Скачать fb2
Święta pełne słońca

Święta pełne słońca

Аннотация

    Bonnie ma tak złe wspomnienia z dzieciństwa, że mimo iż jest lekarką, nie poczuwa się do opieki – podczas świąt – nad chorym wujem i jego farmą. Zmienia jednak zdanie, powodowana sarkastycznymi uwagami Webba Halforda – lekarza wuja – który najwyraźniej uważa ją za potwora. Bonnie uznaje też, że skoro ma zająć się jednym starym człowiekiem, to może zaopiekować się dwoma – i przywozi na farmę pacjenta ze swojego szpitala w Melbourne. Czyżby zależało jej na opinii Webba?


Marion Lennox Święta pełne słońca

Rozdział 1

    – Pani doktor, telefon do pani. Dzwoni jakiś doktor Webb Halford.
    Webb Halford… Ruchem pełnym zniechęcenia Bonnie Gaize przeczesała ręką krótkie, kręcone włosy.
    – A któż to jest doktor Halford? Nie znam go.
    – To pewnie nowy konsultant. – Pielęgniarka dyżurna skrzywiła się wymownie. – Przemawia takim tonem, jakby był kimś strasznie ważnym.
    Tylko tego jej brakowało. Spotkanie z konsultantem. Czekał na nią ostatni pacjent, a potem zaczynała urlop.
    – Czy zechciałaby pani powiedzieć doktorowi Halfordowi, że skończyłam już pracę? Proszę go połączyć z doktorem Mitchimem.
    Gdy Bonnie zasuwała zasłony wokół łóżka swego ulubionego pacjenta, na całym oddziale słychać było bożonarodzeniowe melodie.
    – Już od sześciu miesięcy chodzi mi po głowie ta piosenka o Bożym Narodzeniu pełnym śniegu – powiedziała. – Za dziesięć dni święta, a ja zamiast topić się z gorąca w Melbourne, będę lepiła śnieżki.
    – Cały ten śnieg jest przereklamowany. – Na wymizerowanej twarzy Irlandczyka trudno było się dopatrzeć choćby śladu entuzjazmu. – Pomyśl tylko, po cóż bym emigrował taki kawał, aż do Australii.
    – Bo chciałeś zwiedzić świat, tak jak ja. – Nie przerywając rozmowy, ujęła go za przegub i uniosła rękę do góry. Spojrzała z niepokojem na wychudłe ramiona. – Paddy, widzę, że dalej nic nie jesz. – Zerknęła na nietknięty talerz, który stał obok.
    – Nie jem, zupełnie mi się nie chce. Po co mam ładować w siebie coś, na co nie mam ochoty?
    Bonnie pokiwała głową. Rozumiała go w gruncie rzeczy. Rozedma płuc i kłopoty finansowe zmusiły Paddy'ego do opuszczenia swej farmy, a w wypadku samochodowym doznał kontuzji nogi. Po dwóch miesiącach na wyciągu rozedma zaostrzyła się do tego stopnia, że nie było mowy o wypuszczeniu go do domu. Nie miało to jednak większego znaczenia, bo Paddy nie miał domu.
    Teraz z obrzydzeniem patrzył na jedzenie.
    – Pachnie środkami dezynfekującymi, jak wszystko zresztą w tym szpitalu. Co ja bym dał, żeby poczuć znowu kiedyś zapach prawdziwego, krowiego nawozu. A teraz… teraz nawet ty mnie opuszczasz.
    Bonnie usiadła na brzegu łóżka. Nie miała już dzisiaj więcej pacjentów. Zaczynała pierwsze w swoim życiu wakacje, o których marzyła od dawna. Boże Narodzenie pełne śniegu.
    – I tylko o tym myślisz – mówił Paddy.
    Bonnie poklepała go po ramieniu.
    – Pojęcia nie mam, jak mogłam się przywiązać do takiego upartego starego chłopa jak ty. A ciągle nam przecież mówili na studiach, że nie wolno się przywiązywać do pacjentów. Nie chcę cię zostawiać, ale…
    – Ale nigdy jeszcze nie miałaś prawdziwych wakacji, właśnie skończyłaś staż i pierwszy raz w życiu masz czas. – Paddy wziął Bonnie za rękę. – Doskonale cię rozumiem. Nie ma tu w okolicy żadnego lekarza, który by pracował tak ciężko jak ty. A moi ludzie donieśli mi, że skończyłaś studia, zarabiając sama na siebie. Rano nauka, a wieczorem kelnerowanie. Zasłużyłaś sobie na wakacje. Chciałbym… chciałbym tylko dożyć chwili, gdy wrócisz, żebyś mi mogła o wszystkim opowiedzieć. Zapadła cisza. Obydwoje wiedzieli, że nie można było robić żadnych planów, zważywszy na stale pogarszający się stan Paddy'ego. Na myśl o tym Bonnie ścisnęło się serce. Gdyby go odwiedzali jacyś ludzie! Gdyby go ktokolwiek odwiedzał…
    – Czas już na ciebie – burknął, zgadując jej myśli. – Nie należę przecież do twojej rodziny, a przed tobą wymarzone wakacje. Przyślij mi kartkę z podróży i nie myślmy już o tym.
    – Dziękuję ci, Paddy – szepnęła i nachyliła się, by ucałować jego zapadłe policzki.
    – Gdybym miał te trzydzieści lat mniej… – mruknął pod nosem.
    Bonnie uśmiechnęła się i potrząsnęła głową. Nie sądziła, by mogła się podobać mężczyznom.
    Bonnie to takie niepozorne stworzenie…
    Mimo że minęło już tyle lat, słyszała jeszcze głos ciotki, która nigdy nie omieszkała powiedzieć gościom, że wysmukła dziewczynka o wielkich błękitnych oczach i naburmuszonej buzi to jej ukochana Jacinta, a Bonnie, maleńka Bonnie o kasztanowych włosach, zielonych oczach i z perkatym, a w dodatku piegowatym noskiem, została zaadoptowana przez ciotkę i wuja, gdy jej rodzice zginęli.
    – Bonnie jest taka jak trzeba – odpowiadał zawsze wuj Henry, ale ciotka i kuzynka spoglądały na Bonnie z politowaniem i niczego nie można im było wyperswadować.
    Raz tylko wydawało się Bonnie, że jest ładna. Raz tylko, gdy miała dwadzieścia jeden lat i wyraziła zgodę na jedyną, jak dotąd, propozycję małżeństwa…
    Dawno już porozdawała wieczorowe sukienki i modne stroje, które kupowała za namową Craiga. Ubierała się teraz i będzie się zawsze ubierać praktycznie. Craig mówił jej, że jest piękna, ale Craig kłamał…
    Siostra dyżurna rozchyliła w tej chwili zasłony i wsunęła głowę.
    – Pani doktor, w recepcji czeka na panią doktor Webb Halford. Mówi, że musi rozmawiać właśnie z panią. Bardzo się spieszy i twierdzi, że to pilna sprawa.
    Nie było wyjścia, Bonnie musiała iść. Nachyliła się i ucałowała Paddy'ego po raz ostatni.
    – Do widzenia, Paddy – szepnęła. – Trzymaj się. Niech Bóg cię ma w swojej opiece.
    Nie zobaczy go już więcej. Odwróciła się i wyszła szybko z pokoju, żeby ani Paddy, ani siostra nie zauważyli łez, które napłynęły jej do oczu.
    Któż to jest ten doktor Halford? Nic jej nie przychodziło do głowy. Szła szybko korytarzem, spoglądając niecierpliwie na zegarek. Nic jeszcze nie jadła i nie zaczęła się nawet pakować. A tyle ma do zrobienia…
    W recepcji zobaczyła nieznajomego człowieka, który stał, przeglądając jakiś tygodnik. Recepcjonistka wskazała na niego ręką. Nieznajomy miał na sobie spodnie i kurtkę. Szpitalni konsultanci nosili zwykle garnitury. Wyglądał przy tym dużo młodziej od nich, przekroczył chyba dopiero trzydziestkę.
    Bonnie podeszła do niego.
    – Przepraszam, nazywam się Bonnie Gaize. Pan chciał podobno ze mną rozmawiać.
    Mężczyzna odwrócił się do niej. Wydawał jej się wielki, miał pewnie ponad metr osiemdziesiąt wzrostu i był mocno zbudowany.
    Jego mocna sylwetka, umięśnione silnie ciało i przenikliwe oczy spozierające z opalonej twarzy sprawiały, iż promieniowała z niego męskość, z jaką Bonnie nigdy się jeszcze nie spotkała. Kruczoczarne włosy potęgowały wrażenie siły. A ręka, którą wyciągnął na powitanie, potwierdziła jej pierwsze odczucia.
    Lekko zmieszana uniosła głowę.
    Czuła się jak uczennica. Jak uczennica, która coś zbroiła.
    – Nazywam się Webb Halford. – Mężczyzna mówił dźwięcznym, donośnym głosem, z którego bił chłód, a nawet coś w rodzaju wrogości.
    – Nie przypominam sobie, żebyśmy się…
    – Z pewnością mnie sobie pani nie przypomina. Jestem lekarzem rodzinnym w Kurrarze, a pani ojciec jest moim pacjentem.
    – Mój ojciec… – Bonnie odczuła gwałtowny ból i przymknęła oczy. – O czym pan mówi? Mój ojciec zmarł, gdy miałam dziesięć lat.
    Zapadła cisza. Mężczyzna patrzył na nią takim wzrokiem, jakby nie był pewien, czy ma przed sobą gada lub płaza, czy też może… może pomylił się.
    – Mówię przecież z panią doktor Bonnie Gaize?
    – Tak.
    Kiwnął głową.
    – No właśnie. Henry Gaize jest pani ojcem, a Jacinta Gaize pani siostrą.
    – Nie.
    Zirytował się.
    – Słyszałem, że jednak tak jest.
    – Henry Gaize jest moim wujem – wyjaśniła. – Jacinta jest moją kuzynką. Nie widziałam ich od czterech lat.
    – Ale Henry Gaize i pani ciotka zaadoptowali panią po śmierci rodziców – odparł wolno. – I wychowywali panią jak własną córkę.
    Bonnie nie odpowiedziała. Jak własną córkę… Dobry dowcip!
    – Przecież zaadoptowali panią?
    – Tak.
    – Czy wie pani, że ciotka zmarła?
    – Tak – odpowiedziała z trudem. – Tak. Dzwoniłam do wuja… Dowiedziałam się o tym, kiedy do niego dzwoniłam. Ale… ale to było dwa lata temu.
    – I wtedy po raz ostatni pani z nim rozmawiała.
    – Tak.
    – I na tym, jak rozumiem, skończyły się pani obowiązki rodzinne?
    Oczy Bonnie zaczęły miotać błyskawice.
    – Co pana obchodzą moje sprawy rodzinne? To nie pański interes. Jeżeli ma mi pan coś konkretnego do powiedzenia, to proszę mówić. Bardzo się spieszę i nie mam czasu.
    – Domyślam się – powiedział sucho. – Wuj mówi, że jest pani zbyt zajęta, żeby go odwiedzić.
    – On nie chce, żebym go odwiedzała. Pan wybaczy, ale…
    – Jeśli go pani nie odwiedzi, z pewnością umrze.
    Słowa te odniosły zamierzony skutek. Bonnie zbladła, cofnęła się gwałtownie i spojrzała na człowieka, który ją oskarżał.
    – Co… Co się z wujem dzieje?
    – Wszystko jest w rękach rodziny.
    – To znaczy? – Zaczynała być naprawdę zdenerwowana.
    Przez chwilę nie odpowiadał i przyglądał się drobnej postaci, która przed nim stała. Trudno było uwierzyć, że jest już lekarzem, wyglądała niemal jak dziecko.
    – Dwa tygodnie temu wuj wjechał traktorem do wysuszonego koryta strumyka – mówił Webb Halford powoli, bacznie obserwując jej twarz. – Leżał przygnieciony traktorem prawie dwadzieścia cztery godziny, zanim go ktoś znalazł. Ma pękniętą miednicę.
    Więzy rodzinne niezupełnie najwidoczniej osłabły, bo ścisnęło jej się serce. Przysięgała sobie, że to już koniec, ale okazało się, że to nieprawda.
    – Nic więcej mu się nie stało? – wyszeptała.
    – Nie – odparł Webb. – Ale nie ma kto się zająć gospodarstwem. Wuj twierdzi, że nie ma czym zapłacić za dojenie krów, nie mówiąc już o pielęgniarce, a zająć się samym sobą będzie mógł nie wcześniej niż za dwa miesiące. Ale do tej pory farmę trzeba będzie sprzedać. Wuj nabawił się już jednego zapalenia płuc przez to ciągłe zamartwianie się i jak tak dalej pójdzie, nabawi się drugiego. Nie sypia, tylko leży i rozmyśla. No więc dzisiaj, kiedy musiałem przyjechać do Melbourne, pomyślałem sobie, że nie zaszkodzi tu przyjść i spróbować poruszyć sumienie jego przybranej córki.
    – Dziękuję bardzo – szepnęła Bonnie. – Pańskie poczucie obowiązku jest imponujące.
    – Czego nie można powiedzieć o pani. – Obrzucił ją spojrzeniem pełnym nieskrywanej niechęci. Stwarzało to rzeczywiście wrażenie, że patrzy na nią jak na gada lub płaza. – Niczego więcej się po pani nie spodziewałem. Przyjechałem tylko panią zawiadomić, że jeśli to wszystko do pani nie przemówi, wuj umrze. To tyle. A teraz już idę. – I skierował się do drzwi.
    – Chwileczkę…
    Bonnie czuła się jak bezbronne zwierzątko, podstępnie schwytane w groźną pułapkę.
    Spojrzał na nią zimnym, obojętnym wzrokiem.
    – A… co z Jacintą? Czy ona mówiła panu o mnie?
    – Dzwoniłem do pani kuzynki w Sydney – odparł chłodno. – Ona nie ma pieniędzy, żeby opłacić pani wujowi opiekę i nie ma zamiaru przyjechać do domu. Powiedziała mi, że pani ma większe zobowiązania względem wuja, a także że to pani była ulubienicą ojca. To znaczy wuja.
    – Jacinta tak panu powiedziała?
    – A wuj to potwierdził. Pytałem go o obydwie jego córki. O Jacincie prawie nic nie mówił, ale opowiedział mi wszystko o pani. O pani zawodowej karierze i jak sobie pani świetnie dawała radę na studiach. Od niego się dowiedziałem, gdzie pani pracuje.
    Bonnie spojrzała zdumiona.
    – Skąd on to może wiedzieć? – szepnęła.
    Webb popatrzył na zegarek.
    – Przykro mi, proszę pani, ale wieczorem muszę być z powrotem w Kurrarze. Za wiele bym pewnie żądał, prosząc panią o jakąś wiadomość dla wuja?
    – N… nie mam mu nic do powiedzenia.
    – A więc adwokaci powiadomią panią o jego śmierci – rzucił z furią. – Już niedługo. I mam nadzieję, że i pani, i pani szacowna siostra-kuzynka odziedziczycie dokładnie to, na co zasłużyłyście.
    Bonnie wróciła do swego szpitalnego mieszkania i zaczęła pakowanie. Cała radość zniknęła jednak gdzieś bez śladu.
    Boże Narodzenie w Londynie.
    Będzie robiła zakupy, obejrzy zmianę warty przed pałacem królewskim, wynajmie samochód, pojedzie do Walii, a potem dalej do Szkocji, żeby w jeziorze Loch Ness zobaczyć kryjącego się tam potwora. I wreszcie Paryż, wieża Eiffla…
    – Nie jestem im potrzebna. Nigdy nie byłam potrzebna. Musieli się mną zajmować i spełniali swój obowiązek, a potem skrzywdzili mnie tak bardzo… tak bardzo, że niczego nie mogą teraz ode mnie żądać – mówiła głośno.
    – Wuj Henry mnie nie skrzywdził.
    – Wuj Henry nie mieszał się do niczego, patrzył tylko, jak ciotka i Jacinta znęcają się nade mną.
    – Wuj Henry kochał mnie… wuj Henry kocha mnie…
    Niewyraźny szept rozbrzmiewał w ciszy pokoju, wyrażając rozpaczliwą nadzieję, że tak naprawdę jest. Pamięć przywróciła obraz dziesięcioletniej Bonnie, samotnej i osieroconej dziewczynki, skrzyczanej przez ciotkę za jakieś nieposłuszeństwo, szukającej schronienia w oborze. I wuja Henry'ego, który jak zwykle nic nie mówił, tylko sadzał ją na stołku i uczył doić krowy.
    Radość, jaką dawała obecność wuja Henry'ego… Radość, jaką sprawiało wyobrażenie sobie, że jest się kochaną.
    – Gdyby nie on, chybabym była zwariowała – odezwała się znowu i powoli opuściła wieko na zapakowaną do połowy walizkę. – Zamiast jechać na wakacje, mogłabym opłacić pielęgniarkę i kogoś, kto by doił krowy, ale co to da? Przez dwa miesiące nie będę miała ani pracy, ani pieniędzy.
    Do Londynu pojadę kiedy indziej, powiedziała sobie, ale wiedziała, że to nieprawda. Po rozpoczęciu specjalizacji miną lata, zanim będzie to możliwe.
    – Takie wakacje nie są dla ciebie – powiedziała głośno. – Sama o tym dobrze wiesz. Więc… zaopiekuj się nim.
    Ale on nie będzie chciał… Nie zechce mojej pomocy. To znajdź jakiś sposób, żeby zechciał, odpowiedziała samej sobie ostro.

    Z samego rana zadzwoniła do doktora Halforda w Kurrarze.
    – Przyjadę jutro rano zabrać wuja do domu – powiedziała. – Czy zechciałby pan dać mu o tym znać?
    – Niech sobie pani przypnie tabliczkę z nazwiskiem, bo inaczej najpewniej pani nie pozna.
    Bonnie poczerwieniała z gniewu.
    – Proszę zachować swoje uwagi dla siebie – powiedziała przez zaciśnięte zęby.
    – Wiele bym dał za to, żeby wuj pani nie potrzebował. Opieka nad nim nie będzie należała do najłatwiejszych. Gospodarstwo jest zupełnie zapuszczone. Ale gdyby pani obecność miała sprawić choćby tyle, że on zrozumie, że farmę trzeba będzie sprzedać…
    – Do widzenia, zobaczymy się jutro – wycedziła Bonnie i cisnęła słuchawkę.
    Cóż to za bezczelny człowiek! Bonnie długo nie mogła się uspokoić.
    Ale musi być przywiązany do Henry'ego, pomyślała. Inaczej nie zadawałby sobie przecież trudu, by mnie szukać w Melbourne.
    – Może jest przywiązany do Henry'ego tak jak ja do Paddy'ego.
    Paddy.
    Skoro nie wyjeżdżam na koniec świata, zobaczę go znowu. I zanim umrze, może uda mi się go jeszcze parę razy odwiedzić, pomyślała i poszła na oddział złożyć wizytę starszemu panu.
    Powitał ją z radością.
    – Ledwie cię poznałem, nigdy nie widziałem cię bez twojego lekarskiego fartucha. Wyglądasz jak z obrazka, słowo honoru.
    Bonnie zaczerwieniła się. Zażenowana zaczęła wygładzać wzorzystą sukienkę, która włożyła specjalnie, by sprawić mu przyjemność.
    – Zaraz, zaraz, czy nie powinnaś być teraz w drodze na lotnisko?
    Paddy skrzywił się z niezadowoleniem, słuchając opowieści Bonnie.
    – Mam nadzieję, że wuj to doceni – mruknął.
    – Nie dowiem się tego pewnie nigdy. On niewiele mówi. – Ogarnęło ją nagłe przerażenie na myśl o ciszy, jaka panowała w wiejskim domu wuja.
    – A na co wydasz pieniądze, które miałaś przeznaczone na wakacje?
    – Pewnie… – Wzruszyła ramionami. Tak długo zbierała na ten urlop. Oszczędzała i ciułała, żeby skończyć studia, ale gdy dwa lata temu zaczęła pracować, nie zmieniła nic w swoim życiu i nadal oszczędzała. – Pewnie wpłacę na fundusz emerytalny.
    – Na fundusz emerytalny? Na litość boską, dziewczyno. Ile ty masz lat? – skrzywił się Paddy.
    – Dwadzieścia sześć.
    – Więc idź i zrób coś szalonego – polecił. – Żebyś potem, kiedy wpadniesz pod autobus, jak będziesz miała czterdzieści lat, nie leżała pod jego kołami, rozmyślając sobie: dlaczego nie wydałam choć trochę tych pieniędzy! Czy masz samochód?
    – Nnnie…
    – Otóż to. Wybierasz się na wieś, więc potrzebny ci samochód. Idź zaraz i kup sobie coś naprawdę wspaniałego. Prezent gwiazdkowy dla siebie, żebyś miała trochę przyjemności pomimo tego doktora Halforda i wuja Henry'ego.

    Coś naprawdę wspaniałego.
    Zdawało jej się, że patrzy na nią Paddy, a także niewiadomo dlaczego Webb Halford.
    Webb Halford myśli pewnie, że jest nieodpowiedzialną i próżną egoistką. Niepoważną. Nigdy w życiu nie zachowywała się niepoważnie.
    Prezent gwiazdkowy dla siebie. Tak kazał Paddy. Od lat już nie dostawała prezentów na Boże Narodzenie. A teraz rezygnowała z wakacji, jakie ma się raz w życiu, dlatego właśnie, że nie mogła zachować się nieodpowiedzialnie.
    – Zachowaj się więc trochę nierozsądnie. Choć trochę.
    Pierwszy raz w życiu Bonnie miała się zachować nawet bardzo nierozsądnie. Bonnie szła na świąteczne zakupy.
    W trzy godziny później była z powrotem przy łóżku Paddy'ego.
    – Chcesz zobaczyć, jaki sobie zrobiłam prezent? – spytała z uśmiechem.
    Oczy Paddy'ego zalśniły.
    – Gdzie jest?
    – Na parkingu. – Wskazała mu ręką wózek inwalidzki. – Chodźmy.
    Zaparło mu oddech w piersiach. Usiadł na wózku i patrzył z podziwem na mały, sportowy samochód.
    – Marzyłem zawsze, żeby mieć taki samochód – szepnął. – Stale sobie powtarzałem, że kiedyś nadejdzie taki dzień, kiedy będę miał dosyć pieniędzy, żeby go sobie kupić. Ale najpierw miałem mamę na utrzymaniu, a potem potrzebował pomocy mój brat i jego dzieciaki… Czy uważasz… czy myślisz, że mogłabyś mnie przewieźć?
    Bonnie uśmiechnęła się.
    – Mam nawet lepszy pomysł.
    – Jaki… jaki pomysł?
    – Kupiłam ten samochód po to, żeby cię do niego wsadzić, przytroczyć nasze bagaże z tyłu i pojechać razem do domu.
    – Razem…
    – Wybieram się spędzić ciche i spokojne święta, opiekując się wujem, którego prawie nie znam – powiedziała. – I pomyślałam sobie, że jeżeli nie masz nic przeciwko temu, możesz dołączyć do nas. No więc jak, Paddy? Pojedziemy razem do domu?
    – Naprawdę chcesz mnie zabrać?
    – Dlaczego bym nie miała tego zrobić?
    – Bo lekarze nie zabierają na ogół pacjentów do domu na Boże Narodzenie – powiedział z trudem.
    – A ja zabieram. – I nachyliła się nad nim, kładąc mu rękę na ramieniu.

Rozdział 2

    Na dobrą sprawę Bonnie powinna była przez całą drogę płakać. A ona wyjechała z miasta w olśniewającym słońcu i podążała do miejsca swego przeznaczenia z nie dającym się określić uczuciem wyczekiwania.
    Przekonywała samą siebie, że nie ma to nic wspólnego z osobą Webba Halforda, absolutnie nic wspólnego…
    Obok niej siedział Paddy. Obłożyła go ze wszystkich stron poduszkami, pod ręką miał na wszelki wypadek maskę tlenową. Paddy jednak nie zamierzał dopuścić do tego, by choroba zepsuła mu podróż.
    Wyśmiał więc Bonnie, gdy zaofiarowała mu krem przeciw oparzeniom słonecznym.
    – Mam zamiar spędzić następnych parę dni w łóżku, jęcząc z bólu z powodu oparzeń. Poczuję się wtedy podobny do człowieka.
    W dwie godziny później Bonnie parkowała samochód na parkingu szpitala w Kurrarze. Kurrara była niewielkim miasteczkiem i szpital mógł się pochwalić tylko dwoma lekarzami. Starego doktora Robertsa Bonnie znała od dziecka, Webb Halford był lekarzem nowym.
    – Mam nadzieję, że dzisiaj ma dyżur doktor Roberts – powiedziała.
    Ale oszukiwała samą siebie. Z jakiegoś dziwnego powodu spodziewała się, niezwykle silnie pragnęła, by Webb Halford mógł zobaczyć, że przyjechała, by uczynić to, co on uważał za słuszne.
    – Może posiedzisz w poczekalni, a ja pójdę zobaczyć wuja – zaproponowała. – Zaraz będę z powrotem. Załatwię tylko karetkę dla niego na jutro rano.
    – Nie wybieram się w odwiedziny do żadnego cholernego szpitala – powiedział Paddy. – Idź już prędzej, a ja posiedzę tutaj i postaram się opalić. – Zachichotał. – Mnie chyba nie można straszyć rakiem skóry, jak myślisz?

    Wuj Bonnie leżał sam. Ozdoby świąteczne zdawały się tu zupełnie nie na miejscu, tak bardzo rzucała się w oczy samotność tego człowieka.
    – Wujku… – Bonnie chciała podejść i ucałować go, ale zatrzymał ją jego wzrok.
    – To ty… – szepnął.
    – Tak, to ja. – Bonnie zmusiła się do przejścia paru kroków i spróbowała wziąć wuja za rękę. Cofnął się jak oparzony.
    – Nie myślałem, że przyjedziesz.
    – Ja też nie, ale doktor Halford mówi, że jestem ci potrzebna.
    – Wcale mi nie jesteś potrzebna. – Opadł na poduszki, pokonany przez ból i rozpacz. – Doktor Halford nie ma prawa… Niech mnie szlag trafi, jeśli przyjmę twoją pomoc.
    – Rozumiem – powiedziała.
    Nie spodziewała się niczego więcej. Po tym co zaszło między nimi, gdy była tu ostatni raz…
    – Rozumiem, że nie potrzebujesz mojej pomocy – zawiesiła głos – ale może ty będziesz mógł pomóc mnie.
    – Tobie pomóc…?
    – Przyjechałam tu ze znajomym, z bliskim znajomym – oznajmiła. – On umiera na rozedmę płuc. Pracował na farmie i marzy o tym, żeby spędzić ostatnie dni życia na wsi. To będzie jego ostatnie Boże Narodzenie. Więc… może będziemy mogli pomóc sobie nawzajem.
    Wszystko to zajęło więcej czasu, niż Bonnie myślała. Gdy uzyskała już zgodę wuja i biegła z powrotem korytarzem, nerwowo zerknęła na zegarek. Paddy zbyt długo siedzi sam w samochodzie. Kiedy zbliżała się do recepcji, na spotkanie wyszedł jej Webb Halford.
    – Proszę, proszę – skomentował jej widok. – Przyjechała córka marnotrawna.
    – Proszę zachować swoje złote myśli dla siebie – odpaliła. – Czy mógłby pan załatwić dla wuja karetkę pogotowia? Chciałabym, by go przywieźli jutro rano.
    – Mogę. Jeśli nie wyniknie nic nieprzewidzianego, przywiozą go jutro koło dziewiątej.
    – Świetnie. A teraz bardzo się…
    – Spieszę – zakończył za nią.
    – Czeka na mnie w samochodzie znajomy.
    – Który nie lubi czekać. – Pokiwał głową. – Czy ten znajomy zostanie z panią?
    – Tak.
    – Mam nadzieję, że potrafi dobrze doić krowy. Sąsiad, który to do tej pory robił, dzwonił dziś rano do szpitala i gdy usłyszał, że przyjeżdża córka Henry'ego, powiedział, że więcej nie przyjdzie.
    Bonnie przymknęła oczy. Nie spodziewała się niczego innego.
    Krowy trzeba było doić dwa razy dziennie bez względu na okoliczności i farmerzy pomagali sobie nawzajem w razie potrzeby. Nie dotyczyło to jednak gospodarstwa rodziny Gaize. Ciotka Lois zraziła do siebie wszystkich w okolicy swoją nieprzystępną miną i złośliwym językiem.
    – Zajmę się dojeniem krów – powiedziała Bonnie.
    Wyjrzał przez okno w kierunku jej małego, rzucającego się w oczy samochodu, który na tle szarego asfaltu wyglądał jak purpurowa plama. Paddy siedział tyłem do szpitala; zwracały uwagę tylko jego rude włosy.
    – I po to właśnie zabrała pani przyjaciela? – spytał Webb, a Bonnie zagryzła wargi. Ten człowiek jest koszmarny.
    – Oczywiście – mruknęła. – A teraz pozwoli pan…
    – Zdaje sobie pani sprawę, że nie wolno pani zostawiać wuja samego, gdy będzie pani doić krowy? – zapytał, wyciągając rękę, by ją zatrzymać. – Nie wolno mu w żadnym wypadku wstawać z łóżka, a gdyby przyszło mu do głowy stanąć na własnych nogach… •
    – Kości miednicy rozstąpią się – dokończyła przez zaciśnięte zęby. – Nie musi mnie pan uczyć medycyny, panie doktorze. Jak sam pan powiedział, po to właśnie… po to właśnie przywiozłam tu swego przyjaciela. A teraz proszę mi zejść z drogi.
    Ostatnie słowa wymówiła tak kategorycznym tonem, że istotnie się cofnął.
    – Czy często się pani zdarza wpadać w taką złość? – zapytał obojętnie i Bonnie znowu odniosła wrażenie, że przygląda się jej w taki sposób, jakby była ciekawym okazem gada lub płaza.
    – Tylko wtedy, kiedy jestem w towarzystwie ludzi aroganckich i źle wychowanych, którzy w dodatku zachowują się w sposób wysoce obraźliwy – rzuciła. – Co daje panu prawo krytykowania mnie…
    – To dla pani nowe doznanie? Wysłuchiwanie krytyki pod swoim adresem? – zapytał, przerywając jej pełen oburzenia wywód.
    – Dosyć już pan mówił – wyszeptała, blednąc na twarzy. – Obrażał mnie pan na wszelkie możliwe sposoby, a przy tym nie ma pan pojęcia, o czym pan mówi. Jutro zabiorę wuja do domu i będę pełnić swoją powinność, mimo że nie mam wobec niego żadnych zobowiązań. A potem wyjadę. I coś panu powiem. Zostawię nie tylko wuja, rozstanę się wtedy również z panem, a zrobię to z najwyższą przyjemnością. Coś mi się wydaje, że mieszkanie w pobliżu tak fanatycznego, zaciekłego człowieka, jakim jest pan, panie doktorze, może być cięższe niż opieka nad wujem. Znacznie cięższe!

