Скачать fb2
Wigilijna opowieść

Wigilijna opowieść

Аннотация

    Dawno temu, w piękny wigilijny wieczór Ben wręczył Dan zaręczynowy pierścionek. Od tej pory nie zobaczyła go więcej, a w każde kolejne święta przeżywała na nowo koszmar sprzed lat. Czy tak będzie tym razem?


Lucy Gordon Wigilijna opowieść

    Przełożył Michał Tober

Pollo Con Salsa D’uovo

    (Kurczak w sosie jajeczno-cytrynowym)

    To jeden z ulubionych przepisów mojego męża. Prezentuję go tutaj, mimo ze nie jest wyłącznie świąteczny.

    4 porcje kurczaka
    sól i pieprz
    3 łyżki stołowe oliwy z oliwek
    30 gramów masła
    1 zmiażdżony ząbek czosnku
    30 gramów mąki
    1/4 litra bulionu z kury listek laurowy tymianek
    2 żółtka
    1 łyżka stołowa soku z cytryny
    posiekana pietruszka
    plasterki cytryny

    Przyprawić kurczaka solą i pieprzem. Rozgrzać olej, masło i czosnek na patelni, smażyć kurczaka na wolnym ogniu przez około 12 minut aż się zrumieni. Zdjąć z patelni i odstawić. Zlać także tłuszcz z wyjątkiem 2 łyżek stołowych.
    Dodać mąkę i smażyć przez minutę, energicznie mieszając. Wlać bulion i zagotować, nie przerywając mieszania. Włożyć kurczaka na patelnię, dodać listek laurowy, tymianek i dusić pod przykryciem przez 30 minut aż zmięknie.
    Położyć kurczaka na talerzu. Z sosu wyciągnąć zioła i wyrzucić. Wymieszać żółtka z sokiem z cytryny i z trzema łyżkami sosu. Wlać na patelnię i podgrzać łagodnie, aż zgęstnieje. Nie gotować. Mięso polać sosem i przybrać pietruszką oraz plasterkami cytryny.
    Porcja dla 4 osób.

Rozdział pierwszy

    Dawn spojrzała w niebo na ciężkie chmury. Zastanawiała się, czy śnieg zdąży spaść jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia. Nie wiedziała, czy ma się cieszyć, czy też smucić. Dusza dziecka, wciąż pełna entuzjazmu, mimo że Dawn miała już dwadzieścia siedem lat, powtarzała, że święta bez śniegu nie są prawdziwymi świętami. Rozsądek weterynarza podpowiadał natomiast, że zapewne nie raz będzie trzeba wyjechać w teren i śnieg może oznaczać jedynie kłopoty. Dusza dziecka zwyciężyła.
    Wsiadła do swojego starego samochodu i pojechała z powrotem do Hollowdale, gdzie była najmłodszym z trojga weterynarzy w małej wiejskiej przychodni dla zwierząt. Mieszkała tam już od ponad roku i była zachwycona nieco staroświecką atmosferą miejsca, w którym kultywowano i honorowano uświęcone przez lata tradycje.
    Minęło trochę czasu, zanim została zaakceptowana przez wioskową społeczność. Jack i Harry, wspólnicy-weterynarze, przestrzegali ją przed trudnościami wiejskiego życia i prący ze zwierzętami hodowlanymi, lecz dali odważnej kobiecie szansę.
    Trudniej było przekonać farmerów. Młoda kobieta o szczupłej, eleganckiej sylwetce, lśniących ciemnych włosach i dużych brązowych oczach nie była według nich najlepszym kandydatem na lekarza ciężkich byków. Ale Dawn miała o wiele więcej sił, niż można by się tego spodziewać po jej budowie i udowodniła, że potrafi radzić sobie ze wszystkim. Oddanie dla zwierząt, troska i gotowość niesienia pomocy nawet w najcięższych warunkach zaskarbiły jej w Hollowdale powszechne uznanie. Już po kilku tygodniach czulą się tak, jakby żyła w wiosce od urodzenia.
    Wracając, przejeżdżała obok Hollowdale Grange, ogromnego domostwa, które od stuleci stanowiło centrum wiejskich uroczystości. Kolędnicy, którzy schodzili się tam wieczorami, wyśpiewywali dla Squire'a Davisa, który częstował ich gorącymi napojami i rozdawał cenne prezenty. Co roku urządzał także świąteczny bal dla niepełnosprawnych dzieci, tak jak czynili to jego przodkowie. Squire Davis zmarł jednak kilka miesięcy temu, nie pozostawiając spadkobiercy. Dom zamknięto i stał tak nie zamieszkany przez całe lato i jesień.
    Nagle Dawn zauważyła coś niezwykle interesującego. Nacisnęła gwałtownie hamulec i odwróciła się. W Grange paliły się światła. Przed drzwiami stała ciężarówka, a tragarze wnosili meble. Uśmiechnęła się do siebie i pojechała dalej.
    Harry, młodszy wspólnik, wszedł, kiedy robiła notatki. Był młodym mężczyzną o miłej twarzy i oczach pełnych ciepła. Często flirtowali ze sobą żartobliwie, ale Dawn nigdy nie pozwoliła, aby posunął się dalej, chociaż doskonale wiedziała, że Harry ma na to ogromną ochotę.
    – Słyszałem od Jacka, że masz zamiar pracować w święta – powiedział tonem pełnym oburzenia. – Naprawdę chcesz to zrobić?
    – Ktoś przecież musi – wyjaśniła. – Zwierzęta mają to do siebie, że chorują także w święta i w wiosce musi być weterynarz gotowy na każde wezwanie.
    – Oczywiście, ale dlaczego znowu masz to być ty? Zgodziłaś się wziąć dyżur w ubiegłym roku, a to było twoje pierwsze Boże Narodzenie w Hollowdale, jeśli dobrze sobie przypominam.
    – Harry, to naprawdę bez znaczenia – zapewniła go spokojnie. – Jack ma żonę i dzieci, a ty powinieneś odwiedzić rodzinę brata. Twoi mali bratankowie liczą na wujka Harry'ego.
    – Och, wpadnę do nich na chwilę, a potem przyjadę ci potowarzyszyć – powiedział z udawaną obojętnością.
    – Nie ma takiej potrzeby.
    – Nie sądzisz chyba, że przepuszczę okazję przebywania z tobą sam na sam? – zapytał prowokacyjnie.
    Roześmiała się łagodnie i wtedy ją pocałował. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, był już za drzwiami. Westchnęła. Lubiła Harry'ego. Był bardzo miły i opiekuńczy. Nie znalazła w nim jednak niczego ekscytującego, a na to nie można było, niestety, nic poradzić.
    Jak dotąd tylko jeden mężczyzna sprawił, że jej serce zaczęło bić szybciej. Ale właśnie on złamał to serce. Zdarzyło się to osiem lat temu. Osiem świąt Bożego Narodzenia… Każdej rozsądnej kobiecie wystarczyłoby, aby zapomnieć. Dawn także wystarczyło. Nie zakochała się już jednak nigdy potem, a święta straciły dla niej część swego dawnego czaru.
    Jack, starszy wspólnik, skończył właśnie poranny dyżur. Był krępym mężczyzną w średnim wieku i miał szeroką, pogodną twarz.
    – Ktoś wprowadza się dzisiaj do Grange – powiedziała Dawn. – Kiedy przejeżdżałam obok, widziałam ciężarówkę z meblami.
    Jack zmarszczył brwi.
    – Nie musisz mi o tym mówić – mruknął. – Miałem już sprzeczkę z nowym właścicielem i nie wyszedłem z niej zwycięsko.
    – Co się stało?
    – Odwiedziłem go rano, aby zapytać o bal dla dzieci. Wiem, że pozostały już tylko dwa dni do Wigilii, ale gdyby wszyscy zakasali rękawy, to zdążylibyśmy jeszcze na czas.
    – To znaczy, że on powiedział „nie”? – zapytała z niedowierzaniem.
    – To znaczy, że pokazał mi drzwi. „Żadnego przyjęcia. Ani w tym roku, ani za rok, nigdy! Proszę wyjść i nie wracać!” Taka mniej więcej była nasza rozmowa.
    – Ale bale w Grange stały się już legendą. Jeżeli on jest jednym /. Davisów, to z pewnością o tym wie.
    – On nic jest Davisem. Prawnicy znaleźli wreszcie spadkobiercę Squire'a, żyjącego gdzieś na drugim końcu świata. Gość zażądał, aby spieniężono majątek tak szybko, jak to tylko możliwe. Dom trafił w łapy pośredników, którzy nie wiedzieli nic o Hollowdale i jego tradycjach. Posiadłość kupił ten, kto zaoferował najwyższą cenę.
    – Czy ten mężczyzna ma żonę? Może z nią należałoby porozmawiać?
    – On nie jest żonaty, co zapewne oszczędziło jakiejś kobiecie wielu cierpień. Nie da się z nim rozmawiać. Jest twardy i nieustępliwy jak skała. Próbowałem wielu argumentów: że są święta, że dzieci będą niepocieszone. Mówiłem nawet wtedy, kiedy skierował mnie do drzwi. Tego człowieka nie obchodzą dzieci. Nie obchodzą święta. Chce, aby zostawić go w spokoju. Jest jak Scrooge z Opowieści wigilijnej Karola Dickensa. Miałem wrażenie, że potrząśnie laską i zawoła: „Głupstwo!”
    Dawn uśmiechnęła się lekko.
    – Okazało się jednak, że w głębi duszy Scrooge jest łagodny jak baranek – przypomniała.
    – Jeśli ktoś oczekuje od nowego właściciela Hollowdale Grange tego samego, gorzko się rozczaruje – mruknął Jack. – Poza tym dostało mi się od Harry'ego za to, że pozwoliłem ci pracować w święta. Może zbyt pośpiesznie przyjąłem twoją propozycję? Chciałabyś pojechać do domu?
    – Nie mam dokąd jechać – powiedziała szczerze. – Moi rodzice nie żyją i nie mam bliskiej rodziny. Niepotrzebnie się tym martwisz.
    – Ale jesteś zbyt młoda, żeby spędzać święta w samotności. To dobre dla takich gburów jak ten „Scrooge” z Grange. Powinnaś się spotkać z ukochaną osobą, umówić na randkę.
    Roześmiała się.
    – Wystarczą mi randki z chorymi krowami i świniami.
    Chociaż uśmiechała się i żartowała, to wyszła z pokoju wkrótce potem. Bała się, że Jack może odczytać z jej twarzy prawdziwe uczucia.
    Kiedyś przeżyła już święta z ukochanym, pełne obietnic wiecznego szczęścia i nadziei na przyszłość. Były to jednak także święta nie spełnionych marzeń, bólu i gorzkiego rozczarowania.
    Mężczyzna, który przez kilka cudownych tygodni był jej kochankiem i przyjacielem, pochodził z rodziny bogatych przemysłowców. Na imię miał… cóż, to bez znaczenia. Nigdy zresztą nie zwracała się do niego pierwszym imieniem, po tym jak poznała drugie. Chciał je ukryć. Wstydził się.
    – Ebenezer? – zawołała z zachwytem. – Ebenezer, tak jak Scrooge?
    – Tak, i przestań się śmiać. Nie mów o tym nikomu.
    Zachowała to w tajemnicy, ale skróciła Ebenezer do Ben i odtąd było to imię jej ukochanego. Opowieść wigilijna stała się ich ulubioną książką. Czytali ją sobie na głos. Dawn była wstrząśnięta sceną, w której narzeczona Scrooge'a zerwała zaręczyny, ponieważ nie wierzyła, aby naprawdę mógł kochać biedną dziewczynę.
    Ale Ben uspokoił ją.
    – W naszym związku nie ma strony biednej i bogatej. Scrooge był głupcem. Gdyby wiedział to, co ja wiem, nigdy nie pozwoliłby jej odejść.
    Ben ani trochę nie przypominał Scrooge'a. Był przystojnym, hojnym i niefrasobliwym dwudziestosiedmioletnim mężczyzną o chłopięcym wyrazie twarzy. Pod maską lekkoducha był jednak bardzo dojrzały. Niezwykle poważnie traktował zobowiązania rodzinne, co było dla Dawn jedynym zmartwieniem w tamtych cudownych dniach. Zapewniał ją nieustannie o swojej wierności i miłości, ale kiedyś w przypływie szczerości wyznał, że rodzice nakłaniają go do małżeństwa z Elizabeth, córką potężnego partnera w interesach.
    – Nie martw się – powiedział, patrząc na jej pobladłą twarz. – Zazwyczaj staram się nie martwić rodziców, ale tym razem będę musiał. Mam jednak nadzieję, że kiedy cię poznają, zmienią zdanie.
    – Jeśli wybrali już Elizabeth i liczą na połączenie dwóch doskonale prosperujących firm, to nie sądzę, aby ucieszyli się z biednej studentki pierwszego roku weterynarii – zauważyła z goryczą.
    – Na pewno cię polubią – odparł i wziął Dawn w ramiona.
    Drżała pod jego pocałunkami, które skutecznie uniemożliwiły jej racjonalne myślenie. Kiedy ponownie mogli porozmawiać, wsunął jej na palec pierścionek zaręczynowy.
    – Mam wrażenie, jakby wszystkie dotychczasowe święta Bożego Narodzenia były stracone, ponieważ cię nie znałem. Te są wspaniałe, a przyszłe będą jeszcze wspanialsze. Weźmiemy ślub i będziemy żyć długo i szczęśliwie.
    O tej chwili myślała z niechęcią. To, co przyszło potem, było niezwykle bolesne.
    Ben pojechał do domu w trzecim tygodniu grudnia z zamiarem opowiedzenia wszystkiego rodzicom. Plan przewidywał, że Dawn przyjedzie później, aby ich poznać. Przez całe święta czekała na jego telefon, ale nie zadzwonił. Kiedy wreszcie odezwał się po tygodniu, zaproponował dalszą zwłokę.
    – Daj mi trochę czasu. Jeszcze tylko kilka dni. Zadzwonię wkrótce.
    W głębi serca już wtedy znała prawdę. Ben był dobrym, lojalnym synem, który nie mógłby sprawić zawodu kochającym rodzicom. Prawdopodobnie uległ ich namowom i spotkał się z Elizabeth. Klamka zapadła. Dawn trzymała się jednak kurczowo ostatnich strzępków nadziei aż do momentu, kiedy zadzwonił po raz kolejny i powiedział, że będzie lepiej, jeśli już nigdy się nie spotkają.
    Nie obwiniała go, ale nie mogła mu wybaczyć tego, co zrobił potem. Ben, którego listy miłosne niegdyś tak ją poruszały, wysłał jej życzenia wszystkiego najlepszego i załączył pokaźny czek na pokrycie kosztów studiów. Po przeczytaniu tego listu prawie go znienawidziła. Ofiarowała mu przecież swoją pierwszą miłość… świeżą, młodą, z całego serca, a on okazał się tylko synkiem bogatego tatusia, który chce ją zwyczajnie spłacić.
    Zwróciła listownie pierścionek zaręczynowy i czek. W kilku krótkich zdaniach napisała, że wybacza mu, iż ją porzucił, ale nie może mu wybaczyć próby uspokojenia sumienia pieniędzmi.
    A życie toczyło się dalej.
    Kolejne lata przyniosły wiele miłych i szczęśliwych chwil. Zawsze była w czołówce studentów, a pełne ciepła usposobienie zapewniło jej wielu przyjaciół i adoratorów. Pracowała ciężko, chodziła na prywatki, flirtowała, śmiała się, czasami nawet całowała. Nigdy się jednak nie zakochała. Po prostu nie wierzyła już w piękno miłości.
    Studia skończyła z bardzo dobrym wynikiem i natychmiast dostała kilka propozycji pracy. Wybrała przychodnię dla zwierząt w Hollowdale, gdzie miała zostać młodszą asystentką z szansami na pełnoprawną wspólniczkę. Przyjechała w grudniu ubiegłego roku i od razu się zachwyciła. Białe pola z małymi domkami wyglądały jak wyjęte żywcem z książeczki dla dzieci. Pracując w nieogrzewanych stajniach i odkopując zwierzęta ze śnieżnych zasp, poznała także ciężką stronę wiejskiego życia, nic jednak nie było jej w stanie zmącić przyjemności przygotowywania balu świątecznego dla dzieci w Grange i słuchania kolęd w ich wykonaniu.
    W tym roku nie będzie balu z powodu nieprzejednanej postawy nowego właściciela, pomyślała z bólem. A może uda się go jeszcze przekonać?

