Скачать fb2
Księżycowa noc

Księżycowa noc

Аннотация

    Na świat przychodzi drugi syn Mali. Kobieta nie jest w stanie pokochać gorącą i macierzyńską miłością chłopca, którego ojcem jest znienawidzony Johan. Dziecko przypomina jej wszystkie upokorzenia, jakich doznała od swojego męża. Jednocześnie Mali odczuwa coraz większą słabość do nowego zarządcy, zawsze pogodnego i życzliwego wszystkim Havarda. Dziewczyna próbuje powściągnąć rodzące się w niej uczucie, gdyż nie chce już drugi raz wyjść za mąż. Kiedy jednak w noc świętojańską dostrzega Harvarda z urodziwą Laurą Granvold, w serce Mali wkrada się zazdrość? Saga "Grzech Pierworodny" w skandynawskiej literaturze popularnej to największy hit od czasu "Sagi o ludziach lodu". – Anna Marciniakówna, Wybitna skandynawistka, dziennikarka, tłumaczka. W Polsce seria ta osiągnęła niebywały sukces!


Anne-Lise Boge Księżycowa noc

    Saga Grzech Pierworodny część 5

ROZDZIAŁ 1

    Bóle porodowe uderzyły w Mali pod koniec lutego. Stała właśnie, przygotowując południowy posiłek, gdy poczuła je niczym cios w krzyż. Ponieważ nie oczekiwała dziecka przed końcem marca, a żadne objawy nie zapowiadały, że dzieje się coś szczególnego, dopiero po chwili zrozumiała, co to może oznaczać. Po śmierci Johana, inaczej niż w pierwszych miesiącach ciąży, nawet nie chorowała. Od czasu do czasu czuła zmęczenie i lekki ból w krzyżu, ale to przecież nic dziwnego w tym stanie.
    Oparła się o stół i próbowała oddychać normalnie. Powoli ból minął, ale ona nadal stała pochylona, spływając potem.
    – Coś się dzieje? – spytała Ane, zauważając nagle jej pozycję. – Chyba nie jesteś chora?
    Mali powoli wyprostowała się i spojrzała na nią.
    – Boże drogi! – wykrzyknęła Ane. – Wyglądasz jak zjawa! Co się stało, Mali? Przecież chyba nie dziecko…?
    – Nie wiem – odparła Mali, przyjmując wyciągniętą dłoń Ane. – Możliwe, że tylko…
    Nowy ból uderzył ją w plecy, niemal ścinając z nóg.
    – Pomóż mi, Ingeborg, zrób miejsce na kanapie! Musimy ją tam położyć, przynajmniej na razie – rzuciła zdenerwowana Ane, pomagając Mali przejść na miejsce. -Jak się czujesz?
    Mali spojrzała na Ane. Jak to dobrze, że nadal służy w Stornes po Bożym Narodzeniu, mimo że wyszła za Aslaka i przeniosła się z nim do własnej zagrody. Zawsze czuła coś innego względem Ane niż Ingeborg. Nie żeby miała coś do zarzucenia tej drugiej, nie. Ingeborg była młodsza i stale rozpraszały ją różne sprawy, między innymi mężczyźni. Ane interesował tylko Aslak, poza tym była silna, lojalna i nie narzekała. Mali zdała sobie sprawę, że nie spytała jej jeszcze, czy aby nie jest w ciąży. Brała pod uwagę taką możliwość, która nie oznaczała przecież odejścia Ane ze Stornes. Tak brzmiała umowa, którą zawarli jeszcze za życia Johana: działka ziemi w zamian za to, że Ane pozostanie w służbie.
    – Gdzie jest Sivert? – spytała nerwowo Mali.
    – Ubrałam go i wysłałam na dwór – odparła Ingeborg, patrząc na panią ze strachem w oczach. – Mężczyźni wrócili właśnie z lasu, a on chciał pomóc wyprzęgać konie.
    – Może powinnam przejść na strych, zanim oni tu wejdą – stwierdziła Mali, podnosząc się z trudem. – Nie chcę przestraszyć Siverta, a i oni nie…
    Urwała nagle, gdy przeszył ją nowy skurcz. Nie miała już wątpliwości: to są skurcze porodowe. Poród się zaczął, i to miesiąc wcześniej, niż Mali oczekiwała. Dziecku, które niemal cudem utrzymało się w niej, mimo że chorowała i była bita przez Johana, nagle zaczęło się spieszyć do wyjścia na świat. Więc może jednak je stracę, pomyślała oszołomiona. Przecież nie może być donoszone. A przedwcześnie urodzone dziecko w środku zimy…
    Drzwi się otwarły i wszedł Havard, a tuż za nim Sivert.
    – Co się stało? – spytał Havard, podchodząc do kanapy. – Zachorowałaś, Mali?
    Ujął jej lodowatą dłoń w swoją i spojrzał zaniepokojony. Sivert przydreptał za nim i objął ją za szyję.
    – Co to, mamo? Leżysz?
    Mali zdjęła jego ramiona i odsunęła delikatnie. Musi wziąć się w garść! Uśmiechnęła się i poklepała syna po zaczerwienionym od mrozu policzku.
    – Wygląda na to, że dzidziusiowi zaczęło się spieszyć, by cię poznać – powiedziała. – Nie zostanie w moim brzuchu na zawsze, wiesz przecież.
    – Ale… – Havard odwrócił się w stronę Ane. – Czy to nie za wcześnie?
    Ane pokiwała głową i spojrzała znacząco w stronę Siverta.
    – Nie powinniśmy go przestraszyć – powiedziała cicho do Havarda. – Ale tak, jest za wcześnie i według mnie nie całkiem normalnie. Kiedy Sivert przychodził na świat, tak nie było. Może ja się za bardzo na tym nie znam, ale na pewno jest za wcześnie.
    Mali przywarła nagle do ręki Havarda, bo nowy skurcz sprawił, że aż stęknęła. Havard ukląkł przy kanapie, objął Mali. Gdy już się rozluźniła, otarł dłonią jej spoconą twarz.
    – Sprowadźcie akuszerkę i lekarza – polecił, nie odwracając się. – Nastaw wodę, Ingeborg. A ty, Ane, pomóż przejść Mali do sypialni. Tu nie jest dobre miejsce dla kobiety, która ma rodzić.
    Sivert stał za plecami Havarda, wpatrzony w matkę przestraszonymi, wielkimi oczami.
    – Nic takiego się nie dzieje, Sivert – powiedziała Mali uspokajająco. – Właśnie w ten sposób rodzą się dzieci. Ale to i tak potrwa jakiś czas, więc może Gudmund zawiózłby cię do Innstad, co ty na to? Możesz tam zostać i pobawić się z Olausem i dziewczynkami…
    – Ja się nie bawię z dziewczynami – rzucił Sivert dumnie, zapominając na chwilę, że się boi o matkę.
    – No to pobawisz się z Olausem – powiedziała Mali, unosząc się na łokciu. – Ubierz go, Ingeborg, i zadzwoń do Innstad. Jestem pewna, że Margrethe go przyjmie, ale zadzwoń. Powiedz Gudmundowi, by w drodze powrotnej zabrał akuszerkę.
    – Nie, to pochłonie zbyt dużo czasu – sprzeciwił się Havard. – Ja po nią pojadę.
    Mali chciała protestować, ale gdy napotkała jego pełne lęku spojrzenie, zmilczała.
    – Wszystko pójdzie dobrze, Havard – zapewniła cicho. – Nie musisz się…
    – To dużo przed czasem, a ty… Nie chcę, żeby ci stało się coś złego – wyszeptał tak cicho, że tylko ona go słyszała. -1 dziecku też nie, oczywiście. Ale ty, Mali…
    Zanim zdołała mu odpowiedzieć, nowy skurcz przeszedł przez nią niczym fala powodziowa. Mali z całej siły przywarła desperacko do Havarda.
    – To naprawdę toczy się zbyt szybko – powiedziała Ane i z niepokojem patrzyła, jak Mali z trudem łapie powietrze. – Przecież skurcze nie są takie silne od samego początku, prawda?
    Mali opadła na oparcie, blada i zlana potem.
    – Jedźcie już z Sivertem – rzuciła cicho do Ane. – I masz rację, to idzie zbyt szybko. To nie jest normalne.
    Ingeborg wzięła chłopca na kolana i zaczęła mu wkładać ciepłe ubranie. Przekazała pozdrowienia z Innstad i że oczywiście mogą go tam przyjąć.
    – Ale twoja siostra była zaniepokojona, gdy powiedziałam, dlaczego chcemy przysłać do niej Siverta. Pytała, czy nie potrzebujesz pomocy i czy ma przyjechać.
    Mali z trudem wstała i oparła się ciężko o Havarda. Odruchowo spojrzała w stronę pieca. Ane zdążyła już postawić na ogniu duży kocioł z wodą.
    – Masz rację, potrzebuję akuszerki bardzo szybko -zwróciła się do mężczyzny, nie odpowiadając na pytanie Ingeborg. – Dobrze, że po nią pojedziesz. Ale czy jest w domu? – zaniepokoiła się nagle.
    – Tak, jest – odparła Ane. – Dzwoniłam do niej, siedzi gotowa i czeka na wóz. Doktor też przyjedzie, ale nie tak zaraz.
    – Nie tak zaraz – powtórzył Havard z przekąsem. -Dlaczegóż to?
    – Pewnie jest zajęty – mruknęła Mali. – To u niego normalne. Najważniejsza jest akuszerka. Niech Gudmund wstąpi po Johannę z Viken, gdy już odwiezie Siverta. Będę pod dobrą opieką, jeśli one obie przyjadą. Chodźmy na górę, Ane, zanim mnie znów złapie.
    Pochyliła się nad Sivertem, pocałowała go i pogłaskała po włosach. Powiedziała, by był grzeczny. Przez głowę przeleciała jej myśl, że może go już nigdy nie zobaczyć. Myśl ta sprawiła, że nogi się pod nią ugięły i musiała złapać się oparcia krzesła, na którym siedziała Ingeborg z malcem. Przecież aż tak źle nie musi pójść, pomyślała, czując jednak, jak strach ściska ją za gardło. Bo przecież nie działo się normalnie, to pewne.
    Pocałowała syna jeszcze raz, przytuliła, czując łzy pod powiekami. Ujęła Ane pod rękę i poszła w kierunku drzwi.
    – Tylko nie zamęcz konia, Havard – rzuciła przez ramię. – Na pewno będzie dobrze – dodała z przekonaniem, którego wcale nie czuła. Ane zamknęła za nimi drzwi.
    Na górze nic nie było przygotowane do porodu, więc Mali usiadła na krześle, a Ane zaczęła wyciągać z szuflad i szaf to, co potrzebne. Pod koc i prześcieradła podłożyła warstwę gazet. Wreszcie Mali z trudem weszła do łóżka. W ostatniej chwili, jak się okazało, gdyż po kolejnym skurczu poczuła, że coś mokrego spływa jej po nogach.
    – Boże jedyny, dopomóż – wykrztusiła, podnosząc się na łokciach, gdy skurcz zelżał. – Czy to krew, czy odeszły wody?
    Gdy spojrzała po sobie, stwierdziła, że po prześcieradle rozlała się krew zmieszana z wodami płodowymi. Przez chwilę panika zupełnie ją sparaliżowała. Opadła na łóżko, zakryła ramieniem twarz i zaczęła płakać.
    – Mali, no co ty – powiedziała bezradnie Ane i spróbowała ją objąć. – Nie płacz, bo nie wiem, co robić. Ty zawsze byłaś taka silna. Nie płacz, słyszysz?
    Słowa służącej powoli docierały do otumanionej głowy Mali. Przetarła wierzchem dłoni twarz. Wiedziała, że Ane ma rację: jeśli się podda, panika ogarnie także Ane. Wszyscy przywykli, że to Mali zachowuje spokój i rozsądek, że to ona rozwiązuje wszelkie problemy. Wzięła z rąk Ane mokrą szmatkę i przetarła swoją gorącą, zalaną łzami twarz.
    – Spokojnie, Ane – powiedziała ochrypłym szeptem, biorąc tamtą za rękę i ściskając lekko. – Ja po prostu… Ale już będzie dobrze, chociaż wiem, że nie wszystko jest tak, jak powinno. Na pewno jest za wcześnie, jesteśmy w środku mroźnej zimy, no i poród idzie za szybko. Trudno będzie utrzymać dziecko przy życiu, musimy to sobie powiedzieć. O ile przyjdzie żywe na świat – dodała powoli.
    – Ale tobie nic nie grozi, Mali? – spytała Ane gorączkowo, patrząc na panią ze strachem w oczach. – To znaczy… Nie, nie powinnam tego mówić, ale się boję – wyszeptała przerażona. – Nawet jeśli dziecko umrze, to ty nie… Tobie nic nie grozi, prawda? – dodała błagalnym tonem.
    Mali zamknęła oczy. To właśnie ją gnębiło. Czuła jednak, że jest silna i ma żelazną wolę przeżycia, choćby dla Siverta. Myśl, że mógłby zostać zupełnie sam w Stornes, była nie do zniesienia. Więc niezależnie od tego, jak trudne mogą się okazać najbliższe godziny, ona musi trzymać się życia. Dla Siverta, powtarzała.
    Wzdrygnęła się, gdy uświadomiła sobie, że zupełnie nie bierze pod uwagę nowego dziecka, że nie myślała, jak to z nim będzie, gdyby ona umarła. Dobry Boże, oby nie spowodowała śmierci dziecka swoimi złymi myślami! Przecież pragnęła go! Ale czy naprawdę?
    Drzwi się otworzyły i weszła zdenerwowana Beret.
    – Co tu się znowu dzieje? – spytała nienaturalnie wysokim głosem. – Nikt nic mi nie mówi, choć rozumiem, że coś się stało. Takie zamieszanie na dziedzińcu… A gdy spytałam Ingeborg, to…
    Ane, która właśnie zmieniała prześcieradło pod Mali, wzdrygnęła się, jakby została przyłapana na knowaniu przeciw starej gospodyni.
    – Nie chciałam cię niepotrzebnie straszyć – powiedziała Mali, unosząc się lekko, by pomóc Ane. – Jest za wcześnie i miałam nadzieję, że to fałszywy alarm. Że minie, jeśli się położę. Ale obawiam się, że jednak się zaczęło.
    Beret podeszła do łóżka i zauważyła stos mokrych, zakrwawionych prześcieradeł na podłodze. Oczy rozszerzyły się jej ze strachu.
    – Czy wody już odeszły? I ty krwawisz? Boże jedyny, będzie jeszcze jedna tragedia – zaczęła lamentować.
    – Już i tak jest źle, więc chociaż ty przestań krakać! -rzuciła Mali ostro. – Oczywiście, jest za wcześnie, wody odeszły i trochę krwawię, a bóle są za silne i za częste. Może nie jest najlepiej, Beret. Ale ani dziecko, ani ja jeszcze nie umarliśmy!
    Beret stała jak sparaliżowana, wpatrzona w synową. Po chwili opadła na krzesło i ukryła twarz w dłoniach.
    – Tak czekałam na to dziecko – wyszeptała. – Straciłam i męża, i syna w ciągu jednego roku, i nie wiem, czy jestem w stanie znieść jeszcze jedną stratę. Myślałam, że w tym maleństwie przetrwa coś z Johana, a tak…
    Mali nie chciało się odpowiadać, że tu chodzi także o jej życie, a nie tylko o wytęsknionego przez Beret następcę Johana. Ale chwycił ją kolejny skurcz, silniejszy od poprzednich. Zwinęła się, stękając z bólu i rozpaczy. Ane stała, nie wiedząc, co ma robić. Beret nagle się ocknęła, odsunęła służącą i przytrzymała Mali, starając się pomóc przetrwać ten ból. Gdy minął, pozwoliła synowej opaść na poduszki i otarła mokrą szmatką jej spoconą twarz. Już się uspokoiła, tylko w oczach pozostał strach.
    – Kiedy wreszcie będzie akuszerka? – spytała Beret, patrząc na Ane. – Zejdź na dół i zobacz, czy nie jadą. Boję się, że to już zaraz! Dołóż do pieca. Musimy mieć dużo gorącej wody – rzuciła.
    Ane wybiegła, a Beret zmoczyła szmatkę i ponownie otarła czoło Mali, która leżała, na wpół drzemiąc, zupełnie wyczerpana. Mali miała wrażenie, że kolejne skurcze rozrywają jej ciało, i czekała na skurcze parte.
    Wtedy już pójdzie szybko, pocieszała się blado. Zmówiła modlitwę, by akuszerka przybyła, zanim to nastąpi. Pomoc samej Beret i Ane nie wystarczy, tyle wiedziała.
    Pierwszy skurcz party i akuszerka nadeszli jednocześnie. Mali trzymała się kolumienek przy oparciu łóżka i bezskutecznie próbowała powstrzymać bóle. W jej otumanionej głowie powstała myśl, że może uda jej się to wszystko opóźnić, jeśli się postara. Ale skurcz przypominał osunięcie się zbocza w górach. Spiął jej brzuch, który stwardniał niczym kamień i bezlitośnie przesuwał dziecko w dół. Mali poddała się i zawyła z bólu i ze strachu.
    – No, no, Mali, już jestem – powiedziała akuszerka i oderwała jej dłonie od kolumienek, gdy skurcz minął.
    Mali otworzyła oczy. Pot sprawiał, że widziała jak przez mgłę. Schwyciła dłoń położnej i przywarła do niej.
    – Dzięki Bogu, że jesteś – wyszeptała. – Tak się boję. Wszystko idzie nie tak, za wcześnie i za szybko…
    – Za wcześnie i za szybko, to prawda – potwierdziła akuszerka, ocierając jej pot. – Dużo wiesz o porodach, więc nie będę owijać w bawełnę. Życie dziecka jest zagrożone, to pewne. Wiesz, że ja zawsze walczę o dziecko, ale jeśli będę miała wybierać pomiędzy jego życiem a twoim, to…
    – Co ty mówisz! – zaprotestowała Beret. – Nie chcesz ratować dziecka Johana? Ja straciłam…
    – Będę ratowała oboje, jeśli dam radę – odparła kobieta, wpatrując się w Beret. – Ale najważniejsze w takiej sytuacji nie jest ratowanie dziecka, które może będzie na wpół żywe. Albo już martwe. – Otarła twarz Mali i dodała: – Musisz zdawać sobie sprawę, że jeśli urodzi się żywe, to i tak nie ma dużych szans. A jedno jest pewne, że bez matki i jej pokarmu na pewno jest stracone. Ja zawsze się staram i o dziecko, i o matkę, teraz też. Ale powinnaś…
    – Nie mogę -jęknęła Beret. – To dziecko ma być pociechą za syna, którego straciłam. Nie zniosę, jeśli i ono…
    – Uważam, że powinnaś zejść na dół – rzuciła akuszerka ostro. – Tutaj nikomu nie pomagasz, a najmniej Mali, chyba tyle rozumiesz. Przyślij tu Ane.
    – Chcę tu być – zaprotestowała Beret. – Ja chcę…
    – Będzie, jak ja chcę. – Niemal popchnęła starszą panią w stronę drzwi. – Nastaw kawę i weź się w garść! Tu nie chodzi o twoje życie.
    Zanim otworzyła, weszła Johanna z Viken, wnosząc ze sobą chłód mrozu.
    – Dzięki Bogu – odetchnęła akuszerka, wypychając jednocześnie Beret na korytarz. – Nikogo bardziej nie chciałam widzieć – mówiła, pomagając staruszce zdjąć szal. – Nie jest dobrze, a jeszcze ta Beret…
    Krzyk bólu Mali powstrzymał ich dalszą rozmowę. Kobiety podbiegły do jej łóżka.
    – Nie dam rady – wykrztusiła rodząca, na wpół unosząc się z posłania. – Nie wytrzymam tego. Już nie mogę. Chcę umrzeć!
    – Jeszcze czego! – rzuciła akuszerka, wymierzając Mali policzek. – Masz walczyć, dziewczyno! Nie chcę słyszeć więcej ani jednego słowa, że nie dasz rady czy nie chcesz, żebyś wiedziała. Walcz!
    Mali opadła na plecy, oszołomiona.
    – Masz w sobie więcej siły niż ktokolwiek inny, przecież wiesz – mówiła dalej kobieta. – Użyj jej teraz! Same nie damy rady, jeśli nie pomożesz.
    Mali widziała tylko szarą, niewyraźną sylwetkę mówiącej. Była potwornie zmęczona. Skurcze sprawiały taki ból, że strach przed następnym powodował u niej mdłości. Poród Siverta też był trudny, ale nie do porównania z tym, który przeżywała teraz.
    Sivert, pomyślała otępiała. Jej syn nie może zostać sierotą! Miał tylko ją, bo został spłodzony w grzechu i tajemnicy. Już i tak jego życie było trudne, a jeśli jeszcze by teraz umarła…
    – Pomóżcie mi obie – wyszeptała, chwytając akuszerkę za rękę. – Nie poddam się, obiecuję.
    – No, wiedziałam – mruknęła pod nosem kobieta i pogłaskała Mali po policzku. – Pomożemy wszystkie trzy.
    Silne skurcze parte następowały szybko po sobie i po półgodzinie dziecko przyszło na świat. Niebieskoliliowy kształt wyskoczył razem z resztką wód i krwią. Mali nie chciała nawet spojrzeć. Opadła na posłanie i czuła, że unosi się gdzieś pod sufitem. Bóle ustały, panowała cisza. Powoli uświadamiała sobie, że nie powinno być tak cicho. Dziecko zwykle krzyczy… Powoli obróciła głowę, ale nic się nie zmieniło. A więc ono nie żyje, pomyślała zrezygnowana. Może to i lepiej, wszystkim byłoby tak łatwiej.
    Nagle zrozumiała, że nigdy nie pragnęła tego dziecka, dziecka Johana, tylko że nigdy nie odważyła się do tego przyznać. To nie było dziecko miłości, tylko dziecko poczęte przemocą i rosnące przez pierwsze miesiące w brzuchu dręczonej matki. Jaki człowiek z niego wyrośnie, zwłaszcza jeśli jego ojcem jest Johan? Mali oblizała spieczone, popękane wargi i oddała się błogiemu uczuciu unoszenia się ponad łóżkiem, bez odczuwania bólu. Nagle ciszę przerwał słaby płacz dziecka. Mali wzdrygnęła się. Z trudem otworzyła oczy i uniosła się na łokciach. Pokój wirował wokół niej, poczuła, że zaraz zwymiotuje. Jakaś szara postać zbliżyła się do niej: akuszerka z zawiniątkiem w ramionach.
    – Oto twój syn, Mali – rzekła cicho, wzruszona. – Biedny chudziaczek, nie wygląda najlepiej po tej ciężkiej drodze na świat. Ale chłopak musi być wytrzymały, bo przeżył. Uważam, że Bóg ma w tym jakiś cel. Może za wcześnie tak mówić, ale czuję w dziwny sposób, że mały da radę. Nie należy do tych, którzy się od razu poddają, o nie.
    Złożyła tłumoczek w ramiona położnicy. Mali przetarła piekące oczy i spojrzała na dziecko, na jego malutką, czerwonosiną twarzyczkę, na główkę zdeformowaną przez zbyt gwałtowny poród, na małe piąstki zaciekle bijące powietrze.
    – Czy jest normalnie zbudowany? – wyszeptała, ogarnięta nagłym strachem.
    – Całkowicie! Główka wróci do normy za kilka dni. Pomyśl, przez co jego ciało niedawno przeszło!
    Tak, właśnie, pomyślała Mali i pogładziła palcem pomarszczoną twarzyczkę.
    Mały był tak niepodobny do Siverta! Sivert urodził się duży, ładny i z masą czarnych włosów. Ten tutaj był chudy, prawie siny i z kilkoma jasnymi kosmykami na łysej główce. Był tak podobny do Johana, że Mali poczuła gęsią skórkę. Nagle ogarnęły ją mdłości i zanim ktokolwiek zareagował, zwymiotowała na łóżko, po czym zaczęła cicho płakać. Łzy kapały na noworodka. Akuszerka szybko go odebrała i wytarła najgorsze. Nie było czasu na zmianę ubrania, bo kobiety dostrzegły, że zaczęła krwawić. Akuszerka rzuciła się do ugniatania brzucha Mali, która straciła przytomność.
    Ile czasu upłynęło, nie wiedziała. Powoli uniosła powieki.
    – Dzięki Bogu! – wyszeptała akuszerka. – Bałam się, że nie wrócisz. Minął kwadrans…
    Ciepłymi, delikatnymi dłońmi zdjęła z niej wilgotną, śmierdzącą koszulę i rzuciła na stos prześcieradeł. Mali leżała, rozkoszując się ciepłem wody, którą ją myto, tym, że ktoś o nią dba. Nagle przypomniała sobie o dziecku. Dostrzegła Johannę siedzącą z becikiem blisko pieca.
    – Żyje jeszcze? – spytała niepewnie.
    – Żyjecie oboje, ty i dziecko, i to jest naprawdę cud -odparła akuszerka. Pot perlił jej się na czole. – Nie dawałam wam wielkich szans, gdy cię zobaczyłam. Ale powtarzam to, co zawsze o tobie mówiłam: że nie jesteś taka jak inne kobiety, Mali Stornes. To dlatego ten maluch jeszcze żyje. Coś odziedziczył po matce, to pewne, choć na oko podobny najbardziej do ojca. Beret będzie szczęśliwa – zachichotała. – Tak bardzo pragnęła drugiego Johana! No, o ile mały przeżyje.
    Mali ponownie dostała synka i przystawiła go do wezbranej pokarmem piersi. Leżała, patrząc na małego, gdy nagle jakby coś zimnego złapało ją za gardło i zaczęło dusić strachem, rozpaczą i gryzącym poczuciem winy. To jest także jej syn, myślała z desperacją. Ona obdarzy go ciepłem i miłością, której Johan nigdy nie zaznał. Wyrośnie na dobrego i szczęśliwego chłopca. Myśl, że on nigdy nie otrzyma dziedzictwa, które właściwie to jemu powinno przypadać, odepchnęła. Spróbowała skłonić małego do ssania, ale był tak osłabiony, że sutek wypadał mu z ust, a on zasypiał. Mali zrozumiała, że jest bardzo słaby i że upłyną dni, a może tygodnie, zanim poczują pewność, że przeżyje.
    Gdy po raz pierwszy dali jej w ramiona Siverta, serce jej przepełniła miłość tak wielka, jakiej nigdy wcześniej nie znała. Teraz chciała jedynie spać…
    Gnębił ją wstyd i poczucie winy. Próżno oczekiwała ciepłej fali macierzyńskiej miłości. Zamknęła oczy, próbując wywołać w sobie ciepłe uczucia do nowo narodzonego, ale czuła tylko pustkę. Wybuchła płaczem. Co się z nią dzieje? Co z niej za matka, że nie umie kochać własnego dziecka?
    – Ja… nie wiem, czy jestem w stanie go kochać – za-szlochała, chwytając akuszerkę za rękę. – Nie wiem, czy… Nic nie czuję…
    – No, no, już. To normalne, że tak się czujesz po tak trudnym i ciężkim porodzie – odpowiedziała akuszerka uspokajającym tonem, głaszcząc Mali po potarganych włosach. – Oczywiście, że kochasz synka, ale jesteś teraz wyczerpana. Nie, nie powinnaś się obawiać, Mali, że nie masz w sobie miłości macierzyńskiej. Nie ma lepszej matki niż ta, którą ma Sivert Stornes! – Pogłaskała ją po policzku i uśmiechnęła się. – To przyjdzie, przyjdzie.
    Naprawdę? – pomyślała Mali zmęczona. Naprawdę?

ROZDZIAŁ 2

    Mali zadziwiająco szybko stanęła na nogi. Niektóre kobiety leżałyby tygodniami po tak ciężkim porodzie. Ona, mimo że nie czuła się jeszcze zupełnie sprawna, wstała po niecałym tygodniu.
    Nie mogła już leżeć sama na poddaszu z chudym, niemrawym niemowlęciem przy boku. Czuła, jakby w ścianach wokół nich tkwiła pogarda i potępienie, co powodowało w niej stałe poczucie winy i wstydu. Bo niezależnie od tego, jak bardzo próbowała, nie umiała wywołać w sobie uczuć macierzyńskich. Przeciwnie: z każdym mijającym dniem czuła coraz większą pustkę i rozpacz. Nie miała apetytu i źle spała, co nie wpływało dobrze na jej pokarm.
    Gdy się urodził Sivert, jej piersi przepełniało mleko. Teraz było go coraz mniej. W panice próbowała wyciskać mleko z obolałych piersi, by pomóc małemu. Słyszała, że pokarmu jest więcej, gdy piersi są dokładnie opróżniane. Ale mały źle ssał i nie wyglądało, by cokolwiek przybierał na wadze. Mali wydawało się, że wręcz chudł. Z płaczem ugniatała piersi, próbując skłonić syna do ssania. Jeśli ma umrzeć, niech umrze od razu, pomyślała pewnego dnia, gdy był wyjątkowo niemrawy i gdy pierś coraz wysuwała mu się ze słabych ust. Patrzenie na synka, bardziej nieżywego niż żywego, było dla niej torturą, której nie mogła już znieść.
    Wieczorem po narodzinach odbył się domowy chrzest. Uznano to za konieczne, skoro mały był tak słaby. Mali domyślała się, że nikt nie dawał mu szansy przeżycia choćby tygodnia. Zwłaszcza Beret nie potrafiła się opanować. Gdy weszła zobaczyć małego, rozpłakała się głośno.
    – Zupełnie, jakbym widziała Johana! – szlochała, gładząc noworodka. – Bóg wysłuchał moich próśb!
    – Jeśli masz takie dobre stosunki z Panem Bogiem, poproś, by mały przeżył – rzuciła akuszerka. – Ani z nim, ani z jego matką nie jest najlepiej, powinnaś to wiedzieć.
    Beret opadła na krzesło i załamała ręce.
    – On nie może umrzeć – wyszeptała. – Stornes znów ma Johana w tym dziecku, widzicie przecież? To zupełnie niepojęte, że bracia mogą być aż tak niepodobni – dodała nagle. – Ten jest jak skóra zdjęta z ojca, a Sivert…
    Tak, na pewno jeszcze usłyszymy to wiele razy, jeśli on przeżyje, pomyślała Mali zmęczona. Bo słowa Beret były prawdą. Długo można by szukać bardziej niepodobnych do siebie dzieci. Ale teraz nie miała sił na dyskusję. Wymyśli coś na zamknięcie ludziom ust później, jeśli będzie potrzeba.
    – Oczywiście dostanie imię ojca – rzuciła Beret w trakcie przygotowań do ceremonii.
    Mali spodziewała się, że nie da się tego ominąć. Tak powinno być i w propozycji Beret nie było nic dziwnego. Ale myśl, że miałaby znów jakiegoś Johana przy sobie, była dla Mali nie do zniesienia. Z tym imieniem wiązało się tyle złego. Może łatwiej pokocha syna, jeśli nie będzie nosił imienia ojca? Ale tego nie mogła powiedzieć na głos.
    Wpadła na pomysł nadania mu dwóch imion, mimo że było to rzadkością. Poza Brit -Mali w Innstad nie było innych przypadków. Jej narodzinom towarzyszyły szczególne okoliczności. Teraz jest podobnie, pomyślała Mali.
    – Oczywiście, że otrzyma imię ojca – rzekła cicho, nie patrząc na Beret. – Ale skoro może być moim ostatnim dzieckiem, chciałabym, by nosił także imię mojego ojca. Chciałabym go nazwać Ola Johan.
    Beret utkwiła w niej niedowierzające spojrzenie.
    – Ola Johan? To nie będzie nazwanie go po Johanie. A z twoim ojcem… – Wstała i podeszła do okna. – Na pewno znów wyjdziesz za mąż – rzuciła po chwili. -Czuję, że będziesz miała więcej dzieci, ale już nie będą naszej krwi. Możesz nazywać je, jak chcesz, ale ten ma mieć imię ojca. Nie uważam, by to podlegało dyskusji.
    – Jak możesz wiedzieć, czy będę miała więcej dzieci – odparła Mali cicho. – Jeśli nawet, skąd wiadomo, że to będą synowie? A on przecież nie stanie się mniej synem swego ojca, gdy dostanie jeszcze imię Ola.
    – To dziwne nosić dwa imiona, wiesz przecież dobrze – rzuciła Beret ostrym tonem. – Jeśli już, to niech będzie Johan Ola. Imię ojca powinno być pierwsze.
    Ale akurat tego Mali chciała uniknąć. Jeśli będzie Ola Johan, będzie mogła nazywać go Ola, choć wiedziała, że nie będzie to mile widziane. Ale tę walkę stoczy we właściwym czasie. Teraz musiała przeprowadzić swoją wolę, zanim nadjedzie Nikolai, by ochrzcić dziecko. Imię, które mu nada, wpisze do księgi parafialnej.
    Otrzyma! imiona Ola Johan Stornes. Beret miała zaciśnięte usta, gdy Nikolai polał wodą święconą główkę małego w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Możliwe, że w ogóle nie było się o co kłócić, pomyślała Mali. Biedaczek był tak słaby, że mało prawdopodobne, by przeżył noc. Ale dla Beret miało to znaczenie, nawet gdyby umarł. Bo od tej pory będzie miał imię Ola Johan Stornes, a tego Beret nie chciała.
    – Cudowne? – powtórzyła Mali z niedowierzaniem. -Dlaczego?
    – Ja myślę, że to cud, że ten mały szkrab żyje – odparła Ane. – Miał ciężki poród, twoje życie też było zagrożone. To było straszne. Nawet akuszerka nie dawała mu wiele szans. I sądzę, że się uratował. Naprawdę jest w nim coś niezwykłego, coś… nieziemskiego – rzuciła, rumieniąc się. – Nic złego nie mam na myśli – dodała szybko. – To cud, że żyje.
    – Tak, zgadzam się – odparła Mali spokojnie. – To cud, że on żyje, mimo że jeszcze nic nie wiadomo. Ale jest twardy…
    Mimo że Mali nie odzyskała jeszcze w pełni sił, wstanie z łóżka dobrze jej zrobiło. Kładła się do karmienia z małym kilka razy w ciągu dnia, ale poza tym było mu dobrze w kołysce stojącej w pobliżu pieca.
    Siverta pochłaniał nowy braciszek. Stał często, zapatrzony w stworzenie leżące w kołysce i płaczące od czasu do czasu. Dla Siverta Ola Johan było zbyt długim i trudnym imieniem, wymyślił więc krótsze: „Oja". Mali uznała, że tak było najlepiej, i wkrótce wszyscy na dworze nazywali małego Oja. Wszyscy poza Beret. Ona konsekwentnie mówiła Ola Johan, z naciskiem na drugie imię, co sprawiało, że pierwsze stawało się niemal niesłyszalne. Ale Mali przyjmowała to spokojnie. Sivert nieświadomie rozwiązał za nią ten problem.
    Zarówno Ane, jak i Ingeborg często podchodziły do kołyski, by spojrzeć na dziecko. Parobcy zerknęli raz czy drugi, ale bez entuzjazmu. Rzucili tylko, że podobny do ojca. Nawet oni mogli to przyznać, mruknęli.
    – Tak, trzeba być ślepym, by tego nie widzieć – powiedziała Ane, pochylając się nad kołyską. – To cudowne dziecko.
    Mężczyzną najbardziej zainteresowanym noworodkiem był Havard. Gdy Mali kładła się na kanapie i ktoś miał podać jej syna, często on to robił. Ostrożnie wyjmował Oję z kołyski i przenosił do matki.
    – Można by pomyśleć, że nic innego nie robiłeś, tylko opiekowałeś się takimi maluchami – rzuciła z uśmiechem Mali pewnego razu. – Rzadko mężczyźni mają odwagę wziąć na ręce noworodka. Może masz gdzieś takiego na boku? – zażartowała.
    Havard nie odpowiedział, przekazał tylko małego Mali i patrzył na nich poważnymi oczami.
    – Też uważam, że to mały twardziel – powiedział cicho. – Uparty jak ojciec, i tak podobny, że… – Przerwał i przeczesał dłonią włosy. – Jesteś teraz szczęśliwa, Mali? – spytał, przysiadając na skraju kanapy, tak blisko, że Mali z wrażenia poczuła pot spływający po plecach. – Cieszysz się, że masz coś po mężu?
    Mali zerknęła na niego.
    – Miałam już Siverta – rzuciła. – Więc i tak mam coś po Johanie, nawet jeśli ten mały…
    Havard spojrzał na Mali i pogłaskał Oję po główce tak, że jego ciepłe palce dotknęły jej dłoni.
    – Sivert… zupełnie nie jest podobny do Johana. Zapominam, że to jego syn! Ale ten tutaj… Zupełnie niczym wcielenie Johana. Myślałem, że może ty…
    Mali nerwowo otuliła małego kocykiem, unikając spojrzenia Havarda. On zbyt wiele rozumie, pomyślała z lekką paniką. Przypomniała sobie, że kiedyś mu powiedziała, że wystarczy jej jedno małżeństwo, że nie zniesie, by znów kolejny mężczyzna nad nią panował. Havard najwyraźniej o tym nie zapomniał i zapewne rozumiał, że Oja nie był owocem miłości. Ale Sivert… Co miał na myśli, mówiąc to o Sivercie? Sugerował, że Sivert nie jest dzieckiem Johana?
    – Jestem wdzięczna za obu synów, których mam z Johanem – powiedziała cicho, patrząc mu w oczy. – Są niepodobni, to prawda, ale krew w nich płynie ta sama.
    Havard uśmiechnął się i pogładził ją przelotnie po policzku.
    – Nie miałem nic innego na myśli – zapewnił. – Chciałem tylko wiedzieć, czy jesteś teraz szczęśliwa. Czy to ważne dla ciebie, że ten malec jest tak podobny do swego ojca, gdy jego już nie ma na świecie?
    – Wygląd nic dla mnie nie znaczy – odparła Mali cicho. – Do kogo jest podobny albo nie. Wszystkich innych niezwykle to zajmuje. Ale może to normalne, gdy rodzą się synowie na dworach, wtedy ma to znaczenie. To bzdury – dodała. – On jest tym, kim jest!
    – Ale czy jesteś szczęśliwa?
    Pokiwała głową, nie patrząc na niego. Havard wstał i wyszedł.
    Gdy Mali mogła już usiąść do jedzenia razem z innymi przy stole, wszystko zaczęło jej bardziej smakować. Jednak nadal chudła. Havard nie spuszczał z niej zaniepokojonego spojrzenia, ale Mali nic nie mówiła. Siedziała w kącie kanapy z szalem owiniętym wokół siebie i małego Oi i przysłuchiwała się rozmowom.
    Nadal mówiono ó pożarach, które dotknęły w styczniu Bergen i Molde. Gorsza sytuacja była w Bergen, ale i tak w Molde ponad tysiąc osób pozbawione zostało dachu nad głową. Ogień w Bergen zaprószyli dwaj mężczyźni, idący z zapaloną świeczką przez podcienie oberży Berstad. W Molde przyczyną był piorun. Gudmund powyrywał z gazet zdjęcia i artykuły. Sivert nie mógł się nimi nasycić, choć zdjęcia oglądał z ukrytym lękiem. Policzki mu pałały.
    – Nie wolno chodzić z nieosłoniętym ogniem – powiedział pewnego popołudnia, gdy rozmowa ponownie zeszła na pożary. – Tak mówi mama.
    – No i widzisz, ile mama miała racji – odparł Havard, biorąc chłopca na kolana. – Pomyśl, jaki to był pożar, i to przez tych dwóch panów ze świeczką.
    Unikał tematu pioruna, który spowodował pożar w drugim mieście, pewnie po to, by Sivert nie zaczął się bać burzy, myślała Mali. Ale Sivert jednak to pamiętał.
    – Czy piorun jest niebezpieczny? – spytał, bawiąc się włosami Havarda. – Często widziałem pioruny. I słyszałem grzmoty.
    – Nie, nie powinieneś bać się ani pioruna, ani grzmotu – odpowiedział mężczyzna. – Rzadko powodują pożar. Oczywiście, czasem się zdarza, ale nie możemy bać się wszystkiego, co może być niebezpieczne. Zapomnimy wtedy, jak to dobrze jest żyć.
    – Uważasz, że dobrze jest żyć? – upewniał się chłopiec poważnym tonem.
    – Tak, najczęściej tak uważam – uśmiechnął się Havard, burząc czuprynę małego. – Teraz na przykład uważam, że to wspaniale, że twoja mama już się dobrze czuje i może siedzieć z nami w pokoju, jak kiedyś.
    Sivert uśmiechnął się szeroko, zeskoczył z kolan mężczyzny i podszedł do matki półleżącej na kanapie. Położył się blisko niej, przytulił buzię do becika braciszka i poklepał go. Nagle spojrzał na Mali.
    – Ale kochasz mnie jeszcze, mamo? – spytał powoli. – Nie kochasz tylko Oi, prawda?
    Mali objęła syna i przytuliła go, chowając twarz w jego ciemnych lokach. Jej serce przepełniała miłość, którą jakże pragnęła odczuwać także wobec młodszego syna. A nadal nie czuła nic i to ją przygnębiało.
    – No co ty, Sivercie Stornes? – Uśmiechnęła się i pocałowała krągły policzek pierworodnego. – Kocham cię tak bardzo, że nie wiem. Nie jest tak, że możemy kochać tylko jedną osobę. W naszym sercu jest miejsce dla wielu. Ty zawsze będziesz w nim miał miejsce tylko dla siebie, którego ci nikt nie odbierze. A teraz Oja ma też swoje miejsce – dodała, nie patrząc na Havarda.
    – Czy tata miał też swoje miejsce? – spytał Sivert, owijając wokół palca pasmo jej włosów.
    Mali tak zaskoczyło to pytanie, że prawie się wzdrygnęła. Zadziwiające, nad czym ten mały się zastanawiał, pomyślała, ukrywając płonące policzki we włosach syna.
    – Tak, miał – odparła cicho.
    – Ale teraz to miejsce jest wolne – zastanawiał się Sivert – bo on nie żyje. Powinniśmy znaleźć kogoś na to miejsce, nie uważasz?
    Na krótki moment Mali napotkała iskrzące spojrzenie niebieskich oczu Havarda i poczuła dziwną słabość. Czuła, że nadal płoną jej policzki z dziwnego zażenowania. Gdy Sivert się rozkręci… Potargała mu włosy i odparła z uśmiechem:
    – Gdy kogoś takiego znajdziesz, daj mi znać. Ale wiesz, nie zapomina się tak łatwo tych, którzy odeszli. W jakiś sposób zawsze mamy ich w swoich sercach, tak jak babcię. Nie zapomniałeś jej, prawda?
    Sivert pokręcił głową w zamyśleniu i spojrzał na matkę.
    – Nie, ale myślę, że mam całkiem duże serce, bo mam w nim wiele osób – oświadczył z powagą.
    – Wierzę ci – uśmiechnęła się Mali. – Tacy dobrzy chłopcy jak ty zwykle mają duże serca.
    – Ty też masz duże serce, Havard? – zainteresował się Sivert.
    – Tak, chyba też mam – potwierdził mężczyzna. – Od kiedy przybyłem do Stornes, ty masz w nim całkiem spore miejsce. Ale jeszcze zostało trochę miejsca, co najmniej na jedną osobę – dodał, zerkając na Mali.
    Ona nie odwzajemniła jego spojrzenia, przygładziła tylko nerwowym ruchem włosy.
    – Zaraz nam znikniesz – rzucił pewnego dnia Havard, obejmując Mali w talii. – Mogę cię objąć w pasie dwiema dłońmi. Powinnaś jeść, skoro karmisz jeszcze kogoś.
    Mali aż drgnęła pod dotykiem jego ciepłych, silnych dłoni. Obawiała się też, że ktoś ich zobaczy.
    – Jakoś to będzie – odparła, wywijając się z jego rąk.
    – O co chodzi? Boisz się mnie?
    Mali poczuła, że robi się jej gorąco. Unikała jego wzroku.
    – Nie, nie boję się – zapewniła. – Ale nigdy nie wiadomo, co inni pomyślą…
    – Ty się tego boisz? – spytał żartobliwie, ujmując ją pod brodę i obracając jej twarz ku swojej. – Nie wierzę ci.
    Przytrzymał jej spojrzenie na krótką chwilę, w czasie której Mali czuła, jakby tonęła w jego błękitnych oczach. Znów ogarnęła ją przedziwna potrzeba przytulenia się do niego, do jego szczupłego, silnego i ciepłego ciała. Zapragnęła poczuć obejmujące ją ramiona Havarda i uwierzyć, że ktoś się nią zaopiekuje.
    Bez słowa odwróciła się gwałtownie, ale serce biło jej mocno, a nogi miała dziwnie słabe. Havard zajmował spore miejsce w jej sercu, przyznawała, ale przecież już od dawna. Jednak coś zaczynało się zmieniać, musiała to przyznać, choć za bardzo nie rozumiała co. Przerażało ją to. Pewnie dlatego, że czuła się ogólnie osłabiona i wyzuta z sił. Wtedy łatwo pomylić przyjaźń z innymi uczuciami, pomyślała. Tak się nie powinno stać. Tak się nie może stać…
    Chudy, drobny Oja trzymał się życia. Stopniowo zaczął lepiej ssać, co spowodowało, że Mali miała więcej pokarmu. Gdy kalendarz wskazywał marzec, wszyscy zauważyli, że mały przybrał na wadze. Niebezpieczeństwo jeszcze nie minęło, ale Mali zaczęła wierzyć w słowa akuszerki, że mały da sobie radę. Zasinienie, które utrzymywało się całkiem długo, znikło i Oja stał się różowy jak inne niemowlęta. Nawet wyrosło mu więcej włosów. Miał duże, ciemne oczy, których spojrzenie przenikało Mali na wskroś. Widziała w nim wyrzut, że nie kocha go jak Siverta. W takich chwilach, gdy leżała z synkiem na poddaszu, a on wpatrywał się w nią, płakała z ustami przy jego główce.
    – Przecież kocham cię, Oja – szeptała. – Będę cię kochać. Jesteś niewinnym biedactwem, a ja twoją mamą. Jeśli się tylko lepiej poznamy…
    Jego małe paluszki złapały kosmyk jej włosów i pociągnęły. Naprawdę jest silniejszy, pomyślała, rozluźniając jego chwyt. Otarła łzy, które spadły na jego główkę, i z westchnieniem opadła na posłanie. Jakoś to będzie, pomyślała. Akuszerka miała rację, powrót do siebie po tak gwałtownym porodzie wymaga czasu. To normalne, powiedziała. Mimo to Mali odczuwała zawsze jakiś niepokój, że nie kocha Oi wystarczająco mocno. Leżała, obserwując światło księżyca na belkach sufitu, i zastanawiała się, za co może być to kara.
    Wreszcie mogli zacząć przyjmować gości w Stornes. Sąsiedzi czekali z niecierpliwością, by zobaczyć nowe dziecko. Jednak ani Mali, ani Oja nie byli dostatecznie silni, by przyjąć wszystkich naraz. Najpierw przybyli najbliżsi z Buvika i Innstad, pozostali mieli jeszcze poczekać.
    Matka Mali wzruszyła się, gdy usłyszała, że wnuka nazwano także na cześć dziadka ze strony matki. Mali poprosiła ją jednak, by nie mówiła o tym w obecności Beret.
    – Kochanie – przestraszyła się matka. – Nie podobało jej się to?
    – Chciała, by chłopiec nosił tylko imię Johana – odparła Mali. – Niczego innego nie można było oczekiwać.
    – No to powinnaś tak zrobić. – Matka rozejrzała się wokół z obawą, czy nikt ich nie słyszy. – Nie warto drażnić Beret, tyle przeszła…
    – Ale ja chciałam, by mały nosił także imię mojego ojca – powiedziała z naciskiem Mali. – I tak jest za późno, już jest po domowym chrzcie i już ma imię, z którego będzie dumny, gdy dorośnie. – Mali miała na myśli głównie „Ola"… – Już się zresztą ułożyło, bo od kiedy Sivert zaczął na niego mówić Oja, wszyscy tak mówią. Oprócz Beret, ale na to nic nie poradzę. Matka stała, patrząc na małego w kołysce.
    – Co słychać u ojca? – spytała Mali. – Jak się wam mieszka w nowym domu?
    Nowy dom w Buvika skończono przed jesienią i rodzice przeprowadzili się przed Bożym Narodzeniem. Odremontowano też i zmodernizowano stary dom, i najstarszy brat Mali wprowadził się tam z żoną, Anną. Wzięli ślub tydzień po porodzie Mali, więc oczywiście nie była na weselu, ale cieszyła się na myśl, że pojedzie złożyć życzenia nowożeńcom i obejrzy nowe porządki w obejściu.
    – Jeszcze to do nas nie dociera – odparła matka z uśmiechem. – Nie można tak po prostu odzwyczaić się od życia w starym domu. Ale mamy teraz łatwiej, no i tak blisko do swoich. Anna Bjarnego jest dla nas taka miła! Naprawdę Bjarne znalazł dobrą żonę. Myślę, że wszystko będzie dobrze.
    – A ojciec? – powtórzyła Mali, zerkając na ojca, który rozmawiał z Havardem. – Jak się ma?
    Zauważyła od razu po ich wejściu, że ojciec schudł i nie wydawał się zdrowy. Jego twarz przybrała jakiś szarawy odcień i Mali słyszała, że szybko oddycha. Wspomniała swoją wizytę przedświąteczną w zeszłym roku, gdy ojciec z takim zapałem pokazywał jej, gdzie zbuduje ich nowy dom. Już wtedy domyśliła się, że ma problemy z sercem. Dotrzymała jednak obietnicy i nic nikomu nie powiedziała. Jego stan raczej się nie pogorszył, przynajmniej nic takiego nie słyszała. W tym roku nie była u nich przed świętami z powodu mrozu i swojej ciąży. Ciekawa była, czy ojciec dotrzymał obietnicy i poszedł do lekarza.
    – Tak jak zwykle – odparła matka, gładząc wnuczka po policzku. – Może za dużo pracuje. Mówiłam mu, że nie jest już młody, ale on nie słucha. Wiesz, jaki jest. Ale niepokoi mnie to, że często jest zmęczony i zdyszany.
    – Był u lekarza?
    – Kto, ojciec? – Matka zaśmiała się cicho. – Słyszałaś, by ojciec kiedykolwiek poszedł do lekarza? Nie, ojciec nie ma zaufania do wiedzy lekarskiej. Mówi: „Ten, kto idzie do doktora, za dwa tygodnie nie żyje". Jest o tym przekonany, więc nie da się go zmusić…
    Nie poruszały więcej tego tematu, lecz Mali lękała się o ojca. Niepokoiła ją też Margrethe. Siostra wydawała się wesoła i w dobrej formie, ale jak na kobietę, która za kilka tygodni ma termin porodu, miała zbyt mały brzuch. Ale może to dlatego, że pamiętała ją z ostatniej ciąży, gdy jej brzuch mieścił bliźnięta. Może oznacza to tylko, że będzie miała jedno dziecko?
    – Jak się masz po tym wszystkim? – spytała Margrethe, pomagając w sprzątaniu stołu po kawie. – Jesteś za szczupła. Czy w ogóle coś jesz?
    – Oczywiście, że tak – uśmiechnęła się Mali. – Już mi o wiele lepiej. Ale tym razem nie było łatwo, o nie. Nikt nie ma apetytu, gdy chodzi i się zamartwia, czy dziecko przeżyje. Znasz ten stan? Oja naprawdę był w słabej formie, bałam się o niego.
    – A jest już taki słodki – odrzekła siostra. – Ale doprawdy, jakże podobny do ojca! Aż przeszedł mnie dreszcz, gdy go zobaczyłam.
    Ja tak mam ciągle, pomyślała Mali, zmywając filiżanki.
    – Jak się czujesz? – spytała, spoglądając na młodszą siostrę. – Wkrótce twoja kolej, co?
    Przez twarz Margrethe przebiegł cień. Nerwowym ruchem przygładziła włosy.
    – Co się dzieje? – Mali objęła ją.
    – Nie, pewnie nic takiego… ale trochę krwawiłam w zeszłym tygodniu. Myślałam, że to znak zbliżającego się porodu, ale nic się nie działo. Pewnie to nic takiego? – spytała, patrząc na starszą siostrę z nadzieją.
    Mali zrobiło się gorąco. Krwawienia zawsze oznaczały coś poważnego, tyle wiedziała.
    – Czujesz ruchy? – spytała, kładąc dłoń na brzuchu siostry.
    – Ja… tak sądzę – szepnęła Margrethe, zwracając na nią oczy pełne łez. – Ale nie jestem pewna. Wcześniej było bardziej ruchliwe, ale może teraz ma mniej miejsca, nie uważasz?
    – Może i tak – odparła Mali, choć wiedziała, że to nieprawda. – Sądzę, że Bengt powinien zawieźć cię do akuszerki. Badanie pod koniec ciąży nie zawadzi.
    – O nie, nie chcę go niepokoić! – zaprotestowała siostra. – On i tak się boi, że coś ze mną może się stać, wiesz, jaki on jest…
    – Tak, wiem. Dlatego powinien jeszcze chętniej cię do niej zawieźć – powiedziała Mali spokojnym tonem. -Prawdopodobnie wszystko jest w porządku, ale warto sprawdzić. Jeśli coś się dzieje, lepiej to wiedzieć wcześniej niż…
    – Coś się dzieje… – powtórzyła Margrethe, wpijając wzrok w Mali. Oczy jej błagały o pocieszenie, lecz Mali nie umiała kłamać. Zycie siostry znaczyło dla niej więcej, niż gdyby miała odjechać stąd z fałszywą nadzieją.
    – Nie mówię, że coś się dzieje złego – powiedziała, gładząc siostrę po policzku. – Chcę tylko, żebyś się zbadała. Jeśli nie dla mnie, zrób to dla Bengta i trójki dzieci, które już macie. Oni cię potrzebują, wiesz przecież.
    – O czym tak szepczecie?
    Żadna nie zauważyła, że podszedł do nich Bengt. Margrethe aż podskoczyła i zaczerwieniła się po czoło. Patrzyła na Mali błagalnym spojrzeniem, by nic nie mówiła.
    – Chciałabym, byś zawiózł Margrethe do akuszerki, Bengt – rzekła Mali.
    Margrethe jakby zapadła się w sobie.
    Bengt spojrzał na żonę z przestrachem i objął ją.
    – Co takiego? – spytał cicho. – Coś się dzieje złego? Nic nie mówiła…
    – Zapewne nie – odparła Mali. – Ale mówię właśnie Margrethe, że najwyżej przejedziecie się na próżno. Przecież to nic takiego, prawda, Bengt?
    – Oczywiście, że pojedziemy, skoro Mali tak mówi. Ale nic nie mówiłaś, że…
    – To nic takiego – zapewniła Margrethe cicho. Mali czuła, że jest na nią zła. – To Mali uważa…
    – Mali nam zawsze pomagała – rzekł Bengt spokojnie. – Zrobimy tak, jak mówi. Ona chce naszego dobra, przecież wiesz, moja Margrethe. Ja też tego chcę. Jesteś dla mnie najdroższą osobą na całym świecie – powiedział, przytulając mocno żonę.
    Margrethe uśmiechnęła się i spojrzała na niego rozjaśnionymi oczami.
    – Skoro tak chcesz – powiedziała cicho.
    Mali była spocona i wymęczona, gdy już wszyscy odjechali. Zostawiła sprzątanie i zmywanie w rękach Ane i Ingeborg i podeszła do stołu, przy którym siedział Sivert i Havard. Chłopiec bawił się drewnianym konikiem, którego wystrugał dla niego Gudmund.
    – Czas do łóżka – powiedziała, targając włosy synkowi. – Chodź, pójdę z tobą.
    Ale Sivert nie chciał się jeszcze kłaść.
    – A jeśli cię zaniosę na górę razem z konikiem? – spytał Havard. – Moglibyśmy zrobić mu stajnię pod kołdrą, żeby spał dziś z tobą.
    Taka propozycja spotkała się z lepszym przyjęciem. Mali czuła, że to ona powinna położyć Siverta, jednak nie zaprotestowała. Była tak zmęczona… Nogi miała niczym z ołowiu. Dlatego siedziała tylko na stołku przy oknie, podczas gdy Havard zdjął z Siverta odświętne ubranie i okrył go kołdrą. Gdy usłyszała, że konik ma już stajnię i że powiedzieli mu dobranoc, wstała sztywno i podeszła do łóżka.
    – Śpij dobrze – powiedziała cicho i pocałowała syna. – Dobrej nocy tobie i konikowi.
    – Czy Havard może mnie jeszcze kiedyś położyć spać? – spytał Sivert, nadal obejmując ją za szyję. – Ja lubię Havarda, mamo.
    – Tak, wszyscy go lubimy – odparła Mali. – Ale Havard…
    – Chętnie położę cię jeszcze kiedyś spać, Sivert – powiedział mężczyzna – o ile twoja mama też tu będzie.
    Mali odwróciła się i spojrzała na niego, na iskrzące spojrzenie niebieskich oczu, na miły uśmiech, mocne białe zęby. Boże, dopomóż, pomyślała, wspierając się na oparciu łóżka, on staje się zbyt bliski… Ale nic nie powiedziała.
    – Mamo, czy on może…
    – Tak, chyba tak – odrzekła cicho. – Ale teraz już śpij, synku.
    Na korytarzu Havard złapał ją za ramię i przytrzymał mocno.
    – Nie chcesz, bym kładł go spać?
    – To nie to, Havard – odpowiedziała. – Ja się bardzo cieszę, że on… że ty… Aleja się…
    – Boisz się, tak? Boisz się, że zbyt się tu zadomowię?
    Mali nie była w stanie spojrzeć mu w oczy, stała tylko, mnąc palcami kołnierzyk. Możliwe, że nie jego się bała, ale siebie samej. Ostatnio czuła się tak słaba i pozbawiona woli… Gdy uniósł jej twarz ku górze, chciała uciec. Ale nogi miała niczym przyklejone do podłogi.
    – Wszyscy potrzebujemy trochę ciepła w życiu, Mali – wyszeptał. – Nawet ty. Możliwe, że ty nawet więcej niż inni, bo nie sądzę, żebyś otrzymywała je ostatnio. Nie będę się narzucał, obiecałem i dotrzymam tej obietnicy. Widzę tylko, że jesteś zmęczona i samotna, i że potrzebujesz kogoś. A ja jestem twoim przyjacielem, sama tak powiedziałaś.
    Mali chciała coś odpowiedzieć, ale nie mogła wydobyć ani jednego słowa. Jej oczy wypełniły łzy. On miał rację. To właśnie było tak trudne z Havardem, że rozumiał więcej, niż powinien. Gdy jego usta dotknęły miękko jej ust, wsparła się o niego. Zamknęła oczy i napawała się ciepłem jego ciała. Jego dłonie objęły ją w talii i przytuliły mocniej. Przez chwilę stali tak, mocno przytuleni. Jego usta nie żądały więcej, dłonie trzymały ją mocno, ale i delikatnie. Nagle Mali opamiętała się i chciała się uwolnić z uścisku.
    – Mali, Mali – wyszeptał z ustami przy jej włosach. – Czego się tak obawiasz? Ja chcę tylko twojego dobra.
    Chciała mu odpowiedzieć, ale gdy uniosła twarz, jego usta znów znalazły jej usta. Tym razem żądały więcej, tak samo jak dłonie. Gładziły ją po plecach, po głowie, mocniej przycisnęły. Mali nagle poczuła, że Havard jest podniecony, i gwałtownie zaczerpnęła powietrza. Drżące ciepło rozeszło się po jej podbrzuszu i poczuła, że mleko płynie jej z piersi. Czy to byłoby złe, gdyby ona…
    – Tego nie było w umowie, Havard – rzuciła nagle, łapiąc go za ręce i odsuwając się.
    Nie odpowiedział, przeczesał tylko włosy palcami. Patrzył na nią. Nadal jest zbyt szczupła, pomyślał, lecz poza tym jeszcze piękniejsza niż wcześniej: prosta i giętka niczym trzcina, ze wspaniałymi włosami i ciemnymi oczami.
    – Czy będę mógł to powtórzyć? – spytał cicho.
    Odwróciła się gwałtownie, chciała mu ostro odpowiedzieć. Jej uczucia były jednym wielkim chaosem.
    – Mam na myśli, czy będę mógł położyć Siverta spać – dodał z uśmiechem.
    Mali podeszła do schodów. Dogonił ją, zanim postawiła stopę na najwyższym stopniu, i dotknął lekko jej ramienia.
    – Jesteś na mnie zła? – rzucił cicho.
    Odwróciła się i spojrzała na niego. Pogłaskała go po policzku i powoli pokręciła głową.
    – Pewnie powinnam, ale nie jestem – powiedziała. -Nie jest łatwo złościć się na ciebie, Havard. Ale my…
    – Mamy umowę – dokończył za nią. – Nie zapomniałem o niej, mimo że najchętniej…
    Tej nocy Margrethe urodziła martwą dziewczynkę.

ROZDZIAŁ 3

    Wraz z kwietniem nadeszło upragnione ciepło i słońce. Półsenne muchy tłukły się o szyby, potok za pralnią bełkotał pod lodem, wielkie pranie leżało rozłożone do wybielenia na resztkach śniegu niczym spadłe z nieba anioły. Lód i śnieg topniały w oczach. Pod nasłonecznionymi ścianami budynków bywało tak ciepło, że i okrycia głowy, i wierzchnie warstwy ubrania lądowały na ławce.
    Mali siedziała przy spiżarni z twarzą zwróconą ku słońcu. Oparta o ścianę, rozkoszowała się ciepłem, które wypełniało jej ciało. I zranioną, samotną duszę, dodała w myślach i poczuła napływające łzy. O wiele łatwiej jej przychodziły od czasu urodzenia Oi, sama nie wiedziała, dlaczego. Może dlatego, że nadal miała wyrzuty sumienia, że nie dość kocha tego malca. Kochała go, oczywiście. Już urósł i nabrał ciała, uśmiechał się do niej. Czuła coś do niego, to pewne. Ale nie dawało się tego porównać z wszechogarniającą, nieziemską miłością do Siverta, na pewno nie.
    Długo sobie powtarzała, że miłość nadejdzie sama, że – jak mówiła akuszerka – nie było jej łatwo po tak ciężkim porodzie. Ale to nieprawda, myślała. Czuła, że Oja jest bardziej synem Johana niż jej, zwłaszcza ze względu na podobieństwo. Przecież nic na to nie mógł poradzić, biedaczek. Byle nie stał się do niego podobny z charakteru! O to Mali chciała najbardziej zadbać. Wydobędzie z niego najlepsze cechy, weźmie go pod swoje skrzydła, będzie o niego walczyła i go broniła, bo jest za niego całkowicie odpowiedzialna. Ale kochać go tak naprawdę, bez żadnych zastrzeżeń, jak Siverta, nigdy nie potrafi. Ta świadomość ją prześladowała.
    Siedziała tak, na wpół drzemiąc w słońcu. Aż podskoczyła, gdy dobiegł ją odgłos sań zajeżdżających na dziedziniec. Gdy przymrużyła oślepione światłem oczy, rozpoznała Margrethe i Olausa. Sivert też ich dostrzegł z okna izby i słyszała, że Ane z trudem udaje się go ubrać. Mali wstała i podeszła na powitanie siostry.
    – Ależ miło, że przyjechaliście – powiedziała, zsadzając Olausa. – Biegnij do domu, Sivert już się ubiera!
    Margrethe podjechała do ściany stodoły i uwiązała konia.
    – Nie chcesz wprowadzić go do środka? – spytała Mali.
    – Nie, na słońcu jest ciepło, niech sobie stoi – odparła Margrethe, zeskakując z sań. – Nie zostaniemy zresztą długo. Jest już kwiecień i nasi mali dziedzice niedługo mają urodziny. Pomyślałam, że możemy porozmawiać, jak je urządzić. No i jeszcze mama. W maju skończy pięćdziesiąt lat!
    Mali przyjrzała się siostrze. Już minął miesiąc, od kiedy tak nieoczekiwanie urodziła nieżywą córkę. Mali dowiedziała się dopiero następnego dnia, a pojechała do niej po kilku dniach. Margrethe leżała w łóżku, oczywiście bardzo przygnębiona. Wszyscy pogrążeni byli w smutku, że dziecko, na które tak czekali, nie żyło. Ale tak już się działo w życiu. Do rzadkości należały przypadki, gdy wszystkie urodzone dzieci przeżywały. Mali powiedziała to siostrze. Chciała też napomknąć, że powodem mogło być zbyt szybkie zajście w ciążę po bliźniaczkach, lecz dała spokój. Dołożyłaby siostrze wyrzutów sumienia, a przecież nie była tego tak pewna. Takie rzeczy po prostu się zdarzają.
    – Jak się masz? – Mali objęła siostrę. – Czujesz się już lepiej?
    – Trochę tak – przyznała Margrethe powoli. – Ale co noc śni mi się córeczka, której nie dane było żyć. Czy to moja wina…?
    – Twoja wina? – Mali przytuliła ją. – Oczywiście, że nie twoja, co za głupstwa! Tak się czasem zdarza, i już. Tak naprawdę obie jesteśmy szczęściarami. Przecież to istny cud, że bliźniaczki przeżyły. Tak jak Oja. Nie, to nie twoja wina, nie powinnaś tak myśleć ani przez chwilę!
    – Ale to było… Powinniśmy dłużej odczekać z Bengtem…
    – Przecież są takie, które zachodzą w ciążę co roku -rzuciła Mali. – Może nie wszystkie dzieci przeżywają, to prawda. Nawet gdybyś urodziła tylko jedno dziecko, też nie byłoby pewne, że dorośnie. To zależy od wielu rzeczy, wiesz.
    Margrethe spojrzała na nią oczami pełnymi łez.
    – Tak chciałam z tobą o tym porozmawiać – szepnęła. – Było mi potem tak źle…
    – Ale Bengt chyba nic ci nie powiedział…
    – O nie, Bengt był dla mnie bardzo dobry, powiedział, że najważniejsze, że ja przeżyłam. Że może z dzieckiem było coś nie tak, i może lepiej, że nie żyło. Że możemy mieć więcej dzieci.
    Tak, na pewno możecie, pomyślała Mali, ale lepiej trochę z tym poczekać. Powiedziała to Margrethe ostatnio, ale to przecież było ich życie i ich wybór.
    Sivert i Olaus wybiegli z impetem na dwór.
    – Ulepimy bałwana przy spiżarni! – zawołał Sivert. -Ane powiedziała, że da nam marchew na nos, jak będzie gotowy!
    – My siedzimy przy pralni! – krzyknęła za nimi Mali. – Jeśli nas nie będzie, znaczy, że weszłyśmy do środka. O ile chcesz posiedzieć trochę na słońcu – zwróciła się do siostry. – Znajdę jakiś pled, żebyś nie zmarzła.
    – Chętnie posiedzę na słońcu – odparła Margrethe. -To wspaniałe, że wreszcie jest ciepło. I jasno.
    – Właśnie o tym samym myślałam – rzekła Mali. -To była długa i ciężka zima.
    – Tak, ja nie powinnam pewnie narzekać w porównaniu z tym, co ty przeszłaś, Mali – powiedziała Margrethe. – Najpierw stary Sivert, potem Johan. Ja nie wiem, co bym zrobiła, gdybym straciła Bengta. Chyba bym też umarła!
    Mali nie odpowiedziała, wyjęła pledy i rozłożyła przy nasłonecznionej ścianie pralni.
    – Ty zawsze byłaś najsilniejsza z nas sióstr – mówiła dalej Margrethe. – No, Eli jest silna, na pewno, ale ty… Jakbyś wszystko potrafiła znieść. Jak to robisz?
    – Ty też jesteś silna – zaprotestowała Mali. – Pewnie nie znalazłaby się druga dziewczyna, która jak ty wyjechałaby z domu, gdyby odkryła, że jest w ciąży. To musiał być dla ciebie straszny rok, ale przetrwałaś! Więc nie opowiadaj mi, kto tu jest najsilniejszy, dobrze?
    Margrethe odgarnęła włosy.
    – Tak, nie chciałabym, żeby taki rok się powtórzył – westchnęła. – Gdy o tym myślę, sama nie rozumiem, jak temu podołałam. Wiesz, chodziło o wstyd, który przyniosłabym ojcu i matce… Nie widziałam innej drogi. Ale w końcu wróciłam do domu, bo już nie mogłam dalej. No i teraz jest mi cudownie, ale ty…
    Odwróciła się w stronę siostry, która siedziała z zamkniętymi oczami, oparta o ścianę.
    – Wiem, że to nie moja sprawa, ale zaczęłam się zastanawiać… Ten twój ślub z Johanem został tak szybko postanowiony. Czy ty… byłaś z nim szczęśliwa?
    Mali poczuła, jak oblewa ją fala gorąca. Im mniej mówiło się o dawnych czasach, tym lepiej, pomyślała.
    – Masz całkowitą rację, że to nie twoja sprawa – odparła, nie otwierając oczu – tylko moja. Wyszłam za niego z własnej woli i pozostałam jego żoną aż do jego śmierci. Czy byłam z nim szczęśliwa, dotyczyło tylko jego i mnie. Czym właściwie jest szczęście? Można być szczęśliwym, mimo że nie jest się tak szaleńczo zakochanym jak ty i Bengt. Nie żałuję wam tego szczęścia, ale uważam, że nie każdemu jest przeznaczone, sama wiesz. Miałam dobrego męża, jestem panią dużego dworu, mam syna, którego kocham ponad wszystko. To też jest szczęście…
    – Masz dwóch synów…
    Mali poczerwieniała i, zakłopotana, poprawiła włosy.
    – Tak, nie zapomniałam o Oi – zaśmiała się nerwowo. – Oczywiście, że nie. Ale był tak słaby i mały, źle ssał… Starałam się za bardzo do niego nie przywiązywać, bo nie byłam pewna, czy przeżyje. Pewnie wytworzyłam jakiś dystans wobec niego, na wypadek gdyby umarł. Byłoby mi ciężko, tak szybko po śmierci jego ojca… – dodała, czując, jak płoną jej policzki od własnego kłamstwa.
    – Ja tak nie czułam przy bliźniaczkach – zamyśliła się Margrethe. – Wiedziałam, że mogą umrzeć, mimo to kochałam je aż do bólu. Nie mogłam nic poradzić, tak było. Nie umiem wytworzyć dystansu jak ty.
    Mali nie odpowiedziała. Odwróciła płonącą wstydem twarz od siostry. Nie miałaby żadnego problemu z miłością do Oi, gdyby był synem Jo, myślała często. Nie przynosiło to ulgi jej wyrzutom sumienia… Traktowała Oję jako dziecko poczęte przez gwałt. Pewnie tak było. Jednak nie rozumiała, dlaczego czuje wobec niego tak mało. Przecież w pierwszym okresie życia w Stornes marzyła o dziecku z Johanem!
    Jednak nienawiść do Johana rosła w niej wraz z upływem lat. Pogarda wobec niego, poniżenie, któremu ją poddawał, to wszystko coś w niej zmieniło. Gdyby jednak to było tylko to, może by bardziej kochała jego dziecko. Ale Johan zabił Jo i jednocześnie zabił coś w niej. Ona zawsze będzie kochała Jo i jego dziecko. Ich troje: Jo, Sivert i ona, stanowiło całość. Tak często myślała tej zimy. Wiedziała, że to źle wobec Oi, ale nie mogła na to poradzić: on nie należał do nich…
    – Może tak się stało, bym dała radę przez to przejść -powiedziała Mali cicho, odwracając się do siostry. – Dopiero teraz mogę odważyć się myśleć, że Oja przeżyje. Ale jest coś szczególnego przy pierworodnym – dodała. – Ja w każdym razie tak czuję bez względu na to, czy to źle, czy dobrze.
    – A może? – zamyśliła się Margrethe. – Ja chyba też czuję do Olausa coś szczególnego. Oczywiście, kocham też dziewczynki, ale Olaus, tak… – Oczy siostry przybrały marzący wyraz i Margrethe posłała Mali nieśmiały uśmiech. – Prawie zawsze przychodzi mi na myśl…
    Poczerwieniała gwałtownie. Mali poklepała ją po policzku.
    – Cieszę się, że jesteś szczęśliwa, Margrethe – rzekła. -Że się odnaleźliście z Bengtem. Mało kto tak do siebie pasuje jak wy.
    – Ale ty nie chcesz wyjść znów za mąż…
    – W każdym razie nie spieszy mi się – odparła Mali. -Teraz mam tak dobrą pomoc w gospodarstwie, że nie potrzebuję męża. Ale co się kiedyś zdarzy, nie wiem. Nie myślę o tym.
    – Wielu myśli o tobie, wiem – rzuciła Margrethe, zerkając szelmowsko na siostrę. – Słyszałam o takim i innym…
    – Na razie ja nikogo nie chcę – ucięła Mali. – Nie wyjdę za mąż tylko dlatego, by mieć męża. Bo i po co?
    – Nie, ty nie – odpowiedziała siostra, wstając. – Ale ty nie jesteś jak inne kobiety. Jesteś niemal zbyt silna, Mali. Nikogo nie potrzebujesz.
    Mali także wstała i zaczęła strzepywać pledy. Rzuciła je na ławkę w pralni i zamknęła drzwi. Objęła siostrę za ramiona.
    – Potrzebuję moich dzieci, ciebie i mojej rodziny. Nie możesz w to nigdy wątpić, Margrethe – oświadczyła z powagą. – Ale może nikogo więcej, to prawda. W każdym razie na pewno nie męża.
    Lubię być wolna, chciała dodać, i nie chcę męża, który może mi rozkazywać, wyżywać się i dręczyć. Ale nie dodała. Siostrę by to zszokowało i zrozumiałaby, że Mali było źle z Johanem, w łóżku i poza nim. Najlepiej, jak o tym nie wspomni.

    W niedzielę czternastego maja Brit Buvik skończyła pięćdziesiąt lat. Dzień ten obchodziła w Buvika cała rodzina, dorośli i dzieci. Eli i Johannes przyjechali z małym Martinusem, pyzatym chłopczykiem podobnym do matki. Miał już dziesięć miesięcy i był mistrzem raczkowania. Eli po ciąży nie straciła dodatkowych kilogramów, ale nie wydawało się, by to jej przeszkadzało. Sprawiała wrażenie zrównoważonej i spokojnej.
    Z Innstad przyjechali Bengt z Margrethe ze swoją trójką. Pękali z dumy, patrząc na swojego ruchliwego trzylatka i śliczne dziewczynki. Mali przyjechała z synami i Havardem.
    Nie chciała jechać taki kawał drogi sama. Havard zaofiarował się, że ją podwiezie. Nie zostanie na przyjęciu, lecz przyjedzie po nich wieczorem. Ale oczywiście Brit nie zgodziła się na to i zaprosiła Havarda, by został. Mali nie podobało się to. Wolała, by nikt nie pomyślał, że Havard uzyskał inną pozycję w Stornes niż przewidziana w umowie. Jednak jej mama była zachwycona. Nie ukrywała, że cieszyłaby się, gdyby Mali wyszła za tego przystojnego, porządnego i czarującego zarządcę.
    – Ojej, jaki on miły, ten Havard – szepnęła do Mali z uśmiechem. -1 jaką ma rękę do twoich dzieci! Jeszcze nie widziałam mężczyzny, który by…
    Mali uściskała matkę, powstrzymując w ten sposób jej dalsze słowa.
    – Znam jego zalety, mamo – powiedziała. – Jestem wdzięczna, że pracuje w Stornes. Ale nic poza tym.
    – Ale może będzie – odparła matka, wodząc spojrzeniem za Havardem. – Potrzebujesz męża, dziecko.
    Mali nie odpowiedziała, nie chciała psuć świątecznego nastroju.
    W Buvika zrobiło się bardzo porządnie po rozbudowie i remoncie. Matka z dumą pokazała jej ich nowy dom, a ciężarna Anna oprowadziła po reszcie domu. Że też w Buvika zapanował taki dobrobyt, pomyślała Mali, rozglądając się wokół. Bardzo się cieszyła, zwłaszcza ze względu na matkę i ojca. Nigdy nie zapomni czasów, gdy ojciec znalazł się na skraju bankructwa, a matka, wychudła, z niepokojem wypatrywała nowego dnia. Długi, niepewność jutra… Nie, nie mogła wtedy podjąć innej decyzji, bo pewnie miałaby więcej istnień ludzkich na sumieniu.
    Po obiedzie Mali wzięła wózek z Oja i ruszyła w dół ścieżką, by uśpić małego. Oja poza domem, gdy nie miał swojej kołyski, najlepiej spał w wózku. Majowy dzień był cichy i ciepły. Pszczoły brzęczały, rumianki bielały na łące. Gdy dotarła na koniec zbocza, zawróciła, bo zobaczyła nadjeżdżający wóz konny z powożącym mężczyzną.
    – Czyżby to… Mali?
    Odwróciła się. Ten głos… Spojrzała na mężczyznę. Ciemnowłosy, przystojny, z opadającą na czoło grzywką, którą odgarniał w sposób, który zaczął jej kogoś przypominać.
    – To ty, Magnar! – powiedziała, zatrzymując się. – Minęło tyle lat…
    Zeskoczył z kozła. Gdy się zbliżył, Mali dostrzegła, że lata pozostawiły ślad na jego przystojnej twarzy. Sprawiał wrażenie przyciężkiego, uwydatnił mu się brzuch. Ale jego oczy były prawie takie same, te same, które wywoływały u niej zmysłowe sny. Teraz jego spojrzenie było wilgotne i nieco nieostre.
    Kiedyś chciała mu się oddać, w każdym razie marzyła, by zrobił coś jeszcze poza pocałunkami i niezgrabnymi, zbyt mocnymi pieszczotami. On jako pierwszy dotknął i całował jej nagie piersi…
    Gdy zbliżył się, poczuła jego wódczany oddech.
    W samym środku niedzieli! Co się z nim stało, skoro robił coś takiego, i to pewnie nie po raz pierwszy, sądząc po wyglądzie. Odsunęła się, złapała za rączkę wózka i chciała iść dalej.
    – Nie spiesz się tak bardzo, skoro spotykamy się po latach, Mali – powiedział, kładąc dłoń na jej ramieniu. – Myślałem dużo o tobie…
    Mali spojrzała mu w oczy. Nie wyglądał na szczęśliwego, choć miał żonę i dzieci.
    – Ja też o tobie myślałam – rzuciła lekkim tonem. – Tak już jest, gdy jest się młodym i zakochanym. Ale tak nagle odszedłeś. Nie byłam wystarczająco dobra dla twoich rodziców, prawda? Albo znalazłeś inną?
    Magnar kopał kamyki leżące przy drodze i odgarnął nieposłuszną grzywkę.
    – Raczej… rodzice – mruknął. – Twojemu ojcu się wtedy nie wiodło i powiedzieli, że…
    – Ależ Magnar – powiedziała Mali spokojnie. – To było tak dawno temu. Wszystko już zapomniane!
    Spojrzał na nią. Słońce sprawiło, że jej jasne włosy zaświeciły niczym złoto, a oczy wydawały mu się większe i ciemniejsze, niż pamiętał. Była tak ładna, że aż przeszedł go dreszcz. Spojrzał na jej bluzkę, na wypełniające ją piersi, przypomniał sobie, że kiedyś ich dotykał i całował. Poczuł fizyczne podniecenie i postawił stopę na kamieniu, by je ukryć.
    – I tak dobrze wyszłaś za mąż, Mali – rzucił. – Pani w Stornes… Tak, mogę zrozumieć, dlaczego Johan cię chciał, nawet bez posagu. Ale miałaś być moja… – dodał z błyskiem w oku.
    – Słyszałam, że masz żonę i kilkoro dzieci – zauważyła lekkim tonem. – Więc też nieźle ci się ułożyło. A może nie, skoro czuć od ciebie wódkę w niedzielne przedpołudnie?
    – Ja chciałem ciebie – powtórzył, nie zważając na jej słowa, nie spuszczając z niej spojrzenia. – Ale nie jest za późno, Mali. Jeszcze czas, by dostać to, czego wtedy nie dostałem. Słyszałem, że owdowiałaś, a ja…
    – A ty jesteś żonaty – ucięła Mali chłodno. – Poza tym wszystko się zmieniło. Czas zrobił swoje. Ale miło było cię zobaczyć. Powodzenia – powiedziała, odwracając się.
    Nagle poczuła, że chwycił ją wpół. Puściła wózek, bo Magnar uniósł ją z ziemi i pociągnął za kwitnący krzak głogu przy drodze. Rzucił na ziemię i przygniótł sobą. Czuła jego gorące, żądające usta, podczas gdy dłonie rozrywały jej bluzkę, aż guziki pryskały na boki. Przez chwilę Mali jakby sparaliżowało. Lekki wiatr owiał jej nagie piersi, poczuła usta Magnara wokół jednego sutka. Przez sekundę przeszedł ją słodki dreszcz, jednak nagle ocknęła się i wbiła kolano między jego nogi. Magnar jęknął i zsunął się z niej. Zerwała się, zebrała bluzkę w garść i przejechała drżącą dłonią przez włosy.
    – Ty wstrętna świnio – zasyczała, kopiąc go. – Co z ciebie za człowiek? Co ty sobie myślisz, że tak po prostu możesz…
    – Sama tego chciałaś – wyszlochał. – Czułem to!
    – Chyba masz zbyt bujną wyobraźnię, Magnar – rzuciła Mali lodowatym tonem. – Nie chciałabym cię, nawet gdybyś był ostatnim mężczyzną na ziemi. Nic o tym nie mów, to i ja nie powiem. Ale jeśli usłyszę jakieś plotki, wiedz, że cię usadzę. Pamiętaj, że nie jestem już biedną Mali Buvik. Jestem panią w Stornes! Więc uważaj, ty obrzydliwcze.
    Złapała za wózek i zaczęła szybko iść w górę. W połowie drogi usłyszała za sobą tętent kopyt. Zwolniła i obejrzała się powoli. Serce czuła w gardle, biło jak szalone. Co on sobie wyobraża? Czy ona w jakiś sposób go zachęciła? Nie, wiedziała, że nie. On musiał postradać rozum! Wiedziała z gorzkiego doświadczenia, że pijani tracą hamulce…
    Próbowała przygładzić włosy i dokładniej zasłonić piersi, jednak zbyt wiele guzików odpadło. Musi poprosić Annę, by pożyczyła jej bluzkę. Powie jej, że… Właśnie, co jej powie?
    – Bałem się o ciebie. Długo cię nie było. Mali wzdrygnęła się. Był to głos Havarda.
    – Co się stało? – spytał, obróciwszy ją ku sobie. Otworzył szeroko oczy, gdy dostrzegł jej zniszczoną bluzkę i rozczochrane włosy.
    – Co się stało? – powtórzył zmienionym głosem, pełnym niedowierzania, strachu i jakby gniewu.
    – Ja… spotkałam dawnego znajomego – wyjąkała Mali. – Znałam go, gdy byłam młoda, i… – I co, wróciliście do dawnych sztuczek? Mali wymierzyła mu policzek.
    – Co ty sobie myślisz! – rzuciła wściekła. – Był całkiem… Zresztą, nieważne, to nie twoja sprawa. Idź sobie, nie chcę cię widzieć! – dodała drżącymi ustami.
    Nagle wybuchła płaczem. Była w szoku, czuła się zbrukana. Wszystkie wspomnienia nocy z Johanem stanęły jej przed oczami. Padła na kolana, zanosząc się płaczem.
    – Mali, Mali, wybacz mi – wyszeptał Havard, podnosząc ją i przytulając. – Ja tak nie myślałem, tylko… straciłem głowę, gdy zrozumiałem, że ktoś mógłby…
    Mali oparła się o niego i płakała.
    – Zrobił ci coś?
    Pokręciła głową, co sprawiło, że warkocz całkiem się rozluźnił i włosy rozsypały się złocistą kaskadą po jej plecach. Havard dostrzegł jej półnagie piersi i ostrożnie położył na jednej dłoń.
    – Nie, Havard – szepnęła Mali. – Nie…
    Pochylił się i wziął w usta jej sutek, a dłonie zatopił w jej włosach. Mali stała na drżących nogach. Wsparła się o Havarda. Ktoś musi się mną zaopiekować, pomyślała otępiała, ktoś taki jak on, dla kogo coś znaczę i kto chce mojego dobra. Jego usta odnalazły jej usta, ciepłe dłonie pieściły jej piersi. Jak dobrze, pomyślała, dobrze i bezpiecznie. Dlatego, że to Havard.
    Odstawił wózek ze śpiącym Oja pod drzewo, wziął ją na ręce i ruszył w kierunku łąki. Niech to się stanie, pomyślała Mali zmęczona i zamknęła oczy. Czuła pulsowanie podbrzusza i rozchodzącą się stamtąd falę ciepła. Nagle Oja zaczął rozdzierająco płakać. Podziałało to na Mali jak kubeł zimnej wody. Wysunęła się z ramion Havarda i podbiegła do wózka. Drżącymi rękami wyjęła dziecko i zaczęła kołysać. Oja uspokoił się szybko i Mali ostrożnie go odłożyła. Nadal drżącymi, lodowatymi dłońmi Mali poprawiła włosy i bluzkę, spinając ją srebrną broszą, którą miała przy szyi. Cały czas czuła obecność Havarda za swoimi plecami, jednak jej nie dotykał. W końcu wzięła szal z wózka i otuliła się nim. Wystarczy. Poprosi Annę o pożyczenie bluzki, choć nadal nie wiedziała, jak wytłumaczy swój wygląd. Ale coś jeszcze wymyśli. Schwyciła rączkę wózka i zaczęła pchać go pod górę.
    – Daj mi – rzucił Havard cicho. – Przykro mi, że… Ale jest mi trudno, Mali. Jesteś taka…
    Spojrzała mu w oczy. Były pełne skruchy.
    – Nie powinieneś tego robić – powiedziała. – Mam do ciebie zaufanie, Havard. Jeśli nie dajesz rady, powinieneś się wyprowadzić ze Stornes.
    Pokiwał głową powoli. Spojrzeniem prosił o wybaczenie.
    – Ja… Jesteś najładniejsza na świecie… Ale nie powinienem tego robić. Obiecałem…
    Mali patrzyła na niego. Miała świadomość, że wina nie leży tylko po jego stronie, choć bez wątpienia wykorzystał fakt, że była w szoku, przestraszona i zrozpaczona. Nie wie, co by się stało, gdyby Oja nie zaczął płakać. Oboje byli winni. Nie uspokoiło jej to, wręcz przeciwnie: zaniepokoiło bardziej, niż chciała przyznać. Jej ciało nie było tak nieczułe, jak myślała.
    – Mogę popchać wózek? – spytał.
    – Dobrze – powiedziała, ujmując rączkę po swojej stronie. -1 zapomnijmy o tamtym…
    Pokiwał głową, unikając jej wzroku. Przebywanie z nią tak blisko okazało się dla niego trudniejsze, niż myślał, gdy godził się na pracę w Stornes. Czuł się chory z tęsknoty i pożądania, z miłości, o której nie sądził, że nim zawładnie. Mali była tak blisko, a jednak nieosiągalna. Jak długo zdoła tak żyć? Może naprawdę będzie musiał opuścić Stornes, jeśli tak będzie najlepiej dla nich obojga?
    Mali jakby czytała w jego myślach. Zatrzymała się nagle i spytała:
    – Zostaniesz w Stornes, Havardzie? Potrzebuję cię, wiesz przecież.
    Havard pokiwał głową. Tak, zostanie, skoro ona go o to prosi. Nie zawiedzie jej i nie pozwoli, by inny mężczyzna zajął jego miejsce. Ale ona nie rozumiała chyba, jakiej ofiary wymagała. Dziwiło go to, bo przecież nie była złym człowiekiem.
    – Dziękuję – powiedziała i poklepała go po przyjacielsku po dłoni.
    Poszli dalej.

ROZDZIAŁ 4

    Trwała pełnia lata. Dni były ciepłe i pełne woni, długie wieczory zachwycały grą kolorów na powierzchni fiordu i nad ciemnymi górami, noce były jasne i ciche. Plony zapowiadały się wspaniale. Wszystko rosło w oczach.
    W Stornes praca szła zwykłym rytmem, mimo braku gospodarza. Havard dawał sobie świetnie radę. Ciągle w ruchu, planował robotę i dbał o wszystko. Wszyscy go doceniali i lubili, bo nigdy nie okazywał wyższości. Miał szczególną cechę: sprawiał, że ludzie dobrze się czuli w jego towarzystwie, nawet w trakcie intensywnej pracy. Szedł za tym szacunek wobec niego jako człowieka. Nie zabiegał o to, ale tak po prostu było.
    Czasami Mali stwierdzała, że nigdy wcześniej nie panował w gospodarstwie lepszy porządek. Co piątek siadali z Havardem nad rachunkami i planowali zadania na nadchodzący tydzień, mimo że Mali nie uważała tego za niezbędne. Była całkowicie przekonana, że Havard zna się na robocie, do której był zatrudniony.
    – Ty rozumiesz to o wiele lepiej niż ja – powiedziała, gdy pewnego piątku wszedł do kuchni z naręczem papierów i ksiąg rachunkowych. – Sam to zrób, mam do ciebie zaufanie, wiesz przecież. Wszystko idzie dobrze, każdy to widzi. To dzięki tobie – dodała.
    Ale on trzymał się swego. Chciał, by brała udział w planowaniu, by pokazać jej i wszystkim, że to ona tu rządzi, że jest tego świadom i to respektuje. Mali zrozumiała, że ważne jest dla niego, by nikt nie mógł powiedzieć, że pozwala sobie na zbyt wiele. Ze nie przekracza granic umowy.
    – Zróbmy to razem – odparł. – Możliwe, że kiedyś będziesz zadowolona, że umiesz planować i prowadzić rachunki. Nie jest pewne, że będę tu na gospodarstwie całą wieczność – dodał, nie patrząc na nią.
    Nie rozmawiali o tym, co wydarzyło się wtedy w Buvika. Havard był miły, towarzyski i pracowity i tak samo chętnie zajmował się Sivertem. Tylko wobec niej zwiększył dystans. A może sobie to tylko wyobraziła? Ale czuła, że nie może już do niego iść ze wszystkimi problemami, że on nie chce przebywać z nią zbyt blisko. Właściwie go rozumiała. Nie można mieć wszystkiego. Po wydarzeniu w Buvika wiedziała, że Havard nie zadowoli się już okruchami. Jeśli ma coś mieć, to albo wszystko, albo nic.
    Zdarzało się, że czuła na sobie jego spojrzenie, gdy wydawało mu się, że ona nie patrzy. Jednak gdy spoglądała na niego, udawał, że jest zajęty czymś innym. Niech i tak będzie, pomyślała. Potrzebowała dobrego pracownika i zarządcy, i to jej zapewniał. Mogła się obejść bez zaufania i bliskości pomiędzy nimi. Rozumiała, że jemu nie jest łatwo. Sama tęskniła za jego ciepłem, uściskiem, może za łagodnym pocałunkiem na poddaszu. Gdy tego już nie otrzymywała, czuła, jak było to dla niej ważne – o ile sama mogła ustanawiać granice. Czuła się wtedy żywa i kochana, serce biło mocniej, a nawet ogarniała ją gorąca i dziwna tęsknota, do której nie chciała się sama przed sobą przyznać. Bo nadal nie chciała wychodzić za mąż, choć pewnie nikt nie rozumiał, dlaczego. Nie brakowało mężczyzn, którzy chętnie widzieliby się w tej roli. Ale sama myśl, że miałaby znów ulec woli mężczyzny, sprawiała, że okrywała się gęsią skórką, choć wyczuwała, że małżeństwo z Havardem byłoby inne niż z Johanem.
    Mimo to nigdy nie będzie tak, jakby tego pragnęła. Nadal marzyła o Jo, choć myślała o nim rzadziej. Na zawsze miał swoje miejsce w jej sercu. Wszystkich mężczyzn porównywała z nim i żaden nie wytrzymywał tego porównania, nawet Havard. Nikt nie mógł równać się z Jo, myślała Mali, siedząc oparta o ścianę szopy nad morzem. Znów zaczęła tu przychodzić, choć przysięgała w dniu śmierci Jo, że nigdy tego nie zrobi. W tym dniu, w którym sama o mało nie wskoczyła do fiordu… Ale nawet Mali musiała przyznać, że czas, o ile nie leczy – to przynajmniej zabliźnia ranę. Wtedy daje się żyć…
    Sivert cały dzień był w ruchu, zwykle trzymając się Havarda. Mały wyciągnął się bardzo przez ostatnią zimę, pomyślała Mali, patrząc na syna skaczącego po kępach trawy i kamieniach. Miał w sobie zwinność kota. Gdy stanął w słońcu i uśmiechnął się do niej szarozielonymi, iskrzącymi oczami, z widocznymi mocnymi, mlecznymi zębami, z ciemnymi włosami w szalonym nieładzie, coś aż ją kłuło. Był tak podobny do Jo! I w przeciwieństwie do Oi, który ledwo różowiał w słońcu, skóra Siverta była złocistobrązowa na długo przed nocą świętojańską.
    Oja świetnie się rozwijał, jak już zaczął jeść i mógł przebywać na dworze. Mali sama nie wierzyła, że ten różowiutki, jasnowłosy niemowlak o krągłych policzkach był tym samym chudziakiem, którego urodziła w lutym i któremu mało kto dawał szanse życia.
    Oja był poważniejszym dzieckiem niż Sivert, już teraz mogli to stwierdzić. Sivert gaworzył i uśmiechał się do wszystkich, natomiast Oja najpierw oceniał, długo wpatrując się w nową osobę ciemnymi oczami. Uśmiechał się rzadko.
    – Johan też był taki jako dziecko – mówiła Beret, patrząc na wnuka błyszczącymi oczami. – To niesamowite, jaki on jest do niego podobny. To dla mnie zbawienie, że on przeżył.
    Nadal okazywała, że kocha Siverta, ale on nawet nie mógł się równać z Oja. Beret zawsze była przy niemowlęciu, nosiła je na ręku, brała na kolana i śpiewała piosenki. Jeśli obie, Mali i Beret, podeszły do jego kołyski, Oja wyciągał rączki do babci. Nie żeby Mali żałowała Beret tego pocieszenia, które najwyraźniej stanowił dla niej wnuk, ale jednak odczuwała w takich razach jakieś ukłucie.
    Sivert pochłonięty był zbieraniem chrustu i drew na wielkie ognisko świętojańskie, które zgodnie z tradycją mieli rozpalić na cyplu przy Stornes. Pomagały mu dzieci z pozostałych dworów i zagród. To Havard wpadł na pomysł zajęcia tym dzieci. Niemało soku poszło na ugaszenie pragnienia malców, umorusanych kurzem i żywicą. Wszyscy mówili o wieczorze, gdy będą mogli zostać tak długo, jak zechcą, zapalą wielkie ognisko i będą jedli tyle ciastek i pili tyle soku, ile zmieszczą. Takie wspaniałości nie zdarzały się zbyt często.
    – Będą też kanapki – pochwalił się Sivert gromadce dzieci. Mali słyszała go przez otwarte okno salonu. -Nie tylko ciastka, nie.
    – Moja mama upiecze herbatniki – odezwało się któreś.
    – Dasz spróbować? – spytał Sivert. – Dam ci wtedy kanapkę.
    Mali nie dosłyszała odpowiedzi, bo nadszedł Havard i zaczął chwalić dzieci za dobrze wykonaną pracę.
    – To chyba będzie największe ognisko, jakie kiedykolwiek rozpalono w Stornes – rzekł Havard. – Ależ to będzie noc świętojańska, mówię wam!
    Przez lata ognisko świętojańskie na cyplu Stornes stało się tradycją w okolicy. Dorośli i dzieci z dworów i zagród spotykali się tam, niosąc koszyki z jedzeniem. Oczywiście, o ile pogoda pozwalała. A jeśli nawet pogoda nie zdołała zagnać niektórych do domu, czyniły to meszki. W łagodne, wilgotne letnie wieczory potrafiły doprowadzić ludzi do szaleństwa. Małe, niemal niewidoczne, nagle były wszędzie: we włosach, w uszach i pod powiekami, pod ubraniem. Czasami było ich tak wiele, że tworzyły obłok nad głową. Nic nie dawało odganianie: były wszędzie. Tak, meszki potrafiły zepsuć więcej wieczorów świętojańskich niż zła pogoda, myślała Mali.
    Ale wszystkie oznaki na niebie i ziemi zapowiadały piękny wieczór. Sivert już od rana szalał z podniecenia. Co kwadrans pytał, która godzina, aż wreszcie Mali wysłała go, by posprzątał w szopie na drewno. Skrzywił się, ale przynajmniej zniknął. Gdy Mali po jakimś czasie wyszła do niego, nie znalazła go w szopie. Siedział na dużym kamieniu przy strumieniu za pralnią i puszczał łódki z kory. Pokręciła głową, ale uśmiechnęła się. To było dla niego tak typowe. Nie miał zamiłowania do pracy, uznawał ją za nudną. Istniało tyle zabawniejszych zajęć! Oprócz puszczania łódek lubił chodzić po łące i zbierać dla niej kwiaty albo leżeć na sianie w stodole i obserwować jaskółki, które lepiły gniazda wysoko pod dachem. Zawsze wiedział, w którym gnieździe są już młode. Czasem przychodził do niej, płacząc, z nieżywym pisklęciem, który zbyt wcześnie odważyło się na skok i kończyło na klepisku stodoły. Wtedy Mali musiała odłożyć swoje zajęcia, znaleźć kartonik i pójść z synem na pogrzeb. Na tyłach domu Sivert urządził mały cmentarzyk, gdzie oprócz piskląt grzebał martwe myszy czy rozjechane dżdżownice i stawiał na ich grobach koślawe krzyże. Jego niezwykła więź ze wszystkimi żywymi stworzeniami stawała się z każdym rokiem mocniejsza, zauważyła Mali.
    Po zakończeniu obrządku w oborach ludzie zaczęli napływać w kierunku cypla Stornes. Był niezwykle ciepły i piękny letni wieczór, tak jasny, że niemal nie warto było zapalać ogniska. Jednak, oczywiście, zapalono je zgodnie z tradycją i ku radości dzieci, także tych najmłodszych, aby miały czas się nim nacieszyć, zanim zasną.
    Mali siedziała razem z Margrethe, Bengtem, Ane i Aslakiem. Rozglądała się trochę za Havardem, ale go nigdzie nie dostrzegała. Dziwne, pomyślała, nic nie mówił, że go nie będzie. Właściwie w ogóle nie wspominał o wieczorze…
    – Jak się macie, nowożeńcy, tam pod lasem? – spytała Margrethe, spoglądając na Ane.
    Ane poczerwieniała i zaczęła kręcić źdźbło trawy w palcach. Aslak uśmiechnął się bezradnie.
    – Dobrze – odparta w końcu Ane. – Urządziliśmy się…
    – Słyszałam, że nie ty będziesz w tym roku na letnim pastwisku? – pytała dalej Margrethe. – To pierwszy raz od wielu lat, mówiła Mali.
    Aslak objął ramieniem Ane i odchrząknął.
    – Mali obiecała, że Ane zostanie na gospodarstwie tego lata. Mnie to nie martwi, o nie. Inaczej widziałbym ją tylko w niedziele, no i…
    – Tak, na pewno byłoby ci trudno – zaśmiał się Bengt dobrodusznie. – Najlepiej przecież mieć żonę w łóżku każdej nocy, zgadzam się!
    Aslak poczerwieniał i spuścił wzrok. Nadal mocno obejmował Ane. Mali pochwyciła jej spojrzenie i nagle zrozumiała to, nad czym zastanawiała się przez ostatnie tygodnie. Ane jadła mniej niż zwykle, była blada mimo słońca i częściej biegała do wychodka.
    – Może jesteś ciężarna, Ane? – spytała, dotykając jej ramienia. – Jak się tak zastanowię, wszystko by na to wskazywało. Ale jakoś na to nie wpadłam, dopiero teraz…
    Ane spojrzała na nią promiennymi oczami i z rumieńcami na policzkach. Potem zerknęła na Aslaka i splotła swoje palce z jego.
    – Tak, jest – obwieścił dumnie Aslak. – Więc tym lepiej, że nie pojedzie na pastwisko. To ciężka praca i baliśmy się, że coś mogłoby się stać…
    – Nigdy bym cię nie wysłała na pastwisko w tym stanie! – Mali poklepała Ane po plecach. – Ależ wspaniałe wiadomości w ten wieczór świętojański. Gratuluję wam obojgu! Tak, to wielka zmiana dla was, no i dla nas w Stornes. Ale zostaniesz z nami, Ane, jak obiecałaś? Dziecko będziesz mogła zabierać ze sobą, przecież kołyska jest wolna.
    – O tak, oczywiście, że zostanę w Stornes – rzuciła Ane szybko. – Przecież mamy umowę. A dla dziecka będzie dobrze mieć towarzystwo Siverta i Oi. Nie mogłoby być lepiej!
    – Kiedy go oczekujesz, Ane? – spytała Margrethe. -Bo nic po tobie nie znać. Choć rzeczywiście nie widuję cię zbyt często – dodała z uśmiechem.
    – Myślę, że to będzie podarunek na Boże Narodzenie – odparła Ane. – Wspaniały podarunek. O ile wszystko dobrze pójdzie – dodała, zerkając na Margrethe.
    Na pewno pomyślała o jej martwym noworodku, albo i o gwałtownym porodzie Mali, którego była świadkiem. Takie przeżycia zostają w pamięci kobiety, która ma przed sobą pierwszy poród.
    – Zajmiemy się tobą, Ane – uśmiechnęła się Mali uspokajająco. – Wszystko pójdzie dobrze.
    Nagle dostrzegła spojrzenie, które Margrethe posłała Bengtowi. Było tak pełne słodyczy i czułości, że Mali już wiedziała, że prawdą jest to, czego się obawiała.
    – Ty też jesteś brzemienna – powiedziała cicho, patrząc na siostrę.
    – Zostałaś jasnowidzem, czy co? – spytał Bengt, ale czuła, że był lekko zażenowany. – Skąd wiesz? My dopiero się zaczęliśmy domyślać…
    – Nie, ja…
    Mali przerwała. Miała wielką ochotę krzyczeć. Czy oni nie mogą trochę bardziej panować nad sobą? Pewnie nie, pomyślała, skoro są nadal tak zakochani. Przecież sama straciła rozsądek, gdy Jo przybył do Stornes. Wiedziała, że to, co robi, to grzech, ale nic jej nie mogło powstrzymać. To samo się powtórzyło, gdy niespodziewanie odwiedził ją jesienią na pastwisku. Oddała mu się w dzikiej ekstazie, nie bacząc na konsekwencje. Więc może nie jestem ani trochę lepsza od Margrethe, pomyślała. Raczej gorsza. Konsekwencje tego ostatniego razu były… śmiertelne. Bo siostra jest przynajmniej żoną tego, z którym śpi. Ale Margrethe będzie miała dziecko przed upływem roku po stracie poprzedniego!
    – Nie mieliśmy takiego zamiaru – tłumaczyła się młodsza siostra, a policzki jej płonęły. – Ale skoro ty… Nie, to nie będzie dla nas bożonarodzeniowy podarunek. Dziecko urodzi się pod koniec stycznia, tak sądzę.
    O Boże jedyny, o czym oni myśleli? Przecież Margrethe będzie wycieńczona. Oczywiście, jest zdrowa i młoda, ale niemal bez przerwy w ciąży! Wzdrygnęła się. Gruźlica znów zbierała ofiary w pobliskich wsiach, a imała się najsłabszych… Mali nagle poczuła dłoń siostry na ramieniu.
    – Nie bądź zła…
    – Nie jestem zła – odpowiedziała Mali, otaczając młodszą ramieniem. – Dlaczego miałabym być zła? Wiem przecież, jak kochacie swoje dzieci. I jesteście młodzi i zdrowi. Nie, nie jestem zła – dodała. – Jeśli już, to tylko się o ciebie niepokoję, że będziesz wymęczona…
    – Zaopiekuję się nią – obiecał Bengt. – Ona będzie już tylko dla ozdoby, naprawdę.
    Co ty tam wiesz, pomyślała Mali. Młoda gospodyni w dużym dworze, z trójką małych dzieci, która miałaby być tylko dla ozdoby! To niemożliwe. Nie, wszyscy mężczyźni są tacy sami. Gdy już znajdą się w łóżku, myślą tylko tym, co mają między nogami, a nie głową!
    Iskry strzelały z wielkiego ogniska tak, że musieli się odsunąć. Żar buchał. Pęki iskier wylatywały w niebo za każdym razem, gdy na pół wypalona belka padała na ziemię. Dzieci piszczały z radości. Mali próbowała nadążyć spojrzeniem za Sivertem, ale było to niemożliwe.
    Biegał, umorusany i podniecony, zbierał patyki i dorzucał do ogniska w nadziei, że wieczór się nigdy nie skończy.
    Jedna z przechodzących obok dziewcząt z Oppstad włożyła Mali na głowę wianek z rumianków, dzwonków i żółtych traw.
    – Naprawdę dla mnie? – spytała Mali z uśmiechem. – Jest dla mnie zbyt ładny. To ty powinnaś go nosić, młoda i śliczna.
    – Nie, to dla ciebie, bo może wyjdziesz za mąż – zaśmiała się dziewczyna. – Moja mama mówi, że dziewczyna, która ma wianek na głowie w wieczór świętojański, wyjdzie za mąż przed końcem roku.
    – No, to mamy się na co cieszyć – zaśmiał się Bengt. -Zobaczymy, czy w Stornes będzie wesele na święta. To miła perspektywa!
    Mali nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się do dziewczyny i zostawiła wianek na głowie. Nie wierzyła w przesądy, więc mogła go zatrzymać. Żaden wianek nie spowoduje, że wyjdzie za mąż!
    – Chyba cieszycie się na próżno – rzekła. – Zamierzam być wolna i swobodna, by pomagać choćby w przyjmowaniu waszych dzieci na świat.
    – Możesz dać radę obu sprawom – uśmiechnął się szwagier. – Właściwie nie rozumiem, dlaczego jeszcze jesteś wolna, skoro jesteś co najmniej tak samo ładna jak twoja siostra, a to niemało – dodał, patrząc na nią z nieskrywanym podziwem.
    Bo była ładna w tym wianku. W blasku ogniska jej włosy lśniły niczym stare złoto, a skóra sprawiała wrażenie złocistego jedwabiu. Wiele spojrzeń śledziło jej postać: wyprostowaną jak świeca, wąską w talii i z bujnym biustem. Właściwie nigdy nie wyglądała piękniej, pomyślał Bengt, i to pomimo tego, co przeszła przez ostatni rok.
    Mali poczuła, że się rumieni z radości i zażenowania. Rzadko myślała o swoim wyglądzie, ale gdy Bengt ją pochwalił, poczuła, że to miłe.
    – Ja też powinnam chyba tego chcieć – rzuciła lekko. – Ale nie chcę, i mówię to jasno. A teraz może zmienimy temat?
    Wtedy dostrzegła Havarda. Szedł wzdłuż brzegu razem z Laurą Granvold, córką we dworze Oppstad. Była dużo młodsza od swojego brata, Edvarda, który miał już żonę i dzieci. Jej narodziny były dużą niespodzianką i radością dla rodziców. Ile mogła mieć lat, zastanawiała się Mali. Siedemnaście, osiemnaście? I jakim cudem Havard spacerował właśnie z nią? Uświadomiła sobie, że Havard zawarł dużo znajomości, od kiedy zaczął pracować w Stornes, i że często bywał z jakimiś sprawami w Oppstad. Ale żeby spacerować z Laurą w taki wieczór? Coś skurczyło jej się w brzuchu. Na widok tych dwojga, dziewczyny od czasu do czasu otaczanej ramieniem przez mężczyznę. Mali oblała się żarem, choć nie wiedziała, dlaczego. Przecież Havard, jako kawaler, mógł sobie być, z kim chciał. Jej nic do tego. Mimo to… Mali nie mogła oderwać od nich spojrzenia.
    – No proszę, oto Havard – Bengt wskazał dłonią. -I ma ze sobą kobietę. Wygląda na to, że na noc świętojańską – zaśmiał się.
    – Bengt! – upomniała go żona żartobliwym tonem. -Nawet jeśli idzie razem z Laurą, to niekoniecznie znaczy, że on… że on… A może jest coś między nimi, Mali?
    Mali wzdrygnęła się.
    – Ja o niczym nie wiem – odparła, unikając wzroku siostry. – W ogóle nie wiem, z kim Havard się widuje w czasie wolnym. W każdym razie znalazł sobie niezłą dziewczynę -rzucił Bengt. – Laura wyrosła na całkiem ładną pannę, to pewne. Ale jest strasznie młoda.
    – I ty to mówisz! – zaśmiała się Margrethe. – Ja byłam młodsza, kiedy ty…
    Bengt zaczerwienił się gwałtownie i zaczął częstować wszystkich ciastkami. Havard i Laura dotarli do cypla i zaczęli podchodzić w górę.
    – To tu jest przyjęcie, widzę – zauważył Havard wcale niezmieszany. – Znajdzie się miejsce dla nas?
    – Oczywiście, oczywiście – powiedział Bengt, przesuwając się. – Mamy miejsce, ciastka i sok. Czekamy na kawę. Peder Plassen gotuje wielki czajnik kawy, podobno czarnej jak smoła. – Mrugnął do Havarda. – Ale nie odmówisz czegoś przezroczystego dolanego do niej, prawda?
    – No nie, to należy do nocy świętojańskiej -uśmiechnął się Havard. – A ty zostałaś panną młodą? -powiedział, dotykając wianka Mali. – Gdzie jest ten szczęśliwiec? Ci, z którymi tu siedzisz, mają już żony, o ile wiem.
    Mali zalała się rumieńcem. Gwałtownym ruchem zerwała wianek z głowy.
    – Dostałam go – oznajmiła. – Mówią, że ta, która ma wianek w czasie nocy świętojańskiej, wyjdzie za mąż przed końcem roku? Więc pewnie on bardziej pasuje tobie – dodała z lekką ironią w głosie i włożyła wianek na głowę Laury.
    Laura zaśmiała się, zażenowana, ale poprawiła wianek spoczywający na jej długich, rozpuszczonych włosach. Ona naprawdę ładnie wyrosła, zauważyła Mali.
    Nie jest już dziewczynką, ale dojrzałą młodą kobietą o wspaniałych kształtach rysujących się pod niebieską sukienką.
    Laura rzuciła szelmowskie spojrzenie na Havarda. Było w nim tyle uczucia i czułości, że Mali aż przeszedł dreszcz.
    – Jest mi w nim ładnie? – spytała cicho, dotykając dłoni mężczyzny.
    – Ładnie – uśmiechnął się Havard. – Jest ci ładnie i z wiankiem, i bez – dodał, urywając jeden rumianek z jej wianka i zatykając go w dziurkę koszuli.
    Miał wiele rozpiętych guzików, niemal aż do pasa, widać było jego złocistą skórę. A może nie zapiął koszuli po tym, jak ją zdjął? – pomyślała Mali nagle. Myśl, że może on kochał się z Laurą gdzieś na brzegu morza, zanim tu przyszli, sprawiła, że Mali osłabła. A przecież nic jej do tego! Jednak czuła zazdrość palącą jej serce, mimo że gdyby chciała Havarda, mogłaby go mieć w każdej chwili, na pewno przed dzisiejszym wieczorem. On nigdy nie ukrywał, że jej pragnie, a ona go odrzucała. Teraz czuła, że go pragnie, o ile nie musiałaby wychodzić za niego za mąż.
    Ale niech tam! Nigdy nie odda swej wolności, nie po tym, co przeżyła. Bo wszystkim chodzi o małżeństwo, Havardowi także. A tego ona nie chciała. Zresztą, wygląda na to, że i tak za późno żałować, pomyślała, zerkając z ukosa na Laurę, przytuloną do torsu Havarda. A niech tam, pomyślała ponownie, ale poczuła łzy napływające do oczu.
    Powoli zapadał zmrok. Góry pałały w łunie zachodzącego słońca. W wodach fiordu odbijały się puchate obłoczki o złotych i purpurowych brzegach. Ognisko dogasało.
    – Cóż, poszukam Siverta i idę do domu – rzuciła Mali nagle i wstała. -1 tak siedziałam za długo. Beret opiekuje się Oja, a miałam go nakarmić jakiś czas temu.
    – Tak, a my poszukajmy Olausa – zgodziła się Margrethe. – Dawno powinien być w łóżku, no ale wieczór świętojański jest tylko raz do roku.
    Siostry podeszły razem do ogniska. Sivert nie chciał nawet słyszeć o powrocie, mimo że był tak zmęczony, że ledwo stał na nogach. To samo było z Olausem.
    Mali wzięła syna na ręce i powiedziała stanowczo, że już koniec wieczoru. Wszyscy idą do domu, i koniec dyskusji. Sivert na tyle dobrze ją znał, że rozumiał, że na nic protesty. Uwiesił się, ciężki i zmęczony, na jej szyi i popłakiwał.
    Mali pożegnała się z obecnymi i ruszyła w kierunku domu. Gdy była w połowie drogi, usłyszała za sobą czyjeś kroki. Obejrzała się, lekko przestraszona. To był Havard. Sam.
    – Pomyślałem, że potrzebujesz pomocy w niesieniu Siverta – powiedział. – Jest dla ciebie za ciężki.
    – Dam sobie radę – rzuciła, ruszając dalej. – A ty masz kogoś, kto czeka, byś go odprowadził do domu.
    – Naprawdę?
    Usłyszała po jego głosie, że się uśmiecha, a ona miała ochotę odgryźć sobie język za to, że się zdradziła ze swoją zazdrością. Nagle poczuła, że coś spoczęło na jej włosach. Zatrzymała się i dotknęła. Był to wianek.
    – To twój wianek, o ile wiem – przypomniał. – Uznałem, że powinnaś go dostać z powrotem. Połóż go pod poduszką, to przyśni ci się ten, za którego wyjdziesz za mąż. Moja mama tak mówiła.
    Bez pytania wziął z jej ramion Siverta, przytulił i zaczął iść. Mali stała jeszcze chwilę, skubiąc więdnący już wianek. Ruszyła dalej z wiankiem w dłoni. Nie chciała, by Beret ją zobaczyła przystrojoną.
    Tej nocy Mali śnił się Havard. Nadszedł brzegiem morza. Miał rozpiętą koszulę i uśmiechał się do niej iskrzącymi, niebieskimi oczami i mocnymi, białymi zębami.
    Na przyzbie letni wiatr bawił się przywiędłymi kwiatami wianka.

ROZDZIAŁ 5

    W dni poprzedzające wyjście ludzi i zwierząt na letnie pastwisko w Stornes wrzała praca. Ingeborg z wypiekami na twarzy biegała tam i z powrotem. Za nią chodziła Ane, tłumacząc, pouczając i upominając.
    – Nigdy mi to nie wyjdzie – narzekała Ingeborg. – Czy nie możesz jednak pojechać, Ane?
    – Nie, ona na pewno nie może – odparła Mali stanowczo. – A ty, jeśli się tylko uspokoisz, zrozumiesz, że dasz radę. Nie będziesz tam sama. Są jeszcze trzy dziewczyny do pomocy z innych gospodarstw. Weź się w garść, dziewczyno – dodała bez specjalnej nadziei.
    Załadowano wielki wóz, który miał przewieźć ładunek przez łąki i bagna. Latem na pastwisko mieli przychodzić ludzie po masło i sery, a zanosić jedzenie i inne rzeczy, których dziewczyny mogły potrzebować. Jednak najważniejsze rzeczy miały pojechać właśnie tym pierwszym transportem.
    – Ja też jadę, ja też jadę – triumfował Sivert rozgłośnie. – Jestem duży, pozwolili mi. A ty jesteś mały i musisz zostać w domu – zwrócił się do leżącego w kołysce Oi. – Ale opowiem ci wszystko, gdy wrócę. O ile nie będziesz spał – dodał. – Ty ciągle śpisz.
    – Tak, my z Olą Johanem zostaniemy tu, by pilnować domu – uśmiechnęła się Beret. – Masz rację, on jest za mały. A ja za stara.
    – Tak, jesteś za stara, babciu – potwierdził chłopiec. Spojrzał na nią z zastanowieniem. – Za trudno by ci było iść. I myślę, że byłabyś za ciężka dla Simy. Boja będę jechał na Simie, jest do mnie przyzwyczajona.
    – Tak, od ciebie można usłyszeć słowa prawdy -przyznała Beret, gładząc go po głowie.
    W ciągu ostatniego roku wiele osób zwracało uwagę na wiek Beret, pomyślała Mali, zerkając na teściową. Jej twarz wychudła, w ciemnych włosach pojawiły się siwe pasma. Ale nadal trzymała się prosto, a sokole spojrzenie i ostry język były nadal w użyciu, choć nie tak często jak kiedyś.
    – Tam jest daleko, więc lepiej, jak zostaniesz w domu – mówił dalej Sivert z troską w głosie. – Powinnaś opiekować się Oja. On nawet nie umie sam jeść.
    – Ależ ty jesteś, Sivercie – rzekła Beret, posyłając wnukowi jeden z jej nader rzadkich uśmiechów. – Zupełnie niepodobny do ojca, ale i tak niezły…
    – Dlaczego nie jestem podobny do ojca? – spytał malec, spoglądając na babkę poważnie.
    Mali pakowała właśnie chleb i resztę jedzenia do skrzynki przy stole kuchennym i udawała, że nie słucha, ale serce waliło jej coraz mocniej.
    – Dlaczego, dlaczego – odparła Beret wymijająco. -Tego się nie wie. Jesteś bardziej podobny do matki, po prostu tak jest.
    – A to źle? – spytał Sivert, wspinając się babci na kolana i sięgając po broszę, którą miała pod szyją.
    Beret zaśmiała się, gładząc go po plecach.
    – Nie, to nic złego. Poza tym jesteś też podobny do mnie, gdy byłam mała. Też miałam ciemne włosy, jak ty. Nie, to nic złego, że nie jesteś podobny do ojca. I tak jesteś moim wnusiem. Ale Oja… – Spojrzała w kierunku kołyski. – Oja wygląda zupełnie jak tata, gdy był mały.
    – Bardziej kochasz Oję? – spytał Sivert. Broda zaczynała mu się trząść. – Nie kochasz mnie już?
    Beret powróciła wzrokiem na wnuka siedzącego na jej kolanach, na jego złocistą skórę, ładne szarozielone oczy i ciemne, kręcone włosy. Coś było w nim znajomego, przypominał jej kogoś… Może tylko zdjęcie jej samej z dzieciństwa? Na pewno był ładny, pomyślała, gładząc go po krągłym policzku. Ładny i bystry.
    – Jesteś na pewno podobny do taty w tym, że jesteś takim jak on mądralą. No i oczywiście, że cię kocham – dodała miłym tonem. – Przecież dobrze o tym wiesz, mały Cyganie!
    Mali aż się wzdrygnęła, a serce skoczyło jej do gardła. „Cygan", skąd Beret przyszło do głowy, by go tak nazwać? Ręce zaczęły jej się tak trząść, że aż upuściła chleb na ziemię. Szybko kucnęła, kryjąc się za skrzynią. Przecież to nic nie znaczy, starała się uspokoić. Przecież tak się czasem mówiło o chłopcach, którzy zachowywali się podobnie jak Sivert, z jego pomysłami i dokazywaniem. Beret na pewno to miała na myśli, a nie Cyganów.
    Mimo to Mali zrobiło się nieprzyjemnie.
    Wczesnym lipcowym rankiem ruszył w góry całkiem spory pochód zwierząt i ludzi. Rosa perliła się jeszcze na trawach, a drzewa lasu przy Inndal rzucały długi cień. Krowy zatrzymywały się coraz, by zjeść pęk soczystej trawy, więc parobcy i pastuszkowie często musieli zbaczać na mokradła, by je wygonić.
    Gudmund byt odpowiedzialny za transport towarów, pozostali za zwierzęta. Havard prowadził Simę, którą obciążono dwoma workami i Sivertem. Chłopiec się- I dział wysoko jak książątko, obserwując i komentując wszystko, co zobaczył.
    – Nie ma odwrotu – powiedziała Ingeborg do Mali. -Okropnie się boję, że nie poradzę sobie tak dobrze jak Ane – zaczęła znów narzekanie.
    – Nikt tego nie oczekuje – odparła Mali uspokajająco, nie licząc już, który to raz. – Nie w pierwszym roku. Ale jestem pewna, że dasz sobie świetnie radę. Zobaczysz, w przyszłym roku będziecie się kłócić z Ane, która z was ma jechać. To ciężka praca, ale nie znam żadnej dziewczyny, której się to nie spodobało. Żyje się tam swobodnie, to coś innego niż codzienna praca na gospodarstwie. Jestem więcej niż pewna, że spodoba ci się taka odmiana.
    – A Ane jest w ciąży – Ingeborg zerknęła z ukosa na Mali.
    Nowina rozeszła się po dworze już jakiś czas temu i wiadomo było, że to też było powodem, by Ane nie jechała.
    – W przyszłym roku nie będzie mogła jechać z niemowlakiem – dodała.
    – Tak, masz rację – rzekła Mali. – Więc pewnie i ty pojedziesz w przyszłym roku, o ile sama nie znajdziesz j męża i nie zajdziesz w ciążę, zanim się zdążymy obejrzeć!
    Ingeborg zaróżowiła się lekko. Mali wiedziała, że dziewczyna nie odmówiłaby żadnemu z adoratorów, zwłaszcza że nie miała ich wielu. Ingeborg nie była brzydka, ale do piękności nie należała. Silnie zbudowana, z brązowymi włosami ściągniętymi do tyłu cienkim warkoczykiem. Zupełnie pozbawiona była wdzięku, tego szczególnego promieniowania, które przyciągało mężczyzn do kobiety. Ale wyróżniała się pracowitością, więc ten, który by ją zechciał, miałby na pewno dobrą gospodynię. A przecież na pewno są tacy mężczyźni, dla których jest to ważniejsze niż wygląd. Poza tym ona wcale nie była brzydka, tylko pospolita i ze skłonnością do narzekania. Chociaż mężczyźni nie lubili narzekań…
    – Tak, będą was odwiedzać, wiem – uśmiechnęła się Mali. – Uważaj tylko!
    – Nie, mnie na pewno nie – stwierdziła Ingeborg.
    – Patrz na to jaśniej, to pomoże – westchnęła Mali. Przeszła do przodu i dogoniła Simę. Pociągnęła Siverta lekko za stopę.
    – Co słychać u wodza? – spytała. – Widziałeś jakiegoś niedźwiedzia czy inne dzikie zwierzę?
    – Nie, tylko zająca – odparł syn, patrząc na nią rozjaśnionymi oczami. – I widziałem duży, stary korzeń, który wyglądał zupełnie jak troll, ale nie był trollem -dodał uspokajającym tonem. – To był tylko korzeń, prawda, Havard?
    – Tak, to na pewno był tylko korzeń – uśmiechnął się Havard. – Ale Sivert ma rację: wyglądał jak troll.
    Havard zdjął koszulę i słońce połyskiwało na jego spoconej skórze. Jest dobrze zbudowany, pomyślała Mali, zerkając na szerokie barki, muskularne ramiona, płaski brzuch i wąskie biodra. Szła tak blisko, że czuła jego zapach. To był zapach potu, lecz z domieszką ziół, ciepła… Zapach mężczyzny, pomyślała, odsuwając się od niego.
    – Uważam, że powinnaś iść z nami przez most, aby Havard mógł uważać, byś nie wpadła do wodospadu – Sivert odezwał się tonem mądrali znad grzywy Simy. -W wodospadzie mieszka wodnik, mówiła Ane, a on musi zebrać dziesięć ładnych kobiet.
    – Naprawdę Ane tak powiedziała? – spytała Mali z uśmiechem.
    – Tak, masz rację, Sivert – powiedział Havard. – Musimy uważać na twoją mamę. Wodnik nie mógłby zna- I leźć ładniejszej kobiety, gdyby ona wpadła do wody.
    Mali odwróciła się, zarumieniona, ale nic nie odpowiedziała.
    Za każdym razem, gdy Sivert mógł wybrać się w góry, był szczególnie podekscytowany. Jego oczy dostrzegały najdrobniejsze szczegóły, a usta się nie zamykały.
    – Chyba musisz mieć zamęt w głowie – zwróciła się Mali do Havarda. – Kiedy już zacznie mówić…
    – Nic nie szkodzi – uśmiechnął się Havard. – Uważam, że to wspaniale, gdy dziecko ma taką radość; z przyrody. Większość jej nie zauważa, ani dorośli, ani dzieci nie widzą tej wspaniałości wokół nich. Możliwe, że dlatego, że w niej wyrośli i się przyzwyczaili. A Sivert jest inny. Ciekawe, skąd to ma, ale jest naprawdę wyjątkowy.
    Mali pokiwała głową. Otarła pot z czoła. Słońce grzało, było duszno. Może owieje nas wiatr od morza, gdy dojdziemy wyżej, pomyślała Mali, dotykając guzików bluzki. Zerknęła ukosem na Havarda i rozpięła trzy najwyższe.
    – Nie wiedziałem, że będziesz iść na pastwisko -rzekł Havard. – Mogłaś sobie na to pozwolić?
    – Tak, chciałam się upewnić, że Ingeborg da radę się urządzić. To jej pierwsze lato – odpowiedziała Mali. – Poza tym chciałam, by Sivert też przeżył taką wyprawę. On zresztą cieszyłby się z każdej wyprawy – dodała, przytrzymując gałąź, która wystawała na drogę. – Chcę jeszcze sprawdzić moroszkowe miejsca, zanim zaczną dojrzewać.
    To było tylko pół prawdy. Oczywiście, że czuła odpowiedzialność za Ingeborg, że chciała dać Sivertowi wyprawę na letnie pastwisko, na którą się cieszył już od dawna. Ale najważniejsze było pragnienie ujrzenia miejsca, w którym zginął Jo. Potrzebowała tego od czasu, gdy go wtedy przynieśli.
    Jakiś czas myślała, by zrezygnować, że to, co minęło, powinno spoczywać w spokoju. Ale czuła palącą potrzebę dotarcia do tego miejsca po to, by się pożegnać z Jo. Gdyby istniał jakiś grób, który by mogła odwiedzać, byłoby inaczej. Nawet nie wiedziała, gdzie jest jego grób, i nie mogła o to nikogo spytać. On umarł z jej powodu, dlatego chciała się z nim pożegnać tam, pod urwiskiem. Czuła, że nie zazna spokoju, póki tego nie zrobi, że to nie było tylko życzenie, ale i powinność.
    Wczesnym rankiem, zanim ktokolwiek wstał, poszła zerwać wielki bukiet polnych kwiatów. Zaniosła je do pokoju i uplotła wianek, skrapiając go gorącymi łzami. Ukryła go w starej poszewce, którą wzięła ze sobą. Przecież mogła mieć coś na wypadek, gdyby znalazła jagody.
    Myśl o samotnej wycieczce do urwiska wprawiała ją w drżenie. Nie wiedziała, co poczuje, gdy tam się znajdzie. Ale nie miała wyboru. To była ostatnia rzecz, którą mogła zrobić dla mężczyzny, którego kochała ponad wszystko i którego doprowadziła do śmierci. Nie znała lepszego miejsca, w którym mogłaby położyć wianek i błagać o wybaczenie, niż to, w którym umarł. Może sama odnajdzie tam spokój. Ale pewna nie była…
    Z komina letniej zagrody Innstad unosił się dym, gdy wreszcie dotarli na miejsce. Mali wiedziała, że ich transport wyruszył poprzedniego dnia. Trzy pozostałe zagrody miały zostać obsadzone najpóźniej do jutra. Pastuszkowie pognali dalej krowy i owce. Zwierzęta także poczuły wolność, biegały, ryczały i beczały, aż trudno je było utrzymać w stadzie. Żaden z pastuszków nie wątpił, że one także cieszą się ze swobody na letnim pastwisku przez dwa miesiące. Chcieli je pognać jak najdalej przed pierwszym wieczorem w letniej stajni.
    Sivert twierdził, że może pójść z nimi i poganiać zwierzęta, ale Mali się sprzeciwiła.
    – Oni idą daleko – wyjaśniła. – Ale za parę lat możesz popracować jako pastuszek przy naszych zwierzętach. Potrzeba takich jak ty, którzy nie boją się ani niedźwiedzi, ani trolli – dodała, ukrywając uśmiech.
    Sivert uznał jej argumenty. Parobcy z Havardem zaczęli zdejmować bagaże z wozu. Ingeborg rozpaliła w piecu, wstawiła wodę na kawę i zaczęła przygotowywać posiłek.
    – No, to ja idę – rzuciła Mali. – Mam ze sobą jedzenie, zjem po drodze. To kawał drogi, więc ruszam.
    – Naprawdę chcesz iść całkiem sama? – zaniepokoił się Havard. – Przecież możesz spotkać niedźwiedzia albo rosomaka…
    – Jeśli pastuszkowie mogą chodzić sami, to ja też -odparła, unikając jego spojrzenia. – No i chyba nie sądzisz, bym chciała zdradzać komukolwiek, gdzie są moje pola moroszek. Sama szukałam ich parę lat. Wrócę późno, więc możecie zacząć schodzić, zanim wrócę. Sama trafię do Stornes.
    Widziała, że Havardowi nie podobało się takie rozwiązanie, ale już nic nie powiedział. Sivert jednak złapał ją za spódnicę i nagle zaczął marudzić, że też chce z nią iść. Wytłumaczyła mu, że to ciężko i daleko, ale że gdy będzie starszy, weźmie go ze sobą. Na szczęście mały gaduła szybko znalazł inne, interesujące rzeczy na pastwisku i osoby, które mógł zaczepić. Poza tym w dole drogi usłyszeli porykiwania i pokrzykiwania. Kolejna grupa dochodziła na miejsce.
    – Ojej! – zawołał Sivert. – Idą następni!
    – Uważaj na niego, dobrze? – poprosiła Mali Havarda. – Miałam prosić o to Ingeborg, ale ona jest dziś zbyt rozbiegana, bym mogła na niej polegać. Zabierzesz go do domu wieczorem z Simą, a tam zajmie się nim Ane, już z nią rozmawiałam. Beret nie spuszcza oczu z Oi, więc o niego jestem spokojna.
    – Oczywiście, zajmę się nim – odparł Havard. – Ale jak długo zamierzasz tam być? Nie sądziłem, że możesz na tak długo zostawić Oję, skoro…
    Zerknął na jej piersi i lekko się zaczerwienił. Mali też. Dłonią zebrała rozchyloną bluzkę.
    – Zrobiłam tak, że on… ma mleko – rzuciła lekko zawstydzona. – Poza tym zaczął już jeść inne rzeczy. Beret da radę równie dobrze jak ja.
    Havard pokiwał głową.
    – To jak długo zamierzasz tam być? – powtórzył pytanie. – Dziś mamy czas, więc możemy na ciebie poczekać, w każdym razie Sivert i ja. Gudmund musi zaraz wracać, ale…
    – Havard, już nieraz byłam w górach – powiedziała Mali. – Miło, że o mnie myślisz, ale też jedź. Nie wiem, ile mi to zajmie, na pewno kilka godzin – dodała wymijająco. – Ale nie lubię pilnować czasu, gdy jestem w górach.
    W zamieszaniu, które powstało, gdy zwierzęta i ludzie z Oppstad zjawili się na pastwisku, Mali znikła niepostrzeżenie.
    Szła tak, by jak najszybciej zniknąć z pola widzenia ludzi na pastwisku. Ominęła Seterhaugen i zniknęła za nim. Przed nią otworzył się krajobraz zwieńczony szczytem Stortind. Nie wydawało się, by to daleko, ale Mali wiedziała, że to złudzenie. Droga była trudna i wiodła przez gęste zarośla i rozległe bagna.
    Usiadła na kamieniu i aż do pasa rozpięła bluzkę. Było ciepło, a ona szła szybko. Nie obawiała się, że kogoś spotka, o tej porze roku nikt nie chodził w góry. Dopiero jesienią wielu chodziło zbierać dojrzewające moroszki, najcenniejsze ze wszystkich rodzajów jagód. Od kiedy Mali zamieszkała w Stornes, chodziła zbierać moroszki do wąskiej doliny leżącej między Stortind a górami po jej drugiej stronie, oddzielającymi ich od Innvik, miejscowości leżącej przy końcu drugiego ramienia fiordu. Ale znalazła też inne miejsca, na przykład u podnóża Aksla, mniejszego szczytu łączącego się ze Stortind. Mimo że nigdy nie była na szczycie żadnej z tych gór, wiedziała, że ścieżka na szczyt Stortind wiedzie wzdłuż Aksla.
    Wyjęła chleb i zabrała się do jedzenia, spoglądając w górę. Stortind skąpany w promieniach słońca zawsze ją zachwycał. Wzrok jej przeszedł wschodnim stokiem. U podnóża Aksla było urwisko. Pogrążone w cieniu, sprawiało ponure wrażenie. Mali przeszedł dreszcz. Spory kawałek w górę urwiska znajdowała się duża, płaska półka. To pewnie tam zatrzymał się Johan z Jo, bo stamtąd schodziło urwisko. Nikt nie przeżyłby upadku z takiej wysokości.
    Jakim sposobem Johan zrzucił Jo? Ta myśl nie dawała Mali spokoju od czasu tamtego fatalnego popołudnia. Jego nienawiść musiała być bezgraniczna, myślała, a jedzenie rosło jej w ustach. Nienawiść, złość i podłość. I to ona je wyzwoliła, ona i jej miłość, którą czuła do Jo. I grzech, który popełniła, którego rezultatem jest Sivert. Ale mimo to…
    Nawet jeśli ktoś tak bardzo nienawidzi, ma w głębi sumienia jakąś granicę, której nie przekroczy: nie odbierze komuś życia. Ale Johan jej nie miał. Gdy ujrzał Jo i Siverta razem na łące i w końcu zrozumiał prawdę o tym, którego przez cały czas uważał za syna, nie potrafił zapanować nad sobą. Tylu osób wtedy nienawidził: Jo, jej i nawet pewnie Siverta, owocu tej miłości, o którą zawsze zabiegał, a której nawet nie posmakował. Babcia to wiedziała, wiedziała, że Johan ma w sobie pokłady zła, znała mroczne zakamarki w duszy wnuka. Dlatego tak bardzo bała się tego, co może się stać. Mali cieszyła się, że babcia nie dożyła chwili, w której nienawiść, której tak się bała, doprowadziła do tragedii.
    Mali strzepnęła okruchy i poszła dalej. Często napotykała spore bagna, które musiała okrążać, co przedłużało jej trasę. Spojrzała na słońce i oceniła, że dochodzi druga. Tamci pewnie już wracają do domu, pomyślała. I dobrze. Nie będzie pewnie miała ochoty do rozmowy po tym, co zamierza zrobić. Dobrze, że będzie długo szła z powrotem. Byle nie tak długo, by zaczęli się zastanawiać, co tak naprawdę robiła w górach.
    Serce waliło jej ciężko w piersiach, gdy dotarła na dno urwiska, w cień. Gdzieś tutaj musiał upaść Jo. Przeszła tam i z powrotem, spojrzała w górę na wystającą półkę i spróbowała wyobrazić sobie, gdzie mógł spaść.
    Nagłe zatrzymała się. Coś błysnęło pomiędzy kamieniami. Ukucnęła, sięgnęła dłonią i znalazła scyzoryk: mały, gładki, ładny scyzoryk w srebrnej oprawie. Podniosła, obróciła na wszystkie strony i przycisnęła do ust.
    To był scyzoryk, który często widziała w dłoniach Jo. Opowiadał, że wymienił się na niego dawno temu. Sam wyrył inicjały „J. K.". Mali nie wiedziała, co oznacza „K'\ Nagle uświadomiła sobie, że nigdy nie spytała go o nazwisko.
    Siedziała tak, gdy nagle ogarnął ją płacz. Padła na kamienie i oddała się tęsknocie, rozpaczy, smutkowi i gniewowi. Powinna z nim pojechać, myślała. Ktoś, kogo spotkało to niepojęte szczęście napotkania wielkiej miłości, nigdy nie powinien pozwolić jej odejść. Nigdy, bez względu na cenę. Ale ona to zrobiła, pozwoliła, by odeszła miłość razem z Jo. Nagle uklękła i zaczęła krzyczeć dziko, z gorzką świadomością, że już nigdy nie odzyska tego, co straciła z własnej winy.
    – Jo! Jo! – wołała rozpaczliwie. – Jo! Jo!
    Od ciemnych gór odbiło się echo i wołało: Jo, Jo, Jo…
    Powoli otworzyła poszewkę i wyjęła wianek. Nie był już świeży i ładny jak rano, niektóre płatki się pozaginały. Postarała się go poprawić, oderwać zwiędłe główki. Przytuliła wianek do piersi.
    – Kocham cię – wyszeptała powoli, ze spojrzeniem zwróconym na jasne niebo. – Kocham cię bardziej niż jakiegokolwiek człowieka, byłam i jestem twoja. Ale nie mogłam się odważyć. Nie mogłam… Znów wstrząsnął nią szloch.
    – Wybacz mi, Jo. Wybacz! – wyszeptała i przetarła dłonią gorącą, mokrą twarz.
    To ty nie chciałaś, odezwał się w niej jakiś głos. Nie chciałaś wystarczająco mocno. Wtedy nie pozwoliłabyś mu odejść. Nawet tego ostatniego razu, gdy przyszedł do ciebie na pastwisko i pokazałaś mu jego syna, nie pojechałabyś z nim, nawet gdyby był wolny. Bo nie kochałaś go wystarczająco mocno. Chciałaś mieć wszystko: i jego, i Stornes. Ale nikt nie dostaje wszystkiego za darmo.
    – To nieprawda – spierała się sama ze sobą. – To nie dlatego…
    Ale już sama nie wiedziała.
    Dlaczego wybrałaś Johana i Stornes, pytał wewnętrzny głos, skoro kochałaś Jo ponad wszystko? Bo… bo… Nie, nie mogła już o tym myśleć.
    Powoli zaczęła zbierać kamienie i układać z nich mały kopczyk. Położyła na nim wianek, splotła dłonie i odmówiła Ojcze nasz. Gdy wstawała, wzięła mały kamyk. Weźmie go ze sobą. Kamyk i scyzoryk. Wstała na nogi, sztywna i zmarznięta. Gdy przyszła, była spocona. Teraz marzła tak, że aż szczękała zębami. Nie tylko dlatego, że siedziała w cieniu. To był chłód, który pochodził zarówno z zewnątrz, jak i wewnątrz.
    Przez moment stała i patrzyła na kopczyk i wianek, którym szarpał wiatr. Zerknęła znów na pogrążone w cieniu urwisko. Wzrok przesłaniał jej łzy. Wiedziała, że jest tu po raz ostatni, że coś przekreśliła. To, co zostanie jej ze smutku i tęsknoty, będzie żyło w niej.
    Odwróciła się gwałtownie i zaczęła wracać.

ROZDZIAŁ 6

    Fala upału uderzyła w Mali, jak tylko wyszła z cienia wielkiej góry na otwartą przestrzeń. Mimo to marzła nadal. Szła, potykając się, na ciężkich nogach. Czuła się całkiem pusta, zlodowaciała i śmiertelnie zmęczona. Tak jakby chwila, którą spędziła w miejscu śmierci Jo, wyssała z niej wszystkie siły.
    Było zadziwiająco bezwietrznie, nawet najlżejszy powiew nie dochodził z gór. Mali spojrzała na słońce i dostrzegła, że przysłoniła je lekka mgiełka. Wzdrygnęła się, gdy uświadomiła sobie, jak nisko stoi. Musi być co najmniej czwarta, pomyślała w panice i zaczęła biec. Straciła poczucie czasu. Przyszło jej nagle na myśl, że mogą zacząć jej szukać.
    Źle stanęła i upadła jak długa. Leżała tak, z twarzą pośród mchów, i czuła, jakby miała ciało z ołowiu. Nie była w stanie się podnieść. Znów opanował ją płacz. Leżała niczym nieżywa i płakała w głos. Nigdy nie przypuszczała, że aż tak mocno to przeżyje. Gdy ujrzała miejsce śmierci Jo, miniona tragedia stanęła jej przed oczami. Blizny po ranach na jej duszy popękały i czuła, że krwawią obficie. Czuła niezmierzony smutek, większy nawet niż wtedy, gdy dowiedziała się o śmierci Jo. Wtedy rozpacz mieszała się z nienawiścią do Johana. Wtedy jakby nie mogła pojąć prawdy, nie chciała jej przyjąć. Musiała chronić siebie i Siverta w czasie dni, które potem nastąpiły. I nocy. Tych straszliwych nocy…
    Dopiero dziś dotarł do niej wymiar tragedii, do jakiej doszło w tych górach. Widok ciemnego, kamienistego urwiska wbił jej się w pamięć. Miała nadzieję, że to będzie jak odwiedzenie grobu ukochanego i pożegnanie się z nim na zawsze. Że gdy położy kwiaty i powspomina Jo, zazna ukojenia. Zamiast tego z jeszcze większą mocą wypłynęła na powierzchnię rozpacz. Nie wiedziała, czy będzie w stanie to unieść.
    Straciła poczucie, jak długo tak leżała. Powoli wstała, otrzepała się z grubsza i ruszyła dalej. Seterhaugen wydawało się tak odległe, a od niego było daleko do szop. No i jeszcze w dół do Stornes. Czuła przemożną chęć położenia się w mchu i pozostania na miejscu, przespania wszystkiego. Zapomnieć, pomyślała, ocierając łzy. Chciała spać, a przede wszystkim zapomnieć. Ale wspomnienia prześladowały ją niczym koszmar, gdy tak szła przez mokradła, w przemoczonych butach i z coraz cięższym skrajem spódnicy.
    Przez cały czas stał jej przed oczami Jo: jego brązowe, szczupłe ciało, iskrzące szarozielone oczy i promienny uśmiech. Jakże go kochałam, pomyślała z bólem, kochałam ponad wszystko. Pozwoliła mu odjechać nie dlatego, że myślała o sobie, wręcz przeciwnie. Przecież poświęciła miłość, by chronić innych! Gdyby to tylko dotyczyło jej samej, więcej niż chętnie wyrzekłaby się wszystkiego. Ale wplątani w to byli jeszcze inni. Babcia też tak powiedziała: że wiele niewinnych osób musiałoby przez nią cierpieć.
    To dlatego odmówiłam, myślała, ocierając wciąż płynące łzy, dlatego poświęciłam i Jo, i miłość. Tak, jak się poświęciła, mówiąc „tak" Johanowi. Nie było to zgodne z jej wolą, ale uczyniła to dla rodziny.
    Wszystko robiła dla innych i dlatego wszystko straciła. Wszystko oprócz Siverta. Myśl o synu przeszyła ją niczym strzała. Poczuła, że kocha ponad wszystko to dziecko miłości. Tylko on jej pozostał po miłości jej życia. On i pierścionek. A teraz jeszcze scyzoryk, pomyślała, gładząc chłodny metal.
    Gdy okrążyła Seterhaugen, była tak zmęczona, że się słaniała. Nagle uświadomiła sobie, że ktoś ku niej idzie. Zmrużyła piekące, zapłakane oczy, lecz widziała tylko niewyraźną sylwetkę. Przez chwilę wydawało się jej, że to Jo, i wyciągnęła rękę w jego stronę. Ale Jo przecież nie żyje, nie żyje…
    – Co, u licha, wyprawiasz? – spytał Havard z bliska. – Wiesz, która godzina? Nie rozumiesz, że się o ciebie boimy, że już myślałem, że…
    Zatrzymał się i wpatrzył w Mali. Dostrzegł, że ma brudną twarz i zapłakane oczy. Włosy się rozpuściły i otaczały złocistą chmurą jej głowę. Bluzkę miała rozpiętą do pasa, a brzeg spódnicy tak ciężki, że ciągnął się po ziemi. Na chwilę pochwycił spojrzenie Mali i aż się wzdrygnął. Nigdy nie widział tak bezdennego smutku. Wyglądało, że w oczach ukochanej nie ma już życia.
    – Ależ Mali – powiedział cicho. – Moja Mali, co się stało?
    Wściekłość, która się w nim gotowała, wyparowała w sekundę. Wypełniło go współczucie. Wyciągnął do niej ramiona, a ona w nie wpadła. Havard stracił równowagę, nieprzygotowany na taki impet, i upadli, turlając się po mchu. Leżał, obejmując jej szczupłe ciało wstrząsane łkaniem.
    – Spotkałaś kogoś? – spytał przestraszony, odgarniając jej włosy z twarzy. – Ktoś zrobił ci krzywdę?
    Pokręciła głową przecząco, ale tylko wtuliła się mocniej i nie przestawała płakać.
    – Ale co się dzieje? Jesteś całkiem… Powiedz, co się dzieje, Mali, na pewno nikogo nie spotkałaś?
    – Tylko dawne duchy – wykrztusiła ledwo dosłyszalnie.
    Nie zrozumiał, co ma na myśli, lecz nadal ją obejmował. Mali powoli przestała płakać. Spróbował uwolnić się od jej ramion zaciśniętych na jego karku, lecz nie puszczała.
    – Nie zostawiaj mnie, Havardzie – wyszeptała z desperacją. – Nie mam nikogo, i ja… Nie mam nikogo, Havardzie…
    Havard poczuł jej miękkie ciało wtulone w jego ciało, jej gorący oddech owiewający mu szyję, jędrne piersi naciskające na jego tors.
    – Mali…
    Odchyliła głowę i spojrzała na niego. Potem przyciągnęła jego twarz do swojej i pocałowała dziko, z desperacją. Dłonie rozpoczęły wędrówkę pod jego koszulą, gładziły brzuch i plecy, rozpięły pasek i powędrowały w dół, aż stęknął z podniecenia.
    Coś się z nią stało w tych górach, pomyślał znów, tylko nie wiedział co. Musiało to być jednak coś, co nią wstrząsnęło, ponieważ zachowywała się jak szalona. Bo ta kobieta, która wczepiła się w niego i niemal prosiła, by ją wziął, nie była tą samą dumną, silną Mali, jaką znał. Tą, która trzymała go na odległość i nigdy nie traciła panowania nad sobą…
    Posłał Gudmunda w drogę, gdy wszyscy zjedli, rozładowali ładunek i wnieśli wszystko do szopy. Nadjechali też z Oppstad. Havard zaczął rozważać, czy nie wrócić już z Sivertem, ale ten biegał zadowolony między przybyszami i nie chciał słyszeć o powrocie.
    – Przecież nie możemy schodzić, zanim mama nie wróci, prawda? – spytał.
    – Ona powiedziała, że powinniśmy tak zrobić – odpowiedział Havard. – Ona ma do przejścia długą drogę. To potrwa, wiesz.
    – Przecież możemy tu zostać – Sivert patrzył na niego prosząco. – Mama się strasznie ucieszy, że na nią zaczekaliśmy.
    Havard poddał się. Wiedział, że nie zaznałby spokoju, gdyby wrócił. Już wtedy zaczął niespokojnie wypatrywać w górę ścieżki. Sivert tymczasem beztrosko biegał od szopy do szopy, częstowany smakołykami.
    W miarę upływu godzin Havard stawał się coraz bardziej niespokojny.
    – Mali miała być tak długo? – spytała Ingeborg. – Sądziłam, że tylko zajrzy na pole moroszek…
    – Raczej to właśnie robi – odparł Havard szorstko. -Ale miała się nie spieszyć. Nie tak często ma wychodne, prawda?
    – Byle tylko coś się jej nie stało – powiedziała Ingeborg z troską w głosie. – Nie powinna iść sama…
    Havard pomógł przybyszom rozładować wozy, wypił dużo kawy i usiłował zachowywać spokój. Ale jego wzrok coraz to biegł ku wzgórzu Seterhaugen. To stamtąd powinna się zjawić, pomyślał po raz kolejny.
    W końcu nawet Sivert się zmęczył.
    – Dlaczego mama nie wraca? – spytał, wdrapując się na kolana Havarda i wkładając kciuk do ust. Już dawno tego nie robił.
    – Tego nie wiem – odparł Havard, targając mu czuprynę. Chciał go uspokoić. – Ale wyjdę jej naprzeciw. Ty zostań z Ingeborg, a ja zaraz ją znajdę. Na pewno nie jest daleko.
    I poszedł, z bijącym sercem, tak zaniepokojony i rozgniewany, że aż z trudem oddychał. Jak ona mogła tak zapomnieć o czasie! Do tego stopnia nie przejmować się innymi! Przecież musiała rozumieć, że Sivert zacznie o nią pytać. No i dawno już powinna być w Stornes i nakarmić Oję.
    A może coś się stało… Sama myśl go osłabiła. Kochał ją już od tylu lat. Pragnął jej od czasu, gdy wyszła za Johana. Odchodził od zmysłów z zazdrości, widząc tego mężczyznę obejmującego ją z miną właściciela i patrzącego na nią z pożądliwością. Tego, który mógł wziąć ją do sypialni, kiedy tylko chciał. Mógł jej dotykać, posiadać, mógł ją mieć nagą przy sobie…
    Myśl o nich dwojgu w łóżku niejednej nocy odbierała mu sen. Długi czas trzymał się od Mali z dala, dopóki nie dostrzegł, że pomiędzy małżonkami nie układa się najlepiej. Odgrywali swoje role dobrze, ale Havard domyślał się prawdy po fragmentach pijackiej gadki Johana w czasie wieczorów z jego ojcem.
    – Jest babą z piekła rodem – słyszał Johana użalającego się nad sobą. – Tej dziewczyny nigdy nie dostajesz, Oddleivie, ją musisz brać siłą, żeby coś z tego było. Jest zimna jak lód, mimo że dałem jej wszystko: wspaniałe gospodarstwo, dobrobyt, nazwisko. Wariuję, boją mam, mogę z niej zerwać ubrania i ją wziąć, ale nie mogę jej mieć. Nigdy jej mieć! Nigdy, słyszysz? Leży tylko pode mną jak kłoda drewna…
    Havard słyszał potem „dobre" rady ojca i czerwienił się ze wstydu. Jeśli Johan poszedł za tymi radami, Havard mógł dobrze zrozumieć chłód w spojrzeniu Mali, gdy patrzyła na męża, i oczywistą niechęć wobec jego dotyku. Myślał przez jakiś czas, że ona tego nie wytrzyma, ale dała radę: dumnie wyprostowana i z uniesionym czołem. Tylko jej oczy stawały się mroczniejsze z każdym rokiem, ciemne i pełne czegoś, co przypominało nienawiść. No i on sam zaczął jej dotykać w przelocie, gdy spotykali się gdzieś na zewnątrz w czasie przyjęć. Trzymała go na dystans, ale czuł, że ceni go jako przyjaciela. Ale on nie chciał nim być. I powoli dochodziło do sytuacji, które dawały mu nadzieję… Gdy ona też oddychała szybciej…
    Szedł przez mokradła, przypominając sobie każdą z tych scen. Mógł wtedy jej dotknąć, przytulić, dotknąć jej piersi i nawet całować. Po czymś takim leżał długo w nocy i wyobrażał sobie, że ją bierze, czuł jej delikatne ciało, bujne piersi… Ale nigdy nie wydarzyło się nic więcej.
    Gdy Johan zmarł, ucieszył się. Teraz mogła nadejść jego kolej. Pochodził z dobrego rodu i miał jej co zaoferować. Poza tym nie czuł do niej tylko pożądania. Kochał ją aż do bólu. Gdy otrzymał propozycję pracy w Stornes, był przekonany, że była to możliwość konkurów, zanim inni dostaliby szansę. Zamiast tego otrzymał kontrakt i informację, że Mali nie zamierza wychodzić za mąż ani za niego, ani za nikogo innego. To go prawie przerosło.
    Najpierw chciał odmówić. Ale pomyślał, że jeśli będzie na miejscu, to ona właśnie do niego przyjdzie, gdy będzie potrzebowała czułości od mężczyzny. Kochał ją już od tak dawna, że nauczył się cierpliwości. Jego ojciec tłumaczył mu, że nie może pracować jako parobek u tej „zarozumiałej wdowy". Musi myśleć o tym, kim jest!
    Ale dla niego nie miało to znaczenia. Jedyne, co się liczyło, to Mali. Na początku myślał o małżeństwie z nią, potem już rzadziej. To przyjdzie samo, myślał, jeśli w końcu będzie mógł obdarzyć ją tą bezgraniczną miłością, którą czuł. Bo jeśli da jej czułość, ciepło i przyjaźń, możliwe, że z czasem ona go też pokocha. Ta nadzieja sprawiła, że został w Stornes.
    – Marznę – wyszeptała Mali, pociągając go na siebie. -Marznę i nie mam nikogo – powtórzyła ze szlochem.
    – Masz mnie – odpowiedział, gładząc ją po policzku. – Ile razy ci już mówiłem, że jestem twój?
    – Kochasz mnie?
    – Tak ~ potwierdził, dotykając ustami jej policzka. -Zawsze kochałem. Dla mnie nie ma nikogo innego poza tobą, ale ty nie chciałaś…
    Nie pamiętał, kto zaczął pierwszy ściągać ubranie, pamiętał tylko, że oboje szybko oddychali. Jej usta były uchylone, miękkie i chętne, a gdy pochylił się ku jej piersiom, wygięła się ku niemu.
    Gdy podciągnął jej spódnicę, Mali nie protestowała. Pozwoliła, by zdjął jej bieliznę, i nawet pomogła mu w tym. Havard puścił ją i ukląkł. Zdarł z siebie koszulę i rozpiął spodnie. Przez chwilę zatrzymał się i patrzył na nią, półnagą, leżącą przed nim. Łzy wypełniły mu oczy. To było wspaniałe. Tyle marzył o tej chwili, śnił i niemal stracił nadzieję, że ona nadejdzie…
    – Mali…
    – Nic nie mów! – powiedziała, pociągając go na siebie. – Bierz mnie! Kochaj…
    Spojrzała na niego i dostrzegła jego wypełnione łzami oczy. Przez chwilę myślała, że to źle, że go wykorzystuje. Lubiła go, zawsze go lubiła, ale go nie kochała. To nie było w porządku. Ale odsunęła od siebie tę myśl. Mówiła prawdę: nie miała nikogo. To, co przeżyła tego dnia na dnie urwiska, gniotło ją niczym ciężki głaz. Nie miała nikogo. Nie sądziła, że będzie kogokolwiek potrzebować, ale tęsknota za Jo i utracona miłość pozostawiły w niej przeogromną pustkę; pustkę, którą ktoś musiał zapełnić. Nadarzył się Havard…
    Wszedł w nią z jękiem rozkoszy. Była wilgotna i gładka, oddychała szybko. Jej dłonie objęły jego pośladki i docisnęły, jakby chciała, by wszedł jak najgłębiej. Zbliżenie nie miało w sobie nic ze słodyczy i delikatności, tak jak marzył. Zamiast tego rozwinęło się w szalony galop ukrywanych, gorących pragnień, nad którymi żadne z nich nie miało kontroli. Mali pospieszała go jeszcze bardziej, jej paznokcie orały mu plecy, a podbrzusze unosiło się ku niemu wygięte w łuk. Było w tym coś z desperacji, pomyślał, ale to była jego ostatnia myśl. Wszystko zniknęło poza intensywnym uczuciem żądzy i miłości, dziwnej wdzięczności, która wyciskała mu łzy z oczu. Z przytłumionym stęknięciem i iskrzącym światłem pod powiekami eksplodował w niej.
    Przez długą chwilę tylko leżeli, on nadal uniesiony nad nią. Wreszcie podparł się na jednym łokciu i spojrzał na nią. Mali leżała z zamkniętymi oczami i spod powiek płynęły jej łzy.
    – Czemu płaczesz, kochanie? – spytał, całując jej miękkie usta. – Nie możesz teraz płakać. Coś cię bolało?
    Pokręciła powoli głową. Uniosła powieki i spojrzała na niego. Aż się wzdrygnął, gdy zobaczył wyraz jej oczu.
    – Nie chciałaś tego?
    Mali pogładziła go po twarzy i przyciągnęła do siebie.
    – Chciałam – szepnęła mu do ucha. – To ja tego chciałam.
    – Ja zawsze tego chciałem – odpowiedział. – Ciebie chciałem. I że mogłem…
    Odsunęła go i usiadła. Obciągnęła spódnicę i zaczęła zapinać bluzkę. Włosy zasłoniły jej twarz.
    – Kocham cię – wyszeptał, obejmując dłońmi jej twarz. – To nie tylko dlatego, że cię pragnąłem… Kocham cię, Mali.
    – Wiem – odparła, unikając jego spojrzenia. – Jesteś dobrym człowiekiem, Havardzie, o wiele lepszym niż ja. Boja… nie sądzę, żebym mogła kogoś jeszcze pokochać.
    Odczuł te słowa jak uderzenie w brzuch. Wpatrzył się w nią, całkiem zaskoczony.
    – To dlaczego to zrobiłaś? Dlaczego pozwoliłaś, bym…
    – Potrzebowałam cię – odpowiedziała cicho.
    – Potrzebowałaś mnie – powtórzył. – Co masz na myśli? Że ja… że to nic dla ciebie nie znaczyło, poza tym, że…
    Wzięła go za dłoń, przyłożyła ją do ust i ucałowała gorącymi wargami. Jej oczy płonęły czymś, czego nie rozumiał.
    – To znaczyło dla mnie więcej, niż możesz pojąć – zapewniła cicho. – Ale wiem, co do mnie czujesz, i może to nie było właściwe, że ci pozwoliłam… Ale tak cię potrzebowałam – powtórzyła powoli. – Czy nie możemy zostawić tego na jakiś czas, Havardzie? Nie pytaj mnie o nic, bo nie mam dla ciebie odpowiedzi.
    Wstała, uporządkowała ubranie, na wpół odwrócona. Zebrała włosy i upięła kilkoma szpilkami, które udało jej się znaleźć w gęstwinie włosów. Powoli zaczęła schodzić w dół.
    Havard stał i patrzył za nią. W sercu czuł chaos. Dopiero co był szczęśliwy, sądził, że ona wreszcie zrozumiała, że go kocha. Że dlatego mu się oddała. Ale teraz rozumiał, że to nie miłość nią powodowała, że to coś innego. Czy kobiety mogą być takie? Porządne, darzone szacunkiem kobiety? Ta myśl nie dawała mu spokoju. Gdy dogonił Mali, wziął ją za rękę.
    – Nie będę o nic pytał – powiedział. – Rozumiem, że mnie nie kochasz, ale że mimo to mnie potrzebujesz. Stało się tak, bo nawet ty potrzebujesz teraz ciepła, bo inaczej byś zamarzła. Nie pytam – powtórzył. – Po prostu sądzę, że tak jest.
    – Jesteś mi najbliższy zaraz po Sivercie – szepnęła, gładząc go po policzku. – Rozumiem, że możesz sądzić, że cię wykorzystałam, że ja… że jestem…
    Zerknęła na niego, rumieniąc się. Nie odpowiedział jej od razu. Ona nie chce za niego wyjść, tyle rozumiał. Ale nie rozumiał tego, że kobieta taka jak Mali mogła się oddać z takim zapamiętaniem, ale bez miłości. Lecz najwyraźniej tak było. Spojrzał na nią. Poczuł ssanie w podbrzuszu i przemożną chęć położenia jej znowu w mech, czy chciała, czy nie. Ale wiedział, że tego nie zrobi. Nie wbrew jej woli. Nie tak, jak robił to Johan. Jednocześnie wiedział, że jeśli będzie go jeszcze chciała – czy potrzebowała, jak mówiła – to on ją przyjmie.
    To na pewno nie było w porządku dla żadnego z nich. Czuł, że to niegodne, że ona go wykorzystuje bez miłości. Ale on ma czas, bo nie pragnie żadnej innej. Nawet okruchy od Mali były lepsze od czegokolwiek innego, choć czul, że to trochę zawstydzające. Niegodne. Dla nich obojga…
    Nagle uderzyła go myśl, że ona mogła zajść w ciążę. Co wtedy zrobi? Chyba nie zabije nienarodzonego dziecka, poczętego z rozkoszy?
    Spojrzał na nią i uświadomi! sobie, że wcale jej nie zna.

ROZDZIAŁ 7

    Beret nie żałowała surowych słów, gdy Mali w końcu dotarła do Stornes z Havardem i Sivertem. Wyszła do nich, by powiedzieć, co sądzi, zwłaszcza o Mali.
    – O czym, u licha, myślałaś, dziewczyno? – spytała, ciskając gromy z oczu. – Całkiem zapomniałaś, że masz jeszcze jedno dziecko?
    – Przepraszam – wyszeptała Mali. – Poszłam za daleko, a potem…
    Beret popatrzyła na nią, na jej rozczochrane włosy, mokrą spódnicę i zabłocone buty. Nawet dla niej było jasne, że Mali pada ze zmęczenia. Ale było w niej coś jeszcze, pomyślała Beret, jakaś rezygnacja, której nigdy wcześniej u niej nie widziała.
    – No już dobrze, bałam się o was – powiedziała nieco spokojniej. – Gudmund wrócił już tak dawno, no i przecież jest Ola Johan… Zresztą dał sobie radę na mleku, które zostawiłaś – dodała z oporem.
    – Dziękuję. Jestem pewna, że dobrze się nim zajęłaś. Był w najlepszych rękach. Przepraszam za kłopot i że cię przestraszyłam. Nie chciałam…
    Mali poczuła na sobie wzrok Ane, gdy dawała Sivertowi kolację.
    – Jesteś taka blada – zauważyła służąca, przechodząc koło niej po raz któryś. – Nie jesteś aby chora? Nic ci się chyba nie stało?
    – Nie, jestem tylko strasznie zmęczona – odpowiedziała, nie patrząc Ane w oczy. – Głupio zrobiłam, że poszłam tak daleko, ale… Czas mi jakoś przeleciał. Nie wyglądało tak daleko, ale się pomyliłam. To było dalej, niż przypuszczałam.
    Ane pokiwała głową i już nie pytała, ale Mali czuła, że ona swoje wie.
    – Beret była zła – rzuciła Mali. – Rozumiem ją. Ale z Oja wszystko poszło dobrze, prawda?
    – Beret była zachwycona – uśmiechnęła się Ane. -To był dla niej dzień spełnionych marzeń. Miała Oję tylko dla siebie, mogła mu śpiewać i nosić, ile chciała. Nie, nie było żadnych kłopotów. Pod koniec stała się niespokojna, gdy tak długo nie wracaliście. Może nie lubi cię najbardziej na świecie, ale jesteś matką jej wnuków i panią w Stornes. Ona nie życzy ci źle, już nie.
    Mali udało się w końcu położyć Siverta po opowiedzeniu mu po raz kolejny, jak to zabłądziła, ile dużych bagien musiała okrążyć i że czas po prostu jej uciekł. To dlatego wróciła tak późno.
    – Bałem się, że cię porwał niedźwiedź – powiedział Sivert, patrząc na nią zmęczonymi oczami. – Albo troll -dodał, mrużąc powieki.
    – No chyba nie troll. – Mali pocałowała syna. – Przecież trolli nie ma, dobrze wiesz. A niedźwiedź… Nie, ja musiałam wrócić – powiedziała, przykładając policzek do policzka chłopca. – Myślałeś, że nie wrócę? Nigdy, Sivercie, nigdy.
    – Ale następnym razem pójdę z tobą – zarzucił jej ręce na szyję. – Havard też powiedział, że potrzebujesz kogoś, kto się będzie tobą opiekował. My, mężczyźni…
    – Tak, oczywiście – uśmiechnęła się Mali. – Wy, mężczyźni…
    – To Havard cię znalazł – mruknął Sivert i ziewnął rozgłośnie. – Havard cię uratował.
    Mali poczuła, że się rumieni. Tak, to Havard ją znalazł. Ale czy uratował, to inna sprawa.
    Sivert zasnął, zanim dośpiewała do końca pierwszą kołysankę. Wstała sztywno i podeszła do okna. Gdy ich nie było, przybył tabor cygański. Podobno był już u nich, powiedziała Ane. Mali oblała się potem, gdy to usłyszała. A jeśli jest wśród nich siostra Jo? Mimo że zmęczona do granic, Mali poszła do stodoły. Co zrobi, jeśli będzie tam jego siostra, nie wiedziała. Jeśli zobaczy Siverta…
    Ale to nie był tabor Karolinę. Mali rozpoznała niektórych starszych, ale reszty nie.
    – To ty jesteś Mali Stornes, prawda?
    Mali wzdrygnęła się i obróciła. Za nią stał jeden z tych starszych mężczyzn, którego znała z widzenia.
    – Tak, to ja – odparła z rezerwą.
    – Karoline prosiła mnie, bym przekazał ci wiadomość, że ciotka Jo nie żyje. Umarła w zimie na zapalenie płuc, no i była stara – powiedział. – I tak nie przyszła do siebie po tym, co zdarzyło się z Jo. On tu pracował kilka lat temu i w zeszłym roku spadł z urwiska. Był wtedy razem z gospodarzem, prawda?
    Mali pokiwała głową.
    – Wiele osób żałowało Jo – dodał mężczyzna. – Był świetnym towarzyszem, jednym z najlepszych. Jego wdowie też było ciężko…
    – Rozumiem – powiedziała Mali. – To był straszny wypadek. Pozdrów Karolinę ode mnie. Spotkałam ją tylko raz, gdy jej tabor był w Innstad, i nie znam jej zbyt dobrze. Nie wiesz, czy będzie tu tego lata?
    Wtedy będzie musiała usunąć jej z oczu Siverta, pomyślała. On uwielbiał Cyganów i spędzał z nimi dużo czasu. Mali nie mogła go powstrzymywać, to wzbudziłoby podejrzenia. Ale zawsze się bała, gdy przybywał tabor, bała się, że ktoś dostrzeże podobieństwo Siverta do nich, bała się pytań, na które nie mogła odpowiedzieć.
    Przez chwilę pomyślała, że skoro ciotka Jo nie żyje, nie ma się czego bać. Zresztą nigdy nie musiała, bo ona kochała Jo równie mocno, jak babcia ją. To także dlatego pokazała jej Siverta tego dnia, gdy zginął Jo. Teraz się cieszyła, że to zrobiła. Była jednak pewna, że więcej osób niż Karolinę dostrzeże podobieństwo między dziedzicem Stornes a Jo.
    Ale przecież nie mogła ukrywać syna przed wszystkimi taborami pojawiającymi się w okolicy, więc już tak musiało być, pomyślała zmęczona. Podejrzenie, że Sivert mógłby być synem Jo, jednego z nich, także dla nich było tak niewiarygodne, że nigdy by go nie wypowiedzieli. W każdym razie nie w Stornes. A o czym rozmawiali gdzie indziej, to ich sprawa. Cyganie nie rozpowiadali plotek. Nigdy nie słyszała, by mówili coś nieprzychylnego o gospodarzach, u których się zatrzymywali, mimo że na pewno słyszeli i widzieli niejedno. Wtedy straciliby możliwość ponownej gościny. Byli zależni od schronienia i pracy, którą dostawali w gospodarstwach. Na utratę tego nie mogli sobie pozwolić.
    Mali poszła do sypialni po czyste ubrania. Stanęła w otwartym oknie. Jej spojrzenie skierowało się w kie- I runku szopy na łodzie. W sercu poczuła głuchy ból. To już minęło, pomyślała. Dziś ostatecznie pożegnała się z Jo, marzeniami i miłością. Czy to dlatego tak bezwstydnie oddała się Havardowi? Wspomnienie tego, co wydarzyło się na Seterhaugen, wprawiło jej serce w szybsze bicie. Była zrozpaczona, spragniona do szaleństwa kogoś, kto mógłby jej dać ciepło i pocieszenie. I sprawiło jej to przyjemność, mimo całego bólu. Nadal nie rozumiała, czemu tak wykorzystała Havarda, jak mogło jej to przyjść na myśl po tym, jak pożegnała się z Jo? Ale nie miała takiego zamiaru, jeśli w ogóle można mówić o jakimkolwiek zamiarze z jej strony. Teraz czuła, jakby zdradziła Jo na jego grobie. A Havard był taki miły… Nie powinna jednak wykorzystywać jego uczucia wobec niej. Rozumiała, że z jego strony to poważne. A jeśli znów się zdarzy…
    Ale Mali nie sądziła, by to znów się wydarzyło. Za bardzo lubiła Havarda i nie chciała wyrządzić mu krzywdy. Takim zachowaniem jak dziś krzywdziła go, bo wiedziała, że on to traktował poważnie, a ona nie. Dlatego powinna trzymać się od niego z daleka. Jeśli znów odda się mężczyźnie i może nawet za niego wyjdzie, powinien to być ktoś, kto obudzi w niej pożądanie, tak jak Jo. Sprawi, że zapomni o czasie i przestrzeni. A taki Havard nie był. Był dla niej tak dobry tam w górach, widziała, że płakał. Zasługiwał na kogoś lepszego niż ona. Powie mu to i przeprosi za to, co zrobiła. Poprosi, by zapomniał, bo to się już nie powtórzy. I jeśli jeszcze będzie potrzebowała mężczyzny, lepiej, by znalazła innego.
    A jeśli wydarzenie z gór będzie miało skutki? Ta myśl przyszła jej do głowy dopiero teraz i wstrząsnęła nią. Minione lata przekonały ją, że z trudem zachodzi w ciążę, skoro dopiero po tak długim czasie doczekała się potomka Johana. Ale z Jo…
    Pot wystąpił jej na czoło i zacisnęła nerwowo dłonie. Przecież to nie mogło się zdarzyć? Nadal karmi Oję piersią, więc jest chroniona. Do pewnego stopnia. Przecież były kobiety, które rodziły dzieci rok po roku i karmiły jedno, póki następne nie przejmowało piersi. Przecież tak było z Margrethe. Nie była bezpieczna mimo dziecka u piersi.
    Zrobi sobie napar, pomyślała. Wśród rzeczy, których się nauczyła od Johanny, był napar, który mógł „oczyścić macicę", jak mówiła stara. Z wahaniem podzieliła się recepturą z Mali, bo dla Johanny każde życie było święte. Ale zdawała sobie sprawę, na co mogły być narażone biedne dziewczyny ze strony bogatych gospodarzy i silnych mężczyzn. Często brano je siłą i nie miały nikogo, by je obronił. W takich wypadkach zdarzało się, że Johanną robiła im ten napar, jeśli biedaczki zdążyły powiedzieć jej na czas. Działał dzień lub dwa po gwałcie, potem już nie. Właściwie Mali nie wiedziała, czy on rzeczywiście działa, ale musiała spróbować.
    Boże jedyny, pomyślała, ocierając spocone czoło. Musiała dziś chyba postradać rozum…
    Mali wzięła duże wiadro gorącej wody i poszła do pralni. Napełniła ceber wodą, wykąpała się i umyła włosy. Ciepła woda ukoiła ból zmęczonych mięśni, więc siedziała w niej długo, aż niemal zasnęła. Zerwała się, gdy usłyszała głosy na podwórzu. Zamoczyła w wodzie brudne ubrania i włożyła czyste.
    Powiedziała wcześnie wszystkim dobranoc, unikając wzroku Havarda, wzięła Oję z kołyski i poszła na poddasze. Gdy nakarmiła i przewinęła małego, a on zasnął przy niej, leżała bezsennie i patrzyła w sufit. Miała w sobie niepokój, który nie dawał jej zasnąć. W końcu wstała, owinęła się szalem i usiadła przy oknie. Ze stodoły dobiegała muzyka skrzypiec. Mali siedziała tak, z głową w dłoniach, i słuchała kuszących tonów, czuła zapach morza i letniej nocy, i wspominała.
    Dostrzegła Havarda, który szedł przez ogród z koszulą w ręku i ręcznikiem przewieszonym przez szyję. Najwyraźniej on też poczuł potrzebę umycia się po długim dniu w górach, pomyślała. Nagłe zdecydowała się, że porozmawia z nim poważnie. Jeśli ma to zrobić, nie było powodu, by czekać. Może nie wypadało iść do męskiej sypialni, mając na sobie tylko koszulę nocną i szal, ale nie było wiele miejsc, w których mogła z nim rozmawiać na osobności. Dookoła ludzkie oczy i uszy.
    Co by powiedziano, gdyby zobaczono ją, jak idzie do sypialni Havarda, wolała nie wiedzieć. Ale to było mało prawdopodobne. Ona sama poszła na górę już dwie godziny temu, a dawno nie słyszała ani Beret, ani służących. Na pewno już śpią, więc jeśli będzie cicho…
    Uchyliła drzwi i nasłuchiwała kroków Havarda na schodach. Gdy usłyszała, że zamyka za sobą drzwi sypialni, przebiegła na bosaka, zapukała i wśliznęła się do środka.
    Havard siedział na stołku i zdejmował buty. Mali położyła palec na ustach, by nic nie powiedział. W domu było tak cicho…
    – Pomyślałam, że skoro my… Chcę z tobą porozmawiać – wyszeptała. – Może nie wypada wchodzić do sypialni mężczyzny w ten sposób, ale trudno znaleźć miejsce, by pogadać w cztery oczy. Więc…
    Nie odpowiadał, siedział tylko i patrzył na nią. Jego twarz chowała się w cieniu, więc nie widziała go dobrze. Ale oczy dostrzegała. Były ciemne i iskrzące. A może to tylko odbicie światła? Nie zaciągnął zasłon i światło księżyca oświetlało wnętrze pokoju.
    Muzykę skrzypiec słychać tu było jeszcze wyraźniej, bo okno wychodziło na stronę stodoły. Mali poznała melodię, był to powolny walc, ale nie znała jego tytułu.
    – Powinnam z tobą porozmawiać – powtórzyła cicho, otulając się ciaśniej szalem. – To, co dziś zrobiłam, Havardzie… nie powinnam…
    Nie mogła dalej mówić i spojrzała na niego bezradnie. On wstał powoli, zsunął na podłogę ręcznik i koszulę i zrzucił buty. Podszedł do niej. To nie było światło księżyca, pomyślała, czując, jak mocno bije jej serce, jego oczy naprawdę iskrzą w półmroku!
    – Havardzie, co robisz…
    Położył palec na jej ustach. Zdjął z niej szal, mimo że usiłowała go przytrzymać. Ale była dziwnie słaba.
    – Czy tańczyłaś kiedyś nago w świetle księżyca, Mali Stornes? – wyszeptał prosto w jej ucho, muskając ustami jej policzek.
    Nie była w stanie odpowiedzieć, stała tylko i czuła serce bijące w gardle. Havard był inny niż zwykle, takiego go nie znała.
    – Tańczyłaś? – powtórzył.
    – Havardzie, ja chciałam…
    – A ja chcę zatańczyć z tobą w świetle księżyca -przerwał jej z uśmiechem i objął ramionami.
    Nie wiedziała, jak to się stało, ale zdjął z niej koszulę. Nie protestowała. Nie wiedziała nic poza tym, że czuła podniecenie, gdy przyciągnął ją nagą do siebie i zaczął się z nią obracać w powolnym walcu. Jego usta nakryły jej usta, a dłonie pieściły tak, że aż wzdychała z rozkoszy.
    Przecież to nie tak miało być, pomyślała zmieszana, próbując się wyzwolić. Przyciągnął ją mocniej, jednocześnie zrzucił spodnie i przytulił ją mocno do swojego nagiego, ciepłego ciała. Pomyślała o tym, co chciała mu powiedzieć: że ani nie chce, ani może… Że to, co zdarzyło się w górach, nie może się powtórzyć. Że nie jest mężczyzną, który sprawia, że drży z pożądania. Tak myślała. Teraz stała na nogach tylko dlatego, że on ją trzymał.
    Bez słowa podniósł ją i położył na łóżku. Jego usta muskały jej ciało niczym skrzydła motyla i sprawiły, że drżała z takiego podniecenia, jakiego doświadczyła wcześniej w nocy z Jo nad morzem. Jego język stawał się na zmianę twardy i miękki, bawił się jej sutkami, schodził w dół brzucha, dalej po wewnętrznej stronie ud… Gdy rozsunął jej nogi, poddała się z westchnieniem. Przyjęła go z niewysłowioną radością i pozwoliła na to, co chciał. Że też on tak umie, pomyślała oszołomiona i wplątała palce w jego włosy. Były nadal wilgotne po kąpieli w morzu, czuła smak soli, gdy lizała go po szyi i torsie.
    Gdy wreszcie w nią wszedł, jęknęła z rozkoszy. Położył dłoń na jej usta i szepnął „cicho” do jej ucha. Poruszał się powoli i leniwie, pozwalał jej rozkoszować się każdym pchnięciem. Wreszcie ujął jej pośladki i wbijał się mocniej, aż stęknęła. Światło księżyca igrało na suficie. Mali zamknęła oczy i pozwoliła się porwać lawie dzikiego i zmysłowego pożądania. Nigdy nie sądziła, że to jej się jeszcze przydarzy…
    Gdy odzyskała oddech, walc się skończył. Na wietrze szeleściły liście gruszy przytulonej do ściany domu. Chyba wiatr zmienił kierunek, pomyślała Mali leniwie.
    – Mali… – Havard przyciągnął ją do siebie i zbliżył usta do jej czoła. – Mali, chcesz…
    Nagle odzyskała jasność umysłu i zaczęła szukać czegoś do okrycia nagiego ciała. Boże jedyny, znów to zrobili! I tym razem nie wyniknęło to z potrzeby pocieszenia, lecz z dzikiej żądzy. Uwiódł ją tak, jak nigdy nie przypuszczała, że potrafi. Jej ciało ją zdradziło i przystało na szaleństwo. Jaką kobietą była naprawdę? Ladacznicą?
    – Mali… – poczuła jego głos niczym powiew w uchu. – Kocham cię, wiesz o tym. I teraz… Chcesz…
    Położyła dłoń na jego ustach i przyciągnęła jego głowę do swoich piersi.
    Skrzypce znów zaczęły grać. Muzyka wpadła przez otwarte okno razem z zapachem morza i wodorostów.
    – Nie pytaj mnie, Havardzie – wyszeptała Mali. – Nie pytaj…

ROZDZIAŁ 8

    Lipiec przeszedł w sierpień. Dni były ciepłe i pełne letnich zapachów, a pola zboża zaczęły przebłyskiwać złotem, mimo że do żniw pozostał jeszcze miesiąc.
    Pewnego popołudnia Mali farbowała wełnę w pralni. Nagle dostrzegła cień, który padł na podłogę przez otwarte drzwi. Odwróciła się gwałtownie i spojrzała prosto w oczy Havarda. Rumieniec zalał jej twarz i spuściła wzrok.
    Od czasu szalonej nocy w jego sypialni obchodzili się z dala jak dwa kocury. Zachowywali się normalnie, ale często czuła na sobie jego spojrzenie. Nigdy jednak o nic nie pytał ani niepotrzebnie nie dotykał. Po prostu był taki jak zawsze: uśmiechnięty, pracowity i miły dla wszystkich.
    Przynajmniej Sivert kochał go na pewno, pomyślała Mali z goryczą. Ale rozumiała, że jest to łatwe, o ile się przed tym nie broni.
    Bała się, że on odejdzie ze Stornes, skoro mu znów odmówiła. Jednak pozostał. Płynęły dni, a żadne z nich ani słowem nie wspomniało tej nocy. Ale czasami, gdy ich dłonie się zetknęły przy podawaniu półmiska przy stole, Mali zalewała się rumieńcem. Jak jakaś płocha dziewczyna, upominała się w myślach, usiłując ukryć drżenie rąk.
    – Strasznie gorący dzień na farbowanie wełny – powiedział Havard, wchodząc do pralni.
    Miał mokre włosy, a krople wody lśniły jeszcze na jego twarzy. Otaczał go zapach słonej wody. Na pewno kąpał się w morzu, pomyślała Mali.
    – Już dawno to postanowiłam – rzuciła Mali. – Muszę robić takie rzeczy w dni, kiedy nie mam więcej zajęć. No i poza tym dobrze dziś wyschnie.
    – Lepiej poszłabyś ze mną się wykąpać – uśmiechnął się.
    Odwróciła się i zaczęła mieszać w garze, w którym farbowała się wełna. Nie chciała patrzeć mu w oczy. Nagle poczuła jego dłoń na karku i zesztywniała.
    – Co robisz? – spytała, gdy obrócił ją ku sobie. – Nie powinieneś…
    – Chcę tylko zobaczyć, jak dziś wyglądasz – powiedział, odgarniając jej włosy ze spoconego czoła. – Unikasz mnie, jakbym zarażał dziwną chorobą. Przecież nie możesz się mnie bać – dodał, zaglądając jej w oczy.
    – Nie boję się ciebie – rzuciła Mali dziwnie zdyszana i wzięła go za rękę, by się uwolnić. – Dlaczego miałabym się ciebie bać? – Serce biło jej jak oszalałe, czuła się osłabiona. – Przecież powiedziałam, że nie chcę… nie chcę wychodzić za mąż.
    – Ja o to nie pytałem, prawda?
    Jego błękitne oczy iskrzyły.
    – Nie… – Mali nie udało się uwolnić od jego dłoni i stali nadal blisko siebie. – Nie, nie pytałeś, ale sądziłam, że…
    – Że znów się oświadczę – dokończył za nią. – Nie, coś ty? Ja dostałem już odpowiedź na to pytanie.
    Objął ją w talii i przyciągnął do siebie. Zamknęła oczy, zanim jego usta dotknęły jej ust. Wiedziała, że to nastąpi, i wiedziała, że nie będzie w stanie temu zapobiec. I nie będzie chciała…
    Jego usta zsunęły się na jej szyję, ku rozpiętej bluzce. Powoli rozsunął bluzkę na boki i dotknął jej piersi. Mali gwałtownie nabrała powietrza i spróbowała się uwolnić.
    – Nie chcę tego, Havardzie – wyszeptała. – Tak nie można, ja nie chcę…
    Nie zwracał uwagi na jej słowa, tylko rozsunął bluzkę jeszcze szerzej. Gdy poczuła na sutkach jego ciepły oddech, z ust jej wyrwał się jęk. Nogi dziwnie osłabły i nie myśląc, co robi, splotła dłonie na jego karku.
    – Havardzie, nie chcę – wyszeptała ochryple i przycisnęła się do niego z całej siły. – Nie chcę…
    – Tak, tego właśnie chcesz – powiedział cicho. -Oboje tego chcemy.
    Nie pamiętała, jak to się stało, ale w pralni zapadł półmrok. Chyba zamknął drzwi, pomyślała oszołomiona.
    Wziął ją na ręce i zaniósł na ławę. Próbowała się podnieść, ale położył ją z powrotem. Nie gwałtownie, ale stanowczo. Leżała, patrząc na niego. Dłonie Havarda weszły pod jej spódnicę, wtedy położyła na nich swoją dłoń.
    – Nie – wyszeptała cicho, unosząc się ku niemu.
    – Dlaczego mówisz „nie", kiedy masz na myśli „tak"? – wyszeptał wprost do jej ucha.
    Nie potrafiła odpowiedzieć. I nagle jakby puściła w niej tama. Poddała się całkowicie, i nawet pomagała ściągnąć mu ubranie. Nie mogła się doczekać, kiedy w nią wejdzie. Nigdy jeszcze nie czuła tak zwierzęcego pożądania, które nie potrzebowało słów ani uprzednich pieszczot. Była wilgotna i chętna, wygięła się ku niemu, gdy wreszcie w nią wszedł. Nigdy nie było lepiej, pomyślała, jęcząc z rozkoszy, nigdy…
    Gdy on już opadł na nią, przejęła inicjatywę. Jej łono nadal było nienasycone i nie chciało zakończyć przyjemności. Jej usta odnalazły jego usta, a dłoń odszukała jego wiotką męskość. Efekt był taki, jakby dotknęła go żywym ogniem.
    – Co robisz? – stęknął, zesztywniały od jej dotyku. – Mała wiedźmo! Czy to nie ty nie chciałaś?
    – Chcę – wyszeptała Mali zdyszana. – Chcę więcej!
    Zaśmiał się, pokazując mocne, białe zęby, i pochylił się nad nią. Z jego mokrych włosów kapała morska woda na jej twarz. Ugryzł ją lekko w szyję, w pełne piersi i sterczące sutki, aż traciła oddech z rozkoszy. Jego męskość w jej dłoni znów stała się twarda jak skała.
    – Wpuść mnie – wyszeptał.
    Mali cofnęła rękę i otworzyła się przed nim niczym kwiat ku wiosennemu słońcu.
    Po wszystkim Havard zsunął się na kolana przy ławie i obejmował ją, dopóki nie odzyskali równego oddechu. Odwróciła głowę, znów zażenowana. Jaką kobietą była, że wyczyniała takie rzeczy? Albo wyjdzie za niego za mąż, albo będzie się trzymała od niego z daleka. Ale nie była w stanie trzymać się od niego z daleka, nie w takiej sytuacji. Jej własne pożądanie gubiło ją, gdy tylko on jej dotykał. No to w takim razie go kocha? Możliwe, że tak, ale niewystarczająco. Nie na tyle, by go poślubić i pożegnać marzenie…
    Leżała, zastanawiając się, jak teraz będzie w stanie spojrzeć mu w oczy. Co powie. Ale on nie czekał. Przelotnie musnął ustami jej policzek i zanim się zorientowała, zniknął. Drzwi pralni zostawił uchylone.
    Mali unikała jego spojrzenia podczas kolacji. Była zawstydzona i zmieszana. Mimo to nie żałowała tego, co zdarzyło się w pralni. Sama myśl o Havardzie sprawiała, że zalewała się rumieńcem. Ale przecież to nie może trwać! A jeśli ktoś się dowie? Mimo że Beret i pewnie wszyscy inni uważają, że byłoby w porządku, gdyby wyszła za Havarda, to na pewno nie uznają za właściwe, jeśli ciągle będzie lądowała z nim w łóżku. To nie uchodziło, i Mali wiedziała o tym bardzo dobrze.
    Dlatego trzeba położyć temu koniec, pomyślała Mali, rzucając ukradkowe spojrzenie na Havarda. Przeszył ją słodki dreszcz, gdy ujrzała jego opaloną, przystojną twarz, włosy wyblakłe na słońcu, wrażliwe usta. I jego dłonie… Zadziwiało ją, że jego przywykłe do pracy dłonie mogły być takie… Delikatne i odważne zarazem. Nigdy nie podejrzewała, że on wiedział tak wiele o kobietach i o tym, co może sprawiać im przyjemność. W każdym razie jej, pomyślała i znów zalał ją rumieniec. Pochyliła się niżej nad talerzem.
    Wiedziała, że nie wszystkie kobiety są takie jak ona. Może to ona miała silniejszy popęd niż inne, taki, nad którym nie panowała – o ile ktoś potrafił ją rozpalić. Nie, musi z tym skończyć! To nieprzyzwoite i niegodne.
    Nagle Havard uniósł wzrok i ich oczy się spotkały. Mali aż upuściła łyżkę z wrażenia i zanim się po nią schyliła, on już zdążył ją jej podać.
    – Dziękuję – powiedziała cicho, unikając jego spojrzenia.
    Nie odpowiedział, ale wyczuła, że się uśmiecha.
    Tego wieczora Sivert bardziej niż zwykle opierał się przed pójściem spać. Już było późno, gdy Mali powiedziała stanowczo, że już dosyć i że ma iść na górę.
    – Ale ja jeszcze tylko…
    – Nie, zrobisz to jutro – ucięła Mali i wzięła go za rękę. – Już noc.
    – A Oja jeszcze leży w kołysce – protestował. -A przecież jest mały. Dlaczego jego nie kładziesz?
    – On śpi dużo w ciągu dnia, przecież wiesz – odpowiedziała. – Takie maluchy często jedzą i dużo śpią. Ja go kładę, gdy ty już śpisz. No chodź już, Sivert. – Mali zaczynała tracić cierpliwość. Pociągnęła go za rękę i podniosła z podłogi, gdzie siedział wśród zabawek.
    – Ja nie chcę… – marudził. Dolna warga zaczęła mu się trząść. – Nie chcę…
    – A jeśli ja będę twoim koniem i zaniosę cię do łóżka? – wtrącił Havard. – Możesz siedzieć na moim grzbiecie.
    – Tak, jeśli Havard mnie położy, to tak – powiedział Sivert, rzucając matce spojrzenie pełne triumfu.
    Wiedziała, że nie powinna na to pozwolić. Nawet jeśli Havard położy Siverta do łóżka, ona i tak będzie musiała tam pójść, by pocałować synka na dobranoc. A na pewno nie chciała znaleźć się sam na sam z Havardem, a zwłaszcza nie przy sypialni. Mimo to pokiwała głową.
    – Przyjdę za chwilę powiedzieć ci dobranoc – rzuciła. – I masz być w łóżku! Ale później nie chcę słyszeć o takim zachowaniu jak teraz. Nawet nie próbuj.
    Havard wsadził Siverta na plecy i poszli na górę, pogrążeni w rozmowie. Mali popatrzyła za nimi, kręcąc głową. Sivert wkraczał chyba w wiek przekory. Wszyscy narzekali na dzieci w tym wieku i chyba tylko ona miała nadzieję, że Siverta to ominie. Myliła się.
    – Według mnie to dobrze, że Sivert tak się przywiązał do Havarda – odezwała się Ane, gdy zostały same. -Całkiem zastąpił Johana.
    – Nie wiem, na ile to dobre – odparła Mali. – A jeśli odejdzie, jak zniesie to Sivert?
    – Ale przecież nie odchodzi, prawda? – przestraszyła się Ane. – Wydaje się, że dobrze mu w Stornes. Sam ciągle to powtarza.
    – Przecież może nadejść dzień, kiedy znajdzie sobie kobietę i będzie chciał się żenić – rzuciła Mali, zaczynając sprzątać po Sivercie. – Zobaczymy wtedy tylko podeszwy jego butów!
    – Tak, wiele chętnie by go przyjęło – westchnęła Ingeborg znad zmywania. – Jest tak strasznie miły i przystojny – dodała z westchnieniem tęsknoty w głosie.
    – Sama go weź, Mali – uśmiechnęła się Ane. – Nietrudno dostrzec, że patrzy na ciebie przychylnie.
    – Głupstwa – rzuciła Mali, rumieniąc się.
    – Na pewno nie – poparła Ane Ingeborg. – Sama widziałam!
    – Ja nie chcę wychodzić za mąż – ucięła Mali. – Chyba powiedziałam to jasno.
    – Tak, powiedziałaś to zaraz potem, jak Johan umarł -odparła Ane. – Może dlatego, że byłaś wtedy zdenerwowana. Przecież można zmienić zdanie. A Havard…
    – Ale ja nie zmieniłam zdania – Mali objęła Ane. -Po prostu nie chcę znów wychodzić za mąż. Ale jeśli już, to masz rację, że Havard byłby dobrym kandydatem z wielu względów. Ale kto powiedział, że on mnie chce?
    – Jeśli w to wątpisz, to jesteś ślepa – uśmiechnęła się Ane. – Na oboje oczu. Dobranoc!
    Mali miała nadzieję, że Havard zejdzie na dół, ale już nie mogła dłużej czekać.
    – Zerknij na Oję – poprosiła Ingeborg. – Skoczę tylko powiedzieć Sivertowi dobranoc.
    I zniknęła za drzwiami, z bijącym sercem i lodowatymi dłońmi.
    Zatrzymała się na chwilę przed pokojem Siverta. Z wewnątrz dobiegał niski głos Havarda i jasny śmiech jej syna, ale nie dosłyszała, o czym rozmawiają. Otworzyła drzwi i weszła. Dwie pary oczu wpatrzyły się w nią, aż ze zmieszania zaczęła skubać skraj fartucha.
    – No dobrze – powiedziała, unikając wzroku mężczyzny. – Widzę, że Havardowi udało się wpakować cię do łóżka.
    – I opowiedział mi dwie przygody – obwieścił Sivert z jaśniejącymi oczami. – Spotkał niedźwiedzia, wiedziałaś, mamo? Naprawdę wielkiego niedźwiedzia, i on…
    – Nie, nie wiedziałam – przerwała mu Mali i podeszła do łóżka. – On nie opowiada mi wszystkiego.
    Havard potargał czuprynę małego i wstał z krzesła. Mali uważała, by nie dotknąć mężczyzny, gdy pochyliła się nad synem i ucałowała jego krągły, ciepły policzek.
    – Śpij dobrze, synku – powiedziała cicho. – Ale bądź pewny jednego: Havard ma inne rzeczy do roboty niż cię kłaść, więc tak nie będzie zawsze. Nic nie pomogą płacze – dodała tonem ostrzeżenia. – Nie chcę żadnego marudzenia.
    Sivert oplótł ramionami jej szyję i Mali poczuła jego ciepły oddech przy swoim uchu.
    – Ale czy nie będzie mógł…
    – Tak, czasem – odparła. – Gdy będzie miał czas i gdy będzie chciał.
    – On chce – oświadczył chłopiec triumfująco. – Powiedział mi to. Prawda, że chcesz, Havardzie?
    – Pewnie, że chcę – rzucił mężczyzna. – Ale to mama decyduje, wiesz przecież.
    Mali, nadal pochylona nad łóżkiem, miała nadzieję, że Havard wyjdzie przed nią. Ale stał nadal. W końcu uwolniła się z ramion syna i wyprostowała.
    – Dobranoc – powtórzyła. – Spij dobrze.
    Havard otworzył przed nią drzwi i przytrzymał. Nie mogła uniknąć otarcia się o niego w przejściu. Poszła szybko korytarzem.
    – Dziękuję za pomoc – rzuciła przez ramię. – To było miłe z twojej strony.
    – Nie, ja sam tego chciałem – odparł, stojąc zadziwiająco blisko niej. – Lubię Siverta. Jest dobrym chłopcem i sądzę, że dobrze mu robi przebywanie z mężczyzną po tym, jak stracił swojego ojca.
    – Tylko nie zapominaj, że nie jesteś jego ojcem -burknęła Mali, zatrzymując się i odwracając ku niemu. -To ważne dla was obu.
    – Nie musisz mi o tym przypominać – odparł spokojnie. – Czego się obawiasz, Mali? Nie możesz tak po prostu odprężyć się i cieszyć życiem, a nie czuwać, czy ktoś nie wchodzi na twoje terytorium? Ja nigdy nie zrobię niczego, czego ty nie chcesz, i nie będę cię męczył pytaniami. Ale nie możesz zapobiec, by Sivert mnie pokochał, bo już to zrobił. Dla niego nie stanowi to problemu – dodał z naciskiem w głosie.
    – Nie chciałam być niewdzięczna – powiedziała Mali, spuszczając oczy. – Pomagasz nam wszystkim, Havardzie, i ja się bardzo cieszę, że Sivert miał w tobie oparcie w tym czasie. Bardziej się boję o to, by nie cierpiał, gdy odejdziesz – dodała, nerwowo poprawiając włosy.
    – Ja nie mam planów, by stąd odejść – odparł. – Chyba że ty będziesz tego chciała.
    – Ja nie chcę – rzuciła Mali, podnosząc na niego wzrok. – Ale nie możemy dalej… To znaczy, powinniśmy…
    – Co powinniśmy? – spytał, a w oczach pojawił się błysk.
    – Powinniśmy przestać…
    Zalała się rumieńcem i poszła w kierunku schodów. Nagle poczuła jego dłoń na ramieniu. Obrócił ją ku sobie.
    – Czy ja kiedykolwiek zrobiłem coś, czego ty sama nie chciałaś? – spytał, stojąc blisko niej. Ujął jej podbródek i uniósł do góry, by spojrzeć jej w oczy. – Zrobiłem?
    – Nie – szepnęła Mali. – Nie, ja tego nie mówiłam. Ale powinniśmy…
    – Tak, to zrozumiałem – odparł, odsuwając się. -Chciałem tylko wiedzieć, że nie sprawiłem ci jakiejś przykrości.
    Mali powoli pokręciła głową.
    – Nie utrudniaj, Mali – powiedział Havard spokojnie. – Daj sobie prawo do życia. Bo o to tu chodzi, by żyć… Żyć teraz, Mali.
    Jego dłoń pogładziła jej policzek, po czym Havard obrócił się i poszedł do swojej sypialni.

ROZDZIAŁ 9

    Tej jesieni był urodzaj czarnych jagód. Sivert ciągle wracał z umorusaną buzią i dłońmi, bo nie trzeba było daleko odejść, by je znaleźć. Poza tym często udawało mu się zwabić którąś ze służących, by poszła z nim dalej, i wracał do domu z pełnym brzuchem i jagodami nawleczonymi na źdźbła traw. Mali zauważyła, że nawet Havard po zakończonej pracy czasem chodził z nim do lasu. Stała wtedy i patrzyła za nimi, za wysokim mężczyzną i małym chłopcem, i serce wypełniała jej wdzięczność wobec Havarda, że poświęcał swój czas jej synowi. Mimo że miał prawo być niezadowolony, że wszystko dzieje się na jej warunkach. Ale nie dawał tego poznać ani jej, ani ludziom na gospodarstwie, ani zwłaszcza Sivertowi. Coraz częściej uderzało Mali, jak on jest miły, tak zupełnie bezinteresownie miły. Wprawiało ją to w onieśmielenie i przelotne wyrzuty sumienia. Może… może mogłaby… Ta myśl przechodziła jej coraz częściej przez głowę.
    Mali zadzwoniła do Margrethe i zaproponowała, by któregoś przedpołudnia zrobiły sobie wolne i z synami poszły na jagody do lasu. Mogą wziąć ze sobą jedzenie i sok i spędzić milo czas. Wiedziała, że Sivert uwielbiał takie wyprawy, a poza tym mogła nazbierać jagód na przetwory, dobre do naleśników i na chleb w czasie zimy. Margrethe nie odmówiła.
    Dzień był słoneczny i bezwietrzny, powietrze przejrzyste. W słońcu czuło się ciepło, ale w cieniu dawało się zauważyć, że nadchodzi jesień. Ale wkrótce Mali zaczynała być wdzięczna za każdy odcinek cienia, gdy tak szli wzdłuż łąk i pól. Rozpięła bluzkę i odgarnęła włosy z wilgotnego czoła.
    – Jak ci idzie? – spytała, odwracając się do siostry. – Nie za ciężko?
    Margrethe zatrzymała się i uśmiechnęła.
    – Ależ skąd! Czuję się tak sprawna jak nigdy. Ten maluch dobrze się obchodzi ze swoją mamą – powiedziała, gładząc się po lekkim zaokrągleniu brzucha.
    – Dobrze to słyszeć – Mali odpowiedziała uśmiechem. -Widać po tobie, że jesteś zupełnie inna niż w ostatniej ciąży.
    To nie był czczy komplement. Margrethe stała, oświetlona sierpniowym słońcem. Jej jedwabista skóra zyskała złocisty blask po lecie, włosy błyszczały, grube i gładkie, błękitne oczy promieniały. Mali chętnie przyznała, że siostra wyglądała ładniej niż kiedykolwiek. T na bardziej szczęśliwą, jeśli to w ogóle możliwe w jej związku z Bengtem.
    Margrethe jakby czytała w jej myślach.
    – Jeśli się zastanawiasz, jak nam jest razem, mogę tylko powiedzieć, że każdy dzień jest jak w raju. Zwłaszcza teraz – dodała, zalewając się rumieńcem. – Nie musimy już myśleć, że mogę zajść w ciążę, i nie musimy… no wiesz, uważać…
    Mali zaśmiała się i objęła młodszą siostrę.
    – Ech, wy dwoje! – westchnęła. – Ale cieszę się z twojego każdego dnia w raju. Bardzo się cieszę, że zeszliście się z Bengtem.
    – A ty? – spytała Margrethe i spojrzała na siostrę badawczo. – Nadal twierdzisz, że nie chcesz żadnego mężczyzny?
    – Mam Havarda – rzuciła Mali, odwracając się i zaczynając iść. – Trudno o lepszego gospodarza od niego.
    – Tak, wiem, ale ja mam na myśli mężczyznę… do łóżka.
    Mali cieszyła się, że jest odwrócona do siostry plecami, bo nie tylko ciepło słońca sprawiło, że poczerwieniała aż po szyję.
    – Możesz sądzić, co chcesz, ale daję radę bez tego -odparła, choć tchu jej brakło, gdy tak kłamała.
    – Ale Havard… – Margrethe nie chciała tak łatwo się poddać – mógłby się nadać do czegoś więcej niż tylko jako zarządca. Jest przystojny i dobry. A ty zawsze go lubiłaś, tak mówiłaś.
    Mali nie odpowiedziała, tylko parła w górę. Ich synkowie byli już daleko przed nimi.
    – No i Havard jest w ciebie zapatrzony – mówiła Margrethe coraz bardziej zdyszana. – Wszyscy to widzą, a on tego nie ukrywa. Jak on może chodzić koło ciebie codziennie i nie…
    Mali zatrzymała się i odwróciła.
    – Nie mówmy więcej o tym – ucięła. – W Stornes idzie zupełnie dobrze w tym układzie z Havardem. I już.
    – Nie, ja nie chciałam się wtrącać – broniła się siostra. – Chcę po prostu, żebyś była szczęśliwa…
    – No i jestem – zaśmiała się Mali w nieco wymuszony sposób.
    – Ale nie zdarza się, że… że chcesz… że masz ochotę… – Margrethe wsparła rękami krzyż i wpatrzyła się w starszą siostrę.
    – Nie, nic nie zauważyłam – odpowiedziała, nie patrząc jej w oczy. – Mam wszystko, czego pragnę.
    I to przecież prawda, pomyślała z ironią, ale nikt nie musi wiedzieć, że Havard posłużył jej nie tylko za zarządcę. Nawet Margrethe. Porządne kobiety nie robią tak jak ona. Ale teraz to już koniec, tak postanowiła. Lepiej skończyć, póki zabawa jeszcze trwa.
    Gdy weszły do lasu pod wysokie jodły, ujrzały, że rosnące pod nimi jagodowiska pełne są dojrzałych jagód. Sivert i Olaus zapiszczeli z radości i rzucili się na kolana w środek tej wspaniałości. Zrywali garściami jagody i pakowali do ust, nie zwracając uwagi, że jedzą też listki. Mali i Margrethe usiadły na polance, oparły się o pień większego drzewa i zaczęły wyciągać jedzenie.
    – Powinni zaraz coś zjeść – uśmiechnęła się Mali, obserwując małych łakomczuchów. – Inaczej nic dziś nie zjedzą poza jagodami.
    Margrethe patrzyła na nich jaśniejącymi oczami.
    – Ależ czas leci – powiedziała. – Zobacz, jak wyrośli. Któż by pomyślał, że każda z nas osiądzie na dwóch z największych gospodarstw w Inndalen, wyjdzie dobrze za mąż, urodzi dzieci… Jak to nigdy nie wiadomo, co się zdarzy – dodała z zamyślonym spojrzeniem.
    – No i dobrze – ucięła Mali. – Dobrze, że nie wiemy nic o przyszłości. Powinniśmy brać dany dzień takim, jaki jest.
    Margrethe spojrzała na nią zdziwiona, ale nic nie odpowiedziała. Wyłożyły zawiniątka z jedzeniem i otworzyły butelki z sokiem.
    – Chodźcie, chłopcy, jedzenie! – zawołała Mali. – Powinniście coś zjeść, zanim napchacie się jagodami.
    Gdy nie uzyskała odpowiedzi, wstała i spojrzała w ich kierunku. Ciemno- i jasnowłosa głowa pochylone były nad jagodowiskiem. Obaj chłopcy byli tak zajęci pochłanianiem jagód, że niemal ze sobą nie rozmawiali.
    – Chodźcie! – powtórzyła. – Potem będziecie mogli zbierać, ile chcecie. Jeszcze nie wracamy do domu.
    Zobaczyła, że Olaus się podnosi i mówi coś do Siverta. Ten odwrócił się i spojrzał na matkę, ale potem coś przykuło jego wzrok. Mali zobaczyła, jak pochyla się nad korzeniem leżącym na słońcu. Nie zdążyła usiąść, gdy dziki wrzask poderwał je na równe nogi. Sivert stał z lewą ręką wyciągniętą przed siebie i krzyczał.
    – Co się stało? – krzyknęła Mali, biegnąc ku niemu. – Uderzyłeś się?
    Nie odpowiedział, nadal szlochając. Olaus odsunął się od niego, patrząc wielkimi oczami.
    – Co się stało? – spytała zdyszana Mali, gdy do nich dobiegła. – Co się mu stało, Olaus?
    – To nie był patyk – powiedział mały. – On się ruszał.
    Mali schwyciła rękę Siverta. Powyżej łokcia widniały dwa wyraźne, czerwone ślady po ugryzieniu. Uświadomiła sobie, że to ugryzienie węża. Ten korzeń to była żmija! Poczuła ogarniający ją paniczny strach i złapała Siverta w objęcia.
    Ze żmijami nie ma żartów, zwłaszcza gdy ukąszą dzieci oraz gdy zranią tak wysoko jak Siverta. Tyle pamiętała. W dodatku to lewa ręka! Bliżej do serca, mówili ludzie.
    – Co się stało? – spytała Margrethe, gdy dotarła do nich. – Sivert się uderzył?
    – Nie. Ugryzła go żmija – rzuciła Mali ochrypłym głosem i spojrzała na siostrę z rozpaczą.
    – Żmija – powtórzyła Margrethe z niedowierzaniem. – Gdzie?
    Mali pokazała jej ramię syna, gdzie widniały dwie czerwone dziurki. Ramię zaczynało już puchnąć.
    – Boże drogi, co robić? Jesteśmy tak daleko od domu…
    Olaus zrozumiał, że dzieje się coś złego, i też zaczął płakać. Objął nogi matki i zanurzył twarz w jej spódnicę. Wzięła go na ręce, próbując uspokoić.
    – No już… – powiedziała cicho. – Siverta ugryzła…
    – To był patyk – zaszlochał Olaus. – Żywy patyk! Mali otrząsnęła się z szoku. Przez chwilę czuła się sparaliżowana strachem i niezdolna do żadnej decyzji. Teraz uniosła spódnicę i urwała pas materiału z halki.
    – Co ty robisz? – Margrethe spojrzała na siostrę, jakby ta postradała zmysły.
    – Trzeba przewiązać ramię powyżej ugryzienia – rzuciła Mali, obwiązując mocno ramię Siverta. – Wtedy jad się nie przemieszcza. Przynajmniej nie tak szybko – dodała. – Słyszałam, że można zrobić nacięcie, wyssać truciznę, ale nie wiem, jak to zrobić. Nigdy tego nie przeżyłam – dodała bezradnie. – Zresztą nie mam nic ostrego, a i tak bałabym się pogorszyć sprawę.
    Spuchnięte ramię, dodatkowo przewiązane płóciennym paskiem, najwyraźniej bolało Siverta, bo płakał rozdzierająco. Gdy usłyszał słowa Mali o nacięciu, wpadł w histerię.
    – Nie tnij mnie, mamo! – zaszlochał. – Nie tnij!
    – Nie, nie będę – Mali otarła jego zapłakaną twarz. -Oczywiście, że nie, kochanie – wyszeptała zrozpaczona i przytuliła go. – Zbierz rzeczy i schodź sama – rzuciła do Margrethe. – Ja biegnę z nim na dół. Musi jak najszybciej jechać do lekarza po surowicę, bo inaczej…
    Nie skończyła, tylko wzięła syna na ręce i pobiegła. To była ciężka i długa droga. Popłakujący Sivert wisiał jej ciężko na szyi. Objął ją prawą ręką tak mocno, że prawie dławił. Był też ciężki, a teren nierówny. Gdy w końcu dotarła do letnich obór, zatrzymała się na chwilę, by złapać oddech. Była zlana potem, włosy się rozpuściły i otaczały ją chmurą. Ledwo trzymała się na nogach. Jednak gdy zerknęła na lewe ramię syna, rzuciła się naprzód. Ramię spuchło jeszcze bardziej i zaczęło sinieć. Sivert oddychał nierówno i walczył o każdy oddech.
    Mali stękała z wysiłku i strasznego zmęczenia. Boże, musi się udać, pomyślała z desperacją. Słyszała o ludziach ugryzionych przez węża, którzy przeżyli. Ale też o takich, zwłaszcza dzieciach, którym się nie udało. Kiedy dotrą do lekarza? Nie wiedziała, skąd miała siły, ale biegła chyba najszybciej w życiu.
    Havard stal na podwórzu, rozsiodłując konia, gdy wbiegła. Przerażony upuścił wszystko, co miał w rękach, i podbiegł do niej.
    – Co się dzieje? – spytał, patrząc w jej oszalałe oczy. – Co jest, Mali?
    Odebrał od niej Siverta, a Mali osunęła się na ziemię. Nie mogła złapać oddechu, by cokolwiek powiedzieć, ale nie było to potrzebne. Havard dostrzegł rękę Siverta i zrozumiał wszystko.
    – Cholera ciężka – zaklął i przytulił chłopca. – Musimy jechać do doktora – powiedział, oddając go Mali. – Siedźcie tu spokojnie, a ja…
    Pobiegł do domu, zanim skończył zdanie. Wrócił z finką, a Ane za nim.
    – Znajdź Gudmunda i powiedz, że ma zaprząc konia do wozu – rzucił do służącej.
    Pochylił się nad Sivertem i pogłaskał go po buzi.
    – Wąż wpuścił w ciebie jad – powiedział spokojnie. -Pojedziemy do doktora, a on da ci coś, co zabije jad węża. Ale teraz muszę wyciągnąć z twojej ręki jak najwięcej tego jadu. Rozumiesz?
    Sivert wpatrzył się w niego wielkimi oczami.
    – Zrobię małe nacięcie w skórze – mówił dalej Havard – i wyssę wszystko, co się da. To może trochę boleć, ale jesteś już dużym chłopcem, prawda? Zniesiesz to?
    Sivert chciał zaprotestować, lecz spokojny głos Havarda podziałał na niego. Wolno pokiwał głową, ale gdy zobaczył ostrze finki, zmienił zdanie. Próbował ukryć się u Mali, ale nie zdążył. Havard złapał go za ramię i zrobił nacięcie pomiędzy śladami ugryzienia. Pochylił się nad ranką, ssał i wypluwał, ssał i wypluwał. Sivert płakał wniebogłosy i wyrywał się, ale Mali trzymała go mocno.
    – A jeśli masz jakąś ranę w ustach? – wyszeptała przerażona, patrząc na mężczyznę. – Wtedy jad cię zatruje!
    – Dam sobie radę – uciął. – Tu chodzi o Siverta. Aha, opaliłem nóż – dodał.
    Wstał i podbiegł do Gudmunda, który zaprzągł konia. Ane podeszła do Mali i otuliła kocem Siverta. Leżał z półprzymkniętymi oczami i oddychał nierówno, ale już nie płakał. Oczy Ane rozszerzyły się, gdy zobaczyła ramię chłopca.
    – Zmoczę szmatkę – rzuciła. – Może pomóc na opuchliznę.
    Opuchlizna to jedno, pomyślała Mali. Ona nie była niebezpieczna, tylko jad, który już dostał się do krwi. Pytanie, ile jadu udało się wyssać Havardowi. Mali kołysała syna i próbowała się do niego uśmiechnąć, ale wyszedł jej tylko dziwny grymas.
    – Tyle zamieszania, widzisz? – powiedziała z udawanym spokojem. – Ale ten wąż wpuścił w ciebie jad, to dlatego ręka ci spuchła i cię boli, i dlatego Havard starał się go wyssać. Chciał ci pomóc. Ale doktor ma lekarstwo, które jest mocniejsze od jadu, i dlatego teraz do niego pojedziemy. Będzie dobrze…
    – Boli… – Sivert znów zaczął popłakiwać. – Ja muszę…
    Zanim skończył, zwymiotował wprost przed siebie. Mali próbowała się odsunąć, ale większość granatowego strumienia wylądowała na niej. Gdy Ane nadbiegła ze szmatką, użyły jej do czyszczenia ich obojga.
    – Gdzie jest Ingeborg? – spytała Mali. – Zawołaj, by przyniosła więcej ręczników. Mogą nam się przydać po drodze.
    – Dzwoniła do doktora – odparła Ane. – Jest w gabinecie i wie, że jedziecie.
    Nadbiegł Havard i wziął Siverta na ręce.
    – Siadaj do wozu – polecił Mali. – Zawiń go w koc, bo może mieć dreszcze. No i trzymaj się mocno – dorzucił. – Będę ostro gonił konia.
    Dzień przechodził w wieczór. Zachodzące słońce barwiło góry na czerwono, a lekki wietrzyk przynosił przez okno zapach morza i wodorostów. Mali siedziała przy łóżku Siverta od czasu, kiedy wrócili od lekarza.
    Starszy pan zmarszczył brwi z zastanowieniem, gdy ujrzał spuchnięte ramię, lecz nie powiedział wiele. Ranę przemył i opatrzył, a Sivert dostał dawkę surowicy.
    – Będzie dobrze, prawda? – spytała Mali cicho, patrząc na lekarza błagalnie.
    – Powinno być – odparł. – Chłopak wygląda na silnego. Ale dawno nie widziałem tak gwałtownej reakcji na ukąszenie żmii. Czy jest uczulony?
    – Niczego nie zauważyłam…
    W drodze do domu trzymała syna w ramionach i modliła się. Tylko nie Sivert, błagała, tylko nie Sivert. Ale dławił ją potworny strach, gdy głaskała go po rozpalonym j czole i słyszała świszczący, urywany oddech. Musiała użyć wszystkich sił, by nie płakać. On nie może się bać, i pomyślała, zagryzając usta do krwi.
    – Jak z nim? – spytał Havard, odwracając się ku nim.
    – Nie wiem – odparła cicho, patrząc na niego z rozpaczą. – Tak się boję, Havard.
    – Będzie dobrze – rzucił. – Musi być dobrze – dodał przez zaciśnięte zęby i pogonił konia.
    Beret zaglądała kilka razy na poddasze, siadała i patrzyła bezradnie.
    – Wyzdrowieje, prawda? – spytała słabym głosem.
    – Jeszcze nie wiadomo – odparła Mali cicho. – Zobaczymy. Ale doktor powiedział, że surowica powinna zadziałać przez wieczór. O ile zadziała…
    – Ja się zajmuję Oja – powiedziała Beret. – Ale zejdź na dół go nakarmić, gdy będziesz mogła.
    – Tak, ale nie odejdę od Siverta. Lepiej przynieś mi Oję, tu go nakarmię.
    Wzdrygnęła się, gdy drzwi się otworzyły. To był Havard. Zaglądał już wiele razy. Stanął przy łóżku bez słowa i patrzył na chłopca. Mali odszukała jego dłoń i uścisnęła.
    – Dziękuję. Nie wiem, co bym zrobiła…
    – Wtedy Gudmund albo ktoś inny by ci pomógł -przerwał jej Havard.
    Mali pokręciła powoli głową i przycisnęła jego dłoń do ust.
    – Nie, nikt nie zrobiłby tego, co ty – powiedziała, a łzy spływały po jego dłoni. – Nie przeżyję, jeśli stracę Siverta – dodała zduszonym głosem. – Nie przeżyję… On jest dla mnie najdroższy…
    – Rozumiem, ale go nie stracisz – odparł Havard, obejmując jej ramiona. – Już mu lepiej.
    Mali spojrzała na niego.
    – Lepiej? Skąd wiesz? Przecież tylko leży i…
    – Już nie jest gorący i śpi spokojnie. Oddycha normalnie, a to znaczy, że jad przestaje działać. Najgorsze minęło! Ręka będzie go bolała przez kilka dni, ale to wytrzyma. Najgorsze minęło – dodał z przekonaniem.
    Mali położyła dłoń na czole syna. Było ciepłe, ale nie gorące i spocone jak wcześniej. Może na chwilę sama zasnęła, bo nie zauważyła, że on śpi spokojnie. Oddychał równo i niemal niesłyszalnie, a puls bił regularnie pod skórą szyi.
    Mali powoli opadła na łóżko i załkała bezgłośnie. Całym jej ciałem wstrząsał szloch. Havard ukląkł przy niej, objął ją i głaskał uspokajająco po plecach.
    – No już, już, Mali – wyszeptał. – Jesteś wykończona, dlatego tak reagujesz. Uspokój się – dodał, gdy zarzuciła mu ręce na szyję i przywarła do niego.
    Trwali tak, aż się uspokoiła. W końcu wyprostowała się i przetarła dłonią zapłakaną twarz. Wpatrzyła się w jego oczy i wzięła go znów za rękę. Ale nic nie powiedziała. Siedzieli tak razem długo, czas się jakby zatrzymał. Powoli zapadał zmrok. Nagle Sivert otworzył oczy.
    – Dlaczego tu siedzicie w nocy? – spytał, patrząc na nich zaspanym wzrokiem. – Chcę ciasta…
    Zanim Mali dobiegła do niego z kawałkiem ciasta, znów zasnął.
    – No, możesz się teraz położyć – powiedział Havard. – Potrzebujesz tego. Z Sivertem już dobrze. A Beret wzięła Oję do siebie na noc, miałem ci przekazać.
    – Nie odejdę od niego. Chcę tu zostać.
    – To ja przy nim posiedzę – odparł Havard spokojnie. – Jesteś wykończona, blada jak duch. Ja tu posiedzę i zawołam cię, jakby co.
    Mali nagle poczuła, jak potwornie jest zmęczona. Powoli wstała, niezdecydowana.
    – Idź już – pogonił ją. – Okaż mi zaufanie, co?
    I poszła, niechętnie i osłabiona strachem. W sypialnie zrzuciła nieświeże ubranie, półprzytomna umyła się i padła na łóżko. Sen ogarnął ją szybko i przyniósł jakże oczekiwany spokój dla duszy i odpoczynek dla obolałego ciała.
    Obudziła się gwałtownie, gdy ktoś jej dotknął. To Havard okrywał ją kołdrą. Nie zrobiła tego przed zaśnięciem, pomyślała zmieszana i poczuła, że marznie. Odkryła wtedy, że nie tylko o tym zapomniała. Była naga.
    – Coś się stało? – spytała, otulając się kołdrą.
    – Nie, Sivert śpi spokojnie. Nie ma gorączki i oddycha normalnie. Nie musisz się już niepokoić, Mali. Wszystko jest w porządku.
    Zarzuciła mu ręce na szyję z wdzięczności i pocałowała. Czuła ogromną potrzebę podziękowania temu człowiekowi, który uratował jej syna.
    – Połóż się obok mnie – wyszeptała.
    – Chciałem wracać do siebie – rzucił Havard wymijająco. – Już niedługo czwarta, powinienem się przespać choć kilka godzin, zanim…
    – Możesz spać jutro cały dzień, jeśli chcesz – uśmiechnęła się Mali, przepełniona szczęściem, i pociągnęła go ku sobie. – Och, Havardzie, Havardzie…
    Nagle zaczęła gwałtownie ściągać z niego koszulę i rozpinać pasek. On położył dłoń na jej ręce i zatrzymał ją.
    – Nie wiesz, co robisz, Mali – powiedział cicho. -Najlepiej będzie, jak pójdę.
    Ale ona się nie poddała. Oddech Havarda stał się szybki. On nie spuszczał z niej wzroku. Gdy już leżał nagi obok niej, ustami gładziła jego tors, płaski brzuch… Przytrzymał ją za włosy, gdy chciała zejść niżej.
    – Ja tego chcę – wyszeptała cicho, spoglądając na niego. – Chcę, Havardzie.
    Powoli uniosła się i położyła na nim. Nigdy tego wcześniej nie robiła, nie z własnej woli, pomyślała mgliście. Pochyliła się nad nim, pocałowała delikatnie w usta i ocierała się swoim gorącym, nagim ciałem o jego ciało.
    – Boże – wyszeptał. – Mali, co ty robisz…
    Pomogła mu dostać się na miejsce i powoli zaczęła się poruszać. Jego dłonie odgarnęły jej włosy i ujęły jej pełne piersi. Już nie mógł leżeć spokojnie, tylko wychodził jej na spotkanie każdym pchnięciem. Mali odrzuciła głowę do tyłu i łapała oddech z rozkoszy, tracąc świadomość, gdzie jest. Wreszcie osunęła się na niego.
    Po chwili Havard zebrał ubranie i bez słowa zniknął za drzwiami. Mali włożyła koszulę nocną i wśliznęła się do pokoju Siverta. Havard miał rację, od razu to zauważyła. Chłopiec spał spokojnie i mocno. Przeżyje! Pochyliła się i pocałowała synka ostrożnie, by go nie obudzić. Wróciła do swojego łóżka. Pachniało Havardem, pomyślała, naciągając kołdrę. Havardem i kochaniem. Zalała ją fala gorąca na wspomnienie tego, co robili, ale odwróciła się na bok i zamknęła oczy. Ten mężczyzna uratował Siverta!

ROZDZIAŁ 10

    Wrzesień zaczął się ulewnymi deszczami i wiatrem burzącym fale fiordu.
    Wszyscy myśleli o zbożu. Było już dojrzałe i musiało zostać zżęte przed pierwszymi przymrozkami. Gdy udawało się skończyć inne prace i zboże dojrzało, starali się rozpoczynać żniwa już w sierpniu. Wrzesień bywał kapryśny. Mógł przynieść zarówno nocne przymrozki, jak i pełne słońca dni niczym w lecie.
    Padało całymi dniami. Havard wychodził na pola od razu po śniadaniu, by zobaczyć, czy deszcz i wiatr nie wyrządziły szkód w ciągu nocy, czy dojrzałe zboże nie wyległo. Wtedy plony byłyby wątpliwe. Ale na szczęście kierunek wiatru był korzystny i zboże stało, choć kłosy były ciężkie od deszczu.
    – Tak, dziś też stoi – powiedział Havard, gdy wrócił pewnego dnia na obiad. – Ale pogoda powinna się już odmienić. Nie możemy dużo dłużej czekać.
    Podszedł do okna i spojrzał na fiord i ciężką mgłę schodzącą nisko po zboczach gór.
    – O tej porze zwykle zaczyna wiać od lądu – powiedział bardziej do siebie. – W domu w Gjelstad ojciec zawsze mówił, że można czekać spokojnie, gdy pada na początku września, choć zboże jeszcze niezżęte. Mawiał, że niedźwiedź nie chodzi spać na mokrym mchu.
    – Jaki niedźwiedź? – spytał od razu Sivert, obejmując go za nogi. Mężczyzna wziął go na ręce.
    – Żaden konkretny – odparł, targając mu włosy. – Ale wiesz, że misie robią sobie legowisko, w którym śpią całą zimę. A mokry mech się do tego nie nadaje. Więc my teraz czekamy na pogodę, by zebrać zboże, a niedźwiedź czeka, by wysechł mech na jego legowisko.
    – A czym się przykrywa?
    – Niczego nie potrzebuje. Ma gęste futro i ono mu wystarcza.
    – Wieczorem jest pełnia – rzucił Gudmund, podchodząc do okna. – Pogoda zmienia się przy pełni, więc możemy mieć nadzieję, że teraz też. Już dłużej nie można z taką pogodą – dodał, drapiąc się w głowę.
    Tej nocy Mali przebudziła się, nie wiedząc czemu. Oja spał przy niej spokojnie, w domu panowała cisza. Uświadomiła sobie, co ją obudziło. Wiatr. Uderzenia wiatru od lądu unosiły firanki. Już nie padało.
    Wstała i podeszła do okna. Zapatrzyła się na niezwykły widok. Wiatr rozgonił mgłę i chmury, jedynie małe, uparte chmurki unosiły się przy szczytach gór oblanych światłem księżyca. Czarne wody fiordu połyskiwały srebrem. Zboże było uratowane, westchnęła z ulgą Mali i wróciła do ciepłego łóżka.
    To zupełnie inny świat, pomyślała Mali, gdy rano wyszła na dół z Oja na ręku. Przez dłuższy czas słoty musiała rano zapalać lampy, by zrobić śniadanie. Teraz pierwsze promienie słońca lśniły w oknach. Z mokrych pól unosiła się mgła. Gdy uchyliła drzwi i wyjrzała, było tak pięknie, że aż westchnęła. Kolory jesieni płonęły na łąkach i na drzewach, a Stortind przybrał białą czapę na szczycie. Wrzesień to piękny miesiąc, zawsze tak uważała.
    – Ani o dzień za wcześnie – stwierdził Havard, gdy usiedli do stołu. – Dziś damy zbożu wyschnąć w słońcu, a jutro zaczynamy żąć.
    – Czyli uda się uratować zbiory i w tym roku – powiedziała Mali, spoglądając na niego. – Prawda?
    Ich spojrzenia zetknęły się na chwilę i Mali, jak zwykle, poczerwieniała. Trzymała się z dala od niego po tamtej nocy, gdy zaciągnęła go do łóżka, a i on nie wspomniał o niej słowem. Zachowywał się normalnie, ale Mali czuła czasem jego spojrzenie na plecach, gdy szła z Sivertem na górę.
    – Tak, prawda – potwierdził z uśmiechem. – Wiatr od lądu daje dobrą pogodę i suche powietrze, więc jesteśmy uratowani. O ile się nie odmieni w czasie tych dwóch tygodni. Tyle czasu potrzebujemy, co najmniej. – Skinął głową w kierunku Ane, która podeszła z dzbankiem kawy. – Potomek rośnie, jak widzę – uśmiechnął się. – Dobrze się czujesz?
    Ane zarumieniła się i zerknęła na niego z nieśmiałym uśmiechem. Mężczyźni rzadko pytali o zdrowie ciężarne służące. Ale Havard był inny niż wszyscy mężczyźni, pomyślała Mali.
    – Dobrze, dziękuję – odparła Ane. – Czuję się w pełni sił. I mam nadzieję, że nadal tak będzie – dodała, zerkając na Mali.
    – Ale nie musisz się przemęczać – powiedziała Mali. -Czeka nas zaraz dużo ciężkiej pracy, mycie i strzyżenie owiec, potem ubój. Będziesz się oszczędzała przez tę jesień, Ane. Już umówiłam się z dziewczyną z okolic Buvika, że przyjdzie tu z pomocą od przyszłego miesiąca. Ale miejsce w tym domu jest nadal twoje – dodała, widząc niepewność w oczach służącej. – Możesz tu być, jak długo chcesz, i wrócić, gdy już powrócisz do sił po porodzie. Dziecko możesz zabierać ze sobą, już ci mówiłam. Przecież kołyska jest wolna.
    Ane uśmiechnęła się z wdzięcznością.
    – Nie tak źle pracować w Stornes, co? – rzucił Havard z uśmiechem. – Pani tutaj jest szczodra.
    – Tak, na pewno – potwierdziła Ane.
    Tylko Mali odczytała aluzję w słowach Havarda i zaczerwieniła się, gdy spojrzał na nią. Zaraz potem wstał, a Ane i Ingeborg zaczęły sprzątać ze stołu.
    – Dziś ostrzymy sierpy – rzucił do Mali – a potem zawozimy stojaki na pola, by już czekały. Jutro pracujemy cały dzień, choć to sobota – dodał, patrząc na parobków. – Szkoda, że nie możemy skorzystać z niedzieli, jak już doczekaliśmy się pogody.
    Stojaki na zboże różniły się od tych na siano tym, że miały pozostawione kawałki gałęzi na dole po to, by pierwszy snop nie dotykał ziemi i nie gnił. Zwykle na jednym stojaku mieściło się siedem snopów.
    Dla kobiet były to też pracowite dni, bo to one szły za mężczyznami żnącymi zboże, wiązały je w snopy i kładły na stojaki. Mali pomyślała, że poprosi Beret, by zaopiekowała się Oja, bo Sivert na pewno pójdzie w pole ze wszystkimi. Ane będzie pracowała krócej, za to zajmie się gotowaniem.
    Piątek był dniem prania i pieczenia chleba. Chlebem Mali zajmowała się osobiście, a pranie pozostawiała służącym. Gdy ciasto rosło, Mali wykorzystywała czas na tkanie. Tkała, kiedy tylko miała okazję. Ale pani domu z dwojgiem dzieci nie zawsze było łatwo znaleźć wolną chwilę, mimo że tkanie stawało się dla niej coraz ważniejsze. Zdawała sobie sprawę, że ma uzdolnienia w tym kierunku, i coraz bardziej ją to fascynowało. Już miała gotowe trzy duże kilimy, choć nie za bardzo wiedziała, co z nimi zrobić. Na ścianie salonu już nic więcej nie mogło się zmieścić. Ale zawsze może dać je w prezencie z ważniejszej okazji.
    Tkanie stało się dla niej czymś więcej niż przyjemnością. Stało się czymś, co musiała robić, prawie jak powołanie, pomyślała z uśmiechem. Goście, gdy przyjeżdżali do Stornes, prosili, by mogli zobaczyć jej prace. Mali czuła wtedy zażenowanie, lecz ku jej radości i zaskoczeniu ludzie kupowali i zamawiali u niej wyroby. I nie szczędzili słów pochwały, co rzadkie u ludzi z tych stron.
    Pewnego razu, gdy tkała w pokoju na poddaszu, przyszedł do niej Havard. Jedna z krów miała się cielić, ale coś go zaniepokoiło i zamierzał dzwonić po weterynarza, lecz najpierw chciał spytać ją o zdanie.
    – Ale oczywiście, że dzwoń – rzuciła Mali, nie przerywając pracy, choć palce jej zadrżały. – Przecież wiesz, czy to konieczne.
    – Mamy umowę o współpracy – odparł spokojnie. -Przecież ją podpisywałem, prawda?
    Tak, to prawda, podpisali umowę przed Bożym Narodzeniem. Ale od tamtej pory wiele się zmieniło, i to pod wieloma względami. Już nie musiała myśleć o pracy w gospodarstwie, bo wszystkim bez specjalnego wysiłku zajmował się Havard. Byłaby całkiem bezradna, gdyby on zniknął.
    – Zdolna jesteś – powiedział, stojąc za nią. – Mama zawsze cię chwaliła, pamiętam.
    – To ona pierwsza dała mi spróbować tkania na krosnach – rzuciła Mali. – Beret nie dopuszczała mnie nawet do tkania dywaników, gdy tu przybyłam. Teraz też nie jest zachwycona moimi pracami, ale już nic nie mówi.
    – Pewnie zrozumiała, że to na wiele się nie zda – zaśmiał się Havard. – To, czego chcesz, po prostu robisz – dodał.
    Mali czuła jego bliskość tak intensywnie, że aż spociły jej się dłonie.
    – Co masz na myśli? – spytała, nadal się nie odwracając.
    – Tylko to, co powiedziałem.
    – Z tkania na pewno nie zrezygnuję – rzuciła Mali. -Jestem wdzięczna twojej matce, że mnie nauczyła. Nauczyłam się też wiele od babci. Bez niej bym nie tkała, to pewne. A twoja matka to dobry człowiek, tak w ogóle.
    – W przeciwieństwie do mojego ojca, prawda? – zaśmiał się Havard cicho. – Tak, zgadzam się z tobą w pełni.
    Przez krótką chwilę Mali zastanawiała się, co ma na myśli, ale nie spytała. O pewne rzeczy lepiej nie pytać i o nich nie mówić.
    Ustalili z Havardem, że zadzwoni po weterynarza, i zaraz potem wyszedł z pokoju, nawet jej nie dotykając. Mali czuła jednak, że chciała tego, choć to nie miało sensu.
    – Mali, telefon! – zawołała Ane, aż echo poszło po schodach.
    Mali wstała od krosien, zebrała spódnicę i zeszła po schodach.
    – Tak, słucham.
    – Mówi Knut Rostad, dyrektor banku w Ora – odezwał się głos w słuchawce. – Czy rozmawiam z Mali Stornes?
    – Tak, to ja – odpowiedziała Mali, czując ogarniający ją niepokój. Czegóż mógł od niej chcieć dyrektor banku? Przecież dbali o porządek w rachunkach i nie mieli żadnych zatargów z bankiem. Ojciec, pomyślała nagle. Boże jedyny, a może coś z Buvika? Może ojciec wziął pożyczkę na nowy dom, albo… Ale przecież nie dzwoniliby wtedy do niej. Ona nie może być odpowiedzialna za ekonomiczne decyzje ani ojca, ani braci.
    – Proszę mnie posłuchać – mówił dalej. – Mieliśmy dzisiaj zebranie i jednym z tematów była dekoracja lokalu naszego banku. Na razie nie przywiązywaliśmy do tego zbyt dużej wagi, przyznaję. Ale uznaliśmy, że musimy go jakoś ozdobić, a komitet uważał, że powinniśmy także wspierać miejscową sztukę. I wtedy padło pani nazwisko. Pani tka kilimy, prawda?
    Mali zadrżała: z ulgi, że to nic złego, i z radości, że dyrektor banku jest zainteresowany jej pracami! To niewiarygodne.
    – Halo, słyszy mnie pani?
    – Tak, tak – odchrząknęła Mali. – Po prostu jestem… To taka niespodzianka – dodała.
    Dyrektor zaśmiał się.
    – Pani już sprzedawała swoje kilimy, prawda? Nakrycie ołtarza w kościele to pani dzieło, słyszałem. Czy byłoby możliwe, by ktoś z komitetu przyjechał do Stornes i obejrzał pani prace? Wtedy zdecydowalibyśmy, czy weźmiemy coś z gotowych, ale raczej zamówilibyśmy coś nowego.
    – Oczywiście, możecie państwo przyjechać, zapraszam.
    – Zadzwonię w takim razie w przyszłym tygodniu -powiedział dyrektor. -1 umówimy się na wizytę jeszcze przed sobotą. Czy to pani odpowiada?
    Przez moment Mali pomyślała o żniwach, ale przecież taka wizyta nie potrwa długo, a możliwe, że do końca przyszłego tygodnia i tak skończą. A takiej okazji nie mogła stracić.
    – Tak, oczywiście – odparła. – I dziękuję. To dla mnie zaszczyt – dodała, czując dumę i radość.
    – Ja też dziękuję, do usłyszenia. – Dyrektor Rostad odłożył słuchawkę.
    Mali stała przez chwilę i tylko się uśmiechała. W końcu otworzyła drzwi salonu. Ane nakrywała tam do obiadu, a Ingeborg sprzątała na poddaszu.
    – Chyba ciasto na chleb już przerosło – rzuciła Ane, odwracając się do gospodyni. – Co się stało? Dlaczego tak się uśmiechasz?
    Mali objęła w pasie Ane i okręciła ją wokół siebie w radosnym tańcu.
    – Dzwonił dyrektor banku w 0ra – powiedziała. -Chcą przyjechać i zamówić u mnie kilim do powieszenia w banku. No, jeśli im się spodobają moje prace – dodała.
    – Coś takiego! – Ane spojrzała na nią zaskoczona. -I to w banku! Wspaniale, Mali! Będziesz sławna!
    – Nie, no nie wiem – odparła, zakasując rękawy, by wyrobić ciasto. -1 tak miło, że zadzwonił. Przecież to jeszcze nic nie znaczy. Ci miastowi są dziwni…
    – Nie, na pewno zamówią – stwierdziła Ane stanowczo. – Jesteś zbyt skromna. Słyszałam nieraz, co ludzie mówią o twoich kilimach. Ale żeby tacy oficjele się nimi zainteresowali… Nie, wspaniale! Żadna nie usłyszała, że ktoś wchodzi.
    – Co tu się dzieje? – spytała Beret ostro. – Słychać was aż w sieni.
    – Dzwonił dyrektor banku w 0ra – odparła Ane z uśmiechem. – Chcą zamówić u Mali kilim do przystrojenia lokalu. Czy to nie cudowne?
    Beret uniosła brwi. Zaimponowało jej, że dzwonił sam dyrektor banku, ale nie dała tego po sobie poznać. Nigdy nie mogła pogodzić się z tym, że Mali tka i że to zajmuje jej czas. Mali wiedziała jednak, że ona jej po prostu zazdrości i niechętnie widzi, że synowa odnosi sukcesy na tym polu.
    – Przyszłam tylko po to, by zobaczyć, czy zdążyłaś już upiec chleb – rzuciła, wpatrując się w Mali. – Chcę z tobą porozmawiać.
    O co może jej chodzić? – zastanawiała się Mali, wyrabiając osiem dużych bochenków i układając je w formach. Ostatnio panował pomiędzy nią a teściową spokój, nie miała pojęcia, o co może jej chodzić. Zostawiła chleby do wyrośnięcia i umyła ręce.
    – Nie sądzę, by nasza rozmowa trwała długo – rzuciła do Ane. – Ale w razie czego wstaw je do pieca, dobrze? No i spojrzyj na dzieci – dodała, zerkając na Oję śpiącego w kołysce. Za mało czasu mu poświęca, przemknęło jej przez myśl. Często zostawia go pod opieką Beret lub Ane, ale to z powodu obowiązków! Ale może nie tylko. Dla Siverta zawsze miała czas i rzadko powierzała go obcym.
    Westchnęła. Oja stanowił dla niej źródło wyrzutów sumienia. Musi coś z tym zrobić, pomyślała.
    Beret siedziała w bujanym fotelu i robiła na drutach.
    – Siadaj – wskazała na kanapę.
    Mali posłuchała, choć poczuła lekki niepokój. Beret nie była w najlepszym nastroju i na pewno nie będzie jej chwaliła.
    – Wiesz, że byłam zadowolona, gdy powiedziałaś, że nie chcesz znów wychodzić za mąż – zaczęła starsza pani. – W każdym razie nie od razu. Sądziłam, że to dlatego, że… chciałaś uczcić pamięć Johana. I wydawało mi się, że dobrym rozwiązaniem było sprowadzenie Havarda. On jest mądry i pracowity, nadal tak uważam. – Przerwała i zadzwoniła drutami. – Ja na pewno się starzeję – mówiła dalej, wpatrując się w Mali – ale jeszcze nie jestem ani ślepa, ani głucha, mimo że tak pewnie sądzisz. Słyszałam niejeden raz, że byłaś u Havarda w sypialni!
    Mali poczerwieniała gwałtownie i spuściła wzrok. Nienawidziła uczucia, że jest u Beret na cenzurowanym. Ale Beret z pewnością nasłuchiwała wszelkich odgłosów z sypialni od pierwszego dnia, kiedy Mali przybyła do Stornes, a teraz jej sypialnia na poddaszu nie była tak bardzo odległa od sypialni Havarda. Powinna była o tym pamiętać…
    – Co ja robię, to moja sprawa – rzuciła. – Jestem dorosła.
    – Ale rozsądku nie masz – odparła Beret gwałtownie. – Co ludzie powiedzą na to, że wdowa ze Stornes spędza noce…
    – To ty musiałabyś to im powiedzieć – przerwała Mali. -Nie słyszałam, by ktoś we dworze…
    – A co mieliby mówić? To służący, wiesz dobrze. Ale oni też słyszą i widzą. Na pewno o tym wiedzą!
    – Co wiedzą? – Mali spojrzała na teściową wyzywająco.
    – Że pani ze Stornes to nic innego tylko bezwstydna dziewka! – prychnęła Beret. – Sprowadzisz wstyd na dwór i nas wszystkich. Nie myślisz nawet o dzieciach? Nie chcę, by ktoś powiedział, że synowie Johana…
    Mali nic nie odpowiedziała. Nawet nie wiedziała za bardzo, co ma odpowiedzieć. Do pewnego stopnia rozumiała oburzenie teściowej. To, że była w łóżku z Hazardem, i to niejeden raz, nie uchodziło. Sama to musiała przyznać, choć nie cierpiała, gdy ją krytykowano, a szczególnie gdy robiła to Beret. Ona chyba specjalnie nie spała, by czuwać, czy na poddaszu nie dzieje się nic zdrożnego.
    – Co na to powiesz? – spytała ostro Beret, a jej druty zadźwięczały.
    – Nic – odparła Mali. – To… to się nie powtórzy.
    – Jest tylko jedna rzecz, którą możesz zrobić, zanim będzie z tego skandal – powiedziała Beret. – Wyjdź za Havarda. To odpowiedni kandydat. Ja przeżyję fakt, że to on zajmie miejsce Johana, byle stało się to w przyzwoity sposób.
    – Ale ja mówiłam, że nie chcę…
    – Uważaj, co mówisz, Mali Stornes – rzuciła Beret cicho i groźnie. – Jeżeli chodzisz z nim do łóżka, to mam nadzieję, że rozumiesz, że powinnaś za niego wyjść. Nie chcemy, byś coś jeszcze zniszczyła tu we dworze. Synowie Johana nie będą mieli puszczalskiej matki, to jest jasne.
    – Zniszczyłam? – spytała Mali drżącym głosem. – Co masz na myśli, mówiąc, że coś zniszczyłam? Wiesz, że to nieprawda. Wręcz przeciwnie, nigdy nie…
    – Można zniszczyć ludzi – odparła Beret, patrząc złym spojrzeniem na Mali. Mali wstała, zdenerwowana.
    – Coś jeszcze?
    – Nie, ale liczę na to, że zrozumiałaś, co masz robić. A właściwie co z ciebie za kobieta, by iść do łóżka z zarządcą? Można zacząć się zastanawiać…
    Mali poczuła, że zalewa ją fala gorąca. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła, było, by Beret zaczęła się „zastanawiać". Wyszła, nieco za mocno zamykając za sobą drzwi. Brakło jej oddechu ze strachu, złości i uczucia przekory. Nie chce wychodzić za mąż, nawet za Havarda! Ale rozumiała, że nie powinna już mu się oddawać. Nie miała usprawiedliwienia. Będzie trzymała dystans właściwy dla wdowy ze Stornes. Może gdy sytuacja się j uspokoi, Beret odstąpi od swego pomysłu małżeństwa. Przecież tylko Beret wiedziała…
    Uderzyło ją ponownie, że nie powinna niedoceniać teściowej. Żyły w stanie swego rodzaju zawieszenia broni, od kiedy umarł Johan i Havard przybył na gospodarstwo. Powinna jednak wiedzieć, że ona wykorzysta każdą okazję do skrytykowania Mali. Od tej pory nie będzie miała do niej zaufania, zwłaszcza jeśli chodzi o mężczyzn. To nie było dobre, bo jeśli Beret zwątpi w moralność Mali, w najgorszym wypadku może zacząć patrzeć, badawczym wzrokiem na Siverta…
    Co za chaos, pomyślała Mali, odgarniając włosy z czoła spoconymi dłońmi. Czas pomoże, musi mieć taką nadzieję. Przez moment pożałowała, że już nigdy nie będzie mogła przytulić się do Havarda. Już nigdy nie pozwoli sobie na ciepło, bliskość i rozkosz. Ale to musi się skończyć, pomyślała i wróciła do salonu.
    Przy obiedzie Ane z szerokim uśmiechem wspomniała, że dzwonił sam dyrektor banku.
    – No, wreszcie ktoś zauważył twoje prace – powiedział Havard. – Jesteś bardzo zdolna, mówiłem ci.
    Mali poróżowiała z radości i zerknęła na niego. Havard uśmiechnął się do niej, sięgnął po jej dłoń i uścisnął.
    – Gratuluję – powiedział. – To wspaniałe.
    Mali poczuła ciepło płynące z ręki, którą tak dobrze znała, i zarumieniła się. Cofnęła dłoń. Wspomnienie słów Beret sprawiło, że bała się dotyku Havarda.
    – Dziękuję, ale jeszcze nie wiadomo, czy coś z tego będzie – broniła się. – Możliwe, że nawet nie zadzwonią.
    – Na pewno będzie – zapewnił ją Havard. – Rostad nie zawraca ludziom głowy bez powodu, na pewno zadzwoni.
    Gdy następnego wieczora Mali położyła Siverta spać i szła korytarzem poddasza, drzwi do pokoju Havarda uchyliły się. Mężczyzna wyszedł, odświeżony, w białej koszuli i odświętnych spodniach. Był tak przystojny, że Mali aż zakłuło w sercu.
    – Ależ ładnie wyglądasz w sobotę – powiedziała. Przecież mogła z nim chyba rozmawiać, nawet na korytarzu poddasza. Beret tego nie powinna jej mieć za złe.
    – Człowiek powinien się stroić, gdy wychodzi – odparł z uśmiechem Havard, zamykając drzwi.
    Mali poczuła jakby uderzenie w żołądek. Sądziła, że przebrał się na wieczór tutaj. Wcale się nie spodziewała, że on mógłby gdzieś wyjść.
    Po wieczorze świętojańskim, który spędził z Laurą z Oppstad, nie wyglądało na to, by z kimś wychodził. Zajeżdżał czasem do Innstad, jak mówiła Margrethe. Dobrze dogadywał się z Bengtem. Zdarzało się, że nie było go wieczorem, ale przecież się nad tym nie zastanawiała.
    Sądziła, że… Tak, co właściwie sądziła? Że Havarda zadowolą chwile, które czasem mu poświęcała? Że tak go fascynowała, że wystarczały mu te rzadkie razy, gdy oddawała mu się, za każdym razem zaznaczając, że to ostatni raz? Po tym miał prawo robić to, co chce, zwłaszcza teraz, gdy nie mogła sobie pozwolić nawet na jego uścisk. -Idziesz na zabawę? – spytała, usiłując zachować spokój, choć serce biło jej w gardle.
    – Zabawę? Nie, idę na spotkanie z kimś – odpowiedział, przeciągając dłonią przez włosy. – Ale może będzie wesoło, kto wie?
    Uśmiechnął się, aż błysnęły białe zęby.
    Mali zebrała spódnicę i zaczęła schodzić po schodach.
    – Nie, właściwie to nie moja sprawa – rzuciła, choć wszystko w niej się burzyło.
    Myśl o Havardzie z jakąś inną sprawiła, że czuła niechęć i coś, co przypominało… zazdrość, pomyślała zdziwiona.
    – Tak, to prawda. To nie twoja sprawa.
    Gdy doszli do drzwi na dole, złapał ją mocno za łokieć i odwrócił ku sobie. Usiłowała się wyrwać, ale trzymał ją mocno.
    – Jesteś na mnie zła? – spytał z dobroduszną ironią w głosie.
    Zdenerwowało ją, że najwyraźniej ją przejrzał.
    – Zła? – spytała. – Nie mam przecież powodu. Dlaczego tak uważasz?
    – Wydajesz się zdenerwowana – powiedział, odgarniając luźne kosmyki włosów z jej twarzy. – No, to idę.
    – Pozdrów, jeśli to ktoś znajomy – rzuciła, czując, że chętnie odgryzłaby sobie za to język.
    – Dobrze, pozdrowię – odparł z uśmiechem. – Doprawdy pozdrowię.
    Mali leżała bezsennie. Myślała o słowach Beret. Gdyby teściowa niczego nie zauważyła, pewnie znów wylądowałaby w łóżku Havarda. Musiała to przyznać, mimo że stale się zastrzegała, że to ostatni raz. Ale on rozbudził w niej instynkty, które nią targały, pomyślała, czerwieniejąc. Teraz musiała się pilnować.
    Za każdym razem, gdy usłyszała jakiś odgłos, sztywniała. Czy to drzwi? Czy Havard wrócił? Ale to był tylko wiatr. Nie opuszczała jej myśl o tym, gdzie i z kim on był. Czy może nadal spotykał się z Laurą? Jeżeli nawet tak, miał do tego prawo. Do kochania, kogo chce. Ona nie miała mu nic do zaoferowania, ciągle mu to powtarzała. Oddawała mu się z pożądania. Nie chciała za niego wychodzić, ale kochać się z nim chciała. Nie można mieć wszystkiego!
    A może była puszczalska, jak twierdziła Beret? Prześladowało ją to. Powinna przecież zrozumieć, że Hazardowi na dłuższą metę to nie wystarczy. Więc może i dobrze, że znalazł sobie kogoś. Uciszy to wszystkie plotki na ich temat.
    Zerwała się, gdy usłyszała wołanie Siverta.
    – Co się dzieje? – spytała, pochylając się nad jego łóżkiem.
    Zarzucił jej ręce na szyję i przytulił się mocno.
    – Wielki niedźwiedź chciał mnie zjeść – zaszlochał. -Stał tam przy oknie! Błyszczały mu oczy…
    – Śniło ci się – szepnęła Mali. – Nie ma tu żadnego niedźwiedzia, wiesz przecież. Śniło ci się, mój mały.
    Uwolniła się delikatnie z jego objęć i podeszła do okna.
    – Już sobie poszedł – mruknął chłopiec.
    – Nigdy go tu nie było – uśmiechnęła się matka. -Śniło ci się tylko. Śpij już, posiedzę przy tobie.
    – Zaśpiewaj mi – poprosił cienkim głosikiem. – Zaśpiewaj jedną piosenkę.
    Mali okryła go kołdrą i pocałowała. Zaczęła śpiewać piosenkę, którą najbardziej lubił. Zanim skończyła, on zasnął. Pogłaskała go po policzku i wyszła cicho.
    Wyrwał jej się zdławiony krzyk, bo za drzwiami stał człowiek. W ciemności nie wiedziała, kto to.
    – Cicho – powiedział Havard, kładąc dłoń na jej ustach. – Obudzisz cały dom.
    – To dlaczego mnie straszysz? – wyszeptała zła. – Nie wiedziałam, że tu będziesz w środku nocy.
    – Słyszałem, że woła cię Sivert, więc czekam, by powiedzieć ci dobranoc – wyszeptał.
    Mali zadrżała. W korytarzu było zimno, a ona stała w samej koszuli. Ale drżała nie tylko z zimna. Myśl, że Beret mogła wszystko słyszeć, wzbudzała w niej strach.
    – Marzniesz – stwierdził Havard, przyciągając ją do siebie. – Chodź do mnie, to cię ogrzeję.
    – Nie dostałeś wszystkiego, czego chciałeś, w ten jeden wieczór? – spytała przez zaciśnięte zęby. – Nie myśl sobie, że ja chcę…
    Ale chciała. Gdy jego dłonie zaczęły sunąć po jej ciele, zarzuciła mu ręce na szyję i pozwoliła się podnieść. Zapomniała o Beret i jej groźbach. Havard zaniósł ją na swoje łóżko, zrzucił ubranie i położył się obok niej.
    – Masz pozdrowienia – szepnął jej do ucha.
    Mali zesztywniała i usiłowała się odsunąć, ale przytrzymał ją.
    – Od twojej siostry i Bengta – dodał, drażniąc się z nią. – Żałowali, że nie przyjechałaś.
    Mali wpatrzyła się wielkimi oczami w pochyloną nad nią twarz.
    – Byłeś w Innstad? – spytała bez tchu. – Nie byłeś razem z…
    Nie odpowiedział. Jego usta przykryły jej usta. Mali zamknęła oczy z westchnieniem. Zdjął z niej koszulę i poczuła chłodne, wrześniowe powietrze. Sutki jej zesztywniały.
    – Havard, ja…
    – Co mówisz? – mruknął koło jej policzka.
    Nie skończyła. Prawie powiedziała, że go kocha. Że wyjdzie za niego, bo nie zniesie myśli, że on znajdzie inną. No i z powodu Beret. Czy nasłuchiwała pod ich drzwiami? Całkiem możliwe…
    Palce Havarda odnalazły najwrażliwsze miejsce, a ona przykryła usta dłonią, by nie jęczeć głośno z rozkoszy. Więc i tak mu tego nie powiedziała, zamiast tego przyciągnęła go do siebie gwałtownie i ofiarowała usta i ciało. Miłość poczeka…

ROZDZIAŁ 11

    Pogoda trzymała się przez kolejne tygodnie. Wrześniowe dni były klarowne niczym kryształ, a wspaniałość jesiennych barw oszałamiała. Zboże schło na stojakach i już po ledwo czternastu dniach zaczęli je zwozić do stodoły. Snopy układali w dawny sposób: ciasno przy ścianie i kłosami w dół, jedne na drugich. W ten sposób ani ptaki, ani myszy nie mogły się częstować cennym ziarnem. Póki trwała ładna pogoda, mieli jeszcze dużo innych prac w polu. Dopiero gdy zaczynały padać porządne deszcze i potok przy pralni wzbierał, włączali koło wodne i wyciągali młockarnię. Wtedy oddzielali ziarno od słomy i zsypywali je do worków, które potem przewozili do spichrza i wysypywali do większych zbiorników. Późną jesienią, albo nawet wczesną zimą, dzwonili do młyna i umawiali się na mielenie mąki.
    Sivert był ciągle razem ze wszystkimi: i na polu, i w stodole. Wciąż chciał być tam, gdzie coś się działo. Jak zwykle zadawał masę pytań, co czasem irytowało pracujących. Zwykle przyczepiał się do Havarda, ale on wykazywał wobec niego anielską cierpliwość.
    – Znajdź sobie teraz coś do roboty, Sivercie – powiedziała Mali pewnego dnia, gdy ładowali snopy na wóz. -Havard nie ma czasu, by…
    – Nie, ja sam powiem, kiedy nie będę miał dla niego czasu – przerwał jej Havard, nie patrząc na nią.
    Od czasu tej sobotniej nocy, gdy znów znalazła się z nim w łóżku, Mali chodziła jak po rozżarzonych węglach. Bała się, że Beret coś zauważyła. Ale, jak na razie, nic nie powiedziała. Albo czekała, że ogłoszą ślub.
    Ślub coraz częściej gościł w myślach Mali nie dlatego, że Beret o nim wspomniała, ale że sama zaczynała się czuć jak byle dziewka. Poza tym zastanawiała się, co by było, gdyby pewnego dnia Havard rzucił pracę w Stornes. To równałoby się katastrofie, choć pewnie znalazłaby innego zarządcę. Nie brakło przecież kawalerów równie dobrego pochodzenia jak Havard, którzy nie tracili nadziei, że dostaną i wdowę ze Stornes, i dwór. W końcu nadal była wolna, a Havard nadal pracował jako rządca.
    Ale nikt nie mógł go zastąpić, pomyślała Mali, pod; żadnym względem. Jak by to przeżył Sivert, który po i śmierci Johana przelał na Havarda całe zaufanie i miłość. Nie mogła na coś takiego narażać swojego dziecka. A jeśli chodzi o nią…
    Sama myśl o ślubie kłuła ją boleśnie, choć jednocześnie coś ciężkiego i słodkiego rozlewało się po jej ciele. Ona też nie chciała go stracić, to musiała uczciwie przyznać. Nie zniosłaby myśli, że ma inną kobietę, nie po tych szalonych chwilach, które ze sobą spędzili. Chciałaby przeżyć ich więcej, czuła to, gdy zawadzała o niego spojrzeniem lub gdy przypadkiem dotykała. Czerwieniała wtedy jak uczennica i miękły jej kolana. Czy to była miłość?
    Ale przecież Jo… Jo i to, co przeżyli razem. To zawsze żyło gdzieś w jej sercu.
    I tak mijały tygodnie, a ona chodziła niepewna i niespokojna.
    Dyrektor banku miał przybyć do Stornes razem z trzema innymi osobami. Mali niemal nie wierzyła własnym uszom, gdy zadzwonił. Głos jej drżał lekko, gdy ustalała termin. Zleciła Ane i Ingeborg sprzątanie i pieczenie, a sama przeniosła gotowe prace z poddasza do pralni. U powały wisiała tam w grubych zwojach ufarbowana wełna. Mali czuła się podniecona jak mała dziewczynka i wiele razy sprawdzała, czy wszystko wygląda jak należy
    – To zrobi wrażenie, na pewno – odezwał się za jej plecami Havard tego popołudnia, gdy oczekiwali gości. – Jesteś zdolna, Mali.
    Jak zwykle pochwała ucieszyła ją i zmieszała. Ale Havard nigdy nie mówił niczego innego niż to, co myśli.
    – Naprawdę? – spytała, odwracając się ku niemu. -Nie jestem szkolona, i ja…
    – Nie wszyscy muszą się uczyć z książek – odrzekł, biorąc w rękę mniejszy kilim, który przewiesiła przez poręcz. – Niektórzy, jak ty, po prostu mają to w sobie.
    – Dziękuję – powiedziała cicho, biorąc go za rękę. -Potrzebowałam takich słów teraz, bo czuję, jakbym miała motyle w brzuchu – uśmiechnęła się.
    Nagle Havard objął ją za szyję i przyciągnął do siebie.
    – To ty jesteś najpiękniejszym motylem – zapewnił cicho, patrząc jej w oczy. – Gdybym mógł, złapałbym cię i trzymał w dłoni, choć tak się nie robi z motylami, bo umierają. Nie, one powinny przyjść z własnej woli.
    Mali stała i czuła jego zapach, jego ciepło…
    – Nie możemy…
    – Czego nie możemy? Zawsze mówisz, że nie możemy, ale gdy cię dotknę, to…
    – Przecież wiesz – Mali przerwała. – Ja nie chcę…
    – Dlaczego aż tak nie chcesz się wiązać? Czy małżeństwo z Johanem było aż tak złe?
    – To nie twój problem – rzuciła zdyszana, próbując się uwolnić. – To moja sprawa.
    Gdy ją puścił, stała, patrząc na niego. Tęsknota aż w niej wolała, ale nie mogła jej usłuchać. Kolejny raz.
    – Havardzie…
    Patrzyła na niego nadal. Dlaczego tak się broni? Przecież go lubiła, nawet kochała, pożądała go prawie ciągle. Gdyby się zgodziła, rozwiązałoby to tyle problemów. Jednak coś ją powstrzymywało.
    Nagle zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała gwałtownie. Przycisnęła się do niego i wplątała dłonie w jego włosy. Drżała.
    – Uważam, że powinnaś się zdecydować, czego chcesz, Mali Stornes – powiedział, zdejmując z karku jej ręce. – Bardzo cię kocham, wiesz przecież. Ale nie mogę być dla ciebie zabawką, po którą sięgasz, kiedy chcesz. Nie zniosę tego dłużej.
    Poczerwieniała ze wstydu. Znów zachowała się nieprzystojnie, pomyślała i odwróciła się od niego.
    – Nie chciałam – szepnęła. – Przykro mi…
    – Mali, Mali…
    Jego ramiona objęły ją od tyłu. Mali oparła się o niego. Odwrócił ją do siebie i pocałował długim, gorącym pocałunkiem, który sprawił, że straciła oddech. Jego ręce zaczęły wędrówkę po jej ciele, a ona odchyliła głowę do tyłu i jęknęła. Ktoś otworzył drzwi pralni, i odskoczyli od siebie jak oparzeni. To była Ane.
    – Nadjeżdżają ci z banku – rzuciła, patrząc na nich badawczo. – Nie słyszałaś powozu?
    – Nie, ja… Drzwi były zamknięte, a my rozmawialiśmy o…
    Mali spojrzała bezradnie na Havarda.
    – Rozmawialiśmy o sztuce – rzeki z uśmiechem. – Ale wpuśćmy ich teraz do Mali, a my chodźmy do domu, Ane.
    I poszli.
    Rostad i jego towarzystwo, mężczyzna i dwie kobiety, nie szczędzili pochwał. Chodzili po pralni i oglądali wszystko, co utkała. Zwłaszcza jedna z kobiet dopytywała się o techniki, jakich używała Mali.
    – Tak, nie znam się na tym – powiedziała, biorąc w ręce bardziej wyszukaną robotę – ale moja babka tkała podobne rzeczy. To przypomina mi jeden z jej wzorów…
    – To się nazywa tęczowe łóżko – wyjaśniła Mali, zarumieniona. – Na spodzie technika krzyżykowa, a wierzch -jak nazwa wskazuje – inspirowany tęczą.
    – A to? – spytał dyrektor.
    – To jest kapa na łóżko – wytłumaczyła Mali. – Kładzie się ją albo osobno na futrzak, albo naszywa na niego. Można ją też kłaść na fotel bujany, zwłaszcza zimą. Częściej spotyka się je na północy regionu.
    – Lubi pani kolory – odezwała się druga z kobiet, stojąca przed kilimem. – Szczególnie niebieski, jak widzę. Widywałam już wcześniej kilimy, ale nigdy nie widziałam tak niewiarygodnych odcieni niebieskiego. Jak je pani uzyskuje?
    Przez moment Mali przypomniały się wszystkie nocniki opróżniane do kadzi, w której uzyskiwała niebieski barwnik, i poczerwieniała.
    – Wolałabym o tym nie mówić – odparta. – Nie chcę być nieuprzejma, ale…
    – Nie, nie, oczywiście – zaśmiał się dyrektor. – Rozumiemy przecież, że chce pani zachować swoje tajemnice. Ale muszę przyznać, Mali Stornes, że jest pani o wiele zdolniejsza, niż przypuszczałem, mimo że słyszałem dużo dobrego o pani pracach. Ale to wszystko zaimponowało mi. Co wy na to?
    Pozostali byli z nim zgodni, i po półgodzinie ustalono zamówienie.
    – Pani zdecyduje o motywie – powiedział Rostad. – Pani jest artystką, więc jestem całkowicie przekonany, że będzie dobrze. Doprawdy, nie przypuszczałem, że jest pani aż tak zdolna – dodał, posyłając jej spojrzenie, w którym poza podziwem dla jej prac było coś jeszcze.
    Gdy pili kawę w salonie, weszła Beret. Rostad wstał, z galanterią ujął starszą panią za rękę i ukłonił się lekko.
    – Tak, słyszałem, że ostatnio mieliście tu dużo zmartwień. Ale widzę, że jakoś się ułożyło. No i jestem pod wrażeniem prac pani Mali.
    Beret zacisnęła usta, ale nie zaprotestowała. Przyjęła propozycję wypicia kawy z gośćmi. Pewnie po to przyszła, pomyślała Mali, by się mogła pochwalić, że piła kawę z dyrektorem banku, a nie po to, by wysłuchiwać pochwał pod adresem synowej.
    W dniu, kiedy całe zboże znalazło się pod dachem, Mali przyniosła ze spiżarni kiełbaski na obiad, mimo że to był środek tygodnia. Uważała, że wszyscy zasłużyli na nagrodę. Pracowali ciężko i nie narzekali na późne godziny, ani parobcy, ani służące. Wszyscy bali się, że pogoda może się zmienić i zniszczyć plony. Mali uważała, że dobrą pracę należy nagradzać. Mało kto słyszał o takim daniu w czasie tygodnia, lecz Mali była przekonana, że to się opłaci.
    – Aż na korytarzu pachnie niedzielnym obiadem – powiedział Havard, który pierwszy zjawił się na obiad. – Wielkie nieba, kiełbaski i tłuczone ziemniaki w środę?
    Mali zarumieniła się i biegała tylko między kuchnią a stołem z półmiskami. Ane odpowiedziała za nią.
    – To Mali postanowiła – rzekła, z coraz większym trudem manewrując swoim rosnącym brzuchem. – Mówi, że zasłużyliśmy na lepszy obiad, nawet we środę, bo dobrze pracowaliśmy.
    – Nie, zawsze dobrze pracujecie – rzuciła Mali, nie podnosząc wzroku. – Dziś po prostu zwieźliście zboże, więc…
    – Nie, ja nie mam nic przeciwko takiemu obiadowi -powiedział Gudmund, patrząc łakomie na półmiski z kiełbaskami i parującymi ziemniakami. – Wspaniałe rzeczy!
    Havard podszedł do zlewu, by umyć ręce, i otarł się w przelocie o biodro Mali. Ona aż podskoczyła.
    – Co się tak boisz? – spytał cicho, by tylko ona słyszała. – Ostatnio się nie bałaś, o ile pamiętam?
    – Cicho – szepnęła, zerkając do tyłu. – Nie chcę, by się domyślili…
    – Chyba za późno, Mali – powiedział, nie zakręcając kranu. Ona zbyt głośno przestawiała garnki. – Nikt tu nie jest głupi, nie sądzisz chyba? Wszyscy mają oczy i uszy.
    Niemal upuściła półmisek z wrażenia
    – Co masz na myśli? Słyszałeś, by ktoś…
    Havard nie odpowiedział, tylko spokojnie wytarł ręce. Gdy mijał Mali, położył na chwilę dłoń na jej piersi i zaraz podszedł do stołu. Mali stała w miejscu z bijącym sercem i na miękkich nogach.
    – Czułam zapach kiełbasek, ale nie mogłam w to uwierzyć – rzekła Beret, zanim jeszcze zamknęła za sobą drzwi. – Co też się tu dzieje? Przecież dziś mamy środę, o ile wiem?
    – Jest okazja do świętowania – odpowiedziała Ane, zerkając na Mali.
    – Co takiego świętujesz? – spytała Beret, świdrują Mali zaciekawionym spojrzeniem. – Jakieś nowiny?
    – Tak, przecież dziś zwieźliśmy całe zboże – odparł Mali. – Dzięki temu, że wszyscy ciężko pracowali prze ostatnie tygodnie. W ogóle mamy szczęście do pracowników w Stornes, więc pomyślałam, że…
    Beret zacisnęła usta.
    – Tutaj zawsze mieliśmy dobrych pracowników -rzuciła. – Ale z tego powodu nie marnotrawimy ni dzielnego jedzenia. To jeden z powodów dobrobytu tym gospodarstwie.
    – Na pewno nie zbiedniejemy, jeśli zjemy dziś na obiad kiełbaski – powiedziała Mali. – Sądziłam, że zjesz dziś z nami – dodała, udając, że nie zauważa niechętnego spojrzenia teściowej. Pewnie zawiodła się, że nie ogłosili ślubu. – Przecież ty też się do tego przyczyniłaś, Beret. Co bym zrobiła, gdybyś nie zajmowała się Oja?
    – No tak. Opieka nad Olą Johanem to czysta przyjemność – odparła Beret udobruchana i podeszła do kołyski, gdzie Oja leżał wsparty o dwie poduszki, by mógł obserwować, co się dzieje.
    Mali wspomniała, że Siverta w tym wieku nie można już było utrzymać w kołysce. Kręcił się tak, że bała się, że wypadnie. Oja był spokojniejszy. Siedział sobie, byle miał w łapce coś do gryzienia. Gdy Beret do niego podeszła, rozjaśnił się w uśmiechu i wyciągnął do niej rączki. Beret bez wahania wzięła go na ręce.
    – Ależ on jest podobny do ojca, ten Ola Johan -uśmiechnęła się, przykładając twarz do jego buzi. – Jesteś moim wnusiem. Moją pociechą – dodała, zerkając z ukosa na Mali.
    – A ja, babciu? – spytał Sivert, pociągając ją za spódnicę. – Ja nie jestem twoim wnusiem?
    Beret poczerwieniała i pogłaskała go szybko po głowie.
    – Oczywiście, że jesteś – powiedziała. – Ale już jesteś duży. No i nie jesteś tak podobny do ojca – dodała, odwracając się.
    W Mali się zagotowało. Dlaczego ona zawsze musi to powtarzać? Sivert zawsze potem smutniał i pytał, dlaczego babcia tak mówi. Mali nigdy nie umiała podać dobrego wytłumaczenia. Poza tym wszyscy zaczynali się wtedy wpatrywać w obu chłopców z nowym zainteresowaniem i wynajdywać różnice pomiędzy nimi. Musi w końcu o tym porozmawiać z Beret, postanowiła zirytowana.
    Wreszcie zasiedli do stołu. Jedzenie bez wątpienia wszystkim smakowało. Sivert pałaszował, aż wreszcie stęknął i położył się na ławie.
    – Siedź grzecznie, Sivercie – upomniała go Mali. -Nie kładziemy się przy stole.
    – Ale ja tak się najadłem, że nie mogę siedzieć – poskarżył się chłopiec.
    – To nie powinieneś tyle jeść – odparła Mali spokojnie. – Usiądź.
    – To nic takiego – rzuciła Beret, patrząc na nią dziwnie. – Są gorsze rzeczy niż kładzenie się przy stole…
    Znowu zaczyna, pomyślała Mali, czując, jak palą ją policzki. Tak, Beret łatwiej zniesie, że Sivert kładzie się przy stole, niż że ona kładzie się do łóżka z Havardem! Udała jednak, że nie słyszy.
    – Usiądź – syknęła do Siverta, który wreszcie usłuchał.
    Gdy Mali sprzątała ze stołu, chowając resztki do misek, które miała zanieść do piwnicy, nagle ogarnęła ją fala mdłości, a zimny pot wystąpił na czoło. Zmieszana, przetarła dłonią czoło i napiła się wody. Ale nudności nie ustępowały, a dodatkowo poczuła taki zawrót głowy, że aż oparła się o ścianę. Wzięła szybko kilka misek i wyszła na dwór. Może to jakaś zaraza, pomyślała, odstawiając naczynia, choć nie słyszała, by w okolicy ktoś chorował, a takie wieści rozprzestrzeniały się szybko. Zapach jedzenia uderzył ją nagle i rzuciła się do wyjścia. Nie dobiegła nawet do pralni, gdy zaczęła wymiotować.
    Zgięta wpół oparła się o ścianę pralni. Gdy wreszcie była w stanie się wyprostować, przed oczami pojawiły jej się mroczki i wydało jej się, że trawa faluje. Ponownie ogarnęła ją fala mdłości. Zdążyła schować się za pralnię, gdzie ostatnie resztki obiadu wylądowały między gałęziami. Na koniec pluła tylko żółcią. Zeszła na płaski kamień przy strumieniu i przetarła twarz zimną wodą, przepłukała usta i umyła ręce.
    Cóż ona podała na ten obiad, pomyślała, siadając na kamieniu. Przecież nie zwymiotowałaby od razu po dobrym obiedzie! Oby kiełbaski nie okazały się zepsute, bo wtedy wszyscy by się pochorowali. Zerknęła za siebie, czy nie ma nikogo w drodze do ustępu, jednak zbocze zasłaniało jej widok. I dobrze, bo znaczyło to, że jej też nikt nie widział. Miała nadzieję, że to tylko chwilowa niedyspozycja, a kiełbaski były dobre. Przecież zostały i uwędzone, i ugotowane, i nikt wcześniej z ich powodu nie chorował! To na pewno…
    Nagle oprzytomniała. Drżącymi, lodowatymi dłońmi zakryła twarz i jęknęła. Pozostali na pewno się nie pochorują, bo jedzenie było dobre. To z nią jest coś nie tak! Jest znowu w ciąży!
    Gdy raz to sobie uświadomiła, nie wątpiła dłużej. Myślała o takiej możliwości wcześniej, nawet za pierwszym razem na pastwisku w lipcu. Pocieszała się wtedy, że nadal karmi Oję, a to chroni przed ciążą. A potem po prostu zapomniała, wierząc, że jest bezpieczna.
    Nadal karmiła Oję piersią, ale tylko rano i wieczorem. Miała już mniej pokarmu, ale przecież nadal karmiła! Nie mogła zajść w ciążę! Może to jednak nie to, pomyślała zrezygnowana. Po porodzie nie miała krwawienia, co wydawało jej się dziwne, bo po Sivercie wróciło po czterech miesiącach. Oja niedługo kończy osiem miesięcy. Oczywiście te sprawy różnie wyglądały u różnych kobiet, niektórym miesiączka wracała po kilku miesiącach, u innych mógł minąć i rok. Dlatego nie przychodził jej na myśl inny powód.
    Który to mógł być miesiąc? Nie miała pojęcia. Jeśli zaszła w ciążę już po pierwszym razie, byłby to drugi miesiąc. Przy poprzednich ciążach zaczynała się czuć źle dopiero po miesiącu. Skoro nie mogła tego obliczyć według krwawienia…
    Siedziała, zatopiona w myślach, i nie usłyszała, że ktoś nadchodzi.
    – Co się dzieje?
    Mali aż podskoczyła, gdy usłyszała za sobą głos Havarda.
    – Tak nagle wyszłaś…
    – Ja… źle się poczułam – odparła, nie odwracając się. – To pewnie kara za to, że odważyłam się podać kiełbaski w środku tygodnia – zażartowała, próbując się zaśmiać.
    Wyszedł jej bardziej szloch niż śmiech. Oparła głowę o podciągnięte kolana. Poczuła, że Havard usiadł koło niej.
    – Chora jesteś? – spytał, obejmując ją ramieniem. -Jesteś blada jak kreda – dodał, odgarniając jej wilgotne włosy. – Czoło masz gorące. Masz gorączkę?
    – Nie – ucięła Mali. – Po prostu jedzenie mi nie posłużyło. Może się zdarzyć każdemu – dodała ostrym tonem.
    Nie odpowiedział. Nadal ją obejmował. Mali zreflektowała się, że powinna już wracać, bo inaczej zaczną jej szukać. Gdyby zobaczyli ją siedzącą tak z Havardem, mieliby powody do plotek. Poczuła, że w całej swojej rozpaczy musi się uśmiechnąć: przecież plotki i tak wkrótce powstaną, gdy wdowa ze Stornes zacznie chodzić z coraz większym brzuchem! Uświadomiła sobie, że nie może do tego dopuścić. Nie może ściągnąć takiego wstydu ani na siebie, ani na synów, ani na Stornes! Musi jak najszybciej wyjść za Havarda. Jeśli ktoś się doliczy, że dziecko zostało poczęte przed ślubem, nie będzie z tego sprawy, gdy już i tak będą małżeństwem.
    Zerwała długie źdźbło trawy i zaczęła je nerwowo obracać w palcach.
    – Havardzie, ja…
    Spojrzała na niego. Jak ma mu to powiedzieć? Poczuła się nagle jak prostaczka. Havard był kimś do zaspokajania jej potrzeb, zawsze to powtarzała. A teraz będzie musiała poprosić go, by się z nią ożenił! Nie wątpiła, że nadal ją kocha. Ale zdawała sobie sprawę, że wolałby usłyszeć jej zgodę na małżeństwo, gdyby nie był to jedyny sposób uratowania jej czci. Teraz też tego pragnęła: by powiedzieć mu „tak", zanim wiedziała to, co wie. Bo przecież go kocha! Na swój sposób…
    – Co tam? – spytał Havard, unosząc jej podbródek. – Wyglądasz jak mała dziewczynka przyłapana na kłamstwie.
    Nie mógł tego lepiej ująć, pomyślała Mali, zalewając się rumieńcem. Właśnie tak się czuła.
    – Ja… jestem w ciąży.
    Zapadła cisza. Havard puścił ją i zapatrzył się w potok. Mali nagle poczuła strach ściskający jej gardło. A jeśli on jej nie zachce?
    – To dlatego się źle poczułaś? – powiedział w końcu, spoglądając na nią. – Wygląda na to, że ja pierwszy mogę ci pogratulować.
    Wyczuła w jego głosie jakiś ton, który ją zaniepokoił. -Nie mogliśmy spodziewać się niczego innego -mruknęła cicho.
    – To raczej ty się tego nie spodziewałaś – odparł, rzucając kamyki do potoku. – Pewnie miałaś nadzieję, że będziesz miała w łóżku, kogo chcesz, bez żadnych problemów. Bo to teraz jest dla ciebie problem, czy nie to starasz się mi powiedzieć.
    – Problem… – szepnęła Mali. – Ja… miałam nadzieję, że ty…
    – Że będę skakał z radości? – spytał spokojnym tonem. – Że będę dziękować ci na kolanach, że wreszcie stałem się poważnym kandydatem na męża, a nie tylko tym, którego czasem wypożyczasz sobie do łóżka? Przecież nie chciałaś ślubu, prawda?
    Mali pochyliła głowę i zapłakała. Wszystko, co mówił, to prawda, ale nie sądziła, że to powie. Nie w ten sposób. I że spojrzy na to z tej strony. Ale przecież tak było! Uświadomiła sobie, że on tak musiał się czuć: dobry na kochanka, a nie na męża.
    – Nie płacz – objął ją. – Kochanie moje, nie płacz. Wiem, byłem zbyt ostry, ale…
    Przytuliła twarz do jego szyi. -Masz do tego prawo – wyszlochała. – Zachowywałam się jak… jak…
    – To przecież nie tylko twoja wina – powiedział, gładząc ją po plecach. – Sam mogłem nad sobą bardziej panować, ale… Wiesz, że ja zawsze… Że nie chciałem nikogo innego, tylko ciebie.
    Siedzieli przez chwilę, ciasno przytuleni, nie mówiąc nic.
    – Wiedz w każdym razie, że nigdy nie chodziło mi o gospodarstwo – rzucił Havard. – Czułbym do ciebie to samo, gdybyś nadal mieszkała w Buvika.
    Uniosła ku niemu zapłakaną twarz i spojrzała mu w oczy. Włosy jej się rozpuściły, a na policzki wróciły kolory.
    – Wiem, kim jesteś, Havardzie – powiedziała cicho. -W tym wypadku nie masz się czego wstydzić, to ja… Ale wiedz jedno, że nie wylądowałabym w twoim łóżku, gdybym do ciebie nic nie czuła. Musisz mi wierzyć. Ale po Johanie… – Przełknęła ślinę. Łzy nadal płynęły po jej twarzy. – Nie sądziłam, że będę się czuła na siłach wyjść za kogokolwiek za mąż – wyszeptała. – O tylu rzeczach nie wiesz… Myślałam poza tym, że nie mam w sobie uczuć, które ty… Ale ty nie jesteś taki jak Johan – dodała gwałtownie i wtuliła w niego twarz. Jej ciałem wstrząsał rozpaczliwy płacz.
    – Mali, moja Mali – powiedział Havard, odsuwając ją. – Spójrz na mnie.
    Popatrzyła na niego przez zasłonę łez i dostrzegła, że jego oczy błyszczą radością. Radością i miłością.
    – Czy ty… kochasz mnie jeszcze trochę mimo to? -wyszeptała, obejmując go za szyję. – Ożenisz się ze mną, mimo że ja…
    – Właśnie dlatego – uśmiechnął się. – Dlatego, że ty jesteś Mali, na dobre i na złe. Zawsze wiedziałem, że nie jesteś słodka i naiwna, ale kochałem cię od pierwszego lata, gdy przybyłaś do Gjelstad. Miałem nadzieję, że poprosisz mnie o pomoc po śmierci Johana. Że może mnie zechcesz. Ale rozumiem. Pewnie masz gorzkie wspomnienia. Przeżyłaś więcej złego niż…
    Pochylił się i pocałował delikatnie. Odgarnął jej włosy. Spojrzenie jego jaśniało.
    – Nosisz moje dziecko – wyszeptał ochrypłym ze wzruszenia głosem. – To cud!
    Skoczył na równe nogi, pociągając ją za sobą. Obrócił wokół siebie, krzycząc z radości jak chłopak. Mali zakręciło się w głowie. Przytrzymała się go mocno, by nie upaść.
    – Ożenisz się ze mną? – spytała, patrząc mu w oczy.
    Zaśmiał się, spoglądając na nią figlarnie.
    – Muszę się zastanowić…
    – Havardzie! Mówię poważnie! – powiedziała Mali, mierzwiąc mu włosy. – Chcesz…
    – No pewnie, dziewczyno – zaśmiał się, przytulając ją mocno. – No pewnie!

ROZDZIAŁ 12

    W sobotę osiemnastego listopada Mali po raz drugi wyszła za mąż.
    Dzień był pogodny i chłodny. Gdy rano odsłoniła zasłony, aż westchnęła z zachwytu. Po dniach pochmurnych i zamglonych nagły mróz pokrył wszystko szadzią. Blade słońce błyszczało w milionach kryształków lodu, zupełnie jakby natura przez całą noc stroiła się na ten wielki dzień. To musi być dobry znak dla tego małżeństwa, pomyślała Mali.
    Nowinę przyjęto wszędzie z wielką radością.
    – Czekałam na to, tak – rzuciła podniecona Ingeborg znad zmywania. – Wiedziałam, że wcześniej czy później to nastąpi.
    – Skąd taka pewność? – spytała Mali, która karmiła łyżeczką Oję. – Przecież mówiłam, że…
    – Ale często słyszałam was… – Ingeborg poczerwieniała i spojrzała na Mali przerażona. – Nie, nie podsłuchiwałam, ale gdy w domu jest tak cicho, że…
    Teraz poczerwieniała Mali i pochyliła się nad talerzem kaszki. A więc Havard miał rację, że wszyscy w gospodarstwie muszą o nich wiedzieć. Mali myślała, że tylko Beret, ale się myliła.
    – Przecież nie tylko ja śpię na poddaszu – rzuciła Mali. – Nie wiem, o czym mówisz.
    Ingeborg nie odpowiedziała, zmywając dalej. Ale w oczach miała iskierki śmiechu.
    Beret przyjęła nowinę aprobującym skinieniem głowy w stronę Havarda i chłodnym spojrzeniem skierowanym do Mali. Widać było jednak, że cieszy się, że synowa posłuchała jej rady.
    – Chcielibyśmy, by ślub odbył się jeszcze przed świętami – rzuciła Mali, bawiąc się nerwowo serwetką na stole. – Wiemy, że to gorący okres, ale jeśli uwiniemy się z wełną i ubojem, damy radę. Bo ani Havard, ani ja nie chcemy dużego wesela – dodała. – Tylko obie rodziny.
    – Przecież się nie spieszy – zaprotestowała Beret, nieświadoma prawdy. – Ślub w środku uboju, topienia świec i czyszczenia wełny? Przecież tak się nie robi!
    – Ale my tak zrobimy – obwieścił Havard, ściskając dłoń Mali. – Wszystko będzie dobrze, Beret. Zdążymy ze wszystkim przed świętami.
    Beret zacisnęła usta i oparła się w fotelu.
    – Wydawać by się mogło, że wam się spieszy -stwierdziła, wbijając spojrzenie w Mali. – Może macie powody?
    Mali poczerwieniała i spuściła wzrok.
    – Pragnąłem tego, od kiedy tu przybyłem – wyznał Havard z rozbrajającym uśmiechem – Więc gdy Mali w końcu się zgodziła, ja ustaliłem datę. Gdyby to całkiem ode mnie zależało, ślub mógłby być i jutro – zaśmiał się. – Nie chcemy długo czekać. Poza tym Mali nie chce zamieszania. Jest przecież wdową.
    Beret pokiwała głową, ale dobrze przypatrzyła się Mali. Nie całkiem uwierzyła tłumaczeniu Havarda, ale dała już spokój. Mali westchnęła bezgłośnie i z wdzięcznością uścisnęła dłoń mężczyzny.
    Sivert był zachwycony. Uwiesił się na szyi Havarda, a buzia mu się nie zamykała.
    – To zostaniesz tu na zawsze – paplał zadowolony. – Będziesz mógł mnie kłaść spać tak często, jak chcesz, bo już nie tylko mama będzie rządzić, prawda?
    Havard zaśmiał się.
    – To już wiesz, jak to działa? – spytał, burząc włosy chłopca. – Tak, będę cię kładł częściej spać. Ale nie myśl, że mama już nie będzie miała nic do powiedzenia. Będziemy decydować wspólnie. Tak jest najlepiej.
    – Ale będziesz moim ojcem, Havardzie? – spytał Sivert poważnym tonem. – Bo ja nie mam ojca. On jest gwiazdką na niebie.
    – Nie, ty masz ojca – odparł Havard spokojnie, napotykając spojrzenie Mali. – Johan jest twoim ojcem, mimo że nie żyje. Ważne jest, byś wiedział, czyim jesteś synem. Wszyscy musimy to wiedzieć. Johan jest twoim ojcem. Ja mogę spróbować nim być dla ciebie. Chciałbym tego.
    – Ja też! – Sivert zarzucił mu ręce na szyję. – Chcesz, by Havard był moim nowym ojcem, prawda, mamo?
    – Tak, chcę – odparła Mali. – Nie mógłbyś mieć nikogo lepszego, to pewne.
    Myślała o słowach Havarda, że ważne jest wiedzieć, czyim jest się synem. Nie czuła się z tym dobrze. Nie powinna wchodzić w to małżeństwo z tyloma tajemnicami. Ale nie widziała innej drogi. Co się stało, to się nie odstanie. Nawet Havardowi nie mogła opowiedzieć o Jo, i nie wszystko o życiu z Johanem. Niech przeszłoś pozostanie przeszłością. Powinna postarać się z wszystkich sił o dobre życie z Havardem. Może wreszcie nastanie spokój?
    Tego wieczora Havard przyszedł do jej sypialni. Ma przełożyła Oję do kołyski, a Havard położył się do jej łóżka.
    – Przecież jeszcze nie mamy ślubu – wyszeptał przytulając się do jego ciepłego, szczupłego ciała. Przecież to grzech…
    – Trochę grzechu więcej czy mniej już nie robi różnicy – zaśmiał się Havard, wsuwając rękę pod jej koszulę nocną. – Sądziłaś, że poczekam do nocy poślubnej?
    Mali nie odpowiedziała, tym bardziej że zakrył jej usta swoimi ustami i całował. Ciepłe dłonie pieściły jej sutki, gładziły po brzuchu i rozsunęły uda.
    – Czy mogę zaszkodzić dziecku? – spytał nagle, zaniepokojony.
    Mali pokręciła głową z bijącym sercem. Przebiegło jej przez myśl, przez co przeszedł Oja, gdy rósł w jej brzuchu… Gładziła plecy i jędrne pośladki Havarda. Uniósł się na łokciach i spojrzał na nią.
    – Wiesz, jak ja… wiesz, że nigdy nie sądziłem, że do kogokolwiek będę czuł to, co do ciebie – powiedział cicho. – Dla mnie istniałaś tylko ty, zawsze. Nikogo bym tak nie pokochał.
    Mali nie odpowiedziała. Nie mogła powiedzieć mu tego samego, i to nie ze względu na Johana. Chodziło o Jo, o którym Havard nie wiedział. Dla niej istniał tylko Jo, aż do teraz. Myślała właśnie tak jak Havard, że nikogo nie jest w stanie pokochać tak jak Jo. Czuła, że nadal tak jest, mimo że drżała z podniecenia pod dłońmi innego mężczyzny.
    Wyciągnęła ręce za głowę i dała ściągnąć z siebie koszulę. W migającym świetle świecy klęczał nad nią i przyglądał się jej, nagiej. Jego dłonie gładziły każdy fragment jej ciała. Pochylił się i zasypał ją deszczem pocałunków. Całował wnętrze jej ud, aż jęknęła, łapiąc go za włosy. Powoli rozchylił całkiem jej uda i dotknął językiem jej najintymniejszego punktu.
    Nigdy nie lubiła, gdy robił to Johan. Teraz leżała, otwarta, i chciała, by nigdy nie przestał. Nagle język wszedł do wnętrza jej ciała. Wzdrygnęła się, tego nie znała. Ale wkrótce zalała ją rozkosz, zniknęło poczucie czasu i miejsca, w uszach szumiało.
    Gdy wreszcie wszedł w nią, przyciągnęła jego głowę i pocałowała mocno. Całowała własne soki, pomyślała. Objęła go nogami i oddała się ekstazie.
    Mali nie chciała włożyć swojej pierwszej sukni ślubnej. Zamówiła krawca, który uszył jej prostą, czarną sukienkę z dobrej wełny. Kupiła też nowy, duży koronkowy kołnierz. Nic starego nie wejdzie z nią w to małżeństwo. W każdym razie nic z ubrania, pomyślała z ironią.
    – Dlatego pytam ciebie. Mali Stornes: czy chcesz pojąć…
    Nagle przypomniał jej się poprzedni ślub, ten straszny dzień, kiedy chciała krzyczeć „nie", a nie mogła. A przecież było to przed okropną nocą poślubną, która obróciła jej małżeństwo w ruinę, zanim jeszcze przetrwało dobę.
    Tym razem odpowiedziała „tak" pewnym, jasnym głosem. Gdy ksiądz nakazał im podać sobie ręce znak tej obietnicy, którą złożyli wobec Boga i lud uniosła wzrok na Havarda. Ogarnęła ją ciepła fala radości i uścisnęła jego dłonie. Będzie go kochała i szanowała, pomyślała, on na to zasługuje. Lepszego mężczyzny nie mogła dostać, skoro Jo nie żył. Tym razem wszystko pójdzie dobrze, jeśli tylko uda się nie wracać do przeszłości.
    Gdy pochód weselny wyjechał z lasu, ujrzeli przed sobą całą dolinę Inndalen roziskrzoną słońcem odbijającym się w kryształkach lodu. Nawet Stortind miał na sobie jakby welon. Wody fiordu były spokojne, flaga na maszcie Stornes ledwo się poruszała na słabym wietrze.
    – Teraz Stornes jest nasze – powiedziała Mali, przytulając się do Havarda. – Ty jesteś panem Stornes.
    Powoli pokiwał głową. Patrzył na bogate gospodarstwo rozciągające się przed nimi.
    – Tak, chyba tak – powiedział. – Ale nigdy nie będzie całkiem moje. Będę je dobrze prowadził, póki starczy mi sił, ale dziedzica ma już zapewnionego. Wiesz o tym. Jeśli mielibyśmy syna, nie będzie miał praw dziedziczenia. To Sivert jest dziedzicem, a po nim Oja.
    Mali skubnęła swój szal i podciągnęła derkę. Też o tym myślała. Mimo że wyszła teraz za Havarda, będzie tak, jak zawsze chciała: jej półcygańskie dziecko odziedziczy Stornes. Gdyby małżeństwo mogło cokolwiek pod tym względem zmienić, nie wyszłaby za mąż, w ciąży czy nie. Bo cena, którą zapłaciła za prawo Siverta do Stornes, była zbyt wysoka. Wyższa niż cokolwiek innego.
    – Jest ci z tym źle? – spytała, zerkając na niego. – Nie czujesz się panem we własnym dworze?
    – Nie, to nie tak – uśmiechnął się, całując ją w zimny czubek nosa. – Możliwe, że czułbym się gorzej, gdyby to na gospodarstwie mi zależało. Ale tak nigdy nie było. To ciebie zawsze chciałem. Będziemy nim zarządzać razem. Wykarmimy i te dzieci, które nam się urodzą.
    – Dzieci? – podchwyciła Mali. – Nie wystarczy to jedno, które już jest w drodze?
    – Powinno się przyjmować to, co się dostaje – uśmiechnął się Havard zaczepnie. – Przecież jest to całkiem prawdopodobne, biorąc pod uwagę, co robimy…
    – Ech, Havardzie – zaśmiała się Mali, rumieniąc się. – Przecież nie możemy stawać w zawody z Bengtem i Margrethe!
    Wzięła jego dłoń i przyłożyła do zimnego policzka. W głębi duszy czuła lekki niepokój. Nie chciała mieć więcej dzieci. Troje na pewno wystarczy. Ale ponieważ wydawało się, że z Havardem łatwo zachodzi w ciążę, musiała brać to pod uwagę. Porozmawia z Johanną, czy nie ma jakiegoś naparu, który zapobiegałby poczęciu. A może po prostu powinni trzymać na wodzy swoje chęci i ograniczać się do bezpiecznych okresów? Mali wciągnęła w płuca zimne powietrze i pozwoliła, by troski uleciały z wiatrem.
    – Jesteś teraz szczęśliwa?
    Havard ujął ją pod brodę i zajrzał w oczy z powagą.
    – Tak, jestem – odparła. – Dziękuję Bogu, że mogę być szczęśliwą panną młodą.
    – Przedtem nie byłaś?
    – Nie – powiedziała cicho. – To pierwszy raz.
    Wesele było przyjemne, zupełnie inne niż to z Johanem. Na radość Mali cieniem kładł się jedynie fakt, że po jej lewej stronie przy stole siedział jej nowy teść.
    Ruth Gjelstad mówiła, że od razu, kiedy się dowiedziała, była szczęśliwa, że się pobierają. Gdy zdejmowali z siebie okrycia w korytarzu, Ruth objęła Mali, wzruszona do łez.
    – Że też w końcu została z was para – rzekła. – Nie wiem, czy wolałabym widzieć inną na twoim miejscu.
    – A ja wiem – wtrącił pan z Gjelstad. – Ta dziewczyna nie jest taka, jaka się wydaje. Ale dwór jest apetyczny – dodał ze śmiechem. – A ty trzymaj ją mocno w cuglach od pierwszego dnia – trącił łokciem syna. – Ta klaczka, z którą masz teraz ciągnąć wóz, powinna chodzić na krótkich wodzach.
    Mali bała się, że Havard odpowie coś ostro ojcu, ale tak się nie stało. Sama nawet się zaśmiała, choć najchętniej uderzyłaby tego złośliwca. Zrozumiała, że w żaden sposób nie powinna drażnić teścia. Nie miała pojęcia, ile on wiedział i ile zła chciał jej zadać, nawet mimo tego, że została jego synową.
    Przez krótką chwilę ich spojrzenia się zetknęły. W jego małych, złych oczach była żądza, która ją przeraziła. Wiedziała, że nadal zaciągał na siano niejedną dziewkę. Chyba nie zamierzał dobierać się do żony własnego syna? Tak, on mógł, pomyślała Mali. Po nim można się było wszystkiego spodziewać.
    Nagle ogarnął ją strach. A jeśli on czekał z ujawnieniem tego, co wiedział, aż do jej ślubu z Havardem? Jeśli wiedział coś o Sivercie, powie to właśnie teraz: że dziedzic Stornes to bękart! Cygańskie dziecko, a nie syn Johana, jak wpisano w księdze parafialnej. Że biedny Johan został oszukany, tak jak wszyscy inni. To, że zniszczyłby tym samym małżeństwo Mali i Havarda, nie miało dla niego znaczenia. On chciał ją zniszczyć, tego chciał zawsze.
    Mimo to nie mogła uwierzyć, że byłby w stanie to zrobić. Jeśli naprawdę wiedział coś o Sivercie i udałoby mu się odebrać jego prawo do dziedziczenia, to przecież następny byłby Oja, a nie Havard. Ale gospodarz Gjelstad na pewno o tym nie myślał. Jego myślom przyświecał jeden cel: uderzyć w nią i jej cygańskie dziecko.
    Zadrżała i weszła do odświętnie przystrojonej izby.
    Sprzątnęli po kawie, by można było potańczyć. Nie zaproszono tak wielu gości, jak zwykle na weselach w dużych dworach, więc gdy przybysze rozdzielili się na dwie izby, zostało sporo miejsca na tańce. Normalnie tańczono by w stodole, ale teraz zimno na to nie pozwalało. Beret zmarszczyła brwi, gdy o tym wspomnieli, ale nie protestowała.
    – Czy mogę prosić…?
    Przed Mali pojawił się Havard z wyciągniętą rękę.
    – Ale przecież Trygve nie zaczął jeszcze grać! -uśmiechnęła się Mali, dając się podnieść z krzesła. -Przecież nie możemy zacząć tańczyć bez muzyki!
    – Będzie muzyka – stwierdził Havard, obejmując ją w talii. – Powiedziałem mu, że chcę zatańczyć pierwszy taniec z moją żoną. On czeka.
    Mali uśmiechnęła się do Havarda. Pięknie wyglądał w ciemnym garniturze i śnieżnobiałej koszuli z wysokim kołnierzykiem. Skórę miał nadal ogorzałą po lecie. Jego oczy wydawały się jeszcze bardziej niebieskie niż zwykle, a gęste włosy lśniły w blasku lamp. Poczuła ciepło i dziwną słabość, gdy poprowadził ją do zamaszystego polsa.
    Późno wieczorem Mali poszła na poddasze zajrzeć do synów. Oja zasnął już wcześniej, lecz Sivert mógł zostać na dole tak długo, jak chciał. Zmęczony zasnął w końcu na kanapie i zaniesiono go na górę. Mali stanęła nad jego łóżkiem i patrzyła na uśpionego chłopca. Spał mocno, z wypiekami na policzkach, rozczochrany i nadal w odświętnej koszuli. Nie chciała go budzić, by ją zdjąć.
    Zerknęła do pokoju przyszykowanego dla niej i Havarda. Widok ustrojonego łóżka sprawił, że przeszedł ją dreszcz. Już niedługo będą mogli tu przyjść… W drugim łóżku spał Oja. Mali westchnęła i pogłaskała go po włoskach. Już wkrótce będzie spał sam, pomyślała. Ona chętniej będzie dzieliła łoże z Havardem niż z synem Johana. A gdy urodzi się dziecko, Oja przeniesie się do pokoju Siverta.
    Przetarła twarz nad miską z wodą i poprawiła włosy. Nagle ktoś otworzył drzwi i Mali odwróciła się.
    – Havardzie…
    – Pomyślałem sobie, że jako jego ojciec…
    Mali zesztywniała, patrząc na Oddleiva Gjelstada. Pewnie zauważył, że wyszła, i poszedł za nią.
    – Co tu robisz? – syknęła. – Wynoś się!
    Zanim się zorientowała, popchnął ją na łóżko i przygniótł sobą. Jego dłonie zaczęły grzebać pod jej halkami. Przez krótką chwilę Mali leżała sparaliżowana strachem. Potem zaczęła go odpychać, ale stary był silny, silniejszy, niż przypuszczała. Leżał na niej, zionąc alkoholem, a jego palce brutalnie wpijały się w jej intymne części ciała.
    – Co robisz? – stęknęła. – Zwariowałeś!
    – Zawsze miałem na ciebie ochotę – wydyszał prosto w jej ucho. – Tamtego lata udało ci się, ale tym razem nie przepuszczę. Dlaczego ja nie miałbym cię mieć, skoro dopuszczasz tylu innych? Przecież nie spałaś tylko z Johanem i moim synem, choć biedny Johan chciał w to wierzyć. Havard też wierzy, że jest twoim drugim. – Zaśmiał się ochryple, trzymając w żelaznym uścisku jedną dłonią obie jej ręce nad głową Mali. – Ale ty i ja wiemy, że było ich więcej, prawda, Mali? – śmiał się z diabelskim błyskiem w oku.
    Mali poczuła, że ciemnieje jej w oczach. Próbowała się wyrwać, ale jej opór dodawał mu tylko podniecenia i nieludzkich sił. Podciągnął jej spódnicę i halki i zaczął ściągać jej majtki.
    Później nie wiedziała, skąd wzięła na to siły, ale udało jej się zgiąć kolano i uderzyć go w krocze. Wrzasnął, puścił ją i zwinął się z bólu. Mali zwinnie wyskoczyła z łóżka, podbiegła do komody i złapała ciężki świecznik. Zgasiła świeczkę i podeszła do mężczyzny.
    – Jeśli mnie tylko dotkniesz, zabiję cię – wysyczała zdyszana. – I nie sądź, że się nie odważę. Zabiję cię. Powinnam to zrobić dawno temu!
    Zsunął się z łóżka, zgięty wpół i z obiema rękami wciśniętymi między nogi. Musiałam go dobrze trafić, pomyślała. Gdy uniósł twarz, był blady, a oczy lśniły iście diabelską mocą. Mali aż się cofnęła.
    – Jesteś piekielną babą – wyszeptał ochryple. – Myślisz, że uda ci się ze wszystkim. Ale tu się przeliczyłaś, Mali Stornes. Ja cię w końcu dorwę.
    – Co z ciebie za człowiek? – spytała Mali cicho. – Naprawdę chciałeś mnie zgwałcić w dzień mojego ślubu z twoim synem?
    Uniosła w górę świecznik, gdy Gjelstad zrobił krok w jej stronę.
    – Ty nie jesteś człowiekiem – syknęła. – Jesteś diabłem wcielonym. Sprawię, że Havard…
    – Chyba będzie lepiej dla ciebie trzymać Havarda z dala – zachichotał złośliwie. – Bo jeśli powiesz o tym choćby słowo, powiem wszystkim, co ja wiem. I wtedy to nie ja wyjdę na tym najgorzej, sama wiesz najlepiej…
    Mali poczuła, jak ściska jej się gardło.
    – Nie wiem, co miałbyś opowiedzieć…
    – Mały dziedzic śpi dobrze? – spytał, wbijając w nią złe spojrzenie. – Nie niszcz jego snu ani dziedzictwa, Mali. To byłoby bardzo źle…
    – Wyjdź. – Odsunęła się, by mógł przejść. – Znikaj z mojego życia, ty diable. I nie próbuj nigdy więcej, bo nigdy mnie nie dostaniesz. Nigdy.
    – Nie mów tak – rzucił. – Może jedna przysługa warta drugiej, gdy dojdzie co do czego…
    Mali stała z bijącym głośno sercem, gdy wyszedł. Czuła się zbrukana i otępiała ze strachu.
    On coś wiedział, tyle zrozumiała. Ale jak wiele? I czy naprawdę chce zniszczyć tylu ludzi, w tym i własnego syna, by zmusić ją do padnięcia na kolana?
    Nie, on sugerował rodzaj „handlu". Nie, nigdy! Nigdy nie odda się temu staremu wieprzowi. Raczej go zabije!
    Z trudem się uspokoiła. Gdy wróciła na dół, podeszła do siostry i szwagra.
    – Twój mąż myślał, że uciekłaś, i to przed nocą poślubną – uśmiechnął się Bengt.
    – Nie, byłam u dzieci – odparła, wykręcając lodowate palce. – No i trochę się ogarnęłam, bo przecież powinnam się podobać mojemu mężowi, zwłaszcza dziś -uśmiechnęła się z trudem.
    – O to możesz być spokojna – rzekła Margrethe, patrząc na nią z podziwem. – Jesteś piękna niczym obraz. Mali odwzajemniła jej uśmiech i rozejrzała się po izbie. Kilka par tańczyło, inni siedzieli i rozmawiali. Najstarsi goście już opuścili wesele.
    – Zmarzłam na tym poddaszu – zwróciła się Mali do Bengta. – Nie masz łyczka czegoś mocniejszego, szwagrze? Podejrzewam, że trzymasz coś w zanadrzu.
    – Pierwszy raz słyszę, byś prosiła o coś takiego -uśmiechnął się Bengt, wyciągając na wpół pustą butelkę. – Ale pamiętam, ślub szarpie nerwy – dodał, obejmując żonę i klepiąc ją po wypukłym brzuchu.
    Mali wzięła butelkę i pociągnęła porządny łyk. Aż zakaszlała, bo trunek był mocny. Jednak wódka wlała w nią ciepło i ukoiła nerwy. Po jeszcze jednym łyku oddała butelkę.
    – Dzięki, potrzebowałam tego – powiedziała. – No, idę szukać męża.
    Ale to Havard pierwszy ją znalazł. Gdy poczuła nagle ramiona obejmujące ją w talii, wzdrygnęła się i obróciła gwałtownie, przerażona, czy nie ujrzy twarzy teścia.
    – Co się dzieje? – spytał Havard, przyciągając ją do siebie. – Ty drżysz! Wyglądasz jak osaczona sarna.
    Mali przytuliła się do niego na moment.
    – Chyba zaczynam być zmęczona – wyznała cicho. – To był długi dzień i ja… tęsknię za łóżkiem – dodała, ściskając jego dłoń.
    Była to prawda, choć on odczytał ją inaczej, bo uśmiechnął się i pogładził po plecach swymi ciepłymi dłońmi. Oczywiście, że go pragnęła, także tej nocy. Jednak najbardziej marzyła w tej chwili, by móc się do niego przytulić i poczuć bezpiecznie. I mieć świadomość, że on ją kocha bez względu na wszystko. Ale czy nadal by ją kochał, gdyby jego ojciec rozpuści! swoje rewelacje? Czy Havard stałby u jej boku, gdyby dowiedział się, że jego żona puściła się z Cyganem, a potem sprawiła, że wszyscy uwierzyli, że Sivert pochodzi z rodu Stornes? Żołądek podszedł jej do gardła, gdy przypomniała sobie incydent na poddaszu. Nie chciała myśleć o groźbach teścia.
    – Tak, jesteś zmęczona, widzę – szepnął Havard. – Zaraz sobie pójdziemy, ale najpierw chcę zatańczyć z moją żoną na dobranoc. Dasz radę?
    Pokiwała głową, a on podszedł do skrzypka i powiedział mu coś. Wrócił do niej, objął jedną ręką w talii, a drugą ujął jej lodowatą dłoń. Rozległa się muzyka, a on poprowadził ją w powolnym walcu.
    Dopiero po chwili Mali zorientowała się, że już wcześniej go tańczyli. Spojrzała w oczy Havarda, a on uśmiechnął się przebiegle.
    – Nasz walc – szepnął. – Pamiętasz?
    Pokiwała głową powoli i przytuliła się do niego całym ciałem. Ostatnim razem, gdy go tańczyli, była naga…
    – Och, Havardzie – szepnęła, patrząc na niego ze łzami w oczach. – Tak cię kocham. Obiecaj mi, że zawsze będziesz ze mną, nieważne, co się stanie. Ja cię potrzebuję. Obiecujesz, Havardzie?
    – Obiecuję – odparł cicho. – Nie wyobrażam sobie, że mógłbym cię kiedykolwiek opuścić.
    Bo nie wiesz wszystkiego, pomyślała Mali. Oparła głowę o jego ramię i znów poczuła strach jak twardą kulę w żołądku. Nie wiesz wszystkiego…

ROZDZIAŁ 13

    Pomimo zamieszania związanego ze ślubem stało się tak, jak Havard powiedział: zdążyli ze wszystkim przed świętami Bożego Narodzenia.
    Mięso zasolono, świece wytopiono, a czyszczenie wełny przeszło weselej niż zwykle. Odbyło się w tym roku w Oppstad, kilka tygodni po ślubie Mali. Oczywiście ślub był głównym tematem rozmów. Wszystkie kobiety cieszyły się, że Mali ma nowego męża.
    – I to jakiego męża! – uśmiechnęła się Margrethe. -Trudno o takiego drugiego jak Havard Gjelstad. Nie, Havard Stornes – poprawiła się. – Przyjął przecież nazwisko od gospodarstwa? Taki jest zwyczaj, prawda?
    – Tak, zrobił to – powiedziała Mali. – Nie wiem, czy jego ojciec był tym zachwycony, bo nadal uważa, że Havard to jeden z Gjelstadów. Ale taki jest zwyczaj. No i jest dobrym człowiekiem – dodała.
    Jedyną osobą, która nie brała udziału w tej rozmowie, była Laura, najmłodsza córka w Oppstad. Siedziała nad swoją robotą z pochyloną głową. Mali wspomniała wieczór świętojański, gdy Havard nadszedł brzegiem morza, otaczając ramieniem Laurę. Pamiętała gorące spojrzenia, które dziewczyna mu posyłała, i nagle zastanowiła się, co zaszło wtedy między nimi.
    Havard, gdy go ostrożnie wypytywała, mówił, że nic takiego. Może dla niego nie, ale z jej strony mogło to być poważne. Dziewczyna schudła, zauważyła Mali kątem oka.
    – Co u ciebie? – spytała ją Mali, gdy w przerwie piły kawę. – Jakie masz plany?
    Przez chwilę ich spojrzenia zetknęły się i Mali uderzył chłód bijący z oczu młodej kobiety.
    – Można mieć różne plany – rzuciła Laura. – Ale zdarza się, że nie idzie tak, jak się planuje. A co będę robiła? To chyba nie twoja sprawa.
    Mali poczerwieniała.
    – Nie zamierzałam do niczego się wtrącać – odparła cicho. – Ale zrozumiałam, że… Jesteś jeszcze młoda, Lauro…
    – A co to ma do rzeczy? – ucięła dziewczyna. – Ty i tak zawsze przeprowadzisz swoją wolę, Mali. Powinnam to wiedzieć. Popełniłam błąd, nie przypuszczałam, że postanowiłaś go wziąć za męża. Wszyscy mówili, że nie chcesz wychodzić za mąż.
    – Jeśli chcesz powiedzieć, że zabrałam ci Havarda, to nieprawda – odparła Mali. – Nie wiedziałam, że ty… według słów Havarda nie było między wami… niczego.
    – Doprawdy?
    Laura utkwiła w Mali wzrok i odrzuciła na plecy długie włosy.
    – Tak, tak mówił Havard – dodała Mali bezradnie. -Powiedział, że…
    – Sądzisz, że powiedziałby ci o nas, skoro mógł dostać ciebie i Stornes na dokładkę? Musiałby być głupi. Ja nie mam żadnego dworu do zaoferowania. Miałam tylko… tylko siebie – dodała, rumieniąc się.
    Mali nie odpowiedziała. Poczuła tylko ssącą niepewność. Wstała. Co ta dziewczyna wygadywała? Sugerowała, że ona i Havard…
    To nie mogła być prawda! Mali podeszła do zlewu, drżącymi rękami wzięła szklankę i nalała zimnej wody.
    Chyba nie mógł z nią się przespać? Przecież by nie skłamał. Poza tym to jeszcze dziewczyna, pomyślała, rzucając spojrzenie na postać na krześle. Wyładniała, Mali zauważyła to już wtedy. Była ładna, kształtna i kusząca. Ale czy Havard…
    I tak nie miała z tym nic wspólnego, upomniała się w myślach. Był wtedy wolny i miał prawo robić, co chce. Nagle aż ją zamroczyło. Jeśli był z Laurą na trawie czy gdzie tam, dziewczyna mogła być w ciąży! Nie, byłoby już po niej widać, pomyślała, przesuwając mokrą dłonią po czole. A może? Zależy, jak długo oni… byli razem. Mogli być, dopóki ona nie odkryła, że jest w ciąży!
    Ale on przecież powiedział… Tak, co on właściwie powiedział? Mali poczuła palącą zazdrość. Odprowadziła Laurę wzrokiem, gdy ta wstała pozbierać filiżanki po kawie. Była szczupła w talii, nic nie było znać. Ale po niej też nie było nic znać! Młode dziewczyny, które jeszcze nie rodziły, długo mogły chodzić szczupłe, nawet do czwartego miesiąca. Musiała go o to znów spytać, pomyślała. Musiała to wiedzieć, choć zdawała sobie sprawę, że nie powinna. To, co było pomiędzy nimi, to już przeszłość.
    Gdy położyli się do łóżka, Havard przyciągnął ją do siebie i odgarnął jej włosy.
    – Co z tobą? – spytał. – Nie jesteś taka jak zwykle, od kiedy wróciłaś z Oppstad. Źle się czujesz?
    Mali leżała przez chwilę, milcząc. Czuła, że nie powinna pytać Havarda o Laurę, bo to jego sprawa. A gdy by tak on spróbował wypytywać ją? Nie podobałoby jej się to, o nie! Mimo to zazdrość i niepewność nie dawały jej spokoju.
    – Nie, dobrze – odparła, przytulając się do niego. -Ale ja… ja…
    – Powiedz wreszcie – uśmiechnął się. – Coś cię gryzie, widzę to.
    – Spotkałam Laurę – zaczęła Mali powoli, wtulając twarz w jego szyję, by nie widział jej rumieńców. -I ona… nie była zadowolona, że to ja za ciebie wyszłam.
    Nie odpowiedział, leżał tylko, obejmując ją. Mali w końcu odsunęła się i spojrzała na niego. On patrzył na nią spokojnie.
    – Wiem, że nic mi do tego – mruknęła Mali z zażenowaniem. – Byłeś wtedy kawalerem i mogłeś robić to, co chciałeś. Aleja widziałam wtedy w noc świętojańską, gdy przyszedłeś z Laurą, że ona…
    Zamilkła, nie wiedząc, jak ma spytać o to, co ją najbardziej gnębiło. Havard bynajmniej jej nie pomagał.
    – Laura chyba myślała wiele o tobie – mówiła dalej, bawiąc się guzikiem koszuli, w której spal. – Powiedziała, że… Zasugerowała, że wy dwoje… że wy…
    – A co to jest właściwie? – spytał nagle. – Przesłuchanie?
    – Nie, nie, to nie tak, ale…
    – Sądziłem, że już rozmawialiśmy o Laurze – powiedział. -1 masz rację, to nie twoja sprawa. Ale rozumiem, o co chcesz spytać: czy ją miałem, czy nie. A co za różnica? Nie zdradziłem cię w każdym razie, bo niezależnie od tego, co się między nami zdarzyło, było to, zanim uznałaś mnie za odpowiedniego kandydata na męża!
    Mali dosłyszała irytację w jego głosie i skuliła się. -1 pytałaś mnie już o to raz. Powiedziałem ci wtedy, że między nami nie było nic poważnego. Ale co, nie wierzysz mi? Chcesz szczegółów?
    – Nie, wierzę – wyszeptała, zarzucając mu ręce na szyję. – Nie powinnam pytać, ale ja… chyba jestem zazdrosna – dodała, czując łzy pod powiekami.
    Havard leżał chwilę bez słowa. Potem uniósł się na łokciu i spojrzał na nią.
    – Zazdrosna – mruknął, ujmując jej podbródek i zmuszając, by na niego spojrzała. – Nie wiem, Mali. Może tylko chcesz mieć kontrolę nad wszystkim. Nie podoba ci się myśl, że mógłbym mieć Laurę.
    – Pomyślałam tylko, że jeśli ona… jeśli jest…
    – W ciąży – dokończył. W jego oczach coś zabłysło, nie wiedziała, czy złość, czy rozbawienie. – Nie jest – rzekł spokojnie. – Więc skandalu nie będzie, a już z pewnością nie z tego powodu. A teraz nie chcę więcej o tym mówić – uciął. – Laura Granvold jest przeszłością. W każdym razie dla mnie. Powinna więc być przeszłością i dla ciebie.
    Mali leżała bez ruchu i czuła łzy spływające po policzkach. Słowa Havarda bolały. A może jednak jej nie kochał? Bo dlaczego by tak mówił?
    Przecież wiedziała, że miał przed nią inne kobiety, świadczyły o tym jego umiejętności w łóżku. Coś innego byłoby nienormalne, skoro jest tak przystojny! Wcześniej nie zastanawiała się nad tym. Ale ta Laura…
    Ta zarozumiała młódka, pomyślała Mali z niechęcią. Nie chciała, by Havard porównywał ją z tą ładną i szczupłą dziewczyną, która może nawet była dziewicą. A ona… Dziewictwa na pewno nie mogła mu ofiarować.
    Aż się wzdrygnęła, gdy poczuła jego dłoń wsuwającą się pod koszulę nocną. Chciała się odsunąć.
    – Ale z ciebie gąska – wyszeptał z uśmiechem. – Czy naprawdę możesz być zazdrosna o taką dzierlatkę jak Laura? Nie sądziłem, że w ogóle możesz być zazdrosna…
    Jego usta przykryły jej usta, dłonie powędrowały wzdłuż brzucha, po okrągłych biodrach i rozdzieliły jej uda. Mali oddała się pieszczotom, choć właściwie nie chciała. Powinien jej odpowiedzieć, pomyślała. Ale on wiedział, jak ją podniecić, by tylko wzdychała z tęsknoty, by go poczuć jak najbliżej. I gdy wreszcie, jakby od niechcenia, wszedł w nią, pękła w niej tama. Przeszła ją fala najwyższej rozkoszy, zanim jeszcze zdążył się poruszyć.
    Oszalała z podniecenia zaplotła na nim nogi i przyciągnęła go mocno do siebie. Nigdy jeszcze nie była tak chętna, tak rozgrzana. Uświadomiła sobie, że to właśnie z powodu Laury i myśli, że oni robili to razem. Widok ich nagich, splecionych ciał stanął jak żywy w jej wyobraźni. Niemal słyszała jęki Laury, niemal widziała Havarda, jak rozdziela jej uda, jak…
    Uniosła się i przewróciła na niego, zaczęła pieścić jego ciało, ustami skubała i ssała jego brodawki, aż wzdychał z przyjemności. Czubkiem języka dotknęła jego męskości, a wtedy aż się wzdrygnął, przerzucił ją na prześcieradło i położył na niej. Nigdy jeszcze ich jazda nie była bardziej szalona! Gdy wreszcie opadł obok niej, zdyszany. Mali z uśmiechem pogładziła go po policzku.
    – Jestem wystarczająco dobra, wiem – wyszeptała równie zdyszana.
    Zaśmiał się i przyciągnął ją do siebie. Sięgnął po jej włosy i rozpostarł nad nimi niczym zasłonę.
    – To tego się bałaś? Nikt nie jest lepszy, wiesz o tym, ty huldro – powiedział cicho. – Nie chcę żadnej innej. Dla mnie istniejesz tylko ty, teraz i zawsze.
    Mali westchnęła i przesunęła ustami po szyi Havarda. A niech tam tę Laurę, pomyślała leniwie, cała miękka i ciepła z rozkoszy.
    – Nigdy zresztą jej nie miałem – wyszeptał w jej ucho. – Nigdy. Jak mogłaś tak myśleć, gąsko!
    Dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem przyszła do Stornes nowa służąca, która miała pomagać do czasu, gdy Ane wróci po porodzie. Nazywała się Sigrid. Pochodziła z małego gospodarstwa z głębi fiordu. Była wysoką, szczupłą dziewczyną o ciemnych, gęstych włosach i szarych oczach.
    Ingeborg martwiła się, jak będzie się jej pracować z kimś innym niż Ane, ale wkrótce okazało się, że znalazły wspólny język. Sigrid była pogodna i często się śmiała. Emanowała dobrym humorem od pierwszego dnia, choć czuła pewnie na sobie szacujące spojrzenie Ane. Ane była jeszcze w Stornes, choć już bardzo ciężka i z bolącym krzyżem. Nie pracowała już tak dobrze, więc Mali cieszyła się z nowej służącej, choć tego nie powiedziała.
    – No, możesz już wziąć wolne, Ane – powiedziała Mali, gdy już pokazały Sigrid jej łóżko w pokoju Ingeborg. – Odpocznij przed porodem.
    – Mogę zostać jeszcze kilka dni – zaprotestowała Ane. – Lepiej, jeśli ja wprowadzę Sigrid w obowiązki. Boję się być sama w domu. A jeśli się zacznie, gdy Aslaka nie będzie? Co zrobię?
    – Myślałam o tym – rzekła Mali. – Zauważysz, że się zaczyna, zanim jeszcze będzie się spieszyło. Jeśli będziesz sama, wywieś płachtę na kiju. Widzę stąd twój dom, więc przyjdę.
    To uspokoiło Ane. Po trzech dniach pobytu Sigrid Ane została już w domu. Pomimo że domownikom z początku brakowało Ane, wszystko poszło dobrze i z Sigrid. Była pracowita i szybka. Mali zauważyła, że Gudmund nie może oderwać od niej oczu, i pomyślała, że musi mieć na niego oko. Nie mieli już więcej miejsca na nowe domy dla służby, i nie chciała tracić dobrego parobka, gdyby musiał się żenić. Może to stałoby się szybko, bo nigdy nie widziała, by Gudmund aż tak potykał się o własne nogi, gdy tylko Sigrid się do niego uśmiechała.
    Dwa dni przed Wigilią Mali pomagała przy narodzinach dużej i zdrowej dziewczynki w małym domku Ane i Aslaka. Wszystko poszło dobrze, a akuszerka była zadowolona i z dziecka, i z matki. Pewnie małej uda się przetrwać zimę. Trudno było o szczęśliwszych rodziców niż Ane i Aslak, pomyślała Mali, kładąc dziewczynkę w ramiona matki.
    – Nie wiedziałam, że to aż tak się czuje – powiedziała Ane ze łzami w oczach. – Czy ona to nie cud?
    – Największy cud, o jakim wiem – potwierdził Aslak grubym ze wzruszenia głosem. – Będziemy o nią dbać jak o skarb, zawsze.
    Styczeń zaczął się straszliwą niepogodą. Wiatr gwizdał w kominach i szarpał okiennicami. Śnieg padał nieprzerwanie. Mało kto odważył się wyjść na zewnątrz. Mężczyźni nie jeździli do lasu przez kilka dni, więc wykorzystywali wolne chwile na naprawę narzędzi i inne zajęcia, na które zwykle nie mieli czasu.
    W piecu palono na okrągło i Mali musiała ciągle pilnować, by Oja się nie oparzył. Zaczął chodzić w święta, wcześniej, niż oczekiwała. Beret nie posiadała się z dumy i nie szczędziła słów pochwał, jak on jest podobny do ojca i jak to Johan też był mądry i zręczny jako malec. To może wtedy był mądry, pomyślała Mali złośliwie. No, gospodarzem był dobrym, musiała przyznać. Pewnie dlatego, że miał dobry wzór w swoim ojcu.
    Oja spał nadal w sypialni Mali i Havarda, ale najczęściej osobno. Mali otulała go dobrze i zostawiała w jednym łóżku, a sama szła do łóżka Havarda. Ale w noce niepogody wstawała nieraz, by sprawdzić, czy mały jest okryty i czy nie marznie.
    Zdarzało się, że w tych nocnych godzinach stawała nad nim i wpatrywała się w niego, kucała i odgarniała jasnobrązowe włoski z jego czoła. Wyładniał przez ten niecały rok, zauważyła. Buzia stała się okrągła, a oczy jasnoniebieskie. Gdy się uśmiechał i wyciągał do niej rączki, czuła w sercu ciepło. Przytulała go i całowała w szyję, a on gulgotał z radości. Oczywiście, że go kochała. Choć bardziej kochała tylko pierworodnego…
    Pewnego wieczoru, gdy szykowali się spać, ktoś zapukał mocno w drzwi. Mali poderwała się, przestraszona. Kto mógł przybywać w tak straszną niepogodę? Strach ścisnął ją za gardło. Zanim zdążyli otworzyć, do środka wpadł Bengt. Był zaśnieżony od stóp do głów i szczękał zębami z zimna.
    – Ależ Bengt! – Mali podbiegła do niego. – Co się stało? Dlaczego przyjeżdżasz tak późno? Nie mogłeś zadzwonić? – Nagle przypomniała sobie o stanie Margre the i pobladła. – Coś z Margrethe, tak? Dlaczego nie dzwoniłeś? – prawie krzyczała.
    – Telefon nie działa – odparł. – Wiatr musiał zerwać przewody. Musisz nas uratować i tym razem, Mali. Twoja siostra ma już skurcze, a nie mogę sprowadzić ani akuszerki, ani doktora. Ledwo tu dojechałem…
    Mali zrobiło się gorąco. Ech, te porody na Innstad! Czy wszystkie muszą przypadać na najczarniejszą zimę? Odwróciła się do Havarda.
    – Muszę…
    – Oczywiście, że musisz jechać – powiedział. – Powiem Ingeborg, by czuwała nad dziećmi. Ja jadę z wami. Może się przydam, choć nie wiem, do czego. Ale pojadę.
    – Naprawdę? – Bengt uścisnął dłoń szwagra. – To wspaniale. Tym razem będziesz i akuszerką, i doktorem, Mali. Jesteś naszą jedyną nadzieją…
    Mali nigdy nie zapomni tej nocy. Margrethe zapłakała z ulgi i wdzięczności, gdy teściowa wprowadziła Mali do jej sypialni.
    – O, Mali, Mali – wyszlochała, spocona i blada. – Co zrobimy?
    – Co zrobimy? – powtórzyła Mali, przytulając siostrę. – Zrobimy wszystko, by przyszedł na świat nowy mieszkaniec Innstad, o ile wiem.
    – Ale akuszerka i doktor…
    – Tym razem damy sobie radę bez nich – powiedziała Mali spokojnie, mimo że serce waliło jej ze strachu. Przecież akuszerką nie była, choć pomagała przy kilku porodach.
    Jeśli ma się udać, wszystko musi pójść normalnie, a dziecko musi być silne i zdrowe. Żaden słabeusz nie przetrwa tak ciężkiej zimy. Bo jak Margrethe przeżyłaby śmierć jeszcze jednego dziecka, Mali wolała nie myśleć.
    Jedna ze służących weszła dołożyć drew do pieca i uciekła, rzuciwszy przerażone spojrzenie na Margrethe wyjącą z bólu podczas kolejnego skurczu.
    – Nie dam rady – wyszeptała Margrethe, ściskając dłoń Mali. – Nie dam rady…
    – Bzdury – ucięła Mali, odchyliła kołdrę i zbadała siostrę. – Wszystko idzie, jak należy, zaraz powinny przyjść skurcze parte. Wtedy nie możesz mówić, że nie dasz rady. Musisz dać radę! Słyszysz, musisz!
    Nie wiadomo, czy faza rozwarcia przebiegła zbyt szybko, czy dziecko było większe niż zwykle, w każdym razie skurcze parte niczego nie dały poza nowymi krzykami Margrethe.
    – Sprowadź Bengta, Halldis – rzuciła Mali, odgarniając włosy i prostując obolałe plecy.
    Zauważyła, jak starsza pani skurczyła się w sobie, i przypomniała sobie ostatni raz, gdy o to poprosiła. Wtedy Bengt miał się pożegnać z rodzącą Eline.
    – Nie chodzi o jej życie, Halldis – powiedziała spokojnie. – Potrzebuję Bengta, by dodał jej odwagi. Ona się poddaje, a tego jej nie wolno.
    Wkrótce nadszedł Bengt, blady i spięty.
    – Damy radę, Bengt – powiedziała Mali uspokajającym tonem i poklepała go po ramieniu. – Usiądź za Margrethe w łóżku i obejmij ją. Gdy nadejdą skurcze, pomóż jej przeć. Rozumiesz? Ona potrzebuje twojej siły. Pomocy…
    Nic nie odpowiedział, zdjął tylko buty i wszedł do łóżka żony. Margrethe spojrzała na niego nieprzytomnie.
    – Przecież nie uchodzi, by mąż był przy…
    – Nieważne, co uchodzi – odparł i delikatnie odgarnął włosy z jej spoconego czoła. – Zrobimy tak, jak Mali każe, i na pewno będzie dobrze.
    Mali zerknęła na niego i uśmiechnęła się przelotnie. Dorósł z latami ten Bengt, musiała przyznać. Nie był już tym samym przerażonym biedakiem, którego wezwała do umierającej Eline. Teraz zrobiłby wszystko, o co by go poprosiła, byle uratować Margrethe. Taka była siła miłości…
    Blade światło poranka zaczęło przenikać przez zasłony, gdy Margrethe urodziła syna. Mali schwyciła go, zacisnęła pępowinę i szybko przecięła. Zaniosła dziecko na stolik przy piecu i wytarła ze śluzu i krwi, po czym uniosła za nóżki głową do dołu i dała klapsa w pośladki. W odpowiedzi otrzymała wściekły krzyk.
    – Dziecko żyje – wyszeptał Bengt i przytulił twarz do twarzy Margrethe. – Słyszysz, dziecko żyje!
    – Tak, żyje – zaśmiała się Mali w glos. – Macie dużego, zdrowego chłopaka z silnymi płucami. Złośnik z niego, przekonacie się!
    Owinęła noworodka w ciepły kocyk i położyła w ramiona Margrethe, której łzy spływały po policzkach.
    – O, Mali, Mali, jak mam ci dziękować – wyszeptała, łapiąc ją za dłoń. – Bez ciebie…
    – To ty wykonałaś całą robotę – odparła Mali z uśmiechem. – No i ty też byłeś bardzo potrzebny, Bengt. Naprawdę dorosłeś przez te lata.
    Ich oczy spotkały się na chwilę ponad głową położnicy. Pomyśleli o tym samym. Potem Bengt uśmiechnął się do niej z wyrazem szczęścia w niebieskich oczach.
    – Dziękuję – wyciągnął dłoń do jej dłoni. – Z ciebie też wspaniała kobieta, Mali. Już wielu w naszej wiosce ma za co ci dziękować. Przybyłaś do nas jako obca i na pewno nie było ci lekko na początku, to wiem. Ale teraz jesteś jedną z nas. Tak mówią wszyscy.
    Ciekawe, jak długo to potrwa, pomyślała Mali, sprzątając zakrwawione prześcieradła. Jeśli kiedykolwiek ktoś ze wsi się dowie, co ona zrobiła, nie będzie już jedną z nich. Odwrócą się do niej plecami i zaczną gadać, że wreszcie dostała to, na co zasługuje. W każdym razie większość. Nie, nigdy nie będzie jedną z nich.
    Zadrżała i odsunęła strach od siebie.
    Nagle wyprostowała się i położyła dłoń na brzuchu. Stała tak, z niewidzącym spojrzeniem skierowanym jakby w głąb siebie, nasłuchując czegoś, co tylko ona mogła usłyszeć.
    Dziecko, które nosiła, poruszyło się.

Anne-Lise Boge


***

Top.Mail.Ru