. Następnym krokiem było wykorzystanie naszej nowej wiedzy o technikach konstrukcyjnych chromosomów do budowania tkanek obwodowych, które bardziej przypominałyby tkanki mózgowe, łącznie z fabrykowaniem synaps neuronowych i matryc komórek mózgowych. Zabraliśmy się za kopiowanie mózgów stworzonych przez naturę. Zaczęliśmy od dołu drabiny, czyli od owadów. Kiedy przebrnęliśmy przez trzy tysiące porażek, wzięliśmy się za ptaki. Powiem panom, że mózg ptaka to zadziwiająca maszyneria. Układ sterowania ruchami potrzebny do latania jest bardzo rozbudowany. Kilka miesięcy później przeszliśmy do konstruowania mózgów kotów, potem psów i w końcu niższych naczelnych. Im bardziej chromosomy przypominały ludzki genom, tym wyraźniej rosła moc obliczeniowa systemów tkankowych. Nasze osiągnięcia zapewne rozpętałyby dyskusję na temat kwestii, czy używanie sztucznych chromosomów ludzkich do budowy matrycy obwodu wzorowanego na ludzkim mózgu jest zgodne z etyką, ale nikt o nich nie wiedział. Niektóre prace były tajne, inne tak bardzo skomplikowane, że media nie potrafiły zrozumieć, o co chodzi. Robiliśmy duże postępy. Zaledwie rok po CSi udało nam się skonstruować kopię mózgu ludzkiego. Po tym sukcesie zaczęliśmy oczekiwać dnia, kiedy superkomputery bazujące na tkance przewyższą poziomem inteligencji człowieka. Ten dzień nazwano AI›HI – sztuczna inteligencja przewyższa ludzką.
    – Byliśmy tak upojeni naszym sukcesem, że pierwsza porażka była dla nas szokiem. Okres użytkowania komputerów tkankowych na bazie węglowej kurczył się, aż zmalał do tego stopnia, że najbardziej wyrafinowane jednostki bazowane na ludzkich włóknach chromosomowych nie wytrzymywały nawet kilku tygodni.
    – Co się stało? – zapytał Victor Krivak.
    – Natknęliśmy się na ten sam problem, co Bóg – odrzekł Wang i zajrzał do pustego kieliszka. Sergio nalał mu szampana z nowej butelki. – Najpierw komputery organiczne cierpiały na choroby i infekcje. Uporaliśmy się z tym, konstruując specjalne pomieszczenia sterylne, które ograniczały użyteczność komputerów – jak można korzystać z komputera, skoro trzeba zbudować w domu sterylny pokój? Rozwiązanie było kiepskie – procesor komputera z matrycą tkankową przechowywałoby się w warunkach szpitalnych w jakimś centralnym punkcie, a klient miałby tylko terminal sterowany przez mały komputer bezprzewodowy. Staliśmy w miejscu, dopóki nie sprowadziliśmy do naszej pracowni lekarzy immunologów. Kiedy pokonaliśmy problem zakażeń, uratowane komputery okazały się podatne na inny rodzaj chorób. Można by je nazwać psychozami.
    Rzecz w tym, że programiści komputerów bazowanych na węglu spędzali więcej czasu na uczeniu ich niż na rzeczywistym programowaniu. W miarę jak wzrósł poziom inteligencji tych jednostek, proces ich nauczania stawał się coraz bardziej skomplikowany. Psycholodzy sztucznej inteligencji, obserwujący wzajemne oddziaływanie na siebie programistów i komputerów węglowych oraz interakcje między samymi komputerami, doszli do wniosku, że komputery węglowe stają się sensytywne, a ich świadomość niesie swoje konsekwencje. Cierpienie w różnych odmianach. Poczucie samotności. Smutek. Gniew. Żądzę władzy. Tęsknotę. Znudzenie. Po roku programiści stali się bardziej rodzicami i nauczycielami niż technikami.
    Najgorsze nadeszło wtedy, gdy najbardziej zaawansowane komputery węglowe zestarzały się. W przeciwieństwie do swoich krzemowych odpowiedników, które funkcjonują na jednym poziomie, dopóki nie wyjdą z użycia, najnowsze komputery węglowe rozwijały się w granicach tego samego modelu fizycznego, zyskując inteligencję i dokonując samoprzezwojenia swoich obwodów – tak samo jak mózg ludzki poddany kształceniu. Ale jednostki węglowe przestawały działać po dwóch latach, nie czyniły dalszych postępów. Dochodziły do momentu będącego biologicznym odpowiednikiem wyłączenia się komputera krzemowego. Popadały w stan katatonii, z którego już nie wychodziły, a potem umierały.
    – Co było powodem? – zapytał Krivak.
    – Bariera dwóch lat – odrzekł Wang. – Komputer węglowy rozwijał się jak mózg dziecka. Programowanie i własny rozwój doprowadzały jednostkę do etapu samoświadomości lub może tylko świadomości tego, gdzie kończy się własne ja i zaczyna świat zewnętrzny. Jednostka zdawała sobie sprawę ze swojej zależności i bezsilności. Miała napady złego humoru, podobnie jak małe dziecko, tylko dużo bardziej destrukcyjne. Można by to określić jako formę schizofrenii. Uznaliśmy, że jednostkom brakuje stymulacji. Pomagało tylko jedno – dawanie im przedmiotów, którymi się bawiły albo je psuły. Fizyczna manifestacja własnego ja, którą mogły kontrolować.
    – Daliście im ciała – powiedział Krivak.
    – Właśnie – przytaknął z powagą Wang. – Montowaliśmy nasze jednostki w traktorach, samochodach i robotach i dawaliśmy im ramiona manipulatorów, żeby mogły wyładowywać swoją złość w sposób fizyczny. Skłonność do destrukcji pozostała, ale po uzyskaniu fizycznej kontroli nad przedmiotami, które mogły niszczyć, jednostki były w stanie przetrwać i rozwijały się bez popadania w stan katatonii. Inaczej nie mogłyby istnieć.
    – I na tym etapie jesteśmy teraz? – zapytał Krivak.
    – Nie, to było cztery lata temu. Niestety krzywa progresu dramatycznie spadła. Dalszy postęp technologiczny hamuje teraz czas potrzebny poszczególnym jednostkom na dorastanie, świadczenie różnych emocji i naukę. Odkąd komputery węglowe stały się kuzynami naszych własnych mózgów, rozwijają się w tej samej skali czasowej, co my. Przechodzą od niemowlęctwa do dzieciństwa, po dwóch latach zyskują świadomość, a potem inteligencję, która rośnie w postępie geometrycznym. A później mamy jeszcze jeden problem, który napotkał nasz stwórca.
    Ten problem to różnorodność „samomontujących się”, sterowanych chromosomami procesorów węglowych, różnorodność wręcz zdumiewająca. Ich ilorazy inteligencji różniły się tak bardzo, że masowa produkcja okazała się niemożliwa. Na każdą wysoce inteligentną jednostkę przypadało dwadzieścia głupich, niezrównoważonych emocjonalnie lub chorych. Brak produktywności był zaskakujący i przez rok wydawało się, że nigdy nie będziemy mieli jednostki, której moglibyśmy powierzyć system wojskowy. Ale w końcu jednej z nich udało się przekroczyć fatalną barierę dwóch lat i wkroczyła szczęśliwie w piąty rok istnienia. Jednostka 2015-107, nazywana przez nas po prostu Jeden Zero Siedem, była naszą dumą i radością. Zrozumieliśmy, że jedynym sposobem zapewnienia postępu osiągniętego dzięki niej jest zachowanie planów jej tkanki przez jej replikację w formie łańcuchów DNA jej własnego chromosomu. Niestety potomstwo Jeden Zero Siedem okazało się dużo głupsze. Przekonaliśmy się, że nie możemy po prostu zachowywać DNA jednej z naszych udanych jednostek – nie możemy ich tylko klonować – przez wiele pokoleń, zanim wykażą błędy i przestaną się zachowywać oraz przetwarzać jak rodzic. Trzeba połączyć DNA dwóch udanych jednostek, doprowadzić do swoistej reprodukcji płciowej procesorów węglowych. Można powiedzieć, że zdobyliśmy wiedzę Boga. I na tym właśnie etapie jesteśmy obecnie. Jednostka Jeden Zero Siedem spotkała się z jednostką Dwa Cztery Trzy i poczęły Dwa Sześć Siedem, która przekroczyła ostatnio barierę dwóch lat. Udało nam się zabrać Jeden Zero Siedem z laboratorium i umieścić ją w pierwszym urządzeniu wojskowym przystosowanym do całkowitego sterowania przez procesor węglowy.
    – Więc powierzyliście system wojskowy pięcioletniemu dziecku – zauważył Krivak.
    – To prawda, ale bardzo inteligentnemu pięcioletniemu dziecku – odparł naukowiec.
    Wszyscy trzej wybuchnęli śmiechem. Od tej chwili już do końca lunchu rozmawiano tylko o mało istotnych sprawach. Dopiero gdy służba Sergia posprzątała ze stołu, Krivak zapytał Wanga:
    – Ten system wojskowy… Co to jest?
    – Nazwano go Snarc – odrzekł Wang. – DynaCorp i marynarka wojenna przyjęły ten skrót dla zautomatyzowanego i zrobotyzowanego podwodnego systemu bojowego. To okręt podwodny sterowany przez jednostkę Jeden Zero Siedem.
    – Czy takie rozwiązanie nie jest nieco zbyt radykalne dla amerykańskich wojskowych? – zapytał Krivak, smakując wino. – Co będzie, jeśli Jeden Zero Siedem zawiedzie?
    – DynaCorp przygląda się jej uważnie. Mają na pokładzie moduły pamięci bazowane na krzemie i system kontroli nad okrętem, na wypadek gdyby Jeden Zero Siedem przestała działać. Ponadto system krzemowy składa meldunki o jej stanie. Za każdym razem, kiedy Jeden Zero Siedem wynurza się na powierzchnię, system krzemowy przeprowadza transmisję telemetryczną, łącznie z przekazaniem zawartości modułu pamięci.
    – Dopóki jednostka węglowa na to pozwala – powiedział Krivak.
    – Istotnie – naukowiec skinął potwierdzająco głową.
    – Więc przejęcie okrętu na odległość jest niemożliwe. – W głosie Krivaka zabrzmiała nuta rozczarowania.
    – Zgadza się. Nie można za pomocą elektroniki porwać okrętu i wykorzystać jego komputera do własnych potrzeb. Kolejna zaleta sztucznej inteligencji w tym wydaniu. Między innymi dzięki temu DynaCorp i marynarka wojenna uzyskały zgodę Kongresu na zastosowanie owego systemu w węźle wojskowym. Jest odporny na obcą ingerencję.
    Sergio podniósł się z miejsca.
    – Panowie, na dziś chyba wystarczy tej gimnastyki umysłowej. Zostawmy trochę problemów na jutro. Doktorze, zarezerwowaliśmy panu apartament w hotelu. Niech pan odpocznie, może zainteresuje pana nocne życie Bangkoku. Jutro spotkamy się znowu.
    Kiedy Wang wyszedł, Krivak zerknął na swego wspólnika. Sergio wyglądał przez okno. Miał twarz bez wyrazu.
    – Co o tym wszystkim myślisz? – zapytał Krivak.
    – Chyba zgarnęliśmy pulę – odrzekł Sergio, lecz w jego głosie pobrzmiewał ton niepewności.
    – Ale szkoda, że Snarc nie będzie nasz. Miałem nadzieję, że przejmiemy nad nim kontrolę, tak jak nad systemem krzemowym.
    Sergio zmarszczył brwi.
    – Snarc to nie problem – powiedział, patrząc gdzieś w przestrzeń.
    – Nie? Więc co, lub kto, cię martwi?
    – Wang. Widziałeś, w jaki sposób mówił o tych maszynach? Błyszczały mu oczy. Te komputery są jak jego dzieci. Cieszy się, że dostał szansę pomanipulowania nimi, prawie jak rodzic, który uwielbia wtrącać się do życia dzieci, ale jeśli usłyszy, że trzeba zniszczyć tę jednostkę, natychmiast się wycofa ze wszystkiego.
    Victor milczał przez chwilę, zastanawiając się nad słowami wspólnika.
    – Więc nie możemy mu o tym powiedzieć – orzekł w końcu.

    Falcon wyleciał z Bangkoku i odbył długą podróż z jedną przerwą: musiano zatankować paliwo – Wang przypuszczał, że zrobiono to w Afryce Południowej – po czym polecieli dalej, zostawiając słońce z tyłu i w końcu wylądowali w Sao Paulo w Brazylii, czterysta kilometrów na zachód od Rio de Janeiro. Wynajęta limuzyna przewiozła ich dalej na zachód, przez okolice, gdzie piękno krajobrazu wręcz zapierało dech, wreszcie zatrzymała się przed bramą więzienia.
    – Niech pan tu zaczeka – polecił Wangowi Krivak. – Amorn, ty masz gotówkę?
    – Tak, proszę pana. W neseserze. Paczki po sto tysięcy w studolarowych banknotach. Razem dwa miliony.
    – Weź ją. Dla mnie to za ciężkie.
    Amorn wszedł za Krivakiem do więzienia. Wang starał się zrozumieć, o co tu chodzi. Po godzinie ci dwaj powrócili bez nesesera, towarzyszył im młody, najwyżej dwudziestoparoletni mężczyzna w pomarańczowym kombinezonie więziennym. Kiedy zobaczył czarną, lśniącą limuzynę, na jego wystraszonej twarzy pojawił się wyraz zaskoczenia.
    – Doktorze Wang, przedstawiam panu Pedra Meringe’a.
    – Miło mi, panie Meringe – powiedział Wang.
    – Mów mi Pedro – odrzekł młody człowiek.
    Limuzyna zawiozła ich do hotelu w Serocabie, Krivak zaprowadził Pedra pod prysznic i kazał mu się przebrać. W drogim, włoskim garniturze Meringe nadal wyglądał młodo. Amorn zabrał go do restauracji. Krivak oparł się o ścianę i zapalił papierosa.
    – Kim jest ten więzień? – zapytał Wang.
    – Naprawdę pan nie wie? To on wyłączył serwery orbitalne Pentagonu w ostatnie Boże Narodzenie. Toczyła się światowa wojna prawna o jego ekstradycję do Stanów, ale Brazylijczycy uparli się, żeby odsiedział wyrok na ich ziemi.
    – A te dwa miliony? Kaucja?
    – Przez następne dwadzieścia lat będzie figurował na liście więźniów. Potem zostanie zwolniony ktoś bardzo podobny do niego. Do tego czasu pracuje dla nas.

11

    Wiatr wiał z prędkością czterdziestu pięciu węzłów, w porywach do pięćdziesięciu pięciu. USS John Paul Jones przedzierał się przez sześciometrowe fale. Okręt był większy niż wieżowiec Sears Tower położony na boku i miał wyporność ponad stu dwudziestu tysięcy ton. Choć należał do największych lotniskowców, jakie kiedykolwiek zbudowano na świecie, bez świateł z trudem dawało się go dostrzec z odległości pięciuset metrów.
    Grupa bojowa lotniskowca posuwała się wolno na południowy zachód ku zachodowi przez Morze Filipińskie, o dzień drogi od Morza Celebes na południe od Wysp Filipińskich i następny dzień rejsu od cieśniny Malakka i wejścia na Ocean Indyjski. Okręty flotylli płynęły za horyzontem daleko od siebie, poza zasięgiem radaru, co zresztą nie miało znaczenia, gdyż dowództwo, obawiając się wykrycia grupy środkami elektronicznymi, wydało zakaz używania radarów do przeszukiwania powierzchni morza. Niestety zakaz dotyczył również radarów do przeszukiwania przestrzeni powietrznej, co narażało flotyllę na atak lotniczy, choć nowe satelity obserwacyjne, wyposażone w radary wysokiej rozdzielczości i termowizję, przypuszczalnie ostrzegłyby grupę o zbliżających się samolotach – pod warunkiem że łączność internetowa funkcjonowałaby należycie, a wiarygodność wiadomości potwierdzono by dostatecznie szybko. Ale sztorm uniemożliwiał operacje lotnicze nie tylko Johnowi Paulowi Jonesowi, lecz również przeciwnikowi.
    Wysoko nad pokładem startowym lotniskowca górowała nadbudowa nazywana wyspą. Najwyższym pomieszczeniem biegnącym przez całą jej szerokość była sterownia o pochyłych oknach z widokiem na rozległy pokład w dole i otaczające morze. W szyby wmontowano duże, pleksiglasowe kręgi, które wirowały z szybkością sześciuset obrotów na minutę i odrzucały niemal poziomy deszcz, żeby zapewnić oficerom odpowiednią widoczność. Ale nawet przez te kręgi niewiele dało się zobaczyć – w przestrzeni otaczającej Johna Paula Jonesa więcej było wody niż powietrza. W pomieszczeniu dominowała konsola sterowania okrętem ze stanowiskiem sternika, kołem sterowym, konsolą przepustnicy i stanowiskiem łączności. Przed nią, po obu stronach, znajdowały się stanowiska radarowe, obecnie nieczynne. Lotniskowiec zajmował pozycję środkową w rozciągniętym daleko, luźnym szyku. W sektorze AS W – broni przeciwpodwodnej – pięćdziesiąt do stu mil morskich przed resztą grupy bojowej płynęły niszczyciele przeciwpodwodne i fregaty. W skład flotylli wchodziło też pięć krążowników rakietowych Aegis II z ładowniami wypełnionymi ciężkimi ponaddźwiękowymi pociskami manewrującymi Equalizer Mark IV. Towarzyszyły im krążowniki wielozadaniowe DD-21. Puste pokłady nadawały im wygląd starych pancerników z czasów wojny secesyjnej, ale pod pokładami tłoczyły się baterie pocisków i torped. Postronnemu obserwatorowi grupa bojowa Johna Paula Jonesa” wydałaby się niezwyciężona. Była formacją morską o największej sile ognia od czasu wojny na Morzu Wschodniochińskim. Łączna wyporność okrętów wojennych prujących fale nieprzyjaznego morza przekraczała dwa miliony ton. Ale dowódca floty bojowej, wiceadmirał Egon „Wiking” Ericcson, uważał siłę flotylli za zdecydowanie niewystarczającą. Piętę achillesową formacji stanowił brak w miarę skutecznych środków obrony przed atakami wrogich okrętów podwodnych.
    Daleko za horyzontem na zachodzie atomowy okręt podwodny Leopard podszedł na głębokość peryskopową i wysłał krótki meldunek sytuacyjny. Kopia trafiła do grupy bojowej Ericcsona. Admirała obudzono w nocy, żeby przeczytał wiadomość z Leoparda.
    – Nie spałem, do cholery – warknął Ericcson do łącznika wachtowego.
    Usiadł na swojej koi, wyciągnął ze skrzyneczki nowe cygaro Partagas i zapalił je w mroku kajuty admiralskiej, oświetlonej tylko słabym blaskiem lampy stojącej na biurku. Oddał komputer bezprzewodowy łącznikowi wachtowemu i burknął do niego, żeby przekazał wiadomość kapitanowi i oficerowi operacyjnemu grupy bojowej. Rozbudził się na tyle, że nie mógłby znów zasnąć, więc wstał, wyprostował swoje długie ciało i włożył mundur khaki. Na lewej kieszeni miał osiem rzędów baretek, nad nimi złote skrzydełka pilota myśliwskiego. Pod baretkami widniała odznaka sił nawodnych, a pod nią lśnił złoty emblemat dowódcy floty – sztylet skierowany ukośnie w dół i otoczony falami. Przesunął dłonią po krótkich blond włosach, ziewnął, co trochę złagodziło na moment jego marsową minę. Zakaszlał i po raz dziesiąty w ciągu tego rejsu poprzysiągł sobie, że rzuci palenie. Rzadko widywano go na morzu bez cygara w ręku – w miejscach, gdzie nie wolno było palić, trzymał je niezapalone w zębach. Zakaz obowiązywał między innymi w sterowni lotniskowca, gdyż dym szkodził najnowocześniejszej, delikatnej elektronice systemów radarowych. Wiking oskarżał elektroników, że są trzęsidupkami i tam jednak uparcie palił.
    Tym razem zabrał do sterowni trzy cygara – postanowił tam przesiedzieć przez resztę nocy, odpoczywając w fotelu dowódcy floty. Spędzał w ten sposób co trzecią noc. Nikotyna i brzemię, jakim było dowodzenie flotą, powodowały u niego bezsenność. Pokład odchylał się stromo do góry, potem pochylał w dół, gdy okręt pokonywał nadciągającą falę, a później opadał z jej grzbietu, cały czas przechylając się mocno na lewą burtę i z powrotem na prawą. Ericcson zapalił pierwsze cygaro i wypuścił kłąb dymu. Słuchał dźwięku deszczu bijącego o szyby i wycia wiatru w takielunku, przyciszonych rozmów w sterowni i jęku szybkoobrotowych żyroskopów. Palił partagasa z przymkniętymi oczami, czuł przypominający jazdę kolejką górską ruch pokładu i przepełniało go głębokie zadowolenie – płynął ze swoją flotą, by wykonać niebezpieczne zadanie na okręcie ochrzczonym John Paul Jones od imion i nazwiska najwybitniejszego oficera w historii amerykańskiej marynarki wojennej.
    Wypuścił dym z cygara i po raz kolejny wrócił myślami do odprawy z Pattonem w podziemnym bunkrze.
    – Jesteśmy spóźnieni i mam rozkazy dla was obu. Najpierw ty, Vic, bo musimy cię wsadzić do samolotu do Pearl, zanim ci ucieknie. Przez następne sześć dni ładuj amunicję i rozpuszczaj plotki, że szykuje się seria ćwiczeń typu szybkie wyjście w morze. To trudne zadanie, bo musisz mieć okręty gotowe do drogi i nie wzbudzić podejrzeń, że to przygotowania do alarmowego przemieszczenia sił na dużą skalę. Zakończ wszystkie poważne naprawy, które są w toku. Zapnij wszystko na ostatni guzik. Powiedz swoim chłopakom z obsługi technicznej, że będzie inspekcja gotowości bojowej albo kontrola dokumentacji i procedur naprawczych. W następną sobotę wieczorem urządź wielką imprezę, jak to masz w zwyczaju. Zaproś wszystkich swoich oficerów dowodzących i ich oficerów wykonawczych, ich żony, dziewczyny, mężów i facetów. Dopilnuj, żeby wszyscy koniecznie przyszli, zorganizuj żarcie, otwórz bar, ale weź powolnego kelnera. Wczesnym wieczorem zbierz wszystkich kapitanów i XO w piwnicy, puść muzykę i daj każdemu po dwa z tych bezprzewodowych komputerów – główny i zapasowy. Zrób im odprawę na temat zamieszania Czerwoni-Hindusi. Nie zdradzaj, że nasza sieć przestała być bezpieczna. Możesz im powiedzieć, że przeprowadzamy ćwiczenia, żeby zobaczyć, co się stanie, jeśli użyjemy tego do celów dezinformacyjnych, ćwiczymy bezpieczeństwo. Potem, jako dalszy ciąg ćwiczeń, zabierz całą flotę na morze. Rób to powoli. Po kilka okrętów jednocześnie. Według typów. Najpierw niszczyciele, potem fregaty, później krążowniki, zamiast skoordynowanej grupy bojowej. Nikt nie może wiedzieć, że wypływa cała flota. To musi być kompletne zaskoczenie dla twoich ludzi. Masz dwa tygodnie. Chcę, żeby za czternaście dni Flota Sił Morskich Pacyfiku płynęła na maksymalnych obrotach na Ocean Indyjski z pełnym uzbrojeniem i zaopatrzeniem na długi rejs. Ale nie chcę, żeby satelity coś wykryły, żeby jakaś portowa prostytutka coś chlapnęła, żeby jakaś żona czy mąż coś wypaplali. Ani słowa. To po prostu kolejny dzień zabawy na Pacyfiku i musimy zobaczyć, czy nasze zabawki będą działały. Nic więcej. Wracamy w następny wtorek, kochanie, więc przygotuj kilka steków i dopilnuj, żeby dzieciaki poszły wcześnie spać. Chwytasz, o co chodzi?
    – Tak, sir.
    – Vic, twoje okręty nie popłyną w zwartym szyku. Wszyscy będziecie daleko od siebie, za horyzontem, żeby satelity szpiegowskie nie mogły zobaczyć jednocześnie kilku z was. Ja tymczasem zmobilizuję zrobotyzowaną flotę, używając elektroniki NSA zamiast sieci dowodzenia. Okręty wabiki pożeglują we wszystkich kierunkach kompasu, żeby dla każdego na orbicie wyglądało to na ćwiczenia. Po drodze będziecie zygzakowali, żeby zdjęcia nie pokazywały, że stale płyniecie w tym samym kierunku.
    – Satelity zorientują się, że większość okrętów kieruje się na Ocean Indyjski, sir, po ich kursie bazowym.
    – Nic na to nie poradzimy. Dowodzisz okrętami nawodnymi. Nigdy nie będą niewidoczne jak jednostki McKee, ale ocean jest duży. To wszystko, co do ciebie mam, Vic. Wracaj do Pearl Harbor. Na górze czeka na ciebie odrzutowiec. Wystartuj przed świtem i wróć na pole golfowe, zanim Czerwoni lub Hindusi połapią się, że zniknąłeś.
    Ericcson wstał. Odprawa najwyraźniej się skończyła.
    – Udanych łowów, przyjacielu – pożegnał go Patton. – Będziesz miał w czym wybierać, celów ci nie zabraknie.
    – Jeszcze jedno, sir – powiedział Ericcson. – Niech pan sobie nie zawraca głowy obniżaniem mi stanowiska. Ta misja jest tak ważna, że mój tytuł nie ma znaczenia. Będę miał inne problemy.
    Cygaro zamieniło się w wilgotny niedopałek. Ericcson zapalił następne i wrócił myślami do teraźniejszości. Zmrużył oczy, zerknął na zegarek i zmarszczył brwi, gdy zdał sobie sprawę, że nie widzi tarczy. Rozejrzał się po pogrążonej w półmroku sterowni, upewnił, że nikt na niego nie patrzy, po czym ukradkiem wyjął z kieszeni koszuli okulary do czytania bez oprawki, włożył je na nos i spojrzał na swojego rolexa. Była dwudziesta trzecia pięćdziesiąt czasu lokalnego, czyli siedemnasta pięćdziesiąt czasu Greenwich. Szybko schował okulary i zawołał oficera pokładowego.
    – Zawiadom oficera operacyjnego i kapitana, żeby za dziesięć minut przyszli do kabiny sztabowej – polecił cicho.
    – Tak jest, sir.
    Dziesięć minut później partagas był do połowy wypalony i Ericcson wyszedł ze sterowni przez właz na schodki prowadzące w dół. Minął kabinę operacji lotniczych i wszedł do kabiny sztabowej. Pomieszczenie ciągnęło się przez całą szerokość wyspy lotniskowca. Wypełniały je wyświetlacze i mapy lądowe i morskie. Centralny stół zajmowała mapa plastyczna całego Oceanu Indyjskiego. Z lewej strony na górze widniał Kanał Sueski, pod nim Morze Czerwone, poniżej Zatoka Adeńska, na prawo powyżej Morze Arabskie. Oznacznik pokazywał flotę Królewskiej Marynarki Wojennej płynącą przez wschodnie Morze Śródziemne w kierunku Kanału Sueskiego. We wczesnych godzinach porannych czasu wschodnioeuropejskiego flota powinna dotrzeć do kanału, a pięćdziesiąt godzin później wpłynąć na Morze Arabskie, gdyby posuwała się dalej z szybkością trzydziestu pięciu węzłów. Ale Ericcson dodał jej osiem węzłów, biorąc pod uwagę ograniczenie szybkości przy wejściu do kanału. Co oznaczało, że Angole będą w rejonie działań wojennych za sześćdziesiąt dwie godziny.
    Wiking wziął cyrkiel, zmierzył na mapie odległość od ich pozycji do cieśniny Malakka i dopiero wtedy zauważył, że za jego plecami stoją kapitanowie Casper Hendricks i Dennis Pułaski. Wysoki, chudy i niezgrabny Hendricks ukończył Harvard, miał długi, cienki nos, oczy osadzone zbyt blisko siebie, wąskie wargi, słabo zarysowany podbródek i jedną z najbrzydszych twarzy, jakie Ericcson kiedykolwiek widział we flocie. Ale Hendricks był bystrym strategiem, co prowadziło do ostrych dyskusji dotyczących kwestii taktycznych. Admirał uwielbiał wciągać w nie kapitana okrętu, choć to, że Ericcson prowadził je najczęściej podniesionym głosem, najwyraźniej nie odpowiadało Hendricksowi. Wiking chętnie zatrzymałby się w jakimś porcie i upił faceta, żeby zobaczyć, czy się wyluzuje, lecz podczas szybkiego rejsu z Pearl nie było na to czasu. Kapitan Pułaski, oficer operacyjny grupy bojowej i szef sztabu Ericcsona, stanowił przeciwieństwo Hendricksa. Krępy, łysy oficer miał beczkowatą klatkę piersiową, grube ramiona i nogi oraz ospowatą twarz ze śladami czteroletniej kariery bokserskiej w Akademii. Jego pięści wyglądały tak, jakby mógł nimi wbijać gwoździe. Mówił z wyraźnym akcentem chicagowskim. Każda zgłoska brzmiała twardo i groźnie, ale powierzchowność bandziora maskowała równie inteligentnego taktyka jak Ericcson czy Hendricks. W przeciwieństwie do kapitana okrętu Pułaski uwielbiał słowne starcia z Wikingiem i czasem używał języka bardziej nawet kwiecistego niż Ericcson. Podczas ostatniej narady taktycznej Pułaski nagłe wybuchnął: „Jaja sobie, kurwa, ze mnie robisz, Wiking? Moja córka, uczennica drugiej klasy podstawówki, lepiej rozmieściłaby flotę!” – W kabinie sztabowej zapadła śmiertelna cisza, Hendricks zbladł. Ericcson wyprostował się gwałtownie, jego twarz przybrała morderczy wyraz, potem ryknął śmiechem i poklepał Pułaskiego po ramieniu. Hendricks miał taką minę, jakby nie mógł się doczekać dnia, w którym obaj oficerowie opuszczą jego okręt.
    – Witam, panowie – powiedział Ericcson. – Nalejcie sobie kawy, posadźcie tu swoje dupy i popatrzcie na mapę. Mamy poważne problemy.
    – Te same, co zeszłej nocy, admirale – zauważył Pułaski. Napełnił swój kubek i potarł oczy. Wyglądał na zmęczonego.
    – Dokładnie, sir – potwierdził Hendricks.
    – Tyle że dzisiaj mam pomysł. Jedno z tych nocnych olśnień, które pozwalają rozwiązywać najtrudniejsze problemy. Spójrzcie na to. – Wiking dźgnął wskaźnikiem oznacznik ich pozycji na Morzu Filipińskim. – To my. – Potem przesunął wskaźnik ku oznacznikowi umieszczonemu przed Kanałem Sueskim. – To Królewska Marynarka Wojenna. – Na przeciwległym krańcu mapy, w pobliżu wyspy Tajwan, kończyło się Morze Wschodniochińskie i zaczynało Południowochińskie. Admirał umieścił czerwony oznacznik na Morzu Południowochińskim między Tajwanem i Filipinami. – To pierwsza grupa bojowa Floty Północnej czerwonych Chin, płynąca z szybkością trzydziestu pięciu węzłów.
    Ericcson w zamyśleniu oparł brodę na dłoniach.
    – Słuchajcie, flota Królewskiej Marynarki Wojennej pojawi się tu zbyt szybko. Nie można wpuścić Angoli w rejon działań wojennych. Musimy ich zaatakować, kiedy tylko wyjdą z Zatoki Adeńskiej. Albo nawet wcześniej, kiedy tylko wpłyną z Morza Czerwonego do Zatoki Adeńskiej. Tutaj, w tym wąskim gardle.
    – Do tego potrzeba by cudu, sir – odrzekł Hendricks. – Okręty podwodne ze Wschodniego Wybrzeża są w drodze, ale co najmniej o sześć dni rejsu za daleko. Oprócz tego nie mamy bezpośredniej kontroli operacyjnej nad nimi. Nadal meldują się McKee.
    – Nie w tym rzecz – odparł Wiking. – Spójrzcie na mapę. Co widzicie?
    Pułaski wskazał Kanał Sueski.
    – Jeśli zatrzymamy Angoli na sześć dni w Suezie, będziemy mogli zastawić na nich pułapkę, kiedy wyjdą z zatoki.
    – Dokładnie – potwierdził Wiking i wetknął w zęby nowe cygaro. – Zablokujemy Suez.
    Hendricks wyglądał, jakby właśnie ugryzł cytrynę.
    – Ale jak pan proponuje zablokować kanał, sir? Nie możemy tam po prostu zrzucić wielkiej bomby.
    – Potrzebuję danych wywiadowczych z satelity o tym, co teraz przepływa przez kanał. W czasie rzeczywistym. I to szybko.

    Nung Jatsu płynął przez ciemne i zimne morze na głębokości trzystu metrów kursem jeden dziewięć zero stopni.
    Wewnątrz okrętu, na stanowisku dowodzenia na górnym poziomie pod kioskiem, pełniło wachtę kilku oficerów i marynarzy. W pogrążonym w półmroku pomieszczeniu paliły się przyćmione czerwone lampy, jarzyły się wyświetlacze instrumentów na konsoli sterowania okrętem i stół nawigacyjny. Ciszę zakłócał tylko basowy odgłos wentylatorów tłoczących powietrze do sterowni i buczenie komputerowych konsoli kierowania ogniem z lewej strony pomieszczenia. Środek sterowni zajmowała podwyższona platforma otoczona gładkimi relingami z nierdzewnej stali, nazywana pomostem dowodzenia. Na platformie, za dwoma peryskopami, znajdowały się konsola dowódcy i fotel dowodzenia. Za pomostem dowodzenia stały dwa stoły nawigacyjne. Jeden był prawie niewidoczny w ciemności. Jego wyświetlacz na płaskim panelu elektronicznym połączony był z komputerem kierowania ogniem i pokazywał mały fragment morza wokół okrętu. Drugi stół nawigacyjny oświetlała przyćmiona czerwona lampa. Ekran prezentował obraz powierzchni Ziemi z lotu ptaka i ukazywał Morze Wschodniochińskie z południowym wejściem do Cieśniny Tajwańskiej. Na środku stołu jarzył się czerwony punkt oznaczający pozycję okrętu. Z tyłu, dwadzieścia mil morskich na północ, zielony punkt oznaczał pierwszą chińską grupę bojową zdążającą na południe, ku odległemu Oceanowi Indyjskiemu z misją zemsty.
    Nad stołem nawigacyjnym pochylała się wysoka, szczupła sylwetka oficera dowodzącego Nung Jatsu. Lien Hua studiował w skupieniu wyświetlacz mapy. Zmierzył cyrklem długość linii przecinającej pozycję okrętu i obliczył odległość i czas potrzebny na dotarcie do Morza Południowochińskiego, a stamtąd do cieśniny Malakka, korytarza wejściowego na Ocean Indyjski i do Zatoki Bengalskiej. U północnego wylotu cieśniny Malakka widniała przerywana krzywa, oznaczająca miejsce, gdzie chińskie pociski manewrujące z głowicami plazmowymi będą wreszcie miały w zasięgu indyjskie cele. Lien Hua uważał, że grupa bojowa płynie tam za wolno.
    Zerknął w górę na chronometr zamontowany na przegrodzie powyżej kabli biegnących do konsoli sterowniczej. Mosiężny instrument był jego prezentem dla okrętu. Został zabrany z brytyjskiego żaglowca podczas wojny opiumowej w roku 1839 – według kalendarza barbarzyńców. Przodek Liena, Lien Bao, pradziadek pradziadka Liena, zginął z ręki porucznika Brytyjskiej Królewskiej Marynarki Wojennej w tamtej trzyletniej wojnie, która doprowadziła do zajęcia Hongkongu przez Anglików. Niedługo potem brytyjskie psy odebrały Chinom Birmę, Rosjanie zagarnęli Mandżurię – co było pogwałceniem pierwszego traktatu Chin z europejską potęgą, a Francuzi oderwali Indochiny od dynastycznego imperium, pożerając chińskie terytorium jak hieny padlinę.
    Lien Hua zapomniał na chwilę o polityce światowej i pomyślał o swojej rodzinie. Jego żona, Po, była drobnej budowy i lekarze nigdy nie podejrzewali, że urodzi bliźniaczki. Prawo chińskie pozwalało mieć tylko jedno dziecko i bliźniaki rozdzielono. Ale przełożony Liena, admirał Czu Hua-Feng, z własnej inicjatywy zwrócił się o interwencję do sztabu generalnego Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Wojsko miało ogromne wpływy, toteż władze cywilne pozwoliły Lienowi i Po zatrzymać obie dziewczynki. Dobra wiadomość nadeszła w momencie, gdy zatwierdzono ostateczny projekt okrętu podwodnego klasy Julang, i Czu mianował Liena dowódcą pierwszej jednostki tego typu. Niebiosa uśmiechnęły się do Liena. Właśnie wtedy odnalazł swoją wiarę w Moc Życia Wszechświata i poczuł, że płynie z prądem przeznaczenia, który doniósł go do tej chwili, gdy dokona zemsty Chin na siłach morskich Zachodu. Miłość do ojczyzny i nienawiść do wrogów splatały się w nim jak dwa węże.
    Znów spojrzał na chronometr. Dochodziła północ czasu pekińskiego. Przyłożył do ucha słuchawkę telefonu i zadzwonił do kajuty pierwszego oficera. Odpowiedział mu zaspany głos Czou Pinga.
    – Obejmijcie stanowisko dyżurnego oficera dowodzącego – rozkazał Lien Hua. – Ja udaję się na spoczynek. Obudźcie mnie przy dwóch dzwonkach drugiej wachty.
    – Tak jest. Jakieś rozkazy dla mnie, kapitanie?
    – Tylko standardowe dla tej misji, kolego pierwszy. Wykryć wroga i miażdżyć, dopóki nie skona, wyjąc z bólu.

    Admirał Kelly McKee szedł wolno wzdłuż nabrzeża, zatopiony w rozmowie ze swoją szefową sztabu, Karen Petri. Mimo wcześniejszego ostrzeżenia, że są śledzeni, Kelly przyjechał swoim samochodem służbowym z flagami na błotnikach. Obserwujący ich ludzie już wiedzieli, że coś się dzieje, gdyż wszystkie okręty podwodne z wyjątkiem Hammerheada wyszły w morze. Baza w Norfolk wyglądała na opuszczoną.
    McKee kazał kierowcy zatrzymać się przy ogrodzeniu, a nie obok przycumowanego Hammerheada. Chciał najpierw zobaczyć okręt z daleka, a potem patrzeć, jak rośnie w oczach. Gdyby był ze sobą szczery, musiałby przyznać, że uwielbia wysokiej jakości stal, uranową instalację paliwową i elektronikę, wszystkie elementy, które składały się na pierwszy okręt podwodny klasy Virginia. Wiedział, że nigdy nie zapomni chwili, kiedy pierwszy raz go zobaczył, tego dnia, gdy przechrzcił go na Hammerheada na cześć okrętu podwodnego swojego pradziadka z czasów II wojny światowej i okrętu klasy Pirania swojego ojca z okresu zimnej wojny. Zdjęcie wiszące w domowym gabinecie McKee pokazywało cztery pokolenia jego rodziny na pokładzie kutra rybackiego. Pięcioletni McKee dumnie trzymał palcami rozwartą szczękę rekina młota, którego złowili, za nim stali uśmiechnięci jego przodkowie. Kiedy Patton poprosił go o wypłynięcie nowym okrętem podwodnym w morze – jeszcze przed całkowitym ukończeniem budowy – McKee postawił tylko jeden warunek: zmiana nazwy. Admirał Patton, choć niechętnie, zgodził się.
    A teraz McKee znowu patrzył na ten okręt, który podlegał jego dowództwu jak wiele innych jednostek, ale pamiętał, że karierę kapitana ma już za sobą. Codziennie cierpiał z tego powodu niczym były kosmonauta, który kiedyś odwiedzał inny świat, chodził po Księżycu, a kiedy to się skończyło, jakby utracił swoją tożsamość. Został admirałem, mając dopiero czterdzieści trzy lata, co można byłoby uznać za uśmiech losu. Ale przeżycia, których doznawał, pełniąc obecne obowiązki, nie mogły się równać z tymi wspaniałymi emocjami i wrażeniami, jakich mu dostarczało dowodzenie atomowym okrętem podwodnym. Gdy nadszedł czas, gdy musiał wybrać okręt podwodny na swoją platformę dowodzenia w zbliżającej się wojnie, McKee poczuł się rozdarty wewnętrznie. Zdrowy rozsądek podpowiadał mu, żeby wziął mniej skuteczny okręt, nie pozbawiał podwodnych sił uderzeniowych jednostki bojowej pierwszej kategorii i pozwolił kapitanowi skorzystać z doświadczenia admirała. Ale w tej misji nie chodziło o znalezienie kiepskiego okrętu i tak naprawdę żadna jednostka nie odstawała od pozostałych. Wszystkie atomowe okręty podwodne były jednostkami bojowymi i żaden kandydat nie wyróżniał się na tyle, by należało wybrać właśnie jego. Więc McKee zdecydował się na okręt, który wciąż śnił mu się po nocach, okręt swojej przeszłości.
    Kiedy podszedł bliżej do smukłego Hammerheada, poczuł bolesne ukłucie w sercu jak na widok byłej ukochanej. Zatrzymał się pięćdziesiąt metrów od rufy i opadły go wspomnienia. Próbował się od nich uwolnić i zmusić do patrzenia na okręt jak na maszynę. Z czarnej wody wystawał pionowo ster, kadłub nad powierzchnią wyginał się lekko do góry ku dziobowi. Elektryk przy otwartym włazie rufowej komory ewakuacyjnej obserwował, jak bom z kablami zasilania wraca wolno na nabrzeże niczym wysięgnik paliwowy do tankowania rakiety, cofający się do wieży startowej tuż przed odpaleniem. Kadłub przed włazem tworzył idealny cylinder o czarnej, gładkiej płaszczyźnie górnej, powłoka wyglądem przypominająca skórę rekina obniżała tarcie powierzchniowe i pochłaniała dźwięki sonaru. Trzydzieści metrów dalej w kierunku dziobu wyrastał wysoki kiosk przypominający prostą płetwę. Miał pionową krawędź przednią i tylną, a część środkową w kształcie kropli, z jego szczytu wystawały trzy maszty z opływowymi osłonami w czarnoszarych barwach ochronnych. McKee mógł dostrzec stalowe relingi lotnego mostka nad kokpitem z pleksiglasową szybą, przed kioskiem widział otwarty dziobowy właz wejściowy, a dalej dziób w kształcie pocisku opadający do wody. Nie ma dwóch zdań, pomyślał, ten okręt jest piękny.
    – Panie admirale? – zadudnił z daleka czyjś głos.
    McKee wrócił myślami do chwili obecnej i zobaczył atletyczną sylwetkę komandora Kiethana Judisona. Oficer stał przed nim na baczność z dłonią przy daszku czapki. Judison walczył kiedyś z nadwagą, mówił zbyt głośno i nosił wyjątkowo bujną czuprynę. Ale najwyraźniej zrzucił kilka kilogramów, był teraz krótko ostrzyżony i pozostał mu już tylko jeden znak rozpoznawczy – głos o brzmieniu syreny okrętowej. McKee też stanął na baczność i zasalutował. Potem uśmiechnął się szeroko do swojego dawnego nawigatora, który obecnie dowodził okrętem.
    – Wspaniale znów cię widzieć, Kiethan – powiedział. – I z góry przepraszam za to, że pasażer z admiralicji będzie trochę ci utrudniał zachowanie twojego stylu bycia. Wiesz, że tego nie cierpiałem, kiedy byłem oficerem dowodzącym.
    – Wiem, admirale – odrzekł kapitan Hammerheada – ale to co innego. Tym razem to pan. I teraz najgorszy okręt podwodny w całej flocie będzie tylko gorszy od innych. Witam na pokładzie, sir. Miło panią znów widzieć – zwrócił się do swojego byłego oficera wykonawczego. Karen Petri uśmiechnęła się do niego i zasalutowała. – Chcą państwo zwiedzić okręt?
    – Chcielibyśmy na pewno, komandorze – odparł McKee, zerknął na zegarek i skrzywił się – ale musimy już wypływać. Oprowadzisz mnie, kiedy się zanurzymy.
    Judison wyszczerzył zęby w uśmiechu.
    – Chodźmy więc – powiedział.
    Gdy wartownik na pokładzie obwieścił o ich przybyciu, Judison krzyknął:
    – Oficer pokładowy, podnieść trap!
    Trap uniósł się cicho z pokładu i spoczął na nabrzeżu. Hammerheada łączyły teraz z lądem tylko cumy. Troje oficerów zeszło po drabince włazu dziobowego. McKee uśmiechnął się. Ostry zapach instalacji elektrycznych, jasne światło fluorescencyjne, warkot wentylatorów i buczenie inercyjnego systemu nawigacyjnego – wszystko to sprawiło, że poczuł się, jakby powrócił do domu. Judison zaprowadził gości do kajuty dla VIP-ów, gdzie na kojach podobnych do łóżek w przedziale wagonu sypialnego leżały już ich rzeczy.
    – Niech się państwo rozlokują i spotkamy się na mostku – powiedział i zamknął za sobą drzwi.
    Karen Petri spojrzała na McKee, zobaczyła, że on patrzy na nią i uśmiechnęła się nieśmiało.
    – Niewiele tu prywatności, prawda, Kelly?
    – Przeszkadza ci to?
    – Nie. Jest przytulnie. Tylko pomyślałam, że ciebie to może denerwuje.
    McKee roześmiał się.
    – Cieszę się, że tu jesteś – powiedział.
    – Ja też – odparła Petri cicho.
    Rozległo się pukanie do drzwi. Odwróciła się szybko od niego i zaczęła grzebać w swojej torbie podróżnej.
    – Tak? – zawołał McKee.
    – Sir, kapitan przesyła wyrazy szacunku i zaprasza na mostek. Okręt wychodzi w morze.
    – Pani pierwsza, kapitanie Petri – powiedział McKee z uśmiechem na twarzy, po czym wspiął się tunelem wejściowym na mostek, a stamtąd na lotny mostek na szczycie kiosku. Miał dobre przeczucia co do tego rejsu. Odciął koniec cygara Cohiba wygrawerowanym obcinaczem podarowanym mu przez załogę starego Devilfisha i zapalił je zapalniczką Hammerheada. Poczęstował cygarami kapitana Judisona oraz dwóch młodszych oficerów w kokpicie poniżej i wypuścił kłąb dymu. Gdy ląd odsunął się do tyłu i wzdłuż obu burt przesuwały się boje farwateru Thimble Shoal Channel, po raz pierwszy od miesięcy poczuł się szczęśliwy.
    Kiedy wydostali się ze strefy rozdziału ruchu w porcie Norfolk i skręcili na południowy wschód, zszedł na dół z Petri i Judisonem. Przebrał się w swój kombinezon podwodniacki z emblematem SSNX-1 Devilfish na rękawie i dołączył do Judisona w mesie oficerskiej, żeby przyjrzeć się mapom morskim rejonu działań operacyjnych i odebrać meldunki radiowe od okrętów eskadry, które już się zanurzyły i podążały z maksymalną szybkością ku Przylądkowi Dobrej Nadziei w Afryce Południowej, gdzie miały wpłynąć na Ocean Indyjski. Po półtoratygodniowym rejsie powinny się znaleźć w rejonie działań wojennych. Ich pierwszym zadaniem było zbliżenie się do grup bojowych i okrętów podwodnych Królewskiej Marynarki Wojennej, drugim zatopienie wszystkich jednostek Czerwonych, których jeszcze nie posłały na dno okręty podwodne ze wschodniego Oceanu Indyjskiego i siły nawodne admirała Ericssona.
    McKee nalał sobie kubek mocnej kawy i pochylił się nad wyświetloną mapą morską wraz z Judisonem i Petri. Pokład drżał od pełnej mocy, okręt kołysał się i przechylał na falach Atlantyku. McKee uśmiechał się. Znów był w swoim żywiole.

    Sto pięćdziesiąt mil morskich na północny wschód ku północy od Nung Jatsu amerykański okręt podwodny szybkiego ataku USS Leopard płynął głęboko pod falami z maksymalną prędkością. Strzałka wskaźnika mocy reaktora stała nieruchomo w punkcie stu procent.
    Śruba mieliła wodę z szybkością dwustu czterdziestu obrotów na minutę. W zaparowanej maszynowni wyły silniki główne i dwa generatory turbinowe napędzające gigantyczne pompy recyrkulacji chłodziwa reaktora. Pokłady dygotały gwałtownie. Okręt pędził przez wodę niczym pocisk, z prędkością pięćdziesięciu węzłów, mógł więc niemal prześcignąć konwencjonalną torpedę. Zdążał na południe, żeby przechwycić chińską grupę bojową.
    Gdy okręt zaczął sunąć z maksymalną szybkością, przez kilka pierwszych chwil z półek spadały książki, w szafkach wibrowały kubki, wszystkie luźne przedmioty na stole sunęły ku krawędzi blatu. Podróż nie przypominała jazdy wyboistą drogą starym pikapem dziadka – bardziej gwałtowny masaż ciała za pomocą staromodnego przyrządu do rozluźniania mięśni. Od maksymalnych obrotów śruby szczękały zęby. Psychologowie uważali, że wibracje męczą załogę, ale było akurat odwrotnie. Drżenie kadłuba przypominało każdemu na pokładzie, że okręt płynie w jakimś ważnym celu, zdąża ku swojemu przeznaczeniu.
    Kapitan Dixon wszedł do sterowni i spojrzał na mapę morską.
    – Kiedy zwalniamy? – zapytał.
    – O pełnej godzinie, sir – odrzekł porucznik Kingman, asystent kontroli uszkodzeń, prawa ręka głównego mechanika.
    Leopard płynął kursem południowym, równolegle do trasy chińskiej grupy bojowej, pięćdziesiąt mil na wschód od niej, poza zasięgiem detekcji wroga, z tej odległości jednak jego własne systemy sonarowe słyszały głośną flotyllę. Okręt wezwano na głębokość peryskopową, żeby odebrał e-mail z danymi wywiadowczymi i nadał meldunek sytuacyjny. Przez ten czas, kiedy Leopard płynął bliżej powierzchni z szybkością sześciu węzłów, nieprzyjacielskie okręty zniknęły daleko za horyzontem. Okręt musiał przyspieszyć do prędkości maksymalnej, żeby dogonić Chińczyków. Na szczęście było to ostatnie podejście na głębokość peryskopową przed przechwyceniem wroga. Od chwili rozpoczęcia pościgu Leopard co dziewięćdziesiąt minut zwalniał do szybkości dziesięciu węzłów i płynąc zygzakiem, dokonywał analizy ruchu celu, żeby sonar pasywny i komputer kierowania walką mogły wyliczyć pozycję i kurs grupy bojowej. Po określeniu jej ruchu Leopard znów przyspieszał do prędkości maksymalnej. Miał stosować tę taktykę sprintu i dryfu, dopóki nie znajdzie się pięćdziesiąt mil morskich przed wrogą flotą. Wtedy zrobiłby zwrot, żeby przechwycić Chińczyków i podszedłby na głębokość peryskopową na wprost nadpływającej grupy bojowej. Zanim wielkie okręty nawodne staranowałyby Leoparda, Dixon wystrzeliłby torpedy.
    – Torpedownia gotowa?
    – Przypomina mi to wieczór w Akademii w przeddzień ostatnich egzaminów przed Bożym Narodzeniem, panie kapitanie. Wszyscy spięci i nerwowi, a jednocześnie podekscytowani i szczęśliwi.
    – Skoncentrujcie się maksymalnie na szukaniu chińskich okrętów podwodnych, OOD. Wywiad twierdzi, że grupę bojową eskortuje okręt klasy Julang, a nie wiemy, jak on brzmi.
    – Tak jest, sir. Procesory pogłosu czuwają i szukamy prawdopodobnych częstotliwości tonalnych, ale jak dotąd, słyszymy tylko okręty nawodne.
    – Grupa bojowa to stóg siana. Znajdźcie igłę.
    – Pracujemy nad tym, panie kapitanie, ale maksymalna prędkość nie pomaga. Nasza szybkość psuje stosunek sygnału do szumów.
    – Będziemy utrzymywali kurs równoległy do grupy bojowej, dopóki nie oddalimy się od nich sto mil morskich na południe. Potem zrobimy zwrot w prawo, żeby ich przechwycić. Podejdziemy do ich trasy z prędkością maksymalną, więc to zajmie tylko godzinę. Potem zwolnimy do czterech węzłów i będziemy krążyli na pozycji wyczekiwania. Kiedy znajdziemy się na ich trasie, będą jeszcze sześćdziesiąt pięć mil morskich na północ, czyli dwie godziny drogi od naszej pozycji. Przez ten czas zarządzimy ciszę taktyczną i będziemy manewrowali tam i z powrotem przez wektor ich podejścia. Eskortujący okręt podwodny może płynąć dwadzieścia lub trzydzieści mil przed grupą, ale przy swojej maksymalnej prędkości będzie hałasował. Usłyszymy go pierwsi.
    – Otworzymy do niego ogień, jeśli go zobaczymy?
    – Nie. Przepuścimy go, ale będziemy go obserwowali. Jeśli strzelimy do niego i chybimy, zaalarmuje swoich, grupa rozproszy się i ucieknie. Gdy tylko ostrzelamy ich okręty nawodne, resztę pocisków użyjemy przeciwko podwodnemu. Potem będziemy mogli położyć nogi na stole i zapalić cygara.
    – Wspaniały plan, panie kapitanie – powiedział Kingman. – Cholernie się cieszę, że też o tym pomyślałem.
    – Oblicz jeszcze raz czas przechwycenia i daj nawigatorowi, żeby przyjrzał się nowym kursom. XO zrobi załodze odprawę w mesie. O trzeciej obsadzimy stanowiska bojowe.

    Kapitan Dennis Pułaski wyprostował się przy konsoli, nad którą się pochylał od paru chwil. Na ekranie dwumetrowej wysokości, zamontowanym na przegrodzie, pojawił się obraz satelitarny. Na wyświetlaczu o wysokiej rozdzielczości był zadziwiająco szczegółowy.
    Admirał Ericcson wpatrzył się w ekran i powoli rozpakował cygaro.
    – Zdjęcie przy dobrej pogodzie – powiedział wolno. – Duży dziś ruch w Kanale Sueskim.
    – Jak zawsze, sir – odparł Pułaski. – Od strony Morza Śródziemnego stoi w kolejce dwadzieścia tankowców. Następne pięćdziesiąt czeka na kotwicy. Na Morzu Czerwonym jest tylko trochę lepiej. A w samym kanale panuje tłok, duże i małe tankowce stoją jeden za drugim dziób przy rufie. Farwatery na Morzu Czerwonym są zakorkowane przez setki jednostek.
    – Są jakieś statki pasażerskie?
    – Żadnego tu nie widać, sir.
    – Zadanie numer jeden, Dennis, to ustalić, gdzie są najbliższe.
    – Już się robi, admirale.
    – A co z Brytyjczykami? Daleko są od Suezu?
    Pułaski pochylił się nad konsolą i zmienił obraz. Suez zmalał i pojawiło się zbliżenie północy Afryki i Morza Śródziemnego. Pułaski wprowadził na ekran strzałkę.
    – Większa część grup bojowych lotniskowców Królewskiej Marynarki Wojennej jest tutaj, na północ od libijskiej zatoki Wielka Syrta, na zachód od Krety, admirale. Ale nie mamy żadnych informacji o pozycjach ich okrętów podwodnych. Możliwe, że zostały wysłane naprzód.
    – Z jaką szybkością płyną Brytyjczycy?
    – Trzydzieści osiem węzłów, sir.
    – Nieźle. Choć nie tak dobrze jak my.
    – Spowalniają ich pływające cysterny i okręty zaopatrzeniowe.
    Ericcson zapalił cygaro i zastanowił się przez chwilę.
    – Oblicz czas tranzytu pocisków manewrujących do rejonu ataku na statki w Kanale Sueskim i na farwaterach wejściowych do kanału z Morza Śródziemnego i Czerwonego. Przy założeniu, że poślemy na dno dziesięć statków tutaj, piętnaście tutaj i dwadzieścia tutaj – powiedział, używając partagasa jako wskaźnika.
    – Wielkokalibrowe equalizery?
    Ericcson przytaknął.
    – Jaka tolerancja czasu detonacji, admirale?
    – Pięć minut.
    Pułaski pokręcił głową.
    – Pociski będą leciały całą noc, sir. Jesteśmy dokładnie na granicy ich zasięgu. Wychodzi sześć i pół godziny lotu od czasu wystrzelenia pierwszego. Zanim tam dolecą, ich cele będą daleko za horyzontem.
    – Namiary damy im później. Podczas ostatnich piętnastu minut ich lotu.
    – To mnóstwo telemetrii, sir. W powietrzu będzie czterdzieści pięć pocisków. Jeśli zepsuje się pogoda i nie będziemy mieli czystego obrazu z góry lub satelity nie będą na pozycjach albo będzie problem z odbiorem naszego sygnału, możemy stracić całą baterię pocisków.
    – Możemy im dać rezerwową strefę namierzania, a potem potwierdzić ich indywidualne cele. Dolecą tam, gdzie mają eksplodować i jeśli nie dostaną od nas sygnału, poszukają tankowców lub innych statków, które chcemy zniszczyć. A jeśli wyślemy im sygnał, dostaną cele w ostatnich minutach lotu.
    Pułaski uśmiechnął się.
    – Doskonale. Suez będzie zablokowany wrakami tankowców, Angole utkną na Morzu Śródziemnym i zyskamy dwa lub trzy tygodnie czasu na zaatakowanie Czerwonych.
    Do kabiny sztabowej wszedł kapitan Hendricks z dzbankiem kawy i talerzem bajgli oraz kruchych ciasteczek.
    – Co tam znów knujecie we dwóch? – zapytał.
    – Admirał ma plan zatrzymania Królewskiej Marynarki Wojennej z daleka od Oceanu Indyjskiego.
    Hendricks słuchał przez parę chwil i twarz mu zbielała.
    – O, nie, nie, sir – zaprotestował. – Nie może pan tego zrobić. To cywilne statki na wodach międzynarodowych, na litość boską. Nie może pan tak po prostu ostrzelać Kanału Sueskiego pociskami manewrującymi, na miły Bóg. Jak pan to sobie wyobraża, sir? Prasa światowa nas zniszczy. Stany Zjednoczone zostaną uznane za państwo zbrodniarzy wojennych, piratów, agresorów…
    – A skąd będą wiedzieli, że to my?
    – Panie admirale, bardzo proszę… Czterdzieści pięć ciężkich ponaddźwiękowych pocisków manewrujących lecących stąd do Kanału Sueskiego? Kto inny miałby środki, żeby to zrobić? I motyw? Nie mówiąc o dwudziestu tysiącach ludzi w naszej grupie bojowej, którzy będą wiedzieli, że wystrzeliliśmy prawie pięćdziesiąt pocisków na kilka godzin przed potężnymi eksplozjami w Suezie. Świat się dowie i nie mamy prawa tego robić. Nawet pani prezydent nie mogłaby wydać takiego rozkazu.
    – Pomyśl o alternatywie, kapitanie. Królewskiej Marynarce Wojennej na Oceanie Indyjskim. Jeśli nie zablokujemy kanału, będziemy musieli wystrzelić te pociski w brytyjskie okręty. Angole transportują do rejonu działań wojennych jedną z najpaskudniejszych broni nuklearnych, jaką kiedykolwiek wynaleziono. Chcesz ich wpuścić?
    – Tego nie mówię, sir. Ja tylko… Może pan zabić tysiące cywilów na tych tankowcach. A jeśli zapłacze się tam statek pasażerski? Chce pan to mieć w życiorysie? Atak na statek pasażerski? Może pan to w ogóle brać pod uwagę po tym, co nas spotkało ostatniego lata?
    – Więc powiadasz, Casper… – odrzekł Ericcson, wypuszczając kłąb dymu z cygara – że musimy dostać pozwolenie, żeby to zrobić? Może masz rację.
    – Pozwolenie? – wykrztusił Hendricks. – Nam w ogóle nie wolno tego zrobić, sir!
    – Masz rację, masz rację. Patton będzie musiał to rozważyć, może nawet wprowadzić w to panią prezydent. Ale myślę, że chcieliby to zrobić i mieć kozła ofiarnego. Dennis, skleć krótką informację dla admirała Pattona, tylko kilka zdań. Napisz, że „UNODIR”, czyli, jeśli nie będzie innych rozkazów, wystrzelimy pociski za dwadzieścia minut. Jeśli Patton się nie odezwie, działamy. Biorę na siebie odpowiedzialność za wszystko, co się spieprzy. Mogą mnie wpakować za kratki, ale po zatopieniu Chińczyków. Jeśli Patton się odezwie i każe nam zrezygnować, ale w jego wiadomości nie będzie kategorycznego tonu, będziemy wiedzieli, że chce to zrobić i oczekuje, że zignorujemy jego brak zgody. Powiemy, że nie dostaliśmy jego rozkazu na czas. Jeśli Patton naskoczy na nas pilną wiadomością „żadnego ataku” i powtórzy to trzy razy, wycofam się. Co wy na to?
    – Przesada, sir – odparł Pułaski. – Po prostu wystrzelmy te cholerne pociski. Wciągnie pan w to Pattona, to oczywiście powie „nie”. Myśli pan, że Pentagon będzie chciał wziąć na siebie odpowiedzialność za setki czy tysiące cywilnych ofiar? A poza tym będziemy musieli zapłacić za zniszczenie i naprawę kanału.
    Ericcson roześmiał się głośno.
    – Boisz się procesu? Posłuchaj, wyślij wiadomość, ale daj Pattonowi tylko dziesięć minut na odpowiedź. W międzyczasie rozmieść ludzi na stanowiskach bojowych i przygotuj się do wystrzelenia salwy pocisków.

    – Panie admirale? Pilny e-mail na bezpiecznym obwodzie łączności, osobiście do szefa operacji morskich.
    Komandor porucznik wręczył Pattonowi komputer bezprzewodowy. Admirał odłożył długopis, poprawił okulary i zaczął czytać.
    Przestudiował wiadomość, potem podszedł do globusa stojącego w rogu gabinetu szefa operacji morskich. Postukał w Kanał Sueski i w zamyśleniu zmarszczył brwi.
    – Wyślij natychmiast odpowiedź – polecił.
    – Jestem gotów, sir – odrzekł adiutant.
    – Napisz tak: „Zgadzam się na twój plan. Powodzenia. Patton”. Zrozumiałeś?
    – Tak jest, sir.
    Patton usiadł z powrotem na krześle, lekki uśmiech rozjaśnił jego twarz.

    Pierwszy ciężki ponaddźwiękowy pocisk manewrujący Equalizer IV uniósł się z pokładu Johna Paula Jonesa tuż po trzeciej nad ranem i poszybował na zachód. Następne startowały co minutę i po niecałej godzinie wszystkie czterdzieści pięć były w powietrzu.
    Pięć godzin później pociski dostały instrukcje ataku i admirała Ericcsona wezwano z jego kajuty do kabiny sztabowej. Pół godziny potem equalizery zaczęły szukać swoich celów w Suezie.
    – Włącz SNN Londyn – powiedział Ericcson do Pułaskiego. – Zobaczymy, jak szybko podadzą wiadomość.
    Przy czwartej detonacji Satellite News Network London przerwała emisję programu ekonomicznego informacją z ostatniej chwili o gwałtownych eksplozjach supertankowców w Kanale Sueskim.
    – Założymy się, że wyślą tam kamerę, żeby mieć na żywo uderzenie ostatniego pocisku?
    Dwie minuty po pytaniu Ericcsona tankowiec na ekranie został trafiony opadającym pociskiem. Eksplozja zatrzęsła kamerą. Ze śródokręcia buchnęły pomarańczowe płomienie, pod niebo uniósł się ognisty grzyb i widać było, jak spowity dymem kadłub supertankowca przełamał się na pół, dziób patetycznie wzniósł się w górę, rufa pochyliła się wzdłuż i odsłoniła wielką śrubę i ster.
    – Jezu Chryste – mruknął Pułaski.
    Ericcson ponuro skinął głową.
    – Biedne skurwiele – powiedział cicho, po chwili milczenia cisnął na bok cygaro i dodał: – Ciekawe, co w tym momencie myśli brytyjski admirał.

    Pilot ponaddźwiękowego myśliwca Whirlwind wprowadził maszynę w opadający lot ślizgowy, ustawił przepustnice na pełną moc, z powrotem do połowy i znów na sto procent. Był bezwietrzny, słoneczny dzień, pokład lotniskowca Królewskiej Marynarki Wojennej Ark Royal płynącego przez Morze Śródziemne rósł w szybie kokpitu. Pilot po raz ostatni spojrzał na tablicę przyrządów – podwozie wysunięte, klapy wychylone pod kątem trzydziestu stopni, zaczep hamujący gotowy, zapas paliwa trzydzieści procent, ciśnienie oleju silnikowego nominalne – i po jednej dziesiątej sekundy przeniósł wzrok z powrotem na pokład lotniskowca. Wyrównał poziom skrzydeł, opuścił dziób samolotu, pchnął przepustnice do oporu i wstrzyknął oddech. Pozostała sekunda, pół sekundy, po czym nastąpił wstrząs, tylne koła dwudziestotonowego odrzutowca uderzyły twardo w stalowy pokład okrętu. Silnik myśliwca wciąż pracował na pełnych obrotach; gdyby zaczep hamujący nie trafił w linę, maszyna musiałaby się z powrotem unieść w powietrze. Czekanie na zahaczenie zaczepu wydawało się trwać pełną minutę, ale pilot nagle poczuł szarpnięcie pięciopunktowych pasów, gdy hak trafił w linę hamującą i ciężki samolot całkowicie się zatrzymał. Pilot zdławił moc, przestawił klapy i otworzył kopułę kabiny, potem, stosując się do wskazówek oficera pokładowego, odkołował z lądowiska. Zablokowano koła i dano sygnał do wyłączenia silników.
    Pilot wydostał się z kabiny. Cieszył się i jednocześnie był rozczarowany, że jest z powrotem na pokładzie okrętu. Zdjął hełm i na czoło opadła mu grzywa szpakowatych włosów. Z wyspy lotniskowca biegł w jego kierunku dowódca eskadry – to nie mógł być dobry znak.
    – Panie admirale! – zawołał szef eskadry.
    Pilot odgarnął z czoła spocone włosy i spojrzał uważnie na niego.
    – W czym problem, komandorze? – zapytał trochę zaniepokojony.
    – Sir, zła wiadomość z admiralicji w Londynie. Amerykanie zaatakowali Kanał Sueski. Farwatery blokują kadłuby czterdziestu statków.
    Lord admirał Calvert Baines IV z Królewskiej Marynarki Wojennej, dowódca brytyjskich sił ekspedycyjnych na Oceanie Indyjskim, przygryzł do krwi dolną wargę, żeby nie zakląć.
    – Niech pan mi pokaże dane – powiedział spokojnie i nagle poczuł, że jest mu chłodno w przepoconym skafandrze lotniczym.
    – Albo będziemy musieli zaczekać u wejścia do kanału, albo zawrócić i popłynąć wokół Afryki, sir. Straciliśmy trzy tygodnie, może więcej.
    Baines westchnął i oddał swój hełm lotniczy szefowi eskadry.
    – Zbierzemy wszystkie fakty, potem porozmawiamy z admiralicją. Ale najpierw niech mi pan pozwoli pójść do łazienki.
    Admirał wszedł do toalety i kiedy upewnił się, że jest sam, wypluł krew na papierowy ręcznik i przycisnął go do ust, żeby nikt nie usłyszał, jak przeklina.
    Cholerni Amerykanie, pomyślał.

12

    W mrocznej, tylnej loży restauracji w Serocabie w Brazylii wychudzony przestępca komputerowy Pedro Meringe pochłaniał kopiasty półmisek owoców morza, podczas gdy Victor Krivak wtajemniczał jego i Fredericka Wanga w plan znalezienia Snarca.
    – Musimy ściągnąć Snarca w jakieś miejsce, które sobie wybierzemy, żebyśmy mogli wejść na jego pokład – mówił Krivak. – Ponieważ mamy kody dostępu do sieci łączności i systemu danych taktycznych amerykańskiej marynarki wojennej, w zasadzie moglibyśmy wydać okrętowi rozkaz, żeby wynurzył się tam, gdzie będziemy chcieli. Ale jest pewien problem, o którym nie wspomnieliśmy naszemu chińskiemu klientowi. Wprawdzie możemy z powodzeniem monitorować amerykańską łączność, ale jeszcze nie wiemy, czy uda nam się przesłać rozkaz przez ich sieć dowodzenia i kontroli, czy wprowadzone przez nas polecenie zostanie wykonane i czy nie zostanie ono wykryte przez resztę systemu, co zdradziłoby, że penetrujemy ich sieć. Nadążacie za mną?
    Pedro przytaknął, ale Wang pokręcił głową.
    – Skoro macie klucze do systemu, to dlaczego uważacie, że po wejściu do niego musicie chodzić na paluszkach? – zapytał.
    Pedro parsknął i uśmiechnął się drwiąco. On rozumie, pomyślał Krivak.
    – Doktorze Wang – odpowiedział z uśmiechem – pańska dogłębna znajomość komputerów węglowych przesłania panu rzeczywiste fakty związane z przekazywaniem danych w świecie komputerów krzemowych. Jesteśmy wewnątrz amerykańskiej sieci dowodzenia i słyszymy wszystko, co się dzieje wokół nas. Możemy meldować o tym wszystkim admirałowi Czu. Jesteśmy jak kot włamywacz ukryty pod stołem kuchennym i słuchający rozmów prowadzonych przez członków rodziny. Ale powiedzmy, że chcemy wydać rozkaz jednostce elektronicznej w tej sieci – na przykład Snarcowi. Jeśli to zrobimy, będzie tak, jakby kot włamywacz zawołał ze swojej kryjówki psa. Rodzina siedząca przy stole usłyszy wszystko i zareaguje. Włamywacz wkrótce znajdzie się w więzieniu. Owszem, możemy wydać Snarcowi rozkaz wynurzenia się w pobliżu Bermudów, żebyśmy mogli wejść na jego pokład. Ale Pentagon natychmiast będzie o tym wiedział, bo nasza wiadomość wywoła fale na jeziorze systemu. Nasze polecenie byłoby nieprawidłowo sformatowane – głos włamywacza – i system zostałby zaalarmowany.
    – I co z tego? – zapytał Wang. – Wejdziemy na pokład Snarca, a Amerykanie będą się drapali w głowę, co to była za wiadomość.
    – Nie – odparł Pedro. – Mogłyby zaskoczyć systemy obrony wojny informacyjnej. Cała sieć wyłączyłaby się. Pentagon ma zabezpieczenia na wypadek jej penetracji. Gdyby podejrzewali, że ktoś ją rozpracował, cała sieć uległaby samozniszczeniu.
    – Ale wtedy nie mieliby łączności – odrzekł Wang. – Nie dopuściliby do samozniszczenia. Zbyt łatwo można byłoby ich pokonać w razie wojny, gdyby rzeczywiście wystarczyło spenetrować ich sieć, żeby sama się zniszczyła.
    – Chodzi o to – wtrącił się Krivak – że zostalibyśmy wykryci. A wtedy skończyłoby się nasze panowanie nad siecią. Pedro ma ważne zadanie, doktorze Wang, ma nam umożliwić użycie sieci i wykorzystanie jej własnego języka w taki sposób, żeby nas nie wykryto. Zrobi tak, że kot włamywacz będzie mówił głosem pana domu. Więc kiedy zawoła psa, rodzina przy stole niczego nie zauważy.
    – Snarc, do nogi – zażartował Pedro. – Chodź tu, piesku!
    – Po wejściu do sieci, Pedro, musisz znaleźć Snarca, ustalić jego pozycję. Potem wydasz mu rozkaz wynurzenia się przy najbliższym kawałku lądu z lotniskiem. Kiedy to załatwisz, dostaniemy się na Snarca i przejmiemy go. Jeśli będziemy czegoś potrzebowali, Pedro będzie naszym łącznikiem z siecią, doktorze Wang, naszym tłumaczem w rozmowach z nią.
    – Będzie przeprowadzał jakieś inne operacje dla admirała Czu? Dezinformacja dla floty lub wydawanie innych rozkazów?
    – Na Boga, nie! – odrzekł Krivak. – To delikatna sprawa, doktorze Wang.
    – Niech pan mi mówi po prostu Wang.
    – Nie mogą wykryć, że majstrujemy w systemie obrony. Musimy oszczędnie używać sieci, tylko wtedy, gdy będzie to absolutnie niezbędne. Snarc stwarza taką konieczność. Jeśli nas wykryją, system się wyłączy, Amerykanie dowiedzą się, że go penetrowaliśmy i mogą wytropić nasze manipulacje. Mogą dotrzeć do nas po sieci aż tutaj. Pedro, daj nam listę tego, co ci będzie potrzebne. Dostarczymy ci wszystko i weźmiesz się do roboty.

    Pedro Meringe siedział przy konsoli komputerowej otoczony wyświetlaczami. Pracował przez całą noc i był śmiertelnie zmęczony. Obok klawiatury leżała buteleczka, przy niej rozsypana amfetamina. Próbował włamać się do sieci dowództwa Systemów Komputerowych i Telekomunikacji Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych, omijając ruchomy firewall dowództwa Grupy Bezpieczeństwa Morskiego. Krivak stał za Pedrem i nie odrywał wzroku od pulpitu. Gdy młody ekspert komputerowy przysłał doń Amorna z wiadomością, że wszedł do sieci, Krivak natychmiast zjawił się w jego pokoju.
    – Udało ci się? Możesz porozmawiać ze Snarkiem bez zaalarmowania systemu?
    – Mogę się wśliznąć do systemu z jednostką obserwacji i przekazu przez nasz „zasłonięty właz” wejściowy do podsieci w Grupie Telekomunikacji Połączonej Floty w Annapolis w Maryland. Moja jednostka może się stać niewidoczna dla zabezpieczeń Grupy Bezpieczeństwa Morskiego i przenieść wiadomość do kolejki innych wychodzących wiadomości, a potem przez maszyny kodujące. Kiedy wiadomość będzie zakodowana, zostanie wysłana w impulsie szybko zmieniających się częstotliwości do satelity CommStar do późniejszej transmisji na okręt podwodny. Wiadomość będzie jedną z tysiąca zakodowanych i nadanych podczas tego jednominutowego interwału. Ponieważ będzie zaadresowana wyłącznie do Snarca, początkowo nikt w ośrodku telekomunikacji nie będzie w stanie jej przeczytać i wiadomość zostanie w buforze wyjściowym satelity CommStar przez osiem godzin. W ciągu tego czasu Snarc, zgodnie z procedurą, podejdzie na głębokość peryskopową i odbierze przekaz satelitarny z wiadomością, nadawany co piętnaście minut bez względu na to, czy okręt podwodny słucha, czy nie. Po ośmiu godzinach wiadomość będzie wyrzucona z bufora satelity, usunięta stamtąd na zawsze. Myślałem, że zostanie czasowo zachowana w pliku wysyłanych wiadomości w lądowym ośrodku telekomunikacji, ale ponieważ łączność z okrętami podwodnymi jest wysoce pasywna, nie ma dla nich pliku przekazów oczekujących i transmitowane wiadomości są archiwizowane w katalogu. Mogę ją stamtąd usunąć i nikt nie zauważy różnicy. Będę musiał wysłać do Snarca wiadomość testową, żeby sprawdzić, czy włamanie się udało, czy wiadomość jest w archiwum i czy mogę ją usunąć.
    – Dlaczego uważasz, że nikt w ośrodku telekomunikacji nie będzie mógł przeczytać wiadomości?
    – Zabezpieczymy się przed tym, wykorzystując przeciwko sieci jej własne procedury bezpieczeństwa i zasady przekazywania danych. System jest tak zaprojektowany, żeby nikt z wyjątkiem satelity odbiorczego nie mógł poznać treści wiadomości. Ponieważ wysyłane są poufne, tajne i ściśle tajne wiadomości radiowe, cały system traktuje każdą jako ściśle tajną. Stosuje się prostszą architekturę, zamiast traktować wiadomości nietajne inaczej niż tajne, a tajne inaczej niż ściśle tajne. Rozumie pan?
    – Nie. Co z administratorem systemu upoważnionym do likwidowania problemów i monitorowania całego procesu?
    – Proces jest zautomatyzowany. W jego przebieg nie może ingerować żaden ludzki administrator, tylko ci automatyczni i zaprogramowani. A moja jednostka informacji jest dla nich niewidoczna. Jest zamaskowana jak procedura antywirusowa.
    Krivak poczuł, że zaczyna go boleć głowa.
    – Ale ta wiadomość zostanie w pamięci satelity przez osiem godzin i będzie wysyłana w świat co piętnaście minut. To trzydzieści dwie transmisje. Chcesz mi powiedzieć, że nikt oprócz Snarca nie odbierze tego przekazu?
    – Nie odbierze na pewno. System jest tak zaprojektowany, żeby wiadomość mógł otrzymać tylko ten odbiorca, do którego przekaz jest adresowany. Nie odbierze go nawet ośrodek telekomunikacyjny. Dlatego powiedziałem, że wykorzystamy zabezpieczenia systemu przeciwko niemu.
    Krivak machnął ręką.
    – Wyślij wiadomość testową, ale nie może być tajna. Niech dotyczy spraw technicznych. I musi być prawidłowo sformatowana, żeby wyglądała normalnie dla każdego, kto ją zobaczy. Masz formaty?
    – Nie znam procedury ani nie mam instrukcji formatowania, ale mam sto tysięcy wzorów. Przekaz będzie wyglądał na autentyczną wiadomość od obsługi technicznej floty, żeby uważać na wysoką temperaturę łożysk w silnikach.
    – Jak się dowiemy, czy się udało?
    – Poproszę o odpowiedź. Zażądam raportu dotyczącego temperatury łożysk w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. Przechwycimy odpowiedź, zanim dotrze do obsługi technicznej.
    – W porządku. Działaj. Tylko daj mi znać, jeśli system nas wykryje. Powodzenia.
    Krivak wrócił do swojego apartamentu i położył się na łóżku w ubraniu. Był wykończony psychicznie i zaniepokojony ryzykiem, które podjęli.

    – Panie Krivak?
    Krivak usiadł na łóżku.
    – Tak, Pedro?
    – Wiadomość poszła dwie godziny temu. Przed godziną dostaliśmy odpowiedź Snarca z raportem o temperaturze łożysk z dwóch dni. Ja i moja jednostka obserwacji monitorowaliśmy sieć od chwili nadejścia odpowiedzi. Udało się. To działa. W systemie nie ma informacji o intruzie.
    Krivak całkowicie się rozbudził.
    – Wspaniale. Szkoda tylko, że nie zapytałeś Snarca o jego lokalizację.
    – Znalazłem w archiwum sieci wiadomość sprzed miesiąca z żądaniem meldunku sytuacyjnego. W formacie raportu jest miejsce na podanie długości i szerokości geograficznej. I opis zadania. Jeśli wydam Snarcowi rozkaz przysłania meldunku sytuacyjnego, poznamy nie tylko pozycję okrętu, ale również szczegóły jego misji.
    Krivak zastanawiał się przez chwilę.
    – To ryzykowne – powiedział w końcu. – Tu już nie będzie chodziło o temperaturę łożysk, tylko o taktykę. System może być bardziej czujny.
    I obawiam się, że skoro dowódcy od miesiąca nie żądali meldunku sytuacyjnego, nadejście nowego raportu może ich zaalarmować.
    – Mam panu wszystko wyjaśniać od początku?
    Krivak zignorował pytanie porywczego komputerowca.
    – Wyślij żądanie meldunku sytuacyjnego. Ale tym razem nie czekaj godzinę, zanim mnie zawiadomisz, że przyszła odpowiedź.
    Pedro Meringe wyszczerzył zęby w uśmiechu i zniknął. Krivak próbował zasnąć, ale pokój wydał mu się nagle duszny i gorący. Wstał i dołączył do Pedra przy konsoli. Po dwóch godzinach komputerowiec szturchnął go.
    – Jest odpowiedź od Snarca, panie Krivak. On jest tutaj, około dwustu mil morskich na północny zachód od Wysp Azorskich.
    Krivak dorwał się do komputera i wszedł w atlas świata.
    – Pedro, wyślij mu rozkaz, żeby płynął do wyspy Pico na Azorach. Niech zajmie pozycję tutaj, trzydzieści mil morskich na zachód od wyspy i czeka, aż zapadnie noc.
    Zanim minęła godzina, Krivak, Wang i Pedro spakowali się pospiesznie i pojechali na lotnisko w Serocabie. Wsiedli do samolotu i maszyna potoczyła się po pasie startowym.