    Po południu wyszła z domu i ruszyła w stronę Grange. Duże płatki śniegu padały niezwykle gęsto i ograniczały widoczność do kilku metrów. Starała się wyobrazić sobie mężczyznę, z którym miała rozmawiać. Był zgorzkniały i poruszał się o lasce, więc prawdopodobnie nie był zbyt młody. Jednakże kiedyś musiał być dzieckiem i może w ten sposób uda się do niego dotrzeć.
    Dom stał na szczycie niewielkiego wzgórza, dominującego nad Hollowdale. Kiedy tam doszła, ziemia pokryta już była białą pierzynką. Stanęła przed drzwiami i zadzwoniła trzykrotnie. Otworzyła jej kobieta o niezbyt przyjemnym wyrazie twarzy.
    – Tak?
    – Przyszłam porozmawiać z… Przykro mi, ale nie znam nazwiska.
    – To znaczy, że nie oczekiwał pani?
    – Nie, ale…
    – Skoro pani nie oczekiwał, to znaczy, że nie chce z panią rozmawiać. Tylko umówione spotkania. To żelazna zasada.
    – Ale mogłaby go pani chociaż zapytać…
    – Nie, nie mogłabym. Już raz tak zrobiłam i naraziłam się na poważne nieprzyjemności. To nie jest człowiek, z którym można dyskutować. – Kobieta uśmiechnęła się nieznacznie. – To nie moja wina. Jestem tylko gospodynią. Robię jedynie to, co mi polecono. Czy chodzi o ten bal?
    – Tak.
    – Jeśli jeszcze jedna osoba go o to poprosi, to myślę, że zacznie rzucać ciężkimi przedmiotami. Proszę zrobić mnie i sobie tę przysługę i odejść. – Weszła z powrotem do domu i przymknęła drzwi. – Proszę pani! – zawołała jeszcze przez szparę.
    Dawn spojrzała z nadzieją.
    – Tak?
    – Jeśli pani przyjaciele chcą przyjść tutaj kolędować, to proszę im to wybić z głowy.
    Zdecydowanym ruchem zatrzasnęła drzwi.
    Dawn odwróciła się i już chciała wracać, lecz nagle zatrzymała się. Nie powinna rezygnować tak łatwo. Ruszyła na obchód Grange. Warto było spróbować.
    Zapadał już zmrok. Na tyłach domu zauważyła mężczyznę. Patrzył w zadumie na rozległe pola, schodzące łagodnie w dolinę. Zwrócony był do niej plecami i opierał się na lasce. To musiał być on. Człowiek, który żywił nienawiść do całego świata. Nawet jeśli nie uda jej się go przekonać, to przynajmniej wygarnie mu, co o nim myśli. Pochyliła głowę, aby śnieg nie sypał jej w twarz i ruszyła przed siebie.
    Kiedy była tuż za nim, trzask suchej gałązki zdradził jej obecność. Mężczyzna zmierzył ją groźnym wzrokiem.
    – Proszę natychmiast opuścić tę posesję albo pani tego pożałuje – syknął. – Nie lubię intruzów. Słyszała pani?
    Coś w jego głosie sprawiło, że zadrżała. Jakaś dziwnie znajoma nuta dźwięczała w tych ostrych słowach. Przez padający śnieg widziała bardzo niewiele. Był wysoki, młodszy, niż myślała, twarz miał pokrytą bliznami.
    Momentalnie odrzuciła myśl, która zaświtała jej w głowie. Nie, to było niemożliwe.
    – Nie chciałam przeszkadzać – wyjaśniła – ale to jedyny sposób, aby z panem porozmawiać.
    Wykonał krok w jej kierunku.
    – Nie chcę się z nikim widywać. Czy nie rozumie pani, co mówię?
    Śnieg wirował w powietrzu, dziwnie rozmywając kształty i czyniąc niemożliwe możliwym. W zapadającym mroku widziała, że zamarł w bezruchu. Czyżby…? A jednak… Ben! On pewnie także ją rozpoznał. Wstrząsana uczuciami radości i bólu, nie wiedziała, jak ma się zachować.
    – Ben – szepnęła. – Boże, nie mogę w to uwierzyć! Ben!
    Ruszyła w jego stronę, ale cofnął się.
    – Odejdź! – syknął nieprzyjaźnie.
    – Ale to ja… Dawn. Nie pamiętasz mnie?
    Wiatr trochę zelżał i chociaż śnieg wciąż padał, to doskonale widzieli swoje twarze. Zastanawiała się, jak go rozpoznała. Zestarzał się przez te osiem lat, jego oczy były zapadnięte. Zdjęła kaptur, aby mógł się jej lepiej przyjrzeć i spostrzegła, że jego rysy stężały.
    – Nie, nie pamiętam – mruknął. – Powtarzam po raz ostatni: proszę opuścić moją posesję i nigdy nie wracać.
    – Ben, zaczekaj, proszę… – Wyciągnęła do niego ręce, ale się cofnął. Nagle potknął się, stracił równowagę i upadł jak długi na ziemię. Pośpieszyła mu z pomocą, ale zasłonił się laską.
    – Odejdź!
    – Pozwól sobie pomóc…
    – Powiedziałem, odejdź! – krzyknął. – Nie dotykaj mnie, słyszysz? Wynoś się stąd!
    Nie była w stanie dłużej tego słuchać. Z trudem powstrzymując płacz, odwróciła się i odeszła.
    Położyła się do łóżka wcześniej niż zwykle i ze wszystkich sił starała się nie słuchać śpiewów kolędników, maszerujących wesoło przez miasteczko. Czuła w głowie potworny mętlik. Jej miłość do Bena należała już do przeszłości. Pomimo to, spotkanie po latach było dla niej potwornym wstrząsem.
    Przez osiem lat myślała o nim jako o mężu Elizabeth, dyrektorze przedsiębiorstwa, ojcu gromadki dzieci. Zachowała w pamięci jego twarz – młodą, przystojną, pełną życia.
    Twarz, którą zobaczyła po południu, była zupełnie inna. Napiętnowana i pełna bólu, była twarzą człowieka samotnego w swym cierpieniu.
    Pomyślała o lasce, której używał jako broni i podpory, i zastanawiała się, co przemieniło silnego, młodego mężczyznę w kuśtykającego odludka. Czy miał wypadek? Kiedy?
    Najciszej jak potrafiła, wstała z łóżka. Wiedziała, że nie jest to rozsądna decyzja, ale czuła, że musi zobaczyć się z Benem. Ubrała się pośpiesznie i wyślizgnęła na dwór. Śnieg przestał już padać, a ulice były pokryte ciężkim, srebrnym dywanem, w którym odbijało się światło księżyca. Furtka Grange Hollowdale miała zamek, który nie działał od lat. Squire Davis, człowiek beztroski i towarzyski, nie trudził się, aby założyć nowy. Jednak dzisiejszej nocy ktoś zabezpieczył wejście drutem. Musiała się mocno siłować i obolałymi palcami odginała drut, ale w końcu udało się. Pchnęła lekko furtkę i weszła na teren posesji. Dom był pogrążony w ciemności, tylko na pierwszym piętrze paliło się pojedyncze światełko. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak jest późno i serce zabiło jej mocniej. Nie było sensu wołać gderliwej gosposi. Musiała znaleźć inny sposób. Powoli ruszyła na obchód Grange.
    W końcu doszła do biblioteki położonej na tyłach domu, gdzie Squire często siadywał wieczorami z cygarem i kieliszkiem brandy. Kiedy zobaczyła wąską smugę światła, serce zabiło jej mocniej. Podeszła do przeszklonych drzwi. Zasłony nie były całkowicie zaciągnięte i z łatwością można było zajrzeć do środka.
    Ogień płonął w kominku i oświetlał blado cały pokój. Tuż obok paleniska, na sofie, leżał Ben. Pchnęła lekko drzwi i, ku jej radości, ustąpiły. Prawie bezszelestnie weszła do środka. Ben nie dawał znaku życia. Leżał bez ruchu, a jego oczy były zamknięte.
    Podeszła bliżej, ale po chwili zatrzymała się, nie wiedząc, co zrobić dalej. Jej wzrok padł na krzesło. Usiadła. Sen wymazał /. twarzy Bena niedawną nienawiść i wściekłość. Był teraz bardziej podobny do mężczyzny, którego znała przed laty. Wyglądał młodziej, ale i tak nazbyt staro jak na trzydzieści pięć lat. Smutek i cierpienia pozostawiły swoje piętno.
    Poruszył się. Kartka papieru wyślizgnęła się z jego dłoni i wpadła do kominka. Dawn podniosła ją szybko, nim jeszcze zdążyła się zająć ogniem. Po chwili uświadomiła sobie, że jest to list, który wysłała przed ośmiu laty. Była wtedy rozczarowana i pełna goryczy. Okrutne słowa skakały jej do oczu – „… podłe… niewybaczalne…
    Napisała te słowa do zdrowego, silnego, młodego mężczyzny, który chciał ją zbyć czekiem, ale mężczyzna, który je teraz przeczytał, był chory i dziwnie bezbronny. Wbrew własnym uczuciom poczuła się winna.
    Po południu powiedział, że jej nie zna, ale jednocześnie potem przeczytał list. Aż dziwne, że znalazł go w zamieszaniu związanym z przeprowadzką.
    Poruszył się ponownie i otworzył oczy, tak że patrzył teraz wprost na nią. Początkowo na jego twarzy nie było widać żadnej reakcji, ale po chwili zamrugał z niedowierzaniem.
    – Kim jesteś? – zapytał nieomal szeptem.
    Zastanawiała się, co powiedzieć. Wybrała odpowiedź najlepszą z możliwych.
    – Jestem Wigilijnym Duchem Przeszłości.

