Скачать fb2
W afekcie

W afekcie

Аннотация

    Nowy Orlean. Seria morderstw młodych kobiet. Znana psycholog Samantha Leeds, gospodyni radiowego talk show, z przerażeniem odkrywa, że będzie następną ofiarą. I że nieuchwytnym zbrodniarzem może być ktoś, kogo zna. Ktoś, kogo obdarzyła zaufaniem i uczuciem…


Lisa Jackson W afekcie

Prolog

    Czerwiec Nowy Orlean, Luizjana

    – Masz jakieś specjalne życzenie? – zapytała i czubkiem języka pro¬wokacyjnie oblizała usta.
    Pokręcił przecząco głową..
    – Mogłabym…
    – Rozbierz się.
    Z tym facetem jest coś nie tak. Zdecydowanie, pomyślała Cherie Bellechamps i poczuła ciarki na plecach. W pierwszej chwili chciała powiedzieć_mu, żeby się wynosił, ale potrzebowała pieniędzy. Może dała się ponieść wyobraźni. Może jest całkiem normalny?
    Powoli rozpięła sukienkę i poczuła na sobie jego wzrok. Nic wiel¬kiego. Zdążyła do tego przywyknąć.
    Hałaśliwe odgłosy z ulicy zagłuszała muzyka dobiegająca ze stoją¬cego przy jej łóżku radia. Łagodny głos Franka Sinatry zwykle działał na nią uspokajająco. Ale nie dziś.
    Gorący czerwcowy wiatr od morza, ciężki od wilgotnego zapachu Missisipi, wpadał przez otwarte okno. Poruszał pożółkłymi koronkowy¬mi firankami i chłodził czoło Cherie pokryte kroplami potu. Nie uspo¬koił jednak jej napiętych nerwów.
    Facet siedział na trójnożnym taborecie i palcami jednej ręki przebie¬rał błyszczące w słabym świetle, krwistoczerwone paciorki różańca. Może to jakiś maniak religijny? Może ksiądz, który nie może znieść celibatu? Albo kolejny zdziwaczały fetyszysta? W Nowym Orleanie żyło tysiące dziwaków o naj różniejszych upodobaniach seksualnych.
    – Podoba ci się? – zapytała z delikatnym miejscowym akcentem i przesunęła palcem o długim paznokciu pomiędzy piersiami, zapomi¬nając o swoich obawach.
    – Dalej. – Nie ruszając się ze stołka, pokazał palcem stanik i majtki.
    – Nie chciałbyś sam? – zapytała znów niskim, ciepłym głosem.
    – Będę patrzył.
    Nie wiedziała, ile naprawdę widział. Pokój oświetlała jedna lampa.
    Abażur z czarnej koronki rzucał na ściany dziwne cienie. Dzięki temu nie było widać starego, popękanego tynku. Poza tym facet nosił okulary przeciwsłoneczne. Cherie nie mogła zobaczyć jego oczu, ale to było bez znaczenia. Był przystojny i atletycznie zbudowany. Miał mocną kancia¬stą szczękę, prosty nos i wąskie usta, a wokół nich jednodniowy zarost. Ubrany był w ciemną koszulę i czarne dżinsy. Włosy miał gęste i czarne jak smoła. Jeśli z oczami było wszystko w porządku, to facet miał urodę gwiazdora z Hollywood.
    Z drugiej strony było w nim coś przerażającego.
    Na początku poprosił, żeby zmyła makijaż i na krótkie platynowe włosy założyła rudą perukę. Nie sprzeciwiła się. Nie obchodziło ją, co go podnieca.
    Rozpięła haftkę z przodu stanika i czerwona koronkowa bielizna zsu¬nęła się na podłogę.
    Mężczyzna nawet nie drgnął. Cały czas pocierał palcami' paciorki tego cholernego różańca.
    – Masz jakieś imię? – zapytała.
    – Yhm.
    – Nie powiesz mi?
    – Mów do mnie: ojcze.
    – Ojcze jak… do taty… czy – zerknęła na ciemne koraliki, które przesuwał w palcach – jak do księdza?
    – Po prostu, ojcze.
    – A może ojcze Johnie? – Chciała zażartować, ale mężczyzna nawet się nie uśmiechnął.
    Spoważniała.
    Pora skończyć z tym, wziąć forsę i pozbyć się go.
    Ściągnęła majtki i usiadła na brzegu łóżka, tak, aby mógł ją dobrze widzieć.
    Niektórych mężczyzn podniecało oglądanie rozbierającej się kobie¬ty. Byli tacy, którzy tylko patrzyli i nie dotykali jej, gdy pieściła sama siebie, ale ten typ był wyjątkowo zimny i pozbawiony emocji. Budził lęk. Dlaczego nie zdejmował okularów?
    – Moglibyśmy się zabawić – zaproponowała, żeby przyspieszyć bieg spraw. Mijała godzina i jak na razie niewiele się wydarzyło. – Tylko ty i ja…
    Nie odpowiedział, tylko wyciągnął rękę i rzucił studolarowy bank¬not na nocną szafkę. Głos Sinatry umilkł, kiedy ojciec John przełączył radio. Usłyszała When l Was Seventeen…, potem kilka piknięć, jakieś szczebiotanie i szumy, aż znalazł stację, której szukał – popularne pora¬dy kobiety psychologa. Kiedyś już tego słuchała. Cherie gapiła się na studolarówkę leżącą przy łóżku. Oczy Bena Franklina zostały zamalo¬wane na czarno flamastrem, jakby on też, jak mężczyzna w czarnych okularach, chciał ukryć swoją tożsamość.
    Albo nie chciał niczego widzieć.
    To wszystko było nienormalne, dziwne i straszne.
    Ojciec John poderwał jąjedną przecznicę za Bourbon Street. Obej¬rzała go od stóp do głów, stwierdziła, że jest w porządku i podała cenę• Zgodził się, więc przyprowadziła go tutaj, do zapuszczonego mieszka¬nia na drugim piętrze, które wraz z kilkoma innymi dziewczynami wy¬korzystywała do jednego tylko celu. Drugie życie prowadziła zupełnie gdzie indziej… po przeciwnej stronie jeziora… Przez 'chwilę pomyślała o pięcioletniej córeczce i niekończącej się walce z byłym mężem o pra¬wo do opieki nad dzieckiem. W Covington nikt nie wiedział, że pusz¬czała się, aby związać koniec z końcem; nikt nie mógł się dowiedzieć, bo straciłaby dziecko.
    Teraz zastanawiała się, co zrobić dalej. Facet był zbyt sztywny, jego opanowanie maskowało niepokój, który zdradzała mała pulsująca na skroni żyłka i nerwowe przesuwanie różal1ca. Pomyślała o pistolecie ukrytym w górnej szufladzie nocnej szafki. Jeśli zrobi się nieprzyjem¬nie, sięgnie tam, zrzuci banknot, otworzy szybko szufladę i wyciągnie trzydziestkę ósemkę. Wystraszy go, a setki nie odda.
    – Może przyłączysz się do mnie? – zaproponowała i położyła się na kordonkowej narzucie. Uśmiechnęła się i pomyślała, że facet nie podej¬dzie. Było potwornie gorąco.
    – Rozbierz mnie. – Wstał i podszedł do łóżka.
    Polecenie zaskoczyło ją, ale przynajmniej było zwyczajne. Więc jed¬nak zamierzał zabrać się do rzeczy. Dobrze. Tacy, którzy lubili tylko patrzeć, zwykle nie dotykali. Wstała i powoli rozpięła guziki jego ko¬szuli. Zsunęła ją z umięśnionych ramion i płaskiej piersi. Nie miał ani jednej fałdki tłuszczu – twarde mięśnie pokryte czarnymi, kręconymi włosami. Rozpięła pasek, a on chwycił palcami krzyżyk, który zawsze nosiła na szyi.
    – Co to jest?
    – To… prezent od córki… na ostatnie święta. – Boże, chyba mi go nie zabierze?
    – Przyda ci się coś jeszcze. – Zarzucił jej na szyję różaniec. Może rzeczywiście był zdziwaczałym księdzem!
    Ostre paciorki 'były jeszcze ciepłe od jego dotyku. Wpadły w szczeli¬nę między piersiami. Poczuła się dziwnie. Robiło się nieprzyjemnie. Powinna mu teraz powiedzieć, żeby się wynosił.,
    – Tak. Teraz lepiej. – Ojciec John uśmiechnął się, krzywo, jakby teraz dopiero był zadowolony z efektu i gotowy przejść do rzeczy.
    Najwyższa pora.
    – O co chodzi z tym różańcem?
    – Dotknij mnie.
    Miał doskonałe ciało. Umięśnione, opalone i twarde.
    Z wyjątkiem przyrodzenia. Wyglądało tak, jakby facet w ogóle nie był podniecony.
    Przesunęła palcem w dół po jego piersi, a on przyciągnął ją blisko do siebie. Pocałował ją mocno zimnymi, obojętnymi ustami i podciągnął na zniszczonym, metalowym łóżku. Miałajednązasadę – bez całowania w usta, ale darowała sobie, chciała mieć to jak najszybciej za sobą.
    – Tak trzeba, chłopcze – wyszeptała i sięgnęła po jego okulary. Sil¬ne palce zacisnęły się na jej nadgarstku.
    – Nie.
    – Boisz się, że cię rozpoznam? – Może był sławny? Taki przystojny.
    Kto wie, może to jakaś znana osoba i nie chce, żeby odgadła jego tożsa¬mość. A może po prostu jest żonaty. Bardziej prawdopodobne…
    – Po prostu… nie ruszaj. – Miał stalowy uścisk.
    – Dóbra, dobra… wszystkojedno. – Pocałowała go w policzek i pogłaskała po mocno zarysowanych muskułach. Położył się na niej, a ona starała sięjak umiała, dotykając wszystkich erogennych miejsc. Na próż¬no. Bez względu na to, jak moono go całowała, lizała i pomrukiwała, facet tylko poruszał się, ale nie był ani trochę podniecony.
    Dawaj, no już, pomyślała. Nie mam całej nocy. Nie zwracała więk¬szej uwagi na radio. Psycholog, doktor Sam, kończyła program, powta¬rzając znaną formułkę o miłości i pożądaniu w mieście nad Deltą, a oj¬ciec John odwrócił się i słuchał jej głosu.
    Może nie mógł się skupić i dlatego miał problemy? Sięgnęła w stro¬nę radia…
    – Nie ruszaj – warknął i poczuła, jak napiął wszystkie mięśnie.
    – Ale…
    Trzask!
    Ogłuszający ból z lewej strony twarzy. Uderzył ją pięścią• Jęknęła, w ustach poczuła smak krwi. Niedobrze.
    – Poczekaj, ty sukinsynu…
    Ponownie uniósł pięść.
    – Nie baw się radiem ani moimi okularami – warknął. Chciała się uwolnić. Oko zaczęło jej puchnąć.
    – Wynocha! Spadaj stąd, do cholery!
    Spróbował ją pocałować.
    Ugryzła go.
    Nawet nie drgnął.
    – Wynoś się, ty draniu! Nikt nie ma prawa mnie bić! Nie dociera do ciebie? Koniec zabawy!
    – Jeszcze nie, dopiero za chwilę. – Przycisnął ją do łóżka i znowu pocałował z całej siły, zupełnie jakby podniecał go jej ból. Policzek pul¬sował, Cherie chciała wyrwać się spod niego, ale mocno ją trzymał.
    Była uwięziona.
    Wściekła, starała się go uderzyć, podrapać i zepchnąć z siebie.
    – O tak, ty grzesznico, ty dziwko – wycharczał. – Walcz ze mną. ¬Miał szorstkie dłonie. Chwycił zajeden sutek, a potem szarpnął za dru¬gI.
    Wrzasnęła, a on stłumił jej krzyk, przyciskając usta do jej warg. Chcia¬ła go ugryźć, zaczęła go okładać pięściami, ale był silniejszy, wściekły i podniecony. O Boże, jak się to wszystko skończy?
    Ogarnął ją strach. Co będzie, jeśli facet nie przestanie? A jeżeli za¬cznie ją torturować?
    Ból przeszył jej ciało, kiedy ugryzł ją w pierś.
    Wijąc się, spojrzała na radio. Blask z wyświetlacza oświetlał studo¬larówkę. Głos doktor Sam był spokojny, opanowany i pełen zrozumie¬ma.
    Pomocy, pomyślała Cherie i starała się dosięgnąć szuflady. Zrzuciła 'lampę, zaczęła go kopać jak szalona i nagle poczuła jego erekcję.
    A więc to gwałt.
    Facet chciał ją zgwałcić. Gdyby powiedział coś wcześniej, poszłaby na ten numer, ale teraz bała się jak diabli.
    No, dalej rób swoje, tylko nie zrób mi krzywdy!
    Złapał ją za głowę i Cherie jęknęła, gdy zacisnął różaniec na jej szyi, a ostro zakończone paciorki, złowrogo migocąc, zaczęły kaleczyć skórę.
    o Boże, on mnie zabije. Zdrętwiała ze strachu. Spojrzała w szkła ciemnych okularów i już wiedziała.
    Zacisnął różaniec i wszedł w nią głęboko. Oczy Cherie wyszły na wierzch. Nie mogła oddychać. Chciała go podrapać, ale na próżno, nie miała już siły unieść rąk. Ciemność… ogarnęła ją ciemność… Płuca paliły ją… serce pękało… Boże, proszę, pomóż mi!
    Zacisnął mocniej pętlę. Chwyciła głośno powietrze, na próżno. Coś zabulgotało jej w gardle. Krew. Boże, poczułlil w ustach krew… Zno¬wu…
    Pociemniało jej w oczach i ostatkiem sił pomyślała o córce… słod¬kie kochanie.
    Mężczyzna pocił się, ocierał o nią, jego oddech był coraz szybszy i kiedy przestała się szamotać, poczuła, jak zesztywniał i głośno ryknął. Z oddali, przez odgłos jego ciężkiego oddechu i łomotu w jej głowie, dobiegł ją inny głos:.
    – Tu doktor Sam, pora się żegnać. Wszystkiego dobrego Nowy Or¬leanie. Dobranoc wszystkim, niech Bóg was błogosławi. Bez względu na to jakie macie dziś problemy, jutro nadejdzie nowy dzień… Słodkich snów…

Rozdział l

    Czerwiec
    Cambrai, Luizjana

    Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Wszędzie dobrze, ale w do¬mu najlepiej. Dobrze się bawić przez jakiś czas, ale…
    – Trzydzieści siedem dolarów – mruknął taksówkarz, wyrywając Sarnantę z zamyślenia. Objechał podjazd i stanął blisko drzwi wejścio¬wych, a ona sięgnęła do kieszeni marynarki po portmonetkę.
    – Czy mógłby pan wnieść mi torby do środka? – zapytała. Kierowca odwrócił głowę i rzucił jej zaciekawione spojrzenie. Miał ciemne oczy i patrzył podejrzliwie, jakby się bał, że będzie chciała cze¬goś jesz~ze. W końcu wzruszył ramionami.
    – Jak pani sobie życzy.
    – Bardzo proszę. – Opierając się na jednej kuli, wydostała się z taksówki. Była parna noc, typowa dla Luizjany. Gęsta mgła otulała dęby rosnące wokół jej zbudowanego bez ładu i składu starego domu, który stał w niezwykłej okolicy nad południowym brzegiem jeziora Pontchar¬tain, kilka kilometrów na zachód od Nowego Orleanu. Boże, jak dobrze wrócić do domu.
    Czasami wakacje były udane, ale bywało, że stawały się koszmarem.
    Te były gorsze niż koszmar. Katastrofa na całej linii.
    Przynajmniej zrozumiała, że nigdy nie zostanie panią Davidową Ross.
    Popełniłaby błąd.
    Kolejny błąd w życiu.
    Silny powiew wiatru poruszył frędzle hiszpańskiego mchu, zwisają¬ce ze starych, sękatych gałęzi. Kamienne płyty na ścieżce do domu, mokre od deszczu, błyszczały w słabym świetle lampy na ganku. Mokre chwa¬sty, które wyrosły w szczelinach, gdzie popękała zaprawa, łaskotały bosy palec jej zranionej nogi, kiedy z trudem szła po nierównych płytach. Pot spływał jej po plecach. Był dopiero lipiec, a upał w Luizjanie dawał się już we znaki. Zacisnęła zęby i pokuśtykała po schodach na szeroką we¬randę, która osłaniała wejście i okalała cały, stojący frontem do jeziora dom. Małe wiszące dzwoneczki zadźwięczały smutno. Oparła kulę o huś¬tawkę, znalazła zapasowy klucz schowany w pajęczynach za jedną z okiennic. Szybko otworzyła drzwi. Kiedy taksówkarz wniósł torby, zapaliła światło.
    Mężczyzna postawił trzy torby obok słupa i sięgnął po jej kulę.
    – Dzięki. – Podała mu czterdzieści pięć dolarów i w nagrodę usły¬szała zadowolone mruknięcie.
    – Witamy w domu. – Spod czapki z logo drużyny Saints błysnęły czarne oczy. – Wszystkiego dobrego.
    – tak. – Zamknęła za nim drzwi, włożyła klucz do kieszeni i zawo¬łała przez ramię: – Kochanie, wróciłam!
    Cisza. Powietrze w domu było lepkie i ciepłe.
    Słychać było jedynie ciche tykanie zegara na komodzie i pomruki¬wanie lodówki w kuchni. Włączyła górny wiatrak, którego używała za¬miast klimatyzatora.
    – No, chodź! -zawołała w stronę pogrążonych w ciemności pokoi.¬Chyba nie jesteś zły, że zostawiłam cię tu zupełnie samego? Wiesz, to typowo męskie zachowanie.
    Znalazła w spiżarni zapasowe klucze i czekała na dźwięk plakietki identyfikacyjnej zawieszonej na obroży albo lekkie stąpanie po podło¬dze. Zamiast tego usłyszała delikatne miauknięcie i po chwili Charon wyszedł z ciemności. Miał rozszerzone źrenice, oczy czarne jak futerko i widać było tylko maleńke złote obwódki.
    – Tylko nie udawaj teraz obrażonego – powiedziała, kiedy kot za¬czął kręcić się po korytarzu, nie okazując jej najmniejszego zaintereso¬wania i ruszając nerwowo ogonem. – Jasne, jesteś naprawdę świetnym facetem – roześmiała się, a on podszedł bliżej, kilka razy przeszedł jej koło nóg i otarł się o gips na lewej łydce.
    – Podoba ci się? Pozdrowienia z nieudanej podróży do Meksyku ¬powiedziała i podniosła kota z podłogi, przytuliła i podrapała pod bro¬dą. Charon, przybłęda, natychmiast zaczął mruczeć i zapomniał o ura¬zie. Mokrym noskiem potarł jej szyję. – Co tu się działo, gdy mnie nie było? Melanie dbała o ciebie? Nie? – Z uśmiechem zaniosła kota do sa¬lonu i otworzyła okno, czekając, aż dom się ochłodzi.
    Posadziła Charona na szafce z książkami, a on od razu wszedł mię¬dzy tomiszcza poświęcone psychologii i kupki tanich książek w mięk¬kich okładkach. Potem wskoczył na biurko, gdzie ktoś starannie pose¬gregował pocztę -osobno nieważne śmiecie, osobno gazety i czasopisma. Melanie, asystentka Sam, która nie tylko opiekowała się domem i kotem pod nieobecność Samanty, a,le również prowadziła jej audycję w radiu, była bardzo pracowitą osobą.
    Samanta wysunęła krzesło i usiadła ciężko. Rozejrzała się po poko¬ju. Poczuła się jakoś dziwnie. Być może dlatego, że nie było jej tak dłu¬go, ponad dwa tygodnie. A może to z powodu różnicy czasu. Lot nie był długi, ale przez ostatnie kilka dni nie spała zbyt dobrze, bo od chwili lądowania w Meksyku, dwa tygodnie temu wszystko szło na opak. Po¬kłóciła się z Davidem. Jak zwykle o to, czy powinna rzucić pracę i wró¬cić do Houston. Potem ten wypadek na łodzi, przez który razem:z całą tOł:ebką skąpała się w płytkich wodach Pacyfiku. Skręciła kostkę i stra¬ciła dokumenty – torebki nie udało się odnaleźć. Miała nogę w gipsie i z trudem udało jej się przekonać urzędników, żeby wpuszczono ją bez dokumentów do Stanów. Była wykończona,
    – Takie rzeczy się zdarzają – powiedział David, wzruszając ramiona¬mi, kiedy wsiadali wreszcie do samolotu. Uśmiechnął się do niej i uniósł brwi, jakby chciał powiedzieć: Hej, nic nie możemy na to poradzić. Jeste¬śmy w obcym kraju. Oczywiście miał rację, ale to nie poprawiło jej humoru ani nie rozwiało podejrzeń, że kapitan łodzi był pijany albo pod wpływem jakiegoś narkotyku, i że jej torebkę, razem z kilkoma innymi znaleźli miej¬scowi nurkowie, a karty kredytowe, gotówkę i inne cenne przedmioty ktoś wykorzystywał na całym zachodnim wybrzeżu Meksyku. Według kapitana, mała łódź rybacka zrobiła nagły zwrot, żeby nie uderzyć w skałę. Jakoś nie mogła w to uwierzyć. Była przekonana, że kapitan, który codziennie pływał po wodach Mazatlan, popełnił głupi błąd. Domagała się jakiegoś zadość¬uczynienia, a przynajmniej przeprosin, a zamiast tego wylądowała w maJ. leńkim szpitalu, a starszy lekarz, Amerykanin, sprawiał wrażenie, że powi¬nien przejść na emeryturę w latach siedemdziesiątych. Z pewnością uciekł ze Stanów, by nie oskarżono go o błędy w sztuce lekarskiej.
    – Nie można mieć wszystkiego – powiedziała do siebie. Charon usiadł wygodnie na swoim ulubionym miejscu na parapecie. Wodził czar¬nymi oczami, wypatrując czegoś przez mokrą szybę. Może dostrzegł wiewiórkę? Samanta spojrzała za okno, ale nie zauważyła niczego prócz nieprzeniknionych ciemności.
    Wcisnęła odtwarzanie na automatycznej sekretarce, wzięła nożyk do otwierania listów i rozcięła pierwszą kopertę – rachunek. Zapewne je¬den z wielu. Magnetofon zapiszczał kilka razy i ruszył.
    Pierwszy dzwoniący odłożył słuchawkę. Świetnie.
    Rzuciła rachunek za stół.
    Drugi telefon był od prawnika i dotyczył naprawy szyby w samochodzie.
    Jeszcze lepiej. Pomyślała o swoim czerwonym mustangu kabriole¬cie. Nie mogła się doczekać, kiedy znowu będzie mogła nim jeździć. Nie potrzebowała nowej szyby.
    – Nie, dzięki – powiedziała i otworzyła kilka listów. – Oferty kart kredytowych, prośby o pieniądze na ważne cele, rachunek za wodę.
    Usłyszała w końcu głos.
    – Cześć, Sam. Mówi ojciec. – Sam uśmiechnęła się. – Zapomnia¬łem, że wyjechałaś… Zadzwoń, jak wrócisz.
    – Wystarczy – powiedziała do siebie i sprawdziła ostatni wyciąg z karty Visa. Dobrze, że zadzwoniła do Melanie, która obiecała natych¬miast unieważnić wszystkie karty kredytowe.
    Znowu dwa głuche telefony, a potem usłyszała głos szefowej:
    – Sam, wiem, że pewnie jeszcze nie wróciłaś – powiedziała Ele¬anor – ale zadzwoń, jak tylko wejdziesz do domu. I nie wciskaj mi, że nie przyjdziesz do pracy z powodu nogi, bo nie chcę o tym słyszeć. Do¬stałam twoją wiadomość ze szpitala, ale jeśli nie jesteś podłączona do aparatury i przywiązana do łóżka, masz natychmiast wrócić do pracy. Rozumiesz? Melanie robi przyzwoitą robotę, naprawdę, ale odkąd wy¬jechałaś spadła popularność i Trish LaBelle z WNAB odbiera ci słucha¬czy… a to bardzo źle, Sammie, fatalnie. Słuchacze chcą ciebie, dziew¬czyno, i nie zaakceptują nikogo innego, bez względu na to, jaki będzie dobry. Więc nawet nie próbuj wciskać mi żadnego świstka od lekarza. Szoruj do radia i to natychmiast! Dobra, koniec przemówienia. Zadzwoń do mnie jak najszybciej.
    – Słyszysz, Charon? A jednak mnie kochają,;- powiedziała roztar¬gniona, i nagle poczuła gęsią skórkę na karku. Jakiś dźwięk, coś dziw¬nego w powietrzu, coś trudnego do określenia zwróciło jej uwagę.
    Kot siedział nieruchorno na parapecie, drgał mu jedynie koniuszek ogona.
    – Widzisz coś? – zapytała, chcąc pozbyć się dziwnego uczucia. Odło¬żyła resztę listów i podeszła do okna, uważnie wpatrując się w ciem¬ność przez mokre i zaparowane szyby.
    Nieruchorne cienie dębów wyglądały jak brodaci wartownicy pilnujący jej dwustuletniego domu.
    Coś skrzypnęło. Serce Sam zamarło.
    Nie wiedziała, czy to wiatr szumiał w gałęziach, czy skrzypiały ścia¬ny domu. A może ktoś chodził po werandzie? Zas_chło jej w gardle.
    Przestań, Sam. Boisz się własnego cienia. Nic się nie dzieje. To prze¬cież twój dom.
    Mieszkała w nim zaledwie od trzech miesięcy. Historię domu opo- ' wiedziała jej sąsiadka plotkarka, która mieszkała po drugiej stronie uli¬cy. Pani Killingsworth poinformowała ją, że stary dom bardzo długo był wystawiony na sprzedaż i Sam kupiła go za cenę dużo niższą od warto¬ści rynkowej dlatego, że poprzednia właścicielka została w nim zamor¬dowana przez swojego, żądnego zemsty chłopaka.
    – Co to ma wspólnego ze mną? – powiedziała do siebie i potarła ramiona, jakby nagle zrobiło jej się zimno. Nie wierzyła w duchy, klą¬twy i inne zjawiska nadprzyrodzone.
    Taśma przewinęła się.
    – Cześć, Sam – usłyszała głos Melanie i uspokoiła się trochę. – Mam nadzieję, że miałaś dobrą podróż. Dzwoniłam w sprawie kart kredyto¬wych, jak prosiłaś, zostawiłam listy na biurku, ale już pewnie je znala¬złaś. Charon psocił pod twoją nieobecność. Zachowywał się dziwnie i nawet nabrudził na pianinie, ale posprzątałam po nim. No i gubił sierść. Okropne. Kupiłam ci mleko i tę francuską kawę, którą lubisz. Masz wszystko w lodówce. Przykro mi z powodu twojej nogi. Co za pech. Udał się romantyczny wyjazd, co? Do zobaczenia w radiu, ajeśli czegoś będziesz potrzebowała, zadzwoń.
    Sam pokuśtykała w stronę fotela. Chyba jej się przywidziało. Prze¬cież nic się nie zmieniło. Rzuciła okiem na zdjęcie Davida, które stało na biurku. Wysoki, dobrze zbudowany, z szarymi oczami i mocno zary¬sowaną szczęką, był przystojnym mężczyzną. Pracował jako wiceprezes i dyrektor do spraw sprzedaży sieci hoteli Regal. Był mężczyzną z per¬spektywami i z poczuciem humoru. Dobra partia, Jak powiedziałaby jej matka, Beth Matheson, gdyby jeszcze żyła.
    Mamo, wciąż tęsknię za tobą. Wzrok Sam podążył ku wyblakłemu rodzinnemu zdjęciu, na którym uśmiechl1ięci rodzice stali po bokach Sam, ubranej w beret i togę absolwentki uniwersytetu UCLA. Jej star¬szy brat, Peter, stał tuż za ojcem, skrzywiony i z odwróconą głową. Nie zdjął nawet przeciwsłonecznych okularów, jakby chciał zaznaczyć, że nie jest zainteresowany sukcesem Sam. Beth była tradycjonalistką i chciałaby widzieć córkę u boku ambitnego mężczyzny; człowieka sukcesu, takie¬go jak David Ross.
    Ale ten mężczyzna miał też wady. Zupełnie jak Jeremy Leeds, jej były mąż.
    Otworzyła kolejny list z reklamówkami, zastanawiając się, czy jest skazana na opiekowanie się świrami.
    – Cześć Sam, to znowu ja – usłyszała głos ojca. – Martwię się o cie¬bie. Nie dzwoniłaś od czasu, kiedy próbowałaś wydostać się z Meksyku. Chyba ci się udało… Jak tam noga? Zadzwoń do mnie.
    – Dobrze, tato. Zadzwonię.
    Było jeszcze kilka wiadomości z życzeniami powrotu do zdrowia. Od¬słuchała wszystkie po kolei i jednocześnie otwierała następne rachunki. Dzwoniła Celia, przyjaciółka, nauczycielka z Napa Valley; Linda, współlo¬katorka z college'u, mieszkająca z mężem policjantem w Oregonie; Aria, koleżanka, z którą utrzymywała kontakt od podstawówki. Chyba wszyscy znąjomi dowiedzieli się, że miała wypadek ikażdy prosił, żeby oddzwoniła.
    – Wspaniale jest być znaną osobą – mruknęła do kota i usłyszała na taśmie głos rejestratorki od dentysty, która przypominała jej o wizycie kontrolnej. Następny telęfon był z centrum Boucher, gdzie pracowała jako ochotniczka – przypominali jej o kolejnym spotkaniu w poniedziałek.
    Sięgnęła po ostatnią kopertę – zwykłą, białą. Nie było nadawcy. Na naklejce widniało wydrukowane nazwisko Sam. Jednym cięciem otwo¬rzyła kopertę i na biurko wypadła pojedyncza kartka.
    Sam zamarła.
    Wpatrywała się w swoje zdjęcie zrobione kilka lat temu. Ktoś je sko¬piował i zniszczył. Rude włosy okalały twarz o wystających kościach policzkowych i ostrym podbródku. Uśmiechała się seksownie i ni~co figlarnie, ale tam, gdzie kiedyś były psotne, zielone oczy o gęstych rzę¬sach, ktoś wykłuł dziury. Na jej brzoskwiniowych ustach widniał czer¬wony napis: ŻAŁUJ ZA GRZECHY.
    – O Boże. – Odepchnęła się od biurka ze wstrętem. Przez chwilę nie mogła złapać oddechu.
    Usłyszała trzeszczenie na werandzie.
    Zupełnie jakby ktoś podglądał ją przez okno i nagle uciekł. Zdawało jej się, że słyszy kroki.
    – O nie, nie możesz – powiedziała i gwałtownie obróciła się na krze¬śle. Z trudem dotarła do okna i wyjrzała w ciemną noc. Gwałtowne bi¬cie serca zagłuszało tykanie zegara. Patrzyła przez zaparowane szyby, a automatyczna sekretarka odtwarzała kolejne nagranie.
    – Wiem, co zrobiłaś – wyszeptał niski, seksowny, męski głos.
    Sam odwróciła się gwałtownie i spojrzała na urządzenie, na którym migotała czerwona lampka.
    – Nie ujdzie ci to na sucho. -Głos nie był szorstki. Przeciwnie, był uwodzicielski, prawie pieszczot! iwy, jakby dzwoniący znał ją osobiście. Sam dostała gęsiej skórki. – Zapłacisz za grzechy.
    – Ty świnio!
    Charon syknął i zeskoczył z parapetu.
    Automatyczna sekretarka pisnęła i umilkła. Dom nagle wydał się Sam zaciasny. Ciemne kąty zrobiły się jeszcze bardziej ponure. Czy to tylko wyobrainia, czy naprawdę słyszała kroki na werandzie?
    Odetchnęła ki lka razy i podpierając się kulą, sprawdziła zamki w drzwiach i zatrzaski na oknach. To tylko kawał, pomyślała, nic strasznego. Była dość znanym psychologiem. Zapraszała ludzi do rozmowy, po to, by pomagać im w rozwiązywaniu problemów i chciała, by ją poznawali. Jako psycholog radiowy co noc na antenie miała do czynienia z ludzkimi kłopotami i fobia¬mi. Nie pierwszy raz ktoś ją prześladował. I nie ostatni. Zastanawiała się, czy nie zadzwonić na policję, do Davida, lub kogoś ze znajomych, ale nie chciała wyjść na histeryczkę. Szcżególnie we własnych oczach.
    Przecież była profesjonalistką i doktorem psychologii.
    Serce biło jej głośno. Odetchnęła powoli. Jednak będzie musiała za¬dzwonić na policję, czy jej się to podoba, czy nie. Ale nie dziś wieczo¬rem. Jeszcze raz sprawdziła zamki i postanowiła zachować spokój, pójść na górę, poczytać książkę, a rano zastanowić się nad tym, co się stało. Nie było powodu do paniki. Chyba miała rację? Niemożliwe, żeby ktoś' naprawdę chciał ją skrzywdzić?
    Żałować za grzechy?
    Zapłacić za nie? Jakie grzechy?
    Ten facet chciał ją przestraszyć. Chyba o to mu właśnie chodziło.
    _ Chodź, stary – zawołała kota. – Idziemy na górę. – To była jej pierwsza noc po powrocie i żaden świr jej nie popsuje.

Rozdział 2

    – Moi zdaniem ona udaje – wyszeptała Melba do tine'go i mrugnęła do Sam przyjaźnie, kiedy ta przechodziła koło biurka recepcjonistki w biurze WSLJ przy ulicy Decatur. Szczupła jak osa, z włosami koloru kawy, nieskazitelną cerą i pięknym uśmiechem, który szybko zmieniał się w grymas złości i niezadowolenia, kiedy ktoś próbował ją zignorować, Melba broniła drzwi WSLJ jak wyszkolony rottweiler. Tuż za nią wisiała szklana gablota oświetlona delikatnym światłem, pełna zdjęć znanych ludzi i nagród dla stacji radiowej. Była tam też laleczka voodoo i mały wypchany aligator – pamiątki przypominające wszyst¬kim gościom, że znajdują się w samym centrum Nowego Orleanu.
    Sam przewróciła oczami.
    – Masz rację• Założyłam to – postukała w gips gumową końcówką kuli – żeby nie musieć pracować i wzbudzić współczucie. Właśnie tak. I dlatego co kilka godzin łykam środki przeciwbólowe. Uwielbiam tak się umartwiać.
    – Psychologiczny bełkot – stwierdziła Melba.
    – Co mogę powiedzieć? To mój zawód. – Powoli się odprężała.
    Dobrze było wrócić do pracy. Po prawie nieprzespanej nocy obudziła się o poranku i postanowiła, że nie będzie się bała. Sprawdziła, czy nie ma śladów w ogrodzie i niczego nie znalazła. Potem jeszcze raz przyj¬rzała się zniszczonej fotografii. Odsłuchała ponownie złowieszcze na¬granie i postanowiła nie dać się zastraszyć. '
    Melba oparła brodę ria dłoni, a jej niezliczone bransoletki zadzwoni¬ły i zamigotały w słońcu.
    – Wiesz, mam swoją teorię na temat psycho-doktorków… chciałam' powiedzieć… psychologów.
    – Powiedz jaką – zachęciła ją Sam.
    – Uważam, że wszyscy bierzecie się do tego, bo macie jakiś poważny defekt psychiczny. Większość znanych mi psychologów ma nierÓw¬no pod sufitem. Ci, którzy pracują w radiu, są najgorsi. Kto chciałby siedzieć całą noc w tym cholernym studiu i słuchać o problemach in¬nych ludzi, skoro i tak wiadomo, że nie można im pomóc? Dzwonią do ciebie dlatego, że są samotni.
    – Albo napaleni – dodał Tiny, przechodząc koło recepcji. Rzucił na. biurko Melby kopertę• Z ukrytych głośników sączył się cicho jazz.
    – Jasne. Zboczeńcy podniecają się, dzwqniąc do doktor Sam na 1-800 – psychiczny ratunek. Nocna pomoc psychiatryczna dla Nowego Orleanu. Wyspowiadaj się i bądź uzdrowiony.
    Sam gwałtownie pokręciła głową. Poczuła, jak uśmiech znika jej z twarzy.
    – Co powiedziałaś?
    – Podniecają się…
    – Nie, to o spowiadaniu się?
    – Tak to właśnie jest – powiedziała Melba,' kiedy zadzwonił tele¬fon. – Jesteś jak ksiądz, kaznodzieja lub ktoś w tym rodzaju. A to miej¬sce zamienia się w konfesjonał. Spójrz na samą nazwę, kochana. Nocne wyznania. Czy trzeba dodawać coś jeszcze? – Nacisnęła guzik i popa¬trzyła na swoje błyszczące różowe paznokcie. – WSLJ, Nowy Orlean, stolica jazzu i pogadanek na antenie. W czym mogę pomóc?
    – Nie zwracaj na nią uwagi – powiedział Tiny. – Wiesz, że zawsze się czepia, ale tak naprawdę cię kocha.
    – Miło wiedzieć – mruknęła Sam, ale słowa Melby zastanowiły ją.
    Może była po prostu przewrażliwiona i doszukiwała się ukrytych znaczeń. Była niewyspana, bolała ją noga i nie mogła przestać myśleć o nagranej na sekretarce wiadomości i o zniszczonym zdjęciu, a na dodatek dzień zaczął się nerwowo. Najpierw problemy z policją w Cambrai; rozmawia¬ła z policjantem przez telefon, potem czekała, aż do niej przyjedzie. Za¬pewnił ją, że będą częściej patrolować okolicę, zabrał kasetę, kopertę i zdję¬cie. Potem, nadal spięta, zadzwoniła do banku i upewniła się, że dostali wiadomość o zagubionych w Meksyku kartach kredytowych. Następnie pojechała wyrobić nowe prawo jazdy i do ślusarza, który miał wymienić wszystkie zamki w domu i dorobić nowe kluczyki do samochodu. Na ko¬niec wstąpiła do firmy ubezpieczeniowej po nową kartę i spędziła tam prawie godzinę, stojąc w kolejce. Brakowało jej jeszcze optycznych oku¬larów przeciwsłonecznych, ale to miała załatwić na końcu. Na razie wy¬starcząjej szkła kontaktowe i zwykłe okulary.
    – Przekażę wiadomość panu Hannah – powiedziała Melba, odłoży¬ła słuchawkę i zanotowała coś na kartce. – Nie rozumiem, dlaczego nie mamy poczty głosowej. Zupełnie jak w średniowieczu. – Spojrzała na Tiny'ego. – Geniuszu komputerowy, nie mógłbyś nam tego załatwić?
    – Pracuję nad tym, ale nasz cholerny budżet…
    – Tak, tak, zawsze chodzi o pieniądze, słuchalność i udziały na rynku. – Przewróciła wymownie oczami. – Z przykrościąmuszę przyznać ¬. zwróciła się do Sam – że ilość listów od wielbicieli świadczy o tym, że im ciebie brakowało.
    – Zadziwiające.
    Zadzwonił telefon i odwrócił uwagę Melby. Tiny odprowadził Sam cen¬tralnym korytarzem, nazywanym pieszczotliwie "aortą". Stacja radiowa przy¬pominała króliczą norę, pełną labiryntów, przejść połączonych ze sobą, będą¬cych efektem remontów budynku, w którym mieściło się WSLJ ijego siostrzane stacje. Pakamery i schody przerobiono na biura i sale konferencyjne.
    – Sprawdź swoją pocztę elektroniczną – poradził jej Tiny i zatrzymał się przy wejściu do swojego biura, przerobionego z małego pomieszczenia, które kiedyś było ciemnym schowkiem wciśniętym pomiędzy inne po¬koje biurowe. W środku stał fotel, blat, a na nim przenośny komputer. Jedyną ozdobą był ogromny podziurawiony plakat z aligatorem, który, jak sądziła Sam, służył Tiny'emu do wbijania rzutek. Nikt w całej stacji nie odkrył, gdzie Tiny chowa swoje zabawki.
    Tiny chyba zawsze najlepiej wiedział, co dzieje się w stacji. Studio¬wał zaocznie łączność na Uniwersytecie Loyola i odpowiadał za sieć w radiu. Znał wszystkie komputerowe kruczki. Zdaniem Sam był nie¬ocenionym pracownikiem, ale pochodził jakby z innego świata. Był ty¬powym maniakiem komputerowym, któremu przydałby się korekcyjny aparat na zęby i płyn przeciw pryszczom, ale pracował ciężko'i chyba trochę się w niej podkochiwał. Sam udawała, że nic o tym nie wie.
    – Mam dużo wiadomości? – zapytała, a chłopak wyraźnie się roz¬promienił.
    – Setki i wszystkie na jeden temat; słuchacze domagają się, żebyś wróciła.
    – Czytasz moje listy? – zapytała. Zaczerwienił się po czubki uszu.
    – Niektóre przyszły na adres stacji, ale były głównie o tobie. Pytali kiedy wracasz, a ja… no… nie czytałem żadnych prywatnych wiadomości.
    Jasne, pomyślała z niedowierzaniem, ale zanim zdążyła go o to za¬pytać, usłyszała głęboki głos szefowej programu:
    – A, wróciła córka marnotrawna! – zagrzmiała Eleanor.
    Wysoka Murzynka, której do przytrzymywania papierów na biurku słu¬żyły mosiężne kule golfowe – podeszła do nich i uśmiechnęła się, demon¬strując złoty ząb trzonowy. – Och, pokaż się… – Rzuciła okiem na gips na nodze Sam. – Bardzo zgrabny. Jeszcze takiego nie widziałam. No chodź, pokuśtykaj do biura, bo musimy pogadać. – Ruszyła przodem głównym korytarzem i skręciła w prawo na tył budynku. Po drugiej stronie było oszklo¬ne studio, gdzie Gator Brown słuchał przebojów jazzowych, które zamie¬rzał puścić na swojej zmianie. Na łysą czaszkę miał założone słuchawki, a gdy zobaczył Sam, uśmiechnął się i uniósł piegowatą rękę, nie przerywa¬jąc ani na chwilę cichego trąjkotania, a po chwili puścił następną płytę•
    – No dobra, opowiadaj – powiedziała Eleanor i wskazała Sam krze¬sło wciśnięte pomiędzy szatki pełne segregatorów, płyt, taśm i książek. ¬Jak długo musisz to nosić? – Sam usiadła za zawalonym biurkiem.
    – Jeszcze niecały tydzień, mam nadzieję. To tylko zwichnięcie. Nic nie złamałam i mogę nadal pracować.
    – Dobrze, bo chcę cię z powrotem w tej budzie. Słuchacze domaga¬jąsię ciebie, Sam, a WNAB coraz agresywniej walczy o odbiorców. Przesunęli Trish LaBelle z siódmej na dziewiątą, żeby nadawać o podobnej porze. Zastanawiam się, czy nie przesunąć twojej audycji o godzinę, ale Gator odgraża się, że przestaną go słuchać, bo jego jazz trzeba puszczać późno w nocy. Wolałby, żebyś zaczynała o dwunastej. – Sięgnęła do górnej szuflady i wyjęła fiolkę z lekarstwem. – A mój mąż nie może zro¬zumieć, dlaczego mam wysokie ciśnienie.
    Sam nie pojmowała o co chodzi w tej walce z konkurencją.
    _ WNAB nadają na AM, a my na FM. To zupełnie inny format, inni ludzie, inni odbiorcy – powiedziała, wzruszając ramionami.
    _ Wcale nie. – Eleanor spoważniała. Połknęła dwie tabletki. – Słu¬chaj, wszyscy ciężko pracowaliśmy, żeby nasza stacja była najlepsza i te¬raz nie chcemy stracić słuchaczy. Nie odmawiam ci prawa do urlopu, ale muszę myśleć praktycznie. Nie mogę dopuścić, żeby WNAB, lub kto¬kolwiek inny, wpłynął na nasze notowania. – Posłała Sam wymuszony uśmiech i wtedy zadzwonił telefon.
    _ Mówi Eleanor… tak… Wiem. – Odchyliła się do tyłu na krześle i zaczęła szukać czegoś w stosie teczek leżących na szafce. – Dobrze, niech sprawdzę. Rozmawiałeś z działem sprzedaży? – Głos miała szorst¬ki. – Rozumiem… pracujemy nad tym. Co? Tak. Samanta wróciła, więc nocny program będzie… Dobrze. Daj mi minutę. – Odwróciła się do biurka, wolną ręką chwyciła mysz komputerową i oczami dała Sam znak, że skończyły rozmowę. – Słuchaj, George, nie martw się• Powiedziałam, że się tym zajmę.
    Samanta kuśtykając, wyszła z pokoju i już na korytarzu dobiegł ją głos Eleanor:
    _ Coś wymyślę. Tak, niedługo. Na litość boską, nie wariuj. Uspokój się. Rozumiem.
    Sam ruszyła korytarzem ZaJrzała przez szybę i zobaczyła Gatora pochylonego nad mikrofonem, gadającego do magnetofonu, jakby mó¬wił na żywo do słuchaczy. Potem włączy tę taśmę do swojego programu.
    Na antenie jego głos brzmiał delikatnie, zachęcająco, jak głos chłopaka z sąsiedztwa. W bezpośrednich kontaktach był o wiele bardziej energicz¬ny i ruchliwy. Sam pomachała mu i Gator skinął jej głową. Minęła kilka studiów nagrań, pokój producenta, bibliotekę i w końcu dotarła do biu¬ra, które dzieliła z kilkoma innymi prowadzącymi. Poczta zaadresowa¬na do niej leżała w osobnej przegródce. Przypomniała sobie o nieprzyjemnym liście, który dostała wcześniej, i ostrożnie sortowała koperty.
    Pomyślała, że niepotrzebnie się boi, tu nic jej Aie grozi. Otwierała kolej¬ne koperty i przeglądała listy.
    Nie znalazła niczego podejrzanego.
    Dostała zaproszenia do wygłószenia kilku odczytów, prośby o pracę na rzecz instytucji charytatywnych, życzenia od słuchaczy, którzy do¬wiedzieli się, że miała wypadek, reklamówki, oferty kart kredytowych… nic nadzwyczajnego. Postanowiła, że nie powie nikomu w stacji o liście od wariata, ale jeszcze raz porozmawia z policją. Zarówno list, jak i wia¬domość na sekretarce były tylko głupim kawałem, niczym więcej. Jakiś nienormalny facet bawił się jej kosztem.
    Więc czyje kroki słyszała na werandzie? Jak wyjaśnić zachowanie Charona?
    Dlaczego wczoraj w nocy czuła się tak dziwnie? Jakby czyjeś niewi¬doczne oczy obserwowały każdy jej ruch?
    Zacisnęła zęby i przypomniała sobie po raz setny, że miała się nie przejmować głupimi złośliwymi dowcipami. W przeszłości miała do czynienia ze świrami. Gdy tylko zmieni zamki, naprawi zepsuty alarm i upewni się, że policja z Cambrai dotrzyma słowa i zwiększy liczbę patroli w okolicy, będzie bezpieczna.
    Czy aby na pewno?

    Kilka godzin później, kiedy większość pracowników poszła już do domu, Sam wyrzucała śmieci do kosza, kiedy usłyszała stukanie wyso¬kich obcasów. Do pokoju wpadła Melanie. Miała potargane przez wiatr włosy, a policzki czerwone od upału.
    – Witaj. – Melanie uśmiechnęła się szeroko. Miała dwadzieścia pięć lat i dyplom AU Saints, małego cołłege'u w Baton Rouge, który ukończy¬ła jako jedna z najlepszych. Specjalizowała się w łączności i psychologii. Pracowała w radiu na uczelni, potem w Baton Rouge, a następnie przyjęła stanowisko w WSLJ. Tak jak Sam, została zatrudniona przez Eleanor.
    – Dzięki.
    – Skoczę do sklepu na rogu, kupię kawę i coś okropnie tuczącego i niewskazanego… Może ciastko z cukrem pudrem. Masz ochotę najedno? – Kuszące, ale nie. – Sam odłożyła korespondencję i przesunęła krze¬sło wzdłuż długiego blatu, który służył jej za biurko. – Dziękuję jeszcze raz za opiekę nad kotem, kawę i mleko. Jesteś moim wybawcą.
    Melanie rozpromieniła się, zadowolona z komplementu – pod wieloma względami była jeszcze bardzo dziecinna.
    – Pamiętaj o tym, kiedy przyjdzie czas na ocenę mojej pracy i podwyżkę.
    – Dobra, rozumiem. Przekupiłaś mnie.
    – Całkowicie! – Melanie stała w drzwiach z rękami opartymi o framugi. Umalowana i ubrana w cienką purpurową sukienkę, przezroczyste czarne wdzianko, buty na platformach, wyglądała jakby wybierała się na miasto, a nie do pracy.
    – Masz gorącą randkę?
    _ Mogę sobie pomarzyć – roześmiała się i wzruszyła ramionami. – Może będę miała szczęście i… – Uniosła palec. – Nie próbuj mnie po¬uczać, żebym była ostrożna. Jestem już dużą dziewczynką, a ty nie jesteś moją mamą. Nie chcę też przyjacielskich ani profesjonalnych porad.
    Sam wiedziała, kiedy należy milczeć. Poprzednie związki Melanie były dziwne i zapewne wkrótce ktoś znowu złamie jej serce, ale Sam postanowiła się nie wtrącać. Sama nie mogła się pochwalić uporządko¬wanym życiem uczuciowym.
    – Kiedy kończysz dyżur? Melanie zerknęła na zegarek.
    _ Po programie, tak jak ty. Co ci przynieść ze sklepu, zanim zamkną?
    Herbatę? Wodę?
    – Nie musisz mnie obsługiwać.
    _ Wiem. Ale masz gips na nodze. Jak będziesz normalnie chodzić, sama sobie przyniesiesz, a,teraz wykorzystaj mnie, jeśli masz ochotę• -
    Sama chciałaś. Dobra, przynieś mi dietetyczną colę•
    _ Dobrze. – Melanie spojrzała ponuro na nogę Sam. – Swędzi cię?
    ~ Jak cholera.
    _ Zaraz wracam. – Wyszła równie szybko, jak się zjawiła. Sam zerknęła na swoją pocztę elektroniczną. Puls miała przyspieszony, a ręka, którą prowadziła myszkę, była spocona. Nie dostała żadnej wiadomości z pogróżkami. Przyszło kilka listów od fanów, którzy pytali, kiedy wróci na antenę, trochę dowci'pów, które od razu usunęła, stare wewnętrzne infolimacje biurowe, zaproszenie do wygłoszenia przemówienia na im¬prezie charytatywnej, przypomnienie o spotkaniu w centrum Boucher i kilka słów od przyjaciół. Jedna wiadomość była od Leanne Jaquiłłard, siedemnastolatki, z którą pracowała w centrum jako ochotniczka.
    Nie było niczego niezwykłego, niczego niepokojącego. Odprężyła się• Zanim Melanie wróciła ze śladami cukru pudru na ustach i puszką dietetycznej coli i kawą, Sam odpowiedziała na parę wiadomości, kilka zapisała, a resztę usunęła z komputera.
    _ Dzięki – powiedziała, kiedy dziewczyna podała jej napój. – Odwdzięczę ci się.
    – Kilka razy, może z tuzin, za opiekę nad tym wymagającym kotem. – Melanie pociągnęła łyk kawy i resztki cukru zniknęły z jej ust.
    Sam otworzyła puszkę i wtedy do pokoju wetknął głowę Gator.
    _ Masz jakieś piętnaście minut – powiedział. – Nagrałem dwa ka¬wałki, potem idzie prognoza pogody i reklamy, a potem ty. – Odwrócił się, żeby wyjść, ale zmienił zdanie. – Dobrze, że wróciłaś. – Jego słowa nie brzmiały szczerze.
    – Dzięki.
    – Właściwie co ci się stało? – Pokazał na gips.
    – Długa historia. Kapitan naszej łodzi okazał się idiotą, a ja jestem niezdarą•
    Gator uśmiechnął się z przymusem.
    – Jakbym nie wiedział -oznajmił i dodał: – Muszę lecieć. Gdzieś w tym mieście musi być kobieta, która nie może się doczekać, żeby mnie poznać. – Nie liczyłabym na to – szepnęła Melanie, kiedy odszedł.
    – Przypomnij mi jeszcze raz, dlaczego tak bardzo chciałam tu wrócić? – powiedziała Sam.
    – Jest wściekły, bo chcą skrócić jego program, żeby wydłużyć twój. Jest zazdrosny.
    Sam nie miała pretensji do Gatora. Zwykle prowadził audycję rano, potem przenieśli go na popołudnie, do programu o piątej, a potem na wcze¬sny wieczór. Nie trzeba było się wysilać, żeby zgadnąć, że chcą się go pozbyć. W ściekał się na nią z powodu popularności Nocnych wyznań.
    – Chyba zabiorę się do roboty. – Sam wstała z trudem i poczuła bo¬lesne ukłucie w kostce. Zignorowała je. Melanie odsunęła się, żeby zro¬bić jej przejście.
    – Dzięki, że mnie zastępowałaś – powiedziała Sam.
    – Nic wielkiego – odparła Melanie, a jej jasne oczy nieco pociemniały. – Podobało mi się.
    – Masz wrodzony talent. Dziewczyna westchnęła. Ruszyły korytarzem.
    – Szkoda, że szefowie nie doceniają moich zdolności.
    – Docenią, ale musisz być cierpliwa i zrobić doktorat. Dyplom licencjata z psychologii to za mało.
    – Wiem, wiem. Dzięki za radę, mamo – odpowiedziała z nutą zazdro¬ści w głosie. Melanie była świetna przy mikrofonie, ale potrzebowałajesz¬cze trochę ogłady, więcej doświadczenia i Wykształcenia, zanim będzie mogła udzielać rad trzydziesto- i czterdziestolatkom, którzy dzwonili do radia. Zastępstwo to jedno, a własny program to zupełnie co innego.
    – Wydarzyło się coś ciekawego podczas mojej nieobecności? – za¬pytała Sam, zmieniając drażliwy temat.
    – Nic. Było strasznie nudno. – Melanie wzruszyła ramionami i wy_ piła kolejny łyk kawy.
    – W Nowym Orleanie nigdy nie jest nudno.
    – Ale w radiu jest. Wszystko po staremu, bez zmian. Chodzą plotki, że WSLJ może zostać sprzedane większej stacji, albo połączy się z konkurencją.
    – Zawsze tak mówią.
    – To by była poważna zmiana. Wszyscy prowadzący boją się, że zastąpią ich komputery albo programy z Timbuktu, lub Bóg wie skąd. – Ciągle te same pomysły – podsumowała Sam.
    – Tak, ale tym razem chodzi o coś jeszcze. George chce wydać więcej pieniędzy na sprzęt komputerowy, zmniejszyć personel i puszczać więcej z taśm. Melba jest zachwycona – strasznie się podnieca pocztą głosową, a Tiny popiera ten pomysł z całego serca. Im więcej specjali¬stycznego 'sprzętu, tym lepiej.
    – To wizja przyszłości – powiedziała Sam cynicznie. Komputery zastępowały prowadzących, tak jak płyty kompaktowe wyparły kasety i płyty winylowe. Płytoteka zarastała kurzem w zamkniętej szklanej sza¬fie i korzystał z niej od czasu do czasu tylko naj starszy prezenter Ram¬blin' Rob.
    – Zawsze mnie za to opieprzają – mówił ze śmiechem, a jego głos brzmiał chrapliwie od dużej ilości wypalanych papierosów. – Nie odwa¬żą się mnie wylać. AARP, gubernator i nawet sam Pan Bóg rozwaliliby tę budę, gdyby ktoś chciał mnie wyrzucić.
    Melanie szła za Sam korytarzem.
    – Nie było nic ciekawego, poza tym że prowadziłam twój program.
    – Kłamczucha – powiedziała Melba, która minęłaje i chwyciła marynarkę z wieszaka w niszy. – Nie daj się nabrać na te bzdury. – Uniosła nieznacznie brwi. – Dziewczyna ma nowego faceta.
    Melanie zaczerwieniła się i przewróciła oczami.
    ~ To prawda? – zapytała Sam, kiedy skręciły za róg i wślizgnęły się do studia. Plotka o asystentce nie była dla Sam zaskoczeniem. Melanie co tydzień lub dwa miała kogoś nowego..
    – Ten jest na poważnie. – Melba wsadziła parasol pod pachę. ¬Uwierz mi, dziewczyna jest zakochana.
    – Byłam tylko na kilku randkach. To wszystko. – Melanie bawiła się łańcuszkiem na szyi. – Nic wielkiego. – Podoba ci się?
    – Jak na razie, tak.
    – Znam go?
    – Nie. – Melanie pokręciła głową i weszła do sali przy studiu. – Będę sprawdzać rozmowy.
    Sam zajęła swoje miejsce i poprawiła mikrofon. Sprawdziła ekran komputera.
    Założyła słuchawki, a Melanie skinęła głową, co znaczyło, że linie telefoniczne działały i były podłączone do komputera.
    Sam odczekała, aż skończy się trzydziestosekundowa reklama lokal¬nego sprzedawcy samochodów, potem nacisnęła guzik i z głośnika po¬płynęło kilka taktów Nocy po ciężkim dniu Beatlesów. Po chwili muzyka ucichła, a Sam nachyliła się do mikrofonu.
    – Dobry wieczór, Nowy Orleanie. Mówi doktor Sam. Wróciłam. Za¬czynamy Nocne wyznania w WSLJ. Jak pewnie wiecie, byłam na krótkim urlopie w Meksyku. Dokładnie mówiąc, w Mazatlan. – Oparła się łokcia¬mi o biurko i kątem oka spoglądała na ekran komputera. – Piękne miej¬sce, bardzo romantyczne, jeśli ktoś jest w odpowiednim nastroju. Nie zam ierzam jednak opowiadać wam o wszystkich szczegółach tej wycieczki. Pomyślałam, że zaczniemy od jakiegoś lekkiego tematu i dzięki temu wszystko wróci do normy. Ponieważ to mój pierwszy program po powro¬cie, przyszło mi do głowy, że dzisiaj porozmawiamy o urlopach. Dlaczego tak nas stresują, co zrobić, żeby dobrze odpocząć i jak wyobrażamy sobie romantyczny wyjazd? Dzwońcie do mnie i opowiedzcie, gdzie byliście i jak udał się wyjazd. Pogoda w Mazatlan była cudowna, a zachody słońca wspaniałe. Dużo słońca, ciepłe plaże i pełno par spacerujących wzdłuż brzegu. Palmy, biały piasek, pifia colada, wszystko o czym zamarzysz…
    Przez kilka minut mówiła o romantycznych wycieczkach, podawała numer i prosiła o telefony. Za szklaną szybą widziała Melanie ze słu¬chawkami na uszach. Skinęła głową, kiedy zaświeciły się lampki linii telefonicznych. Zaczęło się.
    Ned – imię pierwszego dzwoniącego pojawiło się na ekranie kom¬putera obok linii numer jeden, na dwójce czekała Luanda. Sam wcisnęła pierwszy guzik.
    – Cześć, tu doktor Sam. Kto mówi?
    – Tu Ned. – Mężczyzna był wyraźnie zdenerwowany. – Cieszę się, że wróciłaś. Zawsze słucham twojej audycji… muszę powiedzieć, że brakowało mi ciebie.
    – Dzięki…:. Samanta uśmiechnęła się nieznacznie i postanowiła roz¬luźnić go trochę. – Ned, co ci leży na sercu? Byłes ostatnio na urlopie?
    – Tak. Zabrałem swoją żonę do Puerto Rico jakieś dwa miesiące temu i… jakby to powiedzieć, to miał być taki wyjazd na zgodę… no wiesz.
    – Na zgodę po czym? – zapytała.
    – Spotykałem się z inną i rozstaliśmy się z żoną na jakiś czas. Postanowiłem zrobić jej niespodziankę i zabrać ją na Karaiby, żeby spró¬bować wszystko naprawić.
    – I co się stało, Ned? – zapytała, a mężczyzna powoli opowiedział o wszystkim. Kryzys wieku średniego. Skok w bok. Kochał żonę, która była wspaniałą, dobrą kobietą. Byli dwanaście lat po ślubie. W Puerto Rico żona odpłaciła mu pięknym za nadobne. Znalazła sobie latynoskie¬go kochanka i zrobiła to pod nosem Neda. Ned poczuł się urażony. Jak mogła? Romantyczne wakacje zakończyły się katastrofą.
    – I jak się teraz czujesz? – zapytała Sam i zauważyła, że imię Luan¬da zniknęło z ekranu. Znudziła się czekaniem i odłożyła słuchawkę. Na trzeciej linii był ktoś o imieniu Bart.
    – Czuję się zraniony i wściekły – mówił Ned. – Wściekły jak chole¬ra. Wydałem dwa tysiące dolarów na tę podróż!
    – Straciłeś i pieniądze, i żonę. A dlaczego właściwie romansowałeś z innymi kobietami?
    Linie telefoniczne zaczęły mrugać jak szalone. Ludzie nie mogli się doczekać, żeby skomentować opowieść Neda, dodać coś o sobie lub zapytać Sam o opinię. Na drugiej linii była Kay; Bart czekał na trójce, Luanda po raz drugi, tym razem na czwartej linii.
    Sam przez chwilę rozmawiała z Nedem, wyjaśniając mu prawdy sta¬re jak świat. Potem przełączyła się do Kay, wściekłej kobiety, gotowej przeciągnąć Neda i innych oszukujących facetów po rozżarzonych wę¬glach. Sam wyobraziła sobie, jak kobieta pieni się ze złości. Potem wy¬słuchała Barta, który pojechał z dziewczyną na Tahiti. Dziewczyna od¬mówiła powrotu do domu. W eter popłynęły historie pełne złości, rozbawienia i rozpaczy. Sam przerywała rozmowy i puszczała reklamy, i prognozy pogody oraz naj świeższe wiadomości. Czas płynął szybko i z każdą chwilą czuła się coraz lepiej. lm dłużej rozmawiała ze słucha¬czami, tym mniej pamiętała o liście i zdjęciu z wydłubanymi oczami.
    Prowadziła program od prawie trzech godzin, wypiła colę i właśnie dopijała drugą filiżankę kawy z zamiarem zakończenia audycji, kiedy na ekranie komputera pojawiło się imię John.
    – Mówi doktor Sam. Jak się masz?
    – Dobrze. Mam się dobrze – odparł delikatny męski głos.
    – Jak ci na imię? – zapytała.
    – John.
    – Cześć, John. O czym chciałbyś porozmawiać? – Sięgnęła po kubek z kawą.
    – O wyznaniach.
    – Dobrze.
    – Tak właśnie nazywasz swoją audycję. – Zdanie nie zabrzmiało jak pytanie..
    – Owszem. John, co cię trapi?
    – Znasz mnie.
    – Znam cię? Jak to?
    – Jestem Johnem z twojej przeszłości.
    – Znałam wielu ludzi o tym imieniu. – Nie dała się zbić z tropu.
    – Zapewne. – Czyżby w jego głosie zabrzmiała nuta dezaprobaty, czy wyższości? Kim był ten człowiek?
    – Czy jest coś, o czym chciałbyś porozmawiać dziś w nocy, John?
    – Grzechy.
    O mało nie upuściła kubka. Zrobiło jej się zimno. Ten głos – ten sam głos, który był nagrany na automatycznej sekretarce. Poczucie bezpie¬czeństwa, które prawie odzyskała, nagle zniknęło.
    – Jakie grzechy? – wykrztusiła.
    – Twoje.
    – Moje? – Kto to był? Powinna natychmiast się rozłączyć.
    – Ludzie ponoszą karę za grzechy.
    – Jaką? – zapytała. Poczuła przyspieszony puls i rzuciła okiem na
    Melanie, która pokręciła głową. Z pewnością John powiedział jej co in¬nego, kiedy odebrała telefon.
    – Zobaczysz – odpowiedział. Sam dała znak Melanie i miała nadzie¬ję, że dziewczyna zrozumie, że trzeba natychmiast rozłączyć rozmowę. Była pewna, że to ten sam wariat, który zostawił jej wiadomość w domu. – Być może będę musiała zapłacić za grzechy, jak każdy – powiedziała. Grała na zwłokę, ale nerwy miała napięte jak postronki. – Oczywiście, że tak. Wyznania Samanto. Nocne wyznania. Boże! To był ten sam facet.
    – Zapamiętam to sobie.
    – Bardzo rozsądnie, Sam. Bóg wie, co zrobiłaś, i ja także wiem.
    – Co takiego zrobiłam?
    – Tak bezduszna dziwko. Oboje wiemy…
    Sam rozłączyła rozmowę. Kątem oka dostrzegła Melanie rozpaczliwie pokazującą zegar. Tylko dwadzieścia sekund do końca programu. Linie telefoniczne mrugały jak oszalałe.
    – To wszystko na dziś – powiedziała Sam, starając się opanować.
    Z trudem przypomniała sobie formułkę na zakończenie. Serce waliło jej jak szalone, kiedy naciskała guzik, żeby odegrać końcową piosenkę Nocne wyznania w wykonaniu Grass Roots. Po kilku pierwszych taktach mu¬zyka ucichła i Sam odezwała się ponownie:
    – Mówi doktor Sam. Kończymy nasz program. Wszystkiego dobre¬go Nowy Orleanie. Dobranoc wszystkim. Niech Bóg was błogosławi. Nieważne, jakie dziś macie problemy, jutro też jest dzień… Słodkich snów…
    Nacisnęła guzik i puściła serię reklam, odepchnęła mikrofon na bok i odsunęła krzesło. Zrzuciła słuchawki, złapała kulę, wstała z wysiłkiem i z trudem łapiąc oddech, wydostała się z kabiny.
    – Jak ten facet zdołał się dostać na antenę?! – krzyknęła, kiedy spo¬tkały się z Melanie na korytarzu.
    – Okłamał mnie, i tyle! – Melanie była czerwona na twarzy, zaci¬skała zęby i przyjęła postawę obronną. – Gdzie, do cholery, jest Tiny? ¬Nerwowo przemierzała korytarz. – Ma zaledwie pięć minut, żeby usta¬wić następny program. – Rozejrzała się dookoła.
    – Zapomnij o nim. Jak było z tym ostatnim telefonem? – Sam trzę¬sła się w środku. Była wściekła i przerażona.
    – Nie wiem. – Rodrażniona Melanie uniosła w górę ręce. – Nabrał mnie. Powiedział, że chce coś dodać o… raju… raju utraconym… Spieprzyłam to, tak? No, ukrzyżuj mnie za to!.
    Sam skrzywiła się, słysząc jej słowa.
    – Tylko bez biblijnej retoryki, dobrze?
    – Już i tak po wszystkim. To się więcej nie powtórzy! Powiedziałam "przepraszam".
    – W cale nie powiedziałaś. Zawaliłaś sprawę. Do ciebie należy spraw¬dzanie dzwoniących i… – Samanta nie dokończyła, ponieważ nagle zro¬zumiała, że bez powodu wyżywa się na asystentce. Odetchnęła głęboko i zmusiła się do opanowania emocji. – Przesadzam.
    – Amen… ojej, przepraszam. Miałam nie używać słów z Biblii. ¬Melanie zrobiła w powietrzu znak cudzysłowu i Sam mimowolnie za¬chichotała.
    – Zapomnij o tym.
    – Spróbuję. – Melanie nadal rozglądała się za Tinym i chodziła w tę i z powrotem po wąskim korytarzu. W sadzała głowę w drzwi otwartych po¬koi i szarpała klamki tych zamkniętych na klucz. – Lepiej, żeby się:zjawił…
    – Raj – mruknęła Sam do siebie, kiedy dotarło do niej, jakie wrażenie zrobiło na niej to, co mężczyzna powiedział Melanie. Oparła się ciężko o szklaną ścianę oddzielającąją od świętego składziku płyt Ramblin ' Roba. ¬Nie miał namyśli romantycznego raju… tylko Raj utracony Miltona.
    – Co?
    – Ten facet, który dzwonił, miał na myśli dzieło Miltona o szatanie wyrzuconym z nieba.
    Melanie stanęła jak wryta.
    – Tak sądzisz? – Uniosła pytająco brwi. – Chcesz powiedzieć, że lubi starą literaturę, czy coś w tym stylu? – Nie była przekonana.
    ~ Tak… Jestem pewna. Tam jest wszystko o grzechu, odkupieniu i karze – powiedziała Sam. Postanowiła powiedzieć Melanie prawdę.
    – Ten facet już kiedyś do mnie dzwonił. Zostawił mi wiadomość na automatycznej sekretarce, kiedy mnie nie było.
    – Co? – Melanie natychmiast zapomniała o Tinym. – Dzwonił jak byłaś w Meksyku?
    – Właśnie tak.
    – Ale… poczekaj. Myślałam, że masz zastrzeżony numer… że nie ma cię w książce telefonicznej.
    – Nie ma, ale są sposoby, żeby poznać numer. Żyjemy w świecie peł¬nym technicznych wynalazków. Każdy może się włamać do komputera, zdobyć dane o kartach kredytowych, numer ubezpieczenia albo prawa jaz¬dy. Nietrudno znaleźć numer telefonu, jeśli tylko wiesz, jak to zrobić.
    – Tak samo można oszukać osobę sprawdzającą w radiu rozmowy telefoniczne – Oczy Melanie spochmurniały. – Przykro mi, Sam – po¬wiedziała w końcu. – Oszukał mnie. – Odgarnęła włosy z czoła i doda¬ła. – Więc kto? Twój osobisty szurnięty prześladowca? O, przepraszam, ale ten facet nie jest całkiem normalny.
    – Moja specjalność. Przecież jestem psychologiem, zapomniałaś? Usłyszały czyjeś kroki i zza rogu wyszedł Tiny, który o mało nie po¬trącił Melanie.
    – Hej, uważaj – powiedziała i obrzuciła go charakterystycznym spoj¬rzeniem. – Do następnego programu zostało kilka minut. Gdzie, do dia¬bła, byłeś?
    – Na dworze.
    – Jezu! Przecież powinieneś mieć przygotowane nagranie do puszczenia.
    – Nie martw się – rzucił Tiny przez ramię. Miał wilgotny płaszcz, a kiedy szedł do kabiny zwolnionej przez Sam, unosił się za nim zapach dymu papierosowego. – Wszystko mam gotowe.
    Przez ciebie dostanę zawału.
    – Dlaczego? Nie jesteś kierownikiem stacji.
    – Wiem, ale…
    – Odczep się, Melanie. Powiedziałem, że wszystko jest pod kontrolą. – Tiny spiorunował ją wzrokiem, a Melanię, która szybko wpadała w złość, otworzyła usta, żeby coś powiedzieć. – Po prostu zrób to – dodał.
    Sam pomyślała, że właściwie może już iść. Była zmęczona, zdener¬wowana i zaczynała ją boleć kostka.
    – Zobaczymy się jutro – powiedziała i rus4yła do pokoju. Chwyciła płaszcz przeciwdeszczowy i torbę, i skierowała się do wind. Wciąż była zdenerwowana, a stary budynek, kręte korytarze, zapach pleśni i ciemne pokoje wydały się jej jeszcze bardziej ponure niż zwykle..
    – Dość tego – mruknęła, kiedy winda zatrzymała się na pierwszym piętrze. – Masz zbyt bujną wyobraźnię. – Przy drzwiach wejściowych wsunęła kartę w automatyczny zamek i wyszła w wilgotną noc.
    Powietrze było lepkie i gęste, gorące i nieprzyjemne. Wąskimi ulica¬mi sunęło kilka samochodów. Poczuła ciężki zapach rzeki, a uliczne la¬tarnie oświetlały palmy na skwerze Jacksona. Po ulicach chodzili jesz¬cze ludzie i Sam zaczęła się zastanawiac, czy ktoś z nich mógł być jej rozmówcą, prześladowcą, którego delikatny głos mroził jej krew w ży¬łach.
    Zatrzymała taksówkę i podczas jazdy obserwowała ludzi, którzy bez względu na porę dnia i nocy zawsze byli na ulicach.
    Jeden z mieszkańców tego miasta mści się na mnie. Dlaczego? Z ja¬kiego powodu chce, żebym zapłaciła za grzechy? Kim on, do diabła, jest? A najważniejsze – jak bardzo jest niebezpieczny?
    Oparła się o siedzenie i miała nadzieję, że koszmar się skollczył. M꿬czyzna, John skontaktował się z nią. Może teraz zostawi ją w spokoju.
    Ale kiedy mijała ciemne ulice miasta, przypońmiała sobie o podziu¬rawionym zdjęciu, i nagle ogarnęła ją przerażająca pewność, że to do¬piero początek.

Rozdział 3

    Księżyc zasłaniały gęste, czarne chmury. Padał deszcz, a wiatr wzma¬l "\gał ~ię i na zwykle spokojnym jeziorze Pontchartrain pojawiły się spienione bałwany letniego szkwału. Żaglówka Tya Wheelera kołysała się ostro zdana na łaskę wiatru, żagle łopotały, a przez pokład przelewa¬ła się ciemna, mętna woda. Ty uświadomił sobie, że jego wyprawa była idiotyczna – znalazł się z pewnością w złym miejscu o nieodpowiedniej porze. Powinien opuścić żagle i włączyć cholerny silnik, ale bał się, że go zepsuje. Poza tym lubił igrać z siłami natury.
    Przyszło mu do głowy, że los daje mu szansę, którą za wszelką cenę powinien wykorzystać.
    Stanął pr;~y sterze na szeroko rozstawionych nogach. Zmrużył oczy i po¬patrzył przez najmocniejszą lometkę,jaką udało mu się zdobyć. Skupił wzrok na rozpadającym się starym domu, w którym mieszkała Samanta Leeds.
    Doktor Samanta Leeds, poprawił się. Cholerna pani doktor z tytu¬łem naukowym. Miała tyle dyplomów, że zapierało dech, i uzurpowała sobie prawo do dawania ludziom rad, nie biorąc pod uwagę tego, że niektórym z nich może wyrządzić krzywdę.
    Zesztywniał, kiedy dostrzegł ruch za zasłoną. Zobaczył ją. Zacisnął palce na śliskiej lornetce i obserwował jak zwykły podglądacz, że ko¬bieta chwiejnym krokiem chodzi po domu. Popatrzył na zegarek. Była trzecia piętnaście nad ranem.
    Kobieta była bardzo piękna – oficjalne zdjęcia, które widział, nie kłamały – teraz była jeszcze ładn'iejsza z potarganymi włosami, na wpół rozebrana. Doktor Leeds miała na sobie nocną koszulkę zapiętą ty Iko na kilka guzików, ledwie zasłaniającą górną część długich, opalonych ud. Stąpała nierówno po pokoju oświetlonym lampami od Tiffany'ego, peł¬nym starych mebli – chyba antyków. Dostrzegł też gips na lewej nodze, który sięgał od kostki aż do łydki. O tym też słyszał. Miała jakiś wypa¬dek w Meksyku.
    Zacisnął usta i przytrzymał udem ster. Poczuł, jak krople deszczu płyną mu po plecach pod sztormiakiem. Wiatr zerwał mu kaptur i roz¬wiewał włosy, ale on nie przestawał obserwować domu ukrytego wśród drzew. Hiszpański mech wi'siał na:grubych gałęziach i powiewał na wie¬trze. Deszcz spływał po mansardowych oknach i wylewał się z rynien. W świetle okna dostrzegł jakieś zwierzę – chyba kota, który szybko znik¬nął w mokrej kępie krzewów okalających werandę.
    Ty skierował lornetkę na okno. Na m.oment stracił Samantę z oczu, by po chwili zobaczyć jążnowu, jak schyla się i sięga po kulę. Koszulka podciągnęła się do góry i jego oczom ukazały się białe koronkowe majteczki obciskające okrągłe, jędrne pośladki. r
    Poczuł pulsowanie w kroczu i przyjemny dreszcz. Zaciskając zęby, zignorował zwykłą męską reakcję• Nie zwracałteż uwagi na krople desz¬czu, które kłuły w twarz i zalewały szkła lornetki.
    Nie chciał myśleć o nIej jak o kobiecie.
    Potrzebował jej i zamierzał ją okłamać i wykorzystać. Nic więcej. Boże, ależ ona jest ładna, i te nogi…
    Wyprostowała się tak nagle, jakby poczuła, że ją obserwuje. Odwróciła się, podeszła do okna. Rude włosy m,iała tak potargane, jakby dopiero wstała z łóżka, na twarzy ani śladu makijażu. Zmrużyła oczy i wpatrywała się w dal. Może dQstrzegła zarys łodzi ijego sylwetkę przy sterze? Zupełnie jakby odgadła jego myśli, nagle spojrzała w jego stronę. Popatrzyła ku niemu tak, jakby wzrokiem chciała pr;z:eniknąć ciem¬ne zakamarki jego duszy.
    Niemożliwe, była za daleko, a noc była bardzo ciemna. Wyobraźnia płatała mu figle.
    Szansa, że dostrzegła światła łodzi i białe żagle była niewielka, a je¬śli nawet widziała zarys sylwetki, to bez lornetki nie mogła go rozpo¬znać ani domyślić się, co myśli i jakie ma zamiary.
    Całe szczęście.
    Czas na spotkanie twarzą w twarz nadejdzie później. Będzie się musiał postarać, żeby szybko osiągnąć swój cel. przez chwilę poczuł lek,kie wyrzuty sumienia i zacisnął zęby. Nie miał czasu na domysły. Był zde¬cydowany i kropka. Podniosła rękę, zasunęła żaluzje i zniknęła.
    Szkoda, bo widok był bardzo przyjemny i Ty wiedział, że nie będzie mu łatwo.
    Samanta, na własne nieszczęście, była zbyt ładna.

    _ Jesteś pewna, że wszystko w porządku? – zapytał David po raz piąty w ciągu dziesięciu minut. Trzymając przy uchu bezprzewodowy telefon, Sam podeszła do okna w sypialni i popatrzyła w nieprzyjemne ciemności. Jezioro Pontchartrain było szare, woda kłębiła się niespokoj¬nie, podobnie jak chmury na niebie.
    _ Jak najbardziej. – Żałowała, że opowiedziała mu o swoim prześladowcy, ale kiedy David zadzwonił, pomyślała, że i tak wkrótc.e się dowie. Publiczna tajemnica szybko wyjdzie najaw. – Rozmawiałam z po¬licją i zmieniam wszystkie zamki. Dam sobie radę• Nie martw się•
    _ Nie podoba mi się to, Samanto. – Wyobraziła sobie jego zaciśnię¬te usta. – Może powinnaś potraktować to jak coś w rodzaju… ostrzeże¬nia… no,wiesz, znak, że należy zmienić coś w życiu.
    _ Znak? – powtórzyła i zmrużyła oczy, patrząc na jezioro rozciąga¬jące się.za jej ogrodem…:… Jakby Bóg chciał mi coś powiedzieć? Dawał mi wskazówki albo…
    – Nie ironizuj – przerwał jej.
    _ Masz rację. Przepraszam. – Oparła się o krzesło. – Chyba jestem trochę przewrażliwiona. Źle. spałam.
    – Nie dziwię się•
    Nie wspomniała o łodzi; żaglówka unosiła się na wodzie niedaleko od brzegu i w słabym świetle lamp na nabrzeżu zauważyła cień wielkich żagli i męską sylwetkę. Pomyślała, że być, może to tylko grajej wyobraźni…
    _ Gdzie ty właściwie jesteś? – zapytała i sięgnęła do nocnej szafki po jeden z drutów do robótek, które odziedziczyła po matce. W sunęła go pod gips i podrapała się po nodze. Lekarz by się chyba przewrócił, gdyby to zobaczył, ale został w Mazatlan i pewnie nigdy już się nie spotkają
    – Jestem w San Antonio i mamy tu istny potop. Stoję w oknie hote¬lu, patrzę na promenadę nad rzeką i widzę ścianę deszczu – nie widać nawet restauracji na drugim brzegu. Niebo po prostu pękło. – Westchnął i jego telefon komórkowy na chwilę stracił zasięg. Po chwili połączenie wróciło. – Mam pokój zjacuzzi i kominkiem. Mogłoby być bardzo miło…
    Albo okropnie. Przypomniała sobie Meksyk, i to jak David ją zamę¬czał. Kłócili się bez przerwy. Chciał, żeby wróciła do Houston, a kiedy odmówiła, zrobił się purpurowy na twarzy, a nad jednym okiem zaczęła mu pulsować żyła. Zacisnął pięści i oznajmił jej, że jest idiotką, skoro odrzucajego propozycję. Wtedy zrozumiała, że nigdy jużjej nie przyjmie.
    – Myślałam, że dałam ci jasno do zrozumienia, co czuję – powie¬działa, obserwując, jak kropla deszczu spływa zygzakiem po szybie. Wyjęła drut i rzuciła go na stolik.
    – Miałem nadzieję, że zmieniłaś zdanie.
    – Nie, Davidzie. Nic z tego nie będzie. Wiem, że to brzmi staroświecko i banalnie, ale sądziłam, że ty i ja moglibyśmy…
    – … zostać tylko przyjaciółmi – dokończył za nią matowym głosem.
    – Nie musisz podkreślać słowa "tylko". Przecież przyjacielski układ to nie tak mało.
    – Czuję do ciebie co innego – powiedział i wyobraziła sobie powagę na jego twarzy. Był atrakcyjnym mężczyzną, dobrze ostrzyżonym i atletycznie zbudowanym. Na studiach trochę pozował do zdjęć i na dowód tego przechowywał cały album. Podobał się kobietom i zauroczył Sam. Przynajmniej takjej się wydawało. Ale po dwóch latach bycia razem, część jego uroku zbladła, a Sam poczuła, że nie jest w nim zakochana. Nie cho¬dziło o to, że było z nim coś nie tak. Był przystojny, inteligentny, wodpo¬wiednim wieku, a praca dla sieci hoteli Regal z pewnością za kilka lat uczyni go milionerem. Jednak zabrakło między nimi jakiejś iskry.
    – Przykro mi, Davidzie.
    – Naprawdę? – zapytał kąśliwie. David Ross nie lubił przegrywać.
    – Tak -odpowiedziała szczerze. Nie chciała go dłużej zwodzić. Tym razem postanowiła być bardzo ostrożna.
    – W takim razie pewnie nie życzysz sobie, żebym ci towarzyszył w charytatywnym przed,sięwzięciu, o którym wspominałaś?
    – W aukcj i na rzecz centrum Boucher? – skrzywiła się. Przypomniała sobie, że mówiła mu o tym wiele miesięcy temu. – Nie, sądzę, że będzie lepiej, jeśli pójdę sama.
    Nie odpowiedział od razu, jakby spodziewał się, że Sam zmieni zda¬nie.Nie miała zamiaru, a napięcie między nimi robiło się coraz bardziej wyczuwalne..
    _ Cóż – odezwał się wreszcie – chyba nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia. Trzymaj się, Samanto.
    _ Ty też. – Coś lekko ścisnęło ją za serce. Odłożyła słuchawkę• Tak będzie lepiej. Skończyło się i kropka.
    Wszyscy jej przyjaciele uważali, że ma nie po kolei w głowie, skoro nie chce zostać jego żoną•
    _ Na twoim miejscu rzuciłabym się na niego szybciej niż błyskawica – wyznała jej Corky miesiąc temu, kiedy jadły razem lunch. Oczy przyjaciółki błyszczały wesoło, zupełnie jak trzy obrączki, które nosiła na prawym palcu – pamiątki po poprzednich związkach. – Nie wiem, dlaczego jesteś taka uparta.
    _ Byłam już kiedyś mężatką i uważam, że kto się raz sparzy, ten na zimne dmucha.
    _ Chciałaś powiedzieć, kto raz oberwie. – Urwała kawałek chleba i spojrzała przez okno na leniwą Missisipi, po której wolno płynęła barka wyładowana żwirem.
    – Na jedno wychodzi.
    _ Tylko że nigdy nie znajdziesz lepszej partii niż David, uwierz mi.- Corky pokiwała głową, ajej blond loczki zakołysały się we wszystkie strony.
    – Więc go sobie weź.
    _ Chętnie i od razu, ale on jest zakochany w tobie.
    – David kocha tylko siebie.
    _ Mocne słowa, Sam. Zaczekaj, aż wrócisz z Meksyku i wtedy porozmawiamy – dodała Corky z przewrotnym uśmiechem. Zupełnie jak¬by chciała dać jej do zrozumienia, że rozgrzany piasek, tropikalne słoń¬ce i gorący seks zmieniąjej uczucia. Tak się nie stało. Piasek był ciepły, słońce gorące, a seksu nie było wcale z winy Sam, a nie Davida. Prawda była taka, że nie kochała tego faceta i już. Z jakiegoś powodu działał jej na nerwy. Jako jedynak i najlepszy uczeń przyzwyczaił się, że zdobywa wszystko, czego zapragnie i zawsze chciał mieć to, co najlepsze.
    Jej życie też miało być uporządkowane, ale oczywiście nigdy takie nie było.
    _ Nie wszyscy faceci są jak Jeremy Leeds – oznajmiła Corky i zmarszczyła zadarty nos na samo wspomnienie byłego męża Sam.
    – Bogu dzięki.
    Corky dała znak kelnerowi, prosząc o kolejny kieliszek chardonnay, a Sam roztargniona mieszała łyżką w zupie i starała się nie myśleć o byłym mężu.
    – A może ty jeszcze coś do niego czujesz?
    _ Do Jeremy'ego? – Sam przewróciła oczami. – Nie żartuj.
    – Ciężko jest dojść do siebie, jeśli ktoś cię porzuca.
    – Wiem – zapewniła ją Sam. – Znam się na tym.
    – Ale…
    – Wadą Jeremy'ego jest to, że zakochuje się w studentkach i nie bierze na poważnie przysięgi małżeńskiej.
    – Dobra, dobra, więc z nim już skończone – powiedziała Corky i mach¬nęła ręką, jakby chciała wyrzucić temat Jeremy'ego Leedsa przez okno.¬Ale co jest nie tak z Davidem? Zbyt atrakcyjny? – Uniosła w górę palec. _ Nie? Za dobra partia – nigdy nie był żonaty, więc wiesz, nie ma żadnych obciążeń, żadnych dzieci ani byłej żony. – Wyprostowała kolejny palec. _ Już wiem, jest zbyt bogaty… albo za bardzo ambitny. Ma za dobrą pracę? Przecież on jest chyba dyrektorem naczelnym hoteli Regal?
    – Wiceprezesem i dyrektorem sprzedaży na wschodnie stany. Corky podskoczyła na krześle i uniosła ręce nad głową.
    – No widzisz! Facet jest zbyt doskonały.
    Wcale nie, pomyślała Samanta. Od drugiej klasy w szkole miały z Corky zupełnie inne zdanie na temat mężczyzn, podrywania i małżeń¬stwa. Jeden wspólny obiad niczego nie zmieni, a wyjazd do Meksyku przekonał ją, że David Ross nie był mężczyzną dla niej i tyle. Nie po¬trzebowała faceta, nie chciała być teraz z nikim. Otrząsnęła się z zamy¬ślenia i przez zaparowane szyby popatrzyła na jezioro. Wyobraziła sobie tajemniczego człowieka na pokładzie żaglówki z lornetką skierowaną prosto na jej dom. Zaśmiała się z własnej głupoty.
    – Mam przywidzenia – powiedziała i ruszyła powoli do łazienki, a Charon podreptał za nią. Zawiązała plastikową torbę na gipsie i mo¬dląc się, żeby zdjęli go jej jak najszybciej, wdrapała się do kabiny prysz¬nicowej. Pomyślała o Davidzie i o mężczyźnie na żaglówce, a potem o uwodzicielskim głosie, który usłyszała przez telefon, i o swoim zbez¬czeszczonym zdjęciu z wydłubanymi oczal1li.
    Dygocząc, odkręciła kran, zamknęła oczy, a z góry trysnęły gorące strumienie.

Rozdział 4

    – Co tu się działo wczoraj w nocy? – zagrzmiał wściekły głós Eleanor, a jej twarz przybrała' surowy wyraz. Szła tuż za Sam po głównym korytarzu WSLJ i domagała się wyjaśnień.
    – Wiesz już o tym słuchaczu? – Sam odstawiła do kąta cieknący parasol i obok oparła kulę.
    – Całe cholerne miasto słyszało, na litość boską! Przecież to poszło przez radio! Zapomniałaś? Kto to był i jakim cudem wymknął się spod kontroli?
    – Oszukał Melanie. Rozmawialiśmy o wakacjach, a on powiedział coś o Raju…
    – Tyle już wiem. – Eleanor wydęła usta, a Sam zdjęła płaszcz przeciw¬deszczowy. – Mam to wszystko na taśmie i przesłuchałam już chyba ze dwanaście razy. Chciałabym cię spytać – wyciągnęła wskazujący palec w stro¬nę Sam, która chowała płaszcz do szafy – czy wiesz kto to jest i czego chce?
    – Nie.
    – Ale jest coś jeszcze. – Ciemne oczy Eleanor wpatrywały się w Sam.
    – Coś, o czym mi nie powiedziałaś. Czy to ma coś wspólnego z twoim wypadkiem w Meksyku?
    – Nie sądzę.
    – A co z twoim byłym? Pamiętam go jeszcze z Houston.
    – Nie wydaje mi się, żeby Jeremy bawił się w głupie telefony. Nie zniżyłby się do tego.
    – Ale nadal tu mieszka? Dostał profesurę wTulane?
    – Daj spokój, Eleanor. Jeremy ożenił się drugi raz. Co było między nami, skończyło się dawno temu – powiedziała Sam.
    – Tak, ale ktoś z okolicy dzwonił i chcę wiedzieć co to za jeden.
    Szkoda, że nie możemy śledzić rozmów od nas. Proponowałam takie rozwiązanie, ale George jest taki nieprzejednany.
    Sam uśmiechnęła się ironicznie.
    – Może będziemy mieć szczęście i John zadzwoni jeszcze raz. Eleanor popędziła za nią wąskim korytarzem do aneksu kuchennego, gdzie parzyła się kawa, a w powietrzu unosił się jeszcze zapach chili z czy¬jegoś obiadu. W środku stały trzy okrągłe stoły, kilka krzeseł, kuchenka mikrofalowa i lodówka. Pomieszczenie to remontowano tyle razy, że je¬żeli to miejsce miało jakikolwiek urok, to zniknął on pod kolejną warstwą farby, winylu i białej lamperii. Po dawnym wdzięku oryginalnego budyn¬ku zostało tylko francuskie okno otoczone ozdobnymi belkami, które kie¬dyś otwierało się na mały balkon siedem pięter nad ulicą. Teraz wyjście było zamknięte na klucz i zabezpieczone podwójnymi bolcami.
    Sam pokuśtykała do dzbanka z kawą i nalała sobie pełny kubek.
    – Kiedy zdejmą ci gips? – zapytała Eleanor, uspokoiwszy się tro¬chę. Sam nalała jej kawy do ulubionego kubka z napisem: "Słyszę co mówisz, alew to nie wierzę!"
    Nie było się co łudzić, że temat nienormalnego telefonu został zakończony. To nie było w stylu jej szefowej. Kiedy coś nie dawało jej spokoju, Eleanor zachowywała się jak pitbull broniący kości. Nigdy się nie poddawała.
    – Powinnam pozbyć się tego świństwa jutro rano. – Uniosła nogę. ¬Jeśli uda mi się przekonać lekarza, że poczuję się lepiej bez dodatkowych dwóch kilogramów, które dźwigam. Wizytę u ortopedy mam o jedenastej.
    – Dobrze. – Eleanor popchnęła krzesło w jej stronę i gestem kazała jej usiąŚć.- A teraz muszę ci powiedzieć, że odkąd zadzwonił ten świr, dostajemy tysiące telefonów i e-maili. Mamy tu istne oblężenie. Ludzie dzwonią cały dzieli – Ciemne oczy Eleanor błyszcżały, a długie palce zacisnęły się na wyszczerbionym kubku. – George dostaje świra.
    – Jak to George – powiedziała Sam i pomyślała o właścicielu stacji, siadając wygodniej w fotelu. Wysoki, ciemnowłosy i przystojny George urodził się w bogatej rodzinie i przez całe życie martwił się o bilans zy¬sków i strat, starając się nigdy nie stracić ani centa. Zrobiłby wszystko, żeby zdobyć więcej słuchaczy i poprawić notowania. Sam uważała, że to obmierzły typ.
    Oparła się wygodnie, objęła dłonią fil iżankę i zdmuchnęła obłoczek pary.
    – Chyba powinnam być z tobą całkiem szczera – powiedziała i zastanowiła się, czy nie popełnia błędu.
    – O co ci chodzi?
    – Ten facet dzwonił do mnie już wcześniej.
    – Powtórz to raz jeszcze. – Eleanor zapomniała o kawie i przyszpiliła Sam wzrokiem.
    – Zostawił mi wiadomość na sekretarce; myślałam, że Melanie ci powiedziała.
    – Nie, jeszcze nie przyszła.
    – No więc zadzwonił, a potem przyszedł list i podziurawione zdjęcie.
    – Jaki list?
    Podała Eleanor wszystkie szczegóły i dostrzegła, że z ciemnej twa¬rzy szefowej zniknęło ożywienie. Kiedy wyjaśniła, że po powrocie do domu odkryła wiadomość i list, Eleanor sięgnęja przez stół i zacisnęła ozdobione pierścionkami palce na nadgarstku Sam.
    – Powiedz mi raz jeszcze, że na pewno zawiadomiłaś policję.
    – Przecież mówiłam. Nie martw się.
    – Martwienie się to moja praca. I co ci powiedzieli?
    – Że wyślą więcej patroli w moją okolicę.
    Eleanor zmrużyła oczy.
    – Wezwałaś ich do domu?
    – Jeszcze nie – odpowiedziała Sam.
    – Dlaczego?
    – Bo nie miałam czasu.
    _ Jezu Chryste… – Eleanor westchnęła i ściągnęła starannie wyskubane brwi. – Ponieważ policja z Cambrai nie odpowiada za sprawy tu w centrum, obiecaj, że ruszysz tyłek do mojego biura i zawiadomisz ich o tych dziwnych telefonach do radia, bo jeśli ty, kochana, tego nie zro¬bisz, to ja się do tego z pewnością wezmę•
    – Zrobię to.
    _ Ja myślę. – Eleanor nie przyjmowała żadnych wymówek. – Jak tylko skończysz kawę, idź do mojego biura.
    _ Chciałam zadzwonić jutro – mruknęła Sam.
    – Po co czekać?
    _ Zobaczę, czy ten świr zadzwoni jeszcze raz dzisiaj w nocy. Upewnimy się, że to nie jednorazowy numer.
    _ Wątpię, szczególnie po tym, co stało się u ciebie w domu.
    _ Sama mówiłaś, że telefony się urywają. To znaczy, że mamy wię¬cej słuchaczy – spierała się Sam. – Czy nie tego wszyscy chcieliśmy?
    Eleanor popukała. palcem w kubek.
    _ Tak, ale uważam, że igrasz z ogniem – powiedziała, gdyż wyjaśnienie Sam przypadło jej do gustu.
    – Może. Rzeczywiście przestraszył mnie. Ale chciałabym się do¬wiedzieć, co go tak nakręca. Jak dotąd pogróżki były mało konkretne. Mam ochotę wybadać, co mu jest. – Dopiła kawę jednym łykiem. – Za¬łożę się, że moi słuchacze też są zainteresowani.
    – Nie wiem nic o tym…
    _ Jeśli zadzwoni jeszcze raz, polecę prosto na policję, przysięgam. -
    Sam uniosła dwa palce jak skaut. – Obiecujesz?
    _ Niech skonam, jeśli nie dotrzymam słowa…
    _ Nawet nie mów takich rzeczy – przerwała Eleanor. – A tak nawia¬sem mówiąc – popukała palcem w stół – nie podoba mi się to. Bardzo mi się nie podoba.
    _ Co ci się nie podoba? – zażądał wyjaśnień poważny głos. W drzwiach pojawił się Ramblin' Rob, ubrany, jakby wybierał się na spęd bydła, a nie do pracy. Pachniał dymem papierosowym i wilgocią, a z kapelusza marki Stetson kapały krople deszczu..
    _ Sam chce prowadzić dziś audycję, zamiast zameldować na policji o wariacie, który ją prześladuje.
    Na wyblakłej twarzy Roba pojawił się szeroki uśmiech.
    – Nie tylko ją• Sądząc po ilości e-maili, pół cholernego miasta słu¬chało jej wczoraj w nocy. Dziwię się, że gliny same jeszcze do. ciebie nie zadzwoniły. – Położył twardą dłoń na ramieniu Sam.
    – Myślę, że mają co innego do roboty – powiedziała Sam.
    – Dobra, dobra. Wystarczy już. – Eleanor spojrzała na zegarek. – Za dziesięć minut mam spotkanie. Obiecaj mi, że będziesz ostrożna.
    – Zawsze jestem.
    Eleanor przewróciła oczami.
    – Jasne, a ja jestem Kleopatrą. Sam, mówię poważnie, nie drażnij tego faceta. Kto wie, jaki może być niebezpieczny. Może jest ćpunem albo szaleńcem. Proszę – rozłożyła ręce w dramatycznym geście – nie daj się podpuścić.
    – Zapomniałaś, że jestem psychologiem? Przyzwyczaiłam się do takich rzeczy.
    – Tak, jasne – mruknęła Eleanor pod nosem i wypadła z pokoju.
    – Ona ma rację, mała. – Rob usiadł i odsunął do•tyłu rondo kapelusza. Popatrzył na Sam niebieskimi oczami, które niejedno W życiu wi¬działy. – Obiecaj, że nie zrobisz nic głupiego.
    – Postaram się, kowboju Rob – odpowiedziała z udawaną srogo¬ścią• – Słowo honoru – dodała wesoło, ale zamierzała być bardzo ostroż¬na, jeśli mężczyzna zadzwoni jeszcze raz. Jak tylko zorientuje się, że może być niebezpieczny, natychmiast zadzwoni na policję.