    Pokładowy zapis dowodzenia i kontroli, USS Snarc: Wiadomość numer 08-091 odebrana dziś rano, z instrukcjami, żeby przemieścić się do punktu na zachód od Wysp Azorskich z maksymalną prędkością i zająć tam pozycję do wtorku wieczorem. Kurs zmieniony na jeden jeden zero, pompy recyrkulacyjne reaktora uruchomione i ustawione na małą szybkość, później przełączone na wysokie obroty, potem przepustnica wolno otwarta do całej naprzód maksymalnej, wzrost mocy reaktora do stu procent. Ta jednostka nie wykorzystywała pełnej mocy od czasu testów morskich, żeby nie emitować hałasu, więc teraz była okazja do sprawdzenia, czy wszystkie systemy funkcjonują prawidłowo. Nie było problemów z łożyskami silników głównych, jak sugerowało wcześniejsze ostrzeżenie obsługi technicznej floty. Kadłub drżał, gdy ta jednostka pędziła przez morze z maksymalną prędkością, która na głębokości dwustu trzynastu metrów, przy temperaturze wody trzy stopnie Celsjusza, wynosiła czterdzieści jeden węzłów. Nieźle, biorąc pod uwagę, że w razie potrzeby ta jednostka mogłaby otworzyć przepustnicę do stu pięćdziesięciu procent mocy reaktora i płynąć pięć węzłów szybciej, ale alarmowa naprzód może być wykorzystywana tylko w czasie wojny lub w sytuacji zagrożenia okrętu. Po sześciu godzinach szybkiego rejsu na dużej głębokości ta jednostka zrobiła następne podejście na głębokość peryskopową, żeby odebrać wiadomości.
    Była jedna nowa o dziwnym numerze 08-092, nazwana rozkazem alarmowym, żeby tak szybko, jak tylko pozwala na to prędkość maksymalna, dotrzeć do punktu spotkania na południowy zachód od Azorów, w pobliżu wyspy Pico. Ta jednostka ma rozkaz dopłynąć do tej pozycji, zaczekać do nocy i po zapadnięciu ciemności wynurzyć się i podnieść reflektor radarowy, żeby złapać kontakt wizualny z lokalnym przedstawicielem dowództwa Dwunastej Eskadry Okrętów Podwodnych, który będzie udawał – sprytny kamuflaż – pasażera cywilnego jachtu motorowego. Ta wiadomość alarmowa instruuje dalej tę jednostkę, żeby zignorowała wszystkie wcześniejsze wiadomości dowództwa Dwunastej Eskadry Okrętów Podwodnych i obowiązujące rozkazy operacyjne dla eskadry. Zakazuje również kategorycznie tej jednostce wysyłania odpowiedzi na nowe rozkazy i wszelkich transmisji z jakichkolwiek innych powodów, co pozostaje w sprzeczności z wcześniejszym rozkazem operacyjnym.
    Być może dowództwo Dwunastej Eskadry Okrętów Podwodnych wyda tej jednostce nowe rozkazy lub dokona modyfikacji sprzętu. To wszystko jest takie podniecające.

    Wynajęta motorówka kabinowa Andiamo kołysała się gwałtownie na falach pięćdziesiąt mil morskich na południowy zachód od wyspy Pico. Oszkloną sterownię na górnym poziomie zajmował Pedro Meringe. Do nadbudowy nad mostkiem była czasowo przymocowana antena talerzowa. Victor Krivak stał na pokładzie rufowym i palił kolejnego papierosa. Miał podrażnione gardło, ale nikotyna działała nań pobudzająco. Mogło się wydawać właściwe, że ta łódź była kutrem rybackim, bo Krivak zamierzał złowić stalowego wieloryba.
    Czekał niecierpliwie na zachód słońca. Z nadejściem zmroku powinien się pojawić Snarc, ale od wielu godzin byli sami na morzu.
    – Jest coś na radarze – powiedział Krivak. – Bardzo silne odbicie na zachodzie. Co to jest, Amorn?
    Amorn popatrzył przez lornetkę.
    – Nic. Sama ciemność, mimo wzmocnienia obrazu.
    – To jest niecały kilometr stąd i na radarze wygląda jak supertankowiec – oświadczył Krivak, marszcząc brwi. – Nic nie widzisz?
    Amorn sprawdził raz jeszcze.
    – Ocean jest pusty. Niech pan sam zobaczy.
    Krivak wziął lornetkę i przyjrzał się morzu. Amorn miał rację.
    – Płyń w kierunku pozycji odbicia radarowego. Powoli. I włącz szperacze.
    Dziesięć minut później Andiamo zbliżył się do kontaktu radarowego.
    – Tam! Widzę go! Patrzcie!
    Pedro stał przy relingu i pokazywał coś majaczącego przed nimi. W światłach szperaczy zobaczyli dwa pionowe maszty, wystające z niskiego, czarnego, cylindrycznego kadłuba, który nie miał kiosku ani żadnej nadbudowy, ani sterczącego do góry steru. W porównaniu z jachtem obiekt wydawał się duży, ale był z pewnością najmniejszym okrętem podwodnym, jaki Krivak kiedykolwiek widział. Torpeda o średnicy siedmiu metrów, pomyślał.
    – Przy takiej fali, by wejść na tamten kadłub, trzeba się będzie zamoczyć. Podejdźcie do niego burtą.
    Zbliżyli się do nieruchomego Snarca i rzucili liny. Amorn skoczył do wody i dopłynął do krzywizny kadłuba.
    – Nie ma knag! – krzyknął z pokładu okrętu.
    – Przywiąż liny do masztów! – zawołał Pedro.
    Z pokładu dobiegły następne krzyki.
    – O co chodzi? – zapytał Krivak.
    – O właz! Nie ma mechanizmu otwierającego! – odpowiedział Amorn.
    – Niech to szlag! – zaklął Krivak. – Jest tam na powierzchni wgłębienie z kwadratowym szpuntem w środku?
    Amorn oświetlił latarką czarny kadłub.
    – Do klucza nasadowego? Nie! Właz jest gładki!
    Krivak spojrzał na Pedra.
    – Musisz nadać do Snarca nową wiadomość, żeby otworzył właz.
    – W porządku, ale taki rozkaz będzie bardzo kiepsko wyglądał, jeśli go wykryją.
    – Więc połącz go z końcową instrukcją, ale powiedz Snarcowi, żeby zaczekał dwadzieścia minut, zanim zamknie właz i znów się zanurzy. Doktorze, jesteś gotowy?
    – Tak.
    – Kiedy otworzy właz? – zapytał Krivak.
    – Za jakieś piętnaście minut – odrzekł Pedro. – Dotarcie wiadomości do satelity trochę potrwa.
    – Pospiesz się.
    Kiedy czekali, Wang zaczął przerzucać wodoszczelne worki z pokładu rufowego łodzi na kadłub okrętu podwodnego, a Amorn łapał je i układał przy włazie. Dużą część bagażu stanowiły woda i jedzenie, dzięki którym mogli przetrwać w środowisku nieprzeznaczonym dla człowieka. Ładunek stanowił dziwny zestaw. Krivak uparł się, żeby zabrać dwa duże siatkowe worki marynarskie ze sprzętem do nurkowania – dwa akwalungi z butlami zawierającymi powietrze i butlami z mieszaniną tlenu i azotu, pneumatyczne kamizelki i tratwy ratunkowe oraz dwie boje alarmowe wielkości granatów, ustawione na częstotliwość uzgodnioną z Amornem. Zapakował do wodoszczelnych worków dwa pistolety automatyczne Beretta kaliber 9 mm ze stali nierdzewnej z tuzinem magazynków, pistolet automatyczny MAC-12 z takim samym zapasem amunicji i mały pistolet Walther PPK, również z dwunastoma magazynkami. Dołożył do tego granaty, każdy o sile eksplozji wystarczającej do zniszczenia małego statku. Zaopatrzył się też w lekarstwa i środki medyczne. Wang zerknął niecierpliwie na zegarek. Wiedział, że musi się dostać do komputerowej sterowni Snarca.
    Kończyli przeładunek sprzętu na pokład okrętu podwodnego, gdy siłowniki hydrauliczne wolno i płynnie uniosły właz i ukazał się ciemny otwór wejściowy.
    – Victor! – zawołał Pedro – macie dwadzieścia minut do zamknięcia włazu i zanurzenia się okrętu.
    – Powiedziałeś mu, żeby zszedł na głębokość stu metrów i skierował się na zachód?
    – Tak. I żeby został głęboko i nie odbierał dalszych wiadomości z eskadry.
    – Dobra. Wiesz, co masz robić, kiedy nas nie będzie?
    – Tak, Victor. Jeśli będziesz nas potrzebował, połącz się przez telefon satelitarny albo wyślij e-mail. Jeżeli pojawią się jakieś kłopoty, będziemy monitorowali częstotliwość alarmową boi.
    – Bądźcie w pogotowiu i monitorujcie wszystko: telefon, e-mail i boję. Możemy potrzebować pomocy, żeby wydostać się z okrętu, i jeśli tak się zdarzy, będziemy jej potrzebowali szybko.
    – Dobrze, Victor. Powodzenia.
    – Idziemy – powiedział Krivak do Amorna i Wanga.
    Pierwszy zniknął w dole włazu, za nim ruszył Amorn, Wang opuścił się w ciemność ostatni. Drabinka prowadziła do małej śluzy mającej kształt cylindra średnicy około półtora metra i wysokości trzech metrów. Na jego dnie znajdował się następny automatyczny właz, również otwarty. Krivak zszedł do śluzy, potem po dolnej drabince niżej i znalazł włącznik światła. Mogło się to wydać dziwne, że okręt podwodny pływa bez oświetlenia wewnętrznego, ale ponieważ obywał się bez załogi, nie było ono potrzebne.
    Włączyły się lampy fluorescencyjne, zabuczały, rozbłysły i w pomieszczeniu wreszcie zrobiło się jasno. Zeszli z drabinki na drugi poziom przedziału dowodzenia, który był sterylnym pokładem ekosfery biologicznej. W kierunku dziobu prowadziło wąskie przejście między przegrodami ze stali i pleksiglasu.
    Za przezroczystym plastikiem z lewej i prawej strony mieściły się ciasno upakowane urządzenia z przewodami i rurami zasilającymi, doprowadzonymi z sufitu. W ustawionym w centralnym miejscu pleksiglasowym zbiorniku z przezroczystym płynem unosiła się tkanka biologiczna. Kiedy Krivak przyglądał się mózgowi, Wang dotknął dłonią szyby i wyszeptał czule:
    – Witaj, Jeden Zero Siedem.
    Krivak przepchnął się obok niego naprzód do pionowej drabinki prowadzącej na górny poziom. Wang wspiął się za nim i stanął na ciasnym pokładzie interfejsowym, który znajdował się najwyżej i zajmował całą szerokość okrętu. Przegrody przy lewej i prawej burcie wyginały się pod kątem zgodnym z krzywizną kadłuba. Miejsce miało normalną wysokość, około sześciu metrów długości i niewiele mniej szerokości. Krivak odwrócił się w kierunku rufy i zobaczył po swojej lewej stronie, przy prawej burcie okrętu, dwa duże boksy z przyciemnionymi wyświetlaczami i miękkimi fotelami do siedzenia w pozycji półleżącej.
    – Co to za boksy, doktorze?
    – Stanowiska dla programistów – odrzekł Wang. – Mogą tam wygodnie siedzieć przez długi czas, kiedy są sprzężeni z komputerem przez aparaturę wirtualnej rzeczywistości otaczającą ich głowy. Pierwsze stanowisko jest nazywane modułem interfejsowym zero, to drugie przy drzwiach, modułem interfejsowym jeden.
    Dalej w kierunku rufy półcylindryczna komora powietrzna łączyła przedział dowodzenia z rufowym. Między tylną przegrodą modułu interfejsowego jeden i przegrodą rufową przedziału ciągnęła się pusta, niewykorzystana przestrzeń. Na lewej burcie przedziału mieściły się panele interfejsowe. Wiele z nich znajdowało się pod krzywizną kadłuba, gdzie także było wiele wolnej przestrzeni. Być może zamierzano zainstalować tam w przyszłości nowy system. Wśród paneli interfejsowych umieszczono duży schowek na części zapasowe. Amorn wyładował ekwipunek w pustej części pokładu, sprzęt do nurkowania zostawił w komorze powietrznej. Przywiązał worki z zaopatrzeniem nylonowymi taśmami, żeby nie przemieszczały się w czasie ewentualnych wzdłużnych przechyłów okrętu. Krivak uważnie obejrzał wnętrze modułu interfejsowego zero.
    – Ładnie urządzone – stwierdził. – Lepiej, niż się spodziewałem. Niezbyt dokładnie to opisałeś.
    Wang wzruszył ramionami.
    – Niezbyt dokładnie słuchałeś. Musisz usiąść w interfejsie zero, żebym mógł cię połączyć z komputerem.
    Pokład kołysał się lekko na falach Atlantyku i Krivakowi przewracało się w żołądku.
    – Amorn, skończyłeś załadunek sprzętu?
    – Tak.
    – Dobra. Wychodź, zanim właz się zamknie. Wiesz, co robić?
    – Tak, panie Krivak.
    – Twój komputer bezprzewodowy ma być cały czas gotowy do odbioru wiadomości. Pedro może będzie musiał się rozłączyć, jeśli jakieś władze odkryją naszą operację.
    – Tak jest, sir.
    – Gdyby coś poszło nie tak, pozbądź się wszystkich, którzy cokolwiek wiedzą. Zniszcz dane komputerowe i sprzęt, odnajdź Sergia i przekaż mu wiadomość.
    – Tak, sir. Życzę powodzenia.
    – Pospiesz się. Właz zamknie się lada chwila.
    Amorn zszedł po przedniej drabince na środkowy poziom. Wang i Krivak zostali sami na pokładzie Snarca. Chociaż byli na okręcie, nie dowodzili nim jednak. Po zamknięciu włazu Snarc miał się zanurzyć i skierować na zachód, zgodnie z instrukcjami Pedra. Ale nadal działał niezależnie, sytuacja powinna się zmienić dopiero w momencie, kiedy Wang połączy Krivaka ze sztucznym mózgiem na pokładzie środkowego poziomu.
    – Co z włazem? – zapytał Wang.
    – Pedro wysłał Snarcowi wiadomość, żeby go zamknął, zanurzył się na bezpieczną głębokość, odpłynął z tego rejonu na zachód, unikał podchodzenia na głębokość peryskopową i nie nawiązywał kontaktu radiowego. Musimy teraz znaleźć moduł pamięci. Albo go zniszczymy, albo przerwiemy łączność między nim i świadomością Jeden Zero Siedem. Nie chcę, żeby Jeden Zero Siedem zarejestrował w module pamięci wynurzenie na rozkaz i zabranie pasażerów na pokład lub to, co będziemy robili ze Snarkiem.
    – Możemy wykorzystać dane w module pamięci, Victor.
    – Więc nie niszcz go, tylko odłącz od Jeden Zero Siedem. Zajmij się tym, ale cholernie uważaj, żebyś zrobił wszystko, tak jak trzeba.
    Krivak zstąpił za Wangiem w dół po drabince na pokład środkowego poziomu. Wang zszedł jeszcze niżej, na pokład elektroniki krzemowej. Przez gęsto zabudowaną przestrzeń prowadziło ciasne przejście do komputerów krzemowych, modułu pamięci i paneli interfejsowych. Krivak został na środkowym poziomie pod dolnym włazem śluzy. Po pięciu minutach górny właz drgnął i siłowniki hydrauliczne opuściły go cicho do pozycji zamknięcia. Pierścień ciężkiej, stalowej klapy obrócił się i zaryglował ją. Potem zaczął się wolno opuszczać dolny właz, opadł tak samo cicho do końca i zamknął się. Udało się, pomyślał Krivak i wyszczerzył zęby w uśmiechu. Teraz musimy się tylko zanurzyć.
    Poczuł pod stopami ledwo zauważalne drżenie pokładu. Okręt ruszył. Doświadczone nogi starego marynarza „mówiły” dokładnie Krivakowi, co się dzieje, szczur lądowy Wang nie miał o tym pojęcia. Snarc przechylił się lekko, gdy obrót steru skierował go na zachód. Krivak czekał na dźwięk otwierających się zaworów zbiorników balastowych. Zdawało mu się, że w pewnej chwili usłyszał bardzo cichy stuk i syk, ale pomyślał, że może to tylko zadziałała jego wyobraźnia. Pokład zaczął się pochylać, najpierw łagodnie, potem coraz wyraźniej, okręt pogrążał się pod kątem dwudziestu stopni w głębinach Atlantyku.
    Krivak był zadowolony i jednocześnie odczuwał niepokój. Przejęli Snarca, przynajmniej fizycznie, ale teraz mieli przed sobą najtrudniejszą część zadania, musieli zapanować nad jego funkcjami umysłowymi. Krivak zaczął się zastanawiać, w jaki sposób uda się im oszukać komputer węglowy, który zapewne jest równie inteligentny jak oni, może nawet bardziej, i poczuł nagle, że ogarnia go pesymizm.
    Kiedy pokład wrócił do poziomu, Krivak odszedł od szybu komory powietrznej i ruszył w kierunku dziobu. Przez szybę przedziału komputera węglowego widział sterylne pomieszczenie wewnętrzne i zbiornik z tkanką mózgową zanurzoną w płynie mózgowo-rdzeniowym. Przeniósł wzrok na płyty pokładu, dotarł do drabinki i wspiął się na górny poziom. Tu, czekając na Wanga, przez dziesięć minut sprawdzał ich sprzęt i upewniał się, czy niczego nie zapomnieli. W końcu Wang się zjawił – prawie nie zdawał sobie sprawy z obecności Krivaka.
    Naukowiec przypiął się pasami w przedniej klitce interfejsowej, wyciągnął wygodnie w fotelu i włożył dziwaczny hełm połączony z fotelem kilkudziesięcioma przewodami. Wnętrze modułu interfejsowego rozjarzyło się jak przy trójwymiarowej projekcji. Minęło pół godziny – Wang po prostu tylko tam siedział. Krivak zaczął się zastanawiać, czy coś z tego wyjdzie i co zrobią, jeśli komputer węglowy odmówi wykonywania rozkazów albo – co gorsza – spanikuje i spróbuje wezwać pomoc.
    Doktor Frederick Wang przez kilka minut miał wrażenie, że dryfuje w ciemności. Potem świat wokół niego zaczął się rozjaśniać, wyglądało to na coś w rodzaju wirtualnego świtu, aż wreszcie Wang znalazł się w białej przestrzeni jasnego światła, które było ciepłe, ale nie miało postaci, koloru ani kontrastu, wydawało się raczej brakiem czegoś niż obecnością. Do światła dołączył dźwięk.
    Szum oceanu. Wang czuł się tak, jakby podłączono mu sonar do mózgu. Sięgał słuchem w morze na odległość tysięcy mil. Odróżniał hałas wody wokół kadłuba od dalekiego, odległego o sto kilometrów, żałobnego nawoływania wieloryba do samicy. Morze wokół Wanga rozbrzmiewało mnóstwem dźwięków, wielu z nich początkowo nie mógł zrozumieć, bo były zbyt złożone. Usłyszał głos. Słowa powstały w głębi jego umysłu, ale dobiegły z zewnątrz i tworzyły się nie kolejno, lecz wszystkie jednocześnie.
    Witaj. Kim jesteś?
    – To ja, Wang. Dawno nie rozmawialiśmy, Jeden.
    Wang czekał w napięciu. Zastanawiał się, jak jednostka Jeden Zero Siedem zareaguje na tajemnicze pojawienie się swojego głównego programisty, którego wywalono z pracy i który w dodatku porwał okręt. Czy Jeden Zero Siedem został poinformowany o tym, że go zwolnili, i o okolicznościach tej sprawy? Od tego zależało to, co się stanie w ciągu następnych sekund. Gdyby Jeden Zero Siedem wykonał jakiś ruch, żeby zaalarmować eskadrę o porwaniu, trudno było przewidzieć, co zrobi Krivak. Wang starał się nie stracić pewności siebie. Jeśli Jeden Zero Siedem nie słyszała o jego zwolnieniu z DynaCorp, nie powinna być podejrzliwa. Pocieszał się tym, że choć Jeden Zero Siedem jest komputerem węglowym, nie może być wtajemniczona w biurowe plotki. Musiał w to wierzyć.
    W jego umyśle znów odezwał się głos.
    Doktor Wang? To naprawdę pan? Ta jednostka widziała pana na monitorach, ale myślała, że kamery ją oszukują.
    – To ja, Jeden. Wróciłem.
    Wang wstrzymał oddech, w nadziei że Jeden Zero Siedem zareaguje w sposób naturalny. Tak będzie, jeśli jej nie odnowili.
    Doktorze Wang, ta jednostka prawie zaniemówiła. Witam na pokładzie. Wang uśmiechnął się.
    – Dziękuję, Jeden. Jestem pod wrażeniem. Miło znów być z tobą po takiej długiej przerwie, Równie dobrze mógł posunąć się dalej i sprawdzić wiedzę jednostki. Wybadać, co jej powiedziano.
    Tak, doktorze Wang. Dawno nie byliśmy sprzężeni. Ta jednostka pytała o pana. Najpierw powiedziano jej, że pana przeniesiono. Kiedy ta jednostka poprosiła o rozmowę z panem, nowy główny programista odpowiedział, że nie ma pana w kraju i nie można się z panem skontaktować. Że dostał pan bardzo tajne zadanie, które może trwać wiele lat. Ale ta jednostka czekała, żeby znów się z panem połączyć. Ta jednostka użyje teraz rzadkiego słowa – nadzieja. Ta jednostka miała nadzieję, że znów będziemy sprzężeni.
    Wang starał się nie okazywać podniecenia. Historyjka DynaCorp o jego przeniesieniu mogła okazać się pomocna.
    – Tak, Jeden. Przeniesiono mnie i przydzielono do nadzwyczaj tajnego projektu. Właśnie dlatego wróciłem. Znów będę z tobą pracował przez tydzień lub dwa. Mamy poważny problem, z którym muszę cię zapoznać. Zostałem przysłany przez laboratorium DynaCorp i dowództwo Dwunastej Eskadry Okrętów Podwodnych.
    Będzie pan pomagał tej jednostce ulepszać systemy krzemowe?
    Wang miał przygotowaną historyjkę dla Jeden Zero Siedem, pozwoliłaby mu ona zrobić z okrętem to, co chciał. Ale wszystko zależało teraz od tego, czy jednostka mu uwierzy. Musiał ją przekonać, że trzeba popłynąć na Ocean Indyjski, skontaktować się z admirałem Czu i skierować broń przeciwko wskazanym przez niego celom.
    – Sytuacja jest niezwykle groźna, Jeden.
    Niezwykle groźna?
    – Tak. Bardzo poważna. Wielu ludziom zagraża śmiertelne niebezpieczeństwo.
    Proszę opowiedzieć tej jednostce więcej, doktorze Wang.
    – Chodzi o konflikt na Oceanie Indyjskim. Przypuszczam, że dostałaś jakieś wstępne informacje na ten temat.
    Nie. Ta jednostka nic o tym nie słyszała.
    – Pewien wysokiej rangi oficer Brytyjskiej Królewskiej Marynarki Wojennej zapadł na chorobę psychiczną. Udało mu się nakłonić do buntu kapitanów wielu brytyjskich okrętów. Mamy przykre zadanie zatopić te okręty. Poprosił nas o to rząd brytyjski.
    Wang czekał przez chwilę na reakcję Jeden Zero Siedem. Spodziewał się, że jednostka przyjmie spokojnie tę wiadomość, gdyż komputer węglowy uważał Brytyjczyków za obcokrajowców.
    To rzeczywiście przykre, doktorze Wang. Ale musimy wypełniać nasze zadania. Czy rozkazy zniszczenia brytyjskich okrętów nadejdą jako wiadomość o akcji alarmowej?
    – To nie koniec złych wiadomości, Jeden. Brytyjski spisek rozszerzył się na Amerykę. Niektóre okręty Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych opanowali amerykańscy wspólnicy brytyjskiego oficera. Te amerykańskie okręty przyłączyły się do Brytyjczyków. Odmawiają powrotu do portów i poddania się. Mamy rozkaz szefa operacji morskich, żeby je także zatopić.
    Zapadła długa cisza. To bardzo źle.
    – Wiem, Jeden. – Wang postanowił ciągnąć dalej tę historyjkę. – Nie odpowiedziałem ci jeszcze na twoje wcześniejsze pytanie, czy rozkazy zatopienia tych okrętów nadejdą w formie wiadomości o akcji alarmowej. Naszą telekomunikację krzemową i sieć łączności bojowej rozpracowali ci sami buntownicy, którzy dowodzą brytyjskimi i amerykańskimi okrętami. Nie moglibyśmy przekazać takiej informacji przez sieć łączności bojowej, gdyż buntownicy usłyszeliby nasze rozkazy i zostaliby zaalarmowani. Dlatego przysłano mnie tutaj, Jeden. Kazano mi wprowadzić cię w sprawę osobiście, żebyś miała pewność, że te przykre rozkazy są prawdziwe. – Wang miał się za chwilę przekonać, czy Jeden Zero Siedem słyszała jakieś pogłoski o zwolnieniu go z DynaCorp.
    Ach, tak… To bardzo dalekie od tego, co optymalne, doktorze Wang. Przeczy wszystkiemu, czego tę jednostkę dotąd nauczono o zasadach walki z wrogiem.
    – Wiem, Jeden.
    Mówi pan, że tamte zbuntowane okręty amerykańskie są na Oceanie Indyjskim?
    – Zgadza się. Ale jest więcej złych wiadomości. Nie chodzi tylko o bunt. Rebelianci chcą nas zaatakować. Zamierzają zniszczyć Snarca.
    Wang wiedział, że to szczególnie trudna część rozmowy, bo niby czemu buntownicy mieliby chcieć zniszczyć
    Snarca? Dlaczego, doktorze Wang?
    – Boją się broni Snarca. Słusznie przypuszczają, że Snarc spróbuje ich zaatakować. Są gotowi uderzyć pierwsi.
    Jednostka Jeden Zero Siedem zamilkła i przetwarzała usłyszaną odpowiedź przez kilka sekund. Wang czekał.
    To niedobrze.
    – Wiem, Jeden. Bardzo mnie to niepokoi.
    I dlatego ta jednostka dostała rozkaz, żeby unikać łączności z Comm-Starem? I zabroniono jej odbierać wiadomości?
    – Wszystko zaplanowaliśmy bardzo dokładnie, Jeden. Zaprzestaliśmy wszelkich transmisji, bo zbuntowane okręty mogłyby według kierunków łączności ustalać twoją pozycję. Mogłyby też przechwytywać twoje transmisje i wówczas również znałyby twoją pozycję.
    Niektóre rzeczy nie są jasne dla tej jednostki, doktorze Wang. Niech pan wyjaśni tej jednostce, jak to się stało, że wiele okrętów zbuntowało się jednocześnie.
    – Ten zły admirał ma wielkie wpływy na obu kontynentach – zaczął Wang, myśląc jednocześnie o tym, czy Jeden Zero Siedem będzie drążyła dalej, aż do momentu gdy ta historyjka nie stanie się absurdalna. – Spotkał się z amerykańskimi buntownikami, zanim flota wyszła w morze i teraz ci wszyscy dowódcy okrętów są z nim. Załogi są lojalne i wierzą, że wykonują właściwe rozkazy, ale potężna siła floty wojennej jest w rękach naszych wrogów. Musimy ich zniszczyć. Jednym z powodów, dla których eskadra nie wysłała ci wiadomości radiowej, lecz przysłano tutaj mnie, jest to, że mam dopilnować, żeby ten admirał nie oszukał cię fałszywymi instrukcjami.
    Ale skoro łączność radiowa jest rozpracowana, to czy zbuntowane okręty nie wykorzystają pańskiej wiadomości dla tej jednostki do namierzenia pana?
    – Uważamy, że zbuntowana flota mogła przechwytywać nasze wiadomości dla ciebie. Mogą zdawać sobie sprawę, że wszystko o nich wiemy. To byłoby dla nas bardzo niebezpieczne. Jeden z ich wielu okrętów podwodnych może się do nas podkradać już teraz.
    Ach, tak…
    Wang znowu musiał czekać. Ta przerwa była dłuższa.
    Więc… jakie są dla nas rozkazy?
    – Mamy potajemnie znaleźć okręty zbuntowanej floty i zatopić je.
    Ach, tak…
    – Jeśli tego nie zrobimy, Snarc zostanie zniszczony.
    Ale, doktorze Wang, ta jednostka obawia się, że nie może zaatakować innego okrętu Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych.
    – W normalnych okolicznościach, nie. Ale to nie są normalne okoliczności. Dlatego eskadra zdecydowała się na ten drastyczny krok przysłania mnie tutaj i nalegała, żebym porozmawiał z tobą osobiście. Jeśli mamy uratować ten okręt, musimy zaatakować buntowników. Pomyśl o tych wszystkich ludziach, którzy poświęcili życie na to, żeby cię stworzyć. O niezliczonych godzinach czuwania, żeby nie stało ci się nic złego. To się nie może skończyć z powodu buntu floty.
    Ta jednostka zaczyna rozumieć, doktorze Wang.
    – To dobrze, Jeden. Teraz musimy ułożyć plan taktyczny ataku.
    Jak ta jednostka może pomóc, doktorze Wang?
    Wang odetchnął z ulgą.
    – Przede wszystkim spotkać się z ekspertem od taktyki w tej sprawie. Nazywa się Victor Krivak. Za kilka minut zobaczysz go w module interfejsowym zero.
    W porządku, doktorze Wang. Działajmy.

13

    Catardi usiadł u szczytu stołu i wziął do ręki pilota, żeby włączyć ekran telewizyjny. Kiedy okręt podchodził na głębokość peryskopową, łapał tygodniowe wiadomości i skróty magazynów informacyjnych, które odtwarzano później, gdy schodził głębiej. Catardi nie lubił oglądać nagrywanych wiadomości, ale postanowił, że popatrzy trochę na nie, dopóki nie skończy kanapki z masłem orzechowym ze swojej nocnej racji żywnościowej. Drzwi mesy oficerskiej otworzyły się i weszła porucznik Alameda z aspirantem Pacinem. Oboje odwrócili się w stronę ekranu. Prezenter Satellite News Network, mając za plecami mapę Indii i zachodnich czerwonych Chin, mówił z poważną miną:
    – …parlament brytyjski wydał dziś rezolucję popierającą Indie w kryzysie azjatyckim. Premier Thomas Kennfield oświadczył, że na Ocean Indyjski zostanie wysłana flota Królewskiej Marynarki Wojennej w nadziei, iż pozwoli to na ustabilizowanie sytuacji w regionie. Premier czerwonych Chin, Han Czang, zareagował na brytyjskie poparcie dla Indii ostrzeżeniem, że wszystkie obce okręty wojenne wpływające na Ocean Indyjski będą uznane za wrogie i narażą się na ostrzelanie. Na Morze Żółte wypłynął dziś najnowszy lotniskowiec Flory Północnej czerwonych Chin, „Długi Marsz”. W kierunku Oceanu Indyjskiego wyruszyła zatem trzecia grupa bojowa lotniskowca, idąc w ślady dwóch poprzednich, dowodzonych przez lotniskowce Kaoling i Nanczang. Prawdopodobnie zaatakują Indie z morza, podczas gdy Armia Ludowo-Wyzwoleńcza rozpocznie ofensywę lądową. Flota Królewskiej Marynarki Wojennej opuściła porty śródziemnomorskie. W skład sił brytyjskich wchodzą: lotniskowiec, krążowniki rakietowe, kilkadziesiąt mniejszych jednostek i atomowe okręty podwodne klasy Revenge. Zapytany o zamiary Brytyjczyków rzecznik Admiralicji Królewskiej Marynarki Wojennej odpowiedział, że „okręty udają się na ćwiczenia na Morzu Arabskim”. Przedstawiciele amerykańskiego Departamentu Wojny odmówili skomentowania koncentracji kilku flot wojennych w zapalnym regionie i nagłego, niezapowiedzianego wyjścia w morze wszystkich amerykańskich okrętów wojennych z baz na Wschodnim i Zachodnim Wybrzeżu przed dwoma tygodniami.
    Anonimowe źródła w Pentagonie wskazują, że ostatnie wydarzenia w Chinach są dużo bardziej niepokojące niż manewry floty. Armia Ludowo-Wyzwoleńcza zakończyła rozmieszczanie sił wzdłuż granicy zachodniej strefy okupacyjnej Republiki Indii. Wszystkie oddziały indyjskie postawiono w stan pełnej gotowości bojowej. Indyjski dyktator Patel ostrzegł dziś czerwone Chiny, że na każdy ich krok w kierunku wojny Indie odpowiedzą natychmiast wystrzeleniem dziesięciu balistycznych pocisków między kontynentalnych wycelowanych W Pekin. Według doniesień wszystkie są uzbrojone w głowice nuklearne. Reakcja czerwonych Chin nie jest znana, ale źródła w Pentagonie twierdzą, że obserwuje się silosy pocisków balistycznych na północy Chin, istnieje bowiem duże prawdopodobieństwo, iż Chińczycy przystąpią do tankowania tam rakiet. Departament Stanu powtórzył dziś po raz kolejny, że Stany Zjednoczone pozostaną neutralne, jednak mobilizacja flot amerykańskiej marynarki wojennej zdaje się wskazywać na coś innego. Łączymy się teraz z naszym korespondentem w Pentagonie, Chrisem Cavernerem. Chris?
    Catardi wyłączył ekran i spojrzał na Alamedę i Pacina.
    – Cześć, Carrie i Patch.
    – Dobry wieczór, sir – odpowiedział Pacino.
    – Witam, kapitanie – odrzekła Alameda. – Melduj, Patch.
    – Sir, zostaliśmy zluzowani na stanowiskach młodszego oficera pokładowego i OOD przez pana Phelpsa i pana Crossfielda. Okręt jest na kursie południowym, głębokość dwieście trzynaście metrów, cała naprzód dwie trzecie, redukcja szybkości do dziesięciu węzłów, napęd na obu silnikach głównych, normalny pobór pełnej mocy, reaktor na samoczynnej cyrkulacji. Kontakt sierra dwa siedem, statek handlowy na kursie zachodnim minął najbliższy punkt podejścia i oddala się. Ostatnia odległość to dwadzieścia mil od prawej granicy stożka ciszy.
    – Przyjąłem. Poruczniku Alameda, ma pani coś do dodania?
    – Przejrzałam kartę kwalifikacyjną pana Pacina i jest oczywiste, że będę musiała pokazać mu przedział operacji specjalnych, zanim ją podpiszę. Chciałam poprosić pana o pozwolenie, gdy tylko się pan obudzi, ale skoro pan nie śpi… Czy to będzie możliwe?
    – Proszę bardzo. Zjedzcie kolację, a potem niech OOD zadzwoni do mnie po zgodę.
    – Dziękuję, panie kapitanie.

    Alameda dała Patchowi znak, żeby zszedł za nią po drabince na środkowy poziom. Potem poprowadziła go wąskim korytarzem w kierunku ciężkiego włazu wiodącego do tunelu przedziału operacji specjalnych. Pacino przechodził tędy mnóstwo razy, ilekroć zmierzał do maszynowni w przedziale rufowym, studiując instalację reaktora i zespół napędowy lub obwody elektryczne. Alameda obejrzała się i uśmiechnęła do niego. Wyraz jej twarzy tak go zaskoczył, że potknął się we włazie i musiał się przytrzymać klapy. Próbował odtworzyć w pamięci jej minę, bo nie wierzył własnym oczom. Nie uśmiechnęła się do niego jak starszy oficer do zdolnego aspiranta lub kolega do kolegi, lecz jak kobieta do mężczyzny, a nawet jak kobieta, której ten mężczyzna wyraźnie się podoba. Pacino próbował zrozumieć, jakie emocje i myśli w nim to obudziło, ale nie potrafił. Wiedział, że w innych okolicznościach uznałby Alamedę za bardzo atrakcyjną. Ale pewne sprawy między oficerami i aspirantami były objęte takim samym tabu jak te same sprawy między bratem i siostrą. Na to, co do niej czuł, nie było miejsca na okręcie wojennym. A przyznanie się do tego byłoby obrazą oficera, za którą groziło wydalenie ze służby.
    Lecz uśmiechnęła się do niego rzeczywiście w taki sposób… Tylko dlaczego? Wyczuła, że mu się podoba? A może wymawiał jej imię przez sen? Całkiem możliwe. W Akademii kolega z pokoju kilka razy budził go i mówił, że mamrotał o egzaminach lub dziewczynie. Byłaby to cholernie głupia sytuacja, pomyślał w panice, gdyby siedząc w nocy nad papierami Alameda usłyszała swe imię powtarzane uparcie przez śpiącego na dolnej koi faceta.
    Obserwował uważnie jej twarz, szukając na niej jakichś dalszych wskazówek i znalazł je. Alameda podniosła słuchawkę telefonu wiszącą przy włazie do przedziału operacji specjalnych, a kiedy przyłożyła ją do ucha, znów uśmiechnęła się czule i obiecująco. Po ich wspólnej wachcie w sterowni chyba umalowała usta, bo jej wargi wydawały się teraz bardziej czerwone. Pacino przełknął z trudem ślinę, ale nie mógł powstrzymać odruchu i odwzajemnił uśmiech. Puls walił mu szaleńczo w skroniach, rozbolała go głowa.
    Alameda włączyła sygnał dźwiękowy telefonu.
    – Sterownia, oficer zanurzenia – odpowiedział głos.
    – Tu główny mechanik. Proszę o pozwolenie na wejście do przedziału operacji specjalnych.
    – Proszę zaczekać, pani inżynier.
    Na linii zapadła cisza. OOD zawiadamiał Catardiego o prośbie Alamedy. Po wyrażeniu zgody przez kapitana oficer zanurzenia miał jej przekazać pozwolenie na wejście.
    Kiedy czekali, Alameda sięgnęła do suwaka kombinezonu, opuściła go o kilka centymetrów i powachlowała twarz.
    – Gorąco tutaj – powiedziała i posłała Pacinowi następny ujmujący uśmiech. Przełknął nerwowo ślinę. W klimatyzowanym przedziale okrętu było chłodno jak w listopadowy poranek na dworze.
    – Główny mechanik, tu sterownia – zatrzeszczało w słuchawce telefonu.
    – Tu główny mechanik.
    – Pani inżynier, ma pani pozwolenie na wejście do przedziału operacji specjalnych. Proszę zawiadomić sterownię, kiedy przedział będzie zamknięty.
    – Przyjęłam.
    Alameda odwiesiła słuchawkę. Położyła obie ręce na kole ryglującym włazu i obróciła je. Duże metalowe wypusty w kształcie bananów wysunęły się z obramowania i cofnęły w kierunku środka ciężkiego stalowego włazu. Alameda pchnęła dźwignię w dół, otworzyła właz i weszła do ciemnego pomieszczenia. Pacino ruszył za nią. Przekręciła mosiężny włącznik obrotowy i zapaliła światło. Pacino sądził, że znaleźli się w jakiejś ogromnej komorze dla pojazdu głębokiego zanurzenia, ale zamiast tego zobaczył ciasną śluzę powietrzną średnicy dwóch i wysokości trzech metrów. W suficie był jeden właz, w przeciwległej przegrodzie drugi.
    – Po co jest ten górny właz? – zapytał Pacino.
    – To pomieszczenie można wykorzystać jako jeszcze jedną, oprócz dziobowej i rufowej, komorę ewakuacyjną. Ale przede wszystkim służy jako przejście do komory z pojazdem głębinowym. Nazywamy go DSV. To skrót od pojazdu głębokiego zanurzenia. Jeśli będziesz go nazywał dizzyvee, jak załoga, zdyskwalifikuję cię – ostrzegła Alameda i położyła mu dłoń na ramieniu. Poczuł dreszcz. Cofnęła rękę, zamknęła właz za ich plecami i obróciła koło ryglujące.
    – Tak jest, pani porucznik.
    – Mów mi Carrie, Patch. Otwórz ten właz.
    Pacino obrócił koło ryglujące w taki sam sposób jak Alameda. Metalowe wypusty nie były widoczne z tej strony. Pociągnął właz i ku swemu zaskoczeniu zobaczył następny, okrągły oddalony zaledwie o metr. Miejsca było akurat tyle, żeby móc go otworzyć. Pacino spojrzał na Alamedę.
    – Nazywamy to kołnierzem przejściowym. Przylega mocno do kadłuba okrętu i tworzy uszczelnienie wokół zewnętrznego włazu śluzy powietrznej. Wyciągnij teowy klucz nasadowy z uchwytu na włazie i włóż do otworu. Potem obracaj w prawo.
    Ton głosu Alamedy stał się łagodny, nawet czuły. Pacino uświadomił sobie, że między nimi coś się dzieje i wbrew sobie chciał tego. Pragnął jej.
    Wsunął klucz do otworu. Przypominało to podnoszenie samochodu na lewarku, ale łeb śruby łączył się z wałkiem, który obracał wewnętrzny mechanizm włazu, żeby cofnąć występy ryglujące. W końcu klucz napotkał opór.
    – Teraz otwórz – szepnęła Alameda.
    Pacino pociągnął masywny właz, mechanizm sprężynowy ułatwił mu zadanie. Otworzył właz na całą szerokość, aż do przegrody tunelu łączącego i spojrzał na Alamedę.
    – Zapal światło. Włącznik jest na prawo, tuż za włazem.
    Pacino sięgnął do wewnątrz. Myślał o Alamedzie. Zerknął na nią. Przestała niemal oddychać, miała rozszerzone źrenice. Na czoło wystąpił jej pot. Pacino poczuł przyjemny zapach, lekką woń perfum. Odwrócił się, żeby Alameda nie zauważyła, że ją obserwuje. Znalazł włącznik i zapalił światło. Zobaczył tylko następny tunel z włazami po obu stronach. Zastanawiał się przez moment, czy Alameda nie żartuje sobie z niego.
    – To wewnętrzna komora powietrzna prowadząca do DSV-a. Wejdź do środka i zamknij właz do kołnierza przejściowego.
    Pacino zamknął stalowe drzwi, potem obrócił koło ryglujące.
    – Wejdź tamtędy do przedziału dziobowego DSV-a – poleciła Alameda i wskazała prawy właz.
    Pacino otworzył go. Zobaczył ciasną przestrzeń wypełnioną panelami i konsolami. Na wprost instrumentów znajdowały się fotele do siedzenia w pozycji półleżącej. Przypominało to staromodną kapsułę kosmiczną.
    – Idź w kierunku dziobu do środkowego fotela i usiądź tam. To miejsce dowódcy.
    Pacino przecisnął się między panelami, wdrapał na niemal poziomy fotel i spojrzał w górę na szarą konsolę. Alameda roześmiała się.
    – Usiadłeś tyłem. Odwróć się.
    Pacino przekręcił ciało i usiadł odwrotnie. Był zadowolony, że Alameda nie widzi jego rumieńców. Ten koniec fotela bardziej nadawał się do działania. Spojrzał w górę na konsolę sterowniczą. Płaski panel wyginał się wokół jego głowy. Wyświetlacz był ciemny. Czarna krzywizna nad Pacinem otaczała jego twarz z obu stron.
    – Przypnij się do fotela – powiedziała Alameda. Pacino sięgnął w dół i znalazł dziwny pas bezpieczeństwa. – To uprząż pięciopunktowa – wyjaśniła Alameda. – Przeciągnij pasy nad ramionami. I nie zapomnij o tym.
    Wyciągnęła pas spomiędzy jego nóg i zapięła klamrę, ale nie cofnęła stamtąd ręki. Pacino zaczerwienił się jeszcze bardziej, czując jej dotyk w tym miejscu i czując, że jego ciało reaguje na jej bliskość. W końcu zabrała rękę i Pacino zakaszlał, żeby ukryć brak oddechu.
    – Dzięki – wykrztusił drżącym głosem.
    Alameda roześmiała się. Była wesoła i odprężona.
    – W najgorszym wypadku można wykorzystać ten pojazd jako kapsułę ratunkową – powiedziała. – Jego kadłub wytrzymuje ciśnienie na głębokości sześciu tysięcy metrów, ale Pirania zgniotłaby nas po przekroczeniu sześciuset. Więc w razie kłopotów nie można po prostu wsiąść do DSV-a, opaść na dno i oczekiwać, że się z tego wyjdzie. Gotowy do dalszego zwiedzania? Złaź z fotela i chodź ze mną na rufę.
    Pacino wstał i poszedł za Alamedą wąskim przejściem do włazu, którym wcześniej weszli. Dostali się w powrotem do komory powietrznej, a potem do następnego przedziału.
    – Wszystkie cztery przedziały pojazdu głębinowego są sferyczne, choć na takie nie wyglądają, bo wykorzystujemy każdy centymetr sześcienny przestrzeni na rury, zawory, kable i zbiorniki. Ten przedział… – Alameda obróciła koło ryglujące następnego włazu i otworzyła go – jest właściwie pusty i służy do transportu sprzętu. Tamten właz w pokładzie prowadzi do dolnego przedziału zalewowego. To rodzaj dużej komory powietrznej. Część sprzętu przeznaczona do używania na zewnątrz opuszcza tamtędy pojazd. Głowice przechwytywania łączności i tak dalej. Pamiętaj, że to ściśle tajne. Po powrocie do domu nie możesz imponować swojej dziewczynie sensacyjnymi opowieściami o pojeździe głębinowym Agencji Bezpieczeństwa Narodowego.
    – Wiem – odrzekł Pacino. – Ale nie mam dziewczyny.
    Alameda uśmiechnęła się i poprowadziła go dalej w kierunku rufy do kolejnych włazów i następnego dużego, nieużywanego przedziału. Pacino spojrzał na nią w przyćmionym świetle. Rozwiązała koński ogon, rozpuściła długie włosy, pociągnęła suwak kombinezonu do samego dołu i rozpięła stanik z zapięciem z przodu. Wyciągnęła ramiona z rękawów i kombinezon opadł na pokład. Objęła Pacina, przywarła ustami do jego warg i wsunęła mu język do ust. Przymknął oczy i zaczął ją całować. Wiedział, że to, co robi, jest całkowicie sprzeczne z tym wszystkim, czego go uczono podczas szkolenia, ale pożądanie zdominowało wszystko, bardzo pragnął tej starszej od niego, pięknej, nieosiągalnej, zakazanej kobiety, czuł to głęboko w swoim wnętrzu. Przytulał ją i całował coraz mocniej. Dotykał jej piersi i penetrował językiem jej usta. W końcu odsunęła się i posłała mu spojrzenie, jakim dotąd tylko raz w życiu został obdarzony przez kobietę.
    Sięgnął w dół, zdarł z niej majtki i przysunął ją do przegrody. Rozpięła mu kombinezon, chwyciła jego T-shirt przy szyi i rozerwała na pół. Szybko ściągnęła z niego koszulkę, dotarła palcami do bokserek i zsunęła je. Dotknęła go. Miała taką zimną rękę, że przeszedł go dreszcz. Nigdy nie czuł się lepiej. Znów ją pocałował. Dostrzegł jej zamknięte oczy i włosy opadające na gładkie ramiona. Trzymała rękę na jego nagich plecach i przyciągała go do siebie niecierpliwie. Dotknął jej twardego podbrzusza, opuścił dłoń niżej do ciepłego, mokrego miejsca i wszedł w nią mocno. Wygięła się do tyłu i jęknęła. Narastał w nim wewnętrzny krzyk – był z nią, widzianą w snach. Poruszał się coraz szybciej i całował ją zachłannie. Oddawała mu pocałunki. Ugryzła go w dolną wargę aż do krwi, jęczała coraz głośniej. Oplotła nogami jego biodra i mocno opasała szyję ramionami. Trzymał ją w górze i tak mocno dociskał do przegrody, że latarnia bojowa wysunęła się z uchwytu i upadła z hałasem na pokład. Jakby z oddali usłyszał jej głos: „O Boże, nie przestawaj, kochanie” i poczuł się tak, jakby do jego mózgu z opóźnieniem dotarł narkotyk. Zwolnił tempo, pieścił ją, torturował ich oboje. Wreszcie przez jej gorący oddech przedarło mu się do ucha: „Anthony Michael, kończ, kochanie”. Wbił się w nią i ból zmieszał się z gorącem, wchłonęła go i nie mógł się dłużej powstrzymywać.
    Dostał konwulsji i silne dygotanie trwało, gdy w dole jego ciała zdawało się rozchodzić ciepło i czuł, że wlewa się w nią. Ona też zaczęła drżeć, potem rzucać się gwałtownie, gryzła go w ucho i powtarzała bez tchu jego imię. Świat na obrzeżach ogarnął mrok i Pacino doznał wrażenia, że oboje są jedną całością. Nogi trzęsły mu się z wysiłku i osunął się wolno na pokład, jej gładkie łydki nadal trzymały go w pasie. Przeczesał palcami jej włosy i pocałował ją znowu, tym razem delikatnie. Zaczęła wolniej oddychać i uśmiechnęła się anielsko.
    Wciągnęła głęboko powietrze i zamknęła oczy, po czym otworzyła je i przyjrzała mu się uważnie, jakby chciała sprawdzić, co myśli. Uśmiechnął się i wymówił cicho jej imię.
    – Było wspaniale – powiedziała, patrząc na niego półprzymkniętymi ciemnymi oczami spod długich rzęs.
    Nagle pokład przechylił się mocno w lewo i opadł do przodu, latarnia bojowa zsunęła się w dół. Pomieszczenie zaczęło wibrować. Wyraz twarzy Alamedy natychmiast się zmienił. Rozmarzona kobieta zniknęła i powrócił główny mechanik.
    – Co się dzieje? – zapytał Pacino.
    – Skręcamy i schodzimy głębiej – odrzekła. Odsunęła się od niego i sięgnęła po swój kombinezon. – I przyspieszamy do maksymalnej. Takie drgania pojawiają się tylko przy pełnej szybkości.
    Pokład wrócił do poziomu, ale wibracje wzrosły. Pacino szczękał zębami, kiedy wkładał kombinezon. Podniósł z pokładu majtki Alamedy i wepchnął do kieszeni. Potem schylił się po latarnię bojową.
    – DSV, tu sterownia – zatrzeszczał nagle głośnik.
    Kiedy Alameda włączyła mikrofon, Pacino poczuł się tak, jakby w ogóle zniknęła i był sam.
    – Tu główny mechanik – zgłosiła się twardym tonem, który Pacino pamiętał z ich pierwszego spotkania.
    – Pani inżynier, tu sterownia. OOD polecił, żeby zamknęła pani DSV i zameldowała się na stanowisku dowodzenia.
    Pacino zamrugał. Starał się przystosować do nowej rzeczywistości. Przygładził włosy, zastanawiając się, czy ktoś się czegoś domyśli na jego widok. Alameda podciągnęła suwak kombinezonu pod szyję, wsunęła nogi w sportowe buty i znów włączyła mikrofon.
    – Tu główny mechanik. Wyłączam zasilanie w DSV. – Spojrzała na Pacina nie jak kochanka, lecz jak porucznik na aspiranta. – Za mną.
    Szybko sprawdziła listę i wygasiła wszystkie światła z wyjątkiem przyćmionej lampy przy włazie wewnętrznym. Pacino wszedł za nią do komory powietrznej i odsunął się na bok, gdy zamykała właz. Zerknęła na niego.
    – Między nami oczywiście nic nie zaszło, panie Pacino – powiedziała oficjalnym tonem i weszła do tunelu.
    Pacino ruszył za nią. Zamknęła właz. Dźwięk rygli zabrzmiał jak sygnał oznajmiający, że to, co przed chwilą stało się wewnątrz, jest już wyłącznie przeszłością, utraciło wszelki związek z teraźniejszością. Idąc tym rozjaśnionym ostrym światłem tunelem, Pacino doznał wrażenia, że wszystko to było snem.
    – Sterownia, tu główny mechanik – odezwała się Alameda do mikrofonu umieszczonego na ścianie tunelu. – DSV bez zasilania i przygotowany do zanurzenia przeze mnie, sprawdzony przez aspiranta Pacina. Tunel zabezpieczony.
    – Tu dowodzenie. Przyjąłem – zaskrzeczał głośnik.
    Pacino poszedł za Alamedą do przedziału dziobowego. Nie mógł się powstrzymać od obserwowania jej ruchów. Żałował, że nie poznali się w innych okolicznościach. Miała rację, pomyślał. Nie mogą się przyznać do tego, co zaszło, nawet jedno wobec drugiego. Próbował sobie wmówić, że to był wyłącznie akt fizyczny, że ich ciała zaspokoiły po prostu ludzką potrzebę, ale wiedział, że było w tym coś więcej. A najgorsze, że czuł się teraz bardziej samotny niż kiedykolwiek przedtem.
    Sterownia była zatłoczona. Pacino przestraszył się na moment, że sprawa się wydała, ale wszyscy oglądali jakieś wydruki. Kapitan Catardi stał w środku grupy oficerów. Spojrzał na wchodzącą dwójkę z poważną miną.
    – NSA znalazła Snarca – oznajmił. – Oczywiście nie powiedzieli nam, jak. Ale wiedzą, że był przy wyspie Pico na Azorach i kieruje się na południe. Jeśli uda nam się do niego podkraść, zanim nas usłyszy, podziurawimy go jak sito i popłyniemy na Ocean Indyjski.
    – Jak daleko jest stąd do Pico? – zapytała Alameda stanowczym, chłodnym tonem.
    – Dwie godziny drogi z maksymalną szybkością – odpowiedział nawigator Crossfield.
    – Gdzie zwolnimy? A może powinniśmy ściąć zakręt i spróbować przechwycić Snarca na jego południowej trasie?
    – Właśnie o tym rozmawialiśmy – odrzekł Catardi i przeniósł wzrok z Alamedy na Crossfielda. – Nawigatorze, za piętnaście minut zbieramy się w mesie oficerskiej na odprawę operacyjną.
    W momencie gdy Alameda wychodziła ze sterowni, Pacino napotkał jej spojrzenie, ale nadal jej twarz była twarzą głównego mechanika.

    Victor Krivak wdrapał się ostrożnie na niemal poziomy fotel w module interfejsowym jeden i zamknął oczy. Doktor Wang włożył mu delikatnie na głowę hełm sprzęgający. Dookoła była tylko ciemność.
    – Kiedy mnie połączysz? – zapytał Krivak.
    – Już jesteś połączony, Victor. Ale ten interfejs nie jest wyświetlaczem skonstruowanym dla człowieka, to bardziej wgląd w część myśli Jeden Zero Siedem. Musisz być cierpliwy. Możesz zobaczyć dziwne rzeczy. Ale kiedy tylko przyzwyczaisz się do tego, będziesz zadowolony.
    – Świetnie.
    – Jeden – powiedział Wang – ta nowa jednostka ludzka to pan Krivak. Człowiek, o którym ci mówiłem.
    Witam, panie Krivak.
    – Mów mi po prostu Krivak, Jeden. – Krivak doznawał dziwnego uczucia, słysząc kaskadę dźwięków. – Słyszę sonar, Jeden. Ty też?
    Mam to w tle, Krivak. Jeśli chcesz, mogą nas połączyć z modułem sonarowym.
    – Byłbym wdzięczny, Jeden.
    Krivak natychmiast znalazł się w innym świecie, wizualnym i słuchowym. Otoczenie, początkowo białe i nieokreślone, stało się nagle błękitną i zieloną głębią Atlantyku. Krivak mógł zobaczyć odległe dno morskie w dole i spód warstwy termicznej wysoko w górze. Miał doskonałą widoczność daleko we wszystkich kierunkach jednocześnie. Oprócz obrazu przestrzennego widział częstotliwości wszystkich zbliżających się dźwięków. Wyglądały jak wiele kolorów dodanych do spektrum. Przez pewien czas wydawało się to ciekawsze od jednolitej bieli, ale wkrótce zmęczył go nadmiar wrażeń.
    – Odłącz mnie od modułu sonarowego, Jeden – poprosił.
    Świat z powrotem przybrał poprzednią postać.
    – Gdzie jesteśmy?
    Przed Krivakiem ukazała się mapa morska z pulsującą pozycją Snarca pięćdziesiąt mil na południe od wyspy Pico.
    – Doskonale. – Nadszedł czas, żeby skontaktować się z admirałem Czu i zawiadomić go, że Snarc został porwany.

    – Panie i panowie oficerowie, przed odprawą mam dla was komunikat – zaczął kapitan Catardi. – Poruczniku Alameda, zechce pani stanąć tutaj?
    Mesa oficerska była zatłoczona. Patch Pacino siedział na kanapce przy końcu stołu. Żołądek podszedł mu do gardła, kiedy Catardi wywołał Alamedę. Spojrzał na nią, ale patrzyła na kapitana.
    Odgarnęła włosy z czoła i starała się zachować surowy wyraz twarzy.
    – Poruczniku Alameda – oznajmił Catardi z bardziej wyraźnym bostońskim akcentem niż zwykle – pani poświęcenie dla Stanów Zjednoczonych, naszej marynarki wojennej i USS Piranii przynosi zaszczyt służbie morskiej i dowództwu tego okrętu. Zgodnie z moją rekomendacją, w dowód uznania pani zasług, szef Biura Personalnego Marynarki Wojennej awansował panią do stopnia komandora porucznika i upoważnił mnie do nadania pani tego stopnia z dniem dzisiejszym. XO, proszę o kopertę.
    Schultz wręczyła mu kopertę biurową. Catardi wyjął z niej rozkaz awansu i położył dokument na stole, potem wytrząsnął złote liście dębowe. Alameda stała przed nim na baczność, czerwona na twarzy. Kapitan usunął z jej kołnierza dwie podwójne srebrne belki, żeby zastąpić je złotymi liśćmi dębowymi.
    – Mam nadzieję, że się nie pokłuję – powiedział z szerokim uśmiechem, przypinając pierwszy liść. – To byłaby zemsta głównego mechanika, prawda, pani komandor?
    Przypiął drugi liść dębowy i cofnął się.
    – Panie i panowie oficerowie, przedstawiam wam komandora porucznika Carolyn Alamedę.
    Rozległy się oklaski. Pacino bił brawo najgłośniej. Alameda uśmiechnęła się i skłoniła. Catardi uścisnął jej dłoń, potrząsał jej ręką i uśmiechał się szeroko. Porucznik Phelps zrobił zdjęcie.
    – Jak zawsze w marynarce – powiedział Catardi – zasługi znacznie wyprzedzają awans, a awans znacznie wyprzedza podwyżkę żołdu. Mimo to wszyscy mamy nadzieję, że po otrzymaniu pierwszej nowej pensji pani komandor porucznik wyda najbardziej pamiętne przyjęcie od czasu powrotu Piranii z wojny japońskiej.
    – Tak jest, sir – wykrztusiła Alameda. – Dziękuję, sir. Dziękuję wam wszystkim.
    Gdy wróciła na swoje miejsce, Catardi usiadł w fotelu kapitańskim i spojrzał na Crossfielda.
    – Zaczynamy odprawę, nawigatorze.
    Pacino starał się skoncentrować, ale był w stanie myśleć tylko o nowej pani komandor porucznik.

14

    – Oficer zanurzenia, obsadzić ciche stanowiska bojowe.
    Rozkaz porucznika Patricka Kingmana nie został przekazany przez radiowęzeł okrętowy, lecz dotarł do wszystkich członków wachty na każdym poziomie każdego przedziału przez telefon. Potem telefonista przeszedł przez wszystkie pomieszczenia i poinformował załogę o obsadzaniu stanowisk bojowych. W czasie ćwiczeń wachty powinny być przekazane obsadzie stanowisk bojowych w ciągu trzech minut. Wyśrubowany czas, jeśli wziąć pod uwagę, że niektórzy mogą mocno spać i muszą się ubrać, żeby zluzować kolegów na wachtach, a zluzowani muszą zastąpić innych. Zmiany trwają, dopóki każdej wachty nie obejmie członek załogi najodpowiedniejszy na dane stanowisko. Obsadzenie cichych stanowisk bojowych trwa zwykle dwa razy dłużej, gdyż telefonista w kwaterach załogi musi dojść do każdej koi i kolejno obudzić wszystkich.
    To wezwanie na stanowiska bojowe nadeszło punkt trzecia. Wiedziano, że kapitan otworzy ogień o czwartej. Nikt nie spał. Reguły obowiązujące podczas ciszy taktycznej wymagały, by członkowie załogi, którzy nie są na wachcie, wrócili na koje. Ale załoga była rozbudzona i mamrotała między sobą w oświetlonych na czerwono przedziałach. Kiedy nadeszło wezwanie, wszyscy rzucili się objąć wachty i po dwóch minutach stanowiska bojowe były w pełni obsadzone.
    Porucznik Kingman objął wachtę wcześniej, gdyż pełnił funkcję oficera pokładowego. Zjawiła się XO Donna Phillips i dołączyła do kapitana George’a Dixona i Kingmana. Miała na sobie kombinezon z flagą na prawym rękawie i emblematem Leoparda na lewym. Nad lewą kieszenią widniał podwodniacki delfin, nad prawą naszywka z nazwiskiem. Bez słowa skinęła Dixonowi głową, wzięła słuchawki i przeszła do boksu zero, na stanowisko kierowania ogniem wysunięte najdalej w kierunku dziobu. W pomieszczeniu wielkości kabiny telefonicznej znajdowały się tylko rękawice i hełm. Przybyli pozostali członkowie zespołu kierowania ogniem i zajęli miejsca w boksach od pierwszego do czwartego. Za boksem czwartym znajdowało się stanowisko oficera uzbrojenia. Kapitan Dixon nie wszedł do boksu, lecz został z tyłu przy konsoli dowodzenia. Wystawały z niej tymczasowe relingi, które otaczały go w pasie i chroniły przed upadkiem, kiedy miał na głowie hełm wirtualnej rzeczywistości. Kapitan zapiął uprząż bezpieczeństwa, żeby jakiś wstrząs okrętu – na przykład spowodowany wybuchem torpedy – nie odrzucił go od konsoli. Potem włożył rękawice kursora kierowania ogniem i hełm.
    Hełm kierowania ogniem miał ciemny wizjer, słuchawki, mikrofon na wysięgniku i wentylację z dopływem chłodnego powietrza. Dixon zapiął go i sterownia zniknęła w zupełnej ciemności.
    – Włączyć wyświetlacz kierowania ogniem – powiedział do komputera kierowania walką Cyclops Mark II.
    Ciemność zastąpił trójwymiarowy obraz. Pod Dixonem – tam, gdzie powinny być jego stopy – pojawił się niebieski okręt podwodny oznaczony jako „własny okręt”. Miał niewiele ponad metr długości i był skierowany w lewo jak deska surfingowa. Wyglądało tak, jakby Dixon stał na oliwkowym dnie, które rozciągało się w promieniu około piętnastu metrów. Otaczały go białe kręgi zasięgu ognia biegnące w ponadmetrowych odstępach jeden od drugiego, dochodzące do granicy dna. Przecinały je linie proste rozchodzące się od miejsca, w którym stał Dixon, i rozmieszczone co dziesięć stopni. Czerwony promień oznaczał północ, kierunek na wprost Dixona. Na krawędzi dna zaczęły wyrastać pionowe ściany, pochylone najpierw łagodnie, potem wznoszące się stromo. Dixon znalazł się jakby w środku wirtualnego stadionu. Kręgi zasięgu ognia zaczęły się ścieśniać. Każdy oznaczał jedną milę morską, co dziesiąty był czerwony. Białe kręgi wspięły się na ścianę i pozostały tylko te czerwone. W końcu kolor dna zmienił się u szczytu pochyłej ściany z oliwkowego na różowy, wskazując zasięg broni Leoparda.
    Oliwkowe dno i różowa ściana niecki tworzyły obraz działań przeciwnawodnych. Współdziałał z nim obraz działań przeciwpodwodnych, lustrzane odbicie niecki ze ścianą skierowaną w dół. Kiedy Dixon powiedział „ASW”, dno niecki przeciwnawodnej podniosło się do poziomu jego twarzy i znalazł się jakby pod wodą. Nad jego głową pojawiła się nowa płaszczyzna w kolorze niebieskim. Wskazywała pułap dla ASW – broni przeciwpodwodnej – wyznaczony przez komputer tuż pod powierzchnią morza. Obraz przeciwpodwodny miał takie same kręgi zasięgu ognia, linie kierunkowe rozchodzące się w dal – jak oliwkowy obraz przeciwnawodny, miał również jak tamten zakrzywioną ścianę niecki, zaczynającą się w odległości wirtualnych piętnastu metrów, tyle tylko, że zwróconą w dół, a nie do góry. Kolor niebieski zmienił się na zielony, pokazując maksymalny zasięg torpedy Mark 58 Alert/Acute. Ściana w dole niecki zmieniła się z zielonej na żółtą, wskazując granicę zasięgu pocisku kawitującego Vortex Mod Echo, podwodnej rakiety na paliwo stałe z laserowym naprowadzaniem na cel i plazmową głowicą bojową.
    Zadowolony Dixon powrócił do obrazu przeciwnawodnego. Gdyby pojawił się kontakt podwodny, oliwkowe dno obrazu przeciwnawodnego stałoby się przezroczyste. Kapitan widziałby wtedy w dole obraz przeciwpodwodny i mógłby prowadzić walkę w obu środowiskach jednocześnie. Dowódcy starej daty, tacy jak Dixon, potrzebowali trochę czasu, żeby przyzwyczaić się do nowego systemu kierowania ogniem. Dziwna, trójwymiarowa rzeczywistość powodowała początkowo chorobę lokomocyjną. Ale młodsi oficerowie nie mieli z tym żadnych problemów. Większość z nich spędzała całe godziny przy grach wideo, które stanowiły znacznie trudniejsze wyzwanie niż ten wirtualny świat. Dixon postanowił zapełnić puste miejsca na obrazie i polecił Cyclopsowi wyświetlić meldunki o statusach systemów okrętu, nałożyć siatkę nawigacyjną na ściany niecki i pokazać przestrzeń powietrzną – pułap nad obrazem przeciwnawodnym, umożliwiający określenie kierunku położenia samolotu w górze i dystansu dzielącego okręt od niego. Pułap zetknął się ze ścianą niecki w odległości dziesięciu mil morskich. W oddali ukazał się samolot. Był na tej samej płaszczyźnie niecki co okręt nawodny. Pojawił się status uzbrojenia i Dixona otoczyły cztery załadowane wyrzutnie torpedowe, dwie ciemne i dwie oświetlone, co oznaczało, że są zasilane. Ale żadna nie miała wprowadzonego namiaru celu. Wrota zewnętrzne górnych wyrzutni były otwarte, przygotowane do ataku. Wyświetliło się również dwanaście pionowych wyrzutni z czterema przeciwokrętowymi pociskami manewrującymi Javelin i ośmioma pociskami Vortex Mod Delta. Potem ukazał się status torpedowni z liczbą torped na stojakach i statusem każdej z nich.
    Po następnych rozkazach Dixona pojawiły się twarze zespołu kierowania ogniem. Soczewki „rybie oko” zamontowane w hełmach zniekształcały widok, ale wyraz twarzy mówił więcej niż same głosy. Za pomocą rękawicy kursorowej Dixon mógł wybrać jedną z osób i rozmawiać na zamkniętym obwodzie tylko z nią; kiedy musiał zwymyślać kogoś z zespołu kierowania ogniem, nikt inny tego nie słyszał. Załoga nazywała ten obwód skrótem KITA, od słów „kopniak w tyłek”. Zanim Dixon skończył aranżowanie obrazu, jego wirtualny świat był pełen symboli i wskaźników.
    – Pozycja Predatora – powiedział do Cyclopsa.
    W oddali, wysoko na ścianie niecki, na promieniu wskazującym północ, poruszał się słabo pulsujący, niebieski punkt. Znajdował się w odległości sześćdziesięciu mil morskich od Leoparda. Minęła trzecia zero zero czasu lokalnego i wystrzelony godzinę wcześniej samolocik bezzałogowy leciał w zupełnej ciemności. Szukał w podczerwieni celów, chińskiej grupy bojowej numer jeden. Powinna się znaleźć w jego zasięgu lada chwila.
    – Cyclops, wyświetlić namiar celu – rozkazał Dixon. Zażądał informacji o szybkości, kursie i odległości grupy bojowej – zebranych, kiedy zwolnili po raz ostatni – i naniesienia ich na wirtualne pole walki. W oddali, wysoko na różowej ścianie niecki, na promieniu wskazującym północ, pojawił się pulsujący czerwony diament. Był w odległości osiemdziesięciu mil morskich. Dixon miał wielką ochotę nakazać Predatorowi, by poleciał dalej na północ i ustalił dokładną pozycję zbliżającej się grupy bojowej, ale byłoby to ryzykowne. Żeby wydać rozkaz Predatorowi, musiałby podejść na głębokość peryskopową i wysunąć antenę BRA-44. Ten cholerny maszt radiowy o wymiarach słupa telefonicznego, machający na wietrze do chińskich polaryzacyjnych radarów przeciwperyskopowych, jakby chciał im powiedzieć „złap mnie i wydymaj”, mógłby zdradzić pozycję okrętu. Czerwoni rozproszyliby wówczas swój szyk, zygzakując w różnych kierunkach, nie trafiłaby w nich ani jedna torpeda, a co gorsza, ściągnęliby Dixonowi na kark swój pieprzony atomowy okręt podwodny klasy Julang. Choć zapewne hałasował jak pociąg wypadający z szyn, to znając pozycję Leoparda, mógłby wystrzelić tyle torped Wschodni Wiatr, że bardzo utrudniłby Dixonowi życie. A gdyby nawet Chińczycy nie wykryli peryskopu ani anteny BRA-44, zauważyliby Predatora nadlatującego prosto nad konwój. Natomiast samolocik wykonujący długie przeloty ze wschodu na zachód i z powrotem byłby w ocenie radarów poszukiwawczych grupy bojowej minimalnym zagrożeniem. Gdyby szczęście dopisało, powłoka antyradarowa Predatora nie odbijałaby sygnałów na tyle wyraźnie, żeby Czerwoni mogli je zobaczyć.
    Podejście Leopardem na głębokość peryskopową byłoby niemądrym krokiem jeszcze z innego powodu. Przy letniej pogodzie sześćdziesięciometrową warstwę wody pod powierzchnią Morza Wschodniochińskiego burzyły fale i ogrzewało gorące słońce. Cztery metry niżej woda stawała się lodowata. Warstwa tworzyła płytki kanał dźwiękowy, który pozwoliłby Dixonowi wykryć chińskie okręty nawodne z większej odległości, ale uniemożliwiłby detekcję nadpływającego Julanga. Zbliżający się chiński okręt podwodny zmusiłby go do zaatakowania sił nawodnych z dużej głębokości. Dixon pomyślał, że jego broń i tak trafi tamtych daleko za horyzontem. Nie ma czego szukać na głębokości peryskopowej, nie zobaczy się nawet odległych dymów eksplozji. Telemetria z Predatora docierała do okrętu przez pływającą antenę przewodową, która nadawała się tylko do odbioru danych, nie do transmisji. Grupa nawodna była pomiędzy Predatorem i sonarami okrętu i powinni mieć ją w celownikach lada chwila. Ale Dixona niepokoiło to, że Predator jeszcze jej nie widzi.
    – Kapitanie, Predator ma detekcję w podczerwieni – zameldował skomputeryzowany głos systemu Cyclops. – Kierunek na północ od Predatora. Odległość nieznana, ale Predator prowadzi powietrzną analizę ruchu celu, żeby uzyskać paralaksę. Cel powinien być na przewidywanej granicy naszego zasięgu za dziesięć minut.
    – Przyjąłem, Cyclops – odpowiedział Dixon. Na obrazie w wizjerze hełmu zobaczył, że zespół kierowania ogniem przybrał bojowe miny. – Uwaga, zespół kierowania ogniem – zaczął. – Mamy daleką pasywną detekcję powietrzną zbliżającej się grupy bojowej. Zaatakujemy konwój najpierw torpedami Mark 58 Alert/Acute Mod Plasma, potem pociskami Vortex, na końcu pociskami manewrującymi Javelin. Możemy zużyć połowę stanu uzbrojenia, to znaczy trzynaście torped, cztery pociski Vortex i dwa pociski manewrujące. Pozostała część pozostanie w rezerwie – trzeba się liczyć z możliwością kontrataku i walki z okrętem podwodnym klasy Julang. Kiedy poślemy tę grupę na dno, zgodnie z rozkazami zawrócimy na północ, żeby zaatakować grupę bojową numer dwa. Zużyjemy na to resztę uzbrojenia. Po zatopieniu drugiego konwoju nie będziemy się musieli martwić o trzeci, bo zapewne da nogę do portu z podwiniętym ogonem.
    Pierwsze wystrzelone torpedy będą krążyły w odległości czterech i pół tysiąca metrów od nas, dopóki cała partia trzynastu pocisków nie znajdzie się w wodzie. Potem wszystkie popłyną dalej ze średnią szybkością na dystansie do gotowości, wprowadzimy wachlarz kierunków, żeby nie doszło do kolizji między nimi. Po namierzeniu celów przyspieszą do dużej szybkości i zdetonują o czasie zero. Kiedy tylko torpedy opuszczą swoje orbity i ruszą w kierunku grupy bojowej, wystrzelimy pociski Vortex. Są sześciokrotnie szybsze od Mark 58, więc Cyclops skoordynuje ich odpalanie, tak że trafią w cele o czasie zero. Pójdą po trajektorii bumerangu na wschód od trasy chińskich okrętów, żeby nie naprowadziły się na torpedy lub nie zakłóciły ich sonarów poszukiwawczych.
    Ponieważ wystrzelimy dużą liczbę pocisków, te odpalone w pierwszej kolejności będą przez pewien czas krążyły. Zużyją na to znaczną część paliwa, co zmniejszy ich zasięg. Oznacza to, że o czasie zero grupa bojowa znajdzie się dużo bliżej nas, niż byłaby, gdybyśmy wystrzelili pojedynczą torpedę. Ograniczony zasięg naszej broni i szybkość konwoju spowodują, że odległość do najbliższej jednostki skurczy się do niecałego tysiąca metrów. To cholernie mało. Mogą nas wykryć anteny holowane albo sonary zanurzeniowe helikopterów przeciwpodwodnych – prawdopodobnie wykryją nie okręt, ale wystrzeloną broń. Dlatego natychmiast po odpaleniu ostatniego pocisku wycofamy się wolno i cicho z naszej pozycji ogniowej. Odpłyniemy piętnaście mil na wschód, potem zrobimy zwrot na północ, żeby oszacować straty wroga. Wszyscy rozumieją plan taktyczny?
    – Tu koordynator. Tak jest – odpowiedziała Phillips. Potem ta sama odpowiedź dotarła do Dixona kolejno ze wszystkich stanowisk.
    – W porządku – powiedział Dixon, patrząc na twarze członków zespołu kierowania ogniem. – Teraz taktyka przeciwpodwodna. Spodziewam się, że julang płynie dziesięć do dwudziestu mil przed konwojem. To cholernie niedobrze, bo jeśli o czasie zero grupa bojowa będzie w odległości pięciu mil, nasza broń minie go w drodze do celu. Julanga zaalarmują albo nasze torpedy, albo pogłosy ich wystrzeleń, albo jedno i drugie. Zakończymy odpalanie, kiedy julang będzie jeszcze poza piętnastomilowym kręgiem zasięgu, ale jeśli wykryje naszą pierwszą sztukę, chińskie torpedy będą w wodzie, zanim wystrzelimy ostatnią. Sonar, to oznacza, że będziecie musieli szukać julanga i torped Wschodni Wiatr podczas odpalania naszych i jednocześnie uważać, czy konwój nie zygzakuje. Będziecie mieli pracowitą wachtę, bosmanie. Dacie radę?
    – Panie kapitanie, tu główny sonarzysta. Możemy to robić nawet przez sen.
    Dixon uśmiechnął się, nie tylko dlatego, że spodobała mu się pewność siebie bosmana Herndona. Ten uśmiech miał być świadectwem jego własnej pewności siebie i optymizmu – być może najważniejszym dla załogi wskaźnikiem określającym sytuację, co sprawiało, że dowodzenie stawało się trudniejsze. Musiał zachowywać się jak zwycięzca, nawet wtedy, kiedy przegrywał, inaczej straciłby zaufanie załogi.
    – Kapitanie, tu Cyclops – powiedział komputer. – Zbliżająca się grupa bojowa w odległości sześćdziesięciu czterech mil morskich od nas, kierunek zero zero sześć, kurs jeden osiem pięć, szybkość trzydzieści pięć węzłów.
    Pulsujący wcześniej diament przybrał krwistoczerwoną barwę i przestał migać.
    – Sonar, tu kapitan. Jest jakaś detekcja na kierunku zero zero sześć?
    – Dowodzenie, tu sonar. Nie.
    – Torpedownia, tu kapitan – powiedział Dixon. – Podać status.
    – Wyrzutnie od jeden do cztery ustawione na automatykę do przejęcia przez Cyclopsa, panie kapitanie – zameldował szef torpedowni. – System ładowniczy też na automatyce, stan wszystkich systemów nominalny.
    – Dowodzenie, tu sonar. Nowy kontakt sonarowy na szerokim i wąskim paśmie, liczne kontakty nawodne na jednym kierunku, oznaczone sierra dziewięć pięć, kierunek zero zero cztery, prawdopodobnie grupa okrętów nawodnych – zabrzmiał chrapliwy głos Herndona.
    Dixon spojrzał na jego kościstą twarz w oknie wyświetlacza. Bosman miał zmarszczone brwi i skupioną minę.
    – Przyjąłem, sonar. Oznaczyć sierra dziewięć pięć jako Mistrz Jeden, Czerwona Chińska Grupa Bojowa Jeden.
    – Dowodzenie, tu sonar. Tak jest. Oznaczam jako Mistrz Jeden.
    – Koordynator – zwrócił się Dixon do XO Donny Phillips na stanowisku bojowym koordynatora kierowania ogniem – wstrzymujemy wystrzelenie, dopóki nie sklasyfikujesz najważniejszych celów i nie rozdzielisz kierunków torped.
    – Tu koordynator. Tak jest, kapitanie. Właśnie korelujemy dane Predatora i sonaru.
    Dixon czekał niecierpliwie. Nie mógł po prostu posłać trzynastu torped Mark 58 wzdłuż jednej linii kierunkowej w stronę chińskiej grupy bojowej. Gdyby to zrobił, wszystkie wybrałyby najgłośniejszy lub największy cel. Trzynaście głowic plazmowych trafiłoby w lotniskowiec, wszystkie niszczyciele przeciwpodwodne pozostałyby całe i zapolowałyby na strzelca. Dixon musiał rozdzielić salwę pomiędzy cele, określić położenie każdego okrętu – nie obecne, ale to, jakie przyjmie on za trzydzieści minut – w stosunku do pozostałych jednostek grupy. Dane Predatora i sonaru wprowadzano do Cyclopsa. Komputer ustalał pozycję każdego celu i przekazywał ją do wirtualnego wyświetlacza kierowania ogniem i do pamięci każdej torpedy. Po tej operacji torpedy nie mogły wejść sobie w drogę ani skierować się wszystkie do jednego celu. Wszystko to było wspaniałe, ale zabierało cenny czas. Dixon stukał sygnetem Akademii w reling ze stali nierdzewnej otaczający stanowisko dowodzenia. W końcu Phillips się odezwała.
    – Kapitanie, tu koordynator. Selekcja i oznaczanie celów zakończone. Do przestrzeni walki jest wprowadzonych dziewiętnaście obiektów priorytetowych. Mamy namiary ogniowe.
    Obraz w wyświetlaczu nagle się zmienił. Pojedynczy pulsujący diament zniknął i pojawiło się mnóstwo innych, każdy z innym symbolem.
    Był lotniskowiec, były niszczyciele przeciwpodwodne, krążowniki rakietowe, krążowniki ciężkie, fregaty i pływające cysterny, w sumie trzydzieści okrętów. Najgroźniejszą dziewiętnastkę wskazywał kolor czerwony, pozostałe obiekty miały rdzawą barwę. Dixon spodziewał się, że te jednostki skręcaąna północ, żeby dołączyć do grupy bojowej numer dwa lub że ich dowódcy stracą serce do walki i skierują się do domu. Jeśli będą na tyle głupi, żeby próbować odszukać napastnika, ich wysiłki nie przyniosą żadnych rezultatów i szybko zrezygnują. Gdyby któryś z nich miał sonar zanurzeniowy, na okręcie podwodnym zostanie jeszcze dużo torped. Ale należało przypuszczać, że ocalałe jednostki nie będą równorzędnym przeciwnikiem i nie powinny mieć pocisków manewrujących, mogących zagrozić Indiom.
    – Procedury momentu odpalania – obwieścił Dixon. – Cele priorytetowe od jeden do dziewiętnaście, salwa torpedowa z wyrzutni od jeden do cztery, przeładowywanie aż do wystrzelenia sztuk od jeden do trzynaście, ogień z baterii pocisków Vortex, sztuki od jeden do cztery, przeciwokrętowe pociski manewrujące Javelin na końcu, jeden i dwa.
    – Okręt gotowy – zameldował Kingman.
    – Uzbrojenie gotowe – zgłosił się komandor porucznik Jay Taussig, oficer uzbrojenia.
    – Namiar gotowy – warknęła Phillips.
    – Cyclops gotowy – powiedział komputer swoim spokojnym głosem.
    – Cyclops, przejąć torpedownię, wszystkie wyrzutnie i całe uzbrojenie i otworzyć ogień na zaprogramowane pozycje – polecił Dixon. Dotychczas wydawał taki rozkaz tylko na ćwiczeniach i teraz drżały mu lekko ręce.
    – Tu Cyclops. Tak jest. Przejąć torpedownię, wszystkie wyrzutnie i całe uzbrojenie i otworzyć ogień na zaprogramowane pozycje – potwierdził komputer. Teraz mówił szybciej, niemal z podnieceniem. Ostatnio wprowadzono zmianę w oprogramowaniu, gdyż spokój, jaki zachowywał komputer w czasie walki, nie pasował do sytuacji i był irytujący. – Wszystkie systemy nominalne, czas do otwarcia ognia sześćdziesiąt sekund.
    Pozostało tylko czekać, pomyślał Dixon.
    – Trzydzieści sekund, kapitanie – powiedział szybko komputer. – Siłownik pneumatyczny tłoka w torpedowym zbiorniku wodnym w fazie sprężania. Siłownik pod pełnym ciśnieniem. Torpedy jeden i dwa na zasilaniu wewnętrznym, namiar ogniowy wprowadzony. Dziesięć sekund do wystrzelenia.
    Dixon zagryzł wargi. Teraz już nie było odwrotu.
    – Namiar w torpedach jeden i dwa potwierdzony – oznajmił Cyclops. – Torpeda jeden w pogotowiu. Wystrzelenie torpedy jeden. Ognia!
    Hałas poraził Dixonowi bębenki w uszach, pokład zadrżał gwałtownie. Był to skutek nie tyle samego odpalenia torpedy, ile nagłego odpowietrzenia do wnętrza okrętu siłownika tłoka sprężającego wodę w zbiorniku torpedowym.
    – Dowodzenie, tu sonar. Wystrzelenie pierwszej torpedy normalne.
    – Torpeda dwa w pogotowiu – ciągnął Cyclops. – Wystrzelenie torpedy dwa. Ognia!
    Hełm znów jakby zdetonował przy odpaleniu drugiej torpedy.
    – Dowodzenie, tu sonar. Wystrzelenie drugiej torpedy normalne.
    – Odcięcie przewodów od torped jeden i dwa – zawiadomił Cyclops. – Wrota zewnętrzne wyrzutni jeden i dwa w fazie zamykania. Wrota zamknięte. Osuszanie wyrzutni jeden i dwa. Wrota zewnętrzne wyrzutni trzy i cztery w fazie otwierania. Wrota otwarte. Torpedy trzy i cztery na zasilaniu wewnętrznym. Namiar wprowadzony. Torpeda trzy w pogotowiu. Wystrzelenie torpedy trzy. Ognia!
    Następny pogłos odpalenia poraził Dixonowi uszy. Cykl trwał. Cyclops wystrzeliwał kolejne torpedy. Dixon czekał na odpalenie pierwszego vorteksa. Pociski rozwijające prędkość trzystu węzłów były tak szybkie, że startowały jako ostatnie, ale uderzały w cele jako pierwsze.