    Krótką drogę na farmę odbyli prawie w milczeniu. Paddy'emu wystarczyło tylko spojrzeć na twarz Bonnie, gdy wyszła ze szpitala, by domyśleć się, że nie jest to chwila na prowadzenie rozmowy.
    Bonnie zatrzymała się w końcu przy zabudowaniach, aby otworzyć bramę.
    – To ja powinienem się tym zająć – odezwał się Paddy ze skruchą w głosie, gdy wracała do samochodu. Rozglądał się wokół, patrzył na rozległe łąki, na których wśród drzew pasły się krowy. – Popatrz, Bonnie, to tak, jak sobie wyobrażałem… Zupełnie tak jak u mnie…
    – Do takiego domu to chce się wracać. – Uśmiechnęła się, a Paddy pokiwał głową.
    Było to zdumiewające, ale odczuła radość, że się tu znalazła.
    Aż do wieczora ciężko pracowała i gdy w końcu znalazła się w łóżku, była zupełnie wykończona. Wysprzątała posępne domostwo, wydoiła krowy i przygotowała miejsce dla Paddy'ego, starając się, by było mu miło i wygodnie. Na każdym kroku rzucało się w oczy, że w domu tym od dwóch lat nie było kobiety.
    Umieściła Paddy'ego w dużym pokoju na tyłach domu, tam, gdzie kiedyś sypiała Jacinta. Stały tam dwa łóżka i Bonnie posłała obydwa.
    – Będzie tu oddział szpitalny – powiedziała Paddy'emu, instalując interkom, który przywiozła z Melbourne. – Kiedy pójdę doić krowy, musicie się z wujem nawzajem opiekować. Będę słyszała, co tu się dzieje, a wy zawołacie mnie, gdy zajdzie potrzeba, żebym szybko do was wracała.
    Zaplanowała to najlepiej, jak tylko było można. Paddy powinien być na dobrą sprawę w szpitalu pod stałą obserwacją, ale Bonnie wiedziała doskonale, czego on sam najbardziej pragnął. Okna w jego pokoju wychodziły na gospodarstwo.
    Poczuje nawet pewnie krowi nawóz, pomyślała sobie, układając się ledwie żywa ze zmęczenia na wąskim, dziecinnym łóżku, w którym kiedyś sypiała.
    Miejmy nadzieję, że wszystko będzie dobrze, westchnęła, kładąc twarz na poduszce. Za siedem godzin znowu trzeba będzie doić krowy.

    Gdy następnego dnia rano o dziewiątej mleczarz zabrał bańki ze świeżo wydojonym mlekiem, mijała czwarta godzina od chwili, gdy Bonnie wstała. Wydoiła już siedemdziesiąt trzy krowy, sprzątnęła po sobie, przygotowała śniadanie – choć nadal nie mogła namówić Paddy'ego do jedzenia – i umyła go w łóżku.
    – Na przywitanie wuja Henry'ego będziesz pachniał różami – żartowała, poprawiając pościel. Na odgłos nadjeżdżającego samochodu wyjrzała przez okno. Karetka pogotowia przybyła punktualnie.
    Wyszła na spotkanie i nagle poczuła się nieswojo w swych poplamionych dżinsach i sportowej bluzce. Nie przypominała zupełnie sterylnej pielęgniarki, ale też ostatnią rzeczą, o jakiej marzył Paddy czy Henry, była atmosfera sterylnego szpitala.
    Choć właściwie nikt przecież nie wiedział, o czym tak naprawdę marzył Henry. Minęły lata, od kiedy przestał o tym mówić.
    Z karetki wyskoczył pielęgniarz i otworzył szeroko tylne drzwi. Z wnętrza wyłonił się Webb Halford. W rozpiętej pod szyją koszuli z krótkimi rękawami i w dżinsach, z opaloną twarzą i oczami zmrużonymi w słońcu wyglądał bardziej jak farmer niż lekarz.
    – Jesteście punktualnie – powiedziała, żeby coś powiedzieć.
    – Staram się dotrzymywać słowa. Czy pani przyjaciel zakończył już dojenie krów? – zapytał, a Bonnie nadludzkim wysiłkiem woli powstrzymała się, by nie podejść do niego i nie uderzyć w twarz.
    – O, już dawno. Czy zechciałby pan pomóc wujowi, a potem odjechać stąd możliwie najszybciej?
    – Zdaje sobie pani sprawę, że będę wpadał od czasu do czasu, żeby zbadać swego pacjenta?
    – Nie ma najmniejszej potrzeby – syknęła. – Wcale pana nie potrzebujemy.
    – Jestem lekarzem pani wuja i on życzy sobie, żebym go odwiedzał. Czy pani mi na to nie pozwoli?
    Bonnie policzyła po cichu do dziesięciu, uspokoiła się, ale patrząc na ironiczny uśmiech na twarzy Webba Halforda zdała sobie sprawę, jak niewiele było potrzeba, by straciła znów panowanie nad sobą.
    – Nie sprawuję kontroli nad gośćmi, którzy odwiedzają mojego wuja w jego własnym domu – powiedziała przez zaciśnięte zęby. – Czy zamierza go pan trzymać cały dzień w karetce, czy możemy go wnieść do środka?
    Ku jej wielkiej irytacji Webb Halford nie zareagował. Wszedł jednak z sanitariuszem do karetki i wynieśli wuja Henry'ego na dwór.
    – Dzień dobry, wuju – odezwała się Bonnie. – Witaj w domu.
    Wuj Henry spojrzał na nią obojętnie i odwrócił głowę. W jego oczach zauważyła łzy.
    – Proszę tędy – powiedziała, wchodząc do domu przez ogródek koło kuchni. Gdy wyszli z kuchni do korytarza, Webb automatycznie skręcił w lewo.
    – Nie tędy – zaprotestowała pospiesznie. – Wuju, mam nadzieję, że nie będziesz miał nic przeciwko temu, że przygotowałam ci tę drugą sypialnię. Będzie tak nam wygodniej.
    – Zostawiając sobie pokój Henry'ego i podwójne łóżko z myślą o przyjacielu. Powinienem był się tego domyślić – odezwał się Webb lodowatym głosem.
    Bonnie zrobiła się purpurowa. Zrobiło jej się niedobrze na samą myśl o tym, że mogłaby spać w łóżku ciotki Lois.
    Poszła przodem i otworzyła szeroko drzwi do sypialni. Web Halford wszedł pierwszy i stanął jak wryty na widok Paddy'ego, który siedział wsparty o poduszki w pozie wyczekiwania.
    W świecie, w którym żył Paddy, wszystko miało znaczenie. Przez dwa miesiące nie opuszczał szpitalnego oddziału. Znalazł się teraz w nowym miejscu, miał przed sobą nowego lekarza i czekał na nowego towarzysza niedoli. Wczorajsza podróż zmęczyła go bardziej, niż byłby gotów się przyznać, ale nie mogło mu to zepsuć przyjemności rozkoszowania się tym, co się działo wokół.
    – Witajcie – powiedział i w tej samej chwili złapał go atak kaszlu. Zaniepokojona Bonnie zbliżyła się, by założyć mu maskę tlenową.
    – Rozluźnij się – poprosiła łagodnie. – Oddychaj powoli i głęboko. I nic się nie bój.
    Paddy powoli dochodził do siebie, a w pokoju panowała przez cały czas martwa cisza. Webb stał jak ogłuszony.
    – Kiedy mnie położycie? – przerwał wreszcie milczenie Henry.
    – Czy wiesz, kto to jest? – spytał go Webb.
    – Tak. – Widać było, że Henry, podobnie jak Paddy, jest u kresu sił. – To przyjaciel Bonnie. I nasz bardzo wyczekiwany gość.
    – Przyjaciel Bonnie… – Spojrzenie Webba zatrzymało się na masce tlenowej, butli z tlenem i na wychudłej, wymizerowanej twarzy Irlandczyka. Zarejestrowało jego urywany oddech i kolor włosów. – To jego widziałem wczoraj w pani samochodzie…
    – Tak. – Bonnie przez chwilę jeszcze trzymała maskę, a potem Paddy wziął ją sam do ręki. – Czy mógłby pan położyć wuja na łóżku? Jest mu chyba bardzo niewygodnie.
    Ku wielkiej satysfakcji Bonnie, Webb Halford był najwyraźniej zmieszany.
    – Połóżcie go na łóżku – powtórzyła Bonnie.
    Pierwszy na jej prośbę zareagował pielęgniarz.
    – O co tu, do diabła, w ogóle chodzi? – zapytał Webb.
    Widać było, że jest wytrącony z równowagi. Poruszał się automatycznie, układając z pielęgniarzem Henry'ego na łóżku. Bonnie czekała z kocami i milczała, dopóki nie ułożyła wuja wygodnie.
    – Nie bardzo rozumiem pańskie pytanie – powiedziała w końcu.
    – Przywiozła pani tutaj tego człowieka…
    – Ten człowiek – Bonnie odwróciła się z uśmiechem do Paddy'ego – to mój przyjaciel, Paddy Hulbert. Choruje teraz, a mój wuj wyraził zgodę, żeby zamieszkał z nami na czas ich wspólnej rekonwalescencji.
    – Co panu jest? – spytał Webb.
    Paddy mógł mieć sześćdziesiąt parę lat, ale wiek nie mógł być przyczyną takiego wyglądu.
    – Rozedma płuc – wyszeptał ochrypłym głosem. – I noga do niczego. Niewiele mi już zostało na tym świecie, jak sądzę, ale pani doktor, to znaczy Bonnie, myślała, że kiedy poczuję krowie zapachy, zrobi mi się lepiej.
    – Uśmiechnął się do Henry'ego. – Szczęściarz z pana, mieć taką dziewczynę za siostrzenicę.
    – To już wszystko, prawda? – odezwała się Bonnie.
    – Jest pan pewnie bardzo zajęty. – Niedwuznacznie dawała Webbowi odprawę.
    – Muszę najpierw z panią porozmawiać – powiedział Webb przez zaciśnięte zęby.
    – Proszę bardzo – odezwała się z uśmiechem. – Proszę mówić.
    – Nie tutaj – odrzekł rozkazującym tonem. – Chcę porozmawiać z panią na osobności.
    Bonnie i Webb wyszli w milczeniu. Jedno spojrzenie na twarz doktora Halforda wystarczyło pielęgniarzowi, by zejść mu z drogi. Zanim opuścili dom tylnymi drzwiami, siedział już w karetce. Muzyka z radia, które nastawił, kłóciła się z ciszą, która panowała wokół.
    – No więc czy mogłaby mi pani powiedzieć, co się tu, u diabła, dzieje?
    – A dlaczego bym miała panu coś mówić?
    Nie była to miła odpowiedź, ale przecież ten człowiek okazał jej pogardę i sprawił, że czuła się niepewnie.
    – Czy to pani krewny?
    – Chce pan zapytać, czy piekę dwie pieczenie przy jednym ogniu? – W śmiechu Bonnie brzmiała gorycz. – Niedługo oskarży mnie pan o otrucie ich cyjankiem z powodu jakiegoś nie istniejącego spadku.
    Zapadła cisza. Po chwili Webb odezwał się zmęczonym głosem, tak jakby już nic nie rozumiał i jakby mu było naprawdę wszystko jedno.
    – Czy on umiera? – Myślał najwyraźniej nadal o Paddym.
    – Nie wiem.
    – Czy to rozedma?
    – Tak. – Wzruszyła ramionami. – Ale nie było to groźne, dopóki nie złamał nogi. No a potem, po dwóch miesiącach leżenia na wyciągu, nie mając żadnego celu, niczego, co by go trzymało przy życiu, stwierdził, że chce umrzeć.
    – A czy pani chce, żeby umarł?
    – Cóż za pytanie, panie doktorze? – spytała cicho.
    – Paddy Hulbert jest moim przyjacielem, a przy tym moim pacjentem.
    – Ale nic go nie trzyma przy życiu.
    – To prawda. Chyba że… – Bonnie zagryzła wargi.
    – Chyba że?
    – Chyba że uda mi się dokonać cudu. – Wciągnęła głęboko powietrze. – Gwiazdkowego cudu. Do tego zmierzam, panie doktorze. Może pan powiedzieć, że trzeba być wariatem, żeby robić coś podobnego, ale ja wolę być uznana za wariatkę, niż gdyby ktoś miał mnie mieć za nieczułą egocentryczkę, pozbawioną wszelkich zasad. A teraz pan wybaczy, ale…
    – W jaki sposób zamierza się pani nimi zająć?
    – To moja sprawa, panie doktorze.
    – Pani wuj jest moim pacjentem.
    – Jest teraz w domu. Czy sądzi pan, że zgodzi się na powrót do szpitala, jeżeli pan mu to doradzi?
    – Niewykluczone – odparł twardym głosem. – Rano wcale nie miał ochoty wracać do domu.
    Bonnie zagryzła wargi. Oczywiście. Jeszcze nie dokonała cudu.
    – Dam sobie radę.
    – W jaki sposób?
    Odwrócił się i spojrzał na nią. Działy się tu rzeczy, których nie rozumiał, ale twarz jego mówiła wyraźnie, że przynajmniej na chwilę zawiesza swój osąd. Chciał się czegoś dowiedzieć.
    – Wiem, że nie wygląda to najlepiej – ciągnęła niechętnie. – Sama o tym wiem. Muszę doić krowy i będą chwile, kiedy zostawać będą musieli sami. Ale założyłam interkom i ustawiłam pomiędzy nimi telefon i Paddy jest w stanie stać sam przez chwilę. Przez małą chwilę, ale mam nadzieję, że będzie lepiej, jeśli tylko uda mi się namówić go do jedzenia. Więc…
    – Oni obydwaj powinni być bez przerwy pod opieką pielęgniarki.
    – Wiem. Obydwaj powinni być w szpitalu. Tyle tylko że w szpitalu obydwaj by umarli. Więc… to chyba wszystko, co mogę dla nich zrobić.
    – I zawsze pani robi wszystko, co tylko można zrobić?
    Zadał to pytanie z ironią, ale nie zabrzmiało ono tak obraźliwie, jak by się można było spodziewać. W oczach jego pojawiła się wątpliwość; mówiła ona, że Webb postanowił przemyśleć wszystko od nowa. Być może Bonnie…
    – Zawsze – odpowiedziała. – Zawsze, jeżeli tylko mi się na to pozwala. A pan mi teraz przeszkadza, panie doktorze. Wydaje mi się… Wydaje mi się, że na pana już pora.
    – Żeby miała pani możliwość dokonać swoich cudów?
    – Mam nadzieję, że mi się uda – szepnęła Bonnie. – Wierzę w to.

Rozdział 3

    Przez resztę dnia Bonnie kręciła się jak w ukropie. Tyle rzeczy było ciągle do zrobienia, że nie miała czasu odetchnąć.
    Była sobota. W sobotę właśnie miała lądować na lotnisku Heathrow. Zamiast tego wieszała mokre pranie na sznurach, i końca nie było widać. Pościeli nie wyjmowano z szaf od śmierci ciotki – z wyjątkiem tych kilku zmian, których Henry używał na co dzień.
    Upiekła potem na grillu kiełbaski na lunch, zabrała z powrotem nietknięty talerz od Paddy'ego i w ponurym milczeniu zmywała naczynia. Dobrze, że chociaż Henry jadł, ale za to wcale się do niej nie odzywał. Wróciła potem do pokoju swych pacjentów, zrobiła im masaż i nawet się nie obejrzała, kiedy znowu był czas na dojenie krów.
    Siedemdziesiąt dwie krowy…
    Zaraz, zaraz, czy rano nie było siedemdziesięciu trzech?
    W trzy godziny później Bonnie skończyła dojenie i w gęstniejącym mroku stanęła w drzwiach obory, spoglądając w dolinę. Gdzieś tam, w dole, znajdowała się z pewnością brakująca krowa, ale nie mogła jej przecież teraz szukać. Musiała przygotować kolację i zająć się pacjentami.
    Dlaczego krowa nie wróciła do obory? Bonnie zdawała sobie sprawę z ceny mlecznych krów i wiedziała, że Henry nie może sobie pozwolić na utratę choćby jednej.
    Z pewnością nie jest to danie dla smakoszy, pomyślała pół godziny później, widząc, że Paddy znowu nie tknął kolacji.
    – Nie smakuje ci omlet?
    Paddy pokręcił przecząco głową.
    – Po prostu nie jestem głodny.
    – Do diabła ciężkiego, powinieneś być głodny.
    Na dźwięk głosu Henry'ego obydwoje podskoczyli. Od powrotu ze szpitala Henry się prawie nie odzywał.
    – Jeżeli się nie mylę – zwrócił się teraz do Paddy'ego – ten omlet jest zrobiony z naszych jajek, które zniosły tutaj nasze własne kury. Nieprawda, córeczko?
    Bonnie zaczerwieniła się. Córeczko… Kiedy ostatni raz Henry ją tak nazwał? Ale nadal na nią nie patrzył.
    – Przyniosłam je wracając z obory. – Bonnie próbowała się uśmiechnąć. – Sześć brązowych jajek prosto od kury.
    – Większość moich kur to brązowe rodajlendy. Ale jest jedna… – Urwał, jakby mu trudno było dalej mówić.
    – Jedna jest rasy Wyandotte. Nazwałem ją Frankie, bo od pierwszej chwili nasz kogut Johnnie nie mógł od niej oderwać oczu. Wcale mu sienie dziwię. Chodząca piękność: rasowa, biało-czarna nioska. Ile razy mam ochotę na coś specjalnego, zjadam jajka od niej. – Uśmiechnął się nieśmiało do Bonnie. – Łatwo ją poznasz, jest mniejsza, innego koloru, a jajka są jaśniejsze i rozpływają się w ustach.
    Biało-czarna kura… Bonnie pociemniało w oczach. Przed chwilą zamknęła kury i w masie brązowego ptactwa nie widziała żadnej biało-czarnej nioski. Brakowało więc nie tylko krowy, zginęła także kura.
    – Sąsiad musiał zebrać wszystkie jajka. – Bonnie starała się zyskać na czasie. – Boję się, że będziesz musiał dzisiaj poprzestać na jajkach od brązowych kur.
    – Są całkiem dobre. – Henry znów zwrócił się do Paddy'ego. – Nie mów mi, że nie jesteś głodny, skoro nawet nie spróbowałeś jajek od moich kur. Weź do ust kawałek omletu i spróbuj, a dopiero potem powiedz, że nie jesteś głodny.
    Paddy wodził wzrokiem od Henry'ego do Bonnie, a potem, z wyraźną niechęcią, przysunął do siebie talerz.
    – Dobrze, spróbuję – zgodził się.
    Odkroił kawałeczek i wziął bez przekonania do ust.
    – Na litość boską, człowieku! – wybuchnął Henry. – Nie smakuj tego, jakby to był kawior, tylko jedz.
    Bonnie wstrzymała oddech. Tyle razy już próbowała namówić Paddy'ego do jedzenia. Może uda się to Henry'emu?
    Ku jej zdumieniu Paddy ukroił większy kawałek. Henry nie spuszczał z niego wzroku. Powoli,, powoli omlet znikał.
    A w końcu talerz pozostał pusty.
    – No! – powiedział Henry z zadowoleniem. – Nie mówiłem, że pyszny?
    – Zupełnie dobry – zgodził się Paddy bez przekonania, a potem, patrząc na Bonnie, uśmiechnął się. – Całkiem dobry. Naprawdę.
    – I nie pachniał środkami dezynfekcyjnymi – odparła z uśmiechem. – Na pewno nie pachniał – powiedziała, spoglądając lekko zażenowana na swoje poplamione dżinsy. Z trudem skrywając uczucie ulgi, zabrała talerz Paddy'ego. – No to teraz macie pół godziny na czytanie lub pogawędkę, a potem gaszę światła.
    – To ci dopiero – mruknął Paddy. – Dyscyplina jak w szkolnym internacie.
    Henry nie odezwał się jednak więcej. Paddy wzruszył ramionami i nastawił radio.
    – Za chwilę będę z powrotem. – Bonnie zawahała się. – Wuju – zwróciła się do Henry'ego. – Dobrze chyba pamiętam, że doimy teraz siedemdziesiąt trzy krowy?
    Nie musiała czekać na odpowiedź ani chwili.
    – Tak. Dlaczego pytasz? Czy jakaś zginęła?
    – Nie liczyłam ich jeszcze – skłamała – ale pomyślałam, że najwyższa pora to zrobić.
    Gdy tylko wyszła z sypialni, zadzwonił telefon. Podniosła słuchawkę i wzdrygnęła się, słysząc głos Webba Halforda.
    – Dzwonię, żeby się dowiedzieć, czy wszystko w porządku – powiedział. – Czy nic pani nie brakuje? Żadnych lekarstw? Przyjadę jutro z samego rana i mogę przywieźć wszystko, co tylko pani sobie zażyczy.
    – Wszystko jest w porządku – odpowiedziała, usiłując mówić spokojnym głosem. – Nie ma powodu, żeby pan tu przyjeżdżał. Daję sobie świetnie radę i wcale nam pan nie jest potrzebny.
    – Czy pani chce, czy nie chce, i tak przyjadę – odparł stanowczo. – Do zobaczenia jutro.
    Cholerny facet. Prawie już doszła do siebie, a teraz wszystko zaczyna się od nowa… Ręka jej drżała, gdy odkładała słuchawkę, i w żaden sposób nie mogła sobie wytłumaczyć, dlaczego się tak dzieje. Dlaczego Webb Halford tak łatwo potrafi ją zranić, dlaczego jest przy nim taka zalękniona i speszona.
    Głupia jestem, pomyślała. Mam ważniejsze sprawy na głowie niż Webb Halford.
    Choćby ta zaginiona krowa.
    Gdzie ona może być, u licha?
    Stanęła w drzwiach, próbując przeniknąć wzrokiem mrok spowijający dolinę. Nie bardzo mogła zostawić swoich pacjentów i udać się na poszukiwania. Zajęłoby jej to przecież wiele godzin.