    Tej nocy, kiedy szła korytarzem z filiżanką kawy w ręku, biura wydały jej się ciemniejsze niż zwykle. W kątach czaiły się cienie, zakamarki spra¬wiały wrażenie głębszych, a korytarze jeszcze straszniejszych. Mimo szcze¬rej rozmowy z Eleanor, Sam była zdenerwowana. Poprzedniej nocy wró¬ciła do domu i nic się nie wydarzyło. Zdawało jej się, że słyszy kogoś na zewnątrz, ale kiedy wyszła na werandę z tyłu domu, nie zauważyła nicze¬go prócz ściany deszczu, a ciszę zakłócało wycie wiatru i dzwonienie dzwo¬neczków. Potem dostrzegła samotną łódź na wzburzonym jeziorze. Przy¬najmniej takjej się wydawało. Zasłoniła żaluzje i zaczęła myśleć o czymś innym. Dlaczego tak się tym wszystkim denerwowała?
    Przecież nie była sama. Melanie sprawdzała telefony, a Tiny zaraz przyjdzie upewnić się, że cały sprzęt działa jak należy i programy nagra¬ne na resztę nocy są gotowe do odtworzenia.
    Wszystko było po staremu.
    Z wyjątkiem kogoś tam – w mieście – kto chce ją śmiertelnie prze¬straszyć.
    Jak na razie udało mu się doskonale.
    Kiedy zamykała za sobą drzwi dźwiękoszczelnej kabiny i siadała do mikrofonu, była spięta i czuła ucisk w żołądku.
    Eleanor i George mieli rację, pomyślała, kiedy z głośników nad biur¬kiem popłynęła muzyka oznajmiająca jej program. Przez ostatnią dobę stacja otrzymała tyle listów i telefonów, jak nigdy przedtem. Rozmowa doktor Sam i Johna wzbudziła zainteresowanie programem i Sam czuła podniecenie w głosach kolejnych rozmówców.
    – Dobry wieczór Nowy Orleanie. Witam… – zaczęła jak zwykle.
    Potem, wiedząc doskonale, że igra z ogniem, powiedziała:
    – Pomyślałam, że zaczniemy dziś tam, gdzie przerwaliśmy wczoraj. Wczoraj zadzwonił ktoś, kto poruszył temat przebaczania, pokuty i grze¬chu. – Kiedy pochyliła się do mikrofonu palce jej drżały. – Przyszło mi do głowy, że warto wrócić do tego tematu. Wiem, że słuchało nas wiele osób i chciałabym poznać wasze zdanie na temat grzechu. – Pierwsza linia telefoniczna zaczęła mrugać, a pozostałe dwie zaświeciły się nie¬mal równocześnie. Po programie Eleanor pewnie ją zamorduje i powie, że sama szuka kłopotów. Ręce miała spocone, a puls przyspieszony, ale chciała znowu porozmawiać z Johnem… żeby dowiedzieć się więcej. Kim on jest? Po co do niej zadzwonił? To musiał być ten sam człowiek, który nagrał się na automatyczną sekretarkę i przysłał jej podziurawione zdjęcie. Dlaczego chciał ją zastraszyć?
    Komputer pokazał Sarę na linii pierwszej i Toma na drugiej. Linię trze¬cią zajęła Marcy. Nowy Orlean chciał podyskutować o grzechu, odkupie¬niu, o cytatach z Biblii i wyrazić gorące opinie na temat zapłaty za winy. Zadzwoniło dwóch Johnów, ale żaden nie był tym z poprzedniej nocy. Godżiny mijały i zbliżał się świt, a Sam poczuła mieszaninę ulgi i rozcza¬rowania. Nie chciała wierzyć, że facet tak po prostu dał sobie spokój.
    Następny program będzie jutro w nocy.
    – Powodzenia Nowy Orleanie. Dobranoc wszystkim, niech Bóg was błogosławi. Nieważne,jakie dziś macie problemy, jutro też jest dzień… Słodkich snów… – powiedziała do cichych taktów muzyki. Zrzuciła słu¬chawki i nacisnęła odpowiednie guziki, żeby puścić reklamy poprzedza¬jące następny program Przy zgaszonych światłach. Po chwili spotkała Melanie na korytarzu.
    – Zdaje się, że mój wariat nie miał odwagi się odezwać.
    – Rozczarowana? – spytała Melanie, unosząc brwi.
    – Chciałam się dowiedzieć, co myśli.
    – Może już po wszystkim? Zabawił się wczoraj w nocy i zrezygnował. Poszukał sobie lepszej rozrywki.
    – Może… – Sam nie była przekonana. Właściwie miała głupie uczu¬cie, że mężczyzna gra z nią w jakąś grę. Słuchał audycji, wiedział, że czeka na jego telefon i zastosował nową taktykę, żeby ją przestraszyć. – Zapomnij o nim. Poruszyłaś temat, który powinien go sprowoko¬wać – powiedziała Melanie. – Prawdopodobnie się znudził.
    – Albo jest ostrożniejszy. Nie wie, że jeszcze nie zgłosiłam tego na policję. Może bał się, że gliny go namierzą.
    Melanie ziewnęła.
    – Wiesz, Sam, może nie jesteś dla niego tak ważna, jak ci się wyda¬je – powiedziała zirytowanym głosem i dodała: – Pewnie jakiś dzieciak z męskim głosem zrobił ci kawał.
    Sam była innego zdania.
    – Naprawdę spodziewałaś się, że zadzwoni? – zapytała Melanie. Szły do szatni, a Tiny minął ich biegiem.
    – Myślałam, że się odezwie.
    – Chciałaś, żeby zadzwonił.
    Nie była pewna i zrobiło jej się nieprzyjemnie.
    – Zdawało mi się, że jest szansa, że dowiem się dokładniej, o co mu. chodziło wczoraj w nocy. – Oparła się o kulę i nagle coś przyszło jej do głowy. – A kiedy byłam w Meksyku i prowadziłaś za mnie audycję, dzwo¬nił do ciebie?
    – Do mnie? – Melanie zaśmiała się delikatnie. – Daję głowę, że nie.
    Jest tylko twój. – Być może.
    – Samanto! – Z drugiego końca korytarza dobiegł ją głos Tiny' ego. – Masz telefon na dwójce. Mówi, że nazywa się John.
    – Co? – Sam zamarła.
    – Powiedziałem…
    – Słyszałam. – Odwróciła się i pokuśtykała do ciemnego studia, gdzie mrugało światełko linii numer dwa.
    – To ten twój facet – wyszeptał Tiny, chociaż nikt inny nie mógł go słyszeć, dopóki Sam nie nacisnęła guzika.
    – Nagraj to. – Tiny skinął głową i uruchomił taśmę. Sam chwyciła słuchawki Melanie, pochyliła się nad konsolą i wcisnęła guzik.
    – Mówi doktor Sam – powiedziała.
    – Tu John. – Głos miał łagodny i opanowany, choć można było wyczuć, że wcale nie jest spokojny. – Twój John. Wiem, że czekałaś na mój telefon, ale byłem zajęty.
    – Kim jesteś?
    – Tu nie chodzi o mnie.
    – Właśnie, że tak. Czego chcesz?
    – Pomyślałem, że powinnaś wiedzieć, że to co się stało, stało się przez ciebie. To twoja wina. Twoja.
    Krew zamarła Sam w żyłach.
    – Co… co się stało?
    – Dowiesz się.
    Rozłączył się.
    – Czego… czego się dowiem? – zapytała. Telefon milczał. – Chole¬ra. – Zrzuciła słuchawki i patrzyła na konsolę. Chciała, żeby lampka znowu zamrugała, ale linie telefoniczne były głuche. W pokoju było dziw¬nie ciemno i kiedy spojrzała przez szybę zobaczyła własne odbicie, a obok sylwetki Tiny'ego i Melanie – wyglądali jak duchy.
    – To był on, prawda? – wyszeptała Melanie.
    – Tak. – Sam skinęła głową.
    – Lepiej zadzwoń do kogoś. – Tiny podrapał się po zarośniętej brodzie i przygryzł wargę, wpatrując się w ciemną konsolę.
    – Na policję? – zapytała.
    – Nie! To znaczy nie od razu. – Tiny pokręcił głową i zamyślił się głęboko, mrużąc oczy. – Chyba powinnaś zadzwonić do Eleanor albo do George'a Hannaha.
    – Nie mam ochoty budzić George'a – powiedziała Sam. George Hannah nie lubił niepokojących wiapomośCi. Nie byłby zadowolony z te¬lefonu w środku nocy. – Myślę, że nie lubi, kiedy mu przerywają rege¬nerujący sen.
    – Ktoś jednak powinien się dowiedzieć.
    – Ktoś już wie – powiedziała, myśląc o łagodnym głosie bez twarzy. Wiedział, jak wygląda, gdzie mieszka, czym się zajmuje i jak nawią¬zać z nią kontakt. Ona nie wiedziała o nim nic.

Rozdział 5

    – Mamy następną. – Detektyw Reuben Montoya oparł się muskular¬nym ramieniem o framugę drzwi do biura Ricka Bentza w starym kamiennym budynku, w którym mieścił się komisariat. Miał kruczoczarne błyszczące włosy i nienagannie przystrzyżoną kozią bródkę. Kiedy mówił, prezentował garnitur białych zębów, a w uchu nosił złoty kolczyk, który błyszczał w niebieskiej poświacie wiszących nad jego głową jarzeniówek.

    – Jeszcze jedna? – Bentz spojrzał na zegarek. Była trzecia piętna¬ście, a on zaczął służbę o siódmej rano i wybierał się właśnie do domu. Za plecami miał wiatrak, który chłodził gorące powietrze, którego nie zdołał oziębić stary klimatyzator.
    – Jeszcze jedna martwa prostytutka.
    – Gdzie?
    – Toulouse i Decatur. Niedaleko browaru Jacksona.
    – Do diabła. – Bentz odsunął krzesło.
    – Współlokatorka znalazła ją na łóżku.
    – Dzwoniłeś do lekarza? – Bentz sięgnął po marynarkę.
    – Już jedzie.
    – Dotykali tam czegoś? Czy ta współlokatorka coś ruszała?
    – Wrzasnęła tylko tak głośno, że obudziła wszystkich w budynku, ale dozorca przysięga, że zamknął drzwi i nikogo nie wpuszczał.
    Bentz skrzywił się.
    – Wiesz, że to właściwie nie moja działka? Powinieneś zadzwonić do Brinkmana.
    – Jest na urlopie, a poza tym to dupek. – Ciemne oczy Montoyi błysz¬czały. – Masz doświadczenie w takich sprawach.
    – Miałem, dawno temu – przyznał Bentz.
    – Wcale nie tak dawno i nie musisz się wykręcać tylko dlatego, że oficjalnie nie pracujesz w sekcji zabójstw. Więc idziesz, czy nie?
    – Jedźmy. – Bentz ruszył do drzwi. Przypływ adrenaliny zastąpił senność. Ruszyli przez salę pełną starych biurek, 'pokonali schody, tu¬piąc butami po starych metalowych płytach i linoleum. Po chwili byli już na I,.Ilicy, gdzie stał nieprawidłowo zaparkowany cywilny wóz Mon¬toyi. Bentz nie zastanawiał się nad konsekwencjami. Brinkman pewnie by się wściekł, ale on wkurzał się o wszystko, a Melinda Jaskiel, szefo¬wa wydziału zabójstw, dała Bentzowi wolną rękę.
    Pomimo tego, co stało się w Los Angeles.
    Jeśli nie spodoba jej się, że objął tę sprawę, może go w każdej chwili odsunąć i ściągnąć Freda Brinkmana z urlopu w Disneylandzie. Bentz ' wolał zawsze pytać o akceptację, nie o pozwolenie. Bardzo często wpa¬dał przez to w tarapaty.
    Montoya uruchomił silnik, a Bentz usiadł obok niego. Prawie dwa¬dzieścia lat młodszy od Bentza, ciężko pracował na każdy awans, wal¬czył z rasowymi uprzedzeniami i biedą. W wieku dwudziestu ośmiu lat został detektywem w policji Nowego Orleanu. Chciał pracować w wy¬dziale zabójstw i robił wszystko, żeby brać udział w śledztwach w spra¬wie morderstw.
    Jechał przez ciemne ulice miasta, jakby brał udział w wyścigach.
    Włączył syrenę, chwycił papierosa kącikiem ust i zapalił, jednocześnie skręcając ostro. Wycieraczki czyściły szyby z wilgotnego osadu mgły, która spowijała stare budynki i mieszała się z parą wydobywającą się ze studzienek kanalizacyjnych.
    Po paru minutach zatrzymali się gwałtownie przed jakimś budyn¬kiem. Montoya wyrzucił papierosa na ulicę, gdzie policjanci już odgro¬dzili miejsce zbrodni żółtą błyszczącą taśmą, żeby powstrzymać gapiów. Pojawiło się kilka ekip telewizyjnych i Bentz przeklinał pod nosem re¬porterów. Dlaczego nie mogli dać policji trochę czasu na wykonanie niezbędnych czynności. Od razu zlatywali się jak sępy.
    Ktoś podstawił mu niikrofon pod samą twarz, ale zanim natrętny reporter o azjatyckim wyglądzie zdołał zadać pierwsze pytanie, Bentz warknął:
    – Żadnych komentarzy. -l razem z Montoyą, przeskakując po dwa schodki, ruszył w stronę drzwi, tuż obok delikatesów, gdzie umundurowany policjant wpuścił ich do środka.
    – Trzecie piętro – mruknął, a Montoya ruszył pierwszy na górę wą¬ską klatką schodową, w której unosił się zapach marihuany, pleśni i ka¬dzidełek. Parę osób stało na korytarzu i wyciągało szyje. Rozmawiali, palili papierosy i rzucali wrogie spojrzenia na drzwi z numerem 3F.
    Montoya błysnął odznaką policjantowi, którego Bentz znał z komi¬sariatu. Ten w odpowiedzi wyciągnął swoją. Bentz przypomniał sobie, jak młodszy kolega nieraz przyznawał, że uwielbia to robić. Bentz już dawno przestał się wywyższać i jeśli nauczył się czegoś w Los Angeles, to pokory. Nie było powodów, żeby zachowywać sięjak dupek. Gliniarz mógł-się więcej nauczyć przez delikatność, a nie onieśmielanie innych. Chociaż kiedy Bentz był w wieku Montoyi, też myślał tak samo jak on.
    Stanął w drzwiach, rzucił wzrokiem na mały pokój i coś ścisnęło go w żołądku. Zrobiło mu się gorzko w ustach, jak zawsze, kiedy oglądał miejsce morderstwa, ale nikomu się do tego nie przyznawał. Zresztą uczucie mijało, kiedy tylko zabierał się do pracy. Poczuł zapach zwie¬trzałej kawy i krwi – zapach śmierci, który pojawiał się od razu na miej¬scu zbrodni. Z włączonego cicho radia w tle utworu instrumentalnego toczyła się jakaś rozmowa.
    – Chcę porozmawiać ze współlokatorką – powiedział.
    – Jest w pokoju obok, 3E. Strasznie roztrzęsiona. – Umundurowany Mike O'Keefe skinął głową w kierunku lekko uchylonych odrapa¬nych drzwi. Przez szparę Bentz zauważył bladą, chudąjak patyk kobietę z podkrążonymi oczami, kręconymi brązowymi włosami i niezdrową cerą. Szminka rozmazała jej się na ustach, a tusz spłynął z rzęs ciemny¬mi smugami. Paliła papierosa, sączyła kawę i wyglądała, jakby bała się własnego cienia. Bentz doskonale ją rozumiał.
    – Trzymajcie ją tam. Chcę z nią pogadać.
    – Pan tu dowodzi? – zapytał O'Keefe i popatrzył na niego wyczekująco.
    – Na razie tak.
    O'Keefe nie protestował.
    Uważnie, żeby nie zatrzeć śladów, Bentz przeszedł koło małego anek¬su kuchennego, gdzie stał jeszcze szklany dzbanek z wczorajszą kawą. Obok, na blacie, który dawno nie widział ścierki, walały się okruchy z tostera. Obdrapany zlew był pełen talerzy, a przy lampie na suficie wisiały pajęczyny.
    Część mieszkalna była mała, zajęta prawie w całości przez podwójne łóżko. Na zmiętych prześcieradłach leżała rozebrana do połowy ofiara. Miała na sobie czarne bikini, a wzrok wbity nieruchomo w sufit, na którym leni¬wie obracał się wiatrak. Jakieś trzydzieści lat, biała, ciemnowłosa i lekko umalowana. Na gardle widać było siniaki i drobne rany cięte z zakrzepłymi kroplami krwi, zupełnie jakby zaduszono ją pętlą, która wbiła jej się w cia¬ło – czymś w rodzaju drutu kolczastego, lub metalowej psiej obroży. Jej nogi były szeroko rozrzucone, ramiona złożone razem, palce splecione jak do modlitwy. Sprawca miał czas, żeby ułożyć ją w ten sposób.
    Bentz poczuł, jak coś przewraca mu się w żołądku.
    – Czas zgonu?
    – Na pierwszy rzut oka najprawdopodobniej około północy. Lekarz powie coś więcej.
    – Nazwisko?
    – Rosa Gillette. Przynajmniej tak twierdzi ta druga i dozorca.
    – Jedno łóżko i dwie kobiety?
    – Używały tego mieszkania do pracy. Rosa, ta współlokatorka i kilka innych. Trzecia nazywa się Cindy Sweet, znana jako.Słodki Grzech ¬nie znaleźliśmy jej jeszcze. Pracują same i nie mają alfonsa.
    – Sprawdźcie to. – Montoya wskazał na mały stolik. Pod świecą le¬żał banknot studolarowy, którego nikt nie ruszył. Zdziwiło go to. Współ¬lokatorka zabrałaby forsę albo sprawca. I wtedy zauważył, że ktoś czar¬nym długopisem zamazał oczy Bena Franklina. Widział to nie po raz pierwszy i zrobiło mu się niedobrze.
    – Skąd my to znamy? – mruknął Montoya z błyskiem w oczach.
    Dzieciak najwyraźniej uwielbiał takie policyjne bagno.
    – Tak. – Bentz skinął głową. Mieli już kiedyś takie morderstwo. Ofiara, również prostytutka, została uduszona dziwnym narzędziem, które zacisnęło się na jej szyi i zostawiło charakterystyczny ślad, zupełnie taki jak ten. – Dziwka koło dzielnicy francuskiej… Kilka tygodni temu. Ja¬kaś Cherise.
    – Cherie Bellechamps.
    – Tak, tak – potwierdził Montoya.
    Dziwny przypadek. W ciągu dnia kelnerka i kochająca matka, a w no¬cy dziwka, uwikłana w proces o prawo do opieki nad dzieckiem, które przyznano jej byłemu mężowi.
    – Cholera – mruknął pod nosem Bentz. Miał już dość. – Upewnij się, że niczego nie będą ruszać do przyjazdu ekipy. Chodź, porozmawia¬my ze współlokatorką.
    Kiedy wyszedł na korytarz, minął go lekarz i ekipa śledcza. Weszli do numeru 3E i Bentz przedstawił się drobnej spiętej kobiecie – Denise LeBlanc. Kiedy zapewnił ją, że policjanci nie będą jej prześladować, przyznała, że wróciła do domu z pracy w innej dzielnicy i znalazła Rosę martwą• Zaczęła krzyczeć i dozorca, Marvin Cooper, potężnie zbudo¬wany facet z brakami w uzębieniu i ogoloną na łyso głową, zajął się wszystkim. Zamknął drzwi i zadzwonił pod 911. Marvin mieszkał sa¬motnie na ostatnim piętrze, stał teraz z założonymi rękami w części ku¬chennej. Denise paliła jednego papierosa za drugim i piła kolejne fili¬żanki kawy doprawione tanią whisky.
    – Wiem, że to trudne – powiedział Bentz, kiedy Denise zapaliła pa¬pierosa, nie gasząc poprzedniego, który dopalał się w pełnej popielniczce. – To dziwne i tyle. Cholernie dziwne. – Ręce jej się trzęsły i miała szeroko otwarte oczy.
    – Czy coś zginęło?
    – Skąd, do diabła, mam wiedzieć? Weszłam i… zobaczyłam… o cholera…: Ukryła twarz w dłoniach i załkała. – Rosa była bardzo miła… Marzyła o tym, żeby z tym skończyć… o Boże…
    Bentz odczekał chwilę i zapytał:
    – Brakuje czegoś? Czy wszystko jest na miejscu?
    – Nic nie jest do cholery na miejscu! Facet, który to zrobił, ma nie po kolei w głowie! Cholera, wszystko jest nie tak. – Łkała i Bentz nie¬wiele mógł z niej wyciągnąć.
    – Chcę się dowiedzieć, kto jej to zrobił, a pani musi mi pomóc.
    – Jest śmiertelnie przerażona – warknął Marvin. Siedział obok Denise na kanapie, a ona skuliła się pod jego muskularnym ramieniem. ¬Zauważyłem tę studolarówkę pod lampą. Kiedy Denise zaczęła krzy¬czeĆ, przybiegłem tu i zobaczyłem, że jest uszkodzona. Mówię ci, czło¬wieku, ten kto to zrobił, jest świrnięty.
    – Zauważył pan coś jeszcze? – pytał Bentz. – Widział pan ciało.
    – Cholera, jasne, że ją widziałem. – Zacisnął usta i odruchowo poklepał Denise po ramieniu. – Widziałem, co ten wariat jej zrobił. Zosta¬wił ją tak rozłożoną i… to gówno.
    – Więc zauważył pan coś nienormalnego?
    – Wszystko było nienormalne, człowieku!
    Bentz czuł, że zmierza donikąd.
    – A co z tą drugą współlokatorką, Cindy? Gdzie ona jest?
    – Nie wiem – mruknęła Denise. – Pokłóciła się z Rosąjakiś tydziell temu i zniknęła. Nie widziałam jej od tego czasu.
    – Nie dzwoniła? – spytał Bentz.
    – Nie! Nie zapłaciła też swojej części czynszu. Zawsze były z nią kłopoty, więc niech spada.
    Bentz zadał jeszcze kilka pytań, ale nie dowiedział się niczego nowego. Zeznanie Marvina właściwie pokrywało się ze słowami Denise. Mi¬jały godziny i zbliżał się świt, a Montoya i Bentz przesłuchiwali pozo¬stałych mieszkańców. Okazało się, że nikt nie widział Rosy wchodzącej zjakimś facetem i nikt nie widział, żeby ktoś opuszczał mieszkanie. Bentz podejrzewał, że tak wiele osób kręciło się po tym domu, że o ile facet nie wyglądał jakoś niezwykle, nikt z lokatorów nie zwróciłby na niego uwagi.
    Kiedy wracali na komisariat, zrobiło się zupełnie jasno. Ulice były zatłoczone jadącymi do pracy, a po niebie sunęło kilka chmur. Słońce odbijało się od samochodów, trąbiły klaksony, wyły silniki, a dookoła pełno było ludzi omijających zaparkowane pojazdy. Nowy Orlean za¬czynał dzień. Montoya z konieczności jechał wolniej, nieznacznie prze¬kraczając dozwoloną prędkość.
    Już w biurze Bentz zerwał krawat i zaczął przeglądać akta prowa¬dzonych spraw. Szybko odnalazł w komputerze informacje o Cherie Bellechamps, prostytutce znalezionej kilka tygodni temu. Również zo¬stała uduszona czymś, ~o pozostawiło szczególny ślad najej szyi i mor¬derca ułożył ją w pozycji jak do modlitwy. Na nocnej szafce znaleziono uszkodzony banknot studolarowy, w szufladzie leżał naładowany pisto¬let, światła się paliły, grało radio. Grupa dóchodzeniowa zebrała próbki brudu, włosy, nasienie i odciski palców. Ten, kto zabił Cherie nie starał się usunąć śladów.
    Jej były mąż, Henry Bellechamps, który mieszkał po drugiej stronie jeziora Pontchartrain, był pierwszym podejrzanym, ale miał żelazne ali¬bi i nie znaleziono żadnych dowodów łączących go ze zbrodnią. Został przesłuchany i zwolniony. Policja w Covington miała go obserwować, ale jak dotąd, niczego nie odkryli. Henry Bellechamps zachowywał się jak wzorowy obywatel.
    Bentz potarł ostry zarost na twarzy i pokręcił palcem we włosach.
    Będzie musiał sprawdzić faceta i dowiedzieć się, co robił wczoraj wie¬czorem, ale miał wrażenie, że kierowca ciężarówki będzie czysty – przy¬najmniej jeśli chodzi o morderstwa. Chciał się również dowiedzieć, gdzie jest i co ma do powiedzenia trzecia kobieta – Cindy Sweet.
    W przypadku Bellechamps ekipa zebrała liczne odciski palców, któ¬re wskazywały na kilku innych podejrzanych, którzy twierdzili, że ostat¬ni raz widzieli Cherie Bellechamps całą i zdrową. Ich alibi potwierdza¬ło, że nie byJi w mieszkaniu w czasie popełnienia zbrodni, a próbki ich włosów i krwi nie pasowały do sprawcy.
    Nie było przełomu w sprawie.
    Popatrzył na ekran komputera i na zdjęcie ciała Cherie. Została ułożona tak jak wczorajsza ofiara, a więc morderstwa miały ze sobą wiele wspólnego.
    Wspaniale, pomyślał ironicznie, czując na plecach gorące powietrze z wiatraka, w mieście brakowało tylko seryjnego mordercy.

Rozdział 6

    – Poznałeś już nowego sąsiada? – pani Killingsworth zwróciła się do swojego psa, małego mopsa ze spłaszczonym nosem i wyłupiastymi oczami, który parskał i grzebał w ziemi pod rabatką. – Hannibal, prze¬stań! – Mops nie zwracał na nią uwagi i dalej kopał w świeżej ziemi.¬Ten pies nigdy mnie nie słucha!
    Pani Killingsworth była stateczną kobietą i całymi dniami, ubrana w ogrodniczki męża, pracowała w ogrodzie, zwożąc taczkami tony mchu. Właśnie zmierzała za dom, kiedy zauważyła, jak Samanta próbuje wy¬stawić kubeł na śmieci i zatrzymała się•
    – Co nowego, pani sąsiadko? – zapytała Sam.
    – Facet, lat trzydzieści pięć, może czterdzieści. Wprowadził się do starego domu Swansonów. – Edie Killingsworth machnęła ręką w ręka¬wiczce i wskazała na koniec dębowej alei. – Słyszałam, że wynajął dom na sześć miesięcy.
    – Poznała go pani?
    – O tak, i powiem, że ciekawy z niego osobnik, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. – Szare brwi uniosły się nad okularami w metalowych oprawkach.
    Słońce świeciło ostro i intensywnie. Szkła okularów Edie Killing¬sworth pociemniały. Hannibal przestał kopać, podbiegł i ułożył się u jej stóp, wywalając na wierzch długi język.
    – Ciekawy osobnik? Pod jakim względem? – zapytała Sam, domy¬ślając się, co zaraz usłyszy, i wytarła ręce o dżinsy. Odkąd wprowadziła się tutaj trzy miesiące temu, Edie Killingsworth podjęła się misji wy¬swatania Sam z odpowiednim kandydatem.
    – Powiedziałabym, że jest połączeniem Harrisona Forda, Toma Cru¬ise'a i CIarka Gable'a.
    – A Hollywood jeszcze nie upomniał się o niego? – spytała Sam z uśmiechem, patrząc jak jej kot chowa się w krzakach żywopłotu z bo¬ku działki.
    – Ależ on nie jest aktorem – poprawiła ją Edie szybko. – To pisarz, który przypadkowo jest również diablo przystojny. I ten jego teksański akcent, coś wspaniałego. – Powachlowała się energicznie, jakby na samą myśl o przystojniaku zrobiło jej się gorąco.
    – Skoro pani tak twierdzi…
    – Od razu zauważam przystojnych facetów. I założę się, że ma pieniądze. Milo Swanson lubi forsę i nie wynająłby domu byle komu. Obie wie¬my, że słono sobie liczy. – Pokiwała głową, a rondo kapelusza zasłoniło jej twarz, kiedy schyliła się i chwyciła taczki. – W prowadził się dopiero w ubie¬głym tygodniu. Może go odwiedzisz i przywitasz w imieniu sąsiadów?
    – Mogłabym mu zrobić galaretkę – zaproponowała Sam. Starsza pani zachichotała i machnęła ręką na tę ironiczną uwagę.
    – Lepsza byłaby butelka wina. – Wyciągnęła z kieszeni kraciastą chusteczkę• – U Zehlera dostaniesz świetny pinot noir z Oregonu. Robią go w winnicy Molalla i gwarantuję, że bije na głowę każdą galaretkę.
    – Zapamiętam – powiedziała Sam, a Hannibal obwąchał jej buty.
    – Mam nadzieję. – Edie otarła pot z czoła i popchnęła taczki, ruszając za dom. Hannibal z podwiniętym ogonem podreptał za nią. Sam uśmiechnęła się. Edie Killingsw0ł1h była jedyną osobą, która przyszłają przywitać po przeprowadzce. Starsza pani przyniosła w starym koszyku piknikowym zapiekankę, sałatkę owocową i butelkę pinot noir. Powie¬działa, że Sam będzie zawsze mile u niej widziana.
    Samanta spojrzała w stronę starego domu Swansonów, który wyma¬gał remontu. Na podjeździe stało stare volvo, a na chodniku, obok kosza na śmieci, piętrzyły się poskładane tekturowe pudła. Zaciekawiona, mimo że noga w kostce nadal ją bolała, minęła kilka domów ocienionych dę¬bami i osłoniętych przez krzaki. Kiedy była już blisko, spojrzała na na¬brzeże za domem i zobaczyła wielką łódź z opuszczonymi żaglami. Pomyślała, że wygląda jak ta, którą prawdopodobnie widziała kilka dni temu – ta, na której w burzową noc dostrzegła mężczyznę przy sterze.
    Ale wtedy noc była ciemna, a jej nerwy napięte jak postronki. Zresztą w okolicy było wiele łodzi.
    Nawet jeśli widziałajakąś tamtej nocy, nie było powodu sądzić, że to ta sama. Osłoniła oczy dłonią i popatrzyła na zgrabną, żaglówkę, która kołysała się na wodzie. Na burcie widniało jej imię "Swietlisty anioł". Nawet z tej odległości zauważyła, że część farby obłazi. Na pokładzie leżało otwarte pudło z narzędziami, jakby właściciel coś na łodzi napra¬wiał. Więc facet jeździ rozpadającym się volvo, żegluje i naprawia łódź w przerwach między pisaniem Bóg wie czego.
    Może pani Killingsworth miała rację.
    Może przydałaby się butelka wina… i ciasto z galaretką.

    – Nie obchodzi mnie, co mówisz, bo mi się to nie podoba. – Kiedy następnego wieczoru Sam weszła, kulejąc do radia, Eleanor właśnie po¬uczała George'a Hannaha. Łagodny jazz sączył się z głośników ukrytych wśród podświetlonych szafek z pamiątkami z Luizjany, które stały pomię¬dzy recepcją, biurami i studiam i. Dziś muzyka nie wpływała na Eleanor uspo¬kajająco. Rzuciła spojrzenie w stronę Sam i przerwała swoją przemowę.
    – O, zdjęli ci gips! To dobrze. Lepiej się czujesz?
    – Jakby mi ubyło pięć kilo. – Kostka byłajeszcze spuchnięta i bardzo bolała, ale przynajmniej nie czuła się skrępowana i tylko w razie potrzeby wspierała się na kuli. Musiała porzucić szpilki i pantofle na płaskim obca¬sie na rzecz butów sportowych, ale i tak było o wiele lepiej.
    Mimo złego humoru, Eleanor uśmiechnęła się i wtedy zaczęły dzwo¬nić telefony.
    – No, przyszłaś w samą porę. Właśnie mówiłam George'owi, że nie¬ważne, jak wysokie są notowania, nie jestem zainteresowana żadnym skan¬dalem. Ten facet, który do ciebie dzwoni – ten wariat – musi przestać.
    – Słyszałaś, co stało się wczoraj w nocy? – zapytała Sam.
    – Tak, słyszałam. Tiny ma to wszystko na taśmie. – Eleanor, ubrana na czarno, wyglądałajak przysłowiowy anioł zemsty i nerwowo chodzi¬hi wzdłuż biurka Melby. – Według mnie mamy problem, i to poważny.
    Melba, jak zwykle spokojna, odbierała jeden telefon za drugim, pod¬czas gdy George Hannah, ubrany w elegancki drogi garnitur, przyjmował reprymendę ze spokojem i założonymi rękami. Miał poważny wyraz twa¬rzy i lekko kiwał głową, jakby zgadzał się z każdym wypowiadanym przez Eleanor słowem.
    W drzwiach pojawiła się Melanie, a za nią rozszedł się zapach dro¬gich perfum i aromat kawy, którą trzymała w papierowym kubku.
    – Dziwne jest to, że facet zadzwonił po programie. – Melanie deli¬katnie upiła łyk i oblizała usta. – Więc nie miał wpływu na notowania. – To bez znaczenia. – Eleanor obrzuciła ich wszystki.ch spojrzeniem, które znaczyło: zadrzyj ze mną, a zginiesz. – Wystarczy nam przedwczo¬rajsze zainteresowanie programem.
    – Zaróbmy na tym jeszcze więcej – powiedział George, popatrzył na Samantę i obdarzył ją szerokim uśmiechem. Mimo swych wad, George Hannah był zabójczo czarujący i zawsze skoncentrowany na zarabianiu pieniędzy.
    Eleanor nie dawała się przekonać.
    – Słuchaj, George, już to kiedyś przerabialiśmy, ty,ja i Samanta. Nie chcę, żeby powtórzyło się to, co stało się w Houston.
    Sam zamarła i poczuła, że wszystkie oczy zwracają się ku niej. Wła¬ściciel stacji po raz pierwszy poczuł się niezręcznie.
    – To stara historia – powiedział cicho, a uśmiech zniknął zjego twa¬rzy. Pamiętał tragedię, która o mało nie zniszczyła kariery zawodowej Samanty dziewięć lat temu. – Nie ma powodu się w tym grzebać.
    Dzięki Bogu, pomyślała Sam i poczuła jak blednie.
    – O czym wy mówicie? – zapytała Melba, a telefon na jej biurku znów zadzwonił. – Cholera. – Wściekła, podniosła słuchawkę.
    – Mówię poważnie, George – powiedziała Eleanor i chwyciła go za rękaw prążkowanego garnituru. – Musimy być ostrożni. Ten facet wy¬gląda na niezłego świra, jak z filmów o psychopatach. To nie żarty.
    – Nie zamierzałem żartować. – Właściciel stacji uniósł rękę. – Też uważam, że to poważna sprawa. Bardzo poważna.
    Wyraz twarzy Eleanor mówił sam za siebie: nie wierzyła George' owi ani przez chwilę. Wydęła usta i odwróciła się w stronę Samanty.
    – Dobrze, a teraz powiedz, co zrobiła policja? Dzwoniłaś do nich… prawda? Co powiedzieli?
    – Że są zajęci, że powinnam przyjść i napisać skargę, a jak to zro¬bię, to 'przyślą kogoś do mnie do domu jutro.:'.
    – Jutro? – Eleanor uniosła w górę ręce.
    – Mająjakiś problem z podziałem obowiązków. Mieszkam w Cambrai i tam dostałam list i odebrałam telefony. Potem były telefony do radia, które jest w granicach miasta Nowy Orlean, być może trzeba bę¬dzie zaangażować aż szeryfa okręgowego.
    – Nieważne, kto się tym zajmie! Upewnij się, czy w ogóle ktoś zare¬aguje! Jezu Chryste, dopiero jutro! Świetnie. Po prostu… fantastycznie. – Eleanor z trudem się uspokoiła i obrzuciła wzrokiem zgromadzo¬nych w recepcji. – Tymczasem wszyscy będziemy bardzo ostrożni, zro¬zumiano?
    – Tak jest – powiedziała Melanie z uśmiechem.
    – Nie żartuj sobie ze mnie, dziewczyno. Masz śledzić wszystkie rozmowy. Upewnij się, że będziesz miała numery dzwoniących na kompu¬terze. Czy nie po to mamy program identyfikacji numerów?
    – Tak, mamo – odpowiedziała ironicznie Melanie, zupełnie jak po¬przedniego dnia powiedziała do Sam. – Ale ten telefon pojawił się jako numer anonimowy. Prawdopodobnie z systemu, którego nie można zi¬dentyfikować. Nie mogłam nic na to poradzić.
    – I tu jest problem – mruknęła Eleanor pod nosem. – Nikt mnie tu nie słucha.
    Melba nacisnęła guzik zawieszający rozmowę•
    – Dyrektor do spraw reklamy do pani. – Złapała wzrok Eleanor. ¬Dzwonił jakiś pan Seely i prosi o telefon. – Podała George'owi różową karteczkę. – Połączyłabym go z panem pocztą głosową, gdybyśmy jąmie¬li, ale ponieważ nie mamy…
    George uniósł ciemne brwi, a Melba poruszyła się niespokojnie na krześle.
    – Proszę. – Szybko podała kilka kartek Samancie. – Twój ojciec znowu dzwonił.
    – Stęskniliśmy się za sobą – wyjaśniła Sam i zauważyła, że dzwonił też David. Chyba nie zrozumiał, że wszystko skończone. David był uparty i za nic nie chciał się poddać. Dla niego Sam była jak wielka nagroda i pomyślała, że powinna czuć się dumna.
    Zaimprowizowane spotkanie dobiegło końca i Sam ruszyła przez "aortę", a Melanie podążała krok za nią•
    – Co się stało w Houston? – zapytała szeptem.
    – Coś bardzo złego, ale to długa historia. – Sam nie miała ochoty do niej wracać i chciała zapomnieć o tym, co przytrafiło się przerażonej nastolatce, która pewnego dnia zadzwoniła do programu w poszukiwa¬niu rady i pomocy. Boże, głos tej dziewczyny jeszcze teraz prześladował Sam w koszmarnych snach. Ponure wspomnienia wypełniły jej głowę, ale nie chciała do nich wracać. Nie była w stanie zmierzyć się z bólem i poczuciem winy. – Opowiem ci o tym później – powiedziała, ale wca¬le nie miała takiego zamiaru.
    – Trzymam cię za słowo.
    – Dobrze – zgodziła się, ale wiedziała, że nie będzie z nią rozmawiać o tym, co stało się w Houston.
    Podeszła do komputera i zaczęła czytać nową pocztę. Szybko prze¬leciała przez zwykłe listy, aż doszła do kilku słów od Leanne Jaquillard, która przypominała Sam o spotkaniu grupy w Centrum Boucher następ¬nego dnia. Pisała też, że w centrum wszyscy oszaleli i przygotowują się do wielkiego wydarzenia. Sam szybko odpisała, że przyjdzie.
    Raz w tygodniu pracowała w centrum jako wolontariuszka, ale z po¬wodu wyjazdu do Meksyku nie widziała swoich nastoletnich pacjentek przez prawie miesiąc. Stanowiły ciekawą zbieraninę dziewczyn z róż¬nymi problemami. Pochodziły z nie najlepszych rodzin, ale łączyła je chęć powrotu do normalnegq życia. Nigdy przedtem nie znała tak mi¬łych, ale jednocześnie pokręconych i przebiegłych osób. Leanne nie sta¬nowiła wyjątku. Właściwie miała najgorsze kłopoty, ale z powodu szcze¬gólnych cech charakteru objęła przywództwo w grupie. Wychowała się na ulicy, brakowało jej wykształcenia i na pozór była twarda, choć w środ¬ku kryła się przerażona dziewczyna. Leanne JaquilIard została niefor¬malną kierowniczką grupy i jedyną osobą, która poza sesjami utrzymy¬wała kontakt z Sam.
    Dziewczyna po prostu potrzebowała pomocy i przypominała Saman¬cie ją samą w tym wieku – zjedną różnicą, że Sam wychowała się w ko¬chąjącej zamożnej rodzinie w Los Angeles. Gdy tylko miała kłopoty, rodzice pomagali jej, rozmawiali z nią, znosili okres buntu i niepokoju. Leanne nie miała tyle szczęścia. Podobnie było z pozostałymi dziew¬czynami z grupy. Ponieważ nie miała własnych dzieci, Sam uważała je za "swoje dziewczyny"..
    Jeszcze nie samotna, powiedziała sobie. Pewnego dnia urodzi dziec¬ko. Niezależnie od tego, czy będzie, czy nie. Nie chciała myśleć, że czas ucieka. Miała zaledwie trzydzieści sześć lat, a obecnie kobiety rodziły nawet po czterdziestce. Prawda była jednak taka, że jej biologiczny ze¬gar tykał czasami tak głośnio, że nie słyszała niczego poza nim.
    Jej były mąż nie chciał mieć dzieci, ale David Ross owszem. Była to niewątpliwie jedna z jego zalet i dlatego Sam spotykała się z nim, pró¬bowała i ze wszystkich sił starała się go pokochać.
    Niestety, nic z tego. Już nigdy się nie uda.
    David Ross nie był mężczyzną dla niej i zaczynała ją dręczyć przy¬kra myśl, że ktoś taki w ogóle nie istnieje.
    Na litość boską, Sam, przestań się w tym grzebać i nie trać nadziei.
    Powinnaś posłuchać kilku rad, które sama dajesz co noc w radiu. Wzięła się w garść i stwierdziła, że na szczęście nie popełniła błędu i nie wyszła za Davida Rossa. Miała naprawdę dużo szczęścia.

    Ty Wheeler rozparł się wygodnie na krześle, jedną nogę położył na wielkim biurku. W szklance topniały kostki lodu, a obok stała otwarta butelka irlandzkiej whisky. Stary pies leżał na dywanie tak blisko, że Ty mógł sięgnąć ręką i pogłaskać owczarka za uszami. Lampa z zielonym abażurem rzucała przydymione światło, które nieznacznie rozjaśniało ciemny dom.
    Ty słuchał radia, popijał alkohol i wsłuchiwał się w głos doktor Sa¬manty Leeds, która rozmawiała z dzwoniącymi do niej w nocy osamot¬nionymi ludźmi. Wykrzywił usta. Biedni ludzie, mieli nadzieję, że ona rozwiąże niektóre z ich problemów, a jeśli jej się nie uda,,to przynaj¬mniej ofiaruje im przyjaźń.
    Przyjaźń w dostępnej dla słuchaczy formie.
    Popatrzył przez otwarte drzwi balkonowe w dal, na jezioro. W noc¬nej ciszy bzyczały owady, a woda szumiała łagodnie. Lekki wiatr poru¬szał zasłony, przynosząc ulgę w upale, ale Ty nie zwracał na to uwagi. Skupił się na niskim, seksownym głosie, który słyszał w radiu.
    Mówiła o poświęceniu i wierności – ulubione tematy nocnych słu¬chaczy. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie zadzwonić pod numer, któ¬ry powtarzała co jakiś czas i nie zadać męczącego go pytania.
    – Halo… kto mówi? – zapytała, a TY rzucił okiem na biurko, na jej oficjalne zdjęcie. Miała ciemne, prawie kasztanowe włosy, jasnozielone oczy, idealnąjasną cerę i wysokie kości policzkowe. Jej usta były zmy¬słowe, uśmiech świeży, naturalny… chociaż nie miał pewności, czy zdję¬cie nie zostało ulepszone komputerowo, wyretuszowane i poddane pro¬fesjonalnej obróbce u fotografa, który mógł zrobić cuda, żeby klientka wyglądała ładniej, niż stworzył ją Bóg.
    – Tu Linda – przedstawił się ktoś o głosie zniszczonym dymem pa¬pIerosowym.
    – Witaj Linda. Masz komentarz, czy pytanie? – Głos Samanty był ciepły jak gorąca noc.
    – Obserwację•
    – Proszę bardzo.
    Ty wyobraził sobie,jak się uśmiecha i pokazuje bielutkie zęby. W wy¬obraźni ujrzał jej jasne inteligentne oczy o głębokim spojrzeniu. Wie¬dział, że była inna i czuł to. Słyszał w tonie jej głosu, wyczuwał w brzmie¬niu gardłowego śmiechu, i miał pewność, że coś kryje się pod zewnętrzną maską. Czasami odsłaniała się, ale przecież w swoim zawodzie musiała czasem obnażyć część siebie. Jednak przez radio robiła to rzadko i da¬wała słuchaczom przede wszystkim ciepły głos, inteligencję i zadziwia¬jące poczucie humoru.
    Właściwie to nie miało znaczenia. Ty nie przejmował się, bo ona była tylko obiektem jego badań. Podstawowym obiektem.
    – Wydaje mi się, że monogamia to cecha społeczna, a ponieważ wszyscy właściwie jesteśmy zwierzętam'i, to monogatnia jest złudna.
    – Mówisz to na podstawie własnych przeżyć, czy w ten sposób chcesz skomentować nasz styl życia? – dopytywała się Sam, delikatnie ciągnąc kobietę za język.
    – I jedno, i drugie – odparła Linda,
    – Chciałabyś rozwinąć temat?
    – Po prostu stwierdzam fakt.
    – Tak? Czy ktoś jeszcze chciałby wyrazić swoje zdanie na temat tego, co usłyszeliśmy? Lindo, czy możesz się nie rozłączać? – zapytała doktor Sam, najwyraźniej chcąc rozpętać dyskusję. Kontrowersyjne twierdzenia zawsze wzbudzały żywą reakcję słuchaczy i dlatego George Hannah za¬trudniłjąi dał program na antenie. Ty wiedział wystarczająco dużo o Geo¬rge'u Hannahu, który miał gdzieś słuchaczy. Interesowały go tylko liczby, po to, aby sprzedać więcej czasu reklamowego. Hannah poznał reakcje ludzi na Samantę Leeeds w Houston i teraz wykorzystywał ją. Tak samo postępowała Eleanor Cavalier, chociaż ona robiła to delikatniej.
    – Jasne, poczekam. Nie ma problemu… – powiedziała Linda.
    – Halo, tu doktor Sam.
    – Mówi Mandy. Linda się myli. Monogamia jest wolą Boga i jeśli ona nie wierzy, powinna czytać Biblię! Mogłaby zacząć od dziesięciu przykazań!
    – Jesteś mężatką, Mandy?
    – Oczywiście, że tak. Od piętnastu lat. Carl ija zakochaliśmy się w sobie w szkole średniej. Mamy trzech synów. Oczywiście raz bywa dobrze, raz źle, ale trzymamy się razem. Chodzimy do kościoła co niedzielę i…
    Ty w roztargnieniu pogłaskał szeroki łeb psa i skupił się na płynącej z głośników rozmowie.
    Doktor Sam zapytała o zdanie jeszcze kilku słuchaczy i rozpętała się kłótnia na temat wierności i małżeństwa. Spojrzał na telefon; błyszczą¬cy stary aparat z obrotową tarczą, który dostał mu się wraz z domem. Wolno popijał whisky i czuł jej smak na języku. Przed nim, na biurku leżały dziesiątki notatek, rozrzucone kartki zapisane tym, co przycho¬dziło mu do głowy, notatki dotyczące wydarzeń, które nie miały ze sobą związku i pytania zakreślone kółkiem, pozostające bez odpowiedzi. W szystko sprawiało wrażenie, jakby Ty próbował opisać historię, która od dawna zaprzątała mu głowę; właściwie od czasu, kiedy jako policjant pracował w Houston.
    Na brzegu biurka Mila Swansona stał włączony laptop i czekał, aż Ty przeniesie kolejne notatki na ekran.
    Ale tej nocy brakowało mu słów i wiedział dlaczego. Czuł jakąś blo¬kadę – cierpiał na cholerną chorobę pisarzy, która atakowała bez naj¬mniejszego ostrzeżenia.
    Był tylko jeden sposób, aby ją zwalczyć.
    Musiał spotkać się z panią doktor twarzą w twarz.

Rozdział 7

    – Chcę sprawdzić, co dzieje się z Samantą Leeds. – Melinda Jaskiel podała raport Rickowi Bentzowi. – Prowadzi nocną audycję – po¬rady psychologa radiowego. Sądzi, że ktoś ją prześladuje.
    – Słyszałem o niej -przyznał Bentz. – Moje dziecko czasamijej słu¬cha. – Siedział za biurkiem, przeżuwał starą gumę nicorette i żałował, że nie może zapalić papierosa i łyknąć jacka danielsa… Choć bardzo by mu to pomogło.
    – Doktor Sam, jak siebie nazywa, nie mieszka w mieście. Ma ładny dom nad jeziorem w Cambrai. Kiedy to się zaczęło kilka dni temu, za¬dzwoniła do swojego komisariatu. Byli tak uprzejmi, że przysłali nam faksem kopię raportu, a ci, którzy prowadzą sprawę, z przyjemnością skorzystają z pomocy kogoś z miasta.
    Bentz przerzucił kilka stron, a Melinda skrzyżowała ręce na piersi i nachyliła się nad jego biurkiem.
    – Ghciałabym zamknąć to śledztwo – powiedziała. – Ta babka jest bardzo znana. Nie ma powodu jeszcze powiadamiać prasy, chociaż już węszą tu i tam z nadzieją, że mamy w mieście seryjnego mordercę• Nie dawajmy im żadnego powodu do niepokojenia ludzi.
    Bentz nie miał zamiaru się spierać. W wydziale był zatrudniony tymcza¬sowo i tylko dzięki Melindzie pomagał w sprawach o morderstwa. Nie chciał niczego zepsuć i zamierzał zrobić wszystko, o co go poprosi. W zakres jego obowiązków wchodziły sprawy o włamania, podpalenia i przemoc domo¬wą. Zgadzał się z nią również co do tego, że nie należy nagłaśniać historii doktor Sam. Ostatnią rzeczą, jakiej im było trzeba, to naśladowcy dzwonią¬cy do radia. Na pewno wśród jej słuchaczy znalazłoby się wielu chętnych.
    – Sprawdzę to – powiedział i odrzucił na bok akta Rosy GiIlette. Przez ostatnich kilka godzin przeglądał raport z sekcji zwłok i dowody w spra¬wie morderstwa prostytutki. Melinda rzuciła okiem na jego notatki.
    – Nie rezygnuj z tych spraw – powiedziała – ale sprawdź też Sa¬mantę Leeds. Wygląda na to, że przyczepił się do niej jakiś wariat. Chcę się tylko upewnić, że nie jest groźny.
    _ Takjest – oznajmił i odwrócił wzrok od ekranu komputera, na któ¬rym widniały fotografie dwóch zamordowanych kobiet, Rosy Gillette i Cherie Bellechamps.
    – Wiem, że wolałbyś pracować nad 'tym – powiedziała Melinda i wskazała na raporty z sekcji. – Nie dziwię ci się, ale mamy też inne zmartwienia na głowie. Zresztą zajmie się tym wydział zabójstw.
    Zdziwiony uniósł brwi. Miał większe doświadczenie niż inni, ale nie po¬wiedział ani słowa. Nie mógł, bo kiedyś całkowicie zrezygnował z tej pracy.
    _ Brinkman wkrótce wróci. – Melinda popatrzyła na niego zza oku¬larów bez oprawki. Była inteligentna i rozsądna. Zawsze ubrana wele¬gancki kostium, z nienaganną fryzurą i makijażem, była bezpośrednią przełożoną Bentza, ale nigdy nie dawała mu tego odczuć. Nie wspomi¬nała, chociaż oboje dobrze o tym wiedzieli, że gdyby nie ona, nie dostałby pracy w Nowym Orleanie.
    – Słuchaj,.Rick, wiem, że jesteś przepracowany, przemęczony i za mało zarabiasz, ale brakuje nam ludzi. Urlopy, zwolnienia chorobowe… Rozumiem, że nie podoba ci się przerzucanie z jednej działki na drugą, ale do następnej oceny twoich osiągnięć, tak musi być. – Uśmiechnęła się do niego. – Poza tym, kiedyś powiedziałeś, że już nie chcesz prowa¬dzić śledztw w sprawie zabójstw.
    – Może zmieniłem zdanie.
    – Na razie chciałabym, żebyś porozmawiał z Samantą Leeds.
    – Postaram się.
    To nie była prośba, tylko rozkaz. Bentz zrozumiał, ale nie musiało mu się to podobać i to nie wtedy, kiedy miał ważniejsze rzeczy do zrobienia – poszukiwanie seryjnego mordercy.
    – Montoya może ci pomóc w zbieraniu informacji. Skinął głową•
    – Jesteś mi coś winna.
    – A ty mi dwa razy więcej. Czas na wyrównanie rachunków.
    _ Myślałem, że już się zrewanżowałem. – Dobrze wiedział, że ni¬gdy jej się nie odwdzięczy. Przeszłość prześladowała go jak zły sen. Nie potrafił się od niej uwolnić, bez względu na to, jak bardzo się starał. Zawdzięczał Melindzie coś więcej niż pracę; zawdzięczał jej życie.
    _ Dobra, posłuchaj – powiedziała, przechyliła głowę na bok i popa¬trzyła na niego uważnie. – Powiem na górze o twoich dobrych uczynkach i żamiarach. Nie zapomnę•
    Bentz rozparł się na krześle i uśmiechnął się półgębkiem.
    – Patrz, a ja myślałem, że to ty jesteś górą, która decyduje. Ludzie tak o tobie mówią, jakbyś była tu jakąś boginią.
    Oczy ukryte za modnymi okularami błysnęły. Wycelowała palec pro¬sto w jego pierś.
    – Bogiem. Jestem tu Bogiem. Nie mam określonej płci, ale mam całą władzę. Zapamiętaj to sobie…
    Zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów. Pod granatową garsonką kryło się zgrabne, wysportowane ciało, kształtny biust, wąska talia i długie nogi. – Ciężko jednak nie zauważyć płci..
    – Uważaj, bo cię oskarżę o molestowanie seksualne.
    – Trudno, ty tu jesteś szefem.
    – Nie zapominaj o tym. – Na biurku Bentza zadzwonił telefon, a ona dodała:
    – Daj mi znać, jak porozmawiasz z panią Leeds. – Jak już wspominałem, będziesz mi coś winna.
    – Jak na wierzbie wyrosną gruszki.
    Odeszła i Bentz podniósł słuchawkę. – Rick Bentz.
    – Montoya – odezwał się jego partner, a po trzaskach na linii Bentz domyślił się, że młodszy kolega dzwoni z telefonu komórkowego w swo¬im samochodzie. Na pewno pędził z niedozwoloną prędkością. – Nie uwierzysz! Dzwonił Maryin Cooper, pamiętasz go? Ten z Riyeryiew, gdzie znaleźliśmy ostatnią ofiarę, tę Gillette.
    – No. – Bentz usiadł wygodniej, aż zatrzeszczało krzesło.
    – Powiedział mi, że Denise, ta współlokatorka przypomniała sobie o bransoletce na nodze. Mówi, że Rosa zawsze ją nosiła, bo to był jakiś prezent. Pojechałem tam, Maryin znalazł Denise i opowiedziała mi o złotej bransoletce..
    Bentz przysunął krzesło do biurka i przyciskając telefon ramieniem, sprawdzał raport dotyczący Rosy Gillette.
    – Nie miała na sobie żadnej biżuterii – powiedział i nadal przeglą¬dał akta Rosy i Cherie. – Ta pierwsza też nie. – Dwa razy sprawdził zdjęcia na ekranie komputera.
    – Może to nic takiego – powiedział Montoya – ale może ma jakieś znaczenie. Denis sądzi, że ta trzecia dziwka, Cindy Sweet, mogła okraść Rosę, ale nie wydaje mi się.
    – Nasz sprawca nie byłby pierwszym, który zabiera ze sobą małą pamiątkę. – Rick powiększył zdjęcia ofiar, kostki Rosy, a potem. całe ciało. Niczego nie znalazł. Nie widać było żadnych ozdób. A więc mor¬derca zbierał trofea. Nie zdziwiło go to.

    – Jest coś jeszcze co powinienem wiedzieć? Cholera! – Rozległ się ryk klaksonu. – Jakiś idiota o mało nie zajechał mi drogi. Chl'yste, lu¬dzie w tym mieście nie potrafią jeździć.
    – Tylko ty umiesz, Montoya, tylko ty. Pogadamy później. – Bentz skrzywił się, patrząc na raport zostawiony przez Melindę. – Muszę gdzieś pojechać. Jaskiel osobiście poprosiła mnie o rozmowę z babką z radia, która dostaje telefony z pogróżkami.
    – Jakbyś nie miał wystarczająco dużo roboty.
    – Właśnie. – Bentz odłożył słuchawkę i wypluł pozbawioną smaku gumę. Sięgnął po papierosa i po marynarkę.

    Sam przejechała palcem po grzbietach książek, które przechowywa¬ła od czasu studiów. Od lat do nich nie zaglądała, ale stały na najwyższej półce biblioteczki, na wszelki wypadek. Była pewna, że miała gdzieś Raj utracony Miltona. Był na liście lektur zajęć z literatury na uniwersy¬tecie Tulane.
    – Wiem, że gdzieś tu jest – mruknęła do kota, który wskoczył na biurko. – Aha! – Uśmiechnęła się i wyciągnęła tom w twardych okład¬kach. Wsunęła go pod pachę. – Mam cię. No to idziemy nad jezioro poczytać trochę i odpocząć.
    Do płóciennej torby, w której miała już ręcznik plażowy, włożyła tele¬fon bezprzewodowy, książkę, dietetyczną colę i okulary. Zabolała ją noga i Sam, krzywiąc się, wyszła na dwór i ruszyła ścieżką nad jezioro: Słońce stało wysoko, ajego promienie odbijały się od tafli wody. Dziesiątki łodzi ślizgało się po falach. Pełno było narciarzy wodnych i wędkarzy.
    Sam uwielbiała to miejsce; w nowym domu czuła się już prawie jak u siebie. Mimo że David ciągle uważał, że i w Houston odniosłaby suk¬ces, pokochała Nowy Orlean. Przez pierwsze sześć miesięcy mieszkała w apartamencie bliżej centrum miasta, potem znalazła ten dom i zako¬chała się w nim, mimo jego ponurej historii. David dostał szału, kiedy Sam kupiła dom i zaczęła zapuszezać korzenie. Zamieszkała w miejscu, w którym kiedyś popełniono morderstwo..
    Morderstwo, które zostało wykryte, przypomniała sobie. Zbrodnia w afekcie.
    Usiadła na ławeczce pod parasolem, otworzyła puszkę coli i prze¬rzuciła kilka stron pachnącej pleśnią książki. Może szukała za daleko; może telefony Johna nie miały nic wspólnego z dziełem Miltona? Miała jednak przeczucie, że istniał jakiś związek, choćby niewielki, między tymi dwoma rzeczami.
    Pelikany i mewy latały jej nad głową. Sam przeglądała książkę. Sza¬tan i jego armia zostali wrzuceni do piekieł i do płonącego jeziora.
    – "Lepiej być panem w Piekle niż sługą w Niebie" – wyszeptała, czy¬tając słowa Szatana. – A to dopiero zdanie. – Spojrzała na kota, który próbował złapać motyla lecącego nad wodą. – Tak, wiem. Chyba prze¬sadzam. – Szybko przerzucała strony i zastanawiała się, czy źle zinter¬pretowała słowa mężczyzny.
    Zatopiła się lekturze, popijała colę i wygrzewała się w ciepłym słoń¬cu. Pszczoły brzęczały, gdzieś w dole ulicy kosiarka ścinała trawę, a mops pani KilIingsworth zaczął szczekać jak szalony, prawdopodobnie na wie¬wiórkę lub jakieś dziecko na rowerze. Zakasłał i zakrztusił się silnik ja¬kiejś łodzi. Sam nie zwracała na to uwagi. Czytała i wyobrażała sobie sceny, które Milton opisał ponad Jrzysta lat temu.
    Słońce stało już nisko, kiedy podniosła głowę i zobaczyła łódź; nie jakąś łódź. Tę samą, która stała przed domem Mila Swansona. Tę, którą mogła widzieć na jeziorze tamtej nocy. Żagle były opuszczone i łódź płynęła na włączonym silniku, który zakasłał kilka razy, zgasł, znowu się zakrztusił i chyba zamarł na dobre.
    Przy sterze kręcił się mężczyzna i starał się doprowadzić łódź do brze¬gu. Tym razem pani Killingsworth chyba się nie myliła. Nawet z daleka Sam zauważyła, że był wysportowany, silny i przystojny. Miał rozpiętą koszulę, która trzepotała na wietrze, a słońce świeciło wprost na szero¬ką, opaloną klatkę piersiową. Obcięte dżinsy wisiały mu luźno na bio¬drach, a mięśnie ud naprężały się przy każdym ruchu. Jego skóra błysz¬czała od potu. Miał ciemne, gęste włosy. Spoza ciemnych okularów nie widać było oczu. Tuż przy jego nodze, na pokładzie, leżał pies, miesza¬niec, jak sądziła, owczarka niemieckiego.
    Z trudem skierował łódź do brzegu przy domu Sam i zarzucił linę na miejscu do cumowania. Zawiązał ją, zupełnie jakby był u siebie. W tym samym momencie, jak na ironię, silnik warknął kilka razy i zgasł.
    Sam wyprostowała się i odłożyła książkę. Przyglądała się kancia¬stej twarzy o wydatnych kościach policzkowych i mocno zarysowanej szczęce pokrytej kilkudniowym zarostem. Nie, nie znała go. Facet krę¬cił się po pokładzie i zaczął dłubać w silniku. Nawet nie spojrzał w jej stronę•
    Wstała.
    – Czy mogę w czymś pomóc?
    Nie odpowiedział. Był zbyt pochłonięty' pracą.
    – Halo! – Podeszła wzdłuż brzegu. Pies szczeknął ostrzegawczo i wtedy mężczyzna obejrzał się przez ramię.
    – Przepraszam – powiedział i dalej grzebał w silniku. – Mam mały kłopot. Myślałem, że dopłynę do domu, ale… o cholera. – Uśmiechnął się przepraszająco. – Cholerna łódź musiała wykręcić mi numer.
    – Mogę w czymś pomóc?
    Popatrzył na nią przez ciemne okulary oparte na lekko garbatym nosie.
    – Znasz się na silnikach?
    – Pływałam trochę na łodziach.
    Zamyślił się i spojrzał na nią ponownie.
    – Proszę. Zapraszam na pokład, ale to nie Iy Iko silnik. Mam kłopoty z kilem, i żagle mi się porwały. Nie powinienem dzisiaj wypływać.¬Zmarszczył czoło, a włosy koloru kawy rozwiały mu się na wietrze. Wyprostował się i klepnął boom otwartą dłonią. – Nie trzeba było się ruszać.
    Boso, ostrożnie wdrapała się na pokład. Skrzywiła się lekko, kiedy całym ciężarem stanęła na chorej nodze.
    – Jestem Samanta – powiedziała. – Samanta Leeds.
    – Ty Wheeler. Mieszkam tam niedaleko. – Pokazał na oddalony kawałek lądu i pochylił się nad silnikiem. Pociągnął za jakiś kabel, potem za drugi. Zadowolony, włączył zapłon. Silnik mruknął, zakrztusił się i ucichł żałośnie, a Ty zaklął pod nosem. – To nie ma sensu. Chyba po¬szedł przewód paliwowy. Muszę skoczyć do domu i przynieść jakieś narzędzia. – Otarł pot z czoła. – Jeszcze nie jest moja. Tylko ją wypró¬bowuję. – Pokręcił głową. – Teraz wiem, dlaczego jest taka tania. "Swie¬tlisty anioł", a niech mnie… Powinna się nazy~ać "Zemsta diabła". Może ją przemianuję, jeśli zdecyduję się na kupno.
    Sam nawet nie drgnęła. Przez chwilę nie mogła złapać oddechu i po¬myślała, że chyba jest przewrażliwiona.
    To, że wspomniał szatana, było czystym zbiegiem okoliczności, ni¬czym więcej. A ona czytała Raj utracony. I COl tego? To nic nie znaczy¬ło. Absolutnie nic.
    Sprawdził godzinę, a potem spojrzał na zachodzące słońce.
    – Mogę ją tu zostawić? Pobiegnę po narzędzia. Mieszkam na końcu ulicy, tylko kawałek stąd. – Jeszcze raz spojrzał.na zegarek i zmarszczył czoło. – Cholera jasna. – Popatrzył na nią ponownie i powiedział: – My¬ślałem, że zdążę do siebie, ale ona… – zerknął na silnik – wolała co innego. Postaram się wrócić dzisiaj, ale może nie dam rady i przyjdę jutro. Muszę gdzieś być za godzinę•
    – Chyba nie mam nic przeciwko temu… – powiedziała Sam, i za¬nim zdążyła dokończyć, Ty wyskoczył na bneg, pies za nim, i ruszyli w stronę domu.
    Osłoniła oczy dłoniąi patrzyła, jak idą przez trawnik, w cieniu drzew, mijają werandę i kierująsię do bramy, zupełnie jakby mężczyzna dosko¬nale znał drogę.
    Właściwie to wcale nie było takie dziwne. Brama musiała przecież gdzieś tam być, jak nie po jednej, to po drugiej stronie domu. Miał pięć¬dziesiąt procent szans, że ją znajdzie i udało mu się.
    Sam wróciła na ławkę i otworzyła książkę, ale nie mogła się skupić. Po chwili usłyszała wściekłe szczekanie Hannibala, a potem wydawało jej się, że ktoś zajechał przed dom. Zatrzasnęła książkę, wstała zbyt szybko i ból przeszył jej lewą kostkę. Mruknęła pod nosem coś o własnej głupocie.
    Zanim doszła do werandy z tyłu domu, usłyszała dzwonek do drzwi wejściowych.
    – Już idę! – krzyknęła. Spojrzała przez wizjer i zobaczyła wysokie¬go barczystego mężczyznę w marynarce. Trzymał ręce w kieszeniach i z namaszczeniem godnym lepszej sprawy, żuł gumę. Sam otworzyła drzwi na szerokość łańcucha.
    – Słucham pana?
    – Samanta Leeds?
    – Tak.
    – Rick Bentz, wydział policji Nowy Orlean. – Otworzył czarny portfel i pokazał odznakę. Popatrzył na nią szarymi oczami. – Wypełniła pani zeznanie na komisariacie, więc chciałbym sprawdzić kilka rzeczy.
    Wyglądało na to, że wszystko jest w porządku. Na zdjęciu w legity¬macji była ta sama twarz, która spoglądała na nią z powagą. Zdjęła łań¬cuch i otworzyła drzwi. Kiedy Bentz wszedł do środka, Sam od razu wyczuła, że policjant zna się na rzeczy.
    – Porozmawiajmy o tym, co się stało – zaproponował. – Możemy zacząć od – zerknął na zegarek – telefonu do radia, a tu mam jeszcze napisane o liście z pogróżkami, który przyszedł do domu. Podobno po¬wiadomiła pani miejscową policję.
    – Oprócz tego nagrał wiadomość na automatycznej sekretarce, kie¬dy byłam na wakacjach. Proszę tędy. – Poprowadziła go do salonu i wrę¬czyła list i podziurawione zdjęcie, a potem zmieniła taśmę w sekretar¬ce. – To są kopie. Oryginały zostawiłam w komisariacie w Cambrai.
    – Dobrze.
    Sam odtworzyła wiadomość, która prześladowała ją od prawie tygodnia. Bentz słuchał i patrzył na zdjęcie Sam z wykłutymi oczami.
    – "Wiem, co zrobiłaś" – wyszeptał niski, seksowny głos.
    Sam odwróciła się gwałtownie i spojrzała na urządzenie, na którym migotała czerwona lampka.
    – "Wiem co zrobiłaś. Nie ujdzie ci to na sucho. Zapłacisz za grze¬chy". – Głos, który już tak dobrze poznała, wypełnił całe pomieszcze¬nie, był wszędzie, w każdym zakamarku i, wkradał się jej do mózgu.
    – Jakie grzechy? – zapytał Bentz, a w jego oczach błysnęła cieka¬wość. Rozejrzał się po pokoju i zwrócił uwagę na jej zbiór książek.
    – Nie wiem – przyznała Sam uczciwie. – Nic nie przychodzi mi do głowy..
    – A telefony do radia były na ten sam temat, o grzechach? – zapytał.
    Przyglądał się rzeczom na biurku i sJ:afce z książkami, jakby chciał z nich dowiedzieć się czegoś więcej o Sam.
    – Tak. On… nazywał siebie Johnem i powiedział, że mnie zna, że jest, pozwoli pan, że zacytuję "moim Johnem". Kiedy powiedziałam mu, że znam wielu Johnów, zasugerował, że byłam z wieloma mężczyznami i kiedy nazwał mnie dziwką, rozłączyłam się.
    – Spotykała się pani kiedykolwiek, lub była związana, z jakimś Johnem?
    – Zastanawiałam się nad tym – powiedziała. – Jasne, bo to pospolite imię. Chodziłam z Johnem Petri w liceum i z innym Johpem… O Bo¬że, nie pamiętam jego nazwiska, ale to było na studiach. To wszystko. Byłam tylko na kilku randkach i do niczego nie doszło. Byliśmy młodzi.
    – Dobrze, proszę mówić dalej. Czy dzwonił jeszcze raz?
    – Tak. Następnej nocy… mam go na taśmie, ale odezwał się po programie. Zadzwonił i Tiny, nasz technik, który przygotowywał się do pusz¬czenia wcześniej nagranej audycji, odebmłtelefon. Mężczyzna poprosił mnie i przedstawił się jako "mój John". Nie dzwonił wcześniej, bo był zajęty, i oznaJmił, że to, co się stało, to moja wina.
    – A co się stało?
    – Nie wiem. – Sam pokręciła głową. – Był spięty i brzmiał serio, ale może jestem przewrażliwiona. Bałam się, że wrócę do spalonego domu,. albo że ktoś go zdemolował, lub coś w tym stylu, ale… wszystko było w porządku. – Jest pani pewna, że to ten sam facet, który dzwonił do domu?
    – Jak najbardziej, tylko że mój numer jest zastrzeżony.
    Bentz zerknął na zdjęcie i oparł się ó biurko.
    – To jest oficjalne zdjęcie? Były dziesiątki kopii. Rozdawała je pani.
    – Tak – skinęła głową.
    – To jedno z nich.
    Przełknęła z trudem.
    – Przypuszczam, że… musiał mieć oryginał.
    – Jak pani sadzi, dlaczego zrobił dziury? -.zapytał, mrużąc oczy.
    – Żeby mnie śmiertelnie przestraszyć – powiedziała. – I tak na marginesie – udało mu się.
    – Czy chociaż raz powiedział coś o oczach lub o czymś, co pani mogła widzieć?
    – Nie… niczego takiego nie pamiętam.
    – Potrzebne mi będą kopie taśm z pani progralhu.
    – Załatwię je dla pana…
    – Zabiorę oryginał listu, zdjęcie i taśmę z posterunku w Cambrai.
    – W porządku.
    – Czy na razie mogę wziąć te kopie?
    – Proszę•
    Ostrożnie schował list, kopertę i zdjęcie do plastikowej torby, i zapy¬tał, czy może się rozejrzeć po domu. Nie miała pojęcia, czego szukał, ale oprowadziła go i kiedy wrócili do salonu, zapadał już zmrok. Zapaliła lampę przyoknie i wsłuchiwała się w cykanie świerszczy, bzykanie komarów, podczas gdy Bentz usadowił się na kanapie. Uswola na krześle 'po prze-. ciwnej stronie stołu. Nad ich głowami wolno kręcił się wiatrak.
    – Niech mi pani teraz opowie wszystko od początku – rzekł Bentz i położył mały magnetofon na szklanym blacie.
    – Mówiłam już wszystko w komisariacie.
    I – Wiem, ale chcę usłyszeć relację z pierwszej ręki.
    – Dobrze. Cóż… – potarła dłońmi kolana – 'wszystko zaczęło się kiedy wróciłam z Meksyku… – Zaczęła opowiaaq~ całą historię o tym: jak straciła dokumenty w wypadku w Meksyku. Potem jeszcze raz wy¬jaśniła, jak dostała list i jak znalazła wiadomosc na automatycznej se¬kretarce. Na koniec jeszcze raz opisała telefony doradia… Wspomniała, że zdawało jej się, że ktoś obserwuje dom, ale potem uznała to za przy¬widzenia. Bentz przez cały czas zapisywał w małym notatniku wszyst¬ko, co mówiła.
    – Czy ktoś już kiedyś pani groził?
    – Nigdy tak osobiście – powiedziała. – Zawsze zdarzająsię telefony od wariatów. Zależy od miejsca, ale większości z nich udaje się wyłapać. Od czasu do czasu, ktoś się przemknie przez kontrolę.
    – Zna pani kogoś, kto chciałby panią skrzywdzić lub przestraszyć?
    – Nie – powiedziała, chociaż pomyślała o Davidzie.
    – A rodzina?
    – Nie mam zbyt wielu bliskich – przyznała – Mój ojciec jest emerytowanym agentem ubezpieczeniowym i mieszka w Los Angeles, w do¬mu, w którym się wychowałam. Moja matka nie żyje, a brat… zniknął jakiś czas temu. Mija już chyba z dziesięć lat. Odszedł,jak zmarła mama. Nie miałam od niego żadnych wiadomości. Nie wiem, być może też nie żyje. – Splotła palce i poczuła ten sam smutek, który ogarniał ją zawsze, kiedy myślała o Peterze. Jako dzieci byli sobie bliscy, a kiedy dojrzewali, coraz bardziej oddalali się od siebie, a kiedy dorośli, nie mieli już ze sobą nic wspólnego.
    – Proszę mi podać ich imiona.
    – Słucham? Ach tak. Ojciec ma na imię Bill, to znaczy William Matheson, a mój brat, Peter, Peter William. Ojciec ma tylko jedno imię.
    – Adres?
    Podała go i wyjaśniła, że ma przyjaciół rozrzuconych po całym świe¬cie, kilku kuzynów w zatoce koło San Mateo. Poza nimi nie ma żadnej rodziny.
    – Była pani mężatką? Sam skinęła głową.
    – Tak, ale to było dawno temu.
    Uniósł brwi, jakby chciał ją zachęcić do mówienia.
    – Byłam na pierwszym roku na uniwersytecie Tulane, kiedy pozna¬łam Jeremy'ego.
    – Jeremy'ego Leedsa?
    – Doktora Leedsa. Był moim profesorem. Uczył, to znaczy nadal uczy filozofii. – Zgłupiała i zakochała się w nim. Naiwna dziewczyna, którą oczarował niezwykły nauczyciel- przystojny, nietuzinkowy, o bły¬skotliwym umyśle i seksownym uśmiechu.
    – Nadal wykłada wTulane? – zapytał Bentz i podniósł wzrok znad notatek.
    – Z tego co wiem, tak. – Wyczytała kolejne pytania z jego oczu. ¬Nie rozmawiamy ze sobą od lat. Nie mieliśmy dzieci, on ożenił się po¬wtórnie zaraz po rozwodzie. Poza tym nic o nim nie wiem.
    – Ale mieszkacie w tym samym mieście – zaznaczył Bentz.
    – Nowy Orlean jest dość dużym miastem, aja wyjeżdżałam najakiś czas. Mieszkałam trochę w Houston.
    – Była pani wtedy zamężna?
    – Tak, ale małżeństwo już się rozpadało. Myślałam, że skończy się na separacji, ale wyszło inaczej. Zostałam w Houston i rozstałam się z mꬿem. – Wyjrzała przez okno. Nie chciała myśleć o tamtych czasach.
    – Nie wyszła pani ponownie za mąż?.
    – Nie. – Pokręciła głową i oparła się o poduszki. Popatrzyła na zegar wiszący nad łukowo sklepionym wejściem do kuchni i zdała sobie sprawę, że Ty odszedł ponad godzinę temu. Powiedział, że wróci dziś lub jutro. Skrzyżowała palce i miała nadzieję, że coś go zatrzyma. Nie wiedziałaby, jak wyjaśnić jego obecność policjantowi.
    – Była pani z kimś ostatnio związana? – spytał Bentz.
    Zaczyna się, pomyślała i zdała sobie sprawę, że nie chciała zawiadamiać policji właśnie dlatego, żeby nie mieszać w to Davida.
    _ Nie, w tej chwili nie, ale miałam kilku partnerów od czasu rozwodu.
    – Kogoś o imieniu John?
    _ Tylko tych, których wymieniłam. Dawno temu. Od tamtej pory nikogo.
    Znowu coś zanotował, a Charon wszedł do salonu jak ciemny cień i schował się pod stołem, zerkając spomiędzy nóg od krzeseł.
    – To pani kot?
    – Tak. Mam go od trzech lat.
    _ A łódź? – Wyjrzał przez otwarty balkon ku nabrzeżu, gdzie stała przycumowana żaglówka Tya, widoczna jeszcze w zapadającym zmroku,
    _ Nie moja. Znajomego… właściwie sąsiada – wyjaśniła, a policjant przestał pisać i gapił się na nią, jakby mu właśnie oznajmiła, że spadła z Księżyca.
    – To ktoś obcy?
    _ No, właściwie tak… Powiedział, że wróci po łódź dzisiaj albo jutro. Mieszka na końcu ulicy. Miał jakieś kłopoty z żaglami i silnikiem.
    Bentz skrzywił się i zmarszczył czoło.
    _ Niech pani posłucha, dam pani dobrą radę. Proszę zamykać drzwi, włączać system alarmowy, nie wychodzić samotnie i nie zaprzyjaźniać się z nieznajomymi, nawet z sąsiadami. – Przesunął sztywnymi palcami po włosach i odgarnął z czoła kręcone, brązowe kosmyki. Miała wraże¬nie, że chciał powiedzieć coś jeszcze, zrobić jej wykład, ale rozmyślił się. – Wie pani, o co chodzi. Ma pani jakiś wrogów?
    – Wróg to poważne słowo. Wzruszył ramionami.
    _ Jedyną osobą, jaka przychodzi mi do głowy jest Trish LaBelle, ale nie nazwałabym jej wrogiem, tylko rywalką. Pracuje w WNAB i prowa¬dzi program podobny do mojego. Kiedyś mówiło się o wojnie między nami, ale po prostu staramy się siebie unikać, jeśli jesteśmy na tym sa¬mym spotkaniu lub imprezie charytatywnej. Nie uważam jej za wroga i nie sądzę, żeby to ona kryła się za tą historią. To nie miałoby sensu, bo mimo że te telefony mnie przerażają, dzięki nim rośnie słuchalność. Lu¬dzi to intryguje. Zachowują się jak tłum zbierający się przy płonącym budynku albo gromadzący wokół wypadku na ulicy.
    _ Uważa pani, że to może być ktoś z rozgłośni, kto stara się podnieść notowania?
    _ W cale nie! To… chory pomysł. Kto straszyłby pracownika, żeby zwiększyć liczbę słuchaczy?
    – Niech pani mi powie.
    – Nie to miałam na myśli. Po prostu zrzucenie winy na Trish ma więcej sensu.
    Nie odpowiedział.
    – Jacyś inni ludzie są zazdrośni o panią? – zapytał. – Ktoś, kto czy¬ha na pani stanowisko? Ktoś, kto ma o coś do pani żal?
    Znów pomyślała o Davidzie. Do diabła, dlaczego czuła, że musi go chronić?
    – Nie mam pojęcia. Ostatnio nie było takiej osoby.
    – A ten facet ze zdjęcia na biurku? – zapytał Bentz, jak gdyby czytał w jej myślach. – Powiedziała pani, że z nikim się nie spotyka, a trzyma pani na biurku zdjęcie jakiegoś mężczyzny i to nie ten sam, co na foto¬grafii maturalnej. Bo tamten to pani brat, prawda?
    – Tak, to Peter. Ten drugi, to mój były partner, David Ross.
    – Pani zerwała, czy on?
    – Ja uznałam, że nie powinniśmy się więcej spotykać.
    – Zgodził się? – Bentz najwyraźniej nie wierzył.
    – Musiał – odpowiedziała wprost.
    Bentz podrapał się po brodzie. – Ale nie był zadowolony.
    – Nie. Uważa, że powinniśmy się pobrać.
    – Byliście zaręczeni?
    – Nie.
    – Dał pani pierścionek?
    Poczuła, że się rumieni.
    – Próbował w ostatnie święta, ale… nie mogłam go przyjąć.
    – I wtedy powiedziała mu pani, że wszystko skończone?
    – Wtedy wszystko zaczęło się rozpadać. Spotykałam się z nim jakieś pięć lub sześć miesięcy,. zanim podjęłam pracę tutaj. George Han¬nah odszedł z rozgłośni w Houston i przeniósł się do Nowego Orleanu kilka lat temu. Potem przekonał moją szefową, Eleanor, żeby zaczęła pracować dla niego w WSLJ. To George wpadł na pomysł, żeby wskrze¬sić audycję doktor Sam tutaj, a Eleanor się zgodziła. Musiała mnie moc¬no namawiać, ale doszłam do wniosku, że już' czas.
    – Czas na przeprowadzkę z Houston?
    – Czas znowu zasiąść przy mikrofonie. Odeszłam dziewięć lat temu z,powodu… przykrego wypadku w radiu i przez kilka lat prowadziłam prywatną praktykę, ale Eleanor przekonała mnie, że moje miejsce jest w radiu. Prawdę mówiąc, sama tęskniłam za tą pracą. Miałam poczucie, że pomagam wielu ludziom.
    – Miała pani dłuższą przerwę
    _ Może niepotrzebnie – przyznała. – Pozwoliłam, żeby jeden okropny wypadek wyprowadził mnie z równowagi, ale chciałam spróbować jeszcze raz. Nadeszła pora, żeby coś zmienić w żyoiu. Znalazłam kogoś, kto przejął moją praktykę, i zostawiłam pacjentów w dobrych rękach. ¬Nie widziała powodu, dla którego miałaby mu opowiadać szczegóły odej¬ścia z rozgłośni i wracać do tego strasznego okresu w jej życiu.
    _ Czy David Ross był tego samego zdania? – zapytał ją Bentz, ro¬biąc notatki. – Czy uważał, że powinna pani pracować w radiu?
    _ Wcale nie. – Nadal pamięta1a,jak David zacisnął usta, kiedy oznaj¬miła mu o swojej decyzji. Był zaszokowany, zupełnie jakby go zdradzi¬ła. – Nie podobało mu się to ani trochę, ale ja już postanowiłam i w paź¬dzierniku przeprowadziłam się tutaj. Chciał dać mi pierścionek na Boże Narodzenie, ale widywaliśmy się COraz rzadziej. Potem był Meksyk. Wykupił wycieczkę, żeby mi zrobić niespodziankę, i postanowiłam po¬jechać, żeby przekonać się, czy dobrze robię, zrywając z nim.
    – I co?
    – Miałam rację.
    – Ale nadal ma pani jego zdjęcie.
    Sam westchnęła.
    _ Tak, wiem. Nie chodzi o to, że go już nie lubię. Po prostu nie sądzę, żebyśmy do siebie pasowali. – Ugryzła się w język i napięła ramiona. – Nie sądzę, żebyśmy musieli omawiać szczegóły mojego życia uczuciowego.
    – Chyba, że to on dzwoni.
    _ Powiedziałam, że to nie on – przypomniała mu ze złością• – Rozpoznałabym jego głos.
    Bentz nie dawał za wygraną•
    – Kiedy widziała go pani po raz ostatni?
    _ Jakiś tydzień temu – powiedziała, a Charon wskoczył jej na kolana. – W Meksyku.
    – Na tej wycieczce? – Wyczuła w jego głosie nutkę krytyki…
    _ Tak. Spotkaliśmy się w Mazatlan… Liczył na romantyczną pod¬róż, ale ja tylko chciałam się upewnić, że nie popełniłam błędu. – Do¬strzegła pytanie w jego wzroku. – Niech pan mi wierzy, że miałam rację• Nie byłam pewna, ale teraz jestem.
    – Nie wspomniała pani o nim wcześniej – stwierdził.
    – Wiem, ale on nie mógł zostawić wiadomości ani wysłać listu; znaczek był stąd, z Nowego Orleanu, a on był w Meksyku. I to nie jego głos był nagrany na taśmie. Poznałabym go. To nie on dzwonił, detektywie Bentz.
    Bentz wykrzywił się; jakby nie wierzył w ani jedno jej słowo.
    – Jestem tu dlatego, że złożyła pani skargę -powiedział powoli,jakby rozmawiał z upartym dzieckiem. – Oczekuję od pani współpracy.
    – Ależ ja współpracuję – oburzyła się i stwierdziła, że przybrała obrażony ton. Rzeczywiście, prześladowca wyprowadził ją z równowa¬gi. Miała wrażenie, że przez cały czas musi usprawiedliwiać swoje po¬stępowanie.
    – Pani coś ukrywa – stwierdził i patrzył na nią tak intensywnie, że przeszył ją dreszcz.
    – Nie mam ochoty na skandal. Jestem znaną osobą, ale ponieważ pracuję w radiu, ludzie nie wiedzą, jak wyglądam. Jestem trochę anoni¬mowa i chciałabym, żeby tak zostało.
    Zamyślił się przez chwilę, potem skinął głową, jakby zrozumiał i w końcu zamknął notes, wyłączył magnetofon i wstał.
    – Myślę, że to wystarczy, alę potrzebuję kopii tych rozmów. Sprawdzę rejestry telefonów i dam pani znać.
    – Dziękuję•
    – Powinna pani ograniczyć działalność publiczną.
    O mało się nie roześmiała.
    – To byłoby trudne, detektywie. Jestem pracownikiem radia i mimo że wiele osób nie rozpoznaje mnie na ulicy, jestem znana i pracuję cha¬rytatywnie. Niedługo rozgłośnia prowadzi dużą imprezę dla Centrum Boucher. Będę tam. Nie mogę się ukrywać.
    – Proszę się nad tym jeszcze raz zastanowić.
    Pokręciła przecząco głową.
    – Oboje wiemy, że nie mogę. Dlaczego po prostu nie złapiecie tego faceta?
    – Złapiemy, ale na razie… – spojrzał na kota, który mruczał na jej kolanach – może zamieni pani kotka na rottweilera albo dobermana. Mam na myśli porządne zwierzę.
    – Charon jest groźny – powiedziała, a kot przeciągnął się i zaczął się myć, jakby chciał zaprzeczyć jej słowom.
    Mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie.
    – Dobrze wiedzieć – powiedział, a ona delikatnie zrzuciła zwierzę z kolan i wstała, żeby odprowadzić go do drzwi. – Komisariat mógłby zaoszczędzić dużo pieniędzy, gdyby wykorzystał koty do patrolowania ulic zamiast psów. Napiszę raport dla komisarza. Na pewno skontaktuje się z wydziałem K-9.
    – Cieszę się, że mogłam pomóc – zażartowała.
    Zatrzymał się na werandzie, a jego wesoły nastrój zniknął, kiedy wyszedł na zewnątrz, w ciemną noc.
    – Niech pani nie zapomni zamknąć drzwi. Ten facet może być ka¬walarzem, ale wątpię. Telefony do radia to jedno, ale to – podniósł pla¬stikową torbę – to co innego. Ktokolwiek to zrobił, jest chory i chce panią śmiertelnie przerazić.
    – Wiem – powiedziała i zamknęła za nim drzwi. Zasunęła zasuwę, zadowolona, że zmieniła zamki i poprawiła system alarmowy. Był stary i często się psuł, ale obiecano jej zainstalować nowy za kilka tygodni. Do tego czasu musiała się zadowolić tym, co jest.
    Pomyślała o wszystkim, co jej się przytrafiło, i starała przekonać samą siebie, że ten, kto ją straszył, nie chce jej skrzywdzić, ale prawdę powie¬dziawszy, bała się jak diabli.