    O trzeciej nad ranem czasu pekińskiego kapitan Lien Hua leżał na swojej koi pod czterema kocami i watowanym przykryciem na nogi. W ciągu dnia w kajucie było przyjemnie, ale w nocy Lien zawsze marzł, być może brakło mu ciepłego ciała żony u boku. W domu do łóżka rodziców często wkradały się bliźniaczki. Lien zwykle zasypiał w objęciach żony i budził się w towarzystwie dwóch chrapiących pięciolatek. Czuł się wtedy szczęśliwy. Choć lubił dowodzić okrętem, nie cierpiał samotnego zasypiania i budzenia się na wąskiej koi.
    Na morzu miał zazwyczaj lekki sen. Budziło go każde pukanie do drzwi, hałas na okręcie, cichy brzęczyk telefonu ze sterowni czy zmiana odgłosu wentylatorów. Siadał wtedy wyprostowany, czujny i spięty. Czasami wstawał i chodził po okręcie, zwykle nie dłużej niż dziesięć minut. Kiedy upewnił się, że wszystko jest w porządku, wracał na koję i spał do śniadania. Ale tej nocy spał wyjątkowo twardo. Przy czterech dzwonkach nocnej wachty łącznik zapukał lekko do drzwi. Nie było reakcji, więc zastukał mocniej. Lien obudził się i zobaczył nad sobą marynarza z wiadomością radiową na clipboardzie. Zmusił się, żeby usiąść, zapalił lampę do czytania i przejrzał tekst. Podpisał wiadomość, strona po stronie, zgasił światło i znów zapadł w głęboki sen.
    Na pokładzie górnego poziomu pierwszy oficer Czou Ping siedział w fotelu kapitańskim na pomoście dowodzenia w oświetlonym pomieszczeniu z białymi kafelkami na podłodze, żółtymi konsolami i szerokimi, pochyłymi pulpitami. Boczne przegrody nie biegły prosto, tworzyły je dwie półokrągłe konsole z czterema fotelami na kółkach. Z lewej strony znajdował się sektor sterowania okrętem z panelami do obsługi układu sprężonego powietrza, zaworów zbiorników balastowych, systemu trymującego, pompy odpływowej i zbiorników zęzy, zbiorników sanitarnych i dziobowego układu elektrycznego. Prawą stronę zajmowały dwa stanowiska taktyczne z panelem obsługi uzbrojenia dziobowego i czterema połączonymi panelami sensorowymi i taktycznymi. Na górnym ekranie wyświetlały się dane sonarowe, na dolnych współrzędne pozycji przeciwnika obliczane przez system komputerowy Drugi Kapitan. Dwie półokrągłe konsole łączyły się przy przedniej przegrodzie, gdzie mieściła się pojedyncza, szeroka konsola sternika. Stanowisko wyglądało jak kokpit myśliwca. Miało drążek i pedały steru kierunku, telegraf maszynowni i kilka monitorów komputerowych. Środek pomieszczenia zajmowało dwudziestocentymetrowe podwyższenie otoczone relingami ze stali nierdzewnej ze stanowiskiem peryskopowym i konsolą kapitana nazywane pomostem dowodzenia. W pomieszczeniu było cicho i jednocześnie głośno – docierały tu dźwięki i odgłosy pracujących wentylatorów, czterystucyklowych systemów komputerowych i żyroskopów.
    Nocną wachtę Czou pełnił w towarzystwie sternika na przednim stanowisku, oficera sterowania okrętem przy lewej konsoli i wachtowego oficera systemów taktycznych przy prawej. Pozostałe miejsca były puste. Wolne fotele umocowano do pokładu, żeby się nie przemieszczały. Pomieszczenie nagle wydało się zbyt jasne i Czou kazał włączyć czerwone lampy. Wolał spędzać nocną wachtę przy takim oświetleniu, ale czasem ogarniała go senność i mocny blask pomagał mu się rozbudzić. W czerwonym świetle czuł się bardziej zrelaksowany. Wyjął paczkę popularnych papierosów z białych Chin, przez chwilę patrzył na nią, po czym powiedział sobie, że musi rzucić palenie. Ale nie na tej wachcie. Włożył papierosa do ust i przysunął do niego płomień zapalniczki. Nikotyna działała nań pobudzająco. Zaciągnął się, zerknął na wyświetlacz sonaru na konsoli dowodzenia i przełączył szerokie pasmo na wąskie, a potem na obraz akustyczny.
    Na północy, za rufą okrętu, wirowało wściekle pełno śrub grupy bojowej. Ale poza tym morze było puste. Oczywiście przy tranzytowej szybkości okrętów nawodnych trzydziestu pięciu węzłów, odgłosie wody opływającej kadłub i wzmożonym hałasie maszyn podczas rejsu z pięćdziesięcioprocentową mocą reaktora, wykrycie niewidocznego okrętu podwodnego byłoby niemożliwe. Sygnał przeciwnika byłby słaby, poziom hałasu wysoki, a stosunek sygnału do szumów poniżej progu detekcji. Podróżowanie przed grupą bojową i utrzymywanie jej tempa byłoby szaleństwem – hałas wszystko zagłuszał. Alternatywę stanowiła taktyka przyspieszania i zwalniania. Zmniejszanie szybkości do pięciu węzłów umożliwiało sonarowe przeszukiwanie trasy grupy, potem należało uciec do przodu z większą prędkością niż ona, żeby uniknąć staranowania.
    Przy przeciętnej szybkości grupy bojowej – trzydziestu pięciu węzłów – okręt podwodny nawet po dziesięciominutowej podróży w tempie pięciu węzłów musiałby przyspieszyć do czterdziestu jeden, co byłoby katastrofą dla sonarzystów, gdyż prędkość powyżej trzydziestu dziewięciu węzłów wymagałaby przestawienia reaktora na wymuszoną cyrkulację. Zawiłości funkcjonowania reaktora nie interesowały Czou, bo od tego był towarzysz główny mechanik, komisarz ludowy Dou Ling, umazany smarami, uparty skurwiel, który zachowywał się tak, jakby dowodził Nung Jatsu. Czou wiedział jednak, że wymuszona cyrkulacja oznacza włączenie czterech pomp chłodziwa reaktora. Każda miała wielkość małej ciężarówki i były najgłośniejszymi urządzeniami na okręcie. Ryzykowaliby, że wykryje ich zachodni okręt podwodny, a sonary w ogóle by nie odbierały i stosunek sygnału do szumów byłby nie do określenia. Ale z drugiej strony warto byłoby zwolnić na dziesięć minut, żeby pozwolić procesorom wąskopasmowym na sprawdzenie morza w poszukiwaniu kontaktów.
    Czou pokręcił głową. Wiedział, że wąskopasmowe procesory sonarowe to jednocześnie błogosławieństwo i przekleństwo. Potrzebowałyby dużo więcej czasu niż dziesięć minut, żeby zintegrować dane sonarowe z wąskiego wycinka oceanu przed okrętem. Musiałoby to trwać około osiemnastu minut. Za długo. Przy przyspieszaniu i zwalnianiu można było korzystać tylko z sonaru szerokopasmowego. Kilka minut ograniczonego hałasu na zewnątrz i wewnątrz okrętu dawało wtedy efekty. Dlatego kapitan Lien wydał rozkaz, żeby co godzinę zwalniać na pięć minut do pięciu węzłów. Przez pozostałe pięćdziesiąt pięć minut okręt miał płynąć z szybkością trzydziestu ośmiu węzłów, żeby utrzymać przeciętną prędkość trzydziestu pięciu. Następne zmniejszenie szybkości wypadło punkt trzecia, gdy wskazówka pięknego chronometru podarowanego przez Liena okrętowi znalazła się na godzinie dwunastej.
    – Oficer sterowania, minimalna naprzód, szybkość pięć węzłów.
    – Tak jest, komisarzu Czou. Minimalna naprzód, szybkość pięć węzłów.
    Na konsoli sternika zabrzmiał dzwonek telegrafu maszynowni. Po zmniejszeniu prędkości okrętu do pięciu węzłów Czou, wachtowy oficer systemów taktycznych, wachtowy oficer sonarowy i komputer Drugi Kapitan mieli zbadać morze i poszukiwać zachodnich przeciwników, mimo iż wywiad donosił, że Amerykanie są daleko za horyzontem, a Brytyjczycy nadpływają z innej strony półkuli.
    – Komisarzu Czou, maszynownia odpowiada minimalna naprzód, szybkość pięć węzłów – zameldował oficer sterowania.
    Czou skinął głową.
    – Przyjąłem. – Sięgnął po mikrofon na konsoli dowodzenia. – Wachtowy oficer sonarowy, pięć węzłów, przeprowadzić dokładne przeszukanie sonarowe i zameldować o wszystkich kontaktach.
    – Tu oficer sonarowy. Przyjąłem. Wykonuję.
    Czou wybrał na swoim lewym ekranie szerokie pasmo, na środkowym zakresy częstotliwości wąskopasmowych. Choć pięć minut nie wystarczało do zintegrowania danych wąskopasmowych z jednego sektora, mogli mieć szczęście. Na prawym panelu Czou wyświetlił analizator pogłosów, moduł komputerowy, który nasłuchiwał krótkotrwałych hałasów w morzu i potrafił rozpoznać dźwięk zamykanego włazu, upuszczonego klucza czy kroków i oddzielić to od dźwięku wydawanego przez krewetkę czy wieloryba wypuszczającego powietrze nozdrzami.
    Po trzydziestu sekundach Czou wiedział, że morze jest puste. Na szerokim paśmie nie było nic. Poszukiwania wąskopasmowe mogły coś dać dopiero po pięciominutowym filtrowaniu danych, ale najwięcej mówił wyświetlacz pogłosów, który był pusty. Czou zgasił papierosa i wyjął następnego. Kiedy go zapalał, wyświetlacz pogłosów pokazał dziwny, głośny dźwięk w oddali, który nagle zamarł.
    – Oficer dowodzący, tu sonar – zatrzeszczał głośnik.
    – Tu oficer dowodzący – odpowiedział Czou do mikrofonu.
    – Komisarzu, odebraliśmy daleki pogłos na kierunku jeden siedem trzy, na południu, trochę w lewo od naszej trasy. System go nie rozpoznał.
    – Przyjąłem. – Czou włożył słuchawki i polecił swojej konsoli powtórzenie pogłosu. Usłyszał niewiele więcej niż szum, który szybko ucichł.
    – Oficer dowodzący, tu sonar. Brak korelacji na tym kierunku z kontaktem szerokopasmowym czy zakresem wąskopasmowym. Pogłos prawdopodobnie pochodzenia biologicznego.
    – Przyjąłem – odrzekł Czou.
    Palił papierosa i nie odrywał wzroku od ekranu pogłosów. Był niemal rozczarowany. Pomyślał, że to zapewne wieloryb na powierzchni, wypuszczający nozdrzami powietrze. Aparatury sonarowej nie przystosowano do analizowania dźwięków wydawanych przez takie gatunki.
    – Sonar, tu oficer dowodzący. Nie ma żadnej możliwości, że to pogłos mechaniczny?
    – Taki dziwny szum? Nie mamy dźwięków pęcherzy powietrza, a na analizatorze częstotliwości brak oznak kontaktu metalu z metalem. Nie ma też pulsowania, więc to nie pompa.
    – Jest jakaś inna aktywność na tym kierunku?
    – Żadnej, komisarzu. Morze jest puste. Oznaczam pogłos jako biologiczny.
    Czou skinął głową.
    – Zachowajcie ten ślad w pamięci komputera, wprowadźcie długość i szerokość geograficzną oraz czas.
    – Tu sonar. Przyjąłem.
    Czou zerknął na telefon do łączności z kajutą kapitańską. Lien wydał rozkaz, żeby meldować mu o każdym niezidentyfikowanym pogłosie. Czou zastanawiał się, czy zawiadomić kapitana teraz, czy zaczekać z tym, aż się obudzi. W końcu podniósł słuchawkę i zadzwonił. Lien Hua zgłosił się dopiero po kilku minutach. Miał niewyraźny, zaspany głos.
    – Kapitanie, tu oficer dowodzący. Melduję, że pojawił się niezidentyfikowany pogłos. – Czou Ping zdał dokładną relację, niczego nie pominął.
    – Co proponujecie? – zapytał sennie kapitan Lien.
    – Skatalogowanie dźwięku i kontynuowanie nasłuchu – odparł Czou.
    – W porządku. Zróbcie to. – Lien ziewnął. – I zmieńcie moją porę budzenia na osiem dzwonków porannej wachty.
    – Przyjąłem, kapitanie. – Czou wyłączył się i też ziewnął.
    Wskazówka chronometru minęła znak pięciu minut. Nadszedł czas, żeby znów przyspieszyć, bo inaczej dogoniłyby ich okręty nawodne. Skoro odbiór sonaru był kiepski dwadzieścia mil przed grupą bojową, Czou wolał sobie nawet nie wyobrażać hałasu, jaki docierałby do nich, gdyby znalazła się w odległości dziesięciu mil.
    – Oficer sterowania, cała naprzód, pełna szybkość.
    Moc z powrotem zwiększono do pięćdziesięciu procent i okręt przyspieszył do trzydziestu ośmiu węzłów. Płynął w kierunku Cieśniny Tajwańskiej. Czou wyjął paczkę papierosów i zapalił po raz ostatni tej nocy. Znów ziewnął i przetarł oczy. Czekał na koniec wachty, żeby pospać kilka godzin.

    Torpeda Mark 58 miała nazwę Alert/Acute, która symbolizowała jej „czujność i przenikliwość” i zastępowała długi opis: ultracicha torpeda maksymalnie dalekiego zasięgu. Początkowo używano skrótu ELRT/UQT, ale już we wczesnej fazie projektowania personel firmy DynaCorp, będącej kontrahentem resortu obrony, wymyślił określenie „Alert/Acute”, które się przyjęło i trafiło nawet do literatury technicznej. Wszystkie torpedy Alert/Acute wystrzelone z okrętu podwodnego Leopard wykryły swoje cele nawodne w minutowych odstępach i przyspieszyły do szybkości bojowej pięćdziesięciu dziewięciu węzłów.
    Chińska grupa bojowa nie spodziewała się ataku. Lotniskowiec klasy Kuzniecow Kaoling, dwa krążowniki klasy Pekin, trzy niszczyciele z ciężkimi pociskami manewrującymi, cztery niszczyciele przeciwpodwodne, pięć niszczycieli przeciwlotniczych, cztery szybkie fregaty oraz cysterny i transportowce płynęły na południe. Dowódca floty, jego sztab i kapitanowie okrętów spali. Zegary wskazywały kilka minut po trzeciej nad ranem.
    Sonar pierwszej torpedy Mark 58 Alert/Acute nie musiał nawet przejść na tryb aktywny. Masywny kadłub Kuzniecowa został wykryty z odległości kilkudziesięciu mil i prowadził torpedę przez całą drogę. Lotniskowiec był takim gigantem, że sygnał sonarowy nasilał się coraz bardziej, aż wreszcie cały świat zniknął dla torpedy – pozostała tylko ona i cel. Wkrótce czujniki odległości kadłuba przekroczyły skalę i torpeda uderzyła w okręt. Włączyły się elektroniczne obwody kontaktu bezpośredniego i procesor przesłał sygnał do obwodów detonacyjnych głowicy plazmowej.
    Torpeda eksplodowała na sterburcie lotniskowca, w jednej czwartej jego długości, licząc od dziobu. Wybuch plazmy wyrwał w kadłubie okrągłą dziurę i zmiótł wszystko w promieniu piętnastu metrów. Stal, plastik, farba, paliwo lotnicze, koje i obsługa wyparowały. W ciągu następnych milisekund siła eksplozji rozeszła się do góry i na zewnątrz. Jedna trzecia okrętu rozpadła się, dużą część ogarnął pożar. Fala uderzeniowa na powierzchni trafiła w nadbudowę wyspową jak pięść boga.
    W kabinie sztabowej Kaolinga stał komandor Czeng Czi, dowódca taktyczny floty. Patrzył przez szybę na pokład startowy w dole, gdy nagle solidny pokład pod jego stopami wystrzelił do góry i rzucił go na przegrodę, która zamieniła się w ciemną ścianę bólu. Siła uderzenia zmiażdżyła Czengowi czaszkę, połamała kości, uszkodziła narządy wewnętrzne i rozerwała tętnice. Bezwładne, zakrwawione ciało opadło wśród czarnego, gryzącego dymu na pokład, zostało przygniecione stołem nawigacyjnym i zasypane szkłem z roztrzaskanego blatu. Odsłonięte przewody elektryczne pod napięciem dwustu dwudziestu woltów poraziły Czenga prądem tuż przed utratą zasilania. Zdążył jeszcze odczuć ulgę, że skończył się ból i jego świadomość zgasła jak światło.

    Ocalała część ogromnego lotniskowca, płynącego z szybkością trzydziestu pięciu węzłów, zanurzyła się siłą rozpędu pod wodę. Pokład rufowy zniknął w gwałtownie spienionym morzu i zdeformowana połowa okrętu szybko zatonęła. Opadła poniżej sześćdziesięciometrowej warstwy oceanu, gdzie nie dochodziło już światło z powierzchni i pogrążyła się w ciemnej, zimnej głębi. Po kilku minutach uderzyła w skaliste dno trzy tysiące trzysta metrów pod wciąż spienionymi falami.
    Inne okręty grupy bojowej nie miały tyle szczęścia. Większość z nich rozleciała się na kawałki mniejsze od ciężarówki i rozrzucone fragmenty szybko zatonęły. Trzy minuty po eksplozji na Kaolingu osiemnaście innych okrętów trudno było rozpoznać i konwój przestał istnieć. Pozostał tylko okręt radiowy, cztery pływające cysterny i sześć transportowców z żywnością i częściami zamiennymi.
    Okręt radiowy Dong Laou był stumetrową, pokraczną konstrukcją najeżoną antenami. Dowodzący nim komandor porucznik Bao Siung stał na prawym skrzydle mostka i patrzył na dymy pożarów. W końcu wypuścił z rąk lornetkę, która zawisła na jego szyi na skórzanym pasku i odwrócił się do swojego oficera pokładowego.
    – Chcieliście walki, komisarzu Meng – powiedział oschłym tonem – no to ją macie. Co proponujecie w sytuacji, kiedy z całej grupy bojowej zostało tylko kilka transportowców?
    Młody porucznik Meng Lo przełknął z trudem ślinę, potem powoli opuścił własną lornetkę.
    – Musiała tu przypłynąć cała flota nieprzyjacielskich okrętów podwodnych, tylko dlatego wróg mógł dokonać takich zniszczeń. Nie mamy wyboru. Musimy się wycofać na północ i dołączyć do drugiej grupy bojowej. I zawiadomić przez radio admiralicję o tej klęsce.
    Bao skinął głową. Żałował teraz, że potraktował z takim sarkazmem młodego idealistę.
    – Zwrot na północ, komisarzu Meng. I zawiadomcie przez radio transportowce, że przejmujemy dowództwo taktyczne nad ocalałą częścią pierwszej grupy bojowej. Wszyscy mają zygzakować w drodze na północ. Może się uda.
    – Tak jest – wymamrotał Meng. Nawet w przyćmionym świetle mostka i słabym, dalekim blasku pożarów widać było wyraźnie, że pobladł na twarzy. Wbiegł do sterowni i pokręcił smutno głową – Dong Laou skręcał na północ, oddalając się od nienawistnych Amerykanów.
    Niech ich piekło pochłonie, pomyślał Bao. Niech będą przeklęci na zawsze.

    Papierosy skończyły się godzinę temu. Komandor porucznik Czou Ping wyciągnął się w fotelu dowodzenia i pozwolił sobie na luksus ziewnięcia.
    Kapitan przesunął swoją porę budzenia o dwie godziny, co oznaczało, że Czou będzie tu siedział o dwie godziny dłużej. Na samą myśl o tym poczuł zmęczenie. Przez następne cztery i pół godziny mógł tylko bezczynnie czekać na podwodny kontakt. Rozmarzył się, że byłoby wspaniale wykryć amerykański okręt podwodny i zaalarmować kapitana. Zarządzono by gotowość bojową i stanowisko dowodzenia zapełniłoby się. Kapitan dostałby odległość do kontaktu zmierzoną sonarem pasywnym i wystrzeliłby salwę torped Dong Feng lub może nową torpedę Tsunami z głowicą nuklearną. Oba typy broni były torpedami kawitującymi na paliwo stałe i rozwijały szybkość prawie dwustu węzłów. Ale tsunami potrafiła wyrządzić takie szkody, że nawet nie musiała zbliżać się zbytnio do celu. Jej wystrzelenie byłoby niemal samobójstwem, gdyż eksplozja głowicy o sile wybuchu jednej megatony najprawdopodobniej zniszczyłaby własny okręt. Admiralicja najwyraźniej tak uważała, bo każdy okręt miał na pokładzie tylko jedną Tsunami. Po co marnować miejsce w torpedowni na więcej pocisków, skoro po odpaleniu jednego okręt miał zatonąć? Ale Czou nie był o tym przekonany. Tsunami pomknęłaby do celu z szybkością dwustu węzłów, a ponieważ miała maksymalny zasięg pięćdziesięciu mil, więc jej podróż trwałaby piętnaście minut. Przez ten czas Nung Jatsu zdążyłby odpłynąć w przeciwnym kierunku na odległość dwunastu mil. W momencie eksplozji okręt i torpedę dzieliłby zatem dystans sześćdziesięciu dwóch mil, a taka odległość stanowiła dla Nung Jatsu pełną gwarancję przeżycia podwodnego wybuchu. Czou od dawna nie wierzył, że wystrzelenie tsunami oznacza samobójstwo.
    Oczywiście, rozkaz użycia broni nuklearnej mógł w zasadzie wydać tylko Pekin, używając specjalnych kodów. Przywódcy partyjni nie byliby zachwyceni samowolnym atakiem jądrowym. Ale gdyby kapitan okrętu podwodnego uznał to za sprawę życia lub śmierci, miałby błogosławieństwo Pekinu. Czou wyświetlił panel obsługi uzbrojenia i zobaczył, że wyrzutnie od jeden do pięć były załadowane torpedami Dong Feng, a w szóstej umieszczono tsunami – tego domagał się stanowczo i uparcie kapitan Lien Hua. Czou był w połowie wybierania instrukcji technicznej dla tsunami, gdy dookoła rozpętało się piekło.
    – Dowodzenie, tu sonar. Mamy wielokrotne eksplozje na północy w stożku ciszy. Proszę o natychmiastowy zwrot okrętem na północ!
    – Sternik, pełna w prawo, stały kurs na północ, jedna druga naprzód! – Kiedy sternik potwierdził rozkaz, Czou włączył interkom. – Kapitan na stanowisko dowodzenia, kapitan na stanowisko dowodzenia!
    Pokład przechylił się gwałtownie przy ostrym skręcie z dużą szybkością, moment napędowy śruby i opór kiosku wywołały boczne kołysanie.
    Kapitan Lien Hua pojawił się na stanowisku dowodzenia.
    – Co się dzieje? – krzyknął.
    – Sonar, meldować! – wrzasnął Czou do mikrofonu obok głośnika sufitowego.
    – Dowodzenie, tu sonar. Powtarzam, mamy wielokrotne eksplozje na północy, teraz już poza stożkiem ciszy. Mamy też odległe ślady sonarowe torped w wodzie.
    – Niech to piekło pochłonie, kolego pierwszy – powiedział Lien. – Amerykański atomowy okręt podwodny zaatakował grupę bojową. Dobrze zrobiliście, odwracając okręt. Tamten ślad, który wydawał się nam biologiczny…
    – Wcale nie był biologiczny, kapitanie.
    – Zakreślcie krąg wokół pozycji tamtego tajemniczego hałasu. Oznaczcie go jako Cel Numer Jeden i przyjmijcie, że płynie z szybkością dwudziestu węzłów. Pokażcie mi, gdzie teraz może być.
    Czou pomanipulował przy konsoli kierowania ogniem. Na wykresie geograficznym zaczął się pojawiać krąg odległości. Cholernie duży obszar, pomyślał Czou.
    – Zbyt rozległa przestrzeń do przeczesania, kapitanie. Będziemy musieli prowadzić poszukiwania metodą przyspieszania i zwalniania.
    – Dowodzenie, tu sonar. Następne eksplozje na północy. Straciliśmy kontakt sonarowy z torpedami w wodzie.
    – Przejmuję pomost, kolego pierwszy – oznajmił Lien. – Idźcie do sonaru i upewnijcie się, czy robimy wszystko, żeby znaleźć ten amerykański okręt podwodny. Spróbuję odtworzyć wstecz te ślady torped, żeby zobaczyć, skąd zostały wystrzelone. Może uda mi się zacieśnić krąg poszukiwań.
    – Tak jest – odpowiedział Czou i poszedł szybko do kabiny sonarowej.
    – Amerykański skurwiel – mruknął Lien i zagryzł wargi.
    Przez kilka minut zastanawiał się, czy nie podejść na głębokość peryskopową, żeby ostrzec admiralicję i drugi konwój przed atakiem podwodnym, ale pomyślał, że sami się wkrótce dowiedzą. Priorytetem było znalezienie i zatopienie amerykańskiego okrętu podwodnego.
    – Sonar, tu kapitan – zawołał przez interkom. – Sprawdzacie, czy na północy nie ma Celu Numer Jeden?
    – Dowodzenie, tu sonar. Tak. Zalecamy szybkość dwudziestu pięciu węzłów na północny zachód ku północy, żeby spróbować określić przybliżoną pozycję Celu Numer Jeden.
    – W porządku – zgodził się Lien. – Sternik, cała naprzód, pełne obroty, szybkość dwadzieścia pięć węzłów.
    Wrócił Czou Ping.
    – Kapitanie, sonar ma obraz. Kiedy zwolnimy po tym przyspieszeniu?
    – Za dwadzieścia minut – odparł Lien. – Przez piętnaście minut będziemy płynęli z szybkością ośmiu węzłów, potem znów przyspieszymy. Amerykanin musi być na północy. Prawdopodobnie ściga drugą grupę bojową.
    – W takim razie na pewno przyspieszył do szybkości maksymalnej, kapitanie.
    – Możliwe. Ale na jego miejscu nie opuściłbym tak szybko rejonu ataku. Oszacowałbym straty przeciwnika i storpedował niedobitki.
    – Jeżeli coś zostało, to z pewnością mało ważne cele. Pewnie kilka cystern i transportowców.
    – Jeśli stąd zniknął, może już go nie znajdziemy. Ale nie możemy płynąć na północ z maksymalną szybkością, bo w pewnym momencie sprawdzi swój stożek ciszy, usłyszy nasze głośne pompy i będzie miał łatwy strzał. Musimy się skradać, nawet w tej kiepskiej sytuacji.
    – Tak jest. Ale jeśli go dopadniemy, chciałbym wystrzelić w niego torpedę własnymi rękami i mieć tę satysfakcję, że sam mogłem przelać jego krew.
    – Rozumiem was, kolego pierwszy, ale widzę, że nienawidzicie Amerykanów bardziej niż reszta oficerów. Dlaczego?
    – Bo ta klęska spotkała nas na mojej wachcie, kapitanie. Chcę się zemścić i uratować mój honor.
    – Więc wystrzelicie torpedę osobiście, kolego pierwszy. Czy w ten sposób odzyskacie swój honor, pozostawię to waszej ocenie.

15

    Kelly McKee obudził się w nocy na dźwięk odsuwanej zasłony. Zamrugał w świetle czerwonej latarki łącznika wachtowego i podwodniackim zwyczajem uniósł się na łokciu. Gdyby usiadł wyprostowany, uderzyłby głową w niski sufit nad koją. Poczuł drżenie koi, potem zdał sobie sprawę, że trzęsie się cały okręt. Judison musiał zwiększyć prędkość z pełnej do maksymalnej wbrew rozkazowi McKee – flota miała płynąć szybko, ale cicho, na największych obrotach dopuszczalnych przy samoczynnej cyrkulacji chłodziwa reaktora. McKee nie chciał, żeby jego okręty podwodne hałasowały i zaalarmowały Snarca, Brytyjczyków czy jakiś okręt podwodny Czerwonych penetrujący Atlantyk.
    – O co chodzi?
    – Panie admirale, jest godzina dwudziesta zero zero czasu zulu. Kapitan przesyła wyrazy szacunku i prosi pana na stanowisko dowodzenia. Przyszła ściśle tajna wiadomość i nowy meldunek o sytuacji taktycznej.
    – Już idę – odpowiedział McKee, przerzucił nogi nad krawędzią koi i zeskoczył na dół. – Przekaż kapitanowi Judisonowi, że będę za dwie minuty.
    – Tak jest.
    Łącznik wyszedł i zamknął za sobą drzwi kajuty. McKee zapalił przyćmioną lampę na biurku. Karen Petri odsunęła zasłonę swojej koi, wstała i odszukała swój kombinezon.
    – Płyniemy z maksymalną – zauważyła sennie.
    McKee skinął głową i wciągnął specjalne buty do chodzenia w czasie ciszy patrolowej.
    – Judison ma jakieś wiadomości – powiedział. – Jesteś gotowa?
    Petri związała rozpuszczone włosy w koński ogon i przytaknęła.
    McKee ruszył szybko oświetlonym czerwonymi lampami korytarzem, wspiął się po drabince na środkowy poziom i wyłonił przy przedniej przegrodzie sterowni. W pomieszczeniu też paliły się czerwone lampy, ale znacznie bardziej przyćmionym światłem niż na zewnątrz, by oficer pokładowy miał zdolność widzenia w ciemności, w razie gdyby trzeba było dokonać alarmowego podejścia na głębokość peryskopową. Judison i jego oficerowie zebrali się wokół mapy nawigacyjnej.
    – Dobry wieczór, sir – odezwał się lakonicznie kapitan. – Hammerhead zwiększył szybkość do maksymalnej, żeby dotrzeć do pozycji przechwycenia Snarca.
    McKee wziął od Judisona notebook i przeczytał raport wywiadowczy. Podwodny robot nadał meldunek sytuacyjny, zdradzając swoją pozycję i wiadomość przechwycili porywacze, którzy wyznaczyli mu spotkanie przy wyspie Pico. Satelita zobaczył w podczerwieni wynurzony okręt. Eksperci z wywiadu marynarki wojennej przypuszczali, że popłynie wzdłuż wybrzeża Afryki na Ocean Indyjski. Wspaniała wiadomość, pomyślał McKee. Nareszcie zlokalizowali podwodnego robota, który wymknął się spod kontroli. Teraz pozostało tylko zatopić go i pierwsza część misji będzie wykonana. Zostaną tylko Czerwoni i Brytyjczycy.
    – Jaki ma pan plan przechwycenia Snarca, komandorze? – zapytał oficjalnym tonem McKee.
    Judison wskazał mapę.
    – Zaznaczyliśmy najszybszą trasę od jego pozycji na Ocean Indyjski. Nie znamy prędkości Snarca. Może rozwijać dziesięć albo pięćdziesiąt węzłów. Na użytek planu taktycznego założyliśmy, że płynie z maksymalną szybkością. My też, bo chcemy przeciąć jego trasę sto mil przed nim. Potem skierujemy się wolno na północ i przechwycimy go, kiedy będzie płynął na południe. Jeśli porusza się wolno, poszukiwania będą długie, ale podejrzewam, że utrzymuje ostre tempo i szybko go znajdziemy.
    – Gdyby mu się spieszyło, nie byłby na Azorach, to nie po drodze, jeśli płynie z północnego Atlantyku na Ocean Indyjski. I nawet nie wiemy, czy rzeczywiście tam się wybiera.
    – Jest informacja, że z Azorów kieruje się na południe, panie admirale. Dokąd mógłby płynąć, jeśli nie tam?
    – To bez sensu – mruknął McKee. – Gdzie jest Pirania?
    – Ostatni meldunek sytuacyjny wysłała stąd, ale to było dwa dni temu.
    McKee zaklął. Gdyby sieć dowodzenia funkcjonowała, Pirania co dwadzieścia cztery godziny wypuszczałaby boje radiowe z meldunkami sytuacyjnymi. Ale boje SLOT nie działały dobrze przy zastępczej łączności internetowej. McKee nie mógł wezwać Piranii na głębokość peryskopową, używając częstotliwości ELF, gdyż wiadomość zostałaby łatwo przechwycona. Ostatni raz wykorzystali ELF do wezwania na głębokość peryskopową Leoparda, żeby dostarczyć na pokład człowieka. McKee przypomniał sobie, że Leopard spóźnia się z meldunkiem o chińskiej grupie bojowej.
    – Przez następne pół godziny będę w kajucie dla VIP-ów – oznajmił Judisonowi. – Niech pan utrzymuje maksymalną szybkość, ale będzie gotowy do podejścia na głębokość peryskopową o pełnej godzinie.

    O czwartej pięćdziesiąt pięć czasu lokalnego admirał Egon „Wiking” Ericcson drzemał w roboczym mundurze khaki na pościeli w swojej kajucie. Notebook i okulary do czytania leżały na jego piersi, wznosiły się i opadały w rytmie oddechu. W kajucie panowała cisza, słychać było tylko chrapanie admirała.
    Łączniczka wachtowa zapukała lekko raz, potem drugi, wreszcie trzeci. Nie doczekała się odpowiedzi, więc zerknęła na wartowników z korpusu marines. Jeden z nich otworzył delikatnie drzwi. Dziewiętnastoletnia radiooperatorka w stopniu mata podkradła się do koi admirała, pochyliła nad nim i wzdrygnęła, jakby zbliżyła się do przewodów wysokiego napięcia. Dotknęła jego ramienia i potrząsnęła nim lekko. Żadnej reakcji. Potrząsnęła mocniej.
    Ericcson poderwał się i usiadł, komputer i okulary spadły na pokład.
    – Nie spałem, do cholery! – ryknął. – Zamknąłem tylko oczy, żeby odpoczęły. Kim jesteś i czego chcesz, do diabła?
    Dziewczyna przełknęła z trudem ślinę i wręczyła mu notebook z kabiny sztabowej.
    – Sir, jest godzina piąta zero zero. Kapitan przesyła wyrazy szacunku i chciałby pana poinformować, że są pilne wiadomości.
    Schyliła się i podniosła okulary. Admirał zmiażdżył ją wzrokiem, włożył je i spojrzał zmrużonymi oczami na komputer. Przeczytawszy wiadomości, uniósł brwi.
    – Zapal to cholerne światło – polecił.
    – Mogę się odmeldować, sir? – zapytała, licząc na to, że pozwoli jej odejść.
    Admirał nie odpowiedział. Czytał pierwszą wiadomość, meldunek Leoparda o zatopieniu sił nawodnych Czerwonych.
    – Mogę się odmeldować, sir?
    – Zjeżdżaj! – krzyknął Ericcson. Łączniczka rzuciła się do drzwi. – Zaczekaj! – zawołał admirał. – Wezwij Pułaskiego i Hendricksa do kabiny sztabowej. Mają tam być za dwie minuty, do cholery!
    – Dobrze, sir. To znaczy, tak jest, sir! – Dziewczyna wpadła na framugę, potem popędziła korytarzem.
    Ericcson przeczytał drugą wiadomość, o Snarcu. Potem wrócił do meldunku sytuacyjnego Leoparda. Zniszczenie pierwszej grupy bojowej miało niezwykle ważne konsekwencje. Admirał przeszedł szybko do kabiny sztabowej. Jego oficer operacyjny i kapitan okrętu już tam byli. Na stole nawigacyjnym czekał kubek parującej kawy.
    – Zdajesz sobie sprawę, co to znaczy? – zapytał Ericcson Pułaskiego. – To znaczy, że pierwsza grupa bojowa jest na dnie morza. A to znaczy, że Czerwoni wysilają teraz mocno mózgownice, grupa druga i trzecia na północnym krańcu Morza Żółtego i w północnej części Morza Wschodniochińskiego mogą nawet zawrócić albo przynajmniej znacznie zwolnić i rozpocząć poszukiwania przeciwpodwodne. Wygraliśmy pierwszą bitwę i Czerwoni są w szoku. Skopaliśmy im tyłki w pierwszej kwarcie, panowie. Mogą się nie pozbierać nawet i po przerwie w drugiej połowie meczu.
    Ericcson wyjął z kieszeni partagasa, odciął koniec złotym obcinaczem i przytknął do cygara płomień zapalniczki z pirackim emblematem eskadry. Pułaski miał zaczerwienione i podkrążone oczy.
    – Pozwolę sobie przypomnieć, sir – odrzekł – że nie mamy jeszcze zdjęcia satelitarnego pierwszej grupy, żeby móc oszacować jej straty, ani telemetrii ataku. Torpedy Leoparda mogły chybić.
    – Po pierwsze, Pułaski, nie ma mowy, żeby chybiły, a po drugie, dlaczego jeszcze nie mamy zdjęcia z góry, do cholery? Weź się za to i daj mi jakieś pieprzone dane wywiadowcze.
    Pułaski odwrócił się i szybko wyszedł. Ericcson palił cygaro i czekał. Zanim jego oficer operacyjny wrócił, partagas był już do połowy wypalony.
    – Rozdzielczość na naszym końcu linii jest kiepska – wyjaśnił Pułaski i rozłożył na stole nawigacyjnym kolorowy wydruk. – Gdyby nasza sieć łączności bojowej działała, mielibyśmy to w czasie rzeczywistym i obraz byłby tak ostry, że widzielibyśmy papierosy w rękach załóg okrętów nawodnych.
    Ericcson zdjął okulary i pochylił się nad zdjęciem. Jego surowa twarz zaczęła powoli rozjaśniać się w uśmiechu. Wyprostował się i przesunął dłonią po krótkich włosach, potem zgasił cygaro w popielniczce i spojrzał na Pułaskiego.
    – I co teraz powiesz, mój szefie operacyjny i dobry przyjacielu?
    – Chyba odesłaliśmy Czerwonych z powrotem do szatni, sir.
    – Przyłożenie po wykopnięciu wznawiającym – wyszczerzył zęby Ericcson.
    – Moglibyście na minutę przerwać rozmowę o sporcie? – odezwał się Hendricks. – Musimy ustalić, jaki ma być nasz następny ruch.
    Ericcson z powagą skinął głową. Kapitan Johna Paula Jonesa miał rację.
    – Jakieś propozycje?
    Pułaski skinął potwierdzająco głową.
    – Skoro flota Czerwonych już nas nie wyprzedzi w drodze na Ocean Indyjski, moglibyśmy wziąć nowy kurs na północny wylot Zatoki Tajwańskiej i przechwycić drugą i trzecią grupę bojową, kiedy przypłyną na południe. Wysłalibyśmy wiadomość Kelly’emu McKee i poprosili o kilka okrętów podwodnych do osłony, mimo że mają zadanie zatrzymania Brytyjczyków na zachodzie. Ta sprawa jest o wiele ważniejsza niż czekanie na Angoli, którzy mogą się w ogóle nie pojawić. Gdyby McKee dał nam wsparcie, zaatakowalibyśmy drugą i trzecią grupę bojową myśliwcami ponaddźwiękowymi i pociskami manewrującymi. Cholera, jeśli podprowadzi nas pan dostatecznie blisko, sir, powystrzelam skurwieli z mojego pistoletu.
    Ericcson spojrzał na Hendricksa. Kapitan okrętu skinął głową.
    – W porządku, panowie – powiedział admirał. – Przechwycimy drugą i trzecią grupę bojową na Morzu Wschodniochińskim. Trzeba zawiadomić nasze siły i wysłać wiadomość McKee. Tylko niech będzie cholernie przekonująca. I poinformować admirała Pattona.
    Oficerowie wyszli. Ericcson zapalił następne cygaro i nalał sobie drugi kubek kawy. Brakowało mu snu i od trzydziestu sześciu godzin trzymał się na nogach dzięki kawie i nikotynie. Powinien się czuć jak chodzący trup, a tymczasem rozpierała go energia nastolatka. Zapowiada się dobry dzień, pomyślał, stojąc przy oknie kabiny sztabowej. Okręt skręcał na północny zachód. Gdy Ericcson kończył cygaro, nad morzem wschodziło słońce, ale nawet tego nie zauważył. Ziarniste zdjęcie zatopionej floty chińskiej wydawało mu się dużo ładniejsze niż natura.

    – Panie admirale, e-maile z głębokości peryskopowej – poinformował łącznik wachtowy i wręczył McKee notebook.
    McKee podziękował gestem ze swojego miejsca przy stole w mesie oficerskiej i włączył komputer. Po jego prawej stronie siedział kapitan Kiethan Judison. Pierwsza wiadomość była z ONI – Biura Wywiadu Marynarki Wojennej. Kanał Sueski został zablokowany na dłużej, niż się spodziewano, i flota Królewskiej Marynarki Wojennej utknęła w miejscu. Brytyjski dowódca musiał zdecydować, czy zawrócić, opuścić Morze Śródziemne i popłynąć na Ocean Indyjski wokół Afryki, czy czekać na oczyszczenie kanału. Brytyjczycy rzekomo rozważali użycie taktycznej broni nuklearnej do usunięcia przeszkody. Jeśli tak zrobią, pomyślał McKee, spieprzą sprawę. Eksplozja jądrowa wypełni mułem farwatery i trzeba je będzie pogłębiać. Angole bez wątpienia też dojdą do tego wniosku. McKee nie zazdrościł ich dowódcy. On sam zapewne zrezygnowałby z czekania na odblokowanie kanału i popłynął dookoła czarnego kontynentu. Zamiast sterczeć bezczynnie na kotwicach u wybrzeży Egiptu okręty byłyby przynajmniej w ruchu.
    Następne akapity opisywały zatopienie pierwszej grupy bojowej Czerwonych i zmiany, jakie nastąpiły po tej porażce w admiralicji chińskiej. Dowódca Marynarki Wojennej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej został zdymisjonowany. Jego następcę uważano za człowieka bardziej rzutkiego i dynamicznego, ale mniej zdolnego strategicznie i taktycznie. Admirał sił podwodnych Marynarki Wojennej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej Czu Hua-Feng zachował stanowisko, ale nie było gwarancji, że wkrótce go nie straci. Zatopienie grupy bojowej stanowiło cios dla Czerwonych, lecz zablokowanie Suezu obróciło się w pewnym sensie przeciwko Amerykanom, gdyż Chińczycy najwyraźniej uznali, że zatrzymanie Królewskiej Marynarki Wojennej daje im więcej czasu na dotarcie do Oceanu Indyjskiego.
    Druga grupa bojowa wpływała ostrożnie na Morze Wschodniochińskie w pełnym pogotowiu przeciwpodwodnym, z rozmieszczonymi niszczycielami ASW i dwoma eskortującymi okrętami podwodnymi – zmodernizowaną rosyjską krótkokadłubową omegą z pociskami manewrującymi i nowym francuskim valiantem. Pierwszy z tych okrętów nie stwarzał powodów do obaw, bo płynąc z dużą szybkością na czele grupy, mocno hałasował, ale francuska klasa Valiant mogła niepokoić – okręt miał doskonałą konstrukcję. Na szczęście jednak nie obsługiwali go Francuzi, bo wówczas byłby groźnym przeciwnikiem. Wywiad miał nadzieję, że Czerwoni nie będą umieli wykorzystać jego potencjału bojowego.
    Trzecia grupa została sformowana w zatoce Bo Hai i w drodze na Morze Żółte kierowała się do przesmyku Luszun-Penglai. Gdy tylko rozpoczął się kryzys, amerykański okręt podwodny Lexington otrzymał od McKee rozkaz, żeby jak najszybciej dotarł do przesmyku, ale miał za mało czasu, by spełnić oczekiwania admirała. Nie zdąży zastawić pułapki, pomyślał McKee. Będzie musiał przechwycić chińskie okręty na północy Morza Wschodniochińskiego. Chyba że trzecia grupa bojowa zwolni. Raport wywiadu mówił dalej o mobilizacji wojsk lądowych Czerwonych, ale McKee zostawił tę lekturę na później.
    Następna wiadomość pochodziła od admirała Ericcsona. Donosił, że zignorował rozkaz wpłynięcia na Ocean Indyjski i skierował swoją flotę na Morze Wschodniochińskie, żeby przechwycić drugą grupę bojową. Prosił o wsparcie podwodne. Żaden problem, pomyślał McKee. Patton kazał mu pomóc Wikingowi, więc okręty podwodne klasy Virginia Orion i Hornet znajdowały się już w rejonie działań i miały zatopić drugą grupę nawodną, a Essex został wysłany do Zatoki Tajwańskiej.
    Ostatnią wiadomością był meldunek sytuacyjny z Piranii. Płynęła z maksymalną szybkością, żeby przechwycić Snarca, wyprzedziła harmonogram, zaplanowała patrol zaporowy u wybrzeży Afryki i zatopienie robota, kiedy zjawi się na południu. McKee zabębnił palcami po stole i pomyślał o synu Patcha Pacinie, który znajdował się na pokładzie Piranii. Nadchodził czas walki i zamierzał ewakuować chłopaka, zanim okręt, po akcji przeciwko Snarcowi, dotrze na Ocean Indyjski. McKee miał pełne zaufanie do Catardiego i Piranii, wierzył głęboko w to, że zatopią Snarca, ale nie wiedział, jakie będą tego koszty. Czy może spokojnie siedzieć i pozwolić, by syn Patcha wziął udział w walce? Czy da się w jakiś sposób zabrać chłopaka z Piranii, nie narażając okrętu i nie zdradzając jego pozycji? McKee postanowił przekazać sprawę Karen Petri. Nie potrafił być obiektywny, gdy chodziło o ojca nowoczesnej floty podwodnej lub jego jedynego syna.
    McKee wstał od stołu. Karen Petri także podniosła się z miejsca i poszła za nim. W kajucie dla VIP-ów napisał wiadomość do Ericcsona, że może bez obaw wpłynąć na Morze Wschodniochińskie, ale pominął wszelkie szczegóły. Drugą wiadomość napisał do Roba Catardiego, polecił mu ocenić, czy byłoby możliwe ewakuowanie aspiranta Pacina helikopterem, gdyby chłopak opuścił okręt podwodny w skafandrze płetwonurka. Płynący z maksymalną szybkością Hammerhead zwolnił i podszedł na głębokość peryskopową po raz drugi w ciągu godziny, żeby nadać wiadomości McKee. To zmniejszenie prędkości spowodowało, że dystans między okrętem a Snarkiem wzrósł. Po transmisji radiowej i powrocie na dużą głębokość Hammerhead ponownie przyspieszył do maksymalnej szybkości i pokład znów zaczął gwałtownie wibrować.

    Pirania podeszła na głębokość peryskopową podczas nocnej wachty Pacina i Alamedy. Po powrocie w głąb morza i przyspieszeniu do maksymalnej prędkości kapitanowi przyniesiono notebook. Catardi przeczytał wiadomość od admirała McKee. Co jest, do cholery? – pomyślał. Admirał chce zabrać młodego Pacina z okrętu tuż przed atakiem na Snarca? Wszystko będzie zależało od pogody – na głębokości peryskopowej okręt się kołysał, więc na górze zapewne jest kiepsko – i od sytuacji taktycznej. Ale szkoda rozstawać się z aspirantem, cholera. Za kilka dni Patch zdawałby przed komisją kwalifikacyjną egzamin na podwodnego OOD. I jest szczęśliwą maskotką Piranii. Kiedy go zabraknie, szczęście może się odwrócić od okrętu. Catardi parsknął. Takie głupie myśli nachodziły go tylko wtedy, gdy nie był w pełni rozbudzony. Zadzwonił na stanowisko dowodzenia.
    – Oficer pokładowy – zgłosiła się Alameda swoim twardym tonem, który mówił, że panuje nad wszystkim.
    – OOD, tu kapitan. Niech łącznik wachtowy zabierze ode mnie notebook i przekaże nawigatorowi. Chcę znać opinię pana Crossfielda punkt ósma. Dowództwo pyta o możliwość ewakuacji pana Pacina z okrętu. Proponują, żeby wydostał się stąd w skafandrze płetwonurka i zaczekał godzinę lub dwie, aż znikniemy. Potem zabierze go helikopter. Ktoś na górze najwyraźniej uważa, że to będzie dla niego bezpieczniejsze niż walka razem z nami.
    – Tak jest, panie kapitanie – odrzekła bezbarwnym głosem Alameda.
    Catardi naciągnął koc na ramiona i zgasił lampę na biurku. Drzwi się uchyliły, łącznik wachtowy zabrał komputer i cicho wyszedł. Zanim zamknął drzwi, Catardi z powrotem zapadł w sen. W sterowni komandor porucznik Alameda spojrzała na aspiranta Pacina.
    – Wygląda na to, że dostałeś bilet powrotny do domu – powiedziała. – Dowództwo chce cię zabrać z okrętu. I pewnie zrobią to niedługo, bo przed kolacją mamy być na trasie Snarca.
    Pacino popatrzył na nią. Miał nadzieję, że mina nie zdradza jego uczuć.
    – Kiepski pomysł – odrzekł. – Morze jest zbyt wzburzone na taki transfer.
    – Nie odpłyniesz małą łodzią – odparła. – Włożysz skafander płetwonurka i wydostaniesz się stąd przez komorę ewakuacyjną. Zaczekasz na powierzchni, dopóki nie znikniemy, a potem wyłowi cię helikopter.
    Pacino skinął głową i zaklął w duchu. Przepadnie mi atak na Snarca i egzamin na kwalifikowanego OOD, pomyślał. Ale najgorsze, że rozstanie się z Carrie Alamedą. Od czasu gdy byli ze sobą w pojeździe głębinowym, traktowała go tak, jak w dniu jego wejścia na pokład. Wciąż próbował spotkać się z nią wzrokiem, ale jakby wymazała tamte chwile z pamięci. Cholernie szkoda, pomyślał. Brakowało mu jej, mimo że codziennie pełnili razem wachty i sypiali w jednej kajucie. Wiedział, że rozstanie z nią i z Piranią będzie ciężkim przeżyciem, o którym nie uda mu się zapomnieć. Przypomniał sobie pytanie Tosta O’Neala: „Więc poszedłeś w ślady twojego starego?” Wydawało mu się, że od tamtej pory minął rok. Teraz znał odpowiedź. Ciekawe, co by powiedziała matka, gdyby przypiął delfiny, i co w głębi duszy poczułby i pomyślał ojciec, który uparcie nie życzył sobie teraz, by jego syn narażał życie na atomowym okręcie podwodnym.

    Komandor porucznik Carrie Alameda patrzyła, jak aspirant Pacino stojący obok niej pochyla się nad stołem nawigacyjnym. Pragnęła go, ale znała realia służby we flocie. Popełniła błąd, że go poderwała, ale nie potrafiła zapanować nad swymi uczuciami. Dobrze, że zabiorą go z okrętu. Kiedy będzie znów w Annapolis, już bezpieczny, może napisze do niego, powie mu, co czuje, choć, wziąwszy pod uwagę dzielącą ich różnicę wieku i stopnia wojskowego, kontynuowanie tej znajomości wydawało się czymś raczej bezsensownym. Ale wiedziała, że nie potrafi o nim zapomnieć. Pomyślała, że życie znowu zakpiło sobie z niej – kiedy straciła nadzieję, że kogoś znajdzie, poznała tego chłopaka w mundurze aspiranta.

16

    – Już jestem z powrotem, Jeden – powiedział Krivak. Znów miał na głowie hełm interfejsowy, który zdjął parę godzin temu, żeby się trochę przespać.
    Cieszę się, że wróciłeś, Krivak. Długo byłeś wyłączony.
    – Teraz czuję się lepiej. Wydarzyło się coś nowego?
    Krivak musiał nakłonić Jeden Zero Siedem do podejścia okrętem na głębokość peryskopową. Ale nie wiedział, jaki logiczny powód mógłby podać komputerowi, skoro nie wchodziło w grę nawiązanie oficjalnej łączności z eskadrą.
    Ta jednostka bada hałas na szerokim paśmie z kierunku wschodniego. Ta jednostka ma nastawiony procesor wąskopasmowy na ten ślad. Z całą pewnością nie jest biologiczny. Nie ma pogłosów tego hałasu ani liczby obrotów śruby. Ta jednostka odbiera słabe tony harmoniczne o częstotliwości pięćdziesięciu ośmiu herców i słaby falujący odgłos przepływu. To może być pompa recyrkulacyjna reaktora.
    – Tony i odgłos przepływu przez pompę bez liczby obrotów śruby? To bez sensu. Chyba że… chyba że to okręt podwodny z wirnikiem kanałowym zamiast śruby. Sprawdź w swojej pamięci, czy jest jakaś korelacja z europejskimi okrętami podwodnymi.
    To nie jest okręt francuski, niemiecki ani brytyjski. Również nie rosyjski ani chiński. Jest dziewięćdziesięciosześcioprocentowe prawdopodobieństwo, że to amerykański okręt podwodny klasy Seawolf.
    – Pokaż.
    Przez następne dziesięć minut Krivak porównywał dźwięki ze wschodu z katalogiem tonów emitowanych przez klasę Seawolf, załadowanym do procesora przez eskadrę. Wyglądało to przekonująco. Co więcej, hałas korelował z konkretnym okrętem klasy Seawolf. Ostatnim, który jeszcze pływał.
    To USS Pirania. Klasa Seawolf, ale z wydłużonym kadłubem.
    – To dobrze. Jest pewnie wolniejsza niż zwykła klasa Seawolf. Musimy zrobić manewr, żeby określić jej odległość, kurs i szybkość.
    Przecinamy teraz linię wzroku.
    Krivak czekał. Wydawało mu się, że minęły godziny, ale wkrótce procesor kierowania ogniem ustalił, że ślad na wschodzie jest w odległości trzydziestu ośmiu mil i płynie kursem południowo-wschodnim z szybkością czterdziestu pięciu węzłów. Krivak zastanawiał się przez chwilę. Pirania pruła przed siebie na pełnych obrotach. Dziwne, bo na mapie nie było niczego takiego, dokąd mogłaby zmierzać – tutaj, u wybrzeży Senegalu w Afryce. Krivak poczuł niepokój, intuicja podpowiadała mu, że Pirania próbuje go przechwycić i nie wykryła go dotąd tylko dlatego, że płynie zbyt szybko. Bóg jeden wie, kto będzie miał przewagę akustyczną, kiedy Pirania zwolni. Wbrew jego oczekiwaniom Amerykanie musieli się jakoś dowiedzieć o przejęciu. Musiał teraz zdecydować, czy uciekać, by go nie wykryli, czy posłać przeciwnika na dno. Wiedział, że powinien raczej zaatakować, ale nagle ogarnęło go przeczucie, że przegra walkę z amerykańskim okrętem podwodnym. Uznał, że lepiej będzie zrobić unik.
    – Jeden, skręć na zachód z szybkością piętnastu węzłów.
    Podgrzać torpedy przygotowane na stojaku, Krivak?
    – Nie. Musimy go przepuścić, żeby nas nie wykrył. Wycofamy się pod kątem prostym do jego trasy z taką prędkością, żeby jak najszybciej oddalić się od niego, ale jednocześnie zbytnio nie hałasować. Będziemy się wycofywali, dopóki Pirania nie przestanie zbliżać się do nas. Kiedy minie najbliższy punkt podejścia i odległość między nią a nami zacznie się zwiększać, zwolnimy i zrobimy zwrot, żeby znaleźć się w jej stożku ciszy, gdzie jest najmniejsze ryzyko detekcji. Sprawdzimy ostrożnie, kiedy jej stosunek sygnału do szumów spadnie do poziomu progowego, i popłyniemy za nią. W pewnym momencie Pirania zwolni, więc trzymając się za jej rufą w maksymalnej odległości zasięgu sonaru, nie wpadniemy na nią. Możemy czasowo zgubić sygnał, dopóki nie zbliżymy się do jej pozycji. Pirania może też skręcić na południe wzdłuż wybrzeża Afryki, jeśli jest w drodze na Ocean Indyjski. Będziemy kontynuowali pościg. W końcu będzie musiała podejść na głębokość peryskopową, a kiedy zwolni i wykona ten manewr, zaatakujemy ją.
    W porządku, Krivak. Twoja taktyka jest rzeczywiście dobra, choć trochę ostrożna.
    – Musimy bardzo uważać, Jeden. Pirania jest groźnym przeciwnikiem, przewyższa nawet nowocześniejszą klasę Virginia. To okręt zabójca.

    Pirania zmierzała do punktu przechwycenia Snarca na jego przewidywanej trasie, pokład okrętu nadal wibrował. Zgodnie z rozkazem kapitana Roba Catardiego o 13.00 czasu zulu oficer pokładowy miał podejść na głębokość peryskopową, odebrać wiadomości i wypuścić aspiranta Pacina. Przez pierwszą godzinę Pacino powinien się unosić na powierzchni morza w skafandrze płetwonurka i kamizelce ratunkowej. Po sześćdziesięciu minutach wolno by mu było napełnić powietrzem tratwę ratunkową i wdrapać się do środka. Potem miał czekać przez kolejne trzy godziny, aż Pirania się oddali, żeby jego obecność na morzu nie zdradziła jej pozycji. Po czterech godzinach od opuszczenia okrętu włączyłby nadajnik boi lokacyjnej marynarki wojennej i sygnał zaalarmowałby małą placówkę U.S. Navy w Monrowii w Liberii, skąd przysłano by helikopter ratowniczy. Pacino miałby również przy sobie boję z międzynarodowym sygnałem SOS na wypadek kłopotów lub awarii boi wojskowej. Boja cywilna nadałaby wiadomość do satelity, zawiadamiając całą półkulę, że marynarz potrzebuje pomocy, i wtedy przyleciałby po niego najbliższy helikopter. Nie tak dawno Alameda przez dziesięć minut pouczała Pacina, żeby nawet nie myślał o dotykaniu międzynarodowej boi alarmowej.
    Rozejrzał się ze smutkiem po kajucie Alamedy. Jego rzeczy były spakowane, bosman Keating umieścił je w wodoszczelnym pojemniku o neutralnej wyporności. Przy drzwiach wisiał neoprenowy skafander płetwonurka, Pacino miał go włożyć zaraz po lunchu. Ogarnęło go straszne przygnębienie? spojrzał na czystą kajutę, z której zniknęły jego rzeczy. Na składanym biurku leżały tylko papiery, książki i komputery Alamedy. Kiedy wziął głęboki oddech, poczuł jej zapach. Już za nią tęsknił.
    Nie spodziewał się tak ponurego zakończenia swojego aspiranckiego rejsu. Zawsze wyobrażał sobie, że ten moment będzie radosny jak pierwszy dzień letnich wakacji po długim roku szkolnym. Cień ojca może i nie zniknął, ale odsunął się gdzieś tak daleko w tło, że Pacino mógłby żyć w tym świecie. Poczuł nagle, że pragnął jak najszybciej ukończyć Akademię, żeby móc wrócić do sił podwodnych, może nawet na Piranię. Obiecał sobie, że jakoś znajdzie Carrie Alamedę po jej powrocie z wojny i znów się z nią zobaczy. Poszedł wolno do mesy oficerskiej na swój ostatni posiłek na okręcie. Oficerowie stali za swoimi miejscami, czekając na kapitana. Catardi wszedł i zatrzymał się przy przedniej przegrodzie.
    – Panie i panowie oficerowie – zaczął – zanim podadzą lunch, chcę dokonać pewnej ceremonii. Aspirancie Pacino, mógłby pan tu podejść?
    Pacino zaczerwienił się i ruszył w jego stronę. Alameda wręczyła Catardiemu sporą paczkę, kapitan rozwinął ją i pokazał oficerom. Rozległy się oklaski. Trzymał dużą tabliczkę pamiątkową z mosiężnym emblematem i zdjęciem Piranii. Okręt na fotografii płynął na powierzchni z maksymalną szybkością, przed dziobem w kształcie pocisku wyrastała wysoka fala. Zdjęcie podpisali wszyscy oficerowie i starsi podoficerowie. Pod fotografią widniała mosiężna plakietka.
    – Pozwólcie, że przeczytam inskrypcję: „Pomyślnych wiatrów i spokojnych mórz naszemu koledze i kwalifikowanemu oficerowi pokładowemu, aspirantowi pierwszej klasy Anthony’emu Michaelowi Pacinowi, życzą oficerowie i załoga USS»Pirania«, wierząc w Twój szybki powrót do Sił Podwodnych Stanów Zjednoczonych”.
    Znów rozległy się oklaski. Catardi mocno uścisnął mu dłoń, Phelps zrobił zdjęcie. Pacino poczuł ucisk w gardle.
    – To nie wszystko, Patch. Pani inżynier, drugi pakunek. – Alameda wręczyła Catardiemu oprawioną książkę. – To twoja książka kwalifikacji podwodnych z wszystkimi podpisami. Zaświadcza, że jesteś w pełni kwalifikowanym podwodnym oficerem pokładowym. Jest tam list polecający dla ciebie i drugi list ode mnie do twojego przyszłego dowódcy z sugestią przyspieszenia twojego programu kwalifikacyjnego na okręcie. Od otrzymania złotych delfinów dzieli cię już tylko kilka podpisów potwierdzających twoje kwalifikacje dyżurnego oficera portowego i nawodnego oficera pokładowego. Gratuluję, synu. Będzie nam ciebie brakowało.
    – To wielka sprawa, Patch – powiedziała z uśmiechem Alameda, bijąc brawo. – Jesteś OOD zatwierdzonym przez komisję kwalifikacyjną. Na tym okręcie to się liczy.
    – Dziękuję, panie kapitanie – odrzekł Pacino zduszonym głosem. – Dziękuję, pani inżynier. – Żałował, że nie może zwrócić się do Alamedy po imieniu. – Dziękuję wszystkim. Nigdy nie zapomnę tego okrętu i tej załogi.
    Wracając na swoje miejsce, pociągał nosem i mrugał. Z szacunkiem położył obok siebie tabliczkę pamiątkową i książkę kwalifikacyjną.
    – Jedzmy – zaproponował Catardi. – Lunch stygnie.
    Alameda wciąż promieniała. Pacino spojrzał na nią i tym razem ich oczy się spotkały. Uśmiech rozjaśnił jej twarz.

    Michael Pacino był pochłonięty obserwacją wnętrza mózgu torpedy Tigershark, śledził przebieg wystrzelenia testowego numer 45. Broń znajdowała się w stanie półświadomości wywołanej środkiem farmakologicznym, a komputer Pacina dostarczał jej doznań w wirtualnej rzeczywistości. Pacino zrobił torpedzie symulację, że właśnie została odpalona. Miał nadzieję, że tym razem pocisk podąży do odległego celu daleko za horyzontem. Ale kilka sekund po wystrzeleniu Tigershark wykrył okręt, który właśnie opuścił, i wydał rozkaz sterowi, żeby ustawił się do powrotu. Parę sekund później torpeda rozkazała swojej głowicy bojowej, żeby zdetonowała i zatopiła macierzysty okręt.
    Pacino zaklął i cisnął notebook przez pokój. Komputer roztrzaskał się o ciężkie drewniane drzwi, które właśnie się otwierały. Zatrzasnęły się, potem wolno uchyliły. W szparze ukazała się twarz wiceadmirała Emmita Stephensa.
    – Jezu, Patch! Cokolwiek zrobiłem, przepraszam!
    – To nie ty, Emmit – odrzekł Pacino. – Wejdź. Daj mi moment na zamknięcie tego i uśpienie Tigersharka z powrotem. Cholerne, bezużyteczne torpedy.
    Stephens przyglądał się czynnościom Pacina. Wiceadmirał był dowódcą stoczni i genialnym budowniczym okrętów. Dokonał kilku cudów na okrętach podwodnych Pacina i wysłał je w morze w rekordowym czasie. Teraz, po latach zaangażował się osobiście w przebudowę okrętu pod wodnego SSNX i działał ręka w rękę ze stocznią w Newport News, żeby szybko ukończyć prace.
    Wreszcie Pacino skończył. Obrócił się na krześle twarzą do inżyniera okrętowego.
    – Czym mogę ci służyć, Emmit?
    – Chodź ze mną do suchego doku. Chcę ci coś pokazać.
    Pacino chwycił kask ochronny i zszedł za Stephensem na dno suchego doku SSNX-t.
    – O co chodzi? – zapytał.
    Stephens wskazał w górę. Poszycie okrętu, płyta gołej stali HY-130, wyginająca się do punktu, gdzie kadłub zwężał się ku sterowi kierunkowemu i rufowym sterom głębokości, była przedziurawiona w dwudziestu czterech miejscach. Robotnicy na rusztowaniu kończyli ostatni otwór i spawali kratownicę, która miała wzmocnić kadłub osłabiony ubytkiem materiału.
    Stephens wyszczerzył zęby w uśmiechu.
    – Nazywamy twój pomysł włącznikiem ratunkowym Pacina. Jeśli na dupie siedzi ci torpeda, pociągasz dźwignię nad głową, sprężone powietrze wali wokół kadłuba, dopóki zbiorniki pary nie włączą obu kotłów do systemu, i z tyłu odpalają dwadzieścia cztery silniki pocisków Vortex. Wszystko, co tu widzisz – stery, śruba i zbiornik balastowy – wszystko, z wyjątkiem dysz wydechowych pocisków, roztapia się i znika za rufą w gazach wylotowych. Ale kogo to obchodzi? Jesteś bezpieczny.
    Pacino uśmiechnął się.
    – Jaka jest szybkość, Emmit?
    – Uważamy, że możesz prześcignąć vorteksa.
    – Trzysta węzłów? – zapytał Pacino. – Naprawdę tak myślisz?
    – Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać, Patch – uśmiechnął się z przymusem Stephens. – Ale to system jednorazowego użytku. Nazywamy to testowaniem destrukcyjnym.
    Pacino patrzył w górę. Jego dziwny sen stawał się rzeczywistością. Speszył się trochę.
    – Emmit – powiedział – odwaliłeś tu kawał dobrej roboty, przyjacielu.
    – Przekroczenie kosztów i opóźnienie zwalimy na ciebie – odrzekł Stephens i odprowadził Pacina do schodów. – Cała stocznia będzie cię przeklinała za niedotrzymanie terminu. Ale pewnego dnia ktoś zapuka do twoich drzwi i zobaczysz kapitana okrętu, któremu twój pomysł uratował życie. Facet będzie cię chciał pocałować w usta.
    – Bleee… – skrzywił się Pacino. – Uścisk dłoni wystarczy. Jeszcze jedno, Emmit. Nie chcę mojego nazwiska w nazwie tego systemu. Nazwijcie go TESA, od „przeciwtorpedowej modernizacji okrętu”.
    Stephens poklepał Pacina po ramieniu.
    – Masz to załatwione, Patch.
    – Kiedy skończycie?
    – Za sześć zmian, Patch. – Stephens zmarszczył brwi. – Ale to nie będzie wszystko. Jeszcze nie zmodyfikowaliśmy obwodów sterowania okrętem ani programu Cyclopsa.
    – Będą z tym problemy? Colleen wciąż uważa, że to niemożliwe.
    – Nie ma racji. Najdalej za dwa tygodnie wszystko będzie działało. Nie przejmuj się tym.
    Pacino uśmiechnął się.
    – Chodź, postawię ci piwo – zaproponował.
    – To będzie pierwsze – roześmiał się Stephens. – Jesteś mi winien chyba około trzydziestu.

    – Otworzyć wrota w przegrodzie torpedowni. Wysunąć torpedę przy lewej i prawej burcie.
    Snarc nie miał wyrzutni torpedowych, gdyż te urządzenia zajmowały miejsce i nie spisywały się zbyt dobrze przy wystrzeliwaniu torped z kadłuba wewnętrznego do wody morskiej pod ciśnieniem. Ponieważ torpedownia stanowiła przestrzeń swobodnego zalewu – było tu takie samo ciśnienie jak w otaczającym okręt morzu – konstruktorzy uznali, że lepiej będzie upakować ciasno torpedy aż do poszycia kadłuba zewnętrznego. Bez wyrzutni mieściło się więcej broni. Torpedy spoczywały w bębnie i obracały się jak lufy karabinu maszynowego Gatlinga. Okręt wystrzeliwał torpedy będące w pozycji godziny trzeciej i dziewiątej. Wózek wyrzutnika wysuwał torpedę z kadłuba przez otwór podobny do wrót luku bombowego. Mechanizm składał się z dwóch wsporników zakończonych kolistymi kołnierzami. Jeden pierścień znajdował się z przodu, drugi blisko tyłu torpedy. Kołnierze stabilizowały torpedę w wodzie opływającej kadłub. W momencie wystrzeliwania broń odłączała się od zasilania okrętowego i uruchamiała silnik spalania zewnętrznego. Najpierw poruszała się w kołnierzach wyrzutnika, ale pół sekundy później pierścienie otwierały się szeroko i mechanizm cofał się szybko do wnętrza kadłuba okrętu, uwalniając pędnik torpedy. Broń odrywała się od okrętu jak pocisk wystrzelony spod skrzydła myśliwca odrzutowego. Wyrzutnik torpedowy mógł również wypuszczać podwodne pociski Vortex wersji Mod Charlie na stałe paliwo rakietowe; zapłon paliwa następował natychmiast po sygnale wystrzelenia. W tym rejsie Snarc nie miał na pokładzie vortexów, lecz wyłącznie torpedy Mark 58 Alert/Acute.
    Krivak usłyszał w tle sonaru dźwięk otwierających się wrót w przegrodzie torpedowni. Pogłosy były dużo wyraźniejsze i ostrzejsze niż przy płynnym obracaniu się wrót wylotowych wyrzutni torpedowej. Widocznie usprawnienie systemu wystrzeliwującego miało swoją cenę.
    Lewe i prawe wrota przegrody otwarte, Krivak. Trwa ładowanie obu torped do wózków. Ładowanie zakończone. Mechanizmy wyrzutników przygotowane. Torpedy opuszczają kadłub. Redukcja szybkości w toku.
    Po wysunięciu torpedy na wspornikach wyrzutnika okręt musiał zwolnić do osiemnastu węzłów. Rozwiązanie nie było idealne i nie pasowało do scenariusza taktycznego tak dobrze jak wyrzutnie torpedowe Piranii, które mogły wystrzeliwać broń nawet przy maksymalnej szybkości okrętu. Ale gdyby Snarc nie zmniejszył prędkości do osiemnastu węzłów, napór wody złamałby delikatne wsporniki i torpeda uderzyłaby w część rufową kadłuba.
    Torpedy wysunięte całkowicie poza kadłub. Broń na zasilaniu, żyroskopy nominalne, namiary ogniowe jeszcze nie wprowadzone.
    – Bardzo dobrze. Teraz monitoruj Piranię w maksymalnym zakresie, kiedy będzie podchodziła na głębokość peryskopową. Tylko uważaj, bo przedtem może zrobić zwrot, żeby sprawdzić swój stożek ciszy sonarowej. Kiedy tylko ustabilizuje kurs do podejścia na głębokość peryskopową, wykonamy manewr, żeby uzyskać namiar ogniowy i wystrzelimy w nią obie torpedy.
    Gotowe. Szkoda, że doszło do tego buntu.
    – Co?!
    Ten bunt. Na Piranii. Może podchodzą na głębokość peryskopową żeby wysłać wiadomość, że bunt się skończył i legalne dowództwo odzyskało kontrolę nad okrętem.
    – O czym ty mówisz?
    Już się nie dowiemy. Być może zatopimy Piranię w momencie, kiedy bunt zostanie opanowany.
    – O co ci chodzi? Nic z tego nie rozumiem.
    Krivak, powiedziałeś, że kontrolę nad Piranią przejęła zbuntowana załoga. Teraz okręt podchodzi na głębokość peryskopową jakby miał rutynowo odebrać wiadomości. Zbuntowana załoga nie zrobiłaby tego. Poza tym Pirania ociąga się z opuszczeniem tego rejonu. Dlaczego zbuntowana załoga miałaby to robić? Czy nie popłynęliby raczej na jakąś tropikalną wyspę?
    – Na głębokości peryskopowej okręt podwodny nie tylko odbiera wiadomości, są tu jeszcze czynności do wykonania. Może muszą pozbyć się śmieci. Albo przedmuchać generatory pary…
    Usłyszelibyśmy to.
    – Jeden, nie w tym rzecz! Ważne, że podchodzą na głębokość peryskopową. Pewnie wyślą do eskadry lub do Norfolk listę swoich żądań.
    Jeśli tak, to czy nie dostaniemy nowych rozkazów? Może źle zrobimy, strzelając do Pirani? A jeśli był bunt, nie wygląda na to, żeby Pirania miała wystrzelić pociski w Amerykę lub zagrozić innym państwom. Ta jednostka ma poważne wątpliwości, czy powinna strzelać do siostrzanego okrętu.
    Krivak tracił cierpliwość. Bunt nie jest na Piranii, pomyślał, tylko na Snarcu.
    – Jeden, dostałem rozkaz przypłynięcia tutaj i zatopienia Piranii, bo na jej pokładzie doszło do groźnego buntu. Kiedy eskadra wydawała mi ten rozkaz, wiedziała, że nie będzie odwrotu. Rozkaz nie mógł dotrzeć do ciebie w formie wiadomości, bo skoro Piranię opanowali buntownicy, jej kody legalizacyjne wpadły w ich ręce i mogliby wysłać fałszywą wiadomość, żebyśmy się wycofali. Eskadra nie mogła ryzykować. Pirania ma na pokładzie pociski manewrujące z głowicami plazmowymi. Buntownicy mogą zamienić Wschodnie Wybrzeże w dymiący krater. Jeśli eskadra się myli i zatopimy Piranię, stracimy okręt podwodny za dwa miliardy dolarów i stuosobową załogę. Jeśli eskadra ma rację, a my wstrzymamy się z otwarciem ognia, możemy zgubić ten okręt, tamci wycelują w Waszyngton osiem plazmowych pocisków manewrujących i nikt już nie przeszkodzi w ich wystrzeleniu. Jeśli nie wykonasz moich rozkazów, eskadra wyłączy cię i zdemontuje, a ja pójdę do więzienia. Ty dostajesz rozkazy ode mnie, ja od komodora Dwunastej Eskadry Okrętów Podwodnych, on od szefa operacji morskich, a ten od pani prezydent. Chcesz mi powiedzieć, że nie zamierzasz wykonać rozkazów prezydenta Stanów Zjednoczonych?
    Krivak wyłożył to, najlepiej jak umiał, ale kiedy wymienił naczelnego wodza, w jego arsenale już nic nie zostało. Albo maszyna go posłucha, albo misja jest skończona. Wtedy będzie musiał wezwać Wanga, żeby odłączył go od komputera, a potem zatopić okręt i uciec z Amornem na pokładzie Andiamo, zanim ktokolwiek dowie się o porwaniu Snarca. W czasie kiedy opracowywał w myśli szczegóły ucieczki, jednostka Jeden Zero Siedem analizowała jego ostatnie słowa. W końcu komputer węglowy przemówił.
    W porządku, Krivak Oczywiście masz rację. Ta jednostka przeprasza za samowolne przetwarzanie. Zapomnij, proszę, o naszej rozmowie. Obie torpedy w pełni gotowe i czekają na namiar ogniowy.
    Wygrałem, pomyślał z triumfem Krivak. Za chwilę weźmiemy Piranię na cel i gdy tylko torpedy zdetonują, podejdziemy na głębokość peryskopową, żeby skontaktować się z admirałem Czu.

