Скачать fb2
Żona Mossa

Żona Mossa

Аннотация

    Billie Ames i jej matka mieszkają na przedmieściu Filadelfii, utrzymując się ze skromnych dochodów. Agnes Ames marzy o lepszym życiu dla córki i robi wszystko, by wydać ją za Mossa Colemana, syna teksańskiego milionera. Marzenie się spełnia, choć Moss żeni się z Billie nie z miłości. Nowożeńcy przenoszą się do Teksasu, lecz nowe, dostatnie życie zaskakuje zupełnie niespodziewanym biegiem…


Fern Michaels Żona Mossa

    Saga Teksasu Tom 1
    Seasons Of Her Life
    Przekład Ewa Spirydowicz
    Alfredowi P. Andersonowi, mężowi i ojcu
    Wyślizgnąłem się z objęć ziemi…
    wyciągnąłem rękę i dotknąłem
    twarzy Boga
    John G. Magee Jr.

Rozdział pierwszy

    Łagodne podmuchy majowego wietrzyka kołysały zasłonkami w oknach. Nie były one co prawda z organdyny, ale za to ręcznie dziergane z jedwabnych nici. Pokój wypełniał świergot ptaków i zapach wiosny. Billy Ames z rozkoszą wdychała świeże powietrze. Ze wszystkich pór roku tę właśnie lubiła najbardziej. Tym razem przyszło na nią długo czekać. Za trzydzieści siedem dni Billie ukończy szkołę średnią. Będzie dorosła. Pochyliła się, żeby zawiązać buciki. Niecierpliwie odgarnęła z czoła niesforny kosmyk popielatoblond włosów i z niesmakiem spojrzała na nogi. Kolorowe sznurowadła i białe skarpetki. Ładna mi dorosłość! Zamiast nylonów i pantofli na wysokich obcasach nosi te pozostałości dzieciństwa. W Europie trwa jednak ciągle wojna, a po ataku na Pearl Harbor w grudniu zeszłego roku Billie zaczęła się obawiać, że jedwabne pończochy podzielą los dinozaurów: po prostu wyginą. Co prawda specjalnie się tym nie martwiła, bo i tak nie było jej stać na tak luksusowe towary. Niektóre kobiety pokrywały nogi podkładem i malowały szwy. Były to jednak, według słów matki – poganki i filistynki. A Agnes Ames na ogół miewała rację.
    Billie wróciła myślami do problemów szkolnych. Kiedy odbierze świadectwo z rąk dyrektora, rozpocznie się jej ostatnie beztroskie lato przed wyjazdem do college’u Penn State. Jako główny przedmiot wybrała angielski, bo musiała się na coś zdecydować, sama jednak myśl o tym budziła w niej niechęć. Billie marzyła o nauce w dobrej szkole wzornictwa. Niestety, zdaniem Agnes byłoby to wysoce niestosowne. Najlepsze szkoły tego typu są w Nowym Jorku, a nie jest to miasto, w którym młode dziewczęta powinny mieszkać same. W każdym razie przyzwoite młode dziewczęta. Później, po uzyskaniu dyplomu, Billie może się bawić w takie rzeczy.
    Dziewczyna podejrzewała jednak, że prawdziwym powodem sprzeciwu matki jest astronomiczne wręcz czesne. Nie miała pojęcia, jak przedstawia się ich sytuacja materialna. Czy są zamożne, czy też z trudem wiążą koniec z końcem? Agnes uważała, że takie sprawy nie obchodzą młodych dziewcząt. Billie miała się uczyć, spotykać z odpowiednimi młodzieńcami i ładnie ubierać. Na końcu wygłaszanej tyrady Agnes nigdy nie omieszkała dodać: „Potem wyjdziesz za młodego człowieka z dobrej rodziny i nie będziesz się martwiła o przyszłość. Pamiętaj jednak, że każdy mężczyzna oczekuje towaru w pierwszym gatunku. Dziewictwo jest twoim największym skarbem. Strzeż go!” Zazwyczaj kiedy Agnes prawiła tego rodzaju kazania, Billie chichotała nieprzytomnie.
    Dziewczyna z westchnieniem zapięła własnoręcznie zrobiony sweterek. Ponownie zachwycił ją głęboki lawendowy kolor i perłowe guziczki. Starannie wygładziła spódniczkę. Zamiast ją podszyć, obszyła skraj lamówką. Na razie ona jedna w całej szkole nosiła taką spódnicę. Za tydzień co najmniej dwadzieścia dziewcząt przyjdzie w podobnym stroju. Billie Ames pochlebiała pozycja dyktatorki szkolnej mody.
    Dziewictwo. Agnes przywiązywała do niego wielką wagę. Aż do nocy poślubnej należy zwalczać pokusy.
    Billie westchnęła ponownie, tym razem głębiej i smętniej. Problem pokusy dla niej nie istniał. Nie miała i nie chciała mieć chłopaka na stałe. Chłopcy, których znała, z całą pewnością nie zasłużyli na jej dziewictwo. Nosili niechlujne ubrania, mieli pryszcze i jeździli na zdezelowanych, poobijanych rowerach. Za każdym razem gdy zabierali ją na przejażdżkę, spadał im łańcuch. Nie mieli w sobie za grosz romantyzmu! Poza tym nie obchodziło ich nic poza wojną. Nie mogli się doczekać dnia, w którym ukończą szkołę i wstąpią do wojska, żeby wszystkim udowodnić, jacy z nich dzielni mężczyźni. Dziewczęta musiały ustąpić pierwszeństwa armiom niemieckiej i japońskiej.
    Duszę się, pomyślała. Chciałaby podróżować, zwiedzać, działać. Tymczasem Agnes ograniczała jej nawet wyjścia do miasta, odkąd w Filadelfii stacjonowała marynarka wojenna. Myśl o młodych mężczyznach w mundurach wywołała uśmiech na twarzy Billie. Marynarze nosili najpiękniejsze mundury, zwłaszcza teraz, na wiosnę. Byli męscy i pociągający, jak Tyrone Power czy Errol Flynn. Gdyby tak mogła wkroczyć na bal absolwentów wsparta na ramieniu ogorzałego oficera! Bal absolwentów to kolejny problem. Nie miała z kim iść. Miała w czym, ale nie z kim. Wiedziała, że Agnes ogarnia niepokój. Jednak taki bal to wyjątkowy wieczór i Billie chciała go spędzić z kimś wyjątkowym. Choć zapraszało ją wielu chłopców, odmówiła wszystkim. Nawet ona, niepoprawna romantyczka, nie wierzyła, że królewicz odnajdzie drogę na Elm Street i zabierze ją na bal… Ale na pewno trafi się ktoś nietypowy. W najgorszym razie pójdzie z Timem Kellym. Z niepoprawnym Timem, który na parkiecie zrobi z jej stóp siekaną wątróbkę. Jako kapitan drużyny koszykarskiej, stanowił jednak odpowiednie towarzystwo. Westchnęła po raz kolejny. Być jedną z najładniejszych i najbardziej lubianych dziewcząt w szkole nie oznaczało wcale powodzenia w miłości.
    Zerknęła na zegarek i stwierdziła, że musi się spieszyć. Uwielbiała sobotnie popołudnia i seanse w Loews Theatre. Dzięki nim zapominała o lekcjach muzyki i szyciu. Sobotnie popołudnia to spacer do miasta z dwiema przyjaciółkami i spotkanie z chłopcami na rogu. Nie dzielili się na pary, ale dwójkami przechadzali się zacienionymi uliczkami. Byli przyjaciółmi, jednak na jesieni wszyscy pójdą swoimi drogami. Billie nie będzie za nimi tęsknić. Wyjeżdża do nowej szkoły. Pozna nowych ludzi, nowych przyjaciół. Takich, którzy nie muszą odpowiadać wyobrażeniom Agnes, którzy – być może – wcale nie będą „odpowiedni”.
    Zamknęła wieczko pozytywki, gwiazdkowego prezentu od ojca. Dostała ją, kiedy miała cztery lata. Na chwilę zatrzymała na niej wzrok. Nie zabierze jej do college’u, podobnie jak zdjęcia uśmiechniętych rodziców, zrobionego w ostatni dzień ich miodowego miesiąca. Ogarnęły ją wyrzuty sumienia. Ojciec umarł, zanim ona i Agnes wprowadziły się do domu babci na Elm Street. Jednego dnia był z nimi, a następnego już nie. Nie odczuwała jego braku, a jednak często miała wrażenie, że jest czegoś pozbawiona. W jej domu było inaczej niż w domach koleżanek, gdzie ojcowie czytali gazety w niedzielne popołudnia i uczyli córki prowadzić samochód. Nie chciała, żeby Agnes wiedziała, iż nie zabiera ze sobą zdjęcia i pozytywki. W najgorszym wypadku ukryje je w kufrze na strychu. Billie od razu poczuła się lepiej. Jest dobrym dzieckiem, posłuszną córką, i nadal dziewicą, czego nie można powiedzieć o niektórych dziewczynach w szkole. Jak głosiła plotka, Cissy poszła na całość z pewnym kapralem.
    Billie przeczesała grzebieniem gęste blond włosy, wpięła dwie spinki w kształcie serduszek i zamknęła drzwi biało-różowej sypialni.
    – Wychodzę, mamo! – krzyknęła do Agnes ze schodów. Czekała. Niektórzy wchodzą do pokoju normalnie, inni pojawiają się jak aktorzy na scenie. Tak właśnie robiła Agnes Ames. Nagle stawała w pustych drzwiach. Billie zawsze to zaskakiwało.
    Cotygodniową litanię odpowiedzi na nie zadane jeszcze pytania matki wygłosiła głosem odrobinę głośniejszym (według Agnes damy nigdy nie krzyczą):
    – Może po filmie pójdziemy na lemoniadę wiśniową, wtedy wrócę o piątej. Jeśli zdecydujemy się na hamburgery, będę o wpół do szóstej. Chłopcy na pewno zechcą obejrzeć kronikę po raz drugi, w takim wypadku wrócę najpóźniej o szóstej. Wzięłam torebkę. Mam dość pieniędzy, żeby zapłacić za siebie, i drobne na telefon. Mam na sobie najlepszą bieliznę. Nie perfumowałam się za uszami, tylko na przegubach. Wyczyściłam buciki i wzięłam czyste sznurowadła.
    Billie czekała na werdykt z uśmiechem na ustach. Nic nie mogło się ukryć przed spojrzeniem ciemnych oczu Agnes. Tylko lata doświadczenia pozwoliły Billie zauważyć niewidzialny błysk aprobaty. Zdała egzamin.
    – Co będziesz robić po południu, mamo?
    – Dziś sobota, muszę posprzątać frontowe sypialnie. To najlepsza pora, bo obie lokatorki pracują. Panna Carpenter wzięła dodatkową zmianę. Na pewno dostaje królewską pensję. – Chyba czas podnieść jej czynsz, dodała w myślach. Co najmniej o dolara za tydzień. Albo może zaproponować śniadania i zażądać o trzy dolary więcej… Boże, jakże nienawidziła liczyć się z każdym groszem! – Panna Addison wyjechała na weekend. Czy zapłaciła ci za obrębianie spódnicy?
    – Tak, mamo. I zostawiła następną.
    – To dobrze. Nie damy się wykorzystać, prawda, Billie? Nadal nie mogę się pogodzić z tym, że przyjęłam obcych pod swój dach. Oczywiście nie miałam innego wyjścia. Jestem taką samą patriotką jak inni, a ponieważ brakuje wolnych mieszkań w Filadelfii, nie mogłam postąpić inaczej.
    – Obie są bardzo miłe – stwierdziła Billie. – Nie hałasują i nie bałaganią w łazience. – Miała nadzieję, że matka nie żałuje podjętej decyzji. Teraz przynajmniej miały więcej pieniędzy.
    Agnes Ames była wysoka i szczupła. Dzięki talentowi do szycia zawsze wyglądała jakby nosiła ubrania z najlepszych firm. Tego dnia miała na sobie beżową sukienkę z czekoladowobrązowym paskiem. Perły po babce zawsze ozdabiały jej długą, arystokratyczną szyję. Na widok Agnes Ames na usta cisnęło się słowo: „surowa”. Z jej oczu nigdy nie znikał wyraz wyrachowania. Miała ładną, jasną cerę, używała tylko pudru i kremu Pond’sa. Agnes nie uznawała różu – to dobre dla ulicznic i prostaczek. Wolała co jakiś czas szczypać się w policzki. Sama dbała o włosy, tyleż z konieczności, co z oszczędności. Mistrzowsko posługiwała się płynem do trwałej i metalowymi wałkami. Jej wizerunku dopełniały małe klipsy ze sztucznych pereł.
    Włożyła fartuch.
    – Tak, są spokojne i schludne, to prawda. Pamiętaj jednak, Billie, że długo i starannie szukałam odpowiednich sublokatorek. – Po chwili wróciła do planów córki na to popołudnie: – Wszyscy idziecie do kina?
    – Tak, Carl, Joey, Chester, Tim, Barbara, Bemice, Dotty i ja.
    Agnes bezgłośnie powtórzyła imiona. Daleko im do starych filadelfijskich rodzin, ale nie można wymagać zbyt wiele. Rodzice żadnego z przyjaciół córki nie mogli się poszczycić starymi pieniędzmi, ale wielu posiadało fortuny, najczęściej majątki zbite podczas wojny. Nowe pieniądze są niebezpieczne, agresywne, zaborcze; przecież trzeba było je zarobić. Stare fortuny są bezpieczniejsze.
    – Baw się dobrze, Billie. Poczekam na ciebie z kolacją. Przygotuję coś lekkiego, może sałatę z ogródka. I mamy jeszcze cztery jajka. – Agnes skrzywiła się na myśl o racjonowaniu żywności i uprawie warzyw. Według Billie, wysiłki matki wkładane w utrzymanie ogródka wynikały nie tyle z pobudek patriotycznych, ile z chęci, aby być taką jak inni, a nawet lepszą.
    – Dobrze, mamo. Nie pracuj za dużo. Może powinnam zostać w domu i pomóc ci?
    – Nonsens. Idź już. Uwinę się szybciutko. Gdyby nie ta bzdurna wojna, przyzwoitych ludzi byłoby nadal stać na pomoc domową. Wszyscy zdolni do pracy zarabiają kokosy w stoczni, koszarach i fabrykach.
    Po wyjściu córki ogarnęła wzrokiem mały salonik. Był schludny i czysty. Teraz, kiedy Billie nie ma w domu, przeniesie jej rzeczy na dół. Nie ma sensu marnować dodatkowego pokoju, skoro mogą zarobić na nim trochę pieniędzy. Do wtorku na pewno go wynajmie.
    Już dawno powinna była to zrobić. Nawet nie przyszło jej do głowy, że Billie mogłaby się sprzeciwić. Billie nie jest taka. Zawsze była dobrym dzieckiem. W gabinecie jest wnęka okienna, w której będzie mogła czytać. Nikt nie zarzuci Agnes, że nie robi wszystkiego, co w jej mocy, by pomóc krajowi: wynajmowała pokoje i uprawiała ogródek.
    Zawiązała chustkę na głowie i wyjęła środki czyszczące ze schowka. Trzymając pod pachą szczoteczkę do kurzu i zmywak na kiju, weszła na schody. Co za straszne zajęcie na sobotnie popołudnie. Powinna teraz popijać herbatkę na wizycie i, jak wszyscy, rozmawiać o wojnie. Marzyła o wydawaniu herbatek i serwowaniu kanapek z ogórkiem. Tymczasem sprzątała wspólną łazienkę i wynajmowała pokoje. Nie takiego życia chciała dla Billie. Dla siebie zresztą też nie.

* * *

    Billie szła u boku Tima Kelly. Był dzisiaj jakiś dziwny. Wydawało się, że za chwilę eksploduje. Ciekawe, że innych chłopców rozpierała ta sama energia.
    – Jeśli będziesz szedł jeszcze szybciej, twój cień cię nie dogoni – zażartowała Billie.
    – Zawsze tak mówisz. – Tim się roześmiał. – To ty robisz takie małe kroczki. Gdzie się podziały twoje szkolne pantofle?
    – Dzisiaj chciałam się pochwalić tymi bucikami. Tim ponownie wybuchnął śmiechem:
    – Lubię dziewczyny w jedwabnych pończochach i butach na wysokim obcasie. – Drażnił się z nią.
    – W dzisiejszych czasach nigdzie nie kupisz jedwabiu, bo szyją z niego spadochrony – odparowała. – A nylony kosztują majątek.
    – Cissy zawsze na nie stać i wygląda w nich doskonale! – Tim klasnął w dłonie. Nie zauważył, że wzmianka o osławionej Cissy ściągnęła na niego uwagę wszystkich.
    – Nie uwierzycie, co wczoraj zrobiłem! Po prostu nie uwierzycie! Dziewczęta zatrzymały się w pół kroku. Chłopcy parsknęli śmiechem.
    – Timie Kelly, ani słowa więcej, jeśli to jakieś świństwa! – zawołała któraś.
    – A właśnie niech mówi! – odparła inna. – Nie, lepiej nie. – Billie ucięła dyskusję.
    – I tak wam powiem. Zaciągnąłem się. Po prostu tam poszedłem i zrobiłem to. Nawet moi rodzice jeszcze o tym nie wiedzą – z dumą oznajmił Tim.
    – O, nie! – Nagle Billie zatęskniła za czasami, gdy jako małe dzieci uganiali się na wrotkach po Elm Street i kupowali lemoniadę. Tim zaciągnął się jako pierwszy z ich paczki, ale sądząc po wyrazie twarzy innych, bynajmniej nie był osamotniony w swoim postanowieniu.
    – Wyjeżdżam wkrótce po balu, kiedy tylko skończę osiemnaście lat – wyjaśniał. – Chcę w tym uczestniczyć. Wszyscy chcemy, prawda, chłopaki? Teraz to już tylko kwestia czasu. Napiszemy do was, a wy musicie obiecać, że nam odpiszecie. Musimy odpłacić Japońcom za Pearl Harbor.
    – A college? – rzuciła głupio Billie, nadal zaskoczona. Nagle poczuła się bardzo dorosła, jednocześnie zaś tęskniła za beztroskim dzieciństwem.
    – Tylko tyle masz do powiedzenia? Rany boskie! Rozmawiamy o wojnie, dziewczyno! O służbie krajowi! Będę walczył za Amerykę i za dziewczyny takie jak ty, Billie! Skoro japońcy tak załatwili Pearl Harbor, równie dobrze mogą nas wymordować we śnie. Wiadomo, jacy są przebiegli!
    – Nie mam ochoty na kino. – Dotty ciężko opadła na niski murek otaczający posesję Cummingsów. Przerażała ją wizja żółtoskórych mężczyzn o zakrwawionych dłoniach, maszerujących przez Stany Zjednoczone.
    – Hej, Dotty, co ci jest? – zadrwił Carl. – Boisz się Japońców? Co byś zrobiła, gdyby powiedzieli, że mnie zabiją, jeśli nie pójdziesz z nimi do łóżka? No, co byś zrobiła, hę? – Z błyskiem w oczach czekał na odpowiedź swojej dziewczyny. Dotty nie miała szans. Ten dylemat zwykle się wyłaniał, gdy sączyli koktajle w lodziarni Brummera. Jeśli powie, że za nic nie przespałaby się z Japończykiem, Carl uzna, że jego życie nic ją nie obchodzi. Gdy zaklnie się, że zrobiłaby wszystko, by go ocalić, żachnie się i podda w wątpliwość jej morale. Tak czy owak, zawsze przegrywała. Rozterka widoczna na jej twarzy ułagodziła Carla.
    – Nie martw się, Dotty. Żaden żółtek nie tknie cię palcem. Prędzej bym się zabił, niż do tego dopuścił. – Objął ją delikatnie.
    – Chodźmy do portu – zaproponował Tim. – Popatrzymy na okręty. – Dziewczętom rozbłysły oczy. To dużo lepsze niż kłócić się z podekscytowanymi chłopakami. W stoczni chłopcy będą udawać mądrzejszych niż są i rozmawiać o okrętach, a one przyjrzą się oficerom w mundurach.
    Chłopcy ruszyli przodem. Dziewczyny zbiły się w stadko.
    – Czy macie róż albo szminkę?
    – Tak, ale nie jest zbyt dobra, różowa albo koralowa. Niczego więcej nie udało mi się zwędzić z toaletki siostry.
    – Wystarczy – uspokoiła Dotty. – Pomyślcie tylko, może poznamy prawdziwych marynarzy. Carl chyba przestanie uważać mnie za dzieciaka, kiedy zobaczy, że interesują się mną dorośli mężczyźni. – Grubo umalowała usta i policzki, przeglądając się w szybie samochodu.
    Dziewczęta malowały się po kolei przy akompaniamencie gwizdów chłopaków. Potem ruszyli parami. Billie czuła się dziwnie, kiedy tak szła z ręką Tima na ramieniu. Jej świat rozpadał się na kawałki. Pożegnania to pierwszy krok w dorosłość. Miała sucho w ustach. Odruchowo oblizała wargi. Szminka była tłusta i lepka. Nigdy dotąd nie umalowała się tak mocno. Co powiedziałaby na to mama? I gdzie umyje twarz? Gdyby poszli do kina, jak planowali, zrobiłaby to w toalecie, ale teraz?
    – Czy strażnicy nas nie przegonią? – zapytała.
    – Powiemy, że Tim się zaciągnął, a my zrobimy to w poniedziałek rano – odparł Carl, nadrabiając miną.
    Billie przerażał widok portu. To już nie kronika filmowa, lecz rzeczywistość. Niszczyciele, krążowniki, lotniskowce wyglądały potężnie i groźnie nawet z dużej odległości. Chłopcy wymieniali symbole, przerzucali się nazwami i typami okrętów. Billie nie miała na ten temat zielonego pojęcia. Rozpoznawała tylko lotniskowiec o charakterystycznym długim, płaskim pokładzie. Jak to możliwe, by samolot mógł z niego startować? Widziała to w kronice i podziwiała kunszt pilotów. Podobno lotniskowiec widziany z góry wygląda jak trumna. Przeszył ją dreszcz na samą myśl o tym.
    – Jak się pani podobają? – zapytał głęboki, męski głos. Odwróciła się, by napotkać spojrzenie niewiarygodnie błękitnych oczu.
    – Są przerażające, ale piękne – odparła szczerze. Przystojny. Wysoki. Piękny. Najzwyczajniej w świecie piękny. Mężczyzna, nie statek.
    – Ja też je lubię, zwłaszcza lotniskowce. Mój ulubieniec to „Enterprise”. Przechodziłem na nim szkolenie. Moss Coleman – przedstawił się. – Podporucznik Moss Coleman. Miło mi, panno…?
    – Billie. Billie Ames. Tak naprawdę mam na imię Willa, ale nikt mnie tak nie nazywa, nawet mama. – Czemu to mówi? Na pewno wyda mu się dziecinna i niedojrzała z plackami różu na policzkach. Była na siebie wściekła. On ma co najmniej dwadzieścia pięć lat. Za stary dla niej. Za stary na co? Przecież tylko rozmawiają. W jego pięknych oczach widziała radosne błyski. Na pewno bawi go swoim brakiem doświadczenia. Jego ciemne włosy pięknie kontrastowały z nieskazitelną bielą munduru. Był wręcz nieprzyzwoicie przystojny, jak zwykła mawiać babka. Ciemna opalenizna wskazywała, że na pewno nie spędził zimy w Filadelfii.
    Również w jego głosie słychać było rozbawienie:
    – A więc Billie. Willa pasuje do starej panny. Mieszka pani w Filadelfii?
    Skinęła głową.
    – Tak. Od urodzenia. Mieszkam na… niedaleko stąd – dokończyła, nagle onieśmielona.
    Obrzucił ją uważnym spojrzeniem. Jest młoda, za młoda. Młodsza niż dziewczyny przesiadujące w klubie. Dwie spinki przytrzymywały popielato-blond włosy miękko okalające twarz. Spod regularnie sklepionych brwi patrzyły na niego bystre piwne oczy w oprawie długich rzęs. Miała gładką skórę, lekko zaróżowioną na policzkach. Pod warstwą szminki kryły się delikatnie zarysowane, pełne usta. Była taka słodka, kiedy skromnie spuszczała wzrok i mówiła ściszonym głosem. Poczuł się przy niej dżentelmenem. Gdyby zobaczyli ją jego kumple, nie miałaby szans. Byli jak zwierzęta, prości i dzicy, a fakt, że widziano ją z Mossem Colemanem, Pogromcą Dziewic, uczyniłby z niej upragniony łup. Gotów był się założyć, że jej matka nie wie, że tu jest, a tym bardziej, że zrobiła sobie makijaż. Uśmiechnął się pod nosem. Jest niewinna. Czytał to w jej twarzy. Dobra figura, silne kości. Stary Seth przede wszystkim na to zwróciłby uwagę. Nie daj wyginąć rodowi Colemanów, dbaj o krew, wszystkie te bzdury, które powtarzał wspominając o małżeństwie i dzieciach. Spojrzawszy na nią ponownie, Moss doszedł do wniosku, iż prawdopodobnie nie wie, skąd się biorą dzieci. Mógłby to zmienić w ciągu dwóch, najwyżej trzech dni.
    Przyjaciele żartowali z jego uroku i prowadzili rejestr jego podbojów. Od przyjazdu do Filadelfii oczarował jedenaście dziewcząt. W tych niebezpiecznych czasach mężczyzna brał, co chciał, kiedy tylko mógł. Były chętne, a on się nie wahał. To proste. Ta dziewczyna nie była chętna. O takich jak ona mówiło się „przyzwoita”. Chociaż, zdaniem niektórych, właśnie „przyzwoite” są najlepsze w łóżku.
    – A więc mieszka pani w pobliżu. Czy często przychodzi pani na nadbrzeże?
    – Nie. Byłam tu tylko raz, z wycieczką klasową. Dzisiaj przyszłam z przyjaciółmi. Jeden kolega się zaciągnął, a pozostali zrobią to w poniedziałek. Właściwie powinniśmy być w kinie – wyrzuciła z siebie. Nerwowo rozglądała się za przyjaciółmi, jakby nieznajomy w nieskazitelnym mundurze zagrażał jej bezpieczeństwu.
    Po raz pierwszy w życiu Moss poczuł się niepewnie. Obserwowała go, a on był pod jej wrażeniem W myślach zlustrował swój wygląd. W porządku: buty wyczyszczone do połysku, klamra u pasa wypolerowana, włosy starannie zaczesane, uśmiech jak z reklamy, opalenizna. Kanty u spodni ostre jak żyletki. Nie, z pewnością jej się podoba.
    Wiedział, że powinien odejść. Nic tu po nim. Zamiast tego zapytał:
    – Czy chciałaby pani obejrzeć lotniskowiec z bliska? Mogę panią przeprowadzić przez bramę.
    Billie zmarszczyła brwi. Mama zawsze ostrzegała ją przed nieznajomymi.
    – Tak. Bardzo chętnie.
    Moss wziął ją pod rękę i podszedł do wartownika. Żołnierz zasalutował mu kiedy niedbale wydobył z kieszeni przepustkę. Billie tymczasem wpisywała się na listę. Uśmiechnął się, widząc, jak wpisuje adres – Elm Street 749. Poznałem już jeden z twoich sekretów, malutka, pomyślał.
    Na nadbrzeżu przepychali się młodzi marynarze o twarzach rozjaśnionych uśmiechem albo zamyślonych i skupionych. Uwagi Mossa nie uszły zachwycone spojrzenia, jakimi obrzucano Billie. Mocniej przycisnął jej łokieć do boku. Niszczyciele i krążowniki tłoczyły się przy nadbrzeżu. Na pokładach uwijały się drobne figurki w białych koszulkach i niebieskich dżinsach, które szorowały, polerowały, pucowały każdy fragment statku. Wkrótce lśniące czystością okręty wyruszą do Europy z ładunkiem ludzi i maszyn.
    – Dalej nie możemy iść. To wszystko są wspaniałe statki, ale moim domem jest pokład USS „Enterprise”. Nie ma nic piękniejszego niż moment, kiedy koła dotykają pokładu.
    Oczy Billie zaokrągliły się z podziwu.
    – Jest pan lotnikiem? Naprawdę pilotuje pan samolot i ląduje na malutkim pokładzie?
    – Wcale nie takim malutkim, Billie. – Podobało mu się brzmienie jej imienia. – Latam, odkąd skończyłem czternaście lat, i zapewniam panią, że na lotniskowcu jest więcej miejsca niż na wyboistej drodze w Teksasie.
    Uwielbienie w jej oczach sprawiło, że zawstydził się swoimi przechwałkami:
    – Przyznaję, kilka razy miałem kłopoty przy lądowaniu, ale nigdy nie spadłem. To znaczy, nie stoczyłem się z samolotem z pokładu. Niektórzy piloci są doskonali. Jeden facet z moich koszar nigdy nie popełnił żadnego błędu.
    – To niewiarygodne – szepnęła. – Od jak dawna jest pan w Filadelfii?
    – Od miesiąca. Przenieśli mnie z San Diego. Stąd ta opalenizna. – W jego głosie słyszała nutę goryczy. – Właśnie tam powinienem teraz być i szykować się do wyjazdu na Pacyfik.
    – A dlaczego pan nie jest?
    – Przydzielono mnie admirałowi McCarterowi jako adiutanta. Zapewne niejeden chętnie by się ze mną zamienił, ale ja wolałbym latać. – Zadarł głowę do góry i śledził wzrokiem gołębia, jakby on także chciał rozwinąć skrzydła i wzbić się w powietrze. Billie milczała, wyczuwając jego smutek. Delikatnie pogładziła jego dłoń.
    Moss zauważył współczujące spojrzenie piwnych oczu.
    – Mój ojciec jest wpływowym człowiekiem – wyznał. Nigdy nikomu o tym nie mówił. – Jestem jedynakiem i nie podoba mu się moje latanie. To on załatwił mi przydział do Admiralicji.
    Ponownie usłyszała gorycz w jego głosie.
    – A nie mógłby pan poprosić o przeniesienie?
    – Owszem, ale nie zrobię tego ojcu – wyjaśnił spokojnie. – Bardzo mu na mnie zależy, mam po nim przejąć interesy. Powinienem być wściekły, jednak nie jestem. Kocha mnie i boi się mnie stracić.
    – Zdaje się wspomniał pan, że pochodzi z Teksasu? – To tłumaczyłoby południowy akcent.
    – Tak, z Austin.
    – A zatem jest pan kowbojem!
    Roześmiał się. Był to przyjemny, niewymuszony dźwięk, jakby śmiech stanowił jego drugą naturę. Podobały jej się delikatne zmarszczki w kącikach jego oczu i dołeczek w silnie zarysowanym podbródku.
    – Raczej nie. Teksańczycy nie jeżdżą konno, lecz latają. Prawie wszyscy moi znajomi mają samoloty, a jeśli ich nie posiadają, to wynajmują, tak jak wy tutaj w Filadelfii wynajmujecie taksówki.
    Billie nie wyobrażała sobie, że można dokądś lecieć, a co dopiero posiadać własny samolot.
    – Czy wszyscy Teksańczycy mają samoloty? – zapytała naiwnie.
    – No, nie wszyscy, ale ci, których znam, mają. Niech się pani przyzna: jeszcze nigdy nie była pani w powietrzu, co?
    Zaprzeczyła ruchem głowy.
    – Nie, i pewnie nigdy nie będę. Jak to jest?
    Moss wziął ją za rękę i pociągnął ku stercie pustych skrzynek. Usiadł koło niej.
    – Moja droga Billie, niedługo pożałuje pani, że zadała to pytanie. – Przez następną godzinę porucznik Moss Coleman opisywał Billie szczęście, jakie odczuwał, gdy koła odrywały się od podłoża. Opowiadał o swoich pierwszych lotach starym samolotem rolniczym i o tym, jak ojciec sprawił mu lanie, gdy się o tym dowiedział. Doprowadzał Billie do wybuchów śmiechu, głośnych okrzyków zdumienia, dreszczy strachu. Podsycał jej wyobraźnię. Zapragnęła choć raz oderwać się od ziemi.
    – Niedaleko stąd jest małe lotnisko. Można tam wynająć maszynę. Billie, chciałbym zaprosić panią na taką wycieczkę, żeby przekonała się pani, iż wszystko, co mówię, jest szczerą prawdą.
    – O tak! – zgodziła się szybko. Na myśl o tym poczerwieniały jej policzki, oczy rozbłysły. – Ale obawiam się, że moja mama… ojej! Mama! Która godzina?
    Moss spojrzał na zegarek:
    – Wpół do szóstej.
    – O Boże! Muszę iść!
    Nagle przypomniała sobie o przyjaciołach. Na pewno uznali, że się zgubiła albo że sama poszła do domu. Sami prawdopodobnie zrobili to samo.
    – Dziękuję za miłe popołudnie, poruczniku. Na pewno ma pan dużo zajęć. Muszę iść do domu. Mama będzie się martwiła, jeśli nie wrócę do szóstej. – Czuła się głupio, tłumacząc mu, że ma być w domu o osiemnastej. To takie dziecinne. Upokarzały ją te ograniczenia, zwłaszcza że przez całe popołudnie Moss traktował ją jak rówieśnicę, a nie jak trzpiotowatą uczennicę.
    – Gdzie pani przyjaciele? Chyba nie odeszli bez pani? – Wydawał się naprawdę przejęty.
    – To nie ma znaczenia. Znam drogę do domu. Jeszcze raz panu dziękuję.
    Odeszła. Moss nie mógł w to uwierzyć. Dziewczęta nigdy od niego nie odchodziły, a na pewno nie o siedemnastej trzydzieści. Już otwierał usta, kiedy Billie odwróciła się na pięcie:
    – Poruczniku, skoro pańska rodzina znajduje się tak daleko, może chciałby pan zjeść z nami obiad w niedzielę. – Sama nie mogła uwierzyć, że właśnie to powiedziała.
    Dlaczego na Boga zaprosiła go na obiad? Już słyszała komentarze Agnes. A przecież wiele rodzin zapraszało żołnierzy na domowe posiłki. Posiłki. Jedzenie. O Boże; matka znowu będzie wyrzekała na racjonowanie żywności. Trudno. Zaprosiła go i nie ma wyjścia.
    – Elm Street 749. Szarobiały dom.
    – Chwileczkę, Billie. Dwie mile to kawał drogi. Nie zdąży pani na czas. Pożyczę samochód i odwiozę panią. A przy okazji, bardzo dziękuję za zaproszenie. Niedziela będzie już jutro, wie pani o tym? – Uśmiechnął się ironicznie, jakby czytał w jej myślach.
    Poczerwieniała.
    – Proszę nie zawracać sobie głowy. Mam pieniądze. Jeśli będzie trzeba, wezmę taksówkę.
    – Nie chcę nawet o tym słyszeć. Gdybym nie zawracał pani głowy opowieściami o lataniu, nie zostałaby pani na lodzie. Chętnie panią odwiozę. – Mówił to szczerze. Billie się zgodziła.
    Czekała na niego i rozważała swoje położenie. Wolałaby, żeby Agnes się nie dowiedziała, gdzie spędziła popołudnie, a tym bardziej, że zgubiła przyjaciół i rozmawiała z nieznajomym oficerem. A co będzie, jeśli dzwonili do niej do domu? A jeśli Moss przyjdzie na obiad? Na pewno opowie Agnes, jak poznał Billie.
    Wrócił z kluczykami do nasha z 1938 roku, stojącego niedaleko wartowni. Billie czuła się bardzo dorośle, kiedy Moss przytrzymał jej drzwiczki. Agnes padnie trupem. Przyzwoite dziewczęta nie wsiadały do samochodów z nieznajomymi chłopakami. A tym bardziej – mężczyznami. Podporucznik Moss Coleman z pewnością nie był chłopakiem. Nie ujdzie to uwagi Agnes. Mimo wszystko Billie była podekscytowana i radosna.
    – Jak długo zostanie pan w Filadelfii? – zapytała, kiedy wjechali na główną ulicę.
    – Nie wiem. Pewnie do jesieni, przynajmniej na razie na to się zanosi. Chyba że załatwię sobie przeniesienie. Być chłopcem na posyłki starego admirała nie odpowiada mojemu wyobrażeniu walki za ojczyznę. Do diabła, Billie, jestem pilotem, i to bardzo dobrym! I właśnie to chcę robić.
    Skinęła głową. Wiedziała wszystko o rodzicielskiej, zaborczości. Moss właściwie zinterpretował jej ruch.
    – Nadopiekuńcza mamusia, co?
    – Tak. Jestem jedynaczką. Ojciec umarł, kiedy byłam mała. To chyba normalne, że rodzice chcą nas ochraniać. Chcą dla nas tego, co najlepsze. – W uszach Mossa zabrzmiało to jak wyuczona lekcja. Zapewne słyszała to setki razy z ust matki, podobnie jak on z ust Setha Colemana.
    – Mam siostrę, ale nie mam braci. Ojciec się starzeje i dlatego tak się o mnie boi. Nie mogę jednak pozwolić, by z powodu jego obaw mnie ograniczano. Umiem latać i robię to dobrze. Nie mam zamiaru przez cały czas wysługiwać się mało ważnemu admirałowi, którego działalność ogranicza się do podpisywania dokumentów i sączenia whisky, którą, notabene, ja mu zdobywam.
    – Co pan zrobi?
    – Nie chodzi o to, c o zrobię, Billie, lecz kiedy! Ojciec mógł załatwić mi to stanowisko, ale nie może mnie tu zatrzymać. Będę sam za siebie decydował i on nie może nic na to poradzić. Nie chciałbym sprawić mu przykrości. To wspaniały człowiek. Wiem, ile dla niego znaczę. Po prostu czasami przygniata mnie poczucie odpowiedzialności. Nie tak łatwo jest być ukochanym synkiem tatusia. – Nie mieściło mu się w głowie, że jej to opowiada. Dotychczas z nikim nie rozmawiał o sprawach osobistych.
    – Proszę tutaj skręcić, a dwie przecznice dalej – w prawo. To szarobiały dom. Pomodlę się, żeby osiągnął pan to, czego chce.
    Moss niemal stracił panowanie nad samochodem. Każda inna dziewczyna obiecałaby trzymać za niego kciuki, a ona będzie się modliła! Pod wpływem impulsu wziął ją za rękę. Była mała i delikatna. Puścił japo chwili, by zmienić biegi. Zatrzymał wóz. Zerknął na zegarek.
    – Za pięć szósta – oznajmił dumnie, jakby odwiezienie jej na czas było wyjątkowo trudnym zadaniem.
    Billie zastanawiała się, gdzie są przyjaciele. Czy martwili się o nią?
    – Czy chciałby pan poznać moją mamę? Zresztą na pewno ma pan inne plany. Doceniam to, że poświęcił pan czas, żeby mnie odwieźć. Przepraszam za kłopot.
    – Słodka Billie, pani nigdy nie będzie kłopotem. – Uśmiechając się zdał sobie sprawę, że mówił szczerze.
    Ale na Boga, nie chciał tam wchodzić i poznawać jej matki. Kochał swoją, lecz matki innych ludzi, zwłaszcza zaś dziewcząt, wprawiały go w zakłopotanie. Z drugiej strony, skoro już tu jest… Może Billie obawia się bury i chce, żeby jej pomógł. Czegóż się nie robi z poczucia obowiązku.
    – Tak, bardzo chciałbym ją poznać – skłamał.
    Omal nie zemdlała. Nie taką chciała usłyszeć odpowiedź. Czy nie domyślił się, że powiedziała to tylko ze zwykłej uprzejmości? Nie czekała, aż obejdzie samochód i przytrzyma jej drzwiczki. Wyskoczyła sama i wygładziła spódniczkę. Nagle lamówka wydała się jej dziecinna i głupia. Po raz kolejny tego dnia zapragnęła mieć pończochy i pantofle na wysokich obcasach.
    Agnes Ames zmrużyła oczy, słysząc trzask samochodowych drzwiczek. Nikt ze znajomych Billie nie jeździł samochodem. Ostrożnie wyjrzała przez szparę w zasłonach. Billie i marynarz. Oficer, sądząc po białym mundurze. Co też się mogło stać? Nie, nie ulegnie panice. Billie to rozsądna dziewczyna. Poważna, rozsądna dziewczyna.
    – Mamo! Wróciłam! Chodź, chciałabym ci kogoś przedstawić.
    Choć wyższy od niej o ponad dziesięć centymetrów, Moss Coleman od razu wyczuł siłę Agnes. Kryła się w taksującym spojrzeniu brązowych oczu i wyprostowanej sylwetce. Wystarczająco często widział te symptomy we władnym ojcu. I perły. Czemu one zawsze noszą perły? Nie znał matki bez pereł.
    Billie przerwała ciszę:
    – Mamo, to Moss Coleman. Był tak uprzejmy, że przywiózł mnie do domu, żebym się nie spóźniła. Moss, to moja mama, Agnes Ames.
    Czekał, aż Agnes poda mu rękę. Nie zrobiła tego. Billie wpadła w rozpacz. Agnes taksowała Mossa podejrzliwym wzrokiem.
    – Zaprosiłam Mossa na obiad. Pochodzi z Teksasu. Już od dawna nie jadł domowych posiłków. Wiedziałam, że nie będziesz miała nic przeciwko temu – Billie nalegała desperacko.
    – Na obiad. Ależ oczywiście. Z chęcią zobaczymy pana na obiedzie – zreflektowała się Agnes.
    Jako gościa czy jako danie główne, zastanawiał się Moss. Ale chwileczkę, przecież wcale jeszcze nie przyjął tego zaproszenia. Kogoś tu nabijano w butelkę i chyba wiedział, kogo.
    – Pani Ames, nie chciałbym sprawiać kłopotu – zaczął swoim najlepszym teksaskim akcentem, ale zanim zdążył coś dodać, Agnes wpadła mu w słowo z czymś, co od biedy mogło uchodzić za uśmiech na ustach.
    – Doskonale. Powiedzmy, o drugiej? I dziękuję za odwiezienie córki. To bardzo uprzejme z pana strony. Jest jeszcze taka młoda. Zawsze się martwię, kiedy późno wraca. – Tak, na to właśnie czekał: delikatna aluzja, że uważa się go za podłego satyra czyhającego na dziewice.
    – Cała przyjemność po mojej stronie – odparł, nie zapominając przeciągać samogłosek jak Południowcy. – Billie, dziękuję za zaproszenie. Muszę zwrócić samochód. Do widzenia paniom.
    Nie powiedział, czy przyjdzie, czy nie, i Billie ze smutkiem odprowadziła go wzrokiem. Nadal miała w uszach słowa matki na temat jej młodości.
    W samochodzie Moss odetchnął z ulgą. Nie zamierzał skorzystać z zaproszenia. Z drugiej jednak strony, niedziele są koszmarnie nudne, a rozmowa z Billie sprawiła mu przyjemność. Jeśli nie będzie miał nic lepszego do roboty, wpadnie koło drugiej, w innym wypadku zadzwoni.
    Zanim Agnes otworzyła usta, Billie podniosła głowę:
    – To bardzo miło, że mnie odwiózł, prawda, mamo?
    – Billie, ile reguł złamałaś tego popołudnia? – spytała Agnes lodowato.
    – Mamo, proszę. Czy musimy znowu przez to przechodzić? Wróciłam do domu cała i zdrowa. Nic się nie stało. Porucznik jest czarujący. Nie powiedział, że przyjdzie. Na pewno ma inne plany, więc nie musisz się martwić. Przepraszam, jeśli cię zdenerwowałam.
    Agnes prychnęła pogardliwie. Była to jej zwykła reakcja na przeprosiny córki. Billie ciągle liczyła, że matka chociaż raz jej wybaczy i zrozumie.
    – Pójdę do pokoju. Zejdę na kolację.
    – Od dzisiaj twój pokój to gabinet. Nasz sąsiad, pan Cambell i jego siostrzeniec, pomogli mi znieść meble na dół. Mam zamiar wynająć twój pokój. Billie, tego wymaga od nas patriotyzm. Kryzys mieszkaniowy się pogłębia.
    Billie wiedziała tylko, że w jej pokoju, jedynym miejscu, które od dziecka uważała za swoje, zamieszka ktoś obcy.
    – Szkoda, że mnie nie uprzedziłaś, mamo. Wolałabym sama pakować moje rzeczy. Czy zabrałaś stamtąd wszystko? Rysunki też? – z trudem hamowała wściekłość.
    – Tak. Idź, sprawdź sama. No, nie martw się. Z gabinetu będziesz mogła obserwować, czy twój porucznik przyjdzie na obiad – przekonywała Agnes ze słodkim uśmiechem.
    Billie zrozumiała od razu. Zgoda na wizytę Mossa to nagroda za wyrugowanie jej z pokoju. Od razu pojęła też, że musi zaakceptować warunek matki. W innym wypadku Agnes zaprezentuje jutro najbardziej naburmuszone, obojętne wcielenie, a Billie będzie się skręcać ze wstydu.
    To nie fair. To po prostu nie fair. Przecież mogła ją chociaż zapytać, zanim podjęła decyzję o wynajmie. Billie weszła do gabinetu. Obita pluszem kanapa w niszy okiennej to wymarzone miejsce do czytania. Poza tym miała stąd doskonały widok na podjazd i ulicę. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
    Agnes nadal stała w holu z lekko przekrzywioną głową, jakby nadsłuchiwała. Przez głowę przelatywały jej pytania o Billie. Jej zdolna, dobrze ułożona córka wróciła do domu inna niż z niego wyszła, przy czym ta zmiana nie miała nic wspólnego ze sztucznym rumieńcem jej policzków ani nienaturalną różowością ust.

Rozdział drugi

    Agnes Ames zajrzała do piecyka, gdzie brązowiał smakowity kurczak. Jak niemal każda gospodyni w Filadelfii – ambicją jej wszak było robić to samo co inni, tylko lepiej – po powrocie z niedzielnej mszy wstawiła kurczaka do pieca. Zaprosić gościa na niedzielny obiad to jedno, przygotować odpowiedni, choć niedrogi posiłek, to co innego.
    Kurczak wyglądał bardzo apetycznie. Agnes rozejrzała się po kuchni, którą wypełniał zapach przypraw. Wszystko gotowe: miska zielonej sałaty, fasolka szparagowa, ze względu na porę roku droższa, niż Agnes się spodziewała. Puree ziemniaczane i sos dopełnią menu. Masło, niemal bezcenne, odkąd wprowadzono kupony żywnościowe, należało najpierw zmiękczyć, potem ubić z zimną wodą i schłodzić ponownie. Dzięki tej sztuczce wzrastała objętość. Agnes Ames nie znosiła margaryny. Poprzedniego wieczora upiekła pyszną kruchą szarlotkę. Była wprawdzie nie najlepszą kucharką, ale za to mistrzynią ciast. Wolała nie myśleć o poważnie naruszonym zapasie cukru.
    Z salonu dobiegała posępna, żałobna muzyka. To niepodobne do Billie. Skończywszy ćwiczyć, grywała zazwyczaj pogodne, popularne melodie. Dawniej Agnes w marzeniach widziała w córce pianistkę koncertową. Znawcy zapewniali ją o jej talencie. Niestety, z powodu wysokich kosztów lekcji musiała porzucić te plany i pomyśleć o innej dla Billie karierze.
    Nasłuchiwała przez chwilę. Billie nauczyła się nowej melodii. Nie, nie jest żałobna, tylko po prostu smutna. Myśli Agnes zaprzątał przystojny podporucznik. Moss Coleman ją przerażał. Nie tyle on, ile sposób, w jaki Billie na niego patrzyła. Teksańczyk! To na pewno robotnik – czy może na farmie mówi się „parobek”? I ten straszliwy akcent! Nie dla Billie. Zdecydowanie nie dla Billie. Od rana głowiła się, co zrobi, jeśli kowboj przyjdzie na obiad i zaprosi Billie na randkę. Dotychczas córka zawsze była jej posłuszna. Agnes poczuła skurcz w żołądku.
    Jeśli podporucznik przyjechał do Filadelfii na dłużej, co będzie z Nealem Foxem? Nealem Foxem, synem właściciela banku. Neal Fox był idealny: grzeczny, uprzejmy, ze starej rodziny. Na dodatek miał kategorię 4F, więc nie groziło mu wojsko. Martha Fox, która należała do tego samego kółka ogrodniczego co Agnes, zaaranżowała już spotkanie. W porównaniu z chłopcem Foxów typ pokroju podporucznika Colemana… Agnes się wzdrygnęła, przy czym omal nie obcięła sobie palca, obierając ziemniaki. Żywiła nadzieję, więcej, modliła się, żeby porucznik nie przyszedł. Podziękował za zaproszenie, ale nie przyjął go ani nie odrzucił. Co za brak wychowania. Głupi parobek. W jej wyobrażeniu tak właśnie postępowali kowboje. Natomiast Neal przyszedłby piętnaście minut wcześniej, z kwiatami dla niej i słodyczami dla Billie. Tak właśnie należałoby się zachować. Coleman za to zjawi się, ściskając czapkę w dłoniach, poprosi o trzy dokładki, będzie trzymał kurczaka palcami, które potem obliże. Chodziła przecież do kina: wiedziała, że kowboje gotują na ognisku i jedzą z puszek. Ale czy przystojny podporucznik naprawdę jest taki jak oni? W jego spojrzeniu zauważyła coś dziwnego, jakby… jakby to on ją oceniał! Teksańczyk!
    Dzisiaj porozmawia z Billie o Nealu. Po południu, kiedy gość już sobie pójdzie, a one zajmą się zmywaniem naczyń. Billie lubiła ich niedzielne pogawędki. Zdaniem Agnes były wyjątkowo nudne. W jej życiu nie działo się nic ciekawego, a Billie była taka uległa, tak łatwo można było przewidzieć, co zrobi i powie, że niewiele miały tematów do rozmowy. Zazwyczaj omawiały ostatnio przeczytane książki albo plotkowały o znajomych.
    Agnes spojrzała na zegarek. Za kwadrans druga. Za piętnaście minut przyjdzie gość. Billie przestała grać. Zamknęła pianino. Poszła do gabinetu. Agnes wiedziała, że siedzi skulona na kanapie, z książką w ręku, i wygląda przez okno. Czekała na biały mundur.
    Telefon zadzwonił trzy minuty przed drugą. Billie rzuciła się do aparatu na złamanie karku.
    – Halo? – wysapała.
    – Billie?
    – Tak. – To on. – Tak, to ja. Moss?
    Zachichotał cicho.
    – Przykro mi, ale nie przyjdę na obiad. Admirał ma ochotę na partyjkę golfa, a poza mną nie ma tu nikogo, kto mógłby z nim zagrać. Może innym razem?
    Zagryzła wargi. Nie przyjdzie. Nie wiadomo skąd wiedziała, że tak będzie. A tak chciała go zobaczyć. Nie pamiętała, by kiedykolwiek pragnęła czegoś równie gorąco, z wyjątkiem dwukołowego rowerka na któreś święta. Tamto życzenie także się nie spełniło.
    – Oczywiście – postarała się ukryć rozczarowanie. – W niedziele zawsze jesteśmy w domu. Zapraszamy. – Co innego mogła powiedzieć?
    USO. Taniec. Zastrzega sobie taniec.
    – Z przyjemnością, poruczniku. Dziękuję za telefon. – Odłożyła słuchawkę ze sztucznym uśmiechem. Agnes na pewno stoi w progu. Jej uszom nie umknie żadne słowo. Zaraz musi z nią porozmawiać. Zrób to. Zrób to teraz, zanim się rozpłaczesz.
    – O, mamo, jesteś tu. Dzwonił porucznik Coleman. Nie przyjdzie. Gra w golfa z admirałem. Powiedziałam, że zawsze może nas odwiedzić. Nie masz nic przeciwko temu, mamo?
    Agnes odetchnęła z ulgą. A więc Neal nie jest bez szans.
    – Ależ skąd, kochanie. Musimy robić, co w naszej mocy.
    Billie chciało się płakać. Niestety, teraz nie mogła sobie na to pozwolić. Nie miała już swojego pokoju, który tak bardzo lubiła. Lubiła małe okienka, półki pełne książek, sterty nut, własnoręcznie namalowane obrazki, grubą teczkę projektów. Teraz wszystkie te skarby poniewierały się w gabinecie. Gabinet to nie sypialnia.
    – Cóż, skoro będziemy tylko we dwie, właściwie możemy już siadać do stołu. – Agnes wracała do kuchni. – Zjemy tutaj. Nie ma sensu robić bałaganu w jadalnym, prawda?
    Billie ruszyła za nią, przekonana, że nie przełknie ani kęsa. Przybrała obojętną minę. To będzie następna zwyczajna niedziela.

* * *

    Moss odłożył słuchawkę i spojrzał na kije golfowe stojące w rogu biura admirała McCartera. Admirał w klubie oficerskim zabawiał swojego gościa rozmową. Przez chwilę gryzło go sumienie. Szybko zbiegł po schodach. Na parkingu czekali na niego z niecierpliwością trzej przyjaciele.
    – Nowy Jorku, szykuj się, jedziemy! – krzyknął jeden. Moss uśmiechnął się pod nosem i wsiadł do forda.
    O Billie Ames pomyślał dopiero tydzień później, kiedy się obudził obolały i zagubiony. Umył zęby, zażył trzy aspiryny. Kiedy w końcu do niego dotrze, że kac po sobotniej nocy skutecznie psuje niedzielę? W tym stanie ducha może równie dobrze uspokoić sumienie i iść do Billie na obiad.
    Przez dłuższą chwilę spoglądał na automat telefoniczny. Kogo chciał oszukać? Poprzedniej nocy wypatrywał jej w USO. Dopiero po jedenastej, kiedy przyzwoite dziewczęta, takie jak ona, już śpią, poszedł do baru. Teraz szybko wrzuci monetę, zanim zmieni zdanie.
    Billie odebrała po pierwszym dzwonku. Przesunęła.kapelusz na bok, żeby lepiej słyszeć. Spodziewała się telefonu przyjaciółki.
    – Billie?
    Jak tylko usłyszała jego niski, ochrypły głos z południowym akcentem,; od razu ugięły się pod nią nogi. Zacisnęła dłonie na modlitewniku, aż pobielały jej kostki. Zadzwonił. Jej modlitwy się spełniły.
    Musi być spokojna i opanowana.
    – Dzień dobry, poruczniku. Jak się udał golf? – spytała. Potrzebowała trochę czasu, żeby się uspokoić. Boże, czemu nie wymyśliła niczego bardziej oryginalnego?
    – Golf? A, tak. – Znowu poczuł wyrzuty sumienia, więc zdławił je szybko.
    Głowa pękała mu z bólu. Nie powinien do niej dzwonić; właściwie nie wiedział, po co to zrobił. Była miłą dziewczyną, ale nie dla niego. Nagle przypomniał sobie, jak na nią czekał poprzedniego wieczora.
    – Dzień dobry, Billie. Czy zadzwoniłem za wcześnie? – Masował sobie skronie. Nie wiedział, która jest godzina. Podobał mu się jej niski gardłowy śmiech.
    – Nie, skądże. Nie śpię od dawna. Właśnie wychodzę do kościoła. Gdyby zadzwonił pan pięć minut później, już by mnie nie było. – Umilkła.
    – Do kościoła? – Ach, ludzie się tam modlą. Czy modliła się za niego, tak jak obiecała? – Jest pani katoliczką?
    – Tak.
    – Ja też. Podobnie jak moja mama. Niewielu nas w Teksasie. Niestety, niezbyt często uczestniczę w mszy. – Do licha, jakiego właściwie jest wyznania? Chyba agnostykiem raczej niż katolikiem. Od dnia, w którym matka uznała, że jest wystarczająco duży, by sam chodził do kościoła, nie przekroczył progu świątyni. Zamiast, jak jego siostra Amelia, brać udział we mszy o dziesiątej, biegał na pas startowy. Seth nigdy nie chodził do kościoła.
    Billie nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. Kątem oka widziała, że Agnes się niecierpliwi przy drzwiach. Ciekawe, czy wiedziała, z kim rozmawia? Moss oszczędził jej wysiłku podtrzymywania rozmowy.
    – Czy zaproszenie na obiad jest nadal aktualne? Jeśli tak, chciałbym z niego dzisiaj skorzystać.
    Billie głośno wciągnęła powietrze:
    – Oczywiście. Jemy o drugiej. Cieszę się na nasze spotkanie, poruczniku.
    – Czy nie mogłabyś mówić mi po imieniu?
    – Och… pewnie… Moss. Do zobaczenia.
    – Nie zapominaj, że obiecałaś modlić się za mnie – zażartował.
    – Nie zapomnę.
    Odłożyła słuchawkę i popatrzyła na Agnes:
    – Mamo, wiesz kto dzwonił? Podporucznik Coleman. Przyjdzie na obiad. To miło z jego strony, prawda? – Poprawiała kapelusz przed lustrem. Wolała nie widzieć miny Agnes.
    – Cóż, nie zapominaj, że chciałaś po południu odwiedzić przyjaciółkę. – Agnes z trudem utrzymywała obojętny ton. Przystojny podporucznik nadal zagrażał jej planom, a już uważała niebezpieczeństwo za zażegnane.
    Billie odwróciła się na pięcie.
    – Jak wyglądam?
    Agnes zauważyła w niej zmianę. Jej córka rozkwitła w ułamku sekundy. Jest ładna, a za kilka lat będzie pięknością. Odziedziczyła po matce sylwetkę i chód. Miała ładnąjasną cerę i duże oczy, raz szare, raz piwne. Jest zdecydowanie za dobra dla teksaskiego parobka. Za tydzień, najdalej dwa, Neal Fox wróci z college’u.
    Ich krokom towarzyszyło bicie dzwonów. Miały niedaleką drogę przed sobą, tylko cztery przecznice do kościoła. Agnes była zmartwiona. Może modlitwa pomoże, chociaż dawno już straciła wiarę w jej skuteczność. Chodziła do kościoła tylko dlatego, że tego się po niej spodziewano. Tam zresztą spotykało się większość odpowiednich ludzi. Agnes przyjęła katolicyzm po ślubie. Gnojek, za którego wyszła na złość rodzicom, namówił ją, by wychowywała córkę w jego wierze. Spełniła tę prośbę, choć jej zdaniem religia to głupie czary-mary. Nie chodziła do spowiedzi ani nie pościła w piątki, ale jako dobra matka dopilnowała, by Billie przystąpiła do Pierwszej Komunii i bierzmowania. Co miesiąc wysyłała ją do spowiedzi. Boże, biedny ksiądz pewnie umierał z nudów, wysłuchując jej grzeszków! Tak, Billie to dobra dziewczyna i taka zostanie. Nie siła modlitwy jednak tego dokona, ó nie! To zadanie Agnes.
    Billie nie zauważała, co się dokoła niej dzieje. Matka musiała ją popchnąć do ołtarza, żeby przyjęła komunię. Do balu absolwentów zostało już kilka tygodni. Czy mogłaby zaprosić Mossa? A może uzna to za głupi, dziecinny pomysł? Liczyła na zbyt wiele, wybiegała myślami za daleko w przyszłość. Fakt, że przyjdzie na obiad, to jedno, jej marzenia to drugie. Musi uzbroić się w cierpliwość. Pomodli się o to. A wracając do balu – dziewczyny zzieleniałyby z zazdrości, gdyby weszła wsparta na ramieniu przystojnego oficera marynarki. Podporucznika. Lotnika…
    Za kilka godzin go zobaczy. Przeszył ją dreszcz emocji. Schyliła głowę. Modliła się za Mossa Colemana: niech się spełnią wszystkie jego marzenia.

* * *

    Billie siedziała na kanapie przy oknie i udawała, że czyta. W rzeczywistości wypatrywała Mossa. Dwa razy wyszorowała zęby. Co chwila zerkała do lustra, aby się upewnić, że lekki wietrzyk nie zepsuł jej fryzury. Ostrzyżone na pazia, delikatnie podwinięte do środka popielate włosy wyglądały tak jak chciała. Wolałaby co prawda, żeby opadały na jedno oko, jak u Weroniki Lakę. Niestety, lekko się kręciły, więc musiała przypinać je spinką. Przy krawężniku zatrzymał się samochód. Billie zakręciło się w głowie. Oddychała głęboko, jak wtedy gdy miała grać recital. Poczekała, aż nacisnął dzwonek. Dopiero wtedy otworzyła drzwi i utonęła w pogodnym spojrzeniu błękitnych oczu. Posłała mu ów olśniewający uśmiech, który zapamiętał. To wystarczyło, by ból głowy zelżał.
    Agnes weszła do pokoju. Ze zdumieniem patrzyła na bukiet kwiatów. Moss wręczył go jej ze słowami:
    – To dla pani, pani Ames, a dla Billie mam czekoladki.
    Wszystko było na opak. Przecież to Neal Fox miał przynieść słodycze i kwiaty. Na chwilę straciła panowanie nad sobą, ale tylko na chwilę. Uśmiechnęła się, jednak jej oczy pozostały zimne.
    Moss ukazał zęby w sztucznym uśmiechu. Wiedział, że Agnes nie życzy sobie jego obecności, ale nic go to nie obchodziło. Spojrzał na Billie:
    – Może pokażesz mi ogród? Jeśli dobrze zauważyłem, macie kawałek ziemi za domem.
    – Tak, chętnie. Mamo, nie potrzebujesz mnie w kuchni, prawda? Moss odnalazł wzrok Agnes. Czekał, jakby chciał ją sprowokować.
    – Nie, wy młodzi idźcie do ogrodu. Poradzę sobie. Obiad za dwadzieścia minut. – Godzina przybycia Mossa nie uszła jej uwagi. Przyjechał za piętnaście druga. A przecież to Neal Fox miał się wykazać doskonałymi manierami. Trochę zdezorientowana i poirytowana, wróciła do kuchni. Zajęła się szukaniem odpowiedniego wazonu. Kwiaty były piękne, niemal ostentacyjnie drogie. Na pewno wydał na nie fortunę. Na czekoladki zresztą też, kupił najlepsze. I wcale nie było to żałosne funtowe pudełko, nie, przyniósł całe pięć funtów. Ciekawe, ile wynosi żołd podporuczników? W każdym razie nie tyle, by ich stać było na tak kosztowne prezenty, żachnęła się. Miała wrażenie, że czuje zapach pieniędzy. Czyżby ten bezczelny młodzieniec okazał się kimś więcej niż zwykłym parobkiem? Przepyta go podczas obiadu. Znała się na tym. Zazwyczaj ludzie nie zdawali sobie nawet sprawy, ile informacji z nich wyciągała. Chyba nie doceniła przystojnego pilota. Po raz drugi nie popełni tego samego błędu.
    Mieszała sos i obserwowała Billie i Mossa przez okno. Ładna z nich para. Ciekawe, o czym rozmawiają? Raczej nie o pogodzie. Pewnie o nim. Billie umiała słuchać.
    Skrzywiła się. W sosie były grudki. Musi go przecedzić.
    Billie ze wzrastającym zdumieniem obserwowała, jak przebiega obiad. Jej matka i Moss nie milkli ani na chwilę. Obawiała się, że Agnes będzie lodowato uprzejma i milcząca, a tymczasem usta się jej nie zamykały. Moss odpowiadał na pytania z przesadnie silnym akcentem i uśmiechem na twarzy. Nigdy tak nie mówi, kiedy rozmawia ze mną, zauważyła Billie.
    – Zakładam, że Austin to duże miasto – mówiła Agnes. – Najdalej położony południowy stan, w którym Billie i ja byłyśmy, to Wirginia. Od dawna mieszka pan w Teksasie?
    – Od urodzenia. – Przesadnie przeciągał samogłoski jak wszyscy Południowcy. – Moi rodzice także. Kurczak jest wyśmienity, proszę pani.
    To tyle, jeśli chodzi o jego apetyt parobka, stwierdziła Agnes w myśli. Jadł bardzo niewiele. Nie uszło jej uwagi, że bez wahania wybierał odpowiednie sztućce. Ku jej uldze, nie zatknął też sobie serwetki pod szyją. Agnes próbowała dalej:
    – Pańscy rodzice nadal tam mieszkają?
    – Tak, proszę pani. Moja mama przyrządza fasolkę zupełnie tak samo, z cebulką i boczkiem. – Spojrzał Agnes w oczy. Uśmiechnął się, widząc, że wystrychnął ją na dudka. Usiłowała wyciągnąć z niego informacje na temat rodziny. Był uprzejmy, ale unikał jednoznacznych odpowiedzi.
    – Billie, kochanie, nie smakuje ci nadzienie? Nic nie jesz. Dobrze się czujesz?
    – Tak, mamo. – Szybko, zanim Agnes ponownie przejmie ster rozmowy, zadała swoje pytanie: – Opowiedz nam o admirale McCarterze. Jak się z nim pracuje?
    Moss się roześmiał.
    – Nudno. Wszyscy admirałowie to nudziarze. Siedzą za biurkiem, przekładają dokumenty z miejsca na miejsce, grają w golfa i jadają w klubie oficerskim. I na dodatek narzekają, jak samotnie czują się na tak wysokim stanowisku.
    – Co w takim razie chciałby pan robić, poruczniku? – wtrąciła się Agnes. Jak przedtem, jego teksaski akcent się nasilił, kiedy się do niej zwracał:
    – Cóż, proszę pani, zaciągnąłem się, żeby latać. I to właśnie będę robił, jeżeli modlitwy się spełniają. – Puścił oko do Billie. Ogarnęło ją przyjemne ciepło na myśl o ich małym sekrecie.
    – A co pana rodzice o tym sądzą? Zapewne pańska mama bardzo się martwi. Co prawda nie mam syna, ale pański ojciec jest chyba bardzo dumny? Czy on także jest pilotem?
    – Nie, proszę pani. Tata jest na emeryturze, można by powiedzieć. – Uwielbiał wściekły błysk w oczach Agnes. – Mama początkowo się martwiła, ale powiedziała, że cieszy jato wszystko, co mnie sprawia radość. Wystarczy, że trzęsie się nad Amelią, moją siostrą.
    Okazywał jej zbyt wiele szacunku, by uznać go za spryciarza, jednak unikał odpowiedzi na pytania.
    – Mówiono mi, że Teksańczycy mieszkają na farmach. Czy pańska rodzina także?
    – Mieszkają na farmach? – powtórzył za nią. – Mamy rancho. W Teksasie nazywamy to „rancho”. – Popatrzył na Billie i zapytał, czy chciałaby po obiedzie pójść do kina.
    – Tak, chętnie. Mamo, nie masz nic przeciwko temu, prawda?
    Z jej spojrzenia Agnes wyczytała, że pójdzie bez względu na jej odpowiedź. Działy się tu rzeczy, których nie potrafiła nazwać, a które wcale jej się nie podobały. Miała takie piękne plany w związku z Billie i Nealem Foxem. Teraz córka będzie porównywała każdego mężczyznę z tym przystojnym, choć niezbyt inteligentnym podporucznikiem. Zacisnęła pięści.
    – Nie, skądże. Możecie iść po deserze. Sama pozmywam. Ty, Billie, zrobisz to za tydzień.
    Na deser podała pyszny placek z czereśniami. Billie i Moss pochłonęli go w okamgnieniu. Później porucznik dostał filiżankę kawy, a córka szklankę mleka. Billie rozszyfrowała to od razu: matka przypomina, że ona jest jeszcze dzieckiem, a Moss dorosłym mężczyzną. Nie tknęła mleka.
    – Następny seans zaczyna się o czwartej, Moss. Chodźmy już. Nie lubię wchodzić, kiedy film się już zaczął, a ty? – Nie czekając na jego odpowiedź, pobiegła po torebkę.
    – Pani Ames, obiad był wyśmienity. Domowy posiłek to cudowna odmiana po stołowaniu się w kantynie. Dziękuję bardzo. Powiem mamie, że przyrządza pani fasolkę według tego samego przepisu.
    Nie miała wyjścia. Musiała zachować się grzecznie i miło. Pokonał ją.
    – Dziękuję za kwiaty, poruczniku. To bardzo miły gest. Na kwiaty z naszego ogrodu musimy poczekać aż do lata. Wiosenne są takie nietrwałe.
    Paplała zbyt dużo, a on jej na to pozwalał. Kiedy dołączył do Billie w korytarzu, obserwowała oboje uważnie. Moss przypominał jastrzębia krążącego nad upatrzoną ofiarą. Chciała się nawet sprzeciwić, kiedy wziął Billie za rękę. Powinna powstrzymać córkę, zanim będzie za późno. Za późno na co? Za późno dla Neala Foxa, na rany Chrystusa!
    Moss się odwrócił. Jego twarz skrywał cień.
    – Do widzenia, pani Ames. Odwiozę Billie przed zmrokiem.
    Agnes nie musiała patrzeć mu w oczy. I tak wiedziała, co się w nich maluje: zadowolenie po wygranej bitwie.

* * *

    Szedł tuż za Billie, ostrożnie trzymając dwie porcje prażonej kukurydzy. Nie lubił, kiedy dwie osoby sięgały do tej samej torby. Co jego to jego.
    Billie usiadła obok Mossa. Dotykali się ramionami. Lubił ją. Pod wieloma względami przypominała mu siostrę. Nawet Seth ją zaaprobuje. Było w niej coś kruchego, staroświeckiego. Podejrzewał, że ma bardziej skomplikowany charakter, niż się wydawało na pierwszy rzut oka. Była taka młoda i niewinna, nie zmanierowana jak inne dziewczyny. Jakim cudem ten sęp z Elm Street wychował takie dziecko? Na Boga, Agnes Ames i jego ojciec mieli dużo wspólnego, jednak cechy, które w nim podziwiał, były nie do zniesienia u kobiety. Mimo to jednak doceniał jej siłę i inteligencję.
    W milczeniu obejrzeli kronikę i film rysunkowy w oczekiwaniu na seans. Betty Grabie zaprezentowała na ekranie niewiarygodnie długie nogi po niespełna dziesięciu minutach. Moss wziął Billie za rękę. Z niewiadomych przyczyn pary zawsze to robią. Czy tak właśnie widział siebie i Billie? Jako parę? Jej dłoń była miękka i delikatna jak ona sama. Widział, że się uśmiecha w ciemności. Miły z niej dzieciak. Bardzo miły. Ciekawe, kiedy skończy osiemnaście lat. I jest taka ładna. Jej uroda promieniowała od środka, oczarowując patrzącego. To chyba o takich jak ona mówi się „dziewczyna z sąsiedztwa”. Zdaniem niektórych, o nie właśnie chodziło w tej wojnie. Moss jednak wiedział, że jest inaczej. Stawką była władza, co doskonale rozumieli ludzie tacy jak ojciec, Agnes Ames czy wreszcie on sam.
    Po kolejnych dziesięciu minutach wyszeptał Billie do ucha:
    – Posłuchaj, to okropny film i oboje wiemy, jak się skończy. Chodźmy gdzieś i porozmawiajmy. Chciałbym cię lepiej poznać.
    – Dobrze. – Billie zmarszczyła brwi. Powiedziała Agnes, że będą w kinie. Ilekroć spotykała się z Mossem, łamała zasady.
    – Zawsze jesteś taka zgodna? – Ledwo dosłyszalna nuta w jego głosie zdradzała, że jest zirytowany.
    – Tylko kiedy chcę taka być.
    – Mam koc w samochodzie. Może pojedziemy do parku i posiedzimy nad jeziorem?
    Serce Billie zabiło szybciej. Gdyby Agnes się o tym dowiedziała, byłaby wściekła. Bez namysłu jednak wstała i za Mossem ruszyła ku wyjściu.
    Był to piękny dzień. Lepszego nie mogłaby sobie wymarzyć. Po błękitnym niebie dryfowały białe obłoczki. Trawa była bardziej niż zwykle zielona, słońce cieplejsze. Tafla jeziora lśniła.
    Nie zdawali sobie sprawy z upływu czasu. Siedzieli na kocu i rozmawiali, rozmawiali, rozmawiali. Opowiadała mu o rzeczach, o których dotychczas nikomu nie mówiła. O tym, że wolałaby zostać projektantką mody, a nie nauczycielką angielskiego czy historii. O tym, jak nauczyła się żyć bez ojca i radzić sobie z nadopiekuńczością Agnes. Kiedy mówiła, że dobrze gra na pianinie, było to wyznanie, a nie przechwałki.
    Moss położył się i oparł głowę na jej kolanach. Uniesioną ręką dotknął jej ust.
    – Bez szminki dzisiaj – stwierdził, przyglądając się, jak ciemne rzęsy ocieniały jej niebieskie oczy
    – Nie w niedzielę. – Roześmiała się. – Przeszkadza ci to?
    – Nie w niedzielę – powtórzył. – Powinienem teraz odwieźć cię do domu. Obiecałem twojej mamie, że wrócimy przed zmrokiem. Zanim tam dotrzemy, będzie już ciemno.
    – Nie chcę iść do domu – odparła.
    – Ja też nie.
    – Dlaczego mnie nie pocałowałeś? – zapytała nagle.
    Zaśmiał się.
    – A chciałabyś tego? Billie Ames, chciałabyś, żebym cię pocałował? – Starał się, by jego głos brzmiał pogodnie i beztrosko. Od dawna chciał ją pocałować. Niemal czuł jej smak, czuł miękkie, uległe wargi. Była w niej jednak pewna niewinność, którą chciał zachować.
    Ze zdumieniem stwierdził, że wstrzymał oddech, czekając na jej odpowiedź.
    – To miał być pański pomysł, poruczniku. Teraz, kiedy upokorzyłam się, zadając to pytanie, wcale tego nie chcę. Chodźmy już, bo się spóźnimy. – W milczeniu wstała, wyciągnęła spod niego koc i złożyła starannie. Po chwili szła do samochodu.
    – Billie! Poczekaj.
    Nagle zapragnął, żeby zrozumiała. Co dokładnie miała zrozumieć, nie wiedział.
    – Patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię. Przez cały dzień miałem ochotę cię pocałować, zwłaszcza kiedy ubrudziłaś się plackiem. – Musnął palcami jej usta. – Będę wiedział, kiedy będziesz na to gotowa, Billie. Zaufaj mi.
    Uśmiechnęła się. To znaczy, że chce się z nią spotkać. Postanowiła zaprosić go na bal.
    Bez słów wracali do domu. Moss trzymał ją za rękę. Lubił jej dotyk. Lubił Billie Ames. Powinien był ją pocałować.
    – Chciałbym cię znowu zobaczyć. Pozwolisz mi?
    – Przecież obiecałam modlić się, żeby spełniły się twoje pragnienia.
    – Może w sobotę, w USO? Czy mama pozwala ci tam chodzić?
    – Byłam tam tylko raz, na herbatce. Mama należy do Czerwonego Krzyża. Zapytam ją. Chyba się zgodzi. – Nawet jeśli nie, ona i tak pójdzie. Zrobi wszystko, żeby się z nim spotkać.
    – Dobrze. Więc do soboty. Poczekaj, odprowadzę cię do drzwi. Niech twoja mama sobie nie myśli, że należę do tych facetów, którzy hamują z piskiem opon, trąbią na całą ulicę i zostawiają dziewczynę na chodniku.
    – Mamie nie przyszłoby to do głowy – zaprotestowała kierowana solidarnością, ale oboje wiedzieli, że to nieprawda. – Spędziłam cudowne popołudnie. Dziękuję ci. I za czekoladki też.
    – Hej, ja również świetnie się bawiłem. – Nie kłamał. Odpowiadało mu jej towarzystwo. Był nią oczarowany. Słuchała i nie mówiła zbyt dużo.
    Wiedziała, że Moss ją pocałuje. Nie było to wstrząsające przeżycie, świat nie zadrżał w posadach. Łagodny delikatny pocałunek obiecywał jednak dużo więcej. Więcej, niż Moss mógł ofiarować i żądać od niej. Nie było jej słabo, nie omdlała. Ogarnęło ją przyjemne ciepło. Przez krótką chwilę pragnęła, żeby ją objął, ale sobie zaraz przypomniała, że świat to nie tylko Moss Coleman. Jej oczy lśniły w świetle lampy na werandzie. Pewnego dnia otrzyma więcej. Była tego pewna. Sama do tego doprowadzi.
    – Dobranoc, Billie. Do zobaczenia w sobotę.
    – Dobranoc, Moss. Jedź ostrożnie.
    Dotychczas tylko matka tak go upominała, i wtedy jakby na złość prowadził jak szatan. Tego wieczora nie złamał żadnych przepisów w drodze do koszar.
    Agnes wyglądała spoza firanek. Zesztywniała, słysząc niski, gardłowy śmiech Billie. Jej córka nigdy się tak nie śmiała. Był to śmiech kobiety. Szybko przeszła do kuchni.
    – Jak film? – spytała, kiedy usłyszała szczęknięcie drzwi.
    – Był okropny. Wcale się nam nie podobał. – Wcale nie skłamała. Po prostu nie miała ochoty opowiadać Agnes co, gdzie i dlaczego. – A jak ty spędziłaś popołudnie, mamo?
    – Grałam w karty u sąsiadów, dopiero wróciłam. Zaraz będzie „Amos’n Andy”. Posłuchasz ze mną?
    – Nie, dziękuję. Mam jutro test z historii i muszę trochę poczytać. Zrobię sobie kanapkę i zabiorę się do roboty.
    Nie miała testu ani nie była głodna. Po prostu chciała być sama. Chciała przypomnieć sobie każdą chwilę, każde słowo Mossa. Do soboty jeszcze tylko sześć dni.

Rozdział trzeci

    Billie kończyła zmywać naczynia po śniadaniu, kiedy do kuchni weszła Agnes. Stara pralka wirnikowa postukiwała rytmicznie.
    – Billie, pośpiesz się, jeśli chcesz iść do kina z przyjaciółmi.
    Nagle matka nie miała nic przeciwko jej spotkaniom ze starą paczką.
    – Nie idę dzisiaj do kina. Zostanę w domu i pomogę ci przy sprzątaniu. Poza tym chcę umyć włosy.
    Oczy Agnes rozszerzyły się, kiedy usłyszała tę zadziwiającą nowinę. Czekała na wyjaśnienie. Billie myła głowę w sobotę wieczorem, przed niedzielną mszą. Córka szukała odpowiednich słów, wyczuwała to.
    – Moss zaprosił mnie na tańce do USO – powiedziała w końcu Billie. – Przyjęłam zaproszenie. – Nie pytała o pozwolenie, informowała.
    – Wiesz, co myślę o USO – odparła Agnes. – To odpowiednie miejsce dla żołnierzy przebywających z dala od domu i może również odpowiednie dla innych dziewcząt, ale nie dla ciebie, Billie. Kiedy podporucznik Coleman po ciebie przyjdzie, poproszę, żeby zabrał cię gdzie indziej, nie do tego lokalu o wątpliwej reputacji.
    – Moss po mnie nie przyjdzie, mamo. Umówiliśmy się na miejscu. A ty jesteś jedyną znaną mi osobą, która ma złe zdanie o USO.
    – Czy będzie to miało dla ciebie jakieś znaczenie, jeśli powiem, że nie chcę, żebyś tam szła? – Agnes porządkowała ścierki i środki czyszczące z przesadną gorliwością. Billie zazwyczaj była posłuszna, tym bardziej więc przeraziła matkę jej reakcja.
    – Oczywiście, że tak. Ale i tak pójdę. – Pod Billie ugięły się kolana. Nigdy do tej pory nie sprzeciwiła się matce, jednak musiała, po prostu musiała ponownie zobaczyć Mossa.
    Agnes nie rozmawiała z nią cały dzień. W domu rozbrzmiewały jedynie odgłosy szorowania i zamiatania. Nie jadły kolacji. Billie przegryzła kanapkę w kuchni. Agnes czekała na nią w sypialni. Billie nie przyszła. Drzwi wejściowe zamknęły się za nią o 19.18.
    USO sąsiadował z Klubem Oficerskim. Billie czekał długi spacer, a dotychczas nie chodziła sama o zmroku. Na szczęście ściemni się dopiero za godzinę, wtedy zaś będzie już z Mossem.
    Obcasy jej pantofli, prawdziwych, dorosłych pantofli, które oszczędzała na bal absolwentów, stukały po bruku. Jasnobeżowe nylonowe pończochy w odcieniu „światło gwiazd” dodawały jej pewności siebie, choć pas był nieco za luźny. Zaledwie wczoraj skończyła szyć sukienkę. Sama ją zaprojektowała. Ciemnoniebieska żorżeta kosztowała majątek. Bufiaste rękawy opadały do łokci. Kloszowa spódnica szeleściła przy każdym kroku na taftowej halce. Malutkie perłowe guziczki, które odpruła od starej sukienki, biegły od góry do dołu. Agnes nie widziała tej kreacji. Uznałaby zarówno fason, jak i kolor za zbyt poważne dla Billie, choć wiedziała, że może polegać na wyczuciu koloru i guście córki.
    Już z daleka Billie słyszała dźwięki muzyki. Przed wejściem kręcili się mężczyźni w mundurach. Zanim weszła do środka, poprawiła fryzurę. Pasma ze skroni upięła na czubku głowy, reszta włosów spływała miękką falą na plecy. Odrobina szminki i pudru i była gotowa. Tego wieczora Billie Ames nie była uczennicą, lecz kobietą, którą chciała się stać. Dla Mossa.
    Zauważył ją natychmiast. Jej zmieniony wygląd nie uszedł jego uwagi, wiedział także, że to dla niego tak się wystroiła.
    – Pięknie wyglądasz – stwierdził, patrząc jej w oczy. Był rad, że przyszła; aż do ostatniej chwili nie wiedział, czy ją jeszcze zobaczy. Miała ciepłe dłonie. Posłała mu uśmiech, który sugerował, że oprócz niego nie ma na świecie innych mężczyzn. Moss przywykł do pochlebstw i kokieterii, jednak Billie Ames nie była kokietką.
    Parkiet oświetlało tylko kilka niedużych lampek. Całe pomieszczenie wypełniały dźwięki „If You Were The Only Girl in The World” Dicka Haymesa. Moss przytulił policzek do skroni Billie. Kiedy tańczyli, nucił melodię – cały czas miała w uszach jego cichy, męski głos. Nigdy dotąd nie była taka szczęśliwa, taka piękna, taka kobieca.
    Przy długich stołach ustawionych po obu stronach parkietu starsze kobiety wydawały kawę, pączki, ciasteczka i sok. W powietrzu wirowały zwiewne spódnice, unosił się zapach perfum. Pod ścianami zbierali się żołnierze w mundurach granatowych i khaki. Ponieważ w USO palenie było zabronione, Moss wyszedł na papierosa na zewnątrz, a Billie pobiegła do toalety. Od minionej niedzieli wiedziała, że pali old goldy. Pachniał tytoniem, kiedy ponownie wziął ją w ramiona.
    Nagle, podczas tańca, ktoś klepnął go w bark. Billie podniosła głowę. Wysoki przystojny oficer patrzył na nią z uśmiechem.
    – Odbijany, Coleman – oznajmił krótko nieznajomy. – Nie przedstawisz mnie damie? – Po akcencie Billie poznała, że pochodzi z Nowej Anglii.
    Moss był zły:
    – Billie Ames, podporucznik Thad Kingsley.
    Thad dał krok do przodu, wobec czego Moss musiał się cofnąć. Kingsley miał szare oczy, w których czaiły się wesołe iskierki, gotowe złagodzić jego surowe rysy. Był wyższy i szczuplejszy od Mossa.
    – Wyglądasz jak aniołek z choinki.
    – A ty jak ten żołnierz z plakatów „Wuj Sam na ciebie czeka!” – odparowała, rada z komplementu.
    – To chyba nie obelga. – Roześmiał się cicho.
    Prawdopodobnie wiele czasu spędzał na słońcu; jego skóra była ciemniejsza niż jasne włosy. Billie polubiła go od razu. Czasami żywiołowość Mossa budziła w niej nieznane emocje i niepokój. Thad był jak powiew świeżego powietrza. Przy nim na pewno nikt nie czuł się nieswojo.
    – Jesteś z Filadelfii? – zapytał. – To piękne miasto, a jego mieszkańcy chyba lubią żołnierzy.
    – To Miasto Braterskiej Miłości – przypomniała mu. – A ty pochodzisz z Nowej Anglii?
    – Słychać to, prawda? Tak, z Vermont. Całe pokolenia Kingsleyów zamieszkiwały zachodni skrawek stanu. Moi krewni twierdzą, że polubili zimny klimat, ja jednak wolę cieplejsze okolice. Chociaż pewnie obrzydną mi tropiki, kiedy mnie wyślą na Pacyfik.
    – A czy to możliwe? – zapytała. Przeszedł ją lodowaty dreszcz, kiedy wyobraziła sobie wszystkich tych przystojnych mężczyzn idących na wojnę. Zwłaszcza zaś przerażało ją to, że Moss mógłby wyjechać z Filadelfii.
    – Milczenie jest złotem – rzucił żartem, wyczuwając jej smutek. – Tak naprawdę nikt z nas nie wie, dokąd nas wyślą. Moss chciałby wrócić na „Enterprise”, gdzie obaj przechodziliśmy szkolenie. Mnie przydzielono na „Sarasotę”, ale w tej chwili statek jest w stoczni, w remoncie.
    Kiedy tańczyli, Thad spoglądał z góry na niedoświadczone jak pisklę młode stworzonko, które trzymał w objęciach. Co Coleman ma z nią wspólnego? Nie jest w jego typie, taka młoda i słodka.
    Przez cały wieczór odbijano Mossowi jego partnerkę. Ilekroć tańczyła z kim innym, Billie czuła na sobie jego wzrok. Przyprawiał ją o dreszcze.
    – Musimy już iść, Billie. Nie mam dzisiaj samochodu, a dochodzi dziesiąta.
    – Spotkamy się na dworze – poprosiła. – Wiesz, że zgodnie z regulaminem dziewczętom nie wolno wychodzić z żołnierzami. Jeśli ktoś nas zobaczy, nie wpuszczą mnie tu nigdy więcej.
    – Nie wrócimy tu – rzucił. – Nie chcę się tobą dzielić z innymi. Należysz do mnie, Billie. – Wziął ją za rękę i wyprowadził na dwór, ignorując spojrzenia wojskowych i dziewcząt.
    Na ganku przed domem Billie przyciągnął ją do siebie. Przez cienką tkaninę sukienki czuła twarde mięśnie jego ud. Delikatnie uniósł jej podbródek do góry.
    Ściągnął brwi, jakby się zastanawiał, co ma z nią zrobić. A potem ją pocałował, powoli i gorąco. Uległa mu, rozchyliła usta, świadoma dotyku twardych zębów. W Mossie kryła się siła, która ją pociągała. Słyszała, jak szybko oddycha. To był zupełnie inny pocałunek. Było w nim pragnienie i zaborczość. Trzymał jej głowę w dłoniach, przedłużał zetknięcie, zaspokajał swój głód. Przesunął ręce na jej talię i odnalazł ustami szyję. Pieścił delikatną skórę, wdychał jej zapach.
    – Billie – usłyszała jego szept. – Nie powinnaś pozwalać, bym tak cię pragnął.
    W odpowiedzi ukryła palce w jego ciemnych włosach, gładziła kosmyki na karku.
    – Kiedy ja chcę, żebyś mnie pragnął, Moss – odpowiedziała. – Chcę, żebyś…
    Następny pocałunek był szybki, mocny i krótki.
    – Idź do domu, Billie, na Boga, idź do domu.
    Puścił ją tak nagle, że ogarnęło ją zmieszanie i strach. Billie Ames wiedziała jedno: dla niej ten pocałunek mógłby trwać wiecznie. Zanim odnalazła klamkę, Moss zniknął wśród drzew.
    Agnes wyglądała ze swego pokoju na piętrze. Dach ganku nie pozwalał jej zobaczyć, co się tam działo, ale widziała, jak Billie i Moss wrócili. Podporucznik odszedł dopiero dziewięć minut później.

* * *

    Na oczach Agnes związek Billie i Mossa przeradzał się z przypadkowej znajomości w coś głębszego. Moss bywał u nich na obiedzie kilka razy w tygodniu. Dzwonił do Billie; ilekroć z nim rozmawiała, śmiała się tym nowym śmiechem kobiety. Agnes wiedziała, że córka nadal jest dziewicą. Czytała to z oczu Mossa. Niepokoił ją jednak głód w spojrzeniu Billie. Każdego wieczoru, kiedy odprowadzał ją do domu, Moss wchodził na chwilą do środka. Agnes nienawidziła tych krótkich spotkań, bo zawsze szukała odpowiedzi w oczach podporucznika. Ufała mu, mimo wątpliwości, jakie budziło w niej zachowanie córki. Miał w sobie pewną szlachetność, co – jak zakładała – nie pozwoli mu wykorzystać jej niewinności. Taką w każdym razie miała nadzieję. Agnes Ames nie była już niczego pewna, i to właśnie było głównym źródłem jej zdenerwowania.
    Marzenia o związku z rodziną Foxów należały do przeszłości. W tej chwili błagała opatrzność, by Moss Coleman wyjechał z Filadelfii, i to jak najszybciej. Tylko o tym mówił podczas niedzielnych obiadów, które już zawsze jadał w domku przy Elm Street. Ból w oczach Billie widoczny, gdy o tym wspominał, łamał Agnes serce. Oby wyjechał, zanim Billie pójdzie do college’u, żeby zdążyła o nim zapomnieć w czasie wakacji.
    Z drugiej strony, to również mogło grozić niebezpieczeństwem. Agnes doskonale wiedziała, jak niecierpliwi potrafią być młodzi. Modliła się, by Moss nie zaraził Billie gorączkowym pośpiechem, przyczyną upadku tylu dziewcząt. Wojna, życie dniem dzisiejszym, bo jutra może nie być… Niejedna dziewczyna straciła przez to reputację. O ślubie nigdy nie było mowy. Nie przestawała zadawać sobie pytanie, ile serc już złamał Moss Coleman. Nie chciała, żeby i Billie znalazła się na liście jego zdobyczy. Billie wszystko co ma, to jej nadzieja na przyszłość. Ulżyłoby jej, gdyby wiedziała o Mossie coś więcej. Na Boga, niewykluczone przecież, że gdzieś w Teksasie czeka na niego żona!