Rozdział 8

    – więc nigdy nie widuję ojca – powiedziała Anisha z grymasem na twarzy. Była jedną z sześciu dziewczyn, które przyszły na sesję i sie¬działa zgarbiona w starym fotelu. Podkuliła nogi i patrzyła ponuro. Ner¬wowo kręciła pasmo włosów wokół palca. – Chyba powinnam się tego spodziewać.
    – Próbowałaś się z nim skontaktować?
    – W więzieniu? – Anisha parsknęła przez nos. – A po co? – Uśmiechała się zbyt cynicznie, jak na swoje piętnaście lat. – Mam ojczyma. Trzeciego z kolei.
    Spotkanie toczyło się dalej. Wszystkie sześć dziewczyn miało pro¬blemy i każda w inny sposób starała się ułożyć sobie życie.
    Sesja odbywała się w starym, wciśniętym między inne budynku, nieda¬leko Parku Annstronga. Był wczesny wieczór i słońce zaczęło zachodzić. W niewielkim pokoju panował zaduch, żaluzje były na wpół odsłonięte, a do środka wpadał słaby wiatr i szum samochodów z ulicy Rampart. Mimo że w rogu na stole stale kręcił się wiatrak, bluzka kleiła się Sam do pleców.
    Dziewczyny siedziały w starych fotelach i na sofie. Rozmawiały o po¬wrocie do szkoły, o wieczorówce, bo niektóre z nich miały małe dzieci. Któraś wspomniała o imprezie na rzecz Centrum; były tym podekscyto¬wane. Zostały zaproszone i nie mogły się doczekać. Leanne była dziw¬nie milcząca i siedziała obok Samanty zamyślona, jakby skrywała jakąś tajemnicę. Sam pomyślała, że w ten sposób Leanne chce ją ukarać za to, że wyjechała na prawie trzy tygodnie.
    – Czy coś cię trapi? – zapytała dziewczynę w czasie przerwy w sesji. Leanne wzruszyła ramionami. Była ładna; miała porcelanowobiałą skórę, brązowe włosy i zielone oczy. Bawiła się liśćmi paproci i udawa¬ła brak zainteresowania.
    – Jest wściekła, bo zerwała i Jayem – powiedziała Renee, wielka czarna dziewczyna i poczęstowała wszystkich gumą do żucia.
    – Nie o to chodzi – odparła Leanne. Przerwała skubanie paprotki i obrzuciła koleżankę surowym spojrzeniem. Zarumieniła się aż po same uszy ozdobione co najmniej sześcioma kolczykami.
    – Znowu bierze – dodała Renee i uniosła znacząco brew.
    – To prawda?
    – Tylko kiedy byłam z Jayem i to był mój pomysł. – Leanne wyniośle wyprostowała głowę. – Próbował mnie kontrolować.
    – Bo nie chciał, żebyś brała to gówno – powiedziała Renee.
    – Nikt mnie nie będzie sprawdzał.
    – Tak, racja – zadrwiła Renee i przewróciła oczami.
    Sam podniosła rękę.
    – Posłuchajmy, co Leanne ma do powiedzenia.
    – Nie mam ochoty nic mówić – uparła się dziewczyna i skrzyżowała ręce na piersi. Odwróciła wzrok od Sam i rzuciła Renee mordercze spojrzenie. – A ty się zamknij, bo to nie twoja sprawa.
    – Może powinnyśmy się nad tym zastanowić – wtrąciła się Sam i prze¬rwała spór, zanim przerodził się w awanturę. – Porozmawiamy o tym na¬stępnym razem. Pomyślcie wszystkie o granicach. Kiedy dajemy spokój przy¬jaciółce? Kiedy wtrącamy się w jej życie? Jakie są konsekwencje? Dobrze?
    Narzekąjąc i szurając nogami, dziewczyny zaczęły się zbierać.
    – Do zobaczenia za tydzień. Jeśli spotkacie Colette, poproście, żeby do nas dołączyła.
    – Colette się przeprowadziła – powiedziała Renee. – Aż do Tampy. Dla Sam to była nowa wiadomość. Dziewczyny miały jej mówić o wszystkich zmianach adresów, chociaż robiły to rzadko.
    Zebrały książki i torby i ruszyły w dół po schodach, stukając butami na platformach. Leanne szła na końcu, porzucona przez Renee, która, gdy Leanne popadała w niełaskę, przejmowała rolę przywódczą. Teraz też uśmiechnęła się.do Sam, a potem rzuciła Leanne dumne spojrzenie.
    – Nienawidzę tej tłustej suki – warknęła Leanne.
    – Możesz powiedzieć to inaczej.
    – Nienawidzę tej pieprzonej opasłej dziwki.
    – Nie o to mi chodziło.
    – Wiem, o co ci chodzi. – Leanne skrzywiła się. – Ale ja jej nienawidzę.
    – Jesteś zła na nią czy na siebie?
    – Nie potrzebuję tych gównianych rad.
    – A ja myślę, że tak.
    – Renee to świnia. – Dziewczyna odwróciła się i spojrzała na Sam raz jeszcze. – Zawsze wtyka nos w nie swoje sprawy. Włazi, gdzie jej nie chcą, jak stara maciora mojego dziadka. – Zaczęła chrząkać, żeby podkreślić swoje słowa.
    – Może po prostu chce być przyjaciółką – zasugerowała Sam.
    – Przyjaciółką? Renee Harp nie wie, co to słowo znaczy. Żeby tak mnie zaatakować. – Leanne pstryknęła palcami. – Poza tym, to nie jej interes, co dzieje się pomiędzy Jayem i mną.
    – Chcesz o tym porozmawiać?
    – Czas już się skończył.
    – Możemy pogadać po drodze.
    – Nic wielkiego się nie stało. – Zielone oczy wpatrywały się w dywan i w wypolerowaną podłogę. Nastało długie milczenie, a potem dziew¬czyna westchnęła: – Owszem, naćpałam się – przyznała. Pomimo agre¬sywnego makijażu i obcisłego stroju nie wyglądała na siedemnaście lat. ¬Byłam w stresie i tyle. Marletta czepiała się mnie i… wtedy Jay się wku¬rzył. Pomyślałam, że pokażę im obojgu.
    – Paląc kokę?
    – Tak. No i co? – Ruszyła po schodach, bo nie miała ochoty słuchać wykładu, chociaż Sam wcale nie zamierzała go robić.
    – Sama mi powiedz. – Dogoniła dziewczynę na pierwszym piętrze i szła za nią przez kolejne pokoje do drzwi wyjściowych. Leanne pchnꬳa drzwi ramieniem i wyszła na rozgrzany słońcem chodnik.
    Zapadał zmierzch i zapalono już latarnie. Pozostałe dziewczyny z gru¬py szły ulicą i rozmawiały wesoło. Dwie z nich paliły długie papierosy. Rozdzieliły się na rogu, ruszyły w różnych kierunkach i po chwili znik¬nęły w wąskiCh zaułkach.
    – Może to nie był najlepszy pomysł – przyznała Leanne, kiedy sta¬nęły pod latarnią. Mówiła szczerze i po raz pierwszy od godziny popa¬trzyła Sam w oczy, przekrzywiając głowę na bok.
    – Zastanów się. Próbowałaś w ten sposób ukarać matkę i chłopaka, ale komu zrobiłaś krzywdę? Co osiągnęłaś?
    Leanne przewróciła wielkimi oczami.
    – Skrzywdziłam siebie. Wiem o tym. – Uśmiechnęła się zabójczo.
    Miała bielutkie zęby i piękne usta.
    – Jak się czujesz?
    – W porządku.
    – Na pewno? – zapytała Sam. W Leanne, było coś, co jązaintereso¬wało. Pod skorupą żargonu, którym mówiła, i twardego podejścia do życia kryła się łagodna dziewczyna, która wysyłała jej kartki kompute¬rowe. W ciele, wyglądającej na twardzielkę nastolatki, była uwięziona mała dziewczynka.
    – Na pewno. Już się do niczego nie nadaję – powiedziała i roze¬śmiała się. Minęła ich grupka młodych chłopaków. Kilku obejrzało się za Leanne. Odruchowo odgarnęła krótkie włosy z twarzy i wytrzymała ich wzrok z wyzywającym wesołym uśmiechem na ustach.
    – Nie jesteś do niczego – zapewniła ją Sam. – Pam iętasz, że nie wolno mówić o sobie negatywnie?
    – Zgoda. Nie jestem do niczego, ale narobiłam głupot. Tylko że do¬brze się bawiłam.
    – Zrobiłaś krok do tyłu. Pora znowu ruszyć do przodu.
    – Tak, wiem – powiedziała Leanne i odprowadziła wzrokiem chłopaków, którzy zatrzymali się dwie ulice dalej i dołączyli do grupki przy¬słuchującej się ulicznym muzykom grającym przed wejściem do parku. – Do zobaczenia za tydzień.
    – Tak. Jasne. – Leanne machnęła ręką i ruszyła na drugą stronę ulicy St Peter. Zatrzymała się na rogu, żeby zapalić papierosa. Była inteli¬gentną dziewczyną, córką kobiety, którą aresztowano kiedyś za sprzeda¬wanie narkotyków i za pro.stytucję. Marletta, kiedy chciano jej odebrać dzieci, zmieniła się. Nie brała już od kilku lat, ale Leanne poszła w jej ślady. W wieku siedemnastu lat była notowana za narkotyki i zaczepia¬nie ludzi na ulicy. Częścią kary jaką dostała było uczestnictwo w grupie terapeutycznej dla młodych kobiet, którą prowadziła Sam, udział w te¬rapii dla narkomanów połączonej z testami i praca społeczna.
    Sam ruszyła do samochodu, ale poczuła się tak, jakby ktoś ją obser¬wował. Pomyślała, że to Leanne i spojrzała przez ramię, ale dziewczyny nie było nigdzie widać. Tłum słuchający ulicznych grajków robił się coraz większy. Tylko jeden mężczyzna stał osobno – wysoki, dobrze zbudo¬wany, ubrany w czarną skórzaną kurtkę, ciemne spodnie i ciemne oku¬lary, mimo że wokół zapadał już zmrok. Nie patrzył na muzyków. Gapił się na Samantę. Wpatrywał się w nią uporczywie, ale był zbyt daleko i było zbyt ciemno, żeby mogła mI.! się dobrze przyjrzeć. Sam miała nie¬miłe wrażenie, że już kiedyś go widziała, że być może go zna.
    Dostała gęsiej skórki. Pomyślała, że to głupie, bo kiedy tak na niego patrzyła, odwrócił wzrok w stronę grajków, wszedł między ludzi i znik¬nął.
    Zupełnie jakby go wcale nie było.
    Może jednak nie patrzył na nią, tylko na kogoś lub coś za jej pleca¬mi? Wydarzenia ostatnich dni sprawiły, że była przewrażliwiona. Jed¬nak gdy szła w stronę mustanga, miała silne wrażenie, że sprawy przy¬biorą jeszcze gorszy obrót.

    Noc była gorąca, taka jak lubił. Powietrze lekko przyklejało się do skóry, a on wiosłował przez gąszcz cyprysów do małego domku na pa¬lach, ukrytego głęboko w rozlewisku. Nikt nie wiedział o tym miejscu; i nigdy się nie dowie. Dobił do brzegu, wdrapał się po drabince na białą werandę otaczającą jednopokojową chatę. Zapach bagna wypełnił mu nozdrza. Uczucie, że jest wolny i bezpieczny sprawiło, że napięte miꜬnie zaczęły się rozluźniać. Rozpiął rozporek i zaczął sikać przez balu¬stradę. Ulżył sobie i jednocześnie zaznaczył swoje terytorium.
    Kiedy zapinał spodnie usłyszał, jak nietoperze hałasują wśród drzew.
    Stukając głucho butami, wszedł do środka i zapalił lampę naftową. Drew¬niane ściany, pełne szczelin i dziur między deskami, pojaśniały cieplo. Komary bzyczały, ćmy wlatywały przez otwarte drzwi, a woda leniwie ob.ijała się o stare kolumny. W tej części rozlewiska pojawiły się czasem aligatory i jadowite węże wodne, ale on czuł się spokrewniony z ośliz¬głymi stworzeniami, mieszkańcami ciemnego i wodnego lasu.
    Nie miał elektryczności, a stary komin rozpadał się. Zresztą nie miałby odwagi palić tu ognia. Ktoś mógłby dostrżec albo wyczuć dym… nie, wolał siedzieć w ciemnościach rozjaśnionych jedynie przez lam¬pę. Otworzył szafkę i zajrzał do środka. Pająk uciekł w szczelinę, a on sięgnął w głąb i wyciągnął starą aksamitną torbę. W środku były jego skarby, któr-e teraz ostrożnie wyjmował. Krzyż zawieszony na naszyj¬niku, piękny złoty łańcuszek, w sam raz na szczupłą, damską kostkę i stary naszyjnik – pamiątka z przeszłości. Ale to dopiero początek kolekcji.
    Ostrożnie ułożył skarby na chyboczącym się stole obok radia na ba¬terie. Otoczył naszyjnik, medalion i bransoletkę swoim różańcem i zro¬bił z niego równe koło. Potem, zad,owolony, sprawdził zegarek, odcze¬kał czterdzieści pięć sekund i nacisnął guzik. Znów była z nim. Przez pohukiwanie sowy, trzaski i szumy usłyszał muzykę z początku progra¬mu i jej glos – wyraźnie, jakby stała obok niego.
    – Dobry wieczór Nowy Orleanie. Mówi doktor Sam. Czekam na wasze telefony w WSLJ. Jak wiecie, poruszałam ostatnio serię drażli¬wych tematów dotyczących miłości, grzechu i odkupienia. Dziś poroz¬mawiamy o wybaczaniu…
    Uśmiechnął się. Wybaczanie. Specjalnie go kusiła i chciała wciągnąć do gry. Oczekiwała, że zadzwoni. Wyobrażił sobie jej twarz, takąjaką pamiętał z ulicy, sprzed zaledwie kilku godzin, kiedy przyglądał jej się koło parku. Musiała poczuć jego spojrzenie, bo ściągnął jej wzrok i przez ciemności spojrzała wprost na niego.
    Krew szybciej popłynęła w jego żyłach, szumiało mu w uszach i po¬czuł, że dostaje erekcji.
    – … powiedzcie mi, co sądzicie na ten temat. Jaki wpływ miało prze¬baczenie na wasze życie, i jak to jest, kiedy nie chcemy wybaczyć? Czy zawsze można to zrobić? – zapytała łagodnym, pieszczotliwym i sek¬sownym głosem, głosem Jezebel, uwodzicielki i dziwki. Poczuł, że poci się na plecach między łopatkami. Wstał i przeszedł się po pokoju, słu¬chając słów – jej słów – które dotykały go, pieściły jego duszę, jakby mówiła do niego. Tylko do niego. – Co to właściwie znaczy – wyba¬czyć? Czy zawsze możemy to zrobić?
    Odpowiedź brzmiała: nie. Niektóre czyny były zbyt podłe, żeby je wybaczyć i była tylko jedna odpowiedź: zemsta. Poczuł, jak członek twardnieje mu niczym kamień i napiera na rozporek. Musiał sobie ulżyć. W wyobraźni widział jej ręce, czuł usta i język, kiedy sam zaczął się dotykać.
    Głos Sam dobiegał go teraz z oddali, stłumiony przez szumy i trzaski, i hałas w jego głowie. Wkrótce, już niedługo, Samanta Leeds zrozumie.
    Zrozumie, co to przebaczenie i zemsta. Pozna smak pokuty i kary.
    Zapłaci za grzechy. Za wszystkie swoje grzechy, a onją do tego zmusi. Poczekaj, doktorku. Nadchodzi twój czas. Wtedy zobaczymy, co powiesz o przebaczeniu, pomyślał, onanizując się.
    Będziesz mnie błagać.

Rozdział 9

    – Nie podoba mi się to, Sam – mówił William Matheson ze swojego domu w Santa Monica następnego ranka. Połączenie było dobre i głos ojca brzmiał, jakby dobiegał z pokoju obok, a nie z odległości ty¬siąca kilometrów. – Bardzo mi się to nie podoba.
    – Mnie też nie – przyznała Sam. Przyciskała słuchawkę ramieniem i sznurowała sportowt:: buty. – W mojej pracy to się często zdarza.
    – Więc rzuć to i otwórz prywatną praktykę. Radiowe audycje nie są warte funta kłaków. Nikomu nie wychodzą na dobre i są niebezpieczne. – Niepotrzebnie ci powiedziałam – stwierdziła, wyprostowała się i odgarnęła włosy z twarzy.
    – I tak bym się dowiedział.
    – Wiem. Dlatego pomyślałam, że wcześniej ci wyjaśnię.
    Westchnął, a Sam wyczuła, że jest zdenerwowany. Życie nie układało się tak, jak zaplanował ojciec. Ani dla niego, ani dla żony i dzieci.
    – Nie chcę, żebyś przechodziła przez to samo co wtedy, w Houston.
    – Nie martw się – powiedziała, ale poczuła zimny dreszcz.
    – Nie muszę ci przypominać, że wszystko zaczęło się od telefonu do radia.
    – Nie, tato, nie musisz. Pamiętam wszystko bardzo dobrze. – Jakby to było wczoraj, dodała w duchu i przeszła z salonu do kuchni. Dostała gęsiej skórki na rękach, kiedy przypomniała sobie telefon od zapłakanej załamanej dziewczyny.
    – Po prostu nie zapominaj o tym, bo ja się martwię.
    – Wiem. Wystarczy tego dobrego… Nie martw się o mnie, tato. Nic mi nie jest. Wszyscy w rozgłośni już wiedzą i rozmawiałam z policją. Myślę, że ten kto dzwonił, zajął się już czymś innym. Zabawił się i teraz torturuje małe zwierzątka albo straszy dzieci w parku.
    – To nie jest zabawne.
    – Wiem, wiem – powiedziała Sam. – Chciałam tylko rozładować atmosferę•.
    Ojciec zawahał się.
    – Nie miałaś żadnych wiadomości od Petera? – Sam zamknęła oczy. W myślach policzyła do dziesięciu. Ojciec za każdym razem pytał o brata.
    – Oczywiście, że nie.
    – Nie spodziewałem się. – Ale ciągle pytał. Po dziesięciu latach. – Tylko że rodzicem jest się zawsze i nic tego nie zmieni. Zrozumiesz to, jak wreszcie będziesz miała własne dzieci.
    – Pewnie tak. – Teraz powie, że robię się coraz starsza, i że kuzynka Doreen ma dwoje dzieci w wieku szkolnym i jeszcze jedno w drodze.
    – Wiesz, Samanto, to że masz za sobą jedno małżeństwo nie ozna¬cza, że musisz być przeciwna samej instytucji. Twoja matka i ja byliśmy małżeństwem przez trzydzieści cztery lata i miel iśmy swoje wzloty i upad¬ki, ale WaIto było, mówię ci.
    – Cieszę się, tato – powiedziała, chociaż czasami mu nie wierzyła. Prze¬żył zniknięcie syna i śmierć żony i teraz całą uwagę skupił na jedynej córce, która chyba nigdy nie chciała słuchać jego rad. – Wiesz, że cię kocham.
    – Ja też cię kocham, skarbie.
    – Nadal spotykasz się z tą wdową z przeciwka?
    – Helen? Nie… właściwie, to nie są randki. Gramy razem w golfa albo w brydża od czasu do czasu.
    – Wierz mi, że ona traktuje te spotkania jak randki.
    – Czy to twoja profesjonalna opinia? – zapytał i Sam usłyszała rozbawienie w jego głosie. Przez chwilę zapomniał o tym, że martwi się o córkę. – Oczywiście. Kiedyś wystawię ci rachunek.
    Roześmiał się.
    – A darmowe porady dla staruszka?
    – Nic za darmo. Słuchaj, tato, muszę lecieć, ale zadzwonię niedługo.
    – Koniecznie, i Samanta obiecaj, że będziesz ostrożna.
    – Obiecuję, tato.
    – Grzeczna dziewczynka – powiedział i odłożył słuchawkę, a Sam rzuciła swoją na widełki. Spojrzała przez okno na łódź kołyszącą się przy pomoście. Pokręciła głową, żeby pozbyć się napięcia ściskającego mi꬜nie na karku. Bez względu na to co robiła, nieważne jakie osiągała sukce¬sy i jak bardzo udowadniała sobie własną wartość, ojciec zawsze myślał o niej jak o swojej małej córeczce. Nigdy nie zapomniał o Peterze, pomi¬mo tego, że dla Sam jej starszy brat równie dobrze mógłby być martwy.

    Ty zjawił się po dwunastej z ciężkim pudłem narzędzi i butelką wina. – Przepraszam za kłopot – powiedział i wręczył jej trunek na we¬randzie. Znów zasłonił oczy ciemnym i oku laram i, założył obcięte spoden¬ki. Pies dreptał tuż za nim. – Byłem zajęty, a potem zrobiło się ciemno… Żałowałem, że nie mam twojego numeru telefonu, bo bym zadzwonił.
    – Nic się nie stało – zapewniła go, chociaż sama nie wierzyła w to, co mówi. Było coś niepokojącego w tym mężczyźnie, coś niezwykle zmysłowego i miała wrażenie, że niebezpiecznego.
    A może zaczynała wpadać w paranoję?
    Być może ostrzeżenia detektywa Bentza przekonały ją, że nie należy nikomu ufać.
    Ty minął dom i skierował się ścieżką w stronę jeziora. Sam schowa¬ła butelkę rieslinga do lodówki i spojrzała na swoje odbicie w lustrze na starej szafce. Miała zaróżowione policzki i przydałaby jej się szminka, ale nie miała zamiaru upiększać się dla tego faceta. To tylko sąsiad z ze¬psutą łodzią. Nic więcej.
    Ruszyła za nim na pomost. Od razu zaczął grzebać w silniku płaskim kluczem, a mięśnie napięły mu się mocno, kiedy odkręcał starą śrubę.
    – Mogłam ci pożyczyć narzędzia. Mam ich trochę w domu – obcę¬gi, klucze, młotek…
    – Tak przypuszczałem, ale wiedziałem, że moje będąpasować. Mam odpowiedni rozmiar kluczy z kompletu od łodzi. – Uśmiechnął się do niej przez ramię. – Wyjąłem narzędzia wczoraj, jak sprawdzałem, czy coś nie cieknie, i zostawiłem na pomoście, a potem popłynąłem na krót¬ki rejs. – Przerwał, jakby czekał, co na to odpowie, a potem dodał:¬Zrobiłem głupotę, ale nie przypuszczałem, że będę potrzebował silni¬ka. – Skrzywił się i ostatni raz przekręcił śrubę. – Nie musisz nic mó¬wić. Wiem, że jestem idiotą.
    – Prosta pomyłka – powiedziała.
    – Prosty ze mnie człowiek – mruknął pod nosem, ale Sam nie wierzyła w ani jedno jego słowo. Czuła, że nie ma nic prostego w Tyu Wheele¬rze: nic a nic. Pies skoczył z pomostu na pokład, położył się koło steru z głową na łapach, a jego brązowe oczy śledziły każdy ruch. Nad ich gło¬wami, po bezkresnym modrym niebie wolt:I0 płynęły białe chmury, a ja¬strząb leniwie zataczał koła. Bom głównego żagla obsunął się trochę.
    – Cholera. – Ty popatrzył na maszt, a potem na nią. – Chcesz pomóc?
    – Jasne. Ale ostrzegam: marny ze mnie żeglarz.
    Ty obrzucił ją wzrokiem.
    – Ze mnie też. – Wiatr nadął rękawy jego koszulki, a on zakołysał się na piętach. – Możesz potrzymać bom nieruchorno przez kilka mi¬nut? – zapytał. – Ciągle spada.
    – Postaram się.
    – Jest ciężki.
    – Na studiach podnosiłam ciężary.
    Obejrzał ją od stóp do głów i ukrył uśmiech.
    – Tak, jasne. Założę się, że nie dostałaś się nigdy do światowej czo¬łówki.
    – Dobra, oszukałam cię – przyznała i weszła na pokład. – Ale gra¬łam w tenisa.
    – Zabójczy strzał w siatkę nic nam nie pomoże. Dobra, potrzymaj to. – Ułożył jej ręce na bomie i oboje zaparli się z całej siły i wstawili go na miejsce.
    – Wszystko w porządku? -zapytał i sprawdził zamek. Pociągnął za gładki kawałek drewna. Pot spływał mu po obu ~tronach twarzy. Popa¬trzył na takielunek, bom ani drgnął. Ty przeniósł wzrok na Sam. – Już możesz puścić.
    Zabolały ją ręce.
    – Nie miałam pojęcia, jak mało mam siły.
    Znów omiótł ją spojrzeniem.
    – Zrobiliśmy co trzeba. – Zdjął okulary, otarł pot z czoła i po raz pierwszy zobaczyła jego piwne oczy. – Dzięki. – Ponownie założył okulary.
    – Proszę bardzo. Zawsze do usług, kiedy coś ci się zepsuje. Wyszczerzył białe zęby.
    – Miejmy nadzieję, że nie za często. – Popatrzył na pokład "Świetli¬stego anioła". – Może Bóg chce mi powiedzieć, że nie nadaję się na właściciela łodzi. Znasz stare przysłowie? Jaki jest naj szczęśliwszy dzień w życiu właściciela łodzi?
    – Nie wiem. Jaki?
    – Dzień, w którym kupuje łódź. A jaki jest drugi najszczęśliwszy dzień w jego życiu?
    Czekała.
    – Dzień, w którym ją sprzedaje.
    Uśmiechnęła się i chciała zejść z łódki.
    – A ja zawsze myślałam, że faceci kochają takie rzeczy.
    – N iektórzy tak, ale z łodzią jest jak z kobietą. Musisz znaleźć tę odpowiednią. Czasami popełniasz błąd, a innym razem masz szczęście. ¬Patrzył na nią uporczywie zza ciemnych szkieł.
    – A mężczyźni sąjak samochody – zawsze niedoskonali. Nigdy nie dostaje się pełnej opcji.
    – Jaka jest pełna opcja? – zapytał.
    – Nie wiem, czy znam cię na tyle, żeby ci powiedzieć – zażartowała i zeszła na brzeg. Chorą kostkę przeszył ból. Skrzywiła się.
    – Wszystko w porządku?
    – Stara wojenna rana się odzywa. – Patrzyła jak dłubie w silniku i ból mijał. Obcęgami, kluczami i innymi narzędziami, których nie zna¬ła, pracował nad motorem, usiłował go uruchomić, i niezadowolony z wy¬dostającego się z niego warkotu, ponownie pochylał się nad urządze¬mem.
    Sam starała się nie patrzeć na jego zgięte plecy i ruch opalonych ra¬mion. Mięśnie napinały się i wiotczały. Spod luźnych spodni widać było skrawek białej bielizny tuż na biodrach.
    Przestań, ostrzegła się w duchu. Nawet go ńie znasz. Nie mogłajed¬nak n ie zauważyć jego wąskich warg i zmrużonych oczu, kiedy skupiał się nad pracą•
    Znów uruchomił silnik, który pracował nierówno.
    – Chybajuż lepiej nie będzie. Muszę go dać do generalnego remon¬tu – stwierdził. Sięgnął pod siedzenie, wyciągnął szmatę i wytarł ręce. Klepnął bom z szerokim uśmiechem. – Niezły zrobiłem interes.
    – Masz ochotę na coś do picia? Może trochę wina? Albo piwa? Jak dobrze poszukam, to może nawet znajdę puszkę coli. – Ostrzeżenia de¬tektywa Bentza na temat postępowania z obcymi i wymiany zamków rozbrzmiewały jej w głowie, ale starała się o nich nie myśleć.
    Wygramolił się z łodzi.
    – Może innym razem. – Wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś jesz¬cze, ale zamiast tego popatrzył w dal na jezioro, na skaczące ryby, których srebrne łuski mieniły się w świetle słońca. Zastanawiał się przez chwilę. – Słucham? – spytała zaintrygowana.
    – Chyba nie powinienem ci tego mówić, ale wpadłem wczoraj na naszą sąsiadkę, tę starszą panią, która mieszka po drugiej stronie ulicy.
    Sam uśmiechnęła się w duchu.
    – Niech zgadnę. Powiedziała, że powinieneś zapukać do moich drzwi z pudełkiem czekoladek lub butelką… – Zawiesiła głos i przypomniała sobie o rieslingu w lodówce. – Ach, to dlatego…
    – No. – Uniósł ręce, rozłożył dłonie i odetchnął głęboko. – Winny zbrodni.
    – A łódź?
    – Naprawdę zepsuta. – Pokręcił głową. – Tego nie udawałem.
    – Przynajmniej tyle – powiedziała trochę urażona. Nie oszukał jej, ale…
    – Dla twojej informacji: Edie powiedziała mi, że jesteś skrzyżowaniem Meg Ryan i Nicole Kidman, i że będę głupi, jeśli nie pójdę cię poznać. Dlatego zatrzymałem się tutaj, nie na następnym pomoście. Musiałem sam sprawdzić.
    – I co?
    – Cokolwiek teraz powiem, wpadnę w jeszcze większe tarapaty. -
    Potarł kark i spojrzał w dal. – Jeśli powiem, że jesteś ładniejsza od Meg i Nicole, wyśmiejesz mnie i każesz mi spadać. Będzie brzmiało jak tani podryw, ajeśli powiem: "Nie, starszej pani przydałyby się nowe okula¬ry", poczujesz się urażona. Za każdym razem ja przegrywam.
    Pomyślała o tym, jak jej wścibska sąsiadka porównała Tya do Harri¬sona Forda, Toma Cruise'a i Clarka Gable'a.
    – Edie KillingswOlih ogląda zbyt wiele filmów.
    – Nie. To jest typ kobiety, która uwielbia bawić się w swatkę. Pewnie pracowała już nad tobą.
    – Może. Powiedziała ci, że jestem wolna?
    – Sugerowała. – Spojrzał na lewą rękę, na której nie miała obrączki. – Żadnych kajdanków.
    – Od dawna. Jestem po rozwodzie – przyznała. – A ty?
    Zacisnął nieznacznie usta, jakby nie chciał o tym mówić. Nie miał ochoty opowiadać zbyt wiele o sobie.
    – Nie jestem żonaty. – Pies na łodzi zaskomlał. – Cicho, Sasquatch.
    To nie ja nadałem mu to imię – dodał, czytając w jej myślach, wdzięcz¬ny, że udało się zmienić temat. – Rasowa suka mojej siostry, owczarek, miała małe, które miały być czystej krwi. Kiedy szczeniaki się urodziły, okazało się, że suka naj prawdopodobniej przeskoczyła płot, zanim do¬puszczono do niej rasowego kawalera, który miał mieć honor spłodze¬nia potomstwa. W ten sposób moja siostra stała się właścicielką sześciu piesków bez rodowodu i mnie dostał się ten.
    Uśmiechnął się do psa..
    – Sara zdążyła go nazwać. Mieszka w hrabstwie Bigfoot, koło góry. św. Heleny w stanie Waszyngton. To było dwanaście lat temu.
    Ty gwizdnął ostro, pies wyskoczył z łodzi i podbiegł pomostem do jego nogi. Ogonem zamiatał po zakurzonych deskach, wywaliłjęzor i dy¬szał ciężko.
    – Dobrze wyszkolony – powiedziała i podrapała starego owczarka za uszami. Nagle, na widok kota, pies zamarł i napiął wszystkie mięśnie. Charon szedł przez środek trawnika. Zauważył psa i stanął w miejscu, tuż u podnóża dębu. Nastroszył czarne futerko, patrzył na intruza szeroko otwartymi oczami i ani mrugnął..
    – Nawet o tym nie myśl- ostrzegł psa Ty. Zwierzę pisnęło cicho, ale nie ruszyło się z miejsca, podczas gdy Charon przemknął jak cień w bezpieczne schronienie w krzakach.
    Ty podrapał owczarka po wielkiej głowie.
    – Zachowuj się najgrzeczniej, jak potrafisz, bo pani cię wyrzuci.
    – A dlaczego sądzisz, że jego zachowanie będzie miało na mnie jakikolwiek wpływ? – zapytała zdziwiona i zdała sobie sprawę, że już flir¬tuje z tym obcym mężczyzną. Miło było się pośmiać i porozmawiać bez zamartwiania się, jak on przyjmie jej słowa. Jeśli mu się nie spodobają, trudno. Może sobie iść. – Pies może robić to, na co ma ochotę – powie¬działa. – Ty jednak musisz być grzeczny.
    – Zawsze – odparł szybko, może za szybko. Stał tak blisko, że Sam musiała podnosić głowę, żeby spojrzeć mu w twarz. W kącikach oczu miał zmarszczki, a nad jedną brwią widniała blizna. Skórę miał opaloną i wyglądał na silnego faceta, który potrafi zadbać o siebie i o innych. Jeśli tylko zechce.
    Serce Sam na chwilę zamarło. Pomimo miłego głosu i urody, był obcym człowiekiem – nie znała go. Wydawał się opanowany, lecz pod zewnętrzną powłoką krył się jakiś niepokój.
    Przypomniała sobie, że gdzieś na ulicach Nowego Orleanu czai się cztowiek, który postanowił ją terroryzować, zna jej nazwisko i adres. Wie, gdzie pracuje. A ona go nie zna i nie rozpoznałaby go na ulicy.
    Więc skąd mogła wiedzieć, że ten facet, ten obcy, który mieszkał na końccu ulicy, nie był Johnem, który dzwonił do radia podczas programu, wysłał jej list i zdjęcie z wydłubanymi oczami?
    _ Ed ie zdradziła m i, że to ty jesteś doktor Sam – przyznał. – Samanta Leeds, piękna kobieta, doskonała kucharka i psycholog radiowy.
    Zdenerwowała się•
    – Szukasz terapeuty?
    _ Zależy. – Uśmiechnął się lekceważąco. – Tylko nie dzwoń do mojej siostry. Zapisałaby mnie na wizyty do końca mojego życia. – Skrzyżo¬wał ręce na piersi, a szwy koszuli naprężyły się mocno. – Wtedy mogła¬byś przejść na emeryturę•
    – Nie sądzę, żebyś potrzebował mojej pomocy.
    _ To profesjonalna opinia? – Bawił się z nią i znowu flirtował.
    _ Nie znam cię na tyle dobrze, żeby wydać uczciwą opinię, ale jeśli chcesz pogrzebać w swojej przeszłości, lub porozmawiać o tym, jak to matka cię nie kochała, lepiej umówmy się na sesję•
    – Sądziłem, że pracujesz tylko w radiu.
    _ Owszem. Przynajmniej na razie. Może powinieneś zacząć słuchać…
    _ Już słuchałem. – Cień jego sylwetki padł na nią i puls Sam trochę przyspieszył.
    – Dzwoniłeś kiedyś? Pokręcił głową.
    – Jeszcze nie.
    _ I co o tym sadzisz? – Nie mogła opanować przepełniającego ją powoli uczucia strachu.
    Ty podrapał nieogolony podbródek.
    _ Nie wiem, co o tym myśleć. Wygląda na to, że cała masa samot¬nych ludzi dzwoni, żeby pogadać. Według mnie chcą nawiązać kontakt z drugim człowiekiem, albo mieć swoje piętnaście minut sławy.
    – Sławy albo niesławy.
    _ Sama wiesz. – Patrzył na nią zza ciemnych szkieł. Chwycił plastikowe krzesełko, obrócił i sprawdził jego wytrzymałość. Potem oparł się o niego i wbijał w nią uporczywe spojrzenie. Wiatr się uspokoił, słońce paliło teraz ostrzej, a promienie odbijały się od wody. – Wyglądasz na zdrową oso,bę•
    – A ty? – zapytała. – Jesteś zdrowy?
    _ Jak ryba – odpowiedział. Motorówka, która ciągnęła za sobą de¬skę, przepłynęła niedaleko i na wodzie powstały spienione fale. Rozległ się śmiech, a jakieś dziecko spadło z deski do wody. Łódka zrobiła peł¬ny zwrot, żeby wydobyć chłopca unoszącego się na powierzchni jak korek. – Ale co to właściwie znaczy – być zdrowym?
    – Właśnie – powiedziała i pomyślała, że jest bardziej skompliko¬wany, niż sądziła. Nie pasował do niego model grzecznego chłopca peł¬nego swojskiego uroku. Nie, Ty Wheeler był kimś więcej niż wielkim teksańczykiem z seksownym uśmiechem. Najgorsze, że zaczynał się jej podobać. To absurdalne, ale zaintrygował ją i bardzo chciała zajrzeć mu w głąb duszy i odkryć, co Ty skrywa pod maską. Pomyślała, że to głupie i że igra z ogniem. Facet oznaczał kłopoty, a tych miała tyle, że wystar¬cząjej na całe życie.
    Zostaną tylko sąsiadami. Nie warto było myśleć nawet o ewentual¬nej przyjaźni, a inne rzeczy nie wchodziły w grę. Kropka.
    Jeżeli związek z Davidem czegokolwiek ją nauczył to tego, że nie była gotowa na stały związek.
    Jejku, chyba wyprzedzasz fakty… ledwo go poznałaś i już myślisz o emocjonalnym zaangażowaniu. Zejdź na ziemię, Sam.
    – Wiesz, zwykle nie spotykam się z wielbicielami.
    – Kto powiedział, że jestem twoim wielbicielem? – Rzucił jej promienny uśmiech. – Ja tylko wspomniałem, że kiedyś słuchałem audycji. – Odwrócił głowę w stronę "Świetlistego anioła". – Może popłyniesz ze mną kiedyś?
    – Po tym wszystkim, co powiedziałeś mi o łodzi? Po tym, jak pomagałam ci ją naprawić? Możesz uznać, że jestem dziwna, ale chyba dziękuję.
    – A kiedy będzie już naprawiona?
    – A kiedy to nastąpi?
    Wzruszył ramionami.
    – Pewnie w następnym tysiącleciu.
    – Zadzwoń do mnie. – Podała mu swój numer.
    – Zadzwonię – powiedział i przyglądał jej się przez dłuższą chwilę.
    Potem gwizdnął na psa i wrócił na łódź. Pomachał jej i odpłynął, a Sam stała boso na pomoście, osłaniając ręką oczy i patrząc, jak się oddala.
    Ten facet, to kłopoty. Jesteś inteligentna, Sam. Zapomr:r.ij o nim, za¬nim ten flirt zamieni się w coś więcej.
    Miała silne przeczucie, że już jest za późno.

Rozdział 10

    – Więc co, według ciebie, miał na myśli? Sugerował, że to ich wina? _ zapytał Montoya. Zgniótł kubek po kawie i nad głową Ricka Ben¬tza wrzucił go do stojącego w kącie kosza.
    – Dwa punkty – powiedział Rick automatycznie.
    – Trzy, człowieku. Rzut wolny. Trafiłem zza linii.
    – Skoro tak mówisz. – Rick kartkował raporty w sprawie Rosy Gillette i Cherie Bellechamps.
    – A o co chodziło temu od telefonów? – pytał Montoya.
    – Nie wiem. – Rick podrapał się w brodę i przypomniał sobie rozmowę z panią psycholog.
    – Nie myśl o tym. Mamy i tak za dużo roboty z tym, co jest.
    – Robię to, co każe mi JaskieJ. – Odsunął raporty na bok. – Słuchaj, Montoya, obaj wiemy, jakie to szczęście, że jestem tutaj. Nie chce mi się wierzyć, że wylądowałem za biurkiem.
    – Zasłużyłeś sobie, stary. Po tylu latach. – To było w Los Angeles.
    – No i wpakowałeś się w jakieś kłopoty. Wielkie rzeczy. Przynaj¬mniej wiesz, jak jest na dnie; inaczej by cię tu nie było, prawda?
    Montoya miał rację. Dwadzieścia lat w policji Los Angeles powinno coś znaczyć, ale Bentz i tak miał szczęście, że dostał jakąkolwiek robo¬tę. Referencje miał więcej niż świetne, wszyscy o tym wiedzieli, nawet Montoya. Tylko nie wszyscy znali przyczyny. Zdrętwiał, kiedy sobie przy¬pomniał o młodym pechowcu, który wymierzył w jego partnera pistolet zabawkę. Bentz zareagował i dwunasto latek zginął. Jego rodzina złoży¬ła zgodnie z prawem skargę do sądu i Bentz został zawieszony. Miał szansę odzyskać odznakę, ale popadł w alkoholizm i przez kilka lat nie rozstawał się z butelką. Szefowie policji w LA doszli do wniosku, że więcej z nim kłopotów niż pożytku.
    – Tak – odpowiedział wreszcie młodszemu koledze – wiem jak jest na dnie. – Wiedział doskonale, że na dnie śmierdzi.
    – Więc nie opowiadaj mi już bzdur o tym, jak szukałeś pracy. Ja¬skiel cię zatmdniła, żebyś prowadził sprawy, które wybiera, bo ci ufa i wie, że będziesz harował dwadzieścia cztery godziny na dobę. Moim zdaniem ty i tak nie potrzebujesz żadnego czasu wolnego. Czy faceci w twoim wieku mają w domu coś, do czego warto wracać? – zapytał Montoya. – Szczególnie teraz, kiedy twoja córka jest na studiach, nie masz powodu, żeby wracać na noc.
    – Kristi nadal mieszka ze mną – odparł Bentz i pomyślał o córce, jedynej rodzinie jaka mu została. Matka Kristi, Jennifer, nie żyła. Roz¬wiodła się z Bentzem dawno temu i wszyscy myśleli, że to z powodu pracy, co tylko częściowo było prawdą. Było coś więcej i Bentz został sam z córką i tajemnicą, której nikomu nie zamierzał ujawnić. Spojrzał na podwójną fotografię na biurku. Na jednym zdjęciu Kristi miała pięć lat i właśnie zaczynała chodzić do przedszkola; drugie zrobiono we wrześ¬niu. Nie mógł uwierzyć, że skończyła osiemnaście lat i wkrótce przepro¬wadzi się do Baton Rouge. – Wybiera się do Ali Saints dopiero za mie¬SIąC.
    Montoya oparł się biodrem o biurko Ricka, wziął nóż do papieru i obrócił go w palcach.
    – Więc uważasz, że ten, który napastuje panią doktor jest niebezpieczny?
    Rick zerknął na podziurawione zdjęcie i podał je Reubenowi.
    – Popatrz na to.
    Twarz Montoyi stężała.
    – Ten, kto to zrobił, ma bardzo nierówno pod sufitem.
    – l kto wie, czy na tym się skończy. Uważam, że może być groźny.
    – Ale… – dodał Reuben.
    – … być może robi to tylko na pokaz i dla sławy. Notowania audycji skoczyły do góry od cz'asu pierwszego incydentu, a stacja od lat jest w finansowych tarapatach. George Hannah kupił WSLJ. Myślał, że po¬stawi ich na nogi, ale nie udało się. Może to spisek i chwyt reklamowy. ¬Jednak Rick w to nie wierzył.
    Montoya skrzywił się na widok fotokopii.. – To jest chore.
    – No. Czekam na raport o tym liście i zdjęciu. Zabrałem oryginały z policji w Cambrai i wysłałem do laboratorium.
    Podniósł zdjęcie do góry.
    – Wiesz, co mi to przypomina?
    Bentz myślał o krok szybciej oiż jego młodszy partner.
    – Studolarówki z zaczernionymi oczami.
    – Może to ten sam facet.
    – Zastanawiałem się nad tym. Nawet napisałem o tym w raporcie, ale tu nie zamalował oczu czarnym flamastrem.
    – Można by myśleć… ale może ten świr jest sprytniejszy, niż sądzimy.
    – To odległa hipoteza. – Ale Bentz brał ją pod uwagę.
    – Ale to możliwe, bo inaczej nie pomyślałbyś o tym – powiedział Montoya.
    Bentz sięgnął po kawę, która była słaba i letnia.
    – Niczego nie wykluczam. – Prawdę mówiąc, zdjęcie z wydłubanymi oczami martwiło go bardziej niż telefony do radia. Miał bardzo złe prze¬czucia. Czy facet był kawalarzem, czy niedługo zrobi coś gorszego? A co z tąpaniąpsycholog? Samanta Leeds powinna być bardziej ostrożna i nie pozwalać obcym ludziom przybijać łodziami do swojego pomostu.
    Reuben rzucił kopię zdjęcia na stos akt.
    _ Co mamy na temat naszego seryjnego mordercy?
    _ Trochę więcej. W obu przypadkach zostawił nasienie. Laborato¬rium mówi, że to ~a sama grupa krwi. Podobnie z próbkami włosów.
    – Czyli żadnej niespodzianki.
    _ Ten sam typ ofiary, na pierwszy rzut oka. Obie były prostytutkami. Obie udusił czymś ostrym, jakąś pętlą, i ułożył w tej samej pozycji. Nie boi się zostawiać odcisków palców i nie możemy ich do nikogo dopaso¬wać, bo nie był notowany ani nie pracował tam, gdzie się je rutynowo zbiera. – Bentz rzucił Montoyi teczkę. – W obu przypadkach znaleziono też inne włosy, sztuczne i rude.
    – Peruka?
    _ Tak, ale nie majej. W mieszkaniach nie znaleziono nic podobnego i według ludzi, którzy znali ofiary, żadna nie nosiła czerwonej peruki, nawet do pracy..
    _ Więc w chwili śmierci miały perukę na sobie i mordercajązabrał. Czy to chcesz powiedzieć?
    Bentz skinął głową•
    _ Zupełnie jakby chciał, żeby ofiara wyglądała na rudzielca.
    – Jezu. Jak doktor Sam.
    – Może.
    Montoya wstrzymał oddech.
    – Nadal dalekie skojarzenie.
    _ Wiem. – Bentz sam był ciekaw, czy znalazł związek, ale nie mógł zapomnieć o wydłubanych oczach i czerwonych włosach. – Sprawdza¬my u producentów i w sklepach, gdzie sprzedają peruki. Porównuję inne sprawY. Może były jakieś zabójstwa, gdzie była czerwona peruka.
    _ To niewiele, ale zawsze coś – powiedział Montoya i podrapał się nożykiem po koziej bródce. – Sprawdziłem byłego męża Cherie Belle¬champs, Henry'ego. Okazało się, że miał polisę na życie, której nikomu nie odstąpił. Dostał pięćdziesiąt tysięcy dolarów.
    – Gdzie był, kiedy popełniono morderstwo?
    – W łóżku, w domu.
    – Sam?
    _ Nie. Ma dziewczynę, która przysięga, że był z nią całą noc. Tylko że ona jest notowana. N ic wielkiego. Kradzież w sklepie, jazda po pija¬nemu i posiadanie kokainy. Podobno od kilku lat jest czysta, od kiedy związała się z Henrym. A tak na marginesie, to on nie jest Henry ani Hank. Wymawia swoje imię z francuska – Henri.
    – Pies go trącał – warknął Bentz.
    – Nawet gdyby miał alibi, to mógł być inicjatorem. Może znalazł kogoś i zapłacił, żeby się pozbyć byłej żony.
    – Tylko po co mu druga ofiara? Żeby nas zmylić? – Bentz tak nie uważał.
    Rozległ się dzwonek. Montoya rzucił nóż do li•stów na stos akt na biurku Bentza i wyciągnął pager z kieszeni czarnych spodni. Rzucił szyb¬ko okiem, przeczytał informację i dodał:
    – Nie jestem przekonany, że to nie on, ale nie umiem go połączyć ze śmiercią Gillette. Muszę zadzwonić. Masz coś jeszcze?
    – Mały problem – powiedział Bentz i oparł się o krzesło. – W pierw¬szym przypadku kobieta została przed śmiercią zgwałcona, ale Rosa chyba najpierw została zabita…
    – Chyba?
    – Lekarz nie jest pewien…
    – Dlaczego?
    – Według mnie facet zrobił to w chwili, kiedy ją zabijał. To go właśnie podnieca – ich śmierć.
    Oczy Montoyi zwęziły się.
    – Cholera. – Schował pager do kieszeni. – Pora zebrać zespół ekspertów. Bentz skinął głową.
    – Rozmawiałem już o tym z Jaskiel i poruszyła, kogo trzeba. Montoya się nachmurzył.
    – Będziemy tu mieli federalnych.
    – Tak. Naszych chłopaków. – Bentz siłą zmusił się do uśmiechu.- Zabawa się zaczyna.

    Siedział przy porysowanym stole i wsłuchiwał się w odgłosy nocy.
    Olbrzymie żaby rechotały, ryby pluskały, owady bzyczały, a woda odbi¬jała się od pali, na których wzniesiono mały domek, jego jedyną kryjów¬kę. Jego umysł domagał się działania. Odczuwał potrzebę ponownego polowania, ale teraz musiał być ostrożny i dokonać mądrego wyboru.
    Spojrzał na swoje dzieło i uśmiechnąfsię. Wziął do ręki jeden z ciem¬nych paciorków, którego krawędzie star~mnie naostrzył pilnikiem. Wy¬konał misterną pracę i pocił się przy niej, ale było warto. Każdy pacio¬rek rozetnie miękką skórę jak brzytwa. Stwardniała skóra na palcach nie pęknie i nie będzie krwawić, ale biała szyja ulegnie od razu.
    Pomyślał o tych, którymjuż odebrał życie i o podnieceniu,jakie czuł,. kiedy widział, że kobieta już wie, że umiera. Lubił czuć kształt pacior¬ków w dłoniach, kiedy ostatni oddech opuszczał płuca ofiary. Boże, to podniecało go tak bardzo, że przestawał myśleć… słyszał tylko pulso¬wanie w mózgu, zew pożądania, który wstrząsał całym jego ciałem. Prze¬żywał każdą chwilę jeszcze raz i wiedział, że będzie to musiał powtó¬rzyć po to, aby raz jeszcze ożywić wspomnienia.
    Kiedy obrazy zaczęły zanikać, erekcja ustąpiła. Znów skupił się na pracy. Piłował, ostrzył i polerował koraliki, aż do rozpoczęcia audycji. Włączył radio we właściwym momencie. Muzyka przycichła i przez szu¬my i trzaski dobiegł go głos doktor Sam:
    _ Dobry wieczór Nowy Orleanie. Witam… – Głos był przesycony erotyzmem, seksowny.
    Suka.
    Przerwał na chwilę pracę, żeby posłuchać skarg pierwszej osoby. Potem sięgnął do pudła z narzędziami. Znalazł dwie szpulki: żyłkę, która wytrzy¬ma ciężar dziesięciu kilo, mocną, nową i łatwo przechodzącą przez dziurki w paciorkach; i strunę, jeszcze mocniejszą, ale mniej giętką. Po niej koraliki nie będą przesuwać się swobodnie i wrażenie nie będzie tak miłe. Którą ma wybrać? Korzystał już przedtem z obu i żadna go nie zawiodła.
    Głos doktor Sam odpowiedział na pytanie słuchaczki. Była taka spo¬kojna, rozsądna i uwodzicielska. Sięgnął do rozporka… ale zrezygno¬wał. Miał jeszcze coś do zrobienia. Schował szpulkę ze struną do pudeł¬ka i zębami rozerwał opakowanie na żyłce. Wyjął kawałek i pociągnął z całej siły, aż się rozwinęła.
    Napiął mięśnie rąk, linka głęboko weszła w skórę, ale jej nie przecięła. Doktor Sam dalej prowadziła program i rozmowy z idiotami, którzy do niej dzwonili. Tymczasem on nawlekał zaostrzone paciorki w prawi¬dłowej kolejności, tak, żeby wyszedł mu idealny różaniec.
    Tylko perfekcyjnie wykonany, spełni swoje zadanie.

Rozdział 11

    Melanie wyłączyła telefon komórkowy i wściekła stanęła na par¬kingu przy centrum handlowym. To był fatalny tydzień. Okropny. Nic nie wskazywało na to, żeby miało się poprawić, pomyślała. Stuknꬳa w deskę rozdzielczą z nadzieją, że zepsuty klimatyzator włączy się jakimś cudem. Niestety, nie zadziałał, a temperatura w samochodzie się¬gała stu stopni.
    Bawełniana koszulka pogniotła się i przykleiła do ciała. Pociła się pomiędzy nogami. Wygramoliła się z samochodu i próbowała nie myśleć, że Trish LaBelle unika jej telefonów. Wspaniale. W radiu już się mówi¬ło, że program Nocne wyznania zostanie wydłużony, ale nikt nie wspo¬mniał ani słowem o Melanie i awansie, na który zasłużyła.
    To, co robiła Samanta, było łatwizną. Melanie mogłaby robić to samo z zamkniętymi oczami. Czy nie udowodniła tego, kiedy Sam była w Mek¬syku? Notowania spadły odrobinę, ale tego należało się spodziewać. Gdyby dali jej wystarczająco dużo czasu, Melanie była pewna, że mo¬głaby zdobyć nową, ogromną rzeszę słuchaczy. Był młoda i miała to coś. Ale potrzebowała szansy, żeby się sprawdzić.
    Weszła do pralni i podała nazwisko drobnej blondynce, która miała długie na dwa centymetry czarne paznokcie, brzydkie zęby i ironiczny wyraz twarzy.
    Skoro w WSLJ nie chcieli jej dać pracy przy mikrofonie, postanowiła zadzwonić do konkurencyjnej stacji WNAB, gdzie pracowała Trish LaBel¬le. Trish nienawidziła doktor Sam i Melanie doszła do wniosku, że ucieszy się z okazji spotkania asystentki Sam i może zaproponuje jej pracę.
    Jak dotąd Trish nie odpowiadała na jej telefony. W końcu odpowie.
    Melanie nie należała do osób, które łatwo się poddają. Zawsze była pracowita jak mrówka i sama decydowała, kiedy odpocząć. Jeśli będzie musiała, zacznie pracować na własny rachunek.
    – Proszę. – Dziewczyna podała jej ubrania na wieszaku w plastiko¬wym worku, a Melanie wyciągnęła kartę.
    – Przykro mi, ale terminal nie działa. Ma pani gotówkę albo czek?
    – Zostawiłam książeczkę czekową w domu – powiedziała Melanie i zaczęła grzebać w portfelu. Znalazła tylko dwa pomięte banknoty jed¬nodolarowe. Za mało, a robiło się późno. Melanie była spuchnięta i obo¬lała; lada chwila mogła dostać okresu, w pracy nie miała szans na awans, rodzina miałają w nosie, a z chłopakiem nie udało jej się skontaktować.
    Było źle i wszystko szło ku jeszcze gorszemu.
    – W budynku obok jest bankomat. – Pryszczata dziewczyna wyciągnęła płatek gumy do żucia i czekała ze znudzoną miną.
    Melanie poczuła gniew..
    – To nie moja wina, że wasz głupi terminal nie działa.
    Panienka wzruszyła chudymi ramionami i spojrzała na Melanie znu¬dzona.
    – Kogo to obchodzi. – Wytrzymała jej wzrok i przez chwilę Mela¬nie miała ochotę złapać swoje rzeczy i uciec. Przecież i spódnica, i bluz¬ka, i krótka marynarka należały do niej.
    Jakby czytając w myślach Melanie, dziewczyna wzięła plastikowy worek z ubraniami i powiesiła go na innym stojaku za ladą.
    – Świetnie. – Melanie zatrzasnęła portfel. – Zaraz przyjdę. – Nie mia¬ła zamiaru zawracać sobie tym dzisiaj głowy. Konała ze zmęczenia. Na zewnątrz oślepiło ją słońce. Poprawiła okulary przeciwsłoneczne i wsu¬nęła się do rozgrzanego samochodu. Kierownica była tak gorąca, że nie dało się jej dotknąć. Przekręciła kluczyk, wrzuciła wsteczny bieg i kiedy ryknęło radio, nacisnęła gaz. We wstecznym lusterku zauważyła olbrzy¬miego, białego cadillaca, który ruszył w tej samej chwili. Nacisnęła ha¬mulce, a olbrzym powoli ruszył z miejsca. Starszy mężczyzna nawet nie spojrzał w jej stronę, tylko powoli wyjechał z parkingu.
    – Idiota – mruknęła. – Stary piernik.
    Wycofała, wrzuciła pierwszy bieg i wyrwała do przodu. Przed pierw¬szymi światł.ami minęła faceta i opanowała chęć dania mu nauczki. W końcu to nie jego wina, że jest stary.
    Wjechała na autostradę i otworzyła szyberdach i wszystkie okna.
    Wiatr rozwiewał jej włosy i poczuła się lepiej. Nie mogła pozwolić, żeby taka chamska, zarabiająca grosze panienka wyprowadziła ją z równo¬wagi. Odbierze ciuchy później, a tymczasem skupi się na planie B.
    Tak czy inaczej, dostanie awans i usiądzie przy mikrofonie. Pogrą¬żyła się w marzeniach nad tym, jak daleko chce zajść. Może dotrze do telewizji. Była przecież ładna. Powoli najej ustach pojawił się uśmiech. Sięgnęła po telefon komórkowy,jadąc sto trzydzieści na godzinę. Chciała zadzwonić do chłopaka i umówić się z nim, jeśli uda jej się dodzwonić.
    Musiała się odprężyć, a on wiedział doskonale, jakjej w tym pomóc.

    Sam miała spocone dłonie, a serce biło jej jak szalone, ale kiedy we¬szła do kabiny, powiedziała sobie, że zachowuje się głupio i tchórzliwie.
    Przez prawie tydzień nic się nie wydarzyło…
    Co noc, kiedy rozpoczynała program, czuła takie samo zdenerwo¬wanie. John milczał. Może zrezygnował? Może znudziły mu się żarty, jeśli to były żarty? Może wyjechał z miasta?
    Albo na coś czekał?
    Czekał na odpowiedni moment.
    Przestań, Sam, bo do niczego nie dojdziesz. Ciesz się, że zniknął. Mimo to nadal była spięta, a pozostali pracownicy rozgłośni także się denerwowali. Jedni bardziej, inni mniej. Gator i Rob żartowali sobie z jej "adoratora". Eleanor gotowała się ze złości, a Melanie uważała, że to pod¬niecające. George Hannah miał nadzieję, iż notowania nadal będą rosły.
    Zawiódł się. Kiedy John nie dzwonił, liczba słuchaczy spadła do sta¬rego poziomu, który rozgniewana Sam i tak uważała za przyzwoity. Kie¬dyś George, jego pą.rtnerzy i nawet Eleanor byli zadowoleni.
    Teraz było inaczej.
    – Nie martw się, kochana – powiedziała jej Eleanor – przynajmniej ten zboczeniec się odczepił. Ja się cieszę, a jeśli chodzi o George'a, to niech wymyśli lepszy sposób na przyciągnięcie słuchaczy. Miejmy na¬dzieję, że ten John już nigdy nie zadzwoni.
    Sam zgadzała się z nią, ale w duchu miała ochotę porozmawiać z n im jeszcze raz i dowiedzieć się, o co mu chodziło. Dlaczego postanowił 90 niej zadzwonić? Kim był? Dla psychologa był interesujący, a z kobiece¬go punktu widzenia wzbudzał przerażenie.
    Zamknęła za sobą drzwi kabiny, włożyła słuchawki, usiadła na krze¬śle i ustawiła odpowiednio przełączniki. Potem sprawdziła komputer i zerknęła przez szybę na studio obok. Melanie siedziała przy biurku i bawiła się pokrętłami. Podniosła kciuk w górę na znak, że jest gotowa sprawdzać przychodzące rozmowy. Tiny także tam był. Mówił coś do Melanie, ale Sam nie mogła tego słyszeć. Roześmiali się i sprawiali wra¬żenie• wyluzowanych. Tiny otworzył puszkę dietetycznej coli.
    Przez kilka ostatnich nocy Sam nie poruszała tematu grzechu, kary i odkupienia. Powróciła do problemu związków między ludźmi, co za¬wsze stanowiło trzon audycji. Wszystko wracało do normy. Było tak jak kiedyś, zanim po raz pierwszy zadzwonił John. Dlaczego jednak zdener¬wowanie, które czuła za każdym razem, kiedy siadała na tym krześle zamiast maleć, rosło?
    Melanie dała jej znak przez szybę i w kabinie rozległy się dźwięki muzyki. John Lennon zaśpiewał Noc po ciężkim dniu.
    Gdy piosenka ucichła, Sam pochyliła się do mikrofonu.
    – Dobry wieczór Nowy Orleanie. Witam. Tu doktor Sam i Nocne wyznania w WSLJ. Jestem gotowa wysłuchać waszych opinii… – Od¬prężyła się i powoli przyzwyczajała do mikrofonu. Poprosiła słuchaczy o telefony. – Kilka dni temu rozmawiałam z ojcem i mimo że mam po¬nad trzydzieści lat, on nadal uważa, że ma prawo mówić mi, co mam robić – powiedziała, żeby nawiązać kontakt ze słuchaczami. Miała na¬dzieję, że ktoś przeżywa to samo i się odezwie. – Mieszka na Zachod¬nim Wybrzeżu i zaczynam mieć wrażenie, że powinnam być gdzieś bli¬żej niego, bo może mnie potrzebować teraz, kiedy robi się coraz starszy. ¬Przez chwilę mówiła o stosunkach między dziećmi i rodzicami. Potem linie telefoniczne zaczęły mrugać.
    Dip.rwszy dzwoniący odłożył słuchawkę. Druga kobieta, której matka była po wylewie: rozdarta pomiędzy pracę, dzieci, męża i poczuciem, że matka jej potrzebuje. Trzeci telefon był od wrogo nastawionej nastolatki, która nienawidziła rodziców za wszystko, co próbowali jej powiedzieć. Po prostu "nie rozumieli" jej.
    Potem zaczęły się komentarze ze strony dzieci i rodziców, kórzy uważali, że dziewczyna powinna słuchać swoich staruszków.
    Sam odprężyła się jeszcze bardziej. Czuła się swobodnie przy mikrofonie i powoli popijała kawę. Dyskusja toczyła się, aż wreszcie na linii trzeciej odezwała się kobieta. Przedstawiła się jako Annie. Sam nacisnęła guzik, żeby odebrać telefon.
    – Cześć – powiedziała. – Tu doktor Sam. Z kim rozmawiam?
    – Z Annie – wyszeptał deljkatny, cienki głos. Głos, który wydał jej się znajomy, ale Sam nie mogła powiązać go z żadną twarzą. To pewnie ktoś, kto dzwonił regularnie.
    – Witaj, Annie. Co chciałabyś nam dziś powiedzieć?
    – Nie pamiętasz mnie? – zapytała dziewczyna.
    Sam poczuła, jak włoski stająjej dęba na karku. Annie?
    – Przykro mi. Gdybyś mogła przypomnieć…
    – Dzwoniłam już kiedyś do ciebie.
    – Naprawdę? Kiedy? – zapytała, a szorstki głos nie zamilkł, tylko nadal szeptał na falach eteru.
    – W czwartek są moje urodziny. Miałabym dwadzieścia pięć lat…
    – Miałabyś? – powtórzyła Samanta i poczuła, że robi jej się zimno.
    – Pamiętasz? Zadzwoniłam do ciebie dziewięć lat temu, a ty kazałaś mi spadać. Nie słuchałaś i…
    – O, Boże – powiedziała Sam, a oczy zrobiły jej się okrągłe z prze¬rażenia. Serce przestało bić na chwilę i poczuła, że to jakieś koszmarne deja vu. Annie? Annie Seger? Niemożliwe. Myśli przelatywały jej przez głowę i wspomniała czasy, do których nie chciała wracać.
    – Proszę, jesteś moją jedyną nadzieją – wyznała jej Annie kilka lat temu." Pomóż mi, proszę. Pomocy. – Sam ogarnęło potworne poczucie winy. Dobry Boże, dlaczego to się działo znowu?
    – Kto mówi? – Sam z trudem wydobyła głos. Kątem oka spojrzała do studia obok, gdzie Melanie słuchała, kręciła głową z dłońmi uniesio¬nymi do góry, jakby chciała powiedzieć, że dzwoniąca znowu umknęł; kontroli. Tiny patrzył prosto przez szybę ze wzrokiem wbitym w San' Zapomniał o puszce z napojem, którą ściskał w dłoni.
    – … i nie pomogłaś mi – oskarżał ją szepczący głos, który ani namoment się nie załamał. – Pamiętasz, co się wtedy stało, doktor Sam Sam miała szum w głowie i spocone ręce.
    – Pytałam, jak się nazywasz, Annie. Jak masz na nazwisko. Usłyszała stuk i dziewczyna się rozłączyła. Sam siedziała jak zal rowana.
    Annie Seger.
    Nie! Coś ścisnęło ją w żołądku.
    To było tak dawno temu, a jednak teraz siedziała w studiu, tak jak wtedy. Wszystko zaczęło jej się przypominać. Powróciło jak fala przy¬pływu i sprawiło, że zrobiło jej się słabo i zimno. Dziewczyna umarła z jej powodu. Dlatego, że Sam nie mogła jej pomóc. Boże, nie pozwól, żeby to stało się jeszcze raz.
    – Samanto! Samanto! Obudź się! – Głos Melanie świdrowałjej mózg, ale nadal nie mogła się ruszyć. – Jezu Chryste, weź się w garść! – Jakby za mgłą poczuła na ramionach dłonie Melanie. Poderwała ją z krzesła, popchnęła przez niewielkie studio w stronę Tiny'ego, jak najdalej od biurka i mikrofonu. Pogrążona w szoku, Sam potknęła się i wykręciła kostkę. I wtedy oprzytomniała. Zdała sobie sprawę, że jest w Nowym Orleanie i że jest na antenie. – Na litość boską, weź się w garść – mówi¬ła Melanie. Chwyciła słuchawki i sięgnęła po mikrofon. – Wynoś się stąd – rozkazała Tiny'emu.
    – Chwileczkę. Nic mi nie jest. – Sam nie zamierzała ustępować.
    – Udowodnij to. – Melanie patrzyła na nią intensywnie i popychała ją w stronę korytarza. Tiny wypchnął ją z pokoju, a Melanie pochyliła się do mikrofonu, włączyła go i w tej chwili jej głos przybrał łagodną barwę. Była gorąca noc w Luizjanie.
    – Proszę nam wybaczyć tę przerwę. Mieliśmy drobne problemy tech¬niczne. Dziękujemy państwu za cierpliwość. Powrócimy do Nocnych wyznań z doktor Samantą Leeds za chwilę, a teraz lokalna prognoza pogody. – Melanie, jak znawca, nacisnęła guziki automatycznego od¬twarzania prognozy pogody i nagranych reklam.
    – Co tu się stało? – zapytał Tiny i nagle zauważył, że wciąż ściska ręce Sam. Puścił ją i odsunął się parę kroków. Korytarz wydał jej się jesz¬cze bardziej groźny i ciemniejszy niż zwykle. W szklanych gablotach sta¬ły płyty, które nadawały mu dziwny wygląd. Oczywiście Sam zawodziły nerwy; korytarz i szafka na płyty były takie same jak przedtem.
    Sam zrobiła kilka głębokich wdechów i wzięła się w garść. Nie mo¬gła pozwolić, żeby jeszcze jeden głupi kawałtak nią wstrząsnął.
    – Kim była ta dziewczyna na linii?
    – Nie wiem – przyznała Sam i oparła się o ścianę. Otarła czoło dłonią i z trudem wyprostowała plecy. Myśl, Sam. Myśl. Nie pozwól, żeby jakiś szurnięty słuchacz z tobą wygrał. – Nie mam pojęcia, kto to był. Nie mogę sobie wyobrazić, kto zrobiłby coś tak chorego. Kimkolwiek była ta osoba, chciała, żebym wzięłająza Annie Seger. – Boże, tylko nie Annie. Co tu się działo? Dziewczyna nie żyje od dziewięciu lat. Umarła. Sam źle odczytała sytuację i nie zwróciła uwagi na prośby o pomoc. Teraz czuła kołatanie w głowie, a kawa, którą wcześniej wypiła, przelewała jej się w żołądku.
    Nie pozwól, żeby cię to dopadło, Sam. Nie daj się!
    – Powiedziała, że nazywa się Annie i od tego dostałaś ataku pani¬ki – oskarżył ją Tiny. – Zachowałaś się, jakbyś ją znała.
    – Wiem… ale nie… nie… nie mogę w to wszystko uwierzyć.
    – Co takiego? – Wyglądał, jakby chciał jej dotknąć, ale po zastanowieniu, wepchnął ręce do kieszeni za dużych dżinsów.
    – Annie Seger to dziewczyna, która zadzwoniła do mojego progra¬mu dawno temu, kiedy pracowałam w Houston. – Teraz miała wrażenie, jakby to było wczoraj. Sam pamiętała, jak nacisnęła guzik, odebrała te¬lefon i wysłuchała, jak nastolatka z oporami przyznała się, że jest w cią¬ży i że śmiertelnie się boi. – Annie dzwoniła kilka wieczorów z rzędu i pytała o radę. – Sam skurczyła się w środku, kiedy przypomniała sobie telefony od Annie. Na początku dziewczyna robiła wrażenie przerażo¬nej, ale odrzucała wszystkie rady Sam. Twierdziła, że nie ma nikogo, z kim mogłaby porozmawiać. Nie potrafiła się zwierzyć ani rodzicom, ani księdzu, ani ojcu dziecka. – Próbowałam jej pomóc, ale ona popełni¬ła samobójstwo. – Sam odgarnęła włosy z czoła i dostrzegła swoje bla¬de odbicie w szklanej szybie. Za szkłemMelanie siedziała przy jej biur¬ku, mówiła coś do mikrofonu – przejęła kontrolę nad programem.
    Sam czuła się jak w nierealnym świecie, kiedy tak stała w ciemnym korytarzu w środku nocy i wspominała czasy, o których tak bardzo chciała zapomnieć.
    – Uważasz, że to twoja wina, że odebrała sobie życie? – zapytał Tiny.
    – Jej rodzina mnie obwiniała.
    – Poważna sprawa.
    – Bardzo. – Sam potarła ramiona i starała się dojść do siebie. Powinna prowadzić program do końca. Zobaczyła, jak Melanie zdejmuje słuchawki i odsuwa krzesło. W kilka sekund już była przy nich.
    – Masz sześćdziesiąt sekund do wejścia na antenę – zwróciła się do Sam. – Wszystko w porządku?
    – Nie – przyznała Sam. Nigdy nie będzie W porządku. Ruszyła do kabiny. – Ale dam sobie radę.
    – Masz Eleanor na drugiej linii. Chce z tobą porozmawiać.
    – Nie mam czasu.
    – Jest wściekła – powiedziała Melanie.
    – Wyobrażam sobie. Powiedz, że pogadamy po programie. – Sam nie była w stanie rozmawiać teraz z szefową stacji; dopiero jak zejdzie z anteny.
    – o co chodziło z tą dziewczyną, która dzwoniła? – zapytała Mela¬nie, kiedy Sam wsunęła się na fotel i automatycznie sprawdziła kontrolki. – Ty mi wytłumacz – warknęła Sam. – Miałaś sprawdzać telefony.
    – Sprawdzałam! Nagrałam jej prośbę. Nie mówHa tym głupim cieniutkim głosikiem. Powiedziała tylko, że ma problem z byłą teściową i potrzebuje twojej rady. – Melanie spojrzała groźnie na swoją szefo¬wą. – Weźmiesz się w garść czy nie? Bo jak nio, to ja zajmę twoje miej¬sce. – Jej głos nieco złagodniał i wojowniczy nastrój gdzieś zniknął. ¬Mogę to zrobić, wiesz przecież. Nic trudnego. Tiny może odbierać tele¬fony. Będzie tak jak wtedy, kiedy pojechałaś do Meksyku.
    – Dam sobie radę, naprawdę. Dzięki.
    Melanie rzuciła jej uśmiech, za którym kryły się zupełnie inne uczucia. – Jestem daleką krewną Jeffersona Davisa, jakbyś nie wiedziała.
    – Słyszałam.
    – Mogę robić trudne rzeczy, jeśli trzeba. Mam to w genach
    – Dzięki Bogu za twoje geny, ale dam sobie radę. – Sam nie miała zamiaru dopuścić do tego, żeby kolejny nienormaIny telefon odebrał jej odwagę. -Zrobię, co trzeba, a wy dwoje -wskazała na Tiny'ego i Mela¬nie – sprawdzajcie telefony i nagrywajcie je. Zostało nam ty Iko pIętna¬ście minut. Powiedzcie Eleanor, żeby nic nie robiła. – Sam ustawiła słu¬chawki i przysunęła bliżej mikrofon. Poprawiła go, kiedy zakończyło się nagranie reklamówki serwera internetowego.
    – Tu doktor Sam. Jestem!- powrotem przy mikrofonie. Przepraszam za przerwę w programie. Jakjuż pewnie słyszeliście, rozgłośnia miała pro¬blemy techniczne. – Kłamała jak z nut i z pewnością straci wiarygodność u niektórych słuchaczy, ale nie była w stanie rozmawiać w tej chwili o Annie Seger. – Dobrze, wróćmy do tego, o czym rozmawialiśmy kilka minut temu. Dyskutowaliśmy o rodzicach wtrącających się do naszego życia; o rodzi¬cach, którzy nas potrzebują, albo starają się mówić nam, co mamy robić. Mój ojciec jest wspaniały, ale chyba nie potrafi pogodzić się z tym, że jestem dorosła. Jestem pewna, że macie podobne doświadczenia.
    Linie telefoniczne mrugały jak szalone. Jeśli nie sama audycja, to na pewno dziwaczny telefon wzbudził zainteresowanie. Pierwszy rozmów¬ca na pierwszej linii przedstawił się jako Ty.
    Przed oczami pojawił jej się wysoki mężczyzna o zabójczym uśmie¬chu i tajemniczym spojrzeniu. Coś ścisnęło ją w żołądku, chociaż roz¬mówcą wcale nie musiał być jej sąsiad.
    – Halo – powiedziała – tu doktor Sam. Kto mówi?
    – Ty – padła odpowiedź i Sam odczuła mieszaninę ulgi i niepokoju, kiedy rozpoznała jego głos. Była ciekawa, dlaczego słuchał jej programu i jak udało mu się dodzwonić jako pierwszemu po kobiecie, która twierdziła, że nazywa się Annie.
    _ Co mogę dla ciebie zrobić, Ty? – zapytała i starała się nie zauważać, że pocą się jej dłonie. – Masz problemy z rodzicami? Z dziećmi? _ Właściwie to ja trochę na inny temat. Miałem nadzieję, że pomo¬żesz mi rozwiązać problem pewnego związku.
    _ Spróbuję – powiedziała cicho, zaciekawiona, do czego zmierza.
    Czyżby chciał jej powiedzieć, że jest zajęty, i że w jego życiu jest już jakaś kobieta? W takim razie dlaczego flirtował z nią nie dalej jak wczo¬raj po południu?
    – Na czym polega problem?
    _ Właśnie wprowadziłem się do nowego domu i poznałem kobietę, która mnie zainteresowała – powiedział miękkim głosem i niepokój Sam częściowo zniknął.
    _ Czy to odwzajemnione uczucie? – uśmiechnęła się mimowolnie.
    _ O, tak. Myślę, że tak, ale ona udaje obojętność. W takim razie skąd wiesz, że chce cię bliżej poznać? Może obojętność wcale nie jest udawana?
    _ Ona chce, żebym w to wierzył, ale widzę w jej oczach, że jest bardzo zainteresowana, a nawet więcej niż zainteresowana. Jest po prostu zbyt dumna, żeby się do tego przyznać..
    Samanta uśmiechnęła się jeszcze szerzej i poczuła ciepło na karku.
    – Wszystko po niej tak bardzo widać?
    _ Jasne, tylko ona nie zdaje sobie z tego sprawy. – Może powinieneś jej powiedzieć.
    _ Poważnie się nad tym zastanawiam -oznajmił powoli i serce Sam zaczęło bić jak szalone. Zastanawiała się, ile podtekstów jej rozmowy wychwytywali Tiny i Melanie… i czy słuchacze WSLJ wyczuwali ukryte znaczenia.
    _ Bądź przygotowany, Ty, bo ta kobieta może nie być zachwycona tobą tak, jak ci się zdaje.
    _ Chyba powinienem to sprawdzić? Będę musiał zrobić jakiś ruch.
    Boże! Poczuła ucisk w klatce piersiowej.
    – Logiczny, kolejny krok.
    _ Tak, ale oboje wiemy, że logika czasami nie ma nic wspólnego z tym, co dzieje się między kobietą i mężczyzną•
    – W takim razie co zamierzasz zrobić?
    . Krótkie wahanie.
    _ Dowiem się, co ta pani lubi – powiedział powoli i Sam poczuła suchość w gardle.
    _ Jak zamierzasz to zrobić? – W wyobraźni zobaczyła zmysłowy obraz Tya Wheelera; jego szerokie ramiona, ciemne włosy i intensywne spojrzenie. Była ciekawa, jakie to uczucie pocałować go, dotknąć go i kochać się z nim.
    Roześmiał się głośno.
    – Coś wymyślę.
    – To znaczy, że spróbujesz rozwinąć ten związek? – zapytała przez zaciśnięte gardło.
    – Oczywiście.
    – Kiedy?
    – Zaskoczę ją.
    – W takim razie nie ujawniaj swoich planów. – Oddychała z trudem.
    – Nie zrobię tego.
    – Powodzenia, Ty – powiedziała.
    – Wzajemnie, doktor Sam. Wzajemnie.
    Serce waliło jej tak szybko, że nie słyszała własnych myśli. Linie telefoniczne mrugały, a Sam była ciekawa, czy ktoś z jej słuchaczy wy¬chwycił ukryte znaczenie rozmowy.
    – Dziękuję za telefon, Ty. – Spojrzała na tablicę świetlną. Słuchacze dzwonili jak szaleni.
    – Proszę bardzo, aha… pani doktor?
    – Tak?
    – Słodkich snów.

Rozdział 12

    Głos Tya brzmiał tak seksownie, że Samanta poczuła suchość w ustach. Chyba po raz pierwszy w jej radiowej karierze nie była w stanie nic powiedzieć. Poczuła, jak robi jej się gorąco i starała się nad sobą zapanować.
    – Nawzajem, Ty – zdołała wykrztusić chrapliwym głosem. – Słod¬kich snów. – Zanim całkiem straciła wątek, nacisnęła kolejny guzik, prze¬czytała informacje z ekranu komputera i powiedziała:
    – Halo, tu doktor Sam, mam kogoś na linii.
    – Cześć, tu Terry… kim był ten facet, z którym rozmawiałaś? Znasz go?
    Sam rzuciła Melanie wściekłe spojrzenie. Na litość Boską, czyżby nie sprawdzała rozmów?
    – Masz pytanie w sprawie związków między ludźmi?
    – A ta Annie, która dzwoniła wcześniej. O co jej chodziło?
    Melanie kręciła głową•
    – Nie wiem. Dzwonisz z jakąś sprawą?
    _ Chciałam zapytać, jak poradzić sobie z nastoletnim synem.
    – W czym problem?
    Terry zajęła się opowieścią o synu, ale kolejne tekfony również zaczynały się od pytań o Annie. Linie telefoniczne były cały czas zajęte. Napływały pytania o to, kim była szepcząca dziewczyna. W końcu pro¬gram dobiegł końca i kiedy rozległy się pierwsze takty muzyki, Sam za¬mknęła audycję tymi samymi słowami, co zawsze.
    _… jutro też jest dzień. Słodkich snów. – Gdy tylko skończyła, wy¬, łączyła mikrofon, zerwała słuchawki i jak burza wpadła do studia, gdzie Tiny i Melanie zbierali papiery i ustawiali sprzęt do odegrania programu
    Przy zgaszonych światłach.
    _ Myślałam, że sprawdzasz telefony – powiedziała oskarżycielskim tonem.
    _ Owszem. Trzeba było posłuchać, z czym ludzie dzwonili. – Melanie rzuciła słuchawki na biurko. – To był koszmar. – W pomieszczeniu było ciemno i paliła się tylko lampa na biurku i kontrolki na konsoli, komputerach i magnetofonach.
    _ Ona ma rację – powiedział Tiny w obronie Melanie. – Wszyscy chcieli rozmawiać wyłącznie o Annie.
    _ Albo o Tyu. Było kilka osób, które o niego pytały. – Melanie odgarnęła włosy z twarzy. Świeciła się od potu. – Starałam się, Sam, ale czasami nie jest łatwo.
    Sam ochłonęła. To nie była wina Melanie, że zadzwoniła kobieta, która podała się za Annie.
    – Zapisałeś rozmowy? – spytała.
    _ Co do jednej – zapewnił ją Tiny i postukał dwoma palcami w za¬pisaną kartkę papieru, która leżała na biurku, które dzielił z Melanie. -' Mam je tu zanotowane. Zapisałem numery telefonów i nazwiska, jeśli je podawali. Oczywiście było kilka anonimów. Jeżeli ktoś dzwoni z pry¬watnej firmy telefonicznej, to urządzenie identyfikujące nie może go rozpoznać.
    _ Więc jaki sens ma, to urządzenie? – Niezadowolona Sam oparła się o biurko i przyjrzała się notatkom Tiny'ego.
    – Dobre na początek. Mamy większość rozmów. Proszę• – Tiny obró¬cił kartkę, a potem przesunął się na krześle do sprzętu nagrywającego i kom¬puterów, żeby dokończyć ustawienia na następne kilka godzin. Sam przy¬glądała się kartce pokrytej nieczytelnym pismem Tiny' ego. Tak jak mówił, zrobił listę wszystkich telefonów. Obok nazwisk były numery, a czasami dodatkowe symbole. Samanta przesunęła palcem w dół listy do imienia Annie, obok którego widniał numer i identyfikator automatu ulicznego.
    Oczywiście. Ktokolwiek dzwonił, był na tyle sprytny, że nie użył prywatnego telefonu.
    – Będę potrzebowała kopię tego spisu.
    – Dla policji? – Melanie zasunęła teczkę.
    – I dla siebie.
    – O co właściwie chodziło? – zapytała dziewczyna i pokazała kciukiem na ciemne studio. Z zewnątrz dochodziło słabe światło ulicznych lamp. Oświetlało słabo sprzęt w studiu, mikrofony na długich powygi¬nanych pod dziwnymi kątami stojakach i biurko pełne przełączników i guzików. Wszystko wyglądało ponuro, groźnie i absurdalnie.
    Melanie wyrwała ją z zamyślenia.
    – No, Sam, kim była ta Annie? Zachowywała się, jakby cię znała, a ty spanikowałaś.
    – Puść jej nagranie jeszcze raz. Początek rozmowy, zanim przełączyłaś ją do mnie. Powiedziałaś, że masz to nagrane.
    – Tak, ale…
    – Ja to mam – wtrącił Tiny. – Daj mi minutę… proszę bardzo…
    Melanie odebrała telefon i po chwili odezwał się kobiecy głos.
    – Mówi Annie. Chciałabym porozmawiać z doktor Sam o teścio¬wej, która wtrąca się do mojego małżeństwa.
    – Proszę poczekać. To potrwa jedną chwi lę – zapewn iła j ą Melan ie, a potem nastąpiła szeptana oskarżycielska rozmowa.
    Sam dostała gęsiej skórki.
    Tiny zatrzymał taśmę i przez ramię spojrzał na Sam, żeby sprawdzić jej reakcję.
    – Kto to?
    – Nie wiem, kim była naprawdę, ale to nie Annie Seger. – Ciekawe,kto zadzwonił i podawał się za Annie Seger? Dlaczego ta osoba ożywiła starą tragedię? – Może to dziwne, ale wydaje mi się, że słyszałam gdzieś jej głos, ale nie taki… nie mogę sobie przypomnieć gdzie. Zamknęła oczy. Kto mógł ci zrobić coś takiego? Co to ta okrutny żart? Świadoma tego, że Melanie i Tiny patrzą na nią, wzruszyła ramionami i pokręciła głową. – W tej chwili nie mogę sobie przypomnieć. Może później. ~ Roztarła rękoma lodowatą skórę. – To był głupi kawał.
    – Jeszcze jeden. Tak jak telefony od tego Johna? – dopytywał się Tiny.
    – Nie, to co innego – powiedziała i przypomniała sobie okropne noce, kiedy Annie Seger dzwoniła do rozgłośni w Houston i kiedy gwałtow¬nia skoczyła słuchalność. Kiedy młoda, ciężarna dziewczyna odebrała sobie życie, nazwisko doktor Sam stało się powszechnie znane. Czy to było zaniedbanie ze strony Sam? Może źle odczytała sytuację, a Annie miała tendencje samobójcze? Ile razy Sam zadawała sobie te same pyta¬nia? Ile nocy przeleżała bezsennie,,przypominając sobie dramatyczne rozmowy, mając obezwładniające poczucie winy i zastanawiając się, czy mogła coś zrobić, żeby pomóc dziewczynie.
    – Oczywiście, że to co innego, bo to była kobieta. – Melanie spoj¬rzała na Sam, a potem na Tiny'ego, który ze skrzywioną miną ustawiał głośność nagranej audycji. Sam przypomniała sobie, że Melanie nie zna całej historii, bo kiedy opowiadała Tiny'emu o Annie Seger, dziewczy¬na siedziała w studiu.
    – Samanta powiedziała, że ta kobieta podała się za dziewczynę, któ¬ra dzwoniła do niej kiedyś w Houston. Tylko że ta mała nie żyje – po¬wiedział Tiny, starając się niczego nie pomylić.
    – Co? – Melanie odsunęła się przerażona. – Nie żyje? Ale… O Bo¬że, to chore.
    – Gorzej. – Tiny skrzyżował ramiona na piersi.
    – Choroby to moja specjalność – powiedziała Sam, która wreszcie doszła trochę do siebie. – Nie zapominajcie, że jestem psychologiem.
    Zadzwonił telefon i wszyscy podskoczyli. Sygnalizator linii drugiej mrugał niecierpliwie.
    – Ja odbiorę. To pewnie Eleanor. – Sam wcisnęła guzik głośnika.
    – Cześć, tu Samanta.
    – Cieszę się, że cię zastałem.
    Zamarła.
    – Kto mówi? – zapytała, ale od razu rozpoznała delikatny, seksow¬ny głos. J'ohn. Czaił się gdzieś i nie zrezygnował. Czekał na właśGiwy moment, na chwilę, kiedy Samanta się odpręży.
    – Nie igraj ze mną, Samanto. Wiesz kim jestem.
    – To ty ze mną nie igraj.
    – Naprawdę? Chyba masz rację. A dobrze się bawisz?
    Sam miała ochotę rzucić słuchawką, ale nie mogła przerwać połą¬czenia, jeśli chciała dopaść tego świra. Rozpaczliwie machała do Ti¬ny'ego i pokazywała na magnetofon.
    – Nie ma w tym nic zabawnego, John – powiedziała z nadzieją, że Melanie i Tiny zdążą. – Nic zabawnego.
    – Słuchałem dziś twojego programu.
    Tiny wreszcie zaczął działać. Wcisnął odpowiednie guziki i skinął jej szybko głową, kiedy magnetofon zaczął rejestrować rozmowę. Mela¬nie patrzyła na głośnik jak zaczarowana.
    – Ale nie zadzwoniłeś.
    – Teraz dzwonię – powiedział bardzo opanowanym głosem.
    Czyżby słyszała go już kiedyś? Może dzwonił i nie przedstawił się jako John? Czy znała go? Myśl, Sam, myśl! Ten wariat zachowuje się tak, jakby cię znał. Tak jakbyście już kiedyś się spotkali.
    – Chciałem porozmawiać z tobą na osobności. Mamy do omówienia osobistą sprawę.
    – Nawet nie wiem, kim jesteś.
    Zaśmiał się głucho i jego rechot wypełnił cały pokój. Melanie zagryzła wargi.
    Tiny wytrzeszczył oczy.
    Studio wydało jej się za ciasne i zbyt ciemne, a głos dochodzący z głośnika był nieprzyjemny. Sam poczuła pot na twarzy.
    – Ależ wiesz, doktorku, tylko nie pamiętasz. Jeszcze nie poskłada¬łaś dwóch faktów w całość? Ty, z twoimi dyplomami i wszystkimi…
    – Czego chcesz? – zapytała. Usiadła i patrzyła na głośnik, jakby za chwilę mogła się w nim pojawić jego twarz. – Po co do mnie dzwonisz?¬Nie była w stanie myśleć, ale wiedziała, że musi go zatrzymać na linii. Chwyciła długopis z kubka na biurku, przewróciła kartkę w notesie i szybko napisała: DZWOŃ NA POLICJĘ i podsunęła kartkę Melanie pod nos.
    , – Bo wiem, jaka jesteś naprawdę, Samanto. Wiem, że jesteś wście¬kłą dziwką i oszustką• Ten dyplom, który masz, nie jest wart więcej niż papier, na którym go wydrukowano. – Rozzłościł się. – Kobiety takie jak ty, trzeba karać. – Mówił teraz gwałtowniej, a Melanie wybiegła ze studia i wpadła do pomieszczenia obok. Sam widziała przez szybę, jak zapaliła światło i podniosła słuchawkę. Spojrzała przez ramię i kiwnęła głową, kiedy Melanie nacisnęła wolny guzik, szybko wykręciła numer i skinęła do Sam i Tiny'ego. Zapaliła się kontrolna lampka trzeciej linii.
    Utrzymaj go przy telęfonie, Sam. Niech gada. Może czymś się zdra¬dzi, albo policja przyjedzie i jakoś namierzą, skąd dzwoni.
    – Jesteś dziwką, doktor Sam – mówił John. – Kurwą, która sprzeda¬je się za pięćdziesiąt dolarów.
    – Nie wiem, o czym mówisz. – Panuj nad sobą. Staraj się zatrzymać go na linii. Dowiedz się o nim więcej i nagrywaj rozmowę dla policji. Dłonie Sam pociły się, a serce waliło jak oszalałe.
    – Wszystko jest w twojej przeszłości, doktor Sam. W tej przeszło¬ści, którą ukrywasz przed światem, a którąja znam. Byłem tam. Pamię¬tam, jak sprzedawałaś się na ulicy. Jesteś dziwką, oszustką i zapłacisz za to. Karą za grzechy jest śmierć – przypomniał jej lodowato. _ A ty umrzesz i to niedługo.
    Sam zapomniała o strachu i ścisnęła długopis w dłoni. Kim on jest?
    Dlaczego jest taki zły? Co ma na myśli, mówiąc: "byłem tam"? Gdzie, do cholery?
    – Dlaczego mnie straszysz, John? Co ja ci zrobiłam?
    – Nie wiesz? Nie pamiętasz? – prawie krzyknął.
    To samo powiedziała wcześniej Annie: "Nie pamiętasz mnie?"
    – Nie. Dlaczego mi nie powiesz? Gdzie się poznaliśmy? – zapytała spokojnym głosem, chociaż prawie nie mogła oddychać. Skóra paliłają, a w środku czuła się zimna jak kamień.
    John nie powiedział ani słowa i to było jeszcze gorsze. Wiedziała, że on tam jest, że słucha i milczy. Przez szklaną szybę Sam napotkała spoj¬rzenie Melanie. Dziewczyna mówiła coś i kiwała głową. Gestykulowa¬ła, jakby policjanci, mogli ją zobaczyć przez telefon.
    – John, jesteś tam jeszcze?
    – Masz włączony głośnik? – zapytał nagle. – Słyszę echo.
    – Słuchaj, John, po co do mnie dzwonisz? – Zadzwonił telefon i lampka na linii czwartej zaświeciła się niecierpliwie. Sam zignorowała ją. – Czego ode mnie chcesz?
    – Jesteś kłamliwą suką. Puszczasz mnie przez głośnik! Wydawało mi się, że powiedziałem, że chcę rozmawiać z tobą w osobistej sprawie! – Owszem. A teraz powiedz mi, John, czego ode mnie chcesz?
    – Zadośćuczynienia – powiedział. – Chcę cię zobaczyć na kolanach. Chcę, żebyś błagała o przebaczenie.
    – Za co?
    Rozmowa została przerwana. Zupełnie jakby usłyszał dzwoniący te¬lefon i się przestraszył.
    – Cholera – zaklęła Sam. Drżała. Czuła się zupełnie bezbronna. Nie pozwól mu tego robić. Nie daj się. Przerażał ją ogrom nienawiści i wście¬kłości, jaki odczuwała.
    – Nagrałem wszystko – zapewnił ją Tiny, kiedy naciskała guzik czwartej linii.
    – WSLJ.
    – Cholera, Sam, to ty? Co się tam, do diabła, dzieje? Miałaś do mnie oddzwonić. – Głos Eleanor ryczał przez głośnik. – Wszystko w porządku?
    – Nic nam nie jest.
    – Bardzo dziwna była ta dzisiejsza rozmowa na antenie – powiedziała Eleanor. – Nie mogłam uwierzyć, kiedy zadzwoniła ta dziewczy¬na i podała się za Annie Seger.- Zapadła cisza, a Eleanor odetchnęła.¬Sam, powiedz, że nic ci nie jest.
    – Już powiedziałam.
    – Tak, ale ja pamiętam, co się wtedy stało. Byłam tam, w Houston, wiesz przecież.
    Sam nagle uświadomiła sobie, że Tiny słyszy każde ich słowo i naj prawdopodobniej je nagrywa. Przerwała Eleanor w pół słowa.
    – Słuchaj, wszyscy jesteśmy zmęczeni. Nie mówmy o tym teraz. Przyjadę do rozgłośni jutro wcześnie rano i porozmawiamy. Są inne rze¬czy, o których musimy pogadać.
    – Inne rzeczy? – zaniepokoiła się Eleanor.
    – Po programie zadzwonił ten drugi wariat, ten, który, nazywa się Johnem. Po prostu odłożyłam słuchawkę.
    – Po programie? O co w tym wszystkim chodzi?
    – Nie wiem, ale już po raz drugi dzwoni, kiedy schodzimy z anteny. Jakby w ten sposób liczył na bardziej osobistą rozmowę. Za pierwszym razem powiedział, że jest zajęty, i że to moja wina. Tym razem nie tłu¬maczył się, dlaczego nie dzwonił do programu i kiedy się zorientował, że puszczam go przez głośnik, zaczął mnie straszyć. Tiny ma wszystko na taśmie. Przesłuchamy jąjutro.
    – Nie podoba mi się to, Sam. Ani trochę.
    – Mnie też nie.
    – Będziemy musiały znowu zadzwonić na policję.
    – Melanie już to zrobiła. – Spojrzała przez szybę i zobaczyła, jak Melanie kiwa głową i nadal gestykuluje, jakby mówiła do mikrofonu. ¬Załatwione.
    – Akurat! To zaszło już o wiele za daleko, słyszysz? Za daleko. Nie wychodźcie na zewnątrz pojedynczo. Idźcie do garażu razem. Niech Tiny jedzie z tobą albo weź taksówkę. Słuchasz mnie?
    – Słucham – powiedziała Sam. Melanie, w pokoju obqk, odłożyła słuchawkę•
    – Mówię poważnie, Sam. Nie podoba mi się to gówno.
    – Mnie też nie.
    – Powiedz policji, żeby wymyślili, jak złapać tego drania, bo inaczej będą mieli ze mną do czynienia. – Będą się trzęśli ze strachu.
    – Hej, nie pora na żarty. To poważna sprawa.
    – Wiem, Eleanor.
    – To dobrze.
    – A jutro przeanalizujemy to na,wylot. Wszyscy razem: Tiny, Melanie i ty macie być w moim biurze o pierwszej. – Wypuściła powietrze. ¬Matko Boska, uważaj. Do zobaczenia jutro.
    – Przyjdziemy – powiedziała Sam i odłożyła słuchawkę, kiedy do pokoju energicznie weszła Melanie.
    – Policja już jedzie. – Zerknęła na głośnik. – Powiedział coś jeszcze?
    – Ten facet to maniak – oznajmił Tiny. – To było dziwne, gorzej niż dziwne.
    – Masz rację.
    Nerwowo pocierając kark, Tiny dodał:
    – Lepiej zejdę na dół i poczekam na gliny. Złapał marynarkę i plecak, i przez chwilę szukał paczki cameli, a potem się oddalił. – I co teraz? – zapytała.
    – Czekamy na policję.
    – Wiem, ale nie sądzę, żeby byli w stanie coś zrobić.
    Sam nie chciała tak myśleć. Nie dopuszczała do siebie myśli, że John umknie policji.
    – Miejmy nadzieję, że go wkrótce złapią.
    – A jeśli nie? ~ zapytała Melanie.
    Sam nie odpowiedziała, bo nawet nie chciała o tym myśleć, chociaż'sło¬wa Johna rozbrzmiewały w jej głowie, jakby cały czas szeptał jej do ucha:
    "Karą za grzechy jest śmierć. A ty umrzesz, i to niedługo".

    Pocił się.
    Krew szybko krążyła mu w żyłach, a gorące nocne powietrze było ciężkie i lepkie. Szedł od budki telefonicznej w alei St Charles i cały czas miał w głowie iliedawną rozmowę. Przedostał się na drugą stronę ulicy pomiędzy jadącymi samochodami, przeciął tory tramwajowe i po chwili minął położone tuż obok siebie uniwersytety, Tulane i Loyola. W słabym świetle latarni budowle z cegły i z kamienia wyglądały jak fortece lub zamki. Gdy spojrzał na nie, skóra na całym ciele zaczęła go szczypać. Poczuł słodki, uwodzicielski zapach młodych umysłów, ta¬kich jak kiedyś jego własny.
    College. Filozofia. Religia.
    Tam poznał prawdę, tam zrozumiał swoją misję i tam wszystko się zaczęło.
    Jego mentor byłby z niego dumny.
    Kilku studentów pogrążonych w rozmowie szło przez olbrzymi traw¬nik. Śmiali się, palili papierosy, byli podekscytowani. Z niektórych okien sączyło się ciepłe światło, ale on nie zwracał na nic uwagi, kiedy prze¬mykał się w cieniu. Serce biło mu szybko, a słowa Sam odbijały się echem w jego głowie.
    "Dlaczego minie straszysz, John? Co ja ci zrobiłam?" Nie pamiętała.
    Nie przypominała sobie koszmaru, który zmienił jego życie – zruj¬nował je.
    Czuł, iż ogarnia go wściekłość. Zaczął biec aoraz prędzej w kierun¬ku centrum, w stronę Bourbon Street, gdzie będzie mógł wtopić się w tłum. Ukryje się na zatłoczonej ulicy, a i tak będzie blisko niej.
    "Co ja ci zrobiłam?" Wkrótce się dowie.
    Niedługo zrozumie i to będzie jej ostatnia myśl przed śmiercią.

