Скачать fb2
Zwiastun miłości

Zwiastun miłości

Аннотация

    Zdziwiliby się bywalcy bogatych nowojorskich salonów, gdyby dowiedzieli się, co robi jedna z najwspanialszych ozdób ekskluzywnych przyjęć? piękna i bogata Keshia Saint Martin. Jako dziedziczka wielkiej fortuny uczestniczy w eleganckich rautach i wyzutej z głębszego zaangażowania działalności dobroczynnej. Ale prowadzi też drugie życie: jako ukryta pod pseudonimami dziennikarka z pasją walczy o sprawiedliwość… Keshia czuje się coraz bardziej rozdarta, skłócona z samą sobą. Pewnego dnia poznaje przystojnego Lucasa Johnsa. Lecz od miłości do wspólnego szczęścia droga jest długa i wyboista…


Danielle Steel Zwiastun miłości

    Przełożyła Maria Grabska
Rannych swoich ukryję w kokonach,
Zliczę zmarłych, pochowam ich, aby
Dusze ich wiły się w kroplach rosy,
Która znaczy me ślady.
Na wybojach podskakują kołyski,
Ja zaś zrzucam skorupę
Zeschłych strupów, udręk, dawnych twarzy…

Schodzę do ciebie ze stopni czarnej karocy Lete
Czysta jak dziecię.

    Z „Przejścia” Sylvii Plath

ROZDZIAŁ 1

    Edward Hascomb Rawlings siedział w swoim biurze nad poranną gazetą. Przed sobą miał olbrzymie zdjęcie uśmiechniętej młodej kobiety schodzącej po trapie z samolotu. Szlachetnie urodzona Keshia Saint Martin, głosił podpis. Na innym, mniejszym zdjęciu ta sama kobieta wsparta na ramieniu wysokiego mężczyzny opuszczała terminal, by schronić się przed wzrokiem gapiów w błyszczącej limuzynie. Mężczyzną tym, jak Edward doskonale wiedział, był Whitney Hayworth III, najmłodszy wspólnik kancelarii prawniczej działającej pod nazwą Benton, Thatcher, Powers i Frye. Edward poznał Whita, gdy chłopak skończył studia, a było to dziesięć lat temu. Teraz jednak interesowała go przede wszystkim ona. Znał na pamięć te niemal kruczoczarne włosy, szafirowe oczy i mleczną angielską cerę.
    Wyglądała cudownie,. nawet na kiepskim gazetowym zdjęciu. Opalona, uśmiechnięta… Nareszcie. Każda jej nieobecność dłużyła mu się w nieskończoność. Gazety donosiły, że wraca wprost z Hiszpanii, gdzie spędziła parę dni w letniej rezydencji swojej ciotki, hrabiny di San Ricamini (z domu Hilary Saint Martin). Uprzednio spędziła miesiąc „odcięta od świata” na południu Francji. Widząc ten frazes, Edward uśmiechnął się. Przez całe lato regularnie czytywał jej reportaże z Londynu, Paryża, Barcelony, Nicei, Rzymu… Jak na osobę „odciętą od świata” Keshia była doskonale poinformowana.
    Dalszy ciąg notki wymieniał osoby, które tym samym lotem przybyły do Nowego Jorku: nagle wzbogaconą córkę i spadkobierczynię greckiego armatora oraz belgijską księżniczkę w drodze z paryskich pokazów mody. Dobrane towarzystwo, lecz to właśnie Keshia była postacią numer jeden. Jak zwykle. Każde jej pojawienie się wywoływało burzę. Najbardziej dokuczało mu to w okresie, gdy Keshia miała kilkanaście lat. Po śmierci jej ojca miało się wrażenie, że gdziekolwiek się uda, wszędzie ściga ją ławica piranii. Dziennikarze nie dawali jej spokoju. Teraz zdążyli już do niej przywyknąć i ich wścibstwo przybrało łagodniejsze formy.
    Na początku – zwłaszcza w ciągu pierwszego, koszmarnego roku – Edward za wszelką cenę chronił ją przed prasą. Hieny wszakże czaiły się wszędzie. Nie czekały długo. Trzynastoletnia dziewczynka przeżyła szok, gdy rozpalona żądzą wiedzy reporterka dopadła ją w sklepie Elisabeth Arden. W przeciwieństwie do tamtej Keshia nie rozumiała, w czym rzecz. Twarz Edwarda stwardniała na samo wspomnienie. „Co czułaś, kiedy twoja mama… „ Jak można w ten sposób skrzywdzić dziecko? Reportaż spóźnił się o cztery lata, a jego autorka straciła pracę już nazajutrz rano. Edward był zawiedziony; spodziewał się, że ją wyrzucą tego samego dnia. A Keshia miała okazję pierwszy raz się przekonać, jak smakuje sława, potęga, bogactwo. Nazwisko będące publiczną własnością. Pokolenia przodków: dziewięć ze strony matki, ze strony ojca tylko trzy, o których warto wspomnieć. Historia. Pieniądze. Władza. Coś, czego nie da się ukraść lub podrobić. Ponadto uroda, styl i ta czarodziejska iskra… Dopiero wtedy jest się Keshia Saint Martin. Jedyną i niepowtarzalną.
    Edward zamieszał kawę w biało-żółtej filiżance z Limoges i wyjrzał przez okno. Jego fotel zwrócony był wprost na północ, ku spiętrzonym wieżowcom środkowego Manhattanu i niezgrabnym pałacom przy Piątej Alei, zbitym w kupkę obok rudziejącej już plamy Central Parku. Prawy róg okna przecinała wąska, szara wstążka East River, nakrapiana cętkami małych łodzi żaglowych i barek. W dali rozmazaną smugą odznaczał się Harlem. Widok z okna był częścią wystroju gabinetu, i to nie tą, która interesowała go najbardziej. Edward był szalenie zapracowanym człowiekiem.
    Przełknął łyk kawy i odnalazł rubrykę Martina Hallama, poświęconą głównie towarzyskim plotkom: kto w kim się kocha, kto wydaje przyjęcie, kto jest zaproszony, a kto nie przyjdzie, bo się obraził. Wiedział, że znajdzie tam słówko o Keshii. Znał jej styl na tyle, by móc się założyć, że o sobie też wspomni. Była sumienna, a przede wszystkim ostrożna. Nie mylił się.
    „Lista zlatujących do miasta globtroterów pyszni się nazwiskami Scootera Hollingswortha, Bibi Adams-Jones, Melissy Sentry, Jeana-Claude’a Reimsa, Keshii Saint Martin i Juliana Bodleya. Raduj się, gawiedzi, oto synowie i córki marnotrawne wracają na nasze łono…”
    Wciąż dźwięczały mu w uszach jej słowa sprzed siedmiu lat. Wtedy także był wrzesień…

    – No dobrze, Edwardzie, zrobiłam wszystko, czego ode mnie chciałeś. Skończyłam Vassar, Sorbonę i spędziłam kolejne wakacje u ciotki Hil. Koniec dreptania koleiną gustów moich drogich rodziców i ślepej wiary w to, co ty uważasz za „stosowne”. Mam dwadzieścia jeden lat i pora, żebym wreszcie pomyślała o sobie.
    – Co konkretnie masz zamiar zrobić? – zapytał udręczonym głosem. Była tak rozpaczliwie młoda…
    – Jeszcze się nie zdecydowałam, ale mam już parę pomysłów.
    – Zdradzisz mi je?
    – Mam zamiar. Tylko proszę cię, Edwardzie, nie marudź.
    Odwróciła się do niego z gniewnym błyskiem w oczach. Jej uderzająca uroda jeszcze zyskiwała, kiedy Keshia była zła. Oczy przybierały ametystowy odcień, na bladej cerze pojawiał się delikatny rumieniec, a ciemne włosy lśniły jak onyks. Keshia miała niewiele ponad pięć stóp wzrostu, lecz w takich chwilach człowiek zapominał, jakie to chucherko. Rozgniewana twarz przyciągała jak magnes, więziła oczy ofiar i przykuwała do własnych. A cała ta nie pozbawiona charakteru osóbka spoczywała na głowie i sumieniu Edwarda. To on był odpowiedzialny za jej poczynania – w o wiele większym stopniu niż jej guwernantka, pani Townsend, czy ciotka Hilary, hrabina di San Ricamini.
    Hilary, rzecz jasna, działała po najmniejszej linii oporu. Najzupełniej szczerze i z dużą radością zapraszała dziewczynkę na święta do Londynu albo na wakacje do swego domu w Marbelli. Nie chciała jednak, by zawracano jej głowę sprawami „trywialnymi”. „Trywialne” było według niej zainteresowanie Keshii Korpusem Pokoju, podobnie jak jej głośny romans z synem ambasadora Argentyny. Miało to miejsce przed trzema laty. Chłopak w końcu ożenił się ze swoją kuzynką, Keshia zaś popadła w depresję, równie „trywialną” jak każda jej przelotna fascynacja. Może Hilary na swój sposób dotykała sedna: wszystko to był słomiany zapał. Póki jednak żar nie wygasł, problem spoczywał na barkach Edwarda. Dźwigał to brzemię od czasu, gdy Keshia skończyła dziewięć lat – i nie miał najmniejszego zamiaru się uskarżać.
    – Keshia, wydeptałaś mi już ścieżkę na dywanie, a wciąż nie wiem nic o twoich tajemniczych planach. Co ze studiami na Uniwersytecie Columbia? Przestały cię interesować?
    – Prawdę mówiąc, tak. Chcę iść do pracy.
    – O? – Edward zadrżał. Boże, pomyślał, błagam, spraw, żeby wybrała pracę w dobroczynności! – Gdzie? – spytał ostrożnie.
    – W jakiejś gazecie. Dziennikarstwa mogę się nauczyć wieczorami. – W oczach Keshii jarzył się wyzywający płomień.
    – Rozsądek przemawiałby za tym, żebyś najpierw zdobyła tytuł, a dopiero potem pomyślała o pracy.
    – A kiedy skończę studia, jaką gazetę mi zaproponujesz, Edwardzie? „Women’s Wear”?
    Spostrzegł, że jej oczy już zachodzą łzami. Boże, znów będą problemy. Z roku na rok stawała się coraz bardziej uparta. Zupełnie jak jej ojciec.
    – A o jakiej gazecie myślałaś? O pisemku związku farmerów czy jakimś plotkarskim szmatławcu?
    – Nie. O „New York Timesie”.
    Chwała Bogu, nie brakowało jej poczucia smaku.
    – Z całego serca cię popieram, moja droga. Uważam to za świetny pomysł. Ale jeśli rzeczywiście traktujesz go poważnie, o wiele stosowniej byłoby, gdybyś najpierw skończyła studia dziennikarskie, a potem…
    – A potem wyszła za mąż za jakiegoś miłego chłopca po ekonomii, tak? – wpadła mu w słowo, zrywając się z poręczy fotela, na której przysiadła jak ptaszek.
    – Nie, chyba że sama tego zapragniesz.
    Boże, jakaż ona była trudna. I niebezpieczna. Podobnie jak jej matka.
    – No cóż – oznajmiła – ja akurat widzę to inaczej. Wymaszerowała z biura. Później się dowiedział, że już wtedy była zatrudniona w „Timesie”. Utrzymała się tam dokładnie trzy i pół tygodnia.

    Wszystko przebiegło dokładnie tak, jak się obawiał. Jako jedna z pięćdziesięciu najbogatszych kobiet świata, Keshia znów stała się ulubioną igraszką pismaków. Codziennie w jakimś piśmie ukazywało się jej zdjęcie, wypowiedź lub dowcip na jej temat. Reporterzy innych gazet pchali się do redakcji „Timesa”, żeby ją zobaczyć. Ekipa „Women’s Wear” chodziła pijana z radości.
    Był to dalszy ciąg koszmaru, który rzucał cień na jej życie. Pamiętał, jak przyjęcie z okazji czternastych urodzin Keshii zostało rozbite przez fotoreporterów. W rok później, około gwiazdki, Edward zabrał ją do opery. Wywołało to stek plugawych domysłów na temat charakteru tego, co ich łączyło. Jeszcze przez wiele lat wzdragał się z nią pokazywać w miejscach publicznych. Niszczono negatywy jej prywatnych zdjęć, istniała bowiem obawa, że mogą się dostać w niepowołane ręce i ukazać w prasie z przewrotnym komentarzem. Keshia nie chodziła na randki z chłopcami, bo niejeden raz miała okazję gorzko tego pożałować. Jako siedemnastolatka panicznie się bała, że ktoś rozpozna ją na ulicy. Jako osiemnastolatka miała powyżej uszu braku swobody i ciągłej izolacji, do której zmuszały ją wymogi dyskrecji. Dla dziewczyny w jej wieku taki tryb życia był równie absurdalny, jak niezdrowy, lecz ii Edward nie był w stanie jej pomóc. Keshia musiała mieć się na baczności, by nie splamić pamięci przodków. Trudno było oczekiwać, że córka lady Lianę Holmes-Aubrey i Keenana Saint Martina pozostanie osobą prywatną. W dodatku była piękna, no i – sporo warta na rynku. Młoda, interesująca, stanowiła wymarzony temat na pierwsze strony gazet. Ot, fatum, przed którym nie mogła się uchronić, a przynajmniej tak wtedy sądził Edward. Obecnie zadziwiała go zręcznością, z jaką gdy chciała, unikała fotoreporterów. Cudownie łatwo zbywała ich natrętne pytania. Oszałamiający uśmiech, celne słówko i żaden dziennikarz nie był pewien, czy Keshia z niego kpi, czy też kazała już wezwać policję. Jej ujmujący sposób bycia zawierał domieszkę czegoś groźnego jak ostrze noża. Może dlatego tak niewielu ludzi mogło jej się oprzeć.
    Rodzice Keshii byli niezwykłą, wręcz zaskakującą parą. Odziedziczyła delikatny wdzięk matki i przebojową silę ojca. Tym, co martwiło Edwarda, było jej podobieństwo do Lianę. Lianę Holmes-Aubrey… Ta piękna ciałem i duchem kobieta elegancję miała we krwi. Wychowano ją tak, by uczynić zadość kilkusetletniej tradycji. Jej ojciec miał „zaledwie” tytuł hrabiowski, za to po kądzieli była wnuczką księcia. Edward zakochał się w niej na zabój, gdy tylko ją ujrzał. Lianę nigdy się o tym nie dowiedziała. Edward był świadomy, że szaleństwem byłoby liczyć na… Jak się jednak okazało, Lianę popełniła jeszcze większe szaleństwo. Na szczęście udało się uniknąć publicznego skandalu. Wiedział o tym tylko on, Keenan i… ten smarkacz. Edward nigdy nie zdołał zrozumieć, co Lianę w nim pociągało. W porównaniu z Keenanem był tak mało męski! Do tego nieokrzesany, właściwie prymitywny. Lianę dokonała fatalnego wyboru. Wzięła sobie do łóżka młodzieńca, który uczył francuskiego jej córkę. Zakrawałoby to na farsę, gdyby cena nie była tak wysoka: Lianę zapłaciła życiem. A Keenan wydał tysiące dolarów, by utrzymać wszystko w tajemnicy.
    Keenan „usunął” winowajcę z domu, a następnie kazał go deportować do Francji. Nie minął rok, gdy koniak, szampan, a także tabletki, którymi po kryjomu faszerowała się Lianę, zebrały swoje żniwo. Po jej śmierci Keenan popadł w głęboką apatię. Dziesięć miesięcy później zginął w wypadku. Edward zawsze w głębi duszy podejrzewał, że Keenan nawet nie próbował reagować, gdy jego mercedes przebił barierkę dzielącą autostradę i wpadł na przeciwległy pas ruchu. Może był pijany, a może tylko zmęczony. Nie było to samobójstwo; po prostu koniec, którego nie chciał odwlekać.
    W ciągu tych ostatnich miesięcy zobojętniał na wszystko, nie obchodziła go nawet córka. Powiedział to otwarcie – na szczęście tylko Edwardowi. Edward był idealnym powiernikiem. Nawet Liane, siedząc z nim pewnego dnia przy herbacie, wdała się w niesmaczne szczegóły, a on słuchał, kiwał głową i modlił się, żeby nie zwymiotować na dywan. Liane patrzyła na niego tak żałośnie, że chciało mu się wyć.
    Edward zawsze za bardzo się przejmował. Przejmował się Liane (jak sądził w swej naiwności: zbyt doskonałą, by ją tknąć), przejmował się też jej dzieckiem. Poprzysiągł sobie, że uchroni Keshię przed podobnym losem. Czuł się za nią odpowiedzialny i miał zamiar dopilnować, by w niczym nie sprzeniewierzyła się swemu dziedzictwu. Żadnych katastrof, szantaży i nauczycieli o twarzach cherubinów. Życie Keshii miało być inne. Szlachectwo przodków Liane i potęga przodków Keenana w niej właśnie miały osiągnąć wspaniałe apogeum. Edward czuł, że jest to winien nie tylko jej rodzicom, ale i dziewczynie. Musiał wpoić w nią poczucie obowiązku i wierność tradycji. W okresie dorastania Keshia czyniła żartobliwe aluzje do pokutnej koszuli, pojmowała wszakże sens tego, czego ją uczył. Wiedział, że obiektywnie jest zdolny podarować jej tylko to jedno: poczucie własnej godności. Świadomość, że jest Keshią Saint Martin. Szlachetnie urodzoną Keshią Holmes-Aubrey Saint Martin, potomkinią brytyjskiej arystokracji i amerykańskiej elity; kobietą, której ojciec obracał milionami, by zarabiać miliony: na stali, miedzi, kauczuku i ropie naftowej. Keenan Saint Martin był wszędzie tam, gdzie trafiał się interes na niewyobrażalną skalę. Stał się legendą; w tym demokratycznym państwie był kimś w rodzaju księcia krwi. Wraz z jego fortuną Keshia odziedziczyła także tę legendę. Rzecz jasna, Keenan nie zawsze miał całkiem czyste ręce, nigdy jednak nie ubrudził ich ponad pewną miarę. Był to dżentelmen, człowiek imponujący, któremu bliźni wybaczali wszystko – nawet to, że większości pieniędzy dorobił się sam.
    Lianę była dla Keshii czymś na kształt wiecznego memento: ostrzeżeniem, że jeśli przekroczy niewidzialną granicę, przypłaci to życiem, podobnie jak jej matka. Edward starał się ją ukształtować na podobieństwo ojca, dla niego bowiem było to mniej bolesne. Tylko że tak często… tak często widział przed sobą żywy obraz Lianę. Lepszy, silniejszy, inteligentniejszy i nawet piękniejszy od pierwowzoru.
    Keshia była ostatnim ogniwem długiego łańcucha przodków odznaczających się mityczną nieomal urodą i klasą. Zadaniem Edwarda było dopilnowanie, by łańcuch ten, nadwerężony przez Lianę, nie został przerwany. I łańcuch trwał, a Edward – podobnie jak wszyscy, którzy nie dysponują w nadmiarze odwagą, urodą i siłą – przyglądał mu się z podziwem. Jego filadelfijska rodzina – bardzo dobra rodzina – wywierała o wiele skromniejsze wrażenie niż ci charyzmatyczni ludzie, którym zaprzedał duszę. Teraz był strażnikiem ich skarbca, rycerzem świętego Graala, klejnotu, którym była Keshia. Prawdopodobnie dlatego też odczuł ulgę, kiedy ambicje Keshii związane z „Timesem” spaliły na panewce. Znowu na pewien czas odzyskał spokój. Znów mógł ją chronić, gotów na jej rozkazy. Obawiał się bowiem, że nadejdzie dzień, gdy Keshia pójdzie w ślady rodziców. Edwardowi ufano i rozkazywano mu, ale nikt go nie kochał.
    W sprawie „Timesa” nie musiał nawet wywierać na nią presji. Sama zrezygnowała. Zaczęła od nowa chodzić na wykłady, później na całe lato ukryła się w Europie, lecz jesienią wszystko znowu się zmieniło – głównie Keshia. Edward był przerażony.
    Wróciła do Nowego Jorku dojrzalsza, bardziej stanowcza, a także bardziej kobieca. Tym razem nie powoływała się już na swoją pełnoletność – w ogóle nie pytała Edwarda o zdanie. Sprzedała kamienicę przy Park Avenue, w której od trzynastu lat mieszkała wraz z panią Townsend, i wynajęła dwa mniejsze mieszkania – jedno dla siebie, drugie dla guwernantki, którą szalenie taktownie odstawiła od piersi. Nie pomogły protesty Edwarda ani łzy „Totie”. Równie rezolutnie Keshia zajęła się swoją karierą zawodową. Rozwiązanie, które wymyśliła, było genialne w swej prostocie.
    Oznajmiła mu to przy obiedzie w swoim nowym mieszkaniu, osładzając cios znakomitym Pouilly Fume rocznik 54.
    Ku swemu zdumieniu Edward dowiedział się, iż w ciągu lata Keshia opublikowała już trzy artykuły, które przesłała wydawcy za pośrednictwem agenta. Najbardziej wszakże zdumiewające było to, że Edward czytał je wszystkie i nawet mu się podobały. Felieton polityczny napisany we Włoszech, fascynujący reportaż o koczowniczym plemieniu z Azji Mniejszej oraz przezabawne migawki z Po o Clubu w Paryżu. Wszystkie trzy ukazały się w amerykańskiej prasie pod nazwiskiem K. S. Miller. Właśnie ostatni z nich stał się zaczynem następnego pomysłu.
    Keshia otworzyła drugą butelkę szampana i w jej oczach pojawił się łobuzerski błysk, jaki gościł w nich czasem, gdy chciała coś na nim wymóc. Edward z przerażeniem uświadomił sobie, że bawi się z nim jak kot z myszą. To spotkanie nie miało na celu jedynie zwykłej przyjacielskiej pogawędki. Nagle ujrzał przed sobą Keenana Saint Martina. Wzrok Keshii mówił wyraźnie, że plany zostały już opracowane, decyzje podjęte i choćby się powiesił, nic nie zdoła wskórać.
    Keshia wyjęła poranną gazetę i podała mu ją otwartą na stronie z rubryką towarzyską autorstwa niejakiego Martina Hallama. Była to dość osobliwa publikacja, która zaczęła się ukazywać ledwie miesiąc wcześniej. Niezmiennie aktualny, nieco cyniczny i bardzo ścisły raport o poczynaniach nowojorskiej śmietanki, wskazujący na to, że jego autor dysponuje wiadomościami z pierwszej ręki. Nikt nie miał pojęcia, kim jest Martin Hallam, i wszyscy wciąż gubili się w domysłach, kto go informuje.
    Edward przebiegł tekst oczyma, ale nie znalazł żadnej wzmianki o Keshii.
    – I co?
    – To, że chciałam ci przedstawić mojego przyjaciela Martina Hallama. – Keshia śmiała się w głos, przez co Edward poczuł się trochę głupio. Wyciągnęła do niego rękę, a w jej oczach zaiskrzył się znajomy szafirowy blask. – Witaj, Edwardzie, jestem Martin. Miło mi cię poznać.
    – Co takiego? Keshia, nie strój sobie ze mnie żartów!
    – Wcale nie żartuję. To zresztą głęboka tajemnica. Nawet wydawca nie wie, kto naprawdę pisze te ploteczki. Cóż, Simpson jest całkowicie dyskretny. Przez miesiąc posyłałam im próbki, by udowodnić, że jestem wiarygodna. Dziś otrzymaliśmy zgodę na publikację rubryki trzy razy w tygodniu. Czyż to nie bosko?
    – Bosko? Raczej bezbożnie. Keshia, jak mogłaś?
    – A czemu nie? Nie ryzykuję, że ktoś poda gazetę do sądu, i nie ujawniam sekretów, które mogłyby zniszczyć komuś życie. Po prostu dostarczam ludziom… czy ja wiem?… informacji, a przede wszystkim rozrywki.
    Taka właśnie była Keshia. Szlachetnie urodzona Keshia Saint Martin, K. S. Miller i Martin Hallam w jednej osobie. Sukces i towarzysząca mu szczypta tajemniczości dodały jej jeszcze uroku. Któż inny mógłby tyle osiągnąć? Co więcej, cieszyć się tym przez tak długi czas? Tylko Edward i właściciel agencji literackiej Jack Simpson wiedzieli, że szanowna Keshia Saint Martin prowadzi podwójne życie – inne niż to, o którym tak rozpisywały się ilustrowane magazyny.

    Edward ponownie zerknął na zegarek. Minęła dziesiąta, mógł zatem zadzwonić. Sięgnął po słuchawkę. Ten i tylko ten numer zawsze wykręcał własnoręcznie. Keshia odebrała telefon po dwóch sygnałach. Głos miała ciepły i matowy, taki, jaki lubił najbardziej, bo było w nim coś osobistego. Czasem wyobrażał ją sobie w porannym dezabilu, po czym karcił się w duchu za tak zdrożne myśli.
    – Witaj w domu – uśmiechnął się do zdjęcia w gazecie, która nadal leżała na jego biurku.
    – Edwardzie! Ależ się za tobą stęskniłam! Wzruszyła go szczera radość, z jaką go powitała.
    – Nie aż tak, aby wysłać mi choć jedną kartę, mała hipokrytko! – odchrząknął. – Dobrze, że pisujesz przynajmniej do pani Townsend.
    – To co innego. Totie załamałaby się nerwowo, gdybym nie dała jej znaku życia. – W słuchawce rozległ się śmiech i delikatny brzęk porcelany. Herbata. Jak zwykle bez cukru, z odrobiną śmietanki.
    – Nie wpadło ci do głowy, że ja też się denerwuję?
    – Za dużo w tobie stoicyzmu, Edwardzie. Ponadto załamanie nerwowe jest w złym guście. Noblesse oblige, mój drogi!
    – Dobrze już, dobrze. – Jej bezpośredniość często wprawiała go w zakłopotanie. Oczywiście nie myliła się. Edward miał bardzo rozwinięte poczucie smaku. Dlatego właśnie nigdy jej nie powiedział, że ją kocha. Podobnie jak nie powiedział tego jej matce. – Jak było w Marbelli? – dodał.
    – Okropnie. Chyba się starzeję, Edwardzie. Dom ciotki Hil był pełen jakichś rozhukanych nastolatków. Dobry Boże, jak można puszczać samopas takie dzieci!
    Zaśmiał się, słysząc jej oburzony ton. Keshia wciąż wyglądała na dwadzieścia lat. Na dwudziestolatkę, która wie, czego chce.
    – Na szczęście spędziłam tam tylko weekend – dorzuciła z westchnieniem.
    – A co robiłaś wcześniej?
    – Czyżbyś nie czytał gazet? Byłam „odcięta od świata” na południu Francji!
    Edward nie mógł powstrzymać uśmiechu. Tak się cieszył, że znów słyszy jej głos!
    – Właściwie to po części prawda – ciągnęła. – Wynajęłam jacht i zahaczyłam również o południe Francji. Jaki tam cudowny spokój! Człowiek może się skupić na pracy.
    – Czytałem twój artykuł o Amerykanach, którzy trafili do tureckiego więzienia. Przygnębiający, ale świetnie napisany. Byłaś tam?
    – Oczywiście, że byłam. I owszem, było to bardzo przygnębiające.
    – Czym jeszcze się zajmowałaś? – spytał prędko, żeby zmienić temat. Nie miał ochoty rozmawiać dziś o rzeczach przykrych.
    – Och, byłam na hucznym balu w Rzymie, oglądałam pokazy mody w Paryżu, wstąpiłam też na dwór królewski w Londynie… Pussycat, pussycat, zuhere have you been? I’ve been to London to see the Queen… - zanuciła.
    – Jesteś niemożliwa.
    – Owszem – siorbnęła herbatę tak, by mógł to usłyszeć. – Ale naprawdę się za tobą stęskniłam. To straszliwie męczące, kiedy człowiek nie może się z nikim podzielić wrażeniami.
    – Jestem gotów wysłuchać wszystkich twoich wrażeń. Zjesz dziś ze mną lunch w „La Grenouille”?
    – Bardzo chętnie. Mam spotkanie z Simpsonem, ale o pierwszej będę już wolna.
    – Świetnie. I, Keshia…
    – Tak? – jej głos złagodniał, stracił ów ton sztucznego ożywienia. Na swój sposób ona też go kochała. Od dwudziestu lat starał się zapełnić jej pustkę po utracie ojca.
    – Naprawdę się cieszę, że już wróciłaś.
    – A ja cieszę się, że istnieje ktoś, kogo to obchodzi.
    – Głuptasku, mówisz tak, jakbyś wierzyła, że nikt cię nie lubi.
    – Fachowcy nazywają to „kompleksem Biednej Bogatej Dziewczynki”. To choroba zawodowa milionerek. – W jej głosie pojawiła się ostrzejsza nutka. – Do zobaczenia o pierwszej.
    Keshia siedziała w pościeli dopijając herbatę. Na kołdrze piętrzyła się sterta gazet, na stoliku przy łóżku plik listów. Z okien roztaczał się przyjemny widok na ogród sąsiedniego domu. Na klimatyzatorze gruchał jakiś ptak. W pewnej chwili zawtórował mu dzwonek do drzwi.
    – Cholera – mruknęła, wkładając biały satynowy szlafrok. Kto to może być?… Ależ tak, jasne!
    Jak się okazało, zgadła. Kiedy otworzyła drzwi, szczupły, nerwowy Portorykańczyk wręczył jej długie białe pudełko.
    Nie musiała nawet go otwierać. Znała te pudełka, znała kwiaciarnię, poza tym bezbłędnie rozpoznawała charakter pisma sekretarki Whita. Po czterech latach pisanie bilecików zleca się sekretarce. „Effie, napisz, że tęskniłem, i tak dalej… „ Effie zasługiwała na pochwałę. Pisała dokładnie to, co każda romantyczna pięćdziesięcioczteroletnia dziewica chciałaby przeczytać na bilecie przyczepionym do bukietu czerwonych róż. Keshia zresztą gwizdała na to, czy kartka jest od Effie, czy od Whita. Nie miało to dla niej najmniejszego znaczenia.
    Tym razem Effie dodała jeszcze: „Może zjemy dziś razem kolację?” Keshia usiadła w błękitnym aksamitnym fotelu, obracając karteczkę w palcach. Nie widziała go od miesiąca, kiedy to byli potańczyć w „Annabelle”, a nazajutrz Whit ponownie wyjechał w interesach. Co prawda Whit wyszedł wczoraj po nią na lotnisko, ale nie zdążyli nawet porozmawiać. Właściwie nigdy ze sobą nie rozmawiali.
    Siadła przy telefonie, przerzucając stos zaproszeń, posegregowanych przez jej dochodzącą sekretarkę: na jedną kupkę już nieaktualne, na drugą dotyczące najbliższej i bliskiej przyszłości. Kolacje, koktajle, wernisaże, benefisy, pokazy mody. Dwa zawiadomienia o ślubie i jedno o chrzcinach.
    Wykręciła numer kancelarii Whita.
    – Już nie śpisz, kochanie? Pewnie jesteś ledwie żywa po podróży?
    – Myślę, że jednak nie przeniosę się w zaświaty. Dziękuję za róże, skarbie. To taki wzruszający gest o poranku – uśmiechnęła się złośliwie pod nosem, mając nadzieję, że nie odbije się to w jej tonie.
    – Miło mi, że ci się podobają. Już nie mogę się doczekać, kiedy cię znów ujrzę, moja piękna.
    Roześmiała się w głos. W ciągu tych czterech lat każde drzewo w sąsiednim ogrodzie zdążyło dojrzeć bardziej niż Whit.
    – Ornierowie wydają dziś kolację – terkotał – a potem wybieramy się wszyscy do „Raffles”… jeśli naturalnie nie będziesz zbyt zmęczona.
    Ornierowie mieli olbrzymi apartament w hotelu „Pierre”, utrzymywany specjalnie na doroczne wypady do Nowego Jorku. Uważali, że warto. „Wiesz, moja droga, jakie to irytujące, kiedy za każdym razem dają ci inny pokój. „ Nie był to jedyny znany Keshii przypadek, gdy ktoś płacił fortunę, by wszędzie czuć się jak u siebie w domu. Powinna skorzystać z zaproszenia przez wzgląd na rubrykę towarzyską. Bywali u nich wszyscy znani ludzie. Pora wziąć się do pracy i lunch z Edwardem przyda się na początek, ale… niech to wszyscy diabli! O wiele chętniej pojechałaby do SoHo. Miała tam znajomości, o jakie Whit w najśmielszych domysłach by jej nie podejrzewał. Rozmarzona przypomniała sobie nagle, że po drugiej stronie przewodu Whit nadal czeka na odpowiedź.
    – Przepraszam cię, kochany. Bardzo bym chciała, ale jestem przeraźliwie zmęczona. Różnica czasu, a do tego ten zwariowany weekend u Hilary… Najlepiej powiedz im, że umarłam. Jutro będziesz świadkiem mojego zmartwychwstania, na razie jednak… – ziewnęła lekko i zachichotała. – O Boże, nie chciałam ci ziewać wprost do ucha!
    – Nic nie szkodzi. Prawdę powiedziawszy, masz rację. Znając Ornierów, kolację zaczną podawać około dziewiątej, a nim wyjdziemy z „Raffles”, będzie druga w nocy.
    Do szczęścia brakuje mi tylko tańców w tej przeładowanej ozdóbkami norze, pomyślała zgryźliwie.
    – Dzięki za wyrozumiałość, najdroższy. Chyba włączę automatyczną sekretarkę i z powrotem położę się spać. Jutro będę w lepszej formie.
    – Świetnie. A zatem jutro porywam cię do miasta.
    – Mam tu zaproszenie na jakąś galę w „St. Regis”. Setna rocznica ślubu Marshów czy coś w tym rodzaju.
    – Dwudziesta piąta, ty mała ironistko. Zarezerwuję stolik w „La Cóte Basque”, a potem możemy tam wpaść.
    – Znakomicie.
    – Przyjść po ciebie o siódmej?
    – Lepiej o ósmej.
    A najlepiej nigdy, dodała w duchu.
    – Dobrze, kochanie – zgodził się potulnie Whit. – Do zobaczenia.
    Keshia odłożyła słuchawkę i przez chwilę siedziała w zadumie, machając nogą założoną na nogę. Powinna być nieco milsza i przestać się na nim wyżywać. Wszyscy i tak uważali ich za parę, a Whit był przede wszystkim użyteczny. Bądź co bądź, stała obstawa… Drogi Whitney – a raczej biedny Whit! Taki przewidywalny i taki perfekcyjny, przystojny i nieskazitelnie elegancki. Dokładnie sześć stóp i jeden cal wzrostu, błękitne oczy, gęste blond włosy, buty od Gucciego, krawaty od Diora, woda kolońska Givenchy, zegarek marki Piaget, apartament na rogu Park Avenue i Sześćdziesiątej Trzeciej, wyrobiona reputacja prawnicza i sympatia wszystkich znajomych… Słowem, koszmar. Idealny partner, co już mogło wystarczyć, by go znienawidziła. Do tego miał kochanka na Sutton Place i rzecz jasna nie wiedział, że ona o tym wie.
    Farsa, jaką odgrywali, dawała korzyści obojgu. Whit był niezastąpiony jako stały towarzysz, a przy tym całkowicie niegroźny. Keshia czuła zdumienie zmieszane ze zgrozą na myśl, że jeszcze rok lub dwa temu rozważała nawet poślubienie go. Właściwie nadal nic nie stało na przeszkodzie. Chodziliby wciąż na te same przyjęcia, spotykaliby się z tymi samymi ludźmi i każde prowadziłoby własne życie. Mieliby oddzielne sypialnie – tę drugą określano by jako „pokój gościnny”. Keshia nadal jeździłaby do SoHo, Whit na Sutton Place i nikt nie byłby zmuszony do kompromisów. Oczywiście nie rozmawialiby o tym tak jawnie. Ona chodziłaby „na brydża”, on „na spotkanie z klientem”, a rano jedliby wspólnie śniadanie – kontenci, zaspokojeni, każde wprost z objęć swojego kochanka. Doprawdy, niezdrowe fantazje! Dziś śmiała się na samo ich wspomnienie. Wciąż miała nadzieję na coś więcej. Whit był dla niej starym, dobrym przyjacielem i na swój sposób nawet go lubiła. Co więcej, zdążyła się do niego przyzwyczaić, a to pod wieloma względami było niebezpieczne.
    Wróciła do sypialni, rozpogadzając się z wolna. Cieszyły ją własne kąty, znajome sprzęty: staroświeckie mosiężne łóżko ze śnieżnobiałą pościelą, przed nim dywanik ze srebrnych lisów – ekstrawagancja wprost nieprzyzwoita, ale jakże przyjemna! – lekkie, kruche meble po matce; nawet obraz nad łóżkiem – rolnik koszący zboże pod okrągłym jak arbuz słońcem. Jej sypialnia miała w sobie coś przytulnego i kojącego, czego nie sposób było znaleźć nigdzie indziej na świecie – ani w pałacu Hilary w Marbelli, ani w jej pięknym domu w Kensington. Człowiek miał tu ochotę tańczyć na bosaka. W kątach i na parapetach stały kwiaty w doniczkach, a świece na kominku wprowadzały wieczorem ciepły nastrój. O, jakże Keshia była szczęśliwa w tym domu!
    Zaśmiała się, nastawiając muzykę Maniera, i poszła napuścić sobie wody do wanny. Wieczorem sama wyrwie się do miasta. Tak… najpierw agent, potem lunch z Edwardem, a na końcu Mark. Najlepsze zawsze zostawia się na koniec… dopóki coś się nie zmieni.
    – Keshia – odezwała się do swego nagiego odbicia w lustrze – jesteś okropna!
    – Wiem, że jestem podła – odezwało się odbicie, potrząsając spływającymi do pasa włosami – ale cóż mi pozostaje? Muszę żyć, a żyć można na tyle różnych sposobów!…
    Zanurzyła się w ciepłej wodzie, nucąc pod nosem sonatę, której dźwięki wypełniały cały dom. Rozmyślała o kontrastach i niedopowiedzeniach, w jakie obfitowało jej życie. Na szczęście rzadko musiała uciekać się do kłamstw. Życie w kłamstwie byłoby nie do zniesienia.
    Mark… Zwłaszcza jego nie chciała okłamywać. Ta jego dzika strzecha, niewiarygodny uśmiech, gra w szachy na poddaszu, śmiech, muzyka i młode męskie ciało… Zamknęła oczy i z pamięci narysowała palcem w powietrzu zarys jego warg. Coś złapało ją za serce, więc zanurzyła się głębiej, wzbudzając na powierzchni wody delikatne zmarszczki.
    Dwadzieścia minut później wyszła z wanny, upięła włosy w gładki węzeł na karku i na koronkową florencką bieliznę włożyła gładką białą wełnianą sukienkę od Diora.
    – Ciekawe, czy to już początki schizofrenii? – zapytała lustra, wkładając kapelusz i starannie zsuwając go na jedno oko. Nie wyglądała na schizofreniczkę. Wyglądała jak „ta” Keshia Saint Martin w drodze do „La Grenouille” w Nowym Jorku lub Fouqueta w Paryżu.
    – Taxi! – z wyciągniętą ręką przebiegła obok portiera, obdarzając go po drodze promiennym uśmiechem. Inaugurowała dziś kolejny nowojorski sezon. Co nowego przyniesie? Książkę? Mężczyznę? Tuzin ciętych artykułów w największych czasopismach kraju? Drobne przyjemności, które potem tak długo się pamięta? Tajemnicę, samotność i poklask. Miała to wszystko. A nowy sezon dopiero się zaczynał.
    Edward po raz jedenasty spojrzał na zegarek. Jeszcze parę minut. Keshia wejdzie ze śmiechem, pogłaszcze go po twarzy albo uściśnie z okrzykiem: „Och, Edwardzie, jakże się cieszę, że cię widzę!” Potem usiądzie obok, podczas gdy Martin Hallam będzie notował w myśli układy przy stolikach, a K. S. Miller zatopi się w rozmyślaniach nad debiutancką książką.

ROZDZIAŁ 2

    Keshia przepychała się przez tłum ludzi wypełniający przestrzeń między szatnią a barem w „La Grenouille”. Sala pękała w szwach, a kelnerzy uwijali się z obłędem w oczach. Wystrój się nie zmienił: czerwone skórzane siedzenia, różowe obrusy, jaskrawe obrazy olejne na ścianach, czerwone anemony na każdym stoliku, srebrne wiaderka z chłodzącym się szampanem i dyskretne pyknięcia otwieranych butelek.
    Wszystkie panie były piękne, choć niektóre kosztowało to sporo zachodu i pieniędzy. Na stołach wzrok przyciągała istna orgia porcelany Cartiera, a szmer prowadzonych wokół rozmów miał wyraźnie francuskie zabarwienie. Szpakowaci panowie w ciemnych garniturach częstowali się wzajemnie cygarami Romanoff, sprowadzanymi z Kuby w nie oznakowanych paczkach okrężną drogą przez Szwajcarię.
    „La Grenouille” była punktem zbornym ludzi bardzo bogatych i bardzo eleganckich. Nie wystarczał wysoki stan konta; trzeba było należeć do właściwych kręgów. Mieć klasę, emanować nią z każdego poru skóry.
    – Keshia? – czyjaś dłoń dotknęła jej łokcia. Zobaczyła nad sobą smagłą twarz Amory’ego Strongwella.
    – Nie, skarbie – uśmiechnęła się przekornie. – To mój duch.
    – Znowu wypiękniałaś!
    – A ty jesteś taki bledziutki – z udawanym współczuciem otaksowała ciemną opaleniznę, jaką przywiózł z Grecji.
    Amory serdecznie cmoknął ją w policzek.
    – A gdzie Whit?
    „Pewnie na Sutton Place, skarbie” – przemknęło jej przez myśl, lecz ugryzła się w język.
    – O ile go znam, pewnie pracuje jak szalony. Wybierasz się jutro do Mar show?
    Amory od niechcenia skinął głową, bo też pytanie było czysto retoryczne.
    – Przyszłaś na lunch?
    – Z Edwardem – wyjaśniła.
    – Szczęściarz.
    Maitre d’hótel już szedł jej na pomoc, lecz nie było to potrzebne: Edward siedział przy swoim ulubionym stoliku z butelką Louisa Roederera – rocznik 1959, jak zwykle.
    Wstał, by ją powitać, podczas gdy Keshia lawirowała między stolikami, skinieniem głowy odpowiadając na dyskretne powitania znajomych i ukłony kelnerów. Już od dawna była to dla niej rutyna. To, że jest ogólnie znana, w wieku lat szesnastu przyprawiało ją o katusze, w wieku lat osiemnastu przeszło w nawyk, a obecnie, gdy miała lat dwadzieścia dziewięć, sprawiało jej nawet pewną przyjemność. Kobiety będą mówić: „Śliczna sukienka”, myśląc przy tym, że w jej kapeluszu one wyglądałyby o wiele korzystniej, mężczyźni będą snuć domysły na temat Whita, a kelnerzy trącać się łokciami i szeptać: „Saint Martin”, akcentując jej nazwisko z francuska. Zanim wyjdzie, przed drzwiami stanie na posterunku fotograf z „Women’s Wear”. Świetna zabawa – jeśli tylko znało się reguły gry.
    – Edwardzie, wyglądasz imponująco! – cmoknęła go w policzek i opadła na siedzenie w niszy.
    – Drogie dziecko, co w takim razie mam powiedzieć o tobie? Jak przeszło spotkanie z Simpsonem?
    – Przyjemnie i pożytecznie. Omawialiśmy pewne pomysły, które chciałabym wykorzystać w książce. Udzielił mi kilku dobrych rad, ale nie jest to chyba odpowiednie miejsce…
    W tym hałasie istniały małe szanse, by ktokolwiek ich podsłuchiwał, z zasady jednak nie rozmawiali o jej pisarstwie w miejscach publicznych. „Podstawą wszelkich cnót jest dyskrecja”, jak często mawiał Edward.
    – Słusznie – przyznał. – Szampana?
    – Wiesz, że nie odmówię – zaśmiała się.
    Edward skinął na kelnera, który ceremonialnie otworzył butelkę. Keshia rozejrzała się nieznacznie po sali, co widząc, Edward nie zdołał powstrzymać uśmiechu.
    – Wiem, co knujesz, Keshia, i powiem ci jedno: jesteś niemożliwa. Za pani powrót do domu, mademoiselle.
    Stuknęli się kieliszkami i przez chwilę sączyli w milczeniu świetnie schłodzony trunek z doskonałego rocznika.
    – Co słychać u Whita? – zagadnął po chwili Edward. – Idziecie dziś razem poszaleć?
    – U Whita wszystko w porządku. Nigdzie się nie wybieramy, kładę się wcześniej spać, żeby odpocząć po podróży.
    – Nie chce mi się w to wierzyć, ale skoro tak twierdzisz, wypada mi przyjąć za dobrą monetę.
    – Jesteś mądrym człowiekiem, Edwardzie. Przypuszczalnie dlatego tak bardzo cię kocham.
    Spojrzał na nią uważnie, po czym ujął jej dłoń.
    – Keshia, proszę cię, bądź ostrożna.
    – Wiem, Edwardzie. Zawsze jestem ostrożna.
    Lunch przebiegł w miłej atmosferze. Rozmawiali o drobiazgach, kłaniali się wchodzącym i wychodzącym znajomym, na krótką chwilę przysiedli się też do nich dwaj wspólnicy Edwarda. Keshia pokrótce streściła przebieg swoich wakacji, nie spuszczając z oka zmieniających się formacji bywalców „La Grenouille”
    Rozstali się o trzeciej. Reporter z „Women’s Wear” sumiennie „zaskoczył” ją przy wyjściu, po czym Edward wezwał dla Keshii taksówkę, a sam pieszo oddalił się do biura. Zawsze czuł się pewniej, gdy wiedział, że Keshia jest w mieście. Miał wtedy złudzenie kontroli nad jej życiem. Podświadomie wyczuwał, że jest w nim coś więcej niż dyskoteki w „Raffles” i przyjęcia u Mar show. I że jest w nim ktoś zupełnie inny niż Whit. Keshia jednak milczała, a on nie pytał. Nie chciał wiedzieć, dopóki – jak to ujmował – zachowywała ostrożność”. Keshia była zanadto podobna do ojca, by zadowolił ją człowiek pokroju Whita. Ponad dwa lata zajęło ongiś Edwardowi dyskretne wykonanie testamentu Keenana Saint Martina, a ściślej mówiąc – zapisów na rzecz dwóch kobiet, o których nikt nie wiedział.
    Keshia zdjęła sukienkę od Diora i schludnie powiesiła w szafie. Pół godziny później była już w dżinsach, włosy miała rozpuszczone do pasa. Telefon informował wszystkich, że „wypoczywa” i nie życzy sobie, by jej przeszkadzano. Po chwili zatrzasnęła za sobą drzwi.
    Poszła pieszo aż do stacji metra na rogu Siedemdziesiątej Siódmej i Lexington Avenue. Bez makijażu, bez torebki, z kilkoma dolarami w kieszeni i uśmiechem na twarzy.
    Metro zawsze było dla niej skondensowanym ekstraktem Nowego Jorku. Każdy dźwięk i zapach był tu silniejszy, każda twarz wyrazistsza. Zabawne starsze panie w maskach makijaży, młodzi pederaści w zbyt obcisłych spodniach, przepiękne dziewczęta wiozące teczki pełne zdjęć do agencji modelek. Mężczyźni śmierdzący potem i cygarami, czasem nawet jakiś przyzwoicie ostrzyżony maruder z Wall Street w garniturze w prążki i rogowych okularach. Była to symfonia widoków, woni, dźwięków, których tło stanowił wrzaskliwy łomot wagonów, pisk hamulców, turkot kół. Keshia zmrużyła oczy, gdy gorący powiew uniósł śmieci z peronu, po czym prędko wsiadła i odsunęła się od samoczynnie zamykanych drzwi.
    Znalazła miejsce obok starszej kobiety z siatką pełną zakupów. Na następnym przystanku naprzeciw usadowiła się para nastolatków. Palili trawkę, kryjąc skręta w dłoni, gdy obojętnie mijał ich konduktor. Keshia uśmiechnęła się, zastanawiając się w duchu, czy siedzącej obok niej staruszce nie zaszkodzi sam zapach marihuany. Potem pociąg zatrzymał się ze zgrzytem przy Canal Street i trzeba było wysiadać. Zeskoczyła ze stopni i rozejrzała się dookoła.
    Znów była w domu – tyle że był to inny dom. Magazyny i odrapane kamienice, schody pożarowe, sklepiki, a kilka przecznic dalej galerie sztuki i kawiarnie pełne artystów – pisarzy, rzeźbiarzy i poetów, brodatych mężczyzn i jaskrawo ubranych kobiet. Miejsce, gdzie wciąż czczono Sartre’a i Camusa, gdzie Kooning i Pollock byli kimś na kształt bogów. Keshia szła szybko, czując niepokój w okolicy serca. Nie powinna się tak angażować… nie w jej wieku… Przecież nie ma między nimi nic nadzwyczajnego, a poza tym nie wiadomo, co zastanie… Ach, jakże pragnęła zastać wszystko po dawnemu!
    – Cześć, mała! Gdzie się podziewałaś? – zagadnął ją wesoło wysoki chudy Murzyn wciśnięty w białe dżinsy.
    – George!
    Murzyn wprawnie złapał ją wpół i zakręcił nią w powietrzu. Na co dzień był tancerzem w Metropolitan Opera.
    – Nie widziałem cię całe wieki! – rzekł opuszczając ją na ziemię. W czarnej brodatej twarzy błysnął równy rząd białych zębów.
    – Też mam takie wrażenie – wysapała Keshia, zdyszana i zarumieniona. – Bałam się, że zdążyliście w tym czasie powymierać.
    – W SoHo? To święte miejsce! Tutaj czas nie płynie!
    – zaśmiał się i ruszył obok niej. – Dokąd tak pędzisz?
    – Masz czas na kawę? Chodźmy do „Przepiórki” – powiedziała nagle. Czuła, że boi się spotkania z Markiem. George na pewno wiedział, co w trawie piszczy, ale przecież nie mogła zapytać go wprost.
    – Powiedzmy, że na wino, i to całą godzinę. O szóstej mam próbę.
    Zamówili karafkę wina, którą George zajął się z zapałem. Keshia machinalnie bawiła się kieliszkiem.
    – Wiesz co, mała?
    – Co?
    – Śmieszysz mnie.
    – To chyba dobrze. Można spytać, dlaczego?
    – Bo wiem, czemu jesteś taka nerwowa. Spytasz mnie w końcu czy mam na ochotnika wyrwać się z odpowiedzią?
    – zachichotał.
    – A może wcale nie chcę wiedzieć?
    – O rany, mała, nie bądź dziwna. Idź do niego, a sama się przekonasz. Tak będzie o wiele lepiej. – George wstał i wygrzebał z kieszeni trzy dolary. – Ja stawiam. A ty biegnij do domu.
    Do domu? Do Marka? Tak, w pewnym sensie…
    Prawie siłą wypchnął ją z kawiarni i nagle znalazła się w znajomej bramie po drugiej stronie ulicy. Nawet nie spojrzała w okno, tak bardzo była zajęta lustrowaniem przechodniów. Nim wbiegła na piąte piętro, serce omal nie wyskoczyło jej z piersi. Zadyszana uniosła rękę, ale nim zdążyła zapukać, drzwi otwarły się gwałtownie i wysoki chudy chłopak, podobny do tyczki grochowej zakończonej strzechą wijących się włosów, wciągnął ją do środka z okrzykiem:
    – Jak pragnę zdrowia, to Keshia! Jak ci leci, malutka?
    – Ekstra! – rozejrzała się dookoła. Te same twarze, to samo atelier. Ten sam Mark. Nic się nie zmieniło. Triumfalny powrót.
    – Chryste, chyba z rok cię nie było!
    Znów się roześmiała. Ktoś wręczył jej lampkę wina.
    – A teraz, panie i panowie… – chudzielec zgiął się w niskim ukłonie i wytwornym gestem wskazał swym gościom drzwi. – Pani mego serca wróciła w te niskie progi. Innymi słowy: spadać, głąby!
    Odpowiedział mu gromki wybuch śmiechu, goście jednak powoli zaczęli się żegnać. Ledwie za ostatnim zamknęły się drzwi, Mark znowu porwał ją w ramiona.
    – Och, mała, tak się cieszę…
    – Ja też – wsunęła dłoń pod jego wystrzępioną, ochlapaną farbami koszulę.
    – Niech no ci się przyjrzę – rzekł poważnie, ściągając jej bluzkę przez głowę.
    Stała nieruchomo, wyprostowana, włosy spływały jej na jedno ramię, a w chabrowych oczach paliło się ciepłe światło. Była żywym odbiciem wiszącego na ścianie aktu, powstałego wkrótce po tym, jak poznali się zeszłej zimy. Wyciągnęła ręce do Marka i w tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi.
    – Precz! – wrzasnął Mark.
    – Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo – odpowiedział głos George’a.
    – Czego, zarazo? – Mark otworzył drzwi, a półnaga Keshia ledwie zdążyła umknąć do sypialni. W drzwiach zamajaczyła wysoka sylwetka tancerza z butelką szampana w dłoni.
    – To na waszą noc poślubną.
    – George, jesteś aniołem.
    Murzyn zbiegł ze schodów, robiąc taneczne pas, a Mark ze śmiechem zatrzasnął za nim drzwi.
    – Hej, mała! Chlapniesz szampana?
    Stanęła nago w drzwiach, walcząc z atakiem śmiechu, który ogarnął ją na wspomnienie sukienki od Diora i szampana z Edwardem w „La Grenouille”. Cóż za absurdalne porównanie!
    Patrząc, jak Mark mocuje się z butelką, doznała nagle wrażenia, że go kocha, choć to również było absurdalne. Oboje rozumieli, że tak nie jest, że łączy ich zupełnie co innego. Zdawali sobie sprawę… lecz tak miło byłoby choć na moment zapomnieć! Przestać się kierować logiką i rozsądkiem. Powinna kogoś kochać – kogokolwiek, więc dlaczego nie Marka?
    – Stęskniłem się za tobą.
    – Ja też, kochanie, ja też. Bałam się, że zastanę tu już inną panią – Keshia uśmiechnęła się i pociągnęła łyk musującego, zbyt słodkiego wina.
    – Muszę ci powiedzieć coś strasznego – rzekł z powagą Mark.
    – Mianowicie?
    – Mam syfilis.
    – CO?! – spojrzała na niego ze zgrozą. Mark zachichotał.
    – Nie bój się, to tylko żart. Byłaś tak rozmarzona, że musiałem sprawdzić, jak zareagujesz.
    – Kretyn! – przytuliła się do niego, potrząsając głową. – Nie jestem pewna, czy przemawia do mnie twoje poczucie humoru, dzieciaku.
    Chwała Bogu, pomyślała, Mark się w ogóle nie zmienia. Wszedł za nią do sypialni i odezwał się bezbarwnym, lekko ochrypłym głosem:
    – Widziałem w gazecie zdjęcie jednej dziewczyny. Była bardzo do ciebie podobna, tylko starsza i okropnie napuszona.
    W tym stwierdzeniu zawarte było pytanie. Pytanie, na które nie miała ochoty odpowiadać.
    – No i co? – burknęła.
    – Nazywała się tak jakoś po francusku. Może to twoja ciotka z wyższych sfer?
    – Nie mam ciotek w wyższych sferach. Czemu pytasz? A więc w końcu i jego musiała okłamać. Cholera.
    – Po prostu byłem ciekawy. Całkiem niezła lufa, tylko strasznie zawzięta i chyba niezbyt zadowolona z życia.
    – Rozumiem, że zakochałeś się w niej od pierwszego wejrzenia i postanowiłeś ją uszczęśliwić, abyście mogli żyć razem do grobowej deski? – zapytała lekko, nie zabrzmiało to wszakże tak naturalnie, jak tego pragnęła. W odpowiedzi Mark delikatnie ułożył ją na pościeli. Mogła teraz zmyć niesmak fałszu godziną nagiej, nieskażonej prawdy. Albowiem ciała są na ogół uczciwe…

ROZDZIAŁ 3

    – Pójdziemy?
    – Już – Whit uśmiechnął się do niej znad resztek kremu czekoladowego. Byli dwie godziny spóźnieni na przyjęcie, choć i tak nikt tego nie zauważy. Marshowie zaprosili ponad pięćset osób.
    Keshia była ubrana w szaroniebieską satynową suknię bez pleców, której kolor podkreślał delikatną opaleniznę. Włosy miała upięte w gładki kok na czubku głowy, a w uszach brylantowe kolczyki. Nieskazitelny smoking Whita uwydatniał jego klasyczną urodę. Razem stanowili spektakularną parę. Oboje zresztą zdążyli przywyknąć, że zwracają na siebie uwagę.
    Przy wejściu do restauracji „Maisonette” w hotelu „St. Regis” kłębili się eleganccy panowie, których nazwiska pojawiały się regularnie w „Fortune”, oraz obsypane klejnotami panie, których twarze nie schodziły z łamów „Vogue”. Europejskie tytuły, amerykańskie miliony, towarzystwo z palm Beach, Grosse Pointę, Scottsdale i Beverly Hills. Kreacje Balenciagi, Givenchy’ego i Diora. Marshowie przeszli samych siebie. W gęstniejącym tłumie krążyli kelnerzy, serwując szampany Moet i Chandon oraz maleńkie tartinki i kawiorem i pasztetem z gęsich wątróbek.
    W bufecie z tyłu sali częstowano się zimnym homarem, nieco później zaś miał pojawić się gwóźdź programu – olbrzymi tort weselny, replika oryginału, jaki podano ćwierć wieku temu. Bajeczny ów tort, którego kawałeczki w wykwintnych pudełkach wręczano gościom przy wyjściu, był „nieco zakalcowaty”, jak nazajutrz określił to Martin Hallam.
    Whit podał Keshii lampkę szampana i delikatnie ujął ją pod ramię.
    – Masz ochotę zatańczyć czy wolisz najpierw odbębnić powitania?
    – Wolałabym pospacerować, jeśli to w ogóle możliwe w tym ścisku.
    Wynajęty przez gospodarzy fotograf uwiecznił chwilę, gdy spoglądali na siebie tkliwie. Po nocy spędzonej z Markiem Keshia wpadła w błogi nastrój, którego nawet Whit nie zdołał jej zakłócić. Doznawała dziwnego uczucia na myśl, że jeszcze o świcie wędrowała z Markiem ulicami SoHo, a do domu wróciła o trzeciej po południu, żeby przekazać przez telefon tekst rubryki, posprzątać na biurku i nieco wypocząć przed wieczorną galą.
    – Jeszcze szampana, Keshia?
    – Co? – ocknęła się, by stwierdzić, że bezwiednie wysączyła swój kieliszek do dna. Myślała właśnie o nowym artykule na temat wybitnych kobiet kandydujących w najbliższych wyborach do Kongresu i zupełnie zapomniała, gdzie jest.
    Whit przyjrzał się jej badawczo.
    – Nadal zmęczona po podróży?
    – Nie, po prostu się zamyśliłam. Rzec by można: odpłynęłam w krainę marzeń.
    – Niezłe osiągnięcie, zważywszy harmider, jaki tu panuje.
    Znaleźli zaciszniejszy kąt, skąd mogli obserwować pary na parkiecie. Keshia segregowała w myśli informacje: kto z kim tańczy i w co jest ubrany. Znane piękności, osławieni playboye, bankierzy, divy operowe, a wszystko w powodzi rubinów, szafirów, brylantów i szmaragdów.
    – Wyglądasz piękniej niż kiedykolwiek.
    – Pochlebiasz mi, Whit.
    – Nie. Kocham cię.
    Oboje wiedzieli, że kłamie. Mimo to Keshia zalotnie skłoniła głowę, uśmiechnęła się lekko. Być może na swój sposób naprawdę ją kochał – jak brat albo przyjaciel z dzieciństwa. Być może i ona coś do niego czuła. Trudno było go nie lubić. Miłość jednak to zupełnie inna sprawa.
    – Zdaje się, że wakacje wyszły ci na zdrowie.
    – Zawsze rozkwitam w Europie. Och, nie!
    – Co się stało? – Whit obejrzał się, ale było już za późno. Raźnie kroczył ku nim baron von Schnellingen z ekstatycznym zachwytem na pokrytej kroplami potu twarzy.
    – Jezu! – szepnął Whit. – Powiedz mu, że dokucza ci reumatyzm i nie możesz tańczyć.
    Keshia wybuchnęła śmiechem. Mały, beczułkowaty niemiecki baron odczytał to oczywiście jako radość na jego widok.
    – Też jestem uradowany, że cię widzę, meine Liebchen. Dobry wieczór, Whitneyu. Keeshia, wyglądasz zachwycająco.
    – Dziękuję, Manfredzie. Ty także.
    Był czerwony, spocony i obleśny. Jak zwykle.
    – Słyszysz, Keseshia? Walc. Nasz walc. Zatańczymy?
    Nein, pomyślała, ale nie mogła odmówić. Zawsze wypominał jej „drogiego zmarłego ojca”. Łatwiej już było przecierpieć jeden taniec. Na całe szczęście baron tańczył dobrze – przynajmniej walca. Keshia skłoniła więc wdzięcznie głowo i wyciągnęła rękę, którą baron uścisnął z afektacją, po czym, porwał ją na parkiet.
    – Potem przyjdę ci na ratunek – szepnął jej w przelocie Whit.
    – Mam nadzieję, skarbie – syknęła przez zęby, ani na moment nie zapominając o wytrenowanym uśmiechu.
    Co by na to wszystko powiedział Mark? Omal nie wybuchnęła śmiechem wyobraziwszy sobie, jakie miny mieliby zebrani tu goście, gdyby zdała im relację ze swoich anonimowych wyczynów w SoHo. O, baron wiedział coś na ten temat. Zapewne bywał w bardziej jeszcze niestosownych miejscach, ale baron był mężczyzną. Keshii nikt o to nie podejrzewał. T a Keshia Saint Martin…? Panowie mieli przecież inne potrzeby… choć czy rzeczywiście były one inne? Może i Keshia była po prostu bogatą, znudzoną dziewczyną, która wymyka się z domu dla rozrywek i seksu pośród cyganerii? Znajomi z SoHo także nie byli dla niej całkowicie realni. Rzeczywistość – jej rzeczywistość – to Maisonette, Whit i baron, aż nazbyt dotkliwie realny. Złocona klatka, z której nie ma ucieczki. Nie da się uciec od swojego nazwiska, od legendy rodziców, choćby dawno nie żyli, od maksymy noblesse oblige. Czy można wsiąść do metra i nigdy nie powrócić? Tajemnicze zniknięcie słynnej Keshii Saint Martin… Nie, nawet jeśli ktoś odchodzi z tych kręgów, czyni to otwarcie. Z klasą. Nie wymyka się bez słowa, tym bardziej metrem. Tylko czy rzeczywiście SoHo mogło jej przynieść szczęście? Jadano tam zabagione zamiast sufletu Grand Marmier, lecz ani jedno, ani drugie nie było zbyt pożywne. Keshia tęskniła za grubym, sycącym befsztykiem. Nadzieja, że świat Marka dostarczy jej życiodajnych soków, była równie głupia jak zamknięcie się w bunkrze z półrocznym zapasem krakersów. Istniały dwa światy i różni mężczyźni, ale żaden z nich nie był pełen. Co gorsza, Keshia świadomie zdawała sobie sprawę z ich braków. A ona sama? Czy jest w pełni człowiekiem?
    – Oto pytanie… – wymknęło jej się na głos.
    – O co chciałaś mnie zapytać, Ltebchen? - zagruchał baron.
    – O! Przepraszam. Czy depczę ci po nogach?
    – Nie, moja piękna. Tylko po sercu. Ale tańczysz jak anioł.
    Uśmiechnęła się uroczo, pokonując mdłości, i zawirowała w jego ramionach.
    – Jesteś taki miły, Manfredzie.
    Jeszcze raz okrążyli salę, podczas gdy walc miłosiernie zbliżał się do końca.
    – Może zagrają jeszcze raz? – baron był rozczarowany jak dziecko, któremu ktoś odebrał zabawkę.
    – Walc w pańskim wykonaniu to dzieło sztuki – rzeki z ukłonem Whit, który pojawił się tuż obok zasapanego Niemca.
    – Pan za to jest wybrańcem losu, Whitneyu.
    Keshia zerknęła na Whita porozumiewawczo i łaskawie uśmiechnęła się do barona, wycofując się z gracją z jego objęć.
    – Żyjesz? – zagadnął ją Whit.
    – Żyję, ale co to za życie… Uf. Haniebnie zaniedbałam obowiązki towarzyskie. Nie zamieniłam dziś słowa z żywą duszą. – Przypomniała sobie, że jest tu również z przyczyn zawodowych.
    – Chcesz plotkować z czcigodnymi matronami?
    – Dlaczego nie? Nie widziałam jeszcze żadnej po wakacjach.
    – A zatem w bój, milady. Rzućmy się na pożarcie lwom i zobaczmy, kto dziś zaszczycił Marshów swoją obecnością.
    Jak się okazało, był tu każdy, kto się liczył. Obszedłszy tuzin stolików, jak również kilka grupek skupionych wokół parkietu, Keshia z ulgą zauważyła dwie swoje przyjaciółki. Whit zostawił ją z nimi, a sam zniknął w czarnobiałym tłumku, nad którym unosił się aromatyczny dym kubańskich cygar. Przyjemnie zamienić w końcu parę rozsądnych zdań nad kieliszkiem dobrego Monte Christo.
    – Cześć, dziewczęta.
    Dwie patykowate młode kobiety obróciły się zaskoczone na jej widok.
    – Już jesteś? Co za niespodzianka!
    Markowane całusy trafiały w powietrze, nie sięgnąwszy celu, w spojrzeniach jednak malowała się niekłamana sympatia. Tiffany Benjamin była już bardziej niż lekko zawiana. ale Marina Walters prezentowała znakomity humor. Byia rozwiedziona i bardzo szczęśliwa, jak utrzymywała. Keshia wiedziała, że prawda jest nieco inna. Tiffany natomiast była żoną Williama Pattersona Benjamina IV, człowieka numer dwa w największym domu maklerskim na Wall Street.
    – Kiedy wróciłaś z Europy? – Marina z zaciekawieniem przyjrzała się sukni Keshii. – Saint-Laurent?
    Keshia kiwnęła głową.
    – Dwa dni temu, a zaczynam się już zastanawiać, czy to nie był sen – zauważyła, obserwując dyskretnie kłębiący się wokół tłum.
    – Znam to uczucie. Przyjechałam w zeszłym tygodniu, żeby wyprawić dzieci do szkoły. Zanim odwaliłam ortodontę, mundurki, buty i trzy przyjęcia urodzinowe, zdążyłam zapomnieć, że w ogóle były wakacje. Najchętniej wyjechałabym z powrotem. Gdzie byłaś w tym roku?
    – Na południu Francji, a kilka ostatnich dni spędziłam u Hilary w Marbelli. A ty?
    – Przez całe lato siedziałam u Hamptonów. Nudy na pudy – skrzywiła się Marina.
    – Czemuż to? – Keshia uniosła brwi.
    – W ogóle nie było tam mężczyzn. – Marina miała prawie trzydzieści sześć lat i już robiły jej się woreczki pod oczami. Zeszłego lata poprawiała sobie piersi u „najlepszego lekarza w Zurychu”. Keshia napomknęła o tym w rubryce towarzyskiej i Marina omal nie dostała apopleksji.
    Tiffany była w Grecji, spędziła też kilka dni u kuzynów w Rzymie. Bill wrócił wcześniej: firma Bullock i Benjamin zdawała się wymagać jego obecności przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ale Bill uwielbiał pracę. Zastępowała mu jadło, sen i miłość. W jego sercu cicho tykał licznik indeksów giełdowych, a tętno nasilało się i słabło zgodnie z rytmem operacji na rynku kapitałowym. Tak przynajmniej opisał go w swej rubryce Martin Hallam. Dla Tiffany jednak nie było w tym nic dziwnego. Jej ojciec – ongiś prezes nowojorskiej giełdy – ulepiony był z tej samej gliny. Atak serca dosięgnął go na polu golfowym, w chwili gdy dał się wreszcie namówić na miesiąc urlopu. Matka Tiffany piła, podobnie jak jej córka, tylko mniej.
    Tiffany była dumna z Billa. Ani jej ojciec, ani brat nie dorastali mu do pięt. A przecież jej brat stał na czele kancelarii prawniczej Wheelera, Spauldinga i Forbesa – jednej z najstarszych firm na Wall Street – i według Glorii pracował równie ciężko jak Bill. Dom maklerski Bullocka i Benjamina był jednak na Wall Street najważniejszy. A to czyniło Tiffany kimś. Panią Williamową Pattersonową Benjaminową IV. I dlatego nie uskarżała się na samotne wakacje. Na gwiazdkę zabierała dzieci do Gstaad, w lutym do Palm Beach, a na wiosnę do Acapulco. W lecie spędzali miesiąc u matki Billa w Vineyard, potem wyjeżdżali do Europy: Monte Carlo, Paryż, Cannes, St. Tropez, Cap d’Antibes i tak dalej. Było bosko. Według Tiffany wszystko było boskie. Także wino, którym zapijała się na śmierć.
    – Czyż to przyjęcie nie jest naprawdę boskie? – Tiffany zachwiała się lekko.
    Keshia i Marina spojrzały na siebie szybko. Tiffany była szkolną koleżanką Keshii, miłą dziewczyną, kiedy wytrzeźwiała. Keshia nie pisała o niej w swej rubryce. I tak wszyscy wiedzieli, że Tiffany pije. A nie był to temat na miłą lekturę przy śniadaniu, jak nowy biust Mariny. To było coś innego, bolesnego. Samobójstwo za pomocą szampana.
    – Jakie masz plany na najbliższy okres, Keshia? – Marina zapaliła papierosa, a Tiffany przyssała się do następnego kieliszka.
    – Jeszcze nie wiem. Może wydam małe przyjęcie…
    – Gratuluję ci odwagi. Kiedy patrzę na to, co się tutaj dzieje, przechodzi mnie zimny dreszcz. Meg pracowała na ten efekt siedem miesięcy. Znów jesteś w komitecie pomocy artretykom?
    Keshia skinęła głową.
    – Proszono mnie też o organizację balu na rzecz kalekich dzieci.
    – Kalekie dzieci? – Tiffany ocknęła się z zamroczenia. – To straszne!
    Keshia odczuła ulgę słysząc, że tym razem Tiffany nic użyła słowa „boskie”.
    – Co w tym strasznego? Bal jak inne. – Marina stanęła w obronie planowanej imprezy.
    – Ale kalekie dzieci?… Kto zdoła się przy nich bawić?
    Marina spojrzała na nią ze zgorszeniem.
    – Tiffany, kochanie, czy kiedykolwiek widziałaś na naszym balu artretyka?
    – No… chyba nie…
    – I tak samo nie zobaczysz tam kalekich dzieci – ucięła rzeczowo Marina.
    Tiffany z ulgą pokiwała głową. Keshia natomiast poczuła, że coś śliskiego i zimnego przewraca jej się w żołądku.
    – I co, podejmiesz się organizacji? – podjęła temat Marina.
    – Jeszcze się nie zdecydowałam. Szczerze mówiąc, jestem już trochę zmęczona tą całą dobroczynnością. Przez całe życie nie robię nic innego.
    – A co my mamy powiedzieć? – zawtórowała jej smętnie Marina, strzepując papierosa do popielniczki podsuniętej skwapliwie przez kelnera.
    – Powinnaś wyjść za mąż, Keshia. Mówię ci, jest bosko – Tiffany uśmiechnęła się błogo i wyciągnęła rękę po następny kieliszek szampana.
    Z dali dobiegły dźwięki walca. Keshia jęknęła. Gdzie, u licha, podziewa się Whit?
    – Co się stało? – zainteresowała się Marina.
    – A to! – Keshia dyskretnie wskazała głową barona, któremu po półgodzinie wreszcie udało się ją znaleźć.
    – Szczęściara – Marina złośliwie wyszczerzyła zęby, a Tiffany uczyniła wysiłek, by spędzić mgłę z oczu.
    – To jeden z powodów, dla których nie wychodzę za mąż – wyjaśniła Keshia, odpływając na parkiet wsparta na ramieniu barona.
    – Czy to znaczy, że ona go lubi? – zdziwiła się Tiffany.
    – Nie, idiotko. To znaczy, że opędzając się od podobnych kreatur nie ma czasu poszukać odpowiedniego kandydata. – Marina znała ten problem od podszewki. Prawie dwa lata uganiała się za następnym mężem. Jeszcze trochę, a biust opadnie jej z powrotem, lifting twarzy też diabli wezmą, a na pupie na pewno będzie miała zmarszczki. W najlepszym razie pozostał jej rok, żeby znaleźć kogoś przyzwoitego.
    – Czy ja wiem… – zadumała się Tiffany. – Znasz Keshię. Ona jest trochę dziwna. Czasami się zastanawiam, czy nie zaszkodziły jej te miliony, które odziedziczyła w wieku dziewięciu lat. Ostatecznie bogactwo wszystkich w jakiś sposób okalecza. Nie można prowadzić normalnego życia, kiedy…
    – Na litość boską, Tiffany, zamknij się wreszcie. Może byś dla odmiany spróbowała wytrzeźwieć?
    – Jesteś obrzydliwa! – w oczach Tiffany pojawiły się łzy.
    – Nie, skarbie. Obrzydliwe jest to, co ty z siebie robisz. – Marina obróciła się na pięcie i odmaszerowała w stronę, gdzie mignął jej Halpern Medley. Słyszała, że właśnie rozstał się z Lucille. Najlepszy moment, żeby takiego złapać. Obolały emocjonalnie, śmiertelnie przerażony perspektywą życia na własną rękę, stęskniony za dziećmi i samotny w łóżku. Marina miała troje dzieci i z przyjemnością obarczyłaby nimi Halperna. Był świetną partią.
    Keshia wirowała w ramionach barona, Whit natomiast wdał się w ożywioną rozmowę z młodym maklerem o smukłych, wytwornych dłoniach. Zegar na ścianie wybił trzecią.
    Tiffany chwiejnie dotarła do pluszowej sofy pod ścianą. Gdzie jest Bill? Mówił coś o Frankfurcie. Nie mogła sobie przypomnieć, co miał tam do załatwienia. Ale przecież tak niedawno wyszedł do holu… A może wcale nie ma go w mieście, a ona przyszła tu z Markiem i Glorią? Czy… Dlaczego, do cholery, wszystko jej się miesza? Zaraz, zaraz. Zjadła w domu kolację wraz z Billem i dziećmi… czy tylko z dziećmi? A może dzieci były jeszcze u teściowej w Vineyard? Żołądek Tiffany zaczął powoli obracać się wraz z całym pomieszczeniem i zdała sobie sprawę, że zaraz zwymiotuje.
    – Tiffany?
    Jej brat Mark znów patrzył na nią w ten specyficzny sposób. Tuż za nim stała Gloria. Od łazienki – gdziekolwiek to było w tym cholernym lokalu – dzielił Tiffany mur nieprzeniknionej pogardy.
    – Mark, ja…
    – Glorio, zaprowadź Tiffany do toalety. – Mark nie tracił czasu na rozmowę z siostrą. Wiedział, co się święci.
    Kiedy ostatnio odwoził ją do domu, zapaskudziła cale tylne siedzenie nowiutkiego lincolna.
    Tiffany nie mogła się uspokoić. Obojętne, jak bardzo była pijana, zawsze słyszała w ich głosach ten ton, aż boleśnie wyraźny. W tym właśnie był cały problem.
    – Przepraszam cię, Mark, ale Bill wyjechał, więc gdybyś był tak dobry i odwiózł mnie do… – nie dokończyła, bo w tym momencie odbiło jej się głośno. Mark cofnął się z wyrazem obrzydzenia na twarzy, a tuż przed nią nagle zmaterializował się Bill z tym swoim zwykłym nieokreślonym uśmieszkiem.
    William Benjamin ujął żonę za łokieć i wyprowadził z sali, gdzie tłum mocno się już przerzedził i Tiffany zanadto rzucała się w oczy.
    – Jesteś?… – bąknęła niepewnie. – Myślałam… – przypomniało jej się, że zostawiła torebkę na sofie. – Bill, moja torebka!
    – Dobrze, dobrze, później się tym zajmę. Prowadził ją szybko, co tylko powiększało mdłości.
    – Muszę na chwilę usiąść. O Boże, czuję się okropnie. Bill, muszę usiąść…
    – Musisz wyjść na świeże powietrze. – Trzymał ramię żony jak w imadle, uśmiechając się ponad jej głową do mijanych po drodze osób. Uśmiech nigdy nie znikał z ust Billa, a w jego oczach nigdy nie pojawiał się cieplejszy promyk.
    – Oooch… – chłodny nocny wiatr uderzył ją w twarz i rozjaśnił umysł, choć żołądek niebezpiecznie podjechał jej do gardła. – Bill, muszę cię o coś…
    W samą porę ugryzła się w język. Ilekroć była aż tak pijana, zaczynało ją nurtować to samo pytanie. Raz zadała je matce, a wtedy matka uderzyła ją w twarz. Mocno. Modliła się w duchu, żeby Bóg zapieczętował jej usta. To wszystko przez szampan. Czasem w podobny sposób działał dżin.
    – Zaraz wsiądziesz do ciepłej taksóweczki i pojedziesz sobie grzecznie do domku – zagruchał Bill niczym nadopiekuńczy maitre d’hótel, przyzywając równocześnie portiera. W chwilę później kierowca otwierał przed nią drzwi.
    – Taksówką? A ty?… Bill… – pytanie znów rwało się jej z ust, z serca, z głębi duszy.
    – Znakomicie, moja droga.
    Bill pochylił się, by podać kierowcy adres. Wszyscy zawsze mówili obok niej, poza nią, ale nigdy do niej. Poczuła się jeszcze bardziej zakłopotana, Bill jednak nie tracił rezonu.
    – Do zobaczenia rano – cmoknął ją lekko w czoło i taksówka ruszyła.
    Tiffany gorączkowo sięgnęła do gałki, żeby opuścić szybę. Nie mogła już dłużej dusić tego w sobie. Musi zawrócić, musi spytać Billa…
    Nim uporała się z oknem, hotel został daleko z tyłu, a kiedy wychyliła się na zewnątrz, pytanie w końcu wydarło się jej wraz z długą strugą wymiocin:
    – Czy ty mnie kochasz?…
    Kierowca dostał dwadzieścia dolarów za dostarczenie jej do domu i uczynił to bez komentarzy. Nie odpowiedział na jej pytanie. Nie zrobił tego także Bill. Bill wrócił do apartamentu, który wcześniej zarezerwował w „St. Regis”. Obie dziewczyny czekały – drobniutka Peruwianka i wysoka blondyna z Frankfurtu. Rano Tiffany i tak nie będzie pamiętać, że wróciła do domu sama. Bill był tego pewien.

    – Idziemy?
    – O, tak – Keshia stłumiła ziewnięcie i sennie kiwnęła głową.
    – Bardzo udane przyjęcie – skonstatował Whit.
    – Wiesz, która godzina? Keshia spojrzała na zegar.
    – Dochodzi czwarta. Jak ty jutro wytrzymasz w biurze? Miał wprawę. Niemal każdą noc spędzał poza domem – w lokalach lub na Sutton Place.
    – Nie mogę wylegiwać się w łóżku do południa jak niektóre rozpieszczone damy – zażartował.
    – Biedak – poklepała go po policzku i ujęła pod ramię, wychodząc wraz z nim na opustoszałą ulicę. Ona także nie mogła wylegiwać się do południa. Musiała wstać przed dziewiątą i zabrać się do pracy nad nowym artykułem.
    – Czy mamy coś podobnego w rozkładzie zajęć na jutro?
    – Whit zatrzymał przejeżdżającą taksówkę.
    – Mam nadzieję, że nie. Całkiem straciłam formę w czasie tych wakacji.
    Keshia zebrała szeroką satynową spódnicę i wśliznęła się na tylne siedzenie. W gruncie rzeczy jej wakacje nie różniły się zbytnio od sezonu w Nowym Jorku, tyle że na szczęście nie musiała znosić obecności barona.
    – O ile sobie przypominam, jutro jem kolację z zarządem firmy. Zdaje się, że w piątek jest coś w „El Morocco”. Będziesz w mieście?
    – Wątpię. Edward chce mnie porwać do swoich przyjaciół. Straszliwi nudziarze, ale mieli dobre stosunki z moim ojcem – dodała. To zawsze była bezpieczna wymówka.
    – Wobec tego, moja droga, zapraszam cię w poniedziałek do „Raffles”.
    Keshia uśmiechnęła się blado i oparła głowę o jego ramię. Znowu skłamała. Wcale nie była umówiona z Edwardem. Edward zresztą miał dość rozumu, by nie zmuszać jej do tego typu „rozrywek”. Planowała wypad do SoHo. Po dzisiejszym wieczorze w pełni sobie nań zasłużyła. A drobne kłamstewko, którym uraczyła Whita? Ratowała własne zdrowie psychiczne.
    – Bardzo chętnie wybiorę się w poniedziałek do „Raffles” – zapewniła.
    Przyda jej się nowy materiał do rubryki. Do tego czasu wystarczy, jeśli poplotkuje przez telefon z Mariną. Marina była zarówno nieocenionym źródłem plotek, jak też ich wdzięcznym tematem. Jej zainteresowanie Halpernem Medleyem rzucało się w oczy, czym Keshia nie była zaskoczona. Bankructwo rzadko bywa zabawne, a Halpern był w miarę atrakcyjnym lekarstwem na bolączki Mariny.
    – Zadzwonię do ciebie jutro – rzekł Whit. – Może uda nam się wyskoczyć razem na lunch.
    – Masz ochotę wejść na górę? Mogę ci zaserwować kawę, koniak względnie jajecznicę… – Keshia zawiesiła głos. Padała 2 nóg, ale czuła, że jest mu coś winna. Przynajmniej jajecznicę, skoro nie własne ciało.
    – Naprawdę nie mogę, skarbie. Muszę się trochę przespać i tobie też to radzę – żartobliwie pogroził jej palcem, a gdy taksówka zatrzymała się przed jej domem, leciutko cmoknął ją w usta, prawie nie dotykając warg.
    Już od dawna nie silili się na udawanie. Keshia trzymała się wygłoszonej ongiś opinii, że chce zachować dziewictwo aż do ślubu, a Whit skwapliwie korzystał z tego pretekstu. Platoniczny związek odpowiadał obojgu.
    – Dobranoc, Whit. To był cudowny wieczór – powiedziała, uświadamiając sobie, iż jest to dosłowny cytat z popołudniowych seriali dla gospodyń domowych.
    – Z tobą zawsze jest cudownie. – Podprowadził ją do drzwi i zaczekał, aż portier je otworzy. – Przejrzyj jutro gazety. Jestem pewien, że Martin Hallam nie będzie szczędził słów zachwytu na twój temat – uśmiechnął się z uznaniem.
    Słaniając się na nogach Keshia dotarła do mieszkania, rozpięła sukienkę i rzuciła się na sofę z myślą, że najchętniej przeleżałaby na niej do poniedziałku, ba, do sądnego dnia! Cóż za niezdrowy sposób zarabiania na życie! Nie kończący się bal przebierańców. Codziennie nakłada maskę, by szpiegować własnych znajomych. Zwykle mijało parę miesięcy, nim zaczynała odczuwać wyrzuty sumienia, w tym sezonie jednak napadły ją już na początku. Nie wróżyło to najlepiej.
    Wypaliła ostatniego papierosa i zgasiła światło. Prawic zaraz potem zadzwonił budzik. Kiedy na niego spojrzała, przekonała się, że jest ósma rano.

ROZDZIAŁ 4

    Keshia poświęciła trzy godziny nakreśleniu sylwetek sławnych kobiet, o których chciała pisać. Ułożyła też listy do kilku osób, które mogły dostarczyć jej bardziej szczegółowych informacji, ważnych dla pogłębienia tła tego zbiorowego portretu. Zapowiadał się solidny artykuł w stylu K. S. Miller i Keshia już zaczynała być z niego zadowolona. Potem przejrzała pocztę. Zwykły plik zaproszeń, listy od czytelników przesłane jej przez magazyn za pośrednictwem Simpsona, notatka od Edwarda na temat jakichś odpisów podatkowych, które chciał z nią omówić. Nic, co zainteresowałoby ją na tyle, by przestała się miotać. Miała już pomysł na następny artykuł: o wykorzystywaniu seksualnym dzieci w „przyzwoitych” mieszczańskich rodzinach. Gorący i ważki temat, jeśli tylko Simpson znajdzie nabywcę. Zastanawiała się, czy Marshowie i ludzie im podobni, którzy wydają przyjęcia na setki osób, zauważają istnienie tego typu problemów. Czy myślą o slumsach albo o karze śmierci? Żadna z tych kwestii nie dotyczyła ich bezpośrednio. Gdyby tak się zdarzyło, zorganizowano by zapewne jakiś „bajeczny” benefis, któremu patronowałby odpowiedni komitet złożony z samych piękności. Tymczasem Marina polowała na odrzuty z kolekcji Ohrbacha, a Tiffany upijała się codziennie jeszcze przed południem.
    I co z tego, powtarzała sobie w duchu Keshia. Co mnie to obchodzi? Obchodziło ją jednak, drażniło jak dokuczliwa zadra. W nadziei, że trochę zdrowego seksu wreszcie ukoi jej nerwy, wkrótce po drugiej była już w pracowni Marka.