* * *

    Billie wróciła ze szkoły. Od razu weszła do kuchni.
    – Jestem już, mamo. Czy Moss dzwonił?
    – Nie. Billie, od kilku tygodni w ogóle nie ćwiczysz na pianinie. Postępujesz nierozsądnie. Wiesz, ile płacimy za lekcje. Powinnaś wywiązywać się ze swoich obowiązków.
    – Nie chcę już brać lekcji. I tak nie zostanę pianistką, zresztą nie mam na to czasu. Powiedz panu Trazzori, że rezygnuję. Koniec, kropka. Co mamy na obiad?
    – Kotlety jagnięce. Udało mi się kupić cztery. Stałam w kolejce przez dwie godziny. Boże, kiedy wreszcie skończy się racjonowanie? – Spokojny rzeczowy głos Agnes nie zdradzał, jak bardzo nią wstrząsnęła decyzja Billie. Jednaście lat nauki wyrzucone do śmieci przez jakiegoś kowboja. Billie miała przecież grać dalej, nawet w college’u – ale i o szkole nie było mowy od kilku tygodni. A dokładnie rzecz biorąc, odkąd Moss Coleman po raz pierwszy przestąpił próg ich domu. Agnes nie wytrzymała:
    – Billie, musimy porozmawiać. Zajęcia w szkole potrwają jeszcze dwa tygodnie. Dzisiaj dzwonili ze szkoły i pytali, dlaczego nie byłaś na lekcjach. Żądam wyjaśnień, i to natychmiast.
    – Mamo, wszystkie stopnie są już wystawione. Przecież to bez znaczenia. Byłam z Mossem. Pojechaliśmy nad Jersey. Nie masz powodu, żeby się denerwować. Co strasznego w tym, że raz poszłam na wagary? Inni robią to ciągle.
    – Dość tego. Nigdy się tak nie zachowywałaś. Billie, zmieniłaś się, odkąd poznałaś tego pilota. Nie jesteś taka jak dawniej i wcale mi się to nie podoba. Spędzasz z nim zdecydowanie za dużo czasu. – Nie chciała zadawać następnego pytania, bała się odpowiedzi, ale nie miała wyjścia:
    – Co właściwie czujesz do Mossa Colemana?
    – Mamo, nie powinnaś zadawać mi takich pytań. Jestem dorosła. To nie twoja sprawa.
    – Ach, więc to nie moja sprawa! Ale kiedy kłamię przez telefon, że masz katar, to moja sprawa, tak? Od razu wiedziałam, dlaczego poszłaś na wagary.
    – Jestem już duża mamo, i mogę sama na siebie uważać. Jeśli się obawiasz, że ja… że…
    Agnes nie dała jej dokończyć:
    – Nie ty mnie martwisz. Wiem, że jesteś porządną dziewczyną. Ale on nie będzie czekał wiecznie. Billie, rozumiesz, co do ciebie mówię? – rzuciła zdesperowana.
    – Nie martw się, mamo. – Pod wpływem współczucia głos Billie zmiękł. Gdyby były bardziej ze sobą związane, objęłaby teraz Agnes. – Moss mnie nie tknął. Całuje mnie na dobranoc, podobnie jak Tim Kelly. Zaufaj mi. Zawsze mi ufałaś. Dlaczego wątpisz teraz? Dlaczego uważasz, że Moss jest inny? Chodzi o to, że jest starszy?
    Sama chciałabym to wiedzieć, pomyślała Agnes. Głośno powiedziała tylko:
    – Moss nie jest taki jak Tim Kelly. Jest mężczyzną, a mężczyźni mają określone potrzeby.
    – Nie chcę na ten temat rozmawiać. – Billie odwróciła głowę. Matka nie musiała mówić jej o potrzebach mężczyzn; wyczuwała je w Mossie, w jego silnych objęciach, w jego napiętym ciele. Echo tych potrzeb odnajdywała u siebie samej i Moss o tym wiedział. Dlatego właśnie nagle przerywał pocałunki, mrucząc coś pod nosem. Było dla niego jasne, że tylko on jest w stanie się opanować.
    – Zawołaj mnie na obiad. Mam dużo pracy, jeśli moja sukienka ma być gotowa na bal. – Pocałowała Agnes w policzek i poszła do swojego pokoju.
    Billie zamknęła za sobą drzwi, zła, że nie ma w nich klucza. Za cztery godziny znowu będzie z Mossem. Admirał wyjechał i Moss miał dużo wolnego czasu. Wieczorem pojadą do parku. Nigdy więcej nie poszli do USO. Moss naprawdę nie chciał się nią z nikim dzielić. Pochlebiała jej ta zaborczość. Później, zanim odwiezie ją do domu, obejmie ją i będzie całował, raz po raz! Zadrżała, przypomniawszy sobie jego przyśpieszony oddech i twarde mięśnie. Gdyby w ciemności widział jej twarz, wyczytałby z jej oczu, że jest gotowa przekroczyć wszelkie granice, które ustanowił.
    Co zrobi, kiedy on wyjedzie? Przyszłość zapowiadała się ponuro. Nie powiedziała mu, że już się za niego nie modli. W każdym razie nie o to, by go przeniesiono. Teraz w modlitwach prosiła o coś innego: o to, żeby ją kochał, żeby nigdy o niej nie zapomniał.
    Moss obiecał towarzyszyć jej na bal. Będzie w białym mundurze i wszystkie dziewczyny umrą z zazdrości. Kiedyś to było ważne, teraz wydawało się dziecinne i głupie. Teraz chciała mieć go tylko dla siebie, być z nim sam na sam. Kochała go, jednak jego uczucia były dla niej tajemnicą. Owszem, lubił ją. Lubił z nią przebywać, tańczyć, lubił ją całować. Sam to powiedział. Ale czy myślał o niej tak samo jak ona, kiedy nie byli razem?

* * *

    Telefon zadzwonił koło dziewiątej wieczorem. Agnes odłożyła robótkę i podniosła słuchawkę po trzecim dzwonku.
    – Och, ojciec Donovan, jak to miło, że ojciec zadzwonił – umilkła. Bała się, co też usłyszy.
    – Pani Ames, zrobiłem to, o co pani mnie prosiła. Zatelefonowałem do kapelana Franklina. Zapewne pani mówiłem, że to mój stary znajomy. Kapelan Franklin zapewnił mnie, że podporucznik Coleman to bardzo przyzwoity młody człowiek z porządnej teksaskiej rodziny. Tak się składa, że kapelan dobrze zna żonę admirała. Potwierdziła ona to, co znalazłem w aktach porucznika: jest kawalerem.
    Agnes słuchała uważnie, gdy ojciec Donovan opowiadał o Colemanach z Texasu, zwłaszcza gdy usłyszała, że Seth, ojciec Mossa, zajmuje się wieloma dochodowymi przedsięwzięciami: ropa, wołowina i elektronika.
    – Podporucznik cieszy się nieskazitelną opinią, pani Ames. Jednym słowem, nie powinna się pani martwić o Billie. Mam nadzieję, że panią uspokoiłem. Szkoda, że tak niewiele rodziców równie gorliwie dba o swoje dzieci. Kilka dyskretnych pytań oszczędziłoby im wielu łez.
    – Proszę ojca, doceniam to, co ojciec dla mnie zrobił. Mam nadzieję, że wkrótce zobaczymy ojca na obiedzie.
    – Zawsze chętnie pomogę, proszę tylko do mnie zadzwonić. Po to tu jestem. Dobranoc, pani Ames.
    Oczy Agnes lśniły jak dwa świeżo wypolerowane brylanty, kiedy sięgała po robótkę. Wołowina. Ropa. Elektronika. Pieniądze… Dużo pieniędzy. Zaraz następnego dnia pójdzie do biblioteki i przeczyta wszystko, co znajdzie o Austin i, prawdopodobnie, jednej z najbardziej znanych rodzin tego miasta. Na myśl o Nealu Foxie i banku jego ojca pogardliwie wydęła usta, jakby nie była prawdziwą damą.
    Wyszywając jasnym kordonkiem zawiły ścieg, dumała o tym, jak dobrze się stało, że spalił na panewce jej plan wypłoszenia kowboja. Słuchała audycji muzycznej w radio i cieszyła się, że zawsze kładła na stół najlepszy koronkowy obrus, chińską zastawę i kryształy. Dzięki temu zobaczył, że Amesowie to żadne wieśniaki, lecz porządna rodzina, mogąca dorównać Colemanom z Austin w Teksasie.
    Czy ojciec Donovan powiedział, że nie powinna martwić się o Billie? To dlatego, że nie widział, jakim wzrokiem jej córka patrzy na podporucznika. Agnes wystarczało to spojrzenie. Jeśli Moss skinie palcem, Billie pobiegnie. Mógłby ją z łatwością wykorzystać. A jeśli to zrobi, w jakiej sytuacji będzie jej córka? Pozbawiona dziewictwa w wieku siedemnastu lat. Mogłaby też zajść w ciążę, i co wtedy? Mimo to Agnes była przekonana, że Moss nie straci głowy. Wiedział, że ona jest zaniepokojona. Wiedział także, że, jeśli chodzi o Billie, ma wszystkie atuty w ręku. Jednak z jego spojrzenia Agnes wyczytała, że będzie grał uczciwie.
    Zapięć dziesiąta Billie i Moss weszli frontowymi drzwiami. Agnes zbierała swoje przybory do szycia.
    – Dobranoc wam – powiedziała cicho. Tego wieczora za żadne skarby świata nie spojrzałaby Mossowi w oczy. – Strasznie boli mnie głowa. Billie, zgaś wszystkie światła i pozamykaj drzwi, zanim pójdziesz spać. – Nie patrząc na nich, weszła na górę.
    Moss był trochę rozczarowany. Ostatnio zaczęły go bawić wzrokowe pojedynki z Agnes. Coś wisiało w powietrzu. Tego dnia wyczuł w niej podniecenie i niepokój. Zaintrygowało go to.
    – Co za szkoda, że mamę boli głowa – stwierdziła Billie. – Ale za to mamy cały salon dla siebie. Możemy posłuchać radia albo po prostu usiąść i porozmawiać. Nie musisz jeszcze wracać, prawda?
    Moss zastanawiał się szybko. Tak, może trochę zostać, tamci na niego poczekają. Nigdy nie powiedział Billie, że kiedy się rozstają, nie wraca do bazy. Zaczynał służbę dopiero o siódmej rano, więc zazwyczaj chodził z kolegami do nocnych klubów.
    – Tak, zostanę, ale nie na długo.
    Billie usiadła na kanapie. Ku jej rozczarowaniu, Moss przycupnął na drugim końcu. Czyżby się obawiał, że Agnes ich szpieguje? W radio nadawano wiadomości. Słuchali w milczeniu. Moss znieruchomiał, kiedy H.V. Kaltenborn wymienił nazwę USS „Enterprise” na Pacyfiku:
    – Dzisiaj mamy ósmego czerwca. Niecały tydzień temu nasza marynarka wojenna i wojska powietrzne odniosły zwycięstwo u wybrzeży malutkiej wysepki Midway. Był to ponury dzień dla cesarstwa Japonii. Wrogowie doświadczyli na własnej skórze waleczności załóg amerykańskich lotniskowców „Hornet”, „Yorktown” i „Enterprise”. Zatopiono cztery japońskie krążowniki. „Soryu”, „Hiryu”, „Kaga” i „Akagi” nie powrócą do tokijskiego portu.
    Moss słuchał uważnie. Billie już dawno nauczyła się, że wiadomości pochłaniają go całkowicie, zwłaszcza gdy była mowa o wojnie. Tracił poczucie czasu, ilekroć sam mówił na ten temat. Była wdzięczną słuchaczką do momentu, w którym opowiadał, jak to nie może się doczekać przydziału do innej jednostki. Wtedy zagryzała wargi, żeby nie zapytać: „a co będzie ze mną?”
    Moss spojrzał na zegarek. Był wyraźnie zdenerwowany.
    – Muszę już iść, Billie. Przekaż twojej mamie, że mam nadzieję, iż głowa ją mniej boli.
    – Moss, czy to nie na „Enterprise” odbywałeś szkolenie zeszłej jesieni? Gdzie jest Midway? Co to wszystko znaczy?
    Pogłaskał ją po ramieniu.
    – To znaczy, że jeśli się nie pośpieszę, będzie po wszystkim. – Przesunął dłonią po włosach. – Nie wiem, co robić, Billie. Nie chcę się sprzeciwiać ojcu, ale przecież muszę walczyć. – Nagle się uśmiechnął. Ponure zmarszczki na jego czole zniknęły od razu. – Nie mogę nie brać udziału w zabawie, prawda?
    Przyciągnął ją do siebie i pocałował. Przestał myśleć, usiłował się odprężyć. Billie była taka miękka, taka kobieca, miała takie delikatne, wrażliwe usta.
    Jej pocałunki obiecywały mu wszystko, co zechce wziąć. Nie chciał jej skrzywdzić. Nie chciał jej również wykorzystać. Lubił ją, był nią oczarowany, ale jej nie kochał. Tak przynajmniej sądził. Nie chciał nikogo kochać, nawet dziewczyny tak wspaniałej jak Billie. Miłość staje na przeszkodzie marzeniom, miłość to zbyt wielkie wymagania. Seth go kochał; ta miłość sprawiała, że Moss nie mógł dostać tego, czego najbardziej pragnął. Nie chciał żadnych dodatkowych więzów z nikim, nawet z Billie.
    Poza tym ona nigdy nie zrozumie, że mężczyzna nie od razu dąży do trwałego związku. Musi spędzać z nią mniej czasu. Coraz trudniej było mu nad sobą panować. Powinien spotykać się z innymi kobietami, nie tak przyzwoitymi i bez fałszywych wyobrażeń. Z kobietami, które chętnie mu ulegną i nie zażądają oświadczyn w zamian za dziewictwo.
    Kiedy wypuścił ją z objęć, dostrzegł łzy w jej oczach.
    – Hej, Billie, nigdy nie płacz z mojego powodu. – Z tymi słowami wyszedł.
    Billie jeszcze długo w nocy siedziała na łóżku. Łzy spływały jej po twarzy ciepłym strumykiem. Jak mogła nie płakać z jego powodu? Chciał wyjechać na Pacyfik, walczyć, ryzykować życie. Dlaczego nie pragnął jej równie mocno? Wtedy na pewno by jej nie opuścił.

* * *

    Od razu, otwierając oczy, przypomniała sobie, jaki to dzień – koniec roku szkolnego. Zaspana spojrzała na wieszak na drzwiach szafy ściennej. Wisiała tam piękna sukienka, niemal suknia ślubna, dziewiczo biała. Ta myśl ją zirytowała. Może powinna dodać jakiś kolorowy akcent. Nie jest za późno, ma jeszcze cały dzień. Tak, doszyje kolorową szarfę. Na rozdanie świadectw włoży tę sukienkę, a przed wieczornym balem przyszyje do niej szarfę. Na maszynie zajmie jej to niecałe dziesięć minut. Chciała się wyróżniać spośród innych dziewcząt, chciała wyglądać trochę inaczej… dla Mossa.
    Chciała, by zapamiętał tę noc i ją także, żeby ją wspominał, kiedy wyjedzie. Ile jeszcze czasu im zostało? W każdym razie niedużo. Od tygodni Moss opowiadał tylko o „Enterprise” i bitwie o Midway. Oddałby wszystko, byle tylko zdążyć przed końcem wojny. Ach, gdyby wojna już się skończyła, w ogóle nie musiałby wyjeżdżać.
    Billie uświadomiła sobie, że właściwie nigdy naprawdę nie rozumiała Mossa Colemana, mimo że znali się od miesiąca. Teraz był już czerwiec, dobry miesiąc na zawarcie małżeństwa. Wczoraj się dowiedziała, że dwie koleżanki z jej klasy wychodzą za mąż, zanim ich narzeczeni wyruszą na wojnę. Będą to skromne, szybkie ceremonie, z udziałem tylko najbliższej rodziny.
    Billie cierpiała.
    W połowie lipca wyjedzie Tim. Inni chłopcy – niewiele później. Jej przyjaciółki wybierały się do różnych college’ów. Ona sama miała wyjechać do Penn State pod koniec sierpnia. Wszyscy obiecywali, że będą pisać, ale Billie wiedziała, że wkrótce każdego pochłonie własne życie. Z czasem listy przestaną przychodzić. Owszem, będą się spotykać w czasie wakacji, jednak ten etap ich życia dobiega końca. Bóg jeden wie, kiedy i czy w ogóle chłopcy wrócą do domu. Posmutniała. Także i dlatego dzisiejszy wieczór będzie jedyny w swoim rodzaju.
    Po potańcówce koleżanka z klasy wyprawiała całonocne przyjęcie. Agnes pozwoliła zostać jej aż do śniadania z szampanem, które planowali wydać rodzice gospodyni. Billie zachichotała. Biedna dziewczyna. Billie wiedziała, że większość par ma inne plany na tę noc. Tak, wpadną na przyjęcie, ale potem wyjdą po cichu. Ona także chciałaby tak postąpić, nie wiedziała tylko, jak powiedzieć o tym Mossowi. I tak będzie znudzony. Może zaproponuje mu przejażdżkę do Atlantic City. Mogliby iść na spacer brzegiem morza i obserwować wschód słońca. Byłoby to idealne uwieńczenie wspaniałej nocy.
    Na myśl o spędzeniu z nim całej nocy, o tym, że leżałaby obok niego na plaży, ponownie zamknęła oczy. To takie romantyczne. Ilekroć z nim przebywała, działo się z nią coś dziwnego. Narastało w niej mroczne pożądanie, pragnienie, które przyśpieszało jej puls za każdym razem, gdy jej dotykał. W swoim odbiciu w lustrze usiłowała dopatrzyć się tych zmian. Ze szklanej tafli patrzyła na nią Billie Ames, ale ona nie czuła się w środku jak dawna Billie Ames. Całe ciało miała obolałe, puste. Chciała, żeby Moss ukoił ból i wypełnił pustkę wewnątrz niej. Pragnęła tego tak bardzo, że na myśl o Mossie ściskało jej się gardło. Miała ciągle łzy w oczach. Czasami z najwyższym trudem powstrzymywała się od płaczu. W romansach nazywano to uczucie namiętnością. Nigdzie jednak nie przeczytała, że namiętność tak boli.

* * *

    Moss zapiął ostatni guzik marynarki. Spodziewał się kpin, kiedy zmierzał do świetlicy oficerskiej. Bal absolwentów! To coś dla dzieci!
    – Fiu-fiu! – zagwizdał Thad Kingsley. – Rozkochasz w sobie wszystkie dziewczynki.
    – Powąchajcie! – zawtórował Jack. – Pachnie, jakby wyszedł z francuskiego burdelu. Mamuśki padną trupem.
    – Zamknij się – odburknął Moss, ale uśmiechnął się pod nosem.
    – Przystojniak z ciebie – inny młody oficer pogroził mu palcem. – Znając Mossa, nie wystarczy mu być przystojniakiem, zapewne zechce być przystojniakiem rozpustnikiem. – Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Zmieszanie Mossa rozbawiło ich jeszcze bardziej.
    – Ile, mówiłeś, ta mała ma lat? Siedemnaście? Na Boga, Moss, pchasz się do kołyski czy co? Pewnie czysta jak pierwszy śnieg! – zarechotał Jack.
    – Zamknij się, do cholery. Nie masz nic lepszego do roboty niż się mnie czepiać?
    – Chyba nie. Hej, chłopaki, co wy na to, może wszyscy odstawimy się na galowo i pójdziemy z nim. Może jakaś dziewuszka zaprosi nas na niedzielny obiad. Czy twoja mała przyjaciółka wie, że przeleciałeś wszystkie kobiety stąd do Nowego Jorku?
    – Mówiłem ci, żebyś się zamknął. Ja nie żartują – warknął Moss. Nie bawiły go już docinki kolegów. Nie lubił, gdy ktoś przypominał mu nieprzyjemną prawdą.
    – A co nam zrobisz, naślesz admirała? – zakpił Thad. – Chłopaki, chodźmy, należy nam się trochę rozrywki. Coleman nie ma dla nas czasu.
    Wychodząc, klepali go po plecach na znak, że to tylko żarty. Thad odwrócił się w drzwiach:
    – O wschodzie słońca masz być z powrotem. I nie zabrudź munduru – huknął władczym, w jego mniemaniu, tonem. – Jasne?
    Moss pomachał mu na pożegnanie.
    Dobrzy z nich kumple. Thad Kingsley mógłby być jego bratem. Nie ma lepszego pilota. Nigdy nie popełniał błędów, w każdej sytuacji zachowywał zdrowy rozsądek.
    Drzwi otworzyła mu Agnes. Z jej oczu nie mógł niczego wyczytać.
    – Wejdź, Moss. Billie będzie gotowa za moment. – Zachwyciły ją kwiaty, które przyniósł. – Ach, jaki piękny bukiet!
    Odnalazł jej spojrzenie.
    – Chyba we wrześniu stąd wyjadę – oznajmił, przesadnie przeciągając samogłoski. – Na to wygląda.
    Obserwował ją uważnie. Spodziewał się zobaczyć ulgą. W końcu tego chciała, prawda? Żeby zniknął i przestał zagrażać jej ukochanej córeczce? Czy to możliwe, że na jej twarzy malowała się panika?

* * *

    Zespół starał się brzmieć jak big band Glenna Millera. Ku zachwycie wszystkich obecnych młoda śpiewaczka stanowiła całkiem niezłą imitacją Helen O’Connell. Billie tańczyła z Mossem, opierając głową na jego piersi. Kiedy weszli na salą, patrzyli na nich wszyscy, nawet nauczyciele zerkali w ich stronę.
    Agnes stała za długim stołem i wydawała napój owocowy. Dumnie uniosła głowę, słysząc, jak dyrektor szkoły nazywa Billie najładniejszą dziewczyną na balu.
    – A kto jej towarzyszy, pani Ames? Ten młody człowiek sprawia dobre wrażenie.
    – To podporucznik Moss Coleman z Austin w Teksasie. Między nami mówiąc, pochodzi z doskonałej rodziny, o ile pan wie, co mam na myśli.
    Dyrektor zrozumiał. Ekscytacja w głosie Agnes Ames oznacza, że Moss Coleman jest bardzo bogaty.
    – Billie, muzycy robią przerwę – szepnął Moss. – Pójdę zadzwonić do admirała. Nie masz ochoty na szklaneczkę soku? Spotkamy się przy stole.
    Agnes, której zadaniem było uważać, żeby co bardziej rozbawieni uczniowie nie stłukli wazy z napojem, śledziła córkę wzrokiem. Jej uwagi nie uszedł ani rumieniec Billie, ani rozchylone wargi, ani błyszczące oczy. Serce każdej matki ścisnęłoby się na ten widok. Billie była dorosła i odnalazła swojego mężczyznę.
    – Dobrze się bawisz, mamo? – Nawet głos miała inny, ciepły i wibrujący, głos osoby pewnej siebie i swoich celów. Głos kobiety. Billie nie jest już dzieckiem. Kiedyś Agnes doświadczyła tych samych uczuć, targały nią te same pragnienia. Wiedziała, dokąd wiodą – prosto do sypialni.
    – To dla ciebie wyjątkowo ważna impreza, prawda, Billie? Zwłaszcza że Moss wyjedzie na początku września. – Zdawała się nie zauważać niepokoju córki. Była ciekawa, czy Moss wspomniał coś o swoich planach, czy składał jakieś obietnice.
    – Powiedział ci? – zapytała Billie drżącym głosem.
    – Och, kochanie, przepraszam. Chyba zdradziłam sekret. Tak, powiedział mi dzisiaj. – Kiedy mówiła, tysiące myśli przelatywało jej przez głowę. Nabrała soku wielką łyżką. Czuła, że lekko drżą jej ręce. Ależ z tej Billie głuptas. Może to wina matki, jej zbytniej dominacji. Gdyby córka była bardziej samodzielna, czy potrafiłaby sięgnąć po to, czego pragnie? Ona w jej wieku była dużo sprytniejsza. Agnes głęboko wciągnęła powietrze i podjęła decyzję.
    – Napij się, skarbie. To ci dobrze zrobi. – Z tymi słowami wyciągnęła do córki rękę ze szklanką soku.
    Billie już-już miała ją wziąć, i w tej sekundzie Agnes uniosła gwałtownie dłoń. Jasnoczerwony napój wylądował na białej sukience.
    Moss, który wracał do sali, zobaczył, jak Billie odskakuje do tyłu, jednak na próżno. Miała całą sukienkę zalaną sokiem. Znieruchomiał. Nie ma sensu, żeby na dodatek i on poplamił sobie mundur. Zaczekał, aż Billie wytrze lepki płyn, zanim do niej dołączył.
    – Moss, dobrze, że jesteś – zwróciła się do niego Agnes. – Zawieź, proszę, Billie do domu, musi się przebrać. Billie, kochanie, wybacz mi. Byłam przekonana, że trzymasz szklankę w ręku. Zawieziesz ją, prawda, Moss?
    – Oczywiście. – Spojrzał Agnes w oczy. Pomylił się; nie panika widniała w jej wzroku, lecz strach. Z lekkim uśmieszkiem wyprowadził Billie z zatłoczonej sali.
    Agnes odprowadzała ich wzrokiem. Potem zerknęła na zegar, ledwo widoczny pośród bibułkowych kwiatów. Dziesięć minut na dojazd do domu, kwadrans na przebranie się, kolejne dziesięć na powrót. To wielka, być może jedyna, szansa Billie. Agnes zamknęła oczy na wszelkie matczyne obawy. Postawiła wszystko na jedną kartę, ale zrobiła to dla Billie. Jej córka będzie jedną z Colemanów z Teksasu. Agnes się uśmiechnęła. A to oznacza, że tak czy inaczej, ona także będzie do nich należeć.

Rozdział czwarty

    Moss wziął klucz od Billie i otworzył drzwi. Podziwiał wdzięk, z jakim pokrywała rozczarowanie i zakłopotanie. Inna dziewczyna na jej miejscu płakałaby nad poplamioną sukienką, co tylko pogarszałoby sytuację, ale nie Billie. W drodze do domu żartowała i złośliwie nazwała go najpopularniejszym mężczyzną na potańcówce.
    – Zajmie mi to minutkę. No, może dwie. – Zachichotała. – Przemokłam do suchej nitki. Włącz sobie radio.
    – Przykro mi z powodu twojej sukienki, Billie – powiedział szczerze. – Byłaś najładniejszą dziewczyną. Nie, nie najładniejszą: najpiękniejszą.
    Ogarnęło ją przyjemne ciepło. Teraz nie obchodziło jej, co ma na sobie. Moss powiedział, że jest piękna. Nie kłamał, widziała to w jego płonących oczach.
    Zniknęła za drzwiami. Z rękami w kieszeniach spacerował po ciemnym salonie. Spod drzwi Billie przenikała smuga światła; drżała i migotała, kiedy dziewczyna kręciła się po pokoju.
    Billie zdjęła sukienkę. Tak jak przypuszczała, czerwony napój poplamił także bieliznę z białej tafty. Cała się lepiła, powinna się umyć. Dlaczego mama była taka nieostrożna? Teraz musi się przebierać.
    Moss otworzył drzwi. Stłumione światło nocnej lampki nikło w malutkiej garderobie. Zatrzymał się w progu. Niedbale oparty o framugę, w czapce nisko nasuniętej na oczy, nie wyjmował rąk z kieszeni.
    Nieświadoma jego obecności, Billie sięgnęła po szlafrok. Wyszła z garderoby nucąc piosenkę „I’ll be seeing you”, którą grano w radio. Moss obserwował ją spod ronda czapki: proste, smukłe plecy, okrągłe pośladki, zgrabne, długie nogi. Na ramionach rozsypały się złote smugi włosów. Stanęła bokiem. Zobaczył drobne sterczące piersi o sutkach różowych jak wnętrze muszli. Miała drobną talię i lekko zaokrąglony brzuch, ostatni ślad dziecięcego tłuszczyku.
    Włożyła szlafrok, zawiązała pasek. Odwróciła się na pięcie. Na widok Mossa zamarła w bezruchu. Patrzył jej prosto w oczy. Zobaczył w nich namiętność dorosłej kobiety, która rozjaśniała jej orzechowe oczy złotym blaskiem.
    Gorący strumień rozpalał jej ciało, piersi, uda i brzuch. Wpatrzona w niego, rozwiązała pasek. Szlafrok zsunął się z ramion. Odsuwając nogą białą tkaninę, odtrącała zarazem resztki dzieciństwa. W jego stronę wyciągała ramiona kobieta, nie dziewczyna.

* * *

    Agnes nie spuszczała wzroku z zegara. Dokoła niej wirowały sukienki, grała muzyka. Nie zauważała niczego oprócz upływu czasu. Moss i Billie wyszli godzinę temu. Pobiegła do szatni po sweter. Zdecydowanym krokiem wyszła na ulicę.
    Mocno zacisnęła dłonie na kierownicy rzadko używanego studebakera. Zamiast, jak zwykle, od południa, nadłożyła drogi i podjechała od północy. Zaparkowała po przeciwnej stronie ulicy. Siedziała w samochodzie, wpatrzona w białoszary domek na Elm Street. Wóz Mossa stał na podjeździe. Wszystkie okna były ciemne.

* * *

    Światło ulicznej lampy przenikało cienkie zasłony, spowijało ich ciała srebrnym cieniem. Billie leżała w ramionach Mossa. Włosy na jego klatce piersiowej przyjemnie drażniły jej skórę. Całował ją w szyję, przesuwał usta na piersi. Pieścił je dłońmi, napawał się ich kształtem. Ze względu na niego żałowała, że nie są większe, pełniejsze.
    – Nie wiem, co jest słodsze, Billie, ty czy ten napój. Cała się od niego lepisz – mruknął, nie odrywając od niej ust.
    Chciała być słodka. Dla niego chciała być wszystkim.
    Przeciągnęła się z głośnym westchnieniem. Teraz była dorosła. Moss kochał się z nią i uczynił z niej kobietę. Był taki delikatny, taki ostrożny. Rozpalił w niej ogień, tak że prawie nie poczuła bólu, kiedy pozbawiał j ą dziewictwa. Później, gdy się w niej poruszał, topniała pod jego dotykiem, oddawała mu się bez reszty. Była jego płótnem, a on malarzem, malował ją barwnymi plamami ledwo odkrytej zmysłowości, kształtował ją zgodnie ze swoimi marzeniami, kreśląc na jej ciele zawiłe wzory ustami i dłońmi, swoimi wspaniałymi dłońmi. Kiedy poznał już każdy skrawek jej ciała, Billie Ames zmieniła się z niekształtnej poczwarki w egzotycznego motyla.
    Oparty na łokciu, Moss przesuwał palec po jej ciele, nadal rozgrzanym i wilgotnym.
    – Za drugim razem będzie lepiej, Billie. Nie chciałem sprawić ci bólu.
    – I nie sprawiłeś. Było cudownie. Nigdy nie było mi tak dobrze. Uwielbiam to. Kocham cię, Moss.
    W odpowiedzi ją pocałował. Rozchyliła usta, wpuściła go równie ochoczo, jak oddawała mu ciało. Choć wilgotna i rozgrzana, nie miała orgazmu. Wiedział o tym i chciał to zmienić. Pragnął dzielić z nią i dawać rozkosz.
    – To nie wszystko – szepnął. – Może być o wiele lepiej. Zobaczysz.
    – Zobaczę? Pokaż mi, Moss. Pokaż mi natychmiast – poprosiła. Narastało w niej napięcie, które, jak wiedziała, tylko on mógłby złagodzić. Czy da jej część siebie, którą zachowa i której nigdy nie straci, bez względu na to, dokąd odjedzie?
    Zaskoczyły go te słowa. Zakładał, że kochanie się z nią sprawi mu przyjemność, ale nie oczekiwał takiej rozkoszy ani całkowitego oddania z jej strony. Wspaniale reagowała na jego pieszczoty, oddawała mu się jakby to było celem jej istnienia. W jasnym spojrzeniu nie było śladu żalu czy wstydu. Rozchyliła usta w oczekiwaniu na pocałunek. Dotknął ich wargami i odnalazł jej słodycz. Błądziła palcami po jego plecach. Zapragnął jej ponownie. W tej chwili nie wierzył, by kiedykolwiek mógł się nią nasycić. Billie, czego się wcale nie spodziewał, była wyjątkowa. Podniecała go jej gotowość, jej niedoświadczenie i gorliwość.
    Obserwował ją, kiedy powoli, z rozmysłem, pieścił piersi, a potem zsuwał dłoń niżej, na brzuch i między rozchylone uda. Przymknęła oczy. Ufała, że nauczy ją tego, co obiecał.
    Muskał miękką skórę ud, zanim przesunął rękę wyżej. Poruszyła się nagle.
    Jego ochrypły głos zdradzał jego reakcję na jej podniecenie:
    – Uwielbiam tak cię dotykać, Billie. Uwielbiam, kiedy mi ulegasz. Dotknij mnie – zachęcał. – Dotknij mnie.
    Odnalazła go dłońmi, spragniona poznania tajemnicy, która dawała tyle rozkoszy. Jego napięcie wzmagało jej przyjemność. Choć nabrzmiały i twardy, był wrażliwy i delikatny, pulsował pożądaniem. Zachwyciło ją jego ciało, jej palce badały szerokość klatki piersiowej, płaskość brzucha, siłę ud.
    Jej dotyk zapierał mu dech w piersiach. Z jej oczu wyczytał, że pragnęła go tak samo, jak on jej. Zatrzepotała rzęsami, zwilżyła wargi językiem. Zamknął je ustami. Nie przestawał jej dotykać. Poruszała się rytmicznie pod jego dłonią, czekała na spełnienie.
    Billie była przerażona płomieniem, który Moss w niej rozpalił, pełna obaw, czy cokolwiek go ugasi. Pustka w niej pragnęła go, żądała wypełnienia. Miała wrażenie, że na świecie istnieje tylko jej ciało i jego dłoń.
    Nakrył ją sobą, wsunął się między uda. Z zachwytem patrzył na złote włosy rozsypane na poduszce, białą skórę, młode kształtne ciało. Z oddaniem patrzyła mu w oczy, nie ukrywała pożądania, które w niej wyczuwał.
    – Billie, Billie – powtarzał jej imię, jakby to był wiersz. – Jesteś taka kochana.
    Podsycał w niej ogień, by powoli doprowadzić do punktu, z którego nie ma powrotu. Szczytowała w jego objęciach, szeptała jego imię, kręciła głową, dyszała głośno. Ugasił płomień. Kiedy ochłonęła, posłała mu uśmiech tak czuty, że ogarnęła go fala uczucia, jakiej nigdy dotąd nie doświadczył. Zapragnął być jej kochankiem, przenieść ją przez próg rozkoszy, poznać tajemnice jej ciała.
    – Powiedz mi, że nadal mnie pragniesz, Billie. Powiedz, jak bardzo mnie pragniesz. – Mówił niskim, ledwo słyszalnym głosem. Ona jednak zrozumiała od razu i ochoczo wyszeptała to, co tak bardzo chciał usłyszeć.
    Ostrożnie, bardzo ostrożnie, wszedł w nią, wypełnił sobą. Tuliła się do niego, wyginała w łuk. Szukała po omacku jego ust. Poganiała go, rozpalała, zatrzymywała głęboko w sobie. Bez trudu odnalazła i podchwyciła jego rytm. Świadoma narastającego napięcia, razem z nim śpieszyła do rozkoszy.
    Osiągając orgazm, znieruchomiała, zanim wstrząsnął nią dreszcz. Jej skurcze sprawiły, że podążył za nią. Wchodził w nią szybkimi, gwałtownymi ruchami.
    Miała piękne ciało, reagowała instynktownie, oddawała się całkowicie – to wszystko sprawiło, że gwałtownie szczytował, wraz z nią celebrując jej nowo odkrytą kobiecość.
    Ich ciała lśniły od potu. Leżeli na wąskim łóżku, splątani nogami. Opierała mu głowę na ramieniu. Przywrócił ją do rzeczywistości, muskając ustami szyję i piersi. Całował jej skronie, wdychał zapach włosów. Cichym, ochrypłym głosem wymieniał, co go w niej zachwycało.
    – Kocham cię – szepnęła.
    – Wiem o tym, Billie. – W odpowiedzi pocałował ją z taką czułością, że poczuła łzy pod powiekami.

* * *

    Agnes przeszła przez trawnik, z dala od chodnika, żeby nie słychać było obcasów stukających po bruku. Cicho uchyliła kuchenne drzwi. Położyła torebkę na stole i przemknęła się do salonu. W radio śpiewał Frank Sinatra. Zza zamkniętych drzwi sypialni córki dobiegał śmiech Mossa i ponaglający szept Billie.
    Agnes ciężko opadła na ulubione krzesło swojej matki. Nadsłuchiwała. Wiedziała doskonale, co się dzieje za drzwiami.
    Zdawała sobie sprawę, że inna matka na jej miejscu dobijałaby się do drzwi, chcąc uratować córkę przed hańbą. W pewnym sensie jednak Agnes ratowała Billie – i siebie również, przy okazji. Zważywszy na zachowanie Billie ostatnimi czasy i dziwny blask w jej oczach, Moss prędzej czy później zaciągnąłby ją do łóżka. Sztuka polegała na tym, by w każdym nieszczęściu, jak na przykład w wypadku zakochanej po uszy córki, która nie dba o reputację, znaleźć dobre strony. Wylewając sok na sukienkę Billie i aranżując ich sam na sam, postawiła wszystko na jedną kartę. Jak dotąd wszystko szło po jej myśli. Westchnęła głęboko i czekała dalej. Nie może teraz stracić głowy, musi to mądrze rozegrać.
    Zgarbiona, o twarzy bez wyrazu, splótłszy ręce na podołku, nieświadoma upływu czasu, czekała. Kiedy Moss, tylko w białych spodniach, stanął wreszcie w progu, pierwsze, co zobaczył, to lodowate spojrzenie Agnes Ames. Radio wypełniało salon piosenką „Boogie-Woogie Bugle Boy” w wykonaniu Andrews Sisters. Billie, która szła tuż za Mossem, wpadła na niego. Dopiero po chwili zrozumiała, dlaczego zatrzymał się w pół kroku.
    – Mamo!
    Agnes przeniosła wzrok na córkę, potem znów na Mossa. Tak, postawiła wszystko na jedną kartę. Poruszyła się niespokojnie, ale w głębi duszy wiedziała, że wygrała, czuła to każdym nerwem swego ciała. Billie zostanie panią Mossową Coleman. Chwilę tryumfu zakłócała jedynie świadomość, że zwyciężyła nie dlatego, że przechytrzyła Mossa. Nie, to on pozwolił jej wygrać.
    Idąc do salonu, Moss myślał o Billie. Co za fantastyczna partnerka w łóżku! Taka chętna. I piękna na swój sposób. Nawet teraz z trudem przychodziło mu uwierzyć w jej gotowość. W jednej chwili miała na sobie szlafrok, a w drugiej – naga wyciągała ku niemu ramiona. Na jego twarzy pojawił się uśmiech zadowolenia – i wtedy zobaczył JĄ. Agnes siedziała na krześle, wpatrzona w drzwi. Nie trzeba geniuszu, aby się domyślić, że czatowała tu od dawna. W oczach miała taki sam błysk jak jego ojciec po dokonaniu dobrej transakcji. W ułamku sekundy podjął decyzję: gdyby mógł, zrobiłby to samo jeszcze raz, bez względu na Agnes. Billie była tego warta.
    Przez głowę przeleciało mu powiedzonko ojca: matki od razu podejrzewają gwałt, nie mieści im się w głowie, że ich córeczki są chętne i gotowe. Potem myślą o nieślubnych dzieciach i skandalu towarzyskim. Na końcu, i to je uspokaja, następuje wizja ślubu.
    – Proszę zapiąć rozporek, poruczniku – rzuciła Agnes. – Późno już. Nie ma sensu, żebyście wracali na zabawę. Powinien się pan ubrać i wyjść.
    Złapany na gorącym uczynku, jak dzieciak na podkradaniu ciasteczek. Chciało mu się śmiać. Pozbawił jej córkę dziewictwa, a ona odprawia go jak służącego. Przeczuwał jednak, że to nie koniec, że jeszcze nie dostała tego, o co jej chodziło. Kątem oka zerknęła na Billie. Zrozumiał. Agnes powie to, co ma do powiedzenia, kiedy córki nie będzie w pobliżu. Śmiech łaskotał go w gardle. Tato, ty stary zbereźniku, ani słowem nie wspomniałeś o takich matkach.
    Billie ciaśniej owinęła się szlafrokiem. Na widok matki, siedzącej spokojnie pod drzwiami, ugięły się pod nią nogi. Złapała Mossa za ramię, nie aby dodać mu otuchy, lecz by utrzymać równowagę. Zaprotestowała, kiedy Agnes potraktowała go jak nieposłusznego chłopczyka:
    – Mamo, to nie jest wina Mossa. Pragnęłam tego i niczego nie żałuję! – krzyknęła. – Proszę, uwierz mi. Kocham go, zrozum.
    Moss czuł jej paznokcie w swoim ramieniu. Jakie to szlachetne. Malutka Billie wyznaje mu miłość i broni przed Agnes. Właściwie to on powinien był wygłosić tę kwestię. Billie ukradła mu rolę. Nie mógł dłużej opanować śmiechu. Objął ją i przyciągnął do siebie. Ten mały gest wystarczył Agnes. Zagryzła wargi, żeby nie zdradzić się uśmiechem, i skryła twarz w półmroku.

* * *

    Billie przysiadła na skraju łóżka. Moss się ubierał. Potrzebowała otuchy. Pragnęła usłyszeć, że ją kocha, ale nie śmiała zapytać. Co będzie, kiedy wyjedzie? Czy wróci? Gdyby poprosił, by z nim odeszła, teraz, natychmiast, zrobiłaby to. Dobry Boże, pozwól mu wrócić. W milczeniu obserwowała, jak starannie, bez pośpiechu zapina koszulę.
    Moss unikał jej wzroku. Nie umiał sobie dać rady z miłością, którą widział w jej oczach. Życie nauczyło go, że ten, kto kocha, żąda czegoś w zamian. Seth domagał się posłuszeństwa. Wolał nie myśleć, o co poprosi Billie. Naprawdę przerażało go, czego zażąda Agnes. Wiedział, że powinien przytulić Billie, uspokoić ją. Biedactwo. Co napawa ją większym strachem? Gniew Agnes czy obawa, że on nie odwzajemnia jej uczuć? Ze strony matki nie musiała się niczego obawiać. Wszystko poszło tak, jak to sobie zaplanowała, oblewając ją sokiem. A więc zostawał on. Miłość? Nie. Jeszcze nie. Wziął ją w ramiona. Była taka ciepła i miękka. Z uśmiechem przytuliła się do niego. Jej głowa idealnie mieściła się w zagłębieniu jego ramienia. Musi się zastanowić. Nie tutaj jednak. Powinien stąd wyjść. Pocałował ją w usta, w czubek nosa, w zamknięte oczy, znowu w usta.
    – Zadzwonię do ciebie jutro przed południem. Admirał gra w golfa i będę sam w biurze. Wtedy porozmawiamy. Dobranoc, Billie.
    – Dobranoc, Moss. – Miała łzy w oczach. Sprawiała wrażenie zagubionej, smutnej i przerażonej.
    – Nie martw się. Wszystko będzie dobrze.
    Nie cierpiał płaczących kobiet. Zaraz miały czerwone oczy, łzawy głos i głośno wycierały nos. Jego siostra ciągle płakała. Boże, ileż rzeczy musi ścierpieć mężczyzna.
    – Nie płacz. – Troskliwy ton samego go zdumiał. Tak, zależało mu na Billie. – Zostań tu. Nie odprowadzaj mnie do drzwi. Zadzwonię jutro.
    Kiedy zamknęły się za nim drzwi, Billie osunęła się na łóżko. Z zaciśniętymi piąstkami czekała na matkę. Serce waliło jej głośno. Nie żałowała tego, co zrobiła, nigdy tego nie pożałuje. Moss porozmawia z Agnes. Obiecał zadzwonić następnego dnia i zadzwoni. Spojrzała na zmiętą pościel. Wyczerpana, wtuliła twarz w poduszkę, nadal pachnącą płynem po goleniu Mossa, i pozwoliła popłynąć łzom.
    Było cudownie, dokładnie tak, jak to sobie wyobrażała. Zadowoliła go, sam to powiedział. Wspomnienie jego siły, jego czułości, jego pożądania wywołało uśmiech na jej twarzy. Poczerwieniała, wspominając swoje zachowanie. Czy możliwe, by coś równie cudownego było niewłaściwe? Moss tak nie uważał, w innym wypadku nie kochałby się z nią. Teraz określenie „robić to”, używane przez rówieśników, nie przeszłoby jej przez gardło. Jak zwierzęta. Moss i ona wcale „tego” nie robili – kochali się. Choć niedoświadczona, wiedziała, na czym polega różnica.
    Gdzie Agnes? Dlaczego nie wpada do pokoju, by wyrazić niesmak i dezaprobatę? Billie spodziewała się krzyków, gróźb, przestróg.
    Kiedy wskazówki zegara wskazywały pierwszą, zgasiła światło i zasnęła z głową na poduszce Mossa.

* * *

    Moss jechał powoli. Ciepła letnia bryza rozwiewała mu włosy. Byłby to cudowny wieczór, gdyby nie zostali przyłapani na gorącym uczynku jak dzieciaki w stodole. Parsknął śmiechem. Cholera, prawie cudowny. Nie myślał na razie o przyszłości. W najbliższym czasie dzisiejsza noc się nie powtórzy. Agnes pozwoliła mu sprawdzić towar i tyle. Od tej chwili wszystko jest w jego rękach – albo zdecyduje się na kupno – czyli małżeństwo – albo wycofa się całkowicie.
    Koło wartowni niedbale pomachał legitymacją. Musi to wszystko przemyśleć. Odstawił samochód, wszedł do kwatery i zdjął mundur. W dresie wrócił do biura admirała. Postanowił, tak jak obiecał, rozebrać, wyczyścić i naprawić zabytkowy kompas. Admirał doceniał smykałkę mechaniczną Mossa, toteż zawsze czekało niego jakieś radio czy zegarek do reperacji.
    Pracował powoli i uważnie. Kiedy skończył, ku jego zdumieniu wschodziło słońce. Ostrożnie odstawił kompas na biurko zwierzchnika, szybko naszkicował łysego człowieczka wyglądającego na pilota i podpisał: KILROY TU BYŁ. Nie wiedział, skąd się wziął ten popularny slogan, ale rozbawił go bilecik do admirała. Bardziej niż śmiać, chciało mu się płakać. Oto siedzi w biurze i naprawia kompasy i radia. Nie tak wyobrażał sobie udział w wojnie. Pragnął być w powietrzu, oderwać samolot od pokładu lotniskowca i polecieć na spotkanie losu. Musi się stąd wyrwać, jednak nie chce postępować wbrew woli ojca. Seth jest stary, a Moss, jak ojciec zwykł mawiać, to jego szansa na nieśmiertelność. Seth go kochał. Przez wzgląd na tę miłość Moss był mu posłuszny. Seth pragnął założyć dynastię, dynastię Colemanów. W Mossie widział ojca przyszłych pokoleń Colemanów, które odziedziczą fortunę zarobioną dzięki sprytowi i szczęściu. I może, tylko może, właśnie teraz uda się Mossowi ułagodzić ojca, a jednocześnie spełnić swoje marzenie – latać. Walczyć. Mierzyć się z wrogiem i zwyciężać. Niemal czuł upojny smak wygranej. Bał się tylko, że wojna się skończy, zanim i on weźmie w niej udział.
    Zmęczonym krokiem wrócił do baraku, w którym mieszkał z innymi oficerami. Dźwięk pobudki zabrzmiał akurat w chwili, kiedy z ręcznikiem na biodrach wychodził spod prysznica.
    – Okay, lenie, ruszać się! Jesteście z ołowiu czy co? – Thad Kingsley wrzeszczał do mężczyzn na pryczach. – Patrzcie, jaki Coleman jest czysty i żwawy. To się nazywa oficer! No, wstawać!
    – Odczep się – warknął Moss. – Nie jestem dzisiaj w nastroju do żartów.
    – O! Ma za sobą wspaniałą noc! Potańcówkę w szkole! Ach, ta młodość! Bawiliście się do białego rana? Opowiedz nam!
    Moss znosił przycinki kolegów, dopóki Jack Taylor nie zerwał mu ręcznika z bioder. Zagwizdał z podziwu:
    – No no, wygląda na to, że była to naprawdę niezła noc.
    Moss dopadł go w okamgnieniu. Nagłą ciszę przerwał odgłos uderzenia. Jego pięść wylądowała na szczęce Jacka.
    – Jezus Maria! – jęknął Taylor. – Co cię ugryzło, Coleman? Nie można z tobą pożartować? – Masował szczękę, puchnącą w oczach. – Potrafisz kpić z innych, ale sam nie znosisz złośliwości, co? Kogo obchodzi, czy przeleciałeś tę pannę, czy nie? Wszystkich i tak nie zdobędziesz.
    – Nie twoja sprawa – burknął Moss. – Nie czepiaj się mnie, jasne? Przyłóż sobie lodu. – Z tymi słowami wszedł do łazienki.
    Thad Kingsley wzruszył ramionami.
    – Zakochał się, i tyle. Daj mu spokój, Taylor. Coś go gryzie. Powie nam, jeśli zechce.
    Thad przypomniał sobie ładną blondynkę, z którą przed kilkoma tygodniami widział Mossa w USO. Zmarszczył brwi. Żartował mówiąc, że Coleman się zakochał, teraz jednak pomyślał o tym poważnie. Czyżby osóbka tak słodka i naiwna jak Billie Ames zdobyła serce teksaskiego uwodziciela? Nie udało się to wielu bardziej doświadczonym kobietom. Nagle mu pozazdrościł; Colemanowie zawsze zagarniają dla siebie najlepsze kąski. Jednocześnie zaś ogarnęła go fala współczucia dla Billie.

* * *

    Agnes krzątała się po kuchni i szykowała śniadanie. W całym domu pachniało świeżo zaparzoną kawą. Sublokatorki wyszły do pracy przed szóstą. Billie i Agnes były same. Czas, by wyszła z pokoju i spojrzała matce w oczy.
    Nader trudno wykazać się odwagą o siódmej trzydzieści rano. Billie nalewała kawę drżącymi rękami. Czekała, aż Agnes zacznie rozmowę. Kiedy matka skubnęła tost i upiła łyk kawy, Billie spociła się ze strachu. Już wiedziała, na czym polega taktyka Agnes. Ponieważ to Billie jest winna, ponieważ to ona złamała reguły, ona właśnie ma odezwać się pierwsza. Głośno zaczerpnęła tchu:
    – Mamo, jeśli chodzi o wczorajszą noc… Zawiodłam cię, wiem i rozumiem to. Nie proszę o wybaczenie. Proszę o wyrozumiałość. Kocham Mossa, mamo. To nie była jego wina. Mamo, to ja…
    – Cóż, Billie, to bynajmniej nie poprawia mojego samopoczucia – rzuciła zjadliwie Agnes. – Nie wiedziałam, że jesteś rozpustna.
    – Mamo, ani wczoraj nie byłam, ani dzisiaj nie jestem rozpustna – odparła stanowczo. – Kiedy dwoje ludzi się kocha, nie ma w tym nic złego. Ani w tym, że chcą być ze sobą. Że chcą się kochać. – A potem wziąć ślub, dodała w myśli.
    – Rozumiem. – Ton Agnes nadal był lodowaty. – Czy przyszło ci do głowy, że mogłaś zajść, w ciążę? Nie wiem, czy wiesz, ale to się zdarza. Co będzie, jeśli spodziewasz się dziecka, a Mossa przeniosą gdzie indziej? On chce wyjechać. Nie ma zamiaru siedzieć w Filadelfii do końca wojny.
    – Porozmawiam z nim. Nie róbmy z tego tragedii.
    – Billie, martwisz mnie. Porządne dziewczęta nie sypiają z mężczyznami przed ślubem. Nie chcę, żeby plotkowano o tobie jak o Cissy. O tak, ja również słyszałam – wyjaśniła, widząc zdumione spojrzenie córki. – Nie wiem, jak jej matka może chodzić z podniesionym czołem.
    Agnes pochyliła się nad talerzem, żeby Billie nie dostrzegła jej uśmiechu. Wszystko szło zgodnie z planem. Musi tylko pamiętać, żeby mówić odpowiednie rzeczy w odpowiednim czasie. Upiła łyk kawy. Sama przed sobą nie chciała przyznać, że wstrząsnęły nią słowa Billie. Siła nie była cechą charakterystyczną jej ślicznej córki. To Moss Coleman przyczynił się do rozwoju tej siły. Billie nie może się zorientować, że Agnes nią manipuluje. Z westchnieniem żalu wróciła myślą do minionych lat, kiedy Billie była posłuszna i łatwa do prowadzenia. Pozwalała się kształtować zgodnie z wyobrażeniami matki. Billie Ames uważano powszechnie za ładną, utalentowaną dziewczynę. A niby dlaczego pani Fox widziała w niej potencjalną synową? Wszystko dzięki Agnes, która szykowała ją do życia lepszego niż obecne. Teraz ostrożnie, Billie musi sądzić, że kieruje się własną wolą.
    – Billie, jesteś taka młoda. Moss jest od ciebie starszy, bardziej doświadczony. Nie pasujecie do siebie. Zapewne miał już wiele kobiet i będzie miał jeszcze więcej. Nie chcą, żeby cię skrzywdził. Nie chcę, żeby cię wykorzystał i porzucił. Popatrz, co się stało z Cissy. Nie o takim losie dla ciebie marzyłam. Najlepiej będzie, jeśli już nigdy się z nim nie spotkasz. Zapomnij o tej nocy.
    – Nie! Kocham Mossa, a on kocha mnie. Poprosi mnie o rękę i przyjmę go. A jeśli mi się nie oświadczy, i tak będę na niego czekała, choćby do końca świata! Kocham go! – W jej oczach zalśniły łzy. Agnes ogarnęła fala współczucia, jednak była zdecydowana nie ulegać emocjom. Billie rzuciła serwetkę na stół i wybiegła z kuchni.
    Agnes dopiła kawę i wstawiła kubek do zlewu. W ślad za córką poszła do jej pokoju, zamykając za sobą drzwi.
    – Nie toleruję takiego zachowania, Billie. Skoro chcesz być dorosła i postępować jak dorosła, zachowuj się odpowiednio. Dzisiaj zastąpisz mnie w Czerwonym Krzyżu. Masz tam być o dziewiątej i zostać do obiadu. Weź prysznic i idź. Zadzwonię i uprzedzę, że mnie zastąpisz. Jestem zbyt zdenerwowana, żeby pracować – dodała.
    Poczucie winy nie pozwoli Billie odmówić. Oczywiście miała rację. Znowu.
    Gdy tylko Billie zniknęła za drzwiami, Agnes sięgnęła po telefon. Poprosiła, by połączono ją z podporucznikiem Mossem Colemanem w biurze admirała McCartera. Czekając, bawiła się kalendarzem. Policzyła dni od ostatniej miesiączki Billie. Moss Coleman i jemu podobni nie zawracali sobie głowy antykoncepcją, Agnes gotowa była założyć się o miesięczny przydział żywności. Przełknęła głośno ślinę. Doprawdy, wielce ryzykowała. Do głowy jej nie przyszło, że tak naprawdę ryzykowała Billie, bo to ona mogła zajść w ciążę.
    – Biuro admirała McCartera. Podporucznik Coleman przy telefonie.
    – Poruczniku, tu Agnes Ames. Czy moglibyśmy porozmawiać, kiedy skończy pan służbę? O której mam na pana czekać przy wejściu na teren jednostki?
    Nie owijała w bawełnę. Zamierzała dobić z nim targu. Usta Mossa wykrzywił złośliwy uśmiech. Spóźniła się. Czekał na jej telefon od ósmej.
    – Dobrze, proszę pani. Kończę dzisiaj o trzeciej. Do zobaczenia, pani Ames.
    Wołowina. Ropa. Elektronika. Rancho. Setki akrów ziemi. Pieniądze. Władza. Prestiż. Wszystko, czego pragnęła dla Billie. Billie podzieli się z matką.
    Agnes szybko napisała krótkie liściki do sublokatorek. Bardzo jej przykro, że oznajmia im to tak nagle, ale nie może dłużej wynajmować pokoi. Zakleiła koperty i wsunęła je pod drzwi. Dawno nie była w równie dobrym nastroju.

* * *

    Okolice koszar nie należały do ulubionych miejsc Agnes. Czekanie na Mossa umilała sobie obserwowaniem marynarzy. Nie była jeszcze stara i niechętnie musiała przyznać, że mundur rzeczywiście ma w sobie coś pociągającego. Przez chwilę zapragnęła znów być młoda, ale zaraz przywołała się do porządku, dodając „pod warunkiem, że wiedziałabym to, co wiem teraz”.
    W studebakerze było gorąco i duszno, na dodatek powietrze wypełniał zapach płynu hamulcowego, który ten idiota w warsztacie rozlał na wykładzinę. Przejrzała się w bocznym lusterku. Chciała kontrolować sytuację, a do tego należy wyglądać jak najlepiej.
    Moss Coleman minął wartownika o piętnastej czterdzieści. Spóźnił się czterdzieści minut. Nie przepraszał ani się nie tłumaczył.
    – Dzień dobry pani – wsiadł do studebakera z szerokim uśmiechem.
    – Witam, poruczniku – odparła chłodno. Nacisnęła pedał gazu. Bawiła go cała sytuacja. Gdyby ojciec o tym wiedział, zzieleniałby. Jego syn dobija targu z kobietą. Jednocześnie irytowało go opanowanie Agnes. Powinna być wściekła. Przecież pozbawił jej córkę dziewictwa! Panowała nad sobą lepiej niż jego ojciec. Agnes Ames to suka. No tak, a ojciec to skurczybyk. On pewnie także wyrośnie na skurczybyka, choć na razie dopiero zaczynał edukację w tym kierunku. Agnes chyba wie, że spełni jej żądania. Wyczuwał jej zadowolenie. W porządku, ale niech się staruszka trochę pomęczy.
    – Doskonale pan dzisiaj wygląda, poruczniku. Upał jest okropny, prawda? Liczę, że deszcz ocali mój ogródek.
    – Dziękuję pani. – W ostatniej chwili ugryzł się w język i nie odwzajemnił komplementu dodając, że wygląda jak tryumfatorka.
    – Czy rozmawiał pan dzisiaj z Billie? – zapytała otwarcie.
    – Zadzwoniła do mnie z Czerwonego Krzyża. Podobno zastępuje panią, bo pani źle się czuje. Moja mama zawsze robi sobie okłady z octu na ból głowy.
    – Proszę sobie darować te rady. Przejdźmy do rzeczy. – Zaparkowała przed dużym centrum handlowym. – Ani ja, ani pan nie mamy ochoty na kawę, więc zrezygnujemy z tego.
    Czytała w jego myślach, zupełnie jak ojciec. Nie był ani zaszokowany, ani zdziwiony jej słowami. Nawet ojciec nie rozegrałby tego lepiej. Agnes Ames była, jak to określał Seth, kobietą z ikrą.
    – Nie wątpię, że w tej sytuacji nie zostawi pan mojej córki na lodzie. Wzruszył ramionami, czym ją zdenerwował.
    – Niewykluczone, a nawet bardzo możliwe, że Billie jest w ciąży – stwierdziła. – Wczoraj zapewne ani pan, ani jej nie była w głowie antykoncepcja i ewentualne skutki nieostrożności. W każdym razie każdy lekarz potwierdzi, że był to niewłaściwy moment.
    Niewłaściwy dla Billie, idealny dla Agnes. A dla niego? Nie minęły jeszcze dwadzieścia cztery godziny, a Agnes już załatwiła ciążę. Chyba nikt lepiej niż ona nie rozumiał powiedzenia „skorzystać z okazji”.
    – Czego pani ode mnie chce, pani Ames? Tylko proszę mówić wyraźnie, żeby durny kowboj wszystko zrozumiał. – Jej rumieniec sprawił mu radość. Po teksaskim akcencie nie było śladu, po dobrym samopoczuciu również. Teraz rozmawiali o interesach. Billie to towar. Gdyby mógł, znienawidziłby tego sępa; niestety, wtedy musiałby znienawidzić również siebie.
    – Nie chodzi o to, czego ja od pana chcę, Moss, lecz czego Billie będzie potrzebowała. Na wypadek gdyby uszło to pańskiej uwagi: Billie pana kocha, jest w panu zakochana po uszy. Jak pan widzi, nie pytam o pańskie uczucia, w tej chwili nie grają one żadnej roli. Chcę, żeby ożenił się pan z moją córką, co ocali zarówno jej, jak i pana reputację.
    Ocali jego reputację? O co jej chodzi? To znaczy, oprócz tego, że chce go za zięcia. Był zdziwiony, że otwarcie, bez eufemizmów, mówi o seksie i ciąży. Coś jest nie tak. Agnes miała minę kota, który właśnie połknął kanarka. Mossowi zdawało się, że to jego piórka przyjemnie łaskoczą ją w gardło.
    Już-już miał jej odpowiedzieć, kiedy postanowił przez chwilę przetrzymać ją w niepewności. Należało jej się. Moss podjął decyzję już dawno, kiedy reperował kompas admirała. Oczywiście ożeni się z Billie. Pomijając fakt, że naprawdę ładna z niej dziewczyna i doskonała partnerka w łóżku, Billie Ames stanowiła idealne rozwiązanie jego problemów z Sethem. Ojciec koniecznie chciał wnuków. Dając mu Billie i dziecko, będzie mógł z czystym sumieniem poprosić o nowy przydział. Dzięki Billie i dziecku wyjedzie na Pacyfik, zamiast tkwić za biurkiem w Filadelfii.
    – Dziś wieczorem poproszę Billie o rękę – oznajmił. Nie ukrywał szerokiego uśmiechu.
    Agnes zamurowało. Nie przypuszczała, że pójdzie tak łatwo. Była przygotowana na dłuższą walkę. Coś jej mówiło, że to nie ona Mossa, lecz on ją wykorzystał. Darowanemu koniowi nie zagląda się jednak w zęby. Bez słowa przekręciła kluczyk w stacyjce. Moss włączył radio, nasunął czapkę na oczy i rozsiadł się wygodnie. Nie zwracał na nią uwagi, wsłuchany w rewelacje z procesu Helen Trent. Jego zachowanie drażniło ją, ale pewnie właśnie tacy są ludzie w Teksasie. W Teksasie…
    Wysadziła go przy bramie. Niebo zdążyło już zaciągnąć się chmurami. Odjechała nie dalej niż milę, kiedy rozpętała się burza. Agnes zjechała na pobocze. Nie chciała ryzykować, nie teraz, kiedy otwierały się przed nią złote bramy Teksasu. Kobietom takim jak Agnes Ames nieczęsto udaje się pokonać przepaść między biedą i pracą a luksusem. Luksusem Colemanów. Oto wkrótce dostanie wszystko, co jej się należało od dnia, w którym przyszła na świat, płacząc co sił nad jego niesprawiedliwością. Bo, wspominała teraz, jej życie pełne było niesprawiedliwości od samego początku, od urodzenia się jako córka Maude i Matthew Neibauerów, bogobojnych, ubogich rodziców, po żałosne małżeństwo z Thomasem Amesem, zawarte z przekory.
    Już jako dziecko Agnes zastanawiała się, czyjej życie nie potoczyłoby się inaczej, gdyby Neibauerowie nie zamieszkali w domku przy Elm Street, które Maude odziedziczyła po matce. Maude wyszła za Matthew, prostego robotnika, wbrew woli rodziców. Wiedziało o tym całe miasto. Wszyscy kręcili nosem, że jedna z nich popełnia taki mezalians.
    Maude, nerwowa i drażliwa, we wszystkim doszukiwała się kpin i złośliwości. Zaciskając zęby, wieszała pranie o świcie, żeby nikt nie widział, że robi to sama, bo nie stać jej na pomoc domową. Bielizna wisiała zawsze między pościelą, śnieżnobiałą, bo Maude wlewała wybielacz całymi litrami. Biel była w jej oczach symbolem przyzwoitości. Brudny kombinezon Matthew suszył się w piwnicy. Nie trzeba przypominać sąsiadom, że Matthew, hydraulik, nie nosi jak oni garnituru i krawata. Życie Maude było jednym pasmem przeszkód nie do pokonania.
    Do obowiązków Agnes, odkąd podrosła, było sprzątanie domu w każdą sobotę przed dziesiątą rano, aby nikt jej nie zobaczył. Szorowała, klęcząc na kolanach, ganek i białe kolumienki, aż wszystko lśniło z daleka.
    Pewnego lata ojciec doznał uszkodzenia kręgosłupa i nie pracował przez całe lato. Przez kilka tygodni jedli tylko warzywa z ogródka; nader rzadko pozwalali sobie na plasterek bekonu. Agnes nigdy nie narzekała, nawet jeśli odchodziła głodna od stołu. Do dzisiaj jednak przenikał ją dreszcz na wspomnienie upomnień matki, by nie mówiła przyjaciołom, że nie jadła mięsa.
    Przyjaciele – jakże niewielu ich miała podczas dorastania. Wolno jej było przyjmować gości tylko na werandzie. Nigdy nie zapraszała ich do kuchni na ciasteczka. Maude obawiała się, że opowiedzą rodzicom o porysowanej podłodze, niemodnej zastawie i wyszczerbionych szklankach.
    Agnes często podejrzewała, że ją adoptowano. Miała nadzieję, że tak właśnie było. Nie chciała mieć nic wspólnego z tymi ponurymi, nijakimi ludźmi. Nie wyobrażała sobie Maude nagiej w objęciach Matthew. Z ich sypialni nigdy nie dobiegał żaden odgłos.
    Thomas Ames urzekł ją uśmiechem i błyskiem w ciemnych oczach. Dał jej ciepło i uczucie, których tak potrzebowała. Maude była przerażona. Thomas nie był odpowiedni, i już. To leniwy, uparty grzesznik. Jego domem był ciasny pokoik nad barem przy Dwunastej Ulicy. Nie będzie w stanie zapewnić Agnes Neibauer odpowiedniej przyszłości.
    Agnes obchodziła teraźniejszość. Chciała Thomasa, jego uśmiechu i czułości.
    Kiedyś podsłuchała kłótnię Maude i Matthew.
    – Nie pojmuję, jak mogłam nie słuchać matki – wrzeszczała Maude. – Nie myliła się co do ciebie, tak jak ja mam rację w sprawie Agnes i tego chłopaka Amesów!
    Agnes i Thomas Ames pobrali się w Elkton, w stanie Maryland. Był to ślub cywilny. Agnes miała wówczas siedemnaście lat. Jak można się było spodziewać, wkrótce po narodzinach Billie doszła do wniosku, że zamieniła jedno nudne życie na drugie, takie samo. Kiedy wygasła namiętność, z trudem znosiła Thomasa i jego zaloty w piątkowe noce. Po śmierci Maude i Matthew Amesowie spakowali swój skromny dobytek i razem z Billie wprowadzili się do domku przy Elm Street. Nic sienie zmieniło. Agnes robiła to samo co wcześniej Maude i z każdym dniem nienawidziła tego coraz bardziej.
    Zawsze pragnęła więcej, jak jednak to osiągnąć? Nie modlitwą, to wie każdy głupiec, ciężka praca też nie czyni cudów. Władza, intelekt i wyobraźnia, oto czego potrzeba!
    Thomas Ames, mąż i ojciec, umarł z braku wyobraźni, choć to właśnie fantazja ściągnęła na niego uwagę Agnes. Czas, zmartwienia i rachunki do zapłacenia zostawiły swój ślad. Robił co mógł, Agnes przyznawała to niechętnie, ale najlepiej postąpił tamtego dnia, kiedy wydał ostatnie tchnienie na kuchennej podłodze. Umarł, zanim zdążyła do niego podejść.
    Nie oszczędzała na pogrzebie. Sąsiedzi, ba, wszyscy parafianie z podziwem dotykali brązowej trumny. Agnes była zadowolona. Nikt nigdy nie policzył, ile bezmięsnych obiadów zjadły z Billie, zanim zapłaciły za trumnę.
    Zaledwie dwie godziny po pogrzebie skromna garderoba Thomasa Amesa znalazła się w kościelnej skrzyni dla ubogich. Agnes odwróciła materac na drugą stronę i zasłała łóżko najlepszą, haftowaną pościelą. Potem osunęła się na kolana i dziękowała Bogu, że zabrał Thomasa tak szybko. Nie zniosłaby konieczności pielęgnowania go. W jej życiu i tak dosyć było niesprawiedliwości.

* * *

    Burza minęła. Agnes opuściła okno i wytarła szybę lnianą chusteczką. Cały świat się zielenił. Drzewa, krzaki, nawet ona miała na sobie zieloną sukienkę. Zieleń, kolor pieniędzy.
    Co za wspaniały dzień.

Rozdział piąty

    Tego wieczora Agnes spotkała się z księdzem Donovanem. Nieco minęła się z prawdą, oznajmiając, że Moss się spodziewa przydziału w każdej chwili. Czy naprawdę konieczne są aż trzy zapowiedzi, w trzy kolejne niedziele?
    – Pani Ames, nie tak łatwo zmieniać zwyczaje – stwierdził z westchnieniem. – Z drugiej strony, nie pani pierwsza prosi mnie o coś takiego w czasie wojny.
    Mała Billie Ames wychodzi za mąż. Nie może nie ulec tej prośbie. Sam ją ochrzcił, z jego rąk przyjęła komunię świętą. Podporucznik Coleman to katolik, przynajmniej ze strony matki. To nietypowe dla Teksańczyka, pomyślał, ale bardzo się ucieszył.
    – Dobrze, pani Ames. Zapowiedzi odbędą się w trzech różnych kościołach. – Zamilkł na chwilę. – Bo chyba została jeszcze jedna niedziela przed ślubem? – zapytał surowo.
    – Och, oczywiście – zapewniła pośpiesznie Agnes. – Dzisiaj czwartek, więc do niedzieli mamy prawie tydzień, a skoro ślub odbędzie się w przyszłą niedzielę… – Miała na głowie setki spraw. Zaproszenia. Goście. Tylko najbliżsi przyjaciele i ojciec Donovan… Szampan, coś lekkiego i wytwornego. Noclegi… Hotel Latham, skromny, ale elegancki. Agnes uparcie krążyło po głowie słowo „mały”, ilekroć myślała o ślubie, jednak szybko zastąpiła je „szybkim”. Zależało jej na czasie, obawiała się bowiem, że jakiś Coleman przyjedzie z Teksasu, żeby przemówić Mossowi do rozsądku.
    Moss zgadzał się na wszystko, w tym również na jej małe kłamstewko dotyczące jego wyjazdu. Wszystko układa się doskonale, Moss i Billie dostaną pokój Agnes, ten z małżeńskim łożem. Po sublokatorkach nie pozostał żaden ślad. Agnes wprowadzi się do obecnego pokoiku Billie. Łazienka i kuchnia będą wspólne. Moss wniesie finansowy wkład w utrzymaniu domu, a po jego wyjeździe Billie otrzyma ładną sumkę.
    Agnes siedziała w kuchni, dzieląc uwagę między nie dokończony list a obiad. Rzuciła okiem na kalendarz. Miesiączka Billie opóźniła się o dwa dni. Billie jest w ciąży. Urodzi dziedzica Colemanów, tym samym zapewniając sobie i Agnes bezpieczną przyszłość.
    Billie apatycznie nalała sobie lemoniady. Chociaż spragniona, z obawą podnosiła szklankę do ust. Od kilku dni miała kłopoty z żołądkiem. Przypisywała to zdenerwowaniu z powodu ślubu, jednak przestraszył ją radosny błysk w oku Agnes, gdy o tym wspomniała. Nie, niemożliwe, by własna matka tak źle jej życzyła.
    – Co robisz, mamo?
    – Pomyślałam sobie, że skreślę kilka słów do Colemanów. Najwyższy czas, nie sądzisz? Wczoraj rozmawiałam o tym z Mossem. Podał mi adres. To tak daleko. Chyba będzie im miło, że dowiedzą się czegoś więcej. Nie chcemy, żeby poczuli się niepotrzebni, prawda?
    – Nic mi o tym nie mówiłaś, mamo. Ani ty, ani Moss. Dlaczego ustalacie wszystko za moimi plecami, a ja dowiaduję się ostatnia? Zaczynam się czuć jak piąte koło u wozu.
    Agnes podniosła głowę.
    – Nie kapryś, Billie, bo zaszkodzisz sobie i dziecku.
    Dziewczyna westchnęła głośno.
    – Nie masz żadnej pewności, że zaszłam w ciążę. Przestań opowiadać takie rzeczy.
    – Więc dobrze, nie wiadomo, czy jesteś w ciąży. Tak lepiej?
    – Nie. Zostawmy to. Wezmę prysznic i pójdę do łóżka. Boli mnie głowa.
    – Napisać coś od ciebie?
    – A co możesz ode mnie napisać do Colemanów? Nie znam ich. Nigdy z nimi nie rozmawiałam, podobnie jak ty. A skoro tak dbasz, by wszystko było jak trzeba, przypominam ci, że to rodzina pana młodego powinna wykonać pierwszy krok.
    – Cóż, Billie, ja o tym wiem, ty także, ale oni? – Agnes broniła się niepewnie. Sama denerwowała się tym naruszeniem etykiety. Ludzie równie wpływowi i bogaci jak Colemanowie wiedzą, co należy do ich obowiązków. W gruncie rzeczy to tylko psuło jej humor: a jeśli Colemanowie sprzeciwią się decyzji Mossa? Wtedy albo przekonają go, aby unieważnił małżeństwo, albo zupełnie zignorują Billie i dziecko.
    Billie ustąpiła, zbyt obolała i zmęczona, żeby się kłócić:
    – Dobrze, mamo. Rób, co chcesz. W porządku, pod warunkiem jednak, że Moss nie będzie miał nic przeciwko temu.
    Wcale nie było w porządku. Dlaczego Moss nie zapytał jej o zdanie? Gdyby jednak to zrobił, byłaby to kolejna przemowa z cyklu „nie-zawracaj-tym-sobie-twojej-ślicznej-główki, kochanie”. Tak, kaprysi, a wszystko dlatego, że nie zobaczy dziś Mossa. Towarzyszy admirałowi na oficjalnej kolacji. Będzie tańczył z nieznajomymi kobietami. Nie zapomniała wrażenia, jakie zrobił na dziewczętach w USO i na balu absolwentów. Kobiety lgnęły do niego jak pszczoły do miodu. Nic nie pomagały tłumaczenia, że Moss ją kocha, że poprosił ją o rękę. Była zazdrosna i tyle.
    Prysznic dobrze jej zrobił. Zwinęła się w kłębek na kanapie przy oknie, oparła głowę na kolanach i, wpatrzona w zielony trawnik, myślała o Mossie. Myślała o nim zawsze. Cokolwiek robiła, nad czymkolwiek się zastanawiała, jego wspomnienie było przy niej jak przyjazny cień. Jak bardzo go kochała! To uczucie narastało gdzieś w głębi, piętrzyło się jak górski potok podczas wiosennych roztopów. Moss także ją kochał, w innym wypadku nie poprosiłby jej o rękę. Była świadoma, że nie darzy jej uczuciem równie gwałtownym i płomiennym jak ona jego. W oczach Billie Moss stanowił cały świat. Był mężczyzną jej marzeń. Był jej miłością. To nie szkodzi, jeśli nie kocha jej tak samo. Pewnego dnia to się zmieni. Nauczy się ją kochać, a wtedy ona wypełni jego świat, tak jak on wypełnił jej. Gdzieś w głębi serca jednak wiedziała, że Moss kochał ją na ryle, na ile był w stanie kochać kogokolwiek. To musi jej wystarczyć.
    Z rozkoszą przymknęła oczy. Jak cudownie będzie przespać z nim w jednym łóżku całą noc. Wyobrażała sobie, że go dotyka, rozgrzanego snem, że opiera głowę na jego ramieniu. Już wkrótce Moss będzie pierwszą osobą, jaką rano zobaczy, pierwszy wyszepcze jej imię. Oplotła kolana ramionami. Życie jest piękne. A może naprawdę jest w ciąży? Dziecko Mossa. Ich dziecko. Będzie je bardzo kochała. A Moss będzie uwielbiał matkę swego potomka.
    W zadumie zmarszczyła czoło. Nie wiedziała, jak Agnes zniesie obecność dziecka w domu. Zawsze powtarzała, że dzieci to dodatkowa praca i bałagan. A przecież w jej oczach pojawiał się dziwny błysk, ilekroć była mowa o ciąży.
    Billie do tego stopnia pogrążyła się w marzeniach, że w pierwszej chwili wzięła dzwonek telefonu za kościelne bicie na Anioł Pański. Dopiero po chwili zdyszana podniosła słuchawkę.
    – Billie?
    – Tak, Moss.
    Zadzwonił. Chciał z nią rozmawiać. Jak pięknie wymówił jej imię.
    – Nie mam dużo czasu. Mamy tu dziś wysoko postawionych gości. Nie nadążam z robotą, a admirał się wścieka. Zawsze jest zły, kiedy poznaje kogoś, kto ma więcej gwiazdek niż on.
    – Może zrozumiesz go lepiej, gdy sam zostaniesz admirałem.
    – Billie, ja nie chcę być admirałem. Chcę latać. Tam jest moje miejsce.
    Strach ścisnął ją za serce. Ostatnimi czasy napływało coraz więcej wiadomości o zestrzelonych samolotach. Jak dziecko trzymała kciuki: niech Moss zostanie u admirała McCartera do końca wojny. Nie chciała go utracić. Postępowała egoistycznie? A cóż w tym złego?
    – Wiem, żartowałam tylko.
    – To dobrze. Kochanie, zrozum, nie będę szczęśliwy, jeśli nie będę latał. Mówiłem ci o tym.
    To zabrzmiało jak ostrzeżenie. Puściła je mimo uszu.
    – Tak, mówiłeś. Wierzę, że w swoim czasie wszystko się ułoży po twojej myśli.
    – Billie, czy nadal się za mnie modlisz? – zapytał głosem, od którego przeszył ją dreszcz.
    – Wiesz, że tak – szepnęła.
    Modliła się, by zawsze przy niej był, cały i zdrowy.
    – Grzeczna dziewczynka. Co będziesz dzisiaj robiła? Myślisz o mnie?
    – Przez cały czas.
    Wyobraziła sobie jego uśmiech, ciemne włosy opadające na czoło, błękitne oczy pod szerokimi brwiami. W poważnej twarzy tylko oczy uśmiechały się wesoło.
    – Najpierw będę pieliła w ogrodzie, potem przeniosę część moich rzeczy na górę. – Poczerwieniała, przypomniawszy sobie, jak przed kilkoma minutami marzyła o dzieleniu z nim sypialni.
    Zdawał się czytać w jej myślach, gdy wyszeptał ochryple:
    – Do naszej sypialni? Podoba mi się ten pomysł, Billie. A potem co? Chcę to wiedzieć, żebym mógł o tobie myśleć.
    – Później pomogę mamie w przygotowaniach do ślubu, jeżeli mi na to pozwoli, oczywiście – zachichotała. – Pamięta o każdym najdrobniejszym szczególe. Właśnie pisze do twoich rodziców i uważa, że ja powinnam zrobić to samo. Co ty na to, Moss?
    – Nie zawracaj tym sobie twojej ślicznej główki. Niech ona się tym zajmie. Będziesz miała dość czasu, by zajmować się innymi sprawami, teraz myśl tylko o mnie.
    Staruszka nie zasypia gruszek w popiele, mruknął do siebie. Tato, usiądziesz z wrażenia, kiedy dostaniesz ten list. Oby tylko Billie nie przyszło do głowy zapytać, czy dzwonił do rodziców. Jezu, ależ to wszystko zabawne.
    – Wiedziałeś, że mama chce napisać do twoich rodziców? – W jej głosie było wyraźne wahanie.
    Zranione uczucia, domyślił się Moss. Ileż razy pocieszał Amelię. Należy to umiejętnie rozegrać, nawet skłamać, jeśli zajdzie potrzeba.
    – Niezupełnie, ale to chyba dobry pomysł, nie uważasz?
    – Chyba tak. Tylko że to ty, Moss powinieneś do nich napisać. Nie wiem nawet, czy do nich dzwoniłeś? Czy nie są ciekawi?
    – Nie martw się, Billie. Wszystko jest w porządku. Zaufaj mi, dobrze?
    – Ufam ci. Głupio mi teraz, bo powiedziałam, że do nich nie napiszę. Wiesz, mama chce nawet przesłać moje zdjęcie.
    No tak, po Agnes można się tego spodziewać. Uśmiechnął się. Seth będzie studiował fotografię przez szkło powiększające.
    – Zadzwonimy do nich po ślubie, i od razu porozmawiają z synową. Billie, powiedz mi, że mnie kochasz.
    – Kocham cię, Moss. Nie mogę się doczekać jutra. Przez cały czas wyobrażam sobie nasze życie po ślubie.
    – To dobrze – mruknął.
    On też wyobrażał sobie różne rzeczy. Na przykład, jak wzbija się w błękitne niebo Pacyfiku z pokładu lotniskowca. Pilot. Dowódca eskadry. Tato, nie masz o niczym pojęcia! Idę na wojnę, a ty zadbasz o moją żonę i dziecko. Moss był przekonany, że Billie jest w ciąży. Sama przyznała przecież, że ciągle nie ma miesiączki. Za kilka dni ich przypuszczenia potwierdzi lekarz. Tato, dostaniesz prezent, o jakim nawet nie śniłeś. Następnego Colemana. Dziedzica nazwiska. Oby to był chłopak – Seth nie zadowoli się dziewczynką. Wrócił myślami do Billie.
    – Jutro jest już blisko. Kochanie, muszę kończyć. Admirał wraca. Zadzwonię i przyjdę jutro na kolację.
    – Do widzenia, Moss. Będziesz o mnie myślał?
    – Tak, Billie, uważaj na siebie. Włóż kapelusz, wychodząc na dwór.
    Po jej głosie poznał, że sprawił jej radość tą troskliwością. To dobrze. Szczęśliwa Billie nie łamie głowy rozmyślaniem, a wtedy Agnes nie stwarza problemów.
    – Dobrze, Moss. Kocham cię.
    Poprawił się na krześle. Admirała McCartera nigdzie nie było widać. Zapewne gra w golfa. W tej sytuacji napisze kilka listów. Poprosi o nowy przydział, najlepiej na USS „Enterprise”. Nie powinien mieć trudności z uzyskaniem tego, czego chciał; uważano go za dobrego pilota, należał do najlepszych absolwentów w swoim roczniku.
    Zanim zabrał się do pracy, odebrał cztery telefony. Podczas rozmów bezmyślnie, machinalnie szkicował na kartce zgrabne, kształtne samoloty.

* * *

    Agnes polizała brzegi koperty i zakleiła ją starannie. Zrobione. Nie wyśle tego listu pocztą lotniczą. Niech Colemanowie dostaną go po ślubie. Wtedy będzie za późno.
    Agnes wzruszyła ramionami. Na Mossie można polegać. Kiedy złoży przysięgę małżeńską i włoży Billie obrączkę na palec, może sobie lecieć choćby i do Tokio. To Billie jest ważna, Billie i dziecko. To pewne, że jest w ciąży; ma wszystkie objawy. A jeśli jakimś cudem jeszcze nie spodziewa się dziecka, już ona, Agnes, zadba o to, by młodzi mieli dużo czasu dla siebie. W ciągu miesiąca spłodzą dziedzica Colemanów.
    Czy Billie będzie dobrą matką? Jest taka młoda. Agnes nie wiedziała i nie obchodziło jej to. Colemanów stać na niańki.
    Na myśl o pieniądzach Colemanów dostawała gęsiej skórki. Billie Ames Coleman. Agnes Ames, matka Billie Coleman.
    Billie i Moss wzięli ślub pięknego słonecznego dnia. Ogród zakwitł tęczą kolorów. Billie promieniała. Moss wyglądał wspaniale w galowym mundurze. Agnes zacierała ręce.
    Na przyjęcie w hotelu Latham, w centrum Filadelfii, zaproszono, łącznie z ojcem Donovanem, trzydzieści pięć osób. Agnes krzywiła się, ilekroć strzelał korek od szampana. Wszystko takie drogie! Co prawda Moss proponował, że pokryje koszty przyjęcia, ale się nie zgodziła. Były rzeczy, które musiała sama zrobić, i to właśnie była jedna z nich.
    Moss zaszył się w kącie z butelką szampana. Obserwował żonę, jak żartuje z przyjaciółkami i tańczy z jego kolegami. Thad Kingsley nadskakiwał jej szczególnie. Mossowi to nie przeszkadzało. Teraz, kiedy Billie należy tylko do niego, stać go na wielkoduszność. Do dziś pamiętał, co powiedział tamtej nocy w USO. Nie chciał się nią z nikim dzielić. Nigdy więcej tam nie poszli.
    Żonaty. Dobry Boże, wziął ślub i ma żonę. Opróżnił butelkę kilkoma haustami. Miał ochotę wleźć na stół i wznieść toast. Nie za młodziutką żonę, lecz za ojca. Tato, co to był za ślub. Wszyscy się upili, wszyscy z wyjątkiem panny młodej i jej matki. Podali nam truskawki, jajecznicę i naleśniki. Sprawiłem sobie żonę, stary łobuzie, i sam ją sobie znalazłem. Nikt mi jej nie szukał, nikt jej nie oceniał. Odnalazł Billie w tłumie. Pani Coleman. Pomachał do niej.
    Przyjęcie Agnes dobiegało końca. Teraz nadszedł jego czas.

* * *

    Hotel Latham należał do najlepszych w Filadelfii. Restauracja była duża i ruchliwa, malutki bar cichy i przytulny. Obsługa poruszała się niemal bezszelestnie po korytarzach wyłożonych grubymi chodnikami. Właśnie tam Billie miała spędzić noc poślubną. Co prawda, dla niej mógłby to być dziurawy szałas, byleby tylko Moss był razem z nią.
    Na progu apartamentu Moss wziął Billie na ręce i przeniósł przez próg.
    – Teraz jesteś moja, Billie Coleman, tylko moja!
    W jego ramionach była słaba i bezbronna. Wyraził słowami jej myśli: teraz należał do niej i nic go jej nie odbierze.
    W pokoju unosił się zapach róż. Billie jęknęła zachwycona. W wiaderku koło łóżka chłodził się szampan. Nagle ogarnęła ją nieśmiałość. Za oknem nadal świeciło słońce, a oni pójdą do łóżka. Wtedy, po tańcach, światło było zgaszone, niczego nie planowali, po prostu ulegli namiętności. Poczuła, że się rumieni.
    Moss zdjął koszulę. Na tle białego podkoszulka wydawał się jeszcze bardziej opalony. Pod trykotem rysowały się silne mięśnie ramion i szeroka klatka piersiowa. Miał wąskie biodra, długie nogi, mocne uda. Był piękny, Billie czuła się przy nim blada i brzydka. Co skłoniło go do małżeństwa z nią? Nie przeszkadzało jej, że być może Moss jest bardziej atrakcyjny niż ona. W przyrodzie samce są zazwyczaj ładniejsze od samic.
    Zaciągnął zasłony. Pokój pogrążył siew półmroku. Spojrzał na Billie. Nie promieniała już szczęściem jak przedtem. Przycupnęła na krawędzi łóżka. Po jej minie poznał, że z trudem powstrzymuje łzy. Rozumiał ją i współczuł. Była zmęczona przygotowaniami do ślubu, wyczerpana nadmiarem emocji, przerażona nową rolą żony.
    – Billie, pomogę ci rozpiąć sukienkę – zaproponował. Czekał, aż wyrazi na to zgodę. Zazwyczaj był niecierpliwym kochankiem, jednak tym razem się nie spieszył. Chciał rozpalić Billie tak jak wówczas w małym pokoiku.
    Stanęła do niego tyłem, żeby rozpiął małe guziczki. Zanim to zrobił, zdjął jej welon i stroik z głowy. Delikatnie uniósł jasne włosy i pocałował w kark. Zadrżała. Rozbierał ją powoli i starannie. Pragnął jej. Patrzył na nią uważnie. Tak, jego Billie jest śliczna, pięknie zbudowana, o krągłych piersiach, szczupłej talii, długich nogach. Jego dotyk przyprawiał ją o dreszcze.
    Przyciągnął ją do siebie i ukrył twarz w zagłębieniu między szyją a ramieniem.
    – Nie bój się mnie, Billie. Nigdy się mnie nie obawiaj.
    Pod wpływem jego ciepłego głosu znikła nieśmiałość. Oparła się o niego.
    – Włóż coś wygodnego, a ja otworzę szampana – wyszeptał jej do ucha. Kiedy wyszła z łazienki w koszuli nocnej, Moss leżał na łóżku. W ciemnym pokoju rozbrzmiewała muzyka. Wstrzymała oddech.
    – Jesteś taka piękna – w błękitnych oczach pojawiły się wesołe iskierki. – Chodź, połóż się koło mnie. Chcę cię przytulić.
    Oparła głowę na jego ramieniu. Przyciągnął ją do siebie. Uspokajał, pocieszał, nie żądając nic w zamian. Od czasu do czasu muskał ustami jej skronie i wdychał zapach włosów. Był delikatny. Był wyrozumiały. Kochała go coraz bardziej.
    Uliczne hałasy zlewały się z muzyką z radia. Łóżko było obce, inne niż jej własne, szersze i dłuższe. W bezosobowo umeblowanym pokoju mieszkały przed nimi setki ludzi. W tym nieznanym otoczeniu Moss był wyjątkiem. Znała go, znała jego dotyk, jego zapach. Szukała w nim pewności, której nie czuła w sobie.
    Uniósł jej rękę do ust, pieścił palce, całował wnętrze dłoni. Onieśmielona, cofnęła rękę.
    – O czym myśli moja Billie? – zapytał miękko. Odpowiedziała dopiero po długiej chwili:
    – Boję się. Wiem, to głupie, ale się boję. Przerażają mnie uczucia, które we mnie budzisz.
    – Czy poczujesz się lepiej, wiedząc, że ze mną dzieje się to samo? Dokładnie to samo, Billie.
    – Naprawdę? – Z niedowierzaniem spojrzała mu w oczy i wyczytała w nich, że nie kłamie.
    – Tak. Ja też nigdy dotychczas nie byłem mężem. Chciałbym robić wszystko jak trzeba. Nie chcę cię zawieść, Billie. Spaliśmy już ze sobą, ale wtedy wszystko było inaczej, prawda? Moss Coleman i Billie Ames. Teraz jesteśmy małżeństwem, państwem Coleman, i mamy przed sobą całe życie. A jednak jesteśmy tymi samymi ludźmi co przedtem. Damy sobie radę, prawda, Billie?
    Rozwiał jej obawy. Rozumiał. W nagłym przypływie uczucia otoczyła ramionami jego szyję i pocałowała, wkładając w pieszczotę całą miłość. Objął ją w talii.
    – Tak, Billie – wyszeptał. – Chcę, żeby wszystko ułożyło się jak najlepiej. Wzbudzasz we mnie ogień, o tutaj – położył jej dłoń na sercu.
    Z lubością poddawała się pocałunkom, którymi obsypywał jej podbródek, szyję, rowek między piersiami. Tasiemki koszuli nocnej ustąpiły pod jego dłońmi, obnażyły ją, oddały mu.
    Zamknęła oczy, gdy poczuła falę pożądania. Moss odszedł na chwilę. Wrócił nagi. Pomógł jej zdjąć koszulę. Widząc jak spuszcza oczy, delikatnie podniósł jej podbródek, żeby zobaczyła w jego oczach to, czego tak bardzo pragnęła. Uśmiechnął się tym urokliwym uśmiechem, który kochała najbardziej na świecie.
    – Moja Billie – szepnął. – Moja piękna Billie.
    Przyciągnął ją do siebie, obsypał pocałunkami. Pieścił jej twarz i ramiona, muskał dłońmi piersi. Rozkoszował się smakiem i zapachem jej skóry. Odnalazł aksamitne wnętrze ud, ale nie posuwał się dalej.
    Wyczuwał, że powoli rozprasza jej niepewność. Z łatwością mógłby porwać ją za sobą, lecz wewnętrzny głos podpowiadał mu, że to za mało. Namiętność nie wystarczy. Bez uczucia, bez oddania, bez splecionych ze sobą rąk, nie warto skakać w dół. Chciało mu się śmiać: z innymi kobietami pożądanie wystarczyło aż nadto, ale nie z Billie. Pragnął więcej, potrzebował jej miłości.
    – Pragniesz mnie, Billie? Kochasz mnie?
    Czekał na odpowiedź. Chciał usłyszeć, jak mu się oddaje. Nie miał zamiaru jej ponaglać, a mimo to, wbrew sobie, kierowany impulsem, błagał:
    – Powiedz, że mnie kochasz, Billie.
    – Tak, pragnę cię i kocham. I nigdy nie przestanę – jęknęła wpatrzona w niego. Niech wie, jak bardzo go kocha, jak bardzo go potrzebuje. – Chcę, żebyś się ze mną kochał. – Nie poznawała swego ochrypłego głosu. – Naucz mnie miłości.
    Jej słowa podnieciły go, spotęgowały doznania. Nakrył jej usta swoimi. Przyciągnął jej dłoń do siebie, uczył swego rytmu. Pod jej dotykiem stawał się bezradny. Chciał ją zaspokoić i chciał, by go kochała.
    W oczach Billie widniał tryumf. Moss drżał tak jak ona. Poznawała jego ciało, zauważała różnicę między miękkimi włosami na jego piersi a szorstkimi na podbrzuszu. Ustami znalazła puls na jego szyi, smakowała jego sutki, wrażliwe na dotyk. Zadziwiała ją płaskość jego brzucha i twardość ud. Ulegał jej, zachwycony pieszczotą ust i płomieniem w oczach.
    Billie delektowała się kobiecą władzą. Pieściła go głodnymi wargami, szukała dłońmi, potęgując własne pożądanie, doprowadzając go na skraj rozkoszy. Fascynowała ją jego męskość, reagująca na dotyk, silna, a jednak budząca czułość. Chciała poznać każdą cząstkę jego ciała, posiąść go.
    Moss zaciskał zęby, starając się nie stracić panowania nad sobą. Spełnienie było tak blisko, ale najpierw chciał się z nią kochać. Z jękiem żalu przewrócił ją na plecy i przykrył sobą. Odpowiadał pieszczotami na pieszczoty, odwzajemniał namiętne pocałunki. Jego dłonie szukały, badały, penetrowały, zaspokajały nie wypowiedziane marzenia.
    Ukląkł między rozchylonymi udami. Nie mógł oderwać od niej wzroku. Złote włosy lśniły na poduszce. Drżała. Ogarnął ją płomień, gdy jego usta zsuwały się coraz niżej. Czuła, że wzbija się w powietrze, jak iskra w jesienne popołudnie, mknie ku słońcu. I nagle słońce było w niej, jasne i rozpalone, czyniło j ą częścią wszechświata.
    Czekała na niego, pragnęła go, wiedziała, że tylko on wypełni w niej pustkę, tam gdzie kiedyś jaśniało słońce.
    Obserwował jej twarz, kiedy się w niej poruszał. Płomień, który w niej rozniecił, teraz ogarnął i jego. Poruszał się coraz szybciej, mocniej, aż razem z nią dotarł na szczyt.
    Billie zasnęła w ramionach męża. Zostawiła za sobą ostatnie pozostałości dzieciństwa. Bała się, że nigdy już nie będzie sobą, że wszystko się rozpadło, a spod tych szczątków wyłoniła się kobieta. Wtedy właśnie uczyniła pierwszy krok w dorosłość. Moss był jej przewodnikiem.

Rozdział szósty

    – Sama nie wiem, Moss. – Billie czepiała się jego ramienia, z ociąganiem idąc przez płytę lotniska w stronę małego samolociku.
    – Daj spokój. Chcę, żebyś ze mną poleciała. To dla mnie ważne – przekonywał. – Zobacz, czeka na nas. Polubisz to, zapewniam cię.
    – Nie, proszę – błagała. – Może po prostu tu poczekam?
    – Nie. Nie poczekasz tu. Polecisz ze mną. Wyszłaś za pilota. Chcę, żebyś wiedziała, co to znaczy. Nie ufasz mi?
    Dla niego zrobiłaby wszystko. Za nic nie sprawiłaby mu przykrości.
    – Ależ oczywiście, że ci ufam. To samolot budzi moje obawy. Jak mówi mama, gdyby Bóg chciał, żebyśmy latali, to dałby nam skrzydła.
    – I dał, Billie. Tylko że nie umieścił ich na naszych plecach. To właśnie te skrzydła nam dał. A teraz nie bądź takim głuptaskiem i polataj z mężem.
    Kiedy ruszyła za nim, wyglądała, jakby szła na egzekucję.
    – Piękna maszyna, prawda? I bezpieczna.
    Billie nie widziała nic pięknego w samolocie o żółtych skrzydłach i niebieskim kadłubie. Zauważyła natomiast, że kokpit nie ma dachu.
    – Moss! Tu nie ma dachu! Wypadnę!
    – Nie „dachu”, osłony kabiny – poprawił ją. – I nie bój się, nie wypadniesz. Przypnę cię pasami. Pokochasz to, Billie.
    Moss zajął się przeglądem samolotu. Muskał palcami delikatne skrzydła, sprawdzał stan podwozia. Dotykał go tak, jak mężczyzna dotyka kobiety: z czułością, oddaniem, szacunkiem.
    Ciepłe podmuchy wiatru szarpały jego koszulą i rozwiewały włosy. Billie wolała nie myśleć o skórze, która na pewno będzie jej złazić z nosa. Moss nie widział świata poza samolotem. Właśnie zakończył przegląd.
    – Jest w doskonałym stanie – orzekł. – No, chodź, Billie. Wskakuj.
    Pokazał jej, gdzie postawić nogę i wepchnął ją do środka, widząc, jak się niezdarnie gramoli.
    – Zbierz włosy pod hełmem – podał jej skórzaną czapkę – pilotkę. – Będzie strasznie wiało. Naciągnij go porządnie na uszy. Aha, uważaj na drucik: jest od słuchawek.
    Wciągnęła pilotkę na rozwiane włosy. Moss napluł w gogle i wytarł je rękawem.
    – Nie chcemy przecież, żeby zachodziły mgłą – wyjaśnił. – Masz dobrze widzieć.
    Założywszy je, zgodnie z jego poleceniem zaciągnęła pasek z tyłu głowy.
    Nie podobało jej się, już wiedziała, że nienawidzi latania, najbardziej jednak drażniło ją zachowanie Mossa. Nie z jej powodu ogarnęło go podniecenie. Wywołał je paskudnie pomalowany samolocik.
    W kokpicie było niewiele miejsca, a co dopiero gdyby na jej miejscu siedział potężny mężczyzna? Tylko przestrzeń na nogi była bardzo obszerna. Billie nie sięgała stopami podpórki, dzięki której łatwiej zniosłaby gwałtowne ruchy maszyny. Kuliła się na siedzeniu, bezbronna i przerażona.
    Moss postukał w kadłub i wskoczył na fotel za nią. Choć dzieliło ich zaledwie kilka cali, Billie poczuła się opuszczona. Pragnęła jego bliskości. Nagle zawarczał silnik. Śmigło zaczęło się obracać, najpierw powoli, potem coraz szybciej. Zacisnęła dłonie. Mknęli pasem startowym, rozpędzając się coraz bardziej. Billie wcisnęła się głęboko w fotel, daremnie szukając oparcia dla stóp. Dopiero głos Mossa w słuchawkach uświadomił jej, co tak szumiało w uszach.
    – Spokojnie, Billie. Zaraz będziemy w górze.
    Z całej siły zacisnęła powieki. Nagłe warknięcie silnika, ostatni wybój na drodze i wzbili się w powietrze.
    – Dobra dziewczyna. Spokojnie, kochanie, spokojnie. – To Moss.
    Billie czerpała pociechę z jego głosu. Tylko te słowa podtrzymywały ją na duchu.
    – Tak, kochanie. Pokażemy mojej żonie, co potrafisz. To jej pierwszy lot. Ze zdumienia na chwilę zapomniała o strachu; Moss przemawiał do samolotu! Adresatką czułych słówek była głupia maszyna w wyzywających kolorach!
    – Wznosimy się, Billie. Trzymaj się!
    Dziób samolotu celował w niebo. Billie raz po raz przełykała nerwowo ślinę. Zamknęła oczy. Postanowiła, że otworzy je dopiero wtedy, kiedy poczuje pod stopami dobrą starą ziemię. Wiatr smagał po twarzy, gwizdał w uszach. Pobielałymi dłońmi wczepiła się w fotel. Błagała niebiosa o bezpieczny powrót na ziemię. Panika mroziła krew w żyłach.
    – Tak, kochanie! Jesteś wspaniała! – wykrzykiwał Moss, pijany szczęściem.
    Latali ponad godzinę. Kiedy wreszcie wylądowali, Billie siłą odrywała zesztywniałe palce od fotela. Przyciskała ręce do ud, żeby przestały układać się w szpony.
    Nienawidziła latania. Co gorsza, przekonała się, że samoloty to jej rywale. Była o nie zazdrosna jak o prawdziwe kobiety.
    Moss pomógł jej wysiąść. Promieniał.
    – Boże, dawno nie było mi tak dobrze. Dzień bez latania to dzień stracony. – Poklepał skrzydło samolotu: – Kochanie moje. – A do Billie dodał: – Byłaś uroczą pasażerką.
    Objął ją ramieniem. Powoli oddalali się od samolotu.
    W budynku Billie gwałtownie wyrwała się Mossowi. Zniknęła za drzwiami z napisem „panie”. Na uginających się nogach weszła do kabiny, osunęła się na kolana i zwymiotowała.

* * *

    Billie i Moss zajęli największy pokój w domku przy Elm Street 749.
    Po czerwcu przyszedł lipiec, miesiąc długich gorących dni. Billie męczyły poranne mdłości. Ukrywała to przed Mossem wstając z łóżka dopiero po jego wyjściu. Natomiast sokole oczy Agnes widziały wszystko. Billie nader często mijała ją na korytarzu, pędząc do łazienki. Matka zawsze miała dziwną minę, którą Billie mylnie oceniała jako naganę. „Niedobrym ludziom źle się dzieje”. Ileż razy słyszała z ust Agnes to powiedzonko. Ale o co ma teraz pretensje? Przecież Billie wyszła za mąż. I to za wspaniałego mężczyznę.
    Choć przekonana, że jest w ciąży, Billie nie powiedziała ani słowa na ten temat. Czekała, aż lekarz postawi oficjalną diagnozę. Na razie jest po prostu młodą mężatką z delikatnym żołądkiem. Jej uwagi nie uchodziły spojrzenia, które często wymieniali matka i Moss. Jej mąż nie był uległy wobec Agnes, jednak miała wrażenie, że wiele spraw omawia właśnie z nią. Skąd się wzięła taka komitywa? Kiedy to się zaczęło? Z wahaniem zadała Mossowi te pytania. Utrzymywał, że wszystko sobie wmówiła. Uwierzyła mu.

* * *

    Zjedli już obiad – panierowane kotlety wieprzowe, które Moss dodatkowo polał ketchupem. Zawsze urozmaicał swoje porcje ostrymi przyprawami, zwłaszcza mdłe dania Agnes. Najchętniej wbiłby zęby w krwisty stek albo soczystego kurczaka, a nie wysmażone na podeszwę kotlety czy pieczeń. Colemanowie nigdy nie zawracali sobie głowy przydziałem żywności.
    – Kto dzisiaj zmywa, ty czyja? – Billie posłała mężowi uśmiech.
    – Sami o tym zdecydujcie. Wychodzę na spotkanie. – Na potwierdzenie tych słów Agnes wstała od stołu.
    Moss zgłosił się na ochotnika do wycierania. Nie znosił babrania się w wodzie po łokcie. W innych warunkach nawet siłą nie zapędzono by go do kuchni. W domu mieli od tego pokojówki i kucharzy.
    Billie lubiła, kiedy razem z nią przebywał w kuchni i pomagał jak dobry mąż. Pewnego dnia będą mieli własny domek, z ogródkiem i huśtawką dla dziecka.
    – Dzisiaj w wiadomościach mówili o USS „Enterprise” – oznajmiła pochylona nad zlewem. – Nowym komandorem został niejaki kapitan Davis. Słyszałeś o tym? – Po co w ogóle poruszyła ten temat? Dlaczego się dręczy, rozmawiając z nim o samolotach, okrętach i lotniskowcach, i wypatruje błysku w jego oczach?
    – Tak, słyszałem. – Oddałby wszystko, byle być na pokładzie. Davis. Czy powiedzieć o tym teraz? Nie, lepiej później. Po co zawracać jej głowę, skoro nie wiadomo, czy Davis go pamięta? To że razem trenowali w San Diego nie znaczy wcale, że kapitan przychylnie wysłucha jego prośby o powrót na „Enterprise”. Nigdy w życiu nie pragnął niczego tak bardzo, jak przydziału na Pacyfik.
    Billie nuciła pod nosem i płukała czyste talerze. Była ucieleśnieniem męskich marzeń, Moss jednak chciał czegoś więcej niż ślicznej żony. Potrzebował wyzwania, przygody; musiał latać. Zerknął na jej talię. Zacznie działać, kiedy upewni się, że Billie jest w ciąży.
    Odezwała się tak cicho, że z trudem ją zrozumiał:
    – Mówili o Midway. – Nie podnosiła głowy znad zlewu. – Opowiadałeś o tym w zeszłym tygodniu. Pamiętasz?
    – Jakże mógłbym zapomnieć? „Enterprise” zdała egzamin, co zamknęło dyskusję o przydatności lotniskowców.
    Ilekroć rozprawiał na ten temat, mówił szybkim, podnieconym głosem. Billie powoli wpadała w panikę.
    – Loty z lądu odegrały niewielką rolę w bitwie o Midway.
    Oczyma wyobraźni studiował mapę Pacyfiku. Założy się o każdą sumę, że następnym celem „Enterprise” będą Wyspy Salomona. Milczenie Billie zwróciło jego uwagę. Spojrzał na nią. Po jej policzku spływała łza.
    – Hej, Billie, o co chodzi? – Odrzucił ścierkę i przytulił ją mocno. Rozpłakała się.
    – Myślałam o tych żołnierzach, którzy zginęli. Moss, umrę, jeśli coś ci się stanie.
    – Billie, nic mi nie będzie. Nie płacz. – Tulił ją i uspokajał, a w głębi duszy wymyślał sobie od najgorszych. Wkrótce przecież ją zostawi i pojedzie na Pacyfik.

* * *

    Życie w domku Amesów i Colemanów toczyło się nowym torem. Billie robiła co mogła, by jak najprzytulniej urządzić ich pokój. Godzinami stała w kolejce po mięso dla Mossa. Czasami poświęcała cenne kupony na stek. Moss nauczył ją, jak należy je przyrządzać: mają być wysmażone na wierzchu, krwiste w środku. W tamte dni wykręcała się od kolacji bólem żołądka i jadła tylko gotowane warzywa. Moss nie zauważał jej ofiary, ale Agnes widziała wszystko.
    Im bardziej nasilały się działania wojenne na Pacyfiku, tym więcej czasu spędzał Moss w bazie. Czasami wracał późno w nocy. Co prawda centrum dowodzenia siłami Pacyfiku znajdowało się na Zachodnim Wybrzeżu, nie w Filadelfii, on jednak czyhał na każdy strzęp wiadomości. Śledził uważnie eskalację działań w Europie, należało to do jego obowiązków, ale sercem był na zachodnim nieboskłonie.
    Kiedy wracał późno i zasypiał od razu, Billie leżała koło niego i gładziła czarną głowę. Co noc modliła się, by nie wysłano go na Pacyfik.

* * *

    Na początku sierpnia przestała ukrywać poranne mdłości. Po raz drugi nie miesiączkowała. Odnosiła wrażenie, że i Moss, i Agnes nie spuszczają wzroku z jej brzucha. Dwa dni temu poszła do lekarza. Agnes ją umówiła; oboje, ona i Moss, musieli mieć pewność, choć Billie twierdziła, że ma przed sobą całe życie i nie śpieszy się do macierzyństwa.
    O trzeciej po południu zadzwonił telefon. Agnes, która ścierała kurze w salonie, od razu podniosła słuchawkę.
    Billie piła lemoniadę w kuchni. Nie pamiętała, by na twarzy matki kiedykolwiek gościł tak szeroki uśmiech.
    – Dzwonił doktor Backus. Jesteś w ciąży, Billie. Moss będzie bardzo zadowolony.
    Jest w ciąży. Teraz to pewne. Urodzi dziecko, dziecko Mossa. Powinna nie posiadać się ze szczęścia, a tymczasem targały nią sprzeczne uczucia. Nie była gotowa do roli matki, jeszcze nie. Nadal pragnęła Mossa tylko dla siebie. Potrzebowała go. Tymczasem przytyje, stanie się brzydka i niezgrabna. Czy Moss nadal będzie jej pragnął? Czy nadal będzie namiętnym kochankiem? Nie wyobrażała sobie, jak można się kochać, kiedy brzuch kobiety sterczy aż do nieba.
    – Cieszysz się, prawda, mamo? – zapytała cicho.
    – Oczywiście, Billie, cieszę się twoim szczęściem. Moss także będzie zachwycony, sama zobaczysz. Moim zdaniem powinnyśmy powiedzieć mu dopiero po kolacji, nie uważasz? Takiej nowiny nie przekazuje się telefonicznie.
    Agnes tryumfowała. Kamień spadł jej z serca. A więc to pewne. Billie urodzi dziedzica Colemanów, Mossa Juniora. To fakt. Teraz mają zapewnioną przyszłość, bez względu na to, co się stanie z Mossem. One i dziecko też, dodała po chwili.
    – Mamo, idę się położyć. Zawołaj mnie, gdyby Moss dzwonił, nawet jeśli zasnę.
    – Dobrze, Billie. Jesteś dzisiaj trochę nerwowa. To chyba przez ten upał. – Oby nic innego, błagała w myślach. Nie, to nie może być nic innego.
    Billie opadła na stos poduszek obszytych koronką. Nie pojmowała, dlaczego się nie cieszy. Zamiast śpiewać z radości, chciało jej się płakać. Ciąża wszystko zmieni, nieważne, co mówi Agnes. Zasypiała na poduszce mokrej od łez.
    Telefon zadzwonił, kiedy nakrywała do stołu. Słuchawkę podniosła Agnes, mruknęła coś niezrozumiale i odłożyła ją na widełki.
    – Moss nie przyjdzie na kolację. Sprzątnij jego nakrycie. „Sprzątnij jego nakrycie”, jakby już go niebyło.
    – Mamo, dlaczego mnie nie zawołałaś? Nie chciał ze mną rozmawiać? Agnes popatrzyła na nią uważnie. Nie zdziwiło jej rozczarowanie Billie, chociaż nigdy chyba nie potrafi zrozumieć romantycznej natury córki.
    – Kochanie, poznał mnie po głosie. Prosił, żeby ci przekazać wiadomość. Nie miał czasu.
    Billie ciężko usiadła na krześle. Zawód zniekształcił jej ładne rysy.
    – I tak masz szczęście – stwierdziła Agnes, starannie ukrywając zniecierpliwienie. – Jesteś żoną wojskowego i musisz się z tym pogodzić, że często nie będzie go w domu. Pomyśl o żonach oficerów, którzy są daleko od domu.
    – Która godzina? – przerwała jej Billie. – Posłuchajmy wiadomości. Na pewno wydarzyło się coś okropnego. Nienawidzę tej wstrętnej wojny! – wybuchła nagle.
    Moss nie wrócił na noc. Następnego dnia nawet nie zadzwonił. Billie nade wszystko pragnęła z nim porozmawiać. Minęły już dwa dni. Nie tęsknił za nią? Co może być dla niego ważniejsze niż ona i dziecko? Przecież nawet nie wie o ciąży.
    Otarła łzy i zadzwoniła do biura admirała McCartera. W słuchawce odezwał się nieznajomy głos. Porucznika Colemana nie ma w gabinecie. Czy coś przekazać? Billie wymamrotała coś, co od biedy można było uznać za odpowiedź odmowną, i odłożyła słuchawkę. Nienawidziła współczucia Agnes. Jej oczy mówiły, że czeka ją jeszcze wiele takich sytuacji i im szybciej do nich przywyknie, tym lepiej. Nigdy, przenigdy się do tego nie przyzwyczai.
    Następnego dnia, kiedy już straciła nadzieję na zobaczenie Mossa, pojawił się przed domem. Było południe, w kościele dzwonili na Anioł Pański. Miał wymizerowaną, nie ogoloną twarz i zaczerwienione, podkrążone oczy. Zwykle nieskazitelny mundur był brudny i pognieciony. Niedbale pocałował Billie w policzek i delikatnie odsunął od siebie.
    – Marzę o prysznicu i zimnym piwie. Za trzy godziny muszę być z powrotem w bazie. Nie zmrużyłem oka od dwóch dni i… nie, Billie, nie mogę ci powiedzieć, o co chodzi. Powinienem był zostać w biurze, ale chciałem się z tobą zobaczyć. A teraz padam z nóg. Czy mogłabyś podać mi piwo?
    Weszła do sypialni, niosąc tacę z puszką piwa i różą w wazoniku. Moss spał. Ostrożnie, żeby go nie zbudzić, zdjęła mu buty i skarpetki. W szafie wisi czysty mundur; zabierze go na dół i wyprasuje. Przynajmniej będzie miała coś do roboty. Zanim wyszła, pocałowała Mossa w czoło. Żywiła absurdalną nadzieję, że obudzi się i weźmie ją w ramiona. Spał kamiennym snem.
    Na schodach minęła ją Agnes. Taszczyła na górę ogromny budzik.
    – Twój zegareczek go nie obudzi. Postawię mu ten na komodzie. Może usłyszy.
    Billie odwróciła głowę, żeby matka nie dostrzegła jej zirytowania. Moss to jej mąż. Potrafi sama się o niego zatroszczyć i nie życzy sobie, by ktokolwiek wtykał nos w ich sprawy. Tymczasem Agnes nie zapominała o niczym. To ona decydowała, co zjedzą na obiad, o której pójdą w niedzielę do kościoła, kiedy trzeba zmienić pościel, czy należy otworzyć okno, a nawet kiedy i w jaki sposób Billie powie Mossowi o dziecku.
    Billie wiele razy wyobrażała sobie ten moment. W filmach żona szykowała pyszny obiad, siadała mężowi na kolanach i nieśmiało przekazywała nowinę. Niestety, nic z tego nie zdarzy się w rzeczywistości. Moss wrócił do domu po raz pierwszy od dwóch dni. Kiedy ma mu powiedzieć? W ostatniej chwili, zanim wróci do bazy? To niesprawiedliwe. Gdyby chociaż wiedziała, co się dzieje za bramą jednostki…
    Niepokój nie opuszczał jej przez całe popołudnie, kiedy starannie prasowała mundur męża. Moss był wycieńczony, a mimo to szczęśliwy. Wolała nie myśleć, co wywoływało tę radość.
    Idealnie gładki mundur zawisł z powrotem w szafie, wypolerowane do połysku buty stanęły w idealnie równej linii pod łóżkiem. Billie zabrała się za lekturę porannej gazety. Przeleciała wzrokiem kolumny „Philadelphia Inquirer”. Wiadomości ze wszystkich frontów, owszem, jednak nie znalazła niczego, co tłumaczyłoby dwudniową nieobecność Mossa. To straszne. Kiedy wreszcie wojna się skończy i ludzie będą mogli normalnie żyć?
    Nie mając nic lepszego do roboty, usiadła na werandzie i rozwiązywała krzyżówki. Nie była jednak w stanie się skoncentrować, bo ciągle wracała myślami do Mossa.
    Kiedy niewiele później zbiegł po schodach, znalazł ją skuloną na fotelu. Spała.
    – Więc tak, leniuszku, spędzasz całe dnie! – zażartował. Miał na sobie odświeżony mundur. Wilgotne po prysznicu włosy lśniły, gładko zaczesane. – Muszę lecieć. Może później uda mi się zadzwonić. Nie czekaj na mnie.
    – Moss, chwileczkę! – Pobiegła za nim. – Nie zdążyliśmy nawet porozmawiać, a mam ci tyle do powiedzenia. Co się tam dzieje? Dlaczego nie wracasz do domu? Czy coś się stało?
    – Kochanie, nie teraz. Admirał obedrze mnie ze skóry, jeśli się spóźnię. Zadzwonię do ciebie. – Cmoknął ją w policzek i odjechał. Odprowadzała go wzrokiem, wściekła, ogłupiała i zawstydzona. Nadal nie wiedział nic o dziecku.
    Moss widział ją w bocznym lusterku. Poczuł wyrzuty sumienia, ale zaraz pomknął myślami ku wojnie. Admirał McCarter i jego wysoko postawiony gość z Pentagonu analizowali sukces operacji na Guadalcanal. Nie ulegało wątpliwości, że przeciwnik będzie próbował zająć wyspę i odzyskać strategiczną kontrolę nad południowym Pacyfikiem. „Enterprise” na pewno nie będzie stała z boku. A Moss Coleman znajdzie się na jej pokładzie.
    Biedna Billie, przemknęło mu przez głowę. Może jutro wygospodaruje trochę czasu i zabierze ją do kina. A potem kochaliby się powoli i leniwie. Tak, to dobry pomysł… Ale nie seksu pragnął. Chciał walczyć. Wzdragał się przed konkluzją, że on i Agnes wykorzystali Billie. Przecież to wspaniała dziewczyna, wkrótce urodzi mu dziecko, a on sam świata poza nią nie widzi.

* * *

    Agnes wystarczyło jedno spojrzenie na Mossa, gdy wrócił do domu przy Elm Street. Usiadła na niewygodnym drewnianym krześle. Poinformowała go, że Billie piele warzywa w ogródku za domem. Dopiero wtedy zapytała spokojnie:
    – Kiedy wyjeżdżasz?
    – Pojutrze. Dostałem przydział na „Enterprise”, jak chciałem. Będzie w Pearl Harbor, tam się zaokrętuję – odparł.
    Dopiero teraz dotarło do niego, że jego nowina wcale nie zdziwiła ani nie przestraszyła Agnes. Najwyraźniej się tego spodziewała.
    – Zanim pójdziesz do Billie, chciałam ci przypomnieć… Wiesz, że sama chce ci powiedzieć o dziecku.
    – Pamiętam o tym. Domyślasz się chyba, że nie podejmowałem żadnych kroków w kwestii nowego przydziału, dopóki nie byłem pewien, że jest w ciąży. Muszę zadzwonić do ojca i o wszystkim mu powiedzieć – stwierdził po chwili namysłu. Ta rozmowa będzie dla ojca podwójnym szokiem. Straszną nowinę, że jego syn wyrusza na Pacyfik, złagodzi jednak wiadomość o pierwszym wnuku.
    Billie nagle straciła grunt pod nogami, by po chwili spojrzeć w roześmianą twarz męża.
    – Moss! – Promieniała radością, która jednak przerodziła się w rozczarowanie, gdy zajrzała mu w oczy. – Mama ci powiedziała – rzuciła rozgoryczona. – Sama chciałam to zrobić.
    Moss objął ją mocno, ukrył twarz w zagłębieniu szyi.
    – Nie ma znaczenia, kto mi powiedział, mamusiu. Pocałuj mnie. Nawet sobie nie wyobrażasz, jaki jestem szczęśliwy!
    W jego ramionach zapomniała o urazie. Dopóki jest szczęśliwy, póki ją kocha, nic nie jest ważne.
    Wdychał zapach nagrzanej słońcem skóry i wymyślał sobie od ostatnich skurczybyków. Dobrze chociaż, że ma dość przyzwoitości, by nie zepsuć Billie tych chwil. Jego wiadomość musi poczekać. Powie jej po kolacji, kiedy obecność Agnes złagodzi cios. Złość zupełnie przejdzie jej w łóżku. Przyszłe losy Mossa Colemana w końcu spoczęły w jego rękach. Nikt mu nie przeszkodzi w realizacji planów, ani Seth, ani Agnes, ani nawet Billie.
    Weszli do domu czule objęci.
    – Dzisiaj mamy na kolację rostbef, tak jak lubisz, nie wysmażony. Mama twierdzi, że po raz pierwszy w życiu poda żywe stworzenie.
    Wybuchnął śmiechem. Doceniał ich wysiłki, by sprawić mu przyjemność. Domyślał się także, jak wygląda dzisiejsze menu: nieśmiertelna fasolka szparagowa, przyrządzona tak samo, jak robiła to jego matka, młode kartofelki, świeże bułeczki do sosu, placek z truskawkami i rabarbarem. Poinformuje Billie po deserze – uwielbiał placek z truskawkami.
    – Nie mogę się doczekać wieczora – puścił do niej oko. – Ostatnio nie spisywałem się najlepiej jako mąż…
    Pokazała mu język i kopnęła w kostkę, ale uskoczył błyskawicznie.
    – Idę pod prysznic. Pomóż mamie, w kuchni jest duszno jak w łaźni. Twierdząco skinął głową.
    – Dobrze, a więc postanowione. Mamo, zjemy dzisiaj na werandzie. Już nakrywam do stołu. Pospiesz się, Moss, bo sos wystygnie.
    Podczas posiłku Agnes nie zamykały się usta. Była zdenerwowana, lecz triumfowała. Czuła się jak dyrygent prowadzący symfonię: na jego znak będą rozbrzmiewać kolejne nuty, akordy, aż narośnie finałowe crescendo. Billie wyczuwała to także. Miała strach w oczach.
    Moss odłożył widelczyk i poprawił się na krześle.
    – Musisz dać mojej mamie przepis na ten placek.
    Nie ma wyjścia. Powiedzieć to. Najlepiej prosto z mostu.
    – Billie – zaczął miękko. – Dostałem dzisiaj nowe rozkazy. Wyjeżdżam pojutrze.
    Widelczyk wypadł jej z dłoni. Wiedziała.
    – Dokąd? Dokąd jedziesz? – wykrztusiła z trudem.
    – Pearl Harbor. Tam wsiądę na „Enterprise”. Chcę tego, Billie. Muszę to zrobić, nie rozumiesz?
    Pochyliła głowę. Ukryła rozczarowanie pod jasnymi włosami.
    – Chcesz tego, mimo że wiesz już o dziecku?
    – Tak. Ale nie chcę, żebyś siedziała tu sama. Wolałbym, żebyś ty i twoja mama przeniosły się do Austin. Zorganizuję wam podróż. Zamieszkacie z moją rodziną, dopóki nie wrócę.
    – Mamy jechać do Teksasu? – Billie nie wierzyła własnym uszom. Nie chciała opuszczać Filadelfii i wszystkiego, co dobrze znała. Pragnęła tu zostać, tu urodzić dziecko, tu czekać na jego powrót do domu.
    Spojrzenia Mossa i Agnes skrzyżowały się nad stołem.
    – Przepraszam, że nie zapytałem cię o zdanie, tylko od razu założyłem, że pojedziesz z Billie.
    Billie zacisnęła zęby. Jej też nie zapytał. Nie wykrzyczana złość ją dławiła. Nerwowym ruchem sięgnęła po wodę. Zakrztusiła się. Moss w mgnieniu oka zerwał się na równe nogi i zaczął ją klepać po plecach. Ponownie spojrzał na Agnes. Rozumieli się bez słów. Już ona dopilnuje, by wszystko było w porządku.
    – Kochanie, polubisz Teksas – zapewniał żonę. – Ty też, Agnes. Jeśli chcesz, dostaniesz całe prawe skrzydło dla siebie. Dzisiaj wieczorem zadzwonię do rodziców. Mam nadzieję, że obie zamienicie z nimi kilka słów. Billie, obiecaj mi, że nie będziesz się martwić. Moje dziecko powinno przyjść na świat w Teksasie, w moim domu. Ani tobie, ani twojej mamie niczego nie zabraknie. To duży dom, Billie. Moi rodzice nie będą wchodzić ci w drogę, jeśli tego się obawiasz. A dziecko będzie miało zapewnioną opiekę. Będziecie mieć wszystko, czego zapragniecie.
    – Wszystko, czego pragnę, mam tu i teraz. – Billie spojrzała mu w oczy. – Dopóki jesteś ze mną.
    – Wiem, skarbie, i czuję to samo, wiesz przecież. Po prostu będę spokojniejszy wiedząc, że ktoś dba o ciebie i o Agnes. I chcę, żeby mój syn od małego znał swoje dziedzictwo. Rozumiesz to, prawda?
    Powiedział „syn”, zauważyła Billie. A jeśli to dziewczynka? Dziedzictwo? Jakie dziedzictwo? Farma w Teksasie? Dojenie krów i uprawianie kukurydzy? O czym on mówi?
    Moss uśmiechnął się lekko, widząc jej zagubienie:
    – Kochanie, jest chyba coś, czego ty i twoja mama o mnie nie wiecie. – Zerknął na Agnes, żeby zaznaczyć, że mówi także do niej. – Pamiętacie, jak powiedziałem, że moi rodzice mają rancho w Teksasie? To prawda, ale nie powiedziałem nic o jego rozmiarach. Billie, Sunbridge to nie żadna farma. To imperium, które zbudował mój ojciec. Pewnego dnia będzie nasze i naszego dziecka. I nie myśl sobie, że leży gdzieś na końcu świata. Austin to duże miasto, większe niż Filadelfia, są tam dobre szkoły i, uwierzcie mi na słowo, brukowane ulice – zażartował, chcąc rozładować atmosferę. – Będziesz miała samochód do dyspozycji i wszystko, co tylko zechcesz. Ale dla mnie najważniejsze jest to, że ktoś będzie się tobą opiekował.
    Zasłuchana, nie zauważyła zadowolonej miny Agnes.
    – Moss, powiedz mi prawdę. Sam prosiłeś o nowy przydział. Zrobiłeś wszystko, co w twojej mocy, żeby dostać się na „Enterprise”. Myślałam, że przestałeś o tym myśleć, odkąd się pobraliśmy.
    Prawda. Kiedy cię złapią z rozpiętym rozporkiem, mów prawdę.
    – Nigdy nie ukrywałem, że zrobię wszystko, żeby się stąd wyrwać. Mamy wojnę i chcę walczyć. Nie okłamałem cię, Billie. Ani razu cię nie okłamałem.
    – Ale to było, zanim dowiedziałeś się, że jestem w ciąży. Co ze mną i z dzieckiem?
    – Jedź do Sunbridge. Ze względu na ciebie i na dziecko. Jesteś teraz jedną z Colemanów i tam jest twoje miejsce. Wszystko, o czym zamarzysz, będzie w zasięgu twojej ręki.
    – Nie marzę o niczym ani o nikim innym prócz ciebie! Agnes wzięła sprawę w swoje ręce.
    – Jedziemy do Austin, Billie, i koniec. Moss ma rację. To najlepsze wyjście w twojej sytuacji. Pojadę z tobą, żebyś nie czuła się osamotniona wśród obcych. Na pewno pokochasz państwa Colemanów, kiedy ich lepiej poznasz. – Sunbridge. Powiedział, że rancho nazywa się Sunbridge. – To dobry pomysł, Moss. Billie będzie potrzebowała wsparcia rodziny. Co, według ciebie, mam zrobić z tym domem?
    – Znajdź dobrego agenta obrotu nieruchomościami i kontaktuj się z nim listownie. Jeśli nie chcesz zawracać sobie tym głowy, mój ojciec to załatwi.
    Wszystko ustalone. Agnes była podekscytowana jak dziecko przed Bożym Narodzeniem. Ma sprzedać dom, więc nie będzie miała dokąd wracać po narodzinach dziecka. Sunbridge stanie się także jej domem. Nawet nie śmiała o tym marzyć, a tymczasem wszystko rozwija się po jej myśli. Z czasem także – Billie dostrzeże płynące z tego korzyści.
    – Pozmywam sama. Moss, może pójdziecie z Billie na spacer? Albo do parku. Powinna się dużo ruszać.
    – Doskonały pomysł – stwierdził z wymuszoną radością. Dlaczego Billie nie chce tego zrozumieć? Dlaczego kobiety tak się wszystkim przejmują? Nienawidził siebie za to, jak ją potraktował, ale nie chciał już o tym myśleć. Wziął ją pod rękę i wyprowadził na dwór. Wszystko będzie w porządku, już on o to zadba.
    Billie zrównała swój krok z krokiem męża. Musi zaakceptować jego decyzję. Kłótnie i sprzeciwy oznaczałyby ochłodzenie stosunków, może nawet rozstanie, a tego nie zniosłaby. Czuje się zdradzona? Trudno, musi się z tym pogodzić. W tej chwili liczy się każda minuta. Nie wolno zmarnować tego czasu. Dąsanie się niczego nie zmieni, chyba tylko uczucia Mossa wobec niej. Z trudem przełknęła łzy i posłała mu szczery, wzruszający uśmiech.
    Mossowi kamień spadł z serca. Billie jest taka słodka, czarująca. I jest w ciąży. Odwzajemnił jej uśmiech. Kochał ją za to, że jest jego żoną, matką jego dziecka. Gdyby nie ona, nie byłoby potomka i nie udałoby mu się zrealizować marzenia. Jego problem został rozwiązany: stanie na pokładzie okrętu. Zawsze będzie ją za to kochał.
    Wrócili tuż przed dziewiątą. Najwyższy czas zadzwonić do Teksasu. Agnes obserwowała, jak Moss przestępuje z nogi na nogę. Po raz pierwszy, odkąd go znała, okazywał zdenerwowanie. Zazwyczaj pokonywał przeszkody z pewnością siebie, graniczącą z arogancją. Najwyraźniej jednak w ten sposób nie dałby sobie rady z ojcem.
    Zasłonił dłonią słuchawkę.
    – Są kłopoty z uzyskaniem połączenia. I musimy uwzględnić różnicę czasu. – Trzymał słuchawkę z dala od ucha, gdy zagrzmiał w niej głos Setha Colemana:
    – Moss, synu! Cieszę się, że cię słyszę! Niedawno dostaliśmy list od jakiejś kobiety, która twierdzi, że jest twoją teściową! Co to ma znaczyć?
    – To prawda, tato. – Zerknął na Billie. Obserwowała go uważnie. Oby ojciec nie domagał się wyjaśnień, na które teraz nie mógł sobie pozwolić. Do licha, za długo zwlekał z tą rozmową. Powinien był zadzwonić z biura.
    – Czemu zrobiłeś takie głupstwo? Wojna to nie czas na ożenek. Mężczyzna nie myśli wtedy normalnie. Na świecie jest dosyć chętnych kobiet! – Cisza; Sethowi przyszło coś do głowy: – Czy musiałeś się z nią ożenić, synu?
    – Mniej więcej tak to wygląda, tato – Moss czuł się nieswojo. Zastanawiał się, czy Billie słyszy słowa Setha.
    – Jaka ona jest, ta twoja żona?
    – Pierwsza klasa. Pamiętasz tę klaczkę, którą mi dałeś na dziesiąte urodziny i jak ją kochałem?
    – Pamiętam, że zajeździłeś ją na śmierć! – rzucił szorstko Seth.
    Moss spochmurniał. Dlaczego z niego taki skurczybyk? Kochał tamtego konia. Teraz. Wyrzuć to z siebie.
    – Wysyłam Billie i jej mamę do Austin. Wyjeżdżam stąd za 36 godzin. Dostałem przydział na USS „Enterprise”. Nie powstrzymasz mnie, tato. Nie próbuj żadnych sztuczek. Proszę, byś zaopiekował się moją żoną i teściową. I dopilnuj, żeby mój syn przyszedł na świat cały i zdrowy. – Cisza w słuchawce nie zaskoczyła go. Seth przetrawiał nowe wiadomości.
    – To trzecie głupstwo, które zrobiłeś w Filadelfii. Gdybyś nie latał z rozpiętym rozporkiem, nie ożeniłbyś się i…
    – Nie chcę tego słuchać, tato. – Ze względu na Billie zmusił się do uśmiechu. – Będziesz miał wnuka.
    – Na razie obchodzi mnie mój syn! – wrzasnął Seth. – Milcz teraz. Zadzwonię do odpowiednich ludzi i za dwadzieścia cztery godziny możesz zapomnieć o „Enterprise”.
    – Jeśli skiniesz palcem w tej sprawie, nigdy ci tego nie wybaczę. Nie żartuję. – Cisza. Chciał się upewnić, że ojciec zrozumiał. – Pokochasz Billie. Pomyśl, tato, będziesz dziadkiem. – Rzucić staremu przynętę i zobaczyć, czy się skusi.
    W słuchawce rozległ się suchy kaszel. Moss wyobrażał sobie, w jakim terapie myśli przelatują przez głowę ojca. Dziecko załatwi sprawę. Seth nie pozwoli, by cokolwiek stanęło między jego synem a wnukiem.
    – A jej matka? – burknął.
    Moss z trudem powstrzymał śmiech. Nie powie mu przecież, że Agnes to suka pierwszej wody!
    – Zupełnie jak ty. Ją także pokochasz.
    – Matka chce z tobą rozmawiać – oznajmił Seth. – Nie odkładaj później słuchawki. Jeszcze z tobą nie skończyłem.
    – Owszem, skończyłeś, tylko nie chcesz się z tym pogodzić.
    Moss przyciągnął Billie do siebie. Załatwione. Staruszek nie będzie mu wchodził w drogę, nie teraz, kiedy stawką w grze jest dziedzic imperium.
    – Mamo! Cieszę się, że cię słyszę! Jak się czujesz? Zmartwił go jej słaby smutny głos:
    – Brakuje nam ciebie, synku. Billie to na pewno wspaniała dziewczyna i pokochamy ją tak, jak ciebie. Kiedy j ą poznamy?
    – Niedługo. Tata ci wszystko wyjaśni. Billie i jej matka przyjadą do Austin. Opiekuj się nimi, mamo. Obiecaj mi.
    – Obiecuję, kochany. Co to znaczy? Czyżbyś dostał nowe rozkazy? Myślałam, że ojciec to załatwił…
    – Owszem, ale ja to zmieniłem. – Oddał słuchawkę Billie, zanim matka zadała następne pytanie.
    Billie głośno przełknęła ślinę.
    – Pani Coleman. Tu Billie Ames, to jest Billie Coleman.
    Moss uśmiechnął się, widząc jej zakłopotanie.
    – Bardzo chciałam poznać panią i pana Colemana. Mam nadzieję, że nie sprawimy państwu kłopotu naszym przyjazdem.
    – Drogie dziecko, nie zgodziłabym się na inne rozwiązanie. Nie mogę się już was doczekać. Musimy być razem, Billie, ze względu na Mossa.
    – Dziękuję, pani Coleman. Oddaję słuchawkę Mossowi. Chce jeszcze rozmawiać z ojcem.
    Przyłożył słuchawkę do ucha. W głosie ojca pojawiła się nowa nuta. Czyżby pogodził się z jego decyzją? Nie. To z powodu dziecka. Znając Setha, Moss wiedział, że ojciec zdążył już je zapisać do najlepszej szkoły. Zapewne wkrótce założy fundusz powierniczy i zamówi kucyka.
    – Przyślij do nas swoją rodzinę, synu. Zajmiemy się nimi. I uważaj na siebie. Straszny z ciebie głupiec, wiesz o tym?
    – Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Kocham cię, tato.
    – Wiem o tym. Daj Japońcom popalić.
    Połączenie przerwano.

* * *

    W Austin, w Teksasie, Seth Coleman wstał zza olbrzymiego biurka w bibliotece i podszedł do okna. Nie widzącym wzrokiem patrzył na ogród i pastwiska dla bydła. Odwrócił się, bo nie chciał, żeby żona widziała jego porażkę. Telefon Mossa oznaczał jego klęskę. Chłopak szedł na wojnę. Wnuk stanowił pociechę na otarcie łez.
    Jessica Coleman patrzyła na męża współczującym wzrokiem. Seth darzył Mossa ślepą miłością i świadomość, że mógłby zginąć na wojnie, załamała go. Sama kochała syna równie mocno i tak samo obawiała się o niego, ale jej miłości, w przeciwieństwie do uczuć Setha, nie towarzyszyły zaborczość i władczość, lecz czułość i troskliwość. Seth kochał i nienawidził w ten sam sposób. Nauczyła się to akceptować przed wielu laty. A to, czego nie kochał lub nienawidził, nie istniało w jego świecie. Na przykład ona, Jessica.
    – Masz synową, Jess – poinformował ją.
    Kiedy się do niej odwrócił, zobaczyła, że zaakceptował decyzję Mossa.
    – A ja będę miał wnuka! – oświadczył dumnie.

* * *

    Billie leżała wsłuchana w oddech Mossa. Chciała nauczyć się go na pamięć, tak żeby przed oczyma mieć zawsze rysy jego twarzy. Musi zapamiętać dotyk jego dłoni, kiedy się z nią kochał. Chociaż łamał jej serce, nie powie mu o tym teraz, kiedy szedł na wojnę.
    Przytuliła się do niego, spragniona jego ciepła oparła mu głowę na ramieniu. Nie mogła go nie dotykać, nie szukać szerokiej piersi i płaskiego brzucha. Kochała go. Przynajmniej w tej chwili należał do niej.
    Poruszył się. Pocałował ją i otoczył ramionami, szepcząc jej imię. Dłoń Billie powędrowała niżej, budziła w nim pożądanie. Chociaż tyle zabierze ze sobą do Teksasu.

Rozdział siódmy

    Uwzględniając postoje i opóźnienia, podróż do Austin trwała tydzień. Było to najgorsze siedem dni w życiu Billie. Poranne nudności pojawiły się w dniu wyjazdu Mossa i z reguły nie ustępowały do wieczora. Całą drogę spędziła na dolnym posłaniu. Obok stało wiadro, przyniesione przez uczynnego konduktora. Agnes chuchała na nią i dmuchała przez pierwsze dwa dni, dopóki Billie nie oznajmiła, że chce być sama.
    Agnes posłuchała z chęcią. Trzy razy dziennie zasiadała do stołu w luksusowo urządzonym wagonie restauracyjnym, gdzie nie omieszkała informować wszystkich obecnych, że jest jedną z Colemanów z Austin. Nie kłamała wprost; to rozmówcy wyciągali wnioski, że mają do czynienia z kimś, w czyich żyłach płynie krew Colemanów, głowiąc się jednakże, kim właściwie, u licha, są ci Colemanowie. Dla Agnes podróż była przygodą, uwerturą do nowego życia. Mossowi nie poświęciła ani jednej myśli; zapomniała o nim w chwili, gdy wyjechał do San Diego i dalej, na Hawaje. Moss Coleman spełnił swój obowiązek. To wystarczy.
    Rankiem 25 sierpnia 1942 roku pociąg wjechał na stację w Austin. Billie, wsparta na ramieniu matki, znowu walczyła z atakiem mdłości. Ponieważ od siedmiu dni praktycznie nie wstawała z łóżka, nogi się pod nią uginały, bolał kręgosłup. Była blada i wymizerowana.
    – Pani Coleman? – Uśmiechnięty kolejarz w białym mundurze ukłonił się grzecznie.
    – Tak – Agnes odpowiedziała za Billie, która przysiadła na posłaniu.
    – Proszę za mną, pani Coleman. Zechcą mi panie dać kwity bagażowe, żebym mógł odebrać walizki.
    Zapewne Colemanowie dali mu niezły napiwek, stąd ten szeroki uśmiech, wydedukowała Agnes. Wyciągnęła kwity z torebki:
    – Chodźmy, Billie. Nie możemy kazać innym czekać.
    Kolejarz zaprowadził je do drzwi i pomógł wysiąść. Wśród tłumu na peronie zwracała uwagę pewna para: siwowłosa kobieta i potężny mężczyzna o lasce. Za ich plecami stał szofer w czapce i liberii.
    Billie napotkała wzrok teścia. Od razu odgadła, co myślał: więc to jest kobieta, którą Moss miał nieszczęście poślubić! Szybko spojrzała na teściową; w szarych oczach było współczucie i zrozumienie. Zanim się spostrzegła, dama ruszyła w jej stronę.
    – Skarbie, jesteś chora – stwierdziła Jessica Coleman. – Chodźmy. Tita, nasza gosposia, zna lekarstwa na wszelkie dolegliwości, łącznie z rannymi mdłościami. Za kilka dni będziesz zdrowa jak rydz.
    Pani Coleman nie musiała patrzeć na Setha. I tak znała jego myśli: Moss zwariował, wybierając tę bladą bidulę na matkę jego wnuka.
    Jessica zwróciła się do Agnes:
    – Pani Ames, mam nadzieję, że tak jak my polubi pani życie w Sunbridge. – W jej cichym głosie Billie odnalazła teksaski akcent męża.
    Uprzejma odpowiedź Agnes dawała im jasno do zrozumienia, że jej przyjazd to pomysł Mossa; czuł się lepiej, wiedząc, że będzie z Billie, a ona, oczywiście, nie chciała mu się sprzeciwiać. Poinformowała ich o tym, nie okazując żadnych uczuć. Zachowywała się skromnie i poprawnie. Seth przypomniał sobie, co odpowiedział Moss na pytanie, jaka jest teściowa: „taka jak ty”. Otóż i ona we własnej osobie. Agnes Ames w kostiumie o klasycznym kroju i czarnym małym kapeluszu na kasztanowych lokach, kobieta czynu. Spodobała się Sethowi. Wrócił spojrzeniem do Billie. Szkoda, że syn nie podziela jego gustu, jeśli chodzi o kobiety.
    – Zabierz małą do samochodu, Jess – polecił. – Biedula jest chyba ledwo żywa. Pani Ames i ja zaraz przyjdziemy. Carlo – zwrócił się do szofera – zajmij się bagażem.
    Wziął Agnes pod rękę. Szli za Jessica i Billie.
    – Zrobimy tak: Jess i pani córka pojadą do Sunbridge. My dołączymy potem, weźmiemy służbowy samochód ode mnie z biura – zadecydował. Nie miał najmniejszej ochoty jechać czterdzieści mil z ciężarną kobietą, która ma mdłości. Poza tym będzie miał czas, aby lepiej poznać Agnes.
    – Nie mam nic przeciwko temu. Ostatnimi czasy kiepska z Billie towarzyszka. Dziecko, rozumie pan.
    Uśmiechnął się sztucznie. Błękitne oczy pod siwą czupryną zabłysły tak samo jak oczy Mossa. Agnes przyglądała mu się uważnie, ciekawa, czy laska jest mu naprawdę potrzebna. Utykał lekko, ale nie na tyle, by musiał się podpierać. Ten wysoki potężny mężczyzna nie miał w sobie śladu słabości. To, co mówił, częściowo tylko oddawało, co myślał. Choć Agnes od razu spodobało się jego towarzystwo, zdawała sobie sprawę, że jest wyjątkiem. Seth Coleman zazwyczaj onieśmielał kobiety, zwłaszcza osoby młode i naiwne jak Billie.
    Jej uwagi nie uszedł żaden szczegół: szofer w liberii, biały stetson Setha robiony na zamówienie, jedwabny kostium Jessiki. Kiedy wszystkie walizki zniknęły w bagażniku czarnego packarda, wsiedli do samochodu: Agnes, Billie i Jessica zajęły tylne siedzenie, Seth usiadł z przodu, obok Carlosa.
    – Jess, pani Ames i ja wyskoczymy koło biura. Muszę podpisać pewne dokumenty. Dołączymy do was później.
    – Może pani Ames jest zmęczona i wolałaby od razu pojechać do Sunbridge – zaoponowała Jessica. Tym samym dawała Agnes szansę.
    – Bzdura! – ryknął Seth.
    – Szczerze mówiąc, spałam doskonale, pani Coleman. Z przyjemnością pójdę z pani mężem do biura.
    Jessica z uśmiechem skinęła głową.
    – Ona jest Jessica, a ja – Seth! – huknął teść Billie z przedniego siedzenia.
    – A ja jestem Agnes! – odpowiedziała tym samym tonem.
    Seth uśmiechnął się wbrew sobie. A zatem staruszka odpłaciła tą samą monetą. Może więc nie wszystko stracone. Może z czasem córka stwardnieje, upodobni się do matki. Podobała mu się Agnes, zadecydował błyskawicznie, tak jak zawsze. Kobiety w jego domu są za miękkie, za łatwo płaczą. Agnes będzie miłą odmianą.

* * *

    O tym, jaki błąd popełniła, wyobrażając sobie Austin jako miasteczko na Dzikim Zachodzie, przekonała się Agnes już pierwszego dnia. Jechali szerokimi brukowanymi ulicami. Centrum, choć nie mogło się równać z rozmiarami i pośpiechem Nowego Jorku, w niczym nie ustępowało Filadelfii. Podłużny czarny packard zahamował przed wysokim budynkiem z fasadą z różowego włoskiego marmuru. Nad obrotowymi drzwiami ze szkła i mosiądzu widniał napis COLEMAN. Chociaż zrobiło to na Agnes olbrzymie wrażenie, nie dała nic po sobie poznać, jakby wielu jej znajomych miało własne wieżowce. Nagle przypomniała sobie o Billie.
    – Dasz sobie radę, prawda, kochanie? Niedługo do was dołączymy.
    Billie zamknęła oczy, żeby nie drażniło ich ostre słoneczne światło. Z ulgą myślała, że Agnes zaraz wysiądzie, a wraz z nią zniknie duszący zapach perfum.
    – Damy sobie radę – zapewniła Jessica. – Jedziemy prosto do domu. Zaraz wyślę Billie do łóżka. Seth, może zaprosisz Agnes na lunch? Na pewno nie wrócicie do Sunbridge przed południem.
    – Dobry pomysł, Jess – mruknął. Dlaczego ona uważa, że potrzebne są aż trzy posiłki dziennie? Pamiętał czasy, kiedy był szczęśliwy jedząc raz na dzień.
    Billie przespała całą czterdziestomilową drogę do Sunbridge. Jessica gładziła ją po ramieniu. Gdyby nie obawa, że ją obudzi, przytuliłaby synową do siebie.
    Billie Ames Coleman, żona Mossa, żona jej syna i wkrótce matka jej wnuka. Kiedyś, przed laty, ona była równie ładna, młoda i pełna nadziei jak Billie. Czas i Seth to zmienili.
    Poczuła gorycz, choć zazwyczaj to uczucie opanowywało ją rankiem, kiedy budziła się w pustym łóżku. Człowiek ma prawo użalać się nad sobą. Czy w jej wieku wymagała za dużo, pragnąc oddania, czułości i towarzystwa? Gorączkowo szukała w pamięci, kiedy między nią a Sethem przestało się układać. Zawsze dochodziła do tego samego wniosku: był to dzień narodzin Mossa. Spełniła jego oczekiwania, dała mu syna. Pierwszego syna, powiedział dumnie, pierwszego z wielu. Rozczarowanie po przyjściu na świat Amelii zamieniło się w zgorzknienie, kiedy okazało się, że Jessica nie może mieć więcej dzieci. Tak, wtedy właśnie wszystko się popsuło i Seth nie odwiedzał więcej jej sypialni…

* * *

    Jessica była zakochana po uszy w szorstkim, surowym Secie Colemanie. Śmiechem kwitowała jego słowa, kiedy zapewniał, że jest dokładnie tym, czego potrzebuje, damą z dobrego domu, której dziedzictwo uszlachetni krew Colemanów.
    – Jess, masz klasę – powtarzał i brał ją na ręce. Zawsze dostawał, czego pragnął, a w owym czasie pragnął jej. Nie taił swoich zamiarów, mówił o nich każdemu, kto chciał słuchać. Nie była w stanie oprzeć się przystojnemu agresywnemu mężczyźnie, choć miał brud za paznokciami. Opowiadał o swoim marzeniu: największym, najwspanialszym ranchu w Teksasie: Jessica nie wątpiła, że dopnie celu, nawet gdyby miał własnoręcznie orać nieurodzajną ziemię. Kiedyś myślała, że pragnie tego dla niej. Teraz znała go lepiej. Rancho było dla niego, podobnie jak jej dziedzictwo i szacunek, którym się cieszyła. Oddała je chętnie, przekonana, że w zamian otrzyma miłość i czułość.
    Rodzice na próżno tłumaczyli, że popełnia błąd, wychodząc za niego. Carl Bowdrie, związany z bankiem w Austin, pragnął jej niemal równie mocno jak Coleman. Tylko że w jego oczach nie było wyzwania, które widniało w spojrzeniu Setha.
    Dzieciństwo w domu rodziców nie przygotowało Jessiki do życia u boku Setha Colemana. Jej ojciec, dżentelmen z dobrej rodziny, otrzymał klasyczne wychowanie i nieduży majątek. Mama była prawdziwą damą. Nie byli bogaci, ale też niczego im nie brakowało. Życie, pełne miłości i oddania, stanowiło ciąg prostych przyjemności: kolacje w gronie dobrze wychowanych, inteligentnych osób, dobre wino, wyśmienite jedzenie, dyskretna obsługa.
    Nigdy nie przywykła do przyjęć Setha: whisky, piwo na beczki, krzyki i burdy. Ostatnio, co prawda, wiele się zmieniło, przynajmniej pozornie. Whisky zastąpił szampan, a goście zachowywali się jak ludzie cywilizowani. Pod warstwą ogłady zostali tacy sami: przyciągał ich na owe przyjęcia ten sam cel – pieniądze.
    Tylko raz poprosiła o coś Setha. Chciała zatrzymać dom, który odziedziczyła po rodzicach. Wyobrażała sobie, że co jakiś czas zabierze dzieci do domu swego dzieciństwa i udowodni, że nie cały świat kręci się wokół jednego człowieka. Seth odmówił. Odebrał jej dom, tak jak odebrał jej dzieci.
    Kiedy go poznała, była śliczną debiutantką. Teraz miała siwe włosy, mieszkała w olbrzymim domu, którego nie znosiła, z mężczyzną, którego nie obchodziło, czy dożyje następnego dnia.

* * *

    Wzięła Billie za rękę, chcąc przekazać jej siłę, której sama nie miała.
    – Musisz być silna – szepnęła. – Nie twarda, lecz silna. To różnica.
    Zanim samochód skręcił w podjazd, lekko potrząsnęła synową:
    – Obudź się, skarbie. Zaraz zobaczysz nasz dom: Sunbridge.
    Billie przetarła oczy i wyjrzała przez szybę. Przejeżdżali właśnie pod drewnianym łukiem z wypalonym napisem „Sunbridge”. Białe ogrodzenie ciągnęło się na wiele mil. Wiekowe dęby ocieniały krętą aleję. Po obu stronach zieleniły się trawniki, regularnie spryskiwane wodą z automatycznych zraszaczy.
    Billie miała wrażenie, że znalazła się w tunelu zieleni. Daleko przed nimi świeciło słońce. W końcu, za ostatnim zakrętem, ich oczom ukazał się dom.
    Olbrzymi budynek usadowił się na łagodnym zboczu. Odcinał się od błękitu teksaskiego nieba, przyciągał promienie słońca. Kiedy aleja została za nimi, Billie przyszło do głowy, że tylko tu, w Sunbridge, słońce świeci tak ciepło i tak jasno.
    Dom wznosił się na wysokość trzech pięter. Jasnoróżowa cegła, z której zbudowano część główną i dwa skrzydła, kontrastowała z bielą kolumn, podtrzymujących dach werandy. Nad oknami i drzwiami wejściowymi pyszniły się stiuki. Krzewy ozdobne pięły się dokoła werandy. Wokół domu rozciągał się ogród różany pełen altanek i rzeźb. Nie wierzyła własnym oczom.
    – Moss nigdy nie opowiadał o Sunbridge. Mówił tylko, że macie rancho. Jessica uśmiechnęła się lekko.
    – To do niego podobne. Widzisz, to jest rancho, o powierzchni 250 tysięcy akrów. Hodujemy konie i bydło. Zobaczysz je na pastwiskach za domem i mniejszych ranchach, które Seth dzierżawi. Sunbridge to tylko niewielka część holdingu Colemanów. Seth sam to wszystko zbudował. – W głosie Jessiki była duma, ale Billie dostrzegła smutek w jej oczach.
    – Nazwa „Sunbridge” pasuje idealnie – stwierdziła.
    – Tak. Kiedy Seth po raz pierwszy zobaczył tę ziemię, wydawało mu się, że jeśli wyciągnie rękę, dotknie słońca. Jego życie było bardzo ponure,
    I Billie, i uważał zbudowanie tego domu za wielkie osiągnięcie. Ten dom miał stanowić pomost między mrokami przeszłości a świetlaną przyszłością. Choć Seth nie ma w sobie ani krzty romantyzmu, to on właśnie wymyślił nazwę „Sunbridge”.
    Nadal była smutna. Chcąc oderwać się od gorzkich myśli, przesłała Billie wymuszony uśmiech.
    – Chodźmy do środka, kochanie, w domu jest dużo chłodniej. Tita zrobi ci coś do jedzenia. Wiem, że nie czujesz się najlepiej, więc oszczędzę ci przedstawiania całej służby.
    Carlos przytrzymał drzwiczki. Jessica poleciła mu zająć się bagażem. Po widoku różanego ogrodu i winorośli oplatającej werandę Billie przeżyła następny szok, kiedy weszła do budynku: dębowy parkiet, belki pod sufitem, meble obite skórą. Brakowało tu tylko kłębów papierosowego dymu i stukotu kowbojskich butów. Olbrzymie obrazy przedstawiały silnych ogorzałych mężczyzn przy pracy: ujeżdżali konie, znakowali bydło. Kobieca ręka Jessiki nie sięgała poza ogród. Dom to świat Setha. Świadczył o tym każdy drobiazg.
    – Chodźmy na górę, Billie – zaproponowała teściowa. – Ty i Agnes, i oczywiście Moss, zamieszkacie we wschodnim skrzydle. Mam nadzieję, że spodoba ci się twój pokój.
    Tutaj widoczny był wpływ Jessiki – pastelowe ściany, wazony pełne kwiatów, lekkie, zgrabne mebelki. W sypialni Billie zmieściłby się parter ich domku przy Elm Street. Ściany obito seledynowym jedwabiem, zasłony i narzuta były utrzymane w złoto-różowej tonacji. Dywan w zielono-beżowy wzór tłumił kroki.
    – Jaki to wielki dom – stwierdziła Billie ze zdumieniem. – Chyba nie sprzątasz go sama, prawda?
    – Nie, skądże! Nie dałabym sobie rady nawet z ogrodem! – Uśmiechnęła się. – Mamy tu Carlosa, ale jego już poznałaś. To nasz szofer i „złota rączka”, zajmuje się wszystkimi drobnymi naprawami. Jego żona, Tita, gotuje. Oprócz Tity, dwie czy trzy inne młode Meksykanki sprzątają i piorą. Poza tym są stajenni i oczywiście ogrodnik, Julio. W Sunbridge, jak widzisz, pracuje wiele osób. Odkąd Amelia, siostra Mossa, wyjechała do Anglii, brakuje mi kobiecego towarzystwa. Dlatego też bardzo mnie ucieszył przyjazd twój i twojej mamy. Mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy, Billie. Może nawet nauczysz się traktować mnie jak drugą matkę.
    Billie ogarnęło wzruszenie. Przemogła nieśmiałość i mocno objęła teściową.
    – Moss cię bardzo kocha – szepnęła. – I ja także cię pokocham. Jessica miała łzy w oczach.
    – Cieszę się, że tu zamieszkasz. I dziecko! Sunbridge było puste bez dzieci i młodych ludzi. No, a teraz do łóżka. Wyobrażam sobie, jak cieszy cię myśl o posłaniu, które nie kiwa się najpierw w jedną, a potem w drugą stronę.
    Pierwsze dni w Sunbridge Billie spędziła w pokoju. Niestety, stabilne łóżko niewiele pomogło. Cały czas męczyły ją nudności. Po atakach mdłości była tak wyczerpana, że wolała nie schodzić na dół. Jessica otoczyła ją staranną opieką. Billie nigdy nie doświadczyła tyle troskliwości. Teściowa przesiadywała u niej godzinami. Dzięki niej nie czuła się samotna. Matka Mossa była uosobieniem delikatności. Agnes zaglądała do córki tylko rano i wieczorem, i dzieliła się z nią obserwacjami na temat Sunbridge. Z lubością poznawała wszystkie szczegóły historii Colemanów.
    Pewnego ranka Billie napomknęła, jak troskliwie zajmuje się nią Jessica.
    – Cóż, nic w tym dziwnego – stwierdziła oschle Agnes, machinalnie bawiąc się sznurkiem pereł. – Urodzisz przecież jej pierwszego wnuka.
    Billie wpatrywała się w nią z niedowierzaniem. Przecież jej dziecko będzie także pierwszym wnukiem Agnes.
    – Och, wiem, co sobie myślisz, Billie, ale nie masz racji. Cieszę się, że będziesz miała dziecko, a jednocześnie martwię się o ciebie. Widzisz, ja po prostu… Jestem dużo młodsza od Jessiki, zrozum. Jeszcze nie przywykłam do myśli, że będę babcią. Wydaje mi się, że cały świat stanął przed nami otworem. Rozumiesz, kochanie. – To było stwierdzenie, nie pytanie. – Poza tym nie jestem samolubna. Mam wspaniałą córkę. Jessica nie miała tyle szczęścia co ja. Ty nigdy nie sprawiałaś mi kłopotów, a z Amelii, siostry Mossa, niezłe ziółko, jak słyszałam. Z całą pewnością nie jest to córka, jaką matka mogłaby się szczycić.
    – Ależ Jessika bardzo kocha Amelię! – uniosła się Billie.
    – Pewnie, że ją kocha – przecież to jej córka. Jeśli dobrze wiem, Amelia uciekła do Anglii nie tyle z pobudek patriotycznych, lecz dlatego, że tutaj palił się jej grunt pod nogami. Poza tym – Agnes znacząco ściszyła głos – obie wiemy, co za dziewczyny wstępują do oddziałów pomocniczych.
    – Amelia nie „uciekła” do Anglii, mamo; została tam wysłana – poprawiła Billie. – Przecież wstąpiła do oddziałów kobiecych tu, w Teksasie. Mam nadzieję, że w obecności Jessiki nie snujesz takich rozważań.
    Agnes szybko zmieniła temat.
    – Czy Seth odwiedził cię dzisiaj?
    – Tak. On chyba mnie nie lubi, mamo.
    – Nie pleć bzdur, Billie. Seth jest człowiekiem żądnym władzy, a tacy nie potrafią okazywać uczuć.
    Billie uniosła brwi ze zdumieniem:
    – Czyżbyś dowiedziała się tego wszystkiego od osoby, która naopowiadała ci o Amelii? Dziwne, że niemal jednym tchem bronisz Setha i krytykujesz Jessicę.
    – Nie krytykuję, tylko mówię, co zauważyłam. – Agnes z godnością odstawiła filiżankę na tacę. Wstała i wygładziła na sobie sukienkę.
    – Czy to nowa kreacja, mamo?
    – Tak. Nie sądzisz, że świetnie mi w tym kolorze? Od dawna nie miałam czegoś równie ładnego. Zamówiłam jeszcze dużo innych. Dom już właściwie sprzedany, więc bez obawy uszczknęłam oszczędności.
    Billie znała się na modzie i wiedziała, że zakup tej sukienki wymagał dużo więcej niż tylko uszczknięcia oszczędności. Ponownie spojrzała na Agnes. Ostatnimi czasy matka się zmieniła… Wyglądała bardziej elegancko. Czy dlatego, że robiła sobie wyraźniejszy makijaż? A może po prostu służył jej pobyt w Sunbridge? Billie westchnęła. Dopiero teraz zaczęła sobie zdawać sobie sprawę z tego, jak matka była samotna. Nigdy nie pomyślała, jak było jej ciężko w Filadelfii. Teraz przynajmniej nie zawracała sobie głowy podatkami i rachunkami od rzeźnika.
    – Bardzo ładnie wyglądasz, mamo – stwierdziła głośno.
    – Żałuję, że nie mogę powiedzieć tego o tobie. Na Boga, jesteś chuda jak szkielet! Nic dziwnego, że Seth nie chce cię odwiedzać! Kiedy w końcu zejdziesz na dół? Na słońcu szybko pozbyłabyś się tej okropnej bladości. Wiesz, ciąża to nie choroba!
    – Przecież czasami wstaję z łóżka – wyszeptała Billie przez łzy. Ostatnio płakała często i bez powodu. A kiedy nie wymiotowała, chciało jej się spać.
    – Na rany boskie, nie płacz. Nie chciałam cię zdenerwować. – Agnes była w połowie drogi do łóżka, by ją przytulić i pocieszyć, kiedy przypomniała sobie o sukience. Nawet jedna łza może zniszczyć ją całkowicie. – Po prostu martwię się o ciebie. Mogłabyś przecież posiedzieć na werandzie, prawda?
    – Tak, chyba tak. – Billie opadła na poduszki. Herbata, którą niedawno wypiła, bulgotała jej w żołądku. Znała te objawy. Agnes także wiedziała, co oznacza zielony odcień twarzy.
    – Będę na dole, Billie. Zawołaj, gdybyś czego potrzebowała – rzuciła przez ramię i z pośpiechem opuściła pokój.

* * *

    Mijał drugi tydzień w Sunbridge, a stan Billie się nie poprawiał. Niechętnie uległa Sethowi i poddała się badaniom w Austin. Doktor Adam Ward stał się od tej pory jej lekarzem domowym. Jak wyjaśnił Seth, oznacza to, że Adam przyjedzie o każdej porze dnia i nocy, kiedy tylko zostanie wezwany. To rozkaz. Billie skinęła głową. Później Agnes powiedziała jej, że Colemanowie ufundowali dodatkowe skrzydło szpitala i tam właśnie przyjdzie na świat dziecko, dziedzic Colemanów.
    Doktor Ward zalecił specjalne ćwiczenia, dietę i przepisał witaminy. Dwa razy w tygodniu osobiście przyjeżdżał do Sunbridge, żeby zrobić jej zastrzyki z witaminy B. Dopiero fakt, że znany lekarz fatyguje się czterdzieści mil za miasto, uświadomił jej, jak wielką władzę posiada Seth. W Filadelfii lekarz odwiedzał pacjentów w domu tylko wtedy, gdy nie byli w stanie dotrzeć do jego gabinetu o własnych siłach.
    Moss zawiadomił telegraficznie, że cały i zdrowy dotarł do San Diego. Nie mieli od niego żadnych innych wieści. Billie pisała do niego na adres poczty polowej i wysłuchiwała narzekań na złą jakość usług pocztowych, kiedy się skarżyła na brak wiadomości. Pisała co wieczór, na cieniusieńkim papierze, który zdobyła dla niej Jessica.
    Już po pierwszym zastrzyku Billie poczuła się lepiej, nadal jednak była samotna i znudzona. Jessica dotrzymywała jej towarzystwa, kiedy tylko pozwalało na to samopoczucie Billie. Młodą kobietę cieszyła jej obecność. Lubiła słuchać opowieści o dzieciństwie Mossa i oglądać zdjęcia w rodzinnym albumie. Pewnego dnia Jessica zapytała, czy chciałaby zobaczyć pokój Mossa.
    Zaprowadziła ją do zachodniego skrzydła, na drugie piętro.
    – Tutaj mieszkał jako chłopiec – wyjaśniła. – Kiedy miał siedemnaście lat, przeniósł się do pokoju obok twojego. A potem wyjechał do college’u.
    Billie weszła do środka. Nagle znalazła się w świecie Mossa. Szkolne proporczyki zasłaniały niemal całą ścianę nad wąskim łóżkiem. W kątach poniewierały się książki, kije do hokeja i baseballu. Na półkach i szafkach stały niezliczone trofea sportowe, z sufitu, na niemal niewidzialnych drucikach, zwisały modele samolotów, wykonane przez Mossa z wielką starannością.
    – Zostań tu, Billie. Dzisiaj uśmiechnęłaś się po raz pierwszy – zauważyła Jessica. – Gdybyś mnie potrzebowała, będę w kuchni z Titą. Musimy przygotować listę zakupów na przyszły tydzień. Później pokażę ci coś jeszcze.
    Jessica zamknęła za sobą drzwi. Biedna Billie, tak bardzo tęskni za Mossem. Mieli mało czasu, żeby się dobrze poznać. A do tego dziecko w drodze. Idąc do kuchni, zastanawiała się nad niechęcią Setha do synowej – „ulepiona z innej gliny niż Colemanowie”. Jedno jednak łączyło jej męża i tę śliczne dziewczynę – oboje kochali Mossa. Dopiero teraz Jessice przyszło do głowy, że to, być może, jest przyczyną niechęci Setha – widział w Billie rywalkę do uczuć syna. Westchnęła. Zawsze tak było. Od dnia jego narodzin nic innego się dla Setha nie liczyło. Ona i Amelia nie stanowiły wyjątku. Amelia przez całe życie walczyła o miłość ojca. Później starała się chociaż przyciągnąć jego uwagę. To stało się przyczyną jej szaleństw i buntów. Wszyscy w tej rodzinie, Moss także, za najważniejsze w życiu uważali okazanie się godnym miłości Setha. Miłości, którą tak niechętnie obdarzał.
    Billie nawet nie usłyszała wyjścia teściowej, do tego stopnia pochłonął ją świat Mossa. Z łatwością wyobrażała sobie jego ciemną głowę pochyloną nad biurkiem, kiedy odrabiał pracę domową albo z zapałem malował model samolotu. Zapewne pokochał latanie jako bardzo młody chłopak. Spojrzała na regał pełen trofeów sportowych. Na półkach leżały także książki, niektóre czytane wielokrotnie, na co wskazywały podarte okładki i „ośle uszy”. Na ścianach wisiały zdjęcia: Moss grający w baseball, rugby, na balu absolwentów z ciemnowłosą dziewczyną. Była szczupła, miała regularne, ostre rysy. Widniała na wielu innych fotografiach. Na jednej, pogiętej i zniszczonej, jakby noszono ją w portfelu, uśmiecha się do Mossa, a on obejmuje ją zaborczo, pod zdjęciem nabazgrał: „Alice i ja”.
    Billie poczuła ukłucie zazdrości. Kim jest Alice?
    Na innych zdjęciach Mossowi towarzyszyła Amelia, jego siostra. Billie widziała ją w albumie rodzinnym. Stali obok siebie, Amelia obejmuje szyję kucyka, Moss władczo trzyma uzdę.
    Billie przysiadła na łóżku i dotknęła swetra z zielonej wełny. Tak mało o nim wiedziała. Ze smutkiem uświadomiła sobie, że człowiek, któremu oddała serce, nadal jest jej obcy. Nigdy nie było czasu na pytania, na poznawanie przeszłości. Liczyła się tylko teraźniejszość. I oto znalazła się w jego pokoju, w świątyni jego dzieciństwa. Nagle wydało jej się, że przysłał ją do Teksasu, by czekała tu na niego jak kolejna rzecz, która do niego należy. Machinalnie dotknęła brzucha. Owoc ich miłości także należy do Mossa. Dziecko, tak jak ona, będzie czekało, aż właściciel się nim zainteresuje.

* * *

    W przeszłości zanurzała się Billie także w warsztacie, dokąd Jessica zabrała ją później. Moss, już nieco starszy, zapełnił małą izdebkę za stajnią silnikami, kablami, śrubokrętami. Także tutaj odnosiło się wrażenie, że wyszedł na chwilę, że zaraz wróci i dokończy zaczęty projekt.
    – Właściwie dawno temu trzeba było to wszystko wyrzucić – zauważyła Jessica pogodnie – ale Seth nie chce nawet o tym słyszeć. Jest uparty jak osioł. A przecież Moss na pewno nie będzie tu już majsterkował, skoro ma do dyspozycji laboratoria z najnowocześniejszym wyposażeniem.
    Billie uniosła brwi w niemym pytaniu.
    – Właśnie tak, kochanie. Moss ci nie powiedział? Pewnie był zbyt zajęty zawracaniem ci w głowie – zażartowała teściowa. – Imperium Setha nie ogranicza się do bydła i ropy, o nie. Colemanowie zajmują się także elektroniką. Moss ma głowę na karku, jeśli chodzi o świeże pomysły albo nowe zastosowanie starych wynalazków. To dosłowny cytat z Setha. Ja także jestem bardzo z Mossa dumna. Chociaż ojciec spełniał każdą jego zachciankę, Moss nie jest zepsuty ani leniwy. Bardziej niż nowy sportowy samochód cieszą go jego drobne wynalazki. – Uśmiech Jessiki zdradzał, jak bardzo docenia syna. – Moss zawsze miał głowę na karku. Muszę przyznać, że wykazał się doskonałym gustem przy wyborze żony. – Objęła Billie. – Stałaś mi się bardzo bliska, kochanie. Nie ukrywam, że ma to związek z dzieckiem, które ma przyjść na świat, ale niezależnie od tego bardzo się cieszę, że przyjechałaś do Sunbridge.
    – Moss wykazał się także doskonałym gustem przy wyborze matki – zażartowała Billie, odwzajemniając uścisk. – Dziękuję, że pokazałaś mi jego pokój i warsztat. Tylu rzeczy ciągle nie wiem o moim mężu.
    – Mężczyzn z rodziny Colemanów niełatwo zrozumieć, Billie. Moss ma w sobie dużo z ojca, a choć jestem żoną Setha od prawie trzydziestu lat, skłamałabym mówiąc, że go znam. To jest świat Mossa, Billie, i jeśli chcesz być szczęśliwa, uczyń z niego także twój świat. Twoje dziecko będzie częścią Sunbridge. Mara nadzieję, że zgłębianie tajemnic pozwoli ci zapomnieć o samotności.
    Razem wyszły na zewnątrz, na rozpalone słońce Teksasu. Billie próbowała spojrzeć na trawnik i pastwiska oczami Mossa. Sunbridge. Jego dom. Czy kiedykolwiek stanie się domem dla niej?

* * *

    Seth poświęcił wyjątkowo dużo czasu na ubranie się do kolacji. Zazwyczaj sięgał do szafy i wkładał na siebie pierwszą lepszą rzecz. Tego wieczora jednak będą goście. Goście, żachnął się. Wybladła żona Mossa i jej matka, pirania w ludzkiej postaci. Zdecydował się na szytą na miarę zamszową marynarkę za 500 dolarów. Postanowił nawet włożyć krawat. Trochę szpanu nie zaszkodzi. Agnes Ames na pewno wyceni każdą sztukę jego garderoby co do centa. Gdyby nie znał się na ludziach, nie zaszedłby tak daleko. Seth widział kiedyś ogień płonący w oczach Agnes; znał go z własnego spojrzenia.
    Przyjrzał się sobie uważnie. Był uosobieniem sukcesu. Nie tak dawno magazyn „Texan” poświęcił mu duży artykuł i wspominał jego trudne dzieciństwo. Trudne, dobre sobie, żachnął się. Urodził się w rodzinie farmera biednego jak mysz kościelna. Wraz z piątką braci harował od świtu do nocy. Sypiał na twardym materacu, za źródło ciepła mając jedynie nie myte ciała braci. Nigdy nie zapomni ich zapachu… Matka zawsze chodziła z brzuchem albo rodziła kolejne niepotrzebne nikomu dziecko. Rozpacz w oczach ojca i smród bimbru w jego oddechu przekonały go, że praca na cudzej ziemi nie daje porządnego dachu nad głową.

* * *

    Miał dwanaście lat, kiedy ukradł 60 centów z dzbanka na mleko i uciekł z domu. Bał się wielkiego świata, ale jeszcze bardziej obawiał się zostać w chałupie na jałowym poletku. Przez rok czy dwa włóczył się bez celu, żebrał, najmował się do rozmaitych prac. Ludzie brali go za starszego niż był w rzeczywistości, prawdopodobnie ze względu na silne ciało i powagę w spojrzeniu. Zaczepił się na polach naftowych. Harował jak niewolnik i tak też był traktowany, ale po miesiącu zarobił 14 dolarów i 85 centów. Tylko to się liczyło. Oszczędzał, kupował tylko rzeczy niezbędne: ciepły płaszcz, solidne buty, starego muła. Skarpeta pod materacem stawała się grubsza z roku na rok.
    Kiedy miał dwadzieścia lat, poznał Skida Donovana, starego poszukiwacza ropy, który nie miał grosza przy duszy, za to dzierżawił stary, pusty odwiert. Seth wierzył, że nadal jest tam ropa, mówiło mu to przeczucie. W całym Teksasie ludzie bogacili się dzięki ropie. Postanowił zaryzykować, zszedł w spółkę ze Skidem.
    – Urabiał sobie ręce po łokcie. Fakt, że duże firmy chciały przejąć ich działkę, utwierdzał go w przekonaniu, że znajdą ropę. Nauczył się walczyć i nie ufać nikomu. Szczęście mu dopisało. Ropa trysnęła. On pracował, a Skid przepijał swoje 50 procent. Po dwóch latach Seth wykupił jego udziały bez wyrzutów sumienia. Do licha, przecież Skid i tak zapije się na śmierć w pół roku, więc co z tego, że wymusił na nim podpis po pijanemu? Świat należy do zwycięzców…
    Lustro mówiło mu coś, czego nie chciał przyjąć do wiadomości. Coraz bardziej upodabniał się do ojca. Jego twarz, poorana zmarszczkami i bruzdami, wyglądała jak ta, której nienawidził. Kopnął zwierciadło bez namysłu. Rozprysło się na tysiące lśniących kawałków.
    Czasami zastanawiał się, czy nie powinien wysłać pieniędzy ojcu i braciom, tym bezwolnym, żałosnym stworzeniom. Chociaż z drugiej strony, dlaczego miałby ich powstrzymywać, skoro chcą tkwić w ubóstwie? Posyłanie im pieniędzy to jak sikanie do oceanu. Są zbyt głupi. Niczego im nie zawdzięczał. Nie pamiętał nawet, by ojciec zwracał się do niego inaczej niż „chłopcze”. Był też przekonany, że po jego ucieczce wszyscy się ucieszyli: było o jedną gębę mniej do wykarmienia. Nigdy go przecież nie szukali.
    Nie powiedział Jessice całej prawdy. Odkąd ją poznał, robił wszystko, żeby została jego żoną. Wiedziała, że zaczynał skromnie, ale nie miała pojęcia, co to naprawdę oznacza. Kobiety nie muszą wiedzieć wszystkiego.
    Tak, pragnął Jess. Pochodziła z dobrej rodziny, w jej żyłach płynęła dobra krew. Nie miała pieniędzy, ale to akurat było bez znaczenia – wiedział, że sam zarobi więcej, niż potrzebowali. Biedna Jessica. Śliczna jak obrazek i zakochana w nim po uszy. Niestety, za słaba, za miękka, bez kręgosłupa. Chciał gromady silnych synów, a dostał nic nie wartą córkę, po której Jess nie mogła mieć więcej dzieci. Czasami los jest niesprawiedliwy. No i dała mu Mossa. Był jej wdzięczny za wspaniałego syna. Zapewnił jej wygodne życie. Nie uskarżała się na nic.
    Agnes Ames to dopiero kobieta. Podziwiał jej nieugiętą postawę i zręczne dłonie. Silna i atrakcyjna kobieta. Szkoda, że nie da się powiedzieć tego samego o tej dziewuszce, którą poślubił Moss. Billie musi stwardnieć, jeśli chce stać się jedną z Colemanów. Oby się mylił, ale wydawało mu się, że widzi w niej słabości Jessiki. Jest za chuda, ma wąskie biodra.
    Tak jest, zaszedł wysoko, idąc na skróty. Sam ustalał zasady gry. Dziedzictwo, które pozostawi synowi i wnukom, było tego warte. Jego rodzina, jego dziedzictwo. Jeśli wygrywać, to wygrywać na całej linii.

* * *

    Seth Coleman zasiadł u szczytu stołu z wiśniowego drzewa jak prawdziwy patriarcha. Wiktoriański żyrandol oświetlał starannie zaczesane siwe włosy i opaloną twarz. Marynarka z brązowego zamszu podkreślała szerokość ramion. Jedwabna kamizelka przywodziła na myśl miniony wiek. Billie szukała w jego twarzy podobieństwa do Mossa; ojciec i syn mieli takie same błękitne oczy – W spojrzeniu Setha widniało doświadczenie i mądrość, ale nie było w nich ciepła i humoru, które znała z oczu męża. Te cechy odziedziczył zapewne po Jessice.
    – Co na kolację? – ryknął Seth basem. – Nie chcę was obrazić, drogie panie – tu przesłał uśmiech Agnes – ale mam nadzieję, że dostaniemy porządne żarcie, w które mężczyzna może wbić zęby.
    – Seth, wiesz doskonale, co powiedział lekarz o twojej diecie – wtrąciła Jessica lekkim tonem. – Dziś mamy rostbef i ziemniaki. To powinno zaspokoić apetyt każdego mężczyzny, Seth, nawet twój.
    – Do licha z lekarzem! Mam ochotę na porządny stek albo żeberka! To dopiero prawdziwe męskie jedzenie. Tita! Dawaj, co tam upichciłaś! Mam nadzieję, że nie wysmażyłaś tego na podeszwę! Jeśli ktoś ma delikatny żołądek, niech je co innego!
    Mówiąc o „delikatnym żołądku” miał oczywiście na myśli Billie. Starała się nie myśleć o na wpół surowym mięsie, które teść tak lubił. Oby tylko żołądek nie dał jej się we znaki podczas posiłku! Szukała pociechy u Agnes, ale matka pochłonięta była jedzeniem zupy z kukurydzy, kolejnego przysmaku Setha. Billie wolała nie patrzeć na kawał masła pływający w talerzu.
    – Zabrałam dzisiaj Billie do dawnego pokoju Mossa i do warsztatu – oznajmiła Jessica. Była optymistką: może częste spotkania synowej i męża poprawią ich wzajemne stosunki. Jej taktyka nie doprowadziła co prawda do zbliżenia Setha i Amelii, ale w układzie córka – ojciec wchodziły w grę zbyt silne uczucia.
    Billie poczuła na sobie wzrok Setha:
    – I co myślisz, dziewczyno? Niezła wystawa, co? – Wspomnienie Mossa zawsze poprawiało mu humor. – Ten chłopak ma łeb na karku. Nieraz kopnął go prąd, ale to nie powstrzymało go od dalszych eksperymentów!
    – Co próbował zbudować? – zapytała naiwnie. – Wiem, że lubi majsterkować, ale niewiele zrozumiałam z tego, co widziałam w warsztacie.
    Seth spojrzał na nią z politowaniem.
    – Nic dziwnego. Zanim skończył dwanaście lat, przerobił pompę irygacyjną – opowiadał wymachując widelcem dla podkreślenia wagi tych słów – ido dzisiaj jej używamy. Ten chłopak osiąga wszystko, czego zapragnie, nie Upominaj o tym. Jest prawdziwym Colemanem. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Musi się jeszcze sporo nauczyć ode mnie. Gdyby nie wojna, nie Wyjechałby z Sunbridge czy z Teksasu, żeby sobie szukać żony. Colemanowie, a i rodzina Jessiki też, jeśli już o tym mowa, mieszkają w Teksasie od Prawie stu lat. W Teksasie się rodzimy i wychowujemy. I tak samo będzie z synami Mossa, nawet jeśli jego żona to Jankeska z Pensylwanii – wykrzykiwał, świdrując Billie wzrokiem.
    Jessica zacisnęła dłonie na serwetce. Agnes siedziała bez słowa. Zaciskała usta z całej siły i czekała, aż Billie odpłaci despotycznemu teściowi tą samą monetą. Kiedy ramiona córki opadły bezradnie, rzuciła serwetką na stół jakby ciskała rękawicę.
    Seth zdyskredytował przecież również jej dziedzictwo.
    – Być może Colemanowie siedzą w Teksasie od prawie stu lat, ale na długo przed tym, jak zobaczyli pierwszego Indianina, moi przodkowie walczyli w wojnie o niepodległość! – odcięła się. – Należę do Córek Amerykańskiej Rewolucji, podobnie jak moja matka, a przed nią moja babka! A skoro sam przyznajesz, że potrzebujecie świeżej krwi, Moss postąpił słusznie, szukając żony gdzie indziej.
    W pokoju zapadła cisza. Nawet pulchna Tita nie stukała naczyniami w sąsiedniej kuchni. Jessica bez słów błagała męża o spokój. Nagle pomieszczenie wypełnił ogłuszający dźwięk. Billie uniosła wzrok. Seth odrzucił głowę do tyłu i śmiał się, aż podskakiwał mu brzuch. Po chwili otarł łzy wierzchem dłoni.
    – A to dobre, Aggie! Dostało mi się, co? Z naszego wnuka wyrośnie niezłe ziółko!
    Agnes uznała te słowa za komplement i sięgnęła po serwetkę.
    – Jedz zupę, Seth, dopóki możesz ją przełknąć. – Następnie sama z apetytem zabrała się do jedzenia.
    Jessica i Billie nie wierzyły własnym oczom. Jess – bo jej mąż po raz pierwszy wyraził się pochlebnie o kobiecie, Billie, bo jej matka po raz pierwszy pozwoliła się nazwać „Aggie”.
    Przy kawie, czarnej i aromatycznej, takiej jaką lubił Seth, poinformował je o swoich planach.
    – Dostałem zaproszenie dzisiejszą pocztą – burknął do żony. – Przed Świętem Dziękczynienia polecimy do Dallas. Jeszcze nie ustalili konkretnej daty, Barretowie organizują prawdziwe teksaskie barbecue na cześć Lyndona Johnsona. Szkoda, że sami na to nie wpadliśmy. Lyndon uznał, że większy będzie z niego pożytek w marynarce wojennej niż w Waszyngtonie. Tak przynajmniej twierdzi. Tak naprawdę robi to, bo coś takiego podoba się wyborcom.
    – Kiedy podjął taką decyzję? – Jessica nie ukrywała zdziwienia. – Biedna Claudia zapewne umiera ze zmartwienia.
    – Lady Bird ma się dobrze. Ona zawsze ma się dobrze. Dzień, w którym zgodziła się wyjść za Lyndona, to najszczęśliwszy dzień w jego życiu. Gdyby nie ona, nadal byłby nic nie znaczącym nauczycielem. Wmówiła mu, że jest w stanie wszystko osiągnąć, i uwierzył jej. Kazała mu zająć się polityką. Posłuchał jej jak cielę krowy.
    – Ależ Seth, przecież Lyndon to zdolny człowiek. Sam tak mówiłeś.
    – Jess, na świecie jest pełno zdolnych ludzi, i co osiągają? Nic. A dzieje się tak dlatego, że wiążą się z nieodpowiednimi kobietami. Wyruszamy w piątej po obiedzie.
    Jessica nerwowo splatała i rozplatała dłonie.
    – Seth, czy nie mogłabym pojechać pociągiem? Wiesz, jak nie znoszę latać.
    – Nie! Polecisz ze mną. Kto prowadziłby dom do piątku? Jessica zbladła.
    – A co z Billie i Agnes?
    – A co ma być? – Seth wbił widelec w placek cytrynowy.
    – Cóż… moim zdaniem Billie nie powinna lecieć, nie zgadzasz się ze mną? Weź pod uwagę dziecko i jej samopoczucie. My dwie mogłybyśmy pojechać pociągiem.
    Seth upił łyk wrzącej kawy.
    – Latałaś kiedyś samolotem, dziewczyno? – zwrócił się do Billie. Synowa skinęła głową. Robiło jej się niedobrze na samą myśl o tym. Nie zapomniała, że cały czas siedziała z zamkniętymi oczami.
    – No, może Jess ma rację. A ty, Aggie? Lubisz latać?
    – Uwielbiam – stwierdziła, ignorując zdumienie córki. – To znaczy, wiem, że będę to uwielbiać. W Filadelfii raczej jeździ się na przyjęcia, ale z chęcią spróbuję polecieć. Z tego, co mówi Moss, to wspaniałe przeżycie.
    – Święte słowa – zarechotał Seth. – Ja tam nie lubię latania akrobatycznego, za to Moss ma bzika na tym punkcie. Wypocznij na zapas dziewczyno – rzucił w stronę Billie. – Musimy godnie reprezentować rodzinę na tym przyjęciu. Polecisz z nami, rzygająca czy nie. Lyndon Johnson dużo dla nas zrobił w Waszyngtonie i musimy okazać mu wdzięczność.
    – Billie nic nie będzie – zapewniła Agnes. – Kochanie, może nam coś zagrasz? Nie siadałaś do pianina od wyjazdu z Filadelfii.
    – Nie wiedziałam, że grasz – zdziwiła się Jessica. – W tym domu panowała cisza od wyjazdu Amelii. Seth, pamiętasz, jak grywała dla naszych przyjaciół?
    Kiedy nie odpowiadał, Jessica zabrała głos, wspominając przyjęcia w Sunbridge. Agnes obserwowała Setha. Właśnie zapalał grube brązowe cygaro. Zauważyła, że wyłączał się z rozmowy, ilekroć padało imię Amelii. Najwyraźniej nie podzielał uczuć Jessiki do córki. Dziecko Billie zajmie należne mu miejsce w świecie Colemanów. Nie zagrozi mu ani Amelia, ani jej potomstwo.
    Seth usadowił się w podniszczonym skórzanym fotelu i spod ściągniętych brwi obserwował, jak żona zdejmuje pokrowiec z pianina. Rozpogodził się dopiero na widok Agnes, która przyniosła mu kieliszek koniaku.
    – Na pewno jest rozstrojone – przepraszała Jessica. – Nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio na nim grano.
    Billie wypróbowała instrument. Ton był niezły, ale wizyta stroiciela niewątpliwie by się przydała. Dopóki nie rozruszała palców, grała niepewnie i ostrożnie. Po chwili jednak pokój wypełniła „Humoreska” Dvořaka, w radosnej interpretacji Billie.
    Jessica była pod wrażeniem. Posłała Agnes uśmiech wyrażający zdziwienie.
    – Nie wiedziałam, że Billie jest taka zdolna – szepnęła. Spojrzała na męża. Talent synowej nie robił na nim żadnego wrażenia. Co komu po zdolnościach, skoro nie ma z nich korzyści dla Sunbridge? Kiedy Billie zagrała pierwsze takty walca ze „Śpiącej królewny” Czajkowskiego, Seth zaryczał:
    – Czy ta dziewczyna nie zna żadnych porządnych kawałków? – Po chwili dodał jeszcze głośniej: – Na przykład „Red River Valley” albo „Clementine”! Dlaczego kobiety lubią marsze żałobne?
    Jessica była zażenowana, Agnes zła, a Billie po prostu zagrała „Red River Valley”. Seth uśmiechnął się zadowolony. Chciał kawałki z saloonu – „Clementine”, „Cowboy’s Lament”, „Deep in the heart of Texas”. Wkrótce klaskał i tupał do taktu, Agnes nudziła się jak mops, a Jessica żywiła nadzieję, że z pomocą Bożą, Seth doceni zalety synowej.
    Wtedy zadzwonił telefon. Po trzecim dzwonku Tita odebrała w holu i zaraz wbiegła do salonu, żeby powiedzieć, że to rozmowa międzymiastowa, z San Diego.
    – To señor Moss!
    Billie zastygła w bezruchu, by zaraz zerwać się na równe nogi. Nie była jednak szybsza od Setha. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Ona pierwsza odwróciła głowę. Seth porozmawia z synem najpierw, dopiero potem ona zamieni kilka słów z mężem.
    Agnes i Jessica poszły za nimi.
    – To ty, synu? – huknął Seth do słuchawki. – Nadal w San Diego?
    – Jak się masz, tato? Dobrze traktujesz moją żonę? Nie próbujesz z nią żadnych sztuczek, co?
    W odpowiedzi Seth zabulgotał niezrozumiale.
    – Kiedy, do cholery, wracasz do domu? Wybili ci z głowy tę głupią wojnę?
    – Dzwonię, żeby wam powiedzieć, że o trzeciej w nocy tutejszego czasu wyruszam na Hawaje.
    – Po jakiego czorta tam jedziesz? Jeśli walczysz o ten kraj, tu właśnie powinieneś siedzieć! Masz żonę i syna w drodze. Tu jest twoje miejsce. Wiesz, że mogę to załatwić. Co ty na to?
    – Tato, jestem tam, gdzie chcę być. Będę na USS „Enterprise”. Opiekuj się Billie i dzieckiem. Polegam na tobie. Gdzie Billie?
    – Koło mnie. Słuchaj, synu, chciałem cię o coś zapytać. Pamiętasz ten odwiert koło Waco? Podobno nic tam nie ma i radzą mi, żebym się wycofał, zanim stracę pieniądze. Przeczucie mówi mi jednak, że po prostu nie doszliśmy jeszcze do pokładów. Przecież tam aż chlupie od ropy. Nie pojmuję, czemu akurat u nas miałoby być sucho. Co sądzisz o drugim odwiercie wzdłuż krawędzi? Byłeś tam, zanim zgłupiałeś do reszty i wstąpiłeś do marynarki. Co ty na to?
    Billie przestępowała z nogi na nogę i nerwowo zaciskała pięści. Starała się usłyszeć głos Mossa. Była wściekła. Dlaczego Seth gada tyle o pieniądzach i ropie. Zemdleje, jeśli zaraz nie porozmawia z Mossem! Spojrzała na Jessicę – Teściowa gestem kazała jej uzbroić siew cierpliwość.
    – Te dupki geolodzy mówią coś innego – narzekał Seth. – Według nich, to wina odwiertów południowych. Nowa technologia, powiadasz? Wiesz może, gdzie tego próbowali?… Tak, słyszałem o nim. To ten gość z Oklahomy; prawda? – Kolejna pauza. – Do diabła, synu, wracaj do domu! Rzuć w cholerę kurtkę pilota i przyjeżdżaj tutaj, gdzie więcej z ciebie pożytku. Samoloty nie latają na wodę, wiesz. Kraj potrzebuje każdej kropli paliwa.
    Słuchał, coraz bardziej niezadowolony.
    – Tak, twoja matka jest tutaj, i Aggie… tak, ona też. – Bez słowa oddał słuchawkę Jessice. Ta powiedziała kilka zdań i przekazała ją Billie.
    – Moss? Kochany, jak się masz?
    – Doskonale. A moja dziewczyna? Chyba nie dajesz się staruszkowi i nie żałujesz, że poślubiłaś Colemana, co?
    – Nie, nigdy, przenigdy. Nadal jesteś w San Diego? Piszesz do mnie? Nie dostałam jeszcze żadnego listu. A ty dostajesz moje?
    – Tak, kochanie. Nie, nie pisałem. Nie miałem czasu. Moja eskadra wyrusza na Hawaje, Thad Kingsley też. Pamiętasz go, prawda? To ten wysoki facet z Nowej Anglii.
    – Jak mogłabym zapomnieć? Tańczyłam z nim na naszym weselu. Napiszesz z Hawajów? Tęsknię za tobą, Moss.
    – Ja też, Billie. Uważaj na siebie i na dziecko. Słuchaj Agnes, a wszystko będzie w porządku, jasne?
    Chciała zapytać, czy naprawdę za nią tęskni, chciała usłyszeć, że ją kocha.
    – Moss, kiedy się znów zobaczymy? Wrócisz do domu na święta?
    – Raczej nie, skarbie. Hawaje są na końcu świata, nie zapominaj o tym. Pisz do mnie, Billie. Lubię twoje listy. Pisz o wszystkim, dobrze?
    – Tak. Moss? – Słucham, Billie?
    – Bądź ostrożny. Boję się o ciebie.
    – Niepotrzebnie. Wrócę cały i zdrowy. Muszę już kończyć. Setka chłopaków stoi w kolejce do telefonu. Dbaj o siebie. Tęsknię za tobą.
    Billie głośno przełknęła ślinę. Starała się nie myśleć o wpatrzonych w nią trzech parach oczu. Oddałaby wszystko za chwilę samotności. Odwróciła się Plecami i szepnęła do słuchawki:
    – Kocham cię, Moss.
    – Wiem o tym, Billie. – Szczęk widełek i cisza.
    Jeszcze nie odkładała słuchawki, która stawała się coraz chłodniejsza.
    – No i co powiedział? – dopytywał się Seth.
    – Powiedział… że za mną tęskni.
    – Nie, czy powiedział coś ważnego? Kiedy wraca do domu? Do Stanów?
    Billie bez słowa poszła do swego pokoju. Chciała być sama, tylko ze wspomnieniami Mossa. A zwłaszcza nie chciała rozmawiać z teściem.

* * *

    Moss zawadiacko nasadził czapkę na głowę i poszedł do hotelowego lobby, gdzie czekał na niego Thad Kingsley.
    – Miałem rację namawiając cię, żebyś stąd zadzwonił, prawda? Przynajmniej nie walczyłeś o telefon z dwustoma facetami. Poza tym na połączenie z bazy czeka się nawet godzinę.
    Moss zamówił następnego drinka.
    – Ojciec ma kłopoty z odwiertem w Waco. Staruszkowi wydaje się, że od razu rozwiążę wszystkie problemy w Sunbridge. Kazałem mu się skontaktować z jednym gościem z Oklahomy. Facet wyniucha ropę na środku pustyni.
    Thad wdrapał się na wysoki barowy stołek. Zmarszczywszy czoło, zapytał:
    – Billie nie było w domu? Nie rozmawiałeś z nią?
    – Wszystko w porządku, przynajmniej tak twierdzi. Kiedy ją ostatnio widziałem, miała poranne nudności, ale to chyba minęło.
    – Nie wiesz?
    – A skąd mam wiedzieć? – zapytał Moss z rozbrajającą szczerością! – Ja jestem w San Diego, a ona w Teksasie.
    – Nie zapytałeś jej? – Thad nie dawał za wygraną.
    – Stary, dzwoniłem, żeby powiedzieć, że wyjeżdżam na Hawaje i nie wiem, kiedy znowu ją zobaczę. Myślisz, że w takiej chwili chciało mi się rozmawiać o rzyganiu?
    Thad uznał, że słusznie mu się oberwało. Stosunki Mossa i Billie to nie jego sprawa. To wszystko dlatego, że Billie wydała mu się bardzo wrażliwa i delikatna. A Moss Coleman bywał prawdziwym sukinsynem.
    – Pewnie niełatwo się zdobyć na tę rozmowę. Chyba ciężko ci było rozstawać się z taką dziewczyną, zwłaszcza że spodziewa się twojego dziecka.
    – Tata się nią zaopiekuje. – Moss sączył drinka, nieświadom grymasu na twarzy przyjaciela.

Rozdział ósmy

    Billie postanowiła, że dom Mossa stanie się także jej domem. Nadal dziwiło ją tyle rzeczy, Teksas tak różnił się od Filadelfii. Seth, na przykład, zapraszał wspólników do Sunbridge i często załatwiali interesy siedząc na werandzie. Cichymi głosami omawiali szczegóły, następnie zaś przypieczętowali umowę uściskiem dłoni. Dopiero później spisywano kontrakty na papierze. Uścisk dłoni znaczył więcej niż podpis na świstku.
    Billie coraz bardziej koncentrowała się na istotce w jej brzuchu. Kolejne etapy ciąży zmieniały ciało, ale ataki mdłości nie chciały ustąpić. Nabrzmiałe piersi sprawiały ból, nie mogła utrzymać równowagi. Niedawno zobaczyła w lustrze, że wysuwa biodra do przodu i sukienka źle leży. Agnes uznała, że najwyższy czas zaopatrzyć się w stroje ciążowe. Po raz kolejny Billie zatęskniła za Filadelfią. Z jaką przyjemnością poszłaby z przyjaciółką po zakupy albo chociaż na spacer po mieście! Na darmo powtarzała sobie, że wszystkie przyjaciółki są w college’u, a od Austin, najbliższego miasta, dzieli ją czterdzieści mil.
    Za każdym razem, gdy była mowa o dziecku, Seth uparcie mówił o swoim „wnuku” i nie zgadzał się na nic innego. Jessica tłumaczyła jej cierpliwie:
    – Billie, kłótnie z nim do niczego nie doprowadzą. Jestem jego żoną od prawie trzydziestu lat.
    Współczucie teściowej dodawało jej sił. Przecież nie wyrzucą dziecka, bez względu na jego płeć. Ważne, żeby było zdrowe. Na wszelki wypadek nie używała słowa „dziewczynka” ani nie proponowała żeńskich imion. Obawa, że rozczaruje Setha, przyprawiała ją o bóle głowy, na które nie pomagały ani mikstury Tity, ani medykamenty lekarza. Nie dzieliła się z nikim swoim strachem. Godzinami czytała listy od Mossa, nigdy nie dłuższe niż na jedną stronę. Przynajmniej wiedziała, że żyje, i za to była wdzięczna. Że nie ma w nich krzty romantyzmu? Trudno. Wysyłała do niego listy, których, jak sądziła, nigdy nie czytał. Przynajmniej miała co robić.
    Billie drażniła niechęć Agnes do Jessiki. Jej matka najwyraźniej wolała towarzystwo Setha. Kiedy tylko mogła, udawała się z nim na objazd rancha, przesiadywała w gabinecie i słuchała radia. Billie i Jessica czytały listy od Mossa, a Agnes i Seth przeglądali raporty dotyczące najnowszych osiągnięć w elektronice. Tych dwoje rozumiało się doskonale, jakby dobrali się w korcu maku. Wybuchowy i zaborczy Seth znalazł w Agnes godną siebie przeciwniczkę i za to ją szanował.
    Billie miała wrażenie, że po raz pierwszy widzi własną matkę. Agnes nie wyglądała już na matronę w średnim wieku. Teraz, w nowej fryzurze, modnych sukniach i zgrabnych pantofelkach (zastąpiły solidne, wygodne buty, które nosiła w Filadelfii), stała się bardzo atrakcyjną kobietą. Wywarła wrażenie nawet na wspólnikach Setha. Nieraz jankeską krewniaczkę Colemanów zapraszano na kolacje.
    Agnes zaraz na początku dała Sethowi do zrozumienia, kto tu rządzi. Ona, matka Billie, decyduje o losie córki i jej dziecka. Synowie wyjeżdżają z domu. Córki zostają i słuchają rodziców. Seth musi pojąć, że jeśli ich życie w Sunbridge się nie ułoży, Agnes zabierze Billie i wróci do Filadelfii.
    Powinna być mężczyzną, Seth stwierdził pewnego dnia.
    W ostatni dzień września Billie i Jessica popijały napój owocowy w ogrodzie różanym. Nagle nadbiegła Tita, wymachując listem lotniczym. Jessica, przerażona, uniosła dłoń do gardła. Billie podbiegła do niej, jednocześnie wyrywając kopertę z dłoni Meksykanki.
    – Spokojnie, Jessico. To z Anglii. – Podała list teściowej i z ulgą, taką samą, jaką wyczytała z jej twarzy, opadła na fotel.
    – Od Amelii! A już się o nią martwiłam. Ostatnio miałam od niej wieści przed waszym przyjazdem do Sunbridge. – Szybko przebiegła wzrokiem kartkę papieru. Jej rysy pojaśniały i zmiękły.
    – Amelia wyszła za mąż! Za pilota RAF-u! I ma malutkiego pasierba. To cudowne, prawda? – Radosnemu głosowi przeczył cień w oczach. – Szkoda, że nie mogłam wyprawić jej wesela. To głupie, wiem, przecież trwa wojna, a Amelia jest w Anglii. Mimo wszystko bardzo się cieszę.
    – Ma od razu całą rodzinę – zauważyła Billie.
    – Amelia zasługuje na szczęście – ciągnęła Jessica. – Ma w sobie tyle miłości. Będzie wspaniałą matką. Dwoje moich dzieci wzięło ślub, a ja nie byłam na żadnym weselu.

* * *

    Moss stał na murach Fortu Kamehameha i patrzył w dół, na Pearl Harbor i swoją wielką miłość. Miała 827 stóp długości, 114 stóp szerokości i wyporność 20 tysięcy ton, bez uzbrojenia i załogi. Nazywała się USS „Enterprise”, okręt wojenny i lotnisko zarazem. Parowe turbiny napędzały cztery potężne brązowe śruby, dzięki którym osiągała prędkość trzydziestu węzłów na godzinę. Olbrzymi ster, wielki jak wrota stodoły, nadawał jej niespotykaną zwrotność. W swym wnętrzu kryła nowe sekretne urządzenie o nazwie „radar”. Wykryje wroga wśród najgęstszej mgły i najciemniejszej nocy. Kapitan i kucharz, piloci i mechanicy, ponad dwa tysiące mężczyzn mieszkało na lotniskowcu i walczyło. Lotnicy, którzy czcili „Enterprise” z powietrza, darzyli ją specjalnym uczuciem. Z jej pokładu wyruszali w bitwę, o powrót do niej się modlili. A żaden lotnik nie kochał jej równie mocno jak Moss Coleman.
    Przyglądał jej się zmrużonymi oczyma. Oto pokład – pas startowy, główny powód jej istnienia. Ciągnie się od rufy po dziób.
    Moss nie mógł się doczekać. Dziś, szesnastego października 1942 roku, jego ukochana dostała nowego pana, kapitana Osborne’a B. Hardisona. Szykowano się do drogi. W ostatnim miesiącu Moss odbył wiele próbnych lotów. Oboje, on i jego ukochana, byli gotowi na spotkanie z wrogiem. Doskonale się czuł za sterami swego wildcata, szumnie ochrzczonego „Strażnikiem Teksasu”. Bezbłędnie rozpoznawał szum silnika. Za godzinę zgłosi się na służbę wraz z innymi pilotami. Za kilka godzin podniosą kotwicę i popłyną w błękit Pacyfiku, miną Hospital Point i Fort Kamenhameha. Plotka głosiła, że udadzą się na Wyspy Salomona. Japończycy na Guadalcanal nie dają za wygraną okrętom ochraniającym Henderson Field.

* * *

    Tydzień później Moss i Thad Kingsley stali na pokładzie „Enterprise” z głowami zwróconymi w stronę admirała Thomasa Kinkaida, który dokonywał inspekcji lotniskowca. Tego ranka, o świcie, dołączył do nich tankowiec „Sabinei”, a kilka godzin temu okręt wojenny „Hornet”.
    – Kinkaid ma dobrze w głowie – stwierdził Thad. Wydmuchał dym. Wiatr zaraz go porwał.
    Moss zgodził się z nim.
    – Niech opracuje strategię, my zajmiemy się resztą. Niektórzy się obawiają, że jest zbyt przezorny i będzie tak kombinował, że zabraknie im paliwa, zanim zdążą znaleźć pokład i wylądować. Ja tam się nie martwię. Wypatrzę moją piękność z każdej odległości.
    Thad roześmiał się głośno. Czasami denerwowała go ta fanfaronada. Zbyt drogo płaci się za nieostrożność.
    – Przestrzegaj rozkazów, Coleman, a „Enterprise” na nas poczeka. Nie zapominaj, co jest nadrzędnym celem.
    Moss wyrzucił niedopałek za burtę.
    – Nie wolno nam oddać Japończykom Henderson Field. To ważne ogniwo między Stanami a Australią. A na morzu są największe siły żółtków od czasów Midway: cztery lotniskowce, osiem ciężkich i dwa lekkie krążowniki, 28 niszczycieli. To dużo złomu i mam nadzieję, że niejedną łajbę poślę na dno.
    – Nie zapominaj, że mamy także ochraniać nasze statki, „Saratogę”, „Wasp”, nas i „Hornet”. Do tego dojdzie jeszcze okręt „Washington”. Kinkaid się obawia, że mamy zbyt mało ludzi i chyba ma rację. – Thad wiedział, że pyszałkowatość i nierozwaga nie pozwalały Mossowi awansować. Obawiano się, że niepotrzebnie ryzykowałby życiem swoim i innych.
    Nagle usłyszeli wezwanie przez głośniki:
    – Wszyscy piloci do kwatery oficerskiej. Wszyscy piloci do kwatery oficerskiej.
    – To na odprawę Crommelina – domyślił się Moss. W jego głosie było słychać podziw dla instruktora. Miał godną zazdrości przeszłość pilota bojowego. Szkoląc pilotów na „Enterprise”, nauczył ich ufać swoim samolotom. Nie wymagał od nich niczego, czego sam nie byłby w stanie zrobić. Moss dotychczas miał w uszach jego głos: „…i jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze…”
    Thad i Moss usiedli obok siebie. Wszyscy piloci mieli na sobie zielone kombinezony. Nad stołami unosiła się para z kubków kawy i dym papierosów.
    – Wszyscy przeszliście solidny trening – zaczął Crommelin. – Wiecie, jak namierzyć cel i zrzucić bombę, i właśnie tego od was oczekuję. Piechota morska zażarcie walczyła o Guadalcanal. Teraz polegają na nas. Nie możemy sobie pozwolić na straty, nie mamy czasu na pomyłki. Jeśli nie jesteście w stanie dobrze walczyć, trzeba było zostać w Stanach i ustąpić miejsca tym, którzy chcą dokopać żółtkom. – Zamilkł na dłuższą chwilę. – Teraz powinniście odpocząć, napisać do domu, zjeść coś lekkiego i nie pić kawy. Rano macie zetrzeć japońców z powierzchni ziemi!
    Radosny ryk pilotów nadal brzmiał w uszach Mossa, kiedy pisał list do Billie.

    Kochana Billie!
    Czas płynie tu bardzo szybko. Od dawna chciałem do Ciebie napisać. Mam w tym duże zaległości, kochanie, ale nie dlatego, że nie myślę o Tobie i naszym dziecku. Wyjechałem do San Diego tak szybko, że właściwie nie przyzwyczaiłem się jeszcze do myśli, że będę ojcem. Nigdy nie zastanawialiśmy się nad imieniem dla naszego syna. Panieńskie nazwisko mamy brzmi Riley, i to chyba dobre imię. Tata na pewno będzie się sprzeciwiał, ale nie ulegaj mu.
    Brakuje mi Ciebie, skarbie. Bardziej niż sobie wyobrażasz. Pociesza mnie jedynie świadomość, że robię to, co muszę. Jesteś taka młoda, Billie. Postąpiłem jak egoista, wysyłając Cię do Sunbridge, zwłaszcza teraz, kiedy wolałabyś przebywać z przyjaciółmi, w znajomym otoczeniu. Ale Billie, Sunbridge to moje życie i chciałbym, żebyś Ty i nasze dziecko mówili to samo. W takich chwilach dokonuje się rachunku sumienia. Kochanie, jeśli mam z czego być dumny, za co walczyć, to za Ciebie. Od naszego pierwszego spotkania, Twoja wiara i ufność zrobiły ze mnie lepszego człowieka. Wrócę do Ciebie, Billie.
    Moss.

    Przed świtem dwudziestego szóstego października, kiedy zaspani marynarze z pierwszej zmiany powoli jedli śniadanie, ze sztabu Sił Południowego Pacyfiku przyszedł rozkaz, krótki i zwięzły, w stylu admirała Billa Halseya. Zawierał tylko trzy słowa:

    ATAKOWAĆ. POWTARZAM. ATAKOWAĆ.

    Na pokładzie „Enterprise” panowało zamieszanie, ale wszystko przebiegało sprawnie i w sposób zorganizowany. Samoloty kolejno opuszczały hangar i zbliżały się do katapult. Mężczyźni w żółtych kurtkach, ze słuchawkami na uszach, nasłuchiwali rozkazów, uwijali się między maszynami i dawali sygnał do startu.
    Moss stał z innymi pilotami. Czekał, aż jego eskadra dostanie sygnał. Ściskał w dłoni hełm i gogle. Thad Kingsley przeciskał się ku niemu. Podali sobie ręce. Jeśli mieli się pożegnać, teraz była ku temu najodpowiedniejsza chwila. Thad nie wątpił, że Moss go ceni i lubi, ale nie w jego stylu było okazywanie uczuć.
    – Stary, nie udław się klopsami – rzucił. Miał na myśli japońskie flagi, które piloci malowali na samolotach, żeby pochwalić się liczbą zestrzeleń. – Spotkamy się na odprawie, kiedy impreza się skończy, ty durny kowboju.
    – Będę tam na pewno, Jankesie. I mam nadzieję, że ty też. – Moss błysnął zębami w uśmiechu. – Oto mój samolot. – Puścił rękę Thada i odszedł kilka kroków, kiedy nagle odwrócił się i zawołał, przekrzykując ryk silników: – Hej, Thad, wiesz, jak mój syn ma na imię? Riley! Riley Moss Coleman!
    Pobiegł do „Strażnika Teksasu”. Nie myślał o nie narodzonym dziecku. Obchodziła go tylko namacalna rzeczywistość.
    W kokpicie nałożył hełm i gogle. Szybko, płynnie sprawdzał działanie wszystkich mechanizmów, przełączał przyciski, obserwował wskaźniki. Nie zwracał uwagi na spadochron, który ugniatał mu plecy. Podświadomie identyfikował się z samolotem. Jeśli spadną, spadną oboje.
    Wybrano już pole bitwy: tysiąc mil kwadratowych na północ od Santa Cruz. Morze było spokojne. Nad nimi, na wysokości tysiąca pięciuset stóp, żeglowały po niebie białozłote chmurki. „Enterprise” płynie na zachód, samoloty zwiadowcze będą po kolei wracały po paliwo. Będą tak lądować i startować, dopóki nie natkną się na nieprzyjaciela.
    Thad obserwował, jak samolot Mossa wzbija się w powietrze. Wiadomość o dziecku ucieszyła go i zaskoczyła. Moss zazwyczaj nie bawił się w sentymenty, ale u licha, o czym może myśleć facet przed pierwszą misją? Życzył Mossowi, żeby zobaczył małego Rileya Colemana. Thad przeczesał włosy dłonią i uśmiechnął się złośliwie. Moss już mu wmówił, że to będzie chłopak.
    Czwarta eskadra wystartowała. Osiem lśniących par skrzydeł kołowało nad macierzystym okrętem, zanim samoloty obrały kurs na północ. Na lewo od Mossa leciał porucznik Jimmy McVey, dowódca eskadry. Wszyscy przeczesywali wzrokiem błękitne niebo wypatrując nieprzyjaciela.
    Mieli przed sobą nie więcej niż dziesięć minut lotu, kiedy w słuchawkach rozległo się:
    – Godzina dwunasta, dwa wrogie samoloty!
    Moss spojrzał w słońce i po raz pierwszy zobaczył nieprzyjaciela. Na wysokości czternastu tysięcy stóp promienie zalewały kokpit oślepiającym światłem, jednak nie były w stanie roztopić bryły lodu w jego żołądku. Zerknął na wskaźnik paliwa. Zwiększona szybkość i gwałtowne manewry mogą się skończyć pustym bakiem. Nieświadomie zagryzł dolną wargę.
    Zaatakowali z tyłu, prosto jak strzały i równie skutecznie. W słuchawkach rozbrzmiały przekleństwa. Twarze w kokpitach były zacięte i zdeterminowane. Pociski pojawiały się ze wszystkich stron, a Amerykanie nie mogli odpowiedzieć ogniem – musieliby zawrócić i stanąć oko w oko z Japończykami. McVey podał ich współrzędne. W odpowiedzi usłyszał: „ścigać i atakować”. Tam, gdzie samoloty, są i lotniskowce. Moss wrócił spojrzeniem do wskaźnika paliwa.
    – Złamać szyk – usłyszał McVeya. – Zejść niżej. – Ten manewr nie wzbudził optymizmu. Podobno japońscy piloci są dużo zręczniejsi od Amerykanów.
    Jeden za drugim samoloty opadały na pułap jedenastu tysięcy stóp. Manewr się nie udał – wróg nadal siedział im na ogonach. Mooney, drugi skrzydłowy na bakburcie, przerwał ciszę.
    – Dwa z boku. Powtarzam, dwa z boku. W sumie dziewięć wrogich samolotów.
    – Coleman, MacGuire, zostańcie i zajmijcie się nimi. Eskadra się wycofuje – zadecydował McVey.
    Dwa samoloty, ten sam rozkaz. Moss i MacGuire zmniejszyli szybkość. Eskadra ich wyprzedziła. Skręcili o czterdzieści stopni w lewo i weszli wyżej. Japończycy zbliżali się do nich pod kątem trzydziestu stopni. Moss zobaczył, że MacGuire zawraca na wschód. Japończycy ruszyli za nim, zwiększając szybkość i tracąc wysokość. Nagle słup ognia i wildcat zmienił się w stos pogrzebowy. Moss czekał na obłok jedwabiu, gotów osłaniać partnera. Na próżno.
    Zacisnął zęby, starał się nie myśleć, jak skręca mu się żołądek. Nie puszczał drążków, co chwila muskał palcem cyngiel. Wyczuwał ich za sobą, żądnych krwi. Zastanawiał się, co robi eskadra. Czy McVey wyśle posiłki? Instynktownie leciał na północ, żeby odciągnąć pościg od amerykańskiego terytorium. Znowu spojrzał na wskaźnik paliwa. Teraz albo nigdy.
    Nieprzyjacielskie samoloty zeszły niżej, miały go w zasięgu strzału. Moss zwolnił gwałtownie i modlił się, żeby spudłowali. Kiedy go wyprzedzili, wymierzył i strzelił. Cały kokpit zadygotał. Zacisnął powieki, a kiedy otworzył oczy zobaczył, jak japońskie maszyny stają w ogniu i gasną wśród fal.
    Zatoczył szeroki łuk i ruszył na „Enterprise” po paliwo. To był dopiero początek bardzo długiego dnia.
    Dużo, dużo później, po długich godzinach walk, kiedy Japończycy się wycofali, Moss zgłosił zestrzelenie dwóch wrogich samolotów. Uwierzą mu w pokonanie jednego. Drugi przypiszą porucznikowi MacGuire.

* * *

    Trzeciego listopada, na barbecue na ranchu Barrettsów pod Dallas, poseł Lyndon Baines Johnson powiedział Sethowi w tajemnicy, że „Enterprise” brała udział w bitwie. Teraz weszła do portu Numea w Nowej Kaledonii. Oberwała i wymaga napraw, nie ma jeszcze żadnych danych o rannych i zabitych.
    Seth zatrzymał te wiadomości dla siebie. Nie ma sensu denerwować Jessiki czy ryzykować, że dziewczyna wpadnie w histerię i, nie daj Boże, straci dziecko, jedynego dziedzica nazwiska Colemanów. Agnes przejęła ster w swoje ręce, kiedy w końcu jej powiedział, o co chodzi. Widziała, że drażni go radosna atmosfera przyjęcia i że wolałby czekać na wiadomości w Sunbridge. Oznajmiła, że otrzymała ważny telefon: Seth musi natychmiast wracać do domu. Wdzięczny i zadowolony, że Agnes chciała mu towarzyszyć, Seth zabrał ją ze sobą i polecieli samolotem do Austin.
    Jessica i Billie wróciły do Sunbridge w następny czwartek. Domyślały się, że coś Setha gryzie. Wmawiał im, że to interesy, a Jessica nie naciskała ze względu na Billie. Nie mogła się jednak pozbyć przeczucia, że chodzi o Mossa. Kiedy zostawali sami, Seth zapewniał, że niepokoi go ten cholerny odwiert. Nie wierzyła mu, ale prawie trzydzieści lat wspólnego pożycia nauczyły ją nie podawać w wątpliwość jego słów. Obserwowała tylko, jak przechadza się nerwowo albo bez celu jeździ na starej Nessie. Cierpiała w milczeniu, modliła się za syna i martwiła o męża. Ataki migreny nie pozwalały jej opuszczać pokoju i, choć niechętnie, musiała przekazać Agnes zarządzanie domem. To wszystko przerastało jej możliwości: Moss na wojnie, ślub Amelii, ciąża Billie, przyjaźń Agnes i Setha. Na dodatek miała coraz większe kłopoty ze zdrowiem. Nie mówiła o tym nikomu. Seth nie znosił, jak to nazywał: „jęczących bab”.
    Ulga przyszła trzy tygodnie później, wraz z dwoma listami od Mossa. W liście do Billie pisał, że chce, aby dziecko otrzymało imię Riley, panieńskie nazwisko Jessiki. Drugi list napisał już po Guadalcanal. Do Billie skreślił tylko kilka słów, pół strony. Adresatem pozostałych dziewięciu był Seth. Moss opisywał swoje pierwsze zestrzelenie, ale większa część listu zajmowała opowieść, jak to Thad Kingsley i jego skrzydłowy dopadli japońskiego statku. We dwóch posłali go na dno.
    – Kim do licha jest ten Kingsley? – ryknął Seth. – Chyba Moss go lubi, jeśli pytacie mnie o zdanie. Gdyby to Moss wypatrzył ten statek żółtków, załatwiłby go bez żadnej pomocy. A co to, do cholery, oznacza słowo „klops”?
    W następnym tygodniu spędzano w Sunbridge prawdziwie radosne Święto Dziękczynienia.

Rozdział dziewiąty

    Agnes poprawiła się na krześle. Seth siedział po drugiej stronie wielkiego biurka. Właśnie skończył dyktować list, który ona zaraz przepisze na maszynie. W domu pełniła rolę sekretarki. Podziwiała jego umiejętność manipulowania ludźmi. Mogła się od niego wiele nauczyć, a była pojętną uczennicą. Po raz pierwszy od lat wykorzystywała swoje zdolności. Najpierw przejęła od Jessiki prowadzenie domu, teraz pomagała Sethowi. Sunbridge i całe imperium Colemanów to przedsięwzięcie rodzinne. Nawet głupiec widział, że Jessica jest słabego zdrowia, a Seth balansuje na krawędzi wylewu. Teraz, kiedy Moss walczy na Pacyfiku, zostawała tylko Billie, która zamiast rozumu miała sieczkę w głowie. Zgłębienie tajników firmy to nie tylko przyjemność: to konieczność.
    Z aprobatą kiwała głową, przepisując listy, które Seth zamierzał wysłać do swoich przyjaciół w Waszyngtonie. Moss wyrobił sobie zaszczytną reputację doskonałego pilota. Niedawno awansował; z pewnością nie odmówią mu urlopu. Według Setha, nie mierzyli zbyt wysoko, starając się załatwić jego przyjazd na święta Bożego Narodzenia. Żeby zaś nie być gołosłownym, zaproponował dostawy najlepszej wołowiny.
    Po dwóch tygodniach otrzymali wiadomość, że Moss przyjedzie do San t)iego, i po dokonaniu wymiany pilotów otrzyma tygodniową przepustkę.
    Billie nie posiadała się z radości. Nie wiedziała ani nie chciała wiedzieć, co sprowadzało go z powrotem. Wiedziała tylko, że jej mąż wraca do domu i że wkrótce znajdzie się w jego ramionach.
    Wiadomość o przyjeździe Mossa zmusiła Jessicę do włączenia się w przygotowania świąteczne. Agnes planowała posiłki i doglądała porządków, ale to Jessica sprawiła, że do Sunbridge zawitał odpowiedni nastrój. Cały dom ustrojono ostrokrzewem. Wszędzie pachniało Gwiazdką. Billie otwierała szeroko oczy ze zdumienia na widok samochodów pełnych świątecznych paczek.
    Jessica zabrała ją do Austin po zakupy. Siedziały w sklepie i oglądały prezentowane im towary. Dla Billie było to całkowicie nowe doświadczenie. Brakowało jej przedświątecznej gorączki Filadelfii i pierwszego śniegu. Wiedziała jednak, że ani Jessica, ani ona nie mogą sobie pozwolić na aktywny tryb życia. Po kilkutygodniowej przerwie wróciły poranne mdłości i Billie ponownie doświadczała wszystkich symptomów ciąży.
    Trzy dni przed przyjazdem Mossa obudziła się bardzo wcześnie. Wygramoliła się z łóżka i od razu pobiegła do łazienki. Zwymiotowała. Usiadła na krawędzi wanny, obmyła twarz zimną wodą. Nic nie pomagało. Nie skutkowały lekarstwa i zastrzyki witaminowe, nie działały domowe środki Tity. Samopoczucie Billie było równie fatalne jak jej wygląd. Stopy puchły jej do tego stopnia, że po domu chodziła w starych rozdeptanych kapciach Agnes. Przydałaby się trwała i strzyżenie, ale na samą myśl o zapachu fryzjerskich chemikaliów robiło się jej niedobrze. Nowa sukienka to konieczność. Co Moss sobie o niej pomyśli? Przecież kiedy wyjeżdżał, miała talię! Jej piersi stały się pełniejsze, ale jednocześnie pojawiły się na nich rozstępy. Gdyby Moss był przy niej przez cały czas, dzień po dniu, nie byłoby to takie straszne. Jednak po tak długiej nieobecności na pewno poczuje niesmak, może nawet obrzydzenie. Billie ukryła twarz w dłoniach i rozpłakała się. Kiedy schodziła na śniadanie, nadal ocierała łzy.
    Seth posłał Agnes znaczące spojrzenie. Odpowiedziała mu wzruszeniem ramion. Ponownie zerknął na Billie. Mała wyglądała okropnie. Moss przeżyje szok, kiedy ją zobaczy. Seth nie lubił ciężarnych kobiet; zmieniały się, tyły, wyglądały jak karykatury samych siebie. Widok Billie drażnił go, tak jak przed laty drażnił go widok Jessiki noszącej jego dzieci. Był jednak tolerancyjny, na tyle, na ile Seth mógł być tolerancyjny. W każdym razie mała urodzi mu wnuka.
    – Za trzy dni twój syn wraca do domu – stwierdziła radośnie Agnes i wbiła widelec w parówkę. Billie gwałtownie podniosła głowę. Jego syn? Moss to także jej mąż. Agnes zauważyła jej spojrzenie.
    – Musimy coś zrobić z twoim wyglądem – zadecydowała. – Co powiesz na wizytę u fryzjera i małe zakupy? Ta sukienka przypomina… cóż…
    – Przypomina namiot, mamo? Czyżby umknęło twojej uwagi, ile przytyłam? Obecnie mam niewiele fasonów do wyboru.
    – Ale możesz spróbować – wtrącił się Seth. Jak zwykle trzymał stronę Agnes. Billie pojedzie do Austin. Przeprosił je na chwilę i odszedł od stołu. Wrócił i położył czek przy nakryciu Billie. Zerknęła na sumę i skrzywiła się. Opiewał na tysiąc dolarów. Aż nadto, zważywszy że miała iść tylko do fryzjera i po sukienkę.
    – Kup sobie coś ładnego – polecił. Jego ton dawał do zrozumienia, że potrzebuje nowych rzeczy. Wiedziała już, że pojedzie do miasta bez względu na samopoczucie. Seth nie tolerował wymówek. Agnes uśmiechała się dobrodusznie. Seth jest taki dobry.
    Ten dzień stanowił, w oczach Billie, pasmo koszmarów i niepowodzeń. U fryzjera zdjęła buty i uniosła stopy. Między falami mdłości upominała fryzjera, że chce lekką trwałą, a nie baranie loczki. Dwa razy zwymiotowała w ręcznik. Koniec końców włosy wyglądały, jakby wsadziła palce do kontaktu. Chciało jej się płakać, bo, jak jej powiedziano, wyprostują się za kilka tygodni. Były zbyt krótkie i zbyt skręcone. Bojaźliwie spojrzała w lustro po to tylko, by się przekonać, że wygląda okropnie. Dzięki Bogu, efekt był nieco lepszy po modelowaniu i suszeniu.
    Agnes z trudem powstrzymała okrzyk zdumienia na jej widok.
    – Gdzie wynalazłaś tę fryzurę, Billie – zapytała tylko. Nagle poczuła się bardzo stara; nie była już aktywną czterdziestotrzylatką. Niemożliwe przecież, żeby kobieta w średnim wieku miała czterdziestoletnią córkę, a na tyle właśnie lat wyglądała Billie, zwłaszcza że zamiast białozłotego, jej cera miała niezdrowy żółtawy odcień. Po raz pierwszy Agnes naprawdę przejęła się zdrowiem córki.
    – Billie, co ci ostatnio powiedział doktor Ward? Nie chciałam się narzucać, ale…
    – O „narzucaniu się” mowy być nie może, mamo. Nie interesowałaś się mną, to dużo bliższe prawdy. A doktor Ward kazał mi iść do dentysty. Ciąże źle wpływają na uzębienie. Na Boga! – roześmiała się gorzko. – Zęby to jedyna część ciała, która mnie nie boli! Czy możemy wracać?
    – Nie ma mowy. Najpierw pójdziemy na lunch. Niedawno Seth zabrał mnie do Paladian. Mają smaczne, proste dania. Potem kupimy ci kilka nowych sukienek. Skoro w końcu wyrwałam cię z domu, zrobimy wszystko, co zaplanowałyśmy. Szczerze mówiąc, robisz się odludkiem, jak Jessica.
    Billie posłała jej ostrzegawcze spojrzenie, ale nie czuła się na siłach bronić teściowej.
    – Cokolwiek masz w planie, zróbmy to szybko. Spuchły mi stopy, mam niewygodne buty i chcę wracać do domu.
    W Sunbridge od razu poszła do swego pokoju. Marzyła o długiej ciepłej kąpieli. Z naukową wręcz dociekliwością przyglądała się swoim stopom. Czy to możliwe, że zaledwie kilka miesięcy temu były wąskie i drobne? Czy wszystko kiedyś wróci do normy?
    Po kąpieli poszła sprawdzić, jak się miewa Jessica. Do kolacji czytała jej gazety, bo migreny nie pozwalały teściowej nadwerężać wzroku. Nie mogła więc czytać ani dokończyć dziecinnego sweterka na drutach.
    – Idź, przebierz się do kolacji, Billie. Jesteś chyba zmęczona. Opowiedz, co kupiłaś. Czy Seth nie żałował pieniędzy?
    – „Nie żałował” to za mało powiedziane – zapewniła Billie. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że przecież nie wydała całej sumy. Reszta zapewne spoczywa w portfelu Agnes. Ciekawe, czy zwróci ją Sethowi? – Kupiłam kilka sukienek i bluzek. Podoba mi się zwłaszcza jedna, beżowa, z długim rękawem, zapinana z boku. Potrzebowałam też bielizny. No i kupiłam jeszcze peniuar. Po prostu nie mogłam mu się oprzeć. Jest długi, obszerny i powiewny. Założę go, kiedy Moss przyjedzie, żeby nie widział moich spuchniętych nóg. Nuta niepokoju w jej głosie nie uszła uwagi Jessiki.
    – Kochanie, za bardzo się przejmujesz. Moss nawet nie zauważy, jak wyglądasz. Będzie myślał tylko o tym, że wkrótce zostaniesz matką jego dziecka. Nie zamartwiaj się na wyrost. Ciesz się świętami z Mossem.
    – Naprawdę tak myślisz, Jessico? Nie chcę, żeby żałował tego co zrobił. – W jej głosie było tyle desperackiej nadziei, że teściową ogarnęło wzruszenie:
    – Oczywiście, skarbie. A teraz idź, przebierz się do kolacji. Billie uściskała ją serdecznie.
    – Po rozmowie z tobą zawsze poprawia mi się humor. Wrócę później. Kupiłam ci dwa kryminały.
    Jessica obserwowała ją ze łzami w oczach. Teraz Billie jest jedną z Colemanów i musi zaakceptować ich styl życia. Jest on niezmienny – pojęła tę gorzką lekcję przed laty. Nie zaprzecza, że w Billie kryje się wojownicza natura. Pytanie tylko, kiedy i jak synowa stoczy swoją walkę. Może popełnia błąd, nie zwierzając się jej. Jak jednak mogłaby powiedzieć, że Seth nie zbliżył się do jej łóżka od czwartego miesiąca ciąży? Jak miałaby mówić o wieloletnich zdradach Setha, nie sugerując jednocześnie, że Moss będzie robił to samo? Ogarnęła ją fala współczucia, nie dla siebie i dla Billie, lecz dla Setha i Mossa. Koniec końców, to oni przegrywają. Oby tylko zdali sobie z tego sprawę w odpowiednim momencie.
    Szybko odepchnęła od siebie te myśli. Ona także przecież nosi nazwisko Coleman.

* * *

    Moss wyskoczył z pociągu na stacji w Austin. Niedbale przerzucił płaszcz przez ramię.
    – Tato!
    Kiedy już wyzwolił się z uścisku ojca, dumnie wskazał rękaw marynarki:
    – Patrz, tato: porucznik!
    – To świetnie, chłopcze. Jeszcze dochrapiesz się admirała. Chcesz admirała? Załatwię ci!
    – Do licha, nie. To nie ja, lecz Thad zajdzie tak wysoko, sądząc po jego dotychczasowych osiągnięciach. Tato, trzymaj się z daleka. Załatwiam wszystko po swojemu. Gdzie mama i Billie? Wszystko w porządku? – zapytał po chwili.
    – Moss, twoja matka nie czuje się najlepiej. Powinieneś o tym wiedzieć.
    – Słuchaj, nie dam się na to złapać. To kolejna sztuczka, żeby mnie zatrzymać. Mama może polegać na tobie, poza tym są tu Billie i Agnes. Na mnie czeka wojna.
    – Phi! Nie dramatyzuj, synu.
    – W rozmowie z tobą trzeba wszystko wyolbrzymiać, żeby do ciebie dotarło.
    – Wiedziałem, że tak powiesz – mruknął Seth dobrodusznie. – Najważniejsze, że jesteś w domu.
    – Gdzie Billie? – powtórzył Moss.
    – W Sunbridge. Nie oczekuj zbyt wiele. Ostatnio nie jest w najlepszej formie. Z przykrością stwierdzam, synu, że nie trafiłeś na dobrą krew. Szkoda, że nie można ich przedtem wypróbować. Miałem takiego samego pecha z twoją matką. Im są delikatniejsze, tym gorzej to znoszą. Przecież widziałem, jak Meksykanki rodzą przy drodze i zaraz wracają do pracy.
    – Co z Billie, tato? Powiedz mi wreszcie. A dziecko?
    – W porządku, w porządku, przynajmniej tak mówi lekarz. Ale mała Jankęska ciągle rzyga. Ukrywa to jak może, jednak to pewne, że bardzo ciężko znosi ciążę. Jeśli masz jakieś sprośne myśli, natychmiast wybij je sobie z głowy. Nie pozwolą, byś ryzykował życiem mojego wnuka, jasne?
    Moss przyglądał mu się uważnie.
    – Innymi słowy, swoje potrzeby biologiczne mam załatwiać w burdelu tak, tato?
    Seth się skrzywił:
    – W wojsku nie zasypujecie gruszek w popiele, co? Nauczyli cię odpyskiwać ojcu?
    – Niedaleko pada jabłko od jabłoni. O ile pamiętam, sam masz niewyparzony język.
    – Dobrze pamiętasz. Bądź miły dla małej. Nosi Rileya Setha Colemana.
    – Widzę, że spodobało ci się imię, które wybrałem, ale oczywiście musiałeś je nieco poprawić. – Moss się uśmiechnął, widząc błysk w oczach stan go. Seth nie mógł się doczekać narodzin wnuka.
    – Chodźmy, Carlos czeka. W samochodzie opowiesz mi dokładnie, co robiłeś. Z najdrobniejszymi szczegółami. I o tym Thadzie Kingsleyu. Chyba nie jest lepszy od ciebie, co, synu?
    Moss miał wrażenie, że płynie pod prąd. Co tu się, do diabła, dzieje. Z listów Billie wynikało, że ma się dobrze. A pisała regularnie siedem listów tygodniowo. Do tej pory nie wyobrażał sobie, że to samo można napisać tak rozmaity sposób. Nie znaczy to wcale, że nie cieszył się na codzienne listy od niej, wręcz przeciwnie. Nie mógł się doczekać spotkania z nią. Tylko o tym myślał od dziesięciu dni. Wszystko już sobie zaplanował. Porwie ją na ręce i zaniesie na górę, a wtedy… Okrągły brzuszek nie sprawi mu różnicy.
    – Wszystko zaplanowałem, synu. Objedziemy rancho, jak dawniej, zanim zdecydowałeś, że wolisz samoloty. Upieczemy wołu, zaprosimy znajomych, żebym miał się przed kim chwalić, a później opowiem ci, co nowego w firmie. Mamy siedem dni, synu. Chciałem załatwić dwa tygodnie, ale nie dałem rady. Tydzień to i tak dużo.
    Teraz. Powiesz mu teraz, zanim wysnuje więcej pięknych planów.
    – Tato, nie tydzień, tylko cztery dni. Za cztery dni muszę wracać. Przykro mi, ale nie mamy wyjścia. Coś się szykuje, a nie chcę niczego przegapić. Jeśli masz zamiar się wściekać, proszę bardzo, zrób to teraz. Nie chcę, żeby cokolwiek zepsuło mój pobyt z Billie.
    – Ogłuchłeś, czy co? Mała jest w kiepskiej formie. Nie ulżysz sobie, zapamiętaj to. Pewnego dnia wpadniesz po uszy w kłopoty dlatego, że jesteś w gorącej wodzie kąpany. Zaufaj mi. Powiedz, pewnie nie kupiłeś żadnych prezentów, co?
    – Tato, zakupy na lotniskowcu? – Moss nie mógł powstrzymać głośnego śmiechu.
    – Tak też myślałem. Agnes wszystko załatwiła. Dałem jej czek in blanco i wykupiła sklepy do gołych półek. Nie martw się o nic.
    – Dogadujesz się z nią? – Moss skrzywił się zabawnie.
    – Konie z nią mogę kraść. Rozumiemy się doskonale – przyznał Seth. – Mamy, jakby to powiedzieć, wspólny cel.
    – Tak właśnie myślałem. A mama?
    – No cóż, synu, znasz matkę. Jest za dobra, ciągle doszukuj e się w ludziach czegoś pozytywnego. Czy inaczej wytrzymałaby ze mną przez tyle lat?
    Moss skinął głową z komiczną powagą:
    – Sam się nad tym często zastanawiałem, tato. Co nowego u Amelii? Dostałem od niej list jeszcze na Hawajach, od tamtej pory nic nie wiem.
    – Twoja siostra wydała się za mąż – usłyszał. – Tym razem naprawdę to zrobiła. Znalazła sobie pilota RAF-u, wdowca, z małym synkiem. – Żachnął się: – Wyobrażasz sobie roztrzepaną, głupią Amelię jako macochę? Dobrze, że nie wychowuje małego Colemana. Twoja Jankeska ma więcej rozumu w małym palcu niż Amelia w głowie. I na dodatek wyszła za angola.
    Moss ściągnął brwi:
    – Dlaczego jesteś wobec niej taki surowy, tato? Przecież wiesz, że dla ciebie skoczyłaby w ogień. Opowiedz coś o tym pilocie. Ile lat ma jej pasierb?
    Seth machnął ręką na jego pytania:
    – Zapytaj matki, ona ci powie. Szczegóły z życia twojej siostry nudzą mnie albo żenują. Skoro już tak jej było spieszno do ołtarza, mogła była wrócić do domu i sprawić matce przyjemność, wychodząc za mąż wśród swoich. Ale nie, taka egoistka robi to na końcu świata.
    – Tato, niełatwo jest przedostać się przez Atlantyk. Wiesz, mamy wojnę.
    – Więc powinna była poczekać – Seth nie miał zamiaru ustąpić. – Ale twoja siostra nigdy nie czeka, o czym zresztą doskonale wiesz. – Westchnął ciężko. – Chociaż może to i lepiej. Nie wiadomo, czy Jessica dałaby radą zorganizować wesele.
    – Co jej dolega?
    – A któż to może wiedzieć? Zdaniem lekarzy potrzebuje spokoju, poza tym coś jest nie tak z jej ciśnieniem. Większość czasu spędza w łóżku, ale to niewiele pomaga. Billie się nią opiekuje, trzeba jej to przyznać. Spędza z twoją matką mnóstwo czasu. Chyba się zaprzyjaźniły.
    To znaczy, że Seth tego nie pochwala. W jego mniemaniu Billie jest taka jak Jessica, a to poważny błąd. Seth cenił siłę i bezczelność, a tych cech jego żona nigdy nie przejawiała. Moss zmrużył oczy:
    – Tato, dlaczego jej nie lubisz? To wspaniała dziewczyna. Ciągle mam wyrzuty sumienia, że się z nią ożeniłem. Zasługuje na kogoś lepszego niż Coleman. Jesteśmy źli dla naszych kobiet. Boże, tato, nigdy ci nie wybaczę, jeśli się dowiem, że utrudniałeś jej życie.
    – Uspokój się, synu. Robisz z igły widły i wiesz o tym doskonale. To wcale nie tak. Ona jest po prostu ciągle chora. Miała mdłości w dniu, w którym tu przyjechała, i nic się od tej pory nie zmieniło. Cały czas wygląda tak, jakby miała zaraz rzygać albo zemdleć. Nie widziałem, żeby coś jadła, ale przytyła chyba z dziesięć funtów za każdy miesiąc w Sunbridge. Nadal jest ładna, ale chora, a wiesz, że nie znoszę jęczących kobiet.
    Chora. Jego Billie choruje, a on o tym nie wiedział. Wydawało mu się, że samochód jedzie koszmarnie wolno. Musi przekonać się na własne oczy. Od samego początku miał wyrzuty sumienia. Związał się z Billie, młodą, niewinną. Ufną. Tymczasem zdradziły ją dwie osoby, które darzyła największym zaufaniem – on i Agnes. Billie nie dojrzała do małżeństwa, szczególnie z facetem, który woli latać na myśliwcach. Nie wierzył też, że jest gotowa do macierzyństwa. Ciąża może odbić się fatalnie na jej zdrowiu, psychicznym i fizycznym. Zmartwiony i dręczony poczuciem winy, oparł się wygodnie i udawał, że słucha opowieści Setha o nowym dziale elektronicznym. Kogo, do cholery, obchodziłby ewentualny kontrakt na produkcję radarów, kiedy Billie cierpi przez jego egoizm i chciwość Agnes?
    Billie stała na schodach werandy i patrzyła, jak długi czarny packard sunie między drzewami. Poprawiła na sobie sweter. Mogłaby przysiąc, że bicie jej serca słychać o mile stąd. Miała zawroty głowy z emocji. Kiedy Moss wyskoczył z jadącego jeszcze samochodu, poczuła łzy w oczach. W tej chwili oddałaby wszystko, byle móc do niego podbiec lekka i dziewczęca, taka jaka była przed jego wyjazdem.
    Moss przeżył szok. Na Boga, to nie jest Billie! Co on jej zrobił? Obszerna sukienka niedostatecznie maskowała grubość. Nie ma mowy o porwaniu w ramiona i zaniesieniu na górę. Staruszek nie przesadzał. Wyglądała na chorą.
    Billie z uśmiechem wyciągała ramiona. Jessica na pewno miała rację. Moss Podbiegnie do niej i… i…
    – Billie! – objął ją, ale nie tak, jak tego pragnęła.
    Opuściła ręce. Pocałował ją w usta – był to szybki na pokaz pocałunek. Nadal uśmiechnięta wzięła go za rękę i weszli do domu.
    Zbyt wiele oczekiwał. Zbyt wiele pragnął. Czekają go cztery dni w siodle i z powrotem w powietrze. Zrobią mu się odciski na tyłku od tylu godzin w siodle. Opuścił wzrok na dłoń Billie, zaciśniętą na jego ręce. Obrączka wrzynała siew opuchnięty palec. Zgrabne, szczupłe dłonie, które zapamiętał, zmieniły się w tłuste serdelki. I to wszystko jego wina. Billie wygląda tak przez niego. Musi porozmawiać z lekarzem, Seth mówił, że przyjeżdża niemal codziennie. A jeśli coś jest nie tak?
    – Jak się czujesz, Billie? – To cholernie głupie pytanie, ale musiał coś powiedzieć.
    – Lepiej, lepiej niż na to wyglądam – odparła pogodnie. – Jestem w dobrych rękach.
    Brakowało mu słów, więc tylko przyciągnął ją do siebie.
    – Billie, przykro mi, że nie ma mnie przy tobie, kiedy przez to przechodzisz. – Poczucie winy przygniatało go nieznośnym ciężarem.
    – Nie mówmy o tym. Mamy całe siedem dni dla siebie. Opowiesz mi wszystko. Ja też mam sporo do opowiadania. Najpierw jednak biegnij na górę i przywitaj się z mamą. Nie mogła się ciebie doczekać.
    Uśmiechnął się do niej. Był to nic nie znaczący, zdawkowy grymas, ale w jego oczach widniała ulga. Ulga, że może od niej uciec? Kiedy zniknął na schodach, Billie odwróciła się na pięcie. W otwartych drzwiach wejściowych stał Seth. Jego sylwetka rysowała się cieniem na tle zimowego słońca. Billie nie widziała jego oczu, ale czuła ich twarde spojrzenie. Rozczarowała jego i syna. Nie zasługiwała na Mossa, co w pojęciu Setha stanowiło grzech śmiertelny.

* * *

    Zaledwie dwie godziny po powrocie do Sunbridge Moss miał wrażenie, że nigdy stąd nie wyjeżdżał. Zamienił mundur na kowbojskie buty, flanelową koszulę i stare znoszone spodnie. Jessica obiecała mu, że na kolację zejdzie na dół. Billie czekała w saloniku obok jadalni. Na kominku wesoło trzaskał ogień. Moss pocałował ją przelotnie i oznajmił, że wybiera się na przejażdżkę z ojcem i wróci po obiedzie.
    – Poradzisz sobie sama, prawda? – zapytał uprzejmie.
    Dlaczego miałaby sobie nie poradzić? Co innego robiła od pierwszego dnia w Sunbridge? Dlaczego nagle coś miałoby się zmienić?
    – Jedźcie. Zagarnę cię dla siebie, kiedy wrócicie. – Posłała mu uśmiech, który jak sądziła, wyrażał wyrozumiałość i dzielność. Moss spojrzał jej głęboko w oczy. Zaraz powie, że przejażdżka z Sethem może poczekać. W tej właśnie chwili teść stanął w drzwiach:
    – Tu jesteś, synu. Zbieraj się, jeśli mamy wrócić przed zachodem słońca. Moje stare kości nie lubią wieczornego chłodu.
    – No, idź. Będę tu na ciebie czekała – namawiała Billie z fałszywym entuzjazmem. Chciała, żeby Moss z nią został, siedział obok, dotykał jej. Jego przyjazd był jak spełniony sen. Nadal nie wierzyła, że widzi go na jawie.
    Pocałował ją, tym razem długo i mocno:
    – Wkrótce wrócę, Billie. W tym czasie zrób się dla mnie na bóstwo. – I już go nie było.
    Zrobić się na bóstwo! Co on sobie myśli? Że wstała z łóżka i wytoczyła się na werandę? Zrobiła się na bóstwo, jeśli w jej stanie o czymś takim w ogóle może być mowa! Nowa fryzura, makijaż, nowa sukienka… Rozpłakała się. Moss nie zdawał sobie sprawy, ile wysiłku włożyła w przygotowania do jego przyjazdu. Niestety, wygląda jak wieloryb. Ma za krótkie włosy! Gdyby spodobała mu się jej fryzura, powiedziałby coś. Nagle dziecko się poruszyło, jak sądziła, kopnęła ją mała stopka.
    – I ty też przeciwko mnie? – jęknęła zrozpaczona.

* * *

    Zgodnie z obietnicą Jessica zeszła na kolację. Radość z przyjazdu syna zabarwiła jej policzki rumieńcem. Wyglądała pogodnie, mimo że poruszała się powoli i z wysiłkiem. Na cześć Mossa (tak przynajmniej mówiła, ale według Billie chodziło raczej o to, by jej sukienka nie wydawała się nieodpowiednia na tę okazję), Jessica włożyła długą, prostą suknię ze wstawkami ze starych koronek. Choć fason był trochę niemodny, fioletowy aksamit nie stracił połysku ani miękkości.
    Moss nadskakiwał matce, zaproponował jej szklaneczkę sherry.
    – Nie, ja dziękuję, ale może Billie ma ochotę? Zanim Moss ją zapytał, wtrącił się Seth:
    – Może to poprawi jej apetyt! Mała je jak ptaszek, na pewno nie przez łakomstwo ciągle… – urwał, zażenowany, i łypnął na synową spode łba.
    Billie poruszyła się niespokojnie. Zaczerwieniła się po uszy.
    – Kochanie, co też słyszę? Nie masz apetytu? Przecież powinnaś jeść za dwoje.
    W tej chwili w drzwiach pojawiła się Agnes.
    – Jest tak, jak mówi Seth, Billie ledwie coś skubie. Może ma magazyn słodyczy pod łóżkiem. – Z tymi słowami podsunęła Mossowi policzek do pocałowania. – Nie było mnie w domu, kiedy wróciłeś. Załatwiałam ostatnie przedświąteczne sprawunki. Moss, wyglądasz doskonale, jak zawsze zresztą.
    O ile widok Billie go zdziwił, o tyle pojawienie się Agnes przyprawiło go o potężny szok. Jedno słowo przychodziło mu na myśl: szykowna. Bardzo, bardzo szykowna. Sunbridge najwyraźniej służy staruszce. Chociaż do nowej Agnes Ames nie pasowało określenie „staruszka”. Zrobiła coś z włosami – teraz odsłaniały długą, kształtną szyję, a nad czołem pieniły się kaskadą drobnych loczków. I ciekawe, zrzuciła kilka funtów, albo może wyszczupla ją piękna jedwabna sukienka, na tyle długa, by świadczyć o dobrym smaku, jednocześnie jednak na tyle krótka, by odsłonić zgrabną łydką? A gdzie się podziały jej buty? Agnes, którą poznał w Filadelfii, nie nosiła takich eleganckich ażurowych pantofelków na wysokich obcasach.
    – To ty wyglądasz wyśmienicie, Agnes, nie ja!
    Billie spuściła głowę, ale Jessica i tak zobaczyła ból w jej oczach. Moss powinien obsypywać komplementami żonę, mówić jej, że dla niego jest piękna, bo oczekuje jego dziecka.
    – Usiądźmy do stołu, kochany – zwróciła się do Setha. – Tita wszystko przygotowała.
    – Billie nie skończyła drinka – sprzeciwił się. Wolałby zostać tutaj i dalej śledzić rozwój dramatu. Unikał wzroku żony. Aggie należy się chwila tryumfu, pomyślał. Moss ma rację: wygląda fantastycznie. Nie mógł się doczekać, kiedy rozpakuje jego prezent gwiazdkowy.
    Moss podał Billie szklaneczkę sherry i usiadł koło niej. Położył ramię na oparciu za jej plecami.
    – Niełatwo to znosisz, prawda, skarbie? A w listach nie napomknęłaś ani słowem…
    – Mam wszystkie klasyczne objawy ciąży i jeszcze kilka dodatkowych – zażartowała. Moss nie zniósłby, żeby użalała się nad sobą. – Tęskniłam za tobą – szepnęła, gdy całował ją w policzek. Dziecko poruszyło się gwałtownie. Odruchowo osłoniła brzuch rękoma. – Ten maluch kopie jak muł!
    Moss delikatnie zsunął dłoń na jej brzuch. W jego oczach pojawiło się zdumienie:
    – Riley Seth Coleman, niezły z ciebie gagatek. Zasługujesz na klapsa, którego wlepi ci lekarz po narodzinach! – Billie i Moss siedzieli przytuleni do siebie, ich głowy się stykały.
    – Kończ drinka, Billie. Słyszałaś, co mówiła Jessica. Tita przygotowała kolację, a Moss na pewno umiera z głodu – zahuczał Seth. Miał dziwną minę, jakby bez słów chciał przekazać synowi jakąś wiadomość.
    – Za grosz w tobie romantyzmu, tato – Mossowi nagle zrobiło się głupio. – Ale masz rację w sprawie posiłku. Mam po dziurki w nosie jajek z proszku i stołówkowych racji.
    Billie była o krok od płaczu. Ostatnimi czasy nie należało to do rzadkości. Dlaczego jest tu tylu ludzi? Czy nigdy nie zostanie z mężem sama?
    – Idźcie już, drogie panie – poganiał je Seth. On i Moss zostali w tyle. – Zapomniałeś, co ci rano mówiłem – syknął synowi do ucha. – Nikomu nie pozwolę ryzykować życia mojego wnuka, nawet tobie! Myślisz, że nie wiem, co sobie wykombinowałeś? Umowa to umowa, synu, a Coleman zawsze dotrzymuje słowa.
    – Moss, Seth, gdzie jesteście? – usłyszeli wołanie Jessiki. – Chodźcie jeść.
    Po kolacji ponownie zasiedli w salonie. Seth usiłował zaciągnąć Mossa do gabinetu, jednak Jessica pokrzyżowała mu szyki:
    – Seth, nie możesz zagarniać go tylko dla siebie. Wszyscy jesteśmy ciekawi, jak zdobył swego hamburgera.
    – Klopsa, mamo. Teraz mam już pięć. Nie wiem, czy wiecie, że po Guadalcanal „Enterprise” walczyła na wyspach Salomona.
    Moss usiadł koło Billie i wziął ją za rękę.
    – Tego dnia najważniejszą postacią był Kingsley – opowiadał. – Jako pierwszy zauważył konwój Japońców, ale akurat był w punkcie krytycznym, to znaczy, że miał dość paliwa na powrót do matki, czyli na lotniskowiec. W każdym razie, nie mógł do nich strzelać, ale podał nam ich współrzędne i posłaliśmy żółtków na dno. To był dzień Thada.
    – Phi! – prychnął Seth. – Miej oczy otwarte, synu. Coś mi się wydaje, że ten Jankes chciałby cię wyprzedzić.
    – Przestań, tato. – Moss nie ukrywał irytacji. – Kiedy opowiadam o Thadzie, to tak jakbym opowiadał o sobie. Jestem z niego bardzo dumny. To świetny facet, prawda, Billie? Billie tańczyła z nim na naszym weselu.
    – A skąd on pochodzi, ten Jankes? Czym się zajmują jego rodzice?
    – Tato, nie jestem Amelią i nie umawiam się na pierwszą randkę. Nie musisz mnie brać w krzyżowy ogień pytań. Jestem już dużym chłopcem. Billie się ze mną zgadza, prawda, skarbie?
    Nie podobało jej się, że wciąga ją w swoje rozgrywki z Sethem. Sam pomysł, że mogłaby przekonać teścia o czymkolwiek, zakrawał na kpiny. Przecież dla niego jest tylko „dziewczyną z Filadelfii”. Seth liczył się ze zdaniem jednej kobiety – Agnes.
    Jessica wcześniej przeprosiła zebranych. Wzruszenie przyjazdem Mossa zmęczyło ją i postanowiła szybko iść spać.
    – Tak się cieszę, że jesteś w domu, synku. Szkoda, że nie wróciłeś na stałe. – W jej spojrzeniu był smutek wywołany czymś innym niż myśl o wojnie.
    Moss pocałował ją w upudrowany policzek.
    – Już niedługo, mamo. Wkrótce wszystko będzie tak jak dawniej, tylko lepiej. Spij dobrze. Zobaczymy się rano.
    – Pójdę z tobą, Jessico – ofiarowała się Billie, zerkając na Mossa. Na pewno zaraz pójdzie w ich ślady.
    Pomogła teściowej włożyć koszulę nocną i otuliła ją starannie. Co za ironia losu – kilka miesięcy temu marzyła o jedwabnych pończochach. Teraz nosiła je codziennie i codziennie niecierpliwie wypatrywała wieczoru, żeby je zdjąć. Podwiązki odgniatały jej uda, również palce u nóg miała obolałe.
    Przygotowała sobie kąpiel. Postanowiła włożyć jedną ze świeżo zakupionych koszul. Zdecydowała się na jasnoniebieską, wykończoną koronką, z pasującym peniuarem. Niewiarygodne, że niedawno sypiała z Mossem naga albo w jego podkoszulku. Teraz jej brzuch nie zmieściłby się pod obcisłym trykotem. Wyszczotkowała włosy i wtarła kilka kropli wody kolońskiej w nadgarstki, szyję i między piersiami. Czekała na Mossa. Czekała i czekała, i czekała…
    Zegarek wskazywał wpół do trzeciej. Nie pamiętała, kiedy zasnęła. Przecież położyła się tylko na minutkę. Nadal paliło się światło. Było jej zimno, bo spała odkryta w chłodnym pokoju. Gdzie Moss?
    Podeszła do drzwi. Na korytarzu panował mrok, również z dołu nie dochodziły żadne światła. W domu panowała cisza. Wszyscy poszli spać. Ale gdzie Moss? Dlaczego nie przyszedł do łóżka? Nagle spojrzała na drzwi sąsiedniego pokoju. Po rozpoczęciu nauki w college’u Moss się przeniósł z dziecinnego pokoju mieszczącego się w odległym skrzydle domu. Chociaż nie wierzyła, że znajdzie go w tym właśnie miejscu, cichutko podeszła do drzwi, zapukała i przekręciła klamkę. W mdłym świetle lampy go zobaczyła. Spał na wąskim łóżku, ściskając w dłoni książkę.
    Oparła się o ścianę. Zakryła usta dłonią, żeby nie wydarł się z nich szloch. To bolało. Czyżby nie obchodziło go wcale, jak bardzo była samotna przez cały ten czas, gdy go nie było? Zamknęła drzwi i powlokła się z powrotem do łóżka. Rozczarowanie sprawiało fizyczny ból. Odtrącił ją, bo jest brzydka i nie budzi pożądania. A przecież chciała tylko, żeby przy niej był, żeby ją objął, chciała poczuć jego bliskość. Chciała poczuć, że jest kochana, posmakować jego pocałunków. Zrozpaczona, samotna, zapomniana, Billie wtuliła twarz w poduszkę, która tłumiła jej szloch.

Rozdział dziesiąty

    Następnego dnia miała cienie pod oczyma, oznakę nie przespanej nocy. Zanim zeszła na dół, zajrzała do pokoju Mossa. Nie było go tam, więc miała nadzieję, że czeka na nią w salonie. Była Wigilia, ich pierwsza wspólna Gwiazdka, ale po ostatniej nocy bała się o tym myśleć. Bolało, że ją odrzucił, jednak będzie się zachowywała tak, jakby wszystko było w porządku. Jakby nie złamał jej serca.
    W jadalni była tylko Tita, krzątała się przy stole.
    – Dzień dobry, Tito. Gdzie wszyscy?
    Tita wiedziała, że chodzi o Mossa. Biedna señora Billie.
    – Pani mama jest w gabinecie señora Colemana. Señora Jessica zejdzie dopiero wieczorem na przyjęcie. Señor Moss wyszedł wczesnym rankiem z ojcem. Polecieli samolotem do Corpus Christi, ale obiecali wrócić na kolację.
    – Przyjęcie zupełnie wyleciało mi z głowy – Billie starała się nadać głosowi obojętne brzmienie. – O której wyszedł mój mąż?
    – Bardzo wcześnie. Może nie chciał pani obudzić, señora… – Tita unikała jej wzroku.
    – Kto będzie na przyjęciu? – zapytała, połknąwszy witaminy. Najchętniej spędziłaby te święta tylko z Mossem, na delikatnych pieszczotach i cichych rozmowach o przyszłych świętach. Czy w ogóle zostaną sami?
    – Na kolacji tylko rodzina, później wpadnie kilku przyjaciół – wyjaśniła Meksykanka. – Na pewno szybko pójdą do domu – dodała pocieszająco.
    – Czy mogłabym w czymś pomóc? W domu piekłyśmy z mamą ciasteczka i… – urwała. To było tak dawno.
    – Proszę sprawdzić, czy señora Jessica nie potrzebuje pomocy przy pakowaniu prezentów. A może zje pani z nią lunch? A potem przygotuje się pani do kolacji, si?
    Przygotuje się, jakby cokolwiek mogło poprawić jej wygląd.
    – Si - odparła cichutko.
    Billie zaniosła tacę do pokoju teściowej i razem zjadły lunch. Później się wykąpała. Postanowiła uciąć sobie drzemką. Na dworze hulał teksaski wicher. Wyszukiwał szpary w ścianach, pogwizdywał i huczał. Zmrok zapadał szybko o tej porze roku, blade światło dnia szarzało i błyskawicznie przechodziło w cień. Nie było tu latarni, nie było tłumów robiących ostatnie zakupy, nie rozbrzmiewały kolędy. To wszystko znajdowało się czterdzieści mil stąd, w Austin. Samopoczucie Billie pogarszało się wraz z upływem czasu. Wolała nie myśleć o silnym wietrze, który mógłby opóźnić powrót Mossa z Corpus Christi. Kiedy tego popołudnia zamykała oczy, wolała nie myśleć o niczym.

* * *

    Moss wszedł do domu, wnosząc ze sobą podmuch lodowatego powietrza. Na rondzie szerokiego kapelusza i kołnierzu skórzanej kurtki bielił się śnieg. Nie oponował, kiedy Seth poczęstował go kieliszkiem brandy w gabinecie, ale na jego czole nadal widniał ponury mars.
    – Tato, podróż do Corpus Christi była niepotrzebna, i dobrze o tym wiesz – zaczął, obserwując, jak ojciec hojnie nalewa alkohol do szklanek.
    – Bzdura! W interesach wszystko jest potrzebne! Nie mogę dopuścić, by pracownicy myśleli, że to mnie nie obchodzi, zaczęliby oszukiwać. Poza tym, ta cholerna wojna…
    – Do diabła z wojną – przerwał mu Moss. – Od lat zatrudniasz tych samych ludzi. Mamy święta Bożego Narodzenia, tato, nie najlepszy moment na nie zapowiedziane inspekcje! Ludzie też mają rodziny!
    Seth był zły.
    – Nie pouczaj mnie, chłopcze. Moi ludzie mają pracę, którą trzeba wykonać, a moim zadaniem jest dopilnować, żeby to zrobili. Święta czy nie, krowy muszą jeść i pić, prawda? Gdybyś nie bawił się w żołnierzyka, pomagałbyś mi.
    Alkohol przyjemnie rozgrzewał krew:
    – Idę się przebrać do kolacji – oznajmił Moss. Myślał o Billie. Chciał ją zobaczyć…
    – Zdążysz się przebrać. Chciałem zapytać, co sądzisz o moim pomyśle dotyczącym…
    – Nie teraz, tato. Jestem zmęczony. To był koszmarny lot. Wiatr osiąga chyba trzydzieści węzłów.
    – Mogliśmy zostać w Corpus Christi – mruknął Seth. – Ty się uparłeś, żeby wracać.
    Moss wychylił szklankę do dna i odstawił ją na stolik. Aż za dobrze znał zaborczość ojca w stosunku do niego. Teraz jednak wszystko się zmieniło. W domu nie tylko matka i siostra czekały na niego, ale młodziutka ciężarna żona.
    – Wolałbyś to, prawda, tato? Tylko ty i ja w Corpus.
    – A żebyś wiedział. Tutaj nie ma nic ciekawego, tylko babskie wymysły: choinki, przyjęcia… ha!
    – Wieczny stary zazdrośnik – roześmiał się Moss. – Pamiętasz te święta, kiedy mieliśmy całą rodziną wyjechać na narty? Wysłałeś mamę i Amelię, a potem okazało się, że my dwaj nie możemy do nich dołączyć? Myślałem, że mamie pęknie serce. Wróciły najszybciej jak mogły, ale skończyły się ferie i musiałem wracać do szkoły. Nigdy nie zrozumiem, jak mama wytrzymywała z tobą przez te wszystkie lata.
    Tak naprawdę, więcej bolały go cierpienia siostry niż matki. Amelia zrobiłaby wszystko, gdyby ojciec kiwnął tylko palcem. Ale on traktował ją zawsze z całkowitą obojętnością. Czasami uczucie, jakim darzył Mossa, wprawiało chłopaka w zażenowanie. Gdyby Amelia miała inny charakter, byłaby bardzo zazdrosna. Tymczasem kochała brata równie mocno, jak mocno pragnęła uczucia ojca.
    – Jess wytrzymuje ze mną tak samo, jak mała Jankeska wytrzyma z tobą – wyjaśnił Seth. – Jeszcze drinka?
    – Dziękuję, tato. Idę na górę, do mojej żony. Właśnie uświadomiłeś mi, jacy my, Colemanowie, jesteśmy okrutni dla naszych kobiet.
    – Pamiętaj, co powiedziałem, chłopcze; nie rozpinaj rozporka. Mój wnuk ma przyjść na świat cały i zdrowy.
    Moss udał się na górę. Grube dywany tłumiły odgłos jego kroków. Najpierw zajrzy do Jessiki, potem do Billie. Martwił go stan obu, bo żadna nie wyglądała dobrze. Jessica była blada i zmęczona, Billie obrzmiała i chora. Biedna Billie. Powinna nosić kolorowe sukienki i chodzić na tańce. Byłaby studentką Penn State, czekałaby na ferie świąteczne, a tymczasem z trudem dźwiga na opuchniętych stopach wielki brzuch. Na dodatek wszystko, co znała, zostało w Filadelfii, tu w Teksasie tyle rzeczy wygląda inaczej… To cud, że go nie znienawidziła!
    Jessica spała smacznie. Moss ostrożnie zamknął drzwi, nie chcąc jej obudzić. Chociaż martwił się o nią, nie czuł się za jej stan odpowiedzialny, tak jak za niedomagania Billie.
    W sypialni zaciągnięto zasłony. Billie leżała na boku. Podłożyła sobie poduszkę pod kolana, żeby odciążyć kręgosłup. Widział jej twarz: okrągłą i pełną, ale nadal ładną. Miała miękkie, wrażliwe usta, lecz między brwiami rysowała się pionowa zmarszczka. Czy to z jego powodu? Złoty kosmyk opadł na niezdrowy rumieniec policzka. Wyciągnął rękę, chcąc go odsunąć, i w tej chwili ogarnęła go fala czułości do żony.
    Pod jego dotykiem otworzyła oczy. Wynagrodziła go zaspanym, zmysłowym uśmiechem. Nie nienawidzi go. Ta świadomość wcale nie zmniejszała jego wyrzutów sumienia, wręcz przeciwnie. Billie jest taka młoda, taka śliczna, taka ciężarna. To ona zapłaciła za jego wolność.
    Zsunął z nóg wysokie kowbojskie buty i położył się obok niej. Oparła mu głowę na ramieniu. Czuł bijące od niej ciepło. Piersi były większe i pełniejsze, niż je zapamiętał. Dzieliła ich wypukłość brzucha. Jej włosy pachniały jak dawniej, były równie miękkie. Gdyby zamknął oczy, mógłby uwierzyć, że jest z nim jego Billie z Filadelfii – śliczna, drobna, niewinna.
    Uniosła głowę. Obsypywała jego twarz drobnymi pocałunkami. Jej ręce wprawnie błądziły po jego ciele.
    – Nie będę się z tobą kochał, Billie. Nie chciałbym skrzywdzić ciebie albo dziecka. – Miał nadzieję, że pocałunek złagodzi ostry wydźwięk tych słów.
    – Nie musisz – szepnęła, starając się nie okazywać rozczarowania. W ciąży nie pragnęła fizycznej miłości, chciałaby tylko wiedzieć, że nadal jej pragnie. Może zresztą tak jest i powstrzymuje go jedynie troska o jej zdrowie. Przesunęła dłoń na jego biodra i uda.
    – Dotknij mnie, Moss. Dotknij moich piersi – poprosiła. Jej zabiegi nie pozostały bez rezultatu.
    – Billie – mruknął z ustami w jej włosach. – Nie rób tego. Chcę cię tylko przytulić. – Słowa ojca wirowały mu w głowie.
    – Twoje ciało mówi coś innego. – Rozpięła mu pasek i zajęła się rozporkiem. – Można się kochać na tyle sposobów, sam mnie tego nauczyłeś, nie pamiętasz?
    Kiedy dotknęła nagiego ciała, zaparło mu dech w piersiach.
    – Przecież chcesz, żebym to robiła, prawda, Moss? Chcesz, żebym cię tak dotykała. A może nie? – kusiła go niskim, uwodzicielskim głosem, co chwila całując w policzki i czoło. – Dotknij mnie. Tutaj. – Pochyliła się nad nim, zignorowała dziecko leżące między nimi. Wskazała jego dłoni drogę do wnętrza ud.
    Postanowienia Mossa rozpłynęły się bez śladu. Billie ma rację; można się kochać na wiele sposobów, a on zaraz to udowodni. Jej ciało podniecało go: było inne, a jednocześnie takie samo. Pełniejsze, cieplejsze, dziwnie egzotyczne… Do licha z ojcem!

* * *

    Agnes, Jessica i Seth czekali na Billie i Mossa przy choince. Agnes nerwowo szarpała sznurek „niemal prawdziwych” pereł, Jessica uparcie starała się podtrzymać rozmowę. Obie kobiety widziały, jak wściekły był Seth.
    – Co ich zatrzymało? – pytał zniecierpliwiony. – Mój chłopak wie, że lubię siadać do kolacji punktualnie o szóstej. Ledwo zdążymy zjeść przed przybyciem gości! – Nie sączył, lecz osuszał kolejne szklaneczki whisky. Przechadzał się nerwowym krokiem, bardziej niż zwykle opierając się na lasce.
    – Seth, zaraz przyjdą. Po prostu chcieli spędzić trochę czasu we dwójkę – uspokajała Jessica. W głębi duszy cieszyła się szczęściem Billie. Właśnie tego jej potrzeba; czułości i uwagi Mossa.
    Agnes nie była równie dobrotliwie nastawiona. Jej myśli biegły tym samym torem co rozważania Setha. Powinna była porozmawiać z Billie przestrzec o niebezpieczeństwie dla dziecka, ale nie przyszło jej do głowy, że Moss mógłby mieć jakiekolwiek erotyczne zamiary wobec żony w zaawansowanej ciąży.
    – Aggie! – ryknął Seth. – Leć na górę i przyprowadź tę twoją córkę! I to już!
    – To zbyteczne, tato – Moss wpadł mu w słowo. Billie opierała się na jego ramieniu. – Oto nasza przyszła mama, nadzieja rodu Colemanów. – Ostre spojrzenie podkreślało wagę tych słów. Seth odczytał to właściwie – żonie syna należy okazywać szacunek i troskliwość, i biada temu, kto się nie dostosuje.
    Billie nie była świadoma uczuć pozostałych. Miała lekko zaróżowione policzki, a orzechowe oczy przypominały oczy kotki. Zadowolonej kotki, która spędziła upojną noc na podwórzu.
    Seth odwrócił głowę. Z głośnym stuknięciem odstawił szklankę na stół. Moss uśmiechnął się jak mały chłopiec.
    Jessica uniosła ręce do skroni. Doświadczenie nauczyło ją, że tylko ona może uratować nastrój świątecznej kolacji:
    – Moss, mój drogi, czekaliśmy na ciebie i Billie z otwieraniem prezentów, zanim usiądziemy do stoły. Dzisiaj są święta. Nie dąsajmy się – ostatnie słowa były skierowane do Setha.
    – Na rany boskie, Jess! Musimy się spieszyć zjedzeniem, żeby zdążyć przed przybyciem Richardsonów, a wiesz, jak nie lubię jeść na chybcika! Potem męczę się z tym przez dwa dni.
    – Moss, daj Billie prezent. – Jessica puściła lamenty męża mimo uszu. – Billie, kochanie, usiądź koło choinki. Moss zrobi nam zdjęcia moim aparatem. – Z boku dobiegło pogardliwe chrząknięcie Setha. – Bardzo ładnie dziś wyglądasz, Billie? Czy to nowa sukienka? Kupiłaś ją w Austin?
    Billie obróciła się zwinnie, prezentując kreację. Była to długa suknia z ciemnoniebieskiej żorżety, z białym kwadratowym kołnierzem marynarskim.
    – Postanowiłam jakoś zaznaczyć fakt, że jestem żoną marynarza – zażartowała.
    – Wygląda fantastycznie, prawda, mamo? – Moss był z niej najwyraźniej dumny. Nie zmieniło tego nawet kolejne prychnięcie Setha.
    Przez kilka następnych minut wszyscy zajęli się rozpakowywaniem prezentów. Billie krzyknęła z radości, otworzywszy podarunek od męża. Dostała chińskie kimono i pasujące do niego, malutkie pantofelki na obcasie. Ze śmiechem zarzuciła je na ramiona i spróbowała zawiązać:
    – Zachowam to cudo na później, po urodzeniu dziecka – oznajmiła, demonstrując, w jakim stopniu brzuch przeszkadza w zapięciu kimona. Jeszcze dzień wcześniej byłoby jej wstyd, że jest taka gruba, ale teraz akceptowała siebie. Moss kochał się z nią tego popołudnia, więc nie budziła w nim obrzydzenia. To był najpiękniejszy prezent.
    Na Jessicę czekała przesyłka z Anglii, od Amelii. Był to piękny serwis do herbaty z chińskiej porcelany i list.
    Seth otrzymał, jak zwykle, karton cygar i butelką burbona. Moss podarował mu także piękne wędzidło dla starej Nessie. Seth wręczył żonie wystawiony w jej imieniu czek na dwa tysiące dolarów dla organizacji charytatywnej. Robił tak od wielu lat, odkąd zaczął narzekać, że łatwiej okiełznać byka niż kupić jej prezent. Agnes dostała od niego długie, wąskie pudełko owinięte kolorowym papierem. Czekał, aż rozwiąże wstążkę.
    – Na rany boskie, Aggie, zerwij ten papier i już! Stygnie mi fasolka.
    W środku było pudełko od jubilera, a w nim dwudziestoczterocalowy sznur idealnie równych pereł. Agnes wyjmowała kolię drżącymi rękami.
    – Tylko mi nie mów, że nie możesz ich przyjąć, Aggie. Nie życzę sobie, żeby babka mojego pierwszego wnuka nosiła tanią biżuterię. A skoro ciągle nosisz perły, pomyślałem, że chyba je lubisz.
    Billie odwróciła wzrok od prezentu matki i popatrzyła na teściową. Jessica uśmiechała się sztucznie. Stary sukinsyn, powtarzała w myślach. Dobrze chociaż, że kupiła Jessice srebrną ramkę. Było tam miejsce na zdjęcie jej i Mossa, i jedno puste, w którym ma się pojawić fotografia dziecka. Oczywiście nie zaleczy to ran zadanych bezmyślnością Setha, ale przynajmniej podkreśli fakt, że Jessica także będzie babcią dziecka.
    Choć Agnes nie mogła wprost uwierzyć własnym oczom, oglądając tak cenny prezent, zachowywała się jednak tak, jakby łaskawie przyjmowała to, co jej się słusznie należy. To nie przypadło Sethowi do gustu.
    – Załóż je, Aggie! Mówiłem już, że stygnie mi fasolka! Na co czekasz?
    Agnes uśmiechnęła się przebiegle.
    – Nie jestem pewna, czy podoba mi się świadomość, że myślisz o moim karku – stwierdziła.
    – Spokojnie, Aggie. Dam ci znać, jeśli będę chciał go skręcić. A teraz włóż to, do licha, i chodźmy jeść.
    Agnes przełożyła kolię przez głowę. Perły spoczęły na bordowym aksamicie jej sukni jak dwadzieścia cztery cale zębów odsłoniętych w uśmiechu.

* * *

    Kiedy zjedzono już tradycyjną świąteczną kolację, kiedy rozpakowano wszystkie prezenty i pożegnano przyjaciół, Moss zasnął w łóżku Billie. Ponownie zignorował ostrzeżenia Setha, przy czym wpływ miały na to drinki, które w siebie wlał. Przecież to jego żona, sama mu się oddaje, wynagradza mu cały długi czas, kiedy musiał się obejść bez kobiety. Jest kwintesencją kobiecości, kiedy przyjmuje go w siebie.
    W świąteczny poranek Mossa obudziły promienie słońca i odgłosy z łazienki. Billie wymiotowała. Szybko porwał ubranie i wybiegł z pokoju. A jeśli zrobił jej krzywdę? Powinien był posłuchać ojca.
    Dwie godziny później, przy śniadaniu Billie siedziała blada i osłabiona, ale nadrabiała miną. Moss nie był w stanie patrzeć w jej podkrążone oczy. Jak oznajmił, dzwonił do San Diego i okazało się, że musi natychmiast wracać. Billie upuściła nagle widelec, który upadł na talerz z głośnym brzękiem. Seth nie uwierzył synowi ani przez chwilę. Moss wyjeżdża przez nią! Billie spojrzała na teścia. W jego oczach ujrzała nienawiść.

* * *

    Czwartego lutego Billie zaczęła rodzić. Na wezwanie telefoniczne Setha przyjechała prywatna karetka, do której przeniesiono Billie. Pielęgniarka cały czas trzymała ją za rękę. Agnes i Seth wyruszyli w ślad za karetką czarnym packardem. Jessica obserwowała całe zamieszanie przez okno. W dłoni ściskała różaniec. W tej chwili nie wiedziała, komu bardziej współczuje, Billie czy Sethowi. Billie – gdyby urodziła dziewczynkę, Sethowi – gdyby miał się rozczarować.
    Billie cierpiała przez czternaście godzin. Modliła się o śmierć, o cokolwiek, co złagodziłoby koszmarny ból. I wtedy podano jej maskę…
    Pierwszą osobą, którą zobaczyła, otworzywszy oczy, był Seth Coleman. Patrzył na nią oskarżycielskim wzrokiem. Matka stała obok z ponurą miną. A więc urodziła dziewczynkę! Jessica się ucieszy. Moss… Moss będzie rozczarowany. Zawiodła. Jeszcze nie jest jedną z Colemanów. Jeszcze nie, mówiły oczy Setha. Czy powinna przeprosić? Czekali, aż coś powie, może zapyta o dziecko. Ona tymczasem zamknęła oczy i zasnęła głęboko.

* * *

    Agnes nigdy nie widziała Setha równie wściekłego i równie opanowanego zarazem, jak w drodze powrotnej do Sunbridge. Rozumiała go dobrze, może aż za dobrze. Jej pozycja, i Billie, oczywiście również, była zagrożona. To się nie zmieni aż do narodzin dziedzica nazwiska. Dobry Boże, przecież jeśli Mossowi coś się stanie, ją i Billie odeślą zaraz do Filadelfii.
    Zagaiła rozmowę fałszywie lekkim tonem:
    – Pierwsza ciąża jest zawsze najtrudniejsza, zwłaszcza dla młodej dziewczyny. Billie jest zdrowa. W Sunbridge wkrótce odzyska rumieńce. Za miesiąc będzie silna jak koń. Za trzy miesiące będzie mogła spróbować jeszcze raz.
    Seth prawie jej nie słuchał. Dziewczynka, do jasnej cholery! Moss będzie zły. Miał być chłopak; był przekonany, że urodzi się chłopak. To część umowy. Zacisnął zęby. Ta dziewczyna, żona Mossa, ma nie więcej ikry niż Jessica. Owszem, trafił w dziesiątkę, kiedy urodziła mu Mossa, ale później bardzo się na Jessice zawiódł: wydała na świat Amelię, a potem wyjałowiła się zupełnie. Agnes wspomniała, zdaje się, że za trzy miesiące mogliby spróbować ponownie. To oznacza początek maja. Ma trzy miesiące, żeby zaaranżować spotkanie Mossa i Billie.
    Dowiedziawszy się, że została babcią dziewczynki, Jessica odruchowo spojrzała na różaniec, który ściskała w dłoniach. Dziewczynka, jak jej mała Amelia. Seth zapewne klnie jak szewc, bo nie może tego zmienić. Kamień spadł jej z serca, że Billie nie urodziła chłopca. Zaborczość Setha oznaczałaby nieszczęście malca. Rzuciła różaniec na łóżko. Nader rzadko pozwalała sobie na okazywanie złości. Zdziwiło ją, o ile lepiej się zaraz poczuła. Może gdyby w ciągu ostatnich lat częściej dawała upust emocjom, nie miałaby ciągłej migreny, a serce nie trzepotałoby się w jej piersi jak uwięziony ptak.

* * *

    Moss wyskoczył z samolotu i jak zwykle czule pogładził skrzydła. Dotykał go, jak mężczyzna dotyka kobiety. Niecały tydzień wcześniej brał udział w ostatniej bitwie kampanii o Guadalcanal. Zwycięstwo nadal rozgrzewało mu krew.
    Zestrzelił dziesięć nieprzyjacielskich samolotów. Niedługo zostanie dowódcą eskadry. Będzie szkolił podwładnych, dodawał im otuchy. Wierzył, że sprosta zadaniu. Sam miał doskonałych instruktorów, znał świetnych pilotów. Zaznał piekła walki i euforii zwycięstwa.
    Biegł ku niemu oficer dyżurny.
    – Coleman, kapelan chce się z tobą zobaczyć! Natychmiast! – Jego słowa tak nagle wyrwały Mossa z zadumy, że poczuł, jak strach ściska mu żołądek. Stało się coś złego. Przerażenie sprawiało, że biegł najszybciej jak mógł. Seth? Billie? Jessica? Bez względu jednak na to, czego się dowie, nie opuści „Enterprise”. Będzie dowódcą eskadry, spełnią się jego marzenia. Do domu wróci dopiero po wojnie, z tarczą lub na tarczy, w trumnie lub na własnych nogach.
    Zameldował się szybko, łapiąc oddech po biegu:
    – Porucznik Moss Coleman, sir.
    – Spocznij. – Kapelan się uśmiechnął. Pokryta piegami dłoń podała Mos – sowi wąski pasek papieru.
    Coleman przebiegł ją wzrokiem. Na jego twarzy pojawił się radosny grymas. Dziewczynka, Margaret Jessica Coleman. Czwarty lutego. Cztery funty i trzy uncje. Matka i córka mają się dobrze. Jezu Chryste, został ojcem! Dwa miesiące przed terminem! Billie jest zdrowa. Z piersi wyrwało mu się westchnienie ulgi.
    Do pokoju wszedł kapitan Hardison. Wyciągnął rękę do Mossa:
    – Gratuluję, Coleman. Byłem u radiotelegrafisty, kiedy przyszła wiadomość. – Z kieszeni na piersi wydobył trzy cygara i z pietyzmem podał po jednym Mossowi i kapelanowi:
    – Podwędziłem je w Pearl Harbor admirałowi Halseyowi. Jeśli piśniesz komuś choć słówko, urwę ci… skrzydła, a ojca obowiązuje tajemnica spowiedzi, prawda? Kubańskie, trzymałem je na specjalną okazję. Poruczniku, niech pan o mnie pomyśli paląc.
    Moss zasalutował:
    – Tak jest, sir.
    Dopiero w swojej kajucie ponownie spojrzał na telegram. Dziewczynka! Co tam, dziecko to dziecko. Jeszcze zdążą mieć chłopców. Tata pewnie szaleje ze złości. Z rozkoszą się zaciągnął, patrząc, jak błękitny dym spowija pomieszczenie. Nagle zachciało mu się śmiać; Agnes wierzyła święcie, że urodzi się chłopiec.
    – Myliłaś się, stara czarownico – stwierdził na głos. Sam był trochę rozczarowany, ale kiedy wyobraził sobie rozpacz teściowej, od razu poprawił mu się humor. – Aggie, zapamiętaj sobie, że Colemanowie to twarde sztuki.

* * *

    Billie wróciła do Sunbridge dziesięć dni po narodzinach córeczki. Doktor Ward popsuł jej nastrój, ostrzegając przed zbyt szybką kolejną ciążą. Nawet jej do głowy nie przyszło męczyć się przez kolejne dziewięć miesięcy, puchnąć i wymiotować przez następny rok. Seth pragnął wnuka. Ale dla Mossa nie ma znaczenia, chłopiec czy dziewczynka. Maggie jest śliczna, malutka, bo urodziła się za wcześnie, lecz zdrowa i silna, więc wróciła z nią do domu. Jednak Billie wcale nie przypadł do gustu smutny ton lekarza ani wyraz jego twarzy, kiedy wyliczał: anemia, poród pośladkowy, niska waga dziecka. Choć nie wszystko zrozumiała, miała uczucie, że to jej wina. Nadal nie jest prawdziwą kobietą Colemanów, nie rodzi przy drodze i nie wraca do pracy. Kto wie, może nigdy nianie będzie. Z jednej strony słowa doktora Warda ją przeraziły, z drugiej – stanowiły wyzwanie.
    Prywatny ambulans przywiózł Billie i Maggie do Sunbridge. Billie podeszła do drzwi o własnych siłach. Wyciągnęła ręce po córkę, ale pielęgniarka, którą zatrudnił Seth, przecząco pokręciła głową i mocniej przycisnęła dziecko do siebie.
    – Chcę przedstawić Maggie babce – wyjaśniła Billie. Z jej słów wynikało, że mała ma tylko jedną babcię, bo tak właśnie uważała. Jessica dzwoniła do szpitala dwa razy dziennie i z prawdziwym zainteresowaniem wypytywała o małą. Teraz Billie nie mogła się doczekać, kiedy usłyszy od niej słowa zachwytu.
    – Wezmę ją – powtórzyła ostrzej i spojrzała pielęgniarce w oczy. Agnes, którą przywiózł czarny packard, podeszła do nich szybko.
    – Nie wygłupiaj się, Billie. Jessica na pewno śpi. Zachowujesz się jak dziecko. Pielęgniarka otrzymała instrukcje, więc się nie wtrącaj.
    Przez chwilę wydawało się, że Billie nie ulegnie. W głowie Agnes rozdzwonił się alarm: a jeśli w tej nowej Billie nie pozostał ślad po jej posłusznej, uległej córce? Zanim młoda kobieta otworzyła usta, matka uspokajającym gestem dotknęła jej ramienia.
    – Kochanie, ty i dziecko macie przed sobą tyle czasu. Jeszcze nie jesteś zupełnie zdrowa. Zdaj się na nas, dopóki nie odzyskasz pełni sił.
    Jej troskliwość stopiła opory. Nagle wszystko było po staremu, znowu słuchała poleceń Agnes. Nadal była zmęczona i łatwo płakała. Zdaniem doktora Warda depresja po porodzie to rzecz normalna. O ile łatwiej będzie zdać się na innych.
    W swoim pokoju Billie odpoczywała na łóżku. Napisała do Mossa, opisała czarny kosmyk Maggie i jej błękitne oczy, dziedzictwo po ojcu. Co jeszcze mogłaby mu powiedzieć o dziecku, którego prawie nie widywała? Mała Margaret Jessica Coleman mieszka w przeciwległym końcu domu, w ślicznym pokoiku, z piastunką. Zgodnie z zaleceniem doktora Warda, wydanym prawdopodobnie na prośbę Setha, karmiono ją butelką. Słowa lekarza „jest pani zbyt słaba, pani Coleman” nadal rozbrzmiewały w jej uszach. Oto kolejna rzecz, do której się nie nadaje.
    Z nocnego stolika wzięła papeterię, którą Agnes podarowała jej na Gwiazdkę. U góry widniało nazwisko: pani Mossowa Coleman. Poczuła łzy pod powiekami. A gdzie się podziała Billie Ames? Miała wrażenie, że zniknęła w trybach ogromnej machiny.
    W otwartych drzwiach stanęła Agnes.
    – Kochanie, piszesz do Mossa? To dobrze. Seth i ja martwiliśmy się o ciebie. Teraz wszystko się ułoży. Czy nie cieszysz się, że Maggie ma piastunkę? Czegóż ja bym nie oddała za opiekunkę, kiedy byłaś malutka! Dzieci są takie absorbujące. Uważam także, że doktor Ward postąpił słusznie, zalecając karmienie butelką. Nie wyobrażam sobie obrzydliwszego widoku niż dziecko ssące pierś matki. Seth też jest tego zdania. Masz wielkie szczęście, Billie. Chyba doceniasz, ile Colemanowie dla nas robią. W Filadelfii obie urobiłybyśmy sobie ręce po łokcie. Tu możesz myśleć tylko o sobie i starać się wrócić do zdrowia. Wiesz, Moss może w każdej chwili dostać urlop, o tak – pstryknęła palcami, a potem, w rzadkim u niej przypływie czułości, pocałowała córkę w policzek. – Billie, czekają nas przyjemności. Zaprowadzę cię do wszystkich klubów i towarzystw, do których, zdaniem Setha, powinnaś należeć. Moi przyjaciele bardzo chcą cię poznać. Wiesz, kochanie, tak właśnie postępują kobiety Colemanów. To my prowadzimy życie towarzyskie, a mężczyźni zarabiają pieniądze.
    – Mamo, czy widziałaś Maggie?
    – Oczywiście, wszyscy widzieli to… to malutkie cudo. Właśnie zaglądałam do niej, śpi jak aniołek. Piastunka szykuje jej butelkę. Jessica będzie ją karmiła. Powinnaś zostać w pokoju, jeszcze przez kilka dni.
    – Mamo, nie jestem inwalidą. Urodziłam dziecko. Zdarza się to milionom kobiet. Dlaczego nie wolno mi zejść na kolację? Dlaczego mam jadać w pokoju? Czyżby Setha drażnił mój widok? – spytała gorzko. – Pokrzyżowałam mu plany, rodząc dziewczynkę, prawda?
    Agnes znieruchomiała.
    – Nie pleć bzdur. Nie chcę tego nigdy więcej słyszeć. Należysz do rodziny Colemanów. Najwyższy czas, żebyś okazała należytą wdzięczność. To schody, Billie – Nie możesz biegać w górę i w dół. To zalecenie doktora Warda. Seth nie miał z tym nic wspólnego, na miłość boską. Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy?
    Poruszyła się niespokojnie. Rzeczywiście, schody. Wchodzenie po nich sprawiało jej kłopot. No to co, że jeszcze przez kilka dni zostanie na górze? I tak może iść w drugi koniec korytarza, do Maggie. Będzie głośno czytała Jessice, będą rozmawiały o dziecku i o porodzie. Będzie codziennie pisała do Mossa i informowała go o postępach Maggie. Musi jak najszybciej zrobić córeczce zdjęcie i wysłać mu. Będzie mógł pokazywać Maggie przyjaciołom. Ale czy to zrobi? Seth nie chwaliłby się córką, tego była pewna. A Moss? Nie wiedziała.
    – Zdrzemnę się teraz. Jestem zmęczona, mamo. – Spotkanie dobiegło końca. Agnes wyszła z ulgą. Niewiele miały sobie do powiedzenia.
    Godzinę później Billie doszła do wniosku, że wcale nie chce spać. Usiadła na krześle przy oknie. Dotarło do niej, jak bardzo jest samotna. Maggie jest otoczona troskliwą opieką. Agnes zajmowała się Bóg wie czym. Jej mąż, jej ukochany Moss walczył o świat bez wojen dla niej i dla Maggie.
    Bezmyślnie bawiła się długopisem. W końcu skleciła głupiutki liścik, w którym nie zdradzała prawdziwych uczuć. Co Moss by o niej pomyślał, gdyby napisała, że nie lubi jego ojca? Jak mogłaby opisać wyraz oczu Setha, gdy obudziła się w szpitalu? Moss nie musiał i nie chciał o tym wiedzieć.

    Mała Maggie, jak ją nazywamy, ma się dobrze. Piastunka Jenkins chwali jej apetyt; wypija sześć butelek mleka dziennie. Ciągle śpi, jak wszystkie niemowlęta. Rzadko słyszę jej płacz, bo pokój dziecinny jest w przeciwległym końcu, zresztą niania bierze ją na ręce, ilekroć zakwili. Zużywa niewiarygodne ilości pieluszek. Biedna Tita nie nadąża z praniem. Mama mówi, że Twój ojciec zatrudni dodatkową osobę. To bardzo mile z jego strony, nie uważasz?
    Poród trwał prawie piętnaście godzin. Jestem już prawie zdrowa i dużo lżejsza. Postanowiłam, że kiedy się znów spotkamy, będę wyglądała jak dziewczyna, którą poznałeś w Filadelfii, z tą różnicą, że ta dziewczyna będzie mamą. Mam nadzieję, że podobają Ci się imiona, które wybraliśmy dla małej.
    Codziennie słucham wiadomości wojennych i czytam gazety od deski do deski. Moss, uważaj na siebie i pamiętaj, że Maggie i ja bardzo Cię kochamy. Ciągle wspominam nasze wspólne święta. Szkoda, że nie mogłeś zostać dłużej. Nie narzekam, kochany; tęsknię za Tobą.
    Twoja mama przesyła serdeczności. Ostatnio sporo opowiadała mi o Amelii. Zanim poszłam do szpitala, przez całe popołudnie oglądałyśmy zdjęcia z waszego dzieciństwa. Jessica bardzo za nią tęskni. Chciałabym ją poznać. Twoja mama twierdzi, że znalazłybyśmy wspólny język.
    Kochany, muszę kończyć. Zajrzę do Maggie przed kolacją. Zjem dzisiaj w pierwszy dzień po powrocie do domu, wspólny posiłek z Twoją mamą. Teraz, kiedy Maggie jest z nami, to także mój dom, choć na początku czułam się raczej jak gość. Dopiero dzięki Maggie zapuściłam korzenie. Kocham Cię, Moss. Napisz, kiedy będziesz mógł.
    Twoja Billie

    Zakleiła kopertę. Ciekawe, kiedy Moss go dostanie. Nie miała od niego wieści od ponad dwóch tygodni. Może jutro przyjdzie list? Pomodlę się o to, postanowiła. Ciekawe, czy napisał do Setha. Ona zawsze dzieliła się z nim i Jessicą wiadomościami od Mossa, teść jednak nie zdobył się na podobny gest. Nie chciała wyolbrzymiać całej sprawy i milczała, ale uważała to za bardzo niesprawiedliwe. I kogo chciała oszukać, mówiąc, że Sunbridge to jej dom? W najlepszym wypadku jej obecność jest tolerowana. W pewnym sensie dziecko zmieniło ten stan rzeczy, ale Maggie to dziewczynka, a Seth Coleman pragnął wnuka.
    Niech sobie lekarze mówią co chcą, ona i tak weźmie kąpiel i umyje włosy. Co to może zaszkodzić? To dużo lepsze niż mycie gąbką. Zamknie na klucz drzwi do sypialni i do łazienki. Kto się o tym dowie? Zresztą, kogo to w ogóle obchodzi?

* * *

    Patrząc na olbrzymi stek, Billie głośno przełknęła ślinę. Wolałaby sałatkę i galaretkę, jak Jessica. Jej apetytu nie poprawiała również świadomość, że znajomi z Filadelfii oddaliby wszystko za taki kawał mięsa. Tita zabrała prawie nie tknięte danie. Jessica z uśmiechem nalała kawy ze srebrnego dzbanka.
    – A teraz, kochanie, powiedz mi szczerze: czy było bardzo źle?
    – Strasznie. Ale już po wszystkim.
    – Billie, rodzenie dzieci to najwspanialsze przeżycie pod słońcem. Miałyśmy szczęście. To boli, prawda, jednak o bólu szybko się zapomina. Kiedy tylko podadzą ci różowy czy błękitny tłumoczek, nie pamiętasz o cierpieniu.
    Billie doskonale wiedziała, jakiej odpowiedzi spodziewa się teściowa. Ale zapomnieć o czternastu godzinach najgorszych tortur? I ten różowy tłumoczek. Może gdyby pozwolono jej potrzymać Maggie po porodzie, zgodziłaby się z Jessicą. Tymczasem przyniesiono Maggie do niej dopiero po trzech dniach, ze względu na niską wagę małej. Łatwiej jednak skłamać i sprawić przyjemność Jessice, niż powiedzieć prawdę. Zresztą, teściowa nie chciała słuchać o smutnych rzeczach. Żyła w zamkniętym świecie swego pokoju, z dala od stresów i przykrości. Jak powiedział Seth, za wszelką cenę należy oszczędzić jej zdenerwowania. Tak więc Billie głęboko wciągnęła powietrze i spojrzała w oczy teściowej:
    – Tak – skłamała.
    – Ona jest śliczna, Billie. – Jessica nie ukrywała entuzjazmu. – Wygląda zdrowo, chociaż jest taka malutka, no i te włosy! Moss na pewno jest zachwycony. Seth przesłał wiadomość na „Enterprise”. Lada dzień Moss się odezwie. Przynajmniej nie musisz się martwić, że Maggie pójdzie na wojnę. Dobre córki zostają u boku matek.
    Billie upiła łyk kawy. Dobre córki? Czyżby Jessica uważała Amelię za złą?
    – Jessico, w Anglii kobiety walczą. Czytałam o tym. Są bardzo dzielne. Wojna jest okropna. W szpitalu czytałam… – ugryzła się w język.
    Ta opowieść zdenerwuje biedną Jessicę. Młoda kobieta wiozła w karetce czterech rannych. Trafiła w nich bomba. Znaleziono tylko szczątki ciał. Nie, to zbyt straszne, zwłaszcza że Amelia jest w Anglii. Maggie i pogoda to jedyne bezpieczne tematy. Na każdą wzmiankę o Agnes Jessica gwałtownie zaciskała usta.
    – Napisałam do Mossa o Maggie – poinformowała Billie. – O, właśnie. Czy możesz mi polecić dobrego fotografa? Chciałabym, żeby zrobił jej zdjęcie. Wyślę je Mossowi.
    – Seth się tym zajął, Billie. Fotograf przyjedzie w przyszłym tygodniu, na chrzciny Maggie.
    – Chrzciny? W przyszłym tygodniu? Chyba będę już zupełnie zdrowa, ale nie mam w co się ubrać! Dobry Boże, tak szybko?
    – Billie, nie masz się czym przejmować. Seth i Agnes zadbają o wszystko. Zresztą matka nie uczestniczy w ceremonii. To nie będzie duża uroczystość, zwykłe chrzciny. Tylko najbliżsi przyjaciele wpadną na skromną kolację. Maggie będzie ubrana w tę samą sukieneczkę, w której podawano do chrztu Mossa i Amelię. Zapakowałam ją starannie. Będzie jak nowa. Nie musisz zawracać sobie niczym głowy.
    Ale chcę! Mało brakowało, a Billie krzyknęłaby to głośno. Ma nie iść do kościoła? To nie do pomyślenia. Opuścić chrzciny własnego dziecka? No, zobaczymy!
    – Billie, o co chodzi? – zaniepokoiła się Jessica. Młoda kobieta opanowała się z trudem:
    – Sama chcę się tym zająć. Chcę iść do kościoła na chrzciny Maggie. To moja córka. Jak mogę napisać o tym Mossowi, skoro nie będę na uroczystości?
    – Kochane dziecko, właśnie tak załatwiamy tu pewne sprawy! Musisz do tego przywyknąć. Jesteś teraz jedną z Colemanow i musisz zaakceptować nasz sposób bycia. Dlatego właśnie Moss cię do nas przysłał. Chyba jesteś przemęczona, zresztą to twój pierwszy dzień w domu. Jutro sama przyznasz, że Seth najlepiej o wszystko zadba. Twoja mama mu pomaga, albo pomoże, jeśli będzie trzeba. Moss o wszystkim wie.
    I tyle.
    Billie powstrzymała łzy i pocałowała teściową na dobranoc.
    – Zanim pójdę spać, zajrzę do Maggie.
    Słowa, które musiała wypowiedzieć, łamały Jessice serce:
    – Poczekaj do rana, Billie. Niania na pewno ułożyła Maggie do snu. Mogłabyś ją obudzić, a nianie tego nie lubią.
    – Czy chcesz mi powiedzieć, że piastunka nie wpuści mnie do mojego dziecka?
    – Niestety, Billie. Nie otwiera się zamkniętych drzwi.
    Jessica chciałaby przytulić ją serdecznie, zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Ostatnio jednak coraz częściej czuła, że niedługo nie będzie już mogła dodawać jej otuchy. Babskie wymysły, mruczał Seth. Im szybciej Billie zrozumie, że tutaj żyje się „na sposób Colemanów”, tym lepiej. Nie ma sensu podburzać do buntu. Jessica wyjęła różaniec z kieszeni i zamknęła oczy. Billie czekają gorzkie pigułki do przełknięcia, te same, które łykała i ona. I po co? Żeby skończyć jako przedwcześnie postarzała, zgorzkniała kobieta, cierpiąca na myśl o wszystkich nie rozegranych bitwach? Nie, na dłuższą metę lepiej będzie, jeśli Billie stanie się jak Colemanowie: twarda, zachłanna i samolubna. W innym wypadku będzie uciekać jak Amelia. I jak Jessica.
    Billie wybiegła na korytarz. Spojrzała na drzwi pokoju dziecięcego. Zamknięte. Zgarbiona, wróciła do siebie i przekręciła klucz w zamku. Nie przywykła do zamkniętych drzwi; nie znosiła ich. Z płaczem przycisnęła do piersi list do Mossa. Niestety, to nie przybliżyło jej męża.

* * *

    Maggie skończyła właśnie trzy miesiące, kiedy Seth wszedł do kuchni z rozjaśnioną uśmiechem twarzą. Wracał z Klubu Hodowców Bydła.
    – Masz minę, jakbyś za darmo dostał byka medalistę – zauważyła Agnes nalewając sobie kawy. – Może filiżankę? Tita zanosi Jessice herbatę.
    – Mam dużo lepsze wiadomości niż jakiś tam byk. Właśnie dzwonili do mnie z Waszyngtonu. „Enterprise” płynie do Pearl Harbor. Mój chłopak jest zdrów i cały. Może nam się uda do niego dodzwonić. Wejdą do portu ósmego maja, za cztery dni, Aggie. Idę zawiadomić Jessice.
    Agnes odprowadzała go wzrokiem. Niewiarygodne, że Colemanowie zawsze dostają, czego chcą. Tę sprawę trzeba załatwić umiejętnie. Billie stawiała opór na każdym kroku. Nie wiadomo, jak zareagowałaby słysząc, że teść i matka planuj ą kolejną ciążę.
    Billie jednak ochoczo poleci na Hawaje, żeby zobaczyć się z mężem. A po powrocie będzie nosiła dziedzica Colemanów. Tym razem szczęście im dopisze. Cóż łatwiejszego niż zdać się na naturę?

Rozdział jedenasty

    Agnes wyglądała przez okno. Jak okiem sięgnąć, ciągnęły się pola i pastwiska Sunbridge. Od dłuższego już czasu uważała posiadłość za swoją własność.
    Przejęła lwią część obowiązków, a jej spryt i zręczność wprawiały Setha w zdumienie. Początkowo jej aktywność dotyczyła tylko domu i gospodarstwa. Odgadywała zachcianki Setha i spełniała je natychmiast. Czasem wspominała Filadelfię i wyobrażała sobie, jak też wyglądałoby teraz jej życie. Na myśl o uprawianiu ogródka i sprzątaniu po lokatorach dostawała gęsiej skórki.
    Seth lubił jej towarzystwo, toteż często zapraszał ją na obiady do Klubu Hodowców Bydła. Agnes nigdy nie zapomni dnia, w którym na oczach licznych znajomych tubalnym głosem zapytał ją o zdanie. Dotychczas Seth Coleman nie wierzył, gdy kobieta mówiła mu, która jest godzina, a tym razem domagał się opinii w ważnej sprawie! Tego dnia Austin zaakceptowało Agnes Ames bez zastrzeżeń. Teraz zbierała plony wcześniejszych działań. Nie znaczy to jednak, że straciła poczucie rzeczywistości. Nieważne, jak bardzo Seth na niej polega; dopóki Billie nie urodzi chłopca, nie są niezastąpione. A czy można sobie wyobrazić lepsze miejsce dla zakochanych niż Hawaje? Moss będzie zachwycony, zwłaszcza kiedy zobaczy nową Billie, już nie dziewczynę, jeszcze nie kobietę. Doskonale! Miała ochotę mlaskać ustami z zadowolenia.
    Wiatr przywiał kłąb chwastów na trawnik. Zmarszczyła brwi. Skąd to się wzięło? Przycisnęła twarz do szyby, żeby zobaczyć, gdzie się ukrył bezczelny chwast. Rano każe ogrodnikowi wyszukać intruza. Spojrzała na wiosenne niebo. Gwiazdy wydawały się większe i jaśniejsze, księżyc, pełniejszy niż w Filadelfii, świecił bardziej srebrnym światłem. Może to prawda, że w Teksasie wszystko jest większe i lepsze. Ona w każdym razie doświadczyła tego na własnej skórze.
    Stłumiony krzyk wyrwał ją z zadumy i zaraz ucichł. To dziecko. Usta Agnes zacisnęły się w wąską linię. Maggie Coleman. Dzięki Bogu za niańki i pielęgniarki. Billie może lecieć na Hawaje i nie zawracać sobie niczym głowy. Pieniądze załatwią wszystko.
    Na korytarzu rozległ się dłuższy, głośniejszy okrzyk. Agnes potrząsnęła głową i wyszła z pokoju. Seth czeka w gabinecie. Chce, żeby to ona przygotowała mu drinka. Podobał się jej ten rytuał, zwłaszcza że dawał władzę nad nim – potrafiła go zadowolić.
    Seth obserwował ją z przebiegłym uśmieszkiem. Ciągle go zaskakiwała. Oniemiał ze zdumienia, kiedy wychyliła szklankę burbona jakby to była coca-cola. W dodatku jest prawdopodobnie jedyną kobietą w Teksasie, której nie przeszkadza dym z cygar. Twierdzi nawet, że go lubi! Wetknął sobie w usta grube hawańskie cygaro. Odgryzł końcówkę i zapalił. Staruszka Aggie nigdy nie kasłała ani nie ocierała łez z oczu. Kiedyś specjalnie dmuchnął jej prosto w twarz. Z uśmiechem wciągała dym nosem. Zdała egzamin i o tym wiedziała.
    Niemal widział, jak w tej chwili kręcą się intensywnie trybiki jej umysłu. Domyślał się, co rozważa, chociaż od dnia narodzin Maggie nie rozmawiali na ten temat. Niech Aggie rozegra to po swojemu, zobaczymy, co powie. Podobał mu się jej sposób załatwiania spraw. Codziennie uczyła się czegoś nowego, nowych sztuczek, metod manipulowania ludźmi. Bawiło go, że musi się wysilać, by zdobyć to, co zdobyłaby i tak. Biedna Aggie padnie trupem, kiedy jej powie, że bilet Billie na Hawaje leży w szufladzie.
    Opróżnił szklankę jednym haustem i wyciągnął rękę po dolewkę. Agnes zastanawiała się przez chwilę, po czym stanowczo pokręciła głową.
    – Dałam ci podwójną porcję, a wiesz, że lekarz pozwala ci na jednego drinka dziennie. Jeśli chcesz jeszcze, musisz sam sobie wziąć. Nie będę dokładała ręki do tego, że niszczysz sobie zdrowie.
    Z tonu jej głosu wywnioskował, że nie żartuje. Zacisnął zęby na cygarze. Ech, te kobiety!
    – Na trawniku znowu są chwasty.
    – Na Boga, Aggie, to jest Teksas. Chwasty są wszędzie. Jeśli chcesz, jutro rano porozmawiam z ogrodnikiem.
    – Już to zrobiłam – skłamała. To ona dbała o dom, a co za tym idzie, również o trawnik.
    – Czy twoja córka dostała dzisiaj list od mojego chłopaka? Tita mi tak powiedziała. Czekałem, aż Billie wspomni coś podczas lunchu, a tu nic. Może Tita się pomyliła.
    – Nie wiem, Seth. Później ją zapytam.
    Cholerna Billie. I Tita też. Agnes zwolniłaby ją natychmiast, gdyby tylko mogła. Ta kobieta zbyt dużo wie.
    – Billie świetnie wygląda – zaczęła. – Nie sądzisz? Zdaniem doktora War – da jest już zupełnie zdrowa. – Agnes uparcie patrzyła mu w oczy. – Trochę się o nią martwiłam w czasie ciąży. – Czekała teraz na jego pytanie. Znacząco zawiesiła głos.
    – A teraz? – burknął niecierpliwie. – Jak bardzo martwisz się o nią teraz? – Co za baba, lubi gierki tak samo jak on.
    – Wcale. Nie mam żadnych ku temu powodów. Natura sama o wszystko zadba, zawsze to powtarzam. Spójrz na nią. To już nie ta sama dziewczyna, która przyjechała do Sunbridge. Zmieniła się, dojrzała. Jest bardziej kobieca, jeśli wiesz, o co mi chodzi.
    – No pewnie, że wiem – potwierdził z kwaśną miną. – Sam o tym myślałem. Co prawda nie znałem jej wcześniej, ale teraz prawie rozumiem, dlaczego mój syn się z nią ożenił.
    Agnes puściła niewybredny komplement mimo uszu:
    – Dziecko rozwija się prawidłowo, choć to wcześniak. Dużo je i śpi. Niania jest bardzo zadowolona. To dobrze, że Billie nie musi marnować energii na opiekę nad dzieckiem. A mała Maggie jest jedyna w swoim rodzaju.
    – Bądź co bądź, nazywa się Coleman, może nie? – mruknął Seth.
    – Moss nie uwierzy własnym oczom, kiedy zobaczy, jak macierzyństwo odmieniło Billie. Powinni się spotkać. Wiesz, Gwiazdka to była farsa. Nie chcę, żeby Moss pamiętał Billie taką, jak wtedy. Szkoda, że nie widzi jej teraz. – Agnes dopiła resztkę burbona. Zanim skończą tę rozmowę, zapewne weźmie sobie dolewkę.
    – No, Aggie, daj mi jeszcze. Co to szkodzi? Ty też się ze mną napijesz. Czy miałabyś sumienie pić sama?
    „Aggie”. Powiedział to z uczuciem, słyszała wyraźnie.
    – No dobrze, ale jeśli powiesz lekarzowi, wyprę się wszystkiego.
    Seth puścił do niej oko i wypuścił kłąb dymu z ust. Lubił, kiedy go słuchała. Zabawne, że już nie dba o jego zdrowie.
    Kiedy podała mu szklankę, wyjął cygaro z ust. W zadumie spoglądał na bursztynowy płyn. Agnes wstrzymała oddech. Znała go na wylot, wiedziała, co powie, zanim otworzył usta. Koniec końców uważał jej pomysły za swoje.
    – Słuchaj, Aggie, myślisz że mała da radę pojechać na Hawaje? Wiesz, minęły dopiero trzy miesiące. Jessica potrzebowała więcej czasu.
    – Billie ma w sobie silną, wiejską krew. Po ojcu – wyjaśniła pośpiesznie. – Jestem pewna, że może jechać. Zresztą, zapytamy i ją, i lekarza. Seth, to wspaniały pomysł. Jeśli to załatwisz, Billie będzie twoją dłużniczką do końca życia. A załatwisz to, prawda? – zapytała niespokojnie.
    – Dla mojego chłopaka zrobię wszystko. Dla Billie też – dodał po namyśle. Agnes zrozumiała. Oboje podnieśli szklanki.
    – Za co wypijemy? – zapytał Coleman.
    Agnes udawała, że szuka odpowiedniego toastu.
    – Może: „za miłość?”
    Mało brakowało, a Seth zadławiłby się cygarem.
    – Za miłość!
    – Za miłość! – Wypiła do dna.
    Przez jedną szaloną chwilę chciała, żeby Seth cisnął szklanką o kominek, wtedy zrobiłaby to samo. Zamiast tego odstawiła naczynie na stolik.
    – Ile czasu potrzebujesz, żeby wszystko załatwić?
    Seth uśmiechnął się na myśl o bilecie lotniczym w szufladzie biurka. – Pięć dni. Zabierz ją po zakupy. Kupcie coś frywolnego, Aggie. Moss lubi takie rzeczy.
    Agnes nie chciała zadawać tego pytania, przemogła się jednak:
    – Ile możemy wydać?
    – Tyle, ile będzie trzeba.
    Pokiwała głową. Jedwab i satyna. Prześwitujące koszule nocne, jedwabna bielizna. Koronkowe majteczki. Śmiała suknia z głębokim dekoltem na tańce. W klubie oficerskim na pewno organizują dansingi. Oficerowie lubią mieć wszystko co najlepsze. Francuskie perfumy. Dyskretny zapach robi olbrzymie wrażenie na Mossie. Billie będzie wniebowzięta.
    – Nie bądź skąpa. Zacznijcie jutro, żeby był czas na ewentualne przeróbki.
    – Tak jest, zaraz po śniadaniu – zapewniła go. – No, czas na mnie. Zajrzę do Maggie i powiem „dobranoc” Jessice. Potem wstąpię do Billie i przekażę jej tę wiadomość… chyba że sam chcesz jej powiedzieć?
    – Ty to zrób. Jesteś jej matką. Idę spać. Jutro wybieram się na przejażdżkę. Stara Nessie za mną tęskni. Masz pięć dni, Aggie, i mała ma być gotowa.
    – Będzie. I Seth, ani kropelki więcej. Dzisiaj po raz ostatni złamaliśmy zasady. Naprawdę powinieneś bardziej o siebie dbać.
    W odpowiedzi mruknął coś niezrozumiale. Dopiero później, kiedy o tym myślała, wydało się jej, że powiedział „dopóki znowu czegoś nie zechcesz”. Prychnęła ze złością.
    W wydaniu Agnes mówienie „dobranoc” Jessice polegało na niedbałym machnięciu ręką, kiedy przechodziła obok jej sypialni. Przy drzwiach pokoju dziecinnego przyłożyła palec do ust na znak, że rozumie, iż mała Maggie śpi. Seth nie musi o wszystkim wiedzieć. Zapukała do drzwi Billie i weszła, nie czekając na zaproszenie. Córka siedziała przy biureczku z drzewa wiśniowego.
    – Billie, czy mogę z tobą porozmawiać?
    – Oczywiście, mamo. Czy coś się stało? Coś złego?
    – Nie, wręcz przeciwnie. Mam dla ciebie wspaniałą niespodziankę, Seth właśnie mi to powiedział. Dosłownie przed chwilą i od razu do ciebie przybiegłam. Pojedziesz na Hawaje, do Mossa. Czy to nie cudownie? Nie pytaj, jak Seth to załatwił. Za pięć dni zobaczysz Mossa. Jutro jedziemy po zakupy!
    Billie zerwała się na równe nogi.
    – Naprawdę? Nie mogę w to uwierzyć. Czy Moss już wie? Jak? Kiedy? Pięć dni. Ojej, mamo, a co z Maggie? Chyba nie zdążę w pięć dni. Och, jak to dobrze, że jestem już zdrowa. Wszystko będzie dobrze, prawda?
    Agnes promieniała:
    – Drogie dziecko, nie martw się o nic. Seth nie rzuca słów na wiatr, kiedy mówi, że ma wysoko postawionych przyjaciół. Powinnaś być mu wdzięczna, że wszystko za ciebie załatwi. Sprawisz Mossowi miłą niespodziankę. Nie zawracaj sobie głowy Maggie. Ma niańką. Nie zapominaj, że jesteś teraz jedną z Colemanów. Możesz robić, co chcesz. Ja wszystkiego dopilnuję podczas twojej nieobecności. Musisz koniecznie zabrać zdjęcia małej. I pomyśl, co kupimy, żebyś zrobiła na Mossie odpowiednie wrażenie. Musimy ci znaleźć jakieś zmysłowe perfumy, wtedy straci dla ciebie głowę. – Agnes paplała bezmyślnie. W głowie miała tylko jedno: ile rzeczy kupi sobie, i jaki też będzie ostateczny wynik hawajskiej wyprawy.
    – Mamo, czy Moss wie, że przyjeżdżam? – zapytała podekscytowana Billie.
    – Nie wiem. Seth na pewno go zawiadomi w najbliższym czasie. Moss musi się dowiedzieć, żeby załatwić sobie przepustki. Chcemy, żebyście spędzili upojny czas. Seth się wszystkim zajmie. Skończ ten list i do łóżka. Jutro wyruszamy zaraz po śniadaniu. Dowiedz się, czy Jessica czegoś nie potrzebuje. Dobranoc, Billie. – Agnes musnęła suchymi ustami jej skroń.
    Kiedy zamknęły się za nią drzwi, Billie zwinęła się w kłębek na łóżku. Tuliła do siebie poduszkę. W oczach miała łzy radości. Jaki ten Seth jest dobry, jaki hojny. Po raz pierwszy w swoim krótkim życiu uświadomiła sobie, czego mogą dokonać pieniądze i władza. Będzie jak w bajce. Drugi miesiąc miodowy. Na Hawajach. Nie zaśnie teraz na pewno. Mocniej objęła poduszkę. Nowe ciuchy. Jeśli o nią chodzi, w towarzystwie Mossa za całą odzież wystarczyłby jej ręcznik. Jak długo? Matka nie powiedziała, ile potrwa jej wizyta. To bez znaczenia. Wykorzysta każdą sekundę. Zmysłowe perfumy i ręcznik. Z uśmiechem otarła łzy brzegiem prześcieradła. Zobaczy się z mężem. Nigdy w życiu nie była równie szczęśliwa.
    Nadal nie posiadała się z radości, kiedy szła do pokoju dziecinnego. Lekko zapukała i zajrzała do środka. Niańka w białym wykrochmalonym fartuchu uniosła palec do ust. Billie skinęła głową i na palcach podeszła do kołyski, w której kiedyś leżeli Moss i Amelia. Maggie spała. Ssała kciuk.
    Nagle matka zapragnęła przytulić ją do siebie:
    – Pani Coleman, zna pani zasady – szepnęła surowo niańka. – Nie budzimy małej. Chce pani, żeby dostała kolki albo rozwolnienia? – Choć sroga, nie była opryskliwa. W głębi duszy współczuła młodym bogatym matkom. Nawet nie wiedzą, ile tracą, powierzając dzieci opiece innych.
    – Czy mogłybyśmy porozmawiać, pani Jenkins? – poprosiła Billie szeptem. Siwowłosa kobieta wyszła z nią na korytarz. Jako dobra niańka, zostawiła drzwi otwarte.
    Billie szybko wytłumaczyła całą sytuację. Niańka nie wahała się z odpowiedzią:
    – Pani Coleman, proszę jechać do męża. Jemu jest pani bardziej potrzebna niż Maggie. Temu maluszkowi wystarczy ciepło, troskliwa opieka i miłość i to wszystko dostaje ode mnie. A mąż potrzebuje pani. Maggie nic się nie stanie. Niańczę dzieci od trzydziestu lat. Wychowałam Amelię i pani męża. Moss na pewno chce, żeby pani przyjechała.
    – Chodzi o to, że jestem jej mamą, pani Jenkins. Powinnam przy niej być karmić ją i zmieniać pieluszki, kołysać do snu. Proszę mnie źle nie zrozumieć: chcę jechać, ale jestem w rozterce. Moje miejsce jest przy moim mężu. Pani ma rację, Maggie nie sprawia różnicy, kto ją tuli i karmi, ale mnie tak.
    Niania podeszła z nią do drzwi jej pokoju i pocieszająco poklepała po ramieniu:
    – Proszę mi zaufać, pani Coleman. Będę się troszczyła o Maggie jakby była moim dzieckiem.
    Billie bez słowa odprowadzała ją wzrokiem.
    Zanim poszła do łóżka, zajrzała jeszcze do teściowej. Jessica spała smacznie, choć paliło się światło. Billie zdjęła jej okulary i położyła na nocnym stoliku, obok powieści kryminalnej. Zgasiła lampę i na palcach wyszła z pokoju. Jutro przywiezie Jessice nowe książki. I może kupi jej cukierki? Teściowa uwielbiała słodycze. Szkoda, że nie może podzielić się z nią dobrą nowiną. Ostatnimi czasy dawna pani na Sunbridge dowiadywała się o wszystkim ostatnia.
    Mimo to, jednak Jessica jest szczęśliwa, stwierdziła Billie. Niczego jej nie brakuje. Wystarczą jej kryminały, modlitwy, słodycze i listy. I oczywiście codzienne wizyty w pokoju dziecinnym, gdzie pozwalano jej potrzymać wnuczkę przez kilka minut. Pewnego dnia Billie spróbuje zrozumieć, dlaczego teściowa jest tak uległa i tak ochoczo zgadza się na ograniczanie swojego świata do drugiego piętra. Pewnego dnia zapyta, lecz nie dziś. Billie celowo odpychała od siebie smutne przypuszczenia, że odpowiedź mogłaby jej się nie spodobać.
    W swoim pokoju dokończy list do Mossa. Kochany, cudowny Moss. Jakże się zdziwi na jej widok. Podczas świąt Bożego Narodzenia była taka brzydka. Teraz zaprze mu dech w piersiach, kiedy ją zobaczy. Hawaje. Miesiąc miodowy godny księżniczki.
    Zakleiła kopertę i położyła się do łóżka. Prawdopodobnie list dotrze do Mossa później niż ona! Wyrzuty sumienia na myśl, że zostawia Maggie, i ból, kiedy patrzyła na córeczkę, zniknęły bez śladu. Wyobrażała sobie Mossa i czas, który spędzą razem.

* * *

    Thad Kingsley wpadł do pokoju oficerskiego jak burza.
    – Hej, przystojniaku, telefon do ciebie! Twój ojciec! Kapitan wyraził zgodę na tę rozmowę, więc rusz się, Coleman!
    Moss gwałtownie uniósł głowę. Thad nigdy nie podnosił głosu. Telefon z domu? Coś z mamą? Na Boga, dopiero co weszli do portu, oficjalnie byli jeszcze na morzu. Tak, to na pewno mama. W mgnieniu oka był już w kajucie radiotelegrafisty i sięgnął po telefon.
    – Tato? Co się stało? – krzyknął w słuchawkę.
    – Moss! To ty, synu?
    Młody mężczyzna odetchnął z ulgą. Ojciec mówił pogodnym tonem.
    – Na Boga, tato, jeśli dzwonisz, żeby zapytać, jaką mamy tu pogodę, zastrzelę starą Nessie zaraz po powrocie!
    – Spróbuj tylko tknąć ją palcem, a sam posmakujesz prochu! – odciął się jowialnie Seth. – U nas wszystko w porządku. Słuchaj, za kilka dni wyślę do ciebie tę twoją Jankeskę. Jest zdrowa jak koń i nie może się doczekać spotkania z tobą. Uważaj na siebie, chłopcze.
    Operator posłał Mossowi szeroki uśmiech. Niektórzy to mają szczęście.
    – Tato? Tato, jesteś tam?
    Spojrzał na radiotelegrafistę. Mężczyzna wzruszył ramionami:
    – Mam nadzieję, sir, że skończył pan już rozmowę. Połączenie przerwano.
    To w stylu taty, rzucić bombę i uciec, stwierdził Moss. Kiedy stary przestanie wtrącać się do jego życia? Zdrowa jak koń. Billie przyjeżdża! Ogarnęło go podniecenie. Jak ojciec to załatwił? Napłynęły wspomnienia. Zdrowa jak koń. Tak, pisała mu o tym w listach. A potem, nagle zaświtała mu pewna myśl i wszystko stało się jasne. Jeśli Mahomet nie może iść do góry, tata znalazł sposób, żeby przysłać górę do Mahometa. I niech Mahomet nie śmie odsyłać góry, zanim jej nie zapłodni. Tym razem ma urodzić syna.
    – Stary sukinsyn!
    – Słucham, sir? – operator nie ukrywał zdziwienia.
    – Nie, nic. Wojna też miewa czasem swoje dobre strony. Moja żona przyjeżdża na Hawaje! – Moss przesunął czapkę na tył głowy. Wrócił do swojej kwatery. Choć był to pomysł Setha, cieszył się już na spotkanie z Billie.
    Wszedł do pomieszczenia, wydał z siebie nieartykułowany okrzyk radości, podskoczył, okręcił się i walnął głową w ścianę.
    – Oto, drodzy panowie – skomentował jego występ Thad – sekretna broń marynarki wojennej. Wyraz nieziemskiej błogości na twarzy naszego przystojniaka może oznaczać tylko jedno – obejmuje stanowisko admirała Halseya!! Dalej, Coleman, wypluj to z siebie, żebyśmy i my mieli trochę uciechy!
    – Billie… moja żona przyjeżdża! – wyjaśnił. Kajutę wypełniły okrzyki podziwu i pomruki zazdrości.
    Thad poklepał go po plecach:
    – Szczęściarz z ciebie! Powiedz, jak twój stary to robi?
    Moss uśmiechnął się złośliwie:
    – Niedaleko pada jabłko od jabłoni.
    Ani Thad, ani inni oficerowie nie czuli zawiści. Jak można zazdrościć komuś z tego tylko powodu, że przyjeżdża do niego żona? Poza tym, jako pilot Moss Coleman nie miał sobie równych.
    – Szybka robota, nawet jak na twojego ojca – stwierdził Thad. – Kiedy Billie przyjeżdża? Gdzie zamieszkacie?
    – Nie mam pojęcia. Tata na pewno wszystko załatwi. Rozmawialiśmy bardzo krótko. Obiecał, że się jeszcze odezwie. Znając go, podejrzewam, że Billie przywiezie listę instrukcji długości co najmniej mili. Poczekamy, zobaczymy. Thad, Billie przyjeżdża tu, na Hawaje, na drugi koniec świata! – Roześmiał się. – Kiedy ją poznałem, nie wytknęła nosa z Filadelfii, a teraz dla mnie przyjedzie aż tutaj! Zdaje się, że „Enterprise” postoi w porcie co najmniej miesiąc!
    – Billie spodoba się na Hawajach. Zgłoś się na dyżury dzienne. Nie schrzań tego, Coleman.
    – A co to ma znaczyć? – zainteresował się Moss.
    – Tłumacz to sobie, jak chcesz. Byłem z tobą, kiedy ostatnio staliśmy na Hawajach, i wiem, gdzie spędzałeś noce i weekendy. Powściągnij apetyt. Aha, na twoim miejscu nie zabierałbym też Billie na dłuższe wycieczki – mogłaby się natknąć na tę ślicznotkę, którą ukrywasz po drugiej stronie wyspy.
    – Skoro widziałeś mnie po drugiej stronie wyspy, byłeś tam w tym samym celu.
    – Z jedną małą różnicą, drogi przyjacielu – Thad przedrzeźniał teksaski akcent Mossa – ja nie mam żony.
    Moss wypuścił kłąb dymu z ust:
    – Żonę mam w Teksasie. Kiedy jej nie ma przy mnie, jestem starym zwykłym Mossem Colemanem. Koniec, kropka. Nie praw mi kazań, Thad.
    – Nie mam najmniejszego zamiaru. Stwierdzam fakty. Pamiętaj, znam dziewczynę, z którą się ożeniłeś. Od początku uważałem, że jest dla ciebie za młoda. Nie każ jej dorastać zbyt brutalnie.
    – Dosyć, Kingsley – warknął Moss.
    – Tak, to nie moja sprawa. Jestem głodny. Zobaczymy się później.
    Moss odprowadzał przyjaciela wzrokiem. Dopiero po kilku chwilach zdrowy rozsądek przezwyciężył wściekłość. Thad rzadko udzielał rad. A może to było ostrzeżenie? Nie chciał teraz o tym myśleć. Billie przyjeżdża na Hawaje. Będzie z nią przez co najmniej miesiąc. Poczuł, że twardnieje. Nie jedzenia teraz potrzebuje, lecz zimnego prysznica. Potem wybłaga dżipa i pojedzie na drugą stronę wyspy. Billie zjawi się najwcześniej za tydzień.

* * *

    Pięć dni dzielących Billie od wyjazdu minęło błyskawicznie. Agnes i Setha doprowadzała do rozpaczy ciągłą huśtawką nastrojów. W jednej chwili przepełniało ją szczęście, w następnej rozpaczała, że zostawia Maggie pod opieką obcych. Matka pocieszała ją jak umiała, Seth natomiast nie ukrywał niezadowolenia i w kółko wypominał, ile trudu sobie zadał organizując jej podróż. W końcu Billie wyjechała z Sunbridge z uśmiechem na ustach, bólem w sercu i łzami w oczach.
    Jej bagaż stanowił olbrzymi kufer i cztery przepastne torby wypchane drogimi sukienkami, frywolnymi koszulkami i bielizną, w której znacznie więcej było koronek niż jedwabiu. Jedną torbę wypełniały buty, do innej zapakowano koszule nocne, bieliznę i pończochy, wszystko z czystego jedwabiu. Kiedy sprzedawczyni uniżenie spytała, czy życzą sobie coś jeszcze, Billie wytrzeszczyła oczy ze zdumienia: jej zdaniem pięć tysięcy dolarów na stroje, które będą noszone wyłącznie w domu, to aż nadto. Kupiły tuzinami „małe sukienki”, jak Agnes je nazywała. Były to wyrafinowane cudeńka, które raczej odsłaniały niż przykrywały, chociaż z pozoru były skromniutkie. Ale tak powinno być, zadecydowała autorytatywnie Agnes. Później, w zaciszu swego pokoju Billie obliczyła mniej więcej koszt tej wyprawki. Mało brakowało, a zemdlałaby: kto o zdrowych zmysłach wydałby dziewięć tysięcy dolarów na ciuchy? Seth, jak słusznie przypuszczała Agnes, nawet okiem nie mrugnął. No tak, ale ostatnimi czasy to Agnes wypisywała czeki.
    Szofer przekręcił kluczyk w stacyjce. Samochód ruszył z miejsca. Billie wyglądała przez okno. Na twarzy matki znowu malował się wyraz zadowolenia – widziała go już raz, tamtej nocy, gdy Agnes nakryła ją i Mossa in flagranti. Dziwne, że zapamiętała taki szczegół, jak mina matki. Rok temu myślała, że oznacza to dezaprobatę.
    Pomachała ręką. Żegnała teściową, stojącą w oknie.
    – Chyba trzeba to oblać, co, Aggie? Podaj mi potrójną szkocką. I nie zapaskudź jej lodem ani wodą!
    – Przyniosę od razu całą butelkę – zaproponowała Agnes. Nigdy nie była z siebie tak dumna. Niech Seth sobie myśli, że to jego zasługa, ona wie swoje. Bez jej pomocy nie zrealizowałby nawet pierwszej części planu. Tak, oni dwoje rozumieją się doprawdy doskonale.

* * *

    – Moss, nie wierzę własnym uszom – stwierdził Thad. – To się w głowie nie mieści, że nie odbierzesz Billie z lotniska. Musi być jakiś sposób – powtórzył, wichrząc palcami jasną czuprynę.
    – Powiedz to kapitanowi Davisowi – burknął Moss. – Stary nie lubi „dupków, którzy mają wysoko postawionych kolesi”. Zrób to dla mnie, Thad. Billie zrozumie, kiedy jej wytłumaczysz. Zwalniam cię na cały dzień. Zajmij się moją żoną, dopóki nie przyjadę. Jestem gotów założyć się o miesięczny żołd, że ten dom, który tata dla niej wynajął, leży na wzgórzach.
    – Nie postawię złamanego grosza na nic, w czym twój stary macza palce, ale będziesz mi winien przysługę. – Thad skrzywił się zabawnie. – W porządku, zrobię to. Odbiorę ją.
    Moss parsknął śmiechem.
    – Tylko nie posuwaj się za daleko. Czy mógłbyś zabrać od razu moje rzeczy? Kapitan pozwolił mi spędzać pięć nocy poza bazą, ale na weekendy muszę wracać. Chce mi dać do zrozumienia, że nie należę do pupili Departamentu Wojny. W porządku, nie będę płakał z tego powodu. Billie zrozumie. Dobry z ciebie przyjaciel, Thad.
    Mógłby bez końca wyliczać, co wolałby robić w wolne popołudnie, kiedy będzie odbierać żonę Mossa z lotniska. W głębi duszy zgadzał się z Davisem. Korzystanie ze znajomości nie wpłynie pozytywnie na morale pozostałych. Inni chłopcy też mają żony i dziewczyny w Stanach. Z drugiej strony, Moss nie miał z przyjazdem Billie nic wspólnego. Robił to co do niego należało, a nawet więcej, i robił to dobrze. Był znakomitym pilotem. „Strażnik Teksasu” latał częściej niż inne samoloty.
    Thad rzucił rzeczy Mossa do tyłu. Po chwili wyjechał dżipem z bazy.
    Godzinę później osłaniał oczy dłonią, żeby się lepiej przyjrzeć młodej kobiecie stojącej na schodach samolotu. Jedną dłonią przytrzymywała kapelusz o szerokim rondzie, drugą – skraj spódnicy. Świetne nogi. Ba, rewelacyjne nogi. To nie ta sama Billie Coleman, którą poznał kilka miesięcy wcześniej. Thad wstrzymał oddech i zmrużył oczy, żeby lepiej widzieć.
    Billie szła przez płytę lotniska, ciągle trzymając kapelusz i spódnicę, bo ciepły wiatr hulał po otwartej przestrzeni. Zaniepokojona, szukała wzrokiem Mossa. Uśmiechnęła się na widok Thada. Tam, gdzie jest Thad Kingsley, musi być także Moss. Nigdzie jednak nie widziała męża.
    Uśmiech nie zniknął z jej twarzy, kiedy Thad podał jej ramię i zaprowadził do samochodu:
    – Cieszę się, że cię widzę, Billie. Moss nie mógł się zwolnić. Mam cię zawieźć do domu, a on przyjedzie, kiedy tylko uda mu się wyrwać, prawdopodobnie koło szóstej. Mam jego rzeczy w dżipie. Musimy poczekać na twój bagaż. Dużo tego?
    Billie nie okazała, jak bardzo jest rozczarowana:
    – Kufer i cztery torby. Chyba nie zmieścimy tego wszystkiego, skoro zabieramy także rzeczy Mossa.
    Pomyślała, że jako żona oficera musi przywyknąć do nagłych zmian. Trwa przecież wojna. Do szóstej zostały jeszcze tylko trzy godziny.
    – Damy sobie radę. Dzisiaj nie zdobędę drugiego samochodu. Nie pytaj lepiej, ile mnie to kosztowało, zanim załatwiłem tego dżipa – wyjaśnił. – Gdzie się zatrzymasz?
    Billie wyciągnęła z torebki kawałek papieru:
    – Pan Coleman mówił, że to wysoko na wzgórzach. Podobno jest tam kucharka i ogrodnik. O ile dobrze pamiętam, to rezydencja na plantacji. Myślisz, że uda ci się tam trafić? – zapytała niespokojnie.
    – Moss ci nie mówił? Prawdziwy ze mnie ogar, Billie. Zanim Moss do ciebie dotrze, będziesz już zadomowiona.
    – Jak to możliwe, że Moss jest na służbie, a ty nie? – spytała, wsiadając do dżipa.
    Thad gapił się na jej nogi. Zawsze lubił nogi i wielbił Berty Grabie. Od tej chwili długonoga aktorka przechodzi do drugiej ligi.
    Czekali, aż ludzie z obsługi naziemnej załadują bagaże Billie na tył dżipa.
    – Bo moim zwierzchnikiem jest Moss. On mnie zwolnił, ale jego przełożony nie jest równie wielkoduszny. Moss uznał, że wolałabyś, żebym odebrał cię ja, a nie ktoś obcy, bo już się poznaliśmy. Miałem także wyjaśnić ci całą sytuację. Na pewno jesteś rozczarowana, ale na to nie ma rady. Tak już jest w wojsku.
    Twarz Billie rozjaśniła się w uśmiechu.
    – Może to i lepiej. Do szóstej zdążę się rozpakować i wykąpać. Jak wrócisz do bazy, powiesz Mossowi, że na niego czekam.
    – Możesz na to liczyć. A teraz rzućmy okiem na ten adres. – Thad przeczytał napis na karteczce i wydobył pogniecioną mapę z kieszeni. – W porządku, wiem, dokąd mamy jechać. Pozwolę sobie stwierdzić, szanowna pani Coleman, że pani teść ma doskonały gust.
    W jego głosie nie było zazdrości. Billie nigdy nie widziała równie urokliwego uśmiechu. Poczuła, że bardzo lubi Thada Kingsleya.
    Wyruszyli na północ. Thad prowadził pewnie i swobodnie. Nie skręcił w Wahiawa, postanowił, że pojadą przez Kunia. Wąska szosa biegła wzdłuż gór Waianae, wśród bezkresnych plantacji ananasów i trzciny cukrowej.
    Jechali przez Haleiwa, zamiast jednak na północ, w stronę mostu, Thad skręcił w lewo. Chciał pokazać Billie plażę. Zatrzymał samochód.
    – I co pani na to, pani Coleman?
    Jęk zachwytu, jaki wyrwał się z jej ust, wystarczył mu w zupełności. Specjalnie wybrał tę trasę, żeby pokazać jej słynne hawajskie plaże z odpowiedniego miejsca. Fale, wysokie na osiem – dziesięć stóp, obmywały piaszczysty brzeg. Hawajczycy zarzucali sieci. Dzieci zbierały muszelki, które potem za grosze sprzedadzą żołnierzom.
    – To niewiarygodne – wykrztusiła w końcu Billie. – Do tej pory tylko czytałam o Hawajach. Ale co innego czytać, a co innego zobaczyć na własne oczy. To jest wspaniałe.
    – Szanowna pani Coleman – zażartował – niewieleś pani widziała. To dopiero początek.
    – Nie wiedziałam, że woda może być aż tak niebieska. Wygląda jak wielki szafir.
    – Tak. A teraz chodźmy, muszę cię odwieźć do domu.
    Jechali jeszcze czterdzieści pięć minut. Thad ponownie spojrzał na mapę. Na szczęście nie przeoczył zjazdu. Brama z kutego żelaza nikła wśród bujnych krzewów hibiscusa i figowców. Właśnie tutaj, w posiadłości Ester Kamali, miała zamieszkać Billie. Podjazd wił się jak wąż, zanim zatoczył łuk i doprowadził ich do domu. Królewskie palmy trzymały straż przy budynku. Po raz kolejny tego dnia Billie zaparło dech w piersiach. Dom był długi, niski, obszerny. W tle błyszczał Pacyfik. Thad gwizdnął cicho. To najpiękniejszy dom, jaki było mu dane widzieć.
    – Czy można stąpać po trawie? – zapytała szeptem Billie. – Wygląda jak aksamitny dywan, prawda, Thad?
    – Moim zdaniem, jak zielone futro – odparł, również szeptem.
    – Dlaczego nie mówimy głośno? – zastanowiła się Billie. Mężczyzna tylko wzruszył ramionami.
    Kiedy szli przez szmaragdową łąkę, Billie nie mogła oderwać wzroku od kaskad czerwonych kwiatów hibiskusa.
    – Co tak pachnie? – zaciekawiła się. Zmarszczyła przy tym nos.
    – Plumeria. Z tej rośliny tubylcze dziewczęta plotą lei, wieńce. Wolą plumerię od orchidei właśnie ze względu na zapach. Wydaje się, że nigdy się nie ulatnia. Pokojówki w hotelach wieszają je w łazienkach.
    – Piękny zwyczaj. – Westchnęła. – Nigdy w życiu nie byłam w miejscu, które do tego stopnia przypominałoby raj. No, ale przecież – dodała z uśmiechem – żaden ze mnie obieżyświat. Znam tylko Filadelfię i Teksas.
    – Będziecie tu z Mossem bardzo szczęśliwi. Za domem: Pacyfik, od frontu: przepiękny ogród. Sam budynek to istne dzieło sztuki. Idź, zadzwoń do drzwi. Ja przyniosę bagaże. Potem muszę wracać do bazy.
    Drzwi otworzyła niska kobieta w jasnoczerwonym muumuu. W okrągłej twarzy, rozjaśnionej powitalnym uśmiechem, oczy świeciły jak czarne gwiazdy.
    – Pani ta wahine pani Kamali mówi mieśkać? – widząc zdumienie Billie, kobieta zmarszczyła brwi. – Pani haole bić z daleka, ja miślę.
    Billie nie wiedziała, co robić. Z uśmiechem pomachała Thadowi ręką, żeby się pośpieszył. Bagaż będzie stanowił dowód, że ma prawo tu być.
    – Nie ma pilikia, nie ma pilikia - mruknęła malutka kobietka. Szeroki uśmiech nie znikał z jej twarzy.
    Thad odpowiedział podobnym grymasem.
    – Mówi, że nie ma problemu. Pilikia znaczy „kłopoty”. Tego słowa uczysz się tu na samym początku.
    – Siśko dobzie – kobieta ustąpiła im miejsca w drzwiach.
    – Mówi, że wszystko w porządku. Innymi słowy, oczekiwała cię. Przykro mi, że zostawiam cię samą, ale dasz sobie radę. Muszę wracać. Przecież chcesz, żeby Moss przyjechał jak najszybciej, prawda?
    Billie tylko skinęła głową.
    Thad pokazał na bagaż i gestem zapytał, dokąd ma zanieść kufer i torby.
    – Plosie się nie maltwić. Phillip zanieść dla wahine.
    – A więc wszystko jasne – stwierdził żartobliwie. Klasnął w dłonie. – Chyba zostawiam cię w dobrych rękach, przekaż moje ukłony Phillipowi, kimkolwiek jest. Witamy na Hawajach, Billie. – Pocałował ją w policzek.
    – Dziękuję za wszystko, Thad. Nie martw się, poradzę sobie. Pośpiesz się, nie chciałabym, żebyś miał przeze mnie kłopoty.
    Szybkim, sprężystym krokiem przemierzył aksamitny trawnik. Zanim wskoczył do samochodu, zerwał kwiat hibiskusa i wsunął go między zęby. Jechał krętą drogą z zabójczą szybkością, cały czas mając kwiat w ustach. Nieliczni tubylcy oglądali się za nim zdziwieni. W końcu wypluł czerwony kwiat na boczne siedzenie i zaczął gwizdać. Billie Coleman to fantastyczna babka. Moss wie, co robi, trzymając ją w tej rajskiej kryjówce.

Rozdział dwunasty

    Dom wydawał się czekać na Billie. Niski i rozległy, nie przytłaczał ogromem jak Sunbridge, stanowił raczej jego przeciwieństwo. Będzie to pierwszy dom, w którym zamieszka tylko z Mossem. Zadaszona weranda i taras dawały schronienie przed deszczem, z każdego okna roztaczał się widok na piękny ogród. Roślinność zdawała się przenikać do środka, zlewać w jedno z lekkimi bambusowymi meblami i białozielonymi ścianami. Na sufitach zainstalowano duże wentylatory, które dawały w pomieszczeniu przyjemny powiew. W całym domu unosił się zapach morza.
    Billie weszła do większej z dwóch sypialni. Zasłony drżały leciutko, kołysane ciepłym wietrzykiem. Podłogę pokrywał dywan w kolorze zgaszonej bieli. Stanowił miły kontrast dla mahoniowych mebli. Kapę na łóżko uszyto z tego samego materiału, którym obito fotele – z ciemnoniebieskiej tkaniny w jaśniejsze kwiaty. Wentylator obracał się monotonnie, hipnotycznym ruchem. Pulchna gospodyni niespiesznie rozpakowywała bagaże. Z zachwytem dotykała śliskich jedwabi, zanim powiesiła je w szafie albo ułożyła w szufladach komody. Billie była zachwycona domem. Bez słowa poszła do łazienki, gdzie czekała wanna, prysznic i liczne lustra. Jasnoniebieskie ręczniki były ładnym kolorystycznym akcentem na tle kafli barwy skorupki jajka. Tak, to najpiękniejszy dom, jaki widziała. Już żałowała, że ona i Moss nie mogą spędzić tu całego życia.
    Po lekkostrawnym posiłku, na który składały się owoce, ser, chleb i chłodny napój z egzotycznych owoców, wzięła prysznic i umyła włosy. Wystroiła się na przyjazd męża, wtarła perfumy za uszami i między piersiami. Włożyła chińskie kimono, które podarował jej na Gwiazdkę. Trudno uwierzyć, że wtedy szata nie schodziła się na brzuchu. Teraz leżała idealnie, szeroki pas podkreślał wysokość talii. Ćwiczenia niani Jenkins zdziałały cuda.
    Czas dłużył się w nieskończoność. Obeszła dom, zwiedziła ogród, ustawiła kosmetyki w łazience i na toaletce. Czekała na Mossa.
    Zwiedziła zadziwiająco nowoczesną kuchnię i czekała na Mossa.
    Wskazówki na złotym zegarku poruszały się w iście żółwim tempie. Co chwila potrząsała ręką, choć wiedziała, że zegarek chodzi bezbłędnie. W końcu zmęczenie podróżą wzięło górę. Położyła się, obiecując sobie solennie, że tylko na chwilę zmruży oczy. Przecież czeka na Mossa.
    Moss pędził stromą drogą i klął na czym świat stoi. Kapitan Davis nie miał serca. Dochodziła dziewiąta. Wieczorne niebo przybierało ów fioletowy odcień, charakterystyczny dla Hawajów. Na dodatek pół godziny temu skręcił nie tam, gdzie powinien, i niepotrzebnie nadłożył drogi. Kiedy wjeżdżał na podjazd, powitały go rozświetlone okna domu. Billie czeka. Podniecenie rozgrzewało krew, puls wybijał szaleńczy rytm. Kiedy zapytał Thada o żonę, ten puścił do niego oko i uśmiechnął się tajemniczo: „Moss, czeka cię niezła niespodzianka!” Co to, do cholery miało znaczyć? I czy mu się to spodoba?
    Wcisnął kluczyki do kieszeni, wysiadł z samochodu i z torbą podręczną w dłoni podszedł do drzwi. Nie chciał używać mosiężnego dzwonka. Na próbę przekręcił klamkę. Drzwi ustąpiły. W domu panowała cisza. Nawet radio nie grało. Przytłumione światło zaprowadziło go do sypialni. Tam, na łóżku leżała jego Billie. Miała lekko ugięte kolana, jedną rękę pod głową, łagodność i spokój wypisane na twarzy. Przesuwał wzrokiem po zgrabnych, smukłych nogach o cienkich kostkach, po wąskich biodrach i pełnych piersiach… Oto dziewczyna, z którą się ożenił. Ale czy naprawdę? Przyjrzał się jej dokładniej; nagle okazało się, że rysy są bardziej regularne niż zapamiętał, nogi i ręce szczuplejsze, wdzięczniejsze. I włosy. Co z nimi zrobiła? Były jakby muśnięte słońcem, jaśniejsze niż w jego wspomnieniach. I dłuższe niż w czasie świąt, miękko opadały na policzek. A więc taką niespodziankę miał na myśli Thad. Billie dorosła. Jest dojrzałą, zmysłową kobietą. Z leniwym uśmiechem rozpinał guziki koszuli.
    Billie sądziła, że śni. Silne, ciepłe ramiona uniosły ją, przytuliły do szerokiej klatki piersiowej. Nie chciała się obudzić z tego snu. Słyszała, jak Moss wdycha jej zapach, czuła na sobie jego wzrok. Otoczyła go ramionami, głaskała nagie plecy i biodra. Wypowiedział jej imię.
    – Moss! – mruknęła, odpychając resztki snu. – Och, Moss! Tak bardzo za tobą tęskniłam! – Zdziwił ją własny głos, ochrypły i namiętny. Pragnęła go od dawna, co noc śniła o tej chwili i budziła się zlana potem, z bolesną pustką we wnętrzu. A teraz jest tutaj, obejmuje ją, jest przy niej.
    Pod jego zręcznymi palcami chińskie kimono rozsunęło się na boki. Leniwymi ruchami pieścił jej piersi, zakończone różowymi sutkami, wyszukiwał ustami puls na szyi. Pragnął jej, chciał ją mieć zaraz, natychmiast, ale weźmie ją powoli, potęgując wspólną rozkosz. Jego dłonie na nowo poznawały jej ciało, miękkość warg i jedwabistość ud. Oto Billie, jego żona, dobrze znana, a jednocześnie obca, nowa, nie zdobyta.
    Zachowywała się inaczej, łatwiej wyczuwała jego nastrój. Kiedy dotykała nabrzmiałej męskości, dawała mu do zrozumienia, czego pragnie.
    Ponaglała go pocałunkami, podniecała szeptami i jękami, topniała pod wpływem jego pieszczot. Pragnęła go aż do bólu. Miała wrażenie, że zbyt długo tłumiła emocje. Później przyjdzie pora na leniwe chwile w jego ramionach. Teraz potrzebowała spełnienia.
    Rozsunęła uda, wygięła się w łuk, i wszedł w nią. Oślepiona gorączką namiętności, otoczyła jego biodra nogami, zatrzymywała go w sobie, gdy szczytował, a w niej narastało przyjemne ciepło.

* * *

    Przez następne dziesięć dni Billie wydawało się, że umarła i poszła prosto do nieba. Długie wieczory z Mossem, drzemki w jego ramionach. Nocne pływanie w zatoczce u stóp wzgórza. Kolacje we dwoje; jadali na werandzie, w świetle gwiazd. Dwa dni temu zaprosił Thada. Billie z trudem powstrzymywała chichot, słysząc niewybredne aluzje męża, mające uświadomić gościowi, że czas zakończyć wizytę. Moss lubił z nią przebywać, mieć ją tylko dla siebie. Sprawiał wrażenie, że nie może się nią nasycić, a ona czuła to samo wobec niego. Tu, na Hawajach, po raz pierwszy od początku małżeństwa byli sami. Nie przeszkadzał im żaden Seth, Agnes czy Jessica.
    W ostatni poranek przed powrotem Mossa do bazy na weekend, leżała obok niego, wsłuchana w jego oddech. Zerknęła na podróżny budzik. 5.10. Za pięć minut musi go obudzić, jeśli ma zdążyć. Przyglądała mu się uważnie, chcąc zapamiętać każdy szczegół. Jest taki przystojny! Zwichrzone ciemne włosy pasowały raczej do chłopca niż do mężczyzny, ale stanowiły jedyny dziecięcy element. Moss to stuprocentowy mężczyzna. Jej mężczyzna. Przesunęła się na jego część łóżka. Gdy na budziku była 5.15, klepnęła Mossa w pośladki, wydała straszliwy okrzyk wojenny i wyskoczyła z łóżka.
    – Co za cholera! – ryknął, wyplątując się z pościeli. – Nalot o tej porze? – Na widok roześmianej żony ponownie opadł na poduszki. – Za drugim razem dostaniesz w tyłek.
    – To groźba czy obietnica?
    – Przekona się pani, pani Coleman.
    – Innym razem, panie Coleman. A teraz pod prysznic! Pośpiesz się! Och Moss, szkoda, że musisz jechać. Jest cudownie. Chciałabym być z tobą przez cały czas. I tak mamy niewiele czasu. Nie narzekam, wiem, że to tak brzmi ale wcale nie narzekam. Rozumiem. Tyle małżeństw marzy o tym, co mamy Bardzo cię kocham, to chyba dlatego.
    – Wiem o tym, skarbie. Jak myślisz, mamy czas na „mały numerek”?
    – Zależy, co rozumiesz przez „mały” – ze śmiechem pociągnęła go za włosy. – A może weźmiemy razem prysznic? Umyjemy sobie plecy…
    Ten pomysł przypadł mu do gustu. Uwielbiał ją mokrą i śliską od mydła, kiedy oferowała mu każdy zakątek pięknego ciała. Odgarnął jasne włosy z jej twarzy. W orzechowych oczach widniało oczekiwanie i radość. Pod naporem jego warg ulegle rozchyliła usta. Przyciągnął ją do siebie.
    – Billie – mruknął – jeśli natychmiast nie odkręcisz wody, wcale nie dotrzemy pod prysznic.

* * *

    Stała na balkonie, owinięta w niebieski ręcznik, nadal rozgrzana miłością. Osłoniła oczy przed porannym słońcem. Wojskowy dżip stanowił kropeczkę na szosie. Wróciła do łóżka. Rozkoszne wspomnienia sprawiły, że zasnęła z uśmiechem na ustach.
    Kiedy spacerowała po plaży, usłyszała silnik samochodu. Wsunęła stopy w sandały i pobiegła do domu.
    – Thad? – Nie ukrywała zawodu.
    – Hej, Billie, przykro mi, że nie mnie oczekiwałaś, ale Moss mnie przysłał. Mogę zaraz odjechać. Przemyśl to sobie starannie, bo przywożę dary – oznajmił z komiczną powagą.
    – Dary? Jakie dary? Dlaczego Moss cię przysłał? Dlaczego nie poczekał do wieczora, żeby przywieźć je osobiście? To nie znaczy, że nie cieszy mnie twój widok. Z przyjemnością posłucham poprawnej angielszczyzny. No, mów, bo pękam z ciekawości.
    Thad wyciągnął dwa kanistry z tyłu dżipa.
    – Podobno w garażu jest ford bez benzyny. No więc teraz masz benzynę. A kiedy masz benzynę, możesz jeździć. A jeździć znaczy „zwiedzać”. Diamond Head, Waikiki i wiele innych miejsc.
    – Jak to miło ze strony Mossa. Gdzie zdobył benzynę?
    – Nie pytaj lepiej. – Thad z ulgą zdjął buty. – Mam ochotę trochę popływać. Czy sprawiłbym ci wielki kłopot, prosząc o piwo z lodówki? I czy mógłbym się przebrać w łazience?
    – Jasne. Zaraz przyniosę ci piwo. Woda jest dziś kryształowa, prawie nie ma fal. Daję słowo, Thad, nigdy nie widziałam równie błękitnej wody czy nieba. Mam czasami wrażenie, że stanowią jedność. Nigdy nie zapomną tych wakacji. Cieszę się, że pan Coleman zna panią Kamali i wynajął dla nas ten dom. Nie wiem, jak mu się odwdzięczę.
    – Nie przypuszczam, by tego oczekiwał. Chce tylko waszego szczęścia. Nie myśl o tym i rozkoszuj się każdą chwilą, Billie – odparł miękko.
    – Tak, pewnie masz rację. Nie stój tak! Rusz się, marynarzu! Nikt w marynarce wojennej nie chodzi boso!
    – Tak jest, psze pani!
    Billie wyjęła butelkę piwa z lodówki i ustawiła ją na tacy, obok krakersów i sera. Coś jest nie tak. Thad jest zbyt radosny. Uśmiecha się odrobinę zbyt szeroko, reaguje zbyt nerwowo. To na pewno ma jakiś związek z Mossem.
    – Jak uważasz, Billie, mógłbym uchodzić za Neptuna? – Biegł ku niej z wody. W dłoni ściskał długi kij.
    Udawała, że zastanawia się nad odpowiedzią. Przyglądała mu się z namysłem. Był szczupły, ale nie chudy. Mięśnie świadczyły o wielkiej sile. Miodowa opalenizna sprawiała, że wyglądał na silniej zbudowanego niż był w rzeczywistości. Podobała jej się jego smukłość, przede wszystkim jednak odpowiadało jej kostyczne poczucie humoru Thada i wesoły uśmiech.
    – Okay, nie odpowiadaj, jeśli nie chcesz. Mmm, pyszne piwo. Szanowna pani Coleman, wie pani, jak uraczyć gościa! Ser i krakersy!
    – Co się stało? – zapytała otwarcie. Niepokój w piwnych oczach zdradzał, że chodziło o męża.
    – Moss spóźnił się na trening. Za karę ma zostać w bazie przez trzy dni po weekendzie – Nie owijał w bawełnę.
    – Och, nie!
    – Och, tak. Właśnie dlatego przywiozłem benzynę. Będziesz zdana na siebie. Jeśli chcesz, mogę służyć za przewodnika, kiedy skończę dyżur. To najlepsze, co możemy zrobić, Billie.
    My. Powiedział „my”. Czyli Moss nie ma nic przeciwko temu. Cholerne wojsko. Czy nie obchodzi ich, że tu przyjechała, a mężowi nie wolno się z nią spotkać? Potem przypomniała sobie ranną godzinę pod gorącym prysznicem Jeszcze długo nie zapomni tamtych chwil. Zarumieniła się. Thad udawał, że niczego nie zauważa, i pił piwo.
    – Trzy dni po dyżurze weekendowym to kawał czasu. Przyjedzie naje den dzień i znowu będzie musiał wracać na następny weekend. To okropne
    – To lepsze niż nic. Naucz się cieszyć tym, co masz, a wszystko będzie dobrze.
    – Nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób. Dzięki, Thad. Masz rację.
    – Jak zwykle – mruknął pod nosem. – Pani Coleman, co pani na to? Ścigajmy się do rafy koralowej. Wygrywa ten, kto pierwszy wróci z półkilogramowym kawałkiem korala.
    – A co wygrywa? – zainteresowała się Billie.
    – Jak to: co? Drugie piwo, cóż by innego.
    Dopłynęli do rafy bez wysiłku, jednak nie znaleźli korali. Szczupły mężczyzna z Nowej Anglii i dziewczyna z Filadelfii pluskali się w Pacyfiku jak dzieci. Nie było z nimi nikogo, kto mógłby dostrzec, że oczy Thada ciemnieją, ilekroć patrzy na Billie. A ręce drżą mu zapewne wskutek długiego przebywania w zimnej wodzie. Kiedy dotknął jej ramienia, dając znak, że czas wracać, nie rozumiał, dlaczego jego dłoń płonęła żywym ogniem. Potrząsnął głową, odepchnął kłopotliwe myśli od siebie i ruszył z powrotem. Na brzegu gwałtownie łapał oddech. Billie była jeszcze daleko, płynęła bardzo powoli. Wytarł się grubym ręcznikiem. Musi robić cokolwiek, nieważne co. Kiedy fale wyrzuciły Billie na brzeg, czekała na nią szklanka lemoniady, a on sączył kolejne piwo.
    – Billie, idę się ubrać. Muszę wracać. Zastanów się, co chciałabyś robić.
    – Dobrze, ale najpierw muszę wyschnąć, nie mogę myśleć, kiedy jestem mokra.
    Oddałby prawą dłoń, gdyby dzięki temu mógł jej dotknąć.
    – Słońce zaraz cię osuszy – mruknął. Wrócił kompletnie ubrany.
    – Zaraz sprawdzimy, czy ford zapali, kiedy napełnię bak. I co, namyśliłaś się?
    Pobiegła za nim.
    – Chciałabym rozejrzeć się po okolicy, gdybyś znalazł dla mnie czas, ale nie zmieniaj planów przeze mnie. Równie dobrze mogę tu posiedzieć z dobrą książką. Pani Kamali ma imponującą bibliotekę. Gdybyś jednak miał dla mnie chwilę, chętnie obejrzałabym Diamond Head i może Hana Drive.
    – Hana Drive jest na Maui, nie wiem, czy uda nam się tam dostać. Pogadam z Mossem i zobaczę, co da się zrobić. Musielibyśmy tam nocować. Diamond Head i Waikiki to aż nadto jak na jeden dzień. Narysuję mapkę i pokażę ci, gdzie się jutro spotkamy. Będę wolny o trzeciej.
    – Dzięki. Thad, powiedz Mossowi… powiedz mu… powiedz, że uważam, że było warto. Zrozumie.
    – Dobrze, przekażę. Lepiej włóż coś na siebie. Tutejsze słońce jest mocniejsze niż w Teksasie czy Filadelfii.
    – Dobrze. Dziękuję, że przyjechałeś. Do zobaczenia jutro.
    Thad się nie odwrócił, nie zerknął w boczne lusterko. To i tak nie ma sensu.
    Moss znalazł go w kantynie.
    – Jak Billie to przyjęła?
    – Bardzo dzielnie. Kazała ci przekazać, że było warto. Powiedziała, że zrozumiesz, o co chodzi.
    Twarz Mossa wykrzywił szatański uśmiech:
    – Wtedy też tak myślałem, ale teraz, kiedy mi dołożyli trzy dodatkowe dni, nie jestem już taki pewny. Mówiła coś o benzynie?
    – Umówiłem się z nią na jutro na zwiedzanie. Pewnie będziesz chciał, żeby wróciła do domu przed zmrokiem.
    – Tak. Dzięki, stary. Słuchaj, mam pomysł. Może uda mi się skontaktować z ojcem. Mógłby mi przysłać dwa młode woły. Urządziłbym teksaskie barbecue, przy którym hawajskie luau okaże się piknikiem szkółki niedzielnej. Ogród Kamali jest wystarczająco duży. Zresztą jednego wołu można upiec na plaży. Co ty na to?
    Thadowi opadła szczęka. Moss, ot, tak, każe ojcu przysłać dwa woły. Znając tego głupka, naprawdę wyprawi barbecue.
    – Słuchaj, Coleman, zawsze możesz na mnie liczyć, z chęcią wbiję zęby w teksaską wołowinę. Ale jak to wytłumaczysz kapitanowi? Nie wierzysz chyba, że woły z Teksasu przejdą nie zauważone, tudzież że ktoś weźmie je za zwykłe prosiaki.
    – Kiedy tu będą, nikt nie będzie się czepiał. Zresztą, jeśli ojciec to załatwi, pociągnie za odpowiednie sznurki. Moje woły przyjdą z góry, z wysoka, i biedny Davis będzie mi gratulował. Jutro porozmawiaj o tym z Billie, a gdybyś miał wolną chwilę, pomyśl, kogo zaprosić. Zresztą, co tam, zaproś wszystkich. I powiedz Billie, że ma sobie kupić coś kolorowego, żeby ją było widać. Niech Davisowi oczy wylezą z orbit.
    Nie jemu jednemu, stwierdził Thad w myśli.
    – W porządku – powiedział głośno. – Na kiedy planujesz ten piknik?
    – Barbecue. Teksaskie barbecue. Jak najszybciej. Muszę się skontaktować z ojcem. Właściwie może od razu przysłać wszelkie dodatki, skoro już sobie zada kłopot. Przynajmniej będzie miał coś do roboty. Staruszek lubi wyzwania.
    – Niedaleko pada jabłko od jabłoni, tak?
    Moss wzruszył ramionami i z uśmiechem wyszedł z kantyny. Oczywiście zaprosi przełożonych. Muzycy i dziewczęta tańczące hula. Jezu, ojciec w to nie uwierzy. Powtarzał sobie, że robi to dla Billie, żeby miała piękne wspomnienia z pobytu na wyspie. Będzie zachwycona. Jako urocza gospodyni wywrze na wszystkich odpowiednie wrażenie.
    Telefon odebrała Agnes. Natychmiast oddała słuchawkę Sethowi.
    – To Moss. Dobry Boże, chyba nie myślisz, że coś poszło nie tak?
    – Pewnie, że nie. Mój syn robi wszystko jak trzeba. Moss? Jak się masz, chłopcze? – Silił się na beztroskę. Po chwili wybuchnął śmiechem. – Już się bałem, że poprosisz o gwiazdkę z nieba. Oprawione, mówisz? Rozumiem. Dodatki? Nie ma sprawy. Trzy, najwyżej cztery dni. Święta racja, chłopcze. Billie nie zapomni tego do końca życia. Coś takiego, teksaskie barbecue na Hawajach! Nie martw się, chłopcze, wszystko załatwię. W końcu, od czego są ojcowie? Tak, powiem mamie, nie zapomnę. Uważaj na siebie, synu. – Odłożył słuchawkę i spojrzał na Agnes.
    – Ale numer! Chce dwa woły! – oznajmił z dumą w głosie.
    Agnes zmarszczyła nos. Barbecue kojarzyło jej się z bałaganem, piwem, jedzeniem palcami i kraciastą flanelą.
    – …I dodatki też. Do roboty! Aggie, bierz ołówek i do dzieła. Nie zawiodę mojego chłopaka.
    – Seth, jak chcesz to… to wszystko dostarczyć na miejsce?
    – Nie zawracaj sobie tym głowy, Aggie. Mam swoje sposoby. Moss mnie potrzebuje. To wystarczy. Do licha, kobieto, poruszyłbym ziemię, gdyby tego chciał. No, pisz.
    – Seth, a ile to będzie kosztowało? – szepnęła przerażona.
    – Kosztowało? Masz na myśli pieniądze? Ani centa. To nasze bydło, dodatki też pochodzą z rancha. Zapłacę tylko za piwo. – Posłał jej spojrzenie spod przymkniętych powiek. – Wykorzystam znajomości. Wiesz, ręka rękę myje, te sprawy. Czy twoje milczenie oznacza dezaprobatę? – Z niewiadomych powodów zależało mu na jej odpowiedzi.
    – Skądże, wręcz przeciwnie. Wiem, że masz wysoko postawionych przyjaciół – odparła prawie pokornie. Musi przywyknąć do sposobu, w jaki załatwiał interesy.
    Seth bawił się długim aromatycznym cygarem.
    – Aggie, jak myślisz, kto dostarcza armii najlepszą wołowinę? Nie tylko tu w Stanach, ale na całym świecie?
    – Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Czy chcesz powiedzieć, że jest to wołowina Colemanów?
    Skinął głową i zaciągnął się głęboko.
    – Wystarczy, żebym się zdenerwował i nie wysłał towaru na czas albo w ogóle zapomniał o dostawie, a jakaś gruba ryba dostanie zawału ze złości. Nie byłoby wykwintnych kolacyjek dla najwyższych oficerów. Rozumiesz?
    – Doskonale. Zaraz zabieram się do pracy. Mówiłeś trzy, najwyżej cztery dni…
    – Powiedzmy, cztery. Nie musimy się śpieszyć. Wołowina Colemanów wyrusza w świat pierwszego, więc mam trzy na podkadzenie.
    Podkadzenie. Teksańczycy mają własny język, własny styl. Agnes coraz bardziej odpowiadała ich bezpośredniość. Ciekawe, kiedy i ona stanie się prawdziwą Teksanką. Znała odpowiedź na to pytanie – kiedy Billie urodzi męskiego dziedzica fortuny Colemanów.

* * *

    Ford kichał i prychał. Billie jechała ostrożnie. Zbyt często jak na jej gust musiała się zatrzymywać i pozwalać silnikowi odpocząć. Musi powiedzieć o tym Thadowi.
    Dzień był przepiękny, na niebie nie było nawet jednej chmurki. Od patrzenia na intensywnie czerwone kwiaty hibiskusa łzawiły jej oczy. Gdyby umiała malować, uwieńczyłaby na płótnie błękit oceanu i rajskie kolory roślinności.
    Dzięki mapce Thada nie zabłądziła w drodze na miejsce spotkania. Jechała Kalakau, główną ulicą Waikiki. Natychmiast poczuła zapach plumerii. Dookoła wszystkich chatek pięły się bujne krzewy hibiskusa. Zatrzymała samochód. Czekała na Thada.
    Zjawił się pięć minut później. Towarzyszyła mu grupa dzieciaków, domagających się drobnych. Posłusznie opróżnił kieszenie. Billie sięgnęła po portmonetkę. Jakie śliczne są dzieci wyspiarzy. Pomyślała o małej Maggie, hen, w Sunbridge. W porównaniu z nimi była bardzo blada. Czekoladowa skóra malców podkreślała biel zębów, odsłoniętych w ciągłym uśmiechu.
    Thad skinął na najwyższego, najstarszego chłopaka. Dał mu srebrną ćwierćdolarówkę i obiecał następną, jeśli będzie dobrze pilnował samochodu pani.
    – Pojedziemy dżipem. Jak się masz, Billie?
    – Świetnie. A Moss? – Na pewno kazał coś jej przekazać, tylko Thad wstydzi się to powiedzieć. Ach, ci mężczyźni!
    – Jest zły – odparł krótko. Billie czekała. Thad wjechał na jezdnię i nacisnął pedał gazu. – Najpierw Diamond Head. Gdybyś siedziała w samolocie po odpowiedniej stronie, zobaczyłabyś ten szczyt podczas lądowania. No, ale widok z powietrza i z ziemi to dwie różne rzeczy. Przygotuj się.
    Po chwili milczenia ponownie zabrał głos:
    – Moss prosił, żebym ci coś przekazał. – Szybko opowiedział o teksaskim barbecue i telefonie do Setha. – Wszystko załatwione. Moss ustalił datę. Ja sporządzę listę gości. Prosił, żebyś sobie kupiła kolorowy tutejszy strój i oszołomiła wszystkich.
    Nie mogła się powstrzymać.
    – Nie mówił nic więcej?
    Thad zagryzł usta:
    – Nie.
    – Przekazałeś mu wiadomość ode mnie?
    – Tak.
    – I co on na to?
    – Nic. Uśmiechnął się.
    Billie zrobiła to samo. Thad skręcił w Diamond Head Road.
    – Gotowa? Wczoraj wieczorem specjalnie ślęczałem nad książkami. Diamond Head ma siedemset sześćdziesiąt stóp wysokości. Tubylcy nazywają ją Leahi, bo przypomina pysk ahi, żółtopłetwego tuńczyka. Wejdziemy do krateru. Czy zaimponowałem ci moją wiedzą?
    – Owszem. Opowiedz coś jeszcze. – Rozbawiła ją jego powaga. Coś takiego, uczył się, żeby jej to wszystko powiedzieć!
    – Właściwie moglibyśmy tam dojechać, ale chyba lepiej będzie pójść na piechotę. Podobno widoki zapierają dech w piersiach.
    – Skąd taka nazwa: Diamond Head?
    – Wiem, tylko zapomniałem. Chwileczkę… Już mam. W dziewiętnastym wieku marynarze znaleźli tu kryształy, podobne do diamentów. Kamienie okazały się bezwartościowe, ale nazwa została. Dobra, więcej już nie wiem.
    – I tak jestem pod wrażeniem, że zrobiłeś to dla mnie, Thad. Mówię poważnie. Moss także jest ci wdzięczny. Jeśli mamy iść na górę, chodźmy, zanim się rozmyślę. Nie spisuję się najlepiej na dużych wysokościach. – Spojrzała na niego wesoło. – Obiecaj, że nie będziemy podchodzić do krawędzi i że będziesz mnie chronił – poprosiła żartobliwie.
    Własnym życiem, odparł w myśli. Skinął głową i podał jej ramię. Nie podobały mu się własne uczucia. Dlaczego, do cholery, uległ Mossowi i zgodził się pokazać jej okolicę? Na Boga, co z niego za mężczyzna, skoro pożąda żony najlepszego przyjaciela? W jego życiu było wiele kobiet. Dlaczego akurat ta zrobiła na nim aż takie wrażenie?
    Panoramy Honolulu ze szczytu krateru Billie nie zapomni do końca życia. Szkoda tylko, że u jej boku stoi nie Moss, lecz Thad. Chciałaby kiedyś, w dalekiej przyszłości, siedzieć z mężem na bujanych fotelach i przywoływać ten piękny widok z pamięci.
    – Chyba się już napatrzyłam – oznajmiła głośno. – Dziękuję, że mnie tu przyprowadziłeś. Nie mogę się doczekać, kiedy opowiem o tym w Teksasie. Thad, nic nie mówisz. Czy coś się stało?
    Stało? A co się miało stać? Chcę cię pocałować, objąć. Chcę, żebyś o mnie myślała napawając się widokiem.
    – Pomyślałem właśnie – powiedział – o ile łatwiej będzie schodzić niż wchodzić. Masz ochotę na Waikiki? O tym miejscu także czytałem. Nie ma tam wiele do zwiedzania oprócz dwóch nowoczesnych hoteli. A może chcesz do domu? – Musi od niej uciec, i to jak najszybciej, zanim zrobi z siebie głupca. Powie, że boli go głowa albo żołądek, cokolwiek. Najgorsze, że ona nigdy w to nie uwierzy.
    – Jeśli nie masz nic przeciwko temu, wolałabym wrócić do domu. Przecież możemy tam pojechać kiedy indziej, prawda? Wspinaczka mnie zmęczyła, a jeszcze droga powrotna. Czy mógłbyś rzucić okiem na silnik? Samochód strasznie kaszle i charczy. Zatrzymywałam się dwukrotnie, żeby ostygł.
    Przynajmniej zrobi coś pozytywnego. Oby tylko nie dostrzegła ulgi w jego oczach. Niech piekło pochłonie Mossa Colemana.
    – Jasne. Uważaj, bo się przewrócisz.
    Pół godziny później zatrzasnął maskę forda.
    – Nic nie znalazłem. Nie jestem ekspertem, ale te hałasy są chyba spowodowane tym, że samochodem od dawna nikt nie jeździł. Przydałby się generalny przegląd, jednak nie powinnaś mieć kłopotów z dojazdem do domu. Olej i woda są w porządku. Jedź ostrożnie i powoli, a wszystko będzie dobrze.
    – Nie wątpię w to. – Wspięła się na palce i musnęła ustami jego policzek. – Dziękuję za wszystko. Moss ma wspaniałego przyjaciela. Nie martw się o mnie. Poradzę sobie. – Pomachała mu, wsiadając do forda. Dopiero w połowie drogi uświadomiła sobie, że Thad nie umówił się z nią ponownie. Wzruszyła ramionami. Nie można od niego tyle wymagać. Dlaczego miałby poświęcać swój czas mężatce?
    Sama znajdzie sobie jakieś zajęcie. Tym bardziej ucieszy ją powrót Mossa.
    Stareńki ford prychał coraz głośniej, gdy jechała wśród wzgórz. Jessice cała zamieni się w słuch, gdy Billie opowie jej o Hawajach. Teściowa będzie chciała wiedzieć wszystko „dokładnie”. Jaki dokładnie odcień mają kwiaty hibiskusa, a jaki – trawnik przed domem, i jakim cudem jest on tak miękki skoro obok leży ocean? Billie postanowiła to sprawdzić. Jessica będzie chciała usłyszeć wszystko o wyprawie na Diamond Head i o panoramie. Zapewne zażąda także relacji o najlepszym przyjacielu Mossa. Najtrudniej przyjdzie opisać Pacyfik. Co można powiedzieć o doskonałym dziele Bożym? O spienionych bałwanach i piętnastostopowych falach. W tej chwili przychodziło jej do głowy określenie „zapierający dech w piersiach”.
    Pewnego dnia opowie o tym także Maggie. Kiedy córeczka będzie w stanie zrozumieć, podzieli się z nią pięknymi wspomnieniami.
    Tuż przed nią wyrósł wiekowy figowiec i stara brama. Billie wysiadła z samochodu, otworzyła ją, wjechała, znów wysiadła i zamknęła bramę na noc. Kiedy zbliżała się do domu, uderzył ją zapach wiecznie kwitnącej plumerii. Powoli przyzwyczajała się do niego. Przypominał znany jej z Filadelfii aromat kapryfolium, tyle że był słodszy, bardziej odurzający. I o wiele piękniejszy. Wzdłuż ścieżki na plażę otwierały pąki kwiaty kwitnące nocą. Upuściła torebkę i zdjęła buty. Stąpała ostrożnie, żeby się nie pokaleczyć. Ciepły wiatr pieścił skórę delikatnie, jak rączka małej Maggie. Zdenerwowana i zawstydzona, wytarła łzy z oczu. Maggie ma znakomitą opiekę i wcale za nianie tęskni. Jessica otacza ją troskliwą miłością. Nie, nie powinna teraz o nich myśleć. Teksas leży na drugim końcu świata. Niemal słyszała, jak Seth upomina ją, by sobie nie zawracała głowy.
    Długo siedziała na plaży. Myślała o wszystkim i o niczym. Wpatrywała się w ocean i rozważała, czy gdzieś tam, za horyzontem, łączy się z Atlantykiem. W najbardziej szalonych marzeniach nie przypuszczała, że znajdzie się na prywatnej plaży na Hawajach… sama.
    Wiatr się uspokoił. Nawet tego nie zauważyła. Nagła myśl wyrwała ją z zadumy. Ciąża. Wywołały ją wspomnienia Maggie, była tego pewna. Jest zdrowa i silna. Podczas ostatniej wizyty lekarz poklepał japo plecach i powiedział, że nic jej nie dolega. Jednocześnie po raz kolejny ostrzegał przed drugą ciążą. Nader delikatnie oznajmił, że uważa za swój obowiązek poinformować Agnes i Setha ojej stanie. Stanie? Dopytywała się. Ale doktor uparcie kręcił głową i powtarzał, że ma już dziecko, więc po co ponownie ryzykować? Słuchała jednym uchem, niezbyt przejęta. Moss jest tak daleko. Zanim się spotkają, wyzdrowieje. Przecież kobiety rodzą codziennie. Jest młoda i zdrowa jak koń, sam lekarz tak powiedział.
    Moss nie uważał, a ona o tym nie myślała. A teraz? Moss założył z góry, że wszystko jest w porządku. Jak mogłaby spojrzeć mu w oczy i przyznać, że nie jest doskonała? Dzieci stanowią część małżeństwa. Nie może mu powiedzieć i nie zrobi tego. Pragnęła tylko jednego: być dla niego idealną żoną. Zaryzykuje.
    Zadrżała, kiedy dotarł do niej chłodny powiew wiatru, pachnący wilgocią i deszczem. Późno już. Czas wracać do domu. Weźmie prysznic, żeby zmyć sól ze skóry. Albo jeszcze lepiej, przygotuje sobie gorącą kąpiel z aromatycznym olejkiem. Następnie zagra coś na pianinie w salonie. Od dawna nie grała, to ją uspokoi i szybko zaśnie. Ciekawiło ją, co porabia Moss. Czy tęskni za nią równie mocno, jak ona za nim.

* * *

    Przez następne dwa i pół dnia Billie nauczyła się, z pomocą Phillipa, kilku słów po hawajsku. Dowiedziała się, że kamaaina znaczy „mieszkanka wyspy od dawna” i odnosi się do Ester Kamali. Mahalo to „dziękuję”, a ono to „smaczne”. (Powtarzała to raz po raz, pochłaniając tuzin owoców mango!). Wahine znaczy „kobieta”, wikiwiki - „zrobić szybko”. Przed odejściem służący oznajmił jej, że jest „jaw” – „piękna”. Przyjęła komplement z uśmiechem. Wymowa wcale nie jest trudna, a słowa brzmią tak ładnie. Kiedy Moss przyjedzie, sprawi mu niespodziankę.
    Moss prowadził ostrożnie, choć nie mógł się doczekać, kiedy weźmie Billie w ramiona. Na pewno już czeka. Z przyjemnością zaciągnął się cienkim cygarem, które ostatnio polubił. Zdawał sobie sprawę, że zasłużył sobie na karę, jednak nigdy dotąd samotne noce na służbie nie dłużyły się tak bardzo. Do licha, człowiek przyzwyczaja się do przyjemności.
    Miał wrażenie, że Thad go unika. Może przyjaciel jest bardziej dyskretny i taktowny niż sądził i nie chce przeszkadzać jemu i Billie. Jednakże gryzła go myśl, że gdy poprosił o zaopiekowanie się żoną, Thad nagle wynalazł sobie tysiąc innych zajęć. Z drugiej strony, Billie, choć podniecająca dla niego, nie była ciekawym towarzystwem. Może z czasem, kiedy dojrzeje, będzie inaczej. Teraz jednak nie stanowiła wyzwania, nie roztaczała aury tajemniczości czy niebezpieczeństwa. Sądził, że większość mężczyzn zgodziłaby się z nim mówiąc o żonach i że tak właśnie ma być. Żona to pewność i bezpieczeństwo, rutyna. Dlatego właśnie mężczyźni nie żenili się z kobietami takimi jak Lola. Pracowała w Holli Loki’s po drugiej stronie wyspy. Była szalona i nieokiełznana, włóczyła się z niebezpiecznymi ludźmi; była podniecająca. I pokazywała mu rzeczy dużo ciekawsze niż zdjęcie dziecka, którego nie widział na oczy.
    Maggie. Skąd Billie wytrzasnęła to imię? Musi ją zapytać. Zapewne powie mu, że nazwała ich córkę po autorce „Przeminęło z wiatrem”, swojej ulubionej powieści. Boże, z kobietami nigdy nie dojdziesz do ładu! Seth nie przejąłby się nawet, gdyby Billie nazwała małą pepsi – cola. Ojciec dobrze wiedział, czego chce. Poruszył niebo i ziemię, żeby wysłać Billie na Hawaje tylko dlatego, że pragnął wnuka. Zrobił, co do niego należało, reszta zależy od Mossa. A on z rozkoszą spłodzi Rileya Setha Colemana.
    Z Billie chyba wszystko w porządku? Przecież wygląda jak okaz zdrowia. Równolegle z jej przyjazdem, dostał list od matki. Pisała, że martwi się 0 Billie. Zapewne przemawia przez nią macierzyńska troska, mimo to jednak nie mógł zapomnieć jej słów. Podobno rozmawiała z doktorem Wardem Zdecydowanie odradzał kolejną ciążę. Co to, do cholery, ma znaczyć? A jeśli to prawda, dlaczego Billie nic mu o tym nie powiedziała?
    Jak zwykle, gdy coś krzyżowało mu plany, Moss zepchnął ponure myśli w ciemny kąt świadomości. Billie to dorosła kobieta, przecież sama jest matką, i nikt nie ma prawa wtrącać się w ich sprawy! Zaczął gwizdać. Kiedy w oddali zobaczył dom, zastanawiał się, czy syn odziedziczy po nim ciemne włosy.

Rozdział trzynasty

    Thad Kingsley stał z papierosem w ustach tuż przy pasie startowym. Choć łamał przepisy, paląc tutaj, nie było w pobliżu nikogo, kto mógłby na niego donieść. Zaciągnął się głęboko, zdusił niedopałek obcasem i schował dowód przestępstwa do kieszeni. Samolot z wymalowanym symbolem Czerwonego Krzyża podchodził do lądowania. Thad miał ochotę bić brawo. Pilot spisywał się na medal.
    Lekarstwa? Zazwyczaj dowożono je ciężarówkami. Ulegając ciekawości, czekał, aż otworzą luki. Z kokpitu wyskoczyli dwaj mężczyźni w mundurach. Wyższy podszedł do człowieka z obsługi naziemnej i podsunął mu arkusz papieru. Marynarz podrapał się w głowę i bezradnie wzruszył ramionami. Thad podszedł na tyle blisko, że usłyszał słowa wysokiego kaprala:
    – Mamy towar dla niejakiego Colemana, podobno tutaj stacjonuje. Słuchaj, nie wciskaj mi kitu, że nie wiesz, kto to. To jakiś cholerny admirał. Co powiesz na to: rozładujemy towar, a wy zawiadomicie jaśnie admirała Colemana, że przybyło jego żarcie. – Na jego twarzy malował się niesmak.
    – A ja ci mówię, że znam tu każdego admirała, ale żaden nie nazywa się Coleman. Jedyny Coleman jest porucznikiem. Mam go sprowadzić?
    – Sprowadź kogokolwiek, zanim towar zgnije. I zdobądź lód. W rozkazie mam napisane, że ma tu czekać samochód, który zabierze wszystko do… nie podali miejsca przeznaczenia. To do kitu, marynarzu. Ktoś wymyśla bzdury, ja tylko dostarczam. Idź po tego Colemana albo po samochód, ale zrób coś.
    – Nie otrzymałem takich rozkazów – sprzeciwił się marynarz. – I nie ma tu admirała o nazwisku Coleman. Rób, co chcesz, za trzy minuty kończę wartę.
    – A gdzie ten Coleman, co nie jest admirałem?
    – W tamtym budynku. To instruktor lotnictwa. Dobra, oficjalnie skończyłem na dzisiaj. Żadnych więcej pytań. Sam rozwiązuj swoje problemy.
    – Zamknij te cholerne luki, dopóki nie wymyślę, co robić – polecił wysoki swojemu partnerowi. – W tym upale lód roztopi się w mgnieniu oka, i zgadnij, kto za to oberwie?
    Thad stłumił chichot i odwrócił głowę.
    – Tego mi jeszcze było trzeba, akurat tego – mruczał kapral, idąc do budynku. Thad mógł go poinformować, że Moss jest z uczniami na drugim krańcu lotniska, jednak nie zrobił tego. Nie bawił się równie dobrze, odkąd wstąpił do marynarki.
    Dwie godziny później chyba wszyscy admirałowie, kapitanowie i komandorowie stawili się na pasie startowym, żeby odebrać ładunek samolotu z insygniami Czerwonego Krzyża.
    – Podacie hasło, dostaniecie towar – tłumaczył opryskliwie wysoki kapral. – Bez hasła wszystko zgnije w samolocie. Spójrzcie, kto to podpisał!
    Thad ledwo opanował wybuch śmiechu, kiedy zebrani z szacunkiem patrzyli na podpis.
    Moss Coleman prowadził uczniów skrajem pasa startowego. Od razu zauważył zamieszanie przy samolocie Czerwonego Krzyża. Obok stał samochód oznaczony tym samym symbolem. Moss głęboko zaczerpnął powietrza i zagwizdał „Deep in the Heart of Texas”.
    – Dobra, wystarczy! Podpisz pan tutaj! – wrzasnął do niego sierżant. – Kaktus mi wyrośnie na dłoni, jeśli to admirał – mruknął do siebie, co usłyszał Thad.
    Moss złożył zamaszysty podpis. Ukłonił się zebranym oficerom.
    – Panowie, zapraszam wszystkich na teksaskie barbecue, u mnie w domu, na wzgórzach. Pozwoliłem sobie wywiesić mapkę na tablicy ogłoszeń. – Puścił oko do Thada i oddalił się na czele swojej grupki.
    – Kto to jest, do cholery? – dopytywał się admirał o co najmniej metrowej talii.
    – Nie mam zielonego pojęcia – stwierdził komandor. – Wiem tylko, że po tym, jak widziałem podpis na rozkazie, nie będę zadawał żadnych pytań. Może dostaniemy medale, jeśli dobrze to rozegramy.
    Utrzymanie powagi wymagało od Thada wielkiego wysiłku. Podszedł do ciężarówki, wręczył kierowcy mapkę i przekazał mu instrukcje Mossa. Wysoki kapral lustrował go wzrokiem.
    – Ty skurczybyku, sterczysz tu od trzech godzin, a od początku wiedziałeś, czyj to towar, dokąd go odwieźć. I nic nie powiedziałeś. Cała marynarka wojenna to banda skunksów. Dlaczego nic nie powiedziałeś?
    – Nie znałem hasła i nie umiem gwizdać. I co, uwierzyłbyś mi?
    – Chyba nie. To towar cenniejszy niż złoto. Okay, przepraszam, że na ciebie nawrzeszczałem, ale i tak uważam, że jesteście bandą skunksów.
    – Ach, tak? – ryknął Thad. – Spadaj, kolego! Jestem od ciebie wyższy stopniem, więc nie podskakuj! Odmaszerować, kapralu!
    – Tak jest, sir! – Kapral zasalutował. Kiedy Thad odwrócił się tyłem, wojskowe pozdrowienie zmieniło się w nader nieprzyzwoity gest z użyciem tylko jednego palca.

* * *

    Billie obserwowała gorączkowe przygotowania do barbecue. Moss z trudem hamował się, aby nie zwymyślać biednego, powolnego Phillipa.
    – Tak, sir. Tak, panie Moss, wikiwiki. Krowa to nie świnia. Świnia łatwo upiec. Krowa dużo mięsa. Pan ma dwie krowy. Dużo pracy. Mało ludzi. Więcej ludzi, będzie wikiwiki.
    – Wół! To woły! – poprawił Moss z rozpaczą w głosie. – Pomoc nadchodzi. Ustawmy ten ruszt, a drugi będzie na plaży. Zobaczysz, to żaden problem. Woły piecze się tak samo jak prosiaka. Jedyna różnica polega na tym, że prosiakowi wkłada się jabłko do ryjka. Jeśli chcecie włożyć jabłko wołu, proszę bardzo.
    – Jabłko za małe. Może ananas. Szkoda, że pan nie chcieć luau. Na Hawajach robimy luau. Nie robimy – przez chwilę szukał w pamięci słów, które Moss w kółko powtarzał – Teksas barbik.
    – Teksaskie barbecue – poprawił automatycznie Moss.
    Billie z trudem powstrzymywała śmiech. W głębi duszy przyznawała Phillipowi rację. O ileż łatwiej byłoby urządzić luau.
    Dochodziła trzecia nad ranem. Billie ledwo trzymała się na nogach. Marzyła o jednym – iść do łóżka i zasnąć w ramionach Mossa. Niestety, jej mężowi nie sen był w głowie. Miał zamiar doglądać przygotowań aż do wpół do szóstej, kiedy wyjedzie do bazy. Nie pojmowała, dlaczego poświęca tyle uwagi i energii głupiemu piknikowi. Phillip dosłownie padał z nóg, jednak Moss nie miał nad nim litości. Kiedy już ustawili ruszt i nadziali wołu, cofnął się, żeby podziwiać swoje dzieło.
    – Tata byłby ze mnie dumny – stwierdził, zacierając ręce. – Teraz trzeba tylko przygotować drugi ruszt na plaży i czekać. Billie, dopilnujesz wszystkiego w kuchni, prawda? Z samego rana przywiozą lód. Piwo ma być dobrze schłodzone. Kto łuska kukurydzę? Co z sosem? Czy ta dziewczyna w kuchni niczego nie popłacze?
    – Zaufaj mi, kochany, nad wszystkim czuwam – zapewniła go słabym głosem.
    – Kupiłaś kolorowe muumuu?
    – Nie miałam czasu. Nie martw się, mam dużo ciuchów.
    – Billie, kazałem ci kupić muumuu. Czy raczej prosiłem Thada, żeby ci to przekazał. Wyobraziłem sobie, że wystąpisz w kolorowej, powiewnej szacie, z kwiatem hibiskusa we włosach. Całymi dniami leniuchowałaś w domu. Czy naprawdę byłoby zbyt trudne dla ciebie, gdybyś pojechała po zakupy do Waikiki? Na Boga, Billie, czyżbym wymagał zbyt wiele?
    Billie poczuła się jak zbity pies. Nigdy dotąd Moss nie zwracał się do niej w taki sposób.
    – Przepraszam, Moss. Nie pomyślałam, że to takie ważne. Przywiozłam tyle nowych sukienek, których jeszcze ani razu nie nosiłam. Są dużo ładniejsze… niż workowate muumuu. – Bezradnie opuściła ramiona. – Przykro mi Moss. Zaraz rano pojadę po zakupy.
    Odwrócił się na pięcie:
    – Nigdzie nie pojedziesz. Musisz tu zostać i wszystkiego dopilnować. Nie waż się nawet o tym myśleć.
    – Dobrze, Moss. Przepraszam. Proszę, nie gniewaj się już! Nie kłóćmy się. Mamy tak mało czasu. Nie marnujmy go.
    Ochłonął trochę:
    – Ja także cię przepraszam. To prawda, że zawsze starasz się zrobić mi przyjemność, ale ja rzadko, prawie nigdy, o coś cię proszę. Sądziłem, że się domyślisz, jak ważne dla mnie będzie to, że włożysz muumuu. Chciałem zrobić zdjęcia i wysłać rodzicom. Chłopcy z eskadry przyjdą w kwiecistych koszulach, także wyżsi oficerowie włożą tutejsze stroje. Będziesz się od nich odcinała jak kwiatek od kożucha, a gospodyni nie powinna się wyróżniać na tle gości. Rodzice byliby rozczarowani. No, ale trudno, teraz nic na to nie poradzimy. Phillip jest ledwo żywy, więc to ty pomożesz mi ustawić drugi ruszt. Zrobisz to, prawda?
    W tej chwili Billie zrobiłaby wszystko, byle tylko zobaczyć uśmiech na jego twarzy.
    Moss wyszedł o 5.30. Billie chwiała się na nogach. Oba woły piekły się powoli. O dziesiątej wieczorem mięso będzie gotowe. Piasek i sól pokrywały każdy cal skóry Billie, sprawiały, że jasne loki były matowe i ciężkie. Osunęła się na ziemię i zaniosła płaczem. Moss na pożegnanie cmoknął ją w policzek. Był to ostrożny pocałunek, jakim mężczyzna obdarza kochankę, wychodząc z jej mieszkania, starając się nie przesiąknąć zapachem jej perfum. Łzy wściekłości piekły Billie w oczy. Moss nie zareagował, kiedy powiedziała, że go kocha, i poprosiła, by jechał ostrożnie. Skinął tylko głową i wskoczył do dżipa. Był na nią zły. Dlaczego okazała się taka głupia?
    Zła, sfrustrowana, zrzuciła sandały z nóg i wbiegła do wody. Uderzała o fale, jakby walczyła z wrogiem. Zanim wróciła na brzeg, napięcie częściowo ustąpiło.
    Niemal niewidocznym gestem wyprostowała ramiona. Moss chciał, żeby włożyła muumuu, więc włoży muumuu. Stanie na głowie, a zdobędzie szatę. Chłodny wiatr sprawił, że przeszył ją dreszcz. Uśmiechnęła się, widząc, jak Phillip drzemie na lanai. Wytarła się szybko i pobiegła szukać gospodyni Zapukała do drzwi. Nikt nie odpowiadał, więc weszła do środka. Ponownie wyprostowała ramiona. Na to, co chciała zrobić, potrzebna jej była bezczelność Colemanów. Delikatnie potrząsnęła pulchną kobietą.
    – Obudź się, Rosa. Musisz mi pomóc. Wielkie nieba – szepnęła. – Musisz mi pomóc. Wstawaj. Wiem, jeszcze wcześnie, ale mamy dzisiaj dużo roboty.
    Kobieta uśmiechnęła się, ale w oczach miała złość.
    – Proszę, Rosa – błagała Billie.
    Rosa przekręciła się na drugi bok, aż sprężyny zatrzeszczały pod jej ciężarem.
    – Pani mnie obudzić, kiedy słońce wysoko – mruknęła i naciągnęła prześcieradło na głowę.
    – Rosa, nie rozumiesz. Musisz wstać, wikiwiki. Zaraz. Potrzebne mi muumuu. To bardzo ważne. Spróbuję je uszyć. Czy macie tu maszynę do szycia? – Billie chciała wyć i jęczeć jak płaczka. Jak ta kobieta może spać? Jak może odmawiać jej pomocy? Przecież Billie szczęście zależy od zwykłego muumuu.
    Phillip. Może on pomoże. Billie pobiegła na lanai, żeby zbudzić męża Rosy. Miała wyrzuty sumienia, że wyrywa staruszka ze snu po tym, jak całą noc pracował z Mossem, jednak nie miała innego wyjścia. Po bitym kwadransie szarpania i potrząsania Phillip trochę oprzytomniał. W każdym razie otworzył oczy. Szybko wytłumaczyła mu, o co chodzi. Staruszek prychnął głośno i poradził:
    – Pani jej powie, że wygląda jak królowa Kamamalu. Wtedy ona wstać i wszystko zrobić. To jedyny sposób. Pani nie mówić o tatuaż. Ona chcieć. Pani rozumieć?
    – Tak, tak, rozumiem. Mam nic nie wspominać o tatuażu i powiedzieć jej, że wygląda jak królowa Kamamalu. To wszystko? Nic więcej? – Nie otrzymała jednak żadnej odpowiedzi, bo Phillip już chrapał w najlepsze.
    Billie powtarzała w kółko imię królowej. Musi poszukać czegoś na temat tej damy w bibliotece panny Kamali. Królowa Kamamalu, królowa Kamamalu, mamrotała w drodze do prawego skrzydła domu, gdzie sypiała Rosa.
    – Rosa, chciałam ci coś powiedzieć – szepnęła cichutko. – Nie mogłam czekać do rana, żeby ci powiedzieć, że moim zdaniem wyglądasz jak królowa… królowa Kamamalu. Jesteś do niej podobna jak dwie krople wody. – Delikatnym gestem skrzyżowała palce, wypowiadając niewinne kłamstewko. A może to prawda? Szybko rozplatała dłoń.
    Rosa usiadła.
    – Pani tak myśli, panienko Billie? Nikt mi nie wierzy, tylko Phillip. Potrzebny tatuaż tu, i tu, i tu. – Rosa stukała się palcem. – Królowa Kamamalu miała dużo tatuaż. Phillip mówi „nie”.
    Billie skrzywiła się.
    – Mężowie, Phillip, wariaci – postukała się w czoło. Zrobiłaby wszystko, tyle skłonić gospodynię do wstania.
    – Ty mądra wahine. Mądra haole wahine - Rosa z uśmiechem zaczęła siekać się z posłania.
    – Posłuchaj, mam kłopot. Potrzebne mi muumuu. - Billie bardzo wyraźnie wymawiała każde słowo. – Czy mogłybyśmy je uszyć? – Widząc zdumienie w oczach Rosy, wytłumaczyła na migi, o co chodzi. Gospodyni pokręciła głową:
    – Nie. Nie ma. Nie ma szycia rach-ciach.
    Billie miała łzy w oczach.
    – Rosa, muszę mieć muumuu. Inaczej mój kane, mój ipo mnie nie zechce. – Czuła się głupio, mlaskając ustami, by uzmysłowić Rosie powagę sytuacji. Nigdy nie miała się dowiedzieć, czy przekonały ją łzy, czy hawajskie słowa oznaczające „mężczyzna” i „ukochany”. Dość, że gospodyni wstała.
    – Chodź. – Billie ruszyła za nią. Stanęły przed innym pomieszczeniem, gdzie prawdopodobnie mieściła się dawna sypialnia Ester Kamali. Rosa się wahała, ale wystarczyło jedno spojrzenie na zapłakaną Billie, by otworzyła drzwi. Młoda kobieta zatrzymała się w progu i ujrzała najpiękniejszy pokój, jaki można sobie wyobrazić. Całe wnętrze utrzymane było w perłowej bieli i zieleni mchu, a dodatki w kolorze słońca rozjaśniały i ogrzewały wnętrze. Billie wstrzymała oddech. Oto sypialnia kobiety. Nie miała pojęcia skąd, ale wiedziała, że żaden mężczyzna nie przestąpił jej progu. Ten pokój był na to zbyt doskonały. Pachniał nowością, jakby nigdy go nie używano. Rozłożyła ręce na znak, że nie rozumie.
    – Ipo panienki Ester umarł. Nigdy nie wiszła za innego, nigdy.
    Ukochany Ester Kamali zmarł. Jakie to smutne. Billie miała wrażenie, że narusza cudzą prywatność. Uczucie było tak silne, że chciała odejść. Proszę, ona wypłakuje sobie oczy przez takie głupstwo jak muumuu, a jej dobra, nieznana gospodyni straciła ukochanego. Rosa nie pozwoliła jej odejść.
    – Panienka Ester odjechać. Nie wracała tu długo lat. Nie chciała innego. Ty chodź.
    Billie otarła łzy z oczu i za Rosą weszła do małej garderoby. Gospodyni wspięła się na palce i wyjęła mały mosiężny kluczyk z porcelanowej wazy.
    – Zobaczysz, wikiwiki.
    Rosa się przeżegnała i opadła na kolana przy dużej komodzie. Dłonie koloru miodu ostrożnie macały kłęby bibułki, badały zawartość szuflad. Rozpostarła przed Billie szatę z barwnego jedwabiu:
    – Dla ciebie, panienka Billie. Nie nosiła inna wahine. Panienka Ester mówi, że w poziądku.
    Billie zabrakło słów. Już wyciągała po nią ręce, ale jako kobieta domyślała się, jak wiele ta szata znaczyła dla Ester Kamali. Znowu jej oczy przepełniały łzy. Potrząsnęła głową i zrobiła krok do tyłu.
    – Weź. Noś. Panienka Ester chcieć, żeby twój kane zobaczyć cię w tej sukni. Weź. W poziądku. Bardzo w poziądku. Weź.
    Niemal wbrew sobie Billie przyjęła jedwabne cudo. Właśnie czegoś takiego życzył sobie Moss. Przyłożyła szatę do siebie. Rosa promieniała z dumy.
    – Rosa, czy naprawdę mogę? – Billie chyba niczego na świecie nie pragnęła bardziej niż tej sukienki. Oddałaby za nią życie. Zapłaci każdą cenę, byleby tylko Moss był z niej zadowolony. – Będę bardzo ostrożna, obiecuję. Nie ubrudzę jej jedzeniem, nie będę nawet piła.
    Rosa zmarszczyła czoło. Co wahine plecie? Dopiero uśmiech Billie poprawił jej humor:
    – Panienka Ester szczęśliwa, że ty, wahine, szczęśliwa w jej sukience.
    Billie zaniosła szatę do swego pokoju i położyła na łóżku. Moss będzie zachwycony. Jeśli go dobrze znała, nie zada żadnych pytań i uzna za oczywisty fakt, że znalazła sposób, by spełnić jego życzenie.
    Wzięła prysznic i umyła włosy. Nie zakręciła wody, pozwalając, by łazienkę wypełniła gorąca para. Następnie powiesiła tam muumuu. W ten sposób odejdą wszelkie zagniecenia. Nie śmiałaby przecież dotknąć tego cuda żelazkiem.
    W kuchni Rosa, Phillip i ich liczni kuzynowie, siostrzeńcy i bratanice szykowali jedzenie. Produkty, które przywieziono samolotem, zajmowały część stołu. Rosa, z pomocą pulchnej krewniaczki, przygotowywała tradycyjne hawajskie potrawy. Na wielkich półmiskach piętrzyły się lau lau, zawiniątka z liści ti nadziewanych wieprzowiną, rybą i liśćmi kolokasji. Billie zjadła jedno, mlasnęła językiem na znak uznania i sięgnęła po drugie. Całą kuchnię wypełniał zapach ulu i opitli, które piekły się w piecu. Tego dnia Billie po raz pierwszy skosztuje owoców drzewa chlebowego i tutejszych mięczaków. W małych miseczkach czerwieniło się poi, przyrządzane z miażdżonych korzeni kolokasji. Billie skrzywiła się, widząc, jak dziewczęta ze śmiechem maczają w papce palce i oblizująje. Tradycyjne danie czy nie, Billie obejdzie się smakiem. Spojrzała na wielkie butle z pikantnym sosem do wołowiny i kukurydzy. Zdaje się, że sama będzie czyściła kolby. Phillip na migi oznajmił, że beczki z piwem obłożono lodem. To dobrze. Dwie skrzynki burbona trzeba będzie wystawić na taras, gdzie Moss urządzi bar. Phillip podejrzliwie przyglądał się dwóm workom ziemniaków z Idaho. Zgodnie z poleceniem miał je upiec na plaży, obok wołu.
    – Jeszcze czas na niaki.
    – Ziemniaki – poprawiła Billie.
    – Właśnie mówię, niaki.
    Masło czekało w lodówce, do olbrzymich solniczek wsypywano sól. Dziewięciolatek z zapałem składał papierowe serwetki. Dostarczono co najmniej pół tuzina wielkich obrusów w biało – czerwona kratę. Seth to wszystko załatwił! Nie mogła w to uwierzyć. Na pewno czegoś zapomniał. Zaglądała do worków i kartonów. Ze zdumieniem wyciągnęła dwie paczki wykałaczek i trzy pudła pastylek miętowych – na niestrawność, jak przypuszczała. Zajrzała głębiej – biała kapusta i tarki, żeby zrobić sałatkę! Boże drogi! A kilka galonów sosu chłodzi się w lodówce. Tyle jedzenia, taki kawał drogi z Teksasu. Niewiarygodne. Niechętnie przyznała, że niczego nie brakuje. Seth pamiętał o wszystkim, przysłał nawet fasolę do pieczenia.
    – Phillip, niech ktoś zaniesie kukurydzę pod tamto drzewo. Oczyszczę ją. Będzie mi potrzebny koszyk albo coś podobnego. – Jeszcze nie skończyła mówić, a już młody chłopak zarzucił worek na ramię. Z olśniewającym uśmiechem dał na migi znak, by szła przed nim.
    Na tarasie pomachała grupie dziewcząt, które zręcznie plotły lei, wieńce wręczane gościom na powitanie. Moss również o niczym nie zapomniał. Chociaż to teksaskie barbecue, nie zabraknie na nim hawajskich akcentów.
    Siedząc pod drzewem i łuskając kukurydzę, Billie uświadomiła sobie, jak wielka odległość dzieli ją od domu. Spojrzała na stos zielonych liści i stertę pięknych, równych złotych kolb. Szkoda, że nie skosztuje kukurydzy. Żałowała pochopnie złożonej obietnicy, że nie będzie jadła w sukni Ester Kamali. Po wyjściu gości przebierze się i posili resztkami.
    Po dwóch godzinach powierzyła żmudną pracę jednemu z chłopaków. Nie był tym zachwycony, jednak posłuchał ostrego głosu wuja Phillipa. A teraz był czas, aby pójść do kuchni i sprawdzić, jak się sprawy mają.
    Zadowolona z działalności Rosę, uciekła na plażę, na długi samotny spacer. Początkowo nie myślała o niczym, pogrążona w marzeniach, jednak ostry zapach oceanu ściągnął ją na ziemię. Po co tyle zamieszania o głupi piknik? Dlaczego Mossowi tak na tym zależało? I Seth, który przysłał jedzenie z drugiego końca świata! Chyba nigdy nie zrozumie Colemanów. Poranne zachowanie i słowa Mossa zraniły ją boleśnie. Sama przed sobą przyznała, że w gruncie rzeczy myśl o barbecue budzi w niej zazdrość. Dlaczego Mossowi nie wystarcza jej towarzystwo? Każda chwila się liczyła. Lada dzień „Enterprise” będzie gotowa do drogi. Kto wie, kiedy znowu będą razem? Naucz się cieszyć tym, co masz, powiedział Thad. Nie wolno jej o tym zapomnieć.
    Zabawa potrwa do świtu, a Moss musi wracać na weekendy do bazy. Zatem sprzątanie przypadnie w udziale jej i Rosie.
    Westchnęła, zapatrzona w bezkresny ocean. Powinna śpiewać z radości. Oto jest tu, na tej rajskiej wyspie, z mężczyzną, którego kocha całym sercem, wkrótce włoży przepiękną suknię… a tymczasem rozczula się nad sobą. Oficerowie, piękne kobiety… dlaczego nie upaja jej myśl o przyjęciu? Dlaczego czuje się nieszczęśliwa i opuszczona? Czy to efekt nie przespanej nocy? Nie, nie raz pracowała do świtu i nigdy nie była w równie fatalnym nastroju. Chandra? Być może. Rozczarowanie? Na pewno. Czyżby oczekiwała zbyt dużo, pragnąc spędzać z mężem każdą wolną chwilę?
    Za kilka godzin Moss wróci do domu. Przynajmniej będą mieli trochę czasu dla siebie, zanim zjawią się goście. Chyba że Moss postanowi sann wszystkiego dopilnować. Teraz pójdzie do pokoju, rozczesze włosy i ze szklanką lemoniady posiedzi na tarasie. Dobra książka pomoże jej zabić czas. Najpierw jednak musi rzucić okiem na oba rożny i zajrzeć do kuchni. To śmieszne. Cóż ona wie o pieczeniu wołu?
    Phillip okazywał swoje niezadowolenie na wszystkie sposoby, kiedy poruszyła liście figowca osłaniające mięsiwo. Nie lepiej powitano ją w kuchni, panował tam chaos. Na każdym skrawku wolnego miejsca piętrzyły się talerze i półmiski. Na stole, białym od mąki, stał garnek z kleistą mazią. Później zapyta, co to takiego.

* * *

    Ozdobny zegar na stole w salonie wybił szóstą. Billie zerknęła na złote cacko na swoim przegubie. Pięć po szóstej. Przestawiała go właśnie, kiedy jej uszu dobiegł warkot silnika. Gwałtownie otworzyła drzwi na taras. Niestety, powitalny okrzyk uwiązł jej w gardle. W dżipie, oprócz Mossa, siedział Thad Kingsley i trzej inni mężczyźni. Ze sztucznym uśmiechem wyszła na dwór.
    – Spójrz, kochanie – powitał ją Moss – sprowadziłem pomoc. Chodźcie, chłopcy, Billie zaraz poda wam coś do picia. Muszę zajrzeć do wołów. Phillip to fantastyczny człowiek, ale nie ma pojęcia o teksaskich wołach. Zaglądałaś tam, Billie?
    Jaki podekscytowany, jaki zadowolony. To dla niego bardzo ważne. Jak mogła w ogóle pomyśleć o odebraniu mu przyjemności? Dobrze, że włoży suknię panny Kamali.
    – Tak, Moss. Moim zdaniem wszystko jest w porządku. Trzymaj się z daleka od kuchni, bo inaczej Rosa natrze ci uszu.
    Thad i pozostali wybuchnęli śmiechem. Moss pognał na plażę, Billie zaprowadziła gości na taras. Podała drinki i zabawiała rozmową.
    Moss przybiegł po dwudziestu minutach. Mężczyźni omawiali miniony dzień. Billie przyglądała się uważnie każdemu z nich. Tylko z oczu Thada wyczytała prośbę o wybaczenie. Przeprosiła wszystkich i odeszła. Prawdopodobnie nikt na to nie zwrócił uwagi prócz Kingsleya.
    Przygotowała sobie kąpiel z pianą niemal tak puszystą jak bałwany Pacyfiku. Nie będzie płakać i już. Czasami życie małżeńskie wydawało jej się bardzo dziwne. Moss zapomniał już, jak nieładnie potraktował ją rano. Pewnie nie zdawał sobie sprawy, że bardzo poczuła się skrzywdzona. Czas się otrząsnąć z depresji, ubrać i wyjść do gości. Pozostali zapewne wkrótce przyjadą.
    Kiedy godzinę później wyszła na lanai, cała piątka zerwała się na równe nogi. Ona jednak szukała spojrzenia Mossa. Wyczytała z niego dumę i aprobatę. Długa szata, przypominająca sarong, odsłaniała opalone ramiona i dekolt, przez rozcięcie z boku widać było długie, zgrabne nogi.
    – Wyglądasz prześlicznie, Billie – powiedział Thad z podziwem. Pozostali zawtórowali chórem komplementów. Moss musnął jej policzek ustami. Chociaż chciałaby się do niego przytulić, trzymała uczucia na wodzy. Z uśmiechem opadła na fotel. Spod jedwabnej szaty wyłoniły się jej stopy w sandałach na wysokich obcasach. Thad Kingsley przełknął ślinę. Nigdy nie widział czegoś równie podniecającego jak te kształtne stopy.
    – Chyba przejdę się na plażę i rzucę okiem na woły – stwierdził. – Coleman, na twoim miejscu ruszyłbym cztery litery i poszedł się przebrać. Grube ryby będą tu lada chwila, a ty jesteś gospodarzem imprezy.
    – Masz rację. Zaraz wracam. Billie, dolej chłopakom.
    – Damy sobie radę, Moss. Niech twoja żona odpoczywa. Wystarczy nam, że możemy na nią popatrzeć.
    – Jak chcecie. Mówiłem, żebyście przyszli z dziewczynami.
    – Ano, mówiłeś. Jak się bawić, to się bawić. Nie można iść na całość, kiedy dokoła pętają się grube ryby. Nie martw się o nas. Przyjechaliśmy na wołowinę, o której tyle opowiadałeś.
    Moss wzruszył ramionami. Ich sprawa. Wyobrażał sobie, jakie wrażenie Billie zrobi na zwierzchnikach. A ich żony padną z zazdrości. Jeszcze nigdy nie była taka piękna. Chłopaków zatkało. Thad na chwilę zapomniał języka w gębie. To będzie udane przyjęcie, Moss nie wątpił w to ani przez chwilę.
    O wpół do dziesiątej przybył ostatni gość. Moss i Billie obserwowali zebranych z lanai.
    – Czy zauważyłaś, że żony wszystkich generałów i admirałów są stare i pomarszczone? Spójrz na tamtą. – Billie posłusznie skierowała wzrok na kobietę, którą Moss dyskretnie wskazywał. Miała suchą, zniszczoną skórę i obwisłą szyję. – Jeśli kiedyś będziesz tak wyglądała, rozwiodę się z tobą.
    – Czyżbyś chciał zostać admirałem, Moss? – zażartowała, szczęśliwa, że choć przez chwilę ma go tylko dla siebie.
    – Ja nie, ale Thad tego pragnie. Mogę się założyć o Sunbridge.
    Zachichotała.
    – Myślisz, że ożeni się z taką kobietą?
    – Boże, oby nie. Thad jest wybredny. Cóż za buty ma na nogach pani generałowa? – zapytał z ciekawością.
    Billie zmrużyła oczy, żeby lepiej widzieć w mdłym świetle lampionów, i roześmiała się ponownie:
    – Ortopedyczne. Pewnie ma chore nogi. Moss, jesteśmy okropni.
    – Skądże znowu, pani Coleman. Ta kobieta to wredna suka. Trzyma żony oficerów żelazną ręką. Generał nie podejmuje żadnych decyzji bez konsultacji z nią. To tajemnica poliszynela. Cieszę się, że nie zostajesz tu na stałe, Billie. – Moss przyciągnął ją do siebie. Tym razem przywarła do niego i szepnęła coś na ucho. Uśmiechnął się szeroko:
    – Później przypomnę ci te słowa. Teraz musimy zająć się gośćmi. Phillip niedługo zacznie kroić, a wtedy musimy przy nim być. Spotkajmy się na lanai za, powiedzmy, dwadzieścia minut.
    Billie przeciskała się przez rozbawiony tłum, co chwila przystawała na krótką pogawędkę. Wszyscy świetnie się bawili.
    Kiedy krewni Phillipa zagrali na ukulele pierwsze takty „Deep in the Heart of Texas”, wróciła do męża.
    Moss uciszył zebranych podnosząc ręce.
    – Hele mai ai! - krzyknął. – Chodźcie i jedzcie!
    Kilku muzyków poszło na plażę, reszta została w ogrodzie. Hawajskie dziewczęta w spódniczkach z trawy kołysały biodrami w rytm melodii. Niejeden mężczyzna zapomniał o jedzeniu, patrząc na nie. Billie była szczęśliwa. Moss widział tylko ją.
    – Musimy to powtórzyć, stary – zaproponował Thad, lekko bełkocząc.
    – Następnym razem ty będziesz gospodarzem – odparł Moss. – Co tam macie w tej Nowej Anglii?
    – Paluszki rybne. I zupę rybną, taką, że palce lizać! Czy mówiłem ci, że jesteś najpiękniejszą kobietą na przyjęciu? – zapytał Billie i spróbował złożyć niski ukłon.
    – Już trzy razy – rzucił Moss. – Masz nieźle w czubie, stary.
    – Taaak. Billie, zagrasz coś dla mnie? Wkurza mnie ta ich kocia muzyka. Mam ochotę na dobre stare kawałki z naszej pięknej Ameryki. Stary, czy twoja żona może dla mnie zagrać?
    – Czemu nie? To zależy od niej. Billie?
    – Oczywiście. Co chciałbyś usłyszeć?
    – Coś ostrego, rytmicznego. Coś z duszą, boogie-woogie. Wymagam zbyt wiele?
    – Skądże. Chyba dam sobie radę. Chodźmy, poruczniku.
    Billie usiadła do pianina. Na próbę uderzyła kilka akordów. Instrument był w doskonałym stanie.
    Muzyka pochłonęła ją do tego stopnia, że nie była świadoma uważnego spojrzenia, jakim obrzucał ją Thad. Skończyła…
    – Przesuń się, Billie – polecił.
    Posłuchała go. Zdumiona patrzyła, jak siada koło niej i dotyka klawiszy.
    – Zagramy coś na cztery ręce. Masz jakieś propozycje?
    – Nie wiedziałam, że grasz.
    – Niewiele o mnie wiesz, Billie. Dalej, pokażemy im, co to prawdziwa muzyka.
    Roześmiała się.
    – Doskonale, poruczniku. Zagramy wszystko, co pan zaproponuje.

* * *

    Ostatni goście odjechali. Moss nie ukrywał zadowolenia.
    – Było wspaniale, skarbie. Pokazaliśmy się im z najlepszej strony. Mac zrobił sporo zdjęć. Nie będę tu ich wywoływał, wyślę filmy tacie. Posłuchaj, kochanie, Thad, Mac i Jack muszą wracać. Pojadę z nimi dżipem, bo inaczej nie dostanę się rano do bazy. Zobaczymy się w poniedziałek wieczorem.
    – Moss, jest dopiero trzecia. Mógłbyś się przespać i rano wrócić fordem. – Jeśli jej nie posłucha, rozstaną się na całe trzy dni. – Proszę, Moss.
    – Tak będzie najlepiej, skarbie. W ten sposób zdążę wziąć prysznic i napisać do taty przed moją zmianą. A tak przy okazji, czy mówiłem już pani, pani Coleman, jak pięknie pani wygląda? Hej, co to? Łzy? Billie, kobiety Colemanów nie płaczą przez takie głupstwo. No, chodź, uśmiechnij się do mnie.
    Żałosny grymas na jej twarzy wystarczył mu w zupełności.
    – Dalej, orły! Kto jest w miarę trzeźwy?
    – Ja – odezwał się Thad. – Nie piłem od kilku godzin. Moss, jeśli nie chcesz rano jechać fordem, weźmiesz dżipa, a ja odwiozę chłopaków wozem Billie. Jesteś zmęczony. Drzemka dobrze ci zrobi.
    Moss potrząsnął głową.
    – Zrobimy, jak powiedziałem.
    Billie bez słów dziękowała Thadowi za to, co chciał dla niej zrobić.
    – Dobranoc, panowie – pożegnała ich. – Thad, uważaj na drodze. Moss, do poniedziałku. – Odwróciła się i bez słowa weszła do domu. Do końca liczyła, że mąż zostanie.
    Thad miał ochotę pięścią zmazać uśmiech z twarzy przyjaciela. Podczas jazdy panowało milczenie. Thad powtarzał sobie, że Moss to jego najlepszy przyjaciel! Nie wolno mu o tym zapomnieć.

Rozdział czternasty

    Hawajski miesiąc miodowy skończył się wraz z barbecue. Od tego czasu Billie i Moss nader rzadko spędzali wieczory w domu. Wykonali pierwszy krok; teraz nadeszła ich kolej na przyjmowanie zaproszeń. Moss często przesiadywał w sąsiadującym z bazą klubem oficerskim.
    – To dla mnie ważne, Billie – tłumaczył, ilekroć narzekała. – Przecież proszę tylko o to, byś tam ze mną była. Nie musisz nic robić.
    – Ale wolałabym zostać tutaj, z tobą, a nie z tuzinem innych. Poza tym wszystkie kobiety są ode mnie dużo starsze, właściwie nie mamy ze sobą nic wspólnego.
    – Nie lubię, kiedy marudzisz, Billie. Awansu nie dostaje się wyłącznie za zasługi w bitwie. Jesteś moją żoną, jedną z Colemanów. Mieszkałaś w Sunbridge dostatecznie długo, by się nauczyć, jak należy postępować. Tego się po tobie spodziewam. A teraz idź się ubrać.
    – Moss, gdybyś planował karierę wojskową, to co innego. Ale przecież po wojnie wrócisz do Teksasu. Dlaczego to takie ważne?
    – Bo chcę zajść tak wysoko, jak tylko możliwe. Chcę być tam, gdzie podejmuje się decyzje. Nikt nie wie, ile czasu jeszcze potrwa wojna, a chcę wtrącić moje trzy grosze. Mam kilka dobrych pomysłów, ale nikt mnie nie wysłucha, dopóki będę zwykłym instruktorem lotnictwa. Teraz rozumiesz?
    – Nie bardzo. Nie pojmuję, do czego ja jestem ci potrzebna. Thad nie ma żony, która zabawiałaby grube ryby w jego imieniu, i z całą pewnością nie zabiega o awanse.
    Moss nie umiał pogodzić się z niedawnym awansem przyjaciela. Ciągle miał w uszach słowa ojca: „uważaj, synu, bo ten Jankes cię wyprzedzi!”
    Billie natychmiast pożałowała swoich słów i pokornie zniknęła w łazience. Przynajmniej pokazuje światu swoje nowe kreacje. Musi podtrzymywać wizerunek Colemanów. Później Moss wygładzi jej nastroszone piórka pocałunkiem i pomrukiem zachwytu. Rzecz, jakiej Billie najbardziej potrzebowała, to aprobata męża.
    Mossowi nie bardzo przypadła do gustu jej nowo nabyta pewność siebie. Pod wieloma względami pragnął, by była bardziej niezależna, bo w ten sposób sam miał więcej swobody i nie czuł się taki zobowiązany. Tak naprawdę jednak wolałby, żeby na zawsze pozostała miłą, posłuszną dziewczyną, którą poznał w Filadelfii. Odpowiadała mu dominująca rola i drażnił upór, jaki od czasu do czasu przejawiała Billie. Wszystko układało się znakomicie, kiedy jej mówił, żeby nie zawracała sobie niczym ślicznej główki, a ona słuchała. Tymczasem nowa Billie żądała odpowiedzi, a Moss nie zawsze był na to przygotowany.
    To, co powiedziała o Thadzie, nie dawało mu spokoju. Może to ona ma rację, a nie on. Możliwe, że jej przyjazd na Hawaje wzbudził zazdrość innych. Nie pozwolił nikomu zapomnieć, że jako Coleman jest traktowany specjalnie. No i barbecue – chyba rzeczywiście nie był to taki genialny pomysł. Instynkt nie zawiódł Billie i tym razem. Moss wrócił na fotel z pełną szklanką w ręku. Podjął decyzję: wszyscy poznali już jego uroczą żonę… Czas, by wróciła do domu.
    Billie weszła pod prysznic. Szkoda, że nie może sobie pozwolić na długą rozkoszną kąpiel z aromatycznym olejkiem. Później posypałaby ciało talkiem i wślizgnęła się do Mossa. Rozczarowana, zmarszczyła czoło. Towarzyskie spotkania zazwyczaj kończyły się bardzo późno, a Moss wracał do bazy wczesnym rankiem. Właściwie nie mieli dla siebie czasu, w każdym razie nie na powolne, leniwe kochanie się. Uprawiali miłość pośpiesznie i nerwowo, tak jak wszystko w ostatnich dniach.
    Namydliła ramiona, szyję i piersi, cięższe i bardziej wrażliwe niż zwykle. Pamiętała to uczucie z okresu ciąży z Maggie.
    Wyrzuty sumienia sprawiły, że wróciła myślami do dziecka, które zostawiła w Teksasie. Nie widziała córki od prawie dwóch miesięcy. Policzyła na palcach – przybyła na Hawaje siedem tygodni temu. Siedem tygodni – i przez ten czas ani razu nie miesiączkowała. Kiedy uświadomiła sobie, co to może oznaczać, ugięły się pod nią nogi i powróciły wszystkie ostrzeżenia doktora Warda. Nie, to niemożliwe. Wszystkiemu jest winien ciągły ruch, pływanie, słońce. Z wahaniem dotknęła piersi. Opóźniona miesiączka nie musi oznaczać ciąży, a piersi są wrażliwe, bo kończy cykl.
    Szybko spłukała pianę. Moss czeka. Zapewne już się niecierpliwi. Nie po raz pierwszy od przyjazdu na Hawaje rozważała, czy nie powiedzieć mu, co lekarz mówił na temat kolejnej ciąży. I nie po raz pierwszy doszła do wniosku, że nie jest w stanie tego zrobić. Martwiłby się o nią, jakby nie dość miał swoich problemów. W głębi duszy wiedziała, że prawdziwym powodem jej milczenia jest fakt, że wstydziła się swojej niedoskonałości, choć nie miała na to wpływu. Co prawda, Agnes znała zdanie Warda i gdyby coś było naprawdę nie w porządku, ostrzegłaby ją. Przecież to jej matka.
    Wyszła z łazienki w białym szlafroku i pantoflach na wysokim obcasie. Moss zdążył utwierdzić się w swojej decyzji i postanowił odesłać ją do Stanów jak najszybciej. Wymyślić jakiś powód.
    – Billie! – powitał ją szerokim uśmiechem. – Jesteś wspaniała! – Z zachwytem patrzył na smukłe biodra rysujące się pod grubą tkaniną. – Masz rację, dzisiaj powinniśmy zostać w domu.
    Zniknęła w jego objęciach, gładziła ciemne włosy na karku. Przyciągnął ją do siebie, odnalazł usta i szyję. Pod wpływem pożądania jej wątpliwości topniały. Oto jej mąż, kochają i tej nocy nie chce się nią z nikim dzielić. Kiedy przewracał ją na łóżko, mrucząc coś gardłowo do ucha, po jej policzkach spływały łzy radości i wdzięczności.

* * *

    Niecały tydzień później Moss wrócił do domu wcześniej niż zwykle. Billie od razu się domyśliła, że coś musiało zajść niedobrego.
    – Czy coś się stało? – zapytała, choć bała się usłyszeć jego odpowiedź.
    – Billie, kochanie, nie mogę tu zostać. Wpadłem po rzeczy. Muszę natychmiast wracać, chciałem cię zobaczyć, zanim wyjadę.
    – Wyjeżdżasz? Dokąd? – Mieli dla siebie tak mało czasu. Już za nim tęskniła.
    – Nie mogę ci tego powiedzieć, Billie. Rozumiesz, prawda? Dzwoniłem do ojca. Postara się zorganizować ci powrót do Stanów.
    – A nie mogłabym poczekać na ciebie tutaj?
    – Billie, skarbie, nie patrz na mnie w ten sposób. Dlaczego chcesz tu zostać? Nie mam pojęcia, kiedy wrócę, a w Teksasie czeka na ciebie nasza córeczka. Nie mogę zostawiać cię samej na Hawajach! To niemożliwe! Nie miałbym chwili spokoju!
    Przytuliła się do niego, zbyt zrozpaczona, by płakać.
    – Muszę wiedzieć, dokąd jedziesz. Kiedy się znów zobaczymy?
    – Głowa do góry, Billie. Wiedziałaś, że kiedyś do tego dojdzie. Tata także wiedział wysyłając cię do mnie. Nie masz na to wpływu. No, chodź tu – poprosił miękko. Oparł brodę na czubku jej głowy, żeby nie wyczytała kłamstwa z jego oczu. „Enterprise” nie była jeszcze gotowa do drogi.
    Billie wsłuchiwała się w bicie jego serca. Musi być dzielna. Przynajmniej tyle może zrobić dla ukochanego, który wyrusza na wojnę.
    Drżącymi rękami gładził złote włosy. Tak pięknie pachnie, tak delikatnie go dotyka. Za to, co jej robił, będzie się smażył w piekle. Ale, do licha, on też się poświęca!
    – Kochanie, czas na mnie. Uważaj na siebie i pisz. Codziennie, długie listy. Pisz o Maggie i o życiu w Sunbridge. Dzięki twoim listom jestem bliżej was. Pozdrów mamę i tatę. Powiedz, że do nich napiszę.
    – Moss, tak bardzo cię kocham. Nie mogę się temu oprzeć.
    Przyłożył palec do jej drżących warg.
    – Ciii. Uśmiechnij się, Billie. Uśmiechnij się dla mnie. Taką chcę cię pamiętać.
    Billie była załamana. Czy kiedykolwiek uda jej się pozbierać? Pomogła mu spakować torbę i odprowadziła do dżipa.
    – Kocham cię, Moss – powtórzyła, kiedy się żegnali.
    – Wiem, skarbie, wiem.
    Następnego dnia Billie Coleman opuściła Hawaje. Znowu była w ciąży.

* * *

    Mieszkańcy Sunbridge powitali ją w piżamach i koszulach nocnych. Zbyt zmęczona, by szczegółowo odpowiadać na pytania, poinformowała Setna i matkę, że Moss ma się doskonale, i uciekła do pokoju. Trudno, jeśli chcą usłyszeć wszystko z detalami, muszą poczekać. Teraz musiała zobaczyć córeczkę, przytulić policzek do ciemnej główki. I spać tak długo, jak tylko możliwe.
    – Co to ma, do cholery, znaczyć, Aggie? – Seth nie posiadał się ze zdumienia. Agnes z trudem powstrzymywała śmiech, jednak co chwila zerkała na jego nocny strój. Nie przypuszczała, że w dzisiejszych czasach szyją jeszcze męskie koszule nocne. Na dodatek z czerwonej flaneli. O, urwany guzik. Musi zwrócić Ticie uwagę.
    – Czy ta dziewczyna nie rozumie, że od rana czekam na wiadomości jak krowa na paszę?
    – Powiedziała ci wszystko w skrócie, Seth. Jest zmęczona. Niewykluczone, że nasz cel został osiągnięty i pewne objawy dają się we znaki Billie już we wczesnym stadium. Cierpliwości. Jutro też jest dzień. Moss ma się dobrze, a to najważniejsze. Idź spać. Rano porozmawiamy.
    Odesłała go. Na Boga, Aggie odesłała go jak dzieciaka. Zazgrzytał zębami, ale jedno spojrzenie na nią wystarczyło, by się przekonać, że niczego nie wskóra. Marchewką osiąga się lepsze rezultaty niż kijem, jak powtarzała.
    Billie na palcach przemierzała długi korytarz. Niania natychmiast poderwała się z wąskiego łóżka przy ścianie. Na widok Billie westchnęła głośno i przygładziła do tyłu siwe włosy. Twarz młodej kobiety rozjaśnił uśmiech, gdy pochyliła się nad śpiącym dzieckiem. Mała jest podobna do Mossa. Przynajmniej ma jego nos. Brodę odziedziczyła po Billie, ale nos wyraźnie był Mossa.
    Długie ramię zagrodziło jej drogę, gdy chciała wziąć dziecko na ręce. Billie popatrzyła niani w oczy:
    – Proszę wracać do łóżka. Wezmę córkę na ręce, usiądę w bujanym fotelu i będę ją kołysała. Jeśli ma pani coś przeciwko temu, proszę się spakować i odejść. Szofer jeszcze nie śpi, niedawno przywiózł mnie z lotniska. Ma pani kilka minut do namysłu. Jestem bardzo zmęczona i chcę wziąć córkę na ręce.
    – To może zaszkodzić małej. Często ma kolki, powinna dużo spać. Nigdy nie pozwalam, by moich podopiecznych budzono w środku nocy. – Choć mówiła twardym głosem, pierwsza spuściła wzrok. Posłusznie wróciła do łóżka. Nigdy nie wyrzucono jej z posady. Nie chciała, by teraz jato spotkało.
    Miękkie włoski przyjemnie łaskotały Billie w policzek. Maggie pachniała słodko i czysto. Tuląc ją, była bliżej Mossa. Dziewczynka poruszyła się i beknęła głośno.
    – Wykapany tatuś! – Billie usadowiła się w fotelu.
    Kołysała się rytmicznie i szeptem opowiadała śpiącemu dziecku o pobycie na Hawajach. Godzinę później, kiedy jej powieki same się zamykały, wtuliła twarz w pachnące ciałko. Jej ciało i krew, jej i Mossa.
    Przez dobre pięć minut przyglądała się śpiącemu maleństwu. Potem podeszła do niani.
    – Z Maggie wszystko w porządku. Odbiło się jej raz, bardzo głośno. Nie zgniotłam jej, jak pani widzi, i nie upuściłam, nie zasnęłam. Śpi smacznie i zapewne nie obudzi się do rana. Dobranoc.
    – Pani Coleman, moim obowiązkiem jest poinformować o tym zajściu pana Colemana. Powierzył Maggie mojej wyłącznej opiece.
    Billie zatrzymała się przy drzwiach:
    – Na pani miejscu nie robiłabym tego, panno Jenkins. Chyba że nie chce pani już tu pracować. Wybór należy wyłącznie do pani.
    Niańka odprowadziła ją wzrokiem. W gruncie rzeczy zgadzała się z młodą kobietą. Hawaje dobrze jej zrobiły. Może nauczy starego, że pieniądze to nie wszystko.
    Billie ostatkiem sił zdjęła z siebie ubranie. Zbyt zmęczona, aby szukać koszuli nocnej, naga wślizgnęła się do łóżka. Z Mossem zawsze tak sypiała. Lubiła dotyk satyny na skórze. Zasnęła, kiedy tylko przyłożyła głowę do poduszki.

* * *

    Przesłuchanie zaczęło się przy kolacji następnego dnia.
    – Jak wygląda? Czy jest zdrowy? Dokąd go teraz wysłano? Dlaczego nie zostałaś dłużej? Nie mów tylko, że wróciłaś z powodu Maggie?
    Billie odważnie wytrzymała spojrzenie teścia:
    – Tak, Moss jest zdrowy. Wygląda bardzo dobrze. Nie wiem, dokąd go wysłano, dowództwo marynarki wojennej nie raczyło mnie o tym poinformować. Jest z nim Thad i inni przyjaciele.
    – Co robiliście, kiedy miał wolne? Dziewczyno, nie rozumiesz, że chcę wiedzieć wszystko o moim synu?
    Billie przekroiła pieczonego kartofla na pół, wybrała miąższ łyżeczką i zmieszała z odrobiną kwaśnej śmietany. Nie dlatego, żeby była głodna, po prostu musiała czymś zająć ręce.
    – Dużo rozmawialiśmy o Maggie. Spacerowaliśmy po plaży. Kąpaliśmy się wczesnym rankiem i późnym wieczorem. Kiedy Mossa zatrzymano w bazie na dłużej, Thad Kingsley zabrał mnie na wycieczkę po wyspie. Wcale nie spędziłam z Mossem wiele czasu. Właściwie to były raczej godziny niż całe dnie, w sumie pewnie mniej niż tydzień.
    Agnes bezwiednie kruszyła kromkę chleba na drobne kawałeczki. Po raz pierwszy słyszała taką zawziętość w głosie córki. Ukradkiem zerknęła na Setha.
    Ten mierzył synową piorunującym wzrokiem:
    – A dlaczego to Kingsley pokazywał ci wyspę? Czemu nie Moss? Znając go, nie lubi takiego pieprzenia w bambus, ale byłaś tam po raz pierwszy. On i ten Kingsley bardzo się przyjaźnią?
    – Mówiłam już, Mossa zatrzymano w bazie. Thad okazał się tak uprzejmy, że zaproponował mi wspólną przejażdżkę. Jest bardzo miły. To najlepszy przyjaciel Mossa.
    – Jak się udało barbecue?
    – Wspaniale. Przyszli wszyscy zaproszeni; oficerowie z żonami i cywile, którzy pracują w bazie. Moss obiecał wysłać ci film, żebyś go tutaj wywołał. Jego kolega robił zdjęcia. Przyjęcie trwało do trzeciej nad ranem. Resztki zabrano do kantyny. Jak twierdził Thad, zapewne zrobią z nich potrawkę.
    – Wysłał list? Prosił, żebyś mi coś przekazała? – dopytywał się Seth. Billie patrzyła mu prosto w oczy. Widziała w nich niecierpliwość i nadzieję.
    – Miałam przekazać, że bardzo was kocha, i że tobie dedykuje następny japoński samolot, który zestrzeli.
    Agnes odłożyła widelec, uniosła szklankę z wodą. Odnalazła wzrok Billie. Z aprobatą skinęła głową, słysząc ostatnie kłamstwo. Kiedy Seth uśmiechnął się zadowolony, Billie niemal niezauważalnie podniosła głowę.
    Zaraz potem przeprosiła teścia i matkę i odeszła od stołu. Postanowiła zajrzeć do Jessiki. Krótka wizyta po lunchu właściwie się nie liczyła. Billie była przerażona zmianami, jakie zaszły w teściowej w czasie jej nieobecności. Kiepsko było z nią. To określenie najlepiej pasowało do jej stanu. Mimo braku doświadczenia, Billie wiedziała, że Jessica umiera. W zapadłych, smutnych oczach malowała się pustka, niewyraźne słowa nie zawsze miały sens. Billie bolało serce, kiedy na to patrzyła.
    Jessica drzemała. W dłoni ściskała różaniec. Modlitwa dawała jej ukojenie, choć czasami zapominała słów. On wie, co chce powiedzieć, o czym myśli. On zrozumie.
    Billie stanęła przy oknie. Stary dąb o konarach wykręconych artretyzmem wyciągał ku nim ramiona. Jest starszy niż Jessica i przeżyje ją o wiele lat. Jeszcze długo będzie dawał cień w lecie i drewno w zimie. Czegóż więcej można wymagać od drzewa? A czego oczekiwano od drobnej istoty w bawełnianej koszuli nocnej? Niczego. Jej życie dobiegało końca. Agnes i Seth zaglądali do niej z poczucia obowiązku. Na wyraźną prośbę Billie niania codziennie przynosiła jej wnuczkę.
    Jessica się obudziła. Powitała synową uśmiechem:
    – Jak się masz, Billie? Czyżbym znowu zasnęła? Ostatnio ciągle drzemię. Wybacz, kochanie. Proszę, usiądź i opowiedz mi o podróży. Czy mogłabyś zacząć od samego początku? Obawiam się, że zapomniałam wszystkiego, co mi opowiadałaś wcześniej. Aha, Billie, czy wysłałaś mój list do Amelii?
    – Tak, zaraz po lunchu. Ułóż się wygodnie, a ja opowiem ci o wszystkim ze szczegółami, nawet o kwiatach plumerii. – Przysunęła sobie wysokie krzesło. Mówiła i mówiła. Po godzinie Jessica zamknęła oczy. Billie opowiadała jeszcze przez chwilę, później zaś, zadowolona, że babcia Maggie smacznie śpi, na palcach obeszła pokój i zgasiła wszystkie lampy, z wyjątkiem malutkiej na nocnym stoliku. Pochyliła się nad teściową i pocałowała ją w pomarszczony, suchy policzek.
    Idąc do swego pokoju, myślała o liście do Amelii, który dołączyła do listu Jessiki. Na pierwszych trzech stronach opisywała nowinki z Sunbridge i wieści o Mossie, zanim zebrała się na odwagę i bez owijania w bawełnę stwierdziła, że jej zdaniem Jessica umiera. „Jeśli to tylko możliwe”, napisała „postaraj się wrócić do domu. Rozumiem, że wojna bardzo komplikuje sytuację, ale gdyby zaszła taka potrzeba, twój ojciec na pewno ci pomoże”. Podpisała po prostu „Billie”.

* * *

    Jeszcze nie obudziła się do końca, a już wiedziała, że coś jest z nią nie w porządku. Był wczesny ranek. Równo miesiąc temu wróciła z Hawajów. Dopiero po dwóch minutach dotarło do niej, co się dzieje: będzie wymiotować. Wyskoczyła z łóżka i w rekordowym czasie dopadła łazienki. Zaciskała na muszli klozetowej palce białe jak porcelana, której dotykały.
    Agnes i Seth zmierzali do jadalni na wczesne śniadanie. Usłyszawszy odgłosy dobiegające z pokoju Billie, popatrzyli na siebie porozumiewawczo, ale nie zwolnili kroku.
    Billie spojrzała w lustro. Jej skóra przybrała intrygujący odcień starej pieczarki. Wróciła do łóżka. Nie potrzebowała kalendarza, by się upewnić. Jest w ciąży. Gdzieś w głębi duszy wiedziała o tym od dawna. Prawdopodobnie stało się to tamtego dnia, gdy Moss spóźnił się do bazy.
    Ukryła twarz w poduszce i zaniosła się szlochem. Kolejne osiem miesięcy cierpień.
    – Och, Moss – jęknęła.
    Dopiero dużo później podjęła pierwszą próbę wstania. Kręciło jej się w głowie. Głośno przełknęła ślinę i podźwignęła się z łóżka. Po kąpieli i prysznicu poczuła się dużo lepiej. Może herbata i tost nie spowodują rewolucji w żołądku. Potem umówi się na wizytę u lekarza. Będzie zły, że go nie posłuchała. Teraz żałowała, że nie była bardziej ostrożna.
    Zeszła na dół. Tam czekała na nią matka. Nie było z nią Setha, co wydawało się dziwne, ponieważ zazwyczaj trzymali się razem jak papużki nierozłączki.
    – Gdzie Seth? – odezwała się Billie.
    – Jeździ konno. Dlaczego pytasz? – zainteresowała się Agnes.
    – Tak sobie. Mamo, napijesz się ze mną herbaty? Chciałabym zamienić z tobą kilka słów. Pod warunkiem, oczywiście, że nie jesteś bardzo zajęta.
    – Ojejej, wstałyśmy lewą nogą, co, Billie? Czy masz jakieś problemy? Może mogłabym ci jakoś pomóc?
    Ciepłe słowa sprawiły, że Billie po raz pierwszy od dawna poczuła więź łączącą ją z matką. Ostatnio bardzo się od siebie oddaliły. Dokładnie mówiąc, odkąd poznała Mossa.
    Herbata była gorąca i aromatyczna. Agnes wsypała łyżeczkę cukru do swojej filiżanki i czekała cierpliwie.
    – Mamo, chodzi o Jessicę. Zapewne wiesz, że nie zostało jej dużo czasu. Czy poprosisz Setha, żeby spróbował ściągnąć Amelię do domu? Napisałam do niej, ale nie otrzymałam odpowiedzi. Nie wiadomo, czy w ogóle dostała mój list, może dotrze do niej za miesiąc albo jeszcze później, a Jessica nie ma tyle czasu. Seth ma potężnych przyjaciół. Byłoby okropne, gdyby Amelia nie dotarła na czas.
    Słowa córki kompletnie zbiły Agnes z tropu. Nie tego się spodziewała, nie to chciała usłyszeć. Billie przesadza, z Jessicą chyba nie jest aż tak źle. Seth w każdym razie nie przejmował się zbytnio jej stanem.
    – Kochanie – odparła – Jessica niedomaga, ale to nie znaczy, że umiera. Lekarz nie podziela twego niepokoju. Przyznaję, pogorszyło się jej, gdy wyjechałaś, ale teraz już wraca do siebie. Jeśli zrobię to, o co mnie prosisz, Seth uzna, że wtrącamy się w nie swoje sprawy. Wcale nam nie podziękuje, zapewniam cię.
    Billie znieruchomiała.
    – A więc nie porozmawiasz z nim? – A gdy matka potwierdziła ruchem głowy, zadecydowała: – W takim razie ja to zrobię.
    – Billie, czy ty masz pojęcie, o czym mówisz? Trwa wojna. Anglia to beczka prochu, może lada dzień wybuchnąć. Wątpię, by komukolwiek udało się stamtąd wyjechać do Stanów.
    – Musimy spróbować. Nie zależy ci na tym, mamo?
    – Oczywiście, że mi zależy, jednak żądasz rzeczy niemożliwych. Nawet wysoko postawieni przyjaciele Setha tu nie pomogą.
    – Dlaczego nie? Pomogli mu przecież wysłać samolot Czerwonego Krzyża na Hawaje, zapomniałaś o tym? – stwierdziła Billie z goryczą. – Ja mówię o czymś nieco poważniejszym i odrobiną ważniejszym, nie sądzisz? To kwestia tego, czy Jessica zobaczy córkę przed śmiercią.
    – Dobrze, Billie. Porozmawiam z Sethem. Ale już teraz mówię ci, że niczego nie załatwi. Tam toczy się wojna.
    – Jeśli ktoś w końcu czegoś nie zrobi, wojna wybuchnie także tutaj – zdenerwowała się Billie. – Wybacz, mamo. Muszę do kogoś zadzwonić, a później poczytam Jessice na głos. I wiesz, korona chyba nie spadłaby ci z głowy, gdybyś spędzała z nią więcej czasu i wkładała w to więcej serca. Myślałam, że teraz, gdy jesteś panią na Sunbridge… och, nieważne. Później porozmawiamy.
    Coś takiego, mała Billie stawia żądania! Nie przypuszczała, że dożyje takiego dnia. Agnes machinalnie stukała łyżeczką w filiżankę. Niby mimochodem sprowadzi rozmowę na temat Amelii i zobaczy, jak Seth zareaguje i co z tego wyniknie. Jessica nie umiera. Ale czy na pewno? Mężczyźni rzadko zauważają rzeczy oczywiste. Zanim porozmawia z Sethem, sama się o tym przekona.
    Billie obserwowała matkę przez cały dzień. Agnes odwiedziła Jessicę, na co ta zareagowała wielkim ożywieniem. Wydawała się pogodna i świadoma, co się wokół dzieje. Dopiero po wyjściu gościa bezwładnie opadła na poduszki.
    Billie znalazła się przy niej w mgnieniu oka.
    – Jess, wszystko w porządku? Wezwać lekarza? Leż spokojnie, zaraz podam ci lekarstwo. Dlaczego? Dlaczego tak marnujesz siły?
    Jessica długo leżała w milczeniu, jakby spała. W końcu uniosła przezroczyste powieki. Mówiła z wyraźnym wysiłkiem:
    – Tak trzeba, Billie. Twoja matka ma w sobie ogień. Podziwiam ją za to. Ja nigdy taka nie byłam. Seth lubi to w kobietach. Nie mogłam pozwolić, by Agnes zobaczyła mnie w takim stanie. Tak, kochanie, to mnie dużo kosztowało, ale nie mogłam postąpić inaczej. Daj mi lekarstwo. Prześpię się. Idź do Maggie. Billie, spędzaj z nią dużo czasu. Nie powtarzaj moich błędów. Kochaj ją, Billie.
    – Dobrze. Połknij to. Później do ciebie zajrzę.
    – Niech cię Bóg błogosławi, dziecko. Czasami myślę, że jesteś dla mnie jak rodzona córka, a nie synowa.
    – Nikt nigdy nie zajmie miejsca córki w sercu matki – szepnęła cichutko Billie.
    Jessica zasnęła. Jej wargi przybrały niezdrowy siny odcień.
    Tego dnia przy kolacji panowała chmurna atmosfera. Billie jadła z pochyloną głową i nie uczestniczyła w rozmowie. Miała właśnie wstać i powiedzieć, że wypije kawę i zje deser z Jessica na górze, kiedy Seth przygwoździł ją wzrokiem:
    – Aggie mówi, że twoim zdaniem Amelia powinna wrócić do domu. Podobno twierdzisz, że Jess długo nie pożyje. Skąd taka dzierlatka jak ty może o tym wiedzieć?
    Billie dzielnie wytrzymywała jego spojrzenie:
    – Wystarczy spojrzeć na Jessicę – odparła zimnym głosem.
    Seth się skrzywił:
    – Owszem, Jessica nie wygląda najlepiej, ale kostucha jeszcze długo jej nie skosi. Nie mogę znowu prosić o przysługę. Jakby to wyglądało?
    Billie wstała:
    – Według mnie, tak samo jak wtedy, gdy wysłałeś na Hawaje dwa woły, żeby zaimponować admirałom i komandorom. Mamo, Seth, wybaczcie mi.
    – Chciałeś ikry, masz ikrę. Na twoim miejscu poważnie bym się nad tym zastanowiła, Seth – stwierdziła łagodnie Agnes. – Nawet bardzo poważnie.
    – Chciałem charakteru, Aggie, charakteru. Między ikrą a charakterem jest ogromna różnica. Jak między Rhode Island a Teksasem, o ile wiesz, o co mi chodzi.
    Agnes wyprostowała się na krześle.
    – Niestety, panie Coleman, ikra musi panu wystarczyć. Osobiście zgadzam się z tym w zupełności. – Rzuciła serwetkę na stół. Sethowi przypomniała się inna kolacja, kiedy wykonała ten sam gest. Odprowadzał ją wzrokiem, gdy sztywno wyprostowana wychodziła z jadalni.
    Tita zapytała, czy może uprzątnąć naczynia.
    – Podaj mi kawę i brandy, wypiję tutaj, przy stole.
    Sprowadzenie Amelii do domu, rozważał, oznaczałoby kolejną prośbę o przysługę. Nie, to byłoby za wcześnie, stanowczo zbyt często. Zwrócić się bezpośrednio do Czerwonego Krzyża? To jest wyjście. Ten cholerny lekarz nie wspomniał nic o poważnej chorobie, ale mała jest taka pewna. Zbyt pewna. Przez chwilę odczuwał wyrzuty sumienia. W ostatnim czasie bardzo rzadko widywał Jess. Nic dziwnego, że się źle czuje, skoro ciągłe siedzi sama. Wyolbrzymia choroby. Kiedy człowiek nie ma nic do roboty oprócz modlitwy za wszystkich grzeszników tego świata, umysł zaraz podsuwa straszne myśli. Śmierć jest czymś potwornym i… cholernie niewygodna dla tych, którzy zostają…
    Postanowił, że napisze do przyjaciół w Czerwonym Krzyżu i poprosi o pomoc w sprawie Amelii. Sam, osobiście napisze ten cholerny list. Córka pewnie nawet nie zechce wrócić. Tyle zamieszania przez małą Jankeskę. A chciał tylko, by przejawiała więcej charakteru. Cóż, nie ulega jej, tylko pójdzie na kompromis, chyba wszyscy to zrozumieją. Sam się o to postara, będzie pierwszą osobą, która wyjaśni wszystko Mossowi. Napisze do niego jeszcze tego wieczora, to mu trochę polepszy nastrój.
    Teraz był jednak w fatalnym humorze. Proszę, załatwiła go, nawet się o to specjalnie nie starając. Złościł go czasami sam jej widok. Czuł wtedy, jak wzrasta mu ciśnienie, tak jak teraz. Nagle przypomniał sobie odgłosy, które on i Agnes słyszeli z jej pokoju nie dawniej niż tego ranka. Zagwizdał wesoło i zażądał cygara i drugiej brandy.

* * *

    Billie weszła do domu i od razu się zorientowała, że coś się stało. W całym budynku panowała nienaturalna cisza. Wstrzymała oddech. Kto? Maggie? Jessica? Seth czy Agnes nie wchodzili w rachubę.
    Głośno wypuściła powietrze. Wiedziała. Nie muszą jej mówić, że Jessica odeszła z tego świata. Wiedziała.
    Położyła zakupy na szerokiej ławie przykrytej cielęcą skórą. Przywiozła Jessice dwa nowe kryminały i torbę słodyczy. Jessice… Usiadła ciężko, nie zwracając uwagi na niepotrzebne teraz pakunki. Spadły na podłogę. Nie chciała iść na górę. Nie wejdzie do pokoju, gdzie leży Jessica. Gdzie są wszyscy? Agnes, Seth, Tita… a może siedzą w swoich pokojach i wmawiają sobie, że Jessica tylko drzemie?
    Amelia! Amelia już nie zdąży. Moss. Moss nie dowie się o niczym w ciągu najbliższych dni, może nawet tygodni. Ziemia zamarznie, spadnie deszcz, wszystko się skończy.
    Nigdy dotąd wejście na górę nie zajęło jej tyle czasu. Kurczowo zaciskała dłoń na mahoniowej poręczy. W sypialni Jessiki zobaczyła puste łóżko i niedbale odrzuconą kołdrę, jakby chora poszła na chwilę do łazienki. Ogarnęło ją przerażenie.
    Maggie! Przyśpieszyła kroku. Córeczka spokojnie leżała w kołysce i gaworzyła radośnie. Niania robiła na drutach. Usłyszawszy Billie, podniosła wzrok:
    – Bardzo mi przykro, pani Coleman. Wiem, jak bardzo lubiła pani starszą panią Coleman. Nic nie można było zrobić. Umarła szybko i spokojnie. Tita ją znalazła. Pan Coleman jeździł konno, pani mama była na jakimś zebraniu. Lekarz przyszedł i poszedł.
    Billie tylko kiwała głową.
    – Nie wiem, czy to co powiem, będzie stanowiło dla pani jakąś pociechę, ale dziś po południu starsza pani Coleman poprosiła, żebym położyła Maggie koło niej. Przyglądała się jej długo i powiedziała, że jest bardzo podobna do Amelii. Zanim ją zabrałam, nazywała Maggie Amelią i prosiła ją o wybaczenie. Chyba wiedziała, że umiera. Może będzie chciała pani powiedzieć o tym jej córce, kiedy przyjedzie.
    – Tak. Tak zrobię. Dziękuję, że mi pani powiedziała. Dla Amelii to będzie bardzo ważne.
    Billie pochyliła się nad kołyską i lekko potrząsnęła kolorową grzechotką. Maggie zagulgotała i zamachała nóżkami. Matka wzięła ją na ręce:
    – No, chodź do mamusi. – Niańka nie spuszczała z niej wzroku, gdy tuliła małą do siebie. – Nie będę taka jak Jessica… Nie chcę umierać w samotności – szeptała Billie do malutkiego uszka. Dziewczynka zaczęła się wiercić, więc pocałowała ją i ułożyła w kołysce.
    – Gdzie są wszyscy?
    – Pani mama i pan Coleman w gabinecie. Tita i jej kuzynka myją… to jest, chciałam powiedzieć, szykują…
    – Rozumiem.
    Seth stał przy kominku. Trzymał szklankę po brzegi wypełnioną burbonem. Agnes siedziała w jego fotelu. Billie nie wydało się to właściwe. Jej zdaniem powinni coś robić.
    Pierwszym pytaniem, jakie zadała teściowi, było:
    – Czy próbowałeś zawiadomić Amelię?
    Odpowiedziała jej cisza. Billie nie dawała za wygraną:
    – A Mossa?
    Odwrócił się do niej. Miał pusty, zmęczony wzrok:
    – Jeszcze nie. Postanowiłem poczekać, aż „Enterprise” wejdzie do portu. Nie chcę, żeby walczył, myśląc o… Później, dowie się później. Kiedy nadejdzie właściwa pora.
    – Amelia?
    – Jakiś czas temu napisałem do Czerwonego Krzyża. Jeszcze mi nie odpowiedzieli.
    Billie zastygła w bezruchu:
    – To nie wystarczy, Seth. Musisz coś zrobić.
    – Nie wiem co. I tak nie zdąży na pogrzeb, nie zdążyłaby, nawet gdyby wyruszyła wczoraj!
    – Nie obchodzi mnie to. Musisz spróbować. A jeśli nie chcesz, ja się tym zajmę.
    – Billie, proszę. Czy nie widzisz, że Seth… Billie zacisnęła pięści z całej siły.
    – Nie wtrącaj się, mamo. Seth, sama zadzwonię do Czerwonego Krzyża, bez względu na to, czy się zgadzasz czy nie. Może masz rację w przypadku Mossa, ale z Amelią jest inaczej.
    – Billie, poczekaj.
    – Daj jej spokój, Aggie. Nie zajedzie daleko. Jeśli chce się użerać z biurokracją, proszę bardzo – mruknął obojętnym tonem.
    – Czy nie powinniśmy zadzwonić do znajomych? – W głosie Agnes było wahanie.
    – Nie. To będzie skromne nabożeństwo. Pochowamy ją tutaj, w Sunbridge. W przyszłym tygodniu zamieścimy nekrolog w gazecie.
    – Seth, jeśli mnie nie potrzebujesz, pójdę na spacer.
    – Idź, Aggie. Nie martw się o mnie, lepiej uważaj na tę swoją córkę.
    Czerwony Krzyż oddzwonił o drugiej w nocy. Billie podniosła słuchawkę po pierwszym sygnale.
    – Znaleźliśmy ją. Jedyny problem to zdobycie miejsca w samolocie. Niestety, jej sprawa nie jest najważniejsza. Powiem szczerze: wątpię, czy uda się ją sprowadzić na czas, ale zrobimy wszystko, co w naszej mocy.
    – Bardzo, bardzo dziękuję, wszyscy dziękujemy. Czy zadzwonią państwo do mnie, gdyby były jakieś wiadomości?
    – Oczywiście. Cieszę się, że mogliśmy pomóc. Szkoda tylko, że nie zdołaliśmy nic więcej zrobić.
    Obudzić Setha i przekazać mu nowinę? Nie. Będzie zły, że zakłóca jego sen.
    – Billie? – Był to ledwie słyszalny szept.
    – Mamo! Nie śpisz jeszcze?
    – Czekałam w kuchni, aż odpowiedzą. Jestem z ciebie dumna, Billie. We wspaniałym stylu sprzeciwiłaś się Sethowi. Chciałabym wierzyć, że o mnie walczyłabyś równie gorliwie. Chyba po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że ja kiedyś także umrę. Co powiesz na filiżankę gorącej czekolady?
    – Bardzo chętnie. Mamo, jest coś, o czym chciałabym z tobą porozmawiać.
    – Jak w Filadelfii. Tęsknię za tamtymi czasami, Billie.
    – Zawsze jesteś taka zajęta…
    – Tak, wiem. Sunbridge to fascynujące miejsce. Być może za bardzo się zaangażowałam. Billie, naprawdę mi przykro z powodu Jessiki. Wiem, jak bardzo ją kochałaś.
    – Jak Seth to znosi? – Billie zmieniła temat.
    – Był w szoku. Jest w szoku – poprawiła się Agnes. – On i Jessica przeżyli razem wiele szczęśliwych lat, a teraz to się skończyło. Billie, jestem pewna, że sam chciałby zawiadomić Amelię, gdy tylko odzyska równowagę. Bardzo się gryzie tym, że nie zawiadamia Mossa. Wziął na swoje barki straszliwy ciężar.
    – Częściowo spada on także na moje barki. Jak mogę pisać do Mossa i o tym nie wspomnieć? To okropne. Rozumiem Setha, co nie zmienia faktu, iż uważam, że to okropne. Moss powinien się dowiedzieć.
    – Rzeczywiście, to cię stawia w trudnej sytuacji. Później porozmawiam z Sethem. Jak już mówiłam, teraz jest w szoku. Być może jutro zobaczy wiele spraw w innym świetle.
    – Mam taką nadzieję. Nie będę okłamywała Mossa, nie będę stosowała uników. Mój Boże, przecież Jessica jest… była jego matką. Wiesz, o co mi chodzi.
    – Kończ czekoladę i idź spać, Billie. Późno już, a jutro będzie ciężki dzień.
    Agnes jeszcze długo siedziała przy kuchennym stole. Wypiła mnóstwo filiżanek kawy, aż został jej w ustach gorzki posmak. Billie ani słowem nie wspomniała o ciąży. Jak długo ma zamiar trzymać to w tajemnicy? Z wyliczeń Agnes wynikało, że mogła być już nawet w trzecim miesiącu. Dziecko urodzi się więc w lutym. Pobladła. W lutym wypadają pierwsze urodziny Maggie. Nawet dla zdrowej, silnej kobiety, która dobrze zniosła pierwszą ciążę, byłoby to wyczerpujące. A Billie miała poważne komplikacje przy pierwszym dziecku. Agnes dopiła kawę do końca, jakby wraz z płynem chciała się pozbyć poczucia winy. Co się stało, to się nie odstanie. Oby Billie jak najszybciej podzieliła się z nimi radosną nowiną. Sethowi od razu poprawi się humor.

* * *

    Na skromnym nabożeństwie stawiła się chyba połowa mieszkańców Teksasu, natomiast druga połowa przysłała kwiaty i telegramy z kondolencjami. Billie nie miała chwili odpoczynku, gdy biegała od drzwi wejściowych do telefonu.
    Do tej pory nigdy nie uświadamiała sobie, że śmierć jest czymś ostatecznym. Gdy umierał jej ojciec i dziadkowie, była zbyt mała, by zdawać sobie z tego sprawę. Jessica była dla niej drugą matką, bardziej troskliwą i wyrozumiałą niż Agnes, i Billie pokochała ją z całego serca. Wolałaby zaszyć się gdzieś w kącie i płakać, gdy tymczasem musiała otwierać drzwi i odbierać telefony.
    Jessica, w jasnoniebieskiej sukience i pantoflach, leżała w wielkiej brązowej trumnie w salonie. Ten, kto ją czesał, zrobił przedziałek z niewłaściwej strony. Prawdopodobnie tylko Billie to zauważyła. Agnes uważała pogrzeb w domu i wystawianie otwartej trumny na widok publiczny za pomysł archaiczny i pogański. W Filadelfii takie sprawy załatwiano bardziej dyskretnie. No i od czego są domy pogrzebowe?
    Jessicę pochowano na słonecznej łące na wzgórzu. W ostatniej drodze towarzyszyli jej głównie obcy ludzie. Billie nie przypuszczała, że uczestniczenie w ceremonii tak bardzo ją zmęczy. Żałobnicy, głównie wspólnicy i przyjaciele Setha, przybyli, by okazać mu szacunek. Ludzi, którzy znali i cenili Jessicę, było niewielu. Billie otarła łzy i położyła na trumnie białą różę z ogrodu teściowej. Biedna Jessica. Taka samotna. Powinni tu być Moss i Amelia, jej dzieci, jej ciało i krew. Mała Maggie także powinna tu być, ale Seth i Agnes zaprotestowali jednogłośnie, gdy Billie wysunęła tę propozycję.
    Seth wystąpił naprzód. Siwe włosy miał gładko przyczesane, okazując szacunek w ręku trzymał kapelusz, którego nigdy prawie nie zdejmował z głowy. Oparł się na lasce ze srebrną rączką i zadudnił potężnym głosem:
    – Jessica Riley Coleman była wspaniałą kobietą. Chowamy ją w Sunbridge, bo tu był jej dom i tu jest jej miejsce. Jess zawsze wiedziała, czego się od niej oczekuje. Była dobrą żoną i kochającą matką. Dała mi wspaniałego syna. I córkę – dodał po chwili namysłu. – Żegnamy ją, lecz nigdy o niej nie zapomnimy.
    W tej krótkiej, szybkiej mowie podsumował całe życie Jessiki. Następnie włożył na głowę stetsona o szerokim rondzie i poprowadził kondukt w stronę domu, oddalając się od grobu. Colemanowie nie spoglądają w tył. Co się stało, to się nie odstanie. To przeszłość.

Rozdział piętnasty

    W dzień po pogrzebie wszystko wróciło do normy. Nieobecność Jessiki przy śniadaniu nie zwróciła niczyjej uwagi, bo przecież od wielu miesięcy jadała w swoim pokoju. Nawet w salonie, w którym spędziła ostatnie godziny w Sunbridge, nie został po niej żaden ślad, ani jeden płatek z setek kwiatów.
    Agnes siedziała przy stole i otwierała listy dostarczone ranną pocztą. Ciemne włosy upinała teraz w surowy kok, tylko kilka artystycznie rozburzonych kosmyków opadało na czoło. Po raz pierwszy Billie dostrzegła ślady siwizny na jej skroniach.
    – Jedz szybciej, kochanie – mruknęła Agnes, nie podnosząc głowy. – Mam dzisiaj dużo pracy i potrzebuję stołu.
    – Dlaczego otwierasz korespondencję Setha? Czy listy Mossa również czytasz przede mną?
    – Billie, co za pytanie! Oczywiście, że nie czytam listów Mossa! Skąd ci to przyszło do głowy?
    – Czy pokazujecie mi każdy list Mossa do Setha? – Billie nie dawała za wygraną. – Czy tylko te, które zdaniem Setha mogę zobaczyć? Dlaczego nalegasz, żebym czytała mu moje listy? Czy nie uważacie, że Moss i ja mamy prawo do odrobiny prywatności?
    Obie podskoczyły, słysząc głos Setha:
    – Colemanowie nie mają przed sobą żadnych tajemnic, dziewczyno. Aggie, co się dzieje z twoją małą? Odkąd wróciła z Hawajów, zachowuje się jakby ją giez ukąsił.
    Agnes szybko przeniosła wzrok z córki na mężczyznę, jakby chciała go o czymś poinformować.
    – Seth, Billie bardzo przeżyła śmierć Jessiki. Młode mamy są często nadpobudliwe.
    Na oczach Billie gniew Setna zniknął, teść wyglądał teraz jak przekłuty balon:
    – W porządku, dziewczyno – rzucił wielkodusznie.
    Billie nie wierzyła własnym uszom. Dlaczego, co jej wybacza? Przecież zadała tylko kilka pytań.
    – Jakie masz plany na dzisiaj? – Agnes znowu zajęła się korespondencją. Oddzielała listy handlowe od kondolencji.
    – Chyba wyskoczę do miasta. Mamo, nie potrzebujesz dzisiaj samochodu, prawda? Chciałam sobie kupić kilka drobiazgów.
    Agnes już – już miała zwrócić jej uwagę, jak niestosowne jest robienie zakupów w dzień po pogrzebie członka rodziny, ale spojrzała Billie w oczy i wiedziała, że córka kłamie. W każdym razie nie mówi całej prawdy. Agnes bardzo dobrze ją znała.
    – Jak myślisz, ile czasu ci to zajmie? Zjesz lunch wmieście? A może chcesz, żebym z tobą pojechała?
    – Nie, wrócę na lunch. Przecież mówiłaś, że masz dzisiaj dużo pracy. Nie chcę ci przeszkadzać, mamo.
    A więc, wywnioskowała Agnes, rozcinając następną kopertę, Billie jedzie do miasta bez żadnego konkretnego powodu. Wróci na pierwszą, na lunch, i chce jechać sama. Odpowiedź nasuwała się sama: Billie jedzie do doktora War da.
    Niecałą godzinę później, gdy tylko samochód zniknął za bramą, Agnes podniosła słuchawkę i zadzwoniła do szpitala.
    – Halo? Tu Agnes Ames. Czy może mi pani powiedzieć, o której moja córka ma wizytę? Zupełnie wypadło mi to z głowy… Tak, pani Coleman. Zdaje mi się że coś na ten temat wspominała… o dziesiątej? Tak, dziękuję bardzo. Nie, nie, nie trzeba. Chciałam się tylko upewnić, że wróci na lunch.

* * *

    Pielęgniarka w recepcji gabinetu doktora Warda powitała Billie serdecznym uśmiechem. Pani Coleman była najlepiej ubraną kobietą w poczekalni, co do tego nie było żadnych wątpliwości. Aż trudno uwierzyć, że elegancka dama w cytrynowej sukience i dziewczyna w luźnym swetrze, która przyszła tu rok temu, to jedna i ta sama osoba. Pani Coleman wypracowała sobie własny styl, którego imitacja kosztowałaby tysiące dolarów. Recepcjonistka westchnęła. Niektórzy mają szczęście!
    Billie była kłębkiem nerwów. Wiedziała, że jest w ciąży. Dzisiejsza wizyta miała to tylko potwierdzić.
    Po badaniu lekarz wskazał jej krzesło przy biurku. Nie ukrywał niepokoju:
    – Sprawiła mi pani zawód, Billie. Naprawdę nie powinna pani była zachodzić ponownie w ciążę, a przynajmniej nie tak szybko. To moja wina, najwyraźniej nie byłem dość przekonywający, uprzedzałem panią po narodzinach Maggie, że może to być niebezpieczne. Billie, pomyślmy o aborcji. Pani ryzykuje własnym zdrowiem.
    Nie wiadomo dlaczego zwracał się do niej po imieniu. A może postępowali tak wszyscy lekarze, mający dla pacjentów złe nowiny?
    – Dlaczego pan mnie straszy? To chyba nie jest aż tak poważne.
    – Owszem. Proszę posłuchać: nie donosiła pani Maggie do końca, bo wywiązało się zatrucie ciążowe. Poród pośladkowy bardzo panią wyczerpał. Rezultatem poprzedniej ciąży jest obsunięcie macicy. Niewykluczone, że nie donosi pani tego dziecka dłużej niż do piątego miesiąca. Poronienia są bardzo niebezpieczne. Istnieje duże ryzyko infekcji i gorączki połogowej. W pani wypadku aborcja byłaby chyba najlepszym wyjściem.
    – A jeśli będę ostrożna, nie przybiorę zbyt wiele na wadze i będę dużo leżała, czy to pomoże? – zapytała cicho. Nerwowo zwijała w palcach nitkę z rękawiczki.
    Serce Adama Warda wypełniła fala współczucia. Musiała podjąć bardzo trudną decyzję. Jej mąż walczy na wojnie, a teść domaga się wnuka. Biedna kobieta, nie gra w swojej lidze. On sam miał już serdecznie dość Setha Colemana i jego żądań. Gdyby nie świadomość, że stary patriarcha może darować pieniądze innym instytucjom niż szpitalowi, w którym Ward był ordynatorem na oddziale ginekologicznym i położniczym, lekarz dawno kazałby mu iść do diabła. Po policzku Billie spływała pojedyncza łza. Miał ochotę osuszyć ją delikatnie. Jest jeszcze młoda i niedoświadczona, nie oszuka go złudny blask jej wyrafinowanej elegancji.
    – Billie, musi pani podjąć trudną decyzję. Serdecznie jednak pani odradzam tę ciążę. Proszę zapomnieć o nakazach religijnych i sytuacji rodzinnej. Stawką jest pani życie. Zaraz wezwę kolegę i porozmawia pani także z nim, zobaczymy, czy się ze mną zgodzi.
    – To nie jest konieczne, ufam panu. Ale, jak pan powiedział, to ja mam podjąć decyzję. Muszę to przemyśleć, nie mogę zdecydować od razu.
    – Nie ma pani zbyt wiele czasu, Billie. Najwyżej trzy tygodnie.
    – Muszę to przemyśleć! Proszę mnie nie poganiać! W tej chwili nie mogę się skoncentrować. Maggie ząbkuje, Jessica umarła, od miesiąca nie dostałam listu od Mossa. Miałabym ukryć coś takiego przed nim? Nie, nie mogłabym. Muszę wiedzieć, co on o tym sądzi. A Seth nigdy mi nie wybaczy. Muszę to przemyśleć!
    – Billie, pozwolę sobie zwrócić pani uwagę na fakt, że wszystko pozostałoby między nami. Nikomu o tym nie powiem, nawet pani teściowi. Zwłaszcza jemu.
    – Rozumiem i dziękuję… Ja także nikomu nie mówiłam o tej ciąży. – Patrzyła na niego z wdzięcznością. Teraz cieszyła się nawet, że zwraca się do niej po imieniu. Rozumiał ją, a w tej chwili właśnie tego potrzebowała.
    W drodze powrotnej Billie przyglądała się krajobrazom nie widzącym wzrokiem. Aborcja. To słowo wracało uparcie, przynosiło ponure wizje wiecznego potępienia. Zabieg. Po chwili wahania dotknęła brzucha, w którym rozwijało się nowe życie. Ta istotka nie była abstrakcyjnym, nierealnym stworzeniem jak Maggie, zanim się urodziła. Ta sama siła, która stworzyła Maggie, stworzyła i to maleństwo. Billie niemal czuła ciężar dziecka, czuła jego zapach. W jej wyobraźni było bardzo podobne do Maggie. Aborcja byłaby równoznaczna z zabiciem córeczki.
    Była już zdecydowana donosić ciążę, kiedy przypomniała sobie inne argumenty lekarza. Według niego, prawdopodobieństwo poronienia jest duże, ba, nawet jej życie może znaleźć siew niebezpieczeństwie. Poczuła lodowate palce strachu. Dotychczas nigdy nie myślała o śmierci, nie uważała jej za możliwą. Kiedy w końcu nadejdzie, przyjdzie nie do niej, lecz do starej kobiety, którą się kiedyś stanie. Wydawało się to tak dalekie i nierzeczywiste, że nigdy nie budziło w niej lęku. Nigdy… aż do tego dnia. Chciała żyć ze względu na Mossa, Maggie, na siebie samą. Nie pozwoli, by odebrano jej to, co się jej słusznie należy! Lata życia z Mossem, dorastanie Maggie. A jednak, gdy pomyślała o aborcji, znów usłyszała w wyobraźni płacz nie narodzonego dziecka.
    Dojechali do Sunbridge, Carlos zatrzymał samochód. Biegiem rzuciła się do domu. Zatrzymała się dopiero na piętrze, przy pokoju dziecinnym. Gdy wyjęła śpiącą Maggie z kołyski i przytuliła do piersi, surowa piastunka Jenkins nie protestowała.

* * *

    – Seth, chciałabym z tobą porozmawiać – oznajmiła Billie stanowczo.
    – Wal śmiało – burknął, nie podnosząc głowy znad rachunków. Udawał, że je sprawdza, o czym Billie doskonale wiedziała. Księgowością bowiem zajmowała się Agnes.
    – Czy zadzwonisz do Czerwonego Krzyża, żeby przekazać Mossowi wiadomość o śmierci matki?
    Ho, ho proszę, proszę, nie mogła tego powiedzieć bardziej obcesowo. Kawę na ławę i już.
    – W swoim czasie. Nie chcę, żeby się niepotrzebnie narażał. Powiem, kiedy wejdą do portu.
    – Przykro mi, Seth, ale się z tobą nie zgadzam. Nie będę uczestniczyć w oszustwie. Skoro Moss jest w stanie walczyć na wojnie, upora się także ze śmiercią matki. Nie wolno ci tego przed nim ukrywać. Nie wierzę, że ci to wybaczy. Nie mogę nie wspomnieć o tym, pisząc do niego, co by sobie o mnie pomyślał?
    – To nieważne.
    – Cóż, moim zdaniem, to bardzo ważne. Żądasz, żebym okłamywała męża. Nie zrobię tego.
    Seth energicznie odwrócił się na krześle. Splótł ramiona za głową i popatrzył Billie w oczy:
    – Nie znasz mojego chłopaka tak dobrze jak ja.
    – Moss nie jest już chłopakiem. To dorosły mężczyzna, mój mąż. Nalegam – odparła zimno.
    – Nalegaj sobie, ile chcesz, i tak nie zmienię zdania. Mógłby zrobić jakieś głupstwo, zamyślić się w nieodpowiednim momencie, cokolwiek.
    Mogłaby przysiąc, że słyszy panikę w jego głosie. Umiejętnie wykorzystała przewagę:
    – W takim razie wyjdziesz na głupca. Przed godziną wysłałam telegram do Czerwonego Krzyża. Zaufaj mi, Moss się z tym pogodzi. Znam mojego męża.
    – Zrobiłaś to mimo mojego wyraźnego zakazu? – Seth nie dowierzał własnym uszom.
    Serce Billie waliło jak oszalałe. Seth jej nie przestraszy. Nie pozwoli mu na to. Przynajmniej tyle może zrobić dla Jessiki:
    – Tak, do cholery, i gdyby było trzeba, zrobiłabym to jeszcze raz.
    – Na Boga, gdyby nie to, że jesteś żoną Mossa, przepędziłbym cię stąd gdzie pieprz rośnie.
    – Proszę, zrób to. Jestem w stanie spakować się w godzinę. Zdecyduj się.
    – Nie miałaś prawa.
    – Miałam. Jestem jego żoną.
    – Zapamiętam to.
    – Ja nie. Stało się. To przeszłość. Musimy żyć dalej. Jak? To zależy od ciebie.
    – Dziewczyno, skąd ci się wziął w ostatnich czasach taki charakterek, tyle tupetu?
    – Od ciebie – rzuciła. – To zaraźliwe. Nie powiem, żebym była tym zachwycona. A ty?
    Seth prychnął coś niezrozumiale, zanim odpowiedział:
    – Idź już, zostaw mnie. Pomyśl, może wpadnie ci do głowy następna bzdura, żeby mnie zdenerwować. Jestem starym człowiekiem. Zostaw mnie w spokoju – jęczał, jakby chciał wzbudzić w niej współczucie.
    – Starym człowiekiem o paskudnym charakterze – poprawiła Billie.
    – Wynocha! – ryknął.

* * *

    Billie niecierpliwie czekała na wiadomość od Mossa. Słysząc dzwonek telefonu, od razu zrywała się na równe nogi. Uważała, że postąpiła słusznie, przesyłając mu wiadomość o śmierci Jessiki, jednak Seth zaraził ją swoimi obawami. A co będzie, jeśli rozpacz spowolniła refleksy Mossa? A co, jeśli… jeśli…
    Przy kolacji Seth ostentacyjnie ją ignorował, odzywał się tylko do Agnes. Billie, która śledziła matkę spod zmrużonych powiek, zaskoczyła jej nerwowość.
    Kiedy podano kawę i deser, Agnes przestała bawić się perłami i oznajmiła jednym tchem:
    – Seth, po południu dostałam telegram z Nowego Jorku. Od twojej córki. Jutro rano będzie w Austin. Prosi o wysłanie samochodu na lotnisko.
    Filiżanka głośno uderzyła w spodeczek. Mężczyzna gwałtownie rzucił serwetkę na stół.
    – Jej matka leży w grobie! Po co, do cholery, przyjeżdża do Sunbridge? Uciekła z domu, zostawiła matkę, a teraz wraca?
    – Bądź rozsądny – łagodziła Agnes. – Nie mogłam nic na to poradzić. Nie było cię w domu. Nie odważyłam się sama zadzwonić do Nowego Jorku i zniechęcać Amelię do przyjazdu. Byłeś nieuchwytny. Nie wiedziałam, co robić…
    – Nie obwiniam cię, Aggie. Jestem wściekły na tę dziewuchę. Była mi cierniem, od kiedy się urodziła, a teraz potrzebna mi tutaj jak dziura w moście! Zapewne przyciągnie też tego swojego męża.
    – Nie było o tym mowy. Nie sądzę, żeby w czasie wojny brytyjski oficer dostał urlop na tyle długi, by mógł jechać do Stanów.
    – Dobra, Aggie, co jeszcze? Gdzie ten cholerny telegram?
    – Przeczytano mi go telefonicznie. Tylko tyle: jest w Nowym Jorku, ma zarezerwowany lot do Austin, prosi, żeby wysłać po nią samochód na lotnisko.
    Seth wstał, ciężko opierając się na lasce.
    – Jedno ci powiem, Aggie. Miałem nadzieję, że nigdy już nie zobaczę tej dziewuchy! Przez całe życie pchała się w kłopoty! Dopóki mieszkała tutaj, nie miałem chwili spokoju, bo nigdy nie było wiadomo, kiedy znowu będę musiał świecić za nią oczami! Cokolwiek robiła, i tak mi się to nie podobało. I teraz też mi się nie podoba. Dlaczego, do cholery, nie została na końcu świata? Jestem za stary i zbyt zmęczony, żeby tolerować jej wybryki.
    – Seth, to mężatka z dzieckiem…
    – To nie jest jej dziecko! Chłopaka urodziła inna idiotka! Amelia nie miała nawet tyle oleju w głowie, żeby wyjść za Amerykanina, na rany boskie! Dzieciak nie jest z mojej krwi. Z jej też nie. – Z tymi słowami wyszedł.
    – Nie do wiary! – Billie brakowało słów oburzenia. – Amelia to jego córka. A ty, mamo… broniłaś siebie, a nie jej! Jak możesz być tak okrutna? Czy naprawdę myślałaś o wysłaniu telegramu z zakazem wstępu do Sunbridge?
    Oczy Agnes rozbłysły, zacisnęła usta w wąską linię.
    – Tak, brałam takie wyjście pod uwagę i gdybym miała pewność, że to się na mnie nie skrupi, zrobiłabym to. Widzisz, Billie, musisz zrozumieć, że nie Wszyscy ojcowie kochają swoje dzieci, w każdym razie, nie wszystkie dzieci.
    Amelia zawiodła Setha i on nie może jej tego wybaczyć. Stosunki Setha i jego córki to nie twój interes. Billie, czasami jesteś strasznie głupia. Zapominasz, czyja ręka cię karmi.
    – A co to ma znaczyć?
    – Krótko mówiąc, kochanie, niepokoi mnie przyjazd Amelii, bo od śmierci Jessiki Seth jest bardzo drażliwy. Gdyby pogodził się z córką, twoja pozycja w Sunbridge byłaby zagrożona, zwłaszcza jeśli coś stanie się Mossowi. Nigdy nie zapominaj, że więzy krwi są ważniejsze niż jakiekolwiek inne. Jeśli Amelia urodzi syna, Maggie będzie niepotrzebna. Gra się toczy o wielką stawkę, Billie. Nie czas na naiwność.
    Billie miała wrażenie, że w pokoju zabrakło powietrza.
    – Nie znałam cię z tej strony, mamo. Nie wiedziałam, że jesteś taka zimna i wyrachowana. Nie miałam pojęcia…
    – Przede wszystkim nie miałaś pojęcia – Agnes wpadła jej w słowo – jak oszczędzałam każdego centa, żeby zapewnić ci dostatnie życie, na poziomie należnym mojej córce. Jak myślisz, na jak długo starczyły polisa ubezpieczeniowa ojca i te grosze, które zostawiła babcia? A dom? Nie wiedziałaś, że jest obłożony podwójną hipoteką, prawda? Miałaś iść do college’u. Czy sądzisz, że czesne uiścił Duch Święty? Nie, Billie, to byłam ja. Żeby sfinansować twoje studia, byłam gotowa iść do pracy, a ty nazywasz mnie okrutną? Nie, moja droga. To ty jesteś okrutna. Przyjmowałaś wszystko bez mrugnięcia okiem, nie myśląc o mnie przez chwilę. To jest nasza jedyna szansa na dostatnie życie, a choć jesteś zbyt głupia, by to dostrzec, ja widzę to doskonale!

* * *

    Następnego dnia Billie wypatrywała limuzyny. Setha i Agnes nie było w domu, toteż sama postanowiła powitać Amelię tak serdecznie, jak się powinno przyjąć córkę Jessiki.
    Usłyszawszy chrzęst opon na żwirowym podjeździe, podeszła do okna. Carlos zatrzymał samochód, obiegł go dookoła, żeby otworzyć drzwi pasażerce. Z packarda wysiadła szczupła, wysoka kobieta o włosach ciemnych jak włosy Mossa. Była ubrana w pognieciony, ponury, szaro-czarny kostium. Przez chwilę stała bez ruchu, przyglądała się drzwiom wejściowym z dziwnym wyrazem twarzy, jakby się obawiała, że stanie w nich smok. Smok z siwą czupryną i laską w dłoni, uzupełniła w myślach Billie.
    Potem Amelia podniosła głowę, by spojrzeć w okna Jessiki. Jej ramiona ugięły się pod niewidzialnym ciężarem. Uśmiechnęła się dopiero, kiedy podszedł do niej malutki, najwyżej trzyletni chłopczyk.
    Billie otworzyła drzwi i przytuliła młodą kobietę, szepcząc słowa otuchy tak samo, jak Jessica, gdy witała ją na stacji kolejowej w Austin.
    Malec czepiał się spódnicy Amelii, obserwował wszystko bacznym spojrzeniem piwnych oczu.
    – Rand, skarbie, to twoja ciocia Billie – Amelia otarła łzy i wzięła go na ręce. – Biedaczek, ledwo się trzyma na nogach. Mamy za sobą koszmarną podróż, ale nie mogłam zostawić go w Anglii ze spokojnym sumieniem. To istne piekło na ziemi. Nawet poza Londynem, na wsi, nie jest bezpiecznie.
    – Może zaprowadzimy Randa do pokoju dziecinnego? Gorąca kąpiel, obiad i drzemka od razu poprawią mu humor. On jest śliczny, Amelio.
    – Tak, wykapany Geoffrey.
    Niania Jenkins przywitała się z Amelią.
    – Pani Jenkins, Rand to mój syn. – W głosie młodej kobiety była zaczepność, jakby z góry chciała odeprzeć wszelkie ataki.
    Rand szarpał ją za spódnicę tak długo, aż pozwolono mu zajrzeć do kołyski, do małej Maggie, która smacznie spała z kciukiem w buzi.
    – Śliczne dziecko – stwierdziła Amelia. – Po ciemnych włosach można poznać, że pochodzi z rodziny Colemanów. To skóra zdarta z Mossa, prawda?
    – Tak, i jeszcze bardziej ją za to kocham. – Billie promieniała. – Może zostanę z Randem, a ty się odświeżysz? Carlos zaniósł bagaże do twojego pokoju. Rand chyba będzie spał tutaj, z Maggie.
    Amelia podniosła głowę:
    – Będzie spał w moim pokoju. W tym domu zbyt wiele dzieci oddzielano od rodziców.
    – Jak chcesz, Amelio. Dobrze, zamieszka z tobą – zgodziła się pośpiesznie Billie. – Przecież to twój dom. Możesz robić, co ci się podoba.
    Szwagierka posłuchała jej rady i poszła się wykąpać. W łazience szykowano także wannę dla chłopca, który tymczasem penetrował pokój dziecinny i oglądał zabawki Maggie. Krzyknął z radości, gdy na jednej z półek wypatrzył pozytywkę z wyskakującym potworkiem.
    – To moje! Moje! – zawołał uszczęśliwiony.
    – Nie, to nie twoje, młody człowieku – poprawiła niańka. – To Margaret!
    – Rand na pewno ma w domu taką zabawkę. Proszę ją podać. Przypomina mu dom.
    – Pani Coleman, nie należy psuć dziecka, dając mu wszystko, czego zapragnie. Jeśli mam się nim zajmować, od początku musi wiedzieć, co wolno, a czego nie.
    – Nie będzie się pani nim opiekowała, pani Jenkins. Rand zamieszka ze swoją mamą. A teraz proszę dać mu zabawkę i przynieść świeże ręczniki.
    – Zamieszka z matką! Tak, to cała ona: przyjeżdża i stawia cały dom na głowie. Wychowałam ją i pani męża. Od dziecka była samolubna i, jak widzę, wcale się pod tym względem nie zmieniła.
    – A może nigdy nie poświęcała jej pani tyle uwagi, ile Mossowi, bo to on, a nie Amelia, był oczkiem w głowie Setha Colemana? Zdaje się, że prosiłam o ręczniki?
    Niania wyszła. Billie zabawiała Randa i szykowała go do kąpieli. Chłopiec ani na chwilę nie wypuszczał pozytywki z rąk.
    – Dobrze wiesz, czego chcesz, prawda? – uśmiechnęła się Billie.
    – Posłuchaj – poprosił. Pokręcił korbką i pokój wypełniła dziecinna melodia. Rand cichutko nucił słowa, a potem złapał Billie za rękę:
    – Patrz, ciociu! – uniósł pudełko do góry – Hop! i stworek wyskoczył! – Billie udała zaskoczenie i zaśmiewała się razem z małym. Brytyjski akcent wzruszał ją i bawił. Kiedy niania przyniosła ręczniki, chlapnął na nią wodą i wykrzywił się komicznie. Choć Amelia na pewno ma z nim pełne ręce roboty, panicz Nelson będzie w Sunbridge promykiem słońca.

* * *

    Godzinę później wykąpany i nakarmiony chłopczyk zasnął w pokoju Amelii. Billie siedziała przy nim, dopóki nie zamknął oczu, potem wymknęła się na palcach. Myślała, że Amelia wróci i zaopiekuje się synkiem. Gdzie ona się podziała?
    Znalazła ją w sypialni Jessiki. Spomiędzy zaciągniętych zasłon wpadał do pokoju nikły promień słońca.
    – Amelio? Co tu robisz w ciemnościach? Rand śpi jak suseł.
    – Jest wspaniały, prawda? Zupełnie jak jego ojciec. Mama pokochałaby go… – urwała. Rozpłakała się. Usiadła na łóżku Jessiki.
    – Amelio, tak mi przykro – Billie chciała ją objąć, ale szwagierka podniosła ręce w obronnym geście:
    – Nie, nie dotykaj mnie. Nie zniosę tego. Boję się, że rozsypię się na kawałki, jeśli ktoś okaże mi współczucie. Tak naprawdę straszna ze mnie płaksa.
    – Na twoim miejscu każdy by płakał. Dopiero co straciłaś matkę, twój mąż walczy na wojnie… masz prawo do łez – zapewniała cicho Billie.
    – W zeszłym miesiącu zestrzelili Geoffreya nad Francją – wykrztusiła Amelia przez łzy. – Widziano, jak jego samolot stanął w płomieniach… Nie miał szans.
    Jej słowa sprawiły Billie fizyczny ból; ona także jest żoną pilota; jej mąż również walczy na wojnie.
    Płakały razem długo. W końcu Amelia wstała i wzięła Billie za chłodną rękę.
    – Nie martw się o Mossa. Ma szczęście Colemanów. Wróci do ciebie cały i zdrowy, zobaczysz.
    – Ty także należysz do Colemanów, a jednak szczęście cię opuściło. – Billie myślała o śmierci, o niebezpieczeństwie, o piekle walki. Do tej pory wydawało się, że to nie dotyczy jej i Mossa.
    – Nie jestem prawdziwą Coleman, nie w takim stopniu jak Moss. Chodźmy stąd. Mały drink dobrze nam zrobi. Rezygnuję z kąpieli, to może poczekać. Teraz potrzebuję rozmowy.
    – Chodźmy do gabinetu, tam nikt nie będzie nam przeszkadzał. Twój ojciec wyszedł. Od śmierci Jessiki rzadko bywa w domu. Moim zdaniem w ten sposób stara się ułagodzić smutek.
    – Naprawdę wierzysz w to, co mówisz? – Amelia była już na schodach. – Jesteś szlachetna, Billie. Staruszek chyba nie zauważy, że uszczknę jego zapasu burbona. Wszak nie zauważa niczego, co robię – dodała ze sztucznym uśmiechem.
    Amelia i Billie zaszyły się w chłodnym półmroku gabinetu na trzy godziny. Rozmawiały i piły. Kochały tych samych ludzi, Jessikę i Mossa, i to sprawiło, że szybko zawarły ze sobą przyjaźń.
    – Bardzo kochałam Geoffa – zwierzała się Amelia. – Był dla mnie wszystkim: przyjacielem, kochankiem, mężem. Dzięki niemu nie przeżywałam tak bardzo rozstania z Mossem. I w większym stopniu, niż śmiem się do tego przyznać, zastępował mi ojca, dawał miłość i troskliwość, której nigdy nie zaznałam od Setha. Teraz, kiedy odszedł, zostaliśmy we dwójkę, Rand i ja. Wiesz, naprawdę dotarło do mnie, jak bardzo mnie kocha, w dniu kiedy zapytał, czy adoptuję jego syna. Świata poza nim nie widział.
    – Czy miał rodzinę w Anglii?
    – Tak, łączą ich bardzo silne związki rodzinne. Oczywiście ja jestem wyłączona z ich kręgu, obca dla nich, tylko Rand mnie z nimi wiąże. Geoff był najstarszym synem, odziedziczył więc tytuł i majątek, duży nawet na teksaskie warunki. Teraz to wszystko należy do Randa. – Roześmiała się gorzko. – Wyobraź sobie, ten malec nosi teraz tytuł lorda: Randolph Jamison Nelson, hrabia Wickham. Nawet mój ojciec wytrzeszczyłby oczy, gdyby wiedział, ile chłopczyk jest wart. Oczywiście, i na szczęście, majątkiem zarządzają pełnomocnicy. Bezwstydnie przyznaję, że nie mam głowy do interesów. Oto kolejny dowód na to, że nie jestem prawdziwą Coleman.
    – W takim razie nie wrócisz do Stanów na stałe? Skoro Rand ma w Anglii zapewnioną przyszłość?
    – Dzięki Bogu, nie. Za kilka tygodni wracamy do Anglii, jeżeli tylko będzie to możliwe. Podróż w tę stronę była koszmarna. Bóg jeden wie, kiedy i jak, ale tam wrócimy. – W jej oczach, błękitnych jak oczy Mossa, widniała pewność siebie i determinacja.
    – Kiedy się dowiedziałam, że przyjeżdżasz do Sunbridge, pomyślałam, że chcesz opłakiwać matkę tutaj, gdzie wspomnienia są najsilniejsze.
    – Masz rację, ale tylko częściowo – Amelia opróżniła swoją szklankę jednym haustem. – Tak naprawdę przyjechałam tu, żeby usunąć ciążę.
    Billie nie była pewna, czy dobrze słyszała:
    – Usunąć ciążę? Nie… nie rozumiem. Dlaczego, skoro przed chwilą mówiłaś, że bardzo kochałaś Geoffreya? Dlaczego chcesz zabić jego dziecko?
    – To jedyne wyjście. Muszę myśleć o Randzie. Billie, odpowiedzialność za niego mnie przytłacza. Rand to dziecko Geoffa, on mi go powierzył, a jeśli chcę go zatrzymać, muszę walczyć. Krewni Geoffa wstępują na drogę sądową. Chcą uzyskać prawo opieki nad Randem. Nie mogę na to pozwolić. Rand to mój syn, jeszcze nie w obliczu prawa, ale to się wkrótce zmieni. Zrobię wszystko, co można osiągnąć pieniędzmi i znajomościami. Tej lekcji nauczył mnie ojciec: dostają ci, którzy mają. Pozostali zbierają okruchy. Umilkła na chwilę, ale zaraz ciągnęła dalej:
    – Nie będę w stanie walczyć z tymi sępami, będąc w ciąży i martwiąc się o kolejne dziecko. Byłabym zbyt słaba, zbyt podatna na ciosy. Geoff mnie kochał, powierzył mi Randa. Nie zawiodę jego zaufania.
    Spojrzała Billie prosto w oczy:
    – Milczysz. Zaszokowałam cię, tak? Dobrze się czujesz? Jesteś taka blada.
    – Tak, tak, dobrze się czuję… chyba. Amelio – wybuchła – ja też jestem w ciąży. Lekarz radzi mi ją usunąć w swojej klinice. – W kilku słowach streściła ostatnią rozmowę z Wardem.
    – Ojciec o niczym nie wie, prawda? Zapewne nauczyłaś się już, że dla niego świat kończy się i zaczyna na Mossie. Mówię to z bólem serca, ale nie wahałby się ani chwili i poświęcił twoje zdrowie i życie, gdyby to była cena za wnuka. Odkąd Moss dorósł, Seth tylko o tym rozprawiał.
    – Wiem. Nawet mała Maggie się nie liczy.
    – Skąd ja to znam? I pewnie miał dużo do powiedzenia na temat mego przyjazdu z Randem.
    Rumieniec Billie udzielił jej nader wyczerpującej odpowiedzi.
    – Podjęłaś już decyzję?
    – Nie. Z jednej strony nie mam siły ani ochoty na kolejną ciążę, w każdym razie nie teraz. Poza tym lekarz powiedział, że mogę stracić dziecko. To ryzykowne. Z drugiej strony, jeśli Mossowi coś się stanie, a ja usunę ciążę, nigdy sobie nie daruję. Nie wiem, co mam robić.
    Teraz Amelia ją pocieszała:
    – Zrobisz, co będzie trzeba, Billie. Przemyślisz to i podejmiesz decyzję, własną decyzję. Możesz liczyć na moje wsparcie, ale nie obawiaj się, że będę usiłowała na ciebie wpłynąć, tak czy inaczej.
    Nagle w pokoju rozbrzmiał gniewny głos Setha:
    – Co, urządzacie sobie imprezę w moim gabinecie? I na dodatek wypijacie najlepszego burbona. Macie cały dom do dyspozycji, do tego pokoju wstęp jest wzbroniony!
    – Dzień dobry, tato. To miło, że się cieszysz na mój widok. Jak widzę, jesteś uroczy jak zawsze. Dziękuję za wspaniałe powitanie w cieple domowego ogniska.
    – Nie igraj ze mną, córko. Nie ma już matki, żeby cię broniła – ryknął w odpowiedzi. – Mnie też nalej. Jak długo chcesz tu zostać?
    – Tyle czasu, ile będę musiała, tato. – Amelia sięgnęła po butelkę. – Trzy palce czy cztery?
    – Trzy, na początek. Jezu Chryste, wyglądasz jak psu z gardła wyciągnięta. Nie mów, że to najnowsza londyńska moda.
    – Masz na myśli moje ubrania? Nie, nie są najmodniejsze, ale też trudno się tego spodziewać po wdowich szatach.
    Seth napił się whisky, podszedł do biurka i ciężko opadł na fotel.
    – Więc ten człowiek, który się z tobą ożenił, oberwał, tak? Zaginiony w akcji czy zabity?
    – Zabity. Widzieli, jak spada i płonie. To się stało nad Francją.
    – Mam nadzieję, że nie zostawił cię bez grosza. W dniu, w którym za niego wyszłaś, skończyła się moja odpowiedzialność. Jess zapisała ci okrągłą sumkę. O ile oczywiście uda ci się położyć na niej rękę.
    – Nie przyjechałam po to, co mama mi zostawiła, i ty dobrze o tym wiesz, tato. Pierwszy lepszy prawnik mógłby załatwić, żebym dostała, co mi się należy.
    – Tylko Bóg może załatwić, że dostaniesz, co ci się należy, Amelio. Nie powiem, że cieszę się, że wróciłaś, bo to nieprawda, a nie jestem hipokrytą. Już mnie rozbolał żołądek. Co zrobiłaś z tym twoim pasierbem? Mam nadzieję, że zostawiłaś go tam, gdzie jego miejsce?
    – Rand jest na górze, śpi. O właśnie, przypomniałeś mi, że miałam do niego zajrzeć. Biedaczek, ledwo żyje – ostatnie zdanie skierowała do Billie, która przysłuchiwała się ich rozmowie z rosnącym zdumieniem.
    – Amelio! – zawołał Seth, gdy była już w drzwiach. – Właściwie to dobrze, że twój mąż zginął! Oszczędził ci wstydu zostania porzuconą żoną!
    Przez chwilę wydawało się, że tego ciosu Amelia nie zniesie, jednak oparła się o framugę drzwi i zebrała resztki sił.
    – No tak, ty doskonale o tym wiesz, tato. Wszak mama zrobiła ci tę samą przysługę.
    Wyszła. Billie nie mogła otrząsnąć się ze zdumienia. W końcu spojrzała na Setha. Popijał spokojnie drinka, uśmiechał się szeroko.
    – Na co się gapisz, dziewczyno? Co, przeżyłaś szok, widząc rodzinną scenkę? Niepotrzebnie. Wiedziałaś, że między mną a Amelią nie ma miejsca na uczucia. Teraz, po śmierci Jess, nie musimy niczego udawać. Nie musimy się nawet silić na uprzejmość, co robiliśmy ze względu na nią.
    I jeszcze coś, dziewczyno. Ciągle się zastanawiam, o czym myślał facet Amelii, kiedy dał się zestrzelić! O kłopotach w domu? Odpowiedzialności? Złych nowinach? Ostrzegam cię, jeśli coś złego spotka mojego chłopaka, dlatego że zawiadomiłaś go o śmierci Jessiki, pożałujesz, że się w ogóle urodziłaś. To, co widziałaś, będzie niewinną rodzinną sielanką w porównaniu z tym, co ciebie czeka. Rozumiesz? Nie lubię, gdy mi się krzyżuje plany. Nieważne, kto to robi. A ty, dziewczyno, będziesz nikim, jeśli Mossa spotka coś złego.

Rozdział szesnasty

    W ślad za Sethem, Agnes praktycznie ignorowała Amelię. Jednak Billie zauważyła, że imponował jej arystokratyczny tytuł Nelsonów.
    – Czy fakt, że twój mąż był lordem, oznacza, że nosisz tytuł „lady”?
    – Proszę zapytać mojego ojca, pani Ames; powie pani, że nic na świecie nie zrobiłoby ze mnie damy.
    Agnes udała, że nie słyszy, do tego stopnia pochłonęło ją obserwowanie Randa. Akurat w tej chwili chłopiec upuścił widelec i porcja zielonego groszku wylądowała mu na kolanach.
    – Doprawdy, Amelio, czy dziecko musi jadać z nami? Jest za mały, nie umie się odpowiednio zachować.
    – Kiedy tylko Maggie skończy trzy latka, będzie jadała z całą rodziną – wtrąciła Billie. – Wiesz, mamo, można by pomyśleć, że nigdy nie mieszkałyśmy w Filadelfii i nie jadałyśmy w kuchni każdego dnia z wyjątkiem niedziel. Naprawdę skazałabyś małego Randa na kolacje w towarzystwie tej starej jędzy Jenkins?
    – Słuchaj, dziewczyno, chyba nie nauczyłaś się tak mówić od Amelii, co? Mossowi się to nie spodoba, zapewniam cię. Mój chłopak się wścieknie, jak wół w rowie.
    Widząc pytające spojrzenie Billie, Amelia wyjaśniła:
    – To „kłopoty” po teksasku, moja droga.
    Agnes bawiła się perłami. Nie mogła się doczekać dnia, w którym Amelia wróci do Anglii. Seth był ostatnio drażliwy i kapryśny, co gorsza, podejrzewał wszystkich i wszystko. Cały czas musiała bardzo uważać, jak ma traktować jego córkę. Gdyby okazała się zbyt przyjazna, zraziłaby Setha do siebie, z drugiej jednak strony ostentacyjne lekceważenie mogłoby obudzić w nim rodzinną solidarność. Zresztą, to nie koniec jej zmartwień: kiedy Billie oznajmi, że jest w ciąży? Na co czeka? A może chce najpierw powiedzieć Mossowi?
    – Billie, moja droga – zwróciła się do córki – czy mogłabyś podać mi numer telefonu do doktora Warda? Powinnam się przebadać
    – Jest w książce telefonicznej, obok aparatu, mamo. – Billie grzebała widelcem w talerzu. Instynktownie wyczuła, że nie takiej odpowiedzi oczekiwała matka.
    – Ach, tak, rzeczywiście, ależ ze mnie gapa.
    – Źle się czujesz, Aggie? – Seth się zaniepokoił.
    – Nie, skąd, po prostu czas na badanie kontrolne. Billie, byłaś może u doktora Warda w ostatnim czasie? Czy nie pora na to? Maggie ma już pół roku, a doktor Ward bardzo się interesuje twoim stanem zdrowia.
    – Zwłaszcza odkąd Colemanowie zafundowali mu nowe skrzydło szpitala – przerwał jej Seth.
    – Tak, zwłaszcza od tego czasu. No więc, Billie? – Agnes czekała. Obserwowała córkę, wypatrując kłamstwa i modląc się o prawdę.
    – Tak, byłam u niego niedawno, wszystko w porządku.
    Agnes znowu bawiła się perłami. Billie nie skłamała, ale też i nie powiedziała prawdy.
    – Billie, jutro jadę do miasta. Wybierzesz się ze mną? – Amelia zakończyła przedłużającą się ciszę. Agnes przypominała jej głodnego sępa. Zajęła miejsce Jessiki, panoszyła się w Sunbridge jakby to był jej dom, jakby miała do tego prawo.
    – Tak, chętnie. Nie ruszałam się stąd od twojego przyjazdu. Pojedziemy po zakupy. Zabierzemy Randa?
    – Nie, nie tym razem. Zostanie z panią Jenkins.
    Kiedy padło to nazwisko, Rand odłożył widelec i ryknął na całe gardło.
    – To reakcja na osobę pani Jenkins – odgadła Billie. – Dobrze mówię, Rand?
    – Jędza! – krzyknął chłopczyk i roześmiał się głośno.
    – Zostaniesz z panią Jenkins, a ja i ciocia Billie pojedziemy do miasta, dobrze? Grzeczny chłopczyk. Mamusia przywiezie ci coś ładnego.
    Rand kiwał główką tak energicznie, aż jasne loki niesfornie opadły na czoło: – I dla Maggie też. Maggie dużo płacze, mamo. Przywieź dla niej prezent. Amelia i Billie parsknęły śmiechem. Agnes tymczasem z dezaprobatą kręciła głową:
    – Nie tak się uczy dzieci dobrych manier. Jędza, też coś! To oznaka braku szacunku. Uważaj, Billie, żeby Maggie taka się nie stała.
    – Pani Ames, Rand i niania rozumieją się doskonale. On po prostu nazywa rzeczy po imieniu. Nawet tacie by się spodobało! – Amelia pochyliła się, żeby pocałować chłopca w policzek. Na tle jej ciemnych loków jego złote włosy wydawały się jeszcze jaśniejsze. – No, Rand, kończ mleko. Zaraz pójdziemy we trójkę: ty, ja i ciocia Billie na naradę, co będziemy robić jutro i jakie prezenty dostaniecie, ty i Maggie.
    W pokoju Billie Amelia ułożyła się wygodnie na szezlongu i popijała kawę, którą przyniosła ze sobą. Rand bawił się z Maggie w pokoju dziecinnym.
    – Naprawdę chcę jutro jechać do Austin, Billie. Pojedziesz ze mną?
    – Bardzo chętnie. Na pewno prezentują już nowe jesienne kolekcje, no i chciałam kupić trochę wełnianych tkanin. Od dawna nie szyłam na maszynie i ostatnio zauważyłam, że mi tego bardzo brakuje. Jessica zawsze mówiła, że mogę jej używać, kiedy tylko zechcę.
    – Ja nie jadę po zakupy, Billie – przerwała jej Amelia z naciskiem. Cały czas patrzyła jej w oczy. – Skontaktowałam się ze starymi znajomymi. Wszystko załatwili. Usunę ciążę. Carlos zawiezie nas do Austin, z centrum weźmiemy taksówkę. Podjęłam ostateczną decyzję. To jedyne wyjście, dla mnie i dla Randa.
    – Amelio, na pewno jest jakieś rozwiązanie…
    – Nie, Billie, nie ma! Dostałam dzisiaj telegram z Nowego Jorku, od adwokata, którego wynajęli bracia Geoffa. Odgrażają się, że podejmą kroki prawne, bo wywiozłam Randa z Anglii.
    – Ale przecież to twój syn! Masz prawo zabierać go, dokądkolwiek zechcesz!
    – Jest moim synem, bo kocham go jak syna, ale Geoff zginął, zanim dopełniliśmy wszystkich formalności adopcyjnych. Czeka mnie walka. Skontaktowałam się już z moim prawnikiem w Londynie. Radził mi zostać w Sunbridge, a w każdym razie w Teksasie, tak długo jak to możliwe. Trwające w Europie wojna i trudności komunikacyjne dadzą mi możność przesunięcia terminów rozpraw sądowych. Nie mogę Randa utracić, Billie, po prostu nie mogę! Bardzo go kocham. Ilekroć na niego patrzę, widzę Geoffa, któremu obiecałam, przysięgłam na Boga, że zaopiekuję się Randem. Nie mogę ich obu zawieść. – Zamyśliła się na chwilę. – Mimo bogactw i tytułów szlacheckich Geoff nie miał szczęśliwego dzieciństwa. – Roześmiała się z goryczą. – Powtarzał, że ja tylko mogę zapewnić Randowi normalny dom bez stresów. Ja! Amelia-która-wszystko-knoci, Coleman Nelson ma stać się zbawieniem dla małego chłopca! Billie, zrobię wszystko, byle dotrzymać obietnicy, którą złożyłam Geoffowi. Pomóż mi.
    Miękkie światło lampy wydobywało z półmroku część twarzy Amelii, reszta znikła w cieniu. Ciemne włosy Amelia upięła w skromny kok na karku. Ta fryzura nadawała jej pewną surowość, która sprawiała, że jej prośba brzmiała bardziej przejmująco, rozpaczliwie. Billie nie chciała jej pomóc. Było to sprzeczne z jej wiarą i przekonaniami, a mimo to, wbrew sobie, szukała jakichś dróg wyjścia.
    – Odwracasz się ode mnie, Billie. Widzę, że cię gorszę. Zapomnij, że o to prosiłam. Zapomnij, że w ogóle o tym wspominałam. Nie żywię do ciebie urazy. Zaopiekujesz się jutro Randem, kiedy pojadę do miasta?
    – Dokąd jedziesz? Jak się nazywa lekarz?
    Śmiech Amelii był nieprzyjemnie wysoki, skrzek niemal:
    – Billie, chyba sobie żartujesz. Aborcja jest nielegalna, zapomniałaś? Żaden lekarz, w każdym razie żaden dobry lekarz nie tknie mnie palcem. Pomogli mi moi dawni przyjaciele, ludzie nie cieszący się wielkim szacunkiem. Tylko ciąże, które zagrażają życiu i zdrowiu matki, usuwa się w sterylnych szpitalach. Właśnie taki zabieg proponuje ci doktor Ward.
    W głowie Billie pojawiły się ponure wizje. Nagle przypomniała sobie szeptane na ucho opowieści o ciemnych uliczkach, rzeźnickich nożach, szydełkach.
    – Amelio! Nie możesz! To niebezpieczne.
    – Mogę i zrobię to, zobaczysz. – Przesunęła dłoń niżej i poklepała się po brzuchu. – Wiesz, co tu jest, Billie? Marzenie. Tylko tyle, marzenie. Niestety, nie jest mi przeznaczone. Wolę o nim zapomnieć, zanim zmieni się w koszmar. Nie masz pojęcia, jak bardzo się boję. Umieram ze strachu na myśl, że zawiodę Geoffa. W moim życiu tylko jedno zrobiłam dobrze: pokochałam Geoffa i Randa. Wiesz, tak naprawdę jestem wielką egoistką. Zapytaj każdego, kto mnie zna. Ot, choćby mojego ojca. Muszę i chcę to zrobić!
    – Pojadę z tobą – zadecydowała Billie. – Będę ci potrzebna. Nie podoba mi się ten pomysł, przyznaję, ale możesz na mnie liczyć. Moss postąpiłby tak samo. Nie mam zamiaru cię osądzać, Amelio. Chcę być twoją przyjaciółką.
    – Och, Billie! – Amelia nie ukrywała łez. – Jesteś moją przyjaciółką, a nawet kimś więcej: moją siostrą!

* * *

    Następnego popołudnia pojechały do Austin. Ustaliły z Carlosem, że będzie na nie czekał o piątej przed wieżowcem Colemanów. Dopiero, kiedy czarny packard zniknął, złapały taksówkę. Amelia milczała na tylnym siedzeniu. Billie podała kierowcy adres.
    – Na pewno chcą panie tam jechać? – kierowca żuł koniec cygara. – Nie wyglądacie na takie.
    – Proszę nas zawieźć pod ten adres – rzuciła Billie tonem, który skutecznie ostudził ciekawość taksówkarza. Amelia siedziała sztywno wyprostowana. Z całej siły zaciskała zimne dłonie.
    Dotarli na miejsce. Billie przyglądała się nieufnie obskurnym barom i zaśmieconym chodnikom.
    – To tutaj – stwierdziła Amelia. Wysiadły i zapłaciły kierowcy.
    – Mam na panie poczekać?
    – Nie, dziękujemy. – Billie rozglądała się nerwowo. Na rogach ulic kręcili się mężczyźni, z barów dobiegały dźwięki meksykańskiej muzyki, po ulicach snuły się bez celu dzieci w łachmanach i kobiety o smutnych oczach.
    – Amelio, czy jesteś pewna, że to właściwy adres?
    – Tak. – Spojrzała na ruderę w opłakanym stanie. – Chodźmy, chcę to już mieć za sobą.
    Nigdy dotąd Billie nie była w takim miejscu. Ciemny korytarz śmierdział odpadkami, pleśnią i przypalonym czosnkiem. Zza cienkich drzwi dobiegały odgłosy z odbiorników radiowych, z których każdy odbierał inną stację, co tworzyło dziwaczną, ponurą kakofonię. Weszły na trzecie piętro. Amelia zapukała.
    Odrapane drzwi odrobinę się uchyliły. Przez szparę wyjrzała para ciemnych, podejrzliwych oczu. Amelia wsunęła w nią szeleszczący banknot studolarowy i drzwi otworzyły się szeroko. Mężczyzna w brudnej białej koszuli, ledwo się dopinającej na wielkim brzuchu, krzyknął coś po hiszpańsku. Do pokoju weszła kobieta. Billie usłyszała trzask zamka za plecami. Wpadła w panikę.
    – To moja przyjaciółka – tłumaczyła Amelia. – Zaopiekuje się mną w powrotnej drodze.
    Kobieta pokręciła głową i mruknęła coś do mężczyzny.
    – Miałaś przyjść sama! – warknął.
    – Nikt mi o tym nie powiedział. Moja przyjaciółka zostanie ze mną.
    Kobieta zabełkotała coś niewyraźnie, ale mężczyzna uciszył ją krzykiem
    – Masz całą sumę? – zwrócił się do Amelii. – Dwieście dolarów?
    – Tak. Moja przyjaciółka da ci drugą setkę, kiedy będzie po wszystkim.
    – Poczeka tutaj.
    – Nie. Pójdzie ze mną. Albo poszukamy kogoś innego.
    I znowu kobieta chciała coś powiedzieć.
    – Silencio! – ryknął mężczyzna.
    Pod Billie uginały się nogi, miała lodowate ręce mimo upalnego dnia.
    – Dobrze. Idźcie z Marią. Ona się wszystkim zajmie. Najpierw chcę zobaczyć pieniądze.
    – Pokaż mu – poleciła Amelia. – Do cholery, Billie, rób, co mówię. Pokaż mu pieniądze!
    Billie niezdarnie grzebała w portmonetce. W końcu pokazała mężczyźnie banknot studolarowy. Zadowolony, skinął głową. Szybko wepchnęła pieniądze do przegródki zamykanej na suwak, jakby parzyły ją w palce.
    Maria przepuściła je przodem. Weszły do sąsiedniego pokoju, którego jedyne umeblowanie stanowił kuchenny stół i krzesło. Okna wychodzące na podwórze, zaklejono gazetami. W głębi można było dojrzeć brudną łazienkę. Zza ściany dobiegały podniesione głosy. Maria włożyła fartuch z ceraty. Zdobił go taki sam wzór, jaki widniał na ceratowym obrusie, który leżał na kuchennym stole w domu Ames w Filadelfii. W głowie Billie kłębiły się dziesiątki oderwanych od siebie obrazów.
    Amelia wzięła ją za rękę. Leżała na stole, miała szeroko rozłożone nogi. Z całej siły zaciskała zęby, żeby nie krzyczeć. Maria przycupnęła na krześle między jej udami. Wzór na ceratowym fartuchu wirował Billie przed oczyma, wywoływał mdłości. Nagle powietrze wypełnił zapach krwi. Coś z plaśnięciem wpadło do emaliowanego garnka u stóp Marii. Billie z wahaniem odwróciła głowę w tamtą stronę. Zobaczyła czerwone skrzepy krwi i kawałki tkanki. Stało się. Z łona Amelii wyskrobano, wyrwano malutką istotkę.
    Porysowana, brudna podłoga zdawała się wznosić, jakby chciała pochłonąć Billie. Wszystko przebiegło tak szybko, zabieg przeprowadzono tak niechlujnie. Billie miała wrażenie, że rozrywano także jej wnętrzności. W brzuchu czuła, jakby ją palił żywy ogień. Nagle dotarło do niej, że życie, które nosi, nie przetrwa bez jej pomocy. Mogłoby zostać wyrwane z bezpiecznego schronienia i ciśnięte do emaliowanego garnka Marii. Fakt, że odbyłoby się to w czystym szpitalu, a ona by niczego nie czuła, był tu bez znaczenia. Jest matką, a to jej dziecko. Bez niej nigdy nie złapie oddechu, nie zapłacze, nie zazna głodu.
    Podjęła decyzję. Powierzy życie swego nie narodzonego dziecka woli Boga, a nie nożowi chirurga.
    Amelia ścisnęła ją za rękę. Szczękała zębami, łzy spływały jej po policzkach:
    – Billie! Billie! Boże, co ja zrobiłam!

* * *

    Wieczorem, ucałowawszy Maggie na dobranoc, Billie zajrzała do szwagierki.
    – Amelio? – szepnęła w ciemność. – Spisz? – Cichutko przemknęła do łóżka. Bojąc się obudzić Randa, który spał w dostawionym łóżeczku po przeciwnej stronie. – Amelio!
    – Billie. Billie, jestem bardzo chora.
    Dotknęła jej czoła:
    – Masz gorączkę.
    – I krwawię. Bardzo.
    Billie odnalazła pstryczek przy nocnej lampce. W bladej twarzy Amelii uwagę zwracały przede wszystkim sine usta.
    – Zadzwonię po doktora Warda…
    – Nie, Billie! Nie wolno ci…
    – Co zrobimy? Jesteś chora.
    – To przejdzie, naprawdę, to przejdzie.
    – Nie, nie przejdzie. Coś poszło nie tak jak trzeba. – Odrzuciła kołdrę. Na różowej koszuli nocnej wykwitła wielka czerwona plama. – Krwawisz bardziej, niż sobie z tego zdajesz sprawę. Dzwonię do lekarza…
    Amelia złapała ją za rękę:
    – Nie wolno ci! Nikt nie może się o tym dowiedzieć! Nie mogę ryzykować! Muszę myśleć o Randzie… gdyby krewni Geoffa się dowiedzieli, wykorzystaliby to przeciwko mnie. A ojciec nie omieszka im o tym powiedzieć, tylko po to, żeby mi dokuczyć.
    – Seth to kawał drania, ale przecież nie…
    – Popatrz na mnie, Billie. Popatrz na mnie i dokończ, co chciałaś powiedzieć. Nie możesz? Więc nie dzwoń po Warda.
    – Dobrze, w takim razie wezwę innego lekarza. Jakiegokolwiek. Albo sama zawiozę cię do Austin, na ostry dyżur. Nikt się o niczym nie dowie.
    Amelia uparcie kręciła głową. Nie, nie może się na to zgodzić.
    – Posłuchaj, sama mówiłaś, że musisz myśleć o Randzie. Możesz umrzeć z utraty krwi, może wdać się zakażenie. Pomyśl o Randzie!
    – Dobrze. Zawieź mnie do szpitala. Tylko nie do Memoriał. Do Clinton General, na drugim końcu miasta.

* * *

    Billie prowadziła samochód wśród ciemnej nocy. Wstążka autostrady rozwijała się przed światłami packarda jak długi, wąski język. Amelia odrzuciła głowę do tyłu. Na jej czole lśniły smugi potu. Zegar wskazywał wpół do pierwszej. Zdaniem Billie nikt nie zauważył, że się wymknęły, jednak rano będą się musiały tłumaczyć, kłamać, ukrywać winę. Nie, teraz nie może o tym myśleć. Musi się skoncentrować na prowadzeniu wozu. Limuzyna była długa i szeroka i Billie nie zawsze potrafiła zachować należytą odległość. Co chwila zerkała na licznik. Dwadzieścia mil, trzydzieści, trzydzieści pięć. Jechały już prawie godzinę. Amelia była spokojna, zbyt spokojna i zbyt blada.
    Wreszcie rozbłysło przed nimi oświetlone miasto, wzrósł ruch na drodze. Na ulicy wiodącej do szpitala co chwila zatrzymywały je czerwone światła.
    – Wytrzymaj, Amelio, jeszcze tylko kilka minut – błagała Billie, modląc się bezgłośnie.
    Kiedy zatrzymała się przed szpitalem Clinton General, wszystko potoczyło się błyskawicznie. Amelię ułożona na noszach, zniknęła błyskawicznie za drzwiami. Pielęgniarka w sztywno wykrochmalonym fartuchu została, żeby porozmawiać z Billie.
    – Nazwisko pacjentki?
    – Am… Amy Nelson.
    – Od jak dawna krwawi? Czy znany jest pani powód krwawienia?
    – Nie wiem… nie wiem… gdzie lekarz? Chcę rozmawiać z lekarzem – rzuciła Billie.
    – Lekarz ją bada, ale pacjentka nie jest w stanie odpowiadać na pytania.
    Billie szukała pomocy w białych ścianach poczekalni. Nie wiedziała, co odpowiadać. Ile może powiedzieć?
    – A pani nazwisko?
    – Ames. Willa Ames. – Kłamstwo przyszło jej z łatwością. – Jestem jej przyjaciółką.
    – Panno Ames. – W tej chwili pielęgniarka dostrzegła jej obrączkę. – Pani Ames, wiemy, że wystąpiło krwawienie pochwowe. Musimy wiedzieć, czy panna Nelson jest w ciąży. Tak czy nie?
    Billie potrząsnęła głową.
    – Poroniła? Czy miała zabieg? Musi mi pani to powiedzieć. Od tego zależy jej życie.
    – Nie, nie poroniła. – Tylko tyle była w stanie wykrztusić. Ta druga opcja była zbyt straszna, by o niej mówić. Przed oczyma stanął jej znowu poobijany emaliowany garnek.
    – A więc usunęła ciążę, tak? Czy zna pani jej krewnych? Kogoś, z kim mogłabym się skontaktować?
    – Nie! Ona nie ma nikogo prócz mnie.
    Pielęgniarka wstała; towarzyszył temu szelest fartucha.
    – Proszę tutaj poczekać, pani Ames. Porozmawiam z lekarzem.
    Billie czekała i czekała, a z każdą chwilą wzrastał jej niepokój i wątpliwości. Mijały minuty, potem godziny. Siódma. Przez oszklone drzwi sączyło się światło poranka. Na korytarzu śpieszyli ludzie, lekarze i pielęgniarki. Biegali z sali do sali. Nadal nie wiedziała nic o Amelii.
    O siódmej trzydzieści w Sunbridge rozpęta się piekło. Rand się zbudzi i będzie szukał matki. Agnes zejdzie na śniadanie i nie będzie miała pojęcia, gdzie przepadła córka. Carlos pójdzie do garażu i odkryje, że samochód zniknął. Billie nie wahając się podeszła do telefonu i wykręciła odpowiedni numer. Na szczęście słuchawkę podniosła Agnes.
    – Billie? Skąd dzwonisz? Nie jesteś w pokoju?
    – Nie, mamo. Nie zadawaj żadnych pytań. Niech pani Jenkins zajmie się Randem. Powiedz Carlosowi, że Amelia i ja zabrałyśmy samochód wczoraj wieczorem i że wkrótce go odstawię.
    – Amelia? Czy ona jest z tobą? Co to znaczy, że go niedługo odstawisz? Amelia z tobą nie wraca? Billie, chcę wiedzieć, co się stało?
    Westchnęła ciężko. Nie ma rady, musi jej powiedzieć:
    – Mamo, jestem z Amelią w szpitalu. Jej migrena pogorszyła się w nocy. Straciła przytomność.
    – Nie wierzę w ani jedno słowo, Billie. Czy zrobiłaś coś… głupiego? Wiem, że jesteś w ciąży. Powiedz, dobrze się czujesz?
    – Tak, i dziecko też. Żadnych pytań, mamo. – Nie sposób było nie usłyszeć groźby w jej głosie. – A skoro wiesz, że jestem w ciąży, zapewne wiadomo ci także, że doktor Ward odradza mi donoszenie tego dziecka?
    – Billie, o czym ty mówisz? – Agnes najwyraźniej wpadła w panikę.
    – Mówię, mamo, że masz kryć Amelię i mnie przed Sethem. On się nie może dowiedzieć, gdzie i dlaczego jesteśmy. Zajmij się dziećmi. Wrócę samochodem, kiedy to będzie możliwe. Nie zawiedź mnie, mamo, a i ja ciebie nie zawiodę. Czy dobrze się zrozumiałyśmy?
    Agnes otworzyła usta ze zdumienia. Czy naprawdę rozmawia ze swoją córką? Czy Billie jej grozi? Ale chyba nie skrzywdziłaby własnego dziecka? Jednak wewnętrzny głos podpowiadał, że rozmawia z nową, inną Billie.
    – Wracaj do domu jak najszybciej – szepnęła cicho do słuchawki. – Zajmę się wszystkim.
    – Słuszna decyzja, mamo. Słuszna decyzja.
    Za piętnaście dziewiąta nerwowo spacerowała po niewielkiej poczekalni na drugim piętrze. Co mniej więcej trzydzieści sekund spoglądała na zegar. Co oni robią z Amelią? Dlaczego nikt jej niczego nie mówi?
    – Pani Ames? – usłyszała kobiecy głos. – Pani Ames?
    – Tak, jestem tutaj. – Billie zamarła w pół kroku.
    – Lekarz chce z panią porozmawiać o pani Nelson. Proszę ze mną…
    Idąc, wsłuchiwała się w rytmiczne stukanie obcasów na posadzce z terakoty. Zaprowadzono ją do ciasnego gabinetu. Młody mężczyzna w białym kitlu podniósł się na jej widok:
    – Pani Ames? Nazywam się Garvey, jestem lekarzem. Niestety, musieliśmy zoperować pani przyjaciółkę. – Widząc jej przerażenie, dodał szybko: – Teraz wszystko będzie dobrze. Miała poważnie uszkodzoną macicę. Musieliśmy ją usunąć. Aborcji dokonywał rzeźnik, nie lekarz. Przywiozła ją pani w ostatniej chwili. Miała bardzo silny krwotok. Teraz musimy chronić ją przed zakażeniem.
    W miarę, jak mówił, Billie bladła coraz bardziej, a jej usta przybierały siny odcień.
    – Pani Ames, proszę usiąść. Domyślam się, że jest pani w szoku.
    – Wyjdzie z tego? – szepnęła.
    – Mamy nadzieję, że tak. Swoją drogą, to smutne. Taka młoda kobieta… To miało być jej pierwsze dziecko, tak?
    – Kiedy będę ją mogła zobaczyć?
    – Na razie nie obudziła się po operacji. Na szczęście była przytomna i podpisała zgodę na zabieg, w przeciwnym razie stracilibyśmy zbyt dużo czasu na szukanie krewnych.
    – Ona i tak nie ma nikogo oprócz mnie. Kiedy będę mogła ją zobaczyć?
    Garvey spojrzał na zegarek:
    – Za, powiedzmy, czterdzieści pięć minut. Proszę poczekać na trzecim piętrze, przyślę kogoś po panią, gdy tylko pacjentka odzyska przytomność… Pani Ames, czy pani się na pewno dobrze czuje?
    Billie uspokoiła go gestem ręki.
    – Tak, tak, dziękuję. Na trzecim piętrze?
    W końcu pozwolono jej odwiedzić Amelię. Z trudem przełknęła ślinę, coś ściskało ją w gardle. Szwagierka była bielsza niż poduszka, na której leżała, miała popękane, wyschnięte usta i puste, umęczone oczy.
    – Billie – usłyszała ochrypły szept. – Wiem, co sobie myślisz. Zasłużyłam na to. Rand… proszę, zaopiekuj się nim. – Miała zimne, blade ręce.
    – Boże drogi, co oni ci zrobili! – Po twarzy Billie płynęły łzy współczucia. Amelia odwróciła głowę. Billie musiała uważnie nadstawiać ucha, żeby zrozumieć, co mówi.
    – Idź do domu – szepnęła zduszonym szeptem. – Zajmij się Randem. Co się stało, to się nie odstanie. Nie ma sensu płakać nad rozlanym mlekiem. Czyż nie mówiłam, że wszystko knocę? Idź do domu.
    Billie nic innego nie mogła zrobić ani powiedzieć. Musi wrócić do domu, wytłumaczyć nieobecność Amelii i zająć się dziećmi. Odruchowo zasłoniła brzuch obronnym gestem. Wyobraziła sobie, że czuje bicie malutkiego serduszka. Nienarodzone dziecko jest bezpieczne, i, co ważniejsze, wyczekiwane. Dziecko Amelii byłoby jego rówieśnikiem…
    Szybkim krokiem, który niósł się echem po długim korytarzu, podążała do telefonu koło windy. Wyszukała pięciocentówkę i zadzwoniła do doktora Warda, żeby go zawiadomić, iż podjęła ostateczną decyzję.

* * *

    Billie wróciła do Sunbridge zobojętniała na wszystko, nawet na wściekłość Setha.
    – Co ta dziewczyna sobie wyobraża, Aggie? – ryczał. – Gdzie jest moja córka? I dlaczego tu zostawiła swojego szczeniaka?
    Agnes nie była w stanie udzielić mu odpowiedzi.
    – Cholerna dziewucha – burczał. – Wiecznie z nią kłopoty. Nigdy jej nie ufałem i nie będę ufał. Wyjeżdża sobie z przyjaciółmi i zostawia nam dzieciaka na głowie! Przyjaciele! Łobuzy to lepsze słowo! – Łypnął na Billie. – Kiedy wróci? Chcę wiedzieć, kiedy mam włożyć podkute buty, żeby ją wykopać z mojego domu, do cholery!
    Billie milczała. Agnes posłała jej niespokojne spojrzenie.
    – Seth, Amelia potrzebuje trochę czasu dla siebie. Chłopiec nie sprawia żadnych kłopotów, Billie się nim zajmuje. Amelia wróci najpóźniej za tydzień. – Zerknęła na Billie, czekając na potwierdzenie tych słów.
    – I jeszcze jedno ci powiem, dziewczyno – Zmierzał ku Billie, cały czas ciężko opierając się na lasce. – Następnym razem, gdy zbliżysz się do mojego samochodu bez pozwolenia, dostaniesz nauczkę. Co cię ugryzło od przyjazdu Amelii? Myślałem, że masz choć odrobinę rozumu!
    – Cóż, najwyraźniej ciężarne kobiety tracą resztki rozumu – warknęła, doprowadzona do ostateczności.
    – Co? Aggie, co ona opowiada?
    – Chyba oznajmia nam, że jest w ciąży – zagruchała Agnes. – Billie, kiedy mamy się spodziewać powiększenia rodziny?
    – Maggie dostanie braciszka lub siostrzyczkę w urodzinowym prezencie.
    – Chciałaś powiedzieć: braciszka, prawda, dziewczyno? – Seth poprawił ją ostro, jednak nie ukrywał radości. Tym razem będzie z pewnością chłopak!

* * *

    Dni przechodziły w tygodnie, tygodnie w miesiące. Przyjaźń Billie i Amelii zacieśniała się z każdym dniem. Amelia wytrwale dziergała sweterki, kaftaniki i kocyki, i niecierpliwie oczekiwała dziecka Billie. Jej głębokie przekonanie, że mimo ostrzeżeń Warda wszystko zakończy się pomyślnie, podtrzymywało Billie na duchu. Amelia troszczyła się o nią jak matka, jak siostra, a pod nieobecność Mossa, nawet jak mąż. Kiedy Billie zaczęła krwawić w szóstym miesiącu, to właśnie Amelia się nią zajęła. Robiła to z takim oddaniem, że wzruszało to Billie do łez. Zajmowała się nianie tylko dla niej samej, lecz także dla Mossa, ukochanego brata. Mały Rand zamieszkał w osobnym pokoju z nianią, która spełniała każde jego życzenie. Maggie kwitła i rosła jak na drożdżach.
    Listy od Mossa, krótkie i zwięzłe, przychodziły bardzo rzadko. Billie i Amelia wiedziały tylko, że żyje. Każdego dnia jednak ogarniał je strach, że dostaną telegram ze straszną wiadomością.
    Billie leżała w półśnie, myśląc o mężu. Gdzie jest? Co robi? Czy o niej myśli?
    – Hej, pobudka! – Amelia wsadziła głowę do pokoju. – Może masz ochotę na herbatkę? Rand i Maggie śpią, więc zostajemy tylko my, mała – dodała niskim głosem Humphreya Bogarta.
    Billie roześmiała się wesoło.
    – Bardzo chętnie. Drzemałam i myślałam o Mossie. To mi poprawia samopoczucie, a czasami sprawia, że mam cudowne sny. Uważasz, że za dużo śpię?
    – Szczerze mówiąc, tak. Pewnie nudzisz się sama w tym wielkim łożu. Trzy miesiące w pościeli doprowadziłoby każdego do szaleństwa. Wpadłam na doskonały pomysł, dzięki któremu będziesz pogodna, zajęta i nie zwariujesz, taką mam przynajmniej nadzieję. Przyniosę herbatę i pogadamy.
    Tace, które Amelia przynosiła do jej pokoju, były jedyne w swoim rodzaju. Za każdym razem dekorowała je, puszczając wodze fantazji. Tego dnia wybrała delikatny imbryk z najlepszej angielskiej porcelany Jessiki. Obok niego ustawiła kruche filiżanki i spodeczki, a także talerzyk z miniaturowymi kanapeczkami z topionym serem i jagodowe bułeczki. W wysokim wazonie pyszniły się dwa bladożółte pączki róż, ten sam motyw widniał na białych haftowanych serwetkach.
    Kiedy tylko razem zasiadły, Amelia od razu przeszła do sedna sprawy:
    – Ostatnio wiele myślałam, Billie. Po powrocie do Anglii czeka mnie wezwanie do sądu. Jak zapewne wiesz, wystąpienia przed sądem to w gruncie rzeczy występy jak na scenie, przed publicznością. Bardzo często osądza się ludzi po ich wyglądzie. Dużo rozmawiałyśmy o twoich studiach, które miałaś rozpocząć i o twoim zainteresowaniu projektowaniem strojów. Widziałam, jak upiększyłaś ciążowe sukienki, i widziałam ubranka, które uszyłaś dla Maggie. Są wspaniałe, Billie. Zastanów się, czy nie zechciałabyś zaprojektować czegoś dla mnie? Wiesz, rzeczy z klasą, modne, ale skromne. Ubrania, które dawałyby do zrozumienia, że jako kobieta rozsądna i odpowiedzialna jestem godna zostać matką Randa. Billie, to dla mnie bardzo ważne.
    – Amelio, nie jestem zawodową projektantką. Nie mogę uwierzyć, że prosisz mnie o coś takiego. I nie ukrywam, że odnoszę się do tego z podejrzliwością! Czy ty przypadkiem nie próbujesz po prostu wymyślić mi zajęcie, dzięki któremu nie zwariowałabym z nudów?
    – U licha, skądże, dziewczyno! – Tym razem Amelia wcieliła się w Setha i Billie znowu zaniosła się śmiechem. – Mówiąc poważnie, chcę, żebyś to zrobiła.
    – Pamiętaj, że skończyłam tylko szkołę średnią, a do dziś zapomniałam zapewne tych niewielu wskazówek, których mi udzieliła pani Evans w Filadelfii. Dlaczego ja? Mogłabyś zwrócić się do najlepszych projektantów w Nowym Jorku.
    – Wiem o tym doskonale, ale chcę, żeby te ubrania wyrażały mnie, Amelię Coleman Nelson. Ty mnie znasz, Billie. Nie musiałabyś niczego szyć, od tego są krawcowe w Austin. Przecież myślałaś o karierze w tym zawodzie, prawda?
    – Tak, ale mama chciała, żebym została nauczycielką. Tymczasem wyszłam za Mossa i wylądowałam tutaj. Nawet nie myślę o karierze. Przede wszystkim chcę być żoną i matką. Może kiedyś, później…
    – Billie, „później” jest za późno. Coś zawsze staje na drodze. Teraz, kiedy jesteś przykuta do łóżka, masz niepowtarzalną szansę. Ja ci pomogę. Cofniemy się myślą do czasów, zanim poznałaś Mossa. Co planowałaś? Co chciałaś robić?
    – Projektować wzory na tkaninach, eksperymentować z kształtami i barwami. Pani Evans, moja nauczycielka, twierdziła, że mam talent, i uczyła mnie po lekcjach. Zanim wyszła za mąż i urodziła dzieci, pracowała dla Olega Cassiniego. Obiecała, że mi pomoże. Zostałam nawet przyjęta do Instytutu Mody w Nowym Jorku, ale wtedy mama się o wszystkim dowiedziała i na planach się skończyło. Być może, pani Evans była po prostu zbyt uprzejma…
    – Tere – fere. Nie zapominaj, że na własne oczy widziałam, co potrafisz, a z tego co wiem, Instytut Mody nie przyjmuje byle kogo. Jak to się właściwie stało, że ta pani Evans uczyła w szkole?
    – Pan Evans uważał, że w Nowym Jorku jest za dużo hałasu i blichtru, więc się przenieśli do Filadelfii. Małżeństwo było dla niej ważniejsze niż kariera. Też jestem tego zdania.
    – Dobrze, ale przygotowanie gruntu w niczym nie zaszkodzi. Zrobimy tak: napiszę list do pani Evans i poproszę, żeby przesłała nazwiska wszystkich ludzi, którzy mogliby ci pomóc. Nie musisz przecież się zwracać do nich od razu. Następnie zaczniemy kompletować teczkę twoich prac. Kiedy nadejdzie właściwa pora, będziesz miała wszystko w zasięgu ręki. Billie, nie chcę, żebyś skończyła jak moja matka. Marnowała się tu, w Sunbridge, umierała przez nikogo nie zauważana.
    Billie nie miała serca powiedzieć przyjaciółce, że zanim pomyśli o karierze, połowa ludzi z listy pani Evans na pewno umrze. W jednym się z nią zgadzała: to nie zaszkodzi, a da jej rozrywkę.
    – Dobrze – powiedziała tylko.
    – Och, Billie, to wspaniale! Moss będzie z ciebie dumny.
    Billie otworzyła szeroko oczy:
    – Naprawdę tak uważasz?
    – Wiem. Moss lubi ciekawych, nietuzinkowych ludzi. Billie, teraz jesteś jedną z Colemanów, a Colemanowie zawsze coś osiągają, nie wiesz o tym? – Ostatnie zdanie było zaprawione goryczą. – Chcesz spędzić całe życie na pracy dobroczynnej i chodzeniu do klubów? Przypomnij sobie moją matkę i to, jaka pustka zapanowała w jej życiu, gdy dzieci wyfrunęły z gniazda.
    Billie nie ukrywała radości:
    – Coraz bardziej mi się to podoba. Do roboty!
    Zadowolona Amelia rozparła się na fotelu i położyła nogi na łóżko Billie:
    – Dobra. Teraz mów. Opowiedz mi, co będziesz robić, kiedy nadejdzie właściwa pora – zachęcała tym poważnym, troskliwym tonem starszej siostry, który Billie tak się podobał.
    – Pewnego dnia zajmę się satynami, jedwabiami i brokatami, ale do tego daleka droga, najpierw muszę się dużo nauczyć. Zacznę od bawełny. To fantastyczny materiał, prosty, czysty i wygodny. Żadna inna tkanina nie ma tych właściwości. Należy zawsze pamiętać o ciężarze i fakturze materiału, jeśli się chce go łączyć z innymi dla kontrastu. Gdybym w tej chwili projektowała coś z bawełny, zaczęłabym od kolorów natury, pszenicy, owsa i kości słoniowej, i użyłabym bieli jako katalizatora. Później pokażę ci mój projekt ze szkoły średniej. Kwiaty z czarnych, białych i fioletowych linii… Pani Evans mówiła, że wyglądały jak impresjonistyczny bukiet. Chciała, żebym spróbowała swoich sił z tiulem i batikiem, ale moim zdaniem do nich pasują paski, a ja za nimi nie przepadam, więc zajęłam się czymś innym.
    – Powiedz, gdzie można dostać książki na ten temat. Albo jeszcze lepiej, poproszę panią Evans o listę lektur, skoro i tak do niej napiszę. Przeczytasz je chyba?
    – Oczywiście! Miałaś rację, Amelio. To mnie zajmie, zwłaszcza że jest to coś, czym się bardzo interesuję.
    – I zaprojektujesz dla mnie kilka kreacji?
    – Spróbuję. To nie takie proste, jak się wydaje. Dla ciebie… to musi być coś miękkiego, delikatnego, a jednocześnie powinno być solidne, oparte na dobrym projekcie i tkaninie. Nic ciężkiego, sztywnego.
    – Już mi się podoba.
    – Rodzaj niedbałej elegancji – Billie mierzyła jej sylwetkę zmrużonymi oczyma. – Może spódnica od kostiumu w asymetryczne fałdy. Żakiet z bawełny albo lekkiej wełenki. Coś, do czego pasuje kapelusz. Sukienka o czystej, prostej linii, może z wełnianej żorżety. Co powiesz na tunikę… lekką i szeroką, ale pasek będzie ją trzymał w ryzach. To coś innego niż noszą wszyscy, a podkreślałoby twój wzrost i figurę. Wymyślę coś więcej, kiedy zobaczę twoją garderobę. Najlepiej zrobimy kilka zestawów, które będzie można łączyć ze sobą, wtedy będzie się wydawało, że masz więcej ciuchów niż w rzeczywistości. Jakie kolory najbardziej lubisz?
    – Wszystkie – zachichotała Amelia.
    – Ja też. Pewnego dnia stworzę własną paletę barw. Mam je wszystkie w głowie. Nawet wymyśliłam już dla nich nazwy. Kiedyś te moje kolory znajdą się na jedwabiach.
    – Jakie kolory? Jakie nazwy?
    Billie roześmiała się głośno.
    – Przysięgasz, że nie będziesz się śmiać?
    – Słowo honoru.
    – „Lodowy róż”, „czekoladowa wiśnia”, „koktajlowa fuksja”, „lukrowy turkus”… i tak dalej. Jeśli kiedykolwiek będę projektowała wzory na jedwab, użyję tych nazw.
    – Billie, jestem pod wrażeniem. Coś mi się wydaje, że tym razem Colemanowie sprawili sobie klaczkę z głową na karku. Pewnego dnia wykorzystasz swój talent. Zapamiętaj moje słowa: pewnego dnia zajdziesz na sam szczyt. I to niejako żona Mossa Colemana, lecz jako ty, Billie Ames Coleman.
    Billie poczuła pieczenie pod powiekami. Od dawna nie słyszała szczerego komplementu. Po raz pierwszy, odkąd mieszkała w Sunbridge, czuła, że jest godna nazwiska Coleman. Była to na razie nieśmiała, słabiutka nadzieja, z którą nie zamierzała się zdradzać. Tylko ona i Amelia znały ten sekret.

* * *

    – Mam pomysł – zawołała Amelia w pewien niedzielny poranek. – Może poczytam ci humoreski?
    Billie westchnęła głośno.
    – Nic z tego. Ciągle myślę o twoim wełnianym kostiumie. Bez przerwy się głowię, czy wybrałam odpowiedni fason do materiału. Wszystko się okaże, kiedy Parker skończy szycie.
    – Nie zawracaj sobie tym głowy. Pani Parker jutro przywozi go do miary, wtedy się przekonasz. Zmieńmy temat, nie podoba mi się, że jesteś taka zdenerwowana.
    – W porządku – Billie gorączkowo szukała tematu do rozmowy, choć jej myśli uparcie krążyły wokół projektów dla Amelii. – Jak ci się układa z ojcem? Zawarliście pokój?
    – Wierzysz w bajki, dziewczyno? Nie, i nie zrobimy tego, w każdym razie nie w tym życiu. Ojciec mnie nie lubi. Nigdy nie lubił i nie polubi w przyszłości. Miłość? Seth kocha tylko Mossa i swoją klacz Nessie. Musisz się z tym pogodzić, tak jak ja. Skoro nie chcesz nic śmiesznego, co powiesz na któryś z kryminałów mamy? Zwłaszcza jeden zapowiada się bardzo obiecująco, chyba zmrozi nam krew w żyłach! – Pobiegła po książkę.
    Billie opadła na poduszkę. Kiedy dziecko się urodzi, Amelia i Rand wyjadą do Anglii. W Sunbridge trzymała ich tylko troska o nią. Niestety, prędzej czy później Amelia musi wrócić do Londynu i walczyć w sądzie, żeby zalegalizować adopcję Randa. Billie będzie za nią bardzo tęskniła. Amelia uprzyjemniała jej życie, odpędzała troski siłą wydającą się nie mieć granic. Dla Billie stoczyła nawet walkę z Sethem – i wygrała.
    Po tym jak lekarz polecił synowej leżeć do końca ciąży, Seth wybiegł z domu jak kwoka w poszukiwaniu kurcząt. Przeżył już jeden zawód; za żadne skarby nie zmarnuje drugiej szansy na wnuka. W pokoju Billie pojawił się wykrochmalony, sztywny sobowtór niani Jenkins.
    I tu Amelia ujęła sprawy w swoje ręce.
    – Proszę się nie ruszać – poleciła pielęgniarce. – Proszę się nie rozpakowywać i nie dotykać Billie, dopóki wszystkiego nie wyjaśnię. – Spojrzała na bratową. – Idę załatwić to z ojcem raz na zawsze. Nie ujdzie mu to na sucho… chyba że chcesz, żeby została.
    W napięciu czekała na jej odpowiedź. Odetchnęła z ulgą, gdy ta przecząco pokręciła głową. Pielęgniarka wydęła usta. Billie była pewna, że czytała w jej myślach: ci bogacze nigdy nie wiedzą, czego naprawdę chcą…
    Odgłosy bitwy na słowa docierały i na drugie piętro. Billie starała się je zlekceważyć… i skupić na krzyżówce, niestety z marnym skutkiem.
    – Nie odzywaj się do mnie, jakbym był twoim przyjacielem z tej hołoty, którą się otaczasz! – grzmiał Seth do córki.
    – Przyjacielem? Przyjacielem! Nigdy nie byłeś dla mnie ojcem, jak więc mógłbyś być przyjacielem? I nie wyobrażaj sobie, że uda ci się zmienić temat. Chcesz rozmawiać o naszych stosunkach? Świetnie, ale innym razem. Teraz chodzi o Billie. Lekarz powiedział, że nie potrzebuje pielęgniarki, ja mogę się z powodzeniem nią zaopiekować. I właśnie to mam zamiar zrobić. Słyszysz, tato? Zaopiekuję się nią. Napisałam o tym Mossowi i powiedziałam Billie. Nie wtrącaj się, bo inaczej wywiozę ją z Sunbridge. No, przemyśl to. A teraz zabierz stamtąd tę cholerną pielęgniarkę i nie próbuj więcej takich numerów, przynajmniej dopóki tu jestem. Aha, żeby wszystko było jasne: zostanę, dopóki Billie nie wróci do siebie po porodzie. Rozumiemy się, tato?
    – Zawsze byłaś kąśliwą suką – warknął Seth. – Matka za bardzo cię rozpieszczała. Wiedziałem, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Dlaczego nie jesteś taka jak Moss? Jezu Chryste, ileż ja przez ciebie przeszedłem!
    – Nie tak to zapamiętałam, tato. Ilekroć mama wyciągała rękę, żeby jak to mówisz, mnie rozpieszczać, dawałeś jej klapsa. Nigdy nie podobało ci się nic, żadne moje wyniki osiągnięte w nauce, w sporcie, w muzyce, gardziłeś moimi przyjaciółmi, a nawet moim sposobem prowadzenia samochodu. Nie akceptowałeś mnie od chwili, kiedy się urodziłam, więc dlaczego dziś miałabym się spodziewać czegoś więcej. Ale ciągle żywiłam nadzieję, chciałam stać się taka, żebyś mnie mógł zaakceptować. Mama na swój sposób próbowała mi tłumaczyć, ale wtedy tego nie rozumiałam. Jestem kobietą, a to dla ciebie znaczy tyle co nic. Nie liczyła się mama, nie liczymy się ja i Billie. To maleństwo na górze – czy przyjdzie jej zapłacić tak wysoką cenę jak mnie? A nie narodzone dziecko? Co zrobisz, jeśli będzie to dziewczynka? Ją także zignorujesz? A twój syn, taki idealny, czy tego się od ciebie nauczy? Czy zrobi Billie to samo, co ty zrobiłeś mamie? Niech Bóg ma nas wszystkich w swojej opiece.
    – Dość, Amelio.
    – Nie, jeszcze długo nie będzie dość, jeżeli w ogóle kiedykolwiek… Nie pozwolę ci rządzić życiem Billie, nie, dopóki ja tu jestem!
    Głos Amelii przeszedł w wysoki krzyk. Billie wyobrażała sobie tę scenę; Seth cofa się na schodach, a córka naciera coraz bliżej.
    – Jestem młoda i zdrowa – wyliczała Amelia – mam ikrę i charakter, nie wspominając już o czelności. Ty jesteś starym człowiekiem. Twoja żona, jedyny przyjaciel, jakiego miałeś, umarła. Starzejesz się coraz bardziej. Moss wyjechał. Został ci tylko twój koń i Billie. Teraz szanse są bardziej wyrównane, tato. Co więcej, powiedziałabym, że na moją korzyść.
    – Zejdź mi z oczu! Nie mogłem na ciebie patrzeć w dniu, w którym się urodziłaś, i do dziś nie znoszę twego widoku. Dziękuję Opatrzności, że twoja matka nie widzi, co z ciebie wyrosło. Choć pewnie i tak przewraca się w grobie.
    – Nie wiesz i nigdy niczego nie wiedziałeś o mamie. Nie wciągaj jej w to. Amelia wahała się przez chwilę, po czym zadała cios:
    – Jeśli się łudzisz, że nie wiedziała, że ją zdradzasz z tymi szmatami, które podrywałeś w mieście, jesteś w błędzie. Wiedziała doskonale i nie obchodziło jej to wcale. Kiedyś słyszałam, jak się modli. Prosiła, byś nadal się łajdaczył, bylebyś tylko zostawił ją w spokoju. I co ty na to, tato?
    – Szkoda, że cię nie utopiłem, kiedy się urodziłaś. Zejdź mi z oczu!
    Nienawiść w głosie Setha zawisła w powietrzu, wypełniła dom. Amelia odezwała się dopiero po długiej chwili:
    – Każ pielęgniarce się wynosić. I to natychmiast.
    – Jeśli dzięki temu nie będę musiał na ciebie patrzeć, dobrze. Ześlij ją na dół.
    – Sam to zrób. Tyją zatrudniłeś, ty ją wylejesz.
    – Głupia suka – z tymi słowami Seth ruszył na piętro.
    To, co się działo później, Amelia natychmiast zrelacjonowała Billie. Kiedy tylko Seth zniknął, pobiegła do kuchni, do Tity.
    – Mój Boże, słyszałaś, co mu powiedziałam? Czy się myliłam, Tito? Czy mama byłaby zła?
    – Mama bardzo panienkę kochała. Pod koniec tylko o panience mówiła. – Tita poklepała ją po ramieniu uspokajającym gestem. – Proszę zanieść herbatę panience Billie. Urządźcie sobie przyjęcie, tak jak panienka i brat panienki, kiedy byliście mali? O, jaka ładna taca. Sama ją tak przybrałam. Proszę spojrzeć, upiekłam cynamonowe bułeczki.
    Było to fantastyczne przyjęcie. Billie i Amelia gościły Maggie w wysokim foteliku, Randa i jego pluszową kotkę, Najdroższą Sally. Nikt na niego nie krzyczał, kiedy nakarmił Sally połową bułeczki. Jakby się umówiły, młode kobiety udawały, że między Amelią a jej ojcem nie padły żadne ostre słowa. Dużo jednak czasu upłynie, zanim Billie zapomni mordercze spojrzenie, jakie posłał jej Seth, gdy przyszedł po pielęgniarkę. Gdy wspominała tę scenę, serce jej się ściskało na myśl o Amelii. Moss nigdy jej o tym nie opowiadał. Czy był świadom cierpień Amelii w latach ich dorastania? Była pewna tylko jednego: bardzo kochał siostrę, a Amelia uwielbiała Mossa.

* * *

    Susan Amelia Coleman urodziła się w deszczowy lutowy dzień, niemal rok po narodzinach Maggie. Wszystko poszło bardzo szybko, zbyt szybko, by zdążyli zawieźć Billie do szpitala w Austin. Tita i Amelia były jej akuszerkami. Agnes siedziała koło córki, trzymała ją za rękę i ocierała pot z czoła. Czekała na dziecko, które umocni ich pozycję w Sunbridge. Kiedy maluch wydostał się na świat i stwierdzono jego płeć, Agnes wyszła bez słowa. Przekazała nowinę Sethowi, który przechadzał się po korytarzu. Dowiedziawszy się, że ma drugą wnuczkę, zbiegł na dół, narzucił stare ponczo i wyszedł na dwór z twarzą bardziej zachmurzoną niż deszczowe niebo.
    Amelia pierwsza wzięła na ręce noworodka. Wyczerpana Billie obserwowała, jak kobieta, którą pokochała jak siostrę, przygląda się jej nowo narodzonej córeczce. Czułość, z’ jaką Amelia dotykała wilgotnych kosmyków, sprawiał, że chciała płakać. W ramionach Amelii powinno spoczywać jej własne dziecko, które już nigdy się nie narodzi.
    Ward przybył trzydzieści pięć minut po porodzie. Zbadał matkę i córkę i orzekł, że obie są zdrowe. Billie promieniała. Więc jednak lekarze nie zawsze mają rację.
    Amelia płakała z radości, kiedy Billie ją poprosiła, by została matką chrzestną małej.
    – Kocham ją jak własne dziecko – szlochała. – Dziękuję, Billie.
    Setha nie było na chrzcinach Susan. Twierdził, że ma do załatwienia ważne interesy w Corpus Christi.

* * *

    Na wieść o narodzinach Susan Moss wydał okrzyk radości i zamknął Thada w niedźwiedzim uścisku.
    – Mam drugą córkę, stary! Billie jej dała imię po mojej siostrze! I co ty na to?
    – Uważam, że to wspaniale! A ty? – zapytał spokojnie Thad. Moss spoważniał.
    – Cóż, byłem pewien, że to będzie chłopak, chyba wszyscy tak myśleli. Ale najważniejsze, żeby Suzy była zdrowa. Cieszy mnie, że moja siostra będzie jej chrzestną matką. Mówiłem ci już, że lekarz kazał Billie leżeć przez ostatnie trzy miesiące? Amelia sama się nią opiekowała, spełniając każdą jej zachciankę. Billie twierdzi, że gdyby nie Amelia, nie dałaby sobie rady. Widzisz, taką mam siostrę! My, Colemanowie, zawsze stawiamy na swoim. Amelia jest wspaniała!
    – Nie wspomniałeś, że Billie źle się czuje – przerwał mu Thad oskarży – cielsko. – Trzy miesiące to szmat czasu kiedy się musi leżeć w łóżku, a Billie nie należy do osób mało aktywnych.
    – O, na pewno było jej ciężko. Mógłbym przysiąc, że ci mówiłem, ale najwyraźniej miałem inne rzeczy na głowie. Billie jest cała i zdrowa, i to się liczy. Maggie już raczkuje. Boże, nie mogę w to uwierzyć!
    – Tym razem Billie wyszła z tego bez szwanku, ale następnym razem może nie mieć tyle szczęścia. Pamiętaj, że jesteś za nią odpowiedzialny. Ty, Coleman, i nikt inny.
    Moss śledził wzrokiem za oddalającym się przyjacielem. Jezu, o co mu chodzi? Trudno, skoro Thad jest w złym humorze, nie będzie dzisiaj picia rumu. Przynajmniej będzie miał czas, żeby napisać do Billie.
    W swojej kajucie odnalazł papier i pióro. Nie znosił pisania listów. Jedyny wyjątek to korespondencja z ojcem, ale to co innego. Ojciec jest mężczyzną, mają wiele wspólnych tematów.

    Kochana Billie!
    Właśnie się dowiedziałem o naszej nowej córeczce. Gratulacje, skarbie! Bardzo się cieszę, że Ty i Susan jesteście zdrowe. Zmartwiłem się, kiedy mówiłaś, że musisz leżeć. Dobrze, że Amelia się Tobą zajęła. Podziękuj jej w moim imieniu. Wiedziałem, że polubisz moją siostrę. Można z nią konie kraść. Nie mów jej, że tak uważam – i bez tego jest wystarczająco zarozumiała.
    Często myślę o mamie. Lżej mi, kiedy sobie przypomnę, że Amelia codziennie zanosi świeże kwiaty na jej grób. Ja też będę to robił, kiedy wrócę.
    Powiedz tacie, że zestrzeliłem kolejne cztery samoloty. Będzie zadowolony. Powiedziałem Thadowi o Susan. Mam Ci przekazać gratulacje. To strasznie fajny facet. Zrobiłaś na nim wielkie wrażenie. Uważa, że jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widział. Mówił to komu innemu, nie mnie, ale i tak się dowiedziałem.
    Brakuje mi Ciebie, Billie. Często wspominam Hawaje. W następnym liście przyślij mi zdjęcia dziewczynek.
    Uściski
    Moss

    Ku swemu niezadowoleniu Billie wracała do zdrowia bardzo powoli. Częste drzemki, obfite posiłki, świeże powietrze i słońce postawiają na nogi, jak mawiała Amelia. Billie była jej posłuszna. Zabijała czas, pisząc długie, szczegółowe listy do Mossa.
    Susan miała cztery miesiące, gdy Amelia oznajmiła, że wyjeżdża. Jej prawnik był gotów do rozprawy. Musi wrócić z Randem do Anglii. Tamtego dnia popłakały się obie.
    – Rozumiem, Amelio. Do końca życia będę ci wdzięczna za to, co dla mnie zrobiłaś.
    – Będę za tobą tęskniła, Jankesko. I za tym szkrabem w pokoju dziecinnym. Obiecaj mi, że co miesiąc będziesz przysyłała zdjęcia. Chcę widzieć, jak rośnie. Obiecaj, że nie opuścisz ani jednego miesiąca.
    – Obiecuję. Och, Amelio, co ja bez ciebie zrobię? Przywykłam na tobie polegać.
    – Najwyższy czas, żebyś wzięła lejce we własne ręce. Zdaniem lekarza wróciłaś całkowicie do zdrowia. Nie wyjeżdżałabym, gdyby tak nie było. Już czas, Billie. Tata odetchnie z ulgą, kiedy mnie tu nie będzie. Chyba nadużyłam jego gościnności, o ile można tak powiedzieć. Napisz do Mossa i przekaż mu, że go kocham i że o nim myślę. Jesteś wartościowym człowiekiem, Billie, i nie pozwól, by ktokolwiek wmówił ci coś innego.
    Dwa dni później wyjechała. Billie i Tita żegnały ją na podjeździe. Rand jedną pulchną rączką ściskał Najdroższą Sally, a drugą energicznie machał.
    – Nie mam pojęcia, gdzie się podział Seth, Amelio – martwiła się Billie. – Pewnie coś mu wypadło.
    W oczach Amelii zalśniły nie wypłakane łzy.
    – Kochana Billie, wieczna optymistka. Jeśli kiedykolwiek się dowiesz, co też mu wypadło, daj znać. Uściskaj Susan ode mnie. Jeszcze nie wyjechałam, a już za nią tęsknię.
    – Dobrze, Amelio. Uważaj na siebie i pisz. Mam nadzieję, że wszystko się ułoży z rodziną Geoffa. Głowa do góry! Przecież twój prawnik jest dobrej myśli.
    – Tak, wiem. Ale… Boże, gdyby nie to, że Rand odziedziczył tytuł, moglibyśmy tu zostać.
    – Szkoda, że nie zgodzili się czekać do końca wojny. Przeraża mnie sama myśl o bombardowaniach. Wszystko przez tych przeklętych Niemców…
    – Ciiiii. Nic nam nie będzie, Billie. Przecież tutaj czeka na mnie mała Susan. Wrócę do niej, już moja w tym głowa. Dbaj o nią i o siebie. – Objęła ją ponownie.
    – A ty dbaj o Randa. Czeka cię ciężki okres tam, w Anglii. Pisz i dzwoń.
    – Nie martw się o nic. Nelsonowie chcą, żeby Rand wrócił. Zrobią wszystko, żeby go ściągnąć do kraju, więc nasza podróż pójdzie jak po maśle, zapewniam cię.
    – Do widzenia, Rand. Opiekuj się mamą, dobrze? – poprosiła Billie. – Do widzenia, Najdroższa Sally – poklepała zabawkę po łebku.
    Chłopiec uroczyście skinął głową:
    – Mam już prawie cztery lata, ciociu Billie. Zaopiekuję się nią. Packard odjechał. Oślepiona łzami, Billie pobiegła do domu. Wyjęła Susan z kołyski i uściskała ją i wycałowała, tak jak obiecała Amelii. Rozpłakała się. Wzięła dziecko w ramiona, ale to nie przyniosło jej pociechy. Od narodzin Susan to Amelia, a nie Billie, była jej matką. Billie przytuliła Susan mocniej i czekała na przypływ uczuć macierzyńskich. Niemowlę zaczęło płakać.

Rozdział siedemnasty

    Thad Kingsley zajrzał do izby chorych na „Enterprise”. Moss spał na koi po prawej stronie. Na półce nad jego łóżkiem widniało zdjęcie Billie z Maggie i malutką Susan. Choć widział je już wielokrotnie, świadomość, że Billie jest matką dwojga dzieci, zawsze go szokowała. Przecież tak niedawno sama była małą dziewczynką. Teraz jest listopad; wkrótce Maggie skończy dwa lata, a blondyneczka Susan będzie obchodzić pierwsze urodziny. Nie do wiary, półtora roku minęło, odkąd widział się z Billie na Hawajach. W co jeszcze trudniej uwierzyć, od tego czasu nie przestawał o niej myśleć.
    Samoloty z „Enterprise” brały udział w walkach na Filipinach. Właśnie po jednym z nocnych nalotów Moss nie wrócił na okręt razem ze swoim oddziałem. Urwała się łączność radiowa ze „Strażnikiem Teksasu”. Thad i oficer dyżurny stali na pokładzie i przez szkła lornetek przeczesywali wzrokiem pochmurne poranne niebo. Na myśl o liście, który, być może, będzie musiał napisać do Billie, robiło mu się niedobrze.
    Patrzyli, szukali, wytężali wzrok, nadsłuchiwali, czy nie wraca jeden z nich. Aż w końcu:
    – Samolot na horyzoncie, sir – krzyknął oficer dyżurny. – Pierwsza godzina, trzydziesty stopień. – I po chwili. – Identyfikacja pozytywna, sir. To wildcat, podchodzi na sterburtę. To nasz człowiek, sir, nasz człowiek!
    Wrzask ekipy Mossa – „Strażnika Teksasu” widać gołym okiem. Leciał jak ranny ptak, lądował niezdarnie jak nigdy dotąd, ale nikt nie miał o to pretensji. Mossa zaraz zabrano do lekarza. Szrapnel wbił mu się głęboko w ramię. Stwierdzono rany twarzy, karku i uszkodzenie obojczyka. Podejrzewano, że odniósł poważniejsze obrażenia, ale to ocenią dopiero specjaliści w San Diego.
    Jak głosi plotka, pierwsze słowa, które wypowiedział, obudziwszy się z narkozy, brzmiały:
    – Co z samolotem?
    Thada rozbawiła ta troska o maszynę. Kochał Mossa jak brata. Nie znaczy to, że pochwalał wszystko, co Coleman robił, ale i tak jego zalety przewyższały wady. Mossowi nie wystarczało to, co miał: bogactwo, Sunbridge, Billie i dwie śliczne córeczki. Był z niego kawał drania; zawsze chciał więcej niż inni. Tylko coś tak wielkiego jak wojna mogło dać mu pełną satysfakcję.
    Thad nie chciał go budzić. Wychodził już, kiedy usłyszał ochrypły głos, wołający go po imieniu. Zatrzymał się.
    – Hej, stary, nie śpisz? Zaglądałem kilka razy, ale ciągle udawałeś śpiącą królewnę. Jak się czujesz?
    – Jakby po moim gardle jeździł traktor. Co się stało?
    – Nie pamiętasz?
    – Owszem, ale nie wiem, jak wróciłem na pokład.
    – O własnych siłach. Na dodatek dwadzieścia minut po czasie, Coleman. Na twoim miejscu liczyłbym się z naganą, kolego!
    – A samolot?
    – Nie pójdzie do kasacji, jeśli o to ci chodzi. Podobno nas opuszczasz?
    Moss wzruszył ramionami, czy też raczej usiłował to zrobić, i łypnął na Thada spode łba:
    – Chciałbyś, co? To chwilowa niedyspozycja! Za tydzień będę zdrów jak ryba!
    – Niestety, Moss. Wracasz do San Diego. Pomyśl tylko, San Diego i Billie. Zasługujecie na to oboje. Po raz pierwszy zobaczysz córki. Czego można chcieć więcej?
    – Na jak długo? Wiadomo już?
    – Jezu, nie jestem lekarzem. Wiem tylko, że podejrzewają uszkodzenie nerwów i chcą, żeby cię w San Diego gruntownie przebadano. W Pearl Harbor nie mają odpowiedniego sprzętu. Chyba nie chcesz ryzykować? Czasami trzeba płynąć z prądem, Coleman.
    – Nawet nie widziałem sukinsyna. Pojawił się nie wiadomo skąd. Miałem złe przeczucia w związku z tamtą chmurą. Prawie wywęszyłem parszywego żółtka.
    – Rzeczywiście, było gorąco.
    – Inni w porządku?
    – Tak. Słuchaj, stary, muszę iść. Postaraj się zasnąć. O piątej rano opuszczasz „Enterprise”. Śpij i śnij o nich – wskazał zdjęcie nad koją.
    – Kto to tam postawił?
    – Twój kumpel John Cuomo. Lata, zdaje się, na twoim lewym skrzydle. Pomyślał, że poprawią ci humor.
    – No pewnie – mruknął Moss bez przekonania. Posłusznie zamknął oczy, ale nie ładną twarz Billie zobaczył pod powiekami, tylko japoński samolot, atakujący go spomiędzy chmur. W kółko odtwarzał tę scenę w głowie. Nie mógł postąpić inaczej. Odsuwają go na boczny tor, ale nie na stałe, na Boga. Jego koja na „Enterprise” będzie czekała.

* * *

    Seth Coleman odłożył słuchawkę trzęsącą się ręką. Pobladł. Agnes czekała. Domyśliła się, że chodzi o Mossa. Ukradkiem rozglądała się po pokoju. Nie zrezygnuje z tego wszystkiego! Nic jej do tego nie zmusi! Starała się zachować spokój, którego nie czuła. W końcu odezwała się starannie wymodulowanym, zatroskanym głosem:
    – Coś się stało?
    – Żółte sukinsyny dostały Mossa. Serce waliło jej w piersi jak oszalałe.
    – Dostał w ramię. Przewiozą go do szpitala w San Diego. Jedziemy, Aggie. Wszyscy, nawet dzieci. Zawiadom Billie. Zabieramy nianię i piastunkę.
    Agnes odetchnęła z ulgą. Żyje. Jest zbyt butny i arogancki, aby dać się zabić, i Bogu dzięki.
    – Wiesz, co bym chciał, Aggie? – Co?
    – Chciałbym zetrzeć żółtogębe potworki z powierzchni ziemi. Pewnego dnia jakiś mądrala w Waszyngtonie powie „dosyć” i rozwali ich na miazgę. Omal nie zabili mojego chłopaka, Aggie. Niezbyt wiele brakowało.
    – Wojna nie będzie trwała wiecznie, Seth. Spójrz na to z innej strony. Niedługo zobaczysz Mossa. To wspaniale, że wszyscy razem tam pojedziemy i powitamy go z powrotem w Stanach. Billie będzie w siódmym niebie.
    – Jak jej zdrowie? – zapytał obcesowo.
    – Dobrze. Dlaczego pytasz?
    – Bo mam wrażenie, że jeśli teraz nie zajdzie w ciążę, później może już nie mieć okazji. To proste, Aggie. Chcę wnuka. I tym razem to ma być chłopak. Jesteś jej matką. Radzę ci, dopilnuj, żeby zrozumiała, że to być może jej ostatnia szansa, żeby dała Mossowi syna. Prosto z mostu, Aggie. Nie owijaj w bawełnę. Jeśli nie potrafisz tego zrobić, ja się z nią porozumiem.
    – Seth! Załatwię to! To będzie kobieca rozmowa. Teraz jesteś zdenerwowany. Uspokój się. Zapewne sam zechcesz zorganizować podróż?
    – Zawsze to robię. Wynajmiemy duży dom z wieloma pokojami. Dlaczego to spotkało akurat Mossa? Dlaczego nie kogoś innego, jak choćby tego Kingsleya? – mruczał zawzięcie.
    – Jak ci nie wstyd! Chciałbyś, żeby inni rodzice tak mówili o twoim synu?
    – Wolałbym to. Nie jestem hipokrytą, Aggie. Jeśli mam wybór: oni albo Moss, niech obrywają inni. Nie mój syn.
    Billie podniosła słuchawkę i czekała, aż zgłosi się telefonistka. Gniew buzował w niej jasnym płomieniem, kiedy przypomniała sobie, że Seth upierał się, by nie informowała Amelii o wypadku Mossa.
    – Oszczędź sobie czasu, a mnie pieniędzy, dziewczyno – zdecydował głosem niskim i tubalnym, huczącym jak pociąg wjeżdżający na peron. Widząc, że mimo wszystko sięga po słuchawkę, podniósł krzaczaste brwi i zniknął w gabinecie, czemu towarzyszyło trzaśniecie drzwiami. Tym razem nie obchodziło jej, co Seth o tym sądzi. Amelia ma prawo wiedzieć. Ona, Billie, nie zniży się do ukradkowych rozmów z aparatu na drugim piętrze.
    – Oddzwonimy do pani, kiedy uzyskamy połączenie. Czy linia będzie wolna? To może trochę potrwać.
    – Dopilnuję, żeby była wolna. – Odłożyła ciężką czarną słuchawkę.
    Usadowiła się w salonie ze stertą czasopism, które przydźwigała ze swojego pokoju. Czas płynął powoli. W ciszy panującej w domu tykanie zegara na kominku wydawało się bardzo głośne.
    Uzyskała połączenie po czterech godzinach. Odebrała telefon po drugim dzwonku. Choć doskonale słyszała telefonistkę, głos Amelii był cichy i daleki. Z całej siły przyciskała słuchawkę do ucha i krzyczała do mikrofonu.
    – Billie? Bardzo źle cię słyszę. Co się stało? Coś z ojcem?
    Uwagi Billie nie uszedł niepokój w głosie Amelii. Odruchowo zerknęła na zamknięte drzwi gabinetu.
    – Nie, z nim wszystko w porządku. Chodzi o Mossa, Amelio. Jest ranny w ramię. Uznałam, że powinnaś wiedzieć. Niedługo wróci do zdrowia.
    – Czy mogę jakoś pomóc? Potrzebujesz mnie? Powiedz prawdę, Billie.
    – Jest tak, jak mówię. To tylko zranienie, Amelio. Co u ciebie?
    – Wszystko dobrze. Dostałaś mój list?
    – Ostatnio? Nie.
    – Napisałam ci o rozprawie. To była walka na śmierć i życie, Billie. Nie pamiętam, bym choć raz zasnęła nie płacząc. W końcu nawet powołałam się na fortunę Colemanów. Była to ostatnia rzecz, jaką miałam ochotę powiedzieć, ale zrobiłam to, gdy moje szanse malały. Udowodniłam, że nie zależy mi na dziedzictwie Randa. Na szczęście jego stryjowie nie byli w stanie dowieść tego samego. Oczywiście nie zostawili na mnie suchej nitki, wywlekli na wierzch wszystkie moje grzeszki. Ten, kto powiedział, że przeszłość jest częścią przyszłości, na pewno stoczył walkę o prawo opieki.
    – Wygrałaś, Amelio? To najważniejsze.
    – Tak, dzięki Bogu, ale walczyłam ze wszystkich sił. Byłabyś ze mnie dumna, Billie. Ani razu nie dałam się ponieść nerwom, no, przynajmniej nie przy sędziach. Byłam prawdziwą damą, tak jak wychowała mnie mama. W ubraniach, które zaprojektowałaś, byłam wcieleniem powagi i pewności, choć w głębi duszy umierałam ze strachu. Billie, jestem twoją dłużniczką do końca życia. Gdybym rozegrała to po swojemu, zepsułabym wszystko.
    – To cudownie, Amelio! Modliłam się o taki wynik.
    – Pomogła mi twoja wiara we mnie. Wystarczyło, że przypomniałam sobie tamten okropny zabieg i wiedziałam, że nie mogę pozwolić, by te chciwe sępy dostały Randa. A teraz, jak powiedziałby Moss, zaczyna się nowy mecz. Teraz jestem matką i muszę się odpowiednio zachowywać. Chcę być dobrą matką, Billie…
    – Dasz sobie radę! Jak Rand?
    – Biedaczek, na szczęście nie miał pojęcia, co się dzieje. On mnie kocha, Billie. Naprawdę mnie kocha. Kiedy pomyślę, jak mało brakowało, żebym go utraciła… Jego stryjowie nie powstrzymaliby się przed niczym. Podaliby w wątpliwość moją wierność Geoffowi i zarzucali, że dziecko, które nosiłam, pochodzi z nieprawego łoża… Nigdy nie zdradziłam Geoffa. To była trudna decyzja, Billie… wiesz, o czym mówię. Ale gdybym tego nie zrobiła, nie miałabym Randa. Ten chłopiec jest dla mnie wszystkim. I świata poza mną nie widzi.
    Tyle było przejęcia w jej głosie, że Billie wzruszyła się do łez.
    – No, pewnie, że cię kocha! Jesteś jego mamą!
    – Billie, chyba zaraz przerwą połączenie – ostrzegła Amelia poprzez szumy w słuchawkach. – Przekaż Mossowi pozdrowienia ode mnie. Uważaj na siebie i ucałuj Susan. List w drodze. Odpisz jak najszybciej.
    Przerwano połączenie, zanim Billie zdążyła się pożegnać. Nalewała sobie szklaneczkę sherry, żeby uczcić zwycięstwo Amelii, gdy Seth wystawił głowę z gabinetu.
    – Słyszałem dzwonek telefonu. Co mówiła ta szmata?
    – Szmata?
    – Amelia.
    – Ach, twoja córka. Nic ciekawego.
    – Długo rozmawiałyście.
    – Właściwie tylko słuchałam.
    – Masz mi coś przekazać? I co mówiła o Mossie?
    – Mam go od niej pozdrowić. Wybacz, Seth, muszę zajrzeć do dzieci.
    Wchodziła po schodach sztywno wyprostowana, żeby ukryć drżenie. Dzięki Bogu, wszystko się dobrze skończyło. Billie cały czas się obawiała, że poświęcenie się Amelii poszło na darmo. Teraz może ze spokojnym sumieniem czekać na list. Będą w nim dobre nowiny.

* * *

    Przyszedł trzy dni później, tuż przed tym, jak Colemanowie wyruszyli na dworzec kolejowy w Austin, pierwszy przystanek w drodze do San Diego i do Mossa. Seth i Agnes pojechali limuzyną, Billie, niania, piastunka i dzieci – osobnym samochodem.
    Wsunęła list do torebki, żeby przeczytać go w spokojnej chwili. Koperta była gruba, zawiera dużo nowin, stwierdziła z zadowoleniem. Stempel pocztowy nosił datę sprzed dwóch miesięcy. I tak miała szczęście, że doszedł.
    Monotonny ruch uśpił dzieci. Billie poprawiła się na siedzeniu i rozcięła kopertę. Wiedziała już, jak się skończył proces, ale w liście były też inne nowiny:

    Przeprowadziliśmy się z Londynu do Billingford, małego miasteczka na północnym wschodzie. Hitler zmienił Londyn w piekło. Umierałam ze strachu każdego dnia. Nocne naloty i alarmy przerażały Randa. Świeże mleko, jajka i inne produkty niezbędne dzieciom były praktycznie nie do zdobycia. Teraz codziennie mamy świeże mleko. Dokładnie mówiąc, osobiście doję naszą jedyną krowę. Rand jeszcze nie posiadł tej sztuki, ale nie daje za wygraną. Mamy kilka kur, a dzięki nim – świeże jajka. Mięso to rzadki rarytas. Rand to aniołek. Zje wszystko, co ma na talerzu, pod warunkiem, że razem usiądziemy do stołu. Chodzimy na długie spacery, gramy w piłkę, uczę go czytać i pisać. Jest świetny w rachunkach. Billie, wyobrażasz sobie, że to wszystko robię? Nie umiałam gotować, nie uważałam w szkole, i oto jestem całkowicie odpowiedzialna za to dziecko. Podchodzę do tego z taką powagą, bo byłam bliska jego utraty. Nigdy do tego nie dopuszczę. Ci cholerni krewni jeszcze długo nie zrezygnują, wymyślą coś nowego i zaatakują. Adopcja uprawomocni się dopiero za rok, a przeklęta wojna może wszystko opóźnić.
    Co nowego w Teksasie? Czy ojciec nadal utrudnia Ci życie? Musisz się nauczyć mówić mu prosto w oczy to, co myślisz. Nie obawiaj się, że sprawisz mu przykrość; tego prostaka nie sposób obrazić. Napisz o dzieciach. Chyba rosną jak na drożdżach? Rand w każdym razie tak. Dzieci są wspaniałe. Jeśli są kochane, kwitną w oczach. Muszą wiedzieć, ile dla nas znaczą. Musimy im to w kółko powtarzać. Śmiejesz się ze mnie, Billie? Trudno. Przytłaczają mnie nowe uczucia. Co u Mossa? Bardzo rzadko do mnie pisze. Jak się miewa? Gdzie jest? Wiesz coś o nim? Napisz mu, że go kocham, i opowiedz o moim zwycięstwie. Zawsze był moim bohaterem. Miał szczęście, że Cię poznał. Powiedz, że tak napisałam.
    Muszę kończyć. Obiecałam zagrać z Randem w krykieta. Czeka cierpliwie, pod pachą ściska kije, a w rączce Najdroższą Sally. Uważaj na siebie, kochana Billie.
    Amelia i Rand

    Billie przycisnęła list do piersi. Amelia jest szczęśliwa. Tylko jedna krótka wzmianka o ojcu… westchnęła. Niektórych rzeczy nie da się zmienić.
    Przybyli do San Diego w upalny słoneczny dzień. Moss zostanie w szpitalu przez najbliższe dwa tygodnie. Potem czeka go miesiąc rekonwalescencji. W tym czasie będzie mieszkał w domu na wzgórzu nad zatoką.
    Posiadłość w hiszpańskim stylu, którą Seth wynajął, pod względem luksusu nie ustępowała willi na Hawajach. Przed domem rozciągał się zadbany trawnik. Z tyłu znajdował się podgrzewany basen, a dalej kort tenisowy, gdyby kogoś interesowało uprawianie sportów. Billie jednak nie miała na to ochoty, Moss także nie. Oczywiście, była także służba. Billie sama się dziwiła, jak łatwo można się przyzwyczaić do wszelkich wygód i luksusów.
    Zostawiwszy Agnes i dzieci w wielkim domu, Billie i Seth wyruszyli do szpitala. Po raz pierwszy nie trzymała się z tyłu, tylko wyprzedziła Setha i rzuciła się Mossowi na szyję.
    – Billie, tato! – zawołał. – Jak to miło! Odwiedza mnie dwoje najbliższych ludzi w moim życiu! Cieszę się, że was widzę. Wygląda pani olśniewająco, pani Coleman. – Ostatnie zdanie wyszeptał Billie do ucha.
    Właśnie tego potrzebowała. Upewniwszy się, że Moss nadal jej pragnie, ustąpiła miejsca teściowi. Obserwowała niezdarne wysiłki Setha, gdy próbował objąć syna, nie zwracając uwagi na gipsowy pancerz.
    – Mam nadzieję, że żółtkom nie uszło to na sucho! – zaryczał i poklepał Mossa po zdrowym ramieniu.
    – Mój partner nie dał mu uciec. Japoniec dopadł mnie spoza chmur, w ogóle go nie widziałem. Mój skrzydłowy go załatwił, kiedy oberwałem. To wspaniały facet, tato. Lepszego nie znajdziesz ze świecą.
    Seth zacisnął zęby. Jak to – nie znajdzie? Jego syn jest najlepszy. Nie ma człowieka mogącego się równać z Mossem, a co dopiero lepszego od niego! Dlaczego chłopak tak nisko się ceni? Na Boga, przecież nie tego go uczył!
    – Powiedzieli, że miałeś szczęście, synu. Czas na kolejną darowiznę dla kościoła.
    Billie w ostatniej chwili ugryzła się w język. Lepiej byłoby, gdyby Seth poszedł do kościoła. Ona, tak jak kiedyś Jessica, codziennie się modliła. Jej mąż stanowił najlepszy dowód skuteczności tych modlitw. Puścił do niej oko, uśmiechnął się. Nie wszystko na tym świecie można kupić.
    – Nie żałuj grosza, tato. Dla mnie wojna się jeszcze nie skończyła. Wracam, gdy tylko mnie puszczą. Mówię poważnie, żadnych sztuczek. Nie po to zaszedłem tak wysoko, żeby się teraz wycofać z powodu głupiego zadrapania.
    – Zadrapania?! Dobre sobie!
    – Nie ma się czym przejmować. Pewnie nie będę sobie radził z widłami, ale z powodzeniem mogę prowadzić samolot. I właśnie to będę robił.
    – Dobrze, synu, dobrze. Niedługo pojedziesz z nami do domu. Wszyscy tu przyjechaliśmy. Agnes, niańka, piastunka, twoje dzieci.
    Billie zauważyła, że słowo „dzieci” z trudem przeszło teściowi przez gardło.
    – Nie mogę się doczekać, kiedy w końcu zobaczę dziewczynki. Niektóre zdjęcia były fantastyczne. Thad ma dwa w swoim samolocie. Właściwie mają je wszyscy. Rozdawałem je przyjaciołom. Tylko ja jestem żonaty. Podzieliłem się wami. Chyba nie masz nic przeciwko temu, Billie?
    – Skądże. To bardzo piękny gest. Seth się żachnął.
    Kłopoty. Coś jest nie tak między Billie a ojcem. Moss znał staruszka na tyle, by wyczuwać problemy, a tym razem wszystko wskazywało na duże problemy. Postanowił jednak nie zwracać na to uwagi. Ojciec i Billie sobie poradzą. Na świecie dzieje się zbyt wiele, by się przejmować domowymi nieporozumieniami. Przecież właśnie dlatego zamieszkała z nimi Agnes, aby łagodzić wszelkie konflikty. A gdzie się teraz, do cholery, podziewa?
    – Co u twojej mamy, Billie?
    – Och, wszystko w porządku. Uznała, że Seth i ja chcemy być z tobą sami. Wpadnie jutro lub pojutrze. Och, Moss, pomyśl, niedługo zobaczysz dziewczynki! Bardzo urosły. Maggie już mówi.
    I znowu pogardliwe prychnięcie Setha, który właśnie wydobył z kieszeni kawałek tytoniu. Aha, pomyślał Moss, mamy bardzo duże kłopoty. Seth żuł tytoń tylko w sytuacjach ekstremalnych, gdy tracił kontrolę nad przebiegiem wydarzeń. Trudno, nie będzie się tym martwił.
    – Przecież nawet nie wiedzą, kim jestem – burknął.
    – Ależ kochany, oczywiście, że wiedzą! Codziennie opowiadałam im o tobie i pokazywałam zdjęcia, i czytałam w kółko listy. Maggie wie doskonale. Nawet o ciebie pytała, wyobrażasz sobie? Nie bardzo rozumie, czym się różni samolot od ptaka. Pomyślałam, że sam jej to wytłumaczysz.
    – Czy macie jakieś wiadomości od Amelii?
    – Tak, dostałam od niej list tuż przed wyjazdem. Przyniosłam go, żebyś mógł sobie przeczytać.
    – Amelia jest w porządku, prawda, tato? Czasami tylko trochę przesadza. – Chciał wciągnąć ojca do rozmowy. Fakt, że w tej chwili zniknął uśmiech z twarzy Billie, nie uszedł jego uwagi. A więc poszło o Amelię. Powinien był się tego domyślić. Ojciec zachowywał się jak koń z bolcem pod siodłem.
    – A więc, tato, co nowego na ranchu? Klacze się oźrebiły? Ile sztuk bydła wyekspediowałeś w świat w tym miesiącu?
    Seth poruszał ustami, przesuwał prymkę tytoniu w drugi policzek. Miał minę, jakby chciał splunąć, ale nie wiedział gdzie. Mówiąc ledwo otwierał usta:
    – W zeszłym miesiącu przydałbyś mi się, chłopcze. Dawno nie miałem tyle roboty. Armia żąda coraz większych dostaw. Przybyło nam sześć źrebaków w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Nessie choruje. Szkoda, przejechałem na starowince setki mil. Weterynarz wmawia mi, że powinienem ją uśpić, że tak będzie dla niej lepiej. Nie ma mowy. Nessie umrze ze starości, jak ludzie.
    Billie zdumiała łagodność w jego głosie, gdy mówił o koniu. Ani razu nie słyszała, by z taką czułością wspominał żonę. I wątpiła, by zdarzyło się to chociaż raz za życia Jessiki. Odwróciła głowę. Więc to tak, ocenił Moss, Amelia to punkt zapalny, ale chodzi o coś więcej, dużo więcej.
    – Chyba jesteś zmęczony, synu. Pójdziemy już. Wrócimy jutro. Nie powinieneś się przemęczać. Zdrzemnij się i wracaj szybko do zdrowia. Chodźmy, dziewczyno. Niech śpi.
    Billie podniosła głowę:
    – Wiesz, Seth, ja zostanę. Jeśli Moss chce spać, poczytam sobie. Mam książkę. – Nie patrzyła mu w oczy, pozornie zajęta szukaniem powieści, którą zabrała w ostatniej chwili.
    Łypnął na nią groźnie i przesunął tytoń w drugi policzek.
    – Jak wrócisz do domu? Znasz adres?
    – No pewnie. Numer telefonu też. Idź już. Trafię z powrotem. Na brak taksówek nie można tu narzekać.
    – A co z dziewczynkami?
    – A co miałoby być? – odpowiedziała pytaniem. – Sam zadbałeś o wszystko. Nie wiem, co mogłabym dla nich zrobić, czego nie zrobiła już niania czy piastunka. W razie czego pomoże moja mama. I Seth, nie czekajcie na mnie z kolacją. Przekąszę coś w bufecie na dole albo podwędzę co nieco z tacy Mossa.
    Seth gotował się ze złości:
    – Kolacja? Przecież to dopiero za kilka godzin! Do której chcesz tu siedzieć?
    Ku zachwytowi Mossa, Billie roześmiała się perliście:
    – Dopóki pielęgniarka albo mąż mnie nie wyrzucą. Nie martw się o mnie.
    – Wcale się nie martwię. To najgłupsza rzecz pod słońcem! Marnować cenną benzynę, kiedy mogłabyś jechać ze mną! Głupota!
    Billie skwitowała jego słowa uśmiechem. Usiadła na krześle, jedynym, które stało obok łóżka.
    – Chyba się zdrzemnę – mruknął Moss, udając zmęczenie. Już po chwili wyglądał, jakby smacznie spał.
    – Kobiety! – żachnął się Seth. Przestępował z nogi na nogę. Kiedy zobaczył, że syn zasnął, odwrócił się i wyszedł bez słowa.
    Moss uniósł jedną powiekę i uśmiechnął się do Billie. Zachichotała.
    – Staruszek poszedł? – Kiedy twierdząco skinęła głową, zaproponował: – proszę bliżej, pani Coleman. Oczekuję prawdziwego powitania.
    Nie trzeba było jej powtarzać tego dwa razy. W jednej chwili znalazła się na łóżku, obejmowała go i całowała, wynagradzała sobie i jemu miesiące rozstania. Wichrzyła palcami jego grube, ciemne włosy, jej piersi nabrzmiewały od pieszczot. Moss wrócił do niej. Wystarczy, by zrozumiał, jak bardzo go potrzebuje, by raz jeden przytulił córeczki, a wojna, piekło czy niebo nie rozdzielą ich. Teraz, kiedy go zdobyła, nie pozwoli mu odejść.

* * *

    Rodzina czekała na werandzie: ojciec, Agnes, Billie i dwie małe dziewczynki. Moss wysiadł z karetki, opierając się na ramieniu sanitariusza.
    Choć patrzył na nich wszystkich, jego uwaga skupiała się na Maggie i Susan. Wzruszenie ściskało mu gardło, gdy pokonywał tuzin stopni wiodących na werandę.
    – Witajcie! Jestem w domu! – zawołał energicznie.
    Billie obserwowała, jak na twarzy męża uczucia zmieniają się jak w kalejdoskopie. Uznała, że miesiące cierpienia i bolesne porody były tego warte. Miłość w oczach Mossa poruszyła ją do głębi. Ukucnęła i szepnęła coś do Maggie. Dziewczynka z wahaniem puściła jej spódnicę i dała krok do przodu. Pochyliła główkę, obserwowała ojca spod niewiarygodnie długich rzęs. Billie wstrzymała oddech.
    – Cześć, tatusiu.
    Moss wpatrywał się w córkę. Poczuł pieczenie pod powiekami. Już-już wyciągał ramiona do Maggie, kiedy Seth wepchnął się pomiędzy nich. Poklepał syna po plecach i zaciągnął do domu.
    Nastrój prysł jak bańka mydlana. Billie chciało się płakać. Mocniej przytuliła Susan do siebie. Agnes patrzyła w inną stronę. Moss odwrócił się i spoglądał na Maggie. Ssała palec. Dziwne uczucie w jego oczach zniknęło. Miał świadomość, że utracił coś bardzo ważnego, i dlatego nie chciał tracić dziewczynki z oczu.
    – Czekaliśmy na ciebie z lunchem – oznajmiła radośnie Agnes. – Mamy dzisiaj wołowinę z pieczarkami. Jeśli dobrze pamiętam, to jedno z twoich ulubionych dań. I specjalnie dla ciebie kucharz upiekł tort cytrynowy.
    – To świetnie. Czy mógłbym prosić o zimne piwo? Prawie zapomniałem, jak smakuje.
    – Zaraz przyniosę – zaoferowała się Billie. – Potrzymaj Susan, dobrze? Nie wierci się, więc chyba nie urazi twojego ramienia.
    – On nie chce trzymać płaczącego dziecka.
    – Owszem, chcę, tato. Chcę potrzymać obie córeczki. Chodź, Maggie, usiądź koło mnie. Poczekaj, Billie, usiądę wygodniej i wezmę od ciebie Susan.
    Z jej spojrzenia wyczytał wdzięczność… i coś jeszcze, o czym wolał nie myśleć. Odwrócił wzrok. Żona patrzyła na niego w sposób, który nasuwał jedynie grzeszne myśli. Był tym zachwycony.
    Gdy tylko Billie chciała podać Susan Mossowi, mała zaczęła przeraźliwie wrzeszczeć i kopać.
    Jej krzyki zagłuszył ryk Setha. Wyrwał z rąk Billie płaczące dziecko i zawołał niańkę.
    – Miejsce dzieci jest w pokoju dziecinnym! Mówiłem, że to kiepski pomysł, ale czy mnie posłuchałaś? Jess nie odstawiałaby takiego cyrku! Chłopakowi jest potrzebny spokój, a nie rozwydrzone, wrzeszczące bachory.
    – Tato, nic się nie stało. Susan mnie nie zna. Czego się spodziewałeś? Nie mam nic przeciwko temu. Jak mam poznać moje córeczki, skoro ciągle trzymasz je w pokoju dziecinnym?
    – Masz masę czasu. Ledwo wróciłeś do domu – burknął Seth.
    Billie patrzyła to na męża, to na teścia. Co ma zrobić? Moss jest zmęczony i ma ochotę na piwo. Prosił, żeby to ona mu je przyniosła. W końcu wzięła Maggie za rączkę i wyprowadziła z pokoju. Przekazała dzieci opiece niani. Sama pobiegła do kuchni, otworzyła butelkę, porwała szklankę i błyskawicznie wróciła do salonu… tylko po to, by zobaczyć, jak Seth wręcza synowi szklankę piwa. Jak idiotka stała w drzwiach. Moss podniósł na nią wzrok.
    – Pomyślałam sobie, że do ciebie dołączę – stwierdziła ze sztucznym uśmiechem.
    Dziewczyna się uczy, oceniła Agnes, idąc do kuchni pod pretekstem dopilnowania lunchu.
    – Świetnie. Chodź, usiądź koło mnie i pomasuj mi plecy. Pamiętasz, jak mnie masowałaś na plaży, na Hawajach? Chodzi mi o coś takiego.
    – Atmosfera jest… niezbyt odpowiednia. – Billie ze śmiechem napełniła swoją szklankę.
    – Myślałem, że nie lubisz piwa. Od kiedy zmieniłaś zdanie?
    – Odkąd twój ojciec pobił mnie w wyścigu do lodówki. Pewnie będziesz musiał je za mnie dokończyć.
    Seth usiadł naprzeciwko Mossa.
    – Opowiedz mi o wszystkim, co robiłeś. Nie pomijaj niczego. Billie, może pomożesz Agnes w kuchni?
    Popatrzyła teściowi prosto w oczy.
    – A co mogłabym zrobić? Mamy kucharza, podkuchenną i pokojówkę, która podaje do stołu. Mama tylko sprawdza, czy wszystko jest w porządku. Rozmawiajcie sobie, a ja tutaj posiedzę.
    Moss ukradkiem zacisnął rękę na jej dłoni. Billie poprawiła się na krześle.

* * *

    Moss poszedł na górę, żeby uciąć sobie drzemkę, a Agnes zaproponowała Billie wspólny spacer.
    – Na dworze jest pięknie, dziewczynki śpią. Nie mamy nic do roboty.
    – A jeśli Moss się obudzi i będzie czegoś chciał?
    – Od tego mamy służbę, Billie. Zresztą nie musimy wychodzić na długo. Chciałabym z tobą porozmawiać.
    – Dobrze, mamo, ale wracamy za pół godziny. Chcę być przy Mossie, kiedy się zbudzi.
    – W porządku. Podobno San Diego jest najpiękniejsze o tej porze roku. Prawda, że to urocze miasto?
    – Owszem. O czym chciałaś ze mną rozmawiać?
    Agnes zastanawiała się przez chwilę. Postanowiła mówić prosto z mostu:
    – Billie, kochanie, zdaję sobie doskonale sprawę, jak ciężko znosiłaś poprzednie ciąże. Uważam jednak, że powinnaś mieć następne dziecko, i to jak najszybciej. Wiem, że się wtrącam w nie swoje sprawy, ale jesteś moją córką. Po raz drugi Moss może nie mieć tyle szczęścia. Gdyby… gdyby on… Cóż, gdyby coś się z nim stało, nie zostanie ci po nim syn. Dziewczynki… to tylko dziewczynki. Zapewne wiesz, o co mi chodzi. Zastanów się nad tym, kochanie. Potrzebujesz syna, Billie. Moss także. Obie wiemy, jak wielkim rozczarowaniem były dla niego narodziny dziewczynek.
    – Nie, mamo, nie wiemy, ja przynajmniej nie miałam o tym pojęcia. Nigdy mi o tym nie mówił. – Billie zatrzymała się w pół kroku i spojrzała matce w twarz.
    – Kochanie, mąż nie powie tego żonie. Pomyśl, jakbyś się czuła, gdyby to zrobił… Nie powiesz jednak, że nie domyślałaś się, nie wyczuwałaś jego niezadowolenia.
    – Nie, mamo. Niczego się nie domyślałam ani nie wyczuwałam. Czyżby Moss rozmawiał z tobą na ten temat?
    – Nie, nie ze mną, Billie.
    Agnes nie patrzyła na posmutniałą nagle twarz córki.
    – Kochanie, nie sądzisz, że Moss wygląda doskonale jak na człowieka, który tyle przeszedł? Gdyby trafili go nieco wyżej lub bardziej w lewo, byłabyś wdową, tak lekarze powiedzieli Sethowi. Moss nie chciał cię martwić, dlatego bagatelizował, jak poważnie był ranny.
    Pod Billie ugięły się nogi. Atakowali ją ze wszystkich stron; Seth swoją złośliwością, Agnes – brutalną szczerością, nawet Moss – wykrętami. Czy nikomu na niej nie zależy? Zacisnęła zęby.
    – Mam dosyć spaceru, mamo. Chcę wracać. Moss i dziewczynki na pewno wkrótce się obudzą. Mossowi spodoba się kąpanie Susan.
    – Ależ oczywiście. Moss będzie zachwycony, mogąc lepiej poznać córki. Są takie delikatne. Gdybyś miała synka, chciałby z nim szaleć, siłować się i mocować, a nie mógłby tego robić mając chory bark.
    Billie milczała przez całą drogę powrotną. Agnes działała z delikatnością piły mechanicznej. Prawdopodobnie to efekt przebywania z Sethem. Matka mówi jak on, postępuje jak on… broń Boże, żeby nie zaczęła utykać jak on!
    Billie usadowiła się na szezlongu, skąd dobrze widziała Mossa. Spał, odrzuciwszy zdrową rękę za głowę. Na pewno mu niewygodnie, przemknęło jej przez głowę. Zwykle sypiał zwinięty w kłębek, na boku. Niestety, teraz nie pozwalało mu na to niesprawne ramię.
    W jej myślach panował chaos. Matka ubrała w słowa to, nad czym dotychczas się zastanawiała. Tak, stale tylko o tym myślała, odkąd się dowiedziała, że Moss został ranny. Potrzebuje syna. Chce go. Dla Mossa, tak, ale również dla siebie. Pragnęła tej cząstki Mossa, którą mógłby jej dać tylko syn. Niestety, dziewczynki nie są w stanie tego zapewnić. To niesprawiedliwe, ale tak właśnie jest. Dobry Boże, cóż ona zrobi bez Mossa? Czy da sobie bez niego radę? Fizycznie – tak. Psychicznie… nie była pewna. Gdyby jednak miała jego syna, przetrwałaby.
    Z grymasem na twarzy skonstatowała, że małżeństwo niewiele zmieniło w jej życiu. Agnes sprawowała nad nią pełną kontrolę od dnia urodzin do ślubu – i do tej pory nie chciała z niej zrezygnować. Co więcej, żyjąc w zgodzie i harmonii z Sethem, miała większą władzę niż dawniej. Życie Billie leżało w ich rękach. Moss, jej ukochany Moss powierzył ją ich opiece, a oni skrzętnie to wykorzystywali.
    Wtedy uświadomiła sobie koszmarną prawdę. Jeśli coś się stanie Mossowi, a Seth umrze, Agnes przejmie całą władzę… chyba że ona, Billie, urodzi syna. To chłopiec odziedziczy majątek, ale ona będzie jego opiekunką. Będzie wychowywała syna i zarządzała jego fortuną. Dopilnuje wtedy, żeby Maggie i Susan dostały to, co im się prawnie należy. Hazardziści mówią o tym „as w rękawie”. Klucz do wszystkiego! Tak, musi mieć syna. To proste.
    Może już najwyższy czas pomyśleć o sobie. Albo, innymi słowy, czas dorosnąć i zmierzyć się z rzeczywistością, j ak inni Colemanowie.

* * *

    W chwilę po przebudzeniu Moss nie wiedział, gdzie jest. Rozglądał się po obcym pokoju. Ostatnio przebywał w wielu pomieszczeniach, i w żadnym nie czuł się bezpiecznie. Nagle zatęsknił za swoim pokojem w Sunbridge, za starymi, dobrze znanymi przedmiotami, które przypominały przeszłość i niosły obietnicę przyszłości. Stłumiony odgłos, który wywołał uśmiech na jego twarzy, przypomniał mu, że ma coś lepszego: dwie córeczki, jego ciało i krew!
    Dopiero wtedy dostrzegł Billie śpiącą na szezlongu. Była piękna. Obserwował ją przez dłuższą chwilę. Taka młoda, a już urodziła dwoje dzieci. Ma dwadzieścia lat, zbyt mało nawet, by głosować, a jest żoną i matką. Nie dał się nabrać na lekki ton jej listów. Domyślał się, przez co przeszła, kiedy była w ciąży. Pamiętał, jak wyglądała, nosząc Maggie, zmęczona, przerażona, opuchnięta. Postanowił, że nigdy więcej nie doprowadzi jej do takiego stanu, bez względu na życzenia Setha. Wystarczą mu dwie córeczki. Jeśli ojcu to nie odpowiada – trudno.
    Najwyższy czas, żeby Billie cieszyła się życiem. Teraz będzie mogła zająć się wychowaniem dziewczynek. Może później, po wojnie, pomyślą o synu. Wierzył w swoją szczęśliwą gwiazdę – nie dał się wojnie i nie da się w przyszłości. Jest na to zbyt sprytny, zbyt szybki. Jest Colemanem. Śmierć nie śmie się do niego zbliżyć. Będzie jeszcze czas na syna. Teraz skupi uwagę na Billie. Dwoje dzieci w ciągu dwóch lat to więcej niż można od niej wymagać.
    Billie nie była już tą samą dziewczyną, którą poznał i z którą się ożenił w Filadelfii. Widział to i wyczuwał. Był świadom, że dojrzała. Z dziewczyny stała się piękną kobietą, godną pożądania. Uczyła się z dnia na dzień. Potrafiła się sprzeciwić Sethowi. Kiedyś, pewnego dnia, będzie Billie Coleman, kobietą pewną siebie i swoich celów. Uśmiechnął się. Billie. Droga, zakochana Billie.
    Ostrożnie wstał z łóżka. Najpierw poszedł do pokoju dziecinnego. Zatrzymał się w progu i przez kilka minut obserwował dziewczynki. Maggie budowała wieżę z klocków. Z zapartym tchem śledził małe pulchne rączki, dodające klocek po klocku. Potem spojrzał na Susan; cichutko bawiła się pluszowym misiem, gryzła ucho zabawki dwoma ząbkami. Zaciekawiona, podniosła główkę. Moss zamarł w oczekiwaniu. Czy znowu zacznie krzyczeć? Najwyraźniej jednak w łóżeczku czuła się bezpiecznie. Uśmiechnął się pod nosem; za prętami wyglądała jak mała tłusta małpka w klatce.
    Pani Jenkins nie było nigdzie widać, a łagodna niania posłusznie wyszła, gdy zapowiedział, że chce zostać sam z córkami.
    Wielobarwna wieża z klocków runęła na ziemię. Maggie przykucnęła na grubiutkich nóżkach i rozglądała się za nianią. W pokoju jednak był tylko Moss. Pokazała na niego pulchnym paluszkiem i stwierdziła oskarżycielsko:
    – Ty to zrobiłeś, tato.
    Odrzucił głowę do tyłu i wybuchnął śmiechem. Rzeczywiście, skoro kogoś trzeba obwinić, dlaczego nie jego?
    – Wiesz co? – Ukucnął. – Zbuduję ci zamek. Dobrze, Maggie?
    Układał klocek na klocku, a dziewczynka trajkotała jak katarynka:
    – Susan chce wyjść! Wypuść Susy, tato!
    – A czy tak można? Niania nie będzie zła?
    Maggie pochyliła głowę, nagle się zaczerwieniła, zupełnie jak jej mama:
    – Nie.
    – Dobrze. Więc do dzieła.
    – Niania będzie krzyczeć – ostrzegła lojalnie Maggie.
    – Tata się tym zajmie. Susy też chce się z nami bawić. Będziemy udawali, że jest księżniczką.
    – A ja, tatusiu?
    – Ty, kochana Maggie, jesteś królową. Rozważała te słowa z poważną minką.
    – Królowa większa, tak? – Podniosła różowe ramionka. – O, taka wielka?
    – Chcesz powiedzieć: lepsza? Tak, królowa jest większa i lepsza. – Bawiła go ta rozmowa. Takie są jeszcze malutkie, a Maggie już rywalizuje z siostrą -…ale tylko odrobinkę lepsza. Księżniczki też są bardzo ważne.
    – Tak! Wypuść Susy!
    – Wiedziałem, że się ze mną zgodzisz.
    Pochylając się nad łóżeczkiem młodszej córki, Moss się nie śpieszył. Bał się, że gdy jej dotknie, zacznie płakać i przestraszy również Maggie. Kiedy jednak dziewczyneczka objęła go za szyję i zagulgotała radośnie, ogarnęła go fala uczucia.
    Godzinę później obudził Billie głośny śmiech. Nasłuchiwała uważnie: nie, nie pomyliła się, to głos Mossa. Jest u dzieci, domyśliła się i na palcach podeszła do drzwi. W progu pokoju dziecinnego zakryła usta dłonią, żeby wybuchem śmiechu nie zepsuć tej chwili: Moss siedział na podłodze i trzymał Susy, która z zapałem zdzierała papier z kredek Maggie. Starsza dziewczynka rysowała kolorowe esy-floresy na gipsie Mossa, tłumacząc mu, że to jej imię i imiona mamy i babci.
    – A moje? – domagał się Moss. – Nie umiesz napisać: tata?
    Maggie zastanawiała się długo. Nagle w jej oczkach błysnęło psotne światełko. Z głośnym chichotem zabrała się do pracy. Ciemnofioletową kredką narysowała grubą linię. Opadła na pięty, dodała jeszcze jedną kreskę i oznajmiła z dumą:
    – Tata!

* * *

    Mimo sprzeciwów Setha, Moss uległ namowom żony i wcześnie poszedł spać. Z poszarzałą twarzą pokonywał wysokie schody. Nie sprzeciwiał się, gdy Billie pomogła mu zdjąć ubranie. Zasnął natychmiast.
    Billie wystarczyło, że ma go przy sobie, w swoim łóżku. Jego obecność wystarczała do szczęścia.
    Przed nimi jeszcze wiele dni, wiele nocy. Najwyraźniej jej niezniszczalny mąż przecenił dzisiaj swoje siły. Wyczerpał go powrót do domu, ukrywanie bólu, zabawa z dziewczynkami, ciągłe rozdarcie między żoną a ojcem. Dzisiejsze popołudnie, gdy Moss bawił się z dziećmi, na zawsze zostanie w jej pamięci. Czy gdyby mieli syna, postępowałby inaczej?
    Pocałowała go w czoło, zanim wślizgnęła się do łóżka. Jak dobrze mieć go obok siebie po tylu miesiącach.
    Martwiło ją, że Moss tak bardzo chce wrócić do czynnej walki. Dlaczego nie wystarczą mu córki i ona? Kiedy obejmowała go w pasie, wiedziała, że podejmuje słuszną decyzję. Skoro nie wystarczy mu żona i dziewczynki, Moss otrzyma od niej syna.

Rozdział osiemnasty

    W San Diego dni płynęły szybko. Nigdy się nie nudzili – Billie tego pilnowała. Zdawało się, że z dnia na dzień wzięła sprawy w swoje ręce. Do śniadania na tarasie zasiadały z nimi dziewczynki. Później Moss bawił się z córkami w pokoju dziecinnym. Billie trzymała się z boku. Następnie Moss czytał gazetę, pił herbatę, gawędził. Po lunchu, który również podawano na tarasie, dziewczynki zasypiały w łóżeczkach, a Moss jechał do szpitala na fizykoterapię. Ponieważ wracał bardzo zmęczony, przed kolacją musiał odpocząć. Billie dzieliła się Mossem podczas posiłków i odstępowała go Sethowi na godzinę po kolacji. Wieczorami należał do niej. Niewykluczone, że Sethowi nie przypadł do gustu taki plan dnia, jednak nic nie mówił.
    Pewnego wieczora, gdy ciepły wiaterek kołysał firankami w otwartych drzwiach na taras, a pokój wypełniała cicha muzyka z radia, Billie oznajmiła Mossowi, że chce mieć jeszcze jedno dziecko.
    Znieruchomiał.
    – Tak po prostu? Nie. Nie teraz.
    – Tak po prostu – powtórzyła. – Przesunęła palcem po jego brzuchu, zatrzymała się powyżej pępka. – Spójrz na mnie. Czy wyglądam na chorą? Nie, jestem młoda i zdrowa. Nic mi nie będzie. Będę słuchała zaleceń lekarzy, jak zawsze. Susan urodziła się bez komplikacji, prawie dokładnie w wyznaczonym terminie.
    – Mówisz, jakby było już po wszystkim. – Udawał, że jest zły. Męską dumę mile jednak łechtała świadomość, że piękna młoda kobieta chce mu dać jeszcze jedno dziecko.
    – A nie jest?
    – Nie, Billie. Nie chcę, żebyś ryzykowała życiem. Musisz być zdrowa i silna dla naszych córeczek. Kiedy wojna się skończy i wrócę do domu, pomyślimy. Chyba że wątpisz w mój powrót w jednym kawałku? – Posłał jej poważne spojrzenie.
    – Nie, skądże. Wierzę, że wrócisz cały i zdrowy. A to kolejny powód: chcą, by czekał na ciebie syn. Proszą, Moss.
    – Billie, niechętnie ci czegokolwiek odmawiam, ale nadal uważam, że powinniśmy zaczekać. Dziewczynki są cudowne, śliczne i urocze. Nie wierzyłem, że córki mogą dawać tyle radości. Nie potrzebuję syna.
    Kłam. Kłam, Coleman. Niech ci uwierzy. Potrzebować a pragnąć to dwie różne rzeczy. Powiedział, że nie potrzebuje syna? Zmień to, Coleman, zanim będzie za późno.
    – Na razie nie chcę syna, Billie. Wystarczą mi Maggie i Susy.
    Zbić przeciwnika z tropu; tak wygrywa się bitwy.
    – Billie, miałaś może jakieś wieści od Thada?
    Dopiero po chwili odpowiedziała, zaskoczona zmianą tematu. – Nie. Chcesz, żebym do niego napisała?
    – Dlaczego nie? Dostaje tylko listy od matki. On cię bardzo lubi, Billie. Mogłabyś opisać, jak rosną nasze dziewczynki. Kiedy ja mu opowiadam, to brzmi jak czcze przechwałki.
    Skoro Moss mógł nagle zmienić temat, może i ona:
    – Poruczniku, co pan powie na seks w stylu Billie Coleman? – Jej palec przesunął się niżej.
    – Czy różni się on od stylu Mossa Colemana? – zapytał, przyciągając ją do siebie.
    – Och, ogromnie… jednak nie wiem, czy pan może… – zażartowała. Pocałowała go w ucho.
    – Mogę, wiesz o tym doskonale! – Przycisnął jej dłoń do siebie.
    – A niech mnie, rzeczywiście! – zaniosła się ochrypłym, gardłowym śmiechem, bardzo kobiecym i bardzo kuszącym. Ten dźwięk budził w nim pożądanie, sprawiał, że chciał ją dotykać i pieścić.
    – Obiecaj, że nigdzie nie pójdziesz. Zaraz wracam.
    – W tym stanie? Dokąd mógłbym pójść? Billie, nie zapomnij…
    – …założyć kapturka – dokończyła półgłosem.
    Kiedy wypisano go ze szpitala, odbył z nią poważną rozmowę o antykoncepcji i przekonał do wizyty u ginekologa w San Diego. Był taki serdeczny, taki troskliwy, że nie potrafiła mu odmówić. Użyje dziś kapturka, ale wyjmie go, kiedy zechce, nawet jeśli będzie za wcześnie. Nie uważała, że postępuje nieuczciwie; po prostu troszeczkę pomaga losowi. Jeśli tak im pisane, niedługo zajdzie w ciążę. Nie miała wyrzutów sumienia, jednak w lustrze zobaczyła kobietę o ponurej, zaciętej twarzy.
    Wślizgnęła się pod kołdrę, jak najbliżej rozgrzanego ciała Mossa. Gorycz znikła z jej twarzy.
    – Czy jest pan gotów, poruczniku Coleman?
    – Jak zawsze w pani obecności, pani Coleman. – Tembr jego głosu przyprawiał ją o dreszcz.
    – Ani słowa więcej, poruczniku. Ma pan leżeć bez ruchu, jasne?
    – Tak jest, psze pani! – Zanurzył dłonie w popielatych włosach, przyciągnął do siebie i pocałował.
    Billie nie myślała. Była kobietą, reagowała na jego bliskość, na różnicę między twardością jego ud a miękkością jej skóry, między szorstkimi włosami na jego piersi a jej delikatnymi dłońmi. Jej palce poznawały wklęsłości i wypukłości jego ciała, jej usta zostawiały wilgotne ślady, od jego szyi po płaski brzuch. Wsłuchiwała się w przyśpieszony oddech, upajała władzą, jaką nad nim miała. Uwodziła go dłońmi, ustami, ruchami ciała. Kiedy w końcu usiadła na nim i przyjęła go w siebie, w jej krzyku rozkoszy była zwycięska nuta.

* * *

    Billie żyła w świecie spełnionych marzeń. Miała przy sobie męża i dzieci, Agnes bezustannie ją chwaliła, nawet Seth się uśmiechał. Z dnia na dzień Billie stawała się bardziej pewna siebie. Niecierpliwie czekała na Boże Narodzenie. W tym roku będzie je obchodziła razem z mężem i dwiema ślicznymi córeczkami.
    Po południu, trzydziestego pierwszego grudnia, Moss wpadł do domu jak burza. Nigdy nie widziała go tak szczęśliwego, z takim blaskiem w błękitnych oczach.
    – Spójrz! – zawołał, rozpinając marynarkę. Zdjęto mu ostatni opatrunek. – Jestem zdrów jak koń! Piątego wyjeżdżam, dołączam do mojej eskadry!
    Nie zdążyła otworzyć ust, a już wziął ją w ramiona i ukrył twarz w popielatych włosach:
    – Ciesz się ze mną, Billie. Sam tego chciałem. Potrzebuję tego.
    A co z jej potrzebami? Chciała spytać. Co z nimi? Z dziećmi? Jednak zrozumiała już, że gdyby zmusiła Mossa do dokonania wyboru, przegrałaby.
    – Idę powiedzieć tacie. Lepiej mieć to z głowy. Nie spodoba mu się. – Wyszedł równie szybko, jak się pojawił.
    Agnes zastała Billie na schodach. Siedziała pochylona, opierała głowę na rękach.
    – Billie? Co się stało?
    – Moss… wraca na „Enterprise”. Poszedł powiedzieć Sethowi.
    Matka głośno wciągnęła powietrze.
    – Co z tobą, Billie? Co z nami? I z dziewczynkami? – Nie starała się nawet ukryć histerycznej nuty w głosie. Jaskrawo pomalowane paznokcie kontrastowały z bielą pereł. Taftowa halka pod wełnianą spódnicą zaszeleściła przyjemnie, kiedy siadała koło córki. – Pamiętasz naszą rozmowę? I pamiętasz, jak Seth traktował Amelię, krew z jego krwi?
    – Dosyć, mamo! Nie chcę więcej tego słuchać! A skoro mowa o naszej rozmowie – robię, co mogę. Ale robię to dla siebie, mamo! Ja chcę syna. A wszyscy inni niech idą do diabła.
    Zerwała się z miejsca i pobiegła do salonu. Agnes została na schodach. Po chwili Billie wróciła, niosąc koniak przelany do karafki i dwie szklaneczki. Wyprostowana i uroczysta, ruszyła na górę. Nie zaszczyciła matki jednym słowem czy spojrzeniem.
    Zanim otworzyła drzwi do sypialni, potrząsnęła głową, żeby włosy rozsypały się na ramiona, i przywołała uśmiech na twarz:
    – Cześć, kochany. Jak ojciec przyjął nowiny?
    – A jak myślisz? – odparł Moss z goryczą. – Nigdy mnie nie rozumiał. Jest wściekły i nie chce ze mną rozmawiać. Co tu masz?
    – Och, pomyślałam sobie, że przydałby ci się ktoś do wspólnego świętowania, a nie przychodził mi do głowy nikt lepszy niż ja sama. Najdroższy, chcę, żebyś był szczęśliwy i cieszę się twoim szczęściem.
    Złagodniał.
    – Jest pani rewelacyjna, pani Coleman! Czy już to pani mówiłem?
    – Nie tymi słowy. Nie przyniosłam lodu – chcesz, żebym po niego poszła?
    Roześmiał się głośno:
    – I zrujnowała dwudziestoletni koniak? Chodź, wzniesiemy toast noworoczny.
    Nie zauważył, że zamknęła za sobą drzwi.

* * *

    Leżała obok Mossa, czuła jego dłonie na swoim ciele. W głowie kręciło się jej od koniaku.
    – Moja żona, moja piękna żona – mruczał jej do ucha, jednocześnie rozpinając bluzkę. Wypił za dużo, dwie szklanki, podczas gdy ona cały czas sączyła z jednej. Podniecenie niedaleką walką stłumiło w nim zdrowy rozsądek, tak jak tego chciała. Mężczyźni mieli maszyny, żeby walczyć, kobiety posługiwały się ciałem. Metal i skóra, siła i namiętność. Koniec końców chodziło o to samo i wynikało to z tych samych egoistycznych pobudek.
    Powoli, ospale, pozbywali się ubrań. Było późne popołudnie; za oknem czaiły się wydłużone cienie. Różowe światło kreśliło dziwne wzory na ścianach, zmieniało koloryt ciał. Billie leżała wtulona w niego, poddawała się jego pieszczotom, pocałunkom pachnącym koniakiem. Obrysowywał palcem kontury jej twarzy, gładził jasne czoło, kształtny nos, wydatne kości policzkowe i różane usta. Uśmiechnął się, kiedy zadrżała pod dotykiem jego warg. Orzechowe oczy lśniły życiem i namiętnością.
    Muskał delikatny zarys szyi, pełne, jędrne piersi, wąską talię, krągłe biodra, miękki brzuch i złote włosy podbrzusza.
    Zamknęła oczy, poddawała się jego dłoniom i ustom, szeptała niezrozumiałe słowa zachęty, które podsycały płonący w nim ogień. Pozwolił się ponieść uczuciom. Upajał go koniak, Billie i myśl, że wkrótce wróci do walki. Życie należy do niego, pulsuje w żyłach szalonym rozkosznym rytmem. Życie. Miłość. Pasja.
    Przykrył ją sobą, zamknął usta pocałunkiem, gdy powitało go jej ciepłe, pulsujące wnętrze.
    Ulegała jego pieszczotom, gdy wnikał w nią głębiej i głębiej, powoli, leniwie, aż był w niej całkowicie, aż nie istniało nic oprócz Mossa, sensu jej życia, jej miłości, jej całego świata. Żyła chwilą; pożądała, dawała i brała. Coś, co się zaczęło jako wyrachowane działanie, przerodziło się w cudowne wspólne przeżycie.
    Pasowali do siebie. Bez trudu odnajdywała jego rytm, dostosowywała się, wtapiała w niego. Stawali się jednością, raz za razem, głębiej i głębiej, a każdy ruch był pieszczotą. Namiętność unosiła ich coraz wyżej i wyżej, tam gdzie stali się już dwiema połówkami jednej istoty, w końcu wznoszącymi się w drodze ku słońcu.

* * *

    „Strażnik Teksasu” mknął po bezkresnym niebie, oddalał się od eskadry, a jednocześnie zbliżał do „Enterprise”. Coś się zacięło w układzie sterowania i wildcat nie był w stanie utrzymać wysokości. Nie szkodzi, mechanicy naprawią to w mgnieniu oka. Moss zerknął na kompas, nadal upojony wolnością, lotem, walką. Pod koniec stycznia brał udział w nalotach na Formosę i Okinawę. Luty przyniósł naloty na Tokio, a teraz, w marcu, „Enterprise” wspierała walczących na Iwo Jima.
    Kadłub zadrżał nagle, zadygotał pod jego stopami. Nadal traci wysokość! Usiłował nawiązać kontakt radiowy z eskadrą, ale w słuchawkach panowała cisza.
    Nie ulegał panice. Szarpnął drążek; samolot posłusznie próbował wzbić się w górę, jednak daremnie. Silnik zakrztusił się, potem umilkł na dobre. Moss błyskawicznie przypomniał sobie, co należy robić w razie awarii. Na razie nie dopuszczał do siebie myśli, że będzie się musiał zastosować do tych instrukcji. Awaria i śmierć nie dotyczą przecież jego! Samolot opadał spiralnym ruchem, zaraz wejdzie w korkociąg. Moss nadal usiłował odzyskać nad nim kontrolę i nawiązać kontakt z „Enterprise” albo z eskadrą. Światełka na tablicy rozdzielczej zbladły, by po chwili zupełnie zgasnąć. Śmigło zwalniało na jego oczach. W korkociągu nie ma szans na bezpieczne katapultowanie się. Desperacko naciskał pedały. Ani drgnęły. Śmigło obracało się leniwie, jak skrzydła wiatraka w bezwietrzny dzień.
    Słyszał opowieści o siadaniu wildcatem na wodzie, nie mógłby jednak tego dokonać w zepsutym samolocie, który z wysokości siedmiu tysięcy stóp wali się do wygłodniałego oceanu.
    W żadnym wypadku nie katapultować się z wysokości poniżej tysiąca stóp! Faszerował tym swoich uczniów kilkanaście razy dziennie. A teraz, gdy pociągnął za rączkę spadochronu, na pewno znajdował się poniżej krytycznego pułapu; nagłe szarpnięcie pociągnęło go w górę. Patrzył, jak martwy „Strażnik Teksasu” opada w dół.
    Tafla wody wydała mu się twarda jak beton. Błyskawicznie odpiął spadochron. Morze wchłonęło go w bezdenną czeluść, ale wynurzył się znów, wolny od jedwabiu krępującego ruchy.
    Zaczerpnął duży haust powietrza i pociągnął zatyczki kamizelki ratunkowej; niestety, tylko jedna strona wypełniła się powietrzem. Walcząc z falami, nadmuchał drugą. Dopiero wtedy zobaczył szkarłatną wstążkę krwi w wodzie. Zapewne zranił się w nogę, gdy wyrzucało go z samolotu. To niedobrze; krew wabi rekiny, a okoliczne wody obfitowały w te drapieżniki. Musi wydostać się z morza!
    Na szczęście tratwa ratunkowa zadziałała bez zarzutu. Wdrapał się na nią z trudem. Wpadł w panikę, ale starał się zachować kontrolę nad sobą.
    Fale kołysały go z przerażającą monotonią. Moss wpatrywał się w niebo i czekał. Nadchodziła długa noc. Modlił się o brzask i czekał.
    W końcu zza horyzontu wyłoniła się rozpalona purpurowa kula. Pierzaste chmury zalśniły czerwienią. Pokryte morską solą przeguby, kostki i twarz piekły niemiłosiernie. Nadal wpatrywał się w niebo. Dzięki temu nie ulegał rozpaczy.
    Zerknął na zegarek; na szczęście ciągle chodził. Wiedział, że gdy zaśnie, prześpi wiele godzin, choć dla niego będą to tylko minuty. Wiatr pchał go na północny zachód, coraz dalej od „Enterprise”. Na skromny ekwipunek składał się nóż zaszyty w nogawce kombinezonu i pistolet w kaburze przy pasie. Obawiał się, że broń jest bezużyteczna, jednak ku jego radości próbny strzał wypalił. Przynajmniej nie był całkowicie bezbronny.
    Był spragniony i głodny. Zanim ukrył twarz w cieniu kamizelki, obejrzał ranę na nodze. Strup zatamował krwawienie. Chyba nie wykrwawi się na, śmierć. Dobre i to.
    Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy się obudził. Późne popołudnie. Był na siebie wściekły, że zasnął. Zmarnował bezcenny czas; powinien był cały czas wypatrywać statku. Popatrzył w dal, przetarł oczy, popatrzył ponownie. Niemożliwe, czyżby tam, daleko, zobaczył okręt? Słońce go oślepiało, w głowie mu się kręciło z głodu, strachu i pragnienia, a przecież mógłby przysiąc, że widzi jakiś statek. Wkrótce zobaczył go wyraźnie: potężny, najeżony działami niszczyciel. Płynął prosto na niego.
    Moss położył się na brzuchu i wiosłował rękami, chcąc zmniejszyć dystans dzielący go od okrętu. Ratunek jest tuż-tuż. Wstał, z trudem utrzymywał równowagę, i wymachiwał białym podkoszulkiem. Krzyczał z radości, gdy niszczyciel zmienił nieco kurs. Płyną po niego! Wiosłował dalej, był coraz bliżej stalowego kolosa. Zrzucili sznurową drabinkę. Wspinał się na pokład, ku bezpieczeństwu. Jego modlitwy zostały wysłuchane. Uśmiechnął się szeroko – nie ma to jak szczęście Colemanów! Podniósł głowę, chcąc powitać swoich wybawców, i przestał się uśmiechać. Przez burtę wychylały się dziesiątki twarzy. Twarzy Japończyków.

Rozdział dziewiętnasty

    Marzec zawitał do Sunbridge z fanfarami, a opuszczał je chyłkiem, cichutko. Seth obserwował ciążę Billie okiem znawcy; teraz będzie chłopak, czuł to w kościach. Billie cieszyła się na kolejne dziecko. Nie miała mdłości i krwotoków, jak wtedy, gdy nosiła Maggie i Susan. Seth dostrzegł w niej spokój, którego dawniej nie było.
    Również Agnes nie spuszczała córki z oczu. Choć Billie była dopiero w czwartym miesiącu, matka wmawiała sobie, że widzi niezawodne oznaki; Billie trzymała się prosto, jej brzuch nie był tak niski i okrągły jak z dziewczynkami. To na pewno chłopiec. Seth wyśmiewał się z niej i parskał, ale chętnie słuchał, gdy mu o tym mówiła.
    Billie uśmiechała się pod nosem. Żadne z nich nie miało absolutnej pewności. Tylko ona wiedziała: Billie Coleman urodzi syna.
    Zaledwie przed dwoma tygodniami przyznała się, że jest w ciąży. Tego samego dnia wysłała do Mossa list, informując o ich „małym wypadku”. Teraz Moss już wie, że dziecko jest w drodze i że jej zdaniem będzie to chłopiec.
    Kiedy siadała za biurkiem, żeby napisać do niego kolejny list, spojrzała na kalendarz i, jak co dzień, skreśliła datę. Ostatni raz miała od Mossa wiadomość sześć tygodni i trzy dni temu. Nawet Seth nie dostał ani słowa. Martwiło ją to, ale nie była to sytuacja wyjątkowa. Czasami plik listów przychodził na raz. Moss jest cały i zdrowy; gdyby było inaczej, poczułaby to.
    Zegarek wskazywał kwadrans po jedenastej, kiedy zapragnęła napić się ciepłego mleka. Przechodziła przez duży hol. Wtedy usłyszała dzwonek do drzwi.
    – Telegram dla pani Mossowej Coleman. Proszę tutaj podpisać. – Doręczyciel miał smutną, współczującą minę. Telegram nadało Ministerstwo Wojny.
    – Mamo! – krzyknęła.
    To, co działo się później, zapamiętała w zwolnionym tempie: Agnes schodziła ze schodów, Seth z gabinetu. W rzeczywistości Agnes biegła na łeb, na szyję, a teść wyskoczył jak korek z butelki szampana.
    Seth ciężko opadł na drewnianą ławę i patrzył na prostokąt żółtego papieru. Nie ruszał się.
    – Mam to otworzyć, Seth? – zapytała spokojnie Agnes.
    Nagle zrobił się z niego bezradny starzec. Dwie pary oczu śledziły ruchy Agnes, gdy zdecydowanie rozrywała kopertę.

    Z ŻALEM INFORMUJEMY, ŻE PORUCZNIK MOSS COLEMAN ZOSTAŁ UZNANY ZA ZAGINIONEGO W AKCJI.

    Zaginiony, nie zabity. Zaginiony. Zaginiony. Zaginiony. Billie czepiała się ostatniej nadziei.
    – Tylko tyle – Agnes wsunęła kartkę w drżące ręce Setha. Wyprostowała się i szczelniej owinęła niebieskim szlafrokiem.
    – Zaparzę kawy. Chodźcie ze mną do kuchni, oboje. Nie ma sensu histeryzować. Moss zaginął. Nie jest ranny, nie zabili go, tylko zaginął. Dopóki nie dowiemy się czegoś więcej, nie wolno nam rozpaczać. Billie! Weź się w garść! Musisz myśleć o dziecku. Napijemy się kawy, zjemy ciasto i porozmawiamy we trójkę. A później pójdziemy spać. Nic więcej nie możemy zrobić.
    – Japonce go mają. Torturują i…
    – Ani słowa więcej, Seth – przerwała ostro Agnes. – Nie możesz denerwować Billie. Jest w ciąży, czyżbyś zapomniał? Nie życzę sobie takich rozmów. A ty, Billie, ty musisz wierzyć, że Moss żyje i że do ciebie wróci. Obiecał to, prawda? Ja mu ufam, dlaczego i wy nie możecie?
    Billie skinęła głową i otarła łzy rękawem.
    – Dobra, Aggie. Gdzie ta cholerna kawa, którą nam obiecałaś.
    – Chwileczkę. Co mówiłam? Masz nie przeklinać w mojej obecności. Teraz jesteś zdenerwowany, ale nie waż się tego zrobić nigdy więcej. A kawa musi się zaparzyć. Jeszcze pięć minut. Nie mogę znaleźć ciasta, więc zjemy chleb kukurydziany z masłem i dżemem.
    Billie widziała, jak matce drżą ręce. Jak zwykle starała się czymś zająć, byle nie myśleć. Ona i Seth będą jedli, gryźli i łykali. Kiedy Agnes im pozwoli, każde pójdzie do swojej sypialni i będą płakać jak dzieci. Seth za synem, Billie za mężem, Agnes za dostatnim życiem.
    Żyli dalej; nie mieli innego wyjścia. Agnes ciągle wynajdowała im coś do roboty. Nie szczędziła ostrych słów. Byli jej posłuszni.
    Dni Billie wypełniała opieka nad dziewczynkami i pisanie listów do Mossa, które ukrywała w szufladzie komody. Nieważne, że nie mogła ich wysłać, przynajmniej miała zajęcie. Nie wiadomo, dlaczego nie płakała. Nie miało to nic wspólnego z matką. Raczej z wiarą Mossa, że nic mu się nie może przytrafić. Rozpaczliwie czepiała się tej myśli. Na duchu podtrzymywały ją także listy od Thada Kingsleya. Przychodziły co tydzień. Absurdalne ploteczki wywoływały uśmiech na jej twarzy. Thad zawsze wspominał, że Moss na pewno czeka na spokojną chwilę, by bezpiecznie wrócić do domu.
    Nigdy jej nie zastanowiło, jak to możliwe, że listy Thada przychodzą regularnie, co tydzień, bez opóźnienia. Walczył na tej samej wojnie co Moss, latał w tej samej eskadrze, służył na tym samym okręcie. Wystarczało, że do niej pisał.
    Po miesiącu znała każdego pilota, wiedziała, jak nazywają się ich dziewczyny i z jakimi zwierzakami się wychowywali. Dowiedziała się, dlaczego samoloty latają i jak wygląda ich wnętrze. Thad zdradził jej, jak ma na drugie imię i jak Nowa Anglia wygląda jesienią. Na myśl o syropie klonowym z Vermont ciekła jej ślinka. Listy od Thada to liczne strony wypełnione drobnym pismem. Billie wzruszała jego troskliwość. Kiedyś mu się odwdzięczy, choć nic nie będzie w stanie dorównać nadziei, jaką w niej podtrzymywał.
    Pewnego popołudnia Seth wpadł do domu z poszarzałą twarzą. Serce Billie przestało bić.
    – Co się stało? Wiesz coś o Mossie? – zapytała przez ściśnięte gardło. Pokręcił głową i otarł łzy wierzchem dłoni.
    – Nessie nie żyje.
    – Twój koń? – zapytała głupio.
    – Tak, mój koń. Właśnie przed chwilą… Muszę zadzwonić po weterynarza.
    – Skoro… nie żyje, po co weterynarz?
    – Bo tak! – warknął. – Bo tak.
    Zachowywał się, jakby chodziło o człowieka, nie o konia. Billie nie mogła tego znieść.
    Agnes skwitowała krótko: ona i Billie nie zrozumieją go, bo nie urodziły się i nie wychowały w Teksasie.
    Jednak Billie rozumiała. W życiu Setha Nessie była ważniejsza niż jego żona. Po śmierci Jessiki nie uronił ani jednej łzy. Codziennie natomiast wędrował na grób klaczy i wracał z czerwonymi oczami. To także przeminie, powtarzała sobie Billie. Miała rację. Teraz Seth o nią dbał jak kwoka o kurczęta. Jej dziecko było jego ostatnią szansą. Nic więcej mu nie zostało. Niech mnie Bóg ma w swojej opiece, myślała nieraz Billie, jeśli to dziecko zrobi z nas wszystkich głupków.

* * *

    Moss upadł na twardą, wilgotną podłogę. Morze było niespokojne tej nocy. W panującej w pomieszczeniu ciemności nic nie widział, ale z warkotu silnika i plusku fal za ścianą wywnioskował, że znajduje się poniżej poziomu wody. Otaczała go ciemność i zimno. Jego towarzyszami niedoli byli Amerykanie, kilku Australijczyków i szczur.
    Zaraz po tym, jak go wyratowano, Japończycy zaczęli długie i bezlitosne przesłuchiwanie. Następnie przeniesiono go na ten statek. Mówiono, że płynie do Japonii. To było osiem dni temu – Moss liczył doby wkładając sznurowadła w dziurki, jedną dziennie. Raz na dobę żołnierz w mundurze, uzbrojony po zęby, przynosił im garnek wody i po garści ryżu na osobę.
    Kiedy pilotował „Strażnika Teksasu”, wyobrażał sobie Japończyków jako roboty bez twarzy, pionki w rękach nieugiętego rządu, który chce zniszczyć Amerykę. Teraz wróg miał twarz; płaską, żółtą i groźną. Moss nienawidził ich, nie tylko władców, nie tylko narodu jako takiego, nienawidził każdego Japończyka.
    Życie więźniów było jednym pasmem mroku, zimna i brudu. Marynarz, ranny pod Iwo Jima, zmarł przed dwoma dniami. Jego zwłoki poniewierały się w ciemności. Jeden z Australijczyków znał kilka słów po japońsku. Poinformował strażników o śmierci marynarza. Zamiast zabrać ciało, dali im o garść ryżu mniej, a kubek cennej wody wylali na podłogę. Australijczyk zerwał się na równe nogi i zaczął krzyczeć; w odpowiedzi dostał pałką w głowę. Po tym zajściu bardzo długo nikt się nie odzywał.
    Godziny ciągnęły się bez końca, czas nie miał znaczenia, a jednak dzień w dzień, gdy podawano im skromny posiłek, Moss nawlekał sznurowadło. Prawy but był już gotów, teraz zajmował się lewym. Nie wiedział, czy dożyje dnia, w którym i ten zasznuruje do końca. Nie wiedział nawet, czy tego chce.

* * *

    W pewien pochmurny ranek silniki umilkły. Wymęczeni, wygłodniali więźniowie wyszli na pokład, na świeże powietrze. Wtedy dopiero się zorientowali, że stanowili część dużo większej grupy. W sumie było około sześćdziesięciu jeńców. Podawano sobie z ust do ust wiadomość, że pognają ich do Muishi. Moss na próżno wytężał pamięć; lokalizacja tego miejsca wyleciała mu z głowy. Jak się okazało, był to kompleks kopalń węgla wśród wzgórz północnej Japonii.
    Za życia zstąpili do piekieł. Bosych, półnagich więźniów pędzono do kopalni o świcie. Chwilami szli, chwilami pełzli długim na dwie mile chodnikiem, gdzie powietrze było stęchłe, a temperatura dużo niższa niż na zewnątrz. Wieczorem wychodzili na powierzchnię bliżsi śmierci niż życia.
    W kopalni pracowało prawie czterystu mężczyzn. W pocie czoła wyrywali ziemi węgiel dla japońskich władców…
    Jedzenie stało się obsesją. Skąpe garście ryżu, twardy chleb i wodnista zupa nie wystarczały, by utrzymać ich przy życiu.
    Japończycy, choć bezlitośni i brutalni, respektowali religijne święta. I tak, gdy więźniowie opowiedzieli im, że zwyczajem zachodnim jest jeść i palić i czuwać przy zmarłym, uwierzono im. Od tego czasu strażnicy znosili miski ryżu, owoce i papierosy, ilekroć któryś z jeńców umarł.
    Z czasem apetyty zmalały. Zabójcza praca znieczulała na ból, nadzieja była tylko nikłym wspomnieniem. Wszyscy jednak pamiętali dom, choć każdy z innego pochodził i do innego tęsknił.
    Moss pragnął przeżyć. Chciał ponownie zobaczyć córeczki, uściskać żonę. Codziennie toczył ze sobą walkę. W końcu znalazł broń, która pomogła mu przetrwać: nienawiść. Nienawiść do wrogów, do Japońców.
    Ci, którzy się poddawali, umierali najszybciej. Słuchali butnych opowieści strażników, że wojna potrwa sto lat. Z zewnątrz docierało do Muishi tak niewiele wiadomości, że czasami Moss także niemal w to wierzył. W takich chwilach był bliski załamania. Wtedy jednak przypominał sobie, że jest Colemanem. Colemanowie się nie poddają. Colemanowie są bardziej uparci niż osły i silniejsi niż byki. Był o tym przekonany. Marzył o dzieciach. Maggie. Susan. O synu, który się nie narodzi, jeśli on ulegnie rozpaczy…
    Wraz z sierpniowymi upałami nadeszła zmiana. Coś się zaczęło dziać; więźniowie dostawali większe porcje jedzenia i wody. Nikogo nie karano, nie bito za to, że jest zbyt chory, by zejść do kopalni. Coś się działo.
    Prezydent Harry Truman wyraził zgodę. Na Japonię spadły bomby atomowe. 14 sierpnia 1945 roku rząd japoński zgodził się na bezwarunkową kapitulację. Do Muishi, ukrytego na północy, ta wiadomość dotarła dopiero dwa tygodnie później.
    Drugiego września Japonia oficjalnie się poddała na pokładzie USS „Missouri”. Zwycięstwo nad Japonią. Mossa i jego towarzyszy przetransportowano na australijski okręt, w objęcia zwycięzców.
    Rankiem tego samego dnia, gdy jego ojca witali szalejący ze szczęścia Australijczycy, Riley Seth Coleman znalazł się w ramionach matki. Billie także odniosła zwycięstwo.

Fern Michaels


***


notes

    * USO (United Service Organization) – organizacja opiekująca się żołnierzami przebywającymi z dala od domu (przyp. tłum.).
Top.Mail.Ru