    Podczas porannego udoju Bonnie liczyła krowy szczególnie starannie. Przy ostatniej, siedemdziesiątej drugiej, westchnęła ciężko.
    Był już jasny dzień i właśnie sprawdziła wypracowany przez siebie system alarmowy.
    Bindy i Dougal, dwa szkockie owczarki, nie odstępowały jej na krok od chwili, gdy pojawiła się na farmie. Były spokojne i łagodne i zdenerwowały się tylko raz, gdy sprawdzała z Paddym działanie interkomu.
    – Bonnie – krzyknął Paddy do urządzenia tak głośno, że głos jego rozległ się stokrotnym echem i obydwa psy rzuciły się wściekłe i zjeżone w kierunku głośnika. Ich szczekanie rozniosło się po całym gospodarstwie.
    Bonnie przywiązała psy pod interkomem i wyciągnęła trzykołowy motocykl. Wiedziała, że jeżeli usłyszy szczekanie, będzie mogła wrócić z pastwiska w ciągu kilku minut.
    W połowie drogi znalazła to, czego szukała. Nie był to jednak powód do radości.
    Krowa pośliznęła się na stromym stoku, gdy schodziła z pastwiska na ścieżkę. Leżała teraz na boku i Bonnie nie potrzebowała wiele czasu, by ocenić sytuację.
    Noga krowy znajdowała się pod dziwnym kątem. Gdy Bonnie podeszła bliżej, krowa próbowała się unieść, ale opadła zaraz na ziemię, rycząc żałośnie.
    Bonnie nachyliła się nad nią, a ręce jej obmacywały ranne zwierzę. Sądząc po wyglądzie, noga musiała być złamana, a krowa ze złamaną nogą nie ma wielkiej szansy na przeżycie. Niezadowolona z siebie, ponownie zbadała nogę. Nie miała przecież pojęcia o anatomii zwierząt. Gdyby to był człowiek, powiedziałaby, że ma nogę zwichniętą.
    Potrzebny jest weterynarz, i to szybko. To jeszcze nie jest tragedia. Zwichniętą nogę można nastawić. Będzie musiała powiedzieć o tym Henry'emu i spytać o weterynarza.
    Wróciła na piechotę do domu i zastała swoich pacjentów pochłoniętych sprzeczką.
    – Nie powiesz mi przecież, że nie jesteś Irlandczykiem – przemawiał Henry do swego towarzysza na sąsiednim łóżku. – A kim w końcu może być facet, który ma marchewkowe włosy i imię Paddy? A to jest twoje radio. Nastawmy więc na twoich księży, czy jak się tam oni zwą, i niech już robią, co potrafią najgorszego. Jeśli chcą mnie nawrócić, to życzę im szczęścia.
    – Ależ chłopie, przecież to twój dom, a ty jesteś prezbiterianinem – zaprotestował Paddy. – Posłuchajmy więc może jakichś pastorów i starszych z twojego kościoła. Nie umrę od tego po jednym razie, a może się nawet czegoś dowiem.
    – Ale to twoje radio – gorączkował się Henry.
    – No dobrze, ale… – Sprzeczka ciągnęła się już najwyraźniej od pewnego czasu i Paddy miał dość. Kręcił gałką, zmieniając stacje. – Coś ci powiem. Żeby wilk był syty i owca cała, tutaj jest, jak słyszę, uroczyste nabożeństwo z kościoła prawosławnego. Może nawrócą i mnie, i ciebie.
    Bonnie zapomniała na chwilę o swoim zmartwieniu i zakrztusiła się ze śmiechu. Weszła do pokoju z rozjaśnioną twarzą.
    – Poganie moi kochani – powiedziała. – Potrzebuję pomocy. Henry, co za weterynarz tu przychodzi? – spytała.
    Henry spochmurniał.
    – Nie mam weterynarza – mruknął.
    Bonnie zasępiła się.
    – Ale był tu przecież kiedyś stary doktor Davis?
    – Trzy miesiące temu miał atak serca – wyjaśnił Henry ponuro. – Najbliższy weterynarz jest blisko siedemdziesiąt kilometrów stąd i przyjmuje tylko u siebie. A co się stało?
    – Jedna z jałówek skręciła nogę – powiedziała.
    Henry zmartwiał.
    – Która?
    – Ta mała, rasy dżersej, z białym pyskiem i jednym białym uchem.
    – Że też to musiała być właśnie ona – powiedział łamiącym się głosem. – Taka piękna krowa.
    – No więc kogo się woła?
    – Nikogo – uciął sucho. – Na górze mojej szafy w sypialni leży strzelba, a naboje są w stoliczku nocnym. Będziesz musiała ją zastrzelić.
    – Zastrzelić? – Bonnie spojrzała na wuja zmieszana.
    – Ale… Ale ja nie potrafię.
    – To będziesz musiała patrzeć, jak przy tobie umiera – szepnął stary człowiek i spojrzał na nią zimnym wzrokiem. – Szkoda, że cię nie nauczyłem strzelać, jak byłaś mała.
    – I nic, naprawdę nic nie można zrobić?
    – Nie przyjedzie tu żaden weterynarz. Nie ma na co liczyć. A w dodatku jest niedziela. Dobrze będzie, jeśli ktoś chociaż podejdzie do telefonu.
    – To znaczy, że muszę ją zawieźć do weterynarza?
    – Nie. Zanim byś się tam znalazła, ona umarłaby z bólu i przerażenia, nie mówiąc o tym, że nie dałabyś rady wciągnąć jej na pikapa. – Odwrócił się. – Przynieś tu strzelbę, to pokażę ci, co masz robić.
    Za dziesięć minut Bonnie była z powrotem. Czuła, że robi się jej niedobrze.
    – I musisz ją jakoś potem pogrzebać – dorzucił Henry. – Nie możesz zostawić na drodze martwej krowy. – Głos drżał mu ze zmęczenia i zdenerwowania. – Nie powinnaś była tu przyjeżdżać. Wiedziałem, że nie powinnaś…
    Nie mogła się spodziewać pomocy od swoich pacjentów. Źle się stało, że dowiedzieli się o całej sprawie. Bonnie chwyciła strzelbę, jakby miała ona w każdej chwili wypalić, i poszła w kierunku drogi. Była tak pochłonięta swoją ponurą misją, że prawie nie zauważyła starego samochodu, który wjechał na podwórze i zatrzymał się.
    – Na litość boską, gdzie się pani z tym wybiera?
    Webb Halford. Tego głosu nie pomyliłaby z żadnym innym. Omal nie zapomniała, że miał przyjechać.
    Stanęła jak wryta, ale się nie odwróciła. Nie była w stanie. W życiu jeszcze nie miała przed sobą tak ciężkiego zadania.
    – Może mi pani odpowie? – Przeszedł przez podwórko i stanął przy niej, a uwaga jego skoncentrowana była wyłącznie na strzelbie.
    – Właśnie zastrzeliłam moich pacjentów, a teraz idę jeszcze zastrzelić kilku sąsiadów – odezwała się wreszcie, odpowiadając na jego oskarżycielski ton.
    Nie odwróciła się, by na niego spojrzeć. Stała w tym samym miejscu wpatrzona w dolinę nic nie widzącymi oczami, próbując nie myśleć, co ją czeka. Nie poruszyła się, gdy Webb zdecydowanym ruchem wyjął jej z ręki strzelbę.
    – Muszę… – szepnęła.
    – Zastrzelić kilku sąsiadów? Mieszkają tu w okolicy państwo Travis. Mają siedmioro koszmarnych dzieci. Mogłaby pani kilkoro z nich zastrzelić i wylądowałaby pani w więzieniu, a państwo Travis nawet by tego nie zauważyli. – Wyjął naboje z ładownicy. – Szkoda zachodu.
    – Proszę… – powiedziała łamiącym się głosem. – Proszę, niech pan załaduje strzelbę z powrotem. Ja nie umiem…
    – Proszę mi najpierw powiedzieć, co zamierza pani zrobić.
    – Muszę zastrzelić krowę.
    – Aha. – Webb spojrzał na nią innym wzrokiem. Nie załadował strzelby, a naboje wsunął do kieszeni. Położył dłonie na ramionach Bonnie i odwrócił ją do siebie. Jego silne ręce nie napotkały oporu. – Dlaczego?
    Niespodziewanie powiedział to łagodnym głosem, który zachwiał jej determinacją. Jedyne, co teraz potrafiła, to… to powstrzymać się od łez. Webb Halford patrzył na nią z góry, a ona miała ochotę oprzeć mu głowę na piersi i wybuchnąć płaczem.
    Boże mój, przecież dla tego człowieka nie znaczyła więcej niż najmizerniejszy robak. Zmusiła się, by spojrzeć na niego. W rozpiętej pod szyją koszuli i dżinsach był niesamowicie przystojny. Typ mężczyzny, dla którego Jacinta straciłaby głowę. I od którego ona, Bonnie, nie może się spodziewać pomocy.
    – Krowa… – zaczęła, połykając łzy – krowa skręciła nogę. Nie mam jej jak przetransportować do domu, a wuj mówi, że tu nie ma weterynarza.
    Spojrzała na niego z nadzieją, że zobaczy, jak potrząsa głową i mówi, że wuj się myli. Ale on potwierdził słowa wuja.
    – Tak, od trzech miesięcy nie ma tu weterynarza. Nasz weterynarz ma nadzieję wrócić do pracy, więc nie chce zrezygnować z praktyki i dlatego nikt tu nie chce się osiedlić, bo jeśli Davis powróci, straci zajęcie. No i jesteśmy w impasie.
    – Rozumiem. – Bonnie wysunęła się z jego rąk. Puścił ją, jak się wydawało, niechętnie. – Więc muszę ją naprawdę zastrzelić?
    – Nie. – Webb potrząsnął przecząco głową, a wzrok mu złagodniał. Strach Bonnie przed tym, co ją czeka, był aż nadto widoczny. – Jeżeli będzie trzeba, ja ją zastrzelę – oznajmił.
    Bonnie zawahała się. Ten człowiek jest jej wrogiem. Obraża ją na wszelkie możliwe sposoby. Nie powinna przyjmować od niego pomocy.
    Nie powinna…
    – Bardzo proszę – wyszeptała w końcu. – Myślę, że nie… – Potrząsnęła głową. – Tak się boję, że nie wiem, czy potrafię, czy w ostatniej chwili nie cofnę…
    – Nie spudłuję – obiecał Webb. Patrzył na nią nadal dziwnie łagodnym wzrokiem. Wziął ją za rękę i przytrzymał, gdy cofnęła się przestraszona. – Zaprowadź mnie do niej, Bonnie.
    – Proszę mi nie mówić Bonnie, tylko pani – szepnęła bezradnie, a Webb wybuchnął śmiechem.
    – Kiedy będziesz się zachowywała jak doktor Gaize, będę nawet mówił pani doktor – obiecał. – Z tymi twoimi piegami i wielkimi, przestraszonymi oczami wcale nie przypominasz żadnej pani doktor. No więc kiedy będziesz się zachowywać jak Bonnie, będę do ciebie mówił po prostu Bonnie.
    Krowa leżała bez ruchu, oddychając ciężko. Gdy podeszli, nawet nie drgnęła.
    – Jak długo tu leży?
    – Nie wiem dokładnie. Chyba od wczoraj.
    Webb zmarszczył czoło, nachylił się nad krową i badał jej nogę. Przemawiał przy tym łagodnie do zwierzęcia.
    – Zwichnięta – powiedział w końcu. – Nie widzę żadnego złamania.
    – Równie dobrze mogłaby być złamana. – Bonnie uśmiechnęła się blado. – I tak nic nie możemy zrobić.
    – Skąd wiesz?
    – Co,., co masz na myśli?
    – Od trzech miesięcy działam tu jako weterynarz.
    – Chcesz… chcesz przez to powiedzieć, że wiesz, co można zrobić?
    – Wiem w teorii. – Spojrzał na przerażoną Bonnie i wzruszył ramionami. – Nie jestem przecież weterynarzem, ale już parę razy nie było innego wyjścia i musiałem zrobić cesarskie cięcie czy nastawić psią łapę. Trochę czytałem i mam podstawowe wiadomości z weterynarii.
    – Będziesz mógł ją uśpić?
    – Trudno by było inaczej. Nie przeżyłaby. – Webb wstał i podszedł do motocykla stojącego na łące. – Zostań tu z nią, zaraz przyniosę wszystko co trzeba.
    Wrócił po chwili z grubymi linami i ogromną, czarną torbą.
    – Oto podręczna torba lekarza – rzekł z ironią. – Jest taka wielka, że powinienem chyba sobie sprawić taczki, żeby ją przewozić.
    – Specjalista od wszystkiego. – Bonnie ze zdumieniem patrzyła na strzykawkę z ogromną igłą, którą Webb wyciągnął z torby.
    – Dał mi ją weterynarz z Framlirry – wyjaśnił. – Dosyć już miał przyjazdów tutaj w środku nocy i w końcu zaczął odmawiać. Farmerzy zaczęli mnie wtedy prosić o pomoc. Skończyło się na tym, że weterynarz dał mi swoje narzędzia. – Wzruszył ramionami. – Zawsze to lepiej, niż gdyby nie mieli nikogo.
    – Dla nich może lepiej – powiedziała bez przekonania – ale… – Spojrzała na niego. – Szybko się tak wykończysz – szepnęła. – Jak można być jednocześnie lekarzem i weterynarzem?
    – Rzeczywiście jestem dosyć zajęty – przyznał, napełniając strzykawkę. – Ale za to nie włóczę się bez celu po ulicy. I zdzieram ze wszystkich skórę. Zwłaszcza z osób, które jeżdżą nowymi, sportowymi samochodami. A teraz, pani doktor, bierzmy się do roboty.
    W ciągu paru sekund krowa zapadła w sen. Webb zbadał dokładnie zwichnięty staw, ustalając, jak go nastawić.
    – A teraz, pani doktor – powiedział – proszę ciągnąć.
    Wytłumaczył jej krótko, co będą robić i jak należy wyprostować nogę, żeby nastawić zwichnięcie. A potem usiadł w błocie. Obydwie ręce trzymał na zwichniętym stawie, by go odpowiednio nakierować, gdy Bonnie będzie ciągnąć. Żeby tylko miała dość siły.
    Nie miała.
    Noga nie zmieniała pozycji.
    – Może mi pokażesz, jak nakierować nogę, a sam będziesz ciągnąć – zaproponowała niepewnie, ale Webb pokręcił głową.
    – Musiałbym ci dobrą godzinę tłumaczyć, pokazując różne wykresy. Ale niewiele by to pomogło, bo masz za mało siły. – Spojrzał na motocykl. – O, tu mamy źródło siły.
    – Musimy ją przywiązać do drzewa – powiedział, rozglądając się wokół. – Po to właśnie przyniosłem linę. Chodźmy.
    – Chcesz… chcesz ją przywiązać do drzewa, a potem pociągnąć motocyklem?
    – Tak by to można było z grubsza powiedzieć – przytaknął, pochłonięty przywiązywaniem krowy. – Tyle tylko że to ty wsiądziesz na motocykl. Ja naprowadzę nogę do stawu, kiedy ty odciągniesz ją trochę.
    – A jak pociągnę za mocno?
    – Złamiemy jej wtedy nogę i trzeba ją będzie zastrzelić – powiedział. – Dlatego musisz ciągnąć powoli. Wolniej i ostrożniej niż kiedykolwiek prowadziłaś samochód.
    – I nie ma innego wyjścia?
    – Nie ma innego wyjścia.
    Bonnie wsiadała na motocykl z zamierającym sercem. Nikt jej tego nie uczył, nikt na studiach nie mówił, jak się nastawia nogę za pomocą motocykla. Włączyła bieg i ruszyła wolniusieńko przed siebie. Powoli lina zaczęła się napinać.
    Było to trudniejsze, niż jej się z początku wydawało.
    Wystarczyło jedno szarpnięcie i byłoby po nodze. Skupiła się na swoich czynnościach. Doglądała jednocześnie liny i motocykla. Lina musi być napięta… musi się napiąć bardziej… Ciało krowy drgnęło i Webb krzyknął. Linami była przywiązana do drzewa, ale Webb kierował ją we właściwym kierunku. Pociągnął nogę do przodu i w dół. Czuwał nad tym, by wysiłek Bonnie nie poszedł na marne i by staw wrócił na swoje miejsce.
    Powoli… powoli… Bonnie była bliska płaczu ze strachu i zdenerwowania. Zatrzymała maszynę z przesadną ostrożnością, a usta jej szeptały bezgłośnie modlitwę.
    Lina obluzowała się nieco… i rozległ się krzyk Webba. Chciał, żeby cofnęła się troszeczkę. Bonnie wykonała polecenie, zmniejszając napięcie liny, i odwróciła się, spoglądając za siebie. Ręce Webba poruszały się gorączkowo i Bonnie widziała, jak kończyna przesuwa się do przodu i w dół, a potem wślizguje na swoje miejsce w stawie.
    Mój Boże…
    Zgasiła silnik i podeszła do Webba. Nogi miała jak z waty. Krowa była nadal nieprzytomna, ale wyglądała tak, jakby jej nigdy nic nie dolegało. Bonnie stanęła nad Webbem, a on uśmiechnął się do niej szeroko.
    – Chyba się udało – szepnął.
    W jego głosie brzmiało zmęczenie.
    Bonnie osunęła się obok niego na ziemię. Wszędzie wokół było błoto. Poprzedniej nocy trochę padało i kurz zamienił się w mulistą maź, która się lepiła do wszystkiego. Ale Bonnie nawet tego nie zauważyła. Patrzyła na jałówkę rozjaśnionymi oczami. Cieszyła się nie mniej, niż gdyby się udało uratować życie człowieka.
    – O, dziękuję… – wyszeptała. Nachyliła się do przodu i dotknęła krowy, jakby się chciała upewnić, że to nie sen. – Dziękuję.
    Webb nie odrywał wzroku od kobiety, która się przy nim znalazła. Bonnie czuła na policzku grudkę błota. Chciała ją wytrzeć wierzchem dłoni, ale błoto się tylko rozmazało.
    – Dobrze by było przenieść ją na łąkę koło domu, zanim się obudzi – odezwał się w końcu. – Wolałbym, żeby leżała na płaskim.
    Bonnie kiwnęła głową.
    – Jeżeli… jeżeli zechce pan jeszcze pomóc…
    – Zechcę jeszcze pomóc – potwierdził, a powiedział to tak miękko, że Bonnie się zaczerwieniła.
    Po piętnastu minutach było po wszystkim. Bonnie podjechała motocyklem do szopy i doczepiła do niego niską przyczepę. Wuj robił to przy niej wiele razy. Z tyłu zawieszona była gumowa mata, na tyle gruba, że mogła służyć za rampę. Wsunęli razem matę pod śpiącą ciągle krowę, przywiązali ją i wciągnęli do przyczepy. A potem zawieźli ją na bujną łąkę przy domu, gdzie po obudzeniu mogła się bezpiecznie paść, nie niepokojona przez inne krowy.
    – Chodźmy. – Webb pociągnął Bonnie za sobą. – Niech sobie leży, dopóki ma ochotę. – Wziął ją za rękę i wyszli pospiesznie za bramę.
    Dotyk ręki Webba sprawiał, że z Bonnie zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Pozwoliła mu trzymać swą rękę, bo nie chciała okazać mu niechęci wyrywając się.
    Nie chciała wyrywać ręki…
    Było to przedziwne uczucie. Świadomość, że ktoś sprawuje nad nią opiekę – było to coś zupełnie nowego i niezwykłego. Ciepło jego ręki przepełniło ją całą i odważyła się w końcu na niego spojrzeć. Zmieszała się, gdy napotkała jego oczy, w których dostrzegła iskierki śmiechu.
    – Czy pani doktor wie, że ma na nosie błoto? – zapytał z udaną powagą, a Bonnie odpowiedziała mu nieśmiałym uśmiechem.
    – Właśnie czuję, że jestem cała w błocie. Ciekawe, co by powiedziała siostra z sali operacyjnej, gdyby mnie teraz zobaczyła…
    – Praktyka na wsi zupełnie nie przypomina praktyki w mieście – przytaknął Webb. – Musimy chyba teraz pójść obejrzeć naszych pacjentów, po to w końcu tu przyjechałem.
    Ku jej zdziwieniu, w głosie jego nie było nawet śladu wyrzutu, że zostawiła ich samych na tak długo. Pomimo to Bonnie szybko opowiedziała mu o swoim pomyśle z psim alarmem.
    – Cóż za pomysłowa kobieta – pochwalił ją ze śmiechem.
    Patrzył na nią teraz wzrokiem pełnym podziwu i Bonnie wiedziała, że się rumieni. Czuła, że udziałem jej stało się coś, czego nigdy jeszcze nie doświadczała.
    I czego nie chciała doświadczyć. Cóż dobrego mogło ją tam czekać, dokąd zaprowadzić ją chciało zbłąkane serce? Pamiętaj, kim jesteś, Bonnie, przywołała się do porządku, zła na siebie. Nie jesteś przecież Jacintą!
    – Pójdę ich zobaczyć – powiedział Webb, nie zdając sobie sprawy, co dzieje się z Bonnie pod wpływem jego uśmiechu. – Czy ma pani jeszcze jakieś problemy?
    – Nie miałabym, gdyby odnalazł pan kurę.
    – Nie rozumiem…
    – Zniknęła gdzieś ukochana nioska mojego wuja – wytłumaczyła. – I nie mam pojęcia, jak mu o tym powiedzieć.
    – Szukała pani wszędzie?
    Odczuła wdzięczność, że Webb nie lekceważył jej niepokoju. Wiedział, tak jak Bonnie, że dla chorych przykutych do łóżka najmniejsze zmartwienie przybiera rozmiary tragedii. No, ale będą mogli chociaż przynieść wiadomość o uratowaniu krowy.
    – Gdyby nie zginęła, byłaby z innymi kurami. Mogła tylko…
    – Tak?
    – Ten sąsiad nie zamykał ich na noc, więc wchodziły i wychodziły z kurnika, kiedy tylko chciały. Ta, która zginęła, była szczególnie mała i łatwo mógł ją złapać lis.
    – Rozumiem. – Webb zmarszczył brwi. – I nie chce pani powiedzieć o tym wujowi.
    – Nie chcę. – Zagryzła wargi. – Dosyć ma już zmartwień. I tak się dowie. Już teraz pyta o jajka od niej. Żeby chociaż zaczął chodzić, zanim mu powiem, że ta kura zginęła, bo teraz gotów pomyśleć, że wszystko się wali…
    – Rozumiem. – I znowu Webb patrzył na nią w ten swój dziwny sposób, jakby rozmyślał nad czymś i był zdumiony tym, co zobaczył. – Może mu powiedzieć, że zaczęła kwokać?
    – Kwokać?
    – Kiedy kura zaczyna kwokać, przestaje nieść jajka – tłumaczył. – To może trwać około sześciu tygodni, więc przez sześć tygodni wuj nie będzie liczył na jajka od niej. A potem, może dzień przed jego pierwszym wyjściem na podwórko, kura może opuścić ten ziemski padół po nagłej i niespodziewanej chorobie. – Uśmiechnął się. – Wydam sam diagnozę, jeżeli sobie pani życzy. Zrobimy wszystko, co w ludzkiej mocy, żeby uratować jej życie; zaprzęgniemy do tego całą nowoczesną medycynę, ale… – rozłożył ręce gestem wyrażającym nieuchronność losu – czasem nawet lekarze muszą przyznać, że są bezradni.
    Bonnie zakrztusiła się ze śmiechu.
    – Zrobi to pan dla nas?
    Znowu spojrzał na nią i uśmiechnął się tak, jak to on tylko potrafił.
    – Zrobię to dla pani – powiedział cicho, obrzucając ją spojrzeniem pełnym czułości. Wyciągnął do niej znowu rękę. – A teraz, pani doktor, czas już chyba zająć się pani pacjentami.
    Nie ruszył się jednak, lecz stał w miejscu, nie spuszczając z niej oczu. Serce jej biło jak szalone. Zrobię to dla pani… Już same te słowa były pieszczotą. Zapowiedzią, że rodzi się między nimi coś ważnego…
    Z trudem oderwała od niego wzrok. Wiedziała, że musi się opanować.
    – Ja, oczywiście… Wujowi będzie bardzo miło…
    Spojrzała w kierunku domu i zamarła.
    Tylnymi drzwiami wychodził właśnie na dwór Paddy. Szedł wolno, chwiejnym krokiem, i nagle potknął się i runął jak długi na ziemię.

Rozdział 4

    Gdy Webb zobaczył przerażenie na twarzy Bonnie, jednym spojrzeniem ogarnął sytuację, odwrócił się i puścił biegiem do Paddy'ego, zanim Bonnie opanowała się na tyle, by ruszyć za nim. Gdy dobiegła do nich, Webb układał już Irlandczyka na plecy.
    – Zaraz przyniosę tlen – powiedziała i pobiegła do domu po butlę i maskę tlenową Paddy'ego. Henry patrzył na nią przerażonym wzrokiem, ale nie miała teraz czasu, by go uspokoić. W sekundę była z powrotem.
    Założyła Paddy'emu maskę na twarz, a Webb podtrzymał go za ramiona. Skóra Paddy'ego przybrała już sinobladą barwę.
    – Wszystko będzie dobrze – mówił Webb pewnym głosem. – Proszę się nie spieszyć. Tlen, który pan teraz wdycha, za chwilę zacznie działać. Proszę spokojnie leżeć i nie denerwować się. Niech pan wolno oddycha.
    Bonnie wzięła Paddy'ego za rękę.
    – Wszystko w porządku, Paddy – powiedziała cicho. – Po raz pierwszy od czasu złamania nogi zrobiłeś taki spacer. Nic dziwnego, że płuca się zbuntowały.
    Nic więcej nie można było na razie zrobić, trzeba było czekać. Zapadła martwa cisza, potęgowana rzężeniem Paddy'ego, który z trudem wciągał powietrze.
    Z wolna jednak twarz jego przybierać zaczęła normalny kolor. Wyciągnął rękę, by zedrzeć maskę z twarzy.
    – Jeszcze nie – powstrzymała go Bonnie. – Najpierw zaniesiemy cię do łóżka.
    Oczami dała znać Webbowi, że jest gotowa do przenosin Paddy'ego. Czas naglił. Tlen w butli już się kończył.
    Webb wyglądał tak, jakby dostał obuchem w głowę. Nie bardzo rozumiał, co się stało.
    – Czy jest pan gotowy? – W głosie Bonnie zabrzmiało zniecierpliwienie.
    – Czy na pewno da pani radę?
    – Oczywiście – odburknęła.
    Bonnie miała drobną budowę, ale była silna. Webb starał się wziąć cały ciężar na siebie, lecz mimo to Bonnie z trudem łapała oddech. Nie poddała się jednak i po chwili Paddy leżał już w łóżku. Webb zajął się ułożeniem go, a ona pobiegła po tlen.
    Po następnych pięciu minutach Paddy doszedł na tyle do siebie, że mógł już mówić. Twarz Bonnie rozjaśniła się nieco.
    Przez cały ten czas Henry nie odezwał się nawet jednym słowem. Leżał bezradny i z rosnącym niepokojem wodził oczami wokół siebie. W szpitalu Bonnie mogłaby zasunąć zasłony wokół łóżka Paddy'ego, tu jednak nie było podobnych możliwości. Gdy Paddy zaczął znowu normalnie oddychać i Bonnie odeszła od jego łóżka, Henry odezwał się w końcu:
    – Jemu… Jemu nic nie będzie…
    – Nic mu nie będzie. – Bonnie odwróciła się do wuja i niepewnie się do niego uśmiechnęła. Starała się mówić pewnym głosem, ale sama jeszcze czuła się trochę wystraszona. – To pewnie wszystko przez to wasze nabożeństwo.
    Henry roześmiał się cichutko, a oczy Bonnie otworzyły się szeroko ze zdumienia. Ostatni raz Henry śmiał się… Nie potrafiła sobie nawet przypomnieć, kiedy to było.
    – Nie wiem, co bym zrobił, gdyby on umarł – wyszeptał Henry. – Wstał z łóżka przeze mnie.
    – To był też i mój pomysł – zaprotestował Paddy ledwo dosłyszalnym szeptem.
    – Wyobrażaliśmy sobie, że siedzisz bezradnie na drodze i nie możesz się zdobyć na odwagę, żeby zastrzelić krowę – tłumaczył Henry. – Że strzelba ci nie wystrzeliła. Czekaliśmy i czekaliśmy, aż w końcu nie byliśmy już w stanie tego wytrzymać i Paddy powiedział, że on to zrobi…
    – I poszedł mi na pomoc – dokończyła Bonnie, a do oczu napłynęły jej łzy. Odwróciła się do Paddy'ego i wzięła go za rękę. – Mogłam się była domyślić. A my z doktorem Halfordem ratowaliśmy przez ten czas życie jałówki.
    – Ratowaliście życie… – Henry przyjrzał się zabłoconej twarzy Bonnie, a potem oczy jego zatrzymały się na Webbie. – Nie chcesz chyba powiedzieć, że nastawiliście jej nogę?
    – Nastawiliśmy. – Uśmiech, który ukazał się na twarzy Webba, ujął mu dobrych kilka lat. Popatrzył na Henry'ego i zaczął się śmiać z zadowolenia. Wyglądał jak uczeń, którego spotkała wielka radość w postaci wygrania pudełka czekoladek na loterii szkolnej. – Razem… Nie ma chyba takiej rzeczy, której byśmy nie potrafili zrobić, ja i doktor Gaize…
    Spoważniał i zbadał pobieżnie obydwu pacjentów.
    – Wyglądają świetnie – powiedział do Bonnie. – Znakomicie sobie pani radzi.
    – Zwłaszcza wtedy, gdy wstają z łóżka i idą mnie szukać, narażając się na utratę życia… – zauważyła krzywiąc się, gdy szli z Webbem w kierunku jego samochodu.
    – Założę się, że wyjdzie to Paddy'emu na dobre – zapewnił ją i oparł się o samochód. – Jeżeli on rzeczywiście nie próbował jeszcze wstawać po złamaniu nogi, to może się okazać, że lęk o panią był bodźcem, którego było mu potrzeba, żeby zaczął chodzić. I w sytuacjach, w których będzie sobie wyobrażał, że jest pani natychmiast potrzebny…
    – Chce pan powiedzieć, że mam prosić go o pomoc dwa razy na dzień?
    – Jeżeli będzie pani niedaleko. – Uśmiechnął się, a jego spojrzenie sprawiło, że z Bonnie zaczęło dziać się coś dziwnego. – Może pani na przykład pilnie potrzebować pomocy na progu jego sypialni, a następnym razem tuż za drzwiami… A po tygodniu niewykluczone, że będzie pani mogła wołać o pomoc z obory.
    – Miejmy nadzieję – szepnęła i zmusiła się, by spojrzeć mu w oczy. – Dziękuję… Dziękuję panu – powiedziała drżącym głosem. – Nie umiem nawet powiedzieć, jak bardzo jestem panu wdzięczna.
    – Jeszcze nie dostała pani rachunku. – Uśmiechnął się szeroko. – Ale wkrótce nadejdzie.
    Bonnie zagryzła wargi.
    – Wszystko ureguluję.
    – Wiem – powiedział cicho. Dotknął delikatnie jej policzka i uśmiech na jego ustach zamarł. – Zdaje się, że ma pani dług, ale czuję, jeśli pani pozwoli… mam nadzieję, że spłaci pani ten dług w całości.
    Bonnie zastanawiała się nad sensem wypowiedzianych właśnie słów i patrzyła, jak wielki samochód Webba oddala się wolno polną drogą. Jechał do miasta. Wiedziała dobrze, że zapotrzebowanie na lekarza w miejscowości takiej jak Kurrara musiało być ogromne, a on poświęcił jej już cały ranek.
    Jakoś powinna mu odpłacić.
    Podeszła do łąki przy domu popatrzeć na jałówkę. Krowa podniosła się i stanęła na chwiejnych nogach, a potem zrobiła kilka niepewnych kroków. Noga musiała ją jeszcze boleć, bo utykała, ale mogła już chodzić.
    – Gdyby nie przyszedł, dawno byś już nie żyła – powiedziała jej Bonnie z uśmiechem. Krowa jednak nie zamierzała wyrażać specjalnie swej wdzięczności.
    Pora na lunch, a ona się jeszcze nawet nie zastanowiła, co podać. Zawróciła obok kurnika i raz jeszcze rozejrzała się wokół, szukając Frankie, ale po chwili dała sobie spokój. Musiał ją porwać lis. A ona musi przecież przygotować posiłek, zrobić pranie, masaż swoim pacjentom, zmienić pościel, a potem jeszcze wydoić krowy.
    – Chyba już lepsza byłaby noc z całą masą pacjentów na ostrym dyżurze – mruknęła do siebie w drodze do domu.
    Gdy skończyła wieczorny udój i ułożyła swoich pacjentów, poczuła, że jest zupełnie wykończona. Dziewiąta godzina. Zanim się zwalę do łóżka, pomyślała, muszę jeszcze odwiedzić moją krowę inwalidkę.
    Krowa pasła się spokojnie. Bonnie wydoiła ją i podsypała świeżego siana, a krowa osunęła się wtedy na trawę z westchnieniem ulgi. Za tydzień powinna być na tyle zdrowa, by dołączyć do stada.
    Nareszcie jakieś szczęśliwe zakończenie sprawy. Bonnie, wdzięczna losowi za podobny rozwój sytuacji, skierowała się do domu. Zatrzymała się, widząc, jak otaczającą ciemność rozproszyły światła nadjeżdżającego samochodu.
    I co teraz?
    Stała z latarką w ręce, czekając, aż samochód się zatrzyma. Towarzyszyły jej obydwa psy. Miały zjeżoną sierść, a Bonnie cieszyła się, że ma je przy sobie. Gospodarstwo leżało na uboczu, a Paddy i Henry stanowili wątpliwą obronę.
    Poznała samochód, gdy zahamował. Przyszło jej to jednak z trudem, gdyż skrywała go ogromna choinka, przywiązana byle jak do bagażnika na górze.
    Webb…
    Światła samochodu zgasły, silnik ucichł i ukazał się Webb Halford. Zobaczył latarkę, którą trzymała w ręce. W świetle księżyca wydała mu się niesamowicie młoda, bezbronna i zagubiona.
    – Wesołych świąt – powiedział, a jego usta rozciągnęły się w uśmiechu. – Nie chce pani powitać świętego Mikołaja?
    – Pan… pan wcale nie przypomina świętego Mikołaja. – Bonnie zabrakło tchu, a Webb Halford roześmiał się. W niczym nie przypominał teraz tego człowieka, który tak niedawno traktował ją obraźliwie i oskarżał o zaniedbywanie wuja.
    – Gdzie mam ją postawić?
    – Ją?
    – Nie wiem, czy pani zauważyła – tłumaczył cierpliwie – że na dachu mojego samochodu jest choinka, bożonarodzeniowe drzewko, które należy przybrać.
    – Nie… nie mam żadnych ozdób choinkowych.
    – Już dawno zauważyłem.
    Przemawiał do niej jak do istoty nieco upośledzonej i Bonnie bezradnie rozłożyła ręce.
    – Ale my nie mamy jej czym przybrać. Moja ciotka nie uznawała takich rzeczy.
    Westchnął ciężko.
    – Człowiek musi myśleć o wszystkim. – Rozluźnił linki i drzewko zsunęło się na dół. – Przyszło mi dziś rano do głowy – ciągnął – że ma tu pani coś w rodzaju szpitala i że jest on dosyć ponury. Nic tu nie przypomina o świętach, a szpital w Kurrarze tonie w bożonarodzeniowych dekoracjach. Więc… – wyciągnął z samochodu pudełko – ma tu pani sztuczne ognie, różne świecidełka i bombki. Coś mi się wydaje, że siostra zapakowała nawet anioła na czubek choinki. Musi mi pani tylko powiedzieć, gdzie to postawić. I proszę wziąć pudełko.
    Webb wypuścił choinkę z ręki, gdy sięgał po pudło, i drzewko zachwiało się. Próbował je złapać, ale było już za późno. Choinka przechyliła się niebezpiecznie. Bonnie wyciągnęła rękę w stronę drzewka w tej samej chwili co Webb. Ręce ich spotkały się, gdy choinka upadła, a oni obydwoje znaleźli się na ziemi.
    Zapadła martwa cisza. Przez chwilę nic się nie działo. Bonnie czuła jedynie dotyk palców Webba i zapach zielonych igieł.
    – Proszę, proszę, co za historia. – Skąpani byli w poświacie księżyca, a oczy Webba śmiały się do niej. Wypuścił z ręki choinkę, by ująć ją pod brodę. – Myślałem, że będę musiał najpierw wyszukać jemiołę, ale skoro rzuca się pani sama w moje ramiona…
    – Drugą ręką objął ją za ramiona i przybliżył usta do jej warg.
    Był to pocałunek pełen uśmiechu i radości. Pocałunek, jakich wiele w okresie świąt i nic ponadto, powtarzała sobie Bonnie, gdy dotknęła wargami jego ust. Miał to być przecież przyjacielski pocałunek, pocałunek jak muśnięcie. A jednak… dotyk jego rąk i ust, jego zapach…
    O Boże, to nie jest już wcale przyjacielski pocałunek. Usta jego, które początkowo delikatnie tylko muskały jej wargi, zaczęły teraz żądać, wymagać, brać ją w posiadanie… Uśmiech ulotnił się gdzieś, pozostało tylko ciepło. Pozostało poczucie bliskości i pożądanie…
    Nie wiadomo, co by było dalej, gdyby nie psy. Psy nie rozumiały, o co chodzi. Uznały już Bonnie za swoją panią, wiedziały, że to ona napełni im miski z jedzeniem i oto teraz leży na ziemi z jakimś obcym człowiekiem. Żaden szanujący się pies nie jest w stanie tolerować podobnego zachowania, więc dały od razu wyraz swemu oburzeniu. Nie zaatakowały wprawdzie bezpośrednio Webba, ale ich szczekanie zakłóciło nocną ciszę, a jeden z nich rzucił się do przodu, jakby w obronie swej pani.
    – Leżeć… – Webb odsunął się od psa. Dougal wziął ogon pod siebie i przypełznął przepraszając, na co Bonnie roześmiała się niepewnie.
    – Co za pociecha z takich psów! – odezwała się w końcu. – Nie widzicie, że on mnie napastuje?
    Webb wstał i pociągnął Bonnie za sobą. Stanęli obok siebie. Bonnie oswobodziła rękę i próbowała doprowadzić do porządku swoje podniszczone ubranie.
    – Dziękuję za choinkę. Niech ją pan tu zostawi, rano ją jakoś ustawię.
    – Wyschnie do jutra – odpowiedział. – Trzeba ją zaraz wstawić do wody. Przywiozłem stojak z pojemnikiem na wodę. Proszę mi pokazać, gdzie ma stać, to zaraz się tym zajmę.
    – Najlepiej będzie w pokoju Paddy'ego i Henry'ego. – Bonnie ciągle jeszcze nie mogła dojść do siebie i mówienie sprawiało jej trudność.
    Gdy Webb wniósł drzewko do domu, dobiegło ich wołanie Henry'ego, który koniecznie chciał wiedzieć, co się dzieje. Świadomość, że jest przykuty do łóżka, dawała mu się najwyraźniej we znaki. Webb wniósł choinkę do pokoju, zapalił światło i wraz z Paddym i Henrym zaczęli podejmować decyzje dotyczące ozdabiania drzewka.
    Bonnie usadowiła się na łóżku Paddy'ego i patrzyła, jak Webb wyciąga z pudła świecidełka, bombki, aniołki i lampki – wszystko, co było potrzebne, by przygotować pokój na Boże Narodzenie.
    Choinka była ogromna – z trudem mieściła się w pokoju. Skrzydła anioła zamiatały sufit, a Webb stał na krześle, z trudem utrzymując równowagę.
    – Jak pan zleci, przyniosę następne łóżko i będę miała trzech pacjentów – stwierdziła Bonnie, a Webb odpowiedział uśmiechem.
    – Trudno się oprzeć pokusie, skoro pani zostałaby moim lekarzem – odparł żartobliwie.
    – Lampki spadają – zauważył Paddy spokojnie. – Wiadomo, że nasza pani doktor to ciekawszy widok niż choinka, ale na pana miejscu zająłbym się jednak lampkami.
    – Paddy! – Bonnie zrobiła się purpurowa, a Webb wprost nie posiadał się z radości.
    W Henrym zaszła niesamowita przemiana. Cały promieniał, żartował, jego twarz jaśniała uśmiechem. Wszyscy trzej sprawiali wrażenie bardzo zadowolonych z życia.
    Webb przesuwał i przewieszał ozdoby tak, jak sobie tego życzyli Henry i Paddy. Gdy obydwaj wreszcie wyrazili aprobatę, wyjął z pudła dwie gałązki jemioły i zawiesił je bez słowa ponad ich łóżkami.
    – Jeśli pojawi się teraz jakaś dama, nie zapominajcie, że wisi tu jemioła. – Zwrócił się do Paddy'ego. – Chce pan zobaczyć, jak to działa?
    – Pewnie, że chcę – roześmiał się Paddy i podrapał po ramieniu. – Pani doktor, coś mnie tu swędzi – jęknął. – Proszę zobaczyć, co to.
    Bonnie wzruszyła ramionami.
    – Uknuliście spisek…
    – Ani mi w głowie żarty – zaprotestował Paddy. – Jeśli pani doktor zaraz tego nie obejrzy, może się to źle skończyć.
    – Naprawdę? – Śmiejąc się, Bonnie podeszła posłusznie do Paddy'ego, a ten chwycił ją mocno w ramiona i serdecznie wycałował.
    – Ty oszuście! – Bonnie wyswobodziła się z jego objęć, krztusząc się ze śmiechu. – Całować to potrafisz, a potem mówisz, że umierasz na płuca. Casanovą mógłby się od ciebie uczyć.
    Paddy roześmiał się z zadowoleniem, a Webb popchnął Bonnie w kierunku drugiego łóżka.
    – Coś mi się wydaje, że wuj cierpi na to samo co Paddy – powiedział.
    Uśmiech na twarzy Bonnie zamarł. Spojrzała na Henry'ego. On także przestał się uśmiechać i jakby skurczył się w sobie.
    – Czy to prawda, wujku? – spytała cicho, a serce jej zabiło sympatią do tego smutnego, przegranego mężczyzny. Ciotce Lois udało się zamienić go w człowieka, który bał się własnego cienia. Duch jej był wszędzie obecny.
    – Henry, nie bądź głupi – powiedziałaby ciotka Lois, gdyby żyła. – Nie ma powodu, żebyś całował tę niewdzięcznicę. Jak już musisz, to pocałuj Jacintę. Pytanie tylko, czy ona zechce cię pocałować, skoro się nie goliłeś przez dwa dni i nie zmieniałeś koszuli…
    – Ciotce wcale by się tu teraz nie podobało, prawda, wujku? – zapytała Bonnie i z ulgą zauważyła, że z twarzy Henry'ego znika napięcie. – Pocałuj mnie – poprosiła. – Nie ma teraz ciotki, więc nikt nie będzie ze mnie szydził. A ten pokój i Boże Narodzenie w tym roku są dla ciebie i dla mnie.
    – Po tym, jak cię traktowaliśmy… – wyszeptał Henry, a Bonnie nachyliła się, by go wziąć za rękę.
    – To już nie ma znaczenia.
    – Ma.
    Bonnie potrząsnęła głową.
    – Naprawdę nie ma. – Uśmiechnęła się. – Ale musimy przecież pocałować się pod jemiołą.
    I w końcu Henry ujął Bonnie za rękę i przyciągnął do siebie. Musnął jej czoło wargami, a potem puścił ją bez słowa. Bonnie cofnęła się, ale nie spuszczali z siebie wzroku. Oczy Henry'ego pojaśniały.
    – Masz rację, dziewczyno – wyszeptał. – Twoja ciotka patrzeć by nie mogła na ten pokój. A mnie… bardzo się podoba.
    – O co tu w ogóle chodzi?
    Bonnie odprowadzała Webba do samochodu. Chciała zostać w domu, ale nie wypadało tak się zachować po tym wszystkim, co dla nich zrobił.
    – Myśli pan o tej mojej rozmowie z wujem?
    – A o co innego by mi mogło chodzić? – Webb chwycił ją za ramiona. – To wszystko było nie tak, jak myślałem, to nie pani odrzuciła rodzinę, tylko oni panią, prawda?
    – To nie ma znaczenia.
    – Wprost przeciwnie. – Webb zacisnął dłonie na jej ramionach. – Czy opowie mi pani wszystko?
    – Nie.
    – Czy pani wuj i ciotka podobnie traktowali Jacintę? To dlatego ona tu nie przyjechała?
    – Pojęcia nie mam. Nie rozmawiałam z nią od lat.
    – Chciałem panią przeprosić – odezwał się cicho. – Tak mi przykro, że niesprawiedliwie panią osądziłem. Nic właściwie nie wiem, ale poznałem panią trochę i to chyba mi wystarczy. Wystarczyłoby chyba każdemu mężczyźnie.
    W jego słowach kryła się czułość. Spojrzała na niego, a on pochylił się i poczuła jego pocałunek.
    Nigdy jeszcze nie doznała czegoś podobnego. Kiedyś… kiedyś pocałował ją Craig i powiedział, że ją kocha, ale nawet wtedy nie odczuwała tego co teraz. Teraz czuła, że tonie, i chciała utonąć. Ogarnęła ją fala czułości, ciepła, namiętności, uczucie, którego nie umiała nazwać.
    Co ja robię? Bonnie, opamiętaj się. Obiecywałam sobie przecież… Czy mam teraz złamać obietnicę tylko dlatego, że jakiś przystojny facet chce mnie pocałować? Czy warto się znowu narażać na cierpienia i samotność?
    Uniosła ręce i zdołała odepchnąć go od siebie. Webb był tak zdumiony, że nie zatrzymywał jej. Bonnie cofnęła się szybko.
    – N… nie – wykrztusiła.
    Nie poruszył się. Patrzył na nią oczami, które wyrażały pieszczotę.
    – Czy naprawdę nie chcesz?
    – Nie chcę. – Jej palce bezwiednie dotknęły ust, na których czuła jeszcze jego smak. – Proszę… niech mnie pan nie dotyka.
    – Czyżby złożyła pani śluby czystości?
    Wydawał sienie z tego nie rozumieć. Bonnie poczuła, jak rodzi się w niej gniew. Myślał sobie, że wystarczy ją pocałować, a ona zaraz zemdleje. Niedoczekanie.
    – Zgadł pan – odpowiedziała bez uśmiechu. – Niepotrzebny mi i nigdy nie będzie potrzebny żaden mężczyzna.
    W kącikach ust Webba zagościł uśmiech, a jego ciemne oczy rozbłysły.
    – A więc jest pani kobietą, która nie potrzebuje rodziny. Liczy się dla pani tylko praca. Chciałbym wiedzieć, jakie ma pani plany zawodowe?
    – W marcu zaczynam specjalizację jako lekarz ogólny – odpowiedziała.
    – Brawo!
    – Nie wiem, czy to powód do kpin.
    – Nie robię sobie z ciebie kpin – odpowiedział poważniejąc. – Teraz już bym nie mógł.
    – No więc jeśli nie zamierza pan sobie robić ze mnie kpin, to może też potraktuje mnie pan poważnie, gdy powiem, że nie piszę się na żadną przygodę i że nie potrzebuję ani nie chcę żadnego mężczyzny. – Bezradnie rozłożyła ręce. – Proszę pana, panie doktorze. Umieram ze zmęczenia. Dochodzi jedenasta, a rano muszę wcześnie wstać, żeby wydoić krowy. Chcę się więc już pożegnać.
    – A jak się miewa nasza krowa?
    – Świetnie, już się podnosi.
    – To jutro będę miał trzech pacjentów.
    – Nie ma najmniejszej potrzeby, żeby pan tu przychodził. Doskonale daję sobie sama radę.
    – Niestety to prawda – odpowiedział smutnym głosem. Otworzył drzwi samochodu i usiadł za kierownicą. Rzucił na nią ostatnie spojrzenie. – Nie powiem, żebym się z tego bardzo cieszył.
    Bonnie odczekała dobre dziesięć minut, aż twarz jej przybrała normalny kolor, zanim wróciła do domu. Światła na choince nadal się paliły.
    – Pewnie cię porządnie wycałował na dobranoc – zachichotał Paddy, a Bonnie znów zrobiła się purpurowa. – Następnym razem przyniesie pierścionek zaręczynowy – zwrócił się do Henry'ego. – Zobaczysz.
    – Nie… – Henry wodził za Bonnie zaniepokojonym wzrokiem. – Myślę… Bonnie, myślę, że nie powinnaś mu się dać całować.
    – Jestem tego samego zdania – odpowiedziała, poprawiając wujowi poduszki i pomagając mu zmienić pozycję. – Nie wiem, o czym wy w ogóle mówicie.
    – Ja wiem doskonale, o czym mówię. – Z głosu Henry'ego przebijał lęk. Złapał Bonnie za rękę. – Bonnie, proszę…
    – O co prosisz? – Uśmiechnęła się do wuja. – Żebym nie straciła dla niego głowy? Nie potrzebujesz mi o tym mówić. Miałam już nauczkę.
    Obydwoje skrzywili się na wspomnienie o Craigu.
    – To dobrze – mruknął Henry. – Chodzi o to, że…
    – Że?
    – Wiesz chyba, że Webb Halford jest żonaty?