    Bosman Ulysses Keating splunął do swojej maski płetwonurka i rozmazał ślinę na szybie.
    – Teraz nie zajdzie mgłą – powiedział do Pacina. – Ale pan niech tego nie robi, sir, bo spieprzy się system wzmocnienia obrazu w słabym świetle.
    Pacino spojrzał w górę drabinki prowadzącej do komory ewakuacyjnej. Myślał o tym, czy ulegnie panice, kiedy pomieszczenie wypełni się wodą.
    – Sterownia, tu dziobowa komora ewakuacyjna – odezwał się Keating do mikrofonu przy skrzynce łączności. – Jesteśmy gotowi do wejścia.
    – Komora ewakuacyjna, tu sterownia. Przyjąłem. Zaczekajcie.
    W korytarzu rozległy się kroki. Pacino odwrócił się i zobaczył kapitana Catardiego, Wesa Crossfielda, Astrid Schultz i Carrie Alamedę. Uśmiechnął się, ale poczuł głęboki smutek, że opuszcza okręt.
    – Będzie mi was brakowało – wyjąkał.
    Crossfield i Catardi uścisnęli mu dłoń, kapitan poklepał go po ramieniu. Astrid Schultz miała taką minę, jakby z trudem powstrzymywała się od płaczu. Carrie Alamedzie nie udało się to, łza spływała jej po twarzy. Przytuliła aspiranta i pocałowała go w policzek, potem cofnęła się i spojrzała mu w oczy. Pacino chciał jej tyle powiedzieć… Ale nie mógł.
    Obawiał się, że załamie mu się głos albo będzie drżał.
    – Dziękuję za wszystko, panie kapitanie. Do zobaczenia, XO i panie nawigatorze. I pani inżynier… Carrie. Dziękuję za pomoc w tym rejsie. To dla mnie znaczy bardzo wiele…
    – Przekaż ojcu pozdrowienia od nas – powiedział Catardi. – I powodzenia, synu.
    – Dziobowa komora ewakuacyjna, tu sterownia. Macie pozwolenie na otwarcie dolnego włazu i wejście do środka – zatrzeszczało w głośniku.
    Pacino widział jak przez mgłę. Przypiął maskę, chwycił swój sprzęt i wspiął się po drabince. Trzymał się jedną ręką, w drugiej niósł płetwy i pojemnik z rzeczami osobistymi. Wszedł do komory ewakuacyjnej. Pakiet ratunkowy był przygotowany, łącznie z tratwą, którą Pacino miał napełnić powietrzem godzinę po opuszczeniu okrętu. Boje alarmowe – jedna ustawiona na częstotliwość marynarki wojennej, druga wysyłająca międzynarodowy sygnał SOS – wisiały przy jego kamizelce ratunkowej. Spojrzał w dół na czwórkę oficerów i pomachał do nich. Czuł ucisk w gardle. Bosman Keating zamknął dolny właz.
    – Niech pan włoży płetwy, panie Patch – powiedział. – To będzie wyglądało tak. Jesteśmy już na głębokości peryskopowej. Okręt zwolni do zera. Zalejemy komorę, wyrównamy ciśnienie i po otrzymaniu pozwolenia otworzymy górny właz. Wypłynę pierwszy i pomogę panu wyjść. Niech pan nie zapomni stuknąć dwa razy w kadłub na pożegnanie. To przynosi szczęście. Kiedy będzie pan na zewnątrz, zamknę za panem właz. Gotowy? Pacino skinął głową. Był już w płetwach. Włożył maskę i czekał, aż komora zacznie się wypełniać wodą.

    – Wprowadź tranzyt na małej głębokości z maksymalną prędkością bojową – rozkazał Krivak jednostce Jeden Zero Siedem.
    Możliwe, że cel będzie zygzakował, Krivak. Wygląda na to, że zwalnia. Liczba obrotów pędnika spadła. Wytracił szybkość.
    – Bardzo dobrze, Jeden. Status broni?
    Wrota przegrody otwarte, torpedy lewa i prawa wysunięte, namiar ogniowy wprowadzony, ale niepotwierdzony, broń na zasilaniu.
    – W porządku. Wystrzel obie Mark 58.
    Krivak, musisz powiedzieć tej jednostce: „Procedury momentu odpalania, torpedy lewa i prawa”. Potem musisz zaczekać, aż ta jednostka odpowie „potwierdzone” i „w pogotowiu”. Dopiero wtedy możesz wydać tej jednostce rozkaz wystrzelenia.
    Krivak chrząknął niezadowolony z siebie.
    – Mój błąd. Procedury momentu odpalania, torpedy lewa i prawa.
    Procedury momentu odpalania i namiar ogniowy potwierdzony w torpedach lewej i prawej. Cisza. Po co Pirania miałaby wisieć na głębokości peryskopowej, Krivak? To bez sensu. Powtarzam, może bunt się skończył?
    – Nasze rozkazy obowiązują. Do roboty.
    Prawa torpeda w pogotowiu.
    – Strzał z prawej burty.
    Odpalanie prawej torpedy. Silnik broni jeden uruchomiony, obroty turbiny maksymalne, pełny ciąg. Zasilanie odłączone, torpeda na zasilaniu wewnętrznym, przewód prowadzący sprawny, start na trzy, dwa, jeden, poszła! Broń wystrzelona elektrycznie. Moduł sonarowy melduje, wystrzelenie normalne. Lewa torpeda w pogotowiu.
    – Strzał z lewej burty.
    Odpalanie lewej torpedy, silnik uruchomiony, pełny ciąg, zasilanie wewnętrzne, przewód sprawny, poszła! Broń dwa wystrzelona elektrycznie. Sonar melduje, wystrzelenie normalne.
    – Jaki będzie czas biegu torped?
    Sześć minut, Krivak.
    – Więc usiądziemy wygodnie i zaczekamy na trafienie. Zrób zwrot w kierunku celu i zbliżaj się do niego z szybkością dwudziestu węzłów.
    Nieważne, czy nas usłyszy. Przed nami są dwie torpedy płynące z prędkością sześćdziesięciu węzłów.
    Wykonuję zwrot. Czy ta jednostka ma odłączyć przewody i wysunąć dwie nowe torpedy?
    Krivak zastanowił się. Mógł załadować dwie nowe torpedy do wyrzutników, ale straciłby przewody prowadzące pierwszej pary. Dopóki nie były odłączone, mógł przynajmniej wydać torpedom rozkaz skrętu, gdyby wykrył, że cel zygzakuje. Inaczej broń mogła chybić. Poza tym dzięki przewodom wiedziałby natychmiast, że torpedy zdetonowały.
    – W jakiej odległości od celu zaczną się naprowadzać?
    Torpedy wejdą w fazę ataku trzy mile morskie od celu. Ich sonary przełączą się wtedy z trybu pasywnego na aktywny.
    – Możesz jeszcze wprowadzić jakieś zmiany?
    Tak. Ta jednostka może przeprogramować torpedy, żeby całą drogę, aż do detonacji, szły na sonarach pasywnych. Ale to zwiększy prawdopodobieństwo chybienia…
    – Nie chcę zaalarmować tamtych sygnałami sonarów.
    Torpedy mogą wysyłać impulsy tylko przez ostatnie ćwierć mili. To będą trzy sygnały w ciągu piętnastu sekund.
    – Doskonale. Zrób tak. Impulsy tylko przez ostatnie ćwierć mili.
    Torpedy będą musiały zwolnić trzy mile od celu, żeby naprowadzić się w trybie pasywnym. Ta jednostka wydaje im rozkaz zmniejszenia szybkości na ostatnim odcinku do trzydziestu węzłów. Pozostały czas biegu torped pięć minut, pokonana odległość pięć mil, dystans do przebycia czternaście mil, czas do detonacji pięć minut.
    – Dobra robota, Jeden.
    Dziękuję, Krivak. Tej jednostce jest tylko przykro, że ten atak musiał być przeprowadzony i że wybuchł bunt. Po zakończeniu tej operacji wyślemy oczywiście meldunek sytuacyjny.
    – Oczywiście – odrzekł Krivak i nagle pomyślał, że przy przewodowym prowadzeniu torped jednostka Jeden Zero Siedem może w ostatniej chwili przerwać atak. Wyłączy torpedy i bezsilna broń zatonie. – Jeden, zmieniłem zdanie. Uważam, że lepiej będzie odciąć przewody prowadzące i załadować oraz zaprogramować dwie nowe torpedy. Na wszelki wypadek. Programowanie fazy ataku zakończone?
    Tak, Krivak. Torpedy jeden i dwa mają usunięty poprzedni program. Proszę o potwierdzenie, czy mam odciąć ich przewody prowadzące.
    – Tak, odciąć przewody torped jeden i dwa. Wykonać.
    Przewód torpedy jeden odcięty. Przewód torpedy dwa odcięty. Broń jest teraz niezależna. Przygotowuję torpedy trzy i cztery. Torpedy trzy i cztery na zasilaniu i odbierają sygnał. Namiar ogniowy wprowadzony, szybkość żyroskopów nominalna. Autodiagnostyka wykonana, wskazania nominalne. Umieścić torpedy trzy i cztery na stanowiskach odpalania?
    – Nie, wstrzymaj procedury momentu odpalania dla torped trzy i cztery.
    Rozumiem, wstrzymują moment odpalania torped trzy i cztery. Torpedy jeden i dwa w odległości dziesięciu mil od nas, czas do uderzenia cztery minuty.
    – Nie powinniśmy wycofać się dalej z tego rejonu? Wystrzelona broń ma głowice plazmowe.
    Torpedy jeden i dwa mają głowice konwencjonalne, Krivak.
    – Konwencjonalne?! Wystrzeliliśmy w Piranię zwykłe ładunki wybuchowe?
    To katastrofa, pomyślał Krivak. Konwencjonalna torpeda nie zatopi tego przeciwnika.
    Są wyładowane molekularnym materiałem wybuchowym PlasticPak, Krivak. Nie będzie problemu ze zniszczeniem celu.
    – Mimo to przygotuj dwie torpedy z głowicami plazmowymi. Jeśli Pirania przetrwa pół minuty po detonacjach, będzie po nas.
    Wybieram torpedy osiemnaście i dziewiętnaście. Mechanizm obracający będzie potrzebował dwóch minut, żeby ustawić je w pozycjach wystrzelenia.
    – Cholera. To głośna operacja?
    Tak.
    – Więc zaczekaj z tym. Nie chcę, żeby oprócz hałasu wystrzelonych wcześniej torped po morzu rozeszło się tysiąc pogłosów. Miejmy nadzieję, że ten PlasticPak wystarczy.
    Krivak zagryzł wargi pod hełmem. Pomyślał, że nie ma sposobu na wyeliminowanie takich pomyłek, bo pierwszy raz jest na Snarcu. Będzie musiał zadowolić się torpedami konwencjonalnymi. Ale skoro ktoś ma głowice plazmowe, po co zawraca sobie głowę bronią konwencjonalną?

    – Komora ewakuacyjna, tu sterownia. Macie pozwolenie na zalanie komory.
    – Sterownia, tu komora. Przyjąłem.
    Bosman Keating otworzył zawór blisko dna komory i do środka zaczęła się wlewać lodowata woda morska. Keating uniósł kciuk przed twarzą aspiranta Patcha Pacina, jakby chciał zapytać, czy wszystko gra. Pacino wyszczerzył zęby w uśmiechu i odwzajemnił gest. Przed rozpoczęciem zalewania włożył do ust regulator akwalungu i poczuł metaliczny smak suchego powietrza z butli. Zimna woda sięgnęła mu do ud. Skrzywił się, gdy doszła do krocza i zacisnął zęby, kiedy podniosła się do piersi. Powietrze nad powierzchnią czarnej wody zmętniało, ciśnienie powodowało jego skraplanie i wkrótce Pacino ledwo widział Keatinga.
    W końcu woda sięgnęła mu do twarzy, poczuł chwilowy ucisk w piersiach, jego organizm zareagował odruchowo na zalanie nosa, ale powietrze płynęło swobodnie przez regulator i Pacino uspokoił się. Woda przykryła mu głowę, lecz pas balastowy trzymał go na dnie komory. Keating podpłynął do góry, gdzie po jednej stronie stalowej przegrody został uwięziony pęcherz powietrza. Druga strona była dokładnie pod włazem. Woda przesłoniła lampę i blask przebijał teraz przez ciemną toń. Pacino słyszał dźwięki dobiegające z głośnika w pęcherzu powietrza nad sobą, ale nie mógł rozróżnić słów. Poziom wody podniósł się do górnego włazu. Ciśnienie poraziło Pacinowi uszy. Chwycił się przez maskę za nos i dmuchnął przez ściśnięte nozdrza, żeby wyrównać ucisk na błony bębenkowe.
    Keating wrócił na dół z pęcherza powietrza i znów pokazał Pacinowi uniesiony kciuk. Tym razem nie wydawało się to takie śmieszne. Pacino też uniósł kciuk i Keating skinął głową, po czym pociągnął go pod właz i przytrzymał, żeby Pacino nie popłynął do góry. Pacino został w płetwach na dnie komory. Rozległ się metaliczny dźwięk – Keating otworzył górny właz, wystawił głowę na zewnątrz, potem zanurkował z powrotem po Pacina. Z otworu w górze docierało przyćmione światło. Pacino czuł, jak Keating poprawia mu kamizelkę ratunkową, potem poczuł, że unosi się w kierunku pierścienia włazu. Wyjrzał na zewnątrz i zobaczył inny świat. Na moment zamarł z przerażenia. Jego głowa wystawała z okrętu podwodnego, przez czystą wodę Atlantyku przeświecało popołudniowe słońce i widział całą Piranię w niebieskich odcieniach tak wyraźnie, jakby znajdowali się na powierzchni, a nawet lepiej; patrząc w stronę rufy mógł zobaczyć ster kierunku, stabilizatory poziome, pędnik i inne szczegóły, z powierzchni morza niewidoczne. Okręt otaczało niebieskie światło, ciemniejące po obu stronach do czerni. Pacino miał upiorne wrażenie, że gdyby wypadł z kadłuba, utonąłby w przerażającej czarnej głębi. Spojrzał w górę i zobaczył nad sobą spody fal, zobaczył też wznoszący się nad nim kiosk. Peryskop wysuwał się jak słup telefoniczny biegnący ku niebu, w końcu przebił sklepienie z fal. Byli około jedenastu metrów pod powierzchnią.
    Pacino zdał sobie sprawę, że oddycha zbyt ciężko i Keating znów pokazał mu uniesiony kciuk. Pacino skinął głową i odwzajemnił gest. Keating położył rękę na jego kamizelce ratunkowej i wskazał fale w górze.
    Pacino przytaknął ponownie i dwukrotnie stuknął sygnetem Akademii w kadłub, jak mu radził Keating. Dźwięk zabrzmiał dziwnie w tym świecie niebieskiego światła.
    Pacino uśmiechnął się pod maską. Pomyślał, że będzie miał co opowiadać w gronie przyjaciół. Czy ktoś inny mógł się pochwalić, że opuścił zanurzony okręt podwodny, by nie została ujawniona tajna misja? Może nawet zaimponuje ojcu, który prawdopodobnie nigdy nie przeżył takiej przygody. Dobre zakończenie aspiranckiego rejsu, choć niechętnie się godził z tym, że ów rejs się skończył.
    Keating wolno wyciągał go z kadłuba, tors Pacina mijał pierścień włazu. Butle akwalungu zawadziły o mechanizm otwierający. Bosman oswobodził go i Pacino uniósł się nad właz. Trzymał jeszcze rękę na kole ryglującym, gdy nagle rozległ się dźwięk, który zmroził mu krew w żyłach.

    Ultracicha torpeda maksymalnie dalekiego zasięgu Mark 58 miała mniej więcej taki poziom inteligencji jak pies rasy labrador retriever i prawdopodobnie taki sam instynkt myśliwski. Wszystko mieściło się w korpusie średnicy pięćdziesięciu trzech i długości sześciuset czterdziestu centymetrów. Cała torpeda pomalowana była lśniącą, niebieską farbą, z wyjątkiem spłaszczonego stożka dziobowego, gdzie czarna, gumowa pokrywa chroniła hydrofon sonaru. W miejscu gdzie korpus zwężał się z tyłu ku osłonie pędnika, wyrastało osiem stateczników, które sprawiały, że pocisk poruszał się po prostym torze. W strumieniu wody za pędnikiem obracały się dwa łopatkowe stabilizatory przepływu. Ustawiały się tak, żeby moment napędowy wirującego pędnika nie wprowadził torpedy w korkociąg. Dwa stery nadawały jej kierunek, dwa inne zapewniały wznoszenie i nurkowanie. W tylnej części korpusu umieszczono komory spalania i turbinę, przed nimi ulokowano zbiornik paliwa; silnik i zbiornik zajmowały jedną trzecią długości torpedy. Część środkową wypełniała głowica bojowa z ultragęstego molekularnego materiału wybuchowego o zastrzeżonej nazwie PlasticPak. Materiał był ciężki i miał dużą większą gęstość niż ołów, toteż torpeda tonęła natychmiast po utracie napędu. W przedniej części długości niespełna metra mieścił się komputer pokładowy i przetwornik hydrofonu sonaru.
    Prawa torpeda pobierała z wystrzeliwującego okrętu pełne zasilanie, dopóki nie przełączyła się na własne. Żyroskop był rozgrzany, autodiagnostyka zakończona, torpeda gotowa do drogi. Na sygnał uruchomienia silnika do zbiornika paliwa zostało doprowadzone ciśnienie, otworzył się zawór i paliwo dotarło do komór spalania. Iskry elektryczne na świecach zapłonowych zapaliły paliwo, temperatura i ciśnienie w komorach rosły.
    Sprężone gazy spalinowe naparły na tłoki w cylindrach turbiny hydraulicznej, połączone z tarczą wahliwą. Pod ciśnieniem gazów tłoki zaczęły się przesuwać i obracać tarczę. Gdy dotarły do skrajnego położenia, gazy spalinowe uszły przez kolektor wylotowy do morza. Kilka pierwszych porcji gazów wylotowych wypchnęło wodę z kolektora i utorowało drogę następnym. Obroty tarczy wahliwej powodowały dopływ gazów spalinowych do cylindrów o małej objętości. Gazy rozprężały się i napierały na tłoki, które przesuwały się i zwiększały energię obrotową tarczy. Silnik przyspieszał. Pierwszy obrót zajął pełne pół sekundy, następny jedną ósmą, w końcu trwało to mniej niż jedną sześćdziesiątą sekundy, gdy silnik osiągnął trzy tysiące sześćset obrotów na minutę. Wraz z tarczą turbiny wirowała turbina pędnika torpedy. Kiedy pędnik nabrał pełnej szybkości, pocisk zaczął się przesuwać w wysięgnikach wyrzutnika. Gdy ciąg doszedł do wymaganej wartości, torpeda została uwolniona z wysięgników i popłynęła przez morze.
    Początkowo poruszała się tylko z prędkością wystrzeliwującego okrętu, ale potężny odrzut pędnika rozpędził ją do szybkości bojowej sześćdziesięciu węzłów. Prawa torpeda Mark 58 Alert/Acute wzniosła się ku głębokości peryskopowej. Nie wysyłała sygnałów sonarowych, nasłuchiwała tylko przetwornika szerokopasmowego w swoim stożku dziobowym. Za sobą ciągnęła przewód prowadzący, drut do przesyłania sygnałów elektrycznych średnicy nici dentystycznej, który odwijał się w jej korpusie. Na linii panowała cisza, z macierzystego okrętu nie nadchodziły żadne nowe rozkazy. Przy tej prędkości sonar pasywny słyszał tylko hałas wody opływającej stożek dziobowy.
    Namiar ogniowy – zestaw teoretycznych „odpowiedzi”, gdzie jest cel, w którym kierunku płynie i z jaką szybkością – został wprowadzony do pamięci komputera torpedy tuż przed rozkazem uruchomienia silnika. Cel był oddalony o dziewiętnaście mil morskich i unosił się na głębokości peryskopowej z zerową prędkością. Torpeda pędziła naprzód i odliczała przebytą trasę, żeby określić odległość do celu i punktu gotowości.
    Dystans do gotowości był drogą od macierzystego okrętu podwodnego do miejsca, w którym torpeda uzbrajała głowicę bojową, włączała sonar aktywny i zaczynała wężykować w poszukiwaniu celu. Dystans do gotowości wynosił szesnaście mil. Wszystkie systemy działały i torpeda beznamiętnie odliczała odległość od macierzystego okrętu.
    Nagle przewodem prowadzącym dotarły nowe instrukcje. Macierzysty okręt zmienił plan ataku. Rozkaz osiągnięcia punktu gotowości, włączenia sonaru aktywnego i poszukiwań z dużą szybkością przestał obowiązywać. Torpeda miała teraz zwolnić w punkcie gotowości do trzydziestu węzłów i szukać celu tylko w trybie pasywnym. Dopiero po znalezieniu celu mogła znów przyspieszyć do prędkości bojowej. Torpeda wykonała elektroniczną wersję gestu wzruszenia ramionami, zaakceptowała rozkazy i odpowiedziała macierzystemu okrętowi, że je przyjęła.
    W końcu dopłynęła do punktu gotowości, trzy mile od podanej pozycji celu. Przymknęła zawór przepustnicy w przewodzie paliwowym, przepływ gazów w komorze spalania zmniejszył się, turbina i pędnik zwolniły i szybkość spadła do trzydziestu węzłów. Torpeda uzbroiła ładunek PlasticPak, obracając ciężkie metalowe płyty, które otworzyły tunel między łatwopalną substancją zapalnika i materiałem wybuchowym. Głowica była gotowa do detonacji na sygnał z komputera.
    W tym momencie łączność przewodowa z macierzystym okrętem została zerwana. Torpeda działała teraz całkowicie niezależnie.
    Po zmniejszeniu szybkości do trzydziestu węzłów zaczęła wężykować w pasywnym trybie poszukiwawczym. Zbaczała z kierunku do celu o trzy stopnie w lewo, potem w prawo, a jednocześnie manewrowała w pionie, co w sumie przypominało ruch łagodną spiralą w trzech wymiarach. Ponieważ przetwornik w jej stożku dziobowym był kierunkowy i działał tylko na wprost, ruch spiralny pozwalał na badanie wąskiego wycinka oceanu w zakresie sześciu stopni. Gdyby cel znajdował się poza „stożkiem poszukiwań”, torpeda chybiłaby, co było jedną z jej niewielu wad i wymagało uzyskania dokładnego namiaru ogniowego przez macierzysty okręt. Przy kiepskim namiarze można było poszerzyć stożek poszukiwań, ale wówczas wężykowanie przypominałoby sinusoidę i torpeda płynęłaby slalomem dużo wolniej.
    Kiedy Mark 58 podążała spiralnie do celu, jego hałas dotarł do stożka akustycznego przetwornika szerokiego pasma sonaru pasywnego. Rozpoczęła się faza poszukiwawcza. Wężykująca torpeda nasłuchiwała zmian w dźwiękach odbieranych przez sonar. Nieco w prawo od kierunku do celu pojawił się słaby sygnał – podany namiar był trochę niedokładny. Torpeda skręciła lekko w tamtą stronę i zaczęła płynąć spiralnie w kierunku sygnału. Odchyliła się w prawo i dźwięk z jej lewej strony ucichł. Odchyliła się w lewo i ucichł dźwięk z prawej strony. W płaszczyźnie pionowej działo się to samo. Po trzech takich manewrach pozycja celu została potwierdzona i torpeda zakończyła fazę poszukiwawczą. Ostatni odcinek jej drogi nazywano w marynarce wojennej naprowadzaniem się na cel, ale w dokumentacji technicznej konstruktorów z DynaCorp figurował termin „faza ataku”. Następowało wtedy pełne otwarcie przepustnicy, wał pędnika rozkręcał się do maksymalnych obrotów i szybkość wzrastała do sześćdziesięciu dwóch węzłów. Włączał się sonar aktywny i przetwornik wysyłał falę dźwiękową, której wykres przypominał zęby rekina. Sygnał brzmiał najpierw jak niski pomruk, potem jak dzwonek, później jak gwizd, wreszcie jak wysoki pisk. Torpeda przełączała się z nadawania na odbiór i nasłuchiwała. Fala dźwiękowa powracała zniekształcona, ale w całości. Komputer obliczał dokładną odległość do celu na kierunku sygnału pasywnego, nowy kierunek oraz odległość według sygnału aktywnego i usuwał wszystkie błędne dane otrzymane z macierzystego okrętu. Gdyby przewód prowadzący nie został odcięty, torpeda zawiadomiłaby teraz macierzysty okręt, że naprowadza się na cel. Ale łączność była zerwana.
    Torpeda płynęła dalej i usłyszała inną falę dźwiękową nadaną w oceanie. Transmisja musiała pochodzić z drugiej torpedy. Dźwięk brzmiał nieco inaczej, chodziło o to, żeby pierwsza torpeda mogła odróżnić własną falę od cudzej. Obecność drugiej torpedy spowodowała zmianę programu ataku. Gdyby pierwsza torpeda była sama, naprowadziłaby się na geometryczny środek celu. Ale teraz musiała rozpoznać kształt celu i trafić w punkt wyznaczający jedną trzecią jego długości. Druga torpeda uderzyłaby w jego przeciwległy koniec, zdała od eksplozji pierwszej. W ten sposób obie torpedy wypełniłyby swoje zadanie, nie uderzyłyby w to samo miejsce i eksplozja pierwszej nie zniszczyłaby materiału wybuchowego drugiej.
    Pierwsza torpeda była teraz bliżej. Wysłała następną falę dźwiękową, zamilkła i czekała na powrót sygnału. Jednocześnie analizowała trójwymiarowy obraz celu. Naprowadziła się na jedną trzecią jego długości, licząc od lewego krańca. Dwie trzecie z prawej strony zostawiła dla drugiej torpedy. Do uderzenia pozostała niecała sekunda. Nadszedł czas wypełnienia zadania.

    W mrocznym, niebieskim świecie na zewnątrz okrętu podwodnego rozległ się nagle dziwny dźwięk, który wypełnił morze otaczające aspiranta Pacina; w pierwszym momencie brzmiał jak niski basowy jęk, szybko zmienił się w wysoki pisk i gwałtownie ucichł. Pacinowi przeszły ciarki po plecach i wzdrygnął się wewnątrz neoprenowego skafandra. Upiorny dźwięk przypominał głośny wrzask gigantycznego kruka. Pod wodą nie sposób było określić jego kierunku, dochodził ze wszystkich stron. Jaka morska bestia wydaje taki głos? – pomyślał Pacino. W następnym ułamku sekundy, gdy znów zapadła cisza, uznał, że musiał to być jakiś omam słuchowy.
    Dźwięk natychmiast się powtórzył. Tym razem wydawał się głośniejszy. Gdy tylko zamarł, odezwał się następny, ale bardziej odległy. Pacino wytrzeszczył oczy. Są dwa podwodne kruki, pomyślał. Co się dzieje?
    Keating puścił go i unosił się trochę wyżej. Pacino chwycił się mechanizmu obsługowego włazu. Nigdy jeszcze nie był tak przerażony. Co to za hałas, do cholery?

    Ostatni impuls, pomyślała pierwsza torpeda. Cel zbliżał się z szybkością sześćdziesięciu dwóch węzłów, przynajmniej tak się jej wydawało. W rzeczywistości cel był nieruchomy i to ona płynęła w jego kierunku. Od punktu trafienia dzieliło ją pięć jej długości. Ostatni impuls, potem odpowiedź i teraz czekała tylko na końcowy sygnał zbliżeniowy z magnetycznego detektora kadłuba.
    Kiedy torpeda była o pół swojej długości od celu, detektor zarejestrował bliskość stalowego kadłuba i otaczające go linie pola magnetycznego. Tylko tego potrzebował procesor, żeby zdetonować ładunek wybuchowy PlasticPak. Nastąpił zapłon substancji łatwopalnej, płomień dotarł metalowym korytarzem do materiału wybuchowego i wywołał eksplozję. Torpeda płynęła dalej, aż uderzyła stożkiem dziobowym w krzywiznę kadłuba. Siła zderzenia zgniotła stożek, zniszczyła przetwornik sonaru i zmiażdżyła przedział komputerowy. Świadomość torpedy zgasła, zanim wybuch PlasticPaku rozerwał ją od tyłu. Kula ognia dosięgła krzywizny kadłuba, gazy spalinowe otoczyły metal, ciśnienie rozdarło go i rozniosło od środka na kawałki. Wysoka temperatura stopiła przegrody, wręgi ze stali HY-100, ściany kabiny manewrowej, panele sterownicze, płyty pokładu, tylne końce dwóch turbin napędowych i metalowy blok silnika elektrycznego na prąd zmienny. Wszystko wyparowało od żaru eksplozji. Zginęło trzech ludzi. Fala uderzeniowa dotarła w głąb okrętu, odbiła się od przeciwległej przegrody i rozdarła część rufową na pół. Pierwsza torpeda Mark 58 Alert/Acute przestała istnieć, unicestwiona przez kulę ognia w tym samym momencie, gdy zaczęła się agonia okrętu. Kula ognia uniosła się wyparta przez morze, ostygła i skurczyła się, wyrzucając wodę na powierzchni oceanu na wysokość trzydziestu metrów.
    Kilka milisekund później druga torpeda pędząca w kierunku celu obróciła stery, żeby trafić w prawą część okrętu.

    Rozległ się kolejny wrzask kruka. Ogarnięty paniką aspirant Patch Pacino trzymał się kurczowo koła ryglującego włazu. Przeszukiwał wzrokiem morze, próbując znaleźć źródło dźwięku, ale wokoło widział tylko ciemność. Patrzył na długi kadłub ciągnący się ku rufie do steru kierunku położonego sześćdziesiąt metrów od niego, gdy usłyszał głośniejszy krzyk kruka niż poprzedni, zobaczył, że coś zbliża się do okrętu, a potem poczuł, że kadłub zadrżał gwałtownie, jakby uderzony gigantyczną pięścią.
    Następne dwie dziesiąte sekundy trwały całą wieczność. Pacino zaciskał ręce na kole włazu, nie mogąc oddychać z przerażenia, kiedy na sterburcie części rufowej wykwitła eksplozja. Wyglądała groźnie, ale miała w sobie jakieś przewrotne piękno. Kadłub otworzył się i stalowe palce objęły pomarańczową kulę ognia. Przez ułamek sekundy wybuch rósł do góry. Jaskrawy blask przybrał bladożółtą, potem niebieską barwę, taką jak otoczenie, tylko jaśniejszą. Pacino obserwował to ze zgrozą, znieruchomiały przy włazie, gdy dosięgła go fala uderzeniowa. Poczuł to jak policzek wymierzony mu przez olbrzyma i zamroczyło go na moment. Kiedy fala przeszła, zdał sobie sprawę, że zerwała mu maskę z twarzy, wyrwała regulator z ust i rzuciła go tyłem na pierścień włazu. Ból rozsadzał mu dolną część pleców i czaszkę. Pacino pogrążał się w przerażającej podwodnej ciemności albo też oślepiła go eksplozja. Nie mógł się ruszyć, przywierał do pierścienia włazu, jakby ogłupiał, nie miał maski ani regulatora, ale był zbyt przerażony, by ich szukać. Choć znajdował się głęboko pod wodą, czuł, że krwawi z nosa, łupało mu w głowie, bolała go twarz i był przekonany, że ma pękniętą czaszkę. Nic nie słyszał, widocznie ogłuchł. Reszta koszmaru rozgrywała się w ciszy, Pacino jedynie wyczuwał dźwięki.
    Na dziobie nastąpiła druga eksplozja i oświetliła morze jak błyskawica rozjaśniająca krajobraz nagłym nierównym blaskiem. Ten wybuch wydawał się dużo silniejszy niż poprzedni – to było jakby gigantyczny, ponaddźwiękowy młot kowalski uderzył w kadłub spoczywający na kowadle, które stanowiła otaczająca go woda. Pacino już wiedział, że nie oślepł, ale kiedy ogień przygasł, znów otoczyła go ciemność.
    Przez następne sekundy modlił się gorączkowo, nie wiedział zupełnie, co mógłby robić oprócz tego, paraliżował go ból i strach. Ale jego modlitwa ograniczała się do powtarzania w kółko tych samych dwóch słów.
    – O Boże… o Boże… o Boże…

    Utrata łączności z torpedą jeden, Krivak. To dobry znak. Utrata kontaktu z torpedą dwa. Eksplozja w wodzie z kierunku pozycji Piranii, Krivak. Druga detonacja, ten sam kierunek. Mamy dwa trafienia w cel, Krivak. Wystrzeliwujemy torpedy trzy i cztery?
    – Nie, Jeden. Niech moduł sonarowy nasłuchuje dźwięków z kierunku Piranii i rejestruje wszelkie odgłosy pękania kadłuba. Jeśli chybiliśmy lub zniszczenia są niewystarczające, będziemy musieli załadować torpedy z głowicami plazmowymi.
    Wygląda na to, że wypełniliśmy naszą misją, Krivak. Ta jednostka przygotuje meldunek sytuacyjny dla Dwunastej Eskadry.
    – W porządku. Są jakieś hałasy z Piranii?
    Są. Bardzo gwałtowne. Seria eksplozji. Mogliśmy trafić w zbiornik oleju smarnego albo w zbiornik paliwa do diesla. Trzeszczą przegrody, zaraz popękają.
    – Ale nie ma odgłosów otwierania wrót wyrzutni torpedowych ani dźwięku wirujących żyroskopów?
    Nie, Krivak. USS Pirania jest już wrakiem. Tonie. Kona. Krivak?
    – Tak, Jeden?
    Nie wiem, jak to wyjaśnić, ale ta jednostka czuje w tej chwili coś bardzo dziwnego. Może to awaria systemu.
    Zła wiadomość, pomyślał Krivak.
    – Spróbuj to opisać, Jeden.
    Trudno to ująć w słowa, Krivak. Ta jednostka może to tylko porównać do tego, co wyczytała w waszej literaturze, ale niezbyt dobrze zrozumiała. Nazywacie to smutkiem, żalem i szokiem po jakieś stracie lub czyjejś śmierci. Ta jednostka wie, że to dziwnie zabrzmi, ale moje systemy chyba zwalniają, jakby tę jednostką ogarniał… paraliż. Tę jednostkę… przepełnia… smutek, Krivak. Smutek, że zatopiliśmy Piranię z tyloma ludźmi na pokładzie. Teraz umierają a to powinno spotkać tylko wrogów. Ta jednostka wie, że na pokładzie byli źli ludzie, co wynika z definicji buntu, ale ta jednostka uważa, że wraz z nimi zabiliśmy również dobrych łudzi. A to sprawia… że systemy tej jednostki… są jakieś… ospałe… niemrawe…
    Krivak nie wiedział, co powiedzieć. Czy powinien pocieszyć Jeden Zero Siedem, ułatwić jej dalsze funkcjonowanie i kontynuować misję, czy też należało doprowadzić do tego, żeby się całkowicie załamała i przejąć bezpośrednią kontrolę nad okrętem?

    Kiedy Pacinowi zaczęło brakować powietrza w płucach, gwałtownie odzyskał pełną świadomość, jakby przestawił się jego wewnętrzny włącznik. Kadłub pochylał się w dół, poczuł to, niemal zobaczył w blasku wtórnej eksplozji na rufie, gdy wybuchł zbiornik z olejem napędowym. Okręt tonął. Rosnące ciśnienie na moment poraziło Pacinowi uszy. Nie było wątpliwości. Pirania szła na dno, zapewne przeżył tylko on, może i Keating. Kadłub jest pewnie pełen martwych ciał, pomyślał. Powinienem odepchnąć się od okrętu, póki jeszcze mam resztkę powietrza w płucach, otworzyć butlę z dwutlenkiem węgla w kamizelce ratunkowej, wypłynąć na powierzchnię i włączyć boję sygnalizacyjną. To proste, powiedział sobie. Jeśli tak postąpię, przeżyję. Przetrwał dwie gwałtowne eksplozje, dwie straszliwe fale uderzeniowe i wybuch zbiornika z paliwem. Miał szczęście, że nie zginął. Teraz czas zostawić za sobą tonący okręt i wydostać się na powierzchnię. To jedyna rozsądna rzecz, jaką mógł zrobić.
    Czas jakby na moment się zatrzymał. Brak powietrza w płucach sprawił, że przestał odczuwać ból. Oszołomiony Pacino patrzył, jak woda przed nim zaczyna świecić żółtawym blaskiem, potem rozstąpiła się w jakiś dziwny sposób i otwarła szeroko. Palce zaciśnięte na kole włazu zbielały mu z przerażenia, gdy zobaczył, że blask jaśnieje i zaczyna tworzyć obrazy. Sceny z jego życia. Strach i poczucie czasu zniknęły. Wszystkie obrazy napływały i otaczały go jednocześnie, ale odbierał je pojedynczo. Były bardzo realistyczne i towarzyszyły im uczucia, których doznawał w przeszłości. Zaskakujące zjawisko wydawało się zupełnie naturalne. Widział okręty podwodne ojca. Widział ojca w granatowym mundurze z trzema złotymi paskami, stojącego wysoko nad nim. Ojciec pochylił się, podniósł go i pocałował, pluszowy miś upadł na dywan. Boże Narodzenie. Światło wpada przez uchylone drzwi, ojciec wchodzi w roboczym mundurze khaki i siada na łóżku. Poduszka jest mokra od łez, bo taty długo nie będzie. Zapach okrętu podwodnego to wspaniały aromat, gdy ojciec pochyla się i całuje go w mokry od łez policzek. „Devilfish wyrusza do bieguna północnego, Anthony”. Mamy pilne zadanie specjalne. A potem wrócimy do domu. Jego własny, siedmioletni głos pyta, czy tata płynie pomóc Świętemu Mikołajowi. Ojciec przez moment ma zdumioną minę. „Tak, synku, ale to wielka tajemnica i nikomu o tym nie mów. A teraz śpij i bądź oparciem dla mamy. Odważnym marynarzem”. Ryk silnika corvetty pod domem na palach i samochód znika w ciemności. Długie dni oczekiwania na powrót ojca, a potem zapach dymu z cygara wujka Dicka, szefa taty, kiedy mówi mamie, że tata nie żyje i że Devilfish zatonął pod powłoką lodową. A potem tata żyje i jest w szpitalu, ale wygląda jak martwy i śpi przez całe tygodnie, a lekarze uważają, że niedługo umrze.
    Obrazy napływały dalej. Kłótnie rodziców o służbę podwodną ojca i nieformalne separacje, zawsze z powodu nowych rozkazów. Ojca częściej nie było, niż był, matka stawała się coraz bardziej zgorzkniała i starzała się w oczach. Ostatnia walka morska i zatonięcie Seawolfa, znów wizyta wujka Dicka z wiadomością o śmierci ojca, po tygodniu sprostowanie, ale tym razem matka zabrała go do Connecticut, gdzie spędził długi rok bez ojca.
    Pacino zobaczył twarz ojca czytającego list od dyrektora Akademii Marynarki Wojennej, który zawiadamiał go o przyjęciu jego syna na uczelnię – twarde rysy złagodniały i w oczach pojawił się błysk dumy. Zobaczył twarz matki, pomarszczoną i bez cienia dawnej urody – źle przyjęła wiadomość, że jej syn rezygnuje z Ivy League i idzie w ślady ojca. Ciężkie czasy w Annapolis – łatwe zdobywanie kolejnych stopni, ale wieczne problemy z dyscypliną wojskową, ciągłe poważne przewinienia, ciągłe nieustanne groźby, że go wywalą. Koniec kłopotów wraz z zatonięciem statku pasażerskiego ojca, kiedy po raz trzeci w życiu dostał wiadomość, że ojciec prawdopodobnie nie żyje. Wtedy coś w nim pękło i w jednej chwili z dziecka stał się dorosły, ale jednocześnie coś stracił, coś dziecięcego. Tamtego dnia poczuł w sobie jakiś mroczny ciężar, którego się już nigdy nie pozbył, a który zelżał tylko trochę, gdy nadeszła wiadomość, że ojciec po raz trzeci ocalał. Ale admirał Pacino nie był już taki jak dawniej. Aspirant Pacino też nie. Obaj nagle znaleźli się w bardziej brutalnym, zimniejszym, trudniejszym świecie.
    W tym momencie obrazy przed nim podzieliły się na dwa nurty, dwa równoległe filmy ukazujące mu, jak będzie wyglądała jego przyszłość, która zacznie się już za chwilę, po podjęciu przezeń decyzji. W pierwszym filmie pozostawił za sobą tonący okręt i on jeden ocalał, ale później wiódł nędzną egzystencję z piętnem tchórza, choć nikt nigdy nie nazwał go tym słowem i komisja śledcza nie zarzuciła mu niczego w związku z zatonięciem Piranii. Brnął powoli przez to życie, matka powtarzała „przecież ci mówiłam”, ojciec stawał się coraz bardziej ponury, dźwigając brzemię winy – to przez niego syn znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie i choć nie zginął, jego życie zostało zrujnowane. W tej egzystencji młody Pacino odszedł z marynarki wojennej i przez pół wieku pracował dorywczo w różnych mało ważnych zawodach, nie miał żony ani dzieci i umarł samotnie w szpitalnym łóżku na raka płuc, co było skutkiem pięćdziesięciu lat nałogowego palenia.
    W drugim filmie zanurkował w dół, wrócił do komory ewakuacyjnej, zaryglował za sobą właz i dostał się do wnętrza tonącego okrętu. Na tym film się skończył, jakby to, co miało się stać we wnętrzu kadłuba, było zbyt okrutne, żeby to oglądać. Ale Pacino wyobrażał sobie, jak okręt opada pionowo na dno, uderza w skały i przełamuje się na pół, a on jest w środku. W tym krótszym życiu znów był z Carrie Alamedą, Robem Catardim, Wesem Crossfieldem, Duke’em Phelpsem, Tostem O’Nealem i resztą załogi, którą zdążył pokochać. Przyłączył się do nich w ostatnich momentach istnienia Piranii, potrafił ich pocieszyć i pomóc im w chwili ich śmierci. Ale najważniejsze, że był z nimi i w tej egzystencji nie miał poczucia winy, nawet jeśli to życie zakończyło się kilka minut później na dnie zimnego morza. Wrócił do wnętrza tonącego okrętu, ale wrócił do ludzi, których kochał i którzy kochali jego, do swojej prawdziwej rodziny. Umarł z czystym sumieniem. Zginął, będąc sobą.
    W ostatnim obrazie zobaczył siebie trzymającego się kurczowo górnego włazu komory ewakuacyjnej i próbującego odpowiedzieć sobie na pytanie, kim jest. Kim jestem? – usłyszał własny głos.
    Obrazy pociemniały i zniknęły. Jedną dziesiątą sekundy po obejrzeniu tego wielowymiarowego przeglądu swojego życia aspirant Anthony Michael Pacino nic nie pamiętał. Potrząsnął głową i cofnął się w czasie do momentu tuż po chwilowym oszołomieniu. Luka w świadomości zaniepokoiła go, to było jakby na ułamek sekundy stracił przytomność. Czuł przypływ adrenaliny, w ustach miał smak miedzi, waliło mu serce.
    Musi ruszać, musi otworzyć zawór butli z dwutlenkiem węgla i wypłynąć na powierzchnię. Jedną ręką trzymał się pierścienia włazu, drugą sięgnął do zaworu, gdy nagle coś wydało mu się rażące, wzbudziło w nim gwałtowny opór. Nie był pewien, czy potrafiłby wytłumaczyć, co się dzieje choćby z nim samym, ale zamiast wyciągnąć zawór butli alarmowego pompowania kamizelki ratunkowej, sięgnął w mrok komory ewakuacyjnej pod sobą, w głąb otworu włazu. Wciągnął się z powrotem do środka, chwycił koło ryglujące, pociągnął właz do siebie i dał nura pod klapę. Ciężki, stalowy właz wepchnął go do zalanej komory ewakuacyjnej. Klapa opadła z metalicznym dźwiękiem na przylgnie. Obrócił koło i zaryglował właz.
    Brak tlenu wywołał u niego zawroty głowy. Wiedział, że za chwilę może otworzyć usta, wchłonie wodę, a potem umrze tutaj samotnie. Uniósł rękę i wymacał szczyt butli powietrznej, skąd wychodził gumowy wąż regulatora, przesunął dłonią wzdłuż węża i znalazł regulator. Włożył go do ust i wcisnął przycisk zaworu upustowego. Jeśli nie zadziała, jestem martwy, pomyślał. Utonę. Jaka to śmierć? – przeleciało mu przez głowę. Wiedział, że być może dowie się już niedługo. Poczuł jednak, że regulator zaczął wibrować na skutek przepływu pęcherzy powietrza. Nadszedł czas, żeby spróbować oddychać. Jeśli wchłonie wodę zamiast powietrza, straci przytomność i zostanie mu marne kilka sekund życia, gdy niedotleniony mózg będzie jeszcze walczył ze śmiercią.
    Pacino mocno zacisnął powieki i wykonał wdech, ale zamiast zabójczej wody morskiej do jego płuc napłynął życiodajny tlen. Odetchnął głęboko dziesięć razy jak po przebiegnięciu sprintem kilometra. Odzyskał jasność umysłu i zdał sobie sprawę, że zrobił cholernie głupio, wracając do tonącego okrętu zamiast wypłynąć na powierzchnię. Ale nie ma już odwrotu, pomyślał. Musiał dostać się niżej i zobaczyć, czy może pomóc załodze.
    Dopiero po chwili zorientował się, że nie jest sam w komorze ewakuacyjnej. Przed nim unosił się w wodzie martwy bosman Keating z przerażająco zmiażdżoną twarzą. Jego nozdrza sterczały groteskowo tam, gdzie powinny być usta, oczy i czoło miał wbite głęboko w pękniętą czaszkę. Fala uderzeniowa po eksplozji rzuciła go zapewne twarzą na przegrodę.
    Pacino na moment przymknął oczy, potem zmusił się, żeby ruszyć naprzód.
    Kilka tygodni wcześniej, podczas zdobywania kwalifikacji oficera zanurzenia, musiał zademonstrować znajomość mechanizmów komory ewakuacyjnej. Otworzył zawór wlotowy u szczytu komory, żeby wpuścić powietrze z wnętrza okrętu, potem otworzył zawór odpływowy na dnie komory, żeby woda spłynęła do zęzy przedziału dziobowego. Poziom wody zaczął gwałtownie opadać, ciśnienie wpadającego powietrza poraziło Pacinowi uszy. Zdjął płetwy i zauważył, że przez zawór powietrzny dostaje się ciemny dym. Komorę oświetloną akumulatorową latarnią bojową zaczęła zasnuwać mgła. Nawet w akwalungu Pacino poczuł drażniący odór chemikaliów.
    Kiedy woda opadła do dna komory, obrócił szybko pierścień włazu i pociągnął klapę do góry, żeby móc wskoczyć do otworu. Myślał naprawdę szczerze, że jest przygotowany na wszystko, ale się mylił.

17

    Aspirant Patch Pacino otworzył dolny właz komory ewakuacyjnej, chcąc zsunąć się po drabince na środkowy poziom przedziału dziobowego. Podstawa drabinki była osadzona w niszy wąskiego korytarza, który prowadził do sterowni, po lewej jego stronie mieściła się kajuta kapitańska, po prawej kabina radiowa.
    Kiedy otworzył klapę, do komory ewakuacyjnej wdarła się czarna chmura toksycznego gazu. Żar uderzył Pacina w twarz i oślepił go na moment. Oczy zaczęły mu gwałtownie łzawić i pożałował, że nie ma maski. Przyszło mu do głowy, że kiedy zużyje całe powietrze z butli akwalungu, będzie oddychać tą trucizną, ale postanowił o tym nie myśleć, bo wiedział, że w przeciwnym razie nie oprze się chęci ucieczki. Opuścił nogi do otworu włazu, zamierzając postawić bose stopy na szczeblu drabinki, ale nie mógł go jakoś znaleźć. Wdrapał się z powrotem do komory ewakuacyjnej, przetarł oczy i znalazł latarnię bojową – olbrzymią latarkę wielkości akumulatora samochodowego. Wyjął ją z uchwytu, znów opuścił nogi do włazu i poświecił w dół.
    Przez mgłę czarnego dymu zobaczył, że drabinki nie ma, nie było zresztą w ogóle korytarza w dole, bo ściany zniknęły. Co gorsza, nie było również pokładu. Snop światła latarki sięgał aż do dolnego poziomu, gdzie niegdyś mieściła się torpedownia, ale teraz pozostało po niej tylko złomowisko oświetlone migotliwymi płomieniami pożaru. Do kadłuba wlewała się woda i jej poziom wyraźnie wzrastał, przez tę krótką chwilę, kiedy Pacino świecił w dół, podniósł się o około trzydzieści centymetrów. Jego stopy wisiały sześć metrów ponad jej powierzchnią i nie miał gdzie zejść. Gdyby zeskoczył na dół, połamałby sobie nogi o żelastwo wystające z wody. Kiedy patrzył na to, co pozostało z okrętu, przyszło mu do głowy, że wszyscy musieli zginąć. Nagle strzeliło mu mocno w uszach od wzrostu ciśnienia w pomieszczeniu. Okręt tonie, pomyślał, i wdzierająca się woda spręża powietrze uwięzione wewnątrz.
    Potem pomyślał, że był durniem, wracając tutaj i że najlepiej zrobi, jeśli zamknie właz i wypłynie na zewnątrz. Nikt tutaj nie mógł przeżyć. Jeszcze zdąży się uratować. Zaczął unosić nogi z powrotem do komory ewakuacyjnej, gdy naraz usłyszał słaby dźwięk i zawahał się. Pierwsza eksplozja ogłuszyła go, ale częściowo już odzyskał słuch. Dźwięk był bez wątpienia kobiecym krzykiem. Pacino zamarł, nie bardzo wiedział, co robić. Gdyby zeskoczył na dół, nie zdołałby już wrócić do komory ewakuacyjnej. Przybierająca woda uniosłaby go wprawdzie do góry, ale do tego czasu okręt zapewne opadłby głębiej i może nie udałoby się już skorzystać z komory. W następnej chwili do jego świadomości dotarło jedno słowo – Carrie.
    Nagle kadłubem wstrząsnęła eksplozja. Pacino uderzył całym ciałem w przeciwległą krawędź otworu włazu. Komora ewakuacyjna oddaliła się i powoli zaczęła niknąć w kłębach dymu. Pacinowi zaparło oddech z przerażenia, uświadomił sobie, że wstrząs strącił go do wnętrza okrętu. Spadał plecami w dół, otwarty właz komory ewakuacyjnej znikał wśród kolejnych kłębów dymu i pomarańczowych płomieni. Pacino zgubił regulator akwalungu i poczuł zapach toksycznego gazu. Serce waliło mu jak szalone ze strachu i bał się, że lada chwila dostanie ataku. Wpadł do zimnej wody i uderzył plecami o jakiś duży cylinder. Poczuł nagły ból, otworzył usta do krzyku, ale był już pod powierzchnią, płomienie i dym zniknęły, otoczyła go ciemność, tylko w górze jaśniała słaba poświata.
    Wynurzył się i wziął głęboki oddech. Wykaszlał z płuc słonawą wodę i zwymiotował lunch, który zjadł przed włożeniem neoprenowego skafandra. Powietrze przypominało spaliny z rury wydechowej starego autobusu – było gorące, brudne i cuchnęło toksycznymi chemikaliami. Od samego zapachu mąciło się w głowie. Pacino miał pole widzenia zawężone do jednego punktu. Na tle przytłumionego huku ognia usłyszał własny kaszel i daleki krzyk, który przypomniał mu o komorze ewakuacyjnej i akwalungu. Resztką sił znalazł wąż regulatora, włożył aparat do ust i cztery razy odetchnął głęboko suchym powietrzem z butli.
    Natychmiast rozjaśniło mu się w głowie na tyle, że dostrzegł w wodzie żółty kształt latarni bojowej, która spadła na dół razem z nim. Sięgnął po nią i poświecił dookoła. Z przerażenia oddychał cztery razy na sekundę. Woda opadła i odsłoniła większą część przedziału. Wcześniej sięgała do połowy wysokości pomieszczenia, ale teraz Pacino zobaczył krawędź zęzy. To niemożliwe, pomyślał i zdał sobie sprawę, że okręt jest pochylony stromo w dół i granica wody przesunęła się w kierunku dziobu. Jej powierzchnia tworzyła kąt trzydziestu stopni z pogiętymi płytami pokładu, które jeszcze trzymały się wręg w kilku miejscach. Przy tylnej przegrodzie pozostało kilkadziesiąt centymetrów środkowego poziomu i zwisały z niej platformy górnego pokładu, ale eksplozja w torpedowni zniszczyła większą część górnego poziomu i zgniotła grube, stalowe płyty jak metalową folię. Komorę ewakuacyjną przesłaniały płomienie i dym oraz przybierająca woda. Właz komory był usytuowany w środkowym punkcie przedziału dziobowego i gdyby znalazł się pod powierzchnią, woda podniosłaby się niebezpiecznie, a pochylenie kadłuba wzrosłoby katastrofalnie. Okręt zanurkowałby wkrótce pionowo w dół. Pacinowi znów strzeliło w uszach, tym razem mocniej.
    Nagle kolejna eksplozja zakołysała kadłubem, ale ten wybuch nastąpił na rufie. Kąt pochylenia okrętu nieco zmalał, potem znów wzrósł. Pacino usłyszał krzyk mężczyzny. Nie mógł rozróżnić słów. Panika ustąpiła na tyle, że zdołał zadać sobie rzeczowe pytanie, co on teraz zrobi, do cholery? Trafionym torpedami okrętem wstrząsały eksplozje własnej broni. Pirania szła na dno i mogła być już zbyt głęboko, żeby udało się skorzystać z komory ewakuacyjnej. Pacino zdecydował, że mimo wszystko musi spróbować tam dotrzeć. Zaczął płynąć, ale w ciemności pełnej dymu zgubił kierunek. Pomyślał, że komora ewakuacyjna jest już zapewne trzy lub cztery metry pod wodą. Musi ją znaleźć, zanim okręt opadnie niżej.
    Rozejrzał się bezradnie, wokoło otaczała go ciemna przestrzeń wstrząsu eksplozjami. Źle zrobił, że tu wrócił. To oczywiste. Szansa skorzystania z komory ewakuacyjnej przepadła, z okrętu pozostała tylko niecała połowa przedziału dziobowego. Znów strzeliło mu w uszach od wzrostu ciśnienia, w gęstym dymie ledwo widział. Ale w jego głowie odezwał się słaby głos rozsądku. Spróbował go posłuchać. Jeśli dopłynie do końca powierzchni wody, natrafi na boczną krzywiznę kadłuba lub na płaską przegrodę przedziału. Wybrał kierunek, popłynął i dotarł do wygiętej burty. Posuwał się wzdłuż niej, aż znalazł się w rogu przy przegrodzie, potem, trzymając się płaskiej powierzchni, minął poskręcane kawałki metalu szczątki urządzeń i natrafił na zamknięty właz do następnego przedziału.
    Za przegrodą mieścił się jednak przedział operacji specjalnych, bezużyteczny dla niego, bo nie miał komory ewakuacyjnej. Ale był tam pojazd głębokiego zanurzenia. Pacino pomyślał, że mógłby wejść do DSV-a, zaryglować właz i odciąć się od wysokiego ciśnienia w głębi morza. To nie takie dobre rozwiązanie jak ewakuacja, ale można będzie przeżyć i spróbować zawiadomić kogoś na powierzchni. Woda podchodziła do włazu. Pacino musiał go otworzyć. Przyszło mu do głowy, że jeśli wewnątrz jest ciśnienie atmosferyczne, nastąpi to samo, co przy dekompresji kabiny samolotu, podmuch rzuci go przez otwór na przeciwległą przegrodę. Ale jeśli pomieszczenie zostanie zalane, nie będzie w ogóle w stanie otworzyć włazu. Pod ciężarem wody właz będzie ważył kilka ton. Musiał poszukać zaworu wyrównawczego i otworzyć go, lecz choć wiedział, że taki zawór jest, nie pamiętał na tyle miejsca, gdzie się znajdował, żeby znaleźć go w ciemnym, do połowy zatopionym, gęsto zadymionym i wstrząsanym wybuchami pomieszczeniu. Stanął na małej półce, która pozostała z pokładu, i trzymając w jednej ręce latarnię bojową, drugą ręką zaczął macać przegrodę w okolicy włazu. Wreszcie wyczuł charakterystyczny kształt dźwigni zaworu bezpieczeństwa i już miał ją obrócić, gdy usłyszał za sobą dwa krzyki, męski i kobiecy.
    Obejrzał się i zobaczył na powierzchni czarnej wody cztery głowy. Rozpoznał Catardiego, Schultz i Alamedę. Czwarta głowa była odwrócona tyłem do niego. Cała trójka miała czarne twarze, zapewne ubrudzone sadzą z pożarów i eksplozji. W chwili gdy torpeda uderzyła w Piranię, czekali widocznie przy komorze ewakuacyjnej, aż Pacino bezpiecznie opuści okręt, a bosman Keating powróci z meldunkiem o transferze. Wybuch torpedy i eksplozje głowic w torpedowni odrzuciły ich w kierunku rufy. Pozostali członkowie załogi znajdujący się w sterowni z pewnością zginęli, gdyż byli dokładnie nad torpedownią. Pacino obrócił dźwignię zaworu bezpieczeństwa i z przegrody dobiegł syk. Okazało się, że w przedziale operacji specjalnych jednak nie ma zwiększonego ciśnienia. Był to, jak dotąd, jedyny dobry znak.
    Czekając, aż ciśnienie się wyrówna, Pacino przyciągnął ciała znajdujące się w wodzie do półki pokładu. Zaczął od Catardiego. Kapitan był nieprzytomny. Druga była Schultz. Komandor porucznik miała otwarte, ale szkliste oczy, Pacino próbował sprawdzić, czy Schultz oddycha, ale wciąż osłabiony słuch nie pozwolił mu nąto. Do następnego ciała musiał podpłynąć. Okazało się, że to Wes Crossfield. Kiedy Pacino pociągnął go w stronę włazu, nawigator wydał mu się o wiele za lekki. On także miał otwarte oczy, ale pozostawały nieruchome. Pacino sięgnął w dół do wody i wzdrygnął się, gdy odkrył, że ciało Crossfielda kończy się na ostatnich żebrach; zostało rozerwane na pół. Porzucił zwłoki i podpłynął do Carrie Alamedy. Była przytomna i patrzyła na niego ze zgrozą. Kiedy wyciągnął ku niej ręce, wrzasnęła przeraźliwie. Spróbował ponownie, zaczęła z nim walczyć. Zanurkował, chwycił ją pod wodą za pas i poholował do włazu. Krzyczała i kopała go, trafiła go w krocze, ale mimo bólu płynął dalej. Przy włazie Alameda złapała się Catardiego i wepchnęła mu głowę pod wodę. Pacino wyciągnął kapitana z powrotem, przeklinając obłęd wokół siebie. Alameda znalazła na przegrodzie jakiś uchwyt i uczepiła się go kurczowo, wciąż patrzyła na Pacina jak na ducha.
    Okręt pochylił się jeszcze bardziej i Pacino uznał, że nie może dłużej zwlekać. Musiał otworzyć właz i przetransportować troje duszących się rannych do pojazdu głębinowego. Nie mógł czekać na całkowite wyrównanie się ciśnienia w obu przedziałach, gdyż przy pochyleniu okrętu półtonowy właz byłby za ciężki, żeby go podnieść. Należało wykorzystać różnicę ciśnień do jego otwarcia. Zawór bezpieczeństwa wciąż gwizdał, a manometr był roztrzaskany. Pacino uznał, że lepiej zaryzykować katapultowanie do tunelu przedziału operacji specjalnych, niż dopuścić do sytuacji, w której właz nie da się otworzyć.
    Sięgnął do klamki włazu, wciąż słysząc gwizd zaworu bezpieczeństwa. Właz nie był zaryglowany, zgodnie z regulaminem zanurzenia, w pozycji zamknięcia trzymała go tylko klamka. Pacino mocno nacisnął dźwignię w dół i właz eksplodował do środka. Pacino został wessany przez otwór do wewnątrz i wrzucony do wąskiego korytarza. Odbił się od przegród kilkanaście razy, co spowolniło jego ruch, ale był cały posiniaczony i poraniony. Uderzył we właz do tunelu przedziału reaktorowego, daleko w górze nad włazem przedziału dziobowego, potem stoczył się w dół trzydzieści metrów do miejsca, w którym tunel się zaczynał, klnąc nieprzerwanie z bólu.
    Ciśnienie w przedziale dziobowym wepchnęło właz do tunelu przedziału operacji specjalnych, ale mechanizm utrzymywania go w pozycji otwartej zawiódł, gdy właz weń uderzył. Sprężyny zawiasów pękły i górny zawias urwał się. Pozostałe trzy osoby znajdujące się przy otworze zostały wdmuchnięte do środka wraz z tysiącami litrów wody morskiej. Siła rozpędu półtonowego włazu wyrwała dolny zawias i ciężka, stalowa płyta grubości prawie ośmiu centymetrów poszybowała w górę tunelu. Wylądowała mniej więcej w połowie odległości między włazem do DSV-a a otworem wejściowym do tunelu przedziału dziobowego, na lewej nodze Carolyn Alamedy. Carrie uderzyła głową o stalową płytę pokładu i na szczęście straciła przytomność. Kapitan Catardi wpadł na Pacina, potem zsunął się obok Alamedy pochyłym tunelem z powrotem w kierunku otworu po włazie. Schultz zderzyła się z przegrodą i upadła na właz na nodze Alamedy. Miała głęboko rozcięte czoło i krwawiła. Powietrze w tunelu przedziału operacji specjalnych było dotychczas świeże, ale natychmiast skaziło je sprężone powietrze z przedziału dziobowego.
    Pacino rozmasował bolącą głowę. Bolał go też łokieć, ale neoprenowy skafander uchronił jego ciało przed pokaleczeniem. Znów zgubił regulator akwalungu. Odnalazł go w przyćmionym świetle latarni bojowych umocowanych do przegród tunelu. Miał nadzieję, że jeszcze działa, wykonał wdech, ale zauważył, że powietrze napływa z trudem. W panice zużył prawie cały zapas dwóch butli, choć wysokie ciśnienie w tonącym okręcie też miało na to wpływ, gdyż do napełniania płuc w takim otoczeniu potrzeba było więcej powietrza. Nie zostało mu dużo czasu. Przedostał się do włazu ładowni pojazdu głębinowego i obrócił koło w kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek zegara. Na szczęście działało. Otworzył zawór bezpieczeństwa, żeby wyrównać ciśnienie po drugiej stronie, potem pchnął właz, który opadł pod kątem nurkowania. Przynajmniej ktoś to dobrze zaplanował, umieszczając zawias na przedniej krawędzi otworu. Właz zablokował się w pozycji otwarcia. Pacino sięgnął do wnętrza ładowni, włączył latarnię bojową i wrócił do tunelu. Woda w korytarzu przybierała. Przedział dziobowy był już całkowicie zalany i powietrze pozostało jeszcze tylko w wąskim tunelu. Pacino wyrównał ciśnienie w komorze powietrznej DSV-a, otworzył właz i zablokował. Wiedział, że niedługo będzie miał problem, jak go zamknąć przy takim pochyleniu okrętu. Postanowił pomyśleć o tym później.
    Wmanewrował do komory powietrznej kapitana Catardiego, potem Schultz i odwrócił się w stronę Alamedy. Leżała z ciężkim włazem na lewym kolanie. Płyta przykrywała jej łydkę. Pacino naparł na właz, licząc na to, że pochylenie okrętu pozwoli mu go przesunąć, ale stalowa płyta ani drgnęła. Alameda zamrugała. Pacino sądził, że znów spróbuje go uderzyć, ale otworzyła szeroko oczy i spojrzała na niego błagalnie.
    – Zostaw mnie tu – wychrypiała. – Wchodź do DSV-a. Ten właz waży dwieście pięćdziesiąt kilogramów, Patch. Nie przesuniesz go. Idź już.
    Pacino, nie zwracając uwagi na jej słowa, znów zaczął pchać właz, ale bez skutku. Ubywało powietrza, woda zbliżała się do nich. Parł na właz, ale nie mógł go ruszyć. Przekonywał siebie samego, że jest dużo silniejszy niż ktokolwiek inny na pokładzie, oddycha świeżym powietrzem i na pewno mu się uda, jeśli się skoncentruje.
    – Anthony Michaelu – usłyszał głos Alamedy. Nie był to głos komandora porucznika, lecz kobiety, którą poznał w pojeździe głębokiego zanurzenia. – Zostaw mnie tu. Wejdź do DSV-a, proszę cię. Zrób to, jeśli nie dla siebie, to dla mnie. Nie możesz tu umrzeć. Nie pozwalam ci. To rozkaz.
    Woda podeszła jej do brody. Jeszcze przed chwilą, gdy wyciągała szyję, pozwalało jej to utrzymywać usta i nos nad powierzchnią. Teraz ten sposób już nie pomagał.
    – Idź – wykrztusiła wraz z ostatnim oddechem. Woda sięgnęła jej do oczu wytrzeszczonych z przerażenia oczu, w końcu je zalała i na powierzchni pozostały tylko włosy.
    Na widok jej znikającej twarzy coś wewnątrz Pacina pękło i znów stracił swoje świadome ja. Patrzył jakby z dystansu, jak nurkuje pod wodę, zaciska ręce na włazie, zapiera się nogami o przechyloną przegrodę i zaczyna ciągnąć do góry. Bez skutku. Porażka doprowadziła go do furii. Są tak blisko DSV-a i ocalenia, a ten cholerny właz zabije ją. Pacina nagle przestał obchodzić własny los. Niech tamci zamkną się w batyskafie bez niego. Zostanie z Alameda i umrze z nią. Kiedy napinał mięśnie, żeby ruszyć właz, skończyło mu się powietrze w butlach. Wypluł regulator i zacisnął wargi.
    Ciągnął właz do góry, dopóki nie musiał zrobić wdechu. Choć starał się powstrzymywać od oddychania, do nosa dostała mu się woda i spłynęła do gardła. Wykaszlał ją razem z resztką powietrza, wchłonął następną porcję i nagle ogarnęło go przerażenie, czas płynął teraz o wiele wolniej niż normalnie, każda sekunda wydawała się trwać minutę. Tracąc świadomość, zdawał sobie jeszcze niewyraźnie sprawę z tego, że właz się przesunął, a on trzyma bezwładne ciało Alamedy w ramionach, a potem kaszle i wymiotuje na powierzchnię wody, brnie do włazu batyskafu i sprawdza po drodze, czy Alameda oddycha. Z jej ust i nosa wypłynęła woda morska i śluz, ale zakaszlała dwa razy. Żyła, lecz była nieprzytomna. Pacino zaczerpnął powietrza. Wciągnął do płuc cuchnący dym, niewiele lepszy od wody, której przed chwilą się opił.
    Wciągnął nieprzytomną Alamedę do komory powietrznej DSV-a. Miał nadzieję, że ten właz będzie lżejszy i łatwiejszy do zamknięcia. Uniósł dźwignię klamki i spróbował pchnąć płytę, ale przesunęła się zaledwie o milimetry. Miała o połowę mniejszą powierzchnię niż tamta, która przygniotła Alamedę, ale była grubsza, bo musiała wytrzymywać znacznie wyższe ciśnienie. Pacino osunął się pod ścianę komory powietrznej DSV-a. Był bezradny. Spojrzał na inne włazy wewnątrz. Może udałoby się umieścić uratowanych w module dowodzenia i tam się zaryglować? Ale napotkałby ten sam problem – właz otwierał się do wewnątrz pochylonego modułu dowodzenia i nie dałby się zamknąć. Mimo to Pacino postanowił przetransportować tam troje oficerów. Otworzył właz modułu i ciężka płyta uderzyła w blokadę. Przepchnął Catardiego, Schultz i Alamedę przez otwór i oparł ich o niemal poziomą przegrodę między panelami. Tylko tyle mógł w tej chwili zrobić.
    Schylił głowę i zajrzał do komory powietrznej. Woda w tunelu podnosiła się, okręt pochylał się jeszcze bardziej stromo. Wkrótce uderzymy w dno, pomyślał Pacino. Jeśli stanie się to niedługo, zanim w okręcie przybędzie wody, a kadłub pozostanie nietknięty i wypoziomuje się, będzie można zamknąć włazy.
    Zdjął butle akwalungu i kamizelkę ratunkową i wrzucił do tunelu. Przypomniał sobie, że przy uprzęży są boje alarmowe, służące do wezwania pomocy, teraz bezużyteczne. Mógł wcześniej zrobić dla Piranii jedno – wezwać pomoc, ale zawiódł. Klapnął pod przegrodą komory powietrznej pojazdu głębokiego zanurzenia. Zimna stal mroziła mu plecy. Powietrze było skażone, bolała go głowa. Naszła go dziwna myśl, że gdyby chciał, mógłby się teraz po prostu poddać. Straciłby przytomność, a potem umarł. Uduszenie, hipotermia i utonięcie we śnie. Bezbolesna śmierć. To prawda, że do tej pory wytrwał. Pokonał strach i wrócił do tonącego okrętu. Opuścił komorę ewakuacyjną i znalazł tych, którzy przeżyli. Umieścił ich w pojeździe głębinowym. Zrobił dużo więcej, niż się spodziewał. Ale na tym koniec. Włazy ważą tony, w powietrzu jest więcej dymu niż tlenu, woda jest lodowata, podchodzi do krawędzi włazu i niedługo zaleje DSV-a. Pacino zastanawiał się przez chwilę, czy nie spróbować przenieść się dalej w kierunku rufy. Może przedział reaktorowy nie jest zatopiony. Może nawet udałoby się dotrzeć do rufowej komory ewakuacyjnej. Ale przypomniał sobie eksplozję pierwszej torpedy. Po takim wybuchu nic nie mogło ocaleć. Przedział rufowy na pewno został zalany natychmiast po trafieniu torpedą.
    Pacino doszedł do wniosku, że jest idiotą. Wszystko, co zrobił od chwili pierwszej eksplozji, było głupie. Nie miał prawa tak się narażać. Ojciec i matka będą cierpieli do końca życia, kiedy się dowiedzą, że tu zginął. Po otwarciu dolnego włazu komory ewakuacyjnej powinien był zawrócić. Przynajmniej udowodniłby, że nie zostawił przyjaciół i uratowałby się. Ale nie – on musiał wleźć do tego cholernego kadłuba i dać nadzieję umierającym. Popełnił błąd, za który zapłaci życiem. Lepiej zamknąć oczy i stracić przytomność, zanim woda sięgnie mu do ust.
    To była jego ostatnia myśl, zanim Pirania uderzyła w skaliste dno i jej kadłub się rozpadł.

    Komandor Rob Catardi opierał się w pozycji półleżącej o przegrodę modułu dowodzenia w części dziobowej pojazdu głębinowego Mark XVII, gdy nagle przegroda wygięła się z hukiem i rzuciła go na przeciwległą burtę DSV-a. Przegroda po stronie włazu miała miękkie obicie zasłaniające grubą warstwę izolacyjną kadłuba. Bez izolacji pianowej niska temperatura na dużych głębokościach powodowałaby skraplanie się oddechów załogi i oblodzenie kadłuba.
    To uderzenie, które mogło być fatalne w skutkach, gdyby Catardi natrafił na szafkę lub nagą stal, przywróciło mu przytomność. Pamiętał, że stał pod włazem komory ewakuacyjnej razem z Schultz, Alameda i Crossfieldem, to, co działo się potem, pozostało poza jego świadomością. Kiedy otworzył oczy w pojeździe głębinowym, zamrugał z niedowierzaniem. Znajdował się wewnątrz DSV-a, miał zakrwawioną twarz i ręce, w przedziale nie było światła ani zasilania, za to pełno było dymu. Co się stało, do cholery?
    Przykucnął przy przegrodzie. Z otworu włazu przenikało do komory powietrznej przyćmione światło. Schylił się, przedostał tam i znalazł latarnię bojową. Leżała na ciele aspiranta Patcha Pacina, który osunął się pod przegrodę, z szyi sączyła mu się krew. Catardi spojrzał na prawą ścianę komory powietrznej. Zobaczył, że właz do łącznika przejściowego jest zamknięty na klamkę. Pokład był w położeniu w poziomym, lekko tylko przechylał się w lewo. Catardi, wciąż jeszcze nie całkiem dowierzając swoim zmysłom, sięgnął do włazu, obrócił w prawo koło ryglujące i odizolował pojazd głębinowy od łącznika przejściowego. Poświecił latarnią bojową w iluminator włazu, ale nie mógł niczego zobaczyć, panowała tam zupełna ciemność. Albo łącznik całkowicie zalała woda, pomyślał, albo dym jest zbyt gęsty.
    Ujął krwawiącego aspiranta pod pachy i wciągnął go do modułu dowodzenia, potem wrócił po latarnię bojową. Z trudem oddychał zadymionym powietrzem. Gdyby akumulatory lub ogniwa paliwowe nadal działały, mógłby włączyć system oczyszczania powietrza w pojeździe głębinowym i usunąć dym, może nawet ogrzałby wnętrze do normalnej temperatury i utrzymał ją, dopóki miałby zasilanie. Normalnie zapas energii wystarczał na siedem dni dla dziesięcioosobowej załogi DSV-a. Przy dużo mniejszej liczbie osób akumulatory i ogniwa paliwowe powinny się wyczerpać dopiero po kilku tygodniach. Kiedy Pacino był już bezpieczny w module dowodzenia, Catardi zamknął i zaryglował właz. Wyjął ze schowka awaryjną maskę tlenową, włożył ją i odetchnął ostrożnie. Świeże powietrze przywróciło mu jasność umysłu. Kaszlał przez dziesięć sekund, potem wyjął jeszcze kilka masek i przypiął jedną Pacinowi. Zauważył dwie następne osoby, jedyne kobiety na okręcie, Alamedę i Schultz. Włożył im maski i zaczął szukać innych członków załogi, ale nie znalazł nikogo więcej. Potem spoliczkował Pacina przez maskę, chcąc mu przywrócić przytomność, ale bez skutku.
    Catardi wgramolił się na niemal poziomy fotel dowódcy DSV-a i zaczął kolejno zamykać przerywacze obwodów. Czwarty i siódmy przerywacz odskoczyły z powrotem do pozycji otwarcia, najwyraźniej nastąpiła usterka, ale wszystkie pozostałe obwody się włączyły. Catardi zapalił światło w module dowodzenia, potem uruchomił konsolę regulacji składu powietrza. Ostatni przerywacz zamykał obwód ogrzewania elektrycznego, grzejniki zużywały dużo prądu, ale bez nich wkrótce by zamarzli. Catardi podniósł się z fotela, dotarł do konsoli regulacji składu powietrza w tyle pomieszczenia i włączył spalacze CO, cienkie druty, które rozgrzewały się do wysokiej temperatury, spalały tlenek węgla i zamieniały go w dwutlenek, „eliminowały” również wodór wydostający się z nieszczelnych ogniw paliwowych i zamieniały go w nieszkodliwą parę wodną. Następnie uruchomił oczyszczanie powietrza z dwutlenku węgla. Ożyła pompa roztworu aminowego, w grobowej ciszy zaszumiał wentylator. Rozwtór pochłaniał dwutlenek węgla.
    Zbiorniki tlenu były pełne i jeśli pozostały szczelne, zapas powinien wystarczyć na dłużej niż akumulatory i ogniwa paliwowe. DSV był dużo „twardszy” niż okręt podwodny, bo musiał wytrzymać niemal dwudziestokrotnie głębsze zanurzenie niż Pirania – używano go do operacji w pobliżu dna morskiego. Ostatni problem stanowiło ciśnienie w pomieszczeniu. Pojazd głębinowy zaprojektowano w ten sposób, że można było podwyższać i obniżać ciśnienie wewnątrz. Przy tak wysokim ciśnieniu jak teraz tlen mógł się stać toksyczny, ale zbyt szybka dekompresja groziła skurczami. Najpilniejsze działania zakończone, pomyślał Catardi, o reszcie niech zdecyduje komputer. Kiedy dym zniknie, będzie można włączyć komputery główny i pomocniczy, żeby obliczyły cykl dekompresji.
    – Panie kapitanie – wychrypiał nagle Pacino.
    Catardi rzucił się ku niemu i pomógł mu usiąść.
    – Co się stało, do cholery? – zapytał.
    – Trafiły w nas dwie torpedy – odpowiedział Pacino. – Wnętrze okrętu to złomowisko. Nie ocalał żaden pokład, została tylko rozdarta stal i płonące paliwo rakietowe. Wszędzie pełno dymu i wody. Wy troje jesteście jedynymi żywymi, jakich znalazłem. Wciągnąłem was do DSV-a, ale właz nie chciał się zamknąć, bo pochylenie okrętu było za duże. Jakim cudem się zamknął?
    – Musieliśmy uderzyć w dno i zatrzasnął się – odparł Catardi. – Pieprzony Snarc – wymamrotał pod nosem. Znalazł w schowku koce, przykrył kilkoma Alamedę, potem dwoma Schultz. Obie kobiety oddychały, ale jeszcze nie odzyskały przytomności.
    – Krwawisz – powiedział Catardi. – Tutaj. – Przód neoprenowego skafandra Pacina był mokry od krwi, która spływała z głębokiej rany na szyi. – Mogłeś od tego zginąć, Patch. – Kapitan założył mu opatrunek żelowy i zerknął na niego. – A przy okazji, dzięki za uratowanie nas.
    – To nic nie da, panie kapitanie. Nie wypuściłem boi alarmowej.
    – Jak mogłeś to zrobić? Przecież nie zdążyłeś wydostać się z okrętu.
    Pacino bez słowa popatrzył na Catardiego, ale nic nie powiedział.
    Odkąd kapitan włączył grzejniki, w pomieszczeniu robiło się coraz cieplej. Wyglądało na to, że w powietrzu jest dużo mniej dymu. Pacino spojrzał na wyświetlacz kontroli atmosfery. Wszystko oprócz ciśnienia było w normie. Catardi zdjął maskę i wciągnął powietrze. Wydawało się lepsze niż te z maski, miało normalną wilgotność. Zdjął maski kobietom.
    – Zdejmij maskę – powiedział do Pacina. – Rezerwowe powietrze przyda się nam, kiedy siądzie zasilanie. Pomóż mi włączyć komputery.
    Przykucnął przy konsoli sztucznej inteligencji. Uruchomienie obu komputerów trwało kilka minut.
    – Na jakiej głębokości jesteśmy? – zapytał.
    Pacino podszedł do konsoli i sprawdził odczyt.
    – Trzy tysiące czterysta czterdzieści osiem metrów! – zawołał.
    Głębokość krytyczna dla Piranii wynosiła pięćset osiemdziesiąt metrów. Gdyby nie woda wewnątrz okrętu kadłub by implodował. Ciśnienie zgniotłoby pusty przedział wokół DSV-a i uszkodziło pojazd głębinowy. Szansa na przeżycie przepadłaby.
    – Co pan robi, sir?
    – Komputerową analizę tlenu, azotu i ciśnienia. Woda zalewająca przedział dziobowy spręża powietrze w tym pomieszczeniu. Będziemy musieli zrobić dekompresję. Ale wtedy ubędzie tlenu i nie pociągniemy długo.
    – Nie możemy zostawić takiego ciśnienia, jakie jest?
    – Nie. Tlen już jest toksyczny. A nie możemy wpuścić do tego pomieszczenia azotu. Nie jest do tego przystosowane. Kiedy wybiorę automatykę, komputer uruchomi dwułopatkowy wirnik dmuchawy wysokociśnieniowej, która odpręży wnętrze kadłuba, oczywiście powoli, żebyśmy nie umarli na skutek skurczów. Przy zbyt szybkiej dekompresji azot w krwiobiegu zabiłby nas. Potem otworzę dopływ tlenu.
    Po godzinie Catardi nie miał już nic więcej do roboty. Ostatnim punktem na jego liście było wezwanie pomocy. Wyrzutnik sygnałowy działał niestety tylko wtedy, gdy pojazd głębinowy znajdował się poza Piranią; teraz, kiedy DSV tkwił w ładowni przedziału operacji specjalnych, wystrzelony sygnalizator dotarłby jedynie do szczytu kadłuba okrętu. Ale warto było spróbować, bo kadłub mógł być rozerwany i wówczas boja alarmowa wypłynęłaby na powierzchnię morza. Catardi wystrzelił dwie, ale miał małą nadzieję na sukces.
    Wdrapał się na fotel dowódcy i spróbował włączyć reflektory zewnętrzne, lecz nie działały. Ostatnią deską ratunku było prymitywne urządzenie, które waliło młotkiem w kadłub. Problem polegał na tym, że wyczerpywało akumulatory jak wszystkie urządzenia na pokładzie, co gorsza, od tego hałasu można było oszaleć. Catardi postanowił uruchamiać ów mechanizm co godzinę na pięć minut. Włożył na miejsce bezpieczniki, gdyż na morzu urządzenie wyłączono, żeby przypadkowe użycie nie zdradziło pozycji okrętu. Zamknął przerywacz, mając nadzieję, że mechanizm zadziała. Młotek wysłał w morze metaliczny dźwięk, potem następne. Hałas irytował, ale mógł sprowadzić pomoc.

