Скачать fb2
Tata, One I Ja

Tata, One I Ja

Аннотация

    Osadzona we współczesnych polskich realiach, a jednocześnie baśniowa opowieść o dwóch dziewczynkach wychowywanych przez samego ojca. Ciepła i krzepiąca – dowodzi, że nawet najtrudniejszy problem można rozwiązać, uciekając się do inteligencji i poczucia humoru. Zwariowane, dowcipne dialogi, niesamowite przygody, o których jednak się-wie-że-się-dobrze-skończą, osadzone w pejzażu podwarszawskiej miejscowości. Do tego przewijające się przez dom taty tabuny panienek, z których każda miałaby ochotę zostać na zawsze, ale nic-z-tego, i czuwająca nad dziewczynkami z Warszawy babcia Fredzia – niezrównana: mądra i szalona, złośliwa i serdeczna. Jak ta książka.


Manula Kalicka Tata, One I Ja

    © 2002
    Basi, która powiedziała:
    „A może napiszesz śmieszne opowiadanie o miłości.
    Jakieś cztery strony…”

    Tatko wpadł do mieszkania jak burza. Włosy miał rozwiane i krzywo zapiętą koszulę. Spojrzał na mnie dzikim wzrokiem i wykrzyknął:
    – Gdzie jest matka?!
    – Dwadzieścia minut temu pojechała na lotnisko. Taksówką – odpowiedziałam przerażona.
    Tata skrzywił się, zaklął szpetnie. Odwrócił się na pięcie i wybiegł. Jego kroki głucho dudniły na schodach.
    Wrócił po niecałych dwóch godzinach. Wszedł do mieszkania, usiadł na krześle i zamyślił się. Potem potarł nos, popatrzył na mnie i na Paulę siedzące cichutko na kanapie, wykonał ruch, jakby sobie o czymś przypomniał, podszedł do Pauli, przytulił ją, mnie poklepał po ramieniu, wymamrotał coś w rodzaju: „Wszystko będzie dobrze” – i usiadł z powrotem.
    Zapadł się w sobie. Znieruchomiał.
    Wczesny zmierzch kładł się cieniem na przedmiotach w mieszkaniu. Pogrążaliśmy się w mroku. Panowała przeraźliwa cisza. Ile to trwało, nie wiem. Potem tata się ożywił.
    – Jak się masz, Karolinko! Jak się spało? Śniadanko?
    – Tak, chętnie – odpowiedziałam.
    Tata pomknął do kuchni i zaczął grzebać w lodówce.
    – No, co my tu mamy? O, serek jest! No tak, zapleśniały. Mleczko, mleczko będzie dobre… Było dobre, miesiąc temu. Co my tu jeszcze mamy, lakier do paznokci i krem. Wyśmienite! Co wolisz, Karola, lakier czy krem na śniadanie?
    Stanęło na dżemie i chlebku, cokolwiek nieświeżym. Jadłyśmy z Paulinką, a kanapki rosły nam w ustach. Tatuś zrobił herbatki i usiadł koło nas.
    – Nie martwcie się, dziewczynki – oznajmił. – Jakoś sobie poradzimy! – Znowu ten radosny ton.
    Potem zaczął dzwonić.
    – Ewa! – Ewa to nasza ciocia, siostra mamy. – Ewa! Słuchaj! Kasia wyjechała do Afryki… Tak, z panem Bajabongo… Tak, oczywiście, masz rację, to rozwinie jej osobowość, tak, rozszerzy horyzonty, tak, tak, tak… Tylko słuchaj, tak… Wiesz, zostawiła dziewczynki i jest jeden mały problem, bo, widzisz, ja nie mogę poświęcić im zbyt wiele czasu, te wyjazdy, sama rozumiesz, myślę, że dla ciebie byłoby to nowe doświadczenie, gdybyś się nimi trochę zajęła. Kasia wróci i przejmie opiekę. Ja będę cię oczywiście wspomagał… Co? Lecisz jutro do Indii medytować. Może byś to odwołała? Wiesz, dziewczynki… Niemożliwe, jak to niemożliwe?… Sam lama Awnapurthi. No, tak, sam rozumiem. Sony. Jasne, ucałuję. Pa! Ciocia was całuje, dziewczynki – zakomunikował.
    – Jasne – odpowiedziałam.
    Siedziałyśmy znowu z Paulą na kanapie i obserwowałyśmy rozwój wypadków. Tata zadumał się, ale po chwili znowu zaczął dzwonić. Iza, Jola, Krysia, imiona były różne, efekt ten sam. Koło pierwszej po południu zachrypł, a ja cichutko powiedziałam, że jesteśmy głodne. Tatuś stanął na wysokości zadania i zamówił pizzę na telefon. Potem się zamyślił, na długo, długo, wreszcie pękł i zawył. Naprawdę! Zawył. Ogólnie mówiąc, zaczął latać po mieszkaniu, ciskać przedmiotami i używać wyrażeń powszechnie przyjętych za nieparlamentarne. Wykrzykiwał przy tym: „Zrobiła to! Zrobiła to!” No i dorzucał jeszcze słowo na literę k”, ale może nie będę go przytaczać. Ktoś mógłby pomyśleć że nasz tatuś jest ordynarny, a to nieprawda. Używa tego typu wyrazów tylko w ostateczności i wtedy one rzeczywiście coś znaczą. Babcia Frytka też lubi sobie zakląć, ale w jej ustach przekleństwo brzmi tak, jakby smakowała coś wybornego lub na przykład delektowała się papierosem. Sama miałam ochotę zakląć w tym momencie, i to jakimś naprawdę grubym słowem.
    Patrzyłyśmy na to, co tatko wyczyniał, w milczeniu. Potem wzięłam Paulę do naszego pokoju i zaczęłyśmy budować dom z lego. Drzwi zamknęłam.
    Kiedy wyszłam po półgodzinie, tata się uspokoił i znowu wisiał na telefonie. Tyle że teraz słyszałam imiona: Krzysiek, Marek, Lech. Wymienieni panowie pojawili się wkrótce z dużymi zgrzewkami piwa. Zaczęła się burza mózgów, która szybko przerodziła się w bełkot i użalanie taty nad sobą przy wtórze basujących mu przyjaciół. Dokończyłyśmy z Paulą zimną pizzę i poszłyśmy spać.
    Rano tatuś miał kaca; by wejść do ubikacji, trzeba było przestąpić Lecha, a z kuchni wystawały nogi Krzycha.
    Zaczęłam myśleć o takim filmie o dwóch dziewczynkach z domu dziecka. Miały fajne przygody i w ogóle. Z drugiej strony oglądałam też i taki film, w którym dzieciom w bi-dulu było mało fajnie. Patrzyłam na płowe włoski Pauliny i widziałam oczami wyobraźni, jak tuli się do mnie we wspólnej sali domu dziecka, a koleżanki z rodzin patologicznych znęcają się nad nami i stroją sobie żarty. Czy nasza rodzina jest już rodziną patologiczną? Rozejrzałam się niepewnie. Nie wyglądało to wszystko najlepiej. Pogięte puszki po piwie, pety. Niedojedzone kawałki pizzy walały się wszędzie. Melina jak nic.
    Panowie powoli się reanimowali, tata przepraszał za wczorajszą balangę.
    – Wybacz, Karolciu, załamałem się, tąpnąłem – kajał się, Patrząc mi w oczy wzrokiem psa, który nasiusiał w salonie.
    – Nie ma sprawy, tatku, ale trzeba zrobić jakieś zakupy i posprzątać.
    – Tak, tak. Masz, dziecko, rację – odparł zafrasowany.
    Pewnie, że mam.
    Potem było wesoło, wszyscy rzucili się do sprzątania i rzeczywiście, kiedy koledzy taty wyszli, mieszkanie lśniło. A my zajadałyśmy pyszne omlety, osobiście przyrządzone przez Krzycha, który jest głównym wokalistą grupy Kabanos. Tata robi u nich za gitarę basową, dostawcę tekstów i kompozytora. Jednym słowem, prawdziwy z niego Leonardo. Oczywiście da Vinci, nie di Caprio. Dziewczyny w szkole oszaleją, jak się dowiedzą, że jadłam omlety produkcji samego Krzycha.
    Później było ciekawie, ale już nie tak.
    Pojechaliśmy do supermarketu, gdzie kupiliśmy taką ilość żarcia, że stado słoni afrykańskich ledwo by się z nim uporało. Następnie odbyliśmy naradę. Ja podjęłam się zmywania i opieki nad Paulą. Tata miał dostarczać pożywienie i sprzątać. Nikt nie wziął na siebie gotowania, ale tata powiedział, że znajdzie jakieś rozwiązanie. Jakoś to się zaczęło toczyć, kulawo, ale się toczyło. Ciągle nie było to tego, to owego. Pizza wychodziła mi nosem, potem znienawidziłam chińszczyznę.
    – No problem – oznajmił tata i zaczął przynosić turecczyznę.
    Próby Kabanosa odbywały się u nas lub chodziłyśmy z tatą do studia i było fajnie. Ale co będzie, gdy zacznie się szkoła? Wolałam nie myśleć. W każdym razie myśl o bidulu na razie zarzuciłam i nie podsuwałam jej tacie. Staruszek dbał o nas, jak mógł. Fredka się nie pojawiała, podobno źle się czuła, tylko dzwoniła i szczegółowo mnie wypytywała, co się dzieje. Potem przyjechała na kilka dni, gdy tata wyruszył w trasę. Jadłyśmy pyszne zupki i tęskniłyśmy za tatą. Za mamą też, ale byłyśmy na nią strasznie złe. Tego się dzieciom nie robi, tak uważam.
    Tata wrócił, ale nie sam.
    – To Violka – powiedział. – Będzie nam pomagała.
    Wodziłyśmy wzrokiem po Violce – ja, Fredka i Paula – i nic nie rozumiałyśmy.
    – Będzie nam pomagała? – wystękałam przerażona.
    Violka miała czerwone włosy, nie rude, tylko czerwone, kolczyk w nosie, drugi nad brwią (w uchu nic nie miała), skórzaną kurtkę nabijaną ćwiekami i buciory na strasznie grubej podeszwie.
    – Czy ona umie gotować? – zapytała Fredka.
    – Tego nie wiem – odparł tata. – Ale się dowiem. Umiesz gotować?
    – Jasne – odparła Violka, żując gumę.
    – Umie – powiedział z przekonaniem tata.
    Fredka wyjechała, trzasnąwszy drzwiami, a Violka wzięła się do gotowania. Pierwszego dnia spaliła trzy garnki, drugiego dwa. Trzeciego nic nie spaliła, bo więcej garnków już nie mieliśmy. Na wszystkich meblach leżały rzeczy Violki, ona sama chodziła przeważnie bez niczego. Jak sama powiedziała: solę, lubię sotę. W pępku też miała kolczyk. Nauczyła mnie i Paulę lakierować paznokcie. Było to jej ukochane zajęcie. Tata zdawał się nie zwracać na Violkę większej uwagi, no, czasem zburzył jej włosy czy pociągnął za ucho. Ot, takie misiowe pieszczoty.
    Violka też zachowywała się jak szczeniak, który stara się pozyskać względy pana. Z rzadka to się niestety udawało, bo jej wyczyny kulinarne okazały się pasmem nieszczęść. Gorzki rosół stanowi po dziś dzień zagadkę dręczącą całą rodzinę. Albo na przykład kotlety schabowe krojone wzdłuż włókien.
    Pewnego dnia przypaliła książkę kucharską.
    Weszłam do kuchni i zobaczyłam Violę studiującą przepisy. Róg książki migotał wesołym płomykiem. Podniosła wzrok i pociągając nosem, powiedziała:
    – Karolinko, czujesz? Coś tu śmierdzi? Jakaś spalenizna czy co?
    Chlusnęłam na nią natychmiast wodą mineralną. Violka pisnęła przeraźliwie. Uspokoiła się dopiero, gdy zobaczyła spalony dół książki.
    Długo nie mogliśmy dojść, czemu wszystko, co wyszło spod jej ręki, smakuje tak samo. Zawsze była identyczna, lekko gorzka nuta, czy to w zrazach, czy w budyniu lub cieście. Obserwacje, rady Fredki – nic nie pomagało. Aż pewnego razu, siedząc w kuchni i jedząc ohydną zapiekankę, którą popijałam równie ohydnym a nie różniącym się od niej w smaku kompotem, zauważyłam, że Violka myje naczynia, ale ich nie płucze. I już wiedziałam. Wszystko miało upojny smak ludwika. Tak, ludwika do zmywania.
    Po wyeliminowaniu ludwika ze składu wszystkich przyrządzanych przez Violę dań jej kuchnia nieco się poprawiła. Odrobinę.
    Zaglądając tatusiowi w oczy, pytała, jak mu smakował obiadek, a tatuś odpowiadał:
    – Dlaczego ty nieustannie dążysz do kłótni?
    Violka nie łapała, że to żart, i popadała w przygnębienie. Co jakiś czas Fredka dzwoniła do taty i mówiła:
    – Zobaczysz, Eryku, ona was wszystkich wytruje. Znałam kiedyś jedną mecenasową, która na przyjęciu ślubnym swojej córki podała własnoręcznie przygotowaną zeszłego roku fasolkę szparagową.
    – Zeszłego roku?! – zdziwił się tatko.
    – W słoikach, oczywiście. I wyobraź sobie: dwadzieścia trzy osoby zatrute, w tym cztery zejścia śmiertelne. Pan młody był jedną z pierwszych ofiar.
    – Mama żartuje… – mówił tata niepewnym głosem.
    – Powiem ci tylko: to była botulina. Wytworzyła się na skutek złego zakonserwowania fasoli. Oczywiście mąż me cenas wybronił trucicielkę, ale skądinąd wiem, że zięć nie bardzo jej odpowiadał. – Tutaj Fredka zawieszała tajemni czo głos i szeptała cicho: – Rozważ to, proszę, Eryku.
    – Co? – pytał tata gapowato. – Czy mecenasowa zabiła gości z premedytacją?
    – Nie! – podnosiła głos Fredzia. – Nie. Tylko czy ona was nie otruje?
    – Kto? – pytał tata. – Mecenasowa?
    – Nie! – ryczała Fredzia. – Violka, tumanie! – I rzucała słuchawkę.
    Jakieś zalety Violka pewnie miała, bo tata ją lubił, a my patrzyłyśmy na nią jak na egzotyczne, kompletnie nam obce zwierzątko. Uwielbiała śpiewać. I to stało się przyczyną jej upadku.
    Violka chyba po cichutku marzyła o karierze wokalistki w grupie taty. Ja mam słuch muzyczny pierwszego stopnia: wiem, że grają. Jednak Lady Vi śpiewała tak zapamiętale, że nawet ja słyszałam, iż fałszuje, a co dopiero tata! W końcu nie zdzierżył i spytał Violę, czy zna anegdotę o góralu, a gdy spytała jaką, opowiedział bez litości:
    – Góral usłyszał śpiewającego cepra i spytał: „A co wy, panocku, tak śpiwocie, jakby wam sierp z rzyci wyciągali?”
    Viola aluzję zrozumiała i dostała piany, zrobiła się straszna awantura i niedoszła gwiazda grupy Kabanos opuściła z hukiem nasz dom. Do jej odejścia przyczyniła się chyba nie tylko urażona ambicja; myślę, że miała już szczerze dość zajmowania się cudzymi dziećmi. Bez niej było trochę smutno, za to znacznie spokojniej. No, bo może słuchu nie miała, ale osobowość na pewno.
    Tata skwitował jej odejście krótko:
    – Nie można jej odmówić pewnego braku talentu.
    – W jakiej dziedzinie? – spytałam. – Gotowania czy śpiewu?
    – Obydwu, niestety.
    Mniej więcej w tym czasie odezwała się mama. Zadzwoniła. Pytała, co słychać.
    – Okay – powiedziałam, patrząc na sterty brudów na podłodze, krześle i kanapie, na stół czarny od śmieci, szklanek i petów. Gdzieniegdzie wystawały brudne skarpetki. Tata tworzył, a to niestety kolidowało z resztą otaczającego nas świata.
    Wzbogaciliśmy się o pianino, które wciągnięto przez okno, bo drzwi okazały się zbyt wąskie. Wszyscy byli w amoku. Zbliżała się premiera nowej płyty i promująca ją trasa koncertowa.
    Siedziałyśmy z Paulina cichutko jak myszki, nawet telewizora nie wolno było nam włączyć. Czytałam jej Kubusia Puchatka. Właśnie kończyłam, gdy zaczęła strasznie szlochać.
    – Nie płacz, uspokój się, czemu ryczysz? – pytałam, tuląc łkającą kupkę nieszczęścia.
    – Płaczę, bo ty odejdziesz, tak jak mama, jak Krzyś z Siedmiomilowego Lasu.
    – Nie płacz, ja nie odejdę. Na pewno nie. Nie ja.
    – Odejdziesz, odejdziesz w dorosłość – zanosiła się płaczem.
    Boże, ona wszystko rozumiała! Rozumiała Kubusia Puchatka i to, co się dzieje. Zatkało mnie, ale spokojnie poczęłam jej tłumaczyć, że jeśli odejdę w dorosłość, to właściwie odejdziemy razem, i że tak naprawdę to my obie cały czas idziemy właśnie w tę stronę. Boże! Jaka ona jest mądra! Dzięki niej i ja to sobie uświadomiłam.
    Wieczorem opowiedziałam o tej rozmowie tacie, a on skomentował krótko: „Nerwica sytuacyjna”. Dobry sobie!
    W niedzielę rano zabrał nas na cały dzień do zoo, jak twierdził, po to, byśmy wróciły do stanu dziecięcej niewinności. Było bosko. Szczególnie podobały się nam małpy. Jak tylko weszliśmy do zoo, Paula zauważyła napis: NIE KARMIĆ ZWIERZĄT
    Zdziwiona spytała:
    – To one nic nie jedzą, te zwierzęta? Czym one żyją?
    Musieliśmy jej wytłumaczyć, co i jak. I niech nam będzie wybaczone, ale daliśmy, ku jej ogromnej radości, bułkę słoniowi.
    Paulinka zaczęła tatę molestować, by kupił lody.
    Tata się zdziwił:
    – Lody? Latem?
    Rzeczywiście było to dość banalne, ale lody ogromnie nam smakowały. Szczególnie arbuzowe. Jedliście kiedy arbuzowe? Po prostu poezja.
    Potem poszliśmy do ptaszarni i spędziliśmy tam zaczarowane pół godziny. Było magicznie. Zupełnie jakbyśmy się znaleźli w jakimś egzotycznym zakątku świata. Ptaki, kolorowe, rozświergotane, otaczały nas ze wszystkich stron. Błądziłam od jednej zagrody do drugiej i nie mogłam oderwać oczu od tego rozwrzeszczanego, zabawnego tałatajstwa. Wrażenie robiły naprawdę fantastyczne. Rzeczywiście, zoo to świetne miejsce, by zapomnieć o wszystkich kłopotach i zmartwieniach dnia codziennego.
    Precz z nerwicą sytuacyjną! Niech żyje zoo! Nie chciałyśmy w ogóle wyjść, ale tatuś przekupił nas obietnicą kina.
    Poszliśmy na Shreka i nie da się ukryć, że się zakochałam. Na całe życie. Uwielbiam Shreka i jestem skłonna założyć z Paulina jego fanklub. Obie kategorycznie stwierdziłyśmy, że musimy iść na to jeszcze raz, najlepiej natychmiast. Tatuś zbladł, bo kiedy zakochałyśmy się w stu jeden dalmatyńczykach, oczywiście rysunkowych Disneya, spędził z nami kolejnych osiem niedziel w kinie. Chciałyśmy pójść dziewiąty raz, ale się zrobił zielony, więc mu darowałyśmy. Dziś udało mu się wyciągnąć nas z kina pod fałszywym pozorem, że jest późno. Zgodziłyśmy się niechętnie, ale zapowiedziałyśmy, że my tu jeszcze wrócimy. Obie postanowiłyśmy przeznaczyć naszą tygodniówkę na kupno biletów. Może też uda się namówić Fredzię, żeby nas zabrała. Snułyśmy tego typu plany przez całą drogę do domu, ku niewymownej zgrozie tatusia.
    To był wspaniały dzień. Wycałowałyśmy w domu tatkę, nie bacząc na jego okropne zażenowanie. Jak chce, to naprawdę jest cudowny.
    Potem, niestety, pojawiła się pani Ilonka. Właśnie trwała próba kapeli, kiedy rozległo się straszne walenie do drzwi. To była pani Ilona. Miotała się, krzyczała, że spać nie może. Tatuś przeprosił, powiedział, co i jak, że zespół itd. Obiecał ciszę. Uspokoiła się i poszła.
    Następnego dnia tatko kupił kwiatki i poszedł ją przeprosić. Długo nie wracał, bardzo długo. Potem pojawili się oboje i tato powiedział, że teraz pani Ilonka będzie się nami zajmować.
    – Czy umie gotować? – zapytałam.
    Tata spojrzał na nią, a ona się uśmiechnęła i powiedziała:
    – Jasne.
    I była to, niestety, prawda.
    Tatuś kupił nowe garnki, w których Ilonka codziennie przygotowywała rosołki, kotleciki, kurczaczki, budynie i inne cuda, o których przedtem nawet nie śniłyśmy. Mieszkanie lśniło, ciasto pachniało. Miałyśmy wszystko poprane i poprasowane.
    Pani Ilonka krążyła po domu, na nas wielkiej uwagi nie zwracała, tylko rwała tatusia. Tak się do niego wdzięczyła, że kością w gardle stawały mi kotleciki, kurczaczki i budynie. Rano chodziła po domu w lokówkach, a gdy koło południa z taty pokoju zaczynały dochodzić oznaki życia, biegła do łazienki, pozbywała się lokówek, psikała perfumami „Femme Fatale”, obciągała długą spódnicę w kratę, w której myła podłogę, i zaczynała do nas gruchać:
    – Karolinko, pozwól, poprawię ci warkoczyk. Polusiu, może kawałek ciasta z jagodami? Jest przepyszne!
    Patrzyłyśmy na siebie z Paulinką i zgodnie opuszczałyśmy lokal, udając się w kierunku podwórka. To było okropne.
    – A jak ona uwiedzie tatusia? Jak on się z nią ożeni? – pytała Paula.
    – To będziesz do końca życia jadła pyszne kurczaczki – odpowiadałam jadowicie.
    – Nie sprzedam się za żadne kurczaczki – mówiła. – Przecież ona nas nie znosi.
    To była prawda. Pani Ilonką nas nie znosiła, darła się i wściekała, kiedy tata nie słyszał. Wygadywała na nas i na naszą mamusię. Mamusia jaka była, taka była, ale to zawsze przecież nasza mamusia. I na pewno była fajniejsza niż ta cała Ilonka.
    A tatuś się zachwycał:
    – Jakie pyszne zraziki, koszulka jak ślicznie uprasowana!
    Kupiła go, leniwca jednego. Popatrywałyśmy na siebie ze zgrozą. On to może zrobić. Ożenić się z Ilonką. Dostaniemy Ilonkę za macochę. Wolę bidul. Na pewno będzie nam tam lepiej niż z Ilonką. Cholerny Kopciuszek to nie jest rola dla mnie, a tym bardziej dla Pauli. Nasza awersja do Ilonki rosła, rosła też niechęć Ilonki do nas. Wszystko, co robiłyśmy, było złe, my byłyśmy głupie i niegrzeczne. To, co robił tatuś, było dobre. Bałagan, pety, skarpetki na stole. Tatuś był twórcą, a my zawadą. To przecież takie proste.
    Bałyśmy się, że tatuś przepadł z kretesem, aż tu raptem usłyszałam, jak mówi do swoich kumpli:
    – No dobra, z Ilonki jest straszny kaszalot, ale gotuje świetnie.
    „Hurra! hurra!” – zaczęłam krzyczeć w duchu.
    – Może się z nią nie ożeni… – zakomunikowałam Paulinie.
    Rozpoczął się rok szkolny i trzeba powiedzieć, że dzięki pani Ilonie wszystko toczyło się dosyć składnie. Miałam książki i zeszyty, może nie te najładniejsze, bo nie dała mi ich kupić, tłumacząc tacie, że są za drogie, ale jakieś tam mi kupili. Paula poszła do zerówki i nawet jej się spodobało. Dawało się przeżyć.
    Aż wybuchła bomba. Paula, głupiutka Paula, jedząc jakiś wyjątkowo pyszny obiadek Ilonki, skomentowała:
    – No, jesteś kaszalot, ale umiesz gotować.
    Rozpętała się burza z piorunami. Mała zaczęła się tłumaczyć, że to nie ona, tylko tatuś. No i zrobiło się piekło, jakiego jeszcze nigdy nie widziałam. Kamienica trzęsła się w posadach. Skończyło to się wymarszem śmiertelnie obrażonej
    W niedzielne przedpołudnie zawitała do nas pani Kleopatra Tongo del Abdiz Bongo. Gdy stanęła w drzwiach i nieśmiało powiedziała: „Ja szukać moja męża, Abdullaha Tongo del Abdiz Bongo” – wszyscy zamilkliśmy i otworzyliśmy usta. Nawet tata. Nawet Krzysiek, Marek i Lech. No, bo było na co popatrzeć. Kleopatra miała ze sto osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu i taką figurę, że klękajcie, panowie. Usta Angeliny Jolie, biust lepszy niż u Pameli Anderson. Otulona białą dżelabą, wyglądała zjawiskowo.
    Wszystko to jednak stworzyła natura, a nie chirurgia – podkreślał tata, gdy panowie na gorąco komentowali wydarzenie. No cóż, tata nawet wspomniał, że nabrał szacunku do mamy, skoro wygryzła z pozycji żony taki cud natury.
    Panowie rzucili się gromadnie na Kleopatrę, posadzili na kanapie, zaproponowali piwo, obiad i małżeństwo w ramach zadośćuczynienia. Nastąpił totalny zamęt. Sytuacja trochę się wyjaśniła dopiero po dobrej półgodzinie przesłuchiwania jej w trzech językach. Polskim, którym Kleo trochę się posługiwała, bo, jak się okazuje, przez jakiś czas przebywała w naszej ojczyźnie u boku niewiernego Abdullaha, oraz angielskim i francuskim, o których miała pewne – tak to nazwijmy – pojęcie, podobnie jak kombo pt. tata i przyjaciele. Jej historia była dość prosta.
    Przebywała z mężem w Polsce już prawie dwa lata, gdy Abdul pod jakimś pretekstem wywiózł ją do Afryki i zniknął. Od jego kolegów dowiedziała się o naszej matce i o romansie. Wtedy sprzedała kury, osła i resztę dobytku i ruszyła w świat szukać niewiernego. Wędrówka ta zakończyła się na naszym progu.
    – Wyjechać, wyjechać – powtarzała przerażona. – Gdzie wyjechać? Do Afryka?! Ja przyjechać, on wyjechać. On nie wrócić do mezą, on go do Bolanda, Polanda, Polon.
    Potem zaczęła strasznie płakać.
    – What I do, what I do, co ja zrobić, co ja zrobić…
    Rzeczywiście, co robić?
    Piękna i nieszczęśliwa Kleopatra nie miała ani pieniędzy, ani kąta do spania. Została u nas ku radości taty i zawodowi jego kolegów. Wszyscy ją chcieli przygarnąć, nawet ci żonaci.
    Nie miałam sumienia pytać, czy umie gotować. Była taka śliczna. Chodziła po mieszkaniu i wszystko ją dziwiło. Musiałyśmy ją oświecić, jak działają domowe mechaniczne urządzenia. Pralkę zaakceptowała i posługując się jednym, tak zresztą jak my wszyscy, programem, potrafiła zrobić przepierkę. Kuchenka mikrofalowa pozostała jednak dla niej po wsze czasy tajemnicą. Jedyną rzeczą, którą upiekła w niej z sukcesem, była rączka do wyjmowania talerza. Rozlała się obok frytek i stanowiły razem intrygującą martwą naturę z elementami abstrakcji – tak się wyraził kumpel taty, Krzysiu, który zawsze podkreśla, że jest niespełnionym historykiem sztuki. Jej podgrzewane bułeczki lub na przykład pizza o zmienionej strukturze białka powinny, według Krzysia, stanowić trwałą inspirację dla twórców New Age. Byłoby to symboliczne przekształcenie prostych form, stworzonych z pszenicy, w hybrydalne dziwadła, mogące być symbolem manipulacji genetycznych i w ogóle bezsensownych ingerencji człowieka w naturę.
    Najwyraźniej udało mu się zrealizować swoje ambicje, gdy recenzował osiągnięcia kulinarne Kleopatry. Krzysiu był zresztą dosyć namolny i od przybycia czarnej piękności prawie nie wychodził z naszego domu. Kleo nie bardzo załapywała, co on mówi, bo Krzyś, nie wiedzieć czemu, postanowił poderwać ją na intelekt.
    – Ja nie rozumieć, co ty mówić – szeptała i oblizywała górną wargę. Potem kręciła rąbkiem bluzki i wlepiała w Krzysia swoje wielkie oczy.
    Tata twierdził, że to właśnie prowokowało przyjaciela do wygłaszania mętnych uwag i opinii. Coś nawet powiedział o ukrytej pedofilii i słabości do niezbyt rozgarniętych dziewczynek. Tu jednak posunął się za daleko i Krzyś się obraził. Ale nie na długo, bo rozumiał świetnie, że tatą kierowała „samcza zazdrość”. To z kolei komentarz babci Fryderyki, której opowiedziałam o rozgrywających się u nas potyczkach słownych, zainspirowanych urodą królowej Saby (jeden z komplementów, jakimi ją obdarzano). Krzyś nie był jedynym wielbicielem naszego gościa.
    Odpadki Kleo wyrzucała przez okno (podobno tam u nich wszyscy tak robią) i strasznie się dziwiła, gdy nasz dozorca, pan Teoś, przyleciał z awanturą. Zresztą zaraz się uspokoił, jak ją zobaczył i kiedy wszystko mu wyjaśniłyśmy. Kleo tłumaczyła: „Moja mamon wyrzucała, grandma wyrzucała” – a ja dodawałam, że w Egipcie wszystko błyskawicznie wysycha w sześćdziesięciostopniowym upale i że taki tam zwyczaj: śmieci za okno! Pan Teoś zachwycił się, jakie to praktyczne, i odtąd co dzień przychodził zapytać, czy śmieci nam nie wynieść, a nawet zaproponował, że może wziąć Kleo do dozorcówki, bo ma bardzo przyjemną, na co ona odpowiedziała, że nie, że dziękuje, bo ma męża, chociaż niewiernego.
    Kleo w sprzątaniu była beznadziejna, ale, o dziwo, nieźle gotowała różne egzotyczne potrawy, kuskus czy faszerowane warzywa. Była miła i wesoła. O wiele lepsza od Ilonki. Wszyscy ją bardzo lubiliśmy. Tylko Fredka, jak przyszła na inspekcję i trafiła na Kleo, to zaniemówiła. Nie myślałam, że kiedyś coś takiego zobaczę. A potem zrobiło jej się słabo i Artur ją zabrał. Później dzwoniła, ale tatuś wyłączył telefon. Powiedział, że ona go męczy. Ja myślę.
    Było bardzo wesoło, bo Kleo zaczęła występować z taty grupą i okazało się, że jest po prostu świetna. Kiedy się pokazała na estradzie w dżelabie, z tamburynem i zatańczyła, to publiczność po prostu oszalała. Była boska; matka ziemia i symbol seksu – to najczęściej pojawiające się na łamach gazet określenia. Kolorowa prasa ścigała ją wszędzie. Od ślubu Ibisza nie mieli lepszego tematu. Polska Iman – tak ją nazywali.
    Jeden reporter to kazał się podnieść na wysięgniku, aby sfotografować Kleo w zaciszu domowym, czyli u nas w mieszkaniu. Ekscytująca, cudowna, tajemnicza Kleo nie schodziła z ust całej Polski. Małysz przestał się liczyć. Nastąpiła moda na african etno i zespół tatusia, o balcan etno nikt już nie chciał słyszeć. Kayah podobno strasznie histeryzowała, a Goran wyemigrował do Australii, gdzie stworzył duet z pewną aborygenką. Ale nie jestem pewna. Bracia Golcowie dwie godziny stali po autograf Kleo. Dostali od niej po buziaku i tatuś był strasznie zazdrosny. Uratował ją jednak z rąk Halinki Mlynkovej, gdy ta chciała jej oczy wydrapać na rozdaniu Fryderyków.
    Niestety, przez wścibstwo reporterów i paparazzich musieliśmy, ku wielkiemu żalowi pana Teosia, wyprowadzić się z bloku i przenieść do willi w Zalesiu Dolnym. Było to konieczne, ale nie takie złe, bo Zaleśko jest piękne, szkoła fajna, a ‘tata ma studio nagrań w domu. Zamieszkaliśmy w ślicznym białym dworku. Każda z nas ma superpokój, tylko tata jęczy, że do końca życia będzie spłacał kredyt.
    Mamy bardzo miłą kucharkę. Właściwie jest to pani do wszystkiego, ale najlepiej gotuje. Honorata jest grubiutka i wesoła. Lubimy ją bardzo, a jej czebureki i pierogi po prostu uwielbiamy. Myślę, że tak właśnie wygląda szczęśliwe życie. Cisza, spokój i dostatek. Wszystko na swoim miejscu. No, oprócz mamy. Ciekawe, jak jej się wiedzie. Czy też jest szczęśliwa tak jak my?
    Nasz dom w Zalesiu Dolnym stoi w lasku brzozowym. Leżałyśmy z Paulinką w trawie i czytałyśmy W dolinie muminków, kiedy wśród drzew ukazała się tańcząca Kleo. Jej na wpół rozwinięty turban falował zgodnie z ruchami ciała. Czarno-białe brzozy otaczały i wchłaniały tancerkę. Wydawało się, że jest jedną z nich, wysoka, czarna, w białej dżelabie. Podnosiła ręce, zdawała się modlić. Potem opadała ku ziemi, zastygała w bezruchu i znowu się podnosiła, by wirować jak szalona. Patrzyłyśmy na to jak oniemiałe. To było jak sen, jak marzenie. Magia, po prostu magia. Wreszcie Kleo opadła, zmęczona, na koc i przytuliła się do nas.
    – Kleo! Co to było?
    – Kleo być smutna. Kleo samotna wśród obcych, to Kleo tańczyć.
    – My przecież bardzo cię lubimy, i my, i tata, a ludzie ciebie po prostu uwielbiają.
    – Tak uwielbiają, że Kleo nie może wyjść na ulica, bo zaraz ma podarta dżelaba. Ja nie chcieć, coby oni mnie uwielbiać, ja tęsknić do Egipta i do palm, i Nila – mówiła szybko, pełnym rozpaczy głosem.
    Nawet przez myśl mi nie przeszło, że Kleo może być u nas nieszczęśliwa. Miała tutaj wszystko, a tam chatę z gliny i kury w sąsiedniej izbie. A nawet i tego nie miała, bo przecież kury i osła sprzedała.
    – Ja chcieć, coby bociana mnie dziecko przyniosła i ja być mąż – zakończyła kuriozalnie.
    Mrugałam oczyma, bo do końca nie wiedziałam, czy ją dobrze rozumiem. Natomiast Paulinka od razu zareagowała z oburzeniem:
    – Jaka bociana, Kleo, co ty gadasz? Przecież wiesz, że to ani bociana, ani kapusta dzieci nie przynoszą.
    – Ja tak mówić, bo myśleć, że ty nie wiedzieć.
    – Ja wiedzieć i mogę ci wytłumaczyć – zgłosiła się ochoczo Paulinka.
    – Nie trzeba – szybko przerwała Kleopatra i chyba się zaczerwieniła pod tą swoją czernią. A może mi się tylko zdawało.
    Liście opadały z drzew, brzozy pożółkły, wiał zimny i przejmujący wiatr. Smutek zapanował w domu. Kleo snuła się, coraz bardziej ponura. Popłakiwała po kątach. Ta sama Kleo, która była jedną wielką radością i witalnością.
    Bardzo się zaniepokoiłam depresją Kleopatry. Zastanawiałyśmy się obie z Paulą, jak jej pomóc. Paulinka zdecydowała się działać. Zaciągnęła mnie do basementu, czyli inaczej piwnicy, gdzie tata miał swoją norę, czyli studio nagrań.
    Tata siedział z nogami na stole. Sączył leniwie żywca i przywitał nas bardzo przyjaźnie:
    – Stonka, spadać, przeszkadzacie.
    – Nie wiem, w czym – burknęłam i spojrzałam wymownie na piwo.
    – Tworzę – warknął tata.
    – Akurat – odpysknęłam.
    – Uspokójcie się – tonowała spór Paulinka. – Mamy, tatku, poważny problem.
    Tata zainteresował się:
    – Jaki?
    – No, chodzi o Kleopatrę, ona jest nieszczęśliwa – wypaliła Paula.
    – Nieszczęśliwa? – zadziwił się tatko. – Nie zauważyłem.
    – Ty byś słonia nie zauważył, chyba żebyś się o niego potknął – wypaliłam.
    – Hormon! Zamknij się natychmiast! – krzyknął tatuś.
    Nadęłam się i zamilkłam, a Paula powiedziała, że Kleo płacze, bo jest samotna, i tatuś powinien się z nią ożenić. Wytrzeszczył oczy i wychrypiał:
    – Co? Co ty, dziecko, gadasz?
    – Tak – pochwyciłam ochoczo wątek. – Powinieneś uczynić z niej przyzwoitą kobietę, jesteś jej to winien.
    Zdanko to, bardzo moim zdaniem zgrabne, przeczytałam właśnie wczoraj w jednym romansie Da Capo. Co prawda akcja rozgrywała się w dziewiętnastym wieku, ale uważam, że miało ono swoją klasę i wagę. No i ten styl! Na tacie też zrobiło wstrząsające wrażenie, bo o mało się nie udusił piwem, a potem, niestety, nas nim opluł. Niechcący oczywiście.
    – Ja… Ja… – wybełkotał – nie mogę.
    – Dlaczego?? – spytałyśmy zgodnym chórem.
    – Nie dojrzałem jeszcze do małżeństwa. Ja bardzo lubię Kleopatrę, bardzo, ale to poważna decyzja i nie jestem jeszcze gotów jej podjąć.
    – Trele-morele – powiedziała Paulina. – Gadka-szmatka. Przecież ożeniłeś się z naszą mamą, więc jesteś dojrzały.
    – To było dawno i źle się skończyło.
    Tata wyraźnie doznał szoku, wiec zabrałam Paulinę i wyszłyśmy, udzielając mu wskazówek, by sobie to jeszcze przemyślał, i tłumacząc, że nie ma pośpiechu, powinien się oswoić z tą myślą.
    Niestety, reakcja taty była zupełnie odmienna od tej, którą miałyśmy nadzieję wywołać. Tatuś mianowicie zaczął stronić od Kleo, a potem poleciał na jakąś chałturę do Stanów, zostawiając ją w domu pod fałszywym pozorem, że ma kłopoty z gardłem i nie będzie tam taką rewelacją jak u nas. Naszym zdaniem ona wszędzie byłaby rewelacją, a tylko głupi tatuś tego nie widzi.
    Kleo miała coraz gorszą depresję. Nawet nasza kucharka Honorata zaczęła się nad nią użalać i robić rosołek argentyński, który był jedną z jej specjalności. Pomagał podobno na wszystko. Niestety, Kleo nie chciała go nawet wziąć do ust. Uratowałyśmy sytuację, likwidując całą przepyszną zupkę w dwie minuty. Z zupką dało się to zrobić, gorszy był problem z Kleo. Nie wiedziałyśmy, co powinnyśmy przedsięwziąć. Kleopatra snuła się po domu w koszuli nocnej, wszystko wyrzucała przez okno, płakała albo spała.
    Zabrałyśmy ją do afrykańskiej restauracji „Tam-Tam”, gdzie zjadłyśmy świetne mięsiwo Kalego, same, bo ona tylko się skrzywiła, odsunęła talerz i powiedziała, że dobre, ale nie ma na to ochoty. Paulinka przygadała mi, że jestem głupia, bo Kali to postać literacka, więc potrawa nie może być oryginalnie afrykańska. Może i miała rację, ale przecież Kleo powiedziała, że niezłe, a i lokal miał klimaty afrykańskie. Mogło ją to ożywić, ale nie odniosło skutku. Niestety.
    Tatuś zachował się – co tu mówić – jak prosiak i zostawił nam na głowie kompletnie załamaną i pogubioną Kleo. Nie okazał się on dżentelmenem, oj, nie!
    Zaczęłyśmy kombinować, jak ją pocieszyć i rozerwać, i wpadłyśmy na pomysł, aby wezwać na pomoc Krzysia, który ongiś się durzył w Kleo.
    Szczęśliwym trafem nie brał udziału w amerykańskiej turze tatki. Poprztykali się i ich drogi artystyczne się rozeszły. Tak to tłumaczył w każdym razie Krzysio. Zaprosiłyśmy go i ubłagałyśmy, aby zajął się Kleo, bo my nie dajemy rady. Zgodził się bardzo ochoczo. Udzieliłyśmy mu tylko jednej rady: by nie był zbyt intelektualny, bo to onieśmiela Kleo. Ona ceni u mężczyzn bardziej prymitywne przymioty, sam chyba rozumie. Co on zrozumiał, dokładnie nie wiem, lecz parę dni później zobaczyłam, jak gonił Kleo po domu, wydając okrzyki jak Tarzan i waląc się pięściami w piersi. Włochate! Musiał obejrzeć parę kawałków z WeissmuIIerem w roli Tarzana. No, Kleo na pewno była tego warta.
    Myślałam, że ona weźmie go za głupka, ale ją to bawiło i po raz pierwszy od niepamiętnych czasów śmiała się jak szalona. Potem zaczęli wychodzić z domu na dyskoteki i sama nawet nie wiem gdzie. Dobrze się razem bawili. Miło było na nich patrzeć, gdy wychodzili wieczorem, radośnie podnieceni – Krzyś w wielkich rozciągniętych swetrach, a Kleo w swoich bajecznie kolorowych, zamaszystych szatach. Wyglądali wspaniale. Potem zwęszyły ich romans kolorowe magazyny i więcej siedzieli w domu, czuląc się niemożliwie. Kleo piekła dla Krzysia falafele, którymi on się zajadał.
    Sielankę przerwał nasz kochany tatuś. Wrócił niespodziewanie z tournee, strasznie wściekły. Opowiedział, że cała ta podróż była totalnym niewypałem i on to wszystko… No, właściwie lepiej zostawmy w spokoju cenne wypowiedzi tatki.
    Jedyna fajna przygoda spotkała go w Chicago. Wracał po bibendzie – takie ma określenie dla alkoholowych sesji – do swojego pokoju na trzynastym piętrze hotelu i bardzo się spieszył. Po piwie, jak wiadomo, pędzi. Wyskoczył z windy i szybko dopadł drzwi pokoju. O dziwo, nie były zamknięte, więc wparował jak burza do swojego apartamentu i zniknął w klozecie. Gdy wyszedł, zapinając rozporek, zobaczył siedzącego w fotelu przed telewizorem oniemiałego Japończyka. Nieznajomy się podniósł, a tata znieruchomiał, czekając, co tamten zrobi. Japończyk pochylił się w głębokim ukłonie. Tatuś odkłonił się i szybko pokłusował w stronę drzwi. Po wyjściu zauważył, że trafił do pokoju usytuowanego piętro wyżej. I to była najfajniejsza przygoda taty w całym wojażu po Stanach. Opowiadał, że widział w zasadzie tylko hotele, sceny i garderoby.
    Kiedy spostrzegł, że Krzyś zaprzyjaźnił się z Kleo, zaczął wygłaszać monologi o niewdzięczności przyjaciół, zepsuciu obyczajów i tym podobne dyrdymały. Kleo chowała się po kątach i nie bardzo rozumiała, co jest grane, ale ja rozumiałam, bo celnie spuentowała to Fredzia, mówiąc:
    – Co chcesz, Karolciu, to tylko mężczyzna, więc poczuł się urażony. Ktoś naruszył jego ego, zakłusował na jego terytorium.
    Tak właśnie było. Niegłupia czasem bywa ta nasza Fredka. No, ale na mężczyznach to ona się znać powinna. W końcu ma czwartego męża.
    Tato cierpiał, przyglądając się rozkwitającemu uczuciu dwojga przyjaciół. Przełożyło to się, Bogu dzięki, nie na rękoczyny i afery, lecz na twórczość liryczną. To wtedy powstał jeden z jego najlepszych przebojów. Wszyscy przecież słyszeli: „Cierp, duszo, cierp. Obolała, osłupiała, cierp”. Piosenka była na pierwszym miejscu listy przebojów przez sześć tygodni. Dostaję gęsiej skórki, jak przypomnę sobie zachrypnięty głos Krzyśka, śpiewającego w ciemności wielkiej sali koncertowej te dramatyczne słowa. Tacie, jak to napisał, od razu humor się poprawił i tylko dzwonił do przyjaciół z branży i pytał, czy nie wiedzą, ile w tym roku dostaje się za Fryderyka. A potem chichotał obrzydliwie, opowiadając o ich konsternacji i niepokoju.
    Romans Kleo i Krzysia nabierał przyspieszenia. Trzymali się za ręce i patrzyli sobie w oczy. Krzysio wrócił do grupy, być bliżej ukochanej, i strasznie molestował tatę, aby napisał dla nich duet. Tata jednak, zamiast zająć się twórczością muzyczną, zajął się niejaką Andżeliką Florczakówną.
    Fredka, jak o niej usłyszała, to od razu stwierdziła, że samo imię powinno ją wyeliminować. Niestety, tatko oszalał. Patrzył na Florczakównę jak ranny bawół. To znaczy: równie tępym wzrokiem. Kupował jej ciuchy w świetnych butikach. Ten kaszalot miał gust, i figurę też nielichą. Andżelika pracowała, przynajmniej teoretycznie, jako modelka i hostessa. Teoretycznie – bo się specjalnie nie przepracowywała, a odkąd wdała się w romans z tatusiem, rzadko pojawiała się na wybiegu. Była głupia jak stołowa noga. Jak mawiała Frytka – uroda pawia i jego mózg, niestety. Największym powodem do dumy była dla niej historyjka o babce, która zatonęła wraz z „Titanikiem”. Opowiadała ją wszystkim i oglądała w kółko Titanica na kasecie, rzewnie przy tym płacząc.
    Kiedy wspomniałam o tym Fredce, ta mi poradziła, bym spytała, na którym pokładzie płynęła szanowna babcia. Zrobiłam to natychmiast, wywołując u kaszalota dziki wybuch histerii, a tata zaczął się awanturować, że jestem niemiła dla jego gości.
    Andżeliką była dosyć małomówna, prawdopodobnie dlatego, że nie miała nic do powiedzenia. Fredka mówiła, ze to stąd, iż Andzia pochodzi z rodziny wielodzietnej, a jak wiadomo, w takich rodzinach inteligenta ulega niekiedy rozproszeniu.
    Babcia miała jakiegoś przyjaciela z czasów młodości, który rozpieszczał żonę, ale zawsze jej mówił: Sois belle et ei, co znaczy: „Bądź piękna i milcz”. Było to podobno małżeństwo idealne. Faceci kochają takie śliczne i takie głupie. Mądre kobiety skrywają swój intelekt, bo łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż mądrej kobiecie złapać faceta. Powiedziałam babci, że to historyjki z czasów przedfeministycznych i teraz jest inaczej. Ale w gruncie rzeczy nie wiem, czy to ja mam rację, czy babcia.
    Zima szalała za oknem, gdy Kleo i Krzyś zamieszkali razem. Płakałyśmy z Paulinką, kiedy się wyprowadzała. Mieli zamiar się pobrać, jak tylko Kleo uzyska rozwód, co – jak się należy domyślać – było poważną międzynarodową operacją.
    Przed świętami pojechałyśmy z Paulina do Warszawy na spotkanie z babcią Fryderyką. Chciała kupić nam prezenty gwiazdkowe, które same miałyśmy wybrać. Mało to romantyczne, ale babcia jest pragmatyczna zawsze i wszędzie.
    Stała na stacji metra Centrum, wysoka, chuda, imponująca. Rude włosy przyciągały wzrok, a pstrokate poncho dodawało jej egzotyki. Przywitała nas, krzycząc tubalnym głosem:
    – Witajcie, dzierlatki!
    Obejrzałyśmy się szybko, czy nikt nie słyszy, ale oczywiście słyszeli wszyscy obecni w promieniu kilometra.
    Pomaszerowałyśmy do Galerii Centrum. Ja upatrzyłam sobie fajny sweter z asymetrycznym dekoltem, a Paulina przymierzyła się do Sagi o wiedźminie Sapkowskiego. Obie byłyśmy bardzo zadowolone i może lepiej, że same wybierałyśmy prezenty.
    Potem Fredzia dała się namówić Pauli na wizytę w Burger Kingu. Po drodze postanowiła kupić pomarańcze od jakiejś babiny. Zatrzymała się przy niej, popatrzyła na owoce, a potem zapytała tym swoim tubalnym głosem:
    – A skąd pani wie, że to samiec?
    Na pomarańczach leżała bowiem kartka z napisem: „Pomarańcz złocisty, 3,50 zł”.
    Babinę najpierw zatkało, a potem, kiedy zaczęłyśmy się śmiać jak głupie, bluzgnęła.
    Spytałam Fryderykę, po co się wynurza i zwraca takiej babie uwagę, narażając się na awanturę. A ona na to:
    – Jak nie ja, to kto? W tym kraju wszyscy wszystko sobie odpuścili. I mamy to, co mamy. Wczoraj jedna kobieta powiedziała w autobusie: „Jaka pogoda, taki rząd, jak na górze, tak i na dole”. Jak ci się to podoba?
    – Bardzo mętne.
    – No, może masz rację, ale spójrz na pogodę i na rząd, a przyznasz, że coś w tym jest.
    – Babciu, nic nie ma. Przypadkowa zbieżność.
    Nie była przekonana.
    – Ale się babci zebrało – powiedziała Paulinka. – Chodź my lepiej do Burger Kinga!
    I poszłyśmy. W Burger Kingu Fredzia dalej kontynuowała występy. Na pytanie Paulinki, jak jej smakuje hamburger, odparła ponurym, ale jak zawsze tubalnym głosem:
    – Gówno smakuje lepiej.
    Parę osób przy sąsiednich stolikach zakrztusiło się, a potem popatrywało na nas ukradkiem. Paulina wysyczała:
    – Babcia robi nam wieś.
    A na to Fredka:
    – Co mówisz, kochanie?!
    Fredka, jak chce, to robi się głucha. Ja też nie mogłam jeść, bo się śmiałam.
    Cokolwiek by mówić, Fredka jest zabawna, głowę ma dobrą, a dowcip jak brzytwa. Chciałabym taka być w jej wieku. Jedno jest pewne: ona wciąż jeszcze dobrze się bawi. A to chyba najważniejsze. Wytłumaczyłam to później Paulinie, ale miała wątpliwości. Uważała, że babcia jest naiwna, okropnie naiwna, jeśli myśli, że coś zmieni, zwracając uwagę babinie z pomarańczami.
    Sądzę, że babcia nie ma nadziei na żadne zmiany. Ona po prostu robi to, co uważa za słuszne. Na swój sposób sprzeciwia się rzeczywistości. Wzorcowy przykład konserwatystki i zarazem zgniłej liberałki. Bo babcia wiele rzeczy akceptuje, nawet aborcję, w pewnym zakresie oczywiście. Lubię sobie z nią pogadać na poważne tematy i kocham jej poczucie humoru.
    Nie wydaje mi się, abym przekonała Paulinkę. Może kiedyś to zrozumie, a może nie. Do pewnych spraw trzeba dojrzeć. Niektórym się to nigdy nie udaje.
    Po powrocie do domu opowiedziałyśmy tatce o występach Fredzi. Bardzo się ucieszył i zrewanżował nam podobną anegdotką.
    W łódzkiej filmówce był taki facet pochodzenia żydowskiego, który zajmował się organizacją produkcji. Kiedyś, za komuny jeszcze, bezskutecznie poszukiwał krochmalu, którym w dziewiętnastym wieku usztywniało się męskie koszule. Pilnie potrzebował go do filmu historycznego, lecz – jak to często bywało za tamtych lat – nigdzie nie mógł dostać. Henio, bo tak miał na imię ów gość, przeszukał całe miasto i nic. Nagle patrzy, a ulicą Piotrkowską idzie zakonnica w pięknie wykrochmalonym kornecie. Niewiele się zastanawiając, podbiega, by spytać, skąd bierze bezcenny krochmal, i… problem, nie wie, jak należy się do niej zwracać. Chwila namysłu i mówi: „Proszę samiczki księdza…”
    Święta spędziliśmy w domu przy wielkiej, wspaniałej choince. Paliło się w kominku, stół ślicznie udekorowałam jedliną i ostrokrzewem. Przyszła Fredka z Arturem i Kleo z Krzysiem. No i oczywiście Andżelika. Było bardzo miło. Jedliśmy pyszne karpie w szarym sosie i po żydowsku.
    Andżelika zabrała głos tylko raz, aby nam powiedzieć, że do jej babki sąsiadka z kamienicy, niejaka Rebeka Żółtko, przychodziła i pytała: „Jak się robi ten karp po żydowski, pani Florczakowa?” Takiego znakomitego karpia przyrządzała jej świętej pamięci babka.
    Fredka od razu się ożywiła i zaproponowała Andżelice przygotowanie ryby według tego przepisu.
    – Niestety – odparła Andżelika grobowym głosem. – Przepis poszedł na dno razem z „Titanikiem”.
    Nigdy więc nie poznałyśmy tej rewelacyjnej receptury; ale ta, według której przyrządzała karpia Honorcia, też była super.
    Po wieczerzy siedzieliśmy wokół choinki i śpiewaliśmy kolędy – Największa sensacja nastąpiła jednak później, gdy Kłeo i Krzyś oznajmili nam, że się spodziewają rudego bejbika. Będzie miał na imię Omarek, bo to, ich^ zdaniem, połączenie arabskiego Omara z polskim Markiem. Radość była ogromna, wszyscy ich wycałowaliśmy, nawet tata.
    Ostatnią i najbardziej wyczekiwaną atrakcją były prezenty. Przeżyłyśmy z Paulina ogromną radość, dostałyśmy bowiem wymarzonego od lat, ślicznego małego jamniczka, którego nazwałyśmy Gucio. Teraz każdego dnia a raczej wieczora, kłócimy się, gdzie Gucio ma spać, w moim łóżku czy Pauliny.
    Andżelika wprowadziła się do nas. Był to dzień żałoby. Kompletnie załamane, zadzwoniłyśmy do Fredzi a ona powiedziała, że spotkała na mieście Lecha, taty kumpla, który jej powiedział, że Andżelika bardzo prze do małżeństwa. Tata się jeszcze broni, ale to, zdaje się, obrona Alpuhary. Zaraz polegnie. To, że się tylko wprowadziła, to jego kłopot. Nie chce się z nią rozstać i zaproponował na próbę luźny związek. Andżelika strasznie się podobno obrażała mówiąc, że w jej rodzinie tak nigdy nie bywało, by – mieszkać bez ślubu, ale się przełamała, bo, jak powiedziała strasznie tatę kocha.
    Fredka wyciągnęła z tej historii jeden wniosek.:
    – Ona zaraz zajdzie w ciążę, ten typ tak ma.
    – Nie! – wykrzyknęłam ze zgrozą.
    – Tak, gwarantuję ci. Tego rodzaju panienki – w ten sposób załatwiają opornych narzeczonych. Zobaczysz, będziecie jeszcze miały rodzeństwo – zawyrokowała (grobowym głosem Fredzia.
    – Rodzeństwo byłoby fajne, ale nie z tej beznadziejnie Sępiej Andżeliki. Wyobraź sobie, Fredziu, jaki by to dziecko miało iloraz inteligencji!
    – Czy czasem nie przesadzasz, mała?
    – Nic a nic! Babciu, czy ty nie mogłabyś porozmawiać 2 tatusiem? Jakoś go ostrzec czy co?
    – Wasz tatuś jest już dużym chłopczykiem i wcale mnie nie posłucha. Sam powinien wiedzieć, jak należy się strzec dziewczyn, które przyjeżdżają do Warszawy z parą majtek na zmianę i z mocnym postanowieniem zrobienia kariery. Najlepiej przez łóżko i faceta. Bo to najłatwiejsze, a one nie mają nic oprócz urody i tych majtek. Zresztą ja jestem tylko jego byłą teściową i nie mam na niego żadnego wpływu.
    – Fredziu, pomyśl, ty jesteś taka mądra, na pewno wymyślisz jakąś metodę spławienia tej panienki.
    Bezczelnie się przypochlebiałam w nadziei uzyskania wsparcia. Nie da się ukryć, że Andżelika nie przypadła mi do gustu. Przypominała trochę Ilonkę, tylko bardziej się panoszyła, pewna poparcia taty, który kompletnie stracił dla niej głowę.
    Skończyłam rozmowę i pomaszerowałam do kuchni. Małe co nieco to oczywiście prosta droga do nadwagi, ale nic tak nie poprawia humoru.
    Niestety, trafiłam akurat na konwersującą z Honorcią Andżelikę. Usłyszałam, jak nadaje niczym karabin maszynowy:
    – Moja babka na „Titanicu” złapała tylko swoje sobole, kiedy schodziła, podtrzymywana przez kapitana, do łodzi ratunkowej. Niestety, ta łódź poszła na dno z powodu przeciążenia, a tak chociaż sobole by się uratowały. Potem już nigdy nie mieliśmy żadnej fortuny, bo babka wszystko zabrała na „Titanica”. Była narzeczoną kupca zbożowego, który ją po prostu uwielbiał. Wszystko jej kupował. Kiedyś obiecał futro z popielic, a bawili akurat w jego majątku pod Pułtuskiem. Rano pojechali do Pułtuska, weszli do żydowskiego sklepiku przy rynku, babcia się rozejrzała i skrzywiła pogardliwie. To była okropna, śmierdząca nora. Odwróciła się do swojego narzeczonego i powiedziała: „Wątpię, abyśmy tu dostali…” W tym momencie z pokoiku na zapleczu wynurzył się Żyd w chałacie, szamańskim ruchem wyciągnął z kąta jakieś wyleniałe futerko i zaczął nim potrząsać. „Chcesz, pani, wątpię? Masz, pani, wątpię”.
    To fajna historyjka. Niestety, Andżelika musiała ją zepsuć dodatkową puentą:
    – Takie to były przed wojną oszukańce z tych Żydków.
    Boże, Ty to słyszysz i nie grzmisz? No nie, Fredziu, ratuj! Ten mój tata to chyba musi być ciężko porąbany, by w ogóle rozważać małżeństwo z kimś takim. Musimy go uratować.
    Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Długo nie miałyśmy koncepcji, jak to przeprowadzić. Obserwowałam Andżelikę, ale nie przychodziło mi do głowy nic, co by ją mogło wypłoszyć. Tata dużo pracował i siedział w basemencie, a Andżelika snuła się po domu. Możliwe, że rzadko mając z nią kontakt, tata po prostu nie widział jej reakcji i nie słyszał odżywek. Mnie one raziły strasznie, ale ja jestem edukowana przez Fredzię, która twierdzi, że pewnych rzeczy nigdy nie należy akceptować. Nazywa to przedwojenną szkołą. Andżelika panoszyła się bezkarnie, ja tylko mogłam zgrzytać zębami.
    Nie poświęcałam jej dużo uwagi, bo akurat miałam tyły w szkole i musiałam się trochę przyłożyć. Poza tym poznałam takiego jednego Jasia, który mi bardzo przypadł do smaku. Zaczęliśmy się ze sobą prowadzać, jak powiedział tatuś. Ciekawe, że on nie widzi przywar Andżeliki, ale istnienie Jasia zauważył. To chyba jakaś specyficzna wada wzroku. Może on po prostu nie chce widzieć zachowania tego kaszalota, bo mu z nim dobrze.
    Andżelika zaczęła wprowadzać w domu swoje porządki, dyrygować mną i Paulina. Co chwila się słyszało: sprzątnij to czy tamto, przynieś, wynieś, pozamiataj. Sama nie była taka robotna i w każdym głupstwie wysługiwała się Honoratą, która i tak ma za dużo pracy. Honorcia tylko na nas popatrywała, kiedy Andżelika opowiadała różne głodne kawałki o swojej rodzinie – a to, że jej stryjeczny wujek był starszym referentem w Wąbrzeźnie, a to, że kuzynka jej ciotki ze strony męża chodziła do liceum z samą Violettą Villas. Oczywiście mogłam się w tym dopatrzyć swego rodzaju rewelacji – nie wiedziałam, że V.V. chodziła do liceum – ale tego rodzaju historyjki były żenujące. Jaś stanowił dla mnie pewne wsparcie, bo przykazywał mi: weź ją olej. Może bym i tak zrobiła, gdyby Honorata nie zaczęła wspominać coraz częściej, że chyba odejdzie, bo nie ma już siły i jest za stara, by obrabiać taki duży dom. Naprawdę zaś miała dość, bo Andżelika bez przerwy się do niej przyczepiała, tak jak i do nas. To był jeden horror – ta laska taty. Nic jednak nie mogłyśmy na to poradzić. Tatuś dostał takiej manii, że chciał tylko od Stefanii – to Fredzia trawestująca Boya.