Rozdział 5

    Żonaty…
    Oszust! Bonnie nie mogła zasnąć do białego rana.
    – Czy jesteś tego pewien? – zapytała wtedy z niedowierzaniem Henry'ego, a wuj pokiwał głową.
    – Mieszka z żoną i małym synkiem za szpitalem. Nie słucham nigdy plotek, więc szczegółów nie znam, ale widziałem całą rodzinę wiele razy na mieście. Widać, że Serena Halford stąd nie pochodzi. Ubiera się bardzo modnie w takie stroje, jakie widuje się w żurnalach. Jest platynową blondynką, ale nie sądzę, żeby się malowała. To naprawdę atrakcyjna kobieta!
    – Atrakcyjniejsza od naszej Bonnie? – zapytał Paddy, a Henry potrząsnął głową.
    – No nie, ale to nie ma przecież znaczenia. Ożenił się z tamtą. – Przyjrzał się Bonnie i zobaczył, jak wzbiera w niej gniew. – Pomyślałem sobie… – Wyglądał na nieszczęśliwego. – Pomyślałem sobie, że powinienem ci o tym powiedzieć.
    – I miałeś rację – odparła ze złością. – Dobrze, że mi powiedziałeś. Mężczyźni są jednak obrzydliwi.
    Położyła się spać chora z przygnębienia.
    Wszystko byłoby o wiele łatwiejsze, gdyby Webb trzymał się z daleka. Przez następny ranek udało się jej nie dopuścić do siebie nawet myśli o nim, ale nie skończyła jeszcze ścielić łóżek, gdy duży, szary samochód pojawił się na drodze i wszystko zaczęło się od początku. Zdołała jakoś utrzymać w rozmowie oficjalny ton, choć nie pozbawiony serdeczniejszych nutek. Złość skrywała zręcznie, przybierając maskę oschłego profesjonalisty. Webba najwyraźniej wszystko to bawiło, co ją doprowadziło do wściekłości.
    – Jak tak dalej pójdzie, to na Boże Narodzenie Paddy zatańczy nam irlandzką gigę – zwrócił się Webb do niej, nie zwracając uwagi na jej zawzięty wyraz twarzy. – Proszę teraz przejść przez pokój – zwrócił się do Paddy'ego.
    Paddy spojrzał niepewnie na Bonnie.
    – To mój pacjent – zauważyła.
    – Mam teraz piętnaście minut – odpowiedział Webb.
    – Myślę, że niedobrze by było, gdyby Paddy spróbował chodzić, gdy będzie przy nim takie chuchro jak pani.
    – Chuchro!
    – Chuchro – powtórzył i rzucił okiem na zegarek.
    – Proszę przejść dwa razy wokół werandy, zanim stąd wyjdę – zwrócił się do Paddy'ego.
    Paddy, ku swojej radości, okrążył werandę właściwie bez pomocy. Zwalił się potem wykończony do łóżka, ale nie potrzebował maski tlenowej.
    – Pana plany przeniesienia się na tamten świat w ciągu najbliższych tygodni muszą ulec zmianie – zawyrokował Webb. – Jeśli umawiał się pan już z zakładem pogrzebowym, proszę tam zadzwonić i poprosić, żeby się wstrzymali jeszcze kilka miesięcy lub nawet lat.
    Na twarzy Bonnie pojawił się wymuszony uśmiech. Stan Paddy'ego rzeczywiście uległ poprawie. Zjadł dziś ogromne śniadanie i w oczach nabierał sił.
    Paddy nie odpowiedział uśmiechem. Perspektywa dłuższego życia nie sprawiła mu najwyraźniej wielkiej radości.
    Webb to zauważył.
    – Widzę, że myśl o śmierci nie przerażała pana? – spytał cicho.
    Paddy wzruszył ramionami.
    – Mam zamówione miejsce w domu opieki. Pracownik socjalny w szpitalu dopomógł mi w znalezieniu miejsca i dał mi taki informator. – Podał Webbowi broszurkę, która leżała na stoliku nocnym. – Czy chciałby pan spędzić w takim miejscu swoje ostatnie lata?
    Webb wziął do ręki informator i uważnie go przeczytał. Chwilę milczał.
    – Pan był farmerem? – zapytał wreszcie.
    – Tak.
    – No więc nie powinien pan mieszkać w podobnym domu – orzekł Webb. – To dom w mieście, dla ludzi, którzy są związani z miastem. Mam lepszy pomysł.
    – Jaki?
    – W Kurrarze obok szpitala mamy schronisko i dom opieki. Większość jego mieszkańców pochodzi ze wsi. Z okien widać pastwiska, mamy własną oborę, a mieszkańcy prowadzą niewielkie gospodarstwo. Wydaje mi się, że to byłoby dla pana znacznie odpowiedniejsze.
    Z pewnością ma rację. Bonnie zmusiła się do uśmiechu.
    – Kiedy już będziesz normalnie chodził, pojedziemy wszystko obejrzeć – powiedziała Paddy'emu. – A ile się czeka na miejsce?
    – Chodzący pacjenci nie czekają długo – odpowiedział Webb. – Wszystko więc zależy teraz od pana – zwrócił się do Paddy'ego. – Proszę jak najwięcej chodzić.
    – A kiedy ja to samo usłyszę? – zapytał się Henry ze smutkiem.
    – Za dwa tygodnie. Kości muszą się najpierw zrosnąć. – Popatrzył na duże, przeszklone drzwi wychodzące na werandę, a potem na łóżko Henry'ego. – Wiecie co? – powiedział. – Mam w szpitalu kółka, które można przymocować do nóg łóżka. – Spojrzał na Henry'ego.
    – Mógłbym je przynieść, wywiezie się wtedy twoje łóżko na werandę i będziesz mógł doglądać Paddy'ego, gdy będzie chodził.
    – Dobry pomysł. – Henry uśmiechnął się i rzucił okiem na twarz swojej siostrzenicy. Zobaczył z trudem skrywane przerażenie. – Wydaje mi się, młody człowieku – powiedział do Webba – że zaniedbujesz swoją rodzinę, spędzając tu tyle czasu.
    Webb uśmiechnął się i potrząsnął głową.
    – Serena i Sam są w Melbourne na świątecznych zakupach. Moim obowiązkiem jest przyjeżdżać tutaj i zarabiać pieniądze, żeby mogli jak najwięcej wydawać.
    – Rozłożył ręce. – A więc nie mam w tym tygodniu prawie żadnych obowiązków.
    Prawie żadnych obowiązków… Bonnie z trudem się pohamowała, żeby nie podejść do niego i nie uderzyć go w twarz. On jest po prostu bezczelny! Stał tak i śmiał się, a Bonnie poczuła się, nie po raz pierwszy w życiu, odrzucona.
    Miłość nie jest dla takich jak ona. Jak przez mgłę przypomniała sobie rodziców. Kochali ją, ale pozostawili u wuja i ciotki, gdy wyjeżdżali za granicę, i nigdy z tej podróży nie wrócili. Wypadek samochodowy we Włoszech. Dopiero jako nastolatka zaczęła rozmyślać, dlaczego nie zabrali jej ze sobą. Nie byłby to chyba wielki kłopot, mieli przecież tylko jedną małą córeczkę. Najwyraźniej nie była im potrzebna.
    Ciotka Lois także jej nie chciała, co do tego nie miała wątpliwości. Spełniała jedynie swój obowiązek, a była przy tym złośliwa i niemiła. I Bonnie dość szybko nauczyła się skrywać swoje uczucia. W połowie studiów spotkała Craiga i głupio się w nim zakochała, a on odrzucił jej miłość jak coś bezwartościowego i wartego śmiechu. Wartego śmiechu. Więc miłość warta jest śmiechu. I stał teraz przy niej Webb Halford, śmiejąc się z niej, a serce Bonnie było puste i tak zimne, że marzyła tylko, by go w ogóle nie mieć. Co można zrobić, by przestać kochać ludzi…
    – Wuj Henry mówi, że dwa razy w tygodniu przychodzi do szpitala fizykoterapeuta – odezwała się. – Czy dałoby się załatwić wizytę domową?
    – Zapytam. – Webb spojrzał na nią dziwnie. – Maggie, fizykoterapeutka, nie odwiedza na ogół pacjentów w domach, ale skoro jest tutaj aż dwóch, z pewnością uda mi się ją namówić.
    Przekonana jestem, że ci się uda, pomyślała Bonnie ze złością. Zwłaszcza jeśli Maggie jest młoda i ładna.
    Oczy Webba napotkały zimny, odpychający wzrok Bonnie.
    – Jeżeli nie ma pan już innych spraw, proszę wybaczyć, ale czeka mnie teraz masa roboty, panie doktorze.
    – Dostaję więc odprawę?
    – Można to tak ująć. – Wiedziała, że jest nieuprzejma, ale było jej wszystko jedno. Podeszła do drzwi i otworzyła je na oścież. – Dziękuję. Jestem pewna, że wuj bardzo sobie ceni pańskie wizyty.
    – Ale pani nie? – spytał, podchodząc do niej.
    – Jeśli mam być szczera, to nie bardzo. Mówiłam już panu przecież, że daję sobie sama radę.
    – Jestem pewien, że ma pani rację. Gdybym nie przyszedł, nastawiłaby pani z pewnością sama nogę jałówce i przywiozła do domu jeszcze większą choinkę.
    Nie uśmiechnęła się. Patrzyła na niego nadal lodowatym wzrokiem.
    – Wszystko wiem – wymamrotała. – Jestem panu bardzo wdzięczna, ale proszę… Proszę nas nie odwiedzać, zanim pana o to nie poproszę. – Popatrzyła błagalnie na wuja. – Prawda, że nie chcesz, żeby doktor Halford tu nadal przychodził?
    Widząc napięcie na twarzy Bonnie, Henry westchnął.
    – Nie chcę – powiedział stanowczo. – Sami sobie damy radę.
    Zapadła długa cisza. Webb skinął głową.
    – Przyjmuję do wiadomości swoją dymisję. Rozumiem też, że odmawiacie mi gościny. Będę tędy przejeżdżał wieczorem, bo obiecałem wpaść do swojej pacjentki. Wrzucę wtedy do skrzynki pocztowej kółka, które obiecałem. – Uniósł rękę i dotknął twarzy Bonnie. – Czy odprowadzi mnie pani do samochodu? – zapytał.
    – Nie.
    Znowu skinął głową.
    – Proszę mi dać znać, gdy będę potrzebny – powiedział krótko i wyszedł.
    I tak to się skończyło.

    Wykonywała swe domowe obowiązki w stanie otępienia. Gdyby mogła chociaż zapomnieć o tym pocałunku! Gdyby tylko nie czuła go bezustannie…
    Niech licho porwie tego człowieka! Trzeba zająć się pracą i nie myśleć o niczym.
    Przez trzy dni nie widziała Webba Halforda.
    Wieczorem tego dnia, kiedy był po raz ostatni, znalazła w skrzynce pocztowej cztery kółka i balkonik przy bramie. Webb posłuchał jej i nie wszedł do domu.
    Powinna być zadowolona. Powinna…
    Miała dosyć pracy, nawet gdy nie myślała o Webbie. Od chwili, gdy Paddy nabrał chęci do życia, ilość jej obowiązków niepomiernie wzrosła. Pilnowała, by spacerował po werandzie, czuwała nad nim, gdy brał prysznic, starała się, by był aktywny. Balkonik okazał się nieoceniony. Paddy miał się na czym wesprzeć i nie był już zdany tylko na wątłe siły Bonnie.
    Mogła teraz przesuwać na dzień łóżko Henry'ego na werandę. Henry mógł z tego miejsca dodawać Paddy'emu odwagi i zachęcać go do dalszych wysiłków, a Bonnie nie mogła się nadziwić przemianom, jakie w Henrym następowały. Usiłował mówić, a więc dokonywał czegoś, czego nigdy nawet nie próbował przez cały ten czas, gdy Bonnie go znała. A pomiędzy nim i Paddym nawiązywała się przyjaźń, która przybierała czasem formę żartów, dogadywań i śmiechu.
    Radio było nastawione prawie bez przerwy. Zostało jeszcze cztery dni na zakupy przed Bożym Narodzeniem – rozgłaszało wszem wobec i każdemu z osobna. Bonnie wzruszyła ramionami. Kupiła sobie przecież już prezent. Jej czerwony samochód stał na podwórku. Wyglądał tam dosyć dziwacznie, ale… nie wiadomo dlaczego nadal sprawiał jej dużą przyjemność.
    Jestem niezależna, powiedziała do siebie. Kiedy będę chciała, mogę się bawić. I nawet gdybym nigdy nie miała pojechać do Anglii, mogę zaspokajać przeróżne swoje kaprysy, żeby zrobić sobie przyjemność. I nie potrzebni mi są do tego inni ludzie.
    Niepotrzebny mi jest do tego Webb Halford.
    – Na litość boską, przestań już myśleć o Webbie Halfordzie – powiedziała do siebie ze złością. – Zajmij się lepiej świętami. Trzeba zamówić indyka i szampana. I zastanów się, jak zrobić jeszcze pudding. Nie można przecież podać Henry'emu i Paddy'emu kupionego puddingu.
    Poszła spać, usiłując za wszelką cenę rozmyślać jedynie o tak doniosłych sprawach jak robienie puddingu i odsuwając na bok jakiekolwiek wspomnienie o Webbie Halfordzie. On jednak nie zgodził się, by o nim zapomnieć i o pierwszej w nocy Bonnie leżała nadal patrząc w sufit, a w jej myślach kolor brandy zlewał się z ciemnymi, przenikliwymi oczami.
    Przenikliwy dźwięk telefonu poderwał ją na nogi.
    Wysunęła się szybko z łóżka i pobiegła boso przez hol, nie chcąc, by dzwonienie obudziło Henry'ego i Paddy'ego.
    Obydwaj oczywiście już się obudzili.
    – Co się stało? – zapytał z niepokojem Henry.
    – Zaraz zobaczę – odpowiedziała, podnosząc słuchawkę. – Słucham?
    – Bonnie? – rozległ się głos Webba, a Bonnie zrozumiała, że sprawa musiała być poważna. – Bonnie, wysyłam pielęgniarkę do Paddy'ego i Henry'ego. Jesteś tu potrzebna.
    – Potrzebna… Co się stało?
    – Bill Roberts, mój współpracownik, przekroczył siedemdziesiąt lat i nie powinien już prowadzić tak rozległej praktyki jak dotąd, ale on tego nie rozumie. Wezwał go jeden z jego pacjentów. Zamiast zadzwonić do mnie, pojechał sam. – Webb zamilkł na chwilę. – Albo zasnął nad kierownicą, albo miał zawał czy atak serca. Myślę, że raczej to ostatnie. Jego samochód zajechał drogę pojazdowi nadjeżdżającemu z przeciwnej strony. Bill Roberts nie żyje, a w tamtym samochodzie była rodzina wracająca ze świątecznego przyjęcia: dwoje dorosłych i troje dzieci. Samochody się nie zderzyły, ale ta rodzina wjechała na drzewo. Potrzebuję twojej pomocy. Czy możesz przyjechać?
    – Tak. Za ile będzie pielęgniarka? – Bonnie była już zupełnie przytomna. To musiało być straszne. Pięciu ciężko rannych i jeden lekarz.
    – Wyjechała przed chwilą. To jest młodsza pielęgniarka, ale potrafi udzielać pierwszej pomocy. Czy masz już za sobą anestezjologię?
    – Dwa semestry.
    – Dzięki Bogu. Czekam w sali operacyjnej – powiedział Webb i odłożył słuchawkę.
    Paddy wyglądał zupełnie dobrze. Obudził się z głębokiego snu i oddychał pewnie i spokojnie.
    – Jedź, dziewczyno – zamruczał. – Nie czekaj na tę pielęgniarkę. Nie zginiemy sami przez pięć minut. Obiecuję oddychać co sekundę, a jeśli Henry nie będzie robił tego samego, to wstanę i dam mu kuksańca.
    Bonnie posłuchała go. Przebrała się w ciągu dwóch minut w czyste dżinsy i bluzkę. Wybiegła z domu i w chwili, gdy otwierała drzwiczki samochodu, zobaczyła samochód pielęgniarki wjeżdżający w bramę.
    W szpitalu panował chaos. Webba nie było nigdzie widać.
    – Gdzie jest doktor Halford? – Głos Bonnie z trudem przedarł się przez panujący wokół zgiełk. Jakaś młoda kobieta szlochała histerycznie, pochylona nad nieprzytomnym dzieckiem leżącym na noszach. Rozdzierające, przeraźliwe jęki dobiegały z sąsiednich noszy, na których spoczywał mężczyzna. Słychać też było płacz dziecka rozpaczliwie wzywającego matki.
    Bonnie podeszła do pielęgniarki, która stała obok szlochającej matki, położyła jej ręce na ramionach i odwróciła ją do siebie.
    – Gdzie jest doktor Halford? Moje nazwisko Gaize, jestem lekarzem. Doktor Halford podobno mnie szuka.
    – Oo… to pani. – Przerażona pielęgniarka uśmiechnęła się niepewnie. – Doktor jest na sali operacyjnej… jedno z dzieci… Prosił, żeby pani do niego jak najszybciej przyszła.
    – Czy widział ich wszystkich? – Oczy Bonnie spoczęły na jęczącym człowieku. Niemożliwe, żeby Webb go tak zostawił.
    – Jego nie badał. Właśnie go przywieziono. Trzeba było rozcinać samochód, żeby go wyjąć, a doktora nie można zawołać, bo dziewczynka, którą operuje, umiera… Ma zmasakrowaną twarz i uraz płuca.
    – Dobrze – ucięła krótko Bonnie. Źle by było, gdyby to wszystko dotarło do uszu pozostałych członków rodziny. Rozejrzała się ponownie i szybko podjęła decyzję. – Proszę o morfinę i kroplówkę.
    Najpierw postanowiła zająć się mężczyzną. Cierpiał straszliwie, a Webb go przecież nie badał.
    Obejrzała go dokładnie. Tylko zaufanie, jakie pokładała w Webbie, pozwoliło jej nie zająć się nieprzytomnym dzieckiem – pielęgniarka mówiła przecież, że Webb je już widział.
    Wzdrygnęła się, oglądając nogi rannego. Tablica rozdzielcza musiała wbić się w jego uda, jedna noga była wygięta powyżej kolana pod przerażającym kątem.
    Niepokoiło ją nie tyle złamanie, co jego skutki. Dół nogi był zimny, miał sinawą barwę, a co gorsza, nie mogła wyczuć pulsu.
    – Poproszę o morfinę – powtórzyła. – Tylko zaraz.
    – Pielęgniarka nawet się nie ruszyła i Bonnie spojrzała na nią poirytowana. – I kroplówkę. Od kiedy on tu jest?
    – Dziesięć minut.
    Nadeszła starsza pielęgniarka ze strzykawką i Bonnie z ulgą zaaplikowała mężczyźnie morfinę.
    Dziesięć minut… W samochodzie był jeszcze dłużej, pomyślała, a przez cały ten czas nie było w nodze krążenia…
    – Miejmy nadzieję, że to nie zerwanie tętnicy udowej – szepnęła cicho, zdając sobie sprawę, że jeżeli tętnica została przerwana, nic nie da się zrobić, by uratować nogę. Może chirurg naczyniowy mógłby dokonać cudu, ale chirurgów naczyniowych rzadko się tu spotykało. Chorzy mieli do dyspozycji tylko Webba i Bonnie.
    – Trzeba wykonać zdjęcie rentgenowskie – zwróciła się Bonnie do starszej pielęgniarki.
    Bonnie założyła kroplówkę. Zanim podeszła do szlochającej matki, dopilnowała, by obydwie pielęgniarki zabrały rannego na prześwietlenie.
    Wydawało się, że kobieta ucierpiała najmniej. Klęczała skulona nad nieprzytomnym dzieckiem z twarzą ukrytą na jego piersi i rozpaczliwie płakała.
    – Proszę pani – odezwała się Bonnie. – Proszę pani – powtórzyła.
    – To pani Bell – wtrąciła stojąca obok pielęgniarka.
    Bonnie wzięła słuchawki, nachyliła się nad dzieckiem i zaczęła badanie. Webb miał rację, uważając, że dziecko mniej niż inni potrzebuje natychmiastowej opieki. Oddychało głęboko, a serce biło mu równomiernie. Głęboka rana na czole wyjaśniała wszystko.
    – Czy był prześwietlany? – spytała pielęgniarkę.
    Siostra skinęła głową.
    – Tak. Zrobiliśmy od razu zdjęcie jemu i jego siostrze, którą operuje doktor Halford. – Mówiła przyciszonym głosem, mając na uwadze obecność matki. – Z dziewczynką jest gorzej, ale u Toby'ego nie zauważyliśmy nawet śladu wylewu śródczaszkowego.
    Bonnie skinęła głową, podprowadzając jednocześnie i sadzając panią Bell na krześle obok noszy. Kobieta podniosła głowę. Była blada ze strachu.
    – Toby umiera – odezwała się.
    – Toby wcale nie umiera – odpowiedziała Bonnie stanowczo. Nie czuła się wcale pewnie, ale zdawała sobie sprawę, że musi zapanować nad sytuacją. – Uderzył się w głowę i musi mieć trochę czasu, zanim dojdzie do siebie. I on jeden nie potrzebuje teraz pani pomocy.
    – Wzięła kobietę za rękę i przyklęknęła, by spojrzeć jej w oczy. – Czy może mi pani pomóc?
    Pani Bell głośno przełknęła łzy i z trudem powstrzymała łkanie.
    – T… tak.
    – To świetnie – powiedziała Bonnie cicho. – Jest nam pani teraz bardzo potrzebna.
    Drugie dziecko nie przestawało płakać. Jego płacz uspokoił Bonnie. Nie jest z nim tak źle, skoro potrafi tak głośno płakać.
    – Ma złamaną rękę – odezwała się pielęgniarka.
    Bonnie podniosła dziewczynkę, posadziła ją sobie na kolanach i podała jej środki znieczulające i uspokajające, po czym położyła dziecko na noszach przy matce.
    Łkanie natychmiast ustało. Uspokojona co do losu syna, pani Bell zajęła się córeczką. Bonnie przykryła je kocami.
    – Gdy przywiozą pana Bella z prześwietlenia, proszę go postawić przy żonie – poleciła Bonnie, zakładając pani Bell kroplówkę. – Świetnie sobie pani daje radę – szepnęła do niej.
    – Sophie… gdzie jest Sophie? – jęknęła pani Bell. – A mój mąż…
    – Pani mąż będzie tu za chwilę. Teraz jest na prześwietleniu. Zabierzemy go zaraz na salę operacyjną. Musimy przywrócić mu krążenie w nodze.
    – A Sophie jest w dobrych rękach. Jest z doktorem Halfordem na sali operacyjnej – odezwała się siostra przełożona. Zakończyła już prześwietlanie i wręczyła Bonnie klisze. – Proszę obejrzeć wyniki, a ja się tutaj zajmę resztą.
    W życiu swoim nie odczytywała tak szybko badań rentgenologicznych, a to, co z nich wyczytała, zmusiło ją do jeszcze większego pośpiechu… Noga była pogruchotana, ale nie na tyle, by nie można było jej nastawić. Gdyby kość została zmiażdżona, istniałoby duże ryzyko, że arterii nie uda się uratować. W tym jednak wypadku… Gdyby można go było zaraz zawieźć na salę operacyjną!
    – Nareszcie – rzucił Webb, gdy weszła na salę. – Zajęło to pani sporo czasu.
    Bonnie zaczerwieniła się.
    – Przywieziono już pana Bella – powiedziała, starając się mówić spokojnie.
    – No i?
    Bonnie przyjrzała mu się. W jego głosie nie było gniewu, tylko zdenerwowanie i rozpacz.
    – To pana znajomi?
    – Trevor Bell jest właścicielem miejscowego baru – odpowiedział. – To mój dobry przyjaciel. A ta mała – wskazał na dziecko na stole operacyjnym – to Sophie.
    Najlepsza koleżanka mojego syna.
    – Jej ojciec będzie żył – powiedziała szybko, dostrzegając kryjącą się w jego oczach trwogę. – Nogi ma pogruchotane i zakłócenie krążenia, które wymaga natychmiastowej interwencji – dodała cicho, by dziewczynka nie mogła jej słyszeć.
    – Trzeba będzie z tym zaczekać. – Webb odwrócił się tyłem do Sophie. Dziecko było przytomne, z jego ust sterczała rurka intubacyjna. Doznało wstrząsu i rzucało się teraz w panicznym strachu. – To jest odma. Muszę wprowadzić dren. Chciałem to zrobić przy miejscowym znieczuleniu, ale nie potrafię jej uspokoić.
    Twarz dziewczynki wyglądała okropnie.
    – Nie była przypięta pasem bezpieczeństwa – wyjaśnił Webb. – Ma złamane kości policzkowe. Krew zalewa jej gardło. Słuchaj, ja muszę wprowadzić dren. Ona ma niewydolność oddechową, lewe płuco się nie rozpręża.
    Niewiele jednak mogli zrobić, dopóki dziecko było ogarnięte paniką. Webb na próżno usiłował dokonać cięcia na klatce piersiowej.
    Bonnie spojrzała w ogarnięte trwogą oczy dziewczynki. To nie ból, lecz paniczny strach kazał jej walczyć z nimi.
    – Może uda nam się przy miejscowym znieczuleniu.
    Podeszła do głowy łóżka i wzięła dziewczynkę za rękę.
    – Sophie, uspokój się – powiedziała łagodnie. – Posłuchaj, sama sobie szkodzisz. Uspokój się.
    Webb obrzucił Bonnie uważnym spojrzeniem. Uznał, że ma rację i dezynfekując klatkę piersiową, zrobił zastrzyk znieczulający.
    Dziewczynka dusiła się i dławiła, więc Bonnie szybko obejrzała jej usta. Duże rozcięcie wewnątrz ust na dolnej wardze wywoływało krwawienie, które zmusiło Webba do intubacji. Musiał się przecież skoncentrować na płucu.
    – Wyjmuję – powiedziała Bonnie, nie spuszczając oczu z Sophie. – Męczy ją to bardzo; we dwoje jakoś sobie poradzimy.
    Oczyściła usta Sophie z krwi, przekręciła delikatnie twarz dziewczynki na bok, tak żeby krew ściekała w zagłębienie, jakie tworzył policzek, a nie, jak do tej pory, w głąb gardła. A potem wyjęła rurkę intubacyjną.
    – Krew leci ci z rozcięcia, jakie masz na wardze – zwróciła się Bonnie do Sophie. Zasłaniała sobą Webba, tak by dziewczynka nic nie widziała. – Muszę zatamować krew.
    Dziewczynka była nadal przerażona. Bonnie uśmiechnęła się do niej.
    – Mamusia i tatuś czekają na ciebie. Kiedy tylko zatamujemy ci krwawienie, zabierzemy cię do nich.
    Sophie nagle się uspokoiła. Bonnie zrobiła jej miejscowe znieczulenie wargi, odnalazła pulsującą tętnicę i zszyła ją.
    Krwawienie ustało.
    Gdy Bonnie kończyła ostatni szew, dziewczynka była już zupełnie spokojna. Szok, w jakim się znajdowała, powoli mijał.
    Gdy dziecko zapadło w sen, Bonnie odwróciła się w stronę Webba. Dokonał już cięcia długości blisko czterech centymetrów pomiędzy czwartym a piątym żebrem, rozcinając warstwy mięśni.
    Patrzyła z uczuciem ulgi na zręczne palce Webba, który wprowadzał do klatki piersiowej dziewczynki plastikową rurkę.
    Mieszkańcy Kurrary mieli szczęście otrzymując, jako swego lekarza, człowieka o takich umiejętnościach.
    A był przecież teraz, po śmierci doktora Robertsa, jedynym lekarzem w mieście. Obowiązki, które na nim ciążyły, musiały go z pewnością przytłaczać.
    Webb szybko umocował rurkę w otworze klatki piersiowej i uszczelnił go taśmą, tak żeby powietrze nie dostawało się z zewnątrz do jamy płucnej.
    Czekając na Bonnie, przygotował cewnik śródżebrowy, który podłączył do ssaka. Powietrze zaczęło teraz opuszczać jamę opłucnej.
    – Nie ma innych obrażeń? – zapytała Bonnie, podczas gdy Webb ustawiał cewnik.
    – Nie jestem pewien. Z pewnością występuje wewnętrzne krwawienie, ale kiedy się tu dostała, była na pół przytomna i nie straciła zupełnie świadomości. Przy odrobinie szczęścia…
    O to właśnie powinni się teraz modlić, pomyślała Bonnie. O odrobinę szczęścia.
    – Trzeba ją wysłać do Melbourne. Jeśli nie mają jej zostać na twarzy blizny – odezwał się Webb – potrzebny będzie chirurg plastyczny. Zamówiłem już transport lotniczy. No, a teraz trzeba się zająć Trevorem…
    Gdy tylko Sophie została wywieziona, do sali operacyjnej wwieziono jej ojca. Jego noga była nadal blado-sina i zimna.
    – W porządku, chłopie – odezwał się Webb serdecznym tonem do swego półprzytomnego przyjaciela. – Pozlepialiśmy już jako tako twoją żonę i dzieciaki. Nic im nie będzie. Musimy się teraz zabrać do twoich nóg. Żebyś mógł ruszać palcami.
    Bonnie podała środek usypiający, bo w tym przypadku nie było mowy o poprzestaniu na miejscowym znieczuleniu, a Webb zaczął odczytywać wyniki badań rentgenologicznych. Gdy Trevor powoli tracił świadomość, Webb delikatnie, starannie nastawiał pogruchotaną nogę.
    Wymagało to czasu. Palce były nadal lodowate i bladosine, a Bonnie powoli traciła nadzieję.
    Gdy noga została wreszcie nastawiona, Webb lekko ją nacisnął, wyprostowując możliwie najbardziej. Tętnica także wyprostowała się i krew mogła przepływać swobodniej. Nic więcej nie można było zrobić. Pozostawało czekanie.
    I nagle rozległo się westchnienie ulgi. Webb odwrócił się do Bonnie z triumfującym uśmiechem. Nie było wątpliwości. Dolna część nogi zaczęła nabierać delikatnego, różowego odcienia. Webb przesunął palcami po kostce u nogi Trevora.
    – Jest puls – powiedział z zadowoleniem. – Udało się. Bonnie, udało nam się!
    Samolot pogotowia ratunkowego wylądował przy szpitalu o piątej po południu. Jechać miała cała rodzina.
    Trevorowi potrzebny był chirurg ortopeda, Sophie miała przejść operację plastyczną i rozłąka naraziłaby rodzinę na dodatkowe niepokoje.
    Bonnie i Webb z ulgą zauważyli, że na pokładzie samolotu było dwóch lekarzy: specjalista od nagłych wypadków i anestezjolog, oraz trzy wykwalifikowane pielęgniarki. Można by powiedzieć, że cała rodzina znalazła się pod lepszą opieką niż w szpitalu w Kurrarze.
    – Znakomicie to wszystko wygląda – powiedział specjalista, oglądając klatkę piersiową i twarz dziewczynki. – Urządzenia, jakie mamy w samolocie, wyeliminują niebezpieczeństwo związane ze zmianami ciśnienia. Będziemy z panem pozostawać w kontakcie.
    – Bardzo proszę, całe miasto będzie się o nich pytać.
    – Webb – odezwał się jeszcze drugi lekarz. Znał najwyraźniej Webba osobiście. – Czy chcesz, żebyśmy zabrali ciało doktora Robertsa?
    Webb pokręcił przecząco głową.
    – Nie. To był mój współpracownik i przyjaciel. Żona także nie zgodzi się na wywożenie ciała.
    – Ale policja prosi o zrobienie sekcji zwłok – odpowiedział anestezjolog cichym głosem, widząc, iż rozmowa ta sprawia Webbowi ból. – On przecież zjechał z drogi bez widocznego powodu. A nie macie u siebie patologa.
    – Ja sam zrobię sekcję.
    – Skoro był pańskim przyjacielem, to nieetyczne – wtrącił lekarz specjalista. – Nieetyczne i niemądre.
    – Doktor Roberts nie pojedzie do Melbourne.
    Webb zacisnął pięści. Widać było, że cierpi i jest już u kresu wytrzymałości.
    – Jeżeli to konieczne, to ja zrobię sekcję – powiedziała Bonnie.
    – Jak to?
    Bonnie wzruszyła ramionami.
    – Mam dokładnie takie same kwalifikacje jak pan – wyjaśniła Webbowi – a przy tym nie jestem w tę sprawę tak zaangażowana emocjonalnie.
    – To świetny pomysł, Webb. Zostaw to doktor Gaize. I nie wzywaj nas przez najbliższych parę miesięcy.
    Po chwili Webb i Bonnie stali razem, obserwując start samolotu. Dramat się zakończył. Mieli czas do następnego razu.
    Bonnie poczuła się straszliwie zmęczona. O ile bardziej wykończony musiał być Webb!…
    – Dał pan z siebie wszystko – powiedziała miękko. Jego umiejętności chirurgiczne były rzeczywiście imponujące, zważywszy na to, że był przecież tylko prowincjonalnym internistą. Precyzji, z jaką operował, mógłby mu pozazdrościć niejeden chirurg.
    – Pani nie była gorsza. Dziękuję, pani doktor.
    Bonnie spojrzała na zegarek. Niedługo powinna zacząć doić krowy.
    – Czy mógłby pan… czy mógłby mnie ktoś zastąpić, żebym mogła zrobić sekcję?
    – Wiele bym dał za to, żeby nie musiała pani tego robić – powiedział ze złością. – A niech to… A niech to…
    – Ja też bym chciała, żeby nikt tego nie musiał robić – odparła cicho. Cała złość, z jaką o nim myślała, zniknęła bez śladu, gdy widziała, jak cierpi. – Ale przecież rodzina doktora Robertsa będzie chciała wiedzieć, co się stało…
    – O Boże… – Webb przejechał ręką po włosach. – Ethel… Muszę się z nią zobaczyć.
    A Bonnie musiała wydoić krowy. Zagryzła wargi i spojrzała po raz ostatni na Webba.
    – Pójdę już. Webb…?
    – Tak?
    – Bardzo mi przykro.
    Patrzył na nią przez dłuższą chwilę, a potem ręka jego wyciągnęła się, by jej dotknąć. Potrzebował pociechy, a Bonnie nie mogła się ruszyć z miejsca.
    Ale potem zamknęła oczy, odwróciła się i pobiegła do samochodu.