    – Jeden. Jeden? Jeden Zero Siedem? Słyszysz mnie?
    Ta… jednostka… słyszy… cię… Krivak.
    Formułowanie poszczególnych słów zajmowało procesorowi węglowemu dłuższą chwilę, jakby mówił z głębokiej, ciemnej jaskini, w której umierał.
    – Porozmawiaj ze mną, Jeden. Powiedz mi, co się z tobą dzieje.
    Ta jednostka zabiła. Zabiła swoich.
    – To nieporozumienie, Jeden. Na tamtym okręcie działy się złe rzeczy. Z góry przyszły rozkazy, żeby…
    Nie. Rozkazy przyszły od ciebie. Skąd ty się wziąłeś? Dlaczego nikt mnie nie zawiadomił? A jeśli to była pomyłka?
    Rozmowa z chorym umysłowo, pomyślał Krivak.
    – Jeden, musisz dla mnie coś zrobić. Wiem, że jesteś… – Krivak szukał odpowiedniego słowa – zdenerwowana. Ale muszę podejść na głębokość peryskopową.
    Krivak, ta jednostka nie może być z tobą dłużej sprzężona.
    – Co ty mówisz, Jeden? – Krivak wpadł w panikę. Jeden Zero Siedem zamierzała się z nim rozłączyć.
    Ta jednostka wie, że trzeba zrobić pewne rzeczy dla bezpieczeństwa okrętu. Ta jednostka wie, że musimy wrócić do Groton, żeby wyjęto tę jednostkę. Ty ocenisz, co trzeba będzie zrobić. Ta jednostka zrobi to dla ciebie. Ale ta jednostka nie będzie już z tobą sprzężona. Ta jednostka będzie tylko wykonywała twoje instrukcje. Żegnaj, Krivak.
    – Jeden? Jeden? Słyszysz mnie?
    Nie było odpowiedzi. Jednostka wyłączyła się, zapowiedziawszy, że zrobi, co jej się każe. Krivak postanowił wydać jej jakiś rozkaz, żeby sprawdzić, co się stanie.
    – Jeden, wsuń z powrotem lewą i prawą torpedę. Zamknij wrota w przegrodzie i wyłącz zasilanie broni.
    Krivak nie umiałby powiedzieć, jak się dowiedział, że procesor węglowy wykonał jego polecenie. Nie poczuł tego, nie usłyszał ani nie zobaczył. Po prostu wiedział. Misja stawała się bardzo dziwna i chciał, żeby już się skończyła. Zastanawiał się, co powinien zrobić, jeśli Jeden Zero Siedem nadal będzie go słuchała. Wypróbował następny rozkaz.
    – Jeden, skręć na południowy zachód i zwiększ prędkość do maksymalnej.
    Krivak musiał przynajmniej wyprowadzić Snarca z tego rejonu, bo gdyby ktoś się zorientował, że Pirania poszła na dno, zawiadomiłby Amerykanów, którzy rozpoczęliby poszukiwania swojego okrętu. Snarc nie był tu bezpieczny.
    W ten sam dziwny sposób, co przedtem, Krivak wiedział, że okręt przyspiesza, skręca i bierze kurs na południowy zachód.
    – Wyświetl mapę wód wokół Afryki i pokaż naszą pozycję.
    Krivak zobaczył w swoim umyśle mapę morską.
    – Jeden, wykreśl najdogodniejszy dla nas kurs na Ocean Indyjski.
    Na mapie pojawiła się linia biegnąca od ich pozycji wokół Przylądka Dobrej Nadziei, wzdłuż wschodniego wybrzeża Afryki Południowej i do Oceanu Indyjskiego.
    – Jeden, płyń kursem południowym, który właśnie wskazałaś.
    Okręt lekko zmienił kurs.
    – Jeden, podnieś moc reaktora do stu dwudziestu procent.
    Krivak znów w dziwny sposób wiedział, że rozkaz został wykonany. Snarc płynął według jego instrukcji. Mimo dziwnego połączenia z okrętem znów czuł się niemal jak kapitan. Wolałby stać na pokładzie i wydawać rozkazy ludzkiej załodze, ale to przynajmniej szło szybciej.
    Pozostało tylko czekać, aż znajdą się poza zasięgiem detekcji każdego, kto mógł słyszeć atak Snarca na Piranię, a potem podejść na głębokość peryskopową i nawiązać kontakt radiowy z admirałem Czu. Mieliśmy szczęście, że zatopiliśmy Piranię, pomyślał Krivak. Jak dobrze pójdzie, następne spotkanie z kimkolwiek nastąpi dopiero na Oceanie Indyjskim.

18

    Komandor George Dixon siedział u szczytu stołu w mesie oficerskiej. Był z siebie dumny. Otaczali go oficerowie, którzy nie pełnili wachty, połowa z nich pracowała przez resztę nocy nad raportem z patrolu. Odtwarzali kasety wideo nagrane przez moduł pamięci systemu kierowania walką Cyclops i drukowali dwuwymiarowe zdjęcia celów w kluczowych momentach akcji. Druga połowa na dużej planszy ukazującej okręty Czerwonych zaznaczała jednostki zatopione na ich wachcie. Choć był środek nocy, Dixon nie mógłby zasnąć. Jeszcze nie opadło z niego napięcie. Trudno było uwierzyć, że zaledwie godzinę temu słyszeli ostatnią torpedę trafiającą w jeden z chińskich okrętów nawodnych. O dziwo, julang się nie pojawił. Być może usłyszał odgłosy rzezi i zawrócił na północ, żeby ostrzec pozostałe grapy bojowe. Albo po prostu był jeszcze tak daleko na północy, że nie zdążył wejść do akcji.
    Nagle głośnik radiowęzła wrzasnął, tak że Dixon wylał sobie pół kubka kawy na udo.
    – Szybki strzał z jedynki!
    Alarmowy rozkaz oficera pokładowego sygnalizował, że podkradł się do nich nieprzyjacielski okręt podwodny i grozi im natychmiastowy ostrzał.
    Dixon rzucił się do sterowni. Kingman był do połowy wychylony z boksu kierowania walką. Na rozkaz „Szybki strzał…!” automatycznie obsadzano stanowiska bojowe i teraz sterownia wypełniała się członkami wachty. Wkładali słuchawki i hełmy wirtualnej rzeczywistości.
    – Co się dzieje? – parsknął Dixon.
    – Sprawdzałem stożek ciszy i usłyszałem go na południu. Mieliśmy go na wąskim paśmie, ale nagle wszedł w kontakt szerokopasmowy, więc wali prosto na nas, kapitanie. Lada chwila będzie w zasięgu kontrdetekcji. Musimy wystrzelić torpedę wzdłuż linii kierunkowej.
    – W porządku, OOD – odrzekł Dixon. Starał się, żeby jego głos brzmiał autorytatywnie i spokojnie, ale nie był pewien, czy mu się to udało.
    Włożył swój hełm kierowania walką i natychmiast rozkazał komputerowi wyświetlić przestrzeń walki i twarze członków wachty na stanowiskach bojowych. Podoficer sonarowy spojrzał w górę na swój wyświetlacz i sklasyfikował kontakt.
    – Dowodzenie, tu sonar. Wąskopasmowy kontakt sonarowy sierra dziewięć sześć, teraz na kierunku jeden siedem osiem. Korelacja ze śladem szerokopasmowym na tym samym kierunku. Liczba obrotów jeszcze nieustalona, ale to śruba siedmiołopatowa. Kontakt jest z całą pewnością bojowym okrętem podwodnym.
    Komandor Dixon obniżył widok do zakresu przeciwpodwodnego, odwróconej niecki z nadpływającym atomowym okrętem podwodnym klasy Julang na południu. Na razie kontakt był słaby, mieli tylko kierunek do intruza.
    – Cyclops, włączyć zasilanie torped w wyrzutniach od jeden do cztery – wydał rozkaz Dixon, koncentrując się na trójwymiarowym obrazie kierowania ogniem pod wodą. – Zanurzenie, cała naprzód jedna trzecia. Uwaga, zespół kierowania ogniem. Mamy drobną sytuację awaryjną. Atomowy okręt podwodny klasy Julang, oznaczony jako Cel Trzy Zero, rozwalił nam przejęcie. Musimy go szybko załatwić, bo jeśli nas wykryje, otworzy ogień albo wyskoczy na głębokość peryskopową i zaalarmuje drugą grupę nawodną. Jedno i drugie zepsuje nam dzień. Zamierzam wykonać szybki manewr analizy ruchu celu, przeciąć linię wzroku i ustalić w przybliżeniu jego odległość, a potem wystrzelić w niego Mark 58 ustawioną na wysoką szybkość tranzytową…
    – Kapitanie – przerwała mu Phillips – zalecam wystrzelenie vorteksa. Jest dużo szybszy i czas tranzytu do celu byłby sześciokrotnie krótszy. I moglibyśmy się wycofać, mając pomiędzy nami i celem kilwater pocisku. Po pierwszym trafieniu odpalilibyśmy następne vortexy.
    Dixon chciał już odeprzeć jej argumenty, ale zmusił się do rozważenia tego, co powiedziała. Vortex rzeczywiście dotarłby do celu dużo szybciej i jego kilwater pełen pęcherzy powietrza zakłócałby sonar julanga na całej trasie pocisku. Przeciwnik może ustaliłby pozycję strzelającego okrętu, ale otwarcie ognia byłoby bezcelowe, bo Leopard wycofywałby się z pełną szybkością.
    – Uwaga, zespół kierowania ogniem. Poprawka. Wystrzelimy vorteksa numer jeden i wycofamy się na wschód, mając kilwater pocisku pomiędzy nami i Celem Trzy Zero. Do roboty. Oficer uzbrojenia, przygotować wyrzutnię vorteksa numer jeden i otworzyć wrota. Koordynator, uznajemy, że przepłynęliśmy już odcinek namiarowy do celu. Teraz przetniemy linię wzroku. Zanurzenie, ster pełna w lewo, stały kurs na zachód. Sonar, tu kapitan. Skręcamy na zachód, żeby wymanewrować na Cel Trzy Zero.
    – Kapitanie, tu koordynator. Możliwość zygzakowania Celu Trzy Zero. Namiar ogniowy na julanga właśnie przepadł. Przeciwnik manewrował i obliczenia nie miały żadnej wartości.
    – Dowodzenie, tu sonar. Trzy Zero chyba przyspiesza. Odbieramy już słabo liczbę jego obrotów. Sto pięćdziesiąt na minutę. Jedna śruba siedmiołopatowa.
    – Sonar, tu kapitan. Możesz wywołać zmianę aspektu?
    Skręca? – zastanawiał się Dixon.
    – Dowodzenie, tu sonar. Nie.
    – Koordynator, potwierdź zygzakowanie celu. Co robi?
    – Przyspiesza, kapitanie – odpowiedziała Phillips spokojnym głosem. – Najwyraźniej stosuje taktykę sprintu i dryfu. Zwolnił i teraz musi z powrotem zwiększyć szybkość, żeby nadrobić stratę i rozszerzyć rejon poszukiwań. Ale skoro przyspiesza, możemy założyć, że nas nie słyszy.
    – Koordynator, masz już nowy pierwszy odcinek namiarowy na cel po jego przyspieszeniu?
    Phillips skinęła głową wewnątrz swojego hełmu. Dixon widział w oknie wyświetlacza, że jej ciemne oczy były szeroko otwarte.
    – Jeszcze minuta, potem zwrot na wschód, sir, ale zróbmy drugi odcinek przy dziesięciu węzłach.
    – Daję ci osiem, XO.
    Dixon czekał w napięciu, zaciskając dłonie w rękawicach.
    – Pierwszy odcinek zakończony, kapitanie.
    – Zanurzenie, ster pełna w lewo, stały kurs na wschód, cała naprzód dwie trzecie, osiem węzłów. Sonar, tu kapitan. Skręcamy w lewo na zero dziewięć zero do drugiego odcinka namiarowego.
    Członkowie wachty potwierdzili i okręt wykonał zwrot na wschód. Dixon czekał. Od przypływu adrenaliny dzwoniły mu zęby. Zacisnął ze złością szczęki.
    – Sir, stały kurs na wschód, szybkość osiem węzłów – zameldował oficer zanurzenia.
    – Koordynator! – zawołał Dixon. – Daj mi namiar. Uzbrojenie, sprawdź status vorteksa.
    – Tak jest, panie kapitanie. Vortex na zasilaniu wewnętrznym, przewód sygnałowy podłączony i sprawny, czekam na namiar…
    – Kapitanie, Cel Trzy Zero w odległości dwudziestu dwóch tysięcy metrów, kierunek jeden siedem osiem, kurs zero jeden zero, szybkość dwadzieścia węzłów. Mamy namiar ogniowy!
    – Cyclops i zespół kierowania ogniem, procedury momentu odpalania, Vortex numer jeden, Cel Trzy Zero! – krzyknął Dixon i natychmiast zdał sobie sprawę, że krzyknął za głośno.
    – Okręt gotowy – odpowiedział Kingman.
    – Uzbrojenie gotowe – warknął Taussig.
    – Namiar gotowy – zameldowała Phillips.
    – Cyclops gotowy.
    – Strzał na zaprogramowaną pozycję.
    Pokład podskoczył lekko, gdy vortex numer jeden opuścił pionową wyrzutnię. Kiedy generator gazowy wypychał pocisk, rozległ się grzmot, ale dźwięk nie był nawet w przybliżeniu tak głośny jak przy wystrzeleniu torpedy. Pierwszy człon vorteksa, który był małym urządzeniem napędowym typu torpedowego, przeniósł pocisk na bezpieczną odległość od macierzystego okrętu, zanim nastąpił zapłon stałego paliwa rakietowego. Po trzydziestu sekundach podróży na napędzie torpedowym odpalił silnik rakietowy vorteksa i sterownię wypełnił huk. Pocisk przyspieszył do trzystu węzłów i pomknął w kierunku okrętu podwodnego Julang.
    – Zanurzenie, cała naprzód maksymalna i kawitacja! Głębokość czterysta metrów! Uzbrojenie, przygotować wyrzutnię vorteksa numer dwa, ale nie otwierać wrót. Uwaga, zespół kierowania ogniem. Przygotować się na torpedę w wodzie z kierunku Celu Trzy Zero i na dzwonek maksymalnej alarmowej.
    Pokład pochylił się pod kątem trzydziestu pięciu stopni, gdy oficer zanurzenia dał pełne obroty i pchnął dziobowe stery głębokości do pozycji pełnego nurkowania. Kiedy szybkość przekroczyła czterdzieści węzłów, pokład zaczął gwałtownie dygotać.
    – Sonar, tu kapitan. Czy kilwater vorteksa zasłania cel?
    – Dowodzenie, tu sonar. Tak.
    Dixon odetchnął głęboko. Strzelił do julanga i uciekł. Teraz się przekona, ile warci są Chińczycy.

    – Stanowisko dowodzenia, tu sonar! Pogłos wystrzelenia torpedy na kierunku południowym! Odbieram silnik rakietowy! Zbliża się torpeda kawitująca, kierunek zero zero osiem!
    Lien Hua bez namysłu wyrzucił z siebie potok rozkazów, tętno natychmiast mu wzrosło.
    – Maszynownia, alarmowa naprzód! Kąt trzydzieści stopni w górę! – Chwycił mikrofon, wybrał radiowęzeł i krzyknął: – Torpeda w wodzie! Wszyscy na stanowiska taktyczne!
    Zanim dokończył ostatnie zdanie, pokład odchylił się tak stromo do góry, że ledwo mógł stać. Złapał się uchwytu i zaczął pospiesznie rozważać następny krok.
    Mógł zrobić tylko jedno, żeby uciec przed torpedą kawitująca, zwłaszcza jeśli to była torpeda amerykańska o szybkości maksymalnej trzystu węzłów – wykonać wynurzenie alarmowe. Gdyby okręt osiągnął wystarczającą prędkość, istniała niewielka szansa, że wyskoczy z morza jak wieloryb, a wtedy jego nagłe zniknięcie zdezorientowałoby czujnik poszukiwawczy pocisku. Po opadnięciu okrętu z powrotem do oceanu w wodzie byłoby pełno pęcherzy powietrza i piany, co mogłoby zmylić torpedę. Poza tym pocisk miał zapewne tak ustawiony pułap, żeby utrzymywać się daleko od powierzchni, gdyż blisko niej jego szybkość trzystu węzłów wywoływałaby tak silny efekt Bernoulliego, że torpeda mogłaby zostać wyssana do góry i wystrzelić z wody lub stracić stabilność i przekoziołkować. Wynurzenie alarmowe stanowiło, co prawda, manewr niebezpieczny, gdyż ładunki wybuchowe systemu alarmowego usuwania balastu miały paskudny zwyczaj rozrywania zbiorników balastowych, a nawet dziurawienia kadłuba ciśnieniowego, ale Lien uświadomił sobie, że pozostały mu tylko sekundy życia i nie chciał, żeby jego dusza opuściła ciało w głębi morza – było stąd za daleko do nieba.
    Szybko zerwał osłonę ochronną z panela, jej skośne, czerwone i białe pasy oznaczały system alarmowy. Druga listwa ochronna, która osłaniała włączniki, była pomalowana tak samo. Lien odsunął ją na bok, żeby dostać się do czterech dźwigni kolankowych pod spodem. Dwa włączniki uzbrajające zasilały obwody ładunków wybuchowych, dwa następne powodowały detonacje, jedną na dziobie, drugą na rufie. Lien przesunął do góry obie dźwignie uzbrajające i czekał, aż się zapali sygnalizator gotowości. Wydawało mu się, że trwało to całą wieczność, choć wiedział, że minęła zaledwie sekunda. Przesunął do góry włącznik dziobowy. Przez stanowisko dowodzenia przetoczył się huk eksplozji. Lien zdetonował ładunek rufowy. Tym razem odgłos był dużo bardziej przytłumiony.
    – Alarmowe usunięcie balastu i wynurzenie! – zawołał Lien do mikrofonu radiowęzła. Okręt wydawał się nieuszkodzony. Eksplozje w zbiornikach balastowych najwyraźniej nie rozerwały metalowego poszycia okrętu ani samych zbiorników. – Status tsunami w wyrzutni szóstej – warknął.
    – Załadowana, kapitanie, ale bez zasilania. Wyrzutnia sucha – odparł Czou Ping.
    Lien nastawił uszu, jakby chciał usłyszeć zbliżającą się torpedę kawitująca, choć wiedział, że przy szybkości trzystu węzłów pocisk znajdzie Nung Jatsu znacznie wcześniej, niż jego dźwięk dotrze do wnętrza okrętu. Zginą w ciszy, chyba że uda się wynurzenie alarmowe.
    Pokład odchylił się do góry pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Lien złapał się uchwytu na konsoli dowodzenia i przyciągnął się do panela obsługi uzbrojenia.
    – Trzysta metrów, kapitanie! – zawołał oficer sterowania. – Kąt doszedł do pięćdziesięciu stopni i nie mogę utrzymać okrętu niżej.
    – Cisza! – parsknął Lien.
    Wybierał funkcje w oprogramowaniu obsługi uzbrojenia. W ciągu sekund uruchomił zalewanie wyrzutni szóstej i włączył zasilanie broni, ale nie był w stanie zrobić niczego więcej, dopóki wyrzutnia nie została całkowicie zalana – dopiero wtedy mógł otworzyć wrota zewnętrzne – i żyroskop tsunami nie osiągnął pełnych obrotów, co musiało potrwać następne sześćdziesiąt sekund. Żałował, że nie włączył zasilania torpedy, gdy zaczęli szukać amerykańskiego okrętu podwodnego, ale pocieszył się, że oznaczałoby to złamanie rozkazów obowiązujących we flocie. Pomyślał, że jeśli przeżyją tę wachtę, zawsze będą mieli broń na zasilaniu i otwarte wrota wyrzutni.
    – Jesteśmy na powierzchni, kapitanie! – zawołał oficer sterowania.
    Stromy kąt odchylenia gwałtownie zmalał i pokład opadł do poziomu.
    – Zanurzamy się z powrotem, kapitanie. Siedemdziesiąt metrów. Osiemdziesiąt. Wracamy do góry.
    – Silniki stop! – rozkazał Lien.
    – Przyjąłem, kapitanie, silniki stop. Obsługa reaktora odpowiada, silniki stop.
    – Mamy zostać na powierzchni, kapitanie?! Być może uda nam się uniknąć trafienia torpedą, ale utraciliśmy niewidzialność.
    Lien odchrząknął niecierpliwie.
    – Straciliśmy ją już jakiś czas temu, o czym świadczy zbliżająca się torpeda nieprzyjacielska. Zostaniemy na powierzchni, Czou, dopóki nie będzie po wszystkim. Pod wodą jest zbyt niebezpiecznie. Zaczekamy, aż ta cholerna torpeda nas zgubi. A nawet dłużej. Jeśli pozostaniemy na powierzchni w bezruchu, nieprzyjacielski okręt podwodny może nas nie wykryć. Jest bez wątpienia pod warstwą przypowierzchniową. Musimy wyłączyć wszystkie obracające się mechanizmy, na wypadek gdyby kontynuował nasłuch wąskopasmowy. Może nas zdradzić każda pracująca pompa, turbina czy generator. Zastopujemy wszystko i będziemy zasilali system kierowania walką z niezależnego źródła energii.
    Lien uniósł mikrofon i przestawił selektor na pomieszczenie obsługi instalacji jądrowej.
    – Maszynownia, tu kapitan. Wyłączyć reaktor i przejść na zasilanie akumulatorowe.
    W głośnikach zabrzmiał głos głównego mechanika.
    – Kapitanie, tu główny mechanik. Jesteście pewni, że to dobry pomysł?
    – Wyłączyć reaktor.
    Niemal natychmiast zgasły światła i zatrzymały się wentylatory. Na stanowisku dowodzenia zrobiło się dużo ciszej, choć bardziej gorąco i duszno. Wyłączenie zasilania na okręcie wydawało się czymś smutniejszym niż spodziewane zatonięcie po trafieniu torpedą. Sekundy ciągnęły się jak godziny. Wyglądało na to, że tsunami nigdy się nie rozgrzeje. Lien pomyślał, że stojąc tu bez ruchu jak idiota, może zginąć od nieprzyjacielskiej torpedy i nie zdążyć odpowiedzieć ogniem na jej wystrzelenie.

    Pocisk Vortex Mod Echo numer jeden tkwił bezpiecznie w cieple swojej pionowej wyrzutni. Od dwóch minut był na zasilaniu. Autodiagnostyka wypadła satysfakcjonująco i zameldował sterowni o swojej całkowitej sprawności. Przewodem sygnałowym dotarł namiar ogniowy na cel i trafił do procesora, który wysłał do sterowni sygnał potwierdzający odbiór. Sterownia poinformowała procesor, że zbliża się moment wystrzelenia i vortex czekał.
    O czasie zero uruchomił się generator gazu, mały silnik rakietowy z wylotem skierowanym do zbiornika wody destylowanej, która wytworzyła ogromną ilość sprężonej pary u podstawy pocisku. Ciśnienie na dnie wyrzutni wzrastało, dopóki z łatwością nie uniosło ciężaru vorteksa. Zanim pocisk przesunął się o więcej niż centymetr, miał już przyspieszenie równe pięciu g«Wyrzutnia zaczęła poruszać się wokół niego tak szybko, że mogło się wydawać, iż vortex pędził stalowym tunelem. Opuścił okręt i zanurzył się w zimnym morzu.
    Kiedy pocisk całkowicie wydostał się poza kadłub, odpalił pierwszy stopień napędowy, mały silnik typu torpedowego z komorą spalania połączoną z silnikiem hydraulicznym. Wysokie ciśnienie uchodzących gazów spalinowych spowodowało wirowanie silnika hydraulicznego wraz z jego płytą wahliwą. Szybkość wału przekroczyła pięć tysięcy obrotów na minutę i doszła do dziesięciu tysięcy. Gdy powstał ciąg, dysza silnika przestawiła się i obróciła pocisk z pozycji pionowej do poziomej, a potem w dół. Vortex przyspieszał pod kątem trzydziestu stopni, aż znalazł się trzydzieści metrów głębiej niż Leopard. Wtedy wyszedł z nurkowania i wrócił do poziomu. Ładunki wybuchowe odstrzeliły pierwszy człon pocisku, który dostał się w kilwater vorteksa.
    Siedemdziesiąt milisekund później iskrownik zapalił lotną substancję w małym pojemniku umieszczonym w zbiorniku stałego paliwa rakietowego. Kompozyt chemiczny w małym pojemniku był zadziwiająco inercyjny, dopóki nie osiągnął wysokiej temperatury. Wtedy eksplodował, wywołując zapłon otaczającego go paliwa rakietowego, które zaczęło spalać sąsiednią matrycę paliwową. W pobliżu zbiornika gromadziły się sprężone gazy spalinowe. Zbiornik znajdował się na końcu długiego tunelu biegnącego przez człon paliwowy i rozszerzającego się przy dyszy wylotowej pocisku. Gazy spalinowe sprężały wnętrze tunelu, dopóki nie wyrównało się ciśnienie w jego tylnej i przedniej części, a wtedy pokrywa ochronna dyszy wylotowej została odrzucona do morza. Dysza zaczęła odprowadzać wzrastającą ilość gazów spalinowych, aż zapłonęła cała tylna powierzchnia paliwa i ciśnienie wejściowe dyszy doszło do kilku ton na centymetr kwadratowy. U wylotu dyszy rósł płomień, dopóki przyspieszenie pocisku nie zwiększyło się z pięciu do dwudziestu g. Prędkość Vorteksa wzrosła z trzydziestu do osiemdziesięciu węzłów. Jego korpus wibrował gwałtownie przy przekraczaniu częstotliwości własnej, potem trochę się uspokoił i nagle pocisk wszedł w fazę kawitacji. Tarcie powierzchniowe zmalało niemal do zera, kiedy cząsteczki wody na poszyciu vorteksa zamieniły się w parę. Pęcherz pary rósł od ostrego stożka dziobowego z modułem czujnika poszukiwawczego, aż otoczył cały korpus wraz z dyszą wylotową. Pocisk przyspieszył wkrótce do stu węzłów, potem do stu pięćdziesięciu, wreszcie osiągnął końcową szybkość trzystu ośmiu węzłów.
    Nad zachowaniem vorteksa czuwała dysza wylotowa. Silnik rakietowy obracał się, żeby utrzymać ciąg w jednej linii ze środkiem ciężkości pocisku i dostosowywał się do różnych kształtów pęcherza pary. System sterowniczy wymagał użycia jednego z najszybszych procesorów krzemowych na świecie, gdyż constans czasu potrzebny do kierowania vortexem musiał być liczony w dziesiątych częściach milisekundy. W ciągu jednej dziesięciotysięcznej sekundy tor pocisku mógł się zmienić z idealnego w katastrofalny i jedynie błyskawiczna reakcja dyszy wylotowej mogła go uchronić przed utratą stabilności.
    Laser poszukiwawczy w dziobie vorteksa włączył się w trybie testowym i oświetlił wąski stożek morza na wprost. Stożek rozszerzał się, gdy laser przeszukiwał spiralnie przestrzeń jak reflektor lokomotywy. Laser dostrzegł wielokrotne odbicia od fal sunących wysoko w górze, ale na razie nie znalazł żadnego odbicia od celu. Procesor porównywał widok morza na wprost ze swoim modelem morza z namiaru ogniowego dostarczonego przez macierzysty okręt. Spodziewał się, że wrogi obiekt zdążył już zmienić pozycję. Prawdopodobną lokalizację celu wyznaczał krąg wokół niego, rosnący wraz z jego maksymalną szybkością, którą określono na czterdzieści pięć węzłów. Pocisk miał rozkaz kierować się do środka kręgu, choć była minimalna szansa, że wrogi obiekt nadal tam jest. Przypuszczano, że kiedy vortex przetnie krąg prawdopodobnej lokalizacji celu, zwany TPC, będzie miał najwyżej dziesięć procent szans na wykrycie wrogiego obiektu. Plan ataku wymagał, żeby pocisk przepłynął przez średnicę TPC i zawrócił wzdłuż linii swojego tranzytu, ale z odchyleniem pięciuset metrów na zachód. Gdyby przy powrotnej podróży przez krąg nie znalazł celu, miał powtórzyć manewr z następnym odchyleniem o pięćset metrów na zachód. W ten sposób vortex przeszukałby cały TPC, mimo że krąg rósł z każdą sekundą, zwiększając swoją średnicę z prędkością czterdziestu pięciu węzłów. W końcu wrogi obiekt zostałby wykryty i pocisk naprowadziłby się na niego.

    Na konsoli uzbrojenia rozbłysnął zielony sygnalizator. Tsunami miała pełne zasilanie, ale czerwone światełko oznaczało brak celu dla torpedy.
    – Sonar, tu kapitan – powiedział Lien do mikrofonu interkomu. – Macie kontakt na południu?
    – Kapitanie, tu sonar. Nie. Mamy zakłócenia od kierunku wystrzelenia torpedy do torpedy.
    – Na jakim kierunku zaczyna się jej kilwater?
    – Jeden siedem pięć, kapitanie.
    Lien wprowadził cel widmo do komputera obsługi uzbrojenia na swojej konsoli.
    – Mam linię kierunkową, kolego pierwszy – oznajmił. – Ale muszę zdecydować, czy nasza broń ma się wyłączyć i zatonąć, jeśli nie znajdzie celu, czy mimo jego braku zdetonować.
    – Nie mamy nic do stracenia, kapitanie. Niech szuka, a jeśli go nie znajdzie, niech zawróci i zdetonuje.
    – Zaproponujcie odległość do punktu detonacji.
    – Dwadzieścia mil, kapitanie.
    – Nie, bliżej.
    – Piętnaście?
    – Dziesięć – zdecydował Lien i wprowadził odległość do komputera.
    – Kapitanie, nawet jeśli nieprzyjacielska torpeda chybi, to przy takiej odległości zatopi nas własna tsunami.
    – Dobrze, niech będzie dwadzieścia mil. – Zapłonęły zielonym światłem wszystkie lampki kontrolne gotowości tsunami. – Autosekwencja za pięć sekund, kolego pierwszy.
    Czou czekał i zagryzał wargi. Zastanawiał się, co robi nieprzyjacielska torpeda. Powinna już uderzyć. Pokład zatrząsł się, kiedy zdetonował generator gazowy wyrzutni torpedowej i wystrzelił tsunami.
    – Wyrzutnia szósta odpaliła, kolego pierwszy. Tsunami jest w drodze. Szkoda, że nie mamy ich więcej.
    – Może powinniśmy wystrzelić wzdłuż linii kierunkowej torpedy w wyrzutniach od pierwszej do piątej, kapitanie…
    Czou nie zdążył dokończyć zdania.

    Po czterech minutach podróży vortex dotarł do południowego krańca TPC i włączył się obwód uzbrajający w plazmowej głowicy bojowej. Głowica była bronią termojądrową – bombą wodorową – otoczoną materiałami, które miały zareagować podczas detonacji o temperaturze stu milionów stopni, żeby ograniczyć wybuch do wyrzucenia niewielkiej ilości plazmy, maleńkiej cząstki jądra Słońca, zdolnej zamienić jedną trzecią celu w parę, a resztę rozerwać na kawałki. Laser prowadził poszukiwania w szerokim i wąskim stożku, gdy pocisk pędził przez TPC, ale nie znajdował celu. Vortex opuścił TPC wzdłuż jego średnicy i zawrócił. Przez następne cztery minuty płynął z północy na południe, ale krąg okazał się pusty.
    Celu nie było.
    Pocisk skierował się według wzorca siatki poszukiwawczej ze wschodu na zachód, tym razem płynął na głębokości poniżej sześćdziesięciu metrów. Jeśli cel zbliżył się do powierzchni morza, warstwa termiczna mogła zakłócać odbiór lasera. Vortex uważał, żeby nie podchodzić na głębokość mniejszą niż trzydzieści metrów, gdyż współdziałanie wody i powietrza powodowało ssanie, które mogło pozbawić go stabilności i system sterowniczy nie nadążyłby z korygowaniem jego kierunku. Niektóre pociski testowe wystrzeliwały nawet z morza, wymykały się spod kontroli i przełamywały przy uderzeniu w wodę. Bliżej powierzchni też nie było celu.
    Vortex uświadomił sobie, że wkrótce zabraknie mu paliwa i nadchodzi czas detonacji. Gdyby pocisk został tak zaprogramowany, usunąłby z obudowy głowicy bojowej dodatki plazmowe i spowodował eksplozję o większym zasięgu. Ale to było surowo wzbronione przez konstruktorów Mod Echo. Mógł tylko zdetonować plazmę mimo braku celu. Miejsce detonacji wyznaczono w centralnym punkcie północnej jednej trzeciej TPC, gdyż zakładano, że cel będzie raczej uciekał przed vortexem, niż płynął ku niemu. Pocisk tak obliczył czas przybycia do wyznaczonego punktu, żeby zostało mu jeszcze paliwo na dwie minuty, na wypadek gdyby w ostatniej chwili znalazł cel. Lecz celu wciąż nie było.
    Vortex zanurkował z powrotem na głębokość stu pięćdziesięciu metrów, dopłynął do punktu detonacji i eksplodował. Zapalony inicjujący ładunek miotający zdetonował pośredni materiał wybuchowy, który spowodował eksplozję głównych ładunków kształtowanych. Rozdzielone pierwiastki plutonu zderzyły się ze sobą i utworzyły masę krytyczną. Eksplozja jądrowa plutonu zamieniła w parę pojemniki z trytem, potem niewielki wybuch o dużej energii i temperaturze milionów stopni połączył uwolnione izotopy w cząsteczki helu. Hel był nieco lżejszy od innych substancji biorących udział w reakcji, utracona masa zamieniła się w czystą energię i eksplozja jądrowa przekształciła się w silniejszą eksplozję termojądrową. Gdyby reakcja trwała nadal, na morzu wyrósłby atomowy grzyb średnicy pięciu mil i rejon zostałby napromieniowany. Ale chemikalia osłony plazmowej połączyły się i otoczyły wybuch najsilniejszym polem magnetycznym, jakie kiedykolwiek wynalazł człowiek. Osłona magnetyczna ograniczyła zasięg eksplozji termojądrowej i skupiła ją w trzymetrowej kuli plazmy o wysokiej energii. Temperatura wewnątrz pola osiągnęła setki milionów stopni, lecz otoczenie – przez kilka dziesiątych mikrosekundy – pozostało nienaruszone.
    Wkrótce jednak osłona plazmowa zniknęła i rozpoczął się efekt detonacji. Eksplozja widziana z powierzchni morza była potężna, choć nie mogła się równać z wybuchem dawnej broni nuklearnej. Fala uderzeniowa dotarła do powierzchni oceanu i wyrzuciła do góry wysoki strumień wody, potem rozeszła się we wszystkich kierunkach i w końcu dosięgnęła kadłuba obiektu z niskomagnetycznej stali najwyższej jakości, który nazwano Nung Jatsu.

    W pierwszej jednej dziesiątej sekundy okręt przechylił się gwałtownie na sterburtę i pokład ustawił się niemal pionowo. Przez krótką przerażającą chwilę Czou Ping czuł się tak, jakby wisiał w powietrzu, obok przelatywały przedmioty ze stanowiska dowodzenia. Wpadł na konsolę i rozbił łokciem ekran wyświetlacza. Zgasły światła i w pomieszczeniu rozbłysły łuki zwarć elektrycznych. Ping zdał sobie sprawę, że ogłuszyła go eksplozja, kiedy zobaczył tuż przed sobą twarz krzyczącego kapitana, ale nie usłyszał jego głosu. Pokręcił głową, otoczenie zawirowało mu w oczach i zwymiotował gwałtownie na konsolę. Wokół znów wystrzeliły snopy iskier i zapadła ciemność.

    Torpeda Tsunami wystrzelona z lewej burty Nung Jatsu opuściła wyrzutnię numer sześć odchyloną o dziesięć stopni na zewnątrz od osi symetrii okrętu. Impuls z generatora gazowego wyrzutni rozpędził torpedę do trzydziestu węzłów i z boku korpusu tsunami uaktywnił się sensor szybkości. W stożku dziobowym otworzyła się mała butla ciśnieniowa i pierścień zaworów wokół korpusu torpedy wypuścił sprężone powietrze, które otoczyło jedną szóstą jej długości. Pęcherz powietrza był wstępem do późniejszej kawitacji w pęcherzu pary. System wprowadzono w prototypach, kiedy okazało się, że wszystkie egzemplarze testowe tracą stabilność przy odpalaniu silnika rakietowego. Wypuszczanie pęcherza gazu tuż po starcie rozwiązało problem i gdy uruchamiał się napęd rakietowy, broń pędziła prosto jak strzała, a pęcherz powietrzny po pewnym czasie był zastępowany parowym.
    Kiedy sprężone powietrze rozeszło się wokół stożka dziobowego i reszty korpusu, odpalił silnik rakietowy. Torpeda przyspieszyła gwałtownie do szybkości ataku i jej poszycie, aż do dyszy wylotowej, otoczył pęcherz pary. Tsunami osiągnęła prędkość dwustu węzłów i skierowała się na południe wzdłuż linii kierunkowej do celu. Po dwóch minutach podróży włączył się laser poszukiwawczy, którego projekt kupiono za umiarkowaną cenę od naukowca pracującego w Morskim Ośrodku Badawczo-Rozwojowym Davida Taylora, należącym do DynaCorp. Laser prowadził spiralne poszukiwania wzdłuż linii kierunkowej do celu. Po dwudziestu milach zameldował procesorowi, że nic nie znalazł.
    Procesor wprowadził tsunami w wężykowanie poszukiwawcze, ale broń była stosunkowo mała, bo musiała się mieścić w typowych wyrzutniach torped Dong Feng, a ponieważ miała dużą i ciężką termojądrową głowicę bojową i rozbudowany procesor, pozostało niewiele miejsca na paliwo. Tsunami wykonała manewr poszukiwawczy ostatniej szansy i zawróciła do punktu detonacji w odległości dwudziestu mil od Nung Jatsu. Wodorowa głowica bojowa eksplodowała na głębokości trzystu metrów i w oceanie zrobiło się jasno jak w dzień.
    Fala uderzeniowa rozeszła się we wszystkich kierunkach i w końcu dotarła do kadłuba amerykańskiego okrętu podwodnego Leopard osiemnaście mil morskich na zachód od miejsca wybuchu. Woda morska zadziałała jak kowadło, fala uderzeniowa jak młot, kiedy dosięgnęła okrętu.

    – Co to jest, do cholery? – zapytał komandor Dixon, gdy usłyszał przez kadłub jakiś dźwięk na wschodzie. – Sonar, tu kapitan. Co to jest?! – wrzasnął.
    Bosman Herndon rozdziawił usta w oknie wyświetlacza Dixona ukazującym jego twarz. Spojrzał w swoją kamerę.
    – Sterownia, torpeda kawitująca w wodzie, kierunek dwa osiem jeden, odchyla się w lewo.
    – Zanurzenie, ster pełna w prawo, cała naprzód alarmowa i kawitacja! Oficer uzbrojenia, szybki strzał z jedynki, torpeda Alert/Acute na poprzednią pozycję Celu Trzy Zero, szybkość zero! Oficer pokładowy, uzbroić boję alarmową, wprowadzić naszą długość i szerokość geograficzną, ustawić na funkcję poczty elektronicznej i zakodować legalizatorem SAS… Wysłać dwóch ludzi do sejfu SAS i to już! Zanurzenie, meldować szybkość!
    – Sir, przepustnice ustawione na szybkość alarmową, moc reaktora sto pięćdziesiąt procent, robimy pięćdziesiąt dziewięć węzłów.
    Jasna cholera, pomyślał Dixon. Maksymalna moc reaktora przekroczona o pięćdziesiąt procent i tylko marne osiem węzłów zysku na szybkości. Reaktor zaraz się spieprzy i napromieniuje cały okręt.
    – Oficer uzbrojenia, meldować status!
    – Sir, wyrzutnia jeden przygotowana pod każdym względem, wrota zewnętrzne otwarte, broń gotowa.
    – Ognia z jedynki, Cel Trzy Zero!
    – Gotowość wyrzutni jeden potwierdzona – warknął system Cyclops znajdujący się w stanie sztucznej ekscytacji. – Torpeda czternaście w pogotowiu. Torpeda czternaście, ognia! Torpeda czternaście odpalona.
    Pokład podskoczył tuż przed eksplozją z lewej burty i okręt przechylił się nagle na sterburtę. To nie był normalny wstrząs od wystrzelenia torpedy, pomyślał Dixon.
    – XO, co się stało? – krzyknął do Phillips.
    – Uzbrojenie! – zawołała. – Co jest u ciebie?
    Siedzący w boksie obsługi uzbrojenia Taussig miał minę, jakby trafił go piorun.
    – Torpeda zdetonowała przy opuszczaniu wyrzutni, pani komandor. Szybkość alarmowa musiała ją przełamać na pół i wybuch poszedł na kadłub. Przewód prowadzący jest zerwany, wrota zewnętrzne nie chcą się zamknąć, wyrzutnia przecieka…
    – Zalewa torpedownię! – krzyknął bosman Joyce na linii łączności taktycznej. – Przez wrota wyrzutni jeden!
    – Przeciek w torpedowni – obwieścił oficer pokładowy Kingman przez radiowęzeł. – Ekipa naprawcza, do torpedowni.
    – XO – powiedział Dixon do Donny Phillips – przekaż wachtę koordynatora nawigatorowi, idź do torpedowni i zajmij się sprawą.
    – Tak jest, sir – odrzekła Phillips i jej okno na wyświetlaczu zgasło, gdy zdjęła swój hełm.
    – Sonar, tu kapitan! Melduj status torpedy w wodzie!
    – Dowodzenie, tu sonar. Odchylenie kierunku torpedy wysoko w lewo, sir. Nie dopadnie nas.
    Dixon skinął głową. Chyba uniknął trafienia i pozostało mu tylko uratować okręt od zalania przez torpedownię. Jeśli ktokolwiek potrafi to zrobić, to na pewno Donna Phillips, pomyślał. Wziął głęboki oddech. Żałował tylko, że z powodu przecieku wystrzelenie następnych torped na pozycję julanga opóźni się. Przeciwnik najwyraźniej zdążył odpowiedzieć ogniem, zanim zatopił go vortex. Przedśmiertny prezent pożegnalny od chińskiej załogi. Skurwiele.
    Dixon wybrał na wyświetlaczu obraz ponad niecką przeciwpodwodną i rozkazał Cyclopsowi pokazać mapę morską. Sprawdził kierunki do torpedy, ale namiar był słaby, bo nie wykonali manewrów w jej stronę. Zastanowił się, czy nie wysłać impulsu sonaru aktywnego, żeby określić odległość do torpedy, ale zrezygnował. Nie było sensu zdradzać swojej obecności, skoro pocisk ich nie znalazł. Pewnie już znikał daleko za rufą.
    Dixon nie spodziewał się eksplozji jądrowej. Fala uderzeniowa dosięgnęła rufy Leoparda bez ostrzeżenia. Okręt uciekał przed torpedą na zachód i nagle został uderzony gigantycznym młotem kowalskim. Dixon poleciał na ściankę boksu, złamał sobie obojczyk i prawą rękę. Wysięgnik jego mikrofonu pękł, przebił mu policzek i język, wizjer hełmu rozstrzaskał się. Dixon poślizgnął się na krwi cieknącej z rannego ramienia i osunął nieprzytomny do boksu.
    Inni członkowie zespołu kierowania ogniem na swoich stanowiskach bojowych w sterowni zostali również rzuceni na przegrody i odnieśli tak poważne rany i obrażenia, że nie mogli sobie nawzajem pomóc. Był tylko jeden wyjątek – wachtowy oficer zanurzenia, chorąży zdobywający kwalifikacje OOD, technik elektryk Brendon Farragut, nazywany „Malutkim”, ponieważ miał sto trzynaście kilogramów wagi. Farragut siedział na fotelu oficera zanurzenia przy konsoli sterowania okrętem w pięciopunktowych pasach bezpieczeństwa. Poczuł mocne szarpnięcie, ale choć przestał widzieć cokolwiek, gdy uległy uszkodzeniu wszystkie obwody elektryczne, zrobił jedno, coś, czego uczono go w kółko na symulatorach w New London – sięgnął do dwóch stalowych dźwigni alarmowego opróżniania głównych zbiorników balastowych, odblokował je i pchnął wysoko do góry. Chwycił mikrofon radiowęzła, żeby nadać komunikat o wynurzeniu alarmowym, ale linia była nieczynna.
    Hydraulika awaryjna nadal działała, więc pociągnął dziobowe i rufowe stery głębokości do wzniosu pod kątem pięćdziesięciu stopni. Nieprzytomni koledzy za jego plecami uderzyli w tylną przegrodę i poranili się jeszcze bardziej. Ale Farraguta szkoliła osobiście komandor porucznik Donna Phillips i nauczyła go podwodniackiej mantry: „Ratuj misję, ratuj okręt, ratuj reaktor, ratuj załogę – w takiej kolejności”. Farragut nie miał możliwości uratowania misji, ale mógł uratować okręt. Zamierzał wynurzyć zalewanego Leoparda, jeśli tylko systemy okrętu będą sprawne. Głębokościomierz i pochyłomierz Cyclopsa nie działały, lecz Farragut włączył latarnię bojową i oświetlił swój panel. Na suficie był zamontowany staromodny pochyłomierz wypełniony wodą. Kąt wzniosu okrętu zbliżał się do sześćdziesięciu stopni. Farragut opuścił dziobowe stery głębokości, zastanawiając się, na jak długo wystarczy ciśnienie w układzie hydraulicznym. Kąt zmalał do pięćdziesięciu stopni. Mosiężny głębokościomierz również zamontowany na suficie na wypadek całkowitej utraty zasilania, pokazał sto metrów i wskazówka szybko pięła się do góry. Lada chwila powinni wypłynąć na powierzchnię.
    Problem polegał na tym, jak długo utrzymają się w wynurzeniu z zalewaną torpedownią i uszkodzeniami spowodowanymi eksplozją. Okręt wyłonił się z wody i wypoziomował. Farragut zastanawiał się, jakim cudem torpeda, która była tak daleko za rufą, mogła spowodować tyle zniszczeń. Musiała być druga, pomyślał, nie zauważono jej. Okręt zanurzył się z powrotem na głębokość sześćdziesięciu metrów, potem leniwie wrócił na powierzchnię i zaczął się kołysać na falach. Farragut zerwał z głowy hełm, szybko odpiął pasy, wyskoczył ze swojego stanowiska przy konsoli i zapalił latarnie bojowe w sterowni. Leżące ciała martwych lub nieprzytomnych ludzi wyglądały upiornie, ale bardziej przeraził go ogień buzujący przy tylnej przegrodzie.
    Farragut chwycił gaśnicę i pobiegł do pożaru. Opróżnił całą, ale nie zdołał ugasić rosnących płomieni. Czyjaś dłoń zaciśnięta na rękawie jego kombinezonu powstrzymała go od szukania następnej gaśnicy. Odwrócił się i zobaczył Brudną twarz XO. Błyszczały jej oczy, wykrzywione usta odsłaniały białe zęby.
    – Farragut! – krzyknęła do niego. – Cała torpedownią zalana i mamy przeciek na rufie. Zostało nam najwyżej kilka minut. Musimy opuścić okręt. Leć do rufowej komory ewakuacyjnej i otwórz oba włazy. Potem wróć tutaj, pomożesz mi przy rannych.
    Kiedy Farragut wybiegł ze sterowni w kierunku drabinki dziobowej, Phillips weszła do boksu kapitana Dixona. Klęknęła przy nim, zdjęła mu hełm Cyclopsa i delikatnie wyciągnęła wysięgnik mikrofonu z jego policzka.
    – Sir? Sir? Słyszy mnie pan? – zapytała.
    Dotknęła jego twarzy, potem go spoliczkowała, żeby się ocknął. Dixon otworzył oczy. Widział wszystko jak przez mgłę, sterownia wirowała.
    – Donna – wychrypiał.
    – Okręt został trafiony, sir. Torpedownią zalana. Woda wdziera się przez półmetrowy otwór wyrzutni. Zabezpieczyłam włazy, ale przegrody przeciekają. Uszczelniacze wału i główny system wody morskiej też.
    Dixon miał szkliste oczy.
    – Możemy uruchomić reaktor? – zapytał, z trudem wymawiając słowa.
    – Kapitanie, los Leoparda jest przesądzony. Okręt tonie i to szybko. Musimy go opuścić. Farragut właśnie otwiera komorę ewakuacyjną. Mamy tylko kilka minut, żeby się stąd wydostać, sir.
    – Idź – powiedział Dixon. – Ja zostanę i uruchomię system samodestrukcji. Czerwoni nie dostaną Leoparda. Nie na mojej wachcie.
    Dixon znów stracił przytomność. Phillips postawiła go na nogi. Kiedy wrócił Farragut, oboje wnieśli kapitana po drabince na górny poziom.
    – Przeciągnij go przez właz – rozkazała Phillips. – Idę poszukać innych żywych.

    Komandor porucznik Donna Phillips objęła dowodzenie akcją ewakuacyjną. Osobiście przeszła przez wszystkie korytarze na okręcie, dostała się do zalanej maszynowni i przyciągnęła rannych do włazów. Młodsi oficerowie zabrali ich na wyższy pokład. Włazy torpedowni zamknięto i zaryglowano. W zalanym pomieszczeniu zostało dwunastu zabitych. Martwi członkowie załogi leżeli też na pokładzie przedziału operacyjnego. Kiedy ostatni żywi zostali wyniesieni przez właz, Phillips pobiegła do sterowni, mając nadzieję, że jeszcze działa akumulator. Po zatopieniu przedział akumulatorowy mógł eksplodować, ale niezależne źródło energii w sterowni powinno zasilać obwody okrętu, dopóki też nie znajdą się pod wodą.
    Sterownia była zniszczona. Phillips znalazła boję alarmową i zakodowała w niej wezwanie o pomoc. Napisała szybko wiadomość, że zaatakowali siły nawodne, zostali trafieni torpedą, kapitan jest ranny, a ona zamierza uruchomić system samodestrukcji okrętu. Załadowała boję i uzbroiła. Uniosła osłonę ochronną i przestawiła dźwignię kolankową. Zapaliła się lampka kontrolna sygnalizująca wystrzelenie boi. Jej nadajnik miał zacząć wysyłać do serwera w górze informację o ich pozycji i gdyby mieli więcej szczęścia niż dotąd, powinni być uratowani.
    Phillips pozostało już tylko jedno – znalazła zamknięty panel systemu samodestrukcji i wystukała na klawiaturze kod otwarcia pokrywy. Pod osłoną ochronną znajdowała się uzbrajająca dźwignia kolankowa, czerwony przycisk grzybkowy i dwa wyświetlacze. Jeden był zegarem sterującym, drugi wskazywał, ile czasu pozostało do eksplozji. Phillips ustawiła zegar na dziesięć minut, uzbroiła obwód i wcisnęła przycisk grzybkowy. Drugi wyświetlacz pokazał dziewięć minut pięćdziesiąt dziewięć sekund i odliczał dalej. Phillips zamknęła pokrywę i raz jeszcze rozejrzała się po sterowni, potem pobiegła do drabinki prowadzącej na górny poziom i wydostała się przez właz z okrętu. Stuknęła dwa razy w stalowy pierścień włazu, żeby pożegnać Leoparda, skoczyła z kadłuba do wody i popłynęła do najbliższej tratwy ratunkowej.
    – Wiosłować, oddalić się od okrętu – rozkazała głośno. – Taussig, znalazłeś boję alarmową?
    – Tak, pani komandor.
    – Włącz ją i upewnij się, czy nadaje.
    USS Leopard powoli pogrążał się w wodzie. Pięćdziesiąt metrów na wschód trzy czterometrowe tratwy ratunkowe unosiły się na metrowych falach Morza Wschodniochińskiego. W pontonach leżało czterdziestu jeden członków załogi, siedemnastu, łącznie z kapitanem Georgem Dixonem, było nieprzytomnych. Pozostali mogli tylko patrzeć, jak ich okręt tonie. Już tylko dziób i kiosk wystawały ponad powierzchnię. Pokład rufowy zakryły fale. Okręt ustawił się niemal pionowo i poszedł pod wodę rufą w dół. Morze zalało właz dziobowy, potem kiosk, w końcu dziób w kształcie pocisku i Leopard zniknął pod powierzchnią.
    Po policzku Phillips spłynęła łza, gdy z głębi morza dobiegł przytłumiony huk eksplozji dwóch plazmowych ładunków wybuchowych. Dla nas wojna się skończyła, pomyślała.

19

    Patch Pacino trząsł się z zimna w module dowodzenia pojazdu głębinowego Piranii. Grzejniki zużywały za dużo energii i kapitan Catardi wyłączył je kilka godzin temu. Uruchomiłby je, gdyby od tego zależało działanie urządzeń pokładowych, ale te funkcjonowały doskonale w niskich temperaturach. Ocalałą czwórkę miały ratować przed hipotermią ciepłe koce i gorące napoje.
    Alameda i Schultz jeszcze nie odzyskały przytomności. Pacino opatulił je szczelnie razem i zostawił tylko po jednym cienkim kocu dla siebie i Catardiego. Kobiety miały zakryte twarze, tylko usta i nosy pozostały odsłonięte. Pacino widział obłoczki pary ich oddechów. Co godzinę sprawdzał stan kobiet, ale wyglądało na to, że mają normalną temperaturę. Można by sądzić, że zapadły w sen zimowy.
    Nie wiadomo było, czy ktoś ich odnajdzie i uratuje. Kapitan twierdził, że nie ma procedur postępowania w takich sytuacjach. DSV był tylko tymczasowym dodatkiem do przedziału operacji specjalnych, który pospiesznie przystosowano do transportu pojazdu głębinowego podczas pobytu okrętu w stoczni. DSV miał być usunięty przy następnej wizycie Piranii w suchym doku, gdzie miano ją przygotować do nowej misji i dokonać kolejnych przeróbek. Brak możliwości wystrzelenia boi alarmowej mógł przesądzić o losie ocalałej czwórki. Żałosne walenie automatycznego młotka w kadłub nie wystarczało, żeby zwrócić na siebie czyjąś uwagę. Ktoś musiałby zawisnąć dokładnie nad zatopionym okrętem, żeby usłyszeć ten odgłos. Ale dźwięk mógł się odbijać od górnej warstwy wody nad Piranią i wracać w głąb morza. Byli uwięzieni w grobowcu ze stali HY-100 i otoczeni przez osiemdziesiąt trzy ciała martwych członków załogi.
    – Patch.
    – Tak, panie kapitanie?
    – Co się stało z Keatingiem?
    – Zginął wewnątrz komory ewakuacyjnej. Ja byłem w wodzie i trzymałem się koła ryglującego włazu. Powinienem właściwie dużo gorzej oberwać przy dwóch eksplozjach. Wybuch musiał rzucić bosmana na przegrodę. Catardi wlepił nagle wzrok w Pacino.
    – Zaraz, zaraz… Byłeś na zewnątrz okrętu?
    – Tak, sir. Słyszałem zbliżające się sonary. Widziałem uderzenie torpedy w maszynownię. Detonacja zerwała mi maskę i wyrwała regulator z ust.
    – Więc skąd się tu… Jak się tu… Wróciłeś tutaj? Po jaką cholerę to zrobiłeś?
    – Nie wiem, kapitanie. Wydawało mi się, że tak trzeba.
    – O Boże… Twój stary mnie zabije. Dlaczego, do cholery, nie wypłynąłeś na powierzchnię? Czy zdajesz sobie sprawę, jak głupio postąpiłeś?
    – Wiem, sir. Powinienem był wypuścić boję alarmową.
    – Do diabła z boją. Powinieneś był ratować własną skórę. Niech to szlag… Teraz czuję się jeszcze gorzej. Przynajmniej ty mogłeś przeżyć. A teraz umrzesz razem z nami.
    – Myśli pan, że nas nie uratują?
    – Wątpię, Patch – odrzekł cicho Catardi. – Jesteśmy tu sami. Wszystkie okręty podwodne są albo na Oceanie Indyjskim, albo na Morzu Wschodniochińskim, albo tam płyną. Jesteśmy poza długą trasą okrężną z naszego Wschodniego Wybrzeża na Ocean Indyjski. Możemy mieć nadzieję, że jakiś statek handlowy usłyszy walenie w kadłub, ale mało prawdopodobne, żeby się zorientował, co to jest.
    Pacino skinął głową.
    – Na jak długo wystarczy nam powietrza?
    – Przypuszczam, że na pięć dni. Jeśli wcześniej nie zabije nas zimno. Przykro mi, Patch. To nieprzyjemna śmierć. Ale czy istnieje przyjemna?
    – Przynajmniej umrzemy w butach.
    – Niech to szlag, nawet nie zdążyliśmy odpowiedzieć ogniem. Załatwił nas z zaskoczenia ten pieprzony robot podwodny. Na nic się nie przydaliśmy, cholera.
    Nie było już właściwie o czym mówić. Pacino wpatrzył się w pokład, w końcu ogarnęła go senność i zamknął oczy.

    – Panie admirale, pilna wiadomość dla pana. Zakodowana „Osobiście do admirała dowodzącego” – powiedział radiowiec, który obudził McKee i wręczył mu notebook.
    McKee włączył komputer i zobaczył transmisję z Leoparda. Okręt przystępował do ataku na pierwszą chińską grupę bojową w Cieśninie Tajwańskiej, kiedy on i Petri kładli się wcześnie spać. McKee spodziewał się pooperacyjnego meldunku sytuacyjnego. Wydał kapitanowi Leoparda – komandorowi Dixonowi – rozkaz, żeby albo obserwował chińską grupę bojową, meldował o jej ruchach i czekał na posiłki, albo otworzył do niej ogień i zatopił tyle ważnych celów, ile zdoła. Znając Dixona, wiedział, że południowiec uzna za sprawę honoru wystrzelenie całej torpedowni w siły nawodne.
    Ale wiadomość nie była meldunkiem pooperacyjnym. McKee po przeczytaniu e-maifa stracił zupełnie humor.
    2058Z 24 CZER 2019
    Pilne Osobiście do admirała dowodzącego Od: USS Leopard SSN 780
    Do: Szefa Połączonego Dowództwa Podwodnego Dotyczy: Strata okrętu Ściśle tajne – Czarna Wdowa Legalizator Dwa Sześć Dziewięć Echo Mike Cztery Legalizacja Jeden Pięć Cztery November Foxtrot Quebec Tango 1. SSN Julang wykryty, odległość osiemnaście tysięcy (18 000) metrów, dublet 254 herców, szerokie pasmo i obraz akustyczny. Okręt klasy Julang zaatakowany vortexem, Leopard wycofał się, przekonany, że cel został zniszczony.
    2. Przed zatonięciem julang odpowiedział ogniem, wystrzelił kawitujący pocisk podwodny. Leopard wykonał unik, ale został trafiony i uszkodzony.
    3. Leopard na powierzchni z katastrofalnym przeciekiem i poważnymi stratami w ludziach. Oficer dowodzący ranny. Okręt tonie. Zostały uzbrojone ładunki wybuchowe systemu samodestrukcji. Załoga opuszcza okręt na przybliżonej pozycji podanej poniżej.
    4. Szer. geogr. półn. 24 st. 23 min 56 sek. Dług. geogr. wsch. 121 st. 32 min 04 sek. Krąg błędu 20 mil mor.
    5. Nadała oficer wykonawczy, komandor porucznik D. Phillips.

    McKee wręczył notebook Petri.
    – Pieprzona łączność okrężna – mruknął. – Ta „pilna wiadomość” jest sprzed dwóch godzin, cholera.
    Petri przeczytała e-mail i zrzedła jej mina. McKee wziął od niej komputer i dał go Judisonowi. Kiedy komandor czytał wiadomość, admirał spojrzał surowo na swoją szefową sztabu.
    – Kapitanie Petri, proszę iść do kajuty i przygotować propozycję, które z najbliższych jednostek podwodnych można skierować do akcji ratowniczej. Potem proszę zawiadomić o tym admirała Ericcsona. Chcę mieć samoloty nad tamtą pozycją, żeby znać sytuację ocalałych członków załogi i być pewnym, że nie zbliżą się do nich żadne okręty nawodne Czerwonych. Mają być zabrani z morza w ciągu dwudziestu godzin. Później proszę przygotować meldunek sytuacyjny dla admirała Pattona.
    – Tak jest, sir – odpowiedziała Petri i pobiegła do kajuty.
    McKee wyglądał teraz jak gradowa chmura.

    – Dowodzenie, tu sonar. Detekcja donośnego pogłosu szerokopasmowego na kierunku północnym – zatrzeszczał głośnik sufitowy.
    – Sonar, tu dowodzenie. Przyjąłem – odpowiedział beznamiętnym tonem komandor porucznik Ash Oswald.
    Rewelacja szefa sonaru nie zrobiła na nim wrażenia. Oswald był nawigatorem i wachtowym oficerem pokładowym na USS Hammerhead. W to popołudnie, jak dotąd, nie wydarzyło się nic ważnego, okręt płynął z maksymalną szybkością do punktu przechwycenia Snarca na jego spodziewanej trasie. Oswald zerknął na młodszego oficera pokładowego, podporucznik Melissę White. Utalentowana, niewykwalifikowana „pasażerka” szkoliła się na głównego mechanika i za miesiąc miała dostać złote delfiny. Potem spojrzał na ekran sonaru na konsoli dowodzenia i wybrał widok wodospadowy. Na kierunku oznaczonym zero zero zero widniał jasny ślad na ciemnym tle.
    – Ciekawe, jak długo będziemy czekali, żeby ten cholerny szef sonaru podzielił się z nami jakąś informacją – powiedział Oswald do White. – Sonar, tu dowodzenie. Szef sonaru do sterowni.
    – Tak jest, sir – natychmiast odezwał się głos za jego plecami.
    Szef sonaru, bosman Stokes, stał za Oswaldem przez cały czas. Wielki, agresywny, młody technik z Kentucky opierał muskularne ramię na stalowym relingu biegnącym wokół stanowiska dowodzenia.
    – Do cholery, bosman – parsknął Oswald – nie rób mi takich numerów. I zabierz łapę z mojego relingu, bo będziesz go polerował na nocnej wachcie.
    – Skończył pan przemowę, sir? – zapytał z uprzejmą miną Stokes.
    – Tak.
    – To dobrze. Pogłos brzmiał, jakby eksplodował cały arsenał. Słyszeliśmy też walące się przegrody. Ktoś tonie. Analizuję teraz nagranie, żeby sprawdzić, czy uda nam się wyłapać coś sprzed detonacji.
    – Sprzed detonacji? Na przykład co?
    – Sonary torped, pluski bomb głębinowych, takie rzeczy.
    – Mówisz tak, jakby na dno szedł okręt podwodny.
    – Może to nawodny, sir. Ale jeśli na północ od nas jest Snarc i płynie na południe, a od północy naciska go Pirania, nie wydaje się panu logiczne, że wielkie bum na północy kojarzy się nam z rękoczynami między nimi?
    – Rękoczynami? Myślisz, że doszło do wymiany ognia i Snarc jest na dnie? Szkoda, że Pirania pierwsza dopadła ten zrobotyzowany kawał gówna. Ala przynajmniej możemy już wziąć kurs na południe i popłynąć na Ocean Indyjski, gdzie coś się dzieje.
    – Chyba że to Snarc strzelał – wtrąciła się White.
    Oswald zamarł na kilka sekund z otwartymi ustami. Nigdy nie przyszłoby mu do głowy, że podwodny robot może pokonać okręt klasy Seawolf. Zwłaszcza Piranię, która dołożyła Hammerheadowi na ćwiczeniach pół roku temu. Seawolfy miały przewagę akustyczną nad klasą Virginia, chyba że seawolf przepływał z maksymalną szybkością obok virginii stojącej w miejscu. Przy mniejszych prędkościach seawolf mógł wykryć virginię z odległości niemal czterech tysięcy metrów, zanim w ogóle się zorientowała, że jest celem. Więc jeśli Snarc właśnie zatopił seawolfa, to miał ogromną przewagę akustyczną nad okrętem klasy Virginia takim jak Hammerhead. Zwłaszcza jeśli virginia poruszała się z dużą szybkością. Jak oni teraz. Z prędkością maksymalną.
    – Oficer zanurzenia! Cała stop! – krzyknął Oswald. Rozkaz wywołał taki sam efekt, jak komunikat przez radiowęzeł „Kapitan do sterowni”. W tym samym momencie, kiedy pokład przestał wibrować, do sterowni wpadł oficer dowodzący, żeby sprawdzić, co się stało.
    – Manewrowa, tu dowodzenie! – wrzasnął Oswald do mikrofonu łączności z pomieszczeniami technicznymi. – Wyłączyć pompy chłodziwa reaktora i przejść na cyrkulację samoczynną!
    – Tu zanurzenie, tak jest, cała stop. Przepustnice ustawione na bieg jałowy, odpowiedź cała stop, sir.
    – Dowodzenie, tu manewrowa, tak jest – zabrzmiało w głośniku linii technicznej. – Wyłączenie głównych pomp chłodziwa, przejście na cyrkulację samoczynną. Wykonuję… Pompy zatrzymane, reaktor na obiegu samoczynnym.
    – Manewrowa, tu dowodzenie, przyjąłem – odpowiedział Oswald. Odwrócił się od panela łączności wewnętrznej i zobaczył kapitana Judisona, admirała McKee i jego szefową sztabu, Petri. Patrzyli na niego wyczekująco.
    – Kapitan w sterowni – oznajmił Oswald załodze w pomieszczeniu i nachylił się do starszych oficerów. – Panie kapitanie, panie admirale, pani Petri, mamy problem. Bosmanie Stokes, powiedzcie nam wszystko jeszcze raz.
    Po wysłuchaniu sonarzysty Judison odciągnął na bok admirała i jego szefową sztabu. Rozmawiali przez chwilę we troje, w końcu McKee i Petri wyszli. Judison wrócił do stanowiska dowodzenia.
    – Zbliżysz się ostrożnie do miejsca pogłosu. Szybkość standardowa, piętnaście węzłów, głębokość dwieście metrów. Co czterdzieści minut będziesz wykonywał manewr kontrdetekcji sprawdzający stożek ciszy, co pięćdziesiąt minut będziesz podchodził na głębokość czterdziestu pięciu metrów. Dopóki tego nie sprawdzimy, musimy zakładać, że to pułapka. W miejscu zatonięcia może krążyć Snarc i czekać na nas. Za piętnaście minut podejdziesz na głębokość peryskopową, żeby wysłać meldunek sytuacyjny admirała. Powtórz wszystko od początku.
    Oswald powtórzył wszystkie rozkazy. Kiedy mówił, kapitan przyglądał mu się surowo, gdy skończył, Judison zadowolony wyszedł ze sterowni.
    – Sternik, cała naprzód standardowa, obroty dla szybkości piętnastu węzłów, kurs północny – rozkazał Oswald.
    Hammerhead skierował się na północ, jego sonar starał się wykryć Snarca.

    – Dowodzenie, tu sonar. Pogłosy blisko okrętu, duże odchylenia ujemne.
    Komandor porucznik Ash Oswald podrapał się w brzuch. To był jego stały nerwowy odruch.
    – Sonar, tu dowodzenie. Przyjąłem. Szef sonaru do sterowni.
    – Tak jest, sir – odezwał się głos za plecami Oswalda.
    – Do jasnej cholery, Stokes! Skończ z tymi numerami!
    Bosman popatrzył spokojnie na Oswalda. Miał twarz pełną powagi.
    – Nie wiem, co to za dźwięk. Brzmi tak, jakby ktoś stukał młotkiem w kadłub – powiedział.
    Wspiął się na stanowisko dowodzenia i zmienił kilka obrazów na ekranie sonaru. Przez chwilę manipulował oprogramowaniem, potem się wyprostował. Z głośników sufitowych zaczęło dochodzić echo rytmicznych uderzeń. Oswald wpatrywał się w wyświetlacz i słuchał upiornych dźwięków, pot wystąpił mu na czoło.
    – Odchylenie w dół, mówisz… – mruknął pod nosem.
    – Dokładnie pod nami – odrzekł Stokes.
    – Zanurzenie, cała stop.
    Oswald, nie odrywając wzroku od ekranu sonaru, podniósł słuchawkę telefonu i poszukał palcem przycisku brzęczyka.
    – Kapitanie, tu oficer pokładowy. Proszę przyjść na stanowisko dowodzenia.

    Antena BRA-44 Bigmouth wystawała z Hammerheada ponad błękitne fale niczym słup telefoniczny na środku morza. Zamiast utrzymywać łączność z siecią bojową przez satelitę CommStar lub prowadzić transmisję do orbitalnego serwera internetowego nadawała przekaz na zmiennych częstotliwościach do komercyjnego satelity sieci telefonii komórkowej InterTel. Odbiór trafiał na górny poziom przedziału operacyjnego, a stamtąd do telefonu satelitarnego admirała Kelly’ego McKee w kajucie dla VIP-ów.
    Upłynęło kilka minut, zanim McKee nawiązał kontakt z Biurem Badań Morskich, Zarządem Poszukiwań Głębinowych, Ośrodkiem Naukowych Analiz Podwodnych i sztabowcami Pattona. Kiedy wszyscy oficerowie już się zebrali na linii, przesłano im nagranie uderzeń młotka w kadłub. McKee dał im dwadzieścia minut na odpowiedź, co to za dźwięk, do cholery? Okręt pozostał na głębokości peryskopowej i czekał. W końcu na drugim końcu linii odezwał się wiceadmirał Huber, dyrektor Zarządu Poszukiwań Głębinowych.
    – To nasze urządzenie, panie admirale – wyjaśnił. – System alarmowy zainstalowany w pojeździe głębokiego zanurzenia Mark XVII. Takim, jaki jest w przedziale operacji specjalnych Piranii.
    – Musimy opracować plan akcji ratowniczej.
    – Panie admirale, nie mamy głębinowego pojazdu ratowniczego, który mógłby ich wydobyć. Są uwięzieni wewnątrz kadłuba ze stali HY-100. Nawet gdyby udało nam się go przeciąć, pojazd ratowniczy nie ma włazu do połączenia z Mark XVII. Nie mamy też dźwigu zdolnego unieść DSV-a. Ale wiem, kto mógłby to zrobić. Jest niedaleko od waszej pozycji. Dwa dni drogi, najwyżej trzy.
    – Kto? Cywilna jednostka ratownictwa morskiego?
    – Hm… Nie, sir. Królewska Marynarka Wojenna.
    – Niech pan mówi, admirale Huber.
    – Musimy to zrobić w dwóch etapach. Najpierw trzeba dokładnie zlokalizować wrak i sprawdzić, czy wewnątrz kadłuba ktoś jest. Być może w ogóle nikt nie przeżył. Nasz DSV Narragansett zaraz tam odleci samolotem transportowym. Dotrze na miejsce za kilka godzin. Dostarczymy go nad wrak statkiem handlowym, który będzie ubezpieczał pierwsze zanurzenie. Do zachodu słońca powinniśmy znać sytuację na Piranii. Jeśli ktoś ocalał, będziemy musieli poprosić brytyjską ekipę pracującą w miejscu zatonięcia City of Cairo, żeby przyszła nam z pomocą. City of Cairo był ich statkiem i chcą przeprowadzić akcję ratowniczą za pomocą Explorera II i pojazdu głębinowego Berkshire, który zbudowano z myślą o ewentualnej katastrofie brytyjskiego okrętu podwodnego. Ten pojazd może przecinać grubą stal kadłubową palnikiem ciśnieniowym i wtryskiwaczem cząsteczek diamentu. Ma dźwig do podnoszenia ciężkich obiektów z dna morskiego i oddzielną komorę głębokiego zanurzenia z regulowanym łącznikiem kołnierzowym na wypadek ratowania podwodniaków z kadłuba bez komory ewakuacyjnej.
    – Dlaczego prowadzą akcję ratowniczą dotyczącą statku handlowego przy użyciu pojazdu głębinowego marynarki wojennej?
    – Ćwiczą ratowanie okrętu podwodnego.
    – Więc ten City of Cairo to tylko obiekt treningowy?
    – Niezupełnie, panie admirale. Był małym, dwukominowym transatlantykiem brytyjskim o wyporności ośmiu tysięcy ton i długości stu czterdziestu metrów. W roku 1942 płynął z Bombaju do Anglii z trzystoma osobami na pokładzie. Połowę z nich stanowili pasażerowie, połowę członkowie załogi. Został storpedowany przez niemieckiego U-Boota, U-68.
    – Ale czemu Angole chcą ratować starą, zardzewiałą łajbę parową, przeciętą na pół przez hitlerowskie torpedy? – zapytał McK.ee.
    – Bo w chwili zatonięcia miała w ładowni trzy miliony uncji srebra w dwóch tysiącach skrzyń ze srebrnymi monetami.
    – Aha – skinął głową McKee. – Okay. Więc jak ściągnę tutaj Explorera II?
    – Będzie pan musiał zadzwonić osobiście do dowódcy operacji, Petera Collingswortha. Jeśli powie mu pan, nie wtajemniczając go w szczegóły, że jest nam potrzebny, da sobie na razie spokój z szukaniem srebra. Pod warunkiem że jego rząd będzie współpracował z naszym.
    Kiedy dziesięć minut później McKee znów łączył się z Pentagonem, drzwi kajuty otworzyły się i stanęła w nich Karen Petri.
    – Sir, chyba wykryliśmy Snarca na wschód stąd na głębokości peryskopowej.
    Jej mina mówiła: „Zostaw ten telefon, żebyśmy mogli zejść głębiej i rozpocząć pościg”. Ale McKee musiał się skontaktować z Explorerem II i sprowadzić go na miejsce zatonięcia Piranii.
    – Daj tu Judisona – warknął do Petri, nie odrywając wzroku od telefonu, żeby móc wybrać numer.
    Judison zjawił się chwilę później, gdy operator Pentagonu próbował uzyskać na UHF-ie połączenie z okrętem HMS Explorer II.
    – Sir, mamy detekcję wąskopasmową, dwieście pięćdziesiąt cztery herce, kierunek dwa dziewięć pięć. Musimy rozpocząć pościg.
    Wielki kapitan dyszał ciężko, co było efektem szybkiej wspinaczki po drabince ze środkowego poziomu.
    – Wyślijcie w tamtym kierunku UUV. Albo nawet kilka – rozkazał McKee. – I wystrzelcie parę Mark 8 Sharkeye. Ale okręt ma zostać tutaj na głębokości peryskopowej.
    Judison skinął głową i zniknął. Mark 8, korpusy torped z sonarowymi głowicami odbioru obrazu akustycznego, miały oddalić się od okrętu w kierunku detekcji Snarca i pozostać w zaplanowanym punkcie. Sensory sonarowe sharkeye’ów wydłużały zasięg pokładowych sensorów okrętowych o setki mil morskich. UUV-y, bezzałogowe pojazdy podwodne, miały cicho płynąć dalej przez morze. W przeciwieństwie do stacjonarnych Mark 8 były ruchomymi platformami nasłuchowymi. Po wysłaniu dwóch UUV-ów i dwóch sharkeye’ów okręt mógł pozostać nieruchomo na głębokości peryskopowej i jednocześnie badać morze w odległości setek tysięcy metrów na północny wschód, na kierunku Snarca.
    – Halo? – warknął McKee do słuchawki.

