Скачать fb2
Czy północ wybije?

Czy północ wybije?

Аннотация

    Kate Denby, doskonały lekarz i naukowiec, matka dziewięcioletniego syna, nieoczekiwanie staje do konfrontacji ze światem zbrodni, w którym tropi ją niebezpieczny, psychopatyczny morderca. Bliscy jej ludzie giną jeden po drugim, a kontynuowanie badań, które dają nadzieję milionom chorych, może zakończyć się dla niej tragicznie. Jedyna szansa Kate, to zaufać obcemu mężczyźnie, którego intencje wydają się nieodgadnione.


Iris Johansen Czy północ wybije?

    Long after midnight
    Przełożył Mieczysław Dutkiewicz
    O, Fauście, masz teraz żyć ledwie godzinę nagą potem na wieki będziesz potępiony.
    Wstrzymajcie się, krążące nieustannie sfery niebieskie! Niechaj stanie czas!
    Niech północ nigdy nie wybije.
    Christoper Marlowe „Doktor Faustus”
    (przekład Jerzego S. Sito)

Prolog

    Nie mogę tego zrobić. – Kate z rozpaczą zacisnęła rękę na dłoni ojca. – Nie chcę w ogóle o tym mówić. Tak trudno to zrozumieć? Nawet mnie o to nie proś!
    – Muszę poprosić ciebie. – Robert Murdock zmusił się do uśmiechu. – Nie mam nikogo innego, Kate.
    – Może wymyślą nowy lek. Medycyna robi postępy, codziennie pojawiają się nowe specyfiki.
    – Jeśli nawet, nie nastąpi to w najbliższej przyszłości. – Wyczerpany opadł głową na poduszki ułożone na szpitalnym łóżku. – Bądź miłosierna, Kate. Zrób to.
    – Nie mogę. – Łzy spływały jej po twarzy. – Nie po to zostałam lekarzem. Nie wierzę, że naprawdę tego chcesz. Gdybyś był sobą, nie prosiłbyś mnie o to.
    – Spójrz na mnie. – Podniosła oczy i napotkała jego wzrok. – Nigdy nie byłem sobą bardziej niż w tej chwili. Naprawdę sądzisz, że nie mówię tego serio, kochanie?
    Nie, wiedziała, że ojciec mówi poważnie. Gorączkowo głowiła się nad sposobem, w jaki mogłaby odwieść go od tego zamiaru.
    – A Joshua? Co z nim będzie? Tak bardzo cię kocha! Drgnął gwałtownie.
    – On ma dopiero sześć lat. Zapomni.
    – Wiesz dobrze, że nie. Joshua nie jest taki jak inne dzieci.
    – To prawda. Jest taki jak ty. – W jego głosie zabrzmiała nuta czułości. – Bystry, lojalny i gotów do walki z całym światem. Jest jednak jeszcze za młody, aby obarczać go jakimkolwiek brzemieniem. Jeśli nie chcesz uczynić tego dla mnie, zrób to dla mego wnuka. Zrób to dla dobra Joshuy.
    Zrozpaczona uświadomiła sobie nagle, że ojciec przygotował się niezwykle rzetelnie do tej rozmowy.
    – Nie zostawię cię tak – szepnęła.
    – To by wcale nie znaczyło, że mnie zostawiasz. – Umilkł na moment. – Zanim przyszłaś, leżałem i wspominałem czasy, gdy byłaś małą dziewczynką i spacerowaliśmy po lesie Jenkinsa. Smuciłaś się, kiedy nadchodziła jesień, a z drzew opadały liście. Pamiętasz, co ci wtedy mówiłem?
    – Nie.
    Pokręcił z wyrzutem głową.
    – Kate!
    – Mówiłeś, że każdy liść to ogniwo, które tak naprawdę nigdy nie może się przerwać ani zniknąć – zaczęła z wahaniem. – Nawet gdy opadnie, łączy się w ten sposób ponownie z ziemią i cały łańcuch zaczyna funkcjonować od nowa, jeszcze sprawniej niż przedtem.
    – Brzmi to trochę górnolotnie, ale tak już jest.
    – Bzdura.
    Na jego twarzy zajaśniał uśmiech i przez chwilę ojciec był znowu tamtym, znacznie młodszym i silniejszym mężczyzną, spacerującym z nią po lesie Jenkinsa.
    – Wtedy wierzyłaś w moje słowa.
    – Łatwiej akceptować to, co zsyła los, kiedy ma się siedem lat. Od tamtego czasu zmieniłam się. Wydoroślałam.
    – Tak, to prawda. – Wyciągnął rękę, palcem wskazującym musnął delikatnie jej wilgotny od łez policzek. – Dwadzieścia sześć lat, a już taka dzielna.
    Wcale nie czuła się dzielna ani twarda. Wręcz przeciwnie; miała wrażenie, że rozpada się cała od wewnątrz.
    – Możesz być tego pewny – odparła drżącym głosem. – Wtedy, przed laty, chciałam wziąć drabinę i przybić te liście z powrotem do gałęzi albo zrobić coś, żeby przestały opadać z drzewa.
    Jego uśmiech zgasł.
    – Może w przyszłości będzie to możliwe, Kate, ale nie teraz. Nie próbuj przybijać mnie do jakichkolwiek gałęzi. Wcale nie chcę zostać ukrzyżowany.
    Przeszył ją ostry ból.
    – Wiesz dobrze, że nigdy bym tego nie zrobiła… Kocham cię.
    – A więc pozwól mi odejść. Pomóż mi. Pozwól mi zachować godność.
    – Nie wiem… Nie potrafię nawet zebrać myśli, wyobrazić sobie, że… Błagam, nie proś mnie o to. – Oparła głowę na ich złączonych dłoniach. – Chcę walczyć o ciebie.
    – To właśnie będzie walka o mnie.
    – Nie, ty chcesz, abym skapitulowała. Nie mogę tego zrobić. Jego dłoń przesunęła się pieszczotliwie po jej głowie.
    – Możesz. Dlatego że jesteś dzielną kobietą… i też nie chciałabyś zostać ukrzyżowana. Zawsze się rozumieliśmy, czyż nie?
    – Ale nie tym razem.
    – Również teraz.
    Nie mylił się. Rozumiała go doskonale. On podjął już decyzję.
    – Rozumiem czy nie; co za różnica? Chcę ci pomóc, to najważniejsze.
    – I dlatego wiem, że to zrobisz. Zawsze, przez wszystkie lata, starałem się żyć godnie. Nie pozwól, aby to się teraz zmieniło.
    – Nie grasz uczciwie.
    – Rzeczywiście, ale… Pozwolisz mi na tę odrobinę egoizmu? Tylko ten jeden raz?
    Jego słowa zagłuszało coraz głośniejsze łkanie, które wstrząsało całym jej ciałem.
    – Dziękuję, kochanie. – Nadal głaskał ją delikatnie po głowie. Nieco ciszej dodał: – Ale będziesz musiała być bardzo ostrożna. Nie chcę, abyś wpędziła się w jakiekolwiek kłopoty. Nikt nie może się o tym dowiedzieć. Nigdy.

1.

    Dandridge, stan Oklahoma
    Trzy lata później
    Sobota, 24 marca

    – Mamo, skoncentruj się. – Joshua opuścił kij i spojrzał na nią z wyrzutem. – Weź się w garść. A w ogóle jak mam się nauczyć dobrze grać, jeśli ciągle mi wszystko ułatwiasz?
    – Przepraszam. – Kate uśmiechnęła się do syna i pobiegła po piłkę, która odbiła się od wysokiego drewnianego parkanu. – Zapomniałam, że mam do czynienia z przyszłym mistrzem, następcą sławnego Freda McGriffa. Postaram się teraz grać lepiej. – Uniosła nogę i z półobrotu wykonała rzut.
    Joshua odbił piłkę, która poszybowała wysoko nad parkanem, po czym uśmiechnął się do matki.
    – Punkt dla mnie.
    – Rzut był dobry! – Kate wyglądała na urażoną.
    – Tak, dobry, ale zdradziłaś się, jaką wypuścisz piłkę. Wytarła dłonie o dżinsy i spojrzała na syna z niedowierzaniem.
    – W jaki sposób?
    – Zawsze, kiedy ma to być szybki rzut bezpośredni, unosisz nogę wyżej. Powinnaś się pilnować.
    – Postaram się. Następnym razem. – Wydęła usta. – Dziś jestem łatwym przeciwnikiem. Zresztą czeka mnie sporo pracy po południu. Nie mam czasu na szukanie tej cholernej piłki po całej okolicy.
    – Pomogę ci. – Odłożył kij i podszedł do matki. – Jeśli poćwiczysz ze mną jeszcze piętnaście minut.
    – Namów któregoś ze swoich przyjaciół, aby pograł z tobą. Rory jest napastnikiem w drużynie. Z pewnością jest dobry.
    – Jest w porządku. – Joshua szedł teraz ramię w ramię z matką, dotrzymując jej kroku. – Ale twoje piłki są lepsze.
    Otworzyła furtkę i ruszyła do domu.
    – Żebyś wiedział, że tak.
    – I szybko się uczysz. Nie popełniasz dwa razy tego samego błędu.
    – Dziękuję. – Skłoniła głowę z powagą. – Doceniam te miłe słowa. Na piegowatej twarzy chłopca zajaśniał przekorny uśmiech.
    – W ten sposób się podlizuję.
    – To właśnie podejrzewałam. – Obróciła się ku niemu, chcąc go objąć, natychmiast jednak dała za wygraną. Joshua był miłym dzieckiem, ale też bardzo dumnym jak na dziewięciolatka. W sobotnie popołudnie – tak zazwyczaj bywało – wokół domu aż się roiło od dzieci z sąsiedztwa. Byłoby niewskazane, gdyby jedno z nich dostrzegło, jak tuli do siebie syna. – Posłuchaj, graliśmy pełne dwie godziny. Niestety nie mam już więcej czasu.
    Z filozoficznym spokojem wzruszył ramionami.
    – Trudno. Ale musiałem spróbować.
    – Tak jak przedtem, kiedy odbijałeś moją piłkę.
    – Właśnie. – Odwrócił wzrok. – Znowu przyniosłaś do domu pracę z Genetechu?
    – Mhm. – Rozejrzała się po placyku przed drzwiami frontowymi.
    – Gdzie ta piłka? Widzisz ją gdzieś?
    Zdawało się, że jej nie słyszy.
    – Rory opowiedział, co mówi jego tata: że ludzie, którzy pracują w Genetechu, wytwarzają tam Frankensteinów.
    Drgnęła gwałtownie, odwróciła się i spojrzała na niego bacznym wzrokiem:
    – I co mu odpowiedziałeś?
    – Że jest głupi. Że ty starasz się ratować życie wielu ludzi, a potwory występują tylko w książkach i filmach. – Znowu nie patrzył na nią.
    – Czy to cię złości, że ludzie wygadują o tobie takie kłamstwa?
    – A ciebie to złości?
    – Tak. – Stał nadal z opuszczonymi swobodnie rękami, ale zacisnął pięści. – Mam ochotę dać im w nos.
    W ostatniej chwili powstrzymała się od uśmiechu. Sprawa była poważna. Joshua po raz pierwszy stanął twarzą w twarz z kontrowersjami istniejącymi wokół charakteru jej pracy, musiała więc teraz wykazać się jak największym taktem. Niestety, dyplomacja nie należała do jej mocnych stron.
    – Lepiej spróbuj im to jakoś wytłumaczyć, żeby zrozumieli, o co chodzi. To chyba nie ich wina. Nasze eksperymenty genetyczne są absolutną nowością, mnóstwo ludzi nie potrafi pojąć, że badając struktury genów i próbując dokonywać w nich określonych zmian, usiłujemy jedynie zwalczać choroby i ulepszać życie człowieka.
    – Jeśli tego nie rozumieją, są głupcami. Ty nie mogłabyś przecież nikogo skrzywdzić.
    – Zapewne sądzą, że mogłabym zrobić coś nie tak, jak należy. Że nie będę wystarczająco ostrożna…
    Joshua skwitował to wzgardliwym parsknięciem.
    A więc nie trafiła mu do przekonania. Ale to nic, przyszedł jej właśnie do głowy świetny pomysł. Joshua, podobnie jak większość jego rówieśników, miał bzika na punkcie komputera.
    – Kupię ci program komputerowy objaśniający nie tylko DNA, ale również istotę eksperymentów medycznych w tej dziedzinie. Mógłbyś obejrzeć go razem z Rorym.
    Rozpromienił się natychmiast.
    – A jeśli nadal nie załapie, o co chodzi?
    Omal nie odparła: „Wtedy dasz mu w nos”.
    Dyplomacja! Joshua nie powinien cierpieć przez jej nerwy lub frustrację.
    – Wtedy przyjdziesz do mnie i wspólnie obmyślimy jakiś nowy plan.
    – W porządku. – Chłopiec zerknął na matkę, w jego oczach zapłonęły figlarne iskierki. – I nie martw się, nie powiem ci, kiedy dam mu w nos.
    Spryciarz z niego, nie ma co. I na pewno zbyt rozgarnięty na swój wiek. Rozgarnięty i absolutnie kochany. Czuła, jak serce jej rośnie, kiedy tak patrzyła na niego. Niski, ale dobrze zbudowany, o ciemnych włosach z rudawym odcieniem (zabójczy kosmyk!), radował oczy. Czym prędzej odwróciła się i ruszyła do domu.
    – Właściwie możesz sam rozejrzeć się za tą głupią piłką.
    – To nie fair. Ty byłaś w obronie. Jeśli nie złapałaś piłki, to do ciebie należy…
    – Telefon! – Na ganek wyszła Phyliss Denby. – Rozmowa międzymiastowa. Znowu Noah Smith.
    Kate zmarszczyła brwi.
    – Powiedziałaś mu, że jestem w domu? Phyliss kiwnęła głową.
    – Nie wiedziałam już, co wymyślić.
    – Pomożesz mi poszukać piłki, babciu? – zapytał Joshua. Phyliss uśmiechnęła się do niego, schodząc z ganku.
    – Jasne.
    Za jej plecami Kate zamieniła z synem wymowne spojrzenie. Oboje wiedzieli, że babcia skoczyłaby nawet w ogień, gdyby poprosił ją o to Joshua. Chłopiec przybrał na powrót niewinną minę i odwrócił się do Phyliss.
    – Zdobyłem punkt. Obroniłem rzut.
    – Pewnie twoja matka znowu uniosła nogę za wysoko? – Aha.
    – Ty też wiesz, że zdradzam się w ten sposób? – zapytała Kate urażona. – Dlaczego mi nie powiedziałaś?
    – A dlaczego miałam ci mówić? Cóż to, jestem twoim trenerem, czy co? Idź już, odbierz telefon.
    Kate niechętnie weszła do domu. Znowu ten Noah Smith! Nie miała ochoty na ponowną rozmowę z nim. Zazwyczaj nie dawała się innym zbijać z tropu, ale pewność siebie i natarczywość tego człowieka wytrącały ją z równowagi. Początkowo pochlebiało jej, że Smith chce ją zatrudnić. J. & S. Pharmaceuticals była firmą niewielką, lecz prestiżową, sam Smith cieszył się opinią znakomitego naukowca, a kwota, jaką zaoferował, była więcej niż szczodra. Miał jednak niemiły sposób bycia człowieka, który nie uznaje odpowiedzi odmownej. Tak jakby nie docierało do niego to, czego nie chciał usłyszeć.
    – Przepraszam, jeśli zakłóciłem sobotni spokój. – Głęboki głos Noaha Smitha w słuchawce był przypudrowany jedwabistą ironią. – Jednak było to niezbędne. Nie zdołałem jak dotąd zastać pani w domu… ani w biurze. Dziwne.
    – Nie ma w tym nic dziwnego. A w ogóle skąd pan zna mój numer telefonu domowego, doktorze Smith?
    – Noah. Powiedziałem już: proszę mi mówić Noah.
    – Więc dobrze. Skąd pan zna numer mojego telefonu domowego, Noah? Jest przecież zastrzeżony.
    – Trudno ostatnio o zachowanie prawdziwej prywatności, nieprawdaż? A kto odebrał telefon? Z tą samą osobą rozmawiałem już przedtem.
    – To moja teściowa. Czuję się zaszczycona, że zadał pan sobie tyle trudu, aby zdobyć numer mojego telefonu i zadzwonić do mnie, ale wolałabym nie łączyć swoich spraw zawodowych z domem.
    – Teściowa? Przecież jest pani rozwiedziona.
    – Owszem, ale ona nadal zajmuje się moim synem. Phyliss jest… – Urwała. – Skąd pan wie, że jestem po rozwodzie?
    – Sądzi pani, że próbowałbym ją zatrudnić, nie starając się zebrać przedtem wszelkich niezbędnych informacji?
    To brzmiało logicznie.
    – W takim razie musi pan również wiedzieć, że prowadzimy z synem wyjątkowo ustabilizowane życie. Nie brałam w ogóle pod uwagę możliwości przeprowadzki całej rodziny po to tylko, aby zmienić miejsce pracy.
    – Oklahoma nie posiada monopolu na ustabilizowany tryb życia. Seattle ma wiele do zaoferowania. Potrzeba nam współpracy. Czy chodzi pani o wyższą pensję?
    – Nie. – Poczuła się nagle znużona jego natarczywością. – Nie chodzi mi o pieniądze – powiedziała dobitnie. – Nie chcę się przeprowadzać. Prawdę mówiąc, nie mam chęci pracować z panem, doktorze Smith. Czy to jasne?
    – Najzupełniej jasne. Podnoszę ofertę o dziesięć tysięcy rocznie. Proszę się zastanowić. Jeszcze się odezwę.
    Odłożył słuchawkę.
    Zirytowana zacisnęła zęby. Niemożliwy. Ten facet jest niemożliwy!
    – Wiesz, może to byłby nawet niezły pomysł, gdybyś przyjęła jego ofertę – odezwała się od progu Phyliss. – Przydałaby ci się jakaś niewielka odmiana.
    – Nie narzekam na to, co mam. – Kate zrobiła wymowną minę. – A ty podniosłabyś natychmiast wielki krzyk, gdybym wywiozła stąd Joshuę.
    – Nie zrobię tego, o ile zabierzesz mnie ze sobą. Kate spojrzała na nią zaskoczona.
    – Zostawiłabyś Michaela? Phyliss uśmiechnęła się.
    – Kocham mego syna, ale nie jestem ślepa; dostrzegam jego wady. Lubi szufladkować wszystkich ludzi, z którymi ma do czynienia, a potem wpada w szał, kiedy okazuje się, że ten czy ów nie mieści się w wytyczonych ramach. W tobie widział własną żonę, matkę swego dziecka i gospodynię domową. Rozwiodłaś się z nim, bo te etykietki nie obejmują ciebie całej, musiałaś więc wydostać się ze swojej szufladki. Jeśli o mnie chodzi, jestem w jego oczach starą, kochaną matką, wdową po jego ojcu i babcią Joshuy. Także dla mnie ta szufladka jest za ciasna.
    Kate spojrzała na nią z czułością. Szczupła, wysoka, o krótkich, kręconych kasztanowatych włosach Phyliss wyglądała młodziej niż wiele kobiet, z którymi Kate stykała się codziennie w pracy, miała też znacznie więcej wigoru. Kiedy przed dwoma laty Kate przeprowadziła rozwód, Phyliss Denby zaskoczyła ją mile, wprowadzając się do niej. Zamiast pozwolić, aby ich przyjaźń zakończyła się wraz z rozwiązaniem małżeństwa syna, zajęła się prowadzeniem domu, opiekowała się również wnukiem, gdy Kate przebywała w pracy. Niezależna, konkretna i pełna życia, była dla nich obojga, Kate i Joshuy, prawdziwym błogosławieństwem.
    – Tak, wierzę ci – pokiwała głową Kate. – Ale nie przypuszczałam, że zechcesz się przeprowadzić do innego miasta. Przecież spędziłaś tu całe swoje życie.
    – Może nadeszła pora, kiedy i mnie przyda się jakieś urozmaicenie.
    – Podeszła bliżej. – Jeśli oferta pracy ci odpowiada, nie odrzucaj jej.
    – Nie jest aż tak dobra. Noah Smith to… typ ekscentryka. Nie wydaje mi się, abyśmy mogli pracować razem.
    – Ekscentryka?
    – Badania z dziedziny genetyki to powolny, systematyczny proces prób i eliminacji. On natomiast lubi nagłe zmiany.
    – Z jakim wynikiem?
    Kate wzruszyła ramionami.
    – Ten człowiek jest znakomitym naukowcem. Oczywiście odnosi sukcesy.
    – A więc może takie nagłe zmiany to metoda godna naśladowania.
    – Nie dla mnie. – Kate odwróciła się i ruszyła ku drzwiom. – I nie ma sensu mówić o tym. Nawet gdybym uznała, że potrafię pracować z tym człowiekiem, nie mogę stąd wyjechać.
    – Nie możesz? – Phyliss spojrzała na nią zaintrygowana. – Zawsze podziwiałam w tobie między innymi to, że zdawałaś się nie wiedzieć, co znaczy słowo „nie mogę”.
    – W porządku. A więc po prostu: nie wyjadę stąd. – Kate uśmiechnęła się do niej przez ramię. – Czy znalazłaś piłkę Joshuy?
    – Jak widzę, temat rozmowy został zamknięty – mruknęła Phyliss.
    – Piłka leżała pod krzewem różanym. Joshua powiedział, że musisz dziś popracować. Mam go zabrać do kina?
    – Jeśli chcesz. Dla mnie nie ma to znaczenia. I tak przestaję go słyszeć, kiedy zabieram się do pracy.
    – A tak, zapomniałam. Praca pochłania cię do tego stopnia, że nie słyszałabyś nawet erupcji wulkanu.
    To prawda. Wszystko dlatego, że każda chwila przybliżała moment uzyskania odpowiedzi, a oczekiwanie stawało się nie do zniesienia. Ostatnie eksperymenty były bardzo obiecujące. Kate uśmiechnęła się lekko.
    – W Oklahomie nie ma żadnych wulkanów – zauważyła.
    Są za to w pobliżu Seattle. Taka zmiana mogłaby być dla ciebie niezwykle pobudzająca, Kate rozejrzała się po małym, przytulnym saloniku, spojrzała na wygodną kanapę i krzesła z wypłowiałym nieco obiciem, przeniosła wzrok na stary dębowy stolik okolicznościowy, o który Joshua zawsze opierał nogę, kiedy oglądał telewizję. Wspólnymi siłami ona i Phyliss zrobiły z tego domu ciepłe gniazdko. Nie potrafiłaby teraz opuścić go tak po prostu. Potrzebowała stabilizacji, jak również tkwiących tu korzeni.
    – Obejdzie się bez takich podniecających przeżyć – powiedziała stanowczo. – Zostanę tutaj.

    – Znowu cię spławiła? – zapytał Anthony Lynski, kiedy Noah odwrócił się od telefonu. – Prawdziwy z niej twardziel. Na pewno jest ci potrzebna?
    – Jeszcze jak. – Noah usiadł za biurkiem. – Muszę poznać system porodu, a ona go opracowała. Albo opracuje niebawem.
    – Przeczytałem jej ostatni artykuł dla tego czasopisma medycznego i wydał mi się czystą teorią, opartą raczej na domysłach.
    – A czegoś się po niej spodziewał? Że opisze wszystkie szczegóły jeszcze przed opatentowaniem systemu?
    – W takim razie po co w ogóle napisała ten artykuł?
    – Bo była za bardzo podniecona, żeby zachować milczenie. Niemal czułem to, czytając tekst. W podobnej sytuacji znalazłem się trzy lata temu, gdy po raz pierwszy udało mi się rozwikłać problem RU 2. Po prostu chciała się z kimś podzielić swoją wiedzą, porozmawiać o tym, a jednocześnie miała świadomość, że nadmiar zaufania wobec innych może się okazać niebezpieczny.
    Tony spojrzał na niego nieufnie… – Skąd wiesz? Przecież nie znasz tej kobiety. Noah wyjął z górnej szuflady biurka szarą papierową teczkę i otworzył ją.
    – To prawda, ale dzięki cenionemu przez ciebie detektywowi Barlowowi wiem wszystko na jej temat. – Raport rozpoczynała fotografia Kate Denby. Krótkie, jedwabiste popielato-blond włosy okalały twarz będąc ruchliwym połączeniem siły i wrażliwości. Mocno zarysowana szczęka, szerokie usta, w których czaiła się zmysłowość, szeroko osadzone piwne oczy patrzące śmiało – te cechy zdawały się emanować ze zdjęcia najbardziej intensywnie. – A przynajmniej sądziłem, że wszystko. Nie ma tu na przykład informacji o tym, że dzieckiem zajmuje się teściowa.
    – Barlow to dobry detektyw. Prawdopodobnie myślał, że ma się skoncentrować na jej kwalifikacjach zawodowych. – Tony podniósł teczkę z dossier i przejrzał akta. – Materiał wygląda na dość kompletny. Córka Roberta Murdocka, znakomitego lekarza, zmarłego jakiś czas temu. Była czymś w rodzaju cudownego dziecka, szkołę średnią ukończyła w wieku szesnastu lat, a akademię medyczną, kiedy miała dwadzieścia dwa lata. Uzyskała szereg dyplomów w dziedzinie genetyki. Pracowała w laboratorium Brelanda w Oklahoma City, potem przyjęła posadę w Genetechu, gdzie zaoferowano jej wprawdzie mniejszą pensję, ale za to możliwość prowadzenia własnych badań w czasie wolnym przy użyciu sprzętu służbowego. Rozwódka, sprawuje opiekę nad swoim ośmioletnim synem.
    – Kiedy prosiłem o dossier na jej temat, wiedziałem niemal o wszystkim, co tu napisano – mruknął Noah. – Nie miałem jednak pojęcia, że nadal utrzymuje na tyle dobre stosunki z teściową, aby pozwolić jej zajmować się swoim synem.
    – To chyba niezbyt ważna informacja, czyż nie?
    – Ważna, o ile fakt ten wpływa na wygodę gniazdka, które zbudowała sobie Kate Denby.
    Tony uniósł brwi.
    – Och, gniazdka, z którego chcesz ją wyrzucić?
    Noah podniósł na niego wzrok i wyszczerzył zęby.
    – Źle mnie oceniasz. Potraktowałem ją bardzo łagodnie… jak na mnie. Nie było mowy o żadnym wyrzucaniu. Z mojej strony miały miejsce jedynie perswazja, przekupstwo i wytrwałość.
    – Jak dotąd – zauważył sucho Tony. – Ale twoja cierpliwość zaczyna się wyczerpywać.
    Uśmiech na twarzy Noaha przygasł.
    – Zgadłeś.
    – Czy powiedziałeś jej, nad czym miałaby tu pracować?
    – Nie chcę ryzykować. Muszę zaczekać, aż sprowadzę ją tutaj. – Nachmurzył się. – A czas ucieka.
    – Może nawet szybciej, niż myślisz. – Tony umilkł na moment. – Tropiłem tę podróż. Chyba od Londynu.
    Noah zmełły w ustach przekleństwo.
    – Jesteś pewien?
    – Owszem. Spodziewałeś się tego, może nie?
    – Spodziewałem się, ale nie tak szybko. Myślałem, że uda mi się przedtem ułożyć wszystko jak należy. – W jego głosie zabrzmiała wyraźnie nuta rozpaczy. – Niech to szlag, nie jestem jeszcze gotów! Wiesz, kto go opłaca?
    Tony pokręcił głową.
    – Jestem przecież prawnikiem, nie wróżbitą. A ty wiesz?
    – Może. Wczoraj zadzwonił do mnie Raymond Ogden.
    Tony zagwizdał przeciągle.
    – To gruba ryba. Do niego należy jedna z największych firm farmaceutycznych na świecie, prawda?
    Noah skinął głową.
    – I cały arsenał nieczystych sztuczek, jakie stosuje.
    – Skąd wiesz?
    – Sześć lat temu próbował przejąć moją firmę. – Noah uśmiechnął się krzywo. – Próbował wszystkiego: od kuszenia akcjonariuszy do wszczęcia kampanii reklamowej, sugerującej, iż nasza linia produkcyjna jest zaniedbana.
    – Ale nie udało mu się wysadzić cię z siodła?
    – Nie. Rozmyślił się.
    Tony nie pytał nawet, jakich metod użył Noah, aby zniechęcić Ogdena do pierwotnego zamysłu. Noah był prawdziwym twardzielem, a swoją firmą zarządzał z niemal feudalną pasją posiadacza. – A więc on nie stanowi już dla ciebie niebezpieczeństwa.
    – Ten człowiek nie zadał sobie wtedy wielkiego trudu, aby przejąć moją firmę. J. & S. była zbyt mała, aby ściągnąć na siebie całą jego uwagę.
    – A tym razem byłoby inaczej?
    – O tak! Z pewnością jest teraz mną w pełni zainteresowany. A to oznacza, że twoja rola jest skończona.
    – Co takiego?
    – Słyszałeś. Od tej pory sprawa może się stać niebezpieczna.
    – Jesteś przewrażliwiony. Nie odbyłem jeszcze tej podróży do Waszyngtonu. Ogden może nie wiedzieć o niczym. Prawdopodobnie działa na razie po omacku.
    – Oby. Mam nadzieję, że tak jest.
    Tony spojrzał na niego zaskoczony. Noah Smith nie zwykł kierować się w życiu nadzieją. Wolał brać ster w swoje ręce, samemu kształtować okoliczności. Nietypowe były też w tej chwili znużenie brzmiące w jego głosie i brak pewności siebie. W ogóle całe jego podejście do RU 2 mogło się wydawać niezwykłe. Od jakiegoś czasu trzymał mocno w ryzach lekkomyślną część swojej natury. Był ostrożny, skrupulatny i opiekuńczy. – Naprawdę się o mnie martwisz. – Umilkł na moment, aby wreszcie zadać pytanie, które tłumił w sobie już od dziesięciu miesięcy. – Co to w ogóle jest, u diabła, to RU 2? Noah pokręcił głową.
    – Lepiej nie pytaj.
    – Nie pytałbym, gdybym nie chciał wiedzieć. Jestem twoim przyjacielem od szesnastu lat i twoim prawnikiem od ośmiu, Noah. Wydaje mi się, że zasłużyłem sobie na zaufanie.
    – Mój prawnik nie powinien zadawać mi pytań, na które nie mam ochoty odpowiadać. – Noah spojrzał mu prosto w oczy. – A mój przyjaciel powinien mi wierzyć, że byłoby dla niego lepiej nie wiedzieć zbyt dużo. To niebezpieczne.
    – Pod względem zawodowym?
    – To niebezpieczne – powtórzył Noah. – Nie pchaj się w to, Tony.
    – Wątpię, aby Ogden chciał rzucić mi się do gardła w jakiejś ciemnej uliczce.
    – Nie osobiście. Bo i po co? Może przecież wynająć kogoś do tej roboty.
    Tony pokręcił głową.
    – Nie rozumiem, dlaczego Ogden miałby traktować twoje RU 2 jako tak olbrzymie zagrożenie. To doskonały gracz.
    – Zrozumiesz to łatwiej, jeśli spojrzysz na Ogden Pharmaceuticals jak na Hiroszimę, a na RU 2 jak na pierwszą bombę atomową. Pojmujesz już?
    Tony parsknął śmiechem.
    – Żartujesz! To niemożliwe, abyś… – Uświadomił sobie nagle, że Noah jest śmiertelnie poważny. – Nie jesteś chyba paranoikiem? – zapytał wstrząśnięty.
    – Jestem po prostu ostrożny. Na miłość boską, staram się tylko trzymać cię z dala od niebezpieczeństwa. – Głos Noaha przybrał szorstkie brzmienie. – Korzystam z twojej pomocy, bo tylko tobie mogę ufać, teraz jednak chcę, abyś się z tego wycofał. Wiedziałem, że ktoś taki jak Ogden wyłoni się natychmiast, gdy tylko te rekiny dowiedzą się o RU 2.
    – Czego miałyby się dowiedzieć?
    Noah pozostawił to pytanie bez odpowiedzi. Tony postanowił dać za wygraną.
    – Zawsze był z ciebie kawał egoisty – mruknął. – Od czasów Grenady nie łowiliśmy rekinów, a teraz chcesz zatrzymać je wszystkie dla siebie.
    Noah odprężył się.
    – Wystarczy mi odrobina szczęścia, abym odpłynął na bezpieczną odległość, zanim się zorientują, że jestem obok nich w wodzie.
    – Nie sądzę. Zazwyczaj robisz wokół siebie mnóstwo hałasu.
    – Zobaczymy. Pojedź mniej więcej na tydzień w góry, a ja zorientuję się w tym czasie, co z Ogdenem. – Otworzył biurko, wyjął z szuflady pęk kluczy i rzucił je przyjacielowi. – Wynająłem na twoje nazwisko domek w Sierra Madres. Adres masz na kółku. Nie mów nikomu, dokąd wyjeżdżasz, nawet sekretarce. Dobrze?
    – Jak sobie życzysz. – Wstał. – Przyda mi się parę dni wypoczynku. Muszę jeszcze przynieść ci do podpisu te umowy amsterdamskie. Mają być gotowe na poniedziałek, a ja wyjadę pod koniec tygodnia.
    – Jedź we wtorek.
    – Już dobrze, niech będzie wtorek. Zadzwonisz do mnie, jeśli będę ci potrzebny?
    – Zadzwonię na pewno.
    Tony ruszył ku drzwiom.
    – Jeszcze jedno… – Noah rozmyślał nad czymś intensywnie, marszcząc brwi. – Skontaktuj się z Sethem. Poproś go, żeby wpadł.
    – Nie zgodzi się.
    – Poproś go.
    – Na miłość boską, Noah, po co ci najemnik? Przecież to nie wojna!
    – Jeszcze nie.
    – Nie wiemy nawet, czy on żyje. Nie odzywa się od pięciu lat.
    – Na pewno był wśród żywych osiem miesięcy temu. Spędziliśmy wspólnie tydzień na pokładzie „Cadro”, żeglując po Morzu Karaibskim.
    Tony nie ukrywał zaskoczenia.
    – Nic mi o tym nie mówiłeś.
    – Nie mówię ci wszystkiego, Tony.
    – Wygląda na to, że mówisz mi cholernie mało. Noah uśmiechnął się.
    – Czyżbyś czuł się urażony, bo nie zaprosiłem na rejs również ciebie? Nie wydaje mi się, abyście byli przyjaciółmi od serca, ty i Seth.
    Ten łajdak zawsze doprowadzał mnie do szału.
    – Fakt. Myślę, że drażni go twoja reputacja. Nie przepada za prawnikami.
    – To prawda, woli towarzystwo przemytników, morderców i rozmaitej hołoty.
    – Hołoty. – Noah powtórzył to słowo powoli, takim tonem, jakby delektował się jego brzmieniem. - Skąd ci to przyszło do głowy?
    – To określenie kojarzy mi się zawsze z osobą Setha.
    – Powiedz mu to następnym razem, kiedy się z nim spotkasz.
    – Nie chcę się z nim spotykać. Do diabła, nie wiem nawet, gdzie mógłbym się z nim skontaktować.
    – Ameryka Południowa.
    – Dzięki za tak dokładną informację.
    – Hotel „Pedro Estabana” w Venga, Kolumbia. Zostaw wiadomość u Manuela Carrery. Powiedz mu, że nadeszła pora. Umów mnie z Sethem. Jak najszybciej.
    – Zrobię, co tylko możliwe – mruknął Tony. – Do diabła, nie chcesz, abym ci pomógł, ale nie przeszkadza ci, kiedy on nadstawia głowę.
    – To jego pole działania. I ma przewagę nad tobą. – Noah uśmiechnął się chytrze. – Nie jest prawnikiem.
    – Ty draniu. – Tony przystanął w progu i spojrzał ponownie na akta leżące na biurku. – Jak widzę, bardzo się troszczysz, aby ratować mój tyłek. A co z bezpieczeństwem Kate Denby?
    Twarz Noaha stała się natychmiast nieprzenikniona.
    – Nie mogę sobie pozwolić na to, by troszczyć się o nią. Będzie musiała zdać się na los.
    – Dlaczego?
    – Jest mi potrzebna – odparł krótko Noah.
    Kiedy Tony zamknął za sobą drzwi, Noah czym prędzej schował teczkę z dossier Kate Denby. Nie chciał patrzeć na jej fotografię. W ciągu kilku ostatnich tygodni zżył się za bardzo z widokiem twarzy tej kobiety. Przyzwyczaił się do niej.
    Duży błąd.
    Kiedy wreszcie uda mu się nakłonić ją do przyjęcia jego propozycji, będzie musiał zachować dystans. Nie będzie to łatwe, gdyż czeka ich oboje bliska współpraca, ale nie można inaczej. Znał siebie zbyt dobrze. Nie wolno mu zbliżyć się do niej za bardzo, pozwolić na powstanie zażyłych stosunków między nimi. Gdyby zaczął przejmować się losem Kate Denby, RU 2 zostałoby zagrożone, a do tego nie wolno dopuścić. Najważniejsze, aby mieć z niej pożytek i nie zaprzątać sobie głowy konsekwencjami.
    A konsekwencje zaczynały się już gromadzić na horyzoncie niczym groźne chmury burzowe. O Ogdenie można wprawdzie chwilowo zapomnieć, ale rzeczywiście tylko na krótką chwilę, gdyż jest on niczym horda Indian otaczających wozy osadników. Prędzej czy później atak musi nastąpić.
    Jemu zaś, Noahowi, nie pozostało nic innego, jak usiąść na tyłku i czekać biernie na rozwój wypadków. Czekać zamiast przystąpić do ataku. Robić unik zamiast ruszyć do boju i wziąć się z przeciwnikiem za bary.
    Wstał, podszedł do okna i wyjrzał na dziedziniec fabryczny, niemal opustoszały w to sobotnie popołudnie. Jedynie niezbędna część załogi pracowała we wschodnim skrzydle budynku, gdzie odbywała się większa część produkcji. Firma J. & S. Pharmaceuticals była nieduża, ale prosperowała znakomicie. Założył ją jeszcze dziadek Noaha, a rozwinął potem jego ojciec. Przez hale fabryczne przewinęło się mnóstwo robotników, podczas gdy on dorastał. Jako dziecko brał swój lunch i jadł na tym dziedzińcu razem z Paulym McGregorem, który kierował obecnie produkcją. W tym zmiennym świecie liczyła się teraz głównie owa fabryka.
    Jego fabryka. Jego ludzie.
    Ale RU 2 mogło zmienić również ten stan rzeczy. Mogło przekształcić wszystko, co miało dla niego znaczenie.
    Po co głowić się nad tym ponownie? – żachnął się w duchu. Ostateczna decyzja zapadła już przed dwoma laty; wtedy gdy zdał sobie sprawę z możliwości tkwiących w RU 2.
    Teraz było za późno na odwrót.
    RU 2 musi przetrwać.

    Niedziela, 25 marca
    Ameryka Południowa

    Seth znał dobrze ten zapach. Zapach, który trudno zapomnieć. Przeklęty Namirez.
    Szybkim krokiem szedł przez mokry od deszczu las w stronę wioski. Nie musiał już zachowywać się cicho. Nie teraz, kiedy ów zapach stawał się coraz bardziej intensywny.
    W wiosce panowała martwa cisza.
    Wszędzie leżały ciała. Ciała mężczyzn, kobiet, nawet dzieci i niemowląt.
    Śmierć. Błoto. Odór rozkładających się zwłok.
    Chryste, nawet małe dzieci.
    Namirez, ty kłamliwy sukinsynu.
    Z pobliskiej chaty wyłonił się żółtawobrązowy kundel, merdając ogonem. Podszedł bliżej, obwąchał wojskowe buty Setha.
    Dziwne, pomyślał Seth, że Namirez nie zaszlachtował również zwierząt.
    Sukinsyn.

    Venga, Kolumbia

    Znalazł pan sobie pieska, senor? – Manuel pokręcił głową, kiedy Seth zjawił się w hotelu dzień później. – Okropnie kościsty. Mogę postarać się o ładniejszego.
    – Podoba mi się ten. – Seth podał Manuelowi koniec sznura, na którym trzymał kundla. – Daj mu coś jeść, dobrze? Namirez jest w mieście?
    Manuel przytaknął.
    – W pokoju na zapleczu. Przyjechał też sierżant Rimilon. Jest u siebie. – Wręczył Sethowi złożoną kartkę papieru. – Wiadomość dla pana. Mister Lynski życzy sobie, aby zatelefonował pan do niego jak najszybciej.
    – Później. – Seth wetknął kartkę do kieszeni koszuli. – Zadzwoń na policję i powiedz sierżantowi Rimilonowi, że chcę spotkać się z nim w holu. Niech przygotują dla mnie helikopter.
    – Wybiera się pan gdzieś?
    – Tak. – Seth obszedł biurko i otworzył drzwi na zaplecze.
    Namirez siedział przy stoliku. Podniósł wzrok i uśmiechnął się.
    – Ach, Drakin! Wszystko układa się dla nas dobrze. Dotrzymał pan słowa.
    – Ale ty nie. – Jednym ruchem Seth wyciągnął pistolet z kabury. – Powiedziałem wyraźnie: żadnych kroków odwetowych.
    Strzelił w sam środek czoła.

    – I co teraz zrobimy? – krzyczał Rimilon. Starał się nie zostawać w tyle za Sethem, który biegł w stronę helikoptera stojącego za hotelem. – Musiałeś go zabić?
    – Tak. – Seth wskoczył do wnętrza maszyny, posadził psa na podłodze obok siebie. – Trzeba rozpuścić ludzi i spieprzać stąd jak najprędzej. Wspólnicy Namireza nie będą zachwyceni, że stracili go akurat w takim momencie. Wszystko diabli wezmą.
    Rimilon klął długo, zapamiętale.
    – Mogłeś po prostu zignorować to, co stało się w wiosce. A teraz co? Kto nam wypłaci forsę? Widziałem, jak policjanci przetrząsali jego sejf.
    – Ale ja byłem tam przed nimi. – Seth cisnął mu zwitek banknotów. – Wypłać ludziom i znikaj. Jeśli o mnie chodzi, opuszczam Amerykę Południową na jakiś czas. Będziemy w kontakcie. – Zamknął drzwiczki i po chwili helikopter oderwał się od ziemi.
    Dopiero gdy Seth znalazł się nad Wenezuelą i skierował maszynę w stronę lotniska w Caracas, wyjął z kieszeni kartkę. Zawierała tylko jedno zdanie i numer telefonu.
    Noah mówi, że nadeszła pora.
    Nie spodziewał się niczego innego. Noah powiedział mu ostatnio, że sytuacja dojrzeje niebawem i osiągnie punkt krytyczny. Następna wojna. Następne miejsce.
    Boże, jakież to męczące.
    Ale tym razem będzie inaczej. To wojna Noaha, a Noah jest jednym z tych ludzi, którzy są w porządku. Może nie będzie tak źle.
    Szczeniak u jego stóp zaskomlał.
    Seth opuścił wzrok. No tak, pies nasikał na podłogę. Wspaniale. Widocznie wystraszył się hałasu i wibracji helikoptera. Seth wiedział dobrze, co to strach. Nawet jeśli się doń przywyknie, nie można się już od niego uwolnić.
    Pogłaskał psa po głowie.
    – Nie przejmuj się. Niedługo lądujemy. – Wiedział, że nie postąpił rozsądnie, zabierając go ze sobą. Bo co z nim teraz zrobi? Niech to szlag, powinien był zostawić szczeniaka pod opieką Manuela.
    No tak, ale nie zwykł ufać innym, a pies przeżył masakrę i zasługiwał na to, aby żyć dalej. Tak więc on był skazany na towarzystwo tego kundla, który z pewnością przysporzy mu niejednego kłopotu.
    Co prawda, wygląda na to, że czekają go jeszcze większe tarapaty. Noah jest sprytny i sądzi, że przygotował się solidnie na każdą ewentualność, ale od czasów Grenady nie walczył na żadnej wojnie. Nie potrafi już myśleć jak żołnierz.
    Z drugiej jednak strony – to wojna Noaha. I zew Noaha. Tym razem on, Seth, nie musi kierować całą operacją. Może to i dobrze odprężyć się na jakiś czas i posiedzieć w drugim rzędzie.
    Przydałaby się taka odmiana. Ostatnio miał ciężki okres. Z każdym rokiem czuł się mocniej przyparty do muru, bardziej osaczony…
    Pies próbował wdrapać mu się na kolana. Seth zepchnął go z powrotem na podłogę.
    – Przykro mi, ale tu tylko byś mi zawadzał. A chyba nie chcesz, aby nasz ptak wylądował teraz w dżungli. Już tam byłeś.
    Podobnie jak i on. Dżungla, pustynia czy też wyspy… to wszystko traciło z czasem swoje kontury, zacierało się w jego umyśle. W pamięci zachowali się już wyłącznie ludzie, ale i oni zaczynali teraz zlewać się z tłem, ginąć jakby za mgłą.
    Wszyscy prócz sukinsynów takich, jak Namirez, oraz Noaha, tego porządnego faceta.
    Ów porządny facet i RU 2 mogli wysłać ich spokojnie do piekła.

2.

    Dandridge, stan Oklahoma
    Poniedziałek, 26 marca
    Godzina 10.35

    – Morderczyni! – Ohydny rzeźnik! – Załatwić demona!
    Kate szarpnęła szklane drzwi frontowe Genetechu, otworzyła je gwałtownie. Z rosnącym niepokojem patrzyła na Benitę Chavez, która kroczyła spiesznie z parkingu w jej stronę; za nią podążał wyjący tłum.
    – Myślisz, że się uda? – wyszeptał Charlie Dodd.
    – Nawet jeśli tak, zamorduję ją własnoręcznie – odparła Kate. – Gdzie, u diabła, są ludzie z ochrony?
    – Na kawie. Mieliśmy wszyscy przyjść do budynku przed ósmą. A jest już prawie dziesiąta.
    – W takim razie trzeba włączyć brzęczyk, wezwać ich pilnie.
    Już to zrobiłem, kiedy ujrzałem, jak Benny wysiada z auta. Benny Chavez pomachała radośnie ręką na widok Kate i wbiegła na kamienne schodki. Długonoga, w dżinsach, przeskakiwała po dwa stopnie naraz; długie, czarne włosy powiewały za nią na wietrze.
    – Jeszcze się śmieje – wycedziła Kate przez zaciśnięte zęby. – Ta wariatka myśli, że to tylko żart.
    – Przestanie się śmiać, kiedy złapią… Cholera!
    Jeden z demonstrantów uderzył Benitę w głowę drzewcem transparentu. Zachwiała się, przystanęła, z trudem utrzymała równowagę, ale i tak za późno: w tej samej chwili wchłonął ją rozwrzeszczany tłum.
    – Nie zamykaj drzwi! – zawołała Kate i zbiegła ku kłębowisku ludzi, wśród których znikła Benny. Z rąk siwej wiedźmy stojącej na zewnątrz ciżby wyrwała tablicę z hasłem protestacyjnym, odwróciła ją do góry nogami i wywijając drzewcem na prawo i lewo, poczęła torować sobie drogę, dopóki nie ujrzała przed sobą Benity.
    Bluzka dziewczyny wysunęła się z dżinsów, włosy opadały bezładnie na twarz, na której nie było już nawet śladu uśmiechu.
    – Biegnij do budynku. – Kate dźgnęła drzewcem w brzuch jakiegoś grubasa, zmuszając go do odsunięcia się od Benny. – Już!
    – Nie zostawię cię tak. Nie odejdę, dopóki… Och! Kate dźgnęła teraz ją.
    – Cholera, pośpiesz się. Będę tuż za tobą. Benny puściła się pędem po schodach na górę.
    – Suka! – odezwała się siwowłosa kobieta, której Kate zabrała transparent. – Morderczyni.
    Oślepiający ból przeszył jej skronie.
    Czuła, że osuwa się na ziemię…
    Nie, nie pójdzie im tak łatwo. Dopadli ją jak zgraja hien. Walczyła zawzięcie z ogarniającą ją ciemnością, zadawała na oślep ciosy drzewcem trzymanym kurczowo w dłoniach.
    Usłyszała odgłos uderzenia o czyjeś ciało, a potem przeraźliwy okrzyk, jęk przerażenia.
    Ktoś złapał ją od tyłu za włosy, starając się ściągnąć ze schodów.
    Kate przeszył dotkliwy ból, odruchowo odchyliła głowę do tyłu, ale w następnej chwili okręciła się na pięcie i ponownie zamachnęła się drągiem.
    Odpowiedział jej krzyk i ręka ciągnąca za włosy puściła ją w jednej chwili.
    Wspaniale. Miała nadzieję, że trafiła…
    – Szybko, pani doktor. – U jej boku pojawił się mężczyzna w szarym ubiorze z napisem Genetech na kieszeni bluzy. Poznała go. Cary z ochrony. – Proszę do środka. – Nieustępliwie prowadził ją po schodach w stronę wejścia, podczas gdy dwaj inni ochroniarze toczyli boje z tłumem. – Wie pani przecież, że nie powinna wychodzić do tych ludzi.
    Poczucie ulgi ustąpiło miejsca irytacji.
    – A co miałam robić, skoro nie było tu pana? Dlaczego, do diabła, musiał pan… – Umilkła. Nie, nie powinna tak mówić. Gmach jest zabezpieczony, wszyscy zostali powiadomieni, że mają przyjść do pracy wcześniej, aby uniknąć starcia z tamtymi idiotami. – Przepraszam. Wydarzenia wymknęły się nam trochę spod kontroli.
    – Powinna pani była poczekać, zamiast wychodzić przed drzwi.
    Kate zerknęła na Benny stojącą w progu obok Charliego Dodda.
    Widocznie ochroniarze zjawili się, dopiero gdy Benny nie zagrażało już żadne niebezpieczeństwo, nie mieli więc pojęcia, iż musiała jej pomóc. Charlie wzruszył ramionami; uniósłszy brwi, patrzył na Kate, czekając na jej reakcję. Incydent u podnóża schodów mógł łatwo ulec eskalacji, przekształcić się w prawdziwy koszmar. Jako kierująca projektem, Kate nie musiała się obawiać żadnych biurokratycznych konsekwencji, Benny natomiast, zaledwie asystentka w laboratorium, znajdowała się w mniej korzystnej sytuacji. Mogli ją uznać za osobę zbędną.
    – Popełniłam błąd. Powinnam była wiedzieć, jak się zachować. – Ujrzała ulgę na twarzy Benny i dodała: – To głupie starać się powstrzymywać idiotów przed robieniem z siebie osłów.
    – Rzeczywiście. – Benny podeszła bliżej, troskliwie ujęła ją pod ramię. – Wyglądasz, jakbyś się znalazła w samym środku huraganu. Chodźmy do umywalni, pomogę ci doprowadzić się do porządku.
    Cary miał wątpliwości.
    – Może powinna iść najpierw do lekarza. Ma zakrwawione czoło.
    – To nic poważnego – odparła Kate. – Wszystko będzie dobrze, Cary.
    – Na pewno. – Benny prowadziła ją już w stronę umywalni. – Charlie, powiedz w laboratorium, że przyjdę za chwilę, tylko pomogę Kate, dobrze?
    – Oczywiście nie mogą oczekiwać, że się zjawisz punktualnie, skoro zabawiasz się w pielęgniarkę – odparł z poważną miną.
    Mrugnęła do niego przez ramię.
    – Byłoby to z ich strony wyjątkowo nieludzkie.
    Zachichotał cicho, a Kate uświadomiła sobie, że będzie krył Benny, tak jak ona uczyniła to przed chwilą. Właściwie dlaczego to robimy? – pomyślała. Benny notorycznie się spóźnia, jest porywcza, łatwo zmienia nastroje.
    Była jednak równocześnie najbardziej kompetentnym technikiem w laboratorium, osobą wielkoduszną i obdarzoną wspaniałym poczuciem humoru.
    I Joshua uwielbiał ją. Miałby złamane serce, gdyby przydarzyło jej się coś złego. A więc dla dobra Joshuy oraz jej samej Benny musi podlegać szczególnej ochronie.
    – Siadaj. – Dziewczyna pchnęła Kate na chromowane siedzenie, usytuowane przed umywalką i wysokim lustrem, po czym zmoczyła papierowy ręcznik. – Wyglądasz okropnie.
    – Ciekawe dlaczego?.
    Bo wielka z ciebie frajerka. – Benny uśmiechnęła się i zaczęła delikatnie obmywać skronie Kate. – I pełno cię wszędzie tam, gdzie nie bywają aniołowie.
    – Ty nie jesteś aniołem, a znalazłaś się w samym centrum tej burdy.
    – Powinnaś była pozwolić mi stoczyć tę walkę na mój sposób. Nadaję się do tego lepiej niż ty. Mam metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, a ty jedynie metr pięćdziesiąt.
    – Metr pięćdziesiąt pięć – sprostowała Kate. – A zresztą poradziłam sobie lepiej od ciebie.
    – Bo mnie zaskoczyli. – Benny wytarła ręcznikiem jej przybrudzone policzki. – Nie sądziłam, że zaatakują właśnie mnie. Na miłość boską, przecież to nie ma sensu. Czy oni podejrzewają nas o dokonywanie tu aborcji?
    – Nie wiesz, jacy są fanatycy? Podejrzewają nas o to, o co chcą podejrzewać. Znudziło ich już atakowanie klinik aborcyjnych, tak więc wzięli teraz na cel ośrodki, gdzie przeprowadza się badania genetyczne.
    – Ale przecież Genetech nie zajmuje się eksperymentami dotyczącymi porodów. Chcemy wynaleźć szczepionkę skuteczną na wszystkie wirusy grypy.
    – Dla tych ludzi jesteśmy i tak potworami. – Kate wzięła od Benny ręcznik. – Wytrę się sama. Ty też doprowadź się do porządku.
    – Tak też myślałam, że szybko zechcesz przejąć inicjatywę. – Benny wydęła usta. – Nie lubisz, jak ktoś zajmuje się tobą zbyt długo, nieprawdaż?
    Kate spojrzała na nią zdumiona.
    – Dlaczego miałabyś robić dla mnie coś, co mogę zrobić sama?
    – Bez specjalnego powodu. Po prostu przyszło mi na myśl, że przydałaby ci się chwila odprężenia. Nie musisz odgrywać roli wyjątkowej kobiety przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. To musi być okropnie męczące.
    – Nie tak bardzo – uśmiechnęła się Kate. – Jeśli chcesz, abym się odprężyła, przyjdź jutro rano o ósmej, jak wszyscy. W porządku?
    – W porządku. Trudno, dziś zaspałam. Wczoraj wieczorem byłam na randce. – Zrobiła szelmowską minę. – Ty też powinnaś spróbować tego raz na jakiś czas.
    – To by się kłóciło z moją rolą. – Nonszalanckim tonem Kate dodała: – Zresztą nie potrzebuję żadnych mężczyzn. Już to przerabiałam.
    – Są rzeczy, które zasługują na powtórki. – Benny zawahała się, spojrzała na przyjaciółkę badawczym wzrokiem. – Ale może ty właśnie dbasz o te powtórki. Nadal widujesz się z Michaelem?
    – W każdy wtorek i sobotę po południu. – Uniosła rękę widząc, że Benny chce coś powiedzieć. – Chodzimy na mecze, które rozgrywa drużyna Josha, w lidze juniorów.
    – Wszystko po to, aby twój syn miał przed sobą zgodnych rodziców. Jakie to miłe widzieć taką szczęśliwą, kulturalną parę rozwodników.
    – Rozwodnicy nigdy nie czują się szczęśliwi. – Kate wstała, poprawiła biały fartuch. O dziwo, wyszedł z niedawnej szamotaniny bez szwanku. – Ale to jeszcze nie znaczy, że mieliby psuć humor wszystkim dokoła.
    – Nie ma obawy. Nigdy byś do tego nie dopuściła. U ciebie wszystko jest zawsze pod kontrolą. – Benny obmyła sobie twarz. – Nadal z nim sypiasz?
    Kate zmarszczyła brwi.
    – To nie twoja sprawa.
    – A jednak moja. – Benny wyglądała teraz na nieco zmieszaną. – Bo… lubię go.
    Kate zamarła.
    – Michaela?
    – Kilka tygodni temu, kiedy zostałam u ciebie w domu z Joshuą, Michael wpadł z wizytą. Pamiętasz ten wieczór, gdy pracowałaś w laboratorium do północy, a Phyliss była na kursie księgowości? – Benny mówiła gorączkowo, unikając wzroku Kate. – Cóż ci mam powiedzieć? Zawsze miałam słabość do gliniarzy. Budzą respekt. Może to dlatego, że brakowało mi ojca, gdy byłam mała. Ale jeśli ty nadal…
    – A co on czuje do ciebie?
    – Lubi mnie. – Benny odwróciła się, spojrzała jej prosto w oczy i dodała bez ogródek: – Spotykaliśmy się kilkakrotnie. Ale jeśli sobie tego nie życzysz, nie będę się już z nim umawiać.
    Skąd to wrażenie, że zostałam zdradzona? – pomyślała Kate. Michael ma przecież prawo zawierać nowe znajomości. Od rozwodu upłynęły już dwa lata, a jedyna więź pomiędzy nimi to Joshua.
    – Czy właśnie z Michaelem spotkałaś się wczoraj wieczorem?
    Benny przytaknęła ruchem głowy.
    Nie, to nie zdrada. Po prostu dręczy ją samotność… i pospolita zazdrość w stylu: sam nie zje i drugiemu nie da.
    – Daję ci wolną rękę. Nie sypiam z Michaelem. Między nami wszystko skończone. – Przygładziła sobie włosy. – Nie powinno się było w ogóle zacząć. Na pewno przypadniesz mu do gustu bardziej niż ja.
    – Też tak myślę. – Benny odetchnęła z ulgą. – Wiem, że nie jestem tak bystra jak ty, nie wyglądam też jak aniołek na czubku choinki, ale mam swoje plusy.
    To prawda. Benny miała dwadzieścia dwa lata – istotny atut wobec dwudziestu dziewięciu lat Kate – była także wyższa i wyczuwało się w niej więcej życia niż u jej jasnowłosej, drobnej przyjaciółki. Kate odruchowo wyprostowała ramiona. Nie chciała, aby uważano ją za osobę słabą i kruchą. Odkąd stała się kobietą dorosłą, starała się ze wszech sił zatrzeć to wrażenie i zrekompensować jakoś swój niepozorny wygląd.
    Nie brak ci rozumu i z pewnością wiesz, że jesteś atrakcyjna.
    – Rzeczywiście, nie jestem taka zła – zgodziła się z nią Benny. – A Michael to facet dość staroświecki. Pewnie nie było mu łatwo mieć za żonę pracoholiczkę.
    Kate poczuła ukłucie żalu. A więc Benny nastawiła się już pozytywnie do Michaela.
    – Owszem, było mu ciężko. Ale być żoną policjanta zajmującego się handlarzami narkotyków to też nie takie małe piwo.
    – Nie mówię przecież, że to twoja wina – zapewniła natychmiast Benny. – Po prostu ty oczekujesz od mężczyzny, aby… – Wzruszyła ramionami. – Odebrałam wychowanie tradycyjne i chyba jestem także dość staroświecka.
    – Szczęściarz z tego Michaela.
    – Jednak masz coś przeciw naszej znajomości.
    Kate ze znużeniem pokręciła głową.
    – Nie mam prawa sprzeciwiać się czemukolwiek, co robi Michael. Myślę, że powinnam się cieszyć, jeśli wybrał kogoś, kogo lubi Joshua.
    – Nie chodzi o to, aby traktować nas jak rzeczy – wtrąciła spiesznie Benny. – Ale jeśli rzeczywiście nie zależy ci…
    – Już dobrze – przerwała jej Kate. – Dzięki, że mi powiedziałaś. Czym prędzej wyszła z umywalni. To bolesne poczucie straty jest bez sensu. Przecież ona i Benny przyjaźnią się, chociaż praca nie pozwala na większą zażyłość.
    Pewnie nie było mu łatwo mieć za żonę pracoholiczkę.
    Usiłowała wymazać te słowa z pamięci. No dobrze, pomyślała, otwierając drzwi i wchodząc do laboratorium. Nie jestem jak te kobiety z dawnych komedii obyczajowych. Podobnie jak Michael, zrozumiałam od samego początku, że nasze małżeństwo to nieporozumienie. I tylko Joshua swoją obecnością sprawił, że trwało ono tak długo. Ja natomiast nie przyczyniłam się do fiaska w większym stopniu niż Michael.
    Ale czy rzeczywiście jest to fiasko? Ma przecież Joshuę, pracę, którą lubi, w Genetechu darzą ją szacunkiem. Nieźle, jak na kobietę dwudziestodziewięcioletnią. Jest mnóstwo takich, które mają znacznie mniej.
    Usiadła za biurkiem i skwapliwie sięgnęła po wyniki wczorajszych testów.
    – Dzwonił znowu Noah Smith. – Charlie wyrwał z notesu kartkę z numerem telefonu i rzucił ją na biurko Kate. – Prosił, żebyś się odezwała.
    – Dzięki. – Bezwiednie odsunęła karteczkę na bok, zaabsorbowana obrazem DNA na wykresie. Poczuła, jak ogarnia ją podniecenie. Osiemdziesiąt siedem procent. Niewiele brakuje. Boże, wreszcie jest tak blisko.
    – To już czwarty telefon – odezwał się Charlie. – Nie oddzwoniłaś przedtem do niego?
    – Tak. Raz.
    – Utarłaś nosa temu wielkiemu człowiekowi.
    – Może.
    – Jeśli nie chcesz tej posady, możesz zarekomendować mnie. – Charlie usiadł na brzegu biurka. – Nie mam nic przeciw współpracy z pretendentem do Nagrody Nobla.
    – Pogadaj z nim. Masz lepsze osiągnięcia w badaniach nad rakiem niż ja.
    – To właśnie powiedziałem mu teraz, kiedy zadzwonił. – Westchnął z żalem. – Według niego, posiadasz pewne plusy, których mnie brak.
    – Bzdura.
    – Poznałaś go już osobiście?
    Pokręciła głową.
    – Byliśmy na tej samej konferencji rok temu, ale widziałam go tylko z daleka. W otoczeniu chmary dziennikarzy. – Pamięć podsunęła jej nagle obraz Noaha Smitha, przedzierającego się przez ciżbę z nieustępliwością ostrej szabli: agresywnie, bezwzględnie, dynamicznie. – Spędził tam tylko jeden dzień. Wydaliśmy mu się zapewne mało inspirujący.
    – Sss! – syknął Charlie. – Jak widzę, nie przepadasz za nim.
    Wzruszyła ramionami.
    – Jest chyba w porządku. Może tylko trochę w zbyt gorącej wodzie kąpany.
    No cóż, to barwna postać. Służba w jednostce specjalnej, członek amerykańskiego jachtklubu… Dziennikarze uwielbiają pisać o naukowcach, którzy nie noszą okularów na nosie ani przenośnych mikroskopów w tylnej kieszeni spodni. A on lubi się dobrze bawić. Daj mu szansę.
    Wiedziała, że Charlie ma rację. Noah Smith stanowił wymarzony temat dla dziennikarzy: bohater wojenny, sportowiec, a także naukowiec o błyskotliwej karierze. I zdaje się, że stuknęła mu dopiero czterdziestka. Jej niechęć do niego wydawała się pozbawiona wszelkich podstaw. Nie, nie wszelkich. Stał się dla niej prawdziwą udręką.
    – Ty mu daj szansę – odparła.
    – Nie mogę, bo i on mi nie daje żadnej – mruknął ponurym tonem.
    – Skoro nie chcesz się za mną wstawić, mogłabyś przynajmniej przyjąć posadę, jaką zaoferował. Wtedy zająłbym twoje obecne miejsce.
    – Przykro mi, ale nigdzie się nie wybieram. Podoba mi się tutaj.
    – Uśmiechnęła się. – A teraz złaź z mego biurka i pozwól mi popracować.
    Jego wzrok padł na wykres.
    – Założę się, że nie jest to statystyka zachorowań na grypę. Jakiś prywatny projekt?
    – Kilka porównań – odparła wymijająco.
    – Rudzik? – Tak.
    – Oczy ci błyszczą, kiedy na nie patrzysz.
    – Naprawdę?
    – Mój Boże, coś taka ostrożna! – Wyglądał na dotkniętego. – Nie ufasz mi?
    – Jesteś niemożliwy. – Rozbawiona pokręciła głową. – Dopiero co próbowałeś pozbyć się mnie stąd.
    – No cóż, chyba wiem, w jaki sposób można wzbudzić twoje wątpliwości.
    Zachichotała i machnęła wymownie ręką.
    – Wynoś się wreszcie.
    Zadzwonił telefon.
    – W samą porę – mruknął Charlie. – Jak widać, Smith nie daje łatwo za wygraną.
    – To pewnie dział kreowania wizerunku firmy. Zagrożą mi sankcjami za wywołanie „incydentu”. – Podniosła słuchawkę. – Kate Denby.
    – Co się, u diabła, dzieje w tym waszym Genetechu?
    Westchnęła ciężko.
    – Cześć, Michael.
    Charlie wzruszył ramionami i wrócił do swojego biurka.
    – Po co się bijesz z tymi świrami?
    – Żeby oni nie pobili mnie. Nasi pracownicy powiadomili już posterunek?
    – Domagają się ochrony policyjnej na jutro. Na miłość boską, co ci odbiło? Mogłaś zostać ranna!
    – Ale nie zostałam. – Umilkła na moment, po czym dodała: – Ani Benny.
    W słuchawce nastała cisza.
    – Powiedziała ci? – zapytał wreszcie.
    – Czy to była tajemnica?
    – Nie, po prostu… sam nie wiem. Tak mi niezręcznie. Musimy porozmawiać.
    – Nie, wcale nie. – Czuła się dotknięta i ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebowała, było wysłuchiwanie przeprosin Michaela za to, że związał się z jedną z jej przyjaciółek. – Wszystko zostało już powiedziane.
    – Przyjadę po ciebie o czwartej i odwiozę cię do domu.
    – Nie mogę zostawić tu swojego auta. Na noc zostaje tylko część ochrony. Ci fanatycy mogliby mi roztrzaskać samochód.
    – Przywiozę ze sobą Alana. Odprowadzi twoje auto do domu. – Odłożył słuchawkę.
    Żałowała już, że odezwała się w ten sposób. Powinna była przewidzieć, jak zareaguje Michael. Zawsze nalegał, aby wykładać każdą sprawę na stół, w dodatku rozłożoną na czynniki pierwsze. No cóż, do czwartej pozostało jeszcze wiele godzin, nie mogła spędzić tego czasu, rozmyślając o nadchodzącym spotkaniu z Michaelem.
    Opuściła wzrok na wyniki testu i znowu poczuta, jak odżywają w niej emocje.
    – Udało się, Rudziku – szepnęła. – Myślę, że się udało. – Wstała i szybkim krokiem przeszła do przyległego pokoju. Rudzik biegał tam i z powrotem w dużej klatce, czujny i… zdrowy. Na tyle zdrowy, że zapragnęła przytulić go do serca. Ponieważ jednak trudno tulić szczura przeznaczonego do eksperymentów laboratoryjnych, ograniczyła się do podania mu liścia sałaty. – Osiemdziesiąt siedem procent – powiadomiła go z ulgą. – Myślę, że nadeszła pora, aby przenieść cię na emeryturę. Ta praca jest dla ciebie bez przyszłości. Co byś powiedział na spędzenie następnego tygodnia u mnie w domu? Joshua byłby tobą zachwycony.
    Rudzik nie wykazywał entuzjazmu wobec tej perspektywy. Trudno, za to jej euforia mogła wystarczyć dla nich obojga. Jeszcze parę minut studiowała testy, porównując wyniki, wreszcie odłożyła je na bok. Najwyższy czas zająć się pracą, za którą Genetech jej płaci.
    Szkoda, wielka szkoda.
    A jest już tak blisko sukcesu!

    Seattle
    Godzina 15.35

    – Szukałeś mnie – powiedział Seth, kiedy Noah podniósł słuchawkę. – Oto jestem.
    – A dokładnie gdzie? Venga?
    – W moim mieszkaniu w Miami. Venga stała się dla mnie zbyt ryzykowna. Musiałem rozdeptać miejscowego robaka i pomyślałem, że najlepiej wziąć nogi za pas. Przyleciałem dzisiejszej nocy.
    – Chryste, tego mi jeszcze brakowało! Kłopoty z prawem?
    – Właściwie nie. Miejscowa policja orzekła, że Namirez zginął w nieszczęśliwym wypadku.
    – Jakiż to wypadek?
    – Upadł twarzą na kulę z pistoletu – wyjaśnił pogodnie Seth. – Ciekawe, jak do tego doszło. Widocznie zawinił tu brak równowagi na równiku.
    – Co to za jeden, ten Ram… Nieważne, nie chcę wiedzieć. Na pewno nie ściga cię policja?
    – Chcieli mi dać medal. Może nawet wystawić pomnik na głównym placu w mieście.
    – W takim razie dlaczego uciekasz?
    – Wcale nie uciekam. To by było niegodne. Po prostu chodzę szybko, bardzo szybko. Namirez miał wspólników, którzy zapewne nie byli zachwyceni jego śmiercią akurat w tym momencie ich działalności. – Umilkł, następnie zapytał: – Po co Tony do mnie dzwonił? Chodzi o RU 2?
    – Sprawy mogą niebawem osiągnąć punkt krytyczny. Chciałbym, żebyś był w miejscu, gdzie łatwo nam przyjdzie nawiązać kontakt.
    – W Seattle?
    – Nie, zostań, gdzie jesteś. W razie potrzeby zatelefonuję.
    – Świetnie. Po tych sześciu miesiącach spędzonych w dżungli przyda mi się trochę relaksu i wypoczynku. Przy okazji: nie chcesz szczeniaka?
    – Co?
    – No, nie od razu. Celnikom nie podobało się, że pies nie jest szczepiony. Znalazłem go w dżungli. Musi teraz przejść kwarantannę.
    – Nie chcę żadnego szczeniaka.
    – Moim zdaniem, powinieneś mieć psa. Pasuje do fajki, ciepłych papuci, kominka i domu. Byłby cennym nabytkiem dla takiego domatora jak ty. Może nawet trochę by cię rozruszał.
    – Nie, Seth.
    – Wrócę jeszcze do tej sprawy, kiedy skończy się okres kwarantanny. Odezwij się w razie potrzeby. – Odłożył słuchawkę.
    Noah uśmiechnął się mimo woli. Skąd, u diabła, Seth wytrzasnął tego psa? Na pewno nie był zadowolony, kiedy celnicy orzekli konieczność poddania go kwarantannie. Ale co dalej? Jeśli Seth wbił sobie do głowy, że pies ma należeć do niego, Noaha, to poruszy niebo i ziemię, aby tak się stało.
    Mimo wszystko Noah był teraz w pogodnym nastroju. Seth, jak zwykle, pozwolił mu poczuć się lepiej, bezpieczniej; dzięki niemu odnosił wrażenie, iż łatwiej uporałby się z przeszkodami. Chociaż jeśli chodzi o stosowane przez Setha metody radzenia sobie z przeszkodami, to Bóg wie, że nie zawsze są one godne naśladowania. Zbyt prostackie.
    Musiałem rozdeptać robaka.
    To rzeczywiście zbyt prostackie.
    Telefon zadzwonił znowu.
    – Unika mnie pan – zganił go Raymond Ogden, kiedy Noah podniósł słuchawkę. – Ładnie to tak?
    Dobry nastrój ulotnił się w jednej chwili.
    – Nie mam nic do powiedzenia.
    – Za to ja mam. – Po chwili milczenia Ogden wyjaśnił: – Nie ma pan możliwości ani kontaktów, aby podjąć produkcję RU 2. W takiej sytuacji najlepsze wyjście to sprzedać wszystko mnie. W moich rękach szanse na sukces staną się realne.
    Noah zacisnął dłoń na słuchawce.
    – Nie wiem, o czym pan mówi.
    – Och, daj pan spokój. Nie można pracować sześć lat nad czymś takim jak RU 2 i nie dopuścić do żadnych przecieków informacji.
    – Ma pan na myśli szpiegostwo przemysłowe?
    – Ależ skąd, to przecież niezgodne z prawem. – Umilkł na moment. – Początkowo nie przejmowałem się tym zbytnio. Nie sądziłem, że ruszy pan z miejsca.
    – A dlaczego sądzi pan teraz, że tak się jednak stało?
    – Nazwijmy to intuicją.
    Może blefuje, pomyślał Noah. Wszystkie dotychczasowe testy otaczał ścisłą tajemnicą, dzielił zadania na poszczególne działy, tak aby każdy z nich znał tylko cząstkę całości. Może Ogden robi jedynie rekonesans, aby przekonać się, czy Noah potwierdzi jego podejrzenia.
    – Co to w ogóle jest, według pana, RU 2, Ogden?
    – Skończmy z tą zabawą w kotka i myszkę. Sprzedaje pan czy nie?
    – Muszę się zastanowić.
    – Nie dam się wodzić za nos – oświadczył łagodnym tonem Ogden. – Nie zamierzam siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż doprowadzi mnie pan do ruiny, Noah. Musi pan sprzedać mi RU 2.
    Noah uświadomił sobie, że Ogden nie blefuje. Że wie dokładnie, jakie niebezpieczeństwo stanowi dla niego RU 2.
    – Co pan z tym zrobi?
    – A jak pan myśli? Zbiję majątek.
    – Nie wierzę. Raczej utajni pan wszystko, zakopie tak głęboko, jak tylko się da.
    – I co z tego? Pan zachowałby przecież swoje miliony, które zapłacę.
    – To prawda. A co pan zrobi, jeśli nie sprzedam?
    – Zniszczę pana – oświadczył spokojnie Ogden. – Podobnie jak pańskiego przyjaciela, Lynskiego. I również tę grupkę z Oklahomy. Nie zawaham się przed usunięciem was wszystkich z drogi.
    Oklahoma? Noah przeżył szok, kiedy uświadomił sobie, że Ogden ma na myśli Kate Denby. Skąd, u diabła, dowiedział się o…
    – Czekam na odpowiedź, Noah.
    – Niech mi pan da czas do namysłu.
    – Nie mogę pana do niczego zmuszać. Ale ostatnio wykonuje pan zbyt szybkie ruchy. Niemal wzbudza to we mnie niepokój. – Przez chwilę jakby zbierał myśli. – Sądzę, że usiłuje pan zyskać na czasie i wystrychnąć mnie na dudka. Podejrzewałem, że taką właśnie obierze pan taktykę. Spodziewałem się tego. Od dawna czułem, że pod fasadą tego niedobrego chłopca, za jakiego pan uchodzi, kryje się idealista. Jest pan teraz w swoim biurze?
    – Tak.
    – Proszę wyjrzeć przez okno. – Ogden bez pożegnania przerwał połączenie.
    Noah powoli odłożył słuchawkę i wstał.
    Nagły podmuch rzucił go na podłogę.
    Odłamki szkła z rozbitego okna posypały mu się na plecy.
    Eksplozja. Jakaś eksplozja…
    Podczołgał się do okna. Z zewnątrz dobiegły go krzyki. Wyciągnął ręce do parapetu, podciągnął się do góry.
    – Mój Boże! – wyszeptał.
    Wschodnie skrzydło fabryki ginęło w płomieniach, z ruin wybiegali ludzie. Jego pracownicy…
    Musi zejść do nich na dół. Jego fabryka… jego pracownicy… Musi im pomóc…
    Podłoga zafalowała pod jego stopami.
    Jeszcze jedna eksplozja. Nawet nie usłyszał huku.
    Niech cię diabli, Ogden!
    Piekący żar.
    Ból.
    Mrok.

    Dandridge, stan Oklahoma
    Godzina 16.10

    – Cześć, Kate. – Alan Eblund wysiadł z chevroleta. Uśmiech rozjaśniał jego śniadą twarz, kiedy patrzył na schodzącą po schodach Kate. – Miło znów cię widzieć. – Skierował wzrok na gęsty tłum za kordonem, kłębiący się w odległości zaledwie kilku jardów od gmachu Genetechu. – Co takiego robisz, że wyprowadziłaś z równowagi tych miłych ludzi?
    – Ci „mili ludzie” próbowali mnie oskalpować. – Sięgnęła spojrzeniem za niego, do Michaela na przednim siedzeniu samochodu. Siedział ze zmarszczonymi brwiami. Zły znak. – Przykro mi, że Michael uznał za konieczne sprawić ci kłopot, zabierając wolny czas.
    – To nic takiego. Po cóż ma się partnera? – Alan otworzył przed nią drzwiczki auta. – Wolę to, niż zajmować się, jak wczoraj, handlarzami narkotyków.
    – Dziękuję… Może masz rację. – Alan był partnerem Michaela od sześciu lat i zawsze go lubiła. – Jak Betty i dzieciaki?
    – Doskonale. Betty ciągle mi przypomina, żebym zadzwonił do ciebie i umówił was obie na lunch.
    Ale to zaproszenie nigdy nie nastąpi, wiedziała o tym. Jej przyjaźń z Betty Eblund stanowiła jedną z ofiar, jakie musiała ponieść w związku z rozwodem. Jako żona policjanta Betty pozostała lojalna wobec partnera męża.
    – Byłoby miło. – Kate podała Alanowi kluczyki od samochodu. – W trzecim rzędzie z tyłu. Poznasz go bez trudu. To ta sama szara honda. Którą jeżdżę od pięciu lat.
    – W porządku. Do zobaczenia. – Pobiegł we wskazanym kierunku.
    – Chcesz koniecznie ukazać mnie w złym świetle? – burknął ponuro Michael, kiedy zajęła miejsce obok niego. – Zaproponowałem ci przecież dodatek na dziecko. Mogłabyś kupić sobie za to nowy samochód.
    Westchnęła.
    – Nie chciałam tego dodatku na dziecko i nie potrzebuję nowego auta. Honda sprawuje się bez zarzutu. I wcale nie zamierzałam dawać Alanowi do zrozumienia, że nie troszczysz się o mnie.
    – To, że jesteśmy rozwiedzeni, nie oznacza jeszcze, że uchylam się od swoich powinności. I nigdy nie będę od nich uciekał.
    – Wiem, że to nie w twoim stylu. – Michael był zawsze rzetelny i niemal fanatycznie świadom swoich obowiązków. Kiedy podczas procesu rozwodowego Kate zrzekła się dodatku na dziecko, nie ukrywał, iż fakt ten wytrącił go z równowagi. – Ale po prostu nie potrzebuję pomocy finansowej – dodała Kate. – Możemy już jechać? – Ruchem głowy wskazała na tłum. – Mam dość widoku tych szakali.
    – To dlaczego nie poszukasz sobie pracy, gdzie nie ma takich jak oni? – Zapuścił silnik i tyłem wyjechał z parkingu. – I tak muszą ci tu płacić niewiele, skoro nie możesz sobie pozwolić na zmianę samochodu.
    Wyglądało na to, że uwziął się na ten cholerny samochód.
    – Płacą mi wystarczająco dużo. Zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę dodatkowe korzyści.
    – Masz na myśli to, że pozwalają ci harować do upadłego – odparł ironicznie. – Joshua opowiadał mi już, że zabierasz teraz pracę do domu, nawet w weekendy.
    – Nie zaniedbuję Joshuy – odparła najeżona. – Wiesz dobrze, że stawiam go zawsze na pierwszym miejscu. To po prostu tak, jakbyś ty… – Urwała, gdyż uzmysłowiła sobie nagle, że nie upłynęło jeszcze nawet pięć minut, odkąd usiadła obok niego w samochodzie, a już zdołał zepchnąć ją do defensywy. – Daj spokój, Michael. Nie chcę dać się wyprowadzić z równowagi przez twoje gadanie, które bierze się stąd, że czujesz się winny. Zwłaszcza że nie powinieneś mieć sobie nic do zarzucenia. To twoje prawo zawierać nowe związki. Na miłość boską, jesteśmy już przecież dwa lata po rozwodzie.
    – Wcale nie czuję się winny. Jedno z drugim nie ma nic… – Urwał, uśmiechnął się z przymusem. – Mądrala z ciebie. Zawsze potrafiłaś przejrzeć mnie na wylot. – Przez chwilę zbierał myśli. – Nie chciałem, aby tak się stało. Szkoda, że to nie kto inny, lecz właśnie Benny. Jest twoją przyjaciółką, wiem o tym.
    – Trudno, w życiu bywa różnie. – Odwróciła wzrok. – Czy to coś poważnego?
    – Nie wiem. Może. Lubię ją. I bardzo długo byłem sam. Dzięki niej poczułem się lepszy, Kate. Poczułem się tak, jakbym miał trzy metry wzrostu.
    Zdobyła się na blady uśmiech.
    – To dużo, jak na początek.
    – Właśnie. – Zacisnął dłonie na kierownicy. – Gdybym wierzył, że mamy jeszcze szansę, nigdy bym… Ale to już naprawdę koniec, czyż nie, Kate?
    – Przecież wiedziałeś o tym.
    – Może. Kiedy podchodziłem do tego rozumowo. – Pokiwał głową. – Ale naprawdę cię kochałem, Kate. Przeszkadzało mi tylko, że jesteś tak piekielnie bystra. Czy zdawałaś sobie sprawę, jak bardzo mnie onieśmielasz?
    – Co takiego?
    – Peszyłaś mnie. Na uczelni byłaś kimś w rodzaju geniusza, a ja po prostu wlokłem się powoli do przodu.
    – Nie zachowywałeś się jak człowiek wystraszony. – Kate uśmiechnęła się kpiąco. – O ile dobrze pamiętam, próbowałeś zaciągnąć mnie do łóżka już na pierwszej randce.
    Odsłonił w uśmiechu zęby.
    – Cóż, peszę się tylko do pewnego stopnia. Byłaś drobna, milusia i seksowna i ciągnęło nas do siebie.
    – Milusia? – powtórzyła oburzona. – Milusi może być pluszowy miś, ale nie ja.
    – A jednak tak – upierał się. – Byłaś tak milusia, że zapragnąłem cię zdobyć i troszczyć się o ciebie.
    To wyraźny dowód, że oceniłeś mnie niewłaściwie, pomyślała ze smutkiem.
    – Trzeba przyznać, że przeżyliśmy trochę cudownych chwil – odezwał się Michael.
    – Ale nigdy nie miałeś przy mnie wrażenia, że masz trzy metry wzrostu?
    – Owszem, miałem, ale tylko w łóżku. – Jego uśmiech przygasł. – A potem wszystko się skończyło i poszłaś swoją drogą. Nigdy nie byłem dla ciebie wystarczająco ważny.
    – Ależ tak, byłeś. Po prostu nie potrafiłam uczynić z ciebie głównego elementu mojego istnienia i tego właśnie nie mogłeś zaakceptować.
    Nie byłam żoną, jakiej pragnąłeś. – Spojrzała mu prosto w oczy. – Popełniliśmy błąd. Nie zrób teraz kolejnego, nie kieruj się tylko tym, że Benny jest moim przeciwieństwem. Tym razem upewnij się, czy to właściwy wybór.
    – Na to jeszcze trochę za wcześnie. – Po chwili namysłu dodał: – W każdym razie ona szaleje za Joshuą. Tak sobie myślę… Czy nie miałabyś nic przeciw temu, gdyby Benny poszła z nami na jego mecz jutro po południu?
    Poczuła nagłą falę gniewu. Proszę bardzo, może oddać swojej przyjaciółce Michaela, ale jeśli chodzi o Josha, to nic z tego, nie odda go.
    – Nie śpieszmy się za bardzo. Zróbmy tak: zabierz na mecz Benny zamiast mnie. Usiądziemy na trybunie razem, żeby Joshua wiedział, iż aprobuję jej obecność. Po meczu odwiozę go do domu.
    – Jak sobie życzysz. – Podjechał do krawężnika i zaparkował przed jej drzwiami. – Nie chciałbym sprawić ci jakichkolwiek kłopotów. – Odwrócił się do niej i patrząc jej prosto w oczy, dodał: – Wiesz przecież, Kate, że chcę dla ciebie jak najlepiej.
    Chwilowe rozdrażnienie mijało, kiedy patrzyła na niego. Ze swoją zmierzwioną rudoblond czupryną i lekko zmrużonymi piwnymi oczami przypominał Joshuę w chwilach zadumy. Trudno się na niego gniewać, skoro Michael nie wie nawet, iż wykazał brak taktu. Pod wieloma względami był jak duże dziecko i ten sam chłopięcy urok, który kilka lat wcześniej przyciągnął ją do niego, obecnie rozbroił ją ponownie.
    – Tak, oczywiście, że wiem. Ja także chcę dla ciebie jak najlepiej, Michael. Zasługujesz na to. – Otworzyła drzwiczki i wysiadła. – Autobus przewiezie dzieci spod szkoły na boisko, tak aby mogły jeszcze potrenować przed samym meczem, a ty zawieź tam Benny. Spotkamy się na miejscu.
    Zmarszczył brwi.
    – Jesteś przekonana, że tak będzie w porządku?
    – Na pewno. – Odwróciła się i szybkim krokiem ruszyła w stronę Alana, który szedł już alejką. Nie, to nie jest w porządku. Miała wrażenie, jakby zatrzasnęły się za nią jakieś drzwi. Czuła się smutna, samotna, nieprzystosowana do życia.
    Czy tak właśnie czuł się Michael w okresie ich małżeństwa? Cóż za niedorzeczne przypuszczenie! Przecież on nigdy nie wątpił w swoje kwalifikacje zawodowe, miał także wyrobione i niezmienne zdanie na temat wzajemnych relacji pomiędzy mężczyznami i kobietami. Ona była wprawdzie od dawna przeświadczona, że jeśli chodzi o myślenie abstrakcyjne, jest bystrzejsza od wielu innych ludzi, ale dzięki ojcu zrozumiała, że na świecie istnieją różne rodzaje inteligencji. Mechanik w warsztacie samochodowym, gdzie zostawiała czasem hondę, był ekspertem w swojej dziedzinie. Michael z kolei cieszył się opinią znakomitego detektywa policyjnego. I chyba wiedział, że ona odnosi się do niego z szacunkiem, że nie traktuje go jak kogoś mniej wartościowego.
    Benny powiedziałaby mu to wprost. Przy niej czuje się wielki, jakby miał trzy metry wzrostu. Może to ja zawiniłam, pomyślała Kate, bo byłam zbyt niecierpliwa… Nie, nie ponoszę żadnej winy. Michael ma swoje słabe strony, podobnie jak ja swoje. Trzeba radzić sobie z własnym brzemieniem… A jednak ta świadomość nie uleczyła jej ze smutku ani z niepokoju. Wszystko się teraz zmieni. Jeśli Michael nie ożeni się z Benny, zwiąże się na pewno z inną kobietą. A jeżeli ożeni się po raz drugi, będzie wiódł życie bardziej ustabilizowane i zechce zapewne widywać się częściej z Joshuą.
    – W porządku? – Alan patrzył na nią zatroskany.
    Kiwnęła głową i wzięła od niego kluczyki. On już na pewno wie o Benny i Michaelu. Partnerzy są zazwyczaj doskonale zorientowani w tym, co się u nich dzieje.
    – Tak, wszystko w porządku.
    Szła dalej. Joshua powinien już być w domu. Zapyta go, czy chce wyjść na podwórko i pograć trochę. Mogłaby rzucić mu parę piłek. Miała nadzieję, że dojrzy na jego twarzy uśmiech i znajdzie jakiś pretekst, aby przytulić go do siebie choćby na moment. Ale musiałaby zachować pełną ostrożność: Joshua jest wyczulony na takie rzeczy, nie wolno dopuścić, aby zaczął coś podejrzewać.
    Joshua należał w dalszym ciągu do niej. I był jej potrzebny, zwłaszcza teraz.
    Phyliss powitała ją w progu. Jej spojrzenie przeniosło się na zaparkowany przy krawężniku samochód.
    – Michael nie wejdzie do domu?
    – Bardzo się śpieszy. Gdzie Joshua?
    – Pozwoliłam mu iść pograć w piłkę. Nie chciałam, żeby oglądał telewizję. Mógłby się zdenerwować tym wybuchem.
    – Jakim wybuchem?
    – Nie słyszałaś? – Phyliss zamknęła drzwi. – Oglądałam całą relację CNN. Noah Smith nie żyje.
    – Co takiego? – Patrzyła na teściową oszołomiona. – Jak to się stało?
    W jego zakładach farmaceutycznych nastąpiła eksplozja. – Phyliss podeszła do telewizora i włączyła go, nastawiając odpowiedni kanał. – A właściwie kilka eksplozji.
    – Jaka była przyczyna?
    Phyliss wzruszyła ramionami.
    – Nie wiadomo. Ale w takich fabrykach jak ta znajduje się zawsze pełno rozmaitych łatwopalnych środków chemicznych.
    – To prawda. – Kate przeszła wolnym krokiem w drugi kąt pokoju i opadła na kanapę, nie odrywając wzroku od przerażających scen widocznych na ekranie. Jakaś kobieta, skulona, szlocha rozpaczliwie, strażacy uwijają się, jak tylko mogą, pomagają przenosić ofiary katastrofy do ambulansów, mury fabryki płoną. – Mój Boże!
    – Nie wiadomo jeszcze, ile osób zginęło, ale przypuszczają, że może nawet ponad sto – powiedziała Phyliss.
    – Ale są pewni, że jedną z ofiar jest Smith?
    – Nie znaleziono jeszcze ciała, lecz w momencie eksplozji znajdował się w swoim gabinecie. – Phyliss wskazała na środkowe skrzydło fabryki, trawione przez szalejące płomienie. – Strażacy nie byli nawet w stanie tam wejść, aby zbadać sytuację.
    Kate poczuła, że ogarniają ją mdłości. Na pewno nikt się nie uratował z takiego piekła.
    – To straszne. – Było jej żal tych biednych ludzi, którzy pracowali w fabryce, a poza tym upłynęły zaledwie dwa dni, odkąd rozmawiała ze Smithem. I telefonował do niej tego ranka.
    A teraz nie ma go już wśród żywych.
    Na ekranie ujrzała nagle twarz Noaha Smitha.
    Reporter CNN trzymał przed kamerą jego zdjęcie. Smith, radośnie uśmiechnięty, stał na pokładzie swojego jachtu „Cadro”, wiatr rozwiewał mu jasnokasztanowate włosy, z ciemnych oczu emanowały energia i inteligencja. Wyglądał na człowieka odważnego i niezwyciężonego.
    Kamera CNN pokazała znowu płonący budynek.
    Kate poczuła, że nie zniesie tego dłużej.
    – Wyłącz – poprosiła.
    Phyliss wcisnęła przycisk w pilocie i ekran zgasł momentalnie.
    – Przepraszam, nie wiedziałam, że przejmiesz się tym tak bardzo. Wydawało mi się, iż nie przepadasz za nim.
    Nie znałam go na tyle, by go lubić lub nie. – A jednak miała wrażenie, jakby znała go dobrze. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że te wszystkie rozmowy telefoniczne, które wyprowadzały ją z równowagi, wytworzyły pomiędzy nimi coś w rodzaju intymnej więzi. Poznawała go już po głosie, a podczas rozmowy usiłowała wyobrażać sobie, jak on wygląda. – Był wspaniałym mężczyzną.
    – Nigdy nie widziałam go na zdjęciu. A tu wyglądał… jak żywy.
    – Jestem pewna, że tym z CNN właśnie o to chodziło. – Zerwała się raptownie na równe nogi. – Pójdę poszukać Josha.
    – Jest na podwórku za domem.
    Kate przeszła przez hol w stronę kuchni. Jeszcze parę minut wcześniej chciała rzucić okiem na syna, aby upewnić się, że nie jest sama. Teraz ten powód wydał jej się błahy i egoistyczny. Nadal jednak pragnęła zobaczyć Josha. Tylko w ten sposób mogła otrząsnąć się z wrażenia, jakie wywarły na niej tamte sceny śmierci i destrukcji.
    Musiała jak najszybciej poczuć znowu smak życia.

3.

    – Słyszałaś już o śmierci Noaha Smitha? – zapytał Charlie Dodd nazajutrz rano, kiedy Kate usiadła za biurkiem. – Musiałabym znaleźć się na dnie morza, żeby o tym nie słyszeć. Odkąd to się stało, radio i telewizja nie informują o niczym innym. To straszne.
    – Liczba ofiar wzrosła do dziewięćdziesięciu dwóch. Niewidzącym wzrokiem wpatrywała się w leżące przed nią sprawozdanie.
    – Co ze Smithem? Znaleźli już jego ciało?
    – Nie, ale przeszukają cały czas zgliszcza. Muszą wykluczyć jego udział w podłożeniu bomb.
    Poderwała głowę do góry.
    – Jakich bomb?
    – Nie czytałaś jeszcze porannej prasy? – Wskazał na gazetę rozłożoną na biurku. – Ktoś podłożył tam cztery bomby. Stąd ta eksplozja.
    – Ale dlaczego? – Kate spoglądała na niego oszołomiona.
    – Kto to wie? – Charlie wydął usta. – Kto wie, dlaczego nasz instytut pikietowany jest bezustannie przez czterdziestu rozjuszonych szaleńców? Na szczęście w Genetechu wzmacnia się ochronę. Szczęście, że nie przyjęłaś tamtej pracy, co? Niech to diabli, o czym ja mówię? Dobrze, że ja ci nie podebrałem tamtej posady.
    Machinalnie przytaknęła ruchem głowy. Przed oczami miała nadal straszliwe sceny zniszczenia prezentowane przez CNN.
    – Czy firma J. & S. nie prowadziła jakichś badań zleconych przez rząd?
    – Myślisz o terrorystach? To i tak byłoby nie do wykrycia. – Usiadł przy swoim biurku. – W każdym razie poszukiwania prowadzone są znacznie bliżej.
    – Co masz na myśli?
    – Ubezpieczenie. Ostatni rok oznaczał dla J. & S. kłopoty finansowe. Dlatego właśnie przeczesują teraz zgliszcza w poszukiwaniu ciała Smitha. Wydaje im się, że mogą znaleźć jakiś wyraźny dowód…
    – Naprawdę myślą, że on wysadził w powietrze fabrykę i siebie? To niedorzeczne.
    Charlie obronnym gestem podniósł ręce do góry, udając, że przeraził go szorstki ton jej głosu.
    – Posłuchaj, nie mam pojęcia, co się stało. Wiem tylko tyle, ile wyczytałem z gazet.
    – Przepraszam. – Dopiero teraz zorientowała się, jak gwałtownie zareagowała. Ale samobójstwo byłoby poddaniem się, a Noah Smith, jakiego znała z rozmów telefonicznych, nie był typem człowieka, który daje za wygraną. – To nie w porządku. Ten człowiek nie żyje i nie może się bronić.
    – Słyszeliście, co się stało z Noahem Smithem? – Do pokoju wbiegła Benny i stanęła przy biurku Kate.
    – Już omówiliśmy całą sprawę – mruknął przeciągle Charlie i wzdrygnął się ostentacyjnie. – Dajmy temu spokój.
    – Tak? Cóż… i tak nie miałam już ochoty o tym mówić. Ci biedacy… – Ściszyła głos, aby nie mógł jej usłyszeć Charlie. – Wczoraj wieczorem zadzwonił do mnie Michael. Na pewno nie masz nic przeciw temu, abym przyszła po południu na mecz?
    – Na pewno.
    – Wiesz chyba, jakiego mam bzika na punkcie Josha.
    – Wiem. – Kate pragnęła, aby Benny poszła sobie wreszcie. Nie była teraz w odpowiednim nastroju do rozmyślania o jej związku z Michaelem. Czuła się roztrzęsiona i poirytowana, nie wiedziała jednak, czy to z powodu Noaha Smitha, czy samej siebie. – Spotkamy się na meczu.
    – Dobrze. – Benny uśmiechnęła się. – Zobaczysz, jak wspaniale dopinguję.

    – Byłem dobry, prawda? – pytał podniecony Joshua. – Widziałaś mój ostatni dublet?
    – Widziałam. – Kate uklękła, aby pomóc mu włożyć kurtkę. – Stój spokojnie. Teraz, po zachodzie słońca, robi się chłodno. Widziałam wszystko. Byłeś bohaterem meczu.
    Skrzywił się.
    – Wcale nie. Przegraliśmy. Nie mogę być uważany za czołowego zawodnika, skoro moja drużyna przegrała.
    – A jednak ja patrzę na ciebie jak na asa zespołu.
    – To dlatego, że jesteś moją mamą. – Wyglądał mimo wszystko na usatysfakcjonowanego. – A co mówił tata?
    – Zapytaj go sam. – Podniosła się i ujrzała Michaela i Benny; oboje szli w ich stronę, przedzierając się przez tłum rodziców. – Według mnie ma minę dumnego ojca.
    – Wspaniała gra, chłopie. – Michael z szerokim uśmiechem klepnął syna po ramieniu. – Gdybyś miał trochę więcej wsparcia ze strony kolegów, starlibyście przeciwnika na proch.
    – Ćśś… – Joshua zerknął z niepokojem na grupę przygnębionych kolegów. – Rory starał się, jak mógł.
    – Przepraszam. – Michael zniżył głos. – Ale przewyższałeś ich o całą klasę, synu.
    Benny poparła go.
    – Kiedy odbiłeś tego dubleta, zerwałam się z miejsca i omal nie zepchnęłam twojej mamy z ławki. Buch! – Uśmiechnęła się. – Twój tata i ja wybieramy się do „Chucky Cheese” na pizzę. Może byś poszedł z nami?
    Kate zesztywniała, rzuciła badawcze spojrzenie na Michaela. Niemal niedostrzegalnie pokręcił głową. Nie, to nie jego inicjatywa, on zaakceptował jej żądanie, aby posuwać się powoli. Benny wyszła z tą propozycją zapewne pod wpływem nagłego impulsu.
    – Jasne. – Joshua spojrzał na Kate. – Mamo, a ty?
    Pokręciła głową.
    – Muszę popracować. Pojadę już do domu. Ale ty możesz iść na pizzę.
    Joshua wyglądał na niezdecydowanego.
    – Na pewno nie masz nic przeciw temu?
    Zacisnęła dłoń na jego ramieniu.
    – Na pewno. – Przeniosła wzrok na Michaela. – Przywieź go do domu przed dziewiątą. Jutro idzie do szkoły.
    – Dobrze. – Spojrzał na nią ponad głową syna. – Dzięki. Chodź, Josh. – Ruszył na przełaj po trawie w stronę otwartego pola oznakowanego jako parking.
    Benny uśmiechnęła się, pomachała do Kate i pobiegła za nimi.
    Kate odprowadzała ich wzrokiem. Musisz się do tego przyzwyczaić. Tak będzie łatwiej dla Josha. Oto konsekwencje rozwodu. Zawsze jest ktoś, kto zostaje sam.
    Joshua spojrzał za siebie.
    Z wysiłkiem uśmiechnęła się i pomachała mu ręką. Nie odwzajemnił gestu. Nagle stanął w miejscu. Powiedział coś do Benny i puścił się pędem z powrotem.
    – Zapomniałeś czegoś?
    – Nie idę z nimi. – Wepchnął ręce do kieszeni kurtki. – Pojadę z tobą do domu.
    – Dlaczego?
    Spojrzał na nią z nachmurzoną miną.
    – Po prostu jadę z tobą. Mam dość pizzy.
    To było do niego niepodobne: Joshua nigdy nie miał dość pizzy.
    – Benny i twój tata będą rozczarowani.
    – Może pojadę z nimi następnym razem. Jedźmy już, dobrze? Tamci stali w miejscu, patrząc na nią, wreszcie Michael wzruszył z rezygnacją ramionami, wziął Benny pod ramię i ruszyli dalej w stronę parkingu.
    Widocznie nie rozegrała tego należycie. Joshua musiał wyczuć, że czuje się samotna, stąd ta nieoczekiwana reakcja: nagły instynkt opiekuńczy wobec matki. Wolnym krokiem skierowała się do samochodu.
    – Zanudzisz się w domu. Może jednak pobiegniesz za nimi? Benny cieszyła się tak bardzo, że spędzisz z nimi resztę wieczoru. Przecież ją lubisz.
    Joshua szedł obok niej.
    – Jasne, że ją lubię. Jest zabawna. – Patrzył prosto przed siebie. – Tata też ją lubi, prawda?
    – Nawet bardzo – odparła Kate. – I dobrze, że tak. Był samotny.
    – Nie masz nic przeciw temu, żeby ona… – Urwał w pół zdania.
    – Byłabym egoistką, mając coś przeciw szczęściu twojego taty. – Doszła już do hondy i wyjęła z torebki kluczyki. – To samo odnosi się do ciebie. Dlatego sądzę, że mógłbyś pojechać z nimi do „Chucky Cheese”. Spędziłbyś miło czas. – Spojrzała na drugą stronę parkingu, gdzie Michael właśnie pomógł Benny zająć miejsce w swoim Ghevrolecie, zamknął drzwiczki i począł obchodzić auto, aby usiąść za kierownicą. – Jeszcze byś zdążył.
    Chłopiec pokręcił głową.
    – Zostanę z tobą.
    Boże, miała już dość roli szlachetnej cierpiętnicy. Czy Michael nie może sam walczyć o swoje? Spróbuje jeszcze raz.
    – Naprawdę nie mam nic przeciw temu, żebyś… Nagły podmuch cisnął ją z ogromną siłą na bok hondy.
    – Mamo!
    – Nic mi nie jest. – Wyciągnęła na oślep ręce, aby oprzeć się o maskę samochodu, potem odwróciła się do Josha, który gramolił się z ziemi. – Nie zrobiłeś sobie nic złego? Nie wiem, co się…
    W odległości zaledwie paru kroków od miejsca, gdzie stali, dojrzała nagle drzwiczki od auta Michaela. Chevrolet płonął.
    – Michael? – szepnęła.
    Joshua, całkowicie oszołomiony, wpatrywał się w płonący wrak.
    – Ale gdzie jest tata… – wyjąkał.
    A potem z jego gardła wydarł się przeraźliwy krzyk.