Rozdział 6

    Obydwaj mężczyźni spali głęboko, gdy wróciła. Na jej spotkanie wyszła pielęgniarka.
    – Nawet się nie ruszyli. Ale co w szpitalu?
    W głosie jej brzmiał niepokój, a Bonnie zaczęła rozmyślać nad różnicą pomiędzy światem medycznym w mieście i na prowincji. Tutaj dramat, który się wydarzył, obchodził wszystkich.
    – Nie żyje… Doktor Roberts nie żyje! – Twarz dziewczyny zalała się łzami. – Urodziłam się przy nim… Odbierał poród. Nie mogę w to uwierzyć, że już nie żyje. – Zaszlochała znowu. – A skąd weźmiemy teraz drugiego lekarza? – Westchnęła głęboko, próbując się opanować. – Pojadę już sobie, a pani niech się trochę prześpi, zanim się obudzą.
    Ciekawe jak, pomyślała Bonnie. Czekało ją dojenie krów, mycie w łóżku Henry'ego, prysznic Paddy'ego, śniadanie, pranie…
    Zmęczenie sprawiało jej niemal fizyczny ból. Gdy jako ostatnią doiła jałówkę rekonwalescentkę, oparła o nią na chwilę głowę, a wtedy oczy się jej same zamknęły.
    – Pani doktor!
    Ocknęła się momentalnie i rozejrzała dookoła z poczuciem winy. Jak długo drzemała?
    Podniosła się, próbując pozbierać myśli. Przy bramie prowadzącej na podwórze dostrzegła dwóch mężczyzn i kobietę. Na litość boską, co oni sobie o niej pomyślą!
    Wydawało się, że doskonale wiedzieli, dlaczego zasnęła. Gdy zbliżyła się do nich, dostrzegła oczy patrzące na nią z sympatią i zrozumieniem.
    – Proszę pani… Bonnie. To ja, Neil Crammond. – Starszy z mężczyzn, krzepki i ogorzały, wyciągnął do niej rękę. – Pewnie nas nie pamiętasz? Jesteśmy najbliższymi sąsiadami. To moja żona Grace, a ten obibok tutaj to mój syn.
    – Mój Boże, dziewczyno, przecież ty ledwie zipiesz – zaczęła kobieta, uśmiechając się ciepło do Bonnie.
    – Gdybyśmy tylko wiedzieli…
    – Przecież wiedzieliśmy – zaprotestował Neil. – Wiedzieliśmy, że Henry Gaize wrócił ze szpitala. Nie wiedzieliśmy tylko, że to ty się nim opiekujesz. Doktor Halford mówił, że przyjechała córka Henry'ego. – Przyjrzał się Bonnie. – Wykapana matka – dodał z uśmiechem. – No i nie ma wątpliwości, że urosłaś.
    Bonnie patrzyła na nich oszołomiona. Ciotka Lois nie pozwalała jej na przyjaźnie z sąsiadami. Nie było nigdy pieniędzy na stroje dla niej, a po skończonej nauce była zawsze potrzebna w gospodarstwie. Ale coś powoli zaczęło się jej przypominać.
    – Sposób, w jaki cię ciotka traktowała, wołał o pomstę do nieba – odezwała się kobieta. – Powiedziałam to dziś doktorowi Halfordowi, gdy dzwonił.
    – A on powiedział nam, co się tu naprawdę dzieje – wtrącił Neil. – Myśleliśmy, że to Jacinta przyjechała do ojca, a nie ma tu w okolicy chyba nikogo, kto by chciał chociaż kiwnąć dla niej palcem. Ale ty, dziewczyno, to co innego… Wszyscy w całej okolicy mieli ci zawsze ochotę pomóc.
    – No i nareszcie możemy – skończyła kobieta z zadowoleniem w głosie. – Po to tu przyjechaliśmy. Neil, rozładuj samochód.
    Bonnie nic nie rozumiała. Rozłożyła bezradnie ręce.
    – Nie wiem, co doktor Halford mówił…
    – Opowiedział nam, że prowadzisz gospodarstwo, pielęgnujesz dwóch inwalidów i zapracowujesz się na śmierć. A teraz… teraz potrzebna jesteś znowu w szpitalu, a on się obawia, że padniesz z nóg. No więc – pani Crammond wzięła się pod boki – ja jestem wykwalifikowaną pielęgniarką. Niewiele już wprawdzie pamiętam, bo było to dawno temu, ale doktor Halford mówi, że poza umiejętnością umycia leżącego pacjenta wystarczą zapędy dyktatorskie i odrobina zdrowego rozsądku, a to akurat posiadam.
    – Zwłaszcza zapędy dyktatorskie – wtrącił syn, odpowiadając uśmiechem na piorunujące spojrzenie matki.
    – A Pete będzie doił krowy. Nie jest to taki wielki problem, bo swoich mamy teraz tylko trzydzieści, więc da sobie radę. Neil zajmie się całą resztą, jeżeli Pete będzie potrzebował pomocy. A ja… – pani Crammond zawinęła rękawy, ogarniając wszystkich matczynym wzrokiem – a ja będę gotować i sprzątać i wszystko urządzę jak trzeba. Ty będziesz pomagać doktorowi Halfordowi, żeby obydwoje nasi lekarze nie wyglądali tak, jakby mieli zaraz paść trupem, tak jak… tak jak doktor Roberts.
    Pociągnęła żałośnie nosem i odwróciła się szybko, by ukryć słabość, której się zawstydziła.
    Bonnie uśmiechnęła się. Pamiętała panią Crammond.
    Wkrótce po śmierci matki wręczyła jej kiedyś w szkole paczuszkę, w której Bonnie znalazła śliczną, wyjściową sukienkę.
    – Znałam i bardzo kochałam twoją mamę – powiedziała jej wtedy Grace Crammond, ale Bonnie najbardziej utkwiło w pamięci to, co stało się potem. Ciotka Lois odebrała jej sukienkę, mówiąc, że jest dla niej nieodpowiednia, a potem nosiła ją Jacinta.
    – Doskonale panią pamiętam – powiedziała Bonnie cicho. – Nie wiedziałam… zapomniałam, że pani znała moją matkę.
    Rozległo się znowu chlipanie, ale wkrótce Grace Crammond odzyskała panowanie nad sobą.
    – Przyjaźniłam się z nią. W grobie by się chyba przewróciła, gdyby zobaczyła, że nie kiwnęłam nawet palcem, kiedy jej córka jest tak przepracowana. Tak jak musiała się przewracać przez te wszystkie lata, patrząc, jak cię traktuje ciotka. A teraz pokaż mi, co trzeba zrobić i prześpij się ze dwie godzinki. Doktor Halford czeka na ciebie o wpół do dwunastej.
    – Nie wiem, czy mogę się na to zgodzić – zaprotestowała Bonnie nieśmiało.
    – Zmykaj spać, niech matka się już tutaj rządzi – rozkazał Neil.

    Gdy Bonnie zwlokła się z łóżka o jedenastej, okazało się, że dom wuja odwiedziły już całe procesje sąsiadów, którzy przynosili jedzenie i ofiarowali pomoc.
    – Nic… nic nie rozumiem – powiedziała Bonnie, półprzytomna jeszcze ze snu.
    – Wiadomości szybko się rozchodzą – tłumaczyła Grace. – Lois Gaize skutecznie wszystkich odstraszyła.
    A twoje pojawienie się w szpitalu zeszłej nocy sprowadziło tu znowu ludzi.
    – Wszyscy tu lubią państwa Bellów? – odezwała się Bonnie, a Grace pokiwała głową.
    – Bardzo. Biedny ten nasz doktor Halford… Najpierw dostał wiadomość o stracie najbliższego kolegi, a potem przywieźli Bellów w takim stanie. Trevor jest jego przyjacielem i przeszłość znów do niego powróci.
    – Grace otrząsnęła ręce z mąki nad stolnicą i pociągnęła nosem. – Idź już, dziecko. Doktor Halford czeka na ciebie, a masz podobno jeszcze zrobić sekcję tego biedaka, doktora Robertsa. Okropność, ale jeśli to ma uspokoić Ethel… Ona chciałaby wiedzieć, dlaczego to się stało…
    – Miejmy nadzieję, że będę jej mogła wytłumaczyć – powiedziała Bonnie bez przekonania.
    Gdy piętnaście minut później wjeżdżała na parking przyszpitalny, Webb wybiegł jej na spotkanie.
    Wyglądał tak, jakby nie zmrużył oka. Widać było, że jest wykończony, a Bonnie zastanowiła się przez chwilę, co Grace miała na myśli mówiąc, że przeszłość znowu powróci.
    – Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko natychmiast się tu pojawić, skoro pan wszystko tak dokładnie zorganizował – oznajmiła.
    – Nie ma takiej drugiej kobiety jak Grace Crammond. – Zmęczone oczy Webba rozjaśniły się trochę.
    – Przez dziesięć lat była siostrą przełożoną w tym szpitalu, zanim wyszła za mąż za Neila, i jak słyszę, zarządza domem w podobny sposób jak kiedyś szpitalem. A teraz będzie urządzać życie Henry'emu i Paddy'emu w najdrobniejszych szczegółach.
    – Kiedy wyjeżdżałam, karmiła ich placuszkami z dżemem polewanymi śmietaną – uśmiechnęła się Bonnie. – Ze świecą można szukać równie szczęśliwych ofiar tyranii.
    Webb uśmiechnął się także, ale zmęczenie i napięcie nie znikły z jego twarzy, a Bonnie wyczuła, co zaprząta jego myśli.
    – Proszę mi pokazać drogę – odezwała się cicho.
    – Pomogę pani.
    Potrząsnęła głową.
    – Nie. Mało znałam doktora Robertsa i mogę to zrobić…
    Dla ciebie…
    Nie wypowiedziała tych słów, ale można się ich było domyślić. To musi być straszne – robić sekcję zwłok własnego przyjaciela. A ona może go od tego uwolnić. Miała przecież powody, by czuć do niego wdzięczność.
    Wdzięczność?
    Wiedziała przecież doskonale, że zakochała się nieprzytomnie w Webbie Halfordzie i że zrobiłaby wszystko, żeby tylko z twarzy jego zniknęło przygnębienie.
    Wszystko?
    Nie była to prawda. Wiedziała, że nigdy się nie zgodzi na romans. Był żonaty i miał dziecko, a małżeństwo i rodzina to rzeczy święte.
    – Czy ma pan historię choroby doktora Robertsa? – zapytała, a Webb potrząsnął głową.
    – Bill Roberts nie przechodził od lat żadnych badań. Poprzedni lekarz, który tu pracował, stwierdził u niego dziesięć lat temu nieco podwyższone ciśnienie. Wyglądał ostatnio na zmęczonego i namawiałem go, żeby dał się zbadać, ale nic z tego nie wyszło…
    – Proszę mi pokazać drogę – powtórzyła cicho. – Im prędzej zacznę, tym szybciej będzie po wszystkim.
    Ciało doktora Robertsa leżało w kostnicy. Twarz miał pogodną i zdawać by się mogło, że zasnął spokojnie. I może tak właśnie było, pomyślała Bonnie, czytając notatki dostarczone przez policję. Świadek zeznawał, że samochód Billa zajechał drogę nadjeżdżającemu z naprzeciwka samochodowi. Samochód Bellów zarzucił na bok i wpadł na drzewo, a samochód doktora Robertsa zatrzymał się jakieś sto metrów dalej, z niczym się nie zderzając. Znaleziono go martwego, leżącego na kierownicy.
    Miał wysokie ciśnienie…
    Przez dziesięć lat się nie leczył…
    Bonnie zrobiła cięcie.
    I to wystarczyło. Ślady krwawego wylewu uzmysłowiły jej, co się stało. Ethel Roberts otrzyma ciało męża nienaruszone. Nie ma potrzeby zakłócania jego spokoju.
    Tętniak aorty spowodował natychmiastową śmierć. Bonnie odetchnęła z ulgą na myśl, że taką właśnie wiadomość będzie mogła przynieść Ethel.
    Zakryła prześcieradłem twarz zmarłego i skończyła robienie notatek dla koronera. Ethel będzie już teraz mogła pogrzebać swego męża.
    Bonnie wyszła z kostnicy i weszła do gabinetu Webb'a. Siedział za biurkiem z twarzą ukrytą w dłoniach. Plecy miał pochylone jakby w poczuciu klęski.
    – Webb? – odezwała się cicho.
    – Czy wiesz, że wyglądasz na jedenastoletnią dziewczynkę? – zapytał, podnosząc głowę.
    – Czuję się tak, jakbym miała sto lat.
    – Jeżeli ty masz mieć sto lat, to ja mam chyba sto pięćdziesiąt – przerwał jej z bladym uśmiechem. – Szybko wróciłaś. Co to było?
    – Tętniak aorty. Musiał umrzeć od razu.
    Skinął głową i sięgnął po słuchawkę.
    – Zadzwonię do Ethel.
    – Czy wyników nie powinien ogłosić najpierw koroner? – spytała Bonnie, ale Webb wykręcał dalej numer.
    – Nic mnie to nie obchodzi – odparł. – Ethel odchodzi od zmysłów. Myśli, że jej mąż spowodował wypadek, bo zasnął za kierownicą i nie daje sobie wytłumaczyć, że jego śmierć nie miała związku z wypadkiem. Ta wiadomość pozwoli jej to lepiej zrozumieć.
    – Może zechce pan do niej pojechać? Zajmę się tu przez ten czas wszystkim.
    Webb potrząsnął głową.
    – Jest tam cała rodzina. Ona po prostu czeka na telefon ze szpitala.
    Słuchając, jak Webb rozmawia z Ethel, Bonnie zastanawiała się po raz nie wiadomo który, co kieruje tym człowiekiem. Potrafił się posunąć do gryzącej ironii i okrucieństwa, gdy tylko uważał, że wymaga tego sytuacja, a czasami, jak teraz, zdawał się uosobieniem delikatności i dobroci.
    – Przyjdę dziś po pracy – powiedział i skończył rozmowę.
    Po pracy, pomyślała Bonnie. Jakby przez najbliższe parę tygodni mogło istnieć dla Webba coś takiego jak czas wolny od pracy.
    Jakby czytając w jej myślach, Webb, kładąc słuchawkę, zwrócił się do niej.
    – Potrzebna mi będzie pomoc – powiedział bez ogródek, a Bonnie kiwnęła głową.
    – Wiem – uśmiechnęła się – po to przecież wyszukał pan Grace Crammond. – Rozłożyła ręce w przyjaznym geście. – Oczywiście, że przez najbliższe parę tygodni będę mogła pomagać.
    – Ale ja wcale nie mówię o paru tygodniach.
    Zapadła cisza. Bonnie spuściła wzrok.
    – Ja… ja nie mogę przyjąć stałej pracy.
    – Nie rozważyłaby pani posady lekarza ogólnego w Kurrarze?
    – W marcu zaczynam staż – oznajmiła. – W żaden sposób nie mogę teraz myśleć o zmianie wszystkich planów, żeby przyjechać do… żeby przyjechać tutaj.
    – Żeby przyjechać do domu – poprawił ją Webb. – To chciała pani przecież powiedzieć. Dlaczego pani nie dokończyła zdania?
    Spojrzała mu prosto w oczy.
    – Bo to nie jest mój dom. To nigdy nie był mój dom. To nie jest moje miejsce.
    – Pani matka się tu urodziła.
    – Skąd pan to wie?
    – Grace Crammond opowiedziała mi całą pani historię, gdy zadzwoniłem do niej dziś rano. Głupio mi teraz, że nie porozmawiałem z nią przed swoim przyjazdem do Melbourne, zamiast oskarżać panią.
    – A co… Grace mówiła?
    – Że mama wyjechała stąd po ślubie, a Henry był jej bratem. Opowiadała, że byli sobie z Henrym bardzo bliscy, ale stosunki z Lois nie układały się najlepiej. A potem, po śmierci pani rodziców, wuj chciał panią koniecznie zaadoptować, a Lois wypełniała swoje obowiązki, ale że trudno sobie wyobrazić, żeby można je było gorzej wypełniać. Ale… ale pomimo wszystko myśli pani o tym miejscu jako o swoim domu?
    – Tak… Ale nie mogłabym tu wrócić.
    Pokiwał głową.
    – Potrafię to zrozumieć. Chciałbym tylko, żeby pani rozważyła moją propozycję. Bill Roberts powinien był przejść na emeryturę już parę lat temu, więc stopniowo ograniczał swoją praktykę. Już półtora roku temu rozpoczęliśmy poszukiwania nowego lekarza, ale bezskutecznie. Mało ludzi chce pracować na wsi.
    – A dlaczego panu to odpowiada? – spytała.
    – Może słyszała pani, że moja żona odniosła poważne obrażenia w wypadku samochodowym przed paru laty. Nie wytrzymywała napięcia, jakie z sobą niesie życie w mieście, więc przywieźliśmy naszego chłopca tutaj. A teraz… teraz Sam w swojej szkole czuje się doskonale, a Serena jest zadowolona ze swojego studia i pieca do wypalania i wszyscy są szczęśliwi. Ale jeśli nikogo nie znajdę…
    – Wtedy ani Serena, ani Sam nie będą mieli z pana wielkiej pociechy – skończyła Bonnie.
    Spojrzał na zegarek i skrzywił się. Słychać już było pierwsze kroki pacjentów.
    – Zaczynają się popołudniowe godziny przyjęć.
    – Więc jak bym mogła pomóc?
    – Wyrażając zgodę na przyjazd tutaj na stałe.
    – O tym nie może być mowy.
    – Nie rozważy pani tego jeszcze? – Wstał i podszedł do niej, aby położyć jej rękę na ramieniu. Dotyk jego przyprawił ją o drżenie, ale zdołała zachować spokój.
    – Proszę… – zagryzła wargi.
    – Co się stało?
    – Nie chcę… nie chcę, żeby mnie pan dotykał – szepnęła.
    – Do licha! Dlaczego?
    W jego głosie można było wyczuć nutę zdziwienia – jakby dotknięcie jej sprawiało mu przyjemność i jakby był przy tym pewny, że ona odwzajemnia te uczucia.
    – Ponieważ tego nie lubię – odpowiedziała spokojnie. Uchyliła drzwi i rzuciła okiem na wypełniającą się szybko poczekalnię. – Zdaje się, że schodzą się już pacjenci. Czy… czy mogę kilku z nich zabrać?
    Webb pokiwał głową.
    – Bardzo bym chciał.
    – I pójdzie się pan położyć spać?
    – A pani będzie tu pracować? To nie bardzo sprawiedliwe.
    – O piątej pojadę do domu i zostawię pana na noc – oznajmiła. – A sam pan wie, że nie ma żadnej pewności, że nie będzie pan budzony w nocy.
    Zawahał się, ale widać było, że jest zmęczony i ulega pokusie.
    – Jeśli rzeczywiście pani tak uważa… – Podniósł znowu rękę, by jej dotknąć, ale Bonnie cofnęła się, a oczy Webba zmrużyły się w ironicznym uśmiechu. – Nie mam zamiaru pani gwałcić, pani doktor.
    – Nie udałoby się to panu – odpowiedziała lodowatym tonem. – Mam czarny pas w dżudo.
    – A więc gdybym podszedł do pani, gdybym chciał położyć ręce na pani ramionach i gdybym spróbował panią pocałować…
    – Niech pan tego nie robi. – Bonnie z rozpaczą zerknęła do tyłu. Z poczekalni przyglądało im się z żywym zainteresowaniem sześć par oczu.
    – Mówiła pani przecież, że się potrafi bronić.
    Po jego twarzy błąkał się ironiczny uśmieszek.
    – Jeżeli trzeba, potrafię się bronić. Niech mnie pan zostawi!
    Krzyknęła to z rozpaczą, ale z góry wiedziała, że to na nic się nie zda. Webb Halford zbliżył się do niej, położył jej ręce na ramionach i nachylił się, by ją pocałować.
    Nie minęła sekunda, gdy leżał na plecach.
    Z poczekalni dobiegły ich oklaski. Bonnie wyjrzała przez drzwi i poczerwieniała. Pacjenci słyszeli całą wymianę zdań, a teraz śledzili akcję.
    – Ostrzegałam pana – przemówiła do człowieka leżącego na podłodze.
    – Święta prawda. – Uśmiechnął się, a potem napięcie, w jakim żył przez ostatnią dobę, znalazło ujście w głośnym śmiechu. – Uszkodziła mi pani kręgosłup. Musi mi pani teraz pomóc się podnieść.
    – Nie rób tego, dziecko – zachichotała starsza kobieta. – Nie dasz mu potem rady.
    – Poturbowała mnie pani na oczach moich pacjentów! – Webb starał się mówić żałosnym tonem, ale nie bardzo mu to wychodziło. – Proszę mi pomóc wstać, bo inaczej wytoczę pani proces i zażądam odszkodowania, a moi adwokaci domagać się będą spłaty długów nawet pod postacią czerwonego, sportowego samochodu i skończy się na tym, że będzie pani zmuszona jeździć używanym rowerem.
    Leżał nadal i Bonnie dotknęła go czubkiem buta.
    – Niechże pan wstanie. Jeśli nawet nie zależy panu na własnej opinii…
    – Mojej opinii?! Zostałem powalony na ziemię przez kobietę…
    – Proszę wstać!
    – Będę tu leżał do wieczora, jeśli mi pani nie pomoże. Przeskoczył mi chyba dysk…
    Bonnie spojrzała na niego. Śmiech w poczekalni także zamarł, pacjenci chyba się przestraszyli.
    Bonnie odczuła niepokój. Opadł z takim hałasem… Jeżeli coś mu się stało… Przecież chyba nie przewróci jej przy tylu świadkach?
    Wyciągnęła do niego rękę i w tej samej chwili znalazła się na podłodze.
    – Na litość boską! – Nie wiedziała już, czy ma się śmiać czy płakać. Przecież ten człowiek ma ponad trzydzieści lat, jest ogólnie szanowanym lekarzem, a wszyscy ci pacjenci przyszli tu z jakimś problemem i nie mogą się doczekać, aż ich przyjmie. A co sobie o niej ludzie pomyślą? Poczekalnia trzęsła się od śmiechu.
    – Proszę mi dać wstać – syczała, walcząc jak oszalała, by wyzwolić się z jego objęć.
    – Będzie to panią dużo kosztowało.
    Trzymał ją mocno, nie zwracając uwagi na szamotanie.
    – Nie rozumiem.
    Tak trudno było stawić mu należyty opór, czując te wszystkie oczy na sobie i słysząc śmiechy.
    – Cena to przyjście jutro wieczorem na kolację. Serena i Sam dziś wracają. Opowiedziałem im o pani i bardzo chcą panią poznać. Serena zaprasza na jutro, a Grace powiedziała, że…
    – Widzę, że wszystko już pan zaplanował…
    – Chciałem zaprosić panią na kolację, ale nie myślałem, że odbędzie się to na podłodze. No ale skoro już się tu znaleźliśmy, byłbym głupi, nie wykorzystując swojej przewagi. No więc przyjmuje pani zaproszenie na jutro?
    – Serena zaprasza? – zapytała podejrzliwie, a Webb się uśmiechnął.
    – Serena i Sam, i nasza kotka Christabelle, i żółw wodny Sama, Mabel. – Webb rozejrzał się dookoła. – Jak państwo myślą, doktor Gaize nie ma chyba wyjścia i musi przyjąć zaproszenie?
    Odpowiedział mu śmiech i aprobata zebranych.
    – Pójdź tam, dziecko – zachichotała starsza pani. – Wyjdzie wam to obojgu na dobre, a Serena wyśmienicie gotuje.
    – No więc jak? – powtórzył pytanie Webb. Uśmiechnął się, a serce jej, już nie po raz pierwszy przecież, załomotało.
    – Zgoda – rzekła krótko, z trudem podnosząc się na nogi. Rozejrzała się po poczekalni i zmusiła się do uśmiechu. – Pojęcia nie mam, jak państwo wytrzymują z takim aroganckim, apodyktycznym i zarozumiałym człowiekiem…
    – Nie mamy innego – odpowiedziała jej kobieta, a śmiech w poczekalni powoli zamierał wraz ze wspomnieniem wczorajszej tragedii. – Bądź lepiej, dziecko, dla niego dobra. On jeden nam już pozostał.