    – Co się z tobą dzieje, moja pani?
    – Nic. Dlaczego pytasz? – stała za plecami Marka, przyglądając się powstającemu gwaszowi. Chętnie by go kupiła, ale nie chciała sprowadzać swych stosunków z Markiem na płaszczyznę finansową, nie mogła też pozwolić, by dał go jej w prezencie. Wiedziała, jak rozpaczliwie potrzebuje pieniędzy.
    – Trzaskasz drzwiami, więc pewnie coś cię gryzie.
    – Zwyczajna chandra. Może to przez zmianę czasu. – Keshia z rezygnacją klapnęła na fotel. – Czasami wolałabym, żebyś w ogóle mnie stąd nie wypuszczał.
    – A mam taką możliwość? – ożywił się Mark.
    – Nie – roześmiała się, zrzucając buty.
    – Tak właśnie myślałem.
    Nie wydawał się zmartwiony. Keshia czuła, że jej humor poprawia się z minuty na minutę.
    – Podoba mi się ten gwasz.
    – Mhm. Może coś z niego będzie. – Mark odsunął się, by ocenić efekt kilkugodzinnej pracy, i sięgnął po czekoladkę do otwartego pudełka. Chyba w głębi ducha był z siebie zadowolony. Nagle odwrócił się i objął ją. – Gdzie byłaś, kiedy cię nie było?
    – Hm… niech sobie przypomnę… Przeczytałam sześć książek, przebiegłam milę po parku, byłam na balu i zgłosiłam swoją kandydaturę na urząd prezydenta.
    – I jak cię znam, gdzieś wśród tych bredni kryje się czysta prawda?
    Wzruszyła ramionami i wspięła się na palce, żeby go pocałować.
    – Osobiście stawiałbym na to, że kandydujesz w wyborach – dodał. W gruncie rzeczy niewiele go to obchodziło. Miał własne życie, pracę, przyjaciół. Życie Keshii było jej prywatną własnością.
    – Że też niczego nie da się przed tobą ukryć – zaśmiała się.
    – Niczego – potwierdził, z powagą rozpinając jej bluzkę.
    – O, na przykład tu jest coś, co chciałaś ukryć… – odsłonił jej pierś i pochylił się, by musnąć ją wargami. – Stęskniłem się za tobą, Keshia…
    – Ani w połowie tak jak ja za tobą… – Na moment znów ujrzała tamtą salę balową i tańczącego barona. Odsunęła się od Marka i zajrzała mu w oczy. – Jesteś najprzystojniejszym facetem na świecie, Marku Wooly.
    – I twoim niewolnikiem.
    Roześmiała się. Umiłowanie wolności Marka było powszechnie znane, a jego niezależność graniczyła z przesadą. Porwała mu sprzed nosa pudełko czekoladek i uciekła z nim do sypialni.
    – Hej! – krzyknął Mark z niepokojem.
    – Teraz cała prawda wyjdzie na jaw – oświadczyła triumfalnie Keshia. – Co wolisz? Mnie czy czekoladki?
    – Zwariowałaś czy co? – Mark rzucił się za nią w pogoń.
    – Jasne, że czekoladki!
    – Ha! A ja je mam i nie oddam! – Keshia wskoczyła na łóżko i zaczęła się kołysać. Włosy fruwały jej dookoła głowy jak stado połyskliwych kruków.
    – Oddaj mi to, kobieto! Jestem uzależniony!
    – Zboczeniec!
    – Owszem! – wskoczył za nią na łóżko, wyrwał jej czekoladki i przylgnął do niej całym ciałem.
    – Nie dość, że nieuleczalny zjadacz czekolady, to jeszcze na dodatek erotoman! – wykrzyknęła, gdy pociągnął ją za sobą w pościel.
    – Bo od ciebie też jestem uzależniony!
    – Wątpię – zachichotała.
    Kochali się ze śmiechem, oplatani pajęczyną jej długich czarnych włosów.
    – Co chcesz na kolację? – Keshia ziewnęła i przytuliła się do Marka.
    – Ciebie.
    – To było na obiad.
    – I co z tego? Czy istnieje jakiś przepis zabraniający odgrzewania obiadów?
    – Daj spokój, Mark, bądź poważny. Co miałbyś ochotę zjeść? Oprócz czekolady?
    – Hm… krwisty befsztyk… homara… kawior… wiesz, to co zwykle.
    Nie wiedział, jak bardzo może to być zwyczajne.
    – Może spaghetti? – ożywił się. – Najlepiej fettuccine. Kupisz świeżą bazylię?
    – Już po sezonie. Spóźniłeś się o jakieś cztery miesiące. Co powiesz na sos z małży?
    – Może być.
    – Wobec tego idę – powiodła mu po lędźwiach koniuszkiem języka, przeciągnęła się jeszcze raz i szybko wyskoczyła z łóżka, wymykając się dłoni, którą po nią wyciągnął. – Nic z tych rzeczy, Marcus. Później. Inaczej oboje umrzemy z głodu i pragnienia.
    – Ja tam jestem spragniony twego ciała – wyciągnął się na kołdrze, patrząc, jak się ubiera. – Straszna z ciebie nudziara, Keshia, ale miło cię oglądać.
    – Ciebie też. – Już dawno doszła do wniosku, że niewiele rzeczy tak cieszy oko, jak bardzo przystojny i bardzo młody mężczyzna.
    Po chwili stanęła w drzwiach z siatką w dłoni, w dżinsach i koszuli Marka zawiązanej tuż pod biustem. We włosy wplecioną miała czerwoną wstążkę.
    – Powinienem cię tak namalować.
    – Powinieneś przestać się wygłupiać. I tak woda sodowa uderza mi już do głowy. Masz jakieś specjalne życzenia?
    W odpowiedzi wyszczerzył wszystkie zęby, więc czym prędzej wyszła z sypialni.
    W pobliżu znajdowało się kilka włoskich sklepów, gdzie bardzo lubiła robić dla niego zakupy. Tu wszystko było prawdziwe: makaron domowej roboty, świeże warzywa, soczyste owoce, pomidory na sok, niesłychany wybór wędlin i serów, które mogła macać, wąchać i przebierać, a potem przyrządzić z nich królewskie danie. Długie bochenki włoskiego chleba, które niosło się pod pachą tak, jak noszono je w Europie. Butelki chianti kołyszące się na hakach pod sufitem.
    Była to pora, o której młodzi artyści wychodzą ze swych nor. Koniec dnia, gdy budzą się nocne marki, a ci, co pracują w dzień, wybierają się na przechadzkę, by rozprostować kości. Na ulicach pojawia się coraz więcej ludzi; będą się włóczyć, palić trawkę, przysiadać w kawiarniach w drodze do swych pracowni, do przyjaciół lub na otwarcie czyjejś wystawy. W SoHo Keshia się nie wyróżniała: tu wszyscy ciężko pracowali. Pionierzy sztuki, jej towarzysze w dążeniu do doskonałości, tancerze, malarze, literaci, zebrani w najbardziej na południe wysuniętym koniuszku Nowego Jorku, ograniczonym z jednej strony spleśniałym osadem Greenwich Village, z drugiej betonowo-szklanymi ścianami Wall Street. SoHo było inne, przyjaźniejsze ludziom.
    Właścicielka sklepu znała ją z widzenia.
    – Ah, signorina, come sta?
    – Bene, grazie, e lei?
    – Cosi cosi. Un po’stanca. Che cosa vorebbe oggi? Keshia weszła między cudownie pachnące półki, aby wybrać ser, salami, chleb, cebulę i pomidory. Fiorella w duchu pochwaliła jej wybór. O, ta dziewczyna wie, jak się robi zakupy. Zna się na salami, wie, czego dodać do sosu i jak powinien wyglądać dobry Bel Paese. Miła dziewczyna. Pewnie jej mąż jest Włochem. Ale Fiorella nigdy nie pytała o takie rzeczy.
    Keshia zapłaciła i wyszła z wyładowaną siatką. Potem wstąpiła tuż obok po jajka, a następnie do delikatesów przy tej samej ulicy, żeby zaopatrzyć Marka w czekoladki. Zapach świeżego chleba i salami mieszał się z dymem marihuany i silnym aromatem kawy z ekspresu, dolatującym przez otwarte drzwi kawiarni. Niebo nad jej głową zaczęło już zmierzchać. Widniały na nim pastelowe różowe smugi, przywodzące na myśl wczesne akwarele Marka. W powietrzu ciągnął rześki jesienny powiew, na chodnikach gruchały gołębie, pod ścianami budynków stały oparte rowery, a w bramach dzieci skakały przez skakanki.
    – Co tam masz? – Mark leżał na podłodze, ćmiąc skręta.
    – To, co pan zamawiał. Befsztyk, homar, kawior. Jak zwykle – posłała mu całusa, kładąc zakupy na wąskim kuchennym stole.
    – Naprawdę kupiłaś befsztyk? – był rozczarowany.
    – Nie. Fiorella mówi, że jemy za mało salami.
    – Fiorella to mądra baba.
    Zanim w życiu Marka pojawiła się Keshia, żywił się wyłącznie konserwami i czekoladą. Fiorella była tajemniczym wynalazkiem Keshii, jednym z licznych darów, jakie od niej otrzymał.
    Keshia stanęła w drzwiach kuchni, zalanej różową poświatą wieczoru.
    – Wiesz, czasem mam wrażenie, że naprawdę cię kocham – powiedziała.
    – Czasami ja też mam takie wrażenie.
    W spojrzeniach, jakie wymienili, zawarta była spokojna, ciepła ufność. Nie musieli stawiać sobie żądań, znosić złych humorów, borykać się z problemami. Już choćby to stanowiło dla nich wielką wartość.
    Mark zerwał się z podłogi.
    – Masz ochotę na spacer?
    – La passegiata?
    – Nie słyszałem tego słowa od twojego wyjazdu – roześmiał się.
    – Zawsze kojarzy mi się z Europą, z tymi śmiesznymi włoskimi miasteczkami, gdzie większość kobiet ubiera się na czarno, a mężczyźni noszą kapelusze i białe koszule bez krawatów. Tu ludzie miotają się, gonią, dostają świra, a tam wciąż wiedzą, jak żyć. La passegiata, przechadzka, na którą wyrusza się po zmierzchu, a w niedzielę w południe po mszy, to cała instytucja, swego rodzaju rytuał.
    – A zatem i my się do niego przyłączymy. – Mark podszedł i objął ją ramieniem. – Zjemy po powrocie.
    Oznaczało to jedenastą, może dwunastą w nocy. Na pewno natkną się na kogoś znajomego. Przystaną na ulicy, żeby pogawędzić, ale zrobi się ciemno, więc przeniosą się do czyjejś pracowni, gdzie Mark będzie miał okazję zobaczyć, jak postępuje praca nad najnowszym dziełem. W końcu w atelier zrobi się taki tłok, że wszyscy razem pójdą do „Przepiórki” na wino, potem zaś dojdą do wniosku, że umierają z głodu, i Keshia będzie serwować kolację na kilkanaście osób. Będą świece, gitary i skręty podawane z rąk do rąk. Klee, Rousseau, Cassatt i Pollock ożyją na dźwięk swych nazwisk. Tak musiał wyglądać Paryż w czasach impresjonistów. Nie kochane wyrzutki artystycznego establishmentu tworzyły własny świat, darząc się wzajem humorem, odwagą, nadzieją do czasu, gdy ktoś ich „odkrył”, rozsławił i podsunął im kawior zamiast czekoladek. Jaka szkoda! Keshia miała nadzieję, że jej przyjaciele nigdy nie rozstaną się na dobre z fettuccine, zakurzonymi mansardami i nastrojem owych czarodziejskich nocy, wtedy bowiem zaczną nosić smokingi, wymuszone uśmiechy i smutek w głębi duszy. Będą jadać kolacje w „21”, tańczyć w „El Morocco” i chodzić na przyjęcia do „Maisonette”.
    Na razie jednak wciąż było stąd daleko do Park Avenue. W powietrzu czuło się resztki lata, a noc pełna była uśmiechów.
    – Gdzie się wybierasz, serce moje?
    – Mam parę spraw do załatwienia.
    – Mhm – mruknął, nie odwracając się od sztalug. – To na razie.
    Wychodząc cmoknęła go w szyję i omiotła pokój szybkim, czujnym spojrzeniem. Nie lubiła stąd wychodzić. Zawsze tkwiła w niej podskórna obawa, że może nie trafić tu z powrotem. Jak gdyby „jej” świat był w stanie ją powstrzymać. Sama myśl o tym napełniała ją przerażeniem. Musiała wracać; potrzebny jej był Mark i wszystko, czego stał się dla niej symbolem. Któż mógłby jej to odebrać? Edward? Duch jej ojca?… Absurd. Miała dwadzieścia dziewięć lat i od dawna była dorosła. Mimo to opuszczając SoHo odnosiła wrażenie, że zapuszcza się na terytorium wroga, przekracza „żelazną kurtynę” w tajnej misji zwiadowczej. Dziecięce fantazje. Zaśmiała się do siebie, zbiegając lekko po schodach. Mark nie przejmował się zbytnio jej nagłym zniknięciem, tym więc łatwiej było jej się przemykać z jednego świata do drugiego i z powrotem.
    Metro wypluło ją ze swych trzewi o trzy przecznice od domu. Poranek był słoneczny, toteż spacer wzdłuż Lexington Avenue sprawił jej dużą przyjemność. Pielęgniarki z Lenox Hill biegły na lunch, ludzie z ogłupiałymi minami krążyli po sklepach, na jezdni powarkiwały wściekle samochody. Tu wszystko było szybsze, głośniejsze i bardziej nasilone.
    Portier otworzył przed nią drzwi i wyprężył się, muskając palcem daszek czapki. W chłodni, urządzonej specjalnie na takie okazje, czekały na nią kwiaty. Niech Bóg broni, by róże zwiędły w czasie, gdy madame siedzi u fryzjera – albo u kochanka. Keshia poznała smukłe białe pudełko. Whit.
    Spojrzała na zegarek i dokonała pośpiesznych obliczeń. Musi przedyktować agentowi tekst rubryki. Potem parę telefonów do znajomych. Następnie szybka kąpiel i spotkane komitetu. Czołowy spęd roku i świetna pożywka dla Martina Hallama. O piątej po południu będzie już z powrotem w SoHo, wstąpi po drodze na zakupy do Fiorelli, a potem czeka ją następny nocny rajd z Markiem. Znakomicie.
    Przewinęła taśmę i wysłuchała nagranych telefonów. Dzwonił Edward, dwa razy Marina i raz Whit, który chciał potwierdzić umówiony lunch. Zatelefonowała do niego, podziękowała za róże i cierpliwie wysłuchała, jak strasznie za nią tęsknił. Pięć minut później już o nim nie pamiętała. Siedziała w wannie, na której brzegu leżał ogromny biały ręcznik ozdobiony w rogu dyskretnym monogramem K. H. St. M.

    Spotkanie odbywało się w domu Elizabeth Morgan – trzeciej żony Augiera Whimple’a Morgana. Elizabeth była w wieku Keshii, wyglądała jednak o dziesięć lat starzej, jej małżonek zaś miał dwa razy tyle lat co ona. Szczęśliwy traf sprawił, że dwie jego połowice przeniosły się do wieczności, pomnażając znacznie jego majątek. Od chwili ślubu Elizabeth zajmowała się niemal wyłącznie zmianą wystroju domu. „Można czekać wieki, moja droga, zanim człowiek wreszcie zdobędzie coś odpowiedniego!”
    Keshia spóźniła się dziesięć minut, a kiedy przyszła, w holu kłębił się tłum kobiet. Dwie pokojówki w wykrochmalonych czarnych uniformach podawały herbatniki, na długiej srebrnej tacy stała lemoniada. Lokaj dyskretnie przyjmował zamówienia na drinki. Cieszył się też o wiele większym zainteresowaniem niż taca z lemoniadą.
    Sofę i fotele w stylu Ludwika XV – „tak, moja droga, mają certyfikat i były własnością Richleyów…” – obsiadły starsze członkinie komitetu rozparte niczym głowy państw. Pobrzękując złotą biżuterią i kiwając głowami odzianymi w dzieła Balenciagi i Chanel, mierzyły uważnie wzrokiem młodsze koleżanki, w każdej chwili skore do zjadliwej krytyki.
    Pomieszczenie miało wysokość dwóch pięter; nad głowami zwisał koszmarny kandelabr – prezent ślubny od matki Elizabeth – a marmurowy kominek był oczywiście francuski i upamiętniał gusta Ludwika XVI. Wszędzie stały inkrustowane stoliki, kasetki z pozłacanego brązu, chippendale, sheratony, hepplewhite’y… Wyglądało to jak magazyn mebli u Sotheby’ego na dzień przed aukcją.
    „Dziewczętom” dano pół godziny wytchnienia, po czym bezlitośnie przywołano je do porządku. Courtenay St. James podniosła się z miejsca, prosząc o uwagę.
    – Witam po wakacjach wszystkie piękne panie. Doprawdy, muszę stwierdzić, że lato wam służy! – Pani St. James była wbita w granatowy jedwabny kostium, który spłaszczał jej obfity biust i omalże nie pękał na biodrach. Gors zdobiła znacznych rozmiarów brosza plus obowiązkowe perły, kapelusz był z tej samej materii co kostium, a kilka złotych pierścionków, z którymi Courtenay chyba się urodziła, rozsiewało wokół feeryczne błyski. – A teraz, moje drogie – podjęła, żywo gestykulując trzymanymi w dłoni okularami – nadeszła pora, by przystąpić do organizacji naszej wspaniałej, niepowtarzalnej imprezy. Na początek mam dla was miłą niespodziankę: tegoroczny bal odbędzie się w hotelu „Plaża”, a nie jak dotychczas w „Pierre”. Przyznacie same, że to niezmiernie ekscytujące!
    W tłumie podniósł się ożywiony szmer. Lokaj krążył dyskretnie skrajem zgromadzenia, manewrując tacą. Pierwsza w kolejce stała jak zwykle Tiffany, darząc cały świat życzliwym uśmiechem – może dlatego, że już chwiała się na nogach. Keshia odwróciła wzrok i z zawodowego nawyku zaczęła przeczesywać tłum. Twarze były wciąż te same; parę nowych uszek po prostu dodało członkostwo w tym komitecie do tysiąca innych. Nie było tu nikogo spoza sfery. Organizacja tak ważnego wydarzenia nie mogła przecież zostać powierzona byle komu. „Ależ, moja droga, czyżbyś nie wiedziała, że jej babka była Żydówką?” – usłyszała w zeszłym roku Tippy Walgreen, kiedy próbowała wprowadzić tu jedną ze swoich zbzikowanych przyjaciółek. – „Doprawdy, Tippy, nie chcesz chyba postawić tej dziewczyny w żenującej sytuacji?”
    Zebranie wlokło się bez końca. Rozdzielono funkcje. Ustalono harmonogram spotkań – dwa razy w tygodniu przez siedem długich miesięcy. Dawało to większości zebranych tu pań rację bytu i pretekst do picia – co najmniej cztery martini w ciągu jednej sesji, jeśli tylko uda się dość często zwrócić uwagę lokaja. Dzban z lemoniadą pozostał prawie nietknięty.
    Keshia jak zwykle przyjęła przewodnictwo Komitetu Młodzieżowego, co oznaczało dopilnowanie, by na balu znalazły się wszystkie właściwe debiutantki. Kilku wybranym pozwalano naklejać znaczki. Przyprawiało to ich matki o spazmy radości. „Bal na rzecz artretyków, Peggy? Jakże to elegancko!”
    Elegancko… elegancko… elegancko…
    Zebranie zakończyło się o piątej. Co najmniej połowa pań była już do tego czasu na lekkim gazie, nie na tyle jednak, by nie mogły oświadczyć swoim mężom: „Przecież znasz Elizabeth, kochanie, ona dosłownie zmusza człowieka do picia”. Tiffany oczywiście powie, że było bosko. O ile Bill w ogóle wróci po pracy do domu. Plotki, które krążyły na temat Benjaminów, były ostatnio coraz bardziej przykre.
    Echa tych plotek obudziły w Keshii głęboko zagrzebane wspomnienia. Oderwane słowa dochodzące spoza zamkniętych drzwi, cierpkie wyrzuty i odgłosy gwałtownych torsji. Matka… Dlatego właśnie widok przyjaciółki sprawiał jej taki ból. W oczach Tiffany było zbyt wiele cierpienia, niezręcznie maskowanego okrzykami „boskie!”, kiepskimi dowcipami i szklistą powłoką sugerującą, iż Tiffany nie bardzo się orientuje, co mówi i do kogo.
    Keshia z irytacją spojrzała na zegarek. Było już prawie wpół do szóstej, a powinna jeszcze wstąpić do domu i zdjąć kostium Chanel, który miała na sobie. A niech tam, Mark jakoś to przełknie, a przy odrobinie szczęścia w ogóle go nie zauważy. Jeśli, ma się rozumieć, będzie miał taką szansę; o tej porze złapanie taksówki graniczyło z cudem. Keshia rozejrzała się po ulicy z wzrastającym zniecierpliwieniem. W zasięgu wzroku nie było ani jednego wolnego wozu.
    – Podwieźć cię? – rozległ się tuż przy niej czyjś głos i Keshia obejrzała się zaskoczona. Obok smukłego granatowego bentleya z szoferem w liberii stała Tiffany. Wóz, jak Keshia, wiedziała, należał do jej teściowej.
    – Teściowa mi pożyczyła – bąknęła Tiffany niemal przepraszająco. W przedwieczornym słońcu, z dala od sal balowych i błyszczących fasad, Keshia ujrzała nagle postarzałą wersję szkolnej przyjaciółki ze zmarszczkami goryczy wokół oczu i przezroczystą, chorobliwie pożółkłą skórą. Znów przypomniała jej się własna matka. Z trudem zmusiła się, by spojrzeć Tiffany w oczy.
    – Dzięki, kochanie, ale nie chciałabym cię fatygować.
    – Co tam, przecież mieszkasz parę kroków stąd… Prawda? – Tiffany wypiła dość, by znów mieć kłopoty z pamięcią.
    Uśmiechała się ze znużeniem, jak gdyby pobyt w świecie ludzi dorosłych śmiertelnie ją zmęczył. Mimo to przez ułamek sekundy Keshia miała wrażenie, ze znów widzi dawną, jaśniejącą urodą Tiffie.
    – Nie jadę do domu – wyjaśniła.
    – Nie szkodzi. – Na twarzy Tiffany malowała się rozpaczliwa samotność.
    Keshia poczuła łzy wzbierające w gardle. Nie mogła odmówić.
    – Dzięki.
    Podeszła do samochodu, ze wszystkich sił starając się myśleć o czymś innym. Nie chciała płakać przy Tiffany, a poza tym, na miły Bóg, nad czymże miała płakać? Nad śmiercią matki przed dwudziestu laty?… Nad tą dziewczyną, która już stała jedną nogą w grobie? Pośpiesznie odsunęła od siebie tę myśl, zapadając w miękkie wyściełane siedzenie. Barek już był otwarty. Teściowa zaopatrywała go wcale nieźle.
    – Harley, znowu zabrakło bourbona.
    – Tak jest, proszę pani – odparł z niezmąconą miną Harley, Tiffany zaś odwróciła się do Keshii:
    – Chcesz drinka? Keshia potrząsnęła głową.
    – Nie, i może ty też się lepiej wstrzymaj…
    Tiffany zapatrzyła się w okno, ściskając w dłoni kieliszek. Usiłowała sobie przypomnieć, czy Bill będzie w domu na kolacji. Wybierał się na trzy dni do Londynu, ale nie była pewna, czy miało to być w przyszłym tygodniu… czy w zeszłym.
    – Keshia?
    – Tak?
    – Czy ty mnie kochasz? – Tiffany z przerażeniem zakryła dłonią usta. Prześladujący ją demon znów wymknął się spod kontroli. – Przepraszam… – wyjąkała – Ja… myślałam o kim innym…
    Keshia poczuła, że łzy płyną jej po twarzy.
    – W porządku, Tiffie. W porządku. – Objęła przyjaciółkę ramieniem.
    Szofer zerknął w lusterko i szybko odwrócił wzrok. Słyszał z tyłu cichy szloch, ale nie był pewien, która z kobiet płacze. Siedział za kierownicą sztywno wyprostowany, cierpliwy, niewzruszony i nieobecny. Bo też jego osoba wcale się nie liczyła, dla pasażerek z tyłu nie istniał. Odczekał pełne pięć minut, nim ostrożnie zagadnął:
    – Proszę pani?
    – Tak, Harley? – głos Tiffany był ochrypły i niemal dziecinny.
    – Dokąd mam zawieźć pannę Saint Martin?
    – Do… nie wiem. – Tiffany otarła oczy rękawiczką i zmusiła się do uśmiechu. – Dokąd jedziesz?
    – Możesz mnie podrzucić do Sherry Netherland?
    – Jasne.
    Siedziały obok siebie, trzymając się za ręce: rękawiczka z beżowej koźlęcej skórki splatała się z czarną zamszową. Milczały. Musiały milczeć; gdyby którakolwiek się odezwała, mogłaby powiedzieć zbyt wiele.
    Tiffany miała ochotę zaprosić Keshię do siebie, lecz nie wiedziała, czy Bill będzie w domu, a Bill nie był w stanie ścierpieć jej znajomych. Chciał mieć spokój, nie lubił, gdy go zmuszano, by pełnił honory domu, i nienawidził towarzyskiej paplaniny. Tiffany znała reguły. Żadnych gości – chyba że przyprowadzi ich Bill. Dlatego była taka samotna, kiedy umarł tatuś, a matka… cóż, matka… Myślała wtedy, że gdyby mieli dzieci… Bill jednak nie chciał mieć dzieci. Teraz jej dzieci jadały kolację o wpół do szóstej z nianią Singleton, niania zaś uważała, iż to „nierozsądne”, by matka siedziała z nimi. Twierdziła, że to je „peszy”. Tiffany więc jadła samotnie przy wielkim stole o siódmej trzydzieści. Ciekawe, czy Bill byłby bardzo zły, gdyby…
    – Keshia?
    – Hm? – Keshia ocknęła się z własnych niewesołych myśli.
    – Może wpadłabyś dziś do mnie na kolację? – W oczach Tiffany malowała się dziecinna nadzieja, że ten przepyszny pomysł się ziści.
    – Tiffie, przykro mi, kochanie, ale naprawdę nie mogę.
    Nie mogła przez wzgląd na samą siebie. Potrzebny był jej Mark, żeby przetrwać, a ten dzień i tak był dostatecznie przygnębiający.
    – Naprawdę bardzo mi przykro – dodała.
    – Nic nie szkodzi – rzuciła lekko Tiffany.
    Bentley zatrzymał się przed wejściem do SherryNetherland. Uścisnęły się serdeczniej niż zwykle, co u jednej wypływało z wyrzutów sumienia, u drugiej zaś – z tęsknoty.
    – Obiecaj mi, że będziesz dbać o siebie.
    – Jasne.
    – I zadzwoń do mnie niedługo. Tiffany skinęła głową.
    – Słowo?
    – Słowo.
    Za szybą samochodu Keshia zobaczyła twarz starej kobiety.
    Odczekała kilka minut w holu, po czym wyszła na ulicę, wezwała taksówkę i pojechała do SoHo, usiłując wymazać z pamięci mękę malującą się w oczach przyjaciółki.
    Oddalająca się w przeciwnym kierunku Tiffany pośpiesznie nalała sobie jeszcze jeden kieliszek whisky.
    – Rany boskie, kopciuszek wrócił z balu! Gdzie podziałaś moją koszulę?
    – Przepraszam, kochanie, zostawiłam ją u siebie.
    – Jedną mogę spisać na straty. Byłaś na balu czy rzeczywiście kandydujesz na stołek prezydenta? – Mark oparł się o ścianę, odrywając wzrok od sztalug i przenosząc go na nią.
    – Prawdę mówiąc, ubiegam się o fotel senatora. Kampania prezydencka, to takie wyświechtane… Zaraz zrzucę to z siebie i pójdę po jakiś prowiant.
    – Zanim pani wyjdzie, pani senator… – Mark ruszył do niej z przewrotnym uśmieszkiem.
    – Yhm? – Keshia była już bez żakietu, miała rozpuszczone włosy i do połowy rozpiętą bluzkę.
    – Tak, tak. Odczułem dziś twój brak.
    – Nie sądziłam, że w ogóle zauważysz, że mnie nie ma, drogi mój poeto. Byłeś taki zapracowany!
    – Teraz jestem wolny – złapał ją na ręce i zarzucił sobie na ramię. – Bardzo ładnie wyglądasz taka wystrojona. Jesteś trochę podobna do tej babki z gazety, tylko mniej jędzowata.
    – O, słodkie złudzenia!
    – Tylko na twój temat.
    – Głuptas. Cudowny, słodki głuptas – pocałowała go delikatnie i już po chwili reszta jej odzienia rozsiana była po całej sypialni.
    Zanim podnieśli się z łóżka, było ciemno.
    – Która godzina?
    – Dochodzi dziesiąta. – Keshia przeciągnęła się i ziewnęła.
    Mark wychylił się z łóżka, żeby zapalić świecę, po czym z rozkoszą wtulił się znów w jej ramiona.
    – Chcesz iść gdzieś na kolację?
    – Nie.
    – Ja też nie, ale jestem głodny, a ty pewnie nie kupiłaś niczego do jedzenia?
    Keshia potrząsnęła głową.
    – Za bardzo mi się spieszyło. Jakoś bardziej do ciebie niż do Fiorelli.
    – Nie ma sprawy. Napchamy się markizami i masłem orzechowym.
    – Fuj! – Keshia złapała się za gardło udając, że się dławi. W końcu wylądowali w wannie, z której większość wody wychlapali na podłogę, a potem oboje wytarli się jednym ręcznikiem Marka. Z domu towarowego Korvette, bez monogramu.
    Jaka szkoda, myślała Keshia, że odkryłam SoHo tak późno. Może gdyby miała dwadzieścia lat, wydałoby jej się rzeczywiste, być może nawet uwierzyłaby, że jest to miejsce dla niej. Teraz bawiło ją, wzruszało, lecz nie czuła się tu u siebie. Jej miejsce było gdzie indziej, choć wcale go nie pragnęła.
    – Nad czym tak dumasz?
    – Chyba muszę sobie parę rzeczy przemyśleć. – Keshia wzruszyła ramionami i sięgnęła po ciastko.
    – Coś ważnego?
    – Mój drogi, kiedy będziesz miał tyle lat co ja, sam dojdziesz do wniosku, że niewiele jest rzeczy naprawdę ważnych.
    Nawet ty, miły, dodała w duchu.
    – Czy w razie czego mogę się na ciebie powołać, Matuzalemie?
    – Oczywiście. Ludzie powołują się na mnie od wieków – Keshia roześmiała się na przekór własnym myślom. Jesienna noc była taka cicha, taka czysta…
    – Co cię tak bawi?
    – Wszystko. Absolutnie wszystko.
    – Chyba jesteś pijana – zawyrokował wesoło. Keshia pożałowała w duchu, że tak nie jest.
    – Może troszkę pijana życiem… twoim życiem.
    – Dlaczego akurat moim? Czym aż tak bardzo się od siebie różnimy?
    O Jezu, pomyślała. Tylko nie teraz!
    – Tym, że ja zostanę senatorem, rzecz jasna! Przyciągnął ją do siebie, poważniejąc.
    – Keshia, dlaczego nie chcesz być ze mną szczera? Czasami mam uczucie, że w ogóle cię nie znam.
    Kurczowy uścisk Marka zaniepokoił ją nie mniej niż pytanie malujące się w jego oczach. Wzruszyła ramionami, uśmiechając się wymijająco.
    – No cóż, kopciuszku – rzekł Mark – kimkolwiek jesteś, powiadam ci, że moim zdaniem w głowie masz nie po kolei.
    Roześmiała się i weszła do sypialni, ocierając nieznacznie z policzka dwie łzy. Naprawdę nic o niej nie wiedział, bo i skąd? Nie chciała przecież, by ją poznał. Był tylko miłym, wyrośniętym dzieciakiem.

ROZDZIAŁ 5

    – Panno Saint Martin, jakże nam miło panią gościć!
    – Dziękuję, Bill. Czy pan Hayworth już przyszedł?
    – Jeszcze nie, ale stolik jest przygotowany. Zaprowadzić panią?
    – Nie, zaczekam przy kominku.
    Klub „21” zatłoczony był wygłodniałymi gośćmi. Szefowie firm, słynne modelki, znani aktorzy, producenci, idole światka dziennikarskiego i kilka bogatych wdów. Żywe ilustracje dewizy „osiągnij sukces”. W kącie przy kominku Keshia mogła się spokojnie schronić, nim wejdzie w ten odmęt wraz z Whitem. „21” miało swój styl, ale ów styl nie bardzo współgrał z jej dzisiejszym nastrojem.
    Nie miała ochoty na to spotkanie. Dziwne, lecz z biegiem czasu wszystko to przychodziło jej z coraz większym trudem. Może była już za stara na podwójne życie? Odruchowo pomyślała o Edwardzie. Czasami tu wpadał, łatwiej go jednak było znaleźć w „Lutece” lub „Mistralu”. W sprawach kulinarnych hołdował francuskim gustom.
    Czyjaś rozmowa zwróciła jej uwagę.
    – Jak myślisz, czy dzieci się ucieszą, jeśli zabierzemy je do Palm Beach? Nie chciałabym, żeby pomyślały, że staram się je odciągnąć od ojca.
    Ani Marina, ani Halpern Medley nie zauważyli Keshii wtulonej w czerwony skórzany fotel. A zatem ich romans przybiera coraz konkretniejszą postać. Gwóźdź do jutrzejszego wydania rubryki. Oto korzyść z tego, że jest się drobnym i cichym.
    W drzwiach pojawił się Whitney. Wyglądał elegancko i młodo – opalony, w ciemnoszarym garniturze i błękitnej koszuli od Wedgewooda. Wstała i pomachała mu ręką.
    – Prezentuje się pan dziś olśniewająco, drogi panie Hayworth – zauważyła, wyciągając do niego dłoń, którą musnął wargami i lekko uścisnął.
    – Bo też czuję się jak nowo narodzony. Jak ci się udało przeżyć wczorajszy dzień?
    – Całkiem łatwo, dziękuję. Po prostu go przespałam – skłamała. – A ty?
    – Zazdroszczę ci. Choć, prawdę mówiąc, to skandal tyle sypiać!
    – Dzień dobry, panie Hayworth! Panno Saint Martin…
    – Maitre d’hótel poprowadził ich do stolika.
    Keshia usadowiła się wygodnie i rozejrzała dookoła. Wszędzie te same twarze. Nawet modelki wydawały się znajome. Przy stoliku w rogu siedział Warren Beatty, a w drzwiach pokazała się właśnie Babę Paley.
    – Co robiłaś wczoraj wieczorem? – spytał Whit, zaintrygowany jej tajemniczym uśmiechem.
    – Grałam w brydża.
    – Masz taką minę, że założę się, iż wygrałaś.
    – To prawda. Już od powrotu mam doskonałą passę.
    – Miło mi to słyszeć. Ja, niestety, od czterech tygodni uparcie przegrywam w tryktraka. Jak pech, to pech – rzekł, choć nie wyglądał na zmartwionego. Skinął na kelnera.
    – Dwie „krwawe Mary” i podwójny tatar. A może wolisz wino, kochanie?
    Potrząsnęła głową. „Krwawa Mary” to coś w sam raz na dzisiaj.
    Z jedzeniem uwinęli się szybko, bo Whit musiał wracać do biura. Wakacje się skończyły i interes już ruszył pełną parą: nowe testamenty, nowe umowy powiernicze, nowe rozwody. Podobnie jak dzieci szkolne, ludzie z tej sfery odliczali lata „sezonami”, a sezon właśnie się zaczął.
    – Weekend spędzasz w mieście? – zagadnął Whit z roztargnieniem, wzywając przejeżdżającą taksówkę.
    – Nie. Umówiłam się z Edwardem, pamiętasz?
    – Ach, racja. Tym lepiej, nie będę się czuł jak ostatni łotr. Wyjeżdżam do Quoque z kolegami po fachu. Po powrocie zadzwonię do ciebie. Mam nadzieję, że dasz sobie radę sama?
    Pytanie szczerze ją ubawiło.
    – Naturalnie, o mnie się nie martw. I dzięki za lunch.
    – Keshia zwinnie wśliznęła się do taksówki i uśmiechnęła czule. Koledzy po fachu, akurat!
    – Do poniedziałku. – Whit pomachał jej na pożegnanie i taksówka ruszyła.
    Keshia westchnęła z ulgą. Nareszcie! Była wolna aż do poniedziałku. Szkoda tylko, że nie zostało jej nic oprócz kłamstw.
    Weekend był cudowny. Rozsłonecznione niebo, lekki wietrzyk, niskie wskaźniki zanieczyszczenia powietrza i alergennych pyłków. Razem pomalowali sypialnię Marka na jaskrawy błękit. „To na cześć twoich oczu” – powiedział, kiedy sumiennie mazała pędzlem wzdłuż okna. Katorżnicza praca, ale gdy dzieło wreszcie zostało ukończone, oboje byli z niego niezmiernie dumni.
    – Co byś powiedziała na piknik z tej okazji? – Mark był w doskonałym nastroju.
    Zbiegła do Fiorelli po zakupy, Mark zaś tymczasem złapał za telefon. Jeden z przyjaciół George’a zgodził się im pożyczyć furgonetkę.
    – Gdzie mnie porywasz, mój panie?
    – Na Wyspę Skarbów. Moją własną Wyspę Skarbów.
    – Mark zaczął nucić pirackie piosenki, ubarwiając je donośnymi okrzykami.
    – Marku Wooly, jesteś szaleńcem – stwierdziła.
    – Cóż z tego, kopciuszku, skoro ci się podobam…
    W określeniu „kopciuszek” nie było złośliwości. Mark nigdy nie bywał złośliwy, a cóż dopiero w tak piękny, radosny dzień.
    Zabrał ją na maleńką wysepkę na East River, bezimienny skrawek ziemi w pobliżu Wyspy Randalla. Zjechali z autostrady na wyboistą dróżkę, która zdawała się prowadzić donikąd, minęli wąski, chybotliwy mostek i nagle znaleźli się w krainie czarów. Powitała ich stara latarnia morska i zrujnowany zameczek. Wkoło nie było widać żywego ducha.
    – Upadek domu Usherów – stwierdziła Keshia.
    – Na mój prywatny użytek. A teraz także twój, moja pani. Nikt inny tu nie bywa.
    Zza rzeki spoglądał na nich posępnie Nowy Jork – budynek Chryslera, Narodów Zjednoczonych, a także smukły i ugrzeczniony Empire State Building. Rozsiedli się na trawie, otworzyli butelkę najlepszego chianti, jakimi dysponowała Fiorella, i już po chwili zaśmiewali się do rozpuku, machając do przepływających po rzece promów.
    – Cóż za piękny dzień!
    – Cudowny – Mark położył jej głowę na kolanach. Pochyliła się i pocałowała go.
    – Jeszcze wina?
    – Nie, poproszę tylko o mały plasterek nieba.
    – Służę panu – roześmiała się. Na niebie powoli zbierały się chmury, a wkrótce rozdarła je pierwsza błyskawica.
    – Już kroją ten plasterek, który pan zamówił. Widzisz, jak o ciebie dbam? Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem – zachichotała.
    – Mała, jesteś czarodziejką! – Mark zerwał się i rozłożył szeroko ramiona.
    Pięć minut później z nieba lały się strugi deszczu, pioruny waliły gęsto, a oni biegali wokół wyspy jak dzieci, trzymając się za ręce – szczęśliwi i przemoczeni do suchej nitki.
    Po powrocie do domu wzięli razem prysznic. Gorąca woda perwersyjnie drażniła przemarznięte ciała. Potem przeszli nago do świeżo wymalowanej sypialni i spokojnie ułożyli się w swoich ramionach.
    Keshia obudziła się o szóstej rano. Mark spał jak niemowlę, ręce miał podłożone pod głowę, włosy rozczochrane, wargi obrzmiałe od snu.
    – Do widzenia, kochanie, miłych snów – szepnęła całując go delikatnie w skroń.
    Zanim wstanie, ona będzie już daleko – w innym świecie, gdzie ludzie polują na potwory i podejmują nader ważkie decyzje.

ROZDZIAŁ 6

    – Dzień dobry, panno Saint Martin. Powiem szefowi, że pani już jest.
    – Dziękuję, Pat. Co słychać?
    – Oszaleć można. Człowiek ma wrażenie, że po wakacjach wszyscy zaczęli cierpieć na nadmiar twórczych pomysłów. Na domiar złego upominają się o tantiemy.
    – To rzeczywiście koszmar – Keshia uśmiechnęła się smętnie na myśl, że i ona wróciła z wakacji z pomysłem na własną książkę.
    Sekretarka pozbierała z biurka jakieś papiery i zniknęła za ciężkimi dębowymi drzwiami. Agencja literacka Simpson, Wells & Jones nie różniła się zbytnio od kancelarii Edwarda czy pomieszczeń banku, który prowadził większość jej rozliczeń: półki pełne książek, drewniane boazerie, mosiężne klamki i grube dywany w kolorze burgunda tchnęły solidnością, powagą i prestiżem. Może też dlatego Keshia miała poczucie, że w rękach Jacka Simpsona jej tajemnica jest całkowicie bezpieczna.
    – Pan Simpson prosi panią.
    Simpson wstał zza biurka z ojcowskim uśmiechem, wyciągając do niej rękę. Był to tęgi, łysiejący mężczyzna o skroniach przyprószonych siwizną. Uścisnęli sobie ręce serdecznie jak zawsze, po czym Keshia usiadła naprzeciw niego, a Pat natychmiast podała jej herbatę. Tym razem miętową; Simpson pijał ją na zmianę z English breakfast, po południu zaś nieodmiennie serwowano earl greya. Gabinet Simpsona był dla Keshii przystanią, schronieniem, gdzie mogła cieszyć się ze swych dokonań, toteż tu zawsze czuła się szczęśliwa.
    – Mam dla ciebie następne zlecenie, moja droga.
    – Cudownie. Jakie? – Keshia z zaciekawieniem uniosła głowę znad filiżanki.
    – Trochę inne od tego, co dotąd robiłaś. Dlatego najpierw chciałem z tobą o tym porozmawiać.
    – Czyżby pornografia? – zachichotała. Simpson był w wyraźnie niecodziennym nastroju. Zastanawiała się, co kryje w rękawie.
    – Ładnych rzeczy się pannie zachciewa! – prychnął, zapalając cygaro marki Dunhill (Keshia posyłała mu pudełko co miesiąc). – Cóż, przykro mi, moja droga, ale muszę cię rozczarować. To wywiad.
    Przyjrzał jej się spod oka. No tak, znów miała minę zaszczutego zwierzęcia. W życiu tej dziewczyny istniały sfery, których nawet on nie śmiał zgłębić.
    – Wywiad? – twarz Keshii jakby się zamknęła. – Odpada. Masz coś jeszcze?
    – Proponuję, żebyś mnie wysłuchała, zanim definitywnie odmówisz. Czy kiedykolwiek słyszałaś o Lucasie Johnsie?
    – Owszem, to nazwisko coś mi mówi, ale nie bardzo wiem co.
    – Ciekawa postać. Ma w tej chwili około trzydziestu pięciu lat, z czego sześć spędził w więzieniu za napad z bronią w ręku. Siedział w Folsom, San Quentin i innych legendarnych miejscach, o których krążą mrożące krew w żyłach opowieści. Jak widać, przeżył i wyszedł na wolność. Był jednym z pierwszych organizatorów związków zawodowych w zakładach karnych i głośno upominał się o prawa więźniów. Zajmuje się tym nadal; podejrzewam, że ta działalność stała się dla niego sensem życia. Poświęcił je marzeniom o likwidacji więzień, a póki to nie nastąpi, polepszeniu doli więźniów. Uważa, że ma wobec nich zobowiązania. Posunął się nawet do tego, że za pierwszym razem odmówił skorzystania z warunkowego zwolnienia. Za drugim razem nie dano mu wyboru. Wyszedł i z miejsca zaczął działać publicznie. Facet ma niezwykłą siłę oddziaływania. To dzięki niemu opinia publiczna dowiedziała się wreszcie, co naprawdę dzieje się w naszych zakładach karnych. Napisał na ten temat pasjonującą książkę. Ukazała się rok czy dwa temu, nie pamiętam dokładnie, a w ślad za nią Posypały się propozycje wystąpień publicznych, wykładów, audycji telewizyjnych i tak dalej. Korzysta z nich do woli, co jest o tyle zdumiewające, że nadal obowiązują go warunki zwolnienia i musi zdawać sobie sprawę, że grubo ryzykuje, robiąc tyle hałasu.
    – Też tak uważam.
    – Odsiedział sześć lat wyroku, ale nadal nie jest wolnym człowiekiem. Jeśli dobrze rozumiem, kalifornijskie prawo karne przewiduje coś w rodzaju niesprecyzowanego wyroku. Oznacza to, że długość jego trwania określana jest raczej mgliście. W przypadku Johnsa wyrok brzmiał: od pięciu lat do dożywocia. W normalnych warunkach odsiedziałby zapewne kilkanaście lat, wedle uznania władz więzienia, ale wygląda na to, że chcieli się go pozbyć. Podobno nieźle im dopiekł.
    Keshia kiwnęła głową, zaintrygowana. Na to zresztą liczył Simpson.
    – Czy w czasie napadu kogoś zabił?
    – Nie, i chyba nie miał takiego zamiaru. Po prostu narobił mnóstwo zamieszania. Z tego, co sam pisze, wynika, że jako młody człowiek nie miał zbyt wielu hamulców natury moralnej. Wychował się na ulicy, całe wykształcenie zdobył już za kratkami: ukończył college i zrobił magisterium z psychologii.
    – A zatem jest to człowiek przedsiębiorczy. Czy od chwili zwolnienia miał jakieś kłopoty?
    – Nie takie, o jakich myślisz. Zdaje się, że już wyrósł z działalności przestępczej. Teraz problemów przysparza mu raczej zbyt głośna agitacja. Chcę, żebyś zrobiła ten wywiad, bo wkrótce ma się ukazać jego następna książka. W pewnym sensie to kontynuacja pierwszej, tyle że o wiele bardziej drastyczna. Odsłania w niej stan naszego więziennictwa i swoje poglądy na ten temat. Z tego, co już wiem, książka zrobi furorę. To odpowiednia pora na artykuł o nim, a ty zrobisz to najlepiej. Pamiętam, że w zeszłym roku pisałaś o buntach więziennych w Missisipi, tak więc ten obszar nie jest ci zupełnie nie znany.
    – To nie ma być felieton ani nawet reportaż z ostatniej chwili. To wywiad, Jack – Keshia podniosła wzrok – a wiesz doskonale, że ja nie robię wywiadów. Poza tym Johns nie ma nic wspólnego z Missisipi. O kalifornijskich więzieniach wiem dokładnie tyle co każdy obywatel, który czyta gazety.
    – Zasady są zbliżone, o czym dobrze wiesz. A wydawca chce mieć artykuł o Lucasie Johnsie, nie o systemie penitencjarnym stanu Kalifornia. W tej kwestii zresztą oświeci cię jego pierwsza książka. Jeśli oczywiście zdołasz ją przetrawić.
    – Jaki on jest?
    Simpson stłumił cisnący mu się na wargi uśmiech. Może jednak… Zmarszczył brwi i odłożył cygaro do popielniczki.
    – Silny, intrygujący, bardzo zamknięty w sobie, a równocześnie szczery. Widziałem jedno z jego wystąpień, ale nigdy nie miałem okazji rozmawiać z nim osobiście. O więziennictwie jest w stanie powiedzieć wszystko, o sobie nie mówi nic. Baczy, żeby się zbytnio nie odsłonić, co dla dziennikarza może stanowić wyzwanie. Johns robi wrażenie człowieka, który niczego się nie boi, ponieważ nie ma nic do stracenia.
    – Każdy ma coś do stracenia, Jack.
    – Patrzysz na świat przez pryzmat własnej osoby, moja droga. Nie wszystkie losy układają się tak samo. Są ludzie, którzy już stracili wszystko, co było im drogie. Johns miał żonę i dziecko. Dziecko zginęło w wypadku samochodowym, którego sprawca zbiegł, żona zaś popełniła samobójstwo na dwa lata przed jego uwolnieniem. Tak więc on także zalicza się do tej grupy. Osobista tragedia może człowieka złamać, może też dać mu swoiste poczucie wolności. Myślę, że to właśnie stało się z Johnsem. Usłyszysz o nim krańcowo sprzeczne opinie: z jednej strony uprzejmy, zaangażowany, serdeczny, z drugiej bezwzględny, brutalny i zimny. Dla swoich zwolenników jest kimś na kształt Boga. To żywa legenda i chyba nikt nie zna go naprawdę, od podszewki.
    – Widzę, że sporo wiesz na jego temat.
    – Zainteresował mnie. Czytałem jego książkę, widziałem, jak przemawia, poszperałem też trochę w archiwach, zanim poprosiłem cię tutaj. Na swój sposób Johns jest równie skryty jak ty. Możliwe, że czegoś się od niego nauczysz. A w każdym razie stworzysz głośny artykuł, w którym twój talent zabłyśnie pełnym blaskiem.
    – Wiesz, że nie mogę ryzykować rozgłosu – wahanie Keshii znów skrzepło w żelazny opór.
    – Czyżbyś postanowiła umrzeć w zapomnieniu?
    – Nie chodzi mi o zapomnienie, lecz o anonimowość. Spokój ducha. Omawialiśmy to już wiele razy.
    – W teorii. Ale nie w praktyce – nie rezygnował. – Nadarza ci się sposobność zrobienia czegoś, co nie tylko cię zainteresuje, ale też może cię pchnąć o kilka szczebli wyżej w karierze zawodowej. Nie pozwolę ci bez zastanowienia odrzucić takiej szansy.
    – Nie mogę, Jack. Jak myślisz, ile czasu minie, zanim ktoś zauważy mnie w jego otoczeniu? Jeśli nie rozpozna mnie sam Johns, co jest prawdopodobne. O, nie! – Keshia energicznie potrząsnęła głową.
    – To nie jest człowiek tego typu, Keshia. Nie obchodzą go wyższe sfery, bale debiutantek i wszystko, co dzieje się w twoim świecie. Zanadto jest zajęty własnymi sprawami. Wątpię, czy w ogóle słyszał twoje nazwisko. Pochodzi z Kalifornii, ostatnio działał na Środkowym Zachodzie, nigdy nie był w Europie i prawie na pewno nie czyta rubryk towarzyskich.
    – Tego nigdy nie można być pewnym.
    – Gotów jestem przysiąc. Wiem, na czym mu naprawdę i wyłącznie zależy. To buntownik. Inteligentny samouk, całkowicie oddany idei, a nie jakiś playboy. Bądźże rozsądna, dziewczyno. Tu chodzi o twoją karierę. W przyszłym tygodniu Johns będzie w Chicago. Możesz łatwo i dyskretnie wysłuchać jego wystąpienia. Potem wywiad w jego biurze i to wszystko. Nikt z tych kręgów nie będzie nawet podejrzewał, że jesteś kimś więcej niż tylko K. S”. Miller. Co się zaś tyczy Johnsa, bardziej zainteresuje go efekt twojej pracy niż to, kim jesteś i co robisz prywatnie. On w ogóle nie myśli o takich rzeczach.
    – Jest homoseksualistą?
    – Być może. Nie wiem, co robią mężczyźni skazani na długie lata więzienia. To zresztą nieistotne: ważne są jego cele, sposób, w jaki walczy o ich urzeczywistnienie. Tu tkwi sedno sprawy. Gdybym choć przez chwilę sądził, że możesz mieć z nim jakiekolwiek problemy, nie proponowałbym ci tej roboty. Chyba na tyle mnie znasz.
    – A jeśli to awanturnik, chytry łotr, który domyśli się mojej tożsamości i zechce to wykorzystać?
    Simpson z irytacją zdusił cygaro w popielniczce.
    – Posłuchaj: pisałaś już o faktach, miejscach i sylwetkach. Masz na swoim koncie sporo osiągnięć, ale jeszcze nigdy nie pracowałaś z ludźmi. Wiem, że sobie z tym poradzisz, i uważam, że powinnaś spróbować. Musisz sobie tylko odpowiedzieć na jedno pytanie: jesteś publicystką czy nie?
    – Naturalnie, że tak. W ten sposób jednak naruszę reguły, które sama dla siebie ustanowiłam. Przez siedem lat miałam spokój, ponieważ przestrzegałam ich z żelazną konsekwencją. Jeżeli zgodzę się na ten wywiad, za jakiś czas wepchniesz mi następny, a gdy już zacznę pracować publicznie… Nie. Po prostu nie mogę.
    – Dam ci do przeczytania jego książkę. Zrób chociaż tyle, zanim podejmiesz ostateczną decyzję.
    Keshia zawahała się, po czym powściągliwie skinęła głową. Na to ustępstwo mogła sobie pozwolić. Była absolutnie pewna, że nie zgodzi się na wywiad. Może Lucas Johns nie ma nic do stracenia, lecz ona może stracić wszystko: własny spokój i pilnie strzeżone sekretne życie, którego zbudowanie zajęło jej tyle lat. Życie, które sprawiało, że rano miała ochotę wstać z łóżka. Nie zamierzała go narażać. Dla nikogo: ani dla Marka, ani dla Simpsona, ani dla jakiegoś kryminalisty, który stanowił gorący temat dla czasopism. Do diabła z nim! Nikt nie jest tego wart.
    – Dobrze, przeczytam tę książkę – uśmiechnęła się po raz pierwszy od pół godziny, po czym smętnie potrząsnęła głową. – Trudno ci odmówić siły argumentacji, ty podstępny lisie!
    Simpson widział jednak, że jej nie przekonał. Miał nadzieję, że szalę przeważy pisane słowo Lucasa Johnsa i jej własna ciekawość. Czuł przez skórę, że dla jej kariery ten wywiad jest sprawą kluczową, a Jack Simpson rzadko się mylił. Kiedy jej to powiedział, fuknęła:
    – Jack, jesteś naprawdę pierwszorzędnym krętaczem! Słuchając cię, można by pomyśleć, że od tego wywiadu zależy całe moje życie!
    – Nie można wykluczyć, że tak jest, bo ty, moja droga, jesteś pierwszorzędną pisarką. W tej chwili jednak osiągnęłaś etap, na którym musisz się na coś zdecydować. To prawda, wybór nie jest łatwy i nie stanie się łatwiejszy, jeśli będziesz go odkładać na później. Moją główną troską jest dopilnowanie, byś podjęła pewne decyzje i nie pozwoliła odstawić się na boczny tor.
    – Wiesz, dotąd nie odnosiłam wrażenia, że jestem na bocznym torze – Keshia cynicznie uniosła jedną brew.
    – Owszem, odwaliłaś kawał dobrej roboty. Ewoluujesz we właściwym kierunku, ale wszelki postęp odbywa się zwykle do pewnego punktu, po czym następuje krach. Dla ciebie będzie to chwila, w której nie zdołasz złapać wszystkich srok za ogon. Będziesz musiała się zdecydować, czego naprawdę chcesz.
    – Nie sądzisz, że właśnie to robię?
    Ku jej zdumieniu Simpson potrząsnął głową.
    – Powinnaś określić, kim chcesz być: K. S. Miller, piszącą poważne artykuły, dzięki którym możesz osiągnąć prawdziwy sukces, Martinem Hallamem, plotkującym incognito o swoich znajomych, czy też szlachetnie urodzoną Keshią Saint Martin, szalejącą na balach i w „Tour d’Argent” w Paryżu. Nie możesz mieć wszystkiego. Nawet ty.
    – Chyba żartujesz, Jack – Keshia poczuła się urażona. – Doskonale wiesz, że rubrykę Hallama robię dla zabawy. Nigdy nie traktowałam jej poważnie, a już na pewno nie w ciągu ostatnich pięciu lat. Wiesz też, że naprawdę ważna jest dla mnie praca K. S. Miller. Bale i szaleństwa w „Tour d’Argent”, jak to określasz, są czymś, co robię z nawyku, dla zabicia czasu i po to, żeby zdobywać materiał do rubryki towarzyskiej. Nie oddałabym duszy za ten styl życia.
    – Nie jestem pewien, czy tak nie jest, a jeśli mam rację, pewnego dnia możesz odkryć, że zapłaciłaś za to właśnie swoją duszą.
    – Nie tragizuj.
    – To nie tragizowanie, a szczerość. I troska.
    – Wobec tego przestań się o mnie „troskać”, przynajmniej na tym polu. Wiesz, że mam pewne powinności. Nie rezygnuje się z wieków tradycji dla kilku lat spędzonych przy maszynie do pisania. Poza tym wielu pisarzy używa pseudonimów.
    – Tak, ale oni przynajmniej żyją pod własnym nazwiskiem. Masz rację co do jednego: tradycji nie zmienia się w ciągu kilku lat. Burzy się ją nagle, brutalnie, w krwawej rewolucji.
    – Wątpię, czy to konieczne.
    – Lub „cywilizowane”, czy tak? Owszem, rewolucje nigdy nie są cywilizowane, a zmiany nigdy nie bywają wygodne. Zaczynam dochodzić do wniosku, że powinnaś przeczytać książkę Johnsa przez wzgląd na siebie samą. Na swój sposób ty również tkwisz w więzieniu od niemal trzydziestu lat – głos Simpsona złagodniał. – Keshia, czy naprawdę właśnie tak chcesz żyć? Kosztem własnego szczęścia?
    – To nie jest kwestia szczęścia. Czasem człowiek nie ma wyboru – Keshia odwróciła wzrok.
    – Ależ właśnie o tym rozmawiamy. Zawsze istnieje wybór. Czy masz zamiar poświęcić życie dla absurdalnych „powinności” po to tylko, żeby zrobić przyjemność byłemu opiekunowi? Bo przypominam ci, że od dziesięciu lat jesteś pełnoletnia. Chcesz nadal spełniać wolę dawno zmarłych rodziców? A może żąda tego od ciebie ów młody człowiek, z którym jesteś zaręczona? Jeżeli tak, w końcu przyjdzie czas, gdy będziesz musiała wybrać między nim a swoją pracą, i powinnaś zdać sobie z tego sprawę już teraz.
    – Jeśli masz na myśli Whitneya Haywortha, to nie jestem z nim zaręczona i nigdy nie będę. Jedyne ofiary, jakie dla niego ponoszę, to od czasu do czasu zmarnowany wieczór. Martwisz się więc niepotrzebnie.
    – Miło mi to słyszeć. Ale wobec tego w czym rzecz, Keshia? Po co ci to podwójne życie?
    Dlaczego on to wyciąga właśnie teraz?, pomyślała niechętnie. Westchnęła ciężko i spojrzała na swoje dłonie, złożone na kolanach.
    – Ponieważ gdzieś po drodze człowiek nabiera przekonania, że jeżeli upuści świętego Graala albo odłoży go choć na chwilę, cały świat się zawali, i to wyłącznie z jego winy.
    – Powiem ci coś w sekrecie: nie zawali się. Świat będzie trwał nadal, twoi rodzice nie nawiedzą cię we śnie, nawet pan Rawlings nie popełni z tego powodu samobójstwa. Żyj dla siebie, Keshia. Jak długo wytrzymasz w tym fałszu?
    – Czy pseudonim to fałsz?
    – Nie tyle pseudonim, co posługiwanie się nim, żeby prowadzić dwa życia, zupełnie różne. Jesteś rozdarta pomiędzy obowiązkiem a namiętnością. Całkiem jak mężatka, która ma kochanka. Uważam, że to straszny ciężar do udźwignięcia. I do tego niepotrzebny – Simpson zerknął na zegarek i potrząsnął głową z niewesołym uśmiechem. – Wypada mi cię przeprosić. Znęcam się nad tobą prawie od godziny. Już od dawna jednak chciałem o tym z tobą porozmawiać. Co do wywiadu z Johnsem… Zrobisz, jak zechcesz, ale chcę, żebyś przemyślała to, co ci powiedziałem. Sądzę, że to ważne.
    Keshia nagle poczuła się zmęczona. Miała wrażenie, że całe życie przesunęło się jej przed oczyma. Oglądane w ten sposób, jakże wydawało się błahe!
    – Podejrzewam, że masz rację – przyznała. – Przeczytam tę książkę dziś wieczorem.
    – Zrób to, a jutro do mnie zadzwoń. Wstrzymam się do tego czasu z odpowiedzią dla zleceniodawcy. Czy wybaczysz mi to przydługie kazanie?
    Uśmiechnęła się nieco cieplej.
    – Tak, ale pod warunkiem, że przyjmiesz moje podziękowanie. Nie twierdzę, że chciałam to wszystko usłyszeć, ale być może było mi to potrzebne. Sama ostatnio sporo rozmyślałam, a dzisiejsza rozmowa z tobą była czymś w rodzaju wewnętrznego dialogu. Słodka schizofrenia!
    – Przesadzasz, moja droga. Przy tym nie jesteś wyjątkiem. Inni przed tobą toczyli taką samą walkę. Ktoś powinien napisać książkę o tym, jak ją przeżyć.
    – Powiadasz, że ci inni jakoś to przeżyli? – Keshia zaśmiała się, dopijając resztkę herbaty.
    – Nie tylko przeżyli, ale wynieśli pewną korzyść.
    – I aby zamanifestować własny punkt widzenia, damy rzucają się w objęcia windziarzy? – Keshia pośpiesznie odsunęła myśl o swojej matce.
    – Te, które są głupie. Inne znajdują lepsze rozwiązania.
    – Na przykład Lucasa Johnsa?
    Sama nie wiedziała, dlaczego wymknęło jej się to porównanie. Absurdalne, wręcz śmieszne.
    – Niezupełnie. Nie proponowałem ci, byś za niego wyszła, moja droga, tylko żebyś przeprowadziła z nim wywiad. Nic dziwnego, że tak zaciekle się bronisz.
    Jack Simpson wiedział, dlaczego Keshia się broni. Ze strachu. On również się bał. Czuł, że jeśli Keshia tym razem się sparzy, zaszyje się w mysią dziurę i pozostanie w niej do końca życia. Nie ośmieliłby się jej zachęcać, gdyby nie był pewien, że szanse dekonspiracji są tak nikłe. Przed rozmową wszystko sobie gruntownie przemyślał.
    – W tym, co dziś mówiłeś, jest naprawdę dużo sensu, Jack. Muszę przyznać, że ostatnio tajemniczość straciła dla mnie sporo ze swego uroku.
    Zamężna kobieta z kochankiem… Nigdy dotąd nie myślała o tym w ten sposób. Z jednej strony Edward, Whit, przyjęcia i komitety, z drugiej Mark i pikniki na czarodziejskiej wyspie. A ponad tym praca, w oderwaniu od obu światów. Nic nie składało się w całość. Wszystko było niepełne, fragmentaryczne, ukradkowe… Czemu i komu w pierwszym rzędzie winna była lojalność? Sobie, to oczywiste, lecz tak łatwo o tym zapomnieć! Dopóki ktoś ci nie przypomni, jak przed chwilą Simpson.
    – Nie obrazisz się, jeśli cię uściskam, mój ty aniele stróżu?
    – Nie tylko się nie obrażę, ale będę zachwycony. Cmoknęła go w policzek i sięgnęła po torebkę.
    – Straszna szkoda, że nie powiedziałeś mi tego dziesięć lat temu. Teraz, niestety, może już być za późno.
    – Przed trzydziestką za późno? Nie bądź głupia. Idź i weź się za czytanie. I zadzwoń do mnie jutro.
    Pomachała mu i wyszła, zamiatając długim zamszowym płaszczem.
    Obwoluta książki, którą obejrzała w windzie, nie zrobiła na niej większego wrażenia. Nie zamieszczono fotografii autora, jedynie krótką notkę biograficzną, mniej szczegółową niż to, co powiedział jej Simpson. Dziwne – już zaczął jej kiełkować klarowny wizerunek tego człowieka. Spodziewała się w jego twarzy brutalnego rysu; była niemal pewna, że jest niski, masywny, prawdopodobnie za tęgi i arogancki jak diabli. Sześć lat więzienia nie pozostaje bez wpływu na charakter i z pewnością nie dodaje urody. Rabunek z bronią w ręku… Mały grubas ze strzelbą w sklepie monopolowym. Teraz był poważany, a wywiad z nim miał stać się dla niej wielką zawodową szansą. Simpson miał rację co do wielu aspektów jej życia, ale wywiad – czy to z Johnsem, czy z kimkolwiek innym – wykraczał poza sferę możliwości, był po prostu głupotą. Zaraz potem popełniła pierwsze głupstwo. Mianowicie poszła na lunch z Edwardem.
    – Moim zdaniem nie powinnaś się na to decydować – rzekł jasno i wyraźnie.
    – Dlaczego? – Z góry wiedziała, co powie, lecz nie mogła oprzeć się pokusie, by się z nim trochę podroczyć.
    – Sama wiesz dlaczego. Jeżeli zaczniesz przeprowadzać wywiady, wcześniej czy później ktoś cię rozpozna. Może tym razem jeszcze ci się uda, ale…
    – Uważasz więc, że powinnam się ukrywać do końca życia?
    – To nazywasz ukrywaniem się? – Edward demonstracyjnym gestem omiótł gwarne sale „La Caravelle”.
    – W pewnym sensie, tak.
    – Iw tym właśnie sensie uważam, że to rozsądne.
    – A moje życie, Edwardzie? Co z nim?
    – A co ma być? Niczego ci nie brakuje: masz pełen komfort, przyjaciół i swoje pisanie. Czego więcej mogłabyś pragnąć prócz ewentualnie męża?
    – Wykreślam ten prezent z listu do świętego Mikołaja. Owszem, mogłabym pragnąć czegoś więcej. Uczciwości.
    – Robisz z igły widły. Ceną, jaką zapłacisz za tego rodzaju uczciwość, będzie twoje życie prywatne. Pamiętasz, jak uparłaś się, że chcesz pracować w „Timesie”?
    – To było co innego.
    – Czyżby?
    – Byłam młodsza. Poza tym tamto nie było pasją, tylko zwyczajną pracą. Chciałam sobie coś udowodnić.
    – Czy tym razem nie jest dokładnie tak samo?
    – Chyba nie. Tym razem chodzi o moje zdrowie psychiczne.
    – Na Boga, Keshia, nie bądź śmieszna. Powtarzasz mi frazesy, którymi rano nafaszerował cię Simpson. Dziewczyno, ten człowiek zarabia dzięki tobie pieniądze. Ma w tym własny interes.
    Keshia wiedziała, że nie jest to cała prawda. Czuła też instynktownie, że Edward się boi. Ale czego?
    – Edwardzie, choćbyś nie wiadomo jak nad tym biadał, i tak pewnego dnia będę musiała dokonać wyboru.
    – I pretekstem stanie się artykuł w gazecie? Wywiad z jakimś kryminalistą?
    To nie była zwyczajna obawa, a śmiertelne przerażenie. Gdy uświadomiła sobie, gdzie leży jego źródło, zrobiło jej się żal Edwarda. Oto tracił resztkę kontroli nad jej życiem.
    – W gruncie rzeczy tu wcale nie chodzi o ten konkretny wywiad, Edwardzie. Wiesz o tym równie dobrze jak ja. Nawet Simpson to rozumie.
    – Zatem o cóż ci w końcu chodzi? I dlaczego szermujesz bez przerwy słowami takimi, jak uczciwość, wolność i zdrowie psychiczne? Nie widzę w tym za grosz sensu. Czy ktoś wywiera na ciebie presję?
    – Nikt, poza mną samą.
    – Ale w twoim życiu jest ktoś, o kim nie wiem, prawda?
    – Tak. – Jak przyjemnie było mówić prawdę. – Nie wiedziałam, że chcesz być informowany o wszystkich bez wyjątku moich poczynaniach.
    Edward spuścił wzrok z zakłopotaniem.
    – Po prostu lubię wiedzieć, że nic ci nie grozi. To wszystko. Domyślałem się, że jest ktoś oprócz Whita.
    Ciekawe, czy domyślał się także dlaczego. Na pewno nie.
    – Owszem – przyznała.
    – Jest żonaty. – To było stwierdzenie, nie pytanie.
    – Nie.
    – Nie? Byłem pewien…
    – Dlaczego?
    – Bo jesteś taka… dyskretna. Założyłem, że ten mężczyzna nie jest wolny.
    – Nic podobnego. Jest wolny, ma dwadzieścia trzy lata i mieszka w SoHo. Maluje. – Keshia w tej chwili świetnie się bawiła. Ciekawe, jak Edward to przełknie. Wyglądał, jakby lada moment miał dostać duszności.
    – Keshia!
    – Słucham, Edwardzie? – jej głos ociekał słodyczą.
    – Czy on wie, kim jesteś?
    – Nie, i nic go to nie obchodzi.
    Nie było to zupełnie zgodne z prawdą, lecz Keshia wiedziała, że Markiem powoduje zwyczajna chłopięca ciekawość. Nigdy nie zadałby sobie trudu, by węszyć po tej drugiej stronie jej życia.
    – Czy Whit o tym wie?
    – Nie. Dlaczego miałabym mu mówić? On też mi nie opowiada o swoich kochankach. To równoprawny układ. Poza tym, mój drogi, Whitney woli chłopców.
    Wyraz twarzy Edwarda ją zaskoczył. Malowało się na niej kompletne osłupienie.
    – Tak, słyszałem o tym – przyznał po chwili. – Zastanawiałem się, czy ty także wiesz.
    – Wiem – teraz Keshia również zniżyła głos.
    – Powiedział ci?
    – Nie. Wyręczył go ktoś inny.
    – Tak mi przykro – Edward odwrócił wzrok i poklepał ją po dłoni.
    – Niepotrzebnie. To przecież bez znaczenia. Być może to, co teraz powiem, wyda ci się brutalne, ale nigdy nie byłam zakochana w Whitneyu. Odgrywamy po prostu wygodną dla obojga farsę. Wstyd się przyznać, ale taka jest prawda.
    – A ten drugi, ten… artysta, to coś poważnego?
    – Nie, to zaledwie miła, łatwa rozrywka i odskocznia od niektórych stresów. Nic ponadto, Edwardzie. Nie bój się, nikt nie zagarnie skarbonki pełnej pieniędzy.
    – Nie tym się martwię – sarknął.
    – Miło mi to słyszeć.
    Dlaczego miała taką ochotę go zranić? Cóż, sam ją prowokował, narzucał się z dobrą wolą niczym nadgorliwy pośrednik oferujący wczasy w kurorcie, który raz już zrobił na niej przygnębiające wrażenie. Nie miała zamiaru ulec.
    Edward wstrzymał się z dalszymi uwagami do chwili, gdy zatrzymali się przed drzwiami restauracji, czekając na taksówkę.
    – Zrobisz to? – spytał.
    – Co?
    – Wywiad, na który namawia cię Simpson.
    – Nie wiem. Muszę to przemyśleć.
    – Dobrze się zastanów. Rozważ, ile to dla ciebie znaczy i jak wysoką cenę zgadzasz się zapłacić. Być może jestem nadmiernie ostrożny. Musisz jednak dokładnie skalkulować ryzyko.
    – Czy naprawdę jest takie wielkie, Edwardzie? – spojrzała mu łagodnie prosto w oczy.
    – Nie wiem. Podejrzewam tylko, że cokolwiek powiem, i tak zrobisz, co zechcesz. Wtrącając się, zapewne tylko pogarszam sprawę.
    – Nie. Ale może będę musiała zrobić ten wywiad. – Nie dla Simpsona. Dla siebie.
    – Tak właśnie myślałem.

ROZDZIAŁ 7

    Samolot wylądował w Chicago o piątej po południu, Keshia miała więc niecałą godzinę do wystąpienia Johnsa. Dzięki Simpsonowi oddano jej do dyspozycji eleganckie mieszkanie przy Lakę Shore Drive. Jego właścicielka, wdowa po szkolnym koledze Simpsona, spędzała zimę w Portugalii.
    Siedząc w mknącej brzegiem jeziora taksówce, Keshia zaczęła odczuwać podniecenie. Nareszcie dokonała wyboruj zrobiła pierwszy krok, lecz co będzie, jeśli okaże się, że był to krok fałszywy? Co innego pracować przy własnym biurku pod pseudonimem K. S. Miller, a zupełnie co innego brać byka za rogi. Rzecz jasna, Mark również nie wiedział, kim naprawdę jest, ale Mark świata nie widział poza swoimi sztalugami, a nawet gdyby poznał jej tożsamość, co najwyżej uśmiałby się serdecznie. Lucas Johns mógł być inny. Mógł próbować posłużyć się nią dla własnych celów.
    Wysiadła z taksówki przed domem, którego adres podał jej Simpson, próbując otrząsnąć z siebie te obawy. Wielkiej dwupoziomowe mieszkanie znajdowało się na dziewiętnastymi piętrze nowoczesnego budynku położonego tuż nad jeziorem! Stuk jej obcasów na parkiecie budził w holu głośne echo. Nad głową miała olbrzymi kryształowy żyrandol. U stóp schodów majaczył widmowy kształt osłoniętego przed kurzem wielkiego fortepianu. Długi, wyłożony lustrami korytarz prowadził do salonu. Znalazła w nim masywne, owinięte w białe płachty meble oraz różowy marmurowy kominek w stylu Ludwika XV, połyskujący lekko w padającym z korytarza świetle. Przechodziła z pokoju do pokoju, z zaciekawieniem otwierając kolejne drzwi. Spiralne schody prowadziły na wyższe piętro. Keshia rozsunęła story w sypialni i podciągnęła kremowe jedwabne żaluzje. W dole rozciągało się jezioro skąpane w miękkim blasku zachodzącego słońca. Widać było żagle jachtów wracających leniwie do przystani. Nagle zapragnęła pospacerować, lecz miała przecież inne sprawy na głowie. Między innymi to, jakim człowiekiem okaże się Lucas Johns.
    Przeczytała jego książkę i ku własnemu zaskoczeniu stwierdziła, że to fascynująca lektura. Johns zręcznie posługiwał się słowem, potrafił dobitnie obrazować swoje tezy, tu i ówdzie błyskał poczuciem humoru, które nasuwało myśl, że autor, z pasją zaangażowany w temat, siebie traktuje z lekkim przymrużeniem oka. Styl ten w dziwny sposób kłócił się z jego przeszłością; trudno było uwierzyć, że człowiek, który praktycznie całą młodość spędził w sądach dla nieletnich, poprawczakach i więzieniach, dysponuje taką ogładą. Od czasu do czasu świadomie używał więziennego żargonu, jak również slangu kalifornijskich miast. Prezentował dziwaczną kombinację dogmatów i wierzeń, nadziei i cynizmu ubarwionych wrodzoną pogodą ducha oraz wyraźną dozą arogancji. Mieszkało w nim kilku różnych ludzi, przy czym dawnego Johnsa bezlitośnie trzymał w ryzach obecny, do którego przede wszystkim on sam żywił szacunek. Keshia szczerze mu pozazdrościła. W pewnym sensie Jack Simpson miał rację. Pośrednio książka ta traktowała również o niej. Więzieniem może być każdy rodzaj uzależnienia – nawet obiady w „La Grenouille”.
    Jej wyobrażenie o Johnsie zaczęło nabierać wyraźniejszych konturów. Niewielkie oczka, rozdygotane ręce, przygarbione ramiona i cienkie pasma włosów zaczesane w poprzek łysiejącej czaszki. Przygotowywała się na to, że poczuje do niego niechęć – już choćby dlatego, że sprawa wywiadu wprowadziła napięcie pomiędzy nią, Simpsona i Edwarda. Czytając, miała jednak wrażenie, że już go zna, że siedzi przed nim i słucha jego słów.

    Słowo wstępne wygłaszał potężnie zbudowany brunet po trzydziestce. Jego zadaniem było przygotować scenę i określić tempo. W ogólnych zarysach nakreślił problemy związków zawodowych w zakładach karnych, poziom zarobków (od pięciu do dwudziestu pięciu centów za godzinę), przestarzały system szkolenia dający więźniom bezużyteczne kwalifikacje, a także nędzne warunki bytowe. Mówił spokojnie, rzeczowo, bez ognia, lecz jego słowa budziły potężny oddźwięk. Być może właśnie beznamiętny ton, jakim opisywał więzienne okropności, zrobił na Keshii największe wrażenie. Dziwiła się, że temu właśnie człowiekowi pozwolono zabrać glos przed Johnsem. Skupienie na sobie uwagi po jego wystąpieniu, przebicie go, będzie bardzo niewdzięcznym zadaniem. Choć może właśnie nerwowy dynamizm Johnsa doskonale skontrastuje się ze stylem jego przedmówcy – swobodnym, jednak poddanym ścisłej kontroli. Zasłuchana Keshia zapomniała o wszystkim – nawet o obawach, że ktoś ją rozpozna.
    Po pewnym czasie wyjęła notes i poczyniła w nim kilka zapisków, następnie zaczęła się rozglądać po audytorium. Zauważyła trzech znanych czarnych radykałów, a także dwóch doświadczonych przywódców związków zawodowych, którzy służyli swoją wiedzą Johnsowi, gdy był u progu kariery. W pierwszym rzędzie siedział słynny obrońca w sprawach karnych, którego nazwisko często gościło na pierwszych stronach gazet. Kilka kobiet, grupa dziennikarzy zorientowanych w temacie i jeden już zaangażowany w ruch na rzecz reformy więziennictwa. Obserwując ich twarze i słuchając mówcy, który właśnie kończył wprowadzenie, Keshia stwierdziła, że jest zaskoczona tak dużą frekwencją.
    Nagle w sali zapadła zdumiewająca cisza. Nie było słychać szurania krzesłami, hałaśliwego sięgania po papierosy. Nikt jakoś się nie kwapił do opuszczenia miejsca. Wszystkie oczy utkwione były w mężczyźnie na podium. Miała rację: Lucas Johns musiał podjąć trudne wyzwanie, przemawiając po tym człowieku.
    Przyjrzała mu się ponownie. W kolorycie podobny był do jej ojca. Miał kruczoczarne włosy i płonące zielone oczy, które zdawały się przygważdżać ludzi. Patrzył im w twarze, wyszukując znajome i mówiąc tylko do nich, a zaraz potem ogarniając wzrokiem całą salę. Głos miał cichy, twarz ściągniętą, mimo to jakiś rys ust sugerował, że lubi się śmiać. Potężne dłonie, nieruchomo złożone na kolanach, przywodziły myśl o brutalnej sile. Był przystojny na swój przygniatający, nieomal groźny sposób i bardzo jej się spodobał. Przyłapała się na tym, iż łowi szczegóły – szerokie ramiona wbite w starą tweedową marynarkę, leniwie wyciągnięte długie nogi, gęstą czuprynę i te oczy, które błądziły i nagle zatrzymywały się na upatrzonym obiekcie.
    Ją także na długą, trudną do zniesienia chwilę uwięził spojrzeniem, potem nagle wypuścił i przeniósł wzrok na kogoś innego. Doświadczyła dziwnego uczucia, jakiego mógłby doznać ktoś przyparty do muru przez człowieka, który jedną ręką ściska go za gardło, a drugą głaszcze po policzku: chce ci się wyć ze strachu, lecz równocześnie rozpływasz się z zadowolenia. Zrobiło jej się gorąco. Rozejrzała się znów po sali, zastanawiając się, dlaczego mówca rozwodzi się tak długo – zupełnie jakby chciał przyćmić samego Johnsa. Trudno było to nazwać krótkim wprowadzeniem. W tym wszakże momencie doznała objawienia – tak nagłego, że z trudem powstrzymała śmiech: to wcale nie było słowo wstępne. Mężczyzną, który przed chwilą tak twardo patrzył jej w oczy, był Lucas Johns.

ROZDZIAŁ8

    – Kawy?
    – Herbaty, jeśli można. – Keshia z uśmiechem przekrzywiła głowę, patrząc, jak Johns napełnia kubek wrzątkiem i wręcza jej osobno torebkę herbaty.
    Niewielki apartament samym wyglądem zdradzał, że odwiedzają go liczni goście: papierowe kubki z resztkami napojów, okruchy krakersów, popielniczki pełne skorupek orzeszków ziemnych i śmierdzących niedopałków; w rogu otwarty na stałe barek. Hotel był raczej skromny, ale niebrzydki i wygodnie urządzony. Keshia zastanawiała się, jak długo Johns tu mieszka. Nie sposób było określić, czy wprowadził się przed rokiem, czy tegoż ranka. Zgromadzono tu zapasy jedzenia i picia, nie dostrzegła jednak żadnych rzeczy osobistych, jak gdyby na cały majątek Johnsa składało się odzienie na grzbiecie, blask w oczach i torebka herbaty, którą trzymał w dłoni.
    – Śniadanie zamówimy w recepcji – oznajmił. Uśmiechnęła się znad kubka, przyglądając mu się nieznacznie.
    – Prawdę mówiąc, nie jestem głodna, więc nie ma pośpiechu. A wracając do tematu… Bardzo mi się podobało pańskie wczorajsze wystąpienie. Nie zauważyłam u pana ani krzty tremy. Ma pan niezwykły dar, polegający na umiejętności sprowadzania trudnych kwestii do ludzkich proporcji, przy czym nawet przez moment nie daje pan słuchaczom odczuć, że uważa się za pokrzywdzonego, skoro to wszystko przeżył, a oni nie. To prawdziwa sztuka.
    – Dziękuję za komplement. To kwestia wprawy. Mam niezłą praktykę w publicznych wystąpieniach. Czy problem reformy więziennictwa jest dla pani nowy?
    – Niezupełnie. W zeszłym roku napisałam dwa artykuły na temat więziennych buntów w Missisipi. W obu wypadkach były to bardzo przykre incydenty.
    – Tak, pamiętam. Istotą tak zwanej „reformy” zakładów karnych jest to, aby ich nie reformować. Wydaje mi się, że jedynym sensownym rozwiązaniem jest likwidacja więzień w takiej formie, jaką znamy obecnie. System i tak jest kompletnie niewydolny. Opracowaliśmy projekt moratorium na budowę nowych więzień, który zamierzamy przedstawić w Waszyngtonie.
    – Od dawna mieszka pan w Chicago?
    – Od siedmiu miesięcy. To w pewnym sensie moja kwatera główna. Tu powstała większa część mojej nowej książki, resztę napisałem w samolotach.
    – Dużo pan podróżuje?
    – Przeważnie. Ale wracam tu, kiedy tylko mogę trochę wyhamować.
    Nic nie wskazywało, by często miał taką okazję. Nie wydawał się też typem człowieka, który wie, kiedy i jak się zatrzymać. Mimo całego spokoju czuło się w nim energię pchającą go do działania. Miał zwyczaj siedzieć bez ruchu, wpatrzony w osobę, do której właśnie mówił. Ten bezruch wszakże bardziej przypominał czujną pozę zwierzęcia węszącego w powietrzu, by w mgnieniu oka umknąć przed zbliżającym się drapieżnikiem. Keshia zauważyła, że Johns ma się przed nią na baczności i nie jest zupełnie swobodny. Wesołość, którą dostrzegła w jego oczach poprzedniego wieczoru, była teraz dokładnie zamaskowana.
    – Wie pani, dziwię się, że do zrobienia tego wywiadu wysłali kobietę.
    – Męski szowinizm, panie Johns?
    – Raczej ciekawość. Musi być pani dobra, inaczej nie siedziałaby tu pani ze mną.
    Znów ów cień arogancji, który przebijał między wierszami jego książki.
    – Przypuszczam, że wydawcy spodobały się moje poprzednie artykuły. Przy tym mógł przyjąć, że otarłam się już o problematykę więzienną, jeśli wybaczy mi pan to sformułowanie.
    Johns uśmiechnął się i potrząsnął głową.
    – Powiedziałbym, że jest ono trochę na wyrost.
    – Nazwijmy to zatem widokiem zza kulis.
    – Nie jestem pewien, czy to postęp. Zza kulis nic nie widać… choć może właśnie widać wszystko dokładniej? W każdym razie akcja traci wyrazistość. Co do mnie, zawsze wolałem się znajdować w samym centrum wydarzeń. Kulisy;., jest tam co prawda bezpieczniej, za to śmiertelnie nudno – w oczach błysnęła mu iskra, a wargi wygięły się nieco na przekór powadze tonu. – Zaraz, zaraz… chyba czytałem jakiś pani artykuł. Czy możliwe, że był drukowany w „Playboyu”?
    Był zdziwiony. Nie wyglądała na reporterkę, nawet na felietonistkę „Playboya”.
    Keshia pokiwała głową z łobuzerskim uśmieszkiem.
    – Owszem, na temat gwałtów. Tym razem dla odmiany widzianych okiem mężczyzn. Ściślej mówiąc, tematem artykułu były fałszywe oskarżenia o gwałt wysuwane przez sfrustrowane kobiety, które w braku innych podniet zapraszają do siebie mężczyzn, uwodzą ich, a potem krzyczą, że wzięto je siłą.
    – Zgadza się. Pamiętam ten kawałek. Bardzo mi się podobał.
    – Nie wątpię – Keshia stłumiła śmiech.
    – Zabawne, lecz myślałem, że napisał go mężczyzna. Może dlatego, że faktycznie przedstawiał męski punkt widzenia. Pewno z tego samego powodu spodziewałem się dziennikarza. Nie należę do ludzi nagabywanych o zwierzenia przez piękne damy.
    – Dlaczego?
    – Ponieważ czasami, droga pani, zachowuję się jak kawał sukinsyna – zaśmiał się głębokim, miękkim barytonem.
    – A więc lubi pan wsadzać kij w mrowisko?
    Na twarzy Johnsa odbiło się zakłopotanie. Pociągnął łyk kawy.
    – Może czasem. A jak jest z dziennikarstwem? Czy to Panią bawi?
    – Uwielbiam pisać. Słowo „bawi” brzmi trochę niepoważnie, jak gdyby była mowa o hobby. Postrzegam dziennikarstwo w nieco innym świetle. Jest dla mnie o wiele ważniejsze i o wiele bardziej rzeczywiste niż gros innych rzeczy, którymi się zajmuję. – Keshia poczuła dziwne skrępowanie. Miała wrażenie, że role się odwróciły i to on przeprowadza z nią wywiad.
    – To, co robię – rzekł po chwili milczenia – też jest dla mnie ważne. I rzeczywiste.
    – Wyczułam to w pańskiej książce.
    – Czytała ją pani? – wydawał się zaskoczony.
    – Tak, i nawet mi się spodobała.
    – Ta nowa jest lepsza.
    Cóż za skromność! – pomyślała. Zabawny człowiek.
    – Mniej emocjonalna, a bardziej profesjonalna – ciągnął. – Przynajmniej w mojej ocenie.
    – Pierwsze książki zawsze są emocjonalne.
    – Napisała już pani jakąś? – znów role się odwróciły.
    – Jeszcze nie. Mam nadzieję, że wkrótce to nastąpi. Poczuła nagłe ukłucie zawiści. Parała się piórem już od siedmiu lat, a jednak to ten amator napisał nie jedną, lecz dwie książki. Zazdrościła mu także odwagi, zdecydowania, by czynem wyznawać to, w co wierzy… Choć z drugiej strony nie miał nic do stracenia. Tu Keshia przypomniała sobie o jego najbliższych. Może w nim także istnieje nieuchwytna nitka czułości, schowana gdzieś w głębi serca, by nikt nie mógł jej odnaleźć?
    – Mam jeszcze jedno pytanie, zanim zacznie mnie pani przesłuchiwać. Co oznacza to „K”? K. S. Miller jakoś do mnie nie przemawia.
    Roześmiała się i przez ułamek sekundy miała ochotę powiedzieć mu prawdę: „K” znaczy Keshia, a nazwisko Miller jest fałszywe. Johns należał do osób, przy których człowiek czuje się zobowiązany do szczerości. Musiała jednak zachować rozsądek. Nie byłoby zbyt mądrze pod wpływem impulsu stawiać wszystko na jedną kartę. Keshia to dość niezwykłe imię, a gdyby pewnego dnia zobaczył jej zdjęcie w gazecie, domyśliłby się wszystkiego.
    – Kate – powiedziała. Było to imię jej ulubionej ciotki.
    – Kate. Bardzo rzeczowe imię. Kate Miller. Rozsądna Kasia Miller – Johns błysnął zębami w uśmiechu, po czym zapalił następnego papierosa.
    Miała wrażenie, że dobrotliwie z niej kpi. Wyraz jego oczu znów przypomniał jej ojca. Byli osobliwie do siebie podobni – może przez ten uśmiech, może przez sposób, w jaki na nią patrzył, jak gdyby znał wszystkie jej sekrety i tylko czekał, aż sama mu je zwierzy. Cóż mógł o niej wiedzieć? Nic. Nic z wyjątkiem tego, że przyszła przeprowadzić z nim wywiad, a na imię ma Kate.
    – Dobrze, droga pani. Zamówmy coś do jedzenia i bierzmy się do roboty – rzekł poważniejąc.
    – Jestem gotowa, panie Johns – rozsiadła się wygodniej, wyjmując z torebki pióro i notatki z poprzedniego wieczoru.
    Przez dwie godziny Johns z zaskakującą otwartością opowiadał jej o swoim sześcioletnim pobycie w więzieniu. Mówił, jak żyje się pod brzemieniem nieokreślonego wymiaru kary, kalifornijskiego fenomenu, którego znaczenie jej wyjaśnił: sąd skazuje człowieka na karę pozbawienia wolności „od trzech lat do piętnastu” albo „od pięciu lat do dożywocia”, pozostawiając sprecyzowanie długości wyroku władzom więziennym lub komisji do spraw zwolnień warunkowych. Nawet sędzia wydający wyrok nie ma wpływu na faktyczną długość odsiadki. Człowiek rzucony w szpony tego systemu może spędzić w celi resztę życia, zapomniany przez Boga i ludzi. Większość więźniów spotyka taki właśnie los. Bezskutecznie czekają na wolność, aż w końcu przestaje im na niej zależeć.
    – Co do mnie – rzekł Johns z krzywym uśmieszkiem – nie mogli się już doczekać, kiedy się mnie pozbędą. Byłem dla nich ropiejącą zadrą. Nikt nie kocha działaczy.
    Zorganizował więźniów w komitety, walczył o lepsze warunki ich pracy, uczciwe przesłuchania, przyzwoite warunki odwiedzin dla żon, możliwości kształcenia. Sam stał się ich rzecznikiem.
    Wyjaśnił także, dlaczego znalazł się za kratkami, i mówił o tym zaskakująco beznamiętnie.
    – Miałem dwadzieścia osiem lat i wciąż jeszcze byłem głupi jak but. Uczciwe życie śmiertelnie mnie nudziło, toteż nietrudno było przewidzieć, że prędzej czy później napytam sobie biedy. Kiedyś w sylwestra upiłem się jak świnia i… pewnie wiesz. Wszedłem do sklepu ze strzelbą, nawiasem mówiąc zepsutą, i wyniosłem stamtąd dwie skrzynki whisky, skrzynkę szampana i sto dolców. Prawdę mówiąc, wcale nie żądałem pieniędzy, ale wręczyli mi je, więc wziąłem. Zależało mi na gorzale dla siebie i kumpli. Wróciliśmy do domu i zalałem się do reszty. Zaraz po północy odwieźli mnie do pudła. Szczęśliwy Nowy Rok, nie ma co! – parsknął z zakłopotaniem i zaraz spoważniał. – Brzmi to śmiesznie, ale wcale nie było zabawne. Robiąc coś takiego, łamie się kupę serc.
    Keshii wydało się to niesprawiedliwe. Popełnił przestępstwo, to fakt. Ale sześć lat więzienia i życie jego żony za trzy skrzynki alkoholu? Ścisnęło ją w gardle na wspomnienie scen z „La Grenouille”, „Lutece”, „Maxima” i „Annabel”. Tysiące dolarów wydawane dziennie na rzeki win i szampana. Tyle że tam nikt nie składał zamówień z pomocą dubeltówki.
    Lucas streścił pobieżnie swoje dzieciństwo w Kansas. Największymi problemami, jakie go wówczas nękały, były jego wzrost i ciekawość świata, oba nieproporcjonalnie wielkie w stosunku do wieku i „pozycji”. Mimo ostrzeżeń Simpsona, że Johns może unikać tematów osobistych, Keshia stwierdziła, że jest otwarty i łatwo go pociągnąć za język. Około południa miała już wrażenie, że zna go na wylot. Dawno przestała robić notatki. Prościej było zaglądać w głąb jego duszy słuchając, jak mówi o swoich poglądach politycznych, zainteresowaniach, doświadczeniach, rozprawach, ludziach, których darzy szacunkiem i tych, którymi gardzi. Wiedziała, że później odnajdzie w pamięci wszystkie niezbędne fakty, pogłębione o znajomość jego charakteru.
    Najbardziej ją zdumiewało, że tak mało w nim goryczy. Był zły, zdeterminowany, ofensywny, bezczelny i twardy. Lecz zarazem namiętnie oddany sprawie, w którą wierzył, i współczujący ludziom, na których mu zależało. Ponadto miał poczucie humoru. Opowieści sprzed lat punktowane były wybuchami dźwięcznego śmiechu, który rozlegał się echem w ciasnym saloniku. W końcu Johns umilkł, przeciągnął się i wstał z fotela.
    – Przykro mi, Kate, ale musimy przerwać. Niedługo mam następną konferencję, a muszę jeszcze załatwić parę spraw. Czy dasz się namówić na powtórne spotkanie? Dawno już nie miałem tak wdzięcznego słuchacza – zerknął na nią z miną, jaką zwykle rezerwuje się dla przyjaciół.
    – Właściwie powinnam wracać, ale temat mnie interesuje i chętnie jeszcze posłucham. Z kim się dziś spotykasz?
    – Jem obiad z psychiatrami. – Luke krążył po pokoju, zbierając długopisy i kartki papieru. – Mamy mówić o psychologicznych efektach pobytu w więzieniu. Zapewne będą też chcieli usłyszeć, do jakiego stopnia realna jest groźba dokonania na więźniu operacji psychochirurgicznej. Zawsze o to pytają.
    – Masz na myśli frontalną lobotomię? Skinął głową.
    – Czy to się zdarza? – zapytała ze zgrozą.
    – Przypuszczam, że sporadycznie. Nawet jednak pojedyncze przypadki są niedopuszczalne.
    Przytaknęła z powagą, spoglądając na zegarek.
    – Pójdę po swoje rzeczy i spotkamy się na miejscu.
    – Zatrzymałaś się w którymś z okolicznych hoteli?
    – Nie, agent ulokował mnie w mieszkaniu swoich znajomych.
    – To mniej krępujące.
    – O, tak.
    – Podwieźć cię? – spytał, zmierzając do drzwi.
    – Mm… nie, dziękuję. Chcę jeszcze zajrzeć w parę miejsc.
    Kiwnął z roztargnieniem głową. Nie nalegał.
    – Chętnie przeczytam ten artykuł, kiedy będzie gotowy.
    – Agent prześle ci odbitkę do autoryzacji.
    Rozstali się przed hotelem. Keshia podeszła na róg i wezwała taksówkę. Dzień był pogodny i gdyby miała więcej czasu, z przyjemnością wróciłaby pieszo na Lakę Shore Drive. Wiał ciepły jesienny wiatr, na niebie świeciło słońce, a gdy dotarła na miejsce, zobaczyła żaglówki ślizgające się po tafli jeziora.
    Wbiegła na górę, żeby zabrać rzeczy; okryła narzutą schludnie zaścielone łóżko i zaciągnęła żaluzje. Jej kroki dudniły w cichym wnętrzu. Zaśmiała się na myśl, co by powiedział Johns, gdyby ją zobaczył. To miejsce nie pasowało do Kate. Coś jej mówiło, że nie byłby zachwycony. Choć może śmiałby się wraz z nią, razem ściągnęliby zasłony z mebli i rozpalili ogień na kominku. Dla ożywienia nastroju pobębniłaby na wielkim fortepianie. Zabawne marzenia, Luke jednak wydał jej się świetnym kompanem do wygłupów. Polubiła go, a on nie miał pojęcia, z kim ma do czynienia. Dawało jej to poczucie pewności i zadowolenia, artykuł zaś już zaczynał przybierać w jej głowie konkretny, spójny kształt.