Rozdział 13

    – … i jeśli przyjdzie pani coś jeszcze do głowy, proszę dać nam znać ¬powiedział jeden z policjantów, który wysłuchał Sam. Właśnie wyszli z kuchni w WSLJ, gdzie Sam, Melanie i Tiny złożyli zeznania. Tiny co chwila wchodził i wychodził z recepcji, żeby sprawdzić nagrane wcześ¬niej audycje i upewnić się, że wszystko działa jak trzeba.
    – Boże, cieszę się, że już po wszystkim. – Melanie chwyciła torebkę i walizkę. – Co za maraton.
    – Starają się być dokładni.
    – Myślisz, że kogoś złapią? – zapytał Tiny. Pogrzebał w szafkach, znalazł torbę kukurydzy do prażenia i włożył ją do mikrofalówki.
    – Mogę tylko mieć nadzieję – powiedziała Sam, ziewając. Była śmiertelnie zmęczona i nie miała ochoty myśleć o żadnym telefonie. Dochodziła trzecia nad ranem. Marzyla tylko, żeby dojechać do domu, paść na łóżko i zapomnieć o całym świecie. Głowa zaczynała ją boleć i czuła nieprzyjemne pulsowanie w kostce.
    – Ta kukurydza jest chyba Gatora – powiedziała Melanie, kiedy Tiny nastawił zegar.
    – Nie zauważy, że jej nie ma. Nie boicie się same iść do domu, dziewczyny?
    – Damy sobie radę – powiedziała sucho Sam. Nie mogła sobie wy¬obrazić Tiny' ego w charakterze obrońcy. – Chodźmy, Melanie. – Zebra¬ła swoje rzeczy. Kukurydza zaczęła strzelać w mikrofalówce i kiedy wy¬chodziły, poczuły zapach masła rozchodzący się po kuchni.
    Ty czekał na nią. Zaparkował nieprawidłowo tuż przed rozgłośnią.
    Oparł się biodrem o zderzak swojego volvo i patrzył wprost na drzwi, kiedy Sam i Melanie wyszły w gorącą letnią noc. Skrzyżował ręce na piersi i nawet w słabym świetle ul icznych latarni dostrzegła, że jego twarz pokrywa kilkudniowy zarost. Miał na sobie koszulkę, dżinsy i skórzaną kurtkę. Przypominał jej trochę Jamesa Deana. Swietnie, pomyślała z iro¬nią, tylko tego mi trzeba. Jednocześnie poczuła łagodny dreszcz oczeki¬wama.
    Poczuła zapach rzeki i ciężkie powietrze, a z oddali, przez szum nie¬wielu samochodów, przebijał się dźwięk samotnego saksofonu. Czekał na nią mężczyzna, który jeszcze tydzień temu był dla niej zupełnie obcy.
    Ty ruszył od samochodu.
    – Pomyślałem, że przyjadę i sprawdzę, czy wszystko u ciebie w po¬rządku.
    – Nic mi nie jest. Tylko padam z nóg – powiedziała, ale nie mogła opanować uczucia ciepła i radości na jego widok.
    – Ty Wheeler – przedstawił się Melanie. – Jestem sąsiadem Sam. Sam przypomniała sobie o dobrych manierach.
    – Ty, to jest Melanie Davis, moja asystentka. A to Ty. Jest pisarzem, ma starego psa i kupuje rozpadające się żaglówki.
    Melanie obrzuciła go szybkim spojrzeniem i uśmiechnęła się zaciekawiona.
    – Pisarz? Może dziennikarz?
    – Obawiam się, że nic tak szlachetnego – mruknął. – Piszę powieści.
    – Naprawdę? – Melanie była pod wrażeniem. – Wydałeś coś?
    Ty uśmiechnął się i białe zęby błysnęły w ciemności.
    – Mam nadzieję, że wydam.
    – O czym jest twoja książka?
    – Połączenie Zaklinacza koni i Milczenia owiec. Część dzieje się na farmie.
    – Przestań – powiedziała Sam, a Melanie zachichotała.
    – Pomyślałem, że wpadnę i zobaczę, czy wszystko w porządku – powtórzył i wziął Sam pod rękę.
    – W jak najlepszym porządku – skłamała.
    Zacisnął palce, a potem puścił ją i znowu poczuła dziwną radość.
    – Gdzie masz samochód?
    – Dwa bloki dalej. – Mimo tego, że często rozprawiała o feminizmie i o byciu silną kobietą, czuła się lepiej, m'ając Tya u boku. Pomy¬ślała, że to nie tylko dlatego, że był mężczyzną, ale dlatego, że w grupie było bezpieczniej.
    – Jesteś ten Ty, który dzwonił dzisiaj do radia – zgadła Melanie i Sam miała wrażenie, że w głowie asystentki przewija się taśma z rozmową i pytaniami, jakie Ty zadał na temat wchodzenia w kolejne etapy związ¬ku. – Och… Rozumiem. – Jej oczy zabłysły.
    – Tak, to ja dzwoniłem – przyznał się. – Nie podobało mi się to, co usłyszałem i pomyślałem, że może Samanta chciałaby, żeby ktoś odwiózł ją do domu, a jak tu dotarłem, zobaczyłem radiowóz.
    Melanie nie skomentowała jego słów. Uniosła brwi, jakby chciała zrozumieć, co łączy Tya z Sam.
    – Sama pojadę – powiedziała Sam. – Nie chcę zostawiać tutaj sa¬mochodu, bo jutro nie będę miała jak dojechać do miasta.
    – Ja cię przywiozę – zaproponował, ale Sam nie chciała korzystać z jego grzeczności i uzależniać się od niego.
    – Będę się lepiej czuła, mając pod domem własne cztery kółka.
    – Jak sobie życzysz. – Wzruszył ramionami. – Ale odprowadzę cię do samochodu, a ty potem przywieziesz mnie tu z powrotem.
    – Naprawdę nie musisz – powiedziała Sam, ale Melanie była inne¬go zdania.
    – Hej, przyjechał taki kawał w środku nocy, żeby zobaczyć, czy je¬steś bezpieczna. Daj facetowi spokój. Pozwól, żeby cię – żeby nas od¬prowadził. – W jej głosie brzmiała zazdrość i Sam była ciekawa, gdzie jest jej chłopak, ten, o którym nigdy nie chciała opowiadać. Może ze¬rwali? Nie byłby to pierwszy raz, kiedy Melanie zakochała się po uszy, a kilka tygodni później zmieniła zdanie.
    – Będę się lepiej czuł – powiedział Ty i ruszył za nimi. – Jak mówi¬łem, słuchałem programu i słyszałem ten dziwny telefon od Annie, czy jakjej tam. Przestraszyła cię.
    – To był dopiero początek. – Sam wolała opowiedzieć mu o telefo¬nie od Johna później, ale Melanie aż gotowała się z niecierpliwości i nie potrafiła trzymać języka za zębami. Minęli żelazny płot okalający gęste krzaki na Placu Jacksona, a Melanie chętnie wyjaśniła, że John zadzwo¬nił do radia, kiedy Sam zakończyła audycję.
    – Chciał porozmawiać ty Iko z tobą – powiedział Ty poważnie. Prze¬szli przez plac przed katedrą St Louis, a światło rozjaśniało fasadę ko¬ścioła. Trzy ostre wieże widniejące na tle ciemnego nieba, wzbijały się wysoko, a ostatnia była ledwo widoczna.
    – Czego on chce?
    – Zadośćuczynienia – powiedziała Melanie.
    – Za co? – Twarz Tya stężała.
    Sam pokręciła głową. – Nie wiem.
    – Za twoje grzechy. – Melanie sięgnęła do torebki. Kiedy szukała kluczyków, brzęknęły monety. – Zawsze wspomina twoje grzechy. Zupełnie jakby był księdzem… albo kimś w tym stylu. – Dotarli do parkingu i Melanie wyciągnęła kółko z kluczami. Zadzwoniły. – Stoję tu, na parterze. ¬Przycisnęła guzik pilota i otworzyła drzwi. – Podwieźć was na górę?
    – Mój jest na drugim. – Sam nie chciała, żeby Melanie traktowałają jak histeryczkę i powiedziała ironicznie: – Myślę, że dam sobie radę.
    – Odprowadzę ją – dodał Ty i chociaż Samanta nie była jeszcze cął¬kowicie pewna nowego sąsiada, nie sądziła, by mógł zrobić jej krzywdę. Miał już wiele okazji, kiedy byli sam na sam i nikt inny o tym nie wie¬dział. Nawet gdyby to on dzwonił, w co wątpiła, to nie ryzykowałby napa¬dania na nią, czy porywania jej po tym, jak Melanie widziała ich razem.
    Poza tym, prawdę powiedziawszy, czuła się przy nim… bezpieczna. – W porządku. – Melanie wskoczyła do samochodu. W łączyła świa¬tła i uruchomiła silnik, a potem wycofała. Pomachała im, ryknęła klak¬sonem i nacisnęła pedał gazu. Mały samochód popędził w stronę wyjaz¬du, a za nim unosiła się chmura dymu z rury wydechowej.
    – Lubi robić wrażenie – zauw:;tżył Ty, kiedy weszli na schody.
    – Lubi się zachowywać jak w melodramacie, ale dobrze pracuje.
    Czerwony mustang Sam stał na drugim poziomie ponurego parkin¬gu. Połowa lamp się nie świeciła, a te, które zostały, oświetlały tylko windę i schody.
    – Zupełnie jak w filmach Hitchcocka – powiedział Ty, a jego buty stukały po brudnym betonie.
    – Nie uważasz, że trochę przesadzasz?
    – Mam nadzieję, że nigdy nie chodzisz tu sama? – powiedział z ponurą miną•
    – Czasami, ale jestem ostrożna.
    Rozejrzał się po pustym parkingu.
    – Nie podoba mi się tu.
    Sam poczuła się odrobinę poirytowana. Ledwie znała tego faceta.
    Nie musiał od razu występować w roli obrońcy, Wielkiego Brata, czy kogoś w tym rodzaju.
    – Daję sobie radę. – O tak, Sam, dałaś sobie świetnie radę, kiedy za¬dzwoniła kobieta podająca się za Annie. Poddałaś się, doktorku, i tyle.
    – Skoro tak mówisz…
    – Do tej pory wszystko było w porządku. – Otworzyła torebkę i znalazła kluczyki – nowe, które kazała dorobić po powrocie z Meksyku. ¬Słuohaj, doceniam twoją troskę. Naprawdę; to bardzo… miłe, ale jestem dużą dziewczynką. Jestem dorosła.
    – Dajesz mi grzecznie do zrozumienia, żebym spadał?
    – Nie! – powiedziała szybko. – Chodzi mi o to, że… nie chcę, żebyś czuł się w obowiązku opiekować się mną, bo nie jestem jedną z tych żałosnych, słabych jak porcelanowe lalki kobiet.
    Uniósł kąciki ust.
    – Wierz mi, że to ostatnia rzecz, jaka mi przyszła do głowy.
    – Dobrze. W takim razie rozumiemy się.
    – Myślę, że tak. – Podszedł bliżej i Sam poczuła zapach wody kolońskiej. Oczy mu pociemniały i zauważyła, że patrzy najej usta. Boże, czyżby miał zamiar ją pocałować? Na samą myśl ścierpłajej skóra, a puls przyspieszył. Kiedy pochylił się ku niej, złożyła ręce na piersi i wtedy poczuła, jak musnął delikatnie jej policzek.
    – Uważaj na siebie – powiedział i zrobił krok do tyłu. Sam otworzy¬ła drzwi do samochodu.
    Serce biło jej szybko,. a w myślach już wyobrażała sobie głębokie pocałunki, dotyk ciał, skórę ocierającą się o skórę. Schyliła się, żeby usiąść za kierownicą i wtedy zauważyła na siedzeniu obok kawałek pa¬pieru.
    – Co do diabła? – Podniosła go i zobaczyła na kopercie swoje na¬zwisko. Bez namysłu otworzyła list.
    – Nie – wyszeptała na widok słów.
    Napis: "W szystkiego naj lepszego z okazji dwudziestych piątych uro¬dzin", był wzięty w czerwoną obwódkę i przekreślony.
    Sam upuściła kartkę, jakby paliła jej pałce. Poczuła, że krew odpły¬wa jej z twarzy.
    – Co to jest? – Ty schylił się i podniósł złożony papier. – Jezu, co…? – Otworzył go i zobaczył jedno słowo napisane wielkimi litera¬mi: MORDERCZYNI. – Skąd to się wzięło w samochodzie?
    – Nie… nie wiem. – Sam na sekundę zamknęła oczy. Przypomniała sobie koszmarne wydarzenie w Houston i dziewczynę, która odebrała sobie życie. W głowie jej szumiało, oparła się ciężko,o tylny zderzak. ¬Samochód był zamknięty.
    – Dobrze się czujesz? – Ty objąłją. – Czy to ma coś wspólnego z ko¬bietą, która przedstawiła się jako Annie? Mówiła coś o urodzinach w czwartek.
    – Tak. Annie Seger. – Kto zrobiłby coś podobnego? Dlaczego? Mi¬nęło dziewięć lat. Dziewięć. Zadrżała w środku. – Nie rozumiem tego. Dlaczego ktoś stara się mnie zastraszyć?
    – l jak dostał się do twojego samochodu? Na pewno był zamknięty?
    – Tak – skinęła głową.
    Ty obejrzał okna i drzwi i zauważył zadrapania.
    – Czy to było tu wcześniej?
    – Nie.
    – Wygląda na to, że ktoś się włamał. A może ktoś ma drugie kluczyki?
    – Moje drugie kluczyki leżą na dnie Pacyfiku – powiedziała i po¬kręciła głową. – Zgubiłam je w Meksyku.
    – Więc masz tylko jeden komplet?
    – Zrobiłam duplikat. Leży w szufladzie w domu. – Powoli się uspokajała. Patrzyła na zadrapania na drzwiach i wtedy zdała sobie sprawę, że Ty ją obejmuje. – David miał jeden, ale oddał mi jeszcze w Meksy¬ku -,-. miałam go w torebce, kiedy wyleciałam za burtę. – Ty patrzył na nią pytająco. – To długa historia – dodała.
    – Nie podejrzewasz, że ten David mógł dorobić klucz?
    – Nie zrobiłby tego – powiedziałam, ale Ty usłyszał niepewność w jej głosie. – Poza tym on jest w Houston.
    – Tak sądzisz?
    – On nie ma z tym nic wspólnego – oznajmiła i energicznie pokrę¬ciła głową, jakby chciała sama siebie przekonać. Odchrząknęła i uwol¬niła się z objęć Tya. Nie miała ochoty padać mu w ramiona. Nie czuła już słabości w kolanach i strach powoli zamieniał się w gniew. Nie po¬zwoli obcemu facetowi się zastraszyć i nie da sobie zrujnować życia. ¬Między mną i Davidem wszystko już od dawna skończone.
    – A on przyjął to do wiadomości?
    – Tak.
    Ty skrzywił się, jakby nie do końca jej wierzył, ale nie spierał się.
    Jeszcze raz rozejrzał się po pustym parkingu i znowu zerknął na Sam.
    – Kim jest Annie Seger?
    – Dziewczyna, która zadzwoniła do mojej audycji w Houston dziewięć lat temu.
    – Ta sama, która zadzwoniła dziś w nocy?
    – Tak się przedstawiła.
    – Ale Annie nie żyje – przypomniał. – A ten zboczeniec, kimkolwiek jest, wini ciebie? Czy tak to wygląda?
    – Tak – skinęła głową. – To pewnie ten facet, który dżwoni… John, czy jak mu tam. Zawsze mówi o grzechu i zadośćuczynieniu, i o tym, że jestem winna jakiejś zbrodni. Chociaż ostatnio traktuje mnie, jakbym była prostytutką albo kimś takim. To nie ma sensu i kupy się nie trzyma. Dzisiaj, kiedy zadzwonił po programie, powiedział mi, że umrę.
    Ty zmrużył oczy.
    – Robi się z tego poważna sprawa. Groził ci jakoś konkretnie?
    – Tak.
    – Do diabła. – Przeczesał palcami włosy. – Sądzisz, że to on zadzwonił i udawał kobietę… czy ma pomocnicę i razem… Może to spisek, żeby cię śmiertelnie wystraszyć?
    – Nie mam pojęcia – przyznała i znowu poczuła się słabo. Nienawi¬dziła tego uczucia.
    – Musimy jechać na policję.
    – Wiem – powiedziała, chociaż nie miała najmniejszej ochoty. Była potwornie zmęczona i marzyła o tym, by wziąć gorącą kąpiel, wskoczyć do łóżka i spać całe wieki.
    – Zadzwonię. – Sięgnął do kieszeni i wyciągnął telefon komórko¬wy. Sam przygotowała się na kolejne nieprzyjemne przejścia. Ile razy już była przesłuchiwana? Cztery? Straciła rachubę.
    Jej prześladowca nadal był na wolności. Ty rozmawiał z oficerem dyżurnym, który obiecał, że policjanci, którzy pół godziny temu byli w rozgłośni, przyjadą zaraz na parking.
    Dwóch mundurowych funkcjonariuszy pojawiło się po piętnastu minutach. Wjechali na parking z włączoną syreną i kogutem. Zadali kil¬ka pytań, sprawdzili samochód Sam, schowali list do plastikowej torby i wezwali ekipę, by zebrała odciski palców z mustanga i sprawdziła wnętrze samochodu. Szukali dowodów, a potem sprawdzili, czy można bezpiecznie jechać.
    Zanim skończyli i odjechali, było po trzeciej. Ty miał zaciśnięte usta.
    – Uważam, że powinienem odwieźć cię do domu. Zrobiło jej się miło, ale pokręciła przecząco głową. – Nie żartuj. Mogę prowadzić.
    Ty nie chciał o tym słyszeć.
    – Słuchaj, Samanto, ten, kto to zrobił, jest chory. Oboje o tym wiemy.
    Włamał się do twojego samochodu dziś w nocy, czy nie? Skąd wiesz, czy czegoś nie uszkodził? Może spuścił płyn hamulcowy albo podłożył bombę? – Policja sprawdzała…
    – Mogli czegoś nie zauważyć.
    – Nie sądzę i nie zamierzam bać się własnego cienia. Nie mogę żyć w strachu. Jeśli zacznę się bać, przegram, a on zwycięży. O to mu właś¬nie chodzi, żeby przestraszyć mnie na śmierć, żeby mnie zdenerwować i wyprowadzić z równowagi. Gra ze mną w psychologiczną grę i jeśli mnie zabije, zabawa się skończy. Włamahie do samochodu… nie jest jak bliski kontakt z ofiarą. Ten facet dzwoni do mnie, wysyła mi listy i chce, żebym czuła, że jest w pobliżu. Nie spodobało mu się, że puści¬łam rozmowę przez głośniki. Chce intymnego kontaktu ze mną, chce być blisko i dostać się do mojej głowy. Wiem to i czuję.
    – A czy wiesz albo czujesz, że facet mo'że być mordercą? Na litość boską, Samanto, groził, że cię zabije.
    Sam myślała intensywnie i mimo upału pocierała nerwowo ramiona, zagryzała wargi i powoli zaczynała rozumieć mężczyznę, który nazywał siebie Johnem.
    – Masz rację – przyznała. – Ale dopóki nie zapłacę za winy, dopóki nie zrozumiem, jakie grzechy popełniłam, nic mi nie zrobi. Ma bzika na punkcie religii, grzechu i zadośćuczynienia.
    – Nie możesz ryzykować. Czy nie masz wystarczających dowodów, że facet jest niezrównoważony i może zrobić ci krzywdę? Oskarżył cię o morderstwo, obrzucił cię biblijnym bełkotem i może sam wierzy w stare prawo: oko za oko.
    – Ale nie zrobi tego teraz. – Była zmęczona, ale pewna, że nie grozi jej bezpośrednie niebezpieczeństwo. John chciał ją sterroryzować. Pod¬niecał się, kiedy ją straszył i potem dzwonił do niej. Chciał, żeby błagała o przebaczenie. Spojrzała na samochód. – Nie martw się, dam sobie radę, bo zaczynam go powoli rozumieć..
    – Uwierz mi, że nikt nie jest w stanie zrozumieć tego wariata. Chodź, odwiozę cię do domu.
    – Naprawdę miło, że tak się o mnie troszczysz, ale nie trzeba. Je¬stem dużą dziewczynką, mówiłam ci – powiedziała i chociaż nie była pewna, czy nadal tak myśli, nie była przekonana, czy powinna pozwolić Tyowi na odgrywanie roli ochroniarza. Prawie go nie znała. Wyglądał na uczciwego faceta, ale to, że pojawił się zaraz po tym, jak zaczęła dosta¬wać telefony z pogróżkami, zaczęło ją zastanawiać. Boże, nienawidziła tego strachu. John pozbawił ją niezależności, ale zamierzała się bronić.
    – Dobrze, więc sprawdzę samochód jeszcze raz, a potem będę je¬chał za tobą. Musisz mnie tylko podrzucić do mojego samochodu, a ja. upewnię się, że bezpiecznie dotrzesz do domu. Zgoda?
    Była za bardzo zmęczona, żeby się dalej spierać. Co jej szkodzi, że odprowadzi ją do domu. Miał przecież po drodze.
    – Zgoda, jeśli tego chcesz.
    – Tak chcę. Masz latarkę?
    – Pytajcie, a będzie wam dane – zażartowała i otworzyła bagażnik.
    – To nie jest śmieszne, Sam.
    – Ojej, miej trochę wiary i poczucia humoru. – Wyciągnęła zestaw awaryjny: flary, zapałki, znaki odblaskowe i latarkę. Przez kilka minut Ty sprawdzał pod maską i pod podłogą samochodu, na leżąco, czy wszyst¬ko w porządku. Świecił latarką po wahaczach i tłumiku. Obejrzał śruby na kołach, potem zapłon i kolumnę kierownicy. Kiedy skończył, pot wystąpił mu na czoło i spływał kroplami po twarzy.
    – Jest tylko jeden sposób, żeby upewnić się do końca – powiedział i wyrwał jej kluczyki. – Odsuń się.
    – Nie ma mowy. Nie pozwolę ci…
    – Za późno. – Wślizgnął się na siedzenie. – Odejdź, bo mogę rozerwać się na kawałki.
    – Nie wygłupiaj się.
    – Sama mnie rozśmieszałaś. Wiara i poczucie humoru – twoje słowa.
    – Jesteś niemożliwy.
    – Słyszałem to już.
    Widząc, że nie zamierza ustąpić, ze ściśniętym żołądkiem zrobiła kilka kroków do tyłu. Włożył kluczyk do stacyjki, przekręcił i silnik mustanga załapał za pierwszym razem. Ty nacisnął na pedał r silnik za¬ryczał. Z rury wydechowej wyleciały kłęby dymu, a ryk sześciu cylin¬drów stał się ogłuszający. Nic nie wybuchło.
    – Myślę, że wszystko w porządku – powiedział przez otwarte okno. ¬Wskakuj. – Pochylił się i otworzył drzwi pasażera. Nie zamierzał zmie¬nić zdania, więc Sam podeszła bliżej i usiadła obok niego.
    – Nie musisz być moją niańką -powiedziała, kiedy ruszyli w dół po rampie, na parter, a potem na ulicę, gdzie latarnie świeciły jasnoniebie¬sko i ruch był o tej porze niewielki.
    – Zachowuję się jak niańka? – spytał, kiedy stanęli na światłach.
    Serce Sam prawie zamarło. Było w nim coś, czego nie potrafiła zrozu¬mieć. To coś sprawiało, że była ostrożna, ajednocześnie nie umiała oprzeć się jego urokowi i ufała mu. Wnętrze samochodu zrobiło się czerwone od blasku świateł stopu. Dostrzegła jego wzrok, a w nim obietnicę, któ¬rej nie chciała rozumieć.
    – Więc jestem niańką? – zapytał znowu.
    – Na to wygląda. – Uniosła palec. – Zadzwoniłeś do radia po mojej rozmowie z Annie. – Wyprostowała drugi palec. Światła zmieriiły się, a ona patrzyła na jego mocny profil- silną szczękę, głęboko osadzone oczy, wysokie czoło, ostre policzki i cienkie wargi. W jednej chwili za¬częła'się zastanawiać, jak to by było go pocałować… dotknąć… Samo¬chód wyrwał do przodu i przypomniała sobie, że nie skończyła tego, co zaczęła mówić. – Czekałeś na mnie przy drzwiach do stacji. – Podniosła trzeci palec, a Ty skręcił za róg i zaparkbwał tuż za swoim volvo. – Od¬prowadziłeś Melanie i mnie na parking. – Dołączyła mały palec. – Spraw¬dziłeś mój samochód i przywiozłeś mnie tutaj. – Został jej kciuk. -l po¬jedziesz za mną do domu. – Pokazała mu całą dłoń.
    Chwycił ją za rękę, a jego ciepłe palce oplotły jej palce.
    – A kiedy dojedziemy do domu wejdę z tobą do środka – obiecał.
    – Nie musisz…
    _ Ale chcę. – Jego czarne oczy wytrzymały jej wzrok, a palce zacisnꬳy się najej dłoni. – Nie wybaczyłbym sobie nigdy, gdyby coś ci się stało, Samanto. A teraz możemy dalej dyskutować, ale jedziemy, bo jest późno.
    Przełknęła ślinę i zabrała dłoń.
    – Dobrze.
    Uśmiechnął się lekko
    _ Trzymam cię za słowo. – Wyskoczył z samochodu, podbiegł do volvo i wsiadł do środka. Sam przesiadła się na miejsce kierowcy, a on błysnął światłami stopu. Poprawiła siedzenie i ruszyła, widząc w luster¬ku, jak volvo odrywa się od krawężnika i jedzie za nią.
    Ty Wheeler sam wybrał sobie rolę jej ochroniarza. l wcale nie spytał, czy sobie tego życzy.

Rozdział 14

    Przez całą drogę do domu Sam słuchała programu Przy zgaszonych światłach i jechała pustymi ulicami w stronę jeziora i Cambrai. Mi¬nęła kilka samochodów, które oślepiły ją światłami, ale przez większość drogi patrzyła we wsteczne lusterko i widziała światła volva Tya. Co on sobie myśli? Dlaczego bierze na siebie jej problemy? Czego od niej chce? Skręciła w swoją ulicę. Nie potrafiła go rozszyfrować. Czy jego łódź rzeczywiście się zepsuła?
    _ Przestań – powiedziała do siebie i wjechała na podjazd przed domem. Otworzyła automatyczne drzwi do garażu. Była zmęczona, nerwy miała w strzępach i popadała w paranoję. Kiedy drzwi się otworzyły, wjechała do środka pomieszczenia, które kiedyś było wozownią, ale w latach dwudziestych przerobiono je na garaż. Potem dobudowano przejście z garażu do kuchni. Kiedy wysiadła z samochodu, Ty zajechał na podjazd. W sekundę był już na zewnątrz i szedł za nią do domu.
    _ Nie kłóć się ze mną – powiedział, kiedy zauważył, że chce zaprotestować. – Sprawdzę dom.
    – Był całą noc zamknięty. – Samochód też był.
    Wyprzedziłją w drzwiach i ruszył oszklonym korytarzem, jakby całe życie tędy chodził. Sam wyłączyła alarm, który już był naprawiony. Nie mogła się do niego przyzwyczaić i czasami o nim zapominała. Na szcz꬜cie tej nocy urządzenie chyba pracowało prawidłowo. Ty jednak nie był usatysfakcjonowany. Obszedł więc kuchnię i jadalnię, gdzie z jednego z foteli pełnym podejrzliwości wzrokiem obserwował go Charon.
    – Wszystko w porządku – uspokoiła kota.
    Samanta szła tuż za nim, a Ty sprawdzał pokój za pokojem. Nie pytał jej o zgodę, ty Iko otwierał drzwi do szafek i szaf. Zajrzał nawet do schow¬ka pod schodami. Potem wszedł na piętro, bez słowa wmaszerował do pokoju gościnnego z koronkowymi firankami i antyczną toaletką. Przez łazienkę dostał się wreszcie do jej sypialni.
    Szła za nim i czuła się niezręcznie, jakby była naga. Wszystkie pry¬watne kąty jej mieszkania zostały odkryte. Rzucił spojrzenie na wielkie łoże z baldachimem, potem wszedł do olbrzymiej szafy, gdzie w nieła¬dzie wisiały i leżały ubrania, buty i torebki.
    Wyszedł po kilku sekundach. Sam stała oparta o drzwi.
    – Zadowolony? – zapytała. – Nie ma żadnego intruza?
    – Jak dotąd nie. – Sprawdził zamek na drzwiach balkonowych. Poprawił klamkę i mruknął, że dom jest chyba bezpieczny.
    – To dobrze. – Przeciągnęła się i ruszyła do drzwi, ale Ty został w miejscu.
    – Może opowiesz mi o Annie Seger? – zapytał i oparł się o jedną z kolumn łóżka. – Wiem, że jesteś zmęczona, ale pomogłabyś mi zrozu¬m ieć, dlaczego ktoś wini cię za jej śmierć.
    – To dobre pytanie. – Sam przejechała palcami po włosach i zamy¬śliła się na chwilę. – Nie mogę ci powiedzieć, bo sama nie rozumiem. ¬Usiadła na fotelu bujanym koło balkonu i owinęła się starym szalem, który wieki temu zrobiła na drutach jej prababcia. Ty był dla niej taki miły, mogła przynajmniej spróbować mu wyjaśnić. – Prowadziłam taki sam program jak ten, tylko w mniejszej rozgłośni. Właśnie skończyłam studia i byłam w separacji z mężem. Po raz pierwszy w życiu byłam zdana sama na siebie, a audycja miała duże powodzenie. Jeremy, mój mąż, uważał, że woda sodowa uderza mi do głowy i starał się zrobić z tego jeden z powodów do rozwodu, ale było ich właściwie dużo więcej. Szło mi dość dobrze. – Przypomniała sobie, jak każdego dnia odsuwała od siebie myśli o Jeremym i o rozwodzie. Tłumaczyła sobie, że to nie jej wina, że małżeństwo było skazane na rozpad. Jeździła do radia i praco¬wałajak szalona. Słuchała dzwoniących i starała się rozwiązywać cudze problemy, skoro nie potrafiła pomóc sobie. – Pewnej nocy dzwoni dziew¬czyna i mówi, że ma na imię Annie. Prosi mnie o radę. – Samanta pa¬miętała, że z początku dziewczyna wahała się i że była zawstydzona i przerażona. Owinęła się szczelniej szalem i mówiła dalej: – Ta dziew¬czyna, Annie, bała się. Właśnie dowie8ziała się, że jest w ciąży i nie mogła powiedzieć rodzicom, bo dostaliby szału – bała się, że wyrzucąją z domu. Miałam wrażenie, że byli surowi i religijni i nie zaakceptowali¬by córki bez męża i z dzieckiem. Poradziłam jej, żeby porozmawiała z psychologiem szkolnym, z pastorem, albo kimś, kto jej pomoże pod¬jąć decyzję, z kimś komu ufa.
    – Ale tego nie zrobiła?
    – Chyba nie mogła. Kilka dni później dzwoni raz jeszcze, przerażona bardziej niż poprzednio. Jej chłopak chce, żeby usunęła ciążę, ale ona się nie zgadza. Jest przeciwna z powodów religijnych i osobistych. Po¬wiedziałam jej, żeby nie robiła niczego wbrew sobie, bo to jej ciało i jej dziecko. Oczywiście ludzie słuchali naszej rozmowy i zaczęli dzwonić jak szaleni. Każdy miał swoje zdanie albo radę. Poprosiłam, żeby za¬dzwoniła po programie i obiecałam, że podam jej nazwiska terapeutów i adres organizacji kobiecej, gdzie może dostać bezpośrednią pomoc.
    Sam odetchnęła wolno, na wspomnienie tych bolesnych dni.
    – Może nie byłam wtedy odpowiednią osobą do dawania rad – przy¬znała. – Byłam w Houston zaledwie od kilku miesięcy j dostałam tę pra¬cę, bo kobieta, która prowadziła audycję zrezygnowała. Miałam tylko ją zastępować, ale słuchacze dobrze mnie przyjęli i chociaż pieniądze na początku były marne, dostałam podwyżkę i zostałam.
    Przewróciła oczami i pomyślała, jaka była naiwna. Zaczęła się bujać. – Byłam w trakcie rozwodu, a mojemu mężowi nie podobało się to, co robię. To ja stałam się znana, a nie on, i to zakończyło nasze małżeń¬stwo szybciej, niż się spodziewałam. Nie miałam zamiaru rzucać pracy i po kilku tygodniach – może dniach – znalazł sobie kogoś innego… a może widywał się z niąjuż wcześniej, ale to inna historia – dodała, zaskoczona, że tyle mu opowiada. – Mówiliśmy o Annie Seger. Doszło do tego, że Annie nie posłuchała mojej rady, nie zadzwoniła po programie, ale kilka razy w trakcie. Słuchacze szaleli. Dzwonili bez przerwy. Wszyscy, począw¬szy od przewodniczącego Grupy na Rzecz Prawa do Życia, przez mło¬dych księży, a na dziennikarzu z lokalnej gazety skończywszy. Sprawa zaczęła się rozrastać. Zadzwonili do mnie prawnicy, oferując pomoc fi¬nansową i rodziny, które chciały adoptować dziecko Annie. Dzwoniły młode matki i kobiety po aborcjach i poronieniach. Nawet te, które wy¬szły za nieodpowiednich facetów, bo były w ciąży i do ślubu zmusili je rodzice. Zrobił się cyrk. A w samym środku była samotna, przerażona szes¬nastolatka.
    Sam zadrżała na wspomnienie, jak siedziała w pozbawionym okien studiu w centrum stacji i odbierała telefony. Zastanawiała się, czy Annie zadzwoni raz jeszcze. George Hannah, właściciel radia, wychodził z siebie, widząc jak rosną notowania, a Eleanor także cieszyła się z coraz więk¬szej rzeszy słuchaczy.
    – Wszyscy w rozgłośni byli szczęśliwi. Biliśmy na głowę konku¬rencyjne stacje i to tylko się liczyło. Notowania wzrosły niewyobrażal¬nie! Płynęły pieniądze. – Sam nie potrafiła ukryć ironii w głosie.
    W tym całym zamieszaniu tkwiła załamana Annie, a Samantająza¬wiodła. Nawet po ty lu latach czuła, jak przerażona musiała być ta dziew¬czyna i jak się wstydziła.
    – Starałam się dótrzeć do niej, ale nie miała w sobie siły, żeby za¬ufać komuś bliskiemu. Miała rodzinę, ale bała się ich. Nie mogła, albo nie chciała porozmawiać ze szkolnym psychologiem, ani z nikim z pa¬rafii. Z jakiegoś powodu była zła na mnie, zupełnie jakby to była moja wina. To było po prostu okropne. Straszne. – Sam wciągnęła głęboko powietrze i dodała: – Potem, po siódmym, może ósmym telefonie, ja¬kieś trzy tygodnie po naszej pierwszej rozmowie, znaleziono ją martwą. Przedawkowała leki i podcięła sobie żyły. Znaleźli przy niej tabletki na¬senne matki, wódkę i zakrwawione nożyce ogrodowe. Na komputerze zostawiła list pożegnalny. Napisała o wstydzie, samotności i braku ko¬goś, komu mogłaby zaufać.
    Sam pamiętała pierwsze strony gazet, z czarno-białym zdjęciem Annie Seger. Ładna dziewczyna z dobrego domu, kapitan cheerleaderek, wzo¬rowa uczenmca.
    Dziewczyna była w ciąży i czuła się samotna. Nikt jej nie pomógł. Szkolne zdjęcie sprawiło, że dla Sam, Annie stała się kimś realnym, bezradnym i bardziej tragicznym. Dziewczyna była taka młoda. Sam załamała się, a obraz uśmiechniętej nastolatki z czarno-białej fotografii nadal ją prześladował.
    – Odeszłam z pracy. Zrobiłam sobie wolne i spędziłam ten czas z oj¬cem. Potem otworzyłam prywatną praktykę w Santa Monica. Po latach Eleanor namówiła mnie do powrotu do mikrofonu i prowadzenia nowe¬go programu. – Wbiła palce w szal. – A teraz to wszystko wróciło.
    – Więc w czwartek Annie skończyłaby dwadzieścia pięć lat?
    – Chyba tak. – Sam uniosła ramiona i poczuła, że robi jej się zimno.
    Owinęła się szczelniej szalem, chociaż w pokoju było pewnie ponad dwadzieścia pięć stopni. – Nie rozumiem, dlaczego ktoś chce to wszyst¬ko przypomnieć właśnie teraz.
    – Ja też nie mam pojęcia – powiedział i przez dłuższą chwilę nie spuszczał z niej wzroku. – Pamiętaj, jeśli usłyszysz albo zobaczysz coś niepokojącego – cokolwiek – dzwoń.do mnie. – Wyciągnął z kieszeni długopis, podszedł do nocnej szafki i napisał coś w notatniku. – To moje numery – domowy i komórkowy. Nie zgub ich. – Oderwał kawałek kartki, podszedł do Sam i podał jej go.
    – Za nic na świecie – powiedziała i stłumiła ziewnięcie.
    Ty zerknął jeszcze raz na łóżko z puchatą kołdrą, ozdobnymi poduszkami i drewnianym baldachimem.
    – Idź spać. To był długi dzień
    – Bardzo długi – zgodziła się, bo miała wrażenie, że trwał wiecznie.
    Ku jej zaskoczeniu, Ty wyciągnął ręce, podniósł ją z fotela i wziął w ramiona.
    – Zadzwonisz do mnie – powiedział i pochylił się tak, że dotknęli się czołami.
    Senność zniknęła. Przytulny pokój z mansardowym sufitem wydał jej się jeszcze mniejszy niż w rzeczywistości i miała wrażenie, że jest cieplejszy.
    – Jeśli będzie trzeba.
    – Nawet jeśli tylko będziesz się bała. – Uniósł jej brodę palcem. – Obiecaj.
    – Dobrze. Słowo honoru – zgodziła się i serce zabiło jej mocniej.
    Zapach starej skóry mieszał się ze słabą wonią wody kolońskiej. To był ten czysty, męski zapach, o którym już dawno zapomniała.
    – Trzymam cię za słowo. – Spojrzał na jej usta i wtedy zdała sobie sprawę, że zaraz ją pocałuje.
    O Boże! Zaschło jej w gardle i poczuła szczypanie na skórze. Jakby dokładnie wiedział, co ona czuje i jakie wrażenie na niej zrobił, Ty uśmiechnął się bezczelnie swoim seksownym uśmieszkiem, od którego zapieJ;ało jej dech.
    – Dobranoc, Sam – powiedział i musnął ustami jej czoło. Potem wypuścił ją z objęć. – Zamknij drzwi i zadzwoń do mnie, jeśli coś cię zaniepokoi.
    Ty mnie niepokoisz, pomyślała, kiedy ruszył do drzwi. Do diabła,
    Tyu Wheelerze, bardzo mnie niepokoisz.

    Dwie godziny później Ty siedział przy komputerze i przeglądał no¬tatki, a pies leżał u jego stóp. Okna były otwarte i do środka wpadał lekki wiatr, a w szklance z alkoholem topiły się kostki lodu. Zapomniał o drinku, skupiony nad historią Annie Seger. Znał jąjuż na pamięć, ale czytał raz jeszcze, jakby jej imię widział po raz pierwszy.
    To było śmieszne, bo był z nią spokrewniony.
    Annie Seger była jego daleką kuzynką i dlatego odsunięto go od sprawy.
    Przejrzał pożółkłe wycinki z gazet i czytał informacje, których daw¬no już nauczył się na pamięć. Zbyt przerażona, by powiedzieć rodzicom, że jest w ciąży, szukała pomocy u psycholog z radia ~ doktor Samanty Leeds, ale nie mogła, skorzystać zjej rady. Nie,miała się do kogo zwrócić i kiedy ojciec dziecka powiedział, że nie chce założyć rodziny, poszła do swojej sypialni, włączyła komputer, napisała list i popiła tabletki nasen¬ne wódką, a gdy to nic nie dało – podcięła sobie żyły.
    Ten skandal wstrząsnął całą bogatą dzielnicą Houston. Ty łyknął drinka, gryząc w zamyśleniu lód. Przypomniał sobie całą historię Annie Seger.
    Był jednym z pierwszych, którzy dotarli do jej domu i widział, co się stało z nią i z całą jej rodziną.
    Annie była ładną dziewczyną, troszeczkę piegowatą, rudowłosą, z peł¬nymi życia zielonymi oczami.
    Wziął szklankę i wyszedł na zewnątrz, żeby posłuchać pluskujezio¬ra. Sasquatch podążył za nim. Węsząc, podreptał po werandzie do ogro¬du, podniósł łapę i'obsiusiał wielki dąb.
    Świerszcze grały, a samotna żaba zarechotała, kiedy pies stanął na okrągłej plamie światła, które padało przez otwarte drzwi. Ty spojrzał na żaglówkę z opuszczonymi żaglami, która kołysała się przy brzegu. Z od¬dali dobiegał przytłumiony dźwięk syren.
    Ty myślał oSamancie Leeds.
    Piękna i inteligentna kobieta. Cholernie fascynująca.
    Kobieta, z którą mógłby się kochać bez końca. W myślach nazwał się głupcem, za fantazje o tym, jak zabiera ją do łóżka, czuje jej nierówny od¬dech, kiedy leży pod nim, dotykajej skóry, miękkiej i gładkiej jak jedwab.
    Bez wątpienia zrobiła na nim wrażenie. Sam do tego dopuścił. Popełnił duży błąd.
    Gwizdnął na psa i ruszył do domu.
    Ostatnią rzeczą, na jaką mógł sobie pozwolić, była utrata obiektyw¬nego spojrzenia. Obiecał sobie, że nie straci z oczu swojego celu i nikt, ajuż na pewno nie psycholog Annie, go nie powstrzyma.

    "Dlaczego mi nie pomogłaś, doktor Sam. Dlaczego?" Głos był mło¬dy i delikatny. Dobiegał z oddali, jak zza mgły lub drzew. Samanta po¬dążyła za nim z bijącym sercem, oddychała ciężko i odgarniała gałęzie obwieszone hiszpańskim mchem, które zasłaniały jej widok.
    – Annie? Gdzie jesteś?! – zawołała i jej głos odbił się w lesie głoś¬nym echem.
    – Tutaj…
    Sam biegła, potykała się o korzenie i bluszcz. Mrużyła oczy w ciem¬ności, a w oddali słyszała odgłosy autostrady i samotne pohukiwanie sowy. Dlaczego Annie wyciągnęła ją aż tutaj i czego od niej chciała?
    – Nie mogę cię znaleźć.
    – Bo za słabo szukasz.
    – Ale gdzie…? – Przedarła się przez drzewa i zobaczyła dziewczynę. Była piękna. Miała krótkie rude włosy, olbrzymie oczy, w których malowało się przerażenie. Stała w środku cmentarza, pośród tablic na¬grobnych i sarkofagów. Od Samanty oddzielał ją niski, metalowy pło¬tek. W ramionach trzymała dziecko zawinięte w poszarpane pieluszki. Dziecko płakało i zawodziło, jakby coś je bolało.
    – Przykro mi – powiedziała Sam i ruszyła wzdłuż płotu w poszukiwaniu furtki. Chciała podejść bliżej. – Nie wiedziałam.
    – Dzwoniłam do ciebie i prosiłam o pomoc, a ty mnie odepchnęłaś.
    – Nie, chciałam ci pomóc i pomogłam.
    – Kłamiesz!
    Sam przesuwała palcami po słupkach i szła coraz szybciej, próbując dotrzeć do wejścia, ale bez względu na to, jak wiele razy mijała róg, jak szybko szła we mgle, nie mogła znaleźć bramy, nie mogła podejść bliżej do dziewczyny i dziecka, którego stłumione szlochanie rozdzierało jej serce.
    – Za późno – powiedziała Annie. – Spóźniłaś się.
    – Nie, mogę ci pomóc.
    Zobaczyła, jak dziewczyna drgnęła i zrzuciła przykrycie z dziecka.
    Sam krzyknęła, spodziewając się, że dziecko upadnie na ziemię, ale kie¬dy stary koc się osunął, okazało się, że jest pusty i niemowlę zniknęło. – Za późno – powtórzyła Annie.
    – Nie. Pomogę ci, obiecuję – powiedziała Sam, ale oddychała z coraz większym wysiłkiem. Miała wrażenie, że stopy ma z betonu.
    – Nie… – ostrzegł ją męski głos.
    Głos Tya?
    A może Johna?
    Sam odwróciła się gwałtownie, ale w ciemnym lesie niczego nie mogła dostrzec.
    – Kim jesteś?! – zawołała, ale nikt nie odpowiedział. W oddali ktoś śpiewał American Pie.
    Mgła zgęstniała, a Sam zaczęła biec coraz szybciej. Nogi miała jak z ołowiu, ale musiała dogonić Annie i porozmawiać z nią zanim… za¬nim co?
    Otworzyła oczy.
    Radiowy budzik nadal grał ostatnie takty piosenki, którą słyszała we śnie.
    Światło słoneczne wdzierało się przez drzwi balkonowe, a wiszący na suficie wiatrak chłodził powietrze w sypialni.
    Była w domu. Bezpieczna, w swoim łóżku.
    Sen odszedł gdzieś w niepamięć, ale Sam była spocona, w głowie jej szumiało, a serce biło przyspieszonym rytmem. Sen był taki realny i wie¬działa, że może przyśnić jej się jeszcze raz.

Rozdział 15

    – Musimy porozmawiać – powiedziała Eleanor. Siedziała za biurki'em i skinęła na Sam, żeby weszła do jej gabinetu. – Usiądź na chwi¬lę. – Kiedy Sam zajęła krzesło po drugiej stronie biurka, Eleanor sięgnꬳa po telefon i wybrała numer. – Melbo, nie łącz mnie z nikim. Sam i ja nie chcemy, żeby nam przeszkadzano, chyba że przyjdzie Tiny albo Me¬lanie. Powinni być za… – spojrzała na zegarek – jakieś piętnaście mi¬nut. Od razu ich przyślij. Dobra. – Odłożyła słuchawkę i odwróciła się do Sam. – Tu się dziejąjakieś dziwne rzeczy. – Złożyła ręce na podkład¬ce na biurku i pochyliła się do przodu. – Słuchałam taśmy z nocy. Tiny puścił mi też rozmowę z twoim kochanym prześladowcą. Potem rozma¬wiałam z George'em i z policją. Ale teraz chcę usłyszeć to od najbar¬dziej zainteresowanej osoby. Co według ciebie się dzieje?
    – Poza tym, że ktoś chce mnie nastraszyć?
    – Jedna osoba?
    – Albo dwie – powiedziała Sam. – Chociaż nie sądzę, żeby to był jakiś większy spisek przeciwko doktor Sam.
    – Dobrze, więc po co ktoś wraca teraz do sprawy Annie?
    – Nie wiem. – Sam wyjrzała przez okno i popatrzyła na dachy i niebieskie niebo. – Minęło tyle czasu. Miałam nadzieję, że mam to już za sobą.
    – Ja też. – Eleanor westchnęła i wyciągnęła z ucha klips. – Więc niech ja to sobie uporządkuję. Kobieta, która podaje się za Annie, dzwoni w trak¬cie programu i po zakończeniu, kiedy zeszłaś z anteny, jakieś pół godziny później dzwoni ten wariat John. Oni muszą mieć ze sobą coś wspólnego.
    – Zgadzam się. On chyba uważa, że.ja popełniłam grzech i muszę go odpokutować. Terazjuż wiem dlaczege. Wini mnie za śmierć Annie. Ale nie dzwonili z tego samego telefonu. Kobieta dzwoniła z automatu w barze, w mieście, a John z innej budki w Garden District. Policja już to sprawdza.
    ~ Więc sądzisz, że ten John namówił jakąś kobietę albo sam zmienił swój głos? Policja może to sprawdzić. Powiedziałam George'owi, że musimy nagrywać wszystkie rozmowy, nie tylko te do twojego progra¬mu. Nie będzie z tym problemu. Tylko że George jest zachwycony noto¬waniami. Zupełnie tak jak w Houston. W te noce kiedy dzwoni John i zaraz po jego telefonach, słucha nas więcej ludzi.
    – Cudownie": zakpiła Sam. – Może powinniśmy znaleźć jeszcze kilku wariatów, żeby do nas dzwonili.
    – Nie sądzę, żeby George miał taki pomysł. Ale on ma rację. Poczta elektroniczna, którą dostajemy, to potwierdza. W związku z tym – po¬wiedziała i zmarszczyła brwi – George poważnie rozważa wydłużenie twojej audycji i chce, żeby była nadawana nie tylko od niedzieli do czwart¬ku, ale również w piątek i w sobotę.
    – A kiedy zostanie mi czas na normalne życie?
    – Jakoś to ułożymy. Na początku wszystko będziesz prowadzić sama, ale potem zaprosimy innych prowadzących, włączymy wcześniej nagra¬ne fragmenty, albo zobaczymy, które wieczory będą cieszyły się najwięk¬szą popularnością.
    – Popierasz ten pomysł?
    – Popieram wszystko, co trzyma wysokie notowania, o ile nie jest niebezpieczne. Na razie nie podoba mi się to, co mówi ten facet. Nie podoba mi się ani trochę. I ta sprawa z Annie Seger. Nie rozumiem, o co chodzi. – W jej ciemnych oczach pojawił się błysk. – Chcę, żeby wzmoc¬niono ochronę, a ty masz być podwójnie ostrożna. Będziemy działać na bieżąco i zobaczymy, co czas pokaże.
    – Dobrze, ale jest jeszcze coś, o czym powinnaś wiedzieć.
    – Wspaniale. -Zmar-szczki nad brwiami Eleanorpogłębiły się. -Co takiego?
    – Wczoraj w nocy dostałam kartkę urodzinową. – Samopisała prze¬syłkę. – Była w moim samochodzie.
    – W środku? Zostawiłaś otwarte drzwi…? – zapytała, ale po chwili sama odpowiedziała na to pytanie: – Oczywiście, że zamknęłaś. Nie je¬steś taka głupia. Mówiłam ci, że już rozmawiałam z policją, ale chciała¬bym znać twoje zdanie. O co w tym wszystkim chodzi?
    – Nie wiem, ale się dowiem – powiedziała Sam. – Ja też rozmawia¬łam z policją.
    – Miałaś wczoraj pracowitą noc – zauważyła Eleanor. – Powiem Geor¬ge'owi, że chcę mieć strażników nie tylko przy drzwiach wejściowych, ale tu z tyłu też, i to przez cały czas. Do chwili, aż się to wszystko skoń¬czy. To że dzwoni tu wariat, to jedno, a groźby pod twoim adresem, to zupełnie co innego.
    Zadzwonił wewnętrzny telefon i Eleanor odebrała.
    – Przyślij ich, dzięki Melbo – powiedziała. – Tiny i Melanie dołą¬czą do nas. Może mają jakieś nowe pomysły.
    Po kilku minutach rozległo się energiczne pukanie do drzwi. Weszła Melanie, a za nią Tiny.
    Usiedli na krótkiej kanapie wciśniętej między szafkę z aktami i bi¬blioteczkę•
    – Sam powiedziała mi, co stało się wczoraj w nocy, ale chciałabym poznać wasze zdanie.
    – Jakiś maniak prześladuje Sam – oznajmił Tiny i nerwowo potarł dłonie, unikając jej wzroku. – Myślę, że jest niebezpieczny.
    – Pewnie podnieca go to, że ją straszy – stwierdziła Melanie. Od¬rzuciła blond loki z ramion i dodała: – Jakiś religijnie przewrażliwiony wariat.
    – Jeśli nawet, to może być groźny. 'Przesłuchałam nagrania trzykrot¬nie i myślę, że Tiny ma rację. Facet z pewnością ma nie po kolei w głowie. Chcę, żebyście wszyscy byli ostrożni. Nie wychodźcie sami w nocy.
    – Wygląda na to, że on uwziął się na Sam.
    – Jak dotąd tak – powiedziała Eleanor – dlatego, że to jej program, i on ma z tym jakiś problem.
    – I niezłą zabawę – dodała Samanta. – Tiny ma rację, że facet może być niebezpieczny, ale Melanie też ma słuszność. Wariat dobrze się bawi, strasząc mnie.
    – Więc uważaj. Kup sobie psa. Noś broń. Nie wychodź sama w no¬cy i sprawdzaj samochód, zanim do niego wsiądziesz. Rób wszystko do czasu, aż dowiemy się, kim jest ten sukinsyn. – Eleanor popatrzyła na każde z nich. – Rozmawiałam już z George'em na temat zwiększenia ochrony i kupienia lepszego sprzętu do identyfikacji numerów. Jeszcze nie dostałam od niego odpowiedzi. Ale jeśli trzeba będzie wezwać poli¬cję albo wynająć prywatnego detektywa, to jestem skłonna to zrobić. To trzeba kontrolować.
    – Chcesz powiedzieć, że trzeba z tym skończyć – poprawiła Sam.
    – Tak jest, skończyć. – Eleanor wycelowała w nich polakierowany paznokieć. – Informujcie mnie natychmiast, jeśli zdarzy się coś dziwne¬go. Nie czekajcie do następnego dnia, tylko dzwońcie od razu. Wszyscy macie numer mojej komórki i możecie.mnie złapać o każdej porze.
    Zadzwonił telefon i Eleanor spojrzała, na zegarek.
    – Do diabła. Cóż, to chyba na razie wszystko. Mam nadzieję, że nie będziemy mieli więcej kłopotów. Niedługo jest impreza charytatywna dla ośrodka Boucher i zaprosiliśmy wszystkie media. Nie chciałabym, żeby się o tym dowiedzieli.
    – My jesteśmy media – przypomniała jej Sam.
    – Wiem, co mówię.
    Telefon odezwał się znowu i Eleanor sięgnęła po słuchawkę. Spo¬tkanie dobiegło końca. Tiny i Melanie wyszli od razu, a Sam była w po¬łowie drogi do drzwi, kiedy usłyszała swoje imię.
    – Poczekaj, Sam! – zawołała Eleanor.
    Sam obejrzała się przez ramię, a Ęleanor zignorowała trzeci dzwonek.
    – Skontaktuj się jeszcze raz z policją i postrasz ich trochę. Powiedz temu, kto prowadzi tę sprawę, że lepiej będzie, jak złapią tego typa, bo inaczej to się źle skończy!
    – Myślisz, że to przyspieszy bieg spraw? – zakpiła Sam.
    – Lepiej, żeby tak się stało.

    – Czy to nie twoja radiowa doktorka? – zapytał Montoya i rzucił kopię raportu na biurko Bentza. Klimatyzator ledwo dzkiłał i w biurze było gorąco jak w piecu. Bentz postawił wiatrak na półce za swoimi plecami i po pokoju rozeszło się ciepłe powietrze.
    – Kto? – spytał i zobaczył nazwisko Samanty Leeds. – Cholera. ¬Bentz podniósł wzrok na Montoyę, który pachniał papierosami i niezna¬nąmu wodą kolońską. Nawet w palącym upale Montoya wyglądał świet¬nie w czarnej koszuli, ciemnych dżinsach i skórzanej kurtce, podczas gdy Bentz pocił się jak świnia. – Kolejne kłopoty?
    – Na to wygląda. – Montoya przerwał i wyprostował zdjęc.ie nieba, które Bentz postawił na ~tole, podczas gdy ten przeglądał raport.
    – Chyba ten zboczeniec nie zniknął. Nie tylko zadzwonił do radia, ale zostawił jej w samochodzie list z pogróżkami. – Mmm.
    – Zabrali samochód?
    – Nie…
    – Dlaczego nie, do diabła? – warknął Bentz.
    – Sprawdzili odciski na miejscu.
    – I co?
    – Na razie nic.
    – Dlaczego mnie to nie dziwi – stwierdził ironicznie Bentz. Otworzył szufladę, wyjął gumę do żucia i pomyślał, że pora przestać rzucać palenie.
    – Nie przyzwyczaiłeś się jeszcze do tego, jak się tu pracuje? – Mon¬toya sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął kasetę. Rzuciłjąna biurko tuż obok opróżnionej do połowy puszki pepsi i zdjęć Kristi. – Tu jest taśma z wczo¬rajszego programu. Chodzi o to, że dostała kilka nowych telefonów.
    – Od faceta, który podaje się za Johna?
    – I od kobiety, która nie żyje.
    – Słyszałem o tym – przyznał Bentz i oparł się o fotel, nadal marząc o papierosie. – Annie.
    – Słuchałeś radia? – Montoya uśmiechnął się od ucha do ucha. Naj¬wyraźniej rozbawiła go myśl, że Bentz siedział przy radiu z telefonem w ręku, gotowy zadzwonić do psychologa.
    – Tak. Słucham jej co wieczór, od czasu, jak z nią rozmawiałem. Nikt o imieniu John nie dzwonił wczoraj w nocy.
    – Mylisz się. Wariat dzwonił, ale po programie. Masz tu wszystko na taśmie. Nagrał ją technik, Albert, znany jako Tiny Pagano. Zareje¬strował wszystko tutaj – wskazał na kasetę na biurku Bentza.
    – Tego nam było trzeba. – Bentz miał nadzieję, że prześladowca Sam przestał dzwonić. Z raportu wynikało, że był zbyt wielkim optymistą. ¬Jak to zdobyłeś? – Znalazł gumę i wsadził kawałek do ust.
    – O'Keefe mi dał. Wczoraj miał służbę i wie, że ty jesteś przydzie¬lony do tej sprawy. On i jeszcze jeden chłopak przesłuchali doktor Sam w rozgłośni, a potem wezwała ich na parking, bo znalazła list w samo¬chodzie. O'Keefe twierdzi, że była nieźle roztrzęsiona.
    – Dziwisz się jej?
    – Do diabła, nie. – Montoya podrapał się w zamyśleniu w bródkę. – Więc co o tym sądzisz?
    – Nic dobrego. – Bentz żuł pozbawioną smaku gumę. – Annie Se¬ger. Kto to, do diabła, jest? – zapytał.
    – Nie wiem. Sądzę, że powinniśmy zostawić to chłopakom od spraw o napastowanie. Właściwie to nie nasza sprawa. Nie było trupa.
    – Jeszcze nie.
    – Wiedziałem, że tak powiesz.
    – Dzięki. – Bentz miał więcej pracy niż… czasu na jej wykonanie. Miał na głowie nie tylko seryjnego mordercę mi wolności, ale jeszcze FBI i parę innych morderstw, kłótnie rodzinne, wykroczenia drogowe, gan¬gi, handel narkotykami i awantury między ludźmi gotowymi wyciągnąć nóż lub pistolet.
    Montoya wyjął kieszonkowy magnetofon i puścił oznakowaną taś¬mę. Pierwszy telefon był od dziewcz~ny, która twierdziła, że doktor Sam ją zabiła, a drugi od prześladowcy. Rick najpierw wysłuchał zduszonego głosu dziewczyny, a potem łagodnego głosu Johna. W miarę słuchania, jego opanowanie zaczęło znikać.
    Montoya wyłączył odtwarzacz. W pokoju słychać było tylko brzęczenie uwięzionej osy.
    – Więc John nie zrezygnował.
    – l pogróżki są teraz bardziej konkretne. – Bentz miał niedobre przeczucia. Osa podleciała bliżej; wściekły pacnął ją gazetą. Nie trafił i roz¬wścieczony owad tłukł się o okno, na próżno próbując uciec.
    – Racja: – Montoya znalazł na biurku Bentza gumkę i rzucił nią w osę. Trafił i owad upadł na podłogę. – Myślisz, że te dwa telefony, od Annie i od Johna, mają ze sobą coś wspólnego?
    – Możliwe. – Bentz był prawie pewien, bo nie wierzył w zbiegi oko¬liczności. – Chyba że jeden spowodował drugi. Dziewczyna usłyszała telefon od Johna i wpadła na własny pomysł.
    – Więc ona może znać historię Annie Seger?
    – Ktoś ją zna.
    – Dobrze, a dlaczego ten wariat wyzywał doktor Sam od dziwek? Prostytutka? Jaki to ma sens?
    Bentz w zamyśleniu żuł gumę.
    – Sprawdzimy to. Chcę znać historię życia doktor Sam. Kim jest i co lubi? Dlaczego postanowiła zostać psychologiem radiowym? Po¬trzebne mi są informacje o jej rodzinie, chłopakach i tym – wyciągnął teczkę i sprawdził notatki – Davidzie Rossie, facecie, z którym pojecha¬ła do Meksyku. Wszystko o każdym Johnie, Jacku, Johnsonie, Jackso¬nie, Jonatanie i.Jayu oraz innych facetach, z którymi się spotykała, bo jeden z nich może do niej dzwonił.
    Rozległ się głośny dzwonek telefonu. Bentz nie zdążył odebrać, bo do biura wchodziła właśnie kobieta, o której rozmawiali.
    Patrzył na nią i miał wrażenie, że fatalny dzień za chwilę okaże się jeszcze gorszy.

Rozdział 16

    Bentz skrzyżował ręce na piersi.
    Samanta Leeds minęła biurka i zatrzymała się przed jego drzwiami. Ubrana w rozpinaną spódnicę i białą bluzkę bez rękawów, wygląda¬ła bardzo atrakcyjnie, a wyraz jej twarzy wskazywał na to, że przyszła tu po wyjaśnienia i nie wyjdzie, zanim ich nie otrzyma.
    – Detektywie Bentz – powiedziała, wchodząc. Jej rude włosy oka¬lały twarz w kształcie serca o wydatnych kościach policzkowych. Wbiła w Bentza zielone oczy i nie spuszczała z niego wzroku.
    Montoya przyjrzał się jej uważnie i najwyraźniej spodobało mu się to, co zobaczył. Miał już wychodzić, ale pozostał na miejscu przy szafce z aktami, a ona spojrzała na niego pytająco. Potem pochyliła się nad biurkiem Bentza.
    – Możemy porozmawiać? – zapytała. Telefon Bentza znowu 'się odezwał.
    – Tak. Proszę sekundę poczekać. – Uniósł jeden palec i odebrał te¬lefon. Rozmowa była krótka. Dzwonił ktoś z laboratorium i powiedział, że zidentyfikowano włókna znalezione przy ciałach dwóch prostytutek ¬wytwarzał je jeden producent i wykorzystywał do produkcj i czerwonych peruk, których nie znaleziono na miejscu zbrodni. Raport wysłano już do Bentza, a technik potwierdził, że włosy były identyczne. Dowody świadczyły o tym, iż mielijak na razie do czynienia zjednym mordercą i dwoma ofiarami. Federalni się wściekną: Bentz odłożył słuchawkę i po¬patrzył na kobietę, która stała przed jego biurkiem. Starała się nad sobą panować, ale była zdenerwowanajak diabli. Szarpała pasek torebki i prze¬stępowała z nogi na nogę.
    – Niech pani usiądzie – zaproponował i skinął na Montoyę. – Mój part¬ner, detektyw Montoya. Reuben, to doktor Leeds, znana jako doktor Sam.
    Samanta usadowiła się najednym ze starych krzeseł po drugiej stro¬nie biurka.
    – Miło mi panią poznać – odezwał się Montoya nieśmiało, zapomi¬nając o swoim latynoskim wdzięku.
    – Wzajemnie – skinęła głową. – Przypuszczam, że panowie wiedzą już, co się stało wczoraj w nocy?
    – Właśnie dostaliśmy raport.
    – I co panowie o tym sądzą?
    – Ten facet się nie podda. Naprawdę chce się na pani odegrać.- Podwinął rękawy powyżej łokcia i zapytał: – A jakie jest pani zdanie? – Myślę, że ten, kto wysłał mi kartkę, uważa, że zabiłam Annie Se¬ger. Facet, który podaje się za Johna, jest z niąjakoś powiązany, ale nie wiem jak. Wie pan, że ona nie żyje?
    – Proszę mi o niej opowiedzieć.
    Samanta milczała przez chwilę, oparła się o krzesło i położyła torebkę na kolanach.
    – Prawie dziesięć lat temu prowadziła m podobny program w Houston. Zadzwoniła do mnie dziewczyna o imieniu Annie. Miała szesnaście lat, była w ciąży i okropnie się bała. Próbowałam jej pomóc i skierować ją w odpowiednie miejsce, ale… – samanta zbladła i wyjrzała przez okno. Zacisnęła dłoń w pięść, a potem wolno otworzyła. – Żałuję…chciałam powiedzieć, że nie miałam pojęcia, jak jest zdesperowana – Głos Sam załamał się na chwilę. Wzięła głęboki oddech i odchrząknęła, zanim znowu zaczęła mówić. -… Annie zaklinała się, że nie może się nikomu zwierzyć i… zabiła się. Teraz ktoś wini za to mnie.
    _ A wczoraj w nocy, ktoś, udając Annie, zadzwonił do programu – powiedział Montoya.
    _ Tak. – Sam bawiła się złotym łańcuszkiem na szyi i unikała wzroku Bentza. – Oczywiście to nie była Annie. Poszłam najej pogrzeb, ale… wyproszono mnie. Annie Seger, ta Annie Seger, która do mnie dzwoniła w Houston dziewięć lat temu, naprawdę nie żyje. – Zamrugała szybko, ale nie rozpłakała się•
    _ Wyrzucili paniąz pogrzebu? – zapytał Bentz.
    – Rodzina obwiniała mnie o jej śmierć. Sięgnął po długopis.
    – Rodzina?
    – Jej rodzice, Estelle i Jason Faradayowie.
    – Myślałem, że nazywała się Seger.
    – Tak. Jej matka i biologiczny ojciec rozwiedli się•
    Bentz zanotował coś i pochwycił spojrzenie Montoyi.
    – A co z jej ojcem?
    _ Nie wiem. Sprawdzałam to, ale, o Boże, chyba mieszkał gdzieś na
    Północnym Zachodzie. – Zmarszczyła brwi.
    – Jak się nazywał?
    _ Wally… Oswald Seger. Wydaje mi się, że jakoś tak. – Uśmiechnęła się smutno. – Dziewięć lat temu jeszcze wszystko pamiętałam. Zapa¬dło m i to w serce, bo probowałam jakoś to zrozum ieć, ale potem… starałam się zapomnieć.
    Bentz nie winił jej za to, ale musiał wszystko odgrzebać jeszcze raz ten, kto ją terroryzował, zadbał o szczegóły.
    – Ma pani notatki? Nazwiska, adresy, cokolwiek?
    Zawahała się i zmrużyła oczy.
    _ Myślę, że tak. Mam pudło z notatkami i kasetami. Rzuciło mi się w oczy przy przeprowadzce. Chciałam je wyrzucić, ale schowałam na strychu razem z ozdobami choinkowymi i deklaracjami podatkowymi. Poszukam go.
    _ Może to coś pomoże. Proszę do mnie zadzwonić,jakje pani znaj- dzie. Przyślę kogoś. Chciałbym zobaczyć wszystko, co pani ma. – Znów coś zapisał. – Pamięta pani coś jeszcze o tej Annie? Miała innych krew¬nych albo przyjaciół?
    – Brata, Kena, nie… Kenta.
    – A chłopak? Ojciec dziecka?
    – Ryan Zimmerman, o ile pamiętam. Był od niej kilka lat starszy. Dobrze zbudowany. Ale nie jestem pewna. – Pokręciła głową. – Przez wiele lat starałam się o tym zapomnieć. – Wokół jej ust i oczu widać było ślady zmęczenia. Starała się nad sobą panować, ale groźby i po¬gróżki zrobiły swoje: Pociła się, a podkrążone oczy wskazywały na to, że ostatnio nie sypiała najlepiej.
    – Słyszałem nagranie – powiedział Bentz. – John znowu nazwał panią dziwką. O co mu chodzi?
    – Jest chory.
    – Więc nie ma w tym prawdy?
    W ułamku sekundy poderwała się z krzesła i oparła o biurko. Na policzki wystąpiły jej czerwone plamy.
    – Myślałam, że to już wyjaśniliśmy! – powiedziała ze złością. – Ni¬gdy w życiu nie byłam prostytutką… – Zamknęła oczy, jakby chciała się opanować. Bentz poczuł skurcz w żołądku. Zauważył, że Montoya też zesztywniał. Przesadził i zdał sobie z tego sprawę. – Niech pan posłu¬cha – powiedziała cicho i zbladła. – Nigdy nie sprzedawałam się za żad¬ne pieniądze, ale kiedyś na studiach, kiedy robiłam badania, poznałam kilka prostytutek, tutaj… w Nowym Orleanie. Spotykałam się z nimi i wi¬działam, jak zarabiają pieniądze. Obserwowałam facetów, z którymi się zadawały i jak rozróżniały normalnych od wariatów. Poznałam psycho¬logię ulicy. Nie chodziło tylko o dziwki, ale i życie miasta w nocy.¬Powoli opadła na krzesło i spojrzała mu prosto w oczy. – Ale nie sądzę, żeby to miało jakikolwiek związek…
    – Robiła to pani na zajęciach? – wtrącił się Montoya,jakby nie wierzył.
    – Tak! – Pokręciła głową. – I dostałam za to piątkę!
    – Możemy potwierdzić, że pani studiowała?
    – Niech pan posłucha. Nie przyszłam tutaj, żeby mnie poniżano. Jeśli mi pan nie wierzy, niech pan sprawdzi u mojego profesora… O Boże. ¬Ugryzła się w język i spojrzała na sufit, jakby szukała tam pajęczyn.
    – Co?
    – To mój były mąż – przyznała i pokręciła głową. – Byłam jego studentką, ale możecie do niego zadzwonić. Doktor Jeremy Leeds wTulane.
    – Sprawdzimy to.
    Robiła wrażenie wyczerpanej i le,,two trzymała się na krześle. Zu¬pełnie jakby wybuch złości odebrał jej wszystkie siły. Ale poradzi sobie.
    Bentz znał się na ludziach, a ta kobieta, był tego pewien, należała do silnych.
    – Kto wie, gdzie pani parkuje samochód?
    _ Wszyscy w rozgłośni. Każdy korzysta z tego parkingu. 1… moi przyjaciele. Nietrudno zgadnąć, bo to najbliższy parking koło budynku, w którym pracuję. Mój samochód rzuca się w oczy – mustang, rocznik 1966. – Zacisnęła pięści na kolanach. – Niech pan posłucha, detektywie Bentz. Wczoraj w nocy bałam się jak diabli – przyznała. – I nie podoba mi się to uczucie.
    _ Nie dziwię się. Gdybym był na pani miejscu, nie wychodziłbym sam. Nie żartowałem, kiedy proponowałem wymianę zamków i kupno rottweilera. Może zatrudni pani ochroniarza?
    Wstała wyprostowana i poirytowana.
    _ Ochroniarz? – powtórzyła. – To kosztuje. Wie pan co, denerwuje mnie, że ten facet wygrywa. Wie, gdzie mieszkam, gdzie pracuję ijakim jeżdżę samochodem. Nie powinnam być zmuszana do zmiany stylu ży¬cia z powodu jakiegoś świra.
    _ Ma pani rację, nie powinna pani być zmuszana, ale trzeba to zrobić – powiedział spokojnie i wytrzymał jej wzrok. Miał nadzieję, że Sam go zrozumie..:… Moim zdaniem, pani Leeds, ten facet jest niebezpieczny. Pogróżki są coraz poważniejsze i bezpośrednie. Dopóki nie dowiemy się, o co mu chodzi, powinna pani bardzo uważać i podjąć dodatkowe środki ostrożności, czy się to pani podoba, czy nie. Zadzwonię na posterunek w Cambrai i upewnię się, czy będą częściej patrolować pani ulicę• Zainte¬resujemy się okolicą pani biura, kiedy będzie pani w pracy. Postaramy się dopaść tego typa, ale nie uda nam się to bez pani pomocy. Rozumie, pani?
    – Po to tu przyszłam – powiedziała.
    – A my zrobimy, co w naszej mocy.
    _ Dzięki. – Wstała, podała im obu rękę i zarzuciwszy pasek torebki na ramię, wyszła z pokoju nieświadomatego, że Reuben obserwuje ru¬chy jej bioder pod spódnicą i widzi, że utyka na jedną nogę•
    Gwizdnął cichutko.
    _ Jeśli będzie szukała ochroniarza, daj mi znać, bo z przyjemnością• popiinuję tego zgrabnego tyłeczka.
    _ Będę pamiętał – powiedział Bentz ponuro i zaczął się zastanawiać, jaki jest związek pomiędzy facetem, który dzwonił, a martwą dziewczy¬ną z Houston. – Dowiedzmy się wszystkiego o Annie Seger. Z kim się spotykała, gdzie mieszkała, jaką miała rodzinę i chłopaka. Wszystko. Sprawdź ludzi związanych z doktor Sam. – Postukał ołówkiem w biur¬ko. – Ta sprawa komplikuje się z minuty na minutę•
    – Może tak musi być – mruknął Reuben i podrapał się w brodę. Popatrzył na korytarz, którym przed chwilą przeszła Samanta Leeds.
    – Co chcesz przez to powiedzieć?
    – Wciągnęło cię to? Zainteresowałeś się?
    – Ta część sprawy.
    – Wiem, wiem – powiedział Reuben i zamyślony zmrużył oczy. – Założę się, że notowania audycji skoczyły do góry i że to dobrze dla interesów rozgłośni. Niech dzwoni jakiś wariat. Im bardziej szurnięty, tym lepiej.
    – Myślisz, że to podpucha?
    – Być może. – Uśmiechnął się zabójczo. – To tak, jak te programy w telewizji, w których gospodarz wprowadza normalnie wyglądającą parę, a potem dziewczynę, z którą facet zdradza kobietę, i obie panie rzucają się na siebie. Wszystko jest z góry ukartowane. Tak musi być, żeby publiczność się wciągnęła. A po chwili przychodzi jeszcze jeden tacet – brat męża albo siostra żony i okazuje się, że razem sypiają. No i publika dostaje szału.
    Bentz rozparł się na krześle i zaczął bawić się ołówkiem.
    – Uważasz, że doktor Sam maczała w czymś takim pałce?
    – Może tak, a może nie. Wygląda na naprawdę przestraszoną, ale może dobra z niej aktorka; pracuje w radiu, na litość boską. Takie nume¬ry już się zdarzały, a pracują z nią ci sami ludzie. George Hannah, Ele¬anor Cavalier, wystarczy? Może sąjeszcze inni? Założę się o całą wy¬płatę, że ktoś w tej stacji wie, co jest grane, i że chodzi o pieniądze.
    – Ty zawsze węszysz we wszystkim forsę – poskarżył się Bentz, choć myślał podobnie. Poznałjuż George'a Hannaha i uważał go za nadętego dupka i krętacza. Kierownik stacji, czarnoskóra kobieta, miała opinię hetery, a Montoya miał rację, że oboje pracowali z Sam w Houston¬tyle Bentzjuż wiedział. Miał przeczucie, że ten facet, który dzwonił do programu doktor Sam, miał jakiś związek z morderstwami prostytutek. Nie było zbyt wielu punktów zaczepienia – włosy z czerwonej peruki, podobne do włosów Samanty Leeds i zdjęcie z wydłubanymi oczami, które przypominało mu pomazane studolarówki. Nic więcej.
    – Mam rację – mówił Montoya. – W dzi'ewięćdziesięciu procentach spraw tego typu forsa przechodzi z rąk do rąk.
    – Tylko dlaczego John zadzwonił po programie? Co mu to dało?
    Przecież nikt go nie słyszał.
    – Może to część zabawy. Potem poszedłby przeciek do prasy, że ten facet dzwoni nie tylko do radia, ale.j po audycji. A pani doktor jeszcze bardziej się przestraszy. Wariat ma do niej coś osobistego.
    To nie pasowało do koncepcji Bentza, ale się nie spierał.
    _ Więc to udowodnij – powiedział do Montoyi, a młody butny poli¬cjant rzucił mu pewny siebie uśmieszek.
    – Zrobię to.

    Idioci.
    Policjanci to kretyni.
    Dlaczego nic nie zrozumieją? Nie widzą związku?
    Nie potrafią złożyć dwóch pieprzonych elementów do kupy?
    Na zewnątrz chaty rechotały żaby. Gorące powietrze wpadało przez okna i szpary w ścianach. Zabił komara i czytał dalej artykuł o swojej ostatniej ofierze.
    Nie było żadnego przecieku do prasy o tym, że morderstwa mają ze sobą coś wspólnego, a przecież tak starannie zostawiał im ślady… pie¬przyć to, pomyślał i wyciął żałosny artykuł nożem. Wyrównał papier i zo¬stawił marginesy. Światło księżyca przebijało się przez mgłę i oświetlało pokój, rozjaśniając nieco ciemności wokół małej lampy. Było mu gorąco, niewygodnie i nie mógł usiedzieć spokojnie. Czuł, że musi coś zrobić, żeby zwrócić na siebie uwagę. Nadeszła pora. Wyjrzał przez okno i zoba¬czył cień przelatującego nietoperza, a serce zaczęło mu szybciej bić.
    Oddychał płytko i kiedy włączył radio, dobiegły go znajome takty Nocy po ciężkim dniu, a potem głos, niski i ciepły. Seksowny jak diabli.
    _ Witam Nowy Orlean. Mówi doktor Sam z WSLJ. Pora na Nocne wyznania, program dla serca i duszy. Dziś będziemy rozmawiać o szkole średniej. Pamiętacie te czasy? Dla ni~których z was to jeszcze teraźniej¬szość, dla innych odległa przeszłość, taka o której nie chcecie pamiętać. Chodziliśmy do szkół prywatnych, państwowych albo kościelnych. Czu¬liśmy presję rówieśników, chęć buntu, pierwsze miłości i odrzucenie. Pa¬miętacie ten pierwszy dzień? Byliście bardzo zdenerwowani? Jak to było, kiedy po raz pierwszy zobaczyliśc,ie szkolną sympatię? Pierwsza miłość? Pierwszy pocałunek… a może coś więcej? Opowiedzcie mi o tym. Nowy Orleanie… czekam na wyznania.
    Krew napłynęła mu do głowy. Szkoła średnia? Ta dziwka chciała rozmawiać o szkole średniej i o pierwszej miłości?
    Pot wystąpił mu na czoło i popłynął po plecach. Podszedł do szafki i wyjął zdobycz – małą książeczkę, a w niej zdjęcie doktor Sam.
    Idealnie biała skóra, ciemnorude włosy, pełne wargi, za którymi krył się ostry język i zimne oczy. Boże, ależ była podniecająca. Suka. Wsłu¬chiwał się w jej uwodzicielski głos, który namawiał ludzi do dzwonie¬nia, do wyznań i do próśb o radę•
    – Kto dzwoni?
    – Mówi Randy.
    Ja i ty, pomyślał i dostał tak silnej erekcji, że mało nie pękły mu dżinsy.
    – Co u ciebie, Randy?
    – Szkoła średnia, to było coś. Grałem w drużynie futbolowej w Tallahassee i tam poznałem swoją żonę. Była królową zjazdu absolwentów i była piękna. Nie znałem dziewczyny ładniejszej niż Vera Jean.
    Ciekawe, kogo to obchodzi?
    – I co zrobiłeś?
    – Ożeniłem się z nią. Trzydzieści pięć lat temu. Mamy czworo dzieci, dwoje wnuków i jednego w drodze.
    – Więc szkoła była dla ciebie wspaniałym przeżyciem?
    – Tak, oczywiście. Ale dla moich dzieci nie. Najstarsze dziecko brało narkotyki, z drugim wszystko było w porządku, ale trzecia dziewczyna za¬szłą w ciążę w pietwszej klasie, a ojciec dziecka nie chciał się z nią ożenić. – Ile twoja córka ma lat? – zapytała doktor Sam, jakby ją to obcho¬dziło i jakby miała jakąś radę.
    Zacisnął usta. Miał dwie godziny czasu, a potem zadzwoni. Ostrzeże ją tak, powie jej, co się wydarzy, a potem zapoluje.
    Dzisiaj wystarczy inna kobieta, pomyślał, kiedy słuchałjej głosu i miał ochotę się onanizować. Dotknął lekko czubkami palców w okolicę roz¬porka, ale nie… nie w ten sposób… poczeka na odpowiedni moment. Miał kilka rzeczy do zrobienia. Musiał naprawiać zło. Kobiety… te wszystkie kobiety, któreprzypominały mu o Annie. Puszczalskie i kłam¬liwe dziwki i jeden mężczyzna, z którym musiał załatwić porachunki. Mężczyzna, który zdradził Annie. Judasz! Ty też zapłacisz. Ogarnęła go furia i w głowie mu szumiało na dźwięk głosu doktor Sam.
    Krew pulsowała mu w uszach, a niski, słodki głos płynący z radia mieszał się z odgłosami miasta dochodzącymi zza bagien.
    Nie mógł mieć doktor Sam tej nocy. Nie nadszedł jeszcze odpowied¬ni czas. Zaplanował dla niej coś innego – niespodziankę na urodziny Annie. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, doktor Sam dostanie jutro specjalny prezent. Chciałby móc widzieójej twarz, kiedy dostanie podarunek, ale nie mógł ryzykować. Musiał poczekać na odpowiednią chwilę•
    Wkrótce… O Boże, to musi by niedługo… Pożądanie, gniew, chęć zemsty i jego pragnienia, były zbyt silne. Przyrodzenie pulsowało mu co¬raz mocniej. Potrzebował kogoś w zast,ępstwie raz jeszcze… musiał zna¬leźć inną dziwkę, żeby stłumić złość, która rozdzierała jego duszę, by za¬spokojć pragnienie, które przepełniało jego ciało. Musiał złożyć ofiarę.
    Wiedział, że jest grzesznikiem, ale nic nie mógł na to poradzić…
    Płonął.
    Sięgnął do kieszeni i wyciągnął specjalny różaniec. Ostre paciorki zabłysły w świetle lampy. Mrugały do niego, jakby obiecywały, że speł¬niąjego żądania.
    Potem padł na kolana i zaczął się modlić.
    Kiedy doktor Sam mówiła do niego przez małe radio, przesuwał w palcach koraliki i szeptał.
    – Chwała niech będzie Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu…

Rozdział 17

    Sam o mało nie wyskoczyła ze skóry, kiedy zobaczyła mężczyznę na ganku. Po chwili poznała, że to Ty. Nie spodziewała się go, ale uśmiechnęła się w duchu. Wyglądał jakoś znajomo, rozparty na huśtaw¬ce. Wyciągnął nogi, a w dłoni ściskał butelkę piwa. Nie widziała jego twarzy, bo słabe światło jedynej żarówki nie sięgało tak daleko. Czuł się jak w domu. Był spokojny i bujał się delikatnie w rytm muzyki porusza¬nych wiatrem dzwoneczków i śpiewających cykad. Ajednak było w nim coś niepokojącego, jakaś tajemnica, której nie rozumiała, coś niebez¬piecznego, czego się bała, a co jednocześnie nieodparcie ją przyciągało.
    – Nie wyobrażaj sobie za dużo – mruknęła do siebie, ale serce zabi¬ło jej szybciej, kiedy wcisnęła elektronicznego pilota i wprowadziła mustanga do garażu.
    Ciekawe, czego chce? – zastanawiała się, gdy wyłączyła silnik i wrzu¬ciła kluczyki do torby. Co tu robi? Czego oczekuje?
    Nie, Sam, czego ty oczekujesz?
    Zaschło jej w gardle i przez ułamek sekundy zastanawiała się, jak by to było, gdyby go pocałowała albo dotknęła, albo… Nawet o tym nie myśl. Nie znasz go. Jest coś, czego ci nie mówi, coś ukrywa, coś tajemniczego. Jest środek nocy, na litość boską! Dlaczego czeka tu na ciebie? Niedobrze.
    Niedobrze! Ale dreszcz oczekiwania przebiegł ją od stóp do głów. Wysiadła z samochodu i przeszła przez łącznik do domu, gdzie po¬witał ją Charon miauczeniem i ocieraniem się o nogi.
    – Ja też tęskniłam za tobą – powiedziała do kota i rzuciła torbę na stół. Szybko wyłączyła alarm. Z Charonem na ręku podeszła do drzwi wejściowych i otworzyła zasuwę.
    Ty nadal siedział na huśtawce i nie widziała jego oczu. Popatrzył na nią i wtedy poczuła dreszcz – jak zimny powiew wiatru na plecach.
    – Zaczynasz się przyzwyczajać – powiedziała, a Charon, który poczuł wolność, zeskoczył jej z ramion i pobiegł przez werandę.
    – To źle? – mruknął.
    – Może.
    Huśtawka zaskrzypiała, kiedy wstawał. Zmysłowe piwne oczy błysnęły w świetle.
    – Może nie umiem ci się oprzeć.
    – A może to zdanie z kiepskiego filmu.
    – Naprawdę? – Uniósł brew. Dopił piwo, a dzwonki na werandzie zadzwoniły cichutko.
    – Myślę, że stać cię na coś lepszego – powiedziała.
    – A jeśli mnie przeceniasz?
    – Na pewno.
    – To może być błąd.
    – Prawdopodobnie.
    Postawił pustą butelkę na balustradzie i podszedł do Sam. Skrzyżo¬wała ręce na piersi, a jednym ramieniem oparła się o framugę. Jej noz¬drza podrażnił delikatny zapach piżma. Kiedy na nią popatrzył, poczuła, że poci się ze zdenerwowania. Pochylił się ku niej, oparł ramieniem nad jej ręką, a nosem prawie dotykał jej nosa. Jego ciepły oddech owiewał jej twarz.
    – Wiesz, pomyślałem, że sprawdzę, czy dotarłaś bezpiecznie do domu. Większość kobiet by mi dziękowała.
    – Nie jestem jak większość kobiet – przypomniała mu, ale serce za¬biło jej szybciej.
    – Nie, Sam. Nie jesteś. – Był tak blisko, że czuła jego ciepło. Serce waliło jej jak szalone, kiedy dostrzegła w jego oczach niebezpieczną obietnicę. Przesunął wzrok na rozpięty kołnierzykjej bluzki, jakby mógł dostrzec pulsowanie krwi na szyi. – Pewnie dlatego tu jestem.
    – Rycerz w srebrnej zbroi. Tak mam o tobie myśleć? Zaśmiał się niskim głosem.
    – Nigdy.
    – Więc nie masz szlachetnych zamiarów?
    Parsknął.
    – Skąd wiesz, że mam jakiekolwiek zamiary? Teraz ona zdziwiona uniosła brwi.
    – Powiedz to komuś, kto ci uwierzy. Co byś zrobił, gdybym się nie zjawiła?
    – Poszukałbym cię u kogoś.
    – U kogo? – zapytała i zobaczyła, że Ty uśmiecha się coraz szerzej.
    – Wszędzie, gdzie trzeba.
    Czy to była noc pełni, czy ciepły wiatr, czy coś innego, prymityw¬nego, coś co kusiło ją, by zobaczyć, jakie to uczucie dotknąć skórą jego skóry. Była ciekawa, jak by zareagowała na dotyk jego dłoni na swoim ciele? A może czuła się tak dlatego, że chciała uciec od tego, co się działo w jej życiu, od strachu i napięcia, które towarzyszyło jej przez ostatnich kilka tygodni. A jeśli to było coś mniej skomplikowanego? Może po prostu dawno nie była z mężczyzną i pragnęła męskiego do¬tyku. Albo coś, ukrytego głęboko w jej duszy, coś czego nie chciała badać zbyt dokładnie, pchało ją w ramiona tajemniczego mężczyzny?
    – Mogłabyś mnie przynajmniej zaprosić do środka – zaproponował.
    – Zastanawiam się nad tym. – Miała świadomość, że stał zaledwie kilka centymetrów od niej. Za blisko. – Jeśli będziesz grzeczny.
    – Przykro mi, kochanie, ale tej obietnicy nie mogę ci dać – mruknął; a ona zadrżała. Jak by to było, kochać się z nim, leżeć w jego ramionach, obudzić się rano i dostrzec światło w jego oczach. I pożądanie? Zaka¬słała.
    – Myślę, że jestem ci winna kieliszek wina. Wypadałoby otworzyć butelkę i podzielić się z tobą, skoro mi ją przyniosłeś.
    – Jestem jak najbardziej za.
    'Ty ruszył za nią do kuchni. Wyjęła wino z lodówki.
    – Pomóc ci? – zapytał, kiedy zrzuciła buty i wyjęła korkociąg z szuflady.
    – Nie trzeba. Byłam kiedyś skautką.
    – I tam nauczyli cię otwierać wino?
    – Dostałam odznakę za tę sprawność.
    – Chyba coś ci się pomyliło. Nie ma takiej sprawności.
    – Co ty tam wiesz – mruknęła.
    Pociągnęła z całej siły. Korek wyleciał z butelki z cichym plaśnię¬ciem. Zakręciła korkociągiem w dłoni i wsunęła za pasek niczym sze¬ściostrzałowy rewolwer.
    – Bardzo zabawne.
    – Wiedziałam, że ci się spodoba – powiedziała przez ramię i sięgnęła po kieliszki, które stały w wysokiej szafce. Jeden, wypij tylko jeden, pomyślała i nalała wino, czując, że Ty stoi za nią, oparty jednym ramie¬niem o framugę.
    – Proszę – podała mu kieliszek na smukłej nóżce.
    – Za co pijemy? – zapytał.
    – Za lepsze dni – zaproponowała.
    – l lepsze noce.
    Zachłysnęła się powietrzem.
    – I noce. – Stuknęli się. Wypiła łyk wina i przyglądała się, jak on pije, a jabłko Adama porusza się nad kołnierzem koszuli. Przypomniała sobie, jak wspaniale jest umięśniony.
    Dlaczego jej myśli przez cały czas krążyły wokół gorących pocałun¬ków i ognistych pieszczot? Nie znała tego człowieka i nie mogła mu ufać. Nie powinna myśleć o kochaniu się z nim, na litość boską. Wypiła wino i pomyślała, że jednak czekał na nią, a wtedy przyjechał do radia, żeby bezpiecznie odwieźć ją do domu. Ryzykował życie.
    Gdyby chciał zrobić jej krzywdę, to miał już wiele okazji.
    – Widzę, że to wszystko cię wykańcza – powiedział, jakby czytał w jej myślach.
    – Chyba tak.
    – Każdy by tak reagował. – Piwne oczy wytrzymały jej wzrok, a Sam zauważyła, że są też trochę zielone.
    – Chodź – powiedział i wyjął korkociąg zza jej paska. – Zapomnij¬my o tym na chwi lę. – W sunął palce w jej dłoń, drugą ręką chwycił bu¬telkę i poprowadził ją do salonu.
    – Poczekaj… dokąd idziesz? – zapytała.
    – Zobaczysz. Potrzymaj to. – Podał jej wino i kieliszki. Otworzył szklane drzwi i wyprowadził ją do ogrodu.
    Światło księżyca odbijało się w ciemnych wodach jeziora i rzucało srebrną poświatę na trawę, krzaki, drzewa i maszty łodzi Tya. Nie zapar¬kował samochodu na podjeździe i Sam pomyślała, że przyszedł piecho¬tą. W rzeczywistości przypłynął łodzią.
    – Poczekaj chwileczkę. Co ci chodzi po głowie? – zapytała, kiedy znów wziął ją za rękę i pociągnął w stronę pomostu.
    – Obiecałaś, że może kiedyś ze mną popłyniesz, pamiętasz? – po¬wiedział i przyspieszył kroku. Bosa Sam prawie biegła, próbując za nim nadążyć. – Pora na spełnienie obietnicy.
    "Świetlisty anioł" wyłonił się przed nimi:
    – Uważam, że jesteś zwariowany.
    – Nie wątpię, że to profesjonalna opinia – rzekł, kiedy dotarli na pomost i pomógł jej wejść na pokład.
    – Słusznie. – Robili coś szalonego, ajednocześnie wspaniałego. Przy¬cisnęła kieliszki i butelkę do piersi, a Ty odwiązał cumę, uruchomił sil¬nik, zapalił światła i odbił od pomostu~.Na głębszej wodzie zaczął sta¬wiać żagle.
    – Czy to jest zgodne z prawem? – zapytała, kiedy żagle zaczęły ko¬łysać się na wietrze. Łódź płynęła wolno i po chwili widać było tylko kilka ciepłych i jasnych świateł w oknach domów.
    – Co? Co ma być zgodne z prawem?
    – Żeglowanie w nocy.
    – Nie wiem, ale jeśli jest zabronione, to niesłusznie.
    Stanęła obok niego przy sterze. Łagodny wiatr rozwiewał jej włosy, kiedy dziób łodzi pruł wodę. Po tylu samotnych nocach, pełnych zmar¬twień i napięcia, poczuła się teraz radosna i wolna. Gwiazdy świeciły jasnym światłem na czarnym niebie, a wody jeziora ciągnęły się aż po horyzont. Ty kręcił sterem tak, by żagle złapały wiatr. Bom poruszał się cały czas, kiedy Ty wybierał i luzował szoty.
    – Czy tak właśnie żyjesz? – zapytała, kiedy skręcił z wiatrem.
    – Co masz na myśli?
    – Życie bez żadnych zasad.
    – Może mam swoje własne.
    – Unikasz odpowiedzi.
    – Może.
    Zakręcił kołem i łódź zmieniła kurs, a w powietrzu uniosła się wod¬na mgiełka. Sam o mało nie straciła równowagi.
    Jego koszula powiewała na wietrze i Sam przypomniała sobie noc, kiedy wydawało jej się, że Ty ptywał w pobliżu jej domu i ją podglądał.
    Wpłynął do ciemnej zatoki, rzucił kotwicę i zrzucił żagle. Gwiazdy migotały, księżyc świecił niebieskim, bladym światłem, a Sam uświado¬miła sobie, że sązupełnie sami. Mężczyzna i kobieta – właściwie zupeł¬nie sobie obcy.
    Nikt nie wie, że tu jesteś. Nikt nie wie, że jesteś z Tyem.
    Przez szum wiatru, od brzegu dobiegło ją pohukiwanie sowy. – Może powiniene~ opowiedzieć mi o sobie – zaproponowała.
    – Żeby zanudzić cię na śmierć?
    – Obiecuję nie ziewać.
    – Słowo?
    – Słowo skauta – powiedziała i uniosła dwa palce, a wiatr rozwiał jej włosy.
    – Dobrze, skautko -zachichotał. -Jakjuż mówiłem, to długa i nudna historia:
    – Coś mi mówi, że nie jesteś w stanie niczym mnie zanudzić. Zaśmiał się, aż echo rozeszło się po wodzie.
    – Chcesz, żebym otworzył się przed tobą, a wtedy poddasz mnie psychoanalizie.
    – Nie ma mowy. Na dzisiaj mam już dość. – Sam oparła się o maszt. ¬Teraz twoja kolej. Wiesz o mnie bardzo dużo, może nawet więcej, nit powinieneś. Pora wyrównać rachunki.
    – I mam to zrobić, obnażając przed tobą moje tajemnice – powiędział i pociągnął łyk z kieliszka, nie spuszczając z niej badawczego wzroku.
    – Właśnie. Opowiadaj – przynagliła go i chwytając się jedną ręką bomu, pochyliła się ku niemu. – Chcę poznać twoje największe, naj¬ciemniejsze tajemnice.
    – To jak wyzwanie.
    – Dziecinna zabawa – stwierdziła i opowiedziała mu o tym, że kiedy miała czternaście lat razem z Peterem i kilkoma kolegami kręcili za¬paloną latarką i ten, na kogo wypadło, musiał albo wyznać jakąś głębo¬ką tajemnicę albo sprostać wyzwaniu ze strony innych graczy i zrobić coś obrzydliwego, co dla niego wymyślili. – Coś w tym rodzaju – doda¬ła. – No, dawaj. – Pokręciła kieliszkiem pod światło.
    – Wolę podjąć wyzwanie.
    – Nie możesz.
    – Oczywiście, że mogę. – Wytrzymał jej wzrok. – Wybieram wyzwanie.
    Poczuła delikatny dreszcz oczekiwania, a woda z pluskiem odbijała się od burt żaglówki.
    – Rzuć mi wyzwanie. Wolę to od opowiadania prawdziwej historii. Mimo ciemności dostrzegła jego wyzywające spojrzenie i nie zwra¬cając uwagi na to, że rozsądek podpowiadał jej, że popełnia kolosalny błąd, wypiła łyk wina i powiedziała:
    – Zgoda. Wyzywam cię, żebyś powiedział mi prawdę.
    – Uh-uh-uh. Oszukujesz. Tracisz kolejkę. – Dopił wino i podszedł bliżej, a czubki jego butów dotykały jej bosych stóp.
    – Poczekaj chwilę, nie tak się w to gra – zaprotestowała, kiedy po¬czuła, jak obejmuje ją w pasie. – Nie mogę stracić kolejki.
    – To moja łódź i ja dyktuję warunki – powiedział. Przez bawełnianą bluzkę poczuła, jak przesuwał dłoń na jej plecy. Poczuła ciepło i zabra¬kło jej powietrza. Był zbyt blisko niej, ajego dotyk był zbyt zmysłowy. Znalazła się na środku ogromnego jeziora i nikt nie wiedział, że tu jest. A jednak nie umiała mu się oprzeć. – A ja grałem w to tak – wyszeptał, a jego usta znalazły się tuż przy jej uchu. – Więc powiedz mi Samanto: wolisz prawdę czy wyzwanie?
    – Nie… nie wiem. – Serce biło jej szybko, a ciało płonęło.
    – Jasne, że wiesz.
    Przełknęła z trudem i poczuła, że wino uderzyło jej do głowy.
    – Dobra, rzucaj wyzwanie.
    – Pocałuj mnie.
    O Boże. Ramię wokół niej zacieśniło uścisk,i Ty przyciągnął ją bli¬żej do siebie. Łódka zakołysała się, a maszty zaskrzypiały.
    – Właśnie tak. Całuj mnie – zażądał i poczuła na szyi jego ciepły oddech. – I nie przestawaj.
    – Nigdy? – Pot wystąpił jej na czoło.
    – Dopiero, kiedy ci powiem.
    – No, nie wiem. To może być niebezpieczne.
    – Oczywiście – obiecał. – Liczę na to. – Jego usta były tak blisko, że dotykał jej włosów. Poczuła miękkość w kolanach.
    – Ale
    – Ciii Żadnych pytań. Powiedziałem, że cię wyzywam i tyle.- Ręka na jej plecach drgnęła i pociągnęła ją mocno do przodu. Udami dotknęłajego ud i poczułajego erekcję, napierającąmocno najej brzuch.
    Oblizała wargi i Ty zauważył ten ruch. Mimo że ich usta jeszcze się nie dotknęły, wiedziała, że za chwilę zrobi to, o co ją prosił.
    – No, Sam – zachęcił ją. – Wyzywam cię na pocałunek.
    Woda plusnęła, wiatr zaszumiał, a Sam poczuła, jak wypełnia ją po¬żądanie. Pochy liła się do przodu. Zamknęła oczy, zacisnęła palce na jego szyi i przycisnęła wargi do jego warg. Rozchyliła usta, a on mruknął zadowolony, przylgnął do niej jeszcze mocniej i objął jej uda swoimi. Szwy jej spódnicy napięły się, ajego język wsunął się głębiej do jej ust.
    Był twardy i gorący, a gdy zaczął ją całować, wszystkie mięśnie jego ciała naprężyły się.
    Nie rób tego, Sam. Nie posuwaj się tak daleko… Nie znasz go… Znalazł wygięcie jej szyi i chwycił skórę ustami.
    Sam pulsowała w środku, pragnęła go i zorientowała się, że Ty roz¬pina guziki bluzki. Powietr~e owiało jej nagą skórę. Poczuła dotyk jego ust i zębów na piersi i rąk, które wsunął.za pasek spódnicy, i zrozumiała, że poznaje ją, muskając jej skórę ciepłymi koniuszkami palców.
    Rzuciła się na niego i zdarła z niego koszulę. Potem ręką sięgnęła w dół, do rozporka, i wtedy on pociągnął ją na pokład. Oddychał ciężko, a ona czuła jego dłonie i usta na całym ćiele i już nie mogła się po¬wstrzymać.
    Przez głowę przebiegła jej myśl, że może to jej prześladowca, ale po chwili uleciała, zniknęła gdzieś w zapachu piżma, w słonym smaku jego skóry. Dotykał jej wszędzie, rozbierał, badał, pieścił, odnajdywał punkty erogenne na jej ciele, o których istnieniu sama nie miała poję¬cIa.
    – Pragniesz mnie – powiedział, kiedy palce Sam przesunęły się po stalowych mięśniach jego ramion.
    – Nie – odparła z trudem, a Ty rozpiął jej stanik i zsunął ramiączka. – To ty pragniesz mnie.
    – Mmmm. – Pocałował jej pierś, drażniąc ustami sutek. 'Przekręcił się i pot pokrył jej skórę. – Chcesz mnie.
    – Nie…
    – Tak. – Pochylił głowę i pocałował drugi sutek. Tym razem szarpnął mocniej. Wygięła plecy w łuk i poczuła, że robi się wilgotna.
    Poruszyła się pod nim, rozgrzana i głodna. Zamknęła oczy, pragnęła go aż do bólu.
    – Tak już lepiej – wyszeptał i sięgnął jedną dłonią do jej łydki.
    – O Boże – jęknęła, a Ty pocałował ją w brzuch, a palcami pieścił skórę nogi, przesuwał się coraz wyżej, ponad kolano, pod spódnicę, pod¬czas gdy językiem dotykał jej pępka. Nie mogła oddychać, tylko wygi¬nała się, czekała na to, co będzie dalej.
    – Odpręż się, Samanto – wyszeptał i zębami pociągnął za pasek spódnicy.
    Była taka gorąca… taka rozpalona… Ty przesunął dłoń jeszcze wyżej i czubkami palców gładził jej uda. Poczuła suchość w ustach i poru¬szyła się pod nim niespokojnie.
    – Odpręż się. Jestem przy tobie – szepnął, a gdy mówił, oddechem muskał jej skórę. Odsunął elastyczny pasek fig i sięgnął palcami do jej ciepłego wnętrza.
    – Och – wyszeptała i zanurzyła dłonie w jego włosach. – Och, Ty.
    – Tak, Samanto.
    Poruszyła się wraz z nim, uniosła biodra i głośno chwytała powie¬trze.
    Podniósł głowę i sięgnął do jej ust, całując ją mocno, a jego pałce zaczęły poruszać się coraz szybciej, głębiej i mocniej.
    – Nie sądzę, żeby… ja… ja…
    N ie mogła oddychać, przestała myśleć, pragnęła więcej… dużo więcej.
    – Ty… O Boże… Ty…
    Poruszała się rytmicznie, całowała go, przytulała się do niego, palca¬mi wbijając się w jego nagie plecy. Pierwszy spazm przyszedł szybko, jak nagła eksplozja. Zadrżała, ale on nie przestawał, nie pozwalając jej odetchnąć.
    – Pragniesz mnie – szepnął… -
    – Tak. Do cholery, tak. – Chwyciła za rozporek jego spodni i szarpnęła mocno. Materiał puścił z trzaskiem. Ty jęknął, kiedy jej palce zacisnęły się wokół niego. Zrzucił buty i dżinsy jednym ruchem i kolanami rozsunął jej nogi.
    – Ty… pragniesz mnie – powiedziała i spojrzała do góry w ciem¬ność, w której z trudem rozróżniała rysy jego twarzy. '.
    – Bardziej, niż myślisz, kochanie. – Ustami zainknąłjej usta i wszedł w nią szybko i gwahownie. Przycisnął ją do pokładu całym ciałem, i ob¬jął tak ciasno, jakby nigdy nie miał puścić. Poczuła, jak zalewająją ko¬lejne fale ciepła.
    Chcę więcej, pomyślała, więcej. Ty przyspieszył. Oboje oddychali teraz płytko. Ciało miał napięte, a muskularne uda ściskały ją mocno. Usłyszała jęk, który echem odbił się od wody, nie zdając sobie sprawy, że to ona tak jęczy. Opadła z sił, spełniona, a on obrócił ją tak, że znala¬zła się na górze. Spoconą skórę jej pleców chłodził wiatr.
    Silne uda zaczęły poruszać się pod nią. Ręce objęły jej piersi i zaczꬳy je pieścić. Weszła w jego rytm, oparła się dłońmi o jego ramiona i od¬dychała wilgotnym powietrzem, a pożądanie nadal rosło.
    Wiatr szalał jej we włosach. Spojrzała w ciemne, tajemnicze oczy mężczyzny, który właśnie zostałjej kochankiem, którego prawie nie znała, i mocno zaciskała palce na jego ramionach.
    Głośno złapał powietrze i naprężył się w niej, a żyły na szyi nabrzmia¬ły mu pod skórą. Otworzył usta i poczułajego wytrysk. Nadszedł skurcz i konwulsyjne drgania, a potem opadła na niego. Straciła świadomośc, że jest noc, i że jest z mężczyzną, którego nie znała na tyle, aby mu za¬ufać.
    Boże, pomocy.