Rozdział 7

    Przez całe popołudnie Bonnie przyjmowała pacjentów. Wszyscy pytali przed końcem wizyty, dlaczego wróciła i jak długo tu jeszcze zostanie.
    Jak długo?
    Jak tylko będzie można najkrócej, pomyślała.
    Tego dnia już nie zobaczyła Webba. Zatelefonował następnego dnia rano, gdy jadła śniadanie przyrządzone przez Grace Crammond.
    – Naprawdę dam sobie radę – mówiła właśnie Bonnie do Grace. – Nie musicie tu przychodzić. Chyba żeby Webb znowu mnie wezwał do szpitala.
    – Po to, żebyś się na śmierć zapracowała? Nie martw się zresztą o nas, bo jest nam tu bardzo dobrze.
    Bonnie musiała to przyznać. Grace rzeczywiście robiła wrażenie zadowolonej i to samo można było powiedzieć o Henrym i Paddym. Grace zgadywała ich życzenia, dyrygowała nimi i czuwała nad ich powrotem do zdrowia. Miała przy tym autorytet, o którym Bonnie mogła tylko marzyć. Paddy zaokrąglił się na twarzy i chyba ze trzy razy dał się słyszeć śmiech Henry'ego.
    – Czy mogłaby pani przyjąć dziś pacjentów? – zapytał Webb, gdy podniosła słuchawkę. – Muszę pójść na pogrzeb Billa.
    – Oczywiście – odpowiedziała. Grace mówiła jej już o pogrzebie.
    – Dziękuję. – Webb wydawał się zmęczony. – Przyjadę o szóstej i pójdziemy do mnie na kolację.
    Kolacja… Wcale nie chciała tam iść. Nie może…
    – Webb, kiedy ja naprawdę nie mogę. Nie mogę znowu prosić Grace, żeby zajmowała się Henrym i Paddym…
    – Daj spokój – krzyknęła Grace z kuchni. – Doktor Halford już wszystko ze mną załatwił.
    – Zobaczymy się o szóstej – powiedział i odłożył słuchawkę.
    – On terroryzuje i mnie, i panią – odezwała się Bonnie.
    – Lubię być terroryzowana – odparła Grace. – Doktor Halford mówił mi, że bardzo by chciał, żebyś została w szpitalu jako jego wspólnik. Gdybym mogła wtrącić swoje trzy grosze, to też bym cię do tego namawiała…
    – Widzę, że to jakiś spisek, żeby mnie tu zatrzymać…
    Grace uśmiechnęła się.
    – Powiedział, że gotów cię uwieść, bylebyś tu została. – Zaśmiała się cicho. – Tak sobie żartował, ale nie masz pojęcia, co to za przyjemność słyszeć, że ten człowiek żartuje. Czasem mogłoby się wydawać, że dźwiga troski całego świata. A do tego mały synek i Serena, a wiadomo, jak z nią jest…
    – Jak… Jaka ona jest? – zapytała Bonnie ostrożnie. Nie powinna o to pytać, ale ciekawość wzięła górę.
    – Serena… Serena Halford jest bardzo sympatyczną kobietą – odpowiedziała Grace zdecydowanym głosem, jakby nie bardzo w to wierzyła. – Mówiąc szczerze, to ona tu pasuje jak kwiatek do kożucha. To artystka o światowej sławie. Kiedy tu przyjechała, wszyscyśmy mieli wątpliwości, ale trzeba przyznać, że dla małego Sama jest naprawdę dobrą matką. I nawet kiedy wyjeżdża za granicę, udaje się jej zorganizować wszystko dla Sama i dla doktora. Tylko że… Tylko że doktor Halford zdaje się chwilami okropnie zmęczony, musząc być jednocześnie i matką, i ojcem.
    Bonnie pokiwała głową. Kobieta robiąca zawodową karierę jako żona…
    Niech tak będzie. Pozna Serenę, a on przestanie chyba wtedy jej dotykać?
    Gdyby tylko pozwoliło jej to przestać go tak bardzo pragnąć.
    Badanie pacjentów zajęło jej sporo czasu. System epikryz był tu inny, chorych nie znała i każda wizyta trwała dłużej niż powinna.
    Ostatniego pacjenta pożegnała z westchnieniem ulgi.
    – Mam nadzieję, że nikogo nie wyprawiłam na tamten świat – powiedziała Webbowi, gdy przyszedł po nią, wręczając mu stos kart chorobowych. – Nie było specjalnych problemów, tylko niejaka pani Harbent prosiła o powtórzenie valium. Przysięgała, że dostaje od pana regularnie receptę, ale nie znalazłam tej wiadomości w jej karcie, więc odmówiłam.
    – Ona zwykle tak robi. Zazwyczaj ostrzegam wszystkich, którzy mnie zastępują, ale tym razem zapomniałem… – Z głosu Webba przebijało zmęczenie.
    – Nie szkodzi – powiedziała Bonnie.
    Tyle by dała, żeby z twarzy jego zniknęły ślady zmartwień i kłopotów. W ciemnym garniturze, w którym był na pogrzebie, wydawał jej się trochę… obcy i jakiś taki dotknięty przez los. Grace powiedziała, że zdawać by się mogło, iż dźwiga troski całego świata na swych barkach. Może i miała rację.
    – Jest już pani gotowa?
    Skinęła głową, nie odrywając oczu od jego twarzy.
    – To pewnie był niemiły pogrzeb?
    – A jak pani myślała? – odpowiedział, otwierając drzwi i przepuszczając ją przodem. – Czy w ogóle bywają mile pogrzeby?
    – Jedne są bardziej, a drugie mniej tragiczne. Kiedy na kogoś przychodzi jego czas, może się zdarzyć, że pogrzeb staje się świętem, uczczeniem długiego i szczęśliwego życia.
    – Gorzej, kiedy ktoś umiera, gdy nie nadszedł jeszcze jego czas. – W głosie Webba kryło się tyle bólu, że Bonnie spojrzała na niego zaintrygowana. – A potem każdy nowy pogrzeb ożywia wspomnienia. Trzeba było widzieć rozpacz na twarzy Ethel… – Wzruszył ramionami. – Pewnie im więcej lat się z sobą przeżyło, tym bardziej człowiek cierpi, może więc wczesna śmierć jest wybawieniem.
    – Nie sposób jednak kochać ludzi, nie narażając się przy tym na cierpienia – szepnęła cicho. – Dlatego…
    – Dlatego odsunęła się pani od swojej rodziny? Czy tak jest lepiej?
    Bonnie wzruszyła ramionami.
    – Przez pewien czas było… A teraz… teraz nie wyobrażam sobie, żebym mogła znowu rozstać się z Henrym.
    I nie wyobrażam sobie, jak mogłabym rozstać się z tobą, pomyślała, zachowując to oczywiście dla siebie.
    – Nie musi pani rozstawać się z Henrym. Może pani się tu przenieść i tu pracować.
    – Nie sądzę, żeby to Henry'emu odpowiadało – skrzywiła się Bonnie. – Zobaczy pan, kiedy poczuje się lepiej, nie będzie mnie już potrzebował.
    – Tak pani sądzi?
    – Nikt mnie chyba nie potrzebuje. – Nie udało się jej ukryć goryczy, a przecież naprawdę nie szukała współczucia.
    – Bonnie… – Webb zatrzymał się, by ująć ją za ramiona. – Nie powinnaś tak mówić… A jeśli ci powiem, że ja cię potrzebuję?
    – Potrzebuje pan nowego lekarza w Kurrarze.
    – Nie tylko.
    – Tylko to byłabym w stanie zrozumieć – powiedziała dobitnie. O czym jeszcze mógłby rozmyślać żonaty mężczyzna? Nie zamierzam zaczynać tu praktyki – dorzuciła. – Ale… ale pańska rodzina czeka na nas chyba z kolacją?
    Webb trzymał ją nadal mocno.
    – Kiedy była tu pani po raz ostatni, była pani zaręczona. Co się potem stało?
    – Mój narzeczony zerwał zaręczyny.
    Spojrzał na nią ciepłym wzrokiem.
    – Bonnie, trzeba zacząć życie od nowa – powiedział cicho. – Ja to chyba rozumiem…
    – Nie interesuje mnie pańskie dawne życie uczuciowe – odpowiedziała ostro. – Serena czeka na nas chyba z kolacją?
    Westchnął.
    – To się nazywa zmysł praktyczny. Oczywiście ma pani rację. Serena czeka i kolacja czeka, a rozgniewana Serena i zepsuta kolacja to coś, co trzeba bez wątpienia brać pod uwagę. Czy możemy pojechać pani samochodem?
    – Myślałam, że pan mieszka tuż za szpitalem?
    – Owszem – uśmiechnął się – dwieście metrów stąd. Ale nie mam w zwyczaju zapraszać właścicielek podobnych samochodów na kolację po to, żeby iść na piechotę. – Twarz rozjaśniła mu się uśmiechem na widok czarnowłosego chłopczyka, który wyłonił się zza zakrętu i biegł w ich kierunku. – W dodatku wydaje mi się, że będziemy mieli pasażera. Sam, to jest doktor Gaize. Doktor Gaize, a oto mój syn.
    Chłopiec miał około pięciu lat, czarną jak smoła czuprynę, którą odziedziczył najwyraźniej po ojcu, i ogromne, wyraziste oczy. Cała jego uwaga skoncentrowana była na samochodzie Bonnie.
    – Proszę, bardzo proszę, czy mogę się przejechać?
    Kiedy już marzenia Sama się spełniły, zatrzymań' się przed domem Webba.
    – Dobry samochód – odezwał się Sam nieśmiało. – Czy nas pani jeszcze przewiezie, mnie i tatusia?
    Serena czekała na progu.
    Żona Webba była blondynką, miała potargane włosy, ubrana była w kwieciste wdzianko poplamione gliną i farbami. Machała do nich na powitanie chochlą do zupy. Zbliżyła się i wzięła Bonnie za ręce.
    – Dzień dobry. – Cofnęła rękę, aby wytrzeć policzek, co sprawiło, iż pojawiła się na jej twarzy żółta plama. – Bardzo, naprawdę bardzo się cieszę. – Rzuciła na Webba kpiące spojrzenie. – Webb już tyle nam o pani naopowiadał, że wydaje się nam, jakbyśmy panią doskonale znali. Prawda, Sam?
    – Tatuś mówił, że ma pani piegi i ładny nos i że się nam pani będzie podobać. I jeszcze mówił, że nie potrafi pani zastrzelić krowy, aha i jeszcze że zginęła pani kura i nigdzie jej teraz nie można znaleźć i – chłopcu brakowało już tchu – i pomogła pani uratować Sophie. Bonnie zwróciła się do Webba.
    – Czy słyszał pan już coś o państwu Bell?
    – Przyszła właśnie wiadomość. – Na twarzy Webba pojawił się uśmiech pełen czułości i serdeczności, taki, jakim na ogół nie obdarzają gości szczęśliwie poślubieni mężczyźni. – Wszystko będzie dobrze, ale Trevor musi zostać na dłuższą rehabilitację. Nikt nie odniósł na szczęście poważnych obrażeń wewnętrznych. Przynajmniej jedna dobra wiadomość… – powiedział i zwrócił się do syna: – No a ty może byś umył przed jedzeniem ręce, czy też będziesz siedział pomalowany na wszystkie kolory tęczy, jak niektóre osoby? – Rzucił przy tym wymowne spojrzenie w kierunku Sereny.
    Serena roześmiała się, patrząc zmieszana na swój strój.
    – Litości. Zawsze się zapominam przebrać. Bonnie, czy nie przeszkadza to pani?
    – Całkiem mi się to podoba.
    Bonnie pomyślała sobie, że wszystko się jej tu podoba. Nie było to normalne mieszkanie. Zapchane było do granic możliwości różnymi artystycznymi pracami, nie można było przejść, nie natykając się na jakąś figurkę, posąg czy urnę. Trzy czwarte pokoju zajmowała ogromna, cudownie przybrana choinka. Bonnie nie widziała jeszcze drzewka podobnej wielkości w prywatnym mieszkaniu. Od srebrzystobiałego tła odbijały barwne łańcuchy z pomalowanego popcornu. Wysoko w górze unosił się anioł.
    – To ja robiłem te łańcuchy. – Sam chwycił Bonnie za rękę. – Podobają ci się?
    – Bardzo. I ten zapach…
    – Igły sosnowe – odezwała się Serena.
    Webb mało mówił. Bonnie zauważyła, że był wykończony, ale podczas posiłku, który upływał, w miłej atmosferze, zmęczenie najwyraźniej powoli mijało.
    Zdawał się nie spuszczać oczu z Bonnie, a ona była tego świadoma. Cały czas była tego świadoma. Gdy parę razy podniosła na niego wzrok, napotykała jego zaborcze niemal i zachłanne spojrzenie.
    Jak może tak na nią patrzeć, gdy Serena jest obok, tak blisko? Bonnie czuła się zażenowana i przelękniona.
    Dzwonek telefonu, który przerwał im ceremoniał picia kawy, odebrała jak wybawienie. Webb po chwili wrócił do stołu. Na jego twarzy znowu zagościło zmęczenie.
    – Ron Coltman przywiezie za chwilę synka z ranami ciętymi głowy. Pójdę zobaczyć, jak to wygląda, a pani niech kończy kawę.
    Bonnie podniosła się.
    – Jest pan zmęczony, ja pójdę.
    – Czuję się świetnie – uciął i już go nie było.
    Serena westchnęła i zaczęła sprzątać ze stołu, a Bonnie ruszyła jej na pomoc. Sam wysłany został do łazienki i dobiegało stamtąd głośne pluskanie i śpiewy.
    – Dziękuję, że pani przyszła – powiedziała Serena, puszczając wodę z kranu. – Dobrze to Webbowi zrobiło.
    – Bardzo przeżył ten pogrzeb – odezwała się Bonnie, a Serena pokiwała głową. Odwróciła się gwałtownie do Bonnie, a z rąk ściekała jej mydlana piana. – Prawda, że namyśli się pani nad propozycją pracy w Kurrarze? Webb chciałby tak bardzo panią tu zatrzymać. Wszyscy byśmy chcieli, żeby pani tu została.
    Ta kobieta chyba nie wie, co mówi. Bonnie patrzyła na nią zmieszana i nieszczęśliwa.
    – Proszę, niech pani tak na mnie nie patrzy. Ja wiem, że nie mamy prawa nalegać. Ale… ale kocham tak bardzo Webba i serce mi pęka, gdy widzę, pod jaką presją się znajduje.
    Znowu zadzwonił telefon. Serena podniosła słuchawkę.
    – Tak oto kończy się mile zaczęty wieczór – skrzywiła się. – Ranę trzeba zaszyć pod znieczuleniem, więc Webb pani potrzebuje. A ja zostaję z naczyniami…
    – Proszę je zostawić – uśmiechnęła się Bonnie. – Wrócimy przecież.
    – Nie da rady – odpowiedziała Serena wzdychając.
    – Gdy Webb widzi naczynia w zlewie, okazuje się zaraz, że gdzieś jest nagły wypadek… Niech pani już idzie. Ratujcie życie ludzkie, a moje miejsce niech będzie tutaj – powiedziała teatralnym głosem i zanurzyła ręce w pianie.
    – Nie bardzo panią widzę przy kuchennym zlewie – zauważyła Bonnie, a Serena prysnęła na nią pianą.
    – Święte słowa. – Spoważniała na chwilę. – Bonnie, niech pani to wszystko dobrze przemyśli. Nie ma pani pojęcia… Nie ma pani pojęcia, jak Webbowi potrzebny jest ktoś taki jak pani.

    – Patrzył na mnie przez okno – opowiadał ojciec rannego trzylatka każdemu, kto go tylko chciał słuchać. Bonnie spotkała go, spiesząc do izby przyjęć. – Chcę zbudować przed Bożym Narodzeniem drewniany domek. Powiedzieliśmy Grantowi, że to będzie składzik na narzędzia, ale to mały spryciarz. Żona była w kuchni, on miał oglądać telewizję, ale wymknął się do frontowego pokoju. A tam przy oknie stoi fotel. No i fotel się wywrócił, a Grant przeleciał na drugą stronę, tłukąc szybę.
    – Mogło się to było skończyć znacznie gorzej – powiedział Webb nachylony troskliwie nad chłopcem. Dziecko było na poły przytomne i jęczało z bólu w ramionach przerażonej matki. – Wydaje się, że padając przekręcił się do góry nogami, a potem dopiero wyleciał i w ten sposób uderzył tyłem czaszki, co uratowało mu oczy.
    – Ale dlaczego on jest na wpół przytomny, panie doktorze? – pytał ojciec.
    – Stracił dużo krwi. – Nadeszła pielęgniarka z kroplówką. – Proszę zabrać państwa Coltman do poczekalni – zwrócił się Webb do pielęgniarki – i zrobić im dobrej, mocnej herbaty. – Wziął dziecko z rąk matki i położył je delikatnie na stole. Chłopczyk nie protestował i Bonnie zrozumiała wtedy, ile krwi musiał stracić. – Uśpimy teraz Granta i zszyjemy mu głowę. Myślę, że nie chcą państwo tego oglądać.
    – Wszystko będzie… – Kobieta nie mogła mówić dalej. Nogi ugięły się pod nią i musiała się oprzeć na ramieniu męża.
    – Wszystko będzie dobrze – zapewnił ją Webb. Uśmiechnął się, dodając jej otuchy. – Obiecuję pani. Zaraz się nim zajmiemy z doktor Gaize.
    Podobną ranę u dorosłego można by zszyć przy miejscowym znieczuleniu, nie wchodziło to jednak w grę w wypadku małego dziecka, które mogło w każdej chwili stawić opór.
    – Może udałoby się, gdyby była tu jego matka – zastanawiała się Bonnie, ale Webb potrząsnął głową.
    – Ona była bliska omdlenia, zanim pani weszła. Gdyby zemdlała, kiedy ja będę zajęty zszywaniem rany, Grant przestraszy się znacznie bardziej, niż się boi teraz.
    – Wziął chłopczyka za rękę. Oszołomione dziecko patrzyło na niego oczami pełnymi bólu.
    – Grzmotnąłeś się solidnie w głowę. Tak to bywa, kiedy ktoś chce przechytrzyć świętego Mikołaja. Zaraz cię pozlepiamy.
    Gdy znieczulenie zaczęło działać, Webb oczyścił dokładnie ranę, pilnując, by nie zostały gdzieś odłamki szkła. Rozcięcie było głębokie i Bonnie myślała z przerażeniem, co by się stało, gdyby chłopcu nie udało się zasłonić oczu.
    Po wykonaniu trzydziestu misternych szwów Webb dał znak i Bonnie wstrzymała podawanie narkozy. Dziecko poruszyło się po chwili i pielęgniarka wprowadziła z powrotem zaniepokojonych rodziców.
    – Zatrzymamy go w szpitalu – powiedział im Webb.
    – Jeżeli chcą państwo zostać tu na noc, siostra przygotuje łóżka. – Uśmiechnął się do nich ze współczuciem.
    – Bardzo byśmy chcieli… – odpowiedziała drżącym głosem kobieta, biorąc Webba za rękę. – Dziękujemy panu…
    – Proszę dziękować doktor Gaize. Gdyby nie ona, trzeba by było odesłać Granta do najbliższego szpitala, gdzie jest chirurg i anestezjolog, a to ponad sześćdziesiąt kilometrów stąd. Jeżeli pani doktor nie zdecyduje się zostać z nami – westchnął – niedługo będzie to pacjentów czekać.
    – Jak pan może wywierać na mnie podobną presję – rozgniewała się Bonnie, gdy pożegnała już rodziców Granta.
    – Ma pani pokrwawioną sukienkę – zauważył, otwierając przed nią drzwi. Wychodzili zostawiając chłopczyka, który zapadał już w sen pod opieką czuwającej nad nim pielęgniarki i rodziców.
    – Nie szkodzi – odpowiedziała Bonnie. Stała na progu, a ciepły wiaterek muskał jej twarz. – Zejdzie w praniu…
    – Przykro by mi było, gdyby nie zeszło. – Przyciągnął ją do siebie.
    – Muszę już iść – oświadczyła. Nie mogła złapać tchu. Stał tak blisko, trzymał ją delikatnie, z czułością podobną do tej, z jaką traktował matkę chłopca. – Paddy, Henry…
    – Grace świetnie się nimi zajmuje i sprawia jej to w dodatku przyjemność. A my… ty i ja musimy uporządkować swoje sprawy.
    – Sprawy?
    Odważyła się spojrzeć na niego i to był jej błąd. Patrzył na nią tym samym wzrokiem, jakim wpatrzony był w nią podczas kolacji. Kryła się w nim sympatia, zachwyt i uczucie. Spojrzenie jego przenikało Bonnie do głębi, sprawiało, że miała ochotę płakać z tęsknoty do czegoś, co nigdy nie stanie się jej udziałem.
    – Nie rozumiem… nie wiem, co masz na myśli…
    – Myślę, że wiesz. – Objął ją mocniej.
    – Webb, puść mnie – wyszeptała bez tchu. – Proszę cię. Co będzie, jeśli ktoś teraz będzie tędy przechodził…
    – Jeśli ktoś tu nadejdzie, to zobaczy tylko, że całuję właśnie najcudowniejszą kobietę, jaka znajduje się w promieniu tysiąca kilometrów – ciągnął niezrażony. – A to zamierzam teraz uczynić.
    – Nie chcę!
    Ale właśnie wtedy przyciągnął ją bliżej do siebie i zaczął całować bez opamiętania. Zesztywniała w jego objęciach, a oczami wyobraźni widziała poruszające się, jak w kalejdoskopie, wizerunki Sereny i Sama.
    – Nie…
    Odepchnęła go z całej siły, ale przygarnął ją mocniej.
    – Nie walcz ze mną – szeptał jej do ucha. – Pragniesz tego tak jak ja. Czuję to przecież.
    – Nie!
    Tym razem był to rozdzierający krzyk, wyrażający rozpacz i sprzeciw. Nie chciała tego. Nie miało przy tym najmniejszego znaczenia, jak bardzo pragnęła tego człowieka. Nie miała prawa… nie miała przecież do tego żadnego prawa…
    On też nie miał. Jak więc śmiał tak z nią postępować?
    – Zostaw mnie – jęknęła. – Webb, proszę…
    – Ale ty przecież nie chcesz, żebym cię zostawił?
    – Chcę! – Podniosła ręce, by go odepchnąć od siebie. – Jak możesz w ogóle przypuszczać, że mogłabym tego chcieć?
    Zmarszczył brwi.
    – Czujemy oboje to samo, więc cóż w tym może być złego?
    Cóż w tym może być złego?
    – Ty wiarołomny draniu… – Poniosła ją wściekłość, a krew uderzyła do głowy, pozbawiając na chwilę głosu. Cóż w tym może być złego? – Ze wszystkich zdemoralizowanych…
    Patrzył na nią, nie rozumiejąc. Nie rozumiejąc? Czy rzeczywiście nie jest w stanie nic zrozumieć? Uniósł rękę, jakby chciał jej dotknąć, i wtedy kropla się przelała. Bonnie też uniosła rękę i wymierzyła najmocniejszy policzek, jaki sobie można wyobrazić, tak że zabolała ją przy tym dłoń, a wokół rozległo się echo.
    – Ty pozbawiony skrupułów potworze! – syknęła.
    Gorączkowo zaczęła przeszukiwać kieszenie i nadspodziewanie szybko znalazła kluczyki do samochodu. Trzymała je w ręce przed sobą, jak talizman chroniący przed złymi mocami.
    – Jadę teraz do domu, panie doktorze. I niech się pan nie waży mnie zatrzymywać. Nigdy więcej moja noga tu nie postanie. Może pan powiedzieć pani Crammond, zresztą powiem jej o tym sama, że nie musi się dłużej opiekować Henrym i Paddym. Niepotrzebna mi jest w tym mieście żadna pomoc, lekarska czy inna, w każdym razie nie jest mi potrzebna na tyle, żebym miała iść na kompromisy, poświęcając swoje zasady. Nie będę pracować w pańskim szpitalu. Będę siedziała w domu z Paddym i Henrym, a jeśli się pan tam kiedyś pojawi, to… to… poszczuję pana psami. A teraz niech mnie pan puści, bo jak nie, to narobię takiego hałasu, że zbiegną się ludzie i co sobie o panu pomyślą? Chociaż panu najwyraźniej nie zależy na opinii. Nie zasłużył pan na to, by mieć żonę i syna…
    Bonnie wybuchnęła płaczem, odwróciła się i pobiegła do samochodu.