    Jaś popadł w konflikt z katechetą. Chciał go zagiąć, a nasz wikary nie dał sobie w kaszę dmuchać i zagiął Jasia. A było to tak. Jaś powiedział, żebyśmy uważali, bo on dzisiaj załatwi katechetę. Na lekcji podniósł rękę i wywołany powiedział, że ma problem następujący:
    – Czy Pan Bóg, będąc wszechmogącym, może stworzyć takie pudełko, że nie będzie wiedział, co jest w środku? Bo przecież Bóg jest wszechwiedzący?
    Myślał, że zażył księżula, ale Rysio, nasz wikary, odparł z politowaniem:
    – W Ewangelii świętego Mateusza, rozdział dwudziesty siódmy, wiersz piąty, zapisano, że Judasz, odszedłszy, powiesił się. A u świętego Łukasza, rozdział dziesiąty, wiersz trzydziesty siódmy, czytamy, że Jezus rzekł: „Idź, i ty czyń podobnie”.
    Klasa ryknęła śmiechem, a nieszczęsny Jasio chodził jak niepyszny i coś gadał o niechrześcijańskich uczuciach szerzących się wśród kleru. Stanęło na tym, że to ja musiałam go pocieszać.
    – Muszą ich tam w seminarium uczyć takich grepsów. Wiesz, są takie specjalne techniki radzenia sobie w trudnych sytuacjach.
    – Myślisz, że ta odżywka była już wcześniej przygotowana?
    – No jasne, przecież to chyba oczywiste – powiedziałam autorytatywnie.
    Podbudowało go to trochę. Miło być dla kogoś wsparciem.
    Z matematyki jestem strasznie kiepska i bez przerwy Jasiek musiał mi coś tłumaczyć. Ledwo, ledwo się wyczołgałam na mierny w pierwszym semestrze.
    Jasio poprawił swoje stosunki z katechetą, gdy powiedział, że rozważa możliwość przejścia na protestantyzm. W wikarym obudził się duch misjonarski i zaczął walczyć o duszyczkę niepewną swojej wiary. Po długich polemikach Jasio dał się w końcu przekonać i powrócił na łono Kościoła. Przy okazji lekcje religii nabrały dynamizmu, ciągle wybuchały jakieś dyskusje. Poznaliśmy podstawowe założenia różnych religii, toczyły się zagorzałe spory na temat słuszności tej czy innej tezy głoszonej przez prawosławie lub judaizm. Okazało się to naprawdę fascynujące i dzięki temu nauczyliśmy się znacznie więcej, niż było w programie, a Rysio, odkrywszy w sobie talent misjonarza, postanowił w przyszłości całkowicie poświęcić się temu zajęciu.
    Lubiłam swoją nową szkołę. Ciągle się w niej coś działo. Fajne było też to, że po lekcjach całą gromadą chodziliśmy nad rzekę. Siadaliśmy na brzegu i gadaliśmy o szkole, książkach, muzyce. Chłopcy przynosili gitary, coś próbowali grać. Było czadowo. Uwielbiałam te nasiadówy. Wracaliśmy ze szkoły czasem i dwie godziny później. Honorata się złościła, ale zawsze jakoś ją udobruchałam. Zimą zaś odwiedzaliśmy się w domach, gdzie można było liczyć na jakieś kanapki czy ciasto. Pojadaliśmy i gadaliśmy, gadaliśmy. W szkole nazywali naszą klasę „docenty”. Bo ambicje mieliśmy straszne. Jak nie dyskutowaliśmy o Dżumie Camusa, to o kinie czeskim albo o Kusturicy. Oczywiście nie zawsze tak bywało. Co jakiś czas pojawiała się jakaś nowa fajna gra komputerowa. Wymienialiśmy ją między sobą i omawialiśmy strategie. Często zresztą, ku zgrozie rodziców, przez telefon. Innym wariactwem, które nas opanowało, był Warhammer. To taka gra. Można w niej być elfem albo krasnoludem, karczmarzem lub rozbójnikiem. Kiedyś graliśmy w to całą sobotę, noc z soboty na niedzielę i jeszcze pół niedzieli. To był prawdziwy maraton. Biedna Honorcia tylko nam donosiła jedzenie. Mieliśmy sesje u mnie, bo akurat tata pojechał w trasę. Czasem jego wyjazdy ujawniały swoje dobre strony. Nie da się ukryć, że za sprawą nietypowej sytuacji rodzinnej miałam większe luzy niż inne dzieciaki.
    Po kolędzie przyszedł do nas wikary i zastał piekło, bo Honorata kłóciła się z Andżeliką, która po chamsku ją potraktowała. My broniłyśmy naszej ukochanej Honorci. Ta zaś chlipała w fartuch. Jednym słowem, panoptikum. Tata z księdzem jakoś sprawę załagodzili, ale gdyby nie wikary, to nie wiem, czy nie stracilibyśmy Honoraty. Już gotowa była się wyprowadzić.
    Sytuacja dojrzała do rozwiązania. Chwyciłam za telefon i zadzwoniłam do Fredzi. Opowiedziałam jej o zachowaniu naszej przyszłej macochy i o tym, że gosposia chce odejść.
    – To by była katastrofa! – wykrzyknęła Fredzia. – Bez niej zginiecie.
    Miała rację, bo leniwa Andżeliką wyobrażała sobie, że bycie damą polega na tym, że nic się nie robi. Zdaje się, że teraz ja bym musiała jej usługiwać. To niewiarygodne, ale ona była gorsza niż Ilonka i Violka razem wzięte. Jak tata to robi, że trafia na takie laski? To chyba jakieś fatum albo kara za grzechy popełnione w poprzednim życiu. A co myśmy narozrabiały, że los tak nas karze? Tata to na pewno popełnił jakąś zbrodnię. Chociaż właściwie to on robi wrażenie zadowolonego, że ma taką świetną sztukę, na której widok koledzy oblizują się łakomie.
    Wpadła do nas z wizytą zaniepokojona Fredzia i próbowała wpłynąć jakoś na Andżelikę. Opowiedziała jej historię starej księżnej Radziwiłłowej, która w czterdziestym pierwszym roku musiała uciekać przed bolszewikami, przedzierając się przez zieloną granicę. Aby tego dokonać, trzeba było przejść pieszo przez bagna na Polesiu. Kiedy ją spytano, czy da radę, odparła: „Chyba mnie dość dobrze wychowano, abym przez te bagna przeszła”. I przeszła. Bez słowa skargi. A miała wówczas blisko osiemdziesiąt lat.
    Ładna historyjka, ale jej morał był oczywiście dla Andżeliki niedostępny. Talmudyczne przykłady, które miały pokazać Andzi, że damy są przygotowane na różne sytuacje życiowe, że są zawsze uprzejme dla wszystkich, zwłaszcza zaś dla ludzi stojących niżej na drabinie społecznej, trafiały w kompletną pustkę. Smrodek dydaktyczny rozsiewany przez Frytkę nie odniósł żadnego skutku. Nawet przykład księżnej nie zadziałał. Naiwna Fredzia usiłowała jeszcze opowiadaniami, jak w jej domu traktowano służbę, dać Andżelice do myślenia, ale ta nie używała mózgu bez koniecznej potrzeby. Żadne aluzje nie skutkowały.
    Babcia powiedziała więc wprost, że Honorata jest bezcenna i Andżelika powinna o nią dbać, bo inaczej całe gospodarstwo spadnie na jej głowę. Niestety, i ta rozmowa nie przyniosła żadnego rezultatu. Andżelika nadal źle traktowała Honorcię i zwracała się do niej per niech – niech pozmywa, niech podniesie. Było to nie do zniesienia i nie do przyjęcia. Ta forma pewnie była dobra przed pierwszą wojną; dziś stała się wyłącznie przejawem chamstwa. Według Andżeliki dama leżała na kanapie i poniewierała służbą – i ona właśnie ten model realizowała.
    Dzwoniła do swoich przyjaciółek i mówiła:
    – Ta służba teraz jest okropna. Przed wojną kucharka w majątku mojej babci nigdy by się nie ośmieliła odmówić pani. A ta tutaj powiedziała, że nie upiecze gęsi, bo o tej porze roku nie są smaczne. Ja mam ochotę na gęś, a jej się oczywiście nie chce. No, ale ja zrobię z tym porządek! – odgrażała się.
    Ten majątek pewnie należał do kupca zbożowego, który utrzymywał jej babcię, kupował futra w Pułtusku i zabrał ją na „Titanica”. Co znaczą tradycje rodzinne! Tylko że teraz nie ma handlu zbożem, są za to dziani muzycy rockowi w średnim wieku. Boże! Przez tę przeklętą Andzię robię się cyniczna. Jeszcze i to muszę zapisać na jej rachunek. Chyba powinnyśmy iść do kina na jakiś film dla dzieci, może znowu na Shreka, aby odwrócić zgubne skutki pobytu Florczakówny pod naszym dachem.
    Gadała tak głośno z tymi swoimi przyjaciółkami, że słychać było w całym domu. Honorcia powiedziała, iż nie odchodzi tylko dlatego, że kocha Paulinkę i mnie, a ta Florczakówna zamęczyłaby nas w pięć minut, gdyby się nie bała, że Honorcia zobaczy.
    Paulinka przytulała się do Honorci i prosiła z płaczem:
    – Ale ty nas nie opuścisz, prawda?
    Serce mi się ściskało, kiedy to widziałam. Honorata była dobrym człowiekiem, obejmowała Paulę i obiecywała, że zostanie. Była jednak tylko człowiekiem i jej cierpliwość mogła się skończyć. Zdawałam sobie dobrze z tego sprawę i drżałam. Tata był ciągle nieobecny, mama – Bóg jeden wie gdzie. Honorata i Fredzia stanowiły nasze oparcie. Zwłaszcza Honorata, bo była po prostu na miejscu.
    Mama przysyłała nam listy, w których opisywała swoje przygody w Afryce. Brała udział w jakichś safari, opisywała dramatyczne polowanie, fotograficzne oczywiście, podczas którego szarżował na nią nosorożec, ale mało pisała, co teraz naprawdę robi. Nie wspominała w ogóle o panu Tongo Bongo ani kiedy wróci. Pytała, co u nas, i my porządnie jej odpisywałyśmy, że w porządku, dobrze nam się dzieje, i tym podobne grzecznościowe dyrdymały.
    Tata, Fredka i Honorata bardzo o nas dbają, może być spokojna.
    Mama stawała się odległą przeszłością. Pewnego dnia Paulina spytała:
    – Jakie mama miała oczy?
    Zapomniała, biedactwo.
    Tata nie widział ostatnich wyczynów Andżeliki, bo znowu pojechał w trasę. Gdy wrócił, opowiedziałam mu, jak się jego ukochana zachowuje, ale stwierdził, że przesadzam, uprzedzam się do Andżeliki, jestem zazdrosna. Przecież to taka miła dziewczyna, bardzo ciepła i opiekuńcza. Kiedy wyszłam z pokoju, zobaczyłam Andżelikę podsłuchującą za drzwiami. Spojrzała na mnie wzrokiem, który mówił, że jeńców nie bierze. Miałam u niej definitywnie przechlapane.
    Zaczęła się walka na serio. Wszystkie chwyty były dozwolone. Poszła do szkoły i sugerowała mojej wychowawczyni, że ma ze mną straszne kłopoty, że prawdopodobnie biorę coś, może narkotyki, kradnę pieniądze itd.
    W domu tacie naopowiadała, że stwarzam problemy w szkole, bo jestem pyskata i niegrzeczna. Byłam też, według niej, zamieszana w kradzież; niczego mi wprawdzie nie udowodniono, ale to dziwne, bo i jej ostatnio ginęły pieniądze. Tatuś wezwał mnie na rozmowę i strasznie krzyczał, nie chciał słuchać żadnych tłumaczeń. Obwiniał Bogu ducha winnego Jasia o zły wpływ i w ogóle szukał kozła ofiarnego, nawet w osobie Fredzi, twierdząc, że mnie rozbisurmaniła. Też ma słownictwo!
    Sytuacja dojrzała do rozwiązania. Umówiłam się z Fredką na naradę, no – prawie wojenną. Spotkałyśmy się w „Bramie”, takiej knajpie dla młodzieży przy Teatrze Rozmaitości. Fredka, ubrana w ręcznie dziergany sweter i spódnicę w kolorze ostrego fioletu, była widoczna z daleka. Wyglądała jak egzotyczny ptak wśród czarno odzianych ludzi. Pomachała mi wesoło ręką, chcąc zwrócić na siebie uwagę, tak jakby to było potrzebne.
    Kiedy do niej podeszłam, pocałowała mnie i spytała:
    – Co słychać, mała?
    Zaczęłam szybko nadawać o okropnym życiu w domu z Andzią, ale mi przerwała:
    – Na stresy najlepsze jest pyszne jedzonko. Co zamawiasz?
    – A co mi radzisz?
    – Może meze. To zestaw greckich przystawek. Poznasz więcej możliwości tej knajpy, kiedy ich spróbujesz.
    – Okay – zgodziłam się bez oporu.
    Fredzia wyznaje magiczną wiarę w terapeutyczne działanie jedzenia i picia. Jest to tym bardziej szokujące, że nasza mama jest wegetarianką, a ciocia Ewa posunęła się jeszcze dalej. Ostatnio była bretarianką, ale może w Indiach zmieniła orientację. Żywnościową, oczywiście. Zajadałyśmy z apetytem i rzeczywiście poczułam się lepiej, pochłaniając pyszne rzeczy i relacjonując Fryderyce najnowsze akcje Andżeliki.
    Opowiedziałam o tym, jak ostatnio zajrzałam do basementu i zobaczyłam Andzię malującą sobie paznokcie u nóg. Tata, swoim zwyczajem, trzymał nogi na stole i czytał „Politykę”. Andzia zaś nadawała: „Wiesz, nie rozumiem, co to jest, że niektórzy ludzie tak nie znoszą Karoliny. Wczoraj Grażyna powiedziała mi…” Nie słuchałam dalej. Pobiegłam na górę i popłakałam się.
    – I dobrze zrobiłaś – powiedziała Fredzia. – Kto podsłuchuje, ten usłyszy. A płacz pomaga. Czasem warto popłakać, czasem warto się napić wódki. Oczywiście tego ostatniego ci nie doradzam. Nie przejmuj się tym, co ta głupia Andzia plecie, przecież wiesz, że to nieprawda.
    Objęła mnie i przytuliła. Odsunęłam się, bo przecież nie będę się publicznie rozklejać. Muszę być twarda. Już dawno sobie to postanowiłam. Jednak głos podejrzanie mi drżał, gdy dalej skarżyłam się babci.
    – No, ja wiem, ale czy tata też wie? A jeśli ona mu to wmówi? Jak go do mnie źle nastawi? Jeżeli tata ją będzie wolał niż mnie?
    – No tak, masz problem, mała! Tego twojego ojca kompletnie porąbało, że dał się omotać takiej Andzi, za prze proszeniem. Oscar Wilde powiedział: „Zła kobieta to taka, która się nigdy nie sprzykrzy”. Miejmy nadzieję, że nie miał racji. Zresztą na kobietach znał się raczej słabo… – Fredzia włożyła do ust całego, niewielkiego na szczęście, greckiego gołąbka. – Pycha! Wiesz, że oni to zawijają w liście winogron?
    – Dlaczego? – zapytałam.
    – Dlaczego zawijają?
    – Nie, dlaczego nie znał się na kobietach?
    – Był gejem.
    – No tak, trudno by go uznać za eksperta, ale na pewno coś w tym jest. W każdym razie brzmi przekonująco. Zło ma swój powab…właśnie takim czymś głupim jestem zmartwiona. Może na tym właśnie polega problem Andżeliki? Może nie mam w walce z nią żadnych szans. Słyszałam kiedyś takie określenie – urok wszeteczności, to może być to. Ale przecież ona jest prymitywna i posiada klasy
    Nie to chyba jednak nie to. Biłam się z żartem babci, to, co przed chwilą sobie mruknęła. Fretka zastanowiła się, a potem powiedziała:
    – Nie demonizowałabym tej w sumie dość prostej baby. Jest ładna i bez skrupułów. Wasz tata jest nie zawsze odpowiedzialny, żałowałam, że się rozstali z Kasią.
    – Ale teraz sprowadził ją do domu.
    – No, on zawsze był trochę Karo! Uroda jest dla mężczyzn wabikiem – powiedziała Fryderyka
    Byłam pewna, że babcia mi pomoże. Niestety, nie miała jeszcze koncepcji działania, Skonsultuje się z Arturem, poduma i wymyśli świetny plan?
    – Wymyślę świetny plan – oznajmiła i oczy rozbłysły jej radością.
    – Bongo – jak go złośliwie nazywał tata, odszedł w niebyt. Natomiast podejrzanie często mama wspominała o jakimś Albercie…,
    – To musi być jej nowy l’aison – powiedziała babcia.
    – Co? – spytałam prostacko.
    – L’aison – przeliterowała babcia cierpliwie. – Związek, romans. Nie wiem/ czy zauważyłaś, że jak nazwać niektóre rzeczy po francusku, to one lepiej wyglądają.
    – Nie zauważyłam – odparłam. – Ale też nie znam francuskiego
    – O Boże! – wykrzyknęła babcia. – To straszne! Powinnaś się koniecznie nauczyć. Czego cię uczą w szkole?
    – Angielskiego.
    – A! Angielski może być – zgodziła się łaskawie. – Ale francuski byłby lepszy. Porozmawiam z moją przyjaciółką Zosią, może zgodzi się ciebie uczyć.
    – Ale, babciu, ja nie mam czasu. Mam bardzo dużo zajęć – oponowałam.
    – Nie zawracaj głowy. Jak Zosia się zgodzi, musisz znaleźć czas, i koniec.
    No, to jest właśnie cała Fredzia. Z innej epoki. I koniec. Do domu wróciłam jednak trochę podbudowana. Ciekawe, co Fredzia wymyśli.
    Pojawiła się po tygodniu. Była bardzo z siebie zadowolona. Uściskała Paulinę, popieściła Gucia. Ten oczywiście zsiusiał się na jej widok. Kiedy wytarłam kałużę szmatą, zamknęłyśmy się we troje, to znaczy babcia, ja i Gucio, w moim pokoju. Paulince powiedziałyśmy, że mamy bardzo osobiste sprawy do omówienia. Trochę się nadęła, ale pozwoliła nam w spokoju pogadać.
    – No i co, babciu, wymyśliłaś? – zaatakowałam od razu.
    Babcia uśmiechnęła się promiennie. Otuliła się szczelniej swoim poncho i powiedziała:
    – To nie było proste. Długo kombinowaliśmy z Arturem, jak wam pomóc. Nie jest to jednak wcale łatwe. Rozmowy nie dadzą skutku, a posuwanie się do jakichś akcji siłowych w tej sytuacji jest raczej niemożliwe. W końcu Artur przypomniał sobie kawał, który kiedyś Eryk Lipiński zrobił Kazimierzowi Rudzkiemu, doprowadzając niemal do rozwodu bardzo udanej pary. Ten pomysł nas zainspirował. Nie martw się. Niedługo rozpoczynamy akcję odwetową. Postanowiliśmy jednak nie wtajemniczać cię w szczegóły.
    Oburzyłam się:
    – Jak to? Dlaczego? Muszę wiedzieć. Nie zgadzam się na wykluczenie z zabawy. A poza tym kim są ci dwaj faceci, o których wspomniałaś?
    – To znany, nieżyjący już aktor i jego przyjaciel, rysownik. Bardzo weseli to byli panowie. Co do ciebie, to podejrzenia na pewno zwrócą się w twoim kierunku. Jeśli nie będziesz znała szczegółów, możesz wiarygodnie zaprzeczać. Mało tego – musisz zachorować.
    – Z rozkoszą. To zawsze – przytaknęłam skwapliwie.
    Babcia szybko skończyła rozmowę i nie chciała więcej wracać do tematu. Poszła do kuchni, gdzie Honorata właśnie kończyła pyzy. Oczywiście wszystkie trzy rzuciłyśmy się na nie z entuzjazmem. Pycha! Całe szczęście, że Andżelika i tata pojechali akurat do kina. Nikt nie psuł nam przyjemności i mogłyśmy jeść i śmiać się do woli.
    Po kolacji babcia zabrała nas na spacer nad Jeziorkę. Zawsze hołdowała angielskiej zasadzie: po obiedzie spocznij chwilkę, po kolacji przejdź się milkę. W przestrzeganiu jej upatrywała przyczynę swojej znakomitej mimo (tu by się obraziła) podeszłego wieku formy. Wiek Fredzi był tematem tabu i wszelkie wzmianki o nim wywoływały furię.
    Wydaje mi się, że ona sama usunęła go z pamięci. W ramach higieny psychicznej. I bardzo dobrze, bo dzięki temu była wiecznie młoda.
    Tym razem też dała nam popalić. Przebiegłyśmy kłusem parę kilometrów, bo Frytka nie chodzi, tylko biega. Paulinka o mało co ducha nie wyzionęła. Noc była bardzo jasna. Księżyc, okrągły jak moneta, świecił wysoko. Zalew wyglądał tajemniczo i poetycko. W wodzie odbijały się płaczące wierzby. Nie pamiętam, kto powiedział, że zbuduje dom nad wodą, by się w niej odbijał, i dzięki temu życie w nim będzie podwójnie szczęśliwe. Tak właśnie się czułam w czasie tego spaceru, podwójnie szczęśliwa.
    Paulina opowiadała Fredzi o swoich przygodach w zerówce. Była taka rozemocjonowana. Biedna mysz, nie ma z kim pogadać. Ja mogę zwierzyć się chociaż Jasiowi albo Dominice, mojej kumpeli. Paulina ma tylko mnie i Honoratę. Powinna poznać więcej miejscowych dzieciaków. Wtedy będzie jej weselej. Może ktoś z mojej klasy ma młodsze rodzeństwo, muszę się rozejrzeć. Gadała tak, jakby dorwała się do głosu pierwszy raz od stu lat. Fredzia słuchała uważnie, zadawała rozsądne pytania. Pomagała jej ustawić stosunki z kolegami.
    Słuchałam w milczeniu i miałam trochę wyrzutów sumienia, że nie poświęcam więcej czasu siostrze. Takiej fajnej siostrze. Jasne, że sama mam problemy z Andżeliką, a ostatnio też i Jasio jest jakiś dziwny. No, ale siostra to siostra.
    We wtorek tatuś pojechał w trasę, a w czwartek przyszedł do niego list. Andzia obracała w rękach kopertę, niepewna, co z nią zrobić. Listy w dzisiejszych czasach stanowiły prawdziwą rzadkość, a ta koperta, bladoróżowa i wytworna, pachnąca ambrą czy piżmem, wyglądała egzotycznie i tajemniczo.
    Przechodziłam akurat korytarzem, gdy listonosz wręczył pocztę Andżelice. Widząc jej wahanie, podsunęłam:
    – Otwórz, to może być coś ważnego, a tata wróci przecież dopiero za kilka tygodni.
    Popatrzyła jeszcze przez chwilę na list, a potem zdecydowanym ruchem rozerwała kopertę. Zaczęła szybko czytać. Na jej twarzy odmalował się wyraz zdziwienia i niedowierzania.
    – Co to za list? – spytałam.
    – Podobno jesteś chora, marsz do łóżka!
    – Już idę, ale co to za list? – nalegałam.
    – Później ci powiem, zresztą może i nie powiem, to przecież do Eryka, nie do ciebie. – Okręciła się na pięcie j odeszła.
    Potem z jej pokoju dochodziły jakieś hałasy. Jakby rzucała czymś o ścianę, ale nie zwracałam na to uwagi, ciesząc się łóżeczkiem, herbatką z malinami i Rodziną Whiteoaków, którą czytałam, korzystając z grypy. Wszystkie piętnaście tomów, dziwnym trafem, pożyczyła mi Fredzia, jakby przewidując, że się rozchoruję na dobre. Pocieszała mnie przy tym, że ta rodzina to dopiero miała problemy! Rzeczywiście. Nasze wobec ich to małe miki.
    Minęło kilka dni, gdy zauważyłam w rękach Andżeliki kopertę podobną do tamtej. Tym razem nie wahała się ani chwili, tylko szybko otworzyła list i czytając go, zniknęła w swoim pokoju. Znowu wyładowała furię na niewinnych przedmiotach, bo słychać było głuche uderzenia, jakby kopała meble. W czasie kolacji przypatrywała się mi uważnie, ale miałam najniewinniejszą ze wszystkich moich min i jęczałam tylko, że strasznie boli mnie gardło i mam trzydzieści dziewięć stopni gorączki. Prosiłam o wezwanie lekarza. Honorata powiedziała, że zaraz zadzwoni do babci, by sprowadziła doktora Weissa, naszego lekarza domowego. Listami się nie interesowałam, nie pytałam o nie w ogóle. Miałam jednak przeczucie, że stanowiły jakąś część misternego planu Fryderyki.
    Lekarz, stary przyjaciel babci, stwierdził pewną poprawę. Zapisał mi jednak jeszcze kilka leków.
    – Czy mam je brać, babciu? – spytałam z niewinną minką po jego odjeździe. – Chciałabym już wrócić do szkoły. Nudzi mi się w domu.
    Babcia podarła recepty, mówiąc
    – Znałam tylko jednego człowieka, któremu pomogło to, co mu zapisał lekarz.
    – Tylko jednego? – zdziwiłam się naiwnie.
    – Tak, lekarz zapisał mu spadek – powiedziała babcia radośnie.
    Kochana babcia.
    Dłuższy pobyt w domu był naprawdę nie do wytrzymania. Ja mogłam nie wychodzić z łóżka i symulować chorobę. Lecz Andżelika, nie mając swojej ulubionej ofiary, czyli mnie, cały zły humor wyładowywała na wszystkich i na wszystkim. Honorata i Paulina popłakiwały po kątach. Ja znosiłam te histerie ze stoickim spokojem, mając nadzieję zarówno na rychły koniec pobytu Andżeliki w naszym domu, jak i wiążący się z tym koniec jej zaczepek. Jako chora, siedziałam bezpiecznie schowana w swoim pokoju, właściwie nie wynurzałam się na powierzchnię. Grzałam się ciepełkiem, które promieniowało z Rodziny Whiteoaków, i czasami udawało mi się zapomnieć o otaczającej rzeczywistości. Chciałam wszystkim powiedzieć: „Nie ma – mnie tu. Szukajcie w Jalnie”. Zresztą stara Adelina wydawała mi się nieco podobna do Fredzi, która twierdziła, że to jej ukochana książka z czasów młodości. Ciekawe, czy nie ukształtowała w jakiś sposób charakteru babci. A może to Fredzia odnajdywała w niej siebie.
    Tata wrócił do domu i natychmiast został zaatakowany przez Andzię. Krzyczała i histeryzowała tak głośno i bez sensu, że tata nie mógł się połapać, o co biega. Prosił jak kogo dobrego, by się uspokoiła, ale nie odnosiło to żadnego skutku. Andzia nakręcała się coraz bardziej. W końcu rozeźlony tata wydarł się i to przywołało ją do przytomności. Potem zamknęli się w basemencie, skąd dobiegały jeszcze wrzaski, ale już nie takie.
    Po godzinie tatuś przyszedł do mnie, trzymając w ręku różowe koperty. Spytał, czy widziałam wcześniej te listy. Tak sformułowane pytanie bardzo mi odpowiadało. Odparłam więc, że pierwszy raz je widzę.
    – Widziałam podobne koperty w rękach Andżeliki, ale nie chciała powiedzieć, co to za listy. Adresowane były do ciebie. Czy to szantaż? – zapytałam podniecona.
    – Co ci też przychodzi do głowy?! – nastroszył się tatuś. – Oczywiście, że nie! – 1 wyszedł szybko z pokoju, unikając mojego wścibskiego wzroku.
    Przez parę dni panował spokój, tata i Andzia doszli do porozumienia i widać było między nimi objawy sielanki. Niestety, w piątek znowu zobaczyłam w ręku Andżeliki złowieszczą różową kopertę. Wymachiwała nią nad głową tatusia, tłukąc równocześnie zastawę stołową. Sama nie wiem, jak jej to technicznie wychodziło.
    – To jakiś ponury żart! – krzyczał tatuś. – Nie mam z tym nic wspólnego. Uspokój się. Nie ruszaj tego Fryderyka. Nie ruszaj, bo uszkodzisz. Andżeliko, błagam cię, to jakiś spisek, prowokacja!
    Te tatusiowe prośby nie poskutkowały, bo Andżelika rzuciła Fryderykiem w gablotkę, w której znajdował się zbiór zabytkowych zegarków naszego dziadka. Tatuś próbował zasłonić gablotkę własnym ciałem i w ten sposób został uszkodzony zarówno Fryderyk, jak i tatuś. Fryderyk miał obity but, a tatko – nos. Nie uspokoiło to jednak Andzi, która dalej wyzywała tatę od łobuzów i łajdaków.
    Ojciec schował się za drzewkiem pomarańczowym i prosił, aby choć na chwilę przestała się miotać i dała sobie wytłumaczyć, że jest niewinny jak baranek. Na nic były prośby i groźby. Andzia dostała prawdziwego szału. W końcu tatuś wyskoczył zza rośliny i obezwładnił furiatkę. Pokój wyglądał, jakby przeszedł przez niego tajfun. Andżelika zaś dalej miotała przekleństwa i na dobrą sprawę nie bardzo było wiadomo, co z nią zrobić. Na razie tata ją trzymał i przemawiał do niej spokojnym, terapeutycznym głosem, że przecież jest mądrą dziewczynką i nie będzie zachowywała się jak rozpieszczony bachor, że dorośli ludzie zawsze mogą dojść do ugody i jeśli się chwilę zastanowi, to zrozumie, że wynikło nieporozumienie. Andżelika, niestety, nie chciała się zastanowić, tylko się darła i szamotała, a w końcu ugryzła tatusia, który wkurzył się ostatecznie i zaczął ją szarpać. Doszłoby może do jakichś gorszących rękoczynów czy bijatyki, gdyby nie wkroczyła Honorata i pomagając sobie szmatą, nie rozdzieliła pary kochanków.
    Niezbyt to chlubne były wydarzenia. Narzeczona tatusia sprawiała wrażenie niebezpiecznej wariatki i prawdę mówiąc, noc spędziłam razem z Paulinką w jednym łóżku. Drzwi zamknęłyśmy i nawet zastanawiałyśmy się, czy ich nie zabarykadować.
    Rankiem obudziłyśmy się haniebnie późno i nie było nawet mowy, abyśmy zdążyły do szkoły. Zeszłam na dół, cała jeszcze rozespana, rozglądając się na wszystkie strony, czy nie wyleci z jakiegoś kąta Andżelika z tasakiem. Honorata krzątała się wesoło po kuchni, podśpiewując ostatni przebój braci Golców.
    – Co ci tak wesoło, Honorciu?
    – At, i zaraz tobie będzie wesoło, tylko popatrz przez okno.
    Wyjrzałam i zobaczyłam samochód, do którego Andzia pakowała swoje rzeczy.
    – Super! Super!! Jak to się stało?
    – Pan zobaczył, że to wariatka, i powiedział, że ich drogi się rozeszły. Ma dość awantur i poprosił Andżelikę, aby się wyprowadziła. Ona uniosła się honorem, spakowała walizki i wezwała taksówkę. Postanowiła odejść bez dalszych awantur.
    – Niemożliwe! – Było to zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe.
    – Tak, tak, całą noc się kłócili, to chyba starczy.
    Paulinką wsunęła się trwożliwie do kuchni, ale kiedy jej pokazałam widoczek za oknem, zaczęła skakać do góry i skończyła na plecach tatki, który właśnie wszedł.
    – Hurra! – darła się Paula. – Hurra!
    – No, widzę, że przepadałyście za Andżelika – powiedział nasz cudowny ojciec, parząc sobie kawę.
    – Chyba, tatku, jesteś ślepy. Nie widziałeś, jaka ona była okropna?!
    – Miała swoje zalety – powiedział lubieżnie ukochany tatko.
    – Wad miała więcej. A zalety były widoczne chyba tylko dla ciebie, ja ich nie zauważyłam, a ty, Paula? – zwróciłam się o wsparcie do siostry.
    – Ja też nie, ani jednej jedynej zalety. Żadniutkiej – poparła mnie gorąco.,
    – A pani, pani Honorato?
    Honorata energicznie pokręciła głową. Widząc takie poparcie, postanowiłam iść na całość.
    – Widzisz, tatku, jakie jesteśmy w tej sprawie zgodne? Mamy, wszystkie trzy, taką prośbę do ciebie, żebyś sobie uważniej dobierał narzeczone.
    – Co? Co? – wychrypiał tatuś.
    – Tak, bardzo byśmy ciebie prosiły, by jakoś pasowały do tego domu i do nas. Poza tym nie muszą chyba zaraz z nami mieszkać. Może byś je najpierw testował poza domem?
    Tata rozejrzał się wokół i zobaczył pełną aprobatę zarówno w oczach Pauli, jak i Honoraty.
    – Dobrze, pomyślę o tym – powiedział z godnością i opuścił kuchnię, nie jedząc śniadania.
    – Hurra! Hurra! – krzyknęłyśmy i rzuciłyśmy się na siebie jak piłkarze na boisku po strzeleniu gola.
    Dzień, w którym opuściła nas Andżelika, był pięknym dniem. Nie tylko z powodu Andzi, ale i dlatego, że był to jeden z pierwszych naprawdę wiosennych dni. Ponieważ nie poszłyśmy do szkoły, tata zarządził pracę na rzecz domu. Pod tą nazwą kryło się tym razem sprzątanie ogrodu. Wylegliśmy całą gromadą na dwór i zaczęliśmy grabić, zbierać gałęzie i śmiecie. Nie wiem, skąd się tego tyle nazbierało przez zimę, bo jesienią bardzo porządnie wysprzątałyśmy. Gucio cały czas usiłował ugryźć moje grabie. Denerwował go monotonny ruch. Zawsze myślałam, że to cecha charakterystyczna dla kotów, a tu proszę!
    Honorata nie zrobiła obiadu, tylko nakroiła kiełbasy, którą piekłyśmy na rozpalonym przez tatę ognisku. Zagryzałyśmy zaś pysznymi kiszonymi ogórkami, przyrządzonymi jeszcze jesienią przez Honorcię. Był to pierwszy wiosenny piknik. Nawet praca w ogrodzie – a odwaliłyśmy niezły kawał roboty – nie wydawała się ciężka. Ziemia miała ten niepowtarzalny wiosenny zapach rozmiękłej gleby.
    Dorwałam się wreście do tajemniczych listów.
    Kochany!
    Dlaczego chowasz nasz owoc w tajemnicy przed całym światem. Nieładnie z nami pogrywasz, drogi Eryczku. Przecież nasz ukochany Jasieczek to Twój jedyny syn. Dlaczego to nam i sobie robisz? Co Tobą kieruje? Musisz mi to wytłumaczyć, gdy znowu do nas przyjedziesz. Nie spodziewałam się, że tak z nami postąpisz, w końcu Jasio jest Twoim pierworodnym synem. Trudno, cierpimy to milczeniu i dziękujemy za te dwa tysiące i samochodzik dla Jasia, co nam ostatnio przesłałeś. Z trudem zdobyłam Twój nowy adres. Nie rozumiem, czemu go przed nami ukrywasz, przecież żona od Ciebie odeszła, a ta dziewczyna, jak ludzie mówią, to nic poważnego. Jasio ma po Tobie wybitny talent muzyczny. Zamierzam przeznaczyć otrzymywane od Ciebie, jakże niewystarczające środki na naukę gry na instrumencie. Jakim – jeszcze nie wiem. Może Ty nam podpowiesz, jak znowu do nas zawitasz. Zawsze Twoja
    Marzena
    PS. Załączam zdjęcie Jasia. Zobacz, jaki do Ciebie podobny.
    List drugi
    Najdroższy Misiu!!!
    List ten piszę ze szpitala. Wczoraj o godzinie szóstej po południu urodziłam córeczkę. Zgodnie z Twoim życzeniem damy jej na imię Jagoda, na pamiątkę Twojej świętej pamięci mamusi. Jagódka waży trzy kilo sześćdziesiąt gramów. Jest śliczna, tylko trochę czerwona i pomarszczona. Ma też jakąś wysypkę. Po prostu wykapany tatuś. Jestem ogromnie szczęśliwa i mam nadzieję, że ta niewinna dziecina zwiąże nas jeszcze bardziej ze sobą. Gdy się już pozbędziesz tej okropnej Andżeliki i wprowadzisz mnie do swego domu, obiecuję, że będę najlepszą matką dla wszystkich Twoich dzieci. Wycięłam Twoją fotografię z pisma „Pani Domu” i powiesiłam w pokoju dzieci, by nie zapomniały, jak tatuś wygląda. Nie chcę być wobec Ciebie nielojalna i zgodnie z obietnicą będę się trzymała na uboczu, póki nie uregulujesz swoich spraw. Ta sytuacja nie może jednak trwać bez końca. Dzieci potrzebują nowych ubranek i zabawek. Nie zdajesz sobie sprawy, ile teraz kosztuje mleko dla maleńkiej Jagódki. Suma dwóch tysięcy, którą nam do tej pory przysyłałeś, jest absolutnie niewystarczająca. Co byś powiedział na sumę trzech tysięcy od pierwszego? Pamiętaj, że ja jestem zawsze, niezmiennie wobec Ciebie lojalna i dyskretna. Przesyłam zdjęcie Jagódki i Jasia. Czyż nie są prześliczni? Jagódka nie jest do Ciebie tak podobna jak Jaś, ale ma Twój pieprzyk. Ten, który się znajduje tam, no wiesz, gdzie… Wpadnij do nas jak najszybciej. Tęsknimy bardzo! Jaś i Jagódka całują tatusia. Ja całuję Twój pieprzyk, jak tej nocy, gdy poczęliśmy naszą córeczkę. Twoja zawsze wierna i kochająca
    Marzena
    Do listu było dołączone zdjęcie dwojga okropnych, zasmarkanych dzieci z lekkim wytrzeszczeni oczu.
    List trzeci
    Najdroższy, najwspanialszy! Mój Lwie!!!
    Noc, którą razem spędziliśmy, była naprawdę cudowna. Nigdy nie zapomnę rzeczy, które ze sobą robiliśmy, nie wiedziałam, że tak można. Chodzę jak otumaniona. To było niezapomniane przeżycie. I chciałabym wykrzyknąć całemu światu – chcę więcej. Przykro mi, że mój poprzedni list wpadł w ręce tej histeryczki, niegodnej Twojej cudownej miłości. Myślę, że zaraz po powrocie ode mnie pozbyłeś się tej zimnej ryby, tej frygidy, która nigdy nie będzie w stanie ofiarować Ci tyle uczucia co ja. Taka miłość jak nasza nie przydarza się co dzień i powinniśmy ją szanować. Jesteś dla mnie zbyt hojny. Te cztery tysiące miesięcznie, które nam dajesz, zupełnie wystarczają. Niepotrzebnie zostawiłeś jeszcze pięćset dolarów pod poduszką. Ja wiem, że chciałbyś, aby nasze dzieci miały wszystko, co najlepsze, póki się nie wyzwolisz z tego toksycznego związku z tą wariatką. Przesyłam Ci paczkę z koszulą i bokserkami, które na Tobie podarłam. Wszystko ślicznie pocerowałam, podobnie jak moją sukienkę. Co to była za noc! Może jeszcze za wcześnie mówić o tym, ale poczułam się matką. Cieszysz się, mój Lwie? Może nazwiemy maleństwo, jeśli to będzie dziewczynka – Kayah, a chłopca – Goran. Lubię ich utwory. Oczywiście nie tak jak Twoje. Co o tym myślisz? Jaś wczoraj cały dzień chodził po domu i powtarzał: tata, tata, tata. Może teraz będę miała bliźniaki? Cieszyłbyś się? To się zdarza w mojej rodzinie i nawet się dziwię, że nie przytrafiły nam się do tej pory.
    Twoja Marzena
    PS. Dzieciaczki całują tatusia. Nawet nie wiesz, jak za Tobą tęsknimy. Twoje córki na pewno się ucieszą, gdy poznają swoją nową siostrzyczkę i braciszka. Nie ma nic cudowniejszego niż taka duża, szczęśliwa rodzina.
    M.
    Po odjeździe Andzi życie stało się rajem. Cieszyłyśmy się każdą chwilą. Słońce czy deszcz, nic nas nie przerażało. Była wiosna, zaraz miało nadejść lato. Wszystko toczyło się dawno ustalonymi torami. Tak być powinno, abyśmy czuły się szczęśliwe. Może to kwestia utraty poczucia bezpieczeństwa po odejściu mamy, ale i ja, i Paulina czułyśmy się szczęśliwe tylko wtedy, gdy rzeczy i wydarzenia wydawały się przewidywalne.
    Niestety, najmniej przewidywalni okazywali się nasi rodzice. Dzięki Bogu, mama była daleko, a tata starał się, jak mógł. Miał wyrzuty sumienia po aferze z Andżeliką i próbował na swój sposób odbudować nasze stosunki. Uczynić je znowu przyjacielskimi i serdecznymi.
    Zabrał nas na weekend do swoich przyjaciół do Kazimierza nad Wisłą. No cóż… Jak to ująć? Nie było to udane przedsięwzięcie. Pozwiedzałyśmy z tatą zabytki, pospacerowałyśmy po wąwozach i to było fajne. Wieczorem jednak u jego przyjaciół muzyków zaczęła się balanga. Każdy przywiózł jakieś żarcie. My sery. Wszystko to wyłożono na stołach, postawiono świetne wina i goście zaczęli bankietować. Było fajnie, padały zabawne grepsy, toczyły się nie-głupie rozmowy. Szczęśliwa, patrzyłam na przytuloną do taty Paulę i myślałam, że jednak wygrałyśmy los na loterii. Mamy fajnego i utalentowanego ojca, mamy możliwość poznawania interesujących ludzi. Widziałam dokoła osoby znane z telewizorni, mogłam je obserwować, słuchać, co mówią – Tak nadymałam się swoim fartem aż do chwili, kiedy do taty podeszła lekko nawalona panienka.
    – Eryczku – zaszczebiotała – to jest dla mnie za mocne. Nie masz czegoś łagodniejszego?
    A Eryczek, czyli mój ukochany tatko, wyciągnął pakiecik i podał tej laleczce.
    Umarłam po prostu. Serce zaczęło mi walić, myślałam, że eksploduję. Na Boga, tylko nie to! Spojrzałam na Paulinę, czy ona coś kapuje. Nie, chyba nie zrozumiała, o co biega. Odczekałam chwilkę, uspokoiłam się trochę i zaczęłam uważniej obserwować gości na imprezce. Byli bardzo nawaleni, byli mniej nawaleni. Trudno by jednak dojść, czy to prochy, czy alkohol. Jasna cholera! Zamorduję tego mojego tatuśka. To pewne. Z trudem zachowywałam spokój. Nie chciałam mu robić obciachu publicznie, w końcu ma się te jakieś maniery.
    Fredzia by tego na pewno nie pochwaliła. Myśl o Fredzi dodała mi trochę otuchy. Dzięki Bogu, istnieje jeszcze Fredzia. Porąbany ojciec, porąbana matka. Babcia ekscentryczka, ale jednak jakoś normalna czy chociaż odpowiedzialna.
    Poczucie radości, które towarzyszyło mi na początku tej imprezki, przerodziło się w przygnębienie i depresję. Niech to diabli! Chcę do domu! To było oczywiście niemożliwe. Powiedziałam tacie, że boli mnie głowa i chciałabym się położyć.
    Dla dzieci przeznaczono do spania przygórek, taki stryszek nad chałupą. Pomaszerowałam tam z Paulina, ale i tym razem nie miałyśmy farta, bo trafiłyśmy na jakąś parkę, która wybrała sobie to właśnie miejsce, by się kochać, ale szczęście, że wchodziłam pierwsza po drabinie. Paulina dojrzała niewiele, zaraz ją zepchnęłam. To, co zobaczyła, wystarczyło, bo zapytała:
    – Czy oni uprawiali seks?
    Nie wiedziałam, co jej odpowiedzieć. Lekko mnie przygięlo, jak mówią na wsi. Pomyślałam jednak, że nie ma co kłamać, toteż potwierdziłam.
    – To wygląda zupełnie inaczej niż w filmach – skomentowała Paula spokojnie.
    Mam nadzieję, że nie dostanie jakiegoś urazu. Zresztą niewiele widziała, bo przecież zaraz ją zepchnęłam z tej drabiny.
    Wróciłyśmy do taty. Lekko histerycznym głosem opowiedziałam mu, w co wdepnęłyśmy. Tata się okropnie spłoszył i obiecał, że zaraz to załatwi. Zniknął, a gdy wrócił, powiedział, że droga wolna, możemy iść spać na przygórek. Poszłyśmy, lecz ja kategorycznie zażądałam innego śpiwora. Tata, z miną winowajcy, natychmiast gdzieś pobiegł i przyniósł naręcze koców i kołder. Otulił i pocałował Paulinkę, a ja, ostentacyjnie, odwróciłam się od niego. Ma u mnie na długo przechlapane.
    Rano szybko zwinęliśmy rzeczy i pojechaliśmy do domu.
    Całą drogę zastanawiałam się, jak rozmawiać z ojcem o tym, co się wydarzyło. W końcu uznałam, że wyższa dyplomacja to nie dla mnie, i wywaliłam mu kawę na ławę, jak tylko znaleźliśmy się sam na sam w domu.
    I nie chodziło mi o tę głupią wpadkę z parką na przygórku. To zawsze się może zdarzyć i choć lepiej, aby się nie zdarzyło, to wina taty jest tutaj… jak by to ująć… taka raczej pośrednia. Wykrzyczałam, że bierze prochy. Tata bronił się cienko. Najpierw usiłował mi wmówić, że nie zrozumiałam, że to okropne i głupie nieporozumienie. Potem, że to nic takiego, tylko hasz dla poprawienia nastroju. Potem przybrał srogą minę i zaczął mnie ochrzaniać, że się wcinam w nie swoje rzeczy, i co ja sobie wyobrażam, że usiłuję ojca pouczać, smarkula jedna.
    Ogólnie mówiąc, zrobił się kabaret. Zwykle to przecież dzieciaki biorą, a rodzice z tym walczą. U nas, oczywiście, musiało być niebanalnie. Powiedziałam tatkowi, że jak on może brać, to i ja też. Niech będzie dobrym kolegą i załatwi mi działkę. To podobno poprawia sprawność umysłową. a ja przecież niedługo będę miała egzaminy do liceum. Robiłam sobie z taty lekkie jaja, ale on to kupił. Przejął się tym przykładem, który szerzy, i zaczął mi tłumaczyć, że to be. On tego nie bierze, tylko przed tą imprezą jeden kumpel dał paru osobom działki gratis. Może tak było, noże nie. Tata się jednak przestraszył, obiecał nigdy więcej nie brać i poprosił, bym przysięgła, że będę się trzymała daleka od tego typu wynalazków. Zrobiłam to bez problemu. A tacie zapowiedziałam:
    – Będę cię miała na cynglu. Niech tylko jeszcze kiedyś zobaczę, że masz coś wspólnego z drągami, to ja też włączam się do zabawy.
    Tatuś był spłoszony jak mały chłopczyk, którego przyłapano w komórce na popalaniu papierosów.
    Tak to bywa w tej mojej rodzinie. Czasem mi się wydaje, że to ja jedna jestem dorosła. A ja chcę być dzieckiem albo przynajmniej beztroską nastolatką. Niestety, to nie dla mnie. Stara od poczęcia – to mój los. Mam tylko nadzieję, że ominie to Paulinę. Tata mówi, że jestem przemądrzała. Ja się nie wypieram. Jestem, bo być muszę. Instynkt samozachowawczy. Ot, co!
    Zaprosiłam kilka dziewczyn z klasy z młodszym rodzeństwem i zorganizowałam Pauli grupę koleżeńską. Załapała kontakt z paroma dzieciakami i potem już sami się spotykali. Cholera, muszę być dla niej i matką, i ojcem nieomal. Tata się niby stara, ale lata ciągle za groszem i – jak mówi – nawet podrapać się nie ma czasu. W każdy weekend ma koncerty. Ja zresztą nie narzekam, przynajmniej jakaś kasa jest w domu. Inni mają gorzej. Chociaż na te tematy raczej ę nie mówi, widzę, jak cienko przędą Jasiek czy Dominika.
    Pilnowałam więc taty, oczy miałam nawet z tyłu. Parę razy zrobiłam małe przeszukanie basementu. Nic jednak nie znalazłam. Bogu dzięki chociaż za to. W szkole odbywały się pogadanki na temat prochów i ja jedna słuchałam uważnie, i ja jedna miałam problem pt. „Czy mój tata ćpa?”
    Na razie wydawał się w porządku, ale przecież wyjeżdżał te swoje trasy i diabli wiedzą, co się tam działo. Wracał bardzo zmarnowany. Trudno jednak dojść, czy przyczyna było zmęczenie, alkohol czy chemia jakaś.
    Jednym słowem, miałam nerwówkę. Posypałam się znowu z matmy i fizyki. Musiałam załatwić sobie jakieś korki Tata wynalazł studenta, Jarka, który cztery razy w tygodniu wtłaczał mi do głowy wzory i formułki.
    Chodziłam też na lekcje francuskiego do przyjaciółki babci, Zosi. Frytka oczywiście nie darowała i musiałam dwa razy w tygodniu poznawać język salonów i Moliera. W tej kolejności, oczywiście. Ach, ta babcia! Reasumując, byłam urobiona po pachy.
    Nie miałam czasu na nic i Jasio urwał mi się z haczyka. Zdradził mnie, podlec jeden, z najlepszą moją kumpelą, Dominiką. Przeżywałam to dosyć mocno, bardziej jednak ambicjonalnie niż uczuciowo. Lubiłam i ją, i jego. A tu taka historia, że straciłam od razu dwoje przyjaciół. Popłakałam, pozłorzeczyłam na Dominikę, że nie ma zasad moralnych. Ba, ona by nie rozpoznała zasady moralnej, nawet gdyby się o nią potknęła. Jasio też nie lepszy.
    Fredzia, widząc mój stan, zabrała mnie na zakupy do swojego ulubionego sklepu z… tanią odzieżą. Poszalałyśmy tam nieźle. Kupiłam sobie, ni mniej, ni więcej: pięć swetrów, fajną spódnicę i dwie pary spodni. Wyszłam stamtąd jak nowa i w znacznie lepszym humorze. Paulinie kupiłyśmy też kilka ciuszków, a dla pani Honoraty piękny płaszcz. Wróciłyśmy do domu objuczone jak dwa wesołe wielbłądy. Postanowiłam machnąć ręką na Dominikę i Jasia.
    Jak powiedziała Fredzia: mała strata, krótki żal. I to jest właśnie to.
    Tata znowu wybył. Miał wrócić dopiero za tydzień Siedziałyśmy z Paulina w pokoju na parterze i oglądałyśmy Motting HilL Obżerałyśmy się też pysznymi plackami kartoflanymi produkcji Honorci. Prawdę mówiąc, powinnam ich sobie odmówić, bo ostatnio przytyłam dwa kilo. Nie odmówiłam jednak, w tych sprawach mam bardzo słaby charakter. Wcinałam placki jak wygłodniała wiewiórka. Zaśmiewałyśmy się z filmowych grepsów w miłym przekonaniu, że grzeszymy. Bo raz – pyszne i kaloryczne placki na kolację, dwa – fura nauki, która leżała odłogiem r pokoju na górze. Czasem dla higieny psychicznej trzeba sobie pozwolić na grzech. To oczywiście złota myśl Fredzi, naszej rodzinnej liberałki. Każda rodzina powinna mieć kogoś takiego.
    Było miło, domowo, przytulnie. Napaliłam w kominku i stwierdziłam, że tu mi dobrze, tu mi ciepło, tu się będę rozmnażać. Niestety nie zdążyłam się specjalnie rozmnożyć ani nawet zjeść do końca placków, kiedy do naszego raju wtargnęła mocno poruszona Fryderyka.
    – Przygnałam tu najszybciej, jak mogłam! Dziewczynki, przygotujcie się na dużą niespodziankę!
    – Co się stało, Fredziu? – krzyknęłam przerażona, spodziewając się po takim wstępie rzeczy strasznych.
    Gucio, który spokojnie spał na kolanach Pauliny, zeskoczył i zaczął potwornie ujadać. Z trudem go uspokoiłyśmy.
    Babcia złapała oddech i kontynuowała:
    – Wasza matka pojawiła się dzisiaj rano w Warszawie i zapowiedziała, że was odwiedzi!
    Zaniemówiłyśmy.
    – To wprawdzie moje dziecko, ale wyrodne. Postanowiłam was uprzedzić, byście nie doznały szoku.
    – Niespecjalnie ci się to udało, Fredziu! Nie mogłaś powiedzieć tego jakoś delikatniej?
    – Nie mogłam, bo sama się gotuję od emocji. Zadzwoniła do mnie z samego rana, że przyjechała, bo się za wami stęskniła. Jak tylko załatwi jakieś niezmiernie pilne sprawy, to do was wpadnie. Ale nie sama. Tylko z nowym narzeczonym, z którym ma zamiar wziąć ślub w Polsce… No, powiedziałam to. – Odetchnęła głęboko i padła na fotel koło kominka.
    Przyglądała się nam uważnie swoimi wyblakłymi niebieskimi oczyma. Wyglądała staro i była wyraźnie wykończona. A my? My siedziałyśmy jak martwe, ogłupiałe i oszołomione. Zero reakcji. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Byłam kompletnie ogłuszona, jakby ktoś dał mi czymś ciężkim po głowie.
    – Mówcie coś – zażądała Fredzia.
    – Ale co? – zapytałam. Czy istnieją jakieś stosowne słowa w takiej sytuacji? Czułam kompletną pustkę w głowie.
    Paulina była przytomniejsza. Zapytała:
    – Czy ona nas zabierze? Od tatusia i z tego domu, i w ogóle?
    – Nie wiem – odpowiedziała szczerze babcia. – Nie wiem – powtórzyła.
    Milczałyśmy wszystkie trzy. Każda pogrążona w swoich niewesołych myślach. Nasz świat znowu chwiał się w posadach.
    W tę ciszę wdarł się wesoły głos Honoraty:
    – Co tu tak cicho? Przyniosłam pani, pani Fryderyko, gorące placuszki. A wy, dziewczynki, czemu nie jecie?
    Zimno się jakoś zrobiło. Milczałyśmy wszystkie. Nie było o czym mówić. Przyszłość była wielką niewiadomą.
    „Ranek przynosi rozwiązania”. Znowu nam się to nie sprawdziło.
    Fredzia spała u nas. A może nie spała, bo rano wyglądała, jakby traktor po niej przejechał. Ja w każdym razie pół nocy spędziłam, przewracając się z boku na bok. Paulinka też nie prezentowała się najlepiej.
    Śniadanie przebiegło w ponurej atmosferze. Wymieniałyśmy się tylko talerzami i nawet pyszne omleciki z zielonym groszkiem, przyrządzone przez Honoratę, nie wywołały entuzjazmu. Atmosfera w domu była raczej pogrzebowa. O szkole nawet nikt się nie zająknął.
    Siedziałyśmy w domu, czekając na mamę. Obejrzałyśmy ze sto razy Notting HM, potem znowu Kaczora Howarda – ulubiony film Pauliny. Mama nie dawała znaku życia. Fredzia zaczęła się wkurzać. Zadzwoniła do Artura, ale z nim mama też się nie kontaktowała. Zjadłyśmy obiad, zjadłyśmy kolację. Nie dacie wiary, ale nie pamiętam, co jadłyśmy. Byłyśmy smutne i bez apetytu. Wieczorem Fredzia powiedziała, że musi, niestety, wracać.
    – Nie martwcie się, mama na pewno się odezwie.
    Nie martwiłam się. Wołałabym jednak, by się nie odzywała. Czy nie mogło wszystko zostać tak, jak było?
    Następnego dnia obie poszłyśmy do szkoły. Byłam okropnie rozkojarzona i złapałam mierny z polskiego. Jedyny mierny z polskiego w całej mojej karierze szkolnej. Dobroczynny wpływ ukochanej mamusi, oczywiście.
    Nasza mama, jak była, to nie była taka zła. Nie zdarzały się u nas w domu żadne katastrofy. Miałyśmy co jeść i w co się ubrać. Często kupowała nam świetne ciuchy, bo jak była przy kasie, to na nic nie żałowała. Wiedziałyśmy, jak smakuje i kawior, i łosoś. Gest i fantazję miała niezwyczajną. Potrafiła, ni stąd, ni zowąd, skoczyć sobie na parę dni do Kołobrzegu czy Krakowa. Ot, taka myśl ją naszła, wsiadała do pociągu i hajda w Polskę! Czasem z nami, czasem bez nas. Ale jeśli bez nas, to zawsze opiekowała się nami babcia albo Ewa, nasza ciocia.
    Zdarzały się oczywiście też okresy, gdy odżywiałyśmy się głównie dżemem i makaronem z sosem i o żadnych szaleństwach nie mogło być mowy. Ale na ogół układało się nieźle. Mama była wesoła i pomagała mi w lekcjach, jeśli akurat nie szalała na mieście ze swoim towarzystwem.
    Uczyła Paulinę śmiesznych pioseneczek. To wspominałam z przyjemnością. Naprawdę, nie było źle. Potrafiła też, bez uprzedzenia, nie wrócić na noc. Przyzwyczaiłyśmy się robiło to na nas większego wrażenia. Po prostu zjadałyśmy cokolwiek i szłyśmy spać. Rano mama przeważnie była. Zjawiali się jacyś narzeczeni, często mili, sympatyczni. Pan Bajabongo też był taki. Świetny gość. Gotował wołowinę po sudańsku, kuskus i strasznie śmiesznie przekręcał polskie słowa.
    Do głowy nawet mi nie przyszło, że mama ma nas dość, że jest zmęczona monotonią codziennego życia, że może po prostu dać nogę z panem Tongo Bongo. A jednak tak się stało i musiało w mamie być coś, czego nie widziałam i czego się obecnie bałam. Jakaś nieobliczalność i nieodpowiedzialność. Jednak.
    Co ona nam teraz zamierza wyciąć? Ta myśl prześladowała mnie przez cały dzień.
    Po powrocie ze szkoły zadzwoniłam do babci, ale mama się do niej nie odezwała. Utopiła się czy co? I ten nowy narzeczony! Co, na Boga, jest grane?
    Minął kolejny dzień. Patrzyłyśmy ciągle w stronę furtki, a mamy jak nie było, tak nie było.
    Fredzia dzwoniła, pytała. A u nas ciągle nic. Wcięło ją. Było nam z Paulina okropnie przykro, że ukochanej matce tak się do nas nie spieszy. Paulinka popłakiwała w kątku. Ja jej mówiłam:
    – Daj sobie siana, mała! Chyba się nie będziesz przejmować takimi głupotami. Chodź, zagramy w chińczyka.
    Mała na to hasło niezmiennie się podrywała i szłyśmy grać. Dawno już stwierdziłam, że chińczyk jest świetny w stresowych sytuacjach, bo pochłania uwagę, a nie wymaga specjalnie myślenia.
    Następnego dnia poszłyśmy znowu do szkoły. Mama się nie pojawiła. Nie powiem, że zapomniałyśmy o niej zupełnie, ale wydawało nam się, że już nie przyjedzie, kiedy zadzwoniła do furtki.
    Zobaczyłam jej charakterystyczną sylwetkę i zamarłam. Mama, kompletnie niezmieszana, podbiegła do Paulinki, zaczęła ją całować, wciskać jakieś prezenty. Ja stałam na uboczu i starałam się zachować spokój. Nie było to łatwe, bo Paula ryczała jak głupia i tuliła się do mamy. Jednym słowem, wzruszający obrazek rodzinny pt. „Powrót mamy”. Jaja jak berety – jak mówił Jasio.
    – Ale ty jesteś wielka, Karo! – powiedziała mama.
    – Jasne, dawno się nie widziałyśmy – odparłam z dużym dystansem. – Gdzie się podziewałaś? – spytałam, mam nadzieję, że uprzejmie.
    – Wszystko wam opowiem, dziewczynki. Może wejdziemy do domu? – zaproponowała.
    Weszłyśmy więc. Mama rozglądała się uważnie i była trochę zaszokowana tym, że tatuś doszedł do takiej kasy. Skomentowała to krótko:
    – Widzę, że waszemu ojcu nieźle idzie.
    Usiadłyśmy. Wkroczyła Honorata, podała herbatę i ciasteczka. Minę miała pełną dezaprobaty, mama jednak nie zwracała na naszą gospodynię uwagi.
    – Cieszę się, że tak dobrze wam się wiedzie – powiedziała.
    – Nie musiało tak być – odparłam lodowato.
    – Och! Zawsze wierzyłam w waszego ojca. On jak musi, to potrafi. Założę się, że moje odejście wpłynęło na niego inspirująco.
    Coś w tym było, ale nigdy bym jej tego nie przyznała. Mama zaczęła nas wypytywać o szkołę i podobne głupoty. Potem ja spytałam, co się z nią działo przez ostatni rok. Poczęstowała nas pełną dramatyzmu opowieścią. Samotna i nieprzystosowana, w prymitywnym środowisku rodziny pana Kongo – łzy mi nieomal stanęły w oczach, gdy to opisywała. Rozstanie – dramatyczne, wręcz tragiczne. Ona, lwy i tygrysy, piasek i upał. Samotna, ale dzielna. Zaczęłam jej prawie współczuć. Potem, gdy była już na samym dnie i szła do ambasady, by żebrać o bilet powrotny do Polski, spotkała grupę studentów podróżujących po Afryce. Dołączyła do nich i wraz z nimi znalazła się w Kenii. Tu, aby zarobić, zatrudniła się na farmie organizującej safari fotograficzne. Poznała jej właściciela, Polaka z pochodzenia. Wielka Miłość.
    – Pomyślcie, dziewczynki. Musiałam tak daleko pojechać, by spotkać tego jedynego. To było metafizyczne. Od razu wiedzieliśmy, że jesteśmy sobie przeznaczeni. To prawdziwe braterstwo dusz, ja i Albert. Dwie połówki jabłka po prostu.
    No tak, mama się nie zmieniła, zawsze na najwyższym tonie. Ona się minęła z powołaniem. Powinna tworzyć. Fikcję literacką.
    Wyglądała zresztą świetnie. Opalona oczywiście, w jakimś genialnym kostiumie, z gustowną biżuterią. Nie wyglądał ten kostium na zwykłą konfekcję, a biżuteria na częstą w sklepach Wschodu masówkę. Mama była niesamowicie elegancka i zadbana.
    – Postanowiliśmy wziąć ślub w ojczyźnie. Tak będzie patriotycznie. Albert bardzo tęskni. Wiecie, że jest hrabią? Tak, dziewczynki! To hrabia Zawojski. Wasza mama będzie hrabiną!
    Siedziałam, kompletnie ogłupiała. O Boże! Ale kwas!
    – Postanowiliśmy powiedzieć całemu światu, jak się kochamy. Dlatego ślub weźmiemy w kościele Mariackim, a wesele wyprawimy… zgadnijcie gdzie! No, dziewczynki!
    Patrzyłyśmy na mamę jak zaczarowane. Nie wiem, co myślała Paulina, ja wiedziałam, że mamie niestety kompletnie odbiło.
    – „U Wierzynka”, dziewczynki, „U Wierzynka”! Wyobrażacie to sobie?
    „O czym ona, na Boga, mówi? To chyba jakieś żarty, których natury nie rozumiem” – myślałam przestraszona. Niestety, to nie były żarty, tylko nasza mama kochana en pleine forme, jak powiedziała później Fredzia po francusku. W pełnej formie – tym razem dzięki kochanej pani Zosi zrozumiałam Fredzię od razu.
    Mama nadawała tego typu głupoty jeszcze jakiś czas, a potem czule nas pożegnała i umówiła się na następny dzień w hotelu „Bristol”, abyśmy poznały Alberta, jej drugą połowę, jej metafizycznego kochanka, a naszego przyszłego drugiego tatusia. Kompletny cyrk…
    Zamknęłam drzwi za mamusią i pomknęłam do telefonu. Frytka chichotała jak głupia, gdy jej cytowałam mamusię.
    Groteskowość tego wszystkiego przysłoniła najważniejszą kwestię. Zapytała o nią jak zwykle przytomna Frytka:
    – A co ona zamierza zrobić z wami?
    Postanowiłam zadzwonić do tatusia. Może on coś poradzi, jeśli mama zechce nas zabrać do siebie. Poza tym powinien wiedzieć, że się pojawiła. Oczywiście jego komórka była wyłączona. Tak jest zawsze z tymi komórkami, gdy są potrzebne. Spanikowana, wysłałam mu SMS-a.
    Pogadałam z Paulina. Jej też nie pasował powrót do mamusi.
    – To znaczy może fajnie byłoby mieszkać w Afryce, ale tęskniłabym za tatusiem, Fredzią i Honorką.
    – Co ty mówisz? W jakiej Afryce?
    – No, jeśli ten jej facet ma farmę i biuro turystyczne, to przecież oni chyba tam wrócą – powiedziała moja młodsza siostra z zadziwiającą i nieubłaganą logiką.
    To był aspekt, na który nie zwróciłam uwagi. Rzeczywiście, to, co mówiła Paulina, brzmiało przerażająco logicznie. Od razu znalazłam się przy telefonie. Fredzia chwilę się zastanawiała, a potem zgodziła się z Paulina. Może tak być.
    – Ja nie chcę do żadnej Afryki! – wydarłam się.
    – No, to przecież tylko hipoteza. Nie denerwuj się, to nic pewnego. Kaśka zawsze była nieobliczalna.
    – Dobra sobie! Mam się nie denerwować. Ja chyba zwariuję. W każdym razie dobrowolnie nigdzie nie wyjadę.
    Tatuś zadzwonił w niedzielę, akurat gdy wychodziłyśmy na spotkanie z mamą. Gdy usłyszał, że mama wróciła, od razu chciał przyjechać. Powstrzymałam go.
    – To nie ma sensu, żebyś zrywał koncert. Tu nic się nagle nie wydarzy. Przecież trzeba czasu, by zorganizować taki ślub.
    – W zasadzie i tak musimy wracać. Krzysiek miał mały wypadek.
    – Co się stało? – spytałam przestraszona, wyobrażając sobie od razu Krzycha w szpitalu, a Kleo szlochającą u jego wezgłowia.
    – Złamał rękę – uspokoił mnie tatko – ale szczegóły to ci opowiem, jak wrócę. Będę wieczorem. Teraz muszę się trochę zreanimować.
    – Piłeś?!
    – No! – westchnął ciężko. – Mieliśmy wczoraj taki raczej burzliwy wieczór. Nie zachowuj się, malutka, jak stara i męcząca żona. Trzymajcie się i do zobaczenia.
    Cały tatuś! Wiecznie młody. Nie miałam jednak czasu, aby się nad nim rozczulać. Pomknęłyśmy z Paulą środkami lokomocji miejskiej na wystawny obiadek z mamą i jej ukochanym. Honorcia machała nam chusteczką, jakbyśmy wyruszały na wojnę.
    Hotel „Bristol” lśnił marmurami i złotem.
    – Bogato – powiedziała Fredzia, rozglądając się po holu.
    – Bogato – powtórzyłyśmy.
    – Czy to kiedy ktoś gdzieś ze złotem przesadził? Jego zawsze mało – zacytował Artur sentencję, złotą oczywiście.
    Staliśmy przez chwilę na środku holu jak grupka buraków. Rozglądaliśmy się po wnętrzu z pewnym onieśmieleniem. Legenda miejsca działała na nas przytłaczająco.
    Energiczna Fredzia przejęła w końcu ster i popchnęła nas w kierunku sali restauracyjnej. Zobaczyłyśmy w głębi mamę, a obok niej metafizycznego kochanka.
    Szok! Pełny szok, bo może i był on metafizyczny, ale na pewno nie był ani młody, ani przystojny. Fredzia go później nazwała: Większy Picasso. Był rzeczywiście większy od Picassa – bo wyższy. Miał tę samą twarz spalonej słońcem małpki. I był stary, chyba starszy od Artura i Fredzi. Później Artur wyraził nadzieję, że Albert, mimo podobieństwa do mistrza, nie ma chyba charakterystycznego dlań zwyczaju gaszenia papierosa na ukochanej kobiecie.
    Narzeczony mamy starał się być miły dla nas wszystkich. Nie dało się jednak ukryć, że to postać z zupełnie innej operetki. Atmosfera panowała trochę napięta. Albert się zachwycał:
    – Jakie śliczne córeczki, zupełnie jak mama. – Tu rzucał namiętne spojrzenie na naszą mamusię.
    Mama się rumieniła i ściskała jego dłoń. Jednym słowem, prezentowali nam odrażającą, przesłodzoną sielankę. Aż zęby bolały.
    Mama serdecznie się przywitała z nami, babcią i Arturem.
    – Arturku! – powiedziała. – Gdzie się podziały twoje włosy?
    Artur z lekka się obruszył.
    – O, przepraszam! Ja włosy mam, ale nie dla wszystkich! – Tu spojrzał lubieżnie na Fredzię, która zaczęła się śmiać, a my wraz z nią. Tylko Albert patrzył na nas osłupiały, widocznie nie rozumiejąc żartu. Może zresztą tego typu żarty go nie bawiły. Były dla niego zbyt prostackie, a może zbyt wyrafinowane. Kto to wie?
    Zamówiliśmy jedzenie. Dla nas mama zażyczyła sobie barszcz po staropolsku z suszonymi prawdziwkami i polędwiczki wieprzowe z warzywami ratatouille.
    Zaprotestowałam:
    – Możesz dla Paulinki zamawiać. Ja poproszę… – tu zagłębiłam się w kartę -…udziec jagnięcy w sosie z czerwonego wina – zwróciłam się do stojącego tuż obok kelnera.
    – Przepraszam cię, Karolinko, zawsze zapominam, że jesteś już dużą dziewczynką.
    – Tak, jestem – potwierdziłam wyniośle i przez cały czas starałam się o tym mamie przypominać.
    Fredzia, zajadająca się szczupakami w sosie homardin, prowadziła rozmowę tak, by była ona lekka, łatwa i przyjemna.
    Ale proste to nie było. Wszędzie czyhały miny i rafy, a ja bynajmniej nie pomagałam jej między nimi lawirować. Jedyny bezpieczny temat w czasie tego obiadku stanowił ślub mamusi. Panie omawiały szczegóły ceremonii, gdy zapytałam:
    – Jakim cudem chcesz wziąć ślub w kościele, i to, hi! hi!, w bieli?
    – Nie w bieli, tylko mam zamówioną suknię od Valentino w kolorze ecru. Z waszym ojcem nie mieliśmy na szczęście ślubu kościelnego.
    – Czy to znaczy, że jesteśmy obie z Paulina dziećmi grzechu? – spytałam z niewinną miną.
    – To nie tak – zaczęła mama, ale Fredzia jej przerwała:
    – Nie denerwuj mamy, kotku, daj jej już spokój.
    No, dla Fredzi wszystko.
    Maminy hrabia był grzeczny i uważający, ale nie bardzo było o czym z nim rozmawiać. Artur próbował coś o safari i Afryce, ale hrabia nie podjął wątku. Problemy polityczne, zawsze ożywiające nudne konwersacje, nie wchodziły w grę. Artur bowiem nie znosił tego typu rozmów. Uważał politykę za walkę buldogów pod dywanem i powiadał, że należy ją pozostawić politykom.
    Koszmarny obiadek się skończył, a my nawet nie spytałyśmy, co mama zamierza, jakie ma plany w stosunku do nas. Jakoś było niezręcznie przy tym Albercie.
    Pożegnaliśmy się i poszliśmy na spacer do Łazienek. Pałac bielił się w słońcu, przechadzały się wspaniałe pawie, między drzewami śmigały wiewiórki, a my, niebaczni na te cuda, obgadywaliśmy mamę i jej narzeczonego.
    Ja: Okropnie stary!
    Paulina: Twarz ma jak małpa.
    Artur: Nie w twarzy zabawa…
    Babcia (karcąco): Arturze!!! W miłości jak w tramwaju, wszyscy mają równe prawa. – I, tak, widziałam to wyraźnie, kopnęła Turka w kostkę. Co mu się słusznie należało, bo słuchała tego Paulina, która na szczęście nie zajarzyła.
    Dzień był słoneczny, obiadek znakomity, spacerek po ślicznym parku nam się należał i stanowił godny finał tego pełnego emocji dnia.
    Babcia powiedziała, że wysłała list do Ewy, naszej cioci, która nadal przebywała w jakiejś aśramie w Indiach i odzywała się nader rzadko.
    – Mam znakomity powód, by ją ściągnąć z powrotem.
    Myślę, że nie oprze się pokusie i przyjedzie na taki huczny ślub. Arystokracja ma swój urok. A wy, dziewczynki, musicie sobie kupić jakieś sukienki, a może i kapelusiki.
    – Kapelusiki??? Brr…
    – No, w tych kręgach towarzyskich nosi się na takich uroczystościach kapelusze.
    – Daj spokój, Fredziu, chociaż ty pozostań normalna – prosił Artur.
    – Jestem zupełnie normalna, chcę tylko, aby nasza rodzina godnie wypadła – oświadczyła dumnie Fryderyka.
    No tak, najwyraźniej się zaczyna.
    Ukochany ojciec pojawił się w domu wieczorem w stanie godnym politowania. Wspaniała ruina – to było właściwe określenie. Blady, słaby, ale nie złamany. Wory pod oczami i zmierzwione włosy jasno wskazywały, że manewry musiały być ostre. Tak od niego cuchnęło z lekka przetrawioną gorzałą, że prochy raczej nie wchodziły w grę. Padł na kanapę i zażądał piwa. I sprawozdania. Wiernie mu wszystko zrelacjonowałyśmy, a tata od czasu do czasu chichotał, komentując jadowicie:
    – Cała wasza mama! Niezmordowana we wspinaczce na wyższy poziom łańcucha pokarmowego.
    Myśl ta wydała mi się głęboka, choć, być może, do końca jej nie zrozumiałam. Potem spytałam o jego przygody w Poznaniu. Tatuś stwierdził, że nie ma o czym mówić. Nalegałam:
    – Nie bądź taki skromny, niech i my się pośmiejemy!
    Bronił się trochę, ale w końcu pękł i opowiedział nam, jak wesoło popijali sobie wódeczkę w barze hotelowym.
    – Pełno było tam smacznych przekąsek. – Tak się wyraził, nie mając bynajmniej na myśli jedzenia. – Lechowi wpadła w oko jedna blondynka. Poprosił ją parę razy do tańca. Facetowi, z którym była, zdecydowanie się to nie podobało. Ruszył z kumplami i otoczyli stolik. Próbowałem ich uspokoić. Powiedziałem: „Panowie z nami nie pili, panowie nie mają prawa dać nam po pysku”. Niestety! Racjonalne argumenty do tej hołoty nie przemawiały. Zaczęła się przepychanka, ale obyło się bez większych strat, bo szef lokalu wezwał gliny.
    – A ręka Krzysia? – spytałam zaniepokojona.
    – Złamał, bo spadł z kibla w klozecie – powiedział rzeczowo tatuś.
    – Piszą już o tym szmaty?
    – No, co ty?! Nikomu nie powiedzieliśmy, jak to się stało. Każdy gnojek w tym kraju tylko marzy, by chwalić się kumplom, że przyłożył znanej osobie. A my, córeczko, niestety podpadamy pod tę kategorię – wyżalił się znękany idol.
    – Jasne, tatku – wyraziłam oczekiwane przez niego po parcie.
    – Chyba powinienem chodzić po ulicy w masce – stwierdził ze smutkiem tatuś.
    – W jakiej masce? – zainteresowałam się.
    – No… na przykład Kaczora Donalda – powiedział, pociągając tęgi łyk browaru.
    – Myślisz, że on jest mniej znany od ciebie? – wyraziłam wątpliwość i dostałam po głowie. Lekko.
    Pocałowałam ojca na dobranoc i powędrowałam do swojej sypialni. Ciekawe, czy tata chciałby się nas pozbyć.
    Myślałam o tym w nocy. Wiem, że nas kocha i opiekuje się nami najlepiej, jak może i umie. Ale czy my czasem nie przeszkadzamy? Przecież na przykład ta heca z Andżeliką musiała mu zajść za skórę. Podświadomie pewnie się domyśla, że to ja maczałam w tym palce. Mocno mnie to męczyło i chwilami nawet żałowałam tej akcji. Jednak tylko chwilami.
    Następnego dnia zadzwoniła babcia. Chciała się umówić na rundkę po sklepach w poszukiwaniu odpowiednich ciuchów na ślub mamy. Przy okazji opowiedziałam jej o przygodach taty i o tym, że Krzyś złamał rękę. Babcia słuchała w milczeniu, a potem zapytała:
    – Komu?
    Ślub w Krakowie to była szalona feta. Państwo młodzi nadjechali powozem zaprzężonym w dwa białe siwki.
    – Dlaczego nie cztery? – zapytała niepoprawna Fredzia.
    Mama wystąpiła w pięknej sukni, białej z odcieniem beżu, i – tak, muszę to powiedzieć – w piętnastometrowym welonie.
    – Czy nie za krótki? – zmartwiła się Fredzia.
    Albert był w szarej jaskółce i w cylindrze.
    – Wygląda jak świerszcz zza komina – porównanie Fredzi.„,
    Ukochana babcia miała kapelusz wielkości młyńskiego koła. Prezentowała się zaiste imponująco.
    – W przyszłym roku jedziemy do Ascot na wyścigi. Kapelusz już mamy – zakomunikował nam Artur.
    Nawet nasz tata włożył krawat i garnitur.
    – Dlaczego go nosisz? – zainteresowała się Fredzia, przyglądając się rzeczonemu krawatowi bardzo uważnie. – Założyłeś się z kimś?!
    Artur wystąpił w czarnym smokingu. Wyglądał super.
    Dumnie oznajmił tacie:
    – Szyty w Londynie!
    – A ty gdzie wtedy byłeś? W kołysce? – zapytał tata.
    Ja i Paulina miałyśmy na sobie koszmarne różowe sukienki. Prezent od kochającej mamusi. Robiłyśmy za druhny. Pozwólcie, że ten wątek pominę. Nikt z ukochanej rodzinki nie komentował naszego wyglądu. Leżących się nie kopie.
    Grały skrzypce, śpiewał jakiś sopran. Były kwiaty, dużo kwiatów, czerwone dywany. Mama uśmiechała się prześlicznie, Albert robił wrażenie oszołomionego. Dzikie tłumy ludzi zapełniały kościół i jego okolice. Wszyscy świetnie ubrani, kobiety w pięknych kapeluszach, wspaniałych sukniach i kostiumach. Jednym słowem, Dynastia na krakowskim Rynku. Szukałam wzrokiem Crystal i Blake’a. Nie zauważyłam.
    Skąd, na Boga, mama wzięła tylu gości? Dyrektor jednego z teatrów krakowskich pełnił rolę mistrza ceremonii. Może ci goście to wynajęci statyści? Kamery i fotografowie. Jak mamie udało się zorganizować taki szum medialny, nie wiem. Przecież nie jest nikim znanym, a Albert to tylko prosty hrabia (jak określiła go Fredzia). Wyłączność na zdjęcia z wesela sprzedała mama „Gali” czy „Vivie”.
    Przetrzymałyśmy jakoś to wszystko. Błyskające flesze, życzenia od kilkuset osób, ryż i płatki róż, którymi nas obrzucono na schodach kościoła. Wsiadłyśmy w końcu z młodą parą do powozu i przejechałyśmy te parę metrów do „Wierzynka”, robiąc rundkę honorową wokół Rynku. Mama, podniecona, pytała mnie w powozie:
    – Chyba wszystko wypadło dobrze? Chyba się udało?
    – Różowe sukienki strasznie się gryzły z dywanem w kościele – odpowiedziałam.
    Zmartwiła się.
    „Wierzynek” stanął na wysokości zadania. Coś znaczą te setki lat tradycji. Jedzenie było znakomite. Dyskutowaliśmy dystyngowanie, co jest lepsze: turbot au vin blanc czy chaud-froid z kwiczołów. Tatuś krzyczał, abyśmy były cicho, bo nie rozumie, co je. Ta jakość rzeczywiście wymagała skupienia.
    Tłumy eleganckich ludzi z zapamiętaniem pustoszyły półmiski i butelki. Na stołach było po prostu wszystko i jeszcze więcej. Najbardziej podobały mi się różnego rodzaju terriny i dziczyzna. Nie jadam takich rzeczy na co dzień i miałam ochotę poznać jak najwięcej nowych smaków. Lubię w kuchni eksperymenty. Fredzia jednak twierdziła, że najlepsze są potrawy najprostsze.
    – Kawior… mmm… jakie to proste, a jakie dobre – powiedziała, nabierając kopiastą łyżkę czarnego kawioru i skrapiając ją obficie sokiem z cytryny.
    – Zgadzam się z tobą całkowicie – przytaknął Artur. – Skoro ty lecisz Fiszerem, to pozwól, że przytoczę Boya: śledzikowi, aby był najwykwintniejszą potrawą, brakuje tylko wysokiej ceny. – I wrzucił do ust dużą porcje rzeczonego śledzika, marynowanego w winie bordoskim z laseczkami cynamonu.
    Objadaliśmy się obłędnie. W naszej rodzinie jedzenie zawsze bardzo się liczyło. Jaka szkoda, że mama nie zaprosiła Honorci! Ona toby dopiero doceniła tutejszą kuchnię. Nie tylko my pałaszowaliśmy wszystko. Wokół stołów odbywała się niesamowita przepychanka. Ludzie wyglądali na takich, co od dawna nie mieli nic w ustach. No cóż, uczta „U Wierzynka” zdarza się raz na tysiąc lat. Serwowano cristal, podobno jeden z najdroższych szampanów świata. No, jest niezły, ale żadne cudo. Natomiast smakowała mi terrina z przepiórek w sosie malinowym. Całkiem, całkiem.
    Na deser podano tort dekorowany różami. Podobno samych róż było dwa tysiące, a cały tort ważył trzydzieści kilogramów. Wyglądał imponująco. Cztery kondygnacje róż. Istne szaleństwo w hollywoodzkim stylu. Karol Luksemburski i Kazimierz Wielki na pewno nie mieli takiego tortu.
    Mama w sposób czarujący zajmowała się gośćmi. Z każdym porozmawiała, każdemu powiedziała coś miłego. Podeszła do naszej gromadki w towarzystwie siwowłosej damy. Przedstawiła nas wszystkich siostrze Alberta, która była jakąś księżną czy kimś takim. Zamieniliśmy z nią kilka zdawkowych słów: jaka miła uroczystość, jak ślicznie wygląda panna młoda.
    Nikt nie miał odwagi powiedzieć, że pan młody dobrze się prezentuje lub, na przykład, jaka piękna para.
    Potem księżna zwróciła się do tatki lekko protekcjonalnym tonem:
    – Pan, zdaje się, jest muzykiem?
    Tato błyskawicznie zripostował:
    – Tak, ale potrafię to wytłumaczyć!
    Roześmieliśmy się wesoło, a księżna odeszła z twarzą nieruchomą niczym, galareta. Popatrzyliśmy po sobie z rezygnacją i znowu wzięliśmy się do degustacji zgromadzonych na stole cudów.
    Po jakimś czasie pojawiła się mamusia z Albertem. Pogadali trochę z Fredzią i z nami. Babcia zachwycała się, jak mama ślicznie wygląda, jakie cudowne przyjęcie zorganizowała. Ja spytałam, skąd wzięła tych wszystkich gości. Ugryzłam się w język i o statystach nie wspomniałam. Okazało się, że to rodzina i przyjaciele Alberta. Frytka spytała, dlaczego mama nie zaprosiła swoich starych koleżanek. Odparła, że zaprosiła.
    – O! Jest przecież Krysia.
    Rzeczywiście. Krysia była, ale tylko ona i nikt więcej. Na odchodnym mama odwróciła się do taty i powiedziała:
    – Nie pij tyle.
    Tata popatrzył na nią uważnie i odrzekł scenicznym szeptem:
    – Piję, aby twoi znajomi wydawali mi się ciekawsi.
    Mama się trochę wkurzyła, ale zapanowała nad sobą i uśmiechnęła się czarująco:
    – Nic się nie zmieniłeś, widzę. Chociaż… masz bardzo elegancki garnitur.
    – Od Bossa – nie wytrzymał tata.
    Mama popatrzyła na garnitur z szacunkiem, na który zasługiwał. Tata kupił go specjalnie na ten ślub. Wybierał bardzo starannie, z moją i Fryderyki pomocą.
    – Wiesz, Eryczku – powiedziała mamusia z wrodzoną słodyczą. – Jesteś jedynym znanym mi mężczyzną, który w garniturze od Bossa wygląda jak nieprześcielone łóżko.
    Powiedziała i odmaszerowała, a raczej odpłynęła, pełna gracji i dystynkcji.
    – Remis! – ogłosiła radośnie Fredka. – Wiesz, Turku, ona się może sprawdzić w roli hrabiny.
    Tata skrzywił się boleśnie. Nie podzielał raczej tego poglądu.
    Tak ogólnie to przyszło mi na myśl, że lubię tę moją zwariowaną rodzinkę. Z nimi nie można się nudzić. Chociaż powinnam napluć na podłogę – by odczynić urok, oczywiście. Przecież nuda to coś, o czym niekiedy marzę najbardziej. Nuda to spokój. A tego zawsze mi potrzeba.
    Potem zaczęły się tańce. Fredzia tańczyła z Arturem i naprawdę świetnie im to wychodziło. Ogniste tango w ich wykonaniu wywołało prawdziwy aplauz. Nawet orkiestra biła brawo. Potem Frytka mi się przyznała, że jak tylko przeszli z Arturem na emeryturę, zapisali się na kurs tańca.
    – Zawsze lubiliśmy tańczyć i postanowiliśmy robić to jeszcze lepiej. Teraz czasami chodzimy na plac Piłsudskiego, aby sobie potańczyć
    – Ja też bym chciała. Słyszałam, że ludzie tam tańczą na ulicy i to jest strasznie czadowe – wyskamuczałam, tuląc się do babci.
    – I ja chce tańczyć! Tango – przyłączyła się Paulina.
    – Nie ma sprawy – rzekła babcia. – Możemy was zabierać na zajęcia, prawda, Arturku?
    – Z przyjemnością będę waszym partnerem.
    To trochę nas ostudziło, ale podziękowałyśmy mu serdecznie. Zresztą na kursie znajdą się pewnie jacyś młodsi faceci…
    Przyjęcie zaczynało przygasać. Stoły opustoszały, roznoszono słodycze, herbatę i kawę. Panie byty trochę wymięte, panowie zbyt czerwoni. Zabawa jednak trwała. Na parkiecie wciąż się kłębił tłum tancerzy. Właśnie tańczono salsę. Słychać było wybuchy śmiechu i wesołe pokrzykiwania. Imprezę należało zaliczyć do udanych.
    Dochodziła dwunasta, gdy pojawił się nieoczekiwany gość.
    Ciocia Ewa.
    Wtargnęła, szamocząc się z ochroniarzami, ubrana w złoto-purpurowe hinduskie sari, z naręczem lekko zwiędłych kwiatów, które być może kupiła u ostatnich krakowskich kwiaciarek.
    Entree miała imponujące. Oczy wszystkich zwróciły się na nią. Mama na chwilę znieruchomiała, pewnie jej nie poznając, a potem podbiegła, uściskała ją serdecznie, wołając, że strasznie się cieszy.
    Prawdę mówiąc, nikt z nas nie liczył już na powrót ukochanej cioteczki, córy marnotrawnej. Babcia była nawet bardzo zmartwiona, bo uznała, że jeśli Ewa nie przyjechała na ślub siostry, to chyba już nigdy nie wróci. „Zaginiona w Indiach” – prorokowała ponuro nie dalej niż przed kwadransem.
    Wszyscy, cała nasza gromadka, runęliśmy do cioci, przekrzykując się jedni przez drugich. Radość była ogromna. Mama zaczęła nas tonować, bo budziliśmy powszechne zainteresowanie.
    Uspokoiliśmy się więc i wzięliśmy Ewę do naszego stolika. Gdy jednak babcia chciała ją nakarmić, odmówiła.
    – Ciągle jesteś bretarianką? – zapytałam.
    – Nie, to było dla mnie zbyt ortodoksyjne. Nie dałam rady nic nie jeść. Teraz jestem frutarianką.
    – Co to znaczy?
    – Jem surowe owoce. Ale tylko takie, które same spadły z drzewa.
    – To bardzo humanitarne – powiedziała z powagą babcia. – Nie dasz się więc skusić na stek z żubra, przeplatany cielęciną, w sosie z żubrówki?
    – No, nie wiem – wyjąkała niepewnie ciocia Ewa.
    – To ślub twojej jedynej siostry. Sprawisz jej przykrość, nic nie jedząc.
    – Tak uważasz?
    – Absolutnie. – Fredzia pokiwała głową z największym przekonaniem.
    – To może troszeczkę.
    Natychmiast postawiono przed Ewą półmiski i talerze. Ciocia wzięła palcami duży kawał żubra i wsadziła do ust.
    – Ewa!!! Co ty robisz?! – wykrzyknęła mama, wzburzona.
    – A! To… przepraszam. Zawsze tak jadłyśmy w aśramie. Kwestia przyzwyczajenia – powiedziała cioteczka i sięgnęła po sztućce.
    Przysiadłam się bliżej i patrzyłam, jak z apetytem wcina mięsko, a potem jeszcze terrinę z przepiórek, którą sama jej podsunęłam.
    Tata poprosił kelnera o wódeczkę i kawior. Długo oglądał przyniesioną butelkę. Potem poprosił o inną. Zadziwiony kelner zapytał nieprofesjonalnie:
    – Dlaczego? Ta jest niedobra?
    Tatuś odparł poważnie:
    – Zły rocznik, tego roku było mało słońca na kartofliskach.
    Następną przyniesioną butelkę zaakceptował bez słowa. Nalał wszystkim po kieliszeczku. Ewie też. Ciocia energicznie zaprotestowała:
    – Alkohol! O nie, Eryku, na to mnie nie namówisz. Nigdy.
    – To na lepsze trawienie. Dawno nie jadłaś, to wszystko – tu wskazał ręką na półmiski – może ci zaszkodzić.
    – Naprawdę tak uważasz? – Ciocia spojrzała pytająco.
    Wszyscy zgodnie pokiwaliśmy głowami.
    Wzięła kieliszek i wypiła go duszkiem.
    – Za zdrowie młodej pary! – wzniósł toast tatuś, napełniając drugi kieliszek.
    Ciocia sięgnęła po niego, uniosła i szybko wychyliła. Atmosfera bardzo się ożywiła. Wszyscy gadaliśmy jeden przez drugiego, tylko Paulina przysypiała na krzesełku.
    Wszystko, co dobre, zawsze kiedyś się kończy.
    Paula spadła z krzesełka i musiałyśmy powędrować do hotelu. Na Rynku, mimo późnej godziny, wcale nie było cicho i spokojnie. Kłębił się tłum wesołych i lekko napranych ludzi. Takich jak my. To znaczy: ja nic nie piłam. Ani Paulina.
    Na świeżym powietrzu bardzo się ożywiłyśmy. Tyle się tu działo. Gapiłyśmy się na połykacza ognia, na Białą Damę, na ulicznych grajków. Było naprawdę magicznie, czarownie, odlotowo. Nie chciałyśmy wracać do hotelu.
    – To moje miejsce – oznajmiłam. – Zostaję tu na zawsze.
    – Wybierasz wolność na krakowskim Rynku? – zaśmiał się tata.
    – Tak, właśnie tak. Nie wyorzesz mnie stąd – zaparłam się.
    Tata się śmiał z mojej determinacji. Śmiała się też Fredzia, która nagle wpadła na uliczną latarnię i porządnie się uderzyła. Cofnęła się o dwa kroki i przyjrzała się latarni uważnie.
    – Kto to tutaj postawił?! – spytała rozsierdzonym głosem. – Proszę to natychmiast sprzątnąć – dodała rozkazująco, wymachując ręką.
    Artur ją objął i popatrzył na mnie prosząco. No tak, trzeba wracać do hotelu.
    Tatuś przytulił mnie i Paulinkę i powiedział:
    – Jutro tu wrócimy.
    Obudziliśmy się wszyscy około dwunastej, co tu mówić, w nie najlepszej formie. Babcia, jak się zobaczyła w lustrze, jęknęła i powiedziała z tajoną furią:
    – Z upływem lat moja twarz staje się moim wrogiem! To straszne!
    – Nie przesadzaj, kochanie – próbował ją uspokajać Artur. – Nie jest aż tak źle.
    – Nie jest źle?! Tylko popatrz! Wyglądam jak pustynia po rajdzie safari. Sahara po safari. To nawet nieźle brzmi – dramatyzowała dalej Fredzia, nakładając na twarz potwornie grubą warstwę kremu. Wyglądała jak postać z komedii dell’arte.
    – Pójdziesz w Warszawie do kosmetyczki, zrobisz sobie tę, tam, no, maseczkę i wszystkie koleiny znikną w oka mgnieniu.
    – A jak nie znikną? Bóg to partacz, zmarszczki skoncentrował na twarzy, a przecież gdzie indziej też byłoby dla nich dość miejsca. Wszystkiego w życiu się spodziewałam, tylko nie tego, że się zestarzeję – narzekała dalej Fredka.
    Była wyraźnie w złej formie.
    – A ile ty masz lat? – zainteresowała się Paulina.
    – Czterdzieści pięć – odpowiedziała bez wahania Fryderyka.
    – To samo mówiłaś trzy lata temu – przypomniałam jej nietaktownie.
    – Nie należę do osób, które łatwo zmieniają zdanie – odparła stanowczo i z godnością, w ogóle niezmieszana.
    Zamilkłam natychmiast.
    Tatuś wpadł do naszego pokoju i zaczął nas strasznie poganiać. Wykrzykiwał coś w rodzaju: „Życie ucieka!” i „Wstawać, wstawać!”
    Ciocia Ewa łaskawie otworzyła lewe oko i spytała:
    – Brałeś coś?
    – No, co ty, Ewka! Odbiło ci czy co? – obruszył się tatuś i popatrzył na mnie ukradkiem.
    Nastawiłam czujnie uszu i przyjrzałam mu się uważnie. Oczka miał czerwone jak u królika, ale takie same miał i Artur.
    Tatuś ściągnął z Ewy koc i powiedział:
    – Dziewczynki mają okazję zwiedzić trochę Kraków, nie odbierajmy im tej szansy. Raus, Ewa, mus!
    – Ale jesteś zabawny! – ironizowała rozespana cioteczka. – Idźcie beze mnie. Ja do was dobiję, powiedzmy, za pół godziny, na Rynku przed kościołem. Okay?
    – Okay! – potwierdził tata.
    Fredzia zmobilizowała się szybko. Starła krem, nałożyła makijaż i poszliśmy. Słońce pięknie świeciło, a na uliczkach cienie układały się jak na obrazach Bacciarellego. Wszędzie było życie, ruch i gwar. Dotarliśmy na Rynek tuż przed dwunastą. Tatuś zaprowadził nas do swojej ulubionej kawiarenki. Zamówiłyśmy naleśniki po węgiersku i napój z borówek.
    Właśnie zaczynałyśmy pałaszować, gdy rozległ się hejnał. Dźwięk trąbki rozbrzmiewał wysoko ponad miastem. Pierwszy raz-słyszałam hejnał na żywo. Niesamowite przeżycie! Jakbym usłyszała głos, który przybył sprzed wieków, z głębi czasu. Przestałyśmy jeść i na chwilę dałyśmy się obie z Paulina wciągnąć do wnętrza dźwięków. Świat realny znieruchomiał, przestał istnieć. Na chwilę.
    Gdy trębacz przestał grać, wszystko wróciło jak za naciśnięciem guzika. Dalej jadłyśmy i piłyśmy.
    Tata i dziadkowie patrzyli z obrzydzeniem na nasze naleśniki i stwierdzili, że nie to jest im teraz potrzebne.
    Pod kościołem czekała na nas Ewa, bardzo malownicza w swoich hinduskich zawojach. Dalej powędrowaliśmy razem. Nieopodal, „U Hawełki”, było wszystko, czego potrzebowała nasza mocno skacowana rodzinka. Browar i jeszcze raz browar. Do tego śledzik i żurek.
    Nas wysłali, abyśmy zaprzyjaźniły się z gołębiami. Paulinka bawiła się świetnie. Najpierw je karmiła, potem straszyła.
    Ja gapiłam się na ludzi. Takie gapienie nazywa się mądrze „voyeryzm” i bardzo je lubię. Dzięki temu nigdy się nie nudzę. A tu było naprawdę ciekawie. Przed moimi oczyma defilowały najprzeróżniejsze typy i typki z całego świata. Nawet nie zauważyłam upływu czasu.
    Kiedy Fredzia i tata uznali, że są zdolni do dalszego spaceru, pomaszerowaliśmy na Wawel, a potem na Kazimierz.
    Co chwilę przystawaliśmy, bo tata musiał rozdawać autografy. Wszyscy mówili, że uwielbiają jego muzykę, są fanami, i tym podobne miłe głupotki. Tatuś sympatycznie się uśmiechał i podpisywał, a potem rozlegał się zdumiony pisk i kolejna panienka, patrząc na jego podpis, mówiła:
    – Myślałam, że pan jest Rynkowskim, Markowskim, ewentualnie Cugowskim.
    Za trzecim razem tatuś miał mord w oczach. Zaproponowałam, żeby sobie jednak kupił maskę, ale nie Donalda, tylko Freddy’ego Krugera z ulicy Wiązów. Wtedy mu na pewno dadzą spokój. To była dobra myśl, tatuś ją zaakceptował, lecz nie można było tego pomysłu zrealizować tu i teraz. Postanowiliśmy więc sobie odpuścić Wawel, gdzie zawsze jest najwięcej turystów, i poszliśmy od razu na Kazimierz.
    Tutaj kręciły się całe grupy chasydów i tatuś na nikim nie robił wrażenia. Zwiedziliśmy synagogę i mały cmentarzyk, a potem, gdy na horyzoncie zobaczyliśmy dużą polską wycieczkę, przezornie zniknęliśmy w najbliższej restauracji. Nazywała się „Ariel”.
    Trafiliśmy dobrze. Wnętrze było takie, jakbyśmy się przenieśli w czasie do roku tysiąc dziewięćset trzydziestego szóstego lub trzydziestego siódmego. Bardzo się nam wszystkim podobało. W zasięgu wzroku nie było żadnych współczesnych gadżetów, tylko stare, mieszczańskie, mocno zniszczone meble. Śpiewała Hanka Ordonówna, potem jakieś pieśniarki żydowskie.
    Zamówiłyśmy, wszystkie cztery, kugiel. Był rewelacyjny. Szczególnie podany wraz z nim sos czosnkowy. Jeszcze wieczorem czułam ten smak na języku. Muszę zrobić w domu taki sos, oczywiście przy pomocy Honoraty.
    W ogóle ta podróż do Krakowa była inspirująca kulinarnie. Zgodziłyśmy się co do tego z Fredzią. Nawet Ewa nam przytaknęła, z pewną nieśmiałością wspominając wczorajszą terrinę z przepiórek.
    Artur zamówił, jak zwykle, śledzika. Tatuś się dołączył. Panowie kazali sobie podać do śledzika wódeczkę.
    Fredzia ostro zaprotestowała.
    – Chyba będzie dosyć tego dobrego. Wypiliście wczoraj swój przydział alkoholu na to półrocze.
    – Ty też, Fredziu, ty też – przypomnieli jej delikatnie.
    – Ale ja nie zamawiam wódki. Poproszę kieliszek wina, czerwonego – zwróciła się babcia do kelnera.
    Tatuś zaprotestował:
    – Wino zostawmy winnym, ja poproszę dwie zimne wódeczki.
    – Za wódkę zjem kłódkę – dorzucił Artur.
    – Chyba całkowicie utraciłam autorytet, Turku! Skąd ty bierzesz takie teksty?
    – Z ulic miasta. Cytuję graffiti. To głos ludu.
    – Daj sobie spokój z wódeczką, musisz uważać na swoje nerki.
    – Nie znasz, Fredko, starej medycznej zasady, że podobne należy leczyć podobnym? Po łacinie to będzie: Similia similibus curantur. Chodzi mi oczywiście o kaca, nie o nerki – bronił się Artur.
    – Nie popisuj mi się łaciną! Kto cię będzie leczył, jak nam się tutaj rozchorujesz? – straszyła babcia.
    – Zostaw go w spokoju, Fryderyko. Kraków to wielkie miasto. Myślę, że w razie czego znajdzie się jakiś lekarz. Wiesz, tu nawet księża nie zabraniają picia. Oczywiście rozsądnego – uspokajał Fredzię tata.
    – Ciekawe, skąd to wziąłeś. Jacy księża? No, proszę? – prowokowała tatkę babcia.
    – Ksiądz Tischner na przykład. Napisał bardzo rozsądne uwagi na temat picia. Co ja mówię! Najrozsądniejsze. Bez dwóch zdań. Szczególnie jeśli się weźmie pod uwagę, że był to duchowny.
    – I to z jaką klasą! Wszyscy powinni go słuchać – dodał Artur, kiwając głową z pełnym przekonaniem.
    – Co on takiego powiedział? Wyjaśnijcie mi, proszę – domagała się babcia.
    – Ja też umieram z ciekawości – dołączyła się Ewa.
    – Napisał – zacytował tata góralską gwarą – „Jak pijes, to pij tak, zeby nie tsa było po tobie poprawiać”.
    – Święte słowa! – przytaknął z entuzjazmem Artur.
    Panowie unieśli kieliszki, stuknęli się i zgodnie wypili, śmiejąc się wesoło. Autorytet księdza przeważył. Jak to w Krakowie zwykle bywa.
    Babcia wychyliła wino z miną zrezygnowaną. Przegadali ją. To udawało się naszym panom doprawdy rzadko. Musiała osłabnąć po wczorajszych szaleństwach.
    – Rzeczywiście, ładny cytacik – powiedziała Ewa.
    – To co? Po kielonku? – zaproponował Turek.
    – No… chyba nie odmówię. – Ewa w sposób oczywisty przeszła do obozu przeciwnika.
    – Nic dziwnego, że uciekłaś do Indii. Tutaj szwagier w pięć minut cię wykoleił – zauważyła zgryźliwie babcia, delektując się ciastem marchewkowym.
    – Nie jest źle, to tylko dzisiaj tak szalejemy. A poza tym były szwagier, Fryderyko – zaoponował tatko.
    – Niestety. A co będzie z dziewczynkami? Rozmawiałeś z Kasią?
    – Zaprosiłem ją z nowym mężem na obiad w przyszłą niedzielę. Wtedy sobie wszystko spokojnie ustalimy.
    – Babciu! Nie pij więcej wina – wtrąciła się do rozmowy Paulina. – Wino kotłuje.
    – A ty skąd wiesz takie rzeczy?
    – Tak mówi zawsze Honorata.
    Zaczęliśmy się śmiać. Babcia się zafrasowała.
    – Ja jestem tylko ciekawa, co z tych dziewczynek wyrośnie. Nie mają na pewno najlepszego przykładu w rodzinie.
    – Nie martw się, Fredziu! – pocieszył ją tata. – Niebanalne osobowości, tak myślę. Uczymy je przecież uczciwości i przyzwoitości. Mają poczucie humoru. Dziedziczne, po mnie. Będzie dobrze.
    – Dałby Bóg – powiedziała Fredzia.
    – Na pewno będą fajne – przyłączył się Turek.
    – Już są, chciałabym mieć takie córeczki – poparła go Ewa.
    Co tu ukrywać, zrobiło mi się ciepło na sercu.
    – Może zamówię jeszcze tego śledzika? Jest rewelacyjny – zagadnął prosząco Artur, patrząc z żalem na pusty już talerz.
    – Ja też zamówię – zdecydował tata.
    – Ale może ci zaszkodzić. To będzie dzisiaj trzeci – zaprotestowała babcia.
    – Trójca czyni doskonałość – poparł Turka tata. – A propos śledzika, jeśli się zgodzicie, chciałbym opowiedzieć anegdotę.
    – Jasne. Opowiadaj – zachęciła tatę Fredzia.
    – Przed wojną znane były śledzie o nazwie „bismarki”. W Berlinie w latach trzydziestych na wystawie żydowskiego sklepiku rybnego pojawiła się reklama: TYLKO U MNIE – HITLERS HERINGE. Heringe, moje panienki, to „śledzie” po niemiecku. – Tatuś przerwał na chwilę narrację, zwracając się do nas. – Konkurenci przyszli natychmiast i pytają: „Skąd pan masz, panie Schwarz, śledzie Hitlera?” „To proste – odpowiada kupiec – biorę Bismarcks Heringe, wyjmam mózg, otwieram pysk i gotowe”.
    Śmieliśmy się jak opętani.
    – To bardzo dobre miejsce do opowiadania szmoncesów – zawyrokowała Ewa, rozglądając się wokół. – Jest stosowna atmosfera. Genius loci, tak to się chyba nazywa. Ja też znam niezły dowcip. W żydowskiej restauracji kelner przynosi rybę. Gość mówi: „Ta ryba śmierdzi”. Kelner bierze rybę, zgrabnie z nią odskakuje i pyta: „A teraz?”
    Po Ewie parę dowcipów opowiedział Arturek, potem babcia i tak się to toczyło, aż wreszcie wynurzyliśmy się z restauracji o zmierzchu. Śmialiśmy się całą drogę do hotelu. To był naprawdę fantastyczny weekend.
    Rano, nadal w świetnych humorach, wróciliśmy InterCity do Warszawy.
    Cudownie było w Krakowie, ale w domu też jest nieźle. Przywitała nas Honorata, tak stęskniona, jakbyśmy wrócili z zesłania, a nie ze świetnej imprezki. Podsuwała nam pyszne kąski i głaskała po główkach, zachęcając do jedzenia. Tata twierdzi, że ona ma niewyżyty instynkt macierzyński. Dobrze, że trafiła nam się taka gosposia – rekompensuje zanik tego instynktu u naszej mamy.
    Uprzedziliśmy Honorcię, że w niedzielę na obiedzie będą goście. Biedna, bardzo się zdenerwowała, gdy jej powiedziałam, co jedliśmy na weselu. Chciała koniecznie sprostać wymaganiom mamy i jej hrabiego. Ten tytuł robił na niej pewne wrażenie. Ambitnie postanowiła dorównać „Wierzynkowi”. Z dużym trudem udało mi się jej wyperswadować przygotowanie jakichś szalenie wymyślnych dań.
    – Najlepsze są potrawy najprostsze – zacytowałam babcię cytującą Franca Fiszera. – Zrobimy coś dobrego, a niezbyt skomplikowanego.
    Pomyślałyśmy, poradziłyśmy się Fredzi i zdecydowałyśmy się na czerwony barszczyk z kołdunami, indyka pieczonego z borówkami i szarlotkę na deser. Myślę, że będzie to pyszny obiadek i nie powstydzimy się kunsztu Honoraty.
    – Żaden hrabia nam nie groźny – powiedziałam babci.
    Tatuś menu zatwierdził bez żadnych komentarzy, zasugerował tylko, by przygotować jeszcze jakieś przystaweczki, bo Arturek będzie rozczarowany. Rzeczywiście – walnęłam się w głowę – jak mogłam nie pomyśleć o śledzikach. Zrobiłyśmy burzę mózgów i – wespół w zespół – postanowiłyśmy podać jeszcze sałatkę śledziową i awokado z mandarynkami dla naszej wegetarianki, gdyby sobie przypomniała, że nią jest. Spytałam tatkę, co podać Ewie zamiast indyka. Odparł z pewną dozą okrucieństwa, że najwyżej zje same borówki. Niewykluczone jednak, że nimi wzgardzi, bo przecież na pewno nie spadły one z drzewa.
    Uzgodniwszy sprawy związane z przyjęciem, zaczęłam się zamartwiać, co też mama może wymyślić. Będzie chciała nas zabrać tacie czy nie? Cieszyłam się, że zaprosiliśmy całą rodzinę. Miałam nadzieję, że zaprotestują, jeśli mama wpadnie na pomysł, by wywieźć nas do dżungli.
    – Nie będę buszować w buszu – powiedziałam Paulinie.
    Ona zaś dodała:
    – A ja nie będę się suszyć na Saharze.
    Pomyślałam chwilę i dorzuciłam:
    – Nie będę się hienić w Kenii.
    A na to moja nieodrodna siostrzyczka:
    – Nie chce mi się nic robić w Nairobi.
    Nie zauważyłyśmy taty, który stał w drzwiach i uważnie się nam przysłuchiwał.
    – Widzę, że dostajecie małpiego rozumu – skomentował naszą twórczość poetycką.
    Schwyciłam się okazji i powiedziałam to, co mi leżało na sercu.
    – Tato! Nie bardzo mamy ochotę wrócić do mamy. Co ty na to?
    – A ja na to jak na lato. Będę o was walczyć jak o niepodległość – wyrecytował tatko.
    Zaczęłyśmy go ściskać i całować, a on powiedział:
    – Ani lew, ani ryś nie zabierze mi was dziś. Ani hrabia, ani ksiądz nie zabierze was stąd.
    Śmiałyśmy się jak głupie, turlając się z tatą na dywanie, bo zaczął nas łaskotać. Potem poszedł do swej nory, bo jak powiedział z emfazą:
    – Jest czas zabawy i jest czas pracy. – A on teraz, po powrocie z Krakowa, musi przysiąść fałdów i odwalić duży kawał roboty.
    Kiedy tata poszedł, trochę mi ulżyło, ale potem sobie pomyślałam, że przecież sąd po rozwodzie przyznał opiekę mamie i tata nigdy nie wystąpił o zmianę stanu prawnego. I co będzie, jak mama na przykład się uprze, że chce nas ze sobą zabrać? Powiedziałam to Paulinie, a ona stwierdziła poważnie:
    – Nie liczyłabym na to, że mama się uprze.
    Cyniczna robi się ta mała. Oczywiście to wina naszej ukochanej matki.
    W środę zdarzyło się nieszczęście. Zniknął Gutek. Był pies i nagle nie ma psa. Wszyscy, nawet tata, zaczęliśmy biegać po całej miejscowości, nawołując i szukając. Zero efektu. W domu zapanował sądny dzień. Ja ryczałam, Paulina łkała. Tata z Honoratą usiłowali nas uspokoić. Bezskutecznie.
    Nagle wszystko stało się nieważne, ważny był tylko Gutek.
    Postanowiłam napisać ogłoszenie. Przy współpracy taty powstało prawdziwe arcydziełko. Tego gatunku, oczywiście. Było tam wszystko. Chory, w trakcie leczenia, konieczne zabiegi, dziecko tęskni i, naturalnie, wysoka nagroda. Bardzo wysoka.
    Minął jeden dzień, minął drugi. Nikt się nie zgłosił. Chodziłyśmy smutne i zapłakane. Ciągle mi się wydawało, że słyszę charakterystyczne szczekanie. Jeździłyśmy na rowerach po Zalesiu, nawoływałyśmy. Z każdego płotu i słupa patrzyła na mnie ukochana mordka, wydrukowana przez tatę na ogłoszeniu.
    W sobotę straciłyśmy już nadzieję. Coś musiało się stać. Przecież nasz Gutek nigdy nie uciekał! Może ktoś go ukradł i sprzedał gdzieś w Warszawie albo – myślałyśmy ze zgrozą – potrącił psa samochód.
    Chcąc nie chcąc, musiałyśmy się wziąć do porządkowania domu i ogrodu na przyjazd gości. Ja sprzątałam dom, a Paulina grabiła ogród i kosiła trawnik. Robota posuwała się żwawo. Honorata królowała w kuchni. Przygotowywała te potrawy, które można przyrządzić wcześniej bez obawy o ich jakość.
    Pod wieczór dom lśnił i rozchodził się w nim cudowny zapach barszczu i pieczonego indyka.
    – Zupełnie jak w Boże Narodzenie – powiedziała niefortunnie Paulinka. Przypomniała w ten sposób o naszym nieszczęsnym jamniku, błąkającym się gdzieś samotnie. Dostałyśmy go właśnie na Gwiazdkę.
    W tym momencie ktoś zadzwonił do furtki. Poszłam otworzyć, a tam stał zupełnie niewiarygodny facet. Wielki jak szafa, z małą podłużną głową i perkatym nosem. Uszy miał nieduże i bardzo odstające. Na czubku głowy sterczała mu kępka włosów, starannie nażelowanych. Taki prześliczny ukwiałek. Odziany był ten stwór w rozchełstaną kwiecistą koszulę, gustownie dobraną do dresowych spodni Adidasa. Na szyi zaś wisiał mu gruby srebrny łańcuch z przyczepioną do niego malutką, też srebrną komóreczką. Bardzo gustowny zestawik. Otworzyłam usta. Ze zdziwienia. Nie świadczy to o inteligencji, ale naprawdę mnie zatkało. Z trudem, po długiej chwili milczenia, wydusiłam z siebie niewyraźne:
    – Słucham?
    Stwór z kosmosu popatrzył na mnie gapowato i spytał, lekko się zacinając:
    – Ttty ddałaś ooogłoszenie oo ppsie?
    – Ja! Masz go może?! – wykrzyknęłam.
    – Nnno! – potwierdził.
    – Gdzie on jest? Gdzie? – histeryzowałam bez odrobiny godności.
    – Tutaj – powiedziało to dziwaczne indywiduum i wskazało na stojącą nieopodal terenową toyotę.
    Podbiegłam do niej, a tam drapał szybę mój ukochany jamniczek-dżamniczek-czajniczek. Otworzyłam drzwi samochodu i zaczęłam się witać z naszym cudem, prawie utraconym. Kiedy już zostałam dokładnie wylizana po nosie, jakieś dwadzieścia razy, i ze trzy razy w ucho, przypomniałam sobie o faceciku, który stał i przyglądał mi się z dosyć tępą miną.
    – Przepraszam pana, zapomniałam o panu, pan go znalazł, tak? Należy się nagroda… – zaczęłam coś mętnie nawijać, zmieszana, nie wiedząc za bardzo, jak się zachować wobec takiego dziwnego człowieka.
    – Nno, ttak, znalazłem, ale nnagroda… tto nnie tttrzeba.
    Ja jjjuż pppójdę. Ddo wwwidzdzenia – powiedział i odwrócił się na pięcie.
    Zatrzymałam go.
    – Ależ tak nie można, niech pan nie odchodzi, chciałam panu bardzo serdecznie podziękować za odprowadzenie psa. My tu zmysły traciliśmy ze zmartwienia.
    Popatrzył na mnie jak na głupią.
    – Nnie ma sspprrawy, tto nic ttakiego. – I potrząsnął moją ręką z siłą godną Gołoty, wsiadł do swojej bryczki i odjechał z wizgiem opon.
    Zostałam sama i, zdaje się, znowu z otwartymi ze zdziwienia ustami. Boże, co to za dziwny typek! Szybko jednak wróciłam do przytomności, wzięłam na ręce nasze cudo ukochane i triumfalnie poniosłam do domu.
    Entuzjazmu, jaki tam eksplodował, nie da się opisać. Cieszyliśmy się wszyscy, pieszcząc i tuląc tego potwora małego, który nam przysporzył tyle zmartwienia. Tatuś wyrecytował nawet wierszyk okolicznościowy:
    Przed jamnikiem biję czołem, jamnik górą, chociaż dołem.
    Zadzwoniłam też zaraz do Fredzi, by jej powiedzieć, że zguba się znalazła. Kiedy ochłonęłam z pierwszych emocji, przypomniał mi się ten niesamowity człowiek, który go przywiózł. Kto to mógł być i jak spotkał się z Gucieńką?
    W niedzielę obudziłam się dziwnie szczęśliwa. Świeciło słoneczko, koło mnie leżał Gucio i lekko posapywał. Miałam przeczucie, że z mamą też się dzisiaj wszystko dobrze ułoży.
    Wstałam i szybko się włączyłam do ostatnich przygotowań. O pierwszej w południe wszystko było gotowe. Stół elegancko nakryty, udekorowany, wszędzie stały piękne bukiety z naszych własnych tulipanów. Paulinka w swojej ulubionej granatowo-żółtej sukience, ja w krótkiej spódniczce i zabawnym sweterku – prezentowałyśmy się niezwykle szykownie. Jedyny zgrzyt stanowił tata, który ukazał się w rozciągniętym podkoszulku i nieogolony. Na jego widok wydałyśmy ponury jęk.
    – O co wam chodzi? – zdziwił się tatko.
    – Zobacz, jak ty wyglądasz – zaprowadziłam go do lustra.
    – Jak wyglądam? Normalnie wyglądam, normalnie! – bronił się ojciec.
    Potem popatrzył na nas, na stół odświętnie nakryty i się zadumał.
    – O! Co to jest? A! A! Mama dzisiaj przyjeżdża.? Zupełnie zapomniałem. To może pójdę się przebrać? – powiedział niepewnie i poszedł, popychany przez nas, w kierunku drzwi.
    I to ma być odpowiedzialny ojciec rodziny…
    Po mniej więcej kwadransie tata pojawił się znowu, nienagannie ubrany. Pobiegłam do sypialni i przyniosłam mu apaszkę. Otrząsał się z obrzydzenia, kiedy ją kunsztownie wiązałam.
    – Muzyk rockowy z fularem? Zwariowałaś chyba, Karo Boska!!! Obrzydliwość! Zdejmij to ze mnie natychmiast!
    Nie dałam się przekonać.
    – Masz wyglądać elegancko – powiedziałam i dokończyłam dzieła.
    Nikt nie mógłby powiedzieć o tym eleganckim facecie, że wygląda jak nieprześcielone łóżko. Prezencję miał taką raczej Iordowską.
    Nie dało się tego jednak powiedzieć o nieszczęsnym Albercie, który się wkrótce pojawił z naszą mamusią kochaną. Wyglądał jak suszona śliwka, a podobieństwo podkreślał jeszcze krawat w tej samej tonacji co twarz. Fioletowobrunatnej.
    Mama była, jak zwykle, nieskazitelna. W ślicznej lnianej pomarańczowej sukni prezentowała się olśniewająco.
    Chwilę później nadjechała Fredzia z Arturem i Ewą, wszyscy ubrani w fajne bawełniane ciuchy, jak się później okazało, hinduskie. Przywiozła je ciocia Ewa i obdarowała nimi całą naszą rodzinkę. Były to naprawdę modne łaszki, zabawne i z pomysłem. Przez całe wakacje prawie z nich nie wychodziłyśmy, ja i Paulina. Dostałyśmy jeszcze od cioci kilka hinduskich słoników z podniesionymi trąbami. Na szczęście. Bardzo dobry prezent.
    Mama też uznała za stosowne coś nam przywieźć. Obdarowała nas prymitywnymi rzeźbami afrykańskimi, przedstawiającymi żyrafę i słonia. Te prezenty nam się spodobały, ale nie okazałyśmy należytego entuzjazmu. Niech mama zbytnio nie liczy na naszą krótką pamięć.
    Po zamęcie pierwszych powitań tatuś zaprosił wszystkich do stołu. Zostało to przyjęte z entuzjazmem. Sałatka śledziowa spotkała się z aprobatą Artura i Alberta. Okazało się, że łączy ich miłość do dań ze śledzi.
    Zakrapiali je wódeczką, co nasunęło mi myśl, że taki śledzik to zgrabny pretekst do picia mocnych trunków. Wyraziłam tę głęboką uwagę głośno, co wywołało ripostę Alberta.
    Przytoczył on słowa tak zacnego i poczciwego poety, jakim był Leopold Staff. Podobno ten miły staruszek twierdził, że „wódkę można pić tylko w dwóch wypadkach. Gdy jest zakąska i nie ma zakąski”.
    Te niewątpliwie odkrywcze słowa spotkały się z żywym poparciem tatki. Wychylono więc jeszcze jedną kolejkę „za tych, co w buszu”. Albert się ożywił i zaczął integrować z nową rodziną. Fredka powiedziała potem, iż zawsze wiedziała, że alkohol czyni cuda. To przyznała wieczorkiem, przez telefon, i tylko mnie, natomiast tu i teraz usiłowała stoczyć nieodzowną i rytualną już batalię z Turkiem, aby nie pił. Oczywiście „na nic prośby i błagania” – to cytat, ale nie wiem skąd.
    Artur, jak zwykle, stawał dzielnie, wspierany przez Alberta i Eryka. Ten ostatni na słowa Fryderyki o nerkach (standardowe na każdej imprezie) odpowiedział – tak, nie mylicie się państwo, dobrze słyszycie – poezją. Wierszyk był następujący:

    Tu leży John Orr.
    Gdy był chory z przepicia,
    Doktor przepowiedział mu
    Jeszcze jeden rok życia.
    Po tym surowym wyroku
    John żył jeszcze lat 74.
    Doktor zmarł po roku.

    Harcownicy stawali mężnie i po chwili Eryka wsparł Albert, zadziwiając wszystkich znajomością bratniego języka czeskiego. Przytoczył czeskie porzekadło ludowe treści następującej: Pijeś, umfeś. Nepijes, umfeś tak proto pij.
    Po tym zmasowanym ataku Fredzia została zdradziecko dobita przez Artura, który wypowiedział krótkie, ale znaczące słowa, patrząc jej przenikliwie w oczy:
    – Rozważ też to, kochanie: „Pewien mąż rzekł do żony: rzuciłem palenie, rzuciłem picie, teraz kolej na ciebie”.Chcesz tego?
    – Nie – odparła pognębiona do cna Fredzia. – Poddaję się, pij sobie, ile chcesz, umywam od tego ręce.
    Panowie, wolni od męczącego smrodku dydaktycznego, bez problemu przestawili się na białe wino, które lepiej niż wódka pasowało do indyka. Albert przytoczył nawet stosowny wierszyk, pozwalający zapamiętać, co z czym się pije.
    Tata zadał nam go jako pracę domową. Miałyśmy się nauczyć na pamięć. Stwierdził, że poezja ta powinna się znaleźć w tomikach z serii „Co każda dziewczyna wiedzieć powinna”. Nauczyłam się, bo jestem grzeczną córeczką. Przytaczam, choć może za dużo już tych wierszyków.
    Ryby, drób i cielęcina lubią tylko białe wina.
    Zaś pod woły, sarny, wieprze jest czerwone wino lepsze.
    A szampana, wie i kiep, można podczas, po i przed.
    A tam, dobrego nigdy za wiele. Fajny i pożyteczny wierszyk. Tylko co z wódką? Zaraz, niech pomyślę… Wódka tylko w dwóch wypadkach. I wszystko jasne, jak powiedział, dajmy na to… Edison.
    Przyjęcie się rozkręciło, goście wesoło sobie gawędzili i chwalili przygotowane przez Honorkę dania. Wszyscy mężowie mamy, to znaczy – obaj mężowie, niesłychanie się zintegrowali. Tematy alkoholowe nie były już podejmowane, bo ktoś przypomniał o ustawie o wychowaniu narodu w trzeźwości i znacząco popatrzył na nas, niewinnie pijące kompot wiśniowy. Ale strzygące uszami.
    Później na kawę i szarlotkę przeszliśmy na ganek. Zapadał zmierzch, zapaliłam więc lampki, które miały nas chronić przed komarami. Skuteczność ich była niewielka, wyglądały natomiast bardzo nastrojowo.
    Kiedy już wszyscy wygodnie się roztasowali na krzesłach i fotelach, mama zapytała:
    – Eryczku, czy nie miałbyś nic przeciwko temu, żebym wzięła dziewczynki ze sobą do Kenii?
    – Nawet nie próbuj ze mną na ten temat rozmawiać. Mowy nie ma – odparł tato twardo i kategorycznie.
    „Tak trzymaj, tatku” – pomyślałam.
    – Jak ty sobie to wyobrażasz, Kasiu? Przecież one muszą chodzić do szkoły, mają tu przyjaciół, rodzinę – poparła tatę Frytka.
    – No tak – powiedziała mama. – Właściwie się spodziewałam, że będziecie przeciwni temu pomysłowi. Ale musiałam spróbować. – Zamyśliła się, a po chwili podjęła przerwany wątek: – To jakie masz propozycję, Eryku?
    – To proste! Dziewczynki zostają u mnie, a ty płacisz alimenty.
    Tatuś popatrzył na mamę wzrokiem, który jasno wskazywał, że temat nie podlega dyskusji. Znałam dobrze to spojrzenie, znała je widać też mama, bo rozmawiała bardzo ugodowo.
    – No tak… Wiesz, ja nie chciałabym zrywać więzi z dziewczynkami. Oczywiście będę łożyć na ich utrzymanie. To jest bezdyskusyjne. A propos, co się dzieje z naszym starym mieszkaniem?
    – Zostało wynajęte, a uzyskane z niego pieniądze przeznaczam na utrzymanie dziewczynek.
    – No… to jest jakaś forma alimentów.
    – Tak, jeśli ci to dogadza, możemy poprzestać na tej sumie.
    – Dogadza. Może szczegóły omówimy później. Kiedy w takim razie mogłabym widywać dziewczęta? Czy zgodziłbyś się, abym je zaprosiła na wakacje do naszego domu w Nairobi?
    Pomyślałam sobie, że mama wiedziała, iż tata się nie zgodzi na nasz powrót do niej, a tata wiedział, że mama w gruncie rzeczy nas nie chce. Tylko byśmy jej przeszkadzały. Oni wykonali taki taniec rytualny. I każde z nich dostało to, czego chciało. Mama wolność, tatuś nas, a my wakacje w Kenii. Też nieźle.
    – Bez problemu. Myślę, że będzie to dla nich wspaniała przygoda.
    – Chcecie, panienki, odwiedzić mnie i Alberta w Kenii?
    – Z przyjemnością – powiedziałam dystyngowanie.
    Przynajmniej mam nadzieję, że tak to zabrzmiało.
    – Super! – wykrzyknęła Paulina z niekłamanym entuzjazmem.
    – No, to jesteśmy umówione – ucieszyła się mama.
    – Was też zapraszam – zwróciła się do Fredki i Turka.
    – Dziękujemy i chętnie skorzystamy – przyjęli zaproszenie zgodnie i bez żadnych wahań.
    Dawno nie widziałam takiej zgody w rodzinie. Istny wersal. Tata z mamą deklamowali swoje kwestie, jakby je mieli dawno napisane. A mój cały strach – na nic. Rację miała cyniczna ośmiolatka. Mama podjęła drażliwy temat tylko pro forma, dla zasady. Wypadało jej spróbować. Tak naprawdę wcale nas tam nie chciała.
    – Skoro sprawy techniczne już załatwiliśmy, to może powiecie nam, co tu się działo, gdy mnie nie było. – Mama zmieniła wątek, niezbyt zresztą zręcznie.
    Te. „sprawy techniczne” to my, oczywiście. Kochana mamusia.
    Szybko zabrałam głos i lekko wkurzona opowiedziałam o Fryderyku taty i o sukcesach na listach przebojów. Tata się bronił przed tymi pochwałami, ale znam go. Miło mu było.
    Potem Ewa opowiedziała o swoich doznaniach w Indiach. Wznosiła się na wyżyny egzaltacji i nie będę tych wynurzeń tu przytaczać. Wystarczy, że nas nieco znudziła. Słuchaliśmy jej uprzejmie, bo jakie takie maniery się ma. Kiedy na chwilę zamilkła, sprytna Fredzia wpadła jej w słowo i spytała Alberta o jego myśliwskie przygody. Ten, rozluźniony i rozochocony, okazał się niezłym gawędziarzem. Zaserwował nam zabawną historyjkę o przyjacielu, którego ukąsiła kobra.
    – Zażądał ode mnie, abym na niego nasiusiał. Ja, przerażony, nie rozumiem, co on krzyczy, a ten się drze: „Szczaj na mnie, szczaj na mnie!” Wyjąłem więc malutkiego i leję na ranę. W ten sposób uratowałem życie przedwojennemu attache kulturalnemu w Portugalii – zakończył swoją opowieść.
    – I to rzeczywiście było skuteczne? – zdziwiła się Ewa.
    – Bardzo. Nie gorsze od surowicy. Moje wahanie mogło go zabić.
    – A widziałeś jakieś lwy? – spytała naiwnie Paulina.
    – Niejednego. Kiedyś przyjechałem do znajomych na farmę, a tam totalna panika. Lew sforsował ogrodzenie, wpadł na podwórze i dostał się do klozetu. Takiej budki z serduszkiem w drzwiach. Wskoczył tam całym impetem i zatrzasnął za sobą drzwi. Skobelek po prostu opadł, zamykając klozecik od zewnątrz. Na dziedzińcu stali domownicy i goście, wszyscy z kieliszkami w rękach, bo odbywał się właśnie proszony obiad, i deliberowali, co zrobić z lwem, który szamotał się, pewnie też nieźle wystraszony, w środku sraczyka. Nikt nie miał dość odwagi, aby podejść i unieść skobelek. Lew coraz bardziej szalał, budka się trzęsła, a ludzie bali się, że zwierzę wpadnie w furię, gdy wydostanie się na wolność. W końcu zdecydowaliśmy, że ktoś wejdzie na klozetkę od góry i z dachu spróbuje otworzyć feralne drzwi. Lwisko ryczało. Murzyn zajął miejsce na dachu, a my, sześciu chłopa, ustawiliśmy się z bronią gotową do strzału. Tu muszę dodać, że farma, na której się to wydarzyło, stała na terenie rezerwatu i nie wolno tam było strzelać do zwierząt, chyba że w wypadku zagrożenia życia. Powoli, patykiem, chłopiec podważył skobel. Zwierzak naparł na drzwi i wyleciał na piach. Podniósł się, rozejrzał powoli i jak nie da dyla! Aż się za nim kurzyło. Wystraszył się, biedaczek, ale my też niezgorzej.
    Historyjka Alberta wszystkim się podobała. Mam nadzieję, że i nas spotkają fajne przygody w Afryce. Pojedziemy do Kenii na ferie zimowe. Wtedy będzie tam chłodniej.
    W pewnym momencie Fredzia stwierdziła:
    – Czuję pewien niedosyt.
    – Jaki niedosyt? Coś się stało? Czegoś brakuje? – zaniepokoiliśmy się.
    – Tak, brakuje… Nie było żadnej historyjki o śledziach! Arturku! Zaniedbujesz się! – powiedziała i zaczęła się śmiać.
    Wyjaśniliśmy mamie i Albertowi, że w Krakowie wpadliśmy w manię opowiadania anegdot śledziowych.
    – Dzisiaj były już inne związane z wódką – próbowałam bronić Artura.
    – Nie ma sprawy, chcesz o śledziu, masz o śledziu – rzekł Artur i opowiedział następującą historyjkę: – Kilka dni temu poszedłem do knajpy na wódkę i śledzia. – Spojrzał na oburzoną Fredzię i dodał: – Musiałem. W domu nie mogę liczyć na zrozumienie dla tych spraw. W gruncie rzeczy jestem bardzo samotny. – Przerwał na chwilę, wzruszony swoim smutnym losem. – Wypiłem wódeczkę, sięgam po śledzika, a on… Zatkało mnie. Śledzik wyraźnie do mnie mruga. Wódeczka była tylko jedna, nie mogło więc być mowy o żadnych omamach. Śledzik mrugnął do mnie jeszcze raz i mówi: „Arturku, przyjacielu drogi”. „Przyjacielu”, rozumiecie, do mnie, śledzik.
    Słuchaliśmy z zapartym tchem. Nas też zatkało.
    – Zerwałem się od stołu, porwałem śledzika, schowałem go pod marynarką na sercu i pobiegłem do domu. Przemyciłem go, ukryłem. Położyłem na talerzyku, na serwetce, na moim biurku, a drzwi zamknąłem na klucz. Siadłem naprzeciw niego i zaczęliśmy gadać o wszystkim – o samotności i przyjaźni, o życiu i śmierci, o etyce, mitologii i mitach, o tym, co wczoraj, i o tym, co jutro. Nigdy z nikim nie miałem tak intensywnego porozumienia. Świat, jego sprawy nabrały innego wymiaru, innej formy. Wszystko nareszcie zaczęło mi się układać, gdy nagle mój śledzik mówi, że musi wyjść. Zacząłem prosić, błagać, by nie wychodził, gdzie się będzie tłukł w taką fatalną pogodę. Powiedziałem: „Przyjacielu, bracie, nie opuszczaj mnie!” Nie dał się przekonać. Kategorycznie chciał wyjść. Uwiązałem go na sznurku, zbiegliśmy po schodach. Lał deszcz, a śledzik gnał w stronę Wisły. Dobiegł do mostu, ciągnąc mnie za sobą. Na moście bez chwili wahania, bez pożegnania, ten mój jedyny przyjaciel rzucił się do wody. – Tu Artur przerwał i cicho załkał. – Podbiegłem do balustrady. Światło latarni migotało, wichura szalała, a tam, w wodzie, łebek mego druha to się wynurzał, to znikał. Nagle pojawił się znowu i wrzasnął rozpaczliwie: „Artur! Artur! Ratuj! Tonę!” Wołałem: „Śledziku, mój przyjacielu!” Biegłem mostem, ale nie miałem dość odwagi, by rzucić się w tę zimną, zdradliwą toń.
    Artur zamilkł, spuścił głowę, podparł ręką czoło.
    Zapanowała cisza, a potem wszyscy wykrzyknęliśmy:
    – No i co? Co dalej? Co się stało?
    – Nie ma dalej – odparł śmiertelnie smutnym, zachrypniętym głosem Artur. – Nie ma dalej!
    – Jak to nie ma? A śledź?
    – Śledź… – wyszeptał tragicznym głosem – utonął.
    – Jak to utonął? Śledź?!
    – Tak to! – jęknął Turek histerycznie, łamiącym się głosem. – Utonął, bo oduczył się pływać.
    Wszyscy milczeliśmy, porażeni rozmiarem tragedii. Pierwszy odezwał się Albert:
    – Chapeau bas, Arturze, chapeau bas!
    Fredzia przytuliła się do Turka, oparła głowę na jego ramieniu i powiedziała:
    – To było wspaniałe, ale więcej nie chodź na wódeczkę do barów. Sam.
    – Oczywiście, kochanie, nigdy więcej. Sam.
    W poniedziałek, jak zwykle, wyszłam do szkoły na ósmą czterdzieści pięć. Pokonałam zaledwie parę metrów, gdy z wizgiem opon zatrzymała się obok mnie terenowa toyota. Wychylił się z niej dziwny koleś ze srebrną komorą – ten sam, który znalazł psa – i zaproponował, że mnie podwiezie. W pierwszej chwili odmówiłam, ale gdy zaczął nalegać, zgodziłam się. Diabeł mnie podkusił.
    Byłam po prostu strasznie ciekawa, co to za jegomość z ukwiałkiem na głowie. No i wsiadłam. Do szkoły mam raptem dziesięć minut drogi, dużo więc z nim nie pokon-wersowałam. Spytałam, jak się nazywa. Odparł:
    – Mmmolasy.
    – A dalej?
    – Tttyllko Mmmooolasy. Nnnie mma dddalej.
    – Jak to nie ma? Musi być.
    – Nno tto jeeest, aalle nnie zuużżżywwwam.
    Tak powiedział. „Nie zużywam”. Spytałam, gdzie znalazł Gutka.
    – Aa mmmałom goo nnnie ppprzejechał. Zz Kkkooorr-dddeckkieggo pppoodd kkołła mmi wwwysskkooczyyłłł.
    Podjechaliśmy pod szkołę.
    – Tteż tuu kkiedyśś chchchodziłłłemmm – pochwalił się z wyraźnym odcieniem dumy w głosie.
    – A teraz gdzie chodzisz?„
    – Ttaaamm – wskazał ręką w stronę rzeki.
    – To znaczy?
    – Nno… nna ggórkę. Ddo ssspppecjjjalllnej, zzznaaczy sssię.
    – Aha – przytaknęłam machinalnie i wyskoczyłam z samochodu.
    Akurat pod budą stała Dominika z Jasiem, więc pomachałam entuzjastycznie w kierunku odjeżdżającego kolesia, krzycząc:
    – Dzięki!
    Faceta nie było widać zza przyciemnionych szyb, a samochód robił pewne wrażenie.
    – Kto to? – spytał Jasio.
    – Podrywał mnie, pozwoliłam się podwieźć – rzuciłam niedbale. A co mi tam! Trochę bajeru przecież nie zawadzi.
    – Świetne autko – powiedział marzycielsko Jasio. – Takie właśnie chciałbym mieć.
    Pojawienie się Molasy, Molasego, Molasa… jak go zwał, tak go zwał… niewątpliwie pomogło mi wywołać pewien efekt.
    „Swoją drogą – myślałam na pierwszej lekcji, nudnej jak zwykle chemii – niezły ze mnie przygłup”. Wsiadłam do samochodu nieznajomego faceta. Mógł mnie porwać, zgwałcić lub zamordować. Albo wszystko to naraz, czyli po kolei. Na dodatek okazał się gościem ze szkoły specjalnej o bardzo złej renomie.
    Super. Jednak ze mnie idiotka do kwadratu. Nie mogę się nikomu przyznać do tej przygody, boby mnie tata i Fredzia zabili na miejscu. Nie musiałby tego robić Molas. Molasy.
    Wróciłam do domu, zjadłam obiad, gdy odezwał się dzwonek u furtki. Poszłam otworzyć, a tam stał Molasa z głupią miną – jak zawsze. Ubrany był w śliczne zielono-żółte szorty malowane w tak zwane picassa, z krokiem na wysokości kolan. Cycuś po prostu. W ręku trzymał kilka kompaktów.
    – Czcześćć – powiedział.
    Jestem grzeczna, ma się te rzeczy, więc odpowiedziałam:
    – Cześć.
    – Mmam ppparę oooodjechaaaaanych kkommpaktów.
    Mmoże bbyś, kkkuuurdde, kkkuppiłaa?
    – Kurde, nie, dziękuję – odpowiedziałam dwornie i zaczęłam się wycofywać za furtkę. Powoli, nieznacznie, ale krok po kroku.
    – Eeee, sssłuchaj, za jedneee pppięć zzłoodszów. Mmam Reeed Fffashioon, Bblack aand Whiiite, Mmachchine-hhhead.
    To były niezłe tytuły i kusząca propozycja. Mimo to, powodowana poczuciem etyki, odmówiłam. Wydawał się strasznie smutny i zawiedziony. Aż mi się żal zrobiło. Aby go pocieszyć, powiedziałam:
    – Wiesz, ja nie mam wieży.
    – Aa kommmputttterr?
    – Też nie mam – poszłam na całość.
    Wyraźnie się zmartwił. Wyglądał jak zatroskana płaszczka. Taka ryba.
    – Dzięki – rzuciłam i z ulgą zniknęłam za furtką.
    Co za koleś!
    Wieczorkiem znowu zadźwięczał dzwonek. Za furtką stał Molasa, dzierżąc w rękach srebrzystą niewielką wieżę. No, nie powiem, lekko mnie zatkało.
    – Mmmasz – powiedział, wręczając mi wieżę.
    – No co ty? Nie wezmę – broniłam się.
    W tym momencie zadzwoniła komora. Ta srebrna. Na szyi. Gościu, żeby odebrać telefon, włożył mi wieżę w ręce. Trzymałam ją i słuchałam rozmowy.
    – Cco?! Zzza małłło dałł? Jjakie zza mmmałłło! Lliczyć nnnnie uuumiesz. Pporrrąbbbało ććcię? Cco! Cco! Jja za tto nnie bbęędęę bbrraałł w ddduppęę. Zzieellinn naass zabbi-jje! Zzzzobbbaczczyszsz!
    Wyłączył się, wziął ode mnie wieżę i powiedział jakby do siebie:
    – Sspokko, sspokko.
    Chwilę się zamyślił, a potem zwrócił się do mnie:
    – Jjjest tttakki towwarrek. Chchceszsz? Jjjedna ssstó-weczkkka i jjjestt ttwojjja.
    Popatrzyłam na sprzęt. Była to niezwykle atrakcyjna oferta, a cena po prostu z księżyca. Lecz etyka znowu zwyciężyła i żeby go zbyt nie zmartwić i nie zdenerwować, powiedziałam głupio:
    – Nie mam tyle.
    – Aa illle mmmasz? – zainteresował się.
    – Nie, no… nic nie mam.
    – Rrrrozłłożę ci na rrraty – zaproponował.
    – Nie, dziękuję, nawet mi nie wolno takich rzeczy kupować. Tata by się gniewał.
    To do niego dotarło, ale się zdziwił. Bardzo.
    – Ggniewwwałłł ssie? Ppppowwiniien sssiięę ćcie-szyyyć, przećcież tto ttannnio.
    Zignorowałam ten wątek, spytałam natomiast, zupełnie zresztą niepotrzebnie:
    – Skąd to masz?
    – Kkkkummmpppel sssię ooo ttto poootknąąął.
    – Aha – zauważyłam inteligentnie.
    – Ttto cco?
    – Nic. Spadam, dzięki, ale nie przynoś mi więcej fantów. Nie kupuję towaru, nie mam kasy, i w ogóle.
    Machnęłam mu łapką i zniknęłam za furtką, zostawiając go z rozdziawioną gębusią i wzgardzoną wieżą. Stał tak jeszcze, gdy się odwróciłam, wchodząc do domu. Widać dużo czasu zajmuje mu przyswajanie wiadomości.
    Rano czekał na mnie w tym samym miejscu co wczoraj. Odmówiłam. Nie wsiadłam. Szłam aleją, a on trąbił, hamował, zatrzymywał się. Wkurzał mnie. Robił cyrk. W końcu wgramoliłam się do tej jego bryczki i zaczęłam go opieprzać. Położył uszy po sobie. Robił wrażenie maleńkiej, przestraszonej myszeczki. Kajał się. W ogóle był taki jakiś miły i bezbronny, że się przymknęłam. Wysiadłam pod szkołą, a on odjechał, jak zwykle, z poślizgiem. Kot przechodzący akurat drogą okazał się szybszy o ułamek sekundy i uszedł z życiem.
    Tak było każdego dnia. I nie ma co ukrywać, miałam w Molasie wielbiciela. Zawoził mnie do szkoły, a czasem nawet odbierał. Chcąc nie chcąc, zaczęłam z nim gadać. Uczył się na ślusarza.
    – Tto ooooodjechchanyy fffaachch – mówił.
    Samochód kupił mu tato. Prawdę mówiąc, bałam się, że jest kradziony, ale twierdził, że nie. Spytałam, kim jest jego tata, co robi, że mu taką bryczkę fundnął. Molas odpowiedział:
    – Mmmiinnisttremm.
    Myślałam, że się przesłyszałam, ale nie. Powtórzył jeszcze raz, jąkając się w innych miejscach. Ministrem. Może zboru ewangelickiego? Słyszałam kiedyś o czymś takim.
    – Nie – powiedział. – Miiinistreem kkultury.
    Rany boskie! Wymiękłam.
    Przekazałam „tacie tę rewelację. Najpierw jednak spytałam:
    – Jak się nazywa minister kultury?
    Tata zamyślił się głęboko.
    – Molasa czy Molas, coś takiego.
    Przyznałam się więc do tej znajomości, bo zawsze lepiej brzmi „syn ministra” niż „złodziej” czy „paser”.
    – Z ramienia jakiej partii ten minister?
    – No, nie wiem, coś ludowego chyba. Nawet na pewno.
    Opowiedziałam tacie o Molasym: jak go poznałam, że to właśnie on znalazł naszego jamnika.
    Nie wspomniałam ani słowem o kuszących fantach, które czasami przynosił. Spytałam go kiedyś, skąd je bierze. Zeznał, że koledzy z zawodówki mu dają, aby opchnął. Może jestem i głupia, ale zaczęłam takie typowo babskie gadanie, że to kradzione, że nie powinien itd.
    Słuchał tego jak bajki o żelaznym wilku. Nie wiem, może on jest aktorem stulecia, ale robił wrażenie, jakby pierwszy raz słyszał, że kraść to brzydko.
    Cóż, jestem wredna, ale oczywiście w jakiś sposób wiązałam to z profesją jego taty. Polityka, jak ogólnie się uważa, jest brudnym interesem. Okazało się, że nieszczęsna Molasa to sierota. W przenośni, a naprawdę – półsierota. Jego mama umarła dawno temu na grypę. Istny horror! Ojciec się nim w ogóle nie zajmował. Tylko jakieś Rosjanki czy Ukrainki.
    Molas to istne dzikie dziecko. Jak Kaspar Hauser czy ktoś podobny. Wersja współczesna. Dorastał w wielkim domu zupełnie sam, mając za jedyne towarzystwo dwa zdziczałe psy podwórzowe. No i te często zmieniające się panie. O psach mówił z czułością, o ojcu ze strachem. Nie myślałam, że takie historie się zdarzają. Nic dziwnego, że jest opóźniony.
    Polubiłam Molasa, było mi go żal. Został moim wielbicielem, to prawda, ale nie miało to żadnego podtekstu romansowego. Po prostu przykleił się, a ja, po wysłuchaniu jego historii, nie miałam sumienia się przed nim opędzać. Zaczął odwiedzać mnie w domu i przesiadywać coraz dłużej i dłużej.
    Nie był męczącym domownikiem. Paulina i Honorata go polubiły. Tata też nie miał nic naprzeciwko – jak mówił Molasy. Rozwiązała się również zagadka jego imienia. Długo molestowany, Molasy przyznał się, cały czerwony ze wstydu, że ma na imię Engelbert. Postanowiłyśmy, że będziemy nazywać go Bercik, ale prawdę mówiąc, w ogóle się to nie przyjęło. Miał zbyt sugestywne nazwisko. Pozostał na zawsze Molasym, Molasem, Molasą. Lubiłam tworzyć nowe formy jego nazwiska, a Molasa to bawiło i czuł się w ten sposób wyróżniony. Ulubił sobie szczególnie Molasantego. Jak byłam zła, to go nazywałam Molasanciną cielęciną. Paulina wołała Molasku, Fredzia Melaso, tatuś Mollasso, a Artur – Molasieńko.
    To ostatnie zdrobnienie najlepiej – tak przynajmniej twierdzi tata – oddaje funkcję, jaką pełnił Molas u nas w domu. Stał się po prostu naszym rezydentem. Facetem, który przychodził po szkole i siedział do nocy. Czasem było to męczące, ale na ogół nie zaprzątał niczyjej uwagi. Tkwił przed telewizorem, grał na komputerze lub pomagał w tak zwanych męskich pracach, wobec których tata wykazuje daleko idący dystans. Woził nas do szkoły, jeździłyśmy z nim po zakupy. Był pożytecznym członkiem rodziny. Taki trochę gapowaty starszy braciszek.
    Po pewnym czasie zauważyłam, że Molasek trochę się ucywilizował. „Kurde” zniknęło z jego słownika. Zachowywał się ładnie przy stole, nauczył się naszej podstawowej zasady: łyżka do buzi, a nie odwrotnie. Miał z tym na początku duże kłopoty, ale szybko je zwalczył.
    To był facet w porządku i gdyby go ten jego tatuś z przerostem ambicji nie zaniedbał, to na pewno nie chodziłby do żadnej szkoły specjalnej.
    Powiedziałam to Molasowi, kazałam mu też pogadać ze starym o leczeniu jąkania. Fredka mnie napuściła, bym poruszyła ten temat. Powiedziała, że są specjalne poradnie i że to jest przypadłość do wyleczenia. Molassa bał się starego jak diabeł święconej wody, ale w końcu się odważył i wydukał swoją prośbę. Opowiadał mi potem, że jego tatko zbaraniał, jakby stół przemówił ludzkim głosem. Ale załatwił synowi terapię, która dała znakomite rezultaty: po paru miesiącach ćwiczeń Molas lekko się zacinał, i tyle.
    Wybiegłam w tej historii do przodu, ale przy okazji Molasy odkryłam w sobie Makarenkę. Tak twierdzi Fredzia. Makarenko to był jakiś pedagog, który w sowieckiej Rosji resocjalizował młodych przestępców. No, aż tak źle z panem M. nie było. Drobny paser to najwyższy stopień, jaki osiągnął w bandyckim fachu.
    Mama wyruszyła w podróż poślubną. Przyjechała do nas taksówką, która czekała, podczas gdy my dostałyśmy po buziaku i po stóweczce. „Na drobne wydatki” – powiedziała mama i odpłynęła w siną dal. Może zresztą wcale nie była ona sina, ta dal, tylko różowa. Mieli przecież w planach Wenecję, Florencję i Toskanię.
    My zostałyśmy same z tatusiem, ale wcale nie byłyśmy z tego powodu smutne. To znaczy trochę byłyśmy, bo nie jest miło, kiedy własna matka traktuje cię jak psie gówno. No, może jestem dla niej niesprawiedliwa. Ale czy muszę być sprawiedliwa? Kłóciłam się o to z Fredzią. Nie dałam się przekonać. Nie będę dla mamy sprawiedliwa. Nie, i już. Tatę kocham, kocham Fredzię, a mama może spadać. Do Afryki albo na Marsa. Proszę bardzo, mi to wisi.
    Ulało mi się. Trudno. Trzeba rozładowywać emocje, Fredzia zawsze tak twierdzi.
    Namówiłam Molasa i pojechaliśmy jego autkiem przehulać całą tę kasę w Warszawie. Jak wiadomo, pieniądze szczęścia nie dają. Dopiero zakupy. Kupiłam więc sobie spodnie, wąskie jak cygaretki Fidela Castro. Tak powiedziała Fredzia. Nabyłam też dwa głupawe romanse. To znaczy wcale nie były głupie, tylko tata tak twierdzi. Typowy męski szowinista. Kupiłam też Molaskowi pierwszy tom Harry’ego Pottera. Cieszył się jak dziecko, którym zresztą jest bardziej niż ja. Powtarzał zszokowany:
    – Tto ddlla mnnie? Nno niee, oo rrranny! Nappprrawdę?
    Był słodki, a ja czułam się wielka i wspaniała. Zadłużyłam się u Honoraty na te zakupy, no bo stóweczka starczyła mi jeno na spodnie. Takie czasy.
    Tata znowu wyjechał w trasę. Miał wrócić za tydzień. Ja wzięłam się do edukacji Molasy – moją postanowiła się zająć świeżo przywrócona rodzinie ciocia Ewa. Tatko poprosił ją, żeby pomieszkała z nami podczas jego nieobecności. Zgodziła się chętnie, bo nie miała co ze sobą zrobić. Wymogła tylko na tacie przyzwolenie na pobyt u nas także niejakiej Elwiry Sałapatko, koleżanki z aśramy.
    Ewa i Elwira pojawiły się w naszym domu po wyjeździe taty, tuż pod wieczór. Honorata zaproponowała im obiad, ale odmówiły.
    – Mamy własne jedzenie – powiedziały i wyciągnęły duży słoik z brunatną zawartością.
    Spytałam: „Co to jest?”, a Honorata, nachylona, przyglądała się słoikowi z dużym zainteresowaniem.
    – To gotowana pszenica. Oczyszczamy swój organizm. – Ewa nałożyła brunatną, niezbyt apetyczną zawartość na dwa talerze i wzięły się do jedzenia.
    Przyglądałyśmy się temu bez słowa.
    – Może chcecie trochę? – zaproponowała ciocia życzliwie.
    – Nie, nie, dziękujemy – szybko odpowiedziałyśmy chórem i przestałyśmy się gapić.
    W kuchni pojawił się Molas, przyjrzał się jedzącym i oznajmił, że jest głodny. Ewa ponowiła propozycję. Molas, który w zasadzie jest zwierzęciem wszystkożernym, po chwili wahania i wpatrywania się w ich talerze odmówił.
    Honorka wyjęła dzbanuszek smalcu z jabłkiem i majerankiem i posmarowała dużą pajdę.
    – To ja pójdę naprawić te drzwiczki od szafy – powiedział Molas, biorąc poczęstunek, i się zmył.
    E. i E. skończyły jeść szarawą breję i wyciągnęły z torby wodę. Rozlały do kubków, nam też uprzejmie zaproponowały, ale na wszelki wypadek odmówiłyśmy.
    – Prawdziwa, źródlana – powiedziała Elwira.
    Nie przekonało nas to jakoś. One zaś wypiły duszkiem.
    – Nie ma nic lepszego. Oczyszcza organizm ze wszystkich toksyn – poinformowała Ewa, rozlewając do szklaneczek kolejną porcję wody. – Każdy powinien wypić co najmniej trzy litry dziennie.
    Opite wodą, sięgnęły do bagażu i wyjęły dzwoneczki.
    – Powiesimy je nad drzwiami, aby pieniądze nie opuszczały tego domu.
    Jak powiedziały, tak zrobiły. Po chwili postanowiły jeszcze przenieść lusterko, by odbitym w nim światłem rozjaśnić hol.
    – To poprawia energię krążącą w domu – zakomunikowała Elwira.
    – Tak – zgodziła się z nią Ewa. – A propos, trzeba wyklaskać zastoiny energii.
    Pobiegły każda do innego kąta pokoju i zaczęły klaskać. Patrzyłyśmy jak zahipnotyzowane.
    – Chyba nikt tutaj tego nie robił? – spytała Ewa.
    – Tak, to znaczy nie – potwierdziłam.
    – Zobaczysz! Teraz będzie wam się tutaj o wiele lepiej żyło.
    Obie krążyły po domu jak wielkie ptaszyska i klaskały, i klaskały.
    – Co one robią? – spytała Paula, z lekka wystraszona.
    – Nic, nic – uspokajałam. – To taka zabawa.
    Kiedy obleciały już cały dom i wypłoszyły wszystkie upiory, wróciły do kuchni i dalej się rozpakowywały. Wyciągnęły worek pszenicy, jakieś demne grzybki, wielką butlę wody, wahadełko i różdżkę, tofu, worek soi. Nie wiem dlaczego, ale to wszystko było jakieś szare.
    – Czy wy jesteście czarownicami? – spytała bardzo rozsądnie Paula.
    Zaczęły się śmiać perliście.
    – Cha, cha! Zabawna jesteś, oczywiście, że nie… No, może troszeczkę – normalnym już głosem powiedziała Elwira.
    Pokazałam im, gdzie będą spać. Ucieszyły się i oznajmiły, że zaraz się położą, bo w Indiach przyzwyczaiły się do wczesnego wstawania. Popatrzyły jednak krytycznie na sypialnię.
    – Tutaj jest niedobre chi – stwierdziły ponurym głosem.
    – O Boże! – wystraszyłam się. – Można coś z tym zrobić?
    – Jasne! – zawołały radośnie i zaczęły przesuwać łóżka.
    Zakryły też ekran przenośnego telewizorka. – Czujesz, jak chi się poprawiło?
    – Tak, bardzo – odparłam z powagą. Fredzia mawia, że z wariatami należy ostrożnie. Z każdym można się dogadać, tylko z nawiedzonym ciężko.
    Byłam w lekkim szoku. Pomyślałam, że czekają nas niewątpliwie interesujące dni. Nie zawiodłam się.
    Rano, o piątej, obudziły mnie jakieś dziwne dźwięki. Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam obie panienki wykonujące jakieś ćwiczenia gimnastyczne w lasku brzozowym nieopodal mego okna. Towarzyszyły temu monotonne zaśpiewy. Domyśliłam się, że doda z przyjaciółką oddają się hinduskim ćwiczeniom medytacyjnym.
    Nie myliłam się. Ewa uświadomiła mi po powrocie do domu, że to, co podziwiałam przez okno, to powitanie słońca – cykl dwunastu ćwiczeń połączonych z powtarzaniem odpowiedniej mantry. Spytałam, czy nie mogłyby tego robić później, ale Ewa się oburzyła:
    – No, przecież powiedziałam, że to powitanie słońca.
    – Tak, masz rację, przepraszam – wycofałam się grzecznie.
    Elwira łagodnym głosem zadeklamowała:
    – Surya jest duszą zarówno istot poruszających się, jak i nieruchomych, – A potem wyjaśniła: – Surya to Słońce. Oddajemy mu pokłon co dzień rano, z twarzą zwróconą na wschód. Tych ćwiczeń jest dwanaście, tyle ile boskich przymiotów gwiazdy.
    – Tylko tyle ma przymiotów? – zdziwiłam się nieco.
    – Jej zalety są nieskończone, nieopisywalne – ekscytowała się Elwira. – Dwanaście ćwiczeń jest zaledwie symbolicznym oddaniem hołdu. Może chcesz się do nas jutro przyłączyć?
    Podziękowałam grzecznie, bo nie jestem przesadną admiratorką wczesnego wstawania. Ani słońca. Dobrze, że jest, ale żeby mu się kłaniać? Nie, to nie dla mnie. Brakuje mi duchowości.
    Chcąc nie chcąc, obudzona o tej dzikiej godzinie, wzięłam się do przygotowywania śniadania. Niestety, nasze joginki odmówiły jedzenia. Poszły na suche szczotkowanie skóry. Nawet nie próbowałam dociekać, co to takiego. Zrobiłam sobie jajecznicę na słonince i pyszną, bardzo mocną herbatę. A potem wsunęłam się do łóżka w nadziei na sen. Sen jednak nie przychodził. Wróciłam więc do kuchni, a tam zastałam Elwirę Sałapatko przyrządzającą zupę potasową. I ziołową herbatkę. Nie mogłam na to patrzeć. Zrobiłam kakałko i uciekłam. Przeczytałam już całą „Politykę”, gdy pojawił się Molas. Wyszłam do niego i zaproponowałam, że zaparzę mu kawę.
    W kuchni ciocia i Elwira jadły zupkę. Poczęstowały nią Molasę. A on, jak to on, nie odmówił. Spróbował i zakrztusił się – nieśmiało zauważył, że nie ma w niej soli.
    Ewa spojrzała na niego z litością.
    – Sól zabija – zakomunikowała poważnie.
    Molas się wystraszył, pogmerał w talerzu ze dwa razy i dał za wygraną.
    – Nie masz czasem jakichś resztek tej wczorajszej pizzy? – zapytał nieśmiało.
    – Mam. – Sięgnęłam do lodówki.
    – To dopiero jest trucizna – powiedziała Ewa i wyjęła mi z rąk zimną pizzę. – Nie słyszeliście o cholesterolu?!
    Zdaje się, że z Ewą nie będzie zbyt wesoło.
    – Słyszeliśmy, ale jeszcze się nie przejmujemy – odrzekłam, zabierając jej ciasto i wkładając do mikrofali.
    – Tego też nie powinnaś używać – zaprotestowała dla odmiany Elwira. – Będziemy musiały dużo was nauczyć.
    – Tak, one żyją w średniowieczu. – Ciocia ze smutkiem pokiwała głową.
    Swoją misję cywilizacyjną rozpoczęły dziewczyny od razu. Elwira nauczyła nas troje podstawowych asan, to znaczy postaw. Ich celem jest oczyszczanie kanałów energetycznych tak, by prana, czyli oddech, mogła swobodnie przepływać i ciało było gotowe przyjąć Kundalini – najwyższą energię słoneczną.
    Elwira zacytowała Hatha Jogę Pradipika, który podobno powiedział, że asany czynią człowieka silnym, wolnym od chorób i lekkim. Wydawało mi się, że ten cytat nic nie wnosi, ale zmilczałam.
    Pokazały nam postawę świecy, pług, kwiat lotosu. Wszyscy troje gimnastykowaliśmy się na trawniku, a Honorata patrzyła przez okno i nie mogła się nadziwić, jakie te panienki są sprężyste.
    Molas zwalił się przy świecy, ja wymiękłam przy kobrze. Powiedziałam Ewie, że powinna występować w cyrku. Nie zrobiłam tego złośliwie, ale się obraziła i przerwała ćwiczenia.
    Pełna kundalinu, zaproponowałam wycieczkę rowerową po obiedzie, co zostało przyjęte z radością przez Paulinę i Molasego. Ciocia jednak odmówiła. Obie z Elwirą zaplanowały na popołudnie kąpiel w owsiance, w ramach terapii oczyszczającej, i ćwiczenia z oddychania chi kung.
    Nie, to nie. Zjadłyśmy żurek z jajeczkiem, a potem kopytka z pieczenia cielęcą i buraczkami. Ewa i Elwira skromnie spożyły zupkę miso. Podobno znakomicie wspomaga organizm. Ciocia czasem zerkała w stronę naszych talerzy. Jakby z żalem.
    Po obiedzie pojechaliśmy we trójkę nad rzekę, a potem do ośrodka sportowego w Zalesiu Górnym. Trasa była bardzo fajna, ciągnęła się wzdłuż rzeki, obok urokliwego wodospadziku i stawów rybnych, a potem przez las, śliczny las sosnowy. Z Molasą czułam się bezpieczna. Duży z niego gość. Nie musiałyśmy się bać grasujących w okolicy łobuzów, którzy kradli rowery. Tatuś, stary leniwiec, rzadko dawał się namówić na wycieczki tego typu. Twierdził, że rower to wynalazek przereklamowany, bo tylko dupa siedzi, a nogi jak pracowały, tak pracują.
    Sport nie jest tym, co tata uważa za zdrowe. Regularnie ćwiczy tylko mięśnie przedramienia, podnosząc pełne kufle. Trasa miała jednak ten walor, że kończyła się nad zalewem, gdzie można było spokojnie odpocząć i napić się piwa. Czasem więc tata dawał się skusić na taką wyprawę.
    Przejechanie całej drogi zajęło nam czterdzieści minut. Był to niezły czas. Wynajęliśmy rower wodny. Paulina wypłynęła z Molem na jezioro, a ja pilnowałam rowerów i czytałam Morderstwo na plebanii Agathy Christie.
    To moje ostatnie odkrycie. Fredzia podsunęła mi ABC i teraz czytam wszystkie powieści Agathy po kolei. Mam też nagrane na wideo filmy z Davidem Suchetem w roli Poirota. Dla mnie są one kultowe.
    Było mi bardzo dobrze. Świeciło łagodne popołudniowe słońce, a ja siedziałam na ławeczce i patrzyłam na staw pełen kajaków i rowerów wodnych, popijając malutki browarek. Chciałam zawołać: „Chwilo, trwaj!” To było to. To lubię.
    Kiedy wróciliśmy do domu, E. i E. siedziały na trawniku w pozycji kwiat lotosu i wyły. Inaczej nie da się tego określić. Później Ewa wytłumaczyła mi, że oczyszczały organizm za pomocą dźwięków.
    Zadzwoniłam do Fryderyki i opowiedziałam jej o wyczynach cioci. Poradziła, abym absolutnie nie zaprzątała sobie tym głowy.
    – Ewie przejdzie. Za miesiąc będzie ćwiczyła tai chi albo uprawiała ziemię w kibucu pod Jerozolimą. Pamiętasz, jak była członkinią Hare Kriszna?
    Pamiętałam.
    Rano znowu obudziły mnie mantry, ale przewróciłam się na drugi bok i zasnęłam. Była niedziela i chciałam się wyspać.
    Ciocia i Elwira poświęcały się doskonaleniu duchowemu, a my zajmowałyśmy się swoimi sprawami. Ja uczyłam się do klasówki z matmy i pomagałam Molasowi spłodzić wypracowanie o ucisku klasy robotniczej i chłopskiej w przedwojennej Polsce. W tej szkole specjalnej to specjalni są, zdaje się, nauczyciele. Zahibernowała się ta miła gromadka w epoce realnego socjalizmu i ani rusz do przodu. Studia zaczynali, gdy Uniwersytet Warszawski nosił imię Józia Stalina, kończyli, gdy przy władzy był taki miły facio, Władzio Gomułka, i pozostali wierni jego ideom po wsze czasy. Nowego nie ma, przynajmniej sądząc po ciekawostkach, które Molas czasami ze szkoły przynosił. Nauczyciele kochają karmić uczniów swoimi poglądami na świat i rzeczy. Ta Melasa nie była wcale głupia, myślała prawidłowo. Może trochę długo, ale nie głupio. Natomiast ewidentnie miał dysleksję. Kazałam mu poprosić ojca o załatwienie wizyty w stosownej przychodni. Molas zgodził się, tym razem chętnie, bo dzięki terapii jąkał się już znacznie mniej i najwyraźniej uwierzył w skuteczność tego typu działań. Twierdził też, że ostatnio ojciec zwraca na niego więcej uwagi i próbuje nawiązać z nim rozmowę.
    Paulina przygotowywała pracę na plastykę. Temat był prosty: „Niedziela”. Wymalowała ciocię i Elwirę stojące na głowie. Boję się, że jak opowie, co one tu wyprawiają, to mogą nam dać kuratora. Wszyscy wiedzą, że jesteśmy trochę dziwne, ale ta ciocia na głowie… Szkoła może tego nie strawić.
    Następny tydzień szybko minął. Zbliżał się koniec roku i klasówka goniła klasówkę. Uczyłam się dużo, jeździłam na korepetycje do Jarka i nie miałam czasu nadmiernie się włączać w życie domowe.
    Paulina natomiast opanowała wiele nowych asan i wyglądała naprawdę uroczo, gdy ćwiczyła w towarzystwie Ewy i Elwiry. Ja niekiedy też się przyłączałam. To fajna gimnastyka i ma niewątpliwie swój urok. Szczególnie jeśli się ją uprawia w takim ślicznym lasku brzozowym jak nasz. Nie dałam się jednak namówić na żadne tofu. Flaki, bigos, kurczak – panienki miały to wszystko zrobione z tofu i co dzień jadły to samo, tyle że pod inną nazwą. Już sam kolor mnie odstręczał. Kiedyś odważyłam się tego spróbować i stwierdziłam, że jest jadalne. Tylko gdzie poezja smaku, aromat?
    Nie wydaje mi się, by warto było jeść coś tylko dlatego, że jest zdrowe. Jak mówią w reklamach: „Żądaj więcej!”
    Dostałyśmy od mamy pocztówki. Dwie widokówki. Pierwszą z Wenecji. Cudownie, czarownie, całuję, mama.
    – Całuj psa w nos – powiedziałam, gdy przeczytałam, ale Paulinka bardzo się ucieszyła.
    Druga była z Florencji. Cudownie, czarownie, kocham, mama.
    „Kocham”. Chyba inaczej.
    Za dwa tygodnie miałam testy kwalifikacyjne do liceum. Pierwszy raz w życiu spanikowana, zakuwałam się jak głupia. Nie mogłam spać, uczyłam się po nocach. Czytałam opowiadania z pozytywizmu, różne Antki i Nasze szkapy. Przez całą noc: ślęczałam nad tego typu lekturami. W swoim czasie udało mi się szczęśliwie ich uniknąć, ale teraz postanowiłam nie ryzykować. Polski to moja mocna strona i miałam nadzieję, że dobra ocena z polaka może zrównoważyć ewentualną wpadkę z matmy.
    Siedziałam w piwnicznej izbie, gdzie Jaś nie doczekał, ja zaś doczekałam, przy lekturze, świtu.
    Usłyszałam przez okno Elwirę wyśpiewującą mantry i był to znak że słońce wschodzi. Zwlekłam się z łóżka i pomaszerowałam do klozetu.
    Nie lubiłam zasypiać o tej porze, bo ptaki się darły jak głupie. Lepiej kłaść się trochę wcześniej. Trudno, za długo się uczyłam. Zgubiła mnie żądza wiedzy. Przechodząc przez pokój, zerknęłam na tańczącą Elwirę. Ciocia już parę dni temu zaczęła się migać od porannych ćwiczeń. Twierdziła, że się strasznie podziębiła, pląsając po rosie. Może.
    Elwira w białej sukni wykonywała kolejne ćwiczenia. Pełna gracji, eteryczna i złotowłosa, wyglądała jak elf.
    Słońce wynurzało się powoli, rzucając na nią krwawy odblask. Naprawdę był to wspaniały widok. Postanowiłam powiedzieć jej przy śniadaniu, jak świetnie wyglądała.
    Już miałam, pójść do łóżka, gdy zauważyłam sylwetkę mężczyzny opartego o rosnącą przy furtce jabłoń.
    Tata. Tata wrócił! Ucieszyłam się, a potem przylgnęłam nosem do szyby. Dlaczego się nie rusza, tylko patrzy jak urzeczony na tańczącą Elwirę Sałapatko? Jeszcze raz spojrzałam na całą tę scenę i odpowiedź nasunęła się sama.
    Tatuś znowu wpadł.
    Godzinę później miałam już pewność. Tata nie spuszczał z Elwiry wzroku, a ona też patrzyła na niego jak zahipnotyzowana. Zatopieni w sobie, zapatrzeni, nie zwracali na nic ani na nikogo uwagi. Ojciec zdawkowo się z nami przywitał i rozmawiał tylko z dziewczynami. Pokazywały mu zmiany, jakich dokonały w domu, a tatuś patrzył na wszystko z zachwytem i aprobatą.
    Na śniadanie zjadł tofu w mleku sojowym i stwierdził, że dobre. Jestem pewna, że nie wiedział w ogóle, co je. Był stracony. Ewa i Elwira opowiadały o feng shui, a tatuś łykał wszystkie te głupotki jak świeże ostrygi.
    Zupełnie jakby otworzyły się przed nim nowe światy.
    W końcu Ewa, która bądź co bądź trochę tatkę zna, poczuła, że coś nie gra. Chwilę poobserwowała rumieniącą się raz po raz Elwirę” tatę chwalącego herbatę ziołową i zgadzającego się przestawić kanapę w salonie, by uwolnić złą energię – i wyraz zrozumienia odmalował się na jej twarzy. Popatrzyła na mnie, zrobiłam grymas i uśmiechnęłyśmy się do siebie.
    Zadzwoniłam do Fredzi i podzieliłam się nowiną.
    – Może ta Elwira nie będzie zła – wyraziła nadzieję.
    – Też tak myślę. Jest nawiedzona, to prawda, ale taka wrażliwa i delikatna. Tatuś nie może od niej oczu oderwać. Przyjedź i zobacz.
    Przyjechała w następną niedzielę i była pod wrażeniem.
    – No! Trafiło go porządnie – skomentowała, ujrzawszy tatę na trawniku w pozycji łuku. – Nie złamie się?
    – Mam nadzieję, że nie.
    Uspokajałam babcię, ale sama nie byłam spokojna. Opowiedziałam jej, co się działo u nas domu.
    Uczyłam się, następnego ranka miałam test do liceum, a nasze życie w ciągu zaledwie paru dni uległo totalnej przemianie.
    Ewa wyjechała, lecz Elwira została.
    Tatuś ją poprosił, by zmieniła wystrój naszego domu zgodnie z zasadami feng shui.
    Do czego jest zdolny zakochany mężczyzna? Do wszystkiego, okazuje się.
    Tatuś ze stoickim spokojem demolował dom, przestawiając meble zgodnie z ruchem małego paluszka zielonookiej joginki. Kupował lusterka, czerwone róże i inne akcesoria potrzebne Elwirze, która była dyplomowaną projektantką tego typu wnętrz.
    Przez dom przewinął się różdżkarz. Zgodnie z jego instrukcjami meble po raz kolejny zmieniły swoje miejsca.
    Elwirze udało się przekonać tatkę do całkowitej rezygnacji z dotychczasowego trybu życia i niezbyt zdrowych przyzwyczajeń. Alkohol został wyklęty w naszym domu, zniknęło z niego także mięso i drób.
    Zakochany Szekspir, a nawet Romeo – to przy naszym tatku kompletne zera. Jego miłość przenosiła nie tylko góry, ale i kanapy. Miłość totalna.
    Poszłyśmy z Fredzią do kuchni, a tam Honorata właśnie przygotowywała na obiad warzywa gotowane na parze i do tego zieloną herbatę.
    Jak ja po czymś takim mam zdać egzaminy? Głowa mnie ciągle boli z głodu. Molasek przynosił mi w tajemnicy batoniki, a Honorka usiłowała wcisnąć trochę masła na warzywa. Niestety, wpadła. Zobaczyła to Elwira i strasznie się zasmuciła, że w czasie egzaminów będę miała zamulony umysł. Prawie płakała i mówiła do taty:
    – Wyobrażasz sobie te potworne grudki cholesterolu, które osiadają na ścianach jej tętnic?!
    Tata wyobraził sobie, przejął się i opieprzył gosposię za zamulanie moich żył.
    Usłyszawszy o tym, babcia była przerażona. Poszła do taty i próbowała mu przemówić do rozumu. Tłumaczyła, że w takiej ważnej chwili, jaką są egzaminy, nie można totalnie zmieniać mi diety. Ja jedna powinnam być wyłączona z tych eksperymentów kulinarnych. Tatuś strasznie się oburzył i oskarżył Frytkę o wstecznictwo i dziewiętnastowieczne przesądy.
    – Oczyszczony umysł jest naprawdę wydajny. A jedząc te wszystkie masła i śmietany, wykorzystujemy zaledwie niewielki ułamek możliwości naszego mózgu – klarował babci.
    Ta zaś usiadła i patrzyła na niego jak na wariata. Co znaczą jednak wychowanie i maniery. Babcia, zamiast zrugać tatkę jak burego kota, spokojnie i powoli usiłowała mu wytłumaczyć, że ona nie ma nic przeciwko temu, nie neguje jego racji; prosi tylko o jedno: żeby mnie poddać tej kuracji trochę później. Najlepiej po egzaminach.
    Tata nawet nie chciał o tym słyszeć. Właśnie teraz jest mi najbardziej potrzebny sprawny umysł i trzeba działać natychmiast, by uruchomić maksimum jego możliwości.
    Fredka wyszła ze mną na ganek.
    – Czuję, że osiwieję. Zaraz – powiedziała i klapnęła na schodek.
    – Babciu, nie przejmuj się tak bardzo. Jakoś sobie poradzę – usiłowałam ją pocieszyć.
    Gdybym wiedziała, że sytuacja rozwinie się w tym kierunku, nigdy bym w to babci nie wmieszała. Wyglądała, jakby miała zaraz dostać zawału.
    – Zadzwonię po Artura. Niech przyjedzie po ciebie – zaproponowałam i szybko pobiegłam do telefonu. Bałam się, że babcia się nie zgodzi, by zawracać Turkowi głowę.
    Dopadła mnie, kiedy już kończyłam rozmowę.
    – Daj! – Nieomal wyrwała mi słuchawkę. – Chcę z nim pomówić.
    Wzrokiem pokazała drzwi i zaczęła coś prędko nadawać.
    Wyszłam zmartwiona. Babcia starała się oszczędzać czas Artura i kiedy mogła, jeździła autobusami.
    Turek był wziętym tłumaczem. Miał dużo zleceń. Zarabiał, jak mówiła Fredka, na konfitury. Dzięki jego niemałym jak na emeryta dochodom mogli sobie pozwolić na wakacje za granicą, dobry samochód i obiadki w restauracjach. Tym razem jednak wydawało mi się, że babcia przesadza, jej zdrowie było ważniejsze, i myślę, że Artur by się ze mną zgodził.
    Kiedy wróciła, zaproponowałam, że poproszę tatę, by ją odwiózł.
    – Nie trzeba, Artur przyjedzie – zakomunikowała lakonicznie.
    Kamień spadł mi z serca. Poszłyśmy do kuchni. Chciałam dać babci coś do jedzenia. Wszędzie walało się tofu pod różnymi postaciami i inne świństwa. Nie było nawet normalnego chleba, tylko jakiś surogat z kukurydzy. Podrapałam się w głowę. Pierwszy raz w życiu nie wiedziałam, co z czym połączyć, aby skomponować w miarę jadalny posiłek. Babcia popatrzyła i też się poddała.
    – Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Co to jest? – wskazała na kleistą maź w lodówce.
    – Nie wiem – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
    – A jak sobie z tym radzi Honorata?
    – Honorata jest na skraju załamania nerwowego. Wiesz, babciu, jak ona lubi gotować. I jeść. Pocieszamy się tylko, że tatusiowi kiedyś musi się znudzić pszenica i proso, kukurydza i miso jako podstawa pożywienia. Może też znudzi mu się zielonooka Elwira…
    Artur pojawił się po godzinie. Siedziałyśmy na tarasie i piłyśmy wodę z miodem. Zaproponowała ją nam Elwira, zachwalając jako najlepszy środek na nerwy i stres.
    Turek wszedł furtką i znieruchomiał, gapiąc się na scenkę, która rozgrywała się w ogrodzie.
    Elwira i tatuś siedzieli w lasku. Przybrali niewyszukaną pozycję lotosu. Oddychali głęboko i co jakiś czas, tonem wznoszącym się i opadającym, mówili na wydechu: „Ah Ah Ah”.
    Patrzyłam na to obojętnie. Na mnie nie robił już wrażenia tatuś oczyszczający swój organizm za pomocą dźwięku.
    – Co oni wyprawiają? – zapytał cicho Artur.
    – Świrują – powiedziała twardo Fredzia.
    Artur wszedł do domu, a my za nim.
    – Dawno mu się pogorszyło?
    – Będzie z tydzień – poinformowałam go z rezygnacją.
    Pocałował mnie w czoło i zaczął wyciągać z kieszeni czekolady, batoniki, zestawy witamin, gorące kubki i tym podobne artykuły spożywcze.
    – Bierz szybko i schowaj w swoim pokoju – szepnął konspiracyjnym głosem.
    Nie musiał mi tego dwa razy powtarzać. Złapałam te dobra wszelakie jak zagłodzona wiewiórka i zniknęłam w swoim pokoju. Wróciłam po minucie, żując z lubością kawałek nugatu.
    – Tylko się podziel z Paulina.
    – No wiesz, Frytko!
    – Robisz wrażenie zagłodzonej – usprawiedliwiała się Fredzia.
    – Urządzimy sobie zaraz ucztę – zapowiedziałam.
    – Jutro też wpadniemy, aby się dowiedzieć, jak ci poszły egzaminy – powiedziała głośno babcia, wychodząc na taras, i mrugnęła lewym oczkiem.
    Artur zaś popatrzył na mnie i powiedział po łacinie:
    – Sapienti sat.
    Znałam to powiedzenie. „Mądry wie”. Wiedziałam.
    Egzamin z polskiego poszedł mi po prostu świetnie.
    Elwira przygotowała dla mnie energetyczne śniadanko złożone ze zmiksowanych warzyw, soku z marchwi i zielonej herbaty. Wypiłam tylko herbatę, warzyw spróbowałam, ale bez soli i masła smakowały jak stara ścierka, więc odłożyłam widelec.
    Elwirka strasznie się zmartwiła:
    – Nie smakuje ci?
    – Smakuje, ale, wiesz, nie mogę jeść, nerwy mnie zżerają – powiedziałam i szybko wybiegłam z domu.
    W furce Molasego czekała na mnie kanapka z szyneczką, pomidory i kawa w termosie. Opracowaliśmy sobie tę akcję wcześniej. Zjadłam to wszystko w ekspresowym tempie i pełna energii, niekoniecznie Kundalini, napisałam na egzaminie błyskotliwą, mam nadzieję, rozprawkę.
    Zadowolona, opuściłam salę jedna z pierwszych.
    Pod szkołą czekała na mnie babcia z Arturem i Paulinką. Tatuś nie mógł przyjechać, miał jakieś nagrania. I bardzo dobrze, bo poszliśmy do knajpy w pobliżu szkoły. Zamówiłyśmy tam z Paulą połowę karty dań. Babcia tylko się śmiała.
    Nie dałyśmy rady zjeść wszystkiego. Nadwyżki nam zapakowano. Potem w domu podzieliłyśmy się nimi z Honoratą, biedną Honoratą, która w ostatnim tygodniu schudła trzy kilo. To oczywiście był jakiś sukces, ale przez nią zgoła niepożądany.
    Następnego dnia matematyka też przeszła nieźle: udało mi się ściągnąć jedno zadanie, a kilka zrobić poprawnie.
    Przyjechał po mnie tata i niestety nici z obiadku. Wróciłam do domu i zjadłam szarą breję z niesionej kaszy gryczanej, orzechów i rodzynek. Tatuś zachwycał się, że to pyszne. Czy miłość może uszkodzić kubki smakowe?
    Elwirka była zachwycona, a Honorata powiedziała szalenie politycznie:
    – To jest takie inne.
    Rzeczywiście.
    Zdałam testy tuż nad obowiązującą poprzeczką, dostałam się do liceum i rozpoczęły się wakacje. Umyśliłyśmy sobie z Frytką, że jak najszybciej powinnyśmy wyjechać z Paulina na jakiś obóz.
    Miałyśmy nadzieję na lepsze wyżywienie i na to, że czas pracuje na naszą korzyść. Tatkowi muszą się w końcu znudzić pszenica i proso. Nie jest przecież, do diabła, kurą.
    Po południu postanowiłam poprosić tatę o sfinansowanie obozu żeglarskiego. Elwira i tata, jak zwykle o tej porze, ćwiczyli jogę na trawniku przed domem. Stanęłam na ganku i czekałam, aż skończą. Elwira uczyła tatkę asany o nazwie „świerszcz”. Nie była to łatwa pozycja. Trzeba przylgnąć do podłoża klatką piersiową, a nogi przerzucić za siebie. Może mógłby to zrobić człowiek guma. W wykonaniu taty osiągnięcie takiego rezultatu było w sposób oczywisty niemożliwe. Próbowali jednak cierpliwie. W pewnym momencie ojciec przewrócił się na Elwirę i zaczęli się całować. Wróciłam do domu.
    Temat wyjazdu podjęłam przy kolacji, na którą składał się sok marchwiowy i pieczone jabłko. Bardzo łatwo uzyskałam zgodę i już jutro mieliśmy się udać do miasta, aby wykupić stosowny obóz i potrzebny ekwipunek. Tatuś zakomunikował nam, że w drugiej połowie lipca wybierają się razem z Elwirą do Chorwacji. To też była dobra wiadomość.
    Myszy tańcują, gdy kota nie czują.
    Obóz nie był zły. Poznałam fajnych ludzi i nauczyłam się odróżniać bajdewind od fordewindu, a foka od grotu. Stałam się mistrzynią dużych przechyleń i nauczyłam się w tempie błyskawicznym wiązać knagę, huntera i skrót kapitański. Polubiłam też samo żeglowanie.
    Paulina była w innym miejscu. Mieszkała w domku kempingowym i ich grupa wypływała na zajęcia codziennie po śniadaniu. Prawie w ogóle się nie widywałyśmy. Jedzenie było średnio pożywne, ale zdecydowanie jadalne. Oczywiście w porównaniu z kuchnią Elwiry był to poziom „Wierzynka”.
    Było mi dobrze. Starałam się nie myśleć o domu i tacie. Żyłam chwilą.
    Siedzieliśmy całą ekipą na plaży. Nasz instruktor, o wdzięcznym imieniu Pirania, i jego dziewczyna postanowili zrobić porządek na łodzi i zgonili nas na ląd. Rozłożyliśmy się na plaży i wystawiliśmy twarze do słońca.
    W pewnym momencie stojąca nieopodal brzegu łódź zaczęła się dziwnie kołysać.
    – Co jest grane? – spytał Jarek, a Wojtek wybuchnął śmiechem i popatrzył na mnie porozumiewawczo.
    Nie chciałam tego widzieć. W miłości, moim zdaniem, nie ma niczego zabawnego.
    Położyłam się na brzuchu i zaczęłam obserwować gramolącego się po patykach chrząszcza. Wytrwale zmierzał w kierunku małej kępki trawy. Biedny dzielny chrząszczyk. Obserwowałam go bacznie, jak pokonywał kolejne przeszkody. Nagle zza kępki trawy wyłonił się drugi, podobny chrząszcz. Mój zdecydowanie przyspieszył.
    Przewróciłam się na plecy i zaczęłam obserwować niebo. Było bardzo, bardzo niebieskie, przejrzyste, płynął po nim z gracją tylko jeden samotny biały obłok, okrąglutki jak kuleczka. Obserwowałam jego rejs, rozleniwiona i zrelaksowana. Wtem wiatr przywiał drugi obłoczek, który zaczął płynąć za tamtym moim.
    Wstałam i pobiegłam do wody. Pora się wykąpać.
    To był fajny czas, ten spędzony na obozie. Wróciłam do domu w świetnej formie i w doskonałym humorze. Paulinka miała tam zostać jeszcze parę dni.
    Przyjechałam w dniu wyjazdu taty i Elwiry na półwysep Umag. Załadowali samochód i ruszyli w drogę. Pomachałyśmy im łapkami, ja i Honorka. Potem szybko pomknęłam do lodówki. Brr… Aż się wzdrygnęłam, jak zobaczyłam jej zawartość.
    Honorata zawachlowała całkiem miłym plikiem banknotów. Tego było nam potrzeba. No i Molasantego.
    Zaraz po niego zadzwoniłam i – jak zwykle niezawodny – stawił się, gotowy do pomocy, zaledwie po kwadransie. Ucieszyłam się na widok jego sympatycznego pyska. On cały aż promieniał. Pojechaliśmy razem po zakupy i przywieźliśmy do domu masę pysznych rzeczy. Następnego dnia na obiad były kotlety schabowe, kartofelki i zielona sałata. Najlepsze są potrawy najprostsze.
    Zadzwoniłam do babci i trochę się zmartwiłam, bo nie czuła się najlepiej. Zaprosiła nas z Molem i Paulina na niedzielny obiad. Tak. Marzył mi się wykwintny obiadek u babci.
    Babcia mieszka na Mokotowie, w starym, dużym, zagraconym mieszkaniu. Wszędzie walają się książki i gazety. Molasa zatkało. Nigdy nie widział naraz tylu książek. Przy okazji pochwalił się, że czyta właśnie czwarty tom Harry’ego Pottera. Kochany Molas. Paulinka zażądała, aby jej pożyczył pierwszy. Wyraźnie pochlebiła mu tym życzeniem. Obiecał jutro dostarczyć.
    Babcia rzeczywiście nie czuła się najlepiej. Przyczepiła się do niej jakaś wredna infekcja i nie chciała odpuścić. Fredzia trochę pokasływała i sapała przez zatkany nos. Tłumaczyła się, że może obiad nie będzie taki dopracowany, jak by chciała, lecz nie bardzo miała siłę, by wszystko perfekcyjnie przygotować. Pocieszyłam babcię, mówiąc, że u niej nawet owsianka fantastycznie smakuje. Była to zresztą prawda. Zupy mleczne Fredzia opanowała do perfekcji i chociaż trudno w to uwierzyć, wychodziły jej znakomicie.
    Usiedliśmy wokół stołu. Artur podał zupkę cytrynową, oczywiście doskonałą, a potem pstrągi z orzechami i zieloną sałatą. Piliśmy białe wino i gadaliśmy.
    Oczywiście tematem dyżurnym była Elwira. Ja zwyczajowo narzekałam, a babcia podtrzymywała mnie na duchu, tłumacząc, że cierpienie kształci.
    – Pathima mathima – wtrącił Artur. – Tak to będzie po grecku.
    – Brzmi nieźle, ale smakuje gorzej, poza tym ja już jestem wykształcona w stopniu wystarczającym.
    – Ja też chcę jeść mięsko! – dołączyła się Paulinka.
    – Jednym słowem: „My nie wegetariańcy”, jak powiedział pisarz ukraiński Komijczuk do zgromadzonych przez władzę sowiecką polskich literatów w czterdziestym pierwszym roku we Lwowie – spuentował Turek.
    – Nie bardzo rozumiem.
    – No, to była taka słabo, powiedziałbym, zawoalowana groźba.
    – Aha! – Nie rozumiałam, ale wróciłam do głównego wątku. – Elwira jest miła, spokojna, wyciszona i lubimy ją wszyscy, ale nie mam ochoty być wegetarianką, dokładnie tak, jak powiedział Artur.
    – Nie mów „dokładnie”. To okropna kalka z angielskiego i włos mi się jeży, jak ją słyszę – zaprotestował Turek.
    – Gdzie ci się jeży? – spytała Paulina, pamiętając chyba słynny greps o włosach, co je Turek ma, ale nie dla każdego.
    Turek się zmieszał i poprawił:
    – No, to raczej scyzoryk mi się w kieszeni otwiera.
    – Elwira gotuje ohydnie – stwierdził ponuro Molasieńka.
    Ta wypowiedź wywarła duże wrażenie. Po pierwsze, było to jedyne zdanie wygłoszone przez Mola w czasie obiadu. Po drugie, nie jąkał się w ogóle i był pełen determinacji. Wszyscy na chwilę zamilkli. Dzięki trzem słowom Mola kuchnia Elwiry objawiła się dziadkom w pełni grozy.
    Po dobrej minucie przerwany wątek podjęła Frytka:
    – Musicie porozmawiać z tatą. Jeśli on chce odżywiać się makrobiotycznie, to jego wybór, ale nie powinien was do tego zmuszać. Eryk nie jest przecież jakimś oszołomem i na pewno da się przekonać.
    – Sama jednak widziałaś, że nawet moje egzaminy nie wpłynęły na zmianę kuchni.
    – Ani twoje prośby, babciu! – przypomniała Paula bar dzo rozsądnie.
    – Pożyjemy, zobaczymy – powiedziała Fredka i zmieniła temat. – Nie poszlibyście do kina?
    Wybuchnęliśmy entuzjazmem. Zaczęliśmy rzucać propozycje, niestety, jak to bywa w życiu rodzinnym, każdy myślał o czymś innym. Babcia i ja miałyśmy ochotę na Kroniki portowe, Paula chciała iść oczywiście na Shreka, a Molas z Arturem mieli ochotę zobaczyć Władcę Pierścieni. W żaden sposób nie mogliśmy dojść do porozumienia i postanowiliśmy losować. Ale tylko między naszą propozycją a Tolkienem, uznaliśmy bowiem, że Shreka już wszyscy widzieli, i to niejeden raz. Szczęśliwie wygrały Kroniki i był to strzał w dziesiątkę; zdecydowanie poprawiliśmy sobie nastrój.
    Z kina udaliśmy się do piwnicy „Apetyt Architektów”, aby coś przegryźć i omówić film. Zamówiłyśmy sakiewki ze szpinakiem, bo są tam pyszne. Nawet ich wegetariański charakter nie odstraszył nas zbytnio. Babcia zjadła antrykot, który był – jak stwierdziła – rewelacyjny, a poza tym wyglądał jak dzieło sztuki. Kucharz jest prawdopodobnie niezrealizowanym malarzem, podobnie jak Krzyś niezrealizowanym historykiem sztuki. Pożarliśmy wszystko w mgnieniu oka, zerkając łakomie na talerze roznoszone przez kelnera. Naprawdę ten kucharz to prawdziwy artysta.
    Po obiadku Artur zażądał kawy.
    Fredka oczywiście zaprotestowała:
    – Szkodzi ci na wątrobę, weź, Arturze, herbatę. Po kawie nie będziesz mógł spać.
    – Kawa to jedyny stosowny dla mnie napój. Sama o tym wiesz najlepiej. – I zacytował zabawny wierszyk Morsztyna:

    Malcieśmy, pomnie, kosztowali kary,
    Trunku dla baszów, Murata, Mustafy
    I co jest Turków.
    Ale tak szkarady
    Napój, jak brzydka trucizna i jady,
    Co żadnej śliny nie puszcza za zęby,
    Niech chrześcijańskiej nie plugawią gęby.

    Posłuchałam uważnie i wtrąciłam się:
    – Przecież Morsztyn pisze, że to trunek szkaradny.
    – No tak. Ale też pisze, że jest dobry dla Turka – bronił Artur swoich wątpliwych racji. No, ale u nas w rodzinie zawsze najważniejsza jest anegdota i puenta. Dla niej warto nawet wypić kawę przed snem.
    – Może dla Turka, ale nie dla chrześcijanina – zadałam mu, jak myślałam, ostatni cios.
    – Jestem, dzięki Bogu, ateistą – powiedział Turek i jak zwykle mnie przegadał. Zrobił przy tym niezwykle triumfującą minę.
    Fredzia skrzywiła się paskudnie.
    – To, że zawsze wszystkich przegadasz, wcale nie oznacza, że zawsze masz rację – orzekła.
    – Istotnie, nie oznacza. Pamiętajcie o tym, młodzieży.
    Paulina się ożywiła i zabrała głos:
    – Znam, babciu, jeden kawał o samcu. Mogę opowiedzieć?
    – Wal śmiało – zakomenderował Artur, który ścigany wrogim spojrzeniem Fredzi, zamawiał właśnie koniak.
    – Dwaj chłopcy przychodzą do babci i jeden z nich pyta: „Babciu, czy ty możesz mieć dzieci?” Babcia odpowiada, że nie, a na to jeden odwraca się do drugiego i woła: „Widzisz! Mówiłem, że nasza babcia jest samcem”.
    Wszyscy się śmieliśmy, najbardziej Artur, a najmniej chyba babcia.
    – Znasz, Arturku, takie epitafium:

    Tu leży Mikołaj Rzeźwy.
    Umarł trzeźwy.
    Boże!
    Ty wszystko możesz.

    Ja ci to wyryję na nagrobku, oczywiście jeśli się zdarzy taki cud, że zejdziesz trzeźwy.
    – No! jesteś wredna, Fredziu! Jeśli masz zamiar mnie poczęstować takim nagrobkiem, to ja mogę ci się zrewanżować następującą inskrypcją:
    Spoczywaj w spokoju
    I niech ta wierzba
    Mogiłę ocienia,
    I niech miłosierny ten mech
    Przysłoni twój rok urodzenia.

    Postanowiłam zmienić temat. Nie chciałam, by ukochana babcia się pożarła z moim ulubionym dziadkiem. Przypomniałam sobie kawał taty o samiczce księdza i krochmalu. Szybko go opowiedziałam, bo pasował do dowcipu Pauli. Jednak Artur się zamyślił i jakby przygasł. Fredzia zaczęła się dopytywać, co go tak wytrąciło z normalnej wesołości, „na dodatek wspomaganej koniakiem” – nie omieszkała jadowicie dodać. Artur się otrząsnął i powiedział:
    – Ta anegdota o krochmalu przypomniała mi historię, która się wydarzyła w posiadłości moich dziadków. Chętnie wam opowiem.
    Zamówił jeszcze jeden koniak i zaczął mówić. Słuchaliśmy go w skupieniu.
    – Był rok czterdziesty szósty, właśnie skończyła się wojna. Nasza radość skażona była obawą, że lada chwila bolszewicy wyrzucą nas z majątku. To nie był duży majątek, jakieś sto pięćdziesiąt hektarów słabej ziemi. Miałem wtedy dwanaście lat. Obserwowałem uważnie to, co się działo wokół nas. Widziałem robotników, którzy przyjeżdżali i rekwirowali zboże potrzebne do siewu. Widziałem, jak zaczyna się rozpad naszego świata, naszego porządku. Do domu, zawsze czystego i pachnącego, wkradł się nieład, służba zaczynała się stawiać. Nie wykonywano poleceń.
    Szło nowe. Ponieważ ziemię mieliśmy kiepską, mój dziadek, który był świetnym agronomem i w ogóle znakomitym gospodarzem, uprawiał na niej między innymi ziemniaki. Zbudował małą krochmalnię, taką wytwórnię, w której przerabiano kartofle na krochmal. Było to śliczne pomieszczenie, wyłożone nawet kafelkami. Mosiężne części maszyn lśniły jak lustro, a wyposażenie było, jak na owe czasy, supernowoczesne. Wkrótce po przejęciu władzy przez komunistów fabryczkę rozgrabiono. Trwało to może tydzień. Najpierw zniknęły pasy transmisyjne, potem wszelkie części z metali szlachetnych. W końcu zdemolowano pomieszczenie, wyrwano i zbito kafelki. Teraz wiecie, dlaczego w latach sześćdziesiątych nie można było kupić krochmalu. Po prostu lud zniszczył wszelkie małe wytwórnie i fabryczki. To były okropne czasy: gdy ludzie niekompetentni i prymitywni dorwali się do władzy. Zupełnie jak teraz.
    – Nie strasz, Arturku, dzieci. Jakoś to przetrwałeś.
    – Ja tak. Bo byłem dobrze wykształcony i ambitny. Polska miała się gorzej.
    – Przecież nie znosisz polityki.
    – To prawda. Wracamy do domu?
    – Jak się nazywają rządy ludu? – spytała Paulina.
    – Demokracja – odparł Artur. – A rządy motłochu – ochlokracja.
    Molas odwiózł nas do domu. Artur nie odzywał się przez całą drogę. Nie powinien tyle pić, rozkleił się po tym koniaku. A może to wpływ niedawnych wyborów. Polityka to zjawisko przyrodnicze, przecież zawsze to mówił. Przyjdzie i pójdzie.
    Nagle odezwała się babcia:
    – Turku, teraz mi się przypomniała taka piosenka, śpiewało się ją zaraz po wojnie. Nie wiem, czy pamiętasz, na melodię Serca w plecaku:

    Zapiszczało gówno w trawie i tak myśli: leżę równo.
    Aż się raptem dowiedziało, że dziś ważne każde gówno.
    Tę piosenkę, tę z przeróbki, śpiewam dla pana Osóbki,
    A ten refren od rekruta śpiewam dla pana Bieruta.

    – Nie słyszałem. Jest niezła. Historia czasem zatacza koło. No, ale ta piosneczka niezupełnie się zgadza z aktualnie obowiązującą polityką poprawności.
    – Czy ja mógłbym mieć zapytanie? – przerwał Turkowi Mol.
    – Pytanie. Możesz, choć niekiedy się to źle kończy. Wal śmiało, Mollasso.
    – Kto to był Bierut i ten drugi?
    – Osóbka był powojennym premierem, a Bierut prezydentem Polski.
    Znowu odezwał się Molas, co się zdarzało rzadko, bo, chyba przez to jąkanie, był bardzo małomówny:
    – Boże, daj mi cierpliwość, abym pogodził się z tym, czego zmienić nie jestem w stanie. Daj mi siły, abym zmieniał to, co zmienić mogę. I daj mi mądrość, abym odróżnił jedno od drugiego.
    Zapanowała pełna szacunku cisza. Wszystkich nas zamurowało.
    – Skąd ty znasz takie mądre rzeczy? – wykrztusiłam.
    – Pani Fredzia dała mi tę modlitwę, kiedy się jej skarżyłem na różne sęki, jakie mam w życiu.
    – Jesteś genialny, Molu.
    – No, cóż – powiedział Molas. – Ma się te rzeczy.
    Zaczęliśmy wszyscy ryczeć ze śmiechu. A Molasidło, rozdokazywane, jeszcze wykrzyknęło:
    – Politycy do kostnicy!
    Nie wiem, co dokładnie miał na myśli: przeszłość, współczesność czy swojego starego.
    Geniusz Molasa objawił się nam w całej pełni. No, może nie geniusz, ale umiejętność łączenia jednego z drugim, inteligencja, mówiąc najprościej. Omawiałyśmy ten ewenement z Fredką przez telefon.
    – Szok, pełny szok – powiedziała Fredzia. – 1 pomyśl, że on chodzi do zawodówki, i to specjalnej!
    – Nie wiem, czy to jest do odkręcenia. Przecież Mol ma już dziewiętnaście lat.
    – W życiu wiele można zmienić, jak się jest młodym.
    – To co? Powinien rzucić zawodówkę i przenieść się do liceum? W tym wieku?
    – No, nie byłabym taka radykalna, ale może równolegle zaliczałby wieczorowo szkołę średnią.
    – Pogadam z nim, on ma straszny pęd do zmian. Zawsze jak mu coś proponuję, to on to błyskawicznie realizuje. Ambicja po tatusiu, tak mniemam. Śmieszne słowo – to „mniemam”.
    Potem pogadałyśmy o tacie i jego ukochanej kobiecie. Konkluzja była taka, że trzeba jeszcze z tatą pogadać.
    Na razie pogadałam z Molem, który mój pomysł przyjął z entuzjazmem.
    – Sam o tttym myślałem, ale nie miałem odwagi – wydukał, lekko się zacinając. To zdarzało się obecnie tylko wtedy, gdy był czymś poruszony. – A co bbbyś poowiedziała, jakbym się zaczął uczyć aangielskiego?
    – Świetny pomysł. Załatw to sobie. I musisz dużo czytać. Chodź, wybiorę ci jakąś książkę.
    To był problem. Długo grzebałam w bibliotece. Co dać takiemu pokręconemu facetowi? Z jednej strony powinien nadrabiać braki, z drugiej… no, jednak to jest, w pewnym stopniu, poziom dziecka. W końcu dałam mu Kubusia Puchatka i Buszującego w zbożu. Miałam nadzieję, że dokonałam dobrego wyboru.
    Tatuś z Elwirą wrócili dzień wcześniej i ku naszemu zdumieniu pojawili się w domu tuż przed obiadem. Tata rozpakował samochód, a Elwira poszła do kuchni napić się soku. Jak było do przewidzenia, otworzywszy lodówkę, wydała z siebie przeraźliwy pisk. Szczerzyły się do niej dwa karpie, które sobie wymarzyłyśmy na ten ostatni, pożegnalny obiad przed powrotem taty.
    Tatuś natychmiast stanął u boku ukochanej kobiety, a ta oskarżycielsko wyciągniętym palcem pokazywała ohydny, obrzydliwy widok – dwie starannie osolone ryby, leżące na drewnianej desce.
    – Cco to jest? – wykrztusiła, jąkając się z obrzydzenia nieomal jak Molas.
    Postanowiłam się zachowywać z godnością. Żadnego kręcenia. Żadnych kłamstw.
    – To są dwa karpie królewskie, które zamierzamy zjeść na obiad – powiedziałam pewnym siebie tonem.
    – One mają oczy! – wykrzyknęła Elwira.
    – Tak, mają oczy. To raczej normalne u karpi. Gdyby nie miały oczu, toby był jakiś fenomen – odparłam twardo i zwróciłam się do taty: – Postanowiłyśmy, wszystkie trzy, że będziemy jeść to, na co mamy ochotę.
    Tata chciał coś powiedzieć, ale nie dopuściłam go do głosu.
    – Nie możecie nas zmuszać do wegetarianizmu. Nie chcemy tego i z pełną świadomością decydujemy się na zamulanie naszych żył i wszelkie inne okropne konsekwencje zdrowotne.
    – My nie wegetariańcy! – wykrzyknęła Paulina tak głośno, że aż tatuś podskoczył.
    Staliśmy wszyscy w kuchni, zgromadzeni obok lodówki. Tatuś chwilę pomyślał, a potem zwrócił się do Elwiry:
    – One mają rację, kochanie! Nie możemy ich zmuszać.
    – Ale to okropne barbarzyństwo! Popatrz na te biedne karpiki. One też chciałyby żyć. Czy to was naprawdę nie wzrusza, dziewczynki?
    – No… nie, nie wiem, może jestem gruboskórna, ale jakoś nie mogę się wczuć w psychikę każdej ryby albo kury. Trudno, taka już jestem. Barbarzyńska. A poza tym uważam, że te karpie ładnie wyglądają. Popatrz, tato! To przecież piękna martwa natura.
    – Ja lubię rybki w akwarium – poparła mnie Paulina. – Inne też lubię, ale jeść. Pyszny był ten pstrąg u babci, prawda, Kara?
    – Rewelacyjny! – potwierdziłam. – To jak będzie? Zgadzasz się, tatusiu? My trzy będziemy jadły normalnie, a wy dalej możecie jeść tofu. Jesteśmy liberalne i nam nie będzie to przeszkadzać.
    Elwira patrzyła na tatę pełnymi łez zielonymi oczyma. Patrzyła prosząco. Tatuś potarł nos.
    – Okay. Jedzta sobie, co chceta.
    Uśmiechnęłyśmy się do taty radośnie i chciałyśmy mu podziękować, lecz nie zdążyłyśmy, bo Elwira wyszła z kuchni i powoli oddaliła się w stronę ogrodu. Grube krople łez spływały jej po policzkach. Zatrzymałyśmy się w pół gestu, zdeprymowane, a tata machnął ręką i pobiegł za Elwirą. Przez okno widziałyśmy, jak ją przytula, siada z nią na ławeczce i coś jej tłumaczy.
    Było mi przykro; myślę, że Paulinie i Honoracie też. Patrzyłyśmy na siebie zmieszane. Wiedziałam, że bez walki się nie obejdzie, ale reakcja Elwiry mnie zaskoczyła. Przyjęła to tak strasznie emocjonalnie i osobiście. Naprawdę trudno mi było to zrozumieć. Zastanawiałam się później, czy ja jestem niewrażliwa, czy ona nadwrażliwa. I prawdę mówiąc, nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie. Czy jest coś bardzo nagannego w tym, że lubię dobre jedzenie? Postanowiłam zadzwonić do Fredzi i zapytać, jak ona zapatruje się na tę kwestię.
    Kiedy jej wszystko opowiedziałam, poradziła, bym zachowania Elwiry nie brała sobie zanadto do serca.
    – Nie miej wyrzutów sumienia, że jesz mięso i że je lubisz. Miliony ludzi je jedzą. Nie ma w tym niczego złego. To pięknie, że Elwira jest taka wrażliwa na krzywdę zwierząt. Nie może jednak wymagać od innych podobnych zachowań ani tym bardziej do nich zmuszać. Nie tylko zwierzęta cierpią, cierpią też dzieci i cierpią ludzie dorośli na całym świecie. Powinniśmy im pomagać, jeśli tylko możemy. Lecz, doprawdy, nie wiem, komu to pomoże, że moje wnuczki nie będą jeść mięsa, ryb i drobiu.
    – Babciu! Ale ona płacze!
    – To może okrutne, jednak uważam, że to rodzaj szantażu emocjonalnego. Nigdy mu nie ulegaj. Wiesz, kiedyś się zastanawiałam, jak wąska jest granica między szlachetnością i śmiesznością. Czasem naprawdę nieuchwytna, a przede wszystkim dla każdego inna. W okresie zaborów ordynat Zamojski nie pozwalał w Kórniku jeść cukru, bo Polska w niewoli. Sam się umartwiał, sypiając na wąskim drewnianym biurku, bo nie wolno korzystać z luksusów, gdy ojczyzna cierpi. To było wspaniałe, takie patetyczne i – jak ty byś powiedziała – totalne. Ale była też w tym i śmieszność, i przesada. Wtedy jednak panowała inna uczuciowość niż obecnie, to też trzeba brać pod uwagę. Dobrze, że istnieli ludzie tworzący takie wzorce, ale żył też książę Józef Poniatowski, birbant, utracjusz i hulaka, a mimo to patriota. Jest na świecie miejsce dla wszystkich, na tym polega jego uroda. Między innymi, oczywiście.
    Elwira jakoś się pogodziła z naszą mięsożernością. Dużo straciłyśmy w jej oczach, ale dalej była dla nas miła i serdeczna. Ćwiczyła z tatą jogę na trawniku, gotowała swoje niezwykłe makrobiotyczne potrawy. Protestowała, kiedy myłam głowę w dzień ognia, bo oczywiście nadawał się do tego tylko dzień wody. Wydrukowała na kartce stosowny kalendarz i powiesiła w łazience koło lustra. Wszyscy stosowaliśmy się do zawartych w nim instrukcji. Nie chcieliśmy sprawiać jej przykrości. Jadłyśmy też trochę chyłkiem, po cichu. Starałyśmy się jej nie drażnić, wietrzyłyśmy kuchnię i pakowałyśmy nasze produkty do osobnej szuflady. Żadnych martwych natur w lodówce – tej zasady starałyśmy się przestrzegać. Nieśmiało próbowałyśmy wpływać na Elwirę, by nie była tak ortodoksyjna. Honorcia przygotowała na przykład pierożki ze szpinakiem i marcheweczkami, naprawdę znakomite, albo tarte z rokpolem i brokułami. Niestety, Elwira okazała się nieprzejednana. Makrobiotyka – to było to, co uznawała za jedyny, obowiązujący kanon wyżywienia. Zjadła jeden, słownie jeden pierożek. Pochwaliła, że dobry, i podziękowała za resztę; tarta w ogóle nie wchodziła w grę, bo tłuszcz, bo cholesterol. Trudno. Tatuś zjadł pierożki i tarte, co wywołało łzy Elwiry i zarzut, że w ogóle o siebie nie dba i je śmieci. Było nam przykro, bo naprawdę w pierożkach nie było niczego złego.
    Potem wymyśliła, że powinni się z tatą poddać kolonoterapii, czyli płukaniu jelit. To oczyści organizm ze wszystkich toksyn. Tatuś, jak mógł, tak się bronił przed tym horrorowatym pomysłem. Ja czułam mdłości, kiedy Elwira opowiadała tacie o tych okropnych, zepsutych resztkach pożywienia zalegających w załomkach jego jelit. Brr…
    Na razie tatuś stawał dzielnie i nie wyrażał zgody, lecz w końcu zawsze we wszystkim jej ulegał.
    Dzięki zdrowemu trybowi życia wyglądał bardzo dobrze, opalony, odchudzony i zrelaksowany. Stracił tylko całą radość życia, czytał jakieś książki o medycynie alternatywnej, feng shui, wizualizacji i inne tego typu pozycje. Zajmował się swoim organizmem do tego stopnia, że zapominał o nas, przyjaciołach, wódeczce i imprezkach. To straszne, ale nasz tata zrobił się nudny!
    Wakacje trwały, słońce świeciło jak głupie, ale my, to znaczy ja i Paulina, odmówiłyśmy wyjazdu w góry, który tata zaproponował. Stwierdziłyśmy że najlepiej jest w domu. Gdzie nam będzie fajniej; tutaj mamy książki, komputer, telewizor. Możemy się opalać, jeździć na rowerach nad rzekę i zalew. Wszystko nasze. Nie potrzebujemy się poniewierać po obozach czy pensjonatach. Jeszcze nie znudziło nas to, co mamy blisko domu.
    Wpadłam w kompletny amok i czytałam na okrągło. Udzieliło się to Paulinie, tak więc obie wylegiwałyśmy się całymi dniami, z książkami w łapkach, na kocu w naszym lasku brzozowym. Upał był tu jakby mniejszy i oczy lepiej odpoczywały, gdy patrzyłyśmy w korony drzew. Ja czytałam Dusze zwierząt, które pożyczyłam od Elwiry.
    – Wiesz, Paula, autor tutaj napisał, że lwy nie są takie groźne, jak się na ogół uważa. Badania przeprowadzone w rezerwacie Masaj Mara w Kenii dowiodły, że siedemdziesiąt procent zwierząt, których zabicie przypisywano lwom, było ofiarami hien. Lwy tylko sprytnie odganiały hieny i same szamały.
    – Mam nadzieję, że zobaczymy lwy, jak pojedziemy do Kenii.
    – No jasne! Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, jak mówi Frytka. Dzięki mamusi przeżyjemy niezłą przygodę. Co ty czytasz?
    – Dzieci z Bullerbyn.
    – Dobry wybór. Ale wiesz co? Jak skończysz, to może pożyczę ci Tomki Szklarskiego. To cię trochę przygotuje do naszej afrykańskiej ekspedycji. A Dzieci trzeba dać Molasowi. Każdy powinien to przeczytać.
    – On jest chyba za stary?
    – Są książki, które można czytać zawsze i ciągle.
    – No – zgodziła się Paulina i wróciłyśmy do czytania.
    Zawsze twierdziłam, że czytanie kształci. Bardziej niż cierpienie, to pewne.
    W nocy czytałam kryminał Rossa Macdonalda i zeszłam na dół zrobić sobie coś do picia. Była trzecia, więc cichutko skradałam się po schodach. O dziwo, na dole w kuchni paliło się światło. Usłyszałam dramatyczny krzyk Elwiry:
    – Co ty robisz, Eryku!!!
    – No, źle się poczułem.
    – Ale to przecież jest mięso!!!
    – Tak? A, rzeczywiście.
    – Eryczku! Jak mogłeś? Gdzie twoje zasady?
    – Zostały wyparte przez nadkwaśność.
    Dalej nie podsłuchiwałam, tylko po cichutku wróciłam do łóżka. Tatuś się załamał. No cóż, byłam pełna podziwu, że tak długo wytrzymał. Ale jak Elwira przeżyje zdradę tatusia?
    Rano wydawało się, że wszystko jest w porządku. Tatuś pokornie jadł na śniadanie mleko sojowe i musli. Popijał to czerwoną herbatą, podobno odchudzającą. Kilka dni temu Elwira stwierdziła, że tatko ma nadwagę i że ona się za to weźmie. Pierwszym rezultatem zaostrzonej diety była nocna wycieczka do kuchni.
    To musiał być chwilowy upadek. Tata dalej jadł proso na przemian z pszenicą, popijał czerwoną albo zieloną herbatą i robił wrażenie zadowolonego. Sielanka trwała. Tak sobie myślałam, że nie jest źle. Tatuś może głodny, ale otoczony opieką. Odchudzony, niepijący i niebiorący. Zakochany i kochany, a my objadające się trochę ukradkiem, ale jednak w miarę normalnie. Powiedziałam to Fredce. Strasznie się ucieszyła.
    Stara zasada: nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca. Czekała nas bowiem niezła zawierucha.
    W niedzielę pojawili się u nas mili goście. Kleopatra del Abdiz Tongo Bongo i Krzyś. Kleopatra wielka jak Himalaje. Czarne Himalaje, oczywiście. Jak twierdziła, swoich palców u nóg nie widziała już od miesiąca. Wyglądała jak ciężarna słonica i podobnie się czuła. Padła od razu na plastikowy fotelik w ogrodzie. Nogi fotelika błyskawicznie się rozjechały i byłaby to najbardziej efektowna katastrofa, jaką można sobie wyobrazić. Tatuś jednak, kompletnie pozbawiony zamulającego cholesterolu, wykazał się niesamowitym refleksem i – można powiedzieć – złapał Kleo w locie. A potem padł, przywalony. Przywalony Kleo.
    To była duża rzecz.
    Krzyś przyskoczył i zaczął podnosić ukochaną kobietę, leżącą bez ruchu na tacie i tylko jęczącą głośno. Nie było łatwo. Kleo miała swoją wagę. Wszystkie trzy przyłączyłyśmy się do akcji ratowniczej. W pewnym momencie krzyknęłam:
    – Dźwigu, tu trzeba dźwigu! Nie damy rady sami.
    Podbiegła jednak jeszcze Honorata i sturlaliśmy Kleo z taty. Potem, z jego pomocą, poszło łatwiej. Udało nam się dźwignąć Kleopatrę i poprowadzić na ganek. Tam usiadła na wiklinowym fotelu, który sprawiał wrażenie bezpiecznego. Siedziała skulona i wsłuchiwała się w swój brzuch.
    Patrzyliśmy na nią przerażeni, bo wydawało się, że za chwilę zacznie rodzić. Bogu dzięki, nic złego się nie działo. Honorata przyniosła kompot, Kleo łyknęła jakieś tabletki i wszystko wróciło do normy. Chwilowo.
    Krzyś stwierdził, że przeżył właśnie straszny stres, i zażądał alkoholu. Elwira oznajmiła dumnie, że w tym domu się nie pije.
    – Trzeba zrobić wyjątek, Elwirko! – odezwał się tata. – To było straszne przeżycie. Dla mnie też. Teraz wiem dokładnie, co czuje górnik na przodku, gdy runie na niego ściana.
    Na szczęście Kleopatra nie zrozumiała intencji taty, bo powinna się obrazić.
    Panowie się zbuntowali. Tatuś miał jakąś zadołowaną whisky. Nie czekając na lód, łyknęli pierwszą szklaneczkę. Drugą wypili już z lodem. Trzecią też.
    Naradziłam się z Honoratą i zaproponowałam, że przyrządzę szybko coś na grillu. Zostało to powitane z należytym aplauzem. No, może Elwira nie była zachwycona. Poszła do kuchni i przyniosła talerz ryżu z migdałami i orzechami. Został wyczyszczony przez naszych gości w sekundę.
    Grill się rozpalił i upiekłam na nim karkówkę. Homorcia przyrządziła sałatę i pieczone ziemniaki w sosie czosnkowym. Zaproponowałam je Elwirze, ale wydęła wargi i powiedziała tylko jedno słowo:
    – Majonez!!!
    No tak, zawsze mieszałyśmy w sosie jogurt z majonezem, a to oznaczało cholesterol.
    Wszyscy ochoczo wzięli się do jedzenia. Dopiero po dobrej chwili Elwira się zorientowała, że tata je wielkiego ziemniaka i jeszcze większy kotlet. Popija zaś to wszystko piwem marki „Żywiec”. Zbladła, wstała od stołu i w milczeniu wyszła, a tata spojrzał na kotlet, potem za odchodzącą Elwirą, znowu na kotlet i… został.
    Krzyś i Kleo nie zorientowali się, że na ich oczach rozegrał się właśnie mały dramat. My z Paulina popatrzyłyśmy po sobie i zrobiło nam się trochę dziko. No, ale to w końcu nie nasza broszka. Spędziliśmy miły wieczór z Kleo, pogadaliśmy o bejbiku, który lada dzień powinien się pojawić na świecie. Elwira zniknęła.
    – Może sprawdzisz, co się dzieje z Elwirą? – zwróciłam się w końcu do taty.
    Tata spojrzał na mnie zmieszany i ociągając się, poszedł do domu. Bardzo szybko wrócił. Nalał sobie piwa i pogrążył się w rozmowie z Krzysiem.
    Kleopatra, zmęczona, wachlowała się gazetą.
    – Tu być gorzej niż w Egipta. Straszny gorąc. Ja chcieć się położyć.
    Każda miłość trwa tyle, na ile zasługuje. Uczucie tatusia wyraźnie wchodziło w fazę schyłkową. Rano Elwira unikała wzrokiem taty, a tata – Elwiry. Krzyś natomiast wpatrywał się w swoją Kleopatrę, donosił jej poduszki, napoje, a nawet ją wachlował. Był skacowany, zmarnowany, ale wciąż bardzo zakochany.
    Kleo nie czuła się najlepiej. Patrzyliśmy na nią ze szczerą obawą. Było jej duszno, miała skurcze. Honorata, jedyna doświadczona wśród nas, zarządziła pomiar przerw między bólami. Paulina przyniosła ze swego pokoju gigantyczny budzik w formie skauta i zaczęłyśmy mierzyć czas, zapisując wyniki. Krzysia i tatę wygoniłyśmy, bo strasznie przeszkadzali. Krzyś od razu chciał jechać do szpitala, ale Honorata go powstrzymała. Na razie odnotowałyśmy jeden skurcz i Kleo twierdziła, że jeden miała też nad ranem. Siedziałyśmy w ogrodzie, nie mogąc oderwać wzroku od jej wielkiego brzucha, jakbyśmy się obawiały, że wyjdzie z niego jakiś potwór. Alien na przykład.
    Starałyśmy się zagadywać Kleo. Ja opowiadałam o Molasie, Elwira o nauce pływania dla noworodków, a Paula rysowała obrazki dla bejbika. Naprawdę pięknie rysowała. Jeszcze o tym nie wspominałam, że moja siostrzyczka ma uzdolnienia plastyczne i muzyczne. Tylko mnie Pan Bóg poskąpił talentów.
    – Ja chcieć już rodzić, ja mieć dość brzucha i siusiania co minuta – powiedziała Kleo i poszła, jak to ona mówi, do klozeta.
    Honorcia piekła pizzę, a mnie nic się nie chciało. Przyniosłam koc i leżałam na trawie, patrząc w niebo. Wakacje powinny trwać wiecznie, tak uważam.
    Kleo wróciła i znowu miała silny skurcz. Od poprzedniego minęły dwie godziny. Poleciałam do Honoraty, a ta kazała wołać Krzysia i tatę. Mały Omarek pchał się na świat. Krzysiek był tak strasznie zdenerwowany, że co chwila gubił kluczyki, a potem odjechał, powiewając niezamkniętymi drzwiami samochodu. Walnął nimi w naszą bramę. Straty były niewielkie, ale tata kazał mu wysiąść i sam przejął kierownicę. A potem ruszył z kopyta jak Molas w najlepszej formie.
    Kiedy wrócił, natychmiast pokłusował do barku i nalał sobie szklaneczkę whisky.
    – Gdzie twoje zasady?! – zawołała zrozpaczona Elwira.
    A tatuś odpowiedział:
    – Utonęły w alkoholu. To podobno się zdarza w chemii. Nie martw się, Myszko, sytuacja jest niezwyczajna. Prawie odebraliśmy dziecko na tylnym siedzeniu. Krzysio będzie potrzebował terapii, bo doznał szoku. To był jeden horror. Zaledwie pokonaliśmy dwieście metrów, wody odeszły i całą drogę do Warszawy Kleo rodziła. Jak zajechaliśmy pod szpital, było już widać główkę.
    – W jakim kolorze? – spytała Paulina.
    – Czarnym, żuczku, czarnym. To śliczny, duży chłopczyk. Krzyś oszalał z radości. Pojechał pić z chłopakami, a ja wróciłem do domku jak grzeczny harcerz, więc się nie złość – rzekł do Elwiry.
    Nie robiła wrażenia usatysfakcjonowanej, lecz kiwnęła przyzwalająco głową i powiedziała:
    – Dobrze, kochanie, ale od jutra koniec z tym wszystkim i wracasz do normalnej diety. Musisz koniecznie zrobić sobie to płukanie jelit. Te wszystkie świństwa, które jadłeś ostatnio… Wyobraź sobie, jak one tam zalegają, psują się, rozkładają…
    Tatuś nie miał zadowolonej miny, mnie zaś zrobiło się niedobrze, a przecież nie o moich jelitach była mowa.
    Zadzwoniłam do babci. My mamy taką gorącą linię, dzięki której mogę sobie poustawiać wszystkie sprawy. Babcia ucieszyła się z narodzin Omarka. Kiedy jej powtórzyłam dialogi taty i Elwiry, stwierdziła:
    – Każdy człowiek jest mieszanką kwasów i zasad. U Elwiry jednak te dwa składniki są od siebie oddzielone. Do przymknięcia oczu trzeba dojrzeć. Ona widocznie jeszcze nie doszła do tego punktu. Niektórzy uważają, że gra miłosna to najłatwiejsza z gier, ale ja uważam ją za najtrudniejszą. Wariacji i kombinacji tu najwięcej. Najrzadsze są wygrane, a klęski – najdotkliwsze. Mam, jak wiesz, w tych sprawach pewne doświadczenie i powiem ci znaną prawdę. Zakochujemy się z jakiegoś powodu: dla czyjejś urody, inteligencji czy nawet dlatego, że po prostu chcemy się zakochać. Kochamy zaś pomimo. I gdy ten etap nadchodzi, związek albo się kończy, albo staje dojrzały, mądry, wspaniały. Eryk i Elwira weszli w ten etap, kiedy należy kochać pomimo, a co dalej będzie, czas pokaże.
    Lubiłam Elwirę pomimo jej wad. Nie kochałam jej jednak.
    Tatuś się w niej zakochał. W jej zielonych oczach, jej duchowości i w czym jeszcze, nie wiem. Elwira miała swoje ograniczenia i w żaden sposób nie chciała z nich zrezygnować. Czasami myślałam: „Ona jest egoistką. Jak można się tak koncentrować na własnym zdrowiu, na tym tylko, co dotyczy jej bezpośrednio? Gdzie świat daleki, gdzie przygoda?” Dla niej Bogiem był organizm, każde jego drgnienie. Podporządkowywała całe swoje życie medycynie. Tej prawdziwej i tej alternatywnej. Moim zdaniem nie miało to sensu.
    Podobne refleksje snuł, zdaje się, tata. Po pierwszym okresie totalnego zauroczenia, kiedy całkowicie poddał się Elwirze, próbował się wyrwać z zaklętego kręgu biologii, jaki wokół nich roztoczyła. Zdobyć, wywalczyć własną przestrzeń. Namawiał Elwirę do rozszerzenia jadłospisu, opowiadał o radości, jaką daje jedzenie, i wiązał to z afirmacją życia, z darami Boga i sama nie wiem z czym jeszcze. Na własne uszy słyszałam, jak jej tłumaczył, że nie można być tak ortodoksyjnym jak na przykład starozakonni żydzi. Elwira się obrażała. Niestety, u niej kwasy i zasady dominowały. Nie udało się tatusiowi jej zmienić. Ani jej zmienić tatusia.
    Jednak zupełnie nie rozumiałam, dlaczego nie mogli akceptować siebie takimi jakimi byli. Może jestem zbyt młoda na takie problemy.
    Elwira, by sprostać wyzwaniu, jakie stanowił dla niej nasz tatuś, zapisała się na kurs asertywności. Uczęszczała bardzo pilnie na zajęcia. Wkrótce zaczęła wprowadzać u nas w domu świeżo zgłębione metody radzenia sobie z trudnym partnerem. Przede wszystkim rozpoczęła walkę z niską samooceną, której przyczyną było krnąbrne zachowanie tatusia, bez żadnych zahamowań objadającego się zwierzątkami. Martwymi, oczywiście. Wszędzie znajdowaliśmy kartki, na których było napisane: „Jestem mądra. Jestem dobra. Jestem współczująca. Jestem błyskotliwa. Jestem zgodna”. Otwierało się na przykład szufladę w poszukiwaniu skarpetek, a tam kartka. Zaglądało się do szafki z lekarstwami, a tam napis: „Jestem tolerancyjna”. Na lustrze była przyczepiona kartka: „Jestem ekscytująca”. Dostawaliśmy lekkiego obłędu. Tatuś poskarżył ssie Krzyśkowi, a ten go pocieszył, że jeszcze nie jest tak źle, bo przecież mógłby rozwinąć papier toaletowy i znaleźć tam napis: „Jestem sexy”. Niespecjalnie to pocieszyło tatkę, i ale przynajmniej się pośmiał. Tyle jego.
    Zjawiła się u nas ciocia Ewa, ale jakże odmieniona! Ubrana skromnie: biała bluzeczka, czarna spódniczka, włosy gładko uczesane, wypisz, wymaluj, uczennica przedwojennej pensji. Jak nam oznajmiła, przyjechała się pożegnać. Wyjeżdża. Do Kazachstanu. Uczyć polskie dzieci.
    – To wspaniałe! – wykrzyknęłam. – Nareszcie na coś się przyda twoja polonistyka.
    – Właśnie! Zawsze marzyłam, żeby uczyć – oznajmiła ciocia. – Ale polskie szkoły są takie anachroniczne, nie dają pola do popisu prawdziwym, twórczym pedagogom. Jak zobaczyłam ogłoszenie, że poszukują nauczycieli dla Polonii, zgłosiłam się i zostałam zakwalifikowana. Dostałam skierowanie do Kazachstanu. To wspaniała idea i taki szlachetny cel.
    – Na pewno się tam sprawdzisz, Ewuniu! – stwierdziła Elwira. – To coś idealnie dla ciebie.
    – To samo powiedziała mama. Może rzeczywiście znajdę wreszcie swoją ścieżkę w życiu. W każdym razie warto spróbować.
    Poczęstowaliśmy Ewę pysznym obiadkiem, były befsztyczki z polędwicy z kurkami, frytki i sałatka z selera. Zjadła wszystko bardzo pięknie, nie wspominając nic o swoim wegetarianizmie. Widocznie ten etap życia miała już za sobą. Elwira patrzyła na nią złym oczkiem, a tata robił znaczące miny, które mówiły: „Bierz z niej przykład”.
    Po obiedzie Ewa i Elwira poszły na spacer, a do nas przyszedł Molas, który właśnie wrócił z wakacji w Stanach. Pojechał tam razem z ojcem i miał moc wrażeń do przekazania. Przeżyli razem fascynującą przygodę. Pół Stanów objechali samochodem, widzieli Wielki Kanion, bagna Everglades, Manhattan, Disneyland. No, to wszystko, co trzeba zobaczyć w USA. Zbliżył się ze swoim starym, nawiązali wreszcie taką męską przyjaźń. Bardzo się ucieszyłam. Szkoda tylko, że udało się to dopiero teraz, gdy całą robotę ukulturalniania Mola wykonała nasza rodzina. Zdaje się, że marudzę. Chyba kwasy biorą we mnie górę nad zasadami.
    Elwira Sałapatko powoli odchodziła w przeszłość
    Obiady latem jadaliśmy na ganku. Była to prawdziwa przyjemność – jeść, patrząc na ogród pełen kwiatów, na rosnące trochę dalej brzozy i krzewy, widząc krążące nad naszym malutkim stawem gołębie sąsiada.
    Elwira ostentacyjnie przestała jadać z nami. Posiłek zabierała do swojego pokoju lub jadła w kuchni, przeważnie wcześniej niż my. To było przykre dla nas i pewnie dla niej też. Próbowałam rozmawiać na ten temat z tatą. Powiedział krótko: „Jej wybór”. Snuła się po domu z książką Nancy Good Jak kochać trudnego mężczyznę. Nic jednak nie skutkowało; żadna wiedza, ani książkowa, ani życiowa, nie pomagała jej ułożyć sobie stosunków z naszym niewątpliwie trudnym tatką.
    Mieli tak zwane ciche dni. Tatuś próbował zagadywać, wykonywał jakieś czułe gesty, ale Elwira go odtrącała. Zadzwoniłam do Frytki i zaprosiłam ją do nas. Przyjechała, usiadłyśmy na ganeczku i Elwira podała wodę z miodem. Było strasznie niezręcznie wcinać się w jej układy z tatą, ale zagaiłam, że bardzo ją lubię i nie chciałabym, by się z tatą gniewali. Zrobiła się strasznie smutna, w jej oczach pokazały się łzy, i zaczęła się zwierzać: „Eryk jest taki nieczuły. On nie rozumie, że ja… ja cierpię, jak on je to okropne mięso. Niszczy swój organizm, przyczynia się do śmierci zwierząt. Jak on może, przecież jest artystą, człowiekiem wrażliwym! Dlaczego nie chce zrezygnować z takiego barbarzyństwa? Dla mnie. Jeśli mnie kocha, powinien to zrobić”.
    Babcia popatrzyła twardo na Elwirę – wiem, że nie lubiła takich tekstów – i spytała:
    – A ty dla niego nie możesz zrezygnować z tych diet?
    Elwira rzuciła się, jakby ktoś dał jej w twarz.
    – Ja mam swoje zasady i nigdy ich nie złamię.
    – Eryk zaś ma swoje. Słyszałaś kiedyś, córeczko, słowo „kompromis”? Ty jedz sobie zieleninę, a jemu pozwól jeść mięso.
    – Nigdy nie mogłabym zaakceptować takiego barbarzyństwa u mojego mężczyzny – powiedziała Elwira.
    – No, to mamy pat. I co myślisz dalej zrobić z tym fantem?
    – Odejdę. Opuszczę go, jeśli się nie zmieni.
    – W takim razie nie kochasz, bo gdybyś kochała, to zaaprobowałabyś go z jego wadami.
    Elwira parzyła na mnie i na babcię z wyrzutem, a potem zaczęła łkać.
    – Kochana, tu płacz nie pomoże. Musisz iść na kompromis, może zgniły, ale to jedyne wyjście.
    – Nigdy! – wykrzyknęła Elwira i pobiegła do swojego pokoju.
    – I to by było na tyle – powiedziała babcia. – Nie przepadam za ludźmi, którym należy współczuć. Święty Augustyn powiedział: „Kochaj i rób, co chcesz”. Ona chyba jednak o nim nie słyszała. Zostawmy ten temat. Opowiadaj, co u ciebie.
    U mnie nic ciekawego się nie działo. Samotny biały żagiel, jednym słowem. Wyraziłam przypuszczenie, że to może wynik urazu.
    Bujne życie erotyczne rodziców rzuca złowrogi cień na moje układy damsko-męskie. Dokładnie tak to ujęłam. Babcia popatrzyła na mnie z ukosa i wygłosiła, jak zwykle, podsumowujący monolog:
    – Wiesz, moja droga, z erotycznego punktu widzenia Polska jest krajem rozwijającym się. Oczywiście twoi rodzice starają się, jak mogą, abyśmy jako naród mieli lepsze wyniki, ale nie wydaje mi się, żeby piętnastolatka musiała wieść życie romansowe. Zalesie to jednak nie Beverly Hills, koteczku. Masz jeszcze czas, nawet dużo czasu.
    Ale mnie ścięła!
    – Lubię cię, Fredziu!
    – Jasne! A gdzie Paulina?
    – Poleciała do jakichś dzieciaków w sąsiedztwie. Babciu, a może poszłybyśmy któregoś dnia do teatru?
    – Widzę, że się nudzisz. Dobrze, chociaż nie przepadam za teatrem. Jacyś ludzie na scenie mówią okropne głupstwa, a ja nie mogę się wtrącić. No, i jeszcze za to płacę.
    Fredzi się nie przegada. Chyba tylko Arturowi się to udaje. Czasem.
    Minęło zaledwie kilka dni, gdy Elwira oznajmiła tacie, że wyjeżdża. Do Kazachstanu, w ślad za ciocią Ewą. Tatko ją prosił, błagał nawet, by się zastanowiła, opamiętała, ale ona nie i nie. Dyskutowali tak przez kilka dni. Elwira nie dała się jednak przekonać i opuściła tatę, by nieść kaganek oświaty naszym rodakom na obczyźnie.
    Tatuś jakoś zniósł ten cios, chociaż jego ego na pewno ucierpiało.
    Fredzia skomentowała to wydarzenie krótko:
    – Wiesz, ja jednej rzeczy w życiu nie toleruję, braku inteligencji i poczucia humoru.
    – To są dwie rzeczy, babciu!
    – A, rzeczywiście, dwie. No, to nie toleruję dwóch rzeczy.
    Elwira rozpoczęła swoją przygodę pedagogiczną, a tatuś stał się znowu tak zwanym luźnym gwoździem, czyli inaczej mówiąc, facetem do wyjęcia. Wykorzystywał to w całej pełni. Imprezował od rana do wieczora, a raczej odwrotnie. Zwalał się do domeczku rankiem po przehulanej nocce i zlegał w barłogu. Pod wieczór się reanimował i leciał na jakiś beforek, czyli imprezkę zbiorczą przed zasadniczą balangą w jakimś klubie. Nad ranem całe jego towarzystwo przenosiło się do czyjejś chaty na tak zwany afterek, czyli imprezkę dla dogorywających. Powoli wyhamowywali i rozchodzili Się po domach. Mój tatuś dubman. Ja rozumiem, że on jest rockandrollowcem, ale ma też, o czym nie lubi mówić, swoje lata.
    Po tych zabawach unosił się wokół niego znany mi słodkawy zapach. Tata twierdził, że nabyty przez osmozę, ale kto go wie?
    Wydaje mi się zresztą, że takie ciągi trudno wytrzymać bez wspomagaczy.
    Po kilku tygodniach takiego życia tatuś wyglądał już nie jak malownicza ruina, ale jak rudera. Wory pod oczami i zachrypnięty głos. Postanowiłyśmy z Paulina zrobić z tym porządek.
    Zaatakowałyśmy go osłabionego, gdy wpełzał do swojej nory po trzydniowej hulance. Zawlekłyśmy przed lustro i powiedziałyśmy:
    – Popatrz, co z siebie zrobiłeś. Czy ty musisz żyć tak od bandy do bandy, nigdy pośrodku? Czy to nie za gwałtowne przejście: od skrajnego wegetarianizmu do pijaństw, szaleństw i narkotyków?
    – O! Co to, to nie! – oburzył się ojczulek. – Nic nie biorę.
    – Przypuszczam, że wątpię – powiedziałam. – Ale załóżmy, że mówisz prawdę. Samo picie wystarczy, wykolejasz się. Zawaliłeś koncert w Katowicach. Kiedy coś napisałeś?
    – Kiedy ostatnio rozmawiałeś ze mną i Karoliną? – dołożyła swoje pięć groszy Paulinka.
    Tatko się zmieszał.
    – Macie rację, sikorki. Reedukacja. Tak. Od dzisiaj koniec. Biorę się za siebie.
    1 się wziął. Cierpiał jak potępieniec. Pocił się, był zły, wściekał się, ale nie pił. Siedział w domu i próbował coś robić. Pojechał w trasę i myślałyśmy, że wszystko wróci, ale nie. Wytrzymał.
    Po tej kwarantannie napisał kolejny przebój, bardzo zabawną piosenkę:
    Zielona fasolka z worka, Szpinak mi cięęęęę przypomina.
    Ciekawe, czy w Kazachstanie Elwira słucha polskiego radia. Jeśli słucha, to musiała się nieźle wkurzyć.
    Zaczął się rok szkolny i trzeba było iść do szkoły, choćby dziś, dziś. To oczywiście słowa piosenki. Dobrze, że nie słychać, jak śpiewam, bo fałszuję okrutnie.
    Do liceum miałam stosunkowo niedaleko, musiałam jednak dojeżdżać. Życie autobusowe przypadło mi do gustu. Już podczas jazdy zaczynały się rozmowy i żarty. W szkole też nie było źle, klasa okazała się fajna, szybko się zgraliśmy.
    Molasidło ambitnie podjęło naukę w liceum wieczorowym i męczyło się okropnie. To jednak trochę dużo: ciągnąć dwie szkoły i uczyć się angielskiego, kiedy przez poprzednie osiemnaście lat było się tabula rasa… Ale Mol to twardy zawodnik, orał od rana do wieczora, wpadał do mnie i bezwstydnie domagał się pomocy. Był zorientowany na sukces i dążył do niego za wszelką cenę.
    Oczywiście popierałam to i pomagałam mu, jak mogłam. Ustaliliśmy, że jeśli poradzi sobie dobrze w liceum, to rzuci specjalną po pierwszym semestrze. Będzie miał wtedy więcej czasu na korki, bo teraz nadrabiał braki w soboty i niedziele, kiedy to przez jego dom sunęła prawdziwa procesja korepetytorów.
    Opowiadałam to Fredzi, a ta stawiała go za wzór. Rzeczywiście, ambitna z niego bestia. Oboje przerabialiśmy program pierwszej klasy, więc było łatwiej, lecz Molas miał braki jak Rów Mariański, takie głębokie. Jak on sobie poradzi, nie wiem. Ale walczy zaciekle.
    Były urodziny taty. Które, nie wiem, bo tata nie udziela w tej sprawie informacji. Podobnie jak Frytka, która twierdzi, że szanująca się kobieta nie kończy czterdziestki przed sześćdziesiątką. Zaliczyć tatkę do dinozaurów to go znieważyć.
    Zaprosiliśmy na tort Kleo i Krzysia, Turka z Fredzią i Molasa. Jednym słowem, doborowe grono.
    Grillowaliśmy. To podobno narodowy sport Polaków. Nie odbiegamy od normy, też lubimy. Panowie pilnowali mięska, a my podziwiałyśmy małego Omarka leżącego w składanym kojcu. Był śliczny, po prostu do schrupania. Wręcz nie Omarek, tylko Amorek. Paulinka oznajmiła, że też chce mieć takiego samego, koniecznie czarnego. Tatuś spojrzał na nią z prawdziwym niepokojem. My tu w Polsce jesteśmy jednak straszliwie zaściankowi.
    Babcia wyciągnęła list od Ewy, która pisała, że praca w Kazachstanie jest cudowna, bardzo satysfakcjonująca, ale warunki socjalne okropne. Ona i Elwira ciężko pracują, lecz mają wyniki. Ludzie są świetni i warci tego wysiłku. Pytała, czy tata nie mógłby zorganizować jakiegoś koncertu charytatywnego. Pieniądze są bardzo potrzebne na zakup podręczników, książek i pomocy szkolnych.
    Tatuś ochoczo się zgodził i powiedział, że coś pokombinuje, a na razie wyśle im część honorariów otrzymanych za Zieloną fasolkę.
    – Szlachetny gest – stwierdził Artur. – Szczególnie w znanym nam kontekście. Lubię tę piosenkę. Muszę ci powiedzieć, że i tak miałeś szczęście. Córka mojego przyjaciela przyłączyła się do ruchu ahinsy.
    – Co to takiego? – spytałam.
    – To takie zasady, których przestrzegają mnisi dżinijscy. Na przykład: nie wolno nikomu czynić krzywdy.
    – Wydaje się to rozsądne – włączył się do rozmowy Krzyś.
    – Jak najbardziej, tylko oni się nie myją, aby nie zabić żywych organizmów na ciele, zamiatają przed sobą drogę, aby niczego nie nadepnąć, a nawet oddychają przez tkaninę, by nie połknąć żadnego owada.
    – No to Bóg nas uchronił. Gdyby dziewczyny zetknęły się z tym w Indiach, dopiero byłoby wesoło! – wykrzyknęła Frytka.
    – A propos mycia, to może nie byłoby to takie złe – dodał Turek. – Przecież jeden z Ludwików strasznie się wściekł, gdy do sypialni przyprowadzono mu wymytą starannie wieśniaczkę, którą sobie uprzednio upatrzył. „Dziewkę mi popsowali! – krzyczał. – Dziewkę mi popsowali!”
    – Widać był koneserem, ja do nich nie należę – odciął się tata.
    – Żadna hańba – stwierdził Artur. – Skoro król Francji gustował w niedomytych.
    – Dajcie spokój – przerwała dyskurs Fredzia, zmieniając temat rozmowy. – Gdzieś czytałam taką uwagę, że bakterie, być może, uważają naszą śmierć za koniec stworzonej przez siebie cywilizacji.
    – Wydaje mi się, że w tym momencie następuje dopiero rozkwit wszelkich kultur bakterii, w każdym znaczeniu – zaprotestował Artur.
    – Przestań być obrzydliwy, przecież jemy.
    – Sony, ale ty zaczęłaś.
    – Jasne, zawsze ja.
    Jedliśmy żwawo, popijaliśmy browarkiem, oczywiście „dobrze zmrużonym bezalkoholowym”. Było fajnie. Jesień nadchodziła powoli, ale wciąż jeszcze powietrze było przesycone słońcem, zapachem kwiatów i lata. Jak to dobrze, że się wynieśliśmy z miasta! Takie popołudnie nigdy by się nam nie przydarzyło, gdyby nie tamto posunięcie.
    Kleo siedziała na uboczu, karmiła Omarka. Dalej była wielka jak góra, ale już się odchudzała. Zapowiadała, że za miesiąc będzie jej połowa.
    – Kiedy planujecie nową płytę? – spytała babcia.
    – Do świąt chyba się wyrobimy – oznajmił Krzyś. – Tyl ko Eryk musi podgonić robotę.
    – Zasuwam jak dzika mrówa. Nie narzekaj.
    – Teraz.
    – Dobre i teraz.
    – A kiedy planujecie trasę? – pytała dalej babcia.
    – Przed świętami zaczniemy, a potem będziemy występować przez cały karnawał, prawie do Wielkanocy.
    – Kleo jedzie z wami?
    – Ja jechać, ja nie chcieć, ale ja jechać. Musieć zarabiać, my chcieć kupić doma, w Zalesia is good, my chcieć taka podobna.
    – Czadowy pomysł! – wykrzyknęła Paulina. Rzuciła się na Kleopatrę, serdecznie ją ucałowała i zadeklarowała się z pomocą: – Ty mieszkać obok nas. My szukać domu dla was.
    – Właśnie chciałem was o to prosić – poparł Kleo Krzyś.
    – Oczywiście. Musisz przyjechać w zwykły dzień, pójdziemy do pośredników. A swoją drogą, wszyscy popytamy tutejszych znajomych, czy nie ma czegoś do kupienia w pobliżu. – Tatko ustalił plan gry. – Nie da się ukryć, że mamy tutaj w Zaleśku taki mały, prywatny kawałek raju, czego i wam życzymy.
    – Gdyby jeszcze babcia tu zamieszkała, to byłoby super – rozmarzyła się Paulina.
    – Ja też bym chciała mieszkać bliżej was, ale już jestem za… – ugryzła się w język – za… późno na takie operacje.
    – Jesteś zawsze młoda, Frytko! – powiedział Turek i po całował Fredzię w nadgarstek.
    – To prawda – zgodziła się uprzejmie.
    W szkole poznałam wielu fajnych ludzi, lecz zaprzyjaźniłam się z Sandrą. Nadawałyśmy na tych samych falach. Po lekcjach często się gdzieś wypuszczałyśmy albo siedziałyśmy u niej lub u mnie. Razem się uczyłyśmy, razem oglądałyśmy filmy na Canal +. Czasem zaś po prostu plotkowałyśmy. Tatko znowu wybył na występy, więc w domu panował spokój. Mogłyśmy robić, co chciałyśmy, a właśnie planowałyśmy jakąś małą imprezkę.
    – Może zrobimy ognisko? – zaproponowała Sandra.
    – Good idea – zgodziłam się.
    Zaczęłyśmy kombinować, kogo zaprosić i co podać. Z założenia miało to być ognisko integracyjne dla naszej klasy.
    – Kiełbaski, browar i pieczone w popiele ziemniaki. To, myślę, będzie wszystko, czego nam potrzeba.
    – No co ty? A chipsy? Bez chipsów się nie obejdzie. Ja nie przepadam, ale rzeczywiście… niektórzy lubią, i jakieś soki albo wodę mineralną dla niepijących.
    – Będą tacy? To ile nam potrzeba forsy na te zakupy?
    – Czekaj, policzę.
    Sandra wzięła się do rachunków, a ja usiłowałam opalić nogi w niezłym jeszcze, wrześniowym słońcu. Nagle stanął przy nas Molas.
    – Molasieńku, a ty skąd się tutaj wziąłeś?
    – Pani Honorata mnie wpuściła. Co robicie?
    – Poznaj, Sandro, to mój najlepszy kumpel, Mol.
    Molasidło się zaczerwieniło i uścisnęło rękę Sandry.
    – Chcemy zrobić ognisko dla naszej klasy. Liczymy, ile to by kosztowało.
    – A gdzie chcecie zrobić tę imprezkę?
    Popatrzyłyśmy na siebie. To nie było jeszcze uzgodnione.
    – Może u mnie – poczułam się w obowiązku zaproponować.
    – To chyba najlepsza lokalizacja – zgodziła się Sandra.
    – A może u mnie? – wyskoczył znienacka Molas.
    – U ciebie? – Lekko nas zatkało. – To przecież ma być klasowa impreza.
    – Ale u mnie jest fajny las i ja jeszcze nigdy nie robiłem żadnej balangi. Tata wybył za granicę i mam wolną chatę – ekscytował się Mol.
    – Może rzeczywiście to niegłupie – powiedziałam. – Niektórzy na pewno zlegną, a u Molasa nie będzie z tym żadnego problemu.
    – Jasne! Mamy domek gościnny, masę materacy i w ogóle. Jest też basen. Gdyby było ciepło, to można się wykąpać – reklamował swoje włości Molas.
    – Masz basen? – zdziwiłam się. – Nigdy mi o tym nie mówiłeś.
    – Jakoś się nie zgadało. Stary zbudował w zeszłym roku.
    – To może pojedziemy do ciebie na wizję lokalną – zaproponowałam.
    – Teraz?! Od razu? – spanikował z lekka.
    – A czemu nie? Chcesz się przejechać, Sandra?
    – Jasne!
    Prawdę mówiąc, byłam ciekawa domu Molasa. Nigdy o nim nie opowiadał, a ja nie pytałam. A tu, proszę, basen.
    Chcąc nie chcąc, lekko spłoszony Mol zabrał nas do swojej bryczki, a potem na salony. No, nie powiem, niezła to była chata. Stała w wielkim ogrodzie, tak z hektar przynajmniej. Cały teren porośnięty był starymi, pięknymi grabami. Wyglądało to dość ponuro, ale miało imponujący majestat i klasę. Do domu oddalonego od ulicy o co najmniej pięćset metrów wiodła aleja grabowa, wzdłuż której leżały bardzo malownicze reszki starych posągów i płyt.
    – Skąd masz te rzeźby?
    – Tata od lat ściąga te kawałki. Mój dziadek po wojnie odbudowywał Warszawę, przywoził takie malownicze zgruchotane fragmenty rzeźb. Ja znalazłem to – wskazał nam kawałek skrzydła, chyba anielskiego.
    – Czadowe! – wykrzyknęła zachwycona Sandra.
    Też byłam pod wrażeniem. Nie wiedziałam, że w Zalesiu jest taki malowniczy ogród. Dom również był niesamowity, bardzo wysoki, wąski, robił wrażenie trochę gotyckie. Rodzinę Addamsów można by w nim kręcić bez większych korekt. Ciemne drzewa, ciemny dom. Przypomniała mi się dziecinna wyliczanka:
    – Był czarny, czarny las, a w tym czarnym, czarnym lesie był czarny, czarny dom, a w tym czarnym, czarnym domu były czarne, czarne drzwi, a za tymi czarnymi, czarnymi drzwiami był czarny, czarny pokój, a w tym czarnym, czarnym pokoju stała czarna, czarna trumna, a w tej czarnej, czarnej trumnie leżał czarny, czarny trup. Znacie to?
    – Daj spokój, już się boję.
    – Nie ma czego. Nie wygłupiaj się, Karolina! – zaprotestował Mol.
    – Mówiłyśmy sobie z Paulina tę wyliczankę w nocy, pod kołdrą. To taka zabawa. Nie znacie tego? Babcia nas nauczyła.
    – Zimno mi się robi, jak tego słucham. Ale tu jest ponuro – stwierdziła Sandra, rozglądając się dookoła.
    – Mnie się podoba. Bardzo. Są tu takie klimaty jak w powieściach Ann Radcliffe – powiedziałam kategorycznie, widząc zatroskaną minę Mola.
    – Mnie też – przyłączyła się do pochwał Sandra. – Bardzo tu romantycznie.
    Molasidło rozpromieniło się całe. Uśmiechnęło się wszystkimi swoimi trzydziestoma dwoma żarłocznymi zębami.
    – Tak uważacie? Naprawdę?
    – Jasne – potwierdziłyśmy z pełnym przekonaniem.
    W środku było już mniej fajnie. Zniszczone meble swoją świetność przeżyły zapewne w epoce późnego Gomułki lub wczesnego Gierka. Wyraźnie dawał się odczuć brak kobiecej ręki. Było czysto, i tyle.
    – To co, zrobicie tu ognisko?
    – W salonie byś chciał?
    Roześmiał się.
    – No, aż tak daleko się nie posunę. Pokażę wam, gdzie jest dobre miejsce.
    Zaprowadził nas w róg ogrodu i pokazał schowany za krzakami zakątek, wspaniale nadający się na miejsce do rozpalenia ogniska.
    – Super! – zawyrokowałam. – Bierzemy.
    Szybko się zakręciliśmy i ognisko odbyło się w najbliższą sobotę. Była to ze wszech miar udana impreza. Trochę browaru rozluźniło atmosferę i bawiliśmy się jak szaleni. Nawet zaczęliśmy urządzać jakieś dzikie tańce. Był to niesamowity eksces, bo w gimnazjum ta rozrywka nie cieszyła się nadmierną popularnością. Co znaczy jednak liceum…
    Potem zaczęliśmy śpiewać szanty, bo okazało się, że jest wśród nas kilku zapalonych żeglarzy. Molas asystował Sandrze. Wyraźnie. Siedział koło niej, coś jej gadał do ucha, a ona się zaśmiewała. Muszę przyznać, że poczułam się trochę zdradzona. Mój wierny giermek spojrzał na inną dziewczynę! Tego się nie spodziewałam. Czyżby się miała powtórzyć historia z Jasiem i Dominika? No, ale ja przecież z Molem nie chodzę. Postanowiłam sobie odpuścić i wykonałam przyśpiewki żywieckie. Dostałam duże brawa. Molas przyniósł kolejną skrzynkę piwa i było już widać kilkoro wlanych osobników. Ja tankowałam umiarkowanie, nie dało się jednak tego powiedzieć o Sandrze i Molasie. Zdecydowanie powinni sobie już odpuścić. Zabawa była w całej pełni, gdy Molasanty padł jak podcięty dąb. Z dużym hukiem i równie nagle. Piotrek i Klaudiusz, którzy robili na imprezie za zwierzątka sanitarne, odholowali go na ubocze. Rozłożyliśmy tam przezornie koce dla co bardziej zmęczonych zawodników. A my, silna i wciąż żywa ekipa, zarządziliśmy skoki przez ognisko. Trochę poskakaliśmy, ale daliśmy wkrótce spokój i zaczęliśmy sobie opowiadać różne straszne historie.
    Nagle rozległ się przeraźliwy głos:
    – Do domu! Do domu!
    To podcięty Molas dobywał głosu.
    – Cicho! Śpij – uciszaliśmy go, a on nic, tylko wołał:
    – Do domu! Do domu!
    Podeszłam do niego, przykryłam go kocem i uspokajałam:
    – Cicho, Mol. Śpij, jesteś w domu.
    Na chwilę się uspokoił. Ale zaraz zaczął znowu:
    – Do domu! Do domu!
    W końcu Klaudiusz się wkurzył i huknął na niego ostro:
    – Zamknij się, Mol, śpij! Jesteś w domu!
    A na to Mol:
    – Nie ja, wy! Wy do domu!
    Rano, po tej oszałamiającej, zwalającej z nóg imprezie, martwą podniosłam powiekę.
    – Co chcesz?! Honorciu?
    – Tu tacy jedni chcą z kimś z gospodarzy rozmawiać. Obudź się, Karolinko!
    Honorcia trzęsła mną jak szmacianą lalką.
    – Honorciu, spokojnie, powiedz, że zaraz zejdę.
    Wstałam, podeszłam do lustra i spojrzałam sobie w twarz. Mętny wzrok i cały jasieczek odbity na policzku. Odwróciłam się od siebie z niesmakiem. Szybko obmyłam twarz, pokremowałam, wypiłam trochę wody z kranu i wynurkowałam na powierzchnię.
    A tam, przy furtce, czekała na mnie jakaś parka z gatunku fura, skóra i komora.
    – Słucham, państwo chcieli ze mną rozmawiać – wydusiłam z gardzieli zapchanej mchami i porostami niewyraźne słowa.
    A więc tak wygląda kac. Ciekawe doświadczenie.
    – Państwa jamnik zaatakował naszą rottweilerkę – zaczęła energicznie panienka Obskurna.
    – Co zrobił? – zdziwiłam się gapowato, nie przymierzając, jak ongiś Molas. – Zaatakował?! Gucio?!
    – No… – Zawahała się przez chwilę.
    Facet pospieszył jej z pomocą.
    – Pani jamnik przeleciał naszą rottweilerkę – wysyczał oskarżająco.
    – Jamnik? Rottweilerkę?!
    Przeklęty kac. To chyba mi się śni.
    – Tak, są dwa szczeniaki i pani powinna je wziąć.
    – Ja?
    – No! Przecież to pani jamnik.
    – Ale to niemożliwe. Jak on mógł tego dokonać?
    – Położyła mu się. Zaraz je pani przywieziemy.
    – Jeszcze czego! Nie wezmę żadnych szczeniaków.
    – Przecież tak się należy, nie?
    – Ojcostwo trzeba udowodnić – powiedziałam kategorycznie. – Dlaczego pani nie pilnowała suki?
    – A bo to można ją upilnować?
    – Są środki antykoncepcyjne dla suk. Trzeba było kupić.
    – Nie mam na takie fanaberie kasy.
    – Jak się człowiek decyduje na rasowego psa, to trzeba się liczyć z wydatkami na weterynarza i lekarstwa.
    – To co, bierze pani szczeniaki?
    – Nie biorę. Mowy nie ma.
    – To niech pani pilnuje swojego kundla. By co złego go nie spotkało.
    – Będę. A państwo niech pilnują swojej suki i radzę na przyszłość odwiedzić weterynarza, to nie będzie tego typu problemów.
    Ale powiedziałam! Aż im w pięty poszło. Kac nie kac, nie dam sobie wmówić dziecka. Wróciłam do domu i popatrzyłam w oczy Gucieńce.
    – Niezły z ciebie macho mmx. Rottweilerka! No! No! Jeszcze alimenty za ciebie będę musiała płacić.
    Mol zdobył sobie sympatię mojej nowej klasy. I Sandry też. Przyjeżdżał pod szkołę i odwoził mnie i Sandrę do domu. Najpierw mnie, a potem Sandrę. Mieli się wyraźnie ku sobie. Trochę to dziwne, bo, co tu kryć, w moich oczach Mol był istotą bezpłciową. Rodzaj nijaki. Sandra widocznie uważała inaczej i mile przyjmowała Molowe zaloty. Podpytywała mnie o niego, ale jestem lojalną kumpelą i ani się nie zająknęłam o szkole specjalnej i tatusiu. Powiedziałam tylko, że chorował i robi liceum wieczorowo. Jemu też przykazałam trzymać buzię na kłódkę, bo ta sierota chciała wszystko opowiedzieć.
    – Rozsądny człowiek nie mówi wszystkiego, co wie – oznajmiłam. – Zapamiętaj to sobie raz na zawsze.
    Przekazałam Fredzi przez telefon najnowsze ploteczki. Bardzo się ucieszyła na wieść o romansie Mola.
    – Jemu też należy się. Tylko czy to porządna dziewczyna?
    – W jakim rozumieniu?
    – Co ty mówisz? Przecież to nie po polsku.
    – Po prostu przypomniał mi się greps Turka: „Porządna dziewczyna, każdemu daje”.
    – On was demoralizuje, ten cały Turek. Pytasz: w jakim znaczeniu? Normalnym. Bez podtekstów.
    – Bez podtekstów to jest fajna. Takie przynajmniej robi wrażenie. Jak się domyślasz, znam ją mało.
    – Wiesz, mam taki instynkt kury. Chciałabym, by mu się nie stała krzywda. To takie trochę nasze dziecko, ten Mol. Bardzo bezbronne.
    – Jasne. Będę nad nim czuwała, ale w tych sprawach to trudno pilnować. Sama wiesz.
    – A co u ciebie?
    – Ciągle Zalesie, nie Beverly Hills.
    Mol wyśliczniał. Co to jednak miłość czyni z człowiekiem! Ubierał się w Waltonie, Cottonfieldzie, już nie na stadionie. O żelu na włosach nawet wspomnieć byłoby hadko. Uszka mu nadal sterczały, ale tylko to pozostało z dawnego Molasa. Komórka zniknęła jak sen jaki złoty… tfu! Srebrny. Spojrzenie miał przytomne i rzucał grepsami raz po raz. Zrobił się nawet trochę ważny i traktował mnie z odrobiną protekcjonalnej łaskawości. Mój Mol.
    Tatko wrócił do domu po tygodniowej prawie nieobecności i ostro wziął się do roboty. Prawie się nie wynurzał z piwnicy. Na świecie dogorywała jesień, a tata siedział jak szczur w norze. Usiłowałyśmy z Paulina namówić go na wycieczkę rowerową, skamlałyśmy, by poszedł z nami na spacerek, ale tato był jak skała. Ma robotę. Dlaczego faceci nie umieją robić niektórych rzeczy na pół gwizdka, tylko jak się bawią, to na całego, a jak pracują, to do upadłego?
    Brak stanów pośrednich to pewnego rodzaju upośledzenie.
    Okazało się, że przygotowuje nową płytę Piotrka Piotrowicza.
    Sandra jak się dowiedziała, to zażądała, bym ją zawiadomiła, gdy Piotrek się u nas pokaże. Jak większość panienek wzdychała do niego. Miała wszystkie jego nagrania. i w ogóle się zachłystywała, jaki ten Piotrek jest cudowny. Ja jakoś, Bogu dzięki, nie mam tendencji do zakochiwania się w facetach znanych z ekranów kin i telewizji. Spytałam Sandrę, jak łączy namiętność do Piotrowicza z sympatią do Mola. Strasznie się zdziwiła, co jedno ma z drugim wspólnego.
    – Przecież to zupełnie inne uczucie. Pamiętaj, jakby się u was pokazał, daj mi znać, to Mol mnie szybko przywiezie. Trochę pomarudziłam, że to schizofrenia wielbić dwóch facetów naraz, ale jej obiecałam.
    Piotrowicz pojawił się w naszym domu w miłe niedzielne przedpołudnie. Piekłam właśnie z Honoratą drożdżowe ciasto, ulubione taty, kiedy zabrzęczał dzwonek przy furtce. Nacisnęłam przycisk i stanął przede mną Piotrek Piotrowicz, pytając o tatę. No, muszę przyznać, że lekko mnie zamurowało. Był po prostu cudny. Te chaberkowe oczy, złote włosy i zniewalający uśmiech. Wrosłam w podłogę i gapiłam się na niego jak jakaś głupia gęś. Musiał być przyzwyczajony do takich reakcji na swój widok, bo bardzo wyraźnie i powoli powtórzył pytanie, co dało mi czas na oprzytomnienie.
    – Proszę niech pan wejdzie – zaprosiłam go do środka, wycierając umączony nos. – Zaraz zawołam tatę.
    Panowie miło się przywitali, rzucając teksty:
    – Jak leci, stary koniu? Masz dla mnie cos gotowego?
    – Jasne Chodź do basementu, to ci pokażę.
    I zniknęli w taty norze. Stałam jak ogłupiała na środku holu. Ale men! Ratunku!!!
    Pognałam na górę do swojego pokoju. Zrzuciłam w trybie przyspieszonym stary podkoszulek i zaczęłam wywalać na podłogę zawartość szafy. Na to wszystko wkroczyła Paulina i zainteresowała się, co robię.
    – Odbiło ci?
    – Absolutnie nie. Piotrowicz przyjechał.
    – Ten Piotrowicz?!
    – Nie ma innego. Ten, głąbku.
    _ To ja też lecę się przebrać! – 1 wyfrunęła z pokoju. Nawet na to pisklę działał jego nieodparty urok. Ja chromolę, ale facet!
    Odszykowana, pomaszerowałam do basementu, gdzie tatko i Piotrek przesłuchiwali jakieś nagrania. Wsunęłam głowę i spytałam, czy panowie przyjdą na górę na obiad. Otrzymałam potwierdzające kiwnięcie głową.
    – To zapraszam za kwadrans.
    Nie wiem czy mnie słyszeli, bo strasznie byli pochłonięci pracą Pomknęłam na górę i zaczęłam nakrywać do stołu. Zrobiłam dekorację ekstra – kwiaty, świece, te rzeczy. Obiadek mieliśmy niezły, barszcz czerwony, zrazy z kaszą gryczaną No i ciasto. Raz po raz rzucałam ukradkowe spojrzenia w kierunku drzwi do basementu. W końcu przyszli i zasiedliśmy do stołu. Paulina gapiła się na Piotrka jak sroka w gnat Postanowiłam być spokojna i opanowana.
    – Przygotowuje pan nową płytę? – zagaiłam dystyngowanie jak jakaś Fajkowska albo inna Torbicka.
    – Tak – odpowiedział krótko. – Pyszne te zrazy – dodał z zachwytem.
    – Musi pan kiedyś spróbować zawijanych. Te dopiero robimy rewelacyjne.
    – A z czym w środku?
    – Dwie wersje: jedne przygotowujemy z ziemniakami, ogórkiem kiszonym i boczkiem, a drugie z grzybami.
    – Muszą być super. Uwielbiam zrazy – zakomunikował.
    – To jak pan przyjedzie następnym razem i tata nas uprzedzi – spojrzałam na tatkę znacząco – możemy je przygotować.
    – Nie mów do mnie pan. Jestem Piotrek.
    – A ja Karolina.
    Przedstawiłam się, bo ten mój tatuś niewychowany w ogóle nas nie zaprezentował.
    – Paulina. – Szkrab wyciągnął rękę przez stół.
    No tak, kozy kują, a żaba nogę podnosi. Nie, nie tak. Jakie kozy?! Co ja plotę?!
    Piotrek wsuwał z entuzjazmem wszystko, co tylko pojawiło się na stole. Biedaczek, jakiś strasznie zagłodzony. Pewnie nikt o niego nie dba. Tylko te knajpy i hotele. To okropne: wieść takie życie.
    – Ty to masz dobrze – skonstatował Piotrek, rozglądając się wokół. – Porządny dom i żadnej baby na głowie.
    No nie, całkiem nie takiej refleksji oczekiwałam.
    Postawiłam na stole ciasto, Honorcia podała kawę, ale panowie zażyczyli sobie, aby im to wszystko dostarczyć do piwnicy. Zaniosłam dzbanek kawy i prawie całe ciasto. Chciałam chwilę zostać, ale tatko pokazał mi drzwi.
    – Spadaj, Karolina, my tu pracujemy.
    Obraziłam się na niego. Jak on śmie tak mnie traktować i to przy Piotrku! Zadzwoniłam do Sandry, ale na szczęście nie mogła przyjechać, bo miała jakichś gości. Prawie podskoczyłam z radości; przyjaźń przyjaźnią, ale nie potrzebuję tu konkurentki w postaci Sandry, która jest niezłą sztuką i Molasa kompletnie skołowała. Oddałam jej Mola, proszę bardzo, ale Piotrka nie oddam. Mój ci on jest.
    Prawda, naga prawda wyglądała tak, że kompletnie oszalałam na jego punkcie. Odbiło mi. To nie miało żadnego sensu, żadnej przyszłości. Było chore, było głupie, ale nie mogłam się oprzeć. Kochałam Piotrka Piotrowicza – taka była prawda. W nocy nie mogłam zasnąć, tylko widziałam te śliczne chaberkowe oczy. Przypominałam sobie, jak powiedział: „Jestem Piotrek” – i jak ślicznie się do mnie uśmiechnął. Boski jest, po prostu boski. i pocałował na do widzenia, i mnie, i Paulinę. i tak patrzył… Chyba mu się spodobałam…
    Rano, niewyspana, pomaszerowałam do szkoły, gdzie opadły mnie dziewczyny, żądając szczegółów z wizyty P.P. Opowiedziałam wszystko dokładnie, ale się nie przyznałam, że mnie trafiło. Głupio jakoś. Chłopcy się z nas podśmiewali, Klaudiusz rzucił nawet jakiś greps, że powinnam zaprosić Just Five, to byłoby więcej towaru dla panienek, a jednego jedyniutkiego Piotrowicza możemy rozerwać na strzępy. Dupek jeden. Powiedziałam mu to:
    – Nie bądź zazdrosnym dupkiem. To genialny muzyk, głos ma rewelacyjny.
    Zakrztusił się ze śmiechu. To z zazdrości, bo teraz już wszystkie dziewczyny chciały, bym je zawiadomiła, jak pojawi się u nas Piotrek.
    W domu okazało się, że Piotrek już jest i siedzi z tatą w basemencie. Zakomunikowała mi to odpalona do obłędu Paulina.
    – Jak ty wyglądasz? – wściekłam się, patrząc na jej miniówę. – Odbiło ci?
    – Na pewno nie bardziej niż tobie – powiedziała jadowicie. Mała wydra.
    Pobiegłam na górę, zrobiłam sobie makijaż i włożyłam lepszy sweter. Na tym zdecydowałam skończyć, bo nie chciałam się narażać na głupie uwagi smarkuli. Potem wpadłam do kuchni, ucałowałam Honoratę i spytałam:
    – Co na obiad?
    – Żurek, pan sobie życzył, i klopsiki w jarzynach.
    – Świetnie, już jest gotowy?
    – Tak, możesz nakrywać.
    Nie musiała mi dwa razy powtarzać; szybko wszystko przygotowałam i pomknęłam do piwnicy.
    – Dzień dobry! Obiad na stole!
    Tata i Piotrek przegrywali coś na pianinie i kłócili się o jakąś frazę, która była nie taka, jak trzeba. Na mnie nie zwrócili w ogóle uwagi. Powtórzyłam jeszcze raz:
    – Obiad!!!
    – Aa! Dziękuję, już idziemy.
    Rzeczywiście, po chwili pojawili się w jadalni. Jedzenie to jedyna rzecz, do której mężczyźni w miarę się spieszą. Tak uczy mnie doświadczenie, wyniesione z kontaktów z tatą i jego kolegami. Oczywiście jedzenie wzbudziło entuzjazm Piotrka, szczególnie żurek przypadł mu do gustu. Aż zaczęłam żałować, że to nie ja gotowałam. To mógłby być niezły atut. Bo postanowiłam uwieść Piotrka. Zostanie moim facetem. Wszystkich zatka, jak będę z nim chodziła. No, jest trochę starszy. Dziesięć albo piętnaście lat to nie tak wiele, a ja po przejściach z tatusiem nabrałam dużo doświadczenia. To znaczy: dojrzałam. Wiem, jak postępować z facetami, szczególnie z branży muzycznej. Bo jeżeli chodzi o te inne sprawy, no, o seks, to niestety nie, lecz to chyba nie powinno przeszkadzać. Chciałam zadzwonić do Fre-dzi i opowiedzieć o moim nowo narodzonym uczuciu, ale coś mnie powstrzymało. A jeśli zacznie sobie podkpiwać? Babcia potrafi być cyniczna i okrutna. Zresztą opowiem o tym Sandrze. Ona mnie zrozumie. Na razie podtrzymywałam konwersację przy stole, bo panowie realizowali wariant mickiewiczowski – milczkiem żwawo jedli.
    – Jak wam idzie robota?
    – Dobrze – powiedział Piotr i zwrócił się do tatusia: – Tylko ta cholerna fraza powinna inaczej brzmieć, mówię ci.
    A tatuś na to:
    – Absolutnie nie masz racji, to jest pewien dysonans, ale zapewniam cię, że da ciekawy efekt.
    I tak dalej, i tak dalej, tokowali, w ogóle nie zwracając na nas uwagi. Patrzyłyśmy na siebie z Paulina ze zgrozą. Potem wstali. Odłożyli sztućce i zgodnie poszli do basementu, kłócąc się ciągle o jakąś frazę.
    Przeżywałam trudne uczucie. Piotrek był cudny, nieomal codziennie bywał u nas w domu, ale na mnie wielkiej uwagi nie zwracał. Strasznie pochłaniała go praca nad nową płytą. Znałam te stany u tatki i rozumiałam. Póki jednak przygotowywali razem z tatą nowe nagrania, miałam szansę go poderwać. Potem może zniknąć z mego życia na długo.
    Facet mnie kompletnie zaczarował. Nie mogłam jeść, nie mogłam spać, tylko o nim myślałam. Gorzej. Czerwieniłam się, jak go widziałam. To było doprawdy chore. Czułam się zdegradowana, poniżona przez to uczucie. Tak mnie trafiło! Zawsze jednak trzeba walczyć, próbować. Chciałam go uwieść, ale nie mogłam go tak po prostu poderwać, bo:
    1. Co by tata powiedział?
    2. On sam nie zwracał na mnie uwagi.
    Omawiałam strategie uwodzenia z Sandrą.
    – Sandra! A może wariant alkoholowy? Piotrek przychodzi, ja częstuję go winem albo koniaczkiem, upijam i dobieram się do niego.
    A ona, podła, studziła moje zapały:
    – Świetny pomysł! Ty go spijasz, a facet, kompletnie zalany, zasypia z twarzą w twoim biuście albo, jeszcze gorzej, w kotlecie mielonym, którym, jak ciebie znam, na pewno byś go skarmiała. A poza tym co to za frajda uwieść napranego faceta?
    Niestety, miała rację. Mało podniecająca perspektywa. Zrezygnowałam z tej wersji.
    W rzeczywistości wyglądało to tak, że Piotrek przychodził i na przykład czekał na tatę, ja częstowałam go kawą i koniaczkiem, który, nie powiem, chętnie pił, a potem… pytał, co w szkole, i tego rodzaju drętwe kawałki. Szkoda, że nie chciał wiedzieć, czy odrobiłam lekcje. Tu ja, dysząca namiętnością, nieomal chora z nadmiaru uczuć, a tu – pytania o szkołę i stopnie.
    „Jezusicku! Jo sie rozcharapce” – jak mawiał pewien góral.
    – Mam nowy plan uwiedzenia – oznajmiłam Sandrze. – Tylko posłuchaj: postanowiłam być absolutnie, nieodparcie seksowna.
    Jak powiedziałam, tak zrobiłam. Udałam się do taty po dofinansowanie. Powiedziałam, że wyglądam w klasie jak ostatnia nędza. Sierota, najgorzej ubrana i uczesana. Tatko się przejął.
    – Naprawdę?! Nie zauważyłem.
    – Ty widzisz tylko te swoje nuty, my ci już w oko nie wpadamy! – wykrzyczałam oskarżycielsko.
    Tatuś się zmartwił.
    – To ile ci potrzeba?
    Rzuciłam sumę. Włosy mu się zjeżyły na głowie. Otworzył portfel i zaczął w nim gmerać. Wyciągnął połowę żądanej kwoty,
    – Tylko tyle mam, bierz i uciekaj!
    Kochany tatuś! Ucałowałam go mocno. Zawsze można na niego liczyć.
    – Tylko jak przyjdzie komornik, to go nie wpuszczaj. Nie wiem, z czego zapłacę najbliższą ratę kredytu.
    Pomknęłam do Warszawy. Zanurkowałam w Galerii Mokotów. Przeczesywałam sklepy z uporem muła. Mierzyłam, wybrzydzałam. Zastanawiałam się. To nie miały być zwykłe ciuchy. To miały być ciuchy, w których uwiodę Piotrka Piotrowicza. W końcu zdobyłam to, o co mi chodziło. Nieodparcie seksowne, wyzywające, wabiące, odlotowe. Takie, że nikt mi się nie powinien – nie może – oprzeć. Ale to nie był wcale koniec moich starań. Na długie trzy godziny zniknęłam u kosmetyczki. Moja miłość jest totalna i takie też były przygotowania. Przeżyłam horror. Kazałam sobie wyregulować brwi. Horror! Horror! Oczyszczanie skóry. Horror! Babcia zawsze mówiła: „Chcesz być piękną, musisz cierpieć”. Myślałam, że to tylko taki greps. Powiedzenie bez głębszego sensu. Dopiero teraz to zrozumiałam. Te pokolenia kobiet sznurujących gorsety. Depilujących, farbujących, naciągających, liftingujących… Siostry! Jestem z wami. Dołączyłam do długiego szeregu męczennic miłości. Potem fryzjer. Balejaż i kolor. Też mało przyjemne i mało apetyczne. Ale efekt był oszałamiający. Nie poznałam się w lustrze. Ta supersztuka to ja? Ta laseczka? Ta Pamela i Barbie, i Marilyn? Witaj, śliczna!
    – Jest mój! – powiedziałam do lustra u fryzjera.
    Tatuś jak mnie zobaczył, to usiadł i jęknął:
    – Proszę mi oddać moją córeczkę! Bardzo panią proszę!
    – Tatku! Nie podoba ci się, jak wyglądam?
    – Wyglądasz jak przez okno.
    – Źle czy dobrze? Mógłbyś to sprecyzować?
    – To zależy. Obiektywnie… Nie, obiektywny być nie mogę. Jesteś, do cholery, moją piętnastoletnią córką.
    – Szesnastoletnią – sprostowałam z godnością. Mężczyźni zupełnie nie umieją artykułować uczuć.
    – Wyglądasz rrrewelacyjnie – powiedziała pełnym zachwytu tonem Paulina.
    – Tak, ślicznie wyglądasz, Karolciu – przyłączyła się, dobra dusza, Honorata.
    Tatko zwiesił głowę, pokiwał nią ze smutkiem i zniknął w basemencie.
    Zadzwoniłam do Fredzi i zakomunikowałam:
    – Nie ma już brzydkiego kaczątka! Zmieniłam się w łabędzia!
    I opowiedziałam o mojej akcji.
    – Nie ma brzydkich kobiet, tylko zaniedbane. Artur, daj spokój. Artur dodaje, że nie ma brzydkich kobiet, tylko wina brak.
    – Ten wariant już sobie odpuściłam – powiedziałam.
    – Co mówisz?
    – Nic, do siebie mówię. Wpadnijcie zobaczyć nową mnie!
    – Postaramy się, ale mamy właśnie dużo roboty. Artur kończy pilne tłumaczenie, a ja mu robię korektę. Może za kilka dni uda się nam wyrwać.
    Czekałam z niecierpliwością na następną wizytę Piotra, lecz niespodziewanie wpadli Krzyś i Kleo. Jak mnie zobaczyli, to ich zamurowało.
    – Ty wyglądać jak te, no, te, Spice Girls!
    Trochę się zmieszałam. Zawsze uważałam, że one są tandetne.
    – Tak, dokładnie – powiedział Krzyś z przekonaniem, obrzucając mnie łakomym spojrzeniem.
    No, nie wiem. Nie ten efekt chciałam wywołać.
    Nie miałam czasu na głębsze refleksje, bo nadjechał PIOTR. Wszedł, radośnie uściskał Kleo i Krzysia, do mnie powiedział „cześć” i rzucił się na tatę:
    – Skończyłeś? Masz to?
    – Tak, chodź do basementu, to ci przegram.
    I zniknęli wraz z Krzysiem w piwnicy. Siedziałam i czułam się, jakby wypuszczono ze mnie powietrze. NIC NIE ZAUWAŻYŁ. Zabiję się. Pójdę na górę i skoczę z okna. Spuszczę się z wodą w klozecie. NIEMOŻLIWE. NIE ZAUWAŻYŁ. Kleo coś do mnie mówiła, ale nic nie słyszałam. Aż zamilkła i przyglądała mi się badawczo.
    – Przepraszam. Zamyśliłam się. Co ty powiedziałaś?
    – Powiedziałam, że chyba się zdecydujemy na ta doma nad rzeka.
    – Naprawdę? To świetnie. Mnie też się najbardziej podobał.
    – Only trzeba jedna pokoja budować.
    – To drobiazg, dobudujecie. Tam jest taki śliczny ogród i rzeka za oknem.
    – Bierzemy śluba. Mam rozwoda.
    – Kiedy dostałaś?
    – Wczoraj lista przyszła. Abdul też chcieć, więc nie była problema.
    – Co robi teraz Abdul?
    – On budować duża centra handlowa w Kairo.
    – No, to nieźle!
    – Tak, ale ja woleć Krzysia. On być taka kochana, zabawna i dobra. A Omarek to baby cudowna. On spać cała doba. Ja go budzić czasem, bo on tylko spać i spać, i ja być sama, jak on tak spać.
    Panowie wyszli z nory, zawołani na bigos, który miałyśmy z Honorcią zamrożony na wypadek nieoczekiwanego najazdu gości. Postanowiłam jeszcze raz zaatakować. Podawałam do stołu, kręcąc biodrami, śląc do panów słodkie uśmiechy. Krzyś to kupił i powiedział:
    – Ale sztuka zrobiła się w liceum z naszej małej Karolinki!
    Tatuś ponuro pokiwał głową, a Piotrek stwierdził, że on jednak przemyślał sprawę i chciałby, aby druga zwrotka szła trochę niżej.
    Czy można zamordować przedmiot swojej namiętności? Na zimno, z premedytacją?
    Po obiedzie Kleo i Krzyś pojechali, a panowie oddali się pracy. Po kwadransie podążyłam za nimi. Zaniosłam dzbanek herbaty i ciasto, co zostało powitane z entuzjazmem. Wykrzyknęłam: „Jaki tu bałagan!”, bo istotnie burdel w basemencie panował nieziemski, i zaczęłam podnosić porozwalane papiery i butelki. Pozwoliło mi to zaprezentować niezłą z natury figurę, uwypukloną w sukience o przylepności prezerwatywy. Gięłam się i schylałam, ba, raz nawet otarłam się o Piotrusia. A on cały czas gapił się w jakiś papier i śpiewał: aaa, nie przymierzając, jak Elwira w czasie oczyszczania dźwiękiem. Jakiś fanatyk pracy! Z jednej strony to ładnie, że jest taki pracowity, ale z drugiej – może on jest jakiś wariat. Dlaczego omija mnie wzrokiem? Czy ja jestem jakimś potworem? To nawet niegrzecznie tak się zachowywać.
    – Karolciu! Dosyć tych porządków. Zrobisz je później, jak skończymy.
    – Tak, tatusiu – powiedziałam grzecznie i wyszłam kom pletnie złamana.
    Udałam się do swojego pokoju i padłam na łóżko w pozycji na psa. Łapa na twarzy i totalna depresja. Dlaczego on mnie nie chce?
    Wparowała Paulina.
    – Co tak leżysz jak martwa?
    – Smutno mi.
    – Nie łam się. Pomyśl o Kenii. Podobno słońce jest dobre na depresję.
    Tak, też to słyszałam.
    To była jakaś myśl. Wyjadę. Ucieknę od tej zgubnej miłości. Afryka będzie dobra. Tam na pewno Piotrek nie koncertuje. Bo w Australii, zdaje się, występował. Uciec jak najdalej. Jeśli Afryka nie wypali, to pojadę do Buska albo Suwałk. Gdziekolwiek. Byle dalej.
    Przy kolacji spytałam tatę, czy mama coś do niego pisała o naszym wyjeździe.
    – Nie odzywała się jeszcze – odpowiedział – a powinna. Przecież taką podróż trzeba odpowiednio wcześniej przygotować.
    No tak. Mamusia zawsze zdąży, a ja cierpię. Jak nie Afryka, to Suwałki. Mamy tam jakąś ciotkę. A może w Ełku? Jak go zwał, tak zwał. Wyjadę. Ucieknę od tej miłości. To jedyne rozsądne wyjście.
    Tatusiowi moja zmiana wizerunku musiała dać do myślenia, bo w niedzielę zagadnął mnie w czasie obiadu:
    – Chyba masz na oku jakiś podryw, bo tak się zmieniłaś.
    I spojrzeli na mnie pytająco, obaj, i on, i Piotr, który ostatnio, ku mojej okropnej męce, siedział u nas na okrągło.
    – Tak – odpowiedziałam automatycznie. – Z tym że nie mam na oku, tylko już poderwałam.
    – O! O! – zdziwili się panowie, a najbardziej Paulina.
    – Poderwałam takiego Adasia, zupełnie fantastycznego faceta z mojej klasy.
    Jak zaczęłam nawijać o Adasiu, to tak się rozkręciłam, że nie mogłam się zatrzymać. Mówiłam, jaki cudny, jaki mądry, cytowałam perły humoru wydalane przez cudownego Adasia.
    Tatusia zamurowało. Słuchał mnie, z łyżką uniesioną nad talerzem.
    W końcu musiałam złapać oddech, więc skończyłam.
    – No, no – powiedział tatuś.
    A Piotrek dziwnie mi się przyglądał. ZAZDROŚĆ. To może być klucz do sukcesu. Męska skłonność do rywalizacji. Tak, stara sztuczka, bardzo stara, ale zawsze jara. Wstąpił we mnie nowy duch, nowa nadzieja. Zaczęłam, odpalona, wychodzić na randki z Adasiem. Opowiadałam o nim, cytowałam go. I patrzyłam, jaki wywołuję efekt. Tata słuchał. Piotrek słuchał. Tata patrzył. Piotrek patrzył. Co myśleli – nie wiem. Jednym słowem, efekt mojej brawurowej akcji – zero. Okrągłe zero. Ten facet był z kamienia. Na dodatek przegrzałam. Tatuś wyraził życzenie poznania cudownego Adasia, który bez reszty zawładnął sercem jego ukochanej córki. To był pewien problem, ale wcale nie taki wielki bo Adaś istniał realnie. Tworząc jego postać, wzorowałam się na wizerunku kolegi z klasy. Był tylko jeden problem Przy rzeczywiście oszałamiającym wyglądzie reprezentował inteligencję raczej ukwiału niż Hawkinga. Cechował go też narcyzm w stopniu tak wielkim, ze aż niemierzalnym.
    Zaczarowałam jakimiś głupstwami tę atrakcyjną atrapę mężczyzny i w dobrze wybranym terminie przywlekłam do domu Modliłam się tylko cichutko, by jego głupota i próżność nie objawiły się w całej pełni. Wiedziałam ze inteligencji to on ma tyle, by otwierać usta przy jedzeniu. W czasie tej wizyty, która była totalną męką, kopałam cały czas Adasia, by się zamknął, ale ze słabym skutkiem. Podkręcony że oto siedzi przy stole z dwoma znanymi facetami którzy słuchają go uważnie, dał po prostu koncert. Wciągnął obu panów w dyskusję na temat zalet kremów z alg, stworzonych specjalnie dla mężczyzn o szorstkiej skórze, a także wyższości kołnierzyków półokrągłych nad tymi z ostrymi końcami, a może odwrotnie.
    Potem zaś tak się z nimi zaprzyjaźnił, że zdradził im tajniki swojego balejażu na włosach. Nie mogłam mieć wątpliwości. Obaj panowie patrzyli na mnie z litością.
    Postanowiłam sobie odpuścić. Wszystko, tylko me litość.
    No, jestem żałosna.
    Popłakałam się u Sandry.
    – Może powinnam go zgwałcić? Piotrka, oczywiście, nie Adasia. Rzucić się, zerwać z niego ubranie. On będzie krzyczał – Nie! Nie!”, a ja… No tak, będzie krzyczał: „Nie! Nie! Sama” widzisz, Sandra! Kompletnie sfiksowałam. Popadam w obłęd Co mi jeszcze pozostało? Może powinnam chodzić za nim i skamuczeć „Kocham pana, panie Sułku”, a on na to będzie mówił, oczywiście: „Cicho, ciiicho”. Dno, kompletne dno.
    – Nie wiem, co ci poradzić. To prawdziwy pat.
    – Czekaj, a może wziąć go na intelekt, skoro seksowny wamp nie zadziałał. Podobno istnieją tacy faceci, choć to rzadkie okazy, których kręci u kobiety mózg. Może Piotr do nich należy?
    – Możesz spróbować. Nic nie tracisz.
    – No, rzeczywiście… nic.
    Ponieważ byłam totalnie załamana, postanowiłam spróbować i tego sposobu. A nuż zaskoczy?
    Łatwo powiedzieć, trudno zrobić. Błysnąć intelektem.
    Miałam farta. Zostałam zaproszona z tatą na promocję nowej płyty Piotrka.
    Tłumy gości, świetne jedzonko, okazja do błyskotliwych rozmów. Wymądrzałam się tak, że sama do siebie czułam odrazę. Piotr słuchał tych moich enuncjacji uważnie. Potem przyczepiła się do niego taka szałowa blondyna. Zaschło mi w gardle z zazdrości. Mnie oczywiście uwodził facet metr pięćdziesiąt w kapeluszu, forma geometryczna: sześcian. Z tego wszystkiego za dużo wypiłam, śmiałam się za głośno i idąc za delikatną sugestią tatusia, wcześniej wyszłam.
    Rano chciałam popełnić samobójstwo, tylko myśl o tacie mnie powstrzymywała. Czułam się podle, połykałam łzy. Taki obciach! Po południu wpadł Piotr, przywiózł tacie jakieś rzeczy i wprosił się na obiad. Zachowywał się szalenie uprzejmie. Powiedział, że moje uwagi o prozie iberoamerykańskiej były bardzo inteligentne. Były, niewątpliwie. Tylko że nie moje. Gdzieś to przeczytałam. Ale cicho, sza!
    Potem śmiał się z namolnej blondyny i powiedział, że ładnie wyglądałam. Coś jakby drgnęło. Zauważył mnie. Zawsze to jakiś sukces. Uwielbiam go, ale chyba sobie odpuszczę. Będę żyła z niezrealizowanym uczuciem. Bywają takie przypadki. Nie ja pierwsza, nie ja ostatnia. Tym bardziej że nie będę go tak często widywała. Skończyli z tatą robotę.
    Taką decyzję podjęłam w niedzielę i twardo się jej trzymałam. Koniec głupot, daję pierwszeństwo nauce. Nie dla mnie romanse. Będę kobietą inteligentną i błyskotliwą. Fredzia co prawda twierdzi, że kobieta inteligentna ma miliony naturalnych wrogów – wszystkich głupich mężczyzn, ale z tym problemem jakoś sobie poradzę. Nie zależy mi przecież na głupich facetach.
    Trochę opanowałam frustrację, przegrywać też trzeba umieć. Właśnie miałam okazję się nauczyć. Aż tu nagle zdarzyło się coś, co kompletnie zburzyło mój wypracowany starannie spokój. Właśnie wchodziłam do kuchni, gdy usłyszałam, jak tata mówi do Honorci:
    – W niedzielę na obiedzie będą dwie dodatkowe osoby.
    – Kto przyjedzie? – chciała wiedzieć Paulina.
    – Piotr i Jacek – odparł tata.
    – Kto to jest Jacek? – spytało to rezolutne dziecko.
    Tatuś się zmieszał. Ale, widać, postanowił mówić prawdę i powiedział:
    – Jacek jest przyjacielem Piotrka. Jego partnerem – dodał.
    – To Piotrek jest gejem?
    Tatuś kiwnął głową. Umarłam. Poszłam do swojego pokoju i padłam na łóżko. Boże, pomiłuj! Ale numer!
    Postanowiłam popełnić samobójstwo. Zabiję się z powodu zawiedzionej miłości. Zaczęłam rozważać, jak tego dokonać. Zastrzelić się byłoby najlepiej, ale nie mam dostępu do broni palnej. Odpada więc ta metoda, to oczywiste. Stryczek? Nie, stryczek nie. Powiesić się to dobre dla małorolnego chłopa. Może się utopię w Jeziorce? No tak, to by było romantyczne. Jak z Mickiewicza czy innego Słowackiego. No, ale jak mnie wyłowią po miesiącu, to będę po prostu cuchnęła. Orszak żałobny idący w odorze moich rozkładających się zwłok… Mało estetyczne! Odrzuciłam tę ideę. Trucizna, została mi trucizna. Też nie mam żadnej pod ręką. Przed wojną ofiary nieszczęśliwej miłości truły się łebkami od zapałek. Było to bardzo ekonomiczne, bo tanie i ogólnie dostępne. Łebki to siarka, a siarka pali. Nie, raczej nie. Siarka to też ogień piekielny dla samobójcy. No, tym nie będę się przejmować. Piekło może być interesującym miejscem. Porozważałam sobie trochę i przeszła mi złość.
    Głupia byłam, ot co. Miły z Piotrka chłopak, lecz nie dla mnie. Smutne, przykre, ale do przeżycia.
    Do niedzieli zdołałam się reanimować. Stawiłam czoło prawdzie.
    Piotr przyjechał z Jackiem, świetnym, wesołym facetem, który bardzo nam wszystkim przypadł do gustu. Wesoło gawędziliśmy przy obiedzie, a potem jeszcze przy kominku. Rozmawialiśmy o muzyce, o książkach, filmach. Jacek miał dużą wiedzę, był historykiem sztuki. Zrealizowanym. Wykładał na uniwersytecie, pisał recenzje, w ogóle człowiek renesansu. Panowie od czasu do czasu brali się za łapki, ale bardzo dyskretnie. Jakoś to przeżyłam. Nawet nie tak mocno.
    Kilka dni później spotkałam się z Fredzią. Opowiedziałam jej całą tę historię. Nabrałam wreszcie do tego takiego dystansu, że śmiałyśmy się obie jak głupie.
    Frytka mnie zdiagnozowała, jak zwykle monologując:
    – Karolinko! Ty wcale nie w nim się zakochałaś. Zakochałaś się w miłości. Chciałabyś się już zakochać i wymyśliłaś sobie to uczucie. Cierpliwości. To przyjdzie. Na pewno. A przygodę z Piotrkiem potraktuj jako taki mały trening. Jak palcówkę na pianinie. Wyglądasz zresztą znakomicie. Każdy facet, do wzięcia oczywiście, będzie twój. W swoim czasie. A ten nie był do wzięcia. Spójrz na to w ten sposób. Wcale nie przegrałaś.
    Rzeczywiście. Tak sobie właśnie ostatnio kombinowałam.
    Nie powiedziałam jednak Sandrze o Piotrku i Jacku. Raz, że głupio mi było. Dwa, że oni się ukrywają. Ze względu na karierę Piotrka. Fanki, te rzeczy.
    Tatuś powiada, że życie nie jest romansem. Jest szeregiem romansów. Bardzo ładna myśl. Błyskotliwa. On, zdaje się, nie zetknął się jeszcze z pojęciem monogamii. Albo na przykład miłość do grobowej deski to zjawisko obce jego psychice. Takie rzeczy są mu zupełnie nieznane. Zastanawiałam się, jaki los zgotuje nam swoim następnym romansem. Obejrzałyśmy właśnie z Paulina Fatalne zauroczenie i siostrzyczka skonstatowała, że w gruncie rzeczy mamy farta, bo aż tak źle tatko nie trafił.
    – Nie chwal dnia przed zachodem słońca, jeszcze wszystko przed nami…
    Zafrasowała się. Ja też, bo właśnie parę dni temu powtarzali w telewizji Sprawę Gorgonowej. Ja to obejrzałam, ona na szczęście nie. Zadzwoniłam do Fredzi pogadać. Opowiedziałam o naszych obawach, a ona na to:
    – Nie histeryzuj, może wreszcie trafi na jakąś miłą dziewczynę.
    – Elwira była miła i widziałaś, jak to się skończyło.
    – To nie była wina Eryka. Sama wiesz.
    – To prawda, ale to takie męczące, wciąż nowe narzeczone.
    – Daj spokój, znoś to z godnością. Bywają gorsi ojcowie i gorsze rzeczy.
    – Na przykład gorsze mamusie.
    – Chociażby. W Zachęcie jest wystawa World Press Foto. Nie poszłybyście na nią?
    – Chętnie.
    – To spytaj tatę, czy nie wybrałby się z wami w niedzielę, i oddzwoń do mnie. Aha. Po wystawie zapraszamy was z Arturem na obiad do Chińczyków.
    Tatuś szczęśliwie kupił pomysł i w niedzielę całą rodzinką snuliśmy się po salach Zachęty, oglądając zdjęcia obrazujące ogrom barbarzyństwa współczesnego człowieka.
    – Ludzie zabijają ludzi, a zwierzęta – zwierzęta, po co nam to widzieć? – marudził tatko.
    – Może po to, aby zdać sobie sprawę, jak wciąż jesteśmy niedoskonali, jak niewiele różni nas od zwierząt – kombinowała Fredzia.
    – Ech! – Tatuś był nieprzekonany. – Nie wydaje ci się, że fotografia jako sztuka wiernie odwzorowująca rzeczywi stość nieco się przeżyła? Co innego ta kreatywna, komputerowa. W niej tkwią wszelkie możliwości.
    – Nie masz racji, niektóre z tych zdjęć są porażające. Zatrzymują chwilę, pozwalają się jej przyjrzeć, zastanowić. To wartość bezcenna w dobie migających obrazków – oponował Artur.
    – To może ma wartość dla dzieci, dla następnych pokoleń. My to wszystko już widzieliśmy. Niejeden raz. Tylko pola bitew się zmieniają, inny kolor mają trupy. Afganistan, Rwanda, Serbia, Izrael. Śmierć jest bardzo fotogeniczna, nie uważasz?
    – Tatku! Daj spokój, to jest przejmujące. Nie bądź cyniczny.
    – Wydaje mi się, że przyczyną dewaluacji moich pozytywnych uczuć wobec takich fotografii jest nadmiar. Z wojnami i przemocą trzeba walczyć, a nie fotografować je stutysięczny raz. Mierzi mnie taki fotograf, który jedzie na wojnę, niewątpliwie z nadzieją zdobycia tego typu zdjęć. Ba, on na nie po prostu poluje.
    – Coś w tym jest – przyznał tacie rację Turek.
    Boże, dlaczego z nimi nigdy nic nie jest proste? Dlaczego zawsze szukają czegoś więcej? Przecież te zdjęcia są naprawdę przejmujące. To chyba objaw starości – szukanie dziur w rzeczach i faktach. Niszczenie w nas spontanicznego zachwytu lub grozy. Ja rozumiem, że oni to już brali. Znają te rzeczy, ale nie można być cynicznym i na przykład zakładać, że fotograf miał złe intencje. Powiedziałam im to wszystko i tatko się trochę zmieszał.
    Głos zabrał Artur:
    – Znasz to zdanie: „Kto za młodu nie był komunistą, ten na starość będzie łajdakiem”? Daj swoim dzieciom trochę luzu, pozwól im na naiwne, młodzieńcze złudzenia.
    – Rzeczywiście, bardzo mnie poparłeś, Turku. Naiwne i młodzieńcze! Bardzo ci dziękuję, bardzo! – powiedziałam sarkastycznie.
    Czasem ich nienawidzę. Są tacy cyniczni.
    – Mam puentę! – wtrąciła się Frytka. – Gdzieś czytałam taki aforyzm, wydaje mi się, że pasuje: „Dość nie wie nikt, za dużo tak wielu…”
    – Istotnie pasuje – zgodził się tata. – Przemyślcie to! – polecił nam.
    – A może ty byś to przemyślał? Wydaje mi się, że to podpiera raczej moje stwierdzenia.
    _ Nie znoszę jajek mądrzejszych od kury. To odrażające – odpowiedział tatko.
    – Jak się nie ma argumentów, to stosuje się metodę Leppera. Ataku na cokolwiek, szybko, głośno i ad personom.
    – Jak będę chciał znać twoje zdanie na ten temat, to ja je powiem”. Tak mówił Samuel Goldwyn, ten od Metro-Goldwyn-Mayer, do swoich współpracowników. A teraz siedź cicho i nie pyskaj, mój hormonku, bo cię wydziedziczę – odciął się tatko.
    – Nie możesz, jesteście do siebie podobni jak dwie krople wody – broniła mnie babcia.
    – Antoni Uniechowski tłumaczył swojej córce, że ojciec to rodzaj Pana Boga. Czy nie mogłabyś przyjąć tego do wiadomości, Karolino, i ty, Paulino?
    – Kiedy to było? W szesnastym wieku? – spytała Paula przytomnie, bo ja, zagrożona wydziedziczeniem, wolałam się nie odzywać.
    – To był, panienki, taki greps, ale nie powinnyście się tak ze mną spoufalać.
    – Postaramy się, lecz musisz na to zapracować – obiecałam, słodko się uśmiechając.
    Tatko jednak znowu się lekko wnerwił, jak mówi Mollas. Chciał mi dać po głowie, zachwiał się i poleciał do przodu. Machając rękami, przewrócił się i wylądował na kolanach, u stóp prześlicznej szatynki o orzechowych oczach.
    Dziewczyna spojrzała zaskoczona na klęczącego przed nią mężczyznę i powiedziała:
    – Och! Nie musi pan się rzucać przede mną na kolana. Przyjmuję wyrazy uznania także w innej formie.
    – Przed piękną kobietą zawsze padam na kolana – odparł tata. – To u mnie odruchowe. Dziedziczne. Juz w dwunastym wieku Prandota Krzemieniewski oddawał w ten sposób hołd pani swego serca. Rozumie pani, tradycja – To powiedziawszy, wstał z klęczek, otrzepał kolana i przedstawił się: – Eryk Krzemieniewski.
    A panienka podała mu dłoń, którą oczywiście dwornie pocałował, i powiedziała:
    – Marta Szczególik.
    Patrzyliśmy na to zajście oniemiali. Ale wersal! Tatuś potrafi, nie da się ukryć.
    Pierwsza oprzytomniała babcia i ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu powiedziała:
    – Cieszę się, że cię widzę, Martuniu. – Potem odwróciła się do stojącej obok pani Zosi, mojej ulubionej nauczycielki francuskiego, i dokonała prezentacji: – Zosiu, pozwól, że ci przedstawię mojego byłego zięcia, Eryka, i nie znasz jeszcze chyba Paulinki, siostry Karoliny.
    Ja grzecznie dygnęłam. Podobnie Paula. Jak potrzeba, ma się te rzeczy. Pani Zosia przedstawiła nam Martę, swoją wnuczkę. Po krótkim zamieszaniu, wywołanym tak nieoczekiwanym i – co tu kryć – zaskakującym spotkaniem, zdecydowaliśmy pójść razem na obiad.
    Każdy ma swojego Chińczyka. To zdanie brzmi jak manifest kolonializmu, ale jest prawdziwe. W Warszawie wszyscy mają swoje ulubione budki i restauracyjki. W zależności od stanu finansów. Nasz Chińczyk był na ulicy Emilii Plater i nazywał się „Ha Long”. Tutaj tatko konferuje z kucharzem, by zaostrzył potrawy i trochę je zmienił zgodnie z jego smakiem. Tata ma się za wybitnego znawcę kuchni Chin, bo był na tournee w Pekinie. Nasz Chińczyk jest prowadzony przez Wietnamczyka, ale to szczegóła zgoła nieważna. Tak twierdzi Artur. Wylądowaliśmy więc całą gromadą w naszym Chińczyku-Wietnamczyku i zaczęliśmy zamawiać, ale w końcu stanęło na zestawie promocyjnym pod tytułem „Szczęśliwa Rodzina”. Akurat!
    Byłam zła, bo miałam ochotę na kaczkę po seczuańsku albo kurczaka w trawach cytrynowych, a musiałam się zadowolić z góry zaplanowanym zestawem.
    Na moje marudzenia Fredzia powiedziała, że zdecydowanie nie jestem dzieckiem kryzysu. No i miała rację. Wcale się nie podszywam. W mojej rodzinie zawsze panowała zasada, że nie trzeba oszczędzać, trzeba zarabiać. Tatuś to realizuje Frytka z Turkiem realizują. My, mam nadzieję, też jak przyjdzie nasz czas. Fredzia zawsze mówi, że czarna godzina jest właśnie dziś. Co będzie jutro, to się zobaczy. Może nic, a może milion w lotto.
    Kiedy przyniesiono dania, rzuciliśmy się na me jak stado głodnych hien. Tatuś opowiadał historyjki z Chin i robił; wrażenie na pani Zosi i Marcie. My te teksty znałyśmy na, pamięć, ale że były rzeczywiście fajne, mogłyśmy jeszcze, raz posłuchać. Pozwalałyśmy tacie wykazać się przed Martunią. Fredzia podpuszczała tatkę do opowiadań, zadając; pytania i przypominając co lepsze kawałki. Tatuś, widząc błysk zachwytu w oczach Marty, brylował i czarował. Historię połykania żywej krewetki sprzedał bezbłędnie, potem opowiadał o chińskiej operze, na którą go zaproszono” i Tunia włączyła się do rozmowy. Okazało się, że studiuję muzykologię i śpiew operowy. Tatuś chwycił wiatr w żagle, bo – jak się okazuje – miał pomysł na spektakl łączący muzykę poważną z popową. W pewnym momencie zorientowałam się, że tych dwoje rozmawia ze sobą z zapałem, a reszta, czyli my wszyscy, przysłuchuje się ich rozmowie. Nie było to podobne do naszej gadatliwej rodzinki, więc spojrzałam na babcię, a ona właśnie wymieniała porozumiewawczy uśmiech ze swoją ukochaną Zosienką. W jednej chwili zapaliło się w moim mózgu czerwone światełko. Czyżby tatko był swatany? Nasz rockman, nasz dinozaur, zagoniony do pułapki przez dwie starsze panie? Kochana Fredzia niewątpliwie jest do tego zdolna. Postanowiłam bardzo uważnie śledzić dalszy rozwój wypadków. Ale super!
    Marta spodobała się tatce i umówili się za kilka dni na rozmowę o ewentualnej współpracy.
    Powrotu taty z tego spotkania wyczekiwałam niecierpliwie Kiedy się pojawił, spytałam, jak się udała randka. Spojrzał na mnie wrogo i powiedział, że udała się połowicznie.
    – Co to znaczy? – zdziwiłam się.
    – To znaczy, że ja się zjawiłem, a ona nie.
    Biedny tatko!
    Marta zadzwoniła, przeprosiła, że nie była, i znowu umówili się na spotkanie. Przebiegło chyba fajnie, bo ojciec wrócił szczęśliwy jak skowronek.
    Nastała era Marty.
    Zaczęła wkrótce przesiadywać z tatą w basemencie, gdzie tworzyli razem widowisko podobne do Barcelony Montserrat Caballe i Freddiego Mercury. Koloratura Tuni przebijała się przez mury naszego domu i nawet sąsiedzi pytali: „Kto tak pięknie śpiewa?”
    Głos miała rzeczywiście znakomity, była uczennicą Jadwigi Rappe i tata miał farta, że na nią trafił. A jaki piekła placek z orzechami! Cudo! „Czy to ma przyszłość?” – myślałam ze strachem.
    Na razie ich wzajemne uczucia osiągnęły wysokie c. Spędzali razem mnóstwo czasu, jeździli do knajpek i na koncerty. Tatko bywał w filharmonii i operze. Nawet mu się to podobało. Tunia poznała jego kumpli, którzy zaakceptowali ją bez zastrzeżeń. No cóż, była ładna, bardzo zgrabna, nie ważyła stu kilogramów i nie trzymała rąk na podołku, gdy śpiewała. Miała poczucie humoru, jadła wszystko ze stosownym zachwytem i umiała gotować. Jak na razie odnotowywałam same plusy i uprzejmie donosiłam o nich babci. Próbowałam ją podpytac, czy spotkanie w Zachęcie było ukartowane, ale tylko zbywała mnie, oburzona.
    – Też masz podejrzenia, Karolciu, ja i swaty! W moim wieku! Kiedyś to może i lubiłam ten sport. Nigdy zresztą nie zdecydowałabym się na swatanie waszego ojca porządnej dziewczynie z dobrego domu.
    – No właśnie, trochę się martwię, że może za porządna. Wiesz, jaki on miał do tej pory fatalny gust. Violka, Ilonka, a zwłaszcza Andżelika – to były prawdziwe kaszaloty.
    Marta jest inna i to raczej nie przetrwa – powiedziałam depresyjnie.
    – Kochana, ty się za dużo martwisz. Gust zmienia się z wiekiem. Mnie zdarzało się przed laty wychodzić za mąż za facetów, których dzisiaj nie chciałabym zaprosić do domu. Wasz tatko może dojrzał?
    – Może… – potwierdziłam z powątpiewaniem.
    Marta spędzała u nas w domu coraz więcej czasu. Nie tylko z tatką, ale i z nami. Pożyczała nam książki, razem jeździliśmy w piątki do kina. Nie było źle. Było dobrze.
    To dla mnie stanowiło ostrzeżenie. Wiedziałam, czułam, że to się nie uda, nie może udać. W tych sprawach nie mieliśmy farta. Jednym słowem, cały czas prześladowały mnie dołujące złe przeczucia.
    Nieszczęście przyszło niespodziewanie. Zaatakowało jak to ono, znienacka. Jak wiadomo, znacka to już nie to
    Wróciłam ze szkoły w świetnym humorku; dwie szóstki po prostu same wpadły do dziennika – to najlepsze co mi się zdarzyło, taki frapujący efekt. Ww związku z tym lubiłam siebie. Krótko lubiłam. Powitała mnie Honorata z gradowa miną i oczami pełnymi łez.
    – Co się stało?! – zapytałam ze zgrozą w głosie.
    Tak wyglądała, że mogłam brać pod uwagę tylko najgorsze scenariusze.
    – Coś z babcią? Z tatą?
    Pokręciła głową i połykając łzy, zaprowadziła mnie do salonu, gdzie na najlepszym naszym fotelu siedziała Andżelika Florczakówna. Wielka jak Giewont, ciężarna tak bardzo, ze chyba bardziej już nie można. Nie powiedziałam dzień dobry ani nic, tylko usiadłam z otwartymi ustami
    Wiedziałam. To było zbyt piękne.
    – Przepraszam, że się nie podnoszę, by cię uściskać, ale jest mi ciężko się ruszać. Jak się tak zapadnę w fotelu, to tylko bym siedziała, wiesz.
    – Co to jest? – spytałam, wyciągając rękę w kierunku jej brzucha, wielkiego, wielkiego brzucha.- Co to jest? – wydusiłam ze ściętego gardła i wypadłam do kuchni, gdzie Honorata płakała bezgłośnie, przygnębione okrutnie.
    – Naleję herbaty albo mleka – powiedziała – to będzie wielki dzidziuś. Dziecko ciężarnej modelki. Na nic się nie przyda się No, chyba, że w reklamie, ale tam też nie ma zbyt wielu ofert dla takich brzuchaczy. Jak myślisz, Eryk się ucieszy?
    – Jak diabli! – powiedziałam i wyszłam.
    Zaraz zabiję ciężarną. Już widzę te nagłówki: „Rozwydrzona nastolatka zabija ciężarną konkubinę znanego muzyka”.
    Ja chcę być dzieckiem! Chcę do mamy! Do babci! I nie wiem, co robić.
    Pobiegłam do telefonu. Najpierw łkałam w słuchawkę coś około kwadransa. Okropnie wystraszyłam biedną Fredzię. Dostałam normalnego załamania nerwowego. Zawsze myślałam, że takie zachowania mnie nie dotyczą. A tu proszę. Atak histerii. Babcia, przerażona, usiłowała mnie uspokoić, a ja nic, tylko łkałam i łkałam. W końcu powiedziała, abym poprosiła Honorkę do telefonu. Tyle mogłam zrobić. Honorka podeszła i płacząc, zreferowała Fredzi sytuację. Potem odłożyła słuchawkę.
    – No i co?
    – Zaraz przyjadą. Uspokój się, zaparzę ci ziółek.
    – Czy ona tam jest? – spytałam, wskazując na salon.
    – Tak, czeka na pana.
    Znowu zaczęłam płakać. Myślałam, że może zniknęła. Była i będzie, i trzeba temu stawić czoło. Ja nie chcę. Nie. To tatusia ukochana i niech on sobie z tym radzi.
    Nie minęło pół godziny, gdy wkroczyła babcia.
    Trochę wcześniej wróciła ze szkoły Paulina, ale Honorata kazała jej iść do koleżanki, bo obiad niegotowy i w ogóle mamy awarię w kuchni. Paula, zadowolona, że ma wolne, niewiele pytając, pobiegła do swojej kumpeli Marysi.
    Babcia weszła do salonu, powiedziała dzień dobry i usiadła na kanapie. Za nią cichutko wsunął się Artur. Ja weszłam ostatnia i przycupnęłam na poręczy fotela.
    – Widzę, że jest pani w ciąży – zaczęła babcia.
    – No! Chyba widać! – odparowała z naturalnym dla siebie wdziękiem Andżelika.
    – Który to miesiąc?
    – Dziewiąty. Lada moment się rozsypię – powiedziała Andzia radośnie.
    – No tak! – Babcia zawahała się chwilę, ale zaraz spytała: -1 to jest dziecko Eryka?
    – No, co też pani! Jak pani śmie! Nigdy mnie nie lubiliśta, to teraz macie! – wysyczała ze złością Andzia.
    Przynajmniej na chwilę spadła ta maska słodyczy.
    Babcia zignorowała jej wybuch i spytała, czemu się zgłasza tak późno. Odpowiedziała jej mniej więcej to samo, co mnie. Zapadło głuche milczenie. Temat się wyczerpał. Trzeba było czekać na tatę, drugiego bohatera zaistniałych wypadków. Artur nagrał tacie wiadomość na komórkę, by się z nami jak najszybciej skontaktował.
    Honorka podała wszystkim herbatę i tak siedzieliśmy w przytłaczającej, głuchej ciszy. Pokój zasnuwał się zmierzchem, ale nikt się nie podniósł, by włączyć światło. Może woleliśmy nic nie widzieć i nie patrzeć na siebie nawzajem.
    Mijały kolejne minuty. Herbata wystygła w kubkach, a tata nie wracał.
    W końcu Artur przerwał milczenie i zadeklamował:

    Tato nie wraca; ranki i wieczory
    We łzach go czekam i trwodze;
    Rozlały rzeki, pełne zwierza bory…

    i tu się zawahał, a ja dodałam:

    – I pełno zbójców na drodze.
    I zaczęłam się głupio śmiać.
    Andżelika prychnęła, a babcia wstała i zapaliła lampy. Zrobiło się jakoś weselej. Niespecjalnie wesoło, ale troszeczkę. Jakby odrobinę się podniosła ciężka i ciemna zasłona, która nas dusiła.
    W końcu pojawił się tata. Bogu dzięki, sam, bez Marty.
    Ataku serca na widok Andżeliki nie dostał, ale był go niewątpliwie bliski. Zrobił się blady jak ściana i wyjąkał:
    – Co to jest?
    – Dziecko! Nasze dziecko! Cieszysz się, Eryczku? – zaćwierkała radośnie Andzia.
    Eryczek tak się ucieszył, że się zachwiał i prawie przewrócił na stojącą obok etażerkę. Tę z Fryderykami.
    Podbiegłam do niego ze szklanką herbaty, którą wypił duszkiem.
    – Mówisz: nasze? Dziecko? Karola, daj mi whisky, bez wody. Natychmiast.
    Potem popatrzył na wielki brzuch Andżeliki i zaczął jej zadawać te same pytania, które wcześniej padły z ust moich i Fredzi. Tak zwany zestaw obowiązkowy. Andzia mówiła mu to, co nam, a tata wspomagał się alkoholem. Gdy skończyła, powiedział tylko jedno słowo:
    – K…!
    Andżelika podniosła się czerwona z oburzenia, lecz tata zakrzyknął:
    – To nie o tobie! Siedź! -1 podał mi szklankę do ponownego napełnienia.
    Andzia posłusznie klapnęła na fotel, który pod nią zatrzeszczał boleśnie.
    Fredzia zaś wstała i powiedziała:
    – Przepraszam, Eryku, że tak tu wtargnęliśmy, ale Karolina dostała histerii. Myślę, że nic tu po nas. Pojedziemy.
    – Nie! Poczekajcie! Zostańcie! Pomóżcie mi. Co ja mam, do cholery, zrobić?! – zawołał tatko rozpaczliwie.
    Fredzia rozłożyła bezradnie ręce.
    – Sam chyba musisz coś wymyślić. Ja doprawdy nie wiem. W ogóle czuję się jak postać z Zapolskiej. Niespecjalnie mi to odpowiada.
    – Tak. Zapolska. Masz jak zawsze rację, Fredziu. Dramat mieszczański, a ja jestem obsadzony w roli Zbyszka.
    Na to włączył się Artur:
    – Nie czuję się w żadnym razie Felicjanem Dulskim. Nie dajcie się w to wrobić. To nie ten wariant. Wydaje mi się, że powinniśmy się gdzieś na uboczu spokojnie naradzić.
    Może w basemencie?
    – Tak! Tak! Masz rację, chodźmy do basementu! – podchwycił myśl tatko. – Ty tu zaczekaj – zwrócił się do Andzi, która siedziała cicha, lecz triumfująca. No, miała powody, dała nam niewątpliwie popalić.
    Poszłam za wszystkimi do basementu, ale zostałam odgoniona. Babcia kategorycznie zażądała, abym poszła do swojego pokoju i tam spokojnie czekała, aż do mnie przyjdzie. Rozumiałam powagę sytuacji i bez żadnych dyskusji poszłam na górę, gdzie zaczęłam obgryzać paznokcie. Pierwszy raz w życiu.
    Minęło dobre pół godziny, gdy zjawiła się babcia.
    – Co zdecydowaliście?! – wykrzyknęłam zdenerwowana.
    – Jutro Eryk pojedzie z Andżeliką do ginekologa, przyjaciela Artura. Andzia chce ślubu, lecz Eryk powiedział, żeby nawet o tym nie marzyła. W grę wchodzą tylko alimenty.
    – To okropne. Szkoda tego dziecka, przecież to będzie nasza siostra albo brat.
    – Tak, szkoda. Może się to zresztą jakoś inaczej rozwiąże, zobaczymy.
    – A co powiemy Tuni?
    – Nic nie powiemy, przynajmniej na razie, póki się sytuacja nie wyjaśni. Nie chcę budzić w tobie niewczesnych nadziei, ale coś nie widzę Andżeliki czekającej dziewięć miesięcy z zawiadomieniem Eryka o ciąży.
    – Przecież sama mówiłaś, że ten typ tak ma.
    – No właśnie. Ciąża i szybko ślub. A nie ukrywać się przez całe miesiące. Tak ten typ nie ma. Zobaczymy, jak to się rozwinie. Ciekawa jestem. A ty nie wariuj. Eryk się z nią nie ożeni. Tego jestem pewna.
    – A jak Marta się dowie i go rzuci?
    – To już na to nic nie poradzimy. Będę ją miała na sumieniu. Zosia mnie zabije i dobrze zrobi. Swatów mi się za chciało na starość!
    – Anie mówiłam?! – wykrzyknęłam z triumfem.
    – Zgadłaś, ale siedź cicho i nie kop leżącej. Chciałam dobrze. Diabeł mnie podkusił. Zresztą może to się jeszcze jakoś ułoży. Trzeba mieć nadzieję.
    – Nadzieja matką głupich.
    – Nie bądź taka depresyjna.
    – Mam tego dosyć. Chcę żyć normalnie. Babciu! Miałam złe przeczucie, i słusznie.
    – Może Eryk teraz dorośnie. Czas wielki. Dostanie nauczkę i będzie dojrzalszy. Nie ma tego złego… itede.
    – Jakoś to drętwo brzmi, ludowe mądrości mnie nie przekonują.
    – Nie łam się. Co ci mogę więcej powiedzieć? Trzymaj się. Tylko to.
    – Umrę. Z rozpaczy, naturalnie.
    – Niekoniecznie. Ale jak masz umierać, to umieraj z godnością. Bez zbędnych histerii.
    Następny ranek był koszmarem. Ja prawie nie spałam, tata miał czerwone oczy i cuchnął alkoholem na kilometr. Nie poszłam do szkoły, nie byłam w stanie. Koło południa zadzwoniła Tunia i słyszałam, jak tatko odwoływał ich spotkanie, twierdząc, że wyniknęły jakieś komplikacje. Biedna Tunieczka kupiła to, oczywiście. Gdy tatko odszedł od telefonu, wyglądał jak zbity pies. Pomyślałam, że dobrze mu tak. Na drugi raz będzie omijał kiepskie panienki szerokim łukiem. Jestem wredna, bo tatuś podszedł do mnie, pocałował w czubek głowy, przytulił i powiedział:
    – Potrafisz mi to wszystko wybaczyć, Karolciu? Głupio postąpiłem, wplątując ciebie w takie brudy.
    Kocham mojego tatkę, równy z niego gość i naprawdę niezły ojciec. Nie miałam innego wyboru, tylko przytuliłam go i pocieszyłam:
    – Zawsze cię kocham i będę kochała. To się jakoś wyprostuje. Nie martw się tak strasznie.
    Nie wierzyłam w to, co mówię, ale szkoda mi go było. Taki chodził strapiony, zmartwiony, przybity. Istna kupka nieszczęścia. Mój ukochany tatko.
    Po południu pojechał na spotkanie z Andżeliką, którą poprzedniego wieczoru odwieźli do Warszawy dziadkowie. Miał ją zabrać na zamówioną przez Artura wizytę u ginekologa. Wrócił strapiony jeszcze bardziej niż przedtem. Przygarbiony, ze zwieszoną głową, minął mnie bez słowa i zniknął w swojej norze. Poszłam za nim do basementu.
    – Jest w ciąży. To absurdalne, ale miałem nadzieję, irracjonalną, że ten brzuch jest sztuczny albo coś takiego.
    – To co zamierzasz?
    – Będę bulił. Byłem głupi i, niestety, słusznie mnie trafiło.
    – A Marta? Co jej powiesz?
    – Jeszcze nie wiem. Muszę to przemyśleć.
    Rano tatko wyglądał jak weteran wojny krymskiej, kompletnie zmarnowany. Pił chyba przez całą noc, i to wódkę, bo zobaczyłam dwie półlitrówki w koszu na śmieci.
    Wkurzyłam się strasznie. Gdy opieprzałam rodzonego ojca, wzorem dla mnie była Fredzia. Powiedziałam mu:
    – Zachowuj się z godnością. Czy mamy jeszcze znosić twój alkoholizm? Nie dosyć nam dostarczyłeś rozrywek?
    Tatko, jak go postawić do pionu, jest bardzo zgodny. Zależy mu na nas i zawsze stara się jakoś wyprostować wpadki. Tym razem też. Popatrzył na mnie wzrokiem zbitego psa i zniknął w swoich apartamentach. Pojawił się po kilku godzinach, wyspany, wykąpany, ogolony i elegancki. Akurat wróciła z próby chóru Paulina i przywitała się z nami radośnie. Biedne dziecko, a może raczej szczęśliwe dziecko, nie zdawało sobie w ogóle sprawy z tragedii rozgrywającej się w domu.
    – Przyjdziecie na nasz koncert kolęd do kościoła? Ty i Marta. Zawiadom ją, że w niedzielę o dziewiętnastej mamy występ. A może będzie ładniej, jak sama do niej za dzwonię? Daj mi numer.
    – Hmm… Tak. Poczekaj. Wiesz, ja sam ją zaproszę. Jutro będę się z nią widział – wymruczał tatuś, okropnie zmieszany, i w ekspresowym tempie zmył się do basementu.
    Biedny tatko! Nie jest mu lekko.
    Rano następnego dnia był tak wściekły, że aż bałyśmy się do niego odezwać. Przy niedzielnym śniadaniu siedział zły, nadęty i nie odzywał się słowem. Paulina, zdziwiona, nie rozumiała, co się w ogóle dzieje. Tatko wrzucił w siebie jakąś bułeczkę, gwałtownie wstał i powiedział do mnie:
    – Gdyby Bóg żył na ziemi, to ludzie powybijaliby Mu okna.
    Po tej deklaracji wymaszerował z pokoju, zostawiając nas obie w stanie lekkiego stuporu.
    Pierwsza oprzytomniała ze zdziwienia Paula i zażądała wyjaśnień:
    – Co jest grane? Przecież widzę, że coś przede mną ukrywacie. Gadaj, Kara!
    – Tak jak ty nic nie wiem.
    – Łżesz jak pies.
    – Nie. Naprawdę. Spadaj, mała! – powiedziałam i zbiegłam przed jej wścibskim spojrzeniem.
    Kątem oka zauważyłam, że poszła do kuchni, pewnie przesłuchiwać Honoratę.
    Koło południa zadzwonił do taty Turek. Długo konferowali przez telefon, a kiedy skończyli rozmowę, tatko był jak odrodzony. Uśmiechnięty, pomknął do barku i zaczął szukać szampana.
    – Nie mamy na składzie – zakomunikowałam. – Co chcesz oblewać? Narodziny nowego potomka?
    – Uratowany! Jestem uratowany! Nie będzie żadnego potomka.
    – Jak to nie będzie?
    – Będzie, ale nie mój to problem i nie mój potomek.
    – Artur ci to powiedział?
    – Tak, właśnie. Wyobraź sobie, że ona jest w siódmym, może ósmym miesiącu, a więc nie moje zmartwienie i nie moje dziecko.
    – Skąd Artur to wie?
    – Od swojego kumpla ginekologa, który był tak uprzejmy, że złamał dla nas tajemnicę lekarską.
    – Nie bardzo rozumiem.
    – To, kotku, proste jak drut. Chciała mnie wrobić nasza Andzia kochana. Poszła ze mną do lekarza, ale ja z nią nie wszedłem. Sama rozumiesz. Lekarz potwierdził ciążę. Myślałem, że to koniec. Ale Artur pogadał z nim wcześniej i teraz lekarz do niego oddzwonił, że jest na sto procent pewien, że to jeszcze nie dziewiąty miesiąc. A w takim razie to nie ja będę szczęśliwym tatusiem.
    – No to masz farta.
    – Jak cholera.
    – Co dalej?
    – Dalej? Nie można bić ciężarnej. Szkoda. O! Właśnie idzie od furtki, widzę ją przez okno. Z przyjemnością sobie z nią pogawędzę.
    I pogawędził. Pokrzyczeli na siebie w piwnicy jeszcze przez czas jakiś. Potem Andżelika Florczak opuściła nasz dom i nasze życie. Mam nadzieję, że definitywnie. Miałyśmy potem z Fredzią trochę wyrzutów sumienia, że może u źródeł tej brawurowej akcji Andzi leżały nasze śliczne listy. Listy, w których tatko był najhojniejszym ojcem nieślubnych dzieci w Europie Środkowej. Pewnie nigdy się nie dowiemy prawdy, ale może to i lepiej. Grunt, że causa finita, jak powiedział Artur, czyli sprawa zakończona.
    Kilka dni później zjawił się u mnie Molas z wczepioną w jego bok Sandrą. Postawiłam na stole browarek i zaczęliśmy gadanko. Mol pochwalił się, że ma w wieczorówie średnią 4,6 i po feriach rzuca zawodówkę. Potem zaczęliśmy planować sylwestra i Molasidło znowu zaproponowało swoją chatę.
    – A twój stary? – spytałam. Wiedziałam, że jego tata poświęcił niedawno tekę ministra kultury na rzecz resortu rolnictwa.
    – Pojechał do Meksyku z delegacją parlamentarną. Rozpoznawać będą warunki uprawy patatów, z myślą o przeniesieniu jej do Kotliny Kłodzkiej.
    – Bardzo twórczy pomysł.
    – Tak. Tatko powiedział, wyjeżdżając, że chyba rozumiem, że to jego obowiązek wobec wyborców i Polski. Dla tego nie powinienem się wściekać, że zostaję sam na wigilię i w sylwestra.
    – Nie zostajesz sam, możesz przyjść do nas. Wiesz, że wszyscy cię uwielbiamy.
    – Naprawdę? Mogę?
    – Jasne. Prawdę mówiąc, brakowałoby ciebie przy naszym stole.
    – Zaprosiłabym go do nas – wtrąciła Sandra – ale my wyjeżdżamy do babci.
    – No, to jesteś zagospodarowany na święta, ale co z tym sylwestrem?
    I zaczęliśmy knuć, jak zorganizować imprezę stulecia.
    Zima tego roku okazała się zdecydowanie udana. Było mianowicie zimno, tak jak zimą być powinno. Proszę, jednak mam talent! Jestem poetką. Młody twórca ze mnie. To ta przyroda za oknem tak mnie poetycko nakręca. Ten kiczyk rodem ze szklanej kuli, gdzie widać sypiący na domki i drzewka śnieżek. Ja też, gdy stanęłam przy oknie i widziałam puchate drzewka, krzaczki i prószący na nie śnieg, robiłam się romantyczna i poezja, proszę, sama się tworzyła. Nie wiedziałam, że takie to proste. Wystarczy zamieszkać w Zalesiu i człowiek odkrywa w sobie nieznane możliwości. Na przykład umiejętność wybaczania.
    Mama zadzwoniła w wigilijny poranek i zaświergotała radośnie do słuchawki. A ja co? Nic. Popatrzyłam przez okno i powiedziałam:
    – Wesołych świąt! Mamo!
    Jednym słowem, wybaczyłam. Mama, jak to mama, gadała, jaka jest szczęśliwa, przez pierwsze dziesięć minut, przez drugie mówiła, jaki Albert jest cudowny. Potem spytała, co u nas, ale zanim zdołałam powiedzieć, że jest okay, przerwała mi, bo jej się przypomniało, że Albert nas całuje. A potem powiedziała, że Albert wysłał nam bilety do Nairobi na dwudziesty drugi lutego i strasznie się cieszy, że będzie miał okazję pokazać mnie i Paulinie wszystkie tutejsze cuda. Albert się cieszył, nie mama. Piszę to wyraźnie, żeby nie było głupich nieporozumień. Ta miła wiadomość wyczerpała wszystkie możliwe tematy. Mama skończyła rozmowę, życząc nam szczęśliwych i wesołych świąt. Nawzajem, mamo! Nawzajem.
    To były naprawdę bardzo szczęśliwe święta. Przy wigilijnym stole zasiadły Marta i pani Zosia. Okazało się, że rodzice Marty wyjechali na placówkę dyplomatyczną do Peru. Coś ta Ameryka Południowa pracuje na naszą korzyść, dostarczając nam miłych gości. Tak stwierdził Artur, gdy zobaczył, w jakim jesteśmy zestawie. Predzia z panią Zosią przywiozły pyszne jedzonko, jedna śliziki wileńskie, a druga karpia w galarecie. My jak zwykle przygotowałyśmy karpia w szarym sosie i pierogi z kapustą. Wszystko było doskonałe, po prostu perfekcyjne. A najszczęśliwsza chwila nastąpiła przed samą kolacją, gdy tatuś wstał i powiedział, że postanowili z Martą się pobrać. Co to była za radość! Ja cieszyłam się chyba bardziej niż sami państwo młodzi. A może i nie, bo oni też płakali ze szczęścia. Marta chlipała, Fredzia z Zosią chlipała, Honorata lała ślozy, a tata i Artur mieli spocone oczy, jak powiedziała Paulina, jedyna spokojna osoba w naszym gronie. Patrzyła na nas zdziwiona i nie rozumiała zupełnie, co się nam wszystkim stało. Taki potop! Mol też płakał, chyba dla towarzystwa. I to ma być moja cyniczna i zepsuta rodzina? Bohema, słodka bohema, jak lubi ją nazywać tatko? Ta banda płaczliwych osobników straciła w wieczór wigilijny prawo do dumnego tytułu. Tak oznajmił Artur i wzniósł toast za szczęście Tuni i Eryka. Ja spytałam, kiedy planują ślub, a tatko odpowiedział pytająco:
    – Jutro? Tuniu?
    – No nie. Jutro nie, ale pojutrze? – odparła radośnie.
    – Nie zgadzam się – powiedziała pani Zosia. – Koniec przecież z bohemą. Żadne pojutrze, to będzie poważny ślub.
    – W „Wierzynku”?! – wykrzyknęła Paula.
    – W żadnym „Wierzynku” – zaprotestował tatko. – W miejscowym kościele, z naszym proboszczem i…
    – …w białej sukni – podpowiedziały obie babcie.
    – Tak – zgodziła się Tunia. – Wy będziecie druhnami.
    – Mamy różowe sukienki – poddała pomysł Paulina.
    – Żadnych różowych sukienek! – zaprotestowałam.
    I tak wesoło sobie planowaliśmy uroczystość, która stanowiła początek długich, radosnych i trochę nudnych dni w naszym życiu. Już nigdy nic nie było takie jak ongiś. Wszystkie fragmenty puzzli wróciły na swoje miejsce. I tak być powinno. A Marta i tata? Powinnam napisać, że – jak to w bajkach bywa – żyli długo i szczęśliwie. Byli szczęśliwi. Czy długo, tego jeszcze nie wiem. To się okaże. A wszystko inne? „A wszystko inne – jest jak Bach chwilowo grany na pile”, jak pisała nasza noblistka.

Manula Kalicka


***

Top.Mail.Ru