Rozdział drugi

    – Wigilijnym Duchem Przeszłości – powtórzył jak echo. – Dalekiej przeszłości?
    – Nie – odpowiedziała gorzko. – Naszej przeszłości.
    Po chwili skinął głową.
    – Nie poznałem cię dzisiejszego popołudnia. Wyszłaś ze śniegu i weszłaś w śnieg, zupełnie jakbyś była duchem. Modliłem się, abyś już nigdy nie przyszła…
    – Czy właśnie dlatego zamknąłeś furtkę?
    – Chyba tak.
    Podniósł się do pozycji siedzącej i nalał sobie do szklanki whisky z karafki, stojącej na małym stoliku.
    – Dużo pijesz? – zapytała łagodnie.
    Opróżnił szklankę jednym haustem.
    – To, co robię, to moja sprawa – mruknął.
    – Kiedyś nie sięgałeś po alkohol.
    Wzruszył ramionami.
    – Kiedyś! Kiedyś wszystko było inaczej, niż jest teraz. – Westchnął ciężko. – Nie powinnaś była przychodzić. Wszystko powinno pozostać tak, jak było.
    – Musiałam się upewnić, czy to, co widziałam po południu, nie było tylko zjawą. Zmieniłeś się. Trudno cię poznać.
    – Zgadza się. – Uśmiechnął się ponuro. – Kiedy widziałaś mnie po raz ostatni, nie byłem takim niedołęgą.
    – Ostatni raz widziałam cię tuż przed twoim wyjazdem do domu. Pożegnaliśmy się…
    Zamilkła, kiedy przypomniała sobie tamten pocałunek, ból kilkudniowego rozstania, wyznania wiecznej miłości. Podniosła wzrok i z wyrazu twarzy Bena zorientowała się, że on także o tym pamięta.
    – Tak, pożegnaliśmy się – przyznał obojętnie. – Nie wiedzieliśmy, że to nasze ostatnie pożegnanie, ale tak właśnie wyszło.
    Wpatrywała się w niego z niedowierzaniem.
    – Czy naprawdę tak łatwo ci o tym mówić?
    Wzruszył ramionami.
    – To wydarzyło się osiem lat temu. Byliśmy innymi ludźmi. Dzisiaj nawet się nie poznaliśmy.
    – Tylko przez chwilę… z powodu śniegu. Potem cię rozpoznałam, zresztą, ty mnie także. – Kiedy nic nie odpowiedział, zawołała z bólem: – Nie pozwolę się zbyć, Ben. Winien jesteś wyjaśnienia, które należały mi się już osiem lat temu.
    – Przypuszczam, że sporo się domyśliłaś.
    – Być może. Chcę jednak wiedzieć, kiedy to się stało – powiedziała, wskazując na laskę.
    – Osiem lat temu bez jednego tygodnia – wyjaśnił spokojnie.
    – Co się wtedy stało? Chcę wiedzieć wszystko.
    – Byłem zaledwie o dwie mile od domu rodziców… – Patrzył gdzieś w dal, jakby chciał lepiej przypomnieć sobie tamte chwile. – Myślałem o tobie… o nas… o naszym ostatnim pocałunku. Nagle mój samochód wpadł w poślizg. Droga była oblodzona. Obudziłem się dopiero w szpitalu. W moim ciele nie pozostało zbyt wiele całych kości.
    – O Boże…
    Był spokojny i obojętny.
    – Dowiedziałem się potem, że przez trzy godziny wydobywano mnie z wraku samochodu.
    – Dlaczego mnie nie powiadomiłeś? – zawołała gwałtownie.
    – Przez tydzień traciłem i odzyskiwałem przytomność. Nie wiedziałem, gdzie jestem, i nie rozpoznawałem nikogo z bliskich. Kiedy w końcu odzyskałem świadomość, zorientowałem się, że jestem sparaliżowany od pasa w dół. Przypuszczałem wtedy, że już nigdy nie będę chodził.
    Pomyślała o młodej, pogodnej twarzy mężczyzny, którego kochała, i łzy napłynęły jej do oczu.
    – Hej, przestań! – zawołał z irytacją. – To już przeszłość.
    – Tak – zgodziła się pośpiesznie. – To już przeszłość.
    – Jeśli pomyślisz o tym rozsądnie, przekonasz się, że wyświadczyłem ci przysługę. Nie byłem wtedy zbyt przyjacielski. Miałem naprawdę podły charakter. Pielęgniarki zmieniały się nieustannie. Żadna nie mogła ze mną wytrzymać dłużej niż kilka godzin.
    – W końcu jednak paraliż ustąpił.
    – Tak. Przeszedłem tyle operacji, że już sam nie pamiętam ile, ale udało się. Od dwóch lat poruszam się o własnych silach.
    Dawn aż zacisnęła pięści na myśl o chwilach, które musiał przeżywać, cierpiąc samotnie. Kochała go w zdrowiu, więc kochałaby i w chorobie. Nie dał jej jednak szansy. Odtrącił, kiedy pojawił się problem.
    Otarła łzy i zdobyła się nawet na lekki uśmiech.
    – I pomyśleć tylko, że przez wszystkie te lata sądziłam, że jesteś z Elizabeth.
    – Elizabeth wyszła za maklera. Mają pięcioro dzieci. Dzięki Bogu, wszyscy wyszliśmy na tym stosunkowo dobrze.
    – Dobrze? – W Dawn jakby wstąpił nowy duch. – Naprawdę uważasz, że dobrze na tym wyszliśmy?
    – Robiłem to, co dyktował mi zdrowy rozsądek. Jakie miałem wyjście? Poprosić cię, abyś związała się z kaleką?
    – Kochałam cię, Ben. Byliśmy ze sobą tak blisko, ale teraz zastanawiam się, czy ty w ogóle wiesz, co to znaczy miłość. Gdyby naprawdę ci na mnie zależało, poprosiłbyś, abym przyjechała.
    – I co potem? – zapytał oschle. – Minęłyby pierwsze dni szoku i pozostałabyś sam na sam z ludzkim wrakiem. Co wtedy?
    – Kochałabym cię bez względu na wszystko. Powinieneś zaufać mojej miłości. Powinieneś zaufać mnie.
    – Nic nie rozumiesz! – zawołał ze złością. – Nie chciałem wtedy twojej miłości. Pragnąłem tylko schować się gdzieś w mysią dziurę. Nie wiem, czy to było dobre dla mnie, ale na pewno było dobre dla ciebie.
    – Mylisz się.
    – Jakiekolwiek było twoje życie, to i tak było lepsze od tego, jakie miałabyś ze mną. Jesteś młoda i piękna. Ja uczyniłbym z ciebie siwą staruszkę. Byłem na tyle silny, aby podjąć tę decyzję za nas oboje. Powinnaś być mi za to wdzięczna.
    – Och, Ben – szepnęła ze smutkiem. – Nie dość, że odrzuciłeś mnie, to jeszcze nie podałeś mi prawdziwych powodów. Kiedy przysłałeś mi pieniądze…
    – Wiem, co sobie pomyślałaś – przerwał jej brutalnie. – W liście wyraziłaś się bardzo jasno. Czasem potrafisz być bezlitosna.
    – Gdybym wiedziała, że jesteś chory, wolałabym sobie uciąć rękę, niż napisać ci takie słowa. Ale twój list był taki krótki i…
    – Był krótki, ponieważ pisanie było dla mnie męką. Nie chciałem cię zbyć pieniędzmi, Dawn. Chciałem ci pomóc. Studia weterynaryjne wymagają funduszy, a ty nigdy nie miałaś ich w nadmiarze. Udało ci się skończyć uczelnię?
    – Tak. Pracuję teraz w przychodni dla zwierząt w Hollowdale.
    – To dobrze. Widzę, że ci się poszczęściło.
    Pomyślała o dojmującym uczuciu samotności, które nie opuszczało jej od momentu ich rozstania. Pomyślała o swoim sercu, które nigdy nie biło dla nikogo innego.
    – Poszczęściło mi się.
    – Od jak dawna tutaj mieszkasz?
    – Trochę ponad rok.
    – Ale założę się, że zdążyłaś się już zadomowić. Pamiętam twoją zdolność do empatii.
    – Rzeczywiście, zdążyłam już wrosnąć w Hollowdale. Kocham tych ludzi. Są szczerzy i uznają wartości przez innych zupełnie zapomniane. Jack mówi, że Hollowdale zatrzymało się w czasie po to, aby reszta świata mogła patrzeć, jak się powinno żyć.
    – Kto to jest Jack?
    – Jack Stanning. To mój szef.
    – Stanning? Słyszałem już to nazwisko.
    – Poznałeś go dzisiaj rano. Przyszedł zapytać o bal dla dzieci, a ty wyrzuciłeś go za drzwi.
    – Teraz sobie przypominam. A więc to jest twój szef.
    – Jeden z dwóch. Drugi to Harry. Młodszy wspólnik.
    – Czy wyszłaś za mąż? – zapytał raptownie.
    – Nie.
    – Powinnaś. Jesteś wprost stworzona do małżeństwa.
    – Mało brakowało, a kiedyś wyszłabym za mąż – przypomniała mu spokojnym tonem. – Zakochałam się w pewnym mężczyźnie. Zakochałam się do tego stopnia, że nic innego się dla mnie nie liczyło. Sądziłam, że on czuje to samo, ale pomyliłam się. Kiedy pojawiły się kłopoty, nie chciał mojej pomocy.
    Aż podskoczyła, kiedy Ben z całej siły uderzył laską w podłogę. Poderwał się na równe nogi i zaczął chodzić po pokoju.
    – Jesteś sentymentalna – mruknął. – Nic nie trwa wiecznie. Jedne związki umierają, tworzą się nowe.
    – Stworzyłeś sobie jakiś? – zapytała prowokująco.
    – Nie miałem głowy do takich spraw – odparł z ironią. – Świat nie wygląda już dla mnie tak jak kiedyś. – Roześmiał się ponuro. – Żartowaliśmy, że jestem Scrooge'em. Teraz nie jest to wcale takie dalekie od prawdy.
    – Nie zgadzam się! – zawołała gwałtownie. – Nie wierzę w to, że mężczyzna, którego kochałam, zmienił się aż tak. Byłeś delikatny, uczuciowy… kochający… – Głos zaczął jej niebezpiecznie drżeć.
    – Lubiłem się także śmiać. Niestety, zapomniałem już, jak się śmieje i zapomniałem, jak się kocha.
    – Nie mów tak! – zawołała błagalnie. – Być może mnie nie kochasz… to bez znaczenia, ale kogoś musisz pokochać.
    Spojrzał na nią pytająco.
    – Dlaczego? Jakoś sobie radzę bez miłości.
    – Chowając się przed ludźmi? Nienawidząc całego świata?
    Wzruszył ramionami.
    – Nie żywię do świata nienawiści.
    – Nie, gorzej. Jesteś obojętny wobec świata. Chcesz o nim zapomnieć.
    – Chcę, aby pozostawiono mnie samemu sobie.
    – Ludzie nie powinni być sami. To nienaturalne.
    – Ale mnie to odpowiada.
    – Nie wierzę. Po prostu coś sobie wymyśliłeś.
    – Każdy urządza swoje życie tak, jak chce.
    – Czy naprawdę nazywasz to życiem?
    – W każdym razie jest lepiej niż przed dwoma laty.
    – I wystarcza ci to do szczęścia?
    – A co myślałaś – wybuchnął nagle – że przestawię wskazówki zegara o osiem lat? Czas nigdy się nie cofa, jakkolwiek byśmy tego… – Wziął głębszy oddech. – Co się stało, to się nie odstanie. Na miłość boską, skończmy już tę rozmowę. Źle się stało, że się spotkaliśmy. Otworzyły się dawno zagojone rany. – Zmarszczył brwi. – Powiedzmy sobie szczerze. Nie myśleliśmy o sobie przed dzisiejszym spotkaniem.
    – Naprawdę o mnie zapomniałeś? – zapytała po chwili szeptem.
    – Całkowicie – odparł z wystudiowanym okrucieństwem.
    Była zupełnie oszołomiona. Czuła, że powinna wstać i wyjść, ale nie była w stanie wykonać żadnego ruchu. Spodziewała się wszystkiego, ale nie tak brutalnego odrzucenia. Zebrała w sobie resztkę sił, wstała i wtedy list wysunął się z jej dłoni. Podniosła go pośpiesznie.
    – Skąd to masz? – zapytał ze złością Ben.
    – Kiedy spałeś, wypadł na ziemię.
    Szybkim ruchem wyrwał jej kartkę. Stanęli twarzą w twarz. W jego oczach dostrzegła uczucia, które starał się ukryć. To nieprawda, że o niej zapomniał. List zadał kłam brutalnym słowom.
    – W porządku – zgodził się niechętnie. – Czytałem twój list. Nasze spotkanie przypomniało mi wiele rzeczy i dlatego po niego sięgnąłem. Myśl o tym, co chcesz.
    – Nie w tym rzecz, że czytałeś. Najważniejsze jest to, że przechowywałeś go przez te wszystkie lata.
    – Był bardzo użyteczny – wyjaśnił. – Przypominał mi, jak bardzo mnie znienawidziłaś i że wszystko już między nami skończone. Potrzebowałem przypomnienia. Czy to chciałaś usłyszeć? Kochałem cię bardzo długo. Powtarzałem sobie, że to nonsens, ale nie mogłem przestać. Byłem zdesperowany, marzyłem, abyś mnie objęła, pocieszyła. Kilka razy chciałem nawet zadzwonić i błagać cię, żebyś przyjechała…
    – Ale nie zrobiłeś tego. – Westchnęła ciężko. – Powinieneś był do mnie zadzwonić. Przyjechałabym.
    – Przyjechałabyś – zgodził się bez wahania. – Ale po co? Żeby związać się z kaleką, który cię potrzebuje, a nie może dać nic w zamian?
    – Największą nagrodą byłoby to, że mnie potrzebujesz – powiedziała zduszonym głosem.
    – Wiem. Widziałem, jak opiekowałaś się chorym psem, pamiętasz? Masz dużo współczucia dla chorych, ale, na szczęście, miałem na tyle szacunku do samego siebie, aby nie pozwolić ci zaopiekować się mną.
    – Szacunku do samego siebie? – zapytała. – A może raczej głupiej dumy?
    – Zapewne jedno i drugie. Kiedy głupia duma jest twoją jedyną ostoją, staje się bardzo istotna. Nigdy bym nie pozwolił, aby tragedia mojego życia stała się także twoją tragedią. Za bardzo cię kochałem. Nie osądzaj mnie zbyt surowo. Pamiętaj, ilu cierpień ci oszczędziłem. A teraz myślę, że będzie lepiej, jeśli już pójdziesz.
    – Czy nie możemy jeszcze porozmawiać? Jest tak wiele rzeczy, które chciałabym zrozumieć.
    – Co tutaj jest do rozumienia? Kochaliśmy się, ale los nie był dla nas łaskawy. To nie nasza wina. Po prostu się stało. Już po wszystkim.
    – Po wszystkim – powtórzyła szeptem, jakby lepiej chciała pojąć znaczenie tych słów. – Nie, Ben, to nieprawda. Dopóki żyjemy, nic nie jest skończone. Dopóki będziesz przechowywał mój list, a ja… – Położyła rękę na sercu. Ból, który odczuwała, stawał się coraz silniejszy.
    Patrzył na nią, miotany zupełnie przeciwstawnymi uczuciami. Spotkanie po latach było dla niego niezwykle radosne, ale i bolesne. Starał się tłumić w sobie wszystkie uczucia, ale nie było to możliwe. Wykonał krok, aby podejść do niej, ale nie zauważył niskiego stolika na swojej drodze. Zachwiał się i pochylił niebezpiecznie. Podtrzymała go w ostatniej chwili i mocno przytuliła. Bez słowa posadziła Bena na sofie i usiadła tuż obok.
    – Widzisz? – zapytał z ironią.
    – Każdy może się potknąć o stolik – odpowiedziała z udawaną obojętnością.
    – Ja się ciągle potykam – powiedział z goryczą. – Poruszam się wyłącznie o lasce i nie mogę zbyt długo chodzić. Pod wieczór potwornie bolą mnie nogi, a głowa po prostu pęka. Ale to jeszcze nie wszystko. Co pewien czas mam napady depresji. To tak, jakbym pogrążał się w wielkiej, czarnej dziurze. Nie jestem już normalnym człowiekiem. Nie potrafię z nikim żyć. Nie potrafię znieść współczucia, smutku, chyba nawet miłości. Nie rozumiesz, Dawn? Nie chcę, żebyś była moją pielęgniarką!
    Ostatnie słowa były krzykiem udręki. Po chwili pochylił się i skrył twarz w dłoniach. Drżał na całym ciele. Zachowywał się jak zwierzę w stanie szoku. Bez zastanowienia objęła go, przytuliła i zaczęła delikatnie głaskać po głowie.
    – Już wszystko będzie dobrze – szepnęła. – Jestem przy tobie.
    Nagle poczuła, że schwycił ją mocno za nadgarstek. Skrzywiła się z bólu, ale nic nie powiedziała. Kiedy pomyślała o latach, które stracili, żyjąc osobno, łzy zaczęły jej spływać po policzkach. Odrzucił ją, wybrał samotną walkę, ale kosztowało go to wiele sił. Był wyczerpany fizycznie i nerwowo. Teraz nie mógł już jej odtrącić.
    Nagle poruszył się niespokojnie, jakby uświadomił sobie, co się stało. Poczuła, jak jego mięśnie sztywnieją, i przypomniała sobie słowa: „Nie chcę, żebyś była moją pielęgniarką!”
    – Czuję się już dobrze – powiedział oschłym tonem. – To bardzo miło z twojej strony… zapewniam cię… Dawn…
    Ostatnie słowa zostały wypowiedziane prawie szeptem. Wzięła jego twarz w dłonie i złożyła na ukochanych ustach delikatny pocałunek. Był to najłagodniejszy pocałunek w jej życiu. Nie było w nim gwałtowności, siły, namiętności. Ben był jak bezbronne zwierzę, które należy uspokoić przed zabiegiem. Kiedy odsunęła się lekko, zorientowała się, że jego twarz jest mokra od łez. Jej łez.
    Mówił z wyraźnym trudem.
    – To nieprawda, że cierpienie uszlachetnia. Mnie nie uszlachetniło. Stałem się podłą świnią. To bardzo miło z twojej strony, że jesteś dla mnie taka dobra po tym, co ci zrobiłem.
    Zdobyła się na lekki uśmiech.
    – Byłam twoją najlepszą przyjaciółką, nadal nią jestem i będę także w przyszłości.
    Westchnął ciężko.
    – Dziękuję, ale naprawdę będzie lepiej, jeśli już pójdziesz.
    Uświadomiła sobie, że nie udało jej się dokonać tego, co planowała. Nie pozostawało nic innego, jak tylko spełnić prośbę Bena. Pochyliła głowę i skierowała się w stronę przeszklonych drzwi, którymi weszła.
    – Nie tędy! – zawołał. – Odprowadzę cię do frontowych drzwi. Zachowałem jeszcze jakieś resztki dobrych manier.
    Kiedy weszli do holu, spotkali tam gospodynię, panią Stanley.
    – Och, proszę pana, zastanawiałam się już, czy nie wezwać policji. Na zewnątrz stoi jakiś mężczyzna. Wygląda bardzo podejrzanie.
    Ben odchrząknął i otworzył drzwi. Mężczyzna odwrócił się i podszedł do światła.
    – To Harry! – zawołała zdumiona Dawn.
    – To ty, Dawn? – zapytał głos z zewnątrz.
    – Chodź tutaj – mruknął Ben. – O co ci właściwie chodzi?
    Harry podszedł bliżej, tak że oboje dobrze widzieli jego twarz.
    – Chcę, aby Dawn mogła bezpiecznie wrócić do domu – wyjaśnił, po czym zwrócił się do niej bezpośrednio. – Widziałem, jak tutaj szłaś… Jest ciemno, a droga staje się śliska.
    – Jakie to rycerskie – parsknął ironicznie Ben. – Panna Fletcher właśnie wychodziła. Dobranoc.
    Dawn odpowiedziała „dobranoc” i podeszła do Harry'ego. Odwróciła się, ale Ben zamknął już drzwi.
    – Nie gniewasz się, że czekałem? – zapytał weterynarz. – Martwiłem się o ciebie.
    – To miło z twojej strony – powiedziała ciepło.
    – Hej, co się stało? Płaczesz?
    – Nie płaczę! – zawołała zduszonym głosem.
    – Czy on jest aż taki podły? A niech go diabli! – Otoczył Dawn ramieniem i objęci podeszli do furtki. – Chodź, kochanie. W domu poczujesz się lepiej.
    Objął ją mocniej i wyprowadził na drogę. Nie obejrzeli się, więc nie zobaczyli zasłony, która niespokojnie poruszyła się w oknie.

Rozdział trzeci

    – Harry powiedział mi, że byłaś w jaskini lwa.
    Jack patrzył uważnie na zaśnieżoną drogę. Razem z Dawn robił właśnie objazd farm.
    – Ja… O co pytałeś?
    Od rana nie czuła się najlepiej i trudno jej się było skoncentrować.
    – Słyszałem, że odwiedziłaś nowego właściciela Grange. Harry powiedział mi, że wyszłaś od niego mocno zdenerwowana. Nie zmienił zdania co do balu dla dzieci?
    Dawn uświadomiła sobie nagle, że w ogóle nie rozmawiała z Benem na temat przyjęcia. Była tak zajęta jego osobą, że wszystko inne zeszło na dalszy plan.
    Przez całą noc nie zmrużyła oka. Myślała o tym, co jej powiedział. Kochała go, był dla niej wszystkim, a tymczasem w momencie krytycznym ją odrzucił. Bolesna prawda.
    Nie było sensu powtarzać sobie, że ta miłość należy już do przeszłości. To, że objęła go wczoraj i pocałowała, nie było wyłącznie wyrazem współczucia. Na dnie serca pozostało jeszcze trochę dawnych marzeń, słów, obietnic. Tamte czasy minęły bezpowrotnie, ale pamięć o nich płonęła żywym ogniem.
    – Nie zmienił zdania – odrzekła. – Nie udało mi się go przekonać. – Potrząsnęła głową, jakby chciała się pozbyć ponurych myśli. – Będziemy przejeżdżać obok farmy Haynesa – zauważyła. – Chciałabym wpaść tam na chwilę i zobaczyć, jak się czuje Trixie.
    – Nie ma takiej potrzeby – stwierdził z uśmiechem Jack. – Gdyby z ukochaną spanielką Freda było coś nie w porządku, od razu by zadzwonił. Nigdy jeszcze nie widziałem człowieka, który by się tak przejmował swoim psem.
    – Mimo to chciałabym tam wpaść. Trixie nie jest już pierwszej młodości.
    Jack zmarszczył brwi.
    – Zgadza się. Mam wrażenie, że trochę ci żal starego Freda.
    – Chyba tak. On jest taki samotny. Jedyne, co mu pozostało, to zdjęcia rodzinne i wspomnienia.
    – Wiem, ale to tylko i wyłącznie jego wina, Gdyby nie jego kłótliwy charakter, miałby teraz dzieci przy sobie.
    – Co chcesz przez to powiedzieć?
    – Jest uparty jak osioł. Wszystko ma być zrobione tak, jak on chce, a dzieci mają myśleć tak, jak on uzna za stosowne. Któż by i o wytrzymał! Pozostała mu Trixie i jest idealną towarzyszką, ponieważ nic nie mówi.
    – Jest przerażony możliwością rozstania z nią – zauważyła Dawn.
    – Nie ma powodu do obaw. Trixie nie jest najmłodsza, ale za to zdrowa jak ryba. Jeśli jednak chcesz, to zawiozę cię tam i odbiorę, wracając od byka Carneyów.
    Zobaczyła Trixie, kiedy tylko przeszła przez bramę domu Freda Haynesa. Spanielka brnęła przez śnieg, kiwając się śmiesznie na boki. Dawn powitała Freda ciepłym uśmiechem, a w odpowiedzi otrzymała jedynie niechętne skinienie głowy. Po chwili gospodarz zreflektował się jednak i zaproponował jej herbatę.
    – Już niedługo – powiedziała, dotykając brzucha Trixie. – Myślę, że tuż po świętach.
    – Czy nic jej nie będzie? – zapytał z nie skrywanym niepokojem.
    – Nie powinno. Doskonale się nią zajmujesz, a jej stan zdrowia nie budzi zastrzeżeń.
    Mężczyzna odchrząknął,
    – Powinienem był pozwolić na ten zabieg – mruknął. – Sam nie wiem, co we mnie wstąpiło.
    Ale Dawn wiedziała. Trixie zaszła w ciążę z jakimś nieznajomym psem i Fred nie wiedział o niczym przez kilka tygodni. Kiedy zorientował się, co się święci, usunięcie ciąży wiązało się już z poważnym ryzykiem i nie chciał narażać suki. Im bliżej było do narodzin szczeniaków, tym bardziej żałował swojej decyzji. Dawn pocieszała go, jak tylko potrafiła. Wypiła herbatę i rozejrzała się po ścianach, na których wisiały fotografie.
    – To mój syn, Tony – objaśnił Fred. – Wyjechał do Australii i ożenił się tam.
    – Wygląda bardzo młodo – powiedziała, przyglądając się mężczyźnie na zdjęciu.
    – Tę fotografię zrobiono jeszcze przed wyjazdem.
    – Czy masz jakieś nowsze zdjęcia, na których jest razem z żoną?
    Fred wzruszył ramionami.
    – On ma swoje życie, a ja swoje. Przysłał mi zdjęcia po tym, jak urodziły mu się dzieci. To bliźniaki. Nigdy ich nie widziałem. Od dawna nie miałem już od syna żadnej wiadomości. Nie jest mi specjalnie smutno z tego powodu.
    Trixie warknęła cicho i pochylił się, aby ją pogłaskać. Szeptał coś do psa z czułością, jakiej zapewne nigdy nie okazał dzieciom. Dawn patrzyła na niego z ogromnym smutkiem. Opamiętanie nadeszło zbyt późno. Dawnych błędów nie można już było naprawić.
    Usłyszała klakson samochodu.
    – To Jack – wyjaśniła. – Do widzenia, Fred. Jeśli z Trixie będzie coś nie tak, dzwoń do mnie o każdej porze dnia i nocy.
    Odchrząknął.
    – Nie zapomnij przysłać mi rachunku za wizytę.
    Uśmiechnęła się i pokręciła głową.
    – Jaką wizytę? Wpadłam tylko na filiżankę herbaty.
    Odchrząknął jeszcze raz i zobaczyła wyraz ulgi na jego twarzy.
    – To takie smutne – powiedziała do Jacka, kiedy wracali do Hollowdale. – Nawet jeśli Trixie przejdzie bez szwanku przez to wszystko, to przecież i tak nie jest wieczna. Co zrobi Fred, kiedy jej zabraknie?
    – Hej, jesteś weterynarzem, a nie pracownicą opieki społecznej – przypomniał jej z uśmiechem.
    – Tak, ale martwię się. Ludzie bardzo przywiązują się do psów i ciężko znoszą ich utratę.
    – W końcu wszyscy pozostajemy sami.
    Zamyśliła się.
    – Masz rację.
    Kiedy wrócili do kliniki, Harry kończył właśnie dyżur.
    – Masz gościa – powiedział do Dawn. – To ten facet, którego odwiedziłaś wczoraj wieczorem.
    – Na miłość boską, tylko nie Scrooge! – zawołał Jack.
    – Nie mów tak na niego więcej – powiedziała ostro Dawn.
    – Przepraszam. To dobry znak. Najwidoczniej oczarowałaś go i zmiękł.
    – Co on powiedział, kiedy wspomniałaś o balu dla dzieci? – zapytał Harry.
    – Cóż… ja… Gdzie on jest?
    – W poczekalni.
    Kiedy otwierała drzwi, serce waliło jej młotem. Ben podniósł wzrok. Wyglądał tak, jakby ostatniej nocy nie przespał nawet minuty. Oczy miał podkrążone i poruszał się z wyraźnym trudem.
    – Ben, o co chodzi? – zapytała niespokojnie. – Czy coś się stało?
    – Nic się nie stało. Przyszedłem się z tobą zobaczyć, ponieważ… – Zawahał się. – Wróciłaś właśnie z terenu. Czy zajmuję ci czas przeznaczony na lunch?
    – Nie szkodzi – powiedziała z uśmiechem.
    – Ależ nie, szkodzi. Potrzebujesz sił do swojej pracy. Chodź i zjedz ze mną lunch. Nie będę wtedy miał wyrzutów sumienia.
    Już chciała mu powiedzieć, że nie powinien robić sobie żadnych wyrzutów, ale się powstrzymała. W zachowaniu Bena było coś dziwnego. Najwyraźniej w przychodni nie czuł się najlepiej. Pomyślała, że jeśli wyjdą, to może się rozluźni.
    – Zgoda – powiedziała z uśmiechem. – Chodźmy.
    Poszli do małej restauracyjki, w której często jadała. Była pora lunchu i znalezienie wolnego stolika nie należało do najłatwiejszych zadań.
    – Najpierw musimy wziąć jedzenie z baru – oznajmiła.
    – Czy mogłabyś to zrobić? – zapytał pośpiesznie. – Ja poszukam wolnego miejsca.
    Dał jej trochę pieniędzy i rozejrzawszy się, podszedł do wolnego stolika tuż obok okna. Kiedy przyniosła lunch, siedział i patrzył przez szybę. W świetle dnia jego twarz nie przedstawiała się najlepiej. Wczoraj wieczorem Dawn nie dostrzegła wszystkich blizn. Były widoczne, ale nie zniekształciły twarzy. Pod tym względem miał szczęście. Nadal był przystojny, wciąż jeszcze przypominał mężczyznę, którego znała przed laty. On jednak o tym nie myślał. Uważał się za kalekę. Zeszpeconego kalekę. Patrzył w okno, aby goście, znajdujący się w restauracji, nie widzieli jego twarzy. Nagle jednak przez okno zajrzał przypadkowy przechodzień i Ben momentalnie odwrócił głowę.
    – Nie jest aż tak źle – próbowała go uspokoić.
    – Nie jest? Już sam nie wiem. Pamiętam tylko, jak było na początku, i do dziś nie mogę zapomnieć tamtej twarzy. – Kilku gości spojrzało na niego, więc ponownie odwrócił głowę. – Nie powinniśmy tutaj przychodzić. Byłoby lepiej, gdybym zaprosił cię do siebie.
    – Dlaczego tego nie zrobiłeś?
    – Obawiałem się, że nie przyjdziesz.
    Uśmiechnęła się.
    – Przyszłabym.
    – Nawet po tym, jak zachowałem się ostatniej nocy?
    – Po tym, co przeszedłeś, masz prawo być rozgoryczony.
    – Nie rób tego – powiedział ostrym tonem. Przestraszyła się.
    – Czego?
    – Nie traktuj mnie według taryfy ulgowej. Nie usprawiedliwiaj. W takich momentach zaczynam się nad sobą użalać.
    Przeklinała się w duchu za brak taktu.
    – Przepraszam.
    – I nie przepraszaj, kiedy wina leży po mojej stronie.
    Otworzyła usta ze zdumienia, ale nie wiedziała, co powiedzieć. Ben uśmiechnął się złowieszczo.
    – Widzisz, czego udało ci się uniknąć?
    Chciała powiedzieć, że gdyby z nim została, to nie byłby taki, ale wtedy przypomniała sobie, jak mówił, że nie chciał jej miłości.
    – Dobrze – zgodziła się półgłosem. – Powiedz mi tylko, czego chcesz.
    – Chciałem ci powiedzieć, że źle się wczoraj zachowałem. Nie przyjąłem cię zbyt gościnnie. Kiedy szłaś do Grange, nie spodziewałaś się, że to mnie tam zastaniesz, prawda?
    – Nie. Chciałam po prostu porozmawiać z nowym właścicielem Grange Hollowdale.
    – Dlaczego?
    – Chciałam go przekonać, aby jednak wyraził zgodę na bal dla dzieci.
    – Ach, rozumiem.
    – Jack powiedział mi, że odmówiłeś.
    – Dopiero się wprowadziłem i nie chcę, żeby goście roznieśli mi dom.
    – Czy to prawdziwy powód? A może tylko wybieg, po to by ukryć się przed światem?
    – Jakie to ma znaczenie?
    – To ma znaczenie dla dzieci, które nie będą miały balu. To nie są zwykłe dzieci, pamiętaj o tym. Pochodzą z domów dziecka. Większość jest już zbyt duża na adopcję, a poza tym… Cóż, mają także inne kłopoty. – Nic nie odpowiedział, więc kontynuowała. – Pamiętam, że bardzo lubiłeś dzieci, Ben. Bawiłeś się z nimi, przytulałeś. Była to jedna z tych rzeczy, które najbardziej mi się w tobie podobały. Nie wierzę, że zmieniłeś się aż tak bardzo.
    – Musiałem się zmienić. Kiedy widzisz, jak ludzie odwracają się na twój widok, nie chcesz się im narzucać. Ty nic nie rozumiesz, Dawn. Dzieci patrzą na mnie szczególnie dziwnie. Nie mogę tego znieść.
    Zamyśliła się, jakby wahając, czy odkryć następną kartę, ale w końcu się zdecydowała.
    – Cóż, nigdy nie byłeś konsekwentny. Pod tym względem niewiele się zmieniłeś.
    – Co chcesz przez to powiedzieć?
    – Chcesz odebrać tym dzieciom ich jedyną radość tylko dlatego, że uważasz się za potwornie oszpeconego. Oczekujesz ode mnie zrozumienia, ale przecież pięć minut temu powiedziałeś, że nie powinnam stosować taryfy ulgowej. Powiedziałeś, że zaczynasz się wtedy nad sobą użalać. – Wzięła głębszy oddech. – Masz rację. Jesteś godny pożałowania.
    Spojrzał na nią groźnie, ale po chwili wyraz jego twarzy stał się bardziej przyjazny.
    – Pokonałaś mnie moim własnym argumentem. Zawsze potrafiłaś to zrobić.
    – Czy przestaniesz więc myśleć wyłącznie o sobie i pomyślisz o tych biednych dzieciach?
    Zawahał się.
    – Jeśli się zgodzę, to kto się zajmie stroną organizacyjną całego przedsięwzięcia?
    – My. Ty nie będziesz musiał nawet ruszyć palcem.
    – Co znaczy „my”? Jeśli to oznacza ciebie, nie mam zastrzeżeń. Nie chcę się po prostu znaleźć wśród ludzi całkiem obcych.
    – Jeżeli obiecam, że będę za wszystko odpowiedzialna, to się zgodzisz?
    Pochylił głowę.
    – Sądzę, że tak.
    Kiedy podniósł wzrok, jej twarz wyrażała bezgraniczną radość. Wyglądała dokładnie tak jak przed ośmiu laty.
    – Ale nie muszę być obecny na balu, prawda?
    – Nikt cię nie będzie zmuszał, ale mam nadzieję, że sam zechcesz.
    – Zobaczymy. Na kiedy planujesz zabawę?
    – Na dwudziestego trzeciego grudnia.
    – Pozostało niewiele czasu. Nie lepiej zrobić bal po świętach?
    – Zawsze odbywał się dwudziestego trzeciego grudnia. To tradycja Hollowdale. Uświęcona i niekwestionowana.
    Uśmiechnął się chłodno.
    – Wygląda na to, że wygrałaś.
    Skończyła jeść i zawinęła resztki bułki w papierową serwetkę.
    – Jeśli nie chcesz kanapki, to daj mi – poprosiła.
    – Czy jesteś aż tak głodna?
    – To nie dla mnie, głuptasie. Dam chleb kaczkom nad stawem. Zima to dla nich ciężki czas.
    Poszedł razem z nią nad staw. Czuł się dziwnie zrelaksowany i spokojny. Sposób, w jaki powiedziała do niego „głuptasie”, przypomniał mu minione czasy. Kiedyś też tak mówiła. Była starsza o osiem lat, ale w kobiecie karmiącej kaczki nad stawem odnalazł dziewczynę, którą kochał. Wyciągała ręce i wołała do siebie zgłodniałe ptaki. Przybiegały, ślizgając się po lodzie i jadły z ogromnym apetytem.
    Zawsze taka była, uświadomił sobie, zawsze miała wyciągnięte ręce. Pamiętał doskonale, jak przy każdym spotkaniu biegła do niego z otwartymi ramionami. Kiedy się rozstawali, zawsze obejmowała go i całowała czule. Doskonale pamiętał, jak wyglądała, kiedy żegnali się przed jego wyjazdem. Trzymała go za ręce do ostatniej chwili i nie mogła oderwać wzroku od jego twarzy. Nigdy nie zapomniał jej spojrzenia, pełnego miłości i pożądania. Prześladowało go przez całe osiem lat. Duch Przeszłości, który przyszedł ostatniej nocy, obudził sny, które prawie udało się pogrzebać. Wystarczyło kilka chwil, aby poczuł się tak jak przed ośmioma laty. Kiedy go całowała, z trudem powstrzymał się, aby nie porwać jej w ramiona. Krótki lunch w restauracji uświadomił mu, jak wiele stracił – miłość, ciepło, współczucie. Wiedział, że tych lat nie da się odzyskać.
    Przyglądał się jej, jak karmi kaczki i śmieje radośnie. Nie miał najmniejszej ochoty na urządzanie balu, ale zgodził się – tylko dlatego, aby nie pomyślała o nim źle. Tak samo było w przeszłości. Szukał rozpaczliwie jej akceptacji i nie robił niczego, co mogłoby nie znaleźć uznania w jej oczach. Czy cokolwiek zmieniło się od tamtej pory? Wolał nie odpowiadać sobie na to pytanie.
    Podszedł do niej.
    – Proszę o zwrot bułki – powiedział. – Chcę sprawdzić, czy z mojej ręki także będą jadły.
    Roześmiała się i podała mu kanapkę. Spojrzał wtedy na jej dłonie i drgnął. Były strasznie podrapane.
    – Co ci się stało? – zapytał zaniepokojony.
    – Rozplątywałam wczoraj drut przy twojej furtce – powiedziała lekko. Aby rozluźnić atmosferę, dodała: – Zapomniałam z domu ekwipunku włamywacza, więc musiałam to zrobić gołymi rękami.
    Twarz Bena wyrażała rozpacz i smutek.
    – Nigdy nie chciałem ci sprawić bólu – szepnął. – Nie byłbym w stanie zrobić nic, co sprawiłoby ci ból. Powiedz, że mi wierzysz.
    – Oczywiście, że ci wierzę. To był wypadek. Wydaje mi się, że trudno jest się zamknąć przed światem, nie przycinając nikomu palców.
    Ben nie wiedział, co zrobić. Bardzo pragnął ucałować dłonie Dawn, ale nie miał tyle odwagi. Z opresji wybawiły go kaczki, które zaczęły głośno kwakać. Rzucił im bułkę. Kiedy uświadomił sobie, że o mało nie zrobił z siebie głupca, pot wystąpił mu na czoło. Nerwowo zaczął szukać czegoś w kieszeniach.
    – Oto zapasowe klucze do mojego domu. Daję ci je na wypadek, gdyby nie było w domu pani Stanley.
    – Ciebie także nie będzie?
    – Nie. Muszę wyjść na cały dzień. Właśnie przypomniało mi się, że mam mnóstwo spraw do załatwienia.
    – Ale, Ben…
    – Nie potrzebujesz mnie, Dawn. Sama przygotujesz bal. Czuj się w Grange jak u siebie w domu. Rób, co tylko chcesz. Bawcie się dobrze. Muszę już iść.
    Chciała coś powiedzieć, ale odwrócił się i odszedł. Wkrótce zniknął jej z oczu.

Rozdział czwarty

    W dzień poprzedzający Wigilię Ben zjadł wczesne śniadanie i wsiadł do samochodu. Celowo wybrał drogę, która nie prowadziła obok przychodni weterynaryjnej. Powiedział sobie, że zrobił wszystko, czego Dawn mogłaby oczekiwać, i teraz nie chce mieć już nic wspólnego z tą sprawą. Nadszedł czas, aby obejrzeć swoje ziemie. Był właścicielem kilku małych farm użytkowanych przez dzierżawców. Jak dotąd, nie poznał ich jeszcze.
    Zaczął od Martina Craddocka. O Craddocku nie wiedział nic, poza tym co mówiły księgi. Można w nich było przeczytać, że spóźnia się on z płaceniem renty dzierżawnej. Ben pomyślał, że opłaty są zbyt wysokie, jak na niewielką powierzchnię farm, ale być może ziemia w okolicy jest niezwykle urodzajna.
    Kiedy zajechał na farmę Craddocka, spostrzegł, że jego domysły nie znajdują potwierdzenia w rzeczywistości. Ziemia była kamienista i wyglądała na trudną do uprawy. W domu nikogo nie było, więc zaczął rozglądać się po pozostałych zabudowaniach. Wszystkie były w nie najlepszym stanie. Kiedy oglądał stajnię, na podwórze zajechał stary samochód. Wysypała się z niego gromadka dzieci i wraz z nimi rodzice. Mężczyzna w średnim wieku, zapewne sam Martin Craddock, śmiał się radośnie, ale nagle spoważniał, kiedy spostrzegł nieznany samochód. Ben wyszedł ze stajni i mężczyzna pośpieszył w jego kierunku.
    Jego twarz była miła i szlachetna, ale było na niej widać zdenerwowanie.
    – Przepraszam, że nie było mnie, kiedy pan przyjechał – powiedział Craddock do nowego właściciela dzierżawionej ziemi.
    – Nie ma za co – odparł Ben. – To moja wina. Przyjechałem bez uprzedzenia.
    Pomimo tego zapewnienia Craddock wyglądał na jeszcze bardziej zdenerwowanego.
    – Zapewne chciałby pan wejść do środka i ogrzać się – zaproponował.
    Dom był nieskazitelnie czysty, ale bardzo ubogi. Na ścianach i pod sufitem wisiały świąteczne łańcuchy domowej roboty. W rogu pokoju stała choinka, a wiszące na niej bombki dawno straciły połysk.
    – Farma nie wygląda najlepiej o tej porze roku – powiedział niepewnie Craddock. – Gdybym wiedział, że pan przyjedzie, to zakrzątnąłbym się trochę.
    Ben potrząsnął głową.
    – Nie było takiej potrzeby. Wolę widzieć rzeczy takimi, jaki mi są naprawdę.
    Miało to uspokoić Craddocków, ale wszyscy wyglądali na jeszcze bardziej zalęknionych. Co, u diabła, powiedział, że tak na niego patrzyli?
    – Widzę, że byliście na świątecznych zakupach – zauważył, chcąc okazać uprzejmość.
    Wymuszony ton, jakim mówił, brzmiał jak groźba. Pani Craddock zasłoniła torbę z zakupami. Mimo to dostrzegł w niej pudełka z zabawkami.
    – Kupiliśmy trochę drobiazgów dla dzieci – wyjaśnił pośpiesznie dzierżawca. – Nie mają tutaj zbyt wielu rozrywek, a nadeszły święta… więc… sam pan rozumie…
    – Oczywiście. – Craddock był tak zdenerwowany, że Benowi zrobiło się go żal. – Przypuszczam, że macie dużo pracy przed świętami. Nie będę przeszkadzał. Przedyskutujemy wszystko w styczniu, kiedy przyjadę tutaj z księgami. Wkrótce będzie trzeba odnowić dzierżawę, prawda?
    – Tak, ale… gdyby pozwolił mi pan pokazać farmę… gdybym miał szansę…
    Ben spostrzegł, że najmłodsze dziecko wpatrywało się w jego twarz z niezwykłą ciekawością. Budził w nich wstręt. A więc o to chodziło. Właśnie dlatego czuł się tutaj jak intruz. Pragnął teraz tylko jednego. Wyjść.
    – Nie, dziękuję – przerwał Craddockowi. – Do widzenia.
    Wyszedł pośpiesznie z domu, nieomal trzaskając drzwiami.
    Dopiero kiedy przejechał kilka mil, odprężył się trochę. Nie ściskał już tak nerwowo kierownicy.
    Księgi zawierały wyłącznie liczby. Trudno było ocenić na ich podstawie rzeczywistą sytuację. Po wizycie na farmie Craddocków uświadomił sobie jednak, że Squire Davis ściągał z małego poletka dużą opłatę, a nie pomagał w żaden sposób dzierżawcom. Był, być może, rumianym staruszkiem, żyjącym w zgodzie z bożonarodzeniową tradycją, ale farmerów nie obdarzał nadmierną miłością bliźniego.
    Postanowił, że obniży renty dzierżawne i zaoferuje farmerom niskooprocentowane kredyty na zakup maszyn. Zatopiony w rozmyślaniach, znalazł się nagle w zupełnie obcej okolicy. Dopiero po godzinie jazdy wyboistymi wiejskimi drogami trafił na znajome miejsce. Z powrotem był w Hollowdale. Nie zamierzał jechać do domu, ale wydało mu się bezsensowne zawracać, kiedy był zaledwie o kilkadziesiąt metrów od Grange.
    Przed domem stał stary samochód, z którego ktoś wynosił pudełka i wnosił je do domu. Ben rozpoznał, że jest to mężczyzna, który przyszedł po Dawn ostatniego wieczora. Podszedł do niego i wyciągnął dłoń.
    – Nie mieliśmy okazji się poznać – powiedział uprzejmie. – Ostatni wieczór trudno określić mianem spotkania.
    – Jestem Harry. Pracuję w przychodni weterynaryjnej razem z Dawn. Poprosiła mnie, żebym przywiózł trochę rzeczy na bal. Powiedziała, że wyraziłeś zgodę.
    – To prawda. – Uważnie przyjrzał się mężczyźnie. Było w nim coś, co go raziło. Nie potrafił jednak dokładnie określić co. Twarz Harry'ego była miła, oczy szczere, a maniery bez zarzutu. Miał jednak pewną wadę. Pracował z Dawn. Widywał ją codziennie. Z radością wykonywał jej polecenia. Mówił o niej z serdecznością, która Benowi niezbyt się podobała. Ale dlaczego? Minęło przecież osiem lat. Przez cały ten czas przyzwyczajał się do myśli, że Dawn znalazła sobie kogoś. – Wybacz, ale nie mam pojęcia o stronie organizacyjnej całego przedsięwzięcia. Wszystko jest w rękach panny Fletcher.
    – Doskonale, doskonale. Jakoś sobie damy radę, ale przedtem… – Harry wyglądał na zawstydzonego. – Chciałem przeprosić za wczorajszy wieczór. Kręciłem się przed domem i do tego nie byłem jeszcze zbyt uprzejmy.
    – W każdym razie bardziej uprzejmy niż ja.
    – Po prostu martwiłem się o Dawn…
    – Była w domu miejscowego ludożercy – stwierdził ironicznie Ben.
    Harry zaczerwienił się.
    – Wiem, że przesadziłem, ale bardzo się o nią martwię…
    – To naturalne. – Ben zawahał się przez chwilę, ale w końcu zadał to pytanie. – Jesteś w niej bardzo zakochany, prawda?
    Mężczyzna roześmiał się, wyraźnie speszony.
    – Nie wiedziałem, że to widać. Nic nie mogę na to poradzić. Myślę, że każdy, kto naprawdę zna Dawn, musi się w niej zakochać.
    – Tak?
    – Oczywiście, ty jej jeszcze nie znasz, ale kiedy poznasz, zobaczysz, że to naprawdę wspaniała dziewczyna.
    – Nie sądzę, abym poznał lepiej pannę Fletcher – powiedział spokojnie Ben. – Wyraziłem zgodę na zorganizowanie balu i na tym moja rola się kończy.
    – Ona jest bardzo przekonująca, prawda? – zapytał Harry z radosnym błyskiem w oku. – Kiedy coś sobie postanowi, to zrobi wszystko, aby osiągnąć swój cel.
    – Zgadzam się.
    – Ten bal bardzo wiele dla niej znaczy i właśnie dlatego…
    – Musisz mi wybaczyć – przerwał mu Ben. – Mam dużo pracy.
    Oddalił się niepewnym krokiem, ale nim zdążył wejść do biblioteki, zobaczył kątem oka, że drzwi frontowe otwierają się i wchodzi Dawn. Skrył się w cieniu, aby nie zostać przez nią zauważonym, i wtedy zobaczył, jak jej twarz rozjaśniła się na widok Harry'ego. Było to jednak nic w porównaniu z tym, jak twarz Harry'ego rozjaśniła się na jej widok.
    – Dziękuję za punktualność – powiedziała z uśmiechem. – Obawiam się, że mamy przed sobą dużo roboty.
    – Rycerz w lśniącej zbroi czeka na polecenia, o pani – odparł weterynarz, kłaniając się nisko. – Przydziel mi tylko jakieś zadanie. Nie ma rzeczy, która nie byłaby warta twojego uśmiechu.
    – Głuptas – skarciła go. – Mam dla ciebie zadanie. Idź do pani Turnbull i przynieś ciasta.
    – Ależ to jest niewykonalne. Dawn, miej litość. Ta kobieta jest potworna.
    – Czy zrobiła ci kiedyś krzywdę?
    – Ciągle nazywa mnie „młodym człowiekiem” i mówi to tonem, którego nie powstydziłby się żaden oficer. Każe mi stać i wysłuchiwać nie kończących się historii o tym, jakie to jej ciasta zbierają pochwały.
    – Ona jest stara i samotna – odpowiedziała Dawn. – Bądź dla niej miły.
    – Dla ciebie wszystko – pocałował ją delikatnie i wyszedł.
    Dziewczyna wzięła pudełka i zaniosła je do salonu. Dopiero wtedy Ben wyszedł cicho z ukrycia i wślizgnął się do biblioteki. Zamknął za sobą drzwi, ale wciąż przeszkadzały mu jakieś hałasy. Samochody przyjeżdżały i odjeżdżały, drzwi trzaskały, a cały dom rozbrzmiewał wesołym gwarem. Starał się skupić na księgach rachunkowych, ale przed oczami ciągle miał twarz Dawn. Widział uśmiech, którym obdarzyła Harry'ego. Nie było w nim namiętności, powtarzał sobie. To tylko przyjacielska sympatia. Ale może przyjacielska sympatia jej wystarczała. Przed laty zraziła się do miłości.
    Pamiętał także, jak pocałowała go ostatniej nocy. W tym pocałunku było wszystko – przyjaźń, ciepło, współczucie. I litość? Nie daj Boże! Ale czy cała namiętność już się w niej wypaliła? Kiedy postanowił zakończyć ich związek, nie chciał, aby tak się stało. Wbrew własnym intencjom dał jej brutalną lekcję na temat bezużyteczności kochania.
    Zwiesił bezradnie głowę.
    Nagle rozległo się pukanie do drzwi.
    – Tak? – zapytał zduszonym głosem.
    To była Dawn.
    – Czy mogę wejść?
    W tej chwili wolałby się spotkać raczej z samym diabłem, ale otrząsnął się i wypowiedział sakramentalne „Proszę”.
    – Przyszłam cię prosić o klucz do podwójnych drzwi – oznajmiła z uśmiechem. – Jeśli je otworzymy, to połączymy dwa duże pokoje.
    – Pani Stanley ma ten klucz – odpowiedział oficjalnym tonem.
    – Powiedziała, że ty go masz. – Uśmiechnęła się łagodnie. – Przepraszam, że przeszkadzam ci w pracy.
    Odnalazł klucz i dał go jej. Był wyraźnie rozgniewany. Dlaczego tu jeszcze stała, zamiast iść do Harry'ego? Czekał na nią, kochał ją, kto wie, może nawet chciał się z nią ożenić?
    – Och, tak przy okazji, podałam numer telefonu do Grange Jackowi. Ma teraz dyżur i w razie nagłych wypadków może zadzwonić po mnie lub Harry'ego. Nie gniewasz się, że zrobiłam to bez twojej wiedzy?
    – Nie gniewam.
    – Cieszę się, że jesteś tutaj razem z nami – powiedziała ciepło. – Cudownie, że będziesz na balu.
    – Nie mam zamiaru w nim uczestniczyć – mruknął. – Powiedziałem już, że nie chcę mieć z tym nic wspólnego. A teraz, wybacz mi, jestem bardzo zajęty.
    Odwrócił się. Zapadła cisza i zastanawiał się, czy Dawn podejdzie i obejmie go czule. Cisza jednak wydłużała się i kiedy spojrzał za siebie, zorientował się, że jest w bibliotece sam.
    Też dobrze, pomyślał z goryczą. Im rzadziej się będą widywać, tym lepiej. Wbrew własnej woli nasłuchiwał jednak odgłosów, dochodzących zza drzwi i zastanawiał się, co teraz robi Dawn.
    Po półgodzinie w domu zapanowała względna cisza, ale była to cisza przed burzą. Przez bramę wjechał autokar z dziećmi, które z potwornym wrzaskiem wbiegły do domu. Rozpoczął się bal. Ben niezmordowanie przeglądał księgi finansowe i jak tylko mógł, starał się nie słuchać odgłosów zabawy.
    Udało mu się tak pracować blisko godzinę, ale w końcu dotarł do punktu, w którym niezbędne były informacje z księgi znajdującej się w pokoju na piętrze. Nie pozostawało nic innego, jak tylko pójść po nią. Kiedy otworzył drzwi, o mało nie wpadł na Harry'ego, który niósł pod pachą spory tobołek.
    – Przepraszam – wykrztusił pośpiesznie. – Mam być Świętym Mikołajem i szukam miejsca, w którym mógłbym się przebrać.
    – Możesz skorzystać z biblioteki – powiedział Ben bez wahania i przepuścił Harry'ego przez drzwi. Aby nie słyszeć jego podziękowań, ruszył szybko w stronę schodów. Po drodze mijał drzwi, prowadzące do salonu. Były otwarte. Zobaczył długi, świątecznie przystrojony stół i siedzące za nim dzieci w papierowych czapeczkach. Przyspieszył kroku w obawie, że ktoś go zauważy.
    Kiedy wracał kilka minut później, zobaczył, jak Święty Mikołaj żartuje z dziećmi. Dawn krążyła po salonie i jak prawdziwa kelnerka dbała, aby nikomu nie brakowało jedzenia i słodyczy na talerzu. Wyglądała na szczęśliwą i niezwykle zaangażowaną. Nim odszedł, poczuł jeszcze w żołądku dziwne ssanie.
    Drzwi od biblioteki były otwarte. Wszedł do środka i już miał zamiar zamknąć je za sobą, gdy nagle uświadomił sobie, że nie jest sam. Na bibliotecznej drabince siedziała mała dziewczynka i przeglądała książki. Mocno poirytowany tym, że zakłócono jego prywatność, spytał oschle:
    – Czy nikt nie poinformował cię, że tu nie wolno wchodzić?
    Dziewczynka podniosła głowę i Ben aż drgnął. Miała może dziesięć lat i okrągłą twarz, typową dla dzieci z zespołem Downa.
    – Wszystko w porządku! – zawołał pośpiesznie. – Nie chciałem cię urazić. Możesz tutaj siedzieć, jeśli tylko chcesz.
    Wyglądała na zdziwioną.
    – Naprawdę? Zawsze wchodzę tam, gdzie nie powinnam.
    – Nie ma problemu – powiedział zdecydowanie. – Po prostu mnie zaskoczyłaś.
    Słyszał, że dzieci z zespołem Downa są niezwykle delikatne i uczuciowe i chyba była to prawda, ponieważ uśmiech, którym obdarzyła go dziewczynka, był jednym z najsłodszych, jakie widział w życiu. Sam także się uśmiechnął.
    – Czy trudno było wejść na tę drabinkę?
    Potrząsnęła głową.
    – Trzymałam się półek z książkami. To bardzo proste. Jestem dobra w trzymaniu się różnych przedmiotów.
    Mówiła niezwykle naturalnie, więc odpowiedział jej w ten sam sposób.
    – Ja też muszę się trzymać przedmiotów i nie znoszę tego.
    – Czy to twoja laska?
    – Tak.
    – Zawsze jej używałeś?
    – Nie, dopiero od kilku lat.
    Uśmiechnęła się.
    – Ludzie są zabawni. Kiedy masz laskę, nie wiedzą, co powiedzieć.
    – Ci, którzy myślą, że wiedzą, są najgorsi – stwierdził ponuro Ben.
    – Zawsze powiedzą coś przykrego.
    Spojrzeli na siebie jak starzy przyjaciele.
    – Nazywam się Carly.
    – A ja… – Zawahał się, ale w końcu posłużył imieniem, które znała tylko Dawn. – Ben.
    Uścisnęli sobie dłonie.
    – Czy to twój dom? – zapytała.
    – Tak.
    – To dlaczego nie jesteś na balu? Nie lubisz się bawić?
    – Niespecjalnie – przyznał.
    Wyglądała na zdziwioną.
    – Nie lubisz ludzi?
    – Nie czuję się przy nich dobrze.
    – Ale dlaczego? Ludzie są wspaniali.
    – Nawet jeśli mówią coś przykrego?
    – Chcą być mili – wyjaśniła Carly.
    – Wolałbym nie przebywać wśród nich. Boję się, że będą patrzeć na moją twarz.
    Posłała mu pytające spojrzenie.
    – W twojej twarzy nie ma niczego złego.
    Chciał odpowiedzieć: „Nonsens”, z typowym dla siebie zniecierpliwieniem, ale uświadomił sobie, że byłoby to nie na miejscu. Carly miała znacznie większe kłopoty, ale nie traktowała ich bardzo poważnie. Czuł się zawstydzony.
    – Naprawdę? – zapytał z niedowierzaniem.
    Przyjrzała mu się z uwagą. Ponieważ siedziała na drabince, znaleźli się nieomal twarzą w twarz.
    – Masz tylko kilka zmarszczek – powiedziała spokojnie. – Każdy ma zmarszczki, kiedy się starzeje.
    – Nie jestem aż taki stary.
    Carly roześmiała się cicho. Po chwili śmiał się razem z nią. Był tak zafascynowany dziewczynką, że nawet nie zauważył, jak w drzwiach pojawiła się Dawn i zniknęła po chwili.
    – Niech ci będzie. Jestem taki stary – przyznał.
    – Masz sto lat? – zapytała figlarnie.
    – Trochę mniej. Nie rozmawiajmy już o moim wieku. Nie powiedziałaś mi jeszcze, dlaczego tutaj przyszłaś. Nie bawiłaś się dobrze?
    – Zabawa jest pyszna. Jeszcze nigdy nie byłam w Grange, ale dużo słyszałam o tym miejscu. Wszyscy mówili, że w tym roku nie będzie balu, ale ja nie traciłam nadziei. A kiedy masz nadzieję, to wszystko się udaje.
    Ben czuł, że oczy zachodzą mu mgłą. Wbrew okrutnym wyrokom losu dziewczynka wierzyła, że świat jest dobry i sprawiedliwy. Mato brakowało, a zniszczyłby jej idealistyczne złudzenia.
    – To prawda – przyznał zduszonym z przejęcia głosem. – Ale skoro tak doskonale się bawiłaś, to dlaczego przyszłaś tutaj?
    – Powiedziano nam, że nie możemy wychodzić z salonu…
    Urwała w połowie zdania i jakby zastanawiała się, czy ma dokończyć.
    Oszczędził jej kłopotu.
    – Wobec tego poczułaś przemożną chęć zwiedzenia całego domu. Znam to uczucie. W twoim wieku byłem taki sam. Zakazy działały na mnie jak czerwona płachta na byka. Czy chcesz zobaczyć resztę pokoi?
    W oczach Carly ponownie zapłonęły figlarne ogniki.
    – Dziękuję, teraz już nie.
    – Nie…? Och, rozumiem. Zepsułem wszystko, wyrażając zgodę. Wracaj w takim razie na bal. Ominą cię prezenty od Świętego Mikołaja.
    – Idziesz?
    – Nie, ja… – Zawahał się.
    Oczy dziewczynki przeszywały go bezlitośnie.
    – Będzie mi bardzo miło, jeśli pójdziesz – wyznała szczerze.
    – W takim razie… pójdę.
    Pomógł jej zejść z drabinki.
    – Bierzesz laskę? – zapytała.
    Potrząsnął głową.
    – Mam wrażenie, że nie jest mi teraz potrzebna.
    Wyszli z biblioteki i trzymając się za ręce, przeszli do salonu. Kiedy pojawili się w drzwiach, zapadła cisza. Przez kilka upiornych sekund Ben miał wrażenie, że wszyscy patrzą na jego twarz. Carly ścisnęła go mocniej za rękę.
    – To jest Ben – oznajmiła wesoło. – Mój przyjaciel.

Rozdział piąty

    Przez chwilę Ben czuł się zdezorientowany i zagubiony. Zakończono już jedzenie i stoły były zestawione tak, aby dzieci mogły usiąść pośrodku salonu w dużym kole. Błyszczące świecidełka na ścianach i papierowe łańcuchy zwisające z sufitu wyglądały imponująco. W rogu salonu stała ogromna choinka, a pod nią piętrzyła się góra prezentów, których pilnował Święty Mikołaj. Ale teraz nikt na niego nie patrzył. Uwaga wszystkich skupiona była na Benie.
    Po chwili spostrzegł, że wszystkie dzieci są w ten czy inny sposób upośledzone. Niektóre miały kule, inne poruszały się na wózkach, wiele cierpiało na zespół Downa. Ich roześmiane twarze i wyciągnięte ręce zapraszały go, aby usiadł w kole razem z nimi i jak dziecko cieszył się świętami.
    Nagle Harry zawołał:
    – Ho ho ho! – Kiedy wszystkie twarze zwróciły się w jego kierunku, zapytał: – Czy wszyscy są gotowi do świątecznych gier?
    Odpowiedziały mu podekscytowane głosy. Tłum dzieci otoczył ciasno choinkę z prezentami.
    Ben poczuł na swojej ręce delikatne dotknięcie. Obok stała mała dziewczynka z talerzykiem, na którym leżał kawałek ciasta.
    – Nic nie zjadłeś – powiedziała z uśmiechem.
    Podziękował uprzejmie i wziął talerzyk. Patrzyła na niego, dopóki nie skosztował ciasta i nie powiedział, że jest znakomite. Odetchnęła wtedy z ulgą i odeszła.
    Miał w życiu tyle opiekunek i pielęgniarek. Płaciło się im i sumiennie wykonywały swoje obowiązki. Troska tej dziewczynki doprowadziła go nieomal do łez. Nagle uświadomił sobie, że mógł mieć to wszystko zupełnie za darmo.
    Dawn i pozostali dorośli ustawiali krzesła tak, aby dzieci mogły zasiąść w kole. Ben, zachęcony przez swoich nowych przyjaciół, usiadł także. Siedział pomiędzy Carly a małym chłopcem na wózku inwalidzkim. Nie miał pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi, dopóki Święty Mikołaj nie wyjął dużego pakunku. Kiedy ktoś zaczął grać na pianinie, podał paczkę pierwszemu dziecku, a ono podało ją dalej. Paczka wędrowała tak z rąk do rąk, aż w końcu muzyka urwała się i pakunek pozostał w rękach małego chłopca. Zdjął z niego wierzchnią warstwę papieru, ale po chwili pianino znów się odezwało i paczka powędrowała dalej.
    Ben uświadomił sobie, że bawił się tak, kiedy był małym dzieckiem. Kiedy paczka dotarła do niego, podał ją szybko dalej. Tym razem także zatrzymała się u tego samego chłopca na wózku. Nim muzyka rozległa się ponownie, zdążył zedrzeć jeszcze kilka warstw kolorowego papieru.
    Następnym razem paczka zatrzymała się w rękach Bena. Na szczęście była jeszcze bardzo gruba, więc swobodnie ściągnął z niej dalsze warstwy opakowania. Dzieci śmiały się głośno, w czym ochoczo wtórowała im Dawn.
    – Co w tym takiego śmiesznego? – zapytał, udając oburzenie.
    – Ty – odpowiedziała, śmiejąc się jeszcze głośniej.
    Paczka ruszyła w drogę i wędrowała tak w kółko i w kółko. Z minuty na minutę stawała się coraz mniejsza, a okrzyki dzieci coraz głośniejsze. Kiedy pozostała już tylko jedna warstwa papieru, Ben podał ją szybko dalej i zdążył w samą porę. Muzyka urwała się i mały chłopiec, siedzący na wózku, uśmiechnął się radośnie. Kiedy zdarł ostatnią część opakowania, Ben był tym, który cieszył się najgłośniej.
    Oczom wszystkich ukazała się kolorowa książka. Z wyrazu twarzy chłopca można się było domyślić, że nie wygrał jeszcze niczego w swoim dotychczasowym życiu. Ben był rozluźniony i radosny. Starał się sobie przypomnieć, kiedy czuł się tak po raz ostatni, ale musiał się cofnąć w daleką przeszłość.
    Minęło już osiem lat, odkąd młoda kobieta o ciemnych oczach i kuszących ustach powiedziała mu, że będzie go kochać do końca życia. Była to nagroda, jaką otrzymał po pokonaniu innych zalotników, skuszonych jej urodą i słodyczą. Mogła mieć każdego, kogo chciała, ale wybrała właśnie jego. Czuł się wtedy jak młody bóg. Nic nie miało ich rozdzielić. Na dobre i złe, przysięgali sobie, używając słów małżeńskiego ślubowania. W dostatku i nędzy. Aż do śmierci. Ale on złamał tę obietnicę i Dawn także nie pozwolił jej dochować.
    Ogarnął go podły nastrój. Poprzednia radość zniknęła raptownie. Spojrzał na Dawn. Trzymała na rękach małą dziewczynkę i mówiła coś do niej z czułością. Gdyby zaufał jej wtedy, to być może mieliby już teraz własne dzieci. Byłaby jego żoną. Duch Przeszłości był jednocześnie radosny i melancholijny. Śpiewał, tańczył, śmiał się, ale także przypominał stracony czas.
    Kiedy zabawy się skończyły, nadszedł czas na rozdawanie prezentów. Święty Mikołaj usiadł pod choinką i zawołał:
    – Ho ho ho!
    Brał prezenty od Dawn, czytał wypisane na nich imiona. Każde dziecko miało swój indywidualny prezent, w miarę możliwości zgodny z jego życzeniami i upodobaniami. Kiedy kolejny szczęśliwiec zawołał: „Właśnie tego chciałem!”, Ben zwrócił się, zdumiony, do Dawn:
    – Skąd wiedziałaś, jakie są życzenia dzieci?
    Uśmiechnęła się tajemniczo.
    – Mam na to swoje sposoby – powiedziała, nie przerywając pracy. – Większość z tych dzieci przebywa na stale w domach dziecka lub szpitalach. Opiekunowie starają się podchodzić do każdego malca indywidualnie, ale nie zawsze jest to możliwe. Te prezenty dają dzieciakom wrażenie, że nie giną w bezimiennym tłumie.
    Pomyślał, że była jak wspaniały dzwon. Jej głos brzmiał dźwięcznie, czysto i prawdziwie. Przez te wszystkie lata mógł to mieć, ale teraz uśmiechała się do Harry'ego. On także się uśmiechał. Widać było, że jest bardzo zakochany. Ben wycofał się bezszelestnie, kiedy się odwróciła.
    Wrócił do biblioteki i zatrzasnął za sobą drzwi. Nie pozostawało mu nic innego, jak przeczekać tu do zakończenia balu.
    Nie potrafił się jednak uspokoić. Wciąż był tam, na zewnątrz, i patrzył na Dawn zazdrośnie. Dlaczego to robił? Nie miał do tego żadnego prawa!
    Wytrzymał tak przez pół godziny, po czym uchylił drzwi i wyjrzał ciekawie. Było prawie całkiem cicho. Podano właśnie gorącą czekoladę i dzieci siedziały spokojnie przy stole.
    Nagle na korytarzu pojawił się Święty Mikołaj. Rozejrzał się ostrożnie wokół i kiedy upewnił się, że nikt go nie widzi, wyjął z worka gałązkę jemioły i zawiesił ją nad obrazem. Skierował się następnie w stronę kuchni, aby wrócić po chwili, trzymając Dawn za rękę.
    Ben zacisnął zęby. Był wściekły, ale nie mógł nic zrobić. Tylko Dawn mogła teraz powstrzymać Świętego Mikołaja. Mogła go odepchnąć.
    Ale Harry był sprytny. Obejmując ją czule, zapytał:
    – Czy zrobiłem wszystko, co chciałaś?
    – Wszystko – odpowiedziała bez wahania. – Byłeś naprawdę wspaniały.
    – W takim razie – powiedział Święty Mikołaj, wskazując na jemiołę – czas na moją zapłatę.
    Dawn pozwoliła, aby przytulił ją mocno i pocałował. Nie zachowywała się jednak jak kochanka. Śmiała się i żartowała, że przyklejona broda ją łaskocze. Ben zamknął drzwi i przeklinał się w duchu, że w ogóle zdecydował sieje otworzyć. W chwilę później usłyszał pukanie. Była to Carly.
    – Przyjechał autobus – powiedziała z uśmiechem. – Przed odjazdem chciałam się z tobą pożegnać.
    – Bardzo miło mi się z tobą rozmawiało – powiedział szczerze. – Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy.
    – Może za rok, na balu świątecznym?
    – Może.
    Patrzył, jak Carly i reszta dzieci wychodzą przez frontowe drzwi do autobusu. W ostatniej chwili dziewczynka odwróciła się i pomachała mu serdecznie. Uśmiechnął się.
    Nagle tuż obok pojawiła się Dawn.
    – Widzę, że się zaprzyjaźniliście – powiedziała. – Szkoda, że muszą jechać tak wcześnie, ale przed nimi daleka droga.
    – Bal się jeszcze nie skończył? – zapytał.
    – Myślę, że potrwa jeszcze z godzinę. Nie masz nic przeciwko temu?
    – Nie. Powiedziałem już, że wszystko pozostawiam w twoich rękach.
    Ktoś zawołał Dawn, która odwróciła się, żeby porozmawiać z małą dziewczynką. Zazdrosne oczy Bena szukały Harry'ego i w końcu znalazły go w salonie. Siedział i jadł ciasto. Podniósł nagle wzrok znad talerza i przesłał dziewczynie czuły pocałunek. Uśmiechnęła się i pomachała mu ręką.
    W bibliotece zadzwonił telefon. Ben podniósł słuchawkę i zorientował się, że rozmawia z nieznajomą kobietą. Przedstawiła się jako pani Calloway.
    – Potrzebuję weterynarza – wyjaśniła. – Pana Stanninga nie ma w przychodni i poinformowano mnie, że pod tym numerem mogę kogoś znaleźć.
    – Zgadza się. Zaraz kogoś zawołam.
    Kiedy wyszedł na korytarz, o mało nie wpadł na Dawn. Minął ją jednak i szybkim krokiem podszedł do Harry'ego.
    – Obawiam się, że jesteś potrzebny – powiedział z udawaną troską. – Odbierz telefon w bibliotece.
    Podążył w ślad za mężczyzną i po drodze zauważył, że Dawn zniknęła w kuchni. Dzięki Bogu, niczego nie spostrzegła. Rozmowa była krótka. Ben usłyszał tylko ostatnie słowa.
    – Dobrze. Będę tam za pół godziny. – Harry odwiesił słuchawkę i zaczął ściągać strój Świętego Mikołaja. – Muszę pozbyć się tej brody. Trudno się ją zakłada, jeszcze trudniej zdejmuje. – Uśmiechnął się, jakby przypomniał sobie coś miłego. – Chwilami jest bardzo niewygodna.
    – Naprawdę? – Ben z trudem powstrzymywał się, aby nie rzucić się na weterynarza z pięściami.
    Harry bezradnie ciągnął za brodę.
    – Czy mógłbyś mi pomóc?
    – Z przyjemnością.
    Ben wyciągnął rękę i jednym zdecydowanym ruchem zdarł nieszczęsną brodę.
    – Aaa! – Harry złapał się za podbródek. – Myślałem, że wyrwiesz mi szczękę!
    – Przepraszam – powiedział nieszczerze. – Czy mogę jeszcze coś dla ciebie zrobić?
    – Tak. Schowaj kostium do pudła i powiedz Dawn, że musiałem wyjść.
    – Nie ma sprawy.
    Kiedy Harry wychodził, w holu nikogo nie było. Ben patrzył, jak wsiada do samochodu i odjeżdża. Czy to, co zrobił, było nieuczciwe? Chyba nie. Harry był bardziej doświadczonym weterynarzem niż Dawn i klienci zapewne bardziej mu ufali. Prawda była jednak taka, że po prostu chciał się go pozbyć.
    Usłyszał głos dziewczyny, dochodzący z kuchni. Rozmawiała chyba z jakimś dzieckiem.
    – Nie martw się, Gary. Jeśli wyjaśnisz wszystko Świętemu Mikołajowi, to jestem pewna, że…
    Poczuł zimny dreszcz na plecach. Dopiero teraz uświadomił sobie, co naprawdę zrobił. Spławił Świętego Mikołaja!
    Dawn zrobi mu awanturę, że nic jej nie powiedział, a Gary będzie zawiedziony. To była prawdziwa katastrofa.
    Najszybciej jak tylko potrafił przebiegł hol, schował się w bibliotece i dla pewności zamknął drzwi na klucz. Zdążył w samą porę. Po chwili usłyszał niecierpliwy głos Dawn.
    – Czy ktoś widział Świętego Mikołaja?
    Trudne sytuacje wymagają odważnych decyzji. Chwycił biało-czerwony strój Świętego Mikołaja i z ulgą stwierdził, że rozmiar pasuje. Pośpiesznie ściągnął marynarkę i narzucił na siebie dziwaczny kostium. Dzięki Bogu, długi płaszcz podbity futrem zakrywał prawie wszystko. Największy problem stanowiła jednak broda. Oderwana gwałtownie od twarzy Harry'ego nie nadawała się do ponownego użytku. Klej już wysechł, a w pudełku nie było zapasowej tubki. Na szczęście znalazła się zapasowa broda. Była wyposażona w specjalne gumki, które naciągało się na uszy i nie wymagała przyklejania. Ben założył ją starannie, przejrzał się dla pewności w lustrze i otworzył drzwi.
    Na zewnątrz stała Dawn.
    – Dzięki Bogu! – zawołała uradowana i uśmiechając się, wzięła Bena za rękę.
    Był wściekły. Ani uśmiech, ani czuły dotyk nie były przeznaczone dla niego. Pochylił pytająco głowę, ale nie ośmielił się przemówić.
    – Mamy problem – wyjaśniła Dawn. – To Gary Briggs. Przyjechał dopiero przed chwilą. Jego ojciec nie żyje, a matka leży w szpitalu. Chwilowo jest pod opieką rodziny. Nie wiedzieliśmy, że będzie na balu. Mam dodatkowy prezent, ale to dziecięca zabawka, a Gary ma już jedenaście lat. Musimy coś wymyślić. Oto Gary. Właśnie wyjaśniałam twój problem Świętemu Mikołajowi i jestem pewna, że coś się da załatwić.
    Ben poczuł pustkę w głowie. Odchrząknął, aby dać sobie trochę czasu do namysłu. Kiedy wreszcie przemówił, jego głos był niski i ochrypły.
    – Pozwól mi się zastanowić, Gary… – Rozważał chwilę to, co powiedziała mu Dawn. – Twoja mama jest w szpitalu, prawda? Widziałeś się z nią?
    – Tak. Wczoraj.
    – Czy czuje się już lepiej?
    – Lekarz powiedział, że za miesiąc będzie mogła wrócić do domu.
    – To dobrze. Szkoda jednak, że jest poza domem w czasie świąt. Rozstania zawsze są przykre, ale w święta szczególnie. Przy wigilijnym stole wszystkie niepowodzenia są bardziej bolesne niż zazwyczaj. Ciekawe, dlaczego.
    Gary pokiwał głową i spojrzał z ufnością na Bena.
    – Chyba dlatego, że tak wiele się planuje – powiedział po krótkim namyśle. – Kiedy myśli się o tym, co się chciało robić i co się robi, to człowiek wpada w zły nastrój,
    – Masz rację. Rozdźwięk pomiędzy marzeniami i rzeczywistością zawsze jest bolesny. – Zadumał się przez moment, ale pytający wzrok Gary'ego przywrócił go do rzeczywistości. – Chyba bardzo tęsknisz za mamą. Czego najbardziej ci brak?
    Ben grał rozpaczliwie na czas i uważnie wsłuchiwał się w odpowiedzi chłopca, szukając jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Na szczęście Gary naprowadził go na pewien trop.
    – Brak mi układania puzzli.
    – Układasz puzzle?
    – Układamy razem z mamą. Ona jest w tym naprawdę dobra.
    Zdarzył się cud, o który Ben modlił się w duchu.
    – Powiedz mi, Gary, czy układałeś kiedyś z mamą puzzle, składający się z ośmiu tysięcy kawałków?
    Oczy chłopca rozszerzyły się. Potrząsnął gwałtownie głową.
    – Mogę ci taki podarować. Ułożysz sam, ile dasz radę, a po powrocie mamy skończycie razem.
    Garry skinął głową. Był tak uradowany, że nie potrafił wydusić z siebie słowa.
    – Ten puzzle nie jest zupełnie nowy – dodał pośpiesznie Ben. – Zawsze lubiłem układanki i bawiłem się nimi, kiedy byłem młodym… młodym Świętym Mikołajem.
    Gary był zdumiony.
    – Młody Święty Mikołaj? Jak to możliwe?
    – Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale nawet Święty Mikołaj był kiedyś młody. Dawno temu postanowiłem sobie, że ten puzzle podaruję komuś, kto potrafi go docenić. Zaczekaj teraz razem z Dawn, a ja po niego pójdę.
    Kiedy szedł na górę po schodach, uświadomił sobie, że puzzle leży zapewne w jednym z wielu ogromnych pudeł, które nie zostały jeszcze rozpakowane od czasu przeprowadzki. Szczęście mu jednak dopisało i znalazł układankę po niespełna pięciu minutach. Rzeczywiście bardzo lubił ten puzzle. Kiedy leżał przykuty do łóżka, stanowił on jedną z jego nielicznych rozrywek. Wciąż był w doskonałym stanie. Pudełko błyszczało elegancko, a namalowane na nim sportowe samochody, pędzące w kierunku mety, nie straciły żywych kolorów. Spojrzał jeszcze na biało-czarną chorągiewkę startera, wiwatujące tłumy i pośpiesznie /biegł do salonu.
    Bal opuszczała kolejna grupa dzieci. Pomachał im ręką i wrócił do Gary'ego. Chłopiec siedział pod bogato przystrojoną choinką. Ben zgasił światło i tylko kolorowe lampki rozświetlały mrok grudniowego wieczoru. Odetchnął z ulgą. Mógł spokojnie wręczyć prezent bez obawy, że zostanie rozpoznany.
    Usiadł obok Gary'ego i podał mu układankę. Chłopiec spojrzał na kolorowe pudełko i aż wstrzymał oddech z zachwytu.
    – Jest wspaniały – wyszeptał. – Świetny rysunek. Nie to, co jakieś widoczki dla grzecznych dziewczynek.
    – Zawsze takie lubiłem – powiedział Ben. – Jest bardzo skomplikowany. Zajmie ci sporo czasu, zanim go rozgryziesz. – Na chwilę zapomniał o roli Świętego Mikołaja i przemówił; własnym głosem. – Gwarantuję, że są wszystkie elementy. Kiedy zginął mi chociaż jeden, wyrzucałem całe pudełko i kupowałem; nowe.
    – Wyrzucałeś całe pudełko? – Gary nie mógł ukryć zdumienia. – Z powodu jednego elementu?
    – Puzzle powinien być kompletny – wyjaśnił Ben. – Tylko wtedy jest naprawdę dobry. – Wyraz oczu chłopca rozczulił go trochę. – Ty masz inny stosunek do puzzli, prawda?
    – Są dla mnie jak… przyjaciele – wyjaśnił. – Nie potrafiłbym ich wyrzucać tylko dlatego, że nie są kompletne. Człowieka też nie wyrzuca się przecież na śmietnik, kiedy się trochę zmieni.
    Jakże mało wie o świecie ten chłopiec, pomyślał z goryczą Ben. Ale to dobrze. Wierząc w to, popełni mniej błędów niż inni ludzie. Niestety, lata nauczą go cynizmu i wyrachowania.
    Do salonu weszło małżeństwo w średnim wieku. Byli to wujostwo Gary'ego. Chłopiec mieszkał u nich, od kiedy matka znalazła się w szpitalu. Przyjechali, aby go odebrać. Ben odprowadził ich do drzwi. Gary trzymał puzzle tak, jakby był najcenniejszą rzeczą na świecie. Machał Świętemu Mikołajowi, dopóki samochód nie zniknął za zakrętem.

Rozdział szósty

    Ben zamknął drzwi i otoczyła go przejmująca cisza. Bal już się skończył. Miał wrażenie, że jest zupełnie sam.
    Nagle uświadomił sobie, że w ciemnym korytarzu pod obrazem, nad którym wisiała jemioła, ktoś stoi. Zmrużył oczy i stwierdził, że jest to Dawn. Podeszła do niego posuwistym krokiem.
    – Święty Mikołaju, byłeś wspaniały – szepnęła. – Nawet nie wiesz, ile to znaczy dla Gary'ego.
    Uśmiechnęła się wyczekująco, ale nie odważył się wymówić nawet słowa.
    Spojrzała prowokacyjnie na jemiołę.
    – Chodź tutaj…
    Serce o mało nie wyskoczyło mu z piersi. Przez cały bal zastanawiał się, jak odebrała pocałunek Harry'ego i teraz miał odpowiedź. Chciała więcej. Z uwodzicielskim uśmiechem wzięła go… a raczej Harry'ego… za ręce i zaciągnęła pod jemiołę. Odczuwał rosnące pożądanie. To, czego teraz doświadczał, było potworne, niewybaczalne.
    – Dawn… – szepnął przerażony.
    – Cicho – przerwała mu. – Nie potrzebujemy słów. Nigdy nie potrzebowaliśmy. Tylko to się liczy.
    Zarzuciła mu ręce na szyję i przytuliła do siebie. Powinien jej powiedzieć prawdę. Ten pocałunek przeznaczony był dla innego mężczyzny. Ale ich usta spotkały się już i jedyne, co mógł teraz zrobić, to objąć ją mocno i oddać się bez reszty zniewalającej rozkoszy.
    Miał wrażenie, że cały płonie. Całowała go inaczej niż tamtej nocy. Wtedy był to gest współczucia i czułości, którym mogła obdarzyć każdą słabą i chorą istotę. Teraz w jej pocałunku wyczuwało się niespotykaną namiętność i pożądanie. Jej miękkie usta były takie jak przed laty – pełne słodkich obietnic i bezgranicznego szczęścia. Nie zapomniał ich przez osiem lat.
    Starał się o niej nie myśleć, pogrzebać wspólnie przeżyte chwile i sądził, że mu się udało. Powtarzał to sobie każdego dnia, każdej nocy. Teraz okazało się, że sam siebie okłamywał. Dawn bez najmniejszego trudu cofnęła czas i ożywiła uczucia, które tak usilnie starał się zniszczyć.
    – Prawda? – szepnęła czule. – Tylko to się liczy.
    – Tak – odpowiedział zachrypłym z podniecenia głosem. – Tylko to się liczy. Zawsze tak było.
    Bitwa była skończona. Poddał się. Znowu należał do niej. Całkowicie i bez reszty. Przytulił ją jeszcze mocniej. Jego ciało, które wydawało się już na wpół martwe, ponownie uczyło się odczuwać pożądanie i przyjemność.
    – Kochanie – szepnęła. – Mój najdroższy…
    Wyszeptał jej imię pomiędzy pocałunkami i zduszonym głosem poprosił:
    – Powiedz mi, że mnie kochasz.
    – Kocham cię – odpowiedziała bez chwili wahania. – W dzień i w nocy, w każdym momencie… zawsze… aż do śmierci…
    Już miał zamiar powiedzieć jej, jak kochał ją przez te wszystkie lata, jak tęsknił, chciał błagać o wybaczenie, gdy nagle usłyszeli skrzypnięcie drzwi i czyjeś głosy.
    Dawn momentalnie wyswobodziła się /.jego uścisku.
    – Ktoś idzie – szepnęła.
    Dotknęła jeszcze na pożegnanie jego ust i odeszła. Jego ramiona znów były puste. Miał wrażenie, jakby obejmował ducha.

    W kościele było prawie zupełnie ciemno. Dziecięcy chór zaczął śpiewać kolędy i po chwili przyłączyli się także wierni. Wnętrze starego kościółka rozbrzmiewało szczęściem i radością. Scenariusz pasterki był w Hollowdale od setek lat ten sam. Bożonarodzeniowa tradycja była niezmienna i święta.
    Ben stał przy wejściu i starał się wypatrzeć Dawn w tłumie, ale nigdzie nie było jej widać.
    Minęło już trzydzieści godzin, odkąd trzymał ją w ramionach. Trzydzieści potwornych godzin wypełnionych nadzieją i rozpaczą. Czy wiedziała wtedy, kogo całuje – zastanawiał się w nieskończoność. Czy wiedziała, że Święty Mikołaj to nie Harry? Wszystko wyjaśni się przy najbliższym spotkaniu. Spojrzy jej w oczy i zobaczy w nich prawdę. Miał nadzieję, że przyjdzie tak jak inni, posprzątać po balu, że chociaż, zadzwoni. Nic takiego jednak nie nastąpiło.
    W ramach gimnastyki zalecanej przez lekarza poszedł na spacer w stronę przychodni weterynaryjnej, ale jedyne, co zobaczył, to samochód Dawn znikający za zakrętem. Wrócił do Grange po niespełna pięciu minutach.
    Dzień dłużył się niemiłosiernie, a dziewczyna nie dawała znaku życia. Po radosnym balu dom wydawał się smutny i pusty. Pomyślał o roześmianej twarzy Carly, o Garym, który mówił, że należy kochać nawet to, co nie jest doskonałe. Nie rozpamiętywał jednak zbyt długo słów chłopca, Dotykały bolesnego tematu.
    Kiedyś był doskonały. Młody, silny, przystojny. Potem wszystko to stracił. Stracił także kobietę, która kochał. Był zbyt dumny, aby zdać się na jej miłość i współczucie. Powinna kochać jego doskonałość, nie ułomność.
    Wyślizgnął się bezszelestnie z kościoła i ruszył zaśnieżoną drogą do domu. Z każdym krokiem śpiew stawał się coraz cichszy.
    Pani Stanley jeszcze nie spała. Miał nadzieję, że usłyszy od niej, iż Dawn przyszła i czeka na niego w bibliotece. Gospodyni powiedziała jednak tylko, że uzupełniła karafkę świeżo kupioną whisky. Pokiwał ponuro głową i powiedział dobranoc.
    Wszedł do biblioteki i usiadł wygodnie w fotelu przed kominkiem. Nagle doznał olśnienia. Ona przyjdzie! Przyjdzie o północy. Właśnie dlatego nie zadzwoniła wcześniej. Duch Przeszłości czekał na właściwy moment.
    Do północy pozostało jeszcze dziesięć minut. Podszedł do szklanych drzwi i uchylił je lekko. Rozsunął także zasłony, aby mogła go zobaczyć z zewnątrz i usiadł spokojnie w fotelu.
    Kiedy pozostało już tylko kilka sekund do północy, zamknął oczy. Usłyszy ją. Usłyszy skrzypienie drzwi, odgłos kroków. Tymczasem żaden hałas nie dobiegi jego uszu. Ale to bez znaczenia. Kiedy otworzy oczy, ona na pewno tam będzie.
    Nie było jej jednak. Spróbował jeszcze raz, drugi, trzeci… Kiedy zbliżała się pierwsza, przypomniał sobie, że duchy ukazywały się Scrooge'owi nie o północy, lecz właśnie o pierwszej. Poczuł się odrobinę raźniej. Ale pierwsza minęła, a Dawn się nie zjawiła.
    Niepotrzebnie się łudził. Była teraz zapewne razem z Harrym. Powinien być rozsądny i iść do łóżka. Nie ruszył się jednak z fotela. Siedział w nim tak długo, aż w końcu zmorzył go sen.
    Obudził się o szóstej rano. Nie było sensu kłaść się. Wyprowadził samochód z garażu i ruszył prosto przed siebie.
    Wciąż jeszcze było ciemno. Podczas jazdy robił plany na przyszłość. Sprzeda wszystko i wyjedzie stąd jak najdalej. Nie powinien zostawać w Hollowdale. Lepiej wyjechać, nim na dobre zapuści tu korzenie. Sam jednak wiedział, że nigdy tego nie zrobi. Spotkanie z Craddockami uświadomiło mu, że ma pewne obowiązki, od których nie powinien się uchylać.
    Był tak pogrążony w rozmyślaniach, że dopiero po dłuższej chwili zauważył na dradze kobietę. Stała w migotliwym świetle reflektorów i machała do niego rękami. Nim zdążył nacisnąć hamulec, zobaczył jeszcze jej twarz. Po chwili zniknęła. To była Dawn!
    Zatrzymał samochód i wyszedł szybko na drogę.
    – Dawn! – zawołał przerażony. – Dawn!
    – Tutaj – rozległ się cichy głos z rowu.
    Był tak zdenerwowany, że nie wziął laski i niewiele myśląc, skoczył do rowu.
    – Gdzie jesteś?
    – Tutaj.
    Była bardzo blisko. Po chwili trzymał ją już w ramionach.
    – Czy jesteś ranna? Och, Boże! Dawn…
    – Nic mi nie jest. Uskoczyłam w bok i wylądowałam w śniegu. Nic mi się nie stało.
    Odetchnął z ulgą.
    – Dzięki Bogu. Co tutaj właściwie robiłaś?
    Objęła go czule i położyła głowę na jego piersiach.
    – Musiałam cię zatrzymać! Przydarzyło mi się coś okropnego. Mój samochód wpadł do rowu, a ja muszę być jak najszybciej na farmie Haynesa.
    – Wskakuj, zawiozę cię tam.
    Dawn podeszła do swojego auta, którego przód znajdował się w rowie, otworzyła drzwi i wyjęła torbę lekarską. Po chwili siedziała już w samochodzie Bena.
    – Byłeś odpowiedzią na moje modlitwy – powiedziała z wdzięcznością.
    – Co tutaj robisz w Boże Narodzenie?
    – Ktoś musi być na dyżurze. Zwierzęta chorują i rodzą nawet w święta.
    – Myślałem, że młode rodzą się zawsze na wiosnę.
    – Z psami tak nie jest. Fred Haynes ma sukę, spaniela. Zadzwonił do mnie, że Trixie zaczyna rodzić. Bardzo ją kocha. Tylko ona mu pozostała.
    Zamyślił się.
    – Od kiedy jesteś na dyżurze?
    – Od wczorajszego popołudnia. Wbrew pozorom to nic strasznego. Siedzę w przychodni i czekam na telefony. Jest tam łóżko, więc zdążyłam się porządnie wyspać,
    Mówiła ciepło i swobodnie, ale Ben wyczuł, że coś jest nie w porządku. Jakby wstydziła się swojej pierwszej reakcji. Aby zatrzeć wrażenie tamtego uścisku, patrzyła teraz w okno i udawała, że jest zaabsorbowana drogą.
    – Na skrzyżowaniu skręcisz w lewo – powiedziała oficjalnie. Jechali pod górę. Daleko w dole widać było światła Hollowdale. Księżyc wyszedł zza chmury i rozświetlił zaśnieżone pola srebrnym blaskiem.
    – To farma Freda.
    Kiedy tylko się zatrzymali, otworzyły się frontowe drzwi i wyszedł Haynes.
    – Szybko! – zawołał. – Trixie nie czuje się najlepiej.
    Weszli do środka. Dawn uklękła przy suce. Spanielka oddychała ciężko, ale z ufnością patrzyła w oczy. Dziewczyna dotknęła jej brzucha i posłuchała pracy serca,
    – Nie panikuj, Fred – powiedziała w końcu. – Poród jest wczesny, ale to nic nie znaczy.
    – Co masz zamiar zrobić? – zapytał podejrzliwie.
    – Wygaszę wszystkie światła, a potem zostawimy Trixie w spokoju.
    – Też mi coś! – zawołał, oburzony. – Ona potrzebuje pomocy… prawdziwej pomocy.
    – Ona przede wszystkim potrzebuje spokoju i ciszy – stwierdziła zdecydowanie Dawn. – Czy nie próbowała uciekać?
    Mężczyzna skinął głową.
    – Wybiegła na dwór i zakopała się w śniegu.
    – Szukała po prostu cichego miejsca, w którym mogłaby urodzić małe.
    Dawn zapaliła lampkę i pogasiła wszystkie pozostałe światła, tak że koszyk Trixie stał w cieniu. Suka odprężyła się trochę i położyła spokojnie.
    – Jeśli nie urodzi pierwszego szczeniaka w ciągu trzech godzin, dam jej zastrzyk – powiedziała Dawn. – Ale na pewno urodzi. – Uśmiechnęła się do Freda. – Dlaczego jeszcze nie zaparzyłeś herbaty?
    Poszedł do kuchni i Ben nareszcie mógł spokojnie rozejrzeć się po pokoju. Meble były wygodne i solidnie wykonane, telewizor wyglądał na nowy i drogi, ale nigdzie nie było widać świątecznych ozdób. Nie było choinki, bombek, papierowych łańcuchów. Zupełnie nic. Pamiętał dom Craddocków – biedny, ale pełen radości i świątecznego ciepła.
    – Czy Fred mieszka zupełnie sam? – zapytał Dawn. – Nie ma nikogo?
    – Nie. Ma, oczywiście, najemnych robotników, ale to nie przyjaciele. On chyba w ogóle nie ma przyjaciół. Jest niesamowicie gderliwy i trudny we współżyciu. Osobiście lubię go bardzo, chociaż za wszelką cenę stara się wybić mi to z głowy.
    Mówiła, wciąż siedząc na podłodze i patrząc spanielowi w oczy. Zachowywała się naturalnie, ale Ben miał wrażenie, że używa Trixie jako usprawiedliwienia, aby na niego nie patrzeć Teraz wydawało się nieprawdopodobne, że wczoraj obejmowała go czule i całowała. Ale przecież to nie jego całowała. Całowała Harry'ego!
    Tamten był jej kochankiem. Kiedy po balu uświadomiła sobie pomyłkę, poczuła się zawstydzona i upokorzona.
    Fred wrócił z herbatą i talerzem kanapek. Cisza wpłynęła na Trixie tak kojąco, że nawet zasnęła na kilkanaście minut. Kiedy się obudziła, zaczęła głośno dyszeć i po chwili w koszyku pojawił się malutki szczeniak.
    – Spójrzcie na niego! – zawołał rozradowany Fred.
    – Teraz pójdzie już łatwiej – stwierdziła Dawn, a za moment w koszyku pojawił się kolejny szczeniak. Dotknęła ostrożnie brzucha Trixie. – Już koniec. Tylko dwa, Suka spokojnie lizała swoje maleństwa.
    – Widzieliście je? – zawołał Fred. – Czyż nie są piękne?
    – Wyglądają trochę jak parówki – stwierdził Ben.
    – Piękne parówki – poprawiła go Dawn. – Najpiękniejsze parówki, jakie kiedykolwiek widziałam. Co masz zamiar z nimi zrobić, Fred?
    – Zatrzymam je – odparł bez wahania. – Należą do Trixie. Nie mógłbym nikomu ich oddać. Poza tym będę je miał, kiedy… – Urwał w połowie zdania.
    – To dobry pomysł – pochwaliła dziewczyna. – Powinieneś im dać świąteczne imiona, Fred.
    – Nie. To byłoby głupie.
    – Nazwij je Holly i Cracker – powiedział Ben. – Wcale nie brzmi głupio.
    – O, właśnie! – Fred wyglądał na najszczęśliwszego człowieka pod słońcem. – Holly i Cracker. Zrobię jeszcze herbaty.

Rozdział siódmy

    Kiedy wyszedł, Dawn usiadła na krześle i zamknęła oczy. Wyglądała na zmęczoną. Po chwili podniosła powieki i spojrzała na Bena. Uśmiechnęła się do niego łagodnie, ale trwało to tylko moment. Po chwili znowu była sztywna i oficjalna. Chciał coś powiedzieć, zmienić, ale nie potrafił usunąć przeszkód, które przed nim stawiała. Był naiwny. Dopiero teraz uświadomił sobie, że przez ostatnie dni żył jak we śnie. Fałszywym śnie…
    Ukrył twarz w dłoniach. Wszystkie nadzieje legły w gruzach.
    – Ben, co się stało?
    Była tuż obok niego. Obejmowała go czule.
    – Nic się nie stało. Powinienem był trzeźwiej na to patrzeć.
    – Na co?
    – Na nas. Kiedy pojawiłaś się w mojej bibliotece, miałem wrażenie, jakbyś wyszła… wprost z moich snów. Głupie, co? Wszystko, co powiedziałem ci tamtej nocy, było prawdą, ale… – Urwał w pół zdania. Chciał dodać „ale już w to nie wierzę”.
    – Ale co? – zapytała niepewnie.
    – Nadal jest prawdą. Miałem nadzieję, że będziemy potrafili zapomnieć o przeszłości i zaprzyjaźnimy się nawet.
    – Zaprzyjaźnimy – powtórzyła jak echo.
    Był tak przejęty, że nie usłyszał przejmującego żalu w jej głosie.
    – Zmieniłaś się po balu i nawet wiem dlaczego.
    – Naprawdę?
    – Przecież to jasne. Osiągnęłaś swój cel. Bal się odbył. Nie jesteś już taka jak przed dwoma dniami.
    Zawahała się lekko.
    – Nie czuję się tak jak przed dwoma dniami.
    – Oczywiście, że nie. Nie jestem ci już do niczego potrzebny.
    – To podłe oskarżenie – zaprotestowała gwałtownie.
    – Czyżby? Przecież przed chwilą sama przyznałaś, że się zmieniłaś.
    – Tylko dlatego, że ty się zmieniłeś. Kiedy dowiedziałam się, co zrobiłeś Craddockom, oniemiałam. Nigdy nie sądziłam, że mężczyzna, którego kochałam, może zachować się w ten sposób…
    – Chwileczkę! Co ja takiego zrobiłem Craddockom?
    – Ben, proszę cię, nie udawaj. Rozmawiałam z nimi wczoraj i wiem wszystko. Jak mogłeś wyrzucić ich z domu, w którym żyli przez tyle lat, i to w święta?
    – O czym ty mówisz? Ja ich nie wyrzuciłem.
    – Ale masz zamiar. Pani Craddock opowiedziała mi, jak zasugerowałeś, że zamiast łożyć na farmę, trwonią pieniądze na prezenty dla dzieci. Kiedy usiłowali się bronić, powiedziałeś, że wkrótce wygasa umowa o dzierżawę. Jak mogłeś być aż tak okrutny?
    – Chyba w ogóle mnie nie znasz, jeśli tak o mnie myślisz – powiedział oburzony. – Nie mam zamiaru wyrzucić ich z domu. Pani Craddock musiała mnie źle zrozumieć. Nie sugerowałem wcale, że trwonią pieniądze na prezenty.
    – Ale powiedziałeś…
    – Wspomniałem tylko coś o świątecznych zakupach. Nie sądziłem, że zostanie to tak odczytane.
    – Powiedziałeś, że wkrótce wygasa umowa o dzierżawę. Co to miało znaczyć?
    – Mam plany związane z Craddockami i ich farmą. Posłuchaj, Dawn. Od kilku dni słyszę tylko hymny pochwalne na temat Squire'a Davisa. Wierzę, że cenił on tradycję i święta, ale czy wiesz, ile zdzierał rocznie z Craddocków?
    – Nie.
    Powiedział jej.
    – Aż tyle? – spytała z niedowierzaniem. – Farma nie jest warta nawet połowy tej sumy.
    – Zgadzam się. Właśnie dlatego Craddockowie są tacy biedni. Davis ściągał tylko dzierżawę, a nie dawał nic w zamian. Mam zamiar zmodyfikować umowę. Obniżę czynsz i zaoferuję Craddockom niskooprocentowany kredyt na rozwój gospodarstwa.
    Twarz Dawn wyrażała bezgraniczną radość
    – Naprawdę nigdy nie chciałeś ich wyrzucić?
    – Naprawdę. Powinnaś o tym wiedzieć.
    Spuściła oczy.
    – Masz rację.
    – Ludzie nie zmieniają się aż tak bardzo – powiedział łagodnie. – Nie w środku. Może tylko z zewnątrz.
    Skrzypnięcie drzwi zaanonsowało Freda, który pojawił się z nowym talerzem kanapek. Zasiedli do stołu i zjedli śniadanie. Haynes wstawał co pięć minut i podchodził do koszyka, aby obejrzeć szczeniaki. Dawn upominała go, żeby nie przesadzał i dał Trixie spokój. Na niewiele się to jednak zdało.
    – Robi się jasno – stwierdził Ben. – Może…
    – Jeszcze kawy? – zaproponował Fred. – Pójdę zaparzyć nowy dzbanek.
    – Tylko jedną filiżankę – powiedziała łagodnie Dawn. – O Boże – wyszeptała, kiedy Fred zniknął w kuchni. – Nie znoszę stąd wychodzić. On jest taki samotny.
    – Nie ma żadnej rodziny?
    – Ma córkę i syna. To ich zdjęcia stoją na komodzie. Nie był jednak zbyt dobrym ojcem i oboje uciekli gdzie pieprz rośnie.
    Ben wstał i wziął jedną z fotografii. W tej samej chwili do pokoju wszedł Fred z dzbankiem kawy w ręce.
    – To moja córka, Linda – wyjaśnił. – Na swój sposób to była dobra dziewczyna.
    – Była? Chcesz powiedzieć, że nie żyje? – zapytał Ben.
    – Prawie tak jakby nie żyła. Winę za to ponosi jej mąż. Nastawił ją przeciwko mnie. Mówiłem jej, że będzie żałować tego małżeństwa. I pożałowała. Zostawił ją z dwójką dzieci i odszedł. Powiedziałem, że może wrócić do domu, ale nie chciała. Niewdzięczna córka.
    – Może nie potrafiłeś do niej odpowiednio podejść – zasugerowała Dawn. – Kto wie, gdybyś powiedział, że za nią tęsknisz, może byłaby bardziej skora do powrotu.
    Fred westchnął.
    – Może tak, a może nie. Nigdy nie lubiłem czułych słówek. Ona o tym wie.
    Ben patrzył w zadumie na starszego mężczyznę, Jakże był do niego podobny. Nie mieszkał, co prawda, na odległej farmie, ale pusty bogaty dom był równie ponurym i wyzutym z miłości miejscem. Przyszłość rysowała się dla niego w czarnych barwach. Z całą mocą uświadomiła mu to kobieta, którą kochał. Wigilijny Duch Przeszłości stał się Duchem Przyszłych Świąt Bożego Narodzenia, wieszczącym smutek i rozpacz. Czy był dla niego jakikolwiek ratunek?
    „Każdej z dróg życiowych wyznaczony jest inny koniec, inny cel, lecz jeśli człowiek zmieni drogę życia, odmieni się także jej kres.
    – Co to?
    Dopiero teraz Ben uświadomił sobie, że mówił na głos.
    – Nic takiego – wyjaśnił pośpiesznie. – To cytat z książki, którą czytałem przed laty.
    – Ach, tak. – Fred wzruszył ramionami. – Książki.
    Ben zorientował się, że Dawn przygląda mu się uważnie. Rozpoznała słowa, które czytali kiedyś wspólnie przed kominkiem. Patrzył jej w oczy, ale nie potrafił zgłębić zawartej w nich tajemnicy.
    – To Tony – mruknął Fred, wskazując na drugie zdjęcie.
    – Związał się z młodą dziewczyną z Australii. Mówiłem mu, że ona nie jest dla niego odpowiednia, ale nie chciał słuchać. Jest uparty jak osioł.
    – Zastanawiam się, po kim to odziedziczył – mruknęła Dawn.
    – Po matce – odparł pośpiesznie Fred. – Ona także nikogo nie chciała słuchać…
    – Mówiłeś, że urodziły się im bliźniaki – przypomniała mu.
    – Czy to ich zdjęcie?
    Fred zmarszczył brwi.
    – Tak… Sam nie wiem, po co je tutaj postawiłem.
    Ale Dawn i Ben wiedzieli. Duma i upór pozwalały Haynesowi żyć, ale jego samotne serce krwawiło. Cóż, kiedy nie chciał się do tego przyznać nawet przed sobą.
    – Czas na nas – powiedziała Dawn.
    – Jeszcze nie – zaprotestował Fred. – Napijcie się jeszcze kawy.
    – Naprawdę musimy już jechać. Wpadnę za kilka dni obejrzeć Trixie.
    Odprowadził ich do drzwi i patrzył, jak odjeżdżają. Dawn spojrzała w lusterko. Mężczyzna wciąż stał na progu. Z każdą sekundą jego sylwetka stawała się coraz mniejsza i mniejsza, ale wciąż tam był.
    – O Boże! – zawołała. – Jakie to smutne.
    – Czy to prawda, że człowiek może zmienić swój los, zmieniając postępowanie? – zapytał niespodziewanie Ben.
    – To prawda, ale niewielu ludzi na to stać.
    – Bardzo niewielu – zgodził się. – Jeśli jednak człowiek przemyśli swoje postępowanie, to czasem los daje mu drugą szansę.
    – Mam wrażenie, że Fred wiele myślał o swoim życiu, ale nie sądzę, aby otrzymał drugą szansę.
    – Och, tak. Fred…
    – Rozmawialiśmy przecież o Fredzie, prawda?
    – Tak, oczywiście.
    Zamilkli na dłuższy czas i dopiero po kilku kilometrach Dawn powiedziała:
    – Ben, byłeś dzisiaj naprawdę fantastyczny i… Nie wiem, jak to powiedzieć…
    – Tak? – zapytał z ożywieniem.
    – Narobiłam ci już tyle kłopotu, ale gdybyś mógł jeszcze pojechać na farmę Craddocków i powiedzieć im, że nie mają się czym martwić.
    Chciał usłyszeć co innego. Rozczarowanie spowodowało, że wpadł w irytację.
    – Dawn, musiałbym zboczyć z drogi. To zbyt daleko. Napiszę do nich list.
    – Ale nie otrzymają go w święta i… Och, mniejsza z tym. Masz rację. To był głupi pomysł.
    Słońce było już wysoko nad horyzontem i oświetlało posrebrzone śniegiem pola. Ben zamrugał oczami ze zdumienia. Przez chwilę wydawało mu się, że śni, ale na drodze naprawdę stało dwoje ludzi i machało do niego.
    – Coś nie w porządku z samochodem? – zawołał.
    – Samochód działa bez zarzutu – odrzekła z uśmiechem kobieta. – Chcieliśmy się tylko spytać o drogę. Czy tędy do farmy Haynesa?
    – Prosto jak strzelił – odpowiedziała Dawn. – Zostało wam jeszcze pięć kilometrów, ale… – Zastanowił ją ich dziwny akcent i ogromne podobieństwo. – Kim jesteście?
    Nazywam się Fred Haynes, a to moja siostra Jenny – odpowiedział młody mężczyzna. – Przyjechaliśmy z Australii, aby odwiedzić dziadka. Mieliśmy być już wczoraj, ale zgubiliśmy drogę.
    Dziewczyna wysiadła z samochodu i podeszła do nich. Oboje byli młodzi i silni. Wyglądali na ludzi prowadzących aktywne życie.
    – Jesteście wnukami Freda? To wspaniale!
    – Znasz go? – zapytała z zaciekawieniem Jenny.
    – Właśnie od niego wracamy – wyjaśniła Dawn. – Jestem weterynarzem. Byłam przy narodzinach szczeniaków jego spanielki.
    – Sądzisz, że ucieszy się z naszego przyjazdu? – zapytała Jenny. – Słyszeliśmy, że jest trochę gburowaty.
    – On bardzo was kocha – zapewniła ją Dawn. – Może jednak udawać, że tak nie jest. Fred nie jest człowiekiem, który lubi okazywać uczucia,
    Dwoje młodych Australijczyków spojrzało na siebie z uśmiechem.
    – Dokładnie tak jak tata. – Jenny rozejrzała się wokół. – Tutaj jest naprawdę fantastycznie. Nigdy przedtem nie widzieliśmy śniegu. Tata mówił nam, że w Hollowdale jest przepięknie, ale sami musieliśmy to sprawdzić.
    – Lepiej się pośpieszcie – powiedziała Dawn z uśmiechem.
    – Prosto przed siebie. Na pewno traficie.
    – Dzięki. – Wsiedli do samochodu. – Wesołych Świąt! – zamachali serdecznie przez okno.
    – Wesołych świąt! – odpowiedzieli Dawn i Ben.
    Dziewczyna zaczęła podskakiwać z radości jak dziecko.
    – To cudownie! Nareszcie stary Fred będzie miał wesołe święta.
    Ben uśmiechnął się.
    – Być może szczęśliwe, ale nie wesołe. Obawiam się, że nawet cała armia klownów nie rozweseliłaby tego człowieka.
    – Masz rację. Będzie zrzędził jak zwykle, ale ucieszy się z przyjazdu wnuków. Fred i Jenny są, na szczęście, przyzwyczajeni do takiego zachowania. Los dał mu jednak drugą szansę i to jest w tym najwspanialsze.
    Spojrzał na nią w zadumie.
    – Szczęście innych jest dla ciebie bardzo ważne, prawda?
    – Nie można przecież cieszyć się wyłącznie sobą – powiedziała z uśmiechem.
    – Chyba masz rację. Czy jesteś teraz szczęśliwa, Dawn? Czy masz wszystko, czego pragnęłaś?
    – Nie wszystko – odpowiedziała szczerze – ale część na pewno. – Spojrzała mu głęboko w oczy. – Mam także nadzieję na pozostałą część.
    Wziął ją za rękę i pociągnął w stronę samochodu.
    – Wsiadamy.
    – Dokąd jedziemy? – zapytała, kiedy już się usadowiła.
    – Na farmę Craddocków, rzecz jasna. Gdzież by indziej?
    Wykręcił i po chwili byli już w drodze.
    Kiedy przyjechali na miejsce, dzierżawcy wychodzili właśnie z domu. Ich przerażone twarze dobitnie świadczyły o tym, że Dawn mówiła prawdę.
    – Właśnie wychodziliśmy do kościoła – powiedział niepewnie Martin Craddock. – Jeśli… jeśli chce pan…
    – Przyjechaliśmy tylko życzyć państwu wesołych świąt – wyjaśnił pośpiesznie Ben, aby rozładować nieprzyjemną atmosferę. – Panna Fletcher powiedziała mi o waszych obawach i chcę zapewnić, że nie macie się czym denerwować. Mam zamiar przedłużyć z wami umowę o dzierżawę i obniżyć opłaty. Łatwiej będzie wam wtedy związać koniec z końcem.
    Craddockowie spojrzeli na niego, następnie na siebie, a potem jeszcze raz na niego. Kiedy uświadomili sobie, co oznaczały te słowa, nie posiadali się z radości. Dzieci zaczęły skakać i rzucać się śnieżkami, a rodzice padli sobie w ramiona. Widok ten uświadomił Benowi, jak straszny lęk zasiał w sercach tych ludzi… Skarcił się w duchu za to, że początkowo nie chciał tutaj przyjechać.
    Dawn ujęła jego dłoń.
    – Dziękuję – szepnęła stłumionym głosem.
    Craddock podniósł rękę i zawołał do dzieci:
    – Chodźcie, dzieciaki! Jedziemy do kościoła. Mamy za co dziękować Bogu!
    Ben uśmiechnął się. Jakże miło było teraz patrzeć na tę kochającą się rodzinę.
    – Wesołych świąt! – zawołał, kiedy wsiedli do samochodu. Odpowiedział mu chór podekscytowanych głosów.
    – Wesołych świąt, Ben – powiedziała Dawn, kiedy zostali sami.
    Nadszedł moment, aby wyznać jej swoje uczucia, ale nagle opuściła go odwaga. Nie był w stanie powiedzieć nic poza życzeniami „Wesołych Świąt”. Spojrzał jej głęboko w oczy i miał wrażenie, że widzi w nich ogromne rozczarowanie.

Rozdział ósmy

    W chwilę później przejeżdżali obok leżącego w rowie samochodu Dawn.
    – Nie będziemy go ruszać – powiedział Ben. – Po świętach i przyślę kogoś, żeby go odholował. Jeśli dostaniesz wezwanie, I sam cię zawiozę.
    – Ale to popsuje ci święta.
    – Nie sądzę. To pierwsze święta, które są naprawdę udane od… od… – Urwał.
    – Ja też tak uważam.
    Wjechali do Hollowdale. Dzwony biły radośnie, a ludzie spieszyli do kościoła. Ben uświadomił sobie, że cenny czas minął, a on nie powiedział nic z tego, co sobie zaplanował.
    – Dawn… – zaczął niepewnie.
    – Czy mógłbyś mnie zawieźć do przychodni?
    Było już po wszystkim. Nie był jej dłużej potrzebny. Czy był sens zmieniać swoje postępowanie, jeśli ona nie chciała zmienić swojego? Koniec był łatwy do przewidzenia. Zostanie żoną Harry'ego.
    Powtarzał to sobie w myślach w nieskończoność, ale sam w to nie wierzył. Duch, który go nawiedził, był dobrym duchem. Duchem odkupienia. Nie należy tracić nadziei.
    W pobliżu przychodni spotkali Jacka, który razem z rodziną podążał w stronę starego kościółka. Dawn zdała mu krótką relację na temat porodu Trixie.
    – Zrobiłaś już, co do ciebie należało – powiedział weterynarz z uznaniem – Harry przejmuje dyżur. Odpocznij sobie i ciesz się świętami.
    Kiedy zostali sami, Dawn powiedziała:
    – Chciałabym pójść do kościoła.
    Ben usłyszał w jej glosie cichą prośbę.
    – Pójdę razem z tobą.
    Przeszli przez zaśnieżoną ulicę. Zostawił w samochodzie laskę, ale nie obawiał się, że może upaść. Trzymał Dawn pod ramię i to mu wystarczało. Po chwili wmieszali się w tłum mieszkańców Hollowdale, zmierzających do świątyni. Wszyscy patrzyli na niego, ale były to ciepłe i przyjazne spojrzenia. Ktoś zawołał:
    – To był wspaniały bal!
    – Poczekaj – odpowiedział Ben. – Za rok to dopiero będzie bal!
    Wszyscy śmiali się i żartowali. Zapomniał już, jak wspaniałą wspólnotę mogą tworzyć ludzie.
    Aleja prowadząca do kościoła wysadzana była dębami. Ben wziął dziewczynę za rękę i zaciągnął ją za ogromny pień.
    – Dawn, nim wejdziemy do kościoła, muszę cię o coś zapytać.
    – O co?
    – Kiedy całowałaś Świętego Mikołaja pod jemiołą… wiedziałaś… wiedziałaś, kim…
    Nie skończył pytania. Dawn zarzuciła mu ręce na szyje i pocałowała prosto w usta.
    – Sądzisz, że mogłabym cię pocałować i nie wiedzieć, że to ty? – zapytała, śmiejąc się. – Nawet po ośmiu latach?
    Ogarnęła go ogromna radość,
    – Kiedy zorientowałaś się, że to nie Harry?
    – Kiedy rozmawiałeś z Garym. Przypomniałam sobie o twojej miłości do puzzli. Wspominałeś mi kiedyś o układance, składającej się z ośmiu tysięcy kawałków, którą ułożyłeś na podłodze w swoim pokoju Aby się upewnić, wyjrzałam na dwór i zauważyłam, że samochód Harry'ego zniknął. Nie mogło więc być mowy o pomyłce.
    – Zatem, kiedy zaciągnęłaś mnie pod jemiołę…
    – Wiedziałam dokładnie, kogo ciągnę. Chciałam cię pocałować i brutalnie wykorzystałam twoje zaskoczenie.
    – Byłem taki zazdrosny. Myślałem, że kochasz Harry'ego.
    – Kocham go, ale wyłącznie jako przyjaciela. Rozmawialiśmy ze sobą po balu. Zaakceptował prawdę. Nic mu nie będzie. Kocha się w nim połowa żeńskiej populacji Hollowdale, więc szybko znajdzie oddaną pocieszycielkę.
    Ben spojrzał jej w oczy i zobaczył płonące w nich uczucie. Nadszedł wreszcie czas, aby wypowiedzieć to zdanie.
    – Myliłem się – powiedział zduszonym głosem. – Przez wszystkie te lata żyłem w błędzie. Nie powinienem był cię odtrącać. W głębi duszy czułem, że nie mam racji, ale bałem się do tego przyznać. Czy mi to kiedyś wybaczysz?
    – Tu nie ma nic do wybaczania – powiedziała z uśmiechem. – Straciliśmy kilka lat, więc musimy się postarać, aby te, które nadejdą, były wspaniałe.
    – Pocałowałaś mnie, kiedy przyszłaś do biblioteki. Pocałowałaś mnie także po balu. Czy obiecujesz, że będziesz mnie całowała w każde święta? Inaczej życie straci dla mnie sens.
    – Obiecuję. Niczego bardziej nie pragnę.
    Wspięła się na palce i pocałowała Bena w usta. Przytulili się mocno do siebie w milczącej przysiędze miłości.
    Nad nimi dzwoniły dzwony, wzywając wszystkich do świętowania cudu ponownych narodzin. Wzięli się za ręce i bez słowa ruszyli w stronę kościoła. Razem. Miało tak już pozostać na zawsze.

Lucy Gordon


***

Top.Mail.Ru