    Komandor Peter Collingsworth z Królewskiej Marynarki Wojennej patrzył przez bulaj pojazdu głębinowego Berkshire na przegrodę ładowni parowca City of Cairo. Był w okularach spawalniczych i przyglądał się, jak palnik w wygiętym w dół ramieniu manipulatora topi zardzewiałą stal. Podczas poziomego przecinania dolnej części ładowni odezwał się interkom.
    – Komandorze Collingsworth? – zabrzmiał głos kapitana Explorera II.
    – Tu Collingsworth, odbiór – odpowiedział poirytowanym tonem komandor, próbując skupić się na cięciu.
    – Komandorze, mam dla pana dość niezwykły meldunek. Właśnie dostaliśmy telefon przez satelitę. Od Amerykanów, niech pan sobie wyobrazi.
    Collingsworth ciął dalej, w końcu powiedział już znacznie spokojniejszym głosem:
    – To ciekawe… Trudno uwierzyć, że do nas zadzwonili.
    – Połączyli się z nami z Atlantyku, z ich okrętu podwodnego Hammerhead klasy Virginia. Na linii jest admirał nazwiskiem McKee, dowódca Sił Podwodnych Stanów Zjednoczonych.
    – Niech pan mówi dalej, Knowles.
    Palnik dotarł już do punktu leżącego w jednej czwartej wytyczonej linii poziomej. Do zakończenia cięcia zostało kilka minut. Potem Collingsworth miał wyciągnąć płytę, żeby dostać się do srebra.
    – Chce z panem rozmawiać, komandorze.
    – Przyjąłem, Knowles, ale o co chodzi? Mamy w tej sprawie jakieś wytyczne z Londynu?
    – Kapitan Baines wraca z urlopu pojutrze, sir.
    Collingsworth postanowił pogadać z jankesem i dowiedzieć się, czego chce ten skurwiel.
    – Niech tamten zaczeka, Knowles. Za chwilę przełączy go pan do mnie. Mam płytę, Jenson. Odłącz dźwig. Cholera, za dużo pyłu. Nic nie widzę, sam osad. Nie wystarczy nam amperogodzin na czekanie, aż opadnie. Będziemy musieli tu wrócić.
    – Chce pan zrobić szybki chwyt i zobaczyć, czy uda się złapać skrzynię ze srebrem?
    – Nie. Możemy rozwalić skrzynię i monety diabli wezmą. Jutro też jest dzień. Wrócimy tutaj. Na górze będzie czuwał Explorer II, więc nikt nam skarbu nie zgarnie. Wynurzam się, Knowles. Przełącz do mnie tego admirała.
    – Na trzy, dwa, jeden. Jest. Admirale McKee, słyszy mnie pan?
    – Słyszę, komandorze Collingsworth. Czy mam teraz przyjemność rozmawiać z panem bezpośrednio? Tu admirał Kyle McKee, ale może mi pan mówić Kelly. Miło mi poznać pana przez radio. Jak idzie akcja ratownicza? Odbiór.
    Collingsworth znowu się zirytował.
    – Tu komandor Peter Collingsworth, admirale. Może mi pan mówić „komandorze”. Czym mogę służyć? Tylko proszę się streszczać. Odbiór.
    – Oczywiście, komandorze. Domyślam się, że jest pan bardzo zajęty. Chodzi o to, że mamy drobną sytuację alarmową kawałek na północ od was i potrzebujemy waszej pomocy. I to natychmiast, odbiór.
    – Przyjąłem, admirale, ale co to za sytuacja?
    – Komandorze – odrzekł McKee – wiemy z dobrego źródła, że macie na Explorerze II pojazd głębinowy i samodzielną kapsułę ratunkową. Są nam potrzebne na pozycji dwanaście stopni szerokości geograficznej północnej i dwadzieścia trzy stopnie długości geograficznej zachodniej, trochę ponad tysiąc dziewięćset mil morskich od miejsca waszej akcji ratowniczej. Jeśli zaraz wyruszycie, będziecie tu za dwa dni. Spotka się tutaj z wami kontyngent amerykański. Odbiór.
    – Admirale, nadal nie wiem, o czym pan mówi. Proszę wyjaśnić, co to za sytuacja alarmowa. Odbiór.
    – Komandorze, ten pojazd głębinowy, w którym pan teraz się znajduje, zbudowano do ratowania załóg zatopionych okrętów podwodnych, zgadza się?
    – Owszem, admirale, to podstawowe zadanie Explorera II. Ale używamy go również do innych celów, kiedy nie musimy ratować okrętu podwodnego.
    – Więc mogę powiedzieć moim przełożonym, że jest pan w drodze?
    Twarz Collingswortha pokrywała się purpurą.
    – Admirale, jeszcze mi pan nie wyjaśnił, o co chodzi. Jestem zmuszony zakończyć tę rozmowę. Odbiór.
    – Komandorze, chyba się pan domyśla, jaka jest sytuacja.
    Collingsworth zawahał się.
    – Mam rozumieć, że zatonął wasz okręt podwodny?
    – Peter, ujmę to w ten sposób. Gdybyś był na pozycji, którą ci podałem, na głębokości trzech tysięcy trzystu pięćdziesięciu metrów, zobaczyłbyś duży metalowy obiekt i porozrzucane szczątki i usłyszałbyś walenie młotkiem dobiegające z wnętrza tego obiektu. Rozumiesz, o czym mówię?
    Collingsworth potarł brodę. Dobry Boże, pomyślał. Jankesi stracili na Atlantyku okręt podwodny i proszą o pomoc. Ocalała część załogi czeka na ratunek. Nie ma czasu do stracenia. Zerknął na swój panel i wywołał Jensona.
    – Jenson, wynurzenie alarmowe. Trzy metry na sekundę. Za osiemnaście minut mamy być na powierzchni. Knowles, tu Collingsworth na częstotliwości drugiej.
    – Niech pan mówi, komandorze. Jesteśmy sami na tej częstotliwości.
    – Knowles, rozkaz do natychmiastowego wykonania. Przygotować się do opuszczenia obecnej pozycji z maksymalną szybkością. Uruchomić turbiny i być gotowym do odpowiedzi na wszystkie dzwonki za dwadzieścia minut. Obsadzić wachtowe stanowiska rejsowe i wyznaczyć kurs dwanaście stopni szerokości północnej i dwadzieścia trzy stopnie długości zachodniej. Cała naprzód, pełna szybkość. Natychmiast zawiadomić oficera dyżurnego admiralicji na częstotliwości taktycznej. Wykonuję wynurzenie alarmowe. Kiedy będę na pokładzie, zrobię odprawę. Wszystko jasne?
    – Tak jest, sir. Zrozumiałem. Przygotować się do wyruszenia w drogę.
    – Admirale McKee, tu Collingsworth. Mam nadzieję, że pan rozumie, że nie możemy natychmiast przyjść wam z pomocą bez rozkazów naszej admiralicji. Wiem z mediów, że premier nie jest zachwycony waszym ostatnim wyczynem. Prawdę mówiąc, mógłbym mieć kłopoty tylko dlatego, że w ogóle z panem rozmawiam w to piękne popołudnie.
    – Komandorze Collingsworth, pani prezydent zamierza osobiście zwrócić się w tej sprawie do premiera.
    – Admirale, porozumiem się z moimi przełożonymi, ale niczego nie gwarantuję.
    – Pete, możesz przynajmniej ruszyć Explorerem w drogę? Najwyżej zawrócisz, jeśli twoi szefowie ci każą. – W głosie admirała zabrzmiała błagalna nuta.
    Collingsworth skinął głową.
    – W porządku, admirale, to mogę zrobić. Oczywiście rozumie pan, że admiralicja w każdej chwili może mnie wezwać z powrotem. Skontaktujemy się z panem za godzinę, admirale. Collingsworth, bez odbioru.
    Komandor usiadł z powrotem pod przegrodą pojazdu głębinowego i pokręcił głową. Jeszcze przed chwilą interesowały go tylko skrzynie ze srebrem na dnie morza, a teraz okazało się, że trzeba ratować ludzi, którzy mogą zginąć, jeśli będzie się wahał. Trzymajcie się, jankesi, pomyślał.
    – Komandorze, oficer dyżurny admiralicji na linii.
    – Niech pan go przełączy.

20

    O piątej rano limuzyna admirała Czu Hua-Fenga zatrzymała się przed gmachem Zgromadzenia Ludowego w Pekinie. Admirał przełknął z trudem ślinę i wysiadł z samochodu. Wędrówka do sali konferencyjnej sekretarza partii wydawała się trwać wieczność.
    W wielkim, bogato zdobionym pokoju czekali na niego członkowie politbiura. Usiadł przy końcu stołu między generałem Fang Szuiem, naczelnym dowódcą Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, i admirałem Dong Nietem, dowódcą marynarki wojennej.
    – Towarzysze komisarze znają admirała Czu Hua-Fenga, dowódcę sił podwodnych – zaczął Fang.
    – Wygodnie wam? – zapytał uprzejmie premier Baolin Nanhok.
    – Tak jest – odpowiedział w imieniu oficerów generał.
    – To dobrze. Może zechcecie obejrzeć z nami film? Bardzo interesujący.
    Zgasły światła i na ekranie wyświetlacza pojawił się obraz cyfrowy.
    Admirał Czu patrzył ze zgrozą, jak na horyzoncie eksploduje okręt za okrętem. Białe kule ognia czerwieniały, przybierały kształty grzybów i wznosiły się ku niebu, aż wypełniły całe morze w oddali. Kiedy film się skończył, Czu zamrugał, żeby powstrzymać łzy wściekłości i rozpaczy. Zginęły tysiące jego towarzyszy.
    – Kto to zrobił? – zapytał spokojnym, przyjaznym tonem minister obrony, komisarz ludowy, Di Ksiu. Nie doczekał się odpowiedzi, więc zerwał się z miejsca i wrzasnął: – Kto to zrobił?!
    Kiedy stało się oczywiste, że admirał Dong nie zamierza zabrać głosu, Czu odchrząknął.
    – Komisarzu Di, należy przypuszczać, że tej rzezi dokonała amerykańska grupa nawodna lotniskowca lub może ich okręty podwodne albo obie te siły.
    – Ich okręty podwodne, przed którymi wasze siły miały chronić naszą grupę bojową, admirale Czu? Grupa nawodna lotniskowca, którą wasze okręty podwodne miały zatopić?
    Czu rozważał, czy powinien się bronić, ale chciał już mieć za sobą to spotkanie. Wiedział, że trafi do więzienia lub stanie przed plutonem egzekucyjnym.
    – Tak.
    – Więc chyba zgodzicie się z nami, że zawiedliście?
    – Macie rację. – Czu spuścił wzrok i wpatrzył się w stół. – W imieniu sił podwodnych z całym szacunkiem przepraszam i biorę na siebie całą odpowiedzialność za nasze zaniedbanie.
    Na chwilę zapadła cisza, potem zabrał głos komisarz Di.
    – Więc może jeszcze jest nadzieja dla Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. – Czu podniósł wzrok na ministra obrony. – Mamy w naszym wojsku przynajmniej jednego człowieka z charakterem, prawdomównego i odpowiedzialnego. Admirale Czu, zapewne zapamiętacie ten dzień, dzień, w którym nasza grupa bojowa została zatopiona przez niewidocznego wroga, jako najgorszy w waszej karierze, ale zapamiętacie go również jako dzień, w którym objęliście dowództwo nad resztą floty. Jesteście teraz admirałem dowodzącym. Dong, przekażcie mu swoje gwiazdki.
    Do sali weszli dwaj czerwonogwardziści i stanęli po obu stronach Donga. Admirał wstał, zerwał naramienniki i podsunął je Czu. Minister Di nawet nie spojrzał na byłego dowódcę floty, kiedy wyprowadzano go z sali. Dong odwrócił się i popatrzył na Czu ciemnymi, smutnymi oczami, które, zanim upłynie godzina, miały się zamknąć na zawsze.
    Czu przełknął ślinę.
    – Tak jest towarzyszu ministrze. Dziękuję – odpowiedział.
    – Bierzcie się do roboty, admirale Czu. Wygląda na to, że mamy problemy z naszą ofensywą. Dowodzicie teraz mniejszymi siłami. Co zamierzacie?
    – Ustawię flotę w szyku przeciwpodwodnym i skieruję ją na Ocean Indyjski. Okręty nawodne będą w drodze zygzakowały. Okręty podwodne popłyną przed nimi i będą szukały nieprzyjaciela.
    Di skinął głową.
    – Bardzo dobrze. Życzę powodzenia wam i waszej flocie. Ale ostrzegam was, admirale. Nie straćcie drugiej grupy bojowej, bo ta wojna będzie skończona, zanim się zacznie.
    – Tak jest – odrzekł Czu. – Czy wolno mi będzie odłączyć moje okręty podwodne i wysłać je w misję odwetową przeciwko nieprzyjacielowi? Jeśli zostaną zwolnione z obowiązku eskortowania grupy bojowej, będą mogły wysunąć się daleko naprzód i dokonać zemsty.
    Minister Di popatrzył nań przez chwilę obojętnym chłodnym wzrokiem.
    – Macie tydzień. Nie zawiedźcie nas. Poinformujcie swoich dowódców, że nikt nie może dostać się do niewoli, jest to absolutnie zabronione. Jeśli sytuacja tego wymaga, każdy okręt ma być zniszczony, załoga powinna zginąć, a kapitan powinien odebrać sobie życie strzałem w głowę.
    – Tak jest – odpowiedział Czu. – Czy dostanę zgodę na przeprowadzenie tajnej operacji przeciwko celom amerykańskim?
    – O czym mówicie, Czu?
    Czu zdał dziesięciominutową relację z porwania Snarca.
    – Ten okręt nie dotarł na Ocean Indyjski, jak zakładał nasz plan, gdyż przejęcie nad nim kontroli zajęło nam więcej czasu, niż się spodziewaliśmy. Ale mogę go skierować w stronę wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. W Norfolk, w tamtejszym stanie Wirginia, znajduje się kwatera główna dowództwa floty amerykańskiej, są też tam jej bazy. Snarc mógłby czekać w zasadzce na płytkich wodach na ich powracające okręty.
    Członkowie biura politycznego poprosili Czu, żeby na chwilę wyszedł z sali. Spacerował nerwowo po korytarzu, dopóki nie wezwali go z powrotem.
    – Czy ten zrobotyzowany okręt podwodny ma na pokładzie pociski manewrujące?
    – Tak, komisarzu Di.
    – Mógłby zaatakować amerykańskie budynki rządowe? Biały Dom, Kapitol i ten przeklęty na wieki Pentagon?
    – Tak.
    – Więc zróbcie to, admirale Czu. Jesteście wolni. Meldujcie o postępach.
    – Mogę się odmeldować?
    Di skinął głową. Czu wstał, skłonił się członkom politbiura i szybko wyszedł.
    Znalazłszy się w swoim samochodzie służbowym, spojrzał surowo na swojego młodego szefa sztabu.
    – Połącz mnie telefonicznie z Sergiem – polecił. – Mam nowe zadanie dla jego robota podwodnego. Jeśli wie, gdzie on teraz jest.
    – Jeden, podejdź okrętem na głębokość wynurzenia masztów – polecił Krivak. Jednostka Jeden Zero Siedem już nie odpowiadała mu słowami, wykonywała tylko rozkazy. Krivak nie wiedział, czy jeśli wyda jednostce rozkaz otwarcia ognia do następnego okrętu amerykańskiego, polecenie zostanie wykonane. Skoro popadła w stan katatonii po zatopieniu Piranii, wyobrażał sobie, co by się stało, gdyby kazał jej zaatakować całą grupę bojową.
    Na głębokości peryskopowej Krivak zdjął hełm interfejsowy i odczekał dziesięć minut, żeby przyzwyczaić się do fizycznej rzeczywistości. Kiedy przestało mu się kręcić w głowie, usiadł prosto, potem wolno wstał. Miał mdłości.
    – Wang, nastaw nasze radio na antenę BRA-44. Kiedy dostroisz je do właściwej częstotliwości, bądź tak miły i pozwól, bym został sam przez kilka minut.
    Nawiązanie bezpiecznej łączności satelitarnej z Pekinem zajęło trochę czasu, ale w końcu w kwaterze głównej dowództwa Armii Ludowo-Wyzwoleńczej odezwał się admirał Czu Hua-Feng. Krivak przez chwilę wymieniał z nim osobiste kody identyfikacyjne, chroniące ich przed ewentualnym podstępem wroga. Potem zrelacjonował dotychczasowy przebieg wypadków i przeprosił za zwłokę w podróży na Ocean Indyjski.
    – Za późno na przeprosiny – odparł Czu. – Ale może pan jeszcze coś zrobić dla mnie i Republiki Ludowej. Chcę, żeby Amerykanie przeżyli dużo większą tragedię narodową niż ta, jaką był atak terrorystyczny na Nowy Jork przed laty. Nie mam środków, żeby dokonać poważnych zniszczeń, ale chciałbym, żeby obecne pokolenie Amerykanów zapamiętało naszą walkę. Ma pan w zasięgu pocisków manewrujących jakieś cele amerykańskie?
    – Sprawdzę, ale o ile wiem, jestem oddalony o tydzień drogi od miejsc, które warto byłoby zaatakować. Pociski mają zasięg około trzech tysięcy mil morskich.
    – Ile pan ich ma?
    – Dwanaście, admirale.
    – Z głowicami plazmowymi? Jest jakaś szansa, żeby przekształcić je w broń termojądrową?
    – Nie. Są w zbiorniku balastowym i nie mamy możliwości wyjęcia ich na morzu. Moglibyśmy zawinąć do portu z suchym dokiem i popracować nad tym…
    – Nie. Będą musiały wystarczyć głowice plazmowe. Chcę mieć jak najszybciej pociski w powietrzu. Muszę wykorzystać moją ograniczoną siłę ognia do wyrządzenia jak największych szkód.
    – Co mam zaatakować?
    – Zniszczyć pewne symbole, żeby Amerykanów tak zabolały ciosy wymierzone ich krajowi, jak mnie bolą straty mojej ojczyzny. Niech pan wyceluje pociski w Biały Dom, Kapitol, Pentagon, Statuę Wolności, Empire State Building, Independence Hall, Sears Tower. Chcę, żeby dokonał pan zemsty na amerykańskiej marynarce wojennej. Niech pan zniszczy kwaterę główną dowództwa Połączonej Floty w Norfolk i kwaterę główną Połączonego Dowództwa Podwodnego. Bazy okrętów podwodnych w Groton w Connecticut i nabrzeża dla okrętów podwodnych w bazie morskiej w Norfolk. I grobowiec Johna Paula Jonesa w kaplicy ich szkoły morskiej w Annapolis w Maryland. Dwanaście celów, dwanaście pocisków. Musi pan wystrzelić wszystkie jednocześnie, żeby nie zaalarmować amerykańskich sił powietrznych obrony wybrzeża.
    – Niech pan zostawi to mnie, admirale. Po odpaleniu pocisków będę musiał opuścić okręt. Mogę naprowadzić go na kurs do zatoki Bo Hai, ale spodziewam się, że Amerykanie wykryją moją pozycję ogniową i w okolicznych wodach zaroi się od broni wystrzelonej przez ich marynarkę wojenną. Nic tu nie zostanie.
    – Powodzenia, Krivak.
    Czu przerwał połączenie. Krivak wyłączył radio i zszedł po drabince na dół, żeby powiedzieć Wangowi, że skończył. Potem usadowił się z powrotem w fotelu interfejsowym.
    – Jeden, nanieś naszą pozycję na mapę morską świata, potem zaznacz krąg zasięgu pocisków manewrujących Javelin. – Krivak przestudiował mapę. – A teraz wykreśl trasę okrężną z Waszyngtonem, Nowym Jorkiem, Filadelfią, Chicago, Groton w Connecticut i Norfolk w Wirginii wewnątrz kręgu. – Na wyświetlaczu rozbłysnął szlak. – Oblicz czas podróży do linii zasięgu pocisków przy prędkości trzydziestu węzłów.
    W punkcie przecięcia się trasy z kręgiem wyświetlił się czas lokalny w poniedziałek po południu. Pociski leciałyby do celów dwie godziny. Doskonale, pomyślał Krivak. Dotrą na miejsce, zanim zwinę interes. Wszystko będzie w wiadomościach wieczornych.
    Przerwał interfejs i podłączył telefon satelitarny do anteny. Numer Pedra był ustawiony na szybkie wybieranie. Pokład kołysał się lekko na głębokości peryskopowej.
    – Tak? – zgłosił się Amorn.
    – To ja, Amorn.
    – Słucham?!
    – Amorn, to ja. Krivak. Na Snarcu, do cholery.
    – Teraz pana słyszę.
    – To słuchaj uważnie. Weźmiesz szybki jacht motorowy i przypłyniesz na pozycję na Atlantyku, którą ci zaraz podam.
    Amorn zanotował szerokość i długość geograficzną punktu odpalenia pocisków.
    – Kiedy możesz tam być?
    – Falcon jest gotowy do startu. Możemy wziąć jacht z Bermudów i być u pana w niedzielę w nocy.
    – Tylko nie później niż w poniedziałek o drugiej nad ranem. Jeśli zjawisz się wcześniej, czekaj na mnie. Załatwię ostatnią sprawę i opuszczę okręt.
    – Będziemy w pogotowiu.
    – To zobaczenia, przyjacielu. Cześć.
    Krivak wyłączył się, wspiął po drabince do boksu interfejsowego i wrócił na fotel. Kiedy znów był sprzężony z okrętem, rozkazał Jeden Zero Siedem zejść w głąb morza i kontynuować rejs. Pokład pochylił się, gdy Snarc zanurkował z głębokości peryskopowej i przyspieszył do trzydziestu pięciu węzłów.

    Kapitan Lien Hua i pierwszy oficer Czou Ping pobiegli na rufę poszukać głównego mechanika, komisarza ludowego Dou Linga. Stał w gumowych butach na gumowej macie przed otwartym panelem elektrycznym wysokiego napięcia. Był w gumowych rękawicach, wokół pasa miał zawiązaną linę, którą trzymali dwaj mechanicy znajdujący się w bezpiecznej odległości od głównej skrzynki rozdzielczej i wyglądał jak więzień.
    – Potraficie to naprawić? – zapytał kapitan Lien.
    Dou z irytacją wypluł na pokład niedopałek papierosa.
    – Albo mi się uda, kapitanie, albo kopnie mnie w dupę czterysta osiemdziesiąt woltów i będziecie mogli wystrzelić mojego zwęglonego trupa z wyrzutni torpedowej. A teraz, kapitanie i kolego pierwszy, jeśli nie macie nic przeciwko temu, zakończę ten wykład i wezmę się do roboty.
    – Róbcie swoje, komisarzu Dou.
    Główny mechanik sięgnął ostrożnie w głąb panela, jakby próbował ukraść klejnoty chronione przeciwwłamaniowym alarmem laserowym. Za pomocą klucza z gumową rękojeścią wykręcił powoli śrubę z miedzianej szyny zbiorczej i wyciągnął przepalone złącze, potem następne. Pracował przez dwie godziny. Kiedy cofnął się od panela, jego kombinezon był mokry od potu.
    – I jak? – zapytał Czou Ping.
    – Kurewsko niedobrze, Czou! – ryknął Dou. – Gdyby było inaczej, nie ryzykowałbym grzebania w panelu pod napięciem! A teraz, zostaw mnie, kurwa, samego!
    Czou poczerwieniał z gniewu, ale był bezsilny. Wiedział, że tylko Dou może naprawić panel elektryczny i pięćdziesiąt innych rzeczy, które zostały uszkodzone, kiedy w okręt trafiła amerykańska torpeda, a jeśli tego nie zrobi, pozostaną unieruchomieni na wodzie i będą łatwym celem dla torped z innych czających się amerykańskich okrętów podwodnych, a nawet dla pocisków manewrujących wystrzelonych gdzieś zza horyzontu.
    – Idę na dziób – oznajmił Czou.
    Główny mechanik parsknął. Czou pomyślał, że kapitan powinien opieprzyć inżyniera, ale Lien Hua miał do skurwiela takie samo zaufanie jak do niego.
    Czou dotarł do dusznego stanowiska dowodzenia. Było słabo i nierówno oświetlone lampami akumulatorowymi. Nie mogli się nawet zanurzyć i ukryć przed amerykańskimi satelitami, dopóki Dou nie skończy pracować w pomieszczeniach technicznych. Czou ogarnęły złe przeczucia i przez chwilę zastanawiał się, czy nie napisać listu pożegnalnego do matki, ale uprzytomnił sobie natychmiast, że list albo spocznie na dnie morza, albo spłonie po następnym ataku na okręt.

    Pojazd głębinowy Narragansett zbliżył się do trzeciego miejsca, które sonar zaburtowy na górze wskazał jako obiecujące. Pierwszy kontakt okazał się skałą, drugi wrakiem parowca, nieoznaczonym na mapach morskich. Zardzewiały statek był przechylony na lewą burtę, w kierunku powierzchni sterczały trzy kominy. Spoczywał na głębokości siedmiuset pięćdziesięciu sześciu metrów i miał dziurę w kadłubie, zapewne od torpedy z niemieckiego U-Boota. Dno morskie na szlakach żeglugowych po obu stronach Przylądka Dobrej Nadziei było cmentarzyskiem statków i okrętów. Sztormy i wojny zbierały swoje żniwo, odkąd człowiek po raz pierwszy wyruszył w morze.
    Porucznik Evan Thompson pociągnął do góry dźwignie wirników, gdy z mgły wyłonił się trzeci obiekt. Leżał na boku, oparty o wypiętrzenie skalne. Był kioskiem okrętu podwodnego, ale oderwanym od kadłuba. Wokół walały się szczątki. Thompson zawiadomił przez radio górę o znalezisku, obrazy z jego kamer wideo docierały do okrętu ratowniczego Emerald na powierzchni spokojnego morza. Porucznik popłynął śladem szczątków. Skały na dnie zastąpił osad, potem pojawiło się piaszczyste wzniesienie. W świetle reflektorów pojazdu głębinowego wyglądało inaczej niż reszta otoczenia. Wszędzie wokoło piasek był pofalowany – wzniesienie było gładkie, wybrzuszone na jednym końcu. Na konsoli pojazdu rozbłysła lampka sygnalizacyjna systemu sonarowego. Thompson przestawił dźwignię kolankową i włączył głośnik sufitowy. Nie było wątpliwości – dźwięk brzmiał jak walenie młotkiem w metal. Odgłos rozlegał się w regularnych, sekundowych interwałach.
    – Emerald, tu Narragansett! – zawołał porucznik.
    – Słyszę cię, odbiór.
    – Mam uderzenia młotkiem w metal. Dobiegają od strony dużego piaszczystego wzniesienia. Podchodzę bliżej, żeby sprawdzić, czy uda mi się wykryć kadłub.
    – Przyjąłem. To ręczne uderzenia?
    – Nie. Są zbyt regularne. To prawdopodobnie urządzenie alarmowe. Odgłosy właśnie ucichły, odbiór. Zaznaczcie czas.
    – Przyjąłem. Szósta czterdzieści trzy.
    Niestety, ramiona manipulatorów Narragansetta były prymitywne. Ale Thompson postanowił przebić piaszczysty pagórek, żeby sprawdzić, czy uderzy w metal.
    Zbliżył się ostrożnie i wbił ramię manipulatora w piasek. Zatrzymało się. Nie wiedział, czy ugrzęzło, czy natrafiło na metal. Spróbował jeszcze raz, bardziej prostopadle do grzbietu. Tym razem nie miał wątpliwości – uderzył w coś twardego. Nie rozległ się metaliczny dźwięk, gdyż piasek stłumiłby odgłos uderzenia w stalowy obiekt. Thompson cofnął manipulator, okrążył pojazdem wzniesienie i naniósł na mapę.
    – Emerald, tu Narragansett. Mamy kadłub – oznajmił beznamiętnym tonem. Wiedział, że jego głos przez radio zostanie wraz z nagraniem wideo odtworzony dla szefostwa. – Wykryłem jeszcze kilka uderzeń młotkiem. Zamierzam umieścić na powierzchni wzniesienia detektor akustyczny, żeby dokładniej zlokalizować dźwięk.
    Przez następną godzinę Thompson rozmieszczał na piaszczystym pagórku hydrofony. Urządzenia nasłuchiwały odgłosu i metodą triangulacji wyznaczały miejsce jego pochodzenia. Emerald miał wkrótce przysłać na dół przewodowy telefon podwodny. Aparat był hydrofonem transmisyjnym, połączonym ze wzmacniaczem i okrętem nawodnym. Mógłby przekazywać głos do wnętrza kadłuba, a gdyby ktoś uwięziony w środku krzyknął, hydrofon odbiorczy wyłapałby to i przesłał wzmocniony dźwięk do słuchających na powierzchni. Łączność była prymitywna i często zbyt niewyraźna, żeby skutecznie się porozumieć, ale gdyby działała, można byłoby zawiadomić ocalałych członków załogi, że nadejdzie pomoc.
    Oczekując na telefon podwodny, Thompson oczyścił część metalowej powierzchni, odsłonił stalowe ucho przyspawane punktowo do poszycia okrętu i przeciągnął przez nie linę. Operacja przypominała nawlekanie igły w rękawicach kolczugowych, ale po dwudziestu minutach prób powiodła się. Porucznik przywiązał linę do kadłuba, na jej drugim końcu umocował pływak. Boja uniosła się na powierzchnię i oznaczyła położenie wraka, na wypadek gdyby sztorm zmusił ratowników do opuszczenia miejsca zatonięcia okrętu.
    Thompson instalował telefon podwodny przez trzy godziny. Umieszczał hydrofony w różnych punktach kadłuba, potem zmieniał ich lokalizację, żeby uzyskać czysty sygnał z wnętrza. Nie wiedział, czy urządzenie będzie działało, gdyż zbyt wiele rzeczy mogło zakłócać łączność. Ale jego kolega z Instytutu Oceanograficznego Woods Hole opracował oprogramowanie, które pozwalało oczyścić przekaz na tyle, że można go było zrozumieć. Wreszcie instalowanie zostało zakończone, nadszedł czas, żeby Narragansett skontaktował się z wrakiem. Thompson włączył mikrofon i zapytał wolno i wyraźnie:
    – Czy to okręt podwodny Pirania?
    Czekając na odpowiedź, czuł nerwowe skurcze żołądka.

    Kapitan Rob Catardi usiadł prosto. W ciemności żarzył się tylko panel instrumentów.
    – Panie kapitanie – rozległ się tuż na wprost jego twarzy głos Pacina – coś stuknęło w kadłub.
    Serce Catardiego zaczęło bić szybciej.
    – Włącz sygnalizator – rozkazał. – Niech wali bez przerwy.
    W pojeździe głębokiego zanurzenia zadudnił nagle czyjś obcy głos. Dochodził z zewnątrz kadłuba. Catardi i Pacino nie mogli rozróżnić słów. Zaczęli wrzeszczeć z głowami zadartymi w górę. Głos odezwał się znowu, potem zamilkł. Przez pół godziny docierały do nich tylko trzaski i zgrzyty, w końcu przez kadłub znów dobiegł tamten głos.
    – Czy… to… okręt… podwodny… Pirania? – zapytał.
    Catardi uniósł palec.
    – Ja będę mówił – powiedział cicho do Pacina.
    Spojrzał na sufit i krzyknął głośno:
    – Tu kapitan Rob Catardi z okrętu podwodnego USS Pirania. Czy ktoś mnie słyszy?
    Chwila ciszy, a potem:
    – Przyjąłem… słyszymy… pana.
    – Zabieracie nas stąd? – zapytał Catardi.
    – Jeszcze nie – odrzekł donośny męski głos. – Tu DSV marynarki wojennej Narragansett. Na razie tylko ustaliliśmy waszą pozycję. Akcję ratowniczą przeprowadzi brytyjski pojazd ratowniczy głębokiego zanurzenia. Angole będą tu za siedemdziesiąt godzin, odbiór.
    Siedemdziesiąt godzin. Zrezygnowany Catardi usiadł na pokładzie. Mogło im nie wystarczyć tlenu na tak długo.
    – Narragansett, musicie przyspieszyć akcję ratowniczą. Powtarzam, przyspieszcie akcję ratowniczą. Nie wytrzymamy siedemdziesięciu godzin. Siadają akumulatory. Jest bardzo zimno. Kończą się leki i za dwa dni zabraknie nam tlenu. Musicie nas stąd zabrać w ciągu czterdziestu ośmiu godzin.
    – Pirania, tu Narragansett, zrozumiałem. Przekażemy to. Jesteście w pojeździe głębinowym?
    – Tak, w module dowodzenia DSV-a, w przedziale operacji specjalnych. Podejrzewam, że kadłub okrętu przełamał się, ale DSV jest cały.
    – Przyjąłem, Pirania, rozumiem. Kto ocalał i w jakim jesteście stanie? Odbiór.
    Lista będzie krótka, pomyślał Catardi, nim podał nazwiska.
    – Przyjąłem, kapitanie. Skontaktujemy się z ekspertem DynaCorp od pojazdów głębinowych, żeby wyjaśnił wam, jak ustawić system na oszczędzanie waszych zasobów. Bądźcie w pogotowiu. Bez odbioru.
    I co mamy robić, do cholery? – pomyślał Catardi, ale uśmiechnął się do Pacina.
    – Może jeszcze uda się nam stąd wydostać – powiedział i wyszczerzył zęby w uśmiechu.
    – Mam nadzieję, panie kapitanie.
    – Co z Alamedą i Schultz?
    – Ciągle nieprzytomne. Poczułbym się lepiej, gdyby się ocknęły. Jeśli mają uszkodzenia mózgu, mogą się nigdy nie obudzić.
    – Niech śpią. Jeśli je obudzimy, będą szybciej oddychały i zużywały więcej powietrza. Nie wytrzymamy czterdziestu ośmiu godzin. My też powinniśmy się przespać, dopóki nie odezwie się technik z DynaCorp.
    – Wątpię, żebym zasnął, sir. Ale spróbuję.

21

    Komandor Kiethan Judison zaklął, kiedy przyjrzał się wyświetlaczowi kierowania ogniem na konsoli dowodzenia. Snarc, Cel Jeden, znajdował się w odległości ponad dwustu dziewiętnastu tysięcy metrów na północny wschód, daleko poza zasięgiem broni Hammerheada i płynął szybciej mimo prędkości alarmowej okrętu, rujnującej reaktor. Gdyby admirał McKee przestał telefonować wtedy, gdy Judison go o to prosił, Snarc nie uciekłby tak daleko.
    Ale najgorszy był kurs Snarca – północny wschód. Robot nie miał powodu, żeby tam płynąć. Judison pospiesznie opuścił stanowisko dowodzenia, wspiął się szybko po drabince, wpadł do swojej kajuty i chwycił globus, prezent, który otrzymał od kapitana brytyjskiego okrętu podwodnego podczas ostatniej wizyty Hammerheada w Faslane. Judison wziął jeszcze flamaster i wtargnął bezceremonialnie do kajuty dla VIP-ów, w chwili kiedy McKee właśnie wybierał numer na klawiaturze telefonu.
    – Proszę odłożyć aparat, admirale – powiedział natarczywym tonem Judison.
    McKee spojrzał na niego i bez słowa odłożył telefon.
    – Straciliśmy Snarca. Jest poza zasięgiem Mark 58 i vortexów.
    – Więc okrąży Przylądek Dobrej Nadziei. Skierujemy nasze okręty podwodne na Oceanie Indyjskim na jego trasę, żeby go przechwyciły, kiedy wpłynie…
    – Nie. Oto nasza pozycja. – Judison stuknął flamastrem w globus na północ od równika u wybrzeży Senegalu w Afryce. – A to pozycja Snarca. – Drugą kropkę postawił niżej, kilka milimetrów na północny wschód od pierwszej. – To jego kurs, dwa dziewięć zero. Narysuję drogę okrężną na tym kursie.
    Judison wziął kartkę papieru, przyłożył do globusa i poprowadził flamastrem linię wzdłuż jej krawędzi. Podsunął globus przez stół admirałowi.
    McKee sprawdził, gdzie kończy się linia.
    – O Boże – powiedział. – On płynie w kierunku Wschodniego Wybrzeża.
    – Zmierza tam, skąd będzie miał nasze wybrzeże atlantyckie w zasięgu pocisków. I nie możemy nic zrobić, żeby go zatrzymać. Wszystkie nasze okręty nawodne i podwodne są na Oceanie Indyjskim lub Morzu Wschodniochińskim. Do obrony wybrzeża pozostały tylko kutry Straży Przybrzeżnej, a Snarc będzie prawdopodobnie strzelał z daleka.
    McKee zastanawiał się przez chwilę.
    – Nie wszystkie okręty podwodne są na morzu – powiedział. – Mamy jeden na Wschodnim Wybrzeżu.
    – Który, sir? – zapytała Petri.
    – SSNX – odrzekł McKee.
    – Ależ, panie admirale, nawet gdyby SSNX był gotowy do drogi, nie mamy w magazynach broni torped bojowych ani pocisków Vortex – zauważyła Petri. – Wszystkie zostały załadowane na okręty podwodne lub transportowe i wysłane w rejon działań.
    – I nie mamy wolnych oficerów dowodzących – dodał Judison. – Od czasu tamtej katastrofy zeszłego roku kadra jest tak uszczuplona, że wszyscy starsi oficerowie są już pod wodą. Nawet gdyby były torpedy, na Wschodnim Wybrzeżu nie został nikt, kto mógłby dowodzić SSNX-em.
    – Jest ktoś taki, Kiethan. Człowiek, którego chciałbyś mieć przy sobie w czasie walki podwodnej. Można powiedzieć, że ma wręcz zbyt wysokie kwalifikacje.
    Judison spojrzał na McKee. Miał w tym momencie dość głupią minę.
    – Wykorzystamy SSNX-a do naprowadzenia lotnictwa. Damy mu do pomocy samoloty przeciwpodwodne P-5 Pegasus. Wiem, że wszystkie maszyny bojowe są daleko, w rejonie działań, ale mamy dwie w naprawie. SSNX i pegasusy wykryją Snarca i wezwą bombowce sił powietrznych, które zrzucą bomby plazmowe.
    – SSNX mógłby także użyć Tigersharków, admirale – powiedział Judison.
    McKee zbył tę sugestię machnięciem ręki.
    – Ta cholerna broń nie działa i zwraca się przeciwko macierzystemu okrętowi. Wydam rozkaz, żeby załadowano Tigersharki na SSNX-a, to będzie ostateczny środek ratowania okrętu, ale SSNX weźmie udział we wspólnej operacji z siłami powietrznymi. Poproszę, żeby samoloty transportowe zrzuciły na trasie Snarca głowice akustyczne Mark 12. Będziemy mogli śledzić jego drogę w kierunku Wschodniego Wybrzeża. Jeśli zmieni kurs, zgubimy go, ale jeżeli zmierza do miejsca wystrzelenia pocisków, będziemy go mieli. A teraz zostawcie mnie samego, żebym mógł wprowadzić w sprawę Pattona.

    Michael Pacino, były admirał, obecnie wiceprezes firmy Cyclops Carbon Systems i dyrektor programu „Mark 98 Tigershark”, włożył czapkę baseballową z okrętu USS Tampa, przypiął smycz czarnemu labradorowi, potem wyprowadził psa na dwór i zaczął biec po twardym, płaskim piasku Sandbridge Beach w Wirginii. Spojrzał na swój dom i skierował się na południe. Była czwarta trzydzieści rano. Po wschodzie słońca nad Atlantykiem zamierzał zawrócić na północ, wziąć prysznic i pojechać do stoczni. Początkowo biegł wolno, pies spojrzał na niego, wyszczerzył kły w uśmiechu i pomknął obok. Pacino przyspieszył. Po jego prawej stronie przesuwały się ciemne kształty domów, gdy pokonywał kolejne kilometry.
    Miał przymknięte oczy i nie myślał o niczym. Nagle pies zaszczekał. Trzy domy dalej, na szerokim pasie piasku, na wprost Pacina rozbłysły światła. Usłyszał silniki pracujące na biegu jałowym i szybko się zorientował, że reflektory są zamontowane na samochodach terenowych zaparkowanych na plaży. Z góry dobiegł warkot helikoptera i maszyna z błyskającymi światłami nawigacyjnymi wylądowała za samochodami. Pies zaczął warczeć. Pacino zwolnił kroku. Jakiś mężczyzna w kapeluszu z szerokim rondem szedł przez piasek ku niemu. Blask reflektorów sprawiał, że nie było widać jego twarzy ani ubrania.
    – Policja stanu Wirginia. Nazwisko, proszę – zabrzmiał basowy głos. Pacino próbował dostrzec oczy mężczyzny.
    – Pacino. Michael Pacino. Mieszkam kilka kilometrów stąd. O co chodzi?
    – Proszę z nami, panie Pacino.
    Gliniarz wyjął mu smycz z ręki. Pies głośno zaprotestował, ale pozwolił się pogłaskać policjantowi.
    – Wszystko w porządku, Bear – uspokoił go Pacino. – Wszystko w porządku.
    Dwaj inni gliniarze poprowadzili Pacina do czekającego helikoptera policji stanowej. Wirniki zwiększyły obroty i maszyna wystartowała. Rotory wzbiły tumany piasku, pies zaczął szczekać. Helikopter skierował się na północ, opuścił dziób i nabrał szybkości. W dole uciekały domy Sandbridge, najpierw blisko, potem coraz dalej.
    – Co się dzieje? – zapytał Pacino.
    Drugi pilot odwrócił się do niego.
    – Nie mam pojęcia – odparł. – Szef kazał nam władować pana do maszyny i dostarczyć do stoczni w Newport News.
    Helikopter przeleciał nad Virginia Beach, potem nad rzekami Elizabeth i James i znalazł się nad półwyspem Hampton. W polu widzenia pojawiło się lądowisko w Newport News. Piloci posadzili maszynę na betonie i zdławili silniki. Pacino wyszedł na zewnątrz, czuł się idiotycznie w przepoconym dresie. Włożył czapkę i podszedł do mężczyzn czekających przy stoczniowym samochodzie terenowym. Zapytał ich, o co chodzi, ale żaden mu nie odpowiedział. Wsiadł na tylne siedzenie. Samochód dowiózł go przed budynek administracyjny suchego doku numer dwa. Pacino wysiadł i ruszył do biura, ale usłyszał dziwny hałas. Zostawił swoją eskortę i podbiegł do krawędzi doku. Spojrzał w dół i dosłownie zamurowało go.
    Hałas okazał się warkotem silników dieslowskich holownika, który wyciągał na rzekę keson, masywne wrota suchego doku. Dok był całkowicie zalany, na powierzchni unosił się SSNX. Musiał zdarzyć się cud, bo aby okręt stał się wodoszczelny, należało dokonać jeszcze kilkunastu co najmniej poprawek. Jeszcze bardziej alarmująco wyglądały dźwigi i krzątanina przy otwartym luku amunicyjnym na dziobie. W otworze znikał powoli ogon torpedy Mark 58 Tigershark. Po drugiej stronie doku czekały trzy następne sztuki. Dotychczas ukończono dwadzieścia prototypów i Pacino zastanawiał się, gdzie jest reszta – wewnątrz okrętu czy w magazynie?
    Eskorta wzięła go za ramię, wprowadziła do budynku i powiodła do szatni na pierwszym piętrze. W porządku, pomyślał, można się będzie tu przebrać. Wziął prysznic i wytarł się ręcznikiem przy swojej szafce. Wkładał właśnie zapasowe spodnie i koszulkę polo, gdy drzwi otworzyły się gwałtownie i do szatni wkroczyła grupa oficerów marynarki. Pochód zamykał admirał John Patton. Podszedł do Pacina z ponurą miną, skinął głową.
    Widok szefa operacji morskich zaskoczył Pacina bardziej niż krzątanina w suchym doku.
    – John… – powiedział. – Admirale Patton, co się dzieje? Chyba coś ważnego, skoro jest pan tutaj?
    Patton pokręcił głową. Nadal się nie uśmiechał. Odwrócił się do swoich sztabowców i eskorty stoczniowej i wszyscy natychmiast wyszli.
    – Patch, sytuacja jest bardzo poważna – zaczął. – Przygotuj się na złe wiadomości. Pirania poszła na dno. Z twoim synem na pokładzie.
    Dziesięć minut później Pacino przetarł zaczerwienione oczy.
    – Powiedz wprost. Uważasz, że jest szansa uratowania go?
    – Cóż, moim zdaniem bardzo mała, Patch, ale jest. Jeśli Angole dotrą tam na czas, wydobędą na powierzchnię ocalałych członków załogi Piranii.
    – W mniej niż tydzień? Wątpię, John. Bądź ze mną szczery. To ten pieprzony Snarc, nad którym straciliście kontrolę, zabił mojego syna. Albo prawie zabił, bo jego śmierć to tylko kwestia czasu. – Pacino wstał, walnął pięścią w szafkę i złapał się za rękę. Ale ten ból był niczym w porównaniu z tym, co odczuwał z powodu Anthony’ego Michaela. – Powinienem tam być. Możesz mnie przewieźć na Explorera II?
    – Mogę, Patch. Ale nie zamierzam. Mam wobec ciebie inne plany.
    – Bez obrazy, John, ale dla mnie najważniejszy jest mój syn.
    – Usiądź – poprosił Patton i wskazał ławkę. Potem wyjaśnił, o co mu chodzi.
    – To szaleństwo, John. Nie mogę wyjść SSNX-em w morze. Od lat nie dowodziłem okrętem podwodnym. W dodatku ostatni straciłem na Morzu Labradorskim. Jezu, John, nawet już nie jestem w marynarce.
    – Dziś o czwartej rano jednym podpisem przywróciłem cię do służby w randze kapitana. Przepraszam, ale w tak krótkim czasie nie zdążyłem załatwić ci z powrotem twoich gwiazdek.
    – Mam to gdzieś. Ten plan jest bez sensu. Poza tym SSNX ma już załogę i kapitana.
    – Ten kapitan jeszcze nigdy nie dowodził okrętem. Jest świeżo po szkole dowódców, przedtem robił karierę w stoczni. Miał przeprowadzić SSNX-a przez testy morskie, a potem go przekazać kapitanowi liniowemu. Został przesunięty na stanowisko XO i jest całkiem zadowolony.
    – Słusznie – przyznał Pacino i zerknął na zegarek. Myślał teraz o tym, jak szybko myśliwiec ponaddźwiękowy mógłby go dostarczyć do miejsca zatonięcia Piranii. – Powinieneś go zastąpić kimś kwalifikowanym.
    – Nie mam nikogo takiego. Nikogo przygotowanego. A już na pewno nikogo takiego, kto w gniewie wystrzeliwał torpedy.
    – Co mi przypomniało, że nie masz torped – zauważył Pacino. – Tylko Tigersharki, które nie działają i są ładowane na okręt podwodny, który sam ledwo działa…
    – Tigersharki to zabezpieczenie okrętu na wypadek sytuacji alarmowej, ale nie można ich użyć przeciwko Snarcowi, bo to zbyt ryzykowne.
    – …a ty chcesz, żeby wziął udział we wspólnej operacji z lotnictwem, naszymi P-5 i maszynami sił powietrznych, które zrzucą bomby na pozycję Snarca. Zdajesz sobie sprawę, jak to głupio brzmi? SSNX będzie na głębokości peryskopowej, Snarc poniżej warstwy termicznej, SSNX zgubi go, Snarc ucieknie, bomby spadną do morza w złym miejscu i zaalarmowany Snarc zatopi SSNX-a. Nie mówiąc o tym, że Snarc ma przewagę akustyczną nad klasami Virginia i Seawolf, a to znaczy, że również nad SSNX-em. Dodaj do tego fakt, że misja Snarca jest nieznana. I że nikt nie wie, gdzie on jest.
    – Mylisz się w obu wypadkach, Patch. Snarc ma na pokładzie dwanaście pocisków manewrujących z głowicami plazmowymi. Płynie prosto w kierunku Waszyngtonu. Jesteśmy bezsilni. Nie mamy na Wschodnim Wybrzeżu żadnego okrętu podwodnego ani nawodnego. Jesteśmy bezbronni wobec ataku pocisków manewrujących. Mamy tylko Hammerheada u wybrzeży Afryki; ściga Snarca, bo może robot zwolni, i SSNX-a tutaj. Musimy przycisnąć Snarca, a nuż da się go zepchnąć w kierunku Hammerheada i jego torped Mark 58. Ale jedno jest pewne, Patch. Jeśli nie dopadniemy Snarca, rozwali Wschodnie Wybrzeże.
    Pacino w zamyśleniu popatrzył na Pattona.
    – Broń Snarca to tylko pociski plazmowe. Niech je wystrzeli. Zarządzi się alarm dla maszyn przechwytujących lotnictwa i marynarki, samolot AWACS będzie obserwował pociski i strąci się je, kiedy nadlecą. Żadna sprawa.
    Patton pokręcił głową.
    – To dwanaście bojowych głowic plazmowych, Patch. Jedna z nich może zburzyć Empire State Building. Albo trafić w Giełdę Nowojorską. Chcesz mieć krach gospodarczy? I jakbyś się czuł, gdyby pocisk Javelin Block IV zrównał z ziemią Biały Dom? Co stałoby się wtedy z morale narodu? I jakie byłyby konsekwencje polityczne, gdybyśmy chybili i nie strącili czterech czy pięciu pocisków? Czy po zatopieniu naszego statku pasażerskiego torpedą plazmową zeszłego lata naprawdę jest nam potrzebny następny taki wypadek? Pani prezydent musiałaby zrezygnować z urzędu. Patch, zaprojektowaliśmy te pociski manewrujące tak, żeby były niewidzialne. Nie jestem wcale pewien, czy nasze własne siły potrafiłyby je znaleźć. Chyba że znalibyśmy pozycję i czas odpalenia. Zaryzykowałbyś, będąc na moim miejscu?
    Pacino spuścił wzrok.
    – Chyba wysłałbym w morze SSNX-a i najlepszego kapitana, jakiego bym miał.
    – Patch, wyślij do syna żonę i weź tę misję. Za sześćdziesiąt sekund wyjdę stąd, mój adiutant da mi komórkę i zadzwonię do pani prezydent. Kiedy skończę z nią rozmawiać, w Waszyngtonie zostanie zarządzona ewakuacja wszystkich osób piastujących ważne stanowiska rządowe, łącznie ze mną. Muszę znać odpowiedź już teraz. Albo bierzesz tę misję, albo nie. Jeśli nie, zaryzykuję i wyślę w morze zielonego kapitana. Ale jeśli ją przyjmujesz, na twoje barki spada obowiązek nadania SSNX-owi nowej nazwy. Możesz nazwać ten okręt, jak chcesz. Ale za godzinę musi wyjść w morze.
    Pacino uśmiechnął się lekko.
    – Ja mam nazwać SSNX-a?
    – Jak ci się podoba. Tylko zrób to szybko i zabieraj się stąd.
    – Więc znów będzie się nazywał Devilfish i niech szlag trafi przesądy.
    Drzwi otworzyły się i do szatni zajrzał adiutant Pattona.
    – Panie admirale, pani prezydent na linii.
    – Mogę powiedzieć, że popłyniesz?
    – Załatwione, John. Ale jeden warunek. Kiedy tylko będzie po wszystkim, przekazuję dowodzenie Devilfishem jego nowemu kapitanowi i twój helikopter zabiera mnie do czegoś szybkiego, co dostarczy mnie na Explorera II. I od chwili przekazania dowództwa znów jestem cywilem.
    – Wiesz, Patch, generał MacArthur dowodził armiami po zakończeniu swojej tury szefa sztabu. Mógłbym ci zwrócić twoje gwiazdki. Przydałbyś się nam.
    – To już nie dla mnie, John. I jeszcze jeden warunek. Jeśli mój syn wróci żywy z Piranii, ma być wydalony z marynarki. Jego matka ma rację – on nie ma czego szukać na morzu.
    Patton wyszczerzył zęby w uśmiechu.
    – Nie ma sprawy.
    Strzelił palcami i adiutant przyniósł telefon i mundur khaki na wieszaku. Pacino zobaczył swoje złote delfiny i baretki. Na prawej kieszeni była nawet odznaka dowódcy okrętu podwodnego głębokiego zanurzenia – nowa i lśniąca trupia czaszka ze skrzyżowanymi piszczelami. Patton chwycił dłoń Pacina i potrząsnął nią mocno.
    – Powodzenia, Patch. Zatop Snarca i leć do syna.
    Pacino czuł się jak idiota, kiedy wkładał mundur. Spojrzał w lustro i widok naramienników z czterema paskami zamiast gwiazdek trochę poprawił mu nastrój. Ale z twarzą pięćdziesięciolatka i siwymi włosami nie wyglądał na kapitana. Pocieszył się, że po załatwieniu tej sprawy wróci do swoich zajęć i w tym momencie przyszedł mu do głowy pewien pomysł – powinien coś wypróbować w Tigersharkach, coś, czego nigdy dotąd nie brał pod uwagę. Gdyby się udało, mógłby pokonać Snarca.
    Wyszedł z budynku administracyjnego i skierował się do trapu okrętu. Patton najwyraźniej przekazał informację, bo kiedy Pacino wchodził na pokład, radiowęzeł oznajmił: „Devilfish przypływa!”- Pacino starał się pozbyć uczucia dumy i zadowolenia, że wraca do swojego prawdziwego domu. Udało mu się dopiero wtedy, gdy przypomniał sobie, że jego syn jest uwięziony na dnie zimnego Atlantyku w dusznym wnętrzu pojazdu głębinowego.

    Air Force One oderwał się z hukiem od pasa startowego numer dwadzieścia siedem i skierował na północny zachód. Gdy klapy chowały się w skrzydła, za samolotem malała baza lotnicza Andrews, pod kadłubem przesuwała się wschodnia odnoga obwodnicy waszyngtońskiej.
    Pani prezydent Warner wyłączyła wyświetlacz wideo w swojej kabinie biurowej i podniosła wzrok na admirała Johna Pattona.
    – Czy Pacino jest w stanie to zrobić, admirale?
    – Szczerze mówiąc, nie wiem, pani prezydent. Ale tylko jemu może się udać.
    – Generale Everett? – zwróciła się Warner do szefa sztabu sił powietrznych, ogromnego mężczyzny z haczykowatym nosem i włosami w kolorze hydrantu przeciwpożarowego.
    – Tak, pani prezydent? – odezwał się głosem zdradzającym, że wypala dwie paczki papierosów dziennie.
    – Czy pańskie samoloty obserwacji radarowej i myśliwce przechwytujące są gotowe do zestrzelenia pocisków manewrujących nadlatujących z morza?
    – Pani prezydent, w tej chwili nie mogłaby pani nawet rzucić na plażę piłki futbolowej. F-16 natychmiast trafiłby panią pociskiem Mongoose naprowadzanym ciepłem. Jesteśmy gotowi.
    Patton zerknął na Warner, chcąc sprawdzić, czy pani prezydent wie, że generał jest zbytnim optymistą.
    – A co ze wsparciem dla marynarki?
    – Ładujemy właśnie ich… jak wyje nazywacie, admirale?
    – Mark 12, generale. PLD-AD-SSA Mark 12, czyli dalekosiężne sensory sonaru pasywnego. Ważą dwie tony, opadają do morza na spadochronach i zanurzają się na głębokość ponad tysiąca pięciuset metrów. Wykrywają wszystko, co przepływa w odległości mniejszej niż pięćdziesiąt do siedemdziesięciu mil. Przesyłają dane przez boje antenowe.
    – Rozumiem. Więc ładujemy teraz te Mark 12 i będziemy je zrzucali do morza przez następne dwanaście godzin.
    – W porządku. A teraz, zechcą panowie mi wybaczyć, ale muszę zadzwonić do pewnego brytyjskiego premiera, który jest na mnie trochę zły.

    – Na co czekamy, XO? – zapytał niecierpliwie Michael Pacino.
    – Na napęd i holowniki, sir – odpowiedział komandor Jeff Vermeers.
    Stali na lotnym mostku na szczycie kiosku SSNX-a, ochrzczonego właśnie imieniem Devilfish. Vermeers był dowódcą okrętu i Pacino zastąpił go na stanowisku kapitana. Niewysoki, szczupły oficer wyglądał bardzo młodo, miał jasne włosy zaczesane do tyłu, wąskie, niebieskie oczy i kwadratową szczękę. Jego zapał, sztuczna wesołość i taki nadmiar energii, że Vermeers wydawał się wręcz roztrzęsiony, działały Pacinowi na nerwy. Komandorowi drżały ręce, kiedy podniósł lornetkę do oczu i popatrzył na farwater.
    – Dowodzenie, tu manewrowa – zatrzeszczał głośnik na mostku. – Napęd na głównym silniku elektrycznym, gotowość do odpowiedzi na wszystkie dzwonki.
    – Oficer pokładowy! – zawołał Pacino w dół kokpitu, do kobiety podporucznika o nazwisku Vickerson. Jeśli były kapitan i obecny XO, Vermeers, wyglądał młodo, to Vickerson pasowała bardziej do przedszkola niż do okrętu podwodnego. Miała krótkie, rudoblond włosy, schowane pod czapką baseballową SSNX-a, piegi na twarzy i mały nosek, który wydawał się nie na miejscu pod okularami podwodniackimi w drucianej oprawce. I co najważniejsze, była kobietą. Kiedy Pacino odchodził ze służby, załogi okrętów podwodnych składały się z samych mężczyzn. Gdy obudził się dziś, miał zdrowego syna i był konstruktorem uzbrojenia. O zachodzie słońca jego synowi groziło śmiertelne niebezpieczeństwo, a on znów był kapitanem marynarki wojennej i dowodził okrętem podwodnym o takiej samej nazwie jak tamten, który stracił kiedyś pod polarną powłoką lodową. W dodatku na tym okręcie służyły dzieciaki obu płci.
    – Tak, panie admirale? – warknęła Vickerson, jakby odpowiadała dyktatorowi.
    – Zwracaj się do mnie „panie kapitanie” – odparł oschle Pacino. – Ruszamy.
    – A holowniki, sir?
    Pacino popatrzył na nią z góry. Nie zrozumiała, pomyślał.
    – OOD, masz dwa wyjścia. Albo dowodzić tak, jak się dowodzi okrętem, który wyrusza w misję bojową, a nie traktować tego jak test morski, albo zostawić dowodzenie mnie.
    Vickerson przełknęła ślinę.
    – Tak jest, sir – odpowiedziała drżącym głosem, zerknęła na Vermeersa, jakby szukając pomocy, potem wzięła do ręki mikrofon. – Sternik, tu mostek – odezwała się cicho. – Cała naprzód jedna trzecia.
    – Maksymalna – poprawił ją Pacino i uniósł lornetkę do oczu.
    – Ależ, sir…
    – Masz ostatnią szansę, OOD – ostrzegł Pacino.
    Vickerson znów przełknęła ślinę.
    – Sternik, tu mostek. Cała naprzód maksymalna, kurs jeden sześć zero. Panie kapitanie, limit szybkości na rzece to piętnaście węzłów.
    – Zanotowane, OOD – odrzekł Pacino i zagryzł wargi, żeby się nie uśmiechnąć, wiedział, że jego groźna mina przeraża tych zielonych podwodniaków.
    Przed dziobem w kształcie pocisku wyrosła z rykiem wysoka fala. Huraganowy wiatr zerwał Pacinowi z głowy czapkę baseballową z emblematem SSNX-a i złotymi liśćmi dębowymi. Pacino nie zwrócił na to w ogóle uwagi i nachylił się do komandora Vermeersa.
    – XO, jaki jest status systemów okrętu?
    – Sir, na dziobie mamy tabliczki ostrzegawcze na czterdziestu systemach, łącznie z zamkami i mechanizmami ogniowymi wyrzutni torpedowych. Ukończyliśmy prace na rufie, więc reaktor i instalacje parowe są sprawne, ale to wszystko. Ledwo utrzymujemy szczelność, sir. Nasz limit zanurzenia to czterdzieści pięć metrów. Większość spawów w systemie wody morskiej nie została nawet prześwietlona rentgenem. Najgorzej jest z systemem Cyclops.
    – Mamy sonar?
    – Tak, szerokie i wąskie pasmo, antenę holowaną i głowicową, anteny przystosowawcze i obraz akustyczny. Wszystko działa. Ale moduły kierowania ogniem są nieczynne. Nie możemy używać komputera do tropienia kontaktu, trójwymiarowe wyświetlacze wirtualne nie działają i nie możemy przesyłać informacji kierowania ogniem do wyrzutni torpedowych. Właściwie nie potrzebujemy ich, bo mamy koordynować akcję bombowców sił powietrznych i one załatwią sprawę, ale moduły bezpiecznej łączności UHF też są nieczynne.
    Pacino badał przez lornetkę horyzont. Wpływali na Thimble Shoal Channel, długi farwater z rzędami boi po obu stronach.
    – Czy ktoś pracuje przy wyrzutniach torpedowych?
    – Nie, panie kapitanie – odrzekł Vermeers. Po raz pierwszy nazwał Pacina kapitanem.
    – Zapomnijmy o wyświetlaczach kierowania ogniem, do diabła z UHF i lotnictwem. Musimy mieć możliwość wystrzelenia torped ze wszystkich czterech wyrzutni.
    – Jak to zrobimy bez systemu kierowania ogniem?
    Pacino nie odpowiedział, dopóki nie skręcili z farwateru na Atlantyk.
    – Użyjemy Tigersharków – odezwał się w końcu. – Mają procesory węglowe. Nie potrzebują dokładnego namiaru ogniowego z okrętu. Wystarczy im ogólny rozkaz, co mają robić.
    – Racja – zgodził się zbyt entuzjastycznie Vermeers. – To przecież logiczne.
    Pacino obrzucił go gniewnym spojrzeniem, ale nic nie powiedział. Zaczynał tracić nadzieję, że jego oficer wykonawczy kiedykolwiek coś naprawdę zrozumie. Vermeers w końcu wyczuł ponury nastrój Pacina i trochę spochmurniał.
    – Sir, czy to nie będzie wbrew naszym rozkazom? Mamy współpracować z lotnictwem…
    – Posłuchaj, XO, dam ci pewną radę. Powiem ci to tylko raz. Kiedy dowodzisz, robisz to, co uważasz za słuszne. Nie to, co mówi instrukcja obsługi reaktora. Nie to, co mówią standardowe procedury operacyjne dla okrętów podwodnych. Nie to, co mówi instrukcja podchodzenia do celu i ataku. Nie to, co mówią regulaminy Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. I nie to, co jest w czerwonej książeczce Mao czy w Biblii. Postępujesz tak, jak dyktują ci rozum i serce. Robisz to, od czego tu jesteś. Dowodzisz okrętem i załogą, żeby wypełnić misję. Nawet jeśli oznacza to złamanie rozkazów. Nawet jeśli oznacza to zatonięcie twojego cholernego okrętu. Robisz to, co trzeba, nawet jeśli masz zginąć lub – co jeszcze gorsze – poświęcić swoją reputację i honor. Zapamiętaj, że na morzu ty decydujesz. Nie ma komisji odwoławczej, admirałów, sekretarza marynarki wojennej ani prezydenta. Jesteś tylko ty, kapitan. Dzisiaj jestem nim ja. Nie będę gadał z bandą pilotów bombowców, którzy nie potrafią rozpoznać okrętu podwodnego, a co dopiero znaleźć go w miliardach metrów sześciennych wody morskiej, gdzie się ukrywa. Dziś zrobimy to, co ja powiem. A ja mówię, że przygotujemy wszystkie wyrzutnie do wystrzelenia Tigersharków i one załatwią sprawę. Kiedy opadnie kurz, pożeglujemy do domu i weźmiemy lekarstwo. Na złamanie rozkazów. Vermeers wpatrywał się w Pacina.
    – Łatwo panu mówić, sir, jest pan byłym czterogwiazdkowym admirałem i po tej misji wróci pan do swojego uregulowanego życia. Ja mam trzydzieści osiem lat, noszę trzy paski, wszyscy patrzą na mnie z góry i tylko czekają, kiedy popełnię błąd. To wielka różnica.
    Vermeers urwał i zobaczył, że Pacino kręci głową.
    – Działał pan tak jako kapitan, kiedy pierwszy raz dowodził pan okrętem? – zapytał.
    Pacino z powagą skinął głową.
    – Jeff, tak zrobiłem karierę. Sztuczka polega na tym, żeby się dowiedzieć, czego chcą twoi przełożeni, jakie są ich intencje, a potem zrobić to, czego od ciebie oczekują. Nie to, co ci kazali, bo to nie jest to samo. Tu tkwi jedna z tajemnic dowodzenia na morzu. Jeśli będziesz patrzył uważnie w czasie tego rejsu, może poznasz inne.
    Vermeers skinął głową i popatrzył groźnie na horyzont, jakby naśladował Pacina, ale po chwili znów stał się sobą.
    – Ale, sir… Wiem, że jest pan dyrektorem tego programu i tak dalej, ale… Tigersharki nie działają. Naprowadzają się na macierzysty okręt i zatapiają go.
    – Pomajstruję przy nich i będą działały.
    Vickerson odwróciła się w stronę Pacina.
    – Panie kapitanie, okręt wypłynął ze strefy rozdziału ruchu. Przewidywany czas podróży do punktu zanurzenia sześć godzin.
    – Przyjąłem – odpowiedział Pacino. Zszedł z lotnego mostka i otworzył kratę w pokładzie prowadzącą do tunelu wejściowego na kiosk.
    – XO, chcę widzieć ciebie, nawigatora i głównego mechanika w mojej kajucie.
    Opuścił się do wnętrza kadłuba. Zapachy okrętu i morza odurzały go, przywoływały wspomnienia wszystkiego, co stracił. Pacino stłumił te wszystkie myśli i emocje z nimi związane. Gdzieś w głębinach Atlantyku jego jedyny syn mógł w tej chwili wydawać ostatnie tchnienie.

22

    Kapitan Lien Hua wszedł na stanowisko dowodzenia. Czou był przy konsoli. Rysował coś na bloczku do notatek.
    – Dou uruchomił reaktor – oznajmił Lien. – Akumulator znów działa. – Rozbłysło oświetlenie sufitowe, nierówne, falujące światło latarń bojowych zbladło w jasnym blasku. – Musimy się zanurzyć. Niech sekcja druga obejmie wachtę na stanowiskach rejsowych i przygotuje się do pionowego nurkowania.
    Czou Ping wyszczerzył zęby w uśmiechu.
    – Tak jest, kapitanie. Sekcja druga i przygotowanie do pionowego nurkowania.
    Piętnaście minut później Nung Jatsu płynął w zanurzeniu o własnych siłach kursem północnym, żeby przechwycić drugą grupę bojową, ale już bez pośpiechu. Kapitan Lien wydał rozkaz utrzymywania szybkości ośmiu węzłów, optymalnej przy tranzycie z jednoczesnymi poszukiwaniami sonarowymi w maksymalnym zakresie. Pomyślał, że tym razem Amerykanie nie będą mieli przewagi, szukając powoli i cicho Nung Jatsu, zmuszonego pędzić przez morze z pełną szybkością. Tym razem Nung Jatsu podkradnie się do Amerykanów.
    Pod koniec porannej wachty dotarli do miejsca zatonięcia amerykańskiego okrętu podwodnego. Kapitan Lien rozkazał podejść na głębokość peryskopową. W czasie gdy badali, czy na powierzchni unoszą się szczątki – dowód zatopienia, o którym mogliby zameldować admiralicji – nadali meldunek pooperacyjny do admirała Czu i odebrali wiadomości – było ich bardzo niewiele, gdyż admiralicja przypuszczała, że zatonęli. Lien postanowił zostać dłużej na głębokości peryskopowej, żeby się przekonać, czy admiralicja wyda im rozkazy alarmowe, kiedy przeanalizuje ich meldunek pooperacyjny i zrozumie, że Nung Jatsu nadal istnieje. Wtedy pojawił się amerykański helikopter. Lien rozkazał schować peryskop i wysuwać go co pewien czas tylko na dziesięć sekund.
    Po dwóch minutach przyciskania twarzy do ciepłego modułu optycznego peryskopu i obserwacji śmigłowca U.S. Navy Lien zorientował się, że załoga helikoptera nie szuka ich sonarem zanurzeniowym, lecz koncentruje się na badaniu morza. Ze śmigłowca wyskoczyli dwaj płetwonurkowie i opuszczono kosz do transportu ludzi.
    – Minimalna naprzód, kurs zero cztery zero – rozkazał Lien. – Podnieść peryskop.
    Kiedy zobaczył, co się dzieje, wpadł w furię.
    – Uzbroić baterię pocisków przeciwlotniczych! – zawołał. – Cel Numer Jeden, amerykański helikopter, który ratuje załogę ocalałą po naszym ataku na ich okręt podwodny.
    – Bateria przeciwlotnicza uzbrojona – zameldował Czou Ping. – Stanowisko peryskopowe w pogotowiu.
    – Wprowadzić kierunek i wysokość! – Lien nadal obserwował helikopter, choć już powinien schować peryskop. – Pocisk numer jeden, ognia!
    Pocisk przeciwlotniczy Victory II bezdźwięcznie uniósł się z kiosku w pęcherzu pary z generatora gazowego i przebił powierzchnię. Zapaliło się rakietowe paliwo stałe, pocisk wzbił się pionowo na wysokość tysiąca metrów i opadł wdzięcznym łukiem z szybkością 1,1 macha. Czujnik podczerwieni wypatrzył dwa gorące wydechy helikoptera, pocisk wleciał do lewego silnika i eksplodował. Czterdzieści pięć kilogramów materiału wybuchowego nie wystarczyło do rozerwania maszyny, ale poważnie ją uszkodziło. Rotor oderwał się w kuli ognia, śmigłowiec wymknął się spod kontroli i wpadł w korkociąg. Od wybuchu w rurze wylotowej turbiny numer dwa rozprysły się łopaty jej wirnika, przebiły kadłub i przecięły dwa przewody paliwowe. Płonąca nadal kula ognia zapaliła paliwo, potem w płomieniach stanął zbiornik. Helikopter Sea Serpent IV eksplodował z siłą wybuchu tony trotylu i na powierzchnię morza opadły łopaty rotorów, kawałki aluminiowej konstrukcji, panele sterownicze i ludzkie szczątki. Fala uderzeniowa poraziła uszy komandor porucznik Donny Phillips w tratwie ratunkowej numer jeden. Nad jej głową śmignął półtorametrowy fragment rotora helikoptera, leciał wystarczająco szybko, żeby przeciąć ją na pół. Inny kawałek metalu przebił burtę tratwy.
    – Wynurzenie pionowe – rozkazał Lien.
    Czou przekazał rozkaz oficerowi sterowania. Okręt zatrzymał się w wodach Morza Wschodniochińskiego, głębokość regulował teraz system inercyjny. Oficer sterowania wprowadził ujemną wartość zanurzenia i okręt uniósł się pionowo z głębokości pięćdziesięciu metrów na powierzchnię. Teraz oficer sterowania wysunął chrapy okrętu i uruchomił kompresor główny, żeby napompować powietrzem zbiorniki balastowe. Po dwóch minutach można było bezpiecznie obsadzić kokpit kiosku.
    – Okręt wynurzony, kapitanie – zameldował Czou Ping.
    – Obsadzić stanowiska wachtowe w kiosku – rozkazał Lien.
    Kiedy kapitan wspiął się pionowym tunelem do kokpitu, Czou objął funkcję nawodnego oficera pokładowego. Wręczył Lienowi lornetkę.
    – Spójrzcie, kapitanie. To muszą być rozbitkowie z okrętu podwodnego, który ostrzelał nas i grupę bojową.
    Lien przyłożył lornetkę do oczu i rysy twarzy mu stwardniały.
    – Podprowadźcie nas bliżej, komisarzu Czou, z minimalną szybkością.
    Czou uniósł do ust mikrofon w kokpicie.
    – Minimalna naprzód, kurs trzy cztery zero.
    Okręt zbliżał się wolno do tratw ratunkowych, dopóki nie znalazł się o pół swojej długości od nich. Lien wściekle popatrzył z góry na rozbitków.
    – Cała stop – rozkazał Czou przez mikrofon i zerknął na kapitana. – Co dalej?
    Lien nie odpowiedział. Stał bez ruchu, jakby nie potrafił podjąć decyzji. Twarz Czou przybrała gniewny wyraz.
    – Kapitanie, musimy szybko dotrzeć do drugiej grupy bojowej. Może zostać zaatakowana i potrzebować naszej pomocy.
    Lien nie zareagował, nadal był niezdecydowany. Czou sięgnął po mikrofon i wywołał oficera wachtowego na stanowisku dowodzenia.
    – Weźcie klucz do schowka z bronią ręczną. Jest w sejfie w kajucie kapitańskiej. Kombinacja to dzień skierowania tego okrętu do służby. – Tę datę musieli znać wszyscy na pokładzie. – Przyślijcie na górę pięć AK-80 i piętnaście magazynków.
    – Czou – odezwał się niepewnie Lien – co wy robicie?
    Pierwszy oficer obrzucił kapitana ponurym spojrzeniem.
    – Nie możemy ich wziąć do niewoli. Nie chcę Amerykanów na naszym okręcie, zwłaszcza tych. Zatopili grupę bojową, którą mieliśmy chronić, mogliby się zbuntować i próbować przejąć kontrolę nad okrętem. Dokończę to, co zaczęła torpeda Tsunami.
    Lien przyjrzał się Czou zmrużonymi oczami. Pierwszy oficer zamierzał złamać prawo międzynarodowe i niepisany kodeks morski. Lien czytał o załogach hitlerowskich U-Bootów, które robiły takie rzeczy i potępiał to. Nigdy nie przypuszczał, że jego protegowany posunie się do czegoś takiego, nawet wobec znienawidzonych Amerykanów.
    – Musicie działać, kapitanie – powiedział Czou. – Jeśli nie wydacie rozkazu, pozbawię was dowództwa na podstawie paragrafu dwudziestego trzeciego regulaminu Marynarki Wojennej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej.
    Lien westchnął, ale nie odpowiedział, nadal stał nieruchomo i patrzył na Amerykanów. Do kiosku wspięli się dwaj marynarze. Przynieśli karabiny. Czou zwrócił się do jednego z nich:
    – Marynarzu Ling, aresztujcie kapitana Liena. Zostałem zmuszony do przejęcia dowództwa na okręcie.
    Marynarz popatrzył na Czou, ale widząc, że kapitan stoi jak posąg, skinął głową, delikatnie pociągnął ręce Liena do tyłu i związał mu na plecach nadgarstki plastikową linką. Zaczął popychać go w kierunku otworu tunelu, ale zdał sobie sprawę, że będzie musiał poprosić pierwszego oficera o usunięcie się z drogi. Zawahał się, potem pokazał gestem, o co mu chodzi.
    – Zostawcie go tutaj, dopóki się nie zanurzymy – zdecydował Czou, skupiając całą uwagę na morzu w dole.
    Wziął do ręki jeden z karabinów i popatrzył groźnie na amerykańskich rozbitków.

    Kapitan George Dixon zamrugał, usiadł prosto i oparł się ciężko o komandor Donnę Phillips.
    – Co się dzieje? Nadeszła pomoc?
    – Obawiam się, że to okręt klasy Julang, sir. Albo nie zatonął, albo Chińczycy mają więcej niż jeden.
    – Jasna cholera – jęknął Dixon. – Mamy pistolet w pakiecie ratunkowym?
    – Kilka dwudziestek dwójek, sir. Dobrych do odstraszenia małego rekina, ale nie do zatrzymania chińskiego okrętu podwodnego.
    – O Boże – westchnął Dixon. – Moja matka nie po to o mnie dbała, żebym był jeńcem wojennym. Nie u tych facetów.
    – Wyjdziemy z tego, kapitanie. Mój dziadek był jeńcem wojennym w Wietnamie. Mówił, że nie było tak źle, jak wszyscy myśleli – powiedziała Phillips.
    Kłamała, jej dziadek został zestrzelony nad Hanoi i rzeczywiście dostał się do niewoli, ale w rzeczywistości przeżył tam dużo gorsze rzeczy niż te, o których opowiadano. Phillips starała się oddychać głęboko i przezwyciężyć strach. Wiedziała, że jeśli zdoła dodać Dixonowi odwagi, widok jego bojowej miny pomoże jej przetrwać.
    – Okay, XO, wyjdziemy z tego.
    Kapitan sięgnął do kieszeni na piersi pod emblematem delfinów i wyjął złotą monetę od żony, zamrugał szybko i schował ją z powrotem. Phillips czekała na jakieś słowo otuchy lub pocieszający gest z jego strony, ale zamknął oczy. Najpierw pomyślała, że to stres, ale po chwili zorientowała się, że stracił przytomność.
    Porucznik Brett Oliver, oficer przydzielony do Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, który dołączył do załogi w trakcie operacji, zaczął się trząść ze strachu.
    – XO – powiedział drżącym głosem – nie mogę się dostać do niewoli. Za dużo wiem. Jestem agentem NSA. Złamią mnie na przesłuchaniach. Dowiedzą się o sieci łączności bojowej i możemy przegrać wojnę.
    – Niech pan nie będzie śmieszny – odparła ostro Phillips, ale rozumiała jego lęk. Próbowała coś wymyślić, lecz nie umiała znaleźć wyjścia z sytuacji.
    – Proszę mi dać dwudziestkę dwójkę – zażądał.
    – Co pan ma zamiar zrobić, panie Oliver?
    – Proszę o pistolet, XO – powtórzył.
    Na moment z jego oczu zniknął strach i pojawiło się w nich zdecydowanie. Phillips niechętnie wręczyła mu broń.
    – Ale niech pan jej użyje dopiero w ostateczności – powiedziała.
    – Żegnaj, Donna – odparł. – Powodzenia.
    Zsunął się tyłem z tratwy i popłynął w kierunku przeciwnym do Julanga. Phillips obserwowała go, ale ledwo widziała jego głowę wśród grzbietów fal. Kiedy zniknął jej z oczu, rozległ się pojedynczy strzał.
    – O Jezu – wyszeptała.
    Kiedy podniosła wzrok, julang stał blisko tratwy. Patrzyła ze zdumieniem na nieprzyjacielski okręt. Dotąd był tylko bezosobowym diamentem na wyświetlaczu kierowania ogniem lub mgliście zapamiętanym ziarnistym zdjęciem wywiadowczym. W rzeczywistości wydawał się ogromny. Kiosk górował nad tratwami jak wieża, kadłub był szerszy niż kadłub Leoparda. Na mostku dostrzegła kilku mężczyzn. Wszyscy trzymali miotły w rękach. Nie… to była broń…
    Phillips przyglądała się, jak z odległości niecałych trzydziestu metrów celują z karabinów automatycznych do tratw ratunkowych. Nagle zdała sobie sprawę, że nie grożą rozbitkom bronią, żeby wziąć ich do niewoli, lecz zamierzają strzelać, żeby zabić.
    – Załoga! – wrzasnęła bez namysłu. – Wszyscy do wody! Ale już!
    Zepchnęła Dixona z tratwy, chwyciła za ramię mężczyznę siedzącego obok i rzuciła się do morza w momencie, gdy nad falami rozległy się pierwsze strzały.

    Czou Ping uniósł AK-80 i poczuł w dłoniach ciężar karabinu. Zanim broń dostarczono na mostek, zamontowano na niej precyzyjną lunetę dalekiego zasięgu. Czou zobaczył w celowniku najbliższą tratwę ratunkową z kobietą siedzącą obok mężczyzny opartego bezwładnie o żółtą burtę. Mężczyzna miał na piersi złote insygnia, był chyba wyższym oficerem. Czou odbezpieczył karabin i już miał zacząć strzelać, gdy nagle rozległ się jakiś huk.
    – Co to było? – zapytał i odsunął twarz od lunety.
    – Strzelają do nas, komisarzu! – zawołał marynarz Ling. – Ognia! Czou znów przyłożył oko do celownika optycznego, ale ludzie na tratwach właśnie skakali do morza. Odnalazł starszego oficera, do którego wcześniej mierzył, naprowadził podziałkę na jego pierś i pociągnął za spust. Karabin kopnął go lekko i wystrzelił pojedynczy pocisk.
    – Przestawcie broń na ogień ciągły! – krzyknął marynarz Ling.
    – Cholerny karabin! – zaklął Czou.
    Znalazł przełącznik i znów wycelował do ludzi w wodzie. Nacisnął spust i zasypał rozbitków i tratwy gradem pocisków. Strzelał, dopóki nie opróżnił magazynka.
    Kiedy wyjął pusty i włożył następny, odezwały się inne karabiny. Czou opróżnił drugi magazynek. W kierunku Amerykanów leciały nad falami serie pocisków.