Rozdział 8

    Gdy wróciła do domu, Grace robiła spokojnie na drutach. Widząc zapłakaną twarz Bonnie, nie odezwała się słowem. Nie zareagowała też, gdy Bonnie oznajmiła jej, iż skończyła pracować dla Webba.
    – Dziękuję ci za pomoc – mówiła Bonnie drżącym głosem, nad którym nie potrafiła zapanować. – Nie zapomnę wam tego nigdy. Ale jutro już sama wydoję krowy i nie będziecie musieli więcej przychodzić.
    – Świetnie, niech się Pete jutro wyśpi – powiedziała Grace, zbierając swoje rzeczy do przepastnej torby. – Ja jednak przyjdę rano, czy ci się to, panno, podoba, czy nie.
    – Ale przecież jutro jest Wigilia. Masz pewnie dosyć własnej roboty…
    – Robię to dla Henry'ego. – Oczy Grace spoczęły w zadumie na twarzy Bonnie. – Nie znałam właściwie twojego wuja i wydaje mi się teraz, że za surowo go osądzaliśmy. I chyba za łagodnie ocenialiśmy twoją ciotkę. – Grace pociągnęła nosem. – A teraz pakuj się, dziewczyno, do łóżka i staraj się nie myśleć o tym, co cię trapi. Tak sobie myślę, czy te krowy jutro rano, tych kilka spokojnych chwil podczas dojenia po dobrze przespanej nocy, czy to przypadkiem nie jest to, czego ci potrzeba…
    Bonnie długo się przewracała na łóżku, aż wreszcie zapadła w niespokojną drzemkę. Obudziła się o pierwszej, a potem o trzeciej, żeby zmienić Henry'emu pozycję w łóżku. Ostatni raz zrobiła to o piątej, zanim zaczęła doić. Henry przytrzymał ją mocno za rękę.
    – Dobrze, że tutaj jesteś, Bonnie – wyszeptał.
    Pierwszy raz wyraził swoje uczucia do niej, ale Bonnie nie dowierzała mu, podobnie jak nie wierzyła Webbowi.
    Czy ktokolwiek mówił jej prawdę? Rodzice podobno ją kochali, ale potem ją porzucili. Craig? Lepiej o nim w ogóle nie myśleć. No i Henry, a teraz Webb…
    Powędrowała do obory i uruchomiła maszynerię do dojenia. Rozległ się kojący, przyjemny szum. Grace ma chyba rację, pomyślała. Czuje się tu taki spokój… Przez otwarte drzwi widać było odległe wzgórza skąpane w świetle poranka, cicho porykiwały krowy, świergotały ptaki.
    Chętnie bym tu została, pomyślała sobie. Gdyby nie Webb Halford.
    Skończyła doić ostatnią krowę i wyszła z wężem do polewania na betonowe podwórko. Unosząc głowę do góry, napotkała spojrzenie Webba, który siedział na ogrodzeniu.
    Jak długo tu jest?
    Bóg jeden raczy wiedzieć. Zauważyła go przecież dopiero teraz.
    – Czego… czego pan chce?
    – Pamiętam, że obiecałaś poszczuć mnie psami, jeżeli tu przyjdę – zaczął z uśmiechem. – Spotkałem je, wjeżdżając na podwórko i powiedziałem im, czego się po nich spodziewasz, ale pani Crammond dała im śniadanie i przeszedł im już apetyt na lekarzy czy też wiarołomnych mężów.
    Wiarołomni mężowie… Jak on śmie?
    – Idź sobie – szepnęła. – Idź…
    Zeskoczył z ogrodzenia i szedł w jej kierunku. Bonnie miała na nogach kalosze wuja i zaczęła się niezgrabnie, lecz całkiem szybko cofać. W ręce trzymała ciągle końcówkę węża.
    – Idź sobie stąd…
    – Bo inaczej mnie zastrzelisz? – Zrobił zabawny grymas. – To przecież nie strzelba.
    To co z tego? Bonnie uniosła wąż wysoko do góry, nacisnęła zawór i strumień wody wystrzelił w powietrze, trafiając Webba w piersi.
    Nie powstrzymało go to. Nie przestając się uśmiechać szedł naprzód, choć prąd wody stawał się coraz silniejszy.
    – Idź sobie stąd!
    Bonnie cofnęła się znowu i pośliznęła na świeżym krowim nawozie. Wylądowała na wznak na krowich plackach, a jej twarz oblewały strumienie wody wylatujące z gumowego węża.
    Webb stanął nad nią i śmiał się do rozpuku. Bonnie zakręciła zawór i leżała w błocie i nawozie. Była bliska płaczu i jednocześnie czuła, że ogarnia ją absurdalna potrzeba wybuchnięcia histerycznym śmiechem.
    – Czy chcesz tu leżeć? – Webb wyjął wąż z jej ręki, wyciągnął do niej dłoń, podniósł ją z ziemi i odwrócił plecami do siebie. – Stój spokojnie.
    – Ty…
    Uczuła na plecach gwałtowny strumień zimnej wody. Krzyknęła przeraźliwie, ale Webb nie zważał na to i zmywał nadal nawóz z jej dżinsów i koszuli.
    Nie miała siły uciekać. A zresztą – jak można było uciec od tego człowieka?
    – Już lepiej – powiedział z zadowoleniem.
    Rzucił wąż na ziemię i odwrócił Bonnie twarzą do siebie.
    – Webb, proszę cię…
    – Prosisz, żeby cię nie dotykać? Dlaczego?
    Stała przemoczona i ociekająca wodą. Webb trzymał ją mocno w talii, a ona była tylko w stanie kręcić przecząco głową. Pod powiekami wzbierały jej łzy.
    – Bonnie, myślałem wczoraj długo nad tym, co mi nagadałaś. – Głos Webba zmiękł, a uśmiech zniknął. Patrzył jej poważnie w oczy. – Nic na początku z tego nie rozumiałem, aż w końcu z potoku słów, którymi chciałaś mnie obrazić, kilka dało mi do myślenia. Wiarołomny… pozbawiony skrupułów… zdemoralizowany… Może rzeczywiście jestem potworem, ale wyjaśnij mi znaczenie tych przymiotników. Wyjaśnij to teraz, zanim pójdziesz do domu.
    – Jesteś…
    – Wcale nie jestem – uciął krótko. – Nie jestem ani wiarołomny, ani pozbawiony skrupułów, chyba żeby za zdradę mojej żony uznać kilka pocałunków. Tyle że moja żona nie żyje od trzech lat.
    – Nie żyje? – Bonnie spojrzała na niego, nic nie rozumiejąc. – Nie żyje? Ale… Ale przecież Serena nie umarła.
    Objął ją mocniej.
    – Powinienem był cię oblać jeszcze bardziej. Jak mogłaś przypuszczać, że mógłbym się zalecać do ciebie, mając żonę i dziecko, a w dodatku zapraszać cię do domu, żebyś ich poznała?
    – Ale Henry mi powiedział…
    – Nie wiem, co ci tam wuj nagadał – odparł łagodnie. – Odkąd tu jestem, wuj mieszka w odosobnieniu i z nikim się nie kontaktuje. Wie tylko to, co sam zauważy, ale niczego nie mógł usłyszeć.
    – To znaczy, że wuj się mylił?
    – Moja żona miała na imię Diana, nie Serena. Poznaliśmy się i pobraliśmy jeszcze na studiach. Bardzo się kochaliśmy. A potem… potem… cztery lata temu, kiedy Sam był jeszcze maleńki, Diana miała wypadek samochodowy. Uszkodzona została wątroba i nie było dla niej ratunku. Diana zawsze marzyła o tym, by Sam wychowywał się na wsi, więc… więc ostatni rok jej życia spędziliśmy tutaj. Zamieszkaliśmy tu, żeby mogła oglądać zachody słońca w ogrodzie i przekonać się na własne oczy, jak jest mu tu dobrze.
    – Ale… A Serena?
    – Serena jest moją siostrą, nawet siostrą bliźniaczką, chociaż nie bardzo jest do mnie podobna. Gdy Diana umierała, Serena zlikwidowała swoją pracownię i oznajmiła, że tu przeniesie studio. Nie mogłem sobie pozwolić na rzucenie pracy i zajęcie się Dianą i Samem. Myślę, że bez Sereny bym chyba zwariował. A nawet przy niej nie było lekko. – Kiedy zamilkł, spojrzała mu w oczy. Były pełne bólu. – Myślałem, że już nigdy się nie wydobędę z tego koszmaru, aż tu pewnego dnia spotkałem piegowatą dziewczynę z zadartym nosem, o wielkim sercu…
    – Nieprawda!
    – Ależ tak – powiedział łagodnie i pocałował ją leciutko w czoło. – Nie przypominasz Diany. W niczym jej nie przypominasz. Zdawało mi się, że nigdy się już nie zakocham, bo nie ma przecież na świecie drugiej Diany, a okazuje się, że to wcale nie jest potrzebne. Bo jest za to Bonnie, a Bonnie – czy widział ktoś coś podobnego? Bonnie ma czarny pas w dżudo, bardzo się stara, żeby się nie roześmiać, wtedy gdy postanowiła sobie być zagniewana, cierpi z powodu zaginionej kury i kontuzjowanej krowy. Potraktowana została w sposób obrzydliwy, a ja… ja chciałbym coś zrobić, żeby uwierzyła, że można ją pokochać dla niej samej, bo jest cudowną osobą, i że uda się nam stworzyć razem rodzinę. Co ty na to?
    Patrzył jej prosto w oczy, a w niej topniało serce na widok jego cierpienia i miłości, którą dostrzegła w jego oczach.
    – Webb, ja nie mogę…
    – Nie możesz mi już teraz obiecać, że wyjdziesz za mnie za mąż? – powiedział poważnie. – Doskonale rozumiem. Ale ja jestem uosobieniem cierpliwości i zaczekam.
    – Ależ nie!
    – Chcesz powiedzieć, że nie muszę czekać?
    – Webb…
    – Zgadzam się, Bonnie, na wszystko. Zapomnij na chwilę o moich oświadczynach. Odłóżmy tę sprawę na co najmniej dwadzieścia minut. Ale nie będziesz miała nic przeciwko temu, że cię pocałuję?
    – Webb, nie…
    – Kochanie, co się stało?
    Oczy jego wyrażały zdumienie.
    – Nie możemy, proszę cię…
    Webb rozejrzał się dookoła. Zza bramy przytuloną do siebie parę śledziły oczy jałówki, która skręciła nogę.
    – Aha, to o to chodzi! – zaśmiał się Webb. – Nasza pacjentka miesza się do nie swoich spraw. Widać, że szybko przychodzi do siebie.
    – Webb…
    – Masz świętą rację. – Z teatralną dezaprobatą pokiwał głową, patrząc na uratowane przez nich z takim poświęceniem zwierzę. – Ale nic nie szkodzi. Znam jedno miejsce…
    Szybkim ruchem chwycił Bonnie w ramiona i niósł ją przez podwórze w kierunku stodoły. Nie zdążyła nawet zaprotestować.
    Stodoła była pełna siana, a Webb zaniósł swoją zdobycz na samą górę, pod rozgrzany słońcem dach. Rozgarnął siano i ułożył ją tam niczym na królewskim łożu.
    Bonnie ociekała wodą, a gumowe kalosze zgubiła gdzieś po drodze. Leżała oszołomiona, jej ogromne oczy wpatrzone były w Webba, który spoczął obok niej.
    – Nie masz pojęcia, jak ślicznie wyglądasz – szepnął jej czule do ucha. – Nie masz pojęcia, jak bardzo czekałem na tę chwilę…
    A potem nie było już czasu na słowa. Leżał obok niej i trzymał w ramionach jak swoją własność, której nikt mu nie może odebrać.
    Bonnie nie była w stanie mu się sprzeciwić. Nie chciała nawet. Tak właśnie powinno było się stać. Czuła się nareszcie bezpiecznie, u siebie, jakby ten człowiek należał do niej.
    Nie da się opisać, co odczuwała. Piersi twardniały jej w niecierpliwym oczekiwaniu, a całe ciało było jedną wielką tęsknotą za mężczyzną, który leżał przy niej.
    – Webb…
    Jej głos wyrażał błaganie i pieszczotę zarazem.
    – Należymy do siebie – wyszeptał, a oczy jego mówiły o miłości i pożądaniu. – Spróbuj tylko zaprzeczyć.
    Nie umiała. W każdym razie nie teraz. Tuż obok rozległ się dźwięk klaksonu. Bonnie poderwała się. Mój Boże, co ja tu robię? Czuła się jak niegrzeczne dziecko.
    – Mleczarz – oznajmił Webb z uśmiechem. – Czy wypełniłaś kartę?
    Klakson rozległ się znowu.
    – Chciałam – szepnęła, starając się mówić z godnością – ale mi przeszkodzono.
    Mleczarz wjechał już na podwórko. Stał teraz przy szoferce i trąbił jak na alarm.
    – Pomóż mi… – szepnęła. Webb leżał zakopany w sianie, a oczy jego śmiały się przekornie. – Pomóż mi zejść na dół.
    – Zejdziemy obydwoje, trzymając się za ręce i będziesz musiała wyjść za mnie za mąż.
    – Pomyśl, jaką będziesz miał opinię…
    Przygarnął ją do siebie.
    – I kto tu mówi o mojej opinii? A kto mnie nazywał obłudnym potworem?
    – Webb, muszę już iść!
    Zdołała wreszcie uwolnić się z jego objęć i ześliznąć na dół. Nerwowo zapinała guziki koszuli i gdy znalazła się na podwórku, wyglądała całkiem przyzwoicie, mimo że była na bosaka.
    – Dzień dobry – zawołała nieswoim głosem.
    Mleczarz przyjrzał się jej uważnie.
    – Nie wypełniła pani karty – odezwał się przepraszającym tonem. – Gdyby nie to, zabrałbym mleko i… nie przeszkadzałbym.
    – Przepraszam. – Bonnie brak było tchu i usprawiedliwiała się jak niegrzeczne dziecko. – Byłam w stodole, ustawiałam… ustawiałam pułapki na myszy.
    – Aha…
    Drżącą ręką wypełniła kartę, czując cały czas obecność Webba, który patrzył na nich z góry.
    Mleczarz w końcu odjechał i po chwili stanął przy niej Webb. Wprost pękał ze śmiechu. Wyjął jej z włosów źdźbło siana i pocałował.
    – Boję się, pani doktor, że to nie moja opinia na tym ucierpiała. Po całej dolinie się teraz rozniesie, że byłaś na sianie z doktorem Halfordem.
    – Przecież cię nie zobaczył…
    Webb uśmiechnął się i wskazał ręką samochód – starego, szarego bentleya, który stał w kącie podwórka.
    – Mało kto nie zna samochodu doktora Halforda – oświadczył. – Nie myślisz chyba, że on choć na chwilę uwierzył w zakładanie pułapek na myszy.
    – Jest tu przecież także samochód Grace – odpowiedziała, doprowadzona do rozpaczy. – Pomyśli sobie pewnie, że jesteś gdzieś z nią w domu.
    – Widziałem ze stodoły i Grace, i Henry'ego, i Paddy'ego. Siedzieli wszyscy troje na werandzie i doskonale ich było widać. – Przyciągnął ją do siebie i objął. – Nie ma rady. Dwadzieścia minut minęło. No więc czy wyjdziesz za mnie, czy też pozwolisz, żeby wszyscy w Kurrarze o tobie opowiadali?
    – Webb… – Spojrzała na niego błagalnym wzrokiem, prosząc o zrozumienie. – Webb, skąd możesz wiedzieć, że chcesz się ze mną ożenić? To nie ma sensu.
    – Jak bym mógł nie wiedzieć? – W jego głosie kryło się niekłamane zdumienie. Obejrzał ją raz jeszcze od stóp do głów. – Jak bym mógł cię nie pokochać, ty moja zwariowana, kochana dziewczyno?
    – Kochana… – Bonnie pokręciła głową z oczami pełnymi łez. – Nic z tego nie wyjdzie, Webb. To nie dla mnie przecież.
    – Bo już byłaś raz zaręczona, tak? – Webb zachmurzył się. – Mogę mu być tylko wdzięczny, że cię porzucił. Ale musiał być głupi…
    – Gdybyś mnie lepiej znał… – Bonnie postanowiła mu wszystko powiedzieć. – Nic z tego nie wyjdzie. Nawet moi rodzice specjalnie mnie nie kochali…
    – O czym ty, na Boga, mówisz?
    – Opowiadała mi o tym ciotka Lois…
    – Ach, ona… – Przygarnął ją mocno do siebie. – Czy chcesz powiedzieć, że nie ma czegoś takiego jak miłość, bo nie kochali cię twoi rodzice? A przecież to, że żyjesz, zawdzięczasz tylko temu, że kochali cię tak bardzo, że zdecydowali się nie zabrać cię z sobą.
    – Ale…
    – Rozmawiałem długo z Grace Crammond. O tobie i o twojej ciotce. – Podniósł ją wysoko, tuląc do siebie i nie zważając na jej gwałtowny protest. – Była jedyną osobą, która w ogóle w tej rodzinie mówiła. I jak się wydaje, potrafiła wszystko zaprawić jadem, który najwyższy czas usunąć.
    – Proszę cię, postaw mnie już na ziemi… – Webb szedł w kierunku domu ze swym drogocennym skarbem w ramionach. – Przecież… przecież na pewno jesteś potrzebny w szpitalu. Co będzie, jeśli ktoś cię teraz szuka?
    – Zostawiłem Grace mój telefon komórkowy, a ona wie, gdzie jestem.
    Patrzono na nich. Tak jak Webb mówił, Grace zabrała Henry'ego i Paddy'ego na werandę i cała trójka, z różnymi odczuciami, oglądała scenę rozgrywającą się na podwórku. Grace robiła wrażenie nad wyraz zadowolonej, Paddy i Henry byli jednak wyraźnie zaniepokojeni.
    Świadomość bycia kochaną… Sprawił to ten właśnie człowiek, a Bonnie nikt nigdy nie kochał. Od chwili, gdy jej rodzice…
    – Przestań tak myśleć! – skarcił ją Webb, sadzając w wiklinowym fotelu na werandzie.
    Nie miała pojęcia, skąd znał jej myśli. Że znał je, nie było żadnych wątpliwości.
    – Henry – powiedział Webb – twoja siostrzenica dopiero co odrzuciła propozycję małżeństwa, jaką jej złożyłem. Potrzebna mi twoja pomoc.
    – Małżeństwa? – powtórzył Henry, który na ogół nie zabierał głosu publicznie.
    – Przypuszczasz, że jestem żonaty. – Webb uśmiechnął się, widząc pełną niedowierzania minę Henry'ego. – Wiem o tym, ale moja żona zmarła trzy lata temu, a Serena jest moją siostrą. No więc, jak widzisz, jestem zasługującym na szacunek wdowcem. Czy masz więc coś przeciwko temu, że Bonnie wyjdzie za mnie?
    Zapadła długa cisza, a potem rozległ się pełen radości śmiech Paddy'ego.
    – Ślub! Sami powiedzcie, czy nie warto jeszcze trochę pożyć?
    – Musisz jeszcze trochę pożyć, Paddy – poparł go Webb. – Nie weźmiemy ślubu bez ciebie.
    – Ale ja przecież nie… Nie spieszcie się tak… – szeptała Bonnie.
    Czuła się tak, jakby była dzieckiem, jakby wszystko wokół niej rozgrywało się bez jej udziału.
    – Tak, to prawda, że się spieszę. – Webb wziął ją mocno za rękę, a oczy jego wyrażały tak wiele, że zabrakło jej tchu. – A ty straciłaś już dosyć czasu. – Zwrócił się znów do Henry'ego. – Czy ona w ogóle wie, jak zginęli jej rodzice?
    Henry pokręcił głową, zmieszany i zdezorientowany.
    – Lois jej o tym mówiła… Dzieciak był w takiej rozpaczy… Powiedziała, żebym się do tego nie mieszał, że to babska sprawa…
    – Bonnie, powiedz, co ci ciotka opowiedziała? – zapytał Webb.
    – Że… że oni pojechali do Włoch na wakacje – szepnęła – i rozbili się na autostradzie. Zginęli na miejscu.
    Henry i Grace jednocześnie westchnęli.
    – Proszę, niech pani powie Bonnie wszystko to, co opowiedziała pani mnie dwa dni temu – odezwał się Webb.
    – Nie wyobrażałam sobie, że twoja ciotka będzie tak mściwa. – Grace posłała Henry'emu ciepłe spojrzenie. – Wiesz chyba, że twój ojciec zajmował się medycyną.
    – Tak… Myślę, że to był jeden z powodów, dla których zostałam lekarzem.
    – Prowadził poważne badania naukowe. Jak wiesz, było w tym czasie dużo zamieszania w sprawie thalidomidu, tego leku, którego używanie prowadziło do wad wrodzonych. Twój ojciec sprawdzał działanie szeregu mniej znanych leków i wyniki jego badań, z tego co wiem, odbiły się głośnym echem na całym świecie. Musiał publicznie przedstawić wyniki swoich badań po to, by niebezpieczne leki zostały wszędzie wycofane. Miał wziąć udział w dwóch konferencjach: jednej w Indiach, a drugiej we Włoszech. W Bombaju wybuchła wtedy jakaś epidemia i rodzice w żadnym wypadku nie mogli cię z sobą zabrać.
    – I zostawili mnie tutaj? – stwierdziła raczej, niż spytała.
    – Mama nie chciała cię tu zostawiać – powiedziała Grace. – Przyszła do mnie tuż przed wyjazdem i bardzo z tego powodu cierpiała. Nie znosiła Lois i wiedziała, że nie będzie ci u niej dobrze. Chciałam cię wziąć do siebie, ale właśnie urodziły mi się bliźniaki i twoja mama wiedziała, że to niemożliwe. A mama musiała pojechać.
    – Dlaczego musiała pojechać? – zapytała Bonnie.
    – Twój ojciec miał chore serce – wyrzucił z siebie Henry, a pięści same zacisnęły mu się z gniewu. – W dzieciństwie zachorował na gościec, a nigdy nie był zbyt silny. Twoja mama bardzo się o niego martwiła. I słusznie, jak się okazało. Policja przypuszczała, że zabiła ich oboje jego choroba. Wracali do hotelu po skończonej konferencji we Włoszech i twój ojciec musiał dostać ataku serca. Zjechał z drogi i wjechał na słup. Znaleziono go martwego, leżącego na kierownicy. Nie odniósł żadnych obrażeń, ale twoją matkę wyrzuciło pod nadjeżdżający z przeciwnej strony samochód.
    Oczy Henry'ego zaszły nagle łzami.
    – Mój Boże, Bonnie, tak mi strasznie przykro. Twoja ciotka nie lubiła twojej mamy, czyli mojej siostry, od pierwszej chwili, gdy je sobie przedstawiłem. Zazdrościła jej chyba wszystkiego i żadne rozmowy nie pomagały. Nie mogła znieść, że twój ojciec był lekarzem i że twoi rodzice mieli więcej pieniędzy od nas. Ale kto mógł przypuszczać, kto mógł wiedzieć… Webb wziął Bonnie za rękę.
    – Muszę już iść – powiedział. – Pacjenci czekają. Pamiętaj jednak, że wszyscy cię kochają. Kochali cię twoi rodzice, podejrzewam, że kocha cię też dwóch starszych panów i kocham cię ja. Nie wiesz nawet jak bardzo.
    Bonnie nie odezwała się. Nie doszła jeszcze do siebie i pogrążona była w myślach.
    – Serena uważa, że powinniśmy spędzić Boże Narodzenie wszyscy razem – oznajmił Webb.
    – Razem? – spytała zaskoczona. – Ale… Henry nie może przecież wstawać.
    – Przyjdziemy wszyscy tutaj – poinformował Webb. – Co pani o tym myśli? – zwrócił się do Grace.
    – Mam pomysł – odparła. – Rodzina zjeżdża do nas dopiero jutro wieczorem i Neil jest niepocieszony, że niepotrzebnie kupiliśmy indyka. Może więc wyprawimy sobie tutaj jutro wielkie przyjęcie? Przyjdziemy z Neilem i Petem i przyniesiemy tak wielkiego indyka, jakiego jeszcze w życiu nie widzieliście. I pudding…
    – To dzisiaj przyjeżdża nasz sklepikarz, prawda, Bonnie? – spytał Paddy, tłumiąc kaszel. Jego blade policzki zaróżowiły się z podniecenia. – Niech mnie diabli porwą, jeśli się nie szarpnę na butelkę whisky. – Uśmiechnął się do Bonnie. – I butelkę szampana. Nie, sześć!
    Bonnie roześmiała się. Ich radość i zapał zaczęły i jej się udzielać. Wszyscy na nią patrzyli, oczekując, że wyrazi aprobatę. Jeszcze nigdy w życiu nie czuła się otoczona taką miłością.
    Jej serce, które pozostawało zbyt długo zimne, zaczęło powoli wypełniać ciepło, a miłość rozwijała się wolno jak pączek róży. Paddy zaś i Henry… W obydwu jej smutnych i ponurych pacjentach dokonała się całkowita niemal przemiana.
    Webb przyciągnął ją do siebie i wstała, a on nachylił się, objął ją i przy wszystkich pocałował.
    – A teraz… Teraz naprawdę muszę iść.
    Odwrócił się, zrobił kilka kroków i przystaną], patrząc na drogę prowadzącą do domu.
    – Czy spodziewacie się gości?
    Uważnie przyglądał się nadjeżdżającemu samochodowi.
    – To ci historia! – powiedział i gwizdnął.

Rozdział 9

    Pod dom podjechała cicho taksówka, zatrzymując się przy bramie od podwórka. Młoda kobieta o długich czarnych włosach, ubrana w obcisłe, przylegające do ciała spodnie, trzasnęła drzwiczkami i odwróciła się w kierunku osób siedzących na werandzie.
    – Jacinta…
    Nie było wątpliwości, że była to ona. Bonnie nie widziała swej kuzynki od czterech lat, ale poznała ją od razu.
    Jacinta weszła na werandę i obrzuciła wszystkich lodowatym spojrzeniem.
    – Pojęcia nie mam, kim są twoi przyjaciele, kochana – mówiła słodkim głosem – ale najwyższa pora, żeby się wszyscy stąd zaraz wynieśli.
    Na werandzie zapanowała martwa cisza. Oczy wszystkich wpatrzone były w Jacintę.
    A było na co patrzeć. Włosy, które sięgały jej prawie do kolan, ufarbowane były na kruczoczarny, niemal granatowy kolor, rzęsy, najpewniej sztuczne, przysłaniały ogromne błękitne oczy, a silny makijaż zdobił twarz, jaką mają elfy w bajkach dla dzieci. Miała na sobie przezroczystą bluzkę, a jej błyszczące buty z pewnością nie znalazły się jeszcze nigdy w pobliżu krowich placków.
    – Pani jest chyba drugą córką Henry'ego – odezwał się w końcu Webb, wyraźnie tłumiąc śmiech. Wyciągnął rękę na powitanie. – Nazywam się Webb Halford, jestem lekarzem pani ojca.
    Powierzchowność Webba musiała podziałać na Jacintę, gdyż głos jej złagodniał. Zatrzepotała długimi rzęsami.
    – Panie doktorze, oczywiście nie miałam pana na myśli. Jeżeli tylko mojemu ojcu potrzebna jest opieka, będzie pan mógł naturalnie zostać.
    – Chce pani powiedzieć, że nie wyprasza pani stąd swego ojca? – Webb zmierzył ją spojrzeniem od stóp do głów. – To miło z pani strony.
    Zaczerwieniła się nieco, a potem wydęła wargi.
    – Oczywiście, że może tu zostać. Rzekomo jest moim ojcem, choć farma należy oczywiście do mnie. – Westchnęła i rozłożyła ręce. – Ale wszyscy pozostali… Moja przyjaciółka Susan, która mieszka tu w pobliżu, zadzwoniła do mnie i opowiedziała, co się tu dzieje. No więc przyjechałam, żeby wyjaśnić wszystkie nieporozumienia.
    – Nieporozumienia? – odezwał się znowu Webb. Wszyscy poza nim milczeli, jakby zahipnotyzowani głosem Jacinty.
    – Nie masz prawa tu być. – Jacinta zwróciła się do kuzynki lodowatym tonem. – Myślałam, że cię już nie będę oglądać, a ty podstępnie tu wróciłaś.
    – Nie wracała tu wcale podstępnie; po prostu pani ojciec jej potrzebował – odparł Webb tonem, który powinien zadziałać jak kubeł zimnej wody wylany na głowę Jacinty, ale ona zdawała się nie zwracać na to najmniejszej uwagi.
    – Mój ojciec jej nie potrzebuje i nie potrzebuje jej nikt z naszej rodziny.
    Henry wyglądał strasznie. Twarz miał trupio bladą i znów przypominał zaszczutego człowieka, jakim był przez trzydzieści długich lat swego małżeństwa z Lois, która go terroryzowała.
    – Przybyła tu więc pani, żeby zaopiekować się ojcem? – zapytał Webb z oczami utkwionymi w twarzy Henry'ego.
    – Jeśli ojciec nie daje sobie rady, trzeba będzie farmę sprzedać – ucięła lodowatym głosem. – Będzie musiał zamieszkać w domu opieki. – Zwróciła się znowu do Bonnie. – Miałam nadzieję, że on zmądrzeje. I zmądrzałby, gdyby nie ty. Znowu wtykasz nos, gdzie nie potrzeba.
    – Powiedziałaś Webbowi… doktorowi Halfordowi… żeby się ze mną skontaktował – wybąkała Bonnie.
    – Do głowy by mi nie przyszło, że będziesz na tyle głupia, żeby przyjechać. Dopiero gdy Susan do. mnie zadzwoniła, zrozumiałam, o co ci chodzi. Myślisz sobie, że ojciec może ci zostawić farmę. Nic z tego, Bonnie. To farma mojej matki i ona mnie ją zostawiła. Mój ojciec może tu zostać, dopóki nie umrze albo do chwili, w której się okaże, że jest niepełnosprawny, a wtedy już farma będzie moja.
    – Czy zamierza pani tutaj pielęgnować ojca? – spytał Webb, a Jacinta wzruszyła ramionami.
    – Będzie musiał pójść do domu opieki. To chyba jasne. Jeśli nadal leży, mimo że minęło już tyle czasu…
    – Bonnie doiła krowy i opiekowała się pani ojcem. Czy teraz pani będzie to robić?
    Jacinta wybuchnęła śmiechem.
    – Żartuje pan! Nie wybieram się doić żadnych krów.
    – Ani mój mąż, ani syn nie będą za ciebie doili – wtrąciła się Grace. – A farma zginie, jeśli nie będzie się doić krów.
    – Mam to w nosie – powiedziała Jacinta twardo. – Mówiłam już przecież, że farma będzie sprzedana, a jeśli poniosę straty, bo krowy nie będą dawały mleka, jakoś to przeżyję. – Zwróciła się znowu do Bonnie. – No, a teraz zabieraj stąd swoich podopiecznych, bo zawołam policję. – Wskazała na Paddy'ego. – Nie będziesz zakładała na mojej farmie szpitala.
    – Ty mała…! – syknął Paddy, a jego zwykle blada twarz zrobiła się purpurowa. Odwrócił głowę w stronę Henry'ego. – Czy będziesz nadal pozwalał, żeby twoje własne dziecko odzywało się do ciebie w ten sposób?
    – A co ty sobie myślisz? Co on może zrobić? – odparła z pogardą Jacinta. – On przecież wie, że farma jest moja, a on jest tu tylko sublokatorem.
    – To prawda, farma należy do niej – potwierdził Henry bezbarwnym głosem. W oczach jego kryła się rezygnacja. – Kochałem to miejsce. Całe życie je kochałem, ale nigdy nie należało do mnie. – Z żalem pokiwał głową. – Im szybciej się stąd zabiorę, tym lepiej. – Spojrzał błagalnym wzrokiem na Webba. – Chodzi mi o ten dom… Czy może mnie pan tam zabrać?
    – Jeszcze nie teraz. – Oczy Webba ciskały błyskawice, lecz ciągle nad sobą panował. – Skoro Paddy nie może tu zostać, jego sprawa wydaje się pilniejsza – oznajmił. Spojrzał na Paddy'ego badawczym wzrokiem. Gniew mógł mu zaszkodzić. – Jeżeli Paddy się zgodzi, wezmę go teraz do miasta, a rzeczy zabierzemy później. A Henry będzie musiał poczekać kilka dni, zanim się coś załatwi. Czy poradzi sobie pani z podawaniem basenu? – zapytał Jacintę.
    – Z podawaniem basenu? – zdumiała się. – Chyba pan żartuje. Chyba już mu nie trzeba podawać basenu.
    – Wprost przeciwnie. Ojciec wymaga tygodnia całkowitego odpoczynku. Jego miednica nie jest w stanie utrzymać jeszcze ciężaru. Należy zmieniać mu pozycję co kilka godzin, zwłaszcza w dzień. Trzeba mu robić masaże, toaletę w łóżku i podawać basen. Czy poradzi sobie pani z tym wszystkim?
    – Oczywiście, że nie. Trzeba go odesłać do szpitala.
    – Nie ma dla niego miejsca w szpitalu – odparł Webb krótko. – Odmawiam uznania tego przypadku jako wymagającego leczenia szpitalnego. Henry ma wszelkie prawo pozostać tutaj i ma prawo mieć pielęgniarkę. Skoro pani nie chce go pielęgnować, pozostaje pani Crammond lub Bonnie…
    Ociekające szminką usta Jacinty wykrzywiły się w uśmiechu.
    – Może… może byłam zbyt ostra – zwróciła się do pani Crammond. – Zupełnie zapomniałam, że była pani pielęgniarką.
    – Wydaje się, że zapomniałaś też kilku innych rzeczy, a może się ich jeszcze nie nauczyłaś. – Grace Crammond z furią pakowała swoje rzeczy do torby. – Jeżeli sobie wyobrażasz, że możesz ich wyrzucić na ulicę, a ja będę ci pomagała, to grubo się mylisz. – Podeszła do Bonnie i uścisnęła ją. – Pamiętaj, że zawsze jesteś u nas mile widziana. Przyjdź dzisiaj na noc, jeśli nie będziesz miała co z sobą zrobić.
    Grace wsiadła do swojej wysłużonej ciężarówki i odjechała.
    – Na mnie też czas – odezwał się Webb, gdy tylko warkot silnika przycichł. – Spóźniłem się już godzinę. Paddy, czy pojedziesz ze mną?
    – Nie mam chyba wyjścia. – Paddy wsunął ranne pantofle na trzęsące się nogi i dał się wziąć Webbowi pod ramię. Stanął przy łóżku Henry'ego, a jego wzrok mówił więcej, niż zdolne były wyrazić słowa. Webb nie odezwał się więcej i poprowadził Paddy'ego do samochodu.
    Bonnie poszła za nimi, niosąc w ręce zbiornik z tlenem. Wszystko w niej krzyczało z rozpaczy. Tak bardzo chciałaby odjechać z nimi, zniknąć z oczu Jacincie, ale nie mogła przecież zostawić Henry'ego… Nie mogła.
    Webb spojrzał na poszarzałą twarz Bonnie i zacisnął zęby. Leciuteńko pogładził jej policzek.
    – Jakoś to załatwię – powiedział cicho. – Zaufaj mi.
    Ranek ciągnął się niemiłosiernie. Henry leżał bezwładnie w milczeniu, gdy Bonnie obsługiwała go, zastanawiając się, co robić.
    Gdyby tylko Henry upomniał się o swoje, pomogłabym mu przecież. Ma prawo pozostać tu aż do śmierci i mógłby zażądać, bym przy nim pozostała.
    Nic by jednak z tego nie wyszło, pomyślała, gdyby była tu Jacinta.
    Jacinta i Lois raz już ją wyrzuciły cztery lata temu, a Henry patrzył tylko na to i nic nie mówił.
    A teraz wszystko zaczyna się od nowa.
    – Nie wyobrażaj sobie tylko, że między nami będzie teraz wszystko dobrze – burknęła Jacinta, gdy zostali we troje.
    – Bonnie jest dla mnie dobra – odezwał się Henry znużonym głosem. – Nie zasłużyła sobie, żebyś ją tak traktowała.
    – Jest dla ciebie dobra, bo ma złudzenia. Wydaje się jej, że będzie coś z tego miała. – Jacinta wciągnęła na werandę swoje walizki i zapłaciła taksówkarzowi, dając wyraźnie znak, że zamierza tu pozostać. – Ta farma jest wiele warta. Sądziłam, że po wypadku nabierzesz rozumu i pozwolisz mi ją sprzedać. Ale wypadek przekonał najwyraźniej Bonnie, że warto być dla ciebie miłą. A nuż jej coś zostawisz.
    – Bonnie nie są potrzebne nasze pieniądze – odezwał się Henry. – Jest lekarzem, i to dobrym, a doktor Halford zamierza się z nią ożenić. Przyszłość więc ma zabezpieczoną.
    – Ożenić się… – Oczy Jacinty otworzyły się szeroko. – Ożenić się! Webb Halford zamierza się ożenić z Bonnie? To chyba żarty.
    – Nie będę tego słuchać! – Bonnie wpiła paznokcie w rękę. – Pójdę już, bo muszę umyć bańki na mleko…
    – Co za poczciwy pracuś – zakpiła Jacinta. – Zawsze zresztą taka byłaś. Webb Halford musi być rzeczywiście w rozpaczliwej sytuacji, skoro ciebie wybrał. Właśnie Susan mówiła mi, że stary doktor nie żyje i Webb na gwałt szuka nowego lekarza, a także kogoś, kto by się zajął jego dzieciakiem, kiedy siostra wyjeżdża za granicę. No i znalazł pracusia i lekarza w jednej osobie. Jak mógłby nie wykorzystać takiej okazji?
    – Webb mnie kocha.
    Bonnie zbierało się na płacz.
    – Tak jak Craig?
    – Lepiej byś milczała – wyszeptał Henry. – Czy naprawdę nie dręczy cię sumienie…
    – A dlaczegóż by, do diabła, miało mnie dręczyć? Po prostu bardzo mi się podobał i poszłam z nim do łóżka.
    – Bonnie była z nim zaręczona.
    – Mało prawdopodobne, żeby z tego powodu jakikolwiek mężczyzna nie poszedł z inną kobietą do łóżka – uśmiechnęła się Jacinta, zadowolona z siebie. – Patrzeć na was nie mogę – dodała. – Bóg raczy wiedzieć, dlaczego moja matka tak długo z tobą wytrzymała…
    – Podniosła walizki i trzasnąwszy drzwiami, zniknęła w głębi domu.
    Zapadła długa cisza. Henry leżał, patrząc ponuro w sufit.
    Trzeba umyć te bańki, myślała Bonnie, nie była jednak w stanie odejść. Odsunęła delikatnie kołdrę, obracając Henry'ego, aby pomasować mu plecy.
    Leżał sztywno, mięśnie spięte miał bólem i upokorzeniem. Bonnie nie odzywała się, pracowały tylko jej palce. Po chwili zrozumiała, że Henry płacze, a łzy spadają bezgłośnie na poduszkę.
    – Dlaczego nie odszedłeś od ciotki? – spytała po chwili.
    Ciałem Henry'ego wstrząsnął dreszcz. Przestał płakać.
    – Nigdy tego nikomu nie mówiłem.
    – I mnie nie musisz mówić. Tylko… tylko trudno było uwierzyć, że łączy was miłość.
    – Miłość! – Roześmiał się gorzko. – Dobry dowcip.
    – Musieliście się kiedyś kochać – powiedziała cicho.
    – Urodziła się przecież Jacinta.
    – Jacinta nie jest moim dzieckiem.
    Bonnie zdrętwiała. Czuła, jak sztywnieją jej palce. Rozluźniła je dużym wysiłkiem woli, by móc dalej masować delikatnie plecy Henry'emu.
    – Nie twoim? A… czy ona o tym wie?
    – Oczywiście, że wie – mówił Henry zmęczonym głosem. – Nie przypuszczasz chyba, że Lois zechciałaby stracić jakąkolwiek okazję, żeby mnie zranić?
    – Ale… dlaczego?
    – Bo byłem głupi – ciągnął zduszonym głosem. – Jako dziecko pracowałem u ojca Lois i zakochałem się w tej farmie. Zawsze marzyłem, żeby mieć takie gospodarstwo, ale moja rodzina, rodzina twojej matki, była biedna jak mysz kościelna. Więc… więc kiedy Lois oświadczyła mi, że chce wyjść za mnie za mąż, byłem na tyle głupi, że nie zastanowiłem się, dlaczego może tego pragnąć. Nie wierzyłem własnemu szczęściu. Lois była piękna, miała silną wolę i wiadomo było, że odziedziczy farmę… I była w ciąży. Powiedziała mi o tym w czasie naszej nocy poślubnej.
    – Boże, Henry…
    – Zawsze stawiała sprawę jasno, że jeśli kiedykolwiek od niej odejdę, opowie wszystkim, że dziecko nie jest moje i wystawi mnie na pośmiewisko… I dopiero po jej śmierci dowiedziałem się, że powiedziała o tym Jacincie. Byłem głupcem i myślałem… myślałem, że nie powinienem o tym Jacincie mówić. Bóg mi świadkiem, że kochałem ją jak własne dziecko.
    Cóż można było powiedzieć? Bonnie czuła bezgraniczną litość dla tego słabego, bezwolnego człowieka.
    A więc to tak… Henry wyjedzie stąd lub zostanie wywieziony z farmy bez żadnego sprzeciwu, a ona… Pracowała całe rano w milczeniu zaprawionym goryczą, ciesząc się, że nadmiar pracy zostawia jej niewiele czasu na myślenie.
    Webb Halford musi być w rozpaczliwej sytuacji, skoro ciebie wybrał… Słowa Jacinty dźwięczały jej ciągle w uszach.
    Pewnie tak właśnie jest.
    Jak mogła uwierzyć, żeby taki mężczyzna jak Webb Halford mógł się zakochać w kimś takim jak ona? Myśli te były nie do zniesienia i kiedy usłyszała zbliżający się samochód, wybiegła na podwórko.
    To nie był Webb. Z samochodu wysiadła pielęgniarka, ta sama co poprzednio.
    – Doktor Halford prosi, żeby pani przyjechała – powiedziała.
    – To teraz pani tu zostanie zamiast Bonnie? – spytała Jacinta z nadzieją w głosie, ale pielęgniarka potrząsnęła przecząco głową. Nie uśmiechnęła się nawet.
    – Przyjechałam tu jedynie na trzy godziny – wyjaśniła chłodno. – Doktor Gaize ma zastąpić doktora Halforda w przychodni, bo doktor Halford musi coś załatwić. – Urwała, przypominając sobie najwyraźniej polecenia, które otrzymała. – Doktor Halford prosił, żeby doktor Gaize zechciała przyjechać, jeśli tylko nie ma nic przeciwko temu.
    – Co ma załatwić?
    – Nie mówił tego. – Kobieta zacisnęła wargi, jakby zdecydowanie nie podobało się jej to, co tu zastała.
    – No to musisz jechać, kochana – odezwała się Jacinta z pogardą w głosie. – Lepiej go słuchaj. Co by powiedział nasz doktor, gdyby się okazało, że jego narzeczona ma własny rozum!
    Bonnie zrobiła się czerwona, zagryzła jednak wargi i nie odpowiedziała. Wzięła kluczyki i odwróciła się tyłem do swej kuzynki.
    Samochód Bonnie stał pod drzewem i Jacinta dopiero teraz go zauważyła. Oczy jej rozwarły się w zdumieniu.
    – To przecież nie twój samochód? – zawołała. – Tacy jak ty nie miewają przecież takich samochodów.
    Bonnie zebrała się na odwagę:
    – Tacy jak ja nie powinni mieć takich jak ty kuzynek – rzuciła i pobiegła do samochodu.
    Webb nie czekał na nią. Poczekalnia była za to pełna pacjentów, a na biurku leżał krótki list.

    Bonnie, mam teraz ważne spotkanie, a wydarzenia dzisiejszego ranka zabrały mi tyle czasu, że bardzo jestem ze wszystkim spóźniony. Mam nadzieję, że sobie jakoś poradzisz.

    Z pewnością nie jest to list miłosny, pomyślała.
    Gdy usiadła już i zaczęła przyjmować jednego pacjenta za drugim, słowa Jacinty dźwięczały jej ciągle w uszach.
    Lecz po chwili udało się jej jakoś skupić uwagę na chorych i nie myśleć o smutnych sprawach.
    – Tak się cieszę, że zostaje pani z nami, pani doktor – powiedział pierwszy pacjent. – Cóż to jednak za paskudna historia z tym przyjazdem pani kuzynki…
    Dzięki Grace Crammond i mleczarzowi całe miasto najwyraźniej wiedziało, co się rano wydarzyło na farmie. Bonnie raz po raz robiła się czerwona i przeklinała pod nosem nieobecnego Webba. Wystawił ją na ciężką próbę, a sam gdzieś zniknął. Cóż to za nie cierpiącą zwłoki sprawę można mieć w wigilię Bożego Narodzenia?
    Dziesięciu pacjentów… piętnastu… aż nareszcie pozostał już tylko jeden, ostatni. Był to starszy pan, pomarszczony i trzęsący się, o pożółkłej jak przy żółtaczce skórze. Wszedł chwiejnym krokiem do pokoju w towarzystwie zaniepokojonej żony. Miał bezustanną czkawkę.
    – Nic nie mogę na to poradzić – wyszeptał z rozpaczą. – Zaczęło się wczoraj wieczorem i nic mi nie pomaga. Próbowałem już wszystkiego. Miałem przykładane zimne klucze do krzyża, wypiłem szklankę wody, jadłem suchy chleb…
    Bonnie pokiwała głową i zagłębiła się w historię choroby. Les Eeles cierpiał na marskość wątroby. Sądząc po jego wyglądzie, choroba była już bardzo zaawansowana, a wątroba groźnie uszkodzona. Czkawka była jednym z najmniej groźnych objawów, ale dawała się bardzo we znaki.
    Bonnie mogła mu przepisać rozmaite lekarstwa, wśród nich znajdowały się nawet silne środki przeciw epilepsji, wszystkie jednak miały skutki uboczne, które mogły Lesowi zepsuć święta. A było to być może ostatnie Boże Narodzenie, które miał spędzić z rodziną. Żona chciała go zabrać do domu, pragnęła, by był przytomny i pogodny, a nie odurzony lekarstwami i nieobecny myślami.
    – Wszystkie te babskie środki, których pan próbował, często odnoszą pożądany skutek, gdyż pośrednio lub bezpośrednio oddziaływają na gardło, podrażniają nerwy podniebienia miękkiego. Chciałabym zrobić to samo, to znaczy podrażnić nerwy podniebienia miękkiego. Może uda nam się w ten sposób zatrzymać czkawkę.
    Bonnie zapomniała o własnych problemach, starając się dodać otuchy siedzącemu przed nią człowiekowi. Atak czkawki, który trwał już dwadzieścia cztery godziny, bardzo przestraszył go i wymęczył. Bonnie uśmiechnęła się.
    – No więc, jeśli mi pan pozwoli, zabiorę się teraz do pana gardła.
    – Czy to będzie bolało? – zapytała żona Lesa, a Bonnie potrząsnęła głową.
    – Nie, ale będzie to nieprzyjemne – przyznała. – Może się nawet zrobić panu niedobrze. Miejmy jednak nadzieję, że uda mi się powstrzymać czkawkę. Proszę pani – zwróciła się do pani Eeles – mąż może mieć nudności, może nawet wymiotować, więc gdyby wolała pani wyjść…
    – Zostanę tutaj – odpowiedziała kobieta i wzięła za rękę męża.
    Przez ułamek sekundy Bonnie poczuła przenikliwy ból. Zrozumiała po chwili, że była to zwykła zazdrość. Między tym dwojgiem ludzi istniało coś, czego ona sama tak bardzo pragnęła. Lecz tylko z Webbem…
    Nie możesz myśleć ciągle tylko o Webbie, powiedziała sobie twardo, przygotowując potrzebne narzędzia, a potem delikatnie wprowadziła do nosa chorego sondę. Znalazła się ona dokładnie na wysokości drugiego kręgu szyjnego.
    Bonnie podciągała i opuszczała sondę kilka razy, a potem usunęła ją powoli.
    Zapadła długa cisza. Les i jego żona czekali na nieuchronne, jak się wydawało, wystąpienie czkawki. Ale czkawka już się więcej nie pojawiła.
    – Tam do licha, udało się pani – odetchnął z ulgą Les, a jego żona wybuchnęła płaczem.
    – Znakomicie poszło, pani doktor.
    – Webb…
    Stał w otwartych drzwiach, przyglądając się im z uznaniem.
    – Miał pan szczęście, trafiając na takiego lekarza – zwrócił się do Lesa z uśmiechem. – Kto inny przepisałby pewnie po prostu słoik pigułek.
    – Wydaje mi się, że to pan ma szczęście, panie doktorze – wyszeptał Les Eeles. Podniósł się i wziął żonę pod ramię. – Dziękuję, dziewczyno, z nieba nam spadłaś.
    Pani Eeles podeszła do Bonnie i ucałowała ją w policzek.
    – Dziękuję, kochanie. Życzę wam obojgu dużo szczęścia, tak jak chyba wszyscy tutaj.
    Gdy państwo Eeles wyszli z pokoju, Bonnie usiadła za biurkiem i spuściła wzrok.
    – Jak się miewa Paddy? – spytała cicho.
    – Jest bardzo wzburzony. – Webb stanął za Bonnie i położył jej ręce na ramionach.
    – Jest w domu opieki?
    – Chwilowo. Ma własny pokój i piękny widok, ale chce koniecznie z tobą porozmawiać.
    – Pójdę tam zaraz.
    Podniosła się i napotkała Webba, który zagrodził jej drogę. Wziął ją za brodę i uniósł nieco twarz.
    – Kochanie, co Jacinta ci powiedziała?
    Bonnie westchnęła.
    – Wszystko prawie słyszałeś. Ciągle to samo. Proszę cię… Muszę zobaczyć Paddy'ego.
    – A na mnie czeka rodząca kobieta na sali porodowej. – Objął ją w talii i przyciągnął do siebie. – Niech to licho porwie, powinniśmy teraz porozmawiać, a nie ma na to czasu. Bonnie, chciałem cię prosić… Cokolwiek się stanie, przez następne parę godzin musisz mi ufać. Czy możesz mi to obiecać?
    – A… co się może stać?
    – Sam nie wiem – przyznał. – Ale staję na głowie, żeby to wszystko jakoś załatwić i potrzebne mi twoje zaufanie.
    – Panie doktorze… – dobiegł głos zza drzwi. – Wzywają pana na salę porodową.
    Webb przytulił ją mocniej do siebie.
    – Obiecujesz?
    – Wierzę ci – szepnęła Bonnie.
    Cóż jej pozostawało innego?
    Jego usta odnalazły jej wargi i ucałował ją gorąco.

Rozdział 10

    Paddy przebywał w zupełnie dobrych warunkach, ale uspokojenie go zajęło Bonnie prawie pół godziny. Musiała mu też obiecać, że odwiedzi go w dzień Bożego Narodzenia. Prawdę powiedziawszy, myśl o świętach napawała oboje przerażeniem.
    – Niech ją diabli wezmą – mruczała do siebie Bonnie w drodze powrotnej, gdy tylko pomyślała o Jacincie.
    A jednak w głębi serca czuła coś w rodzaju litości dla swej kuzynki. Po raz pierwszy zrozumiała, dlaczego Jacinta tak bardzo jej nienawidziła. Nie była przecież tak jak Bonnie chcianym dzieckiem zrodzonym w małżeństwie.
    – Bądź więc dla niej miła – mówiła sama do siebie, gdy o zmierzchu wjeżdżała na farmę.
    Było to niestety niemożliwe.
    Jacinta czekała na nią zniecierpliwiona na werandzie.
    – Pielęgniarka poszła godzinę temu – rzuciła. – Miałaś być w domu o piątej. Ojciec prosił o basen, ale mu powiedziałam, że musi poczekać na ciebie, a krowy same już weszły do obory. Chybabym na głowę upadła, gdybym je miała doić, więc teraz się bierz, kochana, do galopu.
    Dojenie zabrało jej bardzo dużo czasu. Zwykle zaczynała doić już o czwartej lub piątej, więc wymiona krów były teraz wezbrane mlekiem. Pracowała ciężko bez przerwy aż do dziewiątej.
    Gdy skończyła, Henry leżał nadal na werandzie, Jacinta zaś zniknęła bez śladu.
    – Pojechała sobie – wyjaśnił Henry z zakłopotaniem w głosie. – I zabrała twój samochód.
    Henry coś przed nią ukrywał. W jego oczach czaił się gniew i ból.
    – Gdzie pojechała?
    – Webb… doktor Halford zadzwonił, gdy poszłaś doić krowy i prosił, żeby spotkała się z nim na kolacji.
    Bonnie czuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Jacinta i Craig… Jacinta i Webb…
    – Webb Halford to nie Craig. – W głosie Henry'ego zabrzmiało niemal błaganie. – On jest inny. Musi być inny – zakończył, biorąc Bonnie za rękę.
    Musi być inny. Oczywiście, że tak. Bonnie osunęła się na wiklinowy fotel i zapatrzyła przed siebie.
    Wiedziała dobrze, że Jacinta nie będzie miała żadnych skrupułów, by zawrócić w głowie Webbowi. Pamiętała, z jakim nie ukrywanym zadowoleniem patrzyła na nią, gdy znalazła ją z Craigiem.
    Dlaczego Webb, zamiast być ze swą rodziną, zaprasza Jacintę na kolację, w dodatku w samą Wigilię?
    – Zaufaj mi – powiedział jej dzisiaj i Bonnie uchwyciła się tych słów.
    – Czego ta dziewczyna znowu chce? A jeżeli znów cię skrzywdzi? – zastanawiał się Henry. – Bonnie, powinienem cię był stąd zabrać, jak tylko twoja matka umarła. Może żylibyśmy w biedzie, ale na pewno bylibyśmy szczęśliwsi… O ile byłoby lepiej, gdybym miał wtedy dość siły, żeby zerwać ze wszystkim i pójść, gdzie oczy poniosą…
    Pójść, gdzie oczy poniosą, pomyślała Bonnie, i zostawić wszystko…
    Wykonywała potem dalej swoje obowiązki. Przestawiła łóżko Henry'ego, nakarmiła go i ułożyła na noc.
    W telewizji natrafiła na program kolęd przy świecach. Wesołych świąt, pomyślała ze smutkiem.
    Gdzie, do licha, jest Jacinta?
    Minęła dziesiąta. Bonnie zajrzała do Henry'ego i zgasiła lampki na choince. Choinka zdawała się tu zupełnie nie na miejscu. Tak przecież nie wygląda wigilia Bożego Narodzenia.
    Jedenasta…
    Jacinty nie ma już cztery godziny.
    Zegar wybił dwunastą i wtedy właśnie ciszę nocną przerwał odgłos jadącego szybko samochodu. Jej samochodu.
    Jedzie zdecydowanie za szybko…
    Bonnie wstrzymała oddech, kierując w myślach samochodem. Znała tak dobrze tę drogę, każdy jej zakręt i odcinek. Samochód miał teraz przed sobą kawałek prostej drogi, na którym mógł się znowu rozpędzić.
    Aż do następnego zakrętu…
    – Zwolnij, zwolnij! – Bonnie z krzykiem wybiegła na werandę. Obydwa psy skowyczały u jej nóg. Henry obudził się.
    Samochód nie zwolnił i na ostatnim zakręcie rozległ się przeraźliwy zgrzyt hamulców, który rozniósł się echem po okolicy.
    A potem słyszeć się dał w ciszy nocnej łomot, huk i trzask rozrywanego metalu.
    – To Jacinta – stwierdził Henry, próbując się podnieść.
    – Nie wstawaj. – Bonnie znalazła się przy nim w mgnieniu oka. – Nie wolno ci.
    – To Jacinta. Zabiła się. – Henry opadł na poduszki. – To był twój samochód… – Jego oczy rozszerzyły się przerażeniem. – Mój Boże, a jeśli ona była z doktorem Halfordem…
    – Nie zrobiłaby tego…
    – Wiesz sama, że gdyby tylko mogła, to by zrobiła!
    Bonnie spojrzała na Henry'ego martwym wzrokiem.
    Wróciły znowu straszne wspomnienia sprzed czterech lat…
    Byli wtedy wszyscy razem na zabawie. Lois i Henry, Bonnie, Craig i Jacinta. Jacinta wyszła wcześniej z bólem głowy, prosząc, by Craig ją odwiózł.
    Mogli przecież byli pójść sobie wtedy, gdzie tylko chcieli. Ale Jacinta wybrała łóżko rodziców we własnym domu, bo wiedziała, że Bonnie ich tam znajdzie. '
    Zrobiłaby to, gdyby tylko mogła…
    Może ona, ale nie Webb. On by mnie tak nigdy nie zranił.
    Bonnie pobiegła do telefonu i wykręciła trzy zera.
    – Poproszę o karetkę – rzuciła i w tej samej chwili dostrzegła z przerażeniem w oddali łunę. – I… tam się pali. Rozbił się samochód.
    – Ale gdzie? Czy to ty, Bonnie? – Telefonistka poznała ją od razu.
    – Przy wjeździe do doliny, na drodze przy Crammondach.
    – Ilu jest rannych?
    – Nie wiem. Niech doktor Halford…
    – Chwilowo go nie ma. Pojechał gdzieś z twoją kuzynką. Ale ma przy sobie telefon komórkowy, postaram się z nim skontaktować. Karetka będzie za chwilę.
    Pojechał gdzieś z twoją kuzynką. Boże, żeby tylko nie tym samochodem…
    – Bonnie, weź mój samochód – zawołał Henry. – I uważaj. Nie chciałbym, żeby i tobie coś się stało.
    Crammondowie przybyli na miejsce wypadku przed nią.
    Maleńki samochód Bonnie stał cały w płomieniach.
    – Bonnie… – Grace spojrzała na nią tak, jakby była duchem. Podeszła do niej, wzięła ją w ramiona i wybuchnęła płaczem. – Bonnie, kochanie moje, myśleliśmy, że to ty.
    – Czy ona… Czy jest tam ktoś? – wyszeptała Bonnie.
    – Skąd to można wiedzieć. – Neil Crammond wzruszył ramionami. – Ktokolwiek by tam był, to już nie żyje.
    – To Jacinta – szepnęła Bonnie. – I może Webb…
    – O Boże – wyrwało się jednocześnie Grace i Neilowi.
    – Gdyby miały w nim być dwie osoby, z pewnością byśmy zauważyli. Dach był opuszczony – wyjaśnił Neil, starając się zachować spokój. Podszedł do swojej ciężarówki i wyjął ze schowka dwie latarki. – Trzeba się rozejrzeć, może kogoś wyrzuciło.
    W tej samej chwili usłyszeli ochrypły szept:
    – Pomocy…
    Uderzenie wyrzuciło Jacintę na pobocze około trzystu metrów w dół za skrajem drogi. Leżała tam poza zasięgiem światła, jakie rzucały płomienie.
    Bonnie w jednej chwili była przy niej.
    – Jacinto, to ja, Bonnie. – Ręce jej delikatnie obmacywały ciało leżącej, szukając krwawienia i złamań. Gdy dotknęła nogi, dziewczyna krzyknęła przeraźliwie.
    – Złamana – powiedziała Bonnie, nie będąc w stanie zadać najważniejszego dla siebie pytania.
    Neil Crammond nie miał takich oporów.
    – Czy był ktoś z tobą w samochodzie? – zapytał ostrym głosem.
    Jacinta spojrzała na Neila, jakby odpowiedź sprawić jej miała przykrość.
    – Nie…
    Nie sposób opisać ulgi, jaką odczuła Bonnie. Półprzytomna osunęła się na ziemię.
    – Rozbiłam twój samochód – rzuciła Jacinta zaczepnym tonem.
    – Nie szkodzi – odpowiedziała Bonnie łagodnie. Nie czuła teraz nic prócz ulgi. – Dojdziesz prędko do siebie i to się tylko liczy. Rzeczy można odkupić. Tylko ludzie są nie do zastąpienia.
    Zapadła martwa cisza.
    – O mnie tak mówisz? – wyszeptała Jacinta drżącym głosem. – O mnie?
    Z daleka dobiegł odgłos syreny karetki pogotowia. Jacinta drżała na całym ciele i zaczęła cicho płakać. Twarz jej zmieniona była z bólu i strachu.
    Karetka zatrzymała się i na tle dogasających płomieni ukazała się sylwetka Webba.
    Nie widział ich.
    – Bonnie, to samochód Bonnie… Boże święty, Pete, prawda, że jej tu nie ma?!
    Był to jeden wielki krzyk rozpaczy. Bonnie wstrzymała oddech, słysząc udrękę brzmiącą w jego głosie. Lękał się o nią. Lękał się o nią naprawdę.
    A potem rozległ się okrzyk ulgi. Webb odwrócił się w kierunku postaci oświetlonych światłem latarki i zaczął biec w ich stronę.
    Nie zwrócił uwagi na Jacintę, Grace i Neila. Uniósł w górę Bonnie, jakby była najbardziej drogocennym skarbem na świecie, utraconym i właśnie odnalezionym.
    – Myślałem, że to ty! Wszyscy mówili, że to twój samochód się rozbił – powiedział nieswoim głosem. – Kochanie, myślałem, że to ty! Nie byłem w stanie tego znieść…
    Bonnie oparła twarz na jego piersi, a z oczu popłynęły jej ciche łzy. Miało to większą wagę niż wyznanie miłości. Poznawała ból, jaki nim targał, ona przecież przeżywała to samo.
    Jesteś dla mnie wszystkim…

    Jacinta miała tylko proste złamanie goleni. Po wydarzeniach, jakie miały miejsce tego dnia, Bonnie dziwnie się czuła, stojąc koło Webba w sali operacyjnej.
    – Złamała przepisy, nie mając zapiętego pasa bezpieczeństwa – odezwał się Webb – ale dzięki temu uniknęła śmierci.
    – Przede wszystkim złamała przepisy, jadąc tak szybko. – Bonnie popatrzyła na białą, nieprzytomną twarz swojej kuzynki. – Biedna, głupia dziewczyna. Cóż jej pozostało w życiu?
    – Czy jesteś jeszcze w stanie jej żałować? – zapytał Webb.
    – Tak.
    Potrafię żałować każdego, kto tylko nie jest mną, pomyślała Bonnie, gdy oczy ich się spotkały. Serce waliło jej jak oszalałe.
    – Nie patrz tak na mnie – mruknął Webb. – Powinienem się teraz skupić.
    Bonnie przyznała mu rację. Z widocznym trudem odwróciła wzrok i zajęła się swoim sprzętem.
    – A wiesz, dlaczego tak szybko jechała? – spytał Webb po chwili.
    – Nie mam pojęcia.
    – Powiedziałem jej, że nie może sprzedać farmy.
    – Nie rozumiem…
    Tak trudno było się skoncentrować, mając go przy sobie! A przecież musiała się nauczyć pracować z tym człowiekiem nawet wtedy, gdy patrzył na nią w ten sposób.
    – Przez całe popołudnie rozmawiałem z prawnikiem i z Grace Crammond – ciągnął Webb, nie spuszczając oczu ze stołu operacyjnego. – Dowiedziałem się, że twój wuj przepracował na farmie ponad trzydzieści lat. Nigdy nie brał urlopu, a Lois wyjeżdżała często. Zatrudnił też gosposię, bo Lois nie znosiła prowadzenia gospodarstwa. Dlatego, zdaniem prawnika, Lois nie miała prawa zapisać farmy tylko Jacincie. I to właśnie powiedziałem jej dziś wieczorem.
    Dopiero gdy Jacinta wywieziona została na oddział, Bonnie odważyła się zapytać:
    – To Henry może zostać?
    – Jak długo będzie chciał i z kim będzie chciał – odpowiedział Webb.
    Zostali teraz sami. Lampy w sali operacyjnej rzucały przyćmione światło. Stali w zielonych operacyjnych fartuchach, jak dwoje kolegów, którzy skończyli właśnie udany zabieg. Powinni się teraz pożegnać, życzyć sobie dobrej nocy i iść do domu.
    Zamiast tego stali, patrząc na siebie, jak dwie połowy stanowiące jedną całość. Bonnie nie była w stanie spojrzeć Webbowi w oczy.
    – Trzeba już iść do domu – powiedział Webb cicho, jakby odpowiadając na myśli Bonnie.
    – Samochód Henry'ego został na miejscu wypadku. Muszę… wezwać taksówkę.
    – Jedyny nasz taksówkarz dawno już śpi. – Webb wziął Bonnie w ramiona. – Grace jest z Henrym na farmie, a ty musisz pójść do domu.
    – Do domu…
    – Do mojego domu, kochanie – szepnął i pocałował ją.

Rozdział 11

    Podczas obiadu świątecznego było im wszystkim cudownie.
    Na werandzie stały trzy stoły, które z trudem mieściły półmiski z jedzeniem.
    Serena i Grace przygotowały iście królewską ucztę. Szampana, homary, indyka, sos żurawinowy, świeże truskawki z ogrodu, domowe lody i pudding nadziewany figami, morelami i owocami mango.
    Wszyscy byli obecni. Crammondowie, Serena i Sam, Paddy i Henry. Wszyscy, których kochała Bonnie. I był Webb…
    Z samego rana Webb sprowadził Paddy'ego z powrotem na farmę. Webb wychwalał teraz pod niebiosa zalety whisky, a Neil i Pete stawali w obronie piwa.
    Henry leżał w łóżku obok Paddy'ego i uśmiechał się.
    Sam zwinął się w kłębuszek na zsuniętych łóżkach Paddy'ego i Henry'ego. Odsypiał teraz bogaty we wrażenia dzień i świąteczne smakołyki, a na jego piersiach przycupnął maleńki szczeniaczek Woofer.
    Bonnie niewiele widziała z tego, co działo się wokół. Siedziała na werandzie nieco na uboczu. Webb obejmował ją ramieniem. Miała słońce na twarzy. Wokół panował spokój, a Webb był przy niej.
    – Coś ci powiem…
    – No? – spytała cicho z roztargnieniem, pogrążona w swym szczęściu.
    – Zaproponowałem Jacincie pieniądze za tę część farmy, która się jej należy.
    – I zgodziła się?
    – Z początku nie chciała. Była wściekła, gdy usłyszała, że dopóki Henry żyje, ona nie ma w ogóle prawa do farmy i że, co więcej, Henry ma wpływ na wybór spadkobiercy. Dlatego właśnie wyleciała jak szalona i rozbiła samochód. Wydaje mi się, że jest w kiepskiej sytuacji finansowej. Ofiarowałem jej tyle, że będzie sobie mogła kupić mieszkanie w Sydney. Jeśli się na to zgodzi i zrzecze praw do farmy, to…
    – To?
    – Proponuję, żebyśmy zbudowali tutaj drugi dom, a nawet dwa domy. Jest stąd tylko pięć minut do miasta, będziemy więc mogli dojeżdżać do pracy. Paddy i Henry będą mogli jeszcze przez jakiś czas prowadzić farmę. Trudno też o lepsze miejsce dla Sama. Serena chce mieć studio i własne mieszkanie i zastanawiała się właśnie, w którym miejscu można by zbudować piec do wypalania.
    – Coś mi to wygląda na komunę – uśmiechnęła się Bonnie.
    – Wcale nie, to po prostu będzie farma dla dużej rodziny. Dla nas wszystkich. A dla ciebie, dla mnie i dla Sama zbudujemy największy dom ze wszystkich.
    – Największy dom… – Bonnie była w stanie tylko powtarzać słowa Webba, a serce i tak omal jej nie wyskoczyło z piersi. – Dla ciebie, dla mnie i dla Sama…
    – I dla Woofera – uśmiechnął się Webb. – I dla kotki Christabelle i dla żółwia. – Wstał, pociągając Bonnie za sobą. – I dla innych, kto tam do nas jeszcze zawita, jeśli okaże się, że zaczną teraz się u nas pojawiać najróżniejsze osoby.
    – Po dzisiejszej nocy można się tego właściwie spodziewać – mruknęła Bonnie.
    – Kupiłem ci prezent gwiazdkowy.
    Bonnie spojrzała na niego.
    – Webb, ale ja nic dla ciebie nie mam. Nie…
    Pocałował ją delikatnie w usta.
    – Nic mi nie musisz kupować. Dajesz mi miłość i niczego więcej nie pragnę. Niczego więcej nie będę pragnął.
    Wyjął z kieszeni maleńkie, kwadratowe pudełeczko i otworzył je. Na czarnym aksamicie spoczywał pierścionek z brylantem.
    Zanim Bonnie wzięła go do ręki, Webb odwrócił się, a jego oczy zalśniły radością.
    – Jeszcze jeden prezent gwiazdkowy! – zawołał z radością, a zadowolenie, które brzmiało w jego głosie, zwróciło uwagę wszystkich. – Czy też raczej prezenty, jeśli mnie wzrok nie myli. Pięć, sześć…
    – To kura, tatusiu! – krzyknął Sam, gramoląc się z łóżka. – To czarno-biała kura z czarno-białymi kurczętami – dodał, wciskając się między Webba i Bonnie.
    – To przecież Frankie – zawołał Henry. – Musiała spotkać Johnnie'ego i zdecydowali się założyć rodzinę.
    – Całkiem dobry pomysł. – Webb wsunął pierścionek na trzeci palec lewej ręki Bonnie. – Frankie i Johnnie z całą rodziną – powiedział, nie mogąc oderwać oczu od Bonnie.
    – Frankie i Johnnie… – zapiszczał z radości Sam. – I mają całą masę dzieci. Policzyłem, że ośmioro.
    – Co wy na to? Frankie i Johnnie, i do tego jeszcze Bonnie… – zaśmiał się Paddy cicho. – Potrzebny nam do kompletu tylko Clyde.
    Potrzebny jakiś Clyde… Bonnie i Clyde…
    – Czy Webb wystarczy? – spytał Webb, patrząc na swą ukochaną. Rękę trzymał na ciemnej główce synka, ale patrzył tylko na nią. – Czy Webb wystarczy, kochanie?
    Bonnie spojrzała mu prosto w oczy.
    – Nie potrzeba mi nic więcej. To dla mnie najwspanialszy prezent pod choinkę.

Marion Lennox


***

Top.Mail.Ru