    – Jak się czujesz?
    Kate podniosła wzrok i ujrzała na schodach trybuny Alana Eblunda. Przyciągnęła do siebie Josha, otuliła jego i siebie kocem. Zimno. Koc nie pomógł wiele, ale jednak stopniowo robiło jej się trochę cieplej. Przypomniała sobie niejasno, że ktoś podał im ten koc. Ach tak, matka Rory’ego. To miłe z jej strony. Wszyscy byli dla niej mili.
    Alan usiadł obok niej.
    – Wiesz chyba, co czuję, Kate. – Mówił z trudem.
    Tak, domyślała się. Alan może się czuć tak, jakby stracił brata.
    – Joshua powinien wrócić do domu. Policja nie chciała nas puścić.
    – Wiem.
    – On powinien wrócić do domu.
    – Przywiozłem Betty, czeka w samochodzie. Zawieziemy go do nas.
    Mocniej przytuliła syna do piersi.
    – Nie!
    – Posłuchaj, Kate, jesteś prawie w szoku, podobnie jak Joshua. Nie możesz teraz się nim zająć. – Umilkł na chwilę. – Zresztą nie powinien być w domu, kiedy powiadomisz Phyliss.
    Phyliss. Boże, musi po tym wszystkim jechać do domu, aby powiedzieć Phyliss, że jej syn nie żyje.
    Michael nie żyje. Znowu przeszył ją ból wywołany tą straszliwą świadomością.
    Alan zwrócił się do Joshuy.
    – Wiem, że wolałbyś zostać z mamą, ale ona musi teraz porozmawiać z twoją babcią. Betty czeka tu obok. Zawiezie cię do nas do domu, zgoda?
    – Nie. – Chłopiec kurczowo objął Kate oburącz. – Muszę zostać z mamą.
    Alan spojrzał na Kate.
    Pragnęła zatrzymać syna przy sobie, sprawić, aby wszystko było w porządku. Ale jak to zrobić, skoro na jego oczach ojca rozerwało na strzępy? Będzie mu potrzebna bardziej nieco później, kiedy już opuści ją odrętwienie. Kiwnęła głową.
    – Nic mi nie będzie, Joshua. Proszę cię, pojedź z Betty. Przyjadę po ciebie za parę godzin.
    – A jeśli… – Niechętnie puścił matkę, wstał i zaczął schodzić na dół. Jeszcze na schodach przystanął i odwrócił się do Alana. – Zajmie się pan nią? – zapytał z naciskiem.
    – Możesz być tego pewny.
    Oboje odprowadzali go w milczeniu wzrokiem.
    – Widział wszystko? – zapytał wreszcie Alan. Kate przytaknęła ruchem głowy.
    – Byliśmy akurat na parkingu.
    – Dobrze się trzyma.
    – Wcale nie. Przez całą godzinę trząsł się jak galareta. – Wzdrygnęła się. – Zresztą ja też. O co tu chodzi, Alan?
    – Podejrzewamy, że do zapłonu samochodu podłączono bombę. – Objął ją ramieniem. – Michael przekręcił kluczyk w stacyjce i… buch.
    – Bombę – powtórzyła. – Ale kto to zrobił?
    – Michael rozpracowywał handlarzy narkotyków. Wiesz, jakie to ryzykowne. Przygotowywaliśmy wielką akcję, obaj otrzymywaliśmy pogróżki. – Znużonym gestem wzruszył ramionami. – A może to ktoś, komu Michael dobrał się do skóry w przeszłości. Rozważam obie możliwości. Mam nadzieję, że będę wiedział więcej, kiedy chłopcy z laboratorium przebadają dokładnie samochód.
    Zrobiło jej się słabo na samo wspomnienie płonącego auta.
    – Nie wiem, co można by tam jeszcze przebadać.
    – Byłabyś zdumiona, jak wiele. Michael przychodził na te mecze co wtorek?
    – Tak. I w każdą sobotę.
    – Aha. A więc miał jakby stały rozkład zajęć? Obserwując go, można było stwierdzić, że będzie tu o określonej porze?
    Chyba tak. – Pokręciła głową, nadal nie mogąc zebrać myśli. – Ale to po prostu niemożliwe. Podczas meczu drużyny juniorów? To nie powinno się było tu wydarzyć. A w jaki sposób umieszczono tę bombę? Przecież cały czas kręcili się tutaj ludzie.
    – Cały czas oprócz ostatniej rundy meczu. Nie wyobrażam sobie, aby w takiej chwili jacyś rodzice nie obserwowali swoich dzieci w akcji. To oznacza, że parking opustoszał na parę minut, a fachowiec nie potrzebuje dużo czasu, aby zainstalować bombę.
    – Ale obok stały inne samochody… bawiły się małe dzieci. Na miłość boską, mało brakowało, a Joshua wsiadłby do tego auta. – Jej głos zadrżał, musiała przerwać, aby opanować się i zdławić grozę, która owładnęła nią na samą myśl o takim koszmarze. – To cud, że nikt inny nie ucierpiał wskutek wybuchu. Ten, kto to zrobił, musi być potworem!
    – W pełni się z tobą zgadzam. – Odwrócił wzrok w inną stronę i powiedział z wyraźnym zażenowaniem: – Ze słów świadków wynika, że w samochodzie siedziała jeszcze jakaś kobieta.
    – Benny. Benita Chavez. Pracowała w Genetechu.
    – Miała tu rodzinę?
    Prawda, trzeba jeszcze powiadomić rodzinę Benny. Biedna Benny! Kate poczuła wyrzuty sumienia: śmierć przyjaciółki nie wstrząsnęła nią tak bardzo, jak śmierć Michaela. Benny była jeszcze młoda i pełna życia. Zasłużyła na to, aby ją opłakiwać.
    – Rodzina panny Chavez – nalegał Alan.
    Wytężyła pamięć.
    – Nie, mieszkała tu sama, ale wspomniała mi kiedyś, że ma matkę w Tucson. Niestety, nie znam adresu.
    – Znajdziemy go na pewno w aktach Genetechu. – Wstał. – Chodźmy już. Odwiozę cię do domu.
    Do domu. Na spotkanie z Phyliss. Kate podniosła się, skierowała wzrok na parking, rozświetlony niebieskimi błyskami radiowozów policyjnych i furgonetki koronera. Wolała nie podchodzić do niej, nie patrzeć na te okropne, popalone szczątki samochodu Michaela.
    – Gdzie zaparkowałeś?
    Alan nie potrzebował wyjaśnień.
    – Nie musisz tam iść. Ustawiłem twoją hondę w drugim końcu placu. Wóz patrolowy pojedzie za nami.
    – Dzięki. – Ścisnęła jego ramię. – Dziękuję za wszystko.
    – Nie ma za co. – Zawahał się. – Wiesz, razem ze mną zjawili się tu dziennikarze. Radziłbym ci nie odbierać żadnych telefonów. Mogą cię wyprowadzić z równowagi.
    – Jeszcze bardziej niż jestem? Wątpię, czy to możliwe. Ale i tak nie mam ochoty na żadne wywiady dla prasy.
    – Mogą insynuować pewne rzeczy… – Alan najwyraźniej czuł się nieswojo. – No wiesz, rozwiedziona żona… nowa przyjaciółka eksmęża…
    Wpatrywała się w niego zaszokowana.
    – Sam powiedziałeś, że śmierć Michaela wiąże się z narkotykami…
    – Jasne – przerwał jej. – Ale wiesz chyba dobrze, jak czepialscy potrafią być dziennikarze, zawsze doszukują się we wszystkim nie wiadomo czego. Zrobię, co tylko możliwe, aby zostawili cię w spokoju, a ty po prostu nie odbieraj telefonów.
    – Nie martw się, nie będę. Wyłączę po prostu dzwonek – obiecała. – Zrobię to choćby dla Josha.
    – Zaopiekujemy się nim, ja i Betty. – Pomógł jej zejść po schodach, ujmując pod ramię stanowczo, lecz zarazem delikatnie. – A ty zadbaj o siebie i Phyliss.

    Utkwiła wzrok w drzwiach frontowych.
    Nie miała ochoty wchodzić do domu. Jeśli wejdzie, zobaczy Phyliss i będzie musiała powiedzieć jej… Alan otworzył już drzwiczki.
    – Zadzwonię do ciebie jutro.
    Kiwnęła głową. Tak, najwyższy czas wysiąść z tego auta i wejść do domu. Ktoś musi przecież powiadomić Phyliss. I powinien to być ktoś, kto kocha ją i kochał kiedyś jej syna.
    Michael…
    Boże, nie wolno się teraz rozkleić.
    – Dzięki, Alan. – Wysiadła z samochodu i ruszyła do domu. Pamięć podsuwała jej ciąg scen. Michael uśmiechnięty. Michael namiętny. Michael rozgniewany.
    Michael dumny i czuły – wtedy w szpitalu, kiedy urodziła Josha. Michael żywy.
    Otwierając drzwi, czuła łzy, które spływały jej po twarzy. Phyliss oglądała telewizję.
    – Ciekawy był mecz? – zapytała, nie odwracając głowy.
    – Phyliss.
    Dopiero teraz spojrzała za siebie.
    – Kate? – Ujrzała jej twarz i zerwała się na równe nogi. – Co się stało? Joshua?
    – Nie. – Trzymaj się. Musisz zapanować nad sobą. Musisz to powiedzieć. Podeszła bliżej, objęła ją mocno. – Nie, nie Joshua.

    – Nadal pamiętam go jako małego chłopca – mówiła cicho Phyliss. – Jego pierwszy dzień w szkole. Boże Narodzenie… – Po jej policzkach popłynęły łzy. – Czy to nie dziwne? Zachował się w mojej pamięci niejako dorosły mężczyzna, lecz jako mały chłopczyk. – Zacisnęła powieki, na twarzy odmalował się wyraz bólu. – Zabili mi synka!
    – Phyliss… – Co powiedzieć, żeby ulżyć jej w rozpaczy? Kate mogła tylko ją objąć i zapłakać razem z nią, dać teściowej odczuć, że nie jest sama.
    Upłynęło parę godzin, zanim odważyła się zostawić Phyliss samą i pojechać do Alana po syna. W drodze do domu Joshua nie płakał, siedział, cały czas milcząc. Szok? Jeśli tak, będzie musiała zająć się tym nazajutrz. Teraz trzeba położyć się spać, próbować wypocząć.
    Dochodziła już północ, zanim zdołała jakoś uspokoić Phyliss i Josha, po czym udała się do swojego pokoju i zamknęła drzwi. Wiedziała, że nie uśnie. Ból nie znikał, dręczył bezlitośnie, chociaż łzy wyczerpały się już doszczętnie.
    A może nie.
    Znowu napłynęła fala rozpaczy i Kate natychmiast poczuła, jak pieką ją oczy.
    Michael…

    – Musimy już wracać do domu. – Kate delikatnie starała się odciągnąć Phyliss od otwartego grobu. – Kilku przyjaciół Michaela ma wpaść, żeby złożyć kondolencje.
    – Dobrze. – Ale nie chciała jeszcze odchodzić. – To niesprawiedliwe, Kate. On był takim dobrym człowiekiem!
    Kate zamrugała gwałtownie, powstrzymując łzy.
    – Tak, bardzo dobrym.
    – Nie zawsze zgadzaliśmy się ze sobą, ale nawet jako dziecko starał się zawsze robić to, co uważał za słuszne. Dlatego został policjantem.
    – Wiem.
    – I za to go zabili.
    – Phyliss!
    – Już dobrze, nic więcej nie powiem. Tylko utrudniam ci sytuację.
    – Mów, co tylko chcesz, ale chodźmy stąd.
    Phyliss rozejrzała się na wszystkie strony.
    – Tak – szepnęła. – Wszyscy już poszli, prawda? A gdzie Joshua?
    – Alan Eblund i jego żona zawieźli go do domu.
    – Zawsze lubiłam Alana.
    – My też powinnyśmy już pojechać. Przywiozę cię tutaj jutro.
    – Za chwilę. – Spojrzała znowu na grób. – Idź do samochodu. Chciałabym pobyć parę chwil sam na sam z moim synem, pożegnać się z nim.
    Lepiej nie zostawiać jej samej, pomyślała Kate. Phyliss trzymała się bardzo dobrze przez ostatnie trzy dni, od śmierci Michaela, ale lepiej nie ryzykować.
    – Poczekam tutaj.
    Phyliss nie odrywała wzroku od grobu.
    – Nie chciałabym być niegrzeczna, Kate. Byłaś dla mnie cudowna, ale teraz wolę zostać tu sama, bez ciebie.
    Kate drgnęła, kiwnęła gwałtownie głową.
    – Dobrze, zaczekam w samochodzie. – Szła powoli alejką wiodącą ku bramie cmentarza, oczy piekły ją boleśnie. Phyliss nie chciała jej zranić, a jednak rana była i dręczyła ją teraz uparcie. Dręczyło ją także sumienie. Nie sprawdziła się. Michael był jej pierwszą miłością, ojcem jej dziecka, a ona rozbiła małżeństwo. Powinna była starać się je utrzymać. Powinna była rozumieć i słuchać, zamiast unosić się gniewem, gdy tylko on…
    Czyjaś dłoń zacisnęła się na jej ręce, pociągnęła za pień olbrzymiego dębu.
    Jęknęła przerażona, a serce skoczyło do gardła, kiedy druga dłoń, tak samo silna i twarda jak pierwsza, zakryła jej usta.
    – Proszę nie krzyczeć. – Głos był męski, ochrypły. – Nie chcę pani skrzywdzić.
    Nie krzyknęła. Zamiast tego zatopiła zęby w dłoni przyciśniętej do ust i jednocześnie zadała napastnikowi cios kolanem w pachwinę.
    – Chryste! – jęknął z bólu. Na moment przywarł do niej, jakby szukając oparcia, ale jego uchwyt nie zelżał ani trochę. – Proszę posłuchać.
    – Niech mnie pan puści.
    – Musi mnie pani wysłuchać! – Przyparł ją do pnia drzewa, zatopił w niej płonący wzrok. – I, na Boga, jeśli kopnie mnie pani jeszcze raz, uduszę… – Odetchnął głęboko. – Nie, nie mówiłem teraz serio. Nie zamierzam pani obrabować ani zgwałcić. Po prostu musiałem…
    – Mój Boże! – wyszeptała Kate, wpatrując się w niego z niedowierzaniem. – Przecież pan nie żyje!
    – Jeszcze przed minutą nie zgodziłbym się z takim twierdzeniem – mruknął Noah Smith. – Ale teraz to co innego. Omal nie zabiła mnie pani tym kolanem.
    Nie odrywała od niego oczu. Miał na sobie nie eleganckie ubranie, lecz dżinsy i szarą bluzę, na lewym policzku widniał ślad po uderzeniu, na czole dostrzegła bliznę po skaleczeniu, a na rękach bandaże, ale był to z pewnością Noah Smith.
    – Zaskoczył mnie pan. Myślałam już, że chce mnie pan… – Nie, to teraz nieważne. – Co pan tu robi?
    – Musimy porozmawiać. – Skrzywił się. – A zbliżyć się do pani to prawdziwy problem. Nie chciałem kręcić się tu po cmentarzu jak jakiś upiór. Nie odpowiadała pani na moje telefony, a potem w domu zaroiło się od gliniarzy i różnych gości składających kondolencje.
    Dopiero teraz otrząsnęła się z szoku.
    – Muszę już wracać do domu. Nie wiem, dlaczego pan…
    – Nie zabiorę dużo czasu – zapewnił spiesznie. – Chciałbym spotkać się z panią dziś wieczorem w motelu „King Brothers” przy autostradzie 41. Proszę zjawić się tam jak najwcześniej. Będę czekał cały wieczór. Niech pani przywiezie też syna i zabierze rzeczy niezbędne do dłuższego pobytu poza domem.
    – Dlaczego miałabym to zrobić?
    – Aby uratować swoje życie. – Po chwili dodał: – I może także życie syna.
    Wpatrywała się w niego z szeroko otwartymi ustami.
    – Pan chyba oszalał – wyjąkała wreszcie.
    – Proszę zaparkować za rogiem po powrocie do domu, a jadąc do mnie, zachować ostrożność. Gdyby zauważyła pani coś dziwnego, proszę natychmiast wracać i zadzwonić do mnie z domu.
    – Miałabym zabrać ze sobą Josha? Mój syn nie przyszedł jeszcze do siebie po śmierci ojca. Nie zamierzam wyciągać go na jakieś niejasne eskapady i narażać na przykre przeżycia.
    – Dobrze, proszę go na razie zostawić. Postaramy się potem przyjechać po niego. Może tak będzie dla niego bezpieczniej. Niech pani przyjedzie sama.
    Pokręciła głową.
    – Dlaczego nikt nie wie, że pan żyje?
    – Wyjaśnię to wieczorem.
    – Proszę wyjaśnić teraz.
    – No więc: dlatego, że chcę pozostać wśród żywych – odparł krótko. – I chcę, aby pani pozostała wśród żywych.
    – Jeśli o mnie chodzi, nie mam nic wspólnego z panem i pańskimi problemami.
    – Ależ tak, nawet bardzo dużo. – Umilkł na chwilę. – A nasze problemy wykazują zdumiewające podobieństwo. Moja fabryka wyleciała w powietrze. Następnego dnia w powietrze wyleciał samochód pani eksmęża. Interesujące są doniesienia prasy. Otóż zdaniem policji, w tym samochodzie znajdowalibyście się także oboje z synem, gdyby nie to, że wyłamała się pani owego dnia z utartego już zwyczaju i nie pojechała razem z Michaelem.
    – Michaela zamordowali handlarze narkotyków.
    – Czyżby? Moim zdaniem, stał się tylko przypadkową ofiarą. Prawdziwym celem była pani.
    – Bzdura.
    – W porządku. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale chyba uda mi się panią przekonać… Niech pomyślę.
    – Nie mam więcej czasu. Moja teściowa będzie…
    – Już wiem. Prasa podała, że zapalnik czasowy, który wywołał eksplozję bomb w mojej fabryce, był produkcji czeskiej. Proszę dowiedzieć się na policji, gdzie był wyprodukowany zapalnik czasowy bomby podłożonej w aucie pani eksmęża. – Spojrzał ponad jej głową w dal. – Ktoś nadchodzi. Muszę uciekać. Proszę nie mówić nikomu, że mnie pani widziała. – Puścił jej ręce i cofnął się, nie odrywają od niej wzroku. – Niech pani koniecznie przyjdzie wieczorem. Ja nie kłamię. Naprawdę staram się ocalić pani życie. Pani musi żyć.
    Odwrócił się i odszedł szybkim krokiem.
    Patrzyła za nim osłupiała. Ten człowiek z pewnością oszalał.
    – Kto to był? – Phyliss stała już obok niej, patrząc na Noaha Smitha, który znikał w oddali.
    – Pracownik z laboratorium, złożył mi kondolencje. – Kłamstwo wymknęło jej się z ust, zanim jeszcze zdołała zebrać myśli. Sama nie wiedziała, dlaczego chroni Smitha. Jego wersja wydarzeń to jakiś stek niedorzecznych bzdur…
    – Wydaje mi się, że skądś go znam. – Phyliss zmarszczyła brwi. – Może spotkałam go już przedtem?
    Kate była zbyt zdenerwowana i oszołomiona, aby zaprzątać sobie głowę Smithem i jego opowieścią. Nie miała zamiaru iść na dzisiejsze spotkanie z nim, intrygowała ją jednak dziwna postawa tego człowieka; dlaczego zależało mu tak bardzo na tym, aby nikt nie dowiedział się, iż przeżył wybuch? Jego natarczywość wywarła na niej duże wrażenie.
    Ale sprawy, o których mówił Smith, te jego niedorzeczne oskarżenia… to wszystko musi poczekać. Teraz trzeba myśleć przede wszystkim o ludziach przybyłych na stypę, o swoich obowiązkach.
    – Nie sądzę, abyś go znała – odparła. Ujęła Phyliss pod ramię. – Chodź, pojedziemy do domu. Do Joshuy. Jesteśmy mu potrzebne.

    – Wygląda na to, że dzieciak trzyma się świetnie. – Charlie Dodd, z filiżanką kawy w jednym ręku i kanapką w drugiej, poruszał się szczególnie ostrożnie, jakby obawiał się, że upuści coś na podłogę. – A jak ty się czujesz, Kate?
    Skierowała wzrok na Josha, który siedział w drugim kącie zatłoczonego pokoju obok najstarszego syna Alana, Marka. W tym niebieskim garniturze wygląda niezwykle blado i dorośle, pomyślała z bólem. Dziś przynajmniej był starannie uczesany, zadał sobie nawet wiele trudu, aby ujarzmić niesforny kosmyk włosów. Garnitur, nienoszony od świąt Bożego Narodzenia, zrobił się już trochę za mały, dlatego musiała oddać go poprzedniego dnia do krawca, aby przerobił go w ekspresowym tempie.
    – Oboje czujemy się dobrze, Charlie. Dziękuję, że przyszedłeś.
    – Och, chętnie zrobiłbym dla was coś więcej. Benny została pochowana w Tucson, ale we wtorek zostanie tu odprawiona msza w jej intencji, słyszałaś o tym?
    Kiwnęła głową.
    – Tak. Przyjdę na nią.
    – Podobno bierzesz tydzień urlopu. Zamierzasz gdzieś wyjechać?
    – Zawsze relaksuję się najlepiej na łonie rodziny. Teraz właśnie odczuwam potrzebę, aby spędzić trochę więcej czasu z Joshuą i Phyliss.
    – Mogę coś dla ciebie zrobić? Na przykład przejąć część badań? Przynieść coś do domu?
    – Nie, chyba nie mam zaległości. Może wstąpię potem do biura po niektóre sprawozdania. – Znowu skierowała wzrok na Joshuę. – Ale nie teraz.
    – No cóż, daj mi znać w razie potrzeby.
    – Jasne. – Uśmiechnęła się do niego. Wysoki i chudy, wydawał się w swoim ciemnym garniturze jeszcze bardziej niezgrabny niż Joshua.
    Najwyraźniej czuł się na tym przyjęciu dość nieswojo, wobec niej jednak zachowywał się bardzo troskliwie i taktownie. Jak zresztą wszyscy z Genetechu. – Ale naprawdę nic nie możesz dla mnie zrobić. Odetchnął jakby z ulgą i odstawił filiżankę.
    – To może już pójdę? Wiem, że powinienem dotrzymać ci towarzystwa, pocieszać w miarę możliwości, ale naprawdę jestem w tym kiepski.
    Machnęła ręką. – Idź.
    – Dzięki. – Ruszył do wyjścia.
    Kate odstawiła swoją pustą już filiżankę i spojrzała na zegar. Dopiero minęła piąta. Boże, kiedy oni wreszcie pójdą? Czuła ogarniające ją zmęczenie. Również Phyliss wyglądała na wyczerpaną. Oto skutki nadmiaru uprzejmości.
    – Może już się pożegnam, dam przykład innym? – Obok niej stanął Alan. – Wydaje mi się, że masz dość tego tłumu gości.
    – Byłeś wspaniały, Alanie. – Do oczu napłynęły jej łzy. – Byliście wspaniali oboje, ty i Betty. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.
    – Na pewno byś sobie dała radę. Potrafisz uporać się ze wszystkim, nie ma dla ciebie sytuacji bez wyjścia. Tak właśnie zachwalał cię zawsze Michael.
    – Doprawdy? – Pokręciła głową. – Nie wiem, czy zachwalanie jest tym, na czym mi zależy.
    – On po prostu był z ciebie dumny. I zawsze znaczyłaś dla niego wiele. – Ścisnął jej ramię. – Nawet jeśli radzisz sobie ze wszystkim, pamiętaj, że każdy z nas może czasem potrzebować pomocy drugiej osoby. Tak więc jeśli Betty lub ja możemy coś dla ciebie zrobić, daj znać. Może Joshua chciałby spędzić parę dni u nas?
    – Zapytam go. – Jej wzrok znowu powędrował do syna. – Martwię się o niego.
    – Wydaje mi się, że zachowuje się zupełnie normalnie.
    – Zbyt normalnie. Odkąd przywiozłeś go do domu, nie zapłakał ani razu.
    – Wiesz przecież, że mamy w departamencie policji psychoterapeutę, który może pomóc tobie lub Joshowi, gdybyście mieli problemy z… – Umilkł. – Widzieć na własne oczy, jak ginie bliska osoba, to rzeczywiście okropne. Zwłaszcza jeśli widzi się… jak ta osoba wylatuje w powietrze – dokończyła za niego, kiedy umilkł. – Mam nadzieję, że to nie będzie potrzebne, ale oczywiście nie omieszkam zgłosić się do psychoterapeuty, gdyby wynikły jakiekolwiek kłopoty z Joshuą. – Spojrzała na niego bacznym wzrokiem. – Czy coś się już wyjaśniło?
    – Ochrona szkoły zna większość rodziców i nie zauważyła przed meczem niczego podejrzanego. Ktokolwiek to zrobił, musiał się zjawić na parkingu, kiedy wszyscy przebywali na trybunach.
    – Żadnych tropów?
    – Badamy ślad narkotykowy i sprawdzamy każdego, kto mógłby żywić jakąkolwiek urazę do Michaela.
    – Znaleźliście coś na miejscu wybuchu?
    – Niewiele.
    – Może chociaż zapalnik czasowy? – Dopóki to pytanie nie wyrwało jej się z ust, nie wiedziała nawet, że zamierza je zadać.
    Kiwnął głową.
    – Owszem. Bardzo skomplikowany.
    – Możesz wnioskować coś bliższego w tej sprawie?
    – Zajmujemy się tym. To może nam zająć trochę czasu. W każdym razie zapalnik nie pochodzi stąd. Został wyprodukowany w Czechach.
    Na chwilę zabrakło jej tchu, jakby otrzymała cios w żołądek. Może to tylko zbieg okoliczności. Niemożliwe, aby te bzdurne fantazje Noaha Smitha miały jakikolwiek związek z rzeczywistością.
    – Nie mówmy już o tym. Wyglądasz, jakbyś lada chwila miała paść. – Odwrócił się. – Wykurzę stąd tych wszystkich maruderów, żebyś mogła trochę odpocząć.
    – Dziękuję – szepnęła.
    W Czechach. To nie musi jeszcze nic znaczyć. Michael zginął, bo taką miał pracę. Nie z jej winy. Dlaczego ktokolwiek miałby chcieć ją zabić?

    – Ciężki dzień. – Kate usiadła na brzegu łóżka obok Joshuy i troskliwie okryła go kołdrą. – Dziękuję, że byłeś taki dzielny.
    – To nic takiego. – Nie otwierał oczu. – Jutro będzie lepiej, prawda, mamo?
    Przytaknęła ruchem głowy.
    – Z każdym dniem będzie trochę lepiej. – Boże, mam nadzieję, że mówię prawdę. – Brak mi go. Był jednym z najmądrzejszych ogniw.
    – Co takiego?
    – Twój dziadek mawiał, że nic nie ginie na zawsze, nic nie znika definitywnie, ale odradza się z powrotem jako ogniwo całości, mądrzejsze niż przedtem.
    – Rzadko opowiadasz o dziadku.
    – Nie dlatego, że słabo go pamiętam. Po prostu takie wspomnienia sprawiają mi ból. Ale dziadek jest zawsze przy mnie. – Musnęła ustami czoło syna. – Podobnie będzie zawsze przy tobie twój tata. Dopóki zachowasz go w pamięci.
    – Nigdy o nim nie zapomnę. – Zwrócił wzrok ku ścianie. – Dlaczego ludzie muszą umierać? To nie w porządku.
    I jakich użyć tu słów?
    – Czasem zdarzają się takie złe rzeczy. – Wspaniale, Kate, odpowiedź rzeczywiście głęboka, wyjaśniająca wszystko, stanowiąca dla Joshuy istotną pomoc.
    – Ale ty nie umrzesz, prawda? Mocniej objęła go wpół.
    – Nie – wyszeptała. – Jeszcze nieprędko.
    – Przyrzekasz?
    – Przyrzekam.
    Boże, spraw, abym nie okazała się kłamczynią. On nie zniósłby tego teraz.
    Na moment jakby się odprężył.
    – Mam zgasić światło? – zapytała.
    – Wolałbym, żeby się paliło całą noc. Wczoraj miałem zły sen.
    – Trzeba było mnie zawołać. Przyszłabym od razu.
    – Ty też byłaś smutna.
    – To jeszcze nie znaczy, że nie chciałabym być przy tobie. – Umilkła na moment. – Chcesz o tym porozmawiać?
    – Nie – odparł krótko. – To już minęło. Tata i Benny nie żyją. O czym tu jeszcze mówić?
    Jego głos zabrzmiał tak szorstko, że Kate wzdrygnęła się mimo woli.
    – Nieraz to pomaga, kiedy możesz porozmawiać z kimś innym o sprawie, która cię dręczy.
    – Ale teraz jest już po wszystkim. I nie chcę o tym mówić. Ani myśleć.
    No tak. Mogła się spodziewać tego typu reakcji. Zauważyła przecież już wcześniej, że Josh jest nienaturalnie opanowany. Nic dziwnego, iż od czasu, kiedy doszło do eksplozji, nie widziała go płaczącego. Musiałaby być ślepa, żeby nie dostrzec muru, który Josh wzniósł wokół siebie.
    – No cóż, skoro nie chcesz rozmawiać ze mną ani z babcią, Alan zabierze cię do miasta i skontaktuje z lekarzem.
    – Takim od czubków – mruknął z odrazą Joshua.
    – Z lekarzem psychiatrą – sprostowała. – Z lekarzem, który pomoże ci zrozumieć samego siebie i to, co czujesz.
    – Z lekarzem od czubków – powtórzył z uporem.
    – Niech ci będzie. – Wstała. – Drzwi zostawię uchylone. Na pewno usłyszę, gdybyś zawołał. Dobranoc, Joshua.
    – Dobranoc, mamo.
    Stała jeszcze parę chwil pod drzwiami, zanim udała się do salonu, aby dotrzymać towarzystwa Phyliss. Najchętniej poszłaby od razu do łóżka, nakryła się kołdrą po uszy i usnęła, aby zapomnieć o Michaelu i trumnie, w której spoczywał. Właściwie nie potrafiła mieć za złe synowi, iż nie chce do tego powracać.

    – Jak on się czuje? – zapytała Phyliss.
    – Jest załamany. Przygnębiony. Wystraszony. – Na twarzy Kate pojawił się osobliwy grymas. – Podobnie zresztą jak my.
    – Musi upłynąć trochę czasu. Kate kiwnęła głową.
    – Ale on nie ułatwia sobie sprawy. Próbuje udawać obojętnego.
    – Może to jego metoda – odparła Phyliss. – Każdy człowiek ma swój sposób przystosowywania się do przeciwności losu. Jeśli o mnie chodzi, bardzo bym chciała odizolować się od tego wszystkiego.
    – No tak. To, co się dzieje, może być istotnie uciążliwe dla całego otoczenia. Daj mi znać, gdyby obecność Josha stała się dla ciebie zbyt męcząca.
    – Trochę zajęcia dobrze mi zrobi. – Phyliss wstała i powoli wyprostowała plecy. – A Joshua to słodkie dziecko. Pomagamy sobie wzajemnie dojść do równowagi.
    Podeszła do drzwi, odprowadzana wzrokiem przez Kate.
    – Dokąd idziesz?
    – Pogasić światła na ganku. Pora spać. – Otworzyła drzwi i zaczerpnęła głęboko tchu. – Wspaniały zapach. Nadchodzi wiosna. W domu jest za duszno. Ci wszyscy ludzie…
    – … Byli bardzo mili.
    – Jeden z tych miłych ludzi zostawił swój samochód po drugiej stronie ulicy.
    – Co takiego?
    – Na stypę przyszło wielu przyjaciół Michaela z departamentu policji. Może któryś z nich udał się na obchód ze swoim partnerem.
    – Albo jest to auto któregoś z sąsiadów.
    Phyliss pokręciła głową.
    – Znam samochody wszystkich. Nie, to na pewno auto jednego z przyjaciół Michaela.
    Kate wolnym krokiem podeszła do drzwi.
    Zagadkowy samochód, zaparkowany przed domem Brocklemanów, był najnowszym modelem forda. Tak przynajmniej jej się zdawało. Najbliższa latarnia znajdowała się trzy domy dalej, tu wszystko tonęło w mroku, tworzyło mgliste zarysy.
    Dostrzegła jeszcze jeden cień. Ktoś siedział za kierownicą.
    Kate podbiegła do szafy w holu i wyciągnęła kasetkę z rewolwerem, prezent od Michaela.
    – Co robisz? – zawołała Phyliss.
    – Ktoś siedzi w samochodzie. Nie zaszkodzi sprawdzić. – Kate otworzyła zameczek szyfrowy i wyjęła z kasetki małego damskiego kolta. Jednym ruchem ściągnęła z wieszaka płaszcz przeciwdeszczowy i przerzuciła go przez ramię, zakrywając rewolwer. – Pamiętasz? Michael opowiadał nieraz o złodziejach, którzy włamują się tam, gdzie zmarł ktoś z domowników.
    Schodziła już po schodkach ganku.
    – Kate! – Phyliss szła za nią.
    – Wszystko będzie dobrze. – Uśmiechnęła się, odwracając głowę. – Nie zamierzam nikogo zastrzelić.
    – Po co w ogóle wychodzisz? To nierozsądne.
    To rzeczywiście nierozsądne, pomyślała Kate, a jednak szła nadal w stronę samochodu. Wiedziała, że powinna skontaktować się z Alanem. On mógłby przysłać tu kogoś. A ten człowiek w aucie jest może niewinny. Może to przyjaciel Brocklemanów. Wszystko przez tego Noaha Smitha. To jego bzdurne insynuacje pchają ją do tak idiotycznych kroków.
    Szyba w drzwiczkach była opuszczona; Kate widziała teraz dość wyraźnie gładkie, ciemne włosy zaczesane do tyłu i splecione w długi warkocz, zapadnięte policzki oraz szare, błyszczące oczy pod czarnymi, krzaczastymi brwiami.
    – Dobry wieczór – odezwała się, przystając na moment. – Ładna dziś pogoda.
    – To prawda – uśmiechnął się nieznajomy. – Ale jest chłodno. Powinna pani włożyć ten płaszcz, pani doktor Denby, jeśli wybiera się pani na przechadzkę.
    Niemal odetchnęła z ulgą.
    – Pan mnie zna?
    Pokręcił przecząco głową.
    – Ale znałem Michaela. Kilkakrotnie pracowaliśmy razem. Był wspaniałym facetem.
    – Jest pan z policji?
    – Och, proszę mi wybaczyć, nie przedstawiłem się. Myślałem, że Alan powiedział pani, kto obejmie pierwszą wartę. Nazywam się Todd Campbell.
    Sądząc po wyglądzie, powinien nazywać się inaczej, pomyślała. Teraz, z bliska, wydawał jej się jeszcze bardziej egzotyczny niż na pierwszy rzut oka. Gdyby nie te szare oczy, mógłby uchodzić za Indianina. Ciemne gładkie włosy, orli nos. Nosił nawet coś w rodzaju naszyjnika z paciorków. To jeszcze nic nie znaczy, uspokajała samą siebie. Gliniarze na czatach muszą wyglądać zupełnie normalnie, nie mogą wyróżniać się niczym szczególnym. Wyblakłe dżinsy i kraciasta koszula nadawały właśnie taki zwyczajny wygląd.
    – To Alan pana przysłał?
    – Tak, mam dopilnować, aby nie molestowali pani żadni dziennikarze lub inne szumowiny.
    To brzmiało rozsądnie. Nieznajomy sprawiał sympatyczne wrażenie i najwidoczniej był rzeczywiście gliniarzem.
    – W takim razie nie będzie pan miał chyba nic przeciw temu, abym sprawdziła pańską tożsamość?
    – Czy mam coś przeciw temu? – Uśmiechnął się i sięgnął do kieszeni. – Skądże znowu. Żałuję tylko, że moja żona nie jest tak czujna, jak pani. Proszę sobie wyobrazić: ona wpuszcza do domu każdego, kto zapuka.
    Obejrzała odznakę i dowód osobisty, oddała mu jedno i drugie.
    – Dziękuję. – Odwróciła się, aby wrócić do domu, ale przedtem dodała: – Nie poczuje się pan urażony, jeśli zatelefonuję jeszcze do Alana, aby to potwierdził?
    – Oczywiście że nie. Byłbym rozczarowany, gdyby pani tego nie uczyniła. Widać, że Michael był dobrym nauczycielem. – Todd pomachał przyjaźnie Phyliss stojącej na ganku, potem nachylił się i włączył radio. – Proszę iść spać i dobrze wypocząć. Będę tu, aby panią ochraniać.
    Phyliss patrzyła na nią badawczo.
    – Wszystko w porządku? – zapytała, kiedy Kate zbliżyła się do niej.
    – Chyba tak. – Jasne, że wszystko w porządku. Po prostu staję się paranoiczką. – Mówi, że przysłał go tu Alan, aby czuwał nad naszym bezpieczeństwem.
    – To bardzo miłe ze strony Alana. – Phyliss zamknęła drzwi i wzięła płaszcz od Kate. – Może wreszcie odłożysz ten rewolwer? Kiedy tak szłaś do samochodu, wyglądałaś zupełnie jak Sam Spade*. [*Samuel Spade, prywatny detektyw, bohater klasycznego kryminału Dashiella Hammetta „Sokół maltański”, wydanego w 1929 roku]
    – Co to za jeden ten Sam Spade?
    – Nieważne. Ale to właśnie, że tego nie wiesz, świadczy o przepaści międzypokoleniowej. – Phyliss przeniosła wzrok na rewolwer. – Schowaj go wreszcie.
    – Za chwilę. – Kate podeszła do telefonu w holu, podniosła słuchawkę i w notesie odszukała numer telefonu Alana. – Jeszcze tylko coś sprawdzę.
    – O tej porze?
    – Jestem pewna, że wszystko jest w porządku. Po prostu poczuję się lepiej, jeśli upewnię się, że ten człowiek nie kłamie. – Wystukała numer. – Zresztą jest dopiero parę minut po dziesiątej.
    – Słucham – odezwał się Alan.
    Jego głos zdradzał zmęczenie i Kate poczuła wyrzuty sumienia.
    – Nie chciałam ci przeszkadzać, naprawdę.
    – W porządku, nic się nie stało. – Zdawało jej się, że słyszy, jak Alan tłumi ziewnięcie. – Masz ochotę porozmawiać?
    – Nie, chcę ci tylko podziękować za tego policjanta, którego skierowałeś do pilnowania naszego domu.
    W słuchawce nastała długa chwila milczenia. A potem:
    – O czym ty, u diabła, mówisz? – Alan rozbudził się już chyba na dobre.
    Kate zacisnęła dłoń na słuchawce.
    – Chodzi mi o Todda Campbella. Tego policjanta, którego wysłałeś, aby pilnował naszego domu.
    – Nie znam żadnego Todda Campbella. – Urwał na chwilę. – I nie podoba mi się to wszystko.
    Ani jej. Nagle ogarnęła ją fala strachu. Spojrzała na drzwi frontowe. Jezu, czy Phyliss zamknęła je porządnie?
    – Zamknij drzwi – szepnęła.
    Phyliss nie musiała pytać dlaczego. Już stała przy nich i przekręcała gałkę w zamku.
    – Powiedział ci, że jest z policji? – zapytał Alan.
    – Obejrzałam jego dokumenty.
    – Chryste, Kate, przecież wiesz, że dokumenty można sfałszować. Jaki miał samochód?
    – Ostatni model forda.
    – Zapamiętałaś jego numer?
    – Nie. – A myślała, że jest taka ostrożna! – Ale podeszłam do niego i rozmawiałam z nim. Zna ciebie. I znał Michaela.
    – Nie wierzę. Mógł zdobyć mnóstwo informacji z gazet. W ten sposób tacy jak on namierzają swoje ofiary. Nie sądzę, aby teraz groziło ci niebezpieczeństwo, gdyż on już wie, że zorientowałaś się w sytuacji. Może to jeden z tych szakali, które wyszukują domy, gdzie odbyła się jakaś uroczystość żałobna, i liczą na łup.
    – To samo powiedziałam Phyliss.
    – Podejdź do okna i zobacz, czy to auto jeszcze tam stoi.
    Z przenośnym aparatem w ręku stanęła przy oknie i odetchnęła z ulgą na widok pustej ulicy.
    – Nie ma go. Samochód odjechał.
    – Doskonale. Teraz sprawdź, czy drzwi i okna są dobrze zamknięte. Wyślę zaraz wóz patrolowy, niech mają na oku twój dom przez całą noc. Przyjadą za parę minut. Będziesz zupełnie bezpieczna. Chcesz, żebym też przyjechał?
    – Nie, musisz sam odpocząć. Dziękuję za wszystko, Alanie. Czuję się już znacznie lepiej.
    – W porządku, zadzwonię do ciebie z samego rana. W razie potrzeby, gdyby cię coś zaniepokoiło, dzwoń.
    – Dobrze, tak zrobię. – Odłożyła słuchawkę i zwróciła się do Phyliss: – Alan przyśle tu radiowóz, ale nie sądzi, aby to było konieczne. Jego zdaniem, ten człowiek to włamywacz, który szukał tu łupu.
    Phyliss pokiwała głową.
    – Że też bywają tacy okropni ludzie! Okradać dom, w którym panuje żałoba!
    – Alan radził, żeby na wszelki wypadek dobrze zamknąć drzwi i okna.
    – Już zamknęłam.
    – W takim razie idź spać. Poczekam tu, aż przyjedzie radiowóz. – Delikatnie pocałowała Phyliss w policzek. – Postaraj się zasnąć.
    Phyliss odwróciła się i stąpając ciężko, udała się do swojej sypialni.
    – Okropni ludzie…
    Kate zacisnęła pięści w bezsilnym gniewie. Phyliss, u której nigdy nie widziała piętna wieku, wyglądała teraz jak stara kobieta. Mało, że musiała być dziś na pogrzebie syna, to jeszcze ten łajdak…
    Znieruchomiała. Ulicę rozświetlił snop światła reflektorów.
    Wóz patrolowy.
    Odprężyła się na widok radiowozu policyjnego, który zatrzymał się naprzeciw domu. Jest bezpieczna. Z samochodu wysiadł młody policjant, pomachał do niej. Odwzajemniła gest i odwróciła się od okna. Wszystko w porządku. Może wreszcie iść spać…
    Nie, jeszcze nie. Może to znowu fałszywy policjant? Spisała numer rejestracyjny radiowozu i zadzwoniła na posterunek.
    Radiowóz okazał się prawdziwy.
    Nie mogła jeszcze iść spać. Weszła do pokoju Josha.
    Sprawdziła, czy okno jest porządnie zamknięte, a potem stanęła przy łóżku, patrząc na syna. Dzięki Bogu, śpi smacznie. Pod powiekami zapiekły ją oczy. Omal go nie straciła. Gdyby jej posłuchał i wsiadł do auta razem z Michaelem i Benny, zginąłby jak i oni.
    Aby ocalić pani życie. I może życie pani syna.
    Nie, ten Noah Smith wygadywał bzdury. Dlaczego ktoś miałby chcieć ją zabić?
    Zapalnik czasowy, który wywołał eksplozję bomb w mojej fabryce, został wyprodukowany w Czechach.
    Och, to na pewno zbieg okoliczności.
    A ten złodziej ze wspaniale podrobionymi dokumentami, który chciał się włamać do jej domu?
    To jeszcze jeden powód, aby siedzieć tu bezpiecznie, zamiast kręcić się gdzieś po mieście nie wiadomo po co.
    Joshua wymamrotał coś przez sen, odwrócił się na bok.
    Boże, omal go nie straciła!

    Jonathan Ishmaru wystukał na telefonie samochodowym w fordzie numer Ogdena.
    – Ishmaru – przedstawił się, kiedy Ogden podniósł słuchawkę. – Nie mogę tego zrobić dzisiaj.
    – Dlaczego?
    Musiałem uciekać. Ona wyszła z domu, zaczęła mnie wypytywać. – Patrzył na światła mknące autostradą i przypomniał sobie nagle Kate Denby, gdy stała tuż przy nim. Ogarnęła go wtedy pokusa, aby wyjść z auta i załatwić ją, wiedział jednak, że w takim wypadku stałby się tylko jeszcze jednym z celów Ogdena. – Co gorsza, powiedziała, że zadzwoni zaraz do Eblunda.
    – Gdzie teraz jesteś?
    – Jakieś dwadzieścia mil od domu. Wrócę tam jutro wieczorem.
    – Żeby dać się złapać i zamknąć w pudle?
    – Będę przygotowany.
    – Ona też. Cała okolica będzie się pewnie roiła od glin. – Ogden urwał. – Takie sprawy najlepiej załatwia bomba, podobnie jak ostatnio. Żeby wyglądało na robotę kogoś z tłumu protestujących. Tak będzie bezpieczniej, niż próbować wejść do środka i zabić ich. Oto zadanie dla ciebie.
    Niczego innego nie mogłem się po nim spodziewać, pomyślał Ishmaru z niesmakiem. Ten człowiek likwiduje swoich wrogów jak typowy tchórz.
    – Użyłem bomb, jak pan sobie życzył, w Seattle. Jedną zainstalowałem nawet tutaj. Obiecał pan, że następną akcję będę mógł przeprowadzić na swój sposób.
    – Ale już ją spartaczyłeś. Masz zmienić samochód, wrócić tam jutro i umieścić bombę. Ale, na miłość boską, nie pozwól, aby cię zobaczyła.
    – Chcę załatwić to na swój sposób. Wejdę, zabiję babcię i dziecko, a potem Kate Denby, ale tak, żeby to wyglądało na samobójstwo po zamordowaniu teściowej i syna. – Zastanowił się chwilę i dodał z żalem: – Jednak szkoda, że nie zrobiłem tego dziś po pogrzebie. Byłby lepszy efekt.
    – Ty głupi Indiańcu, zapomniałeś już, kto ci płaci? – syknął Ogden. – Masz robić to, co ci powiem.
    Ishmaru uśmiechnął się. To Ogden jest głupi, jeśli sądzi, że on robi to dla forsy. Ogden nie ma pojęcia, co to sława. Nie wie, co to triumf.
    Nie zna smaku zwycięstwa.
    – Zadzwonię jutro wieczorem – rzucił do słuchawki, kończąc rozmowę, po czym wyjął ze schowka na rękawiczki zdjęcie Kate, Joshuy i Phyliss. Sfotografował ich polaroidem podczas pogrzebu Michaela Denby. Teraz umieścił je na tablicy rozdzielczej, tak aby móc co jakiś czas zerkać na całą trójkę w czasie jazdy. Zawsze sprawiało mu przyjemność delektowanie się nadchodzącym triumfem już z góry.
    Nawet dobrze się stało, że w samochodzie, który wysadził w powietrze, nie było Kate Denby. Ishmaru nie miał najmniejszego zamiaru stosować się do zaleceń Ogdena. Nie podłoży kolejnej bomby. To zbyt frustrujące. Już tyle ofiar, a nadal brakuje mu poczucia triumfu.
    Trudno. Nadrobi to dzisiejszej nocy w trójnasób. Nóż dla dziecka i babci, kula dla Kate Denby. Jaka szkoda. Użycie rąk uważał zawsze za szczyt perfekcji, ale teraz musi usatysfakcjonować także Ogdena. Ogden nie chce narażać się na jakiekolwiek pytania, należy więc uszanować to życzenie w miarę możliwości, dopóki można dostać w zamian to, czego się pragnie.
    On zaś pragnął Kate Denby. Wprawiła go w nie lada pomieszanie, kiedy tak wyszła z domu, kierując się prosto na niego, z bronią ukrytą pod płaszczem, lecz zapewne gotową do strzału. Nie okazywała lęku, była niczym wojownik wyruszający w bój. Na świecie nie pozostało już wielu takich dzielnych wojowników. Tym większą odczuwał radość, że zetknął się dziś z jednym z nich. Nawet jeśli to kobieta i może w ogóle nie zasługuje na ten tytuł. Ale w dzisiejszych czasach należy doceniać wojowników, jeśli się już ich spotka.
    Spojrzał znowu na fotografię i zmarszczył brwi. Ta kobieta przywodziła mu na myśl kogoś, nie był jednak pewny kogo… Trudno, przypomni sobie potem.
    O, właśnie. No tak. Emily Santos. Dwanaście lat temu… Drobne, mało istotne zadanie. Było to, zanim jeszcze przylgnęła do niego reputacja wojownika. Jej mąż zapłacił mu za zabicie swojej żony. Dla odszkodowania z polisy ubezpieczeniowej. Była drobna, jasnowłosa i walczyła z nim jak tygrysica. Uniósł rękę i odruchowo dotknął małej białej blizny na szyi. Tak, w osobie Kate Denby widział teraz tamtą Emily.
    Ta myśl zaintrygowała go. Czyżby duch Emily powrócił, aby się zemścić? Jeśli coś takiego byłoby możliwe, to Kate rzeczywiście zasługuje na jego uwagę. Cóż za wspaniała walka może rozgorzeć między nimi!
    Wyciągnął rękę, dotknął zdjęcia.
    – Emily? – Brzmi dobrze, ale trzeba się upewnić. Będzie to musiał przemyśleć.
    Uśmiechnął się do Kate-Emily na fotografii. Piękna szyja. Miał niemal nadzieję, że jutro wieczorem sprawy nie potoczą się jak należy. Wtedy będzie mógł powiedzieć Ogdenowi, że scenariusza, samobójstwem nie udało się zrealizować.
    Tak dawno już nie zaciskał rąk na szyi innego wojownika!

4.

    – Dobrze więc, proszę mówić – powiedziała Kate, zaledwie Noah Smith otworzył drzwi pokoju, który zajmował w motelu. – Daję panu trzydzieści minut. Muszę zaraz wracać do syna.
    – Nie lubię takiej presji. – Noah cofnął się, wpuszczając ją do środka. – Może nie potrafię gadać tak prędko?
    – Nie wydaje mi się, aby miał pan z tym jakieś kłopoty. – Weszła głębiej i rozejrzała się po pokoju. Skromnie urządzony, czysty, bezosobowy, jak milion innych pokoi w trzeciorzędnych motelikach. – Poradził pan sobie znakomicie na cmentarzu.
    – Miałem silną motywację. Nie wiedziałem przecież, kiedy nadarzy się kolejna okazja porozmawiania z panią. – Rozsunął zasłony i wyjrzał przez panoramiczne okno na płac parkingowy. – Mam nadzieję, że nikt pani nie śledził?
    Mój Boże, ten człowiek zachowuje się tak, jakby się spodziewał napadu całej bandy, pomyślała.
    – Nie, nikt. Byłam ostrożna. Zasłonił okno.
    – Jestem zaskoczony. Nie sądziłem, że pani mi uwierzy.
    – Nie uwierzyłam. I nadal nie wierzę.
    – W takim razie dlaczego pani przyjechała? – Wpatrywał się w nią bacznie, mrużąc oczy. – Czy coś się stało?
    – Zapalnik czasowy został wyprodukowany w Czechach.
    – I coś jeszcze?
    – Dzisiejszej nocy jakiś człowiek był przed moim domem. Z jego dokumentów wynikało, że jest policjantem, ale nie był z policji. Wiedział o Michaelu. I o partnerze Michaela, Alanie. Alan jest zdania, że to włamywacz, który szykował się do skoku na mój dom.
    – Pani nie podziela tej opinii?
    – Nie wykluczam takiej wersji.
    – Ale stała się pani na tyle podejrzliwa, że postanowiła jednak spotkać się ze mną.
    – Te dokumenty wyglądały na prawdziwe. Przez parę lat miałam możność oglądania odznaki policyjnej męża i jego dokumentów. Zapewniam pana, że pod tym względem trudno mnie oszukać.
    – Cieszy mnie, że rozumuje pani tak logicznie.
    – Wcale nie rozumuję logicznie. Podchodzę do tej sprawy bardzo emocjonalnie. – Spojrzała mu prosto w oczy. – Powiedział pan, że mojemu synowi grozi niebezpieczeństwo. Jeśli uznam, że to kłamstwo, wyjdę stąd, aby rozgłosić na wszystkie strony, iż Noah Smith żyje i knuje coś złego.
    – Dobro i zło to zawsze wartości względne. – Podniósł rękę, nie dając jej dojść do słowa. – Już dobrze, nie będę filozofował. Żadne z nas nie jest w odpowiednim nastroju.
    Zorientowała się nagle, że jest zmęczony, zupełnie wyczerpany.
    – Został pan ranny podczas wybuchu?
    – Niewielki wstrząs mózgu. – Opuścił wzrok na swoje obandażowane ręce. – Poparzenia pierwszego stopnia. Jutro zdejmę te bandaże.
    – Jak pan się stamtąd wydostał? Przecież budynek biura spłonął. Widziałam reportaż z tej eksplozji w programie CNN.
    – Ja też. – Zacisnął usta. – Dwa dni później, kiedy odzyskałem świadomość.
    Nie była to odpowiedź na jej pytanie.
    – Jak pan się stamtąd wydostał? – powtórzyła.
    – Mój przyjaciel Tony Lynski wchodził właśnie do budynku. Kiedy usłyszał pierwszą eksplozję we wschodnim skrzydle, pobiegł do mojego gabinetu. Był już w sekretariacie, gdy na tym samym piętrze, niedaleko mnie, wybuchła druga bomba. Musiałem stracić przytomność, w każdym razie Tony znalazł mnie i zniósł po schodach awaryjnych.
    – A czemu nie było pana na dziedzińcu fabryki wśród innych uratowanych?
    – Tony wolał wepchnąć mnie do swojego auta i wywieźć stamtąd.
    – Dlaczego?
    Noah uśmiechnął się krzywo.
    – Jak wyjaśnił, pamiętał jeszcze, że wspomniałem coś o RU 2 i Hiroszimie. To porównanie przyszło mu do głowy natychmiast po wybuchach. Dlatego uznał, że chyba nie będę bezpieczny w szpitalu. Tony ma znakomity instynkt.
    Wpatrywała się w niego z niedowierzaniem.
    – Czy to znaczy, że ktoś wysadził fabrykę w powietrze, aby zabić pana?
    – Nie, wybuch miał także zatrzeć wszelkie ślady po RU 2. Sądząc po zdjęciach, jakie widziałem, można przypuszczać, że ten człowiek osiągnął swój cel.
    – To znaczy kto?
    – Raymond Ogden. Słyszała pani o nim?
    – Oczywiście. Kto o nim nie słyszał? – Opowieść Smitha stawała się coraz bardziej niesamowita. – Oskarża pan jego?
    – Tak. – Spojrzał na nią bacznym wzrokiem. – Zdaje się, że niełatwo pani pojąć to wszystko.
    – Rzeczywiście. – Ironicznym tonem dodała: – Ciekawe dlaczego?
    – Bo nie zna pani głównych elementów tej łamigłówki. To tak jakby głowić się nad układanką, nie wiedząc, czym wypełnić jej środek.
    – A śmierć Michaela to jeden z tych głównych elementów?
    Pokręcił głową.
    – Mówiłem już pani: on nie miał z tym w ogóle nic wspólnego. Zginął tylko dlatego, że tak im pasowało.
    Drgnęła gwałtownie.
    – Pasowało?
    – Ci ludzie chcieli, żeby pani śmierć wyglądała na przypadkową. Michael był policjantem, zajmował się ryzykowną sprawą. Gdyby zginęła pani razem z nim, wszyscy byliby przekonani, że bomba była przeznaczona dla niego.
    – Bo była.
    Pokręcił zdecydowanie głową.
    – Nie. Była przeznaczona dla pani. – Nie.
    – Tak. – Wzruszył ramionami. – Ogden dowiedział się o pani. Patrzyła na niego zaintrygowana.
    – O mnie? Ale czego?
    – Że jest mi pani potrzebna. Może nawet myśli, że już teraz współpracujemy. Raczej na pewno jest o tym przekonany; w przeciwnym razie nie przykładałby tak dużej wagi do pani osoby.
    – A skąd miałby w ogóle wiedzieć, że kontaktował się pan ze mną?
    Myślałem już o tym. Pewna osoba, ekspert w tych sprawach, przychodziła do mnie co tydzień, żeby sprawdzić, czy ktoś nie założył mi podsłuchu w telefonie, ale nie znalazła nigdy nic podejrzanego. Tak więc mogę mieć pewność, że Ogden nie zna treści naszych rozmów. Wie jednak wystarczająco wiele o pani, aby wyciągnąć odpowiednie wnioski. Może przekupił kogoś z firmy telekomunikacyjnej i otrzymał w ten sposób wykaz moich połączeń telefonicznych. W ciągu ostatniego miesiąca dzwoniłem do pani dość często. Potem wystarczyło tylko dowiedzieć się, jaki jest pani zawód. I w taki oto sposób cel został namierzony.
    – Tak po prostu?
    – Czemu nie?
    – A Joshua?
    – Z Joshuą jest tak, jak z pani byłym mężem. Zginie, jeśli jego śmierć będzie dla nich wygodna.
    – Zabiją małego chłopca?
    – Zginie – powtórzył Noah. – Podobnie jak dziewięćdziesięciu siedmiu pracowników mojej fabryki, którzy zginęli podczas tego przeklętego wybuchu.
    Pracowników mojej fabryki.
    Wypowiedział te słowa tonem zaborczym i jednocześnie pełnym goryczy. Niewątpliwie zagrały w nim silne emocje.
    Przeszedł ją zimny dreszcz. Jeśli część jego historyjki jest prawdziwa, to samo może dotyczyć jej reszty. Czy rzeczywiście Michael zginął przez nią? Czy istotnie jej synowi grozi śmierć, dlatego tylko, że taki rozwój wydarzeń byłby dla nich wygodny?
    – Mówię prawdę. – Noah przeszywał ją intensywnym wzrokiem. – Dlaczego miałbym panią okłamywać? Po co bym przemierzał taki szmat drogi, zamiast siedzieć spokojnie w bezpiecznej kryjówce?
    – Nie mam pojęcia. – Wsunęła ręce do kieszeni kurtki, aby nie dostrzegł, jak mocną drżą. – Nie wiem też, dlaczego miałby się pan ukrywać. Nic z tego wszystkiego nie rozumiem. Nie mam pojęcia, dlaczego ktoś mógłby chcieć mnie zabić tylko z tego powodu, że jakoby zostałam zatrudniona przez pana.
    – RU 2.
    – Co to jest, do diabła, RU 2?
    – Myślę, że poznała już pani dość faktów, aby je teraz przetrawić.
    – Wcale nie. Najpierw twierdzi pan, że mam zostać zabita z powodu jakiegoś RU 2, a potem nie chce wyjaśnić, co to takiego!
    – Nie powiedziałem, że nie chcę tego wyjaśnić. – Ściągnął z łóżka leżącą tam zieloną kurtkę wojskową i włożył ją. – Mówiłem tylko, że dam pani trochę czasu. Chodźmy.
    – Dokąd? Nigdzie się nie wybieram.
    – Tylko kawałek autostradą, milę lub coś koło tego – upierał się. – Jest tam zajazd dla kierowców ciężarówek, a mnie przydałaby się filiżanka kawy.
    – Może pan się napić, kiedy już sobie pojadę.
    – Nie. – Otworzył drzwi. – Zostało mi jeszcze dziesięć minut i spędzimy je w restauracji.
    Patrzyła na niego poirytowana. Dziesięć minut upłynie z pewnością, zanim się znajdą na miejscu. Ale z równowagi wytrącało ją coś innego, nie przekroczenie trzydziestominutowego limitu, jaki mu wyznaczyła na początku rozmowy. Przede wszystkim była zalękniona, czuła się niepewnie, zagubiona w zaistniałej sytuacji, odkąd przestąpiła próg tego motelu.
    – Niech pani przestanie się opierać – poprosił Noah Smith znużonym tonem. – Weźmiemy oba samochody, tak aby mogła pani stamtąd odjechać, kiedy tylko zechce. Czy to coś złego, filiżanka kawy?
    Właściwie ma rację, robię z igły widły, przyznała w duchu. Uświadomiła sobie nagle, że ów odruchowy bunt to wynik strachu. Nie lubiła odczuwać lęku. Lęk nie pozwala myśleć, a zwłaszcza teraz sytuacja wymagała od niej trzeźwego myślenia i zdolności dokonywania oceny. Dla dobra Joshuy i jej samej.
    Skierowała się do wyjścia.
    – Zgoda – powiedziała. – Jedna filiżanka kawy.

    – Jedna filiżanka kawy? – zapytała z ironią, patrząc na opróżnione przez niego talerze na stoliku. – Zamówił pan chyba połowę menu.
    – Byłem głodny – odparł krótko Noah. – Siedziałem cały wieczór w tamtym pokoiku motelowym. Czekałem na panią. – Uniósł widelczyk z ostatnim kawałkiem szarlotki i uśmiechnął się. – Ale w pewnym sensie powiedziałem prawdę. Wypiła pani jedną filiżankę kawy. – Skinął na kelnerkę. – Najwyższy czas na drugą.
    – Zawsze dopisuje panu taki wilczy apetyt? Przytaknął ruchem głowy.
    – Lubię dobrze zjeść.
    A mimo to zachował szczupłą sylwetkę!
    – I założę się – mruknęła kwaśnym tonem – że jest pan jednym z tych obrzydliwych osobników, którzy nigdy nie tyją.
    Uśmiechnął się.
    – Przykro mi. – Przesunął po niej wzrokiem. – Ale pani też chyba nie ma kłopotów z nadwagą.
    Skrzywiła się.
    – Bo biegam codziennie. Gdybym miała choćby trochę mniej ruchu, przybrałabym kształt balonu.
    – Bardzo zresztą interesującego. – Odwrócił się do kelnerki, która podeszła do niego. – Poprosimy jeszcze kawy. – Uśmiechnął się. – I dodatkową porcję szarlotki, Dorothy.
    Kelnerka odwzajemniła uśmiech, przyjmując zamówienie. Uśmiecha się do Noaha, odkąd tu weszliśmy, pomyślała Kate. Pewnie kobiety zawsze zachowują się wobec niego w ten sposób. Noah Smith miał w sobie wiele czaru, emanował z niego jakiś zwierzęcy magnetyzm. W ciągu tych paru chwil, jakie poświęcił rozmowie z Dorothy, sprawił, iż poczuła się nagle najważniejszą kobietą w jego życiu.
    Dostrzegł, że Kate patrzy na niego, i uniósł brwi.
    – O co chodzi?
    – Nie, nic. – Machnęła ręką. – Zastanawiałam się tylko, czy Dorothy zamierza tkwić przy panu cały wieczór, czy też pozwoli nam na chwilę prywatności.
    Przeniósł wzrok na kelnerkę, która stała właśnie za bufetem, przyrządzając kolejną kawę.
    – Miła kobieta – mruknął i przytknął do ust filiżankę.
    – Czy teraz odpowie pan wreszcie na moje pytanie?
    – Proszę wypić kawę – odparł i zaatakował widelcem szarlotkę. – Za chwilę zrobię to samo.
    Zdecydowanym gestem odsunęła filiżankę.
    – Proszę odpowiedzieć teraz.
    Przez chwilę patrzył na nią badawczo.
    – Dobrze. Chyba rzeczywiście nie potrzebuje już pani więcej kawy. Przestała pani dygotać.
    A więc jednak zauważył to przedtem!
    – Było mi zimno.
    – Była pani przerażona. Zaczęła pani wierzyć w to, co mówię, i stąd ten lęk. – Odsunął talerz z resztką szarlotki i utkwił wzrok w filiżance. Jego spojrzenie wyrażało jakąś dziwną tęsknotę. – Wie pani, dwa lata temu rzuciłem palenie – mruknął. – Ale jeszcze teraz po dobrym posiłku odczuwam brak papierosów.
    Nie ukrywała zdumienia.
    – Jest pan ekspertem w dziedzinie badań nad nowotworami i mimo to palił pan?
    Niezbyt mądrze, co? Bez przerwy mówiłem sobie: jutro z tym skończę. – Wydął usta. – Tymczasem to jutro dogoniło mnie. Dwa lata temu ujawnił się u mnie nowotwór płuc. Zrobiła wielkie oczy.
    – Nic o tym nie wiedziałam.
    – Nie rozgłaszałem tego. – Upił łyk kawy. – I nie musi pani patrzeć na mnie z takim niepokojem. Już go nie mam. Moje płuca są teraz zdrowe.
    – Cieszę się – powiedziała szczerze.
    – Ja również. Głupota nieczęsto bywa nagradzana tak hojnie. – Uśmiechnął się. – Moja choroba sprawiła, że odkryłem na nowo znaczenie uroków życia. Ale z uwagi na jej efekt uboczny nie życzyłbym jej nikomu, kto chciałby osiągnąć podobny cel.
    – I słusznie. – Nie potrafiła sobie wyobrazić Noaha Smitha chorego lub umierającego; był zbyt żywotny. A kiedy tak siedział naprzeciw niej, pozornie spokojny i odprężony, wydawał się bardzo… ludzki. Nie dostrzegała w nim owej agresji, z jaką zetknęła się na konferencji medycznej. Bezwiednie przesunęła w jego stronę talerz z szarlotką. – Powinien pan to zjeść. Dorothy będzie rozczarowana.
    – Widzę, że rozbudziłem w pani instynkt macierzyński. A wszystko dzięki tej nieszczęsnej chorobie. – Nabrał na widelczyk kawałek ciasta. – Jest pani dobrą matką, Kate?
    – Jeszcze jaką! Dlatego siedzę tu teraz z panem.
    – Dla dobra Joshuy. – Skończył ciasto i rozsiadł się wygodniej. – To miłe dziecko?
    – Wspaniałe.
    – Ale nawet najwspanialsze dzieci chorują, miewają wypadki, zostają ranne. – Patrzył jej teraz prosto w oczy. – Najwspanialsze dzieci umierają.
    Zesztywniała.
    – Pan grozi mojemu synowi?
    Pokręcił głową.
    – Gdzieżbym śmiał! Nawet tu, w tej jasno oświetlonej restauracji, bałbym się o swoje życie.
    – Więc co, u diabła, miał pan na myśli?
    – Usiłuję wyjaśnić, dlaczego w Seattle zginęło dziewięćdziesiąt siedem osób, a dwie pozostałe zostały zabite tu, w Dandridge.
    – Wyjaśnia pan to dość mętnie. A więc: dlaczego?
    – RU 2. – Uniósł dłoń, kiedy chciała coś powiedzieć. – Tak, wiem, właśnie do tego zmierzam. Starałem się przygotować panią do tego.
    – Nie potrzebuję żadnych przygotowań, lecz jasnych odpowiedzi. Co to takiego RU 2? I jaki ma związek z Joshuą?
    – Mógłby ocalić mu życie – odparł po prostu. – RU 2 to uniwersalny koktajl immunologiczny. Opracowałem recepturę leku wzmacniającego system odpornościowy komórek na tyle, aby odeprzeć każdy niemal atak.
    Wpatrywała się w niego wstrząśnięta.
    – To niemożliwe – szepnęła. – Od takiego wyniku jesteśmy oddaleni jeszcze o dwadzieścia lat.
    Wzruszył ramionami.
    – A więc przeskoczyłem ten okres. Sześć lat temu studiowałem wzajemne powiązania genów i natrafiłem na pewien intrygujący trop. Odkryłem prawdziwy skarbiec.
    A więc może takie nagłe zmiany to metoda godna naśladowania.
    Tak powiedziała kiedyś Phyliss.
    Pokręciła głową, oszołomiona informacją.
    – To niemożliwe.
    – Ale tak było naprawdę – zapewnił Noah. – Początkowo sam nie mogłem w to uwierzyć. Musiały jeszcze upłynąć kolejne cztery lata testów i udoskonaleń, zanim się przekonałem, że to nie fuks. – Wytrzymał jej spojrzenie. – To nie fuks, Kate. RU 2 działa.
    – To by znaczyło… – Myśli kłębiły jej się w głowie: tyle możliwości! – Choroba Alzheimera, AIDS, nowotwory… Jest pan pewien, że to lek uniwersalny?
    – Jeśli komórki odpornościowe są dostatecznie silne, a choroba nie osiągnęła jeszcze końcowej fazy, RU 2 zwalczy wszystko, co stanie mu na drodze.
    – To cud! Skłonił głowę.
    – Święty Noah, do usług.
    – Proszę nie żartować, dokonał pan czegoś… wspaniałego.
    – I zarazem niebezpiecznego jak diabli. Początkowo byłem z siebie dumny, cieszyłem się, potem jednak przyszły refleksje. I właśnie kiedy minęła pierwsza euforia, uświadomiłem sobie, że siedzę na beczce prochu. Proszę to przemyśleć.
    – Potrafię myśleć teraz jedynie o tym, ilu ludziom można by uratować życie.
    Ogden myśli o czymś zupełnie innym: o wydawanych corocznie na leczenie milionach dolarów, które przestaną napływać, jeśli znikną choroby. A co z firmami ubezpieczeniowymi? To przecież jedne z najbardziej żarłocznych potworów finansowych naszego społeczeństwa. Jak one by zareagowały, czy spodobałby się im taki przewrót w systemie lecznictwa i ubezpieczeń szpitalnych? A religia? Już obecnie, mimo iż poczyniliśmy dopiero drobne kroki, Kościół oburza się, że zadajemy gwałt naturze. Wszelka poważniejsza ingerencja z naszej strony spotka się na pewno z niezwykle ostrym sprzeciwem. Mówić dalej?
    – Nie teraz. Mam kłopoty z nadążaniem.
    – Dobrze pani sobie radzi. Nie ma powodu do pośpiechu.
    – A Ogden zabijał, aby przeszkodzić panu w upowszechnieniu RU 2?
    – Tak.
    – Jest pan pewien?
    – Właściwie poinformował mnie o swoim zamiarze na moment przed eksplozją.
    – Wyjątkowy łajdak.
    – Zgadza się.
    Milczała parę chwil, usiłując zebrać myśli.
    – Skoro opracował pan już recepturę leku, do czego ja byłam potrzebna?
    – Proszę używać czasu teraźniejszego. Pani jest mi potrzebna.
    – Do czego?
    – Dla serum niezbędny jest system dostawczy. Myślę, że pani wie, jak go stworzyć.
    Zesztywniała.
    – Dlaczego pan tak sądzi?
    – Opublikowała pani artykuł w czasopiśmie medycznym.
    – Czyste spekulacje.
    – Bzdura. Wyodrębniła pani gen, który zapobiega odrzucaniu przez komórki. Pracowała pani nad niezawodnym systemem dostawczym do plazmy leków, które byłyby akceptowane przez komórki bez obawy wywołania u nich szoku. Nazwała pani ten system koniem trojańskim, gdyż pozwalałby na wprowadzanie leku do komórek, zanim doszłoby do jego odrzucenia. Jak dalece pani jest zaawansowana?
    Nie odpowiedziała.
    – Do diabła, niech pani mówi. Sądzi pani, że zamierzam ukraść patent?
    Nie zgłosiłam jeszcze patentu. – Jej reakcja była czysto odruchowa. Noah zachowywał się wobec niej bardzo otwarcie, zasłużył więc na podobną szczerość. – Ale jestem już bardzo blisko zakończenia badań.
    – Ile tygodni?
    – Cztery, może pięć. Muszę to rozwikłać w czasie wolnym od pracy w instytucie.
    – A więc trzy tygodnie, gdyby mogła pani poświęcić na to cały czas?
    – To niemożliwe. Muszę zarabiać na życie.
    Nachylił się do przodu, wpatrując się w nią intensywnie.
    – Jaki wynik osiągnęła pani ostatnio?
    – Osiemdziesiąt siedem procent. Z wrażenia uderzył dłonią o stół.
    – Boże, to fantastyczne!
    Duma zabarwiła jej policzki rumieńcem.
    – Odczułam to tak samo.
    – Ale musi pani poprawić ten wynik, dojść do dziewięćdziesięciu ośmiu procent.
    – Co?
    – Wynik musi zbliżyć się jak najbardziej do ideału. RU 2 ma moc pocisku nuklearnego.
    – Nie po to się męczyłam, aby dostarczyć panu nosiciela.
    Uśmiechnął się.
    – Nie, ale czy to nie wspaniałe, że zjawiła się pani w odpowiednim momencie?
    – Chwileczkę! – Nie nadążała za nim, narzucał zbyt szybkie tempo. – W jaki sposób przeprowadził pan test, skoro nie dysponował pan elementem zapobiegającym odrzuceniu leku?
    – Byłem pewien, że receptura zawiera wszystko, co potrzebne. Sprawdziła się zresztą znakomicie w testach przeprowadzonych na zwierzętach. Nie stwierdzono żadnych niepożądanych efektów ubocznych. – Wzruszył ramionami. – Niestety, szympansy to nie ludzie.
    – Mój Boże! – szepnęła. – Wypróbował pan RU 2 na ludziach?
    – Na jednej osobie – sprostował i wskazał palcem na siebie. – Dwa lata temu.
    Nagle zrozumiała.
    – Wtedy gdy był pan chory?
    – I tak groziła mi śmierć w ciągu sześciu miesięcy. Zrozumiałem, że nie mam wiele do stracenia. – Skrzywił się. – Ale kuracja omal mnie nie zabiła. Wywołała u mnie szok.
    – I co pana uratowało?
    – RU 2. W samą porę. Przeżyłem, a lek spełnił swoje zadanie. – Noah upił łyk kawy. – Trzeba jednak przyznać, że działa zbyt gwałtownie. Z pewnością zabiłby spory odsetek pacjentów poddanych tej kuracji. RU 2 znalazłby się pod ostrzałem krytyki natychmiast po wprowadzeniu go do powszechnego użytku. Powinien więc być absolutnie bezpieczny.
    – Ale moja receptura i procedura mogą być niekompatybilne z RU 2.
    Uśmiechnął się.
    – A więc musimy się o tym przekonać, nieprawdaż? To nie zajmie nam wiele czasu. Za trzy tygodnie pani ukończy swoje badania. Potem ja potrzebuję miesiąca na eksperymenty, aby zestroić pani osiągnięcia z RU 2.
    – Miesiąca? To może potrwać lata.
    – Nie mamy do dyspozycji aż tyle czasu. – Uśmiech zniknął mu z twarzy. – Może nawet nie mamy miesięcy. Ogden odkryje prawdopodobnie, że żyję, a wtedy rozpocznie się polowanie. Już teraz wypuścił swoje psy. Chciał panią zabić. I na pewno spróbuje po raz drugi.
    – O ile rzeczywiście chciał zabić mnie. Potrafię zrozumieć, że RU 2 stawia pana w ryzykownej sytuacji, ale mój kontakt z panem to już sprawa nazbyt enigmatyczna. Nie mam żadnego dowodu na…
    – Czekanie na dowody może się zakończyć tragicznie, nawet śmiercią.
    Wymowa tych słów wstrząsnęła nią.
    – A co mam robić? Powiadomić policję, zeznać, że śledzi mnie jakiś morderca wynajęty przez…
    – Kiedy w grę wchodzą tak olbrzymie pieniądze, policja przestaje być godna zaufania – przerwał jej spokojnie.
    – Na policję zawsze można liczyć.
    – Czy słyszała pani o raporcie, według którego firma J. & S. Pharmaceuticals ma poważne kłopoty finansowe?
    Skinęła głową.
    – A to nieprawda. Mieliśmy dobre wyniki finansowe. Jednak tu i tam sypnięto wystarczająco dużo forsy, aby upowszechnić opinię, iż firma rachunkowa, prowadząca nasze księgi, wydała fałszywą opinię.
    – Dlaczego ktoś miałby płacić za coś takiego?
    Aby wywołać wrażenie, że rozpaczliwie potrzebuję pieniędzy z ubezpieczenia. Gdybym nie zginął w wybuchu, zostałbym oskarżony o defraudację i morderstwo, zanim jeszcze zdołałbym ruszyć do przodu z RU 2. Ogden zmobilizował do tej akcji całe swoje zaplecze. Jak pani sądzi, ile jest skłonny wydać, przystępując do ataku? – Pokręcił głową. – Proszę pamiętać: tylko nie policja. Stawka jest zbyt wysoka. Jesteśmy zdani wyłącznie na siebie.
    – Przez siedem lat żyłam pod jednym dachem z policjantem. Wierzę w ten system. Wiem, że funkcjonuje należycie.
    – A pani mąż nie wspominał nigdy o korupcji w szeregach policji?
    – Oczywiście. Zawsze może się trafić kilku przekupnych gliniarzy. Ale to chyba jeszcze nie oznacza, że mam nie ufać im wszystkim. – Umilkła na moment. – Albo że mam ufać akurat panu.
    – Ale jednak pani mi ufa.
    Nie była pewna, czy powinna. Ten człowiek był kimś obcym, a poza tym opowiedział jej najbardziej niesamowitą historyjkę pod słońcem. A jednak nie mogła mu nie ufać.
    – Jestem teraz zbyt zdezorientowana, żeby móc normalnie myśleć.
    – A więc uczynię to za panią. – Ujął jej dłoń i zapewnił łagodnym tonem: – Wiem, co należy zrobić, Kate. Obmyśliłem sposób, w jaki można zapewnić bezpieczeństwo pani i jej synowi.
    – Ten sposób to skorzystanie z wyników moich eksperymentów w celu udoskonalenia pańskiego RU 2? – zapytała sucho.
    – Do diabła, tak! Oczekuje pani, że zaprzeczę?
    – Nie wiem już, czego i od kogo mam oczekiwać. – Wyrwała dłoń z jego uścisku. – Ale nie zamierzam składać swojego losu ani losu mojego syna w ręce kogoś obcego.
    – Proszę posłuchać, Kate, jedyny sposób zapewnienia sobie bezpieczeństwa to pomóc mi upowszechnić RU 2. Kiedy już tego dokonamy, zabicie nas przestanie mieć sens, a do tego momentu Ogden będzie atakować nas wszelkimi możliwymi… – Urwał, spojrzał na nią bacznie. – Nie nadąża pani za mną, czy tak? W porządku, niech pani już idzie. Ale proszę sobie wszystko przemyśleć. Jeśli zmieni pani zdanie, będzie pani mogła skontaktować się ze mną w motelu. Zostanę tam jeszcze parę dni.
    Wstała, a on nagle zmarszczył brwi.
    – Nie podoba mi się, że wraca pani sama. Może pojadę za panią?
    – Mówiłam przecież, że nikt mnie nie śledził.
    – Chwileczkę.
    Zatrzymała się i spojrzała na niego przez ramię.
    – Jak wyglądał ten człowiek, który czekał pod pani domem?
    – Dlaczego pan pyta?
    – Lepiej znać swoich wrogów. Zresztą mam paru przyjaciół, z którymi mogę się skontaktować. Może uda mi się dowiedzieć, co to za jeden.
    – Miał długie czarne włosy zaplecione na karku w warkocz, wystające kości policzkowe, szare oczy. Wyglądał na Indianina… a może nawet nim był. Może nie. To ta moda na styl południowego zachodu. – Usiłowała zebrać myśli. – Nosił coś w rodzaju naszyjnika z paciorków. Nie wiem, ile miał wzrostu. Cały czas siedział w aucie. Ale nie wyglądał na olbrzyma.
    – W porządku, chyba zapamiętam ten opis. – Zamyślił się. – Proszę nie iść na policję, Kate – dodał po chwili. – To mogłoby się okazać niebezpieczne dla nas obojga.
    – Zrobię to, co uznam za najlepsze. – Zawahała się. – Ale nie chcę działać przeciw panu – zapewniła. – Jeśli to, co od pana usłyszałam, jest prawdą, dokonał pan dla nas wszystkich czegoś nadzwyczajnego.
    – A więc mogę założyć, że nie zamierza mnie pani wydać?
    Zaprzeczyła ruchem głowy.
    – Cokolwiek uczynię, postaram się nie wplątywać pana w moje sprawy.
    – To się pani nie uda. – Spojrzał jej prosto w oczy, a w jego głosie zabrzmiał nieokreślony smutek, kiedy zapytał:
    – Nadal pani nie pojmuje, prawda? Czy tego chcemy, czy nie, od tej pory tkwimy w tym oboje po uszy.

    Nie rozegrał tego właściwie.
    Długo odprowadzał ją wzrokiem, kiedy wychodziła z zajazdu i wsiadała do auta. Chciał ją dogonić, pochwycić za ramiona i nawet posprzeczać się z nią, przedstawiając swoje argumenty, zamiast siedzieć tu biernie na tyłku. Nie udało mu się przekonać jej o grożących niebezpieczeństwach. Zdołał jedynie zasiać w niej niepokój i lęk, a miał przecież nadzieję przeciągnąć ją na swoją stronę.
    Nic z tego. Kate Denby pozostała nadal twarda jak stal i skłonna postępować jedynie wedle własnego uznania.
    Chociaż nie, wcale nie była taka twarda. Zmieniała się, mówiąc o swoim synku. W takich momentach miękła. Może to by się dało wykorzystać, może to jest guzik, który należy nacisnąć.
    Wykorzystać.
    Znużonym gestem oparł się o poręcz krzesła. W czym tkwi problem? Przecież wiedział, że dojdzie do pewnych manipulacji, uwzględnił to w swoich planach.
    No tak, ale ona okazała się czysta i ostra jak skalpel, przedzierając się poprzez kłamstwa do prawdy. Siedziała przed nim z rozdygotanymi rękami, ale patrzyła na niego odważnie i spokojnie. Była wystraszona, ale panowała nad sobą. Zaatakowała, kiedy poczuła się zagrożona.
    Niezwykła kobieta.
    Miał głęboką nadzieję, że znajdzie sposób, aby uratować jej życie.
    Wyjął z kieszeni portfel, rzucił na stół kilka monet i wstał. Wróci do motelu, zatelefonuje do Tony’ego i spróbuje się dowiedzieć, co z ofiarami eksplozji. Trójka jego ludzi znajdowała się od wczoraj w stanie krytycznym.
    – Lars Franklin zmarł – poinformował Tony, kiedy Noah dodzwonił się do niego piętnaście minut później. – Clara Brookin i Joe Bates nadal żyją.
    – Niech to diabli! – Zamknął oczy, jakby w ten sposób mógł złagodzić cios. Larsa Franklina poznał jeszcze jako chłopiec, od paru dni łudził się żarliwą nadzieją, że starszy przyjaciel wyzdrowieje. Kilka lat temu zatrudnił u siebie w biurze jego córkę, a teraz jej imię i nazwisko figurowało na liście zaginionych.
    – Bardzo mi przykro, Noah. Wiem, ile dla ciebie znaczył.
    – Oni wszyscy znaczyli dla mnie wiele – odparł głucho. – Oni wszyscy.
    – Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby być na bieżąco z tą sprawą – obiecał Tony. – Jak mam się z tobą kontaktować?
    – Nawet nie próbuj. Ja skontaktuję się z tobą.
    – Do diabła! Nie powiesz mi, gdzie jesteś?
    – Muszę już kończyć. Niewykluczone, że twój telefon jest na podsłuchu. Przełącz jutro na system cyfrowy; przy nim podsłuch jest prawie niemożliwy.
    – Ale dlaczego? Przecież ludzie myślą, że nie żyjesz.
    – Mówiłem przecież, że Ogden chce załatwić każdego, kto jest związany w jakikolwiek sposób z RU 2. Wymienił już twoje nazwisko. Zostań, gdzie jesteś, nie wychylaj stamtąd nawet nosa, dobrze?
    – Nie rozumiem jednak, dlaczego…
    – Muszę kończyć. – Noah wcisnął przycisk przerywający połączenie i odłożył słuchawkę.
    Lars Franklin. A już myślał, że najgorszy ból i szok ma za sobą. Ale tak się tylko wydawało. Najgorsze po prostu czyhało w ukryciu. Połóż się. Idź spać. Nie myśl o tym. Nie, nie może teraz spać. Przedtem musi coś załatwić. Wystukał numer telefonu Setha w Miami.
    W słuchawce usłyszał zadyszany kobiecy głos: – Tak?
    – Chciałbym mówić z Sethem.
    – Czy to ważne? – zapytała jakby poirytowana.
    – Noah? – odezwał się Seth. – Cholera, to nieodpowiednia chwila.
    – Zajmę ci tylko minutę. Ktoś z ludzi Ogdena wypłynął na powierzchnię. Widziała go Kate Denby. Muszę wiedzieć o nim, ile się da.
    – Jak się nazywa?
    – Nie wiem. – Podał krótki opis, który przekazała mu Kate.
    – Coś mi chodzi po głowie, niech pomyślę… Na pewno sobie przypomnę.
    – Muszę wiedzieć teraz.
    – Przykro mi. Dowiesz się, kiedy ja się dowiem.
    – W każdym razie nie przeszkadzaj sobie – mruknął Noah sarkastycznym tonem. – Kontynuuj, co przerwałeś.
    – A kto mówi, że przerwałem?
    Zanim jeszcze Noah odłożył słuchawkę, usłyszał chichot kobiety.

    – Ishmaru – oświadczył Seth, kiedy godzinę później Noah podniósł słuchawkę. – Jonathan Ishmaru. Zwariowany sukinsyn, ale dobry. Bardzo dobry. Słyszałem o nim przed trzema laty w Meksyku, dlatego zadzwoniłem do Kendowa.
    – Co to za jeden, ten Kendow?
    – Informator. Mieszka w Los Angeles. Ishmaru uważa się za Indianina, wojownika Apaczów lub Komanczów, kogoś w tym rodzaju.
    – Naprawdę jest Indianinem?
    – W połowie Indianinem, w połowie Arabem. Dorastał we wschodnim Los Angeles. Tam z każdego zrobią świra.
    – Ogden nie zleciłby zadania komuś, kto nie panuje nad sobą. Dla własnego bezpieczeństwa wynająłby zawodowca, takiego, co ma dobrze poukładane pod sufitem.
    – Ludzie przy zdrowych zmysłach idą po wpadce na układy. Ishmaru zniósłby więzienie bez tego.
    – Nie zdradziłby Ogdena?
    Opowiem ci coś. Jakiś czas temu znalazł się w więzieniu w małej mieścinie na Południu, gdzie zamordował burmistrza, brata tamtejszego szeryfa. Szeryfowi zależało jak diabli, aby dowiedzieć się, kto mu zlecił robotę. Zanim Ishmaru zdołał zwiać, wyrwano mu wszystkie paznokcie u rąk. Ale nie pisnął ani słowa.
    – Czy mógł podłożyć te bomby?
    – Nie z własnej inicjatywy. Woli pracować z bliska. W bezpośredniej bliskości.
    – Ale potrafiłby to zrobić?
    – O tak, jest bardzo utalentowany. Wszystko zależy od tego, jaką otrzyma zachętę.
    – Pracuje sam czy z kimś?
    – Nikt nie pracowałby z takim zwariowanym sukinsynem, który jest w stanie zabić za samo krzywe spojrzenie. Coś jeszcze?
    – Tak, chcę, żebyś był jutro w chacie i czekał na nas.
    Seth odłożył słuchawkę.
    Ishmaru. Noah wszedł do łazienki, rozebrał się i stanął pod prysznicem. Będzie musiał zadzwonić jutro do Kate i powiadomić ją o wszystkim, czego się dowiedział. To wystarczy: jakiś szaleniec jest na jej tropie, ma ją zabić. Dla Noaha mógł to być powód do triumfu, gdyż może dzięki temu Kate da się przekonać i przejdzie na jego stronę.
    Stał pod strugami ciepłej wody, czekając, aż usuną z jego ciała napięcie.
    Niestety, spodziewane uczucie triumfu nie nadchodziło. Ogarniały go złość i smutek, a także coś jakby zazdrość. Taki Seth… nie przejmuje się niczym, najważniejsze dla niego to zaspokoić kobietę w łóżku. A on? Nie chciał tego poczucia winy i odpowiedzialności. Nie chciał spiskować ani straszyć kobiety, którą szanował. Nie chciał, aby ktoś jeszcze zginął.
    To co, że nie chcę, pomyślał niecierpliwie. Pozostała mi już tylko jedna droga… Tak, zatelefonuje do Kate i może mieć jedynie nadzieję, iż nastraszył ją wystarczająco skutecznie. Czas ucieka. Każdy ruch należy teraz wykonywać bardzo szybko.
    A Kate Denby musi być razem z nim.

    Kiedy Kate skręciła na podjazd, radiowóz policyjny nadal stał zaparkowany przed domem. Wysiadła, podeszła do drzwi frontowych i zatrzymała się na oświetlonym ganku, tak aby policjant mógł się przekonać, że ma przed sobą tę samą kobietę, która odjechała stąd trzy godziny temu. Pomachał jej ręką na znak, że wszystko w porządku. Młody, sympatyczny facet. Z pewnością nie był zachwycony, że wyszła z domu, który oddano pod jego opiekę.
    Trzy godziny. Niewiele, ale jej wydawały się wiecznością.
    Otworzyła drzwi, a potem cicho zamknęła je za sobą. Nie powinna budzić Phyliss. Ta biedna kobieta pochowała dziś syna i nie powinna łamać sobie głowy nad tym, dlaczego jej była synowa włóczy się po okolicy w środku nocy. Kate zamknęła drzwi na klucz i przekręciła gałkę zasuwy.
    Bezpieczna.
    Nie, wcale nie czuła się bezpieczna. Zabito jej przyjaciela i kochanka, ktoś zaczaił się pod jej domem, a Noah Smith przestrzegł ją, że ona i Joshua mogą zginąć, jeśli nie zacznie z nim współpracować. To się nazywa praca przymusowa, pomyślała znużona.
    Ostatnio spadło jej na głowę zbyt wiele, aby mogła zająć się wszystkim naraz. Pomyśli o tym później, kiedy dobrze się wyśpi.
    Zgasiła światła i przeszła przez hol. Mijając uchylone lekko drzwi do pokoju Josha, zajrzała do środka. Z lękiem pomyślała, że może wołał ją, kiedy nie było jej w domu. Miała nadzieję, że nie.
    Joshua leżał na brzuchu, kołdrę zrzucił we śnie na podłogę. Nawet nie drgnął, kiedy podeszła bliżej i okryła go starannie. Teraz, kiedy tu stała, groźba ciążąca nad nimi wydawała się mniej realna. Przede wszystkim Kate czuła obecność Josha. Nad łóżkiem wisiała rękawica baseballowa, żaluzje okienne zdobił wyblakły plakat z „Gwiezdnych wojen”.
    Nie wiem, co robić, Joshua.
    Wydaje mi się, że Noah Smith stara się uczynić coś wspaniałego. Coś, co mogłoby pomóc wielu ludziom, może nawet tobie. Ale to z pewnością mrzonki.
    Joshua natomiast oznacza rzeczywistość.
    I ona musi chronić tę rzeczywistość. Jednak przymierze z Noahem Smithem może się okazać najgorszym ze sposobów zapewnienia jej synowi bezpieczeństwa. Czy nie lepiej wybrać się z Joshem w daleką podróż, zniknąć stąd na jakiś czas, dopóki Noah nie upowszechni RU 2?
    Odwróciła się i wyszła z pokoju.
    Z szafy w holu wyjęła kasetkę z bronią, otworzyła ją i wydobyła kolta. Do diabła, nienawidziła broni. Kiedy Michael przyniósł dla niej rewolwer do domu, posłusznie nauczyła się obchodzenia z nim, ale uparła się, że broń pozostanie w kasetce. Teraz po raz pierwszy wsunęła kolta do swojej skórzanej torebki, zaniosła ją do sypialni i nie zamykając, położyła na podłodze tuż przy łóżku.
    Boże, jeszcze tydzień temu nie przyszłoby jej do głowy, że można położyć się spać z bronią w zasięgu ręki.
    Leżała bez ruchu, z głową wtuloną w poduszkę, i czuła, jak do oczu napływają jej łzy.
    Sprawy strasznie się skomplikowały, tatusiu. Staram się być w porządku wobec wszystkich, ale czuję się tym już bardzo zmęczona. Nie jestem wystarczająco dobra. Nie jestem wystarczająco sprytna. Jesteś mi potrzebny.
    Czuję się piekielnie samotna.

    Mariannę usnęła. Seth słyszał jej cichy, równomierny oddech.
    Przeturlał się po łóżku i usiadł.
    Ishmaru.
    Niedobrze.
    Wstał i podszedł do otwartych drzwi balkonowych. Ciepły wiatr muskał łagodnie jego nagie ciało. Skierował wzrok w dół, na spienione fale. Zawsze kochał swobodny bezmiar otwartego morza, a dom, w którym obecnie mieszkał, miał się tak do zatłoczonych bloków, w których on sam dorastał, jak dzień do nocy. Boże, jakże nienawidził tamtych miejsc! Dziwne: dawniej walczył jak lew, aby nie dać się odizolować od swojego świata. Potem wręcz przeciwnie; robił, co tylko możliwe, aby znaleźć sobie inne miejsce… Dzięki Bogu, zdołał wyrwać się stamtąd.
    Musiała w nim jednak przetrwać cząstka tamtego głodnego, zdesperowanego dzieciaka, gdyż pierwszą rzeczą, jaką kupił dla siebie, był ten dom. Tu mieszkał przez wszystkie ostatnie lata. Tu znalazł miejsce, do którego mógł zawsze wracać, swoją przystań.
    Ciekawe, czy Ishmaru ma taką przystań.
    Nie spodobało mu się to, co Kendow opowiedział mu o Ishmaru. Noah nie będzie miał łatwej przeprawy z tym typem.
    Seth wiedział, co myśleć o Ishmaru, był świadom, że sam musiałby mieć się przed nim na baczności, ale on przynajmniej był zaprawiony w bojach z robactwem. Noah nie posiadał jego doświadczenia.
    Nawet w czasach, gdy obaj służyli w siłach specjalnych, Noah nie wykazywał dość ostrożności. Brakowało mu owego szczęśliwego cynizmu, który czyni z człowieka dobrego wojownika. Zawsze wierzył w pomyślny obrót wydarzeń.
    Seth nie był takim optymistą; uważał, iż sukces można osiągnąć tylko poprzez aktywne działanie, wpływając na los.
    Ale to właśnie brak ostrożności sprawił, że Noah wyniósł Setha w Grenadzie z linii ognia, gdy ten został ranny. Seth zawdzięczał mu życie.
    Dlaczego więc zamierzał teraz wypoczywać, zostawiając Noaha samego na polu walki?
    Niech to diabli! Noah to jego przyjaciel. Nie można pozwolić na to, aby wplątał się w coś i dał się zabić.
    Nie, źle ocenia Noaha. Noah nie działa pochopnie, nie wplątałby się w sprawę beznadziejną. Wszystko będzie dobrze. Zresztą Noah sam powiedział, żeby czekać na niego w chacie.
    – Seth…
    Mariannę obudziła się już, a on wiedział doskonale, co oznacza ten ton jej głosu. Uśmiechnął się i podszedł do łóżka. Mariannę nigdy nie prosiła o więcej, niż chciał jej dać. Zawsze, gdy wracał do Miami, była na każde jego zawołanie i nie zadawała pytań. Uwielbiała seks, lubiła się zabawić i zmieniać partnerów. A więc daj jej, czego chce. Bierz, na co masz ochotę. Zapomnij o Ishmaru.
    Noah poradzi sobie sam, niech rozwiąże problem na swój sposób.

5.

    – Ten człowiek jest naprawdę szalony? – zapytała z niedowierzaniem Kate. – Takie odnoszę wrażenie – odparł Noah. – A pani nie?
    – Może nie chodzi o tego samego… Nie wyglądał na… Był zupełnie… normalny.
    – Powtarzam tylko, co powiedział mi Seth. Opis podany przez panią zgadza się niemal co do joty.
    – Co za Seth?
    – Przyjaciel. – Umilkł na chwilę. – Czy pani nie rozumie, że to zmienia całą sytuację? Każde niebezpieczeństwo ma podwójną wagę, jeśli mamy do czynienia z kimś nieobliczalnym.
    Kate zadrżała, zamknęła oczy. Zawsze odczuwała lęk przed przestępcami chorymi umysłowo. W jaki sposób można się bronić przed szaleńcem?
    – Ten typ nazywa się Ishmaru?
    – Tak – odparł. – Będę w motelu. Proszę do mnie dzwonić. Odłożyła słuchawkę, nadal jednak wpatrywała się w aparat.
    Sprytnie, Noah. Powiedzieć mi tyle, abym umierała ze strachu, a potem odejść i zostawić mnie samą z tymi upiornymi myślami.
    – Wcześnie dziś wstałaś, Kate. – Do kuchni weszła Phyliss, była jeszcze w szlafroku. – Nie spałaś dobrze?
    – Nie. – Skrzyżowała ręce na piersiach, jakby w ten sposób mogła uwolnić się od uporczywego uczucia chłodu. – Tak sobie myślałam, Phyliss… Może byłoby dobrze wybrać się razem w jakąś niedługą podróż?
    Nie potrafisz się z nami rozstać, co? – Charlie Dodd poprawił sobie okulary na nosie, kiedy Kate weszła do laboratorium. – A może stęskniłaś się za mną? Czy to możliwe, że przez te wszystkie lata kryłaś się ze swoją namiętnością?
    – Zgadłeś, Charlie. – Uśmiechnęła się, wysunęła górną szufladę w swoim biurku i przez chwilę wertowała papiery, szukając wyników testu przeprowadzonego na dzień przed śmiercią Michaela. Była przekonana, że położyła je właśnie tutaj. – Nie mogę sobie poradzić.
    – Wcale mnie to nie dziwi. – Wstał i podszedł do niej. – Co tu właściwie robisz? Powiedziałem wczoraj, że mogę ci przynieść do domu wszystko, czego potrzebujesz.
    Do diabła, gdzie te papiery?!
    – Tak, wiem, ale chciałam zabrać je od razu. – Nie, w szufladzie ich nie ma. Może wepchnęła je tamtego dnia do torebki, zanim wyszła z instytutu. Była wtedy bardzo zdenerwowana. – Niewykluczone, że zabrałam papiery do domu.
    – Potrzebujesz jeszcze czegoś?
    – Nie. – Dyskietka z zapisem wszystkich danych oraz laptop znajdowały się w bagażniku samochodu. – Zamierzałam po prostu przejrzeć te wyniki. – Podniosła słuchawkę telefonu i wystukała numer Alana w komisariacie. – Cześć, chciałam poprosić cię o pomoc.
    – Po to tu jestem.
    – Czy możesz wysłać radiowóz pod mój dom także dzisiejszej nocy?
    – Jasne. Już pomyślałem o tym. – Po chwili milczenia zapytał: – Jakieś kłopoty?
    – Nie, po prostu czułabym się pewniej. Byłabym też bardzo zobowiązana, gdyby przez parę najbliższych tygodni jakiś wóz patrolowy mógł przejechać co jakiś czas obok mego domu. Wyjeżdżamy na trochę.
    – Dokąd?
    – Jeszcze nie wiem. Jutro wsadzę Phyliss i Josha do samochodu i ruszymy w drogę. To nam dobrze zrobi.
    – Ale chyba nie wyjeżdżasz, bo się wystraszyłaś? Nie ma się czego bać, Kate. Mogę zapewnić ci bezpieczeństwo.
    – Po prostu chcę opuścić to miejsce na jakiś czas.
    Chwila ciszy.
    – Dobrze, w takim razie jedź. Ale bądź ze mną w kontakcie. Dopilnuję, aby tu wszystko było w porządku, możesz jechać bez obaw.
    – Dzięki, Alan. – Zawahała się. – Czy słyszałeś kiedykolwiek o człowieku, który nazywa się Ishmaru?
    – Chyba nie. A powinienem?
    Nie wiem. – W ogóle nic nie wiem, uświadomiła sobie zrezygnowana. Nie była nawet pewna, czy to prawdziwe nazwisko tego człowieka. Mogła jedynie mieć nadzieję, że Noah nie wprowadził jej w błąd. – A mógłbyś spróbować zebrać trochę informacji na jego temat?
    – O co tu chodzi, Kate?
    – Po prostu czy mógłbyś to zrobić?
    – Dobrze, spróbuję. Od razu teraz?
    – Jak tylko będzie to możliwe.
    – Potrzebuję trochę czasu. – Zastanawiał się przez chwilę. – Wydaje mi się, że coś przede mną ukrywasz. I to mi się nie podoba.
    Ani mnie, pomyślała.
    – Muszę już kończyć, Alan. Dzięki za wszystko.
    Odłożyła słuchawkę.
    – Jak słyszę, nie będziesz na nabożeństwie żałobnym Benny – odezwał się Charlie. – Myślałem, że zostaniesz na ten czas w mieście.
    Rzeczywiście, zapomniała zupełnie o nabożeństwie. Będzie musiała pamiętać o wysłaniu kwiatów.
    – Uznałam, że lepiej zadbać o zmianę w scenerii.
    – To ci właśnie doradzałem.
    – I jak zwykle miałeś rację.
    – Tak, miewam ją przeważnie zawsze.
    – W tak skonstruowanej wypowiedzi tkwi poważny błąd logiczny.
    – Musiałem dodać to zastrzeżenie. Nie chciałem, aby zabrzmiało to zbyt samochwalczo. Daj spokój! – Odwróciła się do wyjścia. – Bywaj, Charlie. Zobaczymy się za parę tygodni.
    – Dobrze. Przykro mi z powodu Rudzika. Zastygła w pół ruchu, odwróciła się do niego. – Co?
    – Nie słyszałaś jeszcze? Rudzik nie żyje.
    – Jak to się stało? Wzruszył ramionami.
    – Nie bierz sobie tego do serca, to nie ma nic wspólnego z twoimi eksperymentami. Rudzik zdechł dwa dni temu.
    – Skąd wiesz, że to nie rezultat eksperymentów? Mogła przecież nastąpić opóźniona reakcja.
    – Nie, skręcił sobie kark.
    Wpatrywała się w niego z niedowierzaniem.
    – Skręcił sobie kark? Wydostał się z klatki?
    – Nie, to musiał być jakiś dziwaczny wypadek. Hej! – dodał spiesznie. – Tylko nie dostań szoku. To był tylko szczur doświadczalny, a nie twój najbliższy przyjaciel!
    Tak, to prawda, ale ona naprawdę lubiła tego szczura. Cztery ostatnie eksperymenty przeprowadziła z jego udziałem i potem wydawało jej się, że Rudzik odczuwa, podobnie jak ona, dumę i podniecenie z powodu pomyślnych wyników.
    – Jesteś pewien, że nie wydostał się z klatki?
    – Laborantka twierdzi, że przedwczoraj nakarmiła go o wpół do siódmej i wtedy siedział w klatce cały i zdrowy. – Charlie uśmiechnął się. – Głowa do góry. Obiecuję, że zanim wrócisz, w laboratorium znajdzie się inny szczur doświadczalny, równie uroczy jak Rudzik.
    – Dzięki – mruknęła Kate z roztargnieniem i czym prędzej skierowała się do wyjścia.
    Zaginione dokumenty. Martwy szczur doświadczalny.
    Wybuch miał także zatrzeć wszelkie ślady po RU2.
    Może Ogden myśli nawet, że już teraz współpracujemy.
    Ale żeby zabijać szczura tylko dlatego, że służył jej do przeprowadzania eksperymentów? Zresztą ochrona w Genetechu działa znakomicie. W jaki sposób sprawca mógłby się dostać do budynku niezauważony, a potem spokojnie odszukać jej pracownię i laboratorium? Może to rzeczywiście nieszczęśliwy wypadek, jak powiedział Charlie. Każda inna próba wyjaśnienia tej sprawy jest niedorzeczna.
    Nie, nie tak: każda inna próba wyjaśnienia tej sprawy jest przerażająca.

    – Masz beznadziejny gust w doborze moteli – orzekł Seth, kiedy Noah otworzył drzwi. – Założę się, że pełno tutaj pluskiew.
    – Co tu, u diabła, robisz? – ofuknął go Noah. – Mówiłem przecież, żebyś czekał w chacie.
    – Rozmyślałem o Ishmaru. – Seth wszedł do pokoju i zamknął za sobą drzwi. – Doszedłem do przekonania, że jestem ci potrzebny tutaj.
    – Z Ishmaru poradzę sobie sam.
    Seth pokręcił głową.
    – Tak ci się tylko wydaje. – Opadł na krzesło, przerzucił nogę przez oparcie. – Wyszedłeś już z wprawy. Może nawet nigdy jej nie miałeś. Nie jesteś równorzędnym przeciwnikiem, przynajmniej nie wobec Ishmaru.
    – A co w nim takiego szczególnego?
    – Jest szalony… a ty normalny. Nie mógłbyś go pojąć.
    – A ty?
    – Do diabła, tak! Mnie też ogarnia nieraz szaleństwo. – Zrobił żartobliwy grymas. – W przeciwnym razie nie przyjechałbym do ciebie, proponując, że rozdepczę tego szczura. – Rozejrzał się dokoła. – Nie ma ekspresu do kawy. Teraz jestem już pewien, że to wszawy motel. Chodźmy gdzieś na lunch. Nie miałem nic w ustach od wczorajszego wieczoru.
    – Nie mogę stąd wyjść. Muszę czekać, na wypadek gdyby zjawiła się Kate. – Spojrzał na Setha. – Jedź do chaty. Mówię poważnie, Seth. Nie powinieneś był tu przychodzić. Nie lubię, jak coś krzyżuje mi plany.
    Powiedział to ostrym tonem, wykluczającym sprzeciw. Seth powoli wyprostował się na krześle.
    – A ja nie lubię otrzymywać rozkazów. Dawniej wspólnie ustalaliśmy plan działania.
    – Tym razem to niemożliwe. Musimy załatwić to na mój sposób.
    – Na twój sposób… – Seth obserwował go przez chwilę. – Wiesz, coś mi przyszło do głowy. Mieliśmy sześcioletnią przerwę w kontaktach, kiedy odszukałeś mnie pięć lat temu. To było po wynalezieniu przez ciebie RU 2.
    Noah zesztywniał.
    – I co z tego?
    – Po prostu zastanawiam się, czy kierował wtedy tobą sentyment do dawnych dobrych czasów, czy też zamierzałeś mnie po prostu wykorzystać.
    Odpowiedziało mu milczenie.
    A więc jednak to prawda, uświadomił sobie Seth. Noah nigdy nie potrafił kłamać.
    – Poświęciłeś wiele energii, aby zwerbować mnie do realizacji swego planu. Wspominałeś dawne czasy, abym przypadkiem nie zapomniał, ile jestem ci winien. Te tygodnie spędzone na pokładzie „Cadro”, wspólne polowania…
    – Nie bądź głupcem. Jesteś moim przyjacielem. I tak bym cię odszukał, wcześniej czy później, nawet gdyby nie wyniknęła ta sprawa.
    – Tak, po prostu znalazłeś pretekst, aby zrobić to wcześniej. Nie lubię, jak się mnie wykorzystuje, Noah. To pozostawia we mnie uczucie niesmaku.
    – Mam rozumieć, że się wycofujesz?
    Nie. – Seth uśmiechnął się krzywo. – Przecież wyświadczyłeś mi kiedyś olbrzymią przysługę. Obiecałem ci wsparcie i dotrzymam słowa. Ale widzę, że to cholerne RU 2 znaczy dla ciebie diabelnie dużo. – Wstał, podszedł do drzwi. – Tak więc udam się posłusznie do chaty i zaczekam tam na ciebie.
    – Seth. – Noah zmarszczył brwi. – Jesteś moim przyjacielem. Najlepszym przyjacielem.
    – Wiem. Jesteś do mnie przywiązany, prawda? Przez ten mój fatalny urok. – Seth otworzył drzwi. – Nie martw się, nie stać mnie na to, aby wyrzucić cię za burtę. Nie mam aż tylu przyjaciół, żebym mógł się ich pozbywać. – Spojrzał mu prosto w oczy. – Tylko że tych, których mam, nigdy nie wykorzystuję. Nie próbuj mną manipulować w przyszłości, Noah. – Postąpił parę kroków do przodu, ale zatrzymał się znowu. – Jeśli chcesz ocalić życie tej Kate Denby, to coś ci poradzę: nie siedź tu bezczynnie na tyłku, nie czekaj biernie, ale rusz się i miej na nią oko, bo możesz być pewien, że ubiegnie cię Ishmaru.
    – Jeden ze znajomych Kate, oficer policji, wysłał radiowóz, aby patrolował jej ulicę. A ja muszę zostać tutaj, na wypadek gdyby przyszła. – Po chwili dodał: – I nie jestem jednym z twoich ludzi, Seth. To moja gra.
    Tak, twoja, która zresztą może wyjść ci bokiem, pomyślał Seth. Ale co to mnie obchodzi? Już cię ostrzegłem.
    – Jasne, to twoja gra – powiedział na głos.
    Zamknął za sobą drzwi i wsiadł do wynajętego samochodu. Żałował już, że tu przyjechał. Postąpił jak głupiec. Powinien był wiedzieć, że Noah spróbuje utrzeć mu nosa.
    Dowiedział się za to więcej, niż chciał wiedzieć.
    Najlepiej o tym zapomnieć. I tak niczego to nie zmienia, nawet jeśli wie teraz, iż Noah nie jest tak czysty, jak się wydawało. Nadal są przyjaciółmi.
    Spojrzał na zegarek. Trzecia trzydzieści pięć. Może znaleźć się wkrótce w samolocie. Umywa ręce od Ishmaru. Powodzenia, Noah.
    Powodzenia, Kate Denby.

    Promienie wieczornego słońca przenikały gałęzie, migocząc na ścieżce. Ishmaru biegł szybko przez las. Zawsze wybierał motele położone w takim terenie. Ruch był niezbędny, tylko w ten sposób mógł przygotować się należycie do zabijania.
    Przyśpieszył tempo. Serce przepełniała mu szalona radość.
    Jest rączy jak jeleń.
    Jest niepokonany.
    Jest wojownikiem.
    Ale wojownik nie powinien słuchać takiego durnia jak Ogden. Zabijanie powinno być konsekwencją odwagi, a nie zimnej kalkulacji. Ostatniej nocy przeleżał długo, nie zmrużywszy oczu; rozmyślał o dzisiejszym zadaniu i czuł, jak narasta w nim dezaprobata wobec sposobu, w jaki miałby pozbawić swoją ofiarę życia.
    Stanął na szczycie wzgórza i dysząc ciężko, sięgnął wzrokiem w dal. Przed nim rozciągało się w dole osiedle małych schludnych domków, podobne do tego, w którym mieszkała Kate Denby. Osłaniając oczy dłonią, mógł dostrzec na horyzoncie również tamto osiedle. Ucieszył go fakt, iż jej dom znajduje się tak blisko innych. To podniecające wyzwanie, przemknąć tam jak cień, aby zadać cios.
    Ale Ogden nie zgadza się na takie jawne zadanie ciosu. Chce, żeby on skrył się pod maską kłamstwa i podstępu.
    Ishmaru czuł się tym wszystkim poruszony i wiedział, że nie bez powodu. Od pierwszej chwili, kiedy zetknął się z Kate Denby, instynkt podpowiadał mu, iż to niezwykła kobieta. Czyżby miał znowu do czynienia z Emily, wysłaną tu, aby go prowokować? Postanowił oddać się medytacjom i czekać na znak.
    Opadł na kolana, umoczył palec w błocie, następnie pomalował nim w szare smugi policzki i czoło. Potem wyrzucił ręce w górę.
    – Prowadź mnie – wyszeptał. – Spraw, aby wszystko stało się jasne.
    Jego przodkowie zwykli modlić się do Wielkiego Ducha, on jednak był już mądrzejszy. Wiedział, że Wielki Duch tkwi w nim samym. Był zarówno Dawcą Chwały, jak i Pogromcą.
    Trwał tak na klęczkach, z rozrzuconymi na boki rękami. Upłynęła jedna godzina, druga i trzecia.
    Promienie słońca zgasły. Cienie wydłużały się z każdą chwilą.
    Niedługo będzie musiał dać za wygraną. Jeśli nie doczeka się znaku, nie pozostanie mu nic innego, jak tylko poddać się woli Ogdena.
    W zaroślach na prawo od niego rozległ się nagle dziwny chichot.
    Poczuł, iż rozsadza go radość.
    Nie wykonał żadnego ruchu. Nadal wpatrywał się przed siebie, ale kątem oka zerknął na krzewy.
    Mała dziewczynka obserwowała go z zainteresowaniem. Nie mogła mieć więcej niż siedem, osiem lat, miała na sobie kraciastą sukienkę i plecak. Uczucie szczęścia spotęgowało się, gdy dostrzegł jej jasne włosy. Nie był to płowy blond, jak u Kate Denby, lecz blady, jak u Emily Santos. Zbieg okoliczności? Niemożliwe. Na pewno przyciągnęła ją tu jego moc.
    Dziewczynka przekaże mu znak. Jeśli uda mu się odnieść zwycięstwo nad nią, będzie to oznaczało, że może zignorować Ogdena i podążyć właściwą drogą.
    Podniósł się z wolna i już otwarcie spojrzał na dziewczynkę.
    Nie przestała chichotać.
    – Masz brudną twarz. Coś ty?… – Umilkła, jej oczy zogromniały. Cofnęła się o krok.
    Poczuła moją moc, pomyślał zachwycony.
    – Ja nie chciałam… – wyjąkała. – Nie…
    Obróciła się na pięcie i pobiegła co sił przed siebie.
    Pobiegł za nią.
    Jej ucieczka nie miała sensu. Był rączy jak jeleń. Był niepokonany. Był wojownikiem.

    – Zapakowałaś mój laptop i gry wideo? – zapytał Joshua.
    – Znalazły się w bagażniku tuż po kiju baseballowym i rękawicy łapacza – odparła Phyliss. – I nawet nie proś, żebyśmy próbowali tam zmieścić choćby jedną twoją zabawkę więcej. Nie wiem, czy znajdziemy w bagażniku miejsce na walizki.
    – I tak mamy w nich tylko ubrania – mruknął Joshua. – Po co komuś ubrania do spania? Mogliśmy wyjąć moją pidżamę i…
    – Nie – zaprotestowała stanowczo Kate i zatrzasnęła bagażnik. – Wracaj teraz do domu i wykąp się. Sprawdzę tylko opony i olej, a potem przyjdę do ciebie. I lepiej, żebyś już leżał w łóżku.
    – W porządku. – Joshua wykrzywił się do niej i pobiegł do domu.
    – Rozzuchwala się – zauważyła Phyliss. – Myślę, że ta podróż dobrze mu zrobi.
    – Też mam taką nadzieję. Możesz potrzymać latarkę? Zrobiło się już tak ciemno, że niewiele widzę.
    – Oczywiście. – Phyliss podeszła bliżej i skierowała snop światła na silnik, podczas gdy Kate wyjęła bagnecik wskaźnikowy, aby sprawdzić poziom oleju.
    – Trochę za mało. Jutro przed wjazdem na autostradę zatrzymamy się na stacji benzynowej.
    – Szybko zdecydowałaś się na ten wyjazd – mruknęła Phyliss. – To do ciebie niepodobne.
    Kate uśmiechnęła się.
    – Jestem według ciebie powolna i nudna, czy tak?
    – Tego nie powiedziałam.
    – Mogę chyba zrobić coś czasem pod wpływem impulsu?
    – Owszem. – Phyliss umilkła na moment. – Ale nietypowe dla ciebie jest także to, że uciekasz przerażona przed jakimś młodym bandziorem, który zainteresował się naszym domem.
    – Pomyślałam sobie, że nam wszystkim przyda się chwila wytchnienia.
    Phyliss przeszywała ją wzrokiem.
    – Czy coś się stało, Kate?
    Powinna była przewidzieć, że Phyliss okaże się wystarczająco bystra, aby dostrzec jej napięcie.
    – Oczywiście, że coś się stało. Mamy w domu żałobę. – Uklękła i zaczęła mierzyć ciśnienie w lewej przedniej oponie. – Idź może do domu i nie pozwól Joshowi, aby ukrył swoją rakietkę tenisową w poduszce, dobrze? Bardzo mu zależało na zabraniu w podróż własnej poduszki.
    – Mnie też wydało się to podejrzane. – Phyliss zaśmiała się cicho. – Co za spryciarz! – Weszła do domu.
    Joshua jest zawsze dobry jako pretekst do zmiany tematu rozmowy, pomyślała Kate. A może Phyliss po prostu świadomie zaakceptowała tę zmianę, bo szanuje sferę prywatności, zarówno własną, jak i…
    – Co pani tu robi?
    Serce skoczyło jej do gardła, natychmiast jednak wzięła się w garść, kiedy podniosła wzrok: mężczyzna, który wystraszył ją tym nagłym pytaniem, miał na sobie niebieski mundur policjanta. Nie zauważyła nawet, w którym momencie radiowóz podjechał pod jej dom.
    – Nie chciałem pani wystraszyć – uśmiechnął się mężczyzna. – Jestem Caleb Brunwick. Pani doktor Denby?
    Poczuła się niezręcznie. Trudno byłoby wyobrazić sobie kogoś, kto wyglądałby mniej groźnie. Caleb Brunwick był korpulentnym mężczyzną o ciemnych, przyprószonych siwizną włosach i twarzy pooranej zmarszczkami. Kiwnęła głową.
    – To nie pan pełnił tu dyżur ostatniej nocy?
    Nie. Dopiero wróciłem z urlopu. Byłem z wnukami w Grand Tetons w stanie Wyommg. Piękna kraina. Myślałem nawet, aby osiąść tam na starość. – Przykucnął obok i wziął od niej ciśnieniomierz. – Zajmę się tym.
    – Dziękuję. – Wstała i wytarła dłonie o dżinsy. – To bardzo miłe z pańskiej strony. Mogę zobaczyć pana identyfikator?
    – Jasne. – Podał jej odznakę. – Proszę bardzo. To bardzo mądre, że jest pani tak ostrożna.
    – Zaraz ją zwrócę, ale przedtem zadzwonię na posterunek.
    – Nie ma sprawy. – Przeszedł do drugiej opony. – Przykro mi, że przyjechałem tak późno. W osiedlu Eagle Rock, jakieś dziesięć mil stąd, zaginęła mała dziewczynka. Ponieważ miałem tamtędy przejeżdżać, poproszono mnie, abym zatrzymał się na parę minut i sporządził raport.
    – Mała dziewczynka? Przytaknął ruchem głowy.
    – Nie zdążyła na autobus szkolny.
    Mój Boże, cóż to za okropny świat, skoro dziecku może grozić niebezpieczeństwo tylko dlatego, że spóźniło się na autobus! Na domiar złego wydarzyło się to tak blisko ich domu! Joshua codziennie wraca ze szkoły autobusem.
    – Dlaczego nie odwiózł jej nikt z nauczycieli?
    – Nie poprosiła. Osiedle, w którym mieszka, znajduje się niedaleko szkoły, tuż za wzgórzem. – Spojrzał na nią. – Wiem, co pani czuje, ale policja przeszukuje już cały teren. Może po prostu poszła do koleżanki. Wie pani, jakie są dzieci.
    Tak, wiedziała, jakie są dzieci. Beztroskie. Ufne. Impulsywne. Bezbronne.
    – Wyjeżdża pani? – zapytał policjant. Przytaknęła.
    – Jutro rano.
    – Dokąd się pani wybiera?
    – Jeszcze nie wiem.
    – Moim zdaniem, warto by spróbować do Wyoming. – Nachylił się nad oponą. – Wspaniała kraina…
    – Może tak właśnie zrobię. – Uśmiechnęła się i uniosła dłoń z jego odznaką. – Oddam ją panu za chwilę.
    Zanim porozumiała się z komisariatem i zwróciła odznakę policjantowi, upłynęło co najmniej dziesięć minut.
    Kiedy weszła do pokoju Joshuy, chłopiec był już w pidżamie i miał bardzo nieszczęśliwą minę.
    – Chcę zabrać jeszcze rakietę do tenisa.
    – Zabierasz ze sobą tyle sprzętu, że mógłbyś otworzyć tam na miejscu sklep sportowy.
    – Nigdy nie rozstawałem się z rakietą tenisową.
    – W takim razie zawrzyjmy układ: zostawisz w domu rękawicę do baseballu, a weźmiesz za to rakietę tenisową.
    Otworzył szeroko oczy, patrząc na Kate ze zgrozą.
    – Mamo!
    Wiedziała doskonale, że Joshua nie przystanie na taką zamianę, nie zostawi swojej ukochanej rękawicy.
    – Nie? W takim razie musisz zrezygnować z rakiety.
    Wpatrywał się w nią przez długą chwilę, wreszcie kiwnął głową.
    – Dobrze, teraz kolej na moją propozycję. Zostawię rakietę w domu, ale jeśli tam okaże się, że jest mi jednak potrzebna, pójdziemy do sklepu i kupisz…
    Cisnęła w niego poduszką.
    – Ty wstrętny brzdącu!
    Uśmiechnął się.
    – Trudno, musiałem spróbować. – Wskoczył do łóżka. – Babcia mówiła, że musimy wstać o piątej.
    – Babcia ma rację… jak zwykle. – Nakryła go kołdrą i prostując się, musnęła ustami jego czoło. – Joshua, co byś zrobił, gdybyś pewnego dnia spóźnił się na autobus do domu?
    – Zatelefonowałbym ze szkoły do babci.
    – Wiesz chyba, że nie byłybyśmy na ciebie wściekłe. Na pewno byś do nas zadzwonił?
    Zmarszczył brwi.
    – Jasne, przecież już powiedziałem, że tak. A dlaczego pytasz, czy coś się stało?
    – Nie, nic takiego. – Modliła się w duchu, w imieniu rodziców tamtej dziewczynki, aby to była prawda. – Dobranoc, Joshua.
    – Mamo? Odwróciła się do niego.
    – Zostaniesz tu jeszcze trochę?
    – Nie chcesz chyba… – Urwała na widok wyrazu jego twarzy. – Coś nie tak?
    – Nie wiem… Czuję się… Mogłabyś zostać przy mnie na trochę?
    – Czemu nie? – Usiadła na brzegu łóżka. – Miałeś dużo wrażeń. Nic dziwnego, że jesteś trochę podenerwowany.
    – Wcale nie jestem podenerwowany.
    – W porządku, przepraszam. – Wzięła go za rękę. – A przeszkadza ci, jeśli powiem, że ja jestem podenerwowana?
    – Nie, jeśli naprawdę jesteś.
    – Naprawdę jestem podenerwowana.
    – Wiesz, nie chodzi o to, że się boję. Po prostu czuję się trochę… tak jakoś dziwnie.
    – Chcesz teraz porozmawiać o pogrzebie?
    Na jego czole pojawiła się natychmiast głęboka zmarszczka.
    – Przecież powiedziałem ci, że już o tym nie myślę.
    Nie nalegała. Najwidoczniej jeszcze za wcześnie na taką próbę zbliżenia. I dobrze. Może nawet ona sama nie potrafi jeszcze doprowadzić do takiej sytuacji. Jedyne, czego mu trzeba, to ujrzeć ją w stanie załamania.
    – Tylko zapytałam.
    – Po prostu posiedź przy mnie trochę, dobrze?
    – Oczywiście. Tak długo, jak zechcesz.

    Wcale nie wygląda jak wojownik, kiedy tak siedzi na łóżku syna, pomyślał Ishmaru. Był rozczarowany. Kate wyglądała na istotę łagodną, po prostu kobiecą, pozbawioną ducha i charakteru.
    Zaglądał do sypialni chłopca przez wąską szczelinę w żaluzjach na oknie.
    Spójrz na mnie. Daj mi wejrzeć w swą duszę.
    Ale ona nie patrzyła w ogóle w jego stronę. Czyżby nie wiedziała nic o jego obecności? A może drwi sobie z niebezpieczeństwa, jakie on stanowi dla niej?
    Tak, to chyba to. Bo przecież jego moc jest dziś szczególnie wielka. Muszą odczuwać ją nawet gwiazdy. Udany zamach jak zwykle spotęgował jego siłę i sprawił mu szaloną radość. Tamta mała dziewczynka doświadczyła jego mocy, zanim jeszcze zacisnął dłonie na jej szyi. A ta kobieta najwidoczniej drwi sobie z niego, udając, że nie czuje jego wzroku.
    Mocniej ścisnął w ręku przecinak do szkła. Mógł w każdej chwili rozciąć szybę i udowodnić tej Kate Denby, że jego nie wolno ignorować.
    Ale nie, pewnie o to jej właśnie chodzi. On natomiast, chociaż szybki, znalazłby się w niekorzystnej sytuacji. Ma do czynienia z wytrawnym wojownikiem. Ona próbuje go znęcić i przywieść w ten sposób do zguby; taktyka godna właśnie wytrawnego wojownika.
    Proszę bardzo, on też nie jest w ciemię bity. Poczeka na dogodny moment i zada miażdżący cios – na oczach tych baranów, którymi się otoczyła.
    I zanim jeszcze umrze, będzie musiała przyznać, że jego moc jest niezrównana.

    Joshua leżał niemal godzinę, nie mogąc zasnąć. Nawet potem, kiedy wreszcie powieki mu opadły, spał lekko, jak zając.
    Dobrze się składa, że wyjeżdżamy na jakiś czas, pomyślała Kate. Joshua nie był dzieckiem przewrażliwionym i może właśnie dlatego każdy przejaw przygnębienia chłopca wytrącał resztę domowników z równowagi.
    Drzwi do pokoju Phyliss były zamknięte. Może i ja powinnam już iść do łóżka, uświadomiła sobie Kate. Chociaż z drugiej strony… Wiedziała, że i tak nie będzie w stanie zasnąć. Przedtem, w rozmowie z synem, powiedziała prawdę: rzeczywiście odczuwała zdenerwowanie, niepokój… i jakby żal. Tu był jej dom, miał stanowić jej przystań. Wolała nie myśleć o nim jak o twierdzy.
    A jednak, czy tego chciała, czy nie, w tej chwil była to jej twierdza. Należało więc upewnić się, czy żołnierze są na swoich posterunkach. Sprawdziła zamek w drzwiach frontowych, następnie przeszła szybkim krokiem do salonu. Na radiowóz może popatrzeć z okna.
    Phyliss, jak zwykle, zaciągnęła zasłony przed pójściem spać. Instynkt jaskiniowca, pomyślała Kate, chwytając za sznurek. Odseparować się od świata zewnętrznego i stworzyć sobie swój własny. Pod tym względem jesteśmy obie, ona i ja, podobne…
    Stal tuż pod oknem, tak blisko, że oddzielała ją od niego tylko kilkumilimetrowej grubości szyba.
    Boże! Wyraziste kości policzkowe, długie, czarne, proste włosy splecione w kucyk, naszyjnik z paciorków. To on… Todd Campbell… Ishmaru…
    Uśmiechał się do niej.
    Jego wargi poruszyły się, przez szybę usłyszała słowa:
    – Nie chciałem, abyś mnie ujrzała, dopóki nie wejdę do środka, Kate. – Uniósł dłoń, pokazał jej przecinak do szkła. – Ale to nic. Jestem już niemal gotów i nawet podoba mi się, że załatwimy to w ten sposób.
    Nie mogła wykonać najmniejszego ruchu. Wpatrywała się w niego jak urzeczona.
    – Równie dobrze możesz mnie wpuścić do domu. I tak nie potrafisz mnie powstrzymać.
    Szarpnęła za sznur, zaciągając zasłony, jakby mogła w ten sposób wykluczyć go ze swego świata.
    Barykadę między nimi tworzyły jedynie szyba i materiał zasłony…
    Usłyszała zgrzyt przecinaka tnącego szkło.
    Odskoczyła w głąb pokoju, potknęła się o taboret, w ostatniej chwili utrzymała równowagę.
    Boże, gdzie ten policjant? Powinien dojrzeć Ishmaru, mimo iż światło na ganku jest zgaszone.
    A może tego policjanta wcale tam nie ma?
    Czy Michael nie wspominał nigdy o korupcji w szeregach policji?
    Zasłona poruszyła się.
    Przeciął szybę.
    – Phyliss! – Przebiegła przez hol. – Obudź się! – Gwałtownie otworzyła drzwi do pokoju Joshuy, jednym susem znalazła się przy nim, wyciągnęła go z łóżka.
    – Mamo?
    – Cśś, ani słowa! Rób, co ci powiem, dobrze?
    – Co się stało? – W progu stanęła Phyliss. – Co z Joshuą? Źle się czuje?
    – Musicie natychmiast opuścić ten dom. – Popchnęła ku niej chłopca. – Ktoś stoi za oknem. – Miała nadzieję, że on istotnie jest jeszcze za oknem. Jezu, oby nie znajdował się już w salonie. – Wyjdźcie tylnymi drzwiami i biegnijcie do Brocklemanów.
    Phyliss ujęła wnuka za rękę.
    – A ty?
    Z salonu dobiegł ich jakiś dźwięk.
    – Idźcie już. Zaraz was dogonię.
    Odprowadzała ich wzrokiem, kiedy wybiegli tylnymi drzwiami.
    – Czekasz na mnie, Kate?
    Jego głos zabrzmiał blisko, zbyt blisko. Phyliss i Joshua z pewnością nie dotarli jeszcze do ogrodzenia. Nie zdążą uciec. Trzeba go zatrzymać.
    Spojrzała w tamtą stronę; jego ciemna sylwetka niczym cień majaczyła w progu.
    Gdzie rewolwer?
    No tak, zostawiła go w torebce, na stole w salonie. Ale żeby wziąć torebkę, musiałaby przejść koło niego. Zaczęła wycofywać się do kuchni. Phyliss zostawiała zazwyczaj na wierzchu patelnię, aby móc z rana przyrządzić śniadanie…
    – Mówiłem, że wejdę do środka. Dziś nikt nie potrafi mnie powstrzymać. Otrzymałem znak.
    Nie dostrzegła w jego dłoniach żadnej broni, ale może z winy ciemności, zakłócanej jedynie przez wątłą poświatę księżyca, która sączyła się przez okno.
    – Powinnaś dać za wygraną, Kate.
    Jej dłoń zacisnęła się już na rączce patelni.
    – Niech mnie pan zostawi w spokoju! – Skoczyła do przodu i z całych sił zadała mu cios w głowę.
    Poruszał się zwinnie jak kot, ale uderzenie dosięgło celu.
    Mężczyzna osuwał się na podłogę…
    Puściła się pędem w stronę salonu. Żeby tylko zdążyć wyciągnąć broń!
    Za sobą słyszała tupot jego nóg.
    W biegu złapała torebkę, dopadła drzwi, przez moment szamotała się z zasuwą.
    Teraz do radiowozu, tam siedzi ten policjant.
    Biegnąc ścieżką, otworzyła torebkę, a potem odrzuciła ją w trawę. W dłoni ściskała kolbę rewolweru.
    – Jego tam nie ma, Kate – usłyszała za sobą głos Ishmaru. – Jesteśmy tylko my dwoje.
    Rzeczywiście: za kierownicą radiowozu nie dostrzegła nikogo.
    Obróciła się na pięcie i poderwała broń do góry.
    Za późno.
    Rzucił się na nią i przygniatając ją do ziemi, wyrwał rewolwer z jej dłoni, po czym odrzucił go daleko. Jak on to robi, że porusza się tak prędko?
    Leżała, walcząc zaciekle, ale zaczynało jej już brakować tchu. Jego kciuki wpijały się w jej gardło.
    – Mamo! – Przeraźliwy krzyk Joshuy przeszył mrok wieczoru.
    Co on tu robi? Przecież miał uciec do…
    – Odejdź, Josh… – Dłonie Ishmaru zacisnęły się jeszcze mocniej, przerywając jej w pół słowa. Czuła, jak uchodzi z niej życie. Musi coś zrobić. Broń. Leży tu gdzieś obok, w trawie…
    Wyciągnęła rękę, szukając po omacku. I oto natknęła się na rewolwer. Metalowa rękojeść była chłodna w dotyku i wilgotna od trawy. Nie, nie zdoła jej użyć. Cały świat ciemniał jej przed oczyma.
    Próbowała kopnąć go kolanem w pachwinę.
    – Przestań walczyć – szepnął. – Zadałem sobie wiele trudu, abyś mogła umrzeć śmiercią wojownika.
    Zwariowany sukinsyn. Naprawdę myśli, że ona da za wygraną?
    Uniosła broń i nacisnęła spust.
    Niemal poczuła, jak gwałtownie drgnęło jego ciało, kiedy przeszył je pocisk.
    Ucisk dłoni na szyi zelżał. Podparła się na łokciach, wysunęła spod niego, uklękła tuż obok.
    Ishmaru leżał na wznak. Naprawdę go zabiłam? – pomyślała oszołomiona.
    – Zrobił ci krzywdę! – Joshua nachylił się nad nią, po policzkach ciekły mu łzy. – Byłem za daleko, nie mogłem go powstrzymać. Nie mogłem…
    – Ćśś… – Objęła go, przytuliła czule. – Wiem. – Zakasłała. – Gdzie babcia?
    – U Brocklemanów, rozmawia przez telefon. Wybiegłem z ich domu i…
    – Nie powinieneś był tego robić.
    – A ty powinnaś była pobiec z nami! – zawołał chłopiec. – Wtedy on nie zrobiłby ci krzywdy.
    Nie była teraz w stanie dyskutować, zamiast słów z jej gardła wydobywało się coś jakby skrzek. Odchrząknęła.
    – Nie jest tak źle, jak…
    – Jest źle – przerwał jej niski głos. Odwróciła się i ujrzała szczupłego, ciemnowłosego mężczyznę.
    Odruchowo uniosła ponownie broń, wycelowała w niego.
    – Spokojnie. – Podniósł ręce do góry. – Przysłał mnie Noah Smith.
    – Skąd mam wiedzieć, że to prawda? – Czy mogę teraz wierzyć komukolwiek?, przyszło jej nagle do głowy.
    – Nie może pani wiedzieć. Niech pani nadal celuje we mnie, a niebawem poczuje się lepiej. Jestem Seth Drakin.
    Seth. Noah wspomniał coś o nim.
    – Co pan tu robi?
    – Już powiedziałem: Noah uznał, że potrzebuje pani pomocy. Przyjechałem jako ochroniarz. – Po krótkiej chwili dodał: – Ale wygląda na to, że trochę się spóźniłem. – Nogą odwrócił ciało Ishmaru na bok. – Czy to on był tu wczorajszej nocy?
    Kiwnęła głową.
    – To Ishmaru, nie ulega wątpliwości.
    – Nie żyje?
    Seth nachylił się, obejrzał ranę.
    – Nie. Brzydka rana w prawym boku. Nie wygląda na to, aby pocisk uszkodził jakąś arterię. Rana jest chyba piekielnie bolesna, ale niezbyt poważna. Szkoda. Chce pani, żebym go wykończył?
    – Co? – Spojrzała na niego zaszokowana.
    – Nic, tak sobie tylko pomyślałem. – Odwrócił się do Joshuy. – Biegnij po babcię, chłopcze.
    Joshua przeniósł wzrok na Kate. Skinęła głową.
    – Powiedz jej, żeby zadzwoniła po karetkę.
    Joshua puścił się pędem na przełaj przez trawnik.
    – Karetkę dla kogoś, kto chciał panią zabić? – zdziwił się Seth.
    – Nie, dla mnie. Nie chcę brać na siebie odpowiedzialności za zabicie człowieka, jeśli mogę temu zaradzić.
    – Bardzo szlachetnie – odparł. – Obawiam się, że ja nie byłbym na tyle wspaniałomyślny. – Powiódł wzrokiem po długim szeregu domów. – Jak widzę, ma tu pani wielu sąsiadów skorych do przyjścia z pomocą. Ktoś z nich musiał usłyszeć huk wystrzału.
    – Większość z nich wie, w jaki sposób zginął Michael, a od dwóch dni widują zaparkowany pod moim domem radiowóz policyjny. To naturalne, że się boją. – Wzdrygnęła się. – Ja też byłabym przerażona.
    Przez chwilę obserwował ją bacznie, potem uśmiechnął się.
    – Nie wierzę, że kryłaby się pani za zamkniętymi drzwiami, widząc, że któryś z pani sąsiadów znalazł się w niebezpieczeństwie. Zaraz wrócę. – Wszedł do domu i po chwili zjawił się ze sznurem od zasłon. Uklęknął przy Ishmaru i szybko, sprawnie związał mu ręce na plecach.
    – Co pan robi? On i tak jest teraz bezbronny.
    – Skoro nie pozwoliła mi go pani zabić, muszę przynajmniej coś zrobić, aby nie był już niebezpieczny. Ishmaru cieszy się opinią człowieka sprawiającego swym przeciwnikom nie lada niespodzianki. – Podał jej rękę, pomógł wstać. – Chodźmy już, musimy stąd zniknąć, zanim zjawią się policja i pogotowie.
    – Mam uciekać?
    – Przed chwilą postrzeliła pani człowieka.
    – W obronie własnej. Nie zatrzymają mnie za coś takiego.
    – Może nie na długo, ale czy naprawdę chce pani zostawić tu syna samego na czas składania wyjaśnień w komisariacie?
    – Mojemu synowi nic teraz nie grozi.
    – Na pewno? A gdzie się podział policjant, który miał pilnować domu?
    Spojrzała na biało-czarny radiowóz.
    – Nie wiem.
    – Zapewne wydaje teraz spokojnie forsę otrzymaną od Ogdena. Wierzy pani, że policja zacznie przesłuchanie i w tym samym czasie wyśle tu kogoś do ochrony Joshuy?
    – Wystarczy. Nigdzie z panem nie pójdę. Może pan mnie okłamuje? Nawet się nie znamy. – Machinalnie przeczesała dłonią włosy. Nie potrafiła zebrać myśli. – Mam zamęt w głowie.
    – Nie musi pani nigdzie ze mną iść. Proszę pojechać do motelu i spotkać się z Noahem. Nie ma już czasu na popełnianie błędów. Nie pani jedna płaciłaby za to.
    Zapłaciłby także Joshua. A jego trzeba chronić. Może ten Seth Drakin ma rację. W każdym razie potrzeba trochę czasu, aby sobie to wszystko ułożyć w głowie. Z zapałem pokiwała głową.
    – Pojadę do motelu.
    – Znakomicie. Zadzwonię do Noaha, uprzedzę go o pani wizycie. Mam przynieść coś z domu?
    – Nie.
    – Niech się pani przypadkiem nie rozmyśli. – Przeszywał ją wzrokiem. – I nie wybiera się nigdzie sama. Potrzebuje pani absolutnie naszej pomocy.
    – Pojadę do motelu – powtórzyła. Odwróciła się, patrząc na idących w jej stronę Joshuę i Phyliss. Uświadomiła sobie, że nadal ściska w dłoni rewolwer. Wepchnęła broń do torebki. – Mogę to panu obiecać.
    – Proszę się pośpieszyć. – Zerknął na Ishmaru. – Nie wolno go rozwiązywać. Wydaje mi się, że on tylko udaje nieprzytomnego. Jest pani pewna, że nie chce, abym wysłał go do krainy wiecznych łowów?
    Ton jego głosu był beznamiętny, rzeczowy. Cóż to za dziwny człowiek. Zadrżała na całym ciele.
    – Mówiłam już, że nie chcę.
    – Tylko zapytałem. – Zawahał się. – Wolałbym nie zostawiać pani samej. Myślę, że poczekam tu, dopóki pani nie odjedzie.
    – A co pan z nim zrobi, kiedy mnie tu nie będzie? Zabije go? Nie odjadę pierwsza, nie ufam panu.
    Z uznaniem kiwnął głową.
    – I słusznie.
    – Proszę odjechać.
    – Niech pani przyrzeknie, że nie rozwiąże mu rąk.
    – Przyrzekam – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
    – W takim razie już mnie tu nie ma. – Szybkim krokiem ruszył przed siebie.
    Przez moment odprowadzała go wzrokiem. Pojawienie się tego człowieka przed jej domem było tak samo zadziwiające, jak wszystko inne tego wieczoru. Zadziwiające i przerażające. Miała wrażenie, że Seth Drakin wie dokładnie, który guzik nacisnąć, aby nagiąć ją do swojej woli.
    – Emily…
    Nagły szept sprawił, że zesztywniała, a potem obróciła się na pięcie, aby rzucić okiem na leżącego w trawie mężczyznę.
    Miał otwarte oczy, wpatrywał się w nią jak urzeczony. Ciekawe, jak dawno temu odzyskał świadomość?
    – Wiedziałem, że to ty, Emily.
    – Na imię mi Kate.
    – Zgadza się, także Kate. – Uśmiechnął się. – Jesteś… wspaniała, Kate. Dobrze… się spisałaś.
    Przeszył ją zimny dreszcz. Ten człowiek leży tu z raną zadaną przez nią, a jednak w jego głosie brzmi prawdziwy podziw. Noah miał rację, to szaleniec.
    – Dlaczego pan to zrobił? – wyszeptała.
    – Triumf… Będzie potrójny, kiedy zabiję was wszystkich. – Zamknął oczy. – Ale wystarczyłabyś nawet sama, aby przynieść mi zaszczyt, Kate. Już nie mogę… się doczekać.
    Odruchowo cofnęła się o krok i dopiero wtedy uświadomiła sobie, że przecież nie ma powodu do lęku. Ten człowiek nie stanowi już dla niej zagrożenia. Jest ranny i związany, a poza tym policja ma się zjawić lada chwila. Słyszała nawet wycie syreny. Zadzwoni z motelu do Alana, opowie mu, co się wydarzyło, a on dopilnuje, żeby ten łajdak wylądował w więzieniu, znalazł się daleko od nich.
    Odwróciła się od niego i poszła na spotkanie Joshuy i Phyliss.
    Ishmaru otworzył oczy, spoglądał na tylne światła hondy oddalającej się ulicą.
    Przepełniało go uczucie szczęścia. Ta kobieta pokonała go, ale on nie odczuwał z tego powodu żadnego wstydu. Kobiety zawsze były istotami wyjątkowo zimnymi i zaciekłymi, pod tym względem nie miały sobie równych. Dlatego właśnie wojownicy przekazywali swoich jeńców na tortury kobietom. Rana, którą zadała mu Kate, była straszliwą torturą. Samo oddychanie sprawiało potworny ból i ona wiedziała o tym. Kiedy ten mężczyzna zapytał ją, czy ma go wykończyć, ona się sprzeciwiła.
    Tamten był przekonany, że kieruje nią litość, ale Ishmaru wiedział, jak jest naprawdę: Kate chciała, aby on cierpiał. Wolała, żeby leżał nadal w trawie, świadom tego, że to jej sprawka. Miał całkowitą rację, dopatrując się w niej niezwykłej mocy.
    Syreny… dźwięk syreny w oddali…
    Nieważne, co powiedziała. Wezwała ambulans i lekarze mają się nim zająć: wszystko po to, żeby stanął znowu na nogi i mógł ponownie się z nią zmierzyć. A więc zrozumiała, że nie uniknie tego starcia, gdyż tak chce przeznaczenie.
    Ale zjawi się także policja. Oto wyzwanie dla niego. Trzeba uciekać, a dopiero potem odnaleźć ją.
    Bardzo sprytnie, Kate.
    Najwidoczniej sprawdza go, aby się przekonać, czy jest godzien ponownego z nią spotkania.
    A więc pokaże jej, że tak; jest tego godzien.
    Przeturlał się na brzuch i zaczął się czołgać w stronę otwartych drzwi frontowych. Posłuży się tym odłamkiem szyby, który wyciął uprzednio. Przetnie sobie więzy, a potem wyjdzie tylnymi drzwiami i zniknie w gąszczu pobliskich domów.
    Krwawił dość obficie, każdy ruch, nawet najdrobniejszy, potęgował ból. Ale to nieważne. Ból nie był dla niego niczym nowym.
    Wczołgał się w cień domu.
    Dźwięk syren narastał.
    Szybciej, szybciej… Oparł się plecami o mur i w ten sposób zdołał się dźwignąć na nogi.
    Nagły zawrót głowy sprawił, że zatoczył się bezwładnie.
    Z trudem wziął się w garść i chwiejnym krokiem ruszył ku wejściu.
    Widzisz, Kate, nadchodzę.
    Jestem ciebie godzien.

6.

    – Ona już do ciebie jedzie – powiedział Seth. – I myśli, że ty mnie do niej wysłałeś. A ponieważ zachowałem się jak zwykle po bohatersku, nie chciałbym wyprowadzać jej z błędu.
    – Niech cię diabli, Seth! Mówiłem, żebyś na razie trzymał się od tego z daleka.
    – Siedziałem na lotnisku. Z nudów zacząłem rozmyślać. Wiesz, że mam taki fatalny zwyczaj. A teraz powiedz – „Dziękuję, postąpiłeś słusznie, Seth”. Wtedy odłożę słuchawkę.
    Nastała długa chwila ciszy, wreszcie Noah mruknął:
    – Dziękuję ci.
    – Dziękuję, postąpiłeś słusznie – podpowiedział z naciskiem Seth.
    – Tak, może rzeczywiście słusznie. Bardzo ją nastraszyłeś?
    – Byłem potulny jak kotek. No, prawie jak kotek. Coś mi się zdaje, że muszę odnowić kilka starych kontaktów. Zadzwoń do mnie na komórkę, kiedy już skończysz z nią gadać. Niełatwy z niej orzech do zgryzienia. Nie wiem, czy uda ci się ją namówić, aby pojechała do chaty.

    Noah czekał na nią w pasażu przed motelem.
    – Wynająłem dla ciebie dwa pokoje obok mojego – powiedział, kiedy Kate wysiadła z samochodu. – Nie musimy chyba zostawać tu do rana, ale przyda się wam trochę wypoczynku, podczas gdy ja opracuję plan działania. – Otworzył drzwi po drugiej stronie auta i pomógł wysiąść Phyliss. – Jestem Noah Smith, pani Denby. Domyślam się, że to wszystko może wytrącić z równowagi. Jak wiele Kate pani powiedziała?
    – Za mało – odparła niechętnie Phyliss. – Tylko tyle, że Michaela zabił prawdopodobnie ten sam człowiek, który wysadził w powietrze pańską fabrykę. Ale nadal nie pojmuję, dlaczego uciekamy, zamiast powiadomić policję.
    – Zabrakło nam czasu – wtrąciła Kate. – Zadzwonię później do Alana. – Otworzyła tylne drzwi. – Chodź, Joshua.
    – Nie podoba mi się tutaj – wyszeptał chłopiec, gramoląc się na zewnątrz. – Długo tu zostaniemy?
    – Nie, niedługo – uśmiechnął się Noah. – Jeszcze się nie znamy. Jestem Noah Smith i zadbam o to, żeby tobie, twojej mamie i babci nie groziło już odtąd żadne niebezpieczeństwo.
    – Jest pan policjantem?
    – Nie, ale mogę wam pomóc.
    – Nie jest pan wystarczająco dobry. Nie było pana przy mamie, kiedy potrzebowała pomocy. Mało brakowało, a on by ją zabił.
    Noah skrzywił się.
    – Wiem. To się więcej nie powtórzy. – Podał Phyliss klucze. – Mogłaby pani zaprowadzić go do pokoju i zająć się nim? Muszę porozmawiać z Kate.
    Phyliss spojrzała pytającym wzrokiem na synową. Kate kiwnęła głową.
    – Bądź tak dobra. Niedługo przyjdę i wszystko wyjaśnię. – Lekko popchnęła syna w stronę Phyliss. – Idźcie już do pokoju, skarbie.
    – Nie. – Stał z opuszczonymi rękami, nerwowo otwierał i zaciskał pięści. – Nie zostawię cię samej. Co będzie, jeśli tamten typ odnajdzie cię tutaj? – Spojrzał wzgardliwie na Noaha. – On wcale nie jest dobry. Nie pomógł ci przedtem.
    – Tamten typ nie zjawi się tutaj. Jest ranny. Postrzeliłam go.
    – Ale nie zabiłaś. Powinnaś była strzelić do niego jeszcze raz. Albo pozwolić, żeby zabił go Seth, tak jak tego chciał.
    – Joshua, zapewniam cię, że nic mi już nie grozi. Będę w sąsiednim pokoju.
    Phyliss podeszła bliżej, ujęła chłopca za rękę.
    – Chodźmy już, nie stójmy na tym wietrze. Zziębłam trochę. Stał dalej bez ruchu.
    – Obiecujesz, że zaraz do nas przyjdziesz?
    – Obiecuję – odparła Kate.
    – I zawołasz mnie, jeśli będę ci potrzebny? Przytaknęła w milczeniu.
    – Ale nie pójdę spać. – Posłusznie poszedł za Phyliss. – Będę na ciebie czekał.
    Bystry chłopak – mruknął z uznaniem Noah, kiedy drzwi zamknęły się za nimi. – Ma właściwy instynkt. – Otworzył drzwi do swojego pokoju, puścił Kate przodem. – Ale oczywiście nie wobec mnie.
    – Jest bardzo opiekuńczy – przyznała. – Dzieci, podobnie jak ludy niecywilizowane, kierują się faktycznie instynktem. Dorośli zazwyczaj nie zachęcają ich do takiej postawy, pragną odwieść je od niej. Ja też nie pochwalam tego, że wysłałeś do mnie człowieka pokroju Setha Drakina i tym samym pokazałeś chłopcu, do jakiego stopnia potrafimy być barbarzyńscy. Nieświadomie zaczęła do niego mówić „ty”.
    – Czasem trzeba się zachować po barbarzyńsku. Joshua miał rację. Bylibyście znacznie bardziej bezpieczni, gdyby zagrożenie zostało całkowicie wyeliminowane.
    – Zostanie wyeliminowane. Przez policję. Oto sposób na rozwiązywanie podobnych problemów. – Opadła na krzesło. – Właściwie nie wiem nawet, dlaczego tu jestem. Powinnam była zaczekać na policjantów.
    – Jesteś tu dlatego, że i ty masz dobrze rozwinięty instynkt. Tylko że, niestety, walczysz z nim. – Oparł się plecami o drzwi. – Seth powiedział mi, że dzisiaj wieczór byliście wszyscy o mały krok od śmierci.
    – To był prawdziwy koszmar – mruknęła ze znużeniem. – Ishmaru odzyskał przytomność, zanim jeszcze odjechałam. Nazwał mnie Emily, ale wydaje mi się, że wiedział, kim jestem. W każdym razie on nie jest normalny.
    – Co powiedział? Uśmiechnęła się niewesoło.
    – Zamierza liczyć swoje triumfalne zwycięstwa. Nie odpowiedział od razu.
    – Wiesz, co to znaczy?
    – O tak. Zanim Joshua odkrył baseball, bawił się często w kowbojów i Indian. Próbowałam położyć nacisk na wspaniałą integralność rodzimej kultury amerykańskiej, ale jego interesowały jedynie bitwy i triumfalne zwycięstwa. Uroczy jest ten stary zwyczaj. Polega to na tym, że podchodzi się jak najbliżej do wroga i zabija go własnoręcznie, zyskując w ten sposób coś w rodzaju mistycznego honoru. – Zacisnęła dłonie na poręczy krzesła, aby powstrzymać drżenie rąk. – Temu człowiekowi chodziło o mnie, Phyliss i Joshuę. O całą naszą trójkę.
    Podszedł bliżej i uklęknął przy niej.
    – Ale nie dosięgnął was i nie dosięgnie – powiedział łagodnie. Ujął jej dłonie i ścisnął delikatnie. – Przy mnie jesteście bezpieczni.
    Była skłonna mu uwierzyć. Czuła kojący dotyk jego silnych i ciepłych dłoni, w jego wzroku dostrzegła niezwykłą siłę woli. Zapragnęła nagle, aby zamknął ją w ramionach i przytulił, podobnie jak sama czyniła to z Joshuą, kiedy dręczyły go złe sny.
    – Czy teraz wysłuchasz, na czym polega mój plan? – zapytał.
    Kiwnęła głową.
    – Przed czterema miesiącami wynająłem domek w górach niedaleko Greenbriar w Zachodniej Wirginii. Byłem tam kiedyś z przyjacielem. Dom znajduje się z dala od ubitej drogi, nawet od sklepu dzieli go piętnaście mil. Urządziłem w nim doskonale wyposażone laboratorium z komputerem, zgromadziłem też jedzenie, którego wystarczy na pół roku. Ukryłem wszystkie dokumenty dotyczące tego miejsca, żeby nikt nie mógł wpaść na mój trop.
    – Przed czterema miesiącami? – powtórzyła przeciągle.
    – Wiedziałem przecież, że kiedy zdecydujesz się ze mną współpracować, będzie nam potrzebne takie miejsce.
    – Ale cztery miesiące temu nie miałam zamiaru z tobą współpracować.
    Noah milczał.
    Poczuła nagle, że ogarniają niepokój graniczący z lękiem. Patrząc na niego, uświadomiła sobie, że nigdy przedtem nie spotkała bardziej nieustępliwego człowieka.
    – Jak przypuszczam, powinnam wyrazić ci wdzięczność za to, że nie porwałeś mnie i nie zataszczyłeś do swojego legowiska – powiedziała sucho.
    – Zrobił przeczący gest. Miałaś tam przybyć z własnej woli.
    – I zadowolić cię, pracując nad twoim cudownym projektem. – Pokręciła głową. – Nie do wiary!
    – To wcale nie tak. Liczy się głównie fakt, że przygotowałem bezpieczne schronienie dla ciebie i twojej rodziny. I załatwię wam ochronę przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jedziemy tam?
    – Nie popędzaj mnie, jeszcze się nie zdecydowałam. – Sięgnęła ręką po słuchawkę telefoniczną. – Przede wszystkim muszę zadzwonić na policję i powiedzieć im, dlaczego uciekłam.
    – Wtedy przyjadą tu po ciebie, a Joshua zostanie tylko z twoją teściową.
    Ogarnął ją lęk. Seth Drakin użył tego samego argumentu; Noah wie z pewnością, że to najlepszy sposób, aby napędzić jej stracha.
    – Nieprawda. Zadzwonię przecież do mojego dobrego znajomego.
    Wzruszył ramionami.
    – Proszę bardzo.
    Spiesznie wystukała numer telefonu domowego Eblundów. Alan podniósł słuchawkę po drugim sygnale.
    – Gdzie się, u diabła, podziewasz? – napadł na nią od razu. – Właśnie wracam z twojego domu. Co tam się wydarzyło?
    – Postrzeliłam go. Próbował mnie zabić.
    – Kto?
    – Ten sam, który był pod moim domem wczorajszej nocy. Strzeliłam do niego. Nie wiem, dokąd poszedł tamten policjant, Brunwick, ale on…
    – Brunwick nie żyje. Znaleźliśmy go na podłodze radiowozu za przednim siedzeniem. Miał skręcony kark.
    – Skręcony kark? – Odruchowo uniosła rękę, dotknęła swojej szyi. Wydało jej się, że czuje jeszcze na niej palce wpijające się w ciało. – Gdzie on jest, w szpitalu?
    – Powiedziałem przecież, że nie żyje.
    – Nie, pytam o tego, którego postrzeliłam. Chodzi mi o Ishmaru.
    – Znaleźliśmy jedynie ciało Brunwicka, trochę krwi na trawie i w salonie, oraz kawałek szyby z okna, a twoi sąsiedzi opowiadali jakieś niesamowite historyjki.
    Zacisnęła dłoń na słuchawce tak mocno, aż zbielały jej kostki.
    – Czyżby po prostu zniknął? To niemożliwe! Był ranny. Strzeliłam do niego!
    – Posłuchaj, Kate. Nie wiem, co się tam wydarzyło, ale zginął policjant. Wiesz dobrze, co to znaczy. Każdy gliniarz w tym mieście, nie wyłączając kapitana, oczekuje wyjaśnień. Musisz przyjechać tu i porozmawiać z nami.
    Triumfalne zwycięstwo. Nie mogę się doczekać.
    – On nie mógł przecież tak po prostu zniknąć. Musisz go odnaleźć, Alan.
    – Powiedz mi, gdzie jesteś. Wyślę po ciebie samochód. Ogarnęła ją panika.
    – Zadzwonię później – wyszeptała i odłożyła słuchawkę.
    – Mam wrażenie, że twój problem jeszcze bardziej się skomplikował – rzekł Noah.
    – On nie mógł przecież tak po prostu wstać i odejść stamtąd.
    – Chyba że miał wspólnika, który wywiózł go z tego miejsca. Nie widziałaś koło domu nikogo, innego?
    – Nie. – Nawet gdyby był tam jeszcze ktoś, zapewne i tak by go nie zauważyła. Odkąd ujrzała za oknem twarz Ishmaru, widziała tylko jego; zdominował na jakiś czas cały jej świat. – A ten policjant, Brunwick, nie sprzedał nas. Nie żyje. Znaleziono go ze skręconym karkiem. – I nigdy już nie ujrzy swoich wnuków, pomyślała. – To był… miły człowiek. Po przejściu na emeryturę zamierzał osiąść w Wyoming.
    – Nawet jeśli był czysty, to w każdym razie nie potrafił was ochronić. Pozwolił Ishmaru podejść do siebie tak blisko, że tamten zabił go gołymi rękami. A to mogłoby się powtórzyć. – Urwał na moment. – Twój przyjaciel, Alan, chce, abyś się zgłosiła na policję?
    – Tak.
    – To by oznaczało wiele godzin z dala od…
    – Bądź cicho – przerwała mu szorstko. – Znam już twoje argumenty. I wiem, o co ci chodzi. Muszę się zastanowić.
    Noah opadł na krzesło pod oknem.
    – Jak sobie życzysz.
    Tak, jak sobie życzę, ale tylko dopóki moje życzenia są zgodne z jego planami, pomyślała rozgoryczona.
    Triumfalne zwycięstwo.
    Joshua zostanie tu sam.
    Policji nie można ufać, jeśli w grę wchodzi duża suma pieniędzy.
    Jedyny sposób, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo, to pomóc mi upowszechnić RU 2.
    Odwróciła się, spojrzała mu prosto w oczy.
    – Kto jeszcze wie o tym domku w górach?
    – Nikt.
    – Zupełnie nikt? Pokręcił głową.
    – Wszystko załatwiałem sam.
    – I nie będzie tam nikogo prócz nas?
    – Tylko twoja rodzina i ja.
    – W takim razie zgoda, pojadę. Tak jak tego chcesz. – Po chwili dodała: – Ale musisz mi coś przyrzec. Ani mojemu synowi, ani Phyliss nie może się przytrafić nic złego. Bez względu na to, co się stanie z tobą lub ze mną, oni mają być nietykalni.
    – W porządku – odparł bez namysłu.
    – Mówię poważnie – zapewniła go z ogniem w oczach. – Dobrze się nad tym zastanów. Ta sprawa nie podlega dyskusji. Będziesz odpowiadał za ich bezpieczeństwo.
    – Wolno spytać, co by się stało, gdybym cię zawiódł w tym względzie?
    – Przekonałbyś się na własnej skórze, jak wygląda postępowanie barbarzyńcy.
    Uśmiechnął się.
    – Miałem rację, istotnie cechuje cię wspaniały instynkt.
    Podeszła do drzwi.
    – Pójdę już, może uda mi się wyjaśnić synowi i Phyliss sens tej całej hecy. I lepiej ulotnijmy się stąd jak najprędzej. Alan powiedział, że szuka mnie cała policja. Pojedziemy do Zachodniej Wirginii?
    Przytaknął.
    – Tak będzie najbezpieczniej. Tam nie mają akt tej sprawy, a zresztą trzeba by takiego dżipa jak mój, żeby dojechać na miejsce.
    – Weźmiemy oba auta. Chcę mieć możliwość wyjazdu stamtąd, gdyby układ przestał mi odpowiadać. Ile czasu zajmie nam podróż?
    – Dwa i pół dnia. – Noah wstał, podszedł do sekretarzyka. – A teraz potrzebuję tylko paru chwil na spakowanie się i uregulowanie rachunku. Możesz być gotowa w ciągu dwudziestu minut?
    Dwadzieścia minut na wyjaśnienie Phyliss i synowi, dlaczego uciekają jak pospolici przestępcy? Przecież nawet sama nie jest pewna, czy postępuje właściwie.
    – Tak, będę gotowa.
    Noah odczekał chwilę, a kiedy drzwi zamknęły się za nią, podszedł do telefonu i wystukał numer Setha.
    – Ishmaru jest na wolności – poinformował. – Policja nie zastała go już na miejscu.
    – Sukinsyn. Czułem, że nie powinienem jej słuchać.
    – No tak, powinieneś był zabić go na oczach jej i Joshuy.
    – Nie bądź złośliwy. Kazałbym chłopcu odejść, to oczywiste. Czy ona zgodziła się przeprowadzić do twojej chaty?
    – Tak. Zaraz wyruszamy. Powinniśmy dotrzeć na miejsce za trzy dni.
    – A co z Ishmaru?
    – Zapomnij o nim.
    – Niełatwo o nim zapomnieć. – Seth umilkł, po czym zauważył: – Dzielna kobieta z tej Kate Denby. Zasługuje na coś lepszego niż na to, by stać się ofiarą tego łajdaka.
    – Zabieram ją stąd. Tam będzie bezpieczna. Postaraj się być w chacie przed nami.
    Seth zawahał się.
    – Będę tam.
    – Seth!
    Obiecuję, że tam będę. Noah poczuł się częściowo usatysfakcjonowany: Seth nigdy jeszcze nie złamał danego słowa. Odłożył słuchawkę. Rozmawiając z Kate, nie ujawnił całej prawdy, nie chciał jednak, aby na jej decyzję miała wpływ jakakolwiek negatywna wiadomość. Seth z pewnością ją wystraszył, lepiej więc chyba będzie postawić ją przed faktem dokonanym.
    Zaczął wrzucać poszczególne części garderoby do torby, czując gwałtowny napływ adrenaliny. Ostatni tydzień wyczekiwania stał się nie do zniesienia. Teraz mógł nareszcie wykonać ruch.
    Nareszcie wszystko wraca do normy.
    Noah się myli.
    Seth zamknął telefon komórkowy w futerale i wsunął go do tylnej kieszeni.
    Próbować zapomnieć o Ishmaru byłoby karygodnym błędem. Sądząc po tym, jak opisał go Kendow, Ishmaru na pewno nie da za wygraną, zwłaszcza iż doznał właśnie porażki. Noah jest do tego stopnia zaślepiony swoim dążeniem do zakończenia prac nad RU 2, że nie widzi nic innego. Nie rozumie, że Kate Denby grozi nie mniejsze niebezpieczeństwo niż przedtem.
    Albo nie chce zrozumieć.
    Seth dostrzegał niebezpieczeństwo i ta świadomość nie dawała mu spokoju. Kate nie miała być wplątana w to wszystko i Noah powinien był myśleć właśnie o jej bezpieczeństwie. Jej i Joshuy. Dzieciak, podobnie jak ona, jest przecież tylko przypadkowym i w dodatku niewinnym świadkiem wydarzeń. Seth nie cierpiał sytuacji, kiedy w tego typu awantury wplątywano dzieci.
    Przeszkody powinny być usuwane natychmiast, gdy się pojawiają; w przeciwnym razie wymykają się spod kontroli. Ishmaru jest właśnie taką przeszkodą, z której likwidacją nie należy zwlekać.
    Ale gdzie go teraz można znaleźć?
    Zraniony zwierz wraca niemal zawsze na swoje leże.
    Gdzie jest twoje leże, Ishmaru?
    Może wie coś o nim Kendow. Albo zna kogoś, kto wie.
    Seth znowu wyjął swój telefon komórkowy i wystukał numer Kendowa.
    – Ty tępaku! – Głos Ogdena był zimny jak lód. – Miałeś do czynienia tylko z jedną pieprzoną kobietą i nie potrafiłeś wykonać porządnie swojej roboty!
    Nie powinien o niej mówić w taki sposób, pomyślał Ishmaru. Nie zasłużyła sobie na taki brak szacunku.
    – Zrobię to. Cierpliwości.
    – Nie należę do ludzi cierpliwych. Chcę, abyś ją odnalazł. I ma zostać zabita. Znalazłeś jej notatki?
    Miał ochotę zataić prawdę, ale wielcy wojownicy nie uciekają się do kłamstw wobec robaka. To by było poniżej ich godności.
    – Nie, tylko te dwie kartki, które przefaksowałem. Nie było innych. Musiała zabrać je ze sobą. – Umilkł i dodał: – Ale jest też inny problem. Noah Smith żyje. Nie zginął podczas eksplozji.
    Nastała długa chwila ciszy.
    – Skąd wiesz? – zapytał wreszcie Ogden.
    – Podsłuchałem rozmowę. Kobieta i mężczyzna, który zjawił się trochę później. Ona wybierała się do motelu na spotkanie ze Smithem.
    Ogden zmełł w ustach jakieś przekleństwo.
    – Są razem?
    – Na to wygląda. Ale nie szkodzi, tym lepiej dla mnie. Tak będzie jeszcze łatwiej.
    – Łatwiej? I to mówi dureń, który…
    – Wystarczy – przerwał mu Ishmaru tonem pozornie łagodnym. – Nie mówmy już o tym. Kiedy otrzymam informację, gdzie oni są, zajmę się tym, co do mnie należy. – Odłożył słuchawkę, nie czekając na odpowiedź.
    Zdawał sobie sprawę, że będzie musiał zabić Ogdena. Ale jeszcze nie teraz. Ogden był na razie przydatny. Pełnił rolę kołczanu, z którego Ishmaru dobywał strzały; konia, który niósł go na swym grzbiecie na drodze do chwały.
    Był zwiadowcą, który wiódł prosto do triumfalnego zwycięstwa.
    Ishmaru wziął igłę z nicią, którą przygotował sobie już przedtem i położył obok telefonu. Przede wszystkim należało się zająć tą krwawiącą raną. Potem wróci do swojej tajemnej jaskini, gdzie dzięki magii odzyska dawną moc. Ale nie będzie mógł zostać tam długo. Kate czeka na niego.
    Przeszył go ostry ból, kiedy wepchnął igłę w ciało i wyciągnął ją po drugiej stronie ziejącej rany.
    Omal nie zawył.
    Powstrzymał okrzyk w ostatniej chwili.
    Znów wepchnął igłę w ciało, zszywając dalej ranę.
    Czy widzisz, Kate, jak cierpię dla ciebie?
    Czy widzisz, że naprawdę jestem ciebie wart?
    – Idiota! – Raymond Ogden cisnął słuchawkę na widełki i spojrzał wilkiem na Williama Blounta, siedzącego na krześle w drugim końcu pokoju. – Ty też, skoro zarekomendowałeś mi takiego sukinsyna!
    Blount wzruszył ramionami.
    – Potrzebowałeś kogoś, komu mógłbyś zaufać, a nie kompana do rozmów. Musisz przyznać, że spisał się znakomicie, jeśli chodzi o fabrykę Smitha. Wówczas nie miałeś do niego żadnych zastrzeżeń.
    – A jednak i tam spartaczył robotę. Smith żyje i jest teraz razem z Kate Denby.
    – Niedobrze – Blount pokręcił głową. – Ale to jeszcze nie tragedia.
    – Co masz na myśli? Sądzisz, że Smith będzie się afiszował publicznie, czekając biernie na kolejne uderzenie z naszej strony? Z pewnością pozostanie w ukryciu, aby wyłonić się na powierzchnię w dogodnym dla siebie momencie.
    – W takim razie trzeba zarzucić sieci i znaleźć ich.
    – Ale jak?
    – Świat jest mały. – Na twarzy Blounta zakwitł przelotny uśmiech. – Wszyscy ludzie są w jakimś stopniu powiązani ze sobą. Musimy po prostu odnaleźć odpowiedni kontakt i pójść tym śladem. – Podniósł się. – Wykonam kilka telefonów.
    – Tak, zrób to koniecznie. – Ogden wstał, podszedł do lustra, poprawił swój smoking. – Ale nie ograniczaj się do swoich prymitywnych kumpli. Nie chcę ryzykować. Jeszcze schrzaniliby i tę sprawę. Muszę dbać o własne interesy i dlatego wolę poszerzać krąg ludzi, którzy dla mnie pracują.
    Obserwując w lustrze wyraz twarzy Blounta, zorientował się, że jego słowa nie przypadły mu do gustu. Ten szczeniak lubi czuć swoją władzę. Trudno, tym razem musi się podporządkować. To on, Ogden, gra teraz pierwsze skrzypce. I nie pozwoli, aby temu sukinsynowi wydawało się inaczej. I tak nie przepadał nigdy za tym dupkiem z jego nieskazitelnymi zębami i wiecznie zadartym wysoko nosem. Wynajął Blounta jako swego asystenta, ponieważ był on nieślubnym synem mafiosa nazwiskiem Marco Giandello, a taki układ wydawał się korzystny. Ale dawne czasy przeszły na zawsze do historii; obecnie każdy don wysyłał swoje dzieci na naukę w tej lub innej uczelni. Potem wracali stamtąd tak jak Blount: z promiennym uśmiechem na twarzy, w garniturach od Armaniego, maskując swoją wzgardę wobec maluczkich. Proszę bardzo, niech sobie szydzi. On, Ogden, nie zaszedł nigdy dalej niż do ósmej klasy, zdołał jednak stworzyć imperium farmaceutyczne i wypłacał teraz Blountowi pensję, kierując wszystkim.
    – Zadzwoń do Kena Bradtona z American Mutual Insurance, Paula Cobba z Undercliff Pharmaceutical, a także do Bena Arnolda z Jedlow Laboratories. Umów ich ze mną na spotkanie za dwa dni.
    – A co z dyskrecją? – zapytał Blount. – Uzgodniliśmy przecież, że im mniej ludzi będzie wiedziało o RU 2, tym lepiej.
    My. Ten gnojek rzeczywiście uwierzył już, że ma swój wkład w decyzje podejmowane przez niego!
    – Muszę być przygotowany, na wypadek gdyby Smith upowszechnił RU 2. Nie dysponuję dostateczną siłą, aby poradzić sobie z tym w pojedynkę.
    – Dyskrecja byłaby pełniejsza, gdyby sprawą zajął się mój ojciec.
    Jeszcze czego! I pozwolić tym palantom z San Diego położyć łapę na Ogden Pharmaceutical? Nie ma mowy.
    – Zrobimy to tak, jak powiedziałem. – Poprawił sobie muszkę. – Muszę pojawić się dziś na przyjęciu dobroczynnym u gubernatora. Wrócę do domu za parę godzin i oczekuję wtedy od ciebie wiadomości, że zorganizowałeś to spotkanie.
    – Mamy już niemal północ, a Ken Bradton jest na Wschodnim Wybrzeżu.
    – To obudź sukinsyna. Zbudź ich wszystkich. – Ogden odwrócił się od lustra. – Powtórz im dokładnie, co teraz powiem: jeśli chcą ocalić swoje tyłki, mają się tu stawić za dwa dni. – Ruszył do wyjścia. – Aha… skoro już będziesz telefonował… Zadzwoń do senatora Longwortha w Waszyngtonie. Niech i on się tu zjawi.
    – Na to spotkanie?
    – Nie, dzień później. To będzie rozmowa w cztery oczy.
    – Jesteś pewien, że przyleci? Politycy przeważnie zadzierają nosa.
    – Przyleci. Lubi forsę, a ja wiem, gdzie jej szukać. – Uśmiechnął się kwaśno. – Będziecie pasowali do siebie. On też przywiązuje dużą wagę do dyskrecji.
    – Nie miałem zamiaru cię urazić. – Nieskazitelne zęby Blounta zalśniły w szerokim uśmiechu. – Jestem pewien, że wiesz najlepiej, co robić.
    – Nie ułatwiasz mi sprawy – mruknął Robert Kendow, kiedy Seth wsiadł do jego auta na parkingu lotniska w Los Angeles. – Zawsze chcesz wyników na wczoraj. A mnie potrzeba więcej czasu.
    – Nie mam dużo czasu. Muszę być w pewnym miejscu dokładnie za trzy dni. Obiecałem. – Oparł się wygodniej na siedzeniu. – A pierwszy z tych trzech dni już prawie minął. Gdzie zatrzymuje się Ishmaru, kiedy tu przyjeżdża?
    Kendow spojrzał na niego, nie kryjąc irytacji. Setha Drakina znał już od ponad dziesięciu lat; jego upór nie był niczym nowym. Kiedy poznali się po raz pierwszy, dał się zwieść jego spokojnym sposobem bycia i uznał; że doskonała opinia na temat Setha jest wyolbrzymiona poza wszelkie granice rozsądku. Zmienił zdanie, gdy ujrzał go w akcji. Drakin był spokojny tylko wtedy, gdy miał to, na czym mu zależało. Kiedy natrafiał na przeszkody, wstępował w niego diabeł i wtedy stawał się niebezpieczny.
    – Ishmaru – nalegał teraz. – Mówiłeś, że nadal mieszka w Los Angeles.
    – Mówiłem tylko, że widziałem go tu kilka razy – sprostował Kendow. – Nie mam pojęcia, gdzie mieszka.
    – Wiem, że tu dorastał. Ma jakąś rodzinę lub przyjaciół?
    – Żadnej rodziny. A przyjaciół? Chyba żartujesz. Ten sukinsyn to psychol.
    – A jednak musi być jeszcze ktoś – uśmiechnął się Seth. – Kendow, chcę go dorwać. Nie wiem, co będzie, jeśli mi nie pomożesz.
    Mimo woli Kendow zesztywniał. Głos Setha zabrzmiał łagodnie, on jednak znał go zbyt dobrze, aby dać się wprowadzić w błąd. Odetchnął głęboko.
    – Przecież próbuję. Jest ktoś, kto kiedyś z nim współpracował. Pedro Jimenez. Kompletny dupek. Na samym początku, kiedy Ishmaru startował, Jimenez załatwiał mu zlecenia.
    – Teraz już nie?
    Kendow pokręcił głową.
    – Ishmaru zostawił go daleko w tyle. Ale Jimenez wie pewnie o nim dużo więcej niż ktokolwiek inny.
    – Gdzie znajdę tego Jimeneza?
    Nadal we wschodniej części Los Angeles – uśmiechnął się znacząco Kendow. – To największy punkt werbunkowy dla strzelców. A on wziął pod swoje skrzydła dwóch Hiszpanów.
    – Zaprowadź mnie do niego.
    – Jeszcze go nie zlokalizowałem. Jest stale w ruchu. – Pośpiesznie dodał: – Ale dziś spotkam się z kimś. Obiecuję ci, że jutro zobaczysz się z Jimenezem. Nie gwarantuję jednak, że będzie chciał gadać. Jest wystarczająco sprytny, aby bać się Ishmaru. Wszyscy się go boją.
    – Och, sądzę, że jednak zacznie gadać – mruknął Seth. – Zawsze dziwiło mnie, do jakiego stopnia ludzie potrafią być uczynni, jeśli tylko da się im ku temu okazję.

    Pot na czole Jimeneza perlił się obficie.
    – Nie mogę panu pomóc, senior. Powiedziałem już, że nie wiem, gdzie on jest.
    Seth przeszywał wzrokiem tego małego, pulchnego człowieczka. Rzeczywiście Kendow określił go trafnie: kompletny dupek. Trzeba będzie przycisnąć go trochę mocniej. Sukinsyn wie na pewno, że jego życie wisi na włosku. Seth dał mu to wyraźnie do zrozumienia w ciągu tych dziesięciu minut spędzonych w barze.
    – A ja myślę jednak, że wiesz. Musisz się kontaktować z Ishmaru w sprawie jego zleceń.
    Jimenez obdarzył go mdłym uśmiechem i drżącymi rękami przytknął do cygara złotą zapalniczkę z ozdobnymi inicjałami.
    – To już przeszłość.
    – Nie widziałeś go ostatnio?
    Jimenez energicznie zaprzeczył ruchem głowy.
    Seth wierzył mu. W tym człowieku nie było nawet krzty odwagi.
    – A może coś słyszałeś? Jimenez oblizał sobie usta.
    – Ktoś widział go wczoraj po południu.
    – Tutaj?
    Znów gest zaprzeczenia.
    – On nigdy nie chodzi do baru. Mówi, że alkohol niszczy duszę.
    – Kto go widział?
    – Maria Carnales. Prowadzi sklep kilka domów dalej. On kupuje u niej zawsze kadzidła.
    – Kadzidła?
    Jimenez wzruszył ramionami.
    – Nie pytałem go nigdy, do czego mu to. Nigdy go o nic nie pytam. Dlaczego nie pójdzie pan do niej wypytywać o Ishmaru?
    – Nie muszę iść do niej. Dlatego, że ty to wiesz. – Nachylił się do przodu. Naciskaj go mocniej. Nie daj mu odetchnąć. – I powiesz mi.
    – On mnie zabije. Seth uśmiechnął się.
    – Mówię panu, że on mnie zabije, jeśli powiem, gdzie jest.
    Seth wyciągnął rękę i łagodnym gestem, niemal pieszczotliwie, musnął szyję Jimeneza.
    – A co ja zrobię, twoim zdaniem, jeśli nie powiesz?
    Jimenez zatrzasnął drzwiczki w samochodzie i wskazał ręką na ciemną ścianę lasu przed nimi.
    – Mniej więcej o milę stąd jest jaskinia. Nazywa ją magiczną jaskinią. Wejście maskuje gałęziami. – Uniósł głowę nieco wyżej. – Dalej nie idę.
    – Owszem, idziesz. – Seth ruszył ścieżką do przodu. – Możesz mi być potrzebny.
    Jimenez kroczył za nim z wyraźną niechęcią.
    – Do czego?
    – Jak to: do czego? Żebyś wytropił zwierza.
    Usłyszał, jak tamten mamrocze coś za nim; ni to przekleństwa, ni to modły.
    Zastanawiał się przez moment, czy nie powinien był zostawić go w samochodzie. Ale czy można mu zaufać? A gdyby uciekł? Jimenez bał się Ishmaru jak ognia, a Seth musiał się liczyć z możliwością zdrady z jego strony.
    Zapadał już zmrok, po obu stronach ścieżki gęstniały cienie.
    Przystanął, nasłuchując.
    Nic.
    – Co się stało? – wyszeptał Jimenez.
    – Nic, tylko sprawdzam. Szybkim krokiem ruszył dalej. Jimenez szedł za nim, dysząc ciężko. Seth znowu przystanął.
    – Do diabła, co pan usłyszał?
    – Nic. – Teraz to poczuł. Kadzidła. Jakby zwęglona dębina. – Ta jaskinia znajduje się na wprost, przed nami?
    – Nie pamiętam. Minęło już tyle lat.
    Seth wyjął rewolweru.
    – Zostań tu. Nie ruszaj się z miejsca.
    – Wolę wrócić do auta.
    Ani kroku. – Dał nura w gąszcz lasu i ruszył dalej równolegle do ścieżki „Zarośla tworzyły gęstą ścianę. Nigdy by nie przypuszczał, że może się tu znajdować jaskinia.
    Zapach kadzidła narastał, tłumił wszelką inną woń.
    Przed jaskinią widniała kupka popiołu po wygasłym ognisku, okolona kamieniami.
    Ciemne wejście do jaskini ziało pustką.
    Ishmaru zdążył odejść. Ale był tu przedtem. Ślady mówiły same za siebie. Doświadczenie podpowiedziało Sethowi, że tamten przebywał tu nie później niż rano. Rozpalił ognisko, zrobił użytek z kadzidła…
    I co jeszcze?
    – Jimenez? – Cisza. – Jimenez?
    Jimenez przedzierał się już przez zarośla, wpatrywał się czujnie w wejście do jaskini. Odetchnął z ulgą.
    – Nie ma go tu. Możemy już wracać?
    – Podaj mi zapalniczkę.
    Jimenez wręczył mu swoją złotą zapalniczkę.
    – Nic tu po nas. On odszedł i przyjdzie znowu, dopiero gdy będzie taka potrzeba.
    Potrzeba?
    – Chodź ze mną.
    – Nie chcę tam wchodzić.
    Mówię ci, chodź. – Wszedł pierwszy, słysząc za sobą kroki Jimeneza.
    Zapach kadzidła był tu bardziej intensywny.
    Błysnął płomyk zapalniczki.
    Jimenez jęknął.
    Skalpy. Siedem lub osiem skalpów wieńczyło żerdzie wetknięte w ziemię i tworzące krąg.
    Skalpy. Oczywiście. Indianie uznawali skalpy za oznakę honoru, a Ishmaru uczynił ze swego indiańskiego pochodzenia własną religię.
    Seth odwrócił się, spojrzał na Jimeneza.
    – Wiedziałeś o tym.
    Nie, ja… – Przełknął nerwowo ślinę. – To ma coś wspólnego z koszmarami i mocą. Nie wiem dokładnie. Nazywał je strażnikami. Siedział pośrodku tego kręgu godzinami i palił kadzidła. Początkowo chciał zdobywać skalp za każdym razem, gdy dostawał zlecenie, ale przekonałem go, by tego nie robił, chyba że to nie stwarzałoby niebezpieczeństwa ani przeszkody w jego pracy.
    – Bardzo rozsądnie – mruknął Seth z ironią.
    – Możemy już iść?
    – Jeszcze nie. – Jego wzrok padł na nieduże tekturowe pudełko w kącie. Uklęknął obok.
    Zegarki. Biżuteria. Scyzoryk. Kolejne trofea?
    Książka, sfatygowana już od częstego kartkowania, mocno naznaczona zębem czasu. „Wojownicy”. Zapewne święta księga dla Ishmaru.
    Wstając, potrącił jedną z żerdzi. Wyciągnął rękę, aby ją podtrzymać.
    Długie jedwabiste blond włosy.
    Ten skalp różnił się od innych. Był świeży.
    Włosy dziecka.
    Seth nie odrywał od nich wzroku, usiłując okiełznać gwałtowną falę szału.
    Widocznie Ishmaru znalazł w Dandridge nowe źródło mocy.
    – Nie ma sensu tkwić w tej jaskini i czekać na niego – powiedział Jimenez. – Nie zostawał tu nigdy dłużej niż dwadzieścia cztery godziny. Mówił, że nie potrzebuje więcej na… – Urwał, widząc minę Setha. – Nie miałem z tym nic wspólnego. Mówiłem już przecież, że starałem się go powstrzymać…
    – Zamknij się. – Seth odwrócił się, nogą pchnął ku niemu pudło. – Zbierz skalpy i włóż tu razem ze wszystkim, co zgromadził Ishmaru.
    – Mam ich dotknąć? Nie będzie zachwycony. Uzna to za profanację.
    – Albo je pozbierasz, albo sam wzbogacisz kolekcję – rzucił ostro Seth. – Wybieraj, mnie jest wszystko jedno.
    Jimenez czym prędzej wziął się do roboty.
    Pięć minut później trzymał w ręku wypchane po brzegi pudło.
    – I co teraz?
    – Teraz idziemy. – Obszedł wnętrze jaskini, przytykając zapalniczkę tu i ówdzie do gałęzi i trawy. Płomienie wspinały się coraz wyżej.
    – Dlaczego? – jęczał żałośnie Jimenez.
    Żeby ta jaskinia przestała istnieć. – Wiedział, że i tak nie zapomni nigdy tego, co tu widział. Ale przynajmniej Ishmaru nie będzie miał do czego wracać. Chciał sprawić ból temu sukinsynowi.
    – To było dla niego święte miejsce. Wścieknie się, oszaleje – bełkotał Jimenez.
    – Mam nadzieję, że tak będzie. – Jeszcze przez krótką chwilę Seth obserwował płomienie, wreszcie odwrócił się do wyjścia. – Idziemy.
    – Co pan zrobi z tymi rzeczami?
    Nie odpowiedział.
    Dopiero gdy znaleźli się przy samochodzie, Jimenez odezwał się ponownie:
    – Może mi pan już oddać zapalniczkę?
    – Musiałem ją zgubić w jaskini. Może koło ogniska. Chyba już jej nie odnajdziemy.
    Jimenez wybałuszył szeroko oczy.
    – Jak to? Na zapalniczce były wygrawerowane moje inicjały. – Krzyczał teraz piskliwym głosem, pełnym paniki. – Co będzie, jeśli Ishmaru wróci tu i ją znajdzie? Jeszcze pomyśli, że to moja robota!
    Seth odwrócił się, spojrzał na niego.
    – Przykro mi.

    Ogłoszono jego lot.
    Seth w pośpiechu wystukał odpowiedni adres na drukarce do nalepek, którą kupił w drogerii, jadąc na lotnisko. Przed zapieczętowaniem kartonowego pudła wyjął z niego książkę o mistycznych wojownikach. Może mu się potem przydać.
    Nakleił na pudle nalepkę z adresem oraz znaczki, po czym podbiegł do skrzynki pocztowej zainstalowanej w poczekalni lotniska. Z trudem wepchnął pudełko w dużą skrzynkę.
    Drugie wezwanie do samolotu.
    Seth zdjął rękawiczki, wsunął je do tylnej kieszeni. Na pudle, zaadresowanym do biura prokuratora okręgowego w Los Angeles, znajdowały się tylko odciski palców Ishmaru i Jimeneza. Seth nie bardzo wierzył w schwytanie Ishmaru przez policję, ale może jego przesyłka okaże się chociaż sygnałem alarmowym. Nawet gdyby przymknęli jedynie Jimeneza, byłby to już spory plus. On sam odczuwał chęć zabicia sukinsyna. Do tej pory był przekonany, że widział już w życiu wszystko i nic nie zdoła wytrącić go z równowagi, jednak widok jedwabistych włosów dziewczynki…
    Ostatnie wezwanie do samolotu.
    Nie myśl już o tym. I tak nie możesz pomóc temu biednemu dziecku, Ishmaru pozostaje nieosiągalny, a ty masz coś do załatwienia.
    Pośpieszył do przejścia dla pasażerów.

    Chata stała z dala od drogi, skryta za drzewami i kępą krzewów. Kate nie odnalazłaby nigdy tego miejsca, gdyby nie jechała tuż za Noahem.
    – Czy to tutaj? – zapytała Phyliss.
    – Chyba tak. – Zatrzymała auto za dżipem Noaha. – Najwyższy czas. – Zdawało jej się, że jazda tymi krętymi, wyboistymi dróżkami ciągnęła się bez końca. Zerknęła na Joshuę, który spał na tylnym siedzeniu. Lepiej go nie budzić. Niech przyjdzie do siebie. Podróż była naprawdę wyczerpująca, zarówno pod względem emocjonalnym, jak i fizycznym. Ona obudzi syna, kiedy już pościele mu łóżko.
    Wysiadła z auta i popatrzyła na chatę. Właściwie była większa od jej domku w Dandridge, ponieważ jednak zbudowano ją z bali i kamieni, wyglądała na tyle rustykalnie, że zasługiwała na miano chaty. Okalał ją rozległy taras.
    – Ile tu jest pomieszczeń?
    – Siedem. – Noah wyjął z bagażnika swoją torbę. – Kuchnia połączona z salonem, trzy sypialnie, dwie łazienki. I laboratorium w tylnej części.
    – Rozpakuję nasze rzeczy – zaoferowała się Phyliss, wysiadając z samochodu.
    – Proszę tego nie robić – powstrzymał ją Noah. – Pani nie zostaje tutaj.
    Kate stanęła jak wryta.
    – Co?
    Zaczął wchodzić na schodki wiodące na taras.
    – Przewiozę Phyliss i Joshuę do leśniczówki, cztery mile dalej.
    – Dlaczego? Tu mamy wystarczająco dużo pokoi.
    – Będziesz zajęta pracą.
    Weszła za nim na schodki.
    – Nie na tyle, by nie móc się zająć własnym synem. On zostanie tu ze mną.
    Spojrzał na nią.
    – Nie, nie zostanie z tobą. Obiecałem ci, że zadbam o jego bezpieczeństwo. I zamierzam dotrzymać słowa…
    – Rozdzielając nas?
    – Pomyśl tylko. – Ściszył głos, tak aby nie usłyszał go nikt prócz niej. – Główne cele dla napastników to my oboje. Jesteśmy pierwsi na liście. Jeśli Joshua i Phyliss zostaną blisko ciebie, może przy okazji także ich spotkać coś złego.
    Rozdzielić się z synem i teściową? Sama myśl o tym była dla Kate nie do przyjęcia.
    – Mówiłeś, że to miejsce jest bezpieczne.
    – Staram się, żeby takie było. – Zacisnął usta. – Nie jestem w stanie zagwarantować ci, że wyjdziesz z tego wszystkiego żywa, ale chłopiec z pewnością przeżyje. Dość już przypadkowych ofiar.
    Mimo woli zaczęła ustępować przed siłą jego logiki i pasją, z jaką przedstawiał swoje argumenty.
    – Nie chcę, aby byli zdani tylko na siebie.
    – I nie będą. Powiedziałem już, że będą chronieni. Zmarszczyła brwi.
    – Miałby ich ochraniać strażnik leśny z tej leśniczówki?
    – W pewnym sensie. – Po chwili wyjaśnił: – Mówiąc ściśle, Seth zdołał nakłonić strażnika leśnego do wzięcia urlopu. Na ten okres on zajmie jego miejsce.
    Zesztywniała.
    – Seth?
    Noah podszedł do drzwi frontowych, nacisnął klamkę. Drzwi były otwarte.
    – Seth? – zawołał.
    – On tu jest? – zapytała wstrząśnięta.
    – Do diabła, jasne, że jestem. Długo kazaliście na siebie czekać. Zaczynałem się już nudzić. – Seth wstał z krzesła stojącego pod ścianą. – Miło znów panią widzieć, Kate. Jak się ma Joshua?
    – Dobrze, dziękuję – odparła machinalnie, patrząc na niego, gdy podchodził bliżej. Po raz pierwszy widziała go w pełnym świetle. Miał bardzo ciemne włosy, przycięte na tyle krótko, aby ujarzmić ich naturalną tendencję do kręcenia się. Jego wiek oceniała na trzydzieści parę lat, poruszał się jednak z tą samą chłopięcą werwą, co Joshua. Jego twarz była równie szczupła i kanciasta jak całe ciało, a dominowały w niej błękitne oczy i szerokie usta. – Co pan tu robi?
    – Zostałem zaproszony. – Spojrzał na swego wspólnika. – Nie powiedziałeś jej?
    – Jest zbyt płochliwa.
    Płochliwa? Nagła fala gniewu pozwoliła Kate otrząsnąć się z oszołomienia. Odwróciła się na pięcie, spojrzała na Noaha.
    – Powiedziałeś, że nikt nie zna tego miejsca.
    – Skłamałem – odparł krótko.
    – Bo byłam płochliwa?
    – To jego określenie, nie moje – przypomniał jej Seth. Noah nie zwracał na niego najmniejszej uwagi.
    – Bo byłaś mi tu potrzebna, a szukałaś jakiegoś pretekstu, żeby odrzucić moją propozycję.
    Wyciągnęła rękę, wskazując na Setha:
    – On miałby być tym pretekstem?
    – Moje uczucia zostały zranione – oświadczył Seth. – Zazwyczaj wszyscy łakną mego towarzystwa.
    – Kto jeszcze wie? – zapytała Kate.
    – Nikt więcej. – Uniósł dłoń, aby obalić oskarżenie, którego się spodziewał. – Tym razem nie kłamię.
    – Jak mogę być tego pewna? – Miarka się przebrała; zmęczenie i niezwykłe emocje kilku ostatnich dni, a teraz jeszcze to! – Niech cię diabli! – wybuchnęła Kate. – Wynoszę się stąd!
    Odwróciła się gwałtownie i wybiegła z chaty.
    – Phyliss, wsiadaj z powrotem!
    – Znowu? – Phyliss skrzywiła się, zajmując poprzednie miejsce na siedzeniu. – Zdecyduj się wreszcie.
    – Już się zdecydowałam.
    – Dokąd się wybierasz? – krzyknął za nią Noah.
    Nie odpowiadając nawet jednym słowem, usiadła za kierownicą.
    – Możesz mnie wysłuchać? – zawołał Noah. – Kate, nie mogę pozwolić, żebyś tak odjechała!
    Zapuściła silnik i ruszyła.

    – Drażliwa osóbka, co? – Seth wyszedł z chaty i podał Noahowi springfielda, którego wyciągnął ze skrzyni przy drzwiach.
    – Po co mi ta pukawka? Mam ją zastrzelić, czy co?
    – Po prostu przestrzel jej tylną oponę. Nie jedzie zbyt szybko. – Seth osłonił oczy dłonią, patrząc za autem. – I radzę ci zrobić to, zanim dotrze do zakrętu, w przeciwnym razie mogłaby wylecieć z drogi, kiedy pęknie opona.
    – A może wolisz zrobić to sam, jako autor pomysłu? – zapytał ironicznie Noah.
    Seth kręcił głową.
    – I tak patrzą już na mnie wilkiem, a przecież mam zamieszkać razem z chłopcem i jego babcią. Nie chcę, aby trzęśli się ze strachu za każdym razem, kiedy wejdę do pokoju. – Uśmiechnął się złośliwie. – Poza tym chciałbym się przekonać, czy nie wyszedłeś z wprawy. No już, strzelaj, to tylko pięćset jardów.
    – Sześćset.
    – Niech ci będzie. Tak jak widzę, auto nie jedzie zbyt szybko i są jeszcze na prostym odcinku. Jeśli strzelisz, nic im nie grozi. – Zerknął znowu na drogę. – Ale za jakieś czterdzieści sekund dojadą do zakrętu.
    Nikt nie potrafi ocenić tego terenu lepiej niż Seth, pomyślał Noah… Musiał przyznać w duchu rację wspólnikowi: był to jedyny bezpieczny sposób zatrzymania Kate i rzeczywiście należało ją zatrzymać. Uniósł karabinek, wycelował i pociągnął za spust.
    Opona pękła z trzaskiem. Kate utrzymała auto na drodze. Honda stanęła w odległości dwóch jardów od zakrętu.
    – Nieźle – mruknął z uznaniem Seth. – Niektórzy nigdy nie wychodzą z wprawy. No jak, odczuwasz teraz satysfakcję?
    – Nie. – Odrzucił mu karabinek i począł schodzić na dół. – A poczuję się jeszcze gorzej, kiedy podejdę bliżej i będę musiał spojrzeć Kate w oczy.
    Seth uśmiechnął się.
    – Myślę, że kłamiesz. Obserwowałem cię. Założę się, że poczułeś satysfakcję, oddając ten strzał. – Skierował się z powrotem w stronę domu. – Wezmę swoje rzeczy i wyruszę do leśniczówki. Nade wszystko cenię sobie spokój. Nie zamierzam tu tkwić, skoro zanosi się na burzę.
    Noah skomentował te słowa szyderczym parsknięciem, po czym wskoczył do dżipa.

    Kate oparła głowę na kierownicy, serce waliło jej jak młotem. Niech go diabli! Do diabła z tym stukniętym sukinsynem!
    – Boże, co się stało? – zawołała Phyliss, kiedy odzyskała już oddech.
    – Przestrzelił nam tylną oponę. – Odgłos, z jakim pękła opona, zlał się niemal w jedno z hukiem wystrzału, ale Kate domyśliła się od razu, jak do tego doszło.
    Phyliss zamrugała oczyma.
    – On naprawdę nie chciał, żebyś stąd wyjechała, co?
    – Naprawdę.
    – Dlaczego stoimy? – Joshua obudził się, usiadł i rozejrzał się dokoła. – Jesteśmy już na miejscu? Nie widzę tu żadnej chaty.
    Nie było teraz czasu na wyjaśnienia.
    – Zostań tu. – Chwyciła torebkę i wysiadła z hondy.
    Phyliss poszła za nią.
    – Dlaczego się rozmyśliłaś? Przecież miałyśmy zamieszkać w tej chacie.
    – Bo mnie okłamał. W chacie był jeszcze ktoś.
    – O! I przestraszyłaś się?
    – Nie. – Strach nie miał z tym nic wspólnego. Wiedziała, że żaden z nich nie wyrządziłby im krzywdy, ani Noah, ani Seth. Ale Noah okłamał ją. Czuła się przez to wykorzystana i manipulowana. Na domiar złego użył tego określenia. Płochliwe mogą być ptaki lub konie, ale nie kobiety!
    – Oto i on – odezwała się Phyliss, patrząc na drogę. – Co teraz?
    – Poczekaj.
    Po chwili dżip zatrzymał się za nimi. Kate wyjęła z torebki kolta.
    – Na miłość boską, schowaj to! – Noah wyskoczył z auta. – Wiesz przecież, że z mojej strony nic ci nie grozi.
    – Strzelałeś do nas – odparła zimnym tonem. – Moim zdaniem, to jest zagrożenie, nawet spore.
    – Musiałem was zatrzymać. – Wyciągnął ręce przed siebie. – Przecież widzisz, że jestem bez broni.
    – Widzę kłamcę i człowieka, który do mnie strzelał.
    – Strzelałem w oponę, nie do ciebie. – Podszedł do bagażnika. – Daj mi kluczyki. Zmienię to koło i wrócisz do chaty. – Zerknął na kolta. – Ale schowaj broń. Gdybyś nie była przemęczona, sama byś zauważyła, że twoja reakcja jest przesadna. Z pewnością wiesz dobrze, że nie zamierzam was skrzywdzić.
    – Moim zdaniem, to właśnie pańska reakcja była przesadna – zauważyła sucho Phyliss.
    – Może ma pani rację – uśmiechnął się. – Nie wiedziałem, co robić, wydało mi się, że to jedyny sposób. Proszę mi wierzyć, pani Denby, nie miałem najmniejszego zamiaru skrzywdzić kogokolwiek z was. – Spojrzał jej prosto w oczy. – Przyrzekam, że uczynię wszystko, co w mojej mocy, aby zapewnić wam pełne bezpieczeństwo.
    Phyliss wpatrywała się w niego parę chwil.
    – Odłóż rewolwer, Kate – powiedziała wreszcie.
    Kate zawahała się, po czym znużonym gestem wsunęła kolta do torebki. Miała już dosyć wszelkiej broni. Czuła się jak początkująca Annie Oakley*. [* postać autentyczna ze schyłkowego okresu Dzikiego Zachodu, słynna ze swoich fenomenalnych popisów strzeleckich, występowała jako gwiazda w rewii Buffalo Billa na arenach wszystkich cyrków europejskich]. W ciągu paru ostatnich dni trzymała w dłoni kolta częściej niż przez wszystkie lata, odkąd dostała go od Michaela. Podała kluczyki Noahowi.
    – Zmień koło i wynośmy się stąd.
    – Wrócimy do chaty i przyrządzę wam coś na obiad. Zgoda, postąpiłem niewłaściwie. Powinienem był cię uprzedzić, że będzie z nami Seth.
    – Nie tylko o tym. Również o leśniczówce.
    Wyjął z bagażnika zapasowe koło i lewarek.
    – Ale czy fakt, że uznałaś mnie za człowieka kłamliwego i pozbawionego skrupułów, zmienia w jakimkolwiek stopniu ogólną sytuację? Twój przyjazd tutaj był konieczny. Chciałaś być bezpieczna i ja zapewnię ci bezpieczeństwo.
    – Nie wiem, czy i to nie jest czczym gadaniem.
    – Nie wierzysz już nawet we własny osąd? Przedtem traktowałaś moje słowa poważnie. – Uklęknął i zaczął podnosić samochód. – Po prostu wróć do chaty i przemyśl wszystko jeszcze raz. Od paru dni żyjesz w olbrzymim stresie, a ja, jak idiota, jeszcze dopełniłem miary. Nie zrobię tego nigdy więcej, nawet gdybyś…
    – Co się stało z oponą? – Obok nich stanął Joshua, wpatrując się z zainteresowaniem w rozerwaną gumę.
    – Josh, miałeś zaczekać w samochodzie – ofuknęła go Kate.
    – Ale się tam nudziłem. A tu mogę pomóc. Przecież nauczyłaś mnie, jak zmieniać koło. – Dotknął dziury. – Pękła?
    Noah przytaknął.
    – To moja wina.
    – Dlaczego?
    – Strzeliłem w oponę.
    Chłopiec spojrzał na niego szeroko otwartymi oczyma i cofnął się o krok.
    – Chciałem tylko ściągnąć na siebie uwagę twojej mamy – wyjaśnił Noah z niewyraźnym uśmiechem. – Ale ona jest teraz na mnie zła i ukarała mnie w ten sposób, że mam doprowadzić auto do porządku.
    Joshua przeniósł wzrok na matkę.
    – To prawda, kochanie – potwierdziła. Nie chciała, aby się przestraszył. – Wszystko będzie dobrze.
    Spojrzał znowu na Noaha.
    – No tak, mama zawsze tak robi. Mnie też każe naprawiać wszystko, co popsułem. Ale nigdy nie zrobiłem czegoś tak głupiego. Z bronią trzeba być ostrożnym. Mój tata sprałby mnie za coś takiego. Nieraz zabierał mnie na strzelnicę, ale nigdy… – Urwał gwałtownie i Kate ujrzała, jak zaciska pięści.
    – Byłem ostrożny – zapewnił czym prędzej Noah. – Strzelam celnie, wam nic złego nie groziło, ale i tak sądzę, że to było niemądre. Nigdy już się w ten sposób nie zachowam. – Zdjął koło i ułożył je na trawie. – Ściemnia się. Chciałbym uporać się z tym jak najprędzej, żeby móc wrócić do chaty i przygotować wam obiad. Przydałaby mi się twoja pomoc.
    – Obiad – powtórzył Joshua. Potem skinął z zapałem głową i uklęknął obok Noaha. – Będę nakładał nakrętki, a pan dociągnie je do końca, w porządku?
    – W porządku – odparł Noah. Spojrzał na Kate. – W porządku? Wiedziała, że pytanie nie odnosi się jedynie do zgody na to, aby Joshua pomagał przy zmianie koła.
    – Jesteśmy głodni, Kate – powiedziała cicho Phyliss. – Chyba nie będzie w tym nic złego, prawda?
    Nie była tego pewna. W ciągu zaledwie paru minut Noah Smith zdołał oczarować Phyliss, która zazwyczaj nie ustępowała tak łatwo, teraz natomiast usiłował zjednać sobie chłopca. Co więcej, niemal przekonał już ją samą, że swoim impulsywnym zachowaniem naraziła syna na niebezpieczeństwo.
    A może to prawda, pomyślała znużona. Z pewnością działałam bez zastanowienia, zbyt pochopnie, inaczej niż zazwyczaj. Uniosłam się gniewem, zamiast wysłuchać…
    Mój Boże, co się ze mną dzieje? Obwiniam samą siebie, a winien jest przecież ten dupek, który przestrzelił mi oponę!
    Na domiar złego powiedział o niej, że jest płochliwa. Nie wiedziała dlaczego, ale to określenie zabolało ją nie mniej, niż ów niedorzeczny strzał.
    – Proszę – szepnął Noah.
    I to już miało załatwić wszystko, odsunąć resztę w niepamięć? Nic z tego.
    Była jednak głodna i zmęczona, podobnie jak Phyliss i Joshua. Nie może kazać im cierpieć tylko dlatego, że postanowiła obrazić się na Noaha Smitha. Zresztą… to może być miłe patrzeć, jak on haruje dla nich.
    – W porządku – odparła wreszcie. – Obiad.
    – Oto deser – zapowiedział Noah. – Przykro mi, że nie miałem dość czasu, aby przyrządzić coś lepszego. Będziemy musieli zadowolić się tym kupnym plackiem wiśniowym.
    Wstał i zniknął za bufetem, oddzielającym pokój od kuchni.
    – Spisał się znakomicie – oceniła Phyliss, odchylając się wygodniej na krześle. – Stek, ziemniaki i placek, babeczki domowego wypieku.
    – Lubi zjeść – powiedziała Kate. Joshua dokończył swoją babeczkę.
    – Wiesz, że trafił w oponę z odległości sześciuset jardów?
    – Nie – odparła Kate. – On ci o tym powiedział? Przytaknął.
    – Robił takie sztuczki już dawniej, kiedy służył w siłach specjalnych jako snajper. Ale to było dawno temu. Potem tylko strzelał do celu razem z Sethem. – Przeżuwał powoli ciasto. – Opowiadał, że Seth trafiłby w oko byka z odległości tysiąca jardów.
    – Nie mów z pełnymi ustami – upomniała go Kate.
    – Przepraszam.
    – A kim jest ten Seth? – zapytała go Phyliss.
    – Przyjacielem Noaha. To on przyszedł do nas wczoraj w nocy. Phyliss spojrzała na Kate.
    – Ten sam? Widziałam go wtedy tylko przez ułamek sekundy. Kate przytaknęła.
    – Mieszka w leśniczówce, parę mil stąd – wyjaśnił Joshua. – Noah powiedział, że zawiezie mnie tam jutro. – Pokręcił z podziwem głową. – Tysiąc jardów… Tata mówił zawsze, że to niewykonalne. A Seth zna się jeszcze na tropieniu śladów.
    Wspaniale. – Wyglądało na to, że Noah dobrze wykorzystał czas spędzony w kuchni, gdzie krzątał się wraz z Joshua. Nie tylko wzbudził w chłopcu podziw dla siebie, ale także przygotował grunt pod jego znajomość z Sethem. Ten człowiek chyba nigdy nie dawał za wygraną. Kate zastanawiała się, dlaczego nie jest już na niego tak bardzo zagniewana. Może przyczyniły się do tego wesołe płomienie w kominku, pełny żołądek, jak również uczucie przytulnego odosobnienia w tym leśnym zaciszu. Czyżby kolejna manipulacja jej osobą? Może. Ale to nie miało znaczenia, dopóki zdawała sobie z tego sprawę.
    – Jednak wszystko zależy od tego, czyje ślady tropisz i co się dzieje, kiedy już znajdziesz zwierzynę.
    – Och, Seth nie strzela do zwierząt. Tylko je tropi, aby na nie popatrzeć. Noah mówi, że zwierzęta nie są dla Setha godnym przeciwnikiem.
    A kto może być godnym przeciwnikiem dla człowieka, który trafia do celu z odległości tysiąca jardów?
    – Noah powiedział, że Seth mógłby wziąć mnie ze sobą, gdybym go o to poprosił. – Rzucił jej niepewne spojrzenie. – Bez żadnej broni – dodał. – Wiem, że nie lubisz polowań. Wziąłbym tylko kamerę. Dużo ludzi wybiera się na takie safari z kamerą. Na pewno dostałbym za to w szkole dobrą ocenę.
    – Pomówimy o tym później.
    – Ale to byłoby dla mnie świetne ćwiczenie, a zawsze mówiłaś, że…
    – Daj spokój, Joshua – przerwała mu Phyliss. – Mama jest zmęczona, pada z nóg.
    Chłopiec westchnął, odsunął krzesło.
    – Pójdę do Noaha, pomogę mu.
    Phyliss uśmiechnęła się, odprowadzając go wzrokiem.
    – Jest bardzo podekscytowany. Dobrze, że zainteresował się teraz czymś nowym. Czy to Seth był w chacie, kiedy tu przyjechaliśmy?
    Kate przytaknęła.
    – Noah chce, żebyś przeprowadziła się z Joshuą do leśniczówki, gdzie Seth ma was ochraniać. Mówi, że będziecie tam bezpieczniejsi niż tu, przy mnie.
    – Jeśli Joshua dowie się o wszystkim, nie zgodzi się tam jechać.
    – Nie wiem, czy chcę, aby jechał dokądkolwiek. A już na pewno nie z nieznajomym, który mógłby mieć na niego zły wpływ. Może i ja nie powinnam była tu przyjeżdżać? – Znużonym gestem potarła sobie skronie. – Czy dobrze postąpiłam?
    Nie wiem – odparła Phyliss. – Michael uznałby, że nie. Był zdania, że należy ufać policji, kontaktować się z nią. – Oparła się wygodniej na krześle. – Ale w telewizji ogląda się tyle złego! Wydaje się, że nikt już nie jest w stanie tego powstrzymać. Policjanci są skorumpowani, narkotyzują się, krzywdzą małe dzieci. – Jej usta zadrżały podejrzanie. – I jeśli zabili Michaela i zdołali wprowadzić w błąd nie tylko Alana, ale także resztę policji, pozorując wszystko na aferę z narkotykami, potrafię zrozumieć twój lęk i brak zaufania do wszystkich prócz samej siebie. Dlatego nie odradzałam ci tego wyjazdu tutaj. Nie możemy stracić również Joshuy.
    Kate wyciągnęła rękę, nakryła nią dłoń Phyliss.
    – Nie stracimy go.
    – A badania nad RU 2 przyczynią się do zapewnienia mu bezpieczeństwa?
    – Chyba tak. – Kate uśmiechnęła się niepewnie. – Ale ja nie wiem nawet, czy RU 2 jest tym, o czym mówi Noah. Mam tylko jego słowo.
    – Nie wyobrażam sobie, że narażałby się na te wszystkie niebezpieczeństwa, gdyby było inaczej. – Phyliss umilkła i dodała: – Lubię go.
    – Dobrze się o to zatroszczył. Ale jednak okłamał mnie. I zrobi to znowu.
    – Wszyscy jesteśmy skłonni kłamać, jeśli chcemy chronić rzeczy mające dla nas duże znaczenie. – Phyliss uśmiechnęła się. – Nawet ty. Kłamałabyś na przykład jak najęta, gdyby chodziło o dobro Joshuy. Może RU 2 jest dla Noaha takim Joshuą.
    – Może. Przepraszam, że wciągnęłam cię w to wszystko. Nie zasłużyłaś na to.
    – Ty i Joshua jesteście dla mnie najbliższą rodziną – odparła Phyliss. – Zajmę się chłopcem. A ty postaraj się wybrnąć jakoś z całego tego bałaganu, dobrze?
    – Myślisz, że zamierzam tu zostać?
    – A nie masz takiego zamiaru?
    – Owszem, tak – odparła. Przez cały wieczór narastała w niej świadomość, że taką właśnie podejmie decyzję. Po raz pierwszy od śmierci Michaela miała wrażenie, jakby ziemia zwolniła obroty. Tu byli bezpieczni, a ich bezpieczeństwo przynosiło korzyści Noahowi. Na inne względy mogła nie zważać.
    – Dopóki będą respektowane moje warunki.

7.

    Powietrze było chłodne i rześkie, kiedy Kate otworzyła drzwi zewnętrzne i wyszła na taras. Joshua leżał już w łóżku. Noah odwrócił się do niej.
    – Chłopiec śpi?
    – Jeszcze nie. – Zerknęła na niego. – Zrobiłeś dobrą robotę, nabijając dziecku głowę tymi opowieściami o swoim przyjacielu.
    – Wszystko, co powiedziałem na temat Setha, jest prawdą, Kate. Skończyłem z kłamstwami.
    – Phyliss twierdzi, że każdy kłamie, jeśli stawka jest wystarczająco wysoka. Ale to cię wcale nie usprawiedliwia. – Spojrzała na niego w skupieniu. – Co byś zrobił, gdybym postanowiła wyjechać stąd natychmiast?
    – Próbowałbym zatrzymać cię za wszelką cenę, obojętne, w jaki sposób. Ale nie jestem taki jak Ogden. Nie mógłbym skrzywdzić ciebie ani twojej rodziny. Gdyby nie było innej rady, starałbym się uporać z pracą bez twojej pomocy. – Po chwili dodał: – Mając przy tym nadzieję, że nie stanie się wam nic złego.
    Wierzyła mu.
    – Phyliss przypuszcza, że traktujesz RU 2 jak własne dziecko.
    – Możliwe. Sam już nie wiem. Na początku było to niczym podróż do własnej jaźni, potem coś w rodzaju świętej misji, a w końcu przekształciło się w zupełnie inną sprawę. Jeśli RU 2 jest naprawdę moim dzieckiem, to w każdym razie odebrano przez nie życie dziewięćdziesięciu dziewięciu istotom ludzkim. Oczekiwałem wprawdzie walki, ale nie rzezi. – Po chwili dodał: – Jednakże cena osiągnęła już zbyt wysoki pułap, abym mógł teraz przerwać wszystko. To by oznaczało, że tamci ludzie zginęli na próżno. Nie mogę do tego dopuścić. Muszę próbować. Pomożesz mi?
    Nie odpowiedziała wprost.
    – Kim jest Seth Drakin?
    – Przyjacielem. Służyliśmy razem w oddziale.
    – Przyjacielem, który trafia w oko byka z odległości tysiąca jardów?
    – Nie próbuję niczego ukryć przed tobą. Seth prowadził zawsze piekielne życie i nie ustatkował się, nawet kiedy nasza służba dobiegła końca. Przeszedł wszystkie możliwe etapy, od najemnika do przemytnika.
    – I on właśnie ma strzec mojego syna?
    – Oddałbym własnego syna pod jego opiekę w podobnych okolicznościach. Trudno o lepszego ochroniarza niż Seth. I nie oceniaj go zbyt pochopnie. Iloraz inteligencji ma prawdopodobnie wyższy od mojego. Jest z pewnością bardziej oczytany i ma lepsze serce niż inni ludzie, z którymi zetknąłem się kiedykolwiek.
    – Ale tylko w tych momentach, gdy nikogo nie zabija.
    Skrzywił się lekko.
    – Porozmawiaj z nim. Jeśli się zgodzisz, zawiozę cię jutro do leśniczówki.
    Kiwnęła głową.
    – Dobrze. Ale musimy ustalić jedno: jeśli uznam, że sytuacja nie jest odpowiednia dla Joshuy, nie będziemy więcej nad tym dyskutować.
    – Nic z tego. Nie zgadzam się. Każdy ma prawo przedstawiać swoje argumenty. – Uśmiechnął się. – Ale nie będę zbyt natrętny.
    Mimo woli odpowiedziała uśmiechem, zanim jeszcze uświadomiła sobie, że nie miała takiego zamiaru.
    – Wobec tego ostatnia sprawa. Gdybyś kiedykolwiek nazwał mnie znowu osobą płochliwą lub uraczył mnie innym lekceważącym określeniem, policzę się z tobą.
    – O tym, że popełniłem błąd, zorientowałem się w tej samej chwili, kiedy to słowo wymknęło mi się z ust.
    – Dobrze, że to mówisz. A teraz chciałabym obejrzeć laboratorium.
    Skinął głową.
    – I jeszcze notatki oraz wyniki testów z RU 2.
    – Teraz? Będzie chyba lepiej, jeśli dam ci dyskietkę.
    – Nie, przejrzę papiery w łóżku i przemyślę wszystkie dane, zanim usnę. – Podeszła do drzwi. – Muszę się zdecydować, czy uznać cię za geniusza, czy mitomana.
    – Och, na pewno widzisz przed sobą cholernego geniusza – mruknął. – Co do tego nie ma żadnych wątpliwości.
    Tak, był cholernym geniuszem.
    To nie ulegało wątpliwości.
    Kate włożyła z powrotem ostatnie kartki do aktówki Noaha, położyła ją na podłodze obok łóżka i zgasiła lampkę na nocnym stoliku. Do pokoju sączył się już brzask wstającego dnia. Chciała jedynie przejrzeć zapiski Noaha, a przeczytała je dokładnie od pierwszej do ostatniej strony, zafascynowana kryjącymi się w nich możliwościami.
    Nie, nie możliwościami. Wspaniałymi cudami.
    Gdyby RU 2 było dostępne trzy lata wcześniej…
    W tym samym czasie, kiedy ojciec zmusił ją do podjęcia tamtej ohydnej decyzji, Noah pracował już nad RU 2 i testował swój wynalazek. Przełknęła ślinę, aby złagodzić przykry ucisk w gardle. To niemądre rozpamiętywać przeszłość. Co się stało, już się nie odstanie.
    Lepiej patrzeć przed siebie. Przykładając się solidnie do pracy, uzyska szansę dokonania czegoś wspanialszego, niż to sobie kiedykolwiek wyobrażała.
    Może stać się sama elementem tego wspaniałego cudu.

    Kiedy następnego ranka weszła do pokoju, Phyliss, Joshua i Noah siedzieli już przy stole.
    – Dzień dobry. – Oddała Noahowi aktówkę. – Dzięki. Interesująca lektura.
    – Cześć, mamo. Noah mówił, że trzeba pozwolić ci się wyspać. Chcesz naleśnika?
    – Napiję się tylko soku pomarańczowego. – Nalała sobie szklankę i usiadła. – Kończysz już?
    Chłopiec przytaknął.
    – Zaraz jedziemy do leśniczówki.
    Noah odezwał się dopiero teraz.
    – Co to znaczy: „interesująca”? – zapytał, marszcząc brwi.
    Przypominał małe dziecko, które domaga się pochwały po wygraniu konkursu. No cóż, nie doczeka się tego. Nie od niej. Ona obmyśliła już sobie sposób postępowania. Po tej nocy wgryzania się w tematykę RU 2 była w dostatecznym stopniu onieśmielona przez Noaha. Przy nim trudno jej będzie utrzymać się na swojej pozycji zawodowej.
    – Po prostu interesująca – odparta. – Upiła trochę soku. – Dobrze spałaś, Phyliss?
    – Jak kamień. A ty?
    – Też nieźle. Tutejsze powietrze dobrze mi robi. – Przeniosła wzrok na Noaha. – Zanim podejmę ostateczną decyzję, powinnam jeszcze porozmawiać z Sethem Drakinem, ale myślę, że na razie możemy tu zostać.
    Twarz Noaha rozjaśnił promienny uśmiech.

    – Ale tu bombowo! – zawołał Joshua z czwartego półpiętra wieży strażniczej w leśniczówce. – Zupełnie jak w domku na drzewie. Pośpiesz się, mamo.
    – Przecież się śpieszę! – odkrzyknęła. – Żebym tylko nie dostała ataku serca, zanim dotrę na górę. – Zerknęła przez ramię na Noaha. – Nie uprzedziłeś mnie, że ta wieża ma wysokość pomnika Waszyngtona.
    – Nie przesadzaj. Strażnik leśny musi być wysoko, żeby dojrzeć ewentualny pożar lasu.
    – Jeśli tam wejdę, nie będę już mogła zejść z powrotem – ostrzegła Phyliss.
    – Cześć. – Seth Drakin nachylał się z pomostu na samej górze, z jego twarzy emanował taki sam chłopięcy zapał, jaki widać było u Joshuy. – Fajnie tu, prawda?
    – Ekstra – przyznał chłopiec, przeskakując dwa ostatnie stopnie naraz. – Jak daleko stąd widać?
    – Ze trzydzieści mil. Miło znów cię widzieć, Joshua. – Seth podał mu lornetkę, którą trzymał w ręku. – Na północy zobaczysz duże jezioro.
    – Gdzie?
    – Pozwól, wyreguluję ci ostrość. – Seth uklęknął przy nim i nastawił lornetkę. – Teraz lepiej?
    Joshua przytaknął.
    – Rety, widzę nawet ptaka na sośnie! – Z lornetką przytkniętą do oczu przechylił się przez balustradę. – A tam ognisko…
    Kate już mu miała powiedzieć, aby odszedł od poręczy, ale Seth uprzedził ją.
    – Hej, nie opieraj się tak. Lyle nie cierpi wszelkich robót związanych ze stolarką, nie dba o to, musiałem mu więc obiecać, że będziemy bardzo ostrożni z tą poręczą, jakby była ze słomy.
    – Przepraszam. – Joshua cofnął się trochę. – Kto to jest Lyle? Strażnik leśny?
    – Tak. – Seth wskazał na północ. – Chcesz zobaczyć chatę, w której spędziliście ostatnią noc? Wyda ci się, że jest tuż, tuż. – Uśmiechnął się do Kate, która właśnie dotarła na górę. – Późno położyła się pani spać.
    – Widział pan stąd moją sypialnię? – zapytała ostrożnie.
    – No cóż… – Uśmiechnął się figlarnie. – Tak.
    Czy idąc spać, rozebrałam się w łazience, czy w sypialni? – zastanawiała się gorączkowo.
    – Ale nie jestem podglądaczem. Zerknąłem tylko raz i poszedłem sobie.
    Może tak było naprawdę. Jednak ten jego uśmieszek wydawał się zbyt niewinny.
    – A mój pokój też widziałeś? – zapytał Joshua.
    – Nie. Pewnie jest z drugiej strony domu.
    – Szkoda. A może zamienię się z mamą pokojami? Wtedy moglibyśmy przesyłać sobie sygnały.
    – Jeszcze o tym porozmawiamy. Myślę, że mam lepszy pomysł. – Seth odwrócił się do Phyliss, która stanęła właśnie na ostatnim stopniu. – Jestem Seth. A pani jest z pewnością Phyliss Denby.
    – Nie jestem tego pewna – odparła zadyszana. – Byłam nią, kiedy zaczynałam wchodzić na górę, ale w tym czasie mogłam przecież rozpocząć życie pozagrobowe. – Powiodła spojrzeniem po bezmiarze lasu i majaczących w oddali wzgórzach. – Może byłoby warto.
    – Co to za ognisko? – zapytał Noah, patrząc na północ.
    – Para spędzająca miesiąc miodowy – wyjaśnił Seth. – Odwiedziłem ich dziś o piątej rano, a oni nawet nie zaprosili mnie na śniadanie. – Z żałosną miną spojrzał na Phyliss. – Do tej pory zjadłem jedynie miseczkę płatków i wypiłem filiżankę kawy.
    – Moim zdaniem, to pełnowartościowy posiłek – powiedziała Phyliss ze słodkim uśmieszkiem.
    – Co z pani za babcia? – zawołał Seth z niesmakiem. – Według mnie, takie wyznanie powinno prowokować do zaproponowania czegoś konkretniejszego, na przykład pierniczków i pieczeni.
    – Czyżby przez ostatnie trzydzieści lat mieszkał pan w jaskini?
    – Czasem tak. – Uśmiechnął się do niej. – No dobrze. Zajmiemy się wspólnie gotowaniem?
    Odwzajemniła uśmiech.
    – Jeśli Kate zadecyduje, że zostajemy tutaj.
    Seth zwrócił się do Kate:
    – Chyba nie każe mi pani tkwić tu samotnie? Naprawdę nie podglądałem.
    – Zamieszkamy w leśniczówce? – zawołał Joshua, niemal podskakując z emocji.
    – Możecie tu zostać, ty, babcia i pan Drakin – powiedziała Kate. – Co ty na to?
    – Bomba! – Nagle zmarszczył brwi. – A ty?
    – Twoja mama musi popracować w laboratorium, w tamtej chacie, a zresztą jest tu tylko jedna sypialnia – wyjaśnił Seth. – Zostawię ją dla ciebie i twojej babci, a sam będę spał na kanapie w salonie.
    Joshua z namysłem pokręcił głową.
    – Nie chcę tak. Mama musi być ze mną.
    – Dzięki lornetce mógłbyś mieć oko na chatę – powiedział Noah. – A ja zaopiekuję się twoją mamą, obiecuję. Wiem, że nie postąpiłem mądrze ostatnim razem, ale to nie zdarza mi się często.
    – Może tak będzie dobrze – mruknął chłopiec bez przekonania. – Strzelasz bardzo celnie.
    – Jeszcze niczego nie ustaliliśmy – zastrzegła się Kate. – Najpierw muszę porozmawiać z panem Drakinem. Ale nawet, jeśli uznamy, że to dobry pomysł, będę wpadać tu do ciebie codziennie. – Po chwili dodała: – A ty mógłbyś odwiedzać mnie w chacie.
    – Obawiam się, że będzie zbyt zajęty – zaoponował natychmiast Seth. – Zanim Lyle wyjechał, obiecałem mu, że będę sprawdzał, czy w lesie nie wybuchł gdzieś pożar. Joshua musi mi pomagać. Ale pani może do nas przyjeżdżać.
    – Czy jest tu telefon? – zapytał chłopiec. Seth przytaknął.
    – Zaprogramowałem już w nim numer do chaty.
    – Phyliss? – zapytała Kate. Tamta kiwnęła głową.
    – Poradzę sobie.
    Kate wahała się jeszcze.
    – Nie zdecyduje się, dopóki nie obejrzy całej leśniczówki i nie przekona się, że to nie jakaś nędzna nora – uznał Seth. – Joshua, potrzymasz tu straż? Ja w tym czasie oprowadzę twoją mamę po domku, dobrze?
    – Jasne. – Chłopiec podniósł lornetkę do oczu. – Mam wypatrywać dymu?
    I wszystkiego innego, co mogłoby oznaczać problemy. – Seth otworzył drzwi przed Kate. – Miej oko na tych nowożeńców. Rano nie zwracali w ogóle uwagi na swoje ognisko.
    – Nie wiem, czy chcę, aby Joshua miał na nich oko – mruknęła Kate, wchodząc do środka. Domek był zaskakująco przytulny, w pokoju, oddzielonym od części kuchennej bufetem, stała kanapa pokryta płótnem oraz proste krzesło.
    – Zapewne odbędzie tu kilka lekcji biologii, ale kiedy ostatnim razem widziałem tych nowożeńców, siedzieli w namiocie. – Seth obrócił się do niej i cała chłopięca poza opadła z niego natychmiast jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. – No dobrze. Nie jest pani mnie pewna. Proszę pytać.
    – Odpowie pan na moje pytania?
    – Na większość z nich.
    – Na jakiej podstawie Noah uważa, że potrafi pan zapewnić mojemu synowi bezpieczeństwo?
    – Dobrze strzelam, nigdy nie gubię drogi w lesie, nie ufam nikomu. I dałem Noahowi słowo.
    – Ludzie cały czas łamią złożone przez siebie obietnice. Wzruszył ramionami.
    – Nie ja.
    – Coś jeszcze?
    – Lubię dzieci.
    Przekonała się o tym, obserwując, jak nawiązuje kontakt z Joshuą, nie była jednak pewna, jak dużo z dziecka tkwi w nim samym. Wydawał się teraz całkowitym przeciwieństwem tamtego mężczyzny, który owej nocy chciał dobić Ishmaru.
    – To pan poinformował Noaha o Ishmaru.
    – Co wcale nie znaczy, że jesteśmy kumplami. Znam wielu ludzi, Co pani opowiedziała synowi o Ishmaru?
    – Prawdę.
    – A to, że zamierzała pani pozbyć się go, gdyż tak byłoby bezpieczniej?
    – Skądże znowu! Myśli pan, że chciałam go nastraszyć?
    – Myślę, że on bardziej boi się o panią niż o siebie. – Uśmiechnął się. – Miły dzieciak. I bystry.
    – Nie chcę, aby czuł się zagrożony.
    – Zrobię wszystko, co w mojej mocy, ale nie mogę niczego obiecać. Ślepota może okazać się ryzykowna. – Spojrzał jej prosto w oczy.
    Jeśli odda pani syna w moje ręce, jest mój. Nie będzie przyjeżdżał do chaty, w przeciwnym razie umieszczenie go tutaj nie miałoby sensu. Pani może go odwiedzać, ale muszę być o tym uprzedzony telefonicznie, wtedy będę mógł wyjść naprzeciw i upewnić się, czy nikt pani nie śledzi. Jeśli uznam, że bezpieczniej byłoby przenieść go w inne miejsce, uczynię to. W takim wypadku postaram się zawiadomić panią o tym, ale jeśli przekonam się, że to ryzykowne, zachowam milczenie. Czy mówię jasno?
    – Nawet bardzo. – Powinna była czuć się urażona tak arbitralnym postawieniem sprawy; ostatecznie Joshua był jej synem i ona odpowiadała za niego. A jednak nie czuła urazy. Świadomość istnienia muru ochronnego, wzniesionego przez Setha wokół Joshuy, sprawiła jej ulgę. – Ale on i tak nie będzie pana, lecz mój. A jeśli dojdę do przekonania, że nie opiekuje się pan nim jak należy, zepchnę pana z tej wieży strażniczej. Czy to jasne?
    Uśmiechnął się.
    – Oczywiście. – Machnął ręką w stronę drzwi. – A teraz proszę poinformować syna, że udzieliła mi pani aprobaty.
    – Nie będzie się pan cieszył moją aprobatą – odparła sucho – jeśli przez pana i tę lornetkę Joshua zostanie cholernym podglądaczem.

    Ponad pół dnia zajęło im rozpakowywanie rzeczy Phyliss i Joshuy oraz rozlokowanie ich obojga w leśniczówce. Słońce prawie zachodziło, kiedy Kate i Noah wyruszyli wreszcie w drogę powrotną do chaty.
    Wchodząc na górę po schodach, czuła się dziwnie pusta.
    – Nie odzywałaś się w ogóle – zauważył Noah, otwierając drzwi. – Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Joshua jest zadowolony.
    – Wiem.
    – Seth zaopiekuje się nim jak trzeba.
    – Lepiej niech mnie nie zawiedzie.
    – Gdybyś naprawdę w niego wątpiła, nie zostawiłabyś chłopca w jego rękach. – Obserwował ją bacznie. – Co się dzieje? Nie chcę, abyś martwiła się czymkolwiek. W czym ci mogę pomóc?
    – Po prostu tęsknię za nim.
    – Pożegnałaś się z nim zaledwie dziesięć minut temu. A przecież kiedy jeździłaś codziennie do pracy, spędzałaś z dala od niego całe godziny.
    – W takim razie nie grzeszę rozsądkiem. Ale to nie to samo. Czuję się tak, jakbym wysłała go do jakiejś odległej szkoły z internatem. Nie zrozumiesz tego.
    – Chyba nie. – Podszedł do telefonu zainstalowanego na ścianie w kuchni. – Ale coś na to poradzę. – Przycisnął jeden klawisz. – Dwójka to leśniczówka – wyjaśnił, po czym rzucił do słuchawki: – Seth, daj mi Joshuę. – Podał słuchawkę Kate. – Porozmawiaj z nim.
    – Co mam mu powiedzieć?
    – Co tylko chcesz. Wypytaj go o jego pierwszy dzień w internacie. – Ominął bufet i wszedł do kuchni. – Co byś powiedziała, gdybym zajął się obiadem? Na przykład lasagna?
    – Może być – odparła machinalnie. – Cześć, Joshua. – Myślała gorączkowo nad tym, co powiedzieć. – Zastanawiałam się, czy nie przydałaby ci się druga lornetka…
    Dziesięć minut później odwiesiła słuchawkę.
    – I jak, czujesz się lepiej? – zapytał Noah.
    Rzeczywiście czuła się lepiej. Ten krótki kontakt pomógł jej pozbyć się wrażenia rozłąki z synem.
    – Tak. Skąd wiedziałeś, jak mnie pocieszyć?
    – Po prostu jestem nie tylko wspaniały, ale i wrażliwy. – Podniósł wzrok znad miseczki z przygotowywanym sosem pomidorowym i uśmiechnął się. – I wpadłem na dobry pomysł.
    Odwzajemniła uśmiech. Przepasany ręcznikiem kuchennym i umazany sosem na podbródku, nie wyglądał jak geniusz naukowy. Podeszła do bufetu.
    – Co mam robić? Pomogę ci.
    – Zrobisz najlepiej, wychodząc stąd. Jestem bardzo zaborczy, jeśli chodzi o mój sprzęt kuchenny.
    – Znasz jakiś tajny przepis kulinarny?
    – O tak. – Uśmiechnął się znowu. – Jeszcze tego nie zauważyłaś? Jestem specem od innych przepisów. Ale daję słowo, że nie przyrządzam teraz kolejnego RU 2. Tym razem robię coś wyłącznie dla podniebienia.
    W jego głosie usłyszała cień rozgoryczenia.
    – RU 2 może się okazać największym przełomem w dziejach medycyny. Uratuje miliony istnień ludzkich.
    – A pochłonęło już niemal setkę ofiar. – Po chwili dodał: – Nie, to ja jestem winien. Ja odkryłem RU 2. Wiedziałem, jakie mogą być skutki, a jednak nie przerywałem badań. Cokolwiek się wydarzy, ja będę temu winien. – Zdjął z ognia garnuszek z sosem. – I ty, jeśli mi będziesz pomagać.
    Zaskoczona wpatrywała się w niego długą chwilę.
    – Dlaczego mnie ostrzegasz? Prawie mnie porwałeś, żeby zmusić do pomocy nad tym projektem.
    – Po prostu chcę, żebyś wiedziała… Do diabła, sam nie wiem. – Wzruszył ociężale ramionami. – Chyba czuję się winny i chciałbym się tym podzielić, choćby w drobnym stopniu. A może chcę, abyś cisnęła to wszystko i wyjechała stąd…
    – A wtedy dogoniłbyś mnie i przekonał, że powinnam wrócić.
    – Może.
    – Na pewno. – Szorstkim tonem dodała:- A więc zamknij się. Nie urzekłeś mnie, sama podjęłam decyzję, że zostaję. Mogłam wyjechać stąd, ale zostałam. – Podeszła do kredensu. – Czy to twoje bzdurne poczucie własności w sprawach kulinarnych odnosi się także do nakrycia stołowego?
    – Nie. – Patrzył na nią, kiedy rozkładała talerze, i twarz rozjaśnił mu nikły uśmiech. – A więc nie uważasz, że mam w sobie coś urzekającego?
    – Przykro mi.
    – Do diabła. – Zdjął z ognia gotujący się makaron i podszedł do zlewu, aby go odsączyć. – Coś mi nie wychodzi.
    Nakrywając do stołu, uśmiechała się mimo woli. Zaczynała się czuć przy nim dobrze. Nie był dla niej w tej chwili owym znakomitym naukowcem, którego praca oszałamiała ją, ani też bezwzględnym uparciuchem, który przestrzelił jej oponę, lecz po prostu zwykłym wrażliwym człowiekiem. Stał się znowu Noahem, który siedział wtedy w restauracji i uśmiechał się do kelnerki, sprawiając, że czuła się przez moment najważniejszą osobą na świecie.
    Jednak Kate nie była Dorothy; miała spędzić z Noahem kilka najbliższych tygodni pod jednym dachem. Czekała ją wspólna praca z nim.
    – Pośpiesz się. – Noah polał makaron sosem. – Jeśli potrafisz, pozwolę ci wyjąć z piekarnika pieczywo czosnkowe.
    – To praca niewolnicza.
    – Właśnie.
    Do diabła ze wznoszeniem barier i upartym trzymaniem się swego. Nie potrafi pracować w atmosferze bezustannej czujności. Noah miał rację: teraz tkwią w tym razem, ona i on. Nie zaszkodzi się zaprzyjaźnić.
    – Sam sobie wyjmij ten chleb. Ja już swoje zrobiłam. – Usiadła przy stole, rozłożyła serwetkę na kolanach i oświadczyła: – Czekam na obsługę.
    Kiedy wróciła wieczorem do sypialni, dostrzegła na parapecie latarnię sztormową. Była zapalona, płomyk rzucał na ścianę ruchome cienie. Obok leżała kartka od Noaha:
    Z leśniczówki rzeczywiście można dostrzec ten pokój. Seth wpadł na pewien pomysł: możesz co wieczór zapalać latarnię i powiedzieć chłopcu, że w ten sposób mówisz mu „dobranoc”.
    Uśmiechnęła się, musnęła palcem szklany klosz latarni. Jak widać, Seth jest naprawdę człowiekiem dobrym i troskliwym. Nie sądziła, że potrafi myśleć o takich drobiazgach. Teraz z lżejszym sercem będzie mogła zostawiać Joshuę pod jego pieczą.
    Wpatrując się w ciemność, wyszeptała:
    – Może jednak wszystko się dobrze ułoży. Dobranoc, Joshua.
    Kiedy Kate zamknęła za sobą drzwi, Noah wystukał numer telefonu Tony’ego.
    – Najwyższy czas – mruknął Tony kwaśnym tonem. – Już myślałem, że zdmuchnęło cię z tej planety.
    – Przełączyłeś na system cyfrowy?
    – Tak, nazajutrz po naszej rozmowie.
    – To dobrze. Czy jeszcze ktoś zginął?
    – Nie. Co, u diabła, wydarzyło się w Dandridge?
    – Nic dobrego.
    – Moim zdaniem, to mało powiedziane. Czy ona zabiła policjanta? Noah nie odpowiedział od razu.
    – Co takiego?
    – Jest na nią nakaz aresztowania za zabicie niejakiego Caleba Brunwicka. Nie wiedziałeś o tym?
    Noah wymamrotał jakieś przekleństwo.
    – Jasne że nie. To jakaś bzdura. – A może jednak nie jest to wcale taka bzdura, pomyślał. Czy może być lepszy pomysł, niż oczernić Kate i rzucić podejrzenie na nią, skoro Ishmaru zawiódł? – A motyw?
    – Mówi się, że zbzikowała po śmierci eksmęża i teraz obwinia o wszystko departament policji. Wysłała do nich list z informacją, że odebrała życie za życie.
    – Falsyfikat.
    – A kilku jej współpracowników zeznało, że zdradzała ostatnio oznaki wyczerpania i depresji.
    Ogden najwidoczniej utkał już swą sieć i zaciska ją mocniej. Chryste, ten sukinsyn działa szybciej, niż to się wydawało możliwe.
    – Same kłamstwa.
    Byłoby dla niej lepiej, gdyby wróciła tam i wyjaśniła wszystko. Do tego właśnie chciał doprowadzić Ogden. A wtedy pułapka, przygotowana należycie, zatrzasnęłaby się na dobre. Gdyby natomiast nie zadziałała, do akcji wkroczyłby ponownie Ishmaru.
    – A co u Ogdena?
    – Barlow poinformował, że Ogden spotkał się wczoraj z trzema vipami.
    – Co to za faceci?
    – Rozpoznał tylko jednego. Kena Bradtona.
    – Niech to szlag!
    – A dzisiaj zjawił się w gospodzie na peryferiach miasta, gdzie pod fałszywym nazwiskiem zameldował się senator Longworth.
    – Jest pewien, że to Longworth?
    – Longwortha nietrudno zauważyć. Lubi znajdować się w centrum zainteresowania i prowadził już więcej przesłuchań senackich niż Joe McCarthy. – Tony umilkł na moment. – Ogden, jak widać, trzęsie wszystkim. Nie podobają mi się te koneksje w Waszyngtonie. Co zamierzasz?
    Niewiele mogę zrobić, pomyślał Noah ze złością. Dopóki nie uporam się z robotą, mam związane ręce.
    – Będę czekał. I obserwował. Pojedź jutro do Waszyngtonu. Zatrzymaj się w hotelu za miastem i nie pokazuj się tam, gdzie nie musisz. Nie chcę, żeby Ogden dowiedział się o twojej obecności w mieście.
    – Chcesz powiedzieć, że mam wreszcie zstąpić ze swojej góry? – W głosie Tony’ego zabrzmiał wyraźny sarkazm. – Myślałem już, że mam tu tkwić do końca tysiąclecia.
    Nie miał wyboru, musiał odsłonić Tony’ego. Wszystko się komplikowało.
    – Zadzwonię do ciebie jutro wieczorem na komórkę, wtedy podasz mi numer do hotelu.
    – Co z Barlowem?
    – Niech zostanie na razie w Seattle i obserwuje Ogdena – odparł Noah. – Uważaj na siebie, Tony.
    – Zawsze uważam. – Tony odłożył słuchawkę.
    I co teraz? – zastanawiał się Noah. Czy powiedzieć Kate o nakazie aresztowania? Może uda mi się ją przekonać, że powrót do Dandridge jest niebezpieczny, ale instynkt podpowie jej na pewno, że powinna zaufać Alanowi i oczyścić się z zarzutów. Wtedy należy się liczyć z konsekwencjami: w najlepszym razie byłaby to zwłoka z RU 2, w najgorszym – nawet śmierć Kate. Nie można dopuścić do żadnej z tych ewentualności.
    Tak więc nie wolno mówić Kate o nakazie.
    Boże, kopię sam pod sobą głęboki dół.

    Seth wpatrywał się w ciemność, wdychając z prawdziwą przyjemnością czyste powietrze, przesycone wonią sosen.
    Podobało mu się tu. Nie było może idealnie, ale przecież nic nie jest idealne. W każdym razie wolał na pewno ten zakątek Zachodniej Wirginii od piekła Kolumbii.
    Z kuchni dobiegał go lekki szczęk porcelany i szum wody z kranu. Phyliss zmywała naczynia. Miła kobieta. Miły dzieciak. Miła okolica. Może zostać tu dłużej, nawet kiedy Noah uporządkuje już ten cały rozgardiasz? Noah zawsze potrafił piąć się cierpliwie do celu. W przeciwieństwie do niego, Setha, któremu nigdy nie starczało na nic cierpliwości. Kiedy coś nie działo się tak szybko, jak on by tego chciał, sam przyśpieszał rozwój wydarzeń, nie bacząc na konsekwencje.
    Po jakimś czasie ruszyłby dalej.
    Zresztą kto chciałby tkwić stale w jednym miejscu? To zajęcie nie różni się od innych, jakimi się parał, tyle tylko, iż on przy okazji pomaga Noahowi. Po wykonaniu zadania ogarnie go jak zwykle zniecierpliwienie lub nuda albo też wydarzy się coś, co zmusi go do wyjazdu.
    Usłyszał skrzypnięcie drzwi zewnętrznych i zerknął przez ramię. Joshua wyszedł z domu.
    – Cześć. Ładny wieczór, co?
    Chłopiec stanął obok niego.
    – Jaka cisza! – Zacisnął dłonie na poręczy. – Nie myślałem, że będzie tu tak cicho.
    – Wcale nie jest cicho. Wsłuchaj się w odgłosy nocy.
    Dłonie chłopca otwierały się i zaciskały nerwowo na poręczy.
    – Tak… ale jakoś tu smutno. Czuję się tak samotnie… – Umilkł, odwrócił się plecami do Setha. – Przejdę się chyba na drugą stronę, popatrzę na ich chatę. – Odszedł szybkim krokiem.
    Zbyt szybkim.
    Wyglądało na to, że stara się umknąć przed czymś. Podobnie jak my wszyscy, pomyślał Seth. Witaj w klubie, mały. Ale ten chłopiec należał do niego, dopóki przebywał wraz z nim w tej leśniczówce, a ucieczki kończą się zazwyczaj nieszczęśliwie. Właśnie w takich chwilach jak ta odczuwa się szczególnie dotkliwie wszelkie bolesne przeżycia i szok związany z nagłą zmianą otoczenia.
    Seth podążył szybkim krokiem za Joshuą.
    Kiedy doszedł do węgła, stanął jak wryty.
    Joshua siedział na brzeżku tarasu przygarbiony, z nisko opuszczonymi ramionami, a po jego policzkach spływały ciche łzy. Chciał dać ujście dręczącemu go smutkowi w miejscu, gdzie nikt tego nie zobaczy. Seth potrafił to zrozumieć. On też nie chciałby, aby ktoś widział jego łzy.
    Czy powinien zostawić teraz chłopca samego i wrócić do domu?
    Chyba tak. Ten dzieciak jest ambitny i z pewnością nie chce, aby ktokolwiek wiedział, że płakał. Może akceptować słowa pociechy ze strony matki albo kogoś takiego jak Noah, ale Seth tylko by wszystko spartaczył.
    Chciał już odejść i nagle zawrócił. Do diabła z tym! Nie jest Noahem, ale co z tego? Chłopiec cierpi. A więc trzeba załatwić tę sprawę w jedyny znany sobie sposób.

    – Jadę do was – poinformowała Kate dwa dni później, rozmawiając przez telefon z Phyliss. – Przekaż to Sethowi. Prosił mnie, abym go uprzedzała o swoich odwiedzinach.
    – Nie ma go tu. Odbywa manewry razem z Joshuą.
    – Co takiego?
    – Słyszałaś. Powiedziałam mu, że nie będziesz tym zachwycona.
    – Gdzie są teraz?
    – Nad jeziorem. Dziesięć mil stąd na południe. On ma pager. Może skontaktować się z nim?
    – Nie, zaraz będę u ciebie. – Odłożyła słuchawkę.
    – Jakieś kłopoty? – zapytał Noah.
    – Dlaczego tak myślisz? – Jej głos był pełen ironii. – Tylko dlatego, że twój przyjaciel zabrał dziewięciolatka na jakieś manewry? Daj mi kluczyki od dżipa.
    – Pojadę z tobą.
    – Wystarczy, że mam do czynienia z jednym z was. Daj mi kluczyki.
    Wzruszył ramionami i zrobił, o co prosiła.
    Dziesięć minut później dżip toczył się po piaszczystej wyboistej drodze, ciągnącej się wzdłuż jeziora. Ani śladu poszukiwanych. Zatrzymała auto i wyskoczyła.
    – Joshua!
    Żadnej odpowiedzi. Gdzie oni są, do diabła?
    – Seth!
    Nadal brak odpowiedzi.
    Miejsce gniewu zajął lęk. Czym prędzej weszła w głąb lasu.
    – Joshua!
    – Czas odpowiedzieć. Twoja matka niepokoi się o ciebie, Joshua. A w takim wypadku nie możesz się przed nią ukrywać. – Seth wyłonił się z gęstwiny tuż obok.
    – Cześć, mamo. – Joshua postępował krok w krok za nim. – Wiedziałem, że to ty, zanim jeszcze zaczęłaś wołać. – Zerknął na Setha. – Jejku, ale masz węch. Super. Miałeś rację. Ona śmierdzi.
    – Słucham? – zapytała lodowatym tonem.
    Seth uśmiechnął się.
    – Bez urazy. Nie chodzi konkretnie o panią, ale o rasę ludzką w ogóle.
    Chłopiec zachichotał.
    – Ale my nie śmierdzimy, prawda? Nie kąpaliśmy się przed pójściem spać, a rano wytarzaliśmy się na ziemi.
    – Trochę jednak śmierdzimy – odparł Seth. – Trzeba co najmniej dwóch dni spędzonych na polu, aby pozbyć się przykrego zapachu cywilizacji.
    – O czym wy w ogóle mówicie? – zapytała Kate. – Czy to część waszych głupich manewrów?
    Uśmiech zniknął z twarzy chłopca.
    – Mamo, co ty wygadujesz?
    – Ona nie rozumie – powiedział spiesznie Seth. – Wiesz co, przejdź się trochę tą ścieżką, a ja w tym czasie wyjaśnię twojej mamie, o co chodzi, zgoda?
    – Mamo, nie robimy nic złego. Po prostu odbywamy manewry.
    – Manewry to element wojny. Wiesz, co myślę o…
    – Będę tu za dziesięć minut i masz mi wtedy określić wszystkie zapachy, jakie poczułeś. No, biegnij – polecił Seth.
    Kate odprowadzała syna wzrokiem, czując bolesny ucisk w sercu. A więc została już… wykluczona.
    – Przepraszam, że nie było nas w leśniczówce – odezwał się Seth. – Nie uprzedziła nas pani, że dzisiaj przyjedzie.
    Sama nie wiedziałam o tym do ostatniej chwili – odparła. Odwróciła się raptem na pięcie i bez wstępu przystąpiła do ataku. – Manewry? To przecież mały chłopiec! Nie chcę, aby bawił się w taki sposób.
    – To nie jest zabawa. – Uniósł dłoń, nie dopuszczając do protestu. – Nie mam zamiaru zaopatrywać go w broń palną ani maczetę. Z drugiej jednak strony, wiem, że jego ojciec bez żadnych skrupułów uczył go strzelać.
    – Do tarczy. Zresztą to też mi się nie podobało.
    – Właściwie pani obiekcje są dla mnie zaskoczeniem. – Uśmiechnął się. – Pani także jest typem wojownika. Zrozumiałem to od razu, kiedy się poznaliśmy.
    – Bitwy nie należy rozstrzygać za pomocą broni.
    – Ale tak właśnie bywa. Proszę popatrzeć na dziennik wieczorny.
    – W każdym razie nie chcę, aby mój syn mieszkał w getcie, gdzie musiałby stykać się bezpośrednio z tego typu zagrożeniem.
    – Tak, bo teraz mieszka w cichej, spokojnej dzielnicy, gdzie nie dzieje się nigdy nic złego. A jednak zamordowano jego ojca, a on się boi, że to samo może spotkać w każdej chwili jego matkę.
    Zachwiała się, jakby pod wpływem ciosu.
    – Zrobiłam, co tylko było możliwe, aby zapewnić mu bezpieczeństwo.
    Wzruszył ramionami.
    – W życiu bywa różnie. A zły los może dotknąć wszędzie, nie tylko w getcie. – Wyraz jego twarzy złagodniał nagle. – Proszę posłuchać: nie poddaję Joshuy jakimś treningom przeznaczonym dla komandosów. Po prostu chcę, aby nabrał wiary w siebie, aby był przekonany, że można dać sobie radę z rozmaitymi przeciwnościami losu. W tej chwili chłopiec czuje się bezradny i zalękniony jak diabli. Nie potrafił pomóc pani wtedy, gdy sądził, że powinien.
    – Przecież to jeszcze dziecko.
    – Ale z olbrzymim poczuciem odpowiedzialności. To z pewnością sprawa genów. – Umilkł na chwilę, jakby się nad czymś zastanawiał, i dodał: – Wczoraj wieczorem płakał.
    Zamarła.
    – I co pan zrobił?
    – Zignorowałem to. Udałem, że nie widzę. Joshua nie chciał, żebym o tym wiedział. Więc nie zauważyłem niczego. – Pokręcił głową. – Nie jestem jego matką. Jedyny sposób, w jaki mogłem go pocieszyć, to dodać mu otuchy, tak aby nie czuł się już bezradny, Powinnam tu być przy nim.
    – Nie, jeśli ma się mu zapewnić bezpieczeństwo. Nie miałem zamiaru obarczać pani winą, a tylko zwrócić uwagę na fakt, że Joshua powinien czuć się na siłach walczyć ze wszystkim, co dzieje się wokół niego.
    – Ale nie w ten sposób. Nie mogę… – Urwała, uświadamiając sobie, że nie przemyślała całej sprawy. Odkąd zaczął się ten koszmar, działała odruchowo, teraz jednak, kiedy chodziło o Joshuę, nie mogła sobie na to pozwolić. – Chwileczkę. – Milczała jakiś czas, usiłując zebrać myśli. – Czego właściwie pan go uczy?
    – Niczego, co ma związek z przemocą. Poruszania się po lesie, jak chodzić bezszelestnie, jak widzieć wszystko i nie być przy tym widzianym.
    – W takim razie skąd ta nazwa: manewry?
    – Po prostu taka właśnie wydawała się logiczna. Chłopcu się wydaje, że jest na wojnie.
    – Naprawdę? – wyszeptała wstrząśnięta.
    – Przecież to naturalne. I nikt nie może zmienić jego sposobu myślenia. Jest na to zbyt bystry. Na miłość boską, to naprawdę wojna. A pani zapewnienia, że zaopiekuje się nim, wcale nie poprawią mu samopoczucia. Zwłaszcza że zamartwia się właśnie pani losem.
    – Ale ja chcę się nim opiekować. To moja powinność.
    – Teraz jednak musiała pani upoważnić do tego mnie. – Spojrzał jej prosto w oczy. – Proszę mi pozwolić robić to po swojemu, Kate.
    – Nie ma mowy! – Po chwili jednak westchnęła ciężko. – Zresztą może ma pan rację. Może ta głupia zabawa w manewry pozwoli mu poczuć się bezpieczniej.
    Seth uśmiechnął się.
    – Świetnie. Chodźmy teraz do Joshuy, powiemy mu, że już się pani na niego nie gniewa. – Wziął ją za rękę. – Jeśli będzie pani grzeczna, pozwolimy pani nawet pobawić się z nami.
    Zawahała się, ale nie zabrała dłoni. Ramię w ramię poszli w tę stronę, dokąd pobiegł Joshua.
    Przypomniała sobie nagle dawne czasy, kiedy była małą dziewczynką i spacerowała po lesie razem z tatusiem. Dłoń Setha była twarda, chropowata… i dawała poczucie bezpieczeństwa. Dziwne, ale naprawdę czuła się bezpieczna u boku mężczyzny, który z zabijania uczynił swoją podstawową profesję. Czyżby podobnie czuł się przy nim Joshua, który ufa mu instynktownie? Powinna odsunąć się trochę od niego, nie jest już przecież małą dziewczynką. Nikt nie musi jej teraz prowadzić za rękę. A jednak nie czyniła nic, aby temu przeszkodzić.
    On sam rozwiązał jej konflikt wewnętrzny, uwalniając dłoń.
    – Joshua jest niedaleko przed nami.
    – Skąd pan wie?
    – Czuję jego zapach. Szampon Prell. Mydło Dove. To go zdradza. – Uśmiechnął się. – Jeden dzień bez kąpieli to za mało.
    – Ale musi wystarczyć. Zamierzam powiedzieć Phyliss, że od tej pory Joshua ma się kąpać.
    – Psuje nam pani zabawę.
    – Naprawdę potrafi pan rozpoznawać ludzi po zapachu?
    – Oczywiście. Joshua miał rację, mam supernos. W lesie sztuczne zapachy wyławia się momentalnie; są tak uderzające jak woń płonących zarośli. Przed pójściem na pole lubię nawet zakopywać swoje rzeczy na dzień lub dwa, aby przesiąkły zapachem ziemi.
    Jak to właściwie jest, wieść takie życie? – pomyślała. Życie pełne śmierci i nieufności, w tym samym stopniu zmienne, co jej – stabilne. Nie, ono było stabilne. Uświadomiła sobie z żalem, że nic w jej życiu nie jest już takie, jak dawniej.
    – Może ma pan rację, postępując w ten sposób – szepnęła.
    – Tak sądzę – uśmiechnął się. – Życie na krawędzi ma swoje zalety. Pani ceni to, co pośrednie. Założę się, że ja rozkoszuję się życiem w znacznie większym stopniu niż pani i Noah.
    – Na przykład waląc młotkiem we własny palec, bo kiedy się przestanie, można odczuć ulgę? – zapytała z niewinnym uśmieszkiem. – Myślę, że to odmiana masochizmu albo po prostu szaleństwo.
    – Och! – jęknął z udaną rozpaczą, a potem zawołał: – Chodź już, Joshua, pomóż mi! Twoja matka mnie atakuje.
    Chłopiec wyłonił się zza pnia dębu.
    – Nadal jest wściekła?
    – Nie, nie jestem wściekła, lecz głodna – odparła. – Czy któryś z was wziął coś do jedzenia, czy też zamierzacie żywić się płodami ziemi?
    – Nie tym razem – uspokoił ją Seth. – Zostawiłem nad jeziorem wypchany plecak. Ale Joshua musi zasłużyć na swój lunch. No więc? Jakie wyczułeś zapachy?
    – Liście. Zbutwiałe drewno. Coś miętowego. Gówno. – Zerknął na Kate. – Ja nie wyrażam się brzydko, mamo. Tam naprawdę były odchody jakiegoś zwierzęcia.
    – O ile pamiętam, uczyłam cię innych słów oznaczających to samo.
    Uśmiechnął się przekornie.
    – Seth mówi, że w lesie nie można tracić czasu i nawet mówić trzeba jak najszybciej. – Przeniósł wzrok na Setha. – Czy wymieniłem już wszystko?
    – Nie. Ale jak na pierwszy raz, spisałeś się nieźle. Idź teraz nad jezioro i przynieś plecak, żebyśmy mogli nakarmić twoją mamę. Po lunchu odszukasz jeszcze raz tamtą kupkę i zastanowimy się, jakie zwierzę ją zrobiło.
    – Dobrze. – Joshua puścił się pędem w stronę jeziora.
    – Proszę usiąść. – Seth wskazał na trawę pod drzewem, zza którego parę minut wcześniej wyskoczył Joshua. – Wygląda pani na zmęczoną.
    – Nie jestem zmęczona. Przeszłam pieszo jedynie ćwierć mili. Myśli pan, że ze mnie aż tak zniedołężniała staruszka?
    – Więc dobrze, to nie zmęczenie, lecz zbytnie napięcie. Na pewno zawiniła tu nadmierna eksploatacja komórek mózgowych. – Usiadł, wyciągnął nogi daleko przed siebie. – Powinna pani brać przykład ze mnie. – Oparł głowę o pień drzewa i zamknął oczy. – Nie należy myśleć, gdy można czuć.
    – Czy właśnie dlatego odnosi pan w życiu sukcesy?
    – Tak. – Otworzył jedno oko. – Och, czyżby w ten sposób próbowała mnie pani obrazić?
    – Oczywiście. – Usiadła obok niego. – Ale na panu, jak widzę, nie wywarło to żadnego wrażenia.
    Ziewnął przeciągle.
    – Owszem, wywarło. Ja jednak wybaczam pani.
    – Jestem wielce zobowiązana. – Umilkła na moment. – Czy to było bezpieczne, wysyłać Joshuę samego?
    – Tak.
    – Zapewne w przeciwnym razie wyczułby pan czyjś zapach, czy nie tak, Tarzanie?
    – Albo bym tego kogoś usłyszał.
    – Nawet Ishmaru? – Wzdrygnęła się. – On uważa się za indiańskiego wojownika.
    – Dużo mu do niego brakuje. To Indianin na pokaz. Wymyślił sam siebie. Czuć od niego płyn po goleniu, kadzidła i ziarno sezamowe.
    – Wyczuł pan to wszystko w ciągu tych paru krótkich chwil, klęcząc koło niego?
    – Starałem się. Kiedy ma się do czynienia z takim szaleńcem jak Ishmaru, lepiej wiedzieć o nim jak najwięcej. Dzięki temu można uratować własne życie.
    – Rozumiem. – Przechyliła głowę. – A ja? Czym pachnę?
    – Kiedy się poznaliśmy, poczułem u pani przede wszystkim zapach szamponu roślinnego. Chyba Cassis. Pewnie skończył się albo nie przywiozła go tu pani ze sobą, w każdym razie dziś umyła pani sobie włosy Prellem. I nie użyła żadnych perfum, ale za to talku do ciała Opium. – Uśmiechnął się. – To przyjemny zapach. Świeży i przyjemny.
    – Dziękuję – mruknęła nieco oszołomiona. – Jak przypuszczam, wie pan nawet, jakiej używam pasty do zębów.
    – Colgate. I płynu do płukania ust Scope.
    Roześmiała się.
    – Myślę, że nie chciałabym mieć tak dobrego węchu jak pan. Nie wszystkie zapachy są przyjemne.
    Uśmiech zniknął z jego twarzy.
    – To prawda, niektóre są wręcz okropne. – Znów zamknął oczy. – Takich nie należy przechowywać w pamięci.
    Domyśliła się, że Seth ma teraz na myśli coś szczególnego i konkretnego. Z pewnością życie konfrontowało go w przeszłości z wieloma nieprzyjemnymi sytuacjami.
    – Czy Joshua ma psa? – zapytał Seth.
    Nagła zmiana tematu zaskoczyła ją.
    – Nie.
    – A chce pani dla niego szczeniaka? Próbowałem uszczęśliwić nim Noaha, ale on ma teraz chyba zbyt wiele na głowie, aby zajmować się jeszcze psem.
    – To pański pies?
    – Tak jakby. Przybłąkał się w Kolumbii. Właśnie ukończył okres kwarantanny.
    Wygląda na to, że owe nieprzyjemne sytuacje przypomniały mu o psie, pomyślała. Ogarnęła ją dręcząca ciekawość, powstrzymała się jednak od zadawania pytań. Nie była to jej sprawa i chociaż Seth wydawał się bezpośredni w obejściu, miała niejasne wrażenie, że nie jest aż tak otwarty i nieskomplikowany, jak się to mogło wydawać.
    – Lepiej chyba będzie porozmawiać o tym trochę później.
    – Zgoda. Zresztą nie sądziłem, że pani się tym zainteresuje. Jest pani na to zbyt ostrożna.
    – Ostrożność to nic złego, nieprawdaż?
    – Nie. To miłe, solidne słowo. Podobnie jak „odpowiedzialność”, „szczerość” i „obowiązek”. – Seth ziewnął. – Ten sam bakcyl odmienił Noaha. Dawniej mój przyjaciel był o wiele zabawniejszy.
    – Jeśli liczy pan na sprzeczkę ze mną, to czeka pana rozczarowanie. Zrobiłam sobie dzień wolny od pracy, żeby się zrelaksować. I będę się tego trzymać.
    – A więc proszę usiąść wygodniej, nie tak sztywno.
    Zawahała się, ale po chwili oparła się plecami o pień drzewa. Przez sweter czuła wyraźnie jego twardy, chropowaty dotyk. Była odprężona mniej więcej tak, jak ciasno zwinięty drut. Kątem oka zerknęła na Setha. Sączące się przez splot gałęzi promienie słońca zapalały błyski w jego ciemnych, kasztanowatych włosach. Oczy miał zamknięte, dobrze umięśnione ciało zdawało się całkowicie zrelaksowane. Z wędką w ręku wyglądałby zupełnie jak jeden z tych małych chłopców na obrazach Normana Rockwella, pomyślała nieco rozdrażniona.
    Ale Seth nie zaliczał się już do dzieci. Był bardzo męski, a ona uświadomiła sobie zaskoczona, że reaguje na tę męskość. Jej odzew seksualny był wyraźny i intensywny, niemal zwierzęcy. Na pewno to wina otoczenia, bezpośredniej bliskości lasu, całej przyrody, pomyślała oszołomiona.
    – Joshua opowiadał mi, że dobrze rzucasz piłkę – odezwał się cicho Seth, zwracając się do niej na „ty”.
    – Owszem.
    – Grałaś już jako dziecko?
    – Dziewczynek nie przyjmuje się do ligi juniorów, jednak grywałam często z tatą. A ty?
    – Grałem, ale niewiele. W Newark, w stanie New Jersey, byłem łapaczem. Zawsze uważałem, że łapacze to gladiatorzy gry. I to przemawiało do mojej wyobraźni.
    – Ale jakiej gry? Również wojennej?
    – Mówisz o wielkiej historii Ameryki.
    Zdawała sobie sprawę, że zaczyna się odprężać. Słońce kładło się ciepłymi promieniami na jej twarzy, czuła woń trawy i ziemi, jak również zapach siedzącego tuż obok Setha, zapach piżmowy, wcale nie niemiły. Zdawał się harmonizować z innymi zapachami unoszącymi się wokół niej.
    – Słusznie, odpręż się – mruknął Seth. – Widzę, że lubisz las.
    – Wyczułeś i to? Za domem, w którym się wychowałam, był las.
    W każdą sobotę wybierałam się tam z ojcem na długie spacery. Ale tamten krajobraz różnił się od tego tutaj. Nie było żadnych wzgórz.
    – Mieszkałaś wtedy w Oklahomie?
    Przytaknęła.
    – W odległości mniej więcej pięćdziesięciu mil na południe od Dandridge. Mój ojciec był lekarzem internistą.
    – A matka?
    – Zmarła, kiedy miałam cztery lata. Zostaliśmy tylko we dwoje, ja i tata.
    – Byliście w dobrych stosunkach?
    – O tak, można to w ten sposób określić. – Po chwili dodała: – Tata był moim najlepszym przyjacielem.
    – Brak ci go?
    – Bezustannie.
    Pozostawił to bez komentarza. Dzięki Bogu, nie należał do tych ludzi, którzy uważają, że inni oczekują od nich wyrazów współczucia.
    – Był bardzo dobrym lekarzem i niezwykłym człowiekiem. Mogłam naprawdę uważać się za szczęściarę, mając takiego ojca.
    – Jeszcze jeden ideał. Jak Noah.
    Drgnęła zaskoczona.
    – Tak. – Dopiero teraz uzmysłowiła sobie, że Noah rzeczywiście przypomina jej ojca. Charakteryzowały go taka sama pasja działania i tak samo silnie rozwinięte poczucie odpowiedzialności.
    Zrób to dla dobra Joshuy. Nie próbuj przybijać mnie do jakichkolwiek gałęzi. Wcale nie chcę zostać ukrzyżowany.
    Całą siłą woli oderwała się od wspomnień, stłumiła je, tak jak robiła to wiele razy w ciągu ostatnich lat. Stała się już specjalistką w tłumieniu przykrych myśli. Na tym polegała jej sztuka przetrwania.
    – Noah wspomniał ci, że mój ojciec zmarł na raka?
    – Tak. Trzy lata temu.
    Na ścieżce pojawił się Joshua. Taszczył plecak i rozpromieniony machał do niej już z daleka.
    Odwzajemniła gest, patrząc na niego z zadowoleniem. Bolesne wspomnienie o ojcu zaczęło blednąc, a ów dziwnie intensywny seksualny płomień, rozniecony w niej przez Setha, zgasł w jednej chwili, jakby nigdy się nie rozpalił. Dobrze, że Seth nic nie zauważył. Nie sądziła, aby stracił wiele. Nie przywiązywałaby do tego większej wagi. Czuła się bezpieczna. Słońce świeciło tak radośnie! Trudno sobie wyobrazić, że w taki dzień mogłoby się wydarzyć coś złego.
    – Choćby jedną minutę w odpowiednim momencie – szepnął Seth.
    Odwróciła się do niego: wpatrywał się w nią z uwagą.
    – Tego właśnie powinniście się nauczyć, ty i Noah. Pozwalacie oboje, aby życie przytłaczało was swoim ciężarem. – Uśmiechnął się swoim dziwnym, urzekającym uśmiechem. – Nic nie jest w całości złe, jeśli wykorzystasz w odpowiednim momencie choćby jedną minutę. Ciesz się chwilą, Kate.

8.

    Tony zatelefonował do Noaha tydzień później. – Wczoraj przed gmachem Sądu Najwyższego odbyła się niewielka demonstracja.
    – Czego chcieli?
    – Domagali się wstrzymania eksperymentów i testów genetycznych.
    – Niech to szlag! Mówisz, że niewielka?
    – Mniej więcej pięćset osób. Niewykluczone jednak, że to zaledwie wierzchołek góry lodowej.
    – Informuj mnie, gdyby nastąpiły kolejne demonstracje.
    – Myślisz, że podżega ich Ogden?
    – Tak, do diabła! Za dużo tych zbiegów okoliczności!
    – Będę miał na wszystko oko. A co u ciebie?
    – Nie najgorzej.
    – Wymijająca odpowiedź.
    – Tego wymaga ostrożność, a ostrożność to jedna z reguł tej gry. Pamiętaj, że te reguły obowiązują również ciebie.

    – Już prawie północ. Kładź się spać.
    Kate podniosła wzrok znad slajdu, który oglądała bacznie pod mikroskopem.
    – Jeszcze chwilę – poprosiła Noaha i znowu spojrzała na slajd. – Chciałabym się upewnić, czy…
    – Ani sekundy dłużej. – Wyciągnął slajd z mikroskopu. – Jesteś zbyt zmęczona. I tak nie ufałbym twoim osądom.
    – Przecież czuję się świetnie. – Wyciągnęła rękę, chcąc odzyskać slajd. – I w ogóle nie masz prawa ingerować w to, co robię.
    Uchylił się zwinnie.
    – A kto może je mieć, jeśli nie ja? Nikt inny, lecz właśnie ja zagnałem cię do tej katorżniczej pracy.
    Znów sięgnęła po slajd.
    – Katorga na galerach staje się przeszłością. Oddaj mi to.
    – Zajmiesz się tym jutro. – Pociągnął ją za rękę, żeby wstała z krzesła. – Na dzisiaj starczy. Nie musisz harować dwadzieścia cztery godziny na dobę.
    – Wcale nie pracuję tak dużo. Po południu spędziłam trzy godziny w leśniczówce, razem z Joshuą.
    Delikatnie pchał ją ku wyjściu.
    – Co u niego?
    – A jak myślisz? Bawi się w najlepsze na Wyspie Skarbów wraz z Piotrusiem Panem.
    – Coś mi się zdaje, że pomieszałaś różne opowieści. – Starannie zamknął za sobą drzwi do laboratorium. – I jeszcze nigdy nie słyszałem, aby Setha porównywano z Piotrusiem Panem. Jeśli mnie pamięć nie myli, to po waszym pierwszym spotkaniu kojarzył ci się raczej z Kubą Rozpruwaczem. Ta nowa osobowość z pewnością rozśmieszyłaby go do łez.
    Tak, miał rację. Im dłużej przebywała w towarzystwie Setha Drakina, tym bardziej blakło pierwsze wrażenie, jakie odniosła na jego widok. Zdawała sobie z tego sprawę i to wytrącało ją trochę z równowagi. Wyglądało na to, że Seth czuje się dobrze w każdej skórze, jaką przybiera, a przy tym jest chyba zawsze sobą.
    – Wiesz dobrze, co mam na myśli. – Posłusznie idąc z Noahem do kuchni, rzuciła tęskne spojrzenie na drzwi laboratorium. – Wszystko, czego mi trzeba, to jeszcze jedna godzina.
    – Nie ufam ci. Gdybym cię tu zostawił, siedziałabyś tak do świtu. Pewnie ma rację, pomyślała. Z każdą minutą, z każdym dniem narastały w niej podniecenie i zapał.
    – Przecież ty sam przywiozłeś mnie tu do pracy.
    – Ale nie po to, abyś padła z przemęczenia. Jaki wtedy byłby z ciebie pożytek?
    – Nie możesz mieć wszystkiego. – Spojrzała na niego oskarżycielskim wzrokiem. – Chociaż na pewno dążysz do tego z całych sił.
    – Staramy się o to wszyscy. – Podał jej filiżankę kawy. – Wypij i kładź się spać.
    Zdumiona uniosła brwi.
    – Kawa?
    – Bezkofeinowa.
    Mogła się tego domyślić. Noah potrafił dążyć do obranego przez siebie celu. Nie po raz pierwszy wyciągał ją niemal przemocą z laboratorium. Od dwóch tygodni niańczył ją jak kwoka, gotował dla niej, a potem pilnował, aby zjadła wszystko jak należy, aby spała, ile trzeba, i odbywała codziennie spacery – wszystko dla jej dobra. Spacery zastępowała nieraz wyjazdami do leśniczówki, gdzie spotykała się z Joshuą.
    – Wprawiasz mnie w zakłopotanie. Czuję się trochę jak dziewica, którą się tuczy przed złożeniem w ofierze na ołtarzu.
    – Masz dziś, jak widzę, swój wieczór nieścisłości – uśmiechnął się Noah. – O ile wiem, tuczono zwierzęta, nie ludzi. I z pewnością nie jesteś dziewicą, chyba że Joshua został przez ciebie adoptowany. – Już bez uśmiechu dodał: – Robię, co tylko w ludzkiej mocy, abyś nie została poświęcona. Ani na moim ołtarzu, ani na żadnym innym.
    Wydał jej się nagle tak bardzo zmęczony i zrezygnowany, że poczuła przypływ współczucia. Odwróciła wzrok.
    – No cóż, zapewne dziewice i bez tego nabierają ciała. Słyszałam, że bywają przekarmiane. – Upiła łyk kawy i odstawiła filiżankę. – Nie piję więcej. Bo i po co, skoro i tak nie ma w niej tego, co najważniejsze?
    – Jutro wieczorem przestawimy się na gorącą czekoladę. Idź już spać.
    Pokręciła głową.
    – Jeszcze nie. – Skierowała się w stronę werandy. – Muszę wyjść na świeże powietrze.
    Wyszedł za nią i zamknął drzwi.
    – Nie bierzesz kurtki?
    I znowu kwoczy, pomyślała zrezygnowana. Widać, że puścił jej słowa mimo uszu.
    – Nie, przejdę się tylko trochę i zaraz wracam. A ty możesz już iść do łóżka.
    – Poczekam na ciebie.
    Podeszła do poręczy i wyjrzała w ciemność, wsłuchując się w odgłosy nocy. Noah pozostał przy drzwiach, czuła jednak na sobie jego wzrok.
    – Nie zamierzam uciekać.
    – Wiem. Jesteś zbyt zaangażowana. Teraz musiałbym wypędzać cię stąd siłą.
    – Osiągnęłam dziś wspaniały wynik: dziewięćdziesiąt dwa procent.
    – Musisz dojść do dziewięćdziesięciu ośmiu.
    – A więc pozwól mi wrócić do laboratorium.
    – Nie dziś. Nie ma mowy.
    Odmowa nie zaskoczyła jej. Wiedziała, że Noah nie ustąpi.
    – W przyszłym tygodniu dojdę do dziewięćdziesięciu ośmiu.
    – To dobrze.
    – Dobrze? Rewelacyjnie. Przecież tego właśnie chciałeś, czyż nie?
    – Tak jak i ty.
    Skinęła głową. Oddychała głęboko, rozkoszując się rześkim powietrzem.
    – Nigdy przedtem nie byłam w Zachodniej Wirginii. Podoba mi się tutaj. Tyle pięknych drzew… A ja myślałam zawsze, że nie ma tu nic prócz kopalń węgla.
    – Jeśli lubisz drzewa, powinnaś kiedyś znaleźć się tam, gdzie się urodziłem. Rodzice mieli letni domek na północ od miasta, a lasy są w okolicy tak gęste, że czujesz się, jakbyś szła w tunelu z zieleni.
    – Twoi rodzice żyją?
    – Nie, matka zmarła, kiedy byłem jeszcze młodym chłopcem, a ojciec dwanaście lat temu. Atak serca. – Skrzywił się. – Chyba nigdy nie układało mi się z nimi jak należy. Dla ojca istniały przede wszystkim sprawy zawodowe, miał za mało czasu, aby poświęcić więcej uwagi mnie lub mojej matce. Rozwiodła się z nim, kiedy byłem jeszcze chłopcem. Ale on nie dał za wygraną, podjął walkę i uzyskał prawo do opieki nade mną.
    – W takim razie musiałeś dla niego wiele znaczyć.
    – Może. Nie wiem. Jako jego syn miałem w przyszłości przejąć zarządzanie firmą. – Pokiwał głową. – Chryste, jak on kochał tę swoją firmę! W tworzenie J. & S. zaangażował się cały, bez reszty. Nie zostawił innym nic do roboty.
    – Ale ta firma znaczyła wiele także dla ciebie.
    – Ojciec wciągnął mnie w to bardzo wcześnie, nie miałem wyboru. Jednak próbowałem ze wszystkich sił wyrwać się z tego, nie chciałem zarządzać firmą. Zamierzałem studiować, zdobyć dyplom, ale ojciec obciął mi fundusze, zanim jeszcze zdołałem ukończyć studia. – Uśmiechnął się krzywo. – Powiedział, że przyda mi się trochę wiedzy medycznej, skoro mam zarządzać firmą farmaceutyczną, ale dyplom nie jest mi potrzebny.
    – I co wtedy zrobiłeś?
    – Eksplodowałem. Kazałem mu iść do diabła i zdecydowałem się na krok najbardziej dla niego bolesny: zaciągnąłem się do wojska.
    – I tam poznałeś Setha?
    – Seth, Tony Lynski i ja służyliśmy razem w siłach specjalnych. Byliśmy w jednostce wysyłanej przez CIA w tajnych misjach. – Wzruszył ramionami. – Prędko się zorientowałem, że nie nadaję się do tego. Kiedy okres służby dobiegł końca, wróciłem do domu. Ułożyłem się z ojcem, ukończyłem naukę i zacząłem pracować w firmie. Po jej śmierci korciło mnie jak diabli, żeby zaangażować zespół fachowców i powierzyć im kierowanie J. & S., a jednocześnie stworzyć w innym miejscu niezależne laboratorium.
    – Dlaczego tego nie zrobiłeś?
    – To wszystko było moje. Firma, pracownicy…
    – Podobno z czasem każdy upodabnia się do swoich rodziców.
    – Uważasz, że stałem się taki, jak mój ojciec? Nic z tego. Starałem się nie pracować bez wytchnienia, mieć coś z życia. Próbowałem przy tym zestawić bilans. Pracownicy byli moimi ludźmi, musiałem się nimi zaopiekować. – Wykrzywił usta w bolesnym grymasie. – Nie spisałem się najlepiej, co?
    – Nie mogłeś wiedzieć, że Ogden posunie się do…
    – Nie musisz mnie usprawiedliwiać. Sam wiem, co zrobiłem. – Otworzył drzwi. – Powinnaś już iść spać.
    Ma iść do łóżka, bo on się zdenerwował? Przez chwilę zapragnęła sprzeciwić się, stawić mu opór, mimo woli jednak poczuła, że jest skłonna poddać się jego woli. Był rozgoryczony. A ona? Nic się nie stanie, jeśli na chwilę zapomni o swojej niezależności. Podeszła bliżej.
    – Co robisz w takich chwilach, kiedy nie zmuszasz mnie do jedzenia i picia kawy? – zapytała.
    – Załatwiam rozmaite sprawy przez telefon. Rozmawiam z Sethem, informując go o wszystkim, co trzeba. – Umilkł. – Przygotowuję się – dodał.
    – Do czego?
    – Do apokalipsy. Zaprojektowanej i sterowanej przez pana Raymonda Ogdena.
    Zmarszczyła brwi.
    – Co masz na myśli?
    – Pogadamy o tym, kiedy już będzie gotowe RU 2.
    – Dlaczego nie teraz? Sądzisz, że jestem zbyt kapryśna lub płochliwa, aby koncentrować się jednocześnie na dwóch sprawach?
    Otrząsnął się.
    – Żałuję, że użyłem wtedy tego słowa.
    – Powinno w ogóle zniknąć z naszego języka. A więc? Naprawdę tak sądzisz?
    – Sądzę, że jesteś absolutnie wspaniała i tak twarda jak Skała Gibraltarska. Ale, moim zdaniem, nie musisz mieć wszystkiego na swoim talerzu, podczas gdy ja nie mam nic do roboty. – Uśmiechnął się. – Nie mogę cały czas tylko kręcić młynka palcami. Pewnie bym oszalał. Pozwól mi odetchnąć, Kate.
    – Nie pojmuję, dlaczego… – Och, co za różnica, powiedziała sobie nagle zniecierpliwiona. Tak naprawdę nie miała teraz ochoty rozmyślać o pracy czekającej ją w laboratorium. Chwila zwycięstwa zbliżała się nieustannie, ona sama była w zbyt radosnym nastroju. – W każdym razie nie zamierzam siedzieć bezczynnie i pozwalać, abyś ty układał wszystkie plany, wiesz?
    – Nawet mi to nie przyszło do głowy.
    – Akurat! – Rzuciła mu sceptyczne spojrzenie i weszła do domu.
    – Co byś chciała na śniadanie? – zawołał za nią Noah.
    – Prawdziwą kawę.
    – Nie ma sprawy. O siódmej rano wolno ją pić.
    – O szóstej.
    – Drzwi laboratorium pozostaną zamknięte do siódmej piętnaście, tak że możesz sobie spokojnie pozwolić na dodatkową godzinę snu. Na siódmą przygotuję śniadanie: jajka, bekon i tosty oraz prawdziwą kawę. – Uśmiechnął się. – Będziesz mogła zabrać do laboratorium termos z kawą i dzięki temu nie pokazywać się aż do południa.
    – Jesteś bardzo miły.
    – Staram się.
    Nieznana jej dotąd nuta w jego głosie sprawiła, że Kate odwróciła się i spojrzała na niego, a kiedy spotkali się oczami, drgnęła. Coś się nagle zmieniło, to nie ulegało wątpliwości. Jeszcze przed chwilą czuła się po prostu poirytowana, zniecierpliwiona, teraz natomiast była… zaintrygowana.
    Niech to diabli!
    Co się z nią dzieje? Zdawało jej się, że cały ten lęk i chaos, jakich doświadczała od chwili śmierci Michaela, uwolniły ją od niemiłego balastu ostatnich lat, czyniąc ją otwartą i bardziej dostępną niż do tej pory. Odkąd rozwiodła się z Michaelem, nie czuła nic do żadnego mężczyzny, a teraz pociągało ją aż dwóch naraz. Kilka dni temu ogarnęło ją podniecenie seksualne na sam widok Setha Drakina, dziś uświadomiła sobie, że czuje coś do Noaha. Ale to wrażenie różniło się od poprzedniego, było łagodniejsze, wcale nie zwierzęce. Kojarzyło się raczej z ciepłą bryzą niż ze sztormem. Może nawet nie było zabarwione erotycznie; wydawało się raczej czymś w rodzaju głębokiego podziwu i potrzeby bycia blisko tej drugiej osoby.
    Jednocześnie Kate pragnęła jego dotyku, ciepła jego ramion.
    On również pragnął jej dotknąć. Zdradzało go lekkie, a zarazem wyraźne napięcie ciała.
    Idąc szybkim krokiem przez salon, a potem przez hol do sypialni, czuła na sobie jego wzrok.
    Jutro wszystko wróci do normy. Noah nie chce żadnych komplikacji, podobnie zresztą jak ona. Zignorują więc po prostu ten krótki moment i skoncentrują się na tym, co istotne.
    Otworzyła drzwi sypialni.
    Latarnia sztormowa, zapalona, stała na parapecie okiennym.
    Na moment opadły Kate wyrzuty sumienia: zaabsorbowana pracą w laboratorium zapomniała dziś zapalić lampę dla Joshuy.
    Ale Noah nie zapomniał.
    Staram się, Kate.
    Opiekuńczy, miły, pełen ciepła.
    Poczuła się nagle jak zalęknione dziecko w ciemnościach, złaknione pomocnej dłoni. Nie chciała się tak czuć. Nie chciała być zdana na pomoc innych.
    Niech to diabli!
    – Siódma co do minuty – powitał ją Noah następnego ranka, kiedy weszła do kuchni. Zdjął z patelni plastry skwierczącego bekonu i ułożył je na dwóch talerzach. – Zajmij się kawą. Ja teraz nie mogę.
    Zachowuje się tak, jakby wczorajszego wieczoru nie było tamtej chwili, pomyślała. No tak, ale czego się spodziewała? Że Noah powali ją tu, w kuchni, na podłogę i posiądzie gwałtownie, dając upust dzikiej żądzy? Naturalnie mogła teraz odetchnąć z ulgą.
    Jednocześnie czuła się rozczarowana i zbita z tropu. Oto co wart jest jej seksapil.
    – Pośpiesz się, przyrzekłem ci przecież, że znajdziesz się w laboratorium o siódmej piętnaście – przerwał jej rozmyślania Noah, podając jajecznicę.
    – Daj mi sposobność, żebym się popisała. – Zdjęła z kredensu filiżanki i podstawki. – Przykro mi, że psuję ci rozkład dnia.
    To twój rozkład dnia. – Położył talerze na blacie, gdzie już przedtem umieścił podkładki i postawił sok pomarańczowy. – To ty nie chciałaś wczoraj wyjść z laboratorium. Ja staram się tylko ułatwić ci życie.
    – Któregoś dnia osiągniesz ten cel. – Uświadomiła sobie, że znowu się przekomarzają, a więc powrócili do stylu typowego dla ostatnich tygodni. Napełniła filiżanki kawą i ustawiła je na blacie. – Nie ma tostów? I jak się spisujesz?
    – Spisuję się znakomicie. – Z tajemniczym uśmiechem podszedł do piekarnika. – Bułeczki. Upiekłem je z niczego.
    To oznaczało, że spędził w kuchni wiele czasu.
    – Pewnie wiesz, że kiedy już przekażę ci wyniki swojej pracy, nie będziesz mógł liczyć na rewanż z mojej strony.
    – Myślę, że znajdę jakiś sposób, abyś mogła mi to wynagrodzić. Zesztywniała.
    – Naprawdę?
    – Niech to szlag! – Zatrzymał się w pół ruchu. – Widzę, że trafiłem w czuły punkt, co? A więc lepiej porozmawiajmy o tym. – Odstawił bułeczki, odwrócił się i spojrzał jej prosto w oczy. – Wcale nie chcę ci grać na nerwach.
    – Nie jestem zdenerwowana.
    – Akurat! – Skrzywił się z niedowierzaniem. – No dobrze, jestem tylko człowiekiem. Mam ochotę iść z tobą do łóżka. Chodziło mi to po głowie jakiś czas, co jednak wcale nie znaczy, że mam do ciebie żal.
    – Jakiś czas? – powtórzyła zaskoczona.
    – A co, myślisz, że uderzyło mnie to w jednej chwili, jak piorun? Może ty to tak odczuwasz, ale ja nie byłem aż do tego stopnia pochłonięty pracą. – Jakby od niechcenia dodał: – Naprawdę atrakcyjny z ciebie kociak, kochana doktor Denby.
    Poczuła, że staje w pąsach. To niemądre z jej strony, tak bardzo się peszyć. Zwłaszcza że dla niego tamten moment wczorajszego wieczoru miał charakter czysto erotyczny. Ale takie nastawienie to nic nowego u mężczyzn. Noah z pewnością nie byłby zachwycony, gdyby mu wyznała, że w jej wypadku głównym uczuciem było pragnienie doznania otuchy i kontaktu emocjonalnego, a nie przeżycia uniesień seksualnych.
    – Wszystko przez to, że przebywamy blisko siebie – powiedziała.
    – Możliwe – przytaknął. – I niewykluczone, że to się powtórzy. Oboje odczuwamy potrzeby zgodne z naturą. Ale te sprawy nie odbiją się na niczym; chcę, abyś o tym wiedziała.
    Dzięki. Wcale nie myślałam, że może być inaczej. – Usiadła i zajęła się swoim śniadaniem, starając się stłumić rozczarowanie – w tym samym stopniu irracjonalne, w jakim racjonalne było podejście Noaha do sprawy. Przecież on po prostu wypowiedział na głos to, o czym ona tylko myślała. Są kolegami, a przyjechali tu, aby pracować. Nie mają czasu na nawiązywanie kontaktów, ani o charakterze seksualnym, ani emocjonalnym. – Ale cieszę się, że wyjaśniliśmy sobie wszystko.

    – To już prawie cztery tygodnie – powiedział Ishmaru, kiedy dodzwonił się do Ogdena. – Czekałem na telefon, a tu nic.
    – Nie powiedziałem, że zadzwonię. W ogóle nie jesteś mi już potrzebny, palancie.
    – Gdzie jest Kate Denby?
    – Nie wiem. Nie dzwoń do mnie więcej. – Ogden odłożył słuchawkę.
    Ishmaru ponownie wystukał numer telefonu – i tym razem połączył się z Williamem Blountem. Jeśli nie z jednym, może pogadać z drugim, nic nie szkodzi. To Blount go zatrudnił, co więcej: respektował jego moc. Ogden był niczym wielki, niezgrabny niedźwiedź, Blount natomiast kojarzył się zawsze z czarnym, śliskim wężem, który leży przywarty szczelnie do ziemi, czekając na moment dogodny do ataku.
    – Gdzie jest Kate Denby? – zapytał Ishmaru.
    – Witaj, Jonathanie. – Głos Blounta był gładki jak aksamit. – Pan Ogden jest z ciebie bardzo niezadowolony. Obawiam się, że będziemy musieli się rozstać.
    – Gdzie ona jest?
    – Jeszcze nie zdołaliśmy ustalić miejsca jej pobytu.
    – Muszę ją mieć. – Umilkł na chwilę. – Albo Ogdena. Albo ciebie. Możesz wybierać.
    Blount zachichotał.
    – Interesujący wybór. Chętnie zadowoliłbym cię dwiema pierwszymi osobami, ale aktualnie nie jest to możliwe.
    – Jak ją odnajdę?
    – Poczekaj chwilę. – Ishmaru usłyszał jego przytłumiony głos; widocznie Blount zakrył słuchawkę dłonią: – Zajmę się tym, sir, z całą pewnością. Do widzenia, panie Ogden. – Jeszcze parę sekund i Blount powrócił do rozmowy z Ishmaru. – Czekaliśmy, żeby wypłynęli gdzieś na powierzchnię. Ale rzeczywiście nie zaszkodzi, jeśli pozwolimy ci poszperać trochę tu i tam. Jedyny trop, jaki mamy, to Tony Lynski, prawnik Smitha.
    – Lynski znajdował się na mojej liście – przypomniał sobie Ishmaru.
    – Otóż to. Zniknął w tym samym czasie, kiedy uległa zniszczeniu fabryka. Wpadliśmy niedawno na jego ślad, który doprowadził nas do domku w górach Sierra Mądre, ale gdy tylko zjawił się tam nasz człowiek, Lynski czmychnął natychmiast.
    – Czy może wiedzieć, gdzie ona jest?
    – Możliwe.
    – Chcę znać adres tego domu w górach.
    – Lynskiego już tam nie ma.
    – Muszę mieć ten adres.
    – Doskonale. – Blount podał adres i dodał: – Powodzenia. Oczywiście, jeśli coś znajdziesz, nie omieszkam wynagrodzić cię sowicie.
    Mówi w swoim imieniu, nie Ogdena, uświadomił sobie Ishmaru. Wąż zaczyna prostować swoje zwoje.
    – Byłoby jednak lepiej, gdybyś dzwonił na mój prywatny numer. Pan Ogden może być niezadowolony z twojego udziału w tej sprawie. Dobrze wiesz, że uzyskasz u mnie wszystko, czego chcesz.
    – Chcę mieć więcej informacji – oświadczył Ishmaru i odłożył słuchawkę.
    Ogden nie doprowadzi go już chyba do chwili triumfu, ale zastąpi go Blount. Zawsze można znaleźć kogoś chętnego do uczestniczenia w grze, której stawką są śmierć i chwała. Takim właśnie typem wydał mu się Blount już w pierwszej chwili, kiedy się poznali. Blount posiadał jakiś tajemniczy instynkt. Był zbyt sprytny, aby zostać wojownikiem, ale Ishmaru dostrzegał w nim duszę szamana, czarownika siedzącego w namiocie i knującego coś nieprzerwanie z myślą o własnej chwale.
    Spojrzał na trzymaną w dłoni kartkę z adresem. Ogden dał za wygraną. Ale on nie zrezygnuje. Odnajdzie Lynskiego. Potrafi zbierać informacje. Może na drodze wiodącej do Kate odniesie więcej triumfów, nie tylko jeden.
    Kate. Dziwne. W jego myślach pojawiała się czasem jako Kate, a czasem jako Emily. Coraz częściej jednak postać Kate bladła, ustępując miejsca Emily.
    – Nadchodzę, Emily – wyszeptał. – Cierpliwości! Odnajdę cię.

    Ishmaru.
    Kate zbudziła się nagle, usiadła w łóżku, serce waliło jej jak młotem.
    To nic, próbowała uspokoić samą siebie. Nic się nie stało, to tylko zły sen.
    O Boże, Ishmaru!
    Wyskoczyła z łóżka, na chwiejnych nogach podbiegła do okna. Joshua…
    Joshua jest bezpieczny. Seth i Phyliss czuwają nad nim.
    To był tylko zły sen, niejasny i bezładny… i straszny. Na szczęście Joshua jest bezpieczny. I ona też.
    Nie, wcale nie czuła się bezpieczna. Po raz pierwszy, odkąd zamieszkała w tej chacie, była przerażona. Nie przejmowała się tym, że zachowuje się jak głuptas. W tej chwili pragnęła jednego: aby Joshua był nie w tej cholernej leśniczówce, lecz przy niej – tak blisko, żeby mogła go dotknąć.
    To głupie. Nie może przecież zadzwonić tam i obudzić go w środku nocy.
    Trzęsła się cała jak galareta. Przytrzymała się parapetu, kurczowo zacisnęła na nim dłonie.
    Potrzebuję pomocy. Nie chcę już być tu sama.
    Nie wiedziała nawet, do kogo się zwraca.
    Do Setha?
    Natychmiast odrzuciła tę myśl. Nie wiedziała nawet, skąd jej to przyszło do głowy. Seth był ostatnią osobą, jakiej potrzebowała w swoim życiu. To tylko pociąg fizyczny, nic więcej. Już raz, kiedy młodość i uleganie impulsom omamiły ją do tego stopnia, że przestała na jakiś czas myśleć w typowy dla siebie chłodny i analityczny sposób, zgodziła się zawrzeć związek małżeński, który okazał się wkrótce wielkim nieporozumieniem. Ale wtedy miała i tak trochę szczęścia: jeśliby Michael okazał się człowiekiem mniej statecznym i solidnym, ich małżeństwo stałoby się koszmarem. W wypadku Setha Drakina miałaby natomiast do czynienia z osobą, w której nie ma ani odrobiny stateczności.
    A Noah?
    Pomyślała o nim i natychmiast owładnęła nią fala ciepłego uczucia. Tak, pewnie zwracała się do niego, błagając przed chwilą o pomoc. Noah mógłby zapewnić bezpieczeństwo. Noah mógłby jej pomóc. Łączyło ich wiele: choćby wykształcenie i cele życiowe. Noah stał się dla niej przyjacielem, a z czasem ów ulotny moment intymności pomiędzy nimi mógłby przekształcić się w coś więcej.
    Sama myśl o Noahu wystarczyła, aby zapomnieć o tamtym koszmarze.
    Jednak Noah nie chciał od niej nic prócz całkowitego zaangażowania w pracę. A jej ostatni wynik, dziewięćdziesiąt sześć procent, oznacza, że zbliża się koniec badań.
    Ale nawet jeśli on jej nie chce, to co? Nieważne. Jedynie w takich krótkich chwilach słabości jak teraz wydaje się jej, że potrzebuje kogoś u swego boku. To przejdzie.
    Jutro będzie znowu silna, jak zawsze.
    Stała, popijając kawę, kiedy o wpół do szóstej do kuchni wszedł Noah.
    – Usłyszałem, że się krzątasz. Wcześnie dziś wstałaś. – Przesunął wzrokiem po jej szarym swetrze, spodniach i tenisówkach. – Jak widzę, nie bierzesz się dziś do roboty?
    – Przykro mi, że cię rozczarowuję – odparła lakonicznie.
    – Nie jesteś sprawiedliwa – mruknął cicho. – Nie przypominam sobie, abym zaganiał cię do laboratorium siłą.
    – Nie mam ochoty bawić się w sprawiedliwość – odparła. – Spałam fatalnie, boli mnie głowa i zaczynam mieć dość tej harówy nad twoim cholernym RU 2. – Dopiła kawę i odstawiła filiżankę. – Poza tym chcę się zobaczyć ze swoim synem.
    Nie odrywał od niej wzroku.
    – Dlaczego nie spałaś dobrze?
    – Skąd mam wiedzieć?
    – Sądzę, że jednak wiesz.
    – Może ci się zdaje, że mam chętkę na ciebie? – Wzrokiem pełnym dezaprobaty zmierzyła go od stóp do głów. – Nawet o tym nie myśl.
    – Ojej! – skrzywił się pociesznie. – Jak widzę, jesteś w okropnym nastroju.
    – Mam do tego prawo. Nie muszę tryskać cały czas słodyczą i uśmiechem. – Podeszła do drzwi. – Zadzwoń do Setha i powiedz mu, że już jadę.
    – Tak jest, proszę pani.
    Ignorując jego sarkazm, zbiegła po schodkach i zanurzyła się w gęstwinie lasu. Gałęzie drzew tworzyły w górze liściasty baldachim, pod którym panował półmrok i przyjemny chłód.
    Jak przyjemnie móc pobiegać znowu, jak dawniej. Czuła krew pulsującą w żyłach i zbawienne odprężenie, które pozwalało jej zebrać myśli.
    Chciwie wdychała wilgotną woń drzew i liści oraz rozmiękłej ziemi, uginającej się pod nogami.
    Przez pierwsze dwie mile ścieżka wiodła poziomo, dalej już wznosiła się wyżej, ku wzniesieniu, na którym stała leśniczówka.
    Wkrótce zaczęły się buntować płuca, ale zapał i podniecenie okazały się silniejsze. Nie zważała na zmęczenie.
    Miała wrażenie, jakby na całej planecie nie było teraz nikogo prócz niej.
    RU 2 przesunęło się w jej świadomości na dalszy plan, skryty za mgłą.
    Zniknął też Noah.
    Przestał istnieć nawet Ishmaru.
    – Cieszy mnie, że tak bardzo się śpieszysz na spotkanie ze mną, Kate.
    Ishmaru!
    Zatrzymała się w miejscu jak wryta.
    – Hej, nie chciałem cię nastraszyć. – Seth podbiegł bliżej, przystanął. – Jesteś blada jak upiór.
    To nie Ishmaru. Ale tamten koszmar najwidoczniej tkwi w niej nadal.
    – Napędziłeś mi stracha. Zazwyczaj czekasz na mnie dopiero na ostatniej mili.
    – Zobaczyłem, jak biegniesz, i pomyślałem sobie, że możemy pobiegać razem. – Uśmiechnął się. – Ścigamy się do leśniczówki? – Odwrócił się i pomknął przed siebie.
    – Oszukujesz! – zawołała, ruszając za nim…
    W odpowiedzi roześmiał się tylko. Piotruś Pan, pomyślała zrezygnowana.
    Kiedy dotarła na miejsce, Seth siedział już na schodach.
    – Co tak długo? – zapytał z niewinną miną.
    – To nie był uczciwy wyścig. – Spojrzała na niego wilkiem i opadła na stopień, zasapana. Seth, zarumieniony od biegu, wyglądał jak okaz zdrowia i siły, a jej humoru nie poprawił fakt, że oddychał równomiernie, jakby nigdy nic. – Zresztą powinnam mieć fory. Ty wspinasz się codziennie po tych schodkach, po takim treningu masz pewnie płuca jak ze stali.
    – Jasne. – Wyprostował prawą rękę, prezentując grę mięśni. – W ogóle jestem człowiekiem ze stali. Ale muszę przyznać, że biegasz szybko. – Zerknął na nią z ukosa. – Jak na kobietę – dodał.
    – Chcesz mnie rozzłościć? – Jej oddech powracał już do normy. – Nie dam ci tej satysfakcji. Jak Joshua?
    Wspaniale. Wczoraj po południu odbyliśmy polowanie. Udało mu się sfotografować jelenia z odległości zaledwie czterech jardów. – Potrząsnął głową. – Ale nie potrafię nauczyć go cierpliwości. Nie może się doczekać, kiedy wreszcie klisza będzie wywołana. Ma ich już całą stertę, tyle narobił zdjęć w ciągu tych paru tygodni.
    – Nie możesz wysłać ich pocztą do wywołania?
    Pokręcił głową przecząco.
    – Zakaz utrzymywania wszelkich kontaktów ze światem zewnętrznym. Polecenie Noaha.
    – A ty zawsze go słuchasz?
    – Jasne. To jego gra. Zresztą zazwyczaj ma rację. – Wstał, pociągnął ją, by wstała. – Ale nie mów mu, że ci to powiedziałem, Nie martw się, nie powiem. On i tak wierzy już za bardzo w swoją moc.
    Seth zagwizdał cicho.
    – Jak widzę, Noah miał rację uprzedzając mnie, że masz zły dzień.
    – Rozmawialiście o mnie? A co, według niego, jest ze mną nie w porządku? – zapytała z przekąsem. – Może dopatrzył się u mnie napięcia przedmiesiączkowego?
    – Nie, powiedział, że jesteś przepracowana, że znajdujesz się w ciągłym stresie, ale mimo to trzymasz się lepiej niż te kobiety, z którymi się stykał, chociaż niekiedy pozwalasz się ponieść humorom. – Umilkł na moment. – I co, jesteś rozczarowana?
    Tak. Nie chciała jeszcze pojednania, wolała tamten nastrój rodzący irytację…
    – Na pewno nie wymyśliłeś tego sam?
    – Chciałbym, aby tak było, ale nie. Brzmi nieźle, prawda? – Uśmiechnął się. – Czy zdobędę u ciebie kilka punktów, jeśli przyznam, że zgadzam się całkowicie z opinią Noaha na twój temat?
    A niech to!
    Znowu owładnęło nią to palące podniecenie seksualne, jakiego doświadczyła tamtego dnia w lesie. Jak to możliwe, że najpierw jest wściekła i najchętniej rzuciłaby się na niego z pięściami, a w następnej chwili wyobraża sobie, jak by to było, gdyby zagarnął ją pod siebie i wtargnął w nią? Co się z nią dzieje, do diabła? Wygląda na to, że utraciła dziś wszelką kontrolę nad sobą.
    Nadal wpatrywał się w nią pytającym wzrokiem.
    – I co, zdobędę te punkty?
    – Nie. – Zaczęła wchodzić wyżej. – Nie potrzebujesz żadnych dodatkowych punktów u mnie. I tak trzymasz już w garści Joshuę i Phyliss.
    Nie doceniasz ich. – Dogonił ją na schodkach. – Phyliss jest zbyt sprytna, aby nie przejrzeć mnie na wylot, a Joshua to bystry chłopiec. Odwróciłby się ode mnie w jednej chwili, gdybym uczynił coś sprzecznego ze sposobem, w jaki go wychowałaś. A wychowałaś go naprawdę wspaniale.
    – Dziękuję. – Spojrzała na niego z zaciekawieniem. – Co miałeś na myśli, mówiąc o Phyliss i przejrzeniu cię na wylot? Co takiego mogłaby dostrzec?
    – Wszystkie niedociągnięcia i wady. – Skrzywił się. – Sądzisz, że mężczyzna, który przez tyle lat służył w wojsku jako najemnik, może być jeszcze normalny? Nie rozumiesz tych spraw. Po wyjściu z wojska mogłem wrócić do normalnego życia. Jak Noah lub Tony. Nie zrobiłem tego.
    – Dlaczego?
    Nie odpowiedział na to pytanie. Zdawało się, że w tej chwili interesują go wyłącznie schodki.
    – Mogę się założyć, że wbiegnę na górę pierwszy, szybciej niż ty.
    – Dlaczego? – powtórzyła.
    Spojrzał na nią.
    – Ty też zaczynasz prześwietlać mnie na wylot? Może nadeszła już pora, abym ruszył w swoją drogę?
    – Zawsze wybierasz się w drogę, kiedy czujesz się zdemaskowany? A co z Noahem? Przecież on zna cię dobrze od wielu lat.
    – Przy nim czuję się swobodnie. Noah ma w sobie coś ze mnie. Oczywiście prócz moich wad.
    – No cóż, gdybyś wyruszył teraz dalej, zostawiając mego syna bez opieki, odkryłbyś potem u siebie znacznie więcej wad.
    Parsknął śmiechem.
    – Nawet nie wiesz, Kate, jak bardzo cię lubię.
    Ja ciebie też, pomyślała zrezygnowana. Trudno nie lubić Piotrusia Pana.
    – Mówię poważnie, Seth. Uśmiech zniknął z jego twarzy.
    – I tak bym nie odszedł. Szaleję za twoim synem. Uśmiechnęła się.
    – Masz dobry gust.
    – A więc wyjdziesz za mnie i zajmiesz się prowadzeniem domu?
    – Co takiego?
    – Pewnie nie sprawdziłbym się, gdybym próbował wychowywać własne dziecko. Wybawiłaś mnie z wielkiego kłopotu.
    Zachichotała.
    – Wziąłbyś czym prędzej nogi za pas, gdybyś choć na chwilę uwierzył, że traktuję twoje słowa serio.
    – Nigdy nie wiadomo. – Skierował wzrok na taras, gdzie Phyliss, obserwując ich, stała oparta o balustradę. – Właśnie oświadczyłem się Kate – zawołał – a ona mnie wyśmiała!
    – Bo ma dość oleju w głowie – odparła Phyliss.
    – A więc i ty nie wyszłabyś za mnie?
    – Nie. Ale mogłabym cię zaadoptować. Przydałoby mi się nowe wyzwanie w jesieni życia.
    – Nie ma mowy. – Aż się wzdrygnął. – Jeszcze byś zaczęła naprawiać moje wady. A poza tym – dodał po chwili – nie zauważyłem, aby u ciebie nastała już jesień. Następnym razem, kiedy poczujesz znowu jesienny chłód, daj mi znać. Chociaż popatrzę, jak drżysz z zimna.
    Kate spoglądała na Setha i teściową z zadowoleniem. Najwidoczniej oboje rozumieli się doskonale, sprawiali wrażenie, jakby znali się od dawna. Uświadomiła sobie nagle, że Phyliss nigdy nie czuła się tak swobodnie w towarzystwie Michaela. Owszem, matkę i syna łączyło uczucie, ale ich charaktery różniły się między sobą jak dzień i noc. Michaelowi brakowało poczucia humoru i radości życia, cech jakże typowych dla Phyliss.
    – Czy Joshua już wstał? – zapytała, wchodząc na taras. Phyliss zaprzeczyła ruchem głowy.
    – Dopiero szósta. Czy coś się stało?
    – Nie, po prostu chciałam go zobaczyć. Nic się nie stało. – Uświadomiła sobie, że to prawda. Nie stało się nic, z czym nie mogłaby dać sobie rady. Czuła się też o wiele spokojniejsza, odkąd znalazła się tutaj. Cień Ishmaru zanikał. Wszelkie zagrożenia zdawały się oddalać z każdą chwilą. Ta zwariowana chętka, aby pójść z Sethem do łóżka, była do opanowania. Podobnie iskra, która zabłysła między nią i Noahem. Wszystko wracało do normy. – To może przygotuj coś na śniadanie, a ja w tym czasie pójdę obudzić Joshuę, dobrze?
    – Była naprawdę podenerwowana – powiedziała Phyliss do Setha, odprowadzając wzrokiem Kate, która zeszła po schodkach na dół i pobiegła w stronę swojej chaty. – Powiedziała coś?
    Cóż, była gotowa zagrozić mi nie na żarty, gdybym nie zgodził się zostać jej chłopcem. – Stał oparty o balustradę. – Uprzedziłem ją, że nie pozwolisz na to.
    – Kłamca. – Phyliss zerknęła na niego z ukosa. – Ale byłabym do tego zdolna, gdybym uznała, że tak trzeba.
    – Wiem. Jesteś silniejsza niż ja. Mogłabyś pozbyć się mnie stąd w jednej chwili.
    Obserwowała go bacznie.
    – Czy mi się zdawało, czy też rzeczywiście wyczulam w twoim głosie nutę powagi?
    Znów spojrzał na oddalającą się postać Kate.
    – Bardzo lubię przebywać tu z tobą i Joshuą – mruknął. – To… wspaniały okres.
    – Dobry Boże, czyżbyś chciał oświadczyć się teraz mnie?
    – Nie, jesteś na to zbyt rozsądna. – Wzruszył ramionami i wyjaśnił z widocznym zakłopotaniem: – Chciałem po prostu, żebyś wiedziała, że jesteś… Nigdy jeszcze nie spotkałem… Jesteś niezwykłą osobą, Phyliss.
    – Wiem. Czy chcesz coś jeszcze dodać?
    – Nie.
    – W takim razie skończ z tą rzewną nutą, bo się jeszcze rozkleisz. I pozmywaj naczynia. Twoja kolej.
    Odetchnął głęboko, jakby z rozpaczą i zarazem ulgą.
    – Robiłem to wczoraj.
    – A ja przyrządziłam dziś śniadanie. – Uśmiechnęła się. – Przestań się sprzeczać. I tak nie wygrasz.
    Podszedł do drzwi.
    – Wiem. Chciałbym jednak wygrać choć jeden raz.

    Kiedy Kate dotarła do chaty, ujrzała Noaha. Stał na tarasie.
    – Czujesz się lepiej? – zapytał.
    – Tak. – Wbiegła na górę. – Znacznie lepiej. Spędziłam dzień z ludźmi, których kocham, przebiegłam spory kawał drogi. Nie ma lepszego sposobu na przegnanie dręczących cię demonów.
    – Czyżbym był jednym z nich?
    – Może. – Uśmiechnęła się. – Ale nawet jeśli tak, egzorcyzmy zostały już odprawione.
    – Nie chcę być jednym z twoich demonów, Kate.
    – Mówiłam ci przecież… – Urwała w pół zdania, widząc jego zbolałą minę. Wyjaśnij to wreszcie, pomyślała. Nie można żyć z tak potwornym zamętem w duszy. To będzie przeszkadzać ci w pracy… – Wcale nie jesteś jednym z nich – powiedziała. – Zachowałam się jak ostatnia kretynka. Wybacz mi. Zazwyczaj nie jestem tak nieprzystępna.
    – Nieprzystępna?
    – Wiesz, od długiego czasu jestem sama. Ponieważ jesteś tu, czułam się… sama nie wiem. Cały świat zdaje się wirować wokół mnie i mam wrażenie, że muszę wesprzeć się o kogoś. – Uniosła dłoń, nie pozwalając mu dojść do słowa. – Wiem, jak to brzmi, wiem też, że to najmniej dogodny moment. Nie zrozum mnie źle, nie wychodzę z żadną propozycją. Po prostu chciałam być uczciwa. Zasługujesz na to.
    – Naprawdę?
    – Tak. Odkąd przebywamy tu we dwoje, jesteś wobec mnie szczery. – Wzruszyła ramionami. – Teraz, kiedy już wyjaśniliśmy sobie tę sprawę, mogę wracać do pracy. – Zmieniła temat. – Co mamy dziś na obiad? Umieram z głodu.
    – Pieczoną kaczkę. – Nie ruszał się z miejsca. – Masz rację, to nieodpowiednia pora. – Ciszej dodał: – Ale nie zawsze tak będzie, Kate.
    Spojrzała na niego i poczuła falę ciepłego uczucia, kiedy dostrzegła w jego oczach czułość. Tego właśnie pragnęła, a nie kilku krótkich, gwałtownych porywów zmysłów w gęstwinie lasu, przeżytych z Sethem. Potrzebowała czułości, poczucia bezpieczeństwa, związku o solidnych podstawach.
    Ale jeszcze nie teraz, pomyślała. Dla nas obojga nastąpiłoby to zbyt szybko.
    Może trochę później.
    Nieokreślona w czasie obietnica.
    Po prostu może kiedyś…

    – Udało się – oznajmiła Kate cztery dni później, wybiegając z laboratorium. – Masz, czego chciałeś. Wszystko zgodnie z pańskim życzeniem, doktorze Smith.
    Jego twarz pojaśniała z radości.
    – Dziewięćdziesiąt osiem procent?
    – Dokładnie co do jednego. – Opadła na fotel i wyciągnęła nogi daleko przed siebie. – Dyskietka i wszystkie papiery z danymi leżą na stole w laboratorium.
    – Chyba wiesz, że po osiągnięciu fazy finalnej będę musiał zaciągnąć cię znowu do laboratorium?
    – Spodziewałam się tego, ale wybij to sobie z głowy. Jeśli potrzebne ci jakieś objaśnienia, zostanę tu jeszcze dzień lub dwa. Potem będziesz musiał umawiać się ze mną specjalnie, bo zamierzam spędzać więcej czasu z Joshuą i Phyliss.
    – Jesteś cała rozpromieniona. – Uśmiechnął się. – Przyjmij moje gorące gratulacje, Kate.
    – Dziękuję. – Rzeczywiście, czuła się jak w siódmym niebie. – Sama nie wiem, dlaczego jestem tak bardzo podniecona. Przecież wiedziałam, że ten dzień nadejdzie.
    – I nadszedł. Dokonałaś rzeczy niezwykłej.
    – Wiem. Mógłbyś otworzyć z tej okazji szampana.
    – Nie mam szampana. To rzeczywiście niedbalstwo z mojej strony. Czy mogę ci podać filiżankę kawy?
    – Kawa to za mało. – Zerwała się na równe nogi. – Czuję się, jakby wyrosły mi skrzydła. Pobiegam trochę. Może się przyłączysz?
    – Jasne, czemu… – Urwał w pół zdania. – Nie, idź sama. Przejrzę w tym czasie twoje notatki. Wieczorem mógłbym już podjąć pracę.
    Poczuła, jak opada z niej cząstka euforii. Powinna była wiedzieć, że Noah nie zechce odwlec prac nad produkcją RU 2 nawet o jeden dzień.
    – Jak chcesz. – Zdjęła z siebie fartuch roboczy, rzuciła go na poręcz krzesła. – Na razie.
    Wybiegła z chaty. To nieważne. Jej sukces wcale nie stracił na znaczeniu tylko dlatego, że nie ma go z kim dzielić.
    Nie, to nie tak. Może dzielić go przecież z Joshuą i Phyliss. I z Sethem. Noah nie jest jej wcale potrzebny.
    Puściła się pędem w stronę leśniczówki.

9.

    Może byś przerwał na chwilę, Noah! – zawołał Seth, otwierając drzwi laboratorium. – Najwyższa pora, żebyś ruszył się wreszcie i pomógł mi trochę. Kate podniosła wzrok znad wirówki, spojrzała na niego zaniepokojona.
    – Czy coś się stało?
    – Ależ skąd, wszystko w porządku. Po prostu muszę z nim pogadać.
    – Jestem zajęty, Seth – powiedział Noah. – Znajdujemy się już bardzo blisko celu…
    – Masz się zjawić na tarasie – przerwał mu Seth. – Natychmiast. – Odwrócił się i wyszedł na korytarz.
    Noah wzruszył ramionami.
    – Przepraszam, Kate. Wrócę za chwilę.
    – No, jestem. O co chodzi? – zapytał, podchodząc na tarasie do Setha.
    – Powinieneś spędzać więcej czasu z Joshuą.
    – Przecież ty miałeś się zajmować chłopcem.
    – I robię to. Odkąd nie wypuszczasz Kate z laboratorium, Joshua przebywa prawie cały czas ze mną. – Seth umilkł na moment, po czym mruknął: – To nie jest dla niego dobre.
    – Dlaczego?
    – Bo… on mnie lubi. Na miłość boską, ten dzieciak zaczyna uważać mnie za kogoś w rodzaju wzoru do naśladowania.
    Noah parsknął śmiechem.
    – To wcale nie jest zabawne.
    – Jestem pewien, że Kate przyznałaby ci rację.
    Jasne. Kate wie, co jest najlepsze dla jej syna. A więc zrób coś z tym. Zajmij go czymś, zabieraj na spacery, wyjaśnij mu, że nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby stać się taki jak ja.
    – Myślisz, że to coś pomoże?
    – Nie wiem. – Bardziej zatroskanym głosem dodał: – Może nic. Podobno jestem cholernie charyzmatyczny.
    Noah z trudem powstrzymał się od śmiechu.
    – Zdaje się, że z tym masz problem już od dawna.
    Seth skrzywił się.
    – Mówię ci, to poważna sprawa. Chłopak dopiero co stracił ojca. Jest bardzo wrażliwy. Nie powinien teraz przywiązywać się do kogoś, kto nie zostanie przy nim długo. Dlatego chcę, żebyś się tym zajął.
    – A dlaczego sądzisz, że ja zostanę przy nim dłużej, skoro wszystko dobiega końca?
    – Nie uciekałbyś nawet przed atakującym nosorożcem, gdybyś sądził, że jesteś mu potrzebny. Ostatnio stałeś się bardzo solidny i obowiązkowy.
    – Chyba nie chcesz mnie obrazić? Ale ty też jesteś od paru tygodni zaskakująco stateczny.
    – Tylko przejściowo. Jak zwykle, na krótko.
    – Ja też tak myślałem, kiedy przejmowałem J. & S. Zobaczysz, że to przeniesie się na ciebie. – Uśmiechnął się. – Na Boga, może znalazłem sposób, aby zwerbować cię na swoją stronę.
    – Nie ma mowy. Potem ubrałbyś mnie w garnitur od Armaniego i musiałbym nosić aktówkę, taką, jaką ma Tony. Do diabła, może byśmy spotkali się jeszcze w tym samym klubie tenisowym.
    – Tony nie byłby tym ubawiony.
    Seth uśmiechnął się figlarnie.
    – W takim razie gra byłaby prawie warta świeczki. – Uśmiech zniknął mu z twarzy. – Jasne, lubię tego dzieciaka, ale nie na tyle, aby odgrywać wobec niego rolę zaślepionego z miłości wujaszka. A zresztą, kiedy będzie już po wszystkim, Kate odjedzie stąd czym prędzej i tylko pomacha mi na pożegnanie.
    Noah pokręcił głową.
    – Ona cię lubi, Seth.
    – Owszem, dopóki ochraniam jej syna. Kiedy nie będę jej już potrzebny, uzna mnie za osobę „niewygodną”. Na Boga, chyba nie muszę ci o tym mówić.
    – Nie rozumiem, dlaczego miałbyś być niewygodny.
    – Jasne, że rozumiesz. W przeciwnym razie nie próbowałbyś przefasonować mnie na swoją modłę.
    – Jeśli usiłuję coś w tobie zmienić, to tylko dlatego, że jesteś moim najlepszym przyjacielem i chciałbym widywać cię częściej niż raz czy dwa w roku.
    Seth czym prędzej odwrócił wzrok.
    – W takim razie zaakceptuj mnie takim, jaki jestem.
    – Zrobiłbym to, gdybym wierzył, że jesteś szczęśliwy w życiu.
    – Posłuchaj, nie jestem geniuszem, nie wymyślę czegoś, co wstrząśnie całym światem. Pozwól mi robić to, co potrafię najlepiej.
    – To znaczy co? Wiesz tak samo dobrze jak ja, że mógłbyś zostać, kimkolwiek byś chciał.
    – Chcę być tym, kim jestem. Odpuść sobie, Noah.
    – W porządku, ale… jeszcze do tego wrócimy.
    – Uparciuch z ciebie! Męczysz mnie tak już od piętnastu lat. Kiedy wreszcie dasz za wygraną?
    – Kiedy znajdziesz się w moim klubie tenisowym. – Noah uśmiechnął się. – I nawet nie będę cię wtedy namawiał na garnitur od Armaniego.
    – Nie wierzę. Kate uznałaby za sprawę priorytetową, żeby przekonać mnie do tego.
    Noah nie odpowiedział od razu.
    – Co ma z tym wspólnego Kate? – zapytał wreszcie.
    – Daj spokój, znam cię nie od dziś. Obserwowałem twoje zachowanie, kiedy byłeś razem z nią. W tym coś jest, coś dobrego.
    – Możliwe – mruknął Noah. – Przekonamy się.
    – Stajesz się ostrożny jak Tony – zauważył z przekąsem Seth. – Czego jeszcze chcesz? Ty i Kate jesteście do siebie podobni niczym bliźnięta syjamskie: obrzydliwie oddani, do znudzenia lojalni, bezgranicznie solidni. Dobraliście się jak w korcu maku.
    – Wcale nie jesteśmy tacy sami.
    Seth parsknął tylko.
    – Zresztą to moja sprawa. – I Noah powtórzył słowa Setha: – Odpuść sobie.
    Seth wzruszył ramionami.
    – Również moja, skoro mam się zajmować twoim przyszłym pasierbem.
    – Jezu, przecież nie mówimy nawet o… – Noah wzruszył ramionami. – Nie ma sensu cię przekonywać, co?
    – Przyjdziesz jutro do leśniczówki, żeby zabrać Joshuę na spacer?
    Noah zmarszczył brwi.
    – Czy nie mógłbyś z tym trochę poczekać? Za parę dni dotrzemy do celu, brakuje nam tak niewiele!
    – Nie, ta sprawa nie może czekać. I tak czekam już zbyt długo. Nie stanie się nic złego, jeśli zrobisz sobie dzień przerwy w pracy. Zresztą Kate może cię zastąpić.
    – Zanadto się przejmujesz.
    – Wcale nie. Jeśli nie zapomnisz o RU 2 choćby na jeden dzień, wrócę tu i wyciągnę cię stąd za włosy. A więc odstaw na chwilę te swoje probówki testowe i pomóż mi.
    – Dobrze już, dobrze. Nie mam nic przeciw spędzeniu trochę czasu z Joshuą. Nie myśl, że traktuję to jak przykry obowiązek.
    Seth zmusił się do uśmiechu.
    – Z pewnością nie potrafisz powiedzieć o mnie nic negatywnego, wiem o tym, ale postaraj się pozbawić chłopca choćby części złudzeń na mój temat. – Odwrócił się, zbiegł po schodkach i wskoczył do swego land rovera. – Muszę wracać. Pamiętaj: jutro o ósmej rano.
    Noah patrzył za nim, dopóki samochód nie zniknął z pola widzenia. Pod maską spokoju kłębią się w jego przyjacielu silne emocje, to jasne. A może nie? Może Piotruś Pan walczy z narastającym cierpieniem? W każdym razie wydawał się niespokojny, a przecież każdy brak stabilności, choćby słabo powiązany z RU 2, może oznaczać niebezpieczeństwo.
    Chryste, czy naprawdę nie potrafię już myśleć o niczym innym, tylko o RU 2? – pomyślał ze znużeniem. Wiedział, że Seth nie stanowi zagrożenia; był jedyną osobą na świecie, której mógł zaufać bez zastrzeżeń.
    A jednak należało rozważyć wszelkie implikacje związane z RU 2. Zbyt wielu ludzi zginęło już z jego powodu. RU 2 ma priorytetowe znaczenie. Jego ochrona jest konieczna.
    Ale czy na pewno zapewniłem mu dobrą ochronę? – zastanawiał się Noah. Czy uczyniłem w tym celu wszystko, co niezbędne?
    Podszedł do telefonu i wystukał numer Tony’ego w Waszyngtonie.
    – Chciałbym, żebyś coś dla mnie zrobił – powiedział.
    – Cały czas robię coś dla ciebie – odparł Tony z przekąsem. – Węszyłem wśród polityków i wszystkich ważniaków tworzących lobby. Za to taplanie się w błocie należy mi się medal.
    – Pozwól, że coś ci przypomnę: większość polityków to jednocześnie prawnicy.
    – Daruj sobie takie uwagi. Nie jestem w nastroju.
    – Co się dzieje z Longworthem?
    – Nic. A raczej o tyle nic, o ile to możliwe w przypadku gaduły jego pokroju.
    – Jakieś nowe demonstracje?
    – Jedna. Wczoraj przed siedzibą FDA*. [*skrót od Food and Drug Administration; urząd federalny, kontrolujący jakość żywności i lekarstw]. Właśnie chciałem zadzwonić, powiadomić cię o tym. Tym razem zjawiło się mniej uczestników niż poprzednio, ale byli za to bardziej operatywni. Ile ci jeszcze brakuje czasu do zakończenia prac?
    – Nie wiem. Niewiele.
    – Lepiej, żebyś się cholernie pośpieszył. Mam już dość tej sprawy. Może byś tu przystał Setha, żeby mnie zluzował. Ciągle tylko patrzę i czekam, nie robię nic innego.
    – Seth potrzebny jest tam, gdzie teraz przebywa. Musisz jakoś wytrzymać. – Noah uśmiechnął się, kiedy usłyszał w słuchawce jęk rozpaczy. – Ale dam ci zadanie do wykonania, żebyś mógł się zająć czymś bardziej sensownym.
    – Zrobię wszystko, co każesz, byle nie tkwić w tym gównie.
    – Może przejdzie ci zapał, kiedy usłyszysz, o co chodzi.

    – Pora spać, Joshua! – zawołała Phyliss i spojrzała z wyrzutem na Setha. – Odłóż wreszcie tę gitarę – zwróciła się do niego. Już od godziny powinien leżeć w łóżku, wiesz o tym.
    – Przepraszam. – Seth posłusznie odstawił gitarę. – Najwyższy czas, abyś się z nami pożegnał, Joshua.
    – Babciu, jeszcze tylko piętnaście minut, dobrze? Pidżamę mam już na sobie – prosił chłopiec. – I prawie uporałem się z tym akordem.
    – Akord może poczekać do jutra, nie ucieknie.
    – Nigdy nie wiadomo – mruknął Seth. – Nie słyszałaś nigdy o zagubionych akordach?
    – Nie. Ale słyszałam za to o straconym czasie. – Wskazała palcem drzwi. – Do łóżka!
    – I tak muszę jeszcze powiedzieć mamie „dobranoc”. – Joshua rzucił ostatnie tęskne spojrzenie na gitarę, po czym wstał. – Pójdę po lornetkę.
    – Nie zapomnij umyć twarzy i zębów.
    – Zrobi się. – Zniknął za drzwiami.
    Phyliss milczała chwilę, potem przeniosła wzrok na Setha.
    – Co u ciebie? W porządku?
    – Jasne. – Znów ujął gitarę, uderzył w struny. – A co miałoby nie być w porządku? Może tylko jestem trochę niespokojny.
    – Nie robiłeś wrażenia zaniepokojonego, kiedy tu przyszłam. Wyglądałeś na… – Wzruszyła ramionami. – Sama nie wiem. Wyczułam w tobie sporo melancholii.
    Chryste, co za przenikliwość!
    – Melancholii? – Udał, że się zastanawia. – Brzmi nieźle. Tak jakbym był cholernie wrażliwy. Jeszcze nikt mnie o to nie podejrzewał.
    – Jesteś wrażliwy.
    – Doprawdy? Czy mam ci wyznać, ilu ludzi zabiłem?
    – Nie, ale gdybyś był takim twardzielem, za jakiego chcesz uchodzić, już dawno byś zapomniał, ilu ich było.
    – Może rzeczywiście zapomniałem. – Znowu uderzył w struny. – Ale jestem dobry w liczeniu.
    – Przestań robić uniki i powiedz wreszcie, co się stało.
    Parła prosto do celu, tak jak robiła to zawsze Kate. Obie były do siebie podobne pod wieloma względami.
    – Skąd mam to wiedzieć? Ty mi powiedz. Wygląda na to, że potrafisz czytać w moich myślach.
    – Nie, tego nie potrafię. Zbyt skutecznie zamykasz się przed ludźmi. Ale co jakiś czas odsłaniasz się trochę. – Zmarszczyła brwi. – Może wpadłeś na coś, kiedy byłeś w chacie? Nic nam nie grozi?
    – O ile wiem, nie. Ale nie podoba mi się, że prace przygotowawcze do produkcji RU 2 trwają tak długo. Lepiej nie tkwić w jednym miejscu, jeśli twoim śladem podąża ktoś taki jak Ishmaru. – Wzruszył ramionami. – Ale cóż, decyzja należy do Noaha. On jest tu szeryfem, a ja tylko wynajętym rewolwerowcem.
    – I odpowiada ci taka rola?
    – Jasne.
    – Myślę, że kłamiesz. Nie widzę w tobie płatnego rewolwerowca.
    – Nie? – Spojrzał na nią z ukosa. – Myślisz, że czuję urazę do Noaha? – Pokręcił głową. – Jest dla mnie prawie jak brat. Nie mam nikogo bliższego. Istnieją między nami pewne różnice, ale kocham tego drania.
    – W takim razie dlaczego jesteś…
    – Mam ją. – Na tarasie zjawił się Joshua, wymachując lornetką.
    – Wspaniale. – Seth wstał, oparł gitarę o poręcz. – Idziemy. – Przeszedł na północną stronę tarasu. – Wrócimy za chwilę, Phyliss.
    – Nigdy nie wracacie „za chwilę”. Jeśli Joshua nie znajdzie się w łóżku za dziesięć minut, przyjdę po was. – Weszła do pokoju.
    Seth uśmiechnął się.
    – Twarda sztuka.
    Joshua odpowiedział konspiracyjnym uśmiechem i pokiwał głową.
    – Właśnie. – Usiadł na tarasie, krzyżując nogi. – W każdym razie mamy dziesięć minut. – Oparł się plecami o ścianę. – Słyszałeś? – zapytał nagle. – Może to sowa?
    – Tak. Siedzi na tamtym platanie. Trzecia gałąź od dołu.
    – Nie widzę. – Joshua podniósł lornetkę do oczu. – O, jest. Widzę ją. Ma pomarańczowe oczy. Ale ciemno! Jak możesz ją dostrzec w takich ciemnościach bez lornetki?
    – Wprawa. Wśród drzew czają się nieraz istoty bardziej nieprzyjazne niż sowy.
    – Na przykład węże? Czytałem o anakondach. Żyją w Ameryce Południowej. Seth, walczyłeś kiedyś z anakondą?
    – Myślisz, że mi życie niemiłe? Nie znam nikogo, kto miałby ochotę na walkę z anakondą.
    – Aligatory na Florydzie walczą z nimi. Tata opowiadał mi o tym. Ostatnie zdanie wypowiedział tonem naturalnym i spokojnym. Może tamten ból już w nim przygasł, pomyślał Seth. Mam nadzieję.
    – Założę się, że twój tata nie był na tyle nierozsądny, żeby walczyć z aligatorami.
    – To prawda, nie był. – Chłopiec zamilkł na chwilę. – Kiedy mówiłeś o tych istotach, które czają się wśród drzew, miałeś na myśli ludzi, prawda?
    Może należało zaprzeczyć. Z dziećmi nie powinno się rozmawiać o śmierci i przemocy. Noah na jego miejscu z pewnością by zaprzeczył.
    Ale on nie był Noahem. Obiecał chłopcu, że będzie wobec niego szczery.
    – Tak.
    – Snajperzy?
    – Czasem. Ale tylko podczas wojny. Tu nie ma żadnych snajperów.
    – Wiem. – Znowu chwila milczenia. – Co będziemy robić jutro?
    – Ja będę zajęty, ale przyjdzie Noah. Zdaje się, że chciał cię zabrać na wędkowanie.
    Chłopiec zmarszczył brwi. – A ty?
    – Muszę wykonać kilka pilnych telefonów.
    – Nie możesz zrobić tego wieczorem?
    – Nie. – Seth wpatrywał się uporczywie w pustą przestrzeń przed sobą. – Nie będę ci potrzebny. Spędzicie miło czas, ty i Noah.
    – Tak. – Joshua rozmyślał gorączkowo. – A nie mógłbyś wykonać tych telefonów z samego rana? Wtedy poszlibyśmy na ryby po południu, wszyscy razem.
    – Będzie chyba lepiej, jeśli pójdziecie beze mnie. Mógłbym was hamować.
    – Dobrze. – Znowu zamilkł. – On naprawdę chce iść ze mną?
    – Jasne. Dlaczego nie miałby chcieć?
    – Bo… zawsze jest zajęty pracą.
    – Podobnie jak twoja mama. Ale mimo to mama lubi spędzać czas z tobą. A może myślisz, że udaje?
    – Mama niczego nie udaje – zaprzeczył gwałtownie Joshua. – Ona nigdy nie kłamie.
    – Już dobrze, dobrze. Chciałem ci tylko uświadomić, jak bardzo jesteś przez wszystkich rozrywany.
    Nieoczekiwanie Joshua uśmiechnął się szeroko.
    – Wiem o tym.
    – I na pewno polubisz Noaha, kiedy poznasz go bliżej. On też może się wszystkim podobać.
    – Ale nie aż tak jak ty.
    O, cholera!
    – Na pewno tak. Tylko że w inny sposób. – Po chwili dodał: – W lepszy sposób.
    Joshua pokręcił głową.
    Trudno, zrobił, co mógł. Reszta należy do Noaha.
    – Nasz czas dobiegł końca. Mieliśmy tylko dziesięć minut. Lepiej powiedz prędko mamie „dobranoc”.
    Chłopiec wstał, przytknął do oczu lornetkę.
    – Lampa się pali, ale nie widzę nigdzie mamy. Pewnie znowu pracuje.
    – Najważniejsze, że zapaliła lampę. I na pewno będzie wiedziała, że zobaczyłeś lampę i powiedziałeś „dobranoc”.
    – Aha. Ładny jest ten płomyk. Wcale nie drga. Taki prosty i mocny.
    Zupełnie jak Kate, pomyślał Seth. Mocny, solidny i jasny.
    – Teraz powiedz „dobranoc”.
    – Dobranoc, mamo. Śpij dobrze.
    Seth skierował wzrok na odległą chatę, na płomyk, ledwie widoczny bez lornetki.
    – Dobranoc, Kate – szepnął.

    – Życzę miłego wieczoru, panie Blount. – Strażnik parkingowy uśmiechnął się przymilnie. – Do zobaczenia jutro.
    – Dziękuję, Jim. – Blount skierował się w stronę swojego samochodu, czując satysfakcję z powodu służalczego tonu Jima. Nie wyczuł wprawdzie owego onieśmielenia, jakie wywoływał jego ojciec, ale to mu i tak wystarczało. Ludzie zatrudnieni w Ogden Pharmaceuticals wiedzieli doskonale, że od niego zależy przyjęcie do pracy lub zwolnienie, łaska lub niełaska. Jego ojciec w tym wieku nie miał aż tak dużej władzy. Kiedy miał tyle lat, co on teraz, był zaledwie głupim pętakiem, panoszącym się w slumsach Chicago.
    Wkrótce Blount uzyska władzę, o jakiej jego ojcu nawet się nie śniło.
    Otworzył drzwiczki swojego lexusa i usiadł za kierownicą. Wybierając samochód, zadał sobie wiele trudu. Nie chciał auta krzykliwego ani zbyt drogiego, jak rolls ojca; chodziło mu o pojazd, w którym można się wszędzie pokazać, samochód o eleganckiej linii, w sam raz dla młodego człowieka, który ma się znaleźć w legalnym świecie biznesu. Wprawdzie Ogden nie miał wiele wspólnego z działaniami legalnymi, ale Blount uznał, że najważniejsze to zrobić odpowiednie wrażenie. Liczą się wrażenie oraz umiejętność przechytrzenia durniów, którzy…
    – Nie ruszaj się!
    Blount zamarł, kątem oka zerknął w lusterko wsteczne.
    Ishmaru.
    Udało mu się zwalczyć nagłą panikę i nawet obdarzyć uśmiechem tego małego, oślizgłego sukinsyna, który podniósł się już z podłogi i zajął miejsce na tylnym siedzeniu.
    – To nie było potrzebne. Dlaczego nie zadzwoniłeś? Mogliśmy umówić się na drinka i pogadać.
    – Kazałeś mi szukać wiatru w polu.
    – Co masz na myśli? Przekazałem ci wszystkie informacje, jakie posiadałem na temat Lynskiego. I powiedziałem ci, że to ślepa uliczka bez wyjścia.
    – Bez wyjścia, bo zapieczętowaliście nagrania z telefonu komórkowego Lynskiego.
    – Jego firma telekomunikacyjna okazała się nieustępliwa. Jeszcze nad tym pracujemy.
    – Jestem pewien, że ty masz te nagrania. I wiesz, gdzie Lynski przebywa w tej chwili.
    – I nie powiedziałbym tego tobie ani Ogdenowi?
    – Gdzie on jest?
    – Doprawdy, Ishmaru, to by było bardzo głupie z mojej strony. Wiem, jak bardzo zależy ci na… – Nabrał gwałtownie powietrza do płuc, kiedy poczuł na karku bolesny dotyk ostrza noża. – Nie bądź taki w gorącej wodzie kąpany. Miałem ci właśnie coś powiedzieć. Lynski używa teraz telefonu cyfrowego. Podsłuch aparatu cyfrowego nie jest możliwy, a nie uzyskaliśmy jeszcze dostępu do nowych nagrań jego rozmów. Nie chodzi nam zresztą tylko o niego, lecz także o Smitha i kobietę. Jeśli wmieszasz się właśnie w takim momencie, tylko spaprzesz wszystko.
    – Nie wmieszam się w nic. On ma mi tylko odpowiedzieć na parę pytań. Gdzie go znajdę?
    Blount poczuł, jak oblewa go pot. Jeśli mu powie, Ishmaru dojdzie do przekonania, że nie potrzebuje go dłużej, a wtedy poderżnie mu gardło. Niewykluczone, że ten zwariowany sukinsyn zrobi to także, jeśli nie uzyska żadnej informacji.
    – Może masz rację. Może czekanie nie jest najlepszym rozwiązaniem. Ale skąd mamy wiedzieć, że Smith i doktor Denby nie rozdzielili się? A jeśli tak, będzie ci potrzebna moja pomoc w odnalezieniu tej kobiety. – Po karku ciekły mu już pierwsze krople krwi. Spiesznie dodał: – Pracuję teraz nad paroma tropami. Są wielce obiecujące. Oczywiście możesz na mnie liczyć. Gramy przecież w jednej drużynie, prawda?
    – Gdzie jest Lynski?
    – Hotel „Brenden Arms” w Georgetown. Zameldował się jako Carl Wylie. – Ostrze noża nadal wpijało się w kark. Blount zacisnął kurczowo dłonie na kierownicy. – Tak, proszę bardzo, jedź do Lynskiego, ale informuj mnie o wszystkim. Ja w tym czasie spróbuję rozpracować drugi ślad. Zgoda?
    Chwila milczenia.
    – Zgoda.
    Nóż przestał wwiercać się w ciało. Blount odetchnął z ulgą, a jednocześnie narastała w nim furia. Przeklęty sukinsyn! Udało mu się go nastraszyć! Najgorsze było to poczucie bezsilności.
    – Ale musisz mi dać parę dni czasu, zobaczę, czy zdobędę więcej informacji od tej firmy telekomunikacyjnej. Poobserwuj go na razie dzień, dwa, dobrze?
    – Może. – Ishmaru wysiadał już z samochodu. Stał w blasku lamp garażu, patrząc na Blounta beznamiętnym wzrokiem. – Nie okłamuj mnie nigdy więcej.
    – Nie kłamałem. Po prostu czekałem…
    Ale Ishmaru odszedł już, nie czekając na wyjaśnienie. Zignorował go, jakby miał do czynienia z dopiero co rozgniecioną muchą. Blount poczuł znowu, jak narasta w nim wściekłość. Każe zabić tego pieprzonego sukinsyna. Skontaktuje się z ojcem i powie mu, aby… Nie, nie skorzysta z metod ojca. Wie dobrze, że nie zabija się pod wpływem gniewu. Zabija się wtedy, kiedy to przynosi korzyści.
    Wyjął z kieszeni chustkę, wytarł sobie pokrwawioną szyję. A w ogóle w jaki sposób Ishmaru dostał się do garażu? Trzeba zwolnić tego nieudolnego dupka, strażnika. Podjęcie tej decyzji poprawiło mu humor. Najważniejsze, że nadal ma tu wiele do powiedzenia.
    To, co się zdarzyło przed chwilą, było jedynie drobną komplikacją. Ale on panuje nad sytuacją. I znajdzie sposób, aby wykorzystać Ishmaru do zdobycia RU 2.
    A potem policzy się z tym pieprzonym sukinsynem na swój sposób, to pewne.

10.

    – Boję się – szepnęła Kate. Podsunęła Noahowi wyniki ostatniego testu. – Spójrz na to. – Tchórz. – Zaczerpnął głęboko powietrza i począł studiować dokument.
    – Będziesz tak patrzył cały dzień? Powiedz coś wreszcie!
    – Poczekaj chwilę. – Podniósł na nią wzrok i uśmiechnął się. – Bingo.
    Z radości rzuciła mu się w ramiona, nieomal przewracając go na podłogę.
    – Jesteś pewien? Nie możesz się mylić?
    – Przeczytaj sama. – Poderwał ją do góry i wraz z nią okręcił się wkoło. – Udało się!
    – Może nam się tylko wydaje? Powinniśmy przeprowadzić jeszcze jeden test.
    – To samo powiedziałaś poprzednim razem. Nie bój się, połowa laboratoriów na całym świecie przeprowadzi testy z naszym RU 2, zanim zdecyduje się na jego użycie. Właśnie dlatego musieliśmy sprawdzić go tak dokładnie.
    – Wiem. – Uśmiechnęła się do niego. – A RU 2 nie jest nasz, lecz twój.
    – Jest nasz – zaprzeczył. – Uprzedziłem już Tony’ego, że chcę zmienić zgłoszenie patentowe, tak aby widniały na nim oba nazwiska, moje i twoje.
    Przez chwilę wpatrywała się w niego zaskoczona.
    – Nie mogę się na to zgodzić. Przyłączyłam się do prac badawczych dopiero w końcowej fazie.
    Uniósł brwi.
    – Nie sądzisz, że twój wkład ma olbrzymie znaczenie?
    – Owszem, to racja. Jestem dumna jak diabli z tego, co zrobiłam, ale nie ja jestem twórcą RU 2.
    – Ta praca była dla ciebie wszystkim. I już sam ten fakt się liczy. – Nakrył jej usta dłonią, zanim zdążyła zaprotestować. – To już postanowione. Tony z pewnością zdążył do tej pory załatwić wszelkie formalności. Zawsze się wścieka, kiedy w ostatniej chwili coś zmieniam.
    Odchyliła głowę, uwalniając usta od jego dłoni.
    – Nie będę czerpała korzyści z czegoś, co nie jest moją zasługą. Jeśli na patencie znajdzie się moje nazwisko, złożę oświadczenie dla prasy. Podam w nim, że byłeś po prostu przesadnie wspaniałomyślny wobec koleżanki po fachu. – Uśmiechnęła się figlarnie. – Wtedy wszyscy pomyślą, że jesteś świętym Noahem. Na pewno coś takiego by ci się spodobało.
    – Zniosę i to.
    Umilkła, kiedy napotkała jego wzrok. Coś zaistniało między nimi, coś miłego, słodkiego i podniecającego.
    Obietnica…
    Delikatnie musnął dłonią jej policzek.
    – Kate…
    Tak, pomyślała, tak właśnie jest dobrze i miło. I tak trzeba. Bez tej zwierzęcej seksualności, jakiej zaznała wtedy, będąc z Sethem. Tak jest rozsądnie i naturalnie.
    Odsunął się od niej.
    – Jeszcze nie teraz – szepnął. – Nie chcę cię uwieść, wykorzystując twój nastrój. Będziemy mieli sporo czasu.
    Rzeczywiście, czasu mieli dużo. Uśmiechnęła się do niego.
    – Wiesz, dostarczasz materiału do mojej historyjki. Jesteś nie tylko świętym Noahem, ale również mnichem.
    – Och! Nie zrobiłabyś mi tego, prawda? Poczuła falę ciepła, ogarniającą ją całą.
    – Nie, możesz być tego pewien – szepnęła. Postąpił krok w jej stronę, ale nagle przystanął.
    – Chyba muszę rzucić sobie parę kłód pod nogi. Wiesz co? Zatelefonujmy do Setha i reszty, podzielmy się dobrą wieścią. Potem przyrządzę dla was obiad…
    Zadzwonił telefon.
    – Uratowani przez dzwonek. – Podszedł do aparatu i uśmiechnął się ze skruchą. – Chryste, sam nie wierzę, że powiedziałem coś podobnego – Ja też – odparła sucho. – Jeszcze nikt nie szukał ratunku przede mną. Nie sądzę, abym była femme fatale.
    – Niewiele ci do tego brakuje. – Podniósł słuchawkę. – Słucham. Rzuciła mu pytające spojrzenie.
    – Tony – wyjaśnił niemal bezgłośnie.
    Tony Lynski. Przeszył ją dreszczyk emocji. Wiedziała, że Noah rozmawia z nim często, ale jednak Lynski reprezentował świat zewnętrzny. Ten sam świat, z którym oni oboje zetkną się znowu już niebawem, skoro prace nad RU 2 dobiegły końca.
    – Nie, nie zmieniłem zdania – powiedział Noah do słuchawki. – Przygotowałeś wszystko? To dobrze. Spotkamy się jutro po południu u ciebie w hotelu.
    Zaskoczona, otworzyła szeroko oczy, patrzyła, jak Noah odkłada słuchawkę.
    – Wyjeżdżasz?
    – Tylko na jeden dzień. Muszę podpisać parę dokumentów.
    – A on nie mógłby przyjechać tutaj?
    – Mógłby. Ale ja nie chcę, żeby Tony wiedział, gdzie jesteśmy.
    – Ze względu na mnie?
    – Obiecałem, że zapewnię bezpieczeństwo tobie i twojej rodzinie. Nie chcę ryzykować waszego życia.
    – Czy to znaczy, że ryzykujesz własne?
    – Na miłość boską, co ci mam powiedzieć? Nie sądzę, aby miało mnie tam spotkać coś złego, ale nie można tego wykluczyć.
    – A więc zostań. To szaleństwo wyjeżdżać stąd, jeśli nie jest to konieczne. Nie chcę, żebyś zmieniał ten cholerny patent.
    – Nie chodzi tylko o patent. Także o inne dokumenty. – Ciszej dodał: – Muszę pojechać, Kate.
    Uświadomiła sobie przerażona, że nie zdoła odwieść go od tego zamiaru. Nie zatrzyma go tutaj.
    – W takim razie jesteś głupcem.
    – Chyba nie chcesz powiedzieć, że nie zjesz obiadu, który przyrządzę? – Przymilnym tonem dodał: – To będzie obiad na najwyższym poziomie.
    – Mam gdzieś twój obiad. Skoro nie będziesz… – Nagle przyszło jej coś do głowy. Noah jest głuchy na jej argumenty, ale może posłucha Setha. – W porządku. Zadzwoń do Setha i powiedz mu, żeby tu przyjechał.
    – On nie ma w zwyczaju zmieniać zdania, Kate – mruknął Seth, stojąc w progu. Zapadał wieczór. Phyliss i Joshua schodzili już po schodkach na dół. – Przecież próbowałem. Zaproponowałem nawet, że pojadę zamiast niego i przywiozę te dokumenty.
    – To szaleństwo – szepnęła gorączkowo. – Nie powinien ryzykować.
    – Czasem to niezbędne. Nie możemy przecież tkwić tu wiecznie.
    – W takim razie pojedź razem z nim. Ochraniaj go. Czy nie po to tu jesteś?
    – Nie. Moje zadanie to ochraniać Joshuę i Phyliss. I także ciebie, kiedy nie będzie tu Noaha. – Wykrzywił usta w cierpkim uśmiechu. – Wiem, że wolałabyś, żebym to ja nadstawiał głowę, ale Noah nie wyświadczy ci tej uprzejmości.
    Wcale tak nie myślała. Jakoś nie skojarzyła sobie niebezpieczeństwa z osobą Setha. Wydawał się stuprocentowo odporny na wszelkie zagrożenia. – Nie chcę w ogóle, aby ktokolwiek wyjeżdżał. Po prostu pomyślałam, że we dwójkę będzie wam…
    – Wiem – przerwał jej Seth. – Ja nie jestem niezbędny. Noah tak.
    – Żaden z was nie jest niezbędny. – Odruchowo położyła mu dłoń na ramieniu. – Przepraszam cię. Byłam zdenerwowana. Nie zastanawiałam się nad tym, co mówię.
    – Właśnie w taki sposób mówi się prawdę. Już dobrze. Wiem, co dla ciebie liczy się najbardziej. – Spojrzał za siebie, na kuchnię, gdzie Noah układał naczynia w zmywarce. – Nie mogę go zmusić do przyjęcia pomocy ode mnie, Kate. Nie jestem nawet pewien, czy powinienem próbować. Noah potrafi zadbać o siebie sto razy lepiej niż ty. Nic mu nie będzie.
    – Nie możesz tego przyrzec. – Wzdrygnęła się. – Tam gdzieś czai się Ishmaru.
    – To prawda, nie mogę niczego przyrzec. – Odwrócił się, zaczął schodzić na dół. – Dobranoc. Skontaktuję się z tobą jutro.
    Miała niejasne uczucie, że go zraniła. A może nie. Trudno było go przejrzeć, pod maską cynicznego twardziela dostrzec dobrego, wrażliwego człowieka. Nieraz wydawało jej się, że zna go na wylot, w następnej chwili jednak zaskakiwał ją czymś nowym. Dzięki Bogu, Noah jest inny, w tym samym stopniu solidny, co Seth nieprzewidywalny.
    Nie, to nieprawda. Bywały chwile, kiedy było jej przy nim dobrze, potrafił być kojący jak ciepła bryza. Po prostu nie jest… solidny.
    – Hej, nie pomożesz mi z tymi naczyniami? – zawołał Noah.
    – Jasne, że pomogę – odparła. Jeszcze jedna okazja do rozmowy. Może tym razem zdoła go przekonać? Chociaż, jak wiadomo, nadzieja jest matką głupich. – Już idę.

    Noah wyjechał nazajutrz o piątej rano.
    Kate patrzyła na tylne czerwone światła dżipa, dopóki nie zniknął za zakrętem.
    Odjechał.
    Zacisnęła pięści.
    Do diabła, dlaczego jej nie posłuchał?
    Weszła do chaty. Żeby się czymś zająć! Może w ten sposób uda się nie myśleć? Obiecał, że zadzwoni, kiedy tylko spotka się z Lynskim w Waszyngtonie, tak aby wiedziała, że jest bezpieczny. To kwestia godzin. Zrobi sobie tymczasem kawy, potem pójdzie do laboratorium, sprawdzi jeszcze raz wyniki testów, sporządzi kopie dyskietek i dokumentacji. Zanim upora się z tym wszystkim, powinna mieć już od niego wiadomość.
    Może jednak oceniała sytuację zbyt pesymistycznie. Noah nie zdecydowałby się wyjechać, gdyby wiedział, że naprawdę grozi mu niebezpieczeństwo. RU 2 znaczy dla niego zbyt wiele, żeby narażać cały sukces na szwank. Ostatecznie Lynski kontaktuje się z nim od tygodni i nic złego mu się nie stało. Zachowane zostały wszelkie środki ostrożności.
    Nie ma powodu, aby myśleć, że Noah nie jest bezpieczny.

    Człowiek wchodzący do hotelu to z pewnością Noah Smith.
    Ishmaru nie był tego stuprocentowo pewny, kiedy ujrzał, jak tamten wysiada z dżipa. Smith okazał się człowiekiem bardzo ostrożnym. Trzykrotnie objechał pobliskie budynki, zanim zdecydował się wjechać na parking hotelowy. Ale nawet potem rozglądał się stale na boki, wypatrując ewentualnego zagrożenia. Bardzo sprytnie.
    Ale nie dość sprytnie. Ishmaru zacisnął dłonie na kierownicy furgonetki, którą zaparkował na bocznej uliczce przy hotelu. Czuł, jak gwałtownie ogarnia go podniecenie. Nie miał ochoty przyznać racji temu palantowi Blountowi, ale jednak Smith właśnie wpadł w pułapkę, a śledzenie Lynskiego zajęło zaledwie parę dni.
    Tam natomiast, gdzie jest Smith, może znajdować się także Kate.
    Radość, która owładnęła nim w jednej chwili, graniczyła niemal z ekstazą.
    Wychodź, Smith. Wracaj do niej.
    Będę cały czas tuż za tobą.
    Noah podpisał ostatni dokument i oddał pióro Tony’emu.
    – To już wszystko?
    – Jeszcze ci mało? – odburknął Tony. – I tak za dużo. Popełniasz olbrzymi, cholerny błąd. – Złożył papiery i wsunął je do aktówki.
    – Będą bezpieczne?
    – Jak diabli. Złożę je w sejfie bankowym First United w Georgetown.
    – Zrób to jak najprędzej.
    – Jak tylko się pożegnamy.
    – Nie zwlekaj. Muszę jeszcze zadzwonić do Kate. Powiem, że już wracam. A ty idź.
    – Po co ten pośpiech? Mówiłem ci przecież, że nie dostrzegłem nigdzie nikogo podejrzanego. Nikt mnie nie śledził. Może pójdziemy na drinka?
    – Innym razem. – Noah uśmiechnął się. – Dzięki, Tony.
    – Robię tylko, co do mnie należy. Co u Setha?
    – W tej chwili czuje się trochę jakby w klatce. Boi się, że zaciągniesz go siłą do swojego klubu tenisowego.
    – Nic z tego. Gdyby się tam zjawił, rzuciłbym grę w tenisa już na zawsze. – Tony ruszył do wyjścia. – Będziesz tu jeszcze, kiedy wrócę?
    – Nie, muszę natychmiast wracać do Kate.
    – Hmm… to ciekawe. – Niemal od razu uśmiech zniknął mu z twarzy. – Jest coś, co może uznasz za interesujące. Wczoraj Longworth przedłożył projekt ustawy dającej rządowi prawo do kontrolowania badań i eksperymentów genetycznych.
    – Cholera!
    – Dołączył to do pakietu ustaw socjalnych, których tak głośno domaga się prezydent.
    – Ile nam czasu zostało?
    Tony wzruszył ramionami.
    – To zależy od nagłośnienia ustawy, od siły popierającego ją lobby. Powiadomiłem już największe laboratoria genetyczne. Może uda im się zrobić wystarczająco dużo szumu.
    – Nie liczyłbym na to.
    – W takim razie działaj jak najszybciej. – Otworzył drzwi. – Będziemy w kontakcie.
    Po jego wyjściu Noah stał jeszcze parę chwil bez ruchu. Rzeczywiście, trzeba się pośpieszyć.
    Wziął cyfrowy telefon Tony’ego, wystukał numer. Prawie natychmiast odezwała się Kate.
    – Wracam do domu – powiedział.
    – Wszystko w porządku?
    – Mogłoby być lepiej. Longworth próbuje przepchnąć ustawę, która zablokuje wszelkie badania genetyczne.
    – Niech to diabli. Trudno, będziemy musieli znaleźć jakieś wyjście. – Zawahała się. – Ale pytałam o ciebie. Jesteś bezpieczny?
    – Tak, całkowicie. Załatwiłem wszystko i wyruszam w drogę do domu. Powinienem być około północy.
    – Jedź ostrożnie, tu leje jak z cebra. Nie widać nawet drogi.
    – O północy.
    – Dobrze. – Jej głos przybrał nieco chropowate brzmienie, kiedy dodała: – Może nawet zdobędę się na to, aby przyrządzić ci coś do jedzenia.
    – Nic z tego. Wiesz, że jeszcze nigdy nie świętowaliśmy we dwoje? Najwyższa pora. Przywiozę szampana.
    Po drugiej stronie przewodu zaległa cisza. Potem Kate szepnęła:
    – Przede wszystkim przywieź siebie!
    Odłożyła słuchawkę.
    Noah uśmiechnął się. Dom, Kate i… Plecy przeszył mu straszliwy ból.
    – Chryste, co…
    Coś uderzyło go w tył głowy. Zatoczył się i runął na podłogę. Boże, ten ból… Instynktownie przeturlał się na plecy, aby spojrzeć na napastnika. Ishmaru. Stał uśmiechnięty, z zakrwawionym nożem w dłoni. Ten sukinsyn dźgnął mnie nożem, pomyślał Noah resztkami świadomości. Ishmaru nachylił się, z marynarki Noaha wyciągnął rewolwer.
    – Teraz sobie pogadamy. A jeśli powiesz mi od razu, gdzie znajdę Kate, może nie będziesz musiał cierpieć długo.
    – Idź… do diabła.
    Ishmaru kucnął obok niego.
    – Początkowo chciałem jechać za tobą, ale na ulicach jest tak duży ruch, że mógłbym cię zgubić. Nie mogłem ryzykować. Kiedy ujrzałem, że Lynski wychodzi, uznałem to za dobry omen. Tak jest pewniej. Po prostu powiesz mi, gdzie jest Kate.
    Broczył krwią, umierał.
    Wszystko na nic…
    Nie, nieprawda. Czy RU 2 to nic?
    Ishmaru wbił ostrze noża w jego ramię. Zacisnął zęby, aby powstrzymać krzyk.
    – Powiedz – szepnął Ishmaru. Wyszarpnął nóż z ciała.
    Czuł, że traci przytomność. Nie, musi podjąć walkę z tym łajdakiem…
    – Powiedz.
    Mobilizując wszystkie siły, zerwał się z podłogi, trafił tamtego w podbródek. Ishmaru padł na wznak, jego oczy zmętniały. Boże, ten sukinsyn ma słabą szczękę. Na szczęście…
    Dźwignął się na kolana, zdołał wstać. Musi uciec stąd, zanim Ishmaru…
    Chryste, ten ból…
    Na chwiejnych nogach ruszył do wyjścia, znalazł się na korytarzu. Przed sobą ujrzał drzwi od wind. Musi dotrzeć do Kate… musi dotrzeć do Setha.
    RU 2… Zginęło już zbyt wielu ludzi… Jego ludzi.
    RU2…
    Nie widział Ishmaru, który stanął za nim w progu.
    Nie usłyszał świstu kuli, która przeszyła mu serce.

    Ishmaru biegł przed siebie, klnąc co sił.
    Dlaczego ten Noah nie mógł zrozumieć, że mu nie umknie? Przecież on to Ishmaru, prawdziwy wojownik. Cios oszołomił go, ale tylko na krótki moment. Potem musiał zakończyć sprawę – szybciej, niż zamierzał. Na domiar złego za pomocą broni, pomyślał z niesmakiem. A więc nie ma mowy o triumfie.
    Drzwi windy rozsunęły się, sprzątaczka zaczęła wypychać na korytarz swój wózek.
    Najpierw dostrzegła ciało Noaha. Potem Ishmaru, który zbliżał się do niej z bronią w ręku.
    Krzyknęła przeraźliwie. Gorączkowo wcisnęła któryś z przycisków, drzwi zasunęły się z powrotem.
    Ta suka zaalarmuje cały hotel!
    Ukląkł i sprawnie przeszukał kieszenie Noaha. Kluczyki do auta, portfel, jakieś kartki. Zgarnął je i wepchnął sobie do kieszeni kurtki.
    Nikt nie spodziewa się własnej śmierci. Ludzie zawsze mają przy sobie coś, co ma związek z ich życiem. Wątpił, aby Smith różnił się od innych.
    Puścił się pędem w stronę drzwi wyjściowych na końcu korytarza.
    – Gdzie Seth? Muszę porozmawiać z Sethem.
    – Kto mówi?
    – Lynski. – Chwila milczenia. – Czy to Kate? – Tak.
    – Muszę porozmawiać z Sethem. Jaki ma numer?
    – Co się stało?
    – Jest bardzo źle. Wszystko na tym cholernym świecie poszło do diabła.
    Poczuła, jak ogarnia ją panika.
    – Gdzie Noah? Jedzie już z powrotem?
    – Jaki jest numer telefonu Setha?
    Wyjąkała poszczególne cyfry.
    – Do diabła, niech mi pan powie, co się stało? – krzyknęła wreszcie. – Czy Noah został ranny?
    – Noah nie żyje.
    Przerwał połączenie.
    Słuchawka wypadła jej z ręki. To nie może być prawda. Przecież jeszcze parę godzin temu rozmawiała z nim. Powiedział, że jest bezpieczny. Wracał do domu. Mieli razem świętować sukces. Obietnica miała stać się rzeczywistością.
    Obietnica…
    Łzy ciekły jej po policzkach. Nie, nie powinna płakać. To przecież nie może być prawda. Noah żyje. Niemożliwe, aby zniknęły całe to oddanie i talent.
    I także sam człowiek – silny, miły, troskliwy…
    Michael, Benny…
    A teraz jeszcze Noah?
    Nie, tego już za wiele. To nie może być prawda! Kate opadła na kanapę, zwinęła się niemal w kłębek. Nie ruszy się stąd. Pozostanie tak skulona, aż przyjdzie Seth i powie, że to tylko nieporozumienie, że wiadomość okazała się fałszywa.
    Aż przyjdzie Seth…

    Ishmaru niecierpliwie cisnął portfel Smitha na podłogę samochodu.
    Nadal nic, co mogłoby stać się jakąś wskazówką.
    Podobny los spotkał kluczyki od auta.
    Pozostały już tylko kawałek gumy i wąski arkusik papieru.
    Paragon ze stacji benzynowej, dowód zapłaty kartą kredytową. Wydany w Pine Mountain Gulf. A w górnym rogu adres i telefon w Zachodniej Wirginii.
    – Mam cię, Smith – mruknął Ishmaru. To zdumiewające, że nawet najbardziej ostrożni ludzie popełniają błędy, choćby dotyczące drobiazgów. A takie paragony są zawsze przydatne. Ci, którzy płacą kartą kredytową, chowają je odruchowo do kieszeni lub torebki, ponieważ boją się oszustwa.
    Smith zatankował widocznie na samym początku podróży, żeby uniknąć konieczności zatrzymywania się po drodze. Dzięki temu Ishmaru wiedział teraz, gdzie wszcząć poszukiwania, a to przeważnie wystarczało. Zacznie wypytywać tu i tam i wkrótce wpadnie na trop Kate.
    Zapuścił silnik i wyjechał na autostradę.
    Jadę do ciebie, Kate.

    – Dlaczego, do diabła, nie odłożyłaś słuchawki? – zapytał Seth, wchodząc do chaty. – Już myślałem, że… – Spojrzał na nią i urwał. – Chryste! – szepnął. Ukląkł przy kanapie, wziął Kate w ramiona. Jest cały mokry, dotarło nieoczekiwanie do jej świadomości. Widocznie dalej leje. Nie szkodzi. Nareszcie przyjechał. Zaraz jej powie, że wszystko jest w porządku.
    Nie wypuszczając Kate z objęć, kołysał ją miarowo w jedną i drugą stronę, jakby była małą dziewczynką. A ona naprawdę czuła się jak mała dziewczynka, wytrącona z równowagi, zagubiona.
    – Jesteś sztywna jak kij – mruknął.
    – On żyje – szepnęła. – Nie zginął, prawda? Przyszedłeś, aby mi powiedzieć, że to fałszywa wiadomość, czyż nie, Seth?
    – Nie, to nie jest fałszywa wiadomość. – Mówił cichym głosem, jego oczy błyszczały od łez. – Noah nie żyje. Zabił go Ishmaru.
    Ishmaru. Powinna się była domyślić, że to on. Ishmaru stanowił jej koszmar, nemezis.
    – On zabił ich wszystkich, Michaela, Benny… pracowników Noaha. Ale nie sądziłam, że… Nie myślałam, że dosięgnie też jego. Miałam nadzieję, że nie odnajdzie Noaha.
    – Musiał go zaskoczyć. – Seth objął ją mocniej, tak aby mogła ukryć twarz na jego piersi. Głos miał nabrzmiały od bólu. – Kiedy o tym myślę… – Urwał, odsunął ją od siebie. – Kate, nie wolno poddawać się rozpaczy. Opłakiwać Noaha możemy później. Teraz mamy na głowie zbyt wiele spraw. I nadal jest tam Ishmaru.
    To prawda, Ishmaru istniał w dalszym ciągu. Zaczynała już wierzyć, że nikt go nie zdoła powstrzymać. Będzie kontynuował to, co zaczął, dopóki…
    – Kate. – Seth potrząsnął nią energicznie. – Tony nie jest pewien, ile Noah wyznał przed śmiercią. Na jego ciele znaleziono ślady po nożu… – Urwał, kiedy Kate wzdrygnęła się gwałtownie. – Nie sądzę, aby powiedział cokolwiek temu sukinsynowi, ale należy się liczyć z każdą ewentualnością. Musimy być ostrożni.
    – Tak, oczywiście – odparła głucho.
    Mruknął coś pod nosem.
    – Joshua – powiedział wyraźniej. – Ishmaru może wpaść na wasz trop. Twój i Joshuy. – Jego głos przybrał twarde brzmienie. – Chyba nie chcesz czekać tu biernie i rozpamiętywać, co się stało, pozwalając mu, aby podszedł twojego syna, tak jak zrobił to z Noahem?
    Jego słowa wyrwały ją ze stanu odrętwienia.
    – Joshua! – zawołała. – Jednym ruchem uwolniła się z jego objęć. – Ishmaru zjawi się tutaj?
    – Nie wiadomo.
    – Joshua może się znajdować w niebezpieczeństwie. Trzeba coś postanowić. No tak, łatwo powiedzieć, skoro w głowie panuje absolutna pustka.
    – Przykro mi, ale będziesz musiał mi pomóc. Mój umysł przestał funkcjonować.
    – Nic dziwnego. Ja też nie mogę zebrać myśli. – Skierował się do kuchni. – Przyda ci się trochę kawy. Zajmę się tym, a ty umyj sobie twarz i zacznij się pakować.
    – Joshua… Powinieneś wrócić do niego.
    – On i Phyliss już się pakują. Zaraz ich stamtąd zabierzemy. Pośpiesz się.
    – Trzeba pojechać po nich jak najprędzej. Ishmaru…
    – Nawet jeśli wie, gdzie jesteśmy, upłyną co najmniej cztery godziny, zanim tu dotrze. – Rzucił jej przez ramię zimne spojrzenie. – Rusz się!
    Ostatnie słowa zabrzmiały jak trzask bicza, mobilizując ją do działania. Jak on się zmienił, pomyślała, biegnąc do sypialni. Ten łagodny Seth, który kołysał ją łagodnie niby małe dziecko i pocieszał czule, zniknął nagle, jakby nigdy go tu nie było. Wszystko w nim stało się w jednej chwili ostre i bezwzględne. Nawet poruszał się inaczej niż przedtem. Nonszalancki krok, który przypominał jej sposób, w jaki chodził Joshua, emanował obecnie niezwykłym napięciem i energią.
    Znowu był tamtym człowiekiem, którego poznała na podjeździe przed swoim domem w Dandridge. Który skojarzył jej się wtedy z Kubą Rozpruwaczem, co rozśmieszyło Noaha.
    Noah…
    Nie, nie wolno jej teraz zaprzątać sobie głowy tak bolesnymi wspomnieniami, musi wziąć się w garść, myśleć wyłącznie o swoim synu i Phyliss. Wyjęła z szafy walizkę i zaczęła wrzucać do niej części garderoby.
    – Gotowa? – zapytał Seth, kiedy weszła do kuchni dziesięć minut później. Podał jej filiżankę kawy i zakręcił pokaźnych rozmiarów termos. – A gdzie materiały na temat RU 2?
    – Spakowałam je już wcześniej. – Odstawiła walizkę i upiła łyk kawy. – Chciałam się czymś zająć podczas nieobecności Noaha. Leżą teraz w laboratorium, w kącie.
    – Zaraz je zabiorę. A ty zanieś tymczasem walizkę i termos do dżipa.
    – Wolałabym wziąć swój wóz.
    – Nie. Tylko jeden samochód. Muszę mieć was wszystkich tuż przy sobie, widzieć was cały czas. – Udał się do laboratorium.
    Upiła jeszcze trochę kawy, potem wzięła termos i walizkę. Była ciężka, ale wysiłek, jakiego wymagało przetaszczenie jej do dżipa i ułożenie w tyle samochodu, pomógł Kate dojść do siebie. Zanim zajęła miejsce na siedzeniu, deszcz, który nie ustawał ani na chwilę, przemoczył ją do suchej nitki. Wszystko trwało nie więcej niż parę minut, ale dzięki temu mogła przestać myśleć o…
    Dlaczego Seth nie wraca tak długo? Przecież cała dokumentacja znajduje się w rogu, starannie poskładana. A może jej się tylko zdaje, że minęło już tak dużo czasu?
    Nareszcie ujrzała go na schodach. Schodził z pełnym naręczem pudełek i skoroszytów. Umieścił je na przednim siedzeniu.
    – Sprawdź, czy niczego nie brakuje.
    Przejrzała spiesznie pudełka, skoroszyty i dyskietki.
    – Jest wszystko.
    Seth siadł za kierownicą i ruszył.
    – Dokąd jedziemy? – zapytała Kate.
    – W stronę White Sulphur Springs. Umówiłem się z Tonym w tamtejszym motelu.
    – Po co?
    – Powiedział, że musi się z nami spotkać.
    – A jeśli Ishmaru go śledzi?
    – Wtedy zabiję sukinsyna.
    – Lynskiego czy Ishmaru?
    – Może jednego i drugiego. – Zatrzymał samochód tuż przed skrzyżowaniem z główną drogą. – Czy na pewno masz wszystko?
    – Powiedziałam już, że tak.
    – Zapytałem na wszelki wypadek. – Wyjął coś z kieszeni kurtki. – Za chwilę jedziemy dalej.
    Samochód zadygotał silnie, kiedy za nimi rozległ się huk eksplozji. Patrzyła zaszokowana na płonącą chatę.
    – Co się stało?
    – Odrobina materiału wybuchowego w odpowiednim miejscu. – Wsunął pilota z powrotem do kieszeni i zapuścił silnik.
    – Wysadziłeś chatę w powietrze? – zapytała szeptem.
    – Jakiś geniusz komputerowy mógłby odzyskać informacje z dysku. Noah zginął właśnie przez ten pieprzony RU 2. Myślisz, że pozwoliłbym teraz komuś przejąć te dane?
    Odblask płomieni wyostrzył rysy jego twarzy, odbijał się w niebieskich oczach. Nigdy przedtem nie widziała człowieka o surowszym wyglądzie.
    – Nie, nie sądzę, żebyś na to pozwolił – odparła. Wzdrygnęła się i czym prędzej odwróciła wzrok.
    Straciła Noaha.
    Straciła także tego Setha, którego zdążyła poznać.

    Wystarczyło zaledwie trzydzieści minut, aby zabrać z leśniczówki Phyliss i Joshuę oraz przenieść bagaże do samochodu. Oboje w milczeniu zajęli miejsca z tyłu, wstrząśnięci jeszcze tym, co się wydarzyło.
    – Chata się pali – odezwał się wreszcie Joshua. – Widziałem przez okno. Nie powinniśmy powiadomić Lyle’a?
    – Już to zrobiłem, zanim zamknąłem drzwi leśniczówki na klucz – odparł Seth. – Poprosiłem, żeby przyjechał i przejął z powrotem swój posterunek.
    – A nie zapali się od tego las?
    – Nie ma obawy. Pada tak obficie, że ogień zgaśnie, zanim oddalimy się stąd o dziesięć mil.
    Joshua oblizał sobie wargi.
    – Czy to on zrobił?
    – Nie. To ja. Ishmaru jest daleko od nas.
    – To dlaczego tak się śpieszymy?
    – Żeby nie mógł zanadto się do nas zbliżyć. – Seth zapuścił silnik i ruszył. – Wszystko będzie w porządku.
    – Na pewno? – szepnął chłopiec. – A jednak on zabił Noaha.
    – Skoro Seth twierdzi, że wszystko będzie w porządku, możesz mu zaufać. – Phyliss objęła chude ramiona wnuka. – On nigdy nie kłamie.
    Joshua siedział sztywny, wyprostowany. Mokre od deszczu włosy kleiły się do twarzy, oświetlenie tablicy rozdzielczej wydobywało go z mroku tylko częściowo, sprawiając, że wyglądał na wymizerowanego. Twarz jak u dorosłego, pomyślała Kate. Boże, to przeze mnie!
    – Seth? – szepnęła.
    Spojrzał na nią.
    – Na razie nic nam nie grozi, jednak to jeszcze nie koniec. Ale ja… damy sobie radę, czyż nie, Joshua?
    Chłopiec powoli kiwnął głową i wsunął się głębiej na siedzenie.
    – Jasne.
    Słowa brutalnej prawdy zamiast pocieszenia. Kate próbowałaby odegnać lęk syna inaczej, ale może sposób Setha był lepszy. W każdym razie chyba osiągnął cel, a teraz liczyło się wszystko, co skuteczne.
    Jechali w niemal całkowitym milczeniu. Do motelu „Dinmore”, znajdującego się na peryferiach White Sulphur Springs, dotarli nazajutrz o świcie. Seth, nie tracąc czasu, załatwił pokój dla Phyliss i Joshuy, oraz osobny dla Kate. Następnie przekazał klucze Phyliss.
    – Zamknij starannie drzwi. Możesz wziąć prysznic i zmienić ubranie, ale nie kładź się do łóżka. Niewykluczone, że natychmiast po rozmowie z Tonym ruszymy dalej.
    – Dobrze. Ale może wstąpię do tego sklepu na rogu i kupię coś do jedzenia?
    Pokręcił głową.
    – Zostań w pokoju, dopóki nie przyjdę. – Zwrócił się do Kate: – Pójdziesz ze mną. – Nie czekając na odpowiedź, wyszedł.
    – Postaram się wrócić jak najprędzej – obiecała Kate.
    – Nie przejmuj się nami. Powinnaś się zatroszczyć o siebie. Wyglądasz, jakby przejechał po tobie walec – mruknęła Phyliss.
    I tak też się czuję, pomyślała Kate.
    – Idź już, mamo – odezwał się Joshua, wchodząc do łazienki. – Seth na pewno cię potrzebuje.
    Uśmiechnęła się blado.
    – A Seth wie wszystko najlepiej?.
    Spojrzał na nią z powagą.
    – Jest świetny. Zna się na takich sprawach jak ta. – Zamknął za sobą drzwi.
    – Joshua ma rację – poparła wnuka Phyliss. – Moim zdaniem, powinniśmy zdać się całkowicie na Setha.
    – Chyba tak. – Nachyliła się, pocałowała Phyliss w policzek. – Dziękuję.
    – Za co?
    – Za to, że znosisz to bagno, w jakie wepchnęłam nas wszystkich.
    – Nie bądź niemądra. Obwiniasz siebie za coś, czemu nie mogłaś zapobiec. Czy to ty zabiłaś Michaela, twoją przyjaciółkę Benny lub Noaha? Nie sposób nie reagować na pewne rzeczy. I tak się właśnie działo w twoim wypadku. Reagowałaś w sposób, jaki uznałaś za najkorzystniejszy dla każdego z nas. – Uśmiechnęła się. – A teraz już idź. Chcę przebrać się w coś suchego.
    Seth czekał na zewnątrz.
    – Postaram się nie zająć ci wiele czasu, potem będziesz mogła się umyć i wypocząć. – Ujął ją pod ramię i poprowadził pasażem. – Według informacji recepcjonisty Tony jest pod numerem 34. Załatwimy to szybko.
    – A potem?
    – Potem zobaczymy. – Zatrzymał się przed drzwiami z numerem 34 i zapukał. – Mam już parę pomysłów.
    A ja żadnych, pomyślała. Rzeczywiście: działała teraz czysto instynktownie. Jadąc tu, miała aż nazbyt wiele czasu na rozmyślania o Noahu. Noah…
    Drzwi otworzył wysoki, potężny mężczyzna w spodniach koloru khaki i pasiastej koszuli.
    – Najwyższa pora – powitał ich zwięźle.
    – Tony, to jest Kate Denby. – Seth wepchnął ją do środka. – Wrócę za chwilę. Muszę się rozejrzeć.
    – Nikt mnie nie śledził. Myślisz, że popełnię po raz drugi ten sam błąd? – zapytał Tony Lynski głosem, w którym zabrzmiało wyraźnie rozgoryczenie.
    – Wolę przekonać się na własne oczy. Gdybyś był tak samo czujny w Waszyngtonie, Noah nie zostałby zabity.
    – Sukinsyn – mruknął Tony, kiedy drzwi zamknęły się za Sethem. Odwrócił się do Kate, twarz miał ściągniętą w bolesnym grymasie. – Ale ma rację. Nie byłem wystarczająco ostrożny. Powinienem był przewidzieć, że Ishmaru mnie śledzi.
    Czyżby oczekiwał od niej przykrych słów? Nie była pewna, co teraz czuje wobec niego, ale nie miała ochoty go pocieszać.
    – Jak to się stało?
    – Ishmaru zabił Noaha w moim hotelu. Znaleziono go koło wind przed pokojem, który zajmowałem.
    – Tak, tyle wiem. A co z… – Urwała, aby móc zapanować nad głosem. – Co z jego ciałem?
    – Jest w kostnicy. Nie mogli go zidentyfikować. Ishmaru musiał zabrać wszystko. Zarejestrują go pod nazwiskiem John Doe.
    Wzdrygnęła się. Takie bezduszne potraktowanie zwłok wydało jej się nagle prawie równie okropne, jak samo morderstwo.
    – I pozwolił pan, aby go zabrali?
    – Kiedy wróciłem do hotelu, przenosili go właśnie do samochodu koronera. Nie wiedziałem, co robić. Jakiś gliniarz zadawał pytania każdemu, kogo zobaczył, a ja zbierałem informacje.
    – John Doe!
    – Myśli pani, że byłem tym zachwycony? Ale przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji musiałem się skontaktować z Sethem. – Po chwili milczenia dodał: – Noah bardzo panią lubił. Nie mógł się doczekać powrotu.
    – Dlaczego nie było pana przy nim, kiedy to się stało?
    – Bo wysłał mnie do banku, żebym złożył w sejfie podpisane przez mego dokumenty.
    Patent. A więc śmierć Noaha to również jej wina.
    – To znaczy, że nie mógł pan mu pomóc. Nie było przy nim nikogo, kto mógłby mu pomóc.
    – Nie mogłem wiedzieć, że…
    Do pokoju wszedł Seth.
    – Wszędzie czysto. Nikogo podejrzanego. Tym razem spisałeś się dobrze, Tony.
    Lynski odetchnął z ulgą.
    – Czy to było konieczne?
    – Może nie, ale teraz czuję się lepiej. – Seth rozejrzał się dokoła, dostrzegł maszynkę do kawy i ruszył w tę stronę. – Dlaczego, do diabła, nie dałeś jej do picia czegoś gorącego? Nie widzisz, że jest jeszcze w szoku?
    – Dopiero co wyszedłeś… Och, niech to szlag! – Opadł na krzesło. – Musisz się zachowywać w ten sposób?
    Muszę. – Seth napełnił dwie filiżanki kawą, podał jedną Kate, siłą posadził ją na wolnym krześle. Następnie wziął swoją filiżankę, upił łyk i zapytał: – Jak myślisz, dlaczego tu teraz jesteśmy?
    – Bo tego by pragnął Noah – odparł Tony. – A przyjechał do Waszyngtonu, bo miałem dla niego parę dokumentów do podpisania.
    – Patent – wyjaśniła Kate. – Mówiłam mu, że nie chcę, aby go zmieniał. Powiedziałam…
    – Jednym z dokumentów był patent. – Tony przeniósł wzrok na Setha. – Drugi stanowił zmianę testamentu. Cały swój majątek, łącznie z RU 2, Noah zapisał tobie, Seth.
    Seth zamarł w bezruchu.
    – Co takiego?
    – Słyszałeś, co powiedziałem. Uznał, że nie poczynił odpowiednich zabezpieczeń RU 2 na wypadek, gdyby jemu samemu przytrafiło się coś złego. Dlatego przekazał to w twoje ręce.
    – W moje ręce?
    – Powiedziałem mu, że oszalał. Że jesteś ostatnią osobą, której można powierzyć cokolwiek ważnego. – Uśmiechnął się krzywo. – Ale on mnie nie posłuchał. Nigdy mnie nie słuchał.
    – Niech go szlag!
    Kate, zaszokowana, spojrzała na Setha.
    – Nie przyjmę tego! – Cisnął filiżanką o ścianę. – Może się wypchać tym swoim RU 2. Nie schwytał mnie w sidła za życia i nie dam się złapać teraz.
    – Wspaniały, dojrzały pokaz wdzięczności – mruknął kwaśno Tony. – Nie lepiej od razu wyciągnąć broń i zastrzelić kogoś?
    – Nie kuś losu!
    – Cóż, ja w każdym razie postąpiłem zgodnie z życzeniem Noaha. – Tony rozsiadł się wygodniej. – A co ty zamierzasz?
    – Powiem ci co. Zamierzam odnaleźć Ishmaru i wypatroszyć go jak prosiaka.
    – A co z RU 2?
    – Nie chcę go. Nie przyjmuję oferty.
    – Nie chcesz tej odpowiedzialności, czy tak?
    – Masz mu to za złe? – zapytała Kate. – Na miłość boską, znajdź jakiś sposób, żeby go z tego wyplątać. Nie musi ginąć w ślad za Noahem.
    – Testament to rzecz święta. Dostanie to, czy chce, czy też nie. – Tony uśmiechnął się. – Gdybym wiedział, że będziesz tak wściekły, nie sprzeczałbym się z Noahem.
    – Przepiszę to na Kate.
    – Nie możesz. RU 2 należy do ciebie już na zawsze. – Tony najwidoczniej zaczynał się delektować zaistniałą sytuacją. – Jak sądzę, odziedziczyłeś także mnie. Jakie masz dla mnie instrukcje? Mam zorganizować naradę zarządu, aby…
    – Idź do diabła! – Seth otworzył z rozmachem drzwi, a potem zatrzasnął je za sobą.
    – Proszę wypić kawę – zwrócił się Tony do Kate. – On wróci, gdy tylko ochłonie. Chryste, cóż to za rozkosz podrażnić go choć raz. – W następnej chwili spoważniał. – Nie, to nie w porządku. Noah nie żyje. Nie powinienem był… – Wzruszył ramionami. – Cóż mogę powiedzieć? Jestem tylko człowiekiem.
    – To prawda. – Podniosła filiżankę do ust i zauważyła, jak mocno drży jej ręka. Ostrożnie odstawiła filiżankę na stolik. – Dlaczego Seth? Dlaczego Noah zapisał wszystko właśnie jemu?
    – Zapytałem go o to samo. Wyjaśnił, że Seth poradzi sobie ze wszystkimi przeszkodami. – Uśmiechnął się przekornie. – O ile nie zdecyduje się sprzedać RU 2 jakiemuś kolumbijskiemu bossowi narkotykowemu.
    – Na pewno by tego nie zrobił. Wysadził w powietrze chatę po to tylko, aby nikt inny nie dostał się do środka.
    – Nikt nie wie, co może mu strzelić do głowy. Zawsze był nieobliczalny. – Pokiwał głową. – Wszystko potoczyło się na opak. Noah nie żyje, a my jesteśmy bezradni. RU 2 wyląduje na wysypisku śmieci.
    Skoczyła na równe nogi. Uświadomiła sobie, że nie zniesie tego dłużej. Że nie powinna tak siedzieć bezczynnie. Może podziałała na nią gorzka wymowa jego słów?
    – Muszę wyjść na powietrze. Proszę powiedzieć Sethowi, że poszłam się przejść.
    – Przykro mi, jeśli nie okazałem się zbyt taktowny. Nie potrafię obcować z…
    Nie czekając na dalszy ciąg, wyszła i zamknęła za sobą drzwi. Łapczywie nabrała w płuca haust chłodnego powietrza, ale to nie pomogło. Nadal nie potrafiła sobie poradzić z ciążącym coraz bardziej przygnębieniem. Wsunęła dłonie do kieszeni kurtki i ruszyła w stronę drogi, starając się uporządkować jakoś bezładne myśli.
    Noah nie żyje.
    RU2 wyląduje na wysypisku śmieci.
    Ishmaru.
    Joshua.
    Seth był zawsze nieobliczalny. Jesteśmy bezradni. Bezradni…

    Dwie godziny później, kiedy wracała do motelu, ujrzała Setha. Na jej widok odetchnął z ulgą.
    – Potrafię zrozumieć, że nie chciałaś przebywać dłużej w towarzystwie Tony’ego, ale czy nie mogłaś przynajmniej powiedzieć, gdzie będziesz?
    – Nie, bo jeszcze tego nie wiedziałam. – Rzuciła mu chłodne spojrzenie. – Ty też nie rozgłaszałeś na prawo i lewo, dokąd się wybierasz, kiedy wypadłeś stamtąd w napadzie furii.
    – Jakiej tam furii! Byłem… – Wzruszył ramionami. – No dobrze, przegrałem. Wet za wet. Ale ty powinnaś była…
    – Mówiłeś, że jesteśmy bezpieczni. Kłamałeś?
    – Nie, ale nigdy… – Urwał, nie odrywając od niej wzroku. Jeszcze dwie godziny temu wyglądała jak osoba uśpiona, znajdująca się w letargu. Teraz uległa przemianie. Oczy jej błyszczały, tryskała energią, poruszała się i mówiła zdecydowanie. Tak jakby powiał wiatr i przegnał wszystkie chmury.
    Czy jednak wiadomo, co zostawił za sobą?
    – Na jak długo? – zapytała.
    – Co? – Był do tego stopnia zaabsorbowany zmianą, jaka się w niej dokonała, że zgubił wątek rozmowy. Bezpieczeństwo. No tak, ona pyta, jak długo będą bezpieczni. – Nie sądzę, abyśmy zostawili za sobą jakieś ślady, ale zazwyczaj trudno się tego ustrzec. Pewnie mamy jeszcze parę dni czasu.
    – A potem następna ucieczka? – Demonstracyjnie pokręciła głową. – Nie ma mowy. Mam dość tego ciągłego bycia w drodze, ukrywania się i biernego patrzenia, jak Ishmaru zabija bliskich mi ludzi. Mam dość tego sukinsyna, który zagraża mojej rodzinie, mam dość bezsilności.
    Uśmiechnął się lekko.
    – Jesteś zirytowana. Odkąd zamieszkałaś w tamtej chacie, nie widziałem cię w takim stanie.
    Wtedy jeszcze nie byłam aż tak rozeźlona jak teraz. – Szła szybkim krokiem, jej głos dygotał z nadmiaru emocji. – Nie chcę być bezsilna. Tony powiedział, że tacy właśnie jesteśmy, ale to nieprawda. Bezradny staje się ten, kto daje za wygraną. Ja się nie poddam. Ani ty. Słyszysz, co mówię? Nie sprzedasz RU 2 jakiemuś łajdakowi handlującemu narkotykami ani nie pozbędziesz się go w inny sposób. Zaskoczony uniósł brwi.
    – Co byś zrobiła, gdybym jednak postąpił w taki właśnie sposób?
    Wbiła w niego surowe spojrzenie.
    – Nie dałabym ci spokoju, nękałabym cię na wszelkie sposoby. Nie pozwoliłabym ci odejść. Jesteś mi potrzebny. Nie dopuszczę do tego, aby stać się znowu ofiarą.
    – Nawet gdybyś miała ciągnąć mnie za sobą siłą?
    – Nie stanę się kolejną ofiarą – powtórzyła.
    Rozmyślał nad czymś przez chwilę.
    – Powinnaś wziąć prysznic i wypocząć porządnie. Porozmawiamy potem, kiedy już ochłoniesz i dojdziesz do siebie.
    – Czuję się świetnie. Po raz pierwszy, odkąd się to wszystko zaczęło, widzę wszystko jasno i wyraźnie.
    – Porozmawiamy potem.
    Wzruszyła ramionami.
    – To niczego nie zmieni. – Weszła na teren motelowego parkingu. Szedł za nią, patrząc na jej zdecydowane ruchy, wyprostowane plecy, sprężysty krok.
    Mocny, solidny i jasny.
    Tak, odkładanie rozmowy na potem niczego nie zmieni. Nie w oczach Kate, którą miał teraz przed sobą. Nie dostrzegał w niej żadnego wahania, żadnej niepewności, jedynie gniew i determinację.
    A Seth wiedział z własnego doświadczenia, że nie istnieje bardziej zabójcza mikstura niż właśnie taka.

11.

    – Możesz wejść. – Kate wycierała włosy ręcznikiem, kiedy sześć godzin później Seth zapukał do jej pokoju. Miałaś zamykać drzwi na klucz – zganił ją, wchodząc do środka.
    – Były zamknięte, dopóki spałam. Potem otworzyłam, bo chciałam wejść pod natrysk, a wiedziałam, że zaraz przyjdziesz.
    – To nie jest rozsądne tłumaczenie.
    – „W porządku. – Odrzuciła ręcznik, przeczesała wilgotne jeszcze włosy dłonią. – Następnym razem będę rozsądniejsza.
    – Stajesz się bardzo potulna.
    – Staję się roztropna. Pod tym względem jesteś lepszy ode mnie. Uczę się właśnie od ciebie. Powiedziałam już, że jesteś mi potrzebny. – Usiadła na brzegu łóżka, otuliła się szczelniej szlafrokiem. – Z pewnością zrobię wszystko, co możliwe, aby nie dać się zabić. – Spojrzała mu prosto w oczy. – Ale nie zamierzam się dłużej ukrywać.
    – A co z Joshuą i Phyliss? Chyba nie chcesz narazić ich na niebezpieczeństwo?
    – Jasne że nie. Przyszło mi do głowy… Noah powiedział, że grozi im coś złego, kiedy są przy mnie.
    – To prawda.
    – Z tego wynika, że nie powinni się znajdować blisko mnie, gdybym została wytropiona.
    Pokręcił głową.
    – O ile cię znam, nie zgodzisz się spuścić z oczu swego syna. Jej dłoń zacisnęła się kurczowo na pasku od szlafroka.
    – Zgodzę się, jeśli to miałoby ocalić mu życie.
    – To nie jest konieczne – odparł szorstko. – Dopadnę Ishmaru.
    – A kiedy go zabijesz, Ogden wyśle za nami kogoś innego. Chcę, aby to się wreszcie skończyło. Musimy upowszechnić sprawę RU 2.
    – Ty się tym zajmij. Ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego.
    – Właśnie. Po prostu chcesz załatwić Ishmaru, a potem odejść w siną dal. Nie pozwolę na to.
    – A w jaki sposób zamierzasz mnie powstrzymać?
    – Nie muszę cię powstrzymywać. Lubisz Joshuę, wiem o tym. Nie pozwolisz mu zginąć. Nie jesteś aż tak bezduszny.
    – Pozwoliłem, aby zginął Noah. Mój najbliższy przyjaciel.
    – I dlatego jesteś teraz tak wściekły na samego siebie, że najchętniej kopałbyś wszystkich na prawo i lewo.
    – Możliwe.
    – Na pewno tak. – Znużona pokręciła głową. – Posłuchaj, nie obchodzi mnie, co zrobisz, kiedy RU 2 uzyska już atest, a moja rodzina znajdzie się w bezpiecznym miejscu. Możesz wtedy wyjechać do Tybetu albo do Ameryki Południowej lub nawet dać się oskalpować przez łowców głów. Decyzja będzie należała do ciebie. Ja chcę po prostu, żebyś nam pomógł. Mogę na ciebie liczyć?
    – Byłem już w Tybecie. Wcale mnie tam nie ciągnie.
    – Pomożesz?
    Spoglądał w dół, jakby interesowała go w tej chwili wyłącznie podłoga.
    – Nie wiem, jak mógłbym ci odmówić, skoro prosisz tak gorąco. Odetchnęła z ulgą. Nie wierzyła wprawdzie, by Seth pozostawił ich na łasce losu, ale nie miała pewności. Jak powiedział Tony, Seth zawsze był nieobliczalny.
    – Ale Ishmaru jest mój. I nie będzie żadnych pytań, żadnych dyskusji. Zajmę się nim.
    – Zgoda, nie będzie dyskusji. – Wzdrygnęła się. – Już raz cię powstrzymałam, kiedy miałeś okazję go zabić. Żałuję teraz, że tak się nie stało.
    – To moja wina. Wiedziałem, że robię źle. – Wzruszył ramionami. – Ale czułem, że budzę w tobie lęk, wiedziałem też, że bardziej niż samego Ishmaru Noah boi się, iż nie uzyska od ciebie tego, na czym mu zależało.
    – Tak ci powiedział? – szepnęła.
    Przytaknął.
    – Powiedział mi o wszystkim, co dotyczyło RU 2. I mądrze zrobił. Utrzymywanie swoich sprzymierzeńców w niewiedzy nie przynosi z pewnością nic dobrego. – Podszedł do komody, na której stała maszynka do kawy. – Napijesz się?
    Odruchowo kiwnęła głową.
    – A więc wiesz wszystko, o czym wiedział Noah. – Jakby tknięta nagłą myślą, uniosła wyżej głowę. – Czy także na mój temat?
    – Nie wszystko, ale większość. O twoim wykształceniu, o twoich poglądach. – Napełnił filiżankę, nie patrząc na nią. – Ale nie przejmuj się, nie mówił mi, jaka jesteś w łóżku.
    Znieruchomiała z wrażenia.
    – Powiedział ci, że poszłam z nim do łóżka?
    – Właściwie nie mówił tego wprost. Ale takie odniosłem wrażenie…
    – Wzruszył ramionami. – Pasowaliście do siebie. Wystarczy zetknąć ze sobą mężczyznę i kobietę, aby doprowadzić do właściwej reakcji.
    – Tylko że ta reakcja nigdy nie nastąpiła. Byliśmy oboje zbyt zaabsorbowani pracą. To by nam przeszkadzało.
    – A więc znowu RU 2. Jakie to beznamiętne i jednocześnie praktyczne z waszej strony. – Uśmiechnął się. – Wiesz, trzeba przyznać, że Noah był cholernym głupcem.
    Uczciwość kazała jej wziąć go w obronę.
    – Oboje zadecydowaliśmy, że tak będzie najlepiej.
    – Ale ty byłaś samotna, mało odporna i nie zaabsorbowana bez reszty tym RU 2. Założę się, że wystarczyłoby zakręcić się koło ciebie.
    – To nie twoja sprawa, Seth.
    – Na jego miejscu zakręciłbym się, bez względu na konsekwencje.
    – Podszedł bliżej i podał jej filiżankę. – Ale, z drugiej strony, z zasady jestem przeciwny zaprzeczaniu samemu sobie.
    – Cieszysz się chwilą?
    – Właśnie.
    – No cóż, Noah miał inne priorytety.
    – Wiem. Na przykład zbawienie ludzkości. – Uniósł dłonie, jakby równoważąc szalę wagi. – Zbawianie ludzkości? Seks? – Klęknął nagle, podpierając się lewą ręką. – Przykro mi, Kate – westchnął ciężko. – Ale seks zwycięża każdorazowo.
    Uśmiechnęła się mimo woli, po raz pierwszy od dłuższego czasu.
    – Nie wygłupiaj się.
    – Chciałem tylko unaocznić ci fakt, że nie jestem taki jak Noah. Nigdy nie będę mnichem ani świętym. I z pewnością nie jestem dżentelmenem. Nie jestem też czarnym charakterem, ale może kimś pośrednim. – Usiadł na podłodze, krzyżując nogi. – Nie będę próbował oszczędzać cię ani wykorzystywać. I zachowam się wobec ciebie tak uczciwie, jak tylko potrafię. Więc oferuję ci więcej, niż uzyskałaś od Noaha.
    Zmarszczyła brwi.
    – Co masz na myśli?
    – Nie powiedział ci, że jesteś poszukiwana przez policję jako domniemana sprawczyni morderstwa popełnionego w Dandridge.
    – Co takiego?
    – Chodzi o tego policjanta z radiowozu. Uznano, że zabiłaś go, gdyż byłaś wytrącona z równowagi, a ponadto rozeźlona na policję z powodu śmierci twego eksmęża.
    Pokręciła gwałtownie głową.
    – To szaleństwo!
    – Nie, to bardzo sprytny sposób trzymania cię na uwięzi i zdyskredytowania na wypadek, gdyby przyszło ci do głowy upublicznić RU 2. W tym celu jakieś pokaźne kwoty musiały przejść z ręki do ręki.
    – Ale przecież nikt nie mógł… Alan na pewno próbował wyjaśnić… To wszystko nie ma najmniejszego sensu!
    – Oskarżenie upadłoby jako bezpodstawne, ale zawsze to jakaś przeszkoda. I pod tym względem ma sens.
    Słusznie, pomyślała oszołomiona. To samo zrobiono przecież z Noahem po wysadzeniu jego fabryki w powietrze. Obciążyć dodatkowo ofiarę, oto ich strategia.
    – Od jak dawna Noah wiedział, że jestem poszukiwana?
    – Odkąd zamieszkaliście w tamtej chacie. Byłaś mu potrzebna do prac nad RU 2, a bał się, że w tej sytuacji zechcesz wrócić natychmiast do Dandridge, aby oczyścić się z zarzutów.
    – Może rzeczywiście postąpiłabym w ten sposób. – Oblizała spieczone wargi. – Ale on nie miał prawa ukrywać tego przede mną. To nie w porządku.
    – Byłaś mu potrzebna. Oboje kochaliśmy tego sukinsyna i nie ma potrzeby obwiniać go teraz o cokolwiek. Po prostu dał się wciągnąć w coś, co pochłonęło go bez reszty. – Zacisnął usta. – Próbuje chronić to nawet po śmierci.
    – Tak, masz rację. – Zmieniony patent, testament. Pozornie zachowanie świadczące o uczciwości i wspaniałomyślności, ale tak naprawdę oboje będą przez to przykuci już na zawsze do RU 2. A przynajmniej ona. Wątpliwe, czy Seth pozwoli się przykuć do czegokolwiek na dłuższy czas. W każdym razie okres ten musi potrwać przynajmniej do chwili, kiedy okaże się, że Joshua i Phyliss są bezpieczni. – Ale ja nie obwiniam go o nic. Miał dobre intencje.
    – Święty Noah.
    Poczuła bolesne ukłucie w sercu. Tak właśnie ona nazwała go, zanim wyjechał.
    – Był dobrym człowiekiem.
    – Trudno o lepszego. – Uciekł wzrokiem gdzieś w bok. – Ale wcale nie był świętym, lecz zwykłym człowiekiem, jak każdy z nas. I popełniał błędy.
    – Jakiego rodzaju?
    – Na przykład czekał biernie, aż Ogden wyśle swoich siepaczy. W tym trudniejszej sytuacji znaleźliśmy się teraz my wszyscy.
    – Musieliśmy opracować ostateczny wzór RU 2.
    – A ja mogłem pojechać do Waszyngtonu i policzyć się z Ogdenem.
    – Musiałeś ochraniać Joshuę.
    – Istniały inne rozwiązania problemu, bezpieczniejsze. Noah chciał po prostu, abyś czuła się szczęśliwa. Był przekonany, że wtedy będziesz pracowała z większym zapałem. Stąd pomysł, żebyś miała Joshuę blisko siebie.
    – A te bezpieczniejsze rozwiązania?
    – Bezpieczniejsze od tego, na jakie on się zdecydował. Znajdowaliśmy się w samym sercu lasu. Trudno w takich warunkach czuwać nad czyimś bezpieczeństwem.
    – A jednak ty czuwałeś.
    – Bo jestem cholernie dobry. Jeśli o mnie chodzi, zorganizowałbym to wszystko zupełnie inaczej, ale tu dyrygentem był Noah. Już nim nie jest. – Skierował wzrok z powrotem na nią. – Ani ty, Kate. Jeśli chcesz, abym ci pomagał, musisz zaakceptować mój sposób działania.
    Zesztywniała.
    – Ani myślę.
    – Nie mówię, że nie będę cię pytać o zdanie. Jesteś bystra i wszystko na temat RU 2 masz w małym palcu. Chodzi mi po prostu o to, że nie dam się zepchnąć po raz drugi na dalszy plan.
    On to mówi serio, uświadomiła sobie zaniepokojona.
    – Ja też nie lubię, kiedy ktoś myśli za mnie. Pozwoliłam Noahowi decydować o wszystkim, a teraz się dowiaduję, że jestem podejrzana o popełnienie morderstwa i…
    – Wybór należy do ciebie, Kate.
    Wpatrywała się w niego parę chwil, wreszcie niechętnie kiwnęła głową.
    – Zgoda. Podporządkuję się twoim planom i tak pozostanie, dopóki będę widziała sens w tym, co robisz, a moja rodzina będzie bezpieczna.
    – Doskonale. – Wstał. – Teraz ubierz się, a ja pójdę po Tony’ego. Musimy opracować strategię, skoro masz się ujawnić. To nie będzie proste.
    – Apokalipsa – szepnęła.
    – Co takiego?
    – Tak nazwał to Noah.
    – On w ogóle stał się pesymistą po tej eksplozji w fabryce. – Seth podszedł do drzwi. – Ale nie miał racji. To nie jest jeszcze apokalipsa.
    – A co?
    – Po prostu wojna – odparł znużonym tonem. – Jeszcze jedna wojna.
    – Zamierzasz się ujawnić? – powtórzył Tony. – Bez Noaha? – Spojrzał wilkiem na Setha. – Z nim?
    – Zgadza się – odparła. – I potrzebujemy twojej pomocy.
    – Popełniasz błąd, obdarzając go zaufaniem.
    – Nie sądzę.
    – Obiecałem jej, że nie sprzedam RU 2 zaprzyjaźnionemu kartelowi narkotykowemu – odezwał się Seth. – Zastanawiam się, skąd w ogóle przyszło jej do głowy coś tak bzdurnego? Jakoś czuję w tym twoją rękę, Tony. Ty jej podsunąłeś ten pomysł, czyż nie?
    – Istotnie. – Tony spojrzał odważnie na Setha. – Z tobą były zawsze kłopoty.
    – No cóż, teraz ty będziesz miał tego rodzaju kłopot. Musisz ze mną współpracować.
    – Wypchaj się, dobra?
    – Wolisz, aby się okazało, że śmierć Noaha poszła na marne? Chcesz, żeby temu Ishmaru uszło wszystko na sucho?
    Tony nie odpowiedział.
    – Daj spokój – dodał ciszej Seth. – Noah był twoim przyjacielem. Możesz nie wierzyć, że nadaję się na miejsce Noaha, ale wiesz dobrze, że potrafię dopaść Ishmaru.
    – Może.
    Seth przeszywał go wzrokiem.
    – No, dobrze, jesteś świetny w tym, co robisz. – Tony pokręcił głową. – A niech tam! Gorzej już być nie może.
    – Traktuję twoje słowa jako wyraz aprobaty.
    – Czego ode mnie chcesz?
    – Całego mnóstwa rzeczy. Przede wszystkim informacji. Co się dzieje z Longworthem?
    – Już mówiłem Noahowi o ustawie, którą chce przepchnąć.
    – I nic poza tym?
    – Skąd, u diabła, miałbym to wiedzieć? Przez dwie ostatnie doby byłem zajęty czymś innym.
    – Wprowadź mnie w sprawę tego patentu. Zarejestrowałeś go?
    – Jeszcze nie. Noah przedłużył procedurę. Kazał zmienić patent w taki sposób, aby widniało na nim także nazwisko Kate. Dokumenty znajdują się w depozycie bankowym.
    – Pojedź do Waszyngtonu i zarejestruj wszystkie dokumenty. Masz kogoś zaufanego w urzędzie patentowym?
    – Jasne. Mam dobrych znajomych we wszystkich urzędach patentowych w kraju i w kilku najważniejszych miejscach w Europie. Noah wysyłał mnie od sześciu miesięcy to tu, to tam.
    – A dlaczego również do Europy?
    – Wiedział, że tu, w Stanach, może sobie nie dać rady z przeciwnikami. Łatwiej zarejestrować lek za granicą.
    – W takim razie dlaczego nie pomyślał o opatentowaniu go w innym kraju?
    – Znasz Noaha. Niepoprawny patriota. Chciał, aby największe korzyści przypadły w udziale Stanom Zjednoczonym. W FDA trwa latami, zanim dopuszczą zagraniczny lek.
    – A my załatwimy to w Europie – zaproponował Seth. – Jaki kraj byłby najlepszy?
    – Holandia. W Amsterdamie dopuszczenie leku trwa przeciętnie trzy miesiące, podczas gdy FDA potrzebuje na to trzech lat.
    – Poza tym firmy farmaceutyczne w Europie nie miały jeszcze powodu, aby mobilizować się przeciw RU 2. Dobrze, tak właśnie zrobimy.
    – Nie – odezwała się Kate.
    Obaj spojrzeli na nią.
    – Najpierw musimy spróbować pójść drogą, jaką szedł Noah. Musimy myśleć o jego ludziach. O naszych ludziach.
    – To nierozsądne – mruknął Seth. – Znacznie bezpieczniejsi będziemy w Holandii.
    – Mówiłeś, że zapewnisz bezpieczeństwo memu synowi i Phyliss.
    – Ale ty się odsłonisz. Będziesz wyraźnym celem. To nierozsądne.
    Nie obchodzi mnie, czy to rozsądne, czy nie. Mordercy Noaha nie chcą dopuścić na rynek RU 2. A ja nie chcę, aby osiągnęli swój cel. – Uśmiechnęła się z goryczą. – A więc nie pozwól im trafić do celu, oto twoje zadanie. Noah zginął w obronie RU 2. Spróbujmy poprowadzić dalej sprawę na jego sposób.
    Seth wpatrywał się w nią długą chwilę.
    – Cztery miesiące. Jeśli w tym czasie nie posuniemy się do przodu, nie pozwolę ci dłużej walić głową o mur. Noah nie był głupcem. Nie uruchamiałby tego całego mechanizmu, gdyby się nie obawiał, że RU 2 nie zostanie tu dopuszczone na rynek.
    Pokiwała głową.
    – Sądzisz, że nie znam tego problemu? Chcę, aby testy rozpoczęły się jak najszybciej. Nawet jeśli zdołamy zapobiec uchwaleniu tamtej ustawy, FDA może zacząć działać z nadmierną ostrożnością. Możemy jednak usunąć z drogi przynajmniej te kłody, które rzuca nam pod nogi Ogden.
    Seth spojrzał na Tony’ego.
    – Jedź zarejestrować dokumenty w Waszyngtonie.
    – Zamierzasz utrzymać to w tajemnicy?
    – Tylko przez jedną dobę. Nie chcę, aby jakiś przypadkowy pożar zniszczył akta przed upublicznieniem sprawy.
    – A jak to przeprowadzimy? – zapytała Kate.
    – Przez „Washington Post”. – Zwrócił się do Tony’ego: – Kto w redakcji jest bystry i zachłanny na dobre tematy?
    – Zack Taylor, Meryl Kimbro… wszystko jedno. Nie ma tam dziennikarza, który nie marzy o tym, by zostać gwiazdą.
    – W takim razie wybieraj.
    – Meryl Kimbro. Jest bardziej otwarta niż Taylor.
    – Zorganizuj spotkanie ze mną i Kate na jutro, na dziewiątą wieczór.
    – Gdzie?
    – W jakimś hotelu. – Uniósł brwi. – Rozczarowany? A czegoś się spodziewał? Garaże są zbyt wilgotne i posępne.
    – Ale zrobiłyby na niej większe wrażenie.
    – Będzie pod wystarczająco dużym wrażeniem, kiedy Kate zapozna ją ze swoją sprawą. – Ujął ją pod ramię. – Ruszaj już, Tony. A kiedy zarejestrujesz wszystkie dokumenty, zadzwoń ze swojej cyfrowej komórki.
    – Gdzie będziecie?
    – W pobliżu. Musimy przedsięwziąć pewne środki ostrożności.
    – I słusznie. Żadne miejsce nie będzie bezpieczne, kiedy już otworzymy tę puszkę Pandory.
    – Te środki ostrożności nie mają dotyczyć nas, lecz Joshuy i Phyliss. – Otworzył drzwi przed Kate. – Poza tym mylisz się. Znam miejsce, które pozostanie bezpieczne.
    – Gdzie ono jest? – zapytała Kate, idąc z nim w stronę pokoju syna i teściowej.
    – To trudno opisać. Wolę ci je pokazać. – Przystanął przed drzwiami. – Chciałbym zamienić parę słów z Joshuą. Sam na sam.
    – Dlaczego?
    – Nie spodoba mu się, że go zostawiasz. Ale wydaje mi się, że zniesie to łatwiej, jeśli otrzyma tę wiadomość ode mnie. Weź Phyliss na spacer i wyjaśnij jej, o co chodzi.
    – Myślę, że ja powinnam mu o tym powiedzieć.
    – Ta sprawa nie ma nic wspólnego z obowiązkami matki wobec dziecka. Możesz porozmawiać z nim później.
    Skapitulowała. Może rzeczywiście Seth ma rację? Joshua darzy go pełnym zaufaniem.
    – Ile czasu potrzebujesz?
    – Dwadzieścia minut. Kiwnęła głową.
    – Zgoda.

    – Nie. – Joshua zacisnął pięści u boków. – Jadę z wami.
    Seth odchylił się na krześle do tyłu. Czekał. Niech chłopiec wyrzuci z siebie wszystko, co go boli.
    – Ona mnie potrzebuje.
    – To prawda.
    – A więc powiedz jej, że musi mnie wziąć ze sobą.
    – Nie posłucha. Jest przekonana, że tylko w taki sposób można zapewnić wam bezpieczeństwo.
    – A co z nią? Przecież nie jest… Mało brakowało, a on by ją zabił!
    – Ale nie zabił. Okazała się zbyt trudnym przeciwnikiem.
    – Zranił ją!
    – To się nie powtórzy.
    – Zabił mego tatę. I Noaha.
    – Już nigdy nie skrzywdzi twojej mamy. Nie pozwolę mu na to.
    – Muszę być razem z nią. Pomagać wam. Powiedz jej o tym.
    – Nie.
    Joshua otworzył szeroko oczy.
    – Nie zrobię tego, bo twoja mama ma rację. Powinieneś znaleźć się tak daleko od niej, jak to tylko możliwe. Jeśli będzie musiała myśleć o twoim bezpieczeństwie, zaniedba swoje. Wtedy ty stanowiłbyś zagrożenie dla niej.
    – Zaopiekowałbym się nią.
    – Przemyśl to sobie, Joshua.
    – Nie chcę myśleć. Chcę być przy was.
    – Nawet gdyby twoja matka miała przez to zginąć?
    Zaległa cisza. Seth zdawał sobie sprawę z głębokiej rozterki, jaką przeżywa w tej chwili chłopiec, wiedział jednak, że nie może mu pomóc.
    – Mówisz prawdę?
    – Czy oszukałem cię choć jeden raz?
    Znowu długa chwila ciszy.
    – Zatroszczysz się o nią? Obiecujesz, że nie pozwolisz, aby spotkało ją coś złego?
    – Obiecuję.
    Joshua kiwnął nerwowo głową.
    – Zgoda.
    Seth siedział bez ruchu, nie odrywając od chłopca wzroku. Domyślał się, jak trudno przyszła mu ta decyzja. Nie miał wcale pewności, czy sam zdołałby uporać się z tak koszmarną sytuacją, będąc w wieku Joshuy. Dzieciak był mocno zraniony, ale z każdym dniem stawał się silniejszy i bardziej odporny. Seth zapragnął wyciągnąć rękę i…
    Nie uczynił tego. Joshua nie szukał pocieszenia. Chciał tylko, aby Kate była bezpieczna. Oraz obietnicy Setha, że tego dopilnuje. Joshua podjął decyzję godną dorosłego mężczyzny i Seth nie zamierzał traktować go teraz jak małego dzieciaka.
    Boże, jakże był dumny z tego chłopca!

    Kate spoglądała sceptycznym wzrokiem na olbrzymią, zdobioną wysokimi kolumnami rezydencję w stylu kolonialnym.
    – To ma być bezpieczne miejsce, o którym mówiłeś?
    – Tak jakby. Masz przed sobą hotel „Greenbriar”, główną atrakcję miejscowości. Jest tu także wspaniałe pole golfowe.
    – Nie grywam w golfa – odezwała się z tylnego siedzenia Phyliss. – A kort tenisowy?
    – Owszem, jest i kort, ale obawiam się, że nie będziesz grała w tenisa. Co byś powiedziała na ping-ponga?
    – Cóż, skoro zadowolił się tym Forrest Gump… – Objęła ramieniem Joshuę. – Co ty na to?
    – Dlaczego tu jesteśmy? – szepnął. – Ten dom nie jest… wygląda inaczej niż leśniczówka.
    Pewnie chodzi mu o to, że nie wydaje się bezpieczny, domyśliła się Kate. I chyba ma rację.
    – Co my tu właściwie robimy? – zapytała.
    – Zobaczysz. – Skręcili w boczną alejkę i wkrótce hotel zniknął z pola widzenia. Trzy mile dalej Seth zatrzymał auto w miejscu osłoniętym przez gęste krzewy.
    – Mówiłeś przedtem, że w lesie trudno zapewnić bezpieczeństwo.
    – To tylko drobna mistyfikacja, dla zamydlenia oczu. – Wysiadł z dżipa i podszedł do skupiska dużych głazów.
    – Popatrzcie.
    Kate wysiadła powoli z auta, Phyliss i Joshua poszli w jej ślady.
    – Dla zamydlenia oczu?
    Seth podniósł jeden z mniejszych głazów, odsłaniając panel z klawiaturą. Wystukał kod i dwa duże głazy rozsunęły się na boki.
    – Sezamie, otwórz się! – zawołał.
    – Całkiem jak jaskinia Ali Baby – ucieszył się Joshua. – Fajnie!
    – Ale nie znajdziesz tu butelki z uwięzionym w niej dżinnem. – Seth począł schodzić niżej. – Poczekajcie, zaraz wrócę.
    Phyliss z obawą wpatrywała się w ciemność.
    – Nie musisz się śpieszyć. Mamy sporo czasu.
    W czeluści rozbłysło nagle światło, a w chwilę później Seth stanął z powrotem na górze, obok nich.
    – Musiałem uruchomić generator. Idźcie powoli. Do głównych pomieszczeń doprowadzany jest tlen, ale zanim dotrze wszędzie, gdzie to konieczne, upłynie jeszcze pięć minut.
    Dno tunelu było szerokie i kręte, ściany wzmocnione gładką warstwą betonu.
    – Zupełnie jak w bunkrze – szepnęła Kate.
    – Trafiłaś w dziesiątkę. – Za ostatnim zakrętem czekała ich niespodzianka: masywne stalowe drzwi, podobne do bankowego skarbca. – Takie było pierwotne przeznaczenie tego tunelu.
    – Bunkier?
    W okresie zimnej wojny Kongres zaniepokoił się perspektywą ataku jądrowego, po którym nic by nie pozostało. Dlatego potajemnie wybudowano schron, który umożliwiłby bezpieczne przeczekanie takiego ataku, a potem powrót na powierzchnię.
    – Rzeczywiście, kiedyś pokazywano coś takiego w wiadomościach telewizyjnych – przypomniała sobie Phyliss. – Do opinii publicznej ta wiadomość dotarła dopiero parę lat temu.
    – Wcale mnie to nie dziwi – mruknęła Kate. – Wyborcy z pewnością nie pochwaliliby takiego rozwiązania: oto elity ratują własne głowy, podczas gdy reszta narodu ginie w płomieniach.
    Phyliss zmarszczyła brwi.
    – To jeszcze nie wszystko… – Skierowała wzrok na Setha. – Hotel, jak słyszałam, miał udostępnić ten schron zwiedzającym, może nawet organizować wycieczki.
    – Jeszcze tego brakowało, aby zrobili tam wesołe miasteczko i sprzedawali bilety wstępu. Ale „Greenbriar” to chyba zbyt wysokiej klasy hotel, by bawić się w podobne przedsięwzięcia.
    Kate zaczerpnęła głęboko powietrza.
    – Chcesz umieścić Phyliss i Joshuę w samym środku trasy wycieczkowej? – zapytała.
    Seth uśmiechnął się.
    – To może być niezły pomysł. Chyba wiesz, że najciemniej jest zawsze pod latarnią?
    – To kiepski pomysł i nie pozwolę…
    – Spokojnie. – Wystukał jakiś kod na panelu przy drzwiach. – Domyślałem się, że będziesz temu przeciwna. Ale to nie jest jeszcze to miejsce. Bunkier Kongresu znajduje się w odległości co najmniej jednej mili stąd. Istnieje tunel łączący oba schrony, ale nikt o tym nie wie. Dlatego nikt się tu nie zjawi i nikt nie będzie oprowadzał wycieczek. – Stalowe drzwi otworzyły się cicho. – Światło zapala się automatycznie po otwarciu drzwi, a panel sterujący jest zainstalowany po lewej stronie wejścia. – Wszedł głębiej i odwrócił się do Phyliss. – Nie ma tu żadnych naczyń, tylko tekturowe talerze jednorazowego użytku, tak więc nie marnuje się wody.
    – Z pewnością jest ci to na rękę. Zrobisz wszystko, aby tylko wykręcić się od takich czynności jak zmywanie naczyń.
    Joshua rozejrzał się dokoła.
    – Tu jest jak w domu.
    Raczej jak w kawalerskiej garsonierze, pomyślała Kate. Same nowoczesne meble w białym i czarnym kolorze oraz mnóstwo luster.
    Wszystko zbyt zimne jak na jej gust, ale stojąca pod przeciwległą ścianą kanapa obita białym pluszem wyglądała zachęcająco. Podobne wrażenie odniósł widocznie także Joshua, gdyż z rozmachem opadł na poduszki.
    – Ile tu jest pomieszczeń?
    – Kuchnia, pakamera, dwie sypialnie i pokój do ćwiczeń gimnastycznych. – Seth uśmiechnął się do chłopca. – Ze stołem ping-pongowym.
    – Bomba! – Joshua zeskoczył z kanapy i wyruszył na zwiedzanie.
    – Dlaczego nikt nie wie o tym tunelu?
    – Bo Jackson zatroszczył się o to, aby nie uwzględniał go żaden z projektów. Wynajął ludzi, którym ufał… nie, niezupełnie tak. Wynajął ludzi, których z tych lub innych powodów trzymał w garści, i właśnie oni wybudowali mu ten rajski zakątek.
    – Jackson?
    – Lionel Jackson, senator zaangażowany w ten projekt. Bał się, że w głównym schronie mogłoby w razie ataku zabraknąć po pewnym czasie powietrza i żywności, bo znajdowałoby się tam za dużo ludzi. Dlatego wybudował sobie schronienie awaryjne, gdzie mógłby spędzić bezpiecznie najgorsze chwile, podczas gdy jego koledzy kongresmani ginęliby z głodu lub braku tlenu.
    – Urocze – mruknęła Phyliss.
    – O tak, Jackson był uroczym facetem. Zasiadał w Senacie dwadzieścia cztery lata.
    – A nie pojawi się tutaj? – zapytała Kate.
    – Umarł osiem lat temu.
    – I nie powiedział nikomu o istnieniu tego miejsca?
    – Owszem, swojemu synowi, Randolphowi. Nadszedł taki moment, kiedy jego pierworodny musiał się dobrze ukryć. Randolph był równie uroczy jak jego ojciec, ale znacznie mniej sprytny. Wpędził w ciążę córkę nowojorskiego mafiosa, a potem w napadzie szału zatłukł ją na śmierć. Lionel uznał, że syn musi zniknąć z pola widzenia, przynajmniej dopóki on nie załagodzi jakoś sytuacji. Wynajął mnie, abym przywiózł tu Randolpha i czuwał nad nim. – Wzruszył ramionami. – Starałem się wykonać to zadanie jak najlepiej.
    – Znaleźli go tutaj?
    Nie, on zaczął się nudzić. Pewnego dnia, kiedy wróciłem z zakupami, jego już tu nie było. Ten skretyniały sukinsyn pojechał sobie do Nowego Jorku. Ale wielkomiejskim życiem mógł się cieszyć tylko jeden dzień. Wpadli na jego trop. – Powiódł ręką dokoła. – I w ten sposób odziedziczyłem to miejsce.
    – Skorzystałeś już kiedyś z niego?
    – Raz czy dwa razy. – Uśmiechnął się. – Ale nigdy nie przyprowadziłem tu innej osoby. Żadnych wycieczek. Żadnych nieoczekiwanych gości. Będziecie się tu czuli jak w Fort Knox*. [* miejscowość w USA, w stanie Kentucky, w której mieści się dobrze strzeżony skarbiec Stanów Zjednoczonych]
    – O tym właśnie marzyłam od dawna – zapewniła Phyliss ironicznie.
    – Nie mogę zaoferować nic lepszego – odparował Seth. Spojrzał na Joshuę, który krążył tam i z powrotem po salonie. – Będziesz miała pełne ręce roboty. Już teraz jest podekscytowany, ale za parę dni nie utrzymasz go na miejscu.
    – Nie możemy w ogóle wychodzić na zewnątrz?
    – Nie. – Głos Kate zabrzmiał wyjątkowo ostro. – Proszę cię, Phyliss. Muszę mieć pewność, że nic wam nie grozi.
    – Też bym chciała być tego pewna. – Phyliss zwróciła się do Setha. – Dobrze ci radzę: pilnuj jej skuteczniej niż synalka tamtego senatora, bo w przeciwnym razie poderżnę ci gardło.
    – Tak jest, proszę pani. Wyślę Rimilona, aby przywiózł tu prowiant i inne niezbędne zapasy. Wyjdziecie na powierzchnię tylko raz, aby odebrać je od niego, a potem zostaniecie już do mego powrotu za tymi drzwiami.
    – Chwileczkę – wtrąciła się Kate. – Co to za Rimilon?
    – Byłem jego dowódcą w Ameryce Południowej i Tanzanii. Wczoraj, kiedy spaliście, zatelefonowałem do niego i umówiliśmy się na czwartą przy rozwidleniu dróg. – Zerknął na zegarek. – Czyli za czterdzieści minut. Nie mamy zbyt wiele czasu.
    – Nie podoba mi się, że on wie, gdzie jesteśmy.
    – A mnie się nie podoba, że ich jedyną ochroną mają być te stalowe drzwi. Rimilon to odpowiedni człowiek.
    Uśmiechnęła się kpiąco.
    – Podobnie jak ty?
    – Ależ skąd! On jest dobry, nie wspaniały. Ludzi wspaniałych nie spotyka się co krok. – W jednej chwili spoważniał. – Naprawdę można mu zaufać, Kate.
    – Jesteś tego pewny? Jeśli chodzi o mnie, wydaje mi się, że nikomu już nie potrafię wierzyć.
    – Mnie też nie rozpieszczano nadmiarem dobroci. Ale na Rimilona mam duży wpływ. A to przekłada się na zaufanie.
    – Co to za wpływ?
    – Wie, że go zabiję, jeśli mnie zdradzi – odparł po prostu. Odprowadzała go wzrokiem, kiedy szedł przez pokój w stronę, gdzie stał Joshua. Twardy, z poczuciem humoru, czasem nieposkromiony i bezwzględny. Nadal stanowił zagadkę, ale nie czuła się już przy nim zagrożona, jak za pierwszym razem, gdy dostrzegła w nim coś niebezpiecznego. Teraz widziała także inne cechy jego charakteru; po prostu osobowość Setha była bardziej złożona, niż zaprezentował to na początku ich znajomości.
    – Uważajcie na siebie – powiedziała Phyliss.
    – Zostawię wam apteczkę, na wypadek, gdyby był wam potrzebny jakiś lek – zwróciła się do niej Kate. – Mam wyrzuty sumienia, ale nie widzę innego wyjścia. Będę się o was martwić.
    – Wcale mnie nie dziwi, że czujesz się winna. Należysz przecież do grona ludzi święcie przekonanych, że cały świat spoczywa na ich barkach.
    – Ponoszę odpowiedzialność za mego syna.
    – Słusznie. Ale ja też. Obrażasz mnie, zakładając, że wyłącznie ty jesteś w stanie zapewnić mu bezpieczeństwo.
    – Przepraszam. – Uściskała gorąco teściową. – Mam nadzieję, że ten koszmar wkrótce się zakończy.
    – Kto wie? – Phyliss wzruszyła ramionami. – Początkowo sądziłam, że to tylko kwestia czasu, aby wszystko wróciło do normy. Teraz nie jestem już taka pewna. Może nigdy już nie będzie jak przedtem. Muszę po prostu się z tym oswoić.
    Kate spojrzała na nią ze skruchą.
    – Nie miałam pojęcia…
    – Wiem – przerwała jej Phyliss. – Wydaje mi się, że działasz teraz raczej instynktownie niż pod wpływem namysłu. Podczas gdy ty i Noah pracowaliście w laboratorium, ja miałam wiele czasu, aby przemyśleć sobie wszystko. Nawet kiedy minie pierwsze niebezpieczeństwo, nie obejdzie się bez reperkusji. – Uśmiechnęła się niewesoło. – Jesteśmy tu jak w zaklętym dworze. Już nigdy nie wrócimy do Kansas.
    – To nieprawda. Znajdę jakiś sposób, aby…
    – Chodźmy już. – Phyliss ujęła ją pod ramię. – Muszę jeszcze porozmawiać z Sethem, zanim odjedziecie. Są pewne sprawy, o których powinnam się dowiedzieć.
    Kate posłusznie podeszła z nią do Setha i Joshuy. Nie ulegało wątpliwości, że Phyliss się zmieniła. To prawda, zawsze była silna. Tylko że do tej pory podporządkowywała się zazwyczaj decyzjom Kate, a teraz sama zaczęła przejmować inicjatywę. Ale dlaczego się dziwię, pomyślała ze znużeniem Kate. Przecież wszystko się zmienia.
    – Chcę poznać zasadę działania tych mechanizmów – poprosiła Phyliss.
    – To zbyteczne. Po prostu wciska się guziki, a reszta dokonuje się automatycznie – odparł Seth.
    – Widziałam już za dużo zepsutych urządzeń, aby wierzyć automatyzacji, a pompy tlenowe mają o wiele większe znaczenie niż maszynki do kawy. Chcę wiedzieć, jak w razie potrzeby doprowadzić wszystko do porządku. – Oparła dłoń na ramieniu wnuka. – Chcę także, aby nauczył się tego Joshua.
    Uśmiech Setha wyrażał ciepłe uczucie i zarazem dumę.
    – Dobry pomysł. – Odwrócił się do Kate. – Zgłębienie tajników tej aparatury potrwa trochę.
    Kiwnęła głową.
    – Pójdę do dżipa i zacznę znosić ich rzeczy.
    Odprowadził ją do wyjścia.
    – Zadowolona? – zapytał cicho. – Nie jestem w stanie wymyślić nic lepszego.
    – W tej chwili nic nie może mnie zadowolić, ale przypuszczam, że schron atomowy jest azylem wystarczająco bezpiecznym. – Zdobyła się na uśmiech. – Mimo to będę się niepokoić.
    Objęła syna, przytuliła go do siebie.
    – Niedługo wrócę – wyszeptała.
    Pokiwał głową.
    – Wiem. – Żarliwie objął ją ramionami. – Słuchaj Setha, mamo. Słyszysz? Słuchaj Setha. On się o ciebie zatroszczy.
    Do oczu napływały jej piekące łzy.
    – Nic mi nie będzie. – Musnęła wargami jego czoło i uwolniła go z objęć. – A ty zaopiekuj się Phyliss.
    – Jasne. To moje zadanie, Tak powiedział Seth. – Odwrócił się do Setha, wyciągnął rękę. – Do widzenia.
    Seth potrząsnął nią z powagą.
    – Do widzenia, Joshua.
    Jaki on już dorosły, pomyślała Kate z nieokreślonym żalem. Wpadł w zgubną sieć utkaną przez Ogdena, a w rezultacie utracił swoje dzieciństwo.
    Do diabła z tymi, którzy to sprawili!
    Odwróciła się i szybkim krokiem weszła do tunelu.
    Usłyszała szmer ciężkich, zasuwających się za nią drzwi i w tej samej chwili dogonił ją Seth.
    – Wszystko w porządku?
    – Nie – odparła. – Przynajmniej ja nie jestem w porządku. Boję się, jestem głodna i chciałabym odzyskać swoje dawne życie. – Wyszli już na powierzchnię. Patrzyła przez chwilę, jak Seth zamyka wejście do schronu, a kiedy głazy przesunęły się z powrotem na miejsce, pokręciła głową. – Nie do wiary! Nigdy bym nie pomyślała, że tu coś jest.
    – To ci powinno poprawić samopoczucie. – Podszedł do dżipa, usiadł za kierownicą. – Jedźmy już. Mamy się spotkać z Rimilonem.
    Rimilon czekał już przy rozwidleniu dróg. Nie wygląda na najemnika, pomyślała Kate, kiedy wysiadł z volkswagena i ruszył im na spotkanie. A może jednak? Skąd miałaby to wiedzieć? Był krępy, potężnie zbudowany, czterdziestkę przekroczył zapewne niedawno. Miał lekko przerzedzone włosy, nosił spodnie w kolorze khaki, sportową koszulkę z napisem Ralph Lauren oraz tenisówki firmy Nike. Pasowałby znakomicie do bractwa golfiarzy z klubu, którego siedziba znajdowała się parę mil dalej.
    Uprzejmie kiwnął głową, kiedy Seth dokonał wzajemnej prezentacji.
    – Nie sądzę, abym mógł ci się przydać – powiedział do Setha. – Boże, przekazałeś mi wszystkie namiary, a ja i tak z trudem odnalazłem wejście do tunelu.
    – Odrobina przezorności nigdy jeszcze nie zaszkodziła. – Seth podał mu kartkę. – Skontaktuj się ze mną, gdybyś zauważył coś podejrzanego.
    – Jak sobie życzysz – uśmiechnął się Rimilon.
    – Właśnie. – Seth przeszywał go wzrokiem. – Byłbym bardzo zirytowany, gdyby zdarzyło się tu coś złego. Odpowiadasz za to osobiście.
    Uśmiech zniknął z twarzy Rimilona.
    – Dobrze już, dobrze. Nie bądź taki poważny. Powiedziałem, że nie wiem, czy się przydam, a nie, że nie będę ostrożny. Wiesz dobrze, że nie popełniam błędów.
    I niech tak pozostanie. – Seth skinął głową i zapuścił silnik. – Kiedy zjawisz się tu z zakupami, przedstaw się Phyliss i chłopcu, żeby wiedzieli, kim jesteś. Twoje zadanie to pilnować tego wejścia.
    – Rozumiem. – Rimilon cofnął się od dżipa. – Dobrze. Niebawem dojechali do autostrady. Kate milczała jeszcze parę minut.
    – On się ciebie bał – zauważyła wreszcie.
    – Naprawdę?
    – Wiesz, że tak.
    – To dobrze. A więc mam na niego wpływ.
    Rimilon zdawał sobie sprawę, że Seth jest zdolny go zabić; wiedziała o tym, a jednak jego nieskrywany lęk zaskoczył ją trochę.
    – Myślałam, że skoro obaj byliście kompanami w jednym oddziale, nie musi teraz bać się ciebie. Skąd ten strach?
    – Zapewne pamięta jeszcze, co spotkało Namireza.
    – Jakiego Namireza?
    – Naszego wspólnego znajomego. – Spojrzał na zegarek. – Czeka nas długa droga. Lepiej utnij sobie drzemkę.
    A więc temat został zamknięty. Seth nie zamierza opowiedzieć o Rimilonie ani tym Namirezie. Nie szkodzi. Niech ma swoje sekrety. Nie interesowała jej jego przeszłość, liczyła się wyłącznie teraźniejszość.
    Zamknęła oczy.
    – Obudź mnie, kiedy poczujesz się senny. Zamienimy się miejscami.

    Laboratorium.
    Ishmaru przełaził przez jakieś drewniane szczątki, zwęglone i trudne do zidentyfikowania, nogi zapadały się w błotnistej mazi. Nie pozostało tu wiele, jakkolwiek był pewien, że chata była czymś więcej niż zwykłym azylem na weekend.
    Zirytowany uświadomił sobie jednak, że nie znajdzie nic, co pomogłoby odnaleźć trop Kate.
    Lynski?
    Na pewno zaszył się w mysiej dziurze, kiedy wrócił i znalazł ciało Noaha Smitha.
    Ślepa uliczka.
    A może jednak nie? Blount powiedział, że rozpracowuje jeszcze jeden ślad.
    Z pewnością wyśpiewa wszystko, czego się dowiedział.
    Mimo to ogarniała go wściekłość. Tyle zmarnowanego czasu! I to na próżno! Musi ją znaleźć. Musi przeżyć triumf, aby móc wrócić do jaskini. Od chwili, gdy dwa dni temu zabił Smitha, koszmary zaczęły nawiedzać go znowu, bardziej przerażające niż kiedykolwiek przedtem. Dusza, którą zabrał, musiała dysponować dużą mocą.
    Nie, nie zniesie jeszcze jednej nocy. Musi znaleźć się jak najszybciej w jaskini.
    Tam odda się pod opiekę duchów-stróżów.

12.

    W waszyngtońskim hotelu „Summit” Seth i Kate zameldowali się z samego rana. Hotel był bardzo luksusowy, bardzo duży i bardzo rojny.
    – Chyba nie jest w stylu twoich dotychczasowych kryjówek – zauważyła sucho Kate, kiedy drzwi windy zasunęły się, a Seth wcisnął przycisk oznaczony liczbą 12. – Spodziewałam się czegoś mniejszego i bardziej dyskretnego.
    – Skoro zamierzasz upublicznić swoją sprawę, dalsze maskowanie się traci i tak wszelki sens. Ten hotel jest prowadzony przez spółkę japońską, dumną z jakości swoich usług… które obejmują także zapewnianie bezpieczeństwa.
    – I zamierzasz zdać się na ich system ochrony?
    – Nie, ale na początek to już jest coś. – Winda zatrzymała się, wyszli na korytarz. – Mam też kilka innych pomysłów.
    – Nie wątpię.
    – Wziąłem apartament z dwiema sypialniami. Duży salon z sypialniami po bokach. Nie otwieraj drzwi nikomu z personelu hotelowego. Postaram się zapewnić ci maksimum prywatności, ale w nocy drzwi naszych sypialni muszą być otwarte. Rozumiesz?
    – Oczywiście.
    Apartament był obszerny i przewiewny, umeblowany ze smakiem. Kontrastuje tak dalece z przytulnym komfortem mojego domu, że trudno o większe przeciwieństwo, pomyślała Kate.
    Seth odstawił torbę, w której znajdowała się cała dokumentacja RU 2.
    – Tony umieści wszystko w sejfie bankowym, ale dokumenty mogą się nam przydać jeszcze dziś, kiedy będziesz rozmawiać z reporterką. – Otworzył drzwi do przyległego pokoju i sprawdził zamki. – Wiem, że chcesz przede wszystkim wziąć kąpiel i położyć się spać, ale niedługo przyniosą tu nasze bagaże. Dopiero wtedy pójdę sobie. Wzruszyła ramionami.
    – Jak chcesz.
    Spojrzał na nią zaskoczony.
    – Musisz być bardzo zmęczona.
    Tak. Była zmęczona, samotna i niespokojna. Nie zachwycała jej perspektywa spędzenia wielu tygodni w tym luksusowym hotelu, z dala od syna. Pragnęła znaleźć się znowu w swoim domu, razem z Joshuą.
    – Dam sobie radę. Uśmiechnął się.
    – Właśnie o to chodzi.
    – Czy Tony też zatrzyma się w hotelu?
    – Owszem, dla wygody, ale raczej nie będziesz widywała go zbyt często. Chyba się już zorientowałaś, że nie darzy mnie sympatią.
    – Trudno tego nie zauważyć. – Usiadła na kanapie. – Nawet mnie trochę dziwi, że zgodził się nam pomagać.
    – Bardzo lubił Noaha. – Seth przysunął sobie krzesło i usiadł naprzeciw niej. – I podoba mu się, że widzi mnie w takiej sytuacji. Wie doskonale, że nie jestem nią zachwycony. Od samego początku sprzeciwiał się temu, aby Noah zaangażował mnie w tę sprawę. Mój sposób zarabiania na życie złości go. – Umilkł na chwilę. – Skoro już o tym mowa, muszę cię o coś zapytać. Czy istnieje w twojej przeszłości lub teraźniejszości coś, co Ogden mógłby wykorzystać przeciw tobie?
    Zesztywniała.
    – Co takiego?
    – Nie wściekaj się na mnie. Muszę wiedzieć. Wszyscy mamy swoje sekrety. Muszę się po prostu upewnić, że nikt nie ma wglądu w twoje sprawy. Czy jest coś, o czym powinienem wiedzieć?
    Nikt się nigdy nie dowie.
    – Nie. – Zerwała się na równe nogi. – Poczekaj tu na nasz bagaż. Muszę pójść do łazienki.
    Ktoś zapukał do drzwi.
    – Ratuje nas dzwonek – mruknął Seth. – Teraz ty nie musisz uciekać.
    – Nie wiem, co masz na myśli.
    Nie przejmuj się, nie zamierzam cię zmuszać do wyjawienia swoich grzeszków. Chociaż powinienem tak zrobić. – Podszedł do drzwi, zatrzymał się z dłonią na klamce. – Pamiętaj: cokolwiek uczyniłaś, ja mam więcej grzechów na sumieniu. Ilekroć zechcesz porozmawiać, będę przy tobie.
    Nie odpowiedziała.
    Wzruszył ramionami i otworzył drzwi, wpuszczając bagażowego.

    – To stek bzdur – oświadczyła Meryl Kimbro. Wyłączyła swój magnetofon i wstała z krzesła. – A ponieważ opisuję wydarzenia w Waszyngtonie od osiemnastu lat, stałam się już ekspertem w swoim fachu. Potrafię odróżnić bzdury od prawdy.
    – Chwileczkę. – Tony zerwał się na równe nogi. – Musi pani zapoznać się z…
    – A jeśli tak nie jest? – wtrącił cicho Seth. – A jeśli to wszystko jest prawdą?
    Spojrzała na niego.
    – Nie ma żadnego dowodu. Nie możecie przygwoździć ani Ogdena, ani Longwortha, ani tego Ishmaru. Sami byśmy stanęli przed sądem.
    – W takim razie można nie wspominać tych ludzi. Niech pani zajmie się po prostu sprawą RU 2.
    – I w ten sposób załatwię wam bezpłatną reklamę leku, niezatwierdzonego jeszcze przez FDA?
    – To mogłoby ocalić życie wielu ludziom.
    – O ile wasze oceny są prawdziwe. W tym tygodniu organizacje sprzeciwiające się badaniom genetycznym przeprowadziły już cztery demonstracje. Gazeta nie powinna prowokować następnych niepokojów z powodu nieprzetestowanego leku.
    – Wszystko, co powiedziałam, jest prawdą – oświadczyła cicho Kate. – Pokażę pani całą dokumentację.
    – Nie zrozumiem jej.
    – Więc pokaże ją pani jakiemuś specjaliście.
    Reporterka zawahała się.
    – Nie, nie jestem tym zainteresowana – wyznała wreszcie. – To czyste bzdury. – Pożegnała się i wyszła z pokoju.
    – Z niej nie będzie pożytku – odezwał się Tony. – Przejdźmy do następnej osoby z listy.
    – Nie! – zawołała Kate. – Zaczekaj.
    – Na co?
    – Ta kobieta to profesjonalistka. Zaintrygowaliśmy ją. Nie zrezygnuje z tej sprawy.
    – Już to zrobiła.
    – Spodobała mi się. Myślę, że jest uczciwa. I mam wrażenie… Dajmy jej dwadzieścia cztery godziny, zanim zwrócimy się z tym do kogoś innego.
    – Nie sądzę, aby…
    – Dwadzieścia cztery godziny – poparł ją Seth. Uśmiechnął się. – Zawsze wysoko ceniłem instynkt.
    Tony wzruszył ramionami.
    – W końcu to na was spoczywa odpowiedzialność.

    Meryl Kimbro zatelefonowała nazajutrz po południu.
    – W porządku, jestem do waszej dyspozycji. Chciałabym przejrzeć tę dokumentację na temat RU 2.
    – Dlaczego pani zmieniła zdanie?
    – Zatelefonowałam do Dandridge i sprawdziłam całą historię. Och, a propos: nie jest już pani poszukiwana za morderstwo. Chcą jednak, żeby złożyła pani zeznanie.
    Kate odetchnęła z ulgą.
    – Czemu zawdzięczam tę zmianę?
    – Pewien detektyw, niejaki Eblund, poręczył za panią i ukręcił łeb całej sprawie. Miała zresztą dość wątpliwe podstawy.
    Kochany Alan!
    – Poszłam też do kostnicy i obejrzałam Johna Doe, którego przewieźli tam z hotelu „Georgetown”.
    Kate wzdrygnęła się. John Doe! Nadal nie potrafiła pogodzić się z faktem tak bezdusznego potraktowania Noaha.
    – Jeśli to nie jest Noah Smith, mógłby uchodzić na pewno za jego bliźniaka. Wzięli mnie za wariatkę, kiedy poprosiłam, aby porównali linie papilarne jego i tego Noaha Smitha, który zginął w wyniku eksplozji w fabryce, ale może jednak spełnią moją prośbę. Nawet gdyby reszta historii okazała się fałszywa, mam już i tak wystarczająco dużo punktów zaczepienia, aby uznać, że warto drążyć dalej. Za czterdzieści minut przyjadę po dokumentację na temat RU 2.
    – Nie, jeśli chce pani to sprawdzić, pojadę z panią.
    – Chodzi o to, żeby nie stracić jej z oczu? W porządku, nie ma problemu.
    Kate odłożyła słuchawkę i spojrzała na Setha.
    – Okazuje się, że nie jestem już poszukiwana. A Meryl zajmie się sprawą RU 2.
    – Świetnie. Założę się, że znajdziemy opis naszej historii w jutrzejszej gazecie. – Po chwili dodał: – I od tej pory wszyscy będą dokładnie wiedzieli, gdzie się znajdujesz. Na pewno tego chcesz?
    – Nie, ale nie ma innej rady. I na szczęście nie jest tak źle. Przynajmniej policja nie będzie mi deptać po piętach.
    – W takim razie trzymaj się mocno. Czeka nas nie lada zabawa!

    Duchy-stróże zniknęły!
    Ishmaru omal nie zawył z rozpaczy, kiedy wszedł do jaskini. Ukląkł i gorączkowo zaczął przeszukiwać sczerniałe zgliszcza. Na próżno.
    Po piętnastu minutach znalazł jedynie osmalony palik, a spod piachu wygrzebał złotą zapalniczkę.
    Niestety, ani śladu po stróżach.
    Kołysał się w przód i w tył, obejmując się ciasno ramionami. Przepełniony trwogą czekał na ich przybycie.
    Czuł, że okrążają go, czają się dokoła, zawodząc w ciemnościach.
    – Nie zbliżać się – skomlał. – Słyszycie? Ani kroku dalej!
    W popłochu wybiegł z jaskini.
    Przystanął dopiero na skraju lasu i tam rzucił się na ziemię, w cień wiązu. Kto to zrobił? Kto pozbawił go mocy?
    Emily.
    Kto inny, prócz ducha, wiedziałby, że duchy są w stanie odebrać mu siły? Rozgniewał ją i dlatego oddała cios.
    Nagle ogarnęła go furia.
    Pożałujesz tego, Emily. Czekają cię cierpienia! Pożałujesz, że je uwolniłaś!
    Spojrzał na trzymaną w ręku złotą zapalniczkę. Metal był już zniszczony i okopcony, ale inicjały dały się odczytać. Jimenez. A więc posłużyła się Jimenezem jak bronią, aby zadać mu ów straszliwy cios. Ten tchórz nie zdobyłby się na tak zuchwały krok, gdyby nie został do tego zmuszony.
    Bez względu na to, kto był bezpośrednim wykonawcą, wszystkiemu winna jest Emily!

    Cała historia znalazła się w gazecie na pierwszej stronie. Autorka artykułu skoncentrowała się wyłącznie na RU 2, Kate i zwłokach Johna Doe, którego odciski palców okazały się identyczne z odciskami Noaha Smitha. Nie wspomniała ani razu o Ogdenie czy jakimkolwiek spisku.
    – Nie ma choćby najmniejszej aluzji na temat Ishmaru – powiedziała Kate.
    Seth wzruszył ramionami.
    – Meryl jest ostrożna, ale założę się, że już zaczęła węszyć dalej. I przedstawiła nas jako ludzi normalnych, a nawet godnych szacunku. To więcej, niż uczyni prasa brukowa. Za dwa dni każdy szmatławiec zamieści na swoich łamach opowieść o fałszywym oskarżeniu, wysuniętym pod twoim adresem, i o mojej mało zaszczytnej reputacji.
    Kate nie odrywała oczu od gazety.
    – Jak myślisz, czy to wystarczy?
    Seth pokręcił głową przecząco.
    – Potrzeba nam więcej szumu. Pozwól mi pomyśleć. – Podszedł do okna, skierował wzrok na gwarną ulicę w dole. – Dla ciebie to nadal ryzykowne odsłaniać się całkowicie. Ludzie Ogdena zapewne nie odważą się zaatakować cię otwarcie, skoro będziesz osobą publiczną, ale to nie znaczy jeszcze, że on sam nie obmyśli pewnych kroków przeciw tobie.
    – Nie po raz pierwszy, mam już tego dość. Co powinnam zrobić?
    – Zadzwoń do Meryl Kimbro i powiedz jej, że dziś po południu złożymy wizytę senatorowi Longworthowi. Ja powiadomię o tym stacje telewizyjne.
    – Longworth nie zechce spotkać się z nami.
    – Zechce, jeśli zjawisz się w otoczeniu reporterów z prasy i telewizji. Politycy nie lubią prezentować się publicznie jako osoby unikające kontaktów z otoczeniem.
    – Wiesz doskonale, że nie zdołam wyperswadować mu pomysłu z tą ustawą.
    – Ale może zmięknie, jeśli potraktujesz go wystarczająco życzliwie i z sympatią.
    – A potem?
    – Potem złożymy wizytę senatorowi Ralphowi Migellinowi.
    – Jeszcze jeden polityk?
    – Tak, ale ten to prawdziwy biały kruk. Uczciwy i godny szacunku. Jest również idealistą. Nastawiając go przeciw Longworthowi, odwleczemy nieco sprawę tej ustawy.
    Pokręciła zdumiona głową.
    – Jak to się dzieje, że jesteś tak doskonale zorientowany w waszyngtońskich układach?
    Nawet nie podejrzewasz, jakie to ważne w moim zawodzie, znać wszystkich graczy. – Spojrzał jej prosto w oczy. – A nazwiska Ralpha
    Migellina nie znalazłem jeszcze nigdy na żadnej liście płac. – Skierował się do wyjścia. – Przebierz się. Postaraj się wyglądać profesjonalnie, inteligentnie i seksownie jak diabli.

    Kiedy godzinę później otworzyła drzwi sypialni, stanęła jak wryta. Seth miał na sobie dobrze skrojony, wytworny brązowy garnitur oraz gustowny jedwabny krawat. Do tej pory widywała go wyłącznie w dżinsach lub spodniach w kolorze khaki, teraz jednak musiała przyznać w duchu, że i taki oficjalny strój nosi z niezwykłą, zaskakującą elegancją.
    – Nie gap się tak – upomniał ją z przekornym grymasem. – Ja też miewam momenty, kiedy staję się człowiekiem cywilizowanym.
    – Wyglądasz bardzo… ładnie.
    – Wyglądam jak prawnik. Ale zapewniam cię, że to nie jest garnitur od Armaniego.
    Jego poważny ton rozbawił ją.
    – Od Armaniego?
    – Nieważne. – Powiódł po niej wzrokiem. – Dobrze ci w czarnym kolorze, ale ten kostium jest zbyt poważny. Musisz z tym coś zrobić, złagodzić wrażenie.
    – Nie staram się o nagrodę w dziedzinie mody – odparła sucho.
    – Rozepnij żakiet, żeby pokazać tę jedwabną bluzkę. – Mówiąc, odpinał od razu guziki żakietu, potem rozburzył jej troszkę włosy i nasunął je na twarz. – O tak. Wspaniale. – Kate nachmurzyła się i Seth dodał natychmiast: – Odpręż się. Skoro ja jestem gotów złożyć z siebie ofiarę na ołtarzu mediów, i ty nie powinnaś mieć nic przeciw temu. – Wyprowadził ją na korytarz.
    – I nie mam. – Nie zapięła z powrotem żakietu. – Dlaczego tak nagle zacząłeś się przejmować wyglądem?
    – Bo media mogą rozszarpać nas na strzępy i pożreć na śniadanie. A zdjęcie bywa nieraz bardziej wymowne niż relacja.
    – Najważniejsza jest nasza praca nad RU 2, nic nie może się z nią równać. Nikt nie powinien… – Urwała. Co teraz ma znaczenie na tym zwariowanym świecie? Wszystko bywa kwestionowane. – Dobrze, będę się uśmiechać do kamery.
    Nie musisz się uśmiechać. Po tym, co przeszłaś, to naturalne, że jesteś poważna. Po prostu pokaż im, że nie tylko naukowiec z ciebie, ale także zwykły człowiek. To twój występ. Ja tworzę wyłącznie tło. – Ujął ją pod ramię. – I trzymaj się blisko Longwortha. To postawny facet, u jego boku będziesz robiła wrażenie drobnej i delikatnej jak diabli. Nie zaszkodzi, jeśli ludzie zobaczą go jako wielkiego byka, wdzięczącego się do dzielnej, lecz słabej kobietki.
    – Całe życie walczyłam z wizerunkiem „słabej kobietki”.
    – Rób, jak chcesz, ale pamiętaj, że przyda się nam każda broń, jaką możemy zdobyć.
    Jasne, najpierw pozostawić jej wybór, a potem powiedzieć, że jeśli nie wybierze dobrze, przegra bitwę.
    – Jesteś pewien, że nie zajmujesz się również polityką?
    – Najbliżej polityka znalazłem się wtedy, gdy zostałem ochroniarzem pewnego sędziego z Kolumbii, ale to nie trwało długo.
    – Czyżby i on został zabity?
    – Nie. Postanowił przyjąć łapówkę proponowaną przez jakiś kartel i wtedy ja stałem się zbędny. – Nacisnął przycisk windy. – Ale utrzymałem go przy życiu aż osiem miesięcy, zanim się ugiął. Nieźle.

    William Longworth czuł się nieswojo, widziała to wyraźnie. Mimo uśmiechu przyklejonego do twarzy był biały jak papier, a palce, którymi bębnił po blacie biurka, drżały nieznacznie.
    Dziwne. Z tego, co słyszała na temat senatora, mogła wywnioskować, że rzadko daje się wytrącić z równowagi. Z pewnością nie zirytowali go kręcący się wokół dziennikarze; lubił przedstawicieli mediów.
    Jednak ten wywiad nie odbył się po jego myśli. Odczuła nagle prawdziwą satysfakcję. Ona była w stanie przedstawić fakty, on natomiast musiał się ograniczyć jedynie do retoryki.
    – Czy jeśli RU 2 okaże się takim cudem, za jaki uważa go pani doktor Denby, rozważy pan jeszcze raz swoje poparcie dla ustawy kontrolującej badania genetyczne? – zapytała senatora Meryl Kimbro.
    – Z pewnością nie. Badania genetyczne stanowią duże niebezpieczeństwo. Powinny więc znajdować się pod ścisłą kontrolą. Moi wyborcy nigdy by mi nie wybaczyli, gdybym tego nie dopilnował. Gdyby się okazało, że RU 2 jest cudownym lekiem, w co bardzo wątpię, konieczne będzie objęcie go kontrolą i poddanie licznym testom, dopóki nie zostaną rozwiane ostatnie wątpliwości co do jego bezpieczeństwa.
    – FDA stosuje najbardziej skrupulatny system testowania leków na świecie – zauważyła Kate. – Dlaczego więc nie możemy zostawić tej sprawy w ich rękach?
    – Naturalnie ekspertyza FDA będzie miała dla nas duże znaczenie. Ale decyzja powinna spoczywać w rękach narodu amerykańskiego.
    – Ma pan na myśli siebie – odparowała Kate. – Kongres słynie z nieustannych obstrukcji. Chce pan doprowadzić do sytuacji, w której śmierć zacznie dosięgać tysięcy ludzi, podczas gdy wy będziecie się bawić w niekończące się dyskusje w komisjach?
    Longworth spojrzał ze smutkiem w obiektyw kamery telewizyjnej.
    – No i proszę! Oto co znaczy brak rozwagi i cierpliwości. A naród amerykański zasługuje na więcej. – Obdarzył Kate uśmiechem. – Nie wątpię, że chce pani jak najlepiej, młoda damo, ale obstawia pani niewłaściwego konia. Opinia publiczna traktuje tego typu zabawy z genetyką jako niebezpieczne i sprzeczne z wolą Boga. – Wstał, bez pośpiechu podszedł do okna. – Proszę bardzo, może się pani przekonać o tym na własne oczy.
    Ale Kate nie zdołała skorzystać z jego zaproszenia. Reporterzy rzucili się do okna, odpychając ją na bok. Seth podtrzymał Kate, następnie pomógł jej przecisnąć się do przodu i wyjrzeć na zewnątrz.
    Na ulicy gęstniał tłum, demonstranci trzymali liczne transparenty.

    POWSTRZYMAĆ ICH RATUJMY NASZE DZIECI NIE CHCEMY ICH DIABELSKIEGO RU 2 - JESTEŚMY Z TOBĄ, SENATORZE LONGWORTH

    Jakim cudem udało mu się zmobilizować w tak krótkim czasie tylu ludzi? – mruknęła Kate. – Przecież skontaktowałam się z nim dopiero dziś rano.
    – To tłum do wynajęcia. – Seth ujął ją pod ramię i odprowadził od okna. – Chodźmy, nic tu po nas. Dostaliśmy od Longwortha mata. Ci reporterzy będą mieli odtąd przed oczyma jedynie demonstrantów, nikogo innego.
    – A więc wszystko na nic?
    – Nie, nie jest aż tak źle. Część tego wywiadu znajdzie się przecież na ekranach telewizorów. – Otworzył przed nią drzwi. – Byłaś wspaniała.
    – Myślałam, że przyparłam go już do muru. – Spojrzała za siebie, na Longwortha, który gawędził teraz w najlepsze z Meryl Kimbro. Poczuł na sobie jej wzrok, zerknął na nią i uśmiechnął się z triumfem, po czym całą swoją uwagę skierował z powrotem na reporterkę. – Najchętniej wypchnęłabym tego łajdaka przez okno.
    – Za dużo świadków.
    – Aż trudno uwierzyć, że ktoś może się znajdować pod wpływem takiego typa jak on. Ten facet jest mdły, nijaki, jest jak… jak nieudany żart.
    – Spokojnie. Już po wszystkim. On wygrał mecz, ale i ty miałaś swoje dobre momenty. Teraz czeka nas następny krok. – Otworzył drzwi. – Tony czeka na dole, w limuzynie senatora Migellina. Wyjdziemy tylnymi drzwiami. W tłumie mogliby cię rozpoznać ze zdjęcia w gazecie.
    Tony stał przy długiej czarnej limuzynie za sąsiednim budynkiem. Na ich widok pomachał gwałtownie ręką.
    – Co się dzieje, do diabła? Ci demonstranci naprawdę zrobią wrażenie na naszym senatorze.
    – Jest w aucie?
    Tony przytaknął.
    Seth otworzył drzwi i wszyscy troje wsiedli do samochodu.
    – Kate Denby? – uśmiechnął się Ralph Migellin. – Narobiła pani sporo zamieszania. – Spojrzał na trwającą nieopodal demonstrację. – Na mój ostatni wiec przyszło mniej osób.
    – Seth Drakin – przedstawił się Seth i uścisnął mu rękę. – Jesteśmy bardzo zobowiązani za przybycie.
    – Tylko w ten sposób mogłem się spotkać z państwem w miarę dyskretnie. Nie jestem pewien, czy chciałbym się zaangażować w sprawę RU 2. Mogłoby to się odbić niekorzystnie na mojej karierze. Ale… – wzruszył ramionami – czasem nie ma się wyboru. Spodziewam się, że tym razem będzie inaczej.
    – Czy Tony wyjaśnił już wszystko? – zapytał Seth.
    Migellin przytaknął i znów skierował wzrok na demonstrantów.
    – Będę miał do czynienia z tego rodzaju opozycją?
    – Tak – odparł Seth.
    – Cóż, przynajmniej jest pan uczciwy. – Zwrócił się do Kate: – Czy ten pani RU 2 jest tego wart? Naprawdę zasługuje na miano cudownego leku?
    – Noah Smith uważał, że tak – odparła. – I zginął dla niego.
    – Pytałem o pani opinię.
    – Tak, to cudowny lek. Ale naraziłam dla niego życie własne i moich bliskich. Gdyby stało im się coś złego, nie wiem, czy mogłabym powiedzieć, że było warto. Nie potrafię być aż tak bezinteresowna.
    – Jednak jest pani tutaj.
    Dlatego że miałam już dość pozostawia pod presją. Nie przebywam tu teraz za sprawą szczególnie szlachetnych cech mego charakteru.
    – Czy RU 2 może istotnie ocalić życie tak wielu osobom, jak pani twierdzi?
    – Co najmniej. Nasze szacunki dotyczą tylko najpoważniejszych chorób. Jeśli badania będą kontynuowane, uzyskamy z pewnością szerszy obraz.
    – Rozumiem. – Migellin wpatrywał się w nią bez słowa, wreszcie westchnął ciężko, zrezygnowany. – Chyba pani wierzę. Szkoda. Marzył mi się spokojny rok kampanii wyborczej. – Wyjął z kieszeni notes, zapisał coś i podał kartkę Kate. – Nie jestem jednak jeszcze przekonany do końca. Chciałbym, aby odwiedzili mnie państwo jutro. Oto adres. Będzie tam jeszcze parę osób, z którymi powinni państwo porozmawiać.
    – Któż to taki? – zapytał Seth.
    – Przede wszystkim Frank Cooper. Szef Szarych Panter. To stowarzyszenie emerytowanych obywateli jest bardzo wpływowe w Waszyngtonie. – Uśmiechnął się. – A jego członkowie troszczą się jak nikt inny o swoje zdrowie.
    Kate odetchnęła z ulgą. A więc jednak senator Migellin zamierza im pomóc.
    – Spróbuje pan zablokować ustawę Longwortha?
    – Tego nie powiedziałem. Potrzebne jest wsparcie i musicie mi go udzielić. Proszę przyjść jutro. Wtedy podejmę decyzję.
    – Nie możemy przyjść jutro – oświadczył Seth. – Umówmy się na pojutrze.
    Kate spojrzała na niego zaskoczona.
    – Dlaczego nie jutro?
    – Po południu odbędzie się pogrzeb Noaha Smitha.
    Migellin kiwnął głową.
    – Rozumiem. Gdzie zostanie pochowany? Chciałbym przyjść na pogrzeb.
    – Cmentarz Mount Pleasant, za miastem. Wolałbym uniknąć obecności mediów.
    – Marne szanse. W tym mieście trudno zachować coś w tajemnicy. W każdym razie ja przyjdę na pewno.
    – Dlaczego? – zapytała Kate. – Przecież pan go w ogóle nie znał.
    – Był dzielnym człowiekiem. Żałuję, że go nie znałem. Wszystko, co mogę zrobić obecnie, to okazać mu swój szacunek. A nasze spotkanie przesuniemy w takim razie na godzinę trzecią pojutrze. Teraz, niestety, muszę już wracać do biura. Może podwieźć państwa do hotelu?
    – To bardzo miłe z pana strony – odparła Kate. – Hotel „Summit”. – Patrzyła na niego, kiedy informował kierowcę, dokąd ma jechać. Był rzeczywiście bardzo miły. Różnił się od Longwortha jak dzień od nocy. Znowu poczuła się bezpieczna. Dobrze jest wiedzieć, że nie wszyscy politycy są tacy jak tamten napuszony sukinsyn.
    Przeniosła wzrok na Setha. Nie przestawał jej zaskakiwać. Dziś zachowywał się układnie, z własnej inicjatywy usuwał się w cień, pozwolił, aby to ona znalazła się w świetle jupiterów. Mimo to cały czas była świadoma jego obecności, wiedziała, że jest tuż obok, czujny i opiekuńczy.
    Odwrócił się nagle i napotkał jej spojrzenie.
    – W porządku? Kiwnęła głową.
    – Mieliśmy zwariowany dzień, nieprawdaż? Uśmiechnął się.
    – Miewałem już gorsze.

    Kiedy wysiedli przed hotelem, Tony ulotnił się natychmiast. Kate i Seth udali się do apartamentu, skąd Seth zamówił obiad.
    – Jedzenie przyniosą dopiero za czterdzieści minut – poinformował Kate. – Możesz w tym czasie wziąć prysznic i odpocząć. Wyglądasz na zmęczoną.
    Tak się też czuła. Zsunęła z nóg buty i zdjęła żakiet.
    – Dlaczego nie uprzedziłeś mnie o pogrzebie Noaha?
    – Załatwiłem to dziś rano. Pomyślałem sobie, że musisz się skoncentrować na osobie Longwortha.
    – Nawet nie wiedziałam, że chcesz…
    – Dręczyła cię świadomość, że Noah nie miał przyzwoitego pogrzebu. Spostrzegłem to, kiedy mówił nam o tym Tony.
    – A ciebie to nie denerwowało?
    Pokręcił głową.
    – Nie. I nie sądzę, aby mógł się tym przejąć Noah. Martwy to martwy, a wszelkie formalności warte są tyle co zeszłoroczny śnieg. Jednak dla ciebie miało to znaczenie.
    – Owszem, miało. – Starała się mówić spokojnie. – Dziękuję.
    Nie ma za co. – Ruszył w stronę swojej sypialni. – Nie musisz się śpieszyć. Będę tu, kiedy przyjdzie kelner. Muszę tylko zadzwonić do Rimilona i upewnić się, czy wszystko w porządku.
    Kate weszła do łazienki i parę minut później stała pod strugami ciepłej wody. A więc Noah spocznie w grobie. Jednak będą mogli pożegnać się z nim godnie, jak na to zasłużył. W tym koszmarnym dniu była to jedna z zaledwie dwu rzeczy pozytywnych.
    Woda spływająca po ciele miała kojące działanie i Kate poczuła niebawem błogie odprężenie. Zamknęła oczy. Przywykła do pracy w laboratorium, a nie do spotkań z przedstawicielami mediów lub ochrony tego, czym się zajmowała. Tymczasem Longworth i ten cholerny tłum…
    Przestań wreszcie o tym rozmyślać. Już po wszystkim. Seth ma rację, teraz pora na następny krok. Ale jemu łatwo mówić, dla niego to proste. Jest bardziej elastyczny, potrafi dostosować się do każdej sytuacji. Boże, jak bardzo się różnimy!
    Stała już w dżinsach i swetrze, susząc sobie włosy, kiedy Seth zapukał do łazienki.
    – Obiad.
    – Już idę.
    Kiedy weszła do salonu, Seth stał przy stole, układając serwetki i rozstawiając naczynia. Tak jak Noah. Podniósł wzrok i ujrzał jej minę.
    – Co się stało?
    – Nic. – Podeszła bliżej. – Po prostu przypomniał mi się Noah. On też krzątał się zawsze przy stole. Nie podobał mu się sposób, w jaki ja to robiłam.
    – Nie myśl o tym – odparł. – Nie jestem taki jak Noah. Nie przepadam za gotowaniem, nie jestem smakoszem. Wystarcza mi obsługa kelnerska.
    Powiedział to tak ostrym tonem, że w milczeniu zajęła miejsce przy stole i sięgnęła po widelec.
    – Przepraszam – mruknęła.
    – Za co przepraszasz? Za to, że on nie żyje? Nie przywrócisz mu życia, starając się dostrzec go w każdym mężczyźnie, jakiego masz przed sobą.
    Ogarnął ją gniew.
    – Nie martw się, w tobie na pewno go nie dojrzę. Noah był dla mnie bardzo uprzejmy.
    – I dlatego jesteś taka szczęśliwa, wolna od trosk. Dlatego twój syn musi teraz przebywać w schronie atomowym.
    Odchyliła się do tyłu, spojrzał mu prosto w oczy.
    – Co cię gryzie? Myślałam, że Noah był twoim przyjacielem.
    – Owszem, był, ale już nie żyje, do diabła! Nie muszę udawać, że był ideałem. Nie zamierzam… – Urwał i Kate mogłaby przysiąc, że widzi na jego twarzy miriady kłębiących się emocji. – A niech to! – Usiadł naprzeciw niej i gwałtownie nadział na widelec cząstkę pomidora z sałatki.
    – Myślę, że nie jesteś teraz w porządku. Noah postępował zgodnie z tym, co uważał za właściwe. Może wplątał cię w to wszystko wbrew twej woli, ale czy nie przyszło ci do głowy, że zapisując ci w testamencie prawa do RU 2, uczynił cię prawdopodobnie milionerem?
    Nie odpowiedział.
    – I zginął za…
    – Tak, wiem, był chodzącym ideałem – przerwał jej Seth. – Skończ z tym, dobrze?
    Wcale nie jest dobrze. – Wzruszyła ramionami. – Ale zgoda. Nie będę już o tym mówić. Nie mam ochoty na sprzeczkę z nadąsanym małym chłopcem.
    – Z małym chłopcem? – Podniósł na nią wzrok. – To wcale nie o to chodzi, Kate.
    Wyraz jego twarzy sprawił, że znieruchomiała. Nie potrafiła odwrócić od niego spojrzenia.
    – Jestem zupełnie inny niż Noah – powiedział cicho. – Jesteś teraz przewrażliwiona, czujesz się samotna, a jutro pochowamy mojego najlepszego przyjaciela. Ale to nie ma znaczenia. Gdybym myślał, że mogę zaciągnąć cię dziś do łóżka, zrobiłbym to.
    Nadal wpatrywała się w niego bez ruchu. Nie była zdolna do żadnej innej reakcji. Stała się nagle świadoma jego fizycznej obecności, siły jego ramion pod koszulą, zniewalającego łuku szerokich, zmysłowych ust i jego intensywnie niebieskich oczu. Odruchowo zwilżyła wargi językiem.
    – Żeby rozkoszować się chwilą?
    – Właśnie. – Czekał. Pokręciła głową.
    Jakaś trudna do określenia emocja przemknęła po jego twarzy.
    – Wcale tak nie myślałem.
    – To nie… My nie… To byłby błąd.
    – Nie musisz robić takiej cholernie przerażonej miny. Przecież tak naprawdę nie masz nic przeciw pójściu ze mną do łóżka. Od dawna wiedziałem, że ciągnie nas do siebie. Nie proponowałem zobowiązań na całe życie.
    Od dawna wiedział! Nie, nie powinna być zaskoczona. Przecież Seth jest człowiekiem pełnym niespodzianek.
    – Wydaje mi się, że nie przywykłam korzystać z chwili. Zawsze muszę każdą sprawę zaplanować, przemyśleć. – Umilkła. – Zresztą… wszystko jest zbyt pogmatwane – dodała. – Jestem pewna, że sam byś żałował, gdybyś…
    – Akurat! – Uśmiechnął się. – Tylko mi nie mów, czego bym żałował. Nie żałowałbym ani jednej minuty spędzonej z tobą. Już dawno temu przekonałem się, że żałuję tylko tego, czego nie zrobiłem, a pragnę iść z tobą do łóżka od pierwszej chwili, kiedy cię poznałem.
    Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczyma.
    – Nigdy nie mówiłeś… nie miałam pojęcia…
    – Dlatego, że byłem pewien, iż ty i Noah tworzycie parę. Na miłość boską, spędzaliście w tym laboratorium wszystkie wolne chwile, zawsze razem, jak Barbie i Ken. On był moim przyjacielem. Nie jestem człowiekiem zupełnie pozbawionym skrupułów. Chociaż… zapewne zapomniałbym o nich, gdybym wiedział, jakim jest głupcem.
    – Był po prostu rozsądny.
    – Był głupcem – powtórzył Seth. Odsunął talerz i wstał. – Idę do swojego pokoju. Myślę, że zrobiłem wszystko, co możliwe, aby popsuć apetyt nam obojgu.
    – Nie pozwólmy, aby ta sprawa pomieszała nam szyki. Mamy zbyt wiele do zrobienia…
    – Bzdura! – przerwał jej głosem drżącym z emocji. – Na pewno to pomiesza nam szyki. I wcale nie chcę, żeby było inaczej. Chcę, abyś wiedziała, że wystarczy, jeśli wyciągniesz rękę, a ja tam będę. – Skierował się do wyjścia. – Pamiętaj: jutro o trzeciej po południu.
    – Przez ciebie to się staje niemożliwe.
    – Wcale nie. Tylko trudne. A to nic złego. – Zatrzasnął za sobą drzwi.
    Odsunęła swój talerz na bok. Seth miał rację. Była zbyt zdenerwowana, by móc jeść. Zdenerwowana, zirytowana i poruszona. Seth wsadził kij w mrowisko, na domiar złego w momencie, kiedy sytuacja była już i tak dość trudna. Rozpaskudzony drań. Wybuchowy jak beczka prochu, zmysłowy jak lubieżne bóstwo Pan, samolubny jak…
    Zmysłowy.
    Wolała nie myśleć już o tym, do jakiego stopnia Seth rozbudził jej zmysły, mówiąc, że jej pragnie. Nie chciała myśleć o nim w ten sposób. Nie pociągała jej perspektywa przygody na jedną noc. Potrzebowała stabilności, pełnego zaangażowania i wzajemnego zainteresowania. Akceptując związek z tak nieokiełznanym szaleńcem jak Seth, miałaby z pewnością uczucie braku spełnienia.
    Nie proponowałem zobowiązań na całe życie.
    Ale ona potrzebuje właśnie tego. Nie gwałtownego płomienia, który zgaśnie równie prędko, jak wystrzelił w górę. Musi myśleć o swojej karierze, o tym, że ma syna. To by znaczyło, że brak jej poczucia odpowiedzialności, gdyby zaakceptowała to…
    To, czego pragnie? Czyżby pragnęła Setha? Jak jest naprawdę?
    Pamięć podsunęła jej nagle tamten dzień w lesie.
    O tak, miała ochotę pójść z nim do łóżka.
    Co jeszcze nie znaczy, że to zrobi. Ludzie dojrzali potrafią dokonywać wyborów; nie tak jak Seth. Nie sięgają po wszystko, co im się spodoba, nie bacząc na konsekwencje.
    Może nagłe zmiany to metoda godna naśladowania.
    Dlaczego właśnie teraz przyszły jej do głowy słowa Phyliss na temat metod postępowania Noaha? Zapewne dlatego, że Seth sam w sobie stanowił odmianę. Erotyczne, gwałtowne odejście od wszystkiego, co bezpieczne i dobrze znane.
    A Kate nie uznawała zmian.

    – Gotowa? Tony czeka w aucie na dole – oznajmił Seth nazajutrz rano, gdy tylko otworzył drzwi.
    Przytaknęła.
    – Jestem gotowa.
    – Świetnie. – Spojrzał na nią bacznym wzrokiem. – Starasz się nie patrzeć mi w oczy. Nie przejmuj się. To dzień Noaha. Nie będę ci się naprzykrzać.
    – Nie naprzykrzasz mi się – skłamała i w duchu odetchnęła z ulgą. – Ale cieszę się, że… Masz rację, to dzień Noaha.
    Na cmentarz przybyła jedynie niewielka garstka ludzi: Tony, Seth, senator Migellin i jeszcze ktoś, zapewne jego doradca. Nabożeństwo odprawione przez duchownego trwało krótko.
    Czuła, jak do oczu napływają piekące łzy, kiedy patrzyła na opuszczaną do grobu trumnę.
    Ktoś ujął jej dłoń. Podniosła wzrok i ujrzała Setha. On również patrzył na trumnę, w jego oczach błyszczały łzy.
    – Zegnaj, Noah – wyszeptał. – Jestem szczęśliwy, że byliśmy przyjaciółmi.
    Ona znała Noaha zaledwie parę tygodni. Z Sethem przyjaźnił się od lat. Zacisnęła palce na jego dłoni.
    – Muszę już iść. – To senator Migellin. Stanął obok niej, delikatnie położył jej dłoń na ramieniu. – Bardzo mi przykro. Obawiam się, że przeciek wiadomości nastąpił w moim biurze. Wiedzą chyba nawet, w którym momencie korzystam z łazienki.
    Spojrzała na niego zaskoczona. Usłyszała, jak Seth mamrocze jakieś przekleństwo, podążyła za jego wzrokiem ku oddalonej o kilkaset jardów bramie cmentarnej.
    Tuż za nią gromadził się tłum.
    Demonstranci? Boże, czy nie mogą zostawić ich w spokoju nawet w takiej chwili?
    Nie, to nie demonstranci, lecz reporterzy, nawet z kamerami. Przy krawężniku stał zaparkowany wóz transmisyjny jakiejś stacji telewizyjnej.
    – Radzę wrócić do miasta moim autem – zaproponował Migellin, kierując się do wyjścia. – Moi ludzie spróbują ich zatrzymać, pomogą nam wsiąść do limuzyny. W takich sytuacjach mają już wprawę. – Zerknął na Setha. – Chyba że wolicie tu zostać i wydać oświadczenie. To wasza szansa, z dala od Longwortha.
    Seth ujął Kate pod ramię.
    – Nie dzisiaj.
    Istotnie, nie dzisiaj. To jest dzień Noaha. Ze spuszczoną głową podążyła za senatorem.
    Za bramą otoczył ich natychmiast tłum, natrętny jak rój os. Tuż pod sam nos podsunięto jej mikrofony. Rozdzielono ją z Sethem.
    – Kate! – usłyszała jego głos. Dobiegał z tyłu.
    Nie widziała go nigdzie.
    Ani jego, ani senatora.
    Usiłowała przedrzeć się przez tłum, ale odepchnięto ją na bok, przyparto do jednego z reporterów.
    – Przepraszam. – Wyprostowała się. – Proszę pomóc mi przejść do…
    Ishmaru. Uśmiechnął się.
    – Witaj, Kate.
    Chryste, nie!
    Czym prędzej wcisnęła się z powrotem w tłum reporterów. Straciła go z oczu. Mógł jednak być tuż obok niej. Albo za nią.
    Albo też zaczaił się, czekając, aż ona wyłoni się znowu z tej gęstej ciżby.
    Na jej ramieniu spoczęła dłoń mężczyzny. Pisnęła przerażona i na oślep zadała cios pięścią.
    – Na miłość boską, Kate! Głos Setha.
    – Pomóż mi wydostać się stąd. Jak najdalej stąd…
    Otoczył ją ramieniem, torował sobie drogę brutalnie, nie zważając na nic.
    Czyjaś kamera, potrącona przez niego, wylądowała na ziemi.
    Jakiś reporter zaklął z furią.
    Gdzie on się podział?
    Limuzyna senatora widniała przed nią. Tam będzie bezpiecznie.
    Ale Noah też myślał wtedy, ostatniego dnia, że jest już bezpieczny.
    A jednak zginął.
    Wsiadła do auta.
    – Co cię tak przeraziło? – zapytał Seth, zajmując miejsce obok niej. Zatrzasnął drzwiczki. Limuzyna ruszyła z miejsca i po chwili mknęła ulicą.
    – Ish… Ishmaru – wyjąkała. To imię nie chciało jej przejść przez gardło. – Ishmaru – powtórzyła.
    Senator Migellin zmarszczył brwi.
    – W tym tłumie? Przytaknęła gwałtownie.
    – Proszę zatrzymać auto – powiedział Seth.
    – Nie! – Gorączkowo zacisnęła dłoń na jego ramieniu. Nie chciała, aby tam wrócił. Nie Seth. Zginąłby tak jak Noah. – Na pewno już go tam nie ma. Widziałam go tylko przez chwilę.
    – Jesteś pewna, że to nie było złudzenie? – zapytał Tony. – Z pewnością nie przestajesz o nim myśleć.
    – Niczego nie zmyślam, naprawdę go widziałam! – zapewniła żarliwie. – Właściwie byłam przez ułamek sekundy w jego ramionach. Uśmiechnął się do mnie i nawet wymówił moje imię:
    – Już dobrze, wierzę ci – mruknął Tony pojednawczym tonem. – Po prostu wydało mi się dziwne, że zdecydował się na tak olbrzymie ryzyko, zjawiając się na pogrzebie Noaha.
    – Bo ten sukinsyn zawsze działa w ten sposób – zauważył Seth. – To wariat!
    – Powiem szoferowi, żeby skontaktował się przez radio z policją. Niech przeszukają tamten teren – powiedział senator. Nachylił się do przodu i zastukał w szybę oddzielającą go od kierowcy.
    – Już za późno – mruknął Tony.
    – Dlaczego nie powiedziałaś mi od razu? – ofuknął ją Seth. – Do diabła! Trzeba było powiedzieć mi o tym, dopóki tam byliśmy. Wtedy mógłbym…
    – Przestań! – zawołała Kate. – Umierałam ze strachu, myślałam tylko o tym, żeby uciec. Nie jestem jakimś zwariowanym rewolwerowcem, który… – Urwała, chcąc odzyskać kontrolę nad własnym głosem. – I nie krzycz na mnie! Nie rób tego nigdy więcej!
    – Nie krzyczę na ciebie. – Ale jego głos aż drżał z emocji. Odwrócił się, wyjrzał przez okienko na zewnątrz. – Po prostu popełniłaś błąd. Mogłem go dopaść.

    – W porządku, popełniłam błąd. – Kate rzuciła torebkę i żakiet na kanapę. – Powinnam była narobić krzyku albo powiadomić cię natychmiast.
    – Właśnie. – Głos Setha był zimny jak lód.
    – Byłam przerażona. Nie spodziewałam się tego. On mnie zaskoczył i wpadłam w panikę. Obiecuję, że to się więcej nie powtórzy.
    Seth nie odpowiedział. Wszedł do swojej sypialni i zamknął drzwi.
    Nic dziwnego, że jest wściekły, pomyślała. Miał okazję dopaść Ishmaru, a ja wszystko popsułam… Boże, zachowałam się jak mazgajowaty tchórz!
    Do pokoju wrócił Seth. W ręku trzymał koc i poduszkę, rzucił jedno i drugie na kanapę.
    – Co robisz? – zapytała.
    – Będę spał tutaj.
    – Nie ma potrzeby. Powiedziałam ci przecież, że mnie zaskoczył. Ale teraz już się nie boję.
    Nie zwracał najmniejszej uwagi na jej protest.
    – Zadzwoń po kelnera, zamów coś na obiad. Ja skontaktuję się z Rimilonem i sprawdzę wszystko, jak zwykle.
    Podczas obiadu milczał. Kiedy posiłek dobiegł końca, z ulgą schroniła się w swojej sypialni. Nie była przyzwyczajona do takiego Setha, rozgniewanego i niedostępnego. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak dalece zdała się już na jego wyważone wsparcie, pełne spokoju, a czasem nawet humoru. Wzięła natrysk, włożyła koszulkę i wybrała książkę. Położy się i przestanie zaprzątać sobie nim głowę.
    Czytała nadal, mimo iż minęła już północ, kiedy zadzwonił telefon stojący przy łóżku.
    – Cieszę się, że się dziś spotkaliśmy, Emily.
    Ishmaru.
    Jej serce zamarło, aby niemal natychmiast zacząć bić w znacznie przyśpieszonym tempie.
    – Dlaczego zawsze nazywasz mnie Emily? Mam na imię Kate.
    – Nadal starasz się wyprowadzić mnie w pole? Oboje wiemy, kim jesteś naprawdę. Gdzie twój synek?
    Zacisnęła dłoń na słuchawce.
    – Bezpieczny.
    – Nikt nie jest bezpieczny. Każdemu z nas coś zagraża. Kiedy dziś uciekłaś przede mną, byłem bardzo rozczarowany. To nie w twoim stylu. Lękałem się, że nie ma już w tobie Emily.
    Kim, do diabła, jest ta Emily?
    – Byłam zaskoczona. A może odwiedziłbyś mnie teraz?
    Roześmiał się.
    – Zastawiasz na mnie sidła? Nic z tego, sam wybiorę odpowiedni moment. Nie wierzyłem własnym oczom, kiedy ujrzałem ten artykuł w gazecie. Przestraszyłem się, że będę musiał szukać cię bardzo długo, ale oto się znalazłaś. Chyba zdajesz sobie sprawę, że mogłem cię dziś zabić? Ja jednak nie chcę, żeby to odbyło się tak szybko. – Jego głos przybrał ostre brzmienie. – Bardzo mnie rozgniewałaś, Emily. Wysłałaś swego człowieka, aby pozbawił mnie moich stróżów.
    – Nikogo nie wysyłałam.
    – Posłałaś Setha Drakina, żeby mnie zniszczył. Jimenez wyznał, że on to zrobił, ale ja wiem, że naprawdę to twoja sprawka. Nie sypiam teraz. Ale to nic, dzięki temu mam więcej czasu na obmyślanie sposobów rozprawienia się z tobą. Zamierzałem pozwolić ci umrzeć śmiercią wojownika. Nie zmieniłem zdania, teraz jednak chcę najpierw przysporzyć ci cierpień. Nie powinnaś była pozbawiać mnie stróżów.
    – Nie wiem w ogóle, o czym mówisz. Boisz się przyjść do mnie?
    – Nie, ale wolę, abyś ty przyszła do mnie.
    – Gdzie jesteś?
    – Jeszcze nie teraz. Wkrótce. Wkrótce mnie odwiedzisz. Ale najpierw ja zranię cię tak, jak ty zraniłaś mnie.
    Odłożył słuchawkę.
    – Seth! – Wyskoczyła z łóżka, wbiegła do salonu.
    – Słyszałem wszystko. Podniosłem słuchawkę w tym samym momencie co ty.
    – Czy można wykryć, skąd dzwonił? Pokręcił głową.
    – To co zrobimy?
    – Musimy zaczekać na niego. Przecież słyszałaś: chce, abyś go odwiedziła.
    – Wiedział, gdzie jestem.
    – Bo nawet nie próbowaliśmy się skryć. Wiedzieliśmy, że to niemożliwe.
    – Zadzwoń do Rimilona. Chcę się upewnić, że Joshua jest cały i zdrowy.
    – Ishmaru pytał, gdzie on jest, a więc nie zna jego kryjówki.
    – Nieważne. Jak możemy być pewni, że on rzeczywiście nie wie? Zaczynam wierzyć, że przed nim nie ma żadnych tajemnic. Zadzwoń do Rimilona.
    Seth usiadł, sięgnął po telefon cyfrowy, wystukał numer.
    – Tak, wiem, że już późno – rzucił do słuchawki. – Czy wszystko w porządku?
    – Rimilon siedzi cały czas przy wejściu do bunkra – poinformował Kate po zakończeniu rozmowy. – Prócz niego nie ma tam żywej duszy.
    – Chcę porozmawiać z Joshuą. Spojrzał na nią.
    – Naprawdę?
    – Tak. Nie. – Uświadomiła sobie, że woli, aby syn pozostał tam, gdzie jest, za masywnymi, stalowymi drzwiami, mimo iż dałaby wiele, aby usłyszeć jego głos. – Nie, chyba nie.
    – To dobrze.
    – Ten Ishmaru to szaleniec – szepnęła. – Ciągle mówił coś o stróżach, o tym, że pozbawiłam go jego stróżów. A ja nie wiem w ogóle, o co mu chodzi.
    – Nic dziwnego.
    Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczyma.
    – Ale ty wiesz?
    Przytaknął.
    – Wiem.
    – Nazwał cię posłańcem.
    – Słyszałem już gorsze określenia mojej osoby.
    – Do diabła, co przede mną ukrywasz?
    – Miałem nadzieję, że się o tym nie dowiesz. To nic pięknego. – Zacisnął usta. – Ale skąd miałem wiedzieć, że będzie miał o to pretensje do ciebie?
    – Co mu zrobiłeś?
    – Zmusiłem jego kumpla, Jimeneza, aby zaprowadził mnie do jaskini, którą Ishmaru nazwał swoim namiotem magicznym. Udawał się tam, aby zregenerować własną moc, albo gdy miewał złe sny. Wtedy siadał w kręgu stróżów, w samym środku, i palił kadzidła.
    – Stróżów?
    Nie odpowiedział od razu.
    – To skalpy – wyjaśnił wreszcie. – Pale z nadzianymi na nie skalpami jego ofiar.
    Omal nie targnęły nią mdłości.
    – Boże!
    – Przed wyjazdem do naszej chaty udałem się tam i spaliłem wszystko poza dowodami jego winy, które przesłałem potem do prokuratora okręgowego. Nie wiem, dlaczego ten łajdak powiązał to z tobą.
    On obwinia mnie w ogóle o wszystko, pomyślała przelotnie.
    – Dlaczego nazywa je stróżami? – zapytała.
    – Przeczytałem o tym w książce, którą znalazłem w tej jaskini. Indianie z równin wierzyli w duchy. Byli przekonani, że jeśli skalpy ofiar będą przechowywane w pobliżu, duchy zwyciężonych zostaną pozbawione mocy, nie będą mogły wdzierać się do ich snów ani ich niszczyć. Ishmaru ubzdurał sobie, że ten krąg chroni go przynajmniej przed częścią jego ofiar.
    – Chcę przejrzeć tę książkę.
    – Myślę, że zmienisz zdanie. – Wszedł do swojej sypialni, a po chwili wrócił z książką, którą jej podał. – Ishmaru podkreślał pewne fragmenty. Jak sądzę, będziesz wolała pominąć te, gdzie opisane są metody skalpowania.
    Ostrożnie przesunęła dłonią po wyblakłej okładce. Ishmaru też dotykał tej książki, studiował ją. Otworzyła tom na chybił trafił i wzrok jej padł na podkreślone żółtą kredką słowo.
    Triumf.
    Dalej następowała zajmująca wiele stron prezentacja metod i obrzędów związanych z odnoszeniem triumfu nad wrogiem.
    Będę mógł się poszczycić potrójnym triumfem, kiedy już wszyscy będziecie martwi.
    Zatrzasnęła książkę.
    – Masz rację, nie mam ochoty na taką lekturę. Nie w tej chwili. Wyciągnął po nią rękę.
    – Nie, zatrzymam ją. Muszę to przeczytać, ale nie teraz.
    – A więc powiedz coś – mruknął szorstkim głosem. – Zbesztaj mnie.
    – Za co? Byłeś przekonany, że postępujesz właściwie. Skąd miałeś wiedzieć, że to zadziała jak bumerang? Dobrze zrobiłeś, że wysłałeś te… rzeczy do prokuratora okręgowego.
    – Bzdura. To był chyba mój pierwszy od piętnastu lat ukłon w stronę prawa. – Uśmiechnął się z goryczą. – I wyrządził ci krzywdę. Nam obojgu. Mam dobrą nauczkę.
    – Czy Noah wiedział, co zrobiłeś?
    – Nie, odkąd skłonił cię do zamieszkania w tej chacie, nie chciał nawet słyszeć o Ishmaru. Wolał udawać, że nie wierzy w jego istnienie. – Wzruszył ramionami. – Nie było innej rady, musiałem zachować tę wiedzę dla siebie.
    – Szkoda, że nie powiedziałeś tego mnie.
    Byłaś już i tak wystarczająco przerażona. Gdybym ci powiedział o tych skalpach, umarłabyś ze strachu.
    – A jednak muszę wiedzieć, z czym mam do czynienia. – Umilkła na moment. Od czego zacząć? – Kto to jest ta Emily?
    – Zatelefonuję tu i tam, może się dowiem. – Zawahał się. – Jak sądzę, nie zapomnisz o tym wszystkim i nie pozwolisz mnie samemu uporać się z problemem?
    – Nie uporasz się z tym. To mnie Ishmaru chce zadać ból. Co ty byś mógł zrobić?
    – To, na co miałem ochotę od samego początku. Odnaleźć go. I zabić.
    – Zanim on znajdzie mnie… lub Joshuę?
    – Do diabła! – wybuchnął. – Nie dopuszczę do tego. Nie potrafisz zaufać?
    – Nie ufam już nikomu.
    Przez chwilę przeszywał ją płomiennym wzrokiem.
    – Świetnie. Doskonale – mruknął wreszcie. Położył się z powrotem na kanapie i zamknął oczy. – W takim razie wracaj do łóżka.
    Tak po prostu! Iść do łóżka. Zapomnieć o tamtym potworze. Czekać biernie na jego następny telefon.
    – Nie wydawaj mi rozkazów. – Jej głos drżał z furii i lęku. Okręciła się na pięcie. – Nigdy więcej nie wydawaj mi… Będę robić to, co uznam za stosowne. Wiem, że uważasz mnie za tchórza, ale nie pozwolę…
    Chwycił ją za ramię, odwrócił twarzą do siebie. – Psiakrew! – Przyciągnął ją jeszcze bliżej. – Zamknij się, dobrze?
    – Nie zamknę się.
    – To chociaż przestań się trząść. – Zanurzył twarz w jej włosach. – Dlaczego drżysz? Przestań.
    – Mam przestać? Tak jakbym zakręcała kran? Nie jestem podobna do ciebie. Ty mógłbyś spać spokojnie nawet po zamordowaniu papieża. Ja jestem po prostu człowiekiem.
    – O tak!
    – I wcale nie musisz tu spać. Potrafię zadbać o siebie.
    – A jednak zostanę.
    – Nie chcę, abyś tu był.
    – Trudno.
    – Puść mnie.
    – Za chwilę. – Odsunął ją trochę od siebie i zmierzył wzrokiem. – Wcale nie uważam cię za tchórza. Myślę, że jesteś nawet zbyt odważna. Po prostu uczyniłaś z Ishmaru sprawę osobistą. Kto mógłby ci to mieć za złe?
    – Dlaczego więc jesteś na mnie tak cholernie wściekły?
    Ujął jej twarz w obie dłonie.
    – Mało brakowało, żebyś została zamordowana. Miałem cię strzec, a nieomal pozwoliłem, aby ten łajdak cię zabił. Na domiar złego wszystko, co zrobiłem, obraca się teraz przeciw mnie.
    Zesztywniała.
    – Byłeś wściekły na siebie i wyżywałeś się na mnie? To zupełnie tak…
    – Cicho! – Pocałował ją. Łagodnie, czule, jakby to nie był on, lecz ktoś inny. – Ćśś… – Tulił ją, kołysząc delikatnie. – Zrobię wszystko, co zechcesz, tylko bądź teraz cicho i daj mi się tym nacieszyć.
    Cieszyć się chwilą.
    O tak, teraz cieszyła się nią naprawdę. Ciepła fala zalewała ją całą, ciało przestało dygotać. A jeśli nawet drżało, to na pewno nie ze strachu. Kiedyś przeczytała, że najbardziej intensywnym odczuciem poza strachem jest pożądanie. Teraz już w to nie wątpiła. Wdychała zapach jego wody po goleniu, napierała instynktownie na twarde, umięśnione ciało.
    – Dotykam cię – wyszeptał. – Czujesz?
    Czuła.
    Odsunął ją od siebie.
    – Ale nie za mocno. Czuję się zbyt winny. Musiałabyś i ty dotknąć mnie.
    Mogła się wycofać. Wrócić do swojego pokoju, zachowując rozsądek… i nadal cierpieć z powodu własnego zimna, samotności i strachu. Mogła też zostać i cieszyć się chwilą. Postąpiła krok do przodu i zarzuciła mu ręce na szyję.
    – Dotykam cię.

    Nie zmieniła się, jest taka jak dawniej, pomyślał z ulgą Ishmaru. Na cmentarzu przeszyła go straszliwa myśl, że Kate jest jakby inną kobietą, ale to wrażenie minęło już po chwili. Stanowiła dla niego wyzwanie. Pragnęła bitwy tak samo gorąco jak on.
    Ale do bitwy nie mogło dojść tutaj, gdzie Kate otaczali ludzie gotowi przyjść jej z pomocą. Nie wiedziała, co to takiego triumf, nie dążyłaby do jego odniesienia, a więc znajdowałaby się w korzystniejszej sytuacji. Nie musiałaby podejść do niego blisko. Nie, musi zwabić ją tam, gdzie on będzie górą. Ale najpierw należy zadać jej ból. Cierpienie, jakie obmyślał co wieczór.
    Chłopiec? To chyba najlepszy wybór.
    Podniósł słuchawkę i zadzwonił do Blounta.
    – Wielki Boże, musisz mnie budzić w środku nocy?
    – Tak. Mówiłeś, że pracujesz nad jakimś tropem, który może mnie doprowadzić do Kate Denby. Masz już coś?
    – Ogden nie byłby zachwycony, że przekazuję ci jakieś informacje.
    – Pieprzyć Ogdena!
    Blount roześmiał się.
    – Co do tego jesteśmy zgodni. Ten facet stał się nie do zniesienia, odkąd Kate ujawniła opinii publicznej sprawę RU 2.
    – To już wasz problem. Ja zabiłem Smitha.
    – Niewiele to nam dało, skoro zdążył przedtem wyznaczyć spadkobiercę. Musimy wzmóc presję na Waszyngton, a ten dupek Longworth żąda więcej pieniędzy.
    Dlaczego Blount sądzi, że to go w ogóle interesuje?
    – Masz coś dla mnie na temat Kate Denby czy nie?
    W słuchawce zaległa cisza.
    – Owszem – mruknął w końcu Blount – ale będziesz musiał sprawdzić ten ślad. Jest cienki jak nitka.
    Nawet nitka, wystarczająco mocno zaciśnięta na szyi, może pozbawić życia wojownika, choćby nie wiadomo jak silnego i mężnego.
    – A więc mów.
    – Jeszcze nie teraz. Muszę najpierw ułożyć sobie to wszystko w logiczną całość. – Blount milczał przez chwilę. – I chciałbym uzyskać od ciebie coś w zamian.

13.

    Kiedy nazajutrz rano Kate otworzyła oczy, Setha nie było w łóżku. – Kawa. – Wszedł do sypialni, balansując dwiema filiżankami i dzbankiem na tacy. Był boso i bez koszuli, miał zmierzwione włosy oraz twarz przyciemnioną od wczorajszego zarostu. Wygląda diabelnie seksownie, a powinien przecież robić wrażenie niechluja, pomyślała. Tak korzystna taryfa ulgowa nie jest, niestety, dana kobietom. Seth usiadł na brzegu łóżka.
    – Zamówiłem śniadanie, ale kazałem je podać dopiero za godzinę. Pomyślałem, że przyda ci się trochę czasu, żebyś mogła wziąć się w garść.
    – Dziękuję. – Rzeczywiście, potrzebowała trochę czasu. Nagle ogarnęły ją niepokój i zażenowanie. Dlaczego w dziennym świetle wszystko wygląda inaczej? Przecież to ten sam facet, z którym kochała się trzykrotnie tej nocy. Na samo wspomnienie owych doznań zrobiło jej się gorąco. Boże, zachowała się jak nimfomanka! Okazała się nienasycona, ciągle było jej mało. Nawet teraz, kiedy patrzy na niego, czuje…
    Podciągnęła wyżej prześcieradło, wzięła filiżankę.
    – Od kiedy nie śpisz?
    – Od szóstej.
    Zerknęła na zegarek. Dochodziła dziesiąta.
    – I co robiłeś tyle czasu?
    – Rozmyślałem. – Ściągnął z niej prześcieradło, musnął ustami jej pierś. – Czekałem.
    Jej serce waliło teraz jak oszalałe.
    – A o czym myślałeś?
    Że może… kiedy się obudzisz… będziesz tego żałowała. – Przywarł ustami do sutka, ssał delikatnie. – Zastanawiałem się też, co zrobić, abyś pozwoliła mi zostać w swoim łóżku – dodał. Z trudem panowała nad głosem.
    – To by mogło kolidować…
    – Przecież było ci dobrze.
    – Jasne, nawet bardzo. Okazałeś się szalenie… zdolny.
    – Ty też. I to jak. Podejrzewałem już wcześniej, że niezwykle seksowna z ciebie kobieta, ale i tak mnie zaskoczyłaś.
    – Nic dziwnego. Po tak długiej przerwie!
    – Przekonajmy się więc, jaka jesteś po paru godzinach. – Wziął od niej filiżankę, odstawił na nocny stolik. – Oczywiście w ramach eksperymentu.
    – Nie wypiłam jeszcze kawy.
    – Tylko nam przeszkadzała.
    – Powinniśmy porozmawiać…
    – Możemy rozmawiać w trakcie. – Rozpiął dżinsy, wsunął się do łóżka. – Wydajesz się bardziej uległa, kiedy jestem w tobie.
    I już poruszał się w niej. Powoli, dręczące – Tak, jak to widzę – wyszeptał – jestem dla ciebie cennym nabytkiem. Przynoszę ci odprężenie.
    Odprężenie? Bezwiednie wbiła paznokcie w jego barki.
    – Wszystko będzie dokładnie, jak było. – Każde słowo akcentował pchnięciem. – Żadnych zobowiązań. Po prostu idziemy razem do łóżka i robimy to. Co w tym złego?
    Nie była w stanie mówić. Nie potrafiła teraz zebrać myśli. Jedyne, co czuła, to szorstki dotyk dżinsów trących o uda oraz Seth w jej wnętrzu. Zagryzła wargi, kiedy przyśpieszył.
    – Wszystko w porządku – szepnął. – Skoro sypiamy razem, będę w stanie skuteczniej cię ochraniać.
    Jakimś cudem zdobyła się na śmiech.
    – Dość kiepski argument.
    – Cóż, pomyślałem sobie, że wykorzystam go jako pretekst.
    – A więc znalazłeś wspaniały pretekst. – Pociągnęła go w dół, siadła na nim i uśmiechnęła się. – I rozkoszuję się nim, ile się da.

    – Kawa chyba ostygła – mruknęła Kate. Leniwie wyciągnęła rękę po filiżankę.
    – Miałem nadzieję, że tak będzie. Dlatego przyniosłem dzbanek. – Usiadł i wyskoczył z łóżka. – Naleję ci świeżej.
    – Jesteś bardzo uczynny.
    Uśmiechnął się.
    – Chcę, abyś zachowała ten dobry nastrój. – Odstawił dzbanek. – I jak sobie radzę?
    Aż za dobrze, pomyślała. W tej chwili nie wiedziała, czy ma przed sobą Piotrusia Pana, czy Casanovę.
    – Prawdę mówiąc, znakomicie. Uśmiech zniknął mu z twarzy.
    – Nie planowałem wczoraj wieczorem, że cię uwiodę.
    – Po prostu tak wyszło? Usiadł na łóżku.
    – Dałbym za wygraną, gdybyś powiedziała, że nie chcesz. – Skrzywił się pociesznie. – Jesteś na mnie zła?
    Czuła się zbyt odprężona i zaspokojona, aby gniewać się na kogokolwiek. Przyszło jej na myśl, że to właśnie było celem jego wysiłków w minionej godzinie. Jeśli tak, to ów Piotruś Pan ma w sobie coś z podstępnego Machiavellego.
    – Nie, nie jestem zła. – Upiła łyk kawy, podniosła na niego wzrok. – I wcale mnie nie uwiodłeś. Nie pozwoliłabym się nikomu uwieść. To by oznaczało bierną akceptację, a ja dokonałam świadomego wyboru. Zaofiarowałeś mi coś, czego pragnęłam. I wzięłam to.
    Westchnął z udaną rozpaczą.
    – Boże, zostałem wykorzystany!
    Z trudem stłumiła śmiech. Ten drań jest niemożliwy! Dopiła kawę i oddała mu filiżankę.
    – Wezmę prysznic. Ile zostało czasu do spotkania z Migellinem?
    – Dwie godziny. Ale lada chwila przyniosą śniadanie. – Pożerał ją wzrokiem, kiedy wyszła z łóżka i pobiegła do łazienki. – Co za wspaniały tyłeczek! – zawołał za nią.
    – Dziękuję. – Uświadomiła sobie, że uczucie zażenowania zniknęło bezpowrotnie. Nie pamiętała, aby czuła się tak swobodnie z jakimkolwiek innym mężczyzną w przeszłości. Mogłoby się wydawać, że są kochankami już od lat. – Wracam za minutę.
    – Kate.
    Spojrzała na niego. Leżał wsparty na łokciu, uśmiechnięty, na czoło opadł mu kosmyk ciemnych włosów. Było w nim coś figlarnego i seksownego zarazem.
    – To jak? – zapytał przymilnym tonem. – Pobawimy się jakiś czas we wspólny dom?
    – Może – odwzajemniła uśmiech. To było silniejsze od niej. – Z pewnością potrafisz dostarczyć miłej rozrywki.
    Wydał okrzyk radości i klepnął dłonią w łóżko.
    – Mam cię!
    Jakby z niedowierzaniem pokręciła głową i zamknęła się w łazience. W co się teraz wplątała? Nie dążyła do tego, aby tak się potoczyły sprawy.
    Ale dlaczego miałaby odrzucić jedyną przyjemność, na jaką mogła liczyć w tej diabelskiej sytuacji? Zresztą sam Seth powiedział, że pozostaną kochankami tylko przez jakiś czas. Tej nocy była z winy tamtego potwora naprawdę przerażona, a Seth sprawił, że ów koszmar przestał ją dręczyć. Dziś czuła się znowu silna, zdolna do działania.
    Zawdzięczała to Sethowi.
    I zamierzała nadal korzystać z tego daru, dopóki nie minie grożące im niebezpieczeństwo.

    – I co pani na to? – zapytał półgłosem senator Migellin. – Czy dobrze się spisałem?
    – Wspaniale. – Kate nie odrywała oczu od altany, gdzie Seth stał w otoczeniu pięciu zaproszonych przez senatora gości i rozprawiał o czymś z widocznym ożywieniem. Ciekawe, o czym mówi, pomyślała. Widać było, że zainteresował swoich rozmówców. – To więcej, niż mogliśmy oczekiwać – dodała. – Zdołał pan zebrać tu przedstawicieli wszystkich środowisk zainteresowanych systemem zdrowotnym. Jest Frank Cooper z Szarych Panter, Celia Delabo, prezes Stowarzyszenia do Walki z Chorobami Nowotworowymi, Justin Zwatnos z Komitetu Pomocy Gejom, Pete Randall z Fundacji dla Chorych na Stwardnienie Rozsiane, a nawet Bill Mandel z FDA. Jestem pod wrażeniem.
    – A na nich pani wywarła duże wrażenie. – Senator podał Kate szklankę mrożonej herbaty. – Była pani bardzo przekonywająca.
    – Po prostu mówiłam prawdę.
    – Ale z autentycznie wielką pasją. Ona zaś jest w takich momentach niezastąpiona.
    – I to wystarczy? Myśli pan, że nas poprą?
    – Mam nadzieję, że tak.
    – Jeśli nie… czy spróbuje pan powstrzymać Longwortha?
    – To mogłoby oznaczać polityczne samobójstwo.
    – Spróbuje pan?
    Uśmiechnął się.
    – Ta pasja może być bezwzględna, nieprawdaż?
    – Z pewnością nie chciałabym wystawiać na szwank pańskiej kariery.
    – Ale bardziej zależy pani na tym, żeby nie ucierpiała sprawa RU 2.
    – Chyba tak. – Potrząsnęła głową. – To bardzo ważne, panie senatorze.
    – Przynajmniej jest pani uczciwa. – Opuścił wzrok na swój kieliszek. – Nie mamy wiele czasu. Longworth forsuje tę ustawę tak energicznie, jak nie zdarzało mu się to nigdy przedtem. W Kongresie jest wiele osób winnych mu przysługę. On działa tam od dawna, ja dopiero od ośmiu lat.
    – Ale nasz lek ratuje życie ludzkie.
    – Czy pani wie, że na Kapitolu od dwóch dni urywają się telefony w sprawie tej ustawy?
    – Z poparciem dla nas? Pokręcił głową.
    – Dla Longwortha.
    – Cholera! – Odruchowo ścisnęła w dłoni szklankę. – Dlaczego nie mogą tego zrozumieć? Przecież próbujemy im pomóc!
    – Ludzie powtarzają jak papugi wszystko, co usłyszą, a wysłuchują licznych oświadczeń Ogdena i innych rekinów przemysłu farmaceutycznego. Musi pani zrozumieć, że czeka nas zażarty bój.
    – Nas?
    Wzruszył ramionami.
    – A czy mógłbym odmówić wam wsparcia? Zresztą już od dawna miałem ochotę wystąpić przeciw temu kombinatorowi.
    – Dzięki Bogu.
    – Jutro zabiorę się do pracy. Postaram się oddzielić tę ustawę od całego pakietu socjalnego. Przynajmniej w tym momencie staniemy na dogodnej pozycji. Powinna pani nastawić się na dużo więcej spotkań tego typu. Potrzebna mi każda pomoc, na jaką mógłbym liczyć. – Usiadł wygodniej. – Tak więc teraz należy mi się chwila wypoczynku. Może taka szansa nie powtórzy się prędko. Jak się pani podoba moja posiadłość?
    Powiodła spojrzeniem po rezydencji w stylu Tudorów, przeniosła wzrok na wyłożony płytami taras z wyjściem na zielony trawnik, a potem na obszerną altanę na wzgórzu, okoloną krzewami pnących róż.
    – Piękna. Jak tu spokojnie!
    Tego właśnie pragnąłem. Spokoju. Wychowywałem się w zwykłym bloku mieszkalnym w Nowym Jorku i jako dziecko musiałem staczać co jakiś czas bójki z rówieśnikami. Spokój może docenić tylko ten, kto nigdy go nie zaznał. – Uśmiechnął się. – Ale co z tego? Zjawia się pani i wciąga mnie w kolejne zmagania.
    – To nie moja wina. Myślę, że zdecydowałby się pan pomóc nam, nawet gdybym nie próbowała pana namawiać, Może. – Spojrzał w stronę altany. – Ten młody człowiek jest dość niezwykły. Czy pani wie, że namawiał mnie, abym załatwił dla pani ochronę ze strony FBI na czas pobytu w Waszyngtonie?
    – Nie, nic o tym nie wiem. Ale to do niego podobne.
    – Przed naszym spotkaniem postarałem się zebrać informacje na wasz temat, pani i jego, ale w jego aktach nie znalazłem nic, co wskazywałoby na taką cechę charakteru.
    – Jaką?
    – On jest bardzo charyzmatyczny.
    – O tak.
    – Jak widać, jego rozmówcy jedzą mu teraz z ręki, a zazwyczaj nie są tacy łatwi. – Zamyślił się, po czym dodał: – Niedawno mieliśmy obaj małą wymianę zdań i on okazał się twardy jak stal. Potem dojrzałem też tę jego inną cechę. To nader rzadko spotykana kombinacja. Ten człowiek może być bardzo niebezpieczny.
    – Nie wobec nas.
    – Muszę przyznać, że miałem pewne obawy związane z udziałem Drakina w sprawie RU 2. – Spojrzał na Kate. – Przypuszczam, że i pani je miała?
    – Owszem.
    – Ale stałość jego charakteru zadowala panią?
    Seth jest tak stały jak monsun, pomyślała z przekąsem.
    – Jestem zadowolona z jego zaangażowania w sprawę RU 2.
    Zachichotał.
    – Sprytny unik. Ale myślę, że to wszystko, czego możemy się spodziewać.
    Skinęła głową.
    – Bo tylko to nas dotyczy.

    – O czym rozmawiałeś z nimi w altanie? – zapytała, kiedy wracali do hotelu limuzyną senatora.
    Wzruszył ramionami.
    – O tym i owym. Uraczyłem ich historyjką o swojej mrocznej przeszłości, potem dorzuciłem coś na temat RU 2. W ten sposób zmyliłem ich czujność, ale też wzbudziłem zainteresowanie. – Urwał na moment. – Chyba muszę się przyznać, że rano, kiedy spałaś, myślałem nie tylko o tym, jak cię skłonić do uległości. Zadzwoniłem do Kendowa, a on poszperał tu i tam i zdobył trochę wiadomości. Emily Santos to jedna z wczesnych ofiar Ishmaru. Zabił ją ponad dwanaście lat temu. Miała jasne włosy, była drobna i nie umarła szybko. Walcząc z tym łajdakiem, posłużyła się nożem rzeźnickim. Stąd blizna na jego szyi.
    – W jaki sposób Kendow zdobył te informacje? Od Jimeneza?
    – Nie, gromadził je już wtedy, kiedy ja szukałem Ishmaru. – Po chwili dodał: – Jimeneza znaleziono niedawno martwego.
    Nie musiała pytać, jak zginął. Jeszcze jeden wyczyn Ishmaru.
    – W takim razie uznał na pewno, że jestem drugim wcieleniem tej Emily Santos?
    – Na to wygląda.
    Umieściła tę informację w odległym zakątku umysłu, nie chciała bowiem myśleć w tej chwili o niczym, co wiąże się z osobą Ishmaru. Dziś zdołali odnieść sukces i nie zamierzała mącić tego nastroju. Czym prędzej zmieniła temat.
    – Wiesz? Senator powiedział, że jesteś niezwykłym człowiekiem.
    – To przecież jasne. A ty we mnie wątpiłaś?
    – Nie, po prostu zastanawiałam się, skąd u ciebie tak wspaniałe podejście do ludzi.
    – Mam za sobą dwanaście domów dziecka. Upłynęło sporo czasu, zanim się dostosowałem. W ostatnim z nich przyszło mi spędzić cztery lata.
    – Byłeś sierotą?
    – Niezupełnie. Ojciec opuścił moją matkę i mnie, kiedy się urodziłem, a matka pozostała ze mną jeszcze dwa lata.
    – Porzuciła cię?
    – Sąd pozbawił ją praw rodzicielskich, kiedy ci z opieki społecznej dowiedzieli się, że zostawiła mnie w mieszkaniu samego prawie na trzy dni.
    – To straszne – szepnęła Kate.
    – Może. Ale takie jest życie.
    – Dzieci nie powinny mieć tego typu przeżyć.
    – A jednak tak właśnie bywa.
    Dwanaście domów dziecka! Jak mógł się czuć mały chłopiec, przerzucany z miejsca na miejsce, aby wciąż od nowa poznawać gorzki smak odrzucenia? Nic dziwnego, że nie potrafi teraz osiąść gdzieś na stałe.
    Seth uśmiechnął się.
    – Nie miej takiej zatroskanej miny. Prawdę mówiąc, nie wyszedłem źle na tych domach. Przynajmniej nie chodziłem głodny.
    – I nauczyłeś się obcowania z ludźmi.
    – Musiałem sobie jakoś radzić. Z jednymi było łatwiej, z innymi trudniej. Zdarzali się też tacy, z którymi nie chciałem mieć nic do czynienia.
    – A jak „poradziłeś” sobie dziś rano ze mną?
    – Dając z siebie wszystko. – Ujął jej dłoń i podniósł do ust. – Ale nie jesteś łatwym przypadkiem. Najpierw pozwalasz mi posunąć się dość daleko, a potem się wycofujesz. – Musnął ustami jej dłoń. – Będę musiał nad tym popracować.
    – Nic nie musisz.
    – To prawda. Wybór należy do mnie. – Splótł palce z jej palcami. – Ale mnie nigdy nie zniechęcała praca nad tym, na czym mi zależy. Wysiłek tylko zwiększa przyjemność.
    – Powiedz mi: czy „radzić sobie z kimś” znaczy to samo co „manipulować kimś”?
    W jednej chwili spoważniał.
    – Na pewno nie. Nie w tym wypadku. Nawet gdybyś się temu nie sprzeciwiała, nigdy by mi nie przyszło do głowy manipulować tobą. Czy nie jestem wobec ciebie cały czas uczciwy?
    Tak, był uczciwy. Bez względu na to, czy ją uwodził, czy też przekonywał lub namawiał. Postępował z nią na tyle szczerze i otwarcie, że trudno było potem żałować tego lub innego kroku.
    – Owszem, jesteś uczciwy.
    – A więc nie masz się czym przejmować. Jesteś wystarczająco bystra, aby przejrzeć mnie na wylot, jeśli posłużysz się umysłem.
    A nie hormonami, pomyślała skruszona. Uświadomiła sobie, że ma trudności z oddzieleniem sfery fizycznej od umysłowej.
    – Senator miał rację – westchnęła. – Jesteś naprawdę niebezpiecznym człowiekiem.
    – Zgadza się, ale to także lubisz we mnie. Podobnie jak tamci ludzie, z którymi rozmawiałem w altanie. Podnieca cię przebywanie blisko ciemności. – Twarz rozjaśnił mu figlarny uśmiech. – Chcesz zobaczyć, co naprawdę znaczy: blisko?
    Spojrzała niego czujnym wzrokiem.
    – Robiłaś to już kiedyś na tylnym siedzeniu limuzyny? Otworzyła szeroko oczy, zaszokowana.
    – Nie. I nie zamierzam tego robić. Teraz on westchnął.
    – Tak też sądziłem. Że nie jesteś jeszcze do tego gotowa. Nie szkodzi, może senator udostępni nam swoją limuzynę nieco później. Będziemy z nim przecież ściśle współpracować.
    To dziwne, jak szybko można się przyzwyczaić do leżenia nago w ramionach mężczyzny, pomyślała sennie Kate, wsłuchując się w równomierne bicie serca Setha tuż przy jej uchu. Czasem taka bliskość wprawiała ją w podniecenie; kiedy indziej, na przykład teraz, było jej po prostu dobrze.
    – Przesuń się – szepnął Seth. – Muszę pójść po wodę. Seks bardzo wzmaga pragnienie.
    Niechętnie przekręciła się na bok. Odprowadzała go wzrokiem, kiedy szedł do łazienki. Usłyszała szum wody, a po chwili Seth wrócił ze szklanką w ręku.
    – Zawsze pijesz potem wodę. Dlaczego?
    – No cóż, dawniej paliłem, ale kiedy z tym zerwałem, musiałem znaleźć sobie jakiś substytut. Żeby mieć coś w ustach.
    – Kiedy przestałeś palić?
    – Pięć lat temu. – Napił się i odstawił szklankę na nocny stolik. – Charakter mojej pracy wiąże się ze zbyt dużym ryzykiem utraty życia, żeby jeszcze popełniać powolne samobójstwo.
    Wszedł z powrotem do łóżka, a ona natychmiast przytuliła się do niego.
    – Mówiłem ci już, że uwielbiam, gdy tulisz się do mnie w ten sposób? – Nakrył ich oboje kocem. – To mi się kojarzy ze szczeniaczkiem, który dostaje swoją ulubioną kość.
    Delikatnie ugryzła go w ramię.
    – Muszę przyznać, że faktycznie jesteś moim ulubionym kęsem… Szczeniak. To słowo przypomniało jej o czymś.
    – Co z twoim psem?
    – W porządku. Zadzwoniłem do ośrodka, gdzie przechodzi kwarantannę. Powiedzieli, że przybrał na wadze. Kiedy znalazłem go w tamtej wiosce, prawie zdychał z głodu. Sama skóra i kości.
    – W jakiej wiosce?
    Milczał długo, jakby nie zamierzał w ogóle odpowiadać.
    – Po prostu. W wiosce. Nie wiem nawet, czy jakoś się nazywała.
    – Co tam robiłeś?
    – Otrzymałem meldunek od jednego z moich ludzi i pojechałem, aby sprawdzić wszystko na miejscu.
    – Wtedy zobaczyłeś tego szczeniaka i spodobał ci się?
    – Tak, bo przeżył. Podobają mi się ci, którzy potrafią przetrwać.
    – Przetrwać co?
    Cmoknął ją lekko w czubek nosa.
    – Ta opowieść na pewno by ci się nie spodobała.
    – Skąd wiesz? – Uświadomiła sobie nagle, że jednak chciałaby jej wysłuchać, gdyby dzięki temu mogła poznać Setha nieco lepiej. – Dlaczego mówisz, że ten pies przetrwał?
    Wzruszył ramionami.
    – Bo wszyscy w tej wiosce zostali wymordowani, wyrżnięci w pień. – Zerknął na nią. – Widzisz, mówiłem, że nie zechcesz tego słuchać.
    – Kto to zrobił?
    – Jose Namirez. Chciał przejąć kontrolę nad swoim skrawkiem świata i opłacił mnie, żebym mu pomógł. Sytuacja nie była skomplikowana. Jedyną realną przeszkodą okazał się miejscowy boss narkotykowy Pedro Ardalen. Niczym pan feudalny rzucił do boju całą armię rzezimieszków. Rozprawa z nimi zajęła nam trzy miesiące. Wieśniacy byli zbyt przerażeni, aby odmówić Ardalenowi schronienia, kiedy zjawił się u nich z takim żądaniem.
    – I co potem?
    – Zwycięstwo nie zadowoliło Namireza. Postanowił ukarać wieśniaków. Dla przykładu. Kiedy mnie wynajął, uprzedziłem go, że nie zgodzę się na żadne represje.
    – Ale on i tak to zrobił.
    – Właśnie. – Pocałował ją w policzek i szepnął: – Więc go zastrzeliłem.
    Zesztywniała.
    – Tak po prostu?
    – Tak po prostu. – Podniósł głowę, żeby spojrzeć na nią. W półmroku ujrzała zimne błyski jego oczu. – Jesteś teraz zadowolona? Masz uczucie, że wreszcie poznałaś mnie lepiej? Czy nie tego właśnie chciałaś?
    – Tak.
    – I nie spodobało ci się to, co usłyszałaś. Cóż, taki już jestem, Kate. Nie okłamuję cię i nigdy nie okłamię. Jeśli nie chcesz usłyszeć niemiłej prawdy, nie zadawaj mi pytań.
    – Może tak właśnie zacznę postępować. Zapadło niezręczne milczenie.
    – Chcesz, żebym zostawił cię w spokoju? – zapytał wreszcie Seth. – Nie.
    – To dobrze. – Przyciągnął ją czule. – I tak spróbowałbym cię nakłonić, abyś pozwoliła mi zostać. Chociaż jestem naprawdę skonany. Chryste, wykończyłaś mnie!
    – Nie wyglądasz na wyzutego z sił.
    – Bałem się już, że ucierpi mocno moja renoma dzielnego macho. Jesteś surowym krytykiem.
    Znowu poczuła się pewniej. Tamten Seth oddalił się znowu, a ona mogła utrzymać go na dystans. Pomiędzy nimi istniały rozpadliny i głębokie przepaście, dopóki jednak ona nie zacznie prowadzić śledztwa i zrezygnuje z zadawania pytań, będzie mogła mieć przy sobie takiego Setha, o jakiego jej chodzi.
    I nie będzie musiała akceptować tego drugiego, bardziej mrocznego.

    Nazajutrz otrzymała paczuszkę. Ktoś z obsługi hotelowej przyniósł ją do apartamentu po śniadaniu.
    Paczka miała wymiary płaskiego pudełka na koszulę, była owinięta w papier w czerwone i białe paski ze złotymi gwiazdkami. Ładne, wesołe opakowanie. Świecące, odświętne gwiazdki.
    Otworzyła paczkę.
    W pudle leżała typowa koszulka baseballisty z drużyny juniorów.
    I kartka z napisem.
    Czy to odpowiedni rozmiar, Emily?
    Jęknęła przerażona.
    – To jeszcze nic nie znaczy – powiedział Seth. – On na pewno nie wie, gdzie jest Joshua. Zna za to twój czuły punkt: jest nim wszystko, co wiąże się z twoim synem. Więc próbuje cię nastraszyć.
    – Robi to skutecznie. – Zamknęła oczy. Boże, błagam, spraw, aby Joshua był bezpieczny. Niech nie stanie mu się nic złego! – Zadzwoń. Upewnij się.
    Wpiła się paznokciami w pasiastą koszulkę, podczas gdy Seth rozmawiał z Rimilonem. Parę chwil później odłożył słuchawkę i kiwnął głową.
    – To blef. Phyliss i Joshua są zupełnie bezpieczni.
    Odetchnęła z ulgą. Bezpieczni.
    Ale na jak długo?
    Zauważyła, że Seth znowu rozmawia z kimś przez telefon.
    – Paczkę przyniósł do hotelu ktoś nieznajomy, zostawił ją u recepcjonistki. Nie uda się ustalić, kto to.
    I tak nie miała żadnych złudzeń.
    – Pozostaje nam jeszcze Amsterdam – przypomniał cicho Seth.
    Nadzieja zatliła się i natychmiast zgasła.
    – To go nie powstrzyma. Podążyłby za nami. A dopóki jestem widocznym celem, skoncentruje się na mnie i może zostawi Joshuę w spokoju. – Cisnęła pudło do kosza.
    Oby moje rozumowanie nie okazało się błędne, modliła się w duchu.

    Następnego dnia przyszła druga paczka. W środku znalazła czapkę baseballową.
    Tym razem kartka zawierała wiadomość: Szukam go, Emily. Dwa dni później otrzymała paczkę w kształcie długiego walca. Kij do baseballu z wyrytym w drewnie imieniem Joshua. Jestem coraz bliżej, informowała kartka.
    – Powiem w recepcji, żeby nie przekazywali ci więcej przesyłek – zaproponował Seth. – Będę je potem odbierał sam.
    – Nie. – Ostrożnie położyła kij na stoliku przy drzwiach. Zauważyła, że jej ręce drżą lekko. Dziwne. Znajdowała się w takim stanie, że powinny się trząść jak galareta.
    – Dlaczego nie? – zapytał szorstkim tonem. – Popatrz na siebie. To cię wykańcza.
    – Będzie wiedział, kiedy przestanę otwierać te paczki.
    – Chyba nie sądzisz, że on czyta w myślach.
    – Będzie wiedział. – Zaczynała wierzyć, że Ishmaru wie nawet, jak ona oddycha. – To, co czuję, otwierając te paczki, sprawia mu przyjemność.
    – Ale nie mnie.
    – Skoro to mu daje satysfakcję, może zrezygnować z samego działania. – Ciężkim krokiem przeszła do sypialni. Nie myśl o tym. Odgrodź się od tego. Wtedy dasz sobie radę. – Muszę się ubrać. Migellin umówił się ze mną na coś w rodzaju uroczystego lunchu.
    – Kate, tak dalej nie można.
    – Można. Uczynię wszystko, co się da, aby ocalić mego syna.
    Mamy oświadczenie Lili Robbins. – Blount położył dokument na biurku Ogdena. – Kosztowało nas majątek. – Usiadł na krześle. – I będzie kosztowało dużo więcej, gdyby chciał ją pan sprowadzić na rozprawę w sądzie w charakterze świadka.
    – Rozważymy to później. Może mediom wystarczy samo oświadczenie. Jakie zawiera szczegóły?
    – Trzy lata temu Robbins była pielęgniarką w szpitalu Kennebruk w Dandridge. Ojciec Kate Denby został tam przyjęty przez swoją córkę we wrześniu. Miał raka. Był nieuleczalnie chory. Kate Denby bardzo rozpaczała, a Robbins twierdzi, że podsłuchała pewnego dnia, jak ojciec Kate błagał ją o miłosierny gest: przedawkowanie. Potem przeniesiono go do prywatnego szpitala, gdzie zmarł po dwóch dniach.
    – I ona sądzi, że to sprawka Kate Denby? Jakieś dowody?
    – Żadnych. Ale podobno wszyscy w Kennebruk mogą zaświadczyć, że ojciec Kate nie był jeszcze bliski śmierci.
    – To by było wspaniałe – mruknął Ogden. – Kobieta, która zabiła swego ojca, mogłaby zostać uznana za pomyloną.
    – Albo za zdesperowaną – dodał Blount. – Eutanazja może gdzieniegdzie wzbudzić odruch sympatii i współczucia.
    – Bzdura! Nikt nie uwierzy w słowa kobiety, która przez trzy lata nosiła w sobie tajemnicę morderstwa. Czy przeprowadzono sekcję zwłok?
    Blount pokręcił głową.
    – Denby jako lekarz podpisała świadectwo zgonu. Ciało poddano kremacji.
    – Bardzo rozsądnie. Dlaczego pielęgniarka zeznała to dopiero teraz?
    – Jak twierdzi, w beznadziejnych przypadkach przeprowadzanie eutanazji nie jest niczym niezwykłym w środowisku lekarzy. Ale gdy przeczytała o tamtym zamordowanym policjancie, przypomniała sobie ojca Kate Denby. Potem zjawił się na scenie nasz człowiek i Lila Robbins pomyślała sobie, że mogłaby zarobić trochę grosza.
    – To wszystko pogłoski. Mogą zainteresować redakcje paru szmatławców, ale nie wystarczą, aby wnieść coś wartościowego do sprawy. Jak się nazywa ten prywatny szpital, gdzie zmarł ojciec Denby?
    – Pinebridge.
    – Dowiedziałeś się tam czegoś?
    – Niczego. Sądziłem, że wystarczy nam oświadczenie Robbins. Nasz człowiek zaczął już być zbyt widoczny.
    Ogden zasępił się.
    – To nam nie wystarczy. Musimy znaleźć sposób, aby zdyskredytować tę Denby całkowicie. Zwłaszcza teraz, kiedy się sprzymierzyła z Migellinem, stała się dla nas istnym wrzodem na tyłku. W ciągu dwóch tygodni udało jej się zorganizować dwa poważne programy telewizyjne, a ten sukinsyn, Migellin, wyodrębnił naszą ustawę z pakietu socjalnego. Jak, do diabła, osiągnęli aż tyle?
    – Drakin?
    – Nie bądź głupi. Ten człowiek to właściwie przestępca, relacje na temat jego przeszłości przekazaliśmy w tym miesiącu ośmiu redakcjom.
    – Z pewnością robi wrażenie wystarczająco nieobliczalnego, aby napędzić stracha wielu ludziom – mruknął Blount. Był żywo zainteresowany całym dossier, które Ogden kazał sporządzić na temat Drakina. Może tam kryje się klucz do sezamu ze skarbcem. Na szczęście Ogden nie ma o tym pojęcia. – Więc co? Mam wysłać do Pinebridge kogoś innego?
    – Chyba wyraziłem się jasno.
    – Chciałem się po prostu upewnić. Żeby nie doszło do jakiegoś nieporozumienia. – Uśmiechnął się. – Wiedziałem, jaka będzie decyzja. I wiem już nawet, kogo tam wysłać.

    – Nie – odparł Ishmaru. – Nie jestem jeszcze gotów.
    – O co ci chodzi? Przecież tego właśnie chciałeś.
    Blount absolutnie nie rozumiał sytuacji. Ishmaru od paru dni obserwował Kate, która przebywała w mieście. Widział jej cierpienie i nie chciał tego przerywać. Każdy ruch musiał od tej pory być dokładnie opracowany, tak aby można było osiągnąć optymalny efekt.
    – Postanowiłem zrobić to, o co prosisz – oświadczył Blountowi. – Jeśli znajdziesz dla mnie jej syna.
    – Powiedziałem ci przecież, że nie wiemy jeszcze, gdzie on przebywa.
    – Nie staraliście się jak należy. Załóżcie podsłuch w jej pokoju.
    – Próbowaliśmy wszystkiego. Drakin jest na to zbyt bystry.
    – A telefon?
    – Używają aparatów cyfrowych. Żeby wykonać zadanie, trzeba by całej ciężarówki sprzętu, a Ogden nie przyłoży do tego ręki, zwłaszcza teraz, kiedy wszystko zostało przez nich ujawnione.
    – Na pewno znajdzie się jakiś sposób, aby uporać się z tym problemem.
    – Zresztą ten hotel to drapacz chmur. Zasięg byłby…
    – Chcę wiedzieć, gdzie jest chłopiec.
    Blount westchnął ciężko.
    – Zrobię wszystko, co w mojej mocy.
    – To za mało. Znajdź go!

    Wszystko układa się jak najlepiej, pomyślała Kate, obserwując senatora Migellina, który z wdziękiem zabawiał przy kawie posłankę z Iowy. Jest w tym naprawdę dobry.
    Podobnie jak Seth. Przeniosła wzrok na drugi koniec tarasu, gdzie Seth rozmawiał z kilkoma członkami Senatu. Tego typu popołudniowe spotkania w wiejskiej rezydencji Migellina stały się zjawiskiem powszednim, a Seth i Migellin wykorzystywali te okazje w pełni. Z żalem przyznawała w duchu, że nie może powiedzieć tego samego o sobie. Była zbyt prostolinijna i niecierpliwa. Na szczęście zrozumiała już, że najlepsza metoda dla niej to odpowiadać na pytania dotyczące RU 2 i nie zabierać w ogóle głosu w innych sprawach. Zwłaszcza ostatnio, kiedy z coraz większym trudem panowała nad sobą.
    Migellin spojrzał na nią ponad głową swojej rozmówczyni i uśmiechnął się.
    Czyżby potrzebował jej obecności?
    Nie, przeprosił już posłankę i zbliżał się do niej.
    Zmarszczyła brwi.
    – Co się stało?
    – Nic. Ale pani wygląda na zdenerwowaną.
    – Czuję się doskonale.
    W jego wzroku widniała głęboka troska.
    – Na pewno?
    Była pewna tylko jednego: że musi jakoś przebrnąć przez ten dzień. Tego ranka nie otrzymała żadnej paczki i nie wiedziała, czy to dobrze, czy źle. Kiwnęła głową.
    – Doceniam pańską troskę o mnie, ale wszystko w porządku. Może pan wracać do swojej koleżanki z Kongresu.
    Skrzywił się.
    – Musiałem złapać trochę oddechu po tym męczącym wlewaniu oleju do jej głowy. Początkujący członkowie Kongresu są twardszym orzechem do zgryzienia niż seniorzy. Nie nauczyli się jeszcze, że czasem trzeba się ugiąć, aby dobrze rozegrać swoją grę.
    – Pan się nie ugina.
    – Chciałbym, żeby to była prawda. Ale rzeczywiście w istotnych sprawach staram się zachowywać z godnością.
    – Zdobyliśmy już jakieś głosy?
    – O tak! W tym tygodniu udało mi się pozyskać Wylera i Debruka. – Delikatnie położył jej dłoń na ramieniu. – Jeszcze nic nie jest pewne, ale nasze akcje rosną.
    Uśmiechnęła się.
    – To samo powiedziałam Sethowi.
    – On też wywiązuje się dobrze ze swojej roli. – Ścisnął jej ramię i opuścił rękę. – Ja także powinienem już wracać i wcielić się w swoją.
    – Kiedy odbędzie się głosowanie nad ustawą?
    – W przyszłym tygodniu. Chyba że zdołamy przesunąć termin. W następnym tygodniu! Ogarnęła ją panika. To za wcześnie. Longworth dwoi się i troi, nie daje za wygraną, podobnie jak oni. Trzeba się jeszcze sporo natrudzić, zanim będzie można zaryzykować głosowanie.
    – Wiesz, że ustawa ma być głosowana w przyszłym tygodniu? – zapytała Setha, kiedy spotkali się przed lunchem.
    Przytaknął.
    – Migellin mi powiedział.
    – I jesteś taki spokojny? Cholera, to za wcześnie.
    – Może Migellin zdoła przesunąć termin. Cieszy się dużą popularnością. Nawet jego polityczni adwersarze lubią go i darzą szacunkiem.
    W jaki sposób mogliby pomóc? On stoi tak mocno na ziemi jak Abraham Lincoln, a w dodatku dysponuje klasą Johna Kennedy’ego.
    – Żałuję, że wciągnęliśmy go w tę sprawę. Powiedział, że to może popsuć mu karierę.
    – Czyżby spóźnione skrupuły?
    – Nie, RU 2 jest tego wart. Chyba po prostu nie jestem tak twarda jak Noah.
    – Ależ tak, jesteś. – Musnął dłonią jej policzek. – Wytrzymaj jeszcze godzinę, potem wrócimy do hotelu. – Odwrócił się i podszedł do Migellina.
    Wytrzymaj jeszcze. Uśmiechaj się. Rozmawiaj z nimi. Nie myśl o paczce, która może już czeka na ciebie w hotelu.
    – Telefon do pani. – Joseph, służący Migellina, podał jej przenośny aparat.
    Ciekawe, kto dzwoni. Może Tony. Albo Meryl Kimbro. Ostatnio często się z nią kontaktowała. To wcale nie musi być…
    – Znalazłem go, Emily – usłyszała głos Ishmaru.
    Cichy trzask w słuchawce oznaczał, że połączenie zostało przerwane.
    Owładnęła nią panika. On kłamie. Po prostu ją dręczy, chce napędzić stracha.
    – Och… ten dżentelmen powiedział jeszcze, że w foyer leży paczka dla pani – odezwał się Joseph. – Czy mam ją przynieść? – Oddalił się, nie czekając na odpowiedź.
    Seth! Omal nie wykrzyknęła tego imienia na głos.
    Seth, chodź tutaj. Pomóż mi. Powiedz, że on znowu kłamie.
    Ale Seth rozmawia nadal z Migellinem. Trudno, musi do niego podejść sama.
    Zanim ruszyła się z miejsca, ujrzała ponownie Josepha. Zbliżał się uśmiechnięty, z paczką w ręku. Taki sam papier. Czerwone i białe pasy, złote gwiazdy.
    Zamarła w bezruchu, wpatrywała się w paczkę jak zahipnotyzowana.
    Świat przestał dla niej istnieć, otaczała ją teraz głucha cisza. Wszyscy wokoło poruszali się jakby w zwolnionym tempie. Joseph, nadal uśmiechnięty, podał jej paczkę.
    Seth podniósł wzrok, spoglądał na nią. Jego oczy zogromniały na widok paczki. Ruszył w jej stronę.
    – Kate, nie…
    Nie słyszała go. Pudło. Musi je otworzyć. Wyciągnęła rękę, uniosła wieczko.
    Włosy. Krew. Miękkie, jedwabiste kasztanowate włosy. Nieduży kosmyk.
    Joshua!
    Duszący lęk strącił ją w bezdenną ciemność.

    – Niech to diabli! Wracaj, słyszysz? Seth. Ostry, twardy głos Setha.
    – Kate, obudź się, natychmiast!
    Głos zabrzmiał tak sugestywnie, że otworzyła oczy. Miał twarz skrzywioną z bólu, oczy błyszczały. Na pewno stało się coś złego. On cierpi. Powinna spróbować… Joshua! Ponownie zamknęła oczy, mocno, jak najszczelniej. Nie patrz na nic. Nie patrz…
    – Kate, to nie Joshua.
    Kłamie. Widziała na własne oczy…
    – To nie był twój syn, przysięgam. – Wetknął jej słuchawkę do ręki. – Joshua czeka przy telefonie. Porozmawiaj z nim. – Przytknął aparat do ucha. – W porządku, nic nie mów, tylko słuchaj.
    – Mamo, co się stało? Seth powiedział, że zrobiło ci się niedobrze. Głos Joshuy. To jakiś cud.
    – Joshua? – wyszeptała.
    – Mamo, przestraszyłaś mnie. Masz taki dziwny głos. Co się stało? Odruchowo przełknęła ślinę.
    – Nic, nic. Po prostu stęskniłam się za tobą. A co u ciebie? Wszystko w porządku?
    – Jasne. Ale trochę się nudzę. Kiedy stąd wyjdziemy?
    – Mam nadzieję, że już wkrótce. – Boże! Łzy ściekały jej po twarzy, głos się łamał. Mówiła z coraz większym trudem. Odnalazła wzrokiem Setha, czym prędzej oddała mu aparat.
    Słyszała, jak mówi coś do słuchawki. Po chwili wsunął aparat do futerału i zwrócił się do niej:
    – No jak, wierzysz już? Przytaknęła.
    – Nie mogłam uwierzyć…
    – Cśś, spróbuj się odprężyć.
    Rozejrzała się po pogrążonej w półmroku sypialni.
    – Gdzie jesteśmy?
    – Nadal u Migellina. Byłaś nieprzytomna całe cztery godziny.
    – Ta okropna…
    – Nie myśl już o paczce.
    – Był w niej kosmyk włosów. Joshua ma…
    – Wiem. To dziecko było młodsze od Joshuy, ale miało bardzo podobne włosy. – Jego głos stwardniał. – Niech go piekło pochłonie.
    – Zabił jakieś małe dziecko tylko dlatego, że chciał mnie przerazić? – Nie była w stanie uwierzyć, że może istnieć ktoś aż tak zły. Chociaż właściwie nie powinna być zaskoczona. Nie po tym, jak dowiedziała się, kim jest Ishmaru.
    – Mogę zostawić cię na chwilę samą? Migellin rozmawia na dole z policjantami. Oni czekają na zeznanie, a on robi wszystko, aby nie niepokoili cię teraz. Może uda mi się ciebie zastąpić.
    – W porządku, idź. Dziękuję. Ścisnął mocno jej dłoń i wstał.
    – To nie potrwa długo. Spróbuj się zdrzemnąć.
    Żadna sztuka, pomyślała sennie. Czuła się jak po otrzymaniu ciosu w głowę. Zresztą, jeśli nie zaśnie, znowu opadną ją myśli o zawartości paczki, o nieszczęśliwych rodzicach tamtego zamordowanego dziecka. A do tego nie jest jeszcze gotowa. Woli poleżeć, wyobrażając sobie, że razem z Joshuą grają znowu w baseball na podwórku za domem. To były przyjemne chwile, niestety, wydają się teraz tak bardzo odległe! Joshua…

    Spała jeszcze, kiedy dwie godziny później Seth wrócił do pokoju.
    Stał długo przy łóżku, patrząc na nią. Z pewnością potrzebowała tego snu. Na jej twarzy nadal rysowały się napięcie i lęk. Uświadomił sobie, że nie widział jej jeszcze naprawdę odprężonej. Nic dziwnego. Od pierwszej chwili, kiedy się poznali, zagrożenie i strach towarzyszyły im nieprzerwanie.
    Odegnał od siebie falę tkliwości i podszedł do okna. Nie chciał takiego obrotu spraw. Nie chciał doświadczać bolesnej troski. Nie chciał tkliwości. I z całą pewnością nie chciał więzów, które połączyły ich oboje.
    To jego wina. Od samego początku zdawał sobie sprawę, że będzie znaczyła dla niego zbyt wiele, a jednak brnął w to dalej. Nie obchodziło go nawet, iż ona nigdy nie zechce więcej, niż istnieje między nimi obecnie.
    Ciesz się chwilą.
    Tak, jasne. I co teraz?
    Muszę przestać się zadręczać sprawami ducha i skoncentrować się na swojej pracy, a więc na zapewnieniu jej bezpieczeństwa, pomyślał zniecierpliwiony. Muszę też polegać w większym stopniu na intuicji i przeczuciach, tak jak przywykłem od dawna. Powziąwszy to postanowienie, odwrócił się do wyjścia. Zejdzie na dół i porozmawia jeszcze z Josephem, zanim zawiezie Kate z powrotem do hotelu.
    Na progu zerknął za siebie i znowu poczuł błogą i gorzką zarazem falę tkliwości.
    Śpij dobrze i wypoczywaj, Kate.

14.

    Do hotelu dotarli dopiero o trzeciej nad ranem. Mimo usilnych starań Setha policjanci nie opuścili domu Migellina, dopóki Kate nie wstała. Czekali na jej zeznania. Okazywali jej wprawdzie wiele współczucia, pytania jednak, jakie zadawali, były bezlitosne.
    – Jesteś bardzo milczący. – Cisnęła torebkę na kanapę w salonie, zsunęła z nóg pantofle na wysokich obcasach.
    – Rozmyślałem.
    – Wezmę prysznic, a potem pójdę do łóżka. – Skierowała się do sypialni. – Kto by się spodziewał, że po tylu godzinach snu nie będę jeszcze…
    – Zaczekaj.
    Zerknęła na niego przez ramię. Wyraz jego twarzy sprawił, że odwróciła się powoli i spojrzała bacznie.
    – O co chodzi?
    – Przeczucie. Po prostu przeczucie. Ale może nieprędko położymy się spać.
    Zamarła.
    – Jakie przeczucie?
    – Pomyślałem sobie, że to trochę dziwne: dlaczego Ishmaru wystawił swój ostatni dramat na scenie u Migellina zamiast w hotelu? Przecież aby dostarczyć paczkę na wieś, a nie na adres w mieście, trzeba więcej zachodu.
    – Do czego zmierzasz?
    – On wiedział, jakie to zrobi na tobie wrażenie. I że będę musiał dzwonić do Joshuy.
    – Co z tego?
    – Chodzi o telefon. Połączenie z użyciem aparatów cyfrowych trudno namierzyć, jeśli ma miejsce w terenie gęsto zaludnionym. Co innego na wsi.
    – Mówiłeś przecież, że trzeba by całej ciężarówki sprzętu specjalistycznego, żeby zlokalizować takie połączenie.
    – Rozmawiałem w tej sprawie z Josephem. Niemal przez cały dzień przy słupie telefonicznym w pobliżu domu Migellina stał zaparkowany duży samochód telekomunikacyjny jakiejś firmy. – Urwał. – Zadzwoniłem tam, ale zaprzeczyli, jakoby wysyłali ostatnio swoich ludzi w te okolice.
    Znowu dała o sobie znać uśpiona już panika. A już myślała, że koszmar zniknął.
    – Chcesz powiedzieć, że Ishmaru zna teraz miejsce, gdzie ukrył się Joshua? – szepnęła.
    – Nie, rozmowa trwała za krótko. Wątpię, aby ktoś mógł ją namierzyć, nawet gdyby dysponował najnowocześniejszym sprzętem.
    – Ale nie możesz tego zagwarantować.
    – Zaalarmowałem już Rimilona. – Wytrzymał jej spojrzenie. – I pojadę tam jeszcze dziś.
    – Jadę z tobą. – Włożyła z powrotem pantofle. – Dlaczego nie powiedziałeś mi tego wcześniej?
    – Bo może jedziemy tam niepotrzebnie.
    – To nieistotne.
    – A jeśli jedziemy, ryzykujemy, że ktoś może nas śledzić. Kryjówka przestanie być bezpieczna.
    – Co za różnica? I tak nie czułabym się nigdy pewnie, kontaktując się z Joshuą i Phyliss. A jednak musimy to sprawdzić, w przeciwnym razie najbliższe dni byłyby dla mnie nie do zniesienia. Wolę już mieć syna tu, przy sobie, gdzie mogę go ochraniać. Nie zniosłabym dłużej tej niepewności.
    – Ani ja. W porządku, spakuj najpotrzebniejsze rzeczy, zadzwoń do obsługi parkingu i każ podstawić samochód. Ja tymczasem zobaczę, czy uda się wynająć helikopter. – Uśmiechnął się. – Jedziemy po twego syna.

    – Zagramy w ping-ponga? – zapytała Phyliss. Wstała od stołu i zebrała tekturowe talerze.
    Joshua apatycznie pokręcił głową.
    – W warcaby?
    – I tak zawsze wygrywasz. Uśmiechnęła się.
    – Właśnie dlatego lubię grać.
    Joshua wstał, przeszedł do salonu i rzucił się na kanapę.
    Phyliss obserwowała go, marszcząc brwi. Coś wydawało jej się nie w porządku. Chłopiec był cały dzień wyjątkowo milczący, nawet jeszcze przed rozmową z Kate, a teraz leżał zupełnie osowiały. Nigdy przedtem nie zachowywał się w ten sposób. Z pewnością pobyt w schronie nie mógł wpływać dodatnio na jego nastrój, ale chłopiec był z natury bardzo pogodny i kontaktowy.
    Phyliss wrzuciła talerze do kosza i wróciła do salonu.
    – Co byś powiedział na partię pokera? – zapytała, siadając obok niego. – Nie bądź taki, nie pozwól mi się zanudzić.
    Nie odpowiedział.
    – Jak myślisz, co teraz robi mama? – zapytał wreszcie.
    – To, czym się musi zajmować.
    – Wydawało mi się, że jest przerażona. A jeżeli Ishmaru trafił na jej trop?
    – Przecież Seth mówił, że wszystko w porządku.
    – Może kłamał.
    Jej niepokój wzrósł. Do tej pory Joshua nie pozwalał powiedzieć złego słowa o tamtym.
    – Dlaczego miałby kłamać?
    – Nie wiem. Powinienem mu pomóc zamiast siedzieć w tym schronie.
    – I zostawić mnie samą? Ja też potrzebuje twojej pomocy.
    – Nie powinienem tu siedzieć… – powtórzył.
    Zachowywał się jakoś dziwnie, ospale.
    Nie, nie wolno wyciągać pochopnych wniosków. Oby jej się to wszystko tylko wydawało. Miała taką nadzieję. Przytuliła go mocno.
    – Może wkrótce stąd wyjdziemy… – Boże! Jego głowa, wsparta o jej ramię, jest rozpalona jak piec!
    – Babciu, powinienem pomóc Sethowi…
    – Później – szepnęła. – Teraz odpocznij.

    Japoński odźwierny uśmiechnął się szeroko, kiedy Seth i Kate wyszli z hotelu.
    – Taksówka?
    – Nie, czekamy na… O, już jest. – Seth machnął ręką na młodego parkingowego, który podjechał ich autem.
    O, samochód państwa. – Odźwierny odebrał od Kate neseser i podszedł z nią do auta. Otworzył tylne drzwiczki i wsunął neseser do środka, na podłogę, po czym skłonił się nisko. – Mam nadzieję, że zawitacie państwo znowu do „Summit”. Gościć państwa to prawdziwa przyjemność.
    Seth wcisnął mu banknot do ręki, następnie usiadł za kierownicą. Odźwierny kłaniał się nadal z przymilnym uśmiechem, mimo iż samochód wyjechał już na ulicę.
    – Kiedy zajedziemy na miejsce? – zapytała Kate.
    – Za kilka godzin. Dobrze, że będziemy mogli wylądować potem gdzieś na polu, nie bezpośrednio przy schronie.
    – Czy oni będą w stanie śledzić nasz lot?
    – Może tak, może nie. Przedstawię fałszywy plan lotu. Może to poskutkuje.

    Chang Yokomoto przezornie starał się nie dotknąć automatu telefonicznego białym galonem na rękawie swojego uniformu odźwiernego.
    – Odbierasz ich?
    – Nawet bardzo wyraźnie i głośno. Przyczepiłeś pluskwę do auta?
    – Nie, do nesesera. Nie zgub ich.
    – Nie ma obawy. Przekaźnik ma wyjątkowo dużą moc.
    Kto by pomyślał! Takie malutkie urządzenie! Dobra technologia to naprawdę wspaniała rzecz.
    – Nie zapomnisz wspomnieć o mnie panu Blountowi?
    – Dostaniesz swoją forsę.
    Tak ewidentny brak taktu upoważniał do powstrzymania się od odpowiedzi. Yokomoto odwiesił słuchawkę.

    – Od dłuższego czasu próbuję się z tobą skontaktować – powiedział Rimilon, kiedy Seth zeskoczył z helikoptera na ziemię.
    – Nie mogliśmy używać telefonu. Co się stało?
    – Nic poza tym, że dzieciak się rozchorował. To było najłatwiejsze zadanie, jakie otrzymałem kiedykolwiek od ciebie.
    – Joshua zachorował? – Kate nie ukrywała przerażenia. – Co mu jest?
    – Nie mam pojęcia. Pani Denby wyszła do mnie na górę i poprosiła, abym do was zadzwonił. Wyglądała na przestraszoną.
    Kate biegła już w stronę ukrytego wejścia. Usłyszała jeszcze głos Setha:
    – Sprawdź helikopter, zobacz, czy nie ma czegoś podejrzanego.

    Może jakieś pluskwy, urządzenia naprowadzające czy coś w tym rodzaju.
    – Myślisz, że ktoś was śledził? – zapytał Rimilon.
    – Sprawdź. Nie chcę ryzykować! – zawołał Seth w biegu. Dogonił Kate. – Nie przejmuj się. Dzieci często chorują.
    – Joshua był zawsze zdrów jak ryba. Dlaczego miałby zachorować właśnie teraz? Dziwny zbieg okoliczności. A jeśli Ishmaru…
    – Kate, bądź rozsądna. Ishmaru nie ma z tym nic wspólnego, chyba że potrafiłby przerzucić zarazki przez stalowe drzwi.
    – Nie chcę być rozsądna! – zawołała zrozpaczona. – Mój syn jest chory.
    Phyliss czekała już na nich przy drzwiach.
    – Dzięki Bogu! Nie czuje się gorzej, tylko nadal ma wysoką temperaturę. Nie chciałam was niepokoić, ale naprawdę nie wiedziałam, co robić. Nie mogę zbić gorączki. Od pięciu godzin robię mu chłodne okłady.
    – Przynieś mi moją torbę lekarską. – Kate pobiegła do sypialni chłopca.
    Był bardzo blady, ale ciało miał rozpalone. Usiadła obok niego na łóżku.
    – Jak się czujesz, kochanie? – szepnęła.
    – Niedobrze – odparł chrypliwie.
    – To przejdzie. Wyleczymy cię szybko. Chłopiec spojrzał na stojącego za nią Setha.
    – Byłem tu cały czas. Opiekowałem się babcią.
    – Wiem. – Seth podszedł bliżej. – Teraz my zajmiemy się tobą. Trzymaj się, chłopie.
    – Boli mnie głowa…
    – Mam coś na to. – Kate otworzyła swoją torbę lekarską, którą Phyliss postawiła na łóżku. – Ale najpierw cię zbadam, dobrze?
    Skinął głową i zamknął oczy.
    – Boli mnie kark…
    – Co to może być? – zapytała Phyliss, kiedy Kate wyszła z sypialni.
    Nie wiem. Niepokoi mnie ten ból w karku. Ale bez badań trudno coś powiedzieć – Szpital? – zapytał Seth.
    Przytaknęła.
    – Jak najszybciej. Pobrałam próbki krwi. Gdzie jest najbliższy szpital?
    – W White Sulphur Springs. Piętnaście minut helikopterem.
    – Musimy tam polecieć.
    – Wezmę chłopca. – Seth skierował się z powrotem do sypialni. – Pojedziesz z nami, Phyliss. Nie chcę zostawiać cię tu samej.
    – I tak bym się na to nie zgodziła. Ale co się zmieniło? Przecież siedzę tu od tygodni.
    – Rzeczywiście coś się zmieniło.
    – O czym on mówi? – zwróciła się do Kate Phyliss.
    – Byliśmy śledzeni. Może nawet ktoś podążał za nami.
    – Boże! – Phyliss potrząsnęła głową. – Tak mi przykro z powodu Joshuy.
    – To nie twoja wina. – Kate podała jej płaszcz. – Opuszczacie to miejsce już na dobre.
    Phyliss odetchnęła z ulgą.
    – Dzięki Bogu! Czułam się jak żywcem pogrzebana. Ale Joshua był wspaniały.
    – Ty też.
    Seth wyniósł z sypialni Joshuę opatulonego kocem.
    – Idziemy. Otwórz drzwi, Phyliss.
    Rimilon czekał na nich przed helikopterem. W ręku trzymał mały metalowy przedmiot.
    – Ktoś przyczepił to do nesesera. Przekaźnik dużej mocy.
    – Nie zauważyłeś nikogo?
    Rimilon pokręcił głową.
    – Jak dotąd, nikogo. Tunel jest chyba bezpieczny. Dokąd się wybieracie?
    – Do szpitala w White Sulphur Springs. – Podał chłopca Kate. – Zostań tu parę godzin. Miej oczy szeroko otwarte. Potem spotkasz się z nami.
    Rimilon stał, czekając na start. Po chwili helikopter wzbił się w górę. Silny wiatr wzniecony przez wirujące śmigła zwichrzył mu przerzedzone już włosy, czyniąc z nich istne ptasie gniazdo.

    – To zapalenie opon mózgowych – powiedziała Kate, wchodząc do poczekalni. – Będzie dostawał antybiotyki. Niedługo wyzdrowieje.
    – Jak, u diabła, nabawił się zapalenia opon mózgowych? – zdziwił się Seth.
    Kto wie? Okres wylęgania wirusa jest zmienny. Może trwać dni, tygodnie, nawet miesiące. – Dopiero teraz poczuła, że nogi ma jak z waty. Opadła bezwładnie na krzesło. – Mieliśmy i tak wiele szczęścia. Choroba mogła przybrać znacznie groźniejszą formę.
    – Jak myślisz, ile to potrwa? – zapytała Phyliss.
    – Przypadek wydaje się dość lekki… Parę tygodni… Ale za dzień lub dwa będzie już chyba mógł wyjść ze szpitala. – Ręka drżała jej silnie. – Tak bardzo się bałam…
    – Dzieci chorują czasem – zauważyła Phyliss.
    To samo powiedział przedtem Seth. Tak jakby ona o tym nie wiedziała.
    – Ale myślałam… Nic nie idzie tak jak trzeba. Wszyscy wokół mnie…
    Nie, nie wypowie tego słowa. Nie mogłaby, żeby nie kojarzyć tego z Joshuą. Odwróciła się do Setha.
    – I co robimy? W jaki sposób zapewnimy im teraz bezpieczeństwo?
    – Będę musiał nad tym popracować.
    – Działaj szybko. – Zamknęła oczy. Boże, zachowuje się jak jędza, a przecież Seth jest naprawdę wspaniały. – Przepraszam. Wiem, że robisz, co tylko możliwe. Po prostu panicznie się boję, że…
    – Potrzebujesz trochę snu – przerwał jej Seth. – Nikt z nas nie opuści tego szpitala. Postaram się, aby dali tu wam pokój, tobie i Phyliss. Rimilon zostanie w holu na straży.
    – A ty?
    – Ja będę z Joshuą.
    – Nie, to zadanie dla mnie – sprzeciwiła się.
    – Będziesz mu potrzebna trochę później.
    – Oszalałeś? Nie widziałam go od tygodni, poza tym jest chory. Zrezygnowany podniósł ręce do góry.
    – Dobrze, niech będzie. W takim razie pójdę z tobą.
    – To zbyteczne. On będzie spał.
    – Może tak, może nie. W każdym razie wolę być przy tobie.

    Dopiero o świcie Seth zdołał przekonać Kate, że może już odejść od łóżka syna – i to tylko dzięki temu, że postanowiła wstąpić do laboratorium, aby sprawdzić, dlaczego nie otrzymała jeszcze wyników ostatnich badań krwi.
    – Powinnaś wziąć prysznic i przebrać się. Będę przy nim cały czas – obiecał.
    – Zobaczę. Może.
    Nie zrobi tego, pomyślał, kiedy wyszła, zamykając za sobą drzwi. Siedziała przy łóżku Joshuy całą noc i postara się wrócić tam jak najszybciej.
    Mnie też przydałby się prysznic, pomyślał znużony i usiadł wygodniej na krześle. Ostatnie dwadzieścia cztery godziny to było prawdziwe piekło!
    – Seth… – Joshua otworzył oczy. – Narobiłem kłopotu, prawda?
    – To nie twoja wina. Taka choroba jest niczym strzał z zasadzki.
    – Nie jesteś na mnie zły?
    – Skądże znowu! Damy sobie radę.
    – Na pewno?
    Seth uśmiechnął się.
    – Na pewno.
    – Jeszcze trochę i będę mógł stąd wyjść.
    – Nie sądzę, aby pośpiech był konieczny, chociaż niebezpieczeństwo nie jest już tak duże. Co byś powiedział na to, żeby zamieszkać z mamą i ze mną w hotelu? Może nawet w tym samym apartamencie, w drugim pokoju?
    Joshua rozpromienił się.
    – Naprawdę?
    – Nadal nie mógłbyś wychodzić na ulicę, ale przynajmniej nie mieszkałbyś już pod ziemią.
    Chłopiec ziewnął.
    – I widywałbym mamę?
    – Codziennie.
    – To dobrze. – Zamknął oczy. – Tęskniłem za nią. Widać było, że lada chwila zmorzy go sen.
    – Ona też tęskniła za tobą – powiedział Seth.
    – Czy babcia będzie…
    Usnął. Seth odchylił się wygodniej na krześle. Dziwne. Widział w tym dzieciaku tak wiele z samego siebie. Chociaż nie, on nigdy nie był tak zrównoważony jak Joshua. Chłopiec ma to pewnie po Kate. Albo po prostu jest już taki. Seth wierzył od dawna, że ludzie przychodzą na świat ze skończenie ukształtowaną duszą. Jeśli to prawda, Joshua jest wielkim szczęściarzem. Wygrał najlepszy los na loterii.
    Pójdzie do Kate, powie jej, że Joshua się obudził.
    Albo nie, nie popsuje sobie tej przyjemnej chwili. Posiedzi tu trochę, popatrzy na chłopca.
    – Pan Drakin?
    Podniósł wzrok i ujrzał w drzwiach młodego, dość korpulentnego, ciemnowłosego mężczyznę, który patrzył na niego z uśmiechem. Za nim czaił się w pogotowiu Rimilon.
    – Nazywam się William Blount. Czy mogę prosić o chwilę rozmowy?
    – Jestem zajęty.
    Blount zerknął na chłopca.
    – On śpi. A ja nie zajmę panu dużo czasu.
    – Kim pan jest?
    – Obecnie pracuję u Raymonda Ogdena.
    Seth wpatrywał się w niego dłuższą chwilę, wreszcie wstał.
    – Dziesięć minut. W holu, za drzwiami.
    – Jak pan sobie życzy. – Blount uśmiechnął się szerzej. – Chociaż nie stanowię żadnego zagrożenia. Ani dla pana, ani dla chłopca. Za kogo pan mnie bierze? Za jakiegoś potwora?
    – Wygląda na to, że włóczy się ich tu kilku.
    Blount zerknął na Rimilona.
    – Czy moglibyśmy obyć się bez tego dżentelmena? Potrzebna mi odrobina dyskrecji.
    Seth skinął głową i Rimilon natychmiast powrócił na swoje poprzednie miejsce na korytarzu.
    – Dziękuję – powiedział Blount.
    Seth zamknął drzwi, oparł się o nie plecami.
    – Co pan załatwia dla Ogdena?
    – Och, różnie, to i owo. Moje stanowisko nazywa się oficjalnie: asystent osobisty. Mogę pana zapewnić, że cieszę się pełnym zaufaniem mego szefa.
    Seth czekał.
    – A jednak obawia się pan zagrożenia z mojej strony! – Blount pokręcił głową. – Czy poczuje się pan trochę pewniej, jeśli poinformuję, że Ogden nie ma najmniejszego pojęcia o miejscu waszego obecnego pobytu? Mój człowiek przekazuje meldunki wyłącznie mnie.
    – Jak pan nas znalazł?
    – Podsłuch. Byliśmy tuż za wami, kiedy wylądowaliście na tamtym polu. My wylądowaliśmy parę mil dalej i przybyliśmy na miejsce w tej samej chwili, kiedy wystartowaliście z powrotem, już bez urządzenia podsłuchowego. Byliśmy bardzo rozczarowani, ale na szczęście parę godzin później pański przyjaciel, Rimilon, wyświadczył nam wspaniałą przysługę, gdyż wyruszył za wami. A my za nim. Proszę się na niego nie gniewać. Mam dobrych ludzi i byliśmy niezwykle ostrożni.
    Bardziej niż Rimilon, pomyślał Seth, starając się powściągnąć gniew. Zgoda, ludzie Blounta okazali się prawdziwymi profesjonalistami, ale dlaczego Rimilon nie upewnił się, czy jest śledzony? Zazwyczaj nie popełniał tak kardynalnych błędów, a Seth postanowił zadbać o to, aby nie popełnił ich już nigdy więcej. Nawet gdyby miał skręcić temu palantowi kark.
    – I nie przekazał pan tych informacji Ogdenowi?
    – Ogden i ja nie zgadzamy się w wielu sprawach.
    – Na przykład?
    – On chce zniszczyć RU 2.
    – A pan nie?
    – Po co zabijać kurę znoszącą złote jaja? Ludzie byliby skłonni zapłacić majątek, aby tylko móc skorzystać z tego leku. Choroba nie wybiera, dotyka bogatych i biednych. Na szczęście człowiek bogaty jest w stanie sfinansować taką kurację.
    – Czego pan oczekuje ode mnie?
    – Jest pan obecnie prawnym dysponentem RU 2. Co by pan powiedział na pomysł otwarcia dużej kliniki w Szwajcarii? W grę wchodziłyby wtedy miliony dolarów.
    – Doprawdy?
    – Przeanalizowałem dokładnie pańską przeszłość. Ta bezowocna walka o rejestrację RU 2 nie jest dla pana, musi panu działać na nerwy. Pan potrzebuje ruchu, rozmachu. Proszę tylko dostarczyć mi RU 2. Ja zajmę się całą resztą. Nie będzie pan nawet musiał pokazywać się w klinice.
    – Mógłbym przecież zatrudnić do tego obrotnego menedżera. Dlaczego miałbym współpracować właśnie z panem?
    – Obaj wiemy, że kiedy sukces RU 2 stanie się faktem, trudno będzie zapobiec kradzieżom próbek. Sprzedaż leku na czarnym rynku byłaby z pewnością bardziej lukratywna niż handel narkotykami. Potrzebna panu silna organizacja, która skutecznie odstraszałaby ewentualnych amatorów tego typu kradzieży.
    – A pan dysponuje taką organizacją?
    – Moim ojcem jest Marco Giandello.
    Seth nie dał poznać po sobie, jak interesująca jest dla niego ta wiadomość.
    – I on aprobuje ten plan?
    – Przedyskutowałem z nim wszystkie szczegóły. Nie jest to dokładnie pole jego działalności, ale zgodził się udzielić mi wsparcia. Jesteśmy zgodną rodziną.
    – Słyszałem o tym – mruknął sucho Seth.
    – Proszę nie zrozumieć mnie źle. Mój ojciec trzymałby się daleko w tyle. To byłaby firma całkowicie legalna. – Umilkł na chwilę. – Jest pan zainteresowany?
    – Trudno, żebym nie był. A co z Ogdenem?
    – Rozstanę się z nim natychmiast, kiedy my obaj uznamy taki krok za korzystny. Na razie jestem przy nim. Nie zaszkodzi korzystać jeszcze jakiś czas z jego zaufania.
    – Może go pan nakłonić do odwołania Ishmaru?
    – Obawiam się, że Ishmaru wymknął się spod kontroli. Całkiem oszalał. Szkoda.
    – Szkoda to za mało powiedziane. Moim zdaniem, stał się… niewygodny. Chcę, aby zniknął.
    – Mogę to zaaranżować.
    – Niech mi pan powie, gdzie on jest, a zaaranżuję to sam.
    Blount pokręcił głową.
    – Ishmaru jest nam na razie potrzebny. – Uśmiechnął się chytrze. – Ale udało mi się go zmylić. Zawarliśmy pewien układ.
    – Czy częścią tej umowy ma być informacja o tym, gdzie jesteśmy?
    – O tak, ale pana nie ruszy. On chce dostać tę Kate Denby. – Zmarszczył brwi. – A może jej syna. Nie jestem pewien.
    Seth z trudem ukrył furię.
    – To pocieszające – mruknął.
    – Obiecał mi też, że w ciągu paru dni opuści Waszyngton.
    – Dokąd zamierza się udać?
    – Nie mogę wyjawić wszystkiego. Powiedzmy, że pozbycie się Ishmaru to z mojej strony gest dobrej woli. Czy rozważy pan moją propozycję?
    Seth skinął powoli głową.
    Na twarzy Blounta pojawił się cień satysfakcji.
    – Wiedziałem, że człowiek z pańskim charakterem zdoła dostrzec płynące z takiego układu korzyści.
    – Chciał pan pewnie powiedzieć: człowiek bez charakteru, nieprawdaż? – Seth wzruszył ramionami. – Jeszcze niczego nie obiecuję. Muszę mieć czas do namysłu. Jak się z panem skontaktować?
    Blount podał mu wizytówkę.
    – Oto numer mojego prywatnego telefonu w biurze Ogdena.
    – To nie jest numer w Seattle.
    – Nie. Ogden wynajmuje dom w Wirginii. Chciał w tak krytycznej sytuacji pozostać blisko Waszyngtonu.
    Seth wsunął wizytówkę do kieszeni dżinsów i otworzył drzwi do pokoju Joshuy.
    – Ufam, że dopóki nie podejmę decyzji, nie zdarzą się następne incydenty w rodzaju tego z Noahem Smithem?
    – To była sprawka Ishmaru. Prawdę mówiąc, Ogden nie był niezadowolony z takiego obrotu sprawy. Przynajmniej do czasu, kiedy zorientował się, że śmierć Smitha nie przyniosła mu żadnych korzyści. Zwłaszcza teraz, gdy staliście się osobami publicznymi, Ogden nie chce dalszych męczenników. To by mu przysporzyło zbyt wiele szkodliwej reklamy.
    – A czego pan chce?
    – Chcę mieć klinikę w Szwajcarii. Myśli pan, że działałbym na własną szkodę?
    – Musiałem się upewnić. – Seth uśmiechnął się. – Z pewnością jeszcze się z panem skontaktuję, mister Blount.
    – Będę czekał. – Blount odwrócił się i ruszył korytarzem w stronę wind.
    Kiedy drzwi windy zasunęły się za nim, uśmiech zniknął z twarzy Setha.
    – Sukinsyn! – Szybkim krokiem podszedł do Rimilona, który stał oparty plecami o ścianę. – Zostań tu. Nie wpuszczaj nikogo do chłopca.
    – Nikogo? A co z pielęgniarkami albo…
    – Nikogo – powtórzył Seth. Już biegł przez hol. Kate. Ishmaru wie, gdzie oni są. Może zakradł się już do szpitala?
    Kate poszła do laboratorium. Gdzie ono się mieści, do diabła?!
    Kate nie była w laboratorium. Stała w pokoju pielęgniarek, rozmawiając z przełożoną.
    Zwróciła na Setha spłoszony wzrok.
    – Obudził się? Właśnie…
    – Ishmaru wie, gdzie jesteśmy. Krew odpłynęła jej z twarzy.
    – Skąd wiesz?
    – Powiem ci później. Nie kręć się już po szpitalu, wracaj natychmiast do pokoju Joshuy.
    A dokąd, twoim zdaniem, miałabym iść? – Wybiegła na korytarz. Boże, tyle tu ludzi, wchodzą i wychodzą… Czy w pokoju Joshuy są okna? Nie mogła sobie przypomnieć. Tak, jedno okno. I nie ma wyjścia awaryjnego na wypadek pożaru. Rimilon powitał ją uśmiechem.
    – Wszystko w porządku, nie ma powodów do obaw. Przed chwilą tam zajrzałem.
    Muszę mieć bardzo wystraszoną minę, pomyślała.
    Joshua spał.
    Czy to na pewno sen?
    Odetchnęła z ulgą, widząc miarowe falowanie kołdry.
    – Zostań przy nim – szepnął Seth. Stał tuż za nią. – Wyjdę na chwilę. Powiadomię strażników i spróbuję znaleźć…
    Telefon na nocnym stoliku zadzwonił. Drgnęła gwałtownie.
    – Chryste! – Seth wyciągnął rękę do aparatu.
    – Nie! – Ubiegła go, gorączkowo chwyciła słuchawkę.
    – Jak on się czuje, Emily? Jest ciężko chory?
    Strach wziął w niej górę nad wszystkimi innymi uczuciami.
    – Niech cię diabli! – krzyknęła. – Zostaw mego syna w spokoju!
    – Czy ubawił cię mój drobny żarcik w domu Migellina? Przyznasz chyba, że ten kosmyk włosów dobrałem bez zarzutu. Czy wiesz, że spędziłem aż trzy dni przed szkołą podstawową, zanim udało mi się znaleźć chłopca o takim samym kolorze włosów? Do złudzenia podobne, czyż nie?
    – Zostaw… go… w spokoju.
    – Tak, oczywiście, zostawię go w spokoju… na razie. Chciałem, abyś cierpiała. I osiągnąłem swój cel. Myślę, że nasza walka okaże się znacznie przyjemniejsza, jeśli umierając będziesz wiedziała, iż nie możesz uchronić swego syna przed śmiercią. To spotęguje twój ból, a także wolę życia. Nie, najpierw umrzesz ty, potem on. Tak właśnie to zaplanowałem. – Umilkł na chwilę. – Ale przed naszą walką muszę przeżyć jeszcze jedną chwilę triumfu. To będzie człowiek, który coś dla ciebie znaczy. Wpędziłaś mnie w zbyt wiele kłopotów.
    – A więc przyjdź po mnie!
    – Najpierw muszę ułożyć dokładny plan. Pozbawiłaś mnie moich stróżów, ale jeśli cię zniszczę, i tak będę w stanie powstrzymać sny. Wiem, że pomagasz im dotrzeć do mnie.
    – Jesteś szalony.
    Na tyle szalony, że zdołałem cię zmusić, abyś tańczyła tak, jak ci zagram. Było mi nawet przyjemnie, ale nadeszła wreszcie pora na przeżycie triumfu. Zgadnij, kogo wybrałem? Odłożył słuchawkę.
    – Co powiedział? – zapytał Seth.
    – Chce przeżyć chwilę triumfu, ale nie chodzi mu jeszcze o Joshuę.
    – Nerwowo oblizała wargi. – Bo nie nadeszła jeszcze jego pora. Kazał mi zgadnąć, kogo… – Spojrzała na niego i nagle szepnęła przerażona:
    – O Boże, Phyliss!
    – Niech to szlag! – Seth wybiegł z pokoju.
    Pobiegła za nim co sił.
    Phyliss leży tam sama, śpi, jest zupełnie bezbronna.
    Byli do tego stopnia zaabsorbowani sprawą bezpieczeństwa Joshuy, że zapomnieli, do czego zdolny jest Ishmaru.
    Obyśmy nie zjawili się tam za późno, modliła się w duchu. Nie Phyliss…
    Korytarz zakręcał. Jeszcze dwa pokoje.
    Seth pierwszy wpadł do środka, zapalił światło.
    – Phyliss!
    Otworzyła oczy i ziewnęła.
    – Już pora wstawać? Jak Joshua?
    Kate oddychała tak szybko, że z trudem wykrztusiła jedno słowo:
    – Lepiej.
    – To dobrze. Teraz moja kolej. Posiedzę przy nim, ale najpierw wezmę prysznic. – Usiadła na łóżku, opuściła nogi na podłogę i nagle zmarszczyła brwi. – Seth, dlaczego patrzysz na mnie tak dziwnie?
    Odchrząknął.
    – Właśnie pomyślałem sobie, że wspaniale wyglądasz.
    – Bzdura! Żadna kobieta w moim wieku nie wygląda wspaniale z rana. Wiesz, dobrze się składa, że jesteśmy w szpitalu. Bo ty nie czujesz się chyba najlepiej. – Drzwi łazienki zamknęły się za nią.
    Seth otrząsnął się.
    – Cholera, zląkłem się tak bardzo, że nie byłem w stanie zebrać myśli… – Urwał, widząc, że Kate sięga po coś ręką do poduszki Phyliss.
    W odległości zaledwie kilku cali od miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą spoczywała głowa Phyliss, leżała teraz kartka papieru. Nie ona, Emily. Nie tym razem. Zgaduj dalej.

    W poczekalni Seth podał Kate filiżankę kawy, po czym usiadł naprzeciw niej.
    – Jak się czujesz?
    – A jak myślisz? – Zadrżała i czym prędzej upiła łyk gorącego napoju. Wyglądało na to, że nie może się pozbyć uczucia chłodu. – Umierałam ze strachu.
    – Ja też.
    – Skąd wiedziałeś, że był tu Ishmaru?
    – Miałem gościa. – Opowiedział o wizycie Blounta, nie opuszczając żadnego szczegółu. – Nieźle, co? – zakończył z uśmiechem.
    Jego podniecenie wywołało w niej jakieś nieprzyjemne uczucie.
    – Nie, do diabła! Nie zrobisz tego!
    Uśmiech na jego twarzy zgasł.
    – Chodziło mi o to, że może Blount nie kłamał, mówiąc, iż na razie Ishmaru zostanie wyłączony z gry. Nie miałem na myśli tej kliniki Blounta. Obiecałem ci przecież, że w sprawie RU 2 możesz na mnie liczyć.
    – Tak, wiem, ale…
    – Ale myślałaś, że ułożę się z mordercami Noaha? – Jego dłoń na filiżance zacisnęła się kurczowo. – Na miłość boską, naprawdę masz o mnie tak złe zdanie?
    – Czasem trudno cię rozgryźć – szepnęła. A jednak zdołała już rozgryźć go na tyle, że wiedziała, iż czuje się teraz zraniony.
    – Podobno każdy człowiek daje się poznać najlepiej tej osobie, z którą sypia – mruknął Seth z goryczą w głosie. – Może powinienem wejrzeć głębiej w motywy swojego działania. Niewykluczone, że jestem gorszy, niż przypuszczałem.
    – Przestań! – Nie mogła już znieść jego bólu. Wyciągnęła rękę, położyła ją na jego dłoni. – Wybacz mi. Nie powinnam tego mówić. To było głupie z mojej strony.
    – Rzeczywiście, to było głupie. – Cofnął dłoń. – Ale skoro takie jest twoje zdanie, postąpiłaś słusznie, wypowiadając je na głos.
    – Mówiłam bez zastanowienia. Przeżyłam dziś piekło. A poza tym nie zapomniałam jeszcze tego ataku szału, jakiego dostałeś na wieść o odziedziczeniu RU 2.
    – Razem pracujemy i razem sypiamy. Miałem nadzieję, że będziesz pamiętała także o tym. – Przechylił głowę. – Ale może nie chcesz o tym pamiętać. Kate, czy uważasz mnie za człowieka niebezpiecznego?
    – Niebezpiecznego? Nie sądzę, abyś… Machnął niecierpliwie ręką.
    Nieważne. Nie chodziło mi o to, żebyś się tłumaczyła. W każdym razie sądzę, że Blount nie kłamał o Ishmaru. Jest przekonany, że ma nad nim kontrolę. Ale Ishmaru jest na to zbyt przewrotny. Tak więc musimy nadal zachować czujność.
    Zmienił temat rozmowy. To dobrze. Odetchnęła z ulgą. Zaczynała już czuć się winna, niespokojna i trochę wystraszona.
    Wystraszona?
    – A co z Blountem? – zapytała szybko. – Czy on może nam zagrażać?
    Przytaknął.
    – Wprawdzie nie zna się na ludziach, ale jest z pewnością bardziej przebiegły niż Ogden i nie mniej szujowaty. Wciągnął do gry swego drogiego ojczulka. – Wzruszył ramionami. – Ale udało mi się go zwieść, przynajmniej na jakiś czas. Podobnie jak ty, uwierzył, że jego oferta jest dla mnie nie do odrzucenia.
    Cios był celny. Bolesny. Wszystko, co mówił dzisiaj, sprawiało jej ból.
    – Jak myślisz, ile mamy czasu do chwili, kiedy Blount zacznie coś podejrzewać?
    – Mniej więcej tydzień. Może dwa, jeśli uda mi się to i owo zdziałać. – Spojrzał na nią. – Ale w tym, co zaplanował Blount, tkwią pewne możliwości dla mnie.
    – Jakie możliwości?
    – Nie pochwaliłabyś tego. Na razie zachowam pomysł dla siebie. Zanim powiem ci, o co chodzi, muszę się najpierw przekonać, jak poskutkowałby twój sposób rozgrywania tej sprawy.
    – Idzie nam dobrze. Senator Migellin był wspaniały.
    – Tak. Powiedziałbym, że nasze szanse kształtują się teraz na poziomie pięćdziesięciu procent.
    – Tylko tyle?
    – Na początku dawałem nam najwyżej dwadzieścia pięć.
    – Według mnie, mamy więcej niż pięćdziesiąt. I sądzę, że wygrywamy. – Wytrzymała jego spojrzenie. – Wygramy, Seth.
    Uśmiechnął się.
    – Bo nie uznałabyś innego wyniku.
    – Żebyś wiedział, że tak!
    – Pójdę teraz do Joshuy. – Dopił swoją kawę. – Zabierzemy ich ze sobą do Waszyngtonu, jego i Phyliss.
    Omal nie podskoczyła z radości.
    – Czy to bezpieczne? – zapytała przezornie.
    – Nie mniej niż przebywanie tutaj. To miejsce przestało być bezpieczne, ale niewykluczone też, że Ishmaru da nam chwilowo spokój. – Wstał. – Zachowamy wszelkie środki ostrożności. Wynajmę dla nich sąsiedni apartament i umieszczę w nim także Rimilona.
    Skrzywiła się.
    – Phyliss będzie zachwycona.
    – Będzie zadowolona, jeśli w ten sposób zapewnimy chłopcu ochronę. Rimilon potrafi być taktowny i dyskretny, jeśli chce. – Zacisnął usta. – Na pewno się postara. Zwłaszcza teraz zależy mu na tym, aby mnie nie rozczarować.
    Z mieszanymi uczuciami odprowadzała go wzrokiem, kiedy wychodził z poczekalni. Nikt do tej pory nie wprowadził do jej umysłu tyle zamętu, co Seth. Był niczym tornado, wdzierał się głęboko w jej duszę i zburzył jej spokój na dobre. W czasie tej jednej rozmowy wyzwolił w niej wiele emocji, od gniewu po skruchę, a nawet poczucie winy, współczucie i Bóg wie co jeszcze.
    Strach.
    Ta myśl zaskoczyła ją.
    Seth zasugerował jej, że czuje się zagrożona przez niego. Ale to nieprawda. Seth nigdy by jej nie skrzywdził.
    Chyba że po prostu będąc sobą. Chyba że zakłócając jej zorganizowane już, spokojne życie.
    Chyba że opuszczając ją. O Boże, tak, bardzo by ją zranił, odchodząc. Uświadomienie sobie tego faktu wywołało w niej głęboki szok. Ale tylko dlatego, że już się przyzwyczaiła do jego obecności w swoim łóżku. Jest tak cholernie dobry…
    Zachowuje się również wspaniale wobec Joshuy i Phyliss.
    I świetny z niego kompan. Potrafi być duszą towarzystwa. Powiedziała mu o tym już tamtego ranka, po pierwszej wspólnie spędzonej nocy.
    Ale na tym koniec.
    Nie może dopuścić do tego, aby było coś więcej. Sethowi nigdy nie zabraknie wiary we własną wartość, w przeciwieństwie do Michaela, nie będzie jednak nigdy tak solidny i ustabilizowany jak on.
    Jednak… dlaczego w ogóle porównuje ich obu, tak jakby mogła wybierać?
    Seth z pewnością odejdzie od niej. To jedynie kwestia czasu. Kiedy tylko zarejestrują RU 2, on ją opuści i ruszy swoją drogą.
    Widzisz, jak to boli? A więc przyznaj, że on stanowi dla ciebie niebezpieczeństwo. Uważaj na siebie. Nie pozwól mu zbliżyć się do siebie bardziej niż dotychczas.
    Odsunęła talerz i wstała.
    Idź do Joshuy. On i Phyliss to twoje życie.
    Nie pozwól Sethowi zbliżyć się do siebie bardziej niż dotychczas.

    Do hotelu w Waszyngtonie dotarli trzy dni później.
    – Wszystko w porządku? – zapytał Seth, kiedy Kate wróciła z sąsiedniego apartamentu, gdzie pomogła rozpakować się synowi i Phyliss.
    Kiwnęła głową.
    – Tak. Tylko Rimilon czuje się trochę zdominowany przez Phyliss.
    – Tak jak my wszyscy. – Seth zdjął marynarkę i cisnął ją na kanapę. – Zadzwoniłem do Migellina. Chce spotkać się z nami u siebie, jutro po południu. Urządza jedno z tych swoich spotkań.
    Uśmiechnęła się blado.
    – Po tym, co wydarzyło się tam ostatnim razem, zdołał jeszcze namówić kogoś do odwiedzin? Jestem zaskoczona.
    – A ja jestem przekonany, że nawet pobiją się o to, kto pierwszy przyjdzie tam, żeby cię zobaczyć. A ci, którzy widzieli, jak otwierasz tę cholerną paczkę, będą rozprawiać o tym wszystkim miesiącami.
    – Nie wierzę. – Wzdrygnęła się. – Ja nie potrafię o tym mówić.
    – Więc nie mów. – Wziął swoją walizkę i skierował się do sypialni.
    – Poczekaj.
    Stanął jak wryty, następnie odwrócił się do niej. Odetchnęła głęboko.
    – Nie chcę więcej z tobą sypiać.
    Uśmiechnął się ironicznie.
    – A jednak cię przestraszyłem? Zmusiłem do myślenia. Szkoda, że nie trzymałem języka za zębami.
    – To wszystko zaczyna się komplikować.
    – A ty nie lubisz komplikować sobie życia.
    – Ty też nie chcesz komplikacji.
    Ale różnica między nami polega na tym, że ja nie mogę się skryć przed nimi. – Zbliżył się do niej o krok. – Dlaczego postanowiłaś mnie spławić? Za bardzo polubiłaś seks? To wciąga jak narkotyk, nieprawdaż? Tracisz kontrolę nad sobą i właśnie tego nie lubisz? Wolisz, aby wszystko było uporządkowane i spokojne. Albo może nie byłem tak dobrze ułożony i solidny jak Noah czy twój ojciec?
    Poczuła się niepewnie, patrząc na jego skrzące się oczy i zaciśnięte usta.
    – Bądź rozsądny. Nie ma powodu, żeby się gniewać.
    – Jestem rozgniewany. Nie lubię dostawać kopniaka w tyłek, jeśli nie wiem za co. Do diabła, zachowywałem się jak jakiś święty. Niemal jak święty Noah. – Pochwycił ją za ramiona. – To nie w porządku!
    – Wiem, przyznaję ci rację – szepnęła bezradnie. – Ale nic na to nie mogę poradzić.
    Mienił się na twarzy pod wpływem nawału emocji, milczał przez chwilę.
    – Ja też – mruknął wreszcie. – Powiedziałem ci już, że nie znoszę, jak się mnie odrzuca. Robię wtedy wszystko, co tylko możliwe, aby do tego nie dopuścić. – Zdjął ręce z jej ramion, skierował się do swojej sypialni. – Zgoda, będę grzeczny i posłuszny. Pójdę do swojego pustego łóżka i pozwolę ci spać w twoim. Będę się uśmiechać i udawać, że nic złego się nie stało. Ale na tym nie koniec, nie łudź się. Nie pozwolę na to. Za miesiąc znajdę się znowu w twoim łóżku.
    Zaprzeczyła ruchem głowy.
    – To nie miało trwać wiecznie. Też tego nie chciałeś.
    – Nie mów mi, czego ja chcę. – Zatrzasnął za sobą drzwi. Drgnęła silnie, jakby ją uderzył. Ta burzliwa reakcja przeraziła ją.
    Do tej pory nie miała okazji zetknąć się tak bezpośrednio z mrocznym, pełnym furii zachowaniem.
    Czuła się nie tylko przerażona, ale także winna i samotna.
    Bardzo samotna.

    Przed snem zmusiła się do przeczytania książki o wojownikach. Nie mogła zwlekać dłużej. Ishmaru zbliża się nieubłaganie, a więc trzeba zwalczyć lęk i znaleźć dzięki tej lekturze coś, co mogłoby się okazać jego słabym punktem.
    I po raz pierwszy, odkąd ona i Seth zostali kochankami, koszmar powrócił.
    Obudziła się zadyszana, zlana potem, zapłakana.
    Seth!
    Ale Setha nie było przy niej.
    Był za to Ishmaru. Wtargnął w jej sen, tak jak już wcześniej wtargnął w jej życie.
    Jednak nie chodziło mu o nią.
    Tropił Setha.
    Ktoś, kto znaczy dla ciebie wiele. Zgadnij, kogo wybrałem?
    Jakoś nie przyszło jej dotąd na myśl, że niebezpieczeństwo mogłoby zagrażać Sethowi. Seth jest silny, sprytny, groźny dla przeciwnika.
    Ale Noah też był silny i bystry.
    Zapragnęła nagle wbiec do sypialni Setha, być przy nim, osłonić go w razie potrzeby.
    Nie pozwól mu zbliżyć się do siebie bardziej niż dotychczas.
    Przestań się trząść. Seth potrafi skuteczniej zadbać o swoje bezpieczeństwo niż Noah. Spij wreszcie.
    Zgadnij, kogo wybrałem…

    Blount był z siebie bardzo zadowolony.
    Dobrze ocenił tego Drakina. To tylko kwestia czasu, kiedy ten facet znajdzie się po jego stronie.
    A razem z nim napłyną pieniądze i władza.
    Nucąc coś pod nosem, otworzył drzwi biura i wszedł do środka. Zawsze przychodził dwie godziny wcześniej niż Ogden, który zjawiał się dopiero około dziesiątej. Taka taktyka miała podwójną zaletę: jego pilność robiła duże wrażenie na szefie, a poza tym miał dwie godziny na swobodne przeglądanie dokumentów przechowywanych w szufladzie Ogdena.
    Wszystko wskazywało jednak na to, że tego typu wybiegi wkrótce przestaną być mu potrzebne. Zbliżał się do celu. Będzie miał Drakina i również współpraca z Ishmaru układa się pomyślnie.
    Tak, był bardzo zadowolony z rozwoju sytuacji. Podniósł słuchawkę. Nadeszła pora, aby sprawdzić jeden, ostatni już szczegół…

15.

    Z pewnością przyjdzie do altany. Blount powiedział, że on zawsze obserwuje zachód słońca z altany na wzgórzu, kiedy przebywa w swojej wiejskiej rezydencji. Gdyby informacja tego palanta okazała się fałszywa, zapłaci za to, gdyż on nie ma teraz czasu na tropienie kogokolwiek. Ma rezerwację na lot do Oklahomy o dziewiątej.
    W innych okolicznościach to, co miał zrobić, byłoby czystą przyjemnością. Widywał już Migellina w telewizji i ten człowiek zrobił na nim spore wrażenie; wyglądało na to, że posiada silną duszę. Na pewno ma duszę wojownika. W przeciwnym razie Blount nie pragnąłby pozbyć się go.
    Obserwował gości, którzy rozchodzili się stopniowo. Emily i Drakin wyszli ostatni. Migellin uśmiechał się do niej, ona zaś spoglądała na niego z sympatią.
    A teraz wspina się wreszcie na wzgórze.
    Szybciej. Pośpiesz się. Czekam na ciebie.
    Miał na sobie szary sweter, wiatr mierzwił mu włosy. Wyglądał na odprężonego, zadowolonego z siebie.
    Ishmaru poczuł nagle, że i on jest z siebie zadowolony.
    Migellin znaczy dla Emily wiele. Poza tym to silny człowiek. Będzie walczył. Konfrontacja z kimś takim jest warta zwłoki, a w ostatecznym rozrachunku nastąpi i tak to, co zwykle.
    Moment triumfu.

    – Jak się czujesz? – Kate weszła do pokoju Joshuy i usiadła na jego łóżku.
    Spojrzał na nią naburmuszony.
    – Babcia nie pozwala mi wstać. A czuję się dobrze.
    – Poczekaj do jutra.
    – Co za różnica: dziś czy jutro?
    – Różnica dwudziestu czterech godzin. A teraz przestań wydziwiać i opowiedz, co porabiałeś, kiedy byliśmy u senatora.
    Ruchem głowy wskazał na stojącą przy łóżku gitarę.
    – Ćwiczyłem melodię do „Tam, w dolinie”. Jestem już w tym dobry. – Ożywił się nagle. – Chcesz posłuchać?
    – Jasne. – Podała mu gitarę i wstała. – Zaczekaj, pójdę po Setha. Jestem pewna, że i on zechce posłuchać, jak grasz.
    – Już mu zagrałem. Przyszedł tu przed obiadem. – Skupiony zmarszczył czoło, koncentrując się na strunach. – Obiecał, że jutro nauczy mnie innej piosenki. Może „Yankee Doodle”.
    Skuliła się na krześle, obserwując go. Dzięki Bogu, dzieci są tak cudownie prężne i odporne. Radzą sobie lepiej z przeciwnościami losu niż dorośli. Proszę, oto przykład: siedział w zamkniętym pomieszczeniu, a jednak nauczył się grać na gitarze. Przypomniała sobie przeczytany niegdyś „Pamiętnik Anny Frank” z okresu okupacji hitlerowskiej w Holandii. Wtedy też była pod wrażeniem. Nawet w tych okropnych czasach pogardy życie toczyło się dalej. Tak jak teraz w wypadku Joshuy, którego wolność została też w pewnym sensie ograniczona.
    Joshua spojrzał na nią.
    – Czy ty w ogóle słuchasz?
    – Każdego akordu. Grasz jak prawdziwy muzyk. Uśmiechnął się, uderzając w struny.
    – Będę nim.
    Oparła głowę o poduszkę, wsłuchując się w melodyjne dźwięki. Spokój. Miłość. Poczucie wspólnoty i bliskości. Tak jak dawniej, zanim to wszystko się zaczęło. Jak w oku cyklonu.
    No cóż, trzeba z tym żyć.
    Cieszyć się chwilą.

    – Migellin nie żyje – poinformował Tony, kiedy Seth otworzył mu drzwi. – Jego żona znalazła go wieczorem w altanie.
    – Jak zginął?
    – Od noża. Obok niego leżała kartka z napisem: To samo spotka wszystkich pogan, którzy chcą ingerować w boski, naturalny porządek rzeczy.
    Kate spoglądała na nich wstrząśnięta.
    – Ishmaru? – zapytała Setha.
    – Prawdopodobnie. Albo Ogden opłacił któregoś z fanatyków, aby to zrobił.
    – Sam w to nie wierzysz.
    – Nie, ale miałem nadzieję, że ty uwierzysz. Ogden nie chciał już męczenników, a martwy Migellin też rzucałby na niego spory cień.
    – Rzucał spory cień także za życia. – Starała się mówić spokojnym głosem. – Chyba nie musimy zgadywać, czyja to sprawka. Ishmaru chciał, aby to był Migellin.
    Seth spojrzał na Tony’ego.
    – Co mówi policja?
    – Na razie niewiele. W domu roi się teraz od agentów FBI i CIA. Senator o renomie Migellina mógł przecież stać się celem dla terrorystów. – Umilkł na moment. – Ale tekst z tej kartki przedrukuje cała prasa. Nie wiem, czy to dobrze dla nas, czy źle.
    – Co może być w tym dobrego? – zapytała Kate. – Porządny człowiek nie żyje, a jeśli to sprawka Ishmaru, następni na jego liście jesteśmy z pewnością my.
    – Jeszcze nie teraz. On chce, abyś pojechała do niego.
    – A Migellin to tylko odosobniony przypadek? Nie sądzę.
    – Nie wiem. Po prostu nie chcę, abyś wyciągała pochopne wnioski. Pozwól mi się tym zająć.
    – Zajmuj się tym do woli. – Przeszła obok niego. – Ja idę do mego syna.
    – Kate, on jest bezpieczny. Wiesz, że znajduje się pod dobrą opieką. Rimilon jest cały czas…
    – Niczego już nie jestem pewna. – Zapukała do drzwi sąsiedniego apartamentu. – Chcę po prostu być z moim synem.
    Drzwi otworzyła Phyliss.
    – To ty, Kate?
    – Migellin nie żyje. On nie żyje, Phyliss! – Weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi. – Nie masz nic przeciw temu, abym posiedziała trochę u was?
    – Nie wygłupiaj się! – Phyliss objęła ją czule. – Chodź, opowiedz mi o wszystkim.

    – Jest dość roztrzęsiona – powiedział Tony.
    – Dziwisz się? – zapytał Seth.
    – Nie, jasne, że nie. Sam byłem roztrzęsiony, kiedy dowiedziałem się o Migellinie. Polubiłem go.
    – Ja też. – Seth wrócił do pokoju. – Chodź. Jest parę rzeczy, którymi powinieneś się zająć.
    – Co? Wiesz dobrze, że bez pomocy Migellina nie mamy szans na zastopowanie tej ustawy.
    – Może. Gdzie jest ten pies tropiciel, którego trzymasz na smyczy?
    – Barlow? Cały czas w Seattle.
    – Sprowadź go tu. Może mi być potrzebny.
    – Migellin był naszą jedyną nadzieją. Co można…
    – Po prostu go sprowadź. – Seth usiadł, sięgnął po telefon.
    – Do kogo dzwonisz?
    – Do mego starego kumpla Blounta.
    Blount odezwał się zaraz po drugim sygnale.
    – Spodziewałem się pańskiego telefonu, Drakin. Słyszał pan już o Migellinie? Wielka szkoda, że do tego doszło. Ogden szaleje jak rozwścieczony byk. To bardzo…
    – Dlaczego?
    W słuchawce zaległa cisza. Dopiero po chwili Blount wyjaśnił:
    – Migellin stanowił przeszkodę. Nawet gdyby pan wycofał się z opozycji przeciw ustawie ograniczającej badania genetyczne, Migellin kontynuowałby swoją szkodliwą dla nas działalność. Taki już był.
    – A więc uczyniliście z niego męczennika.
    – Zupełnie jakbym słuchał Ogdena. Nie musimy się tym martwić. Nawet jeśli podniesie się wrzawa przeciw firmom farmaceutycznym, nie dosięgnie nas. Po przejściu ustawy zwycięski marsz RU 2 zostanie wstrzymany tu na okres przynajmniej dziesięciu lat. A taka blokada zwiększy nasz zysk. Prawo podaży i popytu. Wie pan chyba, że wsparcie Migellina przestanie odtąd mieć znaczenie.
    – Tak, wiem o tym.
    – Jeśli jeszcze pan przestanie protestować, ustawa przejdzie w głosowaniu w mgnieniu oka.
    – Bardzo sprytne. Nie patrzyłem na to w ten sposób.
    – Bo od tego jestem ja. Żeby pomagać panu uporać się z rozmaitymi dokuczliwymi drobiazgami. Dzięki temu nasza współpraca wyda owoce. – Umilkł, po czym dodał: – Bo będziemy ze sobą współpracować, nieprawdaż, Drakin?
    – Teraz, kiedy Migellin został już usunięty z drogi, jestem coraz bliższy podjęcia takiej decyzji.
    – Spodziewałem się, że to pana zmobilizuje.
    Ale wspólnicy powinni darzyć się wzajemnie zaufaniem. A pan okłamał mnie, mówiąc, że Ishmaru został wycofany z gry. Bo to zrobił Ishmaru, prawda?
    – Naturalnie, mówiłem przecież, że zawarłem z nim pewien układ. Jednak po wykonaniu zadania odleciał samolotem, zgodnie z umową. Proszę się nim nie przejmować. Jego użyteczność dla nas dobiega końca. Mój ojciec wie, jak zwalczać robactwo jego pokroju.
    – To wielce pocieszające.
    – Powinniśmy się spotkać i omówić dalsze kroki.
    – Jeszcze nie teraz. Przeczekajmy poruszenie, jakie wywołała śmierć Migellina.
    – Chyba jestem zbyt niecierpliwy. Ma pan rację. Skontaktuje się pan ze mną po pogrzebie?
    – Może pan być tego pewny. – Odłożył słuchawkę.
    – I co? – zapytał Tony.
    – Chcę mieć jak najwięcej informacji na temat Ogdena, Blounta i Marca Giandello. Jak najwięcej i jak najszybciej.
    – Co to da? Zwłaszcza teraz, kiedy Migellin nie żyje… Zmarnuje pan tylko czas.
    – Nie szkodzi.
    Tony spoglądał na niego z niedowierzaniem.
    – Nigdy nie daje pan za wygraną?
    – Znając pańską opinię na mój temat, domyślam się, że jest pan zaskoczony.
    – Istotnie. Ale dlaczego?
    – Gdyż istnieją sprawy naprawdę warte zachodu.
    – RU 2?
    – Obawiam się, że nie jestem aż tak szlachetny. Działam na bardziej osobistym poziomie.
    – Kate?
    Kate, Noah, Migellin. Ale czasem mam już tego po dziurki w nosie Tony patrzył na niego czujnie.
    – I co pan chce zrobić? Seth uśmiechnął się.
    – Jak to co? Zrobię tak, żeby było najlepiej. A jakie mam wyjście?

    Pinebridge.
    Ishmaru uśmiechał się do siebie, idąc długą alejką w stronę imponujących drzwi wejściowych tego niewielkiego szpitala. Pinebridge podobało mu się, budziło pozytywne przeczucia. Znajdowało się za miastem, okalały je lasy.
    Czyżby to miejsce było mu przeznaczone?
    Och, Emily, mała diablico, przyznaję, że cię nie doceniłem.
    Zabicie własnego ojca wymagało z pewnością nie lada nienawiści. Oczywiście, on też mógłby postąpić w ten sposób, gdyby nie fakt, że jego ojciec zmarł, zanim jeszcze on odnalazł prawdziwą drogę. Ale nie każdy byłby do tego zdolny.
    Na pewno zostawiła jakiś ślad; wszyscy zostawiają ślady. Może są akta w kancelarii albo ktoś z personelu zauważył coś interesującego. Z pewnością istnieje taki ślad, a wtedy on wykorzysta go, aby zwabić Kate tam, gdzie chce ją mieć. Wykorzysta te dowody jako przynętę i wtedy Kate przyjdzie.
    Siwowłosa kobieta w wieku około pięćdziesięciu lat spojrzała na niego z uśmiechem, kiedy wszedł do działu kadr.
    – Czym mogę służyć?
    – Mam nadzieję, że to ja będę mógł się przysłużyć. Jestem Bill Sanchez. Agencja zatrudnienia Valmeyer przysłała mnie do pracy w charakterze sanitariusza.
    – Ach tak. – Przekartkowała spiesznie plik papierów na biurku. – Sądziłam, że zjawi się tu… – Znalazła wreszcie dokument, którego szukała… niejaki Norman Kendricks.
    – Mam właśnie zająć jego miejsce. – Uśmiechnął się. – Norman musiał zrezygnować z tej pracy. Nie czuł się dobrze.

    Jeszcze jeden pogrzeb.
    Kiedy to się wreszcie skończy?
    Ulewny deszcz bębnił o ozdobne wieko obsypanej kwiatami trumny.
    Mimo niepogody na uroczystość przybyło wiele osób, wśród nich wybitne osobistości. Członkowie Kongresu, dygnitarze zagraniczni, wiceprezydent z małżonką.
    Nie tak jak na pogrzeb Noaha, pomyślała Kate. Zgoda, Migellin zasłużył na ten hołd, ale zasłużył na niego także Noah. Zerknęła na Setha. Ciekawe, czy i on wspomina teraz Noaha. Nie, chyba nie. Jego twarz była mokra od deszczu, ale nie widniał na niej smutek. Miał zaciętą, twardą minę, która przywodziła jej na myśl tamtą noc po śmierci Noaha, gdy przyszedł ją posiąść.
    Bała się go wtedy.
    Ceremonia dobiegła końca, ludzie zaczęli się rozchodzić, przesuwać dalej, gromadzić w małych grupkach. Pora jedności minęła.
    Seth ujął ją pod ramię, osłonił troskliwie czarnym parasolem. Ruszyli za innymi żałobnikami w stronę bramy cmentarnej.
    – Noahowi też się należał taki pogrzeb – powiedziała. – To nie wydaje mi się w porządku.
    – A mnie się wydaje, że Noah wolałby coś skromniejszego. Migellin zresztą też.
    – Może masz rację… Musimy się zastanowić, co dalej.
    – Zastanowimy się, jeśli wyjmiesz wreszcie głowę z piachu.
    Nie mogła się nawet pogniewać za takie słowa. Seth miał rację. W ciągu paru ostatnich dni prawie go nie widywała. Spędzała cały czas z Phyliss i Joshuą, separując się od wszystkiego innego.
    – Jestem gotowa. Nie uda nam się teraz zapobiec przegłosowaniu tej ustawy, co?
    – Trzeba by cudu, a te nie zdarzają się zbyt często.
    – Musi istnieć jakieś wyjście.
    – Owszem, jest. Chcę, abyście we trójkę, ty, Phyliss i Joshua, polecieli najbliższym samolotem do Amsterdamu. Zesztywniała.
    – A więc jednak się poddajesz.
    – Od dawna braliśmy pod uwagę taką ewentualność, że nie uda nam się przepchnąć sprawy RU 2 tutaj. Zarejestrujemy lek w Amsterdamie.
    – I pozwolimy, aby wygrali Ogden, Blount i reszta tych łajdaków?
    – Tego nie powiedziałem.
    – Ale to miałeś na myśli.
    – Czasem trzeba pogodzić się z tym, co jest dane. Może nie zdołamy już teraz uzyskać poparcia dla RU 2, ale Ogden i Blount nie zostaną zwycięzcami.
    – A w jaki sposób… – Umilkła nagle, wlepiła w niego wzrok. – Chcesz ich zabić? – wyszeptała.
    – Ludzie martwi nie zwyciężają.
    – Nie!
    – Tony ma załatwić dla was lot do Amsterdamu na pojutrze. Poleci z wami Rimilon, będzie was strzegł.
    – A ty zostaniesz tu, żeby móc popełnić morderstwo.
    – Po prostu wykonam egzekucję.
    – To ty padniesz ofiarą egzekucji.
    – Jeśli będę głupi. Ale zazwyczaj nie jestem głupi. Przerażona uświadomiła sobie, że nie zdoła go przekonać.
    – Polecę do Amsterdamu pod warunkiem, że udasz się tam z nami.
    – Niebawem do was dołączę.
    – O ile nie zostaniesz przedtem zabity lub aresztowany. Spojrzał na nią.
    – Kate, to się musi skończyć. Próbowałem rozwiązać problem na twoją modłę, ale bez skutku. Prawo ich nie dosięgnie. Posłużyli się Ishmaru, a ten psychopata na pewno by ich nie zdradził. Noah nie żyje. Migellin nie żyje. Właśnie dlatego muszę odebrać życie Ogdenowi i Blountowi.
    Zacisnęła pięści.
    – Niech cię diabli!
    – Dlaczego jesteś tym zaskoczona? – Jego głos przybrał szorstkie brzmienie. – Powinnaś była wiedzieć, że nie zniosę tej sytuacji. Czy wiesz, jak często ogarniała mnie chęć, aby zostawić was wszystkich samych i wyruszyć w pościg za Ishmaru? Nie mogłem jednak tego zrobić. Zostalibyście bez skutecznej ochrony. W dalszym ciągu nie mogę tropić Ishmaru, mogę za to dopaść Blounta i Ogdena.
    – Nie chcę, żebyś…
    – W Amsterdamie będziecie bezpieczni. – Zachowywał się tak, jakby jej w ogóle nie słyszał. – Żadnych manifestantów, a jeśli Ishmaru wypłynie na powierzchnię, zajmę się nim.
    – Nie słuchasz mnie. Nie pojadę tam, chyba że razem z tobą.
    – Pojedziesz, bo to jest korzystne dla Joshuy i Phyliss. Wiesz o tym dobrze.
    – Nie rób tego! Uśmiechnął się.
    – Nie denerwuj się. Nie zawsze strzelam do ludzi.
    – Zabiłeś Namireza. Wzruszył ramionami.
    – Ale są też metody bardziej subtelne. Mam nawet parę pomysłów. W jej wzroku widniała rozpacz.
    – Żałuję, że wpakowałam cię w to wszystko.
    – Trudno, stało się. Musisz teraz ponieść konsekwencje. Pora na mój ruch.
    – Akurat! Nie pozwolę…
    – To bardzo smutne wydarzenie. Smutne zwłaszcza dla pani, moja droga.
    Przeniosła wzrok na senatora Longwortha, który podszedł do nich w towarzystwie niskiej, pulchnej kobiety. Jego posępna twarz, ocieniona przez parasol, wydawała się równie blada i wynędzniała, jak kamienne wizerunki dokoła.
    Kate wyprostowała się.
    – Moim zdaniem, jest to dzień smutny dla każdego, senatorze Longworth. Migellin był niezwykłym człowiekiem.
    Skinął głową.
    – Szkoda tylko, że pod koniec zaangażował się w sprawę, która okazała się poważnym błędem i tak też zostanie zapamiętana.
    – To nie był błąd. Senator Migellin z oddaniem…
    – Och, proszę się tak nie denerwować. – Uniósł dłoń, aby powstrzymać potok jej słów. – Nadszedł dzień pojednania. Chciałem pokazać, że nie czuję wrogości z powodu narzuconego przez panią problemu. Chyba nie poznała pani jeszcze mojej żony Edny?
    Niska kobieta u jego boku wymamrotała zdawkową formułkę powitalną.
    – Edna jest trochę nieśmiała – oświadczył Longworth, najwyraźniej zadowolony z siebie. – Ale jesteśmy razem już od dwudziestu sześciu lat. To bardzo dzielna kobieta. Jeszcze z tej starej gwardii. Nie jest jedną z tych ważniaczek w stylu Hillary Clinton.
    Kate kiwnęła uprzejmie głową. Edna Longworth była z pewnością typowym okazem „małej kobietki”. Nie jej wina, że związała własne życie z takim dupkiem.
    – Czego pan chce, Longworth? – zapytał Seth.
    – Mówiłem już, chciałem wyrazić swoje… – Urwał na widok miny Setha. – Przy bramie stoją reporterzy – dodał. – Pomyślałem, że nie zaszkodzi nikomu z nas, jeśli sfotografują nas razem. Coś w rodzaju: „wrogowie złączeni w smutku”.
    Kate patrzyła na niego z niedowierzaniem.
    – Odwal się!
    – Nie ma potrzeby zachowywać się obraźliwie – odparł Longworth. – W końcu to wyście przegrali. Jeśli o mnie chodzi, chciałem tylko… – Opuścił wzrok na żonę, która szarpała go za rękaw. – O co chodzi, Edno?
    – Oni nie chcą. Obiecałeś, że jeśli nie zechcą, wrócimy do samochodu. Obiecałeś.
    – Zaraz pójdziemy.
    – Pada deszcz! – Edna nie dawała za wygraną. – Obiecałeś.
    Ku zdumieniu Kate, Longworth skapitulował.
    – Och, niech ci będzie. – Odwrócił się do Kate. – Moja żona nie lubi deszczu. Wszystko, co słodkie, rozpuszcza się na deszczu, wie pani? – Ujął żonę pod ramię i oboje skierowali się w stronę bramy.
    – Jest przekonany, że nas pokonał – mruknęła Kate. – Aż mnie ręka świerzbiła, żeby go uderzyć!
    – Myślę, że i tak to poczuł – zauważył Seth.
    – Widziałeś, jak traktuje swoją żonę? Boże, tak jakby był jej szefem! – Odwróciła się, spojrzała na Setha. – Nie chcę, żeby wygrał! Nie chcę, żeby RU 2 wylądował na śmietniku!
    – A więc zastanów się, jak temu zapobiec.
    – Wymyślimy jakiś sposób. Nie musisz tropić…
    – Nie, Kate. – Jego głos był cichy, ale zabrzmiał w nim wyraźnie kategoryczny ton, niedopuszczający sprzeciwu. – Daj już spokój.
    Dobrze, da spokój. Co ją zresztą obchodzi, czy on da się zabić albo aresztować? Jest głupim furiatem, zasługującym na wszystko, co może go spotkać. Skoro nie słucha dobrych rad, nie można mu pomóc. A więc dobrze, da mu spokój.
    Na razie.

    – Pan Drakin? – Mężczyzna stojący w progu był niski i ciemnowłosy, miał na sobie szary, dobrze skrojony garnitur. – Jestem Frank Barlow. Przywiozłem panu raport. Zdaje się, że pan Lynski…
    – Proszę wejść. – Seth zerknął za siebie na skuloną na sofie Kate. Nie ma potrzeby, aby znała treść ich rozmowy. I tak ma za sobą ciężkie popołudnie. – To nie potrwa długo. – Wprowadził detektywa do przyległego pokoju i zamknął drzwi, po czym wskazał mu krzesło.
    Barlow usiadł przy oknie i otworzył aktówkę.
    – Prosił pan o raport na temat Ogdena. Mam niewiele więcej ponad to, co przekazałem już przedtem panu Smithowi.
    – A co z Blountem?
    – Stara się nie wzbudzać podejrzeń, ale nie ulega wątpliwości, że to on zaaranżował wybuch w J. & S. Ogden nie ma takich kontaktów.
    – Giandello?
    – Szef mafii. Dość bystry, ale za bardzo przywiązany do starych metod. Stręczycielstwo. Narkotyki. Hazard. Nie lubi angażować się w cokolwiek nowego.
    – Blount jest jego synem. Jak kształtują się ich wzajemne stosunki?
    – Są dość bliskie. Przynajmniej ze strony starego. Szczyci się swoją rodziną. Zapewnia protekcję Blountowi. Mimo iż jest to syn z nieprawego loża, zadbał o jego naukę, odwiedza go często, z okazji ukończenia szkoły podarował mu szykowny samochód.
    W tych informacjach nie było nic, o czym Seth nie wiedział już wcześniej. Spróbował od innej strony.
    – Co to za typ ten Giandello? Co go porusza? Bario w zmarszczył brwi.
    – Co pan ma na myśli?
    – Czy to raptus? Czego się boi? Co go szczególnie irytuje?
    – Okazał się raptusem na tyle bezwzględnym, że poćwiartował jednego ze swoich zbyt ambitnych rywali – powiedział Barlow. – Ale, jak już mówiłem, jest sprytny. Nie porywa się na nic, co mogłoby przerastać jego siły. – Zerknął na leżącą przed nim kartkę papieru. – Nie lubi Żydów, nazistów, czarnych i homoseksualistów.
    – A więc zwykły przedsiębiorczy Amerykanin o miłej powierzchowności – mruknął Seth.
    – Coś jeszcze?
    – Do diabła, tak! Będziemy przeglądać ten raport w kółko, dopóki nie będę wiedział o nich więcej niż ich matki. – Usiadł i wziął od Barlowa notes. – Zaczniemy od Blounta.

    Seth powiedział, że to nie potrwa długo, a tymczasem upłynęła już godzina.
    Zamknął za sobą drzwi, odgradzając się od niej. Przez kilka tygodni dzielili ze sobą wszystko, robili wszystko wspólnie. A teraz jest znowu sama… Jakie to dziwne i przykre uczucie! I nie zmienia tu niczego fakt, że to ona dokonała wyboru.
    Wstała i weszła do łazienki. Położy się spać i zapomni o wszystkim. Przyzwyczaiła się już przecież do samotności.
    Ale nie do takiej, jaka była udziałem Setha. Ona ma Joshuę i Phyliss. Seth nie ma nikogo.
    Trudno, to jego wybór. Widocznie nie zależy mu na tego typu więzach. Przyciąga do siebie ludzi niczym magnes, ale potem, kiedy wejdą już do jego kręgu, odcina się od nich.
    A może brakuje mu odwagi na kontynuowanie takich kontaktów? Ile to już razy zapuszczał korzenie, po to tylko, aby je potem zerwać? Ale ona nic nie może na to poradzić. Seth jest taki, jaki jest, i ona jest taka, jaka jest. Dzieli ich tak wiele!
    Ale to, co ich łączyło…
    Rozebrała się i weszła do łóżka. Idź spać. Zapomnij o tych zamkniętych drzwiach.
    Nie, nie potrafi zapomnieć. W jej pamięci odżywał stale tamten koszmar. Seth w niebezpieczeństwie. Seth tropiony przez Ishmaru. Nie spała jeszcze, kiedy usłyszała, jak otwierają się drzwi do pokoju Setha i zamykają te na korytarz. Odczekała dwadzieścia minut i uznała wreszcie, że nie zniesie tego dłużej.
    Wyskoczyła z łóżka, a po chwili otworzyła drzwi do pokoju Setha.
    Mimo mroku panującego w sypialni dostrzegła na łóżku zarys jego ciała.
    – Mogę do ciebie wejść?
    – Czy musisz pytać?
    – Tak. – Przebiegła przez pokój, wśliznęła się pod kołdrę. Położyła się obok niego, ale w taki sposób, że go nie dotknęła. – Tak mi się wydaje. Byłeś na mnie zły, kiedy…
    – …Kiedy wyrzuciłaś mnie ze swojej sypialni – dokończył. – Do diabła, tak, byłem wściekły. Ale mam to już za sobą. Tak jakby. Dlaczego tu jesteś? Bo chyba nie sprawił tego mój fantastyczny seksapil?
    – Powiedziałeś, że w ciągu miesiąca znajdziesz się znowu w moim łóżku.
    – Więc postanowiłaś zaoszczędzić mi kłopotu?
    – Może. – Milczała parę sekund. – Kim był ten człowiek?
    – Aha, więc o to chodzi? Próbujesz wyciągnąć ode mnie wszystkie tajemnice.
    – Co to za jeden?
    – Prywatny detektyw. Barlow. Podobno dobry. Tak mówi Tony. Oby to była prawda.
    – Do czego jest ci potrzebny?
    – Do zdobycia informacji.
    – Jakich informacji?
    Nie odpowiedział.
    Spojrzała na niego.
    – Dlaczego nic nie mówisz?
    – Bo dopóki nic nie wiesz, nie możesz być oskarżona o współudział.
    – Nie cierpię tego – wyszeptała. Wtuliła mu głowę pod ramię. Słyszała wyraźnie i głośno bicie jego serca. – Pomogę ci.
    Zesztywniał. – Co?
    Była niemal tak samo zaskoczona jak on. Nie spodziewała się, że wypowie te słowa, ale teraz, kiedy już się na nie zdobyła, uświadomiła sobie, że były nieuniknione.
    – Przecież słyszałeś. Skoro musisz to zrobić, pomogę ci.
    – Dlaczego?
    – Mam takie same motywy jak ty.
    – Kate.
    Nie uwierzył jej. Znał ją za dobrze. Pod powiekami czuła już piekące łzy.
    – Do diabła, po prostu nie chcę, żebyś był sam.
    Milczał. Dopiero po długiej chwili musnął jej czoło wargami.
    – Hej, to chyba znaczy, że mnie lubisz!
    – Może. Troszeczkę.
    – Bardziej niż troszeczkę. Bardzo mnie lubisz. To wiele znaczy narażać się dobrowolnie na oskarżenie o współudział. – Pogłaskał ją delikatnie po głowie. – Zwłaszcza że jesteś pewna, iż zostanę schwytany. – Kpiącym tonem dodał: – Jak myślisz, mała, będzie mi do twarzy w więziennym stroju?
    – Nie czas na żarty. Wiem, że tamci to mordercy, ale wierzę w prawo. I nie cierpię śmierci. Nigdy jej nie cierpiałam. Ona oznacza klęskę. Ta sprawa mnie przeraża.
    – A jednak chcesz wziąć w niej udział. Co z Joshuą?
    – To właśnie przeraża mnie najbardziej. Wiem, że on ma Phyliss. – Objęła go zachłannie. – Ale musi mieć także mnie. Nie chcę, aby została mu tylko ona. A więc obmyśl dobry plan, na tyle dobry, abym mogła do niego wrócić.
    – Zrobię wszystko, co w mojej mocy. – Jego głos zadrżał. – Śpij już, Kate.
    Była zbyt przerażona, aby zasnąć, za bardzo wystraszona perspektywą działania, na jakie zdecydowała się z własnej woli. Zapragnęła nagle znaleźć się bliżej niego. Uniosła się na łokciu, nachyliła się i pocałowała go.
    – Jeszcze nie teraz…

16.

    Kiedy Kate otworzyła oczy, ujrzała kartkę ustawioną na nocnym stoliku.

    Nie denerwuj się. Nie próbuję Cię odstawić na boczny tor. Po prostu musiałem pójść przeprowadzić niewielkie rozpoznanie. Wrócę wieczorem.
    Seth.

    Jakie rozpoznanie? Zastrzegł się, że nie zamierza jej odstawić na boczny tor, ale nie zdradził swych planów.
    Może dlatego, że o nic go nie zapytała. Powinna była zapytać. Z pewnością nie dopatrzył się u niej entuzjazmu i postanowił nie angażować jej w tę sprawę na siłę.
    Cóż, w takim razie zapyta go wieczorem. Nie pora myśleć o tym teraz. Trzeba się raczej zastanowić, w jaki sposób doprowadzić do rejestracji RU 2. Musi być jakieś wyjście.
    Wyskoczyła z łóżka, przeszła do łazienki. Spędzi ten dzień z Joshuą i Phyliss. Może pójdą popływać w hotelowym basenie. Zawsze gdy nurtował ją jakiś problem, próbowała oderwać się od niego i odprężyć. To zdumiewające, do czego zdolna jest podświadomość, jeśli tylko zostawi się jej pełną swobodę.

    – Po co pan tu przyszedł, Drakin? – Marco Giandello rozsiadł się wygodnie w swoim imponującym fotelu. – Nie wydaje mi się, aby łączyły nas jakiekolwiek interesy.
    – A mnie się zdawało, że jednak tak. Pański syn zaproponował mi pewien układ, którego istotnym elementem był pana udział.
    – W takim razie niech pan pertraktuje z moim synem. To jego gra.
    – Nie mam zamiaru działać za jego plecami. Chciałem po prostu przed podjęciem ostatecznej decyzji upewnić się, że i pan wsiada na pokład.
    Giandello uśmiechnął się.
    – Nie wierzę wprawdzie w te bzdury na temat DNA, ale mój chłopak uważa, że gra jest warta świeczki. To dobrze, jeśli syn stara się iść w życiu własną drogą. Tym chętniej podam mu pomocną dłoń.
    – Wspaniale. Sytuacja wydawała mi się zbyt niepewna, potrzebne mi było takie właśnie zapewnienie z pańskiej strony. – Umilkł na chwilę. – Pański syn zachowuje wobec Ogdena należytą ostrożność, mam nadzieję?
    – Co takiego? Chyba tak. Dlaczego?
    – Tak tylko pytam. Po prostu słyszałem, że Ogden to nie lada furiat. Nie będzie zachwycony, jeśli się dowie, że pański syn układa się z innymi za jego plecami. Ma naprawdę wiele do stracenia.
    Giandello zesztywniał.
    – Mój chłopak wie, jak zadbać o siebie.
    Seth uniósł obie dłonie w geście skruchy.
    – Bez urazy. Chodzi mi tylko o to, aby nic nie stanęło nam na drodze. Ten cały rozgardiasz wokół RU 2 jest dla mnie od dawna główną zadrą w tyłku. Teraz marzy mi się tylko jedno: wrócić do Ameryki Południowej z masą pieniędzy i pożyć tam jak król. – Uśmiechnął się i wstał. – I jeszcze przerzucić na pana i Blounta wszystkie troski, jakie mnie gnębiły. Czuję się teraz znacznie lepiej. Mam nadzieję, że nie wspomni pan Blountowi o mojej wizycie. Mógłby wziąć mi za złe, że poleciałem do jego tatusia. Uznałby to za brak zaufania.
    – Nie mam tajemnic przed synem.
    Seth wzruszył ramionami.
    – Cóż, zrobi pan, jak uważa. Żegnam, panie Giandello. Dziękuję, że poświęcił mi pan trochę cennego czasu.
    Giandello odczekał parę chwil, a kiedy drzwi zamknęły się za jego gościem, podniósł słuchawkę i zatelefonował do syna.

    – Po co, u diabła, niepokoił pan mego ojca? – krzyczał Blount, kiedy w drodze powrotnej do Waszyngtonu Seth zadzwonił do niego z pokładu samolotu. Jego głos był piskliwy, daleki od tego gładkiego, uprzejmego tonu, jakim zwykł czarować swoich rozmówców. – Ta sprawa dotyczy tylko nas obu, Drakin. Pana i mnie.
    – Spokojnie. Jestem człowiekiem ostrożnym. Musiałem się upewnić, że mówi pan prawdę. Jak powiadają, źle strzeżone źródło może wyschnąć. Ale pański ojciec przekonał mnie. Jestem gotów do współpracy.
    W słuchawce zaległa cisza.
    – Nigdy nie wątpiłem, iż wyrazi pan zgodę – powiedział w końcu Blount. – Od samego początku widziałem w panu człowieka, który wie dobrze, z której strony wiatr wieje. – Jego głos był znowu uprzejmy i gładki, pobrzmiewała w nim głęboka satysfakcja. – Wolałbym tylko, aby wierzył pan bardziej w to, co mówię. Musimy się spotkać i przedyskutować tę sprawę.
    – Jestem dokładnie tego samego zdania. Może około trzeciej po południu pod pomnikiem Waszyngtona?
    – Za dużo tam ludzi.
    – Ale lepsze już to niż jakaś restauracja lub hotel. W całym Waszyngtonie aż się roi od płatnych informatorów. Pod pomnikiem są tylko turyści.
    – Niech będzie. – Blount zachichotał. – Teraz, kiedy zawarliśmy układ, nie ma już znaczenia, czy ktoś zobaczy nas razem, czy nie. O trzeciej pod pomnikiem Waszyngtona.

    – O trzeciej pod pomnikiem Waszyngtona.
    – Kto mówi? – zapytał Ogden.
    – Niech pan tam będzie o tej porze.
    – Nie uznaję anonimowych telefonów.
    – A jednak pan uzna, jeśli chce schwytać Judasza na gorącym uczynku.
    – Judasza?
    Seth odłożył słuchawkę. Wygląda na to, że najbliższe godziny będą bardzo interesujące. Udało mu się wprawić bąka w ruch. Teraz trzeba tylko dopilnować, aby nie przestał wirować.

    Kate uznała, że dość już kąpieli w basenie. Joshua nie wyjdzie z wody przed nią, a pływali już ponad dwie godziny. Nie wyglądał wprawdzie na zmęczonego, trudno było nawet uwierzyć, że był kiedykolwiek chory, ale nieraz pozory mylą. Nie ma sensu ryzykować.
    – Jeszcze jedno okrążenie. – Opryskała mu twarz wodą. – Ścigamy się.
    Dopłynęła do mety pierwsza.
    – Oszukiwałaś. Nie byłem jeszcze gotowy.
    – Każdy sposób jest dobry, żeby wygrać. – Wciągnęła się na brzeg i pomogła synowi wyjść z wody. – Przegrywałam z tobą tyle razy, że przestało mi się to podobać.
    – Może przegrywałaś dlatego, że ważysz więcej.
    – Dzięki. – Cisnęła w niego ręcznikiem. – Za to przebiegniesz na drugą stronę basenu i odszukasz Phyliss oraz pana Rimilona. Czas na lunch.
    – Dobrze. – Zerwał się na równe nogi.
    – I przynieś mi szlafrok! – zawołała za nim.
    Patrzyła na niego, kiedy oddalał się biegiem. Ani śladu jakiegokolwiek osłabienia. Wyglądał tak zdrowo jak dawniej, zanim zachorował. Dzięki Bogu! Tamtego wieczoru przeraził ją nie na żarty…
    Cóż, taka bywa nieraz cena uczucia. Troska o kogoś bliskiego to rzecz naturalna. Zdjęła czepek i spojrzała w stronę, skąd zbliżali się właśnie Phyliss, Rimilon i Joshua.
    – Idziemy na lunch?
    – Czemu nie? – Phyliss rzuciła jej szlafrok. – Potrzebny ci solidny zastrzyk kalorii po tych szaleństwach w basenie. Rozmyślałaś?
    To zdumiewające, jak dobrze Phyliss ją zna.
    – I dobrze mi to zrobiło. Miałam nadzieję, że… – Urwała. Czy to możliwe? Pomysł wydawał się zbyt szalony. Ale jeśli…
    Skierowała się ku wyjściu.
    – Spotkamy się na górze. Muszę zatelefonować.
    – Do kogo? – zapytała Phyliss.
    – Do Lynskiego.

    – Pomysł nie był jednak najlepszy. – Blount z wyraźnym niezadowoleniem spoglądał na chmarę uczniów wysiadających z autobusu. – Jak mamy rozmawiać w takim rozgardiaszu?
    – Przejdziemy się wokół stawu. Musi pan przyznać, że nikt nie zwraca na nas uwagi. A zresztą sam pan twierdził, że to już nie ma znaczenia.
    Blount odprężył się.
    – Bo istotnie nie ma. Chyba za bardzo się przejmowałem Ogdenem. Ale to już przeszłość. – Dotrzymywał kroku Sethowi. – Musi pan zarejestrować RU 2 gdzieś w Europie. Musimy do tego doprowadzić, w przeciwnym razie nie będziemy mogli otworzyć tej kliniki.
    – Mam już rezerwację na samolot. – Rzucił ukradkiem spojrzenie na sunącą nieopodal czarną limuzynę. Ogden?
    – A co z Kate Denby? Jej nazwisko figuruje na wniosku patentowym.
    – Potrafię udowodnić, że większość prac wykonał Smith.
    – Tak też myślałem.
    – Byłoby jednak lepiej dojść z nią do jakiejś ugody. – Seth skierował spojrzenie na staw. – I jeśli nie chce pan użerać się w sądach z jej spadkobiercami, radzę trzymać Ishmaru z dala, przynajmniej do czasu, kiedy zawrzemy układ.
    – Mówiłem już, że Ishmaru nie stanowi problemu. – Blount uśmiechnął się. – Denby też przestanie stwarzać problemy, jeśli Ishmaru znajdzie to, czego szuka. Jak się wydaje, nasza pani doktor nie jest wcale taka niewinna, za jaką uchodzi.
    Seth z trudem panował nad sobą.
    – Nie wierzę! – Udało mu się zapytać obojętnym tonem: – A co takiego miałaby przeskrobać?
    – Morderstwo. – Widząc minę Setha, Blount dodał: – Ja też byłem tym zaskoczony.
    – Chodzi o tego gliniarza w Dandridge? Ta sztuczka nie bardzo się wam udała. Prokuratura odstąpiła już od oskarżenia.
    – Nie, tamta sprawa miała miejsce kilka lat wcześniej. Ale i ten ostatni nakaz aresztowania nie przysporzy jej sympatii w sądzie.
    – Jeszcze jedna rozprawa. To nie rozwiąże problemu.
    – Ona mnie nie obchodzi – rzucił niecierpliwie Blount. – Co z RU 2? Niech moi prawnicy sporządzą tekst umowy, zanim odleci pan do Europy.
    – Wolę swoich prawników.
    – Przyznaję, że spodziewałem się…
    – Ty nędzny mały kutafonie! – Raymond Ogden odwrócił Blounta twarzą ku sobie, zaciśnięta pięść ugodziła go w usta. – Ty pieprzony kłamliwy sukinsynu!
    Blount osunął się na kolana.
    Ogden kopnął go w brzuch, na jego twarzy malowała się furia.
    – Spakuj swoje rzeczy i wynocha z mojej firmy! Jesteś skończony! – Kopnął go jeszcze raz. – I niech ci się nie wydaje, że coś na tym skorzystasz. Nie pozwolę na to. Masz za mało oleju w głowie, aby zdziałać coś na dużą skalę, ty dupku!
    – Jezu, ale się wściekł, co? – mruknął Seth, patrząc, jak Ogden kroczy z powrotem do swojej limuzyny.
    – Sukinsyn – sapał ciężko Blount, starając się odzyskać oddech. – Skąd, u diabła, wiedział, że jestem…
    – Och, ja go o tym poinformowałem. – Seth podał mu rękę, pomógł wstać. – Uznałem, że tak trzeba.
    Blount otworzył szeroko oczy.
    – Pan go poinformował? I wystawił mnie?
    – Cóż, mieliśmy się spotkać i przyszło mi na myśl, że mogę upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu.
    – Chciał pan, aby on mnie pobił?
    – Chciałem się upewnić, że naprawdę zerwie pan wszelkie kontakty z tym człowiekiem. Nieodwołalnie. A myślę, że teraz to jest rzeczywiście nieodwołalne, czyż nie?
    – Ja natomiast myślę, że skręcę panu kark – wycedził Blount przez zaciśnięte zęby.
    – To zrozumiałe. – Seth skierował wzrok za Blounta, ponad jego głową. – Ale zdaje się, że ten drobny incydent ściągnął tu wielu ciekawskich. Powinien pan poczekać trochę, aż nie będzie żadnych świadków.
    Blount wyciągnął z kieszeni chustkę, przytknął ją do rozciętej wargi.
    – Powiedziałem już, że nie obchodzi mnie, czy on widział nas razem. Zamierzałem i tak wyznać mu prawdę, ale w momencie, który ja uznam za właściwy.
    – Przykro mi, jakoś nie bardzo w to wierzę. Psuje pan szyki Ogdenowi. Kto zaręczy, że za pewien czas nie zmieni pan znowu zdania i nie zacznie psuć szyków z kolei mnie? Dlatego musiałem się zabezpieczyć przed podjęciem ostatecznej decyzji. – Uśmiechnął się zadowolony z siebie. – Teraz zniknęły wreszcie wszystkie przeszkody.
    – Zapamiętam to.
    – Nie wątpię. Ale nasz układ jest dla pana zbyt nęcący, aby wycofać się z niego z powodu kilku zadrapań. – Otrzepał marynarkę Blounta z jakiegoś pyłku. – Potrzebny panu kąt do spania. Mogę udostępnić na parę dni apartament w moim hotelu, do czasu odlotu do Amsterdamu. Mogę też wpaść zaraz do Ogdena, pomóc panu spakować rzeczy.
    – Nie potrzebuję… – zaczął Blount i nagle uśmiechnął się złośliwie. – Albo dobrze, niech pan przyjedzie tam po mnie. Ogden zapewne będzie u siebie i może uzna, że także panu przyda się parę siniaków.
    – Tak mi pan niedobrze życzy? – Seth zarechotał. – A ja sądziłem, że dobrana z nas para.
    – Zamknij się pan, do diabła! – warknął Blount. Ruszył przed siebie żwawym krokiem.
    Seth szedł za nim zrelaksowany. Bąk nadal wirował w najlepsze. Jeszcze tylko kilka obrotów…
    – Wyglądasz na zadowoloną – powiedziała Phyliss, wchodząc do apartamentu Kate. – Co cię tak uradowało?
    – Nie jestem zadowolona, lecz podniecona. – Odłożyła słuchawkę. – Posłuchałam przeczucia i nie jestem pewna, czy to mi się opłaci.
    – Powiesz mi, o co chodzi? Kate pokręciła głową.
    – Jeszcze nie teraz. Nie chcę zapeszyć. Gdzie Joshua?
    – Przebiera się. – Phyliss odwróciła się do wyjścia. – Muszę zrobić to samo. Gdzie zjemy lunch?
    – Tutaj. – Kate ruszyła w stronę łazienki. – Wezmę kąpiel i przebiorę się. Poczekaj na Joshuę i zamówcie coś dla wszystkich. Dla mnie tylko kanapkę.
    – Po takim treningu przydałoby ci się coś więcej niż jedna kanapka.
    – Dobrze, więc zamów mi jeszcze sałatkę! – odkrzyknęła Kate przed zamknięciem drzwi.
    Kiedy kelner zjawił się z zamówieniem, kończyła suszyć sobie włosy. Szybko włożyła spodnie, dopasowaną bluzkę i sandałki.
    – Kate.
    – Już idę. – Wpadła do salonu, musnęła wargami czoło syna i usiadła naprzeciw niego na krześle. – Co zamówiłeś?
    – Chili doga. Otrząsnęła się.
    – W menu jest tyle zdrowych potraw, a ty wybierasz chili doga? Uśmiechnął się.
    – Powiedziałaś, że mogę zamówić, na co mam ochotę. Zresztą chili dogi są zdrowe. Mięso zawiera proteiny, a cebula to warzywo i…
    – Dobrze już, dobrze.
    – Zbyt łatwo się poddajesz. Dobrze się czujesz?
    – Wspaniale. – Rzeczywiście czuła się świetnie. Od dnia, kiedy zginął Migellin, ujrzała po raz pierwszy promyk nadziei. A nadzieja była zdumiewająco silną podnietą. – Ale Phyliss może nie czuć się tak doskonale, jeśli zacznie cię potem boleć brzuch.
    – Wszystko będzie dobrze – odezwała się Phyliss. – Ja też zamówiłam sobie chili doga.
    Kate jęknęła z udaną rozpaczą.
    – Znalazłam się wśród samych…
    Zadzwonił telefon.
    Seth?
    – Odbiorę. – Zerwała się z krzesła, podniosła słuchawkę.
    – Czy wiesz, gdzie jestem, Emily?
    Serce jej zamarło, aby po chwili zacząć walić ze zdwojoną siłą.
    – Nie odpowiadasz. Wiesz, kto mówi?
    – Ishmaru.
    – Wiedziałem, że mnie nie zapomnisz. Ja też nie potrafię zapomnieć ciebie. Zwłaszcza tu, gdzie teraz jestem. Tak tu pięknie. Same drzewa, krzaki i leśne ścieżki. Miałem wizje o tobie i lesie. Mam wiele wizji, wiesz? Każdy prawdziwy wojownik miewa wizje.
    Zacisnęła dłoń na słuchawce.
    – Czego chcesz?
    – Chcę, abyś do mnie przyszła.
    – Odwal się.
    – Nie możesz odmawiać mi tak pochopnie. Spędziłem kilka interesujących dni w archiwum akt. Niektóre fakty były bardzo sprytnie utajnione, ale udało mi się je odkryć. Teraz wiem wszystko. Byłaś niegrzeczną dziewczynką, Kate.
    – Nie wiem, o czym mówisz.
    – To dlatego, że nawet nie zapytałaś, gdzie byłem. Ale i tak ci powiem. Byłem w Pinebridge.
    Odłożył słuchawkę.
    Zamknęła oczy, chcąc zwalczyć obezwładniający lęk.
    – Mamo? – Joshua był już przy niej, w jego wzroku widniał strach.
    Odruchowo otoczyła go ramieniem.
    – Wszystko w porządku, kochanie. Wszystko w porządku.
    – Nieprawda. Słyszałem, jak powiedziałaś: Ishmaru.
    – Będzie dobrze. Możesz mi wierzyć. Będzie dobrze. – Zwróciła się do Phyliss: – Muszę iść. – Sięgnęła po torebkę. Czy jest w niej rewolwer? Tak, Seth dbał o to, aby nie ruszała się nigdzie bez broni.
    – Dokąd idziesz? – zawołała za nią Phyliss.
    Nie mogła jej powiedzieć. Obiecała, że nie powie. Nikt nie może się dowiedzieć. Ale Ishmaru już wie. Dobry Boże, on wie.
    – Phyliss, uważaj na Joshuę.
    Drzwi zamknęły się za nią.

    Musiało się stać coś złego.
    Seth dostrzegł to natychmiast po wejściu do pokoju.
    Joshua siedział na kanapie, sztywny jakby kij połknął, Phyliss wyglądała jak kontuzjowana po olbrzymiej eksplozji. Kate!
    – Gdzie Kate?
    – Poszła – odparła Phyliss. – Dlaczego nie było cię przy niej? Gdzie się podziewałeś?
    – Musiałem coś załatwić. Powiesz mi, gdzie ona jest, czy zamierzasz tylko na mnie krzyczeć?
    – Ishmaru – wyszeptał Joshua.
    Seth poczuł, jak serce gwałtownie skoczyło mu do gardła.
    – Co się stało?
    – Mama rozmawiała przez telefon, a potem wybiegła.
    – Kiedy to było?
    – Jakieś dwie godziny temu – wyjaśniła Phyliss.
    – Na pewno rozmawiała z Ishmaru?
    – Tak się do niego zwróciła, a potem widziałam jej minę. To był na pewno Ishmaru.
    – Dokąd poszła?
    – Nie powiedziała. Prosiła tylko, żebym zaopiekowała się Joshua.
    – Co teraz zrobisz? – zapytał Joshua oskarżycielskim tonem. – Obiecałeś, że ją ochronisz.
    – I dotrzymam słowa. – Przeszedł przez pokój, pochwycił chłopca za ramiona. – Posłuchaj mnie, Joshua. Nie pozwolę, aby stało jej się coś złego. Odnajdę ją i przyprowadzę z powrotem do ciebie.
    – Nawet nie wiesz, gdzie ona teraz jest.
    – Znajdę ją. Zaufaj mi. Wszystko będzie dobrze.
    – Mam mówiła tak samo. Ale była przerażona. Widziałem to wyraźnie.
    Ja też się boję, pomyślał Seth. Chryste, jeszcze nigdy nie bałem się tak panicznie jak teraz.
    – Zaufaj mi – powtórzył. – Przyprowadzę ją z powrotem.
    Joshua patrzył na niego bez słowa. Seth nie mógł nawet mieć mu tego za złe. Trudno pocieszyć kogoś skutecznie, jeśli czeka się samemu na słowa otuchy. Zdjął ręce z ramion chłopca i wyszedł z pokoju.
    W korytarzu czekał na niego Rimilon.
    – Gdzie byłeś, do diabła?
    Widziałem, jak wyszedłeś z windy. Zjechałem na dół, żeby dowiedzieć się czegoś od portiera. Przebiegła tuż obok mnie. To nie moja wina. Starałem się ją zatrzymać. Mówiłeś, że moje zadanie to opieka nad chłopcem i starszą panią.
    – Co ci powiedział portier?
    – Że wzięła taksówkę. Ale nie dosłyszał, dokąd kazała się zawieźć. Niech to diabli! Ruszył w stronę wind, omijając Rimilona.
    No, dobrze. Zachowaj zimną krew. Zastanów się.
    Dlaczego nie zaczekała na niego?
    Kate!
    Do diabła, nie mieszaj do tego uczuć, myśl trzeźwo, w przeciwnym razie nie zdołasz jej pomóc.
    Najpierw trzeba ją odnaleźć.
    To żaden problem. Wystarczy wpaść na trop Ishmaru.
    Blount wie, gdzie można znaleźć Ishmaru. Pozostało jeszcze trochę czasu. Blount wspomniał, że Ishmaru zarezerwował samolot po śmierci Migellina.
    Chyba że zmienił zdanie i wrócił do Waszyngtonu.
    Wolał nawet nie myśleć o takiej ewentualności. Musi przyjąć, że ma czas i że Kate leci teraz gdzieś na spotkanie z Ishmaru.
    Tak więc należy obecnie uzupełnić nieco dotychczasową taktykę działania: niech bąk wiruje nadal, a zanim się zatrzyma, on musi wykryć, gdzie Kate ma się spotkać z Ishmaru.

    Rozcięta warga piekła jak diabli.
    Blount z nachmurzoną miną spoglądał na swoje odbicie w lustrze. Warga nie tylko piekła, była także opuchnięta. Pieprzony Ogden! Niech go diabli!
    Do diabła też z Sethem Drakinem. Ale jego los jest już przesądzony. Kiedy tylko klinika powstanie i zacznie funkcjonować, ten sukinsyn zginie. To się da załatwić przez ojca. Tak trzeba. Piękne za nadobne. Wet za wet.
    Włożył do podręcznej torby płyn po goleniu, dezodorant i szczotkę do zębów. Reszta bagażu była już spakowana. Zaraz wezwie taksówkę i wyniesie się stąd. Nie miał zamiaru tkwić tu dłużej, czekając na Drakina. Żałował tylko, że pośpiech nie pozwoli mu pchnąć tego dupka w łapy Ogdena.
    Ogden zdążył się już na pewno ubzdryngolić. Idąc po swoje rzeczy do biura, Blount ujrzał przedtem służącego, który wnosił do biblioteki butelkę wódki. Wykorzystał też sposobną chwilę, aby wepchnąć do swojej walizki kilka dokumentów, stawiających Ogdena w dość niekorzystnym świetle. Nie było to nic szczególnie szokującego; tego typu materiały spoczywały bezpiecznie w prywatnym sejfie szefa. Ale znajdą się gazety, które zainteresują informacje o transakcji dotyczącej terenów pod budowę fabryki w Indiach. To by było…
    – Czyżbym się spóźnił, Blount?
    Znieruchomiał zaskoczony, a kiedy odwrócił głowę, ujrzał Drakina stojącego w drzwiach do łazienki.
    – Jak pan się tu dostał?
    – Nie przez drzwi frontowe. To by się mogło okazać błędem. Wdrapałem się na drzewo pod oknem i przeskoczyłem na balkon.
    – Narażał się pan na mnóstwo kłopotów.
    Seth uśmiechnął się.
    – Raczej nie. Czy w informacjach zdobytych na mój temat znalazł pan wzmiankę o tym, że swego czasu byłem włamywaczem?
    – Nie. – Ale w tym czarnym swetrze, dżinsach i tenisówkach wygląda rzeczywiście na włamywacza, pomyślał Blount.
    – A więc to oczywiście nie jest prawdą. Bo przecież wie pan o mnie wszystko, czyż nie, Blount?
    – Wiem tyle, ile trzeba. – Przeszedł obok Setha, kierując się do sypialni. – I nie mam najmniejszego zamiaru wymykać się stąd przez okno. Wyjdziemy normalnie, frontowymi drzwiami. Niech pan weźmie tę walizkę.
    – Za chwilę. – Seth oparł się plecami o framugę drzwi. – Będzie pan musiał uzbroić się w cierpliwość. Bo wie pan o czymś, co ma dla mnie olbrzymie znaczenie. Gdzie jest Ishmaru?
    – Nie czas na takie rozmowy.
    – Ma pan mnóstwo czasu, ile tylko trzeba. Chcę wiedzieć, gdzie jest Ishmaru. Czy tutaj, w Waszyngtonie?
    – Powiedziałem już, że nie.
    – Telefonował do Kate Denby. Może jednak wrócił?
    – Nie sądzę. A zresztą, kogo to obchodzi? Niech zabije tę Denby, skoro ma na to ochotę. Żywa sprawia na pewno więcej kłopotów niż martwa. Przynajmniej moglibyśmy rozwikłać problemy spadkowe.
    – Niech zabije tę Denby – powtórzył cicho Seth. – Czy tak pan powiedział?
    Blount zesztywniał. Jakiś głos wewnętrzny nakazał mu nagle czujność. Coś było nie w porządku. Nie podobał mu się zwłaszcza wzrok Drakina.
    – Czy nie tak samo wypowiedział się pan przedtem na temat Noaha i Migellina?
    – Wynoś się pan stąd, Drakin! Skacz pan przez okno albo wyjdź frontowymi drzwiami. Mnie to w ogóle nie obchodzi. – Podszedł do łóżka, na którym leżała otwarta walizka. – Nie zamierzam tu stać i tolerować…
    Ramię Setha wystrzeliło gwałtownie i zacisnęło się od tyłu na szyi Blounta.
    – Gdzie jest Ishmaru?
    Czuł, że zaczyna się dusić, bezskutecznie ciągnął Setha za rękę. Dłonią wyczuł gumę… nie, lateks. Drakin nosił rękawiczki lateksowe, jak jakiś pieprzony lekarz!
    – Ishmaru – przypomniał mu Seth.
    – Pracuje teraz w szpitalu… Pinebridge.
    – Gdzie?
    – W pobliżu… Dandridge.
    – Dobrze. – Opuścił ręce, uwalniając Blounta, po czym cofnął się o krok. – To wszystko, co chciałem wiedzieć.
    Blounta ogarnął gniew.
    – Ty popaprańcu! – Rzucił się na niego.
    Ale Drakina nie było już tam, gdzie stał jeszcze przed chwilą. Odskoczył na bok, a kiedy obrócił się ponownie do Blounta, trzymał coś w dłoni. Chińską mosiężną figurkę psa ściągniętą ze stolika.
    – No, chodź! – skinął na Blounta, jakby zachęcał go do nowego ataku. – Spróbuj jeszcze raz. Jeszcze ten jeden raz i będzie po wszystkim.
    Nagły lęk ostudził wojownicze zapędy Blounta. Ten sukinsyn chce mnie zabić, uświadomił sobie zaskoczony. Zamarł w bezruchu. Nie miał ochoty na bezpośredni atak. Jego broń znajdowała się w otwartej torbie leżącej na łóżku. Jeśli już miałby się ruszyć, to wyłącznie po nią. Zmusił się do uśmiechu.
    – Po co to wszystko? Trochę mnie poniosło, wiem o tym, ale to jeszcze nie powód do podejmowania pochopnych działań. Liczy się tylko jedno: nasza umowa.
    – Doprawdy?
    – Spójrzmy na to tak: powiedziałem panu, gdzie jest Ishmaru. W porządku. Teraz możemy zacząć od nowa, w miejscu, gdzie… – Jednym susem znalazł się przy łóżku, sięgnął po broń i uniósł ją, obracając się w stronę Setha.
    Nie zdążył jej użyć.
    Drakin zamachnął się posążkiem i ze zdumiewającą precyzją ugodził nią Blounta w lewą skroń, zabijając go na miejscu.

    Udało się.
    Seth wziął z łazienki ręcznik i wytarł starannie posążek. Nosił lateksowe rękawiczki, nie musiał się więc obawiać, że zostawił odciski palców, chciał jednak, aby wyglądało na to, że figurkę wytarł ktoś niemający na sobie takich rękawiczek. Ktoś działający pod wpływem impulsu. Ktoś, kto nie ukartował zabójstwa Blounta z góry, lecz uczynił to przypadkiem.
    Następnie rzucił figurkę na podłogę, obok zwłok.
    Pośpiesznie przeszukał walizkę.
    Jakieś dokumenty Ogdena. Tego się właśnie spodziewał: że Blount nie oprze się pokusie wzięcia drobnego odwetu za to, iż Ogden pobił go niedawno i upokorzył. Ogden z pewnością odkryje niebawem ciało Blounta, a zanim jeszcze powiadomi policję, sam przeszuka walizkę. Seth wyjął z niej dokumenty i wsunął je pod materac. Następnie otworzył drzwi na korytarz i zostawił je lekko uchylone.
    Czy nie zapomniał o czymś?
    Powiódł wzrokiem po całym pokoju. Nie, to chyba wszystko. Najwyższa pora, aby zniknąć stąd. Jak najszybciej. Musi dotrzeć do Kate. Ruszył przez pokój w stronę balkonu.
    Niech Ishmaru zabiję tę Denby.
    Akurat!
    Pinebridge
    Było już po północy, kiedy Kate zaparkowała wynajęty samochód na parkingu szpitalnym i wysiadła.
    Nic się tu nie zmieniło, pomyślała, idąc długą alejką wiodącą do szpitala. Światła świeciły łagodnie i zachęcająco, trawniki były jak zawsze zielone i starannie utrzymane.
    Nie, to nieprawda. Coś się zmieniło. I nigdy już nie będzie tak, jak było. Gdyż teraz przebywał gdzieś tutaj Ishmaru.
    Odkąd wysiadła z auta, spodziewała się go w każdej chwili.
    Pchnęła drzwi, weszła. Hol szpitala był wyludniony o tej porze.
    Gdzie się podziewasz? Wezwałeś mnie przecież. Gdzie jesteś?
    – Tutaj go nie ma. Sprawdziłem już w administracji.
    Nie potrafiła ukryć szoku, kiedy ujrzała Setha. Podniósł się z fotela ustawionego pod dużą paprocią.
    – Co tu robisz?
    – Przeżywam załamanie nerwowe – uśmiechnął się blado. – Nie wiedziałem nawet, czy na pewno będziesz tutaj. Mógł przecież umówić się z tobą w innym miejscu.
    – Seth, odejdź. Nie chcę, żebyś tu był.
    Zdawał się nie słyszeć jej słów.
    – Opisałem, jak wygląda. Powiedziano mi, że pracuje tu w charakterze sanitariusza. Podał się za niejakiego Sancheza. Dziś pracował po południu, ale wieczór ma wolny.
    – Seth, idź już.
    – Nie. – Podszedł bliżej, mówił cicho, natarczywie. – Do diabła, nie musisz przede mną niczego ukrywać. Nawet jeśli kogoś zabijesz, co z tego? Przecież cię znam. Z pewnością nie zrobiłabyś tego bez ważnego powodu.
    – W jaki sposób… – Nie, to nie miało teraz znaczenia. Nie pora na dyskusje. Trzeba odnaleźć Ishmaru. Podeszła do windy, wcisnęła przycisk.
    Seth wsiadł za nią do kabiny.
    – Na miłość boską, Kate, pozwól sobie pomóc.
    – Nie mogę. On powiedział, że mam przyjść sama. – Wcisnęła czwarte piętro. – Tę sprawę muszę załatwić bez niczyjej pomocy.
    – Dokąd idziesz? Jego nie ma w szpitalu. Mieszka w ostatnim segmencie domu.
    Nie odpowiedziała. Drzwi windy rozsunęły się, a Kate wyszła na korytarz i skręciła do pokoju pielęgniarek. – Dyżurna pielęgniarka była pulchna i ciemnowłosa. Kate nie znała jej.
    – Przykro mi, ale już za późno na odwiedziny.
    – Jestem doktor Denby. Czy Charlene Hauk jest dziś w pracy?
    – Charlene miała dzienną zmianę. Od szóstej rano. – Pielęgniarka zerknęła na zegarek. – Teraz zapewne śpi.
    – Niech ją pani zerwie z łóżka. I powie, że przyszła Kate. – Szybkim krokiem ruszyła przed siebie. – Natychmiast.
    Seth dogonił ją.
    – Dokąd idziemy?
    – Chyba wiem, gdzie jest Ishmaru. – Skręciła w lewo i zatrzymała się przed pokojem oznaczonym numerem 403. Zaczerpnęła głęboko tchu. – Zostań tu.
    Pchnęła drzwi. W pokoju panował mrok.
    – Ishmaru? Tu Kate Denby.
    Żadnej odpowiedzi.
    Seth odepchnął ją na bok, przesunął ręką po ścianie na lewo od drzwi. Po omacku odnalazł włącznik i po chwili blask lampy rozjaśnił pokój. Był pusty, jeśli nie liczyć podłużnego kształtu na łóżku pod kocem.
    Zbyt piękne, by mogło być prawdziwe.
    Podeszła do łóżka i odgarnęła koc.
    Na łóżku nie było nikogo. Kilka koców zwinięto w ten sposób, że mogły udawać kogoś leżącego w tym miejscu.
    Ogarnął ją strach, chwiejnym krokiem cofnęła się od łóżka.
    Dłonie Setha, troskliwe, czułe, opiekuńcze, spoczęły na jej ramionach.
    – Kate, kogo się spodziewałaś tu znaleźć? Kto miał tu być?
    – Tata. – Łzy spływały jej po policzkach. – Tata. – Nogi miała jak z waty. Ostatkiem sił opadła na wózek inwalidzki ustawiony przy łóżku. – Tata!
    Seth uklęknął przed nią.
    – Mów do mnie. Opowiedz, co się stało. Nie potrafię ci pomóc, jeśli do mnie nie przemówisz.
    – I tak nie będziesz mógł mi pomóc – odparła głucho. – Nikt mi nie może pomóc. Ishmaru zabrał go, trzyma przy sobie.
    – Kate – usłyszała kobiecy głos. Podniosła oczy. W progu stała Charlene. Włosy miała w nieładzie, na szlafrok włożyła sweter. – Co ty tu robisz? – Przeniosła wzrok na łóżko. – Chryste, gdzie Robert?
    – Kiedy widziałaś go ostatnim razem?
    – O trzeciej skończyłam dyżur, ale przyszłam tu o szóstej i podałam mu kolację. Mamy teraz nową pielęgniarkę dyplomowaną i nie byłam pewna, czy ona dopilnuje, aby Robert zjadł wszystko. Ale on na pewno jest gdzieś na tym piętrze. Wszyscy go tu znają. Niemożliwe, żeby po prostu błąkał się po szpitalu. Na wszelki wypadek powiadomię strażników.
    – Nie.
    – Musimy go znaleźć, Kate. Wiesz, jaki był ostatnio osłabiony.
    – Sama go znajdę. – Z trudem podniosła się z wózka. – Wracaj do siebie, Charlene. Przyprowadzę go niedługo.
    – Nie wygłupiaj się. I tak bym teraz nie zasnęła. Kocham Roberta, wszyscy go tu kochamy, Kate.
    Seth powiódł wzrokiem po całym pokoju, po pastelowych, brzoskwiniowych ścianach, ozdobionych obrazkami, które namalowały zapewne dzieci, po kolorowej, zrobionej na szydełku narzucie okrywającej łóżko, i zatrzymał go na stylowej lampie. Obok, wsparta o nią, widniała na nocnej szafce koperta. Seth podniósł ją i podał Kate.
    Emily Tylko Ishmaru zwracał się do niej w ten sposób.
    Rozerwała kopertę.
    Jesteśmy w lesie na tyłach szpitala. A przynajmniej ja tam jestem. Nie wiem, czy on przeżyje noc pod gołym niebem. Wygląda na bardzo słabego. W przeciwieństwie do Ciebie. Przyjdź do mnie. Znajdź mnie.
    Seth wyjął jej z rąk kartkę, przeczytał.
    – Bingo. – Skierował się do wyjścia.
    – Nie! – Kate pierwsza dobiegła do drzwi. – On chce, abym przyszła sama. Jeśli zobaczy ciebie, może go zabić. Muszę tam iść tylko ja.
    – Nonsens! Nie puszczę cię samej.
    – Kate, co tu się dzieje? – zapytała zdezorientowana Charlene.
    – Nic nie rób! – zawołała do niej Kate. – Słyszysz? Nic!
    – To jak, opowiesz mi wreszcie o swoim ojcu? – poprosił cicho Seth, kiedy drzwi windy zasunęły się za nimi.
    Mów. To już i tak nie ma znaczenia. A może mi pomóc wziąć się w garść.
    – Cierpi na chorobę Alzheimera. Zaawansowane stadium.
    – Chryste!
    – Jest bezbronny… – Musiała urwać w połowie zdania, aby zapanować nad własnym głosem. – Zupełnie jak małe dziecko. Nie mógłby się obronić nie tylko przed Ishmaru, ale nawet przed karaluchem.
    – Mówiłaś, że on nie żyje.
    – To jego pomysł. Sam zajmował się dawniej setkami pacjentów chorych na Alzheimera. Wiedział więc, co go czeka. – Przesunęła językiem po spieczonych wargach. – Musisz to zrozumieć. Ojciec był niezwykłym człowiekiem: ciepłym, uprzejmym, pełnym godności osobistej. Miał wielu przyjaciół. Wszyscy go kochali i szanowali. Zawsze powtarzał, że choroba Alzheimera jest trudniejsza do zniesienia dla rodziny ofiary niż dla samego pacjenta. Nie mógł znieść myśli o tym, jaki los gotuje nam wszystkim. Nie chciał, aby Joshua widział jego upadek. Nie chciał, aby ktokolwiek się o tym dowiedział. Pragnął pozostać w pamięci bliskich taki, jaki był przez wiele lat.
    – A więc sfingowałaś jego śmierć.
    Nie miałam wyboru. Nie powiedział mi nawet, że jest chory, dopóki nie zniknął pewnego dnia. Pinebridge to szpital, w którym pracował od dawna, ale któregoś dnia wracał do domu i nagle uprzytomnił sobie, że nie wie, dokąd jedzie. Zatrzymał się na poboczu drogi. Znalazłam go w samochodzie dopiero dwa dni później. W następnym tygodniu zrobił sobie badania w innym szpitalu. Wyniki sugerowały, że to nowotwór. Ale to był tylko taki wybieg. Kiedy odwiedziłam go w szpitalu, powiedział mi, co mam robić. Miał już obmyślony plan. Omówił wszystko wcześniej z tutejszym ordynatorem i zapewnił sobie opiekę.
    – Zgodzili się?
    – Uwielbiali go. Zadbali nawet o to, aby nie zajmowali się nim ci ludzie, z którymi uprzednio współpracował i którzy mogliby go rozpoznać. Potem… zmienił się już do tego stopnia, że i tak nikt by go… Szkoda, że nie znałeś go przed laty. Teraz jest zamknięty w sobie niczym skorupiak, ale wtedy był bystry, energiczny i…
    Winda zatrzymała się. Seth wysiadł z windy, skierował się do drzwi frontowych.
    Kate zagrodziła mu drogę.
    – Nie, tu jest tylne wyjście. Wychodzi wprost na las.
    – Znasz dobrze ten szpital.
    – Nic dziwnego. – Poprowadziła go do tylnych drzwi. – Nawet kiedy nie mogłam już z nim rozmawiać, przychodziłam co tydzień na konsultacje z lekarzami albo po prostu, żeby na niego popatrzeć.
    – Nie wiem, jak byś mogła dać sobie radę z tym wszystkim.
    – Do podobnego wniosku doszedł mój ojciec. Dlatego użył presji. Nie uznawał samobójstwa, ale kto mógł zagwarantować, że nie zmieni zapatrywań? Nie mogłam ryzykować. – Przełknęła ślinę. – Wymusił na mnie obietnicę, że sfinguję jego śmierć, a potem wyjadę stąd i zapomnę o nim.
    Seth pokręcił głową.
    – I uwierzył, że dotrzymasz słowa?
    – Może. Nie wiem. Zrobiłam niemal wszystko, o co prosił. Sfingowałam śmierć, a z pieniędzy, jakie odziedziczyłam, stworzyłam fundusz przeznaczony na jego potrzeby. Nie powiedziałam o tym nikomu.
    – Ale nie potrafiłaś zostawić go tu samego.
    – Czy nie rozumiesz? Kochałam go. Nie mogłam tego zrobić. W pierwszym roku odwiedzałam go co tydzień. W drugim roku stan jego zdrowia uległ pogorszeniu. Już mnie nie poznawał, ale z jakiegoś powodu denerwował się na mój widok. – Z trudem powstrzymała się od łez. Boże, to nadal boli. – Płakał. Ograniczyłam wizyty do jednego dnia w miesiącu.
    Seth zacisnął dłoń na jej ramieniu.
    – W pierwszym roku zajął się pisaniem książki. Był przejęty, miał świadomość, że coś tworzy. W następnym nie potrafił już nawet przeczytać tego, co sam napisał. Czy wiesz, co to musiało dla niego znaczyć? A dla mnie?
    – Wyobrażam sobie.
    – Nie, na pewno nie. Musiałbyś widzieć to na własne oczy.
    – W jaki sposób ukrywałaś te wizyty przed Phyliss?
    – Oszukiwałam ją. Z czasem nauczyłam się kłamać jak z nut.
    – Jezu, jak to wytrzymywałaś? Nie mając nikogo, z kim mogłabyś porozmawiać?
    – Przecież obiecałam ojcu, że dochowam tajemnicy. Obiecałam mu…
    Stała na najwyższym stopniu, wpatrując się w las, oddzielony od szpitala rozległą łąką. Ten las był zawsze zielony, kuszący i pełen spokoju. Ale nie dziś. Teraz znajdował się tam Ishmaru.
    – Kate, pozwól mi pójść, odszukać go.
    – Nie mogę. Ishmaru go zabije. Zostań tutaj.
    – Do diabła, nie mogę!
    – Możesz – zaoponowała żarliwie. – Jeśli nie zrobisz, o co cię proszę, nigdy ci nie wybaczę.
    – To nie będzie już miało znaczenia, skoro on cię zabije. Zaufaj mi. Dam sobie radę.
    Pokręciła głową.
    – Idę. Wybór należy do ciebie. Albo wspólnie uzgodnimy plan działania, albo pójdę bez twojej zgody.
    Jest zdeterminowany, pomyślała zrezygnowana. On naprawdę to zrobi, a nie mogę przecież dopuścić do tego, aby Ishmaru zobaczył mnie z kimś.
    – W porządku. Daj mi dziesięć minut, zanim wkroczysz do akcji – zaproponował Seth. Spojrzał na łąkę. – Światła ze szpitala oświetlają ją tak dokładnie, że trudno będzie podejść niepostrzeżenie od tej strony. Przejdę najpierw milę na północ, a potem postaram się odnaleźć twego ojca.
    – Jak?
    Uśmiechnął się chytrze.
    – Mam dobrego nosa, zapomniałaś już? Pacjenci szpitalni pachną środkami antyseptycznymi. Jego pokój aż cuchnął od tego. Poczuję z daleka.
    – Razem z moim ojcem będzie Ishmaru.
    – Zaskoczę go, zanim skrzywdzi kogokolwiek. Skierowała wzrok na łąkę.
    – Dziesięć minut. Poszedł.
    Patrzyła, jak skręca za węgłem, następnie zaczęła schodzić po schodach. Pozbyła się go dzięki kłamstwu i nie miała żadnych skrupułów z tego powodu. Najważniejsze, że on pozostanie przy życiu. Ishmaru mógłby go zabić w ciągu tych dziesięciu minut. Nie wolno do tego dopuścić.
    Nie zabijesz już nikogo, Ishmaru.
    To się musi skończyć.
    Ale jak? Z chwilą gdy ona wejdzie do lasu, on będzie górą, a ona stanie się jego kolejną ofiarą. A więc trzeba znaleźć sposób, aby nim wstrząsnąć, zdominować go.
    Zdominować go? Przecież on zdominował jej życie od chwili śmierci Michaela!
    Zastraszył ją do tego stopnia, że niemal nie była już w stanie funkcjonować normalnie. Teraz też ogarniał ją paraliżujący lęk.
    Pozbądź się tego strachu.
    Znajdź jakiś sposób.
    Zbierz myśli.
    Pamiętaj.
    I nagle wpadła na pomysł: wyraźny, jednoznaczny, klarowny.
    No, oczywiście.
    To proste.

17.

    To Emily. Widział jej złociste włosy połyskujące w blasku księżyca, kiedy kroczyła przez łąkę w jego stronę.

    Tak, podejdź do mnie, Emily, żebym mógł cię odesłać z powrotem do krainy ciemności.
    Żebym mógł się nacieszyć swoją nagrodą.
    Jeszcze tylko kilka jardów i wejdziesz między drzewa.

    On tu jest.
    Wyczuwała jego obecność w gęstniejącej przed nią ciemności. Z dłonią zaciśniętą na rękojeści rewolweru weszła w las i natychmiast wchłonął ją mrok tego świata liści.
    – Ishmaru!
    Nie było odzewu.
    Szła dalej, dopóki nie znalazła się na skraju niedużej polanki. Przystanęła i powiodła wzrokiem po drzewach okalających otwartą przestrzeń.
    – Ishmaru.
    Nadal nie było żadnej odpowiedzi.
    – Chciałeś, żebym tu przyszła. Nie kryj się przede mną.
    – Odłóż rewolwer na ziemię. Taka broń nie przystoi wojownikowi.
    – Gdzie jest ojciec Kate?
    – Ojciec Kate? – Milczał parę chwil. – A więc przyznajesz wreszcie, że jesteś Emily?
    – Naturalnie. Przecież wiedziałeś o tym od pierwszej chwili. Gdzie on jest?
    – Dlaczego się tym interesujesz, Emily?
    Bo Kate i ja jesteśmy jednością. – Słowa same cisnęły jej się na, usta ze zdumiewającą łatwością. – Muszę interesować się tym samym, czym interesuje się ona. I muszę chronić to, co ona pragnie ochraniać.
    – To twój pech. Jakiż to kruchy mężczyzna. Wystarczyłby jeden lekki ruch ręką i mógłbym skręcić mu kark. Odłóż broń.
    Czyżby stał tam w ciemnościach, gotów do zaciśnięcia dłoni na szyi jej ojca? Nie mogła ryzykować. Położyła rewolwer na ziemi.
    – Doskonale. Żadnemu z nas nie wolno osiągać triumfu za pomocą tak ohydnej broni.
    Wytężyła wzrok, starając się przeniknąć nim ścianę drzew.
    – Gdzie jest ojciec Kate?
    – Wyzwoliłem go.
    Jej serce zamarło na moment. Co znaczy: wyzwoliłem? Czyżby Ishmaru chciał przez to powiedzieć, że jej ojciec nie żyje?
    – Zawadzał mi.
    Odwróciła się na pięcie; kątem oka dostrzegła z lewej strony jakieś poruszenie.
    – Masz bystry wzrok. – Jego głos rozległ się z prawej strony. – Tak, zgadza się, byłem tam. Potrafię się poruszać bardzo szybko, nieprawdaż? Ćwiczyłem długo, aż wreszcie nauczyłem się mknąć szybko jak wiatr. I jeszcze coś, Emily: dysponuję teraz większą siłą niż wtedy, kiedy walczyliśmy ze sobą. Ale może i ty przywiozłaś ze sobą jakieś przedmioty obdarzone magiczną mocą.
    To dobry początek, korzystny dla niej. Zasiać w nim zwątpienie. Przejąć kontrolę.
    – Przywiozłam takie przedmioty, a jakże. Całe mnóstwo. Jak myślisz, dlaczego nie byłeś w stanie pozbawić życia syna Kate?
    – To był mój wybór. Chciałem ujrzeć, jak ona cierpi. Jak ty cierpisz.
    – Nawet jeśli uwierzyłeś, że wybór należał do ciebie, prawda jest taka, że to ja decydowałam. Od pierwszej chwili, kiedy spotkałeś Kate, wszystkie twoje myśli i działania, jakie podejmowałeś, były sterowane przeze mnie.
    – Kłamiesz.
    – Dlaczego miałabym kłamać? Duchy nie muszą się uciekać do kłamstw.
    – Kłamiesz dlatego, że posiadam większą moc niż ty – odparł szorstkim tonem. – Boisz się mnie.
    – Czy bałam się ciebie kiedykolwiek przedtem? Czy bałam się ciebie tamtej nocy, gdy mnie zabiłeś?
    – Nie, walczyłaś jak suka, którą zresztą jesteś. – Po chwili dodał: – Pocięłaś mnie nożem.
    – Wtedy nie byłam jeszcze na tyle silna, aby cię zabić, ale teraz jestem. Czekałam długo, bardzo długo, żeby zabrać cię ze sobą do krainy ciemności. Czy wiesz, kogo tam spotkasz?
    – Nie chcę tego słuchać.
    W jego głosie zabrzmiała wyraźnie nuta trwogi.
    – Spotkasz się tam ze stróżami.
    Wziął głęboki oddech.
    – Widzę, że jesteś bardzo sprytna. Ale nie uda ci się mnie nastraszyć. Zbyt długo czekałem na ten moment. To będzie z pewnością niezwykły pojedynek.
    – Niezwykły, bo ja stoję tu na otwartej przestrzeni, a ty kryjesz się między drzewami jak tchórz? – Czy to złudzenie, czy naprawdę dostrzegła obok tamtej sosny ciemny zarys czyjejś postaci?
    – Masz rację, nadeszła pora. Wychodzę zza drzew.
    – Poczekaj. – Była teraz bezbronna i z pewnością słabsza od niego. Znajdowałby się w korzystniejszej sytuacji. – Nie tak chyba postępują wojownicy. Należy podchodzić przeciwnika, tropić go. A może myślisz, że będę przed tobą uciekać?
    – Myślę, że będziesz próbować.
    Skąd u niej ten pomysł? Biec po ciemnym lesie? Mrok ograniczał widoczność do niecałego jarda. Ale przecież Ishmaru nie był pod tym względem w lepszej sytuacji.
    – Nawet gdybym próbowała uciekać, to co? Czy taki pojedynek nie sprawiłby ci większej przyjemności?
    Milczał przez parę sekund.
    – Tak, nie miałem jeszcze okazji cię tropić. A to rzeczywiście wyjątkowa przyjemność. Zgoda, uciekaj, a ja będę cię gonić.
    Przyszła jej nagle do głowy pewna myśl, a wraz z nią zaświtała iskierka nadziei. Może…
    – Dasz mi fory?
    – W twoim głosie usłyszałem olbrzymi zapał. Cieszysz się, że oczekiwanie dobiegło końca, czyż nie?
    – Dasz mi fory? – powtórzyła.
    – Policzę do dziesięciu.
    Puściła się pędem przed siebie, a potem skręciła gwałtownie w lewo.
    Nie widziała żadnej ścieżki.
    Poszukaj jakiegoś punktu orientacyjnego.
    Zrozpaczona uznała jednak już po chwili, że wszystkie drzewa wydają się takie same, kiedy migają przed oczami jedno po drugim. Nie, jednak nie. Ta sękata wierzba różni się od innych. A więc wierzba. I jeszcze ten omszały głaz po lewej stronie.
    – Robisz za dużo hałasu. Ułatwiasz mi zadanie! – zawołał Ishmaru, biegnący za nią. – Ale przyznaję, że jesteś szybka, bardzo szybka. I biegniesz lekko, jak prawdziwy wojownik.
    Serce bije mi zbyt mocno, pomyślała. Musisz panować nad oddechem. Zachowuj się tak, jakby był to zwykły poranny bieg.
    Tak, łatwo powiedzieć!
    Pod stopami poczuła nagle wilgoć. Bryzgi wody chlapnęły na dżinsy. Przebiegała właśnie przez strumyk.
    A więc jeszcze jeden punkt orientacyjny.
    – Ale ja jestem szybszy. Zbliżam się do ciebie. Słyszysz?
    Jasne, że słyszy. Zdawało jej się, że Ishmaru znajduje się tuż za jej plecami.
    – Tamta mała dziewczynka też była szybka. Ta, która powiedziała mi, że jesteś Emily. Pamiętam, jak jej złociste włosy powiewały za nią, gdy biegła. Zajęło mi to prawie pięć minut, zanim ją złapałem.
    O jakiej dziewczynce on mówi? – zastanawiała się gorączkowo.
    – Ale nigdy nie wątpiłem, że ona jest dla mnie znakiem. Czy zaczyna brakować ci sił?
    Tak, czuła narastające zmęczenie, a tymczasem jego głos brzmiał normalnie, jak przed biegiem.
    Z każdą chwilą zbliżał się bardziej.
    Jeszcze chwila – i dogoni ją.
    Błagam, muszę biec szybciej. Pomóż mi…
    Zorientowała się nagle, że istotnie biegnie szybciej, a oddech wraca do normy. Zdumiał ją nieoczekiwany przypływ sił.
    Adrenalina? Nie była pewna. Zresztą czy to istotne?
    Zwiększyła dzielący ich dystans o jard, a potem o dwa.
    Biegła, przeskakując krzaki i zwalone pnie. Widziała teraz lepiej niż poprzednio. Zapewne wzrok przyzwyczaił się już do ciemności.
    Z jakąś dziką radością usłyszała jego ciężki, świszczący oddech.
    – Lepiej się pośpiesz – rzuciła szyderczo przez ramię. – I nie patrz za siebie. Chyba nie myślisz, że stróże pozwolą mi walczyć z tobą samotnie?
    W odpowiedzi wydał jakiś chrapliwy, gardłowy jęk.
    Jednak takie podjudzanie okazało się błędem. Ishmaru znowu przyśpieszył i zbliżył się do niej niebezpiecznie.
    Nie, na pewno nie pozwoli mu rzucić się na siebie, jakby była wystraszonym królikiem.
    Ta gałąź leżąca przy ścieżce!
    Przystanęła w miejscu, podniosła ją i zamachnęła się, kiedy dobiegał do niej.
    Stęknął z bólu, mimo iż zdołał pochwycić gałąź za drugi koniec.
    – Sprytne. Nie spodziewałem się tego. – Wyrwał jej z ręki tę prowizoryczną broń. – Punkt dla ciebie. Teraz moja kolej.
    Zacisnął jej dłonie na szyi.
    Z całej siły kopnęła go kolanem w pachwinę.
    – Uaa! – Uchwyt zelżał, a ona rzuciła się do ucieczki. Skręciła na prawo od dróżki, nieco dalej przeskoczyła ją znowu i zawróciła.
    Znowu znalazł się tuż za nią. Szybciej! Nie wolno ci się zatrzymać. Nie teraz. Była już na drugim brzegu strumyka.
    Plusk wody zdradził jej po krótkiej chwili, że Ishmaru nie został daleko w tyle.
    Biegnij co sił. Szybciej!
    Minęła omszały głaz.
    Za sobą usłyszała jakieś mamrotanie.
    A oto i ta sękata wierzba.
    Teraz musi przyśpieszyć kroku. Pora na sprint.
    – Nie! – zawołał Ishmaru, odgadując jej zamiar. – Nie, tak nie wolno!
    Diabła tam, nie wolno. Dobiegła do polany.
    Błyskawicznie schyliła się po broń leżącą na ziemi. Przeturlała się na bok.
    Stał już nad nią.
    Pociągnęła za cyngiel.
    Drgnął, nadal jednak stał w miejscu.
    Pociągnęła za cyngiel jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze.
    Dlaczego nie pada na ziemię?
    Spoglądał na nią niemal ze smutkiem.
    – Tak nie wolno. – Z ust pociekła mu cienka strużka krwi. – To… nie jest…triumf.
    Wystrzeliła jeszcze raz.
    Osunął się na ziemię. Kate dźwignęła się na kolana i spojrzała na niego.
    Miał otwarte oczy, zdawał się przeszywać ją na wylot spojrzeniem.
    – To… żaden triumf… – Zesztywniał, utkwił wzrok w jakimś nieokreślonym punkcie nad jej prawym ramieniem. – Nie… nie chcę… Nie zabieraj…
    Z jego ust wydarł się dźwięk przypominający skowyt, strach zniekształcił rysy jego twarzy.
    – Emily!

    Poczuła, że włosy jeżą się jej na głowie. Siedziała tak nieruchoma, wpatrzona przed siebie. Bała się spojrzeć w tył, rzucić okiem na to, co zobaczył Ishmaru. To nie mogła być Emily, lecz jego wyobraźnia, podsycona jej słowami.
    Słowami Kate czy Emily?
    Oczy Ishmaru były teraz zamknięte, jego mięśnie rozluźnione.
    Musiała się upewnić.
    Przyłożyła palec do szyi, aby wyczuć puls, a potem przysiadła znowu na piętach.
    Nie żyje.
    Zabójstwo było dla niej zawsze czymś odrażającym, teraz jednak, patrząc na niego, nie czuła żadnych skrupułów. Zrobiłaby to jeszcze raz. Gdyby otworzył teraz oczy, strzeliłaby ponownie, jakby miała przed sobą jadowitą żmiję.
    Wszystko potoczyło się tak błyskawicznie, że jeszcze nie mogła w to uwierzyć. Ishmaru nie żyje. Koszmar dobiegł wreszcie końca.
    Nie, jeszcze niezupełnie.
    Gdzie jest ojciec?
    – Kate!
    Zatrzeszczały gałęzie i na polanę wbiegł Seth. Stanął jak wryty, a potem wolnym krokiem podszedł do Kate, klęczącej przy zwłokach Ishmaru.
    – Martwy?
    – Tak.
    Podciągnął ją w górę i zamknął w ramionach.
    – A żeby cię! – Głos drżał mu podejrzanie. – Żeby cię! Jednak mnie okłamałaś. O mały włos nie oszalałem, kiedy usłyszałem te strzały.
    Przywarła do niego całym ciałem i odetchnęła z ulgą. Teraz już może wesprzeć się na nim. Czerpać z niego.
    – Czekał na mnie. Wiedziałam, że go znajdę. – Zamknęła oczy i wyszeptała: – Ale taty nie było przy nim. Myślę, że go zabił.
    Seth pokręcił głową, – Spotkałem go, kiedy błąkał się po lesie. Od razu poczułem ten zapach, ale on szedł w inną stronę, coraz dalej stąd.
    Omal nie rozpłakała się ze szczęścia.
    – Gdzie teraz jest?
    – Zostawiłem go na drodze samego, kiedy usłyszałem te strzały.
    – Musimy tam pójść.
    – Za chwilę. – Objął ją mocniej. – Potrzebowałem tego. – Po chwili uwolnił ją z objęć i zanurzył się z powrotem w gęstwinie zieleni.
    Poruszał się tak szybko, że została w tyle.
    Kiedy go wreszcie dogoniła, Seth stał na drodze, trzymając jej ojca na rękach. Przeszył ją lęk.
    – Jest ranny?
    – Nie, wszystko w porządku. Ale chodził boso i obtarł sobie stopy. Poniosę go lepiej.
    – Nie będzie ci za ciężko?
    – Skądże znowu, jest lekki jak piórko.
    Tak, robił teraz wrażenie małego, bezbronnego dziecka. Podeszła bliżej, przytknęła mu dłoń do policzka. Miał otwarte oczy, ale zdawał się w ogóle jej nie dostrzegać.
    – Tato?
    Nie odpowiedział.
    Dobrze jej znany ból dał znowu dać o sobie. Ojciec nie odzywał się już od miesięcy.
    – Wszystko będzie dobrze, tato. Jesteś teraz bezpieczny.
    Czy słyszał, co ona mówi? Czy w ogóle rozumiał sens tych słów?
    – Kate, zanieśmy go lepiej do szpitala – szepnął Seth. Z trudem powstrzymała cisnące się do oczu łzy.
    – Tak, masz rację. Zimno tu. Odwróciła się i ruszyła przodem.
    Wyszli już spomiędzy drzew na polanę, kiedy usłyszała głos ojca. Odwróciła skwapliwie głowę, ale to nie były słowa. Z jego ust wydobywał się przeciągły, żałosny jęk.
    – Ćśś… – pocieszał go Seth, kołysząc na rękach. – Jestem tutaj. Już wszystko w porządku.
    Wyglądało na to, że ojciec zrozumiał. Uspokoił się, ucichł. Ogarnęło ją błogie uczucie komfortu psychicznego. Seth jest przy niej. A więc wszystko będzie w porządku.
    – Jesteś wreszcie, Robercie. – Charlene skończyła bandażować mu stopę i nakryła ją kołdrą. – Za kilka dni będziesz jak nowo narodzony. – Zwróciła się do Kate. – Tak jak prosiłaś, zadzwoniłam na policję. W pokoju pielęgniarek czeka detektyw Eblund.
    – Dziękuję, Charlene.
    – Nie ma za co.
    Seth podszedł do łóżka, nie odrywając wzroku od twarzy ojca Kate.
    – Czy RU 2 pomoże mu? – zapytał.
    – Miałam taką nadzieję, kiedy zdecydowałam się na współpracę z Noahem – odparła Kate. – Ale teraz już nie wiem. Chyba raczej nie. Może gdyby kuracja została rozpoczęta wcześniej… Teraz choroba poczyniła już zbyt duże spustoszenie w organizmie. – Wzruszyła bezradnie ramionami. – Ojciec jest bardzo osłabiony, a zresztą nie wiemy jeszcze dokładnie, jak RU 2 działa na określone schorzenia. Potrzebne są dalsze testy.
    Położył Kate dłoń na ramieniu, aby dodać jej otuchy.
    – Przeprowadzisz je w Amsterdamie.
    – Bardzo bym chciała. – Nakryła ręką dłoń ojca. – Będziemy próbować, tato – szepnęła. – Pamiętasz, jak mówiłeś, że nie należy wieszać liści z powrotem na drzewach? A jednak robimy to teraz i będzie odpowiedni rezultat. Przekonasz się. Musisz tylko być wytrwały i silny.
    – Powinniśmy już iść.
    Niechętnie uwolniła dłoń ojca i odstąpiła od łóżka.
    – Wiem. – Odwróciła się i ruszyła do wyjścia. – Do widzenia, tato.
    – Czy on cię słyszy? – zapytał Seth, idąc z nią w stronę pokoju pielęgniarek.
    – Niekiedy wydaje mi się, że tak. Czasem mam wrażenie, jakby on po prostu wyjechał. – Odchrząknęła, aby odzyskać głos. Coś ściskało ją w gardle. – Nie cierpię nawet myśli o tym, że tkwi w tych murach niczym więzień. Lubię sobie wyobrażać, że wiedzie normalne życie, jak kiedyś.
    – Tak właśnie powinnaś o nim myśleć.
    – Nieraz mówię do niego, wiesz? Czy to nie szaleństwo? Nawet jeśli nie powrócił do rzeczywistości, musi przebywać ze mną. Kochał mnie. I chyba nadal kocha.
    – W takim razie ma dobry gust.
    Odetchnęła głęboko, przeciągle.
    – Przepraszam, mówię o tym za dużo. Ale nieraz jest to silniejsze ode mnie. – Byli już koło pokoju pielęgniarek. – O, jest Alan.
    – Wszystko w porządku? Chcesz, żebym się tym zajął?
    – Oczywiście że nie. Uśmiechnął się blado.
    – Niepotrzebnie pytałem. Poczekać tu, aż załatwisz tę sprawę?
    – Nie. – Ujęła go za rękę. – Chcę, żebyś był cały czas przy mnie. Bardzo mi na tym zależy.
    Alan Eblund odwrócił się od biurka, kiedy stanęli w progu.
    – Potrafisz narobić bigosu jak mało kto, Kate.
    – Witaj, Alan. – Cmoknęła go w policzek. – Dzięki za wszystko. Słyszałam, że poręczyłeś za mnie.
    – To było partackie oskarżenie. I tak nie stanęłabyś przed sądem.
    – Wzruszył ramionami. – Po prostu wykazałem, gdzie są luki. Ale musiałaś rozwścieczyć parę naprawdę grubych ryb.
    – Z powodu RU 2.
    – Tak, nasłuchałem się tego w telewizji. – Przeniósł wzrok na Setha.
    – Drakin?
    Seth podał mu rękę.
    Alan przywitał się z nim i spojrzał znowu na Kate.
    – Jesteś pewna, że to był Ishmaru?
    Kiwnęła głową.
    – Nie mam żadnych wątpliwości. Jak dalece wplątałam się w kłopoty?
    – Jeśli wszystkiemu winien jest Ishmaru, nie sądzę, aby policja miała coś przeciw tobie. Zabójstwo w obronie własnej. O Ishmaru dowiedzieliśmy się wiele z biuletynu departamentu policji w Los Angeles, opublikowanego w ciągu ostatnich tygodni. Akta na jego temat mówią same za siebie. Ale będziesz musiała przyjechać do nas i złożyć oświadczenie. – Pokiwał głową. – Niestety, jest jeszcze ta sprawa z twoim ojcem… Wprowadzenie w błąd firmy ubezpieczeniowej, fałszowanie dokumentów urzędowych…
    – Nigdy nie tknęłam pieniędzy z polisy ubezpieczeniowej. Nie sądzę, abym mogła mieć w związku z tą sprawą jakieś kłopoty.
    – Porozmawiam z prokuratorem okręgowym o tych sfałszowanych dokumentach. Może uda się to jakoś załagodzić.
    – Nie zrobiłam nic złego.
    – Złamałaś prawo. – Uśmiechnął się nagle. – Ale prokurator okręgowy zamierza starać się o reelekcję, a w tym wypadku chodzi o wykroczenie spowodowane miłosierdziem. Mam nadzieję, że okaże się wystarczająco wyrozumiały.
    – Czy to długo potrwa? Muszę wracać do Joshuy. Nie chcę, aby dowiedział się wszystkiego z telewizji.
    – Nie sądzę, aby miał ci za złe, że załatwiłaś tego Ishmaru – mruknął Seth. – Zapewne przyznałby ci jeszcze medal za odwagę.
    – Ale na pewno nie za to, że okłamałam go w sprawie dziadka. Teraz wszystko wyjdzie wreszcie na jaw. I wolałabym powiedzieć mu o tym pierwsza.
    – Postaram się skrócić formalności, jak tylko to możliwe – obiecał Alan. – Ale niczego nie obiecuję. Wywołałaś tu prawdziwą burzę, Kate. W holu roi się od reporterów.
    – Zadzwonię do Phyliss i poproszę, żeby ukryła poranne gazety i nie włączała telewizora – powiedział Seth. – Idź już, Kate. Dołączę do ciebie, gdy tylko porozmawiam z Phyliss. Nie martw się, dopilnuję wszystkiego.

    Kate przetrzymano na posterunku aż do świtu. Z rana Alan odwiózł ją i Setha na lotnisko.
    – Kate. – Wysunął głowę przez okno, kiedy oboje wysiedli z auta i stanęli na trotuarze. – Czy RU 2…
    Odwróciła się. – Tak?
    – Czy to naprawdę tak wspaniały lek, jak mówiłaś? Uśmiechnęła się.
    – Jeszcze jak!
    – A więc nie poddawaj się. Pokaż im, co potrafisz.
    – Tak zrobię.
    – Równy facet – mruknął Seth, wchodząc za nią do hali lotniska. – Jak na gliniarza.
    – Równy i kropka. Bez żadnych zastrzeżeń.
    – Jak sobie życzysz. – Zatrzymał ją, kiedy skierowała się do kasy biletowej. – Nie, nie tędy. Musimy przejść na drugi koniec terminalu, gdzie obsługują prywatne odrzutowce.
    – Wynająłeś prywatny samolot?
    – A jak, według ciebie, znalazłem się tu przed tobą?
    – Nie zastanawiałam się nad tym. Chyba w ogóle nie byłam w stanie myśleć. Chciałam po prostu, żebyś odszedł i pozwolił mi pójść tam samej.
    – Dałaś mi to wyraźnie do zrozumienia. Jeszcze nigdy nie czułem się tak niepożą…
    – Boże! – Kate ścisnęła mu ramię niemal do bólu. – To Ogden! – Wpatrywała się jak urzeczona w ekran telewizora zainstalowanego w poczekalni. Kamera była skierowana na Ogdena, wysiadającego właśnie z policyjnego radiowozu. – Co się dzieje? – Podeszła bliżej do telewizora, aby móc usłyszeć komentarz spikera.
    – Nie wysunięto jeszcze żadnych formalnych oskarżeń przeciw Ogdenowi. Jego prawnicy utrzymują, że magnat farmaceutyczny jest całkowicie niewinny, a na przesłuchanie przybył wyłącznie w celu złożenia niezbędnych wyjaśnień w sprawie zabójstwa Williama Blounta. Sam Ogden natomiast powstrzymuje się od wszelkich komentarzy. – Po tej informacji rozpoczęła się emisja bloku reklamowego.
    – Blount nie żyje. – Kate odwróciła się do Setha, w jej spojrzeniu było oskarżenie. – Czy to konsekwencja faktu, że wybrałeś się wtedy na rozpoznanie?
    – No cóż, czasem jedna sprawa pociąga za sobą drugą. – Ujął ją pod ramię i odciągnął od telewizora. – Wszystko mogło się skończyć na samym rozpoznaniu.
    – Ale się nie skończyło. Milczał.
    – A teraz o popełnienie morderstwa podejrzewają Ogdena.
    – Nie sądzę, aby wysunęli przeciw niemu to oskarżenie. Nie mają wystarczających dowodów. Tylko tyle, aby wzbudzić zainteresowanie sprawą.
    – Wzbudzić zainteresowanie? Uśmiechnął się.
    – Jak już mówiłem, jedna sprawa pociąga za sobą drugą.

    – Wyglądasz jak siedem nieszczęść – orzekła Phyliss, kiedy zjawili się w hotelu. – Idź do sypialni, zrób coś z włosami i umaluj się jak należy. Chyba nie chcesz przestraszyć własnego syna. I tak chodzi zdenerwowany.
    – Gdzie jest teraz?
    – W swoim pokoju. Czyta.
    – Nie wie jeszcze o niczym?
    – Nie, ale przecież nie jest głupi. Kiedy nie pozwoliłam włączyć telewizora, kazał mi przysiąc na Biblię, że ty i Seth nie zginęliście ani nie leżycie w jakimś szpitalu.
    – Dziękuję, Phyliss. – Kate zerknęła na Setha. – Chciałabym porozmawiać z nim w cztery oczy.
    Kiwnął głową i zwrócił się do Phyliss.
    – Co mam zrobić, żebyś zgodziła się pójść ze mną na lunch?
    – Wziąć kąpiel i użyć choć trochę dezodorantu.
    I znowu cios w samo serce. Dlaczego w ogóle zadaję się z tobą? Kate, nie zwracając uwagi na ich przekomarzanie się, zdążała już szybkim krokiem do pokoju Joshuy. Była zdenerwowana niemal w tym samym stopniu co wtedy, gdy szła przez łąkę na spotkanie z Ishmaru.
    Joshua, musisz mnie zrozumieć.
    Nie chciałam, aby do tego doszło.
    Po prostu spróbuj mnie zrozumieć.

    – Okłamałaś mnie. – Joshua z kamienną miną wpatrywał się w ścianę ponad jej ramieniem. – Mówiłaś, że nigdy mnie nie okłamiesz. Mówiłaś, że tak nie należy postępować.
    – Bo rzeczywiście nie należy. To, co zrobiłam, nie było właściwe. Nie można tego usprawiedliwić. Ale nie było innego sposobu.
    – Dziadek też mnie okłamał, zmuszając ciebie do kłamstwa.
    – Nie chciał sprawić ci bólu, Joshua. To straszna choroba.
    – Nie powinien był tak postąpić! – wykrzyknął chłopiec. – Przecież mimo choroby nie przestałbym go kochać. Ty nie przestałaś.
    Dlaczego w ogóle na nią nie patrzy?
    – Nie, nie przestałam. Ale i dla mnie było to bardzo trudne.
    – Więc mogłaś mi o tym powiedzieć, pozwolić sobie pomóc. We dwójkę zawsze jest łatwiej.
    – Obiecałam mu.
    – Powinnaś była powiedzieć mi o wszystkim.
    – Masz rację, popełniłam błąd. I dziadek popełnił błąd. Wybaczysz nam?
    Nie odpowiedział.
    – Joshua?
    Wreszcie spojrzał na nią.
    – Chcę go zobaczyć.
    – Nie, Joshua. To już nie jest ten sam człowiek, którego znałeś. Mówiłam ci, jaki on teraz jest.
    – Chcę go zobaczyć. Zaprowadzisz mnie tam?
    Patrzyła na niego zrezygnowana. Nie była już pewna, czy lepiej dać mu przekonać się na własne oczy, jak teraz wygląda dziadek, czy też pozwolić, aby jego wyobraźnia wykreowała wizerunek bardziej przerażający od rzeczywistego. Dla tak wrażliwego chłopca jedno i drugie mogło się okazać równie brzemienne w skutki. Wstała gwałtownie i ruszyła do wyjścia.
    – Przygotuj się. Zawiadomię Setha.

    Do Dandridge dotarli następnego dnia, a w szpitalu znaleźli się wczesnym popołudniem.
    Kate przystanęła przed drzwiami do pokoju ojca.
    – Może bym weszła z tobą, Joshua?
    Kiwnął głową.
    – Dobrze. Przecież powiedziałem, we dwójkę zawsze jest łatwiej. – Zawahał się, przeniósł wzrok na Setha.
    – W porządku – uśmiechnął się Seth. – Poczekam w holu. Joshua powiedział wyraźnie zakłopotany:
    – To tylko dlatego, że właściwie nie znasz mojego dziadka.
    – Rozumiem i nie czuję się obrażony.
    Otwierając drzwi, Kate rzuciła zatroskane spojrzenie na syna. Był blady i milczący, podobnie jak w czasie podróży. Miała nadzieję, że postępuje słusznie.
    Ojciec leżał na boku, zwrócony twarzą do okna. Ciekawe, czy cokolwiek widzi. A jeśli tak, to czy zdaje sobie sprawę, co widzi.
    Lekko popchnęła syna w stronę łóżka.
    – Tato, przyprowadziłam Joshuę. Pragnął cię odwiedzić.
    Cisza.
    Joshua wolnym krokiem podszedł bliżej, stanął przed łóżkiem, odstawił swój worek marynarski na podłogę.
    – Joshua to mój syn, tato. Pamiętasz go?
    Cisza.
    – Wcale nie musi mówić – odezwał się Joshua. – Nie przejmuj się, dziadku, ja też czasem nie mam ochoty gadać. – Przez chwilę patrzył na niego w milczeniu. – Niepotrzebnie to zrobiłeś – dodał wreszcie. – To i tak by niczego nie zmieniło. Moglibyśmy przychodzić do ciebie z mamą i chodzić z tobą na spacery, a ja opowiadałbym ci o wszystkim. Ty byś tylko słuchał, nie musiałbyś mówić. Opowiadałbym ci o mojej drużynie baseballowej, o szkole, o filmach, które obejrzałem. – Znowu umilkł. – I o tacie – szepnął. – On umarł, wiesz? A ty nie musiałbyś nic robić.
    Odpowiedziało mu milczenie, jak przedtem.
    – Zastanawiam się, czy ja nie mógłbym czegoś zdziałać. Mama mówi, że RU 2 to wspaniały lek. – Zamrugał oczami i czym prędzej dodał:
    – Ale nawet gdyby ci nie pomógł, musisz wiedzieć, że zawsze będę myślał o tobie i może w ten sposób będę razem z tobą.
    Pomóż mu. Proszę cię, tato, powiedz coś!
    Żadnej odpowiedzi.
    Joshua rozwiązał swój worek.
    – Przyniosłem ci coś. Przyszło mi do głowy, że może zechcesz czasem popatrzeć na to i przy okazji pomyśleć o mnie. – Wyjął z worka swoją rękawicę do baseballu, tę samą, która zawsze wisiała nad jego łóżkiem. Teraz położył ją na pościeli dziadka. – To naprawdę dobra rękawica. Nosiłem ją tego dnia, kiedy wygraliśmy mistrzostwa juniorów. Bardzo się wtedy starałem. Szkoda, że tego nie widziałeś.
    Cisza.
    Kate uświadomiła sobie, że nie wytrzyma tego dłużej.
    – To tyle. – Joshua podniósł worek. – Do widzenia, dziadku. Będę cię odwiedzać! – Spojrzał na Kate i zmarszczył brwi. – Nie płacz, mamo. Jest w porządku.
    – Tak, wiem. – Zmusiła się do uśmiechu. – Chcesz już iść? Skinął głową.
    – Chyba tak. Popchnęła go do wyjścia.
    – Do widzenia, tato. Mam nadzieję, że…
    – Mamo! – Twarz Joshuy rozjaśnił radosny uśmiech. Podążyła spojrzeniem za jego wzrokiem.
    Dzięki ci, Boże!
    Dłoń ojca spoczywała na starej rękawicy baseballowej Joshuy.

    – Wypuszczają go na wolność. – Kate cisnęła nazajutrz gazetę na stół. – Ogden jest wolny.
    – Mówiłem ci, że tak będzie.
    – I to cię nie martwi? Pokręcił głową przecząco.
    – A mnie tak.
    – Zrozum, policja podejrzewa, że to on, ale nie mają wystarczających dowodów.
    – Sprawa jednak jest nadal otwarta.
    – Zapewne niebawem ją zamkną. – Zmienił temat. – Odebrałem już bilety lotnicze. Jutro w południe lecimy do Amsterdamu. – Po chwili dodał: – Jeśli jesteś pewna, że nadal tego chcesz. Główne zagrożenie już minęło.
    – Owszem, chcę. Chcę wywieźć Joshuę jak najdalej od tego domu wariatów, zależy mi też na szybkim rozpoczęciu testów nad RU 2. Staraliśmy się zrobić wszystko tak, jak sobie tego życzył Noah. Ale nawet jeśli uda nam się zablokować tę ustawę, mogą upłynąć długie lata, zanim uzyskamy zgodę na prowadzenie zaawansowanych testów. – Zdesperowana potrząsnęła głową. – Tyle cennego czasu poszło na marne! Na samą myśl o tym ogarnia mnie złość. Chcę wreszcie coś robić!
    – O czym rozmawiałaś z Tonym, kiedy rano zadzwoniłaś do niego?
    – Poprosiłam go o kilka informacji. – Wzięła torebkę. – Wychodzę na parę godzin.
    Podniósł wzrok znad gazety.
    – Dokąd idziesz?
    Uśmiechnęła się niewinnie i otworzyła drzwi.
    – Na rozpoznanie.
    – Kate!

    – Potrafi pani zdobywać rozgłos, młoda damo. – Senator Longwortti obdarzył ją promiennym uśmiechem. – Niestety, nie tędy droga. Zabicie człowieka to raczej niewłaściwy sposób na przekonanie opinii publicznej, że jest się człowiekiem godnym szacunku i zaufania. Zresztą… przedtem także nie mogła pani liczyć na przekonanie innych do swojej osoby.
    – Mogę usiąść?
    – Oczywiście. Przepraszam za złe maniery. To dlatego, że byłem zaskoczony tym spotkaniem. Przyjechała pani tylko po to, aby mi powiedzieć, że rezygnuje z dalszej walki?
    – Przyjechałam powiedzieć, że lecę do Amsterdamu. – Umilkła, a potem dodała: – I że dopóki żyję, dopilnuję, aby nie otrzymał pan nigdy nawet jednej kropli RU 2.
    Zdumiony spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami.
    – Co takiego?
    – Czy nie takie właśnie miały być pańskie korzyści uboczne, obiecane przez Ogdena? Czy nie przekonywał pana, że po wygranej bitwie znajdzie sposób na zdobycie RU 2? Walczył pan wyjątkowo zażarcie, senatorze Longworth. Zauważył to nawet Migellin. Z pewnością nie robił pan tego wyłącznie dla pieniędzy lub prestiżu.
    Longworth roześmiał się.
    – Co za bzdury! Nigdy bym nie tknął leku, który nie został przetestowany.
    I robił wszystko, co tylko możliwe, aby nie dopuścić do testowania RU 2, pomyślała Kate. Z trudem powściągnęła gniew.
    – Owszem, nie tknąłby pan. Oficjalnie. Przeszywał ją wzrokiem.
    – Co pani sugeruje?
    – Że jest pan chory na AIDS, senatorze. Znów parsknął śmiechem.
    – Doprawdy, ma pani bujną wyobraźnię!
    – Jestem lekarzem. Już podczas naszego pierwszego spotkania zwróciłam uwagę na pański wygląd. Był pan blady, trzęsły się panu ręce. Przypisywałam to początkowo stanowi nerwów, ale jest pan przecież profesjonalistą, a tacy ludzie zazwyczaj nie ulegają emocjom. Potem, na cmentarzu, pańska żona wykazała szczególny niepokój z powodu drobnego deszczu i jego wpływu na pańskie zdrowie.
    – I na tak kruchej podstawie buduje pani swoją tezę?
    – Nie, to były czyste domysły. Strzał na oślep. Nawet gdyby się okazało, że jest pan chory, nie byłam pewna, czy zdołamy to wykorzystać. Na szczęście mamy bardzo dobrego prywatnego detektywa. Dałam mu wolną rękę i dość szybko wykrył niewielką klinikę w stanie Maryland, gdzie pan odbywa kuracje. Nazwa kliniki to Sunnyvale Physicians Care. Brzmi znajomo?
    – Nie.
    – A powinno. Jest pan ich głównym udziałowcem, ale dopiero od roku. W zarządzie zasiada także Raymond Ogden. Czy to on przekonał pana, że niezbędna jest jego pomoc, aby móc utrzymać w tajemnicy pańską chorobę?
    – AIDS nie jest już obecnie chorobą piętnowaną. Ludzie zrozumieli, że w zasadzie każdy może się jej nabawić.
    – Doprawdy? W takim razie po co ta konspiracja? Powiem panu. Dlatego, że jest pan politykiem i wie doskonale, iż w społeczeństwie nadal panuje uprzedzenie wobec tej choroby. Uprzedzenie tak duże, że zapewne nie uzyskałby pan już następnym razem wystarczającego poparcia wyborców.
    – Nie jestem chory.
    Może nie ciężko. To może jeszcze potrwać nawet lata. Mógłby pan zostać wyleczony. – Umilkła, po czym dodała: – Dzięki RU 2. Ale pan nie otrzyma tego leku. Nie obchodzi mnie, co panu obiecał Ogden. Nie pozwolę, aby najpierw odmawiał pan innym ludziom prawa do korzystania z RU 2, a potem zaszywał się w Sunnyvale, aby zażyć następną dawkę leku. Nic z tego. Raczej będę patrzeć, jak pan powoli umiera.
    – Nie wiem w ogóle, o czym pani mówi.
    – Mówię, że pan umrze, jeśli nie zrezygnuje z tej ustawy i nie zacznie wspierać RU 2. To proste. – Wstała i podeszła do drzwi. – Albo się pan wycofa, albo nici z RU 2. Przynajmniej dla pana. I dla pańskiej żony.
    – Mojej żony?
    Zatrzymała się w progu, spojrzała na niego przez ramię.
    – Nie powiedziała panu? Pół roku temu poszła do tutejszego lekarza, doktora Timkina. Niech się pan nie martwi, podała fałszywe nazwisko. Test na HIV wypadł pozytywnie. – Po raz pierwszy dostrzegła u Longwortha poruszenie. Przestał nad sobą panować. – Pan naprawdę o tym nie wiedział?.
    – Przecież byłem ostrożny – wymamrotał. – Nie powinna… Dlaczego mi nie powiedziała?
    – A dlaczego pan jej nie zapytał?

    – Sporo czasu zajęło to rozpoznanie – zauważył Seth.
    – W każdym razie nie zdzieliłam nikogo czymś ciężkim po głowie. Chociaż mam uczucie, jakbym go wykończyła na dobre. Jak można być człowiekiem tak samolubnym i okrutnym?
    – Może to lata praktyki?
    – Nie żartuj sobie. Martwię się tym.
    – Wydaje mi się, że braku powodów do obaw. Spisałaś się znakomicie.
    – Miałam szczęście. – Pokręciła głową z niedowierzaniem. – Ależ miałam szczęście. Usłuchałam intuicji i trafiłam w dziesiątkę. Albo to RU 2 trafił w sam środek tarczy. Może jednak dobro czasem zwycięża? Jeszcze trochę i zacznę wierzyć w aniołów stróżów.
    – A kto jest naszym aniołem stróżem? Noah?
    – Niewykluczone. – Zmarszczyła nagle brwi. – Ale jednak nadal jest to ryzykowna gra. Ogden ma duży wpływ na Longwortha. Może zdoła go przekonać, obiecując mu dostawę RU 2.
    Seth uśmiechnął się.
    – Wiesz, naprawdę nie przejmowałbym się Ogdenem.

    Tchórzliwy szczur!
    Ogden cisnął słuchawkę na widełki. Czy naprawdę musi robić wszystko sam? Ten sukinsyn Longworth schował się do mysiej dziury na pierwszy sygnał o zagrażających kłopotach. Tak jakby on, Ogden, miał jeszcze mało problemów z policją depczącą mu po piętach przez dwadzieścia cztery godziny na dobę! Nie może nawet pojechać do Seattle.
    Longworth musi wreszcie wrócić na swoje miejsce w szeregu. To nie stanowi problemu. Niektóre sprawy należy załatwiać osobiście. Senator okazał się zbyt tchórzliwy, aby powiadomić go osobiście, że nie chce już grać w tym zespole. To nic. On nigdy nie miał trudności z narzuceniem Longwortowi swojej woli. Na tym polega siła perswazji.
    Podniósł słuchawkę.
    – Proszę podstawić mój samochód.
    W przedpokoju zdjął z wieszaka swój czarny płaszcz. Jak zwykle, okrycie miało mu dodać powagi. Nie żeby mu na tym specjalnie zależało. I tak wygląda imponująco. Potrafi manipulować Longworthem bez…
    Czarna limuzyna podjechała pod frontowe wejście.
    Nie czekał, aż szofer wysiądzie z wozu. Sam otworzył drzwiczki.
    – Do senatora Longwortha, George.
    Samochód ruszył bezszelestnie spod domu.
    Dopiero teraz uświadomił sobie zirytowany, że ktoś siedzi z przodu obok szofera. A przecież zapowiedział George’owi, że nie życzy sobie podwożenia do miasta jego koleżków, służących.
    – George, natychmiast wysadź swego przyjaciela. A jutro zgłosisz się do biura i odbierzesz swoją…
    – To nie George – odezwał się mężczyzna siedzący obok kierowcy. – On się nazywa Dennis. – Odwrócił się do tyłu. – Witaj, Ogden – powiedział Marco Giandello.

18.

    Czy wszystko już spakowałaś? – zapytała Phyliss. – Prawie. – Kate wyjęła z komody jeszcze jedno naręcze ubrań i położyła je na łóżku obok walizki. – A ty i Joshua?
    – Joshua już się spakował. – Po chwili milczenia dodała: – Ja jeszcze nie zaczęłam.
    – Lepiej się pośpiesz. Seth udziela teraz Tony’emu ostatnich instrukcji, ale niedługo wróci.
    – Jakich instrukcji?
    – Chyba nie sądzisz, że zrezygnowałam z forsowania testów RU 2? To nie będzie proste, mimo że Longworth zdecydował się nas wesprzeć.
    – Wszystko poszłoby sprawniej, gdybyś została tu i osobiście czuwała nad całą sprawą – uśmiechnęła się Phyliss. – Jesteś w tym niezastąpiona.
    – Muszę być w Amsterdamie. Prawdopodobnie uda mi się rozpocząć tam pracę nad testowaniem leku w ciągu trzech miesięcy. Są ludzie, którzy nie mogą już dłużej czekać.
    – Na przykład twój ojciec.
    Przytaknęła.
    – Ale nie tylko on. Nie jestem aż tak samolubna. – Zamknęła walizkę. – Idź już. Musisz się spakować, najwyższy czas.
    – Ja nie wyjeżdżam.
    Kate odwróciła się w jej stronę.
    – Co takiego?
    – Zostaję tutaj.
    – Dlaczego?
    – Będę czuwać nad sprawą RU 2 i usuwać kłody, które ci idioci rzucają nam pod nogi. Ja też potrafię sforsować to i owo, jeśli mi na tym zależy.
    – Dlaczego mówisz o tym dopiero teraz?
    – Sama nie wiedziałam, że mam takie plany, dopóki nie zaczęłam się zastanawiać. W pewnym sensie Michael też zginął z powodu RU 2. Może uda mi się nadać temu wszystkiemu jakiś sens, jeśli przekonam ludzi, że to istotnie dobry lek.
    – Ale Joshua…
    – Joshua będzie za mną tęsknił. Tak jak i ty. Stęskni się za mną nawet ten urwis Seth. Ale trudno, musicie pocierpieć. Bo ja powinnam zrobić coś wreszcie ze swoim życiem.
    Kate spojrzała na nią skonsternowana.
    – Nigdy cię nie powstrzymywałam przed robieniem niczego, na co miałaś ochotę.
    – Wiem. Rzeczywiście nie powstrzymywałaś mnie przed robieniem czegokolwiek. Ale łatwo popaść w rutynę, jeśli przebywa się wśród ludzi, których się kocha. Najwyższa pora, abym się z niej wyzwoliła. – Uśmiechnęła się. – Dlatego zamierzam znaleźć sobie pole działania i przysporzyć Tony’emu tyle pracy, żeby zaczął cię błagać o powrót do kraju.
    – Nie wiem, co będę robiła bez ciebie.
    – Przecież masz Joshuę. I myślę, że możesz mieć Setha. – Zastanawiała się chwilę. – Jeśli oczywiście chcesz go mieć. Więc jak, chcesz?
    – To skomplikowana sprawa.
    – Chcesz go czy nie?
    Seth opiekuńczo trzymający jej ojca w ramionach. Seth przekomarzający się z Joshuą. Seth obejmujący ją czule podczas rozmowy. Seth w łóżku. Spójrz prawdzie w oczy. Przestań udawać, że tego nie ma. Bądź uczciwa wobec samej siebie i wobec Phyliss.
    – O tak. Chcę. Jestem tego pewna.
    – On nie będzie łatwy. Ale jest tego wart. Zresztą nic, co łatwe, nie przypada ci do gustu.
    – Co masz na myśli? Byłam bardzo zadowolona z życia, jakie wiodłam przedtem, zanim to wszystko się wydarzyło.
    – Po prostu dostosowałaś się do okoliczności, gdyż byłaś związana z Dandridge przez swego ojca. Ludzie o silnej woli potrafią wmówić sobie wszystko. Powiedziałam ci kiedyś, że dla nas nic już nie będzie takie, jakie było. To wcale nie znaczy, że nie może być dobre. – Objęła Kate, uściskała serdecznie. – No, nie rób już takiej żałosnej miny. Dla mnie najwyższy czas, abym postąpiła właśnie w ten sposób.
    Kate, nie wypuszczając jej z objęć, przytaknęła.
    – Wiem. Po prostu… – Nie, nie zachowuje się jak należy. Cofnęła się o krok siląc się na rzeczowy ton, dodała: – Kiedy już wróci Seth, powiadomimy cię, co i jak. A potem powinniśmy być w kontakcie telefonicznym i raz na tydzień przeprowadzać coś w rodzaju narady, aby omówić wszelkie problemy.
    – W pierwszym miesiącu dwie rozmowy. Potem będzie łatwiej. – Phylis skierowała się do wyjścia. – Pójdę do Joshuy, przekażę mu nowiny.

    Kiedy kilkanaście minut później Seth wszedł do pokoju, Kate siedziała na łóżku, wpatrując się w walizkę. Stanął jak wryty.
    – Co się stało? Czyżby Longworth znowu…
    – Phyliss nie jedzie z nami. Uznała, że jej miejsce jest tutaj i że będzie czuwała nad naszą sprawą. Powinieneś się cieszyć z takiej decyzji. Czy nie tego zawsze chciałeś?
    – Co masz na myśli?
    – Jeśli Phyliss dopnie swego, RU 2 uzyska rejestrację w Stanach wcześniej niż w Amsterdamie.
    – Jeśli ktokolwiek jest w stanie tego dokonać, to tylko ona. Masz jakieś zastrzeżenia?
    – Tylko takie, że będzie mi jej brakować. Jesteśmy przecież rodziną.
    – Mówisz tak, jakbyś miała jej już nigdy nie zobaczyć.
    – Na pewno upłynie sporo czasu, zanim się znowu spotkamy. – Przeniosła wzrok na niego. Cygan. Piotruś Pan. Machiavelli. Opiekun. Miał w sobie cechy każdej z tych osób i Phyliss oceniła go właściwie: nigdy nie będzie łatwy w pożyciu. No to co? Zazwyczaj nic, co dobre, nie jest łatwe. Wstała, rozprostowała ramiona. Śmiało, powiedz to wreszcie. – Tak więc doszłam do przekonania, że odtąd ty masz trzymać wszystko w garści.
    Spojrzał na nią czujnie. – Co?
    – To, co słyszałeś. Moja rodzina idzie w rozsypkę. Phyliss odchodzi. Nadejdzie dzień, kiedy odejdzie też Joshua. Tata… – Westchnęła głęboko. – A więc ty musisz być moją rodziną. I jeśli nie wykręcisz jakiegoś głupiego numeru, możemy być razem przez co najmniej pięćdziesiąt najbliższych lat.
    – Fascynujące. Czuję się już jak jedna z części wymiennych w zmywarce do naczyń.
    – Przestań. Czy myślisz, że to takie proste? Co będzie, jeśli się mną zmęczysz? Jeśli ci się znudzę? Albo jeśli ja postanowię odejść od ciebie? – Przytuliła się do niego, oparła głowę na jego piersi. – Nie, nie pozwolę ci odejść. Poszłabym za tobą wszędzie, gdyby nie było innego wyjścia. Ty też powinieneś wreszcie mieć rodzinę. Zżyjesz się z nami.
    – Możliwe.
    – I mógłbyś przestać być taki sztywny. Wiem, że mnie kochasz. I na pewno wiesz, że ja cię kocham.
    – Jasne, że wiem. Nie byłem tylko pewien, czy się do tego przyznasz. Wydawało mi się, że muszę cię dopiero nakłonić do wyznania uczuć i że zajmie mi to przynajmniej pół roku. – Przygarnął ją do siebie. – Nie o takiego mężczyznę ci chodziło, wiem o tym. Ale to nic. Oswoisz się z tym. Jesteś skazana na mnie. I to na długo. A ja już się nie zmienię. Będziesz musiała zaakceptować mnie takim, jaki jestem.
    – Już cię zaakceptowałam. Jesteś właśnie takim mężczyzną, jakiego pragnęłam.
    – Kiedy dokonałaś tego doniosłego odkrycia?
    – Kiedy ujrzałam, jak trzymasz mego ojca w ramionach – odparła krótko.
    Odsunął ją od siebie, ujął jej twarz w obie dłonie.
    – A jeśli zmienisz potem zdanie? – zapytał zdławionym głosem. – Mówiłem ci już, że nie lubię być odtrącany. Nie zachowywałbym się wtedy grzecznie ani układnie. Zacząłbym kombinować, knuć intrygi i uciekać się do najrozmaitszych podstępów i sposobów, byle tylko zostać przy tobie.
    – Do diabła, nie zamierzam zmieniać zdania. Podziwiam cię. Szanuję. Kocham. I na pewno nie pozwolę ci odejść. Więc jak, ożenisz się ze mną?
    – Czy to warunek naszego układu?
    – Tak. Chcę, żeby istnienie naszej rodziny zostało oficjalnie potwierdzone.
    Uśmiechnął się lekko.
    – Muszę się nad tym zastanowić.
    Poczuła, jak przepełniają uczucie szczęścia. A więc to się stanie!
    – Dobrze, dam ci czas do namysłu. Ale musisz mi odpowiedzieć, kiedy znajdziemy się w Amsterdamie. Potem znajdę sobie jakiegoś Holendra.
    – Och, nie muszę się zastanawiać aż tak długo. W porządku, ożenię się z tobą. – Pocałował ją. – Pod jednym warunkiem. – W jego oczach zabłysły figlarne iskierki.
    – Mów prędko, płonę cała z ciekawości – ponagliła go.
    – Chodzi o mego psa. Będziesz musiała przyjąć mnie razem z nim. Biedny kundel! Aż boję się myśleć o tym piekle, które będzie zmuszony przejść jeszcze raz. Nie znasz przypadkiem holenderskich przepisów dotyczących kwarantanny dla psów?

Iris Johansen