Rozdział 18

    Co on najlepszego zrobił?
    Kiedy pierwsze promienie słońca wpadły przez małe okno nad łóż¬kiem, Ty Wheeler nazwał siebie największym idiotą.
    Samanta leżała skulona na prześcieradłach i spała spokojnie. Wczo¬raj w nocy przyniósłjąna rękach do kajuty. Kochali się do rana i w gło¬wie miał teraz tylko obrazy jej nagiego ciała, raz pod nim, a raz nad nim. Była skora do zabawy, seksowna i jednocześnie nieśmiała – kochanka jak żadna inna. Ty pocił się na samą myśl o niej, na wspomnienie jej smaku i tego, jaka okazała się namiętna.
    Po tym wszystkim, wyczerpani, zasnęli.
    Ty przysięgał kiedyś sobie, że nie zaangażuje się, że musi być obiek¬tywny, ale wczoraj w nocy wszystko prysło i wylądował z nią w łóżku. Teraz, kiedy gotował wodę na kawę, nazwał siebie największym krety¬nem pod słońcem.
    Sam poruszyła się i westchnęła przez sen i nagle znowu jej zapra¬gnął.
    Otworzyła jedno oko.
    – Na co się gapisz? – zapytała i przeciągając się leniwie, jedną dło¬nią zaciśniętą w pięść dotknęła ściany.
    – Na ciebie.
    – Pewnie okropnie wyglądam. – Oparła się na łokciu i przytrzymała prześcieradło na piersiach. – Która godzina?
    – Siódma.
    Jęknęła.
    – Dlaczego wstajemy?
    – Bo jesteśmy na środku jeziora i ludzie na brzegu, którzy mogą nas zobaczyć, zaraz zaczną wstawać. Robię kawę.
    – Mam nadzieję, że mocną – powiedziała.
    – Gwarantuję, że ci od niej włosy na piersiach wyrosną.
    – Przydałoby się – mruknęła.
    Puścił do niej oko.
    – Uwierz mi, że twoje piersi są w sam raz.
    – Tak, a jeśli o to chodzi… o wczorajszą noc… Myślę, że powinniśmy o tym porozmawiać.
    – Kobiety zawsze tego chcą.
    – Mamy swoje powody. – Pokręciła głową. – Powinniśmy porozmawiać o tym, że to nie do końca był bezpieczny seks i ja niewiele o to¬bie wiem. Może masz żonę albo tuzin dzieci…
    – Nie mam dzieci ani żony, ani narzeczonej. Nie byłem z kobietą od roku i jestem czysty. Możesz wierzyć lub nie, ale zwykle sam jestem o wiele bardziej ostrożny.
    – Ja też.
    – Właśnie, a ty? – zapytał i zdziwił się, że to ma dla niego znaczenie. Jakby chcieli tworzyć jakiś związek.
    – Miałam chłopaka pół roku temu, ale odkąd przeniosłam się do Nowego Orleanu, rozstaliśmy się. – Westchnęła i spojrzała na niego nie¬samowitymi, zielonymi oczami. – Pojechaliśmy razem do Meksyku, ale nic z tego nie wyszło. Chciał, żebyśmy j:nów byli razem, ale nie jeste¬śmy.
    – Jesteś pewna?
    _ Tak. – Przechyliła głowę na bok. – Czy mi się śniło, czy mówiłeś coś o kawie?
    – Jest kawa, ale rozpuszczalna. Mogę zrobić tak mocną, jak sobie życzysz.
    – Wystarczy.
    – No to zaraz będziemy wracać. – Kuchnia na łodzi składała się tylko zjednego palnika. Wyjął słoiczek z cukrem i nalał wrzątku do dwóch kubków.
    – Ty?
    _ Słucham? – Przerwał i spojrzał przez ramię. Owinęła się kocem, ale ramiona miała nagie i wyglądała cholernie seksownie.
    _ Chciałabym, żebyś wiedział, że ja zwykle nie… – Rozejrzała się dookoła po małej kabinie i znów spotkała jego wzrok. – Nie jestem ko¬bietą, która sypia z facetami, których nie zna. – Odgarnęła włosy z twa¬rzy. – Nie wiem, co we mnie wstąpiło wczoraj w nocy.
    – Nie mogłaś się mi oprzeć – powiedział i rzucił jej swój zabójczy, niepoprawny uśmiech.
    _ Tak, to prawda – powiedziała z ironią, ale nie mogła zaprzeczać faktom. To, co zrobiła, było zupełnie nie w jej stylu. A może nie? Za¬wsze było w niej coś, co pchało ją na krawędź ryzyka, skłaniało do zro¬bienia niebezpiecznego kroku. Czasami chciała być taka jak brat. Peter nigdy nie postępował zgodnie z zasadami. Nigdy.
    I drogo za to zapłacił.
    Kiedy umarła ich matka i stracił źródło pieniędzy, zniknął i zjawiał się tylko od czasu do czasu, spłukany i pełen opowieści o życiu, jakie prowadził, w które Sam nie umiała uwierzyć.

    Znalazła spódnicę. Była strasznie pognieciona. Fatalnie. Robiąc sobie wyrzuty o wczorajszą noc, zaczęła się ubierać. Nie mogła nawet zwalić wszystkiego na wino. Owszem, była zmęczona i spięta, i poczuła ulgę, kie¬dy zobaczyła go na ganku, ale żeby aż tak się zatracić – to nie było w jej stylu. Nie rozmawiali o dawnych miłościach, o bezpiecznym seksie ani o emocjonalnym przywiązaniu, jakie powstaje, gdy dwoje ludzi idzie ze sobą do łóżka. Gdyby ktoś z jej słuchaczy zadzwonił i przyznał się, że wylądował w łóżku z prawie obcą osobą, to doktor Sam ostro by go skrytykowała.
    Zapinała spódnicę, kiedy pojawił się Ty, niosąc dymiące kubki z kawą.
    _ Proszę, moje słoneczko – powiedział i podał jej kubek. – Chyba pój¬dę na górę. Powinniśmy już odpłynąć. O, jeszcze jedno. – Dotknął kubkiem jej kubka, jak przy toaście. – Za grę w prawdę i wyzwania. – W kącikach jego oczu pojawił się uśmiech, a Sam poczuła drżenie w sercu.
    Ty wypił łyk kawy i wszedł na schody.
    – Może następnym razem zabawimy się w listonosza.
    – A może w butelkę?
    – Albo w lekarza.
    – Znasz wszystkie zabawy – odezwała się oskarżycielskim tonem i ruszyła za nim na pokład, gdzie wiał silny wiatr, a promienie słońca przeświecały przez gęste chmury. Ty szybko wyciągnął kotwicę, rozwi¬nął żagle i poprowadził łódź przez szarą wodę. Tego ranka jezioro było bardziej wzburzone i kawa zakołysała się w kubku, gdy Sam chciała się napić i jednocześnie utrzymać równowagę. Poznała wybrzeże Cambrai i uśmiechnęła się, kiedy Ty skierował się do jej domu, do pomostu wśród wielkich dębów.
    – Opowiedz mi o swojej książce – poprosiła, kiedy zwolnił i zrzucił żagle. – Co powiedziałeś Melanie? To połączenie Zaklinacza koni i… – Milczenia owiec. Żartowałem. Właściwie piszę o kilku sprawach, z którymi miałem do czynienia jako gliniarz.
    – Byłeś policjantem? – zdziwiła się.
    – W jednym z poprzednich wcieleń.
    – Więc twoja książka to opowieść kryminalna?
    Zawahał się.
    – Raczej fikcja oparta na faktach. – Ty wyprowadził łódź na płytsze wody, zmarszczył brwi i Sam poczuła, że jest coś, o czym nie chce jej powiedzieć.
    – I jak ci idzie?
    – Chyba dobrze, ale mam drobne kłopoty.
    Nic jej to nie wyjaśniło.
    – Gdzie byłeś gliną? – zapytała.
    – W Teksasie.
    – W policji konnej?
    – Nie, w wydziale zabójstw. Wyobrażasz to sobie? – Podszedł do zwoju lin i wyrzucił za burtę obijacze tak, żeby łódź nie obtarła się o belki pomostu. Potem przywiązał cumę. – Odprowadzę cię do domu.
    – Nie trzeba. Dam sobie radę. Przecież to mój dom i jest środek dnia.
    – Będę miał spokojne sumienie – powiedział i ruszył w stronę werandy na tyłach domu, ignorując wszelkie protesty z jej strony. Drzwi balkonowe nie były zamknięte, bo tak,je zostawili w nocy. System alar¬mowy nie był włączony, bo Sam, zbyt zajęta Tyem, nie pomyślała o tym i nie spodziewała się, że tak długo ich nie będzie.
    Popełniła błąd.
    Charon siedział pod krzesłem w jadalni i miała wrażenie, że w domu jest jakoś dziwnie… coś było nie tak.
    Sam poczuła, jak skóra cierpnie jej na głowie.
    _ Może jestem zmęczona, ale wydaje mi się… Mam wrażenie, że ktoś tu był. – Przejrzała się w kanciastym lustrze na szafce i zobaczyła, że jest strasznie potargana. – Może coś mi się zdaje.
    Ty chwycił jej wzrok w lustrze. Miał pochmurne spojrzenie i zaciśniętą szczękę, porośniętą jednodniowym zarostem.
    – Sprawdźmy.
    Wmawiała sobie, że przesadza. Sprawdziła parter i nie znalazła ni- czego niepokojącego.
    Wszystko było jak nale;ży, a jednak dom pachniał inaczej, coś się zmieniło w atmosferze. Weszli razem na schody, a deski skrzypiały im pod stopami. W sypialni kręcił się wiatrak.
    Poczuła, że coś jest nie tak… coś było nie w porządku, ale pokój i łazienka były puste. Sprawdzili wszystkie pokoje i szafy, ale wszystko było w porządku.
    _ Chyba mi się zdawało – powiedziała bez przekonania. Zeszli na dół, a Charon wyszedł wreszcie spod stołu.
    – Dasz sobie radę? – spytał Ty.
    _ Tak. Oczywiście. – Nie zamierzała czuć się zagrożona we własnym domu.
    – Zamykaj drzwi i włącz alarm.
    _ Dobrze – obiecała, kiedy wyszli na zewnątrz. Wypogodziło się i chmury zaczęły znikać. Robiło się cieplej, a na wodzie błyszczało słońce.
    – Zadzwonię do ciebie później – przyrzekł.
    – Nic mi nie będzie.
    – Ale może ja będę tego potrzebował.
    Roześmiała się, a Ty wziął ją w ramiona i potarł nosem o jej nos.
    _ Bądź rozsądna, Sam. – Potem pocałował ją tak mocno, że poczu¬ła, jak łaskocze ją zarostem i ogrzewa ciepłem warg. Przez głowę prze¬leciały jej wspomnienia poprzedniej nocy, ki~dy język Tya dotknął jej ust. Westchnęła, gdy poczuła, że się odsuwa.
    – Dzwoń, kiedy zechcesz.
    Wyszedł. Jednym skokiem pokonał werandę i pobiegł przez rozświetlony słońcem trawnik na pomost, przy którym kołysał się "Świetlisty anioł". Odepchnął się od brzegu, odpłynął i Sam, stojąc pod daszkiem na werandzie, patrzyła jak znika za cyplem.
    Charon wszedł za nią po schodach, poczekał, aż wzięła prysznic, a potem podreptał za nią do szafy, z której wyjęła szorty i koszulkę. Za¬pinała pasek i już miała założyć stare tenisówki, kiedy zerknęła na ko¬modę. Druga szuflada była lekko odsunięta. Prawie niezauważalnie.
    Znów pomyślała, że cośjej się zdaje, i że sama takjązostawiła. Prze¬szła przez pokój i domknęłają. Po chwili zastanowienia otworzyła zno¬wu. W środku trzymała bieliznę; koszulki, staniki, gorsety i bikini. Bra¬kowało czerwonego kompletu. Miała takie dwa, ale żadnego nie zakładała od miesięcy… Czerwony zniknął.
    Pamiętała, że nie brała go do Meksyku i nie miała na sobie od…
    Ostatni raz założyła go w walentynki, dla żartu, bo była zupełnie sama, i dlatego, że był czerwony. Więc gdzie jest teraz? Przeszukała jeszcze raz wszystkie szuflady i szafę, ale kompletu nigdzie nie było.
    Coś w środku mówiło jej, że ktoś go zabrał.
    Z bijącym sercem sprawdziła resztę domu. Biżuteria był na swoim miej¬scu. Telewizor, wieża stereo, komputer i srebra – nietknięte. Brakowało tyl¬ko koronkowej, czerwonej bielizny. Sam poczuła, że robi jej się zimno.
    Bez wątpienia to był John.

Rozdział 19

    Doktor Jeremy Leeds był dupkiem. Bentz nabrał takiego przekona¬nia, kiedy usiadł w małym pokoiku, który służył profesorowi za biuro. Leeds nie był zwyczajnym dupkiem, tylko obłudnym, świętosz¬kowatym egoistą, typem, który uśmiechał się protekcjonalnie i od razu pokazywał ludziom, gdzie ich miejsce.
    Bentz nie powinien być zdziwiony, bo wszyscy psychologowie byli w taki lub inny sposób pomyleni.
    Ciężko mu było wyobrazić sobie, że Samanta Leeds była jego żoną.
    Na samą myśl o tym, coś zabolało Bentza w żołądku. Chodziło o to, że detektyw nie chciał myśleć zbyt wiele na ten temat, kiedy siedział w za¬graconej dziurze, która była gabinetem Leedsa. Od podłogi do sufitu wisiały półki z książkami na temat związków damsko-męskich, seksual¬ności człowieka, kompleksów i tym podobnych tematów. W małym po¬koju było jedno okno, a na para,pecie stał świąteczny kaktus, którego trzeba było wyrzucić z dziesięć lat-.t~mu. Biuro było takie, jak Bentz się spodziewał, ale jego właściciel przeszedł jego oczekiwania.
    Wysoki i chudy, z długimi włosami i bystrym wzrokiem, doktor Leeds nie przypominał. zasuszonego ekscentrycznego profesora uniwersyteckie¬go, jakiego pokazywały zwykle hollywoodzkie filmy. Jego siwe włosy krę¬ciły się trochę, znać było na nich ślady starannego podcinania i profesjo¬nalnego układania. Brodę miał przystrzyżonąporządnie i modnie, a ubrany był w marynarkę z gładkiej, czarnej skóry. Na czubku prostego nosa ster¬czały modne okulary w metalowej oprawce. Ani śladu wygniecionej na plecach, starej marynarki z zamszowymi łatami na łokciach. Nie widział też fajki i nie poczuł zapachu tytoniu, chociaż w szklanej szafce leżały ręcznie zwijane cygara, które były jedyną chyba słabością profesora.
    _ Zapali pan? – zapytał Leeds, gdy zauważył, że wzrok detektywa zatrzymał się na szafce.
    – Nie, dziękuję•
    _ Kubańskie, ale niech pan nikomu nie mówi. Ręcznie zwijane… ale ta część rozmowy jest nieoficjalna, dobrze?
    – Tylko ta część.
    Leeds wyjął długie cygaro, powąchał je i przesunął pod nosem, żeby zrobić wrażenie na Bentzu. W dusznym pokoju rozszedł się zapach starego tytoniu.
    Bentz nie był zainteresowany aktorskimi popisami profesora. Chciał z nim porozmawiać i tylko o to mu chodziło, chociaż iskra w oczach doktora Jeremy' ego Leedsa wskazywała, że dobrze się bawił i miał ochotę wypróbować swój ostry język w potyczce z policjantem.
    Bentz wcześniej zadzwonił na uniwersytet w Tulane i zapytał o go¬dziny dyżurów profesora, a po uzyskaniu informacji, pojawił się u niego niezapowiedziany. Kiedy Bentz stanął w drzwiach, Leeds prowadził właś¬nie niezwykle ożywioną rozmowę przez telefon. Doktor Jeremy był tro¬chę zaskoczony, szybko zakończył rozmowę krótkim:
    _… tak, tak. Wiem. Powiedziałem, że oddzwonię• – Odłożył słu¬chawkę i nawet nie starał się ukryć wzburzenia. Machnął zdenerwowa¬ny ręką w stronę telefonu i zapytał:
    – Czym mogę służyć?
    – Jeśli to pan jest Jeremy Leeds.
    Uniósł brwi zdziwiony.
    _ Profesor Jeremy Leeds – powtórzył Bentz.
    – Wolę tytuł doktora.
    Pewnie, że tak, pomyślał Bentz, przedstawił się i podsunął swoją legitymację pod nos Leedsa.
    Ten sięgnął po okulary, popatrzył na odznakę i westchnął. Zacisnął usta.
    – Oficer Bentz.
    – Wolę tytuł detektywa.
    W oku profesora błysnęła iskra.
    – Dobrze, detektywie. – Rozparł się w wyściełanym fotelu. – Podej¬rzewam, że chodzi o moją byłą żonę. Słyszałem, że znów ma kłopoty. – Znów? – spytał Bentz, a Jeremy Leeds wskazał mu stołek we¬pchnięty między biurko i ścianę. Bentz włączył mały magnetofon i za¬czął robić notatki..
    – Pewnie słyszał pan o Houston? To była potworna klapa, ale Sa¬manta sama się o to prosiła. – Wyjrzał przez uchylone okno, nie kryjąc irytacji. – Pan wie. Takie programy psują opinię profesjonalistom. Od tego wzięły się obelgi typu "psychologiczny bełkot", psycho-doktorzy na fali i tym podobne. To poniżające… ale. Wiem, że to brzmi okrutnie, ale nie cenię zbyt wysoko psychologów radiowych. To tylko zabawa. _ Uniósł ręce w teatralnym geście rozpaczy. – Proszę mi wybaczyć tę tyra¬dę• Taka wycieczka osobista. – Przestał marszczyć brwi i uśmiechnął się fałszywie. – Czego pan chce? Tak dokładnie…
    – Tak dokładnie, to ma pan rację, jestem tu w sprawie Samanty Leeds.
    Dziesięć lat temu był pan jej mężem?
    – Bardzo krótko. Byłajednąz moich studentek i my… no cóż, zwią¬zaliśmy się ze sobą• – Uśmiech zniknął z jego twarzy, a brwi ściągnęły się w jedną linię. Złożył ręce pod brodą i przyznał: – To nie był najlep¬szy pomysł. Byłem już żonaty, w separacj i z pierwszą żoną, i… cóż, poznał pan Samantę. Jest piękna, bystra i kiedy zechce, potrafi być cza¬rująca. Kiedy mój związek z Louise, moją pierwszą żoną, zaczął się roz¬padać, zwróciłem uwagę na Sam. Potem, chociaż moje małżeństwo już nie istniało i byłem już po rozmowie z adwokatem, ktoś puścił o nas plotkę, zrobił się skandal i musieliśmy uciekać.
    – Rozumiem, że to nastąpiło po rozwodzie?
    – Oczywiście – oburzył się. – Nie jestem bigamistą tylko… mam dwie słabości. Jedna to tytoń z La Havany. – Nadal trzymał vi dłoni jed¬no z cygar i podszedł do szatki. – A druga słabość to piękne kobiety.
    – Czy Louise też była pańską studentką?
    Leeds zacisnął szczęki.
    – Nie… poznaliśmy się w podstawówce.
    – Ożenił się pan raz jeszcze po rozwodzie z Samantą.
    Leeds rozłożył ręce.
    – Cóż mogę powiedzieć. Jestem niepoprawnym romantykiem i wierzę w instytucję małżeństwa.
    Bentz miał już dość słuchania tych bzdur. Pora przejść do rzeczy.
    – Czy kiedy Samanta była pańską studentką, pisała pracę o prosty¬tutkach?
    – Nie tylko – poprawił Leeds. – To było o psychologii ulicy. O tym, co sprawia, że ludzie sprzedają swoje ciała, rozprowadzają narkotyki, i tak dalej. – Uniósł brwi. – To była świetna praca. Jak już mówiłem, Samanta jest niezwykle inteligentna. – Podrapał się po głowie, zdjął okulary i położył je na biurku. -.szkoda, że nic z tego nie wyszło.
    – Co? – Bentz chyba się domyślał, ale chciał to usłyszeć wyraźnie.
    – Małżeństwo.
    – Dlaczego?
    Znowu zobaczył chytry uśmiech.
    – Mogę powiedzieć, że nasze drogi się rozeszły.
    – Nie rozumiem.
    – Wybrała własną karierę.
    – A pan znalazł sobie kogoś innego?
    Na spokojnej dotąd twarzy Jeremy'ego Leedsa pojawił się wyraz iry¬tacj i.
    – Człowiek nie ma natury samotnika, detektywie. Jestem pewien, że pan też to wie.
    – A więc żałuje pan, że nie jest nadal mężem Samanty? Leeds. zmrużył oczy, jakby wietrzył podstęp.
    – Powiedziałem tylko, że żałuję, iż nam nie wyszło.
    Bentz nie wierzył mu ani przez chwilę. Facet był zbyt zapatrzony w sie~ bie. Palce miał tak zadbane, jakby chodził do manikiurzystki, a gęste wło¬sy elegancko i porządnie przystrzyżone. Ani grama tłuszczu. Długie, wą¬ziutkie lustro na ścianie tuż obok wieszaka, mówiło samo za siebie.
    Bentz zadał jeszcze kilka pytań, nie udało mu się jednak na niczym Leedsa przyłapać i w końcu, kiedy zaczął dopytywać się o jego życie osobiste i o to, co robił wtedy, kiedy John dzwonił do radia, otrzymał wyjaśnienie.
    – No, nie, detektywie Bentz. Niech pan mi nie mówi, że pana zda¬niem mam z tym coś wspólnego. – Uniósł brwi. – Jeśli pan uważa, że miałem coś wspólnego z tym, co przytrafiło się Samancie, niech pan się jeszcze raz zastanowi. Nie życzę jej źle. Nie obchodzi mnie, że wróciła do Nowego Orleanu. – Pochylił się nad biurkiem i zwrócił się do Bentza jak do kumpla. – Niech pan posłucha, podziwiałem jąjako studentkę, zakochałem się w niej. Ma wiele uroku i charyzmę, jeśli można to tak nazwać. Była jedną z moich najlepszych studentek.
    – Dlatego, te związała się z panem?
    Leedsowi drgnęła powieka.
    – Z powodu jej wrodzonej inteligencji i dociekliwego umysłu. To mi się w niej spodobało, ale proszę, niech pan mnie zastrzeli za to, że jestem facetem z temperamentem. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie była piękna, i że to nie miało wiele wspólnego z moim zauroczeniem. – Jego uśmiech był teraz pełen tęsknoty i nieszczery jak komplement dziwki pod adresem klienta. Przedstawienie. – Wszystko między mną i Samantą skoń¬czyło się dawno temu. Jestem pewien, że powiedziała panu to samo. Tyl¬ko przypadkowo znaleźliśmy się w tym samym mieście.
    – Skoro pan tak twierdzi.
    – Tak twierdzę. – Spojrzał ostro. – Ja się nigdy nie wyprowadzałem – oznajmił. – Nadal jestem na tym samym uniwersytecie. Rozstaliśmy się z Samantą, kiedy przyjęła tę pracę w Houston. Nie chciałem, żeby wyjeżdżała, a kiedy to zrobiła, nasze małżeństwo nie miało szans.
    – Więc związał się pan z inną studentką. Leeds uśmiechnął się bezczelnie.
    – Jestem winny.
    Rozmawiali jeszcze przez chwilę, ale Bentz nie dowiedział się nicze¬go nowego. Miał dziwne uczucie, że doktor Leeds był zirytowany tym, że musiał przerwać rozmowę telefoniczną i poświęcać dyżur na przesłucha¬nie, ale rozmowa z Bentzem rozbawiła go. Odpowiadał jasno, ale w jego głosie wyczuwało się odrobinę pogardy; on naukowiec o wysokim ilora¬zie inteligencji, pogardzał tymi, którzy mu nie dorównywali.
    Kiedy Leeds odprowadził go do drzwi i na korytarz szacownego uni¬wersytetu, powiedział jeszcze:
    – Niech pan mnie odwiedza, detektywie. Jeśli będę mógł jakoś po¬móc, proszę dać mi znać.
    Facet uwielbiał takie gierki.
    Bentz wyszedł na rozgrzaną ulicę. Chmury burzowe zasłoniły słoń¬ce. Zbierało się na deszcz, powietrze było gęste. Bentz szedł przez par¬king i zastanawiał się,jak kobieta pokroju Samanty mogła kiedykolwiek wyjść za takiego dupka jak Jeremy Leeds, doktor czy nie doktor. Nie mógł w to uwierzyć.
    Nigdy nie znał się na damsko-męskich grach. Jego własne, nieudane małżeństwo było tego aż nadto dobrym dowodem.
    Usiadł za kierownicą i opuścił daszek, za którym ukrył awaryjną pacz¬kę cameli. Wyciągnął zapalniczkę i przytrzymał papierosa w ustach. Ruszył w stronę wyjazdu z parkingu. Po drugiej stronie ulicy dzieci ba¬wiły się w parku. Tramwaj z otwartymi oknami wiózł zaciekawionych turystów i znudzonych mieszkańców District Garden. Zapalił zapalnicz¬kę• Poczekał, aż minie go tramwaj i ruch trochę zelżeje, zapalił papierosa i głęboko zaciągnął się dymem. Nikotyna powoli dostała się do krwioobiegu. Pasażerowie opuszczali wagonik – dwójka czarnych dzieciaków z plecakami i odtwarzaczem płyt kompaktowych, starszy pan w czapce z plecionki i wysoki ciemnowłosy facet w ciemnych okularach. Spoj¬rzał zza okularów na Bentza, a potem ruszył przez ulicę do parku Audu¬bon, mijając grupkę dzieci kopiących piłkę.
    Coś zaniepokoiło Bentza w tym człowieku, chociaż nie umiał okre¬ślić co. Może facet nie lubił gliniarzy. To nic wielkiego, i często się zda¬rza. Bentz odprowadził mężczyznę wzrokiem i patrzył, jak ten pobiegł przez przystrzyżoną krótko trawę w stronę drzew i laguny. Tramwaj od¬jechał, nabierając prędkości. Bentz włączył syrenę i ruszył między sa¬mochodami, wskoczył na środkowy pas i popędził w stronę dzielnicy biurowej. Na dźwięk syreny mężczyzna w parku obejrzał się za siebie, ale nie przyspieszył kroku. Po chwili zniknął wśród drzew.
    Pewnie to jakiś przestraszony ćpun z odrobiną trawki w kieszeni. Bentz wyłączył syrenę, zapomniał o uciekającym mężczyźnie i pro¬wadził samochód przez zatłoczone ulice, cały czas zastanawiając się nad sprawą Samanty Leeds. Nic do siebie nie pasowało.
    Kim, do diabła, był John?
    Co miał wspólnego z Annie Seger?
    Dlaczego jakaś kobieta udawała nieżyjącą od dziewięciu lat dziewczynę? Czy był jakiś związek pomiędzy tym, co działo się w rozgłośni ra-diowej a morderstwami w dzielnicy francuskiej – czy był to tylko przy¬padek. Bentz rozmawiał już z agentami federalnymi. Zadzwonił nawet do Norma Stowella, człowieka, z którym pracował w Los Angeles i zaj¬mował się sporządzaniem profili przestępców w Quantico, kiedy praco¬wali dla FBI. Stowell miał świetny instynkt i udowodnił to nie jeden raz. Bentz ufał opinii Stowe!la bardziej niż młodemu funkcjonariuszowi przy¬pisanemu do sprawy. Stowell obiecał przejrzeć informacje, które prze¬słał mu Bentz i skontaktować się z nim.
    Bentz zaciągnął się głęboko raz jeszcze,. kiedy zahamował na świa¬tłach przy placu Lafayette. Papieros pomagał mu się skoncentrować, a Bóg świadkiem, że potrzebował skupienia.
    Pomyślał o Samancie. Mógł się w niej zakochać każdy mężczyzna, tego był pewien. Ale dlaczego wyszła za mąż za takiego gadajak Leeds? O co chodziło z byłym chłopakiem, Davidem Rossem z Houston? Jaka była jego rola? Światła zmieniły się i Bentz nacisnął gaz. Był jeszcze Ty Wheeler, człowiek, który według Bentza, nie był do końca uczciwy. Coś go niepokoiło w tym facecie. Gust Samanty Leeds, jeśli chodzi o m꿬czyzn, pozostawiał wiele do życzenia. Kto mógł mu to wyjaśnić?
    Wiedział z własnego doświadczenia, że tam, gdzie chodzi o miłość i pożądanie, zdrowy rozsądek nie odgrywa decydującej roli. Niestety, większość ludzi, w tym on sam, potrafiła pomylić te dwa uczucia.
    A to zwykle oznaczało katastrofę.
    Życie uczuciowe Samanty Leeds było tego najlepszym przykładem.

Rozdział 20

    Sam odłożyła Raj utracony na lbiurko. Przez ostatnie dwie godziny udało jej się przejrzeć większość tekstu i doszła do wniosku, że się pomyliła. Przekonanie, że John, robił alu~e do tej książki nie potwier¬dziło się. Przynajmniej ona nie znalazła żadnego związku. Rozbolałają głowa. Zapaliła lampę na biurku. Zapadał wieczór. Robiło się coraz ciem¬niej i widać już było pierwsze gwiazdy.
    Więc kim był John? W zamyśleniu obracała w palcach długopis.
    Czego chciał? Przestraszyć ją? Czy dla niego była to tylko zabawa, czy naprawdę chciał zrobić jej krzywdę? Sięgała właśnie po tom o psycho¬patycznych prześladowcach, kiedy telefon zadzwonił tak głośno, że aż podskoczyła.
    Po drugim dzwonku podniosła słuchawkę.
    – Halo – powiedziała, ale nie spodziewała się odpowiedzi. Już wcześ¬niej odebrała dwa głuche telefony. Była bardzo spięta. Dziś czwartek, urodziny Annie Seger.
    – Cześć, Sam. – Usłyszała wesoły głos.
    – Corky! – Ucieszyła się, słysząc przyjaciółkę. Oparła się wygodniej na krześle i uśmiechnęła się, kiedy za oknem zobaczyła wiewiórkę skaczącą z jednej grubej gałęzi dębu na drugą. – Co słychać?
    – Pomyślałam, że sprawdzę, co u ciebie. Mama dzwon iła wczoraj z Los Angeles. Spotkała w klubie twojego ojca i powiedział jej, że masz kłopo¬ty, że zraniłaś się w nogę w Meksyku, a tetaz prześladuje cię jakiś wariat. – Złe wiadomości szybko się rozchodzą.
    – Z prędkością światła, szczególnie gdy moja matka się dowie. Co się dzieje?
    Sam westchnęła, wyobraziła sobie twarz przyjaciółki i żałowała, że Corky nie mieszka bliżej.
    – To długa historia.
    – Mam dużo czasu. Opowiadaj.
    – Pamiętaj, że sama chciałaś. – Sam opowiedziała Corky, co się sta¬ło, o Johnie, Annie, telefonach i zniszczonym zdjęciu.
    – Matko Boska, Sam, i dzisiaj są urodziny tej dziewczyny? – zapytała Corky, a Sam mogła tylko wyobrazić sobie zatroskaną twarz przyjaciółki.
    – Miałaby teraz dwadzieścia pięć lat.
    – . Może powinnaś zatrudnić ochroniarza.
    – Już mi to sugerowano – powiedziała Sam ponuro. – Również to, żebym zamienifa kota na rottweilera.
    – A może przeprowadzisz się do Davida?
    Sam westchnęła i zerknęła na zdjęcie Davida, które nadal stało na jej biurku. Był przystojny, to prawda, ale materiał na męża z niego żaden.
    – Nawet gdyby David mieszkał w Nowym Orleanie, nic by z tego nie wyszło. – I żeby udowodnić sobie, że tak właśnie jest, wrzuciła zdję¬cie do dolnej szuflady biurka. – Między nami wszystko skończone.
    – Ale pojechałaś z nim do Meksyku.
    – Spotkałam się z nim tam i okazało się, że to koszmarna pomyłka. Po tym wszystkim dobrze będzie, jeśli David i ja zostaniemy przyjaciół¬mi. Najdziwniejszejest to, że policja uważ;ł, że on może mieć coś wspól¬nego z tymi telefonami.
    – David Ross? – roześmiała się Corky. – Nie ma mowy. Najwyraź¬niej nie znają faceta.
    – Poza tym on jest w Houston.
    – Dobra, David nie. To kto? No, Sam. Nie masz innych silnych przyjaciół, którzy mogliby wprowadzić się do ciebie na trochę?
    Pomyślała o Tyu Wheelerze.
    – Nie. Poza tym n ie potrzebuję faceta, żeby…
    – A Pete?
    Sam spojrzała na zdjęcie z zakończenia szkoły, na którym byli rodzice i brat.
    – Nie żartuj. Nikt nie widział Pete'a od lat.
    – Ja widziałam. Wpadłam na niego wczoraj.
    – Co? – Nie mogła uwierzyć własnym uszom. – Mówisz o moim bracie?
    – Tak.
    – Ale… ale… – Łzy napłynęły jej do oczu. Do tej chwili nie zdawała sobie sprawy, że tak naprawdę, to uznała go za zmarłego. – Przepra¬szam, Corky, ale to wielka rzecz. Nie dzwoni do taty nawet na święta, ani na urodziny… U niego wszystko w porządku?
    – Cały i zdrowy, jak przysłowiowy rydz.
    – Więc dlaczego nie zadzwonił, gdzie się podziewał, co robił?
    – Hej, nie tak szybko. Jedno pytanie na raz – zaśmiała się Corky.
    – Masz rację – powiedziała Sam, starając się uspokoić. – Zacznijmy od początku. Gdzie go widziałaś?
    – Tu, w Atlancie, w barze. W ubiegły weekend. Nie mogłam uwierzyć. Sam ścisnęło się serce. Sama nie wierzyła w to, co słyszy.
    – Co u niego?
    – Wyglądał dobrze, ale to nic nowego. Zawsze wyglądał dobrze, nawet jak brał. – Nastąpiła cisza i Sam wzięła do ręki zdjęcie. Peter był najwyższy z całej rodziny. Sprawiał wrażenie obojętnego odludka w czar¬nej skórze i ciemnych okularach. Ty draniu, pomyślała ze złością. Ile razy ojciec pytał o niego? Sto? Dwieście?
    – Chyba zmienił się na lepsze – powiedziała Corky. – Ale nie dał mi numeru telefonu, nawet nie powiedział, jak można się z nim skontakto¬wać. Powiedziałam mu, że powinien do ciebie zadzwonić, a on obiecał, że o tym pomyśli.
    – Miło z jego strony.
    – Hej… daj spokój. Nie sądzę, żeby jego życie było takie cudowne.
    – Zawsze miałaś do niego słabość – stwierdziła Sam.
    – Tak. Kiedyś tak było. To już przeszłość. Zresztą komu on się nie podobał. Nadal jest zabójczo przystojny. – Skoro tak twierdzisz.
    – Owszem. Przyznaję, że jestem niepoprawną romantyczką – zachichotała Corky. – Naprawdę. Szczególnie jeśli mam do czynienia z przy¬stojnymi facetami. – Westchnęła głośno. – Gdybym nie była tak daleko, dzwoniłabym do twojej audycji z błaganiem o radę W sprawie mojego życia uczuciowego.
    – Jasne, że tak – powiedziała Sam i roześmiała się. Bardzo tęskniła za Corky i brakowało jej brata.
    – W przeciwieństwie do ciebie, nie straciłam wiary w miłość.
    – Bo ja jestem realistką – odparła Sam. Charon wskoczył jej na kolana i zaczął mruczeć..
    – Pete pytał o ciebie, Sam.
    – Naprawdę? – Starała się ukryć zdenerwowanie. Samantę i jej brata nadal dzieliło wiele spraw i to poważnych. – A co z ojcem? Pytał o niego? Wiesz, że ojciec od lat nie miał od niego wiadomości?
    – Nie, nie wspomniał o ojcu.
    – To do niego podobne. – Sam była rozczarowana. Zupełnie niepotrzebnie. Dlaczego kiedykolwiek H:łiała nadzieję, że jej brat będzie się przejmował więzami rodzinnymi.~ Czym się zajmuje? – zapytała. ¬Chodzi mi o to, Jak zarabia na życie?
    – Nie jestem pewna. Mówił, że pracuje dla operatora telefonów ko¬mórkowych, który buduje maszty na całym Południowym Wschodzie, ale miałam wrażenie, że to już nieaktualne. Mieszka w Atlancie, ale za¬chowywał się tak, jakby myślał o przeprowadzce. Oj, ktoś dzwoni. Mu¬szę odebrać, wiesz, że jestem na prowizji. Chciałam ci powiedzieć, że za kilka tygodni będę w Nowym Orleanie. Zadzwonię,jak będę znała szcze¬góły. Muszę kończyć.
    Corky rozłączyła się, a Sam popatrzyła na rodzinną fotografię, odłożyła słuchawkę na widełki i chciała pozbyć się nieprzyjemnego uczucia depresji, które ogarniało ją za każdym razem, gdy myślała o bracie lub matce.
    W głębi duszy wiedziała, że pora już zapomnieć o przeszłości. Na¬dal winiła Pete'a o śmierć matki. Podniosła zdjęcie i dotknęła palcem jej twarzy. Poczuła smutek, jak zawsze, gdy o niej myślała. Niedługo potem, jak zrobiono to zdjęcie, Ruth Matheson zginęła w wypadku samochodowym, którego mogła uniknąć..
    – Och, mamo. – Sam z trudem przełknęła ślinę. To było tak dawno, w deszczowy dzień w Los Angeles. Ruth jeździła po moście, szukając syna. Wpadła w poślizg, nie zdołała zatrzymać się na czerwonym świe¬tle i zginęła na miejscu, kiedy inny kierowca wjechał na skrzyżowanie.
    A wszystko z powodu miłości Pete'a do kokainy.
    Uzależnienia, poprawiła się Sam i starała się pozbyć złości, która za¬wsze ogarniałająna myśl o przedwczesnej śmierci matki. Peter był narko¬manem. Chorował. Beth Matheson jechała nieostrożnie. Zginęła, a kie¬rowca ciężarówki, która w nią uderzyła, przeleżał w szpitalu sześć tygodni.
    Było, minęło.
    Sam odstawiła zdjęcie na miejsce. Powinna zadzwonić do Corky i spróbować znaleźć Petera, dla ojca. Dla siebie też, Sam. To twój jedy¬ny brat i musisz przestać go obwiniać.
    Chociaż zachowuje się tak, jakby rodzina nie istniała.
    Zamiast rozmyślać o bracie, którego nie obchodziło, że uznała go za zmarłego, sięgnęła ponownie po telefon. Wykręciła numer Davida do prac)' i dowiedziała się, że wziął kilka dni wolnego.
    Swietnie. Nie była pewna, czy ma ochotę z nim rozmawiać. Chciała się tylko upewnić, czy miał coś wspólnego z telefonami do radia i do niej do domu. To nie David, stwierdziła. Pierwszy telefon dostała, kiedy był w Meksyku.
    To nie David. Policja podejrzewa nie tego, co trzeba.
    Ajednak Sam wykręciła jego domowy numer, poczekała, aż włączyła się automatyczna sekretarka i odłożyła słuchawkę. Nie było go w Houston. I co z tego?
    Nie mogła siedzieć w domu i zastanawiać się, co on robi. Wyrzuciła go ze swojego życia i nie musiała przypominać sobie, że była to jej de¬cyzja. Bez niego było jej lepiej. Kiedy go poznała, wydawał się dobrym kandydatem na męża i ojca dzieci, które chciała mieć, ale nigdy nie uda¬ło jej się go pokochać.
    Dzięki Bogu obudziła się, zanim zrezygnowała z miłości i wyszła za niego z rozsądku.
    – Nie jesteś lepsza.od Corky – mruknęła do siebie. Usiadła do kom¬putera i weszła do poczty. Większość listów nie była ciekawa, ale przy¬szło. parę informacji z Centrum Boucher i list od Leanne.
    Doktor Sam!
    Nie jest dobrze. Mama cały czas się wścieka, a Jay nie dzwoni. Chyba muszę z tobą porozmawiać o czymś. Zadzwoń, albo napisz, jak będziąsz miała czas.
    – Och, skarbie – Sam szybko odpisała i zaproponowała spotkanie przy kawie. Potem wykręciła numer domowy Leanne. Było zajęte, więc nie mogła przekazać wiadomości. Leanne już wcześniej zostawiała jej takie listy, ale Sam miała przeczucie, że tym razem dziewczynajest w ta¬rapatach. Może zadzwoni wieczorem do radia.
    Zupełnie jak Annie Seger.
    – Przestań – mruknęła głośno.
    Obiecała sobie, że zadzwoni do dziewczyny później, zrzuciła kota z kolan i ruszyła na górę. W szafie odsllłlęła długie sukienki, schyliła się i otworzyła małe drzwi prowadzące na strych. Włączyła światło i usły¬szała wściekłe bzyczenie. W kącie pod sufitem było gniazdo szerszeni. Czarne odwłoki błyszczały w świetle pojedynczej, zakurzonej żarówki, gdy owady kręciły się wokół swojego domu. Oprócz szerszeni dostrze¬gła pająki śpiące w pajęczynach oplatających stare krokwie. Pomyślała o nietoperzach, gdy zauważyła odchody. Nigdzie nie było widać małych stworów zwisających głową w dół. Strych śmierdział kurzem i zgnili¬zną – nie powinna trzymać tu ważnych papie,t"ów. Musi zrobić szatki w pokoju albo w pustej sypialni. Zacisnęła zęby i weszła na czworaka na szorstkie deski. Popatrzyła na kurz. Czyżby były na nim jakieś ślady? A może na pudłach… wyglądały na czystsze, niż powinny być… jakby ktoś je odkurzył, żeby przeczytać napisy na nalepkach… Pokręciła gło¬wą. Co się z nią dzieje? Nikt nie wchodził na strych, a pudła były w mia¬rę czyste, bo sześć miesięcy temu je przeglądała, kiedy wciągała je na strych. Była tu pół roku temu – i od tej pory nikt tu nie wchodził.
    Jednak nie mogła pozbyć się uczucia, że ktoś był w domu. Zagryzła wargi i po cichu powiedziała sobie, że powinna być rozsądna.
    Ostrożnie zaczęła czytać napisy na kartonach i przeglądała pudełka pełne deklaracji podatkowych, papierów ze szkoły i akt pacjentów, aż wreszcie znalazła informacje o Annie Seger. Pociągnęła pudło w stronę wyjścia i usłyszała brzęczenie szerszeni. Jeden zdenerwowany owad po¬leciał za nią i usiadł jej na głowie i kiedy chciała go odgonić, ugryzł ją w sZYJę.
    – Cholera. -Zatrzasnęłą drzwi na strych, zamknęła dokładnie i wnio¬sła pudło do sypialni, gdzie bezceremonialnie upuściła je na podłoge. Szyja bolała ją okropnie. Powinna coś zrobić z tym gniazdem, zanim szerszenie znajdą drogę do szafy, sypialni i reszty domu.
    W łazience zmoczyła ręcznik w zimnej wodzie i z lusterkiem w ręku obejrzała ukłucie i przemyła je. Na skórze zrobiła jej się czerwona pla¬ma, a jedyne lekarstwo, jakie miała w szafce, to stary tonik miętowy, którym przetarła bolące miejsce.
    – Głupi zwierzak – mruknęła, słysząc jazgot psa pani Killingsworth.
    Podeszła do okna, żeby zobaczyć, co się dzieje, i usłyszała kroki na gan¬ku. Spodziewała się dzwonka albo pukania, więc ruszyła na dół.
    W tej samej chwili zadzwonił telefon.
    – Chwileczkę! – krzyknęła w stronę drzwi i popędziła do pokoju. Złapała słuchawkę przed trzecim dzwonkiem.
    – Halo? – zawołała. Nikt nie odpowiedział. – Halo?
    Znowu milczenie, ajednak ktoś był po drugiej stronie. Była pewna. Wyczuwała to.
    – Kto tam? – powiedziała ze złością i strachem w głosie. – Halo? ¬Odczekała trzydzieści sekund, a potem powiedziała – Nie słyszę cię.
    Czy ktoś po drugiej stronie oddychał, czy to zakłócenia na lini? Nieważne. Rzuciła słuchawkę i uznała, że widocznie ktoś się pomylił.
    Sprawdziła identyfikację rozmów. Nieznany numer.
    Zupełnie jak telefony do radia.
    Nawet nie myśl w ten sposób. To na pewno była pomyłka. Podeszła do drzwi frontowych i dotarło do niej, że dzwonek wcale nie dzwonił ani nikt nie pukał. Dziwne.
    Wyjrzała przez wizjer i nikogo nie zobaczyła.
    Założyła łańcuch, uchyliła drzwi i zapaliła światło na zewnątrz.
    Na ganku nie było żywej duszy. Dzwoneczki dzwoniły poruszane wiatrem, a po drugiej stronie ulicy Hannibal patrzył na jej dom i szcze¬kał jak szalony.
    Odpięła łańcuch i wyszła na zewnątrz. Była sama, ale huśtawaka bujała się, jakby coś lub ktoś ją popchnął.
    Serce zamarło jej. ze strachu. Rozejrzała się po podwórku i podjeździe.
    – Halo?! – zawołała w ciemność. – Halo?!
    Zza domu dobiegł jąjakiś hałas -jakby drapanie o stare deski. A może to tylko jej wyobraźnia?
    Z bijącym sercem przeszła za róg i popatrzyła na zacienioną weran¬dę z drugiej strony domu. Była ciemna noc i na podłogę padało tylko światło z okien jadalni…
    Zmrużyła oczy i była pewna, że dostrzegła ruch w krzakach oddzie¬lającychjej dom od domu sąsiadów, ale równie dobrze mógł to być wiatr poruszający liście albo wiewiórka skacząca po gałązkach, a może i kot przemykający się w cieniu.
    Przesadzasz, Sam, pomyślała i wróciła do frontowych drzwi. Coś ci się przywidziało.
    Stara huśtawka nadal się kołysała i Samanta miała wrażenie, ze nie jest sama, i że ktoś ją obserwuje. Dostała gęsiej skórki. Ciekawe kto to, pomyślała, weszła do domu i dokładnie zamknęła drzwi.
    Opanuj się!
    Zadzwonił telefon. Jeszcze raz. Z bijącym sercenl podniosła słuchawkę.
    – Halo?
    – Witąj, doktor Sam – odezwał się John, a Sam oparła się ciężko o biurko. – Wiesz, jaki dziś dzień, prawda?
    – Dwudziesty drugi.
    – Urodziny Annie.
    – Być może. Kim była ta dziewczyna, która dzwoniła wczoraj?
    – Przemyślałaś j uż swoje grzechy, za które powinnaś odpokutować?
    – Odpokutować? Za co? – zapytała, a pot popłynął jej po plecach.
    Wyjrzała przez okno, ciekawa, czy jest gdzieś na zewnątrz i czy to jego kroki słyszała na ganku. Może dzwonił z telefonu komórkowego. Pode¬szła do okna i opuściła żaluzje.
    – Ty mi powiedz.
    – Nie jestem odpowiedzialna za śmierć Annie.
    – Nieprawidłowe rozumowanie, Sam.
    – Kim jesteś? – Szumiało jej w głowie., – Spotkaliśmy się gdzieś? Czy ja cię znam?
    – Musisz tylko wiedzieć, że to co stanie się dziś w nocy, stanie się z twojego powodu, z powodu twoich,grzechów. Musisz za nie zapłacić, Sam. Błagaj o przebaczenie.
    – Co chcesz zrobić? – zapytała i nagle zrobiło jej się śmiertelnie zimno.
    – Zobaczysz…
    – Nie… Nie rób nic…
    Usłyszała plaśnięcie i telefon zamilkł.
    – O Boże, nie! – Sain padła na fotel i ukryła twarz w dłoniach. W jego głosie było coś niedobrego. Okrucieństwo. Coś miało się zdarzyć, coś potwornego i ona będzie temu winna.
    Weź się w garść, Sam. Nie pozwól mu się pokonać. Musisz go po¬wstrzymać. Ty! Myśl, Sam, myśl. Zadzwoń na policję. Powiadom Ben¬tza, a potem zrób wszystko, co w twojej mocy.

    Wykręciła numer policji w Nowym Orleanie i o mało nie oszalała, kiedy powiedziano jej, że Ricka Bentza nie ma, i że do niej oddzwoni.
    – Proszę mu powiedzieć, że to bardzo pilne – upierała się, zanim odłożyła słuchawkę. Co jeszcze mogła zrobić? Jak powstrzymać to, co zaplanował John? Podskoczyła, kiedy telefon odezwał się raz jeszcze. Odebrała, gotowa na kolejne pogróżki.
    – Halo? – powiedziała drżącym głosem.
    – Mówi Bentz. Dostałem wiadomość, że pani dzwoniła w pilnej sprawIe.
    – Miałam właśnie telefon od Johna – oznajmiła. – Tu w domu.
    – Co powiedział?
    – Żebym odpokutowała grzechy, i że jeśli tego nie zrobię, zapłacę za nie. Stara śpiewka, ale potem dodał, że jeśli nie, to coś złego stanie się dziś w nocy i to z mojej winy..
    – Sukin… niech pani poczeka. Jeszcze raz i powoli. Nie nagrała pani przypadkiem tej rozmowy?
    – Nie… Nie pomyślałam o tym. Wszystko stało się tak szybko.
    – Niech mi pani opowie wszystkie szczegóły – rzekł, a ona zrobiła, jak prosił. Nie opuściła niczego. Powiedziała mu o kilku głuchych telefo¬nach, o zniknięciu czerwonej bielizny, i o tym, że miała wrażenie, że ktoś obserwuje dom. Bentz wysłuchał jej i dał kilka rad, które już znała. Po¬winna być ostrożna, zamknąć drzwi, kupić psa, włączyć alarm, może prze¬prowadzić się do kogoś bliskiego do czasu, aż to się skończy.
    Odłożyła słuchawkę i poczuła się lepiej. Wiedziała jednak, że nie może tak siedzieć i czekać na to, aż John wprowadzi w życie swoje groźby. Nie ma mowy. Musiała się dowiedzieć, kim on jest, zanim będzie za póżno.

    – Chcesz, żebym to założyła? – zapytała ze zdziwieniem d:z;iewczy¬na i popatrzyła na faceta, którego poderwała nad rzeką. W skazała na rudą perukę z długimi włosami i koronkowy czerwony komplet bieli¬zny, który trzymała w dłoni.
    – Tak. – Był spokojny i dziwny, a ciemne okulary pogłębiały jesz¬cze to wrażenie.
    Kiedy brakowało jej pieniędzy, robiła różne numery i czasami pro¬szono ją o różne chore rzeczy, ale to życzenie było niezwykle dziwne.
    No ale co jej szkodzi? Chciała to zrobić i dostać gotówkę.
    Podszedł do okna i upewnił się, że żaluzje sązasłonięte. Byli w ohyd¬nym, małym pokoju hotelowym i facet nie był szczęśliwy, że musi za niego zapłacić.
    Był zdenerwowany, a żadrapanie na twarzy mat1wiło go. Patrzył w lu¬sterko wiszące na drzwiach i dotykał śladu palcami.
    Dziewczyna siedziała na ławce w parku, obok nabrzeża, i patrzyła na łodzie sunące po leniwej rzece. Była głęboko zamyślona i nie słysza¬ła, jak do niej podszedł. Poj wił się nie wiadomo skąd. Park był prawie pusty i kiedy złożył jej propozycję, powiedziała, że nie ma go dokąd zabrać. Facet się wkurzył i myślała, że zrezygnuje, ale się uparł.
    Zaproponował jej sto dolarów. Poszłaby z nim za pięćdziesiąt.
    Przyprowadził ją do tego śmierdzącego pokoju tuż za granicą dziel¬nicy. Przez całą drogę miała wątpliwości, ale dobrze płacił. Co z tego, że chciał ubrać ją w czerwoną bieliznę i chciał, żeby zakryła krótkie rude włosy perukąz długimi kasztanowymi? Im szybciej zrobi to, o co prosił, tym prędzej będzie mogła kupić sobie działkę. Zgodziła się. Nic wiel¬kiego. Robiła gorsze rzeczy niż ubieranie się w cudze fatałaszki. Była ciekawa, czy komplet należał do jego żony, czy dziewczyny. Co to za popapraniec krył się za tymi ciemnymi okularami?
    Patrzył na nią zza ciemnych szkieł, między palcami przesuwał pa¬ciorki różańca. To przyprawiło ją o gęsią skórę. Nie była szczególnie religijna, ale chodziła kiedyś do kościoła i nie podobało jej się to, bała się tego różańca. Świętokradztwo.
    Nieważne. Potrzebowała narkotyków i dostanie je, jeśli wytrzyma następne pół godziny. Spojrzała na stolik przy łóżku i zobaczyła bank¬not studolarowy. Wyglądał dziwnie, bo ktoś zamalował na czarno oczy Bena Franklina.
    John bawił się radiem, które stało na stoliku. Naciskał guziki, dopó¬ki nie znalazł rozgłośni, którą poznała. Przełknęła ślinę na dźwięk głosu doktor Sam.
    – Nie moglibyśmy… posłuchać muzyki? – zaproponowała nieśmiało.
    Czuła się tak, jakby Sam była w pokoju razem z nimi.
    – Nie.
    – Ale…
    _ Ubieraj się – rozkazał. Zacisnął usta, a kciukiem i palcem wskazującym pocierał różaniec, jakby zależało od tego jego życie. Zamilkła, patrząc na ciemne okulary i szramę na twarzy.
    Zdjęła sandały i stanęła boso na starym dywanie obok łóżka. Roze¬brała się. Za kilka minut to się skończy i będzie mogłGl sobie iść.
    Z głośnika dobiegał głos doktor Sam:
    _ Porozmawiajmy o tym, Nowy Orleanie. Opowiedzcie mi o listach miłosnych, które dostaliście.
    Mężczyzna zamarł. Mruknął coś pod nosem, a potem odwrócił się i spojrzał na nią. Nie odezwał się ani słowem, kiedy zdjęła szorty i zało¬żyła koronkowe majtki. Poprawiła paski i doszła do wniosku, że facet jest nawet przystojny. Skupi się na tym, że jest niebrzydki i nie będzie słuchać doktor Sam. Może udawać. Zawsze tak robiła, kiedy zabierała się do pracy. Niech ją przeleci i się wynosi. Wepchnęła włosy pod peru¬kę i spojrzała na niego wyzywająco.
    – No i jak?
    Patrzył na nią przez chwilę, badawczo, jak na robaka pod mikroskopem. Odrzuciła głowę do tyłu, a długie włosy peruki połaskotały ją po łopatkach.
    _ Doskonale – powiedział w końcu z lekkim uśm iechem. – Wspaniale.
    Podszedł do niej i dotknął jej ucha, bawiąc się kilkoma kolczykami.
    Dobrze, wreszcie wziął się do rzeczy.
    Pogładził jej szyję, a ona zmusiła się do udawanego jęku zadowole¬nia po to, by mieć to szybciej za sobą. Odchyliła głowę i zamknęła oczy, jakby ją to naprawdę podniecało i wtedy wokół szyi poczułą. coś dziw¬nego I ZImnego.
    Co to, do cholery"? Odsunęła się od niego i zdała sobie sprawę, że zacisnął jej różaniec na gardle. Ostre paciorki wbijały jej się w skórę•
    _ Poczekaj chwilę – powiedziała i wtedy zobaczyła, jak uśmiecha się lodowato. Wąskie usta odkryły białe, równe zęby. Chciała się wy¬rwać, ale pociągnął ją i zacisnął pętlę jeszcze mocniej. Paciorki wbiły się jej w szyję i przecięły skórę. Straciła oddech.
    Chciała krzyknąć, ale nie mogła. Nie była w stanie wciągnąć powie¬trza. Zamachała rękami i chciała kopnąć go w kolana albo w krocze. Walczyła, ale stanął na jej bosych stopach i nic nie robił sobie z tego, że drobnymi pięściami waliła go po twardej piersi. Próbowała podrapać go po twarzy, ale wtedy pociągnął mocniej. Pot wystąpił mu na czoło, zaci¬snął zęby i wykrzywił usta.
    Nie, o Boże, nie. Niech mi ktoś pomoże!
    Płuca zaczęły ją palić i miała uczucie, że zaraz eksplodują.
    Proszę, proszę! Pomocy! Niech ktoś usłyszy, co tu się dzieje i mi pomoże!
    Chciała uderzyć pięścią w okulary, ale zdążył odchylić głowę.
    W ciemnych szkłach dostrzegła własny strach i zniekształcone odbicie swojej twarzy. Wiedziała, że umiera, a dziecko w jej brzuchu, to, które¬go nie chciała, umrze razem z nią.
    Mężczyzna stanął za nią i przez sekundę poczuła ulgę. Poruszyła nogami, złapała powietrze i jeszcze raz próbowała się wyrwać.
    Odetchnęła ostatni raz, poczuła krew w ustach i rzuciła się do przo¬du, wierząc jeszcze, że zdoła mu uciec.
    Wtedy on ponownie zacisnął pętlę.

Rozdział 21

    – To by było na tyle – powiedziała Melanie, kiedy muzyka kończąca Nocne wyznania ucichła i rozpoczęła się reklamówka firmy kompu¬terowej.
    Sam odsunęła krzesło od biurka i odetchnęła. Denerwowała się przez całą audycję i była spięta. Tajemniczy John mógł znowu zadzwonić, żeby ją nastraszyć. Po tym,jak dzwonił do niej do domu, wszystko było moż¬liwe. Na szczęście nic się nie stało.
    Była pewna, że słuchał jej i czekał. Wiedział, że gra jej na nerwach i doprowadzają do granicy wytrzymałości. Po telefonie, który odebrała w domu, postanowiła rzucić mu przynętę. Dzisiejszy program poświęci¬ła porozumiewaniu się, a w szczególności listom miłosnym, zwykłym listom oraz listom z pogróżkami. Ani razu nie napomknęła o kal1ce, którą znalazła w samochodzie.
    Słuchacze dzwonili jak najęci, ale John jak dotąd się nie odezwał.
    Miał jeszcze czas.
    Minęła północ, właściwie był już piątek – dzień po urodzinach An¬nie Seger.
    Sam wyłączyła sprzęt, popatrzyła przez chwilę na wygaszone sygna¬lizatory linii telefonicznych i dołączyła do Tiny'ego i Melanie na korytarzu.
    – Dzisiaj żadnych wariatów – zauważył Tiny.
    – Jak na razie – zgodziła się Sam. Tiny poprawił okulary.
    – Chyba jesteś zawiedziona. Bardzo się ekscytujesz, kiedy on dzwoni.
    – Ekscytuję? – powtórzyła Sam i coś się w niej zagotowało. – Nie… ale nie znajdziemy go, jeśli się nie ujawni. – Nie dodała, że chciała go wyciągnąć z ukrycia, dopaść i załatwić tak, żeby już nigdy nikogo nie straszył. Uparła się, żeby dowiedzieć się, co go podnieca, a prócz tego chciała, by zniknął, nie dzwonił więcej i nie wtrącał się w jej życie.
    – Naprawdę myślisz, że zadzwoni jeszcze raz po programie? – za¬pytała Melanie, pogrzebała w torebce i wyjęła małe pudełko tic taców. ¬Może to dla niego za duże ryzyko? Na pewno już się domyślił, że po¬szłaś na policję. Nie wie, że ani oni, ani my nie śledzimy numerów. ¬Wysypała tuzin miętowych cukierków na dłoń i wrzuciła do ust.
    – Może facet wie, jakim skąpym dupkiem jest George Hannah¬poskarżył się Tiny i pomachał ręką. – Nie powiedziałem tego, dobra? Nie chcę o tym usłyszeć na kolejnym zebraniu.
    – Wszyscy myślimy tak samo – oznajmiła Melanie i ziewnęła. Wyciągnęła rękę z prawie pustym pudełeczkiem. – Ktoś chce? – Dzięki – odmówił Tiny.
    – Nie, to nie.
    Sam pokręciła głową.
    – Ja też dziękuję. Melanie znowu ziewnęła.
    – Boże, ledwo żyję. Czy ktoś chce trochę dietetycznej coli? – Ru¬szyła w stronę kuchni.
    – Mam jeszcze swoją. – Tiny wrócił do studia, żeby ustawić taśmy z następną audycją
    Sam ruszyła za asystentką, ale jednym uchem nasłuchiwała, czy nie zadzwoni telefon.
    – Nie chcę kofeiny – powiedziała do Melanie. Była pierwsza w nocy i zmiana Sam się skończyła. Nie mogła sobie wyobrazić pracy w weekendy. – Pożyczysz mi dolara do automatu? – zapytała Melanie, kiedy skrę¬ciły i szły korytarzem wzdłuż ścian pełnych zdjęć lokalnych sław, które udzielały wywiadów w WSLJ.
    – Za to, że opiekowałaś się Charonem i domem pod moją nieobecność, chyba mogę zaryzykować.
    – Fajnie.
    Sam znalazła portfel i podała Melanie banknot. Przez głośniki są¬czył się fragment utworu instrumentalnego, który był początkiem pro¬gramu Przy zgaszonych światłach. Telefon nie zadzwonił.
    – Czy Eleanor wspominała ci coś o nadawaniu Nocnych wyznań siedem razy w tygodniu zamiast pięciu? – zapytała Sam, idąc za Mela¬nIe.
    – Chodzą takie słuchy, a Gator się martwi… – urwała. – Co to, do cholery… Może nie powinnaś tu wchodzić. – Melanie stanęła jak wryta w drzwiach i patrzyła w lewą stronę, na balkon. Banknot dolarowy, któ¬ry dała jej Sam, upadł na podłogę.
    – Dlaczego? – Sam wyciągnęła szyję, żeby spojrzeć Melanie przez ramię•
    Zamarła, kiedy zobaczyła tort – z białą polewą i około dwoma tuzi¬nami świeczek.
    – Jezu.
    – To znowu coś w związku z tąAnnie – powiedziała Melanie, z trudem przełykając ślinę.
    Sam odepchnęła ją i podeszła do stołu. W głowie jej szumiało, a serce biło jak oszalałe.
    – Kto to zrobił? – zapytała. – Kto się tu dostał i to podrzucił?
    – Ja… ja… nie mam pojęcia.
    WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO ANNIE – głosił czerwony napis na środku. Paliły się świeczki i czerwony wosk kapał po obu stronach tortu jak kropelki krwi, a z małych płomyków unosił się dym.
    – Kto ma takie poczucie humoru? – zapytała Sam. Policzyła – było dwadzieścia pięć świeczek. Po jednej za każdy rok życia i śmierci. ¬Melanie, ty to zrobiłaś?
    – Ja? Dlaczego? Zwariowałaś? – Melanie pokręciła głową. – Całą noc siedziałam w studiu. Przecież wiesz. Byłaś tam… – Skrzywiła się i zamrugała oczami, jakby miała zamiar się rozpłakać. – Jak mogłaś na¬wet pomyśleć…
    Sam już jej nie słuchała.
    – Tiny! – ryknęła i wypadła na korytarz. Była wściekła i zniesma¬czona. Wpadła do studia, gdzie Tiny ustawiał głośność nagranego wcześ¬niej programu. Podniósł głowę, zobaczył ją i uniósł do góry palec, żeby milczała i nie ruszała się; Sam zacisnęła pięści i tylko to mogła zrobić, żeby powstrzymać się od rzucenia się na niego i rozerwania go na ka¬wałki. Zanim wyszedł na korytarz, trzęsła się i powbijała sobie paznok¬cie w dłonie.
    – Wyglądasz, jakbyś chciała kogoś zabić.
    – Owszem – warknęła wściekła…- Znalazłam tort.
    – Tort – powtórzył obojętnie. – Jaki tort?
    – Urodzinowy tort Annie Seger.
    _ Co? Tej dziewczyny, która wczoraj dzwoniła? O czym ty, do dia¬bła, mówisz? – Wyglądał na szczerze zdziwionego.
    – Nie wiesz?
    _ Na litość boską, Sam, gadasz jak obłąkana. – Poczerwieniał na
    twarzy, a Sam nie wiedziała, czy ze złości, wstydu czy z żalu?
    Melanie podeszła za Sam do połowy korytarza. – Lepiej sam zobacz.
    _ Jezu Chryste, co tym razem? – Z zaciśniętymi ustami i kroplami potu na pryszczatej twarzy, Tiny ruszył do kuchni. Sam szła tuż za nim. W szedł do środka i zatrzymał się jak wryty.
    – Co do… cholery?
    – Tak samo zareagowałam – przyznała Sam.
    _ Kto mógł zrobić coś takiego? Jak mógł? – zapytał i odwrócił się• Pobladł na twarzy i czerwone kropki trądziku zrobiły się jeszcze bardziej widoczne.
    _ Myślałam, że to ty albo ona, bo nikogo więcej tu nie ma.
    – Tylko ochroniarz – wtrąciła Melanie.
    _ On mnie nawet nie zna. – Sam nie mogła uwierzyć, chociaż nie rozumiała dlaczego Tiny albo Melanie chcieliby jej zaszkodzić w taki sposób. Melanie była jej asystentką i przyjaciółką, osobą, której Sam ufała w pracy, ufałajeśli chodzi o dom i kota. Tiny podkochiwał się w niej od chwili, kiedy przyszła do WSLJ. Był zbyt inteligentny, żeby robić szkolne kawały, by przyciągnąć jej uwagę•
    Więc kto?
    _ Może ktoś wciągnął w to ochroniarza? – zasugerowała Melanie.
    Tiny był zdegustowany.
    _ Oskarżasz mnie, Sam? Naprawdę myślisz, że zrobiłbym coś takiego komuś… to znaczy… tobie? – zapytał i popatrzył na nią zza grubych szkieł.
    _ Nie wiem. – Chyba przesadziła i przestała racjonalnie myśleć. Jeśli ten, kto za tym stał, chciał ją wyprowadzić z równowagi… osiągnął swój cel.
    _ Gator był tutaj niecałą godzinę temu, i Ramblin' Rob. Kręcił się przy szafce z płytami, szukał jakichś staroci na jutro – powiedział Tiny.
    _ Szef też był. Widziałam go w biurze, jak rozmawiał przez telefon – dodała Melanie.
    _ Świetnie. – Wynikało z tego, że mógł to zrobić każdy.
    _ Nie ufasz mi? – spytał Tiny, zacisnął usta i patrzył na Sam, jakby właśnie potraktowała go jak Judasza.
    – Ufam.
    – Więc daj mi spokój. – Wyglądał jak zraniony miś.
    – I nie patrz na mnie – dodała Melanie i podniosła dłonie. – Oboje byliśmy z tobą całą noc.
    Tiny pokręcił głową i podniósł palec.
    – Ty miałaś przerwę.
    – Poszłam do łazienki, na litość boską! – podniosła głos. – Po raz pierwszy w życiu żałuję, że George nie jest bardziej zboczony i nie ka¬zał tam zamontować kamer.
    – Szkoda – powiedziała Sam i poczuła łaskotanie wiatru na plecach.
    Do pokoju wpadały stłumione odgłosy miasta – ktoś grał na puzonie i wiatr szumiał wśród palm na Placu Jacksona. Z sercem w gardle pode¬szła do drzwi prowadzących na nie używany balkon. Były lekko uchy 10¬ne. – Ktoś tu był – wyszeptała i włosy zjeżyły jej się na całym ciele. _ Weszli tędy. – Otworzyła drzwi szerzej i hałasy miejskie wymieszane z szumem ciepłej bryzy wypełniły pokój. Usłyszała śmiech i smutny jęk puzonu.
    – Weszli?, Myślisz, że było ich kilku? – spytał Tiny i wyszedł za nią na balkon.
    – Żebym to ja wiedziała – wyszeptała ponuro i wyciągnęła szyję, żeby zobaczyć, co widać za rogiem budynku na ciemnej ulicy. Kto wła¬mał się do biura i jak to zrobił? Przytrzymując się dekoracyjnej balustra¬dy, spojrzała na plac, na oświetloną katedrę i na zegar, który błyszczał jak księżyc w pełni. Ciemne wieże odznaczały się na tle czarnego nieba. Przed katedrą był park, a palmy zasłaniały widok na pomnik Andrew Jacksona na koniu stojącym dęba. Park zamykano na noc i o tej porze powinien być pusty. Czy jej prześladowca przeskoczył przez płot, czaił się ukryty w cieniu i ją podglądał?
    Mimo że powietrze było wilgotne i ciepłe, zrobiło jej się zimno.
    – Ty draniu – wyszeptała, dokładnie obserwując plac. Potem spoj¬rzała na południe, za wielkie stare budynki, wzdłuż wąskich uliczek, ku grobli i rzece. Może stał teraz w jakichś drzwiach, ukryty na niewielkim balkonie, takim jak ten, i urągał jej cicho.
    – Wezwę ochronę – powiedziała Melanie.
    – Dobrze. – Sam popatrzyła na balustradę i podłogę nigdy nieużywanego balkonu. W słabym świetle nie zauważyła nic, prócz gołębich oddechów i brudu. – Zadzwonię do Eleanor. Jeśli tego nie zrobię, zno¬wu się wścieknie. Ty – odwróciła się i wycelowała palec w Tiny'ego¬dzwoń na policję, potem pilnuj programu. Uważaj na telefony.
    – Naprawdę myślisz, że John jeszcze raz zadzwoni? – spytał. W jego głosie zabrzmiała nutka zazdrości..
    Spojrzała na tort.
    – Nie, Tiny – przyznała, weszła do środka i zerknęła na płonące świeczki. – On już tu był. – Pochyliła się i zdmuchnęła wszystkie pło¬myki. Wtedy rozległ się dzwonek.
    – Ja odbiorę – powiedziała Melanie, ale Sam już rzuciła się do naj¬bliższego aparatu. Linia pierwsza migotała jak szalona.
    Zebrała się w sobie, pochyliła się nad biurkiem Melby i podniosła słuchawkę. Nacisnęła guzik.
    – WSLJ.
    – Samanta?
    O mało nie podskoczyła, słysząc głos Tya.
    – Cześć – powiedziała, obeszła komputer i usiadła na krześle Mel¬by. Ucieszyła się, że zadzwonił. – Co słychać?
    – Chciałem się upewnić, czy u ciebie wszystko w porządku? – po¬wiedział. – Słuchałem audycji i zastanawiałem się, czy chcesz, żebym po ciebie przyjechał?
    W tej samej chwili w drzwiach stanął ochroniarz – potężny facet po trzydziestce, z ogoloną głową i niewielkim brzuszkiem.
    – Dam sobie radę – powiedziała do słuchawki. – Mieliśmy tu małą niespodziankę i właśnie zamierzałam zadzwonić po policję. – Szybko opowiedziała mu o torcie urodzinowym.
    – Będę za dwadzieścia minut.
    – Nie trzeba. – Sam skinęła na strażnika. – Jestem pewna, że Wes odprowadzi mnie do samochodu.
    – Wes, łaski bez. Gdzie był,jak ktoś się tu włamał? Dlaczego nic nie słyszał? Dlaczego alarm się nie włączył? Czekaj na mnie i zadzwoń po gliny. Szybko. Jużjadę.
    – Nie musisz…
    Rozłączył się.
    – Lepiej sprawdź kuchnię – powiedziała do Wesa. Odłożyła słuchaw¬kę i wtedy coś •zrozumiała. Ty dzwonił na pierwszą linię, bo taki numer był w książce i w biurze numerów. Kiedy pierwsza linia była zajęta, roz¬mowy automatycznie przełączały się na linię drugą, potem trzecią, w za¬leżności od tego, jakie było obciążenie.
    Ale John dzwonił na dwójkę nawet wtedy, kiedy wszystkie linie były wolne. Skądś znał numer. Albo był w budynku, pracował dla firmy tele¬fonicznej i miał dostęp do rejestrów telefonicznych, albo pracował w WSLJ.
    Czy to możliwe? Czy stał za tym ktoś z rozgłośni? Jak inaczej tort trafiłby do kuchni? Albo John, albo jego wspólnik znali zakamarki tego

    starego domu, wiedzieli, jak pracuje WSLJ i prowadzili osobistąkrucja¬tę przeciwko niej.
    Kto?
    George Hannah? Tiny?
    Melanie? Eleanor?
    Ufała im wszystkim, a ci, których mniej znała – Gator i Rambling' Rob, technicy i handlowcy, nawet Melba – byli częścią jej rodziny, tu w Nowym Orleanie.
    Jest wśród nich ktoś, kto cię nienawidzi, Sam. Ktoś, kto chce cię śmiertelnie przerazić.
    Patrzyła na milczący telefon i sygnalizatory. Cisza. Zdjęcia sławnych ludzi, nagrody w ramkach, lalki voodoo i małe aligatory – wszystko błysz¬czało w świetle jarzeniówki i wyglądało makabrycznie.
    Ten, kto to robił, dobrze się dziś postarał.
    Nie poczuje się bezpieczna, dopóki nie dowie się, kto za tym wszyst¬kim stoi.

Rozdział 22

    Wszystko przez ciebie..
    Ty nie słuchał podszeptów sumienia, a poczucie winy nie opusz¬czało go, kiedy otwierał drzwi samochodu i gwizdnął na psa. Miał po¬czucie, że w jakiś sposób obudził czyjeś zainteresowanie Annie Seger. Znał tę historię na wylot, ale nie mógł dojść do tego,jakjego pomysł na książkę mógł kogoś zainteresować.
    Nikt nie wiedział o jego projekcie, tylko wydawca, agent i on. Nie był nawet do końca szczery z Sam i kiedy to się wyda, będzie wściekła jak diabli.
    Sasquatch wybiegł zza rogu i wskoczył na tylne siedzenie.
    – Bądź grzeczny – ostrzegł go Ty, usiadł za kierownicą i włożył klu¬czyk do stacyjki. Nie miał zamiaru przyczynić się do popełnienia nowe¬go przestępstwa, nie chciał też wiązać się z Sam, chociaż od początku miał zamiar ją poznać.
    Wrzucił bieg, silnik ryknął i Ty Włączył światła. Ulica była pusta, dom Sam ciemny i tylko na werandzie pani Killingsworth paliła się lampa.
    Chęć poznania Samanty Leeds i dowiedzenia się, co wie o sprawie, przerodziła się w coś wielkiego. Zanim Ty zabrał się do rzeczy, jakiś John zaczął dzwonić do jej programu. Potem ta druga sprawa – szepczą¬ca dziewczyna, która podawała się za Annie. O co w tym, do diabła, chodziło? Kim ona była?
    Zwolnił przed znakiem stopu, skręcił i popędził przez przedmieścia Cambrai ku widocznemu w oddali centrum miasta.
    Przez głowę przelatywały mu nazwiska osób związanych ze sprawą Annie Seger. Jej matka – Estelle, zimna, religijna suka i Wally, biologiczny ojciec, facet, który ciągle zmieniał pracę. Potem był jeszcze brat – Kent – półtora roku starszy i nie tak popularny jak siostra. Wychowywał ją Jason Faraday, ojczym – ambitny pan doktor. Jej chłopak, Ryan Zimmerman, na początku wzorowy uczeń i kapitan drużyny hokejowej, wplątał się w narkotyki i im¬prezował. Najlepsza przyjaciółka Annie, Priscilla "Prissy" McQueen, bez¬troska i złośliwa nastolatka, podkochiwała się w chłopaku Annie.
    Skręcił i zobaczył światła centrum Nowego Orleanu. Sięgnął po te¬lefon i wystukał numer. Musiał wezwać pomoc, mimo że tego nie chciał.
    Obawiał się, że komuś może stać się krzywda.