    Wypowiedzi Johnsa zrobiły duże wrażenie na słuchaczach. Zasiadał na honorowym miejscu za długim, przybranym kwiatami stołem. Keshię zaś umieszczono w pobliżu niego. Zrobiła kilka notatek, po czym machinalnie rozdziobała widelcem zawartość talerza. Luke zerkał na nią od czasu do czasu ze złośliwym uśmieszkiem w szmaragdowych oczach. Raz nawet, unosząc kieliszek wina, mrugnął do niej łobuzersko, co sprawiło, że omal się nie zakrztusiła. Miała wrażenie, że zna go lepiej niż ktokolwiek z zebranych; może nawet lepiej niż ktokolwiek na świecie. W ciągu tego ranka dowiedziała się tak wiele o jego przeszłości! Odsłonił przed nią owo wnętrze sanktuarium, do którego – jak twierdził Simpson – nikt nie miał dostępu. Było jej żal, że nie może mu się odwdzięczyć tym samym.
    Samolot miała o trzeciej, długo więc nie zabawiła. Luke właśnie skończył mówić, gdy podniosła się z miejsca. W mgnieniu oka otoczył go zwykły krąg wielbicieli. Przyszło jej na myśl, że mogłaby ulotnić się po angielsku, chciała jednak zamienić z nim jeszcze parę słów. Nie wypada najpierw przez kilka godzin wyciągać z człowieka jego tajemnice, a potem po prostu zniknąć bez słowa. W końcu przedarła się przez tłum i znalazła tuż obok niego. Rozmawiał właśnie z kimś innym, wyciągnęła więc rękę i lekko dotknęła jego ramienia, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Ku jej zdumieniu Luke wzdrygnął się nerwowo. Nie myślała, że tak łatwo go nastraszyć.
    – Nie robi się takich rzeczy komuś, kto spędził sześć lat w pudle – rzekł z uśmiechem na wargach, lecz oczy miał poważne. – Człowiek staje się nerwowy, gdy ma kogoś za plecami. To odruch.
    – Przepraszam, Luke. Chciałam się pożegnać. Muszę już jechać na lotnisko.
    – Chwileczkę – wstał, żeby ją odprowadzić.
    Keshia zawróciła do stolika po płaszcz. Zanim jednak znalazła się przy drzwiach, Johnsa otoczyła następna grupa dyskutantów. Dłużej nie mogła czekać. Uprzejme to czy nie, ryzykowała, że spóźni się na samolot. Obejrzawszy się jeszcze, cicho wyszła z sali i odebrała walizkę od portiera, który otworzył przed nią drzwi taksówki.
    Wsiadła pośpiesznie, zadowolona z siebie.
    Podróż była owocna, a artykuł zapowiadał się rewelacyjnie. Nie zauważyła, że Luke wypadł za nią na chodnik. Na jego chmurnej twarzy odbiło się rozczarowanie.
    – Cholera! – zaklął pod nosem. Po chwili jednak uśmiechnął się, myśląc: Dobrze, panno Kate Miller. Teraz mój ruch.
    Spodobała mu się ta kobieta. Była taka krucha, taka śmieszna… Miał ochotę podrzucić ją wysoko do góry i schwycić w wyciągnięte ramiona.
    – Dogonił pan tę panią? – zaciekawił się portier.
    – Nie – Lucas Johns uśmiechnął się szeroko i dodał: – Ale dogonię.

ROZDZIAŁ 9

    – Dzwonił? Co to znaczy, że do mnie dzwonił? W tej chwili wróciłam z Chicago. I skąd wiedział, dokąd dzwonić? – prychnęła ze złością Keshia.
    – Uspokój się. Dzwonił godzinę temu i przypuszczam, że redakcja skierowała go do mnie – wyjaśnił cierpliwie Simpson. – Nie ma w tym nic złego. Był zresztą bardzo uprzejmy.
    – No dobrze, i czego chciał? – Keshia zsunęła sukienkę przez biodra. Z łazienki dochodził szum cieknącej do wanny wody. Była za pięć siódma, o ósmej miał przyjść po nią Whit, a przyjęcie zaczynało się o dziewiątej.
    – Stwierdził, że artykuł nie będzie kompletny, jeśli nie weźmiesz udziału w konferencji, która ma się odbyć jutro w Waszyngtonie. Chodzi o to moratorium na budowę więzień. Byłby ci niezmiernie wdzięczny, gdybyś do tego czasu wstrzymała się z ostateczną redakcją. Brzmi to całkiem rozsądnie. Skoro byłaś aż w Chicago, możesz przed południem wyskoczyć i do Waszyngtonu.
    – Kiedy to ma być?
    Cholerny egocentryk, pomyślała. Jej poczucie triumfu nagle wyparowało. Wstępny szkic wywiadu opracowała jeszcze w samolocie, ale co za dużo, to niezdrowo. Facet, który dzwoni, zanim jeszcze zdążyła rozpakować walizkę, nie byłby skłonny uszanować jej tajemnic.
    – Konferencja będzie jutro o dwunastej.
    – Psiakość! Jeśli wsiądę do samolotu, na pewno wpadnę na jakiegoś wścibskiego reportera, który pomyśli, że wybieram się na bal, i będzie się starał mnie zaczepić. A wtedy zwali mi się na kark horda tych hien z brukowców.
    – W drodze do Chicago nic takiego się nie stało, prawda?
    – Nie, ale też nikt nie spodziewał się mnie tam zastać. Może powinnam wziąć samochód i… o Boże! Wanna się przelewa! Czekaj!
    Simpson chrząknął pod nosem. Keshia była wytrącona z równowagi, przypisywał to jednak zdenerwowaniu podróżą. Johns bardzo pochlebnie się o niej wyrażał. Wspomniał, że spędził z nią prawie cztery godziny, a zatem Keshia przybrała właściwy ton. Simpson nie wątpił, że ta odmiana wyszła jej na dobre. Wreszcie się przełamała i na całe szczęście nikt jej nie rozpoznał – chwała Bogu, w przeciwnym wypadku bowiem nigdy by mu nie wybaczyła. Zdawkowe napomknienia Johnsa o „pannie Miller” wskazywały, iż nie ma pojęcia, z kim rozmawiał. Skąd więc ta panika?
    – Już myślałem, że się utopiłaś – zauważył, gdy Keshia z westchnieniem podjęła słuchawkę.
    – Nie – roześmiała się. – Przepraszam cię, Jack, że tak na ciebie psioczę, ale naprawdę boję się buszować w najbliższym sąsiedztwie Nowego Jorku.
    – Jak oceniasz dzisiejszy wywiad?
    – Udany. Nawet bardzo. Sądzisz, że ta konferencja wniesie coś nowego czy też po prostu Johns chce mieć liczniejszą widownię podczas swego tournee?
    – To odrębna sfera jego działalności, a artykuł mógłby w ten sposób sporo zyskać. W najgorszym razie trochę atmosfery. Decyzję pozostawiam tobie, uważam jednak, że nic się nie stanie, jeśli tam pojedziesz. Wiem, co cię gryzie, ale sama widzisz, że w Chicago nie miałaś najmniejszych problemów z pismakami. Johns też nie podejrzewa, że nie jesteś zwyczajną K. S. Miller.
    – Kate – Keshia uśmiechnęła się do siebie.
    – Słucham?
    – Nic, nic. Sama nie wiem… może i masz rację. – Zastanawiała się przez chwilę, po czym skinęła głową. – W porządku, polecę wahadłowcem. W ten sposób zdążę wrócić przed nocą.
    – Świetnie. Johns prosił o potwierdzenie. Zadzwonisz sama czy ja mam to zrobić?
    – Po co? Żeby mógł zatrudnić innego biografa, gdybym nawaliła?
    – No, no, nie bądź taka drażliwa – Simpson zachichotał. Czasem przydałoby się jej przytrzeć rogów. – Mówił, że wyjdzie po ciebie na lotnisko.
    – Co takiego? A niech to szlag!
    – Słucham? – Simpson był wstrząśnięty. W przeciwieństwie do Edwarda, który był co prawda starszy, za to mniej dystyngowany, Keshia nigdy nie używała takich słów.
    – Przepraszam. Sama z nim porozmawiam. Nie chcę, żeby plątał mi się po lotnisku.
    – Słusznie. Czy mam ci załatwić nocleg? Gdybyś chciała zatrzymać się w hotelu, włączymy to w koszty delegacji.
    – Wolę nie ryzykować. A propos, to mieszkanie w Chicago było bajeczne. Wyobrażam sobie, jak musi wyglądać, kiedy są w nim ludzie!
    – Kiedyś… tak, cieszę się, że ci się podobało. Dawno temu przeżyłem w nim wiele miłych chwil – głos Simpsona zmiękł, lecz po chwili przybrał zwykły oficjalny ton. – A zatem jedziesz?
    – Tak. I od razu wracam.
    Stęskniła się już za SoHo. Nie widziała Marka od tak dawna! Będzie wykończona. Diabli nadali to dzisiejsze przyjęcie! Juliana Watson-Smyth i Hunter Forbishe ogłaszali swoje zaręczyny – jak gdyby ktokolwiek jeszcze o nich nie słyszał. Para najbogatszych kretynów w mieście, a na domiar złego Hunter był jej kuzynem w trzecim pokoleniu. Zapowiadała się koszmarna nuda, całe szczęście chociaż, że w przyzwoitym lokalu. Keshia zawsze lubiła „El Morocco”.
    Bal miał się odbyć pod hasłem „czerń i biel”. Powinna iść ze swoim kumplem George’em, murzyńskim tancerzem z SoHo – o, to byłoby coś! Albo z Lucasem Johnsem, który tak jak ona miał kruczoczarne włosy i mlecznobiałą skórę. Wolne żarty, pomyślała. Dałoby to pismakom temat na rok z góry. Musiał jej wystarczyć Whitney, choć w duchu uznała, iż to wielka szkoda. Luke wprowadziłby tam pewien ożywczy powiew – ożywczy i gorszący. Zaśmiała się na głos, zanurzając się w wannie. Zadzwoni do niego, najpierw jednak musi się ubrać, a toaleta przed taką okazją zajmuje wiele czasu. Już dawno zdecydowała się, co włoży: koronkową suknię z olbrzymim dekoltem, odrobinę w stylu empire, do tego pelerynkę z czarnej mory i onyksowy komplet biżuterii, kunsztownie wysadzany brylantami, który kupiła sobie na zeszłą gwiazdkę. Ukończywszy dwadzieścia dziewięć lat przestała czekać na mężczyznę, który obsypie ją klejnotami. Zaczęła się w nie zaopatrywać sama.
    – Proszę mnie połączyć z panem Lucasem Johnsem. – Po chwili usłyszała w słuchawce znajomy głos. – Lucas?
    Tu Ka… Kate – omal nie przedstawiła się prawdziwym imieniem.
    – Nie wiedziałem, że się jąkasz. Keshia wybuchnęła śmiechem.
    – Nie, to z pośpiechu. Dzwonił do mnie Jack Simpson. Będę jutro w Waszyngtonie. Dlaczego od razu nie mówiłeś, że powinnam być na tej konferencji?
    – Tak nagle zniknęłaś… – Luke uśmiechnął się pod nosem. – Sądzę, że będzie to niezłe uzupełnienie tego, o czym mówiliśmy. Chcesz, żebym wyszedł po ciebie na lotnisko?
    – Nie, dam sobie radę. Powiedz mi tylko, gdzie cię szukać? – Zapisała adres, zerkając na swoje odbicie w lustrze, i nagle zaczęła się śmiać jak szalona.
    – Co cię tak śmieszy?
    – Och, nic takiego – wykrztusiła. – Po prostu jestem przezabawnie ubrana.
    – Brzmi to dość enigmatycznie. Nie wiem, czy masz na myśli peniuar wysadzany sztucznymi brylantami czy skórzane buty do połowy uda i pejcz.
    – Coś pośredniego. Do zobaczenia jutro. – Keshia stłumiła kolejny wybuch śmiechu i odłożyła słuchawkę w chwili, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Whitney – elegancki i wyświeżony jak zwykle. Czarnobiały strój nie sprawił mu kłopotu. Miał na sobie smoking i jedną z koszul, które co kwartał zamawiał w Paryżu.
    – Ślicznie wyglądasz. Gdzie byłaś przez cały dzień?
    – Cmoknął ją w policzek suchymi wargami, po czym ujął za ręce i obejrzał. – Nowa kreacja? Chyba jeszcze cię w niej nie widziałem.
    – Prawdopodobnie, bo rzadko ją noszę. A dzisiejszy dzień spędziłam z Edwardem. Układałam nowy testament – oświadczyła sięgając po torebkę.
    Kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa. Jeszcze nigdy dotąd tak jej nie doskwierały. Wychodząc do holu zdała sobie sprawę, że będzie coraz gorzej. Karmi fałszem wszystkich dookoła – teraz nawet i Luke’a. Zmarszczyła brwi na wspomnienie wyrazu jego twarzy, kiedy pytał ją, czy pisze dla zabawy. Oczywiście nie miał zamiaru jej oskarżać, przemawiała przez niego ciekawość. A tymczasem dziennikarstwo było jej prawdziwą pasją… Choć jakim cudem cokolwiek mogło być prawdziwe, skoro na każdym kroku spowijała to w kłamstwo?
    – Idziemy, kochanie? – wyrwał ją z zamyślenia głos Whita. Już od dłuższej chwili patrzyła przez niego na wylot widząc oczy, słysząc głos tamtego.
    – Przepraszam cię, kochany. Chyba jestem zmęczona – uścisnęła lekko jego ramię, gdy prowadził ją do czekającej przed wejściem limuzyny.

    Jeszcze przed północą kompletnie się zaprawiła.
    – Chryste, jesteś pewna, że utrzymasz się na nogach?
    – zapytała z niepokojem Marina patrząc, jak Keshia szamoce się podciągając pończochy w wykwintnej damskiej toalecie w „El Morocco”.
    – Potrafię przecież chodzić! – Keshia zatoczyła się ryzykownie i znów wy buchnęła śmiechem.
    – Co ci się stało?
    – Jestem niedopieszczona… to znaczy, niedożywiona… ojej, zjadłam trochę za skąpe śniadanie! – Przed odlotem nie miała czasu na solidny lunch, a potem oczywiście zapomniała o kolacji.
    – Keshia, jesteś stuknięta. Napijesz się kawy?
    – Herbaty. A może kawy… Nie! Szampaaana! – przeciągnęła słowo tak zabawnie, że Marina też się roześmiała.
    – No, ty przynajmniej upiłaś się na wesoło. Mia Hargreaves też już ma dosyć i przed chwilą nazwała Vanessę Billingsley cholerną dziwką – Marina z westchnieniem zapaliła papierosa.
    Keshia zachichotała, usiłując się skupić. Vanessa nazwała Mię… nie, to Mia nazwała Vanessę… tak czy owak, to prawdziwy gwóźdź do rubryki towarzyskiej. A co to słyszała wcześniej o rzekomej ciąży Patricii Morbang? Czy może kto inny jest w ciąży?
    – Strasznie trudno to wszystko spamiętać – wyznała. Marina spojrzała na nią z półuśmiechem i potrząsnęła głową.
    – Keshia, moja miła, jesteś ubzdryngolona. Zresztą kto nie jest? Już chyba świta.
    – Rany boskie, tak późno! Jeżeli świta, to ja koniecznie muszę wstać! Co za pieski los!
    Marina ponownie wybuchnęła śmiechem na widok Keshii rozciągniętej na białej wykładzinie. Wyglądała jak dziecko w podkasanej koszuli i błyszczących klejnotach pożyczonych od matki, aby zabić czymś nudę deszczowego dnia.
    – Whit będzie wściekły, jeśli mnie zobaczy.
    – Powiedz mu, że to grypa. Wątpię, czy biedak zorientuje się w różnicy. – Marina ze śmiechem pomogła Keshii wstać. – Naprawdę powinnaś już jechać do domu.
    – Wolałabym tańczyć. Wiesz, Whit bardzo ładnie tańczy!
    – Wcale mnie to nie dziwi – Marina spojrzała na nią przeciągle, ale Keshia była zanadto pijana, by wychwycić ukryte znaczenie tych słów.
    – Marino… – zadarła głowę, żeby spojrzeć na przyjaciółkę, wyglądając przez to jeszcze bardziej dziecinnie.
    – Co takiego, kotku?
    – Czy ty naprawdę kochasz Halperna?
    – Nie, skarbie. Kocham komfort psychiczny, jaki on mi daje. Mam już dość szarpaniny, do jakiej byłam zmuszona, żeby utrzymać siebie i dzieci. Jeszcze pół roku i musiałabym sprzedać dom.
    – I nie kochasz go nawet troszeczkę?
    – Ani trochę. Ale za to bardzo go lubię – mina Mariny była zarazem cyniczna i rozbawiona.
    – Może kochasz kogoś innego? W tajemnicy? Naprawdę nikogo?
    – A ty, Keshia? O, na przykład: czy ty kochasz Whita?
    – Naturalnie, że nie. – W głowie Keshii zabrzęczał dzwonek alarmowy. Była stanowczo zbyt wylewna.
    – W takim razie kogo?
    – Ciebie, Marino. Bardzo, bardzo, bardzo cię kocham! – Keshia z rozmachem uwiesiła jej się na szyi.
    Marina delikatnie uwolniła się z objęć i zaczęła ją prowadzić do wyjścia.
    – Keshia, słoneczko, może nie kochasz Whita, ale na twoim miejscu kazałabym mu odwieźć się do domu. Zdaje się, że masz dość.
    Whit czekał już pod drzwiami. Zauważył złowieszczy chybot Keshii, gdy pół godziny wcześniej opuszczała salę.
    – Dobrze się czujesz?
    – Cudownie! – wykrzyknęła Keshia. Whit i Marina wymienili znaczące spojrzenia, a Whit zmrużył jedno oko.
    – No, wyglądasz w każdym razie wspaniale. Przepraszam cię, kochanie, ale jestem już śmiertelnie zmęczony. Może zakończymy tę upojną noc?
    – Nie, nie! Ja chcę tańczyć! Rozpocznijmy lepiej upojny poranek! – Nie wiedzieć dlaczego wszystko wydawało się Keshii szalenie zabawne.
    – Zbieraj pupę w troki – wtrąciła Marina – bo inaczej jutro przeczytasz w rubryce Hallama: „Keshia Saint Martin, pijana jak prosię, opuściła wczoraj «E1 Morocco» w objęciach…”
    Keshia ryknęła śmiechem.
    – O, mnie to na pewno nie grozi! – oświadczyła, czując spływającą po policzku łzę.
    – Nie? To może przytrafić się każdemu.
    – Ale nie mnie. On… on mnie bardzo lubi.
    – Podobnie jak Pan Jezus – skwitowała Marina, poklepała ją po ramieniu i wróciła do towarzystwa, Whitney zaś zaczął holować Keshię w stronę wyjścia, niosąc jej pelerynkę i torebkę z błyszczących paciorków.
    – To moja wina, kochanie. Powinienem był najpierw zabrać cię na obiad.
    – Nie byłeś w stanie.
    – Owszem. Wyszedłem nawet wcześniej z biura, żeby zagrać w squasha w Racquet Club.
    – Ale ja byłam w Chicago. Whit wzniósł oczy do nieba.
    – Oczywiście, kochanie. Jasne. Byłaś w Chicago – mruknął, otulając ją pelerynką.
    Keshia pieszczotliwie pogłaskała go po policzku i spojrzała na niego dziwnie.
    – Biedny Whit…
    Nie zwrócił na nią uwagi. Zanadto pochłaniały go problemy techniczne związane z zapakowaniem jej do samochodu.

    Zostawił ją w salonie, obróciwszy nosem w kierunku sypialni. Miał nadzieję, że dotrze do łóżka bez pomocy.
    – Przyjemnych snów, mademoiselle. Jutro się odezwę.
    – Tylko nie za wcześnie! – Keshia nagle przypomniała sobie, że następny dzień spędzi w Waszyngtonie. Z potwornym kacem.
    – Ja myślę! Nie odważyłbym się dzwonić przed trzecią.
    – Lepiej przed północą – zachichotała w stronę zamykających się za nim drzwi, po czym opadła na błękitny aksamitny fotel. Była pijana. Beznadziejnie, totalnie, cudownie urżnięta. A wszystko przez całkiem obcego faceta imieniem Lucas. Faceta, z którym wkrótce miała się zobaczyć.

ROZDZIAŁ 10

    Druk był rozmazany, a rysy niewyraźne, była to jednak bez wątpienia Kate. Trudno było ją pomylić z kimkolwiek. Szlachetnie urodzona Keshia Saint Martin, dziedziczka kilku fortun – w stali, ropie i tak dalej – w biało-czarnej kreacji od Givenchy’ego i bajkowych klejnotach godnych skarbca Ali Baby. Nic dziwnego, że określiła swój strój jako „przezabawny”. Luke też tak uważał. Ale wyglądała w nim pięknie, nawet na tym kiepskim zdjęciu. Uprzytomnił sobie, że widywał już jej fotografie, choć dopiero teraz zwrócił na nie baczniejszą uwagę. Jakże dziwne musi być jej życie, pomyślał.
    Wyczuł zamęt panujący pod warstwą pozy i perfekcji. Ptaszek w złoconej klatce powoli się dusił. Luke widział to wyraźnie, zastanawiał się tylko, czy ona o tym wie. Pragnął ją obudzić, zanim będzie za późno.
    Zamiast tego czekało go mnóstwo pracy i nadal musiał odgrywać swoją rolę. Tylko Keshia miała prawo zakończyć maskaradę pod tytułem „K. S. Miller”. On jedynie mógł stworzyć jej kolejną szansę. Którą? Ile nowych pretekstów może jej wymyślić? Ile zebrań? Miast?… Wiedział, że musi ją mieć, obojętne, ile czasu mu to zajmie. I dlatego całe przedsięwzięcie wydawało mu się jeszcze bardziej szalone.
    Keshia po przyjeździe zastała go w biurze, w otoczeniu nieznajomych ludzi. Telefony dzwoniły, podniesione głosy krzyżowały się w powietrzu gęstym od tytoniowego dymu. Luke pomachał jej ręką i więcej na nią nie spojrzał. Konferencję prasową przełożono na drugą: wszędzie panował nieopisany chaos. O szóstej znalazła wreszcie wolne krzesło, wepchnęła notatnik do torebki i z wdzięcznością przyjęła od kogoś pół kanapki z szynką. Co za dzień! Do tego ból głowy nasilał się z godziny na godzinę. Telefony, ludzie, liczby, fotografie; nadmiar ruchu, napięcia, emocji. Za wiele tego wszystkiego. Zastanawiała się, jak on to znosi na co dzień, z kacem czy też bez.
    – Nie masz ochoty się stąd ulotnić?
    – To najlepsza propozycja, jaką usłyszałam od ran – uśmiechnęła się do niego i po raz pierwszy od kilku godzi twarz Johnsa złagodniała.
    – Chodź, postawię ci przyzwoity obiad.
    – Powinnam już jechać na lotnisko.
    – Później. Musisz trochę odpocząć. Wyglądasz jak wy ciągnięta spod kół ciężarówki.
    Tak też się czuła. Znużona, zmięta, rozstrojona. Lucas ni wyglądał o wiele lepiej. Był szary ze zmęczenia i prze większość dnia mars nie schodził mu z czoła. Palił papierosa papierosem, a zmierzwione włosy opadały mu na czoło.
    Miał jednak słuszność. Dzisiejszy dzień w niczym ni przypominał dwóch spotkań w Chicago. Był namiętny, gorączkowy, pośpieszny. Stanowił istotę działalności Luke’a, je sól, jak to określał. Tu było więcej pasji, a mniej uprzejmości i dlatego wszystko zdawało się o wiele bardziej realne. T” Luke sprawował całkowitą władzę, windował się na piedestał W jego zachowaniu była jakaś zaciekłość, którą Keshia w Chi cago zaledwie mogła przeczuć. Powietrze było naładowane energią, jaką z siebie emanował, twardym słowom towarzyszyły szorstkie gesty. Kiedy jednak wychodząc spojrzał na nią, zmarszczki na jego czole wygładziły się nieco.
    – Wyglądasz na zmęczoną, Kate. Masz dość? – w jego głosie zabrzmiała szczera troska.
    – Nic nie szkodzi. Cieszę się, że tu przyjechałam.
    – Ja też się cieszę. – Szli długim, zatłoczonym korytarzem, mijając ludzi wychodzących z pracy. – Znam spokojne miejsce, gdzie moglibyśmy zjeść. Masz tyle czasu?
    Z jego tonu wywnioskowała, że mu na tym zależy.
    – Naturalnie. Bardzo chętnie.
    Po co się spieszyć? Dokąd? Do Whitneya… czy Marka? Nawet on wydał jej się mniej ważny. Wyszli na ulicę i Johns ujął ją pod rękę.
    – Co właściwie robiłaś wczoraj wieczorem? – spytał, zastanawiając się w duchu, czy mu powie.
    – Prawdę mówiąc, upiłam się. Po raz pierwszy od wielu lat – dodała, walcząc z chęcią, by powiedzieć mu wszystko.
    – Upiłaś się? – zerknął na nią z rozbawieniem. Upiła się w koronkowej sukni kapiącej od brylantów. Ciekawe, co na to ten fagas, który jej towarzyszył. Upiła się szampanem, jakżeby inaczej! Tylko tak można upić się z klasą.
    Szli szybko, prawie nic nie mówiąc. Po chwili Keshia spojrzała na niego w zadumie.
    – Naprawdę ci zależy na reformie więzień – bąknęła. Skinął poważnie głową.
    – A co, nie było tego po mnie widać?
    – Owszem. Po prostu trochę mnie zdumiewa, jak wiele z siebie dajesz. Mnóstwo energii skupionej w jednym punkcie.
    – Dla mnie ten punkt jest kluczowy.
    – Na pewno. Czy jednak nie podejmujesz zbytniego ryzyka, działając tak otwarcie? Za mniejsze rzeczy cofano już ludziom zwolnienia warunkowe.
    – Jeżeli nawet, cóż takiego stracę?
    – Wolność? Czyżby nie miała dla ciebie znaczenia? – Przypuszczała raczej, iż wolność cudem odzyskana staje się przez to tym droższa.
    – Nie rozumiesz. Nigdy nie przestałem być wolny, nawet za kratkami. Brzmi to pyszałkowato, ale nikt nie może odebrać człowiekowi wolności. Co najwyżej ograniczyć jego mobilność, to wszystko.
    – No dobrze, powiedzmy, że znowu spróbują ograniczyć twoją mobilność. Prowadzisz tak jawną działalność publiczną!… Przemówienia, książki, konferencje, wewnątrz więzienne związki zawodowe… Mam wrażenie, że stąpasz po cienkiej linie.
    – Wielu ludzi tak żyje, w więzieniach i nie tylko. Może nawet pani stąpa po cienkiej linie, szanowna panno Miller. Co z tego? Świetny ubaw, dopóki się nie spadnie.
    – Albo dopóki ktoś cię nie zepchnie.
    – Kobieto, wiem tylko, że system jest do chrzanu. Dlatego nie mogę milczeć. Gdybym nabrał wody w usta, straciłbym dla siebie cały szacunek. To aż tak proste. Nawet jeżeli w końcu za to zapłacę, będzie to skutek mojej własnej decyzji. Poza tym kalifornijski wydział penitencjarny nie pała do mnie szczególną tęsknotą. Zdaje się, że dałem im nieźle do wiwatu.
    – Naprawdę się nie boisz, że zamkną cię z powrotem?
    – To nie ma prawa się zdarzyć – rzekł nie patrząc na nią. – Lubisz włoską kuchnię, Kate?
    – Owszem. Nie jestem co prawda głodna, ale powinnam coś przegryźć, bo za chwilę padnę z wycieńczenia.
    – Polecam ci spaghetti. Chodź, jest taksówka – puścił się biegiem przez jezdnię, ciągnąc ją za rękę, szarmancko otworzył przed nią drzwi, po czym dołożył starań, by zmieścić się obok niej z tyłu. – Jezu! – westchnął – ktoś zaprojektował te wozy dla Pigmejów. I pomyśleć, że tobie jest całkiem wygodnie! Dziękuj Bogu, że stworzył cię karzełkiem – nachylił się do kierowcy, nie zważając na jej oburzony protest:
    – To, że ty jesteś przerośniętym wybrykiem natury, nie uprawnia cię jeszcze do wyżywania się na normalnych…
    – Dobrze, dobrze. Przecież nie powiedziałem, że mam coś przeciwko karlicom.
    Spojrzała na niego groźnie i fuknęła:
    – Powinnam dać panu w łeb, panie Johns, ale obawiam się, że mogłabym zrobić panu krzywdę.
    Ta wymiana zdań narzuciła ton wieczoru – lekki, żartobliwy, przyjacielski. Dopiero gdy po obiedzie podano im kawę, nastrój przybrał na powadze.
    – Lubię Waszyngton – stwierdził Luke. – Gdybym mieszkał w Nowym Jorku, bywałbym tu codziennie. A ty?
    – Przyjeżdżam tu czasami, przeważnie ze względów zawodowych, tak jak dziś. – Chętnie powiedziałaby mu prawdę o przyjęciach, inauguracjach, kolacjach w Białym Domu. Nie mogła jednak tak bardzo się odkryć. – A ciebie nie męczą te ciągłe podróże? – spytała, zmieniając temat. Ujrzała na jego twarzy przebłysk rozczarowania, który szybko zniknął. Znów była chłodną i opanowaną panną Saint Martin. Lucas miał wrażenie, że porwał się z motyką na słońce.
    – Nie. Przeprowadzki weszły mi w nawyk, a poza tym mam świadomość, że robię to dla słusznej sprawy. Co byś powiedziała na kieliszek koniaku?
    – Koniak? O Boże, nie dzisiaj! – Keshia skrzywiła się na wspomnienie bólu głowy, który przestał ją nękać przy obiedzie.
    – Aż tak dałaś sobie wczoraj w gaz?
    – Gorzej! – uśmiechnęła się znad filiżanki.
    – Coś podobnego! To znaczy, że świetnie się bawiłaś.
    – Wręcz przeciwnie. Było tak nudno, że musiałam się znieczulić, a poza tym miałam sporo do przemyślenia. Ostatnio wszystko trochę wymyka mi się z rąk.
    – I o czym tak rozmyślałaś?
    O panu, panie Johns… – uśmiechnęła się w duchu, głośno zaś powiedziała:
    – Czy mogę zwalić całą winę na ciebie i ten wywiad? – w jej oczach błysnęła najbardziej typowa damska kokieteria.
    – Jasne! Oskarżano mnie już o wiele gorsze rzeczy.
    Musiała się zatem „znieczulić”, żeby przetrwać to przyjęcie. Interesujące. Bardzo interesujące. Cóż, to znaczy, że nie jest zakochana w tym palancie.
    – Wiesz co, Kate? Polubiłem cię. Fajna z ciebie babka. – Luke rozparł się w krześle i z uśmiechem zajrzał jej głęboko w oczy.
    – Dziękuję za komplement. Mnie także rozmowy z tobą sprawiły dużą przyjemność. Czy mogę ci wyznać coś strasznego?
    – Co? Utopiłaś notatnik w toalecie i musimy zacząć wszystko od początku? Nie mam nic przeciwko temu.
    – Boże uchowaj! Nie, chciałam ci powiedzieć, że to był mój pierwszy wywiad. Całkiem nowe doświadczenie. Dotąd pisałam rzeczy bardziej ogólne. – Keshia zastanawiała się właśnie, czy wszyscy dziennikarze zakochują się w pierwszej osobie, z którą przeprowadzili wywiad. Byłoby to dość kłopotliwe, gdyby ową osobą okazała się tatuowana woltyżerka z cyrku.
    – Dlaczego nigdy nie robiłaś wywiadów? – Johns był zaintrygowany.
    – Bałam się.
    – Nonsens. Masz dobre pióro, a do tego wcale nie jesteś nieśmiała.
    – Owszem, jestem. Czasami. Ale ty potrafisz przełamywać lody.
    – Czy powinienem to zmienić? Keshia roześmiała się i potrząsnęła głową.
    – Nie, w żadnym razie. Wiele byś na tym stracił.
    – Skąd więc ten strach przed wywiadami?
    – To długa historia. Zanudziłbyś się na śmierć. A ty, Luke? Czy jest coś, czego się boisz?
    Niech to jasna cholera, pomyślał. Najwyraźniej nie zamierzała się poddać. Miał ochotę wstać i mocno nią potrząsnąć. Musiał jednak nadal robić dobrą minę do złej gry.
    – Czy to dalszy ciąg wywiadu? – zapytał. Zaprzeczyła ruchem głowy. – Boję się wielu rzeczy. Zwłaszcza samego strachu, to potwornie destrukcyjne uczucie. Może kosztować życie… zwykle cudze. Przeraża mnie marnotrawstwo, a szczególnie marnowanie szans, bo przecież czasu mamy tak niewiele. To już właściwie wszystko. Ach, tak, i kobiety. Kobiety napełniają mnie śmiertelną zgrozą.
    Przy ostatnim zdaniu w jego oczach znów pojawił się uśmiech i Keshia odetchnęła z ulgą. Przez moment miała wrażenie, że Johns trzyma ją na muszce odbezpieczonej broni, doszła jednak do wniosku, że to przewrażliwienie. Nie wiedział, że kłamie, inaczej byłby się już zdradził. Nie był typem intryganta, o to mogła się założyć.
    – Boisz się kobiet? – zaśmiała się.
    – Straszliwie! – Luke skulił się na krześle.
    – Akurat ci wierzę!
    – No dobra. Masz rację.
    Przeszli na inny temat i po chwili wyczuwalne napięcie zelżało. Keshia dała się w końcu namówić na kieliszek brandy, a potem na jeszcze jedną filiżankę kawy. Miała ochotę zostać tu z nim na zawsze.
    – Tutejsza atmosfera przypomina mi pewien lokal w SoHo – powiedziała. – Nazywa się „Przepiórka”. To zabawna knajpka, gdzie bywają poeci, artyści i zwykli mili ludzie – jej twarz rozjaśniła się niespodziewanie.
    – To zamknięty klub?
    Keshia parsknęła śmiechem na samą myśl.
    – Och, nie. Jest otwarty, nawet bardzo otwarty. Dlatego właśnie tam chodzę, kiedy mam ochotę się urwać.
    A zatem dama z wyższych sfer ma swoje kryjówki, myślał. Miejsca, gdzie nikt jej nie zna, gdzie…
    – Też lubię takie knajpki – rzucił od niechcenia, zapalając następnego papierosa. – Jak w ogóle spędzasz czas w Nowym Jorku?
    – Piszę. Spotykam się przyjaciółmi. Czasami chodzę na przyjęcia albo do teatru. Trochę podróżuję. Ale głównie piszę. Znam sporo artystów z SoHo i czasami włóczę się z nimi po mieście… to zależy, w jakim jestem nastroju.
    – Nie jesteś mężatką, prawda?
    – Nie – energicznie potrząsnęła głową, jak gdyby chciała to potwierdzić ponad wszelką wątpliwość.
    – Tak właśnie myślałem.
    – Dlaczego?
    – Ponieważ jesteś ostrożna w taki sposób, jakbyś sama musiała się o siebie troszczyć. Zastanawiasz się, zanim coś powiesz lub zrobisz. Większość zamężnych kobiet jest przyzwyczajona, że kto inny za nie myśli i podejmuje decyzje, i to się da zauważyć. Jak ci się podoba ta antyfeministyczna teza?
    – Niezła. I do tego wnikliwa. Skłonna jestem uznać, że masz rację.
    – Świetnie. Teraz ja zadam ci kilka pytań – Luke bawił się coraz lepiej. – Zaręczona?
    – Nie. Nawet nie zakochana. Mam dziewiczą duszę.
    – Jestem pod wrażeniem. Gdybym miał kapelusz, niechybnie bym go zdjął – zachichotał. – Nie jestem tylko pewien, czy mogę ci wierzyć. Chcesz powiedzieć, że nie masz nikogo na stałe?
    „A ten dupek z gazety?” – miał ochotę dodać.
    – Nie.
    – I ja mam uwierzyć, że to prawda? Podniosła na niego urażone spojrzenie.
    – To prawda. Jest ktoś, kogo lubię i… odwiedzam, kiedy nam czas.
    – Żonaty?
    – Nie. Po prostu żyje w innym świecie niż ja.
    – W SoHo? – Lucas błyskawicznie kojarzył.
    – Tak, w SoHo.
    – Szczęściarz – głos Luke’a był dziwnie cichy.
    – Nie, to nie to. Czasami nawet sobie wyobrażam, że go kocham, ale tak nie jest. Nasz układ nigdy nie stanie się czymś serio. Z wielu powodów.
    – Na przykład jakich?
    – Różnimy się krańcowo, i tyle. Mamy różne cele, różne poglądy. On jest ode mnie dużo młodszy, ale nie to jest ważne. Chodzi o to, że zmierza w zupełnie innym kierunku.
    – Czy odmienność jest przeszkodą?
    – Nie zawsze, ale też są różne rodzaje odmienności. W tym wypadku środowiska, zainteresowania… Po prostu różnimy się za bardzo, co nie zmienia faktu, że Mark to przesympatyczny facet. A co z tobą? Masz kogoś „na stałe”?
    – Nie. Kilka dobrych kumpelek tu i tam. Prowadzę zbyt ruchliwy tryb życia. Wszystkie siły poświęcam swojej działalności, a nie takim czy innym związkom. Już od dawna nie chce mi się nawet próbować. Chyba w moim życiu czas na miłość minął. Poza tym człowiek, który babrze się w gównie, zwykle za to płaci. Nie można mieć wszystkiego. Czasem trzeba dokonać wyboru. – Luke był na swój sposób idealistą, jego sprawa była dlań najważniejsza. – Spotykam za to naprawdę równych ludzi, z którymi da się szczerze pogadać. To wiele dla mnie znaczy.
    – Dla mnie też. Ludzie, z którymi można porozmawiać na tematy głębsze, stanowią rzadkość. – Do takich właśnie zaliczyła w duchu Luke’a.
    – Święta prawda. A propos: chętnie się z tobą spotkam w Nowym Jorku. Zabrałabyś mnie do „Przepiórki”…
    Keshia uśmiechnęła się: ona też miała ochotę na ponowne spotkanie. Czuła, że właśnie zawarła nową przyjaźń. Nie do wiary, jak dalece otwarła przed nim duszę, choć przecież zamierzała trzymać go na dystans. Niestety, Luke’a nie sposób było utrzymać na dystans. Był przez to niebezpieczny i Keshia w duchu robiła sobie wyrzuty.
    – Bardzo mi będzie miło, jeśli kiedyś znów się zobaczymy – rozmyślnie zaakcentowała słowo „kiedyś”.
    – Daj mi swój numer – Luke wyjął pióro i jakąś kopertę. Postawił ją przed faktem dokonanym, aby nie miała czasu się wycofać. Keshia zdała sobie sprawę, że zapędził ją do narożnika. Wzięła od niego pióro i zapisała swój numer telefonu, bez adresu. Ostatecznie to nic złego, że do mnie zadzwoni, uspokajała się w myśli.
    Luke wetknął kopertę do kieszeni, zapłacił rachunek i podał jej żakiet.
    – Mogę cię odwieźć na lotnisko, Kate? – spytał. Keshia bardzo powoli zapinała guziki. Kiedy w końcu podniosła wzrok, zauważył w nim onieśmielenie.
    – Nie chciałabym robić ci kłopotu – bąknęła.
    – To nie kłopot, a czysta przyjemność.
    – To bardzo uprzejme z twojej strony.
    – Nie cuduj. Już mówiłem, że fajna z ciebie babka.
    Odwróciła się, aby mu pomachać, i zanim zniknęła, impulsywnie przesłała w powietrzu całusa. Rozpierała ją radość, która w dziwny sposób nierozerwalnie wiązała się z Lucasem.
    W samolocie od razu przeszła do przodu, usadowiła się wygodnie i zapaliła lampkę nad fotelem, przyjmując od stewardesy plik nowojorskich i waszyngtońskich gazet. Fotel obok był pusty. Było to ostatnie połączenie z Nowym Jorkiem; zanim wylądują, minie pierwsza. Keshii to nie przeszkadzało, nie miała żadnych konkretnych planów na jutro – poza opracowaniem artykułu o Johnsie. Wcześniej planowała wybrać się do SoHo, ale teraz nie czuła się w nastroju. Wolała zostać sama.
    Ogarnął ją łagodny smutek, nie znane dotąd, gorzko-słodkie uczucie, że otarła się o kogoś, kto poszedł swoją drogą. Wiedziała, że nie spotka już Lucasa Johnsa. Jeśli nawet kiedyś zawita do Nowego Jorku, ona pewnie będzie w Zermatcie lub Marbelli. Johns miał dość zajęcia na następne sto lat: musiał walczyć o związki, współwięźniów i moratoria, i… ach, te jego oczy!…
    Trudno jej było wyobrazić go sobie w roli więźnia, brutalnego mężczyzny za pomocą nieczystych chwytów walczącego o przetrwanie na więziennym dziedzińcu. Ona poznała kogoś zupełnie innego, dobrego i łagodnego, człowieka, którego twarz prześladowała ją przez całą drogę. Odszedł, zniknął z jej życia na zawsze, mogła więc sobie pozwolić na luksus żalu… choćby tylko tego wieczoru.
    Lot trwał krótko i Keshia niechętnie podniosła się z miejsca. Przedarła się przez terminal do postoju taksówek. Nawet o tej porze na lotnisku La Guardia panował ruch i gwar – tak wielki, iż nie spostrzegła, że idzie za nią wysoki ciemnowłosy mężczyzna. Był nieomal tuż za nią, gdy wsiadła do taksówki. Potem odwrócił się i spojrzał na zegarek. Miał czas. Co najmniej pół godziny, nim Keshia dotrze do domu.
    A wtedy do niej zadzwoni.

ROZDZIAŁ 11

    – Halo?
    – Cześć, Kate.
    Poczuła, jak ogarnia ją fala ciepła.
    – Cześć, Luke – głos miała schrypnięty i znać było w nim znużenie. – Jak to miło, że dzwonisz.
    – Dojechałaś bez przeszkód?
    – Tak, lot był spokojny. Miałam zamiar poczytać, ale mi się nie chciało.
    Omal nie powiedział: „Wiem”. Ugryzł się w język i pohamował śmiech.
    – Jakie ma pani plany na dzisiejszy wieczór, droga panno Miller? – zagadnął kpiarsko.
    – Nic ciekawego. Gorąca kąpiel i hyc do łóżka.
    – Może dałaby się pani namówić na drinka u P. J. Clarke’a?
    – Kawał drogi z Waszyngtonu, nie sądzisz? Czyżbyś się wybierał na tak długą przechadzkę?
    – Gdybym się uparł… Tak się jednak składa, że dzwonię z lotniska.
    – Żartowniś. Nie ma już dziś lotów do Nowego Jorku.
    – Wiem. Leciałaś ostatnim. Ja też.
    – Co?! – wreszcie dotarło do niej. – Ty bestio! W ogóle cię nie zauważyłam.
    – Starałem się. Omal nie skręciłem sobie karku, chowając się za oparciem fotela.
    – Jesteś niesamowity – roześmiała się, wtulając się głębiej w fotel. – Co za wariacki pomysł!
    – Dlaczego zaraz wariacki? Jutro mam wolny dzień, który i tak zamierzałem poświęcić na przyjemne rozrywki. Poza tym żal mi się było z tobą rozstawać.
    – Dziwne, ale mnie również.
    – Skoro jednak oboje jesteśmy z grubsza w tym samym miejscu, nie ma powodów do żalu, prawda? Co robimy? Nie znam zbyt dobrze Nowego Jorku.
    Keshia zaśmiała się i potrząsnęła głową.
    – Luke, jest wpół do drugiej w nocy. Osobliwa pora na rozrywki.
    – W Nowym Jorku? Żartujesz.
    Nie miał zamiaru dać się zbyć tak łatwo.
    – Nawet w Nowym Jorku. No dobrze: spotkamy się za pół godziny u Clarke’a. Zanim tam dotrzesz, zdążę się przynajmniej pobieżnie opłukać i przebrać. Wiesz, ty naprawdę jesteś nienormalny.
    – Czy to komplement?
    – Być może – uśmiechnęła się do słuchawki.
    – Świetnie. Zatem do zobaczenia.
    Lucas z zadowoleniem odłożył słuchawkę. A jednak to był dobry pomysł. Choćby miał tylko trzymać ją za rękę, i tak będzie to najpiękniejsza noc jego życia. Keshia Saint Martin. Intrygowała go. Nie przypominała osoby, jaką w jego mniemaniu powinna być dama z wyższych sfer. Nie była wyniosła ani obcesowa, lecz ciepła, delikatna i samotna jak diabli. Wyczytał to w jej oczach.
    Pół godziny później pojawiła się w drzwiach baru P. J. Clarke’a. Miała na sobie dżinsy, i to nie szyte na miarę, a najzwyklejsze levisy. Czarne lśniące włosy splotła w dwa warkocze, dzięki czemu wyglądała jeszcze młodziej niż zwykle.
    Bar był zatłoczony, światła zbyt jaskrawe, na podłodze leżała gruba warstwa trocin, a grająca szafa grzmiała pod niebiosa. Lubił takie miejsca. Siedział nad kuflem piwa, gdy do niego podeszła.
    – Ależ jesteś podstępny! – syknęła, nim zdążył się odezwać. – Jeszcze nikt nie wsiadł za mną do samolotu! Czuję się zaszczycona.
    Nie było to do końca prawdą, lecz śmiech miała szczery. Zamówiła Pimm’s Cup i następne pół godziny spędzili przy barze. Keshia co chwilę zerkała w stronę drzwi. Zawsze istniało ryzyko, że ktoś znajomy wpadnie tu po drodze z „Le Club” lub „El Morocco”. Obraz Kate Miller nie oparłby się takiej próbie.
    – Czekasz na kogoś czy jesteś aż tak nerwowa?
    – Nic z tych rzeczy – potrząsnęła głową. – Oszołomiona, to owszem. W kilka godzin po tym, jak zjedliśmy obiad w Waszyngtonie i powiedzieliśmy sobie grzecznie „do widzenia”, ty zjawiasz się w Nowym Jorku. Przeżyłam lekki szok.
    Przyjemny szok, stwierdziła w duchu.
    – Zbyt wielki szok, Kate? – Być może posuwał się za daleko, lecz nie wyglądała na rozgniewaną.
    – Nie – powiedziała ostrożnie. – Co zrobimy z tak mile rozpoczętym wieczorem?
    – Masz ochotę na spacer?
    – Zabawne, jeszcze w samolocie myślałam o tym, żeby przejść się wzdłuż East River. Czasem sobie funduję takie nocne wędrówki. Człowiek może wtedy bez przeszkód porozmyślać.
    – I dać się zabić. Naprawdę chcesz do tego doprowadzić?
    – Zdenerwowała go myśl, że mogłaby bez ochrony włóczyć się nad rzeką.
    – Nie przesadzaj, Luke. Nie powinieneś bezkrytycznie wierzyć we wszystkie mity, które krążą na temat tego miasta. Jest tak samo groźne i tak samo bezpieczne jak wiele innych.
    Luke jednak nachmurzył się i w milczeniu dopił piwo.
    Wyruszyli powoli Trzecią Aleją, mijając oświetlone restauracje i bary, przecięli prawie pustą Pięćdziesiątą Siódmą, którą w ciągu dnia toczyły się lawiny samochodów. Nowy Jork nie przypominał innych miast, zwłaszcza miast amerykańskich. Pęd do nocnego życia upodabniał go trochę do gigantycznego Rzymu, tyle że ów Rzym Nowego Świata był większy, okrutniejszy i o wiele mniej sentymentalny. Ogrzewał go inny romantyzm, inny ogień. Przywodził na myśl czynny wulkan czekający okazji do wybuchu. Wędrując po ulicach oboje czuli szybki puls miasta i na przekór niemu – coraz głębszy spokój. Mijali przechodniów, męskie prostytutki w obcisłych spodniach z francuskimi pudelkami w objęciach, kobiety w papilotach i pijanych mężczyzn zataczających się do taksówek. Życie nie zamierało tu ani na chwilę, niezależnie do pory doby.
    Na Pięćdziesiątej Ósmej skręcili na wschód; minęli pyszniący się dawną świetnością Sutton Palące, przycupnięty tuż nad rzeką. Keshia była ciekawa, czy spotkają Whitneya wychodzącego od kochanka – jeśli w ogóle opuszczał go przed świtem.
    – O czym myślisz, Kate? Widzę, że odpłynęłaś w świat marzeń.
    Podniosła głowę i uśmiechnęła się.
    – Właściwie masz rację. Myślałam o różnych ludziach… nic ważnego…
    Luke ujął ją za rękę. Spacerowali w milczeniu, dopóki Keshia nagle nie ocknęła się z zadumy.
    – Gdzie ty będziesz spał? Nie pomyślałeś o noclegu, prawda?
    – Coś wymyślę. Nie martw się, wiele razy zjawiałem się w różnych miastach w środku nocy – odparł z niewzruszoną miną.
    – Możesz przenocować u mnie na kanapie. Będzie trochę przykrótka, ale za to wygodna. Sama ją wypróbowałam.
    – Brzmi zachęcająco. – Brzmiało to bardziej niż zachęcająco, nie mógł jednak zdradzić, jak bardzo się cieszy. Szło mu lepiej, niż ośmielał się marzyć.
    Tak swobodnie Keshia nie czuła się od wielu lat. Nie szkodzi, jeśli Luke prześpi się na kanapie. Dowie się, gdzie mieszka? I co z tego? Nie mogła przecież ukrywać się bez końca – przed nim, przed sobą samą, przed obcymi i znajomymi. Ciągła czujność stawała się nie do zniesienia. Chciała zdjąć z ramion ten ciężar, przynajmniej na jedną noc. Luke był przyjacielem; wierzyła, że jej nie skrzywdzi.
    – Wracamy? – zapytała. Byli na rogu Siedemdziesiątej Drugiej i York Avenue.
    – Mieszkasz w pobliżu? – zdziwił się. Okolica reprezentowała całkiem średni standard i była po prostu brzydka.
    – Niedaleko. Parę przecznic w lewo, później parę w prawo i będziemy na miejscu.
    W miarę jak posuwali się na zachód Siedemdziesiątą Drugą, budynki robiły coraz lepsze wrażenie.
    – Zmęczona?
    – Pewnie tak, ale w ogóle tego nie odczuwam.
    – Jesteś wciąż otępiała po wczorajszym przepiciu? – zaśmiał się.
    – Cóż za obrzydliwa insynuacja! Tylko dlatego, że raz do roku zdarza mi się przeholować…
    – Na pewno nie częściej?
    – Oczywiście, że nie!
    Pociągnął ją za kosmyk włosów i przeszli przez opustoszałą jezdnię. W centrum wciąż panował ruch, lecz tu jak okiem sięgnąć nie było widać ani jednego samochodu. Po chwili dotarli do Park Avenue, pociętej schludnymi kwietnikami i żywopłotami.
    – Nie powiedziałbym, że mieszka pani w slumsach, panno Miller – odezwał się Lucas. Jeszcze przed chwilą obawiał się, że zaprowadzi go do cudzego mieszkania, by zataić przed nim swój adres. Dzięki Bogu, nie była aż tak zastraszona. – Musisz nieźle zarabiać na tych artykułach. – Spojrzał na nią kpiąco i oboje parsknęli śmiechem.
    – Nie narzekam – ucięła.
    A zatem miała zamiar grać do końca. Zdumiewało go to, a zarazem jej współczuł. Po co te sekrety? Podwójne życie nie mogło być dla niej łatwe. Być może nie spędzała w zwykłym świecie dość czasu, by stał się dla niej powodem rozterek. Lecz przecież było także SoHo, miejsce, dokąd jechała, gdy chciała się „urwać”. Od znajomych? Od siebie? Jej rodzice nie żyli. Od czego tak bardzo chciała się oderwać? Chyba nie od faceta, z którym była na zdjęciu w gazecie?
    Skręcili w wysadzaną drzewami aleję i Kate zatrzymała się przy drzwiach pierwszego domu. Markiza nad wejściem, portier, imponująca fasada.
    – To tutaj – nacisnęła dzwonek. Nocny portier pośpieszył otworzyć zamknięte na klucz drzwi. Ku jej uldze bąknął tylko: „Dobry wieczór” nie wymieniając jej nazwiska.
    Wprowadziła Luke’a do sterylnie czystego przedpokoju. W powietrzu unosił się zapach wosku do podłóg, na małym stoliku leżał równy stosik listów.
    – Napijesz się wina? – spytała.
    – Prędzej bym się spodziewał francuskiego szampana.
    Odwróciła się, spoglądając na niego badawczo.
    – To bardzo szykowna chałupa – wyjaśnił dobrodusznie. – Widać klasę.
    – Mogłabym ci powiedzieć, że to dom moich rodziców… ale nie chcę cię oszukiwać.
    – Starzy kupili ci to mieszkanie? Keshia uniosła brwi.
    – Jestem już na tyle duża, że sama potrafię zapewnić sobie lokum.
    – No cóż, powtarzam: widać nieźle ci się powodzi. Uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami. Nie miała zamiaru się tłumaczyć.
    – Prawdę mówiąc, wino jest okropne. Może wolałbyś piwo?
    – Owszem, a najlepiej filiżankę kawy.
    Keshia weszła do kuchni, by nastawić wodę. Po chwili doleciał ją od drzwi głos:
    – Masz tu lokatorkę?
    – Co? – nie słuchała go uważnie, w przeciwnym razie niechybnie by zbladła.
    – Pytam, czy masz współlokatorkę.
    – Nie, dlaczego? Z cukrem i śmietanką?
    – Czarną. Oprócz ciebie nikt tu nie mieszka?
    – Nie. Skąd ten pomysł?
    – Listy – wyjaśnił lakonicznie.
    Keshia zatrzymała się z czajnikiem w dłoni i spojrzała na niego.
    – Jakie listy?
    – Są adresowane do panny Keshii Saint Martin.
    O tym nie pomyślała. Oboje tkwili nieruchomo na swoich miejscach. Keshia miała wrażenie, że czas przestał płynąć.
    – Tak – powiedziała po chwili. – Wiem.
    – Ktoś znajomy?
    – Tak. Ja.
    Wraz z tym krótkim słowem z jej ramion spadł wielki ciężar.
    – Nie rozumiem.
    – To ja jestem Keshia Saint Martin – uśmiechnęła się blado, Luke natomiast próbował udać zaskoczenie. Gdyby znała go trochę lepiej, uśmiałaby się z jego miny.
    – Czy to znaczy, że nie nazywasz się Kate S. Miller?
    – Owszem, tak też się nazywam. Kiedy piszę.
    – Pseudonim literacki?
    – Jeden z wielu. Używam także nazwiska Martin Hallam.
    – Kolekcjonujesz nazwiska, skarbie? – powoli podszedł do niej.
    Keshia odstawiła czajnik na kuchenkę i odwróciła się do niego plecami. Widział tylko gąszcz czarnych włosów i pochylone kruche ramiona.
    – Nie tylko nazwiska – szepnęła. – Również tożsamości. Jestem lepsza niż Trójca Święta, Luke, występuję w czterech osobach. Właściwie, wliczając w to twoją „Kate”, jest ich pięć. K. S. Miller nigdy dotąd nie wymagała imienia. Wszystko to zakrawa na ciężką schizofrenię.
    – Czy tak? – stał tuż obok niej, ale nie odważył się wyciągnąć ręki. – Może byśmy usiedli i porozmawiali? – rzekł cicho.
    Keshia z wahaniem skinęła głową. Wiedziała, że musi w końcu z kimś pomówić, inaczej zwariuje. Luke i tak odkrył, że jest oszustką… Miała nadzieję, że spróbuje ją zrozumieć.
    – Dobrze – przeszła za nim do salonu i usiadła sztywno na jednym z matczynych aksamitnych foteli, wskazując mu miejsce na sofie.
    – Papierosa?
    – Chętnie.
    Podał jej ogień. Zaciągnęła się głęboko cygaretką bez filtra, usiłując zebrać myśli.
    – Wiem, że brzmi to jak majaczenie wariata – zaczęła.
    – Zresztą nigdy dotąd się z tego nie zwierzałam.
    – Więc skąd wiesz, jak to brzmi? – zapytał, nie spuszczając z niej oczu.
    – Bo to szaleństwo. Nie da się tak żyć. Wiem o tym z pierwszej ręki. „Moje sekretne życie” autorstwa Keshii Saint Martin – próbowała się roześmiać, lecz w zapadłej ciszy jej śmiech zabrzmiał nieszczerze.
    – Najwyższy czas zrzucić to wszystko z serca, a ja jestem akurat pod ręką. Siedzę tu, obok ciebie, i mam mnóstwo czasu, żeby cię wysłuchać. Też mi się wydaje, że życie, które jak się okazuje, prowadzisz, jest niezdrowe i szaleńcze. Skazałaś się na coś gorszego niż obłęd, Keshia – wymówił jej imię jakby ze zdziwieniem. – Na potworną samotność.
    – I tak jest.
    Keshia poczuła w gardle gorycz łez. Chciała mu powiedzieć o wszystkim: o K. S. Miller, Martinie Hallamie i Keshii Saint Martin. O pustce, bólu i brzydocie świata spowitego w złote draperie; brzydocie, której nie da się ukryć za piękną fasadą ani zamaskować obłokiem perfum… O trudnych do zniesienia zobowiązaniach, idiotycznych przyjęciach i nudnych mężczyznach. A także o triumfie, jakim stała się dla niej publikacja pierwszego poważnego artykułu, o radości, którą nie mogła podzielić się z nikim prócz podstarzałego prawnika i jeszcze starszego agenta. Chciała wreszcie odsłonić całe swoje życie, do tej chwili głęboko ukryte.
    – Nawet nie wiem, od czego zacząć – wyznała.
    – Powiedziałaś, że jest was pięć. Wybierz jedną i zacznij od początku.
    Dwie łzy spłynęły po policzkach Keshii. Luke nie mógł się już pohamować: wyciągnął rękę, a ona ją ujęła i siedzieli tak naprzeciw siebie, odgrodzeni stolikiem. Łzy powoli ciekły Keshii po twarzy.
    – Pierwsza to Keshia Saint Martin. Nazwisko, które widziałeś na kopertach. Sierota milionerka… czyż nie romantyczna postać? – uśmiechnęła się gorzko. – Moi rodzice zmarli, gdy miałam dziewięć lat. Zostawili mi mnóstwo pieniędzy i ogromny dom na rogu Park Avenue. Sprzedałam go później, żeby kupić to mieszkanie. Mam ciotkę, która jest żoną włoskiego księcia, ale wychował mnie nasz adwokat i guwernantka, Totie. Oczywiście prócz innych rzeczy rodzice zostawili mi też nazwisko. Nie jakieś tam nazwisko, lecz Nazwisko przez duże „n”. Jeszcze za ich życia, a także później, pieczołowicie wpajano mi, że nie jestem zwykłą śmiertelniczką. Jestem Keshią Saint Martin… Do diabła, Luke, nie czytasz gazet? – otarła łzy wierzchem dłoni i cofnęła rękę, by sięgnąć po chusteczkę.
    – Na miłość boską, co to takiego?
    – Co?
    – To, w co wycierasz nos.
    Keshia spojrzała na maleńki kwadracik fiołkowego muślinu obrzeżony popielatą koronką i parsknęła śmiechem.
    – Chusteczka do nosa. Nie widać?
    – Wygląda jak ornat dla Tomcia Palucha. Teraz wierzę, że jesteś milionerką!
    Keshia roześmiała się ponownie i poczuła się nieco lepiej.
    – Nawiązując do twojego pytania – podjął Luke – owszem, czytam gazety. Wolałbym jednak usłyszeć to od ciebie. Nie lubię zdawać się wyłącznie na prasę, gdy rzecz dotyczy ludzi, którzy są mi bliscy.
    Keshia zmieszała się. Bliscy? Ależ on jej w ogóle nie zna… Co prawda nie przeszkodziło mu to przylecieć tu za nią z Waszyngtonu. Teraz siedział przed nią i miał taką minę, jak gdyby to, co miała do powiedzenia, rzeczywiście było dla niego ważne.
    – No cóż – westchnęła – ilekroć wystawię nos za próg, zaraz robią mi zdjęcia.
    – Dziś to się nie zdarzyło – próbował jej uświadomić, że jest bardziej wolna, niż jej się zdaje.
    – Nie, nie mogło się zdarzyć. Po prostu miałam szczęście. Między innymi dlatego patrzyłam na drzwi. Poza tym bałam się, że może wejść ktoś znajomy i zwrócić się do mnie po imieniu.
    – Czy to naprawdę byłaby taka tragedia? Gdyby ktoś odkrył twoje incognito? Co z tego?
    – To, że byłoby mi głupio. Czułabym się…
    – Zagrożona? – dokończył za nią. Keshia odwróciła wzrok.
    – Być może – szepnęła.
    – Dlaczego, dziecino? Bałaś się, że mógłbym cię skrzywdzić? Wykorzystać to, że masz pieniądze, nazwisko? Dlaczego?
    – Nie, tylko… Czy ja wiem, możliwe. Wielu ludziom zależałoby na znajomości ze mną z tych właśnie względów.
    Nie, nie martwię się, że ty do nich należysz – spojrzała mu prosto w oczy, aby upewnić go, że mu ufa. – Nie w tym jednak rzecz. Keshia Saint Martin to nie tylko ja. To ktoś. Ktoś, od kogo wiele się wymaga. Kiedy miałam dwadzieścia lat, byłam uważana za najlepszą partię na rynku. Wiesz, to jak akcje Xeroxa. Mój nabywca mógł być pewien, że jego notowania pójdą w górę. – W jej oczach znów odmalował się ból. Lucas w milczeniu ujął ją za rękę. – Zresztą sława to nie wszystko. Jest jeszcze przeszłość, dobra i zła, moi dziadkowie, matka…
    – urwała. Przez moment zdawało się, iż zapomniała, o czym mówi.
    – Co z twoją matką? – głos Luke’a wyrwał ją z zadumy.
    – Och, takie tam… bzdury – głos Keshii zadrżał. Nie mogła się przełamać, by mówić dalej.
    – Właściwie dlaczego umarła tak wcześnie?
    – Moja matka… zapiła się na śmierć.
    – Rozumiem, że te „bzdury” jej także zatruły życie?
    – Luke odchylił się do tyłu i badawczo przyjrzał Keshii, która z wolna podniosła wzrok. Był w nim niezgłębiony smutek, a także strach.
    – Tak – rzekła cicho. – Zanim wyszła za ojca, była lady Lianę Holmes-Aubrey. Potem została panią Saint Martin. Nie wiem, co bardziej dało jej się we znaki, ale chyba to drugie. W Anglii przynajmniej znała reguły gry. Tu była traktowana ostrzej, bardziej bezpardonowo. Czuła się wystawiona na cel. W Anglii nie napadano jej na każdym kroku w taki sposób, jak robią to ze mną. Tyle że nie była aż tak bogata jak ja.
    – Ale była bogata?
    – Bardzo. Do tego blisko spokrewniona z królową. Zabawne, prawda? – Keshia skrzywiła się.
    – Czy ja wiem? Na razie wcale nie brzmi to zabawnie.
    – O, nie wiesz jeszcze wszystkiego. Ojciec był także niezmiernie bogaty i miał ogromną władzę. Ludzie darzyli go równie gorącą zazdrością, nienawiścią i czasami miłością. Prowadził oszalały tryb życia, mnóstwo podróżował, robił… no, różne rzeczy. A mama chyba czuła się samotna. Bez przerwy ją szpiegowano, mówiono o niej, pisano w gazetach. Kiedy szła na przyjęcie, wszyscy musieli wiedzieć, w co była ubrana. Pewnego razu pod nieobecność ojca zatańczyła na balu dobroczynnym ze starym przyjacielem. Gazety zrobiły z tego skandal. Czuła się coraz bardziej zaszczuta. Pod tym względem Amerykanie potrafią być brutalni. – Keshia zamilkła na chwilę.
    – Tylko Amerykanie?
    – Nie – potrząsnęła głową. – Każda prasa jest bezlitosna. Tyle że tu o wszystkim pisze się bez ogródek. Dziennikarze nie wiedzą, co to „poważanie”… zresztą może mama była po prostu zbyt wrażliwa. I zbyt samotna. Zawsze wyglądała, jakby do końca nie umiała zrozumieć, co się dokoła dzieje.
    – Opuściła męża? – Luke poczuł przypływ zainteresowania. Zaczynał szczerze współczuć tej delikatnej brytyjskiej arystokratce.
    – Nie. Zakochała się w moim nauczycielu francuskiego.
    – Chyba żartujesz? – Luke uśmiechnął się niepewnie.
    – Nie.
    – Pewnie był straszny smród?
    – Chyba tak. Na pewno tak, bo w końcu to ją zabiło.
    – Właśnie to?
    – Kto wie? To i wiele innych rzeczy. Ojciec dowiedział się o wszystkim i wyrzucił tego człowieka. Chyba dopiero wtedy dotarło do niej, co zrobiła. Uznała się za renegatkę i skazała na śmierć. Piła coraz więcej, jadła coraz mniej… aż w końcu dopięła swego.
    – Wiedziałaś o jej romansie?
    – Wtedy nie. Edward, mój opiekun, powiedział mi o tym później. Żeby się upewnić, iż „grzechy matki nie ożyją w córce”.
    – Dlaczego nazywasz ją renegatką? Bo zdradziła męża?
    – Nie, to można by jeszcze wybaczyć. Niewybaczalne było to, że zdradziła swoje dziedzictwo: przodków, klasę i wychowanie, oddając się „plebejuszowi”. – Keshia chciała się zaśmiać, ale głos jej się załamał.
    – Czy to grzech? – Luke miał osłupiałą minę.
    – To, mój drogi, jest grzechem śmiertelnym. „Nie będziesz barłożył w niższych sferach”, mówi przykazanie. Odnosi się to w każdym razie do kobiet. Sytuacja mężczyzn wygląda nieco inaczej.
    – Im wolno „barłożyć w niższych sferach”?
    – Oczywiście. Wielcy panowie od setek lat sypiają z pokojówkami. Pani domu natomiast nie wolno uwieść szofera.
    – Rozumiem.
    – To ładnie z twojej strony. Moja mama tego nie zrozumiała. Zrobiła zresztą coś o wiele gorszego. Zakochała się. Chciała nawet z nim uciec.
    – Jak, u licha, dowiedział się o tym jej mąż? Kazał ją śledzić?
    – Oczywiście, że nie. Niczego nie podejrzewał. Jean-Louis sam poszedł do ojca i opowiedział mu wszystko. Groził, że zrobi skandal. Żądał pięćdziesięciu tysięcy dolarów. W sumie niewiele. Ojciec dał mu dwadzieścia pięć i kazał go deportować.
    – I to powiedział ci twój opiekun? – Luke zmarszczył brwi.
    – Naturalnie. To ostrzeżenie, żebym zachowywała się jak należy.
    – Podziałało?
    – W pewnym sensie.
    – To znaczy?
    – To znaczy, że w pewien perwersyjny sposób zostałam fatalistką. Z mojej sytuacji nie ma wyjścia. Cokolwiek bym zrobiła, i tak z góry przegrałam. Myślę, że gdybym żyła w każdym calu tak, jak się tego ode mnie oczekuje, zapiłabym się z rozpaczy. Jak matka. Jeśli natomiast zdradzę moje „dziedzictwo”, koniec będzie taki sam. Zdrajczyni zdradzona, oddała serce byle łajdakowi, który szantażuje jej męża. Piękne, co?
    – Nie. Żałosne. Naprawdę wierzysz w te brednie o zdradzie?
    Keshia skinęła głową.
    – Nie mam wyboru. Takie historie widziałam na własne oczy. W mniejszej skali mnie też się to przydarzyło. Kiedy ludzie wiedzą, kim jesteś, przestajesz być dla nich człowiekiem. Stajesz się legendą, wyzwaniem, obiektem pożądania. Zrozumieć cię może jedynie ktoś ulepiony z tej samej gliny.
    – Chcesz powiedzieć, że ludzie z twojej sfery są w stanie cię zrozumieć?
    – Otóż w tym cały problem. Oni także nie. Mój przypadek jest beznadziejny. Nie mogę ścierpieć tego, co przeznaczył mi los, a równocześnie nie mogę mieć tego, co chcę… a choćbym i mogła, za bardzo się boję. I… och, do diabła, Luke, sama nie wiem – Keshia zgniotła w palcach pudełko zapałek.
    – A co się stało z twoim ojcem?
    – Zginął w wypadku. Nie, nie umarł z żalu za matką. Po jej śmierci miał jeszcze wiele kobiet. Zmienił się, zgorzkniał, mam wrażenie, że w nic już nie wierzył. Pił. Szarżował za kierownicą. Zginął. Prosta sprawa.
    – Przeciwnie: bardzo skomplikowana. Powiadasz mi, że „zdrada”, jak to określasz, twojego „dziedzictwa”, twego świata, prowadzi do alkoholizmu, załamania i śmierci. A do czego prowadzi przestrzeganie reguł? Jaka nagroda czeka uczciwego gracza, który nigdy nie „zdradza” swojej klasy? Co się z tobą stanie, jeśli będziesz tak żyć?
    – Umrę powoli, na raty – w cichym głosie Keshii brzmiała absolutna pewność.
    – Czy tak się już nie dzieje?
    – Chyba tak, krok po kroku. Wciąż jeszcze mam drobne odskocznie, które dają mi złudzenie wolności. Ratuje mnie pisanie.
    – Skradzione chwile. Dlaczego otwarcie nie sięgniesz po swoją wolność?
    – Nie bądź śmieszny, Luke. Jak?
    – Jakkolwiek zechcesz. Rób to, na co masz ochotę, ale rób to jawnie.
    – Nie mogę.
    – Dlaczego?
    – Edward. Prasa. Gdybym się choć trochę wychyliła, pisałyby o tym wszystkie gazety. A przez „wychylenie” rozumiem coś tak niewinnego, jak choćby randka z kimś „spoza sfery” – spojrzała na niego znacząco – znalezienie się w jakimś „niestosownym” miejscu, nie przemyślana wypowiedź, odrobinę zbyt śmiały ubiór…
    – No dobra, będziesz zatem miała złą prasę. Na litość boską, przecież niebo się z tego powodu nie zawali!
    – Ty nie rozumiesz, Luke. Zawali się.
    – Bo Edward podniesie krzyk? To co?
    – To, że będzie miał rację. A jeżeli… jeżeli… skończę jak…
    – Matka?
    Kiwnęła głową. Oczy miała pełne łez.
    – Nie ty, dziecino. Ty jesteś inna. Masz poczucie wolności, szersze horyzonty, jesteś silniejsza od niej i prawdopodobnie inteligentniejsza. A poza tym nawet gdybyś się zakochała w szoferze, lokaju czy na przykład we mnie? Czy to taki dramat?
    Keshia próbowała znaleźć właściwe słowa.
    – To specyficzny świat – rzekła w końcu – którym rządzą specyficzne zasady.
    – Podobnie jak pierdel – wtrącił cierpko Luke.
    – Masz na myśli więzienie? Skinął głową bez słowa.
    – Chyba coś w tym jest – zadumała się Keshia. – Niewidzialne więzienie o ścianach zbudowanych z zasad, hipokryzji, kłamstw i ograniczeń, którego cele wyściełane są uprzedzeniami i strachem, a wszystko razem wysadzane brylantami.
    Luke podniósł głowę i nagle się roześmiał.
    – Co cię tak śmieszy?
    – Nic poza tym, że dziewięćdziesiąt procent zwykłych zjadaczy chleba staje na głowie i chętnie dałoby się pokrajać, byle tylko się dostać do tego elitarnego światka, a sądząc z tego, co mówisz, nie byliby nim zachwyceni. W każdym razie nie bardzo.
    – Kto wie? Niektórym się to podoba.
    – A pozostali?
    – Część ginie – powiedziała cicho. – Reszta stara się z tym pogodzić. Na przykład Edward: akceptuje zasady, bo jest do tego zmuszony. To jedyna droga, jaką zna, choć jemu także zniszczyła życie.
    – Przecież mógł to zmienić! – rzekł z rozdrażnieniem Lucas, lecz Keshia potrząsnęła głową.
    – Nie mógł. Nie każdy może.
    – Nie każdy ma dość ikry?
    – Można to i tak nazwać. Niektórzy wolą pójść na dno wraz ze znajomym statkiem, niż utonąć wpław na nieznanych wodach.
    – Albo się uratować. Zawsze istnieje szansa, że znajdą szalupę albo fale wyrzucą ich na brzeg rajskiej wyspy. Czy nie byłaby to miła niespodzianka?
    Keshia jednak myślała o czym innym. Przymknęła oczy, głowę odchyliła na oparcie fotela. Minęło kilka minut, nim odezwała się ponownie, a kiedy to zrobiła, w jej głosie znać było znużenie. Nie była pewna, czy Luke ją zrozumie. Być może żaden autsajder nie był do tego zdolny.
    – Kiedy miałam dwadzieścia lat, chciałam sobie ułożyć życie po swojemu. Wystarałam się o posadę w „Timesie”. Przysięgłam Edwardowi, że temu podołam, nie okryję hańbą nazwiska i tym podobne bzdury. Wytrzymałam siedemnaście dni roboczych i omal nie trafiłam do szpitala dla nerwowo chorych. Stałam się celem dowcipów, wrogości, wścibstwa, zawiści i plugawych pomówień. Kiedy szłam do toalety, zastawałam w niej fotografów. Chyba zatrudnili mnie wyłącznie po to, żeby mieć się z kogo pośmiać. Próbowałam, Luke, naprawdę próbowałam, ale w żaden sposób nie mogłam tego zmienić. Nie byłam im potrzebna. Rajcowało ich tylko moje sławne nazwisko. Każdy chciał mi dokopać, żeby sprawdzić, czy też jestem człowiekiem. Później nigdy się tak nie odkryłam, ba, w ogóle nie wyszłam z konspiracji. Działam za zasłoną agentów, pseudonimów… Tak było do chwili, kiedy cię poznałam. Po raz pierwszy podjęłam ryzyko, że ktoś mnie rozpozna.
    – Dlaczego?
    – Może znów musiałam coś sobie udowodnić?… Mam opinię osoby, która bawi się do białego rana, a potem przez większość dnia smacznie chrapie.
    – A tak nie jest? – Luke nie zdołał powstrzymać uśmiechu.
    – No wiesz! – Keshia spojrzała na niego z urazą. – Urabiam sobie ręce po łokcie. Biorę każdy uczciwy temat, jaki ktokolwiek zechce mi zlecić, i zdobyłam już nazwisko w branży. Nie osiąga się tego śpiąc po całych dniach.
    – I to również jest „niewłaściwe”?
    – Oczywiście, że tak. Za mało szacowne. Zwłaszcza dla mnie. Powinnam wysiadywać u fryzjera i rozglądać się za mężem, a nie węszyć wokół więzień w Missisipi.
    – Albo kryminalistów z Chicago – w oczach Luke’a pojawił się cień smutku. Postawiła sprawę bardzo jasno.
    – Chodzi nie tyle o konkretny temat, co o sam fakt, że pracuję zawodowo.
    – Keshia, czy nie hołdujesz zbyt przestarzałym poglądom? Wielu ludzi z twojej sfery pracuje.
    – Nie w ten sposób. Nie naprawdę. Poza tym… jest jeszcze coś.
    – Tego się domyślałem. – Luke zapalił następnego papierosa. Zaskoczył go jej uśmiech.
    – Poza wszystkim innym naprawdę jestem zdrajczynią. Czytałeś kiedyś rubrykę towarzyską Martina Hallama? Ukazuje się we wkładce do wszystkich gazet związku, więc mogłeś się na nią natknąć.
    Luke skinął głową.
    – To ja ją piszę. Pierwszy kawałek ułożyłam dla żartu, ale pomysł chwycił i… – Keshia bezradnie rozłożyła ręce.
    – Naprawdę piszesz te zwariowane felietony? – Luke zaczął się śmiać. – I po chamsku donosisz na swoich znajomych?
    Keshia kiwnęła głową ze skruchą.
    – Od jakiegoś czasu zaczęło mnie to już nużyć.
    – A ja nie chciałem wierzyć w tę gadaninę o zdradzie! I nikt nie podejrzewa, że to ty?
    – Nikt, łącznie z redaktorem naczelnym, nie wie nawet, że pisze to kobieta. Wszystko przechodzi przez ręce mojego agenta, a na liście honorariów figuruje tylko K. S. Miller.
    – Moja droga, zadziwiasz mnie.
    – Czasem zadziwiam nawet sama siebie. – Po raz pierwszy od początku tej trudnej rozmowy Keshia zaśmiała się z całego serca.
    – No, z pewnością nie próżnujesz. Artykuły K. S. Miller, rubryka Hallama i całe to pokazowe życie… Że też nikt dotąd się nie połapał!
    – Osiągnięcie tego wcale nie było łatwe. Dlatego wpadłam w panikę na samą myśl o wywiadzie. Bałam się, że mogłeś gdzieś widzieć moje zdjęcie i rozpoznasz mnie, bynajmniej nie jako K. S. Miller. Wystarczyłaby jedna osoba w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze, a moja podróż miałaby katastrofalne skutki. Cały domek z kart zawaliłby mi się na głowę. A prawda jest taka, że dziennikarstwo to jedyne, co traktuję serio. Nie naraziłabym go dla niczego i nikogo.
    – Jednak się zdecydowałaś. Dlaczego?
    – Po trosze z ciekawości. Podobała mi się twoja książka. Agent dość mocno mnie naciskał. Oczywiście miał rację: nie mogę wciąż robić uników, jeśli zależy mi na poważnej karierze literackiej. Są okazje, z których grzechem byłoby nie skorzystać.
    – Sporo ryzykowałaś.
    – Owszem.
    – Nie żałujesz?
    – Nie. Jestem zadowolona. – Deklaracji tej towarzyszyło westchnienie.
    – Keshia, a gdybyś tak wypięła się na cały świat, zwłaszcza na twój świat? Mogłabyś przynajmniej ujawnić się jako K. S. Miller.
    – Wyobrażasz sobie, jaki byłby huk? Ludzie zaczęliby się domagać moich artykułów nie dlatego, że są dobre, a dlatego, że pisała je Keshia Saint Martin. Znalazłabym się z powrotem w tym samym miejscu, gdzie byłam osiem lat temu jako maskotka w „Timesie”. Ciotka na pewno dostałaby spazmów, Edward ataku serca, ja zaś czułabym się tak, jakbym osobiście skrzywdziła wszystkich swoich przodków.
    – Na litość boską, Keshia! Twoi przodkowie nie żyją, a w najlepszym razie stoją już nad grobem.
    – Tradycja nie umiera.
    – I dlatego musisz dźwigać ją na grzbiecie? Czy naprawdę ponosisz wyłączną odpowiedzialność za przyszłość świata? Czasy wiktoriańskie dawno już minęły, a ty chowasz pod korcem swoje własne życie. Trzask, prask i będzie po nim. Skoro jesteś dumna z tego, co robisz, ze swoich osiągnięć, dlaczego nie okażesz tego światu? Może po prostu jesteś zbyt wielkim tchórzem! – oczy Luke’a przewiercały ją na wylot.
    – Możliwe, nie wiem. Nigdy nie czułam, że mam jakikolwiek wybór.
    – Otóż jesteś w błędzie. Wybór istnieje zawsze. Trzeba go tylko dokonać, zamiast chować głowę w piasek, prowadząc dziesięć różnych żywotów, z których każdy jest równie niezdrowy. Nie widzę w tym żadnej chluby, moja pani. Tyle ci powiem.
    – Prawdopodobnie masz rację. Sama już do tego doszłam. Zapominasz tylko o poczuciu obowiązku.
    – Wobec kogo? Czy sama sobie nie jesteś czegoś winna? Chcesz siedzieć w domu przez resztę życia, pisać w głębokiej tajemnicy i chodzić na kretyńskie przyjęcia z tym idiotą, który… – Luke urwał i zmarszczył brwi.
    – Jakim idiotą?
    – Tym, z którym byłaś na zdjęciu w gazecie.
    – Chcesz powiedzieć, że wiedziałeś? Spojrzał jej w oczy i pokiwał głową.
    – Dlaczego mi nie powiedziałeś? – w oczach Keshii zapłonęła furia. A zatem człowiek, przed którym odkryła najskrytsze tajemnice, wszystkie swoje świętości, okazał się zdrajcą!
    – Jak ci miałem powiedzieć? „Szanowna pani, zanim przeprowadzi pani ze mną następny wywiad, muszę panią ostrzec, że wiem, kim pani jest, bo czytałem o pani w prasie”? Bez sensu. Doszedłem do wniosku, że jeśli zechcesz, sama mi o tym powiesz, a jeśli nigdy się na to nie zdobędziesz, to trudno. Gdybym rzucił ci to w twarz, uciekłabyś gdzie pieprz rośnie, a tego akurat nie chciałem.
    – Czemuż to? Bałeś się, że nie skończę wywiadu? Nie martw się, zrobiłby to kto inny. Sława by cię nie ominęła – roześmiała się gorzko.
    Luke złapał ją za ramię tak gwałtownie, aż się wzdrygnęła.
    – Nie, ale mógłbym stracić kontakt z tobą. Patrzyła na niego przez dłuższą chwilę, nim zapytała:
    – I to by cię obeszło?
    – Bardzo. Keshia, naprawdę musisz wkrótce zdecydować, czy do końca swoich dni chcesz żyć w kłamstwie, drżeć, czy ktoś cię nie zobaczy z niewłaściwą osobą w niewłaściwym miejscu. A kogóż to obchodzi? Pokaż mi, jaka naprawdę jesteś… A może sama tego nie wiesz? Może K. S. Miller to taka sama maska jak Martin Hallam czy Keshia Saint Martin?
    – A niech cię cholera! – wrzasnęła, wyrywając rękę. – Łatwo ci tu siedzieć i prawić kazania. Nie masz nic do stracenia, nikt się niczego po tobie nie spodziewa, więc skąd możesz wiedzieć, jak to jest? Rzeczywiście stać cię na każdy numer, jaki ci wpadnie do tego pokrętnego łba!
    – Doprawdy? – spytał jedwabistym głosem. – Więc pozwól, że ci coś powiem: na temat zobowiązań wiem o wiele więcej od ciebie, Keshio Saint Martin. Tyle że moje nie dotyczą bandy zasuszonych, wyperfumowanych mumii. Ja mam obowiązki wobec prawdziwych ludzi, takich, którzy nie mają nikogo, kto by się za nimi ujął. Ani rodzin, ani adwokatów. Nikogo, kto zechciałby choć splunąć w ich kierunku. Siedzą przez długie lata, niektórzy dłużej, niż ty jesteś na świecie, czekając na uwolnienie. I jeżeli ja nie znajdę w sobie dość odwagi, by coś dla nich zrobić, możliwe, że nikt inny o tym nie pomyśli. To dla mnie oznacza „poczucie obowiązku”. Robię to nie dlatego, że muszę albo boję się postępować inaczej. Ja tego chcę. Narażam własny tyłek, bo cały czas ryzykuję, że wsadzą mnie z powrotem do pierdla. Więc nie mów, że tylko ty masz coś do stracenia. I jeszcze jedno: gdyby mi nie zależało na tych ludziach, gdybym nie uważał ich za swoich braci, powiedziałbym: „Czołem, panowie” i gwizdał na to wszystko. Ożeniłbym się powtórnie, spłodził gromadkę dzieciaków i wyprowadził się na wieś. Keshia, jeśli nie wierzysz w sens swojego życia, zmień je. To takie proste! Bo pamiętaj, że choć dotąd niewiele cię to kosztowało, w końcu będziesz musiała zapłacić stosowną cenę. Znienawidzisz się za stracony czas i wszystkie te gierki, z których dawno powinnaś była wyrosnąć. Gdyby rajcował cię taki styl życia, powiedziałbym: twoja wola. Ale skoro się dusisz, na co jeszcze czekasz?
    – Nie wiem. Chyba nie mam tyle odwagi co ty.
    – Bzdura. Możesz wykrzesać jej z siebie tyle, ile zechcesz. Ale ty czekasz na łatwiejsze wyjście. Na akt prawny, który przywróci ci wolność, albo na faceta, który weźmie cię za rączkę i wyprowadzi z lasu. Cóż, może się i tak zdarzyć, ale ja bym na to nie liczył. Najpewniej będziesz musiała radzić sobie sama, jak każdy śmiertelnik.
    Umilkł. Keshia także milczała. Zaaplikował jej gorzką pigułkę, potrzebowała czasu, żeby ją przetrawić. Otwierając się przed nim, sama go sprowokowała. Nie mógł się powstrzymać. Dla jej dobra… a trochę i przez wzgląd na siebie.
    – Nie chciałem, żeby to zabrzmiało tak ostro – bąknął.
    – Ktoś musiał to wreszcie powiedzieć.
    – Ty też mogłabyś mi wytknąć parę rzeczy, i słusznie. Widzę, co się z tobą dzieje, ale w pewnym sensie masz rację: mnie jest łatwiej. Mam za sobą liczną armię ludzi, którzy mnie podbudowują, chwalą, pomagają wytrwać. Nie wśród urzędników, rzecz jasna, mam jednak wielu przyjaciół. To, co ty usiłujesz zrobić, jest znacznie trudniejsze. Wielkie sprawy niosą wiele sławy, rozbrat z domem nigdy… przynajmniej nie od razu. Później, o wiele później. Dojdziesz i do tego. Już jesteś w połowie drogi, tylko jeszcze o tym nie wiesz.
    – Tak myślisz?
    – Ja to wiem. Na pewno ci się uda. Niestety, ogólnie wiadomo, że to wyboista droga.
    Przyglądał się jej badawczo, zdumiony tym, co dziś usłyszał. Sekrety z głębi serca, tajemnice rodzinne i obłąkańcze teorie na temat tradycji i zdrady. Było to dla niego zupełnie nowe, intrygujące doświadczenie. Keshia wydała mu się egzotyczną hybrydą, produktem obcego świata.
    – Jak myślisz – spytał z zaciekawieniem – dokąd w końcu doprowadzi cię ta droga ku wolności? Do SoHo?
    – Nie bądź śmieszny – prychnęła w odpowiedzi. – Znakomicie się tam bawię, ale to także nie jest realny świat. Nawet ja zdaję sobie z tego sprawę. SoHo po prostu pomaga mi znieść całą resztę. Nie jest to jednak miejsce dla K. S. Miller.
    – K. S. Miller to fasada, nie osoba. A ty, Keshia, jesteś istotą ludzką. Czasami zdajesz się o tym zapominać. Nie wiem, czy nie celowo.
    – Może jestem do tego zmuszona?… Przyjrzyj się mojemu życiu, Luke. To farsa, którą coraz ciężej odgrywać. Zabawa w damę z wyższych sfer, zabawa w kochankę artysty z SoHo, zabawa w towarzyskie plotki i tak dalej. To wszystko pozy. Męczy mnie poruszanie się w świecie tak ograniczonym, że zaludnia go nie więcej niż osiemset osób. A do SoHo po prostu nie pasuję.
    – Bo to nie twoja klasa?
    – Po prostu nie mój świat.
    – Więc przestań myszkować w światach innych ludzi. Stwórz własny. Dobry, zły, szalony, jaki chcesz, ale własny, taki, w którym poczujesz się na swoim miejscu. Ty będziesz ustalać w nim zasady. Nie musisz o tym krzyczeć, jeśli uważasz, że nie powinnaś, lecz przynajmniej spróbuj wykazać odrobinę szacunku dla własnych dążeń. Nie rozmieniaj się na drobne, Keshia. Jesteś na to stanowczo za inteligentna. Chyba zdajesz sobie sprawę, że dotarłaś do punktu zwrotnego?
    – Wiem. Dlatego zdobyłam się na to, żeby cię tu zaprosić. Nie chciałam cię znieważać kłamstwami i unikami. To kwestia zaufania.
    – Czuję się zaszczycony.
    Zerknęła na niego podejrzliwie, jednakże Luke wcale z niej nie kpił.
    – To by było cztery – zauważył.
    – Co: cztery?
    – Powiedziałaś, że jest was pięć. Omówiłaś na razie cztery: milionerkę, pisarkę, gazetową plotkarkę i turystkę z SoHo. Kim jest piąta? Wiesz, że zaczyna mi się podobać ten przegląd – dodał z uśmiechem, wyciągając przed siebie nogi.
    – Mnie też. I proszę mnie nie nazywać „gazetową plotkarką”. – Keshia dumnie uniosła głowę, szczerząc zęby z uciechy.
    – Proszę mi wybaczyć, panie Hallam.
    – Wybaczam. Piąta jest twoim dziełem. To „Kate”. Ta, która odważyła się na zwierzenia. Myślę, że to znamię pewnego przełomu. Początek nowej mnie.
    – Albo koniec wszystkich poprzednich. Traktuj się uczciwie, Keshia, nie jak kolejną wymyśloną postać ze swej listy.
    – Staram się.
    – Widzę i bardzo się z tego cieszę. Przez wzgląd na nas dwoje. Nie!… Przez wzgląd na ciebie.
    – Obdarzyłeś mnie dzisiaj poczuciem wolności, Luke. To bardzo cenny dar.
    – Owszem, ale nie mnie go zawdzięczasz. Mówiłem ci już: poczucia wolności nie da się odebrać… ani podarować. Człowiek sam je zdobywa. Postaraj się je zachować. – Wstał, pochylił się, żeby pocałować ją w czubek głowy, i zapytał szeptem: – Gdzie jest sracz?
    Keshia roześmiała się serdecznie. Jakże się różnił od wszystkich, których znała!
    – Z przedpokoju na lewo. Na pewno go znajdziesz. Jest różowy.
    – Czułbym się oszukany, widząc inny kolor. – Luke zaśmiał się gardłowo i zniknął w przedpokoju.
    Keshia weszła do kuchni, żeby nastawić czajnik. Od chwili gdy zaproponowała mu kawę, minęły trzy godziny.
    – Nadal masz ochotę na kawę? – spytała, gdy wrócił.
    – A mógłbym ją zamienić na piwo?
    – Naturalnie.
    – To świetnie. Nie, nie brudź szklanki. Ja jestem prosty człowiek. Plebejusz. – Luke ze śmiechem pociągnął wprost z puszki długi łyk. – Oj, staruszko, tego mi było trzeba.
    – Zasiedzieliśmy się strasznie. Przykro mi, że tak długo plułam ci do ucha.
    – Bujasz. Wcale ci nie jest przykro. Mnie też nie. Keshia nalała sobie trochę białego wina.
    – Pościelę ci na kanapie.
    Kiwnął głową, nie odrywając puszki od ust. Keshia prześliznęła się zwinnie pod jego ramieniem wspartym o przeciwległą futrynę.
    W ciągu kilku chwil posłanie było gotowe.
    – No, powinno ci być w miarę wygodnie. Czy życzysz sobie jeszcze czegoś, zanim potruchtam do łóżka?
    Znów przybrała ten chłodny, rzeczowy ton. Pani domu. Szlachetnie urodzona Keshia Saint Martin. Gdyby jej powiedział, czego naprawdę sobie życzy, byłaby wstrząśnięta.
    – Owszem – rzekł. – Chciałbym jeszcze raz ujrzeć kobietę, z którą przegadałem całą noc. Znowu się zachowujesz, jakbyś miała w zadku pogrzebacz, dziecino. To bardzo brzydki nawyk. Nie mam zamiaru cię zgwałcić, pobić ani szantażować. Nie będę ci już dziś nawet robił dalszego prania mózgu.
    Spojrzała na niego z zaskoczeniem i lekką urazą.
    – Nie odniosłam wrażenia, że robisz mi pranie mózgu. Sama chciałam z tobą porozmawiać.
    – Więc co się zmieniło?
    – Nic.
    – Całkiem się zamknęłaś.
    – Kwestia nawyku.
    – Już ci mówiłem: obrzydliwy nawyk. Chyba możemy się uważać za przyjaciół?
    Kiwnęła głową. W jej oczach znów błyszczały łzy. Był to wieczór bardzo wyczerpujący emocjonalnie.
    – Oczywiście, że jesteśmy przyjaciółmi – szepnęła.
    – To dobrze, bo uważam cię za osobę niepospolitą. – Lucas zbliżył się do niej trzema długimi krokami, uścisnął ją serdecznie i pocałował w policzek. – Dobranoc, dziecino. Śpij słodko.
    Wspięła się na palce, żeby oddać całusa.
    – Dzięki. Ty też śpij dobrze, Luke.

    Słyszał, jak zegar tyka gdzieś w ciemnościach, lecz z sypialni Keshii nie dobiegał żaden dźwięk. Gdy tylko się położył, uświadomił sobie, iż jest zanadto podniecony, aby spać. Miał wrażenie, że ta rozmowa trwała wiele dni. Bał się ją spłoszyć, dlatego poprzestał na przyjacielskim całusie. Keshia nie była kobietą, którą można poganiać – chyba że chciał ryzykować, iż więcej jej nie zobaczy. Tej nocy przeszli jednak długą drogę i Luke był zadowolony z tego, co już osiągnął. Analizował w duchu jej słowa, uczucia malujące się na jej twarzy, łzy…
    – Spisz?
    Był tak pogrążony w myślach, że nawet nie usłyszał jej kroków po dywanie.
    – Nie – oparł się na łokciu i spojrzał na nią. W mroku dostrzegł zarys jasnej nocnej koszuli i ciemną plamę włosów zwisających prawie do pasa. – Czy coś się stało?
    – Nic. Nie mogę zasnąć.
    – Ja też nie.
    Keshia uśmiechnęła się i usiadła na podłodze przy sofie. Nie wiedział, co oznacza jej przyjście. Nie zawsze łatwo było mu ją przejrzeć. Zapalił papierosa, pociągnął i podał jej. Keshia zaciągnęła się głęboko.
    – Oddałeś mi dziś wielką przysługę, Luke.
    – Jaką? – przewrócił się na plecy; patrzył w sufit.
    – Pozwoliłeś mi się wygadać. Wyrzuciłam z siebie wszystko, co mnie gnębiło od lat. Było mi to potrzebne.
    Nie tylko to, pomyślał, lecz na dalszy ciąg było jeszcze za wcześnie. I tak miała już dość na głowie.
    – Luke?
    – Tak?
    – Jaka była twoja żona?
    Kiedy milczenie zaczęło się przedłużać, Keshia pożałowała, że w ogóle zadała to pytanie.
    – Młoda, ładna, trochę nieobliczalna… podobnie jak ja w tamtych czasach – odrzekł w końcu Lucas. – I… przestraszona. Bała się zostać sama. Nie wiem, Keshia… kochałem ją, ale… wydaje mi się, że od tego czasu minęły wieki. Byłem wtedy inny. To, co było między nami, rozgrywało się w sferze czynów, nigdy słów. A kiedy mnie wsadzili, wszystko runęło. W takich chwilach dobrze jest z kimś porozmawiać, a ona tego nie potrafiła. Nie była w stanie wyrzucić z siebie bólu nawet po śmierci naszej córeczki. Dusiła wszystko w środku, aż w końcu ją to zabiło. W pewnym sensie była martwa, zanim jeszcze popełniła samobójstwo. Myślę, że podobnie jak twoja matka. Dlaczego pytasz?
    – Mówiliśmy dziś tylko o mnie.
    – Poprzednio zaś tylko o mnie. Chyba więc jesteśmy kwita. Lepiej postaraj się zasnąć.
    Kiwnęła głową, zgasiła papierosa i wstała.
    – Dobranoc, Luke.
    – Dobranoc, dziecino. Do jutra.
    – To już dzisiaj.
    Uśmiechnął się, słysząc tę poprawkę.
    – Zawsze musisz mieć ostatnie słowo? Zmykaj do łóżka, bo nie będziesz miała sił, żeby pokazać mi miasto.
    – Zatrzymasz się w Nowym Jorku?
    – Miałem zamiar… jeśli nie będę ci przeszkadzał – zastrzegł, dotychczas bowiem o tym nie pomyślał.
    – Nie, jestem wolna jak ptaszek. Dobranoc – zakręciła się na pięcie, furkocząc różową koszulką.
    Miał ochotę dogonić ją, porwać w ramiona.
    – Keshia! – wyrwało mu się, nim zdołał się powstrzymać.
    – Słucham? – przystanęła zaskoczona w drzwiach sypialni.
    – Kocham cię.
    Milczała. On też milczał; skulony na sofie wpatrywał się w bielejącą plamę jej twarzy.
    – Luke… jesteś dla mnie naprawdę kimś bardzo szczególnym, ale…
    – Boisz się? Kiwnęła głową.
    – Trochę.
    – Nie bój się. Nie skrzywdzę cię. Jeszcze nigdy nie spotkałem takiej kobiety jak ty.
    Chciała mu powiedzieć to samo, lecz nie mogła wydobyć z siebie słowa. Stała bez ruchu, tęskniąc do jego ramion i nie śmiąc zrobić kroku, by się w nich znaleźć.
    W końcu to on podszedł do niej, owinięty w prześcieradło z kanapy. Objął ją ramionami i przytulił.
    – Wszystko w porządku, dziecino. Wszystko będzie dobrze.
    – Będzie dobrze? – powtórzyła, podnosząc na niego promienny wzrok. Było to coś innego niż dotychczas; to było serio.
    – Lucas…
    – Tak?
    – Kocham cię…
    Delikatnie, bez wysiłku, uniósł ją w ramionach i położył w ciemności na łóżku. Uśmiechnęła się do niego tym najbardziej kobiecym z uśmiechów – tajemniczym, czułym i przewrotnym.
    – Wiesz co? – szepnęła. – Jeszcze nigdy nie robiłam tego we własnej sypialni.
    – Bardzo mnie to cieszy.
    – Mnie też – wyciągnęła do niego ręce, odrzucając resztki onieśmielenia. Luke zsunął jej z ramion koszulę, ona zaś szarpnęła za skraj prześcieradła, które miał zawiązane w pasie. Aż do świtu dłonie Lucasa uczyły się na pamięć zarysów jej ciała, a gdy w końcu zasnęła w jego objęciach, niebo na wschodzie przybrało już perłowoszarą barwę.

ROZDZIAŁ 12

    – Dzień dobry, kochanie. Na co masz dziś ochotę? – Keshia uśmiechnęła się, opierając brodę na piersi Lucasa.
    – Och, wiesz, powiedzmy… tenis, brydż, to wszystko, czym zajmują się ludzie na Park Avenue.
    – Nochal w górę.
    – Coś nie w porządku z moim nosem?
    – Jest piękny. Uwodzicielski.
    – Wariatka. Stuknięta jak kukułka z zegara. Chyba przez to tak cię kocham.
    – Jesteś przekonany, że mnie kochasz? – droczyła się z nim tak, jak robią tylko kobiety pewne czyjegoś uczucia.
    – Absolutnie.
    – Ale skąd to wiesz? – w zadumie powiodła palcem po jego szyi.
    – Ponieważ swędzi mnie lewa pięta. Moja mama zawsze mówiła, że prawdziwą miłość poznaje się po tym, że swędzi lewa pięta. Swędzi, więc to ty jesteś kobietą mojego życia.
    – Czubek… – Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo zamknął jej usta pocałunkiem. Wtuliła się w jego ramiona i przez chwilę leżeli w milczeniu, napawając się urokiem poranka.
    – Jesteś taka piękna, Keshia.
    – Ty też.
    Miał szczupłe, silne ciało, składające się wyłącznie z prężnych mięśni obciągniętych gładką jak jedwab skórą. Delikatnie przygryzła brodawkę jego piersi. Luke trzepnął ją lekko w pośladek.
    – Gdzie zdobyłaś tę kosztowną opaleniznę?
    – W Marbelli oczywiście. I na południu Francji. „Odcięta od świata”.
    – Nabierasz mnie.
    – Nic podobnego. Możesz sprawdzić, przejrzyj letnie gazety. W rzeczywistości wynajęłam jacht nad Adriatykiem i zanim dotarłam do Marbelli, zbierałam materiały w Afryce Północnej. Było cudownie! – oczy jej zalśniły na samo wspomnienie.
    – Widzę, że potrafisz sobie uprzyjemniać czas.
    – Owszem, lecz nie tylko. Odwaliłam przy tym kawał roboty. Pomyśl, jak byłoby fajnie, gdybyśmy kiedyś wybrali się razem na stary kontynent, zwiedzili Dakar i Marakesz, Camargue we Francji, Bretanię, może i Szkocję… – podniosła na niego rozmarzony wzrok.
    – Zapomnij. Przynajmniej na razie.
    – Dlaczego?
    – Nie mogę opuszczać kraju. Obowiązują mnie warunki zwolnienia.
    – To skandal!
    Luke odrzucił głowę do tyłu i zaśmiał się, po czym nachylił nad nią, szukając ustami jej ust. Całowali się, dopóki nie zabrakło im tchu.
    – Proponuję, żebyś powiedziała to szanownej komisji – zachichotał, zsuwając z niej prześcieradło. – Wiesz, co najbardziej podoba mi się w całej tej aferze?
    – Mój pępek.
    – Na pewno bardziej niż twoje mielenie ozorem. Nie, skup się na chwilę…
    – Właśnie się staram.
    – Więc dopuść mnie do głosu.
    – Kocham cię.
    – Oooch, kobieto, czy ty nigdy nie przestajesz gadać? – pociągnął ją za kosmyk włosów.
    – Od tak dawna nie miałam nikogo, z kim mogłabym porozmawiać… Właściwie nigdy nikogo takiego nie miałam. Jest mi tak dobrze, że nie mogę przestać.
    – Wiem – powiódł dłonią po wewnętrznej powierzchni jej uda.
    – Co chciałeś mi powiedzieć? – zainteresowała się rzeczowo.
    – Kochanie, brak ci zupełnie wyczucia chwili. Właśnie miałem znowu zacząć cię napastować.
    – A ja jestem ciekawa, co masz do powiedzenia – oświadczyła z niewinną miną Keshia.
    – Nie drocz się ze mną. Zanim mnie zakrzyczałaś, chciałem ci powiedzieć, że nasza znajomość zakrawa na bajkę. Przed tygodniem w ogóle cię nie znałem, potem pojawiłaś się nagle na mojej prelekcji, dwa dni temu opowiadałem ci historię swojego życia, a wczoraj się w tobie zakochałem. Myślałem, że takie rzeczy się nie zdarzają.
    – Bo się nie zdarzają. Dziwne, mam wrażenie, że znamy się od dziecka.
    – Ja też czuję się tak, jakbyśmy byli razem od niepamiętnych czasów. I bardzo mi się podoba to uczucie.
    – Często je miewasz?
    – Kobieto! Cóż za impertynenckie pytanie! Skoro jednak jesteś taka wścibska, odpowiem ci: nie. Jeszcze nigdy w życiu nie zakochałem się do szaleństwa w ciągu trzech dni, a do tego w multimilionerce.
    Luke wyciągnął się leniwie i zapalił papierosa. Keshii przemknęło przez myśl, że jej matka dostałaby zawału na ten widok. Papieros w łóżku? Przed śniadaniem? Nie do pomyślenia!
    – Lucas, wiesz, czym się różnisz od innych?
    – Czuć mi z ust?
    – Owszem, papierosami. Ale poza tym masz styl.
    – Pytanie tylko jaki?
    – Wspaniały. Przebojowy, seksowny… Chyba zgłupieję na twoim punkcie.
    – Widzę, że już zgłupiałaś. Nie żebym się uskarżał. I tak mogę się uważać za szczęściarza.
    – Ja też. Tak się cieszę! Pomyśl, co by było, gdybym nie dała ci numeru telefonu?
    – I tak bym cię znalazł – oświadczył bez namysłu.
    – W jaki sposób?
    – Jakikolwiek. Gdybym nie miał innego wyjścia, nająłbym sforę psów gończych. Nie dałbym ci się wymknąć. Już za pierwszym razem nie mogłem oderwać od ciebie oczu. Nie chciało mi się wierzyć, że to ciebie właśnie przysłała mi prasa.
    – Trochę mnie wtedy wystraszyłeś. – Tak dziwnie i błogo mówiło się o swoich uczuciach bez ogródek!
    – Co ty powiesz? Jezu, a tak się starałem. Bałem się chyba dziesięć razy bardziej o ciebie.
    – Ale nie było tego widać. Mierzyłeś mnie wzrokiem tak surowo, że miałam wrażenie, iż czytasz mi w myślach.
    – Żałuję, że tak nie było. Ledwie się opanowałem, żeby się na ciebie nie rzucić.
    – Zboczeniec – przytuliła się do niego i dotknęła wargami jego ust. – Pfe!
    – Mam umyć zęby?
    – Później.
    Luke uśmiechnął się domyślnie i przewrócił na brzuch, wyplątując stopy z różowej nocnej koszulki. Zamknął Keshię w ramionach, rozsunął kolanem jej nogi i stopniowo, niespiesznie wziął w posiadanie całe jej ciało.
    – No, moja pani, obiecałaś, że pokażesz mi miasto. – Luke siedział nagi w niebieskim pluszowym fotelu, palił drugiego porannego papierosa i pił pierwsze piwo. Byli już po śniadaniu. Keshia spojrzała na niego i wybuchnęła śmiechem.
    – Wyglądasz niesamowicie!
    – Nic podobnego. Wyglądam najzupełniej przeciętnie, za to czuję się dobrze jak nigdy. Mówiłem ci, dziecino, nie ma w tym żadnej klasy.
    – Mylisz się. Klasa to sprawa ducha, umysłu i godności, a ty, mój miły, wszystko to posiadasz. Klasa w nikłym stopniu zależy od środowiska: na przykład w SoHo spotkałam wielu ludzi, którzy mieli jej aż w nadmiarze, i w moim świecie takich, którzy byli jej zupełnie pozbawieni. Paradoks, prawda?
    – Widocznie – rzucił Luke, nie przywiązując do tego większej wagi. – A zatem co dziś robimy? Oprócz seksu, rzecz jasna.
    – Hm… dobrze, oprowadzę cię po mieście. Wezwała limuzynę i zabrała go na przejażdżkę po Wall Street i Greenwich Village, następnie wzdłuż East River Drive i Czterdziestą Drugą do Broadwayu. Zatrzymali się przy delikatesach na bajgle z białym serem, po czym ruszyli dalej na północ w stronę Central Parku, wstępując po drodze na drinka w hotelu „Plaża”. Wrócili Piątą i Madison Avenue, mijając eleganckie butiki. Przed Metropolitan Museum wysiedli, żeby przejść się po parku. O szóstej wieczorem weszli do Stanhope’a. Zajęli stolik na tarasie, musieli więc stoczyć prawdziwą bitwę o orzeszki ziemne z napastliwymi gołębiami.
    – Jesteś świetną przewodniczką, Keshia. Wiesz, właśnie wpadło mi coś do głowy. Czy chciałabyś poznać jednego z moich przyjaciół?
    – Tu? – zdziwiła się.
    – Nie tu, głuptasie. W Harlemie.
    – Brzmi intrygująco – oświadczyła z zapałem.
    – To najwspanialszy facet, jakiego znam. Myślę, że ci się spodoba.
    – Na pewno – posłała mu rozbawione spojrzenie, pozostające w idealnej zgodzie z atmosferą tego pogodnego dnia. – Chyba nie wypada, żebyśmy jechali tam limuzyną?
    – Nie – Luke skinął na kelnera. – Odeślemy ją do domu i weźmiemy taksówkę.
    – Bzdura.
    – Chcesz jechać limuzyną? – tego się nie spodziewał. Może Keshia nie umiała poruszać się po mieście inaczej?
    – Jasne, że nie, wariacie. Pojedziemy metrem. Tak będzie szybciej i zabawniej. I o wiele dyskretniej.
    – Słuchajcie jej, ludzie! „Dyskretniej”! Mówisz poważnie? – zdumiony zajrzał jej w oczy. Wciąż go zaskakiwała.
    – A jak twoim zdaniem jeżdżę do SoHo? – zaśmiała się. – Odrzutowcem?
    – Powiedzmy, że helikopterem.
    – Ależ naturalnie. Chodź, Romeo, pozbądźmy się limuzyny i jazda!
    Szofer zasalutował im jednym palcem i zniknął w ułamku sekundy. Ruszyli bez pośpiechu w stronę najbliższej stacji, gdzie zaopatrzyli się w bilety, precelki i coca colę. Wysiedli z metra przy Sto Dwudziestej Piątej. Wspięli się na schody, trzymając się za ręce.
    – To tylko parę przecznic stąd – wyjaśnił Lucas.
    – Jesteś pewien, że go zastaniemy?
    – Głowę dam, że jest jeszcze w pracy, a tam właśnie idziemy. Z trudem można go stamtąd wyciągnąć na posiłki.
    Keshia spostrzegła, że Luke zachowuje się teraz swobodniej i pewniej niż w ciągu całego dnia. Jego ramiona zdawały się szersze, krok bardziej rozkołysany, a oczy uważnie śledziły przechodniów. Stał się czujny, lecz tylko on wiedział, czego wypatruje. Świat, w którym się znaleźli, był Keshii zupełnie obcy.
    – Tu nawet poruszasz się inaczej – zauważyła.
    – Wierzę ci na słowo. Ta okolica za bardzo przypomina mi Q.
    – San Quentin?
    Skinął głową. Skręcili za róg i zatrzymali się przed odrapanym budynkiem z czerwonej cegły. Na wpół spalony szyld głosił: „Dom Miłujących Pokój”, Keshia jednak nie odniosła wrażenia, żeby każdy, kto tu wchodzi, miał pokój w sercu.
    Drzwi otworzyły się nagle i wypadło z nich dwóch czarnoskórych nastolatków, goniących ze śmiechem młodziutką Portorykankę. Dziewczyna piszczała, ale widać było, że wszyscy troje znakomicie się bawią.
    – Czym to miejsce różni się od innych? – uśmiechnęła się Keshia.
    Luke nie odpowiedział jej uśmiechem.
    – Są tu narkomani, złodzieje, alkoholicy, nieletnie prostytutki i członkowie gangów. Prawdziwy kwiat młodzieży tego miasta… i każdego miasta na świecie, może z wyjątkiem okolicy, w której mieszkasz. I od razu wybij sobie z głowy wszelkie głupie pomysły. Jeżeli polubisz Alejandra, zadzwoń, niech do ciebie wpadnie, ale nie waż się go odwiedzać. To nie miejsce dla ciebie.
    Keshia poczuła się urażona tą przemową. Była dorosła i zanim go poznała, znakomicie dawała sobie radę. No, może nie w samym środku Harlemu.
    – Czyżby dla ciebie było odpowiednie? – spytała cierpko. Nie pasował tu o wiele bardziej niż ona.
    – Kiedyś było. Dziś już nie, mimo to potrafiłbym tu przeżyć. Ty nie masz szans. Proste jak dwa i dwa cztery – otworzył przed nią drzwi. Z jego tonu wywnioskowała, że mówi poważnie.
    Oblepiony spłowiałymi plakatami korytarz śmierdział zastarzałym moczem i świeżą marihuaną. Ściany zamazane były graffiti, szklane klosze lamp porozbijane, a w dyszach umieszczonych w uchwytach gaśnic tkwiły przykurzone papierów kwiaty. Na odrapanej tablicy widniał napis: „Witaj w Dom” Miłujących Pokój! Tu zawsze znajdziesz pomoc!” Czyjaś ręk skreśliła słowo „pomoc” i dopisała: „chętne dupy”.
    Luke poprowadził ją wąską klatką schodową. Jego na pięcie zdążyło już się ulotnić. Ot, były rewolwerowiec przy był z towarzyską wizytą. Keshia raptem przypomniał sobie postacie z legend o Dzikim Zachodzie i parsknęł śmiechem.
    – Co cię tak bawi, dziecino? – spojrzał na nią z wyży swego wzrostu powiększonych o różnicę trzech schodów Wspinała się lekko za nim, rozpromieniona i szczęśliwa.
    – Ty, szeryfie. Niezły z ciebie artysta!
    – Coś takiego?
    – Owszem – podniosła twarz ku niemu, więc nachyl’ się, żeby ją pocałować.
    – To lubię – oznajmił, przesuwając dłoń na jej pośladki i popychając ją lekko w stronę potwornie zniszczonych drzwi na pierwszym piętrze.
    – Jesteś pewien, że to tu? – Keshia nagle straciła rezon.
    – Całkowicie pewien, złotko. Zawsze tu siedzi, tępy głupek. Wypruwa z siebie flaki w tym szambie. Flaki, serce i duszę. Sama zobaczysz.
    Tabliczka na drzwiach głosiła: „Alejandro Vidal”. Żadnych sloganów, żadnych obietnic i tym razem żadnych graffiti. Tylko nazwisko.
    Keshia usunęła się czekając, aż Luke zapuka, ale się zawiodła. Otworzył drzwi potężnym kopniakiem, omal nie wyrywając ich z zawiasów.
    – Que…! - drobny Latynos zerwał się przerażony zza biurka i wybuchnął śmiechem. – Luke, ty draniu, jak się masz? Że też od razu nie zgadłem, że to ty! Przez moment myślałem, że w końcu przegiąłem pałę i przyszła po mnie mafia.
    Lucas podszedł do niego i zamknął go w niedźwiedzim uścisku. Minęło kilka minut, zanim obaj przypomnieli sobie o Keshii. Minuty te wypełnił stek meksykańskich przekleństw, wypowiadanych czystą hiszpańszczyzną Alejandra i łamanym dialektem, którego Luke nauczył się w więzieniu. Dowcipy o „podwójnych rurach” ginęły w potoku niezrozumiałych idiomów, po części więziennych, po części zaś rodem z latynoskich enklaw stanu Kalifornia. Nagle jednak zapadła cisza, a na twarzy Keshii spoczęło ciepłe spojrzenie niespotykanie życzliwych błękitnych oczu, okraszone uśmiechem, który rozprzestrzeniał się powoli na całą brodatą twarz. Alejandro Vidal był typem człowieka, do którego się zwracasz, gdy masz kłopot, przed którym otwierasz serce. Jego twarz mogła być twarzą kapłana lub zgolą świętego.
    – Cześć – odezwał się nieśmiało. – Ten niewychowany skurczybyk na pewno nie wpadłby na pomysł, żeby nas sobie przedstawić. Jestem Alejandro – wyciągnął rękę.
    – Keshia.
    Ceremonialnie uścisnęli sobie dłonie, po czym Alejandro podsunął im oba posiadane krzesła, sam zaś przysiadł na skraju biurka.
    Nie był aż taki niski, jak się początkowo zdawało, choć przy Lucasie robił wrażenie karzełka. Całą uwagę przykuwały w nim zresztą oczy – czułe i rozumiejące. Nie porywały jak oczy Luke’a – człowiek sam chętnie wychodził im naprzeciw. Wszystko w nim było ciepłe: uśmiech, spojrzenie, którym obejmował swoich gości. Był to człowiek, który wiele w życiu widział, nie miał jednak w sobie cynizmu. Doświadczenie uzbroiło go w wyrozumiałość i współczucie, poczucie humoru pozwoliło mu ustrzec się od zgorzknienia. Dziwnie kontrastował z Lucasem, ale Keshia instynktownie poczuła do niego sympatię i zrozumiała, dlaczego ci dwaj, zetknąwszy się, zostali przyjaciółmi.
    Alejandro podał im herbatę i zaczął wymieniać z Lucasem błazeńskie uwagi. Nie widzieli się ponad rok, musieli więc nadrobić zaległości.
    – Od dawna mieszkasz w Nowym Jorku? – zagadnęła Keshia, żeby coś powiedzieć.
    – Prawie trzy lata.
    – I wystarczy – wtrącił się Luke. – Jak długo jeszcze masz zamiar taplać się w tym gównie, zanim wreszcie zmądrzejesz i wrócisz do domu? Powinieneś się przenieść do Los Angeles.
    – Tu robię coś konkretnego. Cały kłopot w tym, że leczymy ich praktycznie dorywczo. Stary, gdybym miał warunki, żeby umieścić ich tu na stałe, błyskawicznie wyprowadziłbym ich na ludzi.
    – Leczysz młodocianych narkomanów? – zainteresowała się Keshia. Oto miała temat do dobrego reportażu, lecz bardziej niż temat zaciekawił ją ten człowiek.
    – Narkomanów, drobnych przestępców… Zresztą jedno przeważnie chodzi z drugim w parze. – Alejandro ożywił się wyjaśniając zadania, jakie spełniała jego placówka. Pokazał Keshii statystyki, wykresy, historie pacjentów i opracowania dotyczące planów na przyszłość. Niewiele jednak dało się zrobić, by ominąć zasadniczy problem: brak stałej kontroli nad pacjentem. Dopóki te dzieci wracały nocą na ulice, do rozbitych rodzin, do domów, gdzie matka świadczyła usługi na jedynym łóżku, ojciec robił pijackie awantury, a bracia wstrzykiwali sobie kompot w ubikacji, był praktycznie bezsilny. – Chodzi o to – mówił – żeby wyrwać ich z tego środowiska. Zmienić cały tryb ich życia. To konieczne, ale tutaj prawie niewykonalne – niechętnym gestem objął łuszczące się ściany. Ośrodek istotnie był bliski kompletnej ruiny.
    – Mimo to uważam cię za świra – Luke zaśmiał się z maskowanym podziwem. Lekceważony, wyśmiewany, opluwany i kopany, Alejandro wierzył w swoje marzenia. Podobnie jak Luke.
    – Patrz na siebie – odparował Meksykanin. – Masz zamiar wyperswadować światu budowanie więzień? Hombre, gwarantuję ci, że tego nie dożyjesz – wywrócił oczy do góry i wzruszył ramionami.
    Keshia z trudem hamowała rozbawienie, przysłuchując się ich rozmowie. Meksykanin przemawiał do niej nieskazitelną angielszczyzną, lecz zwracając się do przyjaciela przechodził na uliczny żargon. Nie była pewna, czy ma to być szyfr, żart czy symbol łączących ich więzów. Może wszystko po trosze.
    – Dobra, chytrusie, sam zobaczysz. Za trzydzieści lat nie będzie w tym kraju ani jednego czynnego więzienia.
    Z całej odpowiedzi Keshia wyłowiła tylko słowa „loco” i „cabeza”. Luke widać zrozumiał więcej, bo wystawił do góry środkowy palec prawej ręki.
    – Luke, tu jest dama! – rzekł ze zgorszeniem Alejandro, w jego głosie jednak słychać było śmiech i Keshia poczuła, że jej obecność przestaje go krępować. – Keshia, powiedz, czym się zajmujesz.
    – Jestem publicystką.
    – I to dobrą – wtrącił Lucas. Roześmiała się i dała mu sójkę w bok.
    – Wstrzymaj się z opinią do przeczytania wywiadu. Zresztą i tak nie jesteś obiektywny.
    Alejandro przyglądał im się z uśmiechem. Instynktownie pojął, że nie jest to błahy flirt czy romans na jedną noc. Po raz pierwszy widział przyjaciela w towarzystwie kobiety. Dotychczas Luke uważał, że miejsce kobiet jest w łóżku, i wracał do nich, gdy było mu to potrzebne. Ta dziewczyna musiała być kimś szczególnym. Różniła się też od innych. Robiła wrażenie inteligentnej i miała styl. Zastanawiał się, gdzie Luke ją poznał.
    – Może pójdziesz z nami na kolację? – Luke podsunął mu cygaro. Alejandro zapalił i na jego twarzy odmalowało się zaskoczenie.
    – Cubano? Luke skinął głową.
    – Ta dama ma niezłe zapasy.
    Alejandro gwizdnął przez zęby, Luke zaś wprost spęczniał z dumy. Jego kobieta miała coś, czego darmo by szukać w całej dzielnicy: kubańskie cygara.
    – No to co z kolacją?
    – Lucas, nie mogę. Chciałbym bardzo, ale… – Meksykanin machnął ręką w stronę góry papierów piętrzącej się na biurku. – O siódmej mam zajęcia dla rodziców.
    – Terapia grupowa?
    – Zgadza się. Jeśli uda się dotrzeć do rodziców, to pomaga. Czasami.
    Keshia nagle odniosła wrażenie, że Alejandro chce wyczerpać morze za pomocą naparstka. Poczuła do niego szacunek za to, że próbuje.
    – Umówimy się kiedy indziej. Jak długo będziesz w mieście? – zapytał.
    – Dziś. Jutro. Ale jeszcze wrócę. Alejandro uśmiechnął się i klepnął go w ramię.
    – Wiem, że wrócisz, stary. I bardzo się cieszę, że jesteś szczęśliwy – objął ich spojrzeniem, w którym było coś na kształt błogosławieństwa.
    – Miałeś rację – odezwała się Keshia, kiedy wyszli.
    – W jakiej sprawie?
    – Alejandra.
    – Mhm… – Lucas był zatopiony w niewesołych myślach. – Przez te cholerne idee któregoś dnia wy kieruje się na tamten świat. Nie wszystkim jest w smak to, co robi. Powinien się stąd wynieść do diabła.
    – Widać nie może.
    – Brednie! – zdenerwował się.
    – To jest wojna, Luke. Ty prowadzisz swoją, on swoją. Żaden z was zbytnio się nie przejmuje, że może paść jej ofiarą. I dla ciebie, i dla niego liczy się wyłącznie efekt końcowy. Podobnie jak ty, Alejandro robi to, co musi.
    Lucas niechętnie przyznał jej rację. Czasami zaskakiwała go jej spostrzegawczość. Po kimś równie bezradnym w sprawach własnego życia nie spodziewałby się tak wnikliwych osądów.
    – W jednym punkcie się mylisz – powiedział.
    – Mianowicie?
    – Nie jest do mnie podobny.
    – Dlaczego tak uważasz?
    – W tym człowieku w ogóle nie ma zła.
    – A w tobie jest? – spytała ubawiona. Myślałby kto, wielki mafioso!
    – Sporo, możesz mi wierzyć. Nie daj się zwieść pozorom. Człowiek pokroju Ala nie przeżyłby sześciu lat w kalifornijskim więzieniu. Tam prędzej czy później trafia się ktoś, kto chce cię złamać, a jeśli się stawiasz, możesz zginąć w ciągu doby.
    – To znaczy, że on… nie był karany? – zapytała niezgrabnie. Nie wiadomo dlaczego wydawało jej się, że znają się z więzienia.
    – Alejandro? – Lucas wybuchnął serdecznym śmiechem. – Nie, w przeciwieństwie do wszystkich swoich braci. Odwiedzał jednego z nich w Folsom, potem zaczął przyjeżdżać również do mnie. To człowiek z innej gliny, we własnej rodzinie jest czymś w rodzaju białej owcy. Ukończył z wyróżnieniem Stanford.
    – Chryste, a zachowuje się tak bezpretensjonalnie!
    – Bo taki właśnie jest, dziecino. Ma szczerozłote serce.
    Nadjeżdżający pociąg zagłuszył ich słowa i resztę drogi przebyli w milczeniu. Przed stacją przy Siedemdziesiątej Siódmej Ulicy Keshia pociągnęła Lucasa za rękaw.
    – Wysiadamy.
    Skinął z uśmiechem głową i wstał. Znów był sobą; troska o Alejandra została odsunięta na dalszy plan. Gdy znaleźli się na peronie, objął ją i zaczął całować.
    – Kocham cię, dziecino… – nagle odsunął się z zakłopotaniem. – Przeginam pałę, co?
    – Dlaczego? – nie zrozumiała.
    – Wiem, że nie chcesz się znaleźć na pierwszych stronach gazet. Wczoraj wieczorem raczyłem cię kazaniami, ale w gruncie rzeczy rozumiem, co czujesz. Bycie sobą to jedno, a podkładanie się łowcom skandali to już coś zupełnie innego.
    – Nie martw się, zwykle ląduję na stronie czwartej lub piątej. Pierwsze zarezerwowane są dla spektakularnych morderstw i gwałtownych załamań na giełdzie – stwierdziła Keshia z humorem. – Wszystko w porządku, Luke. Poza tym… – w jej oczach zaiskrzyły się łobuzerskie ogniki – nie uwierzysz, jak nikły odsetek moich znajomych jeździ metrem. Biedacy, nie wiedzą, co tracą! – dokończyła słodkim głosikiem panny z wyższych sfer, trzepocząc rzęsami.
    Luke wziął ją za rękę i pociągnął za sobą.
    – Nie jesteś głodny? – doleciał do niej kuszący zapach kurcząt z rożna.
    – Właściwie spragniony.
    – A więc?
    Przyśpieszał kroku dotąd, aż wreszcie zrozumiała.
    – Ty lubieżna bestio!
    – Powiesz mi to później. – Skrzyżowanie przed jej domem przebyli już biegiem.
    – Lucas! Co pomyśli portier!
    Wyglądali jak rozbrykane dzieci bawiące się w chowanego. Tuż przed drzwiami budynku gwałtownie wyhamowali i z namaszczeniem wkroczyli do środka. Windą jechali z minami grzecznych ministrantów, ale gdy znaleźli się sami w korytarzu, żadne nie potrafiło już powstrzymać śmiechu. Keshia krztusiła się, szukając klucza.
    – Prędzej, prędzej! – Luke wsunął jej dłoń pod bluzkę.
    – Przestań! – pisnęła, pośpiesznie przetrząsając torebkę.
    – Liczę do dziesięciu. Jeżeli nie znajdziesz tego przeklętego klucza, to…
    – Ani się waż!
    – Odważę się. Tu, w korytarzu. Na wycieraczce. – Musnął wargami jej włosy.
    – Przestań! Czekaj… mam! – triumfalnie uniosła w górę klucz.
    – Szkoda. Miałem już nadzieję, że go nie znajdziesz.
    – Jesteś zepsuty do cna!…
    Tuż za progiem wziął ją na ręce i ruszył do sypialni.
    – Na miłość boską, nie!
    – Chyba żartujesz?
    Keshia uniosła dumnie głowę i oznajmiła zimno:
    – Wcale nie żartuję. Proszę mnie postawić. Muszę iść siusiu.
    – Siusiu? – Luke zatoczył się ze śmiechu. – Siusiu?
    – Dokładnie tak.
    – Gdybym wiedział!… – parsknął, stawiając ją na ziemi. Keshia czmychnęła do różowej łazienki, słysząc za sobą jego gromki śmiech.
    Po chwili wróciła, daleka już od kpin. Stanęła przed nim bosa, z rozpuszczonymi włosami i uniesieniem w oczach.
    – Kocham cię – szepnął, tuląc ją do siebie.
    – Ja też cię kocham. Sama cię wymarzyłam, ale nie przypuszczałam, że kiedykolwiek cię spotkam.
    – A ja już dawno dałem za wygraną.
    – I jak ci było?
    – Smutno.
    – Wiem…
    Cicho przeszli do sypialni. Luke odrzucił kołdrę, a Keshia płynnym ruchem wyswobodziła się z dżinsów. Jedwabna pościel już nie wydawała się jej nazbyt snobistyczna. Luke wyglądał w niej bosko.

ROZDZIAŁ 13

    – Lucas! – szarpnęła go za ramię – co ci jest?
    W sypialni panowała ciemność. Łóżko było wilgotne od jego potu.
    – Nic. Która godzina?
    – Za kwadrans piąta.
    – Jezu – Lucas przewrócił się na wznak i zmarszczył brwi. – Dlaczego nie śpisz?
    – Obudziłeś mnie. Krzyczałeś, chyba miałeś koszmary.
    – Przepraszam – czule pogłaskał jej pierś i przymknął oczy. – Masz szczęście, że nie zacząłem chrapać. To byłoby o wiele gorsze.
    – Chyba wolałabym już, żebyś chrapał – bąknęła. Pościel była skotłowana, a Luke wciąż jeszcze drżał na całym ciele.
    – Nie martw się, staruszko. Przywykniesz.
    – Często miewasz takie sny?
    Luke enigmatycznie wzruszył ramionami i sięgnął po papierosy.
    – Może podać ci szklankę wody? – spytała.
    – Nie, siostro miłosierdzia – roześmiał się, gasząc zapałkę – nie chcę wody. I bardzo cię proszę, nie rób tragedii. Czego się spodziewałaś? Przeszedłem w życiu to i owo, a wszystko zostawia ślady.
    Ślady?, pomyślała. Chyba ziejące rany! Przyglądała się Luke’owi dość długo, nim zdecydowała się go obudzić. Zachowywał się jak człowiek poddawany torturom.
    – Czy to… pamiątka z więzienia? – zapytała ostrożnie, lecz Luke znowu zbył ją wzruszeniem ramion.
    – Jedno jest pewne: to nie od nadmiaru seksu. Już ci mówiłem, nie ma się czym przejmować – oparł się na łokciu i pocałował ją. Mimo to w jego oczach nadal gościł strach.
    Nagle Keshia coś sobie przypomniała.
    – Luke?
    – Co takiego?
    – Jak długo zostaniesz?
    – Do rana.
    – Tylko do rana?
    – Tak – zauważył jej minę, zgasił więc papierosa i przygarnął ją do siebie. – Jeszcze się zobaczymy. To dopiero początek, dziecino. Chyba nie myślisz, że teraz, kiedy nareszcie cię spotkałem, chciałbym cię znów utracić?
    Uśmiechnęła się w odpowiedzi. Leżeli obok siebie w milczeniu, aż znów ogarnął ich sen. Tym razem nawet Luke spał spokojnie, co – o czym Keshia jeszcze nie wiedziała – zdarzało się nader rzadko. Odkąd odkrył, że jest śledzony, co noc nękały go koszmary.
    Keshia włożyła biały satynowy szlafrok, przeciągnęła się i spojrzała na Luke’a z ukosa.
    – Co zjesz na śniadanie?
    – Nic, wystarczy mi kawa. Nie lubię jeść w pośpiechu, a mam mało czasu – wyskoczył z łóżka i zaczął wciągać odzienie.
    – Dlaczego? – zdziwiła się i nagle sobie przypomniała. Wyjeżdżał.
    – Nie rób takiej zbolałej miny – poklepał ją po pośladku. – Jeszcze zdążę ci się znudzić.
    – Będę za tobą tęsknić – przylgnęła do niego całym ciałem.
    – A ja za tobą. Swoją drogą, panie Hallam, ma pan mnóstwo wdzięku.
    – Och, cicho bądź! – z zakłopotaniem spostrzegła, iż woli, by nie kojarzył jej z tą rubryką. – O której masz samolot?
    – O jedenastej.
    – Psiakość!
    Luke zaśmiał się i ruszył do łazienki, kołysząc ramionami w charakterystyczny dlań sposób. Keshia w zadumie oparła się o drzwi sypialni. Miała uczucie, że tak było zawsze – że od lat wspólnie śmiali się, żartowali, jeździli metrem, rozmawiali do późna w noc, obserwowali wzajem swój sen i przebudzenie, razem palili papierosy i dzielili się przemyśleniami przy porannej kawie.
    Postawiła filiżankę na brzegu umywalki i dotknęła jego ramienia przez zasłonę natrysku. Każdy gest wydawał się tak znajomy, naturalny, przyjemny.
    – O, dzięki – Luke sięgnął po filiżankę i upił z niej spory łyk. – Może wskoczysz tu do mnie?
    – Nie, nie – potrząsnęła głową. – Wolę poleżeć w wannie.
    Kąpiel w wannie była rytuałem, dzięki któremu przejście ze snu do jawy odbywało się łagodniej, stanowiło mniejszy szok. Sięgająca piersi woda, pachnąca emulsją Diora, potem miękki ciepły ręcznik i ulubione pantofle ze strusimi piórkami na różowych aksamitnych obcasach.
    Luke przyglądał jej się z uśmiechem. Po chwili zdecydowanym ruchem wyciągnął do niej rękę.
    – Wskakuj.
    – Nie, Luke, zaczekam.
    – Nic podobnego.
    Zanim się spostrzegła, porwał ją z ziemi i wciągnął pod kaskadę parującej wody.
    – Ach, ty… ty… ty draniu! – prychnęła, zrzucając mokry szlafrok, zakrztusiła się i z całej siły uderzyła go w ramię. Luke nachylił się nad nią, wysoki, ogromny, osłonił ją i zamknął jej usta pocałunkiem. Ramiona Keshii bezwiednie oplotły się wokół niego, a jej dłonie zsunęły się w dół, na pośladki.
    – Wiedziałem, że to ci się spodoba – w oczach Luke’a pojawił się kpiarski błysk.
    – Jesteś wstrętnym, sprośnym, przerośniętym ogierem, Lucasie Johnsie, ot, co – oświadczyła, na próżno starając się przybrać poważny ton.
    – Ale za to cię kocham – zwierzęca zmysłowość mieszał się w jego głosie z najsubtelniejszą czułością.
    – Ja też cię kocham… – wyznała. Kiedy przymknął ocz by ją pocałować, uchyliła się zręcznie, bryznęła mu wodą w twarz i skubnęła go zębami w udo.
    – Rany boskie, uważaj! – Luke przestraszył się nie na żarty, lecz zamiast spodziewanego ukąszenia poczuł lekkie muśnięcie warg. Keshia klęczała przed nim; strużki wody spływały po jej włosach i pochylonych plecach. Luke powoli uniósł ją w górę, a jej uda oplotły go w pasie.
    – Keshia, jesteś szalona.
    – A dlaczegóż to? – zapytała beztrosko. Siedzieli wtuleni w wyściełane oparcia wielkiej limuzyny.
    – Mało kto podróżuje w ten sposób.
    – Wiem – uśmiechnęła się leniwie, chwytając zębami koniuszek jego ucha. – Ale musisz przyznać, że to całkiem miłe.
    – Owszem. Tyle że przyprawia mnie o wyrzuty sumienia.
    – Przesadzasz.
    – To nie w moim stylu. Jak by ci to wyjaśnić…
    – Nie wyjaśniaj, tylko milcz i ciesz się życiem – zachichotała. Po chwili odezwała się: – Przez wiele lat miotałam się pomiędzy konformizmem a negacją takiego stylu życia i nagle przestałam się tym przejmować. Nie odczuwam niesmaku ani przymusu. Uważam po prostu, że jeśli coś jest zabawne, wcale nie muszę sobie tego odmawiać.
    – Jeśli tak na to spojrzeć, rzeczywiście nic w tym złego. Wiesz? Czasami mnie zaskakujesz. Jesteś zarazem rozpuszczona i skromna, z góry uznajesz, że pewne rzeczy po prostu ci się należą, a równocześnie potrafisz się nimi cieszyć jak dziecko. Dzięki temu także innym umiesz sprawiać radość. – Luke wyciągnął kubańskie cygaro z paczki, w którą zaopatrzyła go Keshia, i zapalił, z lubością wciągając dym.
    Kiedy – o wiele za prędko – ukazało się przed nimi lotnisko Kennedy’ego, Keshia opuściła szybę dzielącą ich od szofera, podała mu numer terminalu, po czym zasunęła szybę z powrotem.
    – Rozwydrzona milionerka.
    – Cóż za miły przykład konsekwencji.
    – Wiesz, co mam na myśli – Luke zerknął w okno.
    – Owszem, wiem.
    Wymienili porozumiewawcze uśmiechy ludzi stworzonych do rozkazywania poprzez dziedzictwo krwi lub ducha. Resztę drogi przebyli w milczeniu, trzymając się za ręce.
    Keshia drżała na myśl o rozstaniu z Lucasem. Nie mogła wyzbyć się obawy, że otworzyła nie tylko ramiona, lecz i serce przed człowiekiem całkowicie obcym, dla którego była tylko przygodą na jedną noc.
    Lucas także pogrążył się w zadumie. I on nie był pewien uczuć Keshii, lecz o wiele bardziej niepokoił go samochód, który od jakiegoś czasu trzymał się w dyskretnej odległości za nimi. Luke bezbłędnie wyczuwał tajniaków. Kryli się w przeciętnych, stonowanych wozach – niebieskawych, beżowych, oliwkowozielonych – uzbrojonych w podrygujące z tyłu anteny. Ciekawe, w jaki sposób znaleźli go u Keshii. Prawdopodobnie miał „ogon” w samolocie, choć wtedy go nie zauważył. Ostatnio był śledzony niemal bez ustanku. Dranie.
    Szofer poniósł bagaże do hali lotniska, Keshia jednak została w samochodzie. Po chwili Luke wetknął głowę przez okno.
    – Pójdziesz pomachać?
    – A mam wybór? Może będzie tak jak z prysznicem? Luke uśmiechnął się na wspomnienie porannych figli.
    – Tym razem pozostawiam ci prawo decyzji. W kwestii natrysków uważam się za eksperta.
    – Jesteś nim – przyznała.
    Luke zerknął na zegarek i uśmiech spełzł mu z twarzy.
    – Lepiej nie wysiadaj, tylko wracaj do miasta. Byłoby fatalnie, gdybyś przeze mnie dostała się do gazet. – Zdawał sobie sprawę, że nie jest Whitneyem Hayworthem III. Owszem, on również był znaną osobą, ale jego sława mogła raz na zawsze zszargać jej reputację. A wtedy wszystko, co dopiero nabierało kształtu, ległoby w gruzach.
    Keshia zarzuciła mu ręce na szyję.
    – Będę za tobą tęsknić.
    – Ja też – pocałował ją mocno.
    W jego oddechu mieszał się zapach pasty do zębów i cygar, czysty i mocny jak sam Luke. Pełen życia, a przy tym bardzo, bardzo seksowny.
    – Wiele bym dała, żebyś nie wyjeżdżał – w oczach Keshii stanęły łzy.
    – Głowa do góry – Luke stanowczo wyswobodził się z jej objęć. – Wieczorem zadzwonię.
    Drzwi samochodu zatrzasnęły się cicho. Luke ruszył przez siebie, nie oglądając się. Keshia patrzyła za nim, łzy bezgłośnie spływały jej po policzkach.
    Mniej więcej w połowie drogi powrotnej nagle się zdecydowała. Pośpiesznie opuściła szybę.
    – Zawracamy.
    – Słucham? – zaskoczony szofer zerknął na nią w lusterku.
    – Proszę zawrócić na lotnisko. Ten pan czegoś zapomniał – wyjęła z torebki kopertę i uniosła ją z ważną miną.
    Pretekst szyty był grubymi nićmi; szofer na pewno pomyśli, że zwariowała, ale było jej wszystko jedno. Chciała jedynie zdążyć przed odlotem. Paliła za sobą mosty i Luke musiał o tym wiedzieć. Pora więc okazać odwagę, maksimum odwagi, na jaką ją stać.
    – Zawrócimy na najbliższym zjeździe – upewnił ją szofer.
    Keshia siedziała sztywno na tylnym siedzeniu, myśląc tylko o jednym: czy zdążą. Trudno było cokolwiek zarzucić kierowcy: zmieniał pasy wykorzystując każdą Luke w sznurze samochodów, wyprzedzał ciężarówki z przerażającą prędkością; limuzyna nieomal frunęła w powietrzu. W dwadzieścia minut po odjeździe z lotniska byli już z powrotem. Keshia wyskoczyła z samochodu, nim jeszcze na dobre się zatrzymał. Wbiegła do hali dworca i bez tchu dopadła tablicy odlotów, by sprawdzić, którym wyjściem udają się pasażerowie do Chicago.
    Cholera, prawie na samym końcu… Ruszyła pędem, roztrącając podróżnych: biznesmenów, starsze panie z pieskami pod pachą, młode kobiety w perukach, zapłakanych odprowadzających. Jej elegancki kok rozpadł się i Keshia zachichotała na myśl, jaką uciechę miałby zabłąkany tu reporter z rubryki towarzyskiej. Sensacja roku: panna Keshia Saint Martin łamie obcasy, żeby dostać buziaka od agitatora i kryminalisty Lucasa Johnsa! Ostatnie metry przebiegła już bez tchu, wysiłek jednak się opłacił. Szerokie ramiona Luke’a niemal całkowicie wypełniały bramkę. Zdążyła w ostatniej chwili.
    – Luke!
    Odwrócił się zdumiony, kto z jego znajomych może teraz przebywać w Nowym Jorku, i naraz ją zobaczył – zarumienioną, zdyszaną, oplataną pasmami czarnych włosów opadających w nieładzie na czerwony płaszcz.
    Szeroki uśmiech rozlał się po jego twarzy.
    – Keshia, jesteś niespełna rozumu. Właśnie myślałem, że dotarłaś już do domu.
    – Rozmyśliłam się… w połowie drogi… – Keshia z trudem łapała oddech, radośnie zaglądając mu w oczy – bo… musiałam… cię jeszcze pożegnać…
    – Rany boskie, tylko nie dostań ataku serca! Może powinnaś usiąść?
    Keshia energicznie potrząsnęła głową i wtuliła się w jego ramiona. Niedźwiedzi uścisk odebrał jej resztkę tchu. Przez moment miała wrażenie, że Luke skręci jej kark.
    – Dzięki, że wróciłaś, wariatko – szepnął. Wiedział, czym ryzykowała, w jaki sposób gazety mogły rozdmuchać ten namiętny pocałunek w biały dzień, pośród morza ludzi. Nadzieje, w które nie bardzo chciał uwierzyć, ziściły się. Szlachetnie urodzona Keshia Saint Martin należała do niego.
    – Cholernie się narażasz – dodał.
    – Musiałam ci jakoś dowieść, że cię kocham.
    – Wiem, wierzyłbym w to, nawet gdybyś nie wróciła… ale tak mam pewność – wymruczał, tuląc ją znów do siebie. – Muszę już iść. O trzeciej mam zebranie w Chicago.
    – Luke…
    Przystanął i spojrzał na nią uważnie. Omal nie poprosiła go, żeby został. Nie, nie mogła tego od niego żądać. I tak by nie usłuchał…
    – Dbaj o siebie – wykrztusiła.
    – Ty też. Zobaczymy się po niedzieli.
    Skinęła głową bez słowa. Nim zniknął za zakrętem, zobaczyła jeszcze uniesione w górę długie męskie ramię.
    Pierwszy raz w życiu czekała aż do startu. Patrząc, jak smukła srebrzysta sylwetka samolotu wzbija się w powietrze, doznała dziwnego uczucia, nowego i podniosłego. Po raz pierwszy, odkąd sięgała pamięcią, wzięła swój los w swoje ręce. Dość już półśrodków; koniec z ukrywaniem się w SoHo lub Antibes. Jest dorosłą zakochaną kobietą, zdecydowaną wreszcie wejść do gry. Niestety, Keshia była nowicjuszką, a grała o własne życie nie wiedząc nawet, jak wysoka jest stawka. Nie zauważyła tajniaka, który zdusił papierosa w popielniczce przy wyjściu, choć patrzyła wprost na niego. Nie podejrzewała, jakie zagrożenie stanowi dla niej i Luke’a. Była jak dziecko brnące po omacku przez dżunglę.

ROZDZIAŁ 14

    – Rany boskie, gdzieś ty się podziewała?
    Whit był rozdrażniony, na co w rozmowie z Keshią pozwalał sobie nadzwyczaj rzadko.
    – W domu, na Boga, a gdzie miałabym być? Whit, nie zachowuj się jak dziecko.
    – Od kilku dni nie sposób się do ciebie dodzwonić.
    – Miałam straszną migrenę, więc włączyłam automatyczną sekretarkę.
    – Och, kochanie, tak mi przykro! – Whit błyskawicznie zmienił ton. – Dlaczego mi nie powiedziałaś?
    – Bo nie byłam w stanie rozmawiać z nikim, nie wyłączając ciebie, mój drogi.
    Wyłączając zaś Luke’a, dodała w myśli. Po jego wyjeździe spędziła dwa wspaniałe dni w zupełnej samotności. Były jej potrzebne, aby oswoić się z tym, co się stało. Luke dzwonił dwa razy dziennie, w jego głosie śmiech mieszał się z czułością. Nieomal czuła wtedy dotyk jego rąk.
    – A jak się dziś czujesz? – dopytywał się troskliwie Whit.
    – Wspaniale! – odparła równie entuzjastycznie, jak szczerze.
    – Słyszę właśnie, że jesteś w siódmym niebie – zauważył kąśliwie. – Mam nadzieję, że nie zapomniałaś o dzisiejszym wieczorze?
    – A co ma być dziś wieczorem?
    – Na miłość boską, Keshia!…
    Oj, niedobrze, pomyślała. Koniec laby. Obowiązki wzywają.
    – Naprawdę nie pamiętam – bąknęła niewinnie. – To przez tę migrenę.
    – Dziś zaczyna się seria przyjęć na cześć Sergeantów – wyjaśnił cierpliwie Whitney.
    – Jezu!… A które to z kolei? – Miała szczerą nadzieję, że ominęła ją przynajmniej część tych uciech.
    – Pierwsze i wydaje je ciotka Cassie. Kolacja w smokingach. Przypominasz sobie?
    Mimo woli musiała przyznać, że tak. Nie podobało jej się tylko, że Whit zwraca się do niej, jak gdyby była opóźniona w rozwoju.
    – Nie wiem, czy starczy mi sił – oznajmiła zimno.
    – Wobec tego sama wytłumacz to pani Fitz-Matthew – Whit zaczynał tracić cierpliwość. – Zaprosiła pięćdziesiąt osób i powinnaś ją chyba uprzedzić, że zamierzasz zburzyć cały schemat usadzenia gości.
    – Chyba jednak pójdę – skapitulowała Keshia. – Okazja jest smokingowa, powiadasz?
    – Tak. We frakach będziemy się poruszać dopiero w piątek.
    – A co jest w piątek? – Cały kalendarz imprez towarzyskich wymazał się Keshii z pamięci.
    – Próba uroczystości ślubnej. Nie chcesz chyba powiedzieć, że chcesz się wykręcić od wesela Sergeantów?
    Pytanie było czysto retoryczne, ale widać miał to być dzień mocnych wrażeń dla Whita.
    – Właściwie nie wiem – zadumała się Keshia. – Moja koleżanka bierze ślub w Chicago.
    – Jaka koleżanka?
    – Nie znasz jej.
    – Ach, tak. No cóż, rób, jak uważasz – w głosie Whita dał się wyczuć chłód. – Daj mi tylko znać, co postanowiłaś. Nie wiem, czy mam na ciebie liczyć.
    – Coś wymyślimy. Do zobaczenia wieczorem. – Keshia cmoknęła w słuchawkę, odłożyła ją i zakręciła się na palcach. Satynowy szlafrok rozchylił się, ukazując jej szczupłe, opalone ciało. Wesele w Chicago! Zaśmiała się pod nosem i pobiegła do wanny. Czekało ją coś lepszego niż wesele: spotkanie z Lucasem.

    – Dobry Boże, Keshia, wyglądasz jak driada! – rzekł Whit oszołomiony.
    Miała na sobie zwiewną jedwabną sukienkę udrapowaną na jednym ramieniu. Blado-koralowa tkanina zdawała się ją opływać, a splecione w długie obwarzanki włosy, przetykane złocistą wstążką, dopełniały wrażenia. W leciutkich matowo-złotych sandałkach Keshia poruszała się lekko jak zjawa; w uszach i na szyi lśniły jej korale i skrzyły się brylanty. Była wręcz niepokojąco piękna: w jej wyglądzie, ruchach było coś, co sprawiło, że Whit poczuł się niepewnie.
    – Nigdy jeszcze nie widziałem cię tak piękną – powiedział.
    – Dziękuję ci, kochanie – odrzekła uśmiechając się tajemniczo i miękkim, płynnym ruchem wymknęła się do holu, pozostawiając za sobą leciutki zapach konwalii. Aromat perfum Diora dodał jej jeszcze kobiecości. Cała ta przemiana zaniepokoiłaby Whita nie na żarty, gdyby nie złudne przekonanie, że znają się oboje na wylot.
    Przed domem pani Fitz-Matthew dwóch szoferów parkowało samochody tych z gości, którzy sami zasiadali za kierownicą. W drzwiach dystyngowany starszy lokaj, który w „dawnych dobrych czasach” służył u Petaina w Paryżu, dyrygował dwiema pokojówkami w wykrochmalonych czarnych mundurkach. Dziewczęta odbierały okrycia gości i kierowały panie do buduaru, gdzie mogły poprawić uczesanie i makijaż. Dalej następny lokaj częstował gości szampanem.
    Keshia zrzuciła z ramion białe norki. Była w tej szczęśliwej sytuacji, że nie musiała „poprawiać sobie” twarzy. Whit podał jej lampkę szampana i był to ostatni moment, kiedy widział ją z bliska. Przez resztę wieczoru migała mu to tu, to tam, otoczona rojem starych i nowych przyjaciół, tańczyła z mężczyznami, których od lat nie widziano w towarzystwie, śmiała się, rzucała filuterne uwagi, a raz czy dwa zobaczył ją samą na tarasie, zapatrzoną w jesienną noc na East River. Była jednak nieuchwytna; ilekroć chciał się zbliżyć, umykała. Whit miał piekielnie bulwersujące odczucie, że ściga fatamorganę, jeśli nie wręcz senną zjawę. Ponadto słyszał, że ludzie o niej mówią; co gorsza, głównie mężczyźni. Ich wzajemny układ, zaplanowany przez niego starannie przed wielu laty, ostatnio coraz bardziej dawał mu się we znaki. Czary goryczy dopełniały niektóre uwagi Keshii albo jej ton, na przykład tego rana. Dawniej myślał, że istnieje między nimi porozumienie, nie wypowiedziane, lecz obustronnie jasne, dawniej Keshia była pewnym sojusznikiem. Czyżby teraz wszystko miało się rozwiać? Mężczyźni nie interesowali jej w ogóle, to rzucało się w oczy. Choć może… Edward? Myśl, która z nagła wylęgła się w głowie Whita, utkwiła w niej na dobre i nie dała się już wyrugować. Czyżby Keshia sypiała ze starym piernikiem? A oboje robili z niego głupca?
    – Dobry wieczór, Whitneyu – obiekt jego świeżo ukształtowanych podejrzeń zjawił się niespodziewanie tuż obok.
    – Owszem, niezły – odmruknął.
    – Piękne przyjęcie, nieprawdaż?
    – Tak, Edwardzie, muszę ci przyznać rację. Nasza droga Cassie woduje się w wielkim stylu.
    – Dość osobliwe to stoczniowe określenie, choć chyba nie tak całkowicie nie na miejscu. – Edwarda z kamienną twarzą zmierzył wzrokiem pulchną postać przyszłej panny młodej, wbitą jak kontrabas w futerał z różowej satyny. – Pani FitzMatthew przeszła samą siebie – dodał, lustrując otaczający ich tłum. – To istna uczta Lukullusa!
    Kolacja zaiste była wyśmienita. Zupa bongobongo, łosoś z Nowej Szkocji, raki z Gór Skalistych, kawior bieługi przemycony w ogromnych ilościach z Francji („Sama rozumiesz, moja droga, Francuzi nie mają takich idiotycznych przepisów. To barbarzyństwo, przesalać porządny kawior!”) Po rybach jagnięta, sałatka z endywii i wręcz przytłaczająca ilość jarzyn; następnie ser brie, którego ogromne kręgi sprzedawano jedynie u Frasera Morrisa na Madison Avenue, a wreszcie – wielki suflet Grand Marnier.
    – Tylko Carla Fitz-Matthew ma dość służby, by zaserwować suflet na pięćdziesiąt osób – mruknął Whit.
    – Keshia wygląda dziś wprost niewiarygodnie – zauważył mimochodem Edward. – A propos, gdzie ona jest?
    – Dziwię się, że t y nie wiesz – warknął Whit. Wypił już nieco za dużo, a wizja Edwarda z Keshią nie dawała mu spokoju.
    – Miło, że tak mi schlebiasz, prawdę mówiąc jednak, nie miałem dziś okazji zamienić z nią choć słowa.
    – Dogadacie się w łóżku – wymamrotał Whitney do wnętrza kieliszka, Edward wszakże pochwycił jego słowa.
    – Słucham?
    – Wybacz… Pewnie fruwa gdzieś z kwiatka na kwiatek. Wygląda dziś dość atrakcyjnie.
    – Hm… „atrakcyjnie” to nader blady epitet. – Edward skrzywił się lekko. Nie podobał mu się ton tego chłopca, wątpił zresztą, by Whit mówił poważnie. – Widziałem, że przyszliście razem.
    – Ale wyjdziemy osobno. Chyba cię to nie dziwi? – Whit parsknął szyderczo, obrócił się na pięcie, lecz nagle przystanął i dodał: – Cieszysz się?
    – A cóż ja mam z tym wspólnego? Myślę tylko, że jeśli chcesz wyjść sam, powinieneś ją o tym uprzedzić.
    – To już zostawiam panu, szanowny kolego. Miłej zabawy. Możesz dać jej odfe mnie buzi na dobranoc.
    Whit zniknął w tłumie, wtykając po drodze pusty kieliszek do ręki Tiffany Benjamin, o którą niemal się potknął. Tiffany odruchowo skinęła na lokaja, żeby go napełnił, nie zważając, iż w drugiej dłoni trzyma już szampana.
    Edward patrzył za Whitem, zastanawiając się w duchu, do czego zmierza Keshia. Cokolwiek to było, Whitney wyraźnie nie był zachwycony. Edward pozwolił sobie przeprowadzić na jego temat dyskretny wywiad i wiedział już, że Whit woli mężczyzn, choć się z tym nie afiszuje. Dlaczego – tego Edward nie był w stanie pojąć. Oczywiście takie rzeczy zdarzały się i za jego młodości – głównie w internatach dla chłopców – były jednak swoistym środkiem doraźnym i nikt nie traktował ich jako sposobu na życie. Cóż, tamte czasy już dawno minęły…
    – Witaj, mój drogi. Skąd ta ponura mina?
    – Ponura? Nie, kochanie, po prostu się zamyśliłem. – Edward przywołał na twarz uśmiech, co zresztą przyszło mu bez większego trudu. – Twój towarzysz właśnie opuścił przyjęcie. W nie najlepszym humorze.
    – Od rana był nie w sosie. Na początek zwymyślał mnie przez telefon, bo nie mógł się do mnie dodzwonić. Przejdzie mu to, o ile już nie przeszło. – Kochanek Whita mieszkał ledwie o kilka przecznic od domu pani Fitz-Matthew.
    Edward zdecydował się nie podtrzymywać tematu.
    – Jak się bawisz?
    – Świetnie. Plotkuję ze znajomkami. Są tu ludzie, których nie widziałam od dziesięciu lat! Ślub Cassie wywabił wszystkich z nor. To naprawdę całkiem udane przyjęcie.
    – Myślałem, że nie lubisz wielkiej pompy.
    – Nie lubię. Ale raz na jakiś czas sprawia mi przyjemność. Edward nie mógł się powstrzymać od śmiechu. Była nieznośna, lecz przy tym tak niewiarygodnie piękna! Użyte przez Whitneya słowo „atrakcyjna” nie dorastało do rzeczywistości.
    – Keshia…
    – Słucham, Edwardzie? – niewinnie zajrzała mu w oczy.
    – Co właściwie się z tobą działo? Nie tylko Whitney usiłował się do ciebie dodzwonić.
    – Byłam zajęta.
    – Z tym artystą z Village?
    – On nie mieszka w Greenwich Village, tylko w SoHo. Nie, tym razem chodziło o co innego.
    – Czy też o kogo innego?
    Keshia poczuła na plecach gęsią skórkę.
    – Za dużo rozmyślasz, mój drogi – odparła wymijająco.
    – Być może mam powody.
    – Skarbie, ja jestem dorosła! – prychnęła, wzięła go pod ramię i podprowadziła do grona znajomych, ucinając rozmowę, lecz nie rozpraszając jego obaw. Znał ją aż nazbyt dobrze. By spowodować tę subtelną przemianę, musiało zajść coś niezwykłego. Keshia promieniała spokojnym, cichym szczęściem, którego nie mógł pojąć. Być może ostatecznie wymknęła mu się spod kontroli. Na wystawnym przyjęciu u Carli Fitz-Matthew przebywała jedynie jej cielesna powłoka. Duch bujał daleko, nie wiadomo z kim.

    Pół godziny później Keshia wyszła – sama. Edward zmartwił się nie na żarty. Kobieta w takim stroju nie może błąkać się samotnie po mieście, a nie był pewien, czy Whit zostawił jej samochód. Przeklęty błazen!
    Pożegnał się z gospodarzami, wezwał taksówkę i ku własnemu zdumieniu podał kierowcy adres Keshii. Był przerażony. I to w jego wieku! Nigdy dotąd nie dopuścił się podobnej gafy. Keshia była dorosła, mogła być teraz z mężczyzną, ale… Edward musiał mieć pewność.
    Odebrała domofon już po pierwszym dzwonku. Pod bacznym wzrokiem portiera Edward skurczył się ze wstydu.
    – To ty, Edwardzie? – zdziwiła się, otwierając mu drzwi. – Czy coś się stało?
    Była wciąż w tej samej sukni, lecz boso, bez biżuterii, z rozpuszczonymi włosami. Edward poczuł się jak ostatni głupiec.
    – Nie, nie – potrząsnął głową, wchodząc do jej mieszkania. – Wybacz, że cię nachodzę, naprawdę bardzo mi przykro, ale umierałem z niepokoju, czy wróciłaś bezpiecznie do domu w tych wszystkich brylantach…
    – I to wszystko, moje ty strachajło? – roześmiała się. – Dobry Boże, Edwardzie, myślałam już, że ktoś umarł.
    – W pewnym sensie masz rację.
    – Co takiego? – twarz Keshii na moment okrył cień.
    – Zdaje się, że obumierają moje szare komórki. Powinienem był zadzwonić. Chyba w końcu dopadła mnie skleroza.
    Keshia taktownie zmilczała, wskazała mu krzesło i podeszła do inkrustowanej chińskiej szafki, która służyła jej jako barek. Edward doskonale pamiętał ten mebel: towarzyszył Lianę, kiedy kupowała go u Sotheby’ego.
    – Poire czy framboise?
    – Poire, moja droga, dziękuję. – Edward zapadł ze znużeniem w wyściełany fotel. – Naprawdę wykazujesz nadludzką cierpliwość w stosunku do starego wujaszka Edwarda.
    – Przesadzasz – wręczyła mu kieliszek przejrzystego likieru i usiadła przed nim na dywanie.
    – Czy masz chociaż mgliste pojęcie, jak bardzo jesteś piękna?
    Keshia zbyła komplement niedbałym machnięciem ręki. Podejrzewała, że starszy pan wypił za dużo. Wyraźnie zaczynał się roztkliwiać. Tymczasem ona czekała na telefon od Luke’a.
    – Cieszę się, że widzę cię całą i zdrową – rzekł, aby coś powiedzieć, a potem, nie mogąc się już powstrzymać, dodał: – Keshia, co ty knujesz?
    – Zapewniam cię, że nic zdrożnego – rzuciła lekko, starając się nie widzieć, że Edward jest blady i wygląda jak starzec. – Właśnie miałam się wziąć do pisania rubryki. Tym razem Carla mnie znienawidzi. Cóż począć, jest po prostu zbyt łatwym celem żartów.
    – Proszę cię, postaraj się choć na moment spoważnieć. Nie chodzi mi o to, co robisz w tej chwili. Ostatnio… cóż, ostatnio wyglądasz jakby inaczej.
    – To znaczy jak? Czy wyglądam na chorą, nieszczęśliwą lub niedożywioną?
    – Nie, nie, wręcz przeciwnie. Wyglądasz wspaniale.
    – I to cię tak martwi?
    – Tak, bo… Do licha, Keshia, wiesz, co mam na myśli. Jesteś kropka w kropkę taka jak twój ojciec. Informujesz ludzi dopiero po fakcie. I wtedy wszyscy muszą spijać piwo, którego nawarzyłaś.
    – Zapewniam cię, że nie będziesz musiał ponosić konsekwencji mojego postępowania – oznajmiła chłodno. – A skoro oboje zgadzamy się co do tego, że wyglądam kwitnąco, nie mam długów i nie tańczyłam nago na stole w restauracji, czy mamy jeszcze jakiś powód do zmartwień?
    – Jesteś bardzo skryta – westchnął. W starciu z nią nie miał szans i dobrze o tym wiedział.
    – Nie, mój drogi. Po prostu mam prawo do odrobiny życia prywatnego, niezależnie od tego, jak bardzo cię lubię i jak wspaniale zastąpiłeś mi ojca. Jestem dorosła, Edwardzie. Pełnoletnia. Ja także nie pytam, czy sypiasz z pokojówką i co robisz wieczorem zamknięty w łazience.
    – Keshia! Przerażasz mnie!
    – Ty robisz to samo, tyle że wyrażasz się bardziej oględnie.
    – Masz rację. Przepraszam.
    – Na pocieszenie mogę ci powiedzieć, że wszystko jest w najlepszym porządku. Słowo honoru.
    – Dasz mi znać, jeśli będzie inaczej?
    – Czy mogłabym cię pozbawić okazji do zmartwienia? Edward zaśmiał się i oparł głębiej w fotelu.
    – Wiem, jestem okropny. Co gorsza, wcale nie mam zamiaru się poprawić. Lubię wiedzieć, że twoje życie układa się pomyślnie – starał się lekkim tonem pokryć zażenowanie. Niełatwo grać rolę przybranego ojca, zwłaszcza jeśli się jest po uszy zakochanym w przybranej córce. – A teraz nie będę ci już przeszkadzał – dodał ze skruchą. – Na pewno złowiłaś wiele smakowitych kąsków do swojej rubryki.
    – Owszem, mam parę dobrych kawałków, nie mówiąc o opisie rogu obfitości, jaki zafundowała nam Carla. To doprawdy wstyd wydawać tysiące dolarów na jedzenie.
    Znów miał przed sobą dawną Keshię: tę, która go nie przerażała, którą znal na wylot i która zawsze w pewnym sensie należała do niego.
    – Oczywiście wśród ploteczek znajdzie się i coś o mnie – dorzuciła, mrużąc łobuzersko oko.
    – Ty mała krętaczko! Co masz zamiar napisać? Chyba jedynie to, że wyglądałaś porażająco pięknie.
    – Co ty powiesz? Nie, może tylko wspomnę o sukience. Za to przed twoim przyjściem zdążyłam opisać czarujące zniknięcie Whita.
    – Dlaczego? – przyszło mu na myśl, że może istotnie poczuła się dotknięta.
    – Ponieważ, mówiąc bez ogródek, czas gier i przebieranek minął. Pora, by każde z nas poszło własną drogą. Skoro zaś Whit nie ma dość odwagi na decydujący krok, a ja również się przed tym wzdragam, najlepiej, jeśli jego przyjaciel z Sutton Place zrobi to za nas. On na pewno nie zniesie, aby Whit był publicznie ośmieszany.
    – Na Boga, Keshia! Co ty tam napisałaś?
    – Nic zdrożnego. Nie mam przecież zamiaru wywoływać skandalu. Czekaj, zaraz ci przeczytam… – Keshia podeszła do biurka i zaczęła czytać obojętnym tonem zawodowego spikera: – „Wokół gruchały zakochane parki: Francesco Cellini i Miranda Pavano-Casteja, Jane Roberts i Bentley Forbes, Maxwell Dart i Courtney Williamson oraz oczywiście Keshia Saint Martin i jej nieodstępny rycerz, Whitney Hayworth III, choć tę właśnie parę rzadko widziano razem, co pozwala przypuszczać, że każde z nich wzięło własny kurs. Zauważono także, iż powodowany czymś na kształt pasji wytworny Don Juan samotnie opuścił fetę na długo przed jej końcem, pozostawiając Keshię wśród innych sokolic, gołębic i papug. Być może ów wzór dżentelmena ma już dość uganiania się za swą wybranką. Ale dość o tym. W barokowych pałacach Carli Fitz-Matthew… „ No i jak to brzmi? – spytała cierpko Keshia, której odczytany tekst ani trochę nie poruszył. Plotki są tylko plotkami, a Edward świetnie wiedział, że Keshię plotki zawsze śmiertelnie nudziły.
    Spojrzał na nią z niepewnym uśmiechem.
    – Trochę to nieeleganckie. Jeśli mam być szczery, wcale mi się nie podoba.
    – Nie musi się podobać. Wystarczy, jeśli ujmie nam nieco blasku. A jeżeli po tym Whit nie odważy się posłać mnie do wszystkich diabłów, jego przyjaciel da mu do wiwatu. Myślę, że to go poruszy.
    – Dlaczego po prostu sama z nim nie zerwiesz?
    – Bo pomijając fakt, że jestem tchórzem, najważniejsza skaza na tym wzorze cnót jest mi rzekomo nie znana. To zaś, co musiałabym mu rzec otwarcie, mogłoby zabrzmieć nieco zbyt obraźliwie.
    Edward westchnął, dopił likier i wstał.
    – Ciekaw jestem, czy twoja intryga odniesie skutek.
    – Odniesie. Mogę się założyć.
    – I co wtedy? Napiszesz o tym w rubryce?
    – Nie. Dam na mszę.
    – Keshia, doprawdy wprawiasz mnie w zakłopotanie. Cóż, życzę ci dobrej nocy i jeszcze raz przepraszam za najście.
    – Tym razem ci wybaczam.
    Przeszła z nim do holu i w tej samej chwili zadzwonił telefon. Na twarzy Keshii odmalowało się silne podniecenie.
    – Odbierz, sam wyjdę – mruknął, zerkając na nią z ukosa.
    – Dzięki – cmoknęła go w policzek i jak na skrzydłach pobiegła do salonu. Edward cicho zamknął za sobą drzwi.
    – Cześć, staruszko. Śpisz?
    – Oczywiście, że nie. Właśnie o tobie myślałam.
    – Tęsknię za tobą, karzełku.
    Keshia rozpięła sukienkę i przeszła z telefonem do sypialni. Gdy jego głos mieszał się ze wspomnieniami tamtej nocy, czulą się tak, jakby wciąż jej dotykał.
    – Ja też za tobą tęsknię. Kocham cię – powiedziała.
    – Dla mnie bomba. Masz ochotę na weekend w Chicago?
    – Modlę się o to od wczoraj.
    Luke roześmiał się gardłowo, podał jej numer lotu, powiedział, że będzie czekał na lotnisku, i rozłączył się. Keshia uradowana zrzuciła sukienkę i przez dłuższą chwilę stała oszołomiona na środku sypialni, uśmiechając się do siebie. Zarówno Edward, jak Whit całkiem wylecieli jej z głowy. Whit jednak dał o sobie znać już następnego ranka.

ROZDZIAŁ 15

    – Keshia? Tu Whitney.
    – Tak, wiem.
    – Już wiesz?
    – Wiem, że to ty, głuptasie. Która godzina?
    – Minęło południe. Obudziłem cię?
    – Nie, zastanawiałam się tylko… – a zatem rubryka ukazała się w drugim porannym wydaniu. Keshia wstała o brzasku, żeby przedyktować jej tekst przez telefon.
    – Myślę, że powinniśmy się spotkać – oficjalny ton Whita nie zdołał pokryć jego zdenerwowania.
    – W tej chwili? Nie jestem ubrana. – Była złośliwa, ale jakże ją to bawiło! Whit tak łatwo dawał się łapać za słówka.
    – Nie, oczywiście, że wtedy, kiedy będziesz gotowa. Może zjemy o pierwszej lunch w „La Grenouille”?
    – Świetnie. I tak miałam dziś do ciebie dzwonić. Postanowiłam, że jednak zrezygnuję ze ślubu Cassie, a zamiast tego pojadę do Chicago.
    – Może i masz rację. Keshia…
    – Co takiego?
    – Czytałaś dziś gazety?
    Nie muszę ich czytać, żeby wiedzieć, co cię gryzie, zaśmiała się w duchu, głośno zaś odparła:
    – Nie. Czy coś się stało? Masz zmartwiony głos. Chyba nie wypowiedzieliśmy nikomu wojny?
    – Przeczytaj rubrykę Hallama, a zrozumiesz.
    – O Boże. Znowu?!
    – Porozmawiamy przy lunchu.
    – Dobrze, skarbie. Do zobaczenia o pierwszej.
    Whit odłożył słuchawkę i przygryzł w zębach ołówek. Miał nadzieję, że Keshia spokojnie przyjmie to, co chciał jej zakomunikować. Miarka się przebrała i Armand stracił cierpliwość. Przy śniadaniu rzucił Whitneyowi gazetę w twarz wraz z przerażającym ultimatum. A Whit zbyt go kochał, by ryzykować, że go straci.

    Rozmowa przybrała niecodzienną postać. Keshia prawie przez cały czas milczała, Whit wyrzucał z siebie krótkie, rzeczowe zdania. Tak, chyba zanadto się do niej przywiązał, przez co stał się zbyt zaborczy, do czego przecież nic go nie uprawnia. Ponadto na tym etapie życiowej kariery ma jej tak mało do zaoferowania: nie jest jeszcze nawet członkiem zarządu, a w świetle jej pozycji… Wszystko to szalenie go deprymuje i Whit ma nadzieję, że Keshia go zrozumie. Czuje, że nie ma szans, by zostać jej mężem, a skoro tak, zmuszony jest wyrzec się największej miłości swego życia (czyli jej, Keshii) i pomyśleć o założeniu rodziny.
    Keshia w milczeniu pokiwała głową, pociągając łyk wina. Tak, naturalnie, że go rozumie. Ona istotnie na razie nie myśli o małżeństwie, może nawet nigdy nie wyjdzie za mąż, żeby zachować nazwisko. Do roli matki też jeszcze nie dorosła. Cóż, szkoda, że tak się to kończy, ale kto wie, czy nie będzie to z korzyścią dla nich obojga. Oczywiście Whit pozostanie jej najdroższym przyjacielem do grobowej deski, amen.
    Whit odnotował w pamięci, że musi zlecić Effie, aby przesyłała kwiaty Keshii raz w tygodniu przez najbliższe pięćdziesiąt lat. Dzięki Bogu, obyło się bez histerii. Może Keshia naprawdę kombinuje z Edwardem? Trudno ją rozszyfrować, człowiek czuje tylko, że pod jej wyrafinowaną ogładą kryje się o wiele więcej, niż widać na zewnątrz. Zresztą, co go to obchodzi? Jest wolny! Koniec z nieznośnie nudnymi wieczorami, kiedy to był zmuszony asystować Keshii. Rozstanie będzie znakomitym pretekstem, by zaniedbać obowiązki towarzyskie co najmniej na dwa miesiące… i nareszcie zamieszka przy Sutton Place z Armandem. Czas już był najwyższy. Armand wyraźnie dał mu do zrozumienia, że ma dosyć czekania i żąda deklaracji. A jeszcze teraz, kiedy Hallam zrobił z niego pokojowego pieska uczepionego damskiej spódnicy… Może to i lepiej? Nareszcie się zdecydował. Koniec z udawaniem, koniec z Keshia. Od tej chwili żyje na własny rachunek.
    Keshia tanecznym krokiem wyszła z „La Grenouille” i ruszyła Piątą Aleją, oglądając po drodze wystawy u Saksa. Jedzie do Chicago… do Chicago… Chicago! Pozbyła się Whita w najlepszy sposób. Biedny drań, omal nie popłakał się ze szczęścia. Ona także miała ochotę mu pogratulować. Powinni byli pić szampana i wznosić toasty na pohybel wszystkim zmarnowanym latom. Jak to dobrze, że za niego nie wyszła! Stanowili dla siebie wygodną fasadę, grali zręczną farsę na użytek znajomych. Na samą myśl o tym Keshię przeszył dreszcz.
    W chwilę później wzdrygnęła się ponownie. Mój Boże, minął tydzień, a ona nawet nie pomyślała o Marku. Kolejny nie rozwiązany problem, o wiele trudniejszy niż rozstanie z Whitem. Whit miał własne życie; Mark przylgnął do Keshii jak dziecko, a i jej zależało na nim bardziej, niż skłonna była przyznać. Czuła się tak, jak gdyby tego samego dnia miała dać sobie wyrwać dwa zęby mądrości.
    Nogi niosły ją jednak uparcie ku stacji metra na skrzyżowaniu Pięćdziesiątej Pierwszej i Lexington Avenue. I Keshia poddała się nakazowi chwili.
    Jadąc trzęsącym się wagonem na południe, zastanawiała się, co ją opętało. Zauroczenie Lukiem? Kompletne szaleństwo. Prawie go nie znała; nie miała żadnych, najmniejszych gwarancji, że weekend w Chicago okaże się udany, a Lucas zechce się jeszcze z nią spotkać. W gruncie rzeczy jednak robiła to dla siebie. Nie mogła grać bez końca tej komedii – ani wobec Whita, ani wobec Marka, ani wobec Edwarda. Wąż o imieniu Keshia zrzucał z siebie kolejne warstwy skóry. O, to byłby dobry kawałek do rubryki towarzyskiej!
    Z Markiem – dlatego, że nie był jej obojętny – poszło o wiele ciężej.
    – Wyjeżdżasz?
    – Tak. – Zajrzała mu w oczy, walcząc z chęcią, by pogłaskać go po głowie jak szczeniaka.
    – Latem też wyjeżdżałaś i nie było sprawy – z nadąsaną, zmieszaną miną wyglądał młodziej niż zwykle.
    – Teraz to co innego. Nie będzie mnie o wiele dłużej. Rok, może dwa, jeszcze nie wiem.
    – Wychodzisz za mąż?
    To bezpośrednie pytanie zaskoczyło ją tak, że przez moment miała ochotę odpowiedzieć twierdząco. Nie warto było jednak niepotrzebnie komplikować sprawy.
    – Nie, mój miły, po prostu wyjeżdżam. Ty masz swoje ambicje, ja również mam swoje i tak się składa, że musimy je realizować oddzielnie. Poza tym jestem dla ciebie za stara. Czas się rozstać, Marcusie. Myślę, że i ty to czujesz.
    Mark osuszył do dna butelkę chianti, nim Keshia skończyła pić drugi kieliszek. Zamówili następną.
    – Mogę ci zadać idiotyczne pytanie?
    – Jakie?
    Na wargach Marka powoli wykwitł chłopięcy półuśmiech, który zawsze wyzwalał w niej dziwną tkliwość. Na tym właśnie polegał cały problem. Kochała jego uśmiech, rozwichrzoną czuprynę, „Przepiórkę” i atelier, nie jego. Nie tak prawdziwie, głęboko, jak pokochała Luke’a.
    – Czy to ty byłaś na tym zdjęciu w gazecie?
    Keshia milczała przez dłuższą chwilę, nim zmusiła się, by spojrzeć mu prosto w oczy. Krew tętniła jej w skroniach.
    – Tak – powiedziała. – I co z tego?
    – Po prostu byłem ciekaw. Jak to jest, być kimś takim?
    – Paskudnie. Smutno. Nieciekawie.
    – Dlatego byłaś ze mną? Znudziło cię tamto życie?
    – Z początku rzeczywiście chciałam się tylko rozerwać. Ale z biegiem czasu stałeś się dla mnie kimś bardzo ważnym, Marku.
    – Odskocznią?
    Istotnie; tylko po co miała mu o tym mówić? Żeby zranić go bardziej, niż to było konieczne?
    – Nie – odparła. – Kimś bliskim. Mężczyzną, którego kochałam.
    – Ale już nie kochasz? – wlepione w nią oczy były pełne łez.
    – Czas niesie zmiany, Marku, i dla własnego dobra my także musimy się zmieniać. Najgorzej, gdy ludzie z uporem czepiają się przeszłości. Muszę odejść. Tak będzie lepiej i dla ciebie, i dla mnie.
    Mark smętnie pokiwał głową i zwiesił ją nad winem. Keshia po raz ostatni pogłaskała go po policzku i wyszła, z trudem powstrzymując się, aby nie biec. Na szczęście zza rogu wyłoniła się taksówka. Wskoczyła do środka, aby nie patrzeć na łzy Marka i aby on nie widział jej zapuchniętych oczu. Odtąd miał ją oglądać tylko na zdjęciach w prasie.
    Kiedy weszła do mieszkania, telefon dzwonił jak wściekły. Keshia czuła się jak wyżęta ścierka. To nie było podobne do rwania dwóch zębów; prędzej czterech, dziesięciu, stu. Któż to znowu dzwoni? Na pewno nie Whit, więc kto? Edward? Jack Simpson?
    – Cześć, staruszko.
    – Witaj, kochanie. Boże, jak się cieszę, że dzwonisz! Jestem wykończona!
    Jak bardzo potrzebny był jej dźwięk jego głosu… uścisk ramion…
    – Co się stało?
    – Wszystko i nic. To był koszmarny dzień. Pobieżnie streściła mu swoje dokonania tego dnia, niczego nie ukrywając. Przynajmniej przed nim nie chciała mieć sekretów.
    – No tak, tego rodzaju sprawy nigdy nie są przyjemne. Szkoda, że musiałaś się z tym uporać w ciągu jednego dnia.
    W jego tonie nie wyczuła jednak żalu, raczej zadowolenie. Nagle i ona ucieszyła się, że ma to już za sobą.
    – Lżej mi teraz, kiedy mam czyste konto. Tyle że jestem strasznie zmęczona. A co słychać u ciebie, kochanie? Byłeś bardzo zajęty?
    – Nie tak bardzo jak ty. Głównie z tej racji, że nie chodzę na bale – zachichotał, a Keshia jęknęła:
    – Rany boskie! Właśnie mi przypomniałeś, że o piątej miałam być na zebraniu w sprawie artretyków, a jest już pięć po piątej. Niech to jasna, ciężka i pieprzona cholera!
    Luke wybuchnął śmiechem.
    – Gdyby to usłyszał Martin Hallam…
    – Och, przestań!
    – Żal mi cię dobijać, dziecinko, ale ja również mam niedobre wieści. Nici z weekendu, mała. Za godzinę lecę na wybrzeże.
    – Które wybrzeże? – Keshia nie pojmowała, o czym on w ogóle mówi.
    – Zachodnie, skarbie. Wiem, jestem ostatni łajdak. Mam nadzieję, że nie zmartwiłem cię aż tak bardzo…
    – Nie, przeciwnie. Wprost kwiczę z zachwytu. Czy to oznacza, że się nie zobaczymy?
    – Niestety, tak.
    – Mogłabym spotkać się z tobą w Kalifornii.
    – Nie, kotku. Nie przeciągajmy struny.
    – Ale dlaczego? Luke, miałam nadzieję, że…
    – Tym razem to niemożliwe. Mam tam do załatwienia delikatny interes i nie chciałbym, żeby ktoś cię ze mną zobaczył. Czekają mnie ciężkie dwa tygodnie.
    – Aż tyle? – Keshia była bliska płaczu.
    – Możliwe. Zobaczymy.
    Keshia wciągnęła głęboko powietrze, przełknęła łzy i uczyniła wysiłek, żeby myśleć logicznie. Co za koszmarny dzień!
    – Luke, czy to jest niebezpieczne? Lucas zawahał się na moment, nim odparł:
    – Nic mi nie grozi. Lepiej idź na zebranie w sprawie tych połamańców i nie zawracaj sobie mną ślicznej główki. Złego licho nie bierze, tyle i ty pewnie wiesz.
    – Koronny argument!
    – Odezwę się po powrocie. Pamiętaj, że cię kocham – rzucił jej na pocieszenie i odłożył słuchawkę.
    Zakończywszy rozmowę, Luke począł nerwowo krążyć po swym apartamencie w chicagowskim hotelu. Chyba oszalał, wiążąc się z tą dziewczyną. Zwłaszcza teraz, kiedy zrobiło się naprawdę gorąco. Już zaczynała mu stawiać wymagania; oczekiwała więcej, niż był w stanie jej dać. Miał inne sprawy na głowie, inne zobowiązania, a dodatkowo musiał zatroszczyć się o własny tyłek. Te śmierdzące psy krążyły wokół niego już od kilku tygodni – niczym stado sępów, które czasami chowają się wśród chmur, ale nigdy nie spuszczają z oka upatrzonej ofiary. Wyczuwał je przez skórę.
    Stanął przy barku i do wysokiej szklanki nalał sobie bourbona – bez wody i bez lodu. Połknął go jednym długim łykiem, po czym podszedł do drzwi i otworzył je gwałtownie, jak gdyby chciał wyrwać je z zawiasów. Stojący w korytarzu mężczyzna podskoczył ze strachu i spojrzał na niego z wyrzutem. Miał na głowie kapelusz i minę człowieka, który zmierza w jakieś konkretne miejsce, co rzecz jasna mijało się z prawdą. Był wzorcowym okazem tajniaka na posterunku, jego kolejnym „ogonem”.

    Keshia wsiadła do taksówki powłócząc nogami, jakby były z ołowiu. Zebranie odbywało się w trzypoziomowym mieszkaniu Tiffany – naprzeciw parku, przy Piątej Alei. Gospodyni nie bawiła się w manewry z lemoniadą. Podawano bourbona i szkocką, dla koneserów zaś znalazł się dżin i wódka. Sama Tiffany w domu piła zawsze czarnego Johnny Walkera.
    W chwili przybycia Keshii stała nie opodal drzwi, trzymając w dłoni nieodłączną szklaneczkę.
    – Keshia! Wyglądasz bosko! Dopiero zaczynamy, więc niewiele straciłaś.
    Tego Keshia mogła być pewna z góry.
    – To dobrze – bąknęła.
    Tiffany miała w sobie za dużo alkoholu, żeby zwrócić uwagę na ton przyjaciółki i nieco rozmazany tusz do rzęs pod oczami.
    – Bourbona czy szkocką?
    – To i to.
    Tiffany spojrzała na nią tępo. Już od południa była mocno zamroczona.
    – Przepraszam cię, kochana – zmitygowała się Keshia. – To tylko taki żart. Napiję się szkockiej z wodą sodową, ale nie kłopocz się: sama sobie naleję.
    Tego wieczoru piła prawie w takim samym tempie jak Tiffany. Drugi raz w życiu upiła się przez Luke’a, lecz poprzednio była pijana z radości.

ROZDZIAŁ 16

    – Keshia?
    – Dzień dobry, Edwardzie. Co nowego słychać?
    – O to samo chciałem spytać ciebie. Nie dajesz znaku życia od kilku tygodni.
    – Zapadłam w sen zimowy. – Keshia odgryzła kawałek jabłka i wyłożyła nogi na biurko.
    – Jesteś chora?
    – Nie. Zajęta.
    – Piszesz?
    – Mhm.
    – Nigdzie nie bywasz.
    – Nie martw się, nic mi nie jest. Czasami nawet wystawiam nos za próg ze względu na rubrykę. Sporadycznie, to prawda.
    – Czy jest jakiś szczególny tego powód?
    – Nie ma żadnego. Po prostu sporo pracuję. Nie mam ochoty udzielać się towarzysko częściej, niż jest to absolutnie konieczne.
    – Boisz się wpaść na Whita?
    – Nie, tylko… no, może trochę. Bardziej boję się naszych rekordowych plotkarek. Zresztą piszę w tej chwili trzy artykuły naraz, a wszystkie terminy upływają w przyszłym tygodniu.
    – Zastanawiam się właśnie, czy przyjmiesz zaproszenie na lunch.
    Keshia skrzywiła się, odkładając ogryzek. Niech to diabli!
    – Prawdę powiedziawszy… – zaczęła i wybuchnęła śmiechem. – No dobrze. Ale nie tam, gdzie zwykle.
    – Boże, chyba naprawdę stajesz się pustelnicą! – Edward również się zaśmiał, lecz w jego głosie wychwyciła cień niepokoju. – Czy wszystko jest w porządku?
    – W jak najlepszym. Słowo honoru.
    O ileż bardziej ucieszyłby ją lunch z Lucasem! Nadal dwa razy dziennie przeciążali transkontynentalne linie telefoniczne, Luke jednak wciąż nie mógł sobie pozwolić na to, by ją sprowadzić. Zbyt wiele się działo. W związku z tym Keshia poświęcała się pracy.
    – A zatem gdzie się spotkamy?
    – Znam miły bar ze zdrową żywnością przy Sześćdziesiątej Trzeciej Wschodniej. Co ty na to?
    – Chcesz znać prawdę?
    – Naturalnie.
    – Okropność!
    Zaśmiała się, słysząc jego ton.
    – Nie bądź wapniakiem, mój drogi. Na pewno ci się spodoba.
    – Dla ciebie, kochana, jestem gotów jeść nawet zdrową żywność. Powiedz prawdę: czy to jest bardzo niedobre?
    – A jeśli tak, to co? Zamówisz lunch w „Lutece” i przyniesiesz go ze sobą?
    – Nie bądź śmieszna.
    – Więc spróbuj. To naprawdę nie jest takie złe.
    – Ach… młodość!
    Umówili się na dwunastą trzydzieści. Keshia była już na miejscu, kiedy przyszedł. Edward rozejrzał się dookoła: rzeczywiście nie było tu tak strasznie, jak się spodziewał. Przy niewielkich drewnianych stolikach zasiadała w miarę reprezentatywna próba przeciętnych mieszkańców East Side. Sekretarki, producenci, hipisi, ładne dziewczyny z teczkami pełnymi zdjęć, młodzi ludzie w koszulach w kratę, a tu i ówdzie pojawiał się nawet mężczyzna w garniturze. Ani on, ani Keshia nie rzucali się w oczy i Edward odetchnął z ulgą. Nie było to co prawda „La Grenouille”, ale też nie „Horn Hardart”… Co prawda kuchnia w tym ostatnim lokalu nie rodziła specjalnych zastrzeżeń, za to klientela!… Nigdy nie mógł być pewien, co Keshia chowa w rękawie. Ta dziewczyna miała diabelskie poczucie humoru.
    Siedziała w rogu sali. Uśmiechnął się z daleka, a kiedy do niej podszedł, nachylił się, żeby ją pocałować.
    – Stęskniłem się za tobą, złotko.
    Nie uświadamiał sobie nawet jak bardzo do chwili, gdy znów ją zobaczył. Przyjrzał jej się uważnie. Miała w oczach jakiś dziwny wyraz… taki sam, jaki spostrzegł, gdy widzieli się po raz ostatni. Oprócz tego wyraźnie schudła.
    – Zeszczuplałaś – rzekł oskarżycielskim tonem.
    – Tak, ale niewiele. Śmiesznie się odżywiam, kiedy piszę.
    – Powinnaś dbać o to, żeby odżywiać się dobrze.
    – W „Le Mistral”? A może zdrowiej byłoby w „La Cóte Basque”? – Znów się z nim droczyła, nie złośliwie, ale z jakąś dziwną zajadłością.
    – Keshia, złotko, naprawdę jesteś już za stara na hipiskę – odparował.
    – Masz całkowitą słuszność. W ogóle zresztą nie biorę tego w rachubę. Po prostu odwalam galerniczą pracę przy maszynie. Ostatnio mam uczucie, że wreszcie wychodzę na prostą. To krzepiące.
    Kiwnął głową w milczeniu i zapalił cygaro. Zastanawiał się, czy te niepokojące objawy są związane z przepracowaniem. Cóż, zapamiętanie Keshii w pracy było bardzo chwalebne, lecz mało prawdopodobne. Subtelne zmiany, jakie w niej zauważał, nie dawały się precyzyjnie określić. Była teraz szczuplejsza, jakby bardziej nerwowa, choć wypowiadała się z większą pewnością siebie. Zmiany jednak sięgały głębiej, o wiele głębiej – o tym był przekonany.
    – Czy w tym przybytku serwują coś co picia? – żałośnie przebiegł wzrokiem wypisane kredą na tablicy menu. Nie było w nim nawet wzmianki o koktajlach, jedynie sok z marchwi albo z małży. Na myśl o tym ostatnim żołądek podszedł mu do gardła.
    – Och, Edwardzie, nie pomyślałam, że miałbyś ochotę na drinka! – w oczach Keshii zamigotały wesołe iskierki. – Doprawdy, zbyt długo cię nie widywałam. Musiałam jednak przez jakiś czas być sama.
    – Powiedziałbym, że wyszło ci to na zdrowie, ale wcale nie jestem tego pewien. Moim zdaniem pracujesz za ciężko.
    Keshia powoli pokiwała głową.
    – Owszem, tak było. Chciałam wreszcie ustalić swoją pozycję w branży. I wiesz, coraz trudniej mi się zmusić do redagowania tej przeklętej rubryki. Może powinnam dać sobie z nią spokój?
    – Mówisz poważnie? – Edward zaniepokoił się nieco. Jeżeli Keshia zrezygnuje z rubryki Hallama, jak często będzie miał okazję ją oglądać na galowych spędach śmietanki Nowego Jorku?
    – Zastanowię się jeszcze. Nie chcę robić niczego pochopnie. Ale siedem lat to kawał czasu. Może już pora wysłać Martina na emeryturę.
    – A co z Keshia Saint Martin? Spojrzała mu w oczy bez słowa.
    – Keshia, kochanie, chyba nie zamierzasz palnąć jakiegoś głupstwa, prawda? Przyznam, że odczułem pewną ulgę na wieść o twojej decyzji co do Whitneya. Zastanawiałem się tylko, czy to oznacza…
    – Nie, z moim młodym przyjacielem z SoHo również zerwałam. Prawdę mówiąc, tego samego dnia. Była to swego rodzaju czystka. W rezultacie odczułam wielką ulgę.
    – Teraz jesteś sama?
    Skinęła głową, klnąc w duchu jego dociekliwość.
    – Tak. Ja i moja praca. Bardzo mi się to podoba – uśmiechnęła się promiennie.
    – Może na jakiś czas właśnie tego ci trzeba. Ale nie pal za sobą wszystkich mostów.
    – Dlaczego?
    – Bo jesteś za młoda i za ładna, żeby spleśnieć nad maszyną do pisania. Nie zatracaj się tak bez reszty.
    – „Zatracać się”, Edwardzie? Mam wrażenie, że wreszcie znalazłam swoje prawdziwe „ja”.
    O Boże, pomyślał, znowu ma taką samą minę jak jej ojciec! Czuł, że Keshia podjęła jakąś ważną decyzję, nie wiedział tylko, czego ona dotyczy.
    – Proszę cię, bądź ostrożna – rzekł, zapalając wygasłe cygaro. – I nie zapominaj, kim jesteś.
    – Czy masz pojęcie, jak często to słyszałam? – prychnęła ze złością. – Nie martw się, nie zapomnę. Idę o zakład, że ty do tego nie dopuścisz.
    Twardy wyraz malujący się w jej oczach zupełnie zbił go z tropu. Trwało to jednak tylko chwilę, po czym Keshia wskazała wiszącą na ścianie tablicę.
    – A więc na co masz ochotę? – zapytała, uśmiechając się przelotnie. – Proponuję omlet z krewetkami i awokado. Jest pyszny.

    – Wezwać ci taksówkę?
    – Nie, chętnie się przejdę. Uwielbiam październik w Nowym Jorku.
    Jesienny dzień był wietrzny i przejrzysty. Co roku o tej porze wszystko zdawało się nagle czystsze, jaśniejsze i pełne życia, a człowiek zaczynał czuć werwę, by pieszo przemierzyć cały świat.
    – Zadzwoń do mnie niedługo. Martwię się, kiedy całymi tygodniami nie dajesz znaku życia, a z drugiej strony nie chciałbym ci się narzucać.
    Co za cudowna przemiana, pomyślała z przekąsem, na głos zaś zapewniła:
    – Ależ skąd, wcale się nie narzucasz. Dzięki za lunch. Sam widzisz: nie był taki zły!
    Cmoknęła go w policzek i odmaszerowała, odwracając się jeszcze, żeby mu pomachać, kiedy zatrzymała się na światłach.
    Przeszła Trzecią Aleją do Sześćdziesiątej Ulicy i skręciła do parku. Nadkładała w ten sposób drogi, ale dzień był zbyt piękny, by zamykać się w czterech ścianach. Oddychała pełną piersią, z uśmiechem mijając rozbawione dzieci o zaróżowionych policzkach. Zdrowo wyglądające dziecko stanowiło rzadkość w Nowym Jorku. Zwykle małe buzie znaczył ziemisty odcień mokrej zimy albo blada obrzmiałość dusznego lata. Wiosna przemykała przez Manhattan tak ulotnie…
    Jesień była inna. Jesień przynosiła chrupiące jabłka i dynie na straganach, jakby stworzone, by rzeźbić w nich oblicza na święto Halloween. Porywiste wiatry omiatały niebo z szarych chmur, ludzie zaś poruszali się raźniejszym krokiem. Nie marzli ani się nie pocili, nie byli ani zmęczeni, ani wściekli. Nowojorczycy napawali się październikiem, weseli i pełni i życia. A Keshia szła przez park, chłonąc zewsząd ten podniosły nastrój.
    Alejki zasłane były liśćmi, które podrywały się przy każdym kroku, drapiąc ją po kostkach. Na przystanku kucykowych zaprzęgów malcy domagali się następnej przejażdżki. Zwierzęta z zoo odprowadziły ją wzrokiem, a w chwilę później kurant zaczął wydzwaniać godzinę. Keshia przystanęła pod zegarem w grupce matek z dziećmi.
    Dzieci. Jak prześmiesznie byłoby mieć obok siebie taką małą osóbkę! Kogoś, komu wyciera się z brody resztki czekolady, a wieczorem czyta bajki i tuli na dobranoc. Kogoś, kto rano gramoli ci się do łóżka z zimnymi stopkami. Szkoda, że zaraz trzeba by mu mówić, kim jest i do czego będzie zobowiązany, gdy dorośnie. To właśnie był powód, dla którego nigdy nie marzyła o dziecku. Po co miała krzywdzić niewinną istotę? Wystarczy, że ona sama żyje z tym od tylu lat. Nie, żadnych dzieci. Nigdy.
    Kurant umilkł, pozłacane zwierzątka zamarły w ostatnim takcie mechanicznego walca. Dzieci rozbiegły się ku przenośnym kramom. Keshia nagle również zapragnęła mieć czerwony balonik. Kupiła go za ćwierć dolara i przywiązała do guzika przy rękawie. Tańczył na wietrze wysoko nad jej głową, tuż pod koronami wielkich parkowych drzew. Roześmiała się: miała ochotę biec przez całą drogę do domu.
    Minęła jeszcze staw, na którym ścigały się modele żaglówek, i ruszyła do bramy w ślad za piastunkami, statecznie pchającymi wielkie, landarowate angielskie wózki, okryte kipielą koronek. Z przeciwka nadciągała grupka francuskich nianiek, już z dala emanując grubo słodzoną wrogością. Świat ten – jak każdy inny – rządził się własnymi prawami. Autochtonki trzymały się na uboczu, zdominowane zarówno przez Angielki, jak i przez Francuzki. Szwajcarki i Niemki tworzyły własne kółko. W tej klasie Murzynki nie trafiały się nigdy; były pariaskami.
    Na widok portiera Keshia speszyła się i gwałtownie przyciągnęła balonik. Windziarz udawał, że go nie zauważa.
    – Dzień dobry pani.
    – Dzień dobry, Sam.
    Miał na sobie ciemny zimowy uniform i nieśmiertelne białe rękawiczki. Od dwudziestu czterech lat woził ludzi z góry na dół i z dołu do góry, nawet nie patrząc im w oczy. „Dzień dobry pani”… „Dzień dobry, Sam”… „Dobry wieczór pani”… „Dobry wieczór, Sam”… Dwadzieścia cztery lata ze wzrokiem utkwionym w ścianę. Za rok przejdzie na emeryturę, a w nagrodę dostanie pozłacany zegarek i butelkę dżinu. Jeśli wcześniej nie umrze, wpatrzony w ten sam punkt na ścianie.
    – Dziękuję, Sam.
    – Służę pani.
    Drzwi windy cicho zamknęły się za nią. Keshia znalazła klucz i weszła do mieszkania.
    Na stoliku w holu leżała już popołudniowa gazeta. Dawniej czytanie gazet sprawiało jej przyjemność, ostatnio jednak nie mogła oprzeć się wrażeniu, że pełne są potwornych, coraz gorszych wieści. Trzęsienie ziemi w Chile, tysiące ofiar. Wznowienie konfliktu na Bliskim Wschodzie. Głodujące dzieci. Morderstwa w Bronksie. Afery na Manhattanie. Zamieszki w więzieniach. Te ostatnie martwiły Keshię najbardziej.
    Ledwie zerknęła na pierwszą stronę i nagle zamarła z ręką wciąż wspartą o drzwi. Nagłówek krzyczał: STRAJKI W SAN QUENTIN. SIEDMIU ZABITYCH.
    – Boże… – wyszeptała. – Spraw, żeby był zdrów i cały…
    Jakby w odpowiedzi na jej modlitwę zadzwonił telefon. Keshia mechanicznie ruszyła do salonu, nie odrywając wzroku od gazety.
    – Halo… – odezwała się nieswoim głosem.
    – Keshia?
    – Słucham?
    – Czy to panna Saint Martin?
    – Niestety, nie ma jej… Lucas?
    – Tak, do licha. Co ty tam wyprawiasz? – oboje byli zdrowo zakłopotani.
    – Ja… przepraszam… O Boże, nic ci nie jest? Co się stało? – nagły strach złapał ją za gardło, ale bała się mówić otwarcie. Artykuł zmienił jej podejrzenia w pewność.
    – Naturalnie, że nic mi nie jest. Masz głos, jakbyś zobaczyła ducha.
    – Trafił pan w samo sedno, panie Johns. Czekam na wyjaśnienia.
    – Powiedzmy, że zaczekasz jeszcze parę godzin, a wtedy powiem ci wszystko, co chcesz wiedzieć, i jeszcze wiele innych rzeczy. Naturalnie w granicach rozsądku – Luke zaśmiał się ochryple, ze znużeniem.
    – Co chcesz przez to powiedzieć?
    – Pakuj walizki, staruszko! Dostaję już świra bez twoich okrągłości! Może byś tak wsiadła w najbliższy samolot?
    – Do San Francisco? Poważnie?
    – Najzupełniej poważnie. Kupa czasu minęła, odkąd po raz ostatni pieściłem twój mały tyłeczek.
    – Kocham cię, wariacie. Och, gdybyś wiedział, jak bardzo za tobą tęskniłam, a dosłownie przed chwilą przeczytałam w gazecie…
    – Nieważne – przerwał jej ostro. – U ciebie wszystko w porządku?
    – Tak. Jakie masz plany? – zapytała z westchnieniem.
    – Wziąć parę dni wolnego i zamęczyć cię na śmierć. O której możesz tu być?
    Keshia spojrzała na zegarek.
    – Jest trzecia. Nie orientujesz się, kiedy mam samolot?
    – O wpół do szóstej z lotniska Kennedy’ego. Zdążysz?
    – Czekaj… O czwartej powinnam wyjść z domu, czyli… a niech to! Zdążę – zerwała się z krzesła. – Co mam zabrać?
    – Twoje słodkie ciałko.
    – Oprócz tego, głuptasie. Jaka tam jest pogoda?
    – Mokra. We dnie ciepło, w nocy zimno. Zresztą nie wiem, sprawdź w „Timesie”. I nie waż się przypadkiem przyjeżdżać w futrze z norek.
    – Skąd wiesz, że mam futro z norek? Nigdy go nie widziałeś – teraz Keshia śmiała się już pełną piersią.
    – Wydedukowałem. Nie bierz go.
    – Nie miałam zamiaru. Jeszcze coś?
    – Tylko informacja, że stanowczo za bardzo cię kocham, kobieto. I że w przyszłości już nie spuszczę cię z oka.
    – Obiecanki cacanki! Słuchaj… wyjdziesz po mnie?
    – Na lotnisko? – w głosie Luke’a odbiło się zaskoczenie.
    – Mhm.
    – Może rozsądniej będzie, jeśli tego nie zrobię? Znów to samo. Rozsądek, ostrożność.
    – W nosie mam rozsądek – oznajmiła. – Nie widzieliśmy się prawie trzy tygodnie, a kocham cię do szaleństwa.
    – Wyjdę po ciebie – rzekł radośnie.
    – Nie zapomnij!
    – Tak jest, proszę pani – gromki śmiech załaskotał ją w ucho, nim odłożyła słuchawkę.
    Przez ubiegłe trzy tygodnie Luke toczył walkę ze swoim sumieniem i przegrał ją – a może wygrał, nie potrafił tego osądzić. Wiedział jedno: niezależnie od tego, ile miało go to kosztować, nie mógł utracić Keshii.

ROZDZIAŁ 17

    Samolot wylądował o 19.14 czasu San Francisco i zanim jeszcze podkołował do bramy, Keshia pomimo usilnych nalegań stewardesy od razu ustawiła się przy drzwiach.
    Podróżowała klasą turystyczną, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Ubrana była w czarne wełniane spodnie, czarny sweter i ciemne okulary, przez ramię miała przewieszony trencz. Strój był skromny – może nawet zbyt skromny – a przy tym szalenie elegancki. Mijani mężczyźni odprowadzali ją wzrokiem, kobiety również – z zazdrością. Smukłe biodra, proste ramiona, gęste włosy i ogromne chabrowe oczy Keshii nie mogły być nie zauważone. Mimo niskiego wzrostu zwracała na siebie uwagę, nawet jeśli występowała incognito.
    Miała wrażenie, że nim otwarto drzwi, minęły wieki. W kabinie panował zaduch, ludzie obijali sobie nogi bagażami, jakieś dziecko zaczęło płakać. W końcu z zewnątrz wpadł powiew świeżego powietrza i tłum najpierw drgnął, a potem runął przed siebie. Smukłe cielsko samolotu wypluło na rampę swoją zawartość niczym pastę do zębów wyciśniętą z tubki. Keshia przepchnęła się pomiędzy współtowarzyszami podróży. Pierwszą osobą, którą zobaczyła, był Lucas.
    Jego głowa sterczała wysoko ponad tłumem, czarne włosy lśniły w świetle lamp, w całej zaś postaci dawało się wyczuć radosne oczekiwanie. Pomachała do niego ręką. Po chwili znalazł się przy niej i poderwał ją wysoko w ramionach.
    – Och, staruszko, jak się cieszę!
    – Luke! – uśmiechnęła się promiennie.
    Ich wargi zetknęły się w długim, zachłannym pocałunku. Do diabła z pismakami, niech się napatrzą! Wreszcie była z nim, mogła schronić się w jego objęciach. Podróżni opływali ich dokoła jak kamień w środku strumienia. Zanim zdołali się od siebie oderwać, wokół nie było już nikogo.
    – Bierzmy walizki i jazda do domu! – zakomenderował Luke.
    Z zażyłym uśmiechem, postronnemu widzowi mogącym nasunąć myśl, że od dawna dzielą życie, zjechali na dół ruchomymi schodami, trzymając się mocno za ręce. Ludzie odprowadzali ich wzrokiem. Stanowili parę, którą się zauważa, na którą patrzy się chciwie i z zazdrością.
    – Ile walizek przytargałaś?
    – Dwie.
    – Dwie? Spędzimy tu ledwie trzy dni! – zaśmiał się i znów mocno ją uścisnął.
    Keshia stłumiła jęk zawodu. Tylko trzy dni? Liczyła się jednak każda, nawet najkrótsza chwila.
    Luke wybrał walizki z obrotowej taśmy i wsadził je pod pachę, nie wypuszczając jej z objęć.
    – Nie jesteś dziś zbyt rozmowna. Zmęczona?
    – Nie. Szczęśliwa. – Keshia podniosła głowę i przytuliła się do niego jeszcze mocniej. – Tak bardzo się za tobą stęskniłam!
    – Już nigdy nie zostawię cię samej na tak długo. Źle mi to robi na nerwy.
    Keshia jednak wiedziała, że w każdej chwili grozi im ponowne rozstanie, może nawet na dłużej. Takie właśnie było jego życie. Z wysiłkiem odsunęła od siebie czarne myśli. Ich trzydniowe wakacje właśnie się zaczęły.
    – Gdzie będziemy mieszkać? – spytała, kiedy czekali na taksówkę. Jak dotąd wszystko szło jak z płatka. Żadnych kamer, żadnych reporterów. Nikt nawet nie podejrzewał, że wyjechała z Nowego Jorku. Uprzedziła agenta, że nie będzie jej przez parę dni i żeby w tym czasie wykorzystali w rubryce Hallama skrawki, które nie zmieściły się w ostatnim wydaniu, zanim znów będzie się mogła skupić na towarzyskich plotkach.
    – W „Ritzu” – oświadczył Luke uroczyście, wrzucając jej walizki na przedni fotel taksówki.
    – Naprawdę? – roześmiała się, wsiadając.
    – Sama zobaczysz! – rzekł z dumą i nagle zmarkotniał. – Słuchaj, jeśli wolisz się zatrzymać w „Fairmoncie” czy „Huntingtonie”, to… Tam jest wprawdzie ładniej, ale pomyślałem, że wolałabyś…
    – Rozumiem, że „Ritz” jest bardziej dyskretny? Luke roześmiał się, widząc jej minę.
    – O tak, staruszko. To właśnie najbardziej podoba mi się w „Ritzu”. Jest taaaki dyskretny!
    Hotel „Ritz” mieścił się w dużym, pamiętającym zapewne lepsze czasy szarym domu, położonym w samym sercu Pacific Heights. Dawniej jego splendor musiał robić wrażenie: dziś gościł wyrzutków: zasuszone staruszki i zramolałych starców, nie licząc przepływających pośpiesznie między nimi gości, dla których nie starczyło miejsca w okazałych rezydencjach w sąsiedztwie. Mieszkańcy hotelu stanowili więc dziwaczny melanż i tak samo było z wystrojem: koślawe, zakurzone kryształowe żyrandole, krzesła obite spłowiałym aksamitem, kwieciste zasłony u okien, a tu i ówdzie barokowa mosiężna spluwaczka.
    Luke rozejrzał się szybko na prawo i lewo, prowadząc ją do środka. Za ladą recepcyjną kręciła się nerwowo podstarzała dama. Włosy miała splecione w dwa obwarzanki nad uszami, a jej sztuczne zęby wyglądały tak, jak gdyby w ciemnościach świeciły własnym światłem.
    – Dobry wieczór, pani Ernestyno – rzekł grzecznie Luke. Najśmieszniejsze w tym wszystkim wydawało się Keshii to, że imię Ernestyna pasowało do staruszki jak ulał.
    – Dobry wieczór, panie Johns. – Ernestyna przyjrzała się Keshii z aprobatą. O, tacy goście są tu mile widziani! Przecież to w końcu „Ritz”.
    Luke wprowadził Keshię do rdzewiejącej windy, obsługi, wanej przez siwego człowieczka, który nucił pod nosem „Dixie”, wioząc ich na pierwsze piętro.
    – Zwykle chodzę pieszo – rzekł. – Pomyślałem jednak, że zaprezentuję ci wszystkie tutejsze zabytki.
    Tabliczka wisząca w windzie głosiła, że śniadanie podaje się o siódmej, lunch o jedenastej, a obiad o piątej. Keshia zachichotała z uciechy.
    – Dziękuję, Joe. – Luke delikatnie poklepał starego windziarza po plecach i sięgnął po walizki.
    – Czy odnieść bagaże, proszę pana?
    – Nie trzeba, dziękuję. – Mimo to dyskretnie wsunął banknot do ręki starego. – W lewo – dodał, ruszając długim korytarzem. Podłogę pokrywał dywan w kolorze czerwonego wina, na ścianach wisiały spłowiałe sztychy.
    Luke przekręcił klucz w zamku, postawił walizki i przygarnął ją do siebie.
    – Tak się cieszę, że jesteś. Bałem się, że nie znajdziesz dla mnie czasu.
    – Chyba żartujesz! Dla ciebie zawsze mam czas. Czy zamierzasz stać w drzwiach przez całą noc?
    – O, nie – porwał ją z ziemi i przeniósł przez próg do pokoju, na którego widok zaparło jej dech w piersi. Nigdy w życiu nie widziała takiej ilości błękitnego pluszu i satyny w jednym miejscu.
    – Boże, tu jest cudownie – roześmiała się. – Wprost niewiarygodnie!
    Potężne łoże wyposażone było w aksamitny baldachim wsparty na czterech kolumienkach. Fotele, kapa na łóżku, szezlong i przybranie staroświeckiej toaletki – wszystko miało ten sam odcień. Nawet zdeptany dywan pysznił się błękitnym kwiatowym deseniem. Keshia spojrzała w okno i aż westchnęła z zachwytu.
    Widać przez nie było ciemny przestwór zatoki, oświetlony w dali latarniami na wzgórzach Sausalito i mrugającymi światłami drogowymi na moście Złote Wrota.
    – Luke, tu jest bajecznie! – w oczach Keshii także pojawił się blask.
    – „Ritz” pada ci do stóp, madame.
    – Kocham cię – rzuciła mu się na szyję, omal nie łamiąc obcasów.
    – Gdzie ci tam do mnie… Nawet w jednej czwartej nie kochasz mnie tak, jak ja ciebie.
    – Milcz, podły oszczerco!
    Usłuchał, pocałunkiem zamykając także jej usta i niosąc ją na błękitne łoże.
    – Głodna?
    – Nie wiem. Jestem tak szczęśliwa, że mąci mi się w głowie. – Keshia sennie obróciła się na bok i pocałowała go w szyję.
    – Co powiesz na spaghetti?
    – Mhm… Chętnie – wymruczała, nie ruszając się z miejsca. Według czasu nowojorskiego dochodziła pierwsza w nocy i Keshia nie miała najmniejszej ochoty zrywać się z pościeli.
    – Wstawaj, staruszko! – zawołał Luke, ściągając z niej prześcieradło.
    – O, nie, tylko nie pod prysznic!
    – Jeśli zaraz nie wstaniesz, zleję cię wodą tu, w łóżku – oznajmił, dokumentując to klapsem w jej nagi pośladek.
    – Nie ośmieliłbyś się – stwierdziła z leniwym uśmiechem, nie otwierając oczu.
    – Ja bym się nie ośmielił? – zażartował, patrząc na nią z czułością.
    – Chryste, pewnie gotów jesteś to zrobić, kanalio. Czy mogę zamiast natrysku wybrać kąpiel w wannie?
    – Możesz wybrać, co chcesz, pod warunkiem, że wstaniesz.
    Keshia otworzyła jedno oko i przyjrzała mu się uważnie.
    – W takim razie wybieram ciebie.
    – Po kolacji. Nie miałem dziś czasu na lunch i umieram z głodu. Chciałem pozałatwiać wszystko przed twoim przyjazdem.
    – I pozałatwiałeś? – Keshia oparła się na łokciu i sięgnęła po papierosa. Właściwie od początku czekała na te słowa i teraz w jej głosie było tyleż napięcia co w jego wzroku.
    – Tak. Zakończyliśmy sprawę – twarze zabitych rozbłysły mu w pamięci.
    – Luke… – nigdy nie pytała go bezpośrednio o te sprawy, a on nigdy nie oferował się z wyjaśnieniami.
    – Słucham? – Cała jego postać stała się nagle uosobieniem czujności.
    – Nie powiesz mi, żebym pilnowała własnego nosa? Wzruszył ramionami i powoli potrząsnął głową.
    – Nie. Wiem, do czego zmierzasz, i przyznaję, że masz prawo pytać. Chcesz wiedzieć, co tu robiłem, czy tak?
    Keshia skinęła głową.
    – Przecież sama się domyśliłaś. – Luke nagle jakby się postarzał. Głos także miał znużony. Świąteczny nastrój naraz prysł.
    – Chyba tak. Chyba podświadomie wiedziałam od początku, ale dziś po południu… – jej głos zamarł. Dziś? Wydawało jej się, że minęły lata. – Dziś po południu zobaczyłam nagłówek w gazecie… strajk w San Quentin był twoim dziełem, prawda?
    Luke pokiwał głową jeszcze wolniej niż przedtem.
    – Co mogą ci za to zrobić?
    – Kto? Psy?
    – Między innymi.
    – Nic konkretnego. Przynajmniej na razie. Jestem czysty, staruszko, choć może to też nie za dobrze. Nie są w stanie się do mnie przyczepić i dlatego pewnego dnia wykończą mnie po królewsku i całościowo, z samej chęci zemsty.
    W głowie Keshii zabrzęczał pierwszy sygnał ostrzegawczy.
    – I mogą to zrobić? – zapytała tępo, rzeczywiście jak ktoś świeżo obudzony ze snu.
    – Jeżeli się uprą… Zależy, jakie to będzie dla nich ważne. W tej chwili znowu nieźle ich podbechtałem.
    – Czy ty się nie boisz?
    – A cóż by to zmieniło? – Luke uśmiechnął się cynicznie i potrząsnął głową. – Nie, moja panno, nie boję się.
    – Czy coś ci grozi, Luke? Mam na myśli prawdziwe zagrożenie.
    – Chodzi ci o cofnięcie zwolnienia warunkowego czy o inne niebezpieczeństwo?
    – O jedno i drugie.
    Wiedział, że nie może pozostawić jej bez odpowiedzi.
    – Nie zagraża mi nic konkretnego, dziecino. Sprawa wywołała wielkie poruszenie, ale akurat ci, których najbardziej wkurzyła, nie mają żadnej pewności, że ja miałem z nią cokolwiek wspólnego. Staram się zacierać ślady. Te dupki z komisji do spraw zwolnień nie mają nic na mnie, a w czasie, jaki zajęłoby im zbieranie informacji, zdążą ochłonąć. Co się zaś tyczy pewnych gorąco-głowych radykałów, również zamieszanych w ten strajk, którzy nie podzielają moich poglądów, zanadto się mnie boją, żeby ze mną zadzierać. Tak więc nie ma mowy o żadnym niebezpieczeństwie.
    – Ale sytuacja w każdej chwili może ulec zmianie, prawda? – Keshia czuła fizyczny ból na samą myśl, że coś mogłoby mu grozić. Oczywiście wiedziała od początku, że Luke nie prowadzi łatwego życia, lecz czym innym było uświadomić to sobie teraz, kiedy go kochała. Nie marzyła o wywrotowcu, a o kimś, z kim mogłaby żyć długo i szczęśliwie.
    – O czym tak dumasz? – spytał Luke. – Wyglądasz, jakbyś była o tysiąc mil stąd. Zadałaś mi pytanie i mogę się założyć, że w ogóle nie usłyszałaś odpowiedzi.
    – Co odpowiedziałeś?
    – Że ludzie giną przechodząc przez ulicę, więc wpadanie teraz w histerię byłoby co najmniej przedwczesne. Tobie też w każdej chwili może coś zagrozić. Możesz zostać porwana dla sutego okupu. Więc darujmy sobie to „gdybanie”. Jestem tu, przy tobie, i kocham cię. To wszystko, co powinno cię interesować. A teraz o czym znów tak myślisz?
    – Jaka szkoda, że nie jesteś maklerem albo agentem ubezpieczeniowym!
    – Oj, staruszko, źle się wybrałaś! \
    – Wiem. Może jestem stuknięta, no i co z tego? – Keshia wzruszyła ramionami pokrywając zakłopotanie, po czym spojrzała na niego zupełnie poważnie. – Luke, dlaczego wciąż angażujesz się w bunty więzienne? Nie możesz sobie tego odpuścić? Nie siedzisz już w więzieniu, a tego rodzaju działalność może cię drogo kosztować.
    – Zaraz ci powiem, dlaczego. Dlatego, że ci faceci zarabiają trzy centy za godzinę, a pracują ciężko w warunkach, w jakich nie zgodziłabyś się trzymać swego psa. Mają żony i dzieci, jak wszyscy. Ich rodziny utrzymują się z zasiłków opieki społecznej, a nie byłyby do tego zmuszone, gdyby pracujący więźniowie otrzymywali godziwe stawki. Nie muszą zarabiać dużo, po prostu uczciwie. Ciężko pracują na chleb, a forsa potrzebna jest im tak samo jak wszystkim innym. Dlatego właśnie organizujemy strajki pracownicze. Schemat postępowania został ustalony w taki sposób, aby każdy komitet strajkowy mógł się nim posłużyć, bez potrzeby wprowadzania znaczniejszych zmian. W przyszłym tygodniu podobny, choć nie identyczny strajk wybuchnie w Folsom. – Luke zauważył jej minę i potrząsnął głową. – Nie martw się, nie będę tam potrzebny. Ja już odwaliłem swoją robotę tutaj.
    – Ale dlaczego właśnie ty musisz się tym zajmować, na litość boską? – Ku zaskoczeniu Luke’a Keshia eksplodowała.
    – A dlaczego nie?
    – Choćby dlatego, że przebywasz na zwolnieniu warunkowym. A skoro tak, nadal pozostajesz do dyspozycji władz. Dostałeś pięć lat do dożywocia, czy tak?
    – Tak. Co z tego?
    – To, że oficjalnie do końca życia mają cię w ręku. Zgadza się?
    – Nie zgadza. Mają mnie jeszcze przez dwa i pół roku, do upływu terminu warunkowego zwolnienia, mądralo. Widzę, że zaczęłaś zgłębiać wiedzę w tym przedmiocie. – Luke zapalił następnego papierosa, unikając jej wzroku.
    – Owszem, przeczytałam dość, żeby wiedzieć, że wciskasz mi kit z tymi dwoma i pól roku. Mogą cofnąć ci zwolnienie warunkowe, kiedykolwiek zechcą, i znów wsadzić cię na następne pięć lat albo na resztę życia.
    – Ależ, Keshia… dlaczego mieliby to zrobić? – zaoponował, lecz niezbyt przekonująco.
    – Na litość boską, Luke, jesteś aż tak naiwny czy po prostu się zgrywasz? Za agitację w więzieniach, na przykład. Zgodzisz się chyba, że to pogwałcenie warunków zwolnienia. A ja nie jestem taka głupia, jak sądzisz.
    – Nigdy nie sądziłem, że jesteś głupia – rzekł cicho. – Ale ja też nie jestem idiotą. Powtarzam ci, nigdy nie zdołają mi udowodnić, że miałem cokolwiek wspólnego z tym strajkiem.
    – Skąd ta pewność? A jeżeli jeden z twoich emisariuszy puści farbę? Albo jakiś wariat… „radykał”, jak to określasz… straci cierpliwość i zwyczajnie cię zastrzeli?
    – Wtedy dopiero będziemy się martwić. Wtedy, nie teraz.
    Keshia milczała przez chwilę. W jej oczach błyszczały łzy.
    – Przykro mi, Luke, nic na to nie poradzę, że się martwię. Wiedziała, że ma powody do zmartwienia. Lucas nie zamierzał poniechać agitacji w więzieniach, stawiając pod znakiem zapytania swoją wolność, jeśli nie życie. Oboje o tym wiedzieli.
    – Daj spokój, staruszko, zapomnijmy o tym i chodźmy coś zjeść.
    Pocałował ją kolejno w prawe oko, potem w lewe, a na końcu w usta i mocno przytulił. Miał już dość trudnych rozmów na dzisiejszy wieczór. Panujące między nimi napięcie powoli zelżało, czego nie dało się powiedzieć o obawach Keshii. Wiedziała, że skłaniając go, by zrezygnował, porywałaby się z motyką na słońce. Luke był urodzonym hazardzistą. Pozostawało jej tylko mieć nadzieję, że nigdy nie przegra.
    Pól godziny później znaleźli się w hotelowym holu.
    – Dokąd mnie zabierasz?
    – Do Vanessiego. Dają tam najlepsze spaghetti w tym mieście. Znasz San Francisco?
    – Nie najlepiej. Byłam tu jako dziecko, a później raz na przyjęciu dziesięć lat temu. Pamiętam, że jedliśmy kolację w jakiejś polinezyjskiej knajpie i mieszkaliśmy w hotelu na Nob Hill. Pamiętam tramwaj i nic więcej. Byłam tu w asyście Edwarda i Totie.
    – Wątpię, czy był to świetny ubaw. To znaczy, dziewczyno, że w ogóle nie widziałaś tego miasta.
    – To prawda. Ale teraz widziałam już „Ritza”, a ty na pewno pokażesz mi resztę – uśmiechnęła się spokojnie, ściskając go za ramię.
    Mimo późnej pory u Vanessiego było tłoczno. Artyści, pisarze, dziennikarze, publiczność teatralna, politycy, młode i bogate piękności – przekrój całej wierzchniej warstwy społeczności San Francisco. Luke oczywiście się nie mylił – zarówno spaghetti, jak i wszystkie przystawki były tu wyśmienite.
    Keshia uniosła do ust filiżankę kawy z ekspresu i leniwie rozejrzała się dookoła.
    – Ten lokal przypomina trochę „Giną” w Nowym Jorku, tyle że tu jest ładniej.
    – Bo San Francisco w ogóle jest ładniejsze. Jestem po uszy zakochany w tym mieście. Ma tylko jedną wadę: całkowicie zamiera jeszcze przed północą.
    – Wcale dziś nie mam ochoty na nocne życie. Według mojego czasu jest już druga w nocy.
    – Jesteś zmęczona? – zmartwił się Luke. Keshia wciąż wydawała mu się taka maleńka, krucha i delikatna, choć zdążył już się przekonać, że jest o wiele silniejsza, niż wskazywałyby pozory.
    – Nie, po prostu wpadłam w leniwy nastrój. Jestem taka szczęśliwa… Na tym łóżku w „Ritzu” człowiek ma wrażenie, że zasypia na obłoku.
    – Rzeczywiście!… – ucieszył się Luke.
    Ujął ją za rękę, zaraz jednak jego wzrok powędrował gdzieś poza nią i Luke zmarszczył brwi. Keshia obróciła się, by zobaczyć, co spowodowało tę zmianę nastroju. Luke patrzył na pięciu mężczyzn siedzących przy jednym z pobliskich stolików.
    – Znajomi?
    – Poniekąd – twarz mu stwardniała, a dłoń jakby straciła zainteresowanie jej dłonią. Mężczyźni mieli krótkie, schludnie ostrzyżone włosy, dwurzędowe garnitury i jasne krawaty. W pewien sposób przywodzili na myśl gangsterów.
    – Kto to taki? – Keshia odwróciła się znów do Luke’a.
    – Psy – rzekł lakonicznie.
    – Policja? Skinął głową.
    – Tak. Wywiadowcy mający za zadanie utrudniać życie takim ludziom jak ja.
    – Nie przesadzaj, Luke. Oni po prostu jedzą tu kolację, tak samo jak my.
    – Może i masz rację – przyznał. Spotkanie to jednak zwarzyło mu nastrój i wkrótce potem wyszli.
    – Luke… – zaczęła Keshia, gdy kroczyli wolno ulicą.
    – Nie masz nic do ukrycia, prawda?
    – Nie. Niemniej ten facet, który siedział do nas twarzą, depcze mi po piętach, odkąd zjawiłem się w San Francisco. Powoli zaczynam już mieć tego dość.
    – Przecież dziś cię nie śledził. Po prostu jadł kolację z przyjaciółmi. – Faktycznie grupa policjantów nie wykazywała żadnego zainteresowania ich stolikiem. – Prawda?
    – dokończyła mniej pewnie. W jej głosie słychać było zmartwienie.
    – Nie wiem, staruszko. W każdym razie nie byłem tym zachwycony. Pies to zawsze… no, po prostu pies. – Luke zapalił cygaro i spojrzał na nią z góry. – Niedobrze, że wciągam cię w to towarzystwo, dziecino. Ja nie lubię glin, a oni odpłacają mi tym samym. I spójrzmy prawdzie w oczy: strajk w San Quentin, w którym maczałem palce, to nie przelewki. W ciągu trzech tygodni zginęło tam siedmiu strażników.
    Poniewczasie zastanowił się, czy nie popełnił błędu, zatrzymując się w tym mieście na dłużej, niż było to absolutnie konieczne.
    Zaglądali do księgarni porno, przyglądali się turystom na ulicy, a w końcu skręcili w Grand Avenue usianą kawiarenkami i klubami literackimi, lecz niezależnie od tego, jak bardzo starali się nie okazywać tego sobie wzajem, żadne z nich nie mogło pozbyć się z myśli pięciu policjantów. Luke od nowa zaczął mieć wrażenie, że jest osaczony.
    Keshia próbowała poprawić jego nastrój, udając turystkę.
    – Ta ulica przypomina trochę SoHo, tylko że jest jakby bardziej wyrafinowana. Starsza, bardziej zasiedziała, chciałoby się rzec.
    – Owszem. To stara włoska dzielnica, ale mieszka tu także wielu Chińczyków, poza tym sporo artystów i młodzieży. To miła okolica.
    Kupił jej lody w rożku, potem wsiedli do taksówki i kazali się zawieźć do „Ritza”. Dla Keshii była już czwarta nad ranem, toteż w ramionach kochanka zasnęła jak dziecko. We śnie męczyły ją tylko mgliście zjawy policjantów, usiłujących wyrwać Luke’owi talerz ze spaghetti. Nie wiedziała dokładnie, o co chodzi, była nazbyt zmęczona i niebotycznie szczęśliwa.
    Luke przyglądał się jej z uśmiechem, głaszcząc od niechcenia pasmo czarnych włosów, które spływało po jej nagim ramieniu aż na plecy. Była taka piękna, a on był w niej tak szaleńczo, beznadziejnie zakochany! Jak mógłby kiedykolwiek powiedzieć jej prawdę?
    Cicho wstał z łóżka i podszedł do okna. Spieprzył wszystko w momencie, w którym złamał swoje zasady. Popełnił kardynalne głupstwo. Nie miał prawa absorbować sobą kogoś takiego jak Keshia. Ale przecież pragnął jej, postanowił ją zdobyć – na początku z powodów czysto ambicjonalnych, gdy dowiedział się, kim ona jest. A teraz? Teraz wszystko się zmieniło. Potrzebował jej. Kochał ją. Chciał dać jej coś z siebie, nawet gdyby miały to być tylko ostatnie przepojone słońcem chwile przed zapadnięciem zmroku. Takie chwile nie zdarzają się codziennie: zwykle tylko raz w życiu.
    Musiał powiedzieć jej całą prawdę. Pytanie tylko, jak to zrobić?

ROZDZIAŁ 18

    – Lucas, ty bestio! – jęknęła Keshia, przewracając się na drugi bok. – Na miłość boską, jest środek nocy!
    – To nie noc, tylko pochmurny ranek. A śniadanie podają w tym przybytku o siódmej.
    – Obejdę się bez śniadania.
    – Wykluczone. Mamy dziś bardzo bogaty harmonogram.
    – Luke… błagam!
    Lucas popatrzy! z uśmiechem, jak zmaga się ze snem. On był już umyty, uczesany i zupełnie przytomny. Nie spał od piątej. Miał sporo do przemyślenia.
    – Jeśli w tej chwili nie wstaniesz z łóżka, przetrzymam cię w nim aż do wieczora. A wtedy pożałujesz, że nie chciałaś mnie słuchać!
    – Kto powiedział, że będę żałować? – zachichotała.
    – Nie prowokuj mnie. Wstawaj. Chcę ci pokazać miasto.
    – O tej porze? Nie możesz zaczekać do rana?
    – Jest piętnaście po siódmej.
    – Boże! Chyba wyzionę ducha!
    Luke parsknął śmiechem, wywlókł ją z pościeli i zaniósł do wanny pełnej ciepłej wody.
    – Jesteś cudowny – wymruczała sennie.
    – Doszedłem do wniosku, że o tej godzinie nie zdołasz docenić uroków natrysku.
    – Rozpieszczasz mnie. – Ciepła woda kołysała ją miękko. – Nic dziwnego, że tak cię kocham.
    – Od razu czułem, że musi być jakiś powód. Nie wyleguj się zbyt długo. Kuchnię zamykają o ósmej, a chciałbym wrzucić coś na ruszt, zanim zacznę cię ciągać po mieście.
    – Będziesz mnie ciągał? Fe! – Keshia przymknęła oczy i zanurzyła się głębiej. Potężna staroświecka wanna na mosiężnych lwich łapach pomieściłaby ich oboje.
    Na śniadanie zjedli naleśniki i jajka sadzone na boczku. Po raz pierwszy od wielu lat Keshia zignorowała poranną prasę.
    Była na wakacjach i guzik ją to obchodziło, co świat ma do powiedzenia. „Świat” zresztą zwykle tylko narzekał, a ona nie była w nastroju do wysłuchiwania skarg. Czuła się zbyt szczęśliwa, by psuć sobie humor.
    – Gdzie chcesz mnie zabrać? – zapytała.
    – Najchętniej do łóżka.
    – Co?! Zrywasz mnie tylko po to, żeby zaraz znów iść do łóżka? – zapłonęła świętym oburzeniem, na co Luke parsknął śmiechem.
    – To później. Najpierw zrobimy sobie wycieczkę po mieście.
    Oprowadził ją po parku Golden Gate; przechadzali się brzegami stawów i całowali pod baldachimami kwiecia, którym wciąż jeszcze okryte były drzewa. San Francisco tonęło w zieleni, choć zaczął się listopad. Wyrudziały krajobraz Wschodniego Wybrzeża był tak odmienny, a tyle mniej romantyczny! Wypili herbatę w Ogrodzie Japońskim, pojechali na plażę, a potem wrócili przez Presidio, skąd rozciągał się cudowny widok na zatokę.
    Dla Keshii była to czarodziejska podróż: jedli świeże krewetki przy straganach na Nabrzeżu Rybnym, otoczeni zgiełkliwymi nawoływaniami włoskich przekupniów; potem zahaczyli o Aquatic Park, gdzie starsi panowie grali w kule, a Keshia zafascynowana przyglądała się, jak dziadkowie uczą tej sztuki małoletnich wnuków. Zawsze miała silne poczucie tradycji, więzi minionych i przyszłych pokoleń. Luke nigdy nie zaprzątał sobie głowy podobnymi sprawami. Żył mocno zakorzeniony w czasie teraźniejszym. Uzupełniali się wzajemnie: ona uczyła go szanować przeszłość, on pokazywał jej, jak żyć chwilą obecną.
    Kiedy mgła się podniosła, zostawili wynajęty samochód na nabrzeżu i pojechali tramwajem na Union Square. Tramwaj sapiąc wspinał się na wzgórza i zjeżdżał z nich podskakując, jak gdyby zaraz miał się rozpaść. Keshia śmiała się jak szalona – po raz pierwszy w życiu była na prawdziwej wycieczce. Zwykle krążyła ściśle ustaloną trasą pomiędzy zaprzyjaźnionymi domami w znanych na pamięć miastach, wzdłuż ameboidalnych wypustek swojego świata. Teraz jednak wszystko było nowe i egzotyczne. San Francisco to wdzięczne miejsce. Naturalne dzikie piękno zatoki i otaczających ją wzgórz tworzy efektowny kontrast z architekturą miasta: wieżowcami grzecznie zgrupowanymi w śródmieściu, wiktoriańskimi domami na Pacific Heights, a także małymi, bajecznie kolorowymi sklepikami przy Union Street. Dodatkowo o tej porze roku mogli zwiedzać je bez przeszkód, bo zwykły rój turystów wrócił już do domów.
    Wjechali na most Złote Wrota, bo Keshia chciała obejrzeć go „z bliska”. Była oczarowana.
    – Prawdziwe dzieło sztuki! – stwierdziła zadzierając głowę, by przyjrzeć się smukłym filarom mostu ginącym w rozproszonej mgiełce.
    – Podobnie jak ty – rzekł żartobliwie Lucas, patrząc na jej rozpromienioną twarz.
    Wieczorem zjedli kolację w jednej z włoskich restauracji przy Grant Avenue. W niewielkim wnętrzu królowały cztery duże ośmioosobowe stoły, toteż człowiek mimo woli musiał zawierać nowe znajomości, sięgając do wazy z zupą lub dzieląc się chlebem ze współbiesiadnikami. Keshia napawała się poczuciem wspólnoty, które także było dla niej całkiem nowe. Luke przyglądał się jej z uśmiechem. Co powiedzieliby ci prości ludzie, gdyby dowiedzieli się, że siedzą przy jednym stole ze słynną Keshia Saint Martin? Omal nie parsknął śmiechem. Jej nazwisko nic by im nie powiedziało. Siedzieli tu hydraulicy, studenci, kierowcy autobusów i ich żony. Keshia SaintKto? Była tu bezpieczna; nie musiała się bać reporterów i plotek. Zauważył, jak rozkwitła w tym krótkim czasie, odkąd przyjechała do San Francisco. Potrzebowała trochę swobody i wytchnienia i Luke cieszył się, że choć tym mógł ją obdarować.
    Przed powrotem do hotelu wpadli jeszcze na drinka do Perry’ego przy Union Street – odrobinę w stylu nowojorskiego baru „PJ.” – stamtąd zaś zdecydowali się wracać pieszo. Długi spacer przez porośnięte drzewami wzgórza sprawił im niewysłowioną przyjemność. Na skraju zatoki ryczały syreny przeciwmgielne, a Keshia kroczyła obok Luke’a, trzymając go za rękę.
    – Chciałabym tu mieszkać – westchnęła.
    – To ładne miasto. Choć właściwie wcale go jeszcze nie znasz.
    – A dzisiejszy dzień to co?
    – Zwyczajna trasa dla turystów. Jutro wgryziemy się w miąższ tej krainy.
    Nazajutrz rano pojechali na północ wzdłuż wybrzeża. Stinson Beach, Inverness, Point Reyes, kilometry dzikich plaż, przypominających nieco położony o wiele dalej na południe Big Sur. Fale rozbijały się o urwisty brzeg, w górze skrzeczały mewy i jastrzębie, a długie łańcuchy wzgórz, rozdarte z nagła tu i ówdzie piaszczystą łachą, robiły wrażenie, jak gdyby dotknęła ich łaskawa ręka Boga. Keshia zrozumiała, co miał na myśli Luke: ta niemal bezludna ziemia różniła się od nabrzeży miasta; była prawdziwa i cudownie piękna, nie tylko zajmująca.
    Obiad zjedli w chińskiej restauracji przy Grant Avenue. Keshia była w cudownym nastroju. Siedzieli w niewielkiej niszy, odgrodzonej od reszty sali parawanem, przez który słychać było głosy i śmiechy z innych nisz, a także szczęk naczyń i dźwięczną chińszczyznę kelnerów. Był to jeden z ulubionych lokali Luke’a; Keshii również bardzo się tu spodobało. Na dzień przed jej przyjazdem – o czym nie wiedziała – właśnie tu zapadły końcowe ustalenia związane ze strajkiem w San Quentin. Rozmawiali o zabitych ludziach nad smażonym wonton. Nawet Lucasowi wydało się to trochę niemoralne, kiedy się nad tym głębiej zastanowił, czego zwykle unikał. On i jego towarzysze nauczyli się akceptować realia. Dążenie do zmiany warunków w więzieniach miało swoją cenę. W niektórych przypadkach było nią ludzkie życie. Luke i jemu podobni działacze odgrywali tu role generałów, więźniowie – szeregowych żołnierzy, a strażnicy i administracja więzienna – wrogich sił. Było to całkiem proste.
    – Nie słuchasz mnie, Luke.
    – Hm? – ocknął się z zadumy. Keshia patrzyła na niego z uśmiechem.
    – Czy coś się stało, kochanie?
    – Skądże znowu! – zaprzeczył pośpiesznie, odsuwając z myśli San Quentin, co nie udało mu się w pełni. Gryzło go złe przeczucie, którego nie potrafił sprecyzować.
    – Mam wrażenie, że jesteś już zmęczony.
    – W nocy się wyśpimy – puścił do niej oko i pochylił się, żeby dostać buziaka.
    Dopiero gdy wychodzili, zauważył tajniaka, który prześladował go od chwili przyjazdu do San Francisco. Mężczyzna prędko cofnął się do jednej z nisz, wtykając pod ramię gazetę. Luke uznał nagle, że tego już za wiele.
    – Zaczekaj na mnie przed wejściem – powiedział.
    – Co?
    – Idź. Mam tu jeszcze jedną sprawę do załatwienia. Była zdumiona wyrazem jego twarzy. Coś się stało, pękła jakaś tama. Keshia poczuła na plecach zimny dreszcz. Miała wrażenie, że obserwuje wulkan na pięć minut przed erupcją.
    – Idź już, do licha! – popchnął ją w stronę drzwi i ruszył wprost do niszy, w której schował się tajniak. Szarpnął stary parawan z takim impetem, że tkanina pękła.
    – Starczy tego dobrego – syknął.
    – Słucham pana? – mężczyzna podniósł wzrok znad gazety. Skronie miał lekko przyprószone siwizną, lecz budowę niemal równie atletyczną jak Luke. Uniósł się nieco w krześle niczym tygrys przyczajony do skoku. W skupionych zimnych oczach malowała się czujność.
    – Wstawaj.
    – Co takiego? Proszę pana…
    – Powiedziałem: wstawaj, draniu. Masz kłopoty ze słuchem? – głos Luke’a był jedwabisty i słodki jak miód, lecz wyraz twarzy całkowicie mu przeczył. Obiema rękami chwycił tajniaka za klapy brzydkiej sportowej marynarki i pociągnął go do pozycji stojącej. – Gadaj, czego chcesz – warknął.
    – Przyszedłem tu na obiad, durniu. Spieprzaj, bo wezwę gliny – dłonie mężczyzny zaczęły pełznąć w górę z wytrenowaną precyzją.
    – Gliny? Co masz w tej kieszeni, pieprzony gnojku, radio? Posłuchaj, fagasie: jestem tu z kobietą i nie podoba mi się, że depczesz mi po piętach. Dostaję wysypki od waszego 13 Zwiastun miłości smrodu. Więc odczepcie się, bo inaczej… – urwał i zgiął się w pół. Tajniak błyskawicznie odtrącił jego ręce i wymierzył mu silny cios w żołądek.
    – Po tym nie dostaniesz wysypki – rzekł sucho. – A teraz pożegnaj się grzecznie i zmykaj do domu, bo każę cię zatrzymać za próbę pobicia. Komisja do spraw zwolnień warunkowych na pewno się ucieszy. I tak masz cholerne szczęście, że jeszcze nie wlepili ci sprawy o morderstwo.
    Luke złapał oddech i spojrzał mu w oczy.
    – Morderstwo? Dosyć trudno byłoby mnie w to wrobić. Nigdy w życiu nie zabiłem człowieka.
    – A strażnicy w Quentin to dla ciebie nie ludzie, co? Fakt, całą robotę odwalili twoi chłopcy, żebyś przypadkiem nie zbrudził sobie rączek – w głosie mężczyzny brzmiała jawna nienawiść.
    Luke wyprostował się, unosząc z niedowierzaniem jedną brew.
    – I temu zawdzięczam niewątpliwy zaszczyt, jakim jest twoje towarzystwo? Chcecie przylepić mi klawiszy z San Quentin?
    – To nie moja działka. A wierz mi, chłoptasiu: łażenie za tobą nie sprawia mi wcale większej przyjemności.
    – No, no, nie wzruszaj mnie tak, bo się rozpłaczę. – Luke wziął ze stołu szklankę wody i pociągnął spory łyk, zastanawiając się, dlaczego właściwie nie rozkwasił łba temu facetowi. Cholera, robi się miękki… przez nią. Keshia zmieniła wszystko, a to go mogło zaiste drogo kosztować.
    – Może trudno będzie ci w to uwierzyć, Johns, ale mam zapewnić ci ochronę.
    Lucas parsknął szyderczym śmiechem. Co za brednie, pomyślał. Mogli sobie znaleźć lepszy pretekst.
    – Mnie? To doprawdy urocze z waszej strony. A kto, waszym zdaniem, zamierza mnie skrzywdzić?
    – Nie robimy tego z sympatii. Fakt jednak pozostaje faktem: kazano nam nie spuszczać cię z oka i wypatrywać ewentualnych zamachowców.
    – Bzdury.
    – Doprawdy?
    – Jasne. Zresztą co mnie to obchodzi?
    W rzeczywistości obeszło go, i to bardzo. Tylko tego mu brakowało, kiedy była tu Keshia. Niech to diabli!
    – Podobno jakiejś grupie lewackich reformistów nie podoba się twoje triumfalne tournee, a jeszcze mniej to, że zgrywasz się na bohatera narodowego. Chcą ci się dobrać do tyłka, człowieku.
    – Tak? Wobec tego umówmy się: w razie potrzeby dam wam znać. Do tego czasu obejdę się bez pomocy.
    – Ja też chętnie obszedłbym się bez ciebie, Johns, ale nie mam wyboru. A propos: dobra knajpa. Mają świetne wypieki.
    – Cieszę się, że ci smakowało. – Luke zatrzymał się z ręką opartą o futrynę i dodał: – Masz cholerne szczęście. Gdybyś kiedy indziej podniósł na mnie rękę, z rozkoszą zrobiłbym z ciebie miazgę.
    Przez dłuższą chwilę mierzyli się wzrokiem. Tajniak złożył gazetę i wzruszył ramionami.
    – Proszę bardzo, nie krępuj się. Zarobisz na bilet w jedną stronę do Quentin. Zaoszczędziłbyś nam w ten sposób wielu kłopotów. Ale pilnuj się, Johns, bo ktoś cię namierza. Nie powiedzieli mi, kto to, ale musi być strasznie zawzięty, bo w godzinę po tym, jak wyszedł za bramę, posłali mnie za tobą.
    Luke skinął głową i już miał odejść, kiedy nagle uderzyła go pewna myśl.
    – Śledzicie jeszcze kogoś oprócz mnie?
    – Możliwe.
    – Daj że spokój, człowieku, skoro już karmisz mnie bajeczkami, to przynajmniej dopowiadaj je do końca!
    Tajniak przyjrzał mu się, po czym kiwnął głową.
    – W sumie masz rację. Tak.
    – Kogo?
    Mężczyzna westchnął i odwrócił wzrok. Nie chciało mu się robić uników, tym bardziej że struna i tak była już napięta do ostatnich granic. Lucas Johns nie był człowiekiem, z którym można bezkarnie bawić się w kotka i myszkę.
    – Morrisseya, Washingtona, Greenfielda, Falkesa i ciebie – beznamiętnie wyrecytował nazwiska.
    – Jezu – powiedział Luke.
    W piątkę stanowili trzon ruchu na rzecz reformy więziennictwa. Wszyscy byli radykałami, ale żaden nie miał lewicowych poglądów ani fantastycznych złudzeń, że naprawi cały \ świat. Chcieli po prostu zmienić przestarzały system, który od I lat umierał naturalną śmiercią, a wciąż nie mógł skonać. i Najbardziej zajadłe ataki musiał znosić Washington, jedyny Murzyn w grupie. Zwłaszcza frakcje czarnych aktywistów zarzucały mu zdradę; prócz tego dla nich był nie dość radykalny. Luke jednak uważał, że Washington łączy w sobie najlepsze cechy obu ras.
    – Radzę wam dobrze pilnować Franka Washingtona – warknął.
    Tajniak domyślnie pokiwał głową, Luke zaś odwrócił się na pięcie i odszedł.
    Keshia czekała przy frontowych drzwiach.
    – Wszystko w porządku? – spytała nerwowo.
    – W jak najlepszym. Dlaczego pytasz? – bał się, że mogła coś usłyszeć lub, co gorsza, zauważyć. Na szczęście w trakcie rozmowy nikt nie zaglądał do niszy, a kelnerzy byli zbyt zajęci, aby zwrócić uwagę na ich wymianę zdań.
    – Tak długo cię nie było. Masz jakieś problemy?
    – przyjrzała mu się bacznie, lecz z twarzy Luke’a nie dało się nic wyczytać.
    – Naturalnie, że nie. Spotkałem znajomego.
    – Interesy? – Keshia przybrała zatroskaną minę żony.
    – Tak, głuptasku, interesy. Daruj, że nie będę wyjaśniał ci szczegółów. Lepiej wracajmy do hotelu. – Przygarnął ją i z uśmiechem wyprowadził w nocną mgłę.
    Keshia czuła przez skórę, że coś jest nie tak, ale Luke świetnie umiał się maskować. Nigdy nie udało jej się go przyłapać; był zbyt konsekwentny.
    Następnego jednak ranka przy śniadaniu trudno było już przeoczyć, że w powietrzu wisi coś bardzo niedobrego. Tym razem Keshia obudziła się pierwsza. Zamówiła śniadanie do pokoju, a gdy przyniesiono wyładowaną tacę, delikatnie potrząsnęła Luke’a za ramię.
    – Dzień dobry, panie Johns. Pora wstać i przypomnieć sobie, że pana kocham.
    Luke przeciągnął się z uśmiechem, otworzył jedno oko i objął ją ramieniem.
    – Lubię tak zaczynać dzień – mruknął. – Co się stało, że nie śpisz?
    – Byłam głodna, a zresztą sam mówiłeś, że mamy napięty harmonogram. Wstałam więc i przygotowałam się na wszystko – z uśmiechem przysiadła na brzegu łóżka.
    – Może byś dla odmiany zrzuciła te łaszki i dała się zaskoczyć?
    – Dopiero po śniadaniu, obleśny satyrze. Jajecznica wystygnie.
    – Jezu, jaka ty jesteś nieludzko praktyczna. Wstrętne, oziębłe babsko.
    – Nie oziębłe, tylko głodne jak wilk – poklepała go po pośladku, cmoknęła w ucho i zaczęła rozstawiać śniadanie na stoliku.
    – Mmmm… jak pachnie… – rozpromienił się Luke.
    – Przynieśli gazetę?
    – Naturalnie, szanowny panie. – Keshia wzięła z tacy schludnie złożoną gazetę, rozwinęła ją i podała mu, dygnąwszy z wdziękiem.
    – Staruszko, jak to możliwe, że dotychczas dawałem sobie radę bez ciebie?
    – Niewątpliwie przychodziło ci to z najwyższym trudem – parsknęła śmiechem i odwróciła się, żeby nalać herbaty. Kiedy ponownie na niego spojrzała, przeraziła się. Luke siedział nago nad otwartą gazetą, a po twarzy, ściągniętej gniewem i zgrozą, toczyły się łzy. Dłonie miał zaciśnięte w pięści.
    – Co się stało? – podeszła z wahaniem i przysiadła obok, zaglądając mu przez ramię.
    Biegnący przez trzy szpalty nagłówek od razu rzucił jej się W oczy: MORD NA RZECZNIKU REFORMY WIĘZIENNICTWA. „Były pastor, znany działacz społeczny Joseph Morrissey otrzymał osiem strzałów w głowę, gdy wraz z żoną wychodził ze swojego domu przy… „ Zabójstwo przypisywano jednej z ultralewicowych frakcji, policja jednak nie dysponowała jeszcze żadnymi dowodami. Fotografia na pierwszej stronie pokazywała roztrzęsioną kobietę pochyloną nad zakrwawionym ciałem. Gazeta podawała, że pani Morrissey jest w siódmym miesiącu ciąży.
    Keshia poczuła łzy w oczach – łzy żalu za człowiekiem, którego nie znała, i współczucia dla Luke’a. Nagle sobie uświadomiła, że zamordowanym mógł być Lucas Johns.
    – Tak mi przykro, kochanie – wyświechtany frazes nie oddawał tego, co odczuwała. – Dobrze go znałeś?
    – Aż za dobrze – Lucas przymknął oczy.
    – Co masz na myśli?
    – Był moim emisariuszem. Pamiętasz, mówiłem ci kiedyś, że sam nigdy nie pojawiam się w więzieniach, aby nie dawać władzom pretekstu do pewnych działań.
    Keshia pokiwała głową.
    – Było to możliwe dzięki takim ludziom jak Joe Morrissey. Zanim zrzucił duchowną szatę, był kapelanem w czterech ciężkich więzieniach. Potem zaczął działać w ruchu reformatorskim. Robił to wszystko, co dla nas stanowiło zbyt duże ryzyko. A teraz nie żyje. Zabiliśmy go… ja sam go zabiłem… niech to jasny szlag! – Luke zerwał się i zaczął krążyć po pokoju, gniewnie ocierając łzy. – Keshia?…
    – Tak?
    – Pakuj walizki. Zabieram cię stąd, i to jak najszybciej.
    – Luke… ty się boisz?
    Zawahał się na moment, po czym skinął głową.
    – Tak. Boję się.
    – O mnie? Czy o siebie?
    Omal się nie uśmiechnął. Nigdy w życiu nie bał się o siebie. Ale na pewno nie mógł wciągać w to wszystko Keshii.
    – Powiedzmy, że chcę być przezorny. No, dalej, dziecino. Pośpiesz się.
    – Ty też wyjeżdżasz? – zawołała za nim.
    – Później.
    – Chcesz tu zostać? Dlaczego? – wystraszyła się.
    – Muszę zadbać o parę spraw. Wieczorem wrócę do Chicago. Ty natomiast polecisz do Nowego Jorku i będziesz tam na mnie czekać. No, nie stój jak kołek… – zaczął szorstko, lecz zerknąwszy na nią, złagodniał. Na twarzy Keshii malowała się groza. – Staruszko, daj spokój. Znowu buczysz? – spytał, obejmując ją czule.
    – Och, Luke, a jeśli…
    – Żadnych „jeśli” – uciął, całując ją w czubek głowy.
    – Wszystko jest w porządku.
    W porządku?… Czy on oszalał? Dopiero co zabito człowieka! Na dodatek człowieka, który go krył. Keshia spojrzała na niego z niedowierzaniem.
    Luke ujął ją za ręce i zmusił, by wstała. W głowie mu dudniło. Być może zabójstwo Morrisseya było tylko ostrzeżeniem. Ostrzeżeniem dla niego. Tutaj zbyt łatwo mogli go namierzyć. Z Keshia… Poczuł paraliżujący przypływ paniki.
    Keshia zaczęła wrzucać swoje rzeczy do otwartej walizki, co rusz zerkając na niego z ukosa. Nagle stał się taki szorstki, zaaferowany, obcy…
    – Zadzwonię do ciebie z Chicago. Na litość boską, włóż cokolwiek, nie wybierasz się na przyjęcie!
    – Jestem prawie gotowa.
    W kilka chwil później rzeczywiście była kompletnie ubrana. Ciemne okulary przysłaniały nie umalowaną twarz. Spojrzał na nią twardo, po czym skinął głową.
    – Dobra, dziecino. Nie będę cię tym razem odwoził. Zaraz wezwę taksówkę i znikam. Ty zaczekasz w recepcji. Ernestyna odwiezie cię na lotnisko.
    – Ernestyna? – zdumiała się Keshia. Zarządzająca hotelem nie robiła wrażenia osoby skłonnej niańczyć dorosłych gości. Lucas też nie był pewien, czy Ernestyna się zgodzi, uznał jednak, że pięćdziesiąt dolarów powinno wpłynąć na jej decyzję.
    – Pojedziesz na lotnisko i wsiądziesz w pierwszy samolot na wschód. Nieważne, ile razy będziesz się przesiadać. Masz natychmiast opuścić San Francisco. Jasne? – Keshia skinęła głową. – Mam nadzieję. Rozerwę cię na strzępy, jeśli się dowiem, że nie usłuchałaś. To nie żarty. Żałuję, że cię tu sprowadziłem.
    – A ja nie żałuję. Cieszę się. Szkoda tylko twojego przyjaciela… – oczy Keshii znów zaczęły podejrzanie błyszczeć.
    – Dzielna dziewczyna – Luke cmoknął ją lekko i wyprostował się. – Zabieraj się. Idę do Ernestyny. Zadzwonię, żeby sprawdzić, czy cię stąd wywiozła. Skontaktuję się z tobą wieczorem, jeśli dojadę o przyzwoitej porze. Stąd wolałbym nie dzwonić.
    – Na pewno nic ci nie grozi? – ledwie zadała to pytanie, zrozumiała, że jest pozbawione sensu. Któż wiedział, co może mu grozić?
    Chciała go spytać, kiedy się zobaczą, lecz zabrakło jej odwagi. Patrzyła rozszerzonymi wilgotnymi oczyma, jak drzwi cicho zamykają się za nim. W chwilę później odjechał taksówką sprzed hotelu. Po dziesięciu minutach Keshia z Ernestyną zrobiły to samo.
    Podczas lotu z rozpaczy zalała się w pestkę.

ROZDZIAŁ 19

    Odkąd rozstali się w San Francisco, minął tydzień. Luke wrócił do Chicago i dzwonił do niej dwa lub trzy razy dziennie. Obiecywał, że lada dzień pojawi się w Nowym Jorku, mimo to mdlące uczucie strachu nie opuszczało Keshii nawet na chwilę. Wyczuwała w jego głosie napięcie, wręcz czujność, a zatem on także bał się mówić swobodnie. Dopiero teraz Keshia się przekonała, że strach jest gorszy nawet niż samotność.
    Starała się jak najściślej wypełnić sobie każdą wolną chwilę. Stąd wziął się pomysł artykułu o Alejandrze Vidalu.
    – Chcesz pisać o tym zapchlonym domu dla wykolejonych dzieci? – zdziwił się Lucas, kiedy mu o tym powiedziała.
    – Tak. Simpson twierdzi, że znajdzie wydawcę. Jak myślisz, czy Alejandro nie będzie miał nic przeciw temu?
    – On? Ozłociłby cię, gdyby mógł. Nagłośnienie tematu to dla niego jedyna szansa na zdobycie funduszy.
    – Znakomicie. Wobec tego oboje odniesiemy jakąś korzyść.
    Nie chciała mu mówić, że musi czymś się zająć, inaczej zwariuje.
    – To co ja mam robić? Nigdy w życiu nie udzielałem wywiadu.
    Keshia roześmiała się, widząc spłoszoną minę Alejandra.
    – Zaraz wszystko ci wytłumaczę. Nie przejmuj się, ja też jestem nowicjuszką. Prawdę mówiąc, jesteś drugą osobą, z którą przeprowadzam wywiad. – Z włosami związanymi w dwie kity i w dżinsach wyglądała jak nastolatka, czysta i zadbana, co w tym domu było rzadkością.
    – Pierwszą był Luke, prawda? – Alejandro zerknął na nią ciekawie. – Powiedz, czy on dużo dla ciebie znaczy?
    – Bardzo wiele. Zanim go poznałam, byłam skłócona z życiem. To on nadał mu trochę sensu.
    – Nie podoba ci się styl życia twojej klasy? Potrząsnęła głową.
    – Wstydzę się go.
    – Gadasz bzdury! Wychowałaś się w tym świecie. Nie możesz się go wyprzeć.
    – Aleonjest taki obrzydliwy… – Keshia obróciła ołówek w palcach i wbiła w niego wzrok.
    – Dla wielu ludzi to szczyt marzeń – rzekł cicho Alejandro.
    – To straszliwa pustka, która odbiera ci wszystko, a nie daje nic w zamian. Udawanie i gierki, i zwyczajne kłamstwa. Wyrzucanie pieniędzy na pokaz, podczas gdy można by nimi wspomóc na przykład twój ośrodek. Chyba jestem nieprzystosowana, bo nie widzę w tym za grosz sensu.
    – Chyba niewiele wiem o wyższych sferach – uśmiechnął się Alejandro.
    – Tym lepiej dla ciebie.
    – Głuptasie – wyciągnął rękę i delikatnie uniósł jej podbródek, aż ich oczy się spotkały. – Myślisz, że lepiej czułabyś się tutaj? Tu też ludzie kłamią, oszukują i kradną. Biją kobiety, gwałcą własne dzieci. Przeżywają stresy, frustracje i załamania. Nie mają czasu ani środków, by windować się w górę. Twój świat dał ci spory zasób wiedzy. Zacznij go wykorzystywać, zamiast ubolewać nad minionymi latami.
    Keshia uśmiechnęła się i w głębi ducha przyznała mu rację. To prawda, miała za co być wdzięczna.
    – Myślę – powiedziała wolno – że u podłoża wszystkiego leży strach, że w końcu ugrzęznę. Ten świat jest jak ośmiornica: kiedy raz cię uchwyci, już nie puści.
    – Dziewczyno, przecież jesteś dorosła. Jeśli coś ci się nie spodoba, możesz odejść, cicho i spokojnie, bez krzyków i fajerwerków. I tak nikt nie zdoła cię zatrzymać. Jeszcze na to nie wpadłaś? – zdziwił się.
    – Chyba nie. Nigdy nie czułam, że mam prawo wyboru.
    – Oczywiście, że tak. Wszyscy je mamy, czasami tylko nie dostrzegamy tego. Nawet ja nie muszę siedzieć w tym „szambie”, jak Luke je nazywa. W każdej chwili mogę machnąć na to ręką, ale na razie nie chcę.
    – Dlaczego?
    – Bo kocham tę robotę i jestem tu potrzebny. Prawdopodobnie i ty jeszcze nie dojrzałaś do zmian. Masz swoje miejsce, może niezbyt wygodne, ale ciepłe i bezpieczne. Wszystko, co znajome, z samej definicji jest łatwiejsze do przyjęcia. Nie znasz piekła, jakie szaleje poza granicami twego świata – Meksykanin machnął wokół ręką, a Keshia przytaknęła skinieniem głowy. Cieszyła się, że Alejandro ją rozumie.
    – Masz rację. Mogłoby się wydawać, że w moim wieku powinnam już mieć za sobą wszystkie duszne rozterki.
    – Bzdura. To zawsze trwa cholernie długo. Mnie stuknęła trzydziestka, zanim znalazłem w sobie dość odwagi, żeby rzucić w czorty mój klaustrofobiczny latynoski światek w Los Angeles i przyjechać tutaj.
    – To ile ty masz lat? – Keshia była zaskoczona.
    – Trzydzieści sześć.
    – Nie wyglądasz na tyle.
    – Może i nie wyglądam, querida, ale z pewnością na tyle się czuję. – Alejandro zaśmiał się miękko, a w jego ciemnych oczach zatańczyły wesołe ogniki. – Ba, czasami czuję się jak starzec.
    – Wiem, jak to jest. Słuchaj… – Keshia nagle spoważniała.
    – Co cię gnębi, skarbie?
    – Jak sądzisz, czy Luke jest bezpieczny?
    – Pod jakim względem? – spytał, żeby zyskać na czasie. Był wściekły. Luke powinien był sam z nią porozmawiać, przygotować ją, uprzedzić…
    – Czy ja wiem… – zawahała się Keshia. – Jest taki bezpardonowy, robi, co chce, i na tym koniec. Martwię się o jego zwolnienie warunkowe, o jego życie, o wszystko. A on robi wrażenie, jakby wszystko miał w nosie. – Spuściła głowę, bawiąc się nerwowo ołówkiem.
    – Zgadza się. Taki właśnie jest.
    – Czy nie ryzykuje, że pewnego dnia na przykład ktoś go sprzątnie? – Keshia nie potrafiła uwolnić się od myśli o Morrisseyu.
    – Jeśli będzie miał problemy, na pewno nas powiadomi.
    – Tak. Na pięć minut przedtem, nim dach zwali się nam na głowy.
    – Widzę, że zdążyłaś go już nieźle poznać.
    – I nie pozostaje mi nic innego, jak się z tym pogodzić, czy tak?
    Alejandro skinął głową bez słowa. Miał ochotę mocno uścisnąć jej rękę, nie wypadało mu się jednak spoufalać. Musiał natomiast przy pierwszej sposobności bardzo poważnie porozmawiać z Lucasem.
    – I to, przyjacielu, powinno nam wystarczyć – Keshia przeciągnęła się na krześle w biurze Alejandra, gdzie spędziła kilka bardzo owocnych godzin.
    – To znaczy, że wiesz już wszystko? – ucieszył się Meksykanin.
    – Nawet więcej. Zapraszam cię na kolację. Jestem ci coś winna za to grzebanie w mózgu.
    – Wcale tego tak nie odczułem. Keshia, jeśli uda ci się zrobić nam dobrą prasę, może to wiele zmienić. Już choćby poprawić nastawienie sąsiadów. Nienawidzą nas bardziej niż ci z ratusza. Dostajemy w skórę z obu stron.
    – Na to wygląda. Mam nadzieję, że teraz coś zmieni się na lepsze. Co z kolacją?
    – Jestem za. Zabrałbym cię do którejś z pobliskich knajp, ale Luke chybaby mnie zabił. Uważa, że nie powinnaś kręcić się po tej dzielnicy.
    – Snob.
    – Przeciwnie, pierwszy raz w życiu użył głowy. Nie możesz tu przychodzić jakby nigdy nic. Mogłoby cię to bardzo drogo kosztować.
    – Wiem – powiedziała wzruszona ich wspólną troską.
    – Luke też palnął mi kazanie przez telefon. Posunął się do tego, że kazał mi wziąć limuzynę.
    – Przyjechałaś tu limuzyną? – Alejandro zrobił wielkie oczy.
    – Skądże, ty wariacie. Metrem.
    Przyjęli w rozmowie koleżeński ton, z czego Keshia była bardzo zadowolona. Alejandro przypadł jej do serca. Cechowała go głęboka wrażliwość, a równocześnie duże poczucie humoru. Zdumiewało ją, że jest aż tak przenikliwy. Oczywiście miał rację – jej przeszłość i pochodzenie były częścią jej tożsamości. Sława, pieniądze… Ucieczka od nich nie rozwiązałaby niczego.
    Czasem miała ochotę dać nogę z Lucasem w romantycznym stylu, wiedziała jednak, że tego nie zrobią. Ona była Keshia Saint Martin, on Lucasem Johnsem, a spotkali się i pokochali, gdy przyszła na to pora. Tylko jaką mogli mieć przed sobą przyszłość? Keshia nie odważyła się dotąd nawet o niej marzyć.
    – Słuchaj, mam świetny pomysł – ożywił się Alejandro.
    – Jedźmy do Greenwich Village.
    – Na coś po włosku? – Będąc z Lucasem, Keshia jadała wyłącznie potrawy włoskiej kuchni i w tej chwili makaron wychodził już jej uszami. Jeszcze ostatniego wspólnego wieczoru gotowała dla niego spaghetti.
    – E, tam! To dobre dla pospólstwa. Hiszpańska kuchnia, dziewczyno, to jest to! Znam miejsce, gdzie serwują fantastyczne żarcie.
    Keshia roześmiała się i potrząsnęła głową.
    – Czy wy nigdy nie jadacie hamburgerów, hotdogów czy po prostu befsztyków?
    – W żadnym wypadku. Powiadam ci: oddałbym duszę za burrito. Nie masz pojęcia, jakie męki cierpi Meksykanin w tym mieście, gdzie wszystko jest albo koszerne, albo trąci pizzą. – Alejandro wykrzywił się zabawnie i wyciągnął ją za rękę z biura.

    – No i jak? Świetne, nie?
    – Muszę przyznać, że niezłe – powiedziała Keshia, przełknąwszy kęs tostada. I co za cudowna odmiana po fettuccinol – Tę knajpę prowadzi meksykański bandzior, a jego staruszka pochodzi z Madrytu. Bombowa kombinacja.
    Keshia uśmiechnęła się, sięgając po wino. To był udany wieczór, a towarzystwo Alejandra przytępiło rwącą tęsknotę za Lukiem.
    – Keshia… – Alejandro zawahał się.
    – Słucham?
    – Jesteś dla Luke’a pięknym darem losu. Ale zrób mi przysługę… – znów urwał.
    – Jaką?
    Jakżeż ten człowiek się wszystkim przejmował! Dziećmi z ośrodka, Lucasem, a teraz jeszcze nią.
    – Proszę, nie pozwól zrobić sobie krzywdy. Luke to ryzykant. Prowadzi twardą grę, do której ty na pewno nie dorosłaś. Stawia i płaci. Ale jeżeli przegra… ty także ucierpisz. Zapłacisz straszną cenę, skarbie, straszniejszą niż jesteś sobie w stanie wyobrazić.
    – Tak. Wiem.
    Siedzieli przez chwilę w milczeniu, pochyleni nad płonącą świecą, zatopieni we własnych myślach.
    W salonie czekał na nią Luke.
    – Wróciłeś? – Keshia podbiegła do niego i rzuciła mu się na szyję.
    – Owszem, wróciłem i pytam, co ten latynoski terrorysta robi w towarzystwie mojej kobiety? – Luke nasrożył się, lecz w jego głosie nie było gniewu, a jedynie radość, że znowu ją widzi.
    Keshia ściskała go mocno jak stęsknione dziecko. Trzymała w ramionach wszystkie swe nadzieje, całe poczucie bezpieczeństwa ulokowane w tym mężczyźnie.
    – Zrobiliśmy dziś ten wywiad i byliśmy na kolacji w bardzo miłej hiszpańskiej restauracji w Village – wymamrotała, przytulona do jego piersi.
    – Zabrałeś ją do tej cuchnącej nory? – Luke obrócił się do Alejandra. – Jak ci nie wstyd?
    – Jakoś to przeżyłam – zachichotała Keshia. – Alejandro troszczył się o mnie jak matka.
    – Wobec tego możemy poczęstować go kawą – zawyrokował Lucas, spoglądając z uznaniem na przyjaciela.
    – Dzięki za kawę, zostawię was samych, żebyście mogli sobie trochę pogruchać.
    – Bystry z ciebie facet. Poza tym Keshia musi się spakować. Jedziemy do Chicago.
    – Naprawdę? – ucieszyła się Keshia. – Och, Luke, kochany! Na jak długo? – zapytała ostrożnie.
    – A może by tak aż do Święta Dziękczynienia? – spojrzał na nią z uśmiechem, mrużąc oczy.
    – Trzy tygodnie? Bomba! O Boże, nie mogę… Niech diabli porwą tę rubrykę!
    – Przecież w lecie też ją piszesz, prawda?
    – Tak, ale w lecie nikogo tu nie ma. Życie towarzyskie skupia się w eleganckich letniskach, a tak się składa, że i ja tam zaglądam.
    Luke parsknął śmiechem.
    – Co cię tak bawi? – Keshia spojrzała na niego podejrzliwie.
    – Sposób, w jaki mówisz: „nikogo tu nie ma”. Czy w Chicago nie ma żadnych wyższych sfer?
    – Czy ja wiem?… – zawahała się. Miała wielką ochotę na ten wyjazd.
    – Możesz więc chodzić na przyjęcia w Chicago. A ja, kiedy załatwię najważniejsze sprawy, gotów jestem wrócić do Nowego Jorku i stąd dojeżdżać do pracy.
    – Właściwie też mogłabym dojeżdżać – oczy Keshii błyszczały jak gwiazdy.
    – Zdążyłem przemyśleć to wszystko w samolocie. Obiecałem ci kiedyś, że tak długie rozstanie już się nie powtórzy, i mam zamiar dotrzymać słowa.
    – Luke, mój najmilszy, uwielbiam cię. – Keshia pochyliła się, żeby go pocałować.
    – Więc weź mnie do łóżka.
    Zanim jednak zdążyła zgasić światło, Luke spał już kamiennym snem. Spojrzała na niego tkliwie. Oto mężczyzna jej życia, za którym gotowa jest jeździć z miasta do miasta jak Cyganka. Było to bardzo miłe i sprawiało jej wielką frajdę, ale wiedziała, że prędzej czy później musi się na coś zdecydować. Od tygodni nie była na żadnym przyjęciu, co już się odbiło na jakości rubryki. Teraz znów wyjazd do Chicago… Kogo zresztą obchodzą plotki i przyjęcia, gdy obawia się o życie ukochanej osoby? Najważniejsze, że Lucas jest przy niej, zdrów i cały.

ROZDZIAŁ 20

    – Keshia, kiedy wracasz?
    Od pół godziny rozmawiała przez telefon z Edwardem.
    – Prawdopodobnie w przyszłym tygodniu. Jeszcze nie zebrałam wszystkich materiałów.
    Domniemany artykuł był tylko pretekstem na użytek Edwarda, niemniej dla potrzeb rubryki wystąpiła już w Chicago na dwóch towarzyskich galach. Efekt okazał się mierny: w obcym środowisku musiała grzebać o wiele wytrwałej, by dokopać się brudów.
    – Poza tym – dodała – Chicago bardzo mi się podoba. Potwierdziła tym najgorsze podejrzenia Edwarda. Sądząc po głosie, nie tęskniła za domem. A przecież Chicago nie mogło się jej podobać; było zbyt amerykańskie, zbyt zgrzebne, pozbawione wyrafinowanej atmosfery Bergdorfa lub Bendela.
    Zatem nie była sama. Czyżby nowa sympatia? Edward miał nadzieję, że jej obiekt okaże się wartościowy i godzien szacunku.
    – Widziałem twój ostatni artykuł w „Harper’s” – rzekł.
    – Niezły, słyszałem też od Simpsona, że za kilka tygodni w sobotnim magazynie „Timesa” ukaże się następny.
    – Tak? Który?
    – O ośrodku odwykowym dla narkomanów w Harlemie. Nie wiedziałem, że o tym pisałaś.
    – Tak, tuż przed wyjazdem. Kiedy wyjdzie, zachowaj dla mnie wycinek – w jej tonie pojawił się niewytłumaczalny chłód, który zauważyła zarówno sama Keshia, jak i Edward.
    – Keshia, czy wszystko u ciebie w porządku? Znów to samo, pomyślała ze znużeniem.
    – Tak, Edwardzie, w porządku. Po powrocie zaproszę cię na lunch, żebyś na własne oczy się przekonał, że jestem cała, zdrowa i kwitnąca. Zgodzę się nawet pójść do „La Cóte Basque”.
    – To bardzo uprzejmie z twojej strony. Skwitowała to śmiechem i przeszła do interesów. Kiedy skończyła, Luke przyjrzał się jej bacznie znad lektury.
    – Kto to był? – Podejrzewał, że Edward albo Simpson.
    – Edward.
    – Możesz spokojnie umówić się z nim na lunch choćby jutro.
    – Chcesz się mnie pozbyć? – W Chicago przebywali od dziesięciu dni.
    – Nie, głuptasku – uśmiechnął się, widząc jej minę.
    – Po prostu nic już nas tu nie trzyma. Ty masz swoją pracę, a mnie do końca tygodnia czekają codzienne wizyty w Waszyngtonie. Ma się tam odbyć w sprawie moratorium cykl zamkniętych narad, w których chcę wziąć udział. Mam też możliwość zorganizowania paru prelekcji. Waszyngton jest chyba pełen moich miłośników – parsknął. Sądząc po czekach, które napływały z miłą regularnością, było tak rzeczywiście. – Możemy znów na kilka tygodni osiąść w Nowym Jorku.
    Keshia zaśmiała się, nie kryjąc ulgi.
    – Jesteś pewien, że wytrzymasz tak długo w jednym miejscu?
    – Dla ciebie gotów jestem spróbować – klepnął ją w pośladek wstając, żeby nalać sobie drinka.
    – Luke? – Wyciągnięta na łóżku Keshia obróciła się na bok z zamyśloną miną.
    – Tak?
    – Co ja mam zrobić z tą rubryką?
    – To zależy od ciebie, dziecino. Sama musisz zdecydować. Sprawia ci to przyjemność?
    – Czy ja wiem? Prawdę mówiąc, od dłuższego czasu już nie.
    – Może więc pora dać sobie z tym spokój. Tak czy siak, nie zwalaj tego na mnie. Rób, co sama uważasz za stosowne. Możesz siedzieć w Nowym Jorku i chodzić na te fantasmagoryczne przyjęcia. Przede wszystkim dbaj o własne interesy.
    Keshia zastanowiła się przez chwilę. Skoro Luke będzie dojeżdżał do Waszyngtonu, zostanie jej mnóstwo czasu na kontakty z gronem dalszych i bliższych znajomych.
    – Wstrzymam się z decyzją do przyszłego tygodnia – powiedziała. – Wrócę do obowiązków i zobaczę, na ile sprawiają mi jeszcze przyjemność. Potem postanowię, co dalej.

    W ciągu czterech dni po powrocie Keshia zdążyła zaliczyć premierę nowej sztuki, dwa śniadania dla żon ambasadorów i pokaz mody na cele dobroczynne. Bolały ją nogi i głowa, w uszach szumiał nieustanny natłok plotek. Kogóż to wszystko obchodzi?, myślała.
    – Jeżeli jeszcze raz usłyszę słowo „boski”, chyba zwymiotuję – powiedziała z niesmakiem pewnego wieczoru.
    – Wyglądasz na zmęczoną – zauważył Luke.
    – Jestem bardziej niż zmęczona. Jestem wykończona i nienawidzę tego śmierdzącego bagna.
    Tego popołudnia pofatygowała się nawet na spotkanie komitetu pomocy artretykom. Tiffany straciła przytomność w toalecie, ale tego nie mogła wykorzystać w rubryce. Jedynym smacznym kąskiem, jaki zdobyła, była wieść, że Marina i Halpern biorą ślub. I co z tego? Kogo to obchodzi?
    – Co robimy w weekend? – Gdyby się dowiedziała, że jadą do Chicago, dostałaby chyba ataku histerii. Miała chęć wleźć do łóżka i nie ruszać się z niego przez dwa dni.
    – Nic. Może wpadnę do Ala. Zaprosić go na obiad?
    – Koniecznie. Sprawdzę, co jest w lodówce, i ugotuję coś w domu.
    Luke uśmiechnął się, słysząc tę gospodarską uwagę, a Keshia, jakby czytając mu w myślach, podjęła:
    – Uwielbiam życie rodzinne, a ty? Mężczyźni pewnie wolą inne rozrywki.
    – Przy tobie staję się domatorem – przyznał. – Czasami zastanawiam się, jak dotąd dawałem sobie radę bez ciebie.
    Miał własne klucze do mieszkania, zaanektował automatyczną sekretarkę, a Keshia opróżniła dla niego jedną szafę. Pokojówka zwracała się do niego: „proszę pana” i raz nawet zaszczyciła go uśmiechem.
    – Wiesz co? – ciągnęła Keshia. – Mamy szczęście. Niewiarygodne szczęście. – Ona sama czuła się tak, jakby schwytała złotą rybkę.
    – Jesteśmy wybrańcami losu, dziecino – mruknął Luke wślizgując się do łóżka obok niej. Przynajmniej na razie, pomyślał.
    Keshia zgasiła lampę.
    – A zatem, panowie, proponuję toast za śmiertelne zejście Martina Hallama.
    – O czym ona mówi? – nieświadom niczego Alejandro zrobił zdziwioną minę.
    Lucas także spojrzał na Keshię zaintrygowany. Tego się nie spodziewał.
    – Keshia, czy słusznie się domyślam, co to znaczy?
    – Owszem, proszę pana. Po siedmiu latach prowadzenia rubryki Martina Hallama przeszłam dziś na emeryturę.
    – Co powiedział wydawca?
    – Na razie nic, bo jeszcze nie wie. Dziś dopiero powiadomiłam Simpsona. On zajmie się resztą.
    Nie było więc za późno, żeby zmienić decyzję.
    – Jesteś pewna, że tego chcesz?
    – Nigdy niczego nie byłam równie pewna. Nie mam czasu na bzdury. Ani ochoty, żeby marnować życie, babrając się w cudzych brudach. – Keshia zauważyła dziwne spojrzenie, jakie Luke wymienił z Alejandrem. Zdziwiła się też, że nikt nie wydaje się poruszony jej oświadczeniem. – Myślałam, że zrobię na was większe wrażenie – zauważyła kwaśno. – Nie jesteście wdzięczną widownią.
    Alejandro uśmiechnął się, a Luke roześmiał.
    – Prawdopodobnie po prostu nas zamurowało. Zastanawiam się tylko, czy robisz to dla mnie.
    – Chyba bardziej dla siebie, kochanie. Sam widziałeś, jak bardzo zmęczona byłam w tym tygodniu. W imię czego? To już nie moja sprawa.
    – Mówiłaś Edwardowi? – Luke miał strapioną minę. Alejandro zerknął na niego ostro.
    – Nie. Zadzwonię do niego jutro. Najpierw chciałam powiedzieć wam. Spodziewałam się wiwatów; muszę przyznać, żeście mnie zawiedli.
    – Wybacz, dziecino, to po prostu szok. – Luke podniósł kieliszek z nerwowym uśmiechem. – A więc za Martina Hallama.
    – Za Martina Hallama. Niech spoczywa w pokoju. – Alejandro nie spuszczał z niego wzroku.
    – Amen. – Keshia wychyliła szampana jednym haustem.
    – Nie, Edwardzie, jestem pewna. Simpson też przyznał mi rację. Nie mam w tej chwili czasu na takie głupstwa. Chcę go poświęcić poważnemu pisarstwu.
    – Ależ to drastyczne pociągnięcie! Twoja rubryka stała się wręcz instytucją. Czy naprawdę solidnie przemyślałaś tę decyzję?
    – Oczywiście, że tak. Rozmyślałam nad tym od paru miesięcy. Poza tym, mój drogi, nie chcę być „instytucją”. W każdym razie nie taką. Zamierzam być poważną publicystką, a nie kramarką idiotycznych plotek. Uwierz mi, skarbie, postąpiłam słusznie.
    – Niepokoisz mnie, Keshia.
    – Nie bądź śmieszny. Dlaczego?
    Keshia założyła nogę na nogę, siadając wygodniej przy biurku. Luke wyszedł z domu na zebranie. Otrząsnął się już z pierwszego szoku. Simpson także pochwalił jej decyzję. Stwierdził, że najwyższy czas.
    – Sam nie wiem dlaczego. Chyba mam uczucie, że nie wiem, co knujesz. Przyznaję, że to nie moja sprawa…
    Cały problem polegał na tym, że nadal każdy jej postępek traktował jak sprawę osobistą.
    – Edwardzie, nie myśl tyle, bo nabawisz się miażdżycy. – Ostatnio irytował ją coraz bardziej i właściwie bez ustanku.
    – Co robisz w Święto Dziękczynienia? – spytał oskarżycielskim tonem.
    – Wyjeżdżam.
    Nie ośmielił się zapytać dokąd. Keshia też nie śpieszyła się informować go, że wraca do Chicago.
    – Dobrze już, dobrze, przepraszam. Zrozum, Keshia, że dla mnie zawsze pozostaniesz ukochanym dzieckiem.
    – I ja też zawsze będę cię kochać, a ty będziesz się zamartwiać do grobowej deski. Zupełnie bez potrzeby.
    Edward zdołał jednak zbić ją z tropu. Odłożywszy słuchawkę Keshia zamyśliła się na długą chwilę. Czy naprawdę rezygnując z rubryki postępuje niemądrze? Kiedyś ten kącik wiele dla niej znaczył, ale te czasy odeszły już w przeszłość. W pewien sposób poświęciła rubrykę dla Luke’a – chciała mieć dla niego czas. Przede wszystkim jednak czuła, że dawno już z niej wyrosła.
    Zastanawiała się, czy nie przedyskutować swojej decyzji z Lucasem. Niestety, wyjechał na cały dzień. Mogła zadzwonić do Alejandra, ale nie chciała przeszkadzać mu w pracy. Miała wrażenie, że wyrusza z portu pośród mgły, zmierzając ku nieznanym lądom.
    Przeciągnęła się, postanawiając wyjść na spacer. Był szary listopadowy dzień; w powietrzu czuć już było zapach zimy. Kusiło ją, żeby włożyć ciepły wełniany szalik i pobiec do parku. Czuła się wolna, jak gdyby po długiej męce zrzuciła z ramion ciężkie brzemię.
    Wyjęła z szafy starą kożuchową kurtkę i kowbojskie buty. Na głowę włożyła czerwoną czapeczkę. Była teraz kimś zupełnie nowym – poważnym pisarzem wiedzionym wolną i nieprzymuszoną wolą, a nie hieną żerującą na odpadkach z eleganckich stołów.
    Maszerowała przez park z błyskiem w oku, pogryzając gorące kasztany, które kupiła z wózka na Piątej Alei. Wydając resztę, przygarbiony staruszek uśmiechnął się do niej bezzębnymi dziąsłami. Był urzekający. Wszystko dziś ją urzekało. Wszystko było nowe i radosne jak ona.
    Zdążyła zjeść połowę kasztanów z torebki i zapuścić się głęboko w park, gdy ujrzała, jak wprost pod nogi konia ciągnącego odrapaną dorożkę toczy się jasnowłosa kobieta. Stara szkapa nie dostrzegła nawet drobnej postaci okutanej w ciemne futro, lecz woźnica w porę ściągnął lejce i zeskoczył z kozła. Keshia przyśpieszyła kroku. Kobieta uniosła się na łokciu, chwytając za końską pęcinę. Tym razem koń się spłoszył, woźnica zaś odepchnął ją na chodnik, poza zasięg ciężkich kopyt.
    – Zgłupiałaś, cholerna łachmyto? – wrzasnął wściekle, odciągając konia na środek jezdni. Potem wdrapał się z powrotem na kozioł, mrucząc pod nosem:
    – Durna baba!
    Chabeta odruchowo ruszyła stępa tak dobrze znaną trasą, że nawet wybuch bomby tuż pod kopytami nie zdołałby jej wytrącić z równowagi.
    Kobieta lekko potrząsnęła głową i z wolna uklękła na chodniku. Była oszołomiona, może ranna. Keshia biegiem ruszyła na pomoc. Rozpostarte na ziemi ciemne futro rzucało się w oczy; z daleka było widać, że to długie, wyjątkowo piękne norki. Ofiara wypadku zaniosła się kaszlem i odwróciła głowę. Keshia stanęła jak wryta. Zobaczyła bladą, opuchniętą twarz o zaczerwienionych podkrążonych oczach, pobrużdżoną bolesnymi zmarszczkami. To była Tiffany – pijana, choć jeszcze nie minęło południe.
    – Tiffie?… – Keshia kucnęła obok i przygładziła dłonią jej rozwichrzone jasne włosy. Tiffany chyba w ogóle się dziś nie czesała, nie była też umalowana. – To ja, Keshia…
    – Cześć – Tiffany patrzyła nieprzytomnie ponad jej ramieniem. – A gdzie wujek Kee?
    Mówiła o jej ojcu. Tak właśnie nazywała go w dzieciństwie. Rany boskie, pomyślała Keshia, czując zimny dreszcz.
    – Jesteś ranna?
    – Ranna? – przyjaciółka skierowała na nią mętny wzrok.
    – Czy ten koń cię nie poturbował?
    – Koń? – Tiffany rozpromieniła się nagle. – Nie, skąd – powiedziała. – Przecież wiesz, że świetnie jeżdżę konno.
    Chwiejnie podniosła się na nogi, otrzepując z kurzu ręce i przód futra. Pończochy miała podarte, czarne zamszowe czółenka od Gucciego również ucierpiały przy upadku. Miała na sobie czarną aksamitną sukienkę i kilka sznurów białych i szarych pereł. Nie był to strój na spacery po parku, zwłaszcza o tej porze dnia. Można było wątpić, czy Tiffany w ogóle wróciła do domu na noc.
    – Dokąd idziesz?
    – Do Lombardów. Na kolację.
    Przyjęcie u Lombardów odbyło się poprzedniego dnia.
    – Odwiozę cię do domu.
    – Do mojego domu? – Tiffany nagle jakby oprzytomniała. Spojrzała na Keshię podejrzliwie.
    – Jasne. – Keshia starała się zachować lekki ton. Ujęła przyjaciółkę za łokieć.
    – Nie! Nie do mnie! Nie! – Tiffany wyrwała się jej, potknęła i nagle zwymiotowała wprost na swoje buty, a przy okazji także na buty Keshii, po czym usiadła na chodniku i zaczęła płakać. Czarne norki taplały się rozpaczliwie w nieczystościach.
    Keshia poczuła, że do oczu napływają jej gorące łzy. Ujęła przyjaciółkę pod ramiona i pociągnęła w górę.
    – Chodź, Tiffie…
    – Nie! O Boże… Keshia… proszę cię… – Kurczowo objęła jej nogi, spoglądając na nią obłąkanym wzrokiem.
    Keshia delikatnie ją postawiła, a widząc wyłaniającą się zza zakrętu taksówkę, szybko uniosła rękę.
    – Nie! – Tiffany drżała na całym ciele. Jej okrzyk zabrzmiał jak rozdzierający płacz skrzywdzonego dziecka.
    – Nie denerwuj się, Tiff, pojedziemy do mnie.
    – Niedobrze mi – całym ciężarem oparła się na Keshii i znów zaczęła osuwać się na ziemię.
    – Nic podobnego. Wsiadaj!
    Umieściwszy ją z pewnym trudem na tylnym siedzeniu taksówki, Keshia podała kierowcy swój adres i otworzyła obydwa okna, by zapewnić dopływ świeżego powietrza. Dopiero wtedy zauważyła, że Tiffany nie ma torebki.
    – Tiffie, miałaś przy sobie torebkę?
    Tiffany rozejrzała się nieprzytomnie, wzruszyła ramionami i zamknęła oczy.
    – No to co? – wybełkotała.
    – Słucham?
    – To co, że nie mam torebki? – powtórzyła głośniej, ponownie wzruszyła ramionami i przez moment wydawało się, że zasypia. Po chwili jednak odnalazła dłoń Keshii i kurczowo ją uścisnęła.
    Keshia poklepała uspokajająco chudą lodowatą rękę, spoglądając ze zgrozą na zdobiący ją ogromny szmaragd. Poprzestając na torebce Tiffany, ktoś popełnił grube niedopatrzenie. Była aż nadto łatwym łupem.
    – Chodziłam… całą noc… – wychrypiała boleśnie. Keshia spojrzała na nią z powątpiewaniem. Prędzej już przez całą noc piła na umór.
    – I gdzie tak spacerowałaś? – zapytała. Nie chciała prowokować wynurzeń w taksówce. Najpierw zawiezie Tiffany do siebie, położy ją do łóżka, zadzwoni do jej gospodyni, aby ją poinformować, że pani Benjamin jest zdrowa i cała, a potem będą mogły porozmawiać. Żadnych awantur przy kierowcy. Mógłby się zainteresować, kogo wiezie, a gdyby rzecz przeciekła do prasy… Chryste! Keshia wolała nawet o tym nie myśleć.
    – Poszłam do kościoła… zasnęłam… całą noc… w kościele… – Tiffany miała zamknięte oczy i zdawała się tracić przytomność między jednym a drugim słowem.
    Po kilku minutach wysiadły przed domem Keshii. Bez pytań i komentarzy portier pomógł wprowadzić Tiffany do windy, a windziarz – doholować ją do mieszkania. Keshia w duchu podziękowała Bogu, że Luke wyszedł. Nie musiała niczego wyjaśniać, a sporo ryzykowała, nawet zważywszy obecny stan Tiffany.
    Tiffany sennie klapnęła na brzeg łóżka i rozejrzała się dookoła.
    – Gdzie wujek Kee? Chryste, znowu!
    – Wyszedł. Połóż się, a ja w tym czasie zadzwonię do ciebie i powiem, że wrócisz później.
    – Nie! Powiedz im… powiedz im… powiedz, żeby się wypchali! – Tiffany wybuchnęła głośnym płaczem.
    Lodowaty dreszcz spłynął Keshii po plecach. Słowa Tiffany, głos… głęboko ukryte struny jej pamięci drgnęły i Keshia nagle poczuła strach. Przystanęła obok telefonu. Chciała jakoś pomóc Tiffany, ale bała się do niej podejść.
    – Będą się martwić – bąknęła.
    – Nie… – Tiffany potrząsnęła głową. – Rozwodzimy się…
    – Ty i Bill? – Keshia osłupiała. – Bill wystąpił o rozwód?
    Tiffany potwierdziła, a zaraz potem zaprzeczyła ruchem głowy. Wzięła głęboki wdech i wyszeptała:
    – Teściowa… dzwoniła do mnie wczoraj… po przyjęciu… Nazwała mnie pijaczką… i… i… i wywłoką… Powiedziała, że zabierze mi dzieci i każe Billowi się ze mną rozwieść…
    – Tiffany zachłysnęła się płaczem.
    – Każe mu – powtórzyła z niedowierzaniem Keshia.
    – Ależ, na litość boską, Bill jest dorosłym mężczyzną! Tiffany jednak spojrzała na nią ze smętną ironią.
    – Fundusz… Ogromny fundusz powierniczy… Zależy od niego cały jego byt… i dzieci… Powiedziała, że dzieciom też nic nie da… A Bill…
    – Nic podobnego. Bill cię kocha. Jesteś jego żoną.
    – A ona matką.
    – To co, do diabła? Bądźże rozsądna, Tiffany. Bill cię nie opuści… – W tym momencie Keshia przestała wierzyć we własne słowa. Jeśli od funduszu zależy dobrobyt i kariera Billa… Czy kocha Tiffany dostatecznie mocno, aby je poświęcić? Zrozumiała, że Tiffany ma rację. To starsza pani Benjamin trzyma wszystkie karty. – A co z dziećmi? – spytała, z góry przeczuwając, jaka będzie odpowiedź.
    – Są… są… – Tiffany przemogła kolejny atak szlochu i wykrztusiła: – Są u niej… Kiedy wróciłam wczoraj od Lombardów, nie zastałam ich w domu… Bill jest w Brukseli, a ona powiedziała… O Chryste, Keshia, niech mi ktoś pomoże!
    Słysząc ten krzyk bólu Keshia z wahaniem ruszyła w stronę przyjaciółki. Miała dziwne uczucie deja vu… Łzy płynęły jej po twarzy, lecz równocześnie musiała walczyć z paskudną ochotą, aby trzepnąć po twarzy tę brudną roztrzęsioną dziewczynę, która rozsiadła się na jej łóżku… wyrzucić ją stąd, zanim… Dobry Boże, nie…
    Słowa same wydarły jej się z ust, jak gdyby zamiast niej wypowiedział je zapomniany upiór przeszłości:
    – To dlaczego nie weźmiesz się w garść, cholerna pijaczko? Dlaczego?
    Opadła na łóżko i też zaniosła się płaczem. Tym razem Tiffany objęła ją i przytuliła, starała się ją pocieszyć. Keshia kiedyś, bardzo dawno temu, roniła już gorzkie łzy w te same czarne norki, wykrzykiwała te same gorzkie słowa, które niosły się przez czas i przestrzeń. „Dlaczego?!!”
    – Jezu, Tiffie… przepraszam… – wybełkotała przerażona. – Po prostu obudziłaś bardzo przykre wspomnienia…
    Przyjaciółka pokiwała głową ze znużeniem. Wyglądała bardziej trzeźwo niż kiedykolwiek w ciągu ostatniego miesiąca.
    – Wiem. To ja przepraszam. Same kłopoty ze mną. – Łzy nadal płynęły bez ustanku, ale głos Tiffany zabrzmiał prawie normalnie.
    – Nieprawda. Tak bardzo ci współczuję… Co zamierzasz robić?
    Tiffany wzruszyła ramionami i spojrzała w dół, na swoje ręce.
    – Nie możesz tego przemóc? – Obie wiedziały, że to niemożliwe. Tiffany musiałaby przestać pić w ciągu jednego dnia. – Może powinnaś iść do kliniki?
    – Tak, a kiedy z niej wyjdę, i tak się okaże, że moje dzieci nie należą już do mnie. Ona ma mnie w ręku. Ma moje serce, duszę, moje…
    Keshia objęła ją ramionami. Nawet w puszystym futrze ta trzydziestoletnia kobieta wydawała się taka krucha, taka bezcielesna, jak gdyby już skazana była na przegraną i miała tego świadomość.
    – Połóż się i spróbuj zasnąć – powiedziała.
    – A potem co? – Obłąkane z bólu oczy Tiffany były jak noże godzące prosto w serce.
    – Potem się wykąpiesz, zjesz i odwiozę cię do domu.
    – A potem? Keshia milczała.
    Tiffany wstała i podeszła do okna.
    – Chyba już pójdę – oznajmiła.
    Keshia miała wrażenie, że Tiffany spogląda w zaświaty, i w duchu gorzko sobie wyrzucała falę ulgi, która nią owładnęła. W głębi serca chciała się jej pozbyć. Zanim znów się rozklei, zanim wróci Luke, zanim jakieś przypadkowe słowo wskrzesi straszliwe upiory przeszłości. Zdawało jej się, że stoi twarzą w twarz z kolejnym wcieleniem lady Lianę HolmesAubrey Saint Martin. Swojej matki… pijaczki. Nie chciała go oglądać.
    – Odwieźć cię? – zapytała mając nadzieję, że nie będzie do tego zmuszona.
    Tiffany pokręciła głową i odwróciła wzrok od okna. Na wargach miała teraz nikły uśmiech.
    – Nie – powiedziała. – Muszę iść sama.
    Keshia przystanęła niezdecydowanie w drzwiach sypialni. Nie była pewna, czy powinna ją tak wypuścić. Ich oczy spotkały się na moment, po czym Tiffany uniosła jedną rękę w kpiarskim, pseudowojskowym salucie, owinęła się szczelniej futrem i powiedziała: „No to cześć” – zupełnie jak w latach szkolnych. „No to cześć” i już jej nie było. Drzwi zamknęły się cicho, tłumiąc odgłos windy.
    Tiffany nie miała przy sobie ani grosza, ale ludzi bogatych stać na to, by podróżować z pustymi rękami. Portier będzie uszczęśliwiony, mogąc wyłożyć pieniądze na taksówkę, w podzięce bowiem otrzyma dwa razy tyle. Pani Benjamin nie groziły więc żadne nieprzyjemności. Odjechała, pozostał po niej tylko silny zapach perfum zmieszanych z wymiocinami i potem.
    Keshia przez długi czas stała przy oknie, myśląc o Tiffany i o swojej matce. W jej umyśle zlewały się w jedno, podobnie jak miłość i nienawiść, które odczuwała.
    Dopiero po długiej gorącej kąpieli i drzemce poczuła się na powrót człowiekiem. Poranna radość została zbrukana widokiem Tiffany – upokorzonej, nieszczęśliwej, pokonanej. Pani Benjamin z pewnością zdoła nakłonić syna do rozwodu i nie będzie to wymagało wiele zachodu z jej strony. Keshia poczuła mdłości.
    Kiedy wreszcie zdołała zasnąć, męczyły ją koszmary i dopiero po przebudzeniu zobaczyła świat w nieco jaśniejszych barwach. Obok łóżka stał Luke. Keshia zerknęła na budzik. Było o wiele później, niż przypuszczała.
    – Cześć, leniuchu. Co robiłaś? Przespałaś cały dzień?
    Keshia uśmiechnęła się do niego sennie, wyciągając ramiona. Rzucił na łóżko przyniesioną gazetę i pochylił się, żeby ją pocałować.
    – Miałam ciężki dzień – wyznała.
    – Kłopoty zawodowe?
    – Towarzyskie. Moja przyjaciółka ma poważny problem.
    – Nie chciała wdawać się w szczegóły. – Napijesz się herbaty? Zmarzłam na kość – zapytała lekko.
    – Nic dziwnego. – Luke zerknął w stronę okna, za którym widać było wygwieżdżone niebo. Przed zaśnięciem otworzyła je szeroko, żeby pozbyć się uciążliwego zapachu.
    – Jeśli można, wolałbym kawy.
    – Już się robi – zerwała się i cmoknęła go w szyję, sięgając w przelocie po gazetę.
    – Znasz tę babkę?
    – Którą? – Keshia przysłoniła gazetą szerokie ziewnięcie.
    – Tę na pierwszej stronie.
    – Moment. – Zapaliła światło w kuchni i przebiegła wzrokiem nagłówek. Pokój nagle zawirował wokół niej – To… O Boże, Luke…
    Oparła się o futrynę czując, że miękną jej nogi. Patrzyła na fotografię Tiffany Benjamin, która – jak podawała notka – wyskoczyła z okna swojego mieszkania wkrótce po godzinie drugiej. W uszach Keshii rozbrzmiały jej ostatnie słowa: „No to cześć”. I salut; tak jak zawsze żegnały się w szkole.
    Nawet nie czuła, kiedy Luke podniósł ją z podłogi i zaniósł do łóżka.

ROZDZIAŁ 21

    – Chcesz, żebym poszedł z tobą?
    Keshia potrząsnęła głową, zaciągając suwak czarnej sukienki, i sięgnęła po czarne czółenka ze skóry aligatora, które kupiła zeszłego lata w Madrycie.
    – Nie, kochanie, nie trzeba. Dam sobie radę.
    – Na pewno?
    Uśmiechnęła się, narzucając na ramiona futro z norek.
    – Oczywiście.
    Spojrzał na nią z uznaniem, co sprawiło, że jej uśmiech przybrał cieplejszą barwę.
    – Ładnie wyglądasz. Obiecaj mi, że jeśli w pewnej chwili poczujesz, że masz dość, wrócisz prosto do domu, dobrze?
    – Zobaczę.
    – Nie o to prosiłem. – Luke ujął ją za ramiona i obrócił do siebie, zmuszając, by spojrzała mu w oczy. – Nie każ sobie znosić zbyt wiele, bo jak mi Bóg miły, pójdę z tobą.
    Wiedział, że to wykluczone. Pogrzeb Tiffany miał stać się jednym z najgłośniejszych wydarzeń towarzyskich w tym sezonie, Luke powątpiewał jednak, czy Keshia wróciła do równowagi. Tłumaczył jej, że nie ona zabiła Tiffany, podobnie jak nie ona zabiła swoją matkę. Omawiali to do znudzenia zeszłej nocy, ale nadal nie wiedział, czy Keshia się nie załamie. Wtuliła się w jego ramiona i mocniej niż zwykle ścisnęła go za rękę.
    – Cieszę się, że jesteś przy mnie.
    – Ja też. A zatem: obiecujesz?
    Keshia w milczeniu skinęła głową i uniosła twarz do pocałunku. Chętnie uczynił zadość jej oczekiwaniom.
    – Na litość boską, panie Johns, skończy się na tym, że w ogóle nie wyjdę z mieszkania.
    – Wcale bym się tym nie zmartwił. – Wsunął dłoń w wycięcie jej dekoltu.
    Keshia cofnęła się z nerwowym uśmieszkiem.
    – Lucas!
    – Do usług, madame.
    – Jesteś okropny!
    – Okropnie napalony.
    Patrzył z uśmiechem, jak wkłada małe klipsy z perłami. Zdawał sobie sprawę, że jego zachowanie jest niezbyt wyszukane, lecz za wszelką cenę chciał wprowadzić trochę lżejszy nastrój.
    – Jedziesz z Edwardem? – spytał, starając się, by zabrzmiało to naturalnie.
    Potrząsnęła głową, sięgając po torebkę z czarnego aligatora i skórkowe rękawiczki. Mięsisty jedwabny szal od Diora w biało-czarny deseń stanowił jedyny jaśniejszy element jej stroju.
    – Spotkamy się w kościele. Przestań się o mnie martwić, nie jestem już dzieckiem, i chociaż bardzo lubię, kiedy się tak o mnie troszczysz, sama chyba też nie zginę.
    Widząc jej zdecydowaną minę, i on zaczął w to wierzyć.
    – Wyglądasz bardzo seksownie – stwierdził. – Gdybyś się tak nie śpieszyła…
    – E, tam, bajubaju – rzuciła przez ramię. Luke podkradł się za nią i złapał ją w pasie.
    – Bajubaju, powiadasz? Zaraz ci pokażę…
    – Luke, przestań! Luke, do cholery, postaw mnie!
    Luke ryzykownie przerzucił ją przez plecy i złapał pod pachę. Wpadła mu w ramiona zdyszana, zarumieniona, chętna.
    – Jesteś obrzydliwym, jurnym, pozbawionym wszelkich manier… – nie dokończyła, bo zamknął jej usta pocałunkiem. Po chwili delikatnie, lecz stanowczo odsunęła go od siebie. – Muszę iść – powiedziała.
    – Wiem – on także spoważniał. Podał jej futro, które spadło na ziemię. – Głowa do góry.
    Kościół był prawie pełen. Edward dyskretnie czekał na nią przy drzwiach. Podeszła do niego i wsunęła mu dłoń pod ramię.
    – Ładnie wyglądasz – zauważył szeptem, delikatnie ściskając jej rękę.
    Kierowano ich do ławek główną nawą. Keshia usiłowała nie patrzeć na prostokątną skrzynię okrytą płaszczem białych róż. W pierwszej ławce siedziała nabożnie pani Benjamin w towarzystwie syna i dwóch wnuczków. Widząc ją, Keshia poczuła gwałtowny skurcz krtani. Miała ochotę krzyknąć: „To wyście ją zabili! Zabiliście ją pogróżkami, zlą wolą i nieczułością! To wy macie na sumieniu jej samobójczą śmierć!”
    Edward przyciszonym głosem podziękował rozprowadzającemu i w tej samej chwili Keshia spostrzegła Whita. Stał trzy ławki przed nią, odwrócony plecami.
    Zeszczuplał, a w nazbyt wciętym garniturze od Cardina wyglądał jakby bardziej zniewieściale. Keshia podejrzewała, że dostał go w prezencie od Armanda. Whit nigdy nie kupował sobie ubrań w tym stylu.
    Marina i Halpern, zważywszy na okoliczności, prezentowali żenująco rozradowane miny. Podobno mieli się pobrać w Nowy Rok w Palm Beach. Keshia zauważyła, że Martin Hallam wycisnął na niej swe piętno. Wciąż dopatrywała się we wszystkim pikantnych szczegółów. A przecież on także był już martwy, ona zaś miała odtąd patrzeć na świat własnymi oczami. Była Keshią Saint Martin, pogrążoną w żałobie po śmierci przyjaciółki.
    Gdy trumnę niesiono do oczekującej limuzyny, łzy już swobodnie spływały jej po twarzy. Na zewnątrz czekało dwóch policjantów mających kierować ruchem długiego szeregu eleganckich wozów, z których żaden nie był wynajęty. No i, jak można się było spodziewać, drzwi kościoła oblegał zwarty tłum pismaków.
    Nie mogła uwierzyć, że to koniec. Koniec przyjaźni, trwającej nieprzerwanie od dzieciństwa. Koniec wspólnych wygłupów w szkole, długich listów pisanych do siebie z college’^ drużbowania na weselu, dobrodusznych żarcików, gdy Tiffany zaszła w ciążę… Kiedy zaczął się dramat? Kiedy popijanie przerodziło się w nałóg? Zaraz po pierwszym dziecku? Po drugim? A może jeszcze później? Najgorsze było uporczywe wrażenie, że Tiffany zawsze zataczała się pod ścianami salonów, wodziła dookoła nieprzytomnym wzrokiem i zostawiała za sobą słówka „boskie!” niczym kozie bobki. Taka właśnie wracała na myśl – zagubiona pijaczka, nie owa błyskotliwa, obdarzona fantastycznym poczuciem humoru dziewczyna, której ironiczny salut: „No to cześć!” z tamtego feralnego dnia wciąż jeszcze rozbrzmiewał w uszach Keshii. „No to cześć… No to cześć… No to cześć…”
    Uświadomiła sobie, że porusza nogami, wokół niej płynie potok ludzi, a Edward troskliwie wyprowadza ją z ławki. Musieli ustawić się w długim ogonku, żeby złożyć kondolencje rodzinie. Bill wyglądał poważnie i oficjalnie; rozdzielał blade uśmiechy i wyrozumiałe skinienia głowy, zupełnie jakby był przedsiębiorcą pogrzebowym, a nie mężem zmarłej. Dzieci były oszołomione i zdaje się, że niewiele rozumiały. Żałobnicy rozglądali się wokół sprawdzając, kto dziś jest, a kogo nie ma, i co kto ma na sobie, kiwali głowami i trajkotali o Tiffany – pijaczce i… przyjaciółce. Wszystko to aż nazbyt boleśnie przypominało pogrzeb matki Keshii. Odczuł to także Edward: kiedy wreszcie wydostali się z kościoła, był szary na twarzy.
    Keshia zaczerpnęła tchu, poklepała go po ręce i zadarła głowę, by spojrzeć na niebo.
    – Edwardzie, obiecaj, że kiedy umrę, zaoszczędzisz mi tych jasełek. Najlepiej wrzuć mnie od razu do Hudsonu i po krzyku.
    Właściwie nie żartowała, w każdym razie nie całkiem. Edward jednak obrzucił ją urażonym spojrzeniem.
    – Mam nadzieję, że to nie ja będę się musiał tym martwić. Jedziesz na cmentarz?
    Zawahała się, po czym potrząsnęła głową, pamiętając o obietnicy złożonej Lucasowi. Miała już serdecznie dosyć.
    – Nie. A ty?
    Potwierdził z nieszczęśliwą miną.
    – Trzeba…
    Nie słuchała do końca.
    – Wiem, Edwardzie. Trzymaj się. – Cmoknęła go w policzek i zaczęła schodzić ze schodów. Oto co zabijało ludzi takich jak Tiffany, oto co życie takich jak Edward zamieniało w mękę. Przeróżne „trzeba”.
    Nie dała Edwardowi okazji do pytań, a i on wolał dziś nie drążyć. Ten nieszczęsny pogrzeb wiele go kosztował. Tak bardzo przypominał ów dzień, gdy Lianę…
    Otarł łzę patrząc, jak Keshia z gracją wsiada do taksówki. Gdy się odwróciła, by pomachać mu przez tylną szybę, miał już na twarzy blady, stosowny do okoliczności uśmiech.
    – Jak było? – spytał Luke, podając jej filiżankę gorącej herbaty.
    – Okropnie. Dzięki, kochanie – podniosła herbatę do ust, wolną ręką zdejmując kapelusz. – Doprawdy upiornie. Teściowa Tiffany miała nawet na tyle złego smaku, by przyprowadzić dzieci.
    Keshia również była na pogrzebie swojej matki. Może tak właśnie „trzeba”. Może wszystko musiało sprawiać tyle bólu, ile tylko możliwe – i przez to było bardziej rzeczywiste.
    – Chcesz wyjść na kolację czy zjemy w domu? Wzruszyła ramionami. W gruncie rzeczy było jej wszystko jedno.
    Luke spojrzał na nią zatroskany.
    – Co ci jest, dziecino? Aż tak cię to poruszyło? Przecież ci mówiłem…
    – Wiem, ale to boli… choć może nie tyle to, ile widok wszystkich tych żywych trupów, które wciąż roszczą sobie do mnie prawa. A może to ból dojrzewania?… Nie przejmuj się mną. Przypuszczalnie po prostu żal mi Tiffany.
    – Jesteś pewna, że nic poza tym? – martwił się o nią bardziej, niż chciał okazać.
    – Mówiłam ci, nie wiem. To zresztą nieważne. Ostatnio w moim życiu zaszło sporo zmian… Dorastanie nigdy nie jest łatwe – próbowała się uśmiechnąć, lecz bez rezultatu.
    – Keshia, czy ja cię nie unieszczęśliwiam?
    – Kochany, skąd ten pomysł? – wykrzyknęła ze zgrozą. Wyglądał nie najlepiej; ciekawe, czym zamartwiał się przez całe popołudnie. Pochyliła się, żeby go pocałować. W oczach miał smutek. Może tylko jej współczuł, odniosła jednak wrażenie, że chodzi o coś więcej.
    – Nie jest ci przykro, że zrezygnowałaś z rubryki?
    – Naturalnie, że nie. Przeciwnie, bardzo się cieszę. Muszę się tylko oswoić z nową sytuacją.
    – Rozumiem – skinął głową i milczał do chwili, gdy skończyła herbatę.
    Kiedy się znów odezwał, w jego głosie zabrzmiała dziwna, kolidująca z ich dawną beztroską huta.
    – Keshia… muszę ci coś powiedzieć.
    – O co chodzi, kochanie? Czyżbyś chciał wyznać, że zataiłeś przede mną żonę i piątkę dzieci? – zażartowała z brawurą właściwą tym kobietom, które mają pewność, że ich mężczyzna nie ma przed nimi absolutnie żadnych tajemnic.
    – Nie, głuptasku, nie jestem żonaty. Chodzi o coś innego.
    – Wobec tego mów, bo sama nie zgadnę – rzuciła, przybierając zaniepokojoną minę. Musiało to być coś ważnego, inaczej Luke nie kłopotałby jej w takim dniu. Wiedział, że jest zupełnie rozbita z powodu Tiffany.
    – Kochanie, nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale też nie mogę tego dłużej taić. Dostałem wezwanie do sądu. Grozi mi uchylenie zwolnienia warunkowego.
    Słowa te padły pomiędzy nich niczym bomba. Wszystko zatrzęsło się i znieruchomiało.
    – Co takiego? – Keshia była pewna, że się przesłyszała. Nie wierzyła własnym uszom. To nie mogła być prawda, to był senny koszmar, z którego zaraz się obudzi.
    – Mam się stawić na rozprawie, podczas której sąd zadecyduje, czy zamknąć mnie do więzienia za działalność wywrotową w zakładach karnych. Innymi słowy, za agitację.
    – O Boże, Luke… Powiedz, że to żart… – Keshia zamknęła oczy i mocno zacisnęła dłonie na kolanach.
    – Niestety, dziecino. Żałuję bardzo, ale to wszystko prawda. – Lucas objął dłonią jej piąstki. Oczy Keshii napełniły się łzami.
    – Od jak dawna wiesz?
    – Właściwie sprawa wisiała już w powietrzu, zanim cię poznałem. W gruncie rzeczy nigdy jednak nie wierzyłem, że mnie to spotka. Podejrzewałem, że kroplą, która przepełniła czarę, był strajk w San Quentin.
    Przeciągnąłem strunę, pomyślał. Dobrze, że nie wykończyli mnie jak Morrisseya.
    – Jezu… – jęknęła głucho Keshia. – I co my teraz zrobimy? – Jej mokra twarz zdawała się obrzmiała z bólu. – Czy będą ci potrafili cokolwiek dowieść?
    Luke potrząsnął głową, lecz minę miał nietęgą.
    – Nie, i chyba dlatego tak się wściekli. Działają na oślep. Będę się bronił, mam dobrego adwokata. To znaczny postęp, bo jeszcze parę lat temu na takiej rozprawie byłeś tylko ty i ława. Więc rozchmurz się, mogło być gorzej. Najważniejsze, że jesteśmy razem i możemy się nawzajem wspierać. Zaczekamy do rozprawy, a potem będziemy walczyć.
    Oboje wiedzieli jednak, że stawiane mu zarzuty są prawdziwe i dlatego walka będzie ciężka.
    – Nie pękaj, staruszko. – Nachylił się i wziął ją w ramiona, ale ciało Keshii było sztywne i oporne, a wzrok wbity w ziemię. Miał wrażenie, że obejmuje trupa.
    – Kiedy jest ta rozprawa? – Keshia bała się, że nazajutrz.
    – Za półtora miesiąca. Ósmego stycznia, w San Francisco.
    – A potem?
    Kiedy spojrzał w jej twarz, przestraszył się.
    – Co masz na myśli?
    – Co będzie, jeśli znów cię wsadzą?
    – Do tego nie dojdzie – rzekł głucho.
    – A jeżeli dojdzie, to co? – krzyknęła rozdzierająco.
    – Nie! – wybuchnął i w jednej chwili opanował się; za wszelką cenę musiał ją uspokoić. Poszło gorzej, niż liczył, choć właściwie czego mógł się spodziewać? Zachował się jak drań, który wywabia kobietę z rodzinnego domu, aby go następnie podpalić. Keshia wyglądała, jakby po raz drugi w życiu została sierotą. A jej cierpienie nieznośnie ciążyło mu na sercu. – Kochana, nie dojdzie do tego – podjął ciszej. – A jeżeli… jeżeli tak, wówczas postaramy się z tym żyć. Oboje mamy dość odwagi.
    Wiedział, że sam ma jej dostatecznie dużo. Ale Keshia? Dość było na nią spojrzeć, by domyślić się, że jest jej o wiele ciężej.
    – Nie… – wyszeptała. Musiał natężyć słuch, by pochwycić ten zamierający szept.
    – Tak mi przykro…
    Cóż więcej mógł jej powiedzieć? Miecz wiszący mu od dawna nad głową wreszcie spadł. Cóż za ironia: dawniej nie miał nic do stracenia, teraz mógł stracić wszystko… A Keshia wraz z nim.
    Powinien był ją uprzedzić o wiele wcześniej. Alejandro nie darmo go ponaglał. Lucas jednak zwlekał, robił uniki i sam się okłamywał. Teraz na biurku leżało zmięte zawiadomienie. Wymiar sprawiedliwości sam wziął sprawę w swoje ręce. I proszę, jaki efekt…
    Delikatnie uniósł jej brodę i złożył na wargach czuły pocałunek. Tylko taką pewność mógł jej dać: pewność, że ją kocha. Mieli przed sobą jeszcze sześć tygodni – jeśli nikt wcześniej nie wykończy go w ciemnym zaułku.

ROZDZIAŁ 22

    W Święto Dziękczynienia zjedli kanapki z indykiem na gorąco w pokoju hotelowym w Chicago. Myśl o rozprawie nie dawała im spokoju, choć za wszelką cenę starali się o niej zapomnieć. Keshia postanowiła, że nie pozwoli, aby ciągły strach zrujnował im życie. Walczyła o radosny nastrój z determinacją, która przerastała niemal jej siły. Luke wiedział, co się dzieje, lecz niewiele mógł pomóc. Jego też każdej nocy dręczyły koszmary. Keshia chudła w oczach, powtarzała wciąż te same dowcipy i udawała, że świetnie się bawi. Nagle zaczęli kochać się dwa, trzy, a czasem cztery razy dziennie, jak gdyby chcieli zgromadzić jak najwięcej uczucia i odłożyć je sobie na zapas. Sześć tygodni to tak niewiele…
    – Keshia, żle wyglądasz. Bardzo mnie to martwi.
    – Edwardzie, któregoś dnia doprowadzisz mnie do szału.
    – Chcę wiedzieć, co się z tobą dzieje.
    Kelner bezszelestnie pojawił się obok nich i dolał do kieliszków roederera.
    – Jesteś wścibski.
    – Owszem.
    Edward miał zgorzkniałą minę i wyglądał staro. Keshia sprawiała wrażenie ciężko chorej i jej także jakby przybyło lat.
    – No dobrze – skapitulowała. – Zakochałam się.
    – Tego i ja się domyśliłem. Jest żonaty?
    – Nie rozumiem, dlaczego zawsze z góry zakładasz, że spotykam się z żonatymi mężczyznami. Ponieważ zachowuję dyskrecję? A kto mnie tego uczył przez te wszystkie lata?
    – Owszem, ale nie powinnaś pobłażać każdej swojej zachciance.
    Naturalnie, pomyślała, ja nie mam prawa do zachcianek. Co najwyżej do samotności i goryczy. Tak, i jeszcze do obowiązku.
    – Moją zachcianką w tym wypadku, drogi Edwardzie, jest wspaniały człowiek, którego bardzo kocham. Żyjemy ze sobą mniej więcej od dwóch miesięcy. A tuż przed świętami dowiedzieliśmy się, że… – głos jej się załamał, a serce zatrzepotało w piersi. Ostrożnie, upomniała się w duchu. – Dowiedzieliśmy się, że jest chory – podjęła. – Bardzo ciężko chory.
    Twarz Edwarda nagle jakby się zapadła.
    – Na co?
    – Jeszcze nie ma pewności. Próbują go leczyć i w tej chwili ma około pięćdziesięciu procent szans, że będzie żył. Dlatego właśnie wyglądam źle. Zadowolony?
    – Tak mi przykro. Czy on… czy to ktoś, kogo znam? Omal nie parsknęła śmiechem.
    – Nie. Poznaliśmy się w Chicago.
    – Tak podejrzewałem. Jest młody?
    – Owszem, ale starszy ode mnie. – Keshia umilkła. W zasadzie powiedziała prawdę. Jeżeli Luke trafi z powrotem do więzienia, może to oznaczać dla niego wyrok śmierci. Zbyt wiele rozpalał wokół namiętności. W San Quentin nie miał szans. Jeśli nie zabije go jakiś współwięzień, zrobi to strażnik.
    – Nie wiem, co powiedzieć.
    Twarz Edwarda mówiła za niego. Wyglądał, jakby zobaczył upiora. Widmo Lianę Saint Martin.
    – Czy ten człowiek… czy on bywa w Nowym Jorku? – Po omacku starał się znaleźć pytanie, na które mógł uzyskać wartościującą odpowiedź, nie przyprawiając Keshii o atak furii. Gdzie mieszka? Czym się zajmuje? Do jakiej chodził szkoły? Keshia zrobiłaby mu piekło, gdyby zadał chociaż jedno z nich. A przecież musiał wiedzieć. Przez wzgląd na siebie… i na nią.
    – Owszem, nawet niedawno u mnie był.
    – Zatrzymał się u ciebie? – Oczywiście, przecież sama mówiła, że z nim żyje. O Boże, jak ona mogła?
    – Tak, Edwardzie – potwierdziła, starając się zachować cierpliwość. – W moim mieszkaniu.
    – Keshia, czy on… czy on… – Chciał wiedzieć, czy jej wybranek jest człowiekiem szacownym, nie łowcą posagów lub… Słowo „chłystek” samo cisnęło się na usta wraz ze znienawidzonym wizerunkiem młodego Francuza. Czuł, że tym razem traci Keshię na zawsze.
    Podniosła ku niemu zalaną łzami twarz i potrząsnęła głową.
    – Edwardzie, nie dzisiaj. Ja… naprawdę nie mogę. Przepraszam cię – sięgnęła po torebkę, musnęła go suchymi ustami w policzek i wstała.
    Nie zatrzymywał jej. Zacisnąwszy pięści patrzył, jak odchodzi, a potem skinął na kelnera.
    W dotkliwym chłodzie wczesnego zimowego zmierzchu Keshia dotarła do stacji metra i pojechała prosto do Harlemu. Zaczynała wpadać w panikę. Tylko Alejandro mógł jej pomóc.
    Prawie biegła do ośrodka, omijając slalomem kubły ze śmieciami i bawiące się na ulicy brudne dzieci, nieświadoma, że w czerwonym paryskim długim płaszczu i czapce z białych norek wygląda tu jak zjawa. Na szczęście wiatr zacinał drobinami śniegu i nikomu nie chciało się wystawać na ulicy, nikt więc jej nie zaczepiał.
    W biurze Alejandra siedziała jakaś dziewczyna i oboje śmiali się tak, że nie usłyszeli pukania.
    – Jesteś zajęty, Al? – podświadomie użyła zdrobnienia, jakim nazywał go Luke.
    – Eee… nie, skądże! Pilar, zostawisz nas na chwilę samych?
    Dziewczyna zerwała się z krzesła i śmignęła na korytarz, oglądając się ze zdumieniem. Gość wydawał jej się skrzyżowaniem gwiazdy filmowej z dobrą wróżką.
    – Wybacz, że cię nachodzę – powiedziała Keshia, podnosząc na Alejandra udręczony wzrok.
    – Nie ma sprawy, wyobraź sobie, że… ależ, dziewczyno! Resztki opanowania ostatecznie pierzchły; upuściła torebkę i wyciągnęła do niego ręce, wybuchając płaczem.
    – Keshia… pobrecita… skarbie, nie załamuj się tak…
    – O Boże, Alejandro, ja tego dłużej nie wytrzymam! – Keshia padła mu w ramiona i ukryła twarz w piersi. – Co my zrobimy? Chcą mi go zabrać. Wiem, że to zrobią. Zrobią to, prawda?
    – Możliwe.
    – Ty też tak myślisz?
    – Nie wiem.
    – Na pewno wiesz, do licha. Powiedz mi! Ktoś musi wreszcie powiedzieć mi prawdę! – krzyknęła.
    – Kiedy ja nie znam prawdy, do jasnej cholery! – wrzasnął jeszcze głośniej.
    Ściany odbiły i na chwilę uwięziły echo nagromadzonych w tej wymianie słów emocji – strachu, gniewu i rozpaczy.
    – Możliwe, że go wsadzą – mówi! podniesionym głosem Alejandro – ale na litość boską, nie poddawaj się, dopóki to nie nastąpi! Co ty wyprawiasz? Chcesz go dobić? A przy okazji zniszczyć samą siebie? Kiedy przyjdzie najgorsze, będziesz miała mnóstwo czasu, żeby myśleć, co dalej!
    Jego głos, w którym również czuło się tajoną rozpacz, zdawał się rozsadzać maleńki pokoik. Keshia ucichła. Sprowadził ją z powrotem do stanu, w którym zdolna była nad sobą zapanować.
    – Tak strasznie się boję – wyszeptała. – Zupełnie nie wiem, czego się uchwycić. Ten strach dławi w gardle, wzbiera jak wymioty…
    – Jedyne, co możesz zrobić, to nie wpadać w panikę i starać się kierować rozumem, nie sercem.
    – A gdybyśmy uciekli? Sądzisz, że policja trafiłaby na nasz ślad?
    – Prędzej czy później tak, a wtedy zastrzeliliby go jak psa. Poza tym znam Luke’a. Nie zgodzi się na ucieczkę.
    – Wiem… – wtuliła mu w pierś twarz poznaczoną strugami łez i rozpuszczonego tuszu. – Najgorsze jest to, że nie wiem, jak mu pomóc, jak sprawić, żeby się tak strasznie nie męczył… Czy ty wiesz, co on przeżywa?
    – Tego nie możesz zmienić. Po prostu bądź przy nim i na Boga, dbaj również o siebie. Nikomu nie pomożesz, jeśli się załamiesz. Pamiętaj o nim. Nie możesz przez Luke’a wpędzić się w chorobę. Weź się w garść. Do rozprawy nic jeszcze nie jest przesądzone, a nawet gdy zapadnie wyrok, również się nie poddawaj.
    – Tak… – Keshia pokiwała głową i oparła się o biurko. – Masz rację.
    – Nie jesteś chyba tchórzem?
    – Nie jestem.
    – Więc nie zachowuj się jak tchórz. Pozbieraj się, kobieto. Masz przed sobą wertepy, ale nikt nie powiedział, że na końcu tej drogi stoi ściana. Nawet Luketak nie uważa.
    – W porządku, panie Mądraliński. Rozumiem. – Keshia uśmiechnęła się z przymusem.
    – Ten stary niedźwiedź naprawdę cię kocha. – Alejandro uścisnął ją po przyjacielsku. – I ja też cię kocham, skarbie… ja też.
    Keshia poczuła, że łzy na nowo zaczynają jej płynąć po policzkach.
    – Nie bądź taki miły, bo znów się rozpłaczę – wychlipała.
    Alejandro zmierzwił jej włosy.
    – Jesteś dziś zabójczo elegancka, piękna damo. Gdzieżeś to bywała?
    – Jadłam lunch z przyjacielem.
    – W pobliskiej melinie?
    – Jesteś niemożliwy – wybuchnęła śmiechem, który tym razem płynął prosto z serca.
    Alejandro sięgnął po kurtkę wiszącą na drzwiach.
    – Odprowadzę cię do domu.
    – Ależ to kawał drogi! – Była wzruszona, że o tym pomyślał.
    – Zrobiłem już dość na dzisiaj. Idziemy w tango? – oczy Alejandra odmłodniały w uśmiechu.
    – Prawdę mówiąc… to świetny pomysł.
    Wyszli na ulicę, trzymając się pod ręce. Miękka czerwona wełna ocierała się o szorstki drelich kurtki z demobilu. Keshia była zadowolona, że zdecydowała się tu przyjść. Na swój sposób Alejandro był jej równie bliski jak Luke.
    Wysiedli z metra przy Osiemdziesiątej Szóstej i wstąpili do ciepłej niemieckiej kawiarni na gorącą czekoladę mit schlag, czyli z furą słodkiej bitej śmietany. Orkiestra wychodziła ze skóry, grając skoczne „umpapa”, a na ulicy migotały już girlandy świątecznych dekoracji. Przywiodło to jej na myśl dawne święta, jakie spędzała z rodzicami. Dziwne: ostatnio bardzo wiele myślała o ojcu. Nie mówiła o tym Lucasowi, bo w tych dniach w ogóle ciężko się z nim rozmawiało: każdy wątek prowadził ich nieuchronnie do nabrzmiałego emocjami tematu zwolnienia warunkowego.
    – Coś mi mówi, że jesteś bardzo podobna do ojca – rzekł, wysłuchawszy jej, Alejandro. – On również nie był aż takim konformistą, jeśli mu się bliżej przyjrzeć.
    Keshia uśmiechnęła się, zlizując krem z warg.
    – Nie był. Ale sądząc z tego, co o nim słyszałam i co pamiętam, zgrabnie to ukrywał. Chyba rzadko musiał dokonywać wyboru.
    – To były inne czasy, inne możliwości. A twój opiekun?
    – Edward? Jest cudowny. Prawdziwy solidny dżentelmen, który w niczym nie sprzeniewierzy się swoim zasadom. Przy tym pewnie samotny jak diabli.
    – I po uszy w tobie zakochany?
    – Prawdę mówiąc, nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiałam, lecz wątpię.
    – Założę się, że nie masz racji. – Alejandro uśmiechnął się i pociągnął łyk ciepłego, słodkiego napoju. Na górnej wardze osiadł mu wąs ze śmietany. – Nie dostrzegasz wrażenia, jakie robisz na bliźnich. Pod tym względem jesteś naiwna jak dziecko.
    – Doprawdy? – odpowiedziała mu uśmiechem. Kiedyś rozmawiała w ten sposób z Edwardem, teraz jednak było to niemożliwe. W dziwny sposób zastąpił go Alejandro. Teraz on wysłuchiwał jej zwierzeń, pocieszał i dawał ojcowskie rady. Spojrzała na niego i zachichotała: – Na tobie też?
    – Kto wie?
    – Wariat. – Wiedziała, że nie mówi poważnie.
    Przez chwilę siedzieli w milczeniu, przysłuchując się dudniącym dźwiękom staromodnej muzyki. Restauracja była zatłoczona, lecz do nich nie docierał ani ruch, ani hałas; byli oderwani od rzeczywistości tak samo jak emeryci pogrążeni w lekturze niemieckich czasopism.
    – Jak spędzacie święta? – odezwał się Alejandro.
    – Nie wiem. Znasz Luke’a. Wątpię, czy podjął już jakieś decyzje, a jeśli nawet, i tak mi o nich nie powiedział. Zostajesz w Nowym Jorku?
    – Tak. Chciałem jechać do rodziny do Los Angeles, ale jestem zawalony robotą, a podróż to spory wydatek. Zamierzałem przy okazji obejrzeć podobny ośrodek w San Francisco. Może wybiorę się tam na wiosnę.
    – Jaki ośrodek? – Keshia zapaliła papierosa i oparła się wygodniej w krześle. To spotkanie, które zaczęło się łzami, sprawiało jej teraz niekłamaną przyjemność.
    – Nazywają to wspólnotą terapeutyczną. Zasada działania jest mniej więcej taka sama jak u mnie, z tym że pacjenci mieszkają tam na stałe, co daje większe szanse powodzenia terapii. – Alejandro spojrzał na zegarek i ze zdumieniem stwierdził, że minęła piąta.
    – Wpadnij do nas na kolację – zaproponowała Keshia. Meksykanin z żalem potrząsnął głową.
    – Na pewno wolicie być sami, gołąbki. Poza tym mam dziś randkę z pewną damą z sąsiedztwa.
    – Kto to taki?
    – Koleżanka kolegi, nie znam jej. Pracuje w dziennym domu opieki społecznej i założę się, że ma duży biust, trądzik i nieświeży oddech.
    – Masz coś przeciwko dużym biustom? – roześmiała się Keshia.
    – Nie, natomiast pozostałe dwie cechy mnie rażą. Znam ten typ, sam zatrudniam takie misjonarki. Natomiast w życiu prywatnym staram się być estetą.
    – Jak to możliwe, że nie masz dziewczyny? – zaciekawiła się Keshia.
    – Może jestem brzydki, a może niesympatyczny? Kto wie?
    – Bzdury. Mów mi tu zaraz prawdę.
    – Naprawdę nie wiem, hija. Może to przez pracę? Miałaś rację, mówiąc, że mamy z Lucasem parę wspólnych cech. Obaj dążymy do wytkniętego celu. To coś, z czym niewiele kobiet jest w stanie się pogodzić, chyba że mają własny cel. Poza tym jestem wybredny.
    Przypuszczalnie w tym był cały szkopuł, ponieważ Alejandro nie był ani brzydki, ani niesympatyczny. Miał wiele uroku i Keshia bardzo się cieszyła, że ich znajomość przybrała tak zażyłą formę.
    – Ciekawe, czy spodoba ci się ta dziewczyna – rzuciła.
    – Zobaczymy.
    – Ile ma lat?
    – Dwadzieścia jeden czy dwadzieścia dwa, nie pamiętam dokładnie.
    – Już jej zazdroszczę.
    – Nie masz czego – spojrzał na jej porcelanową cerę okoloną białym puszystym futerkiem. Oczy Keshii lśniły jak bezcenne szafiry.
    – Może i nie, ale ja mam na karku trzydziestkę, a to wielka różnica.
    – Na korzyść trzydziestki.
    Zamyśliła się na moment i przyznała mu rację. Wiek dwudziestu dwóch lat nie zapisał się w jej pamięci zbyt radośnie. Sytuacja zmieniła się dopiero, gdy Keshia zaczęła pisać. Przedtem nie wiedziała, kim chce zostać ani co osiągnąć, na zewnątrz zaś musiała prezentować niewzruszoną pewność siebie.
    – Szkoda, że nie znałeś mnie dziesięć lat temu. Boki zrywać!
    – Sądzisz, że ja w tym wieku byłem mniej śmieszny?
    – Prawdopodobnie tak. Byłeś mniej skrępowany.
    – Możliwe, lecz w gruncie rzeczy różnica jest niewielka. Strzygłem wtedy włosy na palec i zlewałem pomadą. A ty twierdzisz, że nie byłem śmieszny! Jestem pewien, że ty przynajmniej nie czesałaś się na jeża.
    – Nie, na pazia. Nosiłam naszyjniki z pereł i byłam śliczna. Najlepsza partia na matrymonialnym rynku. Panie i panowie, zapraszamy na pokaz. Oto nowiutka, nietknięta, bliska ideału jedyna spadkobierczyni wielomilionowej fortuny. Potrafi chodzić, mówić, śpiewać i tańczyć. Wystarczy nakręcić, a zagra na harfie hymn państwowy.
    – Umiesz grać na harfie?
    – Nie, głuptasie, ale poza tym umiem prawie wszystko. Byłam absolutnie „czarująca”, choć niezbyt szczęśliwa.
    – Jeśli więc teraz jesteś szczęśliwa, masz za co być wdzięczna Bogu.
    – To prawda – myśli Keshii powędrowały z powrotem do Luke’a… i rozprawy. Alejandro dostrzegł, że spochmurniała, i prędko zmienił temat, aby przywrócić beztroski nastrój, jaki towarzyszył im w ciągu ubiegłej godziny.
    – Jak to możliwe, że nie grasz na harfie? Myślałem, że wszystkie milionerki to potrafią – rzucił niewinnie.
    – Pomyliły ci się z aniołami, skarbie.
    – Powiadasz, że to nie to samo?
    Keshia odrzuciła głowę w tył i zaśmiała się serdecznie.
    – Nie, słonko. Milionerki na ogół mają bardzo niewiele wspólnego z aniołami. Z wyjątkiem paru nieszczęsnych skrzypaczek, większość z nas gra na pianinie, a przynajmniej stara się opanować tę sztukę pomiędzy piątym a dwunastym rokiem życia. Chopin pewnie przewraca się w grobie.
    – Powinnyście się wstydzić.
    – Mam to w dupie – prychnęła, Alejandro zaś wytrzeszczył oczy.
    – Masz… gdzie? Keshia, i ty chcesz uchodzić za dobrze wychowaną pannę?
    – Przestań, bo powtórzę to, co już raz słyszałeś. Chodźmy. Lucas będzie się niepokoić.
    Alejandro podał jej płaszcz, zostawił napiwek na stoliku i wyszli na mróz, trzymając się pod ręce. Keshia czuła się jak nowo narodzona.
    Luke siedział w salonie ze szklanką bourbona i przyklejonym do twarzy uśmiechem.
    – Gdzieście się podziewali? – powitał ich jowialnie.
    – Poszliśmy się napić gorącej czekolady.
    – Bardzo ładna bajeczka, tyle że mało przekonywająca. Tym razem wam wybaczę, ale…
    – To bardzo ładnie z twojej strony. – Keshia podeszła i pocałowała go. Luke objął ją w pasie.
    – Poczęstuj Ala piwem – mruknął.
    – Pochoruje się, pijąc zimne piwo po tej ilości czekolady mit schlag. - Keshia wyszczerzyła zęby do Alejandra.
    – Co? – Luke mówił nazbyt podniesionym głosem, jak gdyby był spięty do ostateczności.
    – Z bitą śmietaną.
    – Fuj! Przynieś piwo, niech spłucze to obrzydlistwo.
    – Luke… – Keshia urwała. Miała wrażenie, że Luke ją odsyła, aby się jej pozbyć. Wyglądał dziwnie, zachowywał się również nienaturalnie.
    – Idź już.
    Zmierzyła go uważnym spojrzeniem, po czym zwróciła się do Alejandra:
    – Masz ochotę na piwo?
    – Nie, ale jak mam się spierać z takim dużym facetem?
    – Meksykanin wzniósł obie ręce do nieba.
    Wszyscy troje wybuchnęli śmiechem. Keshia ruszyła do kuchni ze słowami:
    – Lepiej zrobię ci kawy.
    Nie mogła znieść myśli o łączeniu piwa ze słodką czekoladą.
    – Masz rację – odparł z roztargnieniem Alejandro, jakby on także przystąpił do spisku.
    Lucas miał minę małego chłopca, który coś ukrywa. Keshii przemknęło przez myśl, że kupi! jej prezent albo zamówił stolik do kolacji przy świecach. Wolała nie myśleć, że ma to cokolwiek wspólnego z rozprawą. Luke był zresztą zanadto z siebie zadowolony – nawet jeśli nieco drażliwy.
    Po chwili zaniosła im kawę do salonu.
    – Patrz, chłopie, ta baba uparła się nas otrzeźwić!!
    – rzekł wesoło Luke, lecz Alejandro nie wyglądał, jakby mu było do śmiechu. Był spięty i przygnębiony. Czyżby przed chwilą rozegrała się tu jakaś przykra scena? Keshia spojrzała na niego, potem na Lucasa, postawiła kawę i usiadła na sofie.
    – Dobra, kotki, koniec zabawy. Co tu się dzieje? – spytała sztucznie podwyższonym głosem. Ręce jej zadygotały.
    – Dlaczego coś miałoby się dziać?
    – Na przykład dlatego, że jesteś pijany.
    – To nieprawda.
    – Owszem, prawda. Poza tym – ciągnęła chłodno – widzę, że się czegoś boisz. Mam prawo wiedzieć, o co chodzi. Powiedziałeś Alowi, możesz powiedzieć i mnie.
    – Skąd przypuszczenie, że mu się zwierzałem? – Luke umknął wzrokiem w bok i Keshia wpadła w furię.
    – Do jasnej cholery, nie rób ze mnie idiotki! Ta kretyńska sprawa kosztowała mnie już dosyć nerwów, więc pytam po raz ostatni: powiesz mi czy nie?
    – Słyszysz, Al, co ona wygaduje? – zaśmiał się nieszczerze Lucas, szukając u niego pomocy. Alejandro wbił wzrok w ziemię.
    – A może ty mi powiesz, Alejandro? – drżący głos Keshii zaczął się przeradzać w histeryczny dyszkant. Zanim jednak Al otworzył usta, Luke sapnął niecierpliwie i uniósł się z krzesła. Jego twarz natychmiast przybrała kredowy odcień.
    – Uspokój się, staruszko – rzekł ze zniecierpliwieniem.
    – Sam ci powiem.
    W tym momencie cały pokój zakołysał mu się nagle przed oczami i Luke runął na kolana. Alejandro złapał go wpół i wyjął mu z ręki szklankę, której zawartość wylała się na dywan. Keshia podbiegła ze stłumionym okrzykiem, by podtrzymać Luke’a z drugiej strony. Lucas ciężko usiadł na podłodze, opierając głowę o kolana Keshii.
    – Spokojnie, nic mi nie jest. Ktoś próbował mnie dziś zastrzelić. Spudłował o cal. – Przymknął oczy, jakby obawiał się patrzeć jej w twarz.
    – Co ty wygadujesz? – Keshia oburącz ujęła jego głowę i potrząsnęła nią lekko. Była pewna, że się przesłyszała.
    – Ktoś chciał mnie zabić – Luke z trudem uniósł powieki – albo spłoszyć. Skończyło się na strachu. Po prostu musiałem sobie golnąć, to wszystko.
    Keshii od razu przypomniał się Morrissey.
    – Boże, Luke, kto to zrobił? – zapytała, drżąc na całym ciele. Żołądek podjeżdżał jej do gardła i opadał na powrót jak huśtawka.
    – Skąd mam wiedzieć? – Luke tępo wzruszył ramionami. Przeżyty szok wyczerpał go psychicznie.
    – Dobra, stary, położymy cię do łóżka. – Alejandro nie był pewien, czy najpierw nie powinien zająć się Keshia. Wyglądała o wiele gorzej. – Dasz radę wstać?
    – Żartujesz? – obruszył się Lucas, ruszając do sypialni.
    – Nie jestem ranny, tylko narąbany. Na litość boską, nie przesadzaj! – prychnął ze zniecierpliwieniem, gdy Keshia zaczęła mu poprawiać poduszki. – Jeszcze nie umieram. Lepiej zrób mi drinka.
    – Nie wiem, czy powinieneś…
    Zaśmiał się sarkastycznie i przewrócił oczami. Dopiero teraz Keshia poczuła, że miękną jej kolana. Przysiadła bez tchu na brzegu łóżka.
    – Luke, jak to się stało?
    – Nie wiem. Miałem dziś spotkanie w hiszpańskim Harlemie i kiedy po naradzie wyszliśmy na ulicę, nagle paf! kula gwizdnęła mi koło ucha. Drań musiał być zezowaty. Nie trafił.
    Keshia patrzyła na niego z niedowierzaniem. Mógł już nie żyć, podobnie jak Morrissey. Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach.
    – Kto wiedział, że tam będziesz? – spytał posępnie Alejandro.
    – Parę osób.
    – Ile?
    – Najwyraźniej za dużo.
    – O Boże, Lucas… ale kto mógł to zrobić? – Keshia wybuchnęła płaczem. Luke uniósł się, objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie.
    – Spokojnie, staruszko, nie przejmuj się tak. To mógł być przypadek, jakiś narkoman uzbrojony w pukawkę. Ewentualnie ktoś, kto mnie zna, na przykład skrajny rygorysta, który nie widzi potrzeby reform więzień, albo zboczony lewak, dla którego jestem nie dość czerwony. Co za różnica? Próbowali, ale im nie wyszło. Jestem zdrów i cały i kocham cię jak zwykle. Czyli nic się nie stało, prawda? – zmusił się do uśmiechu.
    – Mam zamiar wynająć ci ochroniarza – oznajmiła Keshia, pociągając nosem.
    Luke sięgnął po bourbona z lodem, którego przyniósł mu Alejandro.
    – Ani mi się waż – zmarszczył brwi. – Żadnych wygłupów. Zdarzyło się raz i już się nie powtórzy.
    – Skąd ta pewność?
    – Dziecino, nie upieraj się. Pozwól, żebym sam to rozegrał. Ty mnie tylko kochaj i od czasu do czasu daj mi buzi…
    – A nie dawaj rad – dokończyła ze smutkiem. – Mimo wszystko uważam, że ktoś powinien cię pilnować.
    – Tacy już się znaleźli.
    – Masz obstawę? – Dlaczego on mi już nic nie mówi?, pomyślała z goryczą.
    – Owszem. Od rana do nocy chodzą za mną gliny.
    – Policja? Dlaczego?
    – A jak myślisz? – zdenerwował się Luke. – Ponieważ uważają, że stanowię zagrożenie dla porządku publicznego.
    Zwykle skrupulatnie odsuwała od siebie myśl, że jest przestępcą, a decydując się na życie z nim, również siebie postawiła po tej samej stronie, na marginesie praworządnego społeczeństwa. Nigdy jeszcze nie odczuła tego tak dobitnie.
    – Poza tym – ciągnął Lucas – nie oszukuj się, złotko. Tym strzelcem wyborowym mógł być także policjant.
    – Chyba nie mówisz poważnie! – Keshia zbladła.
    – Przecież im nie wolno robić takich rzeczy!
    – Gdyby mieli pewność, że uda im się to zatuszować, nie wahaliby się ani chwili.
    Keshia nie mogła tego pojąć. Przecież policja miała strzec bezpieczeństwa porządnych obywateli! Ale w tym właśnie cały szkopuł: Luke nie był „porządnym” obywatelem. Wiele osób darzyło go szacunkiem, lecz nie zaliczali się do nich pracownicy wymiaru sprawiedliwości.
    – Posłuchaj mnie uważnie – podjął Lucas. – Proszę, żebyś się powstrzymała od nie przemyślanych ruchów. Żadnych wizyt u Ala w Harlemie, samotnych spacerów czy wycieczek metrem. Od tej chwili masz mnie pytać, zanim cokolwiek zrobisz. – Luke miał minę generała armii. – Zrozumiano?
    – Tak, ale…
    – Żadnych ale! – przerwał jej podniesionym tonem.
    – Chociaż raz w życiu mnie posłuchaj! Bo jeśli nie… – głos mu się załamał; ze zdumieniem ujrzała, że w oczach ma łzy.
    – Jeżeli nie posłuchasz… wtedy zamiast mnie mogą dostać ciebie. A gdyby coś ci się stało… – Luke zwiesił głowę i mówił coraz ciszej: – Wtedy ja… nie miałbym po co żyć…
    Podeszła, przytuliła jego głowę do piersi. Lucas płakał. Obwiniał się o to, że wyrządza jej potworną, niezasłużoną krzywdę – właśnie jej, kobiecie, którą tak bardzo kochał.
    Długo tak siedzieli, w końcu Luke zasnął. Keshia ułożyła go na poduszce i zgasiła światło.
    Alejandro wcześniej wymknął się po cichu. Nie miał kobiety, w której ramionach mógłby się wypłakać. Ta, nad którą bolał – i do której tęsknił – była kobietą jego najlepszego przyjaciela.

ROZDZIAŁ 23

    Lucas odłożył słuchawkę z takim wyrazem twarzy, że Keshia od razu się domyśliła, iż coś jest nie tak.
    – Kto to był? – zainteresowała się, choć właściwie nie musiała pytać. Zawsze miał taką minę, kiedy pojawiały się kłopoty w którymś z więzień. Niedługo święta, pomyślała. Co za pech!
    – Mój znajomy z Chino.
    – I?
    – I… – Luke przejechał palcami po włosach, wziął leżące na biurku cygaro i odgryzł końcówkę. Dochodziła północ.
    – Muszę jechać. Nie będziesz miała nic przeciw temu?
    – Żeby jechać z tobą? – Nigdy dotąd jej nie zabierał.
    – Nie, żebyś została sama. Wrócę przed świętami. Ale… wygląda na to, że beze mnie sobie nie poradzą. Przynajmniej tak twierdzą.
    W głosie Luke’a brzmiało podniecenie, które na próżno usiłował ukryć. Lubił tę swoją męską „sprawę”, tajne spotkania, twardą walkę. Był to świat, w którym dla Keshii brakowało miejsca, świat mężczyzn, którzy żyli bez kobiet dość długo, aby odkryć, że potrafią się bez nich obejść. Wiedziała, że Luke się nie ugnie. Nie było mowy o tym, by wziął ją ze sobą – zwłaszcza po zabójstwie w San Francisco i niedawnym zamachu na niego. Nie miał zamiaru wystawiać jej na strzał. Szaleństwem było roić, że tym razem go namówi.
    – Dam sobie radę – powiedziała – ale będę bardzo za tobą tęsknić. – Wzruszyła ramionami. – Wrócisz do domu na święta?
    – Na pewno. Chłopcy boją się, że może dojść do zamieszek. Sądzę jednak, że do tego czasu zakończymy negocjacje. Przykro mi, staruszko – dodał, spostrzegłszy jej zasępioną minę.
    Nie była w stu procentach pewna, czy naprawdę chce pokojowego rozwiązania, czy chętniej poigrałby z ogniem. Potem pomyślała, że nie jest wobec niego uczciwa.
    – Mnie też jest przykro. – Podeszła bliżej, zarzuciła mu ręce na szyję i cmoknęła go w tył głowy. Znów wyruszał na „wojnę”. – Lucas… – zawahała się.
    – Co, dziecino?
    – To szaleństwo, zwłaszcza tuż przed rozprawą. Przecież wiesz… – bała się wypowiadać na głos wszystkie swe obawy. Luke i tak je znał. Jego również dotyczyły.
    – Rany boskie, tylko nie zaczynaj od początku – warknął, uwolnił się z jej ramion i zaczął krążyć po pokoju, wypuszczając wielkie kłęby dymu. – Robię to, odkąd wyszedłem z pierdla. Sądzisz, że jeden raz mniej lub więcej zrobi im różnicę?
    – Możliwe. – Stała nieruchomo, nie spuszczając z niego wzroku. – Może ten jeden raz zadecyduje o tym, czy pozostaniesz wolny. Albo żywy.
    – Bzdury. Poza tym… muszę jechać, i tyle. Zamknął się w sypialni, zostawiając ją samą z czarnymi myślami. Nie miał prawa się narażać. Lekceważył zarówno własne życie, jak i jej cierpienie. A może wcale nie brał jej pod uwagę? Drań…
    Poszła za nim do sypialni i stanęła w progu, patrząc, jak wkłada ubrania i najpotrzebniejsze drobiazgi do walizki. W sercu miała ołowiany ciężar.
    – Lucas… – Nie odpowiedział. – Luke… proszę cię, nie jedź… Ze względu na własne dobro.
    Spojrzał na nią bez słowa. Zrozumiała, że nie wygra.
    Dopiero dwudziestego trzeciego grudnia otrzymała telefon, którego się obawiała. Luke nie wróci do domu na święta. Nie będzie go co najmniej do Nowego Roku. Strajk w Chino pochłonął już cztery ofiary śmiertelne, toteż sprawy ich dwojga zeszły na dalszy plan. Przez moment Keshia czuła pokusę, by wygarnąć mu, co o nim myśli, lecz zrezygnowała. Był sobą, ot i wszystko.
    Nie powiedziała Edwardowi, że święta spędzi sama. Byłoby to przyznanie się do porażki. Edward zacząłby ją pocieszać i zapraszać do Palm Beach, a tego by nie zniosła. Chciała spędzić święta z Lucasem, nie z Edwardem czy Hilary. Rozważała nawet myśl, by sprawić mu niespodziankę i wybrać się do Kalifornii, wiedziała jednak, że Luke nie powita jej życzliwie. Kiedy pracował – zwłaszcza tak jak teraz – nie miał dla niej czasu.
    Była więc sama. Sama ze stosem świątecznych kartek i tłoczonych kolorowych zaproszeń na „najlepsze” przyjęcia gwiazdkowe w mieście; zaproszeń, za jakie większość ludzi oddałaby dziesięć lat życia. Poncz, szampan, kawior, pasztet z gęsich wątróbek, zabawne drobne prezenty „w pończoszce” od Bendela lub Cardina. Huczne preludium karnawału – bale debiutantek, bale na cele dobroczynne, przyjęcie w operze i bal na łyżwach w Rockefeller Center dla uczczenia zaręczyn Halperna Medleya i Mariny Walters. „El Morocco” będzie tętnić świątecznym ożywieniem. Można też było jechać do Gstaad lub Chamonix, Courchevelles, Klosters, Aten, Rzymu, Palm Beach… Wszystkie te miejsca straciły jednak dla niej urok.
    Przejrzawszy zaproszenia Keshia doszła do wniosku, iż mniej samotna będzie się czuła sama niźli wśród pustej wesołości. Nie była w nastroju do zabawy. Rozważała myśl, by zaprosić kogoś w pierwszy dzień świąt, nie miała jednak ochoty oglądać nikogo prócz Lucasa. Jej znajomych ogarnął świąteczny ferwor: kupowali krzykliwe szlafroki u Bergdorfa lub Saksa, opijali się rumem w Sali Dębowej hotelu Plaża lub wyjeżdżali do rodzin w Filadelfii, Bostonie albo Greenwich. Każdy miał kogoś – oprócz niej. Spędzi święta równie nieciekawie jak armia portierów i windziarzy, z których każdy otrzymał już kopertę ze świąteczną gratyfikacją. Około piętnastego grudnia zarządca dyskretnie dołączył do jej korespondencji odbitą na powielaczu listę nazwisk. Dwadzieścia dwie osoby czekały na napiwki. W zamian przesyłał życzenia wesołych świąt.
    Po południu dwudziestego czwartego Keshia nie mogła sobie znaleźć miejsca. Chodziła po mieszkaniu w satynowym szlafroku, uśmiechając się do siebie. Świat za oknami przy – ‹ prószony był cienką warstewką śniegu.
    – Wesołych świąt, kochanie – wyszeptała pod adresem Lucasa. Dotrzymał słowa: dzwonił do niej codziennie i wiedziała, że dziś też zadzwoni. Wigilia przy telefonie – lepsze to niż nic. Na biurku piętrzył się stos pakunków owiniętych w srebrzysty papier. Wszystkie zawierały prezenty dla Luke’a – pasek do spodni, krawat, wodę kolońską, aktówkę i dwie pary butów. Kolekcja dóbr doczesnych, które miały dwie wspólne cechy – były bardzo drogie i śmieszyły go do łez. Zaraz na początku znajomości wyjaśniła mu znaczenie wszystkich tych fetyszy, sygnalizujących wyższy status. Był to język symboli – krawaty od Diora, buty od Gucciego, torebki i teczki od Vuittona z ohydnym inicjałem LV tłoczonym na musztardowej lub błotnisto-brunatnej skórze. Luke omal nie pękł z uciechy. „Chcesz powiedzieć, że ci goście noszą identyczne buty?” – spytał. Potwierdziła ze śmiechem, wyjaśniając, że noszą je także kobiety. Jeden fason dla panów, drugi dla pań. Różnorodność wprowadza zamęt, rodzi poczucie niepewności, więc lepiej z niej zrezygnować. Oczywiście do wyboru jest pełna gama kolorów. Ładnie z ich strony, nie sądzisz? Od tej pory żadne nie umiało już zachować powagi, widząc na ulicy parę butów od Gucciego lub sukienkę firmowaną przez kolekcję Pucci. Zestaw PucciGucci. Boki zrywać!
    Prawdziwe prezenty – te, które miały dla niej znaczenie, schowane były w przegródce aktówki od Vuittona. Wiedziała, że Luke z pewnością je doceni. Był tam sygnet z ciemnoniebieskim kamieniem, na którego oprawie wygrawerowano drobnymi literkami ich inicjały i datę. Do tego owinięty starannie w bibułkę tomik poezji, będący ongiś własnością jej ojca. Leżał na jego biurku zawsze, odkąd Keshia sięgała pamięcią. Teraz miał należeć do Luke’a. To dobrze. Ów tomik wiele dla niej znaczył. Symbolizował tradycję.
    Wypiła kubek gorącej czekolady, spoglądając przez okno. Było bardzo zimno – tak zimno, jak może być tylko na Północy. Mróz bije cię w twarz w chwili, gdy przekraczasz próg, lodowaty wiatr podcina ci nogi i trze policzki niczym wata szklana, okrywając szyby koronkowym deseniem.
    W ciszy rozległ się dzwonek telefonu. Nie odważyła się go zignorować. To mógł być Luke.
    – Halo?
    – Keshia? – spytał obcy głos. – Co ty robisz w domu?
    – Alejandro?
    – A kogo się spodziewałaś? Świętego Mikołaja?
    – W pewnym sensie. Myślałam, że to Luke. Alejandro uśmiechnął się na to porównanie. Tylko Keshia mogła coś takiego wymyślić.
    – Czytałem w gazetach, co się dzieje w Chino, i od razu zacząłem podejrzewać, że ten drań zostawił cię samą. Co porabiasz? Codziennie nowy bal?
    – Wręcz przeciwnie. Napawam się urokami domowego zacisza. Jak słusznie odgadłeś, Luke nie zabrał mnie ze sobą. Jest zbyt zajęty.
    – Poza tym sceneria nie byłaby przyjemna – zauważył trzeźwo Alejandro.
    – Dla niego również. Głupio zrobił, angażując się w to teraz, przed rozprawą. Dolewa tylko oliwy do ognia. Mówiłam mu, ale on nie słucha.
    – Jakie masz plany na dzisiejszy wieczór?
    – Och, chyba po prostu powieszę pończochę przy kominku, wystawię cukierki i mleko dla świętego Mikołaja, a potem…
    – Mleko? Toż to zgroza!
    – A czym ty byś go napoił?
    – Jak to czym? Oczywiście tequilą! Jezu, jeśli ten biedny święty przemierza cały świat i wszędzie częstują go wyłącznie mlekiem, to bardzo się dziwię, że jeszcze nie zastrajkował.
    Keshia roześmiała się i zapaliła lampę. Na dworze zapadał wczesny zimowy zmierzch.
    – Jak myślisz, zdążę jeszcze kupić tequilę?
    – Skarbie, na to nigdy nie jest za późno! – oświadczył Alejandro z przekonaniem.
    – A ty? Masz zajęcie w ośrodku?
    – Trochę. Lepsze to od siedzenia w domu. Przygnębia mnie odrobinę, że jestem tu sam, z dala od rodziny, więc pracuję, żeby o tym nie myśleć. Jak to możliwe, że nie wybrałaś się na żadne szpanerskie przyjęcie?
    – Ponieważ mnie z kolei nic bardziej nie przygnębia niż szpanerskie przyjęcia. W tym roku wolę być sama.
    Myślała o rozprawie, której termin wyznaczono na ósmego stycznia. W dziwny sposób zdołali się z tym pogodzić. Pierwszy szok osłabł, miecz wiszący im nad głowami wydawał się zgoła nierealny. Ot, zwykłe spotkanie, wizyta u dentysty, nic więcej. Nic nie mogło rozerwać magicznego kręgu chroniącego w swym wnętrzu Keshię i Lucasa, a już na pewno nie jakaś tam rozprawa.
    – Więc siedzisz w domu samiutka jak palec?
    – Mniej więcej.
    – Mniej czy więcej?
    – No dobra, siedzę sama. Co nie oznacza, że wypłakuję oczy. Po prostu korzystam z chwili spokoju.
    – Jasne. Prezenty dla Luke’a poniewierają się po całym domu, drzewko nie ubrane, a ty nie odpowiadasz na telefony, chyba że uznasz, że to Luke. Znakomita recepta na święta! Mam rację?
    – Tylko częściowo, ojcze Alejandro – zaśmiała się. – Prezenty dla Luke’a nigdzie się nie poniewierają, tylko są schludnie ułożone na biurku.
    – A co z choinką?
    – Nie kupiłam – w głosie Keshii zabrzmiała skrucha.
    – Toż to świętokradztwo!
    Wyśmiała go, ale w głębi duszy zrobiło jej się głupio.
    – No dobra, zaraz pójdę kupić – rzekła pojednawczo. – Przewidziałeś dla mnie jeszcze jakieś instrukcje?
    – Masz w domu kukurydzę do prażenia?
    – Hm… tak, chyba mam. – Zostało jej trochę od ostatniego razu, kiedy to wraz z Lukiem prażyli ją na kominku o trzeciej nad ranem.
    – Świetnie. Wobec tego nastaw ją, zrób kakao czy coś w tym rodzaju, a ja wsiadam w metro i już jadę. Jesteś pewna, że nie masz ochoty na bal?
    – Wykluczone. Czekam na Mikołaja.
    – Będzie u ciebie za godzinę.
    – Mimo że w domu nie ma ani kropli tequili?
    – Nie martw się, przyniesie własną. Coś podobnego: nie kupić choinki! – w głosie Alejandra dało się słyszeć święte oburzenie. – Do zobaczenia – dokończył pośpiesznie, odkładając słuchawkę.
    Pojawił się w godzinę później, taszcząc na ramieniu olbrzymi szkocki świerk.
    – W Harlemie są tańsze, zwłaszcza w samą Wigilię – wyjaśnił. – Tu musiałabyś zapłacić jakieś dwadzieścia dolców; ja dałem za nią sześć. – Alejandro był zmarznięty, podniecony i uradowany. Drzewko przewyższało go o głowę i pyszniło się wyjątkową krasą. Kiedy rozwiązał krępujący je sznurek, zielone gałęzie nastroszyły się buńczucznie. – Gdzie mam je postawić?
    Keshia wskazała kąt pokoju i wiedziona nagłym impulsem cmoknęła go w policzek.
    – Alejandro, jesteś najlepszym z ludzi – powiedziała, wieszając jego kurtkę w szafie. – Ta choinka to cudo. Przyniosłeś tequilę?
    Nareszcie i ona poczuła, że są święta. Kiedy dowiedziała się, że będzie sama, zaniechała wszystkich świątecznych przygotowań, które co roku tworzyły właściwy nastrój i sprawiały jej tyle radości.
    – O rany… – jęknął Alejandro. – Zapomniałem.
    – Szkoda. Słuchaj, a czy może być koniak?
    – Z braku laku ujdzie – orzekł wielkodusznie. Nalała mu kieliszek i zdjęła z pawlacza pudełko starych choinkowych ozdób, z których część należała jeszcze do jej dziadka. Wyjmowała je tkliwie i podnosiła w górę, żeby Alejandro mógł każdą obejrzeć.
    – Wyglądają bardzo elegancko – przyznał.
    – To autentyczne zabytki.
    Zawiesili wszystkie na choince, racząc się koniakiem.
    – Ślicznie, prawda? – Keshia cieszyła się jak dziecko. Usiedli na podłodze, stawiając między sobą koniak i ogromną kryształową wazę pełną prażonej kukurydzy.
    – Wykonaliśmy kawał dobrej roboty. – W oczach Alejandra zapaliły się łagodne ogniki. Być może koniak zaczynał już działać…
    – Trzeba zrobić stroik! – przypomniało się Keshii. Wróciły jej na myśl wszystkie gwiazdkowe zwyczaje z dzieciństwa.
    – Zrobić? Z czego?
    – Potrzebna będzie jedna świerkowa gałąź, trochę owoców i najlepiej drut.
    Keshia zakrzątnęła się, czując nagły przypływ energii. Po chwili wróciła z kuchni uzbrojona w nóż i nożyczki.
    – Utnij gałąź z dołu, żeby nie było widać. Ja zajmę się resztą.
    – Tak jest, proszę pani. Wedle rozkazu.
    Teraz oczy Keshii też lśniły, jak gdyby blask bijący z oczu Alejandra był zaraźliwy. Będą mieli prawdziwe święta! Podwinęła rękawy, otarła dłonie o dżinsy i wzięła się do roboty. Alejandro przyglądał się jej z rozbawieniem. Wyglądała o wiele lepiej niż przed godziną. Aby tu przyjść, odwołał randkę, proszoną kolację i dwa niezobowiązujące spotkania. Powtarzał sobie, że jest to winny Luke’owi. I Keshii. Przez telefon wyczuł w jej głosie tyle smutku! Istny absurd; milionerka, ozdoba towarzystwa spędza święta samotnie jak dziecko z sierocińca. Na to nie mógł pozwolić. Cieszył się, że zmienił plany.
    – Przyrządzasz sałatkę owocową? – na kuchennym stole leżały jabłka, gruszki, orzechy i winogrona.
    – Nie, głuptasie. Sam zobaczysz.
    – Keshia, czy ty naprawdę wiesz, co robisz?
    – Owszem… choć kto wie? W każdym razie wiem, jak się robi stroik. Kiedyś byłam w tym mistrzynią.
    – Z OWOCÓW?
    – Z owoców. Szczęka ci opadnie z zachwytu.
    Tak też było. Zręcznymi palcami związała gałąź w wieniec i starannie przybrała ją owocami. Gotowe dzieło przypominało nieco renesansowe malowidła. Keshia pękała z dumy.
    – Gotowe. Gdzie to położymy?
    – Chyba jednak najlepsza byłaby salaterka…
    – Barbarzyńca!
    Alejandro roześmiał się i przyciągnął ją do siebie. W jego ramionach było ciepło i miękko.
    – Tam, gdzie się wychowałem, twój stroik zostałby oskubany do czysta w przeciągu pół godziny. Ale muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Nigdy nie widziałem, żeby sałatka tak ładnie udawała stroik.
    – Idiota.
    – Nie przeczę.
    Keshia dostała ataku śmiechu.
    – Co z kolacją? – Alejandro wykazał zmysł praktyczny. – Nie wiem, czy najemy się stroikiem.
    – Tylko spróbuj go tknąć, a urwę ci głowę. Kiedyś zrobił to brat mojej koleżanki. Płakałam przez tydzień.
    – Widocznie byłaś bardzo wrażliwym dzieckiem. Nie bój się, nie znoszę damskich łez. Lepiej chodźmy na pizzę.
    – W Wigilię? – Keshia była zgorszona.
    – Zaproponowałbym ci tacos, ale w tej części miasta ich nie przyrządzają. Potrafisz wymyślić coś lepszego?
    – Z pewnością! – W lodówce miała szynkę z dziczyzny, którą przechowywała „na wszelki wypadek”. – Starczy na prawdziwą świąteczną kolację!
    – Odłóżmy to do jutra. Chyba że jutro nie zechcesz już mnie widzieć.
    – Nie pleć bzdur. Zawsze jesteś tu mile widziany. Chcesz już iść? – Keshii zrzedła mina. Tak miło się zaczęło… Próbowała pokryć rozczarowanie uśmiechem.
    – Nie, ale mam pewien pomysł. Umiesz jeździć na łyżwach?
    – Umiem.
    – Znakomicie. Chodźmy na ślizgawkę.
    Keshia włożyła ciepły sweter, grube wełniane skarpety, botki oraz krótkie futerko i puszystą czapę.
    – Wyglądasz jak gwiazda filmowa – rzekł Alejandro z zachwytem. Jej typ urody zawsze na niego działał i w głębi duszy uważał Luke’a za wyjątkowego szczęściarza.
    Keshia nagrała na taśmę wiadomość, kiedy wrócą -. na wypadek gdyby pod ich nieobecność dzwonił Luke – i razem wyszli na mróz, który kłuł w oczy i płuca.
    Zaczęli od hamburgerów i gorącej herbaty. Przy jedzeniu Alejandro opowiadał, jakie zamieszanie panuje w czasie świąt w każdej meksykańskiej rodzinie: dzieci biegają po całym domu, kobiety szaleją w kuchni, ich mężowie spijają straszliwe ilości tequili, a wszędzie głośno gra muzyka. Keshia również wspominała święta swego dzieciństwa.
    – Kiedy miałam sześć lat – mówiła – zobaczyłam w żurnalu złocistą sukienkę naszywaną purpurowymi cekinami. Napisałam do świętego Mikołaja, żeby mi taką przyniósł. I wiesz – dokończyła jakby ze zdziwieniem – nie dostałam jej!
    – A co dostałaś w zamian? Futro z norek?
    – Nie, skarbie. Rollsa – spojrzała na niego wyniośle – Z szoferem, ma się rozumieć?
    – Nie. Szofera otrzymałam dopiero rok później. Razem z dwoma lokajami w liberii – zachichotała, naciągając czapkę jeszcze głębiej na uszy. – Wyobraź sobie, że byłam oczywiście wożona do szkoły, ale musiałam wysiadać trzy przecznice wcześniej i dalej iść pieszo. Obstawa szła za mną, w pewnym oddaleniu. Moi rodzice byli zdania, że nie wypada, aby siedmioletnia dziewczynka zajeżdżała przed szkołę limuzyną z szoferem.
    – Zabawne. Moi mieli takie same poglądy. Też kazali mi chodzić pieszo. Istne bestialstwo, nie sądzisz? – wykrzywił się ironicznie.
    – Och, zamilcz!
    Alejandro odrzucił głowę w tył i wybuchnął śmiechem. Obłoczki pary unosiły mu się z ust i zniknęły na tle mroźnego nieba.
    – Keshia, jesteś wspaniała. Chociaż trochę stuknięta.
    – Możliwe – rzuciła z roztargnieniem.
    – Szkoda jednak, że nie wziąłem tequili. Na lodowisku przedmucha nas na wylot.
    Keshia zachichotała z tajemniczą miną.
    – Miło mi, że się cieszysz. Co do mnie, nie posiadam futra, a jeśli się przewrócę, co jest pewne, odmrożę sobie zadek.
    Keshia znów zachichotała, wyciągając z kieszeni płaską srebrną flaszkę.
    – Co to?
    – Natychmiastowa ochrona przed chłodem. Mam piersiówkę po dziadku – dodała tonem wyjaśnienia – wzięłam więc w niej koniak.
    – Mądry facet był z tego twojego dziadka. Chryste, flaszka, którą można nosić w garniturze i nikt nie zauważy! Czego to ludzie nie wymyślą!
    Pociągnęli po łyku i ruszyli dalej, śpiewając „Cichą noc”. Była to jedna z owych rzadkich w Nowym Jorku pór, gdzie miasto zdawało się kurczyć. Samochody znikały z ulic, autobusów było mniej i poruszały się ciszej, ludzie przestawali się spieszyć, a nawet skłonni byli poświęcić bliźniemu ułamek sekundy. Większość siedziała w ciepłym domowym zaciszu, ale tu i ówdzie widać było grupki kolędników lub pary, które również wybrały się na spacer. Przechodnie podchwytywali znane im pieśni. Nim Keshia i Alejandro dotarli do lodowiska, nieomal wyczerpali zarówno repertuar, jak i zawartość flaszki.
    – To mi się podoba – mruczał Alejandro. – Piersiówka z koniakiem! Lubię kobiety, które wiedzą, co w pierwszym, rzędzie należy zabrać w podróż… – Minął ją płynnym łukiem i wykonał piruet, który zgodnie z przewidywaniami zakończył się upadkiem.
    – Panie Vidal, jest pan zalany w pestkę – oświadczyła Keshia.
    – To pani wina, madame. Jesteś hojnym barmanem – odparł dobrodusznie, otrzepując się.
    – Chcesz jeszcze?
    – Nie. Zostałem anonimowym abstynentem.
    – Moczygęba.
    – Deprawatorka nieletnich.
    Zaśmiali się i zrobili parę kółek, trzymając się za ręce. Tafla lodowiska była prawie pusta, a nieliczni łyżwiarze również byli w świątecznym nastroju. Z głośników płynęły na przemian kolędy i walce. Piękna noc!
    Około jedenastej zdecydowali, że mają już dość. Pomimo koniaku twarze skrzepły im z zimna.
    – Chodźmy na pasterkę do Świętego Patryka – zaproponował Alejandro. – Czy masz coś przeciwko katolikom?
    – Nie. Należę do kościoła episkopalnego, ale lubię katedrę Świętego Patryka. Poza tym nasze msze nie różnią się tak bardzo.
    Zmartwiła się trochę na myśl, że w tym czasie może dzwonić Luke, Alejandro nie dał jej wszakże czasu do namysłu. Powrót do domu i oczekiwanie na telefon zniweczyłoby, wszystko, co dziś osiągnęli. Postanowił, iż nie dopuści, by ktokolwiek popsuł im zabawę; nawet Luke.
    Przeszli Piątą Aleją, mijając rzęsiście oświetlone wystawy sklepowe i las świątecznych drzewek. W katedrze było tłoczno, gorąco i mocno pachniało kadzidłem. Nie dopchali się przed ołtarz; musieli stanąć z tyłu. Ludzie ściągnęli tu z całego miasta. Dla wielu pasterka u Świętego Patryka od pokoleń należała do tradycji.
    Organy grzmiały majestatycznie, nawę zaś oświetlały tysiące świec. Uroczysta msza skończyła się dopiero o wpół do drugiej.
    – Zmęczona? – Alejandro podał Keshii ramię, prowadząc ją w dół po schodach. Po wyjściu z dusznego wnętrza świeże powietrze zaparło im dech.
    – Raczej senna. To od kadzidła.
    – Taaak, koniak i łyżwy oczywiście nie mają z tym nic wspólnego – oświadczył ze śmiertelną powagą Alejandro, lecz oczy mu się śmiały.
    Portier w domu Keshii poruszał się niezbyt pewnie.
    – Głowę dam, że on też świetnie się bawił – zauważył Meksykanin.
    – Nic dziwnego, zważywszy, że zgarnął dziś furę szmalu od wszystkich lokatorów. – Keshia wyobraziła sobie, jak spędzają święta podopieczni Alejandra, i skrzywiła się na samo porównanie. – Wejdziesz na drinka?
    – Raczej nie… Na pewno jesteś już śpiąca.
    – Nic podobnego. Nie rób ceregieli i wchodź.
    – Dobrze, wstąpię na porcję sałatki owocowej.
    – Spróbuj tylko, a gorzko pożałujesz! I żebyś nie mówił, że cię nie ostrzegałam! – zamierzyła się na niego opróżnioną piersiówką, lecz Alejandro uchylił się zręcznie.
    W mieszkaniu było cicho i przytulnie, oświetlone lampkami drzewko skrzyło się w kącie salonu. Alejandro opadł na sofę, Keshia zaś zniknęła w kuchni.
    – Hej! – zawołał za nią.
    – Słucham?
    – Zrób jeszcze czekolady! – Miał już dość koniaku. Po chwili Keshia wniosła dwa garnuszki gorącego napoju, nakryte białymi czapami bitej śmietany. Usiedli obok siebie na podłodze, wpatrując się w choinkę.
    – Wesołych świąt, panie Vidal.
    – Wesołych świąt, panno Saint Martin.
    Milczeli, myśląc o minionych latach, o bliskich ludziach, i myśli obojga – każde swoim torem – skierowały się w stronę Luke’a. Alejandro leżał wyciągnięty na podłodze z zamkniętymi oczyma. W sercu czuł przyjemne ciepło, które zawdzięczał obecności Keshii. Polubił ją, może nawet więcej, niż polubił…
    – Nie ma sensu, żebyś tłukł się po nocy do Harlemu – odezwała się nagle. – Dam ci poduszkę, koc i możesz spać na kanapie. Dzięki temu w świąteczny ranek nie obudzę się sama w pustym domu. Po śniadaniu możemy pójść do parku. Mówię ci, zostań.
    – Nie będę przeszkadzać?
    – Naturalnie, że nie!
    Widział, że mówi szczerze. On sam miał nieokreślone wrażenie, że w pewnym sensie także jej potrzebuje.
    – Jesteś pewna?
    – Oczywiście. I wiem, że Lucas nie miałby nic przeciwko temu.
    Były święta. Boże Narodzenie – czas, który poświęca się bliskim. Czas dla dzieci i zwierząt; nawet wielkim psom wolno wtedy wejść do salonu i targać szeleszczące kolorowe papiery po gwiazdkowych prezentach. W tym roku Keshia przesłała kilka nijakich książek do biblioteki Edwarda. Dla ciotki Hil kupiła serwetki z Porthault, choć z góry wiedziała, że utoną wśród setek innych ułożonych w wielkim kredensie jej londyńskiego domu. Z kolei Hilary przysłała jej perfumy i apaszkę z kolekcji Hardy’ego Amesa, Edward bransoletę, która była za duża i zupełnie nie w jej stylu, Totie zaś – szydełkową czapeczkę odpowiednią dla pięcioletniego dziecka. Totie się starzała; wszyscy się starzeli. A ta pocztowa wymiana prezentów była tak bezduszna, tak wyzuta z serdecznych treści, jakie niesie dar od kogoś, kto rzeczywiście jest ci bliski! Keshia cieszyła się, że wraz z Alejandrem nie silili się na żadne prezenty. Dali sobie coś o wiele cenniejszego – swoją przyjaźń. Miała wrażenie, że poza Lucasem jest to jedyny człowiek, którego może nazwać przyjacielem.
    – Zostaniesz? – przechyliła się, by na niego spojrzeć.
    – Z przyjemnością – Alejandro otworzy! jedno oko i wyciągnął do niej rękę. – Jak na wariatkę jesteś bardzo miła.
    – Dzięki za komplement – prychnęła, cmoknęła go w czoło i wyszła do holu, by wyjąć z szafy świeżą pościel.
    Kilka minut później, zamykając drzwi do swojej sypialni, szepnęła:
    – Wesołych świąt!
    Miało to oznaczać: „Dziękuję”.

ROZDZIAŁ 24

    Keshia wybrała się wreszcie na zakupy. Doszła do wniosku, że jeśli nadal będzie siedzieć w domu czekając bez końca na Luke’a, niechybnie oszaleje. Skrupulatnie obejrzała wszystkie działy Bendela, potem przez godzinę włóczyła się po butikach przy Madison Avenue. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyła po powrocie, była walizka Luke’a, której zawartość bezładnie wylewała się na podłogę holu: pomięte koszule, grzebień, maszynka do golenia, dwa złamane cygara wplątane w pasek od spodni. Od razu było widać, że jej macho jest w domu.
    Rozmawiał przez telefon, pomachał jej więc tylko ręką. Na twarzy miał szeroki uśmiech, toteż Keshia natychmiast się rozpromieniła. Podeszła i objęła go za ramiona. Już to sprawiło jej wielką ulgę. Był taki potężny, taki urodziwy! Jego włosy, miękkie jak jedwabna przędza, pachniały szamponem i rozsypywały się w palcach przy dotknięciu.
    Luke odłożył słuchawkę, obrócił się w fotelu i ujął w dłonie jej twarz.
    – Jakaś ty piękna, kochanie – w jego oczach płonęło gorączkowe napięcie, a ruchy dłoni były niemal gwałtowne.
    – Ależ się za tobą stęskniłam!
    – Ja też, skarbie. Ja też. Przykro mi z powodu świąt – wtulił twarz w jej piersi, szukając wargami sutek.
    – Nie przejmuj się. W sumie spędziłam je całkiem miło. Alejandro dbał o mnie jak rodzony brat.
    – To dobry człowiek.
    – O, tak – potwierdziła machinalnie Keshia, daleka w tej chwili od myśli o Alejandrze Vidalu. Ona należała do Lucasa Johnsa i było to najwspanialsze uczucie, jakiego w życiu zaznała.
    Nagle Luke bez pardonu złapał ją na ręce i stanowczym krokiem pomaszerował wprost do sypialni, depcząc po swoich rzeczach, którymi usiany był także dywan w salonie. Kopniakiem zamknął za sobą drzwi i dołożył wszelkich starań, aby – w razie gdyby Keshia miała jeszcze jakiekolwiek wątpliwości – dowodnie jej okazać, że wrócił.
    Przywiózł jej turkusową indiańską bransoletę wyjątkowej urody. Upominki, które dla niego przygotowała, ubawiły go do rozpuku. Spoważniał dopiero wtedy, gdy wziął do rąk cenną książkę należącą niegdyś do jej ojca. Oczy mu zwilgotniały; nachylił się nad Keshia z powagą, a sposób, w jaki zetknęły się ich wargi, przypomniał im to, o czym wiedzieli od dawna: jak bardzo się kochają.
    Po godzinie Luke zasiadł przy telefonie ze szklanką bourbona. Rozmawiał przez następne pół godziny, po czym oświadczył, że musi wyjść. Wrócił dopiero o dziesiątej i znów usiadł przy telefonie. Kiedy się wreszcie położył, Keshia dawno już spała. Rano wyszedł, ledwie otwarła oczy. Dzień za dniem upływał w gorączkowym napięciu. W dodatku na każdym kroku towarzyszył Luke’owi tajniak. Nawet Keshia już ich rozpoznawała.
    – Mam wrażenie, że przez cały wczorajszy dzień nie zamieniliśmy ze sobą nawet słowa – zauważyła kiedyś. – Już wychodzisz?
    – Dziś wrócę wcześniej. Mam huk roboty, a za trzy dni musimy być w San Francisco.
    Trzy dni… Jakże mogła w ogóle sobie roić, że będą mieli czas na spacery, rozmowy, kolacje przy świecach i szepty pod kołdrą? Ten cudowny okres w ich życiu dobiegł końca, do rozprawy pozostał niecały tydzień, a do tego Luke uparcie zabraniał jej wychodzić z domu. Nie chciał dodatkowo obawiać się o jej bezpieczeństwo.
    Oczywiście nie dotrzymał słowa. Wrócił późnym wieczorem, podenerwowany, zmęczony, śmierdzący cygarami i bourbonem.
    – Czy naprawdę nie możesz odpocząć choćby przez pół dnia? – zapytała z wyrzutem. – Zajedziesz się na śmierć!
    Luke rzucił płaszcz na oparcie krzesła.
    – Do jasnej cholery, przestań zrzędzić! – wybuchnął. – I tak mam za mało czasu!
    Tak rozwiał się jej idylliczny sen. Luke wpadał do domu jak po ogień, wyglądał coraz gorzej i przeważnie czuć było od niego alkohol. Wieczorami dosłownie walił się z nóg, a we śnie dręczyły go koszmary. Między nim a Keshia rozwarła się przepaść, której Luke nie pozwalał jej przekroczyć.
    Ostatniego wieczoru przed wyjazdem siedziała właśnie przy biurku, gdy posłyszała zgrzyt obracającego się w zamku klucza. Tym razem był sam, trzeźwy i wyglądał jak widmo.
    – Zmęczony?
    – O, tak – uśmiechnął się niewesoło, opadając na fotel. W ciągu ostatnich dni wyraźnie się postarzał. Wpadnięte oczy otaczała teraz dostrzegalna siatka zmarszczek.
    – Masz ochotę na drinka?
    Potrząsnął przecząco głową. W jego wzroku błysnęło jednak dawne światło i Keshia nareszcie upewniła się, że ma przed sobą tego samego mężczyznę, na którego czekała przez tyle długich dni. Podeszła do niego i zarzuciła mu ramiona na szyję.
    – Przepraszam cię – rzekł. – Ostatnio zachowywałem się jak kawał sukinsyna.
    – Wcale nie. Poza tym wiesz, że cię kocham – spojrzała na niego z uśmiechem.
    – Od pewnych rzeczy człowiek nie ucieknie, choćby nie wiadomo jak się starał – rzekł w zadumie. – Cóż, i tak sporo udało mi się zrobić. To pocieszające.
    Po raz pierwszy dał jej do zrozumienia, że on także się boi. Keshia miała uczucie, że są przywiązani do torów kolejowych, po których pędzi ku nim z hukiem pośpieszny pociąg.
    – Keshia?…
    – Słucham, kochanie?
    – Chodźmy do łóżka.
    Choinka wciąż jeszcze stała w kącie salonu, sypiąc igły na dywan. Przyschnięte gałęzie pochyliły się pod ciężarem świecidełek.
    – Przez cały dzień zbierałem się, żeby ją uprzątnąć – bąknął ze skruchą.
    – Zrobimy to po powrocie.
    Skinął głową, lecz nagle zatrzymał się w drzwiach sypialni i ujął ją za rękę. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w jakiś punkt ponad jej głową.
    – Keshia, muszę ci coś powiedzieć… Niewykluczone, że zabiorą mnie wprost z sali sądowej. Chcę, żebyś była na to przygotowana.
    – Zniosę to – powiedziała cicho i niezbyt pewnie.
    – Noblesse oblige?
    Wymówił to tak zabawnie, że musiała się roześmiać. Słowa te towarzyszyły jej przez całe życie, stanowiły nakaz, by trzymać wysoko głowę, choćby odrąbano jej obydwie nogi, by z uśmiechem serwować herbatę na ruinach wszystkich dążeń i nadziei. Noblesse oblige.
    – Nie tylko to – powiedziała. Jej głos był teraz mocniejszy i bardziej zdecydowany. – Zniosę wszystko również dlatego, że bardzo cię kocham. Nie zrobię ci wstydu.
    W głębi duszy jednak w ogóle nie dopuszczała, iż coś takiego mogłoby się wydarzyć. Mieli przecież szansę…
    – Jesteś wspaniałą kobietą. – Luke objął ją ramieniem i jeszcze długo stali tak razem nieruchomo, oparci o futrynę drzwi.

ROZDZIAŁ 25

    W samolocie opanowała ich niemal histeryczna wesołość. Zdecydowali się lecieć pierwszą klasą.
    – Pierwsza klasa. To dopiero szpan! – Luke ostentacyjnie stawiał stopy w nowych zamszowych butach (uznali, że brązowy zamsz wygląda kosztowniej) i dumnie dzierżył aktówkę od Vuittona.
    – Lucas, schowaj nogi – zachichotała Keshia widząc, że trzyma je w przejściu między fotelami.
    – Po co? Nie będzie widać butów – odparował, wypuszczając kłąb aromatycznego dymu, i pomachał jej przed nosem krawatem marki Pucci.
    – Jest pan stuknięty, panie Johns.
    – Pani też. – Wymienili całusy godne pary udającej się w podróż poślubną.
    Stewardesa zerknęła na nich i uśmiechnęła się. Ładnie się prezentowali. I byli tak przezabawnie szczęśliwi.
    – Masz ochotę na szampana? – Luke grzebał w teczce.
    – Trunki zaczną serwować dopiero po starcie.
    – Mam własne zapasy – uśmiechnął się szeroko.
    – Chyba nie mówisz poważnie!
    – Najzupełniej poważnie.
    Wyjął z teczki butelkę oraz dwa plastykowe kubki i maleńką puszeczkę kawioru. W ciągu czterech miesięcy rozwinął w sobie upodobanie do luksusu – w stopniu, który kłócił się z jego poglądami. Razem wybrali na własny użytek najlepsze cechy obu światów. Snobizm jako taki był Lucasowi obcy, były jednak rzeczy, które szczerze lubił – zwłaszcza jeśli mile pieściły podniebienie.
    – No to jak: chcesz szampana czy nie? Skinęła głową sięgając po kubek.
    – Dlaczego masz taką dziwną minę? – Luke przyjrzał się jej podejrzliwie.
    – Kto, ja? – Keshia wybuchnęła śmiechem. – Bo też wzięłam ze sobą szampana. – Otworzyła torbę podręczną, pokazując leżącą na wierzchu butelkę, rocznik nieco gorszy niż jego, ale też niezły. – Nie uważasz, kochanie, że jesteśmy szykowni?
    – Nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić panią na degustację.
    Ukradkiem pili szampana, zakąszając go kawiorem; obcałowywali się w czasie filmu i opowiadali sobie stare dowcipy – coraz głupsze z każdą upływającą godziną i każdym wypitym kubkiem. Ogarnęło ich uczucie, że jadą na wakacje. Luke obiecał Keshii, że przez cały następny dzień będzie wyłącznie do jej dyspozycji – żadnych spotkań, narad, żadnych znajomych. Muszą mieć dobę wyłącznie dla siebie. Keshia zarezerwowała apartament na dachu hotelu „Fairmont” – sto osiemdziesiąt sześć dolarów za noc – ot, żeby zadać szyku.
    Samolot gładko wylądował w San Francisco tuż przed trzecią. Mieli przed sobą całe popołudnie i wieczór. Wynajęta limuzyna już czekała, a szofer wziął od nich kwity bagażowe, aby mogli od razu udać się do samochodu. Tym razem Luke’owi w równym stopniu jak Keshii zależało na uniknięciu rozgłosu. Pora nie była sprzyjająca.
    – Jak myślisz, zauważył moje nowe buty? Keshia przyjrzała się im w skupieniu.
    – Wiesz – powiedziała – chyba powinnam była kupić czerwone.
    – Ja tam żałuję, że nie zgwałciłem cię w czasie filmu. Nikt by nie zauważył.
    – Może zrobimy to w samochodzie? – Keshia usiadła z tyłu i odruchowo nacisnęła guzik podnoszący szybę dzielącą ich od szofera, który wciąż czekał na ich bagaże.
    – Chcesz zaserwować temu biedakowi niemy film porno? Zachichotała, rumieniąc się nieco.
    – Jeszcze szampana?
    – Czyżby coś zostało?
    Skinęła głową z uśmiechem, wyciągając ocalałe pół butelki. Luke zadbał o naczynia i wypili następną kolejkę.
    – Wiesz, Luke, my naprawdę mamy klasę. Bo przecież to nie nowobogacki snobizm, tylko wrodzony styl – zamyśliła się, trzymając w dłoni lekko przechylony kubek.
    – Coś mi się zdaje, że jesteś zawiana.
    – A mnie się zdaje, że ty jesteś piękny i że kocham cię do szaleństwa! – rzuciła mu się namiętnie na szyję. Szampan chlusnął na fotel i podłogę.
    – Myliłem się – oświadczył Luke. – Jesteś nie tylko zawiana, jesteś pijana w trupa. Co za wstyd dla szlachetnie urodzonej Keshii Saint Martin!
    – Czy byłby to również wstyd dla Keshii Johns? – opadła z powrotem na siedzenie i podstawiła mu kubek do napełnienia. Lucas przekrzywił głowę i przyjrzał jej się z zainteresowaniem.
    – Mówisz poważnie czy naprawdę jesteś aż tak pijana?
    – spytał.
    – Jedno i drugie. Naprawdę chciałabym wyjść za mąż.
    – Miała taką minę, jak gdyby zamierzała dodać: „Howgh!”
    – Kiedy?
    – Dzisiaj. Najlepiej zaraz. Polecimy do Vegas… – rozpromieniła się. – Czy lepiej do Reno? Nigdy jeszcze nie wychodziłam za mąż. Wiesz, że jestem starą panną? – uśmiechnęła się z zażenowaniem, jak gdyby wyznawała starannie strzeżony sekret.
    – Jezu, nie możesz więcej pić!
    – Nic podobnego! Jak śmiesz tak mówić?
    – W końcu to ja poiłem cię szampanem. Keshia, spróbuj choć przez chwilę być poważna. Naprawdę chcesz za mnie wyjść?
    – Tak. Natychmiast.
    – Nie w tej chwili, wariatko. Może pod koniec tygodnia… To zależy od… no, zobaczymy. – Nie zamierzone odniesienie do czekającej go rozprawy przemknęło jej mimo uszu, za co był wdzięczny Bogu. Zresztą i tak niewiele do niej docierało.
    – Bo ty nie chcesz się ze mną ożenić! – Keshia była bliska pijackich łez. Luke z trudem powstrzymał się od śmiechu.
    – Nie, kiedy jesteś tak zalana, głuptasie. To byłoby niemoralne.
    Uśmiechnął się tkliwie. Mój Boże, ona chciała za niego wyjść! Keshia Saint Martin, dziewczyna z pierwszych stron gazet! Na nogach miał buty od Gucciego i jechał limuzyną do hotelu „Fairmont”. Czuł się jak dziecko, które ma dziesięć elektrycznych kolejek.
    – Kocham cię – oznajmił. – Nawet po pijanemu.
    – To mnie weż! – nadstawiła usta do pocałunku.
    – O Boże – Luke wzniósł oczy do nieba.
    W tej samej chwili szofer, załadowawszy ich walizki do bagażnika, usiadł za kierownicą. Limuzyna ruszyła. Nikt nie zauważył skromnego samochodu, który zjechał z krawężnika w pewnej odległości za nimi. Śledzono ich. Zdążyli się już do tego przyzwyczaić.
    – Dokąd jedziemy?
    – Do „Fairmonta”, nie pamiętasz?
    – Nie do kościoła?
    – Na co, u diabła, potrzebny ci kościół?
    – Żeby wziąć ślub.
    – A, po to… Później. Może byśmy najpierw się zaręczyli? – Luke spojrzał na otrzymany sygnet. Tak bardzo się z niego cieszył! Keshia zauważyła to spojrzenie i pojęła w lot, o czym myśli.
    – Nie możesz mi go dać. Dostałeś go ode mnie, więc to nie byłyby uczciwe zaręczyny, tylko takie na niby. – Keshia miała problemy z utrzymaniem się w pionie.
    – Skoro tak, musimy się zatrzymać i kupić „uczciwy” zaręczynowy pierścionek. Mam nadzieję, że nie musi to być dziesięciokaratowy brylant.
    – To by było wulgarne – oświadczyła wyniośle.
    – Co za ulga! – przewrócił oczyma i Keshia parsknęła śmiechem.
    – Chciałabym coś niebieskiego.
    – Turkus? – zażartował.
    – Czemu nie? Albo lapsus paczuli…
    – Masz na myśli lapis lazuli.
    – Tak, dokładnie to mam na myśli. Szafiry też są ładne, ale drogie, a poza tym łatwo pękają. Moja babcia miała szafir, który…
    Zamknął jej usta pocałunkiem, sięgając równocześnie do przycisku, by opuścić szybę.
    – Czy jest tu sklep Tiffany’ego?
    Znał już wszystkie nazwy. Człowiek, który jeszcze cztery miesiące temu był przekonany, że Pucci to imię pokojowego pieska, nauczył się żargonu wyższych klas w zdumiewającym tempie. Bendel, Cartier, Parkę Bernet, Gucci, Pucci, Van Cleef i oczywiście Tiffany, najwspanialsze na świecie targowisko klejnotów. Na pewno znajdzie się coś niebieskiego.
    – Tak, proszę pana. Na Grant Avenue.
    – Wobec tego proszę tam podjechać, zanim zawiezie nas pan do hotelu. Dziękuję – zasunął szybę z powrotem. Tego też zdążył się nauczyć.
    – Mój Boże, Luke, zaręczymy się? Naprawdę? – z oczu Keshii trysnęły łzy.
    – Tak, ale ty zostaniesz w samochodzie. Dopiero by prasa miała uciechę! „W salonie Tiffany’ego odbyły się dziś zaręczyny szlachetnie urodzonej Keshii Saint Martin. Narzeczona była niestety w stanie wskazującym na spożycie. „
    – Na upicie – poprawiła.
    – Słusznie – delikatnie wyjął jej z palców kubek i cmoknął ją w czubek głowy. Jechali w milczeniu, przytuleni do siebie. Na twarzy Luke’a malował się błogi spokój, jakiego nie dane mu było zaznać od tygodni.
    – Szczęśliwa? – spytał półgłosem.
    – Bardzo.
    – Ja też.
    Zatrzymali się przed marmurową fasadą Tiffany’ego i Luke pośpiesznie wyskoczył z samochodu, surowo nakazując jej zostać.
    – Zaraz wracam. Nie odjeżdżaj beze mnie i pod żadnym pozorem nie wysiadaj. Przewróciłabyś się na nos. – Już miał odejść, kiedy coś sobie przypomniał. Wsadził głowę przez okno i pogroził jej palcem: – I trzymaj się z dala od szampana!
    – Idź do diabła!
    – Ja też cię kocham – zaśmiał się i pędem wbiegł do sklepu. Po pięciu minutach był z powrotem.
    – Pokaż, co tam masz! – Keshia była tak podekscytowana, że nie mogła usiedzieć. W końcu miały to być jej pierwsze zaręczyny.
    – Przykro mi, dziecino. Nie mieli nic ładnego.
    – Nic?… – Keshia była zdruzgotana.
    – Prawdę mówiąc, nic, na co byłoby mnie stać.
    – O cholera!
    – Tak mi przykro, kochanie – powtórzył ze skruchą.
    – Biedaku… Właściwie wcale nie potrzeba pierścionka.
    – Keshia próbowała ukryć rozczarowanie, w czym trochę przeszkadzał jej wypity alkohol.
    – Myślisz, że zaręczyny bez pierścionka będą ważne?
    – zapytał pokornie.
    – Naturalnie, że tak. Niniejszym ogłaszam nas narzeczonymi – wyrecytowała, uśmiechając się radośnie. – No i jak?
    – Fantastycznie. Czekaj, czekaj… Patrz, co znalazłem w kieszeni! – wyjął szafirowe aksamitne pudełko. – Chciałaś coś niebieskiego, prawda?
    – Niemożliwe! Och, ty!… Kupiłeś mi pierścionek?
    – Nie. Tylko pudełko – rzucił je na kolana Keshii, która uchyliła wieczko i aż jęknęła:
    – Och, Luke! Cudowny! Nieziemski! Bajecznie piękny! Był to szlifowany na wzór szmaragdu akwamaryn, ozdobiony z dwóch stron maleńkimi brylancikami.
    – Podoba ci się? Nie za ciasny? – Luke wyjął pierścionek z pudełka i delikatnie wsunął jej na palec. Radość uderzyła im do głów, a w chwili gdy pierścionek znalazł się na palcu Keshii, zaszła czarodziejska zmiana. Byli zaręczeni.
    – Pasuje! – Keshia wyciągnęła dłoń przed siebie, oglądając pierścionek pod wszystkimi możliwymi kątami. Rzeczywiście był piękny.
    – Gdzie tam! Jest za duży.
    – Właśnie że nie. Jest w sam raz. Naprawdę!
    – Kłamczucha. Nie szkodzi, jutro damy go zmniejszyć.
    – Jestem zaręczona!
    – To zabawne, panienko, ja też. Jak panience na imię?
    – Mildred. Mildred Schwartz.
    – Kocham cię, Mildred. Dziwne, byłem przekonany, że masz na imię Kate. Czyżbym się mylił? – zmrużył oko, wspominając dzień, gdy się poznali.
    – Czy nie tak ci się przedstawiłam? – Keshia była trochę za bardzo wstawiona, żeby mieć pewność.
    – Owszem. Już wtedy byłaś kłamczucha.
    – Już wtedy cię kochałam. Od pierwszego wejrzenia. – Rozmarzona osunęła się w jego objęcia.
    – Mówisz poważnie? – Luke był zaskoczony. Myślał, że dłużej musiał o nią walczyć. Z początku była taka nieuchwytna.
    – Mhm. Spodobałeś mi się, ale umierałam ze strachu, że dowiesz się, kim jestem.
    – Teraz nareszcie wiem: Mildred Schwartz. A to, moja droga, jest „Fairmont”. – Dwóch portierów podeszło do limuzyny po bagaże. – Chcesz, żebym cię wniósł?
    – Wnosi się pannę młodą. Na razie jesteśmy tylko zaręczeni – podetknęła mu pierścionek pod nos.
    – Wybaczy pani tę impertynencję, ale nie jestem pewien, czy utrzyma się pani na nogach.
    – Co za potwarz! Oczywiście, że tak! – Keshia stanęła na chodniku i zatoczyła się lekko.
    – Lepiej milcz, staruszko, i uśmiechaj się. – Luke złapał ją za ręce, skinął głową portierom i wymamrotał coś o słabym sercu i chorobie powietrznej, czując z przerażeniem, jak Keshia coraz namiętniej całuje go w ucho.
    – Przestań!
    – Nie.
    – Przestań, bo cię upuszczę. W prezencie zaręczynowym będziesz miała złamaną kość ogonową.
    – A takiego!
    – Ciicho! – prawdę mówiąc, był również mocno wstawiony, tyle że lepiej się trzymał.
    – Postaw mnie, bo podam cię do sądu.
    – Nie możesz. Jesteśmy zaręczeni.
    Polecił recepcjoniście, żeby formularze meldunkowe przysłano im do pokoju, ponownie motywując to słabym sercem Keshii, wniósł ją do windy i starannie oparł w kącie.
    – Sama dojdę do pokoju, dziękuję – powiedziała władczo i od razu się potknęła. Luke zdążył ją złapać, nim wypadła z windy, usiłując zachować kamienną twarz.
    – Służę ramieniem, madame.
    – Dziękuję. – Keshia wsparła się na nim i ceremonialnym krokiem podeszła do drzwi.
    – Wiesz, co jest nadzwyczajnie zabawne? – Kiedy była pijana, przemawiała tonem typowej bywalczyni Palm Beach.
    – Co, moja droga? – odparł tym samym tonem.
    – Kiedy wjeżdżaliśmy windą, miałam wrażenie, że widzę cały świat, niebo i Złote Wrota… Czy to normalne u świeżo zaręczonych?
    – Nie. To normalne, kiedy wjeżdża się windą, która biegnie na zewnątrz budynku. Zwłaszcza po pijanemu. Taki efekt specjalny – obdarzył ją czarującym uśmiechem.
    – A idźże do diabła! – zirytowała się Keshia. Portier czekał na nich w progu apartamentu. Luke wynagrodził go sowitym napiwkiem i zamknął za nim drzwi.
    – Najlepiej od razu weż prysznic i połóż się.
    – Mam ochotę na coś zupełnie innego… – sunęła ku niemu z niedwuznacznym błyskiem w oku.
    Tym razem Luke nie zdołał już powstrzymać śmiechu.
    – Prawdę mówiąc, też mi to przyszło do głowy…
    – Wstawaj, już ranek!
    – Już?
    – Od dawna.
    – Chyba umrę.
    – Masz kaca. Zamówiłem dla ciebie kawę – uśmiechnął się. Po kolacji wypili trzecią butelkę szampana, która odegrała rolę gwoździa do trumny. Był to jednakże wyjątkowy wieczór, wieczór ich zaręczyn. Luke zdawał sobie sprawę, że za dwa dni może siedzieć w więzieniu, dlatego też puścił mimo uszu projekt ślubu w Reno lub Vegas. Nie mógł pogrążać Keshii wraz z sobą. Zanadto ją kochał, aby tak ją skrzywdzić.
    Keshia z wysiłkiem przełknęła kawę i spod prysznica wyszła w nieco lepszym stanie.
    – Może jednak nie umrę – oświadczyła. – Jeszcze nie jestem pewna.
    – Przy tak słabym sercu nie można mieć pewności.
    – Czyim słabym sercu? – spojrzała na niego jak na wariata.
    – Tak im powiedziałem, kiedy wniosłem cię do hotelu.
    – Wniosłeś mnie?
    – Nie pamiętasz?
    – Nie. Zaraz… w pewnej chwili miałam uczucie, że fruwam.
    – To było w windzie.
    – Jezu, musiałam nieźle się zaprawić.
    – Tragicznie. A propos, pamiętasz nasze zaręczyny?
    – Owszem, i to kilkakrotne – z diabolicznym uśmieszkiem powiodła dłonią po jego udzie.
    – Mówię o pierścionku, ohydna pijaczko. Wstydź się.
    – Ja? O ile dobrze pamiętam…
    – Nieważne – wtrącił szybko. – Pamiętasz, że jesteśmy zaręczeni?
    Twarz Keshii złagodniała.
    – Tak, kochanie, pamiętam. Dostałam od ciebie cudowny pierścionek.
    – Cudowny pierścionek dla cudownej kobiety. Chciałem kupić szafir, ale były ociupinkę za drogie.
    – Ten jest o wiele ładniejszy. Poza tym moja babcia miała szafir, który…
    – O, nie! Znowu? – Luke ryknął śmiechem, a Keshia spojrzała na niego zaskoczona.
    – Opowiadałam ci już?
    – Kilka razy.
    Wzruszyła smukłymi nagimi ramionami. Miała na sobie tylko zaręczynowy pierścionek.
    – Co robimy? – podjął Luke. – Spędzamy cały dzień w łóżku czy ubierzemy się i wyjdziemy do miasta?
    – Chcesz wyjść? – widać było, że pierwsza propozycja spodobała się Keshii o wiele bardziej.
    – Spacer dobrze nam zrobi. Później wrócimy i…
    – Obiecujesz?
    – Czy kiedykolwiek musiałaś mnie do tego zmuszać, ukochana?
    – Niezupełnie. – Keshia uśmiechnęła się cnotliwie i podeszła do szafy. – Dokąd pójdziemy?
    – A dokąd chcesz iść?
    – Prawdę mówiąc, wolałabym przejażdżkę samochodem. Coś, co nie wymaga wielkiego wysiłku.
    – Z szoferem? – chętnie obyłby się bez przyzwoitki.
    – Oczywiście, że nie, głuptasie. Tylko ty i ja. Samochód możemy wynająć w recepcji.
    – W porządku. Zaraz się tym zajmę.
    Bilety pierwszej klasy, apartament w „Fairmoncie”, limuzyna, wykwintne posiłki podawane do pokoju, a teraz jeszcze wynajęty wóz. Pieniądze Keshii tworzyły wokół nich bajkowy świat, aby osłodzić nieuchronny cios i zatuszować powód, dla którego tu byli. Wakacyjny nastrój trącił wymuszoną, pośpieszną wesołością, jaką człowiek przybiera w obecności dziecka, które kona na raka. Cyrk, lalki, Disneyland, lody na śniadanie, obiad i kolację… Keshia tęskniła za atmosferą ich pierwszego pobytu w tym mieście. Tym razem było bardziej luksusowo, ale mniej naturalnie.
    Podstawiono dla nich jaskrawoczerwonego mustanga ze zwykłą skrzynią biegów, co bardzo ucieszyło Luke’a. Ruszył z piskiem opon i nie zmniejszał obrotów przez całą drogę na most.
    Przejażdżka okazała się nadzwyczaj przyjemna. W San Francisco nigdy nie było nazbyt zimno; mimo wiatru w powietrzu pozostało jeszcze trochę letniego ciepła i wszędzie wokół otaczała ich zieleń, tak odmienna od martwego pejzażu północnych stanów. Jeździli tu i tam przez całe popołudnie, potem usiedli na skraju urwiska i rozmawiali, starannie omijając temat, który w ich sercach zajmował pierwsze miejsce. Rozprawa była już zbyt blisko. Pozostawało im tylko czekać, a gesty i spojrzenia zastąpiły słowa.
    Przez cały dzień plątał się za nimi jasnozielony ford, Luke sposępniał nieco, gdy zrozumiał, że nie zdoła się od niego uwolnić. Z zachowania Keshii wyczuł, że też o nim wie. Z rozpaczliwą brawurą próbowali udawać, że wszystko jest w porządku, a czas wcale nie płynie. W miarę jak zbliżał się ósmy stycznia, policjanci także trzymali się coraz bliżej, jakby obawiali się, że Luke w ostatniej chwili im się wymknie. Doskonale wiedział, że nie ma dokąd uciec. Nie mógł też zostawić Keshii. Miał związane ręce; nie musieli deptać mu po piętach.
    W drodze powrotnej wstąpili na kolację do chińskiej restauracji, potem wrócili do hotelu, by trochę odpocząć, zanim o dziesiątej odbiorą Alejandra z lotniska.
    Samolot wylądował punktualnie i jedną z pierwszych osób, które pojawiły się w bramce, był Alejandro.
    – Spokojnie, bracie, po co ten pośpiech? – rzucił Lucas, leniwie oparty o ścianę.
    – Nowy Rok każdego wpędzi w nerwicę. Jak wam leci? Zmordowany i zmartwiony Alejandro poczuł się nagle nie na miejscu, kiedy spojrzał na ich twarze – zadowolone, wypoczęte, zarumienione od słońca i wiatru. Miał wrażenie, że przybył tu zupełnie bez powodu. Jakie problemy mogło mieć dwoje ludzi, którzy tak wyglądali?
    – Zgadnij, co się stało! – oczy Keshii zabłysły. – Zaręczyliśmy się! – podsunęła mu pierścionek pod nos, żeby go dokładnie obejrzał.
    – Gratulacje! Bardzo się cieszę. Będziemy musieli to oblać.
    Luke przewrócił oczyma, a Keshia jęknęła.
    – Prawdę mówiąc, wczoraj oblaliśmy to dość hucznie.
    – „My”! – wtrącił Luke. – Moja pani zalała się w pestkę.
    – Keshia? – roześmiał się Alejandro.
    – Szampanem – oznajmiła z dumą. – Sama wypiłam prawie dwie butelki.
    – Z piersiówki?
    Zachichotała na wspomnienie Wigilii i razem poszli odebrać jego walizkę. Przyjechali limuzyną; czerwony mustang wrócił do garażu.
    W drodze do hotelu śmiali się i żartowali. Alejandro opowiadał, jak w czasie lotu pewna kobieta zaczęła rodzić, inna zaś przemyciła na pokład pudelka i dostała histerii, kiedy stewardesa próbowała zabrać psa do ładowni.
    – Dlaczego zawsze mnie to spotyka? – jęknął.
    – Powinieneś latać pierwszą klasą.
    – Jasne, bracie, nic prostszego. Hej, skąd masz te śmieszne buty?
    Keshia ryknęła śmiechem, a Luke zrobił urażoną minę.
    – Człowieku, gdzieś ty się chował? To Gucci!
    – Gucci nie Gucci, wyglądają… – tu Alejandro określił, jak wyglądają, przyprawiając ich o nowy atak śmiechu.
    – Tu właśnie uwiliśmy sobie gniazdko – rzekł Luke, niedbale wskazując smukłą szklaną wieżę hotelu „Fairmont”.
    Alejandro miał zamieszkać z nimi; sofa w salonie rozkładała się, tworząc w razie potrzeby dodatkowe posłanie.
    – Wyobraź sobie, Al – perorował Lucas, kiedy jechali windą – że pracuje tu taki stary piernik, którego jedynym zadaniem jest wygładzanie piasku w popielnicach i rysowanie w nim litery „F”. Tym właśnie „Fairmont” różni się od innych hoteli.
    – Pieprzysz! – zaśmiał się Alejandro, Luke zaś oświadczył z godnością:
    – Bardzo cię proszę, pohamuj język w obecności mojej narzeczonej.
    – Naprawdę jesteście zaręczeni?
    – Naprawdę – potwierdziła Keshia. – Mamy zamiar się pobrać.
    W jej głosie była nadzieja, strach oraz żelazna wola. Mają zamiar się pobrać. Pobiorą się. I już. Jeśli zdążą, pomyślał Alejandro.
    Dopiero gdy Keshia zaczęła jawnie ziewać. Luke przybrał poważniejszą minę. Chciał porozmawiać z przyjacielem sam na sam.
    – Połóż się – rzekł. – Zaraz do ciebie przyjdę.
    – Dobrze, kochanie. – Cmoknęła go w szyję i przesłała w powietrzu całusa dla Alejandra. – Nie siedźcie za długo. I nie ważcie się upić!
    – I kto to mówi! – zaśmiał się Lucas.
    – To co innego. Musiałam uczcić swoje zaręczyny. – Keshia usiłowała przybrać minę ciotkidewotki, ale parsknęła śmiechem, kiedy Luke uszczypnął ją w pupę.
    – Kocham cię, dziecino. A teraz spadaj!
    – Dobranoc, chłopcy!
    Do trzeciej w nocy przewracała się bezsennie w łóżku, patrząc na smugę światła pod drzwiami sypialni. Chciała być tam z nimi, chciała im powiedzieć, że ona także okropnie się boi, lecz ze względu na Luke’a musiała trzymać fason. Noblesse oblige.
    Około szóstej Lucas w końcu zasnął w fotelu, a Alejandro cicho położył się na sofie. Wszyscy musieli rano wstać przed ósmą. Rozprawa wyznaczona była na drugą, o dziewiątej zaś miał ich odwiedzić adwokat Luke’a, żeby omówić sprawę. Alejandro nie znał jej szczegółów; Luke skrzętnie ukrywał swoje kłopoty, by zaoszczędzić im zmartwień.
    Wiedział, że Keshia również nie zdradzi, co czuje. Sztuczna wesołość stworzyła pomiędzy nimi mur. Oboje grali, tak Keshia, jak i Luke. Jedyne szczere zdanie, jakie padło w rozmowie między przyjaciółmi, brzmiało: „W razie czego zaopiekuj się nią”.
    Alejandro czuł, że nie będzie to łatwe. Jeśli Luke przegra, Keshia znajdzie się na skraju przepaści.
    Przez krótką chwilę, nim zasnął, pożałował, że tu przyjechał. Nie chciał być świadkiem tego, co stanie się z Lucasem, ani patrzeć wtedy w oczy Keshii.

ROZDZIAŁ 26

    Adwokat przyszedł o dziewiątej, wnosząc ze sobą aurę nerwowego napięcia. Keshia powitała go oficjalnym „dzień dobry” i równie formalnie przedstawiła „naszego przyjaciela, pana Vidala”. Nalała kawy i pozwoliła sobie na uwagę o pogodzie. Potem atmosfera zaczęła się psuć coraz bardziej. Suchy śmieszek prawnika drażnił ją w najwyższym stopniu. Ten człowiek w ogóle jej się nie podobał. Był specjalistą w tego rodzaju sprawach i za swoje usługi żądał pięciu tysięcy dolarów, które Luke uparł się wyłożyć z własnej kieszeni. Miał pieniądze, które odkładał od dawna „na wszelki wypadek”, Keshia uważała jednak, że przepłaca. Adwokat był rozpuszczony, powierzchowny i miał zbyt wygórowane mniemanie o sobie.
    Prawnik rozejrzał się po pokoju, wyczuł falę chłodu bijącą od Keshii i uznał, że ta młoda kobieta także działa mu na nerwy. Potem zaś jeszcze pogorszył sprawę niewyparzonym językiem.
    – Piękny dzień – zauważył. – Mój ojciec zwykł był mawiać: „Znakomity dzień, żeby umrzeć”.
    Keshia zbladła. Luke rzucił jej ostrzegawcze spojrzenie, mówiące: „Nie wtrącaj się, bo wszystko schrzanisz!”, więc przez wzgląd na niego zdołała się opanować, paliła tylko dwa razy więcej niż zwykle. Luke w ogóle się nie krępował: o dziewiątej rano pił czystego bourbona – bez wody i bez lodu. Alejandro pochłaniał hektolitry zimnej kawy. Zabawa się skończyła.
    Spotkanie trwało dwie godziny, po upływie których wiedzieli niewiele więcej niż przedtem. Wszystko zależało od wysokiej komisji i sędziego. Lucasowi groziło uchylenie zwolnienia warunkowego za podżeganie do buntów w zakładach karnych i mieszanie się w sprawy, które zdaniem władz więziennych nie powinny go obchodzić. Można go było zamknąć za mniejsze uchybienia, a Luke bynajmniej nie krył się ze swoją działalnością. Prelekcje, książki, rola w przygotowaniu projektu moratorium oraz licznych strajkach, jakie wybuchały w więzieniach całego kraju… Postawił wszystko na swoje idee i teraz miało się okazać, jaką zapłaci cenę. Co gorsza, według kalifornijskiego prawa, po uchyleniu zwolnienia władze więzienne miały prawo trzymać go tak długo, jak im się spodoba. „Przypuszczalnie nie więcej niż dwa, trzy lata”, o których mówił adwokat, tylko pogłębiły ich posępny nastrój. Nikt nie miał wielkich nadziei, nawet Luke, Keshia milczała. Prawnik wyszedł wkrótce po jedenastej, zapowiadając, że o wpół do drugiej będzie w sądzie. Do tego czasu byli wolni.
    – Może byśmy coś zjedli? – zagadnął Alejandro.
    – A kto mógłby teraz jeść?
    Keshia miała coraz większe kłopoty z utrzymaniem się w roli. Była blada jak śmierć i walczyła z chęcią, żeby zadzwonić do Edwarda, Totie, Hillary, nawet Whita – kogokolwiek, kto wiązał ją z przeszłością. Miała uczucie, że czeka na szpitalnym korytarzu by dowiedzieć się, czy pacjent będzie żył. A jeśli… jeśli nie… o Boże…
    – Dobra, dzieci, wychodzimy. – Luke starał się zapanować nad sytuacją. Zdradzało go tylko ledwie słyszalne drżenie głosu.
    Zjedli lunch w „Trader’s Vic”. Było tam ładnie, przytulnie, „przeraźliwie szpanersko”, jak określał to Luke, a jedzenie prawdopodobnie mogło zadowolić najwybredniejsze gusta, lecz żadne z nich nie zwróciło na nie uwagi. Wszyscy troje mówili praktycznie bez przerwy; nad stolikiem płynął stek komunałów, który z wolna cichł, i w końcu jedynym dźwiękiem, jaki dał się słyszeć, było bębnienie palców Lucasa o blat. Keshia czuła się połączona z nim jednym krwiobiegiem, układem nerwowym, sercem. Jakże ktokolwiek mógł chcieć ich rozdzielić?
    Alejandro zerknął na zegarek.
    – Już pora – przyznał Luke i skinął na kelnera. Zostawił pieniądze w wiklinowym koszyczku, w którym przyniesiono mu rachunek, po czym wstał od stołu. Keshia czuła się jak statystka w podrzędnym filmie. Miała wrażenie, że słyszy narastający dźwięk perkusji. To musiała być fikcja;
    niemożliwe, żeby za godzinę miał się ważyć los Luke’a. Kiedy limuzyna ruszyła z miejsca, Keshia zaczęła się histerycznie śmiać.
    – Co cię tak cieszy? – spytał ostro Luke. Czuł, że nie jest to szczery śmiech; dźwięczała w nim zbyt bolesna nuta.
    – Wszystko, Luke. To… to takie absurdalne. – Keshia śmiała się jeszcze przez dziesięć sekund, po czym znienacka wybuchnęła płaczem. Ci zabawni ludzie z „Trader’s Vic” po lunchu pójdą do fryzjera, krawca, na koncert lub do pracy. Będą nadal normalnie żyć. Która z fars była bardziej normalna: jej czy ich? Obie wydawały się pozbawione sensu. Keshia stłumiła śmiech, bulgoczący jej w gardle. Wiedziała, że jeśli otworzy usta, zacznie krzyczeć lub wyć. Wyć jak pies.
    W bladych promieniach słońca ruszyli na zachód, a potem na południe wzdłuż salonów samochodowych przy Van Ness Avenue. Budynek nowego hotelu „Jack Tar” wyglądał jak stos klocków z niebieskiego plastiku. Nagle, bez ostrzeżenia, wyrosła przed nimi kopuła gmachu sądu, stercząca nad budynkiem niczym pozłacana kiełkująca cebula. Tuż obok inne limuzyny zwoziły widzów na przedstawienie w operze. Zupełny bezsens.
    Keshia czuła się jak pijana, mimo że w żołądku miała tylko kawę. Jedynie krzepiąca obecność Luke’a i Alejandra pomogła jej wysiąść z samochodu. Schodami w górę do ciężkich masywnych drzwi… O Boże, Boże!
    – Muszę kupić fajki. – Lucas zboczył do kiosku, a oni poszli dalej wysokim marmurowym korytarzem, kończącym się pod kopułą.
    – Jak się czujesz? – Alejandro ujął ją za rękę.
    W oczach Keshii wyraźnie było wypisane: „Sama nie wiem”.
    – Dobrze – oświadczyła z bladym uśmiechem i zadarła głowę ku szczytowi kopuły. Jak w tym olśniewającym kolumnowym wnętrzu, przywodzącym na myśl Rzym, Paryż i Wiedeń, mogły się dziać takie rzeczy? W górze, wśród złoconych fryzów błąkały się echa ziemskich spraw. Był ósmy stycznia. Rozprawa. Brutalna rzeczywistość zajrzała jej prosto w twarz.
    W windzie kurczowo ściskała Luke’a za rękę, tuląc się doń, jak gdyby chciała się w niego wtopić, rozpłynąć się w nim, ukryć w jego sercu.
    Skierowali się prosto do biblioteki prawniczej, w której umówili się z adwokatem. Gdy mijali salę rozpraw, Luke nagle ją odepchnął, omal jej nie przewracając.
    – Cholerne dranie – mruknął ze złością. Alejandro pojął go w pół słowa. Przyśpieszył kroku, obejmując Keshię ramieniem.
    – Ależ…
    – Chodź, skarbie, później ci wytłumaczę. Mężczyźni wymienili spojrzenia nad jej głową i Keshia nagle zrozumiała wszystko. W korytarzu stały już kamery telewizyjne. Niezależnie do wyniku rozprawy, Lucas Johns stanowił łakomy kąsek dla mediów.
    Udało im się niepostrzeżenie przemknąć do biblioteki. Po kilku minutach wszedł adwokat z grubą teczką w dłoni i marsem na czole. Keshia poczuła jeszcze większe przygnębienie niż rano w hotelu.
    – Gotowi do boju? – adwokat starał się być dowcipny, co mu oczywiście nie wyszło.
    – Już? – Keshia wpadła w panikę, lecz Alejandro zacisnął jej dłoń na ramieniu.
    – Mamy jeszcze trochę czasu. Dam wam znać, kiedy przyjdzie sędzia.
    – Czy jest jakieś inne wejście do sali rozpraw? – zapytał przytomnie Alejandro.
    – Dlaczego pan pyta? - zdziwił sie adwokat.
    – Szedł pan tamtędy?
    – Jeszcze nie.
    – Roi się od reporterów. Mikrofony, kamery…
    – Proszę się nie martwić, do sali sędzia nie wpuści prasy.
    – Ale my będziemy musieli przejść koło nich.
    – Nie wszyscy – Lucas nagle odzyskał głos. – Keshia tu zostanie.
    – Nic podobnego! – Niewysoka Keshia w zacietrzewieniu wyglądała tak, jakby zdolna była go pobić.
    – Owszem, tak. I koniec dyskusji – uciął Luke. Jego mina wskazywała wyraźnie, że nie zmieni zdania. – Masz tu na mnie zaczekać.
    – Ale ja chcę być z tobą.
    – W telewizji? – spojrzał na nią z ironią.
    – Przecież słyszałeś, co mówi ten pan. Sędzia ich nie wpuści.
    – Nie musi. Dopadną cię na korytarzu. A to w niczym nie poprawi sytuacji. Zostaniesz tutaj czy wracasz do hotelu?
    – Zostanę – skapitulowała.
    Adwokat wyszedł. Alejandro zaś dyskretnie oddalił się wzdłuż rzędów książek w złoconych oprawach, udając, że ogląda je z zaciekawieniem.
    – Dziecino… – Luke stanął pół metra przed Keshią, wpatrując się w nią tak zachłannie, jak gdyby chciał nauczyć się jej na pamięć.
    – Kocham cię – powiedziała.
    – I ja cię kocham; dziś bardziej niż kiedykolwiek. Wiesz o tym, prawda?
    – Dlaczego nas to spotyka?
    – Bo dawno temu, zanim cię poznałem, zdecydowałem się podjąć ryzyko. Gdybym wtedy wiedział, jak bardzo cię skrzywdzę, pewnie postąpiłbym inaczej. A może i nie… Bóg stworzył mnie mąciwodą; ty o tym wiesz i ja wtem, oni także. Myślałem, że skoro mogę zmienić coś na lepsze, warto spróbować…
    – Czy nadal tak uważasz?
    – Tak – patrzył jej prosto w oczy, lecz w głosie miał smutek. Nagle jakby się postarzał. Nawet gdyby sąd go uniewinnił, i tak wiele już wycierpiał.
    – Luke, jesteś jedynym mężczyzną… być może w ogóle jedyną ludzką istotą, jaką kiedykolwiek kochałam. Gdyby nie ty, moje życie być może nie byłoby warte złamanego grosza. Zniosę wszystko. – Przez moment Keshia była równie twarda jak on; miało się wrażenie, że chłonie jego siłę, aby się nią podeprzeć.
    – A jeśli mnie zabiorą?
    – Na pewno nie.
    – To się może zdarzyć – rzekł apatycznie, jakby już był gotów do odejścia.
    – Zniosę to także.
    – Dbaj o siebie, młoda damo. Nigdy nikogo nie kochałem tak jak ciebie. Nie pozwolę cię zniszczyć. Nawet sobie na to nie pozwolę. Pamiętaj o tym. Cokolwiek zrobię, musisz wiedzieć, że tak jest najlepiej. Dla nas obojga.
    – Kochany, co ty mówisz? – wyszeptała Keshia ze strachem.
    – Po prostu mi zaufaj. – Luke zrobił ostatni dzielący ich krok, wziął ją w ramiona i przycisnął do piersi tak mocno, że zaparło jej dech. – Keshia, wierz mi, że czuję się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Nawet tu i teraz.
    – Dla mnie jesteś jedyny na świecie – łzy zawisły Keshii na rzęsach, więc ukryła twarz na jego piersi. Biblioteka przestała istnieć; byli tylko oni.
    – Gotowi? – twarz prawnika zamajaczyła przed nimi jak wizja ze złego snu. Nie słyszeli, że wchodzi. Nie widzieli też, że Alejandro przygląda im się z boku, a łzy strumieniem płyną mu po twarzy. Otarł je szybko, podchodząc bliżej.
    – Jestem gotowy – rzekł Luke.
    – Lucas… – Keshia przylgnęła do niego całym ciałem, ale odsunął ją delikatnie.
    – Głowa do góry, staruszko. Niedługo wrócę – uśmiechnął się krzywo i uścisnął jej rękę.
    Tak rozpaczliwie chciała go powstrzymać, zawołać, że nigdzie go nie puści…
    – Chodźmy już – adwokat znacząco zerknął na zegarek.
    – Tak.
    Luke skinął na Alejandra, po raz ostatni z pasją uścisnął Keshię i podszedł do drzwi, gdzie doścignął go jej okrzyk:
    – Lucas! Odwrócił się.
    – Niech cię Bóg strzeże – wyszeptała.
    – Kocham cię.
    Ciche echo jego słów uniosło się pośród rzędów milczących książek. Drzwi zamknęły się z miękkim trzaskiem.
    Przez długi czas do biblioteki nie dobiegał żaden dźwięk, nawet tykanie zegara. Panowała martwa cisza. Keshia siedziała na twardym krześle, obserwując srebrzystą smugę zimowego słońca kładącą się sennie na podłodze. Nie paliła. Nie płakała. Czekała. Było to najdłuższe pół godziny w jej życiu. Jej umysł zdawał się drzemać tak samo jak słoneczny promień. Krzesło było niewygodne, lecz ona nie czuła, nie widziała i nie słyszała nic. W kompletnym odrętwieniu przeoczyła nawet kroki, które w końcu się rozległy.
    Najpierw kątem oka zarejestrowała czyjeś buty. Nic wszakże się nie zgadzało: nie ten fason, nie ten rozmiar, nie ten kolor. Obdarte wojskowe glany… Alejandro. A gdzie Luke?
    Powoli podniosła wzrok, aż w końcu sięgnął jego twarzy. Alejandro miał oczy pociemniałe i twarde. Milczał.
    – Gdzie Lucas? – spytała odmierzonym, cichym głosem.
    Wyrzucił z siebie odpowiedź jednym tchem:
    – Zamknęli go z powrotem.
    – Co? – Keshia zerwała się na nogi. Czas ruszył z miejsca; teraz płynął o wiele za szybko. – Na litość boską! Gdzie on jest?
    – Na razie na sali rozpraw. Keshia, nie! – Już biegła, jej obcasy wybijały na marmurowej posadzce pośpieszny rytm. – Keshia!
    – Idź do diabła! – szarpnęła się, kiedy złapał ją w drzwiach. – Puść mnie, do cholery! Muszę go zobaczyć!
    – Dobrze. Pójdziemy razem. – Nie wypuszczając jej ręki pobiegł z nią korytarzem. Część dziennikarzy wyszła już z gmachu. Historia Lucasa Johnsa została uwieńczona puentą: wracał do San Quentin. Tak to bywa. Biedny sukinsyn!
    Keshia przepchnęła się pomiędzy dwoma mężczyznami zagradzającymi wejście. Sędzia właśnie schodził z podium, ale ona widziała tylko jednego człowieka, który siedział samotnie, plecami do niej.
    – Lucas? – zwolniła i podeszła spokojniejszym krokiem. Zwrócił ku niej twarz, która zmieniła się w maskę. To nie był już człowiek, a żelazna płyta z dwoma oczodołami pełnymi łez.
    – Najdroższy… – Otoczyła go ramieniem, a on oparł głowę o jej pierś, jakby nie miał już sił siedzieć prosto. Był w kajdankach. Wymiar sprawiedliwości nie marnował czasu. Przed nim na stole leżał jego portfel, klucze do mieszkania w Nowym Jorku i sygnet, który mu podarowała. – Luke, dlaczego oni to zrobili?
    – Widać musieli. Idź do domu.
    – Zostanę. Nic nie mów. Tak bardzo cię kocham… Przełknęła łzy. Nie powinien widzieć, że płacze. Był taki silny; ona także mogła wykazać hart ducha, choć zdawało jej się, że umiera.
    – Ja też cię kocham, więc idź już stąd i nie dręcz mnie, na miłość boską!
    Pochyliła się nad nim, jakby chciała ukryć jego ogromną postać w swoich drobnych ramionach. Jak matka, której dziecko dorosło i nie mieści się już na kolanach. Dlaczego… dlaczego nie mogła mu pomóc?
    – Idziemy, panie Johns – rozległo się za jej plecami. Na słowo „pan” położony został ironiczny akcent.
    – Keshia, odejdź! – Był to rozkaz dowódcy, nie błaganie pokonanego.
    – Dokąd cię zabierają? – czuła, że krew zaczyna się w niej gotować. Alejandro przytrzymywał ją w miejscu.
    – Do więzienia okręgowego. Al wie, gdzie to jest. Potem do Quentin. – Luke wstał, znacznie górując nad strażnikiem, który miał go prowadzić.
    Keshia wspięła się na palce i pocałowała go. Wyszła z sali po omacku, prowadzona przez Alejandra. Zobaczyła, że Luke znika w końcu korytarza. Ręce miał skute z przodu. Nie odwrócił się.
    Słyszała krzyk jakiejś obcej kobiety. To nie mógł być nikt znajomy; dobrze wychowani ludzie tak nie krzyczą. Wrzask nie ustawał, ktoś trzymał ją za ramiona, a zaraz potem żarówki zaczęły jej wybuchać prosto w twarz i rozległy się dziwne, huczące głosy.
    Nagle leciała nad miastem w szklanej klatce, a zaraz potem wprowadzono ją do dziwnego pokoju i złożono do lodowatej trumny. Ktoś okrył ją kocem, a niedźwiedź z dziwacznie nastroszonym wąsem zrobił jej zastrzyk. Miała ochotę się roześmiać, bo był taki zabawny, lecz znów przeszkodził jej krzyk tej kobiety. Gardłowe wycie rozsadzało pokój do chwili, gdy ktoś wydarł jej z oczu światło i wszystko poczerniało.

ROZDZIAŁ 27

    Kiedy się obudziła, było jeszcze ciemno. Alejandro siedział obok łóżka, blady i wymięty. Na stoliku walały się puste kubki. Wyglądał, jak gdyby spędził noc na krześle, co było zgodne z prawdą.
    Patrzyła na niego długo. Powieki jej skamieniały i nie mogła nimi nawet mrugnąć.
    – Nie śpisz? – spytał ochryple. Popielniczka była pełna po brzegi.
    – Nie mogę zamknąć oczu.
    – To pewnie działanie leków – uśmiechnął się. – Powinnaś się przespać.
    Potrząsnęła głową i jej szeroko otwarte oczy wypełniły się łzami. Mimo to nadal nie była w stanie ich zamknąć.
    – Muszę wstać.
    – Po co? – zaniepokoił się.
    – Siusiu – nerwowy chichot urwał się, zdławiony łzami.
    – Ach… – uśmiechnął się pobłażliwie.
    – Wyglądasz strasznie. W ogóle nie spałeś, prawda?
    – Zdrzemnąłem się na krześle.
    Keshia podniosła się z łóżka i chwiejnym krokiem ruszyła do łazienki. Zatrzymała się w drzwiach.
    – Kiedy będę mogła zobaczyć Luke’a?
    Pamiętała. Bał się, że po silnym środku, który dał jej lekarz, będzie musiał wyjaśniać wszystko od początku.
    – Dopiero jutro – powiedział.
    – Masz na myśli jutro czy dziś?
    – Jest szósta rano. Mam na myśli jutro.
    – Dlaczego nie wcześniej?
    – Więzienie okręgowe ma tylko dwa dni wizyt: środy i soboty. Jutro jest środa. To oni ustanawiają reguły gry.
    – Dranie!
    Keshia trzasnęła drzwiami, Alejandro zaś wyjął papierosa ze świeżo zaczętej paczki, czwartej od wczoraj. To była straszna noc. Keshia nie widziała jeszcze artykułów w gazetach. Edward dzwonił kilka razy. Nowiny szybko dotarły do Nowego Jorku.
    Keshia wróciła, usiadła na łóżku i też sięgnęła po papierosa. Jej opaleniznę powlekała sina bladość, a cienie pod oczami wyglądały jak rozmazany tusz.
    – Nie wyglądasz najlepiej – zauważył. – Kładź się do łóżka.
    Nie odpowiedziała. Siedziała z nogą założoną na nogę, machając nerwowo stopą. Twarz miała odwróconą.
    – Keshia?
    – Co? – odwróciła się i ujrzał, że znowu płacze. Kiedy ją objął, miał wrażenie, że trzyma w ramionach małe dziecko.
    – Dlaczego, Alejandro? Dlaczego to zrobili? To niesprawiedliwe!
    – Czasem po prostu tak właśnie się dzieje. Można to nazwać pechem.
    – Nazwałabym to kurewstwem. Uśmiechnął się ze znużeniem.
    – Skarbie… – urwał i westchnął. Musiał jej to powiedzieć.
    – Słucham?
    – Nie wiem, czy pamiętasz, ale faceci z gazet zrobili trochę zdjęć, kiedy wyprowadzano Luke’a… – Alejandro zawiesił głos.
    – Parszywe gnojki! – wybuchnęła. – Nie mogli mu pozostawić odrobiny godności? Musieli go odrzeć ze wszystkiego, parszywe, nędzne…
    – Keshia – wtrącił – tobie także robili zdjęcia.
    – Mnie? Skinął głową.
    – Jezu…
    – Z początku cię nie rozpoznali, domyślili się tylko, że jesteś z nim związana. Zmusiłem adwokata, żeby kazał gazetom wstrzymać ten materiał. Ale w trakcie wywoływania ktoś zobaczył zdjęcia i wiedzieli już, kogo mają. Pech.
    – Wydrukowali je? – Keshia wstrzymała oddech.
    – Tutaj na stronie pierwszej, w Nowym Jorku dopiero na czwartej. W nocy dzwonił Edward. Kilkakrotnie.
    Keshia zaczęła się histerycznie śmiać. Takiej reakcji Alejandro nie przewidział.
    – No, tym razem rzeczywiście daliśmy czadu! Biedny Edward!
    W jej głosie nie było współczucia.
    – On naprawdę jest biedny – uciął Alejandro. Żal mu było Edwarda. Wydawał się taki załamany, rozbity, zdradzony…
    – Cóż, raz zysk, raz w pysk, jak mówi przysłowie. Te zdjęcia… są bardzo złe?
    Trudno o gorsze, pomyślał. Fotoreporterzy namierzyli ich dokładnie w chwili, gdy Keshia dostała ataku histerii.
    Podał jej wyciągnięte spod łóżka wieczorne wydanie „Examinera”. Połowę pierwszej strony zajmowało zdjęcie Keshii mdlejącej w jego ramionach. Keshia wzdrygnęła się i spojrzała na tekst. „Ozdoba nowojorskiej soci. ety, Keshia Saint Martin, sekretna kochanka byłego kryminalisty Lucasa Johnsa, mdleje pod drzwiami sali sądowej po ogłoszeniu wyroku w sprawie… „
    Było gorzej, niż się obawiała.
    – Edward martwi się głównie o twoje zdrowie – dodał Alejandro.
    – Akurat! Nie znasz go. Reputacja jest dla niego dobrem nadrzędnym.
    Mówiła o nim jak o ojcu, którego kocha i jednocześnie się boi.
    – Wiedział o Lucasie?
    – Nie. Wiedział, że robiłam z nim wywiad, domyślał się też, że w moim życiu jest ktoś ważny. Prędzej czy później wszystko musiało wyjść na jaw. Mieliśmy dotąd wprost niewiarygodne szczęście. Szkoda tylko, że stało się to w takiej chwili. Dzwonili już z gazet?
    – Kilka razy. Powiedziałem im, że nie mamy o czym mówić i że dziś wracasz do Nowego Jorku. Mam nadzieję, że przenieśli się na lotnisko.
    – I stoją przed hotelem.
    O tym nie pomyślał. Co za paranoja!
    – Będziemy musieli dyskretnie się stąd wydostać. Najlepiej do „Ritza”. Tam nas nie znajdą – powiedziała.
    – Obawiam się tylko, że jeśli zechcesz zobaczyć się jutro z Lucasem, możesz liczyć na komitet powitalny.
    Zmierzyła go lodowatym wzrokiem.
    – Nie „jeśli” a „kiedy”. Skoro prasa chce sobie na mnie poużywać, wolna wola. Mam to wszystko w nosie.

    Dzień minął im w milczeniu i oparach tytoniowego dymu. Przeprowadzka do „Ritza” odbyła się bez zakłóceń. Pięćdziesięciodolarowy banknot, wsunięty dyskretnie zarządcy hotelu „Fairmont”, przypomniał mu o istnieniu tylnego wyjścia oraz zamknął usta. Chyba skutecznie, bo w „Ritzu” nikt już ich nie niepokoił.
    Keshia siedziała zatopiona w myślach, prawie się nie odzywając. Myślała o Luke’u: o tym, jak wyglądał, kiedy go wyprowadzali, i przedtem, w sądowej bibliotece. Do ostatniej chwili pozostał wolnym człowiekiem.
    Z „Ritza” zadzwoniła do Edwarda i z trudem przebrnęła przez krótką, bolesną rozmowę. Oboje płakali. Edward powtarzał: „Jak mogłaś to zrobić?”, a nie dopowiedziane słówko „mi” wisiało w powietrzu. Kazał jej wracać, ewentualnie chciał sam przylecieć do San Francisco. Wściekł się, kiedy powiedziała: „Nie”.
    – Edwardzie, na miłość boską, przestań się upierać! – krzyczała przez łzy, zastanawiając się przelotnie, dlaczego wciąż nawzajem obarczają się winą. Została skrzywdzona, Lucas także, ale nie przez Edwarda. Ona również nie chciała go skrzywdzić. Wszyscy uwięźli w trybach bezdusznej, obłąkanej machiny, której nikt nie był w stanie zatrzymać.
    – Musisz wrócić do domu, Keshia! Rozniosą cię tam na strzępy.
    – Już to zrobili, a skoro plotka dotarła do nowojorskich gazet, nie ma znaczenia, gdzie jestem. Znaleźliby mnie nawet w Afryce.
    – To doprawdy nie do wiary. Nadal nie rozumiem… Keshia, na rany Chrystusa, przecież musiałaś wiedzieć, że tak się to skończy! Mówiłaś mi… że on jest chory… To miałaś na myśli, tak?
    Skinęła głową bez słowa. Edward powtórzył ostrzej:
    – Czy tak?
    – Tak – przyznała cichym, zbolałym głosem.
    – Dlaczego nie powiedziałaś prawdy?
    – Jak miałam to powiedzieć?
    W słuchawce zapadła cisza. Edward w duchu przyznał jej rację.
    – Mimo to nie rozumiem, jak mogłaś się tak uwikłać – podjął. – We własnym artykule pisałaś, że istnieje taka możliwość. Jak…
    – Och, błagam cię, Edwardzie, przestań gdakać! Zrobiłam to i już. Odcierpiałam za to, tobie też się oberwało, ale uwierz mi, on cierpi o wiele bardziej. Siedzi teraz w więzieniu.
    Edward umilkł. Po chwili rozległ się jego głos, zmieniony nie do poznania. Przepajał go trujący jad.
    – Dla pana Johnsa więzienie to żadna nowość.
    Miała ochotę rzucić słuchawkę, lecz nie odważyła się tego zrobić. Przerwanie połączenia oznaczałoby coś więcej: zerwanie więzów, które wciąż ich łączyły i nadal były jej potrzebne, choć już nie tak rozpaczliwie jak kiedyś. Poza Lucasem miała tylko Edwarda.
    – Masz jeszcze coś do powiedzenia? – spytała równie jadowitym tonem. Chciała mu dopiec, nie niszcząc go ostatecznie.
    – Tak. Wracaj do domu. Natychmiast.
    – Nie. Coś jeszcze?
    – Nie wiem, jak mam ci przemówić do rozumu. Zobaczysz, kiedyś będziesz gorzko tego żałować. Powinnaś się poważnie nad sobą zastanowić.
    – Zapewne, ale nie z powodów, które masz na myśli, Edwardzie.
    – Nie wyobrażasz sobie, jak taki skandal może zagrozić…
    – Zagrozić czemu? Mojej pozycji? Mojej „reputacji”, jak powiedziałaby ciotka Hil? A cóż mnie to obchodzi? Zależy mi jedynie na Lucasie Johnsie. Kocham go! – wrzasnęła.
    W odległości trzech tysięcy mil Edward płakał. Sam już nie wiedział, czy rozmawia z Keshią czy z duchem Lianę Saint Martin.
    – Daj mi znać, jeśli będę ci mógł w jakikolwiek sposób pomóc – powiedział.
    Był to głos opiekuna prawnego, adwokata, lecz nie przyjaciela.
    – Dobrze. – Keshia cicho odłożyła słuchawkę.

    Jack Simpson złożył jej wyrazy współczucia. Czuł się winny, ponieważ to on poznał ją z Johnsem. Keshia zapewniła go żarliwie, że było to najlepsze, co ją w życiu spotkało, rozmowa jednak nie przyniosła ulgi ani jej, ani jemu.
    Alejandro starał się wyciągnąć ją na spacer, ale wolała siedzieć w hotelowym pokoju przy opuszczonych storach. Paliła jednego papierosa za drugim, piła kawę, herbatę, wodę, whisky, nie przełknęła ani kęsa pożywienia i płakała bez przerwy. Uparcie czekała na telefon od Luke’a.
    – Keshia, z aresztu nie wolno dzwonić.
    – Może mu się uda.
    Nie trafiały do niej żadne argumenty; po prostu ich nie słyszała. Skorupa, w której się zamknęła, pełna była milknących ech głosu Luke’a.
    O północy Alejandro zmusił ją, żeby się położyła, sam zaś usiadł na krześle.
    – Co robisz? – zapytała.
    – Posiedzę tu przez chwilę. Nie będę ci przeszkadzał? Keshia zdołała tylko bezgłośnie potrząsnąć głową. Ukryła twarz w poduszce. Ten dzień był jeszcze gorszy niż poprzedni: nie tak dramatyczny, za to wypełniony po brzegi dręczącym, tępym bólem.
    – Nie płacz, skarbie. – Alejandro sam miał łzy w oczach. – Och, Keshia… nie zasłużyłaś na to, co cię spotyka.
    – To nie mnie spotyka, Alejandro, tylko jego – w stłumionym głosie był ogromny bagaż znużenia i goryczy.
    Głaskał ją po głowie, aż w końcu usnęła. Wygładził kołdrę i leciutko musnął wargami jej policzek. We śnie gorycz i gniew pierzchnęły z wychudłej twarzy i znów wyglądała jak dziecko. Twarde realia były dla niej szokiem: uczyła się dopiero borykać i godzić z brzydotą dorosłego świata, ale była to bolesna lekcja.

    Alejandro z trudem oderwał głowę od poduszki. W nocy nie mógł zasnąć, teraz było zaledwie pięć po szóstej, ale ktoś dobijał się do drzwi.
    – Kto tam? – wymamrotał.
    – To ja, Keshia.
    – Co się dzieje?
    – Pomyślałam, że chyba powinniśmy już wstać.
    No tak, był dzień odwiedzin. Alejandro uśmiechnął się pod nosem i poszedł otworzyć drzwi, wciągając po drodze spodnie.
    – Chyba zwariowałaś – powiedział z wyrzutem. – Mogłabyś jeszcze trochę pospać.
    Była w błękitnym flanelowym szlafroku, boso, z rozpuszczonymi włosami. W kredowobiałej twarzy błyszczały oczy, znowu pełne życia.
    – Nie mogę spać i jestem głodna. Obudziłam cię?
    – Nie, skądże – skrzywił się ironicznie. – Wstawanie o świcie to moja ulubiona rozrywka.
    – Dobrze już, dobrze – zaśmiała się. – Mam nadzieję, że mi wybaczysz. Czy jest za wcześnie, żeby zamówić kawę dla ciebie i herbatę dla mnie?
    – Kochana, to nie „Fairmont”. Aż tak cię nosi? Kiwnęła głową.
    – Kiedy będę mogła go zobaczyć?
    – Przypuszczalnie nie wcześniej niż o jedenastej. – Na myśl o tym, że mógł spokojnie spać jeszcze cztery godziny, ogarnęła go czarna rozpacz. Był półżywy ze zmęczenia.
    – Skoro już wstałeś – rzuciła lekko Keshia – nie będziesz się chyba kładł z powrotem?
    – Coraz lepiej. Dziewczyno, gdybym cię tak nie lubił i gdyby ten twój chłop nie był taki duży, słowo daję, sprałbym ci tyłek…
    – Ja też cię uwielbiam – zachichotała radośnie. Alejandro spojrzał na nią spode łba, usiadł i zapalił papierosa. Keshia już trzymała niedopałek w trzęsącej się ręce, wyglądała jednak nieco lepiej i choć w ułamku przypominała znów dawną Keshię. O tak, tę dziewczynę niełatwo było zgnębić.
    Po dziesięciu minutach Alejandro wyszedł z łazienki umyty, uczesany i w czystej koszuli.
    – Proszę, co za picuś-glancuś. – Keshia wyraźnie była w nastroju do docinków. Porównując ten nastrój z wczorajszym, Alejandro odczuł wielką ulgę.
    – Skarbie, szukasz guza. Czy nikt ci nie uświadomił, że nie drażni się mężczyzny przed poranną kawą?
    – Pobrecito! Pogroził jej palcem.
    – Wyciągnęłaś mnie z ciepłego wyra, a teraz pewnie dwie godziny będziesz się ubierać.
    – Pięć minut.
    Dotrzymała słowa. Tego ranka poruszała się jak w gorączce, niczym dziecko przed pierwszą wyprawą do cyrku. Mieli mnóstwo czasu, którego nie było czym wypełnić.
    Alejandro bał się, że Luke wpadnie w apatię, będącą znakiem tak częstego w więzieniach umierania nadziei. Jak zniesie to Keshia? Nikt jej nie przygotował do spotkań za szybą, rozmów przez telefon, w którym wciąż coś trzeszczy, oglądania ukochanego w kusym, spranym pomarańczowym drelichu i wdychania wszechobecnego odoru stęchlizny. Jak miał kazać się jej ocierać o złodziei, prostytutki, niedomyte hipiski z dziećmi na plecach, słuchać płaczu i przekleństw? Luke wciągnął ją do tego świata i zostawił – jemu na głowie.
    Rozległo się pukanie i w drzwiach stanęła Keshia, gotowa do wyjścia.
    – Co masz taką ponurą minę? – spytała od progu.
    – Zwykle miewam taką o tej porze dnia – odparł wymijająco. – Ty za to wyglądasz aż za dobrze.
    Jak zwykle była ubrana elegancko i kosztownie. Jej krucha wesołość zaczynała go martwić. Co zrobi, jeśli Keshia się załamie?
    – Weźmiemy taksówkę?
    Przeniósłszy się do „Ritza” pozbyli się limuzyny, a także następnych pięćdziesięciu dolarów, które miały kupić milczenie szofera.
    – Możemy pójść pieszo. Znam bar dla kierowców o kilka przecznic stąd.
    Miał nadzieję, że Luke każe jej wrócić do Nowego Jorku. W ciągu tygodnia i tak przeniosą go do więzienia stanowego, a zanim Keshia uzyska pozwolenie na wizytę w San Quentin, minie kilka tygodni. Im wcześniej ją stąd wywiezie, tym lepiej dla niej.
    W barze panował gwar; szafa grająca już była w użyciu. Aromat kawy mieszał się z zapachem męskiego potu, papierosów i cygar. Jako jedyna kobieta w lokalu, Keshia przyciągnęła kilka pozbawionych głębszego zainteresowania spojrzeń.
    Alejandro zamówił dla niej dwa jajka na bekonie, grzankę i bułeczki z marmoladą i mimo kwaśnych min Keshii okazał się nieugięty.
    – Zlituj się, Alejandro, nawet na obiad tyle nie jem.
    – I spójrz na siebie. Koścista jędza.
    – Nie bądź bezczelny.
    Zjadła plasterek bekonu i nadgryzła grzankę. Nietknięte jajka spoglądały na nią z talerza niczym dwoje nieżyczliwych oczu.
    – Nic nie jesz.
    – Nie jestem głodna.
    – I za dużo palisz.
    – Tak, tatusiu. Coś jeszcze?
    – Pilnuj się, bo złożę skargę u szefa.
    – Powiesz Lucasowi?
    – Jeżeli będę musiał… Keshia spoważniała.
    – Proszę cię, Alejandro – bąknęła – nie dolewaj oliwy do ognia. Jeśli widział te zdjęcia, i tak ma już dosyć powodów do zmartwień.
    Tego ranka „Chronicie” umieściła na trzeciej stronie artykuł, w którym stwierdziła, że panna Saint Martin nie wróciła jak dotąd do Nowego Jorku. Nie wykluczono, iż leży w szpitalu z załamaniem nerwowym. Sądząc z poniedziałkowych zdjęć, było to całkiem możliwe. Przypuszczano jednak, iż pojawi się w areszcie w dniu wizyt. Gazeta zastanawiała się, czy Keshia użyje swoich wpływów, by uzyskać zgodę na nieoficjalne widzenie z panem Johnsem.
    – Cholera – powiedziała Keshia. – Nawet o tym nie pomyślałam.
    – Może warto spróbować. Oszczędziłabyś sobie potyczki z prasą. Można z góry założyć, że będą warować pod aresztem do skutku.
    – Niech warują. Pójdę normalnie, jak wszyscy. Alejandro smętnie pokiwał głową. Pozostawało czekać.
    Dzielące ich jeszcze od południa godziny wlokły się wolno jak wieki.

ROZDZIAŁ 28

    – Gotowa?
    Keshia skinęła głową i wzięła torebkę.
    – Wiesz, jesteś zdumiewająca – powiedział Alejandro z uznaniem. Wyglądała jak młoda światowa dama bez żadnych trosk. Oczywiście sporo pomógł makijaż, lecz chodziło o sposób, w jaki się trzymała, o starannie nałożoną maskę.
    – Dziękuję za komplement… o ile to był komplement – uśmiechnęła się lekko.
    Z trudem poznawał tę samą kobietę, którą dwa dni temu trzymał w ramionach w gmachu sądu. A więc to było znamię klasy, dobrej krwi i starannej tresury: przygładzić włosy, upudrować nos, mówić „proszę”, „dziękuję” i uśmiechać się do portierów.
    – Idziesz, Alejandro? – Keshia stała już przy drzwiach.
    – Chryste, kobieto, w głowie mam kompletny mętlik, a ty wyglądasz, jakbyś się wybierała do cioci na herbatkę. Jak ty to robisz?
    – Rutyna. To sposób życia.
    – Nie powiesz mi, że to jest zdrowe.
    – Nie jest. Połowa moich rówieśników to alkoholicy, inni żyją dzięki tabletkom, a za kilka lat zaczną padać na zawały serca. Niektórzy już nie żyją… – Pomyślała o Tiffany.
    – Człowiek dusi w sobie wszystko, aż pewnego dnia eksploduje.
    – A ty? – spytał, idąc za nią po ciemnych hotelowych schodach.
    – Odreagowuję przy pisaniu. Mogę też być sobą w towarzystwie Luke’a… a teraz i twoim.
    – I to wszystko?
    – Tak.
    – Zgroza.
    – Wiesz, Alejandro – powiedziała wsiadając do taksówki – cały problem z ciągłym udawaniem polega na tym, że w końcu sam już nie wiesz, kim naprawdę jesteś i co czujesz. Stajesz się lalką z gliny, a to boli.
    To właśnie stało się z Tiffany i innymi. Od ukończenia college’u już dwie koleżanki Keshii popełniły samobójstwo.
    – Luke poczuje się lepiej, kiedy cię zobaczy – mruknął Alejandro. Wiedział jednak, że staranny makijaż, znakomicie skrojony płaszcz i eleganckie zamszowe czółenka nie zostały włożone z myślą o Lucasie. Przeznaczone były dla fotoreporterów, aby następne wydanie gazet dowiodło, że wszystko jest w porządku. Elegancka, wyniosła i dystyngowana. Tym razem nikt nie będzie mdlał ani krzyczał.
    – Sądzisz, że pismaki będą na nas czekać? – zagadnął.
    – Ja to wiem.
    Czekali. Kiedy Keshia i Alejandro wysiedli z taksówki na Bryant Street, jedna para reporterów krążyła już przed gmachem, inna zaś obsadziła drugie wejście. Keshia wyczuwała ich z daleka, podobnie jak Luke policjantów. Chwyciła się kurczowo ramienia Alejandra udając, że niedbale wspiera na nim dłoń, i szybko założyła ciemne okulary. Na jej wargach pojawił się nikły uśmiech.
    Zręcznie ominęła dwójkę dziennikarzy, puściła mimo uszu swoje nazwisko i podeszła do strażnika, zachowując przy tym zdumiewający spokój. Ktoś zrobił im zdjęcie, więc schylając głowy przeszli do windy korytarzem wyłożonym łososiowym marmurem. Uderzyło ją, że kamień ma dokładnie ten sam odcień co kwiaty gladioli na włoskich pogrzebach. Roześmiała się.
    Na szóstym piętrze Alejandro poprowadził ją do następnych drzwi i jeszcze raz w górę po schodach, na których panował niemiłosierny przeciąg.
    – Czyżby wiatr od Styksu? – zażartowała Keshia bez uśmiechu.
    Alejandro był zdumiony jej zimnym opanowaniem. To nie była dziewczyna, którą znał.
    Trzymał ją za rękę, gdy czekali w kolejce. Mężczyzna przed nimi śmierdział potem i tanią whisky, dalej rozpaczliwie zawodziła starzejąca się Murzynka. Płacz dzieci mieszał się ze śmiechem grupki niechlujnych, długowłosych chłopców, opartych niedbale o ścianę. U szczytu schodów stało biurko strażnika, który sprawdzał tożsamość odwiedzającego i przydzielał mu różowy bilecik z numerem okienka i kolejnej tury. Alejandro i Keshia znaleźli się w grupie drugiej. Pierwsza weszła już do środka. Panował tłok, lecz na razie nie było widać reporterów.
    Za drzwiami, w oświetlonym jarzeniówkami pomieszczeniu, stało następne biurko, dwóch strażników i trzy rzędy ławek. Dalej ciągnął się długi korytarz z szeregiem okienek i półką, na której stały aparaty telefoniczne. Dla odwiedzających rozstawiono twarde stołki. Darmo było marzyć o kameralnym nastroju. Grupa pierwsza odbywała widzenie, które – zależnie od kaprysu strażników – mogło trwać od pięciu do dwudziestu minut. Ożywione kobiety na przemian to śmiały się, to płakały; po twarzy jednego z więźniów także spływały łzy, gdy patrzył na trzyletniego synka. Większość scen rozdzierała serce.
    Keshia siedziała sztywno, z jej twarzy nie dało się nic wyczytać. Spostrzegłszy, że Alejandro jej się przygląda, uśmiechnęła się do niego i zapaliła następnego papierosa. I nagle, bez ostrzeżenia, otoczył ich rój fotografów, trzy kamery telewizyjne i kilku reporterów, w tym przedstawicielka lokalnego wydania „Women’s Wear”.
    Alejandro poczuł, że ogarnia go coś na kształt klaustrofobii. Zastanawiał się, jak Keshia jest w stanie to wytrzymać. Inni odwiedzający także zwrócili uwagę na niecodzienny incydent i zaczęli się tłoczyć, powiększając zamieszanie, w którego środku niczym w oku cyklonu tkwiła Keshia w ciemnych okularach, z zaciśniętymi ustami, zimna i niewzruszona jak głaz. Pytania sypały się ze wszystkich stron, lecz ona milczała, potrząsając tylko głową.
    – Nie mam nic do powiedzenia – wyjaśniła spokojnie. Alejandro czuł się przy niej bezużyteczny. Keshia lekko schyliła głowę, jakby to, że nie widzi pismaków, mogło sprawić, iż znikną. Po chwili nieoczekiwanie wstała i oznajmiła:
    – Myślę, że dość już tego. Mówiłam państwu, że nie będzie żadnych komentarzy.
    Dwóch strażników przyszło jej na ratunek i dziennikarze zostali usunięci za drzwi. Przede wszystkim zakłócali porządek w sali widzeń; nawet więźniowie i ludzie z pierwszej grupy przestalijozmawiać, spoglądając ze zdumieniem na błyskające flesze.
    Szef ochrony odwołał Keshię na bok i zaproponował, że po skończonym widzeniu jeden ze strażników zwiezie ich windą do policyjnego garażu w podziemiu, gdzie będzie czekać taksówka. Oboje z wdzięcznością przyjęli propozycję. Alejandro zdawał sobie sprawę, że atak prasy całkowicie go zaskoczył i zgnębił. Keshia sprawnie opanowała sytuację, kosztowało ją to wszakże sporo nerwów. Była teraz bledsza niż poprzednio, a ręce drżały jej tak, że nie mogła utrzymać papierosa.
    – Czy mogłabym się zobaczyć z panem Johnsem w jakimś oddzielnym pomieszczeniu? – Postanowienie, by nie korzystać ze szczególnych względów, szybko wywietrzało jej z głowy. Zaciekawiony tłum stawał się równie uciążliwy jak prasa. Szef ochrony odmówił; przydzielono jej tylko młodego strażnika, który miał nie dopuścić do zbiegowiska.
    Czyjś głos obwołał koniec pierwszej tury. Odwiedzających skierowano za przepierzenie z siatki, gdzie mogli oczekiwać na windę nie przeszkadzając następnej grupie. Wychodzili posępni, wstrząśnięci, milczący. Gorączkowa wesołość nagle zgasła. Kobiety ściskały kartki z zapiskami: przynieść skarpetki, pastę do zębów, poradzić się adwokata, o którym dobrze wyrażał się współwięzień.
    – Grupa druga! – obwieszczono donośnie, budząc Keshię z zadumy. Różowy bilecik był już mokry i zmięty, ale udało im się odcyfrować numer okienka, za którym miał pojawić się Luke.
    Wyznaczony strażnik stanął im za plecami. Musieli zaczekać chwilę, która dla nich ciągnęła się w nieskończoność. Nareszcie weszli: sznur mężczyzn odzianych w nieświeże pomarańczowe drelichy. Zarośnięte twarze, pożółkłe zęby, ale za to szerokie uśmiechy. Luke był piąty w rzędzie. Alejandro rzucił na niego okiem i skonstatował, że przyjaciel jest w doskonałej formie. Całą uwagę skupił więc na Keshii.
    Keshia wstała i wyprostowała się dumnie, rozpromieniona w uśmiechu. Jej oczy ożyły; wyglądała wręcz nieziemsko pięknie i tak też widział ją Luke. Ich oczy spotkały się. Keshia miała ochotę zatańczyć.
    Lucas ujął słuchawkę.
    – Czemu ten dupek sterczy ci za plecami?
    – Luke!
    – No dobrze. Klawisz.
    – Ma odstraszać ciekawskich.
    – Kłopoty?
    – Prasa.
    Luke zrobił współczującą minę.
    – Słyszałem, że w poczekalni jest jakaś gwiazda filmowa i mnóstwo reporterów, którzy robią jej zdjęcia. Oczywiście chodziło o ciebie?
    Skinęła głową.
    – Jak się czujesz?
    – Dobrze.
    Wiedział, że i tak nie uzyskałby od niej innej odpowiedzi. Ponad jej ramieniem zerknął na Alejandra, który kiwnął głową i uśmiechnął się.
    – Ciarki mnie przeszły, kiedy zobaczyłem zdjęcia z sądu – podjął Luke. – Myślałem, że dostałaś ataku serca.
    – Nie bądź śmieszny. Już doszłam do siebie.
    – Nowy Jork też już o tym wie? Potwierdziła ruchem głowy.
    – Jezu. Ale się musiałaś nasłuchać od Edwarda.
    – To mało powiedziane. Nie szkodzi, on też jakoś to przeżyje.
    – Co mówił?
    – To, co mówi się w takich wypadkach. Był po prostu zmartwiony.
    – Straszne, że musiałaś przez to wszystko przejść. Rozmawiali dziwnym, beznamiętnym tonem, jak gdyby siedzieli obok siebie w przedziale.
    – Bzdury. Zresztą wszystko mogło wyjść na jaw już o wiele wcześniej.
    – Tak, ale wtedy sytuacja nie byłaby tak niezręczna. Uśmiechnęła się i nie podjęła tematu. Mieli tak mało czasu.
    – Naprawdę dajesz sobie radę?
    – Kochana, przez sześć lat nauczyłem się radzić sobie w pierdlu.
    – Pamiętaj, że wciąż jesteśmy zaręczeni.
    – I za to właśnie cię kocham, staruszko…
    Omówili pewne formalności prawne; Luke dał jej listę telefonów, które miała załatwić, choć o większość swych spraw zadbał jeszcze przed rozprawą. Z góry przewidywał, że nie ma wielkich szans.
    Reszta widzenia upłynęła na żartach, sarkastycznych opisach więziennego życia i zwykłych banałach. Luke zamienił kilka słów z Alejandrem, potem znów wskazał na Keshię. Zdjęła klips i ponownie przyłożyła słuchawkę do ucha, lecz Luke odwrócił się, nasłuchując kogoś za szybą.
    – Za chwilę koniec – powiedział. – Musimy się streszczać.
    – Luke… – oczy Keshii zaczęły podejrzanie błyszczeć.
    – Słuchaj, dziecino, chcę, żebyś coś dla mnie zrobiła. Mówiłem już Alowi. Jeszcze dziś wracaj do Nowego Jorku.
    – A dlaczego?
    – A co chcesz tu robić? Siedzieć bez sensu, zanim nie przewiozą mnie do San Quentin, a potem czekać trzy tygodnie na pozwolenie widywania mnie raz w tygodniu przez godzinę? Nie bądź głupia. Lepiej zrobisz, wracając do domu.
    Tak będzie bezpieczniej, myślał. Co prawda z chwilą gdy trafił za kraty, wszystkie opozycyjne wobec niego frakcje poczuły się usatysfakcjonowane, Keshii więc, która w tej grze była tylko statystką, nie groziło realne niebezpieczeństwo. Mimo to nie chciał ryzykować.
    – A co takiego mam robić w Nowym Jorku? – spytała.
    – To, co dotychczas. Pisz, pracuj, normalnie żyj. To nie ciebie skazali, tylko mnie. Nie zapominaj o tym.
    – Ale ja chcę zostać w San Francisco. Uparła się, lecz Luke nie zamierzał ustąpić.
    – W piątek przewożą mnie do Quentin. Złożę prośbę o to, żebyś mogła mnie odwiedzić. Wrócisz mniej więcej za trzy tygodnie, bo tyle to trwa. Dam ci znać, kiedy dostanę zgodę.
    – A czy będę mogła do ciebie pisać?
    – A czy niedźwiedziom wolno sikać w lesie? – zaśmiał się.
    – Fe! Widzę, że naprawdę nic ci nie dolega.
    – Owszem. Ty też dbaj o siebie. I powiedz temu mojemu durnemu koledze, że jeśli się o ciebie solidnie nie zatroszczy, powyrywam mu nogi z meksykańskiego zadka, jak tylko stąd wyjdę.
    – Cudownie. Na pewno się ucieszy.
    Za szybą pojawił się strażnik, a po ich stronie również ogłoszono koniec widzenia. Alejandro położył Keshii dłoń na ramieniu. Lucas wstał.
    – Na razie, staruszko. Będę pisał.
    – Kocham cię.
    – Ja też cię kocham.
    Cały świat zawisł na tych czterech słowach, wymówionych powoli i wyraźnie, jak gdyby Luke chciał na zawsze wyryć je w jej sercu. Objął ją spojrzeniem, delikatnie odłożył słuchawkę i cofnął się ku drzwiom nie spuszczając z niej wzroku. Keshia pomachała mu ręką, prezentując bohaterski uśmiech, który zniknął wraz ze zniknięciem Luke’a.
    Strażnik, który ich eskortował, odprowadził ich na bok i wskazał drogę do oddzielnej windy. Taksówka już czekała, w zasięgu wzroku zaś nie było ani jednej kamery. Po chwili jechali przez miasto. Widzenie się skończyło, tylko słowa Luke’a dźwięczały jeszcze Keshii w uszach, jego twarz wypełniała jej myśli. Najchętniej zostałaby sama, żeby w spokoju marzyć.
    Zapaliła papierosa. Na serdecznym palcu błysnął wciąż lśniący nowością akwamaryn.
    – Luke chce, żebyśmy wracali do Nowego Jorku – powiedziała, spoglądając w okno.
    – Wiem. – Alejandro spodziewał się protestów i był zdumiony, że Keshia mówi to tak spokojnie. Sam najchętniej by ją stąd wywiózł. Prędzej dojdzie do siebie w domu, nie w hotelowym pokoju. – Chcesz jechać dzisiaj?
    – Tak. Zdaje się, że jest jakiś samolot o czwartej. Powinniśmy na niego zdążyć.
    – Mamy mało czasu – zauważył.
    – Wobec tego musimy się pośpieszyć – odparła lodowatym tonem i nie odezwała się więcej aż do chwili, gdy samolot uniósł się w powietrze.

ROZDZIAŁ 29

    Głos w telefonie stał się znany i bliski.
    – Umieram z głodu – mówił Alejandro. – Jest jakaś szansa, że mnie poratujesz?
    Tydzień od powrotu do Nowego Jorku wypełniły ciągłe telefony, nieoczekiwane wizyty, bukiety kwiatów, problemy, w których rozwiązaniu miała mu rzekomo pomóc, mnóstwo pretekstów i wiele ciepła.
    – Mogę ewentualnie wysilić się na tuńczyka.
    – To tym się żywią na Park Avenue? Psiakość, lepiej jadam tu, w Harlemie. Tyle że u ciebie jest lepsze towarzystwo. Poza tym mam problem.
    – Kolejny? Łżesz jak pies. Naprawdę nic mi nie jest, skarbie. Nie musisz mnie pilnować.
    – A jeśli po prostu chcę cię odwiedzić?
    – A, skoro tak, z utęsknieniem oczekuję twojego przybycia.
    – Cóż za oficjalny ton! I na dodatek tuńczyk z puszki. Masz jakieś wieści od Luke’a?
    – Tak. Dwa opasłe listy. I formularz, który mam wypełnić. Hura! Jeszcze dwa tygodnie i będę się mogła z nim zobaczyć.
    – Silna, zwarta, gotowa, co? Napisał coś konkretnego czy tylko same czułe słówka, których możesz mi oszczędzić?
    – Głównie serdeczności. Wspomniał, że siedzi w celi o powierzchni dziesięciu metrów kwadratowych z innym więźniem. Kameralnie, nie sądzisz?
    – Owszem. Są jeszcze jakieś dobre wieści? – Nie podobał mu się ton jej głosu. Było w nim mniej żalu, ale więcej goryczy.
    – Nic godnego wzmianki. Kazał cię pozdrowić.
    – Napiszę do niego w tym tygodniu. A co u ciebie? Spłodziłaś jakiś pikantny artykulik?
    Keshia roześmiała się.
    – Tak, dosyć świńską recenzję książkową dla „Washington Post”.
    – Świetnie. Przeczytasz mi ją, kiedy przyjdę.
    Pojawił się dwie godziny później z maleńkim bukiecikiem i torebką kasztanów.
    – Co słychać w ośrodku? Mmmm… pycha, poczęstuj się. – Keshia obierała gorące kasztany siedząc na podłodze przed kominkiem.
    – Bywało gorzej.
    Nie chciał psuć nastroju, choć było bardzo źle. Za miesiąc lub dwa ośrodek mógł przestać istnieć. Keshia jednakże miała dość własnych zmartwień.
    – A więc na czym polega ten rzekomy kłopot, z którym do mnie przyszedłeś?
    – Kłopot?… Ach, ten kłopot!
    – Łgarz. Na twoje szczęście jesteś nieudolnym łgarzem i świetnym kumplem.
    – No dobra, przyznaję się. Potrzebny mi był pretekst, żeby się z tobą spotkać. – Alejandro pokornie zwiesił głowę.
    – Pochlebstwa, drogi przyjacielu, pochlebstwa… Uwielbiam ich słuchać.
    Keshia wyszczerzyła zęby i rzuciła w niego kasztanem. Oparła się o krzesło, wyciągając stopy w stronę ognia. Uśmiechała się, lecz jej oczy nie płonęły jak dawniej. Wyglądała coraz gorzej. Schudła, z dnia na dzień była bledsza, a ręce drżały jej bez ustanku. Nie był to krzepiący obraz.
    – Kiedy ostatni raz wychodziłaś?
    – Ze skóry?
    – Nie rób ze mnie durnia, pannico. Wiesz, co mam na myśli. Kiedy wyszłaś z domu. Na świeże powietrze.
    Zręcznie uniknęła jego wzroku.
    – A, o to ci chodzi. Niedawno.
    – Jak dawno? Trzy dni temu? Tydzień?
    – Nie wiem, chyba parę dni temu. Nie chcę się narażać na spotkanie z prasą.
    – Bzdury. Trzy dni temu sama mi mówiłaś, że przestali dzwonić i już nie kręcą się wokół budynku. Temat jest już nieaktualny, Keshia, i sama wiesz o tym najlepiej. Co więc trzyma cię w czterech ścianach?
    – Zmęczenie. Apatia. Strach.
    – Strach przed czym?
    – Tego jeszcze nie udało mi się ustalić.
    – Posłuchaj, skarbie: wiele się zmieniło, nagle i brutalnie, ale ty musisz z powrotem wziąć się do życia. Wyjść z domu, zobaczyć ludzi, odetchnąć świeżym powietrzem. Do licha, rób zakupy, jeśli to cię podkręci, ale nie zamykaj się w czterech ścianach. Jesteś coraz bardziej zielona.
    – To przez błękitną krew. Alejandro udał, że tego nie słyszy.
    – Pójdziemy na spacer?
    Keshia nie miała ochoty na spacery. Wiedziała jednak, że to dla jej dobra.
    – Ale krótki – zgodziła się niechętnie.
    Szli przez park w milczeniu, trzymając się za ręce. Keshia patrzyła w ziemię. Doszli niemal do zoo, nim się odezwała.
    – Alejandro, co ja mam zrobić?
    – Z czym?
    – Z moim życiem.
    – Daj sobie trochę czasu. Najpierw się przyzwyczaj, potem zastanów. Teraz wszystko jest o wiele za świeże. Właściwie nadal jesteś w szoku.
    – Czuję się jak we śnie. Zapominam o jedzeniu, zapominam, że przynieśli pocztę, nie pamiętam, jaki jest dzień tygodnia, przy pracy zaczynam myśleć o czym innym i po dwóch godzinach zdaję sobie sprawę, że nie dokończyłam zdania. To obłęd. Zachowuję się jak sklerotyczna staruszka, której trzeba przypomnieć, żeby włożyła pończochy albo skończyła zupę.
    – Nie jest tak źle! Zmiotłaś te kasztany w piorunującym tempie.
    – To prawda, ale jest coraz gorzej, Alejandro. Czuję się taka zagubiona, taka… rozmyta.
    – Pozostaje ci dbać o siebie i cierpliwie czekać, aż poczujesz się znowu sobą.
    – Tak, a tymczasem przeglądam rzeczy Luke’a, w nocy nasłuchuję chrobotu klucza w zamku i wmawiam sobie, że on jest w Chicago i wróci nad ranem. Zaczynam dostawać bzika.
    – Zrozum, dziewczyno, on nie umarł.
    – Nie. Ale odszedł. A ja zanadto na nim polegałam. Nigdy w życiu nie byłam tak zależna od żadnego mężczyzny. Kiedy poznałam Luke’a, zburzyłam wszystkie mury, oparłam się na nim, a teraz… teraz mam wrażenie, że się nie pozbieram.
    – „Teraz” to znaczy dziś wieczorem? – zapytał przekornie.
    – Och, przestań.
    – Dobra. Mówmy poważnie: realia są takie, że on siedzi, a ty nie. Musisz wrócić do życia. Prędzej czy później.
    Pokiwała głową, wpychając ręce głębiej do kieszeni. Doszli do hotelu „Plaża” nim znów podniosła wzrok.
    – Tu też musi być pełen szpan – zauważył Alejandro. – Przypomina mi trochę hotel „Fairmont”.
    – Nigdy nie byłeś w środku? – Była zdumiona, gdy potrząsnął głową.
    – Nie – bąknął. – W sumie nie było powodu. Jestem z innej dzielnicy.
    Keshia wy buchnęła śmiechem i ujęła go pod ramię.
    – Wobec tego najwyższy czas na rekonesans.
    – Nie mam krawata – wyjąkał nerwowo.
    – A ja wyglądam jak bezdomny włóczęga. Nie martw się, znają mnie, na pewno nas wpuszczą.
    – Założę się! – prychnął i pomaszerowali do wejścia z takimi minami, jak gdyby byli zdecydowani nie targując się zbytnio kupić cały budynek.
    Przemknęli pośród wypudrowanych wdów, jedzących ciastka w Sali Palmowej. Keshia bez wahania wybierała drogę przez tajemniczy labirynt. Towarzyszył im szmer rozmów prowadzonych po japońsku, szwedzku, hiszpańsku, francusku, a muzyka przypominała stare filmy z Gretą Garbo. Hotel „Plaża” był o wiele wykwintniejszy od „Fairmonta” i nieporównanie bardziej pełen życia.
    Keshia uchyliła drzwi jednej z sal i zajrzała do środka. Olbrzymie pomieszczenie wyłożone było piękną dębową boazerią, która nadała mu nazwę. Był tu długi, misternie wykonany bar, a z okien roztaczał się widok na park.
    – Louis? – Keshia skinęła na głównego kelnera, który zbliżył się do nich z uśmiechem.
    – Mademoiselle Saint Martin, comment ca va? Quel plaisir!
    – Witaj, Louis. Proszę, znajdź dla nas jakiś niekrępujący stolik. Nie jesteśmy ubrani.
    – Aucune importance. To żaden problem! – zapewnił tak wylewnie, że Alejandro nie zdołał powstrzymać się od przypuszczenia, że mogliby pojawić się tu całkiem nago i być może tak właśnie powinni byli uczynić.
    Usiedli przy małym stoliku w kącie. Keshia od razu sięgnęła do orzeszków.
    – Jak ci się tu podoba?
    – Całkiem nieźle. – Alejandro miał niezbyt pewną minę. – Często tu przychodzisz?
    – Ostatnio rzadziej. Zresztą kobiety mogą tu bywać tylko w wyznaczonych porach.
    – Lokal dla zawziętych machos?
    – Zbyt zniewieściałych, by nazwać ich machos. To najelegantsza knajpa dla pedałów w Nowym Jorku.
    Alejandro nieznacznie rozejrzał się wokół. Keshia miała rację. Większość obecnych mężczyzn wyglądała na homoseksualistów. To oni nadawali ton. Poza tym bywali tu solidni, acz nieciekawi biznesmeni.
    – Wiesz, Keshia, kiedy oglądam takie miejsca, zaczynam rozumieć, dlaczego wybrałaś Luke’a. Dawniej bardzo mnie to dziwiło. Nie żeby z Lucasem było coś nie tak, ale prędzej widziałbym cię pod rękę z jakimś prawnikiem z Wall Street.
    – Chodziłam kiedyś z takim. Też był pedałem.
    – O Jezu.
    – Widzisz, prawnicy z Wall Street niekoniecznie rzucają kobietę na kolana. W tym właśnie cały problem.
    – A teraz co? Wrócisz do tego świata?
    – Nie wiem, czy to możliwe. Może szkoda zachodu… Wolałabym zaczekać, aż Luke wyjdzie z pudła.
    Alejandro milczał. Zamówili następną kolejkę szkockiej.
    – Co słychać u Edwarda? Pogodziłaś się z nim? – Alejandro wzdrygnął się na wspomnienie obłąkańczego głosu, który błagał go o litość przez telefon w hotelu „Fairmont”.
    – Tak jakby. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek przebaczył mi ten skandal. Dla niego to klęska, ponieważ w pewnym sensie to on mnie wychował. Chwała Bogu, że prasa ochłonęła. Ludzie też powoli zapominają. Niedługo trafię do lamusa. – Keshia wzruszyła ramionami i napiła się whisky. – Poza tym milionerom wiele się wybacza. Jeśli masz dość pieniędzy, nazwą cię ekscentrykiem i stwierdzą, że jesteś zabawny.
    Dopiero jeśli ich nie masz, okrzykną cię idiotą i zboczoną świnią. To straszne, lecz prawdziwe. Byłbyś zgorszony, gdybyś wiedział, jakie rzeczy uchodzą nam na sucho. Mój „gorszący” romans z Lucasem to przy tym pestka.
    – Boli cię, że ludzie mówią źle o Luke’u?
    – Właściwie nie. Ja wiem swoje. W ciągu ostatnich kilku miesięcy wiele się zmieniło. Ja także. I bardzo dobrze. Edwardowi na przykład wydawało się, że jestem dzieckiem.
    Alejandro miał ochotę powiedzieć: „Mnie też”, ale ugryzł się w język. Keshia miała w sobie coś z dziecka, być może przez niski wzrost i pozorną kruchość.
    Po trzeciej kolejce, wypitej na pusty żołądek, uznali, że mają dość.
    – Wiesz, co jest najzabawniejsze? – Keshia śmiała się tak głośno, że ledwie mogła ustać, choć świeże powietrze otrzeźwiło ich nieco.
    – Nie wiem. Co?
    – Ja też nie wiem… Wszystko… – znów wy buchnęła śmiechem, ocierając łzy wyciśnięte przez mróz.
    – Przejedziemy się dorożką?
    – Tak, tak!
    Wdrapali się do pojazdu; Alejandro podał woźnicy adres Keshii. Była to landara ze starą zniszczoną budą. Schronili się pod nią przed wiatrem i chichotali przez całą drogę do domu.
    – Powiem ci coś w sekrecie, Alejandro.
    – Powiedz. Uwielbiam sekrety. – Trzymał ją mocno, żeby nie wypadła. W każdym razie tak się w duchu tłumaczył.
    – Upijałam się każdego wieczoru po powrocie. Spojrzał na nią również niezbyt trzeźwo i potrząsnął głową.
    – To kretyństwo. Nie pozwolę ci się wykończyć.
    – Jesteś taki miły, Alejandro. Bardzo cię lubię.
    – Ja ciebie też.
    Resztę drogi przebyli w milczeniu. W windzie Alejandro podtrzymywał Keshię i oboje dusili się ze śmiechu.
    – Wiesz co? – oświadczyła. – Chyba jestem za bardzo pijana, żeby gotować obiad.
    – Nic nie szkodzi, bo ja jestem za bardzo pijany, żeby jeść.
    – Ja też.
    – Keshia, musisz jeść, bo…
    – Później. Wpadniesz do mnie jutro na kolację?
    – Jasne. Z kazaniem – próbował zrobić groźną minę. Jego bezowocne wysiłki zostały skwitowane gromkim śmiechem.
    – W takim razie cię nie wpuszczę.
    – Będę się dobijał, aż wyważę drzwi i… – oboje wywrócili się na środku kuchni. Alejandro niezgrabnie pocałował ją w czubek nosa. – Muszę już iść. Przyjdę jutro. Chcę, żebyś mi coś przyrzekła – rzekł poważniejąc.
    – Co?
    – Nie będziesz już dzisiaj pić. Obiecujesz?
    – Hm… eee… no dobrze, obiecuję. – Wiedziała, że nie dotrzyma słowa.
    Odprowadziła go do windy, machając mu wesoło na pożegnanie, po czym wróciła do kuchni i wyjęła z szafki napoczętą butelkę szkockiej. Była zdumiona widząc, że na dnie zostało już tylko trochę alkoholu.
    Kiedy wlała resztę whisky do szklanki z kostką lodu, przypomniała sobie nagle pogrzeb Tiffany. Głupia śmierć, ale przynajmniej szybka… I łatwa, jeśli było się dostatecznie pijaną… Keshia uśmiechnęła się do siebie i jednym haustem wychyliła zawartość szklanki.
    Dzwonił telefon, lecz nie chciało jej się wstawać. To nie mógł przecież być Luke. Luke był na wycieczce… na safari… i miał wrócić pod koniec tygodnia. W piątek. Jaki dzień jest dzisiaj? Wtorek? Poniedziałek? Nie… czwartek! Hura! Jutro będzie w domu! Keshia otworzyła następną butelkę. Tym razem był to bourbon. Za Lucasa. Za jego szczęśliwy powrót.

ROZDZIAŁ 30

    – Dziecko, jesteś przeraźliwie chuda.
    – Marina znalazła lepsze określenie. „Boska wysmukłość”.
    Edward usiadł obok niej. Był to ich pierwszy wspólny lunch od ponad dwóch miesięcy. Keshia zmieniła się nie do poznania: oczy miała wpadnięte, skórę papierową, poruszała się wolno i ociężale. Jakąż straszną cenę zapłaciła! I za co? Obiecał nie dyskutować na ten temat. Tylko pod tym warunkiem zgodziła się przyjąć zaproszenie na lunch.
    – Przepraszam cię za spóźnienie – rzekł.
    – Nie szkodzi, skarbie. Czekając na ciebie strzeliłam sobie drinka.
    To też była nowość. Ale przynajmniej wyglądała nieskazitelnie. Prawdę mówiąc, o wiele bardziej elegancko niż zwykle. Futro z norek, które rzadko wyciągała z szafy, wisiało przewieszone przez oparcie krzesła.
    – Ładnie dziś wyglądasz, moja droga. Idziesz gdzieś po lunchu? – zdziwił go widch norek.
    – Otwieram nowy rozdział w mym życiu. Postanowiłam dołożyć nieco starań, aby być miłą dla bliźnich i odnowić nieco dawnych znajomości.
    – Z Whitneyem także? – przestraszył się.
    – Powiedziałam „miła”, nie „śmieszna”, Edwardzie. Wróciłam na stare śmieci i właśnie przeprowadzam wstępny rekonesans.
    Edward skosztował szampana i skinął przyzwalająco na kelnera.
    – Wobec tego witaj w domu, kochanie – rzekł, wznosząc kieliszek.
    Miał ochotę zapytać, czy na przyszłość będzie mądrzejsza, ale się nie ośmielił. Widział, że ciężko zniosła tę nauczkę. Wyglądała staro, zwłaszcza w prostej liliowej sukience i perłach swojej babki. Zerknął na jej dłoń.
    – Ładny pierścionek. Nowy?
    – Tak. Luke kupił mi go w San Francisco – spojrzała na niego wyzywająco.
    – Rozumiem. – Edward powstrzymał się od komentarza. – Jak ci idzie praca?
    – Niespecjalnie. Tak, Edwardzie, wiem, nie musisz tak marszczyć brwi. Wiem, że od dawna nie stworzyłam nic dobrego, że schudłam, wyglądam dziesięć lat starzej i siedzę w domu, bo boję się reporterów. Oboje wiemy, że przeszłam ciężkie chwile, i wiemy też dlaczego, nie musisz się więc silić na tę wstrząśniętą minę. Nie rób z siebie cnotliwego dupka.
    – Keshia!
    – Tak, Edwardzie?
    Dopiero teraz zauważył, że wypiła o wiele więcej, niż myślał. Był tym tak zdumiony, że przez chwilę wpatrywał się w nią ze zdumieniem.
    – Co się stało, kochanie? Rozmazałam sobie tusz?
    – Jesteś pijana – wyszeptał.
    – Owszem – odszepnęła z chłodnym uśmieszkiem.
    – I możesz mi wierzyć, upiję się jeszcze bardziej. Edward wyprostował się, kątem oka dostrzegając reporterkę z „Women’s Wear”.
    – Niech to licho! – westchnął.
    – I to wszystko, skarbie? Staczam się w otchłań alkoholizmu, a ty potrafisz jedynie powiedzieć: „Niech to licho”?
    – Keshia, ta kobieta przez cały czas na ciebie patrzy. Błagam, nie rób nic nie przemyślanego, bo… no, będziesz tego żałować.
    Roześmiała się głośno i cmoknęła go w policzek. Ołówek reporterki zaczął sunąć po bloczku. Edward miał wrażenie, że sytuacja gwałtownie wymyka mu się z rąk. Keshia nie chciała iść grzecznie do domu, miała ochotę zagrać wszystkim na nerwach. Była gorsza od Lianę: silniejsza, bardziej samowolna i o wiele piękniejsza. Edward zapragnął uderzyć ją w twarz, a potem rzucić na ziemię i wziąć jak swoją na dywanie w „La Grenouille”. Potrząsnął głową, oszołomiony i zgorszony własnymi myślami.
    – Keshia… – ujął ją za rękę, modląc się w duchu, aby dała się okiełznać. – Proszę cię…
    – Dobrze, Edwardzie – powiedziała cicho, prostując się w krześle. Nie chciała robić następnego skandalu. Oboje jeszcze nie doszli do siebie po poprzednim. – Przepraszam – dodała z westchnieniem.
    – Keshia, dlaczego nie chcesz, żebym ci pomógł?
    – Nie możesz mi pomóc. Nikt nie może – na rzęsach Keshii zawisły dwie łzy. – Musisz się z tym pogodzić. Jest to, co jest, co było, minęło, a co będzie… hm, na razie nie wiem jeszcze, co będzie. Może w tym właśnie sęk.
    Często zastanawiała się, czy to samo odczuwała Tiffany. Że ktoś skradł jej całą przyszłość.
    Edward był przerażony jej reakcją. Znów powiedział coś niewłaściwego. Trudno się było dogadać z tą dziewczyną. Nie mógł się jednak oprzeć, by nie zapytać:
    – Żałujesz?
    – Jeśli idzie ci o Lucasa, to nie. Nic lepszego nie spotkało mnie w ciągu minionych trzydziestu lat. Żałuję natomiast, że nie jestem w stanie pomóc jemu. Nie można zaskarżyć egzekucji prawomocnego wyroku.
    – Nie wiedziałem, że nadal jesteś tak zaangażowana w tę sprawę. Myślałem, że…
    – Źle myślałeś – ucięła ostro. – I od razu chcę cię uprzedzić, żebyś nie dostał zawału, kiedy dowiesz się o tym z gazet: niedługo jadę do San Quentin.
    – Na miłość boską, po co?
    – To chyba oczywiste: żeby go odwiedzić – odparła, nie starając się zniżyć głosu. – I nie mam zamiaru o tym dyskutować. W ogóle, Edwardzie, nasze spotkanie staje się męczące i chyba najwyższy czas się rozstać.
    Wychyliła duszkiem resztę szampana i rozejrzała się po sali dziwnym wzrokiem.
    – Źle się czujesz? – przestraszył się.
    – Nie, nic mi nie jest.
    – Wezwać ci taksówkę?
    – Tak. Prawdę mówiąc, powinnam już iść. Zaczyna mnie to nużyć. Ta dziwka z „Women’s Wear” nie spuszcza z nas wzroku, odkąd przyszliśmy, a przy tym mam wrażenie, że cała reszta też się na mnie gapi. Mam ochotę powiedzieć im, żeby się odpieprzyli.
    Edward zbladł.
    – Nie, Keshia. Nie rób tego.
    – Dlaczego nie, skarbie? Nie chciałbyś się pośmiać? Kpiła z niego z całym okrucieństwem, na jakie było ją stać.
    Dlaczego? Czy nie wiedziała, jak bardzo go to boli? Jak cierpi, widząc ją taką… Przecież jego białe koszule i nieskazitelne garnitury okrywały kogoś, kto miał serce, duszę, ciało… Łzy zapiekły go w oczy. Wstał.
    – Wychodzimy – rzekł sucho.
    Keshia wyczuła zmianę, jaka w nim zaszła.
    – Bardzo się na mnie gniewasz? – szepnęła, gdy pomagał jej włożyć futro. Speszyła się. Chciała tylko zrobić mu na złość… i zranić go. – Nie. Po prostu żal mi ciebie.
    Prowadził ją do drzwi, mocno trzymając za łokieć. Zabawa się skończyła, nie miał zamiaru zezwolić jej na następny skandal. Idąc rozdzielał lodowate uśmiechy na prawo i lewo, żeby pokryć nimi swoją irytację i pożałowania godny stan Keshii.
    Zatrzymali się w szatni.
    – Edwardzie, ja… – Keshia zaczęła płakać.
    – Nie tutaj – upomniał ją surowo. Miał już tego dość. Keshia szybko otarła łzy rękawiczką i spróbowała ułożyć usta w uśmiech.
    – Powinnaś wrócić do domu i odpocząć – rzekł Edward, wkładając kapelusz.
    – Właściwie miałam zamiar iść na zebranie komitetu, ale nie wiem, czy starczy mi sił…
    – Wątpię – uciął chłodno.
    – Dawno tam nie zaglądałam… – A po Tiffany został wakat na stanowisku czarnej owcy, w sam raz dla mnie, dodała w duchu. Oblała ją fala gorąca, potem zimna i przez moment wyobraziła sobie zachwyt reporterki „Women’s Wear” na widok Keshii Saint Martin wymiotującej w szatni.
    Edward szybko wyprowadził ją na ulicę. Świeże powietrze trochę jej pomogło.
    – Czy ty zdajesz sobie sprawę, co z siebie robisz? – rzekł gorzko Edward. – I dla kogo? Dla takiego… takiego… takiego zera! Na miłość boską, Keshia, opamiętaj się. Napisz do niego, że nie chcesz go więcej widzieć. Powiedz mu…
    – Dajesz mi wybór?
    – Co masz na myśli? – spytał ostrożnie, czując, jak zimny dreszcz spływa mu po plecach.
    – Doskonale wiesz, co mam na myśli. Każesz mi wybierać między twoją przyjaźnią a jego miłością?
    Nie, kochana, westchnął w duchu. Między moją miłością…
    – Bo jeśli to właśnie chcesz osiągnąć – podjęła – to żegnam.
    Zamachała ręką w stronę nadjeżdżającej taksówki. Samochód z piskiem opon zatrzymał się pod markizą.
    – Nie, Keshia, ja…
    – Wobec tego do zobaczenia, mój drogi – cmoknęła go w policzek i już jej nie było.
    Zabiłam go, myślała później, zabiłam go tak samo jak matkę, jak Tiffany…
    Nie, pocieszała się, jest twardy i uparty… dostatecznie uparty, by to znieść. Edward wie, czym jest lojalność. Zrozumie.
    Edward szedł powoli przed siebie. Zaglądał w twarze mijanym kobietom, w każdej z nich szukając Keshii.
    Taksówka zatrzymała się pod podanym adresem przy Piątej Alei w samą porę, by Keshia zdążyła na spotkanie. Stare kwoki na pewno już zaczęły się zbierać. Parada futer, klejnotów, wypacykowanych twarzy… Zawahała się w progu i nagle poczuła, że nie zdoła tam wejść. Wścibskie oczy w „La Grenouille” omal nie prześwidrowały jej na wylot, ale tam ciekawscy musieli trzymać się na dystans. Tu nie będzie miała takiej szansy. Naturalnie, wszystkie znajome widziały już zdjęcia w prasie i znały na pamięć każde słowo tej niechlubnej historii.
    Ruszyła do skrzyżowania, czując, jak śnieg chrzęści jej pod stopami. Miała ochotę uciec i zaszyć się w mysiej dziurze. Bezmyślnie wkroczyła znów w stare koleiny: z jednej restauracji do drugiej, z taksówki do taksówki, od jednego drinka do następnego i jeszcze jednego… Zastanawiała się, co ją, u licha, opętało.
    Padał śnieg; była w cienkich butach i bez kapelusza, ale szczelnie owinęła się futrem i wepchnęła ręce w kieszenie. Od domu dzieliło ją dwanaście przecznic, musiała jednak zaczerpnąć świeżego powietrza.
    Zanim doszła do domu, miała mokre włosy, przemoczone i skostniałe nogi, ale wytrzeźwiała i czuła się o wiele lepiej.
    Portier widząc ją wypadł w popłochu na chodnik z koślawym parasolem mimo jej zapewnień, że to niepotrzebne. Dziś już nie groziła jej bura od Totie; mogła chodzić po śniegu przez całą noc, jeśli miała ochotę. To nie było istotne. Nic się nie liczyło – oprócz Luke’a.
    Kiedy zdjęła pończochy i wsadziła nogi pod gorącą wodę, zadzwonił dzwonek. Uznała, że nie chce jej się otwierać drzwi. Dzwonek wszakże nie ustawał, w końcu więc wytarła nogi i podbiegła do drzwi.
    – Kto tam?
    – Cesar Chavez.
    – Kto?
    – Alejandro, głuptasie. Otworzyła drzwi.
    – Dobry Boże, wyglądasz jak Dziadek Mróz. Szedłeś pieszo?
    – Całą drogę – potwierdził z zadowoleniem. – Doszedłem przy tym do wniosku, że chyba jednak lubię Nowy Jork. Przynajmniej kiedy pada śnieg. Jest fantastycznie, nie sądzisz?
    Przyznała mu rację z uśmiechem.
    – Wejdź.
    – Już myślałem, że mnie nie zaprosisz. Portier dzwonił na górę, ale nie podnosiłaś słuchawki. Ponieważ wiedział, że jesteś w domu, pozwolił mi wejść. Widać uznał, że jestem uczciwy… albo bardzo zmarznięty.
    – Puszczałam wodę do wanny. – Keshia zerknęła na swoje bose stopy, które były teraz purpurowe i pulsowały, gdy wracało w nich czucie. – Też szłam dzisiaj pieszo.
    – Co się stało? Nie mogłaś złapać taksówki?
    – Nie, po prostu chciałam się przespacerować. Miałam ciężki dzień i musiałam się trochę odprężyć.
    – Co się stało? – Alejandro spochmurniał.
    – Nic wielkiego. Jadłam lunch z Edwardem w jednej z tych nieznośnie snobistycznych knajp i jak się pewnie domyślasz, nie bawiłam się najlepiej. Edward wyłaził ze skóry, żeby powstrzymać się od krytyk, reszta gości wytrzeszczała na mnie oczy, ba, przyplątała się nawet reporterka z „Women’s Wear”… słowem, dałam plamę na całej linii. Na domiar złego wybrałam się na spotkanie komitetu dobroczynnego i stchórzyłam, zanim przekroczyłam próg. Wtedy właśnie zdecydowałam się na spacer.
    – Widać był ci potrzebny.
    – Owszem. Nie mam już sił na podwójne życie, nie mówiąc o ochocie. Wolę być sobą.
    – Chcesz mi dać do zrozumienia, żebym wyszedł?
    – Nie bądź idiotą. Czy nie rozumiesz, że człowiek się tam dusi?
    – Dotąd znakomicie dawałaś sobie radę – zauważył.
    – Pod warunkiem, że co drugi dzień wymykałam się chyłkiem na randkę. Poza tym musiałam zbierać materiał do rubryki…
    – Nie musiałaś. Chciałaś – wtrącił.
    – To nie jest do końca prawda. W każdym razie już nie chcę. Nikt zresztą nie oczekuje, że włączę się do gry, więc po co mam udawać? Nie pasuję do tego środowiska. Problem w tym, że odkąd nie ma Luke’a, moje drugie życie również wydaje mi się nieco… bezcelowe. To chyba najlepsze określenie. Masz dla mnie jakieś propozycje?
    – Owszem. Zrób mi czekolady, a ja rozwiążę wszystkie twoje problemy.
    – Umowa stoi. Dolać ci do niej trochę brandy?
    – Nie, dziękuję. – Nie chciał dawać jej pretekstu do picia, a choć Keshia rzadko zaprzątała sobie głowę wynajdywaniem pretekstów, miał nadzieję, że będzie jej wstyd pić samej. Nie pomylił się.
    – Równiacha to z ciebie nie jest – powiedziała kwaśno. – Trudno, w takim razie ja też się powstrzymam. Ostatnio trochę za dużo piję.
    – Kiedy to odkryłaś? Kiedy lokalny klub anonimowych alkoholików przysłał ci abonament?
    – Nie bądź świnią.
    – A czego oczekujesz? Żebym milczał, aż skończysz na marskość wątroby?
    – To mogłoby być tres chic.
    – Keshia, tu nie ma się z czego śmiać. Zaczynasz mnie denerwować.
    Zerknęła na niego spod oka, wzruszyła ramionami i znikł w kuchni. Po paru minutach wróciła z dwoma kubkami gorącej czekolady.
    – A jak tam u ciebie? – zapytała.
    – Fatalnie, dzięki za troskę. Miałem drobny zatarg z rad nadzorczą. Przynajmniej rada uważa, że był drobny. Omal ni rzuciłem tej roboty.
    – Żartujesz! Dlaczego?
    – Jak zwykle. Alokacja środków. Tak się wkurzyłem, ż od razu wziąłem dwa dni urlopu.
    – Musieli się ucieszyć. I co zamierzasz robić przez te dwa dni?
    – Poleciałbym z tobą do Frisco odwiedzić Luke’a. Kiedy wyjeżdżasz?
    – Jezu, jak się cieszę! Słuchaj… starczy ci na bilet? – Był to już drugi lot w tym miesiącu.
    – Jasne, pod warunkiem że nie będzie to bilet pierwszej klasy. Zgodzisz się siedzieć z tylu razem z pospólstwem?
    – Myślę, że jakoś wytrzymam. Grasz w tryktraka? Mogę wziąć planszę.
    – Wolę pokera.
    – Nie ma sprawy. Naprawdę cieszę się, że jedziesz. Rozmyślałam o tym dziś rano i doszłam do wniosku, ż śmiertelnie boję się tej podróży.
    – Dlaczego? – zdumiał się.
    – Nie wiem. Sama nazwa San Quentin działa na mnie odstraszająco. Jeszcze nigdy nie byłam w takim miejscu.
    – Nie jest to co prawda wesołe miasteczko, ale też nie izba tortur. Nie ma się czego bać.
    Leciał z nią, bo Luke usilnie prosił go o to w liście. Alejandro wiedział, że przyjaciel nie byłby go tak błagał, gdyby nie miał po temu ważnych powodów. Coś musiało się dziać.
    – Słuchaj – Keshia spojrzała na niego z lekkim rozbawieniem – chyba nie jedziesz wyłącznie dlatego, żeby mni trzymać za rączkę?
    – Nie bądź egocentryczką. Tak się składa, że Luke jest także moim przyjacielem.
    Keshia zarumieniła się i spuściła głowę. Alejandro pstryknął ją lekko w nos.
    – Poza tym – ciągnął – wątpię, by trzeba było trzymać cię za rączkę. Mogliby strzelać ci nad głową z karabinów maszynowych, a ty co najwyżej poprawiłabyś klipsy, włożyła rękawiczki i maszerowała dalej, jakby nigdy nic.
    – Naprawdę jestem aż taką jędzą?
    – Nie jędzą, słonko. Osobą godną podziwu. A wracając do rzeczy, chcę przy okazji ubiegać się o pracę w tym ośrodku, o którym ci mówiłem.
    – Naprawdę aż tak ci dopiekło? – Wszystko się zmienia, pomyślała.
    – Jeszcze nie wiem. W każdym razie gra jest warta świeczki.
    – Cóż, tak czy owak cieszę się, że lecimy razem. Luke też będzie zachwycony, kiedy cię zobaczy. Co za miła niespodzianka!
    – Kiedy chcesz jechać?
    – A kiedy masz czas?
    – Praktycznie w każdej chwili.
    – Może jutro wieczorem? Luke pisał mi, że za dwa dni papiery będą już gotowe. Co ty na to?
    – Szafa gra.
    Rozsiedli się na kanapie, wspominając Lucasa i dawne czasy. Keshia po raz pierwszy od dawna czuła się szczęśliwa, a o północy udało jej się namówić Alejandra na godzinną partię kości.
    – Wiesz, z czym nie daję sobie rady? – zapytała znienacka.
    – Wiem. Z grą w kości. To widać.
    – Milczże, potworze. Mówię serio.
    – A, w takim razie racz mi wybaczyć.
    – Chodzi mi o to, że nie mogę udźwignąć ciężaru pozorów. Całe moje dotychczasowe życie wydaje mi się dziś na wskroś fałszywe. Nie mogę jawnie widywać się z Lucasem. Nie mogę okazać nikomu, co czuję. Nie mogę nawet być sobą. Muszę być szlachetnie urodzoną Keshia Saint Martin.
    – Tak się składa, że jesteś szlachetnie urodzoną Keshią Saint Martin. Nie przyszło ci to do głowy? – zapytał Alejandro, potrząsając kubkiem.
    – Już nie „tą” Keshią Saint Martin. Jestem sobą. A mimo to ciągle nie daje mi spokoju myśl, że w końcu zbzikuję i rzucę w kogoś tortem.
    – Czemu nie? Keshią parsknęła śmiechem.
    – Może kiedyś spróbuję – rozmarzyła się. – Ale to, przyjacielu, będzie szczyt wszystkiego. Tak zwany wielki finał. Wyobrażasz sobie doniesienia w magazynie „Time’a”? „Keshią Saint Martin na piątkowym przyjęciu dostała szału i obryzgała budyniem cytrynowym pięcioro innych gości. Ofiarami chwilowej niepoczytalności panny Saint Martin padły: hrabina von…” i tak dalej.
    – Czy na tych przyjęciach podają budyń cytrynowy? – zaciekawił się Alejandro.
    – Nie. Chyba będę musiała poprzestać na torcie Alaska. Zaśmiał się i wyciągnął rękę, żeby pogłaskać ją po policzku.
    – Keshią, kochanie, naprawdę musisz trochę przytyć.
    – Wiem.
    Alejandro zamknął oczy, wściekle potrząsnął kubkiem i rzucając kości obwieścił:
    – Wszystko albo nic! Keshią nachyliła się nad jego uchem i szepnęła złośliwie:
    – Chyba jednak nic, panie Vidal. Może pan otworzyć oczy i policzyć te swoje nędzne punkty.
    Zamiast pójść za jej radą, wyciągnął po omacku rękę I przygarnął ją do siebie. Była teraz oddalona od niego o włos, o jedno tchnienie.
    – Hej, co robisz, wariacie? – zachichotała, przekonana, że żartuje.
    – Jak to co? – mruknął posępnie. – Oczywiście robię z siebie idiotę. – Otworzył oczy i wykrzywił się jak klaun. Keshią naturalnie nic nie rozumiała, niczego nie widziała. Może to i lepiej.
    Wstał i przeciągnął się przed kominkiem, patrząc, jak jęzory ognia liżą suche szczapy.
    – Wiesz co, skarbie? – rzekł zwrócony do niej plecami.
    – Masz rację. Bardzo trudno jest znieść ciężar pozorów.
    – Prawda? – bąknęła, nadgryzając ciasteczko. Od wielu tygodni był to pierwszy wieczór, którego nie spędziła przy butelce.
    – Ciężar pozorów… Bardzo zgrabnie to ujęłaś.
    – Jestem ekspertem – rzuciła lekko. Nie miała już dziś ochoty na poważne rozmowy. – A propos czego to mówisz?
    – zapytała ciekawie.
    – Coś mi przyszło do głowy. Nic ważnego.

ROZDZIAŁ 31

    Lot był nudny. Wyświetlano film, który Keshia widziała już raz z Lucasem, Alejandro zaś wziął ze sobą stos fachowych magazynów i przez całą drogę czytał. Zamienili parę słów przy jedzeniu, po czym znów pogrążył się w lekturze. Uznał, że lepiej będzie zostawić Keshię w spokoju. Kiedy jednak wyciągnęła piersiówkę, zaprotestował.
    – Na twoim miejscu schowałbym to z powrotem.
    – Dlaczego? – spytała urażona.
    – Wystarczy ci to, co serwują w czasie lotu – rzekł stanowczo. Jego ton zmieszał ją bardziej niż słowa, odłożyła więc piersiówkę do torby i poprzestała na jednej szkockiej z lodem.
    – Zadowolony?
    – To twoje życie, dziewczyno, i ty powinnaś o nie dbać. Alejandro powrócił do lektury, a Keshia do swoich myśli.
    Czasami wydawał jej się dziwny. Niezależny, zaabsorbowany własnymi sprawami, zadawał sobie równocześnie tyle trudu wyłącznie dla niej. Była niemal pewna, że wybrał się w tę podróż, aby mieć ją na oku. Bała się, że przez nią może stracić pracę.
    Pokoje zamówili w „Ritzu” i Keshia poczuła dreszczyk podniecenia, gdy wynajętym samochodem jechali do hotelu.
    Za ostatnim zakrętem pokazała się nagle linia horyzontu, a na jej tle miasto: nowoczesna katedra, karmelkowo-brązowa sylwetka banku oraz jęzor mgły unoszący się znad zatoki. Keshia nagle uświadomiła sobie, jak bardzo tęskniła za San Francisco. Za Złotymi Wrotami, za Sausalito, Belvedere i Tiburonem jarzącymi się nocą niczym gaje świątecznych choinek. Jeśli zaś mgła była nazbyt gęsta, wystarczyło zamknąć oczy, wciągnąć głęboko w płuca rześką morską bryzę i wsłuchać się w buczenie syren przeciwmgielnych. Wiedziała, że Lucas też ich słucha. Alejandro przyglądał się jej ze zdziwieniem. Była podniecona, przeczesywała oczyma panoramę, jak gdyby spodziewała się wypatrzyć utracony skarb.
    – Chyba też kochasz to miasto, prawda?
    – O, tak – w głosie Keshii zabrzmiało tyle dumy, jakby sama je zbudowała.
    – Dlatego że poznałaś je dzięki Luke’owi?
    – Częściowo tak. Ale przede wszystkim ono samo jest tak bezwstydnie piękne.
    – Bezwstydnie?
    – No dobra, może źle się wyraziłam. Wiem tylko, że jestem tu szczęśliwa.
    I tak było pomimo dramatu, który właśnie tu się rozegrał. San Francisco miało klimat, jakiego nie znalazła w żadnym innym mieście. Pomyślała o Lucasie i nie mogła powstrzymać uśmiechu.
    – Wiesz, to niewiarygodne – powiedziała. – Przeleciałam trzy tysiące mil, żeby popatrzeć na niego przez godzinę.
    – Coś mi mówi, że w razie potrzeby przeleciałabyś nawet sześć tysięcy.
    – Może nawet dwanaście.
    – Dwanaście? Jesteś pewna? – droczył się z nią. Nie miała mu tego za złe. Był miłym kompanem.
    – Alejandro, ty zarazo!
    – Tak, tak. Ja też cię lubię.
    W San Francisco była pierwsza w nocy, a dla nich czwarta nad ranem, lecz wcale nie chciało im się spać.
    – Masz ochotę na drinka? – zagadnęła Keshia.
    – Nie. Na przejażdżkę.
    – To doprawdy urocze. Widzę, że Pan Bóg zesłał mi emisariusza Ligi Trzeźwości – zacisnęła usta.
    – Nie jesteś przyzwyczajona do krytyk? – zaśmiał się.
    – I tak, i nie. Na pewno nie jestem przyzwyczajona do takich ludzi jak ty. Jesteś doprawdy zadziwiający – głos Keshii złagodniał. – Chyba nikt nie zrobił dla mnie tyle co ty, nawet Edward. Opiekował się mną, ale nigdy nie byliśmy na tak dobrej stopie. Zawsze tyle ode mnie wymagał…
    – To znaczy?
    – Och… żebym przyniosła zaszczyt swojemu nazwisku i tak dalej.
    – Przynosisz mu zaszczyt.
    – Raczej nie. Chyba musiały mi się pomieszać jakieś geny i nie pasuję do wzorca.
    – Liczy się to, co masz w głowie, w duszy, w sercu.
    – Nie, miły, mylisz się. Ważne jest, u kogo bywasz, w co się ubierasz, do jakich kręgów towarzyskich należysz.
    – Chyba zwariowałaś.
    – Jeszcze nie. Ale byłam już blisko.
    Keshia spoważniała, lecz z zadumy wyrwał ją przyjazd do „Ritza”. Powitała ich wyrwana ze snu Ernestyna, odziana w zielony flanelowy szlafrok. Zmierzyła ich wzrokiem z lekką dezaprobatą, widać jednak udobruchało ją, że wynajęli osobne pokoje w przeciwległych końcach korytarza, bo spokojnie wróciła do łóżka, oni zaś zeszli znów do samochodu.
    – Nad zatokę! – rzekła władczo Keshia.
    – Służę pani, madame.
    – Dziękuję wam, dobry człowieku – zachichotała. Jechali pnącą się w górę i opadającą w dół ulicą Divisadero.
    Samochód podskakiwał jak wagonik górskiej kolejki, nieomal wyrzucając ich z foteli.
    – Może wstąpimy na tacos?
    – Widzę, że uroki krajobrazu są dla ciebie niczym w porównaniu z rozkoszami żołądka – uśmiechnęła się.
    – Tu przynajmniej można zjeść coś oprócz pizzy!
    – Czyżby Kalifornijczycy nie robili pizzy?
    – Owszem – Alejandro skrzywił się zabawnie – ale staramy się nad nimi panować. Nie tak jak w Nowym Jorku.
    Mówię ci, pewnego dnia stada zdziczałych pizz przejmą władzę nad miastem. – Zaryczał straszliwie, omal nie przyprawiając jej o atak serca.
    – Jesteś nienormalny. Boże, spójrz na ten wóz! – Przed okienkiem baru dla zmotoryzowanych stał stylowy gruchot z późnych lat pięćdziesiątych. – Wygląda, jakby zaraz miał się rozkraczyć na amen.
    – Na pewno nie. Co za ślicznotka… – rozpromienił się Alejandro. – Nigdy nie widziałaś takich wozów?
    – Owszem, w filmach. Gdybym zobaczyła coś takiego na ulicy, niechybnie pamiętałabym to do dziś. Okropność!
    – Okropność? Powinienem wyszorować ci usta szarym mydłem! To najlepszy samochód na świecie!
    – Nie chcesz chyba powiedzieć, że nim jeździłeś?
    – Podobnym. To był mój pierwszy wóz. Potem kupiłem sobie używanego volkswagena. Odtąd świat stał się szary i brzydki.
    – Jakże tragicznie to brzmi!
    – Bo to była tragedia. A ty czym zaczynałaś jeździć?
    – Nie miałam własnego samochodu. Alejandro szeroko otworzył oczy.
    – Nie? Chryste, każdy dzieciak w Kalifornii ma brykę, zanim skończy szesnaście lat! Na pewno bujasz. Założę się, że miałaś rollsa. Przyznaj się!
    – Czynię panu wiadomym, panie Vidal, że nie miałam rollsa. W czasie pobytu w Paryżu wynajmowałam rozpadającego się fiata i to wszystko. Nigdy w życiu nie posiadałam samochodu.
    – Co za wstyd! A czym jeździli twoi starzy?
    – Jak to czym? Samochodem. Wiesz, to taka machina: cztery kółka, czworo drzwi, kierownica… i mnóstwo innych części.
    – Rollsroyce!
    – Nie, bentley. Ale skoro tak ci na tym zależy, zdradzę ci pewien sekret: moja ciotka ma rollsa.
    – Nareszcie czuję się usatysfakcjonowany. Podaj te tacos. Może ty przebyłaś taki kawał drogi, żeby zobaczyć się ze swoim chłopem. Ja przyjechałem, żeby się porządnie najeść.
    Bentley, powiadasz… – Alejandro ugryzł kawałek taco i westchnął z rozkoszą.
    – Wiesz, co jest zabawne, Alejandro?
    – Wiem. Ty.
    – Nie, tego już za wiele. Wystarczy kawałek taco, a robisz się niemożliwy.
    – Ja? Bluźnisz, kobieto! – Alejandro pociągnął z butelki łyk korzennego piwa.
    – Chodzi mi o to – Keshia zniżyła głos – że stałeś mi się naprawdę potrzebny. To znaczy… bez ciebie całkiem bym się zagubiła. Tak mi miło, że jesteś przy mnie.
    Alejandro milczał, wpatrzony gdzieś w dal.
    – Wiem – rzekł w końcu. – Ja też czuję się nieswojo, kiedy nie widzę cię przez dwa dni. Lubię wiedzieć, że nic ci nie dolega.
    – Ze mną jest tak samo. Kiedy nie dzwonisz, od razu zaczynam się zamartwiać, że dostałeś nożem w metrze.
    – Wiesz, co najbardziej w tobie lubię?
    – Co takiego?
    – Twój niewzruszony optymizm. Twoją wiarę w ludzi. Nożem w metrze… paradne! Dlaczego ktoś miałby dźgać akurat mnie nożem w metrze?
    – Innych dżgają. Nie jesteś aż taki wyjątkowy.
    – Świetnie. Wspaniale. Coraz lepiej – mruczał pod nosem Alejandro, wycofując samochód z parkingu.
    Docinali sobie jeszcze przez kilka ostatnich przecznic do zatoki, lecz potem zamilkli. Rozpościerał się przed nimi płat ciemnogranatowego aksamitu, obrzeżony cekinami świateł. Wyżej, rozpięty na szczytach iglic mostu Złote Wrota, unosił się delikatny woal mgły. W oddali tęsknie zawodziła syrena.
    – Kiedyś tu wrócę – rzekł w zadumie Alejandro.
    – Tak ci się tylko zdaje. W rzeczywistości jesteś zakochany w Harlemie.
    – To ty tak myślisz. Praca w ośrodku coraz bardziej daje mi w kość. Tu ludzie tak często nie dostają bzika. Może uda mi się dostać tę posadę, o której ci mówiłem…
    – I co wtedy?
    – Zobaczymy.
    Pokiwała głową w zamyśleniu. Myśl, że mógłby wyprowadzić się z Nowego Jorku, nieco zbiła ją z tropu. Może tylko tak mówił, kiedy miał zły humor… Uznała, że bezpieczniej będzie nie drążyć tego tematu.
    – Kiedy widzę coś takiego, chciałabym, żeby czas się zatrzymał – powiedziała.
    – Wszyscy czasem tego pragniemy, dziewczyno. Byłaś tu kiedyś o świcie?
    Potrząsnęła głową.
    – Wtedy jest jeszcze piękniej – ciągnął. – To miasto jest jak kobieta. Czasami jest blada i ma sińce pod oczyma, ale potem znów nabiera urody i człowiek zakochuje się w niej od nowa.
    – Alejandro, czy jest ktoś, kogo kochasz? – Od dnia, w którym pili gorącą czekoladę w Yorkville, nie przyszło jej do głowy, żeby go zapytać. Zawsze robił wrażenie samotnika.
    – Dziwne pytanie.
    – Wcale nie takie dziwne. Masz jakąś kobietę? Choćby taką, której już nie kochasz?
    – Chyba nie. Nie wiem, Keshia. Kocham mnóstwo ludzi. Moją rodzinę, dzieci z ośrodka, ciebie, Luke’a…
    – To za dużo. Owszem, bezpieczniej jest kochać tłum ludzi, a o wiele ciężej tylko jedną osobę. Ja nigdy nie kochałam… do czasu gdy poznałam Luke’a. On wiele mnie nauczył. Nie bał się miłości jak ja… i zapewne ty. Może tu, w San Francisco, spotkasz kobietę, która… – Keshia ze zdumieniem zdała sobie sprawę, że wcale tego nie chce. Zasługiwał na najlepszą kobietę świata, ona jednak nie była jeszcze przygotowana na to, by go utracić. A wiedziała, że wtedy utraci go na zawsze.
    – O czym tak dumasz, skarbie? Uszy do góry! – Alejandro był pewien, że rozmyśla o Luke’u. – Nie martw się, jutro go zobaczysz.
    W odpowiedzi uśmiechnęła się tylko bez słowa.

ROZDZIAŁ 32

    Potężna forteca, mieszcząca więzienie San Quentin, wyłoniła się nagle zza zakrętu, zapierając jej dech w piersi. Stała za fosą – palcem zatoki wetkniętym w suchy ląd. Keshia czuła się karłem, patrząc na jej ślepe wieże koloru zjełczałej musztardy i cyklopowe mury, upstrzone z rzadka szparkami okien. Zbudowane jak średniowieczna warownia, San Quentin nie tylko przerażało, przywodziło też smutek, poczucie opuszczenia i gorzkiej samotności. Patrząc na nie z bliska, Keshia zrozumiała, dlaczego Luke tak bardzo starał się pomóc ludziom, których nazywał braćmi. Zrozumiała także, dlaczego nieraz ryzykowali życiem, byle tylko stąd uciec.
    Za wysokim ogrodzeniem z siatki, zwieńczonym kilkoma rzędami drutu kolczastego, sterczały co krok wieżyczki strażnicze, najeżone lufami karabinów maszynowych. W ich cieniu stał rząd schludnych domków z kwiatowymi rabatami przed każdym wejściem. Mieszkali tam strażnicy z rodzinami, dziećmi. Keshia wzdrygnęła się. Równie dobrze można by mieszkać na cmentarzu.
    Parking był wyboisty, pełen śmieci i zatłoczony tak, że z trudem znaleźli miejsce. Przy głównej bramie stała długa kolejka, posuwająca się w żółwim tempie. Co jakiś czas mijali ich zapłakani ludzie z chusteczkami przy oczach.
    Po dwóch i pół godzinie dotarli do głównego wejścia. Zostali pobieżnie przeszukani i skierowani do następnej bramy, gdzie ponownie musieli opróżnić kieszenie.
    Wieże strażnicze stały nad nimi w zadumie, gdy wchodzili do głównego budynku, aby zasiąść w przegrzanym, zadymionym pomieszczeniu, przypominającym dworcową poczekalnię. Nie było tu słychać śmiechów, szeptów, rozmów, tylko od czasu do czasu brzęk monet w automacie do kawy, plusk wody lub suchy trzask zapałki. Każdy zachowywał dla siebie swe obawy i niewesołe myśli.
    Keshia myślała o Luke’u. Od wejścia do budynku ani ona, ani Alejandro nie powiedzieli słowa. Nie było o czym mówić; po prostu czekali. Już dwie godziny siedzieli na ławce… a tyle czasu minęło, odkąd widziała Luke’a, dotykała go, całowała… była tulona tak, jak tylko Luke potrafił ją tulić. Pocałunek także smakuje inaczej, gdy spływa z takich wyżyn, w ogóle wszystko jest inne – i lepsze. Luke zawsze nad nią górował na tysiąc różnych sposobów. Był pierwszym mężczyzną, przed którym czuła respekt.
    W sumie czekali prawie pięć godzin, toteż kiedy w końcu głośnik wyskrzeczał jego nazwisko, Keshia miała wrażenie, że to sen.
    „Widzenie do Lucasa Johnsa… „
    Zerwała się na nogi i pobiegła do drzwi, za którymi miała się z nim spotkać. Luke już tam był. Głową sięgał prawie sufitu długiego, nagiego pomieszczenia, którego jedyną dekoracją był zegar. Uzbrojeni strażnicy przechadzali się pomiędzy długimi stołami, po których jednej stronie siedzieli więźniowie, a po drugiej ich bliscy. Tu można było przynajmniej trzymać się za ręce, pocałować się na powitanie i na pożegnanie. Cała scena jednak zdawała się nierealna. To nie mogła być prawda; Luke mieszkał z nią w Park Avenue, jadał nożem i widelcem, opowiadał dowcipy, całował ją znienacka w kark… Nie pasował tu wcale. Twarze obok niego były szare, znużone, zacięte i smutne… ale teraz on też był taki. Coś się zmieniło. Padając mu w ramiona, poczuła znajomą falę panicznego strachu. Zdawało jej się, że zstąpili do grobu. Powtarzała sobie jednak, że w jego ramionach nic jej nie grozi. Wszystko inne blakło, gdy patrzyła mu w oczy.
    Luke porwał ją i przycisnął tak mocno, że zabrakło jej tchu. Trzymał ją przez chwilę w powietrzu, łapczywie szukając ustami jej ust, potem delikatnie postawił z powrotem. Z całej jego postaci biła cicha rozpacz. Był szczuplejszy; Keshia wyczuwała kości tam, gdzie jeszcze tak niedawno były potężne mięśnie. Miał na sobie sprane dżinsy i roboczą koszulę oraz toporne buty, które wydawały się na niego za ciasne. Buty od Gucciego i resztę jego rzeczy odesłano Keshii do Nowego Jorku. Koszula była podarta prawie w strzępy, co dawało pojęcie, w jaki sposób została zdjęta z jego grzbietu. Wtedy Keshia długo płakała, ale dziś zanadto się cieszyła, że znów go widzi. Tylko Alejandro miał łzy w oczach, gdy patrzył na ich trwożne uśmiechy, pokrywające ból i dojmującą tęsknotę.
    Po chwili Luke zerknął ponad głową Keshii i wtedy go zauważył. Spojrzał na niego z tak głęboką wdzięcznością, o jaką Alejandro nie byłby go podejrzewał. Podobnie jak Keshia, on również dostrzegł zmianę, jaka zaszła w Lucasie. Miał złe przeczucia.
    Luke podprowadził Keshię do długiego stołu i usiadł naprzeciw, podczas gdy Alejandro przysunął sobie krzesło obok niej.
    Keshia uśmiechała się z rozrzewnieniem.
    – Boże, jak się cieszę… Tak bardzo za tobą tęskniłam… Luke pogłaskał ją po policzku stwardniałą od pracy ręką.
    – Kocham cię. – Keshia starannie wypowiedziała te czarodziejskie słowa. Były niczym dwa odrębne podarunki, opakowane w błyszczący papier i przewiązane kokardą.
    Oczy Luke’a zalśniły dziwnie.
    – Ja też cię kocham, dziecino. Mam do ciebie prośbę.
    – Jaką?
    – Rozpuść włosy.
    Uśmiechnęła się i szybko wyciągnęła szpilki. Niewiele mogła dla niego zrobić…
    – O, tak lepiej – przeczesał palcami jej jedwabiste włosy z miną człowieka, który zanurza ręce w bajkowym skarbcu.
    – Jak się czujesz?
    – Dobrze. Nie widać?
    – Czy ja wiem…
    Patrząc z boku, Alejandro widział o wiele więcej niż tych dwoje zaślepionych sobą kochanków, a to, co widział, napawało go smutkiem.
    – Wyglądasz bardzo ładnie, ale zeszczuplałeś – zawyrokowała Keshia.
    – I kto to mówi? Ta, co wygląda jak zagłodzony szczur! – obruszył się Lucas, jego oczy jednak zadawały kłam słowom. Wpatrywał się w nią z zachwytem, ściskając jej dłonie tak, że zdrętwiały.
    Było to dziwne spotkanie, pełne sprzecznych odczuć. Dominowało namiętne pożądanie, Keshia wszakże wyczuwała w Luke’u także jakiś dystans, zahamowanie, rezerwę. Potem coś mówił i znów miała wrażenie, że bramy jego duszy stoją przed nią otworem.
    Godzina upływała szybko i nagle się skończyła. Strażnik dał znak i Luke wstał pośpiesznie, prowadząc ją do wyjścia. W drzwiach przysługiwał mu jeszcze jeden regulaminowy pocałunek.
    – Kochanie, znów przyjadę. Najprędzej, jak to będzie możliwe. – Keshia miała zamiar zostać na tydzień w San Francisco i skorzystać z następnego dnia widzeń. Teraz jednak wszystko działo się zbyt szybko. Była zdenerwowana: miała Luke’owi jeszcze tyle do powiedzenia… ale chwila pierzchła.
    – Staruszko… – Luke patrzył na nią zachłannie – nie będziesz tu już przyjeżdżać.
    – Przenoszą cię? Potrząsnął głową.
    – Nie, ale następnym razem cię nie wpuszczą.
    – To absurd. Czyżby papiery były nie w porządku? – przeraziła się. Musiała tu przyjeżdżać. Musiała go odwiedzać. Nie mieli prawa jej tego zabronić.
    – Papiery są w porządku. Na razie. Ale od jutra skreślam cię z listy odwiedzających – mówił tak cicho, że ledwie go słyszała.
    – Oszalałeś? Dlaczego? – Chwyciła go za rękę. Nie rozumiała. Przecież nie zrobiła nic złego. Kochała go.
    – Bo to nie jest miejsce dla ciebie. Ani życie, które mogłabyś prowadzić. Patrz na siebie: chuda, rozdygotana… Zanim stąd wyjdę, będziesz wrakiem. Wracaj do swojej pracy. I przyłóż się do niej uczciwie.
    – Lucas, jak możesz mi to robić? – łzy ciurkiem płynęły jej po twarzy.
    – Muszę, dlatego że cię kocham… A teraz bądź grzeczna i idź już.
    – Wrócę. Muszę wrócić. Luke, proszę cię… Alejandro zrozumiał, dlaczego był potrzebny. Teraz Luke zerknął na niego ponad głową Keshii i nieznacznie skinął głową. Potem pochylił się, pocałował ją, uścisnął i odwrócił się w stronę strażnika.
    – Lucas! Nie! – wyciągnęła do niego ramiona, gotowa paść mu do nóg. Kiedy się odwrócił, twarz miał jak wykutą z kamienia.
    – Przestań, Keshia. Nie zapominaj, kim jesteś.
    – Bez ciebie jestem nikim – wyszeptała.
    – Mylisz się. Jesteś Keshią Saint Martin, osobą, którą zdążyłaś już lepiej poznać. Nie traktuj jej po macoszemu.
    Skinął głową do strażnika i wyszedł. Stalowe drzwi pochłonęły go z hukiem. Nawet się nie obejrzał. Nie odezwał się choćby słowem do Alejandra. Nie musiał. Tamto krótkie skinienie starczyło za słowa. Powierzył Keshię jego pieczy; chciał wiedzieć, że nie będzie sama. To było wszystko, co mógł jej dać.
    Keshia stała na środku sali oszołomiona, zdrętwiała, nieświadoma, że większość oczu zwrócona jest na nią. Dla tych, którzy słyszeli, była to rozdzierająca scena. Więźniowie wzdrygali się, a ich goście bledli na myśl, że mogło to spotkać kogokolwiek z nich. Spotkało jednak Keshię.
    – Ale… przecież… – wyjąkała bezradnie.
    – Chodź, kochanie – rzekł cicho Alejandro. – Wracajmy do domu.
    W ciągu tych kilku chwil Keshia jakby zapadła się w sobie; była przerażająco blada i bezwolna jak manekin. Alejandro pośpiesznie wyprowadził ją z budynku i wsadził do samochodu. Chciał dowieźć ją do hotelu, zanim przyjdzie atak. On sam czuł się niemal równie wstrząśnięty. Od dawna podejrzewał, że coś jest nie tak, ale nie miał pojęcia o zamysłach Lucasa. To, co zrobił Luke, było bohaterskie – i bardzo bolesne. Jemu także potrzebne były wizyty Keshii, jej obecność, wsparcie, miłość. Wiedział jednak, że w ten sposób ją zniszczy. Musiałaby czekać na niego latami, oczekiwanie skracając sobie piciem. Jeśli ktoś z jego wrogów nie zrobiłby jej krzywdy.
    – Dokąd jedziemy? – spytała apatycznie.
    – Do domu. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze – przemówił tonem, jakim rozmawia się z dzieckiem.
    – Wiesz, muszę tu przyjechać, bo Lucas wcale nie mówił poważnie… prawda, że nie? Alejandro…
    Alejandro wiedział, że Luke mówił poważnie. Nawet gdyby zmienił zdanie, formalności tym razem potrwają sześć miesięcy. Pół roku jest w stanie bardzo wiele zmienić. Ledwie pół roku temu tych dwoje się poznało…
    Keshia już nie płakała. Siedziała nieruchomo najpierw w samochodzie, potem na krześle w hotelu, zapatrzona w jakiś punkt przed sobą. Nie jadła, nie odzywała się, była jak w transie. Alejandro modlił się. by dowieźć ją do domu, zanim minie szok. Chwała Bogu, w tym na poły katatonicznym stanie istniała mniejsza szansa, że ktoś ją rozpozna.
    W samolocie Keshia na przemian to nuciła pod nosem, to znów zapadała w ciężkie milczenie. Stewardesa zerkała na nią podejrzliwie. Lot był koszmarny. Alejandro nie mógł pozbyć się wrażenia, że jest świadkiem śmierci dwojga najdroższych ludzi. Ten dzień był kroplą, która przepełniła czarę.

    – Jesteśmy w domu, skarbie. Wszystko jest w porządku.
    – Jestem brudna. Muszę się wykąpać. – Usiadła na fotelu w salonie, nie bardzo orientując się, gdzie jest.
    – Puszczę ci wodę do wanny.
    – Nie trzeba. Totie to zrobi – uśmiechnęła się do niego obojętnie.
    Potem siedziała bez ruchu w wannie, patrząc na dwa złote kurki w kształcie delfinów wystające z białej marmurowej ściany, więc w końcu umył ją delikatnie, tak samo jak mył swoje bratanice, gdy były małe. Nie dotarło do niego nawet, że dotyka kobiety, której pragnie. Keshii tam nie było, uciekła do odległego bezpiecznego świata, aby ten prawdziwy nie mógł jej dosięgnąć.
    Wytarł ją ręcznikiem, ubrał w nocną koszulę i zaprowadził do łóżka.
    – Zaśniesz teraz grzecznie?
    – Tak. Gdzie Luke? – puste oczy odszukały jego twarz. Pozornie były martwe, drżało w nich jednak coś, co w każdej chwili groziło pęknięciem.
    – Wyszedł.
    Nie była jeszcze gotowa na przyjęcie prawdy. On zresztą też nie.
    – Aha – uśmiechnęła się apatycznie, plącząc się w prześcieradłach. Pomógł jej się okryć i zgasił światło.
    – Keshia, czy chciałabyś, żeby przyszła Totie? – Wiedział, że w razie potrzeby znajdzie jej numer w notesie Keshii. Zastanawiał się, czy nie wezwać lekarza, ale przynajmniej na razie sytuacja zdawała się opanowana.
    – Nie, nie trzeba. Zaczekam na Luke’a.
    – Dobrze. Zawołaj mnie, jeśli będziesz czegoś potrzebować. Będę tuż obok.
    – Dobrze, Edwardzie.
    Ze zgrozą uzmysłowił sobie, że Keshia go nie poznaje.
    Przeleżał całą noc z otwartymi oczami, czekając na krzyk, który się nie rozległ. O szóstej rano Keshia weszła do salonu. Nie zdziwiła się, że jest w domu. Była w pełni władz umysłowych.
    – Alejandro, kocham cię jak brata, ale chcę, żebyś wracał do domu – zaczęła bez wstępów.
    – Dlaczego? – Bał się zostawiać ją samą.
    – Dlatego, że już nie musisz mnie pilnować. Obudziłam się o czwartej i w ciągu tych dwóch godzin zdążyłam wszystko przemyśleć. Teraz pozostaje mi jeszcze nauczyć się z tym żyć i równie dobrze mogę zacząć od razu. Nie możesz traktować mnie jak inwalidkę, skarbie. Masz własne życie.
    – Ale jeśli jestem ci potrzebny…
    – Nie… to znaczy nie w ten sposób. Zlituj się, Alejandro, zostaw mnie w spokoju.
    – Wyrzucasz mnie?
    – Doskonale wiesz, że nie. Musisz jednak wracać do pracy, zapomniałeś?
    – A co ty zamierzasz?
    – Nic strasznego, nie bój się. Mam za mało odwagi, żeby popełnić samobójstwo. Po prostu muszę przez jakiś czas być sama.
    – Zadzwonię do ciebie.
    – Nie chcę.
    – Wyobrażasz sobie, że będę tam spokojnie siedział, nie wiedząc, czy jeszcze żyjesz i co się z tobą dzieje? – rzekł podniesionym tonem, wkładając płaszcz. – Na wypadek gdybyś sama tego nie zauważyła, przypominam ci, że twój los nie jest mi obojętny.
    – Bo Lucas kazał ci się mną zająć?
    – Nie, wcale nie dlatego.
    – Muszę zostać sama – wyszeptała.
    – Jeżeli cię zostawię, będziesz do mnie dzwonić?
    – Tak, za jakiś czas, kiedy trochę się pozbieram. Chyba w głębi duszy przeczuwałam to od chwili, gdy wtedy w sądzie wyszedł z biblioteki. Wtedy wszystko powinno się było skończyć. Ale żadne z nas nie miało dość odwagi, żeby powiedzieć: „To koniec”. W każdym razie ja jej nie miałam. A najgorsze jest to, że nadal go kocham.
    – On także. Inaczej nie byłby zrobił tego, co zrobił wczoraj… dla twojego dobra.
    Keshia stała w milczeniu odwrócona do niego tyłem, tak że nie widział jej twarzy.
    – Cóż – powiedziała stłumionym głosem – chyba będę się musiała nauczyć z tym żyć.
    – Jeżeli będziesz miała ochotę z kimś pogadać, zadzwoń. Przybiegnę w podskokach.
    – Wiem. – Odwróciła się, na jej wargach pojawił się blady uśmiech i zniknął.
    Alejandro zgarbiony ruszył do drzwi, taszcząc swoją torbę. Teraz wiedział, jak czuł się Luke tego dnia, kiedy zabronił jej przyjeżdżać.
    – Głowa do góry – rzekł na odchodnym.
    – Ty też się nie daj.
    Kiwnął głową i zamknął za sobą drzwi.
    Keshia była pijana przez pięć tygodni bez przerwy. Sekretarkę odesłała zaraz na początku, później nawet sprzątaczka przestała przychodzić. Jedynym regularnym gościem był goniec ze sklepu monopolowego. Dzwonił dwa razy, zostawiał torbę z zamówieniem pod drzwiami i znikał.
    Alejandro trzymał się od niej z daleka. Zadzwonił dopiero wtedy, gdy gazety podały potworną wiadomość: Lucas Johns, „znany więzienny agitator”, został zakłuty nożem na dziedzińcu w San Quentin podczas jakichś zamieszek na tle rasowym. Ciało wydano siostrze, pogrzeb miał się odbyć na cmentarzu w Bakersfield.
    Odebrała telefon kompletnie pijana. Powiedział: „Zaraz tam będę” i wypadł z domu, od progu już machając na taksówkę. Bał się, że Keshia przeczyta o wszystkim przed jego przyjazdem. Kiedy jednak wszedł do holu przy Park Avenue, uspokoił się nieco. Na stoliku przy drzwiach Keshii leżał stosik nie porozcinanej i nie przeczytanej prasy. Zdumiał się, zobaczywszy jej niegdyś wypieszczone mieszkanie. Wyglądało teraz jak chlew – puste butelki, upaćkane talerze, przepełnione popielniczki… Wszędzie smród i brud. Nawet Keshia była jak nie ta sama. Otworzyła mu, zaciągając na piersiach poplamiony szlafrok. Twarz miała opuchniętą i chwiała się na nogach. Nie wiedziała jeszcze o najgorszym.
    Włożył sporo wysiłku, żeby ją otrzeźwić. Po którejś z rzędu filiżance kawy powiedział jej, najdelikatniej jak mógł. Reszty dokonały gazetowe nagłówki. Keshia przebiegła wzrokiem wytłuszczony druk, przez dłuższą chwilę zapatrzyła się w otwarte na oścież okno, po czym wreszcie spojrzała na niego. Widział, że dotarło do niej, co się stało.
    – Wiesz, kiedy on umarł, Alejandro? – wciąż miała kłopoty z artykułowaniem spółgłosek.
    – Nie, ale jeśli chcesz, mogę się dowiedzieć. Czy to ma jakieś znaczenie?
    – Tak. I ja wiem, kiedy to się stało: w sądzie podczas rozprawy. Bo to oni go zabili. Ale tamtego dnia umarł dumny, piękny, i silny. Umarł jak mężczyzna. To, co zrobili z nim potem, niech spadnie na ich głowy.
    – Chyba masz rację – łzy zapiekły go w oczy. Płakał i nad Lucasem, i nad nią; bo Keshia także była już na wpół martwa. Pijana, brudna, prześladowana przez wspomnienia i kolejny raz osierocona. Luke dawał jej dumę i siłę. Razem tworzyli niezapomniany związek, jakiego nigdy przedtem nie spotkał. A teraz jedno już nie żyło, a drugie umierało.
    Alejandro miał wrażenie, że bierze udział w koszmarnym śnie. Stracił Lucasa, powoli tracił Keshię, a teraz, gdy Luke nie żył, absolutnie nie mógł jej wyznać, że ją kocha.
    – Nie płacz, Alejandro. – Keshia wierzchem dłoni otarła mu łzy z policzka i położyła ręce na ramionach. Przez dłuższą chwilę patrzyła mu prosto w oczy, a potem lekko, delikatnie pocałowała go. – Najśmieszniejsze jest to – powiedziała – że ja też cię kocham.
    Alejandro zbaraniał. Keshia chyba czytała mu w myślach… Była pijana, może ostatecznie straciła rozum od szoku. Może to on był w szoku i tylko wyobrażał sobie pocałunek… Może oboje postradali zmysły…
    – Kocham cię – powtórzyła.
    – Ke… Keshia – wykrztusił. – Co ty mówisz?
    – Słyszałeś. Jestem w tobie zakochana.
    Patrzył na nią długo rozszerzonymi oczyma, z których nadal płynęły łzy.
    – Pokochałem cię pierwszego1 dnia, kiedy Luke przyprowadził cię do mnie – wyrzucił z siebie jednym tchem. – Ale…
    – To prawda – wpadła mu w słowo. – Przypomina to trochę bardzo nędzną książkę. I właściwie zupełnie nie wiadomo, co z tym zrobić. – Siadła obok niego na kanapie, zamykając oczy.
    – Ja też nie potrafię sobie z tym poradzić – przyznał.
    – Więc może na razie dalibyśmy sobie spokój?
    – Żebyś mogła szybciej zapić się na śmierć? – spytał gorzko. Pokazała mu z dala wszystko, o czym marzył, lecz wolała to zniszczyć, niż mu ofiarować. Co za potworny żart.
    – Nie. Muszę to i owo przemyśleć.
    – Bez alkoholu?
    – Pilnuj swojego nosa!
    – Wobec tego odwal się ode mnie, koleżanko. Odpieprz się! – krzyknął, zrywając się na nogi. – Nie mam zamiaru przyglądać się bezczynnie, jak staczasz się do rynsztoka i zdychasz!
    Potrząsał nią tak gwałtownie, że zrobiło jej się niedobrze.
    – Przestań! – zaprotestowała. – Zostaw mnie!
    – Kocham cię! Czy tego nie rozumiesz?
    – Nie. Nic już nie rozumiem. Ja też cię kocham, i co z tego? Wystarczy, że zdążymy się do siebie przywiązać, a wszystko z powrotem się zawali. Komu to potrzebne, do cholery?
    – Mnie. Ja cię potrzebuję.
    – Dobrze, skarbie, dobrze… a teraz zrób mi łaskę i zostaw mnie w spokoju, dobrze? – głos Keshii zadrżał.
    – W porządku. Jak chcesz.
    Drzwi zamknęły się za nim z cichym trzaskiem. Keshia uderzyła pięścią w okno z taką siłą, że rozległ się brzęk tłuczonego szkła.
    – Zostawcie mnie w spokoju! – krzyknęła. – Chcę umrzeć!

ROZDZIAŁ 33

    Pod koniec tygodnia Edward i Alejandro zobaczyli to samo zdjęcie w gazecie – Alejandro ze zdumieniem, Edward tylko z przykrością, bo był na to przygotowany. „Women’s Wear” również je zamieściło. Keshia Saint Martin wsiada na pokład samolotu do Genewy „aby odpocząć po trudach sezonu towarzyskiego”. Miało się wrażenie, że prasa już zapomniała o jej związku z Lucasem. Jakże nietrwała jest ludzka pamięć!
    W swoim obskurnym biurze Alejandro długo patrzył na czarny kapelusz Keshii nasunięty nisko na oczy, na słowo „Genewa”. Co teraz? Kiedy ją znów zobaczy? Ledwie kilka dni temu ją całował… a teraz wyjechała. Czuł się tak, jakby siedział przybity gwoździami do krzesła w walącym się budynku. Całe jego życie ułożyło się na opak. Pracę miał podłą, nienawidził miasta, w którym mieszkał, jego najlepszy przyjaciel nie żył, a teraz na domiar złego zakochał się w dziewczynie, której nie mógł mieć. Nawet gdyby Luke w zaświatach sobie tego życzył… Alejandro żywił poważne podejrzenia, iż tak właśnie jest. Nie darmo bez przerwy powtarzał, że to Alejandro ma się zaopiekować Keshią. I Alejandro bardzo chciał jej pomóc, lecz nawet to nie było mu dane. To szaleństwo, pomyślał. Będzie musiał wreszcie zrobić coś ze swoim życiem. Jakby na przekór tym stanowczym intencjom wciąż siedział bez ruchu, spoglądając nienawistnie na słowo „Genewa”.
    Jeden z jego podopiecznych wsadził głowę w drzwi.
    – Jakiś gość do ciebie, Alejandro.
    – Kto?
    – Zdaje się, że kurator Periniego.
    – Powiedz mu, żeby się wypchał.
    – Naprawdę? – ucieszył się chłopak.
    – Czekaj, wariacie, nie. Daj mi pięć minut, a potem go tu przyślij.
    – Co ja mam z nim robić przez pięć minut?
    – Nie wiem, do cholery, rób, co chcesz. Możesz go skopać, spuścić ze schodów, względnie przelecieć albo w ostateczności zrób mu kawy. Co mnie to wszystko obchodzi! – Alejandro zmiął gazetę i z wściekłością wrzucił ją do kosza.
    – Dobra, stary, spokojnie, co się tak wkurzasz? – Chłopak jeszcze nigdy nie widział go w takim humorze. Było to przerażające.

    Hotel w Villarssur-O’Hon w pełni odpowiadał oczekiwaniom Keshii. Położone wysoko w górach miasteczko miało kilkanaście szkół i poza nielicznymi rodzicami, którzy przyjechali w odwiedziny, nie było tu praktycznie wczasowiczów. Zatrzymała się w wielkim, prawie pustym hotelu, gdzie piła herbatę w towarzystwie siedmiu leciwych dam, słuchając przy tym skrzypiec lub wiolonczeli. Chodziła na długie spacery, wypijała ogromne ilości gorącej czekolady, wcześnie kładła się spać i dużo czytała. Tylko Simpson i Edward wiedzieli, gdzie jest, obu zaś poprosiła, by dali jej spokój. Nie zamierzała pisać aż do odwołania i nawet Edward podporządkował się jej życzeniom. Co tydzień przysyłał jej zwięzły raport finansowy, nie oczekując odpowiedzi, i żadnej też nie otrzymał. Nim Keshia poczuła, że ma dość sił, by wyjechać, minęła połowa kwietnia.
    Udała się pociągiem do Mediolanu, gdzie zatrzymała się na noc, a nazajutrz pojechała dalej, do Florencji. Zwiedzała muzea w gronie wczesnowiosennych turystów, wstępowała do sklepów, chodziła na spacery brzegiem Arno i starała się nie myśleć. W maju przeniosła się do Rzymu i tam było dużo łatwiej. Słońce grzało, ludzie śmiali się, grali uliczni muzykanci, spotkała nawet kilku znajomych. Zjadła z nimi kolację i odkryła, że nie ma już ochoty rzucać się i krzyczeć. Powoli wracała do zdrowia.
    Z początkiem czerwca wynajęła samochód i pojechała na północ, do Umbrii i Spoleto, gdzie z końcem lata odbywał się festiwal muzyczny. Potem znów przez Alpy wróciła do Francji.
    Chodziła na tańce w St. Tropez, grała w ruletkę w Monte Carlo, jeden weekend spędziła na jachcie swoich przyjaciół u wybrzeży St. Jean-Cap Ferrat, a następnie pojechała do Cannes, gdzie kupiła sobie nowy zestaw walizek. Wracając na północ przez Prowansję, znów zaczęła pisać. Spędziła trzy tygodnie w maleńkim hoteliku, gdzie przyrządzano wyśmienity pasztet – lepszy od wszystkich, jakie w życiu jadła.
    Tam znalazła ją książka Lucasa. Simpson po przezwyciężeniu wielu wewnętrznych oporów wysłał jej egzemplarz wraz z kompletem recenzji prasowych. Niczego nie podejrzewając, Keshia otworzyła paczkę pewnego słonecznego ranka, stojąc boso w nocnej koszuli na ciasnym balkonie swojego pokoju. Potem prawie godzinę siedziała po turecku na tym bocianim gnieździe nad fałdzistymi polami, trzymając książkę na kolanach i czubkami palców głaszcząc jej grzbiet. Okładka była dobrze skomponowana, a z tyłu wydawca umieścił zdjęcie Luke’a, to samo, które stało u niej na biurku. Zostało wykonane w Chicago, zanim się poznali. Luke miał na sobie biały golf, przerzucony przez ramię prochowiec i włosy rozwiane na wietrze. Nieco sarkastycznie unosił jedną brew, leciuteńko uśmiechając się do aparatu. Wydarła mu tę fotografię od razu, gdy tylko ją zobaczyła.
    – Po co ci ona? – spytał wtedy.
    – Wyglądasz na niej tak seksownie.
    – Jezu! Mam nadzieję, że czytelnicy będą innego zdania.
    – Dlaczego? – podniosła na niego zdumiony wzrok, co widząc, nachylił się i pocałował ją.
    – Ponieważ powinienem wyglądać inteligentnie, a nie seksownie.
    – Jedno drugiemu nie przeszkadza. Mogę sobie wziąć to zdjęcie?
    Speszony machnął ręką i pobiegł odebrać telefon. Keshia oprawiła fotografię w srebrną ramkę i odtąd trzymała ją na biurku. Cieszyła się, że właśnie to zdjęcie zdobi okładkę. To był prawdziwy Luke; takim powinni go zapamiętać ludzie.
    Podniosła zmącony łzami wzrok. Nie widziała jednak zalanych słońcem pól; patrzyła w przeszłość.
    – A więc jesteś, kochanie – powiedziała uśmiechając się przez łzy i otarła je rąbkiem nocnej koszuli. Nieomal widziała przed sobą jego twarz; nosiła ją wszędzie, ukryła w czułym, ciepłym zakątku serca. Teraz potrafiła się do niego uśmiechać. Teraz Luke należał do niej już na zawsze. W Nowym Jorku, w Szwajcarii, we Francji. Stał się częścią niej samej; jedną z ważniejszych części.
    Spojrzała w dal, opierając się plecami o krzesło. Jakiś głos mówił jej, żeby otwarła książkę, lecz wciąż się bała. I nagle, gdy patrzyła na jego twarz tak żywą, jak gdyby zaraz miał ruszyć dalej tą bezimienną ulicą Chicago, wydało jej się, że Luke marszczy brwi i sarka niecierpliwie: „No, staruszko, otwórz, do cholery!”
    Zrobiła to ostrożnie, wstrzymując oddech. Luke nigdy jej o tym nie mówił, lecz czuła, że tę książkę jej zadedykował.
    Rozpłakała się – nie z żalu, lecz z czułości, wdzięczności, miłości. Luke podarował jej skarb, nie smutek. Sam nie znosił smutku; miał w sobie zbyt wiele życia, by słuchać choćby najlżejszych podszeptów śmierci. Smutek zaś jest wysłannikiem śmierci.

    ”Keshii, która jest przy mnie, gdziekolwiek zmierzam. Mojej partnerce, pocieszycielce, przyjaciółce. Dzielna dziewczyno, jesteś promieniem światła w krainie, której długo szukałem i w której teraz jest nasz wspólny dom. Chciałbym, żebyś była dumna z tej książki, albowiem jest to najcenniejszy dar, jaki mogę ci ofiarować wraz z podziękowaniami i wyrazami miłości.
    L. J. „

    ”W krainie, w której teraz jest nasz wspólny dom… „ To była prawda. Kończył się sierpień i Keshia miała jeszcze przed sobą ostatni test: Marbellę i Hilary.

    – Kochanie, jak ty bosko wyglądasz! Zdrowa, opalona… Gdzie się podziewałaś?
    – Tu i tam – zaśmiała się Keshia, odgarniając włosy z czoła. Były teraz dłuższe, a twarz okrągłej sza, już nie tak wyostrzona. Pod oczami miała drobne zmarszczki, zapewne od słońca, ale wyglądała dobrze. Bardzo dobrze.
    – Jak długo się zatrzymasz? Nawet nie zatelegrafowałaś, żeby mnie uprzedzić, niegrzeczne dziecko!
    A zatem znów była w starym, znajomym świecie. Kochana Hilary! Tylko ona mogła ją nazwać niegrzecznym dzieckiem. W sumie czemu nie? Trzydzieste urodziny Keshii minęły w lipcu jak sen.
    – Wpadłam na kilka dni, ciociu. Oczywiście jeśli znajdzie się dla mnie miejsce.
    – Dlaczego tak krótko? Naturalnie, że jest miejsce, głuptasku. – Hilary mogłaby pomieścić jeszcze co najmniej tuzin innych gości, nie licząc ich służby. – Stanowczo powinnaś zostać co najmniej na miesiąc.
    – Muszę wracać. – Keshia wzięła od lokaja szklankę mrożonej herbaty. Stały przy korcie tenisowym, na którym rozgrywano mecz.
    – Wracać? Do czego? Nie uważasz, że Jonathan stanowczo poprawił serw?
    – Niewątpliwie.
    – Oczywiście, ależ jestem głupia. Przecież ty go nie znasz. Czarujący młody człowiek.
    Keshia uśmiechnęła się pod nosem. Jonathan wyglądał jak dokładna kopia Whitneya.
    – A zatem do czego ci tak spieszno? – Hilary podniosła do ust kieliszek schłodzonego martini.
    – Do Nowego Jorku.
    – O tej porze roku? Kochanie, chyba oszalałaś!
    – Możliwe, ale nie było mnie prawie pięć miesięcy.
    – Zatem następny miesiąc nie zrobi wielkiej różnicy.
    – Muszę wziąć się do pracy.
    – Jakiej znów pracy? W dobroczynności? Ależ, dziecko, w mieście nikogo nie ma o tej porze roku! – Hilary spojrzała na nią zmieszana. – O czym ty mówisz?
    – Ja pracuję, ciociu. Piszę.
    – Piszesz? – zdumiała się Hilary. – Na Boga, po co? Keshia stłumiła śmiech. Biedna ciocia Hil!
    – Głównie dlatego, że sprawia mi to przyjemność. Nawet dużą.
    – Nowe hobby?
    – Nie takie nowe.
    – A czy ty w ogóle potrafisz pisać? To znaczy, chciałam powiedzieć: przyzwoicie?
    Tym razem Keshia nie zdołała już powstrzymać śmiechu.
    – Nie wiem, ciociu. W każdym razie się staram. Swego czasu prowadziłam rubrykę Martina Hallama, ale to nie było najlepsze z moich dzieł – uśmiechnęła się łobuzersko.
    Hilary szeroko otworzyła usta.
    – Co? To chyba jakiś żart… Na Boga, Keshia, jak mogłaś!
    – Bawiło mnie to. Kiedy przestało bawić, zrezygnowałam. Nie patrz tak na mnie, ciociu. Przysięgam, że nigdy cię nie oplotkowałam.
    – Tak, ale… No wiesz, Keshia, naprawdę mnie zadziwiasz. – Hilary sięgnęła po następne martini i wytrzeszczyła oczy na swoją siostrzenicę. Ta dziewczyna zawsze była dziwna. – W każdym razie – dodała, powoli otrząsając się z szoku – nie masz po co wracać teraz do miasta. Zresztą ta rubryka już się nie ukazuje.
    – Wiem, ale zamierzam omówić kontrakt na książkę.
    – Z plotkami? – Hilary zbladła.
    – Nie, naturalnie, że nie. Polityczną. Nie będę cif zanudzać szczegółami.
    – Rozumiem. Skarbie, rozgość się, na jak długo zechcesz, tylko błagam: nie oplotkowuj moich gości. – Hilary zachichotała, uświadamiając sobie, że teraz i ona zyskała materiał do bardzo intrygujących ploteczek. „Czy wiesz, kochana, ten Martin Hallam to moja siostrzenica… „
    – Nie martw się, ciociu. Już się tym nie zajmuję.
    – Właściwie szkoda… – westchnęła Hilary, łagodząc cios trzecim martini. Keshia poprzestała na mrożonej herbacie. – Widziałaś się już z Edwardem?
    – Nie. Jest tutaj?
    – Nie wiedziałaś?
    – Nie.
    – Można powiedzieć, że na długo zboczyłaś z ubitego traktu, prawda? Gdzie właściwie byłaś? – Hilary w skupieniu obserwowała serw Jonathana.
    – W Etiopii. Tanzanii. W dżungli. W niebie i piekle, czyli właściwie wszędzie.
    – To cudownie, kochanie. Spotkałaś kogoś znajomego?
    – nie czekając na odpowiedź Hilary dodała: – Chodź, skarbie. Przedstawię ci Jonathana.
    Zanim jednak zdołała przeprowadzić swój zamiar, zjawił się Edward. Przywitał Keshię ciepło, lecz z rezerwą.
    – Nie przypuszczałem, że cię tu spotkam! – rzekł, uświadamiając sobie, że jest to dziwne powitanie po tak długiej przerwie.
    – Ja też nie – zaśmiała się Keshia i uścisnęła go jak za dawnych lat.
    – Powiedz szczerze: jak się masz?
    – A jak wyglądam?
    – Tak jak zawsze pragnąłem. Zdrowa, opalona, wypoczęta… – I trzeźwa, dodał w duchu. Co za ulga!
    – Tak też się czuję. Minęło sporo czasu.
    – Wiem. – Wiedział też, że nigdy nie pozna do końca jej historii, mimo że Keshia oaaal. nie przypłaciła jej życiem.
    – Zatrzymasz się tu, mamy mam nadzieję?
    – Tylko na kilka dni. Simpson załatwia mi kontrakt na książkę.
    – To cudownie!
    – Też tak uważam – uśmiechnęła się, ujmując go pod rękę.
    – Chodź – rzekł podekscytowany, biorąc z tacy dwie szklanki z mrożoną herbatą. – Usiądziemy pod drzewem i opowiesz mi o tej nowej książce.
    W ciągu minionych miesięcy tęsknił za nią jak potępieniec, ale miał również czas, by wszystko przemyśleć. Pogodził się ze swoją rolą w życiu Keshii i jej rolą w swoim i w końcu osiągnął spokój. Wiele zrozumiał. Pośpieszne pociągi życia go omijały; on – ostatni dżentelmen – pozostawał samotnie na peronie.

    Po raz pierwszy w życiu Keshii żal było wyjeżdżać z Marbelli. Ona także okiełznała upiory przeszłości, pogodziła się ze stratą Luke’a i wreszcie uwolniła się od ducha swojej zmarłej matki. Teraz mogła wracać do domu.
    W samolocie przypomniała sobie coś, co dawno temu powiedział do niej Alejandro: „Twoja przeszłość jest częścią ciebie. Nie możesz się jej wyprzeć”. Teraz nie musiała się już jej wypierać, nie musiała też dalej żyć pod jej pręgierzem. Nikt i nic nie mogło rościć sobie do niej praw. Pokonała strach. Była wolna.
    Nowy Jork tętnił gwarem i nieznośnym upałem. Hilary nie miała racji. Nawet w sierpniu nie było tu pusto. Ludzie, którzy się liczyli, wyjechali, ale byli przecież wszyscy inni. Miasto żyło.
    Na lotnisku nie było fotoreporterów, dziennikarzy – nikogo. Był piątkowy wieczór i Keshię czekało sporo pracy. Musiała się rozpakować, wykąpać, umyć głowę, a nazajutrz wczesnym rankiem wsiąść do metra i jechać do Harlemu. To było najważniejsze. Planowana książka nie była jedynym powodem, który ściągnął ją z Hiszpanii. Drugim był Alejandro. Planowała to od dłuższego czasu i wreszcie była gotowa. Dla niego. Dla siebie także. Alejandro był częścią jej przeszłości, której nie zamierzała się wyprzeć. Przechowała ją starannie na przyszłość.

Danielle Steel


***

Top.Mail.Ru