Скачать fb2
Kocham Cię, maleńka

Kocham Cię, maleńka

Аннотация

    Kto jest ojcem tego dziecka? Brian,brat Rachel,opuścił Nowy Jork sześć lat temu,wyjechał do Hiszpanii i słuch po nim zaginął.Rachel postanowiła go odnaleźć.Wylądowała w Sewilli,gdzie ostatnio brat pracował u seniora Vincente de Riano. Ten hiszpański arystokrata podbił serce Rachel od pierwszego wejrzenia.Miała dziwną słabość do jego ognistych czarnych oczu,ale on traktował ją z wielką nieufnością. Czyżby dlatego,że była siostrą Briana? Ale,gdy zobaczyła malutką Luisę,wszystko stało się jasne…


Rebecca Winters Kocham Cię, maleńka

    Tytuł oryginału: The Baby Business
    Przekład: Adela Drakowska

Rozdział pierwszy

    Rachel Ellis ostrożnie pokonywała zakręty na prywatnej, górskiej drodze, niestrudzenie podążając do celu. W innych okolicznościach z pewnością by się zatrzymała, żeby podziwiać widoki – dziś jednak pragnienie odnalezienia Briana zdominowało wszelkie jej myśli.
    Jakiś człowiek stojący przy bramie wjazdowej natychmiast zaofiarował się, że poprowadzi ją do patrona, i pobiegł przodem. Jechała za nim powoli wzdłuż długich stajen, aż dotarli na padok, gdzie zatrzymała wóz i wysiadła.
    Nie musiała pytać, który z trójki rosłych brunetów ubranych w robocze spodnie i przepocone białe koszule był właścicielem tej wspaniałej posiadłości. Rozpoznała go od razu w mocno zbudowanym mężczyźnie, przerastającym pozostałych o pół głowy, który poruszał się z wrodzoną dystynkcją i wdziękiem – i któremu obaj stajenni każdym gestem okazywali szacunek i pewną uniżoność. Prawdopodobnie rozmawiali o narowistym ogierze, galopującym właśnie wzdłuż ogrodzenia – Rachel jednak, mimo że dobiegały do niej poszczególne słowa, niczego nie mogła zrozumieć, ponieważ nie znała języka hiszpańskiego.
    Być może właśnie z tego powodu wszystko w tym kraju wydawało jej się tak bardzo obce. Co prawda wylądowała na lotnisku San Pablo w Sewilli zaledwie dwa dni temu, ale niemiłosierny skwar i duchota od razu ścięły ją z nóg. Aklimatyzacja musiała zająć przynajmniej kilka dni. Potem zmitrężyła mnóstwo czasu w kolejce do biura wynajmu samochodów, a gdy nareszcie usiadła za kierownicą, okazało się, że klimatyzacja w samochodzie nie działa. Spotkanie z Hiszpanią zaczęło się więc pechowo… Czterdziestostopniowy sierpniowy upał wyczerpywał siły, a dziś temperatura zdawała się bić wszelkie rekordy.
    Rachel dla ochłody związała włosy do tyłu, ale niewiele to pomagało; platynowoblond kosmyki kleiły się do jej wilgotnego czoła. Tak samo jasnoniebieska bawełniana bluzka oraz spódnica, które wydawały się skromne i leżały nienagannie jeszcze rano, gdy włożyła je w pokoju hotelowym w Carmonie – teraz oblepiały jej smukłe ciało i długie nogi niczym mokra gaza. Była jednak zbyt przejęta Brianem, aby przywiązywać wagę do swego niestosownego wyglądu.
    Prawie cały dzień spędziła, poszukując drogi do klasztoru, ukrytego w górach Sierra Morena. Dotarła na miejsce dopiero późnym popołudniem, ale, niestety, okazało się, że Brian, który przez jakiś czas pracował tam jako dozorca, opuścił klasztor już dawno temu.
    Przeor popatrzył na nią ze zrozumieniem i współczuciem, a potem napisał na kartce nazwisko i miejsce pobytu człowieka, który powinien wiedzieć, co dzieje się z jej bratem. Señor Vincente de Riano, Jabugo – widniało na kartce, którą otrzymała od przeora.
    Rachel uprzejmie podziękowała i niezwłocznie ruszyła w drogę do Jabugo, malowniczej górskiej wioski słynącej z wyrobu szynki ser rano. Miejscowe wędzarnie okazały się własnością señora de Riano. Poinformowano ją jednak, że patron pojechał już do domu. Rachel nie pozostało więc nic innego, jak wrócić do Carmony i przyjechać tu nazajutrz z samego rana.
    Rzuciła okiem na mapę i krętą drogą ruszyła z powrotem w kierunku Sewilli. Ale ani na chwilę nie potrafiła przestać myśleć o Brianie. Trawiona dziwnym niepokojem zatrzymała się w najbliższej wiosce i zapytała pierwszego napotkanego chłopa, gdzie mieszka señor de Riano.
    Stary człowiek pokiwał głową na znak, że zrozumiał pytanie, a potem wskazał ręką pokaźny biały dom przycupnięty do porośniętego lasem górskiego zbocza. Rachel podziękowała za informację, ale uznała za bezcelowe pytać o dojazd do odległej posesji, ponieważ wiedziała, że i tak niewiele zrozumie z wyjaśnień. Następne pół godziny poszukiwała więc na chybił trafił drogi wjazdowej do posiadłości señora de Riano.
    Teraz z odległości zaledwie kilku kroków widziała jego szlachetnie wyrzeźbiony profil, ciało opalone przez bezlitosne słońce na kolor ciemnego brązu oraz kruczoczarne włosy wijące się na silnym karku i zmierzwione nad czołem. Mimochodem przemknęło jej przez myśl, że w żyłach tego mężczyzny płynie krew konkwistadorów… Wpatrywała się weń zauroczona władczą męską urodą i atmosferą stanowczości i siły, jaką wokół siebie roztaczał. Było w nim coś niebywale fascynującego. Opanowało ją niejasne, trwożne przeczucie, iż odtąd będzie z nim porównywała każdego napotkanego mężczyznę, i że żaden z nich mu nie dorówna.
    Nawet Stephen, który – pomimo wszystkich swych wad – był przecież niezwykle przystojny, nie mógł się równać z señorem de Riano…
    Być może tak właśnie czuła się jej matka, gdy poznała ojca Rachel – mężczyznę, któremu żadna kobieta nie potrafiła się oprzeć, a który żadnej z nich nie potrafił być wiemy. Pewnego pamiętnego dnia pozostawił żonę i dzieci ich własnemu losowi…
    Gdy señor de Riano instynktownie odwrócił się w kierunku Rachel, jego błyszczące, czarne oczy, zwykle tak pełne życia, nagle zgasły jak płomień świecy. Spod lekko zmrużonych powiek, z wyraźną niechęcią przyglądał się subtelnej twarzy dziewczyny i jej fiołkowym oczom okolonym ciemnymi rzęsami, a jego usta przybrały wyraz surowy i nieubłagany. Rachel nie mogła zrozumieć tej dziwnej reakcji.
    – Señor de Riano? – zapytała, niepewnie postępując krok do przodu. – Habla usted ingles? – To było jedno z niewielu zdań, które potrafiła powiedzieć po hiszpańsku.
    Przez chwilę jakby się zastanawiał, czy w ogóle warto podejmować konwersację; wreszcie nieznacznie skinął głową.
    Podeszła bliżej, zdziwiona jego ostentacyjnym brakiem uprzejmości.
    – Nazywam się Rachel Ellis – wyjaśniła. – Proszę mi wybaczyć, jeśli panu przeszkadzam, ale usiłuję odnaleźć mojego brata, Briana. Dano mi do zrozumienia, że pan wie, gdzie on się podziewa.
    Nie zrobił w jej kierunku żadnego gestu; stał nieruchomo, w milczeniu, jakby nie usłyszał pytania. Dwaj stajenni patrzyli na Rachel jak na zjawę z innego świata.
    – Señor? – ponagliła go, zastanawiając się, czy na pewno rozumie po angielsku.
    – Ma pani tyle samo tupetu, co pani brat, panno Ellis – powiedział wreszcie ostrym tonem. – Widzę, że w ogóle jesteście do siebie podobni.
    Zaskoczona zamrugała powiekami. A więc przeor miał rację. Ten człowiek niewątpliwie znał Briana. W dodatku mówił doskonałą angielszczyzną, z nieznacznym tylko obcym akcentem. Zupełnie nie mogła pojąć, dlaczego w tym kulturalnym głosie słyszała tyle lodowatej pogardy.
    – Nie… nie rozumiem… – zająknęła się zmieszana.
    – I nie musi pani niczego rozumieć – przerwał jej brutalnie, a potem groźnie uniósł brew i dodał: – A jeśli to on panią przysłał, żeby się pani za nim wstawiła, to proszę mu przekazać, że jest większym głupcem, niż sądziłem. I jeszcze jedno: nim wróci pani tam, skąd pani przyjechała, proszę mi wyjaśnić, jakim prawem wdarła się pani do mojego domu?
    Rachel nerwowo odgarnęła kosmyk wilgotnych włosów ze skroni. Nie miała pojęcia, o czym ten człowiek mówi. Dlaczego zwraca się do niej tak obcesowo?
    – Czy zawsze w tak odpychający sposób przyjmuje pan gości? – spytała do żywego dotknięta jego tonem i ostrymi słowami.
    – Na razie nie odpowiedziała pani na moje pytanie. – Zacisnął usta w wąską linię. – Ale ostrzegam: i tak poznam prawdę! – Gdy ruszył w jej kierunku, dwaj pozostali mężczyźni nagle odwrócili się i chyłkiem weszli do stajni.
    Rachel instynktownie cofnęła się o krok, ale zaraz krew jej w żyłach zagrała i wojowniczo wysunęła podbródek. Nie pozwoli sobie grozić!
    – Poszukuję mojego brata – oświadczyła z naciskiem.
    – Przeor klasztoru położonego niedaleko La Rabidy powiedział, że właśnie pan może mi pomóc. W pobliskiej wiosce dowiedziałam się, gdzie pan mieszka, a jeden z pańskich pracowników był tak uprzejmy, że pokierował mnie, gdy wjechałam za bramę. To wszystko, co mam panu do powiedzenia.
    Twarz Vincente de Riano stężała jeszcze bardziej, tak jakby ta ostatnia informacja dolała tylko oliwy do ognia. Wykrzywił usta z widocznym niesmakiem.
    – To musiał być Jorge – powiedział tonem politowania. – Jest wyjątkowo wrażliwy na kobiece wdzięki. No cóż, tak czy inaczej, straciła pani tylko czas i pieniądze – uciął krótko. – Życzę pani przyjemnego lotu powrotnego do Stanów, señorita. – Odwrócił się nonszalancko i gwizdnął na ogiera, który parskając przegalopował przez padok.
    – A ja życzę panu, żeby pan poszedł do diabła! – wypaliła. Rachel nigdy przedtem nie odezwała się w taki sposób, ale też nigdy przedtem nie była tak bardzo rozstrojona.
    – Zapomina pan, że mam jeszcze inne możliwości – dodała z furią. – Jeśli pan zna Briana, to ludzie z okolicy znają go również. Jestem pewna, że znajdę kogoś, kto mi pomoże.
    Dłuższe przebywanie w towarzystwie tego niesympatycznego mężczyzny było tyleż irytujące, co bezcelowe. Rachel odwróciła się na pięcie i pomaszerowała raźno w stronę swojego samochodu.
    – Na pani miejscu nie liczyłbym na to – dobiegł ją z tyłu drwiący głos.
    Rachel zwolniła kroku i lekko odwróciła głowę; policzki płonęły jej z emocji.
    – Proszę mnie nie straszyć, señor. Nie jestem pańskim sługą ani przerażonym poddanym, którego życie zależy od pańskiego widzimisię.
    Wyczuła, że uderzenie było celne. Zapadła na moment pełna napięcia cisza.
    – Podobnie jak Brian, bije pani na oślep – rzekł ze śmiertelnym spokojem, który, znać było, sporo go kosztował. – Radzę jednak nie zapominać, że znajduje się pani na moim terenie. Tu rządzimy się nieco innymi prawami.
    – Czarujący z pana dżentelmen – zakpiła, buntowniczo wysuwając podbródek. – Czy wasze spotkania z Brianem były równie przyjemne?
    – Jedno trzeba przyznać, że obu nam zapadły w pamięć – rzekł z zagadkowym wyrazem twarzy. Jego oczy, zmrużone na słońcu, przypominały dwa czarne jak atrament punkciki.
    – Och, doprawdy? – uśmiechnęła się cierpko. – Czyżby Brian zasugerował, że spowiedź dobrze by zrobiła pańskiej duszy? Czy doradził wizytę u pańskiego dobrego znajomego, przeora z La Rabidy?
    Przekorny uśmiech przemknął po jego smagłej twarzy; właściwie był to cień uśmiechu, ale w jednej chwili zdała sobie sprawę, jak porywająco pięknie by wyglądał, gdyby uśmiechnął się naprawdę. Zrobiło to na niej piorunujące wrażenie, choć nie dała niczego po sobie poznać.
    – Kiedy po raz ostatni widziała pani brata? – usłyszała pytanie, które boleśnie ukłuło ją w serce.
    – Minęło już trochę czasu – odrzekła wymijająco, starając się opanować uczucia.
    – Zapewne wystarczająco dużo, żeby uwierzyć w każde jego kłamstwo.
    – Kłamstwo? – obruszyła się. – To do niego niepodobne. Cokolwiek by mówić, Brian zawsze był brutalnie szczery.
    Robiła nadludzki wysiłek, żeby stać prosto, czuła bowiem, że kolana się pod nią uginają i ziemia usuwa spod stóp. Upał i duchota nie tylko opóźniały jej reakcję; teraz po prostu zaczynało jej się mącić w głowie.
    – To brzmi jak zeznanie pod przysięgą. – W jego głosie czuło się lekką drwinę.
    – Bo znam swego brata i wiem, ile jest warte jego słowo! – zaperzyła się.
    – Być może znała go pani… kiedyś – rzekł z wymownym naciskiem i uważnie spojrzał na Rachel, której twarz przybrała nieoczekiwanie posępny wyraz.
    „Nie wiem, czy powinnam nadal ufać Brianowi – mówiła przed śmiercią jej matka. – Wyjechał już tak dawno… Mam złe przeczucia, Rachel”.
    Wówczas Rachel myślała, że wątpliwości matki zrodziły się z bólu spowodowanego rozłąką i rozczarowaniem.
    Ale teraz, mając na żywo w pamięci jej ostatnie słowa, nie mogła puścić mimo uszu tego, co przed chwilą powiedział ten arogancki nieznajomy.
    Kochała Briana i rozumiała go – a przynajmniej wydawało jej się, że rozumie motywy jego postępowania. Gdy ojciec od nich odszedł, Brian poczuł się śmiertelnie ugodzony. Pogrążony w rozpaczy nie potrafił sobie znaleźć miejsca i wreszcie wyjechał w podróż do Europy, aby tam, w obcym świecie, wyleczyć rany. Rachel, starsza od niego o dwa lata, cierpiała również, ale była znacznie bardziej opanowana i potrafiła cierpieć w ukryciu; potrafiła zamknąć się w sobie i odciąć od dramatycznych wspomnień, szukając pociechy i ukojenia w kontaktach z dziećmi.
    Stephen, jej narzeczony, a zarazem pracodawca, jakże nienawidził tego ustawicznego zamartwiania się o nieobecnego brata. Stale jej zarzucał, że zachowuje się jak wdowa pogrążona w żałobie, i że bardziej kocha Briana niż jego.
    Może miał rację? – przemknęła jej przez głowę spóźniona myśl. Może to frustracja spowodowana niedosytem uczuć z jej strony popchnęła go w końcu ku innym kobietom? Takie wyjaśnienie było w pewnym sensie pocieszające, ale mimo wszystko ból z powodu zdrady Stephena nadal rozdzierał jej serce. Nie czas jednak było rozpamiętywać przeszłość i rozdrapywać żywe rany. Wzięła się w garść i odważnie uniosła głowę.
    – Proszę odpowiedzieć mi tylko na jedno pytanie, señor. Czy ostatnio widział pan mojego brata?
    – Nie.
    Tym jednym krótkim słowem brutalnie pozbawił ją wszelkich nadziei. Poczuła, że życie z niej uchodzi jak powietrze z nakłutego balonika.
    Stała przez chwilę w milczeniu, przygnieciona gwałtowną rozpaczą, a potem podniosła na señora de Riano oczy szkliste od łez. Wiedziała już, dlaczego od pierwszego wejrzenia zapałał do niej dziwną niechęcią. Była przecież niezwykle podobna do brata. Jeśli więc Brian czymś mu się naraził…
    Wielki Boże, a jeśli Brian wpadł w jakieś tarapaty? Czyżby złe przeczucia matki miały się sprawdzić? W głowie Rachel huczał wir niespokojnych myśli. Och, gdybyż mogła go teraz zobaczyć! Był takim wrażliwym, pobudliwym chłopcem, kiedy widziała go po raz ostatni. Miał wówczas zaledwie osiemnaście lat i z młodzieńczą brawurą opuszczał Nowy Jork… A więc minęło już sześć lat – sześć długich lat rozłąki. Uświadomiła sobie teraz, że Brian ma dwadzieścia cztery lata, ona zaś dwadzieścia sześć, i w życiu ich obojga zaszły niewątpliwe zmiany.
    Nieważne, ile lat minęło, skarciła się w duchu. Brian nie mógł być równorzędnym przeciwnikiem dla kogoś takiego jak señor de Riano. Ten człowiek miał nie tylko więcej lat, ale, co ważniejsze, dużo więcej życiowego doświadczenia. To było widać gołym okiem.
    Ocierając wierzchem dłoni pot z czoła, usiłowała skupić myśli. Zachodzące słońce silnie przypiekało i nadal dawało się we znaki. Z trudem wydobywając głos, spytała:
    – Czy może mi pan powiedzieć, gdzie on teraz przebywa?
    – Nie.
    – Tego się obawiałam – odparła z rezygnacją. Zapadła chwila głębokiego milczenia.
    – Dlaczego pani go szuka?
    – To już moja sprawa. – Westchnęła i chwyciła głęboki oddech; poczuła na swych falujących piersiach uważny wzrok mężczyzny.
    – Czyżby sam panią wezwał do siebie?
    Znów w sercu Rachel wezbrała gorycz, ponieważ Brian nigdy nie wystąpił z taką propozycją. Tak jakby przez te wszystkie lata po prostu nie chciał ich widzieć… Señor de Riano miał prawo myśleć inaczej. Zauważyła, że niecierpliwie czeka na odpowiedź.
    – Nie – przyznała posępnie i potrząsnęła głową.
    Ten nagły ruch przyniósł nieoczekiwany i całkiem niepożądany skutek: świat zawirował jej przed oczami, zachwiała się na nogach i niechybnie by upadła, gdyby Vincente de Riano nie popisał się zadziwiającym refleksem. Stanowczym ruchem ujął ją pod ramię, ale ona – oszołomiona własną słabością w równym stopniu, co jego siłą, oraz dreszczem, który nieoczekiwanie przeszył jej ciało – usunęła się trwożnie spod jego ramienia. Gdy nieśmiało spojrzała mu w oczy, dojrzała w ich ciemnej głębi zastanawiające błyski.
    – Ale mimo wszystko pani przyjechała… – podjął z lekkim zniecierpliwieniem.
    – Przyjechałam. – Wiedziała, że łzy wiszą jej na rzęsach i za chwilę nieubłaganie spłyną po policzkach. Do licha! Spuściła wzrok. – Nasza matka zmarła nagle na zapalenie płuc… – Głos jej zadrżał. Nerwowo zwilżyła wargi, czując, że señor de Riano uważnie studiuje jej twarz.
    – Brian jeszcze o tym nie wie. List, który do niego wysłałam pod adresem kurii biskupiej w Sewilli, został mi zwrócony.
    Pamiętała ten bolesny skurcz w sercu, kiedy zobaczyła adnotację na dole koperty: adresat nieznany. Pocieszyła się myślą, że listu nie doręczono, ponieważ nie zadano sobie trudu, by szukać nikomu nie znanego cudzoziemca, ukrytego w jednym z górskich klasztorów. Przywiozła teraz ten list ze sobą na wszelki wypadek. Gdyby nie odnalazła Briana, pragnęła zostawić list u przeora klasztoru, w nadziei, że ten przekaże go przy okazji jej bratu.
    Napisała go w dniu pogrzebu matki, otwierając przed bratem serce, wyjawiając mu latami skrywane uczucia. Przelała na papier całe swe cierpienie i ból, i miała pełną świadomość, że drugiego takiego listu już nie napisze, ponieważ ta spowiedź kosztowała ją zbyt wiele cierpień.
    – Proszę, niech pan przeczyta… – Drżącą ręką wyjęła z torby kopertę i podała ją señorowi de Riano. Miała nadzieję, że treść listu zmiękczy mu serce i skłoni go do mówienia.
    Wziął list jakby mimochodem, nadal bacznie śledząc wyraz jej twarzy.
    – Za chwilę dostaniesz udaru – powiedział zadziwiająco łagodnym tonem i, ku jej ogromnemu zaskoczeniu, wziął ją szybko na ręce.
    Czuła, że pot zalewa jej ciało, a w uszach dzwoni – choć przytomności nie straciła; pogrążona jakby w letargu nie miała siły nawet unieść głowy opartej o jego szeroką klatkę piersiową. Na policzku i skroni czuła równomierne bicie jego serca.
    Gdy tak niósł ją jak piórko do ogrodu na tyłach domu, doznała dziwnego ukojenia pod wpływem siły i czułości płynącej z jego ramion. Poczuła się na tę ulotną chwilę tak pewnie i bezpiecznie jak dziecko w matczynych ramionach, i znów wróciła myślami do Stephena, którego jeszcze kilka tygodni temu miała szczery zamiar poślubić… Jakże była wówczas ślepa! Przecież to ona stwarzała Stephenowi poczucie bezpieczeństwa – mógł zawsze liczyć na jej wsparcie i pocieszenie – i tego właśnie po niej oczekiwał! Była stroną wyraźnie silniejszą w ich związku.
    To jednak zastanawiające, pomyślała, że akurat w obecności seńora de Riano prawda uderzyła ją w oczy z taką oślepiającą jasnością. Prawda o słabości i egoizmie Stephena…
    Gdy dotarli do patio, wyłożonego niebieskimi kafelkami i ozdobionego cienistą kolumnadą w stylu mauretańskim, señor de Riano ostrożnie położył Rachel na leżance. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiła się pokojówka z tacą zimnych napojów. Po chwili Rachel trzymała w ręku szklankę z rozkosznie chłodnym płynem.
    Gdy już ugasiła pierwsze pragnienie, poczuła się nieco lepiej. Uniosła wzrok na swego wybawcę i niespodziewanie skrzyżowali spojrzenia. Na to nie liczyła wcale – na tę falę zmysłowego ciepła i podniecenia, która nagle ją ogarnęła. Wstrzymała na chwilę oddech z wrażenia, a potem gwałtownie odwróciła głowę.
    – Brat, jak widzę, nie wspomniał pani, że ten rejon nazywamy La Sartenilla de Andalusia – przemówił cicho i łagodnie.
    Wiedziona ciekawością rzuciła mu nieśmiałe spojrzenie, modląc się w duchu, by nie wyczytał z jej twarzy zmysłowego poruszenia.
    – W pani języku to „andaluzyjska patelnia” – wyjaśnił rzeczowo.
    – To prawda – Rachel przytaknęła ze zrozumieniem, a potem, zebrawszy siły, dodała: – Dziękuję za wszystko… Czuję się już o wiele lepiej i nie będę panu dłużej przeszkadzać. Czy mogłabym dostać z powrotem swój list?
    – Hola, nie tak prędko! – przerwał jej niespodziewanie i otworzył kopertę. Z uwagą przeczytał list, po czym rzucił okiem na majowy stempel na znaczku pocztowym. – I czekała pani aż trzy miesiące, żeby nawiązać z bratem kontakt? – zapytał.
    Och, dlaczego znów traktował ją tak jak podejrzaną w śledztwie?
    – To ze względów finansowych – wyjaśniła niechętnie. – Musiałam najpierw spłacić pewne długi i upewnić się, że mam trochę oszczędności w banku… – Urwała nagle, ponieważ nie miała zamiaru wyjaśniać temu mężczyźnie zbyt wiele. Musiałaby powiedzieć, że zerwała ze Stephenem i w związku z tym straciła pracę na dziesięć dni przed udaniem się w podróż.
    Dzięki Bogu, że przyłapała go na gorącym uczynku, nim złożyli sobie przysięgę. Wychodząc za mąż za Stephena, popełniłaby kolosalny błąd! Teraz była o tym święcie przekonana.
    Po powrocie do Nowego Jorku będzie zmuszona poszukać sobie innej pracy. Wiedziała, że to może być trudne, zwłaszcza jeśli Stephen odmówi jej udzielenia dobrych referencji. Jakimż był mściwym, małostkowym człowiekiem! Nie potrafił zachować się honorowo… Czyżby naprawdę go kiedyś kochała?
    – Zresztą mniejsza z tym – zakończyła, wstając z leżanki. Zarumieniła się, czując jego wzrok na swych kształtnych udach, które przez chwilę były widoczne spod podwiniętej spódnicy. – Jestem tu teraz – ledwie mogła mówić, policzki jej płonęły – i sama znajdę Briana.
    Wyjęła mu list z ręki i odwróciła się gwałtownie, poszukując wyjścia, ale nim uszła kilka kroków, stalowa dłoń Vincente de Riano zacisnęła się wokół jej ramienia.
    – A więc, kiedy po raz ostatni go pani widziała? Tylko, uprzedzam, bez wykrętów!
    Rachel nie pojmowała, dlaczego ją o to pytał. Zresztą miała kłopoty z koncentracją, czując dotyk jego ciepłych palców na swej wrażliwej, nagiej skórze. Ten gest, z pozoru brutalny, miał jakąś niebywale intymną wymowę…
    – Sześć lat temu – powiedziała.
    – Madre de Dios! – Puścił ją gwałtownie, a potem przesuwając z zakłopotaniem rękę po swych gęstych, falujących włosach, powiedział spokojniejszym tonem: – Proszę pamiętać, że on nie jest już chłopcem.
    – Wiem. – Odetchnęła gwałtownie. – Obydwoje się zmieniliśmy.
    – Ale nadal macie podobne rysy twarzy i ten sam cudowny kolor włosów, którym w moim kraju wszyscy się zachwycają… – rzekł w dziwnym zamyśleniu.
    – Oczywiście, z wyjątkiem pana! – docięła mu trochę niesprawiedliwie, ponieważ właściwie po raz pierwszy usłyszała od niego komplement. Postąpiła krok do przodu, ale znów się zatrzymała, zahipnotyzowana jego natarczywym spojrzeniem.
    – Dokąd zamierza pani się teraz udać, panno Ellis?
    – Czy to ma dla pana jakieś znaczenie? – Spojrzała nań z urazą i wyzwaniem.
    – Si, señorita. Jeśli chce pani udać się w dalszą podróż, pragnę uprzedzić, że po zmierzchu drogi nie są zbyt bezpieczne. Zwłaszcza dla pięknych, jasnowłosych Amerykanek…
    I znów ten pełen sprzeczności mężczyzna ją zaskoczył. Nieoczekiwanie okazał się troskliwy i opiekuńczy. Przyszło jej natychmiast do głowy, że Stephen nigdy się o nią nie martwił. Zawsze myślał wyłącznie o sobie i realizował jedynie własne potrzeby.
    Spojrzała podejrzliwie na señora de Riano. Im dłużej rozmawiała z tym aroganckim nieznajomym, tym wyraźniej widziała wszystkie wady swego byłego narzeczonego. Jak to się mogło stać?
    – Zatrzymałam się w hotelu Del Rey Don Pedro w Carmonie i zamierzam tam teraz wrócić – powiedziała.
    – Zrozumiałem, że brak pieniędzy uniemożliwił pani wcześniejszy przyjazd do Hiszpanii – rzekł, nieznośnie przeciągając słowa. – Dlaczego zatem wybrała pani tak drogi hotel, skoro w okolicy jest wiele tańszych? To trochę dziwne, nie uważa pani? – Jego czarne oczy zaświeciły złośliwie.
    – Chciałam spędzić z Brianem kilka dni w komfortowych warunkach – odparła z urazą. – Domyślam się, że przez ostatnie sześć lat życie go nie rozpieszczało.
    – Święte słowa – mruknął pod nosem, jakby sam do siebie, ale Rachel go zrozumiała.
    – Dlaczego jest pan taki okrutny! – wybuchła. – Z pewnością pan coś wie o Brianie i tylko droczy się pan ze mną jak… jak toreador z tym biednym zwierzęciem na arenie. Zawsze uważałam, że wy, Hiszpanie, macie we krwi okrucieństwo!
    Zmarszczył czarne brwi w grymasie irytacji. Czyżby go wreszcie dotknęła?
    – Nie sądzę, żeby Hiszpanie mieli monopol na tę szczególną cechę – odparł zimnym tonem. – Amerykanie mają na sumieniu szereg własnych okrucieństw. Najlepszym przykładem jest tu pani brat.
    Wzmianka o Brianie spotęgowała rosnące napięcie. Rachel wzdrygnęła się przerażona. Zaczynała odnosić wrażenie, że złość i niechęć tego mężczyzny do jej brata wynikała z jakichś czysto osobistych pobudek. Brian musiał go bardzo skrzywdzić, dopiec mu do żywego… Z trudem opanowała wyobraźnię i powiedziała pozornie spokojnym tonem:
    – Cokolwiek Brian zrobił, muszę poznać prawdę… Chciałabym mu pomóc… I wynagrodzić tych, których zranił.
    Uśmiechnął się z wyraźnym szyderstwem.
    – Jakaż z pani szlachetna osóbka, panno Ellis! – wycedził przez zęby. – Śmiem twierdzić jednak, że pani poświęcenie przyszło odrobinę za późno.
    – Jak mam to rozumieć? – Rachel spojrzała mu prosto w oczy.
    – Pani brat się ukrywa, ponieważ popełnił przestępstwo, które zaprowadziło jego wspólnika do więzienia – wyjawił bez ogródek.

Rozdział drugi

    – To jakaś pomyłka – szepnęła Rachel. – To niemożliwe… – Nieświadomie cofnęła się o krok i oparła się ciężko o jedną z kolumn.
    – Obawiam się, że nie.
    Musiał spostrzec, że krew raptownie odpłynęła jej z twarzy, ponieważ nic nie mówiąc podszedł ku niej i poprowadził ją do stojącego nie opodal stołu. Gdy już bezpiecznie siedziała na krześle, pomyślała z irytacją, że znów powinna być mu wdzięczna za pomoc i troskę. A więc Brian się ukrywał… Nie do wiary! Gdy nagle podniosła oczy, przerażenie nadało im barwę ciemnego fioletu.
    – Chyba… chyba nikogo nie zabił? – zdołała wyjąkać.
    Vincente de Riano stał kilka kroków przed nią z rękami skrzyżowanymi na piersiach.
    – Nie – powiedział po chwili napiętego milczenia.
    – Bogu dzięki! – niemal krzyknęła, a łzy ulgi mimowolnie popłynęły po jej bladych policzkach. – Domyślam się, że to panu wyrządził krzywdę… Co takiego uczynił?
    – Nie tylko mnie… – señor de Riano przeszedł powoli na skraj tarasu i oparłszy rękę o łuk kolumnady, popatrzył w zamyśleniu na góry. Jego potężna sylwetka na tle zachodzącego słońca wyglądała dziwnie złowieszczo.
    Rachel siedziała z drżącym sercem, czekając na najgorsze. Śmiertelna powaga malująca się na twarzy señora de Riano zwiastowała złe wieści.
    – Rok temu – podjął chłodnym, rzeczowym tonem – nieopatrznie zatrudniłem pani brata w mojej firmie w Jabugo i zapewniłem mu mieszkanie. Mieszkał razem z drugim cudzoziemcem, Szwedem, i razem pracowali przy pakowaniu i wysyłce towaru. Pani brata polecił mi przeor z La Rabidy, który twierdził, że Brian jest uczciwym i pracowitym młodzieńcem i zasługuje na lepszą płacę niż ta, którą może mu zaofiarować kościół. Przeor od lat jest przyjacielem naszej rodziny, zna mnie od dziecka i darzę go wielkim zaufaniem. Nie wahałem się więc ani chwili. Ale pani bratu udało się wywieść przeora w pole…
    – Cóż takiego zrobił? – spytała z ciężkim sercem.
    – Po kilku tygodniach pracy razem ze swoim kumplem zaczęli kraść szynki i sprzedawać je na europejskim czarnym rynku. Przez pewien czas ten proceder uchodził im bezkarnie. Moi pracownicy nie wykazali dostatecznej czujności. Sądzili, że popełniono błędy w rachunkach. Ale po pewnym czasie okazało się, że straty w magazynach były znaczne. Dokładnie okradli nas na dwadzieścia tysięcy dolarów! Jakiś czas potem przyłapano Szweda na gorącym uczynku. Został aresztowany, a policja odkryła, że ma konto w szwajcarskim banku.
    – A co z Brianem? – dopytywała się niecierpliwie.
    – W dniu, w którym aresztowano jego kumpla, nie zgłosił się do pracy i od tej pory wszelki słuch o nim zaginął. To miało miejsce pół roku temu.
    – Wielki Boże! – wyrwało jej się z piersi.
    – Szwed złożył zeznania obciążające pani brata.
    Rachel nie mogła dłużej usiedzieć w spokoju. Skoczyła na równe nogi i zawołała z rozpaczą:
    – To zupełnie niepodobne do Briana! Kocham go i znam od dziecka. Nie macie przeciw niemu żadnych dowodów z wyjątkiem słów tego mężczyzny. Nie wierzę, że to prawda… Przeor z pewnością się nie pomylił!
    Vincente de Riano patrzył na nią wzrokiem pełnym litości.
    – Czy pani brat kiedykolwiek się z panią skontaktował? Czy przysiągł pani, że jest niewinny?
    – Nie – wyznała zgodnie z prawdą. – Wielka szkoda, że tego nie zrobił… Wiem, że pan mi nie wierzy, ale gdyby pan znał Briana, toby pan wiedział, że nie należy do ludzi, którzy przyznają się do kłopotów. Jest zbyt hardy, zbyt dumny… – Rachel ukryła twarz w dłoniach, przypominając sobie o jego ostatnim telefonie do matki. – Musiał już opuścić Sewillę – wyznała ledwie słyszalnym szeptem. – Kiedy po raz ostatni rozmawiał z matką, uprzedził ją, że przez dłuższy czas nie będzie się odzywać… Matka wyczuła, że dzieje się coś niedobrego, ale obie starałyśmy się nie dawać przystępu złym myślom. – W rozpaczy potrząsała głową. – Muszę go odnaleźć. Muszę go przekonać, że powinien zgłosić się na policję i wyznać prawdę. Proszę mi powiedzieć, gdzie on może być?
    – Przypuszczam, że nadal przebywa w Hiszpanii. – Señor de Riano miał nieodgadniony wyraz twarzy.
    – Dlaczego pan tak uważa? – spytała z nagłym ożywieniem.
    – Kiedy człowiek czegoś bardzo pragnie, zdobywa się na zadziwiającą wytrwałość – powiedział sentencjonalnie.
    – Czegóż więcej w tej sytuacji mógłby pragnąć, prócz oczyszczenia z zarzutów? – rozważała na głos. – Proszę mi uwierzyć, señor… Brian z pewnością jest niewinny. Nie stawił się na policji, ponieważ bał się, że nie zostanie wysłuchany. Znajduje się w obcym kraju i nie zna tutejszego prawa. Na pewno został fałszywie oskarżony. W pewnym sensie jest bezbronny. A jeśli pan byłby na jego miejscu, co by pan zrobił?
    Patrzył na nią przez chwilę w skupieniu, a potem rzekł tonem lekkiej drwiny:
    – Czy przypadkiem nie studiuje pani prawa i nie zamierza zostać adwokatem?
    Miała serdecznie dość jego szyderczego poczucia humoru.
    – Aż tak bardzo prawo mnie nie interesuje, seńor.
    – A można spytać, co panią bardzo interesuje?
    – Wykonuję niepozorną pracę, ale bardzo mnie ona satysfakcjonuje – odparła z godnością, była bowiem świadoma, że ten tajemniczy mężczyzna poddaje ją szczególnemu egzaminowi, od którego być może wiele będzie zależeć.
    – Niemniej jednak proszę mnie oświecić, panno Ellis.
    – Jestem boną do dzieci zatrudnioną w hotelu – powiedziała wolno i wyraźnie.
    Z pewnością nie takiej odpowiedzi się spodziewał. Czego właściwie oczekiwał? – pomyślała, patrząc na jego nagle zmienioną twarz i intrygujące błyski w oczach. A potem wstał i w zamyśleniu przechadzał się po terakotowej posadzce, jakby rozważał jakiś wielce zawiły problem. Niespodziewanie zatrzymał się i zadał osobliwe pytanie:
    – Czy ma pani stosowny dyplom?
    – Oczywiście. Nie zostałabym zatrudniona w Kennedy Plaza bez odpowiedniego dyplomu.
    O co mu, u licha, chodzi? Wstała i podeszła do schodów, które prowadziły do niżej usytuowanego ogrodu. Powinnam już stąd wyjść, pomyślała. Powinnam jak najszybciej skontaktować się z policją w Sewilli… Raptem się zatrzymała olśniona zbawienną myślą.
    – Jakkolwiek nie zarabiam zbyt dużo – powiedziała, patrząc z ukosa na swego gospodarza – ale jestem w stanie spłacać panu w comiesięcznych ratach dług przypisywany memu bratu.
    Powoli odwrócił ku niej głowę; jego czarne oczy miały jakiś bezosobowy, nieodgadniony wyraz.
    – I uważa pani, że pieniądze odkupią jego wszystkie grzechy?
    – Jakie grzechy? – Z wrażenia zaparło jej dech. Czyżby było coś więcej…?
    W zapadającym zmierzchu jego smagły profil wydawał się jeszcze ciemniejszy i w jakiś nieuchwytny sposób groźny.
    – Pani brat powinien sam je wyznać… – Urwał i na chwilę zapadła cisza przerywana jedynie rytmicznym cykaniem świerszczy. – Niedługo zapadnie noc – podjął. – Pojadę za panią do Carmony w charakterze eskorty.
    Rachel wcale nie chciała zaciągać wobec Vincente de Riano długu wdzięczności, ale nie ośmieliła się zaprotestować. Wyczuwała instynktownie, że jej opór byłby bezcelowy. W milczeniu skierowała się na ścieżkę okrążającą dom, do zaparkowanego po drugiej stronie samochodu.
    Noc zapadła nieoczekiwanie szybko. Jadąc pustą drogą w kierunku Sewilli, była w gruncie rzeczy zadowolona, widząc we wstecznym lusterku duży, czarny samochód. Głowę miała tak zaprzątniętą myślami o bracie, że prawie minęła skręt na Carmonę i była wdzięczna w duchu señorowi de Riano, który w ostatniej chwili mignął jej światłami.
    To oczywiste, że nie powiedział jej całej prawdy o Brianie, myślała. Ciekawe, dlaczego nie chciał poskarżyć się na krzywdę, jaką mu wyrządzono. Czyżby przez swego rodzaju delikatność?
    Gdyby był człowiekiem ogarniętym wyłącznie chęcią zemsty, na pewno nie okazałby jej współczucia, gdy zauważył, że słabnie z powodu upału. Tymczasem zdobył się na rycerski gest i zaniósł ją do domu, aby odpoczęła. Zadrżała na samą myśl o mocnym uścisku jego potężnych ramion. Tak nie zachowuje się przecież człowiek mściwy i małostkowy…
    Doszła do wniosku, że Brian musi mieć o wiele większe kłopoty niż te, o których wspomniał seńor de Riano. Mimo że noc była upalna, zrobiło jej się zimno na całym ciele.
    W niewesołym nastroju dotarła do potężnych murów, przy których zbudowano hotel. Mury stanowiły pozostałość po okazałym pałacu króla Don Pedro, stanowiącym schronienie królów katolickich podczas ich rozstrzygającej walki z Maurami.
    Z łatwością mogła wyobrazić sobie seńora de Riano jako hiszpańskiego granda, zdolnego do wielkich namiętności zarówno w miłości, jak i w walce. Wyobraziła sobie, jak na dworze królewskim prowadzi potajemne intrygi i bezlitośnie niszczy wszystkich swych przeciwników… Znów się wzdrygnęła. Nie mogła usunąć sprzed oczu wizerunku seńora de Riano i bujna wyobraźnia zaczynała jej płatać figle.
    Zaabsorbowana myślami zatrzymała wóz na hotelowym parkingu. Gdy wyłączyła silnik, dobiegł jej uszu warkot drugiego samochodu. Vincente de Riano postanowił zapewne odprowadzić mnie pod same drzwi, pomyślała z irytacją.
    – Nie musiał pan aż tu przyjechać za mną – powiedziała, gdy wysiadł z samochodu i do niej podszedł.
    – Ciekaw jestem, co by pani zrobiła, gdyby trzej mężczyźni jadący za panią od Araceny zagrodzili pani drogę? Dopiero gdy zorientowali się, że panią eskortuję, zrezygnowali z pościgu.
    Rzuciła mu nieprzytomne spojrzenie.
    – Por Dios! – Na jego twarzy malowało się zdumienie.
    – Czyżby ich pani nie zauważyła?
    – Nie… – Serce Rachel zaczęło walić jak oszalałe. Obsesyjnie myślała o tym mężczyźnie. Jeśli nie jechałby za nią…
    – Pozwoli pani, że ją odprowadzę, zanim znów zemdleje pani w mych ramionach – powiedział z nikłym uśmiechem.
    Poczuła, jak gorąca fala krwi oblewa jej policzki.
    – Wcale nie zemdlałam w pana ramionach i nie potrzebuję pańskiej pomocy, seńor! – zdążyła powiedzieć, nim chwycił ją mocno pod ramię i ignorując jej wzburzenie, poprowadził do wejścia.
    – Proszę mi wybaczyć, ale jestem odmiennego zdania – powiedział z pewnym przekąsem. – Skoro ma pani zamiar spłacać dług swego brata, to w moim interesie leży zapewnić pani bezpieczeństwo, przynajmniej podczas pobytu w moim kraju.
    Nienawidziła tego protekcjonalnego tonu i całkiem nie ufała jego pokrętnym wyjaśnieniom. Podejrzewała, że seńorem de Riano nie kieruje rycerskość, lecz jakieś tajemnicze, ukryte motywy. Na przyszłość postanowiła być bardziej czujna, teraz zaś myślała wyłącznie o tym, by w sprytny sposób uwolnić się od jego uciążliwej opieki.
    – Mam wrażenie, że pani słabość po części wynika z głodu – szepnął jej do ucha, gdy mijali restaurację i przechodzili przez bar ozdobiony ciemną boazerią i ciężkimi mosiężnymi lampami.
    Seńor de Riano ubrany był nadal w tę samą koszulę i robocze spodnie, ale Rachel zauważyła, że mimo to śledzą go oczy prawie wszystkich kobiet. Zaczęła się mimowolnie zastanawiać, czy jest żonaty, a jeśli nie, to czy potrafiłby być wierny jednej kobiecie? Był przecież niebywale przystojny. Być może dopiero teraz, gdy spostrzegła zachwyt w oczach innych kobiet, w pełni to sobie uświadomiła. Doszła do wniosku, że na pewno jest żonaty. Ciekawe, czy kochał swoją żonę, czy też podobnie jak większość mężczyzn o tak zniewalającym uroku już dawno ją porzucił.
    – Jestem zbyt zdenerwowana, bym mogła cokolwiek przełknąć – odpowiedziała wreszcie na jego sugestię. – Chciałabym udać się prosto do pokoju.
    Wyglądało jednak na to, że było już za późno na protesty. Jak spod ziemi wyrósł przed nimi kelner i zaczął witać seńora de Riano jak członka rodziny królewskiej. Zamienili kilka niezrozumiałych dla Rachel zdań, a potem kelner obdarzył ją spojrzeniem pełnym uznania i wrócił do baru.
    – Proszę się uspokoić, seńorita. – Vincente de Riano podsunął jej krzesło. – Miała pani ciężki dzień i dużo dziś pani przeżyła. Radzę pomyśleć teraz trochę o sobie.
    – Czy pan mnie przed czymś ostrzega?
    – Być może.
    Spojrzała na niego zaintrygowana, ale nim zdążyła coś powiedzieć, kelner postawił przed nią ogromny półmisek z owocami morza. Na ten widok ślinka napłynęła jej do ust, a zapowiedź uśmiechu, przyczajona w oczach, nie uszła uwagi jej towarzysza.
    – Mam nadzieję, że wśród tych rozmaitości znajdzie pani coś, co szczególnie lubi – powiedział łagodnym tonem. – A ja tymczasem zadzwonię na policję. Zawiadomię ich, że pani przyjechała i pragnie współpracować…
    Zawiesił na chwilę głos i popatrzył na nią uważnie. Odniosła wrażenie, że celowo wspomniał o policji, żeby sprawdzić, jak zareaguje. Ale jeśli sądził, iż się wystraszy, bo ma coś do ukrycia, to czekało go rozczarowanie.
    Uśmiechnęła się lekko sama do siebie. Musiał dopatrzeć się w tym uśmiechu ironii, ponieważ grymas gniewu wykrzywił mu twarz, nim wreszcie odwrócił się i pomaszerował do wyjścia. Pogrążona w myślach nawet nie zauważyła, kiedy kelner postawił przed nią kieliszek z napojem. Gdy upiła łyk, poczuła w ustach niezwykłą kombinację banana, zielonej cytryny i alkoholu. Chyba nigdy w życiu nie piła niczego tak dobrego. Sięgała po następną tartinkę z krewetką, gdy na horyzoncie pojawiła się wysoka postać seńora de Riano.
    – Cieszę się, że pani smakuje nasza kuchnia – odezwał się nad jej głową głęboki, męski głos, który nauczyła się już poznawać.
    Gdy usiadł, spojrzała mu z niepokojem w oczy.
    – Czy policja wpadła na jakiś ślad?
    Czuła, że jego czarne oczy przeszywają ją na wskroś.
    – Nie. I chwilowo nie będą się pani naprzykrzać. Poprosili jedynie o pani adres. Oczywiście, musi pani ich uprzedzić, jeśli zechce wracać do Stanów.
    – Nie wiem jeszcze, kiedy to nastąpi – powiedziała ze smutkiem. – Kupiłam otwarty bilet powrotny, ponieważ nie miałam pojęcia, ile czasu zajmie mi odszukanie brata… – Chwyciła głęboki oddech, nim sięgnęła do torebki po czeki podróżne. Wypisała na jednym z nich kwotę dwustu pięćdziesięciu dolarów i położyła go na stole. Nie była to wielka suma, ale pieniądze, które dostała po matce, topniały z każdą chwilą. – Oto pierwsza rata długu – powiedziała.
    Kiedy odsuwała krzesło i wstawała, starała się nie patrzeć na seńora de Riano. Wiedziała, że nadal jej nie ufał, ale nic nie mogła na to poradzić.
    – Dziękuję za informacje – powiedziała, zdając sobie sprawę, że ten mężczyzna, który budził w niej antypatię i lęk, przecież ostatecznie jej pomógł. Sama przed sobą nie chciała przyznać, jak bardzo potrzebowała jego pomocy, i że była mu za nią ogromnie wdzięczna. – Jeśli Brian się ze mną skontaktuje, powiadomię zarówno policję, jak i pana. Adiós, seńor.
    – Buenas noches, seńorita.
    To nie zabrzmiało jak ostateczne pożegnanie – i dobrze o tym wiedziała. Przyspieszyła kroku, czując na plecach jego wzrok.
    Gdy znalazła się za drzwiami swojego pokoju, załamała się nagle. Łzy zdenerwowania i przerażenia spływały po jej twarzy, kiedy ciężko opadła na łóżko. Nigdy w życiu nie czuła się tak bardzo samotna.
    Po śmierci matki spędzała dużo czasu ze Stephenem. Aż do tej pamiętnej, okropnej sceny, podczas której obnażył swój podły charakter…
    Od samego początku znajomości Stephen namawiał ją, by poszła z nim do łóżka. Ale ona opierała się, twierdząc, że pragnie poczekać aż do ślubu. Ten zaś miał nastąpić dopiero, gdy odnajdzie brata. Tylko wówczas dzień ślubu mógł być dla niej naprawdę szczęśliwym dniem. Pragnęła, żeby Brian poprowadził ją do ołtarza…
    Z początku Stephen na wszystko się zgadzał, ale z biegiem czasu stawał się coraz bardziej rozdrażniony i trudny we współżyciu. Po jednej z kłótni na temat Briana, doszła do wniosku, że dłużej nie zniesie narastającego między nimi napięcia i postanowiła oddać się Stephenowi w nadziei, iż to ich zbliży do siebie i umocni wzajemne uczucia. Zebrała się na odwagę i poprosiła pokojówkę, aby wpuściła ją bez zapowiedzi do prywatnego apartamentu Stephena. Chciała mu zrobić radosną niespodziankę. Jednak czekało ją przykre zaskoczenie.
    Zastała Stephena w łóżku z inną kobietą – jedną z hotelowych opiekunek do dzieci, która na domiar złego w tym czasie powinna pełnić swoje obowiązki. Dziecko pewnego dyplomaty, powierzone jej opiece, błąkało się samotnie po parkingu. Gdyby nie Rachel, która przypadkiem natknęła się na pięcioletniego chłopca, gdy jak oszalała wybiegła z pokoju Stephena, niechybnie wybuchłby skandal.
    Kiedy minął początkowy szok i pierwszy paroksyzm bólu, Rachel zwierzyła się z nieszczęścia swej najbliższej przyjaciółce, Liz. Dopiero wówczas, gdy opowiadała Liz o zdradzie Stephena, spojrzała na niego z pewnej perspektywy i jasno zdała sobie sprawę, jakim był żałosnym człowiekiem. Kiedy zobaczył ją nieoczekiwanie w swym apartamencie, wybuchnął złością. Nie było ani żalu, ani przeprosin – jedynie złość. A przecież jeszcze kilka dni wcześniej deklarował jej swoją miłość…
    Na drugi dzień przyszedł do niej skruszony, ale było już za późno. Gdy nie chciała go wysłuchać, błagał Liz, żeby się za nim wstawiła – ale i to nic nie pomogło. Potem bombardował ją telefonami, nagrywał wiadomości na automatyczną sekretarkę, wreszcie zaczął grozić, że ją zwolni z pracy i obciąży winą za zaniedbanie opieki nad dziećmi.
    Nie chciała go ani widzieć, ani słyszeć i nie lękała się gróźb, ponieważ definitywnie przestała go kochać. Bez jednego słowa sama zwolniła się z pracy i zaczęła przygotowania do podróży do Hiszpanii.
    Brat był jedyną drogą osobą, jaka pozostała jej na świecie. Brian… Przebywał gdzieś w obcym kraju, z dala od bliskich, być może cierpiał biedę, być może miał jakieś kłopoty… Spodziewała się wówczas wszystkiego, ale nawet w najgorszych snach nie przypuszczała, że Briana może ścigać policja!
    Gdy pomyślała o swym ukochanym bracie, jej serce znów pokryło się lodową powłoką. Nerwowo przekręciła się na łóżku, obawiając się, iż tej nocy wcale nie zaśnie. Dręczyła ją myśl, że nie może już nic więcej zrobić, żeby go odnaleźć. Wyczerpała wszystkie możliwości… Nawet policja nie miała o nim żadnych wieści.
    Właściwie powinna jak najszybciej wrócić do Nowego Jorku i cierpliwie czekać, aż Brian sam się do niej odezwie. Na myśl, że mógł to już zrobić podczas jej nieobecności, wzdrygnęła się niespokojnie. Stanowczo nie było sensu pozostawać dłużej w Hiszpanii. Zresztą po zapłaceniu senorowi de Riano nie miała już dużo pieniędzy.
    Senor de Riano… Człowiek dziwny, trudny do rozszyfrowania. Próbowała sobie wyobrazić jego twarz bez groźnego marsa na czole, bez niebezpiecznych błysków w głębi czarnych oczu, i z tym obrazem – pogodnej i pięknej twarzy Vincente de Riano – zasnęła.

    Przebudziło ją głośne pukanie do drzwi i melodyjny głos pokojówki.
    – Już dziewiąta, proszę pani… Czy mam podać teraz śniadanie?
    Rachel nie mogła uwierzyć, że spała tak długo. Podziękowała pokojówce i poprosiła o postawienie tacy na stoliku, a gdy dziewczyna zniknęła za drzwiami, popędziła do łazienki. Pozostała jej zaledwie godzina do końca doby hotelowej, ona zaś postanowiła jeszcze dziś hotel opuścić i, jeśli to będzie możliwe, odlecieć do Nowego Jorku.
    W pośpiechu wzięła prysznic, a potem rozczesała długie jasne włosy i związała je w gruby węzeł na karku. Uszy ozdobiła kolczykami z pereł, które należały kiedyś do jej matki. Po chwili namysłu włożyła białą bawełnianą sukienkę z krótkim rękawem, wykończoną granatową lamówką i przepasała ją w talii parcianym, granatowym paskiem.
    Patrząc na swe odbicie w lustrze, pomyślała znów o Brianie i na myśl o jego nieznanym losie zadrżała. Była zbyt zdenerwowana, by z apetytem myśleć o śniadaniu, ale pomna wypadków dnia poprzedniego, zmusiła się do zjedzenia ciepłej, maślanej bułeczki i połówki soczystej brzoskwini.
    Pijąc gorącą, słodką kawę, podniosła słuchawkę i połączyła się z recepcją. Po chwili zamówiła miejsce w samolocie do Nowego Jorku, który wylatywał z Sewilli w samo południe. Następnie zadzwoniła na komendę policji i poinformowała o swoim planowanym wyjeździe.
    Pozostało jeszcze tylko spakowanie bagażu. Miała jedną walizkę i podręczny neseser, więc ta operacja nie zajęła jej dużo czasu. Kwadrans później zeszła do recepcji, żeby się wymeldować i zapłacić rachunek.
    Ładna dziewczyna siedząca za kontuarem obdarzyła ją ciepłym uśmiechem.
    – Senor de Riano zapłacił za pani dotychczasowy pobyt i polecił przekazać, że może pani tu pozostać, jak długo pani zechce.
    Rachel aż wstrzymała oddech ze zdumienia. Jakiś niewytłumaczalny niepokój sparaliżował jej umysł i ciało. Była przekonana, że ten hojny gest nie wynikał li tylko ze szczodrości tego mężczyzny. Poczuła, jak wezbraną falą ogarniają gniew.
    – Postanowiłam wyjechać i proszę o mój paszport! – powiedziała ostrym tonem.
    – Oczywiście, proszę pani. – Recepcjonistka taktownie nie okazała zdziwienia.
    Rachel schowała paszport do torebki, chwyciła bagaż i energicznym krokiem wyszła na dwór. Owionęło ją piekielnie gorące powietrze. Czy kiedykolwiek byłaby w stanie przyzwyczaić się do takiego żaru? Odsunęła tę zgoła śmieszną myśl; przecież jeszcze dziś wieczór będzie z powrotem w Nowym Jorku!
    Wyjeżdżając z parkingu, zastanawiała się, dlaczego – senor de Riano ośmielił się zapłacić za jej pobyt w hotelu.
    Dlaczego chciał, by miała wobec niego zobowiązania? Być może chodziło mu o wzbudzenie w niej głębszego poczucia winy za grzechy brata… Tak czy owak, nie zamierzała się z nim więcej zobaczyć, choć nie potrafiła przed sobą ukryć, że jego intrygująca osobowość mocno zapadła jej w pamięć.
    Niespełna pół godziny później samochód Rachel mijał białe fasady sewilskich domów porośnięte barwną bugenwillą. Zerknąwszy na plan miasta, skręciła w Paseo de las Delicias i pojechała w kierunku górującej nad miastem Giraldy. Musiała trochę zwolnić ze względu na poranny ruch i dopiero wówczas zauważyła we wstecznym lusterku smukłą sylwetkę niebieskiego astina martina lagondy, który zdawał się skręcać wszędzie tam, gdzie ona. Mężczyzna siedzący za kierownicą tego sportowego pojazdu cały czas trąbił. Z początku nie zwróciła na to szczególnej uwagi. Dopiero gdy jakaś ciężarówka właściwie zepchnęła ją z drogi, zmuszając do skrętu w pierwszą uliczkę, a jadący za nią niebieski samochód uczynił to samo – niepokój na dobre wkradł się w jej serce.
    W oślepiającym słońcu, które odbijało się od przydymionej szyby, nie mogła dojrzeć twarzy kierowcy. Z determinacją zahamowała i zaparkowała na pierwszym wolnym miejscu, mając nadzieję, że tajemniczy kierowca minie ją i zniknie w tłumie. Ale niebieski samochód zatrzymał się nie opodal. A więc nie był to czysty zbieg okoliczności.
    Czy to możliwe, żeby Brian siedział za kierownicą tak drogiego, sportowego samochodu? – przemknęło jej nieoczekiwanie przez myśl. Mógł przecież dowiedzieć się, że wczoraj o niego pytała…
    Wysiadła z wozu i czekała na reakcję drugiego kierowcy. Na widok senora de Riano, wysiadającego zza kierownicy niebieskiego auta serce podeszło jej do gardła z wrażenia. Dlaczego nie spotkał się z nią w hotelowym foyer? – myślała gorączkowo. Bez wątpienia śledził każdy jej ruch, w nadziei, że zaprowadzi go do Briana, skonstatowała z goryczą. Gorycz przemieniła się prędko we wściekłość. Podniosła na niego pałający gniewem wzrok, ale gardło miała tak ściśnięte, że nie zdołała od razu przemówić. Przyglądała mu się w milczeniu.
    Dziś nie miał na sobie ani roboczych spodni, ani wymiętej koszuli. Ubrany był w lniany beżowy garnitur o nieskazitelnym kroju, w którym wyglądał niezwykle wykwintnie i elegancko. Zupełnie nie mogła pojąć, dlaczego właściwie boi się tego mężczyzny, a jednak, im bliżej do niej podchodził, tym większy ogarniał ją lęk. Instynktownie cofnęła się o krok. A gdy przesunął po jej ciele władczym wzrokiem, jakby była nagrodą, po którą zgłosił się zwycięzca, nie potrafiła się pohamować i wybuchła:
    – Za wcześnie się pan ujawnił, seńor. Jeszcze trochę cierpliwości i zaprowadziłabym pana prosto do Briana!

Rozdział trzeci

    – Pani wczorajsza wizyta u mnie sprawiła, że ludzie strzępią sobie języki od Jabugo do Sewilli. Istniało prawdopodobieństwo, iż plotka dojdzie do pani brata i wyciągnie go z kryjówki. Miałem nadzieję, podobnie jak policja, że dziś rano pojedzie za panią do miasta.
    To wyjaśnienie brzmiało sensownie; Rachel sama żywiła podobną nadzieję. Nie spodziewała się jednak znów spotkać na swej drodze seńora de Riano. Ogarnął ją niepokój i zmieszanie, niewiele mające wspólnego ze sprawą Briana.
    Bezwiednie wytarła wilgotne dłonie o biodra, czując na sobie jego baczny wzrok.
    – Jestem nie mniej rozczarowana niż pan, że to nie Brian wysiadł z tego samochodu. – Gdy już zamilkła, zdała sobie nagle sprawę, iż nie do końca powiedziała prawdę.
    Zapadła chwila niezręcznej ciszy.
    – Jeśli mam być szczery, senorita, całkiem zapomniałem o pani bracie, gdy zobaczyłem, jak ten idiota spycha panią z drogi. Mam nadzieję, że policja już go zatrzymała. Przyznać trzeba, iż tylko dzięki swej wyjątkowej zręczności uniknęła pani wypadku.
    W umyśle Rachel zakiełkowało podejrzenie. Senor de Riano z pewnością nie prawił komplementów bez wyraźnego celu, ona zaś obawiała się jego manipulacji.
    – Nigdy nie prosiłam, żeby pan płacił moje hotelowe rachunki! – przystąpiła do ataku. – Pozwoli pan, że oddam mu pieniądze, ponieważ nie chcę mieć wobec pana żadnych zobowiązań. – I po chwili dodała zuchwale: – Obawiam się, iż przyglądanie się, jak cierpię, sprawia panu szczególną przyjemność i dlatego sądzę, że jeśli potrzebna jest mi ochrona, to wyłącznie przed pana osobą, senor!
    – Madre de Dios! – wybuchnął, szczerze zbulwersowany, a jego niewzruszoną twarz wykrzywił grymas gniewu.
    Nareszcie mu dopiekłam! – pomyślała z satysfakcją.
    – Przykro mi, ale spieszę się na lotnisko – rzuciła nonszalancko i odwróciła się w stronę samochodu.
    – Nie tak szybko, senorita! – W okamgnieniu chwycił ją za nadgarstek i odwrócił do siebie. Poczuła twarde mięśnie jego ud przy swoim ciele i ciepło jego dłoni na skórze. – Muszę z panią porozmawiać – wymamrotał ochryple.
    Była przerażona jego fizyczną bliskością i niespokojną reakcją własnego ciała.
    – Nie… nie mam ochoty na rozmowę – wyjąkała.
    – Nawet jeśli ta sprawa ma bezpośredni związek z pani bratem?
    – Czy ma pan zamiar dręczyć mnie wymienianiem dalszych jego grzechów? – odparowała.
    Zacisnął dłoń na jej ramieniu.
    – Nie będziemy rozmawiać tutaj, na oczach setek przechodniów – powiedział z naciskiem. – Zabiorę panią do siebie.
    Czyżby chciał ją zabrać do swojej posiadłości? W jej głowie kłębiły się sprzeczne myśli.
    – Spóźnię się na samolot – zaprotestowała.
    Rzucił jej posępne, nieodgadnione spojrzenie.
    – Czyżby brat zapomniał pani wspomnieć, że posiadam również dom w Sewilli?
    I znów wezbrała w niej fala gniewu.
    – Wiem o panu jedynie to, że nigdy nie powinnam przekroczyć progu pańskiego domu! – zawołała.
    – Pragnę pani przypomnieć – rzekł z wyższością – iż sugerowałem, żeby pani wróciła do Stanów pierwszym możliwym samolotem. Ale, jak widzę, nie potrzebowała pani mojej rady.
    – I to w pańskich oczach czyni mnie jeszcze bardziej podejrzaną, czyż nie?
    – Skoro pani tak uważa, nie będę zaprzeczał.
    Próbowała odsunąć się od niego i wyzwolić rękę.
    – Jeśli policja nie złapała Briana, a oboje wiemy, że się nie ujawnił, nie rozumiem, o czym moglibyśmy rozmawiać.
    – Niebawem pani zrozumie. – Jego głos brzmiał złowieszczo. Nie dał jej więcej czasu na rozmyślania i zmusił, by mu towarzyszyła do samochodu.
    Gdy już obszedł wóz i usiadł za kierownicą, spytała niepewnie:
    – A co z moim samochodem? Muszę go zwrócić do wypożyczalni.
    – Wyślę po niego któregoś z moich pracowników, gdy tylko dojedziemy do domu.
    Uruchomił potężny silnik i powoli włączył się do ruchu. Zerknęła na zegarek, starając się nie zauważać gry mięśni na jego ramionach, gdy zmieniał biegi. Siedział tak blisko niej, że czuła się całkiem bezbronna wobec zdradliwej siły zmysłowego wdzięku, który roztaczał wokół siebie.
    – Niedługo powinnam być na lotnisku… – podjęła niepewnie.
    – Może pani polecieć innym samolotem – zlekceważył jej obawy.
    Poczuła się zdana na jego łaskę. Prowadził jak rajdowy kierowca, manewrując w ulicznym ruchu z prędkością, która wstrzymywała oddech.
    A mimo to czuła się przy nim zadziwiająco bezpiecznie, tak samo jak wczoraj w jego ramionach.
    Przejechali przez centrum miasta w kompletnym milczeniu. Przed oczami Rachel przesuwały się urocze białe domy z okiennicami w kolorze ochry, których patia i ogrody porośnięte petuniami i geranium przyciągały wzrok. Gdy znaleźli się w reprezentacyjnej dzielnicy Calle Susana, Vincente de Riano zatrzymał się przed niedużym, wytwornym pałacykiem. I wówczas Rachel przeniknął nieprzyjemny dreszcz. Uzmysłowiła sobie wreszcie okrutną prawdę: senor de Riano, jako człowiek niezwykle bogaty, mógł przecież zatrudnić armię prawników, którzy uniemożliwiliby każdy ruch, jaki by poczyniła w celu uniewinnienia brata. Wszelkie jej wysiłki byłyby daremne… Czymże dysponowała? Śmieszną sumą kilkuset dolarów!
    Wyrwało ją z głębokiego zamyślenia pytające spojrzenie i słowa seńora de Riano, który przeszedł wokół wozu, otworzył jej drzwi i powiedział:
    – Poprosiłem Sharom, aby przygotowano nam posiłek w domu. Upał zdaje się pani nie służyć.
    Oczy Rachel rzucały fioletowe błyski – z jednej strony z powodu złości, z drugiej zaś z wrażenia, jakiego doznawała zawsze, gdy był przy niej tak blisko. Teraz obejmował ją wpół i pewnie prowadził do wejścia.
    Rachel szła sztywnym krokiem, pełna nadziei, że senor de Riano nie spostrzeże jej zmieszania.
    – To nie upał jest powodem mojego złego samopoczucia, senor – powiedziała – lecz pańskie autorytatywne opinie o moim bracie.
    Spodziewała się, że za chwilę otworzy drzwi porośnięte różową bugenwillą, on jednak nieoczekiwanie chwycił ją pod brodę i bezlitośnie badawczym wzrokiem obserwował jej zarumienioną twarz.
    – Jak pani może nadal go bronić, właściwie nie wiedząc, co robił przez ostatnie sześć lat?
    Była oszołomiona ciepłym oddechem muskającym jej wargi. W kąciku stanowczych ust drgał mu malutki nerw, co przykuwało jej uwagę. Głęboko wciągnęła powietrze, by odzyskać panowanie nad sobą, ale słodki zapach, którym było przesycone, odurzył ją na dobre. Podniosła na seńora de Riano zamglony wzrok i na nieskończenie długą chwilę utonęła w czarnej głębi jego oczu.
    – Dios! – wyrwało mu się gdzieś z głębi serca.
    Czyżby to moja osoba tak bardzo go poruszyła? – przemknęło Rachel przez myśl, i zaraz odskoczyła od niego gwałtownie.
    – Tio Vincente?
    W drzwiach stała czarnowłosa, zmysłowa dziewczyna w wieku około dwudziestu lat. Ubrana była w czarno-białą suknię, olśniewająco piękną, jakby przywiezioną prosto z pracowni kreatora mody. Ciemne, ogromne oczy dziewczyny patrzyły na Rachel z niesłabnącym zaciekawieniem.
    – Ojej! – szepnęła, smukłymi, wypielęgnowanymi dłońmi zakrywając usta.
    – Carmen, zapominasz o swoich manierach – upomniał ją gospodarz.
    – Pero… – dziewczyna zająknęła się znów.
    – Och, mówże po angielsku w obecności naszego gościa – poprosił lekko zirytowanym tonem i poprowadził zdezorientowaną Rachel do wyłożonego marmurem holu.
    Czyżby Carmen była jego żoną? – przeszło Rachel przez myśl i poczuła dziwny dreszcz niepokoju.
    – Seńorita Ellis, oto moja bratanica, Carmen… – Vincente de Riano rozwiał jej wątpliwości.
    Rachel poczuła wyraźną ulgę. Właściwie dlaczego to miało dla niej takie znaczenie?
    – Witaj, Carmen. – Chciała wyciągnąć rękę, ale cofnęła się speszona na widok przestraszonych oczu młodej kobiety.
    – A więc pani jest Rachel… – wyszeptała dziewczyna.
    – Si, Carmen – przerwał jej nerwowo seńor de Riano. – Seńorita Ellis jest siostrą Briana Ellisa. Niesamowite podobieństwo, verdad?
    W jednej chwili twarz Carmen nabrała kolorów. Rzuciła wujowi gniewne spojrzenie.
    – Zawsze twierdziłeś, że Brian jest kłamcą. Ale na temat swej siostry, musisz przyznać, nie kłamał!
    – Cicho, chica! – rzekł tonem ostrzeżenia.
    – Wierzysz tylko w to, w co chcesz wierzyć! – Jej namiętny krzyk odbił się echem w marmurowym holu.
    Vincente de Riano gniewnie zmarszczył brwi.
    – Porozmawiamy o tym później, Carmen – usiłował ją uspokoić.
    – To znaczy ty będziesz mówić, a ja będę słuchać, czy tak? Wiecznie to samo… – westchnęła. – Chyba cię nienawidzę… – To pełne goryczy wyznanie zawisło w powietrzu. Po chwili martwej ciszy Carmen odwróciła się na pięcie i wbiegła na górę.
    Rachel patrzyła na nią, powoli uświadamiając sobie, że powodem tej kłótni był Brian…
    – Proszę wybaczyć mojej bratanicy – powiedział seńor de Riano z pewnym zażenowaniem. – Ostatnio przeżywa ciężki okres… – Popatrzył na nią uważnie, dziwnie uważnie. – A teraz proszę dać mi kluczyki. Felipe zwróci samochód do wypożyczalni.
    Wyjęła kluczyki z torebki drżącymi palcami i upuściła mu je na dłoń, pragnęła bowiem uniknąć wszelkiego fizycznego kontaktu.
    Nie omieszkał tego zauważyć; wykrzywił usta, jakby rozbawiony jej dziecinnym zachowaniem.
    – Jeśli chce pani skorzystać z łazienki, to znajduje się ona w holu za schodami – poinformował. – Jak będzie pani gotowa, zjemy lunch w jadalni…
    – Nie muszę się odświeżać, seńor. I wcale nie jestem głodna. – Była zdenerwowana jego sztuczną uprzejmością. – Przed chwilą byłam świadkiem sceny, która daje mi wiele do myślenia. Mam wrażenie, że Carmen jest bardzo zakochana w moim bracie… Czyżby ich miłość uważał pan za zbrodnię? Nie trzeba być specjalnie domyślnym, żeby zauważyć, że pan tego uczucia nie pochwala.
    – Wolałbym, abyśmy tę rozmowę odbyli w moim gabinecie – powiedział chłodnym tonem i gestem ręki poprosił, by mu towarzyszyła.
    Przeszli przez wielki salon ozdobiony lustrami i ciężkimi złoconymi meblami, za którym znajdował się nieco mniejszy pokój o belkowanym, drewnianym suficie i ścianach zapełnionych książkami i portretami w ozdobnych ramach. Był tu również kominek i przepastne skórzane kanapy.
    Seńor de Riano zamknął za sobą podwójne, masywne drzwi.
    – Proszę spocząć, panno Ellis – powiedział.
    Gdy nalewał sobie drinka, Rachel usiadła na krześle obok wielkiego, rzeźbionego biurka.
    – Napije się pani sherry? – rzucił przez ramię. – A może woli pani zrezygnować ze wszystkich przyjemności i od razu wziąć byka za rogi?
    Aluzja do jej wzmianki o okrucieństwie hiszpańskiej corridy nie uszła jej uwagi.
    – Nie pojmuję, o co panu chodzi, seńor – odrzekła z godnością. – Jest pan silniejszy ode mnie i trzyma mnie pan tu wbrew mojej woli. Brian naprawdę musiał panu zaleźć za skórę, czyż nie? – spytała napastliwym tonem, ponieważ jego arogancja i nieznośna męska duma rozwścieczyły ją i sprowokowały.
    – Por Dios! – wybuchnął, po czym jednym szybkim łykiem wypił bursztynowy napój. – Ależ ma pani bujną wyobraźnię! Czy spodziewa się pani, że zostanie za chwilę zgwałcona na tej zimnej, marmurowej podłodze?
    Ogarnęła ją fala podniecenia i strachu przed potęgą własnej wyobraźni, ponieważ zmysłowy obraz, który przed chwilą odmalował, przebiegł jej umysł sekundę przed tym, nim on tę zdrożną myśl ubrał w słowa.
    – Wielki Vincente de Riano nigdy by się nie poniżył z siostrą takiego typa spod ciemnej gwiazdy, jak Brian Ellis! Nie mam wątpliwości, że jestem przy panu bezpieczna, seńor!
    Mruknął coś pod nosem ze złością i tak mocno postawił pusty kieliszek na stole, że usłyszała, jak pęka na pół. Ten dźwięk sprawił jej mimo wszystko przyjemność.
    Seńor de Riano odwrócił się i stanął naprzeciw niej – potężny, wysoki, z ponurym i władczym wyrazem twarzy. Jak śmiała tak się do niego odezwać? Zupełnie nie wiedziała, co w nią wstąpiło.
    – Wbrew temu, co pani o mnie sądzi, nie jestem człowiekiem całkiem pozbawionym wrażliwości. Wierzę, że pani miłość do brata jest prawdziwa.
    Rachel słuchała w napięciu, pełna sprzecznych uczuć w stosunku do tego mężczyzny. Ostatecznie jego słowa brzmiały całkiem szczerze…
    – Pani uporczywe wysiłki zmierzające do odnalezienia brata i pani wiara w jego niewinność, są doprawdy godne podziwu. – Usiadł za biurkiem i przyglądał się jej spod lekko zmrużonych powiek.
    Jego słowa nie roztopiły lodowej powłoki skuwającej jej serce. Przeciwnie, poczuła jeszcze większą irytację. Gdy tak na niego patrzyła i słuchała tych układnych słów, odnosiła wrażenie, że ma przed sobą dzikiego kota przyczajonego do skoku.
    – Zupełnie pani nie przypomina kobiety, którą dwa tygodnie temu wyrzucono z pracy w hotelu Kennedy Plaza za zaniedbanie opieki nad dzieckiem arabskiego dyplomaty – dokończył z drwiącym uśmiechem.
    Rachel zamrugała oczami. A więc jednak Stephen spełnił swą groźbę… Właściwie nie była tym zaskoczona. Stephen był człowiekiem bez charakteru.
    Senor de Riano uniósł pytająco brew,
    – Nie zaprzecza pani?
    Być może był to wytwór wyobraźni, ale przez ułamek chwili Rachel wydawało się, że zauważyła w jego oczach cień rozczarowania.
    – Jeśli zaprzeczę, i tak mi pan nie uwierzy – odparła ostrym tonem. – Podobnie, jak nie uwierzył pan Brianowi. Nie ma więc sensu, bym się broniła.
    Usta mu drgnęły nieznacznie i po raz pierwszy od chwili poznania Rachel dostrzegła w jego twarzy iskierkę rozbawienia. Wyglądał tak atrakcyjnie, że znów serce zabiło jej niespokojnie.
    Dopiero pukanie do drzwi oderwało ją od zdradzieckich myśli. Służący cicho wszedł do pokoju i przez chwilę rozmawiali po hiszpańsku, po czym gospodarz wręczył mu kluczyki do samochodu Rachel. Służący ukłonił się i wyszedł.
    Vincente de Riano odwrócił się do Rachel; jego twarz znów przypominała pozbawioną wyrazu maskę.
    – Zatelefonowałem do hotelu, w którym pani pracowała, żeby zasięgnąć o pani opinii – wyjaśnił. – Kierownik hotelu odmalował niepochlebny obraz pani osoby… Czekam na pani wyjaśnienia.
    – Po co? – odparowała. – W pańskich oczach winna jestem tak samo, jak mój brat!
    Pochylił się do przodu i mierzył ją ognistym spojrzeniem.
    – W pani przypadku chyba dałbym się przekonać. Mężczyzna, z którym rozmawiałem, zbyt chemie panią oskarżył… Był zbyt zapalczywy w słowach… Zrodziło się we mnie podejrzenie, że łączył go z panią jakiś związek osobisty. Czyżby chodziło tu o kłótnię kochanków?
    Senor de Riano okazał się mężczyzną nazbyt przenikliwym. Rachel nie mogła znieść jego przeszywającego spojrzenia i odwróciła wzrok.
    – A więc tak jak myślałem! – mruknął z satysfakcją. – I ma pani zamiar zniszczyć moją kruchą wiarę w pani niewinność? Pozwoli mi pani przypuszczać, że rzeczywiście zaniedbała pani swoje obowiązki wobec małego chłopca powierzonego pani opiece? Cóż, to oznacza, że będę musiał poszukać sobie innej opiekunki dla mojej małej Luisy.
    Luisa… Rachel zacisnęła kurczowo dłonie na poręczy fotela. Vincente de Riano miał dziecko! A to oznacza przecież, że ma żonę… Nie wiedzieć czemu ta wiadomość ją poraziła.
    – Señorita? – doszedł jej uszu zaniepokojony głos.
    – Gdzie… gdzie jest jej matka? – wyjąkała, z trudem odnajdując słowa.
    Zmarszczki na jego twarzy pogłębiły się.
    – Fizycznie wróciła już do zdrowia po trudnym porodzie, który wymagał cesarskiego cięcia… Emocjonalnie nadal nie czuje się dobrze… – Mówił coraz wolniej, wydawało się, iż szybuje gdzieś daleko myślami. – Ona i niemowlę w ogóle mają szczęście, że żyją…
    – Niemowlę? – Raptownie uniosła głowę.
    – Luisa kończy dziś siedem tygodni.
    Rachel poruszyła się niespokojnie; zrozumiała, że kłopoty z Brianem nałożyły się na rodzinne problemy seńora de Riano. W ciągu ostatnich miesięcy żona go przecież bardzo potrzebowała… Rachel poczuła ciężar w sercu. Odwróciła wzrok, byle tylko nie patrzeć senorowi de Riano w oczy.
    – Lekarz, który ją wczoraj badał, zalecił wyjazd – ciągnął. – Mamy nadzieję, że zmiana otoczenia i uwolnienie od obowiązku zajmowania się dzieckiem dobrze jej zrobią.
    – I prosi pan mnie, przedstawicielkę okrytej niesławą rodziny Ellisów, abym zajęła się pańską córką? – zawołała Rachel z goryczą. Skoczyła na równe nogi, nie mogąc usiedzieć spokojnie. – Doprawdy, pańskie poczucie honoru jest równie oryginalne, jak pańskie poczucie humoru!
    Rachel nie poznawała samej siebie. Uważała się przecież za osobę zrównoważoną – a teraz całkiem poniosły ją nerwy. Czy chciała się do tego przyznać, czy nie – senor de Riano zrobił na niej niezatarte wrażenie i dlatego pomysł pozostania pod jego dachem podczas nieobecności żony uznała za wielce niebezpieczny.
    – Doprawdy? – W jego czarnych oczach pojawiły się ostrzegawcze błyski, ale Rachel o nic już nie dbała.
    – Traci pan tylko czas. W dodatku spóźniłam się przez pana na samolot. Pojadę teraz taksówką na lotnisko i odlecę następnym.
    Zerwał się z miejsca i zdążył zatrzymać ją przy drzwiach. Gdy poczuła jego dłoń zaciskającą się na ramieniu, ciało jej znów przeszył alarmujący dreszcz. Nie zdołała go opanować; pożerał ją wstyd z powodu własnej słabości. Coś nieuchronnie pchało ją ku temu fascynującemu mężczyźnie, mimo że należał do innej kobiety.
    – Czy nie zechciałaby pani zobaczyć Luisy, nim definitywnie odrzuci pani moją propozycję? – Głęboki głos zdawał się przenikać ją na wskroś. – A może nie doceniam siły pani uczuć do mężczyzny, którego pozostawiła pani w Nowym Jorku?
    Gwałtownie odwróciła głowę.
    – To nie jest mężczyzna mojego życia – powiedziała twardym, stanowczym tonem. – Cokolwiek panu powiedział, kłamał!
    Vincente de Riano przyglądał się jej napiętej twarzy, jakby ważył prawdziwość jej słów, po czym nagle wzruszył niedbale ramionami i powiedział:
    – W takim razie nie widzę problemu. Nie ma pani pracy, do której warto by wracać, a pani zasoby finansowe są na wyczerpaniu. Oferuję pani wysoką pensję za opiekę nad Luisą. – Pochylił się nad nią niebezpiecznie blisko. – Ponadto będzie pani mogła pozostać jeszcze tydzień w Hiszpanii, co zwiększa szanse na spotkanie z bratem.
    Potrząsnęła gwałtownie głową, trochę przerażona jego przebiegłością.
    – Jeśli wrócę do Nowego Jorku, mam większe szanse, że Brian się ze mną skontaktuje i dobrze pan o tym wie! – Spojrzała na niego wyzywająco. – Właściwie czego pan ode mnie chce?
    W kąciku jego ust, na które desperacko starała się nie patrzeć ani o nich nie myśleć, pojawił się cień uśmiechu. Nic nie mówiąc, podszedł do biurka i nacisnął guzik interkomu, nie odrywając przy tym wzroku od napiętej twarzy Rachel. Odezwał się po chwili kobiecy głos. Senor de Riano wydał polecenie, a potem zwrócił się do Rachel:
    – Może ma pani jednak ochotę się czegoś napić, panno Ellis?
    Rachel podziękowała i w tej samej chwili usłyszeli ciche kwilenie dziecka. W drzwiach pojawiła się ciemnowłosa kobieta w średnim wieku. W ramionach trzymała białe zawiniątko.
    Rachel, zafascynowana, obserwowała, jak seńor de Riano bierze niemowlę z rąk kobiety i troskliwie umieszcza je na swoim szerokim ramieniu. Delikatnie pogładził dziewczynkę po policzku i przemówił do niej czule.
    Ta wzruszająca scena ścisnęła Rachel za gardło. Nieoczekiwanie wróciła myślami do przeszłości. Przypomniała sobie Stephena, który nigdy nie pobawił się z żadnym dzieckiem ani nawet nie wziął na ręce…
    To już wówczas powinno dać jej do myślenia. Był nieczuły, oschły, do nikogo prócz siebie nie żywił cieplejszego uczucia. Nie mógłby być dobrym ojcem… Z pewnością nie pieścił żadnego dziecka pozostawionego pod jego opieką, tak jak to w tej chwili czynił seńor de Riano, nie zwracając wcale uwagi, że niemowlę ślini mu elegancki, lniany garnitur.
    Vincente de Riano miał inną twarz dla wrogów, inną dla tych, których kochał – pomyślała Rachel i zaczęła się zastanawiać, jak czuje się kobieta będąca obiektem jego miłości.
    Niemowlę pod wpływem subtelnej pieszczoty i czułego szeptu przestało płakać. Starsza kobieta rozpromieniła się z radości, dygnęła przed swym pracodawcą i opuściła pokój.
    Seńor de Riano rzucił Rachel dumne spojrzenie.
    – Pewnego dnia Luisa złamie wiele serc…
    Rachel nie miała co do tego wątpliwości. Zwłaszcza jeśli odziedziczy po ojcu jego urodę i osobisty wdzięk, pomyślała.
    – Zapewne pójdzie w pani ślady – dodał pod nosem, jakby sam do siebie.
    Gdy Rachel zrozumiała sens jego słów, poczuła, że w skórę wbija jej się setka szpileczek. Jeśli miał na myśli Stephena, to się mylił! Bardzo się mylił. Stephen był zbyt wielkim egoistą, aby można mu było złamać serce. Poczuła na sobie wzrok gospodarza i oderwała się od przykrych myśli.
    – Proszę spojrzeć na malutką, nim pani stąd wyjedzie. – Podszedł do niej na wyciągnięcie ręki. – A może boi się pani, że dziecko zbyt mocno chwyci panią za serce i powstrzyma przed odjazdem?.
    Serce Rachel już teraz waliło jak oszalałe. To nie dziecka się boję, myślała gorączkowo.
    Chciała uciec stąd, ale jakaś nieokreślona siła trzymała ją w miejscu, podczas gdy seńor de Riano uchylił rąbek pieluszki i pokazał jej córeczkę.
    Rachel doznała szoku na widok jasnych jak poświata księżyca włosków i anielskiej buzi, której rysy przypominały jej kogoś bardzo, bardzo bliskiego. Kogoś, kto dla Rachel był teraz najważniejszy na świecie… To nie do wiary!
    Seńor de Riano przyglądał jej się badawczo.
    – Prócz ciemnych oczu i oliwkowej skóry, które odziedziczyła po Carmen, Luisa prawdopodobnie będzie wyglądać jak pani odbicie w lustrze – powiedział zagadkowym tonem.
    – Przypomina Briana na zdjęciach, które robiła mu mama w dzieciństwie – szepnęła w uniesieniu. Wyciągnęła rękę i przytuliła do siebie ciepłe, małe ciałko Luisy. – Luisa nie jest pańską córką… Jest córką Briana! – dodała z nagłym ożywieniem.
    Na inteligentnej twarzy Vincente de Riano pojawił się zakłopotany wyraz.
    – A sądziła pani, że ja jestem ojcem dziecka?
    – Tak. Powiedział pan przecież „moja” Luisa…
    W spontanicznym geście pocałowała jasną główkę wtuloną w jej ramię, wciągając jednocześnie w nozdrza słodki zapach dziecięcej oliwki.
    – Mogło tak być… – powiedział tonem gorzkiej zadumy. – Moja żona była właśnie w ciąży, gdy trzy lata temu zginęła w tej samej katastrofie samochodowej co rodzice Carmen.
    – Wielki Boże! – wyrwało się Rachel z piersi.
    – Od tamtej pory opiekuję się moją bratanicą. Popełniła bardzo poważny błąd w swym młodym życiu, wiążąc się z pani bratem… Ale Luisa jest niewinna i zasługuje na wszystko co najlepsze.
    Rachel nie wątpiła w szczerość tego oświadczenia. Widziała, jak odnosił się do dziecka, widziała w ciemnej głębi jego oczu prawdziwą miłość. Luisa miała szansę rozkwitać w cieple tej miłości… Rachel podziwiała go, że wziął na siebie tak wielką życiową odpowiedzialność i była mu jednocześnie wdzięczna za przywiązanie do jej małej bratanicy. Ale to Brian był ojcem Luisy i to on powinien zaopiekować się Carmen i dzieckiem. Mijający czas był nie do odzyskania… Dług Briana wobec senora de Riano wzrastał. Gdzie on się podziewa? – myślała z bólem w sercu.
    – Czy Brian wie o dziecku? – spytała.
    – Gdy zniknął, Carmen była w piątym miesiącu ciąży, ja jednak dowiedziałem się dopiero, gdy nie mogła dłużej ukrywać swego stanu. Możliwe, że pani brat wiedział, iż zostanie ojcem na długo przed tym, nim porzucił Carmen i zostawił ją własnemu losowi.
    Porzucił… Rachel odżegnywała się od samego tego słowa.
    – A co na ten temat mówi Carmen?
    Bezwiednie potarł ręką po brodzie.
    – Moja bratanica w ogóle o tym nie rozmawia.
    – Ale jest przecież możliwe, że Carmen albo nie miała okazji powiedzieć Brianowi o dziecku, albo zdecydowała świadomie nie mówić mu prawdy… – rozważała na głos.
    Seńor de Riano niedbale wzruszył ramionami.
    – A cóż to za różnica, senorita? Końcowy rezultat jest taki sam: pani brat wyjechał.
    – Jeśli nie wiedział, że zostanie ojcem, to stanowi ogromną różnicę! – odparowała. – Nasz ojciec odszedł od nas, kiedy byliśmy dziećmi. To zniszczyło całe dzieciństwo Briana. Czy pan naprawdę sądzi, że Brian mógłby powtórzyć grzech ojca?
    Oczy Vincente de Riano rozbłysły złością.
    – Mówi się, że jaki ojciec, taki syn…
    – No właśnie! Ale to nie pan jest ojcem Luisy! – Odskoczyła gwałtownie i usiłowała uspokoić dziecko, które nagle zaczęło płakać. – Nie ma pan prawa wydawać wyroków!
    – Jeśli pani brat zniknął na dobre, będę wychowywał Luisę i formalnie ją zaadoptuję!
    Rachel szeroko otworzyła oczy ze zdziwienia.
    – Nie może pan! Ona przecież jest córką Carmen!
    – Owszem, ale Carmen ma szansę jeszcze ułożyć sobie życie. Zanim pani brat zawrócił jej w głowie, była zaręczona z Raimundo de Leon, który pochodzi z jednej z najlepszych naszych rodzin. Raimundo nadal pragnie ją poślubić.
    – Pod warunkiem, że Luisa nie będzie częścią posagu, czyż nie? – przerwała mu gwałtownie. – Czy naprawdę takiego męża pragnie pan dla swej bratanicy? Jestem pewna, że Carmen nie zechce brać udziału w tej transakcji. Tylko despota pańskiego pokroju mógł coś podobnego wymyślić! Moje gratulacje, senor!
    Widok jego gniewnej twarzy rozwścieczył ją jeszcze bardziej. Nie mogła się pohamować i dodała jadowitym tonem:
    – Jest pan reliktem zamierzchłej epoki z tym swoim aranżowaniem małżeństwa. To istny cud, że Carmen jeszcze od pana nie uciekła. I niech pan sobie nie myśli, że złożę broń. Będę walczyć do ostatnich sił o opiekę nad Luisą! Nie pozwolę, by również i jej zrujnował pan życie!

Rozdział czwarty

    Seńor de Riano, nie pytając Rachel o zgodę, podszedł i odebrał jej płaczące niemowlę. Wystarczyło kilka czułych słów i pieszczot, żeby Luisa się uspokoiła.
    A potem znów skierował spojrzenie na Rachel. Patrzyli teraz na siebie jak wrogowie.
    – Wyciąga pani zbyt pochopne wnioski, seńorita – odezwał się zgryźliwym tonem. – Raimundo pragnie poślubić Carmen i wychowywać Luisę jak własną córkę. To Carmen stale odrzuca jego propozycję i czeka na Briana. Żywi przekonanie, że Brian do niej wróci… A na razie całą swą uwagę skupia na dziecku. Obawiam się, że odbywa się to kosztem jej zdrowia…
    – Czy pańska bratanica jest chora? – zaniepokoiła się Rachel.
    – Miała bardzo skomplikowaną ciążę – odparł. – Cierpiała na zatrucie ciążowe… Jest przekonana, że Luisa będzie jej jedynym dzieckiem i być może z tego powodu stała się wobec niej nadopiekuńcza. – Gestem pełnym miłości przytulił opalony policzek do jasnej główki dziecka, a widząc to, Rachel znów poczuła ucisk w gardle. Potem niespodziewanie uniósł głowę i popatrzył jej prosto w twarz. – Boję się o psychikę Carmen. Kiedyś była dziewczyną pełną życia, lubiła stroje i zabawy… Teraz trudno ją nakłonić, by wyszła z domu. Cały czas czuwa przy dziecku i prawie nikogo nie dopuszcza w pobliże małej. Nikomu nie ufa, jeśli chodzi o Luisę. Wydaje mi się, że te reakcje są nienormalne. Lekarz również twierdzi, że potrzebny jej wypoczynek. W przeciwnym razie jej obsesja się pogłębi.
    – I sądzi pan, że mnie pozwoli zająć się dzieckiem? Przecież jestem całkowicie obcą osobą…
    Jego twarz nabrała zagadkowego wyrazu.
    – Jest pani przecież dyplomowaną opiekunką, a ponad to ciotką Luisy. Jeśli uda się przekonać Carmen, iż kocha pani Luisę, i że pragnie ją pani lepiej poznać przed swym powrotem do Stanów, myślę, że na krótki czas zgodzi się powierzyć dziecko pani opiece.
    Rachel nerwowo splotła dłonie, zastanawiając się, dlaczego w ogóle rozważają tak zwariowany pomysł, skoro senor de Riano ani jej nie lubi, ani zbytnio nie ufa.
    – Jeśli Carmen karmi dziecko, to całkiem naturalne, że nie chce się rozłączyć z Luisą – powiedziała.
    Senor de Riano wyraźnie się zasępił.
    – Carmen przestała karmić już w szpitalu. Jej mleko szkodziło dziecku. Luisa była poważnie chora… Przeszła skomplikowaną żółtaczkę i trzeba jej było przetaczać krew.
    – Biedna Luisa – westchnęła Rachel.
    Powoli zaczynała widzieć sytuację oczami wuja Carmen. Mimo że bardzo pragnęła wytłumaczyć sobie zachowanie brata, rozumiała, że jego zniknięcie dla Vincente de Riano mogło być podejrzane i wręcz niewybaczalne. Wszystko wskazywało na to, że Brian opuścił Carmen i pozostawił ją na łasce losu, i to w momencie, kiedy życiu jej groziło niebezpieczeństwo. Czyż matka nie powiedziała kiedyś do niej i do Briana tych pamiętnych słów:
    „Nie potrafię wybaczyć waszemu ojcu, że nas opuścił. Dwukrotnie otarłam się o śmierć, gdy wydawałam was na świat. A jego nawet wówczas przy mnie nie było… Wiecie, gdzie był? Był z inną kobietą! Pomyślcie o tym, dzieci. Tylko pomyślcie”.
    Rachel z bólem serca odwróciła się od Vincente de Riano. Usiłowała ukryć swoje emocje i rozterki… Choć wszystko przemawiało przeciwko jej bratu, jakoś nie mogła uwierzyć, że Brian jest podobny do ojca.
    Ale dlaczego zniknął? Dlaczego nie zainteresował się Carmen? – zastanawiała się, odsuwając na bok pocieszające myśli i znów popadając w rozpacz.
    – Naturalnie nie mogę pani zmusić, senorita, aby pani tutaj została… – usłyszała głos Vmcente de Riano. – Żadne z nas nie odpowiada za kłopoty, w których znaleźli się pani brat i moja bratanica… Jeśli więc zdecyduje się pani na powrót do Nowego Jorku, nie będę miał prawa pani winić. Szczególnie gdy, jak się domyślam, czeka tam na panią ktoś bardzo stęskniony. Osobiście odwiozę panią na lotnisko.
    – Tio Vincente! – Carmen wpadła do pokoju i wyciągnęła ręce do dziecka, ale señor de Riano powiedział coś do niej szybko po hiszpańsku. Odwróciła się na pięcie w kierunku Rachel. Jej piękna twarz naznaczona była bólem.
    – Przepraszam, że wam przeszkadzam – powiedziała drżącym głosem – ale już pora na karmienie Luisy.
    Rachel wyczuła na sobie badawczy wzrok senora de Riano. Nadszedł moment, by oznajmiła otwarcie, że wyjeżdża i poprosiła swego gospodarza o odwiezienie na lotnisko. Nie mogła jednak tego z siebie wydusić. Pokusa, aby zostać jeszcze w Hiszpanii była zbyt silna. Mogłaby przecież wszcząć na własną rękę poszukiwania Briana…
    – Miałam nadzieję, że pozwolisz mi ją nakarmić – powiedziała, nieoczekiwanie dla samej siebie podejmując decyzję. – Bardzo pragnę poznać moją małą bratanicę. Zresztą już ją pokochałam… – Głos jej nagle zadrżał i całkiem bezwiednie rzuciła szybkie spojrzenie na senora de Riano.
    – Ona jest częścią Briana, a ja kocham brata bardziej niż kogokolwiek na świecie. Zrobiłabym dla niego wszystko…
    – Panna Ellis mówi prawdę, Carmen – rzekł seńor de Riano z uśmiechem pełnym satysfakcji, który sprawił, że Rachel w nagłym porywie miała ochotę cofnąć wypowiedziane słowa.
    Vincente de Riano zapewne był przeświadczony, że udała mu się manipulacja; Rachel zrobiła dokładnie to, czego chciał. Powtarzała sobie teraz, że podporządkowała się jego planom wyłącznie ze względu na Briana i Carmen.
    – Zabierz pannę Ellis na górę i pokaż jej pokój dziecinny – powiedział. – Możemy zjeść lunch za pół godziny. – Umieścił Luisę w ramionach Carmen i pochylając głowę, raz jeszcze ucałował jej jasne włoski.
    Na chwilę twarz Carmen złagodniała. Seńor de Riano wyglądał doprawdy rozczulająco, gdy bez skrępowania, z wyraźną dumą okazywał dziecku czułość. Nie było chyba kobiety, która nie uległaby jego urokowi. Zarówno Carmen pozostawała pod wrażeniem, jak i maleńka Luisa, która w jego ramionach natychmiast się uspokajała.
    Rachel wiedziała, że musi wzbudzić zaufanie Carmen, jeśli chce, by pozwoliła jej zająć się swą maleńką córeczką. Wiedziała również, że nie będzie to łatwe zadanie.
    – Twój wuj powiedział mi, że jesteś nadzwyczajną matką – odezwała się do Carmen. – Czy pokażesz mi, jak karmisz Luisę, bym mogła się nauczyć?
    Carmen miała zakłopotaną minę.
    – Czy kiedykolwiek zajmowałaś się noworodkiem? – spytała z pewną podejrzliwością.
    – Panna Ellis jest dyplomowaną opiekunką do dzieci – wtrącił gładko jej wuj.
    – Ale obie z Carmen wiemy, że niania nigdy nie zastąpi matki – pospiesznie dorzuciła Rachel. – Pozwolisz, Carmen, że najpierw będę obserwować, jak zajmujesz się Luisą. Chciałabym, żeby mała wiedziała, że ma jeszcze innych krewnych, którzy ją bardzo kochają. Dziecko zawsze potrzebuje ogromu miłości – dodała łamiącym się głosem.
    Zażenowana, że tak dała się ponieść uczuciom, uniosła głowę i napotkała pełen zrozumienia wzrok seńora de Riano. Jego niezgłębione oczy lśniły intensywnym, tajemniczym blaskiem. Patrzył na nią tak, jakby chciał przekazać jej coś niezwykle osobistego. Rachel zadrżała i odwróciła się szybko, modląc się w duchu, aby Carmen nie spostrzegła jej zmieszania. Na szczęście dziewczyna była całkowicie pochłonięta swoją małą córeczką.
    – Możesz pójść ze mną na górę, Rachel – odezwała się po chwili.
    Rachel z uczuciem triumfu wyszła za nią z pokoju, przez cały czas czując na plecach przeszywający wzrok seńora de Riano. Dopiero w holu wypuściła powietrze; nawet nie zdawała sobie sprawy, że przez cały czas wstrzymywała oddech.
    Po wspaniałych marmurowych schodach kroczyła za Carmen na pierwsze piętro, przyglądając się wiszącym na ścianach portretom członków rodziny de Riano. W holu na piętrze minęły szczególnie uderzający obraz – portret osiemnastowiecznego arystokraty, który przypominał tak bardzo Vincente de Riano, że oszołomiona Rachel zatrzymała się i zaczęła mu się bacznie przyglądać.
    – To Rodrigo de Riano, praprapradziadek wuja – wyjaśniła Carmen. – Uderzające podobieństwo, prawda? Ale tio jest o wiele przystojniejszy…
    – Obawiam się, że wprawiasz naszego gościa w zakłopotanie, chica. – Głęboki, dobrze znany głos rozległ się niespodziewanie za plecami Rachel.
    Seńor de Riano po raz kolejny wprawił Rachel w zakłopotanie; zauważył jej zainteresowanie mężczyzną na portrecie, i zapewne również zdradliwy rumieniec, który pojawił się na jej policzkach. Chcąc jak najszybciej wrócić do równowagi i uspokoić przyspieszone bicie serca, Rachel starała się unikać jego wzroku.
    – Po obejrzeniu portretów, śmiem twierdzić, że wszyscy członkowie waszej rodziny byli niezwykle przystojni – zwróciła się do Carmen, starając się nadać głosowi naturalne brzmienie. – Ty również, Carmen, jesteś bardzo piękną dziewczyną. Nie dziwię się, iż skradłaś serce memu bratu… I… jest mi doprawdy ogromnie przykro, że nie było go przy tobie, gdy wasze dziecko przyszło na świat.
    – Obydwie z Luisą ogromnie za nim tęsknimy – przyznała Carmen, rzucając wujowi wojownicze spojrzenie.
    – Ja też za nim tęsknię… – Rachel zagryzła wargę. – Nie widziałam go od sześciu lat. Ale myślałam o nim każdego dnia i każdego dnia za nim tęskniłam. Dlatego przyjechałam do Hiszpanii… Pragnę go odszukać… On nawet nie wie, że nasza matka nie żyje…
    Carmen gwałtownie wciągnęła powietrze.
    – Wasza matka nie żyje?! – wyrwało jej się z głębi serca.
    – To prawda – potwierdził jej wuj. – Matka Briana zmarła na zapalenie płuc. – Jego głos brzmiał łagodnie, bez cienia wczorajszej agresji i wrogości. – I dlatego panna Ellis tu przyjechała – ciągnął, przemawiając do Carmen jak do dziecka, które sprawia kłopoty. – Mam nadzieję, że go odnajdzie i przekaże mu tę smutną wiadomość.
    Carmen patrzyła na Rachel, jakby czekała z jej strony na potwierdzenie słów wuja.
    – Po wyjeździe Briana mama niczego bardziej nie pragnęła, jak tylko błagać go o przebaczenie – wyznała Rachel.
    – O przebaczenie? – Twarz Carmen wyrażała lęk i przerażenie.
    Tym razem dwie pary błyszczących, czarnych oczu wpatrywały się w Rachel.
    – Matka obawiała się, że rozpacz i gorycz, w której żyła po odejściu od nas ojca, wpłynęła destrukcyjnie na nasze dzieciństwo. Obwiniała się, iż to przez nią Brian przedwcześnie opuścił rodzinny dom. Chciała go przeprosić i wyznać mu, że jest jej z tego powodu niezwykle przykro… – Rachel nagle umilkła.
    Carmen stała zmieszana ze spuszczoną głową. Rachel odniosła wrażenie, że Brian zwierzał się jej ze swych najskrytszych sekretów i w umyśle Rachel błysnął nagle wątły promyk nadziei. Być może Brian naprawdę kochał tę dziewczynę… Być może nie był to wcale przelotny związek, co uporczywie starał się sugerować seńor de Riano. Pokrzepiona tymi myślami dodała:
    – W ostatnim tchnieniu matka modliła się, aby Brian znalazł w życiu szczęście. Obiecałam jej wówczas, że go odnajdę i powiem, jak bardzo go kochała, ale… – Urwała i wbiła martwy wzrok w mozaikę podłogową. – Ale jeśli on nie skontaktował się z tobą ani razu od czasu swego zniknięcia, obawiam się, że nie zdołam go odnaleźć.
    Słysząc te słowa, Carmen zatopiła twarz w dłoniach. Rachel poczuła się nieswojo. Widocznie nie zdawała sobie sprawy, ile wysiłku kosztuje Carmen ta konwersacja. Mimowolnie podniosła wzrok na Vincente de Riano i napotkała jego intensywne, przeszywające spojrzenie. Mimo że bardzo tego pragnęła, nie była w stanie oderwać od niego oczu.
    Po chwili napiętej ciszy seńor de Riano powiedział niskim głosem:
    – Myślę, że nasza mała nińa jest już głodna. Proszę oto butelka… – Podał Rachel przyniesioną z dołu butelkę i odwróciwszy się, dodał: – Spotkamy się w jadalni, jak położycie Luisę spać.
    Rachel patrzyła za nim, jak odchodzi i w pewnym momencie zdała sobie sprawę, że Carmen już dawno zniknęła za ciemnymi, ozdobnymi drzwiami swego apartamentu. Pospieszyła więc za nią i nagle stanęła jak wryta na progu ogromnego, pięknego pokoju.
    Kapa na łóżku, baldachim oraz zasłony uszyte były z białej koronki. W przestronnej wnęce spostrzegła dziecinne mebelki oraz łóżeczko przyozdobione takim samym koronkowym baldachimem jak łóżko matki. Biel koronki żywo kontrastowała z ciemną drewnianą podłogą i lśniącymi, politurowanymi meblami. Całość sprawiała niezwykle romantyczne wrażenie. Rachel wkroczyła do tego niebywałego wnętrza jak do zaczarowanej krainy z sennego marzenia.
    – Nigdy w życiu nie byłam w tak pięknym pokoju – szepnęła urzeczona.
    – Tio Vincente urządził go specjalnie dla mnie po śmierci moich rodziców – powiedziała Carmen, zmieniając dziecku pieluszkę. – Kiedyś ten pokój był sypialnią moich dziadków. Pierwszą rzeczą, której się pozbyliśmy, były nieładne meble obite na czerwono i spłowiałe ścienne draperie.
    Rachel domyśliła się, że dla młodej, nowoczesnej dziewczyny poprzedni wystrój musiał być przytłaczający. Jeszcze raz poruszyła ją wrażliwość seńora de Riano, który nie bacząc na swój własny ból, w pierwszym rzędzie pragnął ukoić cierpienia swej bratanicy.
    – Czy przedtem mieszkaliście razem? – spytała Rachel, zaciekawiona wszystkim, co dotyczyło senora de Riano i jego rodziny.
    – Nie. Mój ojciec był pierworodnym synem i odziedziczył ten dom po śmierci dziadków. Tio Vincente ma swoją własną willę, którą bardzo lubi, ale od czasu śmierci moich rodziców większość czasu spędza tu ze mną… Tutaj przynajmniej nie ścigają go demony przeszłości… Jego żona zginęła w tej samej katastrofie co moi rodzice.
    – Wiem – powiedziała Rachel szeptem pełnym bólu.
    – Powiedział ci o Leonorze? – W głosie Carmen słychać było zaskoczenie.
    – Tak. – Choć nie wspomniał jej imienia, pomyślała. – Powiedział mi również, że była w ciąży. Och, to dla was obojga musiał być straszny cios! Nie dziwię się, że seńor Vincente kocha do szaleństwa Luisę. – W obawie, że jej zainteresowanie senorem de Riano stanie się zbyt widoczne dla Carmen, Rachel pospiesznie zmieniła temat. – To straszne, że Brian nie widział jeszcze własnej córki…
    – Brian niczego nie ukradł – oświadczyła Carmen zapalczywie. – Pewnego dnia, gdy już oczyści swe imię, wróci do mnie i do Luisy. Tio Vincente jeszcze się przekona, że pomylił się co do jego osoby! – Spojrzała na Rachel z sympatią. – Dlaczego nie usiądziesz w fotelu? Tak jest najwygodniej karmić dziecko.
    – Masz rację. – Rachel była zachwycona, że Carmen odnosi się do niej tak życzliwie. – Ale nie wiem, czy Luisa zechce, bym ją karmiła… Może tym razem tylko postoję i popatrzę?
    – Och, nie. Bardzo proszę… Gdy po raz pierwszy ujrzałam cię z wujkiem, nie wiedziałam, co o tobie myśleć. Bałam się, że nastawi cię przeciwko Brianowi… Ale widzę, że ty naprawdę go kochasz. – Urwała na chwilę. – Mówił mi wielokrotnie, że byliście sobie bardzo bliscy. On też cię bardzo kocha.
    – Dziękuję, że mi o tym powiedziałaś – szepnęła Rachel. Miała łzy w oczach.
    Gdy Carmen podała jej dziecko, nastrój Rachel zdecydowanie uległ zmianie. Luisa zaczęła ssać mleko z takim zapałem, że obie dziewczyny mimowolnie się roześmiały.
    Rachel z uśmiechem pochyliła się nad swoją bratanicą.
    – Gdy po raz pierwszy cię ujrzałam, maleńka, wydało mi się, że widzę twarz Briana i natychmiast cię pokochałam.
    Carmen siedziała przez chwilę w zadumie, a potem blady uśmiech wypłynął na jej usta i powiedziała:
    – Tio Vincente uważa, że spędzam z Luisą zbyt dużo czasu… Ale on nie rozumie, jaką przyjemność sprawia mi samo patrzenie na dziecko. Wiesz, nie mam ani jednego zdjęcia Briana…
    – Za chwilę będziesz miała – oznajmiła Rachel. – Otwórz moją torebkę. W skórzanym portfelu znajdują się zdjęcia. Zatrzymaj je.
    Gdy Carmen wyjęła cenne dla siebie pamiątki, w pokoju nastała cisza przerywana jedynie cichym cmokaniem Luisy. Rachel kątem oka obserwowała siedzącą na brzegu łóżka śliczną dziewczynę, która wprost pożerała wzrokiem zdjęcia Briana, zrobione przed jego wyjazdem z domu; na kilku zdjęciach był z przyjaciółmi oraz z Rachel i ich matką.
    Luisa zdążyła już dawno opróżnić butelkę i zasnąć w ramionach Rachel, a Carmen nadal siedziała jak urzeczona, przeglądając w kółko te same zdjęcia. Tylko kobieta, która kochała mężczyznę całym sercem i duszą była w stanie tak bardzo przejąć się starymi fotografiami. Rachel przyszło nagle do głowy, że Brian zapewne zmienił się podczas tych sześciu lat. Zaczęła sobie wyobrażać, jak teraz wygląda… I znów spojrzała na Carmen. Jakąż była piękną kobietą! I sprawiała wrażenie bardzo zakochanej w Brianie… Jak to się mogło stać, że ją zostawił i zniknął – szczególnie jeśli wiedział, iż ma urodzić jego dziecko? To pytanie coraz częściej ją dręczyło, budząc nie tylko zdziwienie, ale również lęk. Czyż nie doceniał miłości tej wspaniałej kobiety?
    Czy nie odczuwał żadnych skrupułów wobec senora de Riano, który zatrudnił go w swym przedsiębiorstwie ze względu na wieloletnią przyjaźń z przeorem?
    Nie mogła natomiast sobie wyobrazić, żeby Vincente de Riano zachował się tak samolubnie i nieodpowiedzialnie. Ta rola zupełnie do niego nie pasowała. Choć Rachel denerwował autorytatywny sposób, w jaki zwykł ją traktować, jakoś nie potrafiła żywić do niego niechęci. Coś fascynowało ją w tym mężczyźnie i jednocześnie rozbrajało… Potrafił być niezwykle czuły i troskliwy. Otoczył Carmen i dziecko prawdziwie ojcowską miłością.
    W gruncie rzeczy to bardzo wrażliwy i subtelny człowiek, rozmyślała. Z pewnością obce mu było wszelkie okrucieństwo i bezwzględność. Choć wczoraj potraktował ją dość szorstko – rozumiała teraz tego przyczyny. Miał przecież wszelkie powody, by żywić niechęć i pogardę dla Briana. A ona, Rachel, ostatecznie była jego rodzoną siostrą. Seńor de Riano miał prawo potraktować ją podejrzliwie. I to dlatego w pierwszych słowach zażądał, by natychmiast wracała do Nowego Jorku.
    A jednak nie pozwolił jej wyjechać… Jej szczera miłość do brata go rozbroiła. Postanowił ją czasowo zatrudnić, by mogła spokojnie czekać na wiadomość od Briana.
    – Z zamkniętymi oczami Luisa wygląda jak pani rodzona córka, seńorita. – Niski, zmysłowy głos sprawił, że Rachel drgnęła i nagle powróciła do rzeczywistości. – Maleńka śpi sobie, wielce zadowolona, ale nie wie, że pani pora posiłku już dawno minęła i jeśli natychmiast temu nie zaradzimy, być może będę musiał również i panią zanieść do łóżka. – Vincente de Riano, uśmiechając się łagodnie, wyjął niemowlę z jej ramion i ostrożnie umieścił w łóżeczku.
    Rachel była tak bardzo zmieszana jego fizyczną bliskością i żartobliwymi, dwuznacznymi słowami, które wyszeptał prosto do jej ucha, że gdy wreszcie wstała, czuła, jak kolana się pod nią uginają.
    Od momentu, gdy go poznała, cały czas myślała o nim obsesyjnie. Nie było chyba takiej chwili, by zdołała usunąć sprzed oczu jego wizerunek – i fakt ten naprawdę ją przerażał, zwłaszcza że znała seńora de Riano zaledwie od wczoraj.

Rozdział piąty

    Rachel była tak głęboko zamyślona, że w ogóle nie usłyszała, gdy Vincente de Riano wszedł do pokoju. Carmen na widok wuja pospiesznie wstała z łóżka i zaczęła nerwowo zbierać rozrzucone fotografie. Seńor de Riano nieoczekiwanie podniósł jedno zdjęcie i przyjrzawszy mu się uważnie, schował je do kieszeni marynarki.
    Dziewczyna rzuciła Rachel zaniepokojone spojrzenie; obie w lot zrozumiały, że niebawem policja otrzyma zdjęcie Briana i będzie mogła skuteczniej go poszukiwać.
    Vincente de Riano w kilku krokach podszedł do drzwi i otworzył je na oścież, czekając, aż obie razem z nim opuszczą pokój.
    Carmen po cichu, by nie obudzić dziecka, wysunęła szufladę ozdobnego sekretarzyka i pieczołowicie umieściła tam wybrane przez siebie fotografie, resztę zaś włożyła z powrotem do torebki Rachel.
    W ułamku sekundy Rachel i Carmen wymieniły porozumiewawcze spojrzenia, jakby przypieczętowując przymierze, które przed chwilą zawarły.
    Gdy Rachel mijała seńora de Riano, który stał w drzwiach z władczym wyrazem twarzy, gestem pełnym godności uniosła podbródek i odwróciwszy się nieznacznie, spostrzegła, że Carmen uczyniła to samo. Szlachetna twarz młodej kobiety wyrażała siłę charakteru i woli, i ten sam co u jej wuja władczy – zapewne rodzinny – rys.
    Rachel zeszła po schodach do elegancko urządzonej jadalni, cały czas świadoma niepokojąco bliskiej obecności senora de Riano. Zastanawiała się nad jego stosunkiem do bratanicy i doszła do wniosku, że łączy ich niewątpliwie głęboka miłość i przywiązanie, ale jednocześnie wyczuwało się między nimi wyraźne napięcie.
    To Brian stał się przyczyną rodzinnej waśni, pomyślała ze smutkiem. Brutalnie wkroczył w ich życie, przysparzając im mnóstwa cierpień i bólu. Ale przede wszystkim został ojcem – ojcem malutkiego dziecka, które potrzebuje miłości obojga rodziców.
    Nagle przed oczy Rachel powrócił obraz smagłej, przystojnej twarzy senora de Riano, w chwili gdy gestem pełnym miłości gładził Luisę po policzku. Przemknęła jej przez głowę szalona, grzeszna myśl, że oto mała Luisa jest ich nowo narodzonym dzieckiem – jej i senora de Riano! Ze wstydem w sercu przyłapała się na tym, że całkiem poważnie zastanawia się, jak też by wyglądało jej życie u boku tego niezwykłego mężczyzny, gdy leżałaby w jego mocnych ramionach podczas długich, upalnych andaluzyjskich nocy i…
    – Seńorita Ellis?
    Policzki Rachel okryły się purpurą.
    – Słucham…? – zająknęła się, widząc zdziwione spojrzenie Carmen i przerażona odkryciem, że seńor de Riano odsunął dla niej krzesło, żeby usiadła.
    Jak długo już tak stał, przyglądając jej się badawczo, podczas gdy ona puszczała wodze wybujałej fantazji?
    – Dziękuję – wykrztusiła wreszcie i ciężko opadła na rokokowe krzesło obite jedwabnym adamaszkiem. Unikając wzroku gospodarza, podziwiała przez długą chwilę politurowaną powierzchnię stołu, która lśniła jak lustro.
    Przy ścianie za plecami Carmen stał wspaniały mebel intarsjowany kością słoniową, przypominający rodzaj sekretarzyka. Rachel patrzyła na to cudo sztuki meblarskiej jak urzeczona.
    Senor de Riano, który zasiadł u szczytu stołu, śledził wzrokiem spojrzenie Rachel.
    – Patrzy pani na vargueno – wyjaśnił. – To hiszpański sekretarzyk w mauretańskim stylu mudejar, którego wpływy utrzymywały się w Andaluzji aż po wiek osiemnasty. Istne cacko, nieprawdaż? To jedyny mebel w tym domu, do którego jestem naprawdę przywiązany.
    – Rzeczywiście jest piękny.
    – Powinnaś więc zobaczyć willę wuja – podjęła Carmen z entuzjazmem. – Znajduje się na samym szczycie i zawsze czuję się tam jak królowa w sułtańskim pałacu, która z góry obserwuje cały świat.
    – Panna Ellis miała już okazję widzieć ten dom – pospieszył z wyjaśnieniem, widząc, że twarz Rachel znowu oblała się rumieńcem.
    Carmen zawahała się przez moment, nim nalała sobie na talerz łyżkę zimnej, owocowej zupy, którą przed chwilą wniesiono.
    – Nie wiedziałam, że już byłaś w Aracenie – powiedziała, patrząc zdziwionym wzrokiem na Rachel.
    – Owszem – odparła Rachel i upiła łyk kompotu z gruszek. – Przeor klasztoru w La Rabida powiedział mi, że twój wuj może mi pomóc w odnalezieniu Briana.
    Twarz Carmen spochmurniała.
    – Ach, więc w ten sposób poznałaś wuja Vincente! -westchnęła.
    – I był to, rzec można, szczęśliwy zbieg okoliczności, ponieważ była właśnie bliska omdlenia – wtrącił swobodnie Vincente de Riano, rozlewając czerwone wino do kieliszków. – Oczywiście pomogłem jej stanąć na nogi.
    Rachel znów poczuła, że oblewa ją fala gorąca, która niewiele miała wspólnego z panującym w pokoju przyjemnym chłodem. Tak bardzo chciała zapomnieć o tym incydencie, ale nie potrafiła, seńor de Riano zaś wcale jej tego nie ułatwiał. Żywo miała w pamięci tę chwilę, gdy trzymał ją tak blisko swego silnego, męskiego ciała, znosząc ją ze słońca, a potem troskliwie układał na leżance w cieniu arkad na błękitnym patio swego pięknego domu…
    – Byłaś chora? – zaniepokoiła się Carmen.
    – Ależ nie! – Rachel potrząsnęła głową. – Byłam trochę zmęczona.
    – I głodna – dorzucił gospodarz, najwyraźniej delektując się tematem. – Dlatego poprosiłem dziś Sharom, żeby przygotowała specjalnie dla panny Ellis jagnięcinę z rusztu, taką, jaką tylko ona potrafi przyrządzić. Rozpływa się w ustach, jak to wy, Amerykanie, powiadacie.
    Rachel obawiała się spojrzeć seńorowi de Riano w oczy, więc całą uwagę skupiła na Carmen. Ta zaś sączyła wino i przyglądała się obojgu z nie ukrywanym zainteresowaniem.
    – Jagnięcina to jego ulubione mięso – zauważyła, jakby rozprawiała o kimś nieobecnym. – Tio mógłby ją jeść od rana do wieczora. Całe szczęście, że Sharom nie pozwala sobą dyrygować. Jest jedyną znaną mi osobą, która się go nie boi.
    Wniesiono właśnie główne danie i Rachel poczuła się zwolniona z odpowiedzi.
    Jagnię ze szparagami smakowało rzeczywiście wyśmienicie; Rachel rozkoszowała się każdym kęsem, zagryzając chrupiącą bułką i popijając winem, którego delikatny smak bardzo jej odpowiadał.
    Kiedy jednak gospodarz chciał ponownie napełnić jej kieliszek, dyskretnie zasłoniła go ręką. Jeśli nadużyje alkoholu, będzie musiała się zdrzemnąć po lunchu, a tego przecież nie chciała. Czuła instynktownie, że w towarzystwie tego mężczyzny powinna być czujna i panować nad sobą. W przeciwnym bowiem razie… Cóż, już teraz zdawała sobie sprawę, iż pozostaje pod jego zmysłowym urokiem – urokiem, który działał na nią silniej niż najprzedniejsze wino.
    Z błysku w jego oczach wyczytała, że doskonale wie, dlaczego odmówiła trunku. Z wyraźną satysfakcją otarł kącik ust białą serwetką, rozparł się wygodniej na krześle i skupił wzrok na swej bratanicy.
    – Posłuchaj, chica – zwrócił się do niej po chwili namysłu. – Nim przejdziemy do deseru, chciałbym ci coś powiedzieć…
    Rachel zauważyła, że dziewczyna zastyga na krześle jak mumia, a z jej twarzy w mgnieniu oka znika wszelkie ożywienie.
    – Lekarz powiedział mi, że twoje ciśnienie wróciło do normy i możesz udać się w krótką podróż – oznajmił. – Postanowiłem więc przychylić się do twych próśb i pozwolić ci odwiedzić rodziców chrzestnych w Cordobie. Zawiozę cię tam, jeśli zechcesz, jeszcze dziś po południu.
    – Tio! – zawołała Carmen radośnie. Najwyraźniej miała ochotę poderwać się z miejsca i uściskać wuja. Jednak jego następne słowa przykuły ją znów do krzesła.
    – Lekarz powiedział mi również, że powinnaś trochę odpocząć od dziecka… Kilka dni, być może nawet tydzień, oderwania od codziennego rytuału prac dobrze ci zrobi. Powinnaś się wyspać do woli, odwiedzić przyjaciół… Taki relaks przyspieszy powrót do pełni zdrowia po ciężkim porodzie i długim połogu. Poprosiłem więc pannę Ellis – ciągnął po krótkiej przerwie – aby została w naszym domu i zajęła się w tym czasie Luisą. Pozostając trochę dłużej w Hiszpanii, zwiększa swe szanse na spotkanie z bratem… Oczywiście jest to dla nas wszystkich chwilowe rozwiązanie. Sam mam bardzo pilne sprawy do załatwienia w Maroku i muszę tam pojechać osobiście, będę więc spokojniejszy, pozostawiając Luisę pod opieką jej ciotki.
    W umyśle Rachel kłębiły się sprzeczne myśli; zupełnie nie mogła zrozumieć, dlaczego na wieść o jego wyjeździe ogarnęło ją dziwne rozczarowanie. W oczach Carmen natomiast pojawiły się łzy.
    – Moi rodzice chrzestni bardzo pragną zobaczyć Luizę – poskarżyła się. – Chcę im ją pokazać… – Zatopiła twarz w dłoniach.
    Oczy senora de Riano stały się nagle twarde, nieustępliwe.
    – Jeszcze nie tym razem, chica – powiedział tonem zamykającym wszelką dyskusję.
    Rachel pochyliła się w stronę Carmen.
    – Kocham Luisę jak własną córkę – wyszeptała drżącym głosem. – Ona jest przecież częścią Briana… Przysięgam ci, że zajmę się nią najlepiej jak potrafię. Będziesz mogła dzwonić do mnie o każdej porze. I przyłożę wtedy słuchawkę do ucha Luisy, byś mogła do niej przemawiać, a ona będzie myśleć, że jesteś przy niej.
    Carmen uniosła swą ciemną głowę i popatrzyła Rachel prosto w oczy.
    – Naprawdę to zrobisz?
    Spod zasłony ciemnych rzęs seńor de Riano posłał Rachel spojrzenie pełne wdzięczności. Było w jego oczach coś jeszcze, czego w pierwszej chwili nie pojęła – jakiś intrygujący błysk, który wprawił ją w całkiem niezrozumiałe podniecenie.
    – Oczywiście, Carmen – odpowiedziała wreszcie, odrywając od niego oczy. – I doskonale cię rozumiem. Jeśli Luisa byłaby moja, równie ciężko byłoby mi się z nią rozstać. Ale wiem, że nawet najzdrowsza młoda matka musi czasem oderwać się od obowiązków.
    Carmen przez chwilę w milczeniu rozważała słowa Rachel, po czym nieoczekiwanie podniosła się z miejsca i stanęła naprzeciw wuja z twarzą wyrażającą determinację.
    – Pojadę dziś do Cordoby, ale jeśli sądzisz, że z powrotem zacznę spotykać się z Raimundo, to się grubo mylisz. Kocham Briana i zawsze będę go kochała! – rzuciła z pasją i wybiegła z pokoju.
    – Proszę zbytnio nie przejmować się słowami Carmen, panno Ellis. – Vincente de Riano zapewne czytał w myślach Rachel, ponieważ w pierwszej chwili chciała wybiec za jego bratanicą, żeby ją pocieszyć. – Postęp został dokonany. Właściwie zawdzięczam to pani. Poradziła sobie pani z Carmen doskonale. – Przesunął uważnym wzrokiem po twarzy Rachel, po czym wypił swoje wino.
    Poczuła się dotknięta. Przedstawił sprawę tak, jakby celowo manipulowała Carmen. A przecież wcale tego nie robiła!
    – Mówiłam tylko szczerą prawdę, seńor – obruszyła się.
    – Nigdy w to nie wątpiłem. I Carmen też nie, skoro zgodziła się wyjechać.
    Weszła pokojówka, niosąc ciasto na deser. Rachel odczekała, aż znów zostali sami i podjęła temat, który najbardziej ciążył jej na sercu.
    – Czy ów… Raimundo mieszka w Cordobie? – spytała.
    – Tak.
    – To się nie powiedzie, seńor – powiedziała po chwili napiętej ciszy. – Ręczę, że to się nie uda. Carmen za bardzo kocha Briana, aby pomyśleć o innym mężczyźnie. Takie już są kobiety.
    – Czy chce pani przez to powiedzieć, że pod tym względem mężczyźni jaskrawo różnią się od kobiet? – spytał lodowatym głosem.
    Rachel zorientowała się, że rozmowa nieoczekiwanie przybrała bardzo osobisty charakter. Odłożyła widelec, zastanawiając się, czy seńor de Riano ma na myśli własne małżeństwo, zawarte niewątpliwie z prawdziwej miłości. Jeśli tak, to wspomnienie o żonie nadal musiało być dla niego bolącą raną…
    – Miałam tylko na myśli… – podjęła zmieszana.
    – To oczywiste, co pani miała na myśli, senorita – przerwał jej gwałtownie. – Ale proszę być ostrożną w ferowaniu wyroków na podstawie przykładu swego ojca i brata. – Urwał i popatrzył na nią znacząco. – Widzę, że uporczywie porównuje pani do nich wszystkich mężczyzn.
    To nieprawda! – chciała zawołać, ale powstrzymała się ostatkiem woli. Za dużo musiałaby wyznać temu mężczyźnie. Przecież to przeżycia związane ze Stephenem skłoniły ją do takich twierdzeń. Dziwne, że wydawał jej się teraz tak dalekim, obcym człowiekiem…
    Od czasu przyjazdu do Hiszpanii nie odczuwała już bólu, który dotąd stale jej towarzyszył. Jedyne, co czuła, to żal do samej siebie, że w ogóle związała się ze Stephenem. Nie bez trudu, ale udało jej się wreszcie wznieść wysoki mur, którym odgrodziła się od przeszłości.
    Z zamyślenia wyrwało ją zaciekawione spojrzenie senora de Riano. Ten oto człowiek zmienił jej życie w ciągu zaledwie dwóch dni! Nie powinna pozostawać z nim dłużej sama…Podziękowała za wyśmienity lunch i zaczęła wstawać z krzesła, gdy raptem mocna ręka spoczęła na jej dłoni. Poczuła, jak przez jej ciało przepływa strumień gorącego powietrza. Odniosła wrażenie, że jeśli ponownie podejmie próbę wstania z krzesła, pozna całą siłę tych długich, opalonych palców, które nie puszczą jej, aż zacznie błagać o łaskę.
    – Gdyby nas ktoś obserwował, pomyślałby zapewne, że pragnie pani ode mnie uciec – zadrwił, nim puścił jej rękę. – A przecież gdyby tak było naprawdę, nie przyjęłaby pani propozycji pozostania w moim domu…
    – To naturalne, że pragnę bliżej poznać moją małą bratanicę – powiedziała tonem usprawiedliwienia. Właściwie dlaczego musiała się tłumaczyć?
    – A więc, nim pani odejdzie, chciałbym omówić warunki pani zatrudnienia. Przede wszystkim nie oczekuję, że będzie pani bez ustanku zajmować się dzieckiem. W czasie snu Luisy, zarówno w dzień, jak i wieczorami, może pani robić, co zechce. Gdyby chciała pani zrobić zakupy lub zwiedzić miasto, Felipe będzie do pani dyspozycji.
    – Dziękuję, seńor – wymamrotała, chwytając zbyt gwałtowny oddech, który nie uszedł uwagi senora de Riano. – Nie zostanę jednak w Hiszpanii dłużej niż tydzień, więc nie sądzę, bym czegokolwiek potrzebowała.
    – W każdym razie, gdyby pojawiły się jakieś nieprzewidziane potrzeby, proszę obciążyć tym mój rachunek… Odliczę to później od pani wynagrodzenia. Es claro?
    – Tak, oczywiście – odparła, za wszelką cenę unikając jego wzroku.
    – Felipe w każdej chwili potrafi się ze mną skontaktować oraz zadzwoni po lekarza w razie jakiegokolwiek problemu z Luisą. Mi casa es su casa, seńorita. Proszę czuć się jak u siebie w domu. Maria pokaże pani za chwilę pokój. Przylega do apartamentu Carmen, a więc będzie pani blisko Luisy. Czy ma pani jeszcze jakieś pytania?
    – Właściwie, nie… Jest tylko jedna sprawa: muszę zatelefonować do Stanów, poproszę więc telefonistkę, by podała mi koszt rozmowy, i jeśli pan pozwoli, zapłacę przed wyjazdem.
    Niespodziewanie odsunął krzesło i wstał, przesłaniając pokój swym potężnym ciałem.
    – Chętnie wziąłbym teraz pieniądze – rzucił cierpkim tonem – ale, niestety, wzywają mnie sprawy nie cierpiące zwłoki i nie mam czasu czekać, aż pani uda się na górę i poszpera w swojej torebce. Będziemy więc musieli później załatwić tę sprawę niezwykłej wagi – dodał z wyraźnym sarkazmem.
    Przeszło jej przez myśl, że niechcący go uraziła. Widocznie nie był przyzwyczajony do niezależnych, wyemancypowanych kobiet, które zawsze płacą same za siebie i nie oczekują od mężczyzny, że będą utrzymywane.
    – Senor! – zawołała za nim i poderwała się z krzesła, pragnąc wyjaśnić, że nie zamierzała zrobić mu afrontu, ale on wyszedł już z pokoju i zdążył zniknąć w czeluściach korytarza.
    Po chwili pojawiła się Maria, żeby poprowadzić gościa na górę. Rachel weszła za pokojówką do eleganckiego apartamentu, który miał stać się jej domem na najbliższe kilka dni. Odczuwała w duszy taki zamęt, a myśli tłukły się jej w głowie w szalonej gonitwie, że całkiem nie wiedziała, co począć ze sobą, ani też nie miała odwagi, by myśli te analizować.
    – Senorita Ellis, telefon! Patron chce z panią rozmawiać.
    Rachel słyszała dzwonek telefonu, myślała jednak, że to Carmen, która dzwoniła co wieczór, by zasięgnąć wiadomości o dziecku. Całkiem nie spodziewała się rozmowy z senorem de Riano, którego nie widziała od czterech dni, kiedy to odwiózł bratanicę do Kordowy. Na dźwięk jego imienia poczuła ucisk w żołądku.
    – Dziękuję, Mario. – Położyła Luisę do łóżeczka, nakryła lekkim kocykiem i pospieszyła do telefonu stojącego przy łóżku Carmen. Drżały jej ręce, gdy podnosiła słuchawkę.
    – Rachel? – usłyszała znajomy głos, który sprawił, że serce żywiej jej zabiło. – Nie masz chyba nic przeciw temu, bym mówił ci po imieniu? Ostatecznie jesteśmy jakby spokrewnieni, nieprawdaż? – Mówił żartobliwym tonem, bez cienia wcześniejszej irytacji.
    W ustach jej zaschło z wrażenia; próbowała je zwilżyć, ale bez rezultatu.
    – Nie… Oczywiście, że nie, senor.
    – W takim razie powinnaś nazywać mnie Vincente, verdad?
    Nie wiedziała co odpowiedzieć.
    – Może… może kiedyś spróbuję – wyjąkała.
    – Po jutrzejszym wieczorze z pewnością przyjdzie ci to bez trudu – rzekł z ożywieniem.
    Poczuła dreszcz przebiegający po kręgosłupie.
    – Jutrzejszym wieczorze? Nie rozumiem…
    – To twoja pierwsza wizyta w Hiszpanii, prawda?
    – Tak – przyznała, zaciskając rękę na słuchawce.
    – A więc jako twój gospodarz pragnę zaprosić cię na wieczór flamenco, z którego Sewilla słynna jest na całym świecie.
    Znów dreszcz podniecenia przeszył jej ciało.
    – Zatrudnił mnie pan, bym zajmowała się Luisą, senor! – usiłowała protestować. – Obiecałam Carmen, że będę tu w dzień i w nocy.
    – To była nieprzemyślana obietnica, pequena. Jedna z tych, których nie można dotrzymać.
    Pequena? Nie znała tego słowa.
    – Maria zajmowała się malutką Carmen, zaraz po jej narodzinach, a więc doskonale poradzi sobie także z Luisą – wyjaśnił.
    Nastała chwila ciszy.
    – Tak, ale jeśli Carmen…
    – Jeśli Carmen zadzwoni, Maria spokojnie z nią porozmawia – przerwał jej gwałtownie. – Z pewnością dobrze cię zastąpi. W tej chwili jestem jeszcze w Rabacie, załatwiam tu interesy, ale zdążę wrócić na czas. Postaraj się być gotowa do wyjścia o wpół do ósmej, zgoda? – I nie czekając na odpowiedź, dodał: – Na wypadek gdybyś nie miała żadnego wieczorowego stroju, kazałem dostarczyć jutro rano kilka sukni z ulubionego sklepu Carmen. Mam nadzieję, że któraś z nich ci się spodoba. Muszę już kończyć… Buenas noches, Rachel.
    – Senor? Vincente… Poczekaj! – zawołała, ale on już odłożył słuchawkę.
    Targana sprzecznymi uczuciami, z zamętem w głowie, stała tak dobrą chwilę, nim zorientowała się, że ciągle trzyma w dłoni słuchawkę.
    Pomysł spędzenia wieczoru z Vincente de Riano był niedorzeczny… Na litość boską, była przecież jego pracownicą! I to w dodatku pracowała u niego jedynie po to, by spłacić długi Briana…
    Brian… Zamknęła oczy. Była siostrą Briana, a więc senor de Riano zapewne przypuszczał, że jest do brata podobna. Och, przecież uważał, że Brian jest chciwym, nieuczciwym człowiekiem! I teraz z pewnością chciał sprawdzić jej uczciwość. Był ciekaw, jak zareaguje na jego propozycję.
    Ale nawet jeśli seńorem de Riano nie kierowały żadne ukryte motywy, czy naprawdę sądzi, że skorzysta z okazji i włoży suknię, którą jej kupił bez powodu? Być może był do takich zachowań przyzwyczajony, ale Rachel należała do zupełnie innego świata. Pogardzała kobietami, które potrafiły w ten sposób wykorzystywać okazje.
    Bijąc się z myślami, zajrzała jeszcze raz do Luisy, a potem udała się do swojego pokoju, by zatelefonować do Nowego Jorku i wyjaśnić Liz, swej przyjaciółce, dlaczego zmieniła termin powrotu.
    Liz podzieliła się z Rachel ostatnimi plotkami o Stephenie, który ponoć był ogromnie rozczarowany, że Rachel ciągle nie wraca do domu oraz zły, że znalazła sobie w Hiszpanii pracę.
    Gdy wyjął z hotelowej skrzyneczki na korespondencję jej wymówienie, podobno zachowywał się jak szalony i wyznał Liz, że popełnił wielkie głupstwo i niczego bardziej nie pragnie niż powrotu Rachel. Zdaniem Liz, Stephen naprawdę cierpi i jest w takim stanie nerwów, że gotów pojechać do Hiszpanii i odnaleźć Rachel.
    Na zranioną duszę Rachel słowa Liz podziałały jak balsam, nie poruszyły jednak jej serca. Była głęboko przekonana, że Stephen, cokolwiek by mówił, nie był zdolny do długotrwałego, poważnego związku. Podejrzewała, że mimo swej skruchy, był teraz zapewne w łóżku z inną kobietą, która go pocieszała.
    Przez cały czas, gdy Liz plotkowała, Rachel myślała o senorze de Riano… Co teraz porabia, czy już śpi? E, na pewno nie! Gdzieś miło spędza ten wieczór… Nagle odczuła dziwny, niczym nieusprawiedliwiony ból, gdy tylko pomyślała, że być może koi swoją samotność i tęsknotę za Leonorą w ramionach jakiejś kobiety…
    Przerażona tą myślą szybko podziękowała Liz za informacje, jeszcze raz stanowczo podkreśliła, że definitywnie zerwała ze Stephenem, po czym obiecała, że wkrótce znów się odezwie i odłożyła słuchawkę. Rozmawiając z Liz, cały czas nadsłuchiwała, co dzieje się w pokoju Luisy i zanim poszła spać, zajrzała tam jeszcze dwa razy. Gdy wreszcie była już w łóżku, sięgnęła po jedną z książek, które kupiła na lotnisku w Nowym Jorku do poczytania w podróży. Na pokładzie samolotu była jednak tak podniecona zbliżającym się spotkaniem z bratem, że w ogóle nie potrafiła skoncentrować się na lekturze. Nawet nie pamiętała tytułów książek.
    Teraz wreszcie miała okazję trochę poczytać. Przekartkowała jednak kilka stron i doszła do wniosku, że nie pojmuje, co czyta. Zniecierpliwiona zaniknęła książkę i odłożyła ją na nocny stolik.,
    Do licha, to przez Vincente de Riano! – pomyślała. Tym późnym telefonem zakłócił jej spokój. Nawet teraz, gdy był daleko stąd, w północnej Afryce, tembr jego głosu działał na nią tak pobudzająco i ożywczo jak łagodny, ciepły wiatr pustyni. Miała wrażenie, iż porusza zakończeniami jej nerwów, że całe jej ciało staje się czułe, otwarte, spragnione… Na co jednak liczyła?
    Do licha z tymi fantazjami! Czyżby doświadczenie ze Stephenem niczego jej nie nauczyło? Była siostrą Briana Ellisa… Przede wszystkim siostrą Briana Ellisa! Jeśli więc seńor de Riano zaprosił ją na wieczór, to wyłącznie po to, by odkryć jej słabe strony i wykorzystać do zdobycia informacji, które, jak sądził, ukrywała. Byłaby szalona, doszukując się w jego propozycji czegoś więcej!
    Zbyt rozstrojona, żeby zasnąć, Rachel energicznie odrzuciła prześcieradło, włożyła szlafrok i cicho weszła do sąsiedniego pokoju. Szukała pocieszenia, ukojenia w tej małej złotowłosej istotce, której ciepłe ciałko mogła przytulić do swej piersi.
    Ledwie zdążyła usiąść w fotelu z Luisą na ręku, gdy w drzwiach pojawiła się Maria.
    – Czy coś się stało? – wyszeptała, unosząc ze zdziwienia brwi.
    – Nie. – Rachel potrząsnęła głową. – Po prostu zatęskniłam za Luisą.
    Starsza kobieta uśmiechnęła się ze zrozumieniem.
    – Opiekuje się nią pani jak prawdziwa matka – powiedziała.
    – Po prostu ją kocham.
    – Pequena ma szczęście. Wszyscy ją kochają.
    – Proszę mi wyjaśnić, co oznacza to słowo – spytała cicho Rachel.
    – Nina… Maleńka. – Maria znów się uśmiechnęła.
    Maleńka… Senor de Riano użył tego pieszczotliwego określenia podczas rozmowy z Rachel. Dlaczego tak ją nazwał? Co to miało oznaczać? – głowiła się.
    Luisa nagle obudziła się, ziewnęła szeroko i otworzyła oczy. Piękne, czarne ślepka przypominały inną parę ciemnych, lśniących oczu, których wewnętrzny blask zawsze porażał Rachel żywym ogniem.
    – Nina już nie śpi – powiedziała Maria. – Przyniosę jej jedzenie.
    Głos Marii przywrócił Rachel do rzeczywistości. Pełna poczucia winy wyjąkała podziękowanie i położyła Luisę z powrotem do łóżeczka, aby zmienić jej pieluchę. Była święcie przekonana, że jak długo pozostanie w domu senora de Riano, a właściwie – jak długo pozostanie w Hiszpanii, tak długo nie zazna spokoju.
    Gdyby tylko zdążyła odnaleźć Briana, zanim jeszcze bardziej się zaangażuje! – westchnęła. Było przecież coś wstydliwego i jednocześnie przerażającego w tym, że Vincente de Riano tak szybko zastąpił Stephena w jej myślach…
    Może powinna raz jeszcze odwiedzić klasztor i porozmawiać z przeorem… Być może będzie mógł powiedzieć jej coś bliższego o zwyczajach Briana, o tym, na przykład, jak spędzał wolny czas… Może pamięta jakiś szczegół, który naprowadzi ją na trop?
    Rozmaite myśli kłębiły jej się w głowie. Seńor de Riano nadal przebywał w Maroku, dziecko co dzień spało od południa do trzeciej… Powinna więc skorzystać z okazji i poprosić Felipe, by ją zawiózł do miasta. Potem ustali godzinę powrotu, rozstanie się z nim i wynajmie samochód, którym pojedzie do La Rabidy. Zdąży wrócić do domu na czas, aby zająć się Luisą.
    Niestety, nawet najbardziej precyzyjnie ułożone plany czasami z obiektywnych przyczyn zawodzą.
    Następnego dnia rano Rachel poinstruowała służbę, żeby paczki, które wkrótce nadejdą dla seńora de Riano, odesłali z powrotem. Wszyscy domownicy chodzili więc od samego rana podenerwowani. Maria wręcz wznosiła ręce do nieba i lamentowała, że nikt ze służby nie odważy się wziąć na siebie takiej odpowiedzialności.
    Gdy Rachel zgodnie z planem dotarła do La Rabidy, dowiedziała się, że przeor właśnie wyjechał do Madrytu i wróci dopiero w przyszłym tygodniu. Nikt z pozostałych zakonników w ogóle nie znał Briana.
    Rozczarowana i przygnębiona wróciła do domu i aby rozproszyć smutne myśli, wyszła z Luisą do ogrodu położonego na tyłach domu. W cieniu palm spędziła całe popołudnie, rozmyślając o senorze de Riano i o Brianie tak intensywnie, że całkiem straciła poczucie czasu. Gdy pokojówka przyszła do ogrodu, by ją poinformować, że seńor de Riano już wrócił z podróży i czeka na nią w gabinecie, ogarnęła ją panika. Bała się pozostać z nim sam na sam; bała się jego niesamowitego uroku i tej niebywałej umiejętności czytania w jej myślach. Wiedziona nagłym impulsem przekazała przez pokojówkę przeprosiny i oznajmiła, że nie zamierza opuszczać teraz Luisy, a wieczorem chce pozostać w domu…
    Pokojówka wyglądała na przerażoną, ale posłusznie poszła przekazać seńorowi wiadomość. Rachel również udała się do domu i zaczęła przygotowania do kąpieli Luisy. Dziecko uwielbiało chlapać się w wodzie, Rachel więc przezornie włożyła na siebie swój codzienny, ulubiony podkoszulek, splotła włosy w warkocz i upięła go wokół głowy.
    Nie minęło pięć minut, gdy usłyszała za sobą znajomy, głęboki głos.
    – Mam wrażenie, że właściciel Malagenii nie wpuści cię w tym stroju do środka. Twój widok mógłby wywołać rozruchy.
    Rachel zerknęła przez ramię. Potężna postać Vincente de Riano przesłaniała drzwi. W granatowym garniturze wyglądał niezwykle elegancko i przystojnie.
    Zmieszana przełknęła ślinę, zastanawiając się, jak długo już tam stoi i obserwuje ją, pochylającą się nad wanienką. Jego wzrok bez żenady wędrował po smukłych liniach jej nóg całkiem odsłoniętych w krótkich, postrzępionych szortach, które miała na sobie.
    – Skończę za ciebie, a ty przygotuj się do wyjścia – powiedział i, nim zdążyła mu się sprzeciwić, zdjął marynarkę, powiesił na klamce przy drzwiach i wszedł do łazienki, skąd przyniósł puszysty, niebieski ręcznik.
    Nie pozostało jej nic innego, jak wyjąć Luisę z wody i powierzyć ją opiekuńczym ramionom wuja. Nie zwracając najmniejszej uwagi na wyjściową białą koszulę i srebrno-granatowy krawat, przytulił Luisę do serca, owinął ręcznikiem, a potem delikatnie ucałował, szepcząc jej do ucha czułe słówka.
    Rachel mimowolnie wyobraziła sobie scenę, w której pieszczotliwe wargi Vincente de Riano wędrują po jej wrażliwej skórze…
    – Maria powiedziała mi, że nawet nie otworzyłaś paczek przysłanych ze sklepu – powiedział tonem wymówki.
    – To prawda. – Mimo że serce waliło jej jak oszalałe, usiłowała stać prosto z podniesioną głową. – Nie potrzebuję żadnych wieczorowych strojów, ponieważ nigdzie nie zamierzam wyjść. – Patrzyła z niechęcią, jak w kącikach jego wrażliwych ust pojawia się cyniczny uśmiech. – Proszę nie zapominać – dodała – że jestem tu tylko pracownikiem, podobnie jak Maria czy Sharom. I prosiłabym, żeby traktowano mnie w podobny sposób.
    – To niemożliwe – powiedział stanowczo. – Jesteś ciotką Luisy, a to zmienia postać rzeczy. – Popatrzył na nią przeciągle, a potem dodał z pewną nonszalancją: – Chyba zapomniałem ci powiedzieć, że przed przedstawieniem umówiłem się na drinka z szefem policji i jego żoną. To moi bliscy znajomi.
    Rachel otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.
    – Pomyślałem sobie – ciągnął z niezmąconym spokojem – że mogłabyś wykorzystać okazję i porozmawiać z nim o Brianie. Hernando to niezwykle uprzejmy człowiek. Z pewnością odpowie na wszystkie dręczące cię pytania… Całkiem prawdopodobne, że za moim przykładem nabierze do ciebie zaufania.

Rozdział szósty

    Za każdym razem, gdy Rachel zdawało się, że zaczyna rozumieć swojego gospodarza, on robił lub mówił coś takiego, co wprawiało ją znów w ogromne zakłopotanie i zupełnie nie wiedziała, jak zareagować.
    – Czy nie mógł pan zaprosić ich na drinka do domu? – ośmieliła się spytać.
    – Oczywiście, że mogłem. – Zakładał właśnie Luisie pieluchę i kaftanik z wprawą zawodowej niańki. – Ale tak dawno już nigdzie nie wychodziłem – przyznał z pewnym smutkiem – że chyba czas to zmienić… Zwłaszcza że mam okazję wyjść z osobą, która należy do rodziny, a więc pod pewnymi względami niczego po mnie nie oczekuje, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi.
    Nastała chwila ciszy.
    – Rozumiem – odezwała się w końcu Rachel i zaraz pożałowała tego słowa. W jednej chwili świat wydał jej się szary i pusty.
    – Nie rób problemu, Rachel. Oczywiście, jeżeli wolisz zostać w domu, to możesz zostać. Jeśli jednak głównym powodem twego niepokoju jest telefon od Carmen, to wiedz, że właśnie z nią rozmawiałem i wyjaśniłem, że wychodzimy. Ona doskonale rozumie, że potrzebujesz odpoczynku od obowiązków, z których zresztą wywiązujesz się znakomicie. Wszyscy w tym domu są tobą zachwyceni. A mała Luisa po prostu rozkwita w cieple twego uczucia.
    – Trudno jej nie kochać – szepnęła Rachel, zmieszana tym nieoczekiwanym komplementem. I pomyśleć, że jeszcze tak niedawno seńor de Riano chciał się jej natychmiast pozbyć! Jak to się stało, że w ciągu zaledwie kilku dni sytuacja diametralnie się odmieniła? Teraz czuła wręcz, że odmowa wyjścia z nim na kolację byłaby z jej strony grubiaństwem. – Przywiozłam ze sobą czarną sukienkę, którą można ozdobić dodatkami – powiedziała pospiesznie. – Pójdę się przebrać.
    – Jeśli rozpuścisz włosy, nie będziesz potrzebowała żadnych ozdób – mruknął pod nosem, wkładając Luisie śpioszki. – Ale zrobisz, jak zechcesz. Być może przewrotna skromność jest typowo amerykańską cnotą.
    – Przewrotna? – zdziwiła się.
    – Czyż nie tak określa się kobietę, która mówi „nie”, gdy myśli „tak”? – Roześmiał się sarkastycznie, a potem uniósł do góry Luisę i kilkakrotnie pocałował ją w okrągły brzuszek. – Miejmy nadzieję, pequena, że nie odziedziczysz tej cechy po ciotce. W przeciwnym razie, gdziekolwiek się pojawisz, będziesz czynić zamęt w sercach mężczyzn.
    Rachel stała ze ściśniętym gardłem i nie była w stanie wydobyć głosu. Co on chciał przez to powiedzieć? – zastanawiała się gorączkowo. W jej umyśle kiełkowały przedziwne podejrzenia, ale nie miała teraz czasu nad nimi rozmyślać. Odwróciła się i wybiegła z pokoju.
    Wzięła pospieszny prysznic, a potem włożyła czarną sukienkę bez rękawów z jedwabnego dżerseju, która od pasa rozchodziła się w klosz. Kiedy kilka minut później czesała włosy, znów przemknęły jej przez głowę drwiące, dwuznaczne uwagi senora de Riano. Do licha, co on miał na myśli?
    Patrzyła w lustro z niezadowoleniem. Jeśliby chciała włosy rozpuścić, powinna je najpierw umyć, żeby były proste i gładkie. Niestety, na to nie miała już czasu.
    Siedziała przez chwilę niezdecydowana, a potem postanowiła zebrać włosy w węzeł i podpiąć je z dwóch stron perłowymi spinkami, które pasowały do jej kolczyków.
    Rachel zwykle prawie się nie malowała, używała jedynie różowej, perłowej szminki. Ciemne brwi i rzęsy nie potrzebowały podkreślania, jedyne, co mogłaby zrobić, to przypudrować nieco pałające policzki, ale nie zabrała ze sobą pudru. Słabością Rachel były natomiast perfumy. Spryskała się więc teraz odrobiną Fleurs de Rocaille, które ofiarował jej Stephen na urodziny, i które w pierwszym nie kontrolowanym odruchu po zerwaniu chciała wyrzucić wraz z innymi prezentami, jakie od niego dostała podczas półrocznej znajomości. Teraz była zadowolona, że darowała sobie ten ostentacyjny i dość niemądry gest i perfumy zatrzymała.
    Noc była gorąca, toteż nie wzięła ze sobą żadnego okrycia. Chwyciła małą wieczorową torebkę, na nogi wsunęła eleganckie czarne pantofle i pospieszyła do apartamentu Carmen, by sprawdzić, co dzieje się z Luisą i przekazać Marii polecenia na najbliższe godziny.
    Pięć minut później schodziła po marmurowych schodach, u podnóża których oczekiwał na nią seńor de Riano. Widziała w jego oczach dziwne błyski i znów serce zaczęło jej bić przyspieszonym rytmem. Na moment zawahała się i musiała wykorzystać całą swą siłę woli, by ostatecznie zmusić się do zejścia na dół.
    Vincente de Riano patrzył jak urzeczony na jej zgrabną sylwetkę w sukni, która opinała biodra, a potem nieoczekiwanie rozszerzała się i wirowała przy każdym kroku wokół jej kształtnych nóg. Patrzył na nią w taki sam sposób, jak przed chwilą, gdy kąpała Luisę… Pod wpływem tego spojrzenia paraliżował ją jakiś nie sprecyzowany niepokój.
    Rachel słyszała obiegowe opinie o południowcach, którzy ponoć sprawiają, iż każda kobieta czuje się w ich towarzystwie pożądaną – niezależnie czy ma lat dziewięć czy dziewięćdziesiąt – i teraz poznawszy seńora de Riano, zaczynała się do tych opinii przychylać. Pojmowała, że na pewno potrzebuje osłony przed natarczywością kobiet. Był przecież niebywale interesującym mężczyzną – takim, przy którym zalety wszystkich innych mężczyzn zadziwiająco szybko bladły.
    I instynktownie wiedziała coś jeszcze… Vincente de Riano należał do mężczyzn, którzy lubią zdobywać kobiety. Kobieta, która narzucałaby mu swą osobę, z góry skazana była na porażkę.
    – Gracias, pequena – odezwał się cichym, ujmującym głosem, gdy zbliżyła się do niego. Spodziewając się jakiegoś zgryźliwego komentarza, była zaskoczona jego ujmującą uprzejmością. – Jesteś pierwszą kobietą, która nie każe mi na siebie czekać pół nocy – dodał z łagodnym uśmiechem. – Jestem ci ogromnie zobowiązany.
    Gdy znów usłyszała to pieszczotliwe słowo, serce podskoczyło jej z radości. I choć wiedziała, że wszelkie próby pozyskania uczucia seńora de Riano okazałyby się bezskuteczne – nie mogła oprzeć się myśli, co też by zrobił, gdyby porzuciła wszelkie skrupuły i musnęła wargami jego policzek, ten malutki dołeczek na brodzie i kącik jego wrażliwych, namiętnych ust…
    Przerażona, że może nie móc powstrzymać się od wykonania tego impulsywnego gestu, odezwała się nienaturalnie ostrym głosem:
    – Czy nie powinniśmy już wyjść? – I nie czekając na odpowiedź, popędziła do frontowych drzwi, podniecona świadomością, że oto cały długi wieczór spędzi dziś sam na sam z seńorem de Riano.
    – Opowiedz, co dzisiaj porabiałaś – poprosił, gdy już zajęli miejsca na tylnym siedzeniu mercedesa, a Felipe włączył silnik.
    Co dzisiaj porabiałaś… Seńor de Riano znów ją zaskoczył. Czyżby już wiedział, że pojechała do miasta… Czyżby wiedział, dokąd naprawdę się udała?
    Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał jej, iż za chwilę, wbrew oczywistym chęciom, opowie mu o celu swej wyprawy. Seńor de Riano był mężczyzną dociekliwym i z pewnością będzie męczył ją tak długo, aż wydusi z niej prawdę. A przecież na razie lepiej było nie dolewać oliwy do ognia i nie wspominać o Brianie. Miała głęboką nadzieję, że w niedalekiej przyszłości wszystko wyjaśni się na jego korzyść.
    Na wszelki wypadek wolała trzymać się bezpiecznych tematów.
    – Cały ranek bawiłam się z Luisą – wyjaśniła z werwą. – Ona jest bardzo bystra i doskonale rozwinięta jak na ośmiotygodniowe niemowlę. Od razu widać, że Carmen jest doskonałą matką…
    Przez cały czas, gdy mówiła, czuła na sobie baczny wzrok seńora de Riano; zmieszana, mocniej wcisnęła się w oparcie fotela.
    – Czy opiekując się obcymi dziećmi, nigdy nie pragnęłaś mieć własnych?
    Spodziewała się jakiegoś uszczypliwego komentarza – to pytanie jednak zbiło ją z tropu.
    – Bardziej niż czegokolwiek innego na świecie! – powiedziała impulsywnie, ale natychmiast zorientowała się, że mogło to zabrzmieć niestosownie, dodała więc: – Oczywiście, we właściwym czasie…
    – Cóż za interesujące sformułowanie! – roześmiał się sarkastycznie. – To może oznaczać wszystko, od pięciu dni do pięćdziesięciu lat.
    – Trudno mieć dziecko, nie mając męża… – plątała się bezradnie.
    Głośny, serdeczny śmiech wyrwał mu się z piersi. Rachel nie podejrzewała, że ten poważny mężczyzna potrafi śmiać się tak beztrosko jak młody chłopiec i teraz patrzyła na niego ze zdumieniem i niekłamanym podziwem. Z tym śmiechem było mu do twarzy, wyglądał młodziej i jeszcze bardziej uwodzicielsko. Przemknęło jej przez myśl, że bez niepokojącej obecności seńora de Riano jej życie będzie puste i bezbarwne.
    – Jesteś chyba ostatnią z zagrożonego gatunku – wymamrotał, gdy już opanował śmiech.
    Ta uwaga przywróciła ją do rzeczywistości.
    – Jeszcze kilka nas zostało – odparowała, lekko się rumieniąc.
    – Cóż z ciebie za zwodnicza osóbka, Rachel Ellis. W duszy niewinna jak pensjonarka, a jednak dość samodzielna, by w obcym kraju wynająć samochód i wyruszyć samotnie i zgoła bez pieniędzy na poszukiwanie brata.
    Tą jedną kąśliwą uwagą zdołał przerwać wątłą nić porozumienia, jakie nawiązali. Rachel raptownie odwróciła ku niemu głowę. Jej fiołkowe oczy, pociemniałe ze złości, rzucały gniewne błyski.
    – A więc zastawił pan na mnie pułapkę, pozwalając mi korzystać z usług Felipe! – zawołała z oburzeniem, zapominając, że mężczyzna, o którym mówiła, prowadził samochód. – Wiedział pan, iż lojalnie doniesie o każdym moim kroku!
    – Felipe nie ma z tym nic wspólnego – odparł Vincente de Riano z lodowatym spokojem. – Telefonowano z wypożyczalni samochodów, gdzie w roztargnieniu zostawiłaś portfel z czekami podróżnymi opiewającymi na sumę kilkuset dolarów. Na szczęście zanotowali adres i mogli zwrócić zgubę, zaoszczędzając ci wielu kłopotów. – Wyjął z kieszeni cienki, niebieski portfel z dwoma ostatnimi czekami, jakie jej pozostały, i wręczył go Rachel.
    Czuła się zawstydzona i upokorzona. Nim zdołała wydobyć głos, musiała kilka razy przełknąć ślinę.
    – Przykro mi… – wyjąkała. – Przykro mi, że rzuciłam podejrzenie na Felipe. Był przecież dla mnie tak uprzejmy…
    – Ja również pragnę być dla ciebie uprzejmy, Rachel – powiedział łagodniejszym tonem. – Ale ty ciągle widzisz we mnie potwora. Wystarczyło jedno słowo, a dałbym ci samochód i mogłabyś jechać dokąd chcesz.
    – Nie chciałam wykorzystywać pańskiej uprzejmości – odpowiedziała, czując, że zamiast poczucia winy narasta w niej bunt.
    – A więc od tej pory sam będę musiał zadbać, żeby nic ci nie brakowało podczas pobytu w moim domu i w moim kraju – powiedział tonem wyraźnej zaczepki.
    Rachel zadrżała, ponieważ słowa te zabrzmiały w jej uszach złowieszczo. Wiedziała, że senor de Riano nadal jej nie ufał i teraz zapewne podejrzewał, iż spotkała się gdzieś potajemnie z Brianem.
    – Myślałam, że ma pan do załatwienia mnóstwo ważnych spraw poza Sewillą – odparła z lekką ironią. – Sądziłam, iż właśnie z tego powodu zostałam zatrudniona do opieki nad Luisą.
    – To prawda – zgodził się bez oporów. – I dzięki tobie mogłem załatwić nie cierpiące zwłoki sprawy w Maroku. Ale teraz, choćby jutro rano, możemy pojechać do mnie do Araceny i cieszyć się krótkimi wakacjami.
    Do Araceny? Rachel czuła, że ogarnia ją prawdziwy strach.
    – Nie… nie sądzę…
    – Przepraszam, że wpadam w słowo – powiedział i szybko odpiął jej pas bezpieczeństwa. Odniosła wrażenie, że jego zwinne palce celowo dotknęły na moment jej uda. Poczuła w tym miejscu dziwne ciepło. – Dotarliśmy do celu – dodał – więc porozmawiamy później o jutrzejszym wyjeździe. Hernando nie lubi czekać.
    Gdy wreszcie odsunął się od niej, Rachel mimowolnie westchnęła.
    – Por Dios, Rachel! – zaniepokoił się. – Bardzo zbladłaś. Czy źle się czujesz? – Jego czarne oczy bezlitośnie badały jej twarz.
    Szybko potrząsnęła głową i popatrzyła na swoje ręce, obawiając się podnieść na niego wzrok, by nie wyczytał z jej oczu prawdy.
    – Nic mi nie jest – skłamała.
    – W takim razie, skoro nie jesteś chora, mogę przypuszczać, że coś przede mną ukrywasz.
    Odrzuciła głowę do tyłu.
    – Podejrzewam, że chce pan usłyszeć, iż podczas pańskiego pobytu w Rabacie spotkałam się z moim bratem – odparowała.
    Twarz jego nagle przybrała lodowaty wyraz.
    – A czy tak było w istocie?
    – Proszę skontaktować się z klasztorem w La Rabida! Zakonnik z pewnością opowie panu o mojej ostatniej tam wizycie i potwierdzi, że nie zastałam przeora! – Z impetem otworzyła drzwi i wyskoczyła z samochodu.
    Vincente de Riano zdołał ją dogonić, nim weszła do Malagenii. Władczym ruchem ujął ją pod ramię i pewnie wprowadził do środka.
    – Odwiedzałem przeora kilkakrotnie – wyjaśnił z niezmąconym spokojem, nie bacząc na jej oburzoną minę – ale niestety nie miał żadnych nowych wiadomości o Brianie. Naprawdę mogłaś poprosić Felipe, żeby cię tam zawiózł. Przede wszystkim jednak przykro mi, że nie zwróciłaś się z tym do mnie.
    – Nieprawda – powiedziała drżącym głosem, modląc się w duchu, by wreszcie puścił jej ramię. – Nie ufa mi pan ani odrobinę więcej niż podczas naszego pierwszego spotkania.
    Nastała chwila napiętej ciszy.
    – Ale to niczego nie wyjaśnia, Rachel – odezwał się ponamyśle. – W dalszym ciągu nie rozumiem, dlaczego tak zbladłaś.
    – Być może dlatego, że jestem głodna – odparła z fałszywym uśmiechem. – W domu zazwyczaj jem o szóstej… Nie jestem przyzwyczajona do tak późnych posiłków.
    – Podajemy przecież podwieczorek. Sharom powiedziała mi, że dzisiaj wcale nie chciałaś jeść. – Zacisnął dłoń na jej ramieniu. – Rachel… – wypowiedział jej imię zdławionym głosem, jakby dotarł do kresu wytrzymałości. – O co chodzi?
    – Vincente!
    Męski głos, który rozległ się za ich plecami sprawił, że Rachel wyrwała się senorowi de Riano i szybko odwróciła. Policzki miała zarumienione, gdy podawała rękę stojącym przy barze szefowi policji i jego żonie.
    – Vincente powiedział nam, że to pani pierwsza wizyta w Hiszpanii, seńorita Ellis. – Ciemne oczy Hernando Vasqueza przesuwały się po jej twarzy z niekłamanym podziwem. – I jak się pani u nas podoba?
    – To piękny i interesujący kraj, senor Vasquez – odrzekła. – Historia stoi tu przed oczami jak żywa.
    – Pięknie powiedziane – Hernando Vasquez skinął aprobująco głową. Był postawnym mężczyzną około pięćdziesiątki, o sumiastych wąsach i lekko siwiejących skroniach. – Proszę spróbować naszego specjalnego hors d 'oeuvre, seńorita – zachęcił.
    Rachel zerknęła z przerażeniem na zwinięte płaty surowej ryby, z której wystawały drobne ości. Na sam ten widok buntował się jej żołądek. Drink, którym poczęstował ją Hernando, był również okropny. Po jednym łyku mimowolnie skrzywiła twarz. Vincente de Riano nie omieszkał tego zauważyć.
    – Musisz dać Amerykanom trochę więcej czasu na aklimatyzację, mój drogi – powiedział z lekkim uśmiechem. – Wiem już, że tapas z szynką i serem są bardziej w jej guście. A co do sangrii, to do smaku mieszanki soku pomarańczowego z sherry trzeba się przyzwyczaić. Dojrzała valdapeńa będzie naszemu gościowi bardziej odpowiadać. Proszę, spróbuj tego, Rachel.
    Niepewnie wyciągnęła rękę po kieliszek, a potem upiła łyk większy, niż zamierzała.
    – Dziękuję, bardzo dobre wino – pochwaliła. Starała się nie patrzeć na sen ora de Riano, bowiem za każdym razem, gdy na niego zerkała, napotykała jego czujny wzrok.
    señora Vasquez roześmiała się i poklepała Rachel po ramieniu.
    – Proszę nie przejmować się moim mężem, panno Ellis. Lubi sobie żartować z cudzoziemców. Zachowuj się przyzwoicie, mi esposa – ostrzegła męża z udawaną powagą, na co starszy mężczyzna odpowiedział tubalnym śmiechem.
    Rachel od pierwszego wejrzenia polubiła tę parę i od razu poczuła się bardziej swobodnie.
    – Domyślam się, że powodem naszego spotkania jest mój brat, Brian – ośmieliła się powiedzieć. – I choć trudno mi uwierzyć, że popełnił jakieś przestępstwo, muszę taką ewentualność brać pod uwagę… Skontaktowałam się już z ambasadą i podano mi nazwiska kilku osób, które mogłyby służyć memu bratu prawną pomocą. Pragnę go więc odnaleźć, nim wrócę do Nowego Jorku… – Głos jej się łamał. – Jeśli mogłabym wam w czymkolwiek pomóc…
    Hernando Vasquez zagryzł wargę.
    – No cóż, muszę pani powiedzieć, seńorita, że przeor w La Rabida również wierzy w niewinność pani brata. Uważa, że Brian uciekł, ponieważ się czegoś przestraszył.
    Rachel patrzyła w skupieniu na Hernando Vasqueza, a potem przeniosła wzrok na seńora de Riano, jakby poszukując u niego pocieszenia. Spoglądał na nią z powagą i pewnym współczuciem.
    – Jeśli mielibyśmy zdjęcie pani brata – kontynuował szef policji – moglibyśmy rozesłać fotografie po całym kraju. Możliwe, że ktoś by go rozpoznał.
    – Oczywiście, ma pan rację. Ale… – zająknęła się – ale sądziłam, że seńor de Riano już dostarczył panu jego fotografię. – Raz jeszcze zerknęła na swego towarzysza, ten jednak miał twarz nieodgadniona. – Przecież zabrał pan jedną fotografię, prawda? – spytała zuchwale, ale zaraz się stropiła. – Nie rozumiem… Nadal pan ją ma?
    Vincente de Riano wyprostował swe potężne ciało. Odsunął się nieco od baru i skrzyżował ramiona na piersiach.
    – Fotografia, która przedstawia panią i pani matkę, znajduje się teraz w rękach artysty, mojego przyjaciela. Maluje z niej wasz portret naturalnej wielkości. Chciałbym, żeby Luisa nie zapomniała o swych amerykańskich korzeniach. To ważne, żeby wiedziała kim jest… Będzie się czuła bezpieczniejsza w tym nieobliczalnym świecie.
    – Cóż za piękny gest, Vincente! – Seńora Vasquez nie posiadała się z podziwu.
    Rachel nie miała pojęcia, co o tym sądzić. Kłębiły jej się w głowie sprzeczne myśli. Na wszelki wypadek wolała jednak nie patrzeć senorowi de Riano w oczy.
    – Przywiozłam ze sobą kilka zdjęć Briana – zwróciła się do Hernando Vasqueza. – I postaram się dostarczyć je panu jak najszybciej. Oczywiście, zdjęcia te pochodzą sprzed kilku lat. Być może będą mało przydatne…
    Vasquez dokończył swoją sangrię.
    – Przynajmniej nasz człowiek będzie miał się na czym oprzeć, robiąc portret rysunkowy. Vincente twierdzi, że Brian mógłby być pani bratem bliźniakiem, więc to nam ułatwi zadanie. – Szef policji, widząc, że Rachel drży na całym ciele, dodał łagodnym tonem: – Ręczę, że zajmę się osobiście sprawą pani brata i dopilnuję, żeby sprawiedliwości stało się zadość.
    Rachel skinęła ze zrozumieniem głową.
    – O nic więcej nie mogę prosić. Dziękuję panu.
    – Zapraszam więc teraz panią na kolację, podczas której popatrzymy na występy. – Hernando Vasquez podał jej ramię i poprowadził do restauracji.
    Usiedli przy jednym ze stolików ustawionych wokół tanecznego parkietu.
    Hernando Vasquez w pewnej chwili pochylił się nad Rachel i szepnął jej do ucha:
    – Ogromnie się cieszę, że Vincente nareszcie wyszedł z domu… Po śmierci żony zmienił się nie do poznania… Stał się odludkiem. Czasami myślę, że żyje tylko dla małej Luisy… To takie smutne…
    Rachel nagle zrozumiała, dlaczego Vincente de Riano wspomniał o zaadoptowaniu Luisy… To dziecko było jedyną radością w jego smutnym życiu wdowca. Wstrząśnięta tym odkryciem, z zamyśleniem oparła się o krzesło. Na szczęście nikt nie zauważył jej przygnębienia.
    Podczas kolacji zmusiła się do jedzenia, choć całkiem straciła apetyt. Nie mogła patrzeć na seńora de Riano, nie myśląc jednocześnie o słowach Hernando. Unikała więc jak ognia jego wzroku i wdała się w pogawędkę z senorą Vasquez, podczas gdy obaj mężczyźni zajęli się własną rozmową.
    Nagle światło reflektorów skupiło się na kobiecie i mężczyźnie, którzy stukając obcasami w rytm przejmującej melodii, rozpoczęli swój namiętny taniec. Mężczyzna, w założonym zawadiacko na bakier kapeluszu z szerokim rondem, spod zmrużonych powiek obserwował, jak kobieta zmysłowo kołysze biodrami i ociera falbaniastą spódnicą o jego nogi, wabiąc go, to znów odsuwając się kokieteryjnie.
    Rachel wstrzymała oddech z wrażenia. W jednej chwili zdało jej się, że pod kapeluszem widzi niesamowicie przystojną twarz Vincente de Riano, a jego silne, męskie ciało swym naturalnym męskim wdziękiem nieubłaganie przyciąga ją do siebie. Miała nieodparte wrażenie, że to ona sama tańczy wokół niego… Zamknęła szybko oczy, by złudzenie szybciej pierzchło. Zawstydzona własną wyobraźnią musiała przyznać, że nigdy w życiu nie zaznała czegoś tak bardzo erotycznego.
    Powoli otworzyła oczy i w ciemności ośmieliła się rzucić ukradkowe spojrzenie na Vincente de Riano. Wyraz jego twarzy był nieodgadniony, jakby błądził gdzieś daleko myślami. Niewątpliwie wspominał chwile namiętnej miłości, które przeżywał kiedyś z żoną… Rachel zrobiło się tak bardzo smutno na duszy, że chciała czym prędzej uciec z Malagenii – uciec od własnych obsesyjnych myśli, od uczuć, które budził w niej ten mężczyzna.
    Podświadomie czuła, że wieczór ten skończy się dla niej katastrofą – ulegnie czarowi chwili i otworzy przed Vincente de Riano swe serce. Och, za wszelką cenę musiała ugasić ogień, który w nim zapłonął.
    Dlaczego muzyka nie umilknie? Zmysłowe piękno tego tańca stało się teraz dla Rachel trudne do zniesienia. Wiedziała, że jeśli kiedykolwiek w życiu przyjdzie jej podziwiać flamenco – zawsze powracać będzie wspomnienie tego wyjątkowego, fascynującego wieczoru. I na samą myśl, że Vincente de Riano stanie się niebawem jedynie bohaterem wspomnień, rozpacz rozdzierała jej serce.
    Z szokującą jasnością pojęła, że zakochała się miłością beznadziejną – uczuciem bolesnym, dręczącym, które kiedyś dawno temu prześladowało jej matkę… Wiedziała, że z tego rodzaju miłości nigdy nie można się wyleczyć.

Rozdział siódmy

    Rachel walczyła z chaosem myśli. Czuła, że wpadła w pułapkę własnych uczuć. Z jednej strony bowiem pragnęła przebywać z Vincente de Riano jak najczęściej -z drugiej zaś nie wyobrażała sobie wspólnego z nim pobytu w jego willi w górach. Tam przecież jeszcze nie tak dawno wiódł szczęśliwe życie ze swą żoną… Leonora… Jaką kobietą była żona Vincente de Riano? – zastanawiała się gorączkowo.
    Och, co się z nią działo? Po raz pierwszy od sześciu lat czuła dziwną irytację na myśl o Brianie. To przecież z jego powodu przybyła do Hiszpanii. Gdyby Brian nie opuścił Nowego Jorku, los nigdy nie zetknąłby jej z seńorem de Riano!
    – Seńorita Ellis?
    Szybowała myślami tak daleko, że nawet nie spostrzegła, kiedy tancerze opuścili scenę. Vincente de Riano zwracał się do niej właśnie z jakimś pytaniem. Popatrzyła na niego błędnym wzrokiem.
    – Przepraszam, czy pan coś mówił…?
    – Widzę, że pochłonięta jesteś myślami o czymś innym – powiedział z poważnym wyrazem twarzy. – Podejrzewam, że wciąż martwisz się o brata.
    Była to prawda, ale tylko częściowo…
    – Nie chciałam nikomu zepsuć wieczoru – przeprosiła Vasquezów. – Dziękuję za zaproszenie. Nigdy nie widziałam równie fascynującego tańca… Ale prawdę mówiąc, jestem tak przybita zniknięciem brata, że nie potrafię o tym przestać myśleć. Im szybciej go znajdziemy, tym lepiej. Nie mogę przedłużać w nieskończoność pobytu w Hiszpanii.
    – Senorita Ellis z pewnością niecierpliwi się, by wrócić do swojej małej podopiecznej – Vincente de Riano zwrócił się do szefa policji. – Bądź tak dobry i pojedź z nami do domu. Dostaniesz fotografie Briana. – Odwrócił głowę do Rachel. – Verdad, senorita? – Patrzył jej prosto w oczy z taką rezerwą i chłodnym spokojem, jak pierwszego dnia przed stajnią w Aracenie.
    I znów poraziła ją myśl, że nadal opłakuje Leonorę, swą nieżyjącą żonę, a wieczór ten zorganizował jedynie po to, aby poznać ją z Hernando Vasquezem.
    Wolno skinęła głową i spojrzała z wdzięcznością na szefa policji.
    – Tak, oczywiście – powiedziała.
    – W takim razie pójdziemy już. – Autorytatywna komenda gospodarza zakończyła wieczór.
    Rachel wpadła w popłoch, gdy Vincente de Riano sięgnął po jej ramię. Nie chciała, by jej dotykał. Bała się jego bliskości.
    Po chwili siedzieli obok siebie w samochodzie; czuła mięśnie jego ud i ramion tuż przy swoim ciele i serce waliło jej bezlitośnie, aż do bólu. Przerażona, że senor de Riano mógłby to usłyszeć, gwałtownie, zbyt gwałtownie, odsunęła się od niego.
    – Odpręż się, Rachel – powiedział lekko poirytowanym tonem. – Nie mam zwyczaju rzucać się na bezbronne kobiety. Poza tym musimy o czymś ważnym porozmawiać…
    – Czy chodzi o moją wycieczkę do La Rabidy?
    – Nie – rzucił pospiesznie. – Chodzi o Carmen… Dobrze się czuje w Cordobie i zdecydowała pojechać z rodzicami chrzestnymi do ich domu w Benidormie na wybrzeżu. Słońce i morskie powietrze dobrze jej zrobią.
    – Jak długo zamierza tam zostać? – zaniepokoiła się Rachel. – A co będzie z Luisą?
    Wzruszył ramionami.
    – Właściwie nie mam pojęcia… Może tobie powiedziała coś więcej, Felipe? – zwrócił się do kierowcy, który ku zażenowaniu Rachel musiał słyszeć całą rozmowę.
    – Nie, patron. Powiedziała tylko, że zadzwoni do senority Ellis, gdy dojedzie do Benidormu.
    Vincente de Riano odwrócił się do Rachel. Poczuła na twarzy jego wzrok niczym podmuch gorącego powietrza.
    – Czy nagła zmiana planów stanowi dla ciebie poważny problem? – spytał. – Myślę, że pobyt Carmen w Benidormie nie potrwa dłużej jak kilka dni… Oczywiście, dostaniesz godziwą rekompensatę za tę niedogodność.
    Poważny problem? Ależ tak! – chciała wykrzyknąć, ale powstrzymała się ostatkiem woli. Spędzenie w towarzystwie senor a de Riano następnej minuty, nie mówiąc już o następnym dniu, wymagało od niej nadludzkiego wysiłku.
    – Przecenia pan moją interesowność, senor – odparła z całą godnością, na jaką było ją stać. – Jeśliby pieniądze znaczyły dla mnie tak wiele, z pewnością nie wybrałabym zawodu opiekunki do dzieci… – Głos jej łamał się ze zdenerwowania. – Ponieważ jednak okazało się, że mam ogromny dług do spłacenia, muszę jak najszybciej wracać do domu i znaleźć nową, dobrze płatną pracę.
    Rysy mu stwardniały, a gdy przemówił, głos miał lodowaty.
    – Obrażasz mnie, Rachel. Wcale nie proszę cię, ani tym bardziej nie wymagam, byś spłacała mi długi swego brata. Zwrócę ci twoje czeki podróżne w gotówce wraz z twoją pensją. – Przerwał na chwilę, a potem dodał: – Spłacaniem długów zajmie się twój brat, jeśli tylko zostanie mu udowodniona kradzież.
    Podniosła na niego oczy przepełnione nadzieją.
    – A więc dopuszcza pan jednak myśl, że Brian nie jest złodziejem?
    – Tego nie powiedziałem – odparł z uśmiechem przyczajonym w kącikach ust. – Chciałem jedynie jasno stwierdzić, że niczego od ciebie nie oczekuję, prócz opieki nad Luisą podczas nieobecności Carmen.
    Chwyciła głęboki oddech i odparła:
    – W takim razie ja również jasno stwierdzam, że mogę zająć się Luisą, ale tylko przez kilka dni, nie dłużej…
    – Już prawie jesteśmy w domu – przerwał jej, nim zdołała dokończyć myśl. – Przyślij zaraz Marię ze zdjęciem do mojego gabinetu, dobrze? I nie zapomnij, że jutro z samego rana wyjeżdżamy do Araceny. Dokładnie o wpół do ósmej! Maria spakuje rzeczy Luisy, a ty powinnaś spakować swoje jeszcze dziś, nim pójdziesz spać. Gdy będziesz gotowa, powiadom Felipe, on zniesie walizki do samochodu.
    Gdy już zakończył wydawanie poleceń, ośmieliła się wtrącić:
    – Muszę jeszcze raz zadzwonić do Nowego Jorku, jeśli nie ma pan nic przeciwko temu…
    – Na litość boską, Rachel! – wybuchnął z pasją. – Naprawdę nie musisz pytać mnie o zgodę za każdym razem, gdy chcesz porozmawiać ze swoim kochankiem!
    – Już panu mówiłam, że… – zaczęła wzburzona jego niesłusznym podejrzeniem, ale znów nie pozwolił jej dokończyć.
    – Basta! – rozkazał po hiszpańsku. – Nie musisz się przede mną tłumaczyć.
    – Oto odezwał się król! – zadrwiła, świadoma, że wszelkie wyjaśnienia byłyby bezcelowe. – Wszystko co pan mówi i robi utwierdza mnie w przekonaniu, że moje pierwsze wrażenie na temat pańskiej osoby było słuszne – dodała z rezygnacją.
    – A jakie ono było, jeśli można wiedzieć? – zainteresował się nieoczekiwanie.
    – Jest pan aroganckim dyktatorem – odparowała. – Sugeruje to pańska ostro zarysowana szczęka i mocny podbródek. Gdy zobaczyłam wiszący na górze w holu portret, od razu domyśliłam się, że przedstawia pańskiego przodka. Odziedziczył pan po nim urodę i charakter, który, muszę szczerze przyznać, zupełnie mi się nie podoba.
    Zaraz pożałowała tych porywczych słów, zdziwiona własną odwagą. Ale w jeszcze większe zdziwienie wprawiła ją reakcja senora de Riano. Oto odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się głośnym, otwartym śmiechem, którego tak bardzo lubiła słuchać.
    – Może się pan śmiać – dodała ośmielona jego reakcją – ale to nie jest tylko moja opinia… Carmen ma takie same zdanie. Dobitnie pana scharakteryzowała… Na szczęście już niedługo wróci i będę mogła opuścić pański dom, nim złe fluidy Ellisów ponownie odcisną hańbiące piętno na pańskiej nieskazitelnej tarczy herbowej!
    Nastrój w samochodzie zmienił się w mgnieniu oka. Odniosła nagle wrażenie, że z siedzącego obok niej mężczyzny emanuje jakaś ponura, złowroga siła. Gdy tylko kierowca zatrzymał się przed domem, Rachel poderwała się z siedzenia i wybiegła z samochodu na oślep. Całkiem nie zważała, że drugi wóz stanął tuż za nimi i państwo Vasquez byli mimowolnymi świadkami jej dziwnego zachowania. Z pewnością będą się zastanawiać nad przyczyną jej wzburzenia.
    Nie mogli jednak wiedzieć, że samo siedzenie obok senora de Riano było dla niej torturą nie do zniesienia.
    Czuła niemal ból narastającego podniecenia. Nigdy przedtem czegoś podobnego nie doświadczyła!
    Obecność seńora de Riano podniecała ją bardziej niż pocałunki jakiegokolwiek mężczyzny. Przyznawała kiedyś rację Stephenowi, że to niepokój o Briana przytłumił jej reakcje i nie pozwalał odnaleźć prawdziwej przyjemności w ramionach mężczyzny. Wystarczyła jednak krótka chwila w ramionach Vincente de Riano – owego pamiętnego dnia, gdy niósł ją na wpół zemdloną na patio swej willi w Aracenie – by poglądy Stephena, które tak długo podzielała, okazały się mitem.
    Rachel, nie zatrzymując się ani chwili, wbiegła do pokoju Carmen. Zastała Luisę śpiącą na plecach, w takiej samej pozycji, w jakiej ją zostawiła kilka godzin temu.
    – Moja mała kruszynka – szepnęła czule do swej bratanicy. Myśl, że niedługo będzie musiała rozstać się z dzieckiem na zawsze, napawała ją rozpaczą.
    Z równym przerażeniem myślała o pozostaniu dłużej w domu seńora de Riano. Nie mogła jednak podjąć innej decyzji. Nie mogła odmówić Carmen pomocy. Pełna złych przeczuć uległa więc prośbie swego gospodarza, instynktownie czując, że będzie musiała uodpornić się na jego zniewalający urok, a przede wszystkim unikać okazji przebywania z nim sam na sam… Och, czyżby sama siebie oszukiwała? Perspektywa wyjazdu na kilka dni do jego domu w górach napawała ją grzesznym podnieceniem…
    Kiedy Maria pojawiła się w drzwiach, Rachel pełna na przemian radości i poczucia winy, oderwała się od dziecka i poszukała fotografii. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że szef policji czeka na dole już pewnie dobry kwadrans. Wręczyła szybko plik zdjęć pokojówce, a sama pospieszyła do telefonu. Musiała przecież zawiadomić Liz o kolejnej zmianie planów. Łudziła się również nadzieją, że Brian przesłał jej jakąś wiadomość pod adresem domowym. Brian… Och, to przecież z jego powodu znalazła się w Hiszpanii! To była jego wina, że zakochała się beznadziejnie w mężczyźnie, którego serce było dla niej równie niedostępne jak planeta z innej galaktyki.
    – Rachel?
    Na dźwięk głębokiego, hipnotycznego głosu Rachel poruszyła się i zamrugała powiekami. Po chwili w otwartym oknie samochodu zobaczyła czarne, błyszczące oczy Vincente de Riano, które bezceremonialnie ślizgały się po jej twarzy. Gwałtowna fala gorąca przetoczyła się przez jej ciało i rozbudziła ją na dobre. Zdała sobie sprawę, że po bezsennej nocy, którą spędziła, przewracając się z boku na bok, przespała prawie całą drogę z Sewilli ukołysana cichym warkotem silnika.
    Poczuła lekkie zażenowanie i niepokój. Usiadła prosto i odgarnęła z policzka niesforny pukiel włosów, który wysunął się z pospiesznie związanego ogonka.
    – Czy mam cię wnieść do środka, tak jak Luisę, czy też… – jego oczy prześlizgnęły się po jej ciele – czy też zdołasz pójść o własnych siłach?
    Gdy patrzył na nią w ten sposób, myślała, że zemdleje i w żadnym razie nie zrobi kroku. W jego głosie nie wyczuwała gniewu, wyraz twarzy miał pogodny, nawet wesoły, ale to mogła być maska. Przypomniała sobie ostatni wieczór…
    Czując nagle potrzebę rozładowania napięcia, rozejrzała się wokół. Znajdowali się na tyłach domu.
    – Przepraszam – wymamrotała, zwilżając spieczone wargi. – Mam nadzieję, że Luisa zbytnio nie przeszkadzała podczas podróży. Powinien mnie pan obudzić…
    – Pod tym względem Luisa jest bardziej podobna do ciebie niż do Carmen. Zasnęła, gdy tylko wyruszyliśmy z miasta.
    – Przynajmniej odpoczęłam trochę i dałam panu odpocząć – powiedziała, modląc się w duchu, aby odszedł już od okna. Gdyby przesunęła rękę o kilka centymetrów, mogłaby go dotknąć. – Nasze rozmowy zwykle kończą się na polu bitwy. Tym razem doczekał się pan miłej odmiany – nie mogła powstrzymać się przed złośliwym komentarzem.
    Oczy seńora de Riano z zainteresowaniem błądziły po jej ustach.
    – Dziwna sprawa, ale nasze gorące sprzeczki niezmiennie mnie bawią – powiedział z uśmiechem. – Oczekuję więc dzisiejszego popołudnia nowej porcji złośliwych uwag.
    – Dzisiejszego popołudnia? – Serce biło jej bardzo mocno.
    Otworzył wreszcie drzwi samochodu, by mogła wysiąść.
    – Po powrocie z biura w Jabugo muszę trochę rozruszać mojego ogiera. Czy jeździłaś kiedykolwiek konno?
    Ze zdumienia zamrugała oczami.
    – Owszem, kilka razy… Ale nadal boję się koni.
    – Nie musisz obawiać się Paquity. To spokojna klacz, dobrze ułożona, w sam raz dla początkujących jeźdźców. Pojedziemy przez las, tam będzie trochę chłodniej. Na szczycie wzgórza zrobimy sobie piknik. Zobaczysz, jaki wspaniały widok stamtąd się rozciąga!
    Przymknęła oczy, aby ukryć podniecenie, które wywołały jego słowa i poszła obok niego przez patio w stronę drzwi wejściowych.
    – Nie mam stroju do konnej jazdy – odezwała się po drodze.
    – Wystarczy, jak włożysz szorty i podkoszulek, ale jeśli wolisz osłonić nogi, możesz wybrać sobie coś z garderoby Carmen. Catana ci pokaże. A zatem, spotkamy się przy stajni o pierwszej, zgoda? I pamiętaj, koniecznie napij się i zjedz coś przed jazdą!
    Roześmiał się swobodnie, a w śmiechu tym dosłyszała lekką drwinę, która sprawiła, że jej policzki przybrały kolor purpury.
    Gdy tylko weszli do domu, pojawiła się pokojówka, która skinęła na Rachel i poprowadziła ją do znajdujących się na piętrze apartamentów. Idąc po schodach, była zła na siebie, że tak dotkliwie odczuwa nieobecność seńora de Riano. Kiedy znikał z jej oczu, za każdym razem zaczynało jej doskwierać poczucie osamotnienia. Powinna pamiętać, że jedynym powodem, dla którego tu się znalazła, jest Luisa…
    Narastała w niej pewność, że nie odnajdzie Briana. Ta myśl pogłębiała udrękę. Niebawem będzie musiała wrócić do Nowego Jorku – do swojego własnego świata, który teraz, o dziwo, wydawał jej się tak bardzo odległy… Gdy tak walczyła z chaosem myśli, przypadkiem zerknęła przez okno tarasu i zauważyła wysoką postać swego gospodarza idącą wzdłuż basenu. Niczym nie usprawiedliwiony impuls kazał jej się schować za filarem oplecionym bugenwillą. Choćby przez krótką chwilę chciała sycić oczy jego widokiem. Rozluźniał właśnie krawat i nerwowym, niespokojnym ruchem przesuwał ręką po włosach. Najwyraźniej coś go niepokoiło.
    Z tym zaaferowanym wyrazem twarzy wyglądał jeszcze bardziej atrakcyjnie. Rachel odnosiła niejasne wrażenie, że tu, w swej górskiej posiadłości, Vincente de Riano stawał się całkiem innym człowiekiem, obnażał swą prawdziwą naturę. Jego ruchy miały w sobie drapieżną, dziką elastyczność; krążył wokół domu, czujny i groźny, jak głodny wilk na tropie.
    W obawie, że zostanie przyłapana na podglądaniu odsunęła się od okna. Na szczęście Luisa już się obudziła i wymagała opieki.
    Rachel, huśtając dziecko w kołysce, rozglądała się z zainteresowaniem po dziecięcym pokoju. Został stworzony na podobieństwo rajskiego zakątka – spokojnego, błogiego zakątka spowitego w błękit i biel.
    Nagle ogarnął ją przejmujący smutek. Zdała sobie bowiem sprawę, że ten radosny pokój, pełen pluszowych zabawek, być może przeznaczony był dla nie narodzonego dziecka seńora de Riano… Jakiż musiał czuć ból za każdym razem, gdy wchodził do tego pokoju! Domyślała się teraz, że zmiana, jaką obserwowała w jego zachowaniu, prawdopodobnie była wynikiem nękających go tutaj wspomnień – wspomnień o szczęśliwym życiu z ukochaną żoną, które raptownie przerwała katastrofa…
    Czując, jak wezbraną falą ogarnia ją przygnębienie, wstała z krzesła i poszła przebrać się w kostium kąpielowy.
    Kilka minut później z Luisą na ręku schodziła na dół, aby popluskać się w chłodnym basenie.
    Luisa uwielbiała wodę i obserwowanie radosnych reakcji dziecka sprawiało Rachel wielką przyjemność. Nim minął poranek, wszyscy pracownicy seńora de Riano znaleźli choćby chwilę czasu, aby popatrzyć, jak nińa baraszkuje w wodzie, a potem, zgłodniała, w mig pochłania mleko z butelki. Ich twarze promieniały miłością do małej muchachy, która pomogła zapełnić wielką pustkę w sercu ich patrona.
    Po twarzy Rachel spływały strużki wody pomieszanej ze łzami. Na szczęście nikt nie domyślił się, że płacze. Niedługo odleci do siebie, do domu – a tam nie będzie seńora de Riano, jedynego człowieka, który mógłby wypełnić wielką pustkę w jej własnym, złamanym sercu.

Rozdział ósmy

    Paquita rzeczywiście była łagodną, dobrze ułożoną klaczą i bez najmniejszych problemów szła za ogierem seńora de Riano. Po kilku minutach jazdy Rachel uwierzyła w swe umiejętności i mogła rozkoszować się chłodem cienistego lasu.
    Vincente de Riano, ubrany na czarno, doskonale prezentował się w siodle. Jechał przodem na okazałym arabie i opowiadał Rachel o Maurach, którzy w średniowieczu władali Andaluzją. Słuchała tych opowieści z prawdziwym zainteresowaniem, jednocześnie obserwując żywiołowego ogiera, którego seńor de Riano prowadził żelazną ręką.
    Po półgodzinie jazdy dotarli do rozległej polany, gdzie roślinność była rzadsza, a promienie słońca, przedzierając się przez liście, tu i ówdzie rozświetlały podłoże. Seńor de Riano zeskoczył z konia i stał przez chwilę, z uwagą przyglądając się Rachel, jak podjeżdża do niego na swojej klaczy. Miała na sobie podkoszulek i brązowe spodnie do konnej jazdy pożyczone od Carmen.
    Gdy tak na nią patrzył, poczuła dreszcz biegnący jej po kręgosłupie i cieszyła się, że nie włożyła obcisłych szortów.
    Początkowo, zaraz po opuszczeniu stajni, Vincente de Riano wydawał jej się bardzo daleki, zaaferowany własnymi myślami, jakby ze smutkiem rozpamiętywał przeszłość albo też rozważał jakieś obecne, palące problemy. Po kilku jednak minutach jego nastrój uległ raptownej zmianie. Twarz mu się rozpogodziła i zaczął bawić Rachel sympatyczną rozmową, jak przystało na gościnnego gospodarza. Od tamtej pory nic nie zmąciło ich wzajemnego porozumienia. Toteż pytanie, które teraz usłyszała, zelektryzowało ją.
    – Jak długo rozmawiałaś w stajni z Estabanem, nim ja się tam pojawiłem?
    – Może kwadrans… – Starała się, aby jej głos brzmiał naturalnie. Poluzowała wodze i obserwowała, jak Paquita skubie trawę, porastającą brzegi strumyka przepływającego przez polanę. – On doskonale mówi po angielsku – dodała. – O wiele lepiej niż pozostali stajenni.
    – To zrozumiałe, zważywszy, że kilka lat pracował w Anglii – powiedział z marsową miną.
    Rachel zebrała wodze do lewej ręki, przymierzając się do zejścia z konia.
    – Jest naprawdę bardzo miły – rozwodziła się na temat Estabana, nie pojmując przyczyn złego humoru seńora de Riano. – Zaproponował, że może być moim tłumaczem, jeśli zechcę pojechać do Jabugo, żeby uzyskać więcej szczegółów w sprawie brata. – Zdecydowała się na wyznanie prawdy, wiedząc, że senor de Riano i tak szybko przejrzy jej sekretne plany.
    I nagle para silnych rąk otoczyła jej talię i pomogła zeskoczyć z konia. Rachel poczuła się nagle tak słaba i bezradna, że nie mogąc ustać na nogach, oparła się plecami o jego twardą klatkę piersiową.
    – Domyślałem się tego – rzekł z naciskiem i dodał tonem ostrzeżenia: – Powinnaś jednak wiedzieć, że Estaban jest żonaty! Jego żona lada chwila urodzi mu czwarte dziecko. Pozwól więc, że ja będę twoim tłumaczem, jeśli zechcesz gdzieś jechać.
    Rozwścieczona z powodu wyraźnej insynuacji w jego słowach, odwróciła się doń gwałtownie. Twarz jej pałała, a oczy ciskały błyskawice. Stali teraz tak blisko siebie, że czuła bijące od niego ciepło i mięśnie jego ud tuż przy swoim ciele. Starała się odsunąć, ale on nadal trzymał ją w talii i nie zamierzał puścić.
    – Jeśli… jeśli chce pan powiedzieć, że celowo z nim flirtowałam – broniła się – to grubo się pan myli! Luisa usnęła trochę wcześniej niż zwykle, więc poszłam do stajni, żeby poznać Paquitę przed jazdą… Nie miałam pojęcia, że Estaban tak dobrze zna angielski, i że będzie taki rozmowny… – Z wrażenia, że znajduje się w ramionach senora de Riano miała ściśnięte gardło i nie mogła dokończyć myśli.
    – Estaban jest znany z powodu… swej elokwencji – zadrwił. – I sprawia tym ból swojej żonie.
    Mieszanina podniecenia i urazy doprowadziła Rachel do gwałtownego wybuchu.
    – Proszę mnie nie oskarżać! I nie życzę sobie, by udzielano mi wskazówek! Wyrosłam już z wieku, kiedy potrzebowałam opieki ojca. Nie jestem Carmen… – zająknęła się, widząc, jak twardnieją mu rysy twarzy.
    – Dopóki będziesz przebywać pod moją opieką, dopóty nikt nie ma prawa widzieć cię w jego towarzystwie – rzekł tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Estaban rychło zrozumie, że chciałaś z nim tylko porozmawiać i przestanie ci się narzucać. Nie życzę sobie, aby następny skandal wiązano z nazwiskiem de Riano.
    – Nie należę do rodziny de Riano, seńor! – rzuciła oburzona.
    – Jesteś bliską krewną Luisy. Wydaje mi się, że jesteśmy bardziej związani, niż sądzisz – dodał zagadkowym tonem.
    Z trudem przełknęła ślinę i odrzekła:
    – Wcale nie zachęcałam Estabana!
    – Nie musiałaś tego robić. Południowcy są bezbronni wobec kobiety o twoim typie urody. Poskramianie męskich zapałów należy zatem do kobiety.
    – Ależ to absurd! – Ogień palił jej policzki. – Mężczyźni również są zdolni kontrolować swoje reakcje. Bóg obdarzył kobiety i mężczyzn po równo silną wolą, żeby…
    – Ale kobietę obdarzył szczególnym atrybutem: urodą – wtrącił stłumionym głosem. – Spójrz choćby na swoją skórę… – Z nagłością, która wprawiła ją w osłupienie, położył swą silną, ciepłą dłoń na jej dłoni. W panice próbowała mu się wyrwać, lecz na próżno. – Zróbmy eksperyment, zgoda?
    Podniósł jej dłoń do twarzy tak, by poczuła satynową gładkość własnej skóry. Rachel z wielkim trudem oddychała. Czuła, że drży pod wpływem narastającego w niej napięcia. Bezwiednie zamknęła oczy.
    – A teraz z pewnością odczujesz różnicę… – Nieoczekiwanie przyłożył obie jej dłonie do swej twarzy tak mocno, że poczuła pod palcami kłujący zarost na jego szczęce.
    Pragnęła go dotknąć od pierwszej chwili, gdy go poznała. Teraz całkiem niespodzianie ziściło się jej marzenie. Powoli traciła poczucie rzeczywistości, przerażona słabością, która ją obezwładniła.
    – Musisz przyznać, że dotykając mnie, odczuwasz całkiem coś innego… – odezwał się głosem miękkim jak jedwab. – Czy możesz, patrząc mi prosto w oczy, zaprzeczyć, że Bóg naraża mężczyzn na znacznie poważniejsze pokusy?
    Pochylił się ku niej i przez chwilę z drżeniem serca myślała, że weźmie ją w objęcia, on jednak tylko lekko nią potrząsnął. Uniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy płonące dziwnym, intensywnym światłem.
    – Czekam na odpowiedź – powiedział z pewnością siebie, która podziałała jej na nerwy.
    Czyż naprawdę myśli, że udało mu się przekonać ją do swego punktu widzenia? To była oczywista prawda, że kobieta różni się od mężczyzny jak dzień od nocy. Ale czy senor de Riano nie wiedział, że jego doskonale zbudowana męska sylwetka, muskularne ciało, szlachetne rysy twarzy, dumne czoło… że wszystko to było równie pociągające? Tak bardzo pociągające, że miała nieodpartą ochotę porzucić wszelką dumę i zrobić jakiś czuły gest w jego kierunku – gest, którego później szczerze by żałowała…
    Gwałtownie oderwała się od Vincente de Riano, a potem nieoczekiwanie wsiadła na Paquitę i odjechała. Czuła, że musi uciec jak najdalej od tego mężczyzny.
    Słyszała, że woła za nią, ale nawet nie odwróciła głowy. Całkiem zapomniała o lunchu, który mieli zjeść na szczycie wzgórza.
    Najpierw pomyślała, że to z powodu grzmotu Paquita nerwowo podskoczyła i puściła się w dół wzgórza w szalonym galopie. Po chwili jednak dotarł jej uszu tętent potężnych kopyt ścigającego ją ogiera. Senor de Riano z szybkością błyskawicy wyprzedził ją, chwycił jej wodze i zmusił Paquitę najpierw do kłusa, a potem do stępa. Rachel poprzez rzedniejące drzewa widziała asfaltową drogę – znak, że byli blisko stajni.
    – Madre de Dios, Rachel! – zaklął zbielałymi wargami. – Co w ciebie wstąpiło? Czy nie widziałaś, że Paquita galopuje prosto na drogę? Za chwilę mógł ją spłoszyć jakiś samochód!
    Rachel miała tak ściśnięte gardło, że z trudem oddychała.
    – Przepraszam… – wyjąkała. – Nie pomyślałam o tym…
    – Zostań jeszcze na moment w siodle, tam będziesz bezpieczniejsza. – Lekko zeskoczył z konia. – Muszę obejrzeć kopyto Kalifa. Dziwnie oszczędza lewą nogę, myślę, że coś go uwiera.
    Ogromny ogier parskał i tańczył w miejscu, a Vincente de Riano przemawiał doń przez chwilę pieszczotliwie, potem zaś ostrożnie podniósł jego nogę, żeby obejrzeć kopyto.
    Rachel chciała spytać, czy coś znalazł, ale nie ośmieliła się zakłócić jego koncentracji. Siedziała więc w kompletnym milczeniu, gdy nagle głośny dźwięk klaksonu przejeżdżającego samochodu rozdarł ciszę.
    Jak w przerażającym koszmarze zobaczyła, że Kalif wierzgnął i mocnym kopnięciem powalił seńora de Riano na ziemię.
    – Vincente! – krzyknęła rozpaczliwie i zapominając o własnym bezpieczeństwie, zeskoczyła z konia i podbiegła do ogiera, który przebierał teraz nerwowo kopytami i ze skruchą obwąchiwał swego pana.
    Rachel uklękła i ujęła w trzęsące się dłonie głowę Vincente. Niestety, nie poruszał się. Cienka strużka krwi sączyła się po jego czole i spływała aż na policzek.
    – Vincente… – powtórzyła. – Mój kochany… – Gładziła go po twarzy, modląc się w duchu, by otworzył oczy, ale on nadal leżał nieprzytomny. – Nie umieraj, proszę – błagała.
    Ogier instynktownie wyczuł, że stało się coś złego. Pochylił łeb i trącał swego pana, jakby chciał przywrócić go do przytomności.
    Rachel nie zastanawiała się ani chwili dłużej. Wskoczyła na Paquitę i ruszyła galopem przed siebie. Po kilku minutach, gdy już dojrzała zarysy stajni, zaczęła głośno krzyczeć o pomoc.
    Prawie natychmiast pojawiło się na dziedzińcu kilku pracowników, niektórzy już na osiodłanych koniach. Chwilę później cała grupa z Rachel na czele pędziła co koń wyskoczy do miejsca, w którym wydarzył się wypadek.
    Vincente de Riano nadal leżał nieprzytomny. Jego twarz miała barwę popiołu. Rachel płakała w głos, raz po raz wycierając łzy cieknące jej po policzkach. Nie mogła oprzeć się myśli, że opłakuje zmarłego.
    Jeden z mężczyzn ostrożnie podniósł seńora de Riano z ziemi i przytroczył jego ciało do siodła. Gdy wyruszyli w drogę powrotną, Rachel miała wrażenie, że jedzie w żałobnym orszaku. Nie mogła oderwać oczu zamglonych łzami od bladej twarzy Vincente.
    Gdy wjeżdżali na teren posiadłości, senor de Riano nagle zamrugał oczami, jakby powoli odzyskiwał przytomność. Otworzył je szeroko i natychmiast poszukał wzrokiem Rachel. Patrzył na nią przez chwilę w dziwnym skupieniu. Gdy podjechali pod dom, na tylnym dziedzińcu oczekiwała ich gospodyni oraz gromadka służby. Vincente de Riano chwiejnie, ale o własnych siłach stanął na nogi i odmówiwszy pomocy, kulejąc, wszedł do domu.
    Na twarzach stajennych i reszty służby odmalowała się ulga. Rachel modliła się w duchu, dziękując Bogu, że wysłuchał jej próśb, a gdy wszyscy rozeszli się do swoich obowiązków, ona również wbiegła do domu i popędziła na górę do pokoju Luisy.
    Godziny popołudniowe i wieczorne mijały przeraźliwie wolno, Vincente de Riano nawet nie zajrzał do pokoju dziecinnego. Rachel, trawiona coraz większym niepokojem, postanowiła zagadnąć pokojówkę, gdy ta przyniosła na górę butelkę z mlekiem dla Luisy.
    Catana z wyrazem lęku na twarzy wyjaśniła, że senor od czasu wypadku w ogóle nie opuścił swego pokoju, co więcej, zabronił gospodyni wezwać lekarza i przykazał nikogo nie wpuszczać do środka.
    Jakiż był uparty! I jaki dumny… – pomyślała Rachel z pewnego rodzaju podziwem, który zaczynał wzbierać w jej sercu. Przypomniała sobie nagle słowa Carmen, że Sharom była jedyną osobą wśród pracowników, której nie udało mu się zastraszyć…
    Położyła Luisę do łóżka i pod wpływem nagłego impulsu pobiegła do swego pokoju, aby włożyć przynajmniej sandały. Nie miała czasu się przebierać. Musiała jak najszybciej zobaczyć seńora de Riano!
    W samej koszuli nocnej i szlafroku, z rozpuszczonymi włosami, zbiegła lekko jak ptak w dół po marmurowych schodach, a potem, polegając jedynie na swym instynkcie, pokonała labirynt korytarzy i schodów, by znaleźć się wreszcie w drugim skrzydle budynku, który w istocie przypominał jakiś wykwintny pałac wschodniego szejka.
    Gdziekolwiek rzuciła okiem, widziała przepięknie kwitnące rośliny, a balsamiczna woń róż i jaśminów przesycała powietrze i oszałamiała zmysły. Ta charakterystyczna mieszanka barw i zapachów już zawsze kojarzyć się jej będzie z Hiszpanią… Wspomnienie tego bajkowego domu i jego ciemnowłosego gospodarza zabierze ze sobą do Nowego Jorku i pielęgnować będzie w duszy aż do końca swych dni…
    Boże, błagam, nie pozwól, by stało mu się coś złego! – modliła się żarliwie, podążając długim korytarzem ku masywnym podwójnym drzwiom, przed którymi stała stara gospodyni, załamując ręce w odwiecznym geście rozpaczy.
    Rachel doskonale potrafiła zrozumieć odczucia starej kobiety. Poznała już dwa domostwa seńora de Riano i wiedziała, że cała służba, wszyscy pracownicy, darzyli swego patrona szczerą miłością i ogromnym szacunkiem. Wiedziała również, że szlachetna duma seńora de Riano nie pozwalała mu zdradzić najmniejszej słabości przed ludźmi, których kochał. Ona jednak nie należała przecież ani do jego rodziny, ani do jego stałych pracowników i w dodatku, jak sądziła, nie cieszyła się w jego oczach szczególnym szacunkiem. Nie zważała więc, co sobie pomyśli i jak zareaguje na ofertę pomocy z jej strony.
    Gospodyni na widok Rachel przeżegnała się w zabobonnym geście.
    – Czy Catana pani powiedziała? – spytała zduszonym głosem. – Seńor jest ranny, być może, poważnie ranny… Ale nikomu nie pozwala wchodzić. Zamknął drzwi na klucz!
    Rachel nie okazała zdziwienia. Właściwie spodziewała się takiego obrotu rzeczy.
    – Czy ma pani drugi klucz od tych drzwi? – spytała ze śmiertelnym spokojem.
    Na twarzy siwowłosej kobiety pojawił się przestrach, ale po chwili nieznaczny uśmiech ożywił jej wargi. Pokiwała głową z wyraźną aprobatą, wyjęła pęk kluczy z kieszeni fartucha i wyłuskawszy jeden, podała go Rachel.
    – Niech Najświętsza Panienka ma panią w swej opiece. – Przeżegnała się raz jeszcze i pospiesznie odeszła.
    Rachel drżącymi palcami włożyła klucz do zamka i przekręciła go. Potem delikatnie poruszyła mosiężną gałką i otworzyła drzwi.
    Pokój tonął w kompletnych ciemnościach. Nigdy tu przedtem nie była, więc zawahała się w drzwiach, ponieważ nie widziała niczego na wyciągnięcie ręki.
    Nagle z ciemności dobiegły jej uszu jakieś szybkie hiszpańskie słowa, które brzmiały jak siarczyste przekleństwa.
    W pierwszej chwili, wystraszona, nerwowo podskoczyła, ale na dźwięk znajomego głosu poczuła ulgę. A więc żył i był przytomny…
    – Proszę mówić po angielsku, seńor – odważyła się odezwać.
    – Wielki Boże! To ty? – Jego głos pełen był zdziwienia, ale i złości. – Jak otworzyłaś drzwi?
    – Nie powinien pan się zamykać. Cała służba odchodzi od zmysłów z niepokoju o pana. Mógł pan przynajmniej się odezwać, powiedzieć słowo… – Ku własnemu przerażeniu słyszała, jak jej głos drży. – Powinien pan zdawać sobie sprawę, że jeśli król źle się czuje, dwór jest zaniepokojony – dodała z pozorną swobodą.
    Jej śmiałość musiała go zaskoczyć, ponieważ milczał przez dłuższą chwilę.
    – Dziwię się – odezwał się wreszcie – że możesz pozwolić sobie na opuszczenie Luisy na tak długo, by przyjść tu i prowadzić śledztwo.
    Twarz Rachel pokryła się rumieńcem. Dziękowała Bogu, że w pokoju było ciemno i seńor de Riano nie mógł tego zauważyć. Wpadła jednak w panikę, gdy nieoczekiwanie zapaliło się światło.
    Miękki, różowawy blask zalał ogromne łoże, na którym spoczywał rozciągnięty w poprzek materaca Vincente de Riano. Przypominał piękną, dziką, czarną panterę. Już kiedyś Rachel poczyniła podobne spostrzeżenie.
    Ale wtenczas, o ile pamiętała, był ubrany w elegancki, lniany garnitur, teraz zaś miał jedynie zawinięty wokół bioder puszysty ręcznik w biało-brązowe pasy.
    Klatka piersiowa i nogi, których nigdy przedtem nie widziała obnażonych, zachwycały brązową opalenizną, podobnie jak jego twarz i szyja. Widok mocnych ramion i muskularnej piersi porośniętej ciemnymi włosami sprawił, że na chwilę straciła oddech. Przyszło jej na myśl, że na tle mauretańskich dekoracji bardziej przypominał dumnego arabskiego szejka niż hiszpańskiego arystokratę.
    – Proszę, wejdź do środka i zamknij drzwi – powiedział władczym tonem, a gdy już wykonała polecenie, oznajmił: – Nie jestem w odpowiednim nastroju do rozmów ze służbą, ale ponieważ należysz do rodziny…
    Zrobiła nadludzki wysiłek, by oderwać wzrok od jego umięśnionego ciała i postąpiła kilka kroków w stronę łóżka. Dopiero później uświadomiła sobie, że szła jak w transie i całkiem zapomniała, po co tu naprawdę przyszła.
    – Chciałam… – zająknęła się. – Nie przyszedł pan pocałować Luisy na dobranoc – powiedziała pierwszą rzecz, która przyszła jej do głowy.
    Bez ostrzeżenia chwycił ją za nadgarstek i pociągnął na łóżko.
    – Nie opieraj się – niemal rozkazał, gdy usiłowała mu się wyrwać. – Mimo że minęło od wypadku już kilka godzin, nadal każdy ruch przyprawia mnie o zawrót głowy. Przestała się wyrywać i znieruchomiała w jego uścisku.
    – Wiem, jak człowiek się wówczas czuje – przyznała. – Gdy byłam w szkole średniej, dostałam w głowę piłką od baseballu i miałam lekki wstrząs mózgu. Zawroty głowy nękały mnie przez kilka dni. Czy pojawił się guz w miejscu, gdzie kopnął pana koń?
    Wypowiedziała to pytanie drżącym szeptem, ponieważ przyciągnął jej twarz ku sobie tak blisko, że jego oczy przesłoniły jej cały świat, a ciepło jego ciała i woń wody toaletowej otuliły ją miękkim woalem.
    – Przyłóż tu rękę – szepnął ochrypłym głosem i położył jej drżącą dłoń na swej skroni.
    Zamknęła oczy, bojąc się jego spojrzenia. Pod opuszkami palców wyczuwała miękką wypukłość, jakby opuchliznę. Nawet lekki dotyk w tym miejscu wprawiał całe jego ciało w drżenie.
    – To boli, prawda? Przepraszam, jeśli pana uraziłam… Tak mi przykro… Ten wypadek zdarzył się z mojej winy. Jeśli mogłabym w czymś pomóc…
    – Na przykład w czym? – przerwał jej porywczo.
    – Może… może przyłożyć panu lód?
    – Och, potrzebuję wielu rzeczy – mruknął pod nosem z rezygnacją.
    Skoro przyznał się do swej słabości, musi naprawdę czuć się źle, pomyślała Rachel. Jeśli tylko uda mi się stąd wyjść, natychmiast zadzwonię po lekarza…
    Gdy odważyła się nań zerknąć, spostrzegła nienaturalną bladość mocno zarysowanych kości policzkowych oraz ciemne obwódki wokół oczu, które raz po raz przymykał z bólu.
    – Przyniosę lód, ale musi mnie pan na chwilę puścić… – podjęła łagodnym tonem.
    Nagle położył dłoń z tyłu na jej głowie i przyciągnął ją jeszcze bliżej do siebie. Serce Rachel zaczęło walić jak oszalałe.
    – Nim odejdziesz, przekaż, proszę, ten pocałunek Luisie – szepnął i gwałtownie otoczył wargami jej usta, nim zdążyła wydać okrzyk protestu.
    Wiele razy wyobrażała sobie tę chwilę, często o niej marzyła, ale rzeczywistość przeszła wszelkie oczekiwania. Pod dotykiem jego warg całej jej ciało drgnęło niespokojnie i poczuła, jak wezbraną falą ogarniają pożądanie. Nawet nie zdając sobie z tego sprawy, zaczęła oddawać mu pocałunki i wydało jej się to tak naturalne, jak oddychanie. Zapomniała o całym świecie, zapomniała po co tu przyszła. Obsypywała seńora de Riano gorącymi pocałunkami z nienasyconą chciwością wrażeń, których tylko on mógł jej dostarczyć.
    Nie wiedziała, jak to się stało, ale po chwili leżała na nim, wtulona w jego muskularną, ciepłą klatkę piersiową, z rękoma oplecionymi wokół jego szyi, on zaś namiętnie przebierał palcami wśród kaskady blond włosów, która opadała mu na twarz.
    – Por Dios, Rachel! – wymamrotał gorączkowo, prosto w jej usta.
    Dźwięk jego głosu, dochodzący jakby z innego świata – świata rzeczywistości, wyrwał ją z ekstazy. Poczuła nagle wyrzuty sumienia i usiłowała uwolnić się z jego uścisku, ale on jej nie puszczał.
    – Proszę mi wybaczyć, pewnie sprawiłam panu ból, seńor – szepnęła, uświadamiając sobie nagle, że w gorączce namiętności zupełnie zapomniała o jego ranie.
    – Spójrz na mnie, Rachel – nakazał i odwrócił jej twarz ku sobie, a potem potrząsnął nią z zadziwiającą siłą. – Spójrz na mnie i powiedz, dlaczego wciąż, z takim uporem, nazywasz mnie seńor! To mi sprawia przykrość… Na imię mam Vincente. Pragnę usłyszeć, jak je wymawiasz.
    Krzyczała, krzyczała przecież to imię na cały głos… Tak głośno, że echo rozbrzmiewało wśród gór! Ale on wówczas był nieprzytomny…
    Z trudnością przełknęła ślinę.
    – Vin… Vincente – wyszeptała, a imię to wydało jej się najpiękniejszym słowem pod słońcem. – A teraz pozwól mi odejść, bym mogła udzielić ci pomocy.
    Widziała, jak jego pierś gwałtownie się podnosi i opada.
    – Jeśli naprawdę chcesz mi pomóc, zostań ze mną… – powiedział głosem pełnym tęsknoty i namiętności. – Pragnę cię, pequena. – I znów przycisnął wargi do jej ust z zachłannością, która ją zaskoczyła. – Pragnę cię od samego początku i wiem, że również ja nie jestem ci obojętny.
    – Nie jesteś mi obojętny? – powtórzyła jak echo, zaalarmowana wymową tego stwierdzenia.
    – Si… Jeśli tylko mogłabyś widzieć swoje oczy, oczy płonące namiętnością, zrozumiałabyś, co chcę powiedzieć. Twoje oczy mówią własnym językiem. Czy wiesz, że podobne są do wielkich fioletowych gwiazd, które nagle wybuchają i rozpadają się na setki maleńkich brylancików, a każdy z nich oślepia swoim blaskiem? A twoje usta są tak pięknie wykrojone… – Obrysował palcem ich kontur i pod wpływem tego dotyku Rachel poczuła, że słabnie. – I przez cały czas składają się do pocałunku, jakby poszukiwały moich ust… I mam wrażenie, że żaden pocałunek, nawet najdłuższy, nie będzie wystarczająco żarliwy, by zetrzeć z nich wyraz pożądania.
    – Och, proszę, nie rób tego! – błagała, gdy wsunął rękę między poły jej szlafroka i mocniej przycisnął ją do siebie. Miała wrażenie, że serce jej przestaje bić, jakby uwięzione w pułapce.
    – Twoje serce cię zdradza, najmilsza – szeptał czule, wodząc wargami po jej ustach. – Przede mną niczego nie ukryjesz… Zostań ze mną… Pozwól mi się sobą nacieszyć. Bądź dobra dla mnie… Od tak dawna jestem samotny. Nie odmawiaj mi, nie odmawiaj sobie tej chwili radości i zapomnienia – szeptał prosto do jej ucha, łamiąc ostatnie bariery jej rozpaczliwego oporu.
    Wielki Boże, to nie był sen… Vincente de Riano niemal miażdżył ją w swym mocnym uścisku, miała wrażenie, że ją pochłania z dziką, nienasyconą pazernością.
    Rachel pomyślała o Leonorze. Pomyślała z zazdrością o kobiecie, która doświadczyła tego rodzaju ekstazy, o kobiecie, która miała być matką jego dziecka… Leonora była jego żoną, miała jego miłość i szacunek, uświęcone na ołtarzu…
    Nagle Rachel zdała sobie sprawę, że Vincente nie mówił do niej o swych uczuciach – nie mówił o miłości ani o przywiązaniu, a jedynie o swych zmysłowych potrzebach i pragnieniach. To napełniło ją dotkliwym bólem, ponieważ uświadomiła sobie nagle, że nigdy nie zdobędzie serca tego mężczyzny. Vincente czuł się samotny, brakowało mu żony… a ona była po prostu kobietą… kobietą, która mu się spodobała!
    Z rozdzierającym bólem w sercu wyrwała się z jego mocnych ramion i szybko zsunęła się z łóżka.
    Zawołał za nią i próbował wstać, ale czując zawrót głowy, zachwiał się niepewnie i z powrotem opadł na materac, przeklinając pod nosem.
    Rachel czuła, jak zalewa ją fala wstydu i upokorzenia. Jakże łatwo odkrył jej sekret! Czytał w niej jak w otwartej książce. W mgnieniu oka zrozumiał, że była chorą z miłości idiotką! Podbiegła szybko do masywnych drzwi, mając w głowie tylko jeden cel: uciec, uciec stąd jak najdalej!
    – Masz rację! – zawołał za nią, gdy już była przy drzwiach. Jego głos był pełen drwiny. – Salwuj się ucieczką, tak jak te niewinne Sabinki, które uciekały przez pola przed swymi porywaczami!
    Wypadła na korytarz i mocno zatrzasnęła drzwi. Nie mogąc złapać oddechu, ciężko wsparła się o framugę.
    – Senorita Ellis?
    Przerażona rozejrzała się wokół i zobaczyła gospodynię. Jak długo stała na korytarzu? Czyżby wszystko słyszała?
    Rachel zerknęła na zegarek. Zorientowała się, że przebywała w pokoju Vincente de Riano prawie pół godziny – wystarczająco długo, by wzbudzić podejrzenia.
    – Wydaje mi się, że seńor de Riano nie jest poważnie ranny – wyjaśniła, pospiesznie zbierając myśli. – Ale powinien przyłożyć sobie lód, żeby zmniejszyć opuchliznę na skroni. A jeśli rano będzie miał nadal zawroty głowy, wezwijcie lekarza.
    – Przyniosę pani lód – odezwała się gospodyni.
    Rachel unikała jej wzroku.
    – Myślę… myślę, że lepiej będzie, jeśli pani sama zaniesie go senorowi. Powinnam już wrócić do Luisy.
    Siwowłosa kobieta zmarszczyła brwi, gdy Rachel wyciągnęła klucz z kieszeni szlafroka i oddała go jej.
    – Jeśli tak sobie pani życzy, seńorita.
    – Tak sobie życzę.
    Głęboko oddychając, żeby odzyskać równowagę, Rachel energicznie maszerowała długim korytarzem z powrotem do swojego apartamentu. Podjęła właśnie postanowienie, że jutro z samego rana wyjedzie do Nowego Jorku. Felipe odwiezie ją na lotnisko w Sewilli…
    A jeśli chodzi o Luizę… Cóż, Carmen z pewnością wróci lada dzień, a tymczasem zajmie się nią Catana. Tak, to było jedyne słuszne wyjście: ucieczka. Przebywała w Hiszpanii stanowczo zbyt długo. Najwyższy czas wracać do domu. Najwyższy czas uciec od seńora de Riano!
    Wszystko skończone! – krzyczało jej serce, gdy z determinacją zbiegała po schodach, oddalając się od źródła bólu, a czujne oczy gospodyni patrzyły za nią z wyrazem dezaprobaty.

Rozdział dziewiąty

    Rachel była zbyt podniecona i zbulwersowana, by myśleć o położeniu się do łóżka. I tak nie mogłaby zasnąć.
    Ubrała się więc w bluzkę i spódnicę, w których zamierzała odbyć podróż, i zaczęła pakowanie. Gdy skończyła, posprzątała pokój i ustawiła walizkę przy drzwiach.
    Na toaletce położyła krótki list do swego gospodarza z podziękowaniem za gościnność, po czym skierowała kroki do pokoju dziecięcego. Resztę nocy spędziła, kołysząc w ramionach śpiące dziecko i na nowo powracając do dręczących wspomnień minionego dnia.
    O siódmej rano Luisa obudziła się, szeroko ziewając, a potem uśmiechnęła się tak słodko, że wzruszona Rachel przytuliła policzek do jej maleńkiej twarzyczki pachnącej dziecięcą oliwką, i cicho załkała. Z każdym dniem córka Carmen coraz bardziej przypominała Briana, i z każdym dniem ból Rachel narastał.
    – Seńorita Ellis? Przyniosłam dziecku butelkę.
    Rachel wstała i z determinacją podała niemowlę zaskoczonej Catanie.
    – Czy mogłabyś wykąpać Luisę i ją nakarmić? Jeszcze dziś wyjeżdżam. Może widziałaś gdzieś Felipe?
    Ciemne oczy pokojówki zrobiły się okrągłe jak spodki.
    – Nie widziałam go – odrzekła.
    – Czyżby zawiózł seńora de Riano do pracy? – zawołała Rachel, nie kryjąc swego oburzenia. – Seńor nie powinien wstawać z łóżka, zanim całkowicie nie wyzdrowieje!
    Oszołomiona Catana wzruszyła tylko swymi drobnymi ramionami.
    Rachel domyśliła się, że już nic więcej nie wyciągnie z pokojówki i czym prędzej ją odprawiła, polecając jej opiece Luisę.
    Kilka chwil później obarczona torbą i walizką maszerowała w kierunku schodów. Postanowiła poprosić Jorge, żeby zawiózł ją na lotnisko.
    Gdy już dotarła do masywnych drzwi prowadzących na patio z tyłu willi, nagle usłyszała za sobą znajomy głos:
    – Wykradasz się z mojego domu jak złodziej, nie mówiąc nawet do widzenia.
    Vincente… Rachel zachłysnęła się własnym oddechem i znieruchomiała. Pierwszą jej myślą było, że Vincente czuje się o wiele lepiej. Ostatniej nocy nie był przecież w stanie nawet usiąść na łóżku. Ucieszyła się więc, widząc, że może już chodzić o własnych siłach. Ale zapiekła złość, którą dosłyszała w jego głosie, była przerażająca.
    – Proszę, nie próbuj mnie zatrzymywać – powiedziała bezradnie, bojąc się spojrzeć mu prosto w oczy.
    – Po tym, co się wydarzyło, trudno, bym cię zatrzymywał… Zabrzmi to w mych ustach być może zuchwale, ale muszę ci wyznać, że jesteś pierwszą kobietą, której zapragnąłem, i której nie udało mi się zdobyć.
    Vincente de Riano, jak widać, należy do mężczyzn, którzy wszystko potrafią wykręcić na swoją korzyść, pomyślała z gniewem. Z pewnością wcieli się za chwilę w rolę okrutnie pokrzywdzonego, a ją obarczy poczuciem winy za całe zajście. Och, musiał przecież wiedzieć, dlaczego uciekła z jego ramion! Nie powiedział ani jednego słowa o miłości! Ani jednego!
    – Nie będę cię zatrzymywał, seńorita – powtórzył z naciskiem. – Pozwól, że sam odwiozę cię na lotnisko.
    – Gdzie jest Felipe?
    – Felipe ma wolny dzień.
    – W takim razie poproszę Jorge. – Rachel z ledwością łapała oddech. – Nie powinieneś prowadzić samochodu. Ostatniej nocy…
    – Basta! – przerwał jej brutalnie. – Nie będziemy już wracać do tematu ostatniej nocy.
    – Powtarzam, że nie możesz w takim stanie prowadzić! – wybuchła i wreszcie ośmieliła się spojrzeć mu w twarz.
    Oczy miał nadal podkrążone. Usta wykrzywiał mu teraz złośliwy grymas. Mimo że na pierwszy rzut oka wyglądał na człowieka osłabionego chorobą, biła od niego jakaś wewnętrzna siła i energia. Zauważyła, że koszulę w oliwkowym odcieniu miał niedbale wsuniętą w dżinsy, które opinały mu biodra jak doskonale dopasowany futerał.
    Dawno temu, kiedy była jeszcze nastolatką, Rachel stała wraz z przyjaciółmi bardzo blisko płonącego budynku. Żar buchających płomieni zmusił wszystkich do wycofania.
    Stojąc teraz tak blisko Vincente, czuła się podobnie. Miała wrażenie, że liżą ją języki ognia i przypiekają kawałek po kawałku, aż w końcu całe jej ciało zamieni się w jedną płonącą pochodnię.
    – Czyżbyś tak się spieszyła, że nie możesz nawet zjeść ze mną śniadania?
    Nie czekając na przyzwolenie, odebrał od niej bagaże i postawił je z boku, po czym bezceremonialnie chwycił ją za łokieć i poprowadził na patio.
    Powietrze było ciepłe, przesycone zapachem róż, ale nie tak upalne i duszne jak po południu..
    – Musimy załatwić jeszcze sprawę twego wynagrodzenia – wyjaśnił, prowadząc ją do stolika. – Podaj mi numer swego nowojorskiego konta, a dopilnuję, by pieniądze zostały tam natychmiast przelane.
    – Nie wezmę od ciebie pieniędzy!
    Wymówiła te zapalczywe słowa w momencie, gdy przy stoliku pojawiła się pokojówka z tacą. Dziewczyna zawahała się i dopiero gdy Vincente de Riano nakazująco skinął głową, zaczęła ustawiać na stoliku talerze z bułkami, owocami i kawę. Ledwie skończyła układać sztućce, uciekła jak spłoszony ptak.
    Rachel wciągnęła głęboko powietrze w płuca, nim przemówiła.
    – Ofiarowałeś mi mieszkanie i utrzymanie podczas mojego pobytu w Hiszpanii – wyjaśniła. – Co więcej, miałam możliwość poznania mojej małej bratanicy. W żadnym razie nie chcę twoich pieniędzy… To ja powinnam być ci wdzięczna.
    – Mimo wszystko przekażę ci te pieniądze. Moi prawnicy ustalą twój adres, skoro sama nie chcesz go podać.
    – I tak nie zrobię z tych pieniędzy użytku! – rzuciła ostro.
    – Do licha! – zaklął pod nosem, ze złością rzucił serwetkę na stół i uniósł się na krześle tak gwałtownie, że rozlał gorącą kawę. Rachel wykrzywiła twarz z bólu, ponieważ kilka kropel wrzątku poparzyło jej ramię.
    – Madre de Dios! – znów zaklął, tym razem zły na siebie.
    Chwycił serwetkę i zmoczył ją w stojącej w pobliżu konewce, po czym zaczął troskliwie przykładać ją do gołego ramienia Rachel.
    – Przysięgam, nie chciałem zrobić ci krzywdy, pequena - wyznał ze skruchą.
    – To była moja wina… – wyszeptała, onieśmielona. – Przykro mi, że cię obraziłam.
    – To prawda, że znalazłaś sposób na wbijanie kolców w moją skórę. Ranisz mnie tak często…
    A ty sądzisz, że mnie nie ranisz? – pomyślała z wielkim bólem w sercu.
    Vincente ukląkł i znów przyłożył zimną serwetkę do jej ramienia. Patrzyła na jego pochyloną głowę o bujnych, czarnych włosach i wspominała tę chwilę, gdy wczepiała się w nie palcami. To przecież było tak niedawno… Dzisiejszej nocy. Teraz również pragnęła go dotknąć. Zamknęła mocno oczy, a dłonie zacisnęła w pięści, by się nie poruszyć, by nie krzyczeć o swej miłości, by nie zacząć go błagać…
    – Rachel?
    Głos Carmen dotarł do niej jak przez sen.
    – Tio, czy coś się stało?
    Rachel, zażenowana, wyrwała ramię z jego dłoni i skoczyła na równe nogi. W ferworze potrąciła krzesło i niechybnie by upadło, gdyby nie refleks gospodarza.
    – Nic mi nie jest – wyjaśniła pospiesznie, zastanawiając się gorączkowo, dlaczego Vincente milczy jak zaklęty. Nerwowo odwróciła się do Carmen. – Kawa rozla…
    Nie dokończyła, ponieważ Carmen nie zjawiła się na patio sama.
    U jej boku stał mężczyzna, obejmując ją w pasie – mężczyzna prawie tak wysoki jak Vincente, szeroki w barach, z głową przyozdobioną gęstymi, złotymi włosami. Gdyby nie te włosy, pewnie by go nie poznała.
    Przypatrywali się sobie dłuższą chwilę w milczeniu, jakby dopatrując się podobieństw i rejestrując różnice. Nie wiadomo, czyje oczy pierwsze napełniły się łzami.
    – Brian!
    Podbiegła ku jego wyciągniętym ramionom.
    – Spanky! – Na wpół śmiejąc się, na wpół płacząc, wypowiedział to pieszczotliwe imię, obracając ją w kółko i w kółko.
    A więc nie zapomniał…
    I nagle, jakby zerwała się tama. Łzy płynęły po policzkach Rachel strumieniami, bezwstydnie obnażając jej głęboko skrywane uczucia, brat zaś kołysał ją w swych opiekuńczych ramionach. Gdy wreszcie oderwali się od siebie, Brian przemówił zduszonym głosem:
    – Jesteś taka piękna! I jakże wyrosłaś…
    – A ty i Carmen tworzycie taką piękną parę… – odwdzięczyła mu się, z trudem dobywając głos. – A wasza córka będzie najpiękniejszą dziewczyną w Andaluzji!
    Oczy Briana zajaśniały niebieskim światłem.
    – Naprawdę? – spytał z niedowierzaniem. – To chyba dlatego, że jest podobna do ciebie… – Nagle spoważniał, a na jego młodej twarzy pojawił się wyraz zmęczenia. Westchnął ciężko, a potem powiedział: – Zawsze chciałem wrócić, Spanky. Czy kiedykolwiek mi wybaczysz? Czy wybaczysz mi mój wyjazd? Zawsze chciałem wrócić, ale ból…
    – Nie musisz mi niczego tłumaczyć – przerwała. – Wiem wszystko i rozumiem. Przez te sześć lat też przeszłam piekło… Poszukiwałam namiastki rodziny, zajmując się dziećmi innych ludzi… Nie proś mnie o przebaczenie. Lepiej podziękujmy Bogu, że się wreszcie odnaleźliśmy.
    – Carmen powiedziała mi o matce… – Głos mu się załamał. – Och, już za późno, bym cokolwiek naprawił… – Cały drżał jak w febrze i Rachel próbowała go pocieszyć.
    – Nie zapominaj, że to ona prosiła cię o wybaczenie – przemówiła czułym, łagodnym tonem. – Jestem pewna, że jeśli nas teraz widzi, jest bardzo szczęśliwa.
    – Och, Boże, gdybym mógł w to uwierzyć!
    – Uwierz, Brianie… To prawda. Wszystko, co powinieneś teraz zrobić, by nasza matka nadal się uśmiechała, to kochać Carmen i Luisę do końca swych dni.
    – To żaden problem. – Ścisnął ją tak mocno, że ledwie mogła oddychać. Dopiero po dłuższej chwili wypuścił ją ze swych ramion i podszedł do Carmen.
    Vincente de Riano stał nieco z boku, przyglądając się im z niezgłębionym wyrazem swych inteligentnych oczu. Jeśli nadal odczuwał ból w skroniach lub cierpiał na zawroty głowy, niczego nie dawał po sobie poznać. Widocznie ta jego sławna hiszpańska duma mu na to nie pozwala, pomyślała Rachel z goryczą w sercu.
    – Wiem, że moje wyjaśnienia będą mocno spóźnione – Brian zwrócił się do seńora de Riano – chciałbym jednak pana poinformować, że Carmen i ja wzięliśmy w tajemnicy ślub. Udzielił nam go przeor z La Rabidy w niedługi czas po tym, jak zacząłem u pana pracować…
    Rachel nagle jęknęła tak głośno, że wszyscy spojrzeli na nią ze zdziwieniem.
    – Przeor nie wspomniał mi o tym ani słowem – wyszeptała zdumiona.
    – Obiecał nam dyskrecję – wtrąciła szybko Carmen.
    – Och, jestem taka szczęśliwa! Tak się cieszę, że wzięliście ślub! – Pełne emocji słowa Rachel rozdarły ciszę, która zaległa na patio.
    Na twarzy Vincente de Riano nie zadrgał ani jeden mięsień, zupełnie, jakby ta bulwersująca wiadomość nie zrobiła na nim żadnego wrażenia.
    – To ja prosiłam Briana, żeby mnie poślubił – odezwała się Carmen, trwożnie spoglądając na wuja. – Wiedziałam, że nigdy nie wyrazisz na to zgody… Podobnie jak mój ojciec oczekiwałeś, że poślubię Raimundo. Ale ja zakochałam się w Brianie! Pokochałam go od pierwszego wejrzenia. Nawet nie wiedziałam, że miłość może być czymś tak pięknym i szalonym… Brian chciał cię prosić o moją rękę, ale mu na to nie pozwoliłam. Bałam się, że nas rozdzielisz… – Głos jej załamał się pod wpływem wspomnień i wobec złowieszczego milczenia wuja Vincente.
    Rachel zadrżała. Jakże dobrze znała to uczucie lęku…
    – Kocham pańską bratanicę, senor – odezwał się Brian z werwą. – Zamierzałem ciężko pracować w pańskim przedsiębiorstwie, aby zarobić na nasze utrzymanie i opłacić moje studia lingwistyczne…
    – Studiowałeś, Brianie? – wtrąciła Rachel w nagłym przystępie radości.
    Brian z powagą skinął głową.
    – Najpierw w Perugii, a potem tutaj, w Kadyksie. Kiedy przeor dowiedział się, że mówię biegle po włosku i hiszpańsku, zachęcał mnie do dalszej nauki. On sam uczył łaciny, greki i języków romańskich i uważał, że ja także mogę zostać nauczycielem. Przysłał mnie do pana, senor de Riano, ponieważ wiedział, że u pana mogę więcej zarobić i dzięki temu kontynuować naukę.
    – Matka zostawiła ci trochę pieniędzy, Brianie – wtrąciła Rachel. – Niezbyt to duża suma, ale z pewnością ci się przyda.
    – Chciałam mu pomóc, ale mi na to nie pozwolił – powiedziała Carmen stłumionym głosem. – Jest tak samo uparty jak wuj Vincente.
    Brian potrząsnął niecierpliwie głową i znów zwrócił się do senor a de Riano.
    – Carmen nalegała, abyśmy zamieszkali w jej domu w Sewilli, aleja się nie zgodziłem. To była nasza pierwsza kłótnia…
    Rachel przeniosła wzrok na seńora de Riano i wytrzymała jego badawcze spojrzenie. Mimowolnie uniosła trochę wyżej podbródek. Jej brat był i pozostał uczciwym młodym człowiekiem – takim, jakim go pamiętała z młodości.
    – Do drugiej kłótni między nami doszło wówczas – ciągnął Brian z namysłem – gdy rozpętała się burza wokół kradzieży w przedsiębiorstwie. Dopiero po czterech miesiącach pracy zacząłem podejrzewać, że mój kolega, Lars, działa w przestępczej spółce i pana okrada. Nie miałem jednak dowodów, więc niczego jeszcze nie mogłem powiedzieć. Zacząłem natomiast bacznie obserwować Larsa. Szybko domyślił się, że go podejrzewam i zrozumiał, że niedługo zbiorę wystarczająco dużo dowodów, by złożyć na niego doniesienie. Aresztowano go, nim zdążyłem podzielić się z kimkolwiek swoimi obserwacjami. Wówczas Lars obciążył mnie, uważając, że tym samym zapewnia sobie moje milczenie. Gdy te plotki się rozeszły, Carmen wpadła w panikę… Bardzo się o nią bałem, ponieważ już wówczas oczekiwała naszego dziecka.
    Wyjaśnienia Briana przyniosły ogromną ulgę sercu Rachel. Zawsze wiedziała, że był niewinny! Nie potrafiła jednak przejrzeć posępnej twarzy Vincente. Czy uwierzył jej bratu?
    – Szalałem z niepokoju o Carmen – kontynuował Brian swoje zwierzenia. – Pierwszy lekarz, którego odwiedziliśmy, poinformował mnie, że Carmen ma zbyt wysokie ciśnienie i powinna stale być pod obserwacją lekarską. Powiedziałem jej wówczas, że o wszystkim z panem porozmawiam, senor… I wtedy znów doszło między nami do ostrej wymiany zdań. Ze strachu, żeby jej nie denerwować, przystałem w końcu na jej plan. Zgodziłem się wyjechać do Cordoby, do jej rodziców chrzestnych i pracować u nich do czasu, aż mój adwokat zbierze wystarczająco dużo dowodów, by mnie obronić przed sądem. Przysięgam jednak na wszystkie świętości, że zgodziłem się wyjechać tylko pod warunkiem, iż Carmen zamieszka z panem, seńor, i że przez cały czas będzie pod opieką medyczną.
    Żarliwość, z jaką Brian przemawiał, wzruszyła Rachel do łez. Z pewnością i senora de Riano musiała chwycić za serce, ale niczego nie dał po sobie poznać i nadal stał nieruchomo jak głaz.
    – Bogu niech będą dzięki, że mimo wszystko pan ją kocha – ciągnął Brian – i pomógł jej pan przejść tę ciężką próbę. Wiem, iż roztoczył pan nad nią i dzieckiem najczulszą opiekę i choćby z tego powodu do końca mych dni pozostanę pańskim dłużnikiem. Jeśli zaś chodzi o dowody potrzebne do oczyszczenia mego nazwiska, nareszcie je zdobyłem! – powiedział głosem drżącym z emocji, ale pełnym satysfakcji. – Za pozwoleniem, senor, chciałbym zamienić z panem kilka słów na osobności. Wśród pańskich pracowników znajduje się osoba, którą trzeba przesłuchać…
    Nieoczekiwanie Rachel poczuła na sobie twardy wzrok Vincente i cała jej radość uleciała. Spojrzenie senora de Riano było chłodne i pełne rezerwy.
    – Zdecyduj się, Rachel – powiedział cierpkim tonem. – Czy mam teraz odwieźć cię na lotnisko, czy też polecisz późniejszym samolotem?
    – Na lotnisko? – spytała Carmen z twarzą pobladłą z przestrachu.
    Wargi senora de Riano wykrzywił blady uśmiech.
    – Owszem, nasza opiekunka do dziecka planuje jeszcze dziś odlecieć do Stanów. Jej spakowane torby stoją za drzwiami, verdad?
    Oczy Carmen pociemniały z bólu.
    – Naprawdę miałaś zamiar wyjechać przed moim powrotem? – spytała z niedowierzaniem.
    – Si, chica – odpowiedział jej wuj, nim Rachel zdążyła otworzyć usta. – Jakieś bardzo ważne powody, o wiele ważniejsze niż dobro Luisy, sprawiły, że musi natychmiast wracać do Nowego Jorku.
    – To nie fair z twojej strony! – zaprotestowała żywo Rachel, po czym zarumieniła się, zdała bowiem sobie sprawę, że jej prywatna kłótnia z Vincente stała się oto publiczną tajemnicą.
    – Rachel… – Brian z zatroskanym wyrazem twarzy podszedł do siostry i objął ją czule ramieniem. – Czekałem na nasze spotkanie tyle lat… Nie możesz teraz tak po prostu wyjechać! Zostań przynajmniej tydzień. Mamy całe sześć lat do odrobienia.
    – Mam doskonały pomysł! – Carmen klasnęła w dłonie. – Wrócimy do Sewilli we trójkę razem z dzieckiem i zostawimy nareszcie biednego wuja w spokoju.
    Pomysł Carmen wydał się Rachel wybawieniem. Nie chciała przecież rozstać się z bratem akurat teraz, gdy go odnalazła. Ale po tym, co się wydarzyło ubiegłej nocy, nie mogła pozostać pod dachem senora de Riano ani chwili dłużej. Kochała go zbyt mocno, by znosić w spokoju jego pretensje i gniew.
    Carmen z nagłą werwą zarzuciła ręce na szyję wuja. Twarz jej promieniała szczęściem.
    – Opiekowałeś się mną jak ojciec – przemówiła. – Nadeszła pora, bym ci za to podziękowała. Teraz możesz przestać się o mnie troszczyć. Mam męża, który się mną zaopiekuje. Życzę ci, najdroższy wujku, byś zaczął teraz żyć własnym życiem i znalazł w nim szczęście, na które tak bardzo zasługujesz.
    – Carmen ma rację – wtrąciła odważnie Rachel, tłumiąc własny ból. – Jestem świadkiem, że byłeś niezwykle oddany Carmen i Luisie. Starałeś się być dla nich ojcem i wujem, sam mając złamane serce. Nadszedł czas, byś poszukał własnego szczęścia. Dlatego chcę…
    Zesztywniał nagle z nieprzejednanym wyrazem na swej smagłej twarzy. Powinna się zreflektować i nie powiedzieć nic więcej, ale uznała, że musi dokończyć myśl.
    – Chcę ci podziękować, Vincente, za twą życzliwą gościnność oraz za to, że mi zaufałeś… Pozwoliłeś mi zamieszkać w swoim domu, zajmować się moją bratanicą i oczekiwać na wiadomość od brata.
    Przymknął powieki i jego oczy wyglądały teraz jak szparki, w których żarzył się czarny ogień.
    – Nie jestem już twoim pracodawcą – odparł szorstko. – Możesz teraz robić, co chcesz.
    Słowa te zabrzmiały w uszach Rachel jak żałobny dzwon.
    – Powodzenia – szepnęła do Briana, całując go w policzek. Zdołała jeszcze uśmiechnąć się do Carmen, a potem szybko poszła w stronę drzwi. Z tyłu doszedł ją lodowaty głos senora de Riano, który zapraszał Briana do swego gabinetu.
    Rachel nie miała siły, by dotrzeć do pokoju dziecięcego. Zaledwie znalazła się w swym apartamencie, opadła bezwładnie na łóżko, pogrążona w skrajnej rozpaczy.
    Na dworze panował potworny upał, toteż błogi chłód wnętrza Muzeum Sztuki w Sewilli przyniósł Rachel niewysłowioną ulgę.
    Brian, który spieszył się na spotkanie z dziekanem wydziału języków obcych na miejscowym uniwersytecie, podrzucił ją tu swym małym samochodem. Później miał wrócić po Rachel i zabrać ją na zwiedzanie miasta. Wieczorem zaś razem z Carmen wybierali się na pokaz flamenco.
    Dla Rachel sam dźwięk tego słowa jątrzył nie zagojoną ranę. Zaproponowała więc, że zajmie się Luisą, oni natomiast będą mieli okazję spędzić ten wieczór tylko we dwoje. I mimo ich głośnych protestów pozostała niewzruszona. Nie miała najmniejszego zamiaru po raz drugi przechodzić przez mękę. Za żadne skarby.
    Dziś rano brat i siostra wskutek nalegań Carmen udali się sami na długi spacer. Od czasu powrotu z Araceny, który nastąpił trzy dni temu, właściwie nie mieli okazji do dłuższej, intymnej rozmowy. Spacerując po pałacowych ogrodach, dużo rozprawiali o przeszłości, ale Rachel nie potrafiła ukryć przed Brianem obecnych problemów w jej życiu. Brian zawsze potrafił czytać w jej myślach. Nie minęło zatem dużo czasu i Rachel otworzyła się przed bratem.
    Powiedziała mu, dlaczego musiała opuścić dom Vincente de Riano w Aracenie, i od razu poczuła ogromną ulgę. Słowa wylewały się z niej rwącym strumieniem. Mówiła o bólu, o rozpaczy, jaką przeżywała po śmierci matki, o zdradzie Stephena oraz, oczywiście, o pojawieniu się w jej życiu senora de Riano…
    Wyjawiła bratu najgłębsze sekrety swego serca. Nie mógł teraz wątpić, że jest śmiertelnie zakochana w Vincente. Wyglądało na to, że oboje mają szczególną słabość do ognistych czarnych oczu i gwałtownego hiszpańskiego temperamentu.
    Brian taktownie obiecał, że ani on, ani Carmen nie będą jej zmuszali do pozostania w Hiszpanii. Nie powinna natomiast zapominać, że w Sewilli zawsze będzie miała dom otwarty. Kochał ją bardzo i był jej głęboko wdzięczny, że przetarła dla niego drogę do senora de Riano. Dzięki temu będzie mógł razem z Carmen cieszyć się rodzinnym szczęściem.
    Cudownie się złożyło, że Brian znalazł szczęście, rozmyślała Rachel, przemierzając sale muzeum.
    Chociaż wisiały tu najwspanialsze obrazy hiszpańskich mistrzów wypożyczone z Muzeum Prado, Rachel nie była w nastroju, by je podziwiać. Rzuciła tylko przelotne spojrzenie na salę, w której eksponowano arcydzieła el Greca.
    Niezwykle nastrojowe i ekspresyjne płótna el Greca zafascynowały ją, ponieważ atmosfera tego malarstwa przypominała jakże złożoną – posępną i tajemniczą, gorącą i wyrazistą – osobowość seńora de Riano. Płótna el Greca były niezwykłe, oryginalne, podniecające – i takim właśnie mężczyzną był Vincente…
    Besztając siebie w duszy za te skojarzenia, Rachel pospieszyła do wyjścia. Miała nadzieję, że Brian już załatwił swoje sprawy i oczekuje jej na zewnątrz. Ale w ostatniej sali jeden z obrazów przykuł jej uwagę.
    Porwanie Sabinek. Bezbronne ofiary ścigane przez swych zdobywców… Rachel przyszły na myśl słowa wypowiedziane przez Vincente de Riano, gdy w popłochu opuszczała jego sypialnię. Ale jej strach miał głębsze podłoże niż przerażenie malujące się na twarzach kobiet na obrazie.
    Rachel zdawała sobie sprawę, że jeśli spędzi noc w ramionach Vincente, niewątpliwie zorientuje się on, jak bezgranicznie jest w nim zakochana. A wtedy – wtedy gdy poryw namiętności minie, jedynym uczuciem, jakie mu dla niej pozostanie, będzie litość. Dlatego właśnie uciekła.
    – Ten obraz wywołuje strach, prawda, pequena?
    Vincente! Serce waliło jej tak mocno, że z pewnością musiał je słyszeć. Odwróciła się, mając na końcu języka ostre słowa, ale na widok jego twarzy i pod spojrzeniem jego błyszczących oczu – po prostu straciła pewność siebie. Odnosiła dziwne wrażenie, że od czasu, gdy widziała go po raz ostatni, minęły wieki. Wydał jej się dziwnie obcy i wrogi z tym lekko ironicznym skrzywieniem ust. Przypomniała sobie chwile, gdy usta te dotykały jej warg i doprowadzały ją do utraty zmysłów…
    – Przyjechałem do Sewilli, by załatwić sprawy na policji – przerwał jej zapatrzenie. – Gdy wszedłem do domu, żeby zobaczyć Luisę, Maria powiedziała mi, iż Carmen poszła z nią do przyjaciół. I właśnie wtedy zadzwonił twój brat z wiadomością, że niestety się spóźni. Pytał, czy mógłbym wysłać po ciebie samochód… – Wzruszył niedbale ramionami. – Ponieważ dysponuję czasem, zaoferowałem swoje usługi. I oto jestem.
    – To bardzo uprzejmie z twojej strony – odparła sztywno – ale równie dobrze mogłabym wrócić do domu taksówką. – Myśl o wspólnej z nim jeździe samochodem, nawet na krótki dystans, przerażała ją.
    – Niestety, nie wracasz prosto do domu… Był do ciebie telefon. Jakiś mężczyzna oczekuje cię niecierpliwie w hotelu Don Kichot. Właśnie tam chcę cię podwieźć. To po drodze.
    Rachel wpatrywała się w niego jak oniemiała.
    – Mężczyzna?
    – Mężczyzna, którego zamierzasz poślubić – wyjaśnił otwarcie.
    – Stephen? – niemal krzyknęła.
    Zbyt późno zdała sobie sprawę, że ludzie wchodzący do muzeum słyszą ich nerwową wymianę zdań i przypatrują im się z wyrazem zakłopotania na twarzach.
    – Chyba to on jest menedżerem w hotelu Kennedy Plaza, czyż nie?
    Stephen tu był? W Sewilli? Rachel walczyła z chaosem myśli. Niczego nie pojmowała. Co prawda Liz ostrzegała ją przed nim, ona jednak była tak zaabsorbowana senorem de Riano, że o Stephenie całkiem zapomniała. W ogóle nie istniał w jej myślach. Ze zdziwieniem przyjmowała fakt, iż kiedykolwiek mogło być inaczej.
    – Bardzo mi przykro – wykrztusiła, jakby wyrwana ze snu. – Przykro mi, że znów sprawiam kłopot… Sama dotrę do tego hotelu.
    Przemknęła obok niego i pospieszyła do wyjścia, mając nadzieję, iż na zewnątrz od razu natrafi na taksówkę. Vincente de Riano dogonił ją, nim zdążyła dotknąć klamki. Był wzburzony; mruczał pod nosem jakieś niezrozumiałe słowa. Złapał ją za rękę i zmusił do wyjścia razem z nim, a potem przeprowadził obok rzędu taksówek do zaparkowanej za rogiem lagondy. Ten samochód przypomniał jej jazdę z Carmony, gdy senor de Riano eskortował ją, a potem zmusił, by towarzyszyła mu do jego domu w Sewilli. Nie pozostawił jej wówczas żadnego wyboru. Teraz, siedząc obok niego w samochodzie, czuła się tak samo – jak mysz schwytana w pułapkę.
    Kiedy przez dłuższą chwilę nie włączał silnika, obleciał ją strach.
    – Nie masz prawa zaczepiać mnie w publicznym miejscu i uprowadzać jak… jak swoją własność – zaczęła się bronić.
    – Sama dałaś mi do tego prawo, gdy trzy dni temu z własnej woli weszłaś do mego pokoju i pozwoliłaś, byśmy się kochali…
    Ogień palił jej policzki, gdy wybuchła:
    – To nieprawda! Doskonale wiesz, po co weszłam do twego pokoju i… i wcale się nie kochaliśmy!
    – Jeśli masz na myśli, że nie skończyliśmy tego, co zaczęłaś, gdy pojawiłaś się w drzwiach mej sypialni jak anielska zjawa z rozpuszczonymi włosami, to się z tobą zgadzam – odparował żywo. – Ale z pewnością pragnęliśmy się, od samego początku, od momentu, gdy zobaczyliśmy się po raz pierwszy… Temu nie możesz zaprzeczyć… I jeśli nie byłbym tak osłabiony, z pewnością nie pozwoliłbym ci odejść!
    – To nieprawda… – usiłowała protestować, ale z coraz mniejszym przekonaniem. Musiała sama przed sobą przyznać, że tylko ubrał w słowa jej myśli.
    – Czy to wyrzuty sumienia zmusiły cię do wyrwania się z moich objęć? – spytał, nie zważając na jej protesty. – Wyobrażam sobie, że noce spędzone z kochankiem…
    – Stephen nigdy nie był moim kochankiem! – krzyknęła wzburzona.
    Vincente de Riano gwałtownie wciągnął powietrze i na chwilę zastygł w bezruchu, potem ruszył z miejsca z prędkością odrzutowego samolotu.
    Jechali w kompletnym milczeniu. Rachel, oszołomiona prędkością, kurczowo przytrzymywała się fotela. Ku jej ogromnej uldze, gdy dojechali do zatłoczonego centrum, Vincente nieco zwolnił.
    – Choć nie pochwalam taktyki twojego amanta – podjął po dłuższym milczeniu – domyślam się, że zwolnił cię z pracy, abyś w spokoju przemyślała sytuację i wróciła do rozumu. Domyślam się również, iż wyjechałaś z Nowego Jorku, nie dając mu szans na wyjaśnienie czegokolwiek.
    – Jesteś po prostu geniuszem domyślności – zakpiła. – Kilka zdań konwersacji telefonicznej, a znasz już wszystkie fakty i wyciągasz daleko idące wnioski. Gratuluję! Och, Carmen miała rację… – westchnęła ciężko. – Jesteś po prostu niemożliwy!
    Niespodziewanie chwycił jej dłoń i ścisnął tak mocno, iż powstrzymał drżenie jej palców. Była przekonana, że jeśli spróbuje się wyrywać, Vincente zwiększy siłę uścisku.
    – W moim kraju pierścionek zaręczynowy nie jest potrzebny, żeby…
    – Nie mówimy o twoim kraju! – przerwała mu. Gwałtownie cofnęła rękę, zbyt wzburzona, by znieść delikatną pieszczotę jego dłoni. – Owszem – podjęła – był taki czas, kiedy rozważałam ewentualność wyjścia za niego za mąż, ale…
    – Ale stanął temu na przeszkodzie niepokój o brata, czyż nie? Teraz jednak, gdy Brian się odnalazł, nic już nie stoi na przeszkodzie twemu szczęściu.
    Roześmiała się gorzko.
    – A teraz proszę mnie wypuścić z samochodu – zażądała, gdy zatrzymali się przed wysokim hotelem.
    Po chwili pełnej napięcia ciszy usłyszała trzask odpinanego pasa bezpieczeństwa. Była wolna – i była to ostatnia rzecz, której pragnęła. Opanowała się jednak i powiedziała z godnością:
    – Możesz wierzyć lub nie, ale zawsze będę ci wdzięczna za to, że przebaczyłeś Brianowi i zaakceptowałeś go jako męża Carmen. Adieu, senor!

Rozdział dziesiąty

    – Czy to oznacza, że wszystko skończone?
    Rachel z niezmąconym spokojem patrzyła Stephenowi prosto w twarz. Dzielił ich niewielki stolik hotelowej restauracji, gdzie usiedli obok kępy daktylowych palm dekorujących salę.
    Stephen wyglądał jak rasowy turysta. Jeden z wielu przystojnych jasnowłosych Amerykanów zwiedzających Hiszpanię. Czuła do niego mniej niż nic.
    Pojawił się kelner, żeby przyjąć zamówienie. Gdy już odszedł, odezwała się lekko ściszonym głosem:
    – Liz ostrzegała mnie, że możesz pojawić się w Hiszpanii… Ale nie wierzyłam jej i naprawdę wolałabym, abyś tu się nie zjawił. Widzisz – zająknęła się – podczas pobytu w Hiszpanii odkryłam coś niezwykle istotnego: to mianowicie, iż nie jestem w tobie zakochana.
    Potrząsnął głową w odwiecznym geście niedowierzania.
    – Nie przyjmuję tego do wiadomości! – odrzekł z uporem.
    – Będziesz jednak musiał – odparowała. – Możesz wierzyć lub nie, ale przebaczam ci wszystko, co się wydarzyło. Spędziliśmy razem wiele radosnych chwil i zawsze będę ci wdzięczna za wsparcie po śmierci matki, szczególnie wtedy, gdy umierałam z niepokoju o Briana. Stephen, musisz sam przed sobą przyznać, że ty również mnie nie kochasz. – Podniosła rękę w wymownym geście, gdy zaczął protestować. – Jeśli naprawdę się kogoś kocha – wyjaśniła – to nie można długo skrywać swoich uczuć. Nie można również jednocześnie pragnąć kogoś innego…
    Odwróciła oczy, aby nie wyczytał z nich prawdy o pewnym fascynującym mężczyźnie, który przesłonił jej świat.
    Stephen milczał tak długo, że zerknęła nań w końcu zaniepokojona. Napotkała jego badawczy, oskarżycielski wzrok.
    – Czy chcesz mi powiedzieć, że właśnie spotkałaś mężczyznę, którego naprawdę pragniesz? – spytał.
    Mogła przez chwilę zebrać myśli, pojawił się bowiem kelner z kawą i chrupiącymi bułeczkami. Gdy kelner się oddalił, upiła łyk kawy i powiedziała, ostrożnie dobierając słowa:
    – Chcę ci jedynie wytłumaczyć, że moje uczucia do ciebie nigdy nie były dość silne, bym zdecydowała się pójść z tobą do łóżka. Ty zaś nie kochałeś mnie naprawdę, skoro nie potrafiłeś pozostać mi wierny… Obydwoje mamy jeszcze szansę odnalezienia prawdziwego szczęścia.
    – Spotkałaś kogoś! – zawyrokował. – Przyznaj, że zakochałaś się w kimś innym! – Jego głos brzmiał histerycznie.
    – To bez znaczenia… – powiedziała z żalem. Och, co za nieszczęście, iż jedyny mężczyzna, który mógłby uczynić ją szczęśliwą, był dla niej nieosiągalny! – Zamierzam niedługo wrócić do Stanów – podjęła z pozornym spokojem, choć serce jej rozdzierał ból. – Poszukam sobie pracy… Nie będzie to już jednak opieka nad dziećmi, więc nie będę potrzebowała od ciebie referencji.
    Zajmując się Luisą, Rachel doszła do wniosku, że jedynym dzieckiem, którym naprawdę pragnęła się opiekować, byłoby teraz już tylko jej własne dziecko – dziecko jej i Vincente! Ale skoro to w ogóle nie było możliwe, postanowiła poszukać sobie pracy w całkiem innej dziedzinie… Może wróci do szkoły, by uzupełnić swoje wykształcenie? Tak, będzie uczyć się i pracować! Uczyni wszystko, byle tylko zapomnieć o pewnym władczym i dumnym Hiszpanie.
    Na policzkach Stephena nieoczekiwanie pojawiły się rumieńce gniewu.
    – To ten łajdak de Riano, prawda? – W mgnieniu oka pozbył się resztek ogłady. – Ten arogancki bubek, z którym rozmawiałem przez telefon! Och, jestem przekonany, iż wcale cię nie musiał błagać, byś poszła z nim do łóżka!
    Na końcu języka miała kąśliwą uwagę, że również wokół niego kręciły się kobiety i żadnej – oprócz niej samej – nie musiał o to błagać, ale wstrzymała potok gorących słów, by nie rozjątrzać sporu.
    – Myślę, że powiedziałeś już za dużo – rzekła z godnością, odstawiła filiżankę z kawą i wstała.
    Gdyby podjęła rękawicę, z pewnością doszłoby do gorszącej sceny, Stephen bowiem nie znosił najmniejszej krytyki i musiałby się odciąć z nawiązką. Podobnie zachowywał się w pracy; gdy nie udawało mu się osiągnąć celu, mścił się. Czy była wówczas ślepa, czy też po prostu przymykała oczy na nieprzyjemne cechy jego charakteru?
    – Dokąd idziesz? – warknął niezadowolony.
    – To już nie twoja sprawa, Stephen. Do widzenia!
    Z uczuciem ogromnej ulgi, że tę przykrą rozmowę ma już za sobą, prawie biegiem opuściła hotel i natychmiast wskoczyła do taksówki.
    W domu okazało się, iż Carmen oczekuje jej z wielką niecierpliwością.
    – Rachel! – zawołała z ożywieniem, mocno przytulając ją do siebie. – Jakże się cieszę, że jednak cię widzę!
    – Carmen, co się stało? – Rachel spojrzała na nią lekko zmieszana.
    – Och, to wszystko z powodu tej kartki od wuja Vincente. Napisał, iż udałaś się na spotkanie ze swym narzeczonym, i stwierdził, że prawdopodobnie już do nas nie wrócisz, ponieważ wyjeżdżasz z nim do Nowego Jorku. Sharom powiedziała, iż wujek wpadł we wściekłość po telefonie twojego narzeczonego, i że cała służba schodziła mu z drogi. A potem nagle wypadł z domu jak furiat.
    Och, po co wypisywał te wierutne bzdury! – Rachel zżymała się w duchu.
    – Carmen – powiedziała uspokajającym tonem – znasz przecież swego wuja i dobrze wiesz, że ma tendencje do wyciągania pochopnych wniosków, zanim jeszcze pozna całą prawdę. To prawda, że Stephen przyjechał, aby się ze mną zobaczyć, ale teraz jest już na lotnisku i czeka na samolot do Nowego Jorku. Między nami wszystko skończone.
    – Z powodu wujka, czyż nie? – Czarne oczy Rachel przeszywały Rachel na wylot. – Kochasz go – oświadczyła z mocą, – Wiem, że go kochasz.
    Rachel z wrażenia przestała oddychać. Czyżby Brian…
    – Brian przysiągł mi, że dochowa tajemnicy – powiedziała jakby sama do siebie.
    – Uspokój się, on nie pisnął ani słowa.
    – W takim razie miłość muszę mieć wypisaną na twarzy – uśmiechnęła się gorzko.
    – Tylko jeden wujek tego nie zauważa – Carmen westchnęła. – Wyobraź sobie, że on jest szalony z zazdrości o ciebie.
    – To niemożliwe… Och, Carmen, to niemożliwe! On przecież nadal opłakuje swą żonę.
    Carmen zmarszczyła swe delikatnie zarysowane brwi.
    – Skąd ci to przyszło do głowy?
    – Hernando Vasquez powiedział mi o tym tego wieczoru, kiedy byliśmy w Malagenii – wyznała Rachel.
    – Hernando, jak większość mężczyzn, nie grzeszy zbytnią spostrzegawczością. Jeśli wujek byłby w żałobie, czy naprawdę sądzisz, że mógłby ciebie uwodzić? A przecież wysłał mnie do Cordoby tylko po to, by mieć cię wyłącznie dla siebie.
    – O czym ty mówisz? – Rachel z niedowierzaniem zamrugała powiekami.
    – Posłuchaj, Rachel… Podejrzewam, że wujek doskonale wiedział, iż znam miejsce kryjówki Briana. Oczywiście, nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Ale dopiero wówczas pozwolił mi połączyć się z mężem, gdy jakimś cudownym zrządzeniem losu pojawiłaś się w naszym domu. Francuzi nazywają takie uczucie coup defoudre. Miłość od pierwszego wejrzenia. To samo przytrafiło się Brianowi i mnie… – Carmen zamyśliła się na chwilę, a potem podjęła z namysłem: – Powinnaś jeszcze o czymś wiedzieć, Rachel…
    Rachel słuchała z walącym sercem; chciwie łowiła każde słowo, a jednocześnie bała siew to wszystko uwierzyć.
    – Małżeństwo wujka nie było następstwem spontanicznego uczucia… Zostało zaaranżowane z góry przez obie rodziny. Wujek bardzo lubił i szanował Leonorę, ale nie była jego wielką, prawdziwą miłością. Na pewno nie odczuwał takiej miłości, jaką teraz darzy ciebie… Och, on po prostu pożera cię oczami, gdy tego nie widzisz. Gdybyś w takiej chwili na niego spojrzała, może zrozumiałabyś potęgę jego uczuć! Rachel, pojedź do niego! To najwspanialszy mężczyzna na świecie! – I dodała drżącym głosem: – Wujek tak rozpaczliwie potrzebuje miłości i zasługuje na miłość takiej kobiety jak ty.
    – A jeśli się mylisz? – Rachel wpatrywała się w Carmen z napięciem. – A jeśli to wszystko nieprawda?
    – Nie mylę się i dobrze o tym wiesz.
    Czyżby Carmen czytała w jej myślach? Nerwowo zwilżając wargi, Rachel szepnęła:
    – Zawieziecie mnie dziś wieczór do Araceny?
    Carmen objęła ją i uściskała.
    – Jak tylko Brian pojawi się w drzwiach.

    Cykanie świerszczy mąciło przedwieczorną ciszę, gdy Rachel wysiadała z samochodu na tyłach willi seńora de Riano.
    Słońce już dawno schowało się za górami, pozostawiając na niebie krwawą łunę. Podchodząc do drzwi wejściowych, Rachel z lubością chłonęła ciepłe, parne powietrze przesycone oszałamiającym zmysły zapachem róż i kapryfolium.
    Brian nie pozostawił jej drogi odwrotu. Gdy tylko wysiadła z samochodu i zatrzasnęła za sobą drzwi, wycofał wóz z podjazdu i zawrócił z powrotem na drogę do Sewilli. Została więc zdana na łaskę i niełaskę gospodarza. Przez chwilę stała niepewnie przed domem, kurczowo ściskając w ręce neseser, jakby to była jej ostatnia deska ratunku, nim wreszcie skierowała kroki na tylne patio.
    Wszędzie mogła niespodziewanie natknąć się na gospodarza, więc z duszą na ramieniu poruszała się bardzo ostrożnie. Wokół nie było jednak żywego ducha; cały dom wydawał się kompletnie opuszczony.
    Posługując się kluczem, który dostała od Carmen, otworzyła tylne drzwi i wślizgnęła się do środka. I tu również powitała ją złowróżbna cisza.
    Być może dał służbie wolny wieczór, myślała. A jeżeli w ogóle nie ma go w domu? Tego nie przewidziała. Powinna sprawdzić w garażu, czy jest jego samochód, nim pozwoliła Carmen i Brianowi odjechać.
    Wiedziona instynktem podążyła przez mroczny hol w kierunku jego sypialni. Na chwilę wstrzymała oddech, widząc skośną smugę światła wypełzającą spod drzwi. A więc był tutaj.
    Na palcach podeszła do uchylonych drzwi i zajrzała do środka. Vincente de Riano, w spodniach od garnituru, w którym widziała go w muzeum, i w rozchełstanej koszuli, która odsłaniała ciemny, gęsty zarost na jego piersiach, stał, pochylając się nad tapczanem. Dopiero po chwili zauważyła, że leży tam otwarta walizka. A zatem pakował się… Ciekawe, dokąd się wybierał o tak późnej porze?
    – Przepraszam… – powiedziała cicho, nagle przerażona własną śmiałością.
    Burknął coś pod nosem w odpowiedzi, wyraźnie zły, że mu przeszkodzono. Nadal wyjmował rzeczy z szafy, w ogóle nie patrząc w stronę drzwi.
    Rachel uświadomiła sobie, iż wziął ją za jedną z pokojówek. Postawiła więc neseser na podłodze i weszła głębiej do pokoju, zamykając za sobą drzwi. Trzask zamka musiał go zaintrygować, bo nagle odwrócił głowę. I wówczas jego z natury smagła twarz nabrała barwy popiołu. Zrobił się tak samo blady jak wtedy, gdy stracił przytomność. Przenikliwie patrzył na Rachel ciemnymi oczami, ale nie pojawił się w nich błysk radości. To spojrzenie ją zmroziło, zatrzymało u progu drzwi. Czekała w napięciu na jego słowa i zdawało jej się, że minęła wieczność, nim się wreszcie odezwał.
    – Przypuszczam, że sprowadza cię tu jakiś niezwykle ważny powód, skoro zdecydowałaś się na tak desperacki krok i po raz wtóry przekroczyłaś próg mojej sypialni – powiedział oschłym, nieprzyjaznym tonem. – Powiedz zatem, co masz mi do powiedzenia, i, proszę cię, odejdź!
    W tych słowach czaiło się okrucieństwo, jakaś mroczna, złowroga obojętność, która ją przerażała. Było jednak już za późno na ucieczkę. Musiała przemówić.
    – Teraz… teraz, kiedy odnaleźliśmy się z Brianem – powiedziała niepewnie – nie chcemy ponownie się rozstawać. Postanowiłam więc pozostać dłużej w Hiszpanii… – Przyglądała się jego twarzy, wypatrywała w niej jakiegoś wzruszenia, błysku nadziei, ale widziała tylko surowe, posągowe rysy, jakby wykute w granicie, i ani śladu ożywienia. – Problem polega na tym – ciągnęła zdesperowana – że nie chciałabym zbytnio przeszkadzać Carmen i Brianowi… Oni właściwie są dopiero po ślubie… Pomyślałam więc, czy nie mogłabym wynająć tutaj pokoju…
    Udało jej się oszołomić go tym wyjaśnieniem. Popatrzył na nią z pewnym zainteresowaniem.
    – Cóż, zaledwie pięć godzin temu pozostawiłem cię z mężczyzną, który przyleciał tu po ciebie aż zza Atlantyku!
    – Cztery godziny i dwadzieścia minut temu – wpadła mu w słowo – oznajmiłam mu, że go nie kocham i pożegnałam się z nim, mam nadzieję, na zawsze. Przypuszczam, iż jest teraz w drodze powrotnej do Nowego Jorku.
    – Proszę, tylko nie okłamuj mnie, Rachel. – Zacisnął dłonie w pięści i włożył je do kieszeni spodni.
    – Być może nie powiedziałam całej prawdy, ale też nigdy cię nie okłamałam.
    Przez chwilę milczał, jakby rozważając prawdziwość jej słów, a potem zadał pytanie, którego zupełnie nie oczekiwała.
    – Jak się tu dostałaś?
    – Brian i Carmen mnie przywieźli – powiedziała. – Carmen dała mi klucz.
    Bezwiednie pogładził dłonią po karku; ten gest zakłopotania w dziwny sposób ją rozczulił.
    – Gdzie oni teraz są? – zapytał.
    – Przypuszczam, że w drodze powrotnej do Sewilli… Przykro mi, że ci przeszkadzam. Widzę, iż szykujesz się do drogi?
    – Jeśli nie byłaś w nim zakochana, to dlaczego ode uciekłaś?
    Gwałtowność tego pytania ją zaskoczyła, ale były to pierwsze słowa, które dały jej promyk nadziei.
    – Po prostu… bałam się.
    – Kogo się bałaś? Swojego poprzedniego kochanka?
    Potrząsnęła głową, ale on jakby w ogóle jej nie słuchał. Zbliżył się do niej o krok i rzucił ze złością:
    – Czy on cię źle potraktował? Skrzywdził cię?
    – Nie.
    – Powiedz mi prawdę, Rachel! – Pierś mu falowała ze wzburzenia. – Pragnąłem cię tak bardzo, że wtedy, gdy pojechaliśmy na konną przejażdżkę, właściwie zmusiłem cię, byś mnie dotknęła – powiedział, nie kryjąc rozdrażnienia. – Czy to on jest przyczyną, dla której nigdy nie chciałaś mnie dotknąć? Odpowiedz, Rachel!
    – Nie! – zaprzeczyła z pasją. – Nic nie rozumiesz! Stephen nigdy nie był moim kochankiem.
    Vincente de Riano gwałtownie wciągnął powietrze.
    – Powiedz to jeszcze raz.
    Skrzyżowała ręce na piersiach w obronnym geście.
    – Nigdy nie spałam z żadnym mężczyzną – wyznała.
    Patrzył na nią przez czas dłuższy w skupieniu. Potem energicznie potrząsnął głową.
    – Czy naprawdę podejrzewasz, że kiedykolwiek mógłbym cię zranić? – spytał z niedowierzaniem.
    – Fizycznie z pewnością nie – odparła drżącym głosem i od razu zorientowała się, że źle postąpiła.
    – Dios! – Jak człowiek oszalały z rozpaczy przesunął ręką po włosach. – Co to, na Boga, oznacza?
    Teraz albo nigdy. Musiała mu to powiedzieć.
    – Chociaż nie mam doświadczenia, nie jestem naiwna… Dla większości mężczyzn seks nie ma nic wspólnego z miłością, z prawdziwym uczuciem… To tylko chwilowe zaspokojenie pragnień… raz z jedną kobietą, raz z drugą…
    Jego przystojna twarz przybrała poważny wyraz.
    – Widzę, że twój ojciec wycisnął na twej psychice niezatarte piętno.
    – Owszem, skrzywdził moją matkę. Ale myślę, że to jednak ty dałeś mi najboleśniejszą życiową lekcję.
    – Wyjaśnij mi to, proszę – powiedział takim tonem, jakby przygotowywał się do pojedynku na śmierć i życie.
    – Nigdy nie zaprosiłeś mnie do swej sypialni, czyż nie?
    Nie odpowiedział. Patrzył na nią, jakby nie całkiem wierzył w to, co widzi i słyszy.
    – Dziwne – ciągnęła – że mężczyzna, który od innych wymaga absolutnej uczciwości, ma tyle problemów, żeby być uczciwym wobec samego siebie. Pomogę ci więc…
    Niebezpieczny błysk w jego oczach powinien ją ostrzec, przywołać do porządku, ona jednak, nie zważając na nic, brnęła dalej.
    – Musisz przyznać, że odczuwałeś samotność i cierpienie po śmierci żony… Tęskniłeś za nią. W nocy, gdy nieoczekiwanie pojawiłam się w twym pokoju, na chwilę straciłeś ostrość widzenia, na chwilę jawa pomieszała ci się ze snem… A ja tam właśnie byłam, blisko ciebie… Odpowiedni materiał zastępczy na kilka godzin. Być może nawet na dłużej, na czas mego pobytu w twoim domu… – Uniosła do góry rękę w geście protestu, gdy chciał się do niej zbliżyć. – Być może niektóre kobiety byłyby szczęśliwe w takich okolicznościach, może nawet uważałyby, że zaznały szczególnej łaski… Ale ja do nich nie należę! – Głos jej załamał się, traciła nad nim panowanie. – Ja jestem… zachłanna. Pragnę od razu wszystkiego… i to na zawsze!
    – Rachel…
    – Pozwól mi dokończyć… Nigdy nie wiedziałam, czym jest pożądanie, póki nie poznałam ciebie. I pragnęłam cię od pierwszej chwili. Teraz rozumiem, że to samo musiała czuć Carmen, gdy poznała mego brata. I rozumiem, dlaczego potrafiła nawet tobie się przeciwstawić, żeby zaspokoić pragnienie swego serca.
    Powiedział coś po hiszpańsku, czego nie zrozumiała, ponieważ była zbyt pochłonięta, zbyt przytłoczona własnymi emocjami.
    – W moim życiu nikt z tobą nie może się równać, Vincente – wyznała. – I nigdy nie będzie mógł. Dlatego nie potrafiłam znieść myśli, iż będę dla ciebie tylko pocieszycielką na jedną noc, że szybko o mnie zapomnisz… To by mnie zabiło. I właśnie z tego powodu uciekłam. – Podniosła na niego oczy płonące miłością i tęsknotą. – Czy wiesz, że byłam o ciebie szaleńczo zazdrosna? I zazdrościłam nawet Carmen, że w każdej chwili może zarzucić ci ręce na szyję i powiedzieć, jak bardzo cię kocha. Wszyscy cię kochają, Vincente. Ale nikt nigdy nie pokocha cię tak mocno jak ja. Nikt. – To z głębi serca płynące wyznanie zawisło w pełnej napięcia ciszy. – Kocham cię aż do bólu, Vincente! – powtórzyła.
    – W takim razie porozmawiajmy o cierpieniu… O bólu, zgoda? – odparł głosem pełnym wzruszenia. – Przypomnij sobie, jak mówiłaś, iż mnie nienawidzisz, że jestem okazem nie z tej epoki. Przypomnij sobie swe rozczarowanie, gdy okazało się, iż to nie Brian, tylko ja jechałem za tobą z Carmony! Czy mam wyliczyć wszystkie rany, które mi zadał twój ostry języczek? Rany, które przeraźliwie bolały i długo krwawiły?
    Nagle podszedł do niej, chwycił ją w ramiona. Słyszała teraz mocne bicie jego serca; twarz miała wtuloną w jego szyję. Czuła, jak jego potężnym ciałem wstrząsają emocje – i wprost nie mogła uwierzyć, że oto jej ukochany, nieosiągalny Vincente trzymają naprawdę w ramionach. Przytuliła się doń jeszcze mocniej.
    – Wiesz teraz, że było całkiem inaczej… – szepnęła czule. – Wcale nie chciałam cię zranić.
    – Ale wymierzyłaś mi ostateczny cios, gdy przerażona uciekłaś z mego łóżka – powiedział z żalem. – Uciekałaś w takim popłochu, jakby goniło cię dzikie zwierzę. Dios!
    – Bo nie usłyszałam od ciebie tego, co najbardziej pragnęłam usłyszeć – wtrąciła.
    – Chodzi ci o wyznanie miłości, prawda? Widzisz „kocham” to bardzo mocne słowo. Wy, Amerykanie, szafujecie nim bez opamiętania. Określa ono wiele uczuć, począwszy od zainteresowania koszykówką, aż po słabość do szarlotki. My, Hiszpanie, rezerwujemy to szczególne słowo na specjalną okazję. Na tę chwilę, gdy spotykamy swą drugą połowę. Cóż, dla wielu ludzi, pozbawionych szczęścia, ta chwila nigdy nie nadchodzi… – urwał w zamyśleniu.
    – A więc Hernando miał rację – westchnęła z rozpaczą.
    – Hernando? – Uniósł głowę, wtuloną w jej włosy. – Co on ma z tym wspólnego?
    – Powiedział… że twoje serce umarło wraz z Leonorą…
    – Posłuchaj mnie, Rachel – przerwał jej bez wahania. – Bardzo lubiłem Leonorę i byłem do niej szczerze przywiązany. Nasze rodziny żyły w bliskiej przyjaźni od pokoleń i nasze małżeństwo zostało zaplanowane na długo przed tym, nim sami się na nie zdecydowaliśmy, uważając, że przyjaźń, która nas łączy, wystarczy, by założyć rodzinę i spędzić wspólnie życie.
    – A więc nigdy dotąd nie byłeś naprawdę zakochany? – wybuchła Rachel, nie mogąc dłużej wytrzymać w milczeniu.
    – Tego nie powiedziałem… – odrzekł z przekornym uśmiechem.
    – Jest więc inna kobieta? – Głos jej załamał się z emocji.
    – Tak, mój mały głuptasku. Trzymam ją właśnie w swych ramionach. – Wycisnął na jej ustach krótki, namiętny pocałunek, a potem podjął bardzo poważnym tonem: – Przysięgam, że tego, co teraz mówię, nigdy nie powiedziałem innej kobiecie. Powiem ci to teraz w twoim ojczystym języku, a potem będę powtarzał w swoim własnym przez resztę życia… – Przytulił ją mocniej. – Kocham cię, Rachel Ellis – rzekł z niezwykłą siłą i pasją. – Kocham twe wierne serce i twą czystą, niewinną duszę. Pokochałem cię od pierwszej chwili, gdy cię ujrzałem, i od tego momentu zapragnąłem całować twe piękne fiołkowe oczy, które pociemniały gniewem, gdy źle wspomniałem o Brianie… i twe złote włosy, które błyszczały w promieniach słońca… Zapragnąłem wziąć cię w ramiona i…
    – A ja tak bardzo pragnęłam się w nich znaleźć – wyszeptała prosto w jego usta, które dotknęły właśnie jej warg. A gdy po długim pocałunku pozwolił jej wreszcie zaczerpnąć powietrza, dodała: – W chwili, gdy zobaczyłam, jak przytulasz Luisę, zapragnęłam dać ci własne dziecko, Vincente.
    – Rachel! – zawołał wzruszony.
    Zamknęła mu usta pocałunkiem.
    – Pragnęłam dać ci dziecko, które mogłoby zaznać twej miłości i dobroci… Pragnęłam zostać twą żoną i móc dotykać cię i całować, gdy tylko przyjdzie mi na to ochota. Och, nigdy się nie dowiesz, ile wycierpiałam, myśląc, że nigdy nie będziesz mógł mnie pokochać!
    Potrząsnął energicznie głową.
    – Czy wiesz, że właśnie przygotowywałem się do podróży do Nowego Jorku? Chciałem cię odszukać i zaproponować małżeństwo ze mną… A jeślibyś się nie zgodziła, planowałem cię porwać. Uwierz, że zrobiłbym to! – przysiągł gwałtownie.
    Nagle, nim zdążyła się zorientować, niósł ją na rękach w kierunku drzwi.
    – Dokąd mnie teraz porywasz? – zażartowała.
    – Biegnę zadzwonić do przeora! Za godzinę zostaniesz panią de Riano. Moją uwielbianą żoną! – Pochylił ku niej głowę, a jego oczy pociemniały z pożądania. – A kiedy już złożymy na ołtarzu wszystkie przysięgi, natychmiast zabiorę cię do swojego łóżka. Naciesz się światłem dnia, pequena, bo długo nie będziesz go oglądać!
    – Gdyby dziś wieczór Carmen nie powiedziała mi, że mnie kochasz… – podjęła Rachel tonem zadumy.
    – Carmen jest bardzo inteligentną dziewczyną – odrzekł. – Domyśliła się od razu, co dzieje się między nami, i celowo zabrała cię do Sewilli, żeby zostawić mnie samego. Wiedziała, iż po twoim wyjeździe odczuję bezbrzeżną pustkę, i że pustka ta stanie sienie do zniesienia. Wiedziała, iż wówczas uświadomię sobie, jak bardzo cię pragnę i potrzebuję.
    – Uwielbiam cię, Vincente – powtórzyła po raz nie wiadomo który. – Jestem w tobie tak bardzo zakochana, że boję się, iż jesteś jedynie wytworem mej wyobraźni. Boję się, że za chwilę znikniesz jak złoty sen. – Uścisnęła go mocniej, jakby chcąc się upewnić, iż istnieje naprawdę. – Nie mogłabym już żyć bez ciebie!
    – Pojedźmy więc szybko do przeora i wypowiedzmy nasze przysięgi przed Bogiem!
    – Ale jest bardzo późno, Vincente – zaoponowała.
    – Przeor z pewnością już przywykł do szaleńczych zachowań rodziny de Riano. Carmen i Brianowi udzielił ślubu w środku nocy. Myślę, że i nasze nocne odwiedziny nie wywołają w klasztorze szoku.
    Oczy Rachel zaszły mgłą.
    – Jestem tak bardzo szczęśliwa – szepnęła.
    – Ale ostrzegam cię, Rachel. – Nagle twarz mu spochmurniała. – Ostrzegam, że nigdy nie pozwolę ci odejść. Więc jeśli jutro rano zmienisz zdanie i spróbujesz ucieczki, zatrzymam cię siłą.
    Ujęła w dłonie jego ciemną twarz i popatrzyła nań z odrobiną irytacji.
    – Widzę, że nadal niczego nie kapujesz – powiedziała żartobliwym tonem.
    – Nie kapujesz? – zmarszczył brwi. – Co chcesz przez to powiedzieć? Co masz na myśli? Nie bardzo rozumiem…
    Popatrzyła na niego z rozczuleniem. Jakkolwiek doskonale władał angielskim, było oczywiste, że nie mógł znać wszystkich idiomów i wyrażeń potocznych.
    – Powinniśmy najpierw wziąć ślub – odrzekła. – A kiedy już zostanę twoją żoną, będę w dzień i w nocy tłumaczyć ci, co mam na myśli. – Posłała mu prowokacyjny uśmiech. – Być może, gdy nasze pierwsze dziecko będzie w drodze, mój najdroższy, ukochany mąż – pocałowała go w policzek – zacznie wreszcie wszystko rozumieć.

REBECCA WINTERS


***

Top.Mail.Ru