    Zadzwonił telefon.
    Nie, pomyślał Bentz i otworzył oczy w ciemności. Tylko nie teraz.
    Telefon dzwonił uporczywie.
    Przekręcił się na bok, zerknął na zegarek i jękną!. Druga trzydzieści nad ranem. Spał zaledwie od dwóch godzin i wiedział, że usłyszy złe wieści. Nikt nie dzwoni w środku nocy, żeby pogadać. Włączył nocną lampkę i chwycił słuchawkę.
    – Bentz – powiedział i pr;,.:etarł twarz dłonią, próbując się obudzić.
    – Chyba mamy jeszcze jedną. – Głos Montoyi brzmiał przytomnie, jak na tę porę..
    – Do diabła. – Bentz spuścił nogi z łóżka. Oprzytomniał natychmiast i przypomniał sobie o ostrzeżeniu, jakie dostała Samanta Leeds. -Gdzie?
    – Obok Garden District – powiedział Montoya i podał adres. – Drugie piętro.
    – Taka sama sprawa?
    – Podobna, ale nie identyczna. Lepiej przyjedź. – Powtórzył adres.
    – Daj mi dwadzieścia minut. Niech nikt niczego nie dotyka.
    – Przecież wiem – oznajmił Montoya i się rozłączył. Bentz był ciekaw, dlaczego to nie on pierwszy dostał wezwanie. Odłożył słuchawkę, złapał parę dżinsów, które rzucił w nocy na łóżko, i wyciągnął buty spod komody. Nie za~racał sobie głowy skarpetkami. Wciągnął jakąś koszul¬kę• Jednym ruchem zgarnął z nocnej szatki kluczyki, odznakę, kaburę i glocka. Szybko założył marynarkę i wcisnął na głowę czapęczkę Saint¬sów. Popędził schodami do wyjścia.
    Była druga trzydzieści w nocy i upał nie do wytrzymania. Po kilku mi¬nutachjuż był spocony. Podbiegł do samochodu, włączył silnik i zapiął pasy.
    Następna martwa kobieta.
    Nie powinien tak się przejmować doktor Sam.:…- pomyślał – i tymi cholernymi listami z pogróżkami. Przynajmniej nie wtedy, kiedy w mie¬ście zdarzały się morderstwa, które powinny zostać rozwikłane.
    Tylko że te zabójstwa mogły mieć jakiś związek z doktorką z radia. Opony zapiszczały, kiedy zbyt szybko wziął zakręt. Wszedł na poli¬cyjną częstotliwość i usłyszał meldunek o kłopotach w dzielnicy fran¬cuskiej. Podali adres i Bentz wiedział, który to budynek. Chodziło o WSLJ. Był już pewien, że to znów problemy pani psycholog. Poczuł ucisk w żołądku i pomyślał, że John ostrzegł ją i znów zaatakował.
    Czekała go ciekawa noc.
    Pędził jak szalony i po chwili dotarł pod adres podany przez Mon¬toyę i zaparkował pomiędzy dwoma radiowozami. Noc pyła lepka i pra¬wie bezwietrzna. Pot płynął mu po plecach, gdy przepychał się przez tłum, który zdążył się zebrać wokół wielkiego starego bloku.
    Znalazł mieszkanie na drugim piętrze i wszedł do środka.
    Wszędzie kręcili się ludzie z ekipy dochodzeniowej. Policyjny foto¬graf robił zdjęcia martwej kobiety, która leżała twarzą w dół, na dywa¬nie. Była naga i miała ogoloną głowę, a na czaszce, pod resztkami wło¬sów, widać było szramy. W jednej dłoni ściskała gruby czarny kosmyk, a wokół, oprócz odoru śmierci, unosił się dziwny słodki zapach. Miała gładką skórę koloru kawy.
    Rozejrzał się i doszedł do wniosku, że mają do czynienia z nowym mordercą.
    – To wszystko nie tak – mruknął o siebie. Żołądek miał skurczony, a szczękę zaciśniętą, kiedy patrzył na rozłożoną na dywanie ofiarę.
    – Nie musisz mi mówić. – Montoya stanął obok fotografa i usłyszał słowa Bentza.
    Bentz kucnął i kołysał się na piętacl1. Dotknął kosmyka włosów, któ¬ry kobieta ściskała w palcach. Był tłusty i pachniał mdło olejkiem pa¬czuli, jak w kamasutrze. O co w tym wszystkim chodzi?
    – Kim ona jest? – Bujając się na piętach, Bentz spojrzał w górę na Montoyę•
    – Cathy Adams,jak wynika z prawa jazdy. Znanajako Cassie Alexa albo księżniczka Alexandra.
    – Dziwka?
    – Trochę prostytutka, trochę studentka z Tulane, tancerka erotyczna z Playlandu.
    Bentz znał ten lokal. Klub z nagimi tancerkami na Bourbon Street. Wyprostował się i rozejrzał po pokoju. Był czysty, uporządkowany, a meble, choć stare, były przyzwoite. Na ścianach wisiało kilka obraz¬ków, a nad fotelem zobaczył zdjęcie Mal1ina Luthera Kinga. Tuż nad jego głową wisiał portret Chrystusa.
    – To jej mieszkanie?
    – Tak. Właścicielka mówi, że mieszkała z chłopakiem, który był jednocześnie jej alfonsem, ale on – Marc Duvall – wyprowadził się trzy tygodnie temu po jednej z pijackich awantur. Jak zwykle, ona dzwoni na 911, ale zanim gliniarze przyjeżdżają, uspokaja się i mimo, że ją pobił jak diabli, nie składa skargi i twierdzi, że to pomyłka. Faceta aresztują, ale wychodzi za kaucją. W końcu posłała go do diabła, zniknął i nikt go od tamtej pory nie widział. Właścicielka miała dość awantur i kazała jej się wynosić. Powiedziałem, żeby szukali tego Marca, ale chyba wyje¬chał z miasta, a być może i z kraju.
    Bentz nadal oglądał miejsce zbrodni.
    – Tego nie zrobił nasz facet – powiedział. Pochylił się raz jeszcze, żeby lepiej obejrzeć denatkę. Sądząc po sinych śladach na szyi, została uduszona, ale znaki były inne niż u pozostałych.
    – Wiem. To jest lepsza dzielnica, nie ma banknotu z zamazanymi oczami, ani włączonego radia i udusił ją innym narzędziem.
    – Wszystkie pozostałe ofiary były białe – mruknął Bentz.
    – Ta też była prostytutką i zginęła w swoim mieszkaniu, i leży w dziwnej pozycji – wskazał Montoy~… Miał rację. Nikt nie upadłby na podłogę twarzą w dół z ramionami rozłożonymi nad głową, nogami ra¬zem, obciągniętymi palcami i kosmykiem własnych włosów w dłoni.
    Leży inaczej, pomyślał Bentz i spojrzał na,brązową skórę Cathy Adams. Ciekawe czy miała dzieci? Może męża? Albo rodziców, którzy jeszcze żyli? Zacisnął szczęki.
    – Sprawdź, jaką ma rodzinę, przyjaciół, innych facetów. Dowiedz się, gdzie jeszcze pracowała. Pogadaj z innymi dziewczynami i z wła¬ścicielem klubu.
    Montoya kiwnął głową i popatrzył w dół, na kobietę.
    – Może nasz facet wymyślił coś nowego albo zmienił się i dlatego wszystko wygląda inaczej?
    – Jest zupełnie inaczej, Reuben. – Bentz zmartwił się tym, co mu przyszło do głowy. – Założę się, że mamy nowego mordercę, który być może naśladuje pierwszego.
    – Dwóch? – Montoya sięgnął do kieszeni marynarki i wyciągnął paczkę marlboro. Wysupłał jednego, ale nie zapalił. – Nie. Nie ma ich tak wielu. Może stanowią dziesięć procent zabójców.
    – Coś koło tego.
    – Więc jak często się to zdarza?
    – Rzadko, dzięki Bogu, ale zdarza się… – Bentz ruszył przez mieszkanie i zapach paczuli się ulotnił.
    Sypialnia Cathy była tak samo porządna jak salon. Pościel na łóżku nawet nie została poruszona, a w łazience pełno było kobiecych rze¬czy – rajstopy wisiały na rurze od prysznica za czystą zasłoną, a na kra¬wędzi wanny stał szampon i odżywka. Przez chusteczkę otworzył szaf¬kę z lekami i znalazł tam tubki i słoiczki z kosmetykami, leki bez recepty, plastry i tampony. Jedyne, co wskazywało najej zawód, to pudło prezer¬watyw obok tabletek Alka-Seltzer. Nie było żadnych leków na receptę ani żadnego śladu narkotyków.
    W niedużej szafce leżały świeże ręczniki, a środki czyszczące stały pod umywalką.
    Bentz doszedł do wniosku, że widział wszystko, co trzeba, i ruszył do wyjścia. Za drzwiami zebrał się tłumek ciekawskich, powstrzymywa¬ny przez policjantów w cywilu.
    – Oczyśćcie to miejsce – powiedział Bentz do kobiety dowodzącej ekipą dochodzeniową.
    Rzuciła mu pełne dezaprobaty spojrzenie.
    – Mówi pan tak, jakbyśmy nic nie robili jak należy i źle zbierali dowody. Bez przesady.
    Bentz podniósł rękę.
    – Przepraszam.
    – Niech pan się tu nie kręci. Im szybciej skończymy, tym prędzej dostanie pan swój raport.
    – Takjest. – Obaj z Montoyą wyszli z mieszkania i przecisnęli przez zgromadzony w holu tłum. – Przesłuchałeś wszystkich?
    – Już nad tym pracuję. – Montoyi można było zarzucić wszyst¬ko, prócz lenistwa. – Jak na razie nikt nie zauważył niczego niezwy¬kłego.
    – Chcę zobaczyć zeznania tak szybko, jak to możliwe. Zadzwoń do laboratorium. Niech się pospieszą. Upewnij się dwa razy, czy nie było włosów z peruki, czy porównali nasienie, ślady krwi i włosów, które mamy z innych spraw, nawet z tych zamkniętych – nie tylko o mOl'der¬stwo, ale gwałty i napady z ostatnich pięciu lat.
    – Trudny rozkaz – stwierdził Montoya, kiedy wreszcie wydostal i się z tłumu..
    Jeden policjant przesłuchiwał mieszkańców, drugi trzymał ich z dala od miejsca zbrodni.
    – Wcale nie taki trudny. Mamy komputery i FBI. – Potarł kark i zerknął raz jeszcze w stronę mieszkania Cathy Adams. – Gdzie są federalni?
    Montoya uśmiechnął się złośliwie.
    – Powiedzmy, że do nich nie zadzwoniłem.
    – Dadzą nam za to nieźle popalić.
    – Jakjuż mówiłeś, to nasza działka. – Włożył papierosa między zęby i szukał po kieszeniach zapalniczki.
    – Tak, ale będą chcieli wiedzieć.
    – Osobiście złożę im rano raport.
    – Lepiej zrób to – mruknął Bentz, kiedy schodzili po schodach. Tak samo jak Montoya, Bentz nie lubił mieć do czynienia z federalnymi, ale nie zamierzał łamać zasad. Poza tym zdarzali się dobrzy agenci, tacy, z którymi mógł pracować, na przykład Norm Stowell, w czasach, kiedy był zatrudniony w biurze.
    – Jak to się stało, że to ciebie pierwszego wezwali? – zapytał Bentz.
    – Przypadek. – MQntoya znalazł zapalniczkę i przytknął ją do końca papierosa, kiedy dotarli na parter. – Byłem w komisariacie i pisałem dla ciebie raport o znajomych Annie Seger. – Zaciągnął się głęboko i po chwili wypuścił kłąb dymu. – Zostawiłem kopię na twoim biurku i właś¬nie miałem iść do domu, kiedy zadzwonili. Przyjąłem wezwanie i przy¬jechałem tutaj. Potem zadzwoniłem do ciebie.
    To wyjaśniało sprawę.
    – Jak będziesz miał chwilę, zerknij na raport. Annie Seger nie była zwyczajną królową balu maturalnego.
    Spodziewałem się.
    – I jest jeszcze kilka innych rzeczy. Były mąż Samanty Leeds.
    – Doktor Leeds.
    – Tak. Nadal tu mieszka i wykłada w Tułane. Ma trzecią żonę i jego małżeństwo chyba się rozpada.
    – Miałem już przyjemność go poznać – mruknął Bentz. – Niezły typ.
    – Tak sądziłem. Ale jest coś, czego nie wziąłem jeszcze pod uwagę. Chcę sprawdzić listę pacjentów doktorki. Nie będzie całej, bo dane są objęte tajemnicą lekarską, ale policja z Houston zebrała trochę informacji.
    – Zerknę na to.
    – Jasne. – Montoya zaciągnął się i wypuścił dym kącikiem ust. ¬Zobaczysz, kim był pierwszy policjant, który pojawił się na miejscu po śmierci Annie Seger.
    – Ktoś znajomy?
    Oczy Montoyi błysnęły jak zawsze, kiedy udało mu się odkryć coś ciekawego.
    – Można tak powiedzieć. – Pchnął ramieniem drzwi.
    Na zewnątrz z:robiło się zbiegowisko – ludzie, którzy nocami włó¬czyli się po ulicach, zainteresowani sąsiedzi i gapie, którzy zawsze chcieli być tam, gdzie się coś dzieje. Może wśród nich był morderca.
    Wiadomo było, że seryjni mordercy lubią oglądać skutki swojego działania. Podniecało ich to, że mogą patrzeć, jak policja zbiera ślady, które specjalnie zostawili. Niektórzy mieli na tyle odwagi, żeby obser¬wować śledztwo i oferować "pomoc".
    Pomyleńcy.
    Furgonetka prasowa stała po drugiej stronie, za żółtą policyjną ta¬śmą, a wyzywająco ubrana reporterka rozmawiała z kamerzystą. Kiedy Bentz przechodził pod taśmą, podniosła wzrok. Natychmiast, nie prze¬rywając rozmowy, podskoczyła do niego, a facet z kamerą na ramieniu popędził za nią..
    – Nadchodzą kłopoty – szepnął Montoya. – Ubrane w modne fata¬łaszki.
    – Detektywie! – zawołała reporterka, nawet nie siląc się na uśmiech. ¬Jestem Barbara Linwood z WBOK. Co tu się stało? Kolejne morderstwo?
    Nie odpowiedział.
    – Słyszeliśmy, co mówią ludzie. Podobno ofiara była prostytutką, a ostatnio zamordowano kilka kobiet – wszystkie były prostytutkami. Zaczynam podejrzewać, że mamy w Nowym Orleanie seryjnego mor¬dercę. – Czekała z pytającym wyrazem twarzy. Chciała, żeby okazało się, że seryjny zabójca szaleje na ulicach miasta. Potrzebowała dobrej historii.
    Bentz nadal milczał i wtedy odezwał się jego pager.
    – Detektywie, niech pan coś powie. Zabito kolejną kobietę? Prosty¬tutkę? – Powiew wiatru rozwiał jej włosy, lecz ona nadal wyczekująco wpatrywała się w Bentza.
    – Mamy martwą kobietę – powiedział. – Prowadzimy wstępne śledz¬two. W tej chwili nie mam nic do powiedzenia.
    – Jak zwykle. – Była energiczną osobą, miała około metra sześćdziesięciu wzrostu, ostre rysy twarzy, silny makijaż i nie dawała łatwo za wygraną. Oprócz Bentza, zamierzała wciągnąć do rozmowy Montoyę. – Jeśli w naszej okolicy grasuje seryjny morderca i czai się na uli¬cach Nowego Orleanu, ludzie mają prawo wiedzieć. Chodzi o bezpie¬czeństwo. Czy może mi pan udzielić krótkiego wywiadu?
    Bentz zerknął na kamerę na ramieniu operatora. Nie powiedział ani słowa, ale czerwona lampka paliła się jasno.
    – Już powiedziałem.
    – Kim była ofiara?
    _ Jestem pewien, że departament policji wyda rano oświadczenie.
    – Ale…
    _ Istnieją pewne zasady, pani Linwood. Musimy najpierw powiadomić rodzinę. To wszystko, co mam do powiedzenia w tej chwili. – Od¬wrócił się do niej plecami, ale w duchu przyznawał jej rację• Po ulicach chodził potwór, może było ich kilku i ludzie powinni być ostrożni.
    _ A pan?- zapytała Montoyę, ale na próżno. Reuben może i miał ochotę pogadać z ludźmi z telewizji i zdobyć trochę sławy dla siebie, ale nie chciał narażać się na kłopoty z MelindąJaskiel albo prokuraturą• Był zbyt rozsądny i ambitny, żeby tak sobie zaszkodzić.
    Bentz minął kilka radiowozów z zapalonymi światłami i sprawdził, kto go wzywa. Potem zadzwonił na komisariat. Wiadomość była krótka. W WSL.J pojawiły się kolejne problemy. Doktor Sam znowu otrzymała ostrzeżenie – tym razem w postaci tortu urodzinowego dla Annie Seger, podrzuconego w kuchni w WSLJ. Ktoś rzeczywiście starał się zaszkodzić pani doktor.
    _ Do diabła. – Bentz wyjechał ostro na drogę. Otworzył okna i wpuścił do środka ciepłe powietrze. Ruszył w stronę dzielnicy biurowej, pozostawiając w tyle stare domy. Kimkolwiek był ten John, miał chore poczucie humoru. W szystko razem przypominało senny koszmar. Czy to zbieg okoliczności, że ta prostytutka zginęła w urodziny Annie Se¬ger? Czy istniał związek pomiędzy zabójstwami i pogróżkami pod adresem Samanty Leeds?
    Przejechał pomarańczowe światło przy ulicy Canal i zwolnił. To, że popełniono morderstwo tej samej nocy, kiedy, doktor Sam.ktoś zrobił głupi dowcip, nie oznaczało, że te sprawy były ze sobą powiązane. Tym razem nie znaleźli banknotu studolarowego z zamazanymi oczami. Od¬wołania do grzechu i odkupienia nie miały nic wspólnego z zabójstwa¬mi… radio też nie było włączone na Przy zgaszonych światłach… Poczuł się bardzo zmęczony…
    A jednak nie potrafił przestać myśleć o tym, że coś łączyło te sprawy. Czegoś mu brakowało, tego był pewien. Czegoś oczywistego. Skręcił za róg i wtedy zrozumiał.
    Nie chodziło o program Przy zgaszonych światłach, tylko o audycję przed nim. Kobiety zginęły wcześniej. Ciała zostały znaleziono później i był gotów założyć się o całą pensję, że zostały zamordowane podczas gdy trwały Nocne wyznania.
    Dlaczego wcześniej na to nie wpadł?
    Sprawca mordował kobiety w trakcie programu doktor Sam.
    – Sukinsyn – mruknął i poczuł nagły przypływ adrenaliny, który zawsze pojawiał się, kiedy Bentz był bliski rozwiązania sprawy. To było to – związek. Do tego czerwona peruka, bo doktor Sam jest ruda. Chole¬ra, jak mógł tego nie zauważyć? Pojechał na komisariat, zaparkował i po¬pędził na górę. Zaczynał służbę dopiero po południu, ale wiedział, że i tak nie zdoła zasnąć. Pytania i nowe teorie przelatujące mu przez gło¬wę nie dadzą mu zmrużyć oka.
    Na dnie dzbanka znalazł resztki kawy, nalał sobie do kubka i zaniósł na biurko. Nie zapalił górnego światła, tylko lampkę na stole, usiadł w starym fotelu i zerknął na ekran komputera. Po kilku ruchach myszką znalazł zdjęcia Rosy Gillette i Cherie Bellechamps.
    Z pewnością zostały zabite przez tego samego faceta. Obydwie udu¬szono dziwnym narzędziem i miały identyczne rany na szyi. W obu przy¬padkach znaleziono włączone radio, a ciała ułożono jak do modlitwy. Każda była napastowana seksualnie i obok -nich znaleziono studolarówki.
    Inaczej było z Cathy Adams, ale ona zginęła w urodziny Annie Se¬ger. Co z tego? Wiele osób urodziło się dwudziestego drugiego lipca. To jeszcze nic nie znaczyło. Nic. Żadnego związku.
    Ajednak…
    Zamierzał poczekać na raport o ostatniej ofierze. Zanim nadejdzie, postanowił pogrzebać w swoich papierach. Na wierzchu leżało kilka sta¬rannie zapisanych kartek od Reubena Montoyi. Bentz szybko przejrzał notatki na temat Annie Seger, a potem przeczytał je raz jeszcze. Mon¬toya miał rację. Annie Seger przerosła jego oczekiwania. Jej rodzice, Estelle i Oswald Segerowie, rozwiedli się, kiedy Annie miała cztery lata, a jej starszy brat, Kent, sześć. Estell.e wyszła powtórnie za mąż, zanim wysechł atrament na papierach rozwodowych. Jej nowym mężem, o} czymem Annie, został Jason Faraday, znany w Houston lekarz. Oswald, zwany" Wallym" zniknął z życia swoich dzieci, kiedy przeprowadził się gdzieś na przedmieścia Seattle. Według rejestrów sądowych, Wally uni¬kał płacenia alimentów i wywiązywał się ze zobowiązań tylko wtedy, kiedy Estelle nasyłała na niego adw.okatów.
    Tyle dowiedział się o tej grzecznej rodzince. Bentz łyknął kawy i skrzywił się od gorzkiego palącego smaku.
    Oparł się plecami o fotel, położył nogi na biurku i dalej przeglądał papiery. Montoya odwalił kawał dobrej roboty. Zebrał informacje ze szko¬ły, do której chodziła Annie, jej świadectwa i szkolny album. Annie Se¬ger była wzorową i lubianą uczennicą. Prowadziła drużynę cheerleade¬rek i klub'dyskusyjny. Według akt z policji w Houston, zebranych po rozmowach z rodziną i przyjaciółmi, Annie, zanim związała się z Ry¬anem Zimmermanem, kapitanem drużyny hokeja na trawie, miała kilku chłopaków. Potem on zainteresował się narkotykami i wpadł w konflikt z prawem, i wyleciał ze szkoły.
    Dziwny wybór ojca dziecka. Bentz skrzywił się i czytał dalej.
    Nagle ta popularna nastolatka została sama, w ciąży. W akcie despera¬cji kilka razy zadzwoniła do doktor Sam, a potem odebrała sobie życie w swojej sypialni. To było dziewięć lat temu. Do akt dołączono zdjęcia Annie – jedno w mundurku cheerleaderki, zrobione, kiedy skakała z pom¬ponami w dłoniach, drugie z wakacj i z rodziną – ona, matka, ojczym i brat w szortach i koszulkach stali na tle porośniętego lasem wzgórza. Było też zdjęcie z miejsca tragedii, gdzie Annie siedziała pochylona nad kompute¬rem z podciętymi żyłami, a krew ściekała jej po nagich rękach na klawia¬turę. Okropny widok w porównaniu z otoczeniem, w jakim się znajdowa¬ła. Łóżko było porządnie zasłane, a na nim siedziały pluszowe zabawki. Na podłodze leżał pluszowy, biały dywan. Obok stała szafka na książki, na której, między książkami i płytami, wciśnięta była wieża stereo.
    Bentz spojrzał na biurko i popatrzył na podwójną ramkę ze zdjęciami córki. Nie mógł sobie wyobrazić utraty Kristi. Byłajedynąi najważniejszą osobą w jego życiu. To dla niej zrobił ze sobą porządek i przestał pić.
    Skrzywił się i odwrócił stronę. Znalazł tam listę pacjentów doktor Sam. Było tylko kilka nazwisk, ale zauważył od razu Jasona Faradaya, doktora, który, jak się okazało, był ojczymem Annie.
    _ Sukinsyn – mruknął Bentz i zaczął intensywnie myśleć. Samanta Leeds nigdy nie wspomniała, że Faraday był jej pacjentem, ale dlaczego miałaby to zrobić? Poza tym, nie mogła.
    Takie były przepisy. Dopił resztkę kawy i doczytał ostatnią stronę• Z notatek Montoyi wynikało, że Estelle i Jason Faraday rozwiedli się sześć!T1iesięcy po śmierci Annie. Estelle nadal mieszkała w Houston, w tym samym domu, w którym jej córka odebrała sobie życie. Jason wyjechał z Teksasu i przeniósł się do Cleveland, gdzie ożenił się po¬nownie i miał dwójkę dzieci. Telefon i adres były w książce.
    Montoya nieźle się napracował. Jak powiedział, wypisał wszystkich policjantów z Houston, którzy byli związani z tą sprawą. Pierwszy na miejsce tragedii przyjechał detektyw Ty Wheeler.
    – A nich mnie diabli.
    Bentz przeczytał ostatnią notatkę Montoyi.
    Detektyw Ty Wheeler krótko pracował nad sprawą Annie Seger.
    Odsunięto go od śledztwa natychmiast po tym, jak przyznał, że był spo¬krewniony z ofiarą. Annie Seger była jego kuzynką ze strony ojca.
    Bentz poczuł skurcz w żołądku. Detektyw Wheeler zrezygnował z posady.
    Obecnie mieszkał w Cambrai, w Luizjanie, na tej samej ulicy co Samanta Leeds.
    Bliski sąsiad.
    Zbieg okoliczności? Niemożliwe.
    Jak gliniarz z ponaddziesięcioletnim doświadczeniem mógł wszyst¬ko rzucić, wylądować tutaj i zostać pisarzem? I dlaczego zamieszkał tuż obok Samanty Leeds?
    Bentz uznał, że pora działać.

Rozdział 23

    – Zabieram cię do siebie – powiedział Ty, kiedy wyjechali z miasta i zostawili WSLJ, policję, tort i całe zamieszanie za sobą. Było póź¬no i Samanta padała ze zmęczenia. Ostatniej nocy prawie nie spała, a po szoku, jakiego doznała na widok tOltu i po policyjnym przesłuchaniu, nerwy miała napięte jak postronki.
    – Nic mi nie będzie – powiedziała, zbyt zmęczona, żeby się spie¬rać. – Mam system alarmowy i kota obronnego.
    – Mówię poważnie, Sam. Tylko na dzisiejszą noc, ponieważ są urodziny Annie Seger.
    – Były wczoraj – poprawiła go, otworzyła okno i wpuściła do środ¬ka nocne powietrze. Jechali wzdłuż ciemnego brzegu jeziora Pontchar¬train. Wiał miły, chłodny wiatr, noc była cicha.
    – Nie żartuj. Tylko najednąnoc. Zostań ze mną.
    Dotknął wierzchu jej dłoni i poczuła mrowienie na skórze.
    – Dobrze, już dobrze – zgodziła się i potarła szyję tam, gdzie ugryzł ją szerszeń. Ukąszęnie zaczynało swędzieć jak diabli. – Pewnie nie masz nic od bólu głowy?
    – Mam. – Spojrzał w jej stronę. -.• Zaopiekuję się tobą – obiecał, a Sam była zbyt senna, żeby oznajmić, że potrafi sama o siebie zadbać.
    Zresztą po co? Była już prawie pewna, że ten, kto ją straszył, miał jakiś związek z rozgłośnią. Ktoś podrzucił tort po to, by ją wystraszyć. Ten ktoś znał numer drugiej linii, który nie figurował w żadnej książce tele¬fonicznej i nie można go było dostać w biurze numerów.
    Musiał to zrobić ktoś z rozgłośni i ta myśl przyprawiała ją o zimny dreszcz.
    Trzęsła się od środka i zastanawiała, kto z jej współpracowników posunął się tak daleko i w jakim celu? Z pewnością nie był to Gator choć martwił się o czas antenowy, który mógł stracić z powodu jej pro¬gramu. Może chciałby, żeby odeszła z pracy, ale na pewno nie życzyłby sobie zwiększenia popularności jej audycji. Inni prowadzący też tego nie zrobili, chociaż Ramblin' Rob był na tyle zwariowany, że mógł wy¬myślić coś takiego dla kawału. Z łatwościąmógł dowiedzieć się o Annie Seger, bo historia była dość znana, a poza tym George i Eleanor praco¬wali z nią w Houston. Może ktoś taki jak Rob, dowiedziawszy się o jej problemach, chciał to wykorzystać.
    Tylko po co? Żeby doprowadzić ją do szału? Żeby zrezygnowała z pracy? Żeby wyszła na wariatkę? A może po to, żeby przyciągnąć więcej słuchaczy?
    W takim razie, po co było to podziurawione zdjęcie i telefony do domu? Po co ktoś zostawił list w samochodzie? Dlaczego John dzwonił po programie? W jaki sposób coś takiego mogło ściągnąć zainteresowanie słuchaczy?
    To nie oni, Sam, to ślepy zaułek. Jest coś więcej, coś, czego nie dostrzegasz. Tylko co?
    Ból głowy narastał z każdą chwilą. Sam zamknęła oczy i oparła głowę o siedzenie. Nie miała już siły myśleć o Johnie, telefonach i o Annie Seger. Nie dziś w nocy. Jutro, kiedy się wyśpi… wtedy zastanowi się nad tym wszystkim…
    Ty włączył radio i wysłuchali końcówki Przy zgaszonych światłach z nagranymi wcześniej instrumentalnymi wersjami znanych piosenek, które dobrze usypiały. Za program odpowiadał Tiny, dziwaczny typ, któ¬ry znał radio jak własną kieszeń. Pracował w WSLJ dłużej niż inni, na pół etatu – od czasów szkoły średniej. Kiedy Tiny studiował wTulane, Eleanor zaproponowała mu pełny etat.
    Może to on, pomyślała. Być może Tiny nie był taki niewinny, na jakiego wyglądał. A co z Melanie? Była bardzo ambitna i czasami za¬chowywała się dość dziwnie. No i jest jeszcze Melba, wykształcona i sła¬bo opłacana… a może ktoś spiskował z Trish LaBelle z WNAB? Wszy¬scy wiedzieli, że Trish chciała posady Sam… Przestań, Sam. To cię do niczego nie doprowadzi. Przestaó o tym myśleć. W radiu leciała instru¬mentalna wersja Mostu nad wzburzoną rzeką i Sam nawet nie zauważy¬ła, że wjechali w granice Cambrai. Czuła się dobrze, mając przy sobie Tya. Odprężała się przy nim i mogła mu zaufać. Nieznacznie uniosła powieki, na tyle, by spojrzeć najego profil. W samochodzie było ciem¬no i tylko uliczne latarnie, które mijali, i światła nadjeżdżających samo¬chodów od czasu do czasu wydobywały jego twarz z cienia.
    Czuła się dziwni'e, gdy myślała, że zna go zaledwie od kilku dni i uśmiechnęła się na myśl o tym, jak ucieszyłaby się pani Killingsworth, gdyby dowiedziała się, że jej próby wyswatania Tya i Sam zakończyły się sukcesem. Ty zwolnił i skręcili na drogę biegnącą wokół jeziora.
    Minęli jej dom. W oknach było ciemno – żadnego śladu życia. Sam chciała zmienić zdanie i poprosić, żeby został z nią, z Charonem i szer¬szeniami, ale potem uśmiechnęła się w duchu. Wkrótce będzie świtać, ale resztę nocy spędzi z Tyem i mimo zmęczenia, cieszyła się, że będzie z nim sama. Wiele razy w ciągu dnia, może zbyt często, przypominała sobie, jak się kochali. Wydawało jej się to takie naturalne. A jednak były chwile, gdy myślała, że jeśli chodzi o mężczyzn, zawsze podejmowała złe decyzje. Przecież prawie go nie znała. Nie wiedziała o nim nic, poza tym, że zjawił się w jej życiu w tym samym momencie, w którym zaczꬳy się pogróżki. Wiedziała też, że oszalała najego punkcie.
    A przecież nie mogła znowu się zakochać. Ani w nim, ani w żadnym innym mężczyźnie. Dostałajuż nauczkę. Ty zatrzymał samochód i wpro¬wadził ją do domu.
    Dom był nieduży, w wiejskim stylu. Prócz biurka, regału i telewizo¬ra prawie nie było mebli. Sasquatch przeciągnął się, wstał wolno i za¬merdał ogonem, a Ty wypuścił go na dwór tylnymi drzwiami.
    – Jesteś głodna? – zapytał.
    – Nie, raczej umieram ze zmęczenia.
    Gwizdnął na psa, a potem pomógł Sam wejść po stromych schodach na poddasze, gdzie pod oknem z widokiem na ogród za domem stało podwójne łóżko. Księżyc oświetlał jezioro, a w powietrzu unosił się za¬pach wody.
    – Wiesz co, to chyba nie jest dobry pomysł, żebym tu spała – powiedziała.
    – Dlaczego nie? – Ty zdążył zrzucić buty.
    – Bo mogę zrobić coś, czego nie powinnam.
    Uśmiechnął się szelmowsko, uniós łjej twarz i spojrzał prosto w oczy. – Facet może mieć tylko nadzieję.
    – Jesteś niemożliwy.
    – Staram się – przyznał i wziął ją w ramiona. Całował ją gorąco, że po chwili mogła myśleć tylko o tym, żeby się z nim kochać.
    Nie powinna tego robić i doskonale o tym wiedziała, ale pragnęła zatracić się w nim, zapomnieć o strachu i bólu. Musiała komuś zaufać ¬choćby tylko na jedną. noc. Czy było w tym coś złego? Zamknęła oczy i po chwili padli na łóżko. Znalazła się w jego świecie, chociaż nie wie¬działa, jaki jest ten świat. Prawdziwy, czy też pełen zakłamania i oszu¬stwa?
    Czego on od niej oczekuje?
    Nie wiedziała i nie chciała o to pytać. Zamknęła oczy i objęła go.
    Miał gorące wargi i szybki język, a ona chętnie rozchyliła usta i przyjęła jego głęboki pocałunek. Przyciągnął ją do siebie tak blisko, że uścisk miażdżył jej piersi. Jedną ręka przytrzymał ją za pośladki, a ona przy¬19nęła do niego i poczuła, jak bardzo jej pragnie.
    Zapragnęła go całą sobą. Oddychała z wysiłkiem, serce biło jej jak oszalałe, a krew krążyła coraz szybciej, kiedy jego palce ugniatały jej pośladki, zanurzały się w jej włosach i błądziły po całym ciele.
    Pragnęła go; Bóg jeden wiedział, jak bardzo i jęk, który z siebie wy¬dała, był tylko początkiem. Uniósł głowę i spojrzał jej głęboko w oczy. – Już mówiłem, że masz na mnie ochotę – powiedział, kiedy po¬wiew wiatru wpadł przez otwarte okno i połaskotał ją w szyję• – A ja chcę ciebie.
    – Naprawdę? – westchnęła, i poczuła, że lekko się poci i robi się jej gorąco. Palce na jej pośladkach zacisnęły się jeszcze mocniej.
    – A jak sądzisz?
    – Sądzę, że jestem w tarapatach.
    – Oboje jesteśmy – wyszeptał jej prosto do ucha, aż dostała gęsiej skórki. – Och, kochanie, oboje jesteśmy.
    Znów zaczął ją całować. Był zgłodniały, gwałtowny i silny. Całował ją i rozpinał bluzkę i spódnicę. Sam wiedziała, że poddaje się namiętności, którą powinna odrzucić, ale ściągnęła mu koszulę przez głowę i dotknęła napiętych mięśni na ramionach. W półmroku dostrzegłajego twarz – uśmie¬chał się szelmowsko i był bardzo podniecający. Zdjął z niej bluzkę i za¬czął całować jej piersi, które wyłoniły się z koronkowej bielizny.
    Pod cienką warstwą materiału sutki nabrzmiały i Sam czuła, jak ro¬śnie w niej pożądanie.
    – Wiedziałem, że tak właśnie z tobą będzie – powiedział i zsunął ramiączko. Ciepłe powietrze owiało jej nagi sutek.
    – Jak? – wyszeptała, kiedy schylił głowę. Poczuła, jak chwycił ją lekko zębami za skórę i połaskotał czubkiem języka.
    – Właśnie tak – powiedział, oddychając ciężko, podczas kiedy dru¬ga ręka wślizgnęła się za pasek spódnicy i pieściła pępek.
    Sama rozsunęła nogi i poruszyła się nerwowo, czekając i pragnąc go aż do bólu, który w niej pulsował.
    Rozpiął klamerkę paska i rozsunął suwak. Ściągnął z niej spódnicę i majtki. Była prawie naga pod nim. Została jej tylko pomięta bluzka i zsunięty stanik.
    Dotykał, smakował i badał ustami każde zagłębienie skóry, odde¬chem muskając włoski w trójkącie pomiędzy nogami. Zamknęła oczy i oddała się czystej rozkoszy. Ty rozsunął jej nogi, pieścił ją, a ona drża¬ła, wbijając palce w prześcieradło.
    Nie pozwól mu tego robić… nie oddawaj mu się tak. Nie mogła się jednak opanować, jej pragnienie było zbyt intensywne, a ogień w jej ciele zbyt gorący. Poczuła rosn~ce napięcie i ból, a wszystkie jej myśli skupiły się w jednym punkcie. Swiat wirował, kiedy Ty jej dotykał, co¬raz szybciej i mocniej… Kręciło jej się w głowie. Szarpnęła się, krzyk¬nęła, a on chwycił jąjeszcze mocniej i rękami przytrzymał jej nogi, aż opadła na łóżko spełniona, a całe jej ciało pokryło się potem.
    – Och… – westchnęła. Oddychała ciężko, kiedy wypełniło ją ciepłe uczucie rozkoszy. – Ty… a ty?
    Podniósł głowę i mrugnął do niej.
    – Zaraz do tego przejdziemy.
    – Teraz? – zapytała miękkim głosem.
    – O tak, teraz. – Ukląkł przed nią. – Zaufaj mi. Jeszcze z tobą nie skończyłem. Nie jestem taki wspaniałomyślny.
    – Wspaniałomyślny? – powtórzyła i roześmiała się. – Wcale tak nie myślałam.
    – A co myślałaś?- Usiadł na niej. – Powiedz mi.
    Sam popatrzyła na niego z dołu. Ten facet, który tak szybko został jej kochankiem, sprawił, że zupełnie się zatraciła. Tak niewiele o nim wiedziała. Owszem, za jego uśmiech można było zgrzeszyć. Teraz twarz pokrywał mu ciemny ślad zarostu, włosy miał w nieładzie i wbijał w nią dziki wzrok. Nagą, muskularną klatkę piersiową pokrywały krople potu. Położył ręce na jej piersiach.
    – Co myślałaś?
    – Wydawało mi się, że jesteś… – Pieścił jej piersi, kciukiem drażnił sutki i znów ją podniecał. Z trudem zbierała myśli. – Myślałam, że je¬steś… straszny i niebezpieczny.
    – Podoba mi się to..
    – Nie wiedziałam, czy mogę ci zaufać.
    – Nie powinnaś.
    – Ale… okazałeś się…
    – Porywający?
    – Cholemie.
    – Więc chybajesteśmy kwita – powiedział i zaczął rozpinać spodnie.
    Samanta patrzyła. Kiedy Ty zsunął spodnie, znowu poczuła tę zniewala¬jącą wilgoć między nogami.
    – Widzisz… wcale nie jestem wspaniałomyślny. – Osunął się na nią, całując jej brzuch i piersi.
    Jego język był wszędzie – smakował i poznawał, posuwając się w górę. Pozostawiał na jej skórze mokry i ciepły ślad.
    – Żadna kobieta nie ma prawa wyglądać tak dobrze jak ty.
    – Co ty powiesz? – odpowiedziała z trudem.
    – O, tak.
    – Może powinnam to samo powiedzieć o tobie: żaden mężczyzna nie ma prawa robić tego, co ty robisz ze mną.
    Zaśmiał się gardłowo…
    – Pochlebstwa tylko wpędzą cię w kłopoty.
    – Już jestem w kłopotach.
    – Więc odrobina więcej nie zaszkodzi – powiedział i ustami odnalazł jej usta i sięgnął głęboko. Rozsunąłjej kolana i gdy ją całował, wszedł w nią jednym pchnięciem i wycofał się powoli.
    Owinęła mu głowę ramionami i uniosła biodra, pragnąc go więcej, chcąc być z nim. Zamknęła oczy i zapomniała o swoim strachu.
    – Moja dziewczynka – powiedział i znowu wszedł w nią mocno, po¬tem jeszcze i jeszcze raz. Oddychał coraz szybciej, pocił się, a ich serca biły jednym, szybkim rytmem. Poruszała się razem z nim, przyciskała wargi do jego warg, wyginała plecy. Jego oddech jeszcze przyspieszył, czuła każdy mięsien, kiedy w nią wchodził, i w końcu poddała się. Jej ciało naprężyło się, a Ty krzyknął głośno i upadł na nią spocony. Potem trzymał ją w objęciach, a przez okno padało na nich światło księżyca. Wiedziała, że straciła głowę dla tego tajemniczego, interesującego, ob¬cego mężczyzny. Co gorsza, nie była pewna, czy może obdarzyć go za¬ufaniem.

    Sam była pogrążona we śnie. Leżała w jego łóżku i zapomniała o ca¬łym świecie, a światło księżyca wpadało przez otwarte okno i oświetlało jej twarz. Zdumiony Ty poczuł nagle, że zależy mu na niej bardziej, niż powinno, i że może nawet jest bliski zakochania się w niej.
    Żałosny, chory sukinsyn, pomyślał o sobie. Wykorzystał ją i przez to wpakował się w kłopoty. Teraz wszystko było jasne. Nie miał powodu udawać, że jest inaczej. Uważał ją za środek do celu i teraz czuł się jak świnia. Ostrożnie wysunął się zjej objęć. Mruknęła przez sen i obróciła się na bok, nie otwierając oczu. Pościel była pomięta, a pokój pachniał lekko jej perfumami i seksem. Nie miał zamiaru kochać się z nią, ale nie umiał się powstrzymać. W tym tkwił problem – on, który zawsze był ostrożny, jeśli chodzi o kobiety, facet, który bronił swoich interesów i swojego serca, poddawał się, kiedy był przy niej. Przyglądał się rysom jej twarzy, cieniom rzęs na policzkach i lekko rozchylonym ustom.
    Odwrócił wzrok i przypomniał sobie, że ma coś do zrobienia, coś, o czym ona nie może się dowiedzieć. Miał wyrzuty sumienia. Założył tylko szorty i darował sobie koszulę.
    Czerwone cyfry na tarczy zegara wskazywały czwartą trzydzieści.
    Jeśli się obudzi, w razie czego będzie miał wymówkę, że musiał wypu¬ścić psa. Popędził na dół, a Sasquatch za nim.
    Po cichu -otworzył frontowe drzwi. W niebieskim świetle latarni nie zauważył nikogo. Noc była spokojna, a o tej godzinie, tuż przed świtem, cały świat był pogrążony we śnie. Jeszcze za wcześnie na poranną gazetę i na zapalone światła w domach przy ulicy. Nikt nie biegał, wąską ulicą nie sunęły samochody. W tej części Cambrai był jeszcze środek nocy.
    Sasquatch obwąchiwał coś przed domem, a Ty podszedł do końca podjazdu i zatrzymał się pod magnolią, która rosła przy skrzynce pocztowej. Światło latarni nie dochodziło przez gęste liście i drzewo rzucało czarny cień. Ty czekał i wytężał wzrok w ciemnościach. Nasłuchiwał.
    Po kilku sekundach zza krzaków wyłoniła się jakaś postać; ubrana na czarno, przygarbiona. Andre Navarrone doskonale wtapiał się w noc.
    – Niezła pora na łażenie po ogródku – powiedział szeptem.
    – Nie mogłem inaczej. – Ty zerknął na dom, a potem na człowieka, którego znał pół życia, gliniarza pracującego teraz jako prywatny detek¬tyw. Współpraca Navarrone'a z policją w Houston była krótka i burzli¬wa. Nie nauczył się nigdy, że praca agenta wywiadu w czasie wojny w Za¬toce to nie to samo, co praca policjanta W mieście. Zaczął działać na własny rachunek i szło mu świetnie.
    Ty spojrzał przyjacielowi w oczy.
    – Potrzebuję twojej pomocy.
    – Domyśliłem się. Inaczej byś nie dzwonił. – Navarrone uśmiech-nął się złowieszczo i wyszczerzył bjałe zęby. Nie pytał, czego chce Ty. Właściwie nigdy o nic nie pytał.
    I jeszcze nigdy go nie zawiódł.

    Sam przewróciła się na bok i poczuła, że cośjest nie tak. Leżała w cu¬dzym łóżku… tak, teraz jej się przypomniało. Westchnęła zadowolona i uśmiechnęła się. Była z Tyem, chociaż z początku tego nie chciała. Zaczęła przypominać sobie dotyk jego ciepłej skóry, jego smak, to że wiedział, jak ją dotykać… Sięgnęła za siebie i poczuła zimne przeście¬radła. Miejsce obok było puste.
    Odwróciła się, zamrugała gwałtownie i oparła się na łokciu. Była sama. Tam gdzie jeszcze przed chwilą leżał Ty, został wgnieciony ślad, ale pościel była zimna. Może poszedł do łazienki, napić si'ę, albo… wy¬prowadzić psa. Na pewno wyszedł z psem.
    W ciemnościach znalazła halkę i założyłają. Przez otwarte okno usły¬szała jego przytłumiony głos" szept, którym Ty, jak sądziła, popędzał psa. Kiedy wyjrzała na zewllątrz, na trawniku pomiędzy domem ajezio¬rem nie zobaczyła ani jego, ani psa. Zaciekawiona zeszła na dół, gdzie światło latarni padało na biurko. Dzięki niej mogła przejść przez pokój bez zapalania światła.
    W kuchni ochlapała twarz wodą i przeczesała palcami włosy, a po¬tem wyjrzała przez okno na ulicę. Pusto. Ale Ty musi być gdzieś w po¬bliżu. Nie wierzy-la, że zostawiłjąsamąpo tym,jak przyjechał do miasta niczym rycerz i uparł się, żeby nie nocowała u siebie. Poza tym była pewna, że słyszała jego głos. Popatrzyła w ciemność i kątem oka do¬strzegła jakiś ruch. Sasquatch wyszedł zza rogu i podreptał na drogę. Usiadł pod drzewem i wyczekująco spojrzał do góry. Kolejny ruch. Pod drzewem stał mężczyzna… nie, było ich dwóch. Jednym musiał być Ty ¬w przeciwnym razie pies zareagowałby inaczej.
    Samanta zagryzła usta. Ty i kto? W stał w środku nocy, żeby się z kimś spotkać, z kimś, o kim jej nie wspomniał. Zmrużyła oczy i oparła się o zlewozmywak. Patrzy-la tam, gdzie w gęstych ciemnościach, w słabym świetle księżyca stali~dwaj ludzie.
    Jednym z nich był Ty. Z kim rozmawiał tak po cichu w środku nocy?
    Co było na ty le ważne, żeby wyciągnąć go o tej porze na dwór? Naszły ją ponure podejrzenia. Policja sugerowała jej, że nie powinna ufać niko¬mu, szczególnie ludziom, których prawie nie zna.

    Zdawało jej się, że Ty chce jej dobra. Pojawił się w rozgłośni, kiedy przyszło mu do głowy, że Sam może go potrzebować. Upierał się, żeby odwieźć ją do domu, sprawdzał wszystko, żeby upewnić się, że jest bez¬pieczna. Dlatego była u niego dziś w nocy. Chyba się nie myliła?
    Czyżby tylko udawał?
    Zastanawiała się, czy nie wyjść na zewnątrz i nie zażądać odpowie¬dzi, ale po namyśle postanowiła poczekać w domu i kiedy Ty wróci, za¬pytać go, co jest grane.
    Nic z tego. Była za bardzo podniecona i spięta, w głowie miała mę¬tlik. Rozbudzona, wiedziała, że nie zaśnie; zresztą spokojne, czekanie nigdy nie leżało w jej naturze.
    Weszła do salonu i już miała iść na górę, ubrać się i popędzić do domu, kiedy po drodze na schody m inęła jego biurko, a na nim laptopa z kolorowym wygaszaczem ekranu. Zatrzymała się i coś ją podkusiło, żeby zajrzeć do jego plików. Stanęła przy biurku i pomyślała, że straci jego zaufanie, ale postanowiła, że musi dowiedzieć się prawdy. Był jakiś powód, dla którego wyszedł z sypialni i Sam była pewna, że wyjaśnie¬nie jej się nie spodoba.
    Pochyliła się nad klawiaturą i w ciągu kilku sekund otworzyła edy¬tor tekstów. Na ekranie pojawił się katalog plików.
    Jak on to powiedział? Jak żartował z Melanie? Skrzyżowanie Zaklinacza koni i Milczenia owiec?
    Otworzyła pierwszy rozdział. Serce jej zamarło.
    Śmierć cheerleaderki: Morderstwo Annie Seger.
    – O, Boże – wyszeptała i przebiegła wzrokiem w dół strony. Morderstwo? Przecież Annie popełniła samobójstwo.
    Zrobiło jej się słabo. Skąd Ty o tym wiedział? Skąd wziął te infor¬macje? Przejrzała kilka pierwszych stron, a palce trzęsły jej się, kiedy naciskała klawisze.
    Powoli docierało do niej, jak bardzo ją oszukał.
    Jaki udział w tej sprawie miał Ty? O, Boże, może to on do niej dzwo¬nił – czy to on był Johnem? Nie… niemożliwe, w to nie mogła uwie¬rzyć, ale była przekonana, że wszystko było ze sobąjakoś powiązane. – Ty, żałosny sukinsynu – mruknęła i pomyślała o ich wspólnej nocy, o pożądaniu i namiętności..
    Kłamstwa.
    Dlaczego nic jej nie powiedz'iał? Dlaczego kłamał?
    Spałaś z nim, Sam. Kochałaś się z nim.
    Poczuła skurcz w żołądku, a żółć podeszła jej do gardła. Co to, do diabła, była za gra?
    Jeśli chciał ją skrzywdzić, to miał tysiące okazj i.
    Boże, czy to możliwe? Prawie oddała serce człowiekowi, który był jej prześladowcą..
    Nie miała czasu, żeby wydrukować przeczytane rozdziały. Musiała u'ciekać i to zaraz, zanim Ty zorientwj,e się, że ona już wie. Powinna tylko zabrać torebkę i… dyskietka! Ta w komputerze – dowód, że Ty nie jest tym, za kogo się podaje. Informacje o Annie.
    Drżącymi palcami nacisnęła guzik, wyciągnęła dyskietkę i wstała z fotela. Potknęła się, wracając na poddasze, upuściła dyskietkę i maca¬ła rękoma po dywanie, aż ją znalazła. W półmroku pokonała pozostałe schody. Musiała się spieszyć. Nie miała pojęcia, ile potrwa jego spotka¬nie z mężczyzną na ulicy, ale spodziewała się, że niedługo.
    Na poddaszu nie zapalała lampy tylko po ciemku znalazła ubranie.
    Nie mogła znaleźć paska. Trudno. Ale torebka… klucze… gdzie ona jest? Z walącym sercem i zaschniętym gardłem Sam przeszukała podda¬sze przy świetle księżyca, wodząc palcami po podłodze i łóżku. Znala¬zła stanik… portfel Tya… ale. ani śladu torebki.
    Pomyśl, Sam, pomyśl, gdzie ją położyłaś?
    Wróciła myślami do wczorajszej nocy. Ty przyjechał do radia i na jego widok poczuła ulgę. Potem przyjechali tutaj..
    Potem się kochali.
    Serce o mało jej nie stanęło, kiedy przypomniała sobie, jak ją dotykał, całował i doprowadzał do ekstazy. Boże, zrobiła z siebie taką idiotkę!
    Tak chętnie wskoczyła z nim do łóżka. Była tak bliska oddania mu serca… ale teraz nie mogła o tym myśleć. Omal nie potknęła się o wła¬sny but. Zaczęła na kolanach szukać drugiego. Gdzie, do diabła, była torebka z kluczami i dokumentami? Wniosła ją do domu i w środku Ty pocałował ją i zabrał na górę… już bez cholernej torebki.
    Przez otwarte okno usłyszała kroki na żwirowej alejce.
    Do diabła. Wracał. Musi uciekać. Nie mogła udawać, że śpi i że wszystko jest w porządku. Zostawiła drugi but, a serce waliło jej jak oszalałe, kiedy skradała się na dół i o mało nie przewróciła się na ostat¬nim schodku. Pociła się i szła przez nieznany jej dom. W słabym świetle lampy zobaczyła torebkę na stole w kuchni. Chwyciła ją, ale nie miała odwagi jeszcze raz wyjrzeć przez okno.
    Boso przebiegła po dywanie na tył domu i otworzyła zasuwę w szkla¬nych drzwiach. Szybko wydostała się na werandę, a potem na trawnik, który dzielił ją od jeziora. Jeśli dojdzie do najgorszego, może przejść przez płot do sąsiadów albo popłynąć wokół cypla, albo…
    Popędziła po zimnych kamieniach i przeskoczyła trzy stopnie. Ksiꬿyc odbijał się w ciemnej wodzie, a łódź stała przycumowana do pomo¬stu. Gdyby wiedziała cokolwiek o żeglowaniu i miała jego kluczyki, mogłaby odpłynąć łodzią. Ukucnęła koło krzaków i sunęła w kucki w stronę pomostu.
    Od domu dobiegło ją stłumione szczeknięcie.
    Boże, proszę cię, tylko nie to.
    – Sam?!
    Zamarła.
    – Co ty robisz?
    Zagryzła wargi, schowała dyskietkę do torby i wróciła do domu.
    Ubrany tylko w ciemne szorty, Ty opierał się o balustradę i patrzył pro¬sto na nią.
    Przyłapał ją.
    – Sam?
    Długo wypuszczała z płuc powietrze.
    – Prawdę mówiąc, uciekam – powiedziała.
    – Stąd?
    – Właśnie – odpowiedziała z daleka. – Co robisz o tej godzinie zamiast spać? I nie podawaj mi żadnego głupiego wytłumaczenia o space¬rze z psem, bo nie uwierzę. Wiem swoje.
    – Spotkałem się z przyjacielem.
    – Który przypadkiem spacerował ulicą o czwartej nad ranem. Tak?- Nie mogła opanować cynizmu. – Daj spokój, Wheeler. Stać cię na coś więcej. – Nadal ściskała ubranie w rękach. – Słuchaj, nie wiem, co się tu dzieje, ale lepiej sobie pójdę. To wszystko… robi się za bardzo poplątane.
    Ty wyprostował się i światło księżyca padło prostó na jego twarz. Boże, jaki on przystojny.
    – Chyba tak – zgodził się i przesunął ręką po włosach, odgarniając je z czoła.
    – Muszę ci coś wyznać. Nie poruszyła się.
    – Wiesz, że nie to chcę teraz usłyszeć. Mam dość wyznań, grzechów i rozmów o odkupieniu – wystarczy mi na całe życie.
    Ty podrapał się po brodzie.
    – Co powiesz na zwykłe wyjaśnienie?
    – Dobry pomysł – powiedziała. – Byle dobre. – Czekała przez chwilę, zanim Ty wreszcie się odezwał.
    – Prawda jest taka, że wiedziałem o Annie Seger, zanim cię poznałem.
    – Nie żartuj – parsknęła. Doceniłaby jego wyznanie, gdyby nie to, że wiedział, że grzebała w jego komputerze. – Wiesz, Ty, mogłeś mi powiedzieć.
    – Miałem zamiar.
    – Kiedy? – zapytała, nie wierząc w ani jedno słowo. Czy sądził, że jest aż tak głupia. – Zamierzałeś mi powiedzieć przed czy po tym, jak mnie ktoś zamorduje?
    – Wkrótce.
    _ Za późno – powiedziała wściekła. – Nie wiesz, co tu się dzieje? Nie zwróciłeś uwagi? Telefony od Johna i od Annie, ten cholerny tort urodzinowy i kartka! Na litość boską, Ty, kiedy zamierzałeś mi powie¬dzieć? Kiedy będzie za późno i ten wariat zrealizuje pogróżki? A może jesteś w to osobiście zaangażowany? Może znasz Johna…
    _ Nie – przerwał jej ze złością, ale zobaczyła w jego oczach coś jeszcze, coś jakby poczucie winy. Sam zamarła i zrobiło jej się zimno. Jak mogła mu zaufać? Dlaczego zawsze źle wybierała sobie facetów? Myślała, że Ty Wheeler był inny, ale tak samo jak jej były mąż i narze¬czony tylko ją wykorzystał. Kolejny świetny manipulator.
    – A może to ty jesteś Johnem? Przeskoczył schody i ruszył przez trawnik. – N ie wierzysz w to, co mówisz.
    – Nie wiem, w co mam wierzyć – powiedziała zrozpaczona.
    _ Przepraszam, Sam. Powinienem ci powiedzieć dawno temu. – Stał teraz blisko niej, o wiele za blisko.
    _ Świetna uwaga. – Udało jej się wyprostować. – Słuchaj, to wszystko jest bardzo… ale idę do domu.
    – Jeszcze nie. – Zacisnął silne palce najej ramieniu.
    _ Przepraszam. – Odepchnęła go. – Wydaje ci się, że masz w tej spra¬wie coś do powiedzenia? – Chciała go wyminąć, ale chwycił ją znowu i tym razem nie udało się jej uwolnić z jego uścisku. – Puść mnie, Ty.
    – Wysłuchaj mnie.
    _ Dlaczego? Żebyś mi wmówił więcej kłamstw? Zapomnij! – Ruszyła w stronę domu, a on nadal trzymał ją za rękę i szedł tuż obok.
    – Musisz wiedzieć, c.o się tu dzieje.
    _ Może ty mi powiesz? Daj spokój. Jedyny powód, dla którego mówisz mi to teraz jest taki, że zajrzałam do twojego komputera i do¬wiedziałam się, że nie jesteś ze mną szczery. A teraz puszczaj, bo do¬kończymy tę rozmowę na komisariacie. Jasne?
    _ Poczekaj – Zamiast ją puścić, złapał jeszcze mocniej. – Daj mi szansę. Chcę się wytłumaczyć. Jesteś mi to winna.
    _ Nic ci nie jestem winna. – Nie mogła uwierzyć w jego tupet. We¬szli na schody i na werandę. – Według mnie wszystko, có od ciebie usły¬szałam, to stek kłarnstw. Właściwie jestem pewna, że zepsuta łódź – prze¬chyliła głowę w stronę zacumowanej żaglówki – to też było kłamstwo.
    – Powiedzmy, że to był pretekst.
    – Semantyka, Wheeler.
    – Powinnaś o czymś wiedzieć.
    – Nie żartuj. Zacznijmy od tego, jaki jest twój związek z Annie Seger?
    – Była moją kuzynką – powiedział bez mrugnięcia okiem. Nie puścił jej. – Byłem pierwszym oficerem policji, który przyjechał do niej do domu tej nocy, kiedy ją znaleziono. Zawsze wiedziałem, że śledztwo zostało spartaczone, a ojciec Annie chce, żebym to udowodnił.
    – Jej biologiczny ojciec? – upewniła się Sam, chociaż starała się powstrzymać rosnące zainteresowanie. Według niej, znowu kłamał.
    – Tak. Wally. Nigdy nie uwierzył w to, że się zabiła.
    – Uważa, że została zamordowana? Dlaczego?
    – Tego się staram dowiedzieć.
    – A co z telefonami do radia, tortem i pogróżkami? – Sam otworzyła drzwi balkonowe i weszła do domu.
    – Nie umiem ich wyjaśnić i nie wiem, kto za nimi stoi, ale obawiam się, że to moja wina. Ktoś dowiedział się, że pracuję nad książką, może dlatego, że szukałem materiałów, albo byłjakiś przeciek. Może ktoś u mo¬jego agenta albo u wydawcy… Nie wiem. Przynajmniej na razie. – Zaci¬snął usta. – Wygląda to na zbieg okoliczności, ale ktoś zaczął cię prze¬śladować, akurat wtedy, kiedy zacząłem pracować nad książką.
    – I dlatego za mną łazisz? Masz poczucie winy? Mój Boże, Ty, nie musisz ze mną sypiać, żebym była bezpieczna, albo żeby zabić wyrzuty sumienia! – Wyrwała rękę. Chciała natychmiast odejść.
    – Nie łażę za tobą z powodu poczucia winy.
    – Jasne, że nie. -Łzy wściekłości napłynęły jej do oczu. Nie rozklejaj się. Sam, postaraj się, nie płacz.
    Ruszyła do wejścia.
    Ty szedł za nią.
    – Zaczekaj i posłuchaj przez chwilę.
    – Już dość usłyszałam. – Weszła do domu i zmierzała do frontowych drzwi.
    – Nie chciałem, żeby nas coś połączyło. Odwróciła się i popatrzyła na niego zimno.
    – Ale połączyło, nie da się ukryć? – wycedziła.
    – W tym problem.
    – Problem? Na litość boską, Ty. Problem polega na tym, że to wszystko opierało się na kłamstwie! Ja pasuję…
    – Nie możesz.
    – Oczywiście, że mogę. A co mi zrobisz? Uwięzisz? Może chcesz mnie porwać?
    – Potrzebujesz mojej pomocy.
    – Co? Nic z tego. Coś ci się pomyliło. Chciałeś chyba powiedzieć, że to ty potrzebujesz mojej pomocy.
    _ Sam, posłuchaj. Tam szaleje jakiś wariat. Z jakiegoś powodu upa¬trzył sobie ciebie. Być może dlatego, że wypytywałem o tę sprawę i przez przypadek podsunąłem mujakiś pomysł. Może miał coś wspólnego z An¬nie i z jej śmiercią. Może to świr z ulicy, który o tym przeczytał i teraz chce być sławny. Może to wszystko oszustwo?
    – Oszustwo?
    _ Żeby zwiększyć słuchalność. Może to George Hannah albo Eleanor Cavalier.
    _ Jakim prawem podejrzewasz kogoś o oszustwo? Spójrz prawdzie w oczy. W jednej chwili jesteś ze mną na górze, w łóżku, potem ja zasy¬piam, a ty złazisz na ulicę i spotykasz się z kimś w środku nocy. Kim był ten facet?
    – Przyjacielem.
    – Wiem, że nie wrogiem.
    – Przyjacielem, który nam pomoże.
    _ Uwierz mi, Ty, nie ma "nas". – Podeszła do drzwi. Do domu miała jakieś pięćset metrów, niebo pojaśniało trochę i zaczynały śpiewać pta¬ki. Nawet jeśli miałaby iść na bosaka i w halce, i tak pójdzie. Musi się stąd wydostać.
    _ Problem polega na tym, Sam, że obawiam się, że się w tobie zakochałem – powiedział. Odwróciła się powoli i spojrzała mu w oczy.
    _ No to masz problem, Ty – powiedziała wolno. – Nie zakochuj się we mnie, bo niech mnie diabli,jeśli kiedykolwiek odwzajemnię to uczucie!

Rozdział 24

    – Problem polega na tym, Sam, że obawiam się, że się w tobie zakocha¬łem.
    – Jasne. – Dla niej było to kolejne kłamstwo.
    Głowa pękała jej z niewyspania, a zwichnięta kostka znów dawała się we znaki. Pędziła w stronę domu m1 bosaka i po chwili nogi miała brudne i obtarte. Wściekła na Tya za to, że ją oszukał i szczęśliwa, że nikt z sąsia¬dów nie widzi jej w takim stanie, ruszyła w dół ulicy. Gwiazdy powoli bladły, a niebo nabierało delikatnie niebieskiej barwy. Wstawał świt.
    W uszach wciąż brzmiały jej ostatnie słowa Tya, ale ani przez moment nie miała zamiaru mu wierzyć. Wyznania miłosne już kiedyś zniszczyły jej życie, a to, że Ty sądził, że ją kocha, było kłamstwem. Chciał zdobyć nad nią kontrolę i tyle. Sam doszła do wniosku, że Wheeler gotów był posunąć się do wszystkiego, co pomogłoby mu w dokończeniu książki o Annie, zdobyciu sławy i zrobieniu kariery. Zainteresował się Sam z po¬wodu książki i nic więcej.
    – Drań – przeklęła.
    Chciała na chwilę przestać o nim myśleć, zdjąć tę cholerną halkę i zmyć z siebie wszystkie ślady po nim i po tym, jak się z nią kochał. Będzie jej tego brakowało, musiała to przyznać. Ty Wheeler był naj¬wspanialszym kochankiem, jakiego kiedykolwiek spotkała. Nie miała zbyt dużego doświadczenia, ale i tak uznała, że Ty Wheeler był najlep¬szy. W jaki sposób znalazł ten specjalny punkt na jej karku, który cało¬wał i doprowadzał ją tym do omdlenia?
    – Przestań – mruknęła do siebie. Wielka mi rzecz, że Ty wiedział, jak kochać się z kobietą. Z pewnością nie to jest najważniejsze w m꿬czyźnie, chociaż ma swoje znaczenie. Uznała, że powinna przestać o tym myśleć, bo to się więcej nie powtórzy.
    Nie była pewna, czy kiedyś w jej życiu zjawi się inny mężczyzna, ale nie mogła bez przerwy myśleć o Tyu. Miała za dużo do zrobienia. Po pierwsze, powinna na spokojnie zastanowić się, kto ją prześladuje. Ty i jego seksowne ciało niech idą do diabła!
    Kiedy dotarła do granicy działki pani Killingsworth z trudem opano¬wała się, żeby nie spojrzeć przez ramię i sprawdzić, czy Ty jeszcze stoi na brzegu podjazdu, i czy patrzy, jak ona w samej halce maszeruje po ulicy. Na szczęście po drodze nikogo nie spotkala. Nawet gazeciarza.
    Wreszcie dotarła do domu.
    Na środku półko l istego podjazdu stał biały nieduży samochód, a na huśtawce na ganku siedział David Ross. Pochylony do przodu, oparł łokcie na kolanach i patrzył na zbliżającą się Sam. Twarz miał pokrytą jednodniowym zarostem, a oczy podkrążone z braku snu albo z powodu dużej ilości wypitego alkoholu. Poluzował krawat, a wyprasowana kiedyś koszula była pomięta. Spodnie wyglądały, jakby w nich spał, a ciemne włosy były tak potargane, jakby od dawna ioh nie czesał.
    – Gdzie się, do diabła, podziewałaś? – Zerwał się na równe nogi. ¬Co się, do cholery, stało? Wyglądasz jak… – Popatrzył najej halkę i za¬uważył kłąb ubrań, które trzymała pod pachą. -… jak ktoś, kto ma za sobą niezłą noc.
    Delikatnie powiedziane.
    – Nie pomyliłeś się.
    – Gdzie byłaś?
    Sam jęknęła w duchu na samą myśl o tym, że będzie musiała z nim roz¬mawiać. W tej chwili nie miała najmniejszej ochoty na towarzystwo Davi¬da. Uderzyła palcem u stopy w płytę chodnikową. Zacisnęła zęby z bólu i weszła po schodach na ganek. – Powiedzmy, że byłam u przyjaciela.
    _ Przyjaciela? – powtórzył David i zmrużył oczy, jakby zrozumiał. Zacisnął wargi i zbladł. – Dlaczego moje klucze nie pasują do zamków?
    Rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie, żeby z nią nie zaczynał.
    _ Zmieniłam zamki za radą policji, z powodu pogróżek, jakie dostaję•
    _ Były następne? – zapytał i wrogie nastawienie zmieniło się w troskę. Na czole pojawiły się głębokie bruzdy. – Nie mówiłaś mi.
    – Dam sobie z tym radę•
    _ Jesteś pewna? – Czekał, a ona grzebała w torebce. – To poważna sprawa, Sam.
    Bardzo poważna, pomyślała, ale nie zamierzała mu się zwierzać. Nie potrzebowała jego teatralnego zainteresowania i dziesiątków pytań.
    – Co tu robisz?
    – Czekam na ciebie.
    _ Widzę, ale po co? – Przekręciła klucz w zamku, pchnęła drzwi ramieniem i weszła szybko do środka, żeby wyłączyć alarm, zanim za¬cznie ryczeć i obudzi wszystkich sąsiadów.
    – Sam, musimy porozmawiać.
    _ Trzeba było zadzwonić. – Rzuciła ubranie na krzesło w salonie, a zza doniczki z palmą wyszedł Charon, popatrzył do góry i miauknął, ocierając się o jej nogi. – Zaraz – powiedziała do kota i spojrzała na Davida. – Słuchaj, nie wiem, czego się spodziewałeś, przyjeżdżając tutaj, ale to nie jest najlepszy moment.
    _ Chciałem się z tobą zobaczyć. – W szedł za nią do salonu i stanął tak blisko, że poczuła wczorajszy zapach cygar i alkoholu. – Czy to grzech?
    Sam zamarła.
    _ Co powiedziałeś? – zapytała i kiedy chciał dotknąć jej ramienia, odsunęła się gwałtownie.
    _ Próbuję ci wyjaśnić, że tęskniłem za tobą i miałem nadzieję, że pogadamy o naszych sprawach i zobaczymy, czy nie moglibyśmy nadal być razem.
    Sam, przesadzasz. Przecież to David. Możesz mu zaufać. O mało nie zostałaś jego żoną, na litość boską, a teraz myślisz, że ma jakiś związek z Johnem, Annie Seger i tym całym bałaganem. Wpadasz w obsesję, Sam.
    David to tylko David.
    _ Za późno – powiedziała i pochyliła się, żeby podnieść i przytulić kota. Pogłaskała jego czarne futerko i pokręciła głową• – Powinieneś już iść, Davidzie. Jeśli miałeś jakąś nadzieję, to nic z tego. Już to przerabia¬liśmy. Między nami wszystko skończone.
    – Dlatego, że ty tego chciałaś – podkreślił i w jego słowach było coś więcej niż gniew.
    – Tak.
    Była zbyt zmęczona, żeby o tym dyskutować. Miała brudne nogi, potargane włosy i była prawie naga. David, jak gdyby czytała w jej my¬ślach, wycelował w nią palec.
    – Dlaczego masz na sobie tylko halkę?
    – Wyszłam w pośpiechu.
    – Z domu przyjaciela?
    Żachnęła się.
    – Nie jestem w nastroju do słuchania reprymendy.
    – Ten przyjaciel odesłał cię do domu bez butów? – zapytał i po wyrazie jego oczu zorientowała się, że zaczyna się domyślać. – A co z two¬im samochodem? Zaglądałem przez okno do garażu i nie ma go tam.
    – Zostawiłam go w mieście.
    – I spędziłaś noc u przyjaciela?
    – Resztę nocy, tak.
    – Nie podoba mi się to.
    – Pewnie nie, ale to nie twoja sprawa. – Odgarnęła kosmyk włosów z oczu. – Nie jestem twoją własnością, Davidzie. Właśnie tego nie lubi¬łam, kiedy byliśmy razem, pamiętasz? Kontrolowania mnie.
    – Pracowałem nad tym.
    – Świetnie. – Uznała, że nie musi się dalej tłumaczyć, ale David nie zrozumiał aluzji i nie miał zamiaru wyjść. Zanim zdążyła bardziej sta¬nowczo poprosić, żeby się wynosił, usłyszała przed domem znajomy odgłos silnika. Puls jej przyspieszył i przez uchylone drzwi zauważyła volvo Tya.
    Świetnie. Tylko tego mi potrzeba. Następny samiec, któremu się wydaje, że wie, co dla mnie najlepsze.
    Właściwie nie była zaskoczona. Spodziewała się, że jak tylko znik¬nie mu z oczu, Ty wskoczy do samochodu 1 popędzi za nią. Pozwolił jej wyjść tylko dlatego, że chciał dać jej czas, żeby ochłonęła. W pewnym sensie pochlebiało jej to, ale i denerwowało. Prawda była taka, że Ty okazał się kłamcą, wykorzystał ją i niczym nie różnił się od innych face¬tów.
    – Kto to? – zapytał David, kiegy Ty zgasił silnik i zanim Sam zdą¬żyła odpowiedzieć, dodał: – A, już wiem.
    – Ty, mój przyjaciel.
    David zrobił ponurą minę•
    _ Szybko się pocieszyłaś – powiedział ironicznie.
    – Nic nie mów.
    Ty wysiadł z samochodu i ruszył chodnikiem. Zdążył założyć koszulkę i musiała przyznać, że wyglądał nieźle. Sam nachmurzyła się, gotowa do kolejnej niepotrzebnej konfrontacji. Przywitała Tya przy drzwiach, a kot, który wyczuł okazję do ucieczki, ześlizgnął się jej z ra¬mion, skoczył na ganek i zniknął w krzakach.
    _ Nie przyjmujesz do wiadomości słowa "nie"?
    _ Nie. – Jego brązowe oczy błyszczały, a butny uśmiech nie schodził z lekko zarośniętej twarzy. Drań, pomyślała znowu, ale ugryzła się w ję¬zyk. Jego wzrok zatrzymał się na jej ustach, a potem Ty spojrzał ponad jej ramieniem i zmienił wyraz twarzy; oczywiście zobaczył Davida.
    Zaczyna się, pomyślała Sam i szybko przedstawiła ich sobie. Obaj mężczyźni byli spięci i patrzyli na siebie nieufnie.
    _ Davidzie, to jest Ty Wheeler. – Sam marzyła, żeby nagle wyparo¬wali. W powietrzu unosiło się zbyt wiele testosteronu, jak na tak wcze¬sną godzinę. – Ty – David Ross.
    Ty wyciągnął rękę, a David udał, że tego nie widzi. Świetnie.
    _ Znamy się od lat – dodała, odsunęła się od drzwi i zaprosiła Tya do środka. – A Ty jest właśnie tym przyjacielem, o którym ci mówiłam ¬zwróciła się do Davida. Nie widziała powodu, żeby ukrywać, gdzie była. Poza tym Davidowi dobrze zrobi kontakt z rzeczywistością.
    Otworzyła szafkę w holu, znalazła płaszcz od deszczu i zarzuciła na siebie.
    _ Zrobię kawę. Jeśli któryś z was ma ochotę na filiżankę, to zapraszam, ale ostrzegam, że mam dość pouczania, jak mam żyć.
    David natychmiast ruszył za nią do kuchni i otworzył drzwi do spżarni.
    _ Chcę z tobą porozmawiać na osobności – powiedział szeptem.
    – Nie widzę powodu.
    _ Przyleciałem taki kawał, żeby z tobąporozmawiać. Mogłabyś przynajmniej…
    _ Nie wchodź tu – ostrzegła go i podniosła palec, żeby mu przerwać. Wyciągnęła torbę zmielonej kawy i zamknęła drzwi. – Powiedzia¬łam ci już, że jeśli chciałeś się ze mną zobaczyć, trzeba było zadzwonić. Koniec kropka. – Wsypała kawę do pojemnika w ekspresie i nalała do dzbanka wodę z kranu.
    Ty oparł się o blat i bardzo uważnie obserwował Davida i Sam.
    _ Zwariowałaś – powiedział David. – Co wiesz o tym facecie?
    Dobre pytanie.
    – Wystarczająco dużo – skłamała i zobaczyła, że usta Tya drgnęły.
    – Masz tyle kłopotó», w rozgłośni. Nie sądzisz, że powinnaś… uspokoić się… sprawdzić go?
    – Zrobię, co uznam za stosowne.
    Skóra na twarzy Davida napięła się, a mięśnie zesztywniały.
    – W tym kłopot, Sam, że zawsze postępujesz tak, jak ci się podoba.
    – Bo to moje życie.
    – W porządku. W takim razie…
    – O to chodzi. Mnie to odpowiada.
    Włączyła ekspres do kawy, a David poczerwieniał na twarzy i szyb¬ko opuścił kuchnię. Włoskie buty stukały o deski, kiedy przeszedł przez korytarz i zatrzasnął za sobą frontowe drzwi.
    – Nie mów ani słowa – ostrzegła Tya, a ekspres zaczął bulgotać. – Ani słowa. Nie jestem w nastroju.
    – Nie mam najmniejszej ochoty komentować twojego gustu, jeśli chodzi o facetów – patrzył na nią, rozbawiony.
    – No i dobrze. Teraz idę na górę wziąć prysznic i kiedy wrócę, i jesz¬cze tu będziesz, porozmawiamy o Annie Seger. – Rzuciła mu grozne spojrzenie. – Dosyć kłamstw, Ty – dodała. – Mam dość tego, że robisz ze mnie idiotkę – powiedziała, idąc na górę. Pudło, które wyciągnęła ze strychu nadal stało tam, gdzie je zostawiła, u stóp łóżka. Wszystkie no¬tatki na temat Annie Seger były w środku.
    Czy mogła zaufać Tyowi? – pytała samą siebie i odpowiedź za każ¬dym razem brzmiała "nie". Ale przecież spała z nim, spędziła z nim wiele godzin i ani przez chwilę nie wierzyła, że mógłby ją skrzywdzić.
    Ale kłamał. Oszukiwałją dla własnych korzyści. Nie opowiedziałjej o Annie i wykorzystał ją.
    Zrobił to wszystko z powodu swojej książki:
    Taki miał motyw, ale nie zamierzał jej ani straszyć, ani jej skrzyw¬dzić… postąpił tak, jak było mu wygodnie.
    – Może wszyscy tak postępujemy? – zastanowiła się. Zrzuciła halkę i sięgnęła za szklaną zasłonę, żeby odkręcić prysznic. Po chwili weszła do środka i poczuła, jak ciepłe strumienie wody masująjej mięśnie i spły¬wają po włosach. Chciała zostać w małej kabinie jak najdłużej, ale nie miała czasu do stracenia, tym bardziej, że na dole czekał Ty. Umyła gło¬wę i po pięciu minutach wycierała się ręcznikiem. Na skórze miałajesz¬cze krople wody, kiedy wciągała czy.ste szorty i koszulkę. W sunęła klap¬ki na nogi, przeczesała mokre włdso/ grzebieniem i pomalowała usta szminką. Była gotowa i zadowolona ze swojego wyglądu.
    Kilka sekund później zbiegła ze schodów i znalazła Tya w kuchni. Robił tosty i smażył jajecznicę.
    _ Tylko to znalazłem – powiedział przepraszająco.
    Sam nie jadła od wczoraj.
    _ Gdy ktoś dla mnie gotuje, nigdy nie narzekam. Nieważne, co to jest.
    _ Dobrze, bo chociaż jestem doskonałym kucharzem, potrzebuję odpowiednich narzędzi i składników. – Włożył miskę tartego sera, ce¬buli i mleka do kuchenki mikrofalowej.
    _ Daj spokój, Wheeler – powiedziała i uśmiechnęła się• Sięgnęła po nóż do masła, a z lodówki wyjęła pudełko białego sera. – Pamiętaj, że jeszcze ci nie darowałam. Nadal jestem na ciebie wściekła.
    – Domyślam się.
    Pogroziła mu nożem.
    _ Twoje kłamstwa źle wróżą. Bardzo źle.
    – Więcej tego nie zrobię•
    _ Lepiej nie, bo mogę użyć tego narzędzia. – Pokręciła nożem i wycelowała w jego rozporek.
    Roześmiał się głośno.
    – Dobra, zaczynam się bać.
    _ Tak myślałam. – Dlaczego nie potrafiła się na niego gniewać? Jajka skwierczały na patelni i Ty pomieszał je drewnianą łyżką.
    _ Prawie gotowe – powiedział. – Może zjemy na zewnątrz? -wskazał głową w stronę werandy na tyłach domu.
    _ A potem powiesz mi wszystko, co wiesz o Annie Seger – zarządziła. Oparła się biodrem o blat i obserwowała, jak Ty bawi się w go¬spodarza. Koszulka opinała mu się na ramionach. Sam popatrzyła na jego wąską talię i mu~kularne uda, opalone i pokryte kręconymi włosa¬mi. Czy jej się to podobało, czy nie, Ty Wheeler po prostu przypadł jej do gustu.
    _ Powiem ci wszystko, co chcesz wiedzieć – obiecał, a Sam przypomniała sobie, jak oznajmił, że jest w niej zakochany.
    _ Wszystko? – zapytała przewrotnie, a Ty spojrzałna nią przez ramię•
    – Wszystko.
    Zaschło jej gardle i wtedy grzanki wyskoczyły z tostera i zadzwoniła kuchenka mikrofalowa.

    _ Dlaczego uważasz, że Annie została zamordowana? Policja twierdzi¬ła, że popełniła samobójstwo – powiedziała Samanta, odsuwając talerz.
    Siedzieli przy szklanym stoliku pod daszkiem werandy. Zadała wreszcie pytanie, które od kilku godzin nie dawało jej spokoju.
    Koliber latał wśród kwiatów tropikalnego pnącza, a na jeziorze po¬jawiły się żaglówki. Gdzieś zaryczała kosiarka, a nad ich głowami roz¬legł się szum przelatującego na bezchmurnym niebie samolotu.
    Ty oparł nogę na sąsiednim krześle i skrżywił się.
    – Nie przeczytałaś wszystkiego, co było w moim komputerze?¬Zanim zdążyła odpowiedzieć, dodał: – Wiem, że wzięłaś dyskietkę i gdy¬byś przeczytała wszystko, co zebrałem, zrozumiałabyś. – Pochylił się do niej nad stołem. – Annie Seger była przygnębiona i popijała alkohol – to prawda. Ktoś widział, jak robiła to na imprezie. Pokłóciła się ze swoim chłopakiem, Ryanem Zimmermanem, chyba o dziecko i o to, co z nim zrobić. Świadkowie to potwierdzili. Annie poprosiła swoją przyjaciół¬kę, Prissy, żeby tamtej nocy odwiozła ją do domu. Kiedy przyjechały, w domu nikogo nie było. Próbowała jeszcze raz do ciebie zadzwonić, ale odłożyła słuchawkę, zanim dostała połączenie. Dalej nic nie jest ja¬sne. Czy zakradła się do łazienki matki i zabrała tabletki nasenne? Poszła do garażu po sekator i potem wróciła na górę, napisała list poże¬gnalny i podcięła sobie żyły przy komputerze? Czy była w stanie to zrobić, biorąc pod uwagę, jak bardzo była pijana?
    – Myślałam, że właśnie tak było.
    – Tak miało to wyglądać – powiedział Ty. – Takie jest najprostsze wyjaśnienie. Ale na dywanie były jeszcze inne ślady. Kiedy Annie nie było, sprzątaczka odkurzyła dywan i na pluszu były głębsze wgniece¬nia – ślady większych stóp.
    – Przecież tam było dużo ludzi. Policja, pogotowie…
    – Tak. Jason, jej ojczym, powiedział, że wszedł do pokoju zobaczyć, co u niej słychać i znalazł ciało. Nikogo to nie zastanowiło.
    – Duży ślad na dywanie. To niewiele, a właściwie nic – powiedziała.
    – Wiem, ale była jeszcze ziemia. Na dywanie, nie na butach Annie.
    – To ciągle mało.
    – A co powiesz na to? Jej odciski palców były na sekatorze, owszem, ale ona była praworęczna. To znaczy, że najpierw podcięłaby lewą rękę i skaleczenie byłoby głębsze. Tymczasem było odwrotnie.
    – Tak uważasz?
    Ty skinął głową.
    – To za mało, żeby napisać książkę i obalić teorię o samobójstwie _ stwierdziła i zauważyła, jak Charon wychodzi z krzaków. W roztargnie¬niu potarła szyję i podrapała się w śladpp ukąszeniu szerszenia. – Po co ktoś chciałby ją zabić? Jaki był motyw?
    – Myślę, że to miało coś wspólnego z jej dzieckiem.
    Samanta poczuła skurcz w żołądku. Nie mogła myśleć spokojnie o tym, że Annie skończyła ze sobą, a na wspomnienie o dziecku, które zmarło wraz z nią, czuła jeszcze większy ból.
    – Nie sądzę, by zabiła dziecko. Chłopak chciał, żeby usunęła ciążę, ale ona odmówiła. To było niezgodne z jej zasadami moralnymi i nie¬zgodne z wiarą. Wychowali ją na katoliczkę, pamiętaj o tym. Samobój¬stwo i zabicie dziecka to śmiertelne grzechy.
    – Była przygnębiona, sam powiedziałeś.
    – Ale nie w nastroju samobójczym. To duża różnica. Jest coś jeszcze. Grupa krwi dziecka. Nikt nie zwrócił na to uwagi, ale Ryan Zim¬merman nie mógł być ojcem dziecka Annie Seger. Dowodzi tego analiza grup krwi.
    Sam poczuła, że zjeżyły się jej włosy na rękach.
    – Myślisz, że ktoś zabił Annie, bo mogła go wydać?
    – Być może. Może to był żonaty mężczyzna? Annie była nastolatką, więc według prawa odpowiadałby za gwałt na nieletniej,jeśli był od niej starszy. A może to był ktoś z jej rodziny? Kazirodztwo. Może chłopak zabił ją w ataku zazdrości. Tego jeszcze nie rozwiązałem. – Ty odchylił się na krześle i popatrzył jej w oczy. – Ale dojdę prawdy – obiecał. ¬I jednocześnie wyjaśnię, jaki to wszystko ma związek z telefonami do ciebie. John jest w jakiś sposób powiązany z tą sprawą. Musimy się tyl¬ko dowiedzieć jak, i wtedy go dopadniemy.

Rozdział 25

    ,-… to na pewno nie jest ten sam facet, chyba że ma podwójną osobo¬wość – powiedział Norm Stowell, dzwoniąc z telefonu komórkowego, gdzieś z Arizony. Bentz nie był zdziwiony. Sam doszedł do wniosku, że ma do czynienia z dwoma mordercami. Popatrzył na zdjęcia na ekranie komputera i uznał, że obie sprawy można rozdzielić. Norm mówił da¬lej: – Wiemy, że sprawcy się zmieniają. Kiedy morderca odkrywa, co go podnieca, zmienia delikatnie podejście, ale pewne ślady pozostają za¬wsze takie same. Masz do czynienia z dwoma facetami. Jedenjest nieźle popaprany – nie obchodzi go, że zostawia ślady, ma gdzieś, że go znaj¬dziesz po włosach, odciskach palców czy nasieniu. Ale ten drugi jest czysty, porządny i ostrożny. Na sto procent masz dwóch sprawców.
    – Tego się obawiałem – powiedział Bentz i rzucił raport o włosach z peruki na biurko.
    – Prześlę ci profile obu zabójców, jak tylko dotrę do domu. Tylko uprzedzam, wyślę kopię do naszego agenta. Wygląda na to, że twój partner nie był do końca szczery z federalnymi i chłopcy nie są zado¬woleni.
    – Porozmawiam z nim. Montoya jest trochę zielony, ale jest niezły.
    – Skoro tak mówisz. – Norm, nie był pod wrażeniem, ale mało co mu się podobało. Wyglądał staro, jak na swój wiek – niski, krępy m꿬czyzna, który zawsze strzygł się najeża, tak jak wtedy, gdy służył w for¬cie Lewis trzydzieści lat temu. – Zacznijmy od tego, który zabił Bellechamps i Gillette. Musisz szukać faceta dobrze po dwudziestce lub około trzydziestki. Nie był notowany, więc nie martwi się o odciski palców, płyny ustrojowe ani włosy. Coś spowodowało, że zaczął zabijać. Jakieś silne przeżycie,emocjonalne. Ma pracę, ale niezbyt dobrą, i jest dość inteligentny. Pochodzi z trudnej rodziny. Ma poczucie opuszczenia lub głęboko zakorzenioną nienawiść do jakieś kobiety w rodzinie – matki, macochy, starszej siostry albo babci. Mógł być seksualnie molestowany, może coś podpalił, torturował zwierzęta albo młodsze dzieci. Prawdo¬podobnie moczył się w nocy i coś mu się niedawno przytrafiło, coś du¬żego, co spowodowało, że zaczął mordować. Może stracił pracę, dziew¬czynę albo rodzinę, która być może dawała mu pieniądze na utrzymanie.
    – Niezły typek – mruknął Bentz.
    – Niebezpieczny jak diabli. Może mieszkać sam, ale równie dobrze może być żonaty albo mieć dziewczynę. Jeśli z kimś mieszka, ten ktoś jest w niebezpieczeństwie. Facet robi się coraz bardziej agresywny, Rick. Być może będziesz musiał powiadomić opinię publiczną. Ze względu na bezpieczeństwo. Może ktoś zna człowieka, który ostatnio dziwnie się zachowuje – jest na przykład podenerwowany. Może pije albo bierze narkotyki. Poza tym,jeśli ma kobietę, to ona powinna zdawać sobie spra¬wę, co jej grozi. Jeśli zaś wie, co on robi? Wiadomo, że kobiety wemo¬cjonalnej pułapce chorych związków, czasem biorą udział w zbrodniach swoich partnerów. Taka kobieta może coś widziała albo sama cierpiała z powodu jego gwałtowności. Potencjalnie może być jego kolejnym ce¬lem – chyba że go wyda w ręce policji.
    Bentz pomyślał, że to mało prawdopodobne. Prawie niemożliwe.
    – Jak mówiłem, to tylko najważniejsze pu.nkty. Wyślę ci to, co mam i wezmę się do pracy nad tym drugim facetem.
    – Będę wdzięczny, Norm. Dzięki – powiedział Bentz i odłożył słu¬chawkę• Jego najgorsze podejrzenia potwierdziły się. W Nowym Orleanie grasowały dwa potwory. Mordercy bez sumienia, którzy nienawi¬dzili kobiet. Znów zaczął przeglądać pliki w komputerze i sprawdzać otwarte sprawy, które zawierały jakieś dziwne elementy. Było kilka szcze¬gólnych, w tym Jedna wręcz groteskowa – sprawa kobiety, której ciało zostało spalone i podrzucone pod pomnik Joanny D'Arc, koło francu¬skiego bazaru, trzydziestego maja. Makabryczna zbrodnia, w której zna¬lezione ciało leżało twarzą w dół na trawie. Przypomniało wszystkim, że świętą Joannę spotkał podobny los.
    Bentz zaczął się zastanawiać, co trzyma go w tej cholernej pracy. Ktoś przecież musi łapać tych drani, a ty jesteś w tym dobry, ty chory sukinsynu.
    W górnej szufladzie znalazł pół paczki gumy doublemint i wsunął listek do ust. Potem podszedł do okna i wyjrzał na ulicę. Samochody puszczały kłęby dymu, kiedy sunęły powoli wąskimi ulicami. Ludzie tłoczyli się na chodnikach, ale Bentz prawie tego nie zauważał. Szarpnął kołnierzyk. Koszula mokra od potu przykleiła mu się do pleców. Nie słyszał Szumu komputera ani rozmów w pokojach obok, mimo że drzwi miał otwarte na oścież. Zamyślił nad dwoma mordercami, z których przy¬najmniej jeden był jakoś związany z pogróżkami pod adresem Samanty Leeds. Nie miał żadnych konkretnych dowodów, żadnego widocznego powiązania, ale coś mówiło mu, że ten, kto dzwonił, miał coś wspólne¬go z zabójstwami. Zniszczone studolarówki bardzo przypominały po¬dziurawione zdjęcie Samanty. Radia były włączone najej program, a ofia¬ry byly prostytutkami. Przez telefon John oskarżył ją o prostytucję, ale o jaki grzech mu chodziło? Jakie odkupienie? Co to, do cholery, miało wspólnego z Annie Seger?
    Podszedł do magnetofonu i nacisnął guzik odtwarzania, żeby po raz setny wysłuchać kilku telefonów, szczególnie tego od kobiety, która po¬dala się za Annie. Puszczał ten fragment raz po razie. W laboratorium doszli do wniosku, że telefon od Annie został wcześniej nagrany na taś¬mę. Nie była to rozmowa na żywo. Kobieta, która twierdziła, że jest Annie, nie odpowiadała bezpośrednio na pytania Sam, tylko robiła pau¬zy pomiędzy swoimi wypowiedziami… Zupełnie jakby ktoś przewidział, o co zapyta doktor Sam tego wieczoru. Wyglądało na to, że w całym tym zamieszaniu macza też palce jakaś kobieta.
    Ktoś, kto znał Annie Seger? Ktoś związany z doktor Sam? Ktoś, kto pracuje z Johnem?
    W jaki sposób rozmowa przedostała się przez sprawdzających w roz¬głośni i dotarła na antenę?
    Wziął nową gumę, sięgnął do tylnej kieszeni, znalazł chusteczkę i otarł cząło i twarz. Jak Montoya mógł nosić skórzaną marynarkę w taki upał? Skwar był nie do zniesienia. Bentz musiał napić się piwa. Przydałaby się zmrożona butelka i paczka zwykłych cameli. Stara tęsknota za alkoho¬lem i nikotyną odzywała się od czasu do czasu i Bentz zjeszcze większą furią żuł gumę. Wrócił do biurka, na którym leżały kopie spisów telefo¬nów.
    Rejestr, który go' interesował, przysłano z Houston i dotyczył telefo¬nu komórkowego zapisanego na nazwisko Davida Rossa. Dzwonił nie tylko do Sam do domu, ale i do radia, w te noce, kiedy odzywał się John. Jego telefon miał blokadę i nazwisko nie pojawiało się na wyświetlaczu. Ani razu jednak nie uzyskał połączenia, przynajmniej tak wskazywały rejestry z radia. Zadzwonił, potem mógł zmienić zdanie… albo postano¬wił użyć automatu. Ross był w Nowym Orleanie kilka razy w ciągu ostat¬nich kilku tygodni… ale Samanta twierdziła, że ze sobą zerwali.
    Może David nie był z tego zadowolony. Może chciał, żeby za to zapłaciła.
    ZadzwoniI telefon i Bentz podniósI słuchawkę. – Bentz.
    – Chyba mamy jeszcze jedną – oznajmił Montoya poważnym głosem. – Jadę do hotelu na Royal de St Pierre. Jakaś Jane Doe, uduszona i ma na szyi skaleczenia. Sprzątaczka otworzyła sobie drzwi swoim klu¬czem, nie zwracając uwagi na napis "Nie przeszkadzać", bo było już po godzinie wymeldowania. Faceta, który wynajął pokój, już nie było, ale mamy szczęście, bo recepcjonistka, która pracowala wczoraj w nocy, zapamiętała go. Jadę tam teraz i będę za dziesięć minut.
    – Spotkamy się na miejscu – powiedział Bentz i z impetem rzucił słuchawkę na widełki. Może nastąpi wreszcie jakiś przełom w sprawie.

    Sam była zdenerwowana, kiedy siadała przy komputerze. Napięcie, które odczuwała po ostatniej rozmowie z Johnem właściwie nie minęło. Brakowało-jej jakiegoś elementu, czegoś ważnego, jakiejś wskazówki, co do jego tożsamości.
    Rano Ty zawiózł ją do Nowego Orleanu, żeby mogła zabrać z par¬kingu swój samochód, przyjechał za nią i wpadł do siebie po psa i lapto¬pa. Siedział teraz na kanapie, z komputerem na kolanach i notatkami rozłożonymi na stolik,u. W telewizj.i pokazywali południowe wiadomo¬ści, a owczarek leżał obok drzwi balkonowych. Ty grzebał w pudle i prze¬glądał stare, pachnące wilgocią teczki, które przyniósł z góry.
    Czuła się tak, jakby był piątek i nie musiała iść do pracy przez na¬stępne dwa dni. Cały czas miała przeczucie, że albo zdarzy się coś złego, albo już się wydarzyło. Ostrzeżenie Johna wracało natrętnie: "To co sta¬nie się dziś w nocy, stanie się z twojej winy i z powodu twoich grze¬chów. Musisz za nie zapłacić, Sam. Błagaj o przebaczenie",
    Mówił do niej po imieniu, jak dobry znajomy.
    Najpierw myślała, że chodzi mu o ten cholerny tort, że chciałjązno¬wu nastraszyć, ale kiedy przypomniała sobie ton jego głosu, zimne ostrze¬żenie i ponure groźby, zaczęła obawiać się, że było coś jeszcze.
    Jeszcze nic się nie wydarzyło. To tylko cisza przed burzą.
    Próbowała się pocieszyć tym, że urodziny Annie minęły. Na próżno.
    Jeśli to było najgorsze, co mogło się zdarzyć, powinna czuć ulgę. Ale nie mogła pozbyć się uczucia, że tort to dopiero początek.
    Usiadła w niszy, gdzie stał komputer, i zauważyła kota przycupnię¬tego z szeroko otwartymi oczami na szafce z książkami.
    – Sasquatch jest w porządku – zapewniała go. – Przyzwyczaisz się do niego.
    Tak jak ty przyzwyczaisz się do Tya? Pamiętasz, że od samego po¬czątku cię okłamywał, a teraz szuka potwierdzenia swojej słabej teorii.
    Zrobiła kulkę z papieru i rzuciła w kota, który nie mógł się powstrzy¬mać i skoczył za nią.
    Ty był przekonany, że Annie Seger została zamordowana, a morder¬cy uszło to na sucho.
    Jak policja w Houston mogła się aż tak pomylić? Jak mogli postąpić tak niedbale? A może zatuszowali sprawę? To było mało prawdopodob¬ne, a nawet jeśli sprawa Annie dziewięć lat temu umknęła czyjeś uwagi, to dlaczego John właśnie teraz wrócił do tej historii?
    Może ktoś z rozgłóśni chciał obudzić zainteresowanie starą sprawą?
    Czy rzeczywiście była w to zamieszana jakaś osoba ze stacji?
    Powinna przestać tak myśleć, bo to mógI być każdy. Pracownik fir¬my telefonicznej, ktoś kto pracował kiedyś w radiu albo jakiś gość, albo ktoś od napraw, kto oglądał system, kiedy Melba odwróciła się plecami. Poza tym, przy tylu łączach komputerowych i wiedzy technicznej, każ¬dy wariat mógł zdobyć numery linii telefonicznych. To nie jest takie trudne.
    Odsunęła fotel od biurka i sięgnęła po telefon. Musiała zadzwonić do ojca i powiedzieć mu, że Corky spotkała Petera, że brat żyje, wygląda na trzeźwego i czystego. Sumienie mówiło jej, że Peter powinien zadzwonić sam, ale zlekceważyła to. Nie będzie go usprawiedliwiać, o co pewnie oskarżyliby ją ludzie na jednym z kursów psychologii, w którym kiedyś uczestniczyła. To było prawdziwe życie, a jej ojciec zasługiwał na trochę spokoju. Po rozmowie z ojcem zadzwoni do Leanne Jaquillard.
    Podniosła słuchawkę i zaczęła wybierać numer. Dopiero wtedy za¬uważyła, że,świeci się lampka automatycznej sekretarki. Od ponad dwóch dni nie odsłuchiwała wiadomości. Może był kolejny telefon od Johna? Jeszcze jedna groźba? Nacisnęła guzik odtwarzania i usłyszała, jak ktoś odłożył słuchawkę:
    – Cholera. – Potem był następny stuk. Skóra jej ścierpła. Była pew¬na, że to John.
    Sekundę później usłyszała głos Leanne:
    – Cześć, doktor Sam. Zastanawiałam się, czy nie mogłybyśmy się spotkać? Muszę z tobą o czymś porozmawiać i to nie może czekać do' spotkania grupy. To znaczy… chcę porozmawiać na osobności, jeśli nie masz nic przeciwko temu? Zadzwoń albo napisz wiadomość.
    Stuknięcie.
    Magnetofon zatrzymał się.
    Sam odetchnęła z ulgą. Nie było innych wiadomości. Włączyła kom¬puter, sprawdziła pocztę i znalazła jeszcze jedną wiadomość od Leanne z prośbą o telefon.
    Charon wskoczył jej na kolana. Leanne miała jakiś poważny pro¬blem. Dziewczyna nigdy przedtem nie dzwoniła do niej do domu. Sam szybko znalazła jej numer w komputerze i wykręciła.
    – Bądź w domu – powiedziała i wzięła do ręki ołówek. Telefon wybierał numer, a ona nerwowo stukała ołówkiem w stół.
    Po czwartym dzwonku odezwał się kobiecy głos:
    – Halo? – Sam rozpoznała zirytowany głos matki Leanne i zebrała się w sobie.
    – Dzień dobry, mówi Samanta Leeds. Jestem psychologiem Leanne w Centrum Boucher. Zastałam ją?
    – Nie. Ta mała gówniara nie wróciła na noc do domu i już miałam dzwonić na policję i zgłosić zaginięcie, ale pewnie przywlecze się po ' południu.
    Sam zdenerwowała się i znowu zaczęła stukać ołówkiem. Kot ze¬skoczył jej z kolan i ostrożnie wyszedł z pokoju.
    – Leanne zostawiła m i ki Ika wiadomości i chciałabym się z n ią skon¬taktować.
    – Ja też bym chciała. Od dwóch godzin powinnam być w pracy, a nie mam z kim zostawić Billy'ego. Leanne się nim zajmuje, kiedy nie cho¬dzi do szkoły. Mówię pani, ostatni raz wykręca mi taki numer. Całą noc nie spałam i martwiłam się o nią. – W głosie Marletty słychać było strach, którego nie potrafiła ukryć. – Założę się, że znowu bierze. Boże, czy wy o tym nie rozmawiacie na tej głupiej grupie?
    – To, o czym rozmawiamy, to tajemnica – powiedziała Sam i stara¬la się nie stracić cierpliwości. Martwiła się o dziewczynę.
    – Ale, jak widać, terapia nic jej nie pomaga. Gdyby było inaczej, siedziałaby w domu.
    – Często to robi?
    – Jak tylko ma okazję.
    – Może niech pani zdzwoni na policję.
    – Po co? Jak dzwonię, odsyłają mnie z kwitkiem. Dzwoniłam już tyle razy, a potem Leanne wraca, jak gdyby nigdy nic. Mam dość szukania jej.
    – Jednak…
    – To nie pani sprawa.
    Sam nie była taka pewna. Upuściła ołówek na stół.
    – Proszę jej powiedzieć, że dzwoniłam.
    – Tak, tak, jeśli kiedykolwiek się pojawi.
    – Dzięki – powiedziała Samanta i odłożyła słuchawkę. Niepokoiła się o Leanne. Dziewczyna nie miała łatwego życia: wychowywała się bez ojca i z matką taką jak Marletta. Sam postanowiła zadzwonić na¬stępnego dnia, jeśli wiadomość nie dotrze do dziewczyny. Potem wysła¬ła krótki e-mail, żeby Leanne wiedziała, że, Sam jej szuka. Na koniec zadzwoniła do swojego ojca, który, jak stwierdziła po raz setny, był świę¬tym człowiekiem. Nie było go w domu, więc zostawiła mu wiadomość.
    – Cześć, tato. Mówi Sam. Pewnie wyszedłeś gdzieś z piękną wdo¬wą? Nie rób niczego, czego ja bym nie zrobiła, i zadzwoń do mnie, jak wrócisz. Chcę ci powiedzieć, że Corky spotkała Petera, i że u niego wszystko w porządku. Nie rozmawiałam z nim, ale pomyślałam, że ci o tym powiem. Zadzwbń,jak tylko będziesz zmógł. Kocham cię! – Odło¬żyła słuchawkę i wtedy z dobiegł ją głos Tya.
    – Samanto… Twój gliniarz jest w telewizji.
    – Mój gliniarz? – zdziwiła się i weszła do salonu, a Ty stał z pilotem w dłoni i patrzył na ekran. Detektyw Rick Bentz. Jakaś reporterka złapa¬ła go przed olbrzymim budynkiem w dzielnicy Garden. Mruczał pod nosem: "Żadnych komentarzy".
    – O co chodzi? – spytała Samanta.
    – Chyba morderstwo – powiedział Ty, kiedy kamera pokazała reporterkę•
    – … więc stało się. Następna zamordowana kobieta. Jeszcze jedna prostytutka. Ciekawe, czy te morderstwa są ze sobą powiązane? Czy mamy do czynienia z seryjnym mordercą, tu w Nowym Orleanie. Na razie na to wygląda.