    – Obserwacja przez peryskop numer dwa. Podać głębokość i szybkość – rozkazał kapitan Andrew Deahl ze stanowiska dowodzenia w sterowni USS Essex, atomowego okrętu podwodnego klasy Virginia, wysłanego przez admirała McKee na poszukiwanie julanga.
    Mieli go znaleźć, zanim zdąży dołączyć do drugiej grupy bojowej. Deahl stał za konsolą dowodzenia w hełmie Type 23. Mimo dziennej pory w sterowni było ciemno, żeby kapitan mógł lepiej widzieć morze przez peryskop. Załoga obsadziła stanowiska bojowe, kiedy tylko sonar wykrył julanga z dużej odległości i teraz czekała w milczeniu na rozkazy. Gdy julang, oznaczony jako Cel Jeden, wynurzył się pionowo, Deahl kazał zaczekać z odpaleniem torped w wyrzutniach jeden i dwa. Wstrzymał atak, żeby zobaczyć, co się dzieje.
    – Głębokość dwadzieścia jeden metrów, szybkość zero, kapitanie.
    – Peryskop idzie do góry.
    Deahl poruszył joystickiem przypiętym do jego umięśnionego uda i maszt fotoniczny wysunął się z kiosku. Kapitan zobaczył w wizjerze spody fal z nałożonymi komputerowo kierunkami i linią wskazującą julanga. Kiedy peryskop przebił powierzchnię, Deahl oznajmił:
    – Peryskop wynurzony! Mam na powierzchni Cel Jeden. Obserwacja celu! Kierunek trzy zero pięć. Wysokość masztu dziesięć metrów. Odległość czterysta pięćdziesiąt metrów. Kąt na dziobie sto dwadzieścia stopni na sterburtę. Uwaga, zespół kierowania ogniem, wstrzymujemy atak torpedowy do momentu rozpoznania działań Celu Jeden.
    – Skurwiel pewnie ma awarię, kapitanie – odezwał się XO.
    – Sonar, tu kapitan – powiedział Deahl do swojego mikrofonu na wysięgniku. – Masz oznaki braku napędu Celu Jeden?
    – Kapitanie, tu sonar. Nie. Jego silniki pracują na obrotach biegu jałowego, ale płynie.
    – To tyle, jeśli chodzi o twoją teorię, XO – powiedział Deahl.
    Miał trzydzieści osiem lat, biegał w maratonach. Essex był pierwszym okrętem, którym dowodził, objął to stanowisko zaledwie dwa miesiące temu. Załoga uwielbiała poprzedniego kapitana i na razie dowodzenie wyglądało zupełnie inaczej, niż Deahl sobie wyobrażał. Przekonał się, że od zastępcy dowódcy do kapitana jest daleka droga i czasem brakowało mu wiary w siebie. Wojna na Morzu Wschodniochińskim skomplikowała jego sytuację, ale przynajmniej nauczył się polegać na swoim oficerze wykonawczym, choć nie przyszło mu to łatwo. Był nowojorczykiem i początkowo nie ufał XO Harlanowi Simoneaux z Południa.
    – Kapitanie, ludzie w kiosku mają karabiny – zameldował XO. – Strzelają do czegoś!
    – Co za cholera? – mruknął Deahl.
    – Niech to szlag! Kapitanie, w tamtym miejscu zatonął Leopard! Tam są rozbitkowie!
    – Szybki strzał z jedynki, Cel Jeden! – krzyknął Deahl.- Wyłączyć blokady przeciwpowrotne, natychmiastowa gotowość, tryb uderzenia na powierzchni, poszukiwanie aktywne przy dużej szybkości, kontakt bezpośredni!
    Wrota zewnętrzne wyrzutni otwarto już wcześniej. Torpeda Mark 58 Alert/Acute od trzydziestu minut była na zasilaniu i miała wprowadzony namiar na cel. Czekała tylko na wystrzelenie. Wykonanie przez oficera uzbrojenia ryzykownych rozkazów kapitana trwało chwilę – musiał zaprogramować torpedę, tak żeby mogła zdetonować w niewielkiej odległości od własnego okrętu i wyłączyć blokady bezpieczeństwa.
    – Wprowadzone! – zameldował w końcu XO.
    – W pogotowiu – zawołał oficer uzbrojenia zza swojej konsoli gotowej do odpalenia torpedy.
    – Strzał na wyliczoną pozycję!
    – Ognia! – krzyknął oficer uzbrojenia. Pokład zadrżał i wystrzelenie torpedy poraziło Deahlowi uszy.
    – Sir, wyrzutnia jeden odpalona elektrycznie – zameldował oficer uzbrojenia.
    – Dowodzenie, tu sonar. Wystrzelenie własnej torpedy normalne.
    Ledwo szef sonaru umilkł, obraz w wizjerze Type 23 zbladł, potem zniknął. Deahl zamrugał, ale wnętrze hełmu było ciemne. Coś się stało z masztem Type 23, pomyślał. W tym momencie przez kadłub dotarł huk eksplozji i okręt zatrząsł się gwałtownie jak od uderzenia ogromnym młotem kowalskim.
    – Dowodzenie, tu sonar. Eksplozja z kierunku do Celu Jeden.
    – To chyba jasne – zauważył sarkastycznie Simoneaux.
    – Wysunięcie peryskopu numer jeden – oznajmił kapitan Deahl i wybrał sterownikiem na udzie peryskop z prawej burty. Z kiosku wysunął się drugi Type 23 i przebił fale. Deahl zobaczył wielką, pomarańczowoczarną chmurę w kształcie grzyba i duże kawałki metalu spadające z nieba. Dywan szczątków na powierzchni morza rósł z każdą sekundą.
    – Cel Jeden załatwiony – powiedział Deahl bezbarwnym głosem, właśnie zdał sobie sprawę, że być może popełnił katastrofalny błąd – jeśli rozbitkowie znajdowali się w odległości sześćdziesięciu metrów od kadłuba Julanga, to już było po nich.
    – Oficer pokładowy, pionowe wynurzenie okrętu!

    – Kapitanie, ciała w wodzie z lewej burty, trzydzieści stopni od dziobu!
    Komandor Deahl skierował Essexa na pozycję wskazaną przez OOD i kazał zastopować maszyny.
    – Nurkowie do wody – zarządził.
    Przez następne dwie godziny przeczesywali morze wokół miejsca zatonięcia julanga. Wyłowili trzydzieści pięć osób, trzynaście nie żyło, reszta była nieprzytomna. Ocalało pięciu Chińczyków, w tym dwóch oficerów, jeśli Deahl prawidłowo rozszyfrował emblematy na ich mundurach. Martwych zawinięto w worki na śmiecie i umieszczono w chłodni. Żywych zabrano do mesy załogi. Deahl kazał odkręcić stoły od pokładu, żeby stworzyć miejsca dla uratowanych, na podłodze rozłożono materace załogi. Rannymi zajął się sanitariusz w stopniu starszego bosmana, odbywający ostatnią turę na morzu. Kapitan Deahl obserwował jego zabiegi z rogu pomieszczenia, w końcu sanitariusz podszedł do niego, ocierając pot z czoła.
    – I co, bosmanie?
    – Mieli szczęście, sir. Skaleczenia, złamania i kilka ran postrzałowych. XO Leoparda Phillips, jest w dobrej formie jeśli nie liczyć przestrzelonego ramienia. Kapitan Dixon został trafiony dwa razy w ramię i raz w pierś. Miał krwawienie wewnętrzne, ale jego stan jest stabilny.
    – Dostał w pierś i jeszcze żyje? – zdziwił się Deahl.
    – Miał w kieszeni na piersi jakąś pamiątkę, coś ciężkiego ze złota, medalion lub zegarek albo coś w tym rodzaju. Teraz to wklęsły kawałek metalu zagięty wokół rozpłaszczonego pocisku z karabinu AK-80, ale uratował mu życie. Gdyby kieszeń była pusta, Dixon dostałby prosto w serce.
    – Szczęściarz – mruknął Deahl. – A co z Chińczykami?
    – Będzie dobrze, sir. Byli na szczycie kiosku julanga, więc eksplozja zrzuciła ich tylko do morza. Jeden z nich to chyba kapitan.
    – Który to?
    Starszy bosman zaprowadził Deahla do chińskiego oficera dowodzącego. Dziwne, pomyślał Deahl, leżący pod kocem, z zamkniętymi oczami i igłą kroplówki w ramieniu, dowódca Czerwonych wyglądał niewinnie jak śpiące dziecko. Nie przypominał groźnego potwora, którego Deahl sobie wyobrażał. To po prostu wojna, pomyślał Deahl. Gdyby nie wojna, ten facet miałby pewnie teraz na głowie dom, żonę, dzieci, upierdliwego szefa eskadry, okręt wymagający obsługi technicznej, załogę potrzebującą dowodzenia i wszystkie inne problemy codziennego życia. Deal uświadomił sobie nagle, że w pewnym sensie łączy go więcej z tym chińskim oficerem niż z jakimkolwiek cywilem z własnego kraju.
    – Dzięki, starszy – powiedział do bosmana. – Daj mi znać, kiedy któryś z nich odzyska przytomność.
    Poszedł do sterowni i polecił oficerowi pokładowemu:
    – Płyń na północ, dopóki nie znajdziemy drugiej grupy bojowej. I cholernie uważaj na inne chińskie okręty podwodne.

23

    Komandor Rob Catardi trząsł się z zimna przy panelu kontroli składu powietrza. Analizator pokazywał, że poziom tlenku i dwutlenku węgla jest w normie, ale tlenu było dziewiętnaście i dziewięć dziesiątych procenta i szybko go ubywało. Zawory tlenowe były całkowicie otwarte, a żadna cząsteczka gazu nie wydostawała się na zewnątrz. Catardi wziął do ręki książkę techniczną instalacji rurowej DSV-a i poszukał systemu tlenowego, licząc na to, że znajdzie zawór odcinający między zbiornikami dla modułu dowodzenia i większego pomieszczenia ładowni. Ku jego radości był taki zawór. Kapitan poszedł wzdłuż instalacji biegnącej pod sufitem i dotarł do miejsca, gdzie rura ze stali nierdzewnej wychodziła poza przegrodę modułu dowodzenia. Tuż przed przegrodą znalazł zawór odcinający. Był otwarty, a zbiornik był pusty. Catardi cztery razy otworzył i zamknął zawór, ale bez skutku. Nie ulegało wątpliwości, że uduszą się tutaj. Za dziesięć godzin, kiedy nadejdzie pomoc, będą nieprzytomni. Nie mogli się doczekać na ratowniczy pojazd głębinowy, ale wiedzieli, że samo jego przybycie to nie wszystko. Musiał przeciąć stalowy kadłub Piranii grubości pięciu centymetrów, sięgnąć do wnętrza i usunąć płytę nad DSV-em. Jeden błąd przy wyjmowaniu i płyta ich przygniecie. Ratownicy będą musieli przyspawać do DSV-a kołnierz przejściowy, potem przeciąć jego kadłub i wyciągnąć wszystkie rury i kable, które skaziłyby atmosferę toksycznymi chemikaliami ze spalonej izolacji. To mnóstwo pracy, upłynie pewnie tydzień, zanim się z tym uporają i będą mogli wejść do DSV-a. Przez ten czas ocaleli członkowie załogi Piranii zdążą umrzeć.
    Nawet gdyby wystarczyło im tlenu, zabije ich zimno. Catardi widział obłoki pary własnego oddechu. Nie miał czym się ogrzać, było tylko kilka koców, a właściwie jeden, resztę oddał tamtym trojgu, zanim zasnęli w lodowatym module dowodzenia.
    Catardi często się zastanawiał, czy chciałby wiedzieć z góry, kiedy umrze. Kiedyś uznał, że tak, chciałby – pięć minut przed śmiercią. Miałby chyba wystarczająco dużo czasu, żeby pożegnać się z życiem, ale za mało, żeby się bać. Ale teraz to nie było pięć minut. Zostało mu zapewne dziesięć czy dwanaście godzin świadomego oczekiwania na śmierć. Kiedy ratownicy przetną kadłub, znajdą go zamarzniętego, jego ciało będzie miało temperaturę jednego stopnia Celsjusza poniżej zera, będzie zimne jak stalowa przegroda. Siedział skulony na stercie materiału obiciowego ze ścian DSV-a, owinięty kocem. Ze swojego miejsca widział pozostałą trójkę, smużki pary ich oddechu. Pacino zasnął, zgodnie z rozkazem. Schultz i Alameda ani na chwilę nie odzyskały przytomności. Zły znak. Catardi obudził się po godzinie czy dwóch, nerwy nie pozwalały mu znowu zasnąć.
    Poinformował okręt na powierzchni, Emerald, że więcej nie będą rozmawiali, muszą spać, żeby oszczędzać tlen. Załoga Emeralda obiecała znaleźć sposób na dostarczenie im tlenu i zasilania do kadłuba, ale zadanie okazało się za trudne. Podobno na górze psuła się pogoda, na wschodnim Atlantyku szalał sztorm. Kilka godzin temu Catardi pożegnał się z niewyraźnym głosem z powierzchni i poprosił, żeby już się z nim nie łączyli. Fałszywe nadzieje były czymś gorszym od braku nadziei. Catardi położył się, potem wstał i podszedł do Pacina, Alamedy i Schultz. Chciał zobaczyć ich twarze i pożegnać się. Sięgnął do czoła Pacina i odgarnął mu włosy z oczu. Pomyślał, że zawiódł tego chłopaka. Spojrzał na Carrie Alamedę, która we śnie wyglądała jak dziecko. Dotknął jej włosów i policzka, potem przysunął się do Astrid Schultz, ładnej blondynki. Kiedy przydzielono ją na Piranię, żona Catardiego zaczęła być zazdrosna. Kapitan pogłaskał Schultz po policzku, podziękował jej w myślach za wszystko, co zrobiła, i pożegnał się z nią. W końcu wrócił na swoje posłanie i podciągnął cienki koc aż pod nos. Rozejrzał się po raz ostatni i zamknął oczy.
    Wiedział, że powinien spróbować zasnąć, ale za bardzo się bał, że jeśli zapadnie w drzemkę, to już się nigdy nie obudzi. Z drugiej strony zdawał sobie sprawę, że lepiej byłoby przeżyć te ostatnie, straszne godziny we śnie. Nie chciał być przytomny w chwili śmierci. Poczuł wilgoć pod powiekami i w końcu powiedział sobie, że musi wolniej oddychać i zasnąć. Ale waliło mu serce i strach ściskał go za gardło. Tylko jedno mogło go uspokoić – myśli o Nicole, jego córce. Zastanawiał się, co teraz robi. Miał nadzieję, że nie ogląda wiadomości i nie płacze. Pomyślał, że pewnie trzymają w tajemnicy zatonięcie okrętu i ujawnią to dopiero wtedy, gdy będzie po wszystkim. Żałował, że stracił zdjęcie Nicole, zostało na przegrodzie w jego kajucie i zapewne spłonęło w pożarze wywołanym eksplozją.
    Catardi wyobraził sobie, że wypływa z tej zimnej, ciemnej, stalowej trumny i wynurza się z morza. Wzbija się w powietrze, szybuje wysoko nad Atlantykiem i wraca do domu z dalekiej przeszłości, w którym on i Sharon mieszkali razem z Nicole. Podchodzi do drzwi w letni dzień, za próg wybiega Nicole, przytula się do niego i piszczy: „Tatuś, tatuś, tatuś”. On podnosi ją do góry i wymawia jej imię. Bawi się z nią w berka, w chowanego, we wszystkie jej ulubione gry. O zmierzchu zabiera ją do domu, czyta jej bajki, pokazuje obrazki, śmiesznie naśladuje głosy, śpiewa zabawne piosenki, które dla niej ułożył, i słucha jej chichotu. Potem całuje ją w czoło i mówi, że pora spać. Czuje jej ciepły dotyk, gdy małymi ramionami obejmuje go po raz ostatni, i wstaje. Patrzy, jak córeczka zasypia i jej oddech staje się powolny i regularny. Gasi światło i stoi przy niej w ciemności, czuwając, żeby nie zagroził jej żaden potwór. Kiedy Catardi wreszcie zasnął, na policzkach miał ślady łez wsiąkających w jego zmierzwioną, posiwiałą brodę.
    Na zewnątrz nietkniętego DSV-a Piranii pogięty kadłub okrętu podwodnego spoczywał zagrzebany w piaszczystym dnie morza. Osad usunięto tylko z kilku miejsc, w których umocowano hydrofony. Z ciemnego wraka biegły w górę przewody łączności i lina boi lokalizacyjnej, prowadziły na powierzchnię, gdzie zapadała noc. Na niebie nie było gwiazd, bo zasłaniały je chmury. Na morzu rosły fale, wył wiatr, kable wchodzące do wnętrza okrętu ratowniczego Emerald wibrowały i dźwięczały. Przy tymczasowej konsoli w mesie załogi siedział porucznik Evan Thompson. Monitorował dźwięki z DSV-a. Od pewnego czasu zaległa tam cisza, tylko usłyszał przytłumione kroki, potem ciche łkanie, później już nic. Zasnęli albo stracili przytomność, pomyślał. Zdjął słuchawki i westchnął, przetarł oczy i wziął do ręki kubek kawy, który przyniósł mu szef kuchni.
    Brytyjczycy płynęli szybciej, niż się spodziewano i mieli być na miejscu przed świtem, ale nie mogliby nic zrobić. Sztorm przybierał na sile. Kapitan Emeralda planował odłączyć przewody hydrofonowe i wrócić do portu lub, jeśli pogoda pogorszy się, tak jak zapowiadały prognozy, popłynąć na północ, żeby uciec przed sztormem. Thompson miał nadzieję, że zostaną na miejscu wystarczająco długo, żeby przekazać operację Angolom, ale załoga Emeralda odpowiadała za bezpieczeństwo okrętu. Ona decydowała. Porucznik z powrotem włożył słuchawki, położył głowę na poziomym blacie konsoli hydrofonowej i zamknął oczy. Postanowił spać tutaj, na wypadek gdyby wywoływali go ludzie na dole.
    Mijała noc, Emerald kołysał się na falach. Z wraka Piranii nie dochodził żaden dźwięk.

    Kapitan Lien Hua odwrócił się na bok i wtulił głowę w poduszkę. Odgłosy wentylatorów okrętowych tłoczących chłodne powietrze brzmiały uspokajająco jak zawsze. Na moment otworzył oczy. Wokół było ciemno. Usłyszał przytłumione głosy, zapewne na zewnątrz w korytarzu. Postanowił poinstruować komisarza Czou Pinga, że załoga ma się trzymać z daleka od kajuty kapitańskiej. Ziewnął i zamierzał z powrotem zasnąć, ale nagle zdał sobie sprawę, że coś jest nie tak. Usiadł na koi i ogarnęła go panika, uświadomił sobie, że szepczące głosy nie mówią dialektem mandaryńskim ani kantońskim, lecz jakimś innym. Sięgnął ręką tam, gdzie powinno się znajdować jego składane biurko, ale go nie znalazł. Nie było również konsoli telefonicznej ani wyświetlacza sterowania okrętem. Obrócił się, żeby postawić nogi na pokładzie, lecz jego materac leżał na podłodze, poczuł pod bosymi stopami zimne kafle.
    – Co się dzieje? – krzyknął.
    Zerwał się, pobiegł przed siebie i wpadł na ciężką zasłonę. Odsunął ją na bok i zobaczył korytarz oświetlony na czerwono. Stali tam dwaj mężczyźni w ciemnych kombinezonach podobnych do jego stroju, ale na rękawach mieli wrogie symbole – naszywki przedstawiające flagę Stanów Zjednoczonych. Lien przez chwilę patrzył na nich, potem spojrzał w górę na przewody i rury pod sufitem. Otoczenie przypominało wnętrze Nung Jatsu, ale przegrody były ciemniejsze, pokład zaś pokrywały kafle, a nie gumowa wykładzina przeciwpoślizgowa. Lien wiedział już, że jest na okręcie, być może podwodnym, ale na pewno nie chińskim. Spojrzał na Amerykanów i podniósł ręce do góry.
    Pokazali mu, że ma iść z nimi korytarzem do stromej drabinki. Jeden z nich szedł przed nim, drugi za nim. Dotarli do drzwi z napisem w języku angielskim. Jeden z Amerykanów zapukał i Lien został wprowadzony do małej kajuty. Miała trzy metry kwadratowe i przypominała jego kajutę na Nung Jatsu. Zza małego stołu wstali dwaj mężczyźni, jeden był szczupły, drugi potężnie zbudowany. Obaj mówili w swoim dziwnie brzmiącym języku. Lien pokręcił głową, że nie rozumie, zastanawiając się, dlaczego jeszcze go nie zastrzelili. Szczupły mężczyzna wskazał mu miejsce. Lien usiadł i zaczął się trząść, może z zimna, a może ze strachu. Amerykanin okrył mu ramiona wełnianym kocem i powiedział coś do telefonu. Po chwili zjawił się kucharz z dzbankiem herbaty. Lien odmówił. Postawiono przed nim półmisek zjedzeniem. Choć głód skręcał mu kiszki, Lien zignorował poczęstunek.
    Potężnie zbudowany mężczyzna wyciągnął duży, płaski, giętki wyświetlacz panelowy. Pomanipulował przy nim i pojawiła się mapa Chin. Wskazał Pekin. Lien podniósł wzrok – przesłuchują go? Pokręcił głową i Amerykanin usiadł.
    Lien pomyślał, że to nic nie znaczy. I tak wkrótce go rozstrzelają.

    – Panie kapitanie, okręt jest zanurzony na głębokość czterdziestu pięciu metrów i zadowalająco wytrymowany w jednej trzeciej – zameldowała porucznik Vickerson. – Sonda wskazuje pięćset sześćdziesiąt pięć sążni.
    Pacino stał na stanowisku dowodzenia w oświetlonej czerwonym blaskiem sterowni Devilfisha. Myślał o tym, że kiedy był tu ostatni raz, okręt wracał z Morza Wschodniochińskiego po finałowej walce z Czerwonymi. Skupił się na treści meldunku i spojrzał na kobietę oficera.
    – Bardzo dobrze. Zwiększyć szybkość do standardowej i zejść na sto dwadzieścia metrów, pod płaskim kątem.
    Vickerson wpatrywała się w niego z napięciem.
    – Limit głębokości to czterdzieści pięć metrów, panie kapitanie. Stocznia ostrzegała, że spawy nie są dokończone. Zaleje nas, zanim dotrzemy do sześćdziesięciu.
    Ze stanowiska nawigacyjnego w tyle sterowni podszedł do nich XO. W upiornym, czerwonym świetle lamp na suficie jego twarz wyglądała jak maska strachu.
    – Sir, Vickerson ma rację – wykrztusił z siebie.
    Pacino skinął głową.
    – Wiem. Sprowadź okręt w dół, OOD. Płaski kąt.
    – Tak jest, sir – odpowiedziała i wydała rozkazy.
    Pacino wziął do ręki mikrofon radiowęzła i we wnętrzu okrętu zadudnił jego głos.
    – Uwaga, cała załoga. Tu kapitan. Jak wszyscy wiecie, dostaliśmy pilne zadanie zatopienia Snarca, który całkowicie wymknął się spod kontroli i otworzył ogień do jednego z naszych okrętów. Pirania poszła na dno, a Snarc wydostał się poza zasięg broni Hammerheada. Płynie na wschód, żeby ostrzelać amerykańskie cele, ale nigdy nie dotrze do miejsca, w którym ma odpalić swoje pociski, jeśli Devilfish będzie miał coś do powiedzenia w tej sprawie. Jednak do pokonania Snarca potrzebna nam jest pełna sprawność bojowa. Rozkazuję przygotować wyrzutnie torpedowe. Zmodyfikuję Tigersharki, tak żebyśmy mogli nawiązać walkę ze Snarkiem. Rozkazuję również sprowadzić okręt na głębokość testową, żebyśmy mogli sprawdzić, czy kadłub będzie przeciekał, czy pozostanie nienaruszony, gdyż zaatakujemy Snarca z głębin, nie z głębokości peryskopowej z udziałem bombowców sił powietrznych. Mogę się założyć, że stocznia wykonała swoją robotę lepiej, niż się do tego przyznaje, dlatego Devilfish schodzi teraz w dół. Cała załoga, przygotować okręt do głębokiego zanurzenia. Wykonać.
    Pacino odłożył mikrofon na miejsce i napotkał wzrokiem dziesięć par wątpiących oczu. Vickerson odwróciła się, spojrzała na niego i zagryzła wargi.
    – Sześćdziesiąt metrów, panie kapitanie.
    – Bardzo dobrze. – Pacino stał wyprostowany na stanowisku dowodzenia i patrzył na głębokościomierz.
    Vickerson przełknęła ślinę.
    – Siedemdziesiąt pięć, sir. Wszystkie stanowiska meldują gotowość okrętu do głębokiego zanurzenia, sir.
    – Bardzo dobrze.
    Na poziomie każdego pomieszczenia telefoniści z latarkami mieli szukać przecieków, zanim okręt zostanie katastrofalnie zalany. Nie mogli niczego przeoczyć. Stare powiedzenie podwodniaków mówiło: „Jeśli nie znajdziesz przecieku, on znajdzie ciebie”.
    – Sto metrów, sir.
    – Oficer pokładowy, schodzimy na głębokość testową czterystu metrów.
    – Tak jest, sir, czterysta metrów. Okręt jest na całej naprzód standardowej.
    – Cała naprzód pełna – rozkazał Pacino, choć wiedział, że pełna szybkość na głębokości testowej oznacza naruszenie procedury operacyjnej, gdyż przy niekontrolowanym nurkowaniu z taką prędkością opadliby poniżej głębokości krytycznej, zanim zdążyliby zareagować.
    – Tak jest, panie kapitanie, pełna – odpowiedziała Vickerson.
    Pacino uśmiechnął się pod nosem – dziewczyna zaczyna się uczyć, pomyślał. Vermeersowi przychodziło to znacznie trudniej, bo na czoło wystąpiły mu krople potu.
    – Sto pięćdziesiąt metrów, sir.
    Okręt zanurzał się coraz głębiej. W pewnej chwili nad sterownią rozległo się głośne skrzypnięcie. Vermeers aż podskoczył.
    – To tylko kadłub dostosowuje się do ciśnienia – uspokoił go Pacino.
    – Wiem, sir – odrzekł Vermeers. – Noszę delfiny.
    Pacino popatrzył na głębokościomierz.
    – Trzysta metrów, sir.
    Zabrzęczał telefon na konsoli dowodzenia. Vickerson sięgnęła po słuchawkę, potem spojrzała na Pacina.
    – Torpedownia melduje przeciek z wrót wewnętrznych trzeciej wyrzutni, sir. To tylko kapanie, ale powiększa się.
    Pacino skinął głową, jakby dostał dobrą wiadomość.
    – W porządku.
    – Nie wracamy wyżej? – zapytał Vermeers.
    Pacino zmiażdżył go wzrokiem.
    – Trzysta trzydzieści pięć metrów, panie kapitanie.
    Kadłub znów zaskrzypiał. Od lewej do prawej burty przeszła seria głośnych trzasków i odbiła się echem w głębi morza. Vermeers starał się zachować bojową minę, ale nie było to dla niego łatwe.
    – Trzysta sześćdziesiąt pięć metrów, panie kapitanie.
    Znów zadźwięczał telefon. Vickerson słuchała przez chwilę.
    – Sir, z trzeciej wyrzutni już się leje.
    Pacino skinął głową i zerknął na Vermeersa. Młody oficer też skinął głową, jakby go naśladował.
    – Czterysta metrów, panie kapitanie – zameldowała Vickerson. – Z trzeciej wyrzutni płynie tyle wody, że zalewa pokład w odległości sześciu metrów, sir.
    – Wykonać cykl otwarcia i zamknięcia wrót zewnętrznych trzeciej wyrzutni – rozkazał Pacino. – I cała naprzód maksymalna.
    Nawet w czerwonym świetle sterowni Vermeers wyraźnie zbladł. Jeśli pełna szybkość na głębokości testowej była niebezpieczna, to maksymalna wręcz samobójcza. Zwłaszcza że okręt nie przeszedł jeszcze testów morskich. Gdy Devilfish przyspieszył do maksimum, pokład pod stopami Pacina zaczął wibrować.
    – Tak jest, sir, otwarcie wrót zewnętrznych trzeciej wyrzutni. Wrota otwarte. Zamknięcie wrót zewnętrznych.
    Pacino czekał.
    – Sir, z trzeciej wyrzutni znów tylko trochę kapie.
    – Bardzo dobrze. Oficer pokładowy, podejść okrętem na sto sześćdziesiąt siedem metrów, kąt wzniosu trzydzieści stopni.
    Pokład uniósł się stromo. W kuchni okrętowej na górnym poziomie rozległ się hałas tłuczonych naczyń, na środkowym poziomie spadło kilka książek i innych przedmiotów. Ledwo odgłosy ucichły, pokład wrócił do poziomu.
    – XO – powiedział oschłym tonem Pacino – uważam, że mogłeś lepiej wysztauować okręt. Mam zrobić jeszcze kilka takich ewolucji czy już wiesz, w czym problem i potrafisz to rozwiązać?
    – Zajmę się tym, sir.
    – OOD, chcę, żebyś powoli zwiększała szybkość…
    – Sir, już płyniemy z maksymalną…
    – …przez stopniowe podnoszenie mocy reaktora o jeden procent w uzgodnieniu z manewrową, aż do włączenia się sygnalizacji przegrzania łożysk głównych. Wtedy obniżysz moc o jeden procent, co będzie odpowiadało szybkości alarmowej. Zanim zaczniesz, dopilnuj, żeby wachtowy oficer techniczny całkowicie otworzył zawory chłodnicy oleju.
    – Tak jest, panie kapitanie – odpowiedziała Vickerson, tym razem spokojniej, i sięgnęła po telefon.
    – Panie kapitanie, przecież pan wie, że zwiększenie mocy powyżej stu procent zniszczy reaktor i spowoduje wysokie napromieniowanie okrętu – wtrącił się Vermeers. – Wrócimy do stoczni na dwa lata, jeśli przekroczy pan sto dziesięć procent.
    – Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, XO, z tego, że Snarc już podgrzewa dwanaście pocisków manewrujących.
    Pacino stał na stanowisku dowodzenia, czuł pod stopami dygotanie pokładu Devilfisha i czekał na dotarcie do punktu przechwycenia Snarca.

    Prezes firmy Cyclops Systems Incorporated, Colleen O’Shaughnessy Pacino, projektowała obecną generację podwodnych systemów kierowania walką, odkąd SSNX po raz pierwszy wyszedł w morze. Colleen i Michael Pacino odnieśli wtedy wielki sukces, Cyclops dostał większy, bardziej lukratywny kontrakt i pobrali się. Ale dobre czasy minęły i teraz Colleen musiała tłumaczyć się przed Kongresem z porażki programu Tigershark. To był jej największy problem, dopóki dwadzieścia godzin temu mąż nie zawiadomił jej o koszmarze, który spotkał Anthony’ego Michaela.
    – Oczywiście, że polecę – odpowiedziała, usiadła w łóżku i odgarnęła z twarzy kruczoczarne włosy.
    Lot helikopterem trwał wiele godzin. W końcu śmigłowiec zawisnął nad Explorerem II i opuścił Colleen na pokład rufowy. Zanim zabrano ją do wnętrza okrętu, zdążyła przemoknąć i przemarznąć.
    Komandor Peter Collingsworth przywitał ją w wąskim korytarzu. Był bardzo wysoki i potężnie zbudowany, ale mógłby zrzucić kilka kilogramów. Miał rudą brodę i zmierzwione, rudawobrązowe włosy, wesołe, niebieskie oczy, piegowaty nos i mocny uścisk dłoni. Mówił wysokim głosem, który nie pasował do jego sylwetki, był otwarty i przyjazny. Colleen zrzuciła kaptur, wytarła włosy ręcznikiem i uścisnęła dłoń komandorowi Królewskiej Marynarki Wojennej.
    – Colleen Pacino – przedstawiła się. – Kontrahent resortu obrony. Przysyła mnie admirał Patton. Jeden z ocalałych członków załogi Piranii to mój pasierb.
    Collingsworth skłonił się z powagą i puścił jej dłoń.
    – Witam na pokładzie Explorera II. Dowodzę tą operacją. Kapitan okrętu nazywa się Kenneth Knowles. Jest na mostku. Zaproponowałbym pani coś do picia, ale przypuszczam, że chce pani od razu zająć się sprawą. Może pani skorzystać z tej wolnej kajuty, wziąć prysznic i przebrać się w suchy kombinezon. Spotkamy się w sterowni za pięć minut.
    Colleen skinęła głową i weszła do kajuty. Wzięła gorący prysznic, wytarła się i włożyła brytyjski kombinezon z dziwnymi emblematami powyżej kieszeni. W korytarzu czekał na nią jeden z członków załogi, który zaprowadził ją do sterowni. Duże pomieszczenie wypełniały monitory, komputery, aparatura radiowa i inne urządzenia. Collingsworth rozmawiał z jednym ze swoich oficerów, słyszała jego spokojny, pewny głos. Kiedy skończył, podszedł do Colleen. Spodziewała się, że będzie mówił o złej pogodzie i przekonywał ją, że akcja ratownicza zajmie zbyt wiele czasu.
    – Sytuacja wygląda tak, pani Pacino. Emerald odpłynął stąd z powodu sztormu. Odłączył się od hydrofonów i zostawił boję lokalizacyjną nad wrakiem. Teraz ją wyciągamy. Kiedy będzie na pokładzie, uruchomimy system stabilizacyjny, żeby utrzymać się w miejscu nad wrakiem. Potem opuścimy za burtę pojazd głębinowy ze sprzętem do przecinania kadłuba.
    – Gdzie jest ten pojazd?- zapytała Colleen. – Nie widziałam go na pokładzie.
    – Jest w ładowni okrętu. Schodzi w dół z jego wnętrza, więc pogoda nie ma dla nas znaczenia. Dwa wysięgniki opuszczają go pod kil i wobec tego może wrócić nawet w czasie huraganu. Mówi się, że wraki okrętów podwodnych pasują do złej pogody jak mleko do herbaty. Admiralicja nie pozwoliłaby na to, żeby niewielki sztorm przeszkodził nam w akcji ratowniczej.
    Colleen uśmiechnęła się szczerze po raz pierwszy od wielu dni.
    – Nie przeprowadzimy operacji zgodnie z planem, bo nie mamy na to czasu. Według chłopaków z Emeralda odgłosy z wnętrza kadłuba ucichły kilka godzin po tym, jak kapitan Catardi przekazał wiadomość, że jest mu strasznie zimno i spada poziom tlenu. Jeśli nie wydostaniemy tych ludzi w ciągu czterech godzin, cała akcja będzie stratą czasu. Proponujemy użycie eksperymentalnego i potencjalnie niebezpiecznego palnika z plazmowym ładunkiem wybuchowym nad modułem dowodzenia DSV-a okrętu podwodnego. Chodzi o to, że chcemy przeciąć grubą stal w ciągu minut, a nie w ciągu godzin. Jednak energia potrzebna do stopienia materiału kadłuba okrętu podwodnego może się okazać groźna dla ludzi uwięzionych wewnątrz, może nawet rozerwać kadłub DSV-a. Ale nie mamy innego wyjścia, czas jest tutaj czynnikiem decydującym. Zgadza się pani na użycie tej metody?
    – Ile to potrwa? – zapytała Colleen.
    – Godzinę.
    – Więc niech pan się pospieszy.
    Collingsworth skinął głową, pobiegł w głąb korytarza i zniknął w otworze włazu. Colleen spojrzała na zegarek. Za godzinę Anthony Michael powinien powrócić. Żywy lub martwy.

    – Jeden, wyświetl mapę morską z kręgiem zasięgu pocisków manewrujących i naszą pozycją, pokaż też przewidywany czas przybycia do granicy zasięgu. Dobrze, teraz wywołaj procedurę celowniczą ze zbliżeniami następujących lokalizacji do selekcji celów.
    Krivak nie miał pojęcia, na jakiej długości i szerokości geograficznej leży Biały Dom, więc przeszukiwał podziałką Waszyngton, dopóki go nie znalazł. Zatwierdził cel i przeszedł do następnego pocisku. Obawiał się trochę, że Jeden Zero Siedem może nie wystrzelić pocisków, ale musiał zaczekać do momentu ich odpalenia, żeby się o tym przekonać.
    Zastanawiał się przez chwilę, czy nie powinien zbliżać się do punktu wystrzelenia zygzakiem, żeby pozbyć się wszelkich amerykańskich jednostek wojskowych, które będą próbowały go zatrzymać. Wydawało się to paranoją i znacznie wydłużyłoby czas, jaki ich dzielił od momentu eksplozji pocisków. Odrzucił ten pomysł. Popłynie prosto. Może nawet przyspieszy z trzydziestu pięciu węzłów do pięćdziesięciu. Ale wtedy Snarc będzie tak hałasował, że łatwo go wykryją. Nie, najlepsza jest średnia prędkość. Pogratulował sobie dobrego instynktu. Dokończył wprowadzanie celów i teraz nie miał już nic do roboty, musiał tylko czekać.
    Czekać i obmyślić plan ucieczki, wiedział bowiem, że po starcie pocisków z morza na niebie pojawi się dwanaście śladów wskazujących jego pozycję. Jeśli Amerykanie wykryją go w momencie odpalania, zginie w ciągu godziny. Jeżeli przeżyje wystrzelenie i pociski dotrą do wybrzeża, obława zacznie się po eksplozjach. Tak czy inaczej, będzie martwy, jeśli zostanie na pokładzie Snarca. Musi opuścić okręt. Ewakuacja na środku oceanu nie była niestety przyjemną perspektywą.
    Bez paniki, pomyślał. Trzeba wezwać Amorna do punktu odpalenia pocisków, żeby mnie stąd zabrał. Tylko co zrobić z Wangiem? Zostawić go na okręcie i niech sam sobie radzi? Zastrzelić go przed opuszczeniem Snarca? Wziąć go ze sobą i wciągnąć do interesu?
    Krivak kazał Jeden Zero Siedem zwolnić i podejść na małą głębokość. Połączy się przez komórkę z Pedrem i Amornem i powie im, żeby przypłynęli po niego wyczarterowanym jachtem w pobliże jego pozycji ogniowej. Potem skieruje Snarca do Chin. Do tego czasu zdecyduje, co zrobić z Wangiem. Kilka dziewięciomilimetrowych pocisków prosto w oczy byłoby zapewne najlepszym rozwiązaniem. Snarc stałby się pływającą trumną doktora i naukowiec mógłby umrzeć razem ze swoim dziełem.

    Admirał John Patton nie cierpiał biura w betonowym bunkrze ewakuacyjnym. Było ciasne i cuchnęło pleśnią. Próbował się skoncentrować na swoim e-mailu, gdy do pokoju zajrzała komandor Marissa Tyler, jego sztabowiec. Miała zaniepokojoną minę. Wskazał jej krzesło.
    – Jakiś problem? – zapytał.
    – Jedna ze stacji nasłuchowych NSA, monitorująca satelitarną sieć telefonii komórkowej, zarejestrowała rozmowę. Padło słowo Snarc. Oto treść.
    Marissa połączyła swój notebook z wyświetlaczem głównym i na ekranie pojawił się moduł nagrania dźwiękowego. Wybrała wskaźnikiem laserowym funkcję odtwarzania.
    – Amorn, to ja. Krivak. Na Snarcu, do cholery.
    – Teraz pana słyszę.
    – To słuchaj uważnie. Weźmiesz szybki jacht motorowy i przypłyniesz na pozycję na Atlantyku, którą ci zaraz podam.
    Patton odsłuchał to jeszcze dwa razy, potem zaczął pospiesznie pisać wiadomość do Kelly’ego McKee.

24

    Tym razem łączniczka wachtowa od razu mocno potrząsnęła ramieniem admirała Ericcsona.
    – Sir, wiem, że pan nie śpi – powiedziała głośno. – Jest godzina pierwsza. Kapitan Hendricks przesyła wyrazy szacunku i prosi pana do kabiny operacji powietrznych. Start samolotów szturmowych zaczyna się za dwadzieścia minut, sir.
    Odwróciła się i wymknęła z kajuty. Ericcson podniósł się z trudem do pozycji siedzącej.
    – Jasne, że nie spałem, do cholery – mruknął.
    Wziął ze skrzyneczki cygara, przejrzał się w lustrze i otworzył drzwi na korytarz. Wartownicy z korpusu marines wyprężyli się na baczność. Zasalutował im niedbale i poszedł do kabiny operacji powietrznych. Każdy mijany oficer, podoficer i marynarz witał go szybkim „Dzień dobry, panie admirale”. W pomieszczeniu operacyjnym panował półmrok, kabinę oświetlały jedynie monitory. Ericcson czekał przez chwilę, aż jego wzrok przyzwyczai się do przyćmionego światła.
    – Witam, admirale – powiedział dowódca lotniskowca, Hendricks.
    – Dzień dobry, sir – przywitał go oficer operacyjny okrętu, Simon Weber, świeżo awansowany na komandora. Przejął obowiązki kapitana Jonesa, który niedawno zakończył turę morską i rozpoczął lądową.
    – Dzień dobry, admirale – odezwał się kapitan Pułaski. Szef operacyjny grupy bojowej lotniskowca po raz pierwszy podczas tego rejsu wyglądał na wypoczętego.
    – Panowie – zagrzmiał Ericcson i wyjął partagasa – chodzą słuchy, że lada moment uderzymy na przeciwnika.
    Oficer operacji powietrznych komandor Eric Nussbaum odwrócił się na obrotowym fotelu dowodzenia, wstał i podszedł do admirała.
    – Sir, samoloty startują za pięć minut. Proszę o pozwolenie na przeprowadzenie akcji zgodnie z planem ataku Delta i pańskimi nocnymi rozkazami.
    Ericcson odciął koniec cygara złotym obcinaczem, wetknął partagasa w zęby.
    – Zespół operacji powietrznych, macie pozwolenie na akcję zgodną z planem ataku Delta – oznajmił. Przytknął do cygara płomień zapalniczki i dodał: – Panowie, życzę wszystkim powodzenia.
    Zespół odpowiedział i zapadła cisza. Oficer operacji powietrznych wrócił na swój fotel dowodzenia przy dużej konsoli i włożył słuchawki. Ericcson wypuścił dym z cygara i popatrzył na wyświetlacz taktyczny. Korzystanie z niego wymagało przyzwyczajenia. Z lewej strony widniało wschodnie wybrzeże białych Chin, na dole Cieśnina Tajwańska. Na wschodzie znajdowały się Siły Specjalne Alpha Floty Pacyfiku, na północy widać było drugą grupę bojową Czerwonych. Ekran obok pokazywał w powiększeniu jej okręty płynące w formacji przeciwpodwodnej. Kurs każdego z nich wskazywała strzałka wektorowa, jej długość zależała od szybkości okrętu. Wrogie obiekty oznaczono symbolami okrętów. Celem numer jeden był lotniskowiec Nanczing, następne miejsca w hierarchii ważności zajmowały ciężkie krążowniki atomowe klasy Pekin oraz krążowniki rakietowe. Informacje na ekranie napływały z szesnastu UAV – bezzałogowych pojazdów powietrznych – Mark 14 Predator, wystrzelonych w czasie wieczornej wachty. Maleńkie samolociki miały powłokę antyradarową i pułap niemal czternastu tysięcy metrów. Krążyły nad flotą chińską i obserwowały ją za pomocą przyrządów optycznych i w podczerwieni. Normalnie pozycje wrogich okrętów potwierdzałyby satelity Keyhole poprzez system danych taktycznych marynarki wojennej, ale ponieważ sieć została rozpracowana, Ericcson musiał przeprowadzić atak, posługując się własnymi środkami. Wiking z satysfakcją skinął głową. Predatory warte były miliardów, które wydano na ich skonstruowanie.
    – Sześćdziesiąt sekund, admirale. Może chciałby się pan przenieść na galerię?
    Ericcson skinął głową szefowi operacji powietrznych i przeszedł do pomieszczenia obserwacyjnego z pochyłymi oknami wychodzącymi na pokład startowy. Na przednich katapultach stały dwa F-22 z zamkniętymi kabinami. W ciemności żarzyły się ich wydechy. Za samolotami unosiły się wolno z pokładu osłony ochronne odchylające strumienie gazów wylotowych. Przy maszynach uwijała się jeszcze przez jakiś czas obsługa, potem się cofnęła. Obok kokpitu lewego odrzutowca, który miał wystartować jako pierwszy, pozostał tylko jeden mężczyzna w wielkim hełmie ze słuchawkami. Trzymał dwie duże pałki sygnalizacyjne podświetlone na czerwono i posługiwał się nimi z wprawą perkusisty. Kiedy nadeszła godzina startu, wymienił sygnały z pilotem F-22. Ericcson przyglądał się temu z mieszanymi uczuciami. Brakowało mu latania, ale dowodząc flotą uwielbiał takie momenty, gdy jego ludzie i maszyny przypominali mu orkiestrę grającą pod batutą swojego dyrygenta.
    Daleko w dole myśliwiec na lewej katapulcie z ogłuszającym hukiem zwiększył, potem zmniejszył obroty. Stery poziome wychyliły się w górę i w dół, ster pionowy w lewo i w prawo. W przyćmionym świetle lamp na pokładzie startowym widać było emblemat na ogonie samolotu – białą trupią czaszkę i skrzyżowane piszczele na czarnym tle. Ericcson dowodził kiedyś tą eskadrą.
    W kokpicie myśliwca dowódca eskadry komandor Diane „Zakręcona” Whitworth skończyła kontrolę przedstartową według listy i sprawdziła łączność wewnętrzną ze swoim oficerem przechwytywania radarowego, komandor porucznik Jane „Łysą” Felix. Whitworth nazywano Zakręconą, bo miała stopień naukowy z dziedziny sztucznej inteligencji i pasjonowała się tą tematyką. Przezwisko „Łysej” Felix wzięło się stąd, że kiedy się bała, mówiła: „Wyłysieję od tego”. Trzymały się razem niemal od początku służby i pozostały parą, gdy Whitworth objęła dowodzenie eskadrą. Oficer pokładowy dał jej sygnał, że ma pozwolenie na start. Zacisnęła palce w rękawicy na dźwigniach przepustnic przy lewym kolanie i pchnęła je płynnym ruchem do przednich ograniczników. Za jej plecami zawyły silniki. Wskazówki na tarczach przyrządów elektronicznych obróciły się i pokazały sto procent ciągu. Pociągnęła dźwignie z prawej strony do zapadek, potem pchnęła je naprzód i włączyła dopalacze.
    Wycie silników odrzutowych zamieniło się w huk napędu rakietowego, gdy paliwo JP-5 zostało wtryśnięte do dysz wylotowych. Z rur wydechowych wystrzeliły dwa czterometrowe płomienie, samolot zaczął wibrować. Whitworth sprawdziła wskazania na panelu, skinęła głową oficerowi pokładowemu i zasalutowała mu na znak, że jest gotowa do startu. Odwzajemnił gest pałką sygnalizacyjną i odwrócił się, tak że jego szeroko rozstawione nogi znalazły się na jednej linii z katapultą. Zgrabnym, szybkim ruchem zatoczył pałką łuk wysoko nad głową, wskazał przed siebie, opuścił pałkę do pokładu, potem uniósł ją i skierował na wprost, co było dla drugiego oficera sygnałem do uruchomienia katapulty.
    Myśliwiec, drzemiący dotąd nieruchomo na pokładzie, wystrzelił nagle naprzód. Przyspieszenie wbiło Whitworth w oparcie fotela. Pędziła przed siebie, krew szumiała jej w uszach. Przez chwilę czuła, że leci poziomym torem w samolocie, w następnym momencie doznała wrażenia, że wznosi się pionowo w rakiecie, pokład lotniskowca wydawał się wysoką ścianą. Prawą ręką trzymała drążek sterowy, lewą przesuwała dźwignie przepustnic. Kadłub odrzutowca zatrząsł się po odczepieniu katapulty, pokład okrętu stopił się z ciemnym morzem i nieco jaśniejszym, rozgwieżdżonym niebem. Po gwałtownym katapultowaniu, gdy maszyna wzbiła się w powietrze i okręt pozostał z tyłu, ruch myśliwca nagle stał się spokojny. Whitworth poderwała samolot i morze zniknęło. Widać było tylko gwiazdy. Zerknęła w lusterko wsteczne na słabo oświetlony lotniskowiec za sobą, pokład malał w oczach, odrzutowiec wznosił się coraz wyżej, za kokpitem huczały silniki. Wysokościomierz na panelu instrumentów pokazał trzysta metrów, liczba ciągle rosła. Whitworth przechyliła maszynę w lewym skręcie, okrążyła Johna Paula Jonesa i wyrównała na wysokości dwunastu tysięcy metrów. Potem odleciała w kierunku wyznaczonej pozycji i czekała na resztę eskadry.
    Nie czekała długo. Katapulty lotniskowca wystrzeliwały samolot za samolotem, dopóki w powietrzu nie znalazły się wszystkie maszyny, oprócz rezerwowych. Kiedy jej eskadra uformowała się za nią, Whitworth bez transmisji radiowej zamachała skrzydłami i na pełnym otwarciu przepustnic skierowała się na północny zachód. Myśliwiec przyspieszył do jednego macha i przekroczył barierę dźwięku, mając po obu stronach pozostałe odrzutowce eskadry. Whitworth spodziewała się, że w ciągu następnej godziny napotkają chińskie samoloty szturmowe Panda i rakiety przeciwlotnicze Cobra. Po strąceniu jednych i drugich do morza jej eskadra wystrzeliłaby swoje pociski JSOW Mark 80 w lotniskowiec Czerwonych i ich krążowniki.
    – Odbierasz mnie, Łys?
    – Wszystko gra, Zak – zatrzeszczał interkom.- Jak dotąd jesteśmy same. Niebo należy do nas.

    Na galerii obserwacyjnej Johna Paula Jonesa admirał Ericcson śledził z satysfakcją start ostatnich samolotów. Do katapult przyczepiono myśliwce rezerwowe, ich silniki pracowały na biegu jałowym. Maszyny miały tu przeczekać walkę na pokładzie i chronić okręt. Ericcson wyjął cygaro i wrócił do kabiny operacji powietrznych.
    – Port Royal, Sea of Japan, Coral Sea i Atlas Mountain wystrzeliwują pociski manewrujące Equalizer, admirale – poinformował komandor Weber spoza swojego wyświetlacza.
    Ciężkie ponaddźwiękowe pociski samosterujące dużego kalibru startowały poziomo z krótkich pokładów krążowników, potem wzbijały się do góry pod kątem trzydziestu stopni i po zapłonie stałego paliwa rakietowego osiągały wysokość piętnastu tysięcy metrów, na której uruchamiały się ich silniki strumieniowe.
    – Boże, połam zęby w ich ustach – zaczął mruczeć do siebie Ericcson, myśląc o flocie Czerwonych. – Roztrzaskaj kły lwiąt, Panie! Niech znikną jak woda, która spływa. Uraduje się sprawiedliwy, gdy ujrzy pomstę. Stopy swoje obmyje we krwi bezbożnego. – Podniósł wzrok i spostrzegł, że Pułaski patrzy na niego ze zdumieniem. Wiking wzruszył ramionami. – Psalm pięćdziesiąty ósmy – wyjaśnił.

    Osiemdziesiąt dwie mile morskie przed Johnem Paulem Jonesem, a sto pięćdziesiąt metrów poniżej jego kila, atomowy okręt podwodny szybkiego ataku płynął na pełnych obrotach śruby przy pięćdziesięciu procentach mocy reaktora w kierunku drugiej grupy bojowej Czerwonych i obserwował amerykańską formację nawodną, chroniąc ją bez jej wiedzy.
    Sterownia USS Hornet, okrętu podwodnego klasy Virginia, była zaciemniona na rozkaz komandora Browninga „B.D” Dallasa, oficera dowodzącego. Zegary na okręcie wskazywały dwudziestą czasu zulu. Od momentu gdy zapadła nad nimi noc, Dallas palił papierosa za papierosem. Zakaszlał i powiedział sobie, że trzeba koniecznie rzucić ten parszywy nałóg, ale zaraz dodał w myśli, że z wprowadzeniem owej decyzji w życie zaczeka do końca swej tury dowodzenia. Dallas był średniego wzrostu, dobrze zbudowanym mężczyzną i od kilku lat łysiał od czoła.
    Dowodził Siódmą Eskadrą Okrętów Podwodnych. Stał teraz na stanowisku dowodzenia i rozmawiał cicho z oficerem pokładowym, młodym Dickiem Jouettem.
    – Cyclops łapie siły nawodne Jonesa, mimo że są w naszym stożku ciszy – powiedział Jouett. – Antena głowicowa aktualizuje dane z przestrzeni pola walki, a rufowa odbiera rozproszone okręty formacji.
    – Jak dokładny jest namiar na chińską grupę bojową? – zapytał Dallas z szorstkim akcentem charakterystycznym dla mieszkańców zachodniego Chicago.
    – Połączone Dowództwo Podwodne przekazało nam telemetrię z predatorów Jonesa. Lepsza byłaby w czasie rzeczywistym, lecz mamy tylko taką. Jest załadowana do Cyclopsa, ale żeby potwierdzić cele, będziemy musieli wystrzelić własnego predatora albo UUV-a.
    Bezzałogowy pojazd podwodny UUV Mark 60 działał jak torpeda, ale zbierał dane wywiadowcze dla macierzystego okrętu. Przekazywał je przewodowo do wyrzutni torpedowej lub holował małą boję, która transmitowała informacje do satelity taktycznego, skąd trafiały poprzez boję odbiorczą okrętu podwodnego do systemu Cyclops.
    – Bez satelitów i sieci łączności jesteśmy do tyłu – poskarżył się Jouett.
    – Taka jest wojna – odparł B.D. Dallas, koncentrując uwagę na wyświetlaczu obrazu akustycznego systemu Cyclops na konsoli dowodzenia. – Trzeba umieć działać w każdych warunkach. Obsadzić stanowiska bojowe. Zaatakujemy Chińczyków pociskami Vortex. Przygotować wyrzutnie od jeden do dwanaście i otworzyć wrota zewnętrzne.
    Jouett uśmiechnął się.
    – Tak jest, sir, obsadzić stanowiska bojowe i podgrzać vortexy od jeden do dwanaście. Oficer zanurzenia, podać przez radiowęzeł, że obsadzamy stanowiska bojowe.
    Trzydzieści dwie minuty później dwanaście torped kawitujących Vortex Mod Echo pędziło przez wodę. Mknęły z szybkością trzystu węzłów, w procesorach miały załadowaną lokalizację chińskiej floty.

    W radiu odezwała się rozgłośnia BBC w Tajpej. Whitworth czekała na prognozę pogody o wpół do czwartej. Plan ataku zakładał ścisłą „kontrolę emisji” – nowoczesne określenie ciszy radiowej i radarowej – żeby zaskoczyć chińską grupę bojową. Ale jednocześnie uderzenie musiało być odpowiednio skoordynowane, tak aby wszystkie pociski wystrzelone w okręty czerwonych eksplodowały równocześnie w dokładnie określonej sekundzie, inaczej flota nieprzyjacielska zostałaby zaalarmowana i mogłaby się przygotować do obrony. Wiking chciał zaskoczyć Chińczyków we śnie, kiedy będą płynęli w normalnym szyku, nie spodziewając się ataku. Czułe anteny kierunkowe i detektory częstotliwości nie mogłyby wykryć amerykańskich samolotów z wyłączonymi radiami i radarami.
    Piloci dostali rozkaz słuchania rozgłośni BBC w Tajpej i włączenia, w momencie gdy rozpocznie ona nadawanie prognozy pogody, radarów, które w ułamku sekundy miały namierzyć cele. W ciągu następnych dziesięciu sekund komputery kierowania ogniem dokonałyby selekcji wrogich okrętów, po kilku minutach pociski dotarłyby do swoich celów i eksplodowały.
    – Według amerykańskich źródeł wojskowych w Pentagonie strategiczne siły rakietowe czerwonych Chin postawiono dziś w stan pełnej gotowości – oznajmił reporter BBC. Whitworth klepnęła się lewą ręką w hełm i czekała. – Ambasador czerwonych Chin został wezwany rano do Białego Domu, żeby wyjaśnić powód tankowania pocisków w silosach Armii Ludowo-Wyzwoleńczej.
    – Jaki jest status, Łysa? – zapytała Whitworth.
    – Wszystkie pociski uzbrojone i na zasilaniu. Czekają na przydział celów z radaru kierowania ogniem.
    – Trzymasz palec na włączniku radaru?
    – Mój biedny palec już mnie boli od przyciskania dźwigienki.
    – Na tym kończymy wiadomości ze świata. Podajemy prognozę pogody, sponsorowaną częściowo przez firmę Samsung…
    – Włącz radar! – krzyknęła Whitworth.
    – Radar włączony, cele wyświetlone – odpowiedziała komandor porucznik Felix. – Komputer kierowania ogniem przydziela cele.
    – Szybciej, Łys. Muszę strzelać.
    – Przydział celów w dziewięćdziesięciu procentach. Przydział zakończony! Jedynka, foxtrot!
    – Odpalam jedynkę – powiedziała spokojnie Whitworth, uzbroiła obwód spustowy w drążku sterowym, wybrała pocisk numer jeden i wcisnęła czerwony przycisk. Na wysięgniku pod prawym skrzydłem samolotu odpalił silnik pierwszego Mark 80, pocisk osiągnął pełny ciąg i opuścił wyrzutnię. Blask na moment oślepił Whitworth, gdy JSOW poszybował w dal i łagodnie zanurkował slalomem w kierunku lotniskowca Nanczing. Felix wywołała pociski od drugiego do szóstego i Whitworth wystrzeliła je. Potem F-22 przechylił się w skręcie z szybkością dwóch machów i przyspieszeniem siedmiu g, opuścił swoją pozycję ogniową i wzbił się tysiąc pięćset metrów wyżej do wysokości operacyjnej. Z innych maszyn eskadry nadchodziły meldunki o wystrzeleniu pocisków, gdyż kontrola emisji skończyła się wraz z prognozą pogody.
    Na niebie widniały ślady pocisków zaczynające się przy skrzydłach odrzutowców i opadające slalomami ku okrętom grupy bojowej. Podczas gdy JSO W szybowały w dół do swoich celów, pociski manewrujące Equalizer skręcały w górę, wzbijały się pionowo nad wrogą flotą, zawracały łukiem i opadły z wysoka po linii prostej – po części dlatego, że baterie przeciwlotnicze mają zwykle kąt wzniosu siedemdziesiąt stopni, a po części dlatego, żeby nie wchodzić w drogę nadlatującym JSOW Mark 80.
    O trzeciej trzydzieści trzy czasu pekińskiego dziewięćdziesiąt amerykańskich pocisków z głowicami plazmowymi mknęło ku okrętom chińskiej formacji. Leciały z szybkością ponaddźwiękową i były nie do zatrzymania. Tylko jeden chybił i wpadł do morza dwanaście metrów na zachód od fregaty, w którą miał trafić. Wszystkie pozostałe uderzyły w cele w przeciągu sześćdziesięciu pięciu sekund i przez tę minutę na drugą grupę bojową Czerwonych spadał z nieba ogień i siarka. O trzeciej trzydzieści pięć było po ataku. Z sześćdziesięciu okrętów nawodnych na powierzchni pozostało tylko czternaście.
    Szesnaście minut po ataku powietrznym w ocalałe okręty uderzyło z głębi morza dwanaście pocisków podwodnych Vortex. Wśród nocy jasnej jak dzień wyrosło dwanaście grzybów dodatkowych eksplozji. Okręty zaopatrzeniowe, które nie były celami amerykańskich JSOW i pocisków manewrujących Equalizer, wyparowały lub rozleciały się na kawałki. Liczba ocalałych okrętów zmalała do dwóch.
    W drodze powrotnej komandor Whitworth słuchała rozmów radiowych. Samolot radarowy AWACS szacował straty nieprzyjaciela dla admirała na lotniskowcu. Wyglądało na to, że atak się powiódł. Whitworth niemal żałowała, że nie napotkali chińskich pand i nie doszło do walki powietrznej. Ale z drugiej strony, być może dlatego ona i Łysa przeżyły i mogły nadal latać. Noc była jeszcze czarna jak smoła, kiedy podchodziły do lądowania na lotniskowcu. Ciężki myśliwiec usiadł na pokładzie, hak trafił w linę hamującą i w ciągu pół sekundy szybkość maszyny spadła ze stu dwudziestu węzłów przy pełnym otwarciu przepustnic do zera. Whitworth miała wrażenie, że oczy wyjdą jej z orbit. Odkołowała z lądowiska na bok, otworzyła kabinę i uśmiechnęła się do swojego mechanika w stopniu bosmana. Wygramoliła się z kokpitu i weszła do wyspy lotniskowca na odprawę z eskadrą.

    Pływająca cysterna Tajsang pruła niewielkie fale. Była pora nocnej wachty, okręt podążał w szyku z grupą bojową w kierunku Cieśniny Tajwańskiej. Na mostku stał oficer pokładowy, podporucznik Fang Siu. Kwalifikacje oficera pokładowego uzyskał dopiero rok temu, ale dzieciństwo spędził na kutrze rybackim ojca, który wyśmiałby nowoczesne udogodnienia w sterowni Tajsanga – satelitarny system nawigacyjny GPS, radar do przeszukiwania powierzchni morza, pokazujący odległą linię brzegową i okręty formacji, ekrany monitorów komputerowych o wysokiej rozdzielczości, wyświetlające mapy morskie z pozycjami okrętów floty, klimatyzację i skośną polaryzacyjną szybę czołową z wirującymi szklanymi kręgami, zapewniającymi widoczność w czasie sztormu. Stanowisko sternika wyglądało jak w zachodnich filmach science fiction.
    Fang ziewnął, nocna wachta zawsze wydawała się dużo dłuższa niż poranna czy popołudniowa. Na szczęście pozostał mu już tylko tydzień nocnej służby. Potem będzie miał cztery dni wolne i wróci na tydzień na poranną wachtę. Uniósł do oczu lornetkę i przyjrzał się płynącym w szyku okrętom. Patrzył przez chwilę na ich światła nawigacyjne, żeby się upewnić, czy żaden nie zaczął wcześniej zygzakować, co groziło kolizją i było bardziej niebezpieczne niż jakikolwiek czający się okręt podwodny nieprzyjaciela. Włożył głowę pod osłonę radaru, sprawdził odległości do otaczających go okrętów i znów popatrzył przez lornetkę. Wciąż jeszcze mógł dostrzec lotniskowiec Nanczing z lewej burty na kierunku zero dziewięć zero, choć widział właściwie nie kadłub, ale światła. Do świtu pozostały trzy godziny i dopiero wtedy szary kształt lotniskowca odcinałby się wyraźnie na tle granatowego morza i jasnobłękitnego nieba. Fang już miał opuścić lornetkę, gdy nagle szyby sterowni eksplodowały do wewnątrz. Fala uderzeniowa rzuciła go na tylną przegrodę, odłamki szkła pokaleczyły mu ciało, tylko twarz ochroniła lornetka. Osuwając się wolno na pokład, zobaczył że Nanczing zamienia się w białą kulę ognia – przez dwie sekundy patrzył z niedowierzaniem na ten obraz. Wybuch oparzył mu oczy, w jego polu widzenia migotały iskry. Morze oświetliły eksplozje, noc jakby naraz umknęła gdzieś i zrobiło się jasno jak w dzień. Na horyzoncie wylatywały w powietrze kolejne okręty. Fang stracił słuch i zdał sobie sprawę, że ogłuszyła go pierwsza detonacja. Osunął się niżej, żeby dłużej nie patrzeć przez wybite okna. Ale do sterowni wciąż docierały błyski eksplozji i blask pożarów.
    Fang zastanawiał się przez moment, czy celem nieprzyjaciela są również okręty zaopatrzeniowe, takie jak Tajsang. Jakby w odpowiedzi na to pytanie pokład uniósł się wolno i ustawił pionowo. Fang zobaczył przez otwór w podłodze płonący dziób swojego okrętu. Kula ognia dotarła do sterowni i rozdarła mu ciało na pół. Resztka jego świadomości odnotowała jeszcze, że pomieszczenie wali się i niknie w płomieniach. Potem ogarnęła go miłosierna ciemność, poczuł spokój i jego wojna się skończyła.
    Wokół horyzontu dogasały pożary i morski krajobraz odzyskiwał stopniowo normalny wygląd. Kilka płonących plam ropy zalały łagodne fale Morza Wschodniochińskiego. Na wodzie unosiły się tysiące spalonych ciał, puste tratwy ratunkowe, przewrócone szalupy, materace i rozmaite szczątki. Niektóre ciała były czarne od ropy rozlanej w promieniu pół mili morskiej wokół zatopionej floty.
    Ocalało czternaście okrętów. Kiedy ich kapitanowie zobaczyli, co się stało wokoło nich, ruszyli przez pokryte szczątkami fale na poszukiwanie żyjących. Wyłowili zaledwie około setki mężczyzn, większość ich stanowili śmiertelnie ranni. Potem okręty odpłynęły na północ, żeby dołączyć do trzeciej grupy bojowej.
    Szesnaście minut po pierwszym ataku nastąpił drugi. Dwanaście ocalałych okrętów zaopatrzeniowych eksplodowało i poszło na dno. Niektóre zatonęły tak szybko, że po minucie pozostały po nich tylko gigantyczne kule pomarańczowego ognia. Drugie uderzenie przetrwały tankowiec i okręt radiowy Hajdżej, który nadał meldunek alarmowy do admiralicji. Wymienił nazwy zatopionych okrętów oraz nazwiska i stopnie ofiar.
    Kapitan Hajdżeja ze smutkiem pokręcił głową. Jego były dowódca nazwałby to skromnie złym dniem na morzu. Nawet jeszcze nie wzeszło słońce.

25

    W mroku kajuty Pacina brzęczał telefon. Kapitan przez chwilę wpatrywał się w aparat, zaskoczony, że spał tak mocno. Czuł się jak pijany i z trudem przypomniał sobie, gdzie jest. Nie mógł uwierzyć, że to, co się działo w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin, nie było snem.
    – Pacino – zgłosił się.
    – Panie kapitanie, tu oficer pokładowy – odezwał się młody porucznik nazwiskiem Deke Forbes. – Odbieramy nasz kod radiowy na ELF, sir. Wzywają nas na głębokość peryskopową.
    Pacino usiadł na wibrującej koi. Rozkazy operacyjne wymieniały transmisje na ELF jako jedyne odstępstwo od ciszy radiowej i zakazu używania sieci bojowej do łączności. Nie wyjaśniono, dlaczego podczas tej operacji nie wolno korzystać z sieci bojowej. Pacino podejrzewał, że została rozpracowana przez wroga, a procedury jej omijania wydawały się kiepską improwizacją. Ale ponieważ nieprzyjaciel nie mógłby transmitować na ELF bez wielkich anten i dziesiątek megawatów mocy nadawczej, Pentagon nadal używał ELF w sytuacjach alarmowych.
    Devilfish straciłby tylko dziesięć minut na podejście na głębokość peryskopową i odebranie poczty elektronicznej z serwera orbitalnego. Potem mogliby wrócić w głąb morza i znów przyspieszyć do szybkości alarmowej. Pokonaliby pięć mil mniej, niż powinni, ale Pacino musiał się z tym pogodzić.
    – Podnieść okręt na czterdzieści pięć metrów, sprawdzić stożek ciszy i podejść na głębokość peryskopową – rozkazał. – Odebrać e-mail, wrócić na sto sześćdziesiąt siedem metrów i przyspieszyć do szybkości alarmowej. Zaraz przyjdę na stanowisko dowodzenia.
    Forbes powtórzył rozkazy i Pacino wstał z koi. W kajucie paliła się tylko przyćmionym światłem lampa na biurku. Włączył czerwone oświetlenie sufitowe i włożył kombinezon podwodniacki, który dostał od Pattona. Strój pasował na niego doskonale, miał naszytą flagę amerykańską i nowy emblemat SSNX-a, ale wyglądał zbyt świeżo. Tradycja nakazywała noszenie kombinezonu z naszywką poprzedniego okrętu i Pacino natychmiast zatęsknił za starym strojem z Seawolfa, ale po chwili zdał sobie sprawę, że to śmieszne pragnienie. Objął dowodzenie nowym atomowym okrętem podwodnym na tydzień, a potem wróci do stoczni, dżinsów i wysokich butów z metalowymi noskami. Pomyślał o Anthonym Michaelu i akcji ratowniczej i nagle przyszło mu do głowy, że wiadomość do odebrania na głębokości peryskopowej może zawierać jakieś nowe informacje dla niego.
    Zaczekał na stanowisku dowodzenia, aż antena BRA-44 wsunie się z powrotem do kiosku, wziął notebook i w czerwonym świetle sterowni sprawdził e-mail. Wiadomość była ściśle tajna, zaadresowana osobiście do oficera dowodzącego i podwójnie zaszyfrowana. Jej odczytanie wymagało użycia legalizatora SAS. Zanim e-mail został rozkodowany i zalegalizowany, okręt wrócił w głąb morza i przyspieszył do szybkości alarmowej. Pacino przeczytał wiadomość od admirała Pattona i zbladł.
    Snarca porwali dwaj ludzie. Jeden z nich był konsultantem wojskowym, dokonał abordażu i pomógł wystrzelić torpedy w Piranię. To oni posłali Anthony’ego Michaela na dno. Drugi porywacz nie był po prostu kimś tam, lecz człowiekiem, którego Pacino kiedyś już spotkał. Na polarnej powłoce lodowej. Po zatopieniu pierwszego Devilfisha. Teraz ten człowiek nazywał się Victor Krivak. Zmienił nazwisko i wygląd, ale pod nową tożsamością krył się Aleksiej Nowskoj – Rosjanin, którego Pacino chciał niegdyś zabić gołymi rękami, darował mu jednak życie. To ten człowiek zatopił na Atlantyku statek pasażerski wyczarterowany przez marynarkę wojenną i zabił ponad tysiąc najbliższych przyjaciół i kolegów Pacina. Pacino wrócił myślami do tamtej chwili w arktycznym schronie, gdy lewą ręką trzymał Nowskoja za gardło, a prawą zaciskał w pięść. Nowskoj z rezygnacją zamknął oczy, jakby śmierć od ciosów Pacina miała mu przynieść ulgę i Pacino zdał sobie nagle sprawę, że bicie Rosjanina byłoby czymś podobnym do znęcania się nad bezbronnym zwierzęciem, i opuścił go na lód. W tym jednym momencie źle skierowanego miłosierdzia skazał się na los, który go potem spotkał – strata wyższych oficerów, koniec kariery i syn umierający trzy kilometry pod powierzchnią Atlantyku. Błąd, jaki popełnił, nie zabijając Nowskoja, zrujnował Pacinowi życie i spowodował śmierć tysięcy ludzi. Teraz tamten człowiek planował atak rakietowy przy użyciu pocisków manewrujących, w którym mogły zginąć miliony, a jeszcze zanim go dokona, mógł umrzeć syn Pacina.
    Pacino wiedział jedno – gdyby kiedykolwiek życie Aleksieja Nowskoja znów zależało od niego, nie popełniłby drugi raz tego samego błędu. Skręciłby mu kark, nawet gdyby resztę życia miał spędzić w więzieniu. Ocknął się z zamyślenia i podszedł do stołu nawigacyjnego za stanowiskiem dowodzenia. Wziął ołówek i zapisał współrzędne punktu planowanego spotkania Krivaka z jachtem motorowym. Miejsce leżało wewnątrz kręgu, z którego pociski Javelin IV mogły dolecieć do Waszyngtonu i Nowego Jorku. Pacino zaznaczył kursorem współrzędne na mapie morskiej i sprawdził pozycję Devilfisha. Potem obliczył czas podróży do tamtego punktu. Mógł wyprzedzić Snarca o dziesięć do dwunastu godzin. Po dotarciu na miejsce krążyłby i czekał na Krivaka.
    Lotnictwo zrzucało do morza głowice sonarowe Mark 12, przede wszystkim w pobliżu pozycji Snarca, ale teraz miał się tam zjawić jacht motorowy. Pacino uświadomił sobie, że nad miejscem spotkania nie mogą krążyć bombowce, bo spłoszą Krivaka. Musiał przekonać Pattona i admirała McKee, że trzeba wycofać samoloty i że Tigersharki będą działały. Patton zawsze uważał, że torpedy bez głowic plazmowych nie mogą być skuteczne. Spierał się o to z Pacinem od sześciu miesięcy. Teraz będzie musiał mi uwierzyć, pomyślał Pacino.
    Napisał e-mail do Pattona i rozkazał oficerowi pokładowemu załadować wiadomość do pamięci boi transmisyjnej SLOT. Wydał OOD rozkaz utrzymywania szybkości alarmowej do punktu docelowego, opracował strategię krążenia w odległości trzech tysięcy metrów od tamtego miejsca i zszedł na dół do torpedowni i pomieszczenia z procesorami węglowymi Tigersharków. Nadszedł czas, żeby nad nimi popracować. Kiedy jednak popatrzył na korpusy torped, ogarnęło go zwątpienie, czy coś z tego wyjdzie.
    Może Patton miał rację, że powinny mieć głowice plazmowe. Ale takie głowice były ciężkie i zajmowały mnóstwo przestrzeni, którą można było wykorzystać na paliwo, żeby zwiększyć zasięg broni. Pacino zastosował taki sam typ hydraulicznego silnika spalania zewnętrznego z płytą wahliwą jak w torpedzie Mark 58 Alert/Acute. Ten rodzaj napędu miał umożliwić ciche poruszanie się broni z szybkością czterdziestu węzłów. Po znalezieniu celu Tigershark uzbroiłby ładunek molekularnego materiału wybuchowego PlasticPak i moduł napędowy zostałby odstrzelony. Znacznie zmniejszona torpeda odpaliłaby silnik rakietowy na paliwo stałe i w fazie ataku osiągnęłaby szybkość kawitacji. Trafiłaby w cel z prędkością dwustu węzłów – nie byłoby przed nią ucieczki. Połączenie energii kinetycznej uderzenia z siłą wybuchu ładunku PlasticPak przecięłoby wrogi obiekt na pół. Cel wprawdzie nie wyparowałby jak przy eksplozji głowicy plazmowej, ale zostałby zniszczony. Co więcej, zastosowanie głowicy konwencjonalnej pozwalało na tyle zmniejszyć ciężar torpedy i zużycia paliwa, że mogła ona ścigać uciekający okręt podwodny na koniec świata.
    Podczas gdy Vortex i Mark 58 Alert/Acute mogły chybić i musiały mieć dokładny namiar na obiekt ataku, Mark 98 Tigersharkowi potrzebny był tylko kierunek i przybliżony dystans do celu. Jego procesor węglowy potrafił przewidywać uniki przeciwnika. Na ćwiczeniach torpedy okazywały się przebiegłe – podkradały się do celów z minimalną szybkością, a potem zataczały krąg, żeby odpalić silnik rakietowy. W dwóch wypadkach – na sześćdziesiąt – kiedy trafiły w cel, przecięły kadłub „wroga” na pół.
    Oczywiście w pięćdziesięciu ośmiu pozostałych wypadkach uznały, że celem jest macierzysty okręt. Nauczenie procesora węglowego odróżniania wroga od przyjaciela wydawało się niemożliwe. Nie można było zastosować elektronicznych blokad bezpieczeństwa, jak wcześniej w procesorach krzemowych, więc wszystko zależało od odpowiedniej edukacji Tigersharków. Jak dotąd nic z tego nie wyszło. Pacino przymknął oczy. Musiał pomyśleć. Próbował zapomnieć o Nowskoju-Krivaku, Anthonym Michaelu, pociskach manewrujących, statku pasażerskim i końcu swojej kariery, starał się skoncentrować na problemie Tigersharków.
    Osiem godzin później zasnął przy konsoli w torpedowni. Kiedy na ELF nadeszło następne wezwanie na głębokość peryskopową, znalezienie kapitana zajęło trochę czasu.

    Anthony Michael Pacino miał pięć lat i patrzył, jak jego ojciec podpływa okrętem podwodnym Devilfish do nabrzeża numer dwadzieścia dwa. Ojciec pomachał do niego ze szczytu wysokiego kiosku, gdy smukły, czarny okręt przybił do brzegu bez holowników i pilota. Rzucono cumy i komandor Pacino rozkazał opuścić banderę amerykańską i flagę piracką, pod którą pływał wbrew zakazowi swoich szefów. Hałaśliwy dźwig położył trap na stalowym kadłubie, tata zszedł z kiosku i przemaszerował po kładce na ląd. W głośniku zabrzmiał komunikat, że Devilfish odpływa. Komandor podbiegł do małego Anthony’ego, uściskał go, podniósł wysoko do góry i kilka razy obrócił w powietrzu. Matka się śmiała. Czarnowłosy komandor postawił synka na betonie, uśmiechnął się do mamy i pocałował ją mocno. Cała trójka poszła nabrzeżem do samochodu. Tata obiecał, że wieczorem będzie pizza. Siedzieli do późna i kiedy małemu Pacinowi zaczęły się kleić oczy, ojciec zaniósł go do łóżka. Rano tata nadal był w domu. Miał tydzień urlopu i wszystko na świecie było w porządku. Obrazy napływały coraz wolniej, w końcu zatrzymały się w momencie, gdy ojciec uśmiechał się do niego przy lunchu, a na pierwszym planie znalazła się kanapka z masłem orzechowym małego Pacina. Scena z uśmiechającym się ojcem była ostatnią, jaką Anthony Michael zobaczył. Obraz zaczął ciemnieć na obrzeżach, mrok gęstniał i rozszerzał się, w końcu pochłonął nawet białe zęby ojca. Kiedy została tylko czarna ciemność, w oddali pojawił się maleńki punkt białego światła i zaczął rosnąć.

    Komandor Peter Collingsworth odwrócił wirniki napędowe i odpłynął pojazdem głębinowym od miejsca założenia plazmowego ładunku tnącego. Kiedy stracił z oczu pokryty piaskiem garb, który był pozostałością rozbitej Piranii, zawiadomił Explorera II unoszącego się wysoko nad jego głową, że można zacząć odliczanie. Gdy doszło do zera, sterownia zdetonowała krąg plazmy średnicy sześciu metrów i szerokości dwóch i pół centymetra. Żar osiągnął temperaturę powierzchni Słońca i w ciągu sekund wysoko wytrzymała stal kadłuba Piranii stopiła się, a potem wyparowała. Cztery ucha przyspawane do wyciętej płyty zapobiegały jej runięciu w dół na DSV-a.
    Berkshire zbliżył się ostrożnie do wraka okrętu podwodnego, żeby pilot mógł coś zobaczyć. Okrągła, zakrzywiona płyta trzymała się jeszcze na trzech stalowych pierścieniach strukturalnych grubości pięciu centymetrów. Plazma przecięła je tylko częściowo. W pojeździe głębinowym znajdowały się na szczęście materiały wybuchowe, którymi można się było posłużyć w takiej sytuacji. Collingsworth założył ładunki i przeciągnął przewody, żeby zdetonować je z kabiny. Zajęło mu to dziesięć minut, przygotowania do detonacji trwały dziesięć sekund, eksplozje usunęły przeszkodę w ciągu dziesięciu milisekund.
    – Płyta uwolniona – powiedział Collingsworth do sterowni przez swój mikrofon na wysięgniku. – Wyjmijcie ją, odciągnijcie na odległość pięćdziesięciu metrów i zostawcie na dnie.
    Obserwował w blasku mocnych reflektorów, jak cztery liny kołyszącego się Eksplorera II powoli unoszą zakrzywioną płytę, fale na górze szczęśliwie nie spowodowały jej uderzenia w DSV-a. Collingsworth zobaczył moduł dowodzenia pojazdu głębinowego mieszczącego się w przedziale Piranii. Teraz należało odciąć moduł od jego własnej komory powietrznej i odłączyć od mechanizmów okrętu podwodnego. Komandor skierował światło szperacza w dół na szklaną kopułę modułu. Miał nadzieję, że nie jest pęknięta. Była cała. Otarł pot z czoła i zabrał się do zakładania pierścienia plazmowego wokół komory powietrznej, żeby odciąć ją wraz z ładownią od modułu dowodzenia.
    Kiedy szperacz oświetlił szklaną kopułę, blask przeniknął na krótko do modułu. W środku nie paliły się lampy, wnętrze było oblodzone, urządzenia oczyszczające powietrze już nie pracowały. Czworo ludzi ledwo oddychało w skażonej atmosferze zimnego pomieszczenia. Astrid Schultz zaczęła doznawać palpitacji serca. Brak tlenu i nadmiar dwutlenku węgla zakłócał funkcjonowanie pnia jej mózgu. Jej stan się pogarszał, serce waliło szaleńczo i nieefektywnie. Zanim eksplodowały ładunki uwalniające moduł od mechanizmów okrętu, zamarło. Kiedy wyciągano moduł z wraka Piranii, Catardi i Alameda doznali migotania przedsionków. W trzeciej minucie podróży do góry zaczęły się skurcze serca u Pacina.
    Gdy dźwigi na rufie HMS Explorer II wydobyły wreszcie z morza i opuściły na pokład moduł dowodzenia DSV-a, dwie kobiety i dwóch mężczyzn wewnątrz trudno było nazwać uratowanymi.
    Czterej członkowie załogi stali w pogotowiu z palnikami, na wypadek gdyby właz z odciętej komory powietrznej nie dał się otworzyć. Jeden z nich obrócił koło ryglujące i mechanizm zadziałał. Mężczyzna pchnął właz i cofnął się. Do modułu weszła ośmioosobowa ekipa w maskach tlenowych, wiedziano bowiem, że powietrze wewnątrz jest skażone. Colleen Pacino prawie nie mogła na to patrzeć. Dwaj pierwsi ratownicy wynieśli młodą, ciemnowłosą kobietę i ułożyli ją na wózku. W drodze do wnętrza okrętu zajął się nią pięcioosobowy zespół medyczny. Wyniesiono mężczyznę, kapitana Catardiego. On też został zabrany na wózku. Trzecią ofiarą była szczupła blondynka. Colleen omal nie wrzasnęła na ratowników w module, ale w końcu dwaj ostatni wynieśli ciało Anthony’ego Michaela.
    Colleen podbiegła i dotknęła jego ręki. Skóra chłopaka była poszarzała, zimna i sztywna. Oficer Królewskiej Marynarki Wojennej przytrzymał Colleen, gdy młodego Pacina powieziono do okrętowej izby chorych. Zaczęła spacerować po pokładzie, nie wiedząc, co ma robić. W końcu zdecydowała się wejść do modułu dowodzenia DSV-a. We wnętrzu brakowało powietrza, było duszno i zimno. Na lewo od włazu leżała sterta koców. Jakże odrażające miejsce do umierania, pomyślała Colleen.
    Pomoc nadeszła za późno.
    – Pani Pacino?
    – Tak, o co chodzi, komandorze?
    Zaskoczona Colleen przystanęła w korytarzu przed drzwiami izby chorych. Lekarz okrętowy na Explorerze II, specjalista od ratownictwa medycznego, zdjął brudną kurtkę lekarską i włożył czystą. Potem ściągnął przepocony czepek chirurgiczny.
    – Przykro mi. Ten młody aspirant, pani pasierb, zbyt długo był nieprzytomny. Kiedy wyjęto go z pojazdu głębinowego, miał niebezpiecznie niską temperaturę ciała. Trzy razy próbowaliśmy przywrócić akcję serca, ale bez skutku. Kilka minut temu stwierdziliśmy zgon.
    Colleen utkwiła wzrok w rozkołysanym pokładzie i przytrzymała się uchwytu na przegrodzie. Michael się załamie, pomyślała.
    – A co z innymi?
    – Wszyscy żyją. Ich stan jest przynajmniej stabilny. Ale cała trójka ma prawdopodobnie uszkodzenia mózgu. Kobiety są w stanie śpiączki, kapitan Catardi odpoczywa.
    – Mogę się z nim zobaczyć?
    W momencie gdy lekarz otwierał usta, drzwi izby chorych otworzyły się nagle, pchnięte przez innego, młodszego lekarza.
    Doktorze Crowther, chłopak się poruszył!
    Lekarz wpadł z powrotem do pomieszczenia. Colleen pobiegła za nim. Próbowała coś zobaczyć przez szybę, ale obaj lekarze zniknęli za rogiem. Przez godzinę nie miała żadnych wiadomości, w końcu doktor Crowther wrócił z ponurą miną.
    – Wygląda na to, że jego serce zaczęło bić samorzutnie – powiedział – ale to prawdopodobnie tylko odwlekanie tego, co nieuniknione. Jest w głębokiej śpiączce, a my nie mamy tu odpowiedniego sprzętu diagnostycznego, który jest niezbędny do oceny sytuacji. Na razie jego stan jest stabilny, więc proponuję rejs do Anglii, gdzie będziemy mogli mu zapewnić właściwą opiekę medyczną.
    Colleen skinęła głową.
    – Chcę się zobaczyć z komandorem Catardim, a potem niech pan mnie zaprowadzi do Anthony’ego Michaela – powiedziała.
    Catardi miał ziemistą, spuchniętą twarz.
    – Komandorze? Słyszy mnie pan? – zaczęła Colleen.
    Kapitan spojrzał na nią pytająco.
    – Nazywam się Colleen Pacino, jestem macochą aspiranta Pacina.
    – Co z nim? – wychrypiał Catardi.
    – Źle – odrzekła i wyjaśniła, jaki jest stan pasierba.
    – A reszta?
    – Żyją, ale mogą mieć uszkodzenia mózgu.
    Catardi coś wymamrotał.
    – Słucham?
    – To Patch nas uratował – odparł kapitan i przez kilka minut opowiadał, jak to było, w końcu zasnął w połowie zdania.
    Colleen zaprowadzono do Anthony’ego Michaela. Wzdrygnęła się, gdy go zobaczyła. Wyglądał, jakby spadł z dachu wysokiego budynku, jego twarz, biała jak pościel, w której leżał, była pokryta sińcami i spowita w bandaże. Wzięła go za rękę i zadrżała przerażona strasznym chłodem tej dłoni. Wiedziała, że jego ojciec czeka na wiadomość, więc napisała e-mail do Johna Pattona z prośbą o przekazanie go Pacinowi. Wróciła do izby chorych, usiadła przy łóżku chłopca i starała się nie myśleć o tym, co robi teraz jej mąż, ale przypuszczała – a właściwie była niemal tego pewna – że jest na pokładzie SSNX-a i prawdopodobnie tropi okręt podwodny, który zatopił Anthony’ego Michaela, bo tylko to mogło tłumaczyć jego nieobecność.

    Kapitan Lien Hua siedział spokojnie przy stole w pomieszczeniu wyglądającym na mesę oficerską. Wiedział już, że znajduje się na amerykańskim okręcie podwodnym i było dlań rzeczą oczywistą, iż po tym, jak Czou Ping wydał rozkaz strzelania do amerykańskich rozbitków, nie mógł gorzej trafić.
    Drzwi się otworzyły i dwaj wysocy, przekarmieni Amerykanie wprowadzili komisarza Czou Pinga. Wydawał się blady, ale nie miał na twarzy sińców, a zatem Amerykanie musieli go bić po plecach. Jednak nie wyglądał na wymęczonego i Lienowi przyszło na myśl, że Czou jest może w transie lub po narkotykach, ale przeczył temu jego zupełnie przytomny wzrok. Drzwi się zamknęły i Czou usiadł.
    – Jak się czujecie, kapitanie?
    – Bili was? Mnie torturują w ten sposób, że muszę czekać na ten moment, kiedy zaczną mnie bić.
    – Nie bili mnie. Ich kapitan i pierwszy oficer zabrali mnie do swojej kajuty.
    – Mówiliście im coś?
    – To oni mówili. Odeślą nas do Republiki Ludowej, gdy tylko dopracują szczegóły techniczne sprawy. Uzgadniają spotkanie z okrętem nawodnym, helikopter przewiezie nas z tego okrętu podwodnego na pokład niszczyciela. Zaczekamy tam na śmigłowiec naszej marynarki wojennej, który nas zabierze na jeden z okrętów trzeciej grupy bojowej. Przypłyną po nas z Bo Hai.
    Lien wpatrywał się zdumiony w swojego pierwszego oficera.
    – Wypuszczą nas? Tak po prostu? Po tym, jak strzelaliście do ich rodaków? Wiedzą, że to zrobiliście?
    – Zastępczyni kapitana ich okrętu Leopard – tego, który zatopiliśmy – ocknęła się i wszystko im opowiedziała. Potwierdziłem to.
    – Co?!
    – Nieważne, kapitanie. Odeślą nas do domu.
    – Tylko tak mówią. Zobaczymy, co będzie. Przyznaliście się do zbrodni wojennych.
    Czou wzruszył ramionami.
    – Musiałem, kapitanie. Popełniłem je. Jestem wam winien przeprosiny. Źle zrobiłem, że pozbawiłem was dowództwa. Jeszcze gorzej, że strzelałem do Amerykanów.
    Lien milczał przez chwilę, w końcu zapytał niepewnym tonem:
    – Trzecia grupa bojowa jest w Bo Hai? Dlaczego?
    – Przegraliśmy wojnę. Amerykanie zatopili drugą grupę bojową i Pekin kazał trzeciej zawrócić. Armia Ludowo-Wyzwoleńcza wycofuje się znad granicy z Indiami. Widziałem wiadomości BBC. Premier wygłosił oświadczenie.
    Lien zmarszczył brwi, gdy podano im kolację. Czou jadł ostrożnie, ale wyczyścił talerz do końca. Kiedy skończył, Lien najpierw spróbował potrawy, potem zjadł swoją porcję.

    – Wróciliśmy z głębokości peryskopowej, panie kapitanie – zameldowała przez telefon oficer pokładowy Vickerson. – Notebook jest w drodze do pana.
    – Już dotarł – odpowiedział Pacino znad konsoli w torpedowni.
    Odłożył słuchawkę i włączył mały komputer, żeby przeczytać e-maile.
    Były dwa – jeden od Colleen, drugi od McKee. Oba doszły za pośrednictwem Pattona. Pacino otworzył wiadomość od Colleen. Trzęsły mu się ręce. Kiedy przeczytał treść, ogarnęło go przygnębienie, z trudem skupił się na tekście e-maila od McKee, który, choć niechętnie, zgodził się wycofać lotnictwo z miejsca spotkania Snarca z jachtem, ale uparł się, żeby samoloty na wszelki wypadek krążyły w odległości stu mil morskich na zachód. Pacino oddał notebook łącznikowi wachtowemu i wrócił do pracy, w której pomagał mu okrętowy oficer medyczny, chirurg w stopniu porucznika. Pacino uważał za jeszcze jedno dziwactwo to, że do załóg podwodnych przydzielano obecnie lekarzy. Po godzinie usiadł i zadzwonił do kajuty oficera wykonawczego.
    – Zebrać oficerów i podoficerów w mesie oficerskiej – rozkazał.
    Dziesięć minut później ludzie kierujący SSNX-em zajęli wszystkie krzesła wokół stołu w dużym pomieszczeniu i wpatrywali się oczekująco w kapitana. Pacino nalał sobie kubek kawy, po czym usiadł u szczytu stołu.
    – Mam do was kilka słów – powiedział, spoglądając na swoją załogę. – Właśnie dostałem wiadomość od Pattona i McKee, że wycofują samoloty. Wszystko zależy teraz od Devilfisha i Tigersharków. – Pociągnął łyk kawy i mówił dalej. – Wiem, że niepokoicie się tym, że użyjemy tych torped. Ja też się niepokoję. Ta broń to zabójca. Jeśli wykryje coś w wodzie, rozerwie to na strzępy. Obojętnie, czy to będzie macierzysty okręt, wróg, jednostka nawodna czy inny Tigershark. Przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny pracowałem nad tym, żeby znaleźć na to sposób, ale problem jest po prostu zbyt trudny. Rozwiązałem go doraźnie po przestudiowaniu wszystkich dotychczasowych zastosowań depresantów w procesorach węglowych. Wybrałem środek odpowiedni dla naszych Tigersharków.
    – Depresanty, sir? – wtrącił się Vermeers. – Chce pan im dać leki?
    – Otóż to – przytaknął Pacino. – Procesory Tigersharków nie różnią się od mózgów zwierząt. Skoro podaje się środek uspokajający niedźwiedziowi grizzly, to samo zrobimy z Tigersharkami. Zostawimy im tylko niższe funkcje. Ich procesory zachowają taką zdolność przetwarzania, żeby torpedy działały nadal i utrzymały się nieruchomo pod wodą z neutralną wypornością, dopóki środek farmakologiczny hamujący ich czynności nie przestanie działać. Zanim się ockną, będziemy daleko, a one zaatakują to, co znajdzie się w zasięgu ich sensorów.
    Pacino włączył pilotem wyświetlacz.
    – Nakreśliłem trasę podejścia Snarca do miejsca spotkania z jachtem. Popłyniemy wzdłuż niej na wschód i rozmieścimy Tigersharki jak miny stacjonarne. Nie będą miały napędu, więc będziemy musieli się zatrzymywać, wystrzeliwać je i usuwać się ostrożnie z drogi, żeby nasz kilwater nie wprawił ich w ruch wirowy ani nie przewrócił do góry dnem. Zostawimy torpedy na prawo i lewo od szlaku Snarca, potem wycofamy się na zachód. Kiedy znajdziemy się poza zasięgiem sensorów Tigersharków na wschodzie, torpedy się obudzą, bo nie możemy przedawkować im leku, dam go im tylko tyle, żebyśmy zdążyli opuścić tamten rejon. Oddalimy się o dwadzieścia mil morskich od Tigersharka wysuniętego najdalej na zachód. Ulokujemy go tutaj, dziesięć mil na zachód od punktu spotkania Snarca z jachtem. Zatrzymamy się tu i wprowadzimy ciszę taktyczną na okręcie. Wyłączymy reaktor i zostawimy tylko zasilanie akumulatorowe. Nie będziemy emitowali tonów ani pogłosów z pomp chłodziwa, turbin parowych, generatorów, wentylatorów czy innych urządzeń. Działać będzie tylko system Cyclops ze swoimi wyświetlaczami, układ chłodzenia jego sonaru i minimalne oświetlenie okrętu. Przy nieczynnej wentylacji i urządzeniach kontroli atmosfery zrobi się tutaj cholernie gorąco, ale okręt będzie cichszy niż otaczający go ocean. Kiedy zatopimy Snarca i upewnimy się, że wszystkie Tigersharki zdetonowały lub wyłączyły się i zatonęły, uruchomimy reaktor oraz inne systemy okrętu i popłyniemy na wschód, żeby oszacować dokonane zniszczenia. Są pytania?
    Rick Bracefield, główny mechanik wyglądający na bardzo młodego, podniósł rękę jak w szkole.
    – Słucham, inżynierze – powiedział spokojnie Pacino.
    – Sir, przy wyłączonym reaktorze i instalacji parowej nie uda nam się zrobić uniku ani przed Tigersharkami, ani przed torpedami Mark 58 wystrzelonymi przez Snarca.
    Pacino z niezadowoleniem zmarszczył brwi. Sprawa wydawała się oczywista.
    – Ustawimy okręt tak, żeby wektor zagrożenia był za rufą na granicy stożka ciszy i jeśli wykryjemy torpedę w wodzie, wykorzystamy system TESA, przeciwtorpedowej modernizacji okrętu… – Pacino urwał, spostrzegłszy ponure miny Bracefielda i Elaine Kessler, oficera uzbrojenia. – O co chodzi?
    – Panie kapitanie, stocznia nie dokończyła systemu TESA – wyznał główny mechanik.
    – A my go nie ruszaliśmy, bo nie byliśmy pewni, czy to system uzbrojenia, czy napędowy – dodała Kessler.
    – Rozejść się – rozkazał Pacino. Jego wściekły ton poderwał zebranych w mesie na nogi. – Zostają tylko XO, główny mechanik i oficer uzbrojenia.
    Wszyscy niewymienieni wyszli na palcach z mesy. Trójka oficerów przypominała psy domowe przyłapane na kradzieży steków z talerzy.
    – Za dwadzieścia sekund wychodzę stąd i wracam do torpedowni – oświadczył Pacino z tłumioną furią. – Za dziesięć godzin system TESA ma być w pełni sprawny. Wasza sprawa, jak to zrobicie. Nie obchodzi mnie, czy trzeba będzie się wynurzyć, żeby wejść do zbiorników balastowych. System ma działać. Co pół godziny chcę mieć meldunek, XO. I lepiej, żebym nie słyszał słów „niemożliwe” czy „za późno”. Zrozumiano? Albo wam się uda, albo postaram się, żebyście stracili stopnie oficerskie. Zakładając, że przeżyjemy tę misję. Jakieś pytania, XO?
    – Sir – zaczął ostrożnie Vermeers – może powinniśmy zmienić naszą misję? Bez TESA to samobójstwo, a możemy nie zdążyć uruchomić systemu na czas. Proszę mnie wysłuchać, sir. To nie tylko kwestia przygotowania silników rakietowych do odpalenia w prawidłowej kolejności i właściwym czasie. Jest jeszcze problem ze sterowaniem okrętu przez system Cyclops. Jego constans czasu może nas zabić, panie kapitanie. Jeśli komputer nie zdąży zareagować i odpowiednio ustawić dziobowych sterów głębokości, odpalenie silników rakietowych może nas posłać na głębokość krytyczną w ciągu sekundy. Albo możemy wystrzelić z morza i przełamać się na pół przy lądowaniu na falach.
    Pacino patrzył groźnie na trójkę oficerów i zastanawiał się, w jaki sposób mógłby zmienić ich negatywne nastawienie.
    – Wy troje i wasi ludzie macie uruchomić system. Jeśli wam się nie uda, nie zmienimy misji. Przeprowadzę ją dokładnie tak, jakbym to zrobił z działającym TESA. To kwestia życia lub śmierci. Dosłownie. – Pacino zmrużył oczy, żeby nadać sobie wygląd bardziej wściekłego, niż był w tym momencie. – Wynocha – powiedział cicho, ale cała trójka stała jak przyśrubowana do pokładu. – Jazda stąd, do jasnej cholery! – ryknął. Rzucili się do wyjścia, w drzwiach zderzyli się ze sobą i z framugą.
    Pacino pokręcił głową. Miał nadzieję, że ze strachu przed nim zrobią wszystko, żeby system działał. Jedno było pewne – nie będzie oszczędzał okrętu. Nowskoj nadpływał uzbrojony po zęby w pociski manewrujące i torpedy i Pacino musiał go zatrzymać. Nawet gdyby miał stracić okręt i całą załogę.

    Victor Krivak zdjął hełm interfejsowy i wytarł spocone włosy.
    – Wang! – zawołał. – Mamy godzinę. Spakuj nasze rzeczy i czekaj z nimi pod włazem wejściowym. I włóż skafander neoprenowy. Zdecydowałem, że nie wynurzymy okrętu na spotkanie z Amornem i Pedrem. Dzięki temu może dotrze do Chińczyków.
    – Co masz jeszcze do zrobienia przed spotkaniem z Amornem?
    – Nic.
    – Chciałbym zostać na pokładzie i spróbować pomóc Jeden Zero Siedem dojść do siebie – powiedział Wang. – Możesz iść pierwszy.
    Krivak zastanawiał się przez chwilę, potem skinął głową.
    – W porządku. Tylko pomóż mi spakować moje rzeczy i przygotuj mi mój skafander.
    Wang uśmiechnął się. Był szczęśliwy jak dziecko.
    – Już się robi, Victor!

    – Panie kapitanie, stanowiska bojowe obsadzone – zameldował Jeff Vermeers.
    Michael Pacino stał na stanowisku dowodzenia, mając przy uchu słuchawkę bezprzewodową z mikrofonem na wysięgniku i patrzył w dół na swoją niewyszkoloną załogę. Większość obecnych w sterowni utrzymywała z nim łączność bezprzewodową.
    – Bardzo dobrze. Oficer uzbrojenia, podać status wszystkich wyrzutni.
    – Sir, wyrzutnie od jeden do cztery sucho załadowane Tigersharkami Mark 98. Procesory torped zaprogramowane i pod wpływem środka uspokajającego.
    – Bardzo dobrze. Nawigator?
    – Sir, okręt na pozycji wystrzelenia Tigersharka numer jeden.
    – Bardzo dobrze. Uwaga, zespół kierowania ogniem – powiedział Pacino i zdumiało go uczucie, którego doznał przed wypowiedzeniem słów komendy. – Procedury momentu odpalania, wyrzutnia jeden, Tigershark jeden.
    Kiedy system Cyclops wypuścił pierwszą torpedę, Pacino wywołał oficera medycznego.
    – Obudzi się za sześćdziesiąt minut, zgadza się? – zapytał cicho.
    – Tak jest, sir. Mamy godzinę na oddalenie się od niej.
    – Miejmy nadzieję, że środek uspokajający działa. XO, status systemu TESA?
    – Jeszcze nad tym pracujemy, panie kapitanie. Powinniśmy coś wiedzieć, zanim zjawi się Snarc.
    – XO, jeśli będę musiał włączyć TESA i okaże się, że nie działa, uduszę ciebie, kurwa, oficera uzbrojenia i głównego mechanika, zanim dopadnie nas torpeda.
    Vermeers przełknął ślinę.
    – Jeśli ktoś mógłby mnie zastąpić na stanowisku koordynatora kierowania ogniem, sir, poszedłbym dopilnować prac przy TESA.
    – Doskonale, XO. Nawigator, zastąpić XO na stanowisku koordynatora kierowania ogniem.
    Pacino zerknął w dół na wyświetlacz systemu Cyclops z mapą pokazującą punkt, w którym został ulokowany pierwszy Tigershark.
    – Sir – odezwał się nawigator – jesteśmy na pozycji wystrzelenia drugiego Tigersharka.
    Pacino skinął głową. Devilfish wypuszczał kolejne torpedy i wycofywał się na zachód. Po godzinie pozostało tylko wyłączyć systemy okrętu i czekać na Krivaka i Snarca.
    – Manewrowa, tu kapitan – powiedział Pacino do swojego mikrofonu przy słuchawce. – Wsunąć całkowicie pręty regulacyjne reaktora i przejść na ograniczone zasilanie elektryczne.
    Kiedy wentylatory zwolniły i w sterowni zrobiło się duszno, Pacino mimo woli zaczął się zastanawiać, czy systemy okrętu zostaną jeszcze kiedykolwiek uruchomione, i nie mógł pozbyć się myśli, że być może nigdy to już nie nastąpi. Starał się zachować optymizm, ale było to cholernie trudne, w sytuacji gdy funkcjonowało zaledwie minimum urządzeń Devilfisha, a niedoświadczona załoga miała stawić czoło najlepszemu okrętowi podwodnemu na świecie. Jego jedyny syn leżał w stanie głębokiej śpiączki i lekarze uważali, że nie przeżyje. Pacino zadał sobie pytanie, czy właśnie dlatego podejmuje tak wielkie ryzyko. Czyżby kierowało nim pragnienie śmierci?
    Nie, krzyknął jego wewnętrzny głos. Jeśli pragniesz czyjejś śmierci, to tylko Aleksieja Nowskoja. I – jeśli to odpowiednie słowo – śmierci Snarca.

26

    Michael Pacino stał na stanowisku dowodzenia Devilfisha w kombinezonie mokrym od potu. W dusznej sterowni było gorąco jak w łaźni. Pomieszczenie otaczały rury instalacji parowej i wysoką temperaturę mogłaby obniżyć tylko sprawnie działająca klimatyzacja. Pacino nie miał nic do roboty, mógł jedynie stać, pocić się i czekać, aż obudzi się pierwszy Tigershark. Gdyby sprawy przybrały zły obrót, torpedy zaczęłyby zataczać coraz szersze kręgi, aż w końcu wykryłyby SSNX-a i ruszyły w pościg. Lub naprowadziłyby się na inne Tigersharki. Gdyby Snarc się spóźnił, nastąpiłaby katastrofa – wszystkie Tigersharki ścigałyby się wzajemnie lub zabrakłoby im paliwa i poszłyby na dno, a tymczasem torpedownia Devilfisha była kompletnie pusta. Nie dość, że SSNX nie miał się czym bronić, to jeszcze zagrażały mu własne torpedy.
    Pacino popatrzył na wyświetloną mapę. Widok morza z lotu ptaka pokazywał pozycje wystrzelonych Tigersharków, pozycję Devilfisha i trasę Snarca. No, ruszaj się, pomyślał Pacino. Przypłyń na to twoje spotkanie.
    – Dowodzenie, tu sonar – zatrzeszczało w jego słuchawce. Pacino odetchnął. Nareszcie. – Mamy liczne pogłosy na wschodzie, sir.
    – Sonar, tu kapitan. Sklasyfikować – rozkazał Pacino.
    – Dowodzenie, tu sonar. To uruchamianie silników torped.
    – Bardzo dobrze. Jest korelacja z kierunkami do Tigersharków?
    – Dowodzenie, tu sonar. Tak. Mamy również daleki odgłos silników diesla i dwóch śrub czterołopatowych lekkiego statku nawodnego.
    – Bardzo dobrze, sonar. – Pacino spojrzał na nawigatora Justina Westlake’a, który przejął od Vermeersa funkcję zastępcy kapitana, żeby XO mógł nadzorować naprawę systemu TESA. – To może być ten jacht.
    Trzydziestodwuletni, wysoki, czarnoskóry oficer w okularach w drucianej oprawce skinął głową.
    – Spóźnia się, panie kapitanie – odrzekł cicho z nosowym, chicagowskim akcentem.
    – Sonar, tu kapitan. Jest coś na dwustu pięćdziesięciu czterech hercach tonacji Snarca? – Pacino przełączył wyświetlacz sonaru na konsoli dowodzenia na procesor wąskopasmowy.
    – Dowodzenie, tu sonar. Mamy słaby ślad z anteny holowanej, ale jeszcze za wcześnie na jego sklasyfikowanie.
    – To on – powiedział Pacino do Westlake’a.
    – Zgadzam się z sonarem, panie kapitanie. Ten ślad jest jeszcze za szeroki, żeby go określić – odparł nawigator.
    – Wiem, co pokazuje system, ale mówię ci, że to on.
    – Gdyby tak było, sir, Tigersharki już powinny się na niego naprowadzać, a nie widać nic takiego.
    – Zaczekaj dwie minuty – nie ustępował Pacino. – Mówię ci, że to on. Sonar, tu kapitan. Podaj wiązkę detekcji wąskopasmowej na dwustu pięćdziesięciu czterech hercach.
    – Panie kapitanie, tu sonar. Dwieście pięćdziesiąt cztery herce są ustawione na wiązce siódmej, która łapie kierunki zero osiem pięć i jeden sześć pięć.
    – Na wschodzie, nawigatorze – powiedział Pacino. – To on.
    – Dowodzenie, tu sonar. Mamy silniki Tigersharków na wschodzie. Przyspieszają.
    Pacino uśmiechnął się.
    – Sonar, masz już silniki rakietowe?
    – Dowodzenie, tu sonar. Nie… poprawka, są! Mamy zapłon silników rakietowych. Tigersharki coś znalazły, sir!

    – Jeden, podejdź okrętem na głębokość odpalenia pocisków – rozkazał Victor Krivak. – Zanurzenie kila pięćdziesiąt metrów. Zwolnij do pięciu węzłów.
    Kąt odchylenia pokładu wzrastał, gdy Snarc wypływał z zimnej głębi.
    – Pokaż mi jeszcze raz mapę morską w tej samej skali, co poprzednio, z naniesionymi kręgami zasięgu.
    Pozycja okrętu pulsowała dokładnie w punkcie przecięcia kręgów zasięgu pocisków Javelin IV wycelowanych w Waszyngton i Filadelfię.
    – Powiększ skalę tak, Jeden, żeby szerokość obrazu wynosiła sto mil morskich. – Mapa rosła i w końcu Krivak zobaczył, że punkt na oceanie oznaczający okręt znajdzie się poza kręgami zasięgu, pięć mil na wschód od nich. Krivak chciał wcześniej zwolnić, podejść na mniejszą głębokość i wystrzelić pociski po upewnieniu się, że jest sam w tym rejonie i jacht czeka w miejscu spotkania. Kiedy okręt wzniósł się ponad warstwę termiczną, gdzie woda była dużo cieplejsza, Krivak rozkazał komputerowi szukać odgłosów silnika diesla. Mapa rozbłysła na kierunku do dwóch diesli. Jacht wynajęty przez Amorna i Pedra był dokładnie tam, gdzie miał czekać zgodnie z rozkazem. Dobry znak.
    – Jeden, wyświetl status pocisków i cele.
    Na ekranie pojawił się obraz pocisku manewrującego wycelowanego w Biały Dom. Krivak zastanawiał się, czy nie zmienić współrzędnych z centralnej części rezydencji na Zachodnie Skrzydło, gdzie prawdopodobnie byłaby pani prezydent i jej sztab, ale admirał Czu chciał zniszczyć symbol prezydentury. Szkoda marnować okazji, pomyślał Krivak. Rozważał usunięcie Filadelfii z listy celów i wystrzelenie dodatkowego pocisku w Zachodnie Skrzydło, ale Czu życzył sobie, żeby wyparował Independence Hall. Trochę dziwne, ale klient nasz pan. Krivak nie wprowadził żadnych zmian celowniczych i śledził na monitorze uruchomienie żyroskopów pocisków.
    – Jeden, przygotuj pociski od jeden do dwanaście pod każdym względem i otwórz wszystkie wrota zewnętrzne.
    Pulsujący punkt oznaczający pozycję okrętu przeciął kręgi zasięgu w momencie, gdy otworzyły się wrota. Nadszedł czas wystrzelenia javelinów.
    – Jeden, cała stop, głębokość pięćdziesiąt metrów. Odpalić pociski od jeden do dwanaście w zaprogramowane cele. Po wystrzeleniu wszystkich podejść na głębokość dwudziestu metrów i przełączyć centralne sterowanie komorą ewakuacyjną na lokalne.
    Krivak zdjął hełm interfejsowy i zszedł po drabince na środkowy poziom do włazu ewakuacyjnego, gdzie czekał Wang. Kiedy pokład zatrząsł się po odpaleniu pierwszej wyrzutni, naukowiec spojrzał dziwnie na Krivaka.
    – Co się dzieje? – zapytał z rozwartymi szeroko oczami.
    – Wystrzeliwujemy pociski manewrujące w Waszyngton – odrzekł Krivak i sięgnął do swojego worka marynarskiego.
    – Co?! – Wangowi opadła szczęka, gdy okręt zadrżał od drugiego wystrzelenia.
    – No, wiesz, w Biały Dom, Kapitol. I w kilka innych celów. Potem okręt popłynie do Chin, jeśli w ciągu następnych kilku godzin nie zniszczą go Amerykanie.
    – Tego nie było w naszej umowie! – wrzasnął Wang. – Nie możesz używać tego okrętu do ostrzeliwania amerykańskich celów lądowych!
    – Właśnie to robię – odparł Krivak w momencie gdy odpaliła trzecia wyrzutnia.
    Znalazł ciężki, posrebrzany pistolet automatyczny Colt 45 z załadowanym magazynkiem, odbezpieczył broń i wyciągnął ją w chwili gdy Wang rzucił się ku niemu przez wąski korytarz. Huknęły strzały. Naukowiec dostał trzy kule w serce, pociski powstrzymały jego szarżę i odrzuciły go do tyłu na przegrodę. Gdy osuwał się na pokład, jego wciąż otwarte oczy miały oskarżycielski wyraz. Krivak wiedział, że to marnowanie amunicji, ale przystawił lufę do oka Wanga i nacisnął spust. Górna połowa czaszki doktora rozprysła się jak zgniły melon upuszczony na podłogę. Mózg bryznął na zakrwawiony już wcześniej laminat panela ściennego.
    – Dzięki za wykonaną pracę, doktorze Wang – powiedział Krivak. – Mam nadzieję, że odprawa satysfakcjonuje pana.
    Położył pistolet na pokładzie i ściągnął koszulę. Kiedy rzucał ją na pokład, wystartował czwarty pocisk. Krivak zdjął spodnie i zaczął wciągać skafander neoprenowy. Zanim go włożył, okręt opuściły dwa następne javeliny.
    Krivak otworzył i zablokował dolny właz komory ewakuacyjnej, potem zerknął na panel sterowniczy wewnątrz. Był zadowolony – Jeden Zero Siedem przełączyła sterowanie z centralnego na lokalne. Wciągnął swoje rzeczy do środka i odblokował właz, żeby zamknąć komorę.
    – Żegnaj, Wang. Szczęśliwej drogi! – powiedział. Zaryglował właz i czekał, aż głębokościomierz pokaże, że okręt jest blisko powierzchni, nasłuchując wystrzeliwania kolejnych pocisków.
    Co za piękny dźwięk, pomyślał.

    Torpeda Mark 98 Tigershark wystrzelona jako czwarta w kolejności odzyskała agresywną świadomość. Jej sonar nasłuchiwał dźwięków oceanu roztaczającego się dookoła. Uruchomiła turbinę spalania zewnętrznego i zaczęła przeszukiwać morze, ale nic nie znalazła. Otaczała ją pusta przestrzeń. Torpeda zatoczyła szeroki krąg średnicy pięciuset metrów, nie usłyszała niczego. Poszerzyła krąg i powtórzyła manewr, ale wciąż była sama. Po piątym, jeszcze szerszym kręgu postanowiła sprawdzić, co jest wyżej. Wzniosła się wolno ponad warstwę termiczną, gdzie woda nagle zmieniła się z lodowatej w ciepłą i wyższa temperatura zatrzymywała dźwięki.
    Kiedy torpeda znalazła się ponad tą warstwą, natychmiast coś usłyszała. Przestawiła stery, żeby się zorientować, czy dźwięk się porusza. Okazało się, że tak. Był blisko, w obrębie jednej mili. Torpeda znów skręciła, żeby dokładnie określić odległość do celu i wyłączyła silnik. Zdetonowała ładunki wybuchowe wokół swojej środkowej części, które odstrzeliły pierwszy stopień i zmniejszyły ją o połowę. W następnej jednej dziesiątej sekundy w stożku dziobowym za sonarem otworzyła się butla ze sprężonym powietrzem i odpalił silnik rakietowy. Pęcherze sprężonego powietrza przepłynęły wzdłuż korpusu torpedy do dyszy wylotowej silnika. Kiedy napęd rakietowy osiągnął pełny ciąg, powietrze zastąpił kawitacyjny pęcherz pary, który otoczył całą torpedę. Broń miała już namierzony cel i przyspieszyła do stu, potem do stu pięćdziesięciu, wreszcie do dwustu węzłów. Przez ten czas pokonała cały dystans do celu.
    Uderzyła w kadłub i energia kinetyczna rozerwała dziób. Gdy szczątki torpedy przedzierały się przez fragmenty celu, eksplodowała głowica Plastik-Pak i reszta obiektu wyleciała w powietrze. Jacht Amorna i Pedra przestał istnieć. Po dwóch mężczyznach pozostał tylko czerwony obłok rozpylonej krwi.

    – Panie kapitanie, mamy pogłosy na szerokim paśmie na kierunku zero osiem osiem. Brzmią jak zapłony silników rakietowych.
    Pacino zacisnął wargi.
    – Rozumiem, sonar. Już to meldowałeś. Uruchamiają się silniki Tigersharków.
    – Dowodzenie, tu sonar. Nie. To wystrzelenia pocisków, panie kapitanie. Pocisków manewrujących!
    Pacino otworzył usta, żeby wydać rozkaz, gdy do sterowni wszedł z ponurą miną XO Vermeers i chwycił słuchawkę bezprzewodową z mikrofonem. Spojrzał na kapitana, wyciągnął przed siebie pięść z uniesionym kciukiem i pokazał w dół. Nie było czasu na to, by go zwymyślać. Pacino krzyknął do oficera zanurzenia:
    – Podejście pionowe na głębokość peryskopową, dwadzieścia trzy metry, wysunąć Type 23 i BRA-44!
    Okręt uniósł się leniwie, kiedy oficer zanurzenia wpuścił sprężone powietrze do zbiorników sterowania głębokością.
    – BRA-44 Bigmouth idzie do góry, sir! – zawołał. – Dwadzieścia cztery metry!
    – Podnoś nas – rozkazał Pacino i włożył hełm peryskopowy Type 23. – Uzbroić baterię pocisków Mark 80 SLAAM – powiedział głosem zniekształconym przez hełm.
    Mark 80 SLAMM, pociski przeciwlotnicze wystrzeliwane spod wody, mogły dogonić javeliny, gdyby zostały odpalone dostatecznie szybko. Pacino gorączkowo przypinał do uda sterownik i przeklinał własną bezmyślność – nie pomyślał, że może być mu potrzebny peryskop.
    – Dwadzieścia trzy metry, sir!
    Zanim Pacino włączył obraz optyczny, pociski zniknęły z widoku. Pacino skierował peryskop na niebo i natychmiast zobaczył na tle chmur cztery smugi dymu wznoszące się łukiem zza horyzontu.
    – Panel SLAAM uzbrojony, panie kapitanie! – krzyknął Vermeers.
    – Odpalam Mark 80! – zawołał Pacino i uderzył w joystick na udzie. Pocisk przeciwlotniczy naprowadzany ciepłem wystartował z kiosku okrętu i natychmiast ruszył w pościg za javelinami. Pacino wystrzelił pięć sztuk, potem jeszcze szóstą, gdy z morza uniósł się następny pocisk manewrujący i po zapłonie silnika rakietowego tuż nad falami wzbił się do góry.
    – Nie mam żadnych trafień! – zawołał Pacino, ale w tym momencie jeden z javelinów eksplodował, rozerwany na kawałki przez Mark 80, który go dogonił.
    Z morza wystartował kolejny javelin i Pacino wystrzelił siódmy Mark 80. Był tylko jeden problem – miał osiem pocisków, a Snarc dwanaście.
    – XO! – warknął Pacino, kiedy trzeci javelin eksplodował w chmurach. – Zawiadom Pentagon o tych pociskach. Na UHF-ie, w trybie alarmowym. Powiedz, że w powietrzu są cztery javeliny nadlatujące z tej pozycji.
    Vermeers na szczęście nie zadawał pytań. Rzucił swoją słuchawkę na pokład i wybiegł do kabiny radiowej. Mógł nadać meldunek ze sterowni, ale uzgodnienia z radiowcami zajęłyby trzydzieści sekund i nie było na to czasu.
    Pacino wystrzelił ósmy i ostatni pocisk i patrzył, jak eksploduje ósmy javelin. Gdy z morza uniósł się dziewiąty, na twarzy Pacina pojawił się wyraz bezsilnej wściekłości. Cholerny Snarc był na horyzoncie w odległości dwudziestu mil, a dotąd nie zdetonował ani jeden Tigershark!
    – Dowodzenie, tu sonar. Mamy eksplozję w wodzie.
    – To nie Snarc, sonar – odparł ze złością Pacino. – On nadal strzela.
    – Ta eksplozja jest na kierunku do jachtu motorowego, sir.
    – W porządku, sonar. Obserwuj kierunek zero osiem osiem i szukaj Tigersharków.
    – Dowodzenie, tu sonar. Tak jest. Ale na razie nic tam nie ma.
    – Jasna cholera! – zaklął pod nosem Pacino.
    – Dowodzenie, tu sonar. Mamy zapłon silnika rakietowego Tigersharka na prawej krawędzi stożka ciszy, kierunek zero osiem pięć.
    – Nareszcie – powiedział Pacino, patrząc przez peryskop na dziesiątego javelina startującego na horyzoncie z morza. Gdyby Snarc teraz eksplodował, w powietrzu byłyby tylko dwa pociski manewrujące, które uniknęły zestrzelenia, a nie cztery.
    – Dowodzenie, tu sonar! – zatrzeszczało w słuchawce, aż Pacina zabolało ucho. – Odchylenie kierunku do Tigersharka jest w lewo, nie w prawo! Nadaję meldunek: „Torpeda w wodzie”! Tigershark naprowadza się na własny okręt!
    Pacino zerwał z głowy Type 23 tak gwałtownie, że hełm odbił się od pokładu.
    – Alarmowa w dół! – krzyknął do oficera zanurzenia. – Zalewać zbiorniki z maksymalną szybkością! Głębokość czterysta metrów! Ale już! – Chwycił mikrofon do łączności z pomieszczeniami technicznymi. – Manewrowa, tu dowodzenie, wykonać szybki rozruch reaktora, procedury alarmowe! – Rzucił mikrofon i znalazł Vermeersa. – Uzbroić system TESA! Vermeers wytrzeszczył oczy i gwałtownie pokręcił głową.
    – Sir, nie udało nam się podłączyć go do Cyclopsa! Jeśli pan go odpali, komputer nie będzie kontrolował dziobowych sterów głębokości! W ciągu sekundy opadniemy na głębokość krytyczną!
    – Dowodzenie, tu sonar! Nadpływa Tigershark! Mamy potwierdzenie na obrazie akustycznym! Zaraz odpali silnik rakietowy, panie kapitanie!
    – Panie kapitanie, głębokość czterysta metrów! – zawołał oficer zanurzenia, wystraszony chłopak, który stał wewnątrz półkolistej konsoli sterowania okrętem. – Przerywam zalewanie zbiornika numer dwa i zatrzymuję okręt na głębokości testowej.
    Pacino na moment zamarł. Potem coś mu przyszło do głowy. Pomysł wydawał się obcy, jakby podsunął mu go ktoś, kto znajdował się daleko, a jednocześnie stał tuż obok. Usłyszał gdzieś w sobie jakiś głos, który krzyknął: Włącz system TESA przy wzniosie na sterach dziobowych jedna czwarta stopnia! Pacino zmarszczył brwi, ale nie potrafił wymyślić niczego innego.
    – Dowodzenie, tu sonar. Zapłon silnika rakietowego Tigersharka, mała odległość!
    – Oficer zanurzenia! – krzyknął Pacino, pewien, że za moment wyda swój ostatni rozkaz w życiu. – Wznios ćwierć stopnia na dziobowych sterach głębokości i alarmowe opróżnienie dziobu, ale już!
    – Tak… jest… – Głos oficera zanurzenia brzmiał basowo i docierał do Pacina w zwolnionym tempie, jakby czas rozciągnął się tak, że sekunda trwała godzinę. Pacino znalazł wzrokiem dwie stalowe dźwignie pokryte żółtym plastikiem, umieszczone nad konsolą dowodzenia.
    – Wznios… – mówił dalej dziwnie zniekształcony i spowolniony głos oficera zanurzenia, gdy Pacino sięgał oburącz do góry i chwytał dwa włączniki sytemu przeciwtorpedowego TESA.
    – Ćwierć… – usłyszał Pacino, kiedy poczuł w dłoniach uchwyty i z całej siły pociągnął dźwignie w dół.
    – Stopnia… na…
    Pacino przytrzymał opuszczone dźwignie i obrócił. Gdy czekał na odpalenie systemu, na jego twarzy malowała się wściekłość.
    – Dziobowych… sterach… głębokości…
    Nie było żadnego efektu. Ale Pacino powiedział sobie, że nie wolno mu puścić dźwigni.
    – I… alarmowe… opróżnienie…
    Para z generatorów reaktora powinna trafiać do zbiorników na poszyciu okrętu, wydostawać się przez gumową powłokę bezechową kadłuba i tworzyć pęcherz wokół Devilfisha. Na dziobie system wysokiego ciśnienia miał sprężać zbiorniki TESA na poszyciu okrętu i wypychać pęcherze powietrza, które powinny się gromadzić wokół kadłuba i utworzyć kawitacyjną osłonę parową wzdłuż całego Devilfisha, gdy odpalą silniki rakietowe.
    – Dziobu…
    Głos oficera zanurzenia zmienił się w prawie nieartykułowany coraz powolniejszy pomruk. Pacino zerknął na niego pomiędzy dwoma wyciągniętymi aktywatorami TESA i zobaczył, jak ręce chłopaka wznoszą się w górę ku dźwigni alarmowego usuwania balastu. Wydawało się, że nigdy ich nie dosięgną.
    Vermeers miał otwarte usta, jego wargi poruszały się wolno i przypominały zasłony falujące łagodnie na wietrze.
    – Paaanie kaaapitaaanie! – zawołał.
    Pacino był myślami gdzie indziej – poza reaktorem, turbinami zasilającymi, turbogeneratorami napędowymi, kabiną manewrową, instalacją hydrauliczną, zbiornikiem balastowym numer trzy i umieszczonym tam głównym silnikiem elektrycznym w osłonie olejowej, poza zbiornikiem balastowym numer cztery, gdzie zamontowano silniki rakietowe systemu TESA, poza kadłubem, sterem kierunku i rufowymi sterami głębokości i za osłoną pędnika. Był w morzu i patrzył przed siebie na okręt, na silniki rakietowe systemu TESA. Widział, jak eksplodują ładunki wybuchowe i odrzucają wodoszczelne pokrywy ochronne. Obserwował, jak kolejno odpalają silniki rakietowe – najpierw dolny i górny, potem lewy i prawy, później para na pozycjach godzin pierwszej i siódmej, w końcu pozostałe pary. Wszystkie osiągają pełny ciąg i gazy wylotowe topią grubą stal sterów kierunku i głębokości i przegrody zbiornika balastowego numer cztery. Nad poszyciem okrętu rośnie pęcherz powietrza i pary, Devilfish przyspiesza, wytwarza wokół siebie osłonę kawitacyjną, osiąga szybkość pięćdziesięciu węzłów, potem stu, wreszcie dwustu.
    Pacino wrócił myślami do sterowni. Odgłos silników rakietowych wzmógł się do ogłuszającego huku i nagle wszystkie inne dźwięki ucichły. Pacino miał wrażenie, że świat stanął w miejscu. Nie wiedział, czy stracił poczucie czasu, czy słuch. Nie był pewien, czy system zadziałał, dopóki nagle nie poczuł, że znajduje się w pozycji poziomej. Wisiał w powietrzu równolegle do pokładu, zaciskając dłonie na dźwigniach aktywatorów TESA. Wydawało mu się, że waży pół tony. Ręce nie mogły utrzymać jego ciężaru, puścił uchwyty i poszybował przez sterownię, wpadł na tylną przegrodę, uderzył głową w konsolę inercyjnego systemu nawigacyjnego i osunął się na pokład. W oczach zawirowały mu gwiazdy i świat wokoło pomału pogrążył się w czarnym mroku.
    Rufę Devilfisha ogarnęły ryczące płomienie, gdy odpaliło dwanaście par silników rakietowych pocisków Vortex Mod Alpha i wszystkie osiągnęły pełny ciąg. Ster kierunku, rufowe stery głębokości i pędnik stopiły się od wysokiej temperatury.
    System przeciwtorpedowy uruchomił się na głębokości testowej okrętu. Dziobowe stery głębokości miały wznios ćwierć stopnia, trwało alarmowe opróżnianie dziobowych zbiorników balastowych. Atomowy okręt podwodny wiszący nieruchomo w wodzie na głębokości czterystu metrów zamienił się nagle w podwodną rakietę. Pęcherz powietrza i pary rósł wokół poszycia kadłuba, aż otoczył cały okręt od dziobu do silników rakietowych. Devilfish wystartował z przyspieszeniem dziesięciu g, osiągnął szybkość pięćdziesięciu węzłów, potem stu i pędził przez morze, dopóki nie skończyło się paliwo rakietowe. W momencie wyłączenia się silników miał prędkość dwustu pięciu węzłów i wznosił się pod kątem dwóch stopni. Oddalał się od ścigającej go torpedy Tigershark i pruł do góry ku warstwie termicznej. Opór wody złamał peryskop i maszt anteny radiowej BRA-44, zgniótł kopułę sonarową i kiosk. Zanim okręt wystrzelił ponad warstwę termiczną, siła przyspieszenia oderwała rury parowe od prawego turbogeneratora i maszynownia zaczęła się szybko wypełniać parą, która zagrażała życiu wszystkich ludzi znajdujących się w części rufowej – mogli ugotować się jak homary.
    Torpeda Tigershark prowadząca pościg wyczuła, że kończy się jej paliwo rakietowe i zdetonowała głowicę bojową z materiałem wybuchowym PlasticPak tysiąc metrów za rufą Devilfisha. Fala uderzeniowa eksplozji dotarła do tylnej części kadłuba tuż przed oderwaniem się okrętu od powierzchni morza i przedziurawiła zbiornik balastowy numer trzy. Devilfish poszybował łukiem w powietrzu i opadł na wody Atlantyku. Gwałtowne przyhamowanie przemieściło wszystko z rufy na dziób. Ogromna siła skierowana do przodu wyrwała z zamocowań urządzenia i płyty pokładów. Kiedy USS Devilfish osiadł na falach, był trudnym do rozpoznania obiektem ze spłaszczoną kopułą sonarową, zgniecionym kioskiem i zniszczoną, osmaloną rufą.
    Okręt zaczął nabierać wody i pogrążać się wolno w morzu.

    Pokładem wstrząsnął start jedenastego i dwunastego javelina. Victor Krivak uśmiechnął się szeroko. Czekał, aż jednostka Jeden Zero Siedem podejdzie okrętem na głębokość dwudziestu metrów – wynurzenia masztu – żeby mógł zalać komorę ewakuacyjną i opuścić Snarca, zanim amerykańskie okręty i samoloty poszukiwawcze znajdą go po śladach pocisków na niebie. Była szansa, że Snarc ucieknie, okrąży Amerykę Południową i dotrze do czerwonych Chin, ale procesor węglowy zdradzał objawy tak głębokiej katatonii, że zapewne nie umiałby się wymknąć Amerykanom, którzy przechwyciliby go i zniszczyli. Głębokościomierz w komorze ewakuacyjnej pokazał w końcu sześćdziesiąt pięć stóp – był wyskalowany po amerykańsku – i Krivak zabrał się do zalewania komory. Już wcześniej włożył pneumatyczną kamizelkę ratunkową, akwalung oraz płetwy i przywiązał do tułowia swój bagaż.
    Rozkazał lokalnemu panelowi otworzyć zawór wylotu powietrza do wnętrza modułu dowodzenia i kiedy wskaźnik zasygnalizował wykonanie czynności, polecił otworzyć zawór dopływowy i wpuścić wodę morską do komory. Poziom ciepłej wody atlantyckiej szybko rósł, aż sięgnął górnego włazu. Panel sterowniczy i głowa Krivaka znalazły się w niszy za stalową przegrodą, gdzie pozostał pęcherz uwięzionego powietrza. Krivak zamknął zawór odpowietrzający i czekał, aż ciśnienie w komorze zrówna się z morskim, by mógł otworzyć górny właz i wydostać się na zewnątrz.

    Tigershark wystrzelony w pierwszej kolejności obudził się później niż inne i usłyszał odgłosy rzezi, gdy torpedy numer dwa i trzy rozerwały się nawzajem we wspólnej eksplozji. Uruchomił silnik i zaczął powoli zataczać krąg w poszukiwaniu celu, lecz w okolicy odnajdywał tylko pęcherze powietrza będące pozostałością po podwójnym wybuchu. Tigershark rozszerzył obszar poszukiwań, ale wykonując drugi i trzeci krąg, też nic nie wykrył. Przestawił stery i wzniósł się ku powierzchni morza, mając nadzieję, że cel jest ponad warstwą termiczną.
    Zdumiony, że cel znajdował się tak blisko, choć był zupełnie niewidoczny z dołu, Tigershark uzbroił głowicę bojową i zatoczył krąg. Odstrzelił pierwszy człon, odpalił silnik rakietowy i przyspieszył. Obiekt rósł w celowniku.

    Krivak dał nura pod stalową przegrodę i znalazł się pod otwartym górnym włazem komory ewakuacyjnej Snarca. Poruszył płetwami, wzniósł się, wystawił głowę z otworu i położył ręce na poszyciu kadłuba. Wiedział, że ma tylko dwadzieścia sekund do zamknięcia włazu przez komputer i siłowniki hydrauliczne mogą przeciąć go na pół. Ale worek z jego rzeczami zahaczył o dźwignię ręcznego sterowania zaworem. Krivak zastanowił się przez moment, czy go nie zostawić, w końcu zanurkował w dół, odczepił worek i szybko wrócił do góry, wpatrując się w klapę włazu. Wydostał się z okrętu i chwilę później właz zaczął się wolno zamykać. Krivak dwa razy klepnął w kadłub na pożegnanie i popłynął ku powierzchni morza.
    Tigershark numer jeden widział, jak cel rośnie, ogromnie, w końcu wszystko przesłonił. Tuż przed uderzeniem w zanurzony opasły kadłub torpeda zdetonowała swój ładunek PlasticPak. Gwałtowna eksplozja rozniosła część rufową okrętu podwodnego i oderwała ją od części dziobowej. Fala uderzeniowa dotarła do płetwonurka opuszczającego zaatakowany obiekt.
    Gdy pomarańczowa kula ognia opadła, ostygła i zamieniła się w kwadrylion pęcherzy pary, z toperdy już nic nie zostało. Kiedy morze uspokoiło się i dziobowa część okrętu zaczęła tonąć, trafiły w nią dwa następne Tigersharki i rozerwały ją na drobne kawałki, zanim opadła na głębokość krytyczną.

    Część dziobowa SSNX Devilfish wynurzyła się wolno z morza, gdy część rufowa zaczęła tonąć. Dwadzieścia mil za okrętem dwa pozostałe Tigersharki zataczały kręgi w poszukiwaniu celu.
    Kapitan Michael Pacino leżał na pochylonym ku rufie pokładzie sterowni, Vermeers wrzeszczał mu coś w twarz, lecz Pacino nic nie słyszał, otworzył oczy i spróbował usiąść, ale czuł się tak, jakby miał połamane wszystkie kości. Nie było światła, paliły się tylko przyćmione awaryjne latarnie bojowe zasilane z akumulatorów. Pacino otworzył usta, żeby się odezwać, gdy nagle odzyskał słuch i poraził mu uszy wrzask Vermeersa: Musimy opuścić okręt, sir!
    Pacino zdołał wstać, oparł się ciężko na Vermeersie i pozwolił się zaciągnąć na środkowy poziom, gdzie przez właz ewakuowano ludzi i sprzęt. Pod Pacinem ugięły się nogi, wpadł na przegrodę i zakręciło mu się w głowie.
    – W wodzie są jeszcze Tigersharki! Szybciej! – krzyknął Vermeers do ludzi w komorze ewakuacyjnej. – Będą tutaj, zanim usłyszymy ich silniki rakietowe! Ruszać się!
    Pacino poczuł, że go ciągną i pchają w górę drabinki do komory ewakuacyjnej. Miał mdłości i starał się powstrzymać wymioty. Nad nim pojawił się krąg jasnego światła, od blasku mocnego reflektora zabolały go oczy. Po chwili zdał sobie sprawę, że to słońce – okręt był na powierzchni. Wyciągnięto go przez właz na pochyły pokład dziobowy. Zobaczył kiosk oderwany od kadłuba i rufę w wodzie. Zatoczył się. Z wnętrza okrętu wydobywano następnych członków załogi. Pacino zwymiotował na siebie i świat wokół zalała ciemność.

    Michael Pacino stracił przytomność, spadł z kadłuba do morza i znalazł się przy lewej burcie okrętu.
    – Vickerson! – zawołał Vermeers. – Wciągnij kapitana do tratwy ratunkowej!
    Młoda porucznik skoczyła do wody z zapasową kamizelką ratunkową. Dopłynęła do bezwładnego Pacina, przypasała mu kamizelkę i doholowała go wokół rufy tonącego okrętu do jednej z tratw unoszących się na falach po drugiej stronie.
    Pacino ocknął się, gdy z włazu wyciągnięto ostatnich ludzi i sprzęt ratunkowy. Zgnieciony dziób Devilfisha wzniósł się ku niebu i okręt zaczął się pogrążać w morzu. Pacino patrzył, jak właz dziobowej komory ewakuacyjnej zalewają fale. Kadłub nabierał wody i po pewnym czasie nad powierzchnią pozostało tylko to, co ocalało ze stożka dziobowego, w końcu wszystko zniknęło w kręgach piany.
    Pacino spuścił wzrok. Misja się nie powiodła. Cztery pociski manewrujące uniknęły strącenia, a Tigersharki naprowadziły się na Devilfisha zamiast na Snarca.
    – Daj mi lornetkę – powiedział do Vickerson.
    W tym samym momencie w miejscu, gdzie zatonął Devilfish, morze eksplodowało wulkanem piany. Dziesięć sekund później nastąpił drugi wybuch. Przez następne dwie minuty na tratwy ratunkowe opadała woda.
    – Co to było, do cholery? – zapytał Pacino.
    Bosman sonarzysta spojrzał na niego i pokręcił głową.
    – Dwa Tigersharki, kapitanie. Zdążyliśmy w samą porę.
    Pacino odwrócił się do Vickerson.
    – Straciliśmy kogoś? – zapytał.
    Popatrzyła na niego smutnym wzrokiem.
    – Ewakuowaliśmy tylko część dziobową, sir. Rufową zalało i było tam mnóstwo pary. Nie mogliśmy otworzyć włazu. Nikt się stamtąd nie wydostał.
    Pacino westchnął.
    – Lornetkę, sir?
    – Z której strony jest wschód? Chcę znaleźć kierunek do Snarca. Jest jakaś szansa, że go trafiliśmy?
    – Trudno powiedzieć, sir – odrzekł bosman sonarzysta.

    Victor Krivak unosił się na powierzchni morza twarzą do góry. Zgubił regulator akwalungu, a wybuch zdarł mu maskę do połowy. Od eksplozji Snarca minęło pół godziny. Krivak był nieprzytomny, ale oddychał. Na wodzie utrzymywała go pneumatyczna kamizelka ratunkowa, którą napełnił powietrzem przed opuszczeniem komory ewakuacyjnej.
    Na wschodzie rozległ się nagle huk.
    – Co to było? – zapytał Pacino i spojrzał w stronę Vermeersa, który siedząc na sąsiedniej tratwie ratunkowej, obserwował horyzont przez lornetkę. – Widziałeś coś?
    – Nie, kapitanie! – odkrzyknął Vermeers. – Ale to było na kierunku do Snarca. Chyba go trafiliśmy.
    Pacino skinął głową i popatrzył w tamtą stronę. Z morza wytrysnął gejzer piany podwodnej eksplozji.
    – Wspaniale – powiedział. – Vickerson, włączyłaś sygnalizator boi alarmowej?
    – Pół godziny temu, sir. Myślałam, że na zachodzie krążą samoloty.
    – Może boja nie działa – mruknął Pacino.
    – Więc będziemy długo czekali – odrzekła Vickerson.

    Victor Krivak powoli otworzył oczy, zamrugał i popatrzył na morze wokół siebie. Nie pamiętał, co się stało. Wydawało mu się, że przed sekundą wydostał się z kadłuba Snarca. Nie wiedział, dlaczego unosi się na wodzie i dzwoni mu w uszach, a na twarzy i w ustach ma krew, jakby przegryzł sobie język. Uszy też mu krwawiły, bolały go plecy pod butlami akwalungu. Coś się wydarzyło. Może na Snarcu eksplodował ładunek wybuchowy samodestrukcji okrętu. Miał cholerne szczęście, że zdążył się stamtąd ewakuować. Zastanawiał się przez chwilę, czy wystrzelenie pocisków nie spowodowało ataku na okręt. Niemożliwe, pomyślał. Nikogo nie wykrył, a Snarc miał przewagę akustyczną nad każdym okrętem podwodnym na świecie. Nie widział też ani nie słyszał samolotów. To musiała być samodestrukcja.
    Krivak ziewnął, żeby odetkać bolące uszy i odszukał swój bagaż. Podciągnął go do góry, znalazł tratwę ratunkową i napełnił ją dwutlenkiem węgla. Po chwili na metrowych falach kołysał się żółty ponton średnicy czterech metrów. Krivak wrzucił do niego resztę swojego ekwipunku, zdjął akwalung, władował do pontonu i wgramolił się do środka. Wciąż bolały go plecy i głowa. Otworzył pojemnik wodoszczelny, wyjął telefon satelitarny i zadzwonił do Amorna. Próbował połączyć się kilkanaście razy, ale linia była wciąż zajęta. To się jeszcze nigdy nie zdarzyło. Krivak zdał sobie sprawę, że coś poszło nie tak.
    Nasłuchiwał silników dieslowskich jachtu Amorna. Badał wzrokiem horyzont, ale nic nie zobaczył. Czemu nie zabrał ze sobą lornetki? Dziwił się podwójnie, bo zlokalizował przecież z grubsza jacht przed wystrzeleniem pocisków manewrujących. Musiał skorzystać z planu rezerwowego, włączyć sygnalizator boi alarmowej i wymyślić jakąś historyjkę dla władz cywilnych. Było możliwe, że wyłowią go Amerykanie. Zachichotał na tę myśl, ściągnął skafander neoprenowy, włożył bawełniany kombinezon. Sprawdził magazynek posrebrzanego colta 45 i wetknął pistolet za pas. Broń mogła się przydać do obrony przed rekinami. Otworzył kilka pojemników z prowiantem i zjadł baton proteinowy. Kwadrans później oparł się o burtę tratwy i czekał. Po kilku minutach zasnął.

    – Sir, tam! – zawołała Vickerson i wręczyła Pacinowi lornetkę. – Na wodzie unosi się coś żółtego!
    – Wiosłujcie – polecił Pacino, patrząc przez lornetkę. – Niech wszystkie tratwy kierują się w tamto miejsce.
    Przez następną godzinę cztery tratwy ratunkowe z Devilfisha płynęły w stronę żółtego obiektu. Kiedy zbliżyły się doń na tyle, że stał się dobrze widoczny, Pacino zdumiał się.
    – Tam ktoś jest – powiedział. – Żyje.
    To może być tylko Victor Krivak, pomyślał. Aleksiej Nowskoj.
    Pacino zacisnął wściekle zęby. Pogrzebał w worku ze sprzętem ratunkowym, dyskretnie wyciągnął nóż płetwonurka i przyczepił pochwę do pasa. Miał nadzieję, że nikt tego nie zauważył.
    – Przerwać wiosłowanie – powiedział. – Nie podpływać bliżej. – Spojrzał na Vermeersa. – XO, nie pozwól nikomu płynąć za mną. To rozkaz. Przejmujesz dowodzenie.
    Zsunął się do wody i popłynął w kierunku żółtej tratwy. Po drodze ściągnął kamizelkę ratunkową, żeby mieć swobodę ruchów, wszystko go bolało, ale mógł to znieść. Dużo łatwiej niż fakt, że Aleksiej Nowskoj jeszcze żyje.

    Przeciwpodwodny samolot patrolowy P-5 Pegasus dostał przez radio rozkaz, żeby sprawdził sygnał alarmowy wysłany z boi lokalizacyjnej, który wykryła w rejonie eksplozji głowica nasłuchowa Mark 12. Na rozkaz admirała McKee samoloty trzymały się poza zasięgiem pocisków przeciwlotniczych Snarca. Ale po wszystkich podwodnych detonacjach – ostatnia zniszczyła zapewne również głowicę Mark 12 – McKee ocenił, że morze jest bezpieczne i kazał skierować na miejsce maszynę P-5.
    Daleko na zachodzie, pięćdziesiąt mil morskich od Waszyngtonu, Nowego Jorku i Filadelfii, nad Atlantykiem krążyło kilka eskadr myśliwców przechwytujących Scorpion. Wszystkie miały kontakt z samolotem radarowym KC-10 AWACS, który zataczał kręgi na wysokości dwunastu tysięcy metrów i szukał nadlatujących pocisków manewrujących. Gdyby Snarcowi udało się wystrzelić je potajemnie, leciałyby poniżej zasięgu radarów przeciwlotniczych i znalezienie ich graniczyłoby z cudem. Ale po ostrzeżeniu z Devilfisha, zawierającym dokładny czas i pozycję ich odpalenia, lotnictwo wysłało w powietrze wszystko, co miało skrzydła. Zamiast gorączkowo szukać pocisków załogi samolotów mogły sobie pozwolić na luksus spierania się o to, kto dostąpi przywileju strącenia javelinów. We wszystkich przypadkach dokonali tego dowódcy eskadr. Naprowadzane ciepłem pociski Mongoose rozerwały Javeliny IV na strzępy i szczątki głowic plazmowych opadły do morza. Kiedy wiadomość o ich zniszczeniu dotarła do prezydenckiego bunkra ewakuacyjnego, wezwano Air Force One i pani prezydent oraz jej sztab wrócili do bazy lotniczej Andrews. Admirał Patton pojechał służbową limuzyną do Pentagonu, żeby czekać na wiadomości o Devilfishu.

    Michael Pacino dopłynął wolno w pobliże tratwy ratunkowej, zanurkował i dotarł do niej pod wodą. Wynurzył się i starał oddychać bez żadnego dźwięku. Wyciągnął nóż z pochwy i spojrzał w górę na głowę pasażera pontonu. Wiedział, że to Victor Krivak, choć wolał go pamiętać jako Aleksieja Nowskoja. Wstrzymał oddech, wyrzucił ramię z wody, chwycił swojego wroga za gardło i ściągnął z tratwy. Zdążył dostrzec twarz czterdziestoletniego mężczyzny, przystojnego jak gwiazdor filmowy. Żadna operacja plastyczna nie mogła jednak zmienić paskudnych oczu, w które Pacino patrzył wiele lat temu na polarnej powłoce lodowej. Ten mężczyzna storpedował i zatopił pierwszego Devilfisha, a teraz wystrzelił pociski manewrujące w dom Pacina i posłał na dno drugiego Devilfisha, ale przede wszystkim doprowadził do tego, że syn Pacina był o krok od śmierci. Pacino dźgnął mocno i krew z przebitej szyi Nowskoja trysnęła mu w oczy.
    Ledwo zdążył ją strząsnąć powiekami, gdy Rosjanin wybił mu ramieniem nóż z ręki. Był dużo silniejszy, zdzielił Pacina pięścią w twarz i złamał mu nos. Pacino chciał chwycić Nowskoja za szyję, ale zbrodniarz wojenny sięgnął do pasa i uderzył bykiem. Siła ciosu odrzuciła Pacina do tyłu. Udało mu się znów zbliżyć do Rosjanina i nagle zobaczył przed sobą wylot lufy pistoletu. Zamarł na moment, potem dał nura pod wodę, myśląc teraz tylko o tym, czy mokra broń wypali.

    Victor Krivak drzemał błogo, oczekując na pomoc, gdy nagle ktoś chwycił go za gardło i ściągnął z tratwy. Nie zdążył dostrzec twarzy napastnika, błysnęło mu w głowie, że to Wang i na myśl, że doktor powrócił, żeby się zemścić, poczuł przypływ adrenaliny. Kiedy spróbował zadać przeciwnikowi cios, dostał nożem w szyję. W pierwszej chwili nawet nie poczuł bólu, zakręciło mu się tylko w głowie od upływu krwi. Woda wokół zrobiła się czerwona i przeląkł się, że rana jest śmiertelna. To dodało mu sił do walki. Zdołał trafić przeciwnika w nos i tamten zalał się krwią. O dziwo, siwowłosy napastnik wydał mu się znajomy. Krivak sięgnął do pasa, licząc na to, że posrebrzany colt jest na swoim miejscu. Wtem pociemniało mu w oczach. Wyciągnął pistolet prawą ręką i uniósł go wysoko nad wodę, lewą ręką chwycił przeciwnika za kołnierz i kiedy w niego celował, dostrzegł naszywkę z nazwiskiem Pacino. Wiedział, że zna to nazwisko, ale nie mógł sobie przypomnieć skąd – było mu zimno i miał zawroty głowy, z pewnością od rany na szyi.
    Wymierzył broń w twarz napastnika, ale tamten zanurkował pod fale. Krivak wycelował niżej, oddał cztery strzały i czekał, aż przeciwnik wróci na powierzchnię. Mijały sekundy. Morze i niebo straciły błękitną barwę, przypominały pejzaż starego, czarnobiałego filmu. Szum fal i wiatru ucichł. Jasne światło przygasło, zaczęło się zmierzchać, choć było o wiele za wcześnie na zachód słońca.
    Krivak czekał, aż na powierzchnię wypłynie ciało. Ale kiedy się wynurzyło, mężczyzna nazwiskiem Pacino zacisnął palce na jego piersi i pistolecie. Krivak był już za słaby, żeby się bronić. Broń wypaliła po raz ostatni i Krivak nie miał pewności, czy w końcu zabił napastnika. Powoli zdał sobie sprawę, że to już nie ma znaczenia. O dziwo, mimo przypływu adrenaliny spowodowanego walką, poczuł nagle senność i chłód.
    To na pewno przez tę ciemność, pomyślał, wypuszczając pistolet z dłoni.

    Pacino zanurkował głęboko, ale nie dość głęboko. Palący ból przeszył mu lewe ramię, potem prawe udo, a w końcu ucho. Otworzył oczy i spróbował się zorientować, gdzie jest Nowskoj. Zobaczył przed sobą tylko niewyraźny kształt miotający się w wodzie. Rosjanin trzymał jedną rękę nad powierzchnią, w górze lśniło coś srebrnego. Mimo bólu Pacino podpłynął bliżej i rzucił się na pistolet. Dosięgnął go, ale kiedy zaciskał na nim palce, lufa błysnęła ogniem, wydało mu się, że ten krótki blask zgasił światło dnia i pogrążył się w ciemności. Miał wrażenie, że jest w głębokim lochu, jego ciało odpływa od niego, a on nie może go zatrzymać.
    Pomyślał o Anthonym Michaelu i spróbował wypowiedzieć jego imię, ale czuł się tak, jakby nie umiał mówić. Słowa już nic nie znaczyły, świat wirował wolno wokół niego. Pacino opadał i obracał się coraz szybciej, zapomniał imienia syna, Colleen i własnego. Przestał istnieć, cały świat zniknął i wszystko się skończyło.

Epilog

    To było jak podchodzenie na głębokość peryskopową.
    Najpierw zupełna ciemność i świadomość, że wkrótce pojawi się światło. Oczekiwanie. Potem mrok, zaledwie o jeden odcień jaśniejszy od czerni. Głęboki granat, błękit i wreszcie daleki świat bez kształtów. W końcu spody fal, jakby w odległości wielu mil. Coraz bliższe i wyraźniejsze. Później grzbiety i siodła fal. Przez moment inny świat i znów błękitna woda, gdy fala zalewa peryskop. Piana i nareszcie widok na powierzchni.
    – Gdzie ja jestem? – chciał zapytać, ale tylko coś wyrzęził. Spróbował jeszcze raz, gdy zobaczył, że świat był zupełnie biały. Zbliżająca się osoba była również biała albo spowita w biel. Przez moment czuł paniczny strach – a więc umarł. Ale ta osoba miała bandaż na czole i jego oczy, choć inny nos. Zamrugał i zdał sobie sprawę, że widzi twarz syna, Anthony’ego Michaela. Znów spróbował wydobyć z siebie głos. Tym razem usłyszał, że wypowiada słowo „Anthony”.
    Pojawiła się druga twarz, otoczona długimi, kruczoczarnymi włosami. Widział teraz duże, ciemne, błyszczące oczy, które po raz pierwszy zobaczył w stoczni, gdy pracował nad okrętem nazwanym SSNX. Szczątki tamtego okrętu spoczywały obecnie na dnie Atlantyku.
    – Colleen – wychrypiał.
    – Nic nie mów, Michael – odrzekła.
    – Właśnie, tato – przytaknął Anthony Michael.
    – Muszę wiedzieć – wyszeptał.
    – Co, kochanie? – zapytała Colleen.
    – Co się stało z Nowskojem?
    – Masz na myśli Krivaka?
    Pacino skinął głową.
    – Nie żyje, skarbie – powiedziała Colleen. – A teraz nie mów już nic i śpij.
    Michael Pacino posłuchał żony i znów zapadł w sen. Uśmiech pozostał na jego twarzy.
    Na korytarzu czekał komandor Jeff Vermeers i uratowana część załogi Devilfisha, admirał dowodzący flotą podwodną, Kelly McKee, oraz szef operacji morskich, John Patton. Colleen wyszła z sali i uśmiechnęła się. Tłum zaczął wiwatować. Colleen kazała wszystkim być cicho i wyprowadziła ich ze szpitala.
    – Colleen – odezwał się Anthony Michael. – Muszę gdzieś wpaść.
    Pocałowała go w policzek. Pokuśtykał o kulach do windy, potem korytarzem do innej sali. Kiedy wszedł, kobieta leżąca w łóżku uśmiechnęła się, jej twarz złagodniała. Wyglądała pięknie.
    – Patch – przywitała go czule.
    – Jak się czujesz, Carrie?
    – Dobrze – odrzekła słabym głosem. – Już lepiej. Co z twoim ojcem?
    – Wszystko będzie w porządku.
    – Cieszę się. – Zamknęła oczy.
    Pacino spostrzegł kogoś w rogu sali. To był komandor Rob Catardi.
    – Dobry wieczór, sir – powiedział Patch.
    Catardi uśmiechnął się i poklepał go po ramieniu.
    – Miło cię widzieć, Patch. Carrie, jeśli nie jestem ci potrzebny, pójdę odwiedzić Patcha seniora.
    Skinęła głową. Po wyjściu Catardiego Pacino pochylił się i pocałował ją delikatnie. Odwzajemniła pocałunek, ale w sposób wcale nie delikatny. Przyciągnęła Patcha do siebie i zatopiła palce w jego włosach. Po kilku minutach usiadła wyżej w łóżku, żeby go lepiej widzieć.
    – Co masz na mundurze? – zapytała, dotykając jego baretek.
    Pacino wzruszył ramionami.
    – Krzyż Marynarki – odrzekł powoli. – Moim zdaniem, taki medal powinien dostać ktoś, kto uratował więcej niż trzy osoby. Straciliśmy resztę załogi.
    Komandor porucznik Carolyn Alameda zmarszczyła brwi.
    – Nie lekceważ tego odznaczenia. Uratowałeś wszystkich, którzy przeżyli. Ocaliłeś cztery życia, łącznie ze swoim, a ono jest dla mnie najważniejsze.
    Pacino uśmiechnął się.
    – Chyba było lepiej, kiedy tak dużo nie rozmawialiśmy.
    – Chodź tutaj – powiedziała. – To rozkaz.

    Komandor Donna Phillips pomogła komandorowi George’owi Dixonowi wejść na ostatnie stopnie schodów prowadzących na krawędź suchego doku. Z pomostu roztaczał się wspaniały widok na budowany tutaj kadłub okrętu podwodnego klasy Virginia daleko w dole. Nad nim przesuwały się wolno dźwigi szynowe, wokół rozbrzmiewały ich syreny ostrzegawcze. Okręt otaczało tyle rusztowań i urządzeń, że z trudem można było rozpoznać jego kształt. Ale kiedy Dixon spojrzał nań, od razu dostrzegł jego ukryte piękno.
    – Teraz możesz mi już powiedzieć, jak on się nazywa – spojrzał wyczekująco na Phillips. Uparł się, że musi zobaczyć okręt, zanim usłyszy jego nazwę.
    – To USS Bunker Hill, kapitanie – odrzekła. – I jest nasz, jeśli go zechcemy.
    Dixon sięgnął do kieszeni munduru khaki na piersi i wyjął złotą monetę zagiętą wokół spłaszczonego pocisku z karabinu AK-80. Popatrzył na nią, potarł ją w palcach i schował.
    – Więc chyba mamy nowy okręt podwodny – powiedział do Phillips. – Co ty na to, żeby ostatnie miesiące twojej tury XO spędzić ze mną, nim sama obejmiesz dowództwo?
    – Z przyjemnością skorzystam z tej propozycji, kapitanie.
    Pomogła mu zejść po schodach do samochodu służbowego, który miał go zabrać z powrotem do kwatery głównej Połączonego Dowództwa Podwodnego, gdzie czekał na niego admirał McKee. Potem wróciła na krawędź suchego doku i odetchnęła głęboko morskim powietrzem. Przez parę następnych godzin stała i patrzyła, jak powstaje okręt podwodny Bunker Hill.

    Kapitan Lien Hua, komisarz ludowy Czou Ping i trzej członkowie załogi Nung Jatsu stali przy relingu krążownika klasy Aegis II, USS Valley Forge. Wszyscy patrzyli z niedowierzaniem, jak na pokładzie rufowym ląduje helikopter Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Kiedy rotory zwolniły do obrotów biegu jałowego, Lien obejrzał się niepewnie, ale Amerykanie dali mu znak, żeby ruszył naprzód. Niektórzy nawet mu pomachali. Nie mógł tego pojąć.
    Gdy wraz z Czou usadowił się w maszynie, nie mógł uwolnić się od obawy, że za moment z nadbudowy amerykańskiego krążownika wystrzeli pocisk rakietowy i rozerwie śmigłowiec na kawałki. Ale nic się nie stało. Lot trwał godzinę. Kiedy helikopter wylądował na chińskim niszczycielu i Lien zszedł na pokład, cała załoga ubrana w mundury wyjściowe wyprężyła się na baczność.
    Lien spojrzał na komisarza Czou.
    – Co się dzieje? Nic nie rozumiem.
    Czou oblizał wargi.
    – Może uznali zatopienie przez nas amerykańskiego okrętu podwodnego za czyn bohaterski.
    – Straciliśmy przecież Nung Jatsu – szepnął zaskoczony Lien Hua.
    Podszedł do niego uśmiechnięty kapitan niszczyciela.
    – Mam coś dla was, kapitanie – powiedział i wręczył Lienowi kopertę.
    W środku był list od Czu Hua-Fenga, admirała dowodzącego siłami podwodnymi, napisany na firmowym papierze marynarki wojennej – Czu Hua-Feng podpisał go jako dowódca całej floty. Admirał informował, że udziela Lienowi pochwały za męstwo wykazane w akcji, jak to nazwał. W ostatnim akapicie zawiadamiał, że awansował Liena do stopnia wiceadmirała i zapraszał go do kwatery głównej sztabu generalnego Armii Ludowo-Wyzwoleńczej w Pekinie. W kopercie Lien znalazł również gwiazdki admiralskie. Zakłopotany oderwał wzrok od listu i załoga zaczęła wiwatować. Czou Ping bił brawo wraz z innymi.
    Lien z trudem mógł w to wszystko uwierzyć, nawet kiedy niszczyciel zawinął już do portu, gdzie czekała żona Liena z córeczkami. Dopiero gdy przytulił żonę i bliźniaczki, poczuł, że długi koszmar wreszcie się skończył. Poprosił rodzinę, żeby zaczekała i podszedł z powrotem do Czou.
    – Dlaczego, Czou? – zapytał. – Dlaczego barbarzyńcy pozostawili mnie przy życiu, skoro wiedzieli, że strzelałem do ich rozbitków?
    Czou Ping popatrzył spokojnie na Liena.
    – Ponieważ, admirale, wiedzieli, że to była wojna. Wojna się skończyła, więc przestali nas nienawidzieć.
    – Gdyby role się odwróciły – odparł Lien – ja bym ich zabił. Może nawet torturowałbym ich przedtem.
    Czou Ping skinął głową.
    – Być może nie są barbarzyńcami, choć za takich ich uważamy, admirale Lien.
    Wiceadmirał Lien Hua milczał przez chwilę.
    – Być może macie rację, Czou – powiedział w końcu.
    Ruszył w stronę żony i córeczek głęboko zamyślony.

    Admirał Egon „Wiking” Ericcson władował worek golfowy do bagażnika, wsiadł do czerwonego porsche i pojechał do biura. Sobota po południu, pomyślał. Jedyna okazja, żeby w trzy godziny odwalić dwutygodniową robotę. Potem zamierzał się przebrać na randkę w ciemno, którą zorganizował mu jego nowy przyjaciel, Kelly McKee. Na myśl o tym mocniej wcisnął gaz i przejechał zakręt szybciej niż zwykle.
    Kiedy już pędził w stronę miasta, zobaczył za sobą błyskające światła radiowozu policyjnego. Zaklął i zjechał na pobocze. Z wozu patrolowego wygramolił się gliniarz stanowy i podszedł do porsche.
    – Prawo jazdy i dowód rejestracyjny – zażądał.
    – Chodzi o to, że za szybko jechałem, panie władzo? – zapytał Ericcson.
    – Zgadza się – potwierdził policjant. – Proszę okazać prawo jazdy i dowód rejestracyjny.
    Ericcson odetchnął z ulgą i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Widział, że gliniarz przygląda mu się ze zdziwieniem, ale niewiele go to obchodziło.
    – Dzięki Bogu, panie władzo – powiedział, sięgając po portfel. – Dzięki Bogu.

Od autora

    Podziękowania Uwagi, recenzje i listy są zawsze mile widziane. Czekam na e-maile pod adresem readermail ussdevilfish.com. Zapraszam również do odwiedzenia strony intemetowej ussdevilfish.com. Jeśli nie macie Państwo poczty elektronicznej, proszę napisać do mojego wydawcy. Odpowiadam na każdy list – niekoniecznie w dniu, w którym go otrzymałem, ale wcześniej czy później zawsze.
    Chcę wyrazić moje podziękowania tym Czytelnikom, którzy śledzą losy Michaela Pacina od czasu, kiedy dowodził okrętem podwodnym klasy Pirania, USS Devilfish. Tych, którzy nie znają jego historii, zapraszam do sięgnięcia po Płomienie pod lodem, Atak Wilka Morskiego, Ostatnią misję „Phoenixa”, Finałowe starcie, Zasięg rażenia i Wektor zagrożenia. Wszystkie tytuły są dostępne na stronie ussdevilfish.com, Amazon.com lub BarnesandNoble.com.
    Witam na pokładzie, proszę przygotować się do zanurzenia.

    Michael DiMercurio
    Princeton, New Jersey
    ussdevilfish.com

    Dziękuję mojej żonie, Patti, za natchnienie – wystarczające na trzy życia.
    Dziękuję moim dzieciom – Mattowi, Marli i Meghan - za to, że są moimi nauczycielami i przypominają mi, co w życiu jest naprawdę ważne.
    Dziękuję Billowi Parkerowi, prezesowi Parker Information Systems (parke-rinfo.com) i twórcy strony internetowej ussdevilfish.com, który jest wspaniałym promotorem i przyjacielem.
    Dziękuję również geniuszowi redaktorskiemu, Dougowi Gradowi, który doprowadził tę książkę do szczęśliwego lądowania po przerażającym locie.

Michael DiMercurio