Rozdział 26

    – Bentz ma ostatnio pełne ręce roboty – zauważył Ty i wyłączył tele¬wizor.
    – Kryminaliści nie robią sobie wolnych weekendów – powiedziała, zmartwiona tym, co zobaczyła. Wiadomość o seryjnym mordercy brzmia¬ła bardzo poważnie i przypomniała, że oprócz jej spraw, w mieście są jeszcze inne problemy. – Znalazłeś coś? – Wskazała na notatki, zdjęcia i akta rozrzucone na stoliku.
    – Niewiele ponad to, co już wiedziałem. – Potarł kark, żeby rozluź¬nić obolałe mięśnie. – Mam listę ludzi, których znała, wiem, co się z ni¬mi działo przez ostatnie dziewięć lat i mam ich adresy.
    – Dobry początek. Opowiedz mi o nich.
    – Dobra. – Ty usiadł na kanapie. Pochylił się na stolikiem i sięgnął do komputera. Zmrużył oczy, ruszył myszką i powiedział: – Oswald. Wally, ojciec Annie, nadal mieszka w… Kelso, w stanie Waszyngton.
    – Wiem, gdzie to jest. To on cię prosił, żebyś zajął się tą sprawą?
    – Tak. Dobry stary wujaszek Wally. Zupełnie nie pasował do Estelle. Ona należała do wyższych sfer, a on był robotnikiem i często zmie¬niał pracę. Nigdy nie potrafiłem rozumieć, dlaczego byli razem, a potem zaszła w ciążę z Kentem i pobrali się. Rozwiedli się, gdy dzieci były małe i Estelle znalazła sobie kogoś bardziej odpowiedniego w osobie doktora Faradaya. Wally nie ozenił się drugi raz. Mieszka sam i pracuje przy wycince lasu. – Ty spojrzał na Samantę. – Nie sądzę, żeby był podejrza¬nym, ale nie wykreśliłem go jeszcze. Widziałem dziwniejsze rzeczy.
    – Domyślam się. – Samanta okrążyła kanapę i pochyliła się do przodu, patrząc na ekran• komputera przez ramię Tya,…z głową tuż przy jego uchu.
    – Estelle nadal mieszka w Houston, w tym samym domu, gdzie umarła Annie. Nigdy się nie przeprowadziła, nie wyszła za mąż, z nikim się nie spotyka. Pracuje jako ochotniczka w kościele i żyje z pieniędzy, które dostała po rozwodzie i z inwestycji. Ciocia Estelle jest bardzo oszczędna. Zamieniła małe pieniądze w sporą fortunkę. Rozmawiałem z nią przez telefon i zgodziła się udzielić mi wywiadu do książki, jeśli przyjadę do niej osobiście. Nie przepada za mną, najwyżej mnie toleruje. Nie chce, żeby mówiono o historii Annie, ale skoro i tak się to stanie, chciałaby przedstawić swoją wersję. – Uśmiechnął się• – Dominująca kobieta. Moim zdaniem, ona uważa, że jak ze mną porozmawia, to przyj¬mę jej wersję wydarzeń i wydrukuję słowo w słowo.
    _ Czego, oczywiście, nie zrobisz.
    _ Jasne, że nie. Prawdajest prawdą• Możesz ubarwiać ją, jak chcesz, albo wybielać, lecz to zawsze będzie prawda. Estelle umie manipulować ludźmi, ale ze mną nie pójdzie jej tak łatwo. – Zerknął na nią przez ra¬mię. – Ciekawe, co ma do powiedzenia.
    Sam przypomniała sobie surową kobietę o lodowatym spojrzeniu, która nie pozwoliła Sam przyjść na pogrzeb córki. Wysoka i zgrabna, z upiętymi w kok blond włosami i jasnoniebieskimi oczami spojrzała zimno na Samantę przy bramie cmentarza.
    _ Przykro mi, ale to prywatna uroczy~tość – powiedziała. – Tylko dla rodziny.
    _ Chciałam złożyć kondolencje – odpowiedziała Sam ze ściśniętym sercem.
    _ Nie uważa pani, żejuż wystarczy? Moja rodzinajest załamana i to pani wina. Gdyby jej pani pomogła… – Zimna twarz Estelle wykrzywiła się, jej usta zadrżały. Łzy napłynęły do oczu i zamrugała gwałtownie. ¬Pani nic nie rozumie… Proszę… lepiej będzie dla wszystkich, jeśli pani odejdzie. – Pobladła pod makijażem i podniosła drżącą rękę• Otarła oczy, ostrożnie, żeby nie rozmazać tuszu. – Nie mam teraz na to siły. – Od¬wróciła się do chudego mężczyzny z rzadkimi brązowymi włosami, któ¬ry stał obok ze smutnym wyrazem twarzy. Sam rozpoznała w nim męża Estelle, Jasona Faradaya, ojczyma Annie. – To zbyt okropne – powie¬działa Estelle, a mężczyzna błagał wzrokiem Sam, żeby odeszła. – Nie chcę tutaj tej kobiety.
    _ Cicho. Nie martw się – wyszeptał i objął jej chude ramiona. – Chodź. – Poprowadził Estelle do świeżo wykopanego grobu na wielkim trawniku pełnym tablic i rodzinnych grobowców.
    Sam zrozumiała. Kilka tygodni później kartka z wyrazami współczucia, którą im wysłała, wróciła do niej pocztą.
    _ Powodzenia w rozmowie z nią – powiedziała teraz i pokręciła głową, żeby odpędzić bolesne wspomnienia. – Nie sądzę, żeby Estelle mia¬ła coś wspólnego ze śmiercią Annie. Wydaje mi się, że to jednak było samobójstwo. Policja wszystko sprawdziła.
    _ Nie zapominaj, żeja tam pojechałem jako gliniarz. Odsunęli mnie od sprawy, bo byłem spokrewniony z denatką i dlatego, że głośno mó¬wiłem, że nie podoba mi się sposób prowadzenia śledztwa.
    – Nie przekonałeś mnie, że Annie została zamordowana. Przecież policja w Houston jest dobra. – Położyła ręce na oparciu kanapy, a Ty nadal przeglądał strony.
    – Zaufaj mi.
    – Dobrze.
    – Tu zaczynają się interesujące rzeczy – powiedział. – Jason i Estelle rozwiedli się kilka miesięcy po śmierci Annie. Kiedy rozwód się upra¬womocnił, Jason poślubił pielęgniarkę ze swojego biura, sprzedał udziały w grupie, gdzie pracował jako chirurg, i razem z żoną przeniósł się do Cleveland. Tak po prostu. – Ty strzelił palcami. – Ale popatrz na to; w ciągu ostatnich kilku miesięcy był parę razy w Nowym Orleanie. Sio¬stra jego obecnej żony mieszka w Mandevi Ile, po drugiej stronie jeziora, a on przyjeżdżał tu na jakieś konferencje.
    – Chwileczkę. To nie ma sensu. Uważasz, że mordercy uszło na su¬cho zabójstwo i teraz, kilka lat później, dzwoni do mnie i chce to wszystko na nowo rozgrzebać? Dlaczego? Nie ma żadnych skrupułów. Kimkol¬wiek jest ten John, wini mnie za śmierć Annie. Jeśli ją zabił, dlaczego uważa, że to moja wina? Czemu nie zostawi tego w spokoju, żeby wszy¬scy myśleli, że popełniła samobójstwo? Po co w tym teraz miesza? To me ma sensu.
    Ty podniósł wzrok.
    – Nie mamy do czynienia ze zdrowym człowiekiem. Facet, który do ciebie dzwoni, majakąś obsesję na punkcie grzechu i pokuty. Nie wiem dlaczego zadzwonił i przypomniał tragedię Annie właśnie teraz. Może usłyszał cię w radiu albo coś wydarzyło się w jego życiu osobistym.
    Nadal mu nie wierzyła, ale słuchała dalej.
    – Dobra, załóżmy, że zabił ją Jason Faraday.
    – To jedna z możliwości. Szybko rozstał się z Estelle i po rozwodzie zostawił jej właściwie wszystko. Zebrał się i zwiał. Zaczął nowe życie, ale ma tu jeszcze jakieś sprawy.
    – Kto jeszcze? – Sam zaczęła obskubywać suche liście palmy.
    – Brat Annie, Kent, był z nią bardzo związany. Razem przeszli przez rozwód rodziców i powtórne małżeństwo matki. Po śmierci Annie, Kent był załamany. Nie pracował, nie uczył się i cierpiał na jakąś depresję. W tym czasie rozpadało się małżet'1stwo matki. Zostałjedynym mężczy¬zną w rodzinie i wylądował w prywatnym szpitalu psychiatrycznym w po¬łudniowej Kalifornii. Szpital Miłosierdzia Matki Boskiej.
    – Katolicki szpital dla dzieci bogatych rodziców? – zapytała.
    – Dla młodych ludzi z problemami.
    – Prowadzony przez kościół katolicki?
    – Estelle jest bardzo religijna i tak wychowała dzieci. – Rzucił jej spojrzenie. – To żaden grzech.
    _ Wiem. Zgadnij, jak mnie wychowano? – powiedziała i przeszła do kuchni, żeby wyrzucić suche liście do kosza.
    _ Nie muszę zgadywać. Mam to wszystko w notatkach.
    _ Prawda. Wiesz, Ty, powinnam być na ciebie zła. To się chyba na¬zywa naruszenie prywatności. – Otrzepała ręce i wróciła do salonu. Znowu oparła się o tył kanapy.
    Ty uśmiechnął się, wcale nie zbity z tropu.
    _ Więc jestem draniem, co mogę więcej powiedzieć? _ Niepoprawnym, upartym i nieznośnym.
    – Lubisz takich.
    – Chciałbyś.
    _ Pewnie _ przyznał, rzucając jej gorące spojrzenie. Poczuła ucisk w gardle. Wszystko działo się za szybko. Jej życie przewróciło się do góry nogami. Potrzebowała oddechu, czasu do namysłu, żeby się zasta¬nowić, dlaczego jakiś chory człowiekjąprześladuje. Nie była to najlep¬sza pora do wiązania się z kimkolwiek, a jednak…
    Odchrząknęła i podniosła jakiś paproch z poduszki.
    _ Mówiłeś o członkach rodziny Annie… – przypomniała mu.
    _ Przyszło mi coś na myśl – powiedział i odwrócił głowę, żeby spoj¬rzeć jej w twarz. – Skoro jesteś znaną i sławną panią psycholog, może dowiesz się w szpitalu o Kenta i tę depresję•
    _ Jestem psychologiem, nie psychiatrą, a to duża różnica. _ To szpital psychiatryczny, więc potraktują cię poważnie,.
    _ Myślę, że lekarze z tego szpitala uważają mnie za "rozrywkową terapeutkę". Mało poważne określenie.
    _ Mieszkałaś w pobliżu?
    _ Tak _ przyznała. – Wiem, że jedna z koleżanek ze studiów tam pracuJe.
    – Więc masz znajomości.
    _ Akta pacjentów są tajne.
    _ Nie proszę, żebyś robiła coś nielegalnego – powiedział, ale ton jego głosu sugerował co innego. – Może uda ci się dowiedzieć czegoś o Kencie.
    _ Po to, żebyś mógł to zamieścić w książce? To gorzej niż nielegalne. Nieetyczne i niemoralne.
    _ Nie wykorzystam niczego, czego się dowiesz.
    _ Jasne, pewnie. Słuchaj, zadzwonię do koleżanki, ale to wszystko.
    – Oczywiście.
    – Opowiadaj dalej o rodzinie Annie. Gdzie jest teraz ten Kent… poczekaj… jest tutaj, prawda? – zgadła. -Inaczej nie byłbyś taki zainte¬resowany. Jest w Nowym Orleanie.
    – Blisko. Baton Rouge. W końcu skończył akademię Ali Saints. Ma dyplom z nauk humanistycznych. W czasie studiów pracował na pół etatu i przez cały czas pomagała mu matka.
    – Ożenił się?
    – Nie. Zmienia dziewczyny jak rękawiczki. Z ostatnią zerwał pod koniec maja, ale chyba znowu kogoś ma. Wygląda na takiego, który za¬wsze ma jakąś kobietę.
    – A praca?
    – Pracuje na pół etatu w jakieś agencji. Chyba Estelle nadal płaci większość jego rachunków.
    – Odrobiłeś pracę domową – powiedziała i poczuła, że jest bardzo zmęczona.
    Zaśmiał się.
    – Jak się jest dorosłym, to mówi się na to "badania".
    Czy Ty mógł mieć rację? Przez tyle lat Samanta wierzyła, że Annie Seger odebrała sobie życie, teraz, jeśli się nie mylił, wszystko wyglądało inaczej i koszmary z przeszłości wraz z poczuciem odpowiedzialności za jej śmierć, o którym tak bardzo chciała zapomnieć, obudziły się na nowo.
    Obeszła kanapę, przesuwając rękę po oparciu.
    – Sądzisz, że za jej śmierć odpowiada ktoś z rodziny? Ojciec, ojczym albo brat?.
    – Nie ograniczam podejrzanych do rodziny. Ale jestem pewien, że to był ktoś, kogo znała. Może jej chłopak. Ryan Zimmerman mieszka w White Castle, na północy Missisipi. Przerwał naukę, takjak Kent. Przez jakiś czas ćpał. Po leczeniu odwykowym wrócił do szkoły i skończył Uniwersytet Loyola. Przeniósł się tam z Teksasu.
    – Rozmawiałeś z nim?
    – Jeszcze nie. Myślałem, że zacznę od mniej ważnych osób i dowiem się od nich czegoś o najbliższych Annie, żeby było mi łatwiej. Poznam ich lepiej… ale teraz nie jestem pewien.
    – Z powodu tych telefonów do mnie?
    – Tak. – Był zły na siebie. Nerwowo przeczesał palcami włosy. _ Martwię się, że jakoś przeze mnie to wszystko się zaczęło.
    – Może nie. Nie ma co się nad tym zastanawiać. Opowiędz mi o Ry¬anie. Co z jego życiem osobistym?
    Ty sprawdził w komputerze; aJe Sam wiedziała, że zna wszystkie'i informacje na pamięć.
    _ Ryan ożenił się w ubiegłym roku… ale rozstał się z żoną dwa mie¬siące temu. To dziewczyna, którą poznał w szkole. Chce rozwodu, ale on się sprzeciwia. – Popatrzył na Sam. – Jest przeciwnikiem rozwodów, bo to niezgodne z jego wiarą•
    – Nie mów.
    _ Wcale mnie to nie dziwi – oznajmił. – Annie i Kent sąz podobnej rodziny. Poznała Ryana w kościele, a w Teksasie katolicy są mniejszo¬ścią, poza Meksykanami.
    _ Więc Ryan wziął ślub w kościele katolickim i niecały rok potem jego żona żąda rozwodu? Dlaczego?
    _ Pracuję nad tym. Może dlatego, że on nie jest ambitny. Ma dy¬plom nauczyciela, ale pracuje jako kierowca ciężarówki. – Ty ruszył mysz¬ką. – Rozmawiałem zjego byłymi dziewczynami, które mówią, że nigdy nie zapomniał o pierwszej miłości.
    _ To znaczy o Annie – zgadła Sam i poczuła, że robi jej się zimno.
    Usiadła na kanapie.
    _ Właśnie. Odbiła go najlepszej przyjaciółce, Priscilli McQueen, z drużyny cheerleaderek.
    – Jak w telenoweli. Co się z nią stało?
    _ Prissy nadal mieszka w Houston. Ma męża i dziecko. Mąż pracuje w firmie naftowej.
    _ Masz to wszystko w komputerze? – zapytała i przysunęła się bliżej.
    – I na dyskietce.
    _ Dobrze, postaram się to zrozumieć. Myślisz, że Ryan nie był ojcem dziecka Annie, i że wykazały to badania krwi?
    – Tak.
    _ Więc kto? – Sam przycupnęła w rogu sofy i przekręciła się tak, żeby położyć bose stopy na jego udzie.
    _ Tu właśnie jest haczyk. Ponieważ nie ma wyników badań DNA, to mógł być każdy inny facet z jej życia. Dziecko miało RH plus, a An¬nie minus. Ojciec powinien mieć wskaźnik dodatni, a Ryan Zimmerman ma ujemny. Ojciec Annie, jej brat i ojczym – wszyscy mają plusa, tak jak dziecko. Sprawdziłem – mam kolegę w policji w Houston, który zdo¬był dane ze szpitala. Ryan nie mógł być ojcem dziecka.
    _ Rozumiem. – Sam podkuliła palce i dotknęła spodni Tya. – Mój brat i ja też jesteśmy dodatni, po ojcu. Mama miała RH minus i brała szczepionki po urodzeniu Petera i po mnie, żeby nie mieć problemów z kolejną ciążą•.
    _ Ale to nie ogranicza liczby podejrzanych – powiedział Ty i złapał ją za palce. – Większość ludzi ma czynnik dodatni.
    Sasquatch podszedł do nich i Sam pochyliła się, żeby podrapać go za uszami. Cały czas zastanawiała się nad spójnością teorii Tya.
    – Ciekawe, czy John jest dodatni, czy ujemny i jaką ma grupę krwi?
    Czy policja ma takie informacje?
    – Już to sprawdzam. Nie powiedzą mi otwarcie, ale szukam przez przyjaciela, tego faceta, z którym widziałaś mnie wczoraj w nocy.
    – On zdobędzie dla ciebie te informacje?
    – Liczę na to.:- Wyłączył komputer. – Jadę do Houston na rozmowę z Estelle. – Spojrzał na nią. – Chcesz jechać ze mną?
    – Lepiej nie. – Sam przypomniała sobie sztywną, zrozpaczoną mat¬kę Annie. – Dowiesz się więcej, jeśli będziesz sarn.
    – Przydałoby mi się towarzystwo – powiedział, wziął ją za rękę i przyciągnął do siebie. Potarł nosem o jej policzek. – Moglibyśmy się zabawić.
    Propozycja była kusząca.
    – Nie wątpię, ale mam tu coś do zrobienia.
    – Co? – Objął ją.
    – Po pierwsze, muszę się wyspać, bo ktoś mi cały czas przeszkadza.
    – Skarżysz się? – Poczuła na skórze jego ciepłe usta i zrobiło jej się gorąco, jak zawsze, kiedy jej dotykał.
    – Narzekać? Ja? – Zrobiła niewinną minę. – Nigdy, ale muszę coś załatwić. Ty pracuj nad swoją koncepcją, a ja dowiem się innych rzeczy. – Chodzi ci o Johna? – Uśmiech zniknął zjego twarzy i ramię, któ¬rym ją obejmował zesztywniało.
    – Na początek, skąd zna numer drugiej linii? Dzwonił po programie. Pierwsza linia, ta, która jest w książce, była wolna, a on wykręcił dwójkę.
    Ty zacisnął szczęki.
    – Myślisz, że to ktoś z rozgłośni?
    – Nie wiem, ale to możliwe.
    – Powiedziałaś policji?
    – Jeszcze nie. Nie wspominałam o tym wczoraj w nocy, bo nie chcę spłoszyć tego kogoś.
    – Mógłby się dowiedzieć.
    – Ani Tiny, ani Melanie nie mogli dzwonić.
    – Ale mogli komuś pomóc.
    Pokręciła głową.
    – Możliwe… ale nie wiem, dlaczego mieliby to robić. Bardziej praw¬dopodobne, że to George Hannah albo ktoś, kto bezpośrednio skorzy¬stałby na większej słuchalności. Melanie chciałaby zająć moje miejsce, mimo że się do tego nie przyznaje. Zawsze miała nadzieję, że odejdę i ona wejdzie za mnie… ale to troel.lę naciągane. Tiny podkochuje się we mnie. Wiem, że to brzmi zrozumiale, ale tak jest.
    – Wierzę ci – powiedział.
    – Żadne z nich nie chciałoby mnie skrzywdzić. Jesteśmy sobie bliscy. Myślę, że ktoś w rozgłośni nieświadomie podał numer znajomemu lub przyjacielowi.
    – Albo specjalnie – dodał Ty i zacisnął usta. – Istnieje duża możli¬wość, że ten John to ktoś, kto z tobą pracuje. – Przytulił ją czule, ale wzrok miał poważny. – Jeśli ten sukinsyn ma jakieś powiązania ze sta¬cją, zaufaj mi – dopadniemy go.

Rozdział 27

    – Spójrz na jej szyję – mówił Montoya, kiedy ukucnęli koło ofiary w dusznym pokoju hotelowym. Sprawca ułożył ją w pozycji takiej, jak poprzednie kobiety, z rękami złożonymi jak do modlitwy i rozsunię¬tymi nogami. – Takie same ślady jak u poprzednich, ale zobacz to – po¬kazał znak na gardle. – Coś innego, jakby coś było na łańcuszku, jakieś zakończenie… Widzisz… może medalion, amulet albo krzyżyk. Wyglą¬da tak, jakby zadusił jąjej naszyjnikiem.
    – Albo swoim – powiedział Bentz i poczuł skurcz w brzuchu. – Przynosi swoją specjalną pętlę.
    – I zabiera trofeum. Widziszjej lewe ucho? Kolczyki. Jednego brakuje.
    – Czy radio było włączone?
    – Tak, na WSLJ.
    Bentz zerknął na nocną szafkę i zobaczył studolarowy banknot z za¬czernionymi oczami. Znak psychopaty. Co oznaczał? Dlaczego oślepił Bena Franklina? Po to, żeby nie widział? Żeby nie rozpoznał sprawcy?
    – Kiedy zginęła?
    – Około północy. Lekarz już jedzie i wtedy dowiemy się więcej.
    Montoya mlasnął językiem.
    – Jest młodsza niż tamte.
    Młodsza od Kristi, pomyślał Bentz i zacisnął zęby. Martwa dziew¬czyna, prostytutka czy nie, była czyimś dzieckiem, przyjaciółką, siostrą, a może nawet matką. Zabolały go szczęki. Co za drań mógł to zrobić?
    – Dziewczyna jest miejscowa i była już kilka razy zatrzymywana. ¬Montoya podał mu jej dokumenty. – Spójrz na to… – przez plastikowe opakowanie widać było prawo jazdy, ubezpieczenie i kilka zdjęć. Obok zobaczył starą wizytówkę.
    – O to chodzi?
    Na kartce był znak WSLJ i nazwisko Samanty Leeds, znanej jako doktor Sam.
    – Cholera – powiedział Bentz i popatrzył jeszcze raz na ciało na łóż¬ku. Ekipa śledcza przeszukiwała pokój, a fotograf pstrykał zdjęcia.
    – Byłeś taki pewien, że jest związek… i chyba miałeś rację – po¬wiedział Montoya. – Ta dziewczyna znała panią psycholog.
    To nie była dobra wiadomość. Bentz miał swoją teorię, ale nie był jej pewien. Nie opuszczała go jedna myśl; może morderca nie wybierał ofiar przypadkowo? Rozkręcał się, zabijał coraz częściej i zbliżał się do głów¬nego celu… a jeżeli miał zamiar zamordować Samantę Leeds?
    Zwykle tego typu sprawy wyglądały inaczej, ale ta różniła się od wszystkich. Facet dawał znaki pol icj i i gazetom. Może szukał sławy? To nie był zwykły wariat. Bentz spojrzał na ślady na szyi ofiary i przyszło mu do głowy, że jest coś dziwnego w odległościach pomiędzy ranami, coś, co powinno dać mu do myślenia.
    – Powiedziałeś, że recepcjonistka widziała mordercę?
    – Tak. – Montoya odsunął się i zrobił miejsce fotografowi. Zajrzał do notesu. – Nazywa się Lucretia Jones i pracuje tu od dziewięciu mie¬sięcy. Złożyła już pierwsze zeznanie. Poprosiłem, żeby zaczekała, bo pomyślałem, że będziesz chciał z nią porozmawiać.
    Bentz skinął głową.
    – Coś jeszcze?
    – Mamy jeszcze meldunek. Podpisał się jako John Fathers.
    – Podał adres?
    – Houston.
    Bentz spojrzał na Montoyę.
    – Czy ktoś to sprawdził?
    – Fałszywy. Ulica, na której mieszkała Annie Seger, ale nie ma takiegó numeru. – Spojrzenia detektywów spotkały się. Wyszli na kory¬tarz, gdzie stało już kilku gapiów. – Ten adres świadczy o tym, że spra¬wy się łączą.
    Bentz wcale nie był zadowolony, że miał rację.
    – Czy John Fathers pokazał prawo jazdy albo inny dokument?
    – Nie. Zapłacił gotówką. Sto dolarów za pokój wart czterdzieści dziewięć. Nie miał bagażu, ale w takim hotelu to nikogo nie dziwi. Czę¬sto tak jest, że facet podrywa dziwkę i wynajmują pokój. Nikt o nic nie pyta. – Zatrzymali się przed windą i Montoya nacisnął guzik.
    – Ta dziewczyna czeka w biurze? – spytał Bentz. – Chodźmy zoba¬czyć, co ma do powiedzenia.
    Drzwi windy otworzyły się i weszWclo małej kabiny, która zwiozła ich do obskurnego holu. Żyrandol, pamiątka po lepszych czasach, był zakurzony i świeciło się tylko kilka żarówek. Nędzne rośliny przy drzwiach usychały, na podłodze leżał wytarty dywan, a w kącie stał po¬rzucony odkurzacz. Hotel, który był ładny osiemdziesiąt lat temu, teraz wyglądał obskurnie, a recepcja była ciemna, śmierdząca zgnilizną i nieremontowana od wieków.
    Za ladą pracowały dwie dziewczyny ubrane w identyczne czarne spódnice i marynarki. Patrzyły na ekrany komputerów, które zupełnie nie pasowały do tego miejsca. Potężny facet, odźwierny albo ochroniarz, popijał kawę w drzwiach prowadzących na zaplecze.
    Bentz pokazał odznakę i powiedział, o co mu chodzi. Wyższa dziewczyna wskazała mu przejście za ladą.
    _ Lucretia jest tam. Ale już rozmawiała z policją.
    _ To zajmie tylko chwilę – zapewnił ją Bentz, kiedy wpuściła ich i poszli krótkim korytarzem do jasno oświetlonego pokoju. Stał tam włą¬czony komputer, na środku stół ze śladami po kawie. Pod ścianą stara kanapa, kuchenka mikrofalowa i lodówka. Na kanapie siedziała przera¬żająco chuda czarnoskóra dziewczyna i sączyła dietetyczną colę• Miała ogromne wytrzeszczone oczy, które wyzierały spod kręconych włosów, spiętych na karku i splecionych w setki cienkich warkoczyków.
    Wstała, gdy weszli, a recepcjonistka powiedziała, kim są. Bentz wskazał jej kanapę i usiadł na składanym krześle. Montoya stanął w drzwiach.
    _ Pani była w pracy wczoraj w nocy? – zapytał.
    – Tak.
    _ Zameldowała pani gościa, który wynajął pokój, w którym znaleziono ofiarę?
    _ Tak. Oddałamjużjego formularz policji.
    Kątem oka Bentz zobaczył, jak Montoya skinął głową i potwierdził, że mająjuż papiery.
    _ Przyjrzała się pani dobrze temu mężczyźnie? – pytał Bentz.
    – Tak. – Lukretia skinęła głową.
    – Co może mi pani o nim powiedzieć?
    _ To, co już mówiłam innym. Miał około trzydziestki. Wysoki, dobrze zbudowany, ale nie gruby… silny. Może podnosi ciężary. Biały z ciemnymi włosami, prawie czarnymi. Miał okulary przeciwsłoneczne, bardzo ciemne, dziwnie to wyglądało i… – Wzruszyła chudymi ramio¬nami, na znak, że wiele już w życiu widziała.
    – Coś jeszcze?
    _ Tak. Miał zadrapaną twarz, jakby ktoś przejechał mu paznokciami po policzku.
    _ Pamięta pani coś jeszcze? Jak był ubrany?
    – Na czarno: czarna koszulka, dżinsy i skórzana marynarka. Wyda¬ło mi się to dziwne, bo było gorąco, ale miał też te okulary. Dziwnie mi się zrobiło na jego widok.
    – Dlaczego?
    Rozejrzała się.
    – Coś było w nim takiego… mówił tak jakoś… Wyglądał niebez¬piecznie i jednocześnie interesująco. Stał taki wyprostowany, jakby wie¬dział, czego chce. Zdenerwowałam się chyba z powodu tych okularów, ale on się uśmiechnął, takim miłym uśmiechem, szerokim i uspokajają¬cym. – Popatrzyła na puszkę coli.
    Dziewczyna miała najwyraźniej wyrzuty sumienia z powodu zabitej kobiety.
    – Możesz nam bardzo pomóc, Lucretio – powiedział Bentz, oparł się na łokciu i pochylił do przodu. – Pojedziesz z nami na komisariat i opi¬szesz faceta policyjnemu rysownikowi, który zrobi jego portret. Potem obrobi go komputer, żeby wyglądał jak żywy. To nam bardzo pomoże.
    Zamrugała wielkimi oczami. – Oczywiście.
    – Dobrze. – Bentz poczuł przypływ adrenaliny. Był coraz bliżej mordercy. Czuł, że jest blisko i miał wielką nadzieję, że powstrzyma go, zanim ten znów zaatakuje.

    Estelle Faraday postarzała się. Ostatnie dziewięć lat, żałoba i godziny spędzone na grze w tenisa w gorącym słońcu Teksasu pozbawiły ją energii. Zaprosiła go na wiklinowy fotel na zadaszonej werandzie. U sufitu kręciły się wiatraki, a dwa schodki niżej był basen, który sięgał aż do obrośniętego krzakami płotu. Wokół figurki Maryi Dziewicy z rozłożonymi szeroko ra¬mionami stały szklane donice z petuniami kwitnącymi na biało i różowo. Służąca przyniosła mrożoną herbatę i cytrynowe ciasteczka, a potem znik¬nęła za szklanymi drzwiami w olbrzymim dwupiętrowym domu. Nie ruszy¬li ciasteczek, a lód w szklankach topił się szybko w upale południa.
    – Powinieneś zrozumieć – powiedziała do Tya, a diamenty na jej bransoletce zalśniły w słońcu. – Spotykam się z tobą tylko dlatego, żeby cię poprosić o to, żebyś nie pisał książki o mojej córce. – Zmarszczki wokół jej ust pogłębiły się jeszcze bardziej. – Przysporzysz rodzinie więcej bólu i wstydu. Dość się już nacierpieliśmy.
    – Myślę, że pora napisać prawdę.
    – Daruj sobie, Ty! – Uderzyła dłonią w stół. – Tu nie chodzi o prawdę, dobrze o tym wiesz. Chodzi o pieniądze i o jakąś głupią powieść. Źle powiedziałam – o brudy oparte na faktach. I tak delikatnie się wyra¬żam. Chcesz napisać powieść kryminalną. Ty i ten obleśny agent intere¬sujecie się tylko sensacjami i pomówieniami. Z tragedii własnej rodziny chcesz czerpać zyski, więc nie gadaj mi tu bzdur. Nie przyjechałeś tu po to, żeby służyć prawdzie, tylko żeby nabić sobie kabzę. Jestem pewna, że kryje się za tym Wally. Nigdy nie interesował się córką, kiedy żyła. Musiałam ciągać go po sądach za marne alimenty. Wally zrobi wszystko, żeby zdobyć forsę.
    – Skoro tak mówisz…
    – Oboje to wiemy.
    Ty nie miał zamiaru dać się wyprowadzić z równowagi. Wiedział, że ta rozmowa nie będzie łatwa.
    – Myślałem, że chcesz się dowiedzieć, co naprawdę stało się Annie i jej dziecku – twojemu wnukowi.
    Cień przemknął w oczach Estelle i odwróciła wzrok. Popatrzyła na spokojną powierzchnię basenu.
    – To nie ma znaczenia – powiedziała chrapliwym szeptem. – Nie ma ich już.
    – Myślę, że Annie została zamordowana.
    – O Boże. – Pokręciła głową. – Mówili o tym, ale to bzdura. Prawda jest taka, że Annie nie wiedziała, co robić i bała się mi zaufać. – Głos się jej załamał i broda lekko zadrżała. – Muszę żyć z myślą, że moja córka zwróci¬ła się do kogoś innego, do psychologa z radia, kobiety bez dyplomu…
    Estelle zacisnęła pięść.
    – Zadzwoniła do tej… prezenterki radiowej, zamiast zwierzyć się mnie.
    – Wiem, że ci ciężko.
    – Ciężko? – Spojrzała mu w twarz i wbiła w niego wilgotne, pełne nienawiści oczy. – Nie jest mi ciężko. Ciężko jest przejść przez rozwód i być odrzuconym przez kościół i rodzinę. Ciężko jest patrzeć, jak od¬chodzą rodzice, i trudno jest znieść myśl, że ojciec zaniedbuje dziecko. Samobójstwo Annie to było coś gorszego. Przeszłam piekło.
    – A jeśli została zamordowana, nie chcesz, żeby złapano jej mor¬dercę i oddano w ręce sprawiedliwości?
    – Nie została zamordowana.
    – Mam dowody…
    – Słyszałam już te teorie o trawie i ziemi na dywanie i o sekatorze i… i… ranach najej rękach. To nic nie znaczy. Nic! Proszę, Ty, na litość boską, nie rób tego. Nie skazuj rodziny na ponowne cierpienia. – Wyda¬ła mu się nagle jeszcze starsza, mimo starannego makijażu i drogiego stroju do gry w tenisa. Przez chwilę Ty miał wątpliwości, czy postępuje słusznie.
    – Kto był ojcem dziecka Annie?
    – Nie wiem. – Wydęła usta. – Chyba ten okropny chłopak, z którym się spotykała. Ten ćpun. – Dwie małe zmarszczki pojawiły się między jej brwiami. – Nie wiem.
    – Wiesz.
    – Powiedziałam ci już, że moja córka nic mi nie powiedziała. Może… może powiedziała tej kobiecie z radia.
    – Nieprawda. Ty dobrze wiesz. Czy to był twój mąż? Estelle pobladła i nie mogła złapać tchu.
    – Nie…
    – Twój syn?
    – Zwariowałeś? To mój dom. Nie masz prawa!
    – Spotykała się z kimś innym?
    – Ostrzegam cię. Jeśli sądzisz, że uda ci się szkalować imię mojej córki, pisać o jej złej reputacji i zniszczyć to, co zostało z godności na¬szej rodziny, pożałujesz.
    – Chcę tylko poznać prawdę.
    – W cale nie. Chcesz przekręcać fakty, żeby sprzedać książkę. – Drżała z oburzenia. – Bardzo szlachetnie z twojej strony.
    – Jason rozwiódł się z tobą i się wyprowadził. Kent załamał się psy¬chicznie i skończył w szpitalu psychiatrycznym. Ryan wpadł w narkoty¬ki i depresję.
    – Takie brudne szczegóły nadają się do byle jakiej książki lub serialu.
    Niepotrzebnie z tobą rozmawiałam, nie powinnam cię wpuszczać do mo¬jego domu – powiedziała, ajej głos drżał z emocji. – Nie rozumiesz? An¬nie nie żyje… moje dziecko jest martwe. Nic tego nie zmieni. Nie oddasz mordercy w ręce sprawiedliwości, no, nie. Narazisz tylko naszą rodzinę na ból i cierpienie. Daruj sobie te wspaniałomyślne wyjaśnienia, bo ani trochę ci nie wierzę. – Opanowała się i pochyliła do przodu, z łokciami opartymi o szklany blat stołu. – Jeż~li dalej będziesz powadził to… polo¬wanie na czarownice, skol1czysz w sądzie. Na obronę będziesz potrzebo¬wał fortuny, której, jak sądzę, nie masz. Żaden wydawca nie zainteresuje się twoim pomysłem ze strachu przed sprawą sądową. Rozmawiałam już z moim prawnikiem i jest gotowy złożyć pozew o zakaz publikacji. Cho¬dzi o naruszenie dóbr osobistych, znieważenie, niesłuszne pomówienie, spowodowanie cierpienia emocjonalnego, narażenie na szkodę i inne rze¬czy, które sprawią, że żaden wydawca przy zdrowych zmysłach nie kupi tych twoich bzdur. Myślę, że lepiej będzie, jak sobie pójdziesz.
    Teraz Ty pochylił się do przodu i popatrzył na nią nad nietkniętymi szklankami mrożonej herbaty.
    – Możesz mnie straszyć, ile chcesz, Estelle. Możesz rzucać mi w twarz ten prawniczy bełkot i wydać tysiące dolarów na najlepszych prawników w tym kraju, ale to tylko zasłona dymna. Nie wycofam się bez względu na to,jakie skrywasz tajemnice. W śmierci twojej córki coś się nie zgadza i oboje dobrze o tym wiemy. – W stał i spojrzał na nią z góry. Zauważył, że zesztywniała. – Różnica polega na tym, że ja chcę się do¬wiedzieć, co się stało Annie, a ty nie, bo boisz się prawdy. Dlaczego? Co cię tak potwornie przeraża?
    – Wynoś się – powiedziała słabo.
    – Dowiem się, tak czy inaczej.
    – Wynoś się, bo wezwę policję – powtórzyła.
    – Nie sądzę, Estelle. Założę się, że nie masz najmniejszej ochoty, żeby policjanci węszyli w tej sprawie. Niestety, za późno, bo bez względu na to, czy ci się to podoba, czy nie, prawda o śmierci Annie wyjdzie na jaw.
    – Niech cię piekło pochłonie – powiedziała i wstała.
    Uśmiechnął się do niej smutno.
    – Coś mi mówi, że właśnie tam wchodzę.

Rozdział 28

    – Czy ten mężczyzna jest podobny do tego, który zaczepił panią wczo¬raj w parku? – zapytał Bentz.
    Przesunął obrobiony przez komputer portret w stronę dziewczyny. Sonja Tucker siedziała po przeciwnej stronie biurka. Nad ranem złożyła skargę, że późnym wieczorem została zaatakowana przez mężczyznę w przeciwsłonecznych okularach. Kiedy Bentz, po powrocie z St Pierre, dowiedział się o tym, zadzwonił i poprosił, żeby przyszła na komisariat raz jeszcze'. Siedziała naprzeciwko niego zdenerwowana dziewiętnasto¬letnia studentka z uniwersytetu Tulane, która uczęszczała na zajęcia let¬niej szkoły i właściwie miała szczęście, że żyje.
    – Możliwe – powiedziała, wzięła portret i przyjrzała mu się uważ¬nie. Wcześniej zeznała, że szła na bal maskowy przebrana za prostytut¬kę. Czekała na tramwaj, kiedy zaczepił ją mężczyzna, złożył jej propo¬zycję i nie przyjął "nie" do wiadomości. Był natarczywy, chciał ją złapać, ale podrapała mu policzek, zrzuciła buty na obcasach i uciekła ile sił w nogach przez park Audubon. Schowała się w krzakach koło zoo i do¬szła do wniosku, że dostała niezłą nauczkę.
    Teraz wyglądała na śmiertelnie przerażoną.
    – Było ciemno – powiedziała i zagryzła dolną wargę.
    – Ale przyjrzała mu się pani?
    – Trochę, w świetle latarni, ale miał ciemne okulary, i zarost, i… ~ Patrzyła na portret przez dłuższą chwilę. Rysunek trząsł jej się w ręku. Była śmiertelnie blada. – Podobny do niego – oznajmiła wreszcie, jakby nabrała ostatecznego przekonania.
    – Nie wie pani, kto to jest?
    – Nie. Nigdy wcześniej go nie widziałam. Myślę, że bym go zapamiętała.
    – Dlaczego?
    Sonja jeszcze raz spojrzała na rysunek.
    – Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale był przystojny… taki… ciemny, trochę zagadkowy. Ale potem… kiedy zaczął mnie ciągnąć, żebym z nim poszła, przestał mi się podobać.
    – Poznałaby pani jego głos?
    – Może… Nie wiem. – Zdawała się znowu tracić pewność.
    Bentz nie dawał za wygraną i nacisnął guzik w magnetofonie, który postawił na szafce. Kilka nagrań z telefonami Johna do Nocnych wy¬znań zarejestrowano na jednej taśmie i po chwili W pokoju rozległ się jego niski głos.
    Dziewczyna pokręciła głową i zmarszczyła brwi.
    – Nie wiem, być może… Niech pan puści jeszcze raz.
    Bentz przewinął taśmę i wcisnął guzik.
    Sonja zagryzała w skupieniu usta.
    – Brzmi bardzo podobnie. Ale… nie jestem pewna.
    Taką samą odpowiedź uzyskał od Lucretii, recepcjonistki z St Pier¬re. Bentz był coraz bardziej sfrustrowany. Portret, który przygotował ry¬sownik, był zbyt ogólny. Przedstawiał białego mężczyznę z ciemnymi włosami, o zadbanej sylwetce – takich mogło być wielu.
    – Czy mogłaby pani powiedzieć mi o nim coś jeszcze?
    – Nie, było ciemno i wszystko działo się bardzo szybko. Chciałam mu zerwać okulary i wtedy się przestraszył. Może ma jakieś dziwne oczy… Nie wiem – Sonja wzruszyła ramionami. – Chciał mnie pocią¬gnąć w dół ulicy. Kopnęłam go w łydkę, podrapałam i uciekłam. Chyba miałam szczęście?
    – Wielkie – powiedział poważnie.Bentz. Sonja odchrząknęła.
    – Zabił inną dziewczynę, prawda?
    – Tak sądzimy.
    – Straszył doktor Sam z radia?
    – Tak.
    – Boże. Żałuję, że nie mogę bardziej pomóc.
    – Już pani pomogła – powiedział i wstał. – Dziękuję.
    _ Proszę bardzo. – Podniosła plecak i jeszcze raz rzuciła okiem na biurko Bentza. – Czy to pańska córka? – zapytała i wskazała na podwój¬nąramkę•
    – Tak. – Bentz uśmiechnął się. – To stare zdjęcie, zrobione, kiedy szła do szkoły, a to drugie zrobiła po maturze, w ubiegłym roku.
    – Jest bardzo ładna – stwierdziła Sonja.
    – Podobna do matki.
    _ Nie. – Sonja zmarszczyła zadarty, piegowaty nos. – Jest bardzo podobna do pana. – Po chwili już jej nie było. Wyszła z jego biura, stu¬kając sandałami na platformach i pobrzękując plastikowymi bransolet¬kami, z plecakiem zarzuconym najedno ramię. Rzeczywiście miała szcz꬜cie, pomyślał Bentz. Sonja Tucker o włos uniknęła śmierci. Jedna dziewczyna miała szczęście, a druga nie. Porażka z Sonją Tucker spra¬wiła, że potwór zapolował na kogoś innego. Jego ofiarą stała się Leanne Jaquillard. Czy to przypadek, że Leanne była związana z Samantą Leeds? Sonja Tucker pr:?:ysięgła, że nie zna doktor Sam i chociaż słuchała pro¬gramu Nocne wyznania kilka razy, ani razu nie dzwoniła.
    Inaczej było z ofiarą.
    Leanne i doktor Sam znały się dobrze.
    Podrapał się po włosach na karku i planował kolejny ruch. Najpierw trzeba powiadomić opinię publiczną, że grasuje seryjny morderca. Po¬tem muszą śledzić wszystkie telefony do rozgłośni. Teraz, skoro istniał związek między morde"rcą a doktor Sam, musiel i ją chronić. Będą obser¬wować jej dom w dzieó i w nocy i jeszcze raz sprawdzą listę ludzi, któ¬rzy znali doktor Sam i Annie Seger.
    Spojrzał ponownie na portret pamięciowy niejakiego Johna Father¬sa. Kwadratowa szczęka, dołek w brodzie, wysokie kości policzkowe, gęste włosy z grzywką i ciemne okulary.
    Zadrapanie na lewym policzku.
    _ Kim jesteś, draniu? – zapytał, patrząc na rysunek. Pomyślał o m꿬czyznach w życiu Samanty: David Ross, Ty Wheeler, George Hannah ¬wszyscy trzej w dobrej formie fizycznej, z ciemnymi włosami i ostrymi rysami. Grafik komputerowy usunął zarost z twarzy, zdjął mu okulary i dorysował oczy. Zmienił fryzurę, ale nadal portret był kiepski.
    – Kim jest kobieta, która podaje się za Annie? – mruknął Bentz. Portret z zakrytymi oczami działał mu na nerwy. Co takiego było w ciemnych okularach i pomazanych na czarno oczach na banknotach studolarowych? A ten dziwny ślad na szyjach ofiar? O co mu chodziło z tym gadaniem o grzechu i odkupieniu?
    Bentz postanowił zbadać, co robili wszyscy mężczyźni powiązani z Samantą Leeds, od czasu jej powrotu z Meksyku… gdzie straciła do¬kumenty, torbę i klucze. W czasie tej podróży postanowiła na dobre ze¬rwać z Davidem Rossem.
    Bentzowi brakowało jakiegoś elementu. Czegoś oczywistego. Myśl, Bentz, myśl! Kto był w Houston dziewięć lat temu? Kto chciał na nowo odgrzebać sprawę samobójstwa Annie Seger?,
    Pomyślał o Tyu Wheelerze, który pojawił się w życiu Samanty Leeds po powrocie z podróży do Meksyku. Najprawdopodobniej byli kochan¬kami i to Bentzowi nie pasowało. Nie lubił Tya i nie ufał mu. Wheeler przyznał, że pisze książkę 'o śmierci Annie Seger i wymyślił nawet teo¬rię, że została zamordowana, ale zdaniem Bentza, to wszystko były tyl¬ko domysły. Policja w Houston stwierdziła, że to było samobójstwo i Bentz także był o tym przekonany. Ty Wheeler po prostu chciał zarobić na tej historii.
    Odebrał jeszcze kilka telefonów, dostał pismo w sprawie dowodów zebranych na miejscu zbrodni i nie zdziwił się, że w pokoju hotelowym znaleziono włosy z czerwonej peruki. Kilka minut później w drzwiach pojawiła się Melinda Jaskie!.
    – Powiedz mi, Co sądzisz o tych morderstwach -powiedziała, skrzyżowała ręce na piersi i oparła się o framugę.
    – Myślę, że mamy jednego chorego sukinsyna, może dwóch.
    – Słyszałam.
    Bentz rozwinął swoją teorię i wspomniał o raporcie Norma Stowel¬la, który Melindajuż uważnie przeczytała. Omówili sprawy ogólne i po¬tem wrócili do morderstwa Leanne Jaquillard.
    – Czy matka dziewczyny już wie? – zapytał Bentz, patrząc na leżące na biurku zdjęcia ostatniej ofiary..
    Melinda Jaskiel skinęła głową, podniosła jedną fotografię i skrzywi¬ła się na widok tego, co zobaczyła.
    – Za godzinę mam spotkanie z prasą. Będę miła i porozmawiam z ni¬mi krótko, ale muszę potwierdzić, że mamy do czynienia z seryjrtym mor¬dercą. Muszę ostrzec kobiety, żeby zamykały drzwi, siedziały w d6mu i sta¬rały się nie wychodzić wieczoramt. Roześlemy portrety pamięciowe i poprosimy ludzi, żeby byli ostrożni,'bo morderca uderza coraz częściej, a każda bliska mu osoba, dziewczyna albo żona, jest narażona na niebezpieczeństwo. postąpimy tak jak zawsze. Nie ujawnimy kluczowych do¬wodów, tego, co wie ty Iko morderca, bo jak pojawi się jakiś wariat, twier¬dzący, że to on – będzie musiał udowodnić, że nie kłamie. W przeciwnym razie każdy pomyleniec, który chce być sławny, będzie chciał się do tego przyznać. Rozmawiałam z FBI i wszyscy się ze mną zgadzają.
    _ Zamierzasz wspomnieć, że to majakiś związek z doktor Sam i Nocnymi wyznaniami?
    _ Jeszcze nie. Rozmawiałeś z nią?
    _ Właśnie do niej jadę, tylko czekam na Montoyę• Lepiej będzie, jeśli powiemy jej to osobiście. Z tego, co wiem, była bardzo związana z Leanne Jaquillard. Dziewczyna uczestniczyła w terapii grupowej, którą Samanta Leeds prowadzi raz w tygodniu w Centrum Boucher. Chyba miała jakieś problemy rodzinne. Ojca nie było, a mamuśka to niezłe ziółko.
    _ Rozmawiałam z Marlettą Vaughn – powiedziała Melinda. – Niewinna to ona nie jest. '
    Bentz uśmiechnął się ponuro, słysząc te słowa.
    _ Wiesz, że ostatnim razem, kiedy ten świr dzwonił do radia, znowu groził Samancie Leeds? Powiedział jej…, czekaj, chcę ci to dokładnie po¬wtórzyć. – Otworzył notes i przewrócił kilka kartek. – Mam. – "Wystarczy, że ci powiem, że to co stanie się dzisiaj, będzie z twojej winy. Z powodu twoich grzechów, za które musisz zapłacić, Sam. Błagaj o wybaczenie".
    Zamknął notes.
    _ Znaleźliśmy jeszcze jedną ofiarę – Cathy Adams – w noc urodzin Annie Seger, ale wygląda to na przypadek. Inny sprawca, więc miałem nadzieję, że skończyło się na torcie urodzinowym w rozgłośni. Pomyli¬łem się. Okazuje się, że ta dziewczyna – postukał palcem w zdjęcie ostat¬niej ofiary – Leanne Jaquillard, została zamordowana przez faceta, któ¬ry zameldował się jako John Fathers i według mnie jest Johnem, który dzwoni do radia. Wszystko pasuje, Melindo..
    _ Dobra, skoro twierdzisz, że to wszystko ma ze sobą związek, to John i morderca to jedna osoba – powiedziała Melinda. – Jak wyjaśnisz telefón od kobiety, która podała się za Annie?
    _ W ciąż nad tym pracuję – przyznał Bentz.
    _ Uważasz, że ktoś przywiązany do tego Johna mógł to dla niego zrobić?.
    _ Albo ktoś, kto nienawidzi Samanty Leeds. Ktoś zazdrosny o nią, ktoś, kto uważa, że wyrządziła mu krzyw.dę• Na przykład odbiła faceta. Powiedzmy, pierwsza pani Leeds, albo obecna, której nie podoba się, że Samantajest taka sławna. Może to współpracownica, której nastąpiła na odcisk, pnąc się do góry, albo rywalka, taka jak Trish LaBelle z WNAB…
    Nie jestem jeszcze pewien.
    – John mógł komuś zapłacić – zastanawiała się Melinda. – Sądzisz, że telefon od Annie został nagrany wcześniej? Mógł wynająć kogoś z ulicy.
    – Teraz mówisz jak Montoya. Dla niego w każdej zbrodni chodzi o pieniądze.
    Jaskiel uniosła brwi.
    – Bo tak zwykle jest, Rick. Nie wszyscy są szlachetnym i idealistami.
    – Nie ma takich wcale – poprawił ją. – Nie tutaj.
    – Nie? – roześmiała się• Wyglądała kobieco i mniej surowo. – Może masz racje, ale zdaje mi się, że słyszałam kopyta Rozynanta w holu. Za¬wsze milkną w tym miejscu.
    – O czym, do diabła, mówisz? – zapytał Montoya, który wpadł jak burza. Mimo upału, jego strój był nienaganny.
    – Nieważne – powiedział Bentz.
    Jaskiel rzuciła Montoyi spojrzenie.
    – Fragment z Don Kichota.
    – Jezu, skąd ty znasz takie rzeczy? – zapytał Montoya.
    – Czytam – odpowiedziała. – Powinieneś znać się na tym, bo to część twojego hiszpańskiego dziedzictwa.
    – Nie obchodzi mnie to.
    – Ona rozwiązuje krzyżówki i ogląda Yabank.
    – Jak mam czas. A jeśli o tym mowa – zerknęła na zegarek _ muszę się zbierać. – Uśmiechnęła się oficjalnie. – Nie mogę kazać im czekać.
    – Gotowy do zabawy? – zapytał Montoya.
    – Prawie. – Podał Montoyi portret pamięciowy.
    – To nasz facet?
    – Teoretycznie.
    – To może być każdy.
    – Człowiek od grafiki komputerowej zrobi zdjęcia facetom z życia Samanty i Annie Seger, tym z grupą krwi A, czyli prawie wszystkim, a po¬tem wrzucę to w komputer i porównam. W ten sposób pole się zawęzi.
    – Miejmy nadzieję – powiedział Montoya bez entuzjazmu.
    – Chodźmy. – Bentz wziął papier z ręki Montoyi i sięgnął po broń i marynarkę• Nie miał ochoty informować Samanty Leeds o śmierci jej podopiecznej, ale uznał, że lepiej, żeby dowiedziała się od niego niż z wiadomości o piątej.

    Priscilla McQueen Caldwell nie ucieszyła się na jego widok. Ty specjalnie się tym nie przejął. Stwierdził, że skoro już dotarł do Houston, sprawdzi każdego, kto miał związek z Annie Seger. Wielu przyjaciół wyprowadziło się, ale Prissy nadal mieszkała w tym mieście, mniej niż pół godziny drogi od lotniska i Ty stał właśnie na werandzie jej domu.
    – Nie wiem, dlaczego powinnam z panem rozmawiać – powiedzia¬la, uchylając drzwi, które prowadziły do zaśmieconego zabawkami wnę¬trza parterowego domu. Przez jej ramię zobaczył kojec i huśtawkę. Dziec¬ka nie było. Pewnie spało.
    – Próbuję dowiedzieć się czegoś o Annie. Była pani jej najlepszą przyjaciółką. Wiedziała pani, że jest w ciąży i że to nie było dziecko Ryana Zimmermana.
    – Jakie to ma teraz znaczenie? – zapytała Prissy.
    – Myślę, że została zamordowana.
    – Przez wiele lat słyszałam takie plotki, ale nic z tego nie wynikło – powiedziała Prissy i zmrużyła oczy. Miała na sobie różowe szorty, san¬dały i naszyjnik ze złotym krzyżykiem. Była ładną, drobną kobietą z wło¬sami koloru miodu związanymi w kucyk. – Wie pan, to zabawne, naj¬pierw ni z tego, ni z owego, dzwoni Ryan, a teraz zjawia się pan i chce rozmawiać o Annie.
    – Ryan dzwonił do pani?
    – Jasne. Nie wiedział pan? Był moim chłopakiem, kiedy Annie go sobie upatrzyła. – Skrzywiła się. – Tak było. Annie zdobywała wszyst¬ko, czego zapragnęła. – Z głębi domu rozległ się płacz dziecka.
    – Ale pozostałyście przyjaciółkami.
    – Nie tak od razu, ale w końcu pogodziłyśmy się, bo Ryan zaczął brać narkotyki i odwrócił się od Boga.
    – Więc oddała go pani Annie z błogosławieństwem.
    – Nic nikomu nie dawałam, ale ułożyło się dobrze. Poznałam Billy'ego Raya w kościele i jesteśmy razem. Wyszłam za mąż po skończe¬niu szkoły. – Zerknęła na tegarek. – Proszę posłuchać, nie chcę, żeby się dowiedział, że z panem rozmawiałam. Nie spodobało mu się, kiedy Ryan zadzwonił, a on jest porywczy.
    – Po co dzwonił Ryan? Priscilla przewróciła oczami.
    – Właśnie, ciekawe. Chciał, żebym się z nim spotkała – żebym przy¬jechała do Nowego Orleanu. Rozstał się z żoną, stracił pracę i czuł się samotny. Stał się cud nad cudami – pomyślał o mnie. – Uśmiechnęła się gorzko. – Teraz mnie potrzebuje, aja kazałam mu o tym zapomnieć.
    Dziecko płakało coraz głośniej.
    – Oj, Billy junior się budzi. Muszę już iść.
    – Czy Ryan zostawił swój numer?
    – Nie. Chyba wynajmuje pokój w motelu. Zanim stanie na nogach… ale nie jestem pewna. Przepraszam pana, ale naprawdę muszę ząjrzeć do dziecka.
    Ty chwycił ją za rękę.
    – Jeśli pomoże mi w tej sprawie, zrobi to pani przede wszystkim dla Annie – nalegał. – Z kim się zadawała, oprócz Ryana?
    – Naprawdę nie wiem. To była jakaś wielka, ciemna tajemnica¬powiedziała Prissy. – Myślałam, że to jakiś żonaty facet, na przykład kolega doktora Faradaya, bo Annie naprawdę się tym przejmowała, a jak zaszła w ciążę, nie mogła powiedzieć rodzicom. Zabiliby ją. To dokład¬nie od niej usłyszałam. – Priscilla nagle pojęła, co powiedziała. – Oj, nie chodzi o to, że naprawdę by jązabili, tylko, no wie pan, Estelle dostała¬by szału.
    Dziecko krzyczało coraz głośniej i Ty puścił rękę Prissy.
    – Jeśli kiedykolwiek zechce pani o tym porozmawiać, proszę do mnie zadzwonić.- Wyjął wizytówkę z portfela i chciał jej dać, ale nie wzięła.
    – Nie będę dzwonić – powiedziała zdecydowanie. – Annie była moją przyjaciółką• Lubiłam ją, mimo że poderwała mojego Ryana. Ale jeśli o mnie chodzi, to sama skomplikowała sobie życie. Nie miałą odwagi stawić czoła rodzicom ani Ryanowi i powiedzieć otwarcię o dziecku i zabiła się. Nie zadzwonię do pana nigdy. Billy Ray byłby niezadowolony.

    Zamknęła drzwi, a Ty zostawił wizytówkę w szparze we fi'amudze drzwi, na wypadek, gdyby Prissy zmieniła zdanie. Nie sądził jednak, że to zrobi.
    – Nie rozmawiałaś bezpośrednio z Peterem ani go nie widziałaś?¬zapytał ojciec Sam, gdy do niej oddzwonił. Samanta była w kuchni i na¬kładafa kotu jedzenie.
    Głos miał zmęczony i zrezygnowany.
    – Nie, jeszcze z nim nie rozmawiałam, tato, ale to, że gadał z Corky wystarczy.
    – Chciałbym zamienić z nim kilka słów – powiedział William Ma¬theson smutno.
    Ja też bym chciała, pomyślała Sam gniewnie, ale opanowała się.
    – Potraktujmy to jako dobry początek – powiedziała. – Nikt go nie widział od lat, a on sam podszedł do Corky w barze. – Trochę naciągała prawdę• Corky nie powiedziała, że Peter zaczął rozmowę, ale ojcjec po¬trzebował pozytywnych informacji. – Posłuchaj, jak się dowiem qzegoś jeszcze, zadzwonię do ciebie. – Wypłukała puszkę i wrzuciła do kosza.
    – Może powinienem sprawdzić w bi'urze numerów w Atlancie. Mogą mieć jego telefon.
    – Mogą. – Sam wątpiła w to.
    – Pewnię jest zastrzeżony. Tak było, gdy mieszkał w Houston.
    Sam zamarła. Wyciągała spod zlewu kosz na śmieci, ale zostawiła go i wyprostowała się powoli.
    – Zaraz, zaraz, kiedy był w Teksasie?
    – Wiele lat temu. Wynająłem prywatnego detektywa, który go szukał i znalazł niedaleko twojego domu.
    – Chcesz m i powiedzieć, że Pete był w Houston, ty o tym wiedzia¬łeś i nigdy mi nie powiedziałeś?
    – Nie jestem pewien, czy to był on. Może to był inny Peter Matheson. Nigdy do niego nie dotarłem, a ty… ty miałaś wtedy rozwód i tę sprawę z Annie Seger. Uznałem, że oszczędzę ci kolejnego stresu. Poza tym, jak mówiłem, nie wiem, czy to był Pete. Zdjęcia, które widziałem, nie były najlepsze, zawsze miał odwróconą głowę, kapelusz albo słoneczne okulary.
    – Był tam w tym samym czasie co ja? A ty mi nic nie powiedzia¬łeś… Jezu, tato; nawet jeśli to nie był nasz Peter, nie sądzisz, że powi¬nieneś mi powiedzieć? – Nie mogła uwierzyć w dwulicowość ojca. To było do niego zupełnie niepodobne. ~ Przez tyle lat, w każdej naszej rozmowie pytałeś o niego i ani razu nie wspomniałeś, że był w Houston?
    – Co by to dało? – zapytał ojciec szorstko. – Czy był sto czy tysiąc, czy dziesięć kilometrów od ciebie, jaka to różnica?
    – Tato – powiedziała ostro – nie wiedziałam nawet, czy żyje.
    – Ja też nie. Mówiłem już, że nawet nie wiem, czy to był nasz Pete.
    Nasz Pete. Nie był nasz, od lat. Nie było sensu się kłócić. Sam chciała uspokoić mocno bijące serce i skończyła rozmowę. Ojciec miał rację. Co z tego, że Pete był w Houston? Nie znał Annie Seger… nie mógł. Była uczennicą szkoły średniej, a H0uston to duże miasto i mieszkały w nim setki tysięcy ludzi.
    Ale skoro Pete był w mieście, dlaczego nie skontaktował się z nią?
    O samobójstwie Annie Seger i telefonach do radia pisano we wszyst¬kich gazetach i musiał wiedzieć, że Sam tam mieszka. Gdzie był Peter, kiedy prasa polowała na nią, kiedy przesłuchiwała ją policja, a rodzina Annie oskarżała o wszystko, od publicznego wywlekania problemów ich córki do błędu w sztuce lekarskiej włącznie.
    Może to nie był on, pomyśiała, kiedy Charon wskoczył na blat ku¬chenny i zaczął czyścić sobie pyszczek. Jednak istniało prawdopodo¬bieństwo, że to Peter mieszkał w Houston. Teraz pojawił się znowu, dzie¬więć lat później, tak jak sprawa Annie Seger.
    Nie było sensu myśleć o tym, co było i mogło być. Nagle znowu zadzwonił telefon.
    – Pewnie to ojciec z przeprosinami – powiedziała do kota. – Złaź! _ Nacisnęła guzik i przyłożyła słuchawkę do ucha. – Samanto…
    Głos Johna sparaliżował ją.
    Zachowaj spokój. Dowiedz się o nim czegoś więcej.
    – Tak – odpowiedziała i wyjrzała przez okno w kuchni. Po drugiej stronie ulicy Edie Killingsworth kopała w ogródku, a Hannibal łaził po trawie, jakby nic złego ani dziwnego się nie działo.
    – Dlaczego dzwonisz do mnie do domu?
    – Powinnaś o czymś wiedzieć.
    O, Boże.
    – O czym? – zapytała i zauważyła, że pod jej dom podjeżdża policyjny radiowóz. Powinna jak naj dłużej trzymać go przy telefonie.
    – Chcę, żebyś wiedziała, że spełniłem obietnicę.
    – Jaką obietnicę? – zapytała i serce jej zamarło.
    Pogróżki. Spełnił swoje groźby.
    – Masz na myśli tort? Dostałam go.
    – Nie, jest coś jeszcze.
    – Co? – zapytała i poczuła, że ogarnia ją przerażenie.
    – Złożyłem dla ciebie ofiarę.
    – Ofiarę? Jaką ofiarę?
    Telefon zamilkł.
    – Jaką ofiarę?!- wrzasnęła do słuchawki zmartwiała ze strachu.¬O czym, do diabła, mówisz, ty draniu?
    Nie było odpowiedzi.
    – Niech to cholera! – Rzuciła słuchawkę na widełki. Przez okno wi¬działa detektywa Bentza i jego partnera, Montoyę, jak wysiadają z samo¬chodu. Zbliżali się do domu z ponurymi i zaciętymi minami. Sam popę¬dziła do drzwi, odsunęła zasuwę i spojrzała na nich, kiedy weszli na.ganek.
    – Co się stało? – zapytała, patrząc to na jednego, to na drugiego.
    – Obawiam się, że mamy złe wieści – powiedział Bentz, ale Sam ledwo go słyszała, tak głośno biło jej serce. – Chodzi o jedną z pani pa¬cjentek, dziewczynę o imieniu Leanne Jaquillard.
    – Nie – wyszeptała. Oparła się o framugę i nagle rozległo się kiJka głosów naraz – Bentza, szczekającego Hannibala, drozda śpiewąjącego w oddali. Wszystko to zagłuszał jeszcze szum w jej głowie.
    – Ona nie żyje – powiedział Bentz. – Została zamordowana wczo¬raj w nocy.
    – Nie! – powtórzyła załamana. _Nie Leanne. Nie zrobiłby tego. Niemożliwe. – Łzy napłynęły jej do oczu, a dłonie bezradnie zacisnęły się w pięści.
    – Uważamy, że zabił ją ten sam człowiek, który zamordował dwie inne, ten, który dzwoni do pani i podaje się za Johna. Pani Leeds? Sa¬manto… dobrze się pani czuje?
    – Nie – wykrztusiłaz trudem. – Przed chwilą dzwonił. Ten pieprzo¬ny morderca właśnie dzwonił i powiedział mi, że złożył ofiarę i że to moja wina… O Boże, nie, nie,nie! – powtarzała i z trudem opanowywa¬ła się, żeby nie wybuchnąć płaczem.
    – Jest jeszcze coś – powiedział Bentz delikatnie i dotknął jej ramie¬nia, żeby wprowadzić ją do domu.
    – Nie… nie. – Leanne próbowała się z nią skontaktować i nawet dzwoniła. – To nie może być ona. Dzwoniła tutaj. Szukała mnie… nie wierzę. To na pewno pomyłka.
    – Nie ma pomyłki – oznajmił Bentz, a Montoya zamknął za nimi drzwi. Za plecami zostawili gorące słońce i rozgrzane powietrze.
    – Powiedział pan, że jest coś jeszcze – wykrztusiła Sam i objęła się w pasie.
    – Tak. Ona była w ciąży. Tak jak Annie.
    – O, Boże, nie… nie znowu…
    Bentz wciągnął głęboko powietrze, a Sam usiadła na dole schodów. – Miała na sobie czerwoną bieliznę. Powiedziała pani, że zginął jej jeden komplet, i że ktoś mógł go ukraść. Chcę, żeby pani pojechała na komisariat i zobaczyła, czy to te same rzeczy.
    Sam ukryła twarz w dłon'iach i łzy popłynęły jej po policzkach. Le¬anne nie żyje. Nie udało jej się z nią skontaktować i nie zdążyła jej po¬móc. John zabił ją tak, jak inne kobiety.
    Bentz usiadł na schodku obok niej.
    – Dobrze się pani czuje? Wiem, że to dla pani szok, ale jestem prze¬konany, że pani życie też jest w niebezpieczeństwie. Zabił już trzy ko¬biety, może nawet więcej. Uważamy, że pani jest jego celem.
    W tej chwili zadzwonił telefon.
    .

Rozdział 29

    – Niech pani odbierze – powiedział Bentz i Sam zmusiła się, żeby wstać. Detektyw poszedł za nią do kuchni. Potem podniosła słu¬chawkę•
    – Halo? – Sam?
    – Ty. – Jak w omdleniu opadła na podłogę, ręką opierając się o kuchenny blat.
    – Coś się stało, Sam?
    – Learme… jedna z dziewczyn z Centrum Boucher. On jąz amordował i zadzwonił do mnie, żeby powiedzieć, że złożył ofiarę. Policja jest u mnie… muszę jechać na komisariat i… – Odetchnęła głęboko, żeby wziąć się w garść.
    – Trzymaj się – powiedział Ty. – Jestem jeszcze w Houston, ale już jadę na lotnisko. Wrócę za kilka godzin. Jesteś z policją? Zostań z nimi i nigdzie nie wychodź. Jezu Chryste, nie powinienem wyjeżdżać. Zabił tę dziewczynę?
    – I kilka innych… Nie rozmawiałam jeszcze z detektywem, bo do¬piero weszli – powiedziała powoli, odzyskując panowanie nad sobą. ¬Ale Leanne… O Boże… była w ciąży… tak jak Annie.
    – Sukinsyn – mruknął Ty i po chwili zaklął raz jeszcze. – Trzymaj się, Sam. Wracam do domu. Czekaj na mnie.
    – Dobrze – odpowiedziała i odłożyła słuchawkę. Odwróciła się do po¬licjantów, którzy dziwnie i niezręcznie wyglądali w jej kuchni. – Proszę, panowie… opowiedzcie mi, co się dzieje? – Otarła łzy z oczu, ale w środku czuła się odrętwiała. Leanne… Boże, jak on mógł zabić Leanne?
    Usiedli przy małym kuchennym stole i Bentz wyjaśnił teorię o Jo¬hnie, seryjnym mordercy, który miał jakieś powiązania z Annie Seger, ale jego właściwym celem była Sam.
    – Nie przyjechaliśmy pani straszyć, tylko powiedzieć, co się dzieje.
    Porozmawiam z policją w Cambrai o dodatkowych patrolach i ktoś bę¬dzie obserwował dom i rozgłośnię. Założymy pluskwy na wszystkie te¬lefony, tu i w biurze. – W jego oczach pojawiło się poczucie winy. ¬Powinniśmy dawno to zrobić, ale nie wiązaliśmy go z tymi morderstwa¬mi. Mamy dwóch naocznych świadków, recepcjonistkę z hotelu i inną dziewczynę, którą zaatakował, ale mu uciekła. Podały nam opis. – Się¬gnął do kieszeni i rozłożył kawałek papieru: Przesunął go po,stole. ¬Zna pani tego mężczyznę?
    Patrząc na portret, Sam poczuła, że robi jej się zimno. Rysunek był wyraźny, ale rysy bardzo ogólne.
    – Co to jest? – zapytała i wskazała na kreski na lewym policzku. – Blizna?
    – Zadrapania. Niedoszła ofiara, ta. która uciekła, podrapała go pa¬znokciami.
    – Bardzo dobrze – powiedziała Sam i wpatrywała się w portret. ¬Nie wydaje mi się, żebym go znała – dodała powoli i pokręciła głową. ¬To może być każdy.
    – Ma grupę krwi A plus. Sprawdzamy to jeszcze raz.
    Charon nieufnie obserwował policjantów. Wskoczył na kolana Sam, a ona głaskała go zamyślona. Rozmawiali dalej. Wypytali ją o telefony, o to, czy nie zauważyła kogoś czającego się w okolicy? Czy ktoś kręcił się koło niej? Czy system alarmowy działa? Czy tylko uruchamia syrenę alarmową, czy jest podłączony do firmy ochroniarskiej? Portret pamięciowy sprawcy przez cały czas leżał na stole i Sam miała wrażenie, że mężczyzna wpatruje się w nią zza ciemnych okularów. Wydawał jej się dziwnie znajomy.
    Kiedy zakończyli wstępne przesłuchanie, policjanci zaproponowali, że zabiorąją do Nowego Orleanu na komisariat, żeby rozpoznała czerwoną bie¬liznę, którą miała na sobie Leanne w chwili śmierci. Sam zrobiło się niedo¬brze, kiedy wyobraziła sobie, że może mieć coś wspóllłego ze śmiercią Lean¬ne. Myślała o tym, jak bardzo dziewczyna musiałą się bać ijak cierpiała.
    Gdyby tylko wcześniej zareagowała, odebrała telefony od Leanne, w których ta prosiła o pomoc, pomyślała raz jeszcze, kiedy siadała z ty¬łu radiowozu. Prowadził Montoya, a Bentz z ramieniem zarzuconym na oparcie, siedział odwrócony w jej stronę. Klimatyzacja pracowała głośno, a policyjne radio trzeszczało.
    – Uważamy, że przebiera ofiary, żeby wyglądały tak jak pani – po¬wiedział Bentz, kiedy Montoya jechał wzdłuż brzegu jeziora Pontchar¬train. Sam patrzyła przez okno na ciemniejącą wodę. Widziała tylko kil¬ka żaglówek, nad którymi, na niebie, mrugały pierwsze gwiazdy, ajezioro robiło ponure i złowrogie wrażenie. Jakby coś złego kryło się w cieniu, coś, co jej zagrażało.
    – Poinformujemy środki masowego przekazu i roześlemy portret pamięciowy i opis w n~dziei, że ktoś go rozpozna. Nie powiemy ani słowa o telefonach do radia i do pani, nic o Annie Seger, ani słowa o Houston. Mamy nadzieję, że wyjdzie z ukrycia.
    – Albo znowu kogoś zabije. Bentz się nie odezwał.
    – I tak to zrobi – oznajmił Montoya i zmienił pas ruchu.
    – Musimy go powstrzymać, zanim to się stanie – powiedziała, kiedy zbliżali się do migoczących świateł Nowego Orleanu. Montoya naci¬skał na gaz; radiowóz pędził do miasta, wyprzedzając po drodze wszyst¬kie samochody. Sam nie zawracała na to uwagi. – Musimy coś zrobić, żeby z tym skończyć.
    – O to właśnie chodzi – powiedział Bentz. – Wydżiał robi, comoże…
    – Pieprzyć wydział – warknęła. – Ile kobiet nie żyje? Powiedział pan, że trzy, może więcej? Z mojego powodu, przez mój program. Jak dotąd wydział nie ocalił ani jednego życia. Mam rację? – Zamyśliła się głębo¬ko. – Ja mam z nim jakiś związek? Więc powinniśmy to wykorzystać. Spróbujmy dotrzeć do niego przez mój program.
    – To sprawa policji.
    – Jak cholera, detektywie Bentz. Dla mnie to sprawa osobista. John zrobił z niej moją sprawę. Zadzwonił do mnie, wysłał mi pogróżki, włamał się do mojego domu, a teraz zabił kogoś, na kim mi zależało. – Zanim Mon¬toya zaparkował na ulicy i Bentz poprowadził ją tylnymi schodami do swo¬jego biura, Sam była już nieźle wkurzona na policję, na siebie i na Leanne, za to, że poszła z tym wariatem. Dlaczego znowu zaczęła się puszczać?
    Próbowała się z tobą skontaktować, Sam, ale ciebie nie było. Zosta¬wiłaś ją samą• Tak jak Annie, a teraz ona i jej dziecko nie żyją. Są mar¬twi! Dlatego, że ciebie nie było.
    Energicznym krokiem weszła do dusznego biura Bentza i czekała, aż otworzy szafkę i wyciągnie plastikową torbę. W środku była jej czer¬wona bielizna. Nie miała wątpliwości i rozpoznała wzór koronki na biu¬stonoszu, resztkę metki, którą wycięła, kiedy kupiła ten skąpy strój. Po¬czuła, się, jakby ktoś uderzył ją pięścią w brzuch.
    Leanne miała to na sobie, kiedy zginęła. Dlaczego? Biedna, zagu¬biona dziewczyna. Była taka młoda.
    Ktoś ukradł bieliznę z domu Sam. Pewnie tej nocy, kiedy była z Ty¬em na łodzi. Kto wszedł do niej i zabrał coś tak osobistego? Leanne? Może John? Albo jego wspólnik?
    Opadła na jedno z krzeseł.
    – To moje – wyszeptała. Oczy miała suche, ale w środku coś w niej krzyczało. Nie, nie, nie! Leanne, proszę… Dobry Boże, niech to będzie tylko koszmarny sen. Pozwól mi się obudzić!
    – On zbliża się do pani – powiedział Bentz, a Sam zadrżała. – Ale dopadniemy go.
    – Wierzę panu. – Oczy Sam napotkały pełen determinacji wzrok Bentza. – Znajdzmy sukinsyna i wsadźmy go do więzienia.
    – To mu się należy. – Bentz podszedł do wiatraka za biurkiem i włą¬czył naj szybszy bieg. – Chciałbym zobaczyć go pociętego na kawałki. – Najpierw musimy go złapać – podkreślił Montoya. Przysiadł na brzegu biurka Bentza i pochylił się ku Sam. – Do tego będzie nam po-trzebna pani pomoc.
    – Oczywiście – powiedziała Sam J zacisnęła zęby. – Zrobię wszystko, co trzeba.

    Dziwka podrapała go po twarzy.
    Popatrzył na swoje odbicie w lustrze nad umywalką. Oczywiście, pomimo dwudniowego zarostu rana była widoczna. Zostały mu trzy wyraźne szramy po jej pazurach. Nie powinien pozwolić jej uciec. To był błąd, którego nigdy nie popełniłby jego nauczyciel.
    Nie myśl o nim. Teraz ty kontrolujesz wszystko. Ty, ojcze Johnie. Był załamany; zły i niespokojny. Rozejrzał się po domu, jedynym, jaki teraz miał. Kiedyś mieszkał w lepszych warunkach, ale teraz tylko tu czuł się jak u siebie. Tylko na bagnach znalazł spokój i ucieczkę od wiecznego brzęczenia w mózgu.
    Wychował się w zamożnej rodzin ie i teraz wy lądował tutaj odrzucony przez bliskich. Pomyślał o matce… o siostrze… o ojcu cholera, nie miał już rodziny, Od lat był sam. Nawet jego mentor go opuścił, człowiek, który pomógł mu poradzić sobie z potworem, jaki w nim miesz¬kał, jedyny, który pokazał mu drogę…
    Tak, teraz był naprawdę sam. Gdyby Annie żyła…
    Puszczalska dziwka – zasłużyła na śmierć. Prosiła się o nią… Zdraj¬czyni… Jezebel… Jak mogła być z innym mężczyzną?
    Sięgnął po przybory do golenia, znalazł tubkę maści i małą butelkę pudru w płynie, Posmarował rany lekarstwem, potem dokładnie rozsma¬rował korektor na przebarwionej skórze. Mrużąc oczy, pomalował bro¬dę tuszem, żeby zarost wyglądał na gęstszy. Rany stały się prawie niewi¬doczne.
    Z kąta dobiegł go cichy jęk. Spojrzał przez ramię i zobaczył swojego więźnia. Żałosny typ, związany i skneblowały, naszprycowany narkoty¬kami do utraty świadomości, zostanie wykorzystany do tego, aby ofiara zdała sobie sprawę z ogromu swoich win.
    Zobaczył, że więzień otworzył oczy i znowu je zamknął, jakby nie chciał się pogodzić ze swoim losem.
    Ojciec John znów zerknął w lusterko, napotkał swoje spojrzenie i po¬czuł skurcz w żołądku. Jego oczy widziały zbyt wiele i teraz oskarżały go o zbrodnie, które popełnił, grzechy, których nie mógł odkupić. Ajed¬nak na myśl o tych grzechach… o polowaniu, zdobywaniu ofiary… o jej strachu… o żądzy krwi… o zabijaniu… krew szybciej krążyła mu w ży¬łach i odczuwał pragnienie, które wypełniało całe jego ciało,
    Sięgnął do kieszeni i znalazł swój specjalny różaniec… chłodne pa¬ciorki ostro drapały opuszki palców. Takie sprytne, cudowne narzędzie zbrodni, symbol dobra i czystości, a jednocześnie urządzenie, przyno¬szące straszną śmierć. Dlatego tak go lubił. Co za ironia.
    Pomyślał o kobietach, które zabił. Annie, oczywiście, ale to było, zanim nauczył się od mistrza, zanim pojął swoją misję, zanim doprowa¬dził do perfekcji metodę i zastosował swoją zdradziecką ukochaną pę¬tlę• Patrzył, jak płynęła jej krew, tak powoli… a potem była pierwsza dziwka… zaplanował to po tym, jak zdradziła go jedyna kobieta, której ufał… jedyna, która powinna być przy nim na zawsze.
    Pewnej nocy usłyszał głos doktor Sam… tutaj… z dala od Houston… z daleka od Annie… ~ i wiedział, że musi wszystko uporządkować, że Samanta Leeds była przyczyną śmierci Annie. Został zmuszony do za¬mordowania Annie z powodu doktor Sam.
    Ta dziwka miała odwagę zacząć jeszcze raz swój beznadziejny pro¬gram, pełen psychologicznego bełkotu, który mieszał ludziom w życiu.
    Ale wkrótce to się skończy i on się o to postara.
    Pomyślał o kobietach, które zapłaciły za grzechy Samanty Leeds.
    Pierwszą ofiarą była przypadkowa prostytutka, która łaziła po Bourbon Street, kusiła facetów swoim ciałem… Podniecał go strach, który zoba¬czył w jej oczach, kiedy zrozumiała, że zamierza udusić ją różańcem.
    Na samą myśl o tym dostał erekcji i przypomniał sobie drugą ofiarę, też prostytutkę, która podeszła do niego niedaleko browaru. Ta była upm1a i nie chciała założyć peruki, ale w końcu się zgodziła, a on zabił ją po¬woli, tak jak pierwszą. Widząc jej przerażenie, patrząc, jak walczy, do¬stał takiej erekcji, że o mało nie spuścił się w spodnie.
    Ale najlepsza ze wszystkich była ta mała Jaquillard. Nie chciał jej zabić tej nocy – szykował się na inną – tę, którą spotkał obok uniwersy¬tetu, ubranąjak dziwka, która podrapała go i uciekła.
    Już wcześniej zwrócił uwagę na tę małą i śledził ją. Podobał mu się pomysł, że dziewczyna tak bliska Samancie umrze w urodziny Annie. Kiedy stracił jedną ofiarę, pojechał tramwajem do Canal Street, ukrył się koło mieszkania Jaquillard i czekał na nią w ciemnościach. Wyszła z do¬mu po zmroku i zdenerwowana poszła nad rzekę. Ruszył za nią i zacze¬pił ją, kiedy siedziała na ławce i patrzyła na ciemne, sunące powoli wody Missisipi. Była zamyślona, ale z chęcią zgodziła się najego propozycję, zainteresowana szybkim zarobkiem.
    Reszta poszła łatwo, tak jak kradzież bielizny Sam.
    Zastanawiał się, jak doktor Sam przyjęła informację o dziewczynie…
    Były sobie bliskie, widział je razem, słyszał, że Leanne Jaquillard była dla Sam kimś specjalnym. Chciałby zobaczyć, jak doktor Sam przyjęła wiadomość o śmierci Leanne.
    Samanta musiała zdawać sobie spra.wę, że dziewczyna zginęła przez nią.
    Pamiętał, jak umierała i jak go błagała.
    Poczuł, że krew zaczyna szybciej krążyć mu w żyłach. Przyrodzenie napierało na spodnie, kiedy myślał o Samancie, jej rudych włosach i zielonych oczach. Wkrótce odczuje roz~osz. Dotknął się. Zamknął oczy i pomyślał o tym, jak mordował Leanne Jaquillard…
    Ze świata fantazji wyrwał go dzwonek telefonu komórkowego. Wście¬kły, ruszył przez pokój i chwycił aparat.
    – Tak?
    – Cześć! – odezwała się pełnym oczekiwania, ożywionym głosem.
    Uśmiechnął się. Była ładna, ambitna, chętna robić wszystko, o co ją popro¬si. – Nie pracuję dziś wieczorem i pomyślałam, że moglibyśmy się spotkać. – Może – powiedział i popatrzył na swojego więźnia. Pora na kolej¬ną dawkę tabletek nasennych, które ukradł w Houston.
    – Na Chartres jest nowa restauracja. Czytałam o niej w gazecie. Praw¬dzi,wa kuchnia francuska, no, ale zawsze tak piszą. Albo możemy zjeść… mogę sama coś ugotować.
    Pomyślał o polowaniu i o śmierci Leanne i znowu poczuł, jak na¬brzmiewa. Ta kobieta, chociaż jeszcze o tym nie wiedziała, również po¬czuje słodkie tortury błyszczącego różańca.
    – Wyjdźmy gdzieś – powiedział, chcąc przetrwać noc, zgubić się w tłumie na Bourbon. – Mam nastrój najazz. Spotkamy się – zerknął na zegarek – o dziesiątej na rogu Bienville i Bourbon.
    – Nie mogę się doczekać – powiedziała i rozłączyła się.
    On też chciał ją zobaczyć. Rozejrzał się po pomieszczeniu i popa¬trzył na pamiątki, które przyniósł tu z sobą. Pamiątki z lepszych czasów, tak bardzo odległych. Zdjęcia Annie, Samanty, trofea sportowe – rakieta tenisowa, zestaw kijów golfowych, kij do hokeja, wędka i narty. W spo¬mnienia po tym… jakie było jego życie i jakie mogło być.
    Był grzesznikiem.
    Tyle wiedział i nie musiał sobie o tym przypominać.
    Dziś w nocy zgubi się w tłumie, wypije, może kupi trochę koki. A po¬tem… potem… wróci tu, do ciemnej nory, gdzie nikt nie usłyszy krzy¬ków i zmusi swojego więźnia do błagania o litość i śmierć.
    Dziś w nocy zacznie realizować swój plan. Zerknął na pojękującą ofiarę i z pudełka na przybory do golenia wyciągnął strzykawkę. Więzień zoba¬czył, że się zbliża i zaczął się krztusić, łapać głośno powietrze przez kne¬bel. Chciał uciekać, ale ręce miał związane na plecach, a nogi skute łańcu¬chem. Wybałuszył oczy i zaczął rzucać głową na wszystkie strony.
    – Albo to, albo aligatory…:. powiedział ojciec John, chwycił za lewe ramię ofiary i wbił głęboko igłę. – Aligatory są dla ciebie za dobre.
    Więzień zaczął szlochać.
    Żałosne. Łatwiej byłoby zabić go… ale w ten sposób zepsułby wszystko. – Zamknij się – powiedział, a więzieó się rozpłakał. John kopnął go z całej siły w golenie.
    – Zamknij się, do cholery.
    Więzień zamilkł, ale po jego policzkach płynęły łzy. John chwycił go za rękę, złapał za palec i zerwał sygnet. Nie był w stanie ukryć uśmie¬chu. Otworzył szatkę, w której trzymał swoje skarby, trofea po ofiarach, i dorzucił sygnet. Skulona postać znowu zaczęła krzyczeć, ale jedno spoj¬rzenie uciszyło go.
    Dobrze.
    Ojciec John pomyślał o tej, która była jego właściwym celem. Doktor Sam.
    Tym razem spotkają się nie na falach radiowych, tylko osobiście. Taka słodka zemsta… Miał dla niej opracowany wspaniały plan. Przywiezie ją tutaj, zobaczy strach w jej oczach i pozwoli jej żyć tak długo, aż zacznie błagać go o wybaczenie.
    Potem, kiedy zmęczy się zabawą, zabije ją różaócem. Z wprawą zrobił znak krzyża i sięgnął po okulary.

Rozdział 30

    – Nie zostaniesz tutaj. – Ty wszedł właśnie do jej domu, a Sam rzuci¬ła mu się w ramiona. – Chodź, kochanie, zabiorę cię w jakieś bezpieczne miejsce. – Kopnięciem zamknął drzwi.
    – To takie okropne – powiedziała łamiącym się głosem. – Leanne… O Boże. Była w ciąży, zupełnie tak jak Annie.
    – Cicho. Wszystko będzie dobrze.
    – Nie będzie dobrze. Nigdy.
    Przytulił ją mocniej i pocałował w czoło.
    – Będzie… na to trzeba trochę czasu.
    – Nie mamy czasu. Ten… potwór ciągle jest na wolności.
    – Dopadniemy go. Obiecuję. – Pocałował jej zapłakany policzek, a potem usta. – Trzymaj się mnie, a wszystko będzie dobrze.
    Chciała mu wierzyć. O, Boże, tak bardzo chciała mu wierzyć. Kosz¬mar jednak jeszcze się nie skoóczył i-pomimo jego zapewnień, miała wątpliwości, czy kiedykolwiek będzie tak jak przedtem.
    – Opowiedz mi, co się stało – poprosił Ty.
    Sam westchnęła głośno.
    – To było okropne. – Podprowadził ją do fotela przy biurku i kiedy usiadła naprzeciwko mrugającego ekranu komputera, on oparł się bio¬drem o biurko i słuchał.
    Opowiedziała mu, co robiła, kiedy wyjechał, co osiągnęła i czego nie udało jej się dokonać. Próbowała skontaktować się z koleżanką ze szpitala Miłosierdzia Matki Bożej, ale ponieważ był weekend, mogła tylko zostawić wiadomość na sekretarce. Dzwoniła i pisała do Leanne, ale na próżno, bo biedaczka już nie żyła. Bawiąc się ołówkiem, i drżąc z zimna, opowiedziała mu o swoim bracie, a potem o tej strasznej roz¬mowie telefonicznej z Johnem, w trakcie której przyjechała policja z wia¬domością o tym, że Leanne Jaquillard została zamordowana przez seryj¬nego mordercę.
    – Jezu – powiedział Ty. – Żałuję, że mnie tu nie było.
    – Nie powstrzymałbyś go. Nikomu by się to nie udało. – Odłożyła ołówek i zgarbiła się w fotelu. – Boże, jestem wykończona.
    – Mam coś, co ci pomoże. – Poszedł do kuchni. Sam słyszała, jak grzebał w szatkach i odkręcił kran. Poleciała woda, a kilka sekund póź¬niej pojawił się ze szklanką w ręku.
    – Proszę•
    – Dzięki. – Wypiła łyk, przystawiła sobie szklankę do czoła i opowiedziała mu o tym, jak była na komisariacie w Nowym Orleanie.
    – Odkąd detektyw Montoya mnie przywiózł, nie ruszałam się stąd. Szukam w moich książkach informacji na temat psychologii zbrodni, dys¬funkcji i seryjnych morderców. Nic mi to jeszcze nie dało. – Pociągnęła kolejny łyk. – Byłam taka głupia, naiwna i zarozumiała. Myślałam, że za¬czynam go rozumieć. Wydawało mi się, że dla Johna to tylko chora zaba¬wa. Czułam, że jest gwałtowny, bo to było widać po tym podziurawionym zdjęciu, które mi przysłał\ ale nie miałam pojęcia… to znaczy ani przez chwilę nie sądziłam, że on… jest mordercą. – Na sekundę zamknęła oczy,, starając się opanować i pozbyć ogłuszającego poczucia winy.
    – Znajdziemy go.
    – Ale kim on jest? Pol icja ma próbki nasienia i porównująje z osobami bliskimi ofiarom, z mężczyznami z otoczenia Annie, ale to trochę potrwa.
    – Mam niektóre z tych informacji. Pamiętasz? Z powodu ciąży An¬nie. – Ty sięgnął po telefon. – Jak się nazywa ten detektyw?
    – Rick Bentz.
    – Zadzwonię do niego i powiem mu wszystko, co wiem. Zaproponuję mu moje akta, opowiem, czego się dowiedziałem i spróbuję ich

    przekonać, że wszystko zaczęło się od Annie Seger. Ten, kto zabił ją, jest tym, którego szukają.
    – Może oni wierzą w wersję o samobójstwie Annie?
    – Więc będę m usiał ich przekonać, że się my lą – powiedział. – Masz bezpośredni telefon do Bentza?
    – Jego wizytówka jest na lodówce.
    Ty poszedł do kuchni i wykręcił numer komisariatu policji w No¬wym Orleanie. Kilka minut później połączył się z Bentzem i wyjaśniał mu teorię na temat śmierci Annie.
    W tym czasie Sam zaparzyła kawę. Musiała się czymś zająć, odpędzić demony, które powtarzały, że jest odpowiedzialna za śmierć Leanne.
    Nie tylko Leanne. Innych również. Przynajmniej dwóch kobiet.
    Z twojego powodu, Sam. Kiedy nie udało ci się pomóc Annie, wy¬rządziłaś mu wielką krzywdę.
    NIE MA MOWY! Nie daj się wciągnąć w takie chore, pokręcone teorie. On jest nienormalny, Samanto. Weź się w garść. Rusz głową i wy¬korzystaj swoją wiedzę. Dojdź do tego, kim on jest.
    Wyprostowała się, opanowała i kiedy kawa parzyła się w ekspresie, słuchała, jak Ty rozmawia przez telefon. Znalazła w torebce długopis, wzięła notes, który trzymała przy telefonie.
    Kto był w Houston, kiedy umarła Annie?
    Zaczęła od siebie i jedno po drugim wypisywała imiona, które przy¬chodziły jej do głowy: Ceorge Hannah, Eleanor Cavalier, Jason Faraday, Estelle Faraday, Kent Seger, Prissy McQueen, Ryan Zimmerman, David Ross i Ty Wheeler. Jeszcze Peter Matheson. Nie zapominaj, że twój ko¬chany znikający braciszek też mógł być w mieście. Skrzywiła się. Nie Pe¬ter – tylko nie on. Postawiła znak zapytania przy jego imieniu, a potem wykreśliła wszystkie kobiety – owszem, mogły być wspólniczkami, ale nie morderczyniami. Z notatek Tya wiedziała, że Jason Faraday i Kent Seger mieli grupę krwi zero plus. Pete tak samo. Nie wiedziała, jaką miał Ty i George Hannah, albo David, ale wykreśliła tego pierwszego z listy. Nie był mordercą. Jej brat też nie. Pete nigdy nie poznał Annie Seger.
    Skąd wiesz, Sam? Nie widziałaś go od lat. Nie wiedziałaś, że był w Houston.
    Nie miała pewności, czy tak rzeczywiście było… nie, nie Peter… wspo¬mniała ciemnowłosego brata, który lubił być od niej lepszy, szybszy w jeź¬dzie na rowerze, sprawniejszy w pływaniu najeziorze Shasta, zwinniejszy na nartach, kiedy rodzice zabierali ich w góry. Pamiętała jego uśmiech, psotne zielone oczy, podobne do jej oczu, i to, jak lubił wygrywać z nią w każdej grze. Potem wpadł w świat zdominowany przez narkotyki.
    Zupełnie jak Ryan Zimrnerman. Ale Pete nigdy by nie…
    Zostawiła jego imię na liście i usłyszała, jak Ty odkłada słuchawkę•
    _ Co powiedział? – zapytała, nadal wpatrując się w notatki.
    _ Żebym się nie wtrącał. Chyba mi nie ufa.
    _ Według mnie, on nikomu nie ufa.
    _ Taki już ma zawód. – Ty popatrzył jej przez ramię i przeczytał notatki. – Zawężasz grupę podejrzanych?
    – Próbuję•
    _ To samo robią gliny. – Pochylił się nad nią, Jak że piersią dotykał jej pleców. Wskazał na swoje nazwisko. – Dlaczego wykreśliłaś mnie z listy?
    _ Bo ty nie mógłbyś… nie zrobiłbyś tego. – Rozległo się ostatnie plaśnięcie i ekspres umilkł – kawa była gotowa. Sam nie zwróciła na to uwagi.
    _ To prawda, ale kierujesz się emocjami, a nie faktami – powiedział.
    _ Chcesz, żebym cię z powrotem wpisała na listę?
    _ Chcę, żebyś myślała logicznie. – Wyprostował się• Pogrzebał w szafce i wyciągnął dwa kubki.
    _ A co powiesz o intuicji? Czy wy, gliniarze, nie tak to nazywacie? _ Odrzuciła długopis. Nie miała wystarczających informacji o tych ludziach, żeby w ciemno dokonać wyboru albo zgadywać, kto z nich jest winny.
    _ Nie jestem już gliniarzem, a instynkt wewnętrzny to tak, jak kobieca intuicja. Coś w tym jest – powiedział i nalał kawę do kubków.
    _ Dzięki. – Patrzyła na listę podejrzanych, popijała kawę, ale nadal czuła w środku zimno.
    Popatrzyła na pokreśloną katikę. Jeden z tych mężczyzn był mordercą.
    Była tego pewna. Ale który? George Hannah? Nie – morderstwo byłoby zbyt obrzydliwe;!ile chciałby upaprać swoich garniturów od Armaniego.
    Pamiętaj – morderca dzwoni na drugą linię; musi być związany z roz¬głośnią. Może nie znasz George'a tak dobrze, jak ci się zdaje.
    Przeszla do kolejnego nazwiska. Ryan Zimmerman? Co wiedziała o chłopaku Annie? Tylko tyle, że był sportowcem, który zaczął brać narkotyki, ale wygrzebał się z tego.
    Kent Seger? Kolejna zagadka. Chłopak z depresją i problemami psychicznymi po śmierci siostry. Zapisała sobie, że ma zadzwonić do szpitala Miłosierdzia.
    A co z Jasonem Faradayem – ojczymem, który zostawił rodzinę i szybko ożenił się ponownie? Jaka była jego historia? Postukała palcem w jego nazwisko.
    – Skreśl go – powiedział Ty, jakby czytał w jej myślach. – Morderca zostawił odciski palców. Jason Faraday był w wojsku, służył w Wietna¬mie. Gdyby to był on, policja i FBI już by go aresztowały.
    Wykreśliła ojczyma Annie.
    – Moje odciski palców też mają – dodał. – Dlatego możesz wyma¬zać i mnie, ale nie dlatego, że mnie…
    Szczegóły, szczegóły – przerwała mu szybko. Oboje byli zbyt zmęczeni i wyczerpani, żeby dłużej się nad tym wszystkim zastanawiać. Oparła się o fotel i zmęczonym gestem odgarnęła włosy z oczu. Poczuła krople potu na czole. Jak to możliwe – na dworze jest taki upał, a jej ciągle jest zimno?
    – Chodź, pojedziemy do mnie – zaproponował Ty. – Musisz odpo¬cząć.
    – Nie mogę. Co będzie, jak John zadzwoni? Muszę być tutaj.
    – Może pojawić się osobiście – przypomniał jej Ty. – Poczuję się lepiej, jeśli spakujesz torbę i zostaniesz u mnie. Onjuż raz włamał się do domu. Może nawet kilka razy. Leanne Jaquillard miała na sobie twoją bieliznę. On może tu wejść i wyjść kiedy zechce.
    – Zostawiliśmy otwarte drzwi – przypomniała mu. – Teraz jest bez¬piecznie. Mam alarm, policjajest w okolicy, a telefony są podłączone do systemu śledzącego połączenia. Sprawdzą każdego, kto zadzwoni. Poza tym, twój przyjaciel, prywatny detektyw, węszy dookoła.
    – Andre, tak, ale…
    – Nie kłóć się ze mną. Myślę, że John zadzwoni jeszcze raz. Mam nadzieję• Tym razem policja wyśledzi jego numer, a ja będę przygotowana.
    Ty zmarszczył brwi. Nie był wcale przekonany.
    – A co będzie, jeśl i John postanowi złożyć ci wizytę osobiście?
    – Myślałam o tym. Powiedziałam ci, że dom jest bezpieczny.
    – To żadna gwarancja, on może się prześlizgnąć. Pamiętaj, że do tej pory morderstwa uchodziły mu na sucho.
    – Wiem, ale… -powiedziała, zalotnie przechyliła głowę na bok i do¬tknęła guzików jego koszuli. – Miałam nadzieję, że ty i Sasquatch zosta¬niecie ze mną – ochroniarz i pies.
    – A teraz sięgasz po typowo kobiecą broń?
    – Po prostu staram się ciebie przekonać – powiedziała, niezadowolona, że odgadł jej podstęp. – Chcę zostać w domu. – Ty skrzywił się i miał zamiar dalej się spierać, ale ona położyła mu palce na ustach.
    – Proszę, Ty. Musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, żeby zła¬pać tego wariata, zanim skrzywdzi kogoś jeszcze.
    – Właśnie staram się temu zapobiec – powiedział. – Boję się, że jesteś kolejnym celem.
    – Więc zostań ze mną•
    – Dobrze, ale jak zaczną się jakieś kłopoty, uciekamy…
    – Umowa stoi.
    Zmarszczył czoło i jednym łykiem dokończył kawę•
    _ Skoczmy do mnie. Zabierzemy psa i ciuchy na zmianę. Skoro je¬steś taka uparta, żeby spędzić noc tutaj, to wrócimy.
    _ Dobrze – powiedziała. W sunęła stopy w klapki i zanIosła kubki do zlewu. Włączyła alarm, zamknęła drzwi i poszła za Tyem do samochodu.
    Noc była ciemna i wilgotna, a księżyc zasłaniały chmury. Owady kłę¬biły się przy lampie na ganku i pełzały po oknach. W pobliskich domach paliły się światła, a przez otwarte okna dobiegały tłumione odgłosy tele¬wizorów, zmywarek, muzyki i rozmów. Była ciekawa, czy jeszcze kie¬dyś poczuje się tu bezpiecznie, otworzy okna, wpuści do domu wiatr i będzie wsłuchiwać się w cykanie świerszczy.
    Nie pozwól, żeby John ci to zrobił. Nie daj mu wygrać. Znajdź drania. Wzdłuż ulicy stało zaparkowanych kilka samochodów. Znajomych i obcych.
    Ty zauważył, że Sam przygląda się im uważnie.
    – Drugi na lewo to policja- powiedział. – Twoja prywatna ochrona.
    – Skąd wiesz?
    – Nie zapominaj, że byłem kiedyś gliną.
    – Tak – powiedziała i wsiadła do volva, zatrzaskując drzwi. – Prawda jest taka, że niewiele o tobie wiem.
    Rzuciłjej rozbrajający uśmiech, okrążył podjazd i wyjechał na ulicę•
    – Nie mam tajemnic. Co chcesz wiedzieć?
    Jeśli się powiedziało A, trzeba powiedzieć B, pomyślała, bawiąc się pasem bezpieczeństwa.
    – Po pierwsze, zakładam, że nie istnieje pani Wheeler?
    – Tylko moja matka. Jest wdową i mieszka w San Antonio.
    W bocznym lusterku Sam dostrzegła samochód, który ruszył za nimi, włączając światła.
    – Nie są zbyt dyskretni, prawda? – Ty zerknął w lusterko. – Byłem żonaty, ale dawno temu z ukochaną ze szkoły średniej, która nie chciała być żoną policjanta. Rozwiedliśmy się, zanim pojawiły się dzieci i od tamtej pory nie miałem ochoty jeszcze raz iść do ołtarza.
    – A dziewczyny?
    – Po jednej w każdym porcie – zażartował, ale zaraz spoważniał.
    Światła z samochodu za nimi oślepiły go trochę. – Tak naprawdę, to nie miałem czasu. Chcesz wiedzieć coś jeszcze?
    – Tak, ale później.
    Skręcił przed swoim domem i wyciągnął kluczyki ze stacyjki. Silnik zgasł. Sam sięgnęła do klamki, ale Ty chwycił ją za ramię i zatrzymał.
    – Posłuchaj, Samanto. Wiem, że znamy się krótko i przyznaję, że miałem swoje powody, żeby cię poznać. Okłamałem cię, wydało się. Wiem, że popełniłem błąd, uwierz mi. Nie miałem zamiaru wiązać się z tobą, ale niczego nie ukrywam. N ie mam żadnej ciemnej, strasznej tajemnicy. Gdybym miał to wszystko robić jeszcze raz, byłbym z tobą szczery, ale wyszło inaczej. – Przyciągnął ją do siebie i pocałował. Po¬czuła na twarzy jego ciepły oddech. – Zaufąj mi, kochanie. Zrobię wszyst¬ko, żeby wyciągnąć cię z tego bałaganu. Wszystko. – Przejechał palcem po linii jej brody, a potem opuścił rękę. – Czuję, że to moja wina, że to wszystko przytrafiło się tobie i innym kobietom. – W jego oczach do¬strzegła ból. – Przysięgam ci… zrobię wszystko, co w mojej mocy, że¬byś była bezpieczna. Obiecuję. Uwierz mi.
    Kiedy spojrzała w jego pociemniałe oczy, coś ścisnęło ją w gardle.
    Wydawało jej się, że jest bardzo szczery i zdeterminowany. Dręczyło go poczucIe wmy.
    – Wierzę ci – powiedziała, ale nie chciała mówić nic więcej. Bała się przyznać, że się w nim zakochała. Takie słowa zabrzmiałyby idio¬tycznie i banalnie, a prawda była taka, że nie mogła ufać nawet własnym emocJom.
    Nieoznakowany samochód minął ich i błysnęły światła.
    – Lepiej chodźmy – powiedział Ty i rozluźnił uścisk.
    Weszli do domu i Sam miała wrażenie, że wieki upłynęły od chwili, kiedy wypadła stąd w nocy, wściekła na niego za to, że ją oszukał. O Bo¬że, tyle się wydarzyło od tamtej pory, a minęło zaledwie kilka dni.
    Kilka dni temu Leanne jeszcze żyła.
    Z ciężkim sercem poszła za nim na poddasze i usiadła na rogu łóżka, a on wrzucił ubranie i przybory o golenia do sportowej torby. Myśli o Le¬anne Jaquillard nie dawały jej spokoju. Gdyby tylko zdołałajej pomóc. Gdyby wcześniej odpowiedziała najej telefony. Gdyby tylko… O Boże, nie mogła tak myśleć. Włożyła ręce między kolana i wpatrywała się w dywań.
    – Czuję, że gdybym z nią porozmawiała, gdybyśmy się spotkały, można było temu zapobiec – powiedziała.
    Ty dostrzegł jej odbicie w lustrze.
    – John… powiedział mi, że złożył dla mnie ofiarę. Zabił ją… z mo¬jego powodu… i… ona starała się ze mną skontaktować, ale mnie nie było.
    Ty zasunął suwak w torbie i ukląkł przed nią. Palcem uniósł jej pod¬bródek i spojrzał jej w oczy. _ Nie wiesz tego. Mogłyście być martwe obie. Przestań, Samanto, nie rób sobie wyrzutów. To okropna tragedia, ale to nie twoja wina.
    _ Wspaniale się z tobą rozmawia. A kto właśnie przed chwilą mówił o poczuciu winy?
    – Wyzwoliłem się z tego. Łzy napłynęły Sam do oczu.
    – Zginęła dlatego, że mnie znała. Gdyby nie to…
    – Nie mów tak, Samanto, proszę cię – powiedział łagodnie. – Teraz ty i ja musimy dorwać tego faceta. Leanne by tego chciała.
    – Każdy by tego chciał.
    Zamrugała szybko i z całej siły starała się powstrzymać od płaczu.
    – Masz rację – powiedziała. – Dostańmy go.
    _ Dostaniemy – obiecał Ty. Sięgnął do górnej szuflady komody i wyciągnął pistolet.
    Sam zesztywniała.
    – Pistolet? Masz broń?
    _ Przecież byłem policjantem, zapomniałaś? Nie martw się, mam pozwolenie. Wszystko jest legalne. – Włożył magazynek, zabezpieczył broń i wsunął pistolet do kabury pod pachą, zapiął paski i założył mary¬narkę. – Na wszelki wypadek.
    – Nie lubię broni.
    – A ja nie lubię facetów, którzy zabijają kobiety. Jeśli ktoś spróbuje cię skrzywdzić, pożałuje. – Sam pomyślała, że Ty tylko żartuje, by ją rozbawić, ale zobaczyła jego zacięty wzrok i wiedziała, że mówi poważ¬nie. Śmiertelnie poważnie.

    Skoro to jest ts:n jedyny facet, jak mówiłaś Sam, dlaczego tak cię unika? – zastanawiała się Melanie, kiedy leżąc w wannie, wykręcała nu¬mer swojego chłopaka. Był środek nocy. Dlaczego nie odbiera? Może wyłączył komórkę, żeby nikt go nie budził o tej porze?
    Może jest z inną kobietą?
    Ta myśl była jak nóż wbity w serce. Boże, Mel, mylisz się.
    Popatrzyła na kroplę wody zwisającą z kranu. Czekała i wiedziała, że nie odbierze, więc będzie musiała zostawić mu trzecią wiadomość w poczcie głosowej. Co w nim było takiego, że nie mogła mu się oprzeć? – Zostaw wiadomość – powiedział nagrany głos.
    – Cześć, to znowu Melanie. Zastanawiałam się, co knujesz? – Starała się mówić swobodnie, ale czuła się jak idiotka. Uganiała się za nim, jak za tuzinem innych przystojnych facetów, którzy zawsze źle ją trakto¬wali. Coś było z nią nie tak – nie musiała studiować psychologii, żeby dostrzec, że zawsze wiąże się z nieodpowiednimi mężczyznami – ale mimo to nie potrafiła inaczej. To jakieś uzależnienie, pomyślała i za¬mknęła oczy. Jesteś niewolnicą miłości. Tak jak twoja matka i siostra. Wszystkie kobiety w jej rodzinie trafiały na beznadziejnych facetów. Matka miała sześciu mężów i nigdy nie była szczęśliwa, a siostra nadal była żoną dupka, który bił ją za każdym razem, kiedy się upijał, a Mela¬nie, najbardziej niezależna z nich, uganiała się za wysokimi ciemnowło¬symi i niebezpiecznymi typami.
    Niedługo będzie lepiej. Jutro znowu zadzwoni do Trish LaBelle w WNAB. Nie podda się. Nie zrezygnuje ani z chłopaka, ani z poszuki¬wania lepszej pracy – albo w WSLJ, albo w konkurencyjnej stacji.
    Trzeba pomyśleć o tym, jak zrobić karierę. Uśmiechnęła się. Wy¬obraziła sobie siebie przy mikrofonie, prowadzącą Nocne wyznania. Te dwa tygodnie, kiedy Samanta była w Meksyku, były najlepsze w życiu Melanie… wcielała się w doktor Sam i nawet spędzała wieczory w jej domu. Poznała swojego nowego chłopaka tydzień wcześniej, ale dopie¬ro wtedy między nimi zaiskrzyło… pamiętała,jak kochał się z nią w wiel¬kim łóżku Sam. Nawet teraz zadrżała na samo wspomnienie.
    Tak, pomyślała, powoli namydlając ciało, wszystko zmieni się na lepsze. Już ona się o to postara.

    Rick Bentz patrzył przez zabrudzoną mal1wymi owadami szybę, jak Montoya przekraczał dozwoloną prędkość i pędził autostradą.
    – Nie wydaje ci się dziwne, że zaginęło trzech facetów? – zapytał Bentz, stukając palcami w podłokietnik. Samochód był nagrzany i śmier¬dział papierosami. – Wszyscy trzej mają związek z Annie Seger albo z Sa¬mantą Leeds i wszyscy mieszkali w Houston, kiedy umarła Annie.
    – Wszystko w tej cholernej sprawie jest dziwne. – Montoya znowu palił. Wyrzucił niedopałek przez okno i zamknął szybę, dając klimatyza¬cji szansę na ochłodzenie rozgrzanego jak piec•wnętrza cywilnego sa¬mochodu.
    Wracali z White Castle, gdzie rozmawiali z panią Zimmerman, py_ skatąkobietą, która nie miała nic dobrego do powiedzenia na temat męża.
    – Powinnam słuchać rodziców i nigdy za niego nie wychodzić¬powiedziała ze złością. – Ten facet to nic.dobrego. Nie wiem, co ja sobie myślałam. A teraz jeszcze stracił pracę. Po prostu nie poszedł tam pew¬nego dnia, czy to odpowiedzialne?
    Siedziała w salonie otoczona pudłami. Najwidoczniej albo ona się wyprowadzała, albo wyrzucała Ryana.
    – Dlaczego o niego pytacie?
    Kiedy Montoya wyjaśnił jej, że policja się nim interesuje w związku z zabójstwem Leanne Jaquillard, kobieta natychmiast zmieniła ton.
    _ Ryan nigdy nie zrobiłby czegoś takiego. Owszem, jest duży i sil¬ny, ale nie jest mordercą – upierała się•
    Montoya wyjaśnił cierpliwie, że chcieli tylko zjej mężem porozma¬wiać. W końcu zebrała się w sobie i wyprosiła ich. Powiedziała, że jeśli jeszcze raz będą chcieli z nią porozmawiać, to w obecności adwokata.
    _ Więc Zimmerman zniknął. Nie ma adresu ani pracy – komento¬wał Montoya. Bentz sięgnął do kieszeni koszuli po nieistniejącą paczkę papierosów. Musiała mu wystarczyć resztka nikotyny w ostatnim kawałku gumy do żucia. Montoya założył okulary przeciwsłoneczne. – Kent Se¬ger też wyparował. Wyjechał i nie wiadomo z czego żyje.
    – Tak. – Bentz skrzywił się, a Montoya zaczął wyprzedzać samo¬chód z małym staruszkiem za kierownicą. Jego siwa żona była tak drob¬na, że prawie nie było jej widać. Odbite od czegoś słońce oślepiło Mon¬toyę tak, że musiał opuścić daszek.
    – Jest jeszcze brat Samanty Leeds – mówił dalej Montoya. – Znik¬nął i nie kontaktował się z rodziną, ale pracował we wszystkich mia¬stach, w których jego siostra prowadziła programy radiowe. Tylko żejak dla mnie to za łatwe wytłumaczenie. Może coś jest w tej teorii Wheele¬ra, że Annie Seger została zamordowana?
    Bentz musiał przyznać, że istotnie było w tym' coś, ale zapomniał, o czym rozmawiali, kiedy Montoya wyprzedził duże auto i Bentz rozpo¬znał to, co go oślepiało. Na lusterku w samochodzie wisiał różaniec, a błyszczące paciorki odbijały intensywne słoneczne światło.
    – Niech mnie diabli – powiedział, kiedy Montoya przejechał pas, żeby zjechać z autostrady. – Widziałeś to?
    – Co? Taurusa?
    – Nie. To, co miał w środku. Ci staruszkowie mieli różaniec zawieszony na wstecznym lusterku.
    – No i co? Pewnie mieli też plastikowego Jezusa. – Montoya zaha¬mował przed znakiem stopu. Nie zgadywał jeszcze, o co chodzi.
    – Różaniec – powtórzył Bentz. – Z paciorkami umocowanymi w charakterystyczny sposób.
    – O czym ty mówisz? Paciorki takie do modlitwy, tak wiem… ¬Zamilkł i spojrzał na Bentza z niedowierzaniem. – Chyba nie sądzisz, że nasz facet do duszenia użył różańca?
    – Myślę, że warto to sprawdzić.
    – Co to znaczy… facet jest jakimś duchownym? – Montoya przepuścił ciężarówkę.
    – Chyba nie. Różaniec można kupić wszędzie, może nawet przez Internet.
    – W organizacji Katolicy To My?
    – Może jest adres www.różaniec.com?
    Zmieniły się światła.
    – Cholera- mruknął Montoya i nacisnął pedał gazu. Samochód sko¬czył do przodu. – To jest naprawdę chore.
    Amen, pomyślał Bentz.

Rozdział 31

    – Wiesz, że nie mogę ujawniać informacji o pacjentach, Samanto _ powi~działa Dania Erickson, głosem osoby, która wie lepiej, i któ¬ry Sam pamiętałajeszcze z czasów, gdy chodziły razem na wykłady z psy¬chologii na Tulane. Sam wreszcie nawiązała kontakt ze starą rywalką. Pani doktor w końcu wróciła do pracy w Szpitalu Miłosierdzia Matki Bożej w Kalifornii, ale nie była zadowolona, że ktoś zawraca jej głowę.
    Trudno, pomyślała Sam, kiedy podniosła słuchawkę biurowego tele¬fonu, w pokoju, który dzieliła z innymi prezenterami. Przytrzymała ją przy uchu i patrzyła na pamięciowy portret mordercy, rysunek faceta, który spoglądał na nią zza ciemnych okularów. Przez głośniki sączyła się delikatna jazzowa muzyka z wcześniej nagranego programu, a przez otwarte drzwi obiegał ją szmer rozmowy.
    Dania zawsze musiała mieć ostatnie słowo i zawsze starała się być blisko profesorów, w tym Jeremy'ego Leedsa, który potem został mꬿem Sam. Sam podejrzewała, że jej małżeństwo zawsze drażniło Danię i teraz mogła się wreszcie odegrać. Sam i Da:nia od tygodnia bawiły się w telefonicznego kotka i myszkę i wreszcie udało im się porozmawiać, ale to nie była miła rozmowa.
    – Wszystko, co wiem, to poufne informacje.
    – Tak, ale w Nowym Orleanie grasuje seryjny morderca i policja wiąże go z Annie Seger, siostrą Kenta. On może być tym mordercą.
    – To niczego nie zmienia, dobrze wiesz. Leczyłam go wiele lat temu, po śmierci siostry, ale tylko tyle, więcej ci nie powiem. Mogłabym stracić pracę.
    – Mówimy ożyciu kobiet.
    – Przykro mi, Samanto. Naprawdę nie mogę ci pomóc. – Rozłączyła się•
    – Wspaniale – mruknęła. Był czwartkowy wieczór i za niecałe pół godziny miała wziąć udział w spotkaniu personelu stacji. Wszyscy w ra¬diu byli podminowani. Policja zainstalowała urządzenia do rejestracji po¬łączeń i ostrzegła, żeby nie mówili ani słowa o związku między Nocnymi wyznaniami doktor Sam a seryjnym mordercą. Jednak w jakiś sposób do¬szło do wycieku informacji. Jakby ktoś otworzył puszkę Pandory, w mieś¬cie zapanował chaos. Winiono Sam za to, że na ulicach szaleje potwór.
    Telefony w WSLJ dzwoniły bez przerwy. Prasa domagała się wy¬wiadów, a słuchacze żądali informacji.
    George Hannah był zachwycony. Ilość słuchaczy Nocnych łvyznań wzrosła niewyobrażalnie w ciągu jednej nocy. Wszyscy rozmawiali o au¬dycji w kawiarniach nad kawą z mlekiem i ciasteczkami, przy drinkach w barach na Bourbon, dyskutowali w porze wieczornych wiadomości i w czasie rozmów w dzielnicy biurowej. Kierowcy taksówek, pracow¬nicy stacji benzynowych, barmani, księgowi i studenci – wszyscy inte¬resowali się Nocnymi wyznaniami. Samanta Leeds, znana jako doktor Sam, stała się sławna, choć niekoniecznie był to ten rodzaj sławy, jakie¬go pragnęła. George Hannah wychodził z siebie a plotki o tym, że ma sprzedać stację za ogromne pieniądze krążyły po całej rozgłośni.
    Eleanor była chora ze zmartwienia i chciała odwołać program. Po¬pularność bardzo ją ucieszyła, ale to, co się działo, przekroczyło wszel¬kie granice.
    Melba nie dawała sobie rady z telefonami. Gator był ponury, za to Ramblin' Rob tryskał radością.
    – Dałaś niezły pokaz, moja mała – powiedział do Sam na początku tygodnia i poklepał ją po plecach, śmiejąc się tak, że na koniec dostał ataku kaszlu i sprawiał wrażenie, jakby miał zaraz wypluć płuca.
    Tiny był zabiegany, a Melanie, która wyglądała na zmęczoną, skar¬żyła się na przeciążenie pracą, domagała się podwyżki i większego udziału w programie – albo najlepiej własnej audycji.
    Sam zaproponowano pracę w innej stacji radiowej w Nowym Orle¬anie, a jakiś agent z Atlanty zadzwonił i powiedział, że rynek dla takich jak ona jest większy gdzie indziej i zapytał, czy nie chciałaby przenieść się do Nowego Jorku albo Los Angeles.
    To nie był naj gorszy pomysł, biorąc pod uwagę zaistniałą sytuację• Gdyby przeniosła się z powrotem na Zachodnie Wybrzeże, mogłaby być bliżej ojca. I tysiące kilometrów od Tya. Skrzywiła się na samą myśl o tym. Kochała go. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości. W ciągu ostatnich kilku tygodni stał się częścią jej życia – on i ten jego leniwy pies. Nie łudziła się, że Ty ją kocha; nie, dbał o swoje sprawy i starał się pozbyć poczucia winy, ponieważ uważał, że to przez niego zaczęły się dziać te okropne rzeczy.
    Życie Sam zostało przewrócone do góry nogami. A morderca nadal chodził po ulicach.
    Morderca, który nie odezwał się przez prawie tydzień.
    Ale nie zniknął. Sam była pewna, że czekał, obserwował, czaił się gdzieś cały czas, gotowy do kolejnego uderzenia. Czuła to za każdym razem, kiedy odbierała telefon, zawsze, gdy naciskała guzik kolejnej li¬nii telefonicznej na konsoli, co noc, kiedy zachodziło słońce.
    To była tylko kwestia czasu.
    Sam wzięła udział w pogrzebie Leanne Jaquillard, skromnej cere¬monii, na którą przyszły prawie wszystkie dziewczyny z Centrum Bou¬cher. Matka Leanne, Marletta, siedziała w małej gorącej kaplicy nad rze¬ką i kiedy Sam chciała złożyć jej kondolencje, potraktowała ją chłodno. Nie była tak wrogo nastawiona jak Estelle Faraday na pogrzebie Annie, ale jej stosunek do Sam był podobny. Marletta winiłająza śmierć córki. W tym przypadku Sam nie protestowała. Gdyby Leanne nie znała Sam, być może żyłaby do dziś.
    Policja podejrzewała, że morderca może przyjść na pogrzeb i w kościele byli tajni agenci i ukryte kamery, które robiły zdjęcia żałobnikom.
    Jednak John nie pojawił się. Przynajmniej nikt go nie widział. Sam spędzała dni, przeglądając notatki, a noce w ramionach Tya.
    Kochali się tak, jakby każda noc miała być ostatnią, i Sam nie zastana¬wiała się, dokąd zaprowadzi ją ten układ. Związek rozpoczęty od kłamstw był skazany na niepowodzenie. Opierał się tylko na wzajemnej chęci doprowadzenia mordercy przed oblicze sprawiedliwości.
    Kiedy nie spała i nie przygotowywała się do programu, myślała o tym, jak sprowokować Johna, żeby wyszedł z ukrycia. Przeczytała wszystkie informacje, które Ty zebrał o seryjnych mordercach i psychologii zabój¬stwa. Analizowała informacje na temat jego,tożsamości i motywów. Co oznaczały ciemne okulary? Czy zawsze je nosił? Czy były częścią prze¬brania? Sam miała własną teorię.
    Zadzwoniła na komisariat i zostawiła wiadomość dla Bentza, i za¬nim skończyła sprawdzać pocztę, oddzwonił.
    – Tu Rick Bentz. Dzwoniła pani do mnie? – zapytał.
    – Tak – odpowiedziała. – Chcę pąnu coś powiedzieć.
    – Proszę•
    – Od chwili, kiedy dostałam to zdjęcie w wydłubanymi oczami, mia¬łam uczucie, że ten, kto mi je przysłał, chce mi w ten sposób przekazać jakąś wiadomość.
    – Na przykład?
    – Że nie chce, żebym go zobaczyła albo rozpoznała. Te wydłubane oczy mają znaczenie symboliczne. – Podniosła portret pamięciowy.¬Świadkowie potwierdzili, że miał ciemne okulary, mimo tego że była noc, prawda?
    – Tak.
    – Na początku myślałam, że to tylko przebranie, ale może chodzi o coś innego – nie jest w stanie patrzeć na to, co zrobił. Nie chce być świadkiem własnych czynów. Nastąpiła chwila ciszy. Bentz zastanawiał się nad tym, co usłyszał. – A potem dzwoni i mówi o grzechu i odkupieniu. Na początku myślałam, że odsyła mnie do Raju utraconego Miltona. Nazywa siebie Johnem, ale to może być wszystko – od Johna Miltona poczynając, na Janie Chrzcicielu kończąc. Tego jeszcze do końca nie wiem. – Popatrzy¬ła na rysunek komputerowy. – Najpierw porzuciłam ten pomysł, ale te¬raz n ie jestem taka pewna. Myślę, że uważa się za Lucyfera, który został jakoś wyrzucony z nieba albo z raju i mimo że próbuje winić mnie, tak naprawdę wini samego siebie.
    – To pani teoria? – zapytał.
    – Częściowo tak. Mam dyplom z psychologii – powiedziała szorstko. – Doktorat. Nie jestem zwykłym radiowym doktorkiem.
    – No, nie powiedziałem, że nie ma pani racji. Zastanowię się nad tym. A tymczasem proszę na siebie uważać. Ten facet jeszcze nie skończył.

    – George mógł to odwołać. – Eleanor patrzyła na tłum zebrany w ogrodzie starego 'hotelu. Palmy obwieszone były tysiącami lampek, ogromne słupy opleciono słodko pachnącymi girlandami kwiatów, a ma¬nekiny ubrano w różne kostiumy i poustawiano w korytarzach, wogro¬dzie i w holu hotelu. Kelnerki przynosiły szampana i przekąski, a mała jazzowa orkiestra grała cicho na jednym z balkonów.
    Szampan płynął z wyrzeźbionego w lodzie logo stacji, a George Han¬nah, w eleganckim smokingu i z wystudiowanym uśmiechem, zajmował się tym, co potrafił najlepiej;, zabawianiem tłumu, ściskaniem dłoni, krót¬kimi rozmowami na błahe tematy. Jak zwykle szukał inwestorów dla WSLJ.
    – Nie mógł tego odwołać – powiedziała Sam. – Było już za późno. Planował to od miesięcy.
    – Mógł to jednak zrobić jak należy. Znaleźć przyzwoite miejsce, wy¬nająć jednąz plantacji, bo ten hotel się rozpada. – Eleanor miała w oczach iskry wściekłości, kiedy rozglądała się po stiukowych ścianach, biegną¬cych jedna za drugą salach z zielonymi okiennicami i delikatnymi balu¬stradami. W gipsie były pęknięcia, a farba gdzieniegdzie obłaziła ze ścian.
    – Został odnowiony – powiedziała Sam; szukała w tłumie Tya. ¬Widziałam, jak przez całe popołudnie kręciły się tu ekipy remontowe. – Ten hotel trzeba było zburzyć pięćdziesiąt lat temu.
    – Jest częścią historii Nowego Orleanu. – Sam znała powody, dla których wybrano właśnie ten mały hotel. Miał niepowtarzalny charakter, był w dzielnicy francuskiej i był tani. George dobił targu, co było z ko¬rzyścią dla Centrum Boucher, ponieważ dochód z balu przeznaczony został najego rozwój. Owszem, mieli kłopoty z ekipami remontowymi, ale personel dwoił się i troił, żeby pomieścić cały tłum, a robotnicy od¬dzielili części, które jeszcze remontowano.
    W ogrodzie słychać było ożywione rozmowy, grała muzyka. Samanta była opanowana, chociaż co chwila łapała rzucane jej podejrzliwe spoj¬rzenia. Rozumiała ich przyczynę. Jej nazwisko pojawiało się w gazetach i lokalnych wiadomościach w związku z serią morderstw i maniakiem, który do niej wydzwaniał. Pomyślała o Leanne i o tym, że dziewczyna nie mogła się doczekać dzisiejszego dnia. Teraz była martwa, a Sąm prześla¬dowało poczucie winy. Gdyby tylko zadzwoniła do Leanne wcześniej, gdyby przejrzała pocztę, gdyby… John o niej nie wiedział. Zacisnęła zęby.
    Skąd John wiedział, jak była blisko związana z Leanne? Kim, do diabła, był? Kimś z jej otoczenia? Kimś, kogo uważała za przyjaciela? Zza drzewa zobaczyła, jak Gator czai się koło baru i pochłania jednego drinka za drugim. Tiny wyglądał niezdarnie w zbyt małym smokingu. Stał z boku i nerwowo palił papierosa. Ramblin' Rob flirtował z hostes¬sąz lokalnej telewizji, a Melanie w sukni przetykanej złotem i na wyso¬kich obcasach obserwowała bacznie każdy ruch George'a Hannaha.
    Renee i Anisha, ubrane w buty na obcasach i długie sukienki, pro¬mieniały, kiedy wraz z dyrektorem Centrum udzielały wyjaśnień gościom, którzy pytali, jakie realizuje się tu programy. Leanne powinna tu być.
    Sam próbowała ignorować poczucie winy, które towarzyszyło jej od dnia śmierci dziewczyny.
    Leanne nie żyje, bo znała Sam.
    – Nie myśl o tym – powiedziała EJeanor, jakby czytała w jej my¬ślach. Ona też obserwowała tłum kręcący &ię wok6fstołu. – Wiem, o czym myślisz, ale nie mogłaś nic na to poradzić.
    – Nie wiem. Myślę, że gdybym wcześniej postarała się jej pomóc, nie zostałaby zamordowana.
    – Nie obwiniaj się – poradziła Eleanor. Mimo błyszczącej czarnej sukni, makijażu i biżuterii robiła wrażenie zdenerwowanej i spiętej. Uparła się, żeby na przyjęciu byli obecni policjanci w cywilu i Bentz zgodził się. Ochrona hotelu miała zmieszać się z gośćmi, ale Sam odno¬siła niemiłe wrażenie, że gdyby John chciał tu być, to nic by go nie po¬wstrzymało. Portret p~mięciowy w gazetach nie odstraszył go. Według teorii Sam, to że policja wiedz,iała, jak wygląda, było dla niego nowym wyzwaniem. Zauważyła Bentza, który skubał kołnierzyk białej koszuli. Chyba nie było mu wygodnie w tym stroju. Po drugiej stronie ogrodu, oparty o kolumnę, sterczał Montoya i obserwował okolicę.
    – Spróbuj się bawić – poradziła Eleanor.
    – Ty też.
    – Uśmiechnę się, jak zobaczę twój uśmiech – powiedziała i zrobiła grymas właśnie wtedy, gdy zbliżył się do niej George Hannah, żeby przed¬stawić jej kogoś ważnego.
    Sam zmusiła się do uśmiechu, mimo że zauważyła dwie osoby, któ¬rych wolałaby unikać. Przez tłum przepychał się do niej były mąż, a przy barze królowała Trish LaBelle.
    – Samanto! – zawołał Jeremy, a ona zagryzła zęby, kiedy pochylił się i cmoknął ją w policzek.
    – Przestań – ostrzegła go.
    – Dlaczego?
    – Bo nie. – Zobaczyła iskierkę gniewu w jego oczach i coś jeszcze, coś nieprzyjemnego. – Nie czuję się z tym dobrze. – Gdzie podziewał się Ty?
    – Pocałunek w policzek? Po tym co przeszłaś? Na litość boską, Sam. Myślałem, że potrzebni ci są wszyscy przyjaciele, jakich masz.
    – Gdzieś muszę postawić granicę.
    – Zaczniesz od byłych mężów?
    – Mam tylko jednego – przypomniała mu ostro, a on chwycił z tacy kieliszek szampana. – Jak dotąd.
    – Nie będzie więcej.
    – Wiesz, Sam, moim profesjonalnym zdaniem, ta cała sprawa dowodzi, że to, co do mnie czujesz, jeszcze ci nie przeszło.
    – Daruj sobie, Jeremy. To bzdury. Oboje dobrze o tym wiemy. No, a teraz gadaj, czego chcesz? Mówiłeś coś o moich przejściach? O ja¬kich? – Orkiestra, do której dołączył teraz solista o słodkim głosie, za¬częła grać wolną wersję Fever.
    – Przyczepił się do ciebie wariat. Może to jest ten seryjny morderca, o którym mówią w wiadomościach i piszą w gazetach. A jak myślisz, dlaczego przyszło tu dzisiaj tyle ludzi?
    Nagle zrobiło jej się niedobrze. Być może dlatego, że znalazła się tak blisko byłego męża, a może pomyślała o tym samym. Ci ludzie Nie przy¬szli tu po to, żeby wesprzeć bal charytatywny, tylko żeby gapić się na nią.
    Jeremy popijał szampana. Zamachał do kogoś z gości.
    – Przynajmniej m~sz to, o czym zawsze marzyłaś – -powiedział. ¬Sławę, albo raczej niesławę, a to dobra wiadomość nie tylko dla ciebie, ale i dla rozgłośni.
    – Dobra wiadomość? Kilka kobiet nie żyje, Jeremy. Są martwe. Nie wiem, co w tym dobrego. – Mówiąc to, odwróciła się i podeszła do gru¬py kobiet, które rozmawiały o polityce. Chciała uciec przed Jeremym. – Dobrze się czujesz? – dobiegł ją głos Melanie. – Wyglądasz, jak¬byś zobaczyła ducha.
    – Ducha dawnego małżeństwa i uwierz mi, był wstrętny -odpowie¬działa.
    – Gdzie jest twój nowy mężczyzna? – zapytała Melanie.
    – Mam nadzieję, że w drodze. – Kątem oka Sam zauważyła George'a Hannaha, prowadzącego ożywioną rozmowę z Trish LaBelle. Me¬lanie też obserwowała tę scenę i mina trochę jej irzedła. – A ty co? Gdzie twój nowy chłopak?
    – Zajęty. – Melanie westchnęła. – Jak zwykle.
    – Chciałabym go poznać.
    – Poznasz… kiedyś – powiedziała wymijająco i wtedy w drzwiach wejściowych, pod łukiem, pojawił się Ty. Serce Sam zabiło mocniej. Zauważył ją i pomachał w jej kierunku. Zniknęły gdzieś okropne dżinsy i koszulka. Miał na sobie czarny smoking.
    – Pora spadać. Idzie twój facet – powiedziała Melanie z nutką za¬zdroSci w głosie i zniknęła za manekinem ubranym w przedwojenną suknię, kiedy Ty podszedł do Samanty.
    – Przepraszam za spóźnienie. Coś mnie zatrzymało. Navarrone. Fa¬cet nie ma wyczucia czasu, a potem był duży ruch. – Złapał kieliszek wina z tacy, którą'nosił chudy, znudzony keltler.
    – Udało mi się przetrwać bez ciebie – powiedziała zaczepnie.
    – Naprawdę? Mmm? – Popatrzył na nią uważnie. – A ja myślałem, że będziesz za mną tęsknić. – Uśmiechnął się uwodzicielsko.
    – Marzyciel.
    Orkiestra zagrała kolejną piosenkę, ale szybko umilkła, jakby zepsu¬ły się głośniki. Niewiele osób zwrót~o na to uwagę, ale Ty podniósł głowę i spojrzał w stronę balkonu.
    – Problemy techniczne – powiedział, kiedy zobaczył, że basista po¬prawia coś we wzmacniaczu.
    – Nie powinno ich być. Połowa ludzi w stacji umie się posługiwać tym sprzętem. Rob, George, Melanie, Tiny, nawet ja znam podstawy.
    Coraz więcej osób zaczęło zwracać uwagę na to, że orkiestra prze¬stała grać. Eleanor ruszyła do Tiny'ego i pokazywała na drugie piętro. Tiny wbiegł na schody, ale wtedy rozległo się skrzypienie mikrofonu, nastąpiło sprzężenie, i wszyscy umilkli, wpatrując się w orkiestrę.
    – Co za diabeł?
    Rozległa się muzyka, ale to nie była orkiestra, tylko pierwsze takty
    Nocy po ciężkim dniu.
    – O, nie – powiedziała Sam z bijącym sercem.
    Muzyka ucichła i zatłoczone pomieszczenie wypełnił głos Sam:
    – Dobry wieczór, Nowy Orleanie. Witam w Nocnych wyznaniach…
    – Nagrałaś to? – spytał Ty.
    – Nie. – Zobaczyła jak Georege Hannah przerywa rozmowę, a Eleanor pędzi za Tinym.
    – … dziś w nocy porozmawiamy o – Głos Sam umilkł. Poczuła, że patrzy na nią dwieście par oczu. – ofiarach i odkupieniu…
    grał razem kilka moich audycji, pomyślała. Serce biło jej szybko.
    Popatrzyła uważnie na zgromadzony tłum. Był tutaj. Ale gdzie? Omio¬tła wzrokiem wejścia i balkony… gdzie, do diabła, się schował?
    Tiny był już na balkonie, a Eleanor zawróciła i ruszyła przez tłum w stronę Sam.
    – Wiedziałaś coś o tym? – spytała zdyszana.
    – Oczywiście, że nie.
    – Zabierz ją stąd – rozkazała Tyowi.
    – Tu Nocne wyznania. Dzwońcie do mnie… z waszymi problemami. Opowiedzcie mi…
    – Co się tu, do cholery, dzieje? – George patrzył wprost na Eleanor.
    – Co to za kawały?
    – Sam mi powiedz – warknęła Eleanor w odpowiedzi. Podszedł do nich Bentz z radiotelefonem w ręku.
    – Dowiedzcie się, skąd nadaje – powiedział do słuchawki. Zerknął na Eleanor. – Musimy wyprowadzić stąd ludzi. Już wezwałem posiłki. Niech wszyscy zbiorą się na parkingu po drugiej stronie ulicy.
    George zrobił krok do przodu i spojrzał mu w twarz.
    – Nie może pan traktować naszych gości jak stada bydła!
    – A właśnie, że mogę. – Bentz pstryknął palcami na umundurowanego policjanta. – Spisać nazwiska i adresy wszystkich, którzy w ciągu ostatniego tygodnia wchodzili do budynku. Robotnicy, personel hotelu, goście, doręczyciele czegokolwiek, wszyscy. Do roboty. – Ludzie już ruszyli w stronę drzwi.
    Radio Bentza zatrzeszczało.
    – Dobra, zaraz tam będę. – Wyłączył je i wyjaśnił: – Wygląda na to, że znaleźliśmy źródło. – Ruszył ku schodom, a Sam tuż za nim. Zerknął przez ramię. – To sprawa policji. Pani niech tu zostanie.
    – Nie ma mowy, to mnie dotyczy.
    Bentz machnął nerwowo. Pot skroplił mu się nad brwiami, a twarz poczerwieniała z gorąca.
    – Do diabła, zrobi pani, co mówię. Dopóki nie sprawdzę, czy jest tam bezpiecznie i ekipa śledcza wszystkiego nie obejrzy, nigdzie pani nie pójdzie. – Popatrzył na Tya. – Pilnuj jej.
    Co za głupia kobieta. Nie zdaje sobie sprawy, jakie to niebezpieczne?
    Pobiegł po schodach do piwnicy, gdzie było już kilku funkcjonariuszy.
    – To jest to?
    – Na to wygląda – powiedział jeden z nich. – Stary składzik posprzątany przy remoncie.,
    Pomieszczenie nie było puste. Na podłodze stał magnetofon podłą¬czony do kabli w ścianach. Na środku, na składanym krześle, siedział manekin – nagi, ubrany tylko w maskę i czerwoną perukę. Na szyi miał zaciśnięty różaniec. – Jezu – wyszeptał Bentz i wszedł do ciemnego pomieszczenia.
    W rękawiczkach zdjął perukę i maskę.
    – Cholera. – Oczy manekina zostały zamazane na czarno.
    Bentz był już teraz pewny, że Samanta Leeds będzie następna.

Rozdział 32

    Prawie tydzień później Sam siedziała przy piurku w rozgłośni i czyta¬ła pocztę, starając się zapomnieć o balu. Policja nie miała podejrza¬nych, chociaż wiele osób twierdziło, że ktoś przebrany za robotnika mógł wejść do budynku. Jeden z manekinów został zabrany z parteru i umiesz¬czony w piwnicy, a ktoś z podstawową wiedzą o systemie nagłaśniają¬cym, podłączył magnetofon do wzmacniaczy. Policja przesłuchała wszyst¬kich obecnych, oraz pracowników ijt?1elu i robotników budowlanych. Ty pomagał policji i dzwonił do Navarrone'a, a Sam czytała o seryjnych mordercach, psychopatach i wszystkim, co mogło odnosić się do Johna. Rick Bentz zwiększył jej ochronę, zarówno w mieście, jak i w domu.
    John milczał. Nie zadzwonił ani razu i nie domagał się pochwały za swój czyn.
    Sam dostawała dreszczy, na wspomnienie nagiego manekina z zamalowanymi ślepymi oczami. To była wiadomość dla niej.
    Groził jej albo coś obiecywał.
    Notowania Nocnych wyznań rosły jak szalone. George Hannah wychodził z siebie, a policja sugerowała, że wszystko zostało ukartowane przez właściciela WSLJ po to, by zwiększyć liczbę słuchaczy.
    Sam tak nie uważała, chociaż była pewna, że działały dwie siły. Po¬twór, którego celem było zabijanie, i ktoś drugi, kto lubił się bawić ¬a może to był jeden człowiek z rozdwojeniem jaźni? Ktoś z rozgłośni związany z Annie? Na litość Boską, kto?
    Usłyszała kroki W korytarzu. W drzwiach pojawiła się Melanie.
    _ Pora zaczynać – oznajmiła, a włosy błyszczały jej w świetle lamp. – Pora na zebranie.
    _ Co ty tu robisz o tej porze? – zapytała Sam. – Mnie wezwali, ale ty nie masz dzisiaj randki?
    Melanie uśmiechnęła się szeroko, a w jej oczach pojawił się błysk.
    – Mam wspaniałą randkę•
    – Nowy tajemniczy mężczyzna?
    _ Mmm – skinęła głową z kocim uśmiechem. – Myślę, że to może być ten właściwy.
    _ Brzmi poważnie – stwierdziła Sam. – Trzymam kciuki! – Melanie promieniała i Sam przypomniała sobie, że dzi.ewczyna ma dopiero dwa¬dzieścia pięć lat. – Kto to jest? Znam go? – zapytała.
    Melanie pokręciła głową, ale w oczach miała psotne iskierki.
    – Nie.
    – Więc kiedy go poznam?
    _ Niedługo _ powiedziała Melanie szybko. – Przyprowadzę go. A teraz idź na spotkanie. Mały George nie lubi, kiedy każe mu się czekać.
    _ Niech no tylko usłyszy, jak o nim mówisz.
    _ Nigdy ~ przyrzekła Melanie.
    Sam nie miała ochoty iść na to spotkanie, bo coś wisiało w powie¬trzu. Miała wrażenie, że coś się wydarzy. Spodziewała się, że tematem rozmowy będą szalone notowania programu.
    Od czasu imprezy charytatywnej WSLJ było bombardowane telefonami od dziennikarzy, którzy choieli przeprowadzać wywiady, a liczba telefonów do programu Sam rosła z dnia na dzień. Nowy Orlean oszalał na punkcie audycji i setki do tej pory obojętnych słuchaczy, domagało się rady Sam. Ludzie chcieli też usłyszeć własny głos na falach radia. Inni szukali sławy; dzwonili i podawali się za Johna albo innego waria¬ta. Naśladowcy wypełzli z ciemnych zakamarków miasta.
    Melanie dostawała szału, sprawdzając rozmowy, a detektyw Bentz nakazał podwójną kontrolę. Wszystkie telefony od dziewiątej wieczorem do drugiej w nocy przechodziły przez drugie sito. Melanie odbierała tele¬fony, a potem policjantka wyznaczona przez Bentza udawała, że jest dok¬tor Sam. Każda roZl)1owa była nagrywana i można było ją wyśledzić.
    Jak na razie John milczał.
    Policja była pewna, że go złapie, ale nawet artykuły w prasie i por¬tret pamięciowy nic nie dały. John zapadł się pod ziemię. Musieli przy¬znać, że rysunek był zbyt ogólny. Każdy wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna z ciemnymi włosami był potencjalnym podejrzanym.
    – Rzuć dobre słowo mojej sprawie – powiedziała Melanie z'uśmie¬chem. – Powiedz George' owi, że jestem twoją lojalną, ale przepracowaną, za nisko opłacaną i wykształconą asystentką, która jest gotowa od¬dać duszę za szansę poprowadzenia własnego programu.
    – Przypomnę mu – powiedziała sucho Sam. Weszła do jednego z większych pokoi w rozgłośni, który służył za bibliotekę. Ramblin' Rob nazywał go "pokojem nudy", za każdym razem, kiedy George, ludzie od sprzedaży i inne grube ryby miały w nim spotkanie.
    – Samanto, wejdź proszę – powiedział George, kiedy Melanie za¬mknęła za nią drzwi.
    Ubrany w szary, elegancki garnitur i krzykliwy krawat od Jerry'ego Garcii, George zasiadał na jednym kOł1cU stołu. Po prawej stronie sie¬działa Eleanor z surowym wyrazem twarzy. Na stole leżały rozrzucone foldery i notatniki.
    – Nie ma co owijać w bawełnę – powiedział George, kiedy Sam usia¬dła na krześle naprzeciwko niego. – Chcę rozszerzyć twój program.
    – Dla twojej informacj i,ja się nie zgadzam – sprzeciwiła się Eleanor. ¬Uważam, że to byłby błąd. George, patrzysz na notowania, pieniądze z re¬klam i wyniki finansowe, ale ja uważam, że nie tylko o to chodzi.
    – Oczywiście. – George rzucił Sam najbardziej rozbrajające spoj¬rzenie. – Nie jestem nieświadomy tego, co się przy okazji dzieje, ale uważam, że powinniśmy wykorzystać sytuację.
    – Chcesz powiedzieć, żebyśmy na tym żerowali -'stwierdziła sta¬nowczo Eleanor. – To nie jest zwykła sprawa, to koszmar. Ktoś włamał się do domu Sam, wysyłał jej listy z pogróżkami i dzwonił. Nie wspo¬mnę już o tym cholernym torcie i manekinie na balu. A teraz wiemy, że ten facet to rzeźnik i seryjny mordercą! Tu nie chodzi o notowania, tylko o straszenie. Gdybym była na twoim miejscu, zastanowiłabym się, czy nie zawiesić programu na jakiś czas, aż to się uspokoi. Nie brałabym pod uwagę jego rozszerzenia. Ten facet czegoś chce. Dzwoni na drugą linię – ma skądś listę naszych zastrzeżonych numerów. Dzwoni po pro¬gramie, i do cholery jasnej, morduje kobiety.
    _ Prostytutki – poprawił George.
    _ Kobiety _ odwarknęła. – Może zauważyłeś, że chodzi o seryjnego mordercę. A ty chcesz z tego czerpać korzyści? Rozszerzać program? ¬Obrzuciła go jednym ze swoich spojrzeń oznaczających: nie ma mowy. ¬Musimy zwiększyć ochronę. Na razie jest policja i sprawdzają telefony, ale musimy się upewnić, że inne środki bezpieczeństwa, które zastoso¬waliśmy, nie są tymczasowe. Chcę mieć na stałe system monitorowania rozmów i nowe zamki w całym budynku. Kilka tygodni temu ktoś do¬stał się przez balkon do kuchni. Załóżcie nowy zamek na tych drzwiach, ale to i tak nie zagwarantuje, że on nie wróci. Na litość boską, mówimy o mordercy!
    Wciągnęła powietrze.
    George pochylił się w fotelu i odłożył długopis.
    _ To właśnie w tobie kocham, Eleanor – zawsze podkreślasz pozytywne strony.
    – W tym nie ma nic pozytywnego.
    – Ale tego chcą słuchacze.
    _ Do diabła ze słuchaczami. Mówimy o bezpieczeństwie moich pracowników.
    George zacisnął wargi i wciągnął powietrze.
    _ Samanto, może ty mi pomożesz. Chcę zwiększyć ilość słuchaczy, rozszerzyć program na cały tydzień i podwyższyć ci wynagrodzenie. Będziemy nadawać od Nowego Orleanu do każdego miasta na wschód od gór.
    Sam uniosła brwi..
    _ Dobra, trochę przesadziłem, ale możemy mieć taki cel.
    _ Jezu Chryste, czy ty wiesz, o czym mówisz? – zapytała Eleanor. _ Wiesz, Eleanor, nie płacę ci za to, żebyś się ze mną kłóciła.
    _ Jak to nie? Dokładnie za to mi płacisz. Za to, że dzięki mnie cho¬dzisz po ziemi, aja utrzymuję twój kontakt z rzeczywistością.
    _ Dobrze, więc wszystko jasne. Przyjąłem twoje zdanie do wiadomo¬ści, ale nadal uważam, że powinniśmy skorzystać z okazji. Podwoimy ochronę, zmienimy zamki, damy Samancie eskortę do domu. Wszystko co trzeba. Oczywiście bezpieczeństwo personelu na pierwszym miejscu.
    Eleanor oparła się na krześle i skrzyżowała ramiona na bujnej piersi.
    Nie spierała się, ale powiedziała:
    _ Chcę być pewna, że tak myślisz, George, że to coś więcej niż czcze słowa.
    – Przysięgam.
    Nic nie odpowiedziała.
    – Posłuchaj – powiedziała Sam, która postanowiła zdusić pomysł w zalążku. – Osobiście nie jestem przygotowana na rozszerzanie pro¬gramu do siedmiu dni w tygodniu, jeśli o tym myślisz. – Już teraz była zmęczona, a myśl o siedmiu nocach spędzonych przy mikrofonie wyda¬ła jej się przerażająca – nawet na krótką metę. – N ie zgadzam się, chyba że zatrudnisz kogoś• do pomocy..
    – Melanie mogłaby to robić. Trzeba by ją trochę poduczyć – zapro¬ponowała Eleanor, chociaż nie była entuzjastką tego pomysłu.
    – Tylko nie Melanie. – George pokręcił głową. – Straciliśmy słu¬chaczy, kiedy cię zastępowała.
    – No to ktoś inny.
    – Nikt nie może cię zastąpić. Słuchacze identyfikują się z tobą, Sam. Wiem, że to będzie więcej godzin pracy i wielkie poświęcenie z twojej strony, ale wynagrodzę ci to – duża podwyżka i premia, jeśli to wypali. A potem możesz zaprosić kogoś do pomocy… może nawet Melanie, Ramblin' Roba albo Gatora. Jeśli słuchacze im zaufają, to mogliby cię zastępować przez kilka nocy w tygodniu.
    – Rob i Gator nie są psychologami – oburzyła się Sam. – To osobo¬wości radiowe. Program straci wiarygodność.
    – Dobrze, a co powiesz na Trish LaBelle z WNAB? Słyszałem, że nie jest zadowolona ze swojej pracy. Może byłaby zainteresowana.
    – Trish LaBelle – powtórzyła zaskoczona Sam. Trish miała ostry styl.
    Oceniała ludzi i nazywała to strzelaniem z biodra albo waleniem prosto z mostu. Według Sam posuwała się za daleko, poniżała słuchaczy, wy¬śmiewała ich problemy.
    Eleanor mlasnęła językiem
    – Trish LaBelle nie będzie nigdy grała drugich skrzypiec. Za żadne skarby. Poza tym ta kobieta to żmija. Nie lubię jej stylu. O nie, tej puszki z robakami nie chcę otwierać. – Rzuciła George'owi gniewne spojrze¬nie. – Nie wciskaj mi tu, że doszły cię jakieś plotki. Wiem, że z nią roz¬mawiałeś i podjąłeś pewne działania.
    George zacisnął kąciki ust.
    – Muszę robić to, co najlepsze dla stacji.
    – Więc zacznij od upewnienia się, czy twoi pracownicy są bezpieczni.
    – Już mówiłem, że t załatwię. Proponuję tę pracę Sam, ale ona nie chce pracować siedem dni w tygodniu. Rozważałem już kandydatury naszych ludzi, ale – uniósł dłonie i wzłożył palce – Samanta uważa, że nie mają profesjonalnego przygotowania albo odpowiednich dyplomów.
    – Bo nie mają – potwierdziła Sam.
    _ Więc proponuję Trish.
    _ Ona też nie ma – powiedziała Sam szybko. – Ma dyplom z socjologii, a tylko licencjat z psychologii.
    Resztki uśmiechu zniknęły z twarzy George'a.
    _ Dobrze, ale WNAB to wystarcza i myślę, że nam też. Trish LaBelle ma słuchaczy pasma AM, a jak się przeniesie na FM na Nocne wyzna¬nia, obie stworzycie silny zespół. Więc możesz to robić sama albo z Trish jako partnerką.
    _ Chwileczkę, momencik – wtrąciła się Eleanor. – Mówisz o tym, jakby to już było postanowione i Trish była w zespole.
    _ Jeszcze nie, ale negocjuję z nią. Wszystko zależy od Sam, ale tak czy inaczej, skorzystamy z sukcesu Nocnych wyznań. Ty, Samanto mu¬sisz zdecydować, czy chcesz się poświęcić i sama prowadzić program, czy podzielisz się sławą z Trish. – Pochylił się i oparł łokcie o stół. ¬Tak czy inaczej, rozszerzamy program na weekend.
    _ Więc na tym spotkaniu nie chodziło o nasze zdanie – powiedziała wzburzona Eleanor. – To była tylko formalność.
    _ Skończyliśmy. – Potarł palcami po stole, jakby chciał podkreślić swoje słowa. – Powiesz mi, co zdecydujesz. – Wstał, poprawił krawat i wyszedł z pokoju.
    Eleanor westchnęła i uniosła ręce.
    _ Czasami zastanawiam się, dlaczego jeszcze tu jestem.
    – Bo to uwielbiasz.
    _ Więc może powinnam zatrudnić ciebie, bo potrzebuję poważnej pomocy psychologa.
    _ Nie wierzę – powiedziała Sam, kiedy wyszły do dużego przedsionka, gdzie Melba odbierała telefony. – Jesteś najzdrowszą osobą, jaką znam.
    _ Boże, więc wszyscy jesteśmy w tarapatach.
    _ Wrócę wieczorem – powiedziała Sam i spojrzała na zegarek. Miła dużo czasu do programu i mnóstwo spraw do załatwienia. Nie spo¬dziewała się, że wpadnie na Melanie już na korytarzu.
    _ I co? _ zapytała dziewczyna, kiedy minęły strażnika i wyszły na słoneczną ulicę. – Co się szykuje?
    _ Chcą wydłużyć program.
    Melanie nagle uśmiechnęła się szeroko i rozpromieniła.
    _ Wiedziałam! To wspaniała wiadomość! Więc jak to będzie? Dłuższe godziny, więcej dni w tygodniu?
    _ Więcej dni, ale to jeszcze nic pewnego.
    _ Ale nie dasz sobie rady sama.
    _ Powiedziałam im to. – Sam pogrzebała w torebce, znalazła okulary przeciwsłoneczne i założyła je.
    – A ja? Powiedziałaś coś o mnie?
    – Tak, ale… George ma własne pomysły.
    – Pomysły? – Melanie zatrzymała się, zaskoczona. – Cholera, wiedziałam. Da program komuś innemu? – Kopnęła kamyk leżący na ulicy. Potoczył się i uderzył w kosz na śmieci. – Sukinsyn. Pieprzony sukinsyn! – Może powinnaś porozmawiać z Eleanor – powiedziała Sam, za¬skoczona reakcją Melanie. Rozumiała jej rozczarowanie, ale Melanie była po prostu wściekła.
    – Po tym wszystkim, co zrobiłam. Po godzinach jakie przepracowa¬łam, po moim poświęceniu!
    Sam zamarło serce.
    – Poświęceniu? – powtórzyła i pomyślała, że jest przewrażliwiona. _ Ale to twoja praca.
    Melanie nie słuchała jej. Mrucząc coś pod nosem, ruszyła z powro¬tem do budynku.
    – Mam dość. To ostatnia kropla.

    Bentz rozparł się na fotelu i spojrzał na żałosną postać, która sie¬działa po drugiej stronie biurka.
    David Ross był przerażony i drżał.
    – Myślę, że potrzebuję adwokata – powiedział, a potpokrył mu czoło.
    Ręce zaciskał tak mocno, że pobielały mu palce. Włosy miał potargane, a koszulę pogniecioną. Wyglądał, jakby nie spał od dwóch tygodni.
    – Przyszedł pan tu z własnej woli.
    – Wiem, wiem. – David głośno przełknął ślinę. – Nie miałem pojęcia, że to zajdzie tak daleko. To znaczy… – Zamknął oczy i opanował się. – Martwię się oSamantę Leeds. Jestem, to znaczy byłem jej narze¬czonym. I… pokłóciliśmy się, i próbowałem załagodzić wszystko w Mek¬syku, ale nie wyszło. Byłem zdesperowany i zrobiłem coś, czego nie powinienem. – Sięgnął do kieszeni i wyciągnął klucze i portfel. – Zwró¬cili mi to w Meksyku – nawet nie wiem, czy wszystko jest w,środku, ale nie oddałem tego Sam, a jak zaczęły się kłopoty, to zatrzymałem to, bo miałem nadzieję, że przestraszona wróci do mnie i… ale tak się nie sta¬ło. Chyba nie znałem Samanty tak dobrze, jak mi się wydawało. ¬Uśmiechnął się blado. – Jednak jest twarda. – Odchrząknął. – Wiedzia¬łem, że ktoś ją prześladuje. Słyszałem o telefonach i przyznaję, że zasta¬nawiałem się nad tym. Sam dzwoniłem kilka razy do programu, ale nie doczekałem się na połączenie. Bałem się, że pozna mój głos.
    – Jasne – powiedział Bentz. Był ciekaw do czego zmierza David Ross. Żuł powoli gumę i czekał. Wiedział, że mężczyzna nie jest mordercą – miał inną grupę krwi. Poza tym Ross nie był ani trochę podobny do faceta z portretu. Jednak miał poczucie winy i chciał się do czegoś przyznać, a Bentz był gotów go wysłuchać.
    – Miałem nadzieję, że do mnie wróci i wszystko obróciło się prze¬ciwko mnie… a teraz jeszcze ten morderca… Słyszałem, że to może być ten sam facet, który dzwoni do radia… ktoś, kogo Samanta znała, został zabity. Boję się.
    – I przyszedł pan dlatego, że zapomniał oddać klucze byłej dziew¬czynie? – Bentz pochylił się do przodu i oparł łokcie na stole, na rapor¬tach, które ludzi pokroju Davida Rossa śmiertelnie by przeraziły.
    – Chcę tylko oczyścić moje nazwisko.
    – A jest z czego?.
    Ross zaczerwienił się.
    – Niepotrzebnie tu przyjechałem. Właściwie to chyba błąd – powiedział i zebrał się na odwagę. – Chciałem wszystko wyjaśnić.
    Bentz wierzył mu. David Rosś mógł teoretycznie mieć coś wspólne¬go z zabójstwami, gdyby pociągał za sznurki, kierował mordercą jak kukiełką lub go wynajął, ale seryjni mordercy nie działali w ten sposób. Podniecało ich samo zabijanie, a gdyby to było morderstwo na zlecenie, nie zginęłyby inne kobiety, a Ross nie przyszedłby tutaj. Nie, on nie był Johnem, mordercą z różańcem, jak nazwał go Bentz. Manekin w Cen¬trum Boucher miał różaniec na szyi, a ślady na szyjach ofiar miały taki sam wzór jak modlitewne paciorki. Dziwny znak na szyi Leanne Jaquil¬lard pochodził naj prawdopodobniej od krzyżyka.
    – Ma pan nam jeszcze coś do powiedzenia? – spytał Bentz.
    – Tak. Złapcie go. – Nozdrza Davida rozszerzyły się, jakby poczuł nieprzyjemny zapach. – Aresztujcie albo zabijcie drania, ale zabierzcie go z ulicy, zanim dopadnie Samantę•

    – Dość tego. Odchodzę – oznajmiła Melanie, nie mogąc opanować drżenia w głosie. Była tak wściekła, tak wkurzona, że kiedy stała przed biurkiem Eleanor Cavalier, cała dygotała.
    – Zadzwonię do ciebie – powiedziała Eleańor i odłożyła słuchaw¬kę, a potem spojrzała na Melanie.
    – Siadaj i porozmawiajmy. Nie możesz tak po prostu odejść. Mu¬sisz dać dwutygodniowe wypowiedzenie i…
    – Nic z tego. Nie po tym, jak mnie potraktowano. Kiedy brałam tę pracę powiedziano mi, że awansuję, że z moim dyplomem i doświad¬czeniem z psychologii, będę w kolejce do własnego programu.
    – Kiedyś tak – powiedziała Eleanor i jeszcze raz wskazała jej krze¬sło. – Może się tak zdarzyć.
    – Może. – Melanie parsknęła ironicznie. – Może! Jezu, Eleanor. Mam dyplom licencjata i znam się na technicznych sprawach tak dobrze jak Tiny, na litość boską! Zastępowałam Samantę, kiedy wyjechała. Byłam taka zła? – Nie, oczywiście, że nie.
    – Do kogo dzwonisz, gdy jesteś chora? Co? Do mnie. – Pokazała na siebie kciukiem. – To nie ma sensu, Odchodzę stąd! – powiedziała i ob¬róciła się na wysokich obcasach, o mało nie wpadając na Ramblin' Roba, który stał na środku korytarza. Stary cwaniak podsłuchiwał. Najego widok dostała gęsiej skórki. Zresztą reagowała tak na wszystkich,. George Han¬nah był starym zboczeńcem, a Gator też miał jakieś ciemne sprawki na sumieniu. Melanie nawet nie chciała zastanawiać się, jakim był popa¬prańcem i co robił za zamkniętymi drzwiami. Mogła się tylko domyślać. Jego oczy… przyprawiały ją o dreszcze. Właściwie nie wiedziała, dla¬czego siedziała tu tak długo. Rozmawiała z Trish LaBelle i miała na¬dzieję na pracę w WNAB. Tak'powinna zrobić. Nie będzie musiała mieć więcej do czynienia z Tinym. Boże,jaki on był beznadziejny, o mało nie umierał, gdy zbliżała się Samanta.
    Podeszła do schodów i popędziła na dół. Tyle poświęciła tej choler¬nej stacji, kawał życia oddała Nocnym wyznaniom. Oczywiście nikt nie wiedział, jaka była kreatywna. Była nie tylko posłusznym pracownikiem, z wiecznym uśmiechem na twarzy, gotowa nadstawiać karku za wszyst¬kich, ale zrobiła coś ponad plan, uczyniła krok w kierunku odebrania stanowiska Sam, a przynajmniej takjej się wydawało.
    Otworzyła ramieniem drzwi, minęła ociężałego ochroniarza i tym razem mu nie pomachała. Knuła i spiskowała za plecami Sam, a teraz wszystko na nic.
    Wyszła na ulicę i uderzyła ją fala gorącego powietrza. Sięgnęła do torebki po okulary. Było potwornie gorąco. Może powinna przeprowa¬dzić się do innego miasta, chłodniejszego, mniej parnęgo… ale nie mo¬gła. Jeszcze nie. Była znana w Nowym Orleanie.
    Teraz mogła to wszystko wsadzić gdzieś, jeśli nie złoży wymówienia. Ostre słońce odbijało się od chodnika, kiedy szła na parking, gdzie zostawiła swój mały samochód. Pomyślała, że to, co ją spotkało, było bardzo niesprawiedliwe.
    Nikt w WSLJ nie wiedział, ile poświęciła, ile dała z siebie i jak planowała ścieżkę kariery.
    Skrzywiła się trochę, kiedy pomyślała, jak daleko się posunęła. Oka¬zja nadarzyła się sama, kiedy Sam poprosiła Melanie o opiekę nad do¬mem i kotem.
    Melanie z radościąz niej skorzystała. Kiedy Sam wyjechała do Mek¬syku, Melanie wprowadziła się do przytulnego domu nad jeziorem Pont¬chartrain. Przeszukała rzeczy Sam i znalazła notatki o Annie Seger na wstrętnym, pełnym robaków strychu. Kiedy była sama, przymierzała nawet ubrania Sam.
    Czuła się zepsuta i szalona, kiedy zaprosiła nowego chłopaka do za¬bawy w łóżku Sam. Ubrała się w jedną z jej nocnych koszul, białą, ko¬ronkową, na cienkich ramiączkach i zapaliła świece. Potem nastąpiła orgia, w jakiej nigdy przedtem nie brała udziału. Po wszystkim nie mo¬gła usiedzieć z bólu w samochodzie. Jej faceta podnieciło samo to, że kochali się w łóżku Samanty. Melanie wyszeptała mu do ucha, że w tym domu zazdrosny kochanek zabił swoją dziewczynę – to rozochociło go jeszcze bardziej.
    Potem, kiedy Melanie opowiedziała mu o Annie Seger, wymyślił intrygę – śmiałą i ponurą – takąjak on sam. Zachęcił Melanie do po¬straszenia Sam, do podrzucenia jej listu w samochodzie i ustawieniu manekina w Centrum Boucher. Zmieniła głos i nagrała taśmę, na któ¬rej podała się za Annie – nagrali rozmowę na magnetofonie Sam i na jej kasecie. Potem puścił tę taśmę, kiedy zadzwonił do radia. Efekt był przerażający.
    Był świetny. Dodawał Melanie otuchy, mówił, że osiągnie coś w ży¬ciu tylko przez ofiarę i wykorzystanie wszelkich środków, żeby dotrzeć do celu. Trochę nie podobały jej się jego telefony i podawanie się za Johna, ale wiedziała, że zrobił to z miłości do niej, po to, by Sam odeszła i Melanie została gospodynią Nocnych wyznań.
    Tylko że nic z tego nie wyszło. Sam została w rozgłośni, a program, miał więcej słuchaczy właściwie dzięki wysiłkom Melanie. Doszło do tego, że w WSLJ chcieli rozszerzyć audycję, a ją zupełnie pominąć.
    Cholera.
    To było nie tylko niesprawiedliwe, ale i głupie. Melanie mogła pra¬cować zamiast Sam z zamkniętymi oczami. Była młodsza, inteligent¬niejsza i gotowa zrobić wszystko, żeby wypromować siebie i program.
    Pocąc się, maszerowała rozgrzanym chodnikiem. Weszła na parking.
    Samochód był rozgrzany jak piec, ale Melanie nie zwracała uwagi. Opu¬ściła szybę po stronie kierowcy i odetchnęła gorącym powietrzem. Była zła i potrzebowała rady, poważnej rady od kogoś, kogo obchodził jej los, jej kariera i potrzeby.
    Była tylko jedna taka osoba.
    Chwyciła za telefon i wcisnęła automatyczne wybieranie numeru swojego chłopaka. Porozmawia z nim, opowie mu co się dzieje. Może on ją uspokoi. Spotkają się i uczcząjej wolność.
    A jak będzie miała szczęście, to będą się kochać. Ostatnio rzadko to robili i myślała, że to z powodu kokainy, ale dziś w nocy może będzie miała szczęście.
    Czekała na połączenie i bawiła się kluczami i breloczkiem w kształ¬cie tablicy rejestracyjnej z jej imieniem. Chłopak dał jej to po tym, jak pożyczyła mu kiedyś samochód. Dotknęła palcem wypukłych liter, a wte¬dy odebrał telefon.
    – Halo? – Jego głos zabrzmiał jak balsam.
    – Boże, dobrze, że cię złapałam. – Walczyła ze łzami. – Miałam niezły dzień w pracy. Właśnie odeszłam.
    – Dlaczego?
    – Stacja rozszerza program Nocne wyznania. Będą teraz codziennie, ale nie chcą, żebym prowadziła nawet jedną noc. To sprawka doktor Sam albo kogoś innego. – Oparła się o siedzenie. – Coś mi tu śmierdzi.
    – Więc dobrze zrobiłaś.
    – Mam nadzieję. Zadzwonię do WNAB.
    – Poczekaj z tym. Podjadę po ciebie i gdzieś pójdziemy? Co ty na to?
    – Mogę być kiepskim towarzystwem.
    – Niemożliwe – roześmiał się. – Mam coś, co ci poprawi humor.
    – Co?
    – Niespodzianka – mówił niskim, seksownym głosem.
    Poczuła dreszcz emocji. Lubiła tę jego tajemniczość.
    – Spodoba mi się?
    Powiedzmy tak: to będzie noc, którą zapamiętasz do końca życia. Obiecuję•

    Ojciec John stał przed pomnikiem Andrew Jacksona, wyłączył telefon.
    Uśmiechnął się do siebie. Wszystko szło doskonale… jak z bożą pomocą.
    Przez ciemne okulary obserwował mima, który zabawiał przechod¬niów tuż przy bramie do parku. Widział, jak Melanie opuszcza budynek WSLJ i spodziewał się, że zadzwoni do niego i będzie chciała się z nim zobaczyć. Zawsze chciała się spotykać. Mimo że na zewnątrz robiła wra¬żenie energicznej i niezależnej, miała słabości i potrzeby, jak każda sa¬motna dziewczyna odrzucona przez rodzinę. Była łatwym celem.
    Zamyślony patrzył na katedrę świętego Łukasza. Jej białe ściany ośle¬piały w słońcu, a wysokie iglice zakończone krzyżami odbijały się na tle nieba. W środku byli wierni i ciekawi.
    Ruszył ścieżką do metalowej bramy małego parku. Melanie Davis była bardzo pomocna, ale spełniła już swojo zadanie. Pomogła mu osią¬gnąć cel i nie miała pojęcia, kim on jest. Była taka chętna, tak łatwo dała sobą manipulować. Szukał znajomości z nią, kiedy dowiedział się, że pracuje w radiu jako asystentka doktor Sam. Poderwał ją w barze na Bourbon. Po kilku dniach poznał jej słabości, odkrył jej wielkie ambicje i wykorzystał je na swoją korzyść i na zgubę Samanty Leeds.
    To było takie proste.
    Zawsze wszystko szło mu tak łatwo, pomyślał, kiedy mijał otwartą waliz¬kę mima z kilkoma dolarami w środku. Spod nóg uciekło mu stado gołębi.
    Tak łatwo, jak poznał słabości Melanie, odkrył również potrzeby swo¬jego więźnia. Wzbudził w nim głód substancji chemicznych, które dawał mu do połknięcia, wdychania lub wstrzykiwał. Ojciec John chętnie zaspo¬kajał ten głód. Podawał mu środki, które osłabiały ciało. To była jego ta¬jemnica, klucz do sukcesu – szukanie słabości wroga, odkrywanie jego potrzeb i podtrzymywanie uzależnień – wszystko dla własnych korzyści.
    Skręcił z Dekatur na North Press i przyspieszył kroku. Wkrótce na¬dejdzie noc. Lubił ciemności, a dziś nie mógł się doczekać, jak Melanie Davis zapłaci za grzechy.
    Minął stary francuski bazar i ruszył ku rzece. Czuł jej ciężki wilgot¬ny zapach. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął świętą broń. Poczuł ostre krawędzie pętli i wiedział, że nie sprawi mu zawodu. Serce zaczęło mu bić szybciej, kiedy przeciął tory tramwajowe i ruszył pod górę po trawie. Popatrzył na leniwe wody Missisipi. Boże, wspaniała rzeka. Szeroka, dzika i uwodzicielska..
    Zamknął oczy i rozmyślał o zbliżającej się nocy i o Melanie Davis.
    Przesuwał paciorki różańca – słodki instrument do zabijania grzeszników.
    Melanie spotka największe zaskoczenie w życiu.
    Nie wiedziała tylko, że będzie to zarazem ostatnia niespodzianka.

Rozdział 33

    – Coś wisi w powietrzu -: powiedział Montoya. Był spięty i zdenerwo¬wany. Jego ciemne włosy błyszczały w mocnym świetle w kuchni Bentza. Na stole obok plastikowego pudełka, różnych naczyń, talerzy i garn¬ków, a nawet starego opakowania po margarynie, leżały trzy różańce.
    – O co chodzi? Co masz na myśli? – Bentz podniósł jeden paciorek i obrócił w palcach. Był plastikowy i okrągły.
    Montoya sięgnął do lodówki i wyciągnął butelkę słabego piwa.
    – Masz coś mocniejszego?
    Bentz pokręcił głową.
    – Jeśli chcesz się napić, to dwa bloki stąd jest bar.
    – Jesteś po służbie.
    – Nigdy nie jestem po służbie – mruknął Bentz.
    – Cholera. – Montoya zerknął,na prawie pusty kubek po kawie, kawałek czerstwego chleba i pojemnik z resztką masła orzechowego – tyle zosta¬ło z obiadu Bentza. Montoya odkręcił zakrętkę. – To nie po amerykańsku.
    – Bez tłuszczu, bez alkoholu i bez nikotyny. Tak jest, kiedy się sta¬rzeJesz.
    – Masz dopiero czterdzieści lat, na rany Chrystusa… tylko nie mów mi, że seksu też nie ma, bo nie chcę słuchać takich rzeczy. – Montoya wyciągnął nogą jedno krzesło i usiadł na nim. – A to co? – Pokazał na stół, gdzie Bentz przeprowadzał eksperyment.
    – A co ci to przypomina? – zapytał Bentz. Montoya łyknął piwa.
    – Projekt lampy kempingowej.
    – Zgaduj dalej – powiedział Bentz.
    – Dobra, widzę różańce. Tego używa morderca. Myślałem, że to już ustalone. Sprawdziliśmy rany i wiemy, że ten wariat dusi ofiary różań¬cem. Zresztą zostawił jeden na manekinie na balu. Więc jest szurniętym katolikiem. Sporo takich mamy.
    – Uważaj. – Przyszpilił Montoyę wzrokiem. – Ja teżjestem katolikiem.
    – Ja też, ja też… no, byłem.
    – Kiedyś będziesz znowu – przepowiedział Bentz. – Wszyscy do tego wracamy.
    – Na starość?
    – Tak. A teraz patrz. To kopia tego, który znaleźliśmy na manekinie. – Bentz owinął pierwszy różaniec z jasnymi paciorkami wokół dło¬ni. Potem włożył obie ręce do dużej plastikowej torby i poruszał nimi. Koraliki rozdzieliły się i rozsypały, wpadając do torby. – Nie jest zbyt mocny – zauważył. – Nie nadaje się na narzędzie zbrodni.
    – To teżjuż wiemy. – Montoya sięgnął o pudełka i wyjął trzy koraliki na żyłce. – Gdzie kupiłsuperrnocną wersję?.
    – Nigdzie. – Bentz podniósł jeden koralik,i popatrzył na niego pod światło… – Moim zdaniem, sam go zrobił. Wybrał ostre korale, takie, któ¬re mogą skaleczyć skórę i mocny drut.
    – Nie łatwiej byłoby użyć sznurka albo drutu?
    ~ Za mało symboliczne. Nasz chłopiec się tym podnieca… mamy tu kilka spraw razem… Zaczynam podejrzewać że Samanta Leeds ma ra¬cję. Powiedziała, że morderca odwoływał się do Raju utraconego. Chy¬ba powinienem do tego zajrzeć.
    – Może mam notatki na ten temat – przyznał Montoya, a Btjotz się ro¬ześmiał. – No co, miałem dużo r,ob9ty w college'u, więc korzystałem z cu¬dzych notatek i z Internetu. Nie musiałem czytać tych wszystkich książek.
    Bentz otrzepał ręce i sięgnął po kawę.
    – Powiedziałeś, że coś ci nie daje spokoju.
    – Tak, szukam dwóch facetów z Houston – chłopaka Annie Seger i jej brata. Obaj podobno mieszkają gdzieś w okolicy. Jeden w White Castle, a drugi w.Baton Rouge. Obaj mieli pracę i zniknęli. Zapadli się pod zie¬mię. Dlaczego? – Pociągnął łyk bezalkoholowego piwa i wykrzywił się. ¬Z przykrością skłaniam się ku teorii Wheelera, że to ma coś wspólnego ze śmiercią Annie Seger. Może ona nie JJopełniła samobójstwa?
    – Myślisz, że John ją zabił?
    – Tak – powiedział Montoya. – Sądzę, że to Kent Seger albo Ryan Zimmerman.
    – A co z motywem? – Bentz rzucił mu ponury uśmiech. – Tylko mi nie mów, że chodziło o forsę, bo nie uwit:;rzę.
    – Nie tym razem. Ale jest coś, czego nie wiemy 9 Annie Seger-:¬powiedział Mo~toya, opróżnił butelkę i postawił na stole obok pudełka z błyszczącymi paciorkami. -.:. Lepiej, żebyśmy się dowiedzieli. – Gdzie oni obaj są, do cholet;y?
    – Dobre pytanie. – Bentz też nie znał na nie odpowiedzi.
    – Mam złe przeczucia.
    – Dopiero teraz? – parsknął:ąeotz. – Ja mam złe przeczucia przez cały czas.

    Odezwała się automatyczna sekretarka. Ty nie miał szans, by poroz¬mawiać osobiście z Estelle Faraday. Musiał zostawić wiadomość i to po raz kolejny.
    – Estelle, mówi Ty Wheeler. Rozmawiałem z policją w Nowym Orleanie i powiedziałem im, co wiem. Jeśli jeszcze nie poskładałaś wszyst¬kiego do kupy, to mówię ci, że seryjny mordercajest związany ze śmier¬cią Annie. Do diabła z rodzinnymi tajemnicami, Estelle. Umierają ludzie. Jeśli wiesz cokolwiek i ukrywasz dowody, ponosisz winę, a policja oskar¬ży cię o przestępstwo. To poważna sprawa. Możesz albo porozmawiać ze mną, albo z policją w Nowym Orleanie, ale jeśli zginie jeszcze jedna kobieta, osobiście obarczę cię odpowiedzialnością. Masz mój numer. ¬Rzucił słuchawkę i poszedł do salonu. Zostawił Sam w rozgłośni, a jej program miał się zacząć za godzinę.
    Włączył radio i wysłuchał końców~i audycji Gatora Browna. Z głoś¬ników płynął gorący jazz. Taka muzyka pobud~ała go, zamiast uspokajać.
    Był poruszony i zdenerwowany. Czuł, że zbliża się burza. Spojrzał na ze¬garek. Miał się spotkać z Navarrone'em i dostać od niego informacje.
    Przyjaciel jeszcze się nie pokazał, ale Ty nie martwił się o niego. Po latach pracy w CIA Navarrone kochał ciemności i najlepiej czuł się pod osłoną nocy.
    Zagwizdał na psa i wyszedł na dwór. Poczuł powiew wiatru, a "Świe¬tlisty anioł" kołysał się na cumie. Chmury zasłoniły księżyc i było par¬no. Czuł się tak, jakby miał na sobie drugą, grubą i mokrą skórę.
    Pomyślał o Johnie, który czaił się gdzieś w mieście i czekał, żeby zaatakować.
    Gdzie jesteś, sukinsynu, zastanawiał się Ty, a Sasquatch węszył po krzakach. Co, do cholery, robisz dziś w nocy?

    Estelle Faraday siedziała po ciemku nad basenem. Woda migotała ja¬snoniebiesko, podświetlona jedną podwodną żarówką. Na stole stał wysoki wazon z kwiatami. W ręku trzymała kieliszek, w którym zostało jeszcze tro¬chę campari z wódką. Jej ulubionego drinka. Był bardziej gorzki niż zwy¬kle. Piła powoli i starała się odpędzić demony, które szalały w jej głowie.
    Ale nie dawały jej spokoju, męczyły ją i prześladowały, krzycząc jej w mózgu..
    Bała się, że do tego dojdzie, modliła się, żeby jej obawy były bezza¬sadne, ale wiedZIała, że to nic nie da. Wiadomości od Tya Wheelera przekonały ją. On nie da za wygraną. Podejrzewała, że tak będzie od dnia, kiedy pojawił się w Houston, a jednak straszyła go głupio, mając nadzieję, że się wycofa.
    Tymczasem złapał ją na kłamstwie. Nie on pierwszy.
    Była taka naiwna, pomyślała i przypomniała sobie o córce – ładnej, mądrej i zainteresowanej nieodpowiednimi facetami. Takimi, z którymi nigdy nie powinna się wiązać.
    W końcu jeden zrobił jej dziecko. Wydawało jej się, że to rodzinne przekleństwo, jakaś skaza genetyczna, którą.przekazała córce.
    Łzy żalu i wstydu napłynęły do oczu Estelle. Opróżniła kieliszek i na¬lała sobie jeszcze jedną porcję alkoholu. Była sama. Nawet służąca mia¬ła wolny wieczór, żeby spędzić go z dziećmi i wnukami.
    Dobry Boże, dlaczego została sama – zastanawiała się nieprzytom¬nie.Gdy była młoda, miała wszystko. Urodę, pieniądze i przyszłość tak jasną, jak świeżo wybity srebrny dolar.• Ale była uparta i chciała pokazać snobistycznym rodzicom, że umie o sobie decydować.
    Nigdy nie kochała Wally' ego. Teraz to rozumiała. Może wiedziała już dawniej, ale był przystojny, zabawny i z innej sfery. Nie obchodziło ją, że nie poszedł na Yale, Harvard ani Stanford. Nie chodził na wieczo¬rowe kursy w college'u. Był prosty, niewykształcony i całe życie napra¬wiał motory. Na początku był dla niej miły.
    Dla Estelle Wally był inny niż wszyscy, za to jej rodzice byli przera¬żeni. Nie miała zamiaru za niego wychodzić, ale stało się inaczej.
    _ Nie całuj się z chłopakami, Estelle – ostrzegała ją matka, kiedy Estelle zaczęła chodzić do średniej szkoły. – W nich siedzi diabeł. Pa¬miętaj, są tylko dwa rodzaje dziewczyn – dobre i złe. Nie będziesz miała za grosz szacunku do siebie, jeśli będziesz robić te okropne rzeczy. Za¬ufaj mi i bądź grzeczną dziewczynką, a nigdy nie pożałujesz.
    Ale Estelle całowała się z masą chłopaków i nic złego się nie stało. Lu¬biła całowanie, szczególnie głęboko, zjęzykiem. Wiele razy wspominała te intymne pocałunki. Była podniecona, kiedy jej randki posunęły się dalej i chłopcy wkładali ręce za stanik. Podobało jej się, że czuje ciepło i pulso¬wanie pomiędzy nogami. A kiedy chłopak sięgnął pod spódnicę i dotknął tego intymnego miejsca, zadrżała, poczuła wilgoć i zapragnęła więcej. Za¬chowywała się jak zwierzę, z trudem łapała powietrze, podnosiła biodra i chciała czegoś jeszcze. Od lat czytywała o namiętności, chowając się z la¬tarką pod kołdrą. Robiła się czerwona na twarzy, a pomiędzy nogami czuła to dziwne bolesne pulsowanie, pragnienie czegoś, co w końcu, kiedy zaczꬳa to robić z chłopakami, okazało się zaspokojeniem tej potrzeby.
    Zaczęła eksperymentować i pozwalała dotykać się chłopakowi po piątej albo szóstej randce i zapewnieniach o miłości. Wiedziała, że to grzech, którego nie powinna wyznawać nawet księdzu, ale nie mogła się powstrzymać. Lubiła to i pragnęła coraz bardziej. Starała się o tym nie myśleć, ale wtedy było to jeszcze silniejsze. Zupelnie inaczej, niż mówiła matka, chłopcy zwracali na nią uwagę, chcieli ją całować i dotykać, i chęt¬nie mówi l i jej, jaka jest piękna i jak ją kochają.
    A ona im wierzyła. Jakaż była głupia.
    Dziewictwo straciła w wieku szesnastu lat z chłopakiem, który we¬dług matki był idealną partią. Potem już nigdy się z nią nie umówił, nie dzwonił i za to pochwalił się wszystkim swoim podbojem. Matka ciągle pytała o Vincenta, o to, co się z nim stało i dlaczego się nie spotykają. Wtedy Estelle odczuła pierwsze skutki tego, przed czym ostrzegała ją matka.
    Potem wszyscy chcieli to z nią robić. Kiedy ich odrzucała, złościli się i przypominali, że dla Vincenta Millera rozłożyła nogi.
    Czasami Estelle lubiła robić matce wstyd. Aż.do dnia, kiedy uległa i zrobiła to z chłopakiem, który naprawdę jej się podobał, i zaszła z nim w ciążę. Aborcja nie wchodziła w grę, a ona była niepełnoletnia. Dała się namówić matce na kłamstwo, że wyjeżdża do szkoły za granicę. W rze¬czywistości pojechała tylko do Austin i oddała dziecko do adopcji.
    – To najlepsze rozwiązanie – powiedziała jej matka i Estelle popeł¬niła największy błąd w życiu. Wyjechała, urodziła chłopca i widziała, jak lekarz patrzył na nią z wyrzutem i podał dziecko pielęgniarce, która je od razu zabrała.
    Estelle obwiniała swoją matkę i po powrocie do Houston spotkała się z Oswaldem Segerem. Ten przynajmniej był miły. Interesowały go jej uczucia i do niczego jej nie zmuszał. Kiedy wreszcie to zrobili, za¬dzwonił następnego dnia i przysłał jej róże.
    Kiedy skończyła osiemnaście lat uciekli i zamieszkali razem.
    Kent urodził się dziesięć miesięcy potem, a Annie niedługo po nim.
    Wstrząśnięci rodzice wyrzekli się jej i przypomnieli sobie o niej dopie¬ro, kiedy przyszedł na świat wnuk. Reszta, jak uznali, to była przeszłość, której nie chcieli znać. Kiedy dzieci były małe zrozumiała, że nie będzie szczęśliwa z wymazanym smarem robotnikiem, a fascynacja Wally'ego motocyklami i łodziami wiązała się z całkowitą nieumiejętnością utrzy¬mania pieniędzy na koncie i oszczędzania.
    Na szczęście spotkała Jasona Faradaya… wtedy myślała, że ma szcz꬜cie. Teraz, kiedy kończyła trzeciego drinka i alkohol rozgrzał jej ciało, nie była tego taka pewna. Były jeszcze inne tajemnice, których nigdy do końca nie ujawniła, i które prześladowały ją dniami i nocami. Nie mo¬gła przeżyć kolejnego skandalu… było ich już zbyt wiele.
    Kręciło jej się w głowie i spojrzała na głęboką, czystą wodę. Kusiła ją niebieska głębia. Obok stała figurka dziewicy, blada w zapadającym zmierzchu, a jej szeroko rozpostarte ramiona, witały i zapraszały.
    Łzy popłynęły po policzkach EstelIe, kiedy opróżniła dzbanek i jednym, długim łykiem dopiła resztę alkoholu. W stała na lekko uginających s!ę kola¬nach. Kręciło jej się w głowie, ale wiedziała, co musi zrobić. Podeszła do krawędzi basenu. Pomyślała o tych, których kochała i których tak głupio straciła. Wszystkie jej dzieci odeszły, a jeden zamienił się w potwora.
    Jaka z niej była matka?
    Zrzuciła sandały i obeszła basen, kierując się ku głębszej części, któ¬rą oświetlała żarówka. Boże, drinki były mocne… jak lekarstwo.
    Chyba że… nie… a może jej ostatni gość dosypał czegoś do butelki absolutu?
    Oczywiście, że nie. Zresztą to nie miało już znaczenia. Skurczyła palce na zimnych kafelkach. Zachwiała się, potem wyprostowała na moment. Pijanym wzrokiem spojrzała na figurkę Maryi – Świętej Matki – Błogosławionej Dziewicy.
    – Wybacz mi – wyszeptała, zamknęła oczy i skoczyła.

Rozdział 34

    – Jak to Melanie się nie pokazała? – Sam zażądała wyjaśnień, kiedy wie¬czorem przyszła do studia. Cały dzień przeglądała notatki o Annie Seger i odkryła kolejne wskazówki, pomocne w ustaleniu tożsamości Johna. Policja i tąjemniczy kolega Tya, Andre Navarrone, też starali się rozwiązać zagadkę, zanim morderca uderzy jeszcze raz.
    _ Powiedziałem ci – oznajmił Tiny, wzruszając ramionami. – Mela¬niejuż nie wróci. Wściekła się dzisiaj, wpadła do biura Eleanor i rzuciła pracę. Eleanor dostanie szału, bo Melanie nie dała jej dwutygodniowego wypowiedzenia. – Uśmiechnął się krzywo. – Idź, sama zobacz.
    – A co z policjantką?
    – Przyjdzie, ale na razie jesteśmy tylko ty i ja, skarbie.
    – Skarbie? – powtórzyła zdenerwowana do granic wytrzymałości.
    Odwróciła się gwałtownie do Tiny'ego i starała się nie podnosić głosu.
    _ Powiedziałeś do mnie, skarbie? Słuchaj, Tiny, wyświadcz mi przy¬sługę. Nigdy w życiu nie mów do mnie, skarbie, mała ani żabko, ani w żaden inny pieszczotliwy sposób.
    – Jejku, to miał być komplement.
    – Ale nie jest – warknęła, zauważyła jego zraniony wzrok i natychmiast poczuła wyrzuty sumienia. – Chyba jestem bardziej spięta, niż myślałam. Przepraszam. Po prostu nastąpiłeś mi na odcisk.
    – Tak. To się więcej nie powtórzy – powiedział rozbawiony i wszedł do studia razem z nią. Sam spojrzała na zegarek i pomyślała, że zdąży jeszcze zadzwonić do Melanie i przypomnieć jej, że ma być w pracy, zanim zacznie się program. Nie chciała ruszać telefonów w studiu, więc postanowiła skorzystać z wolnego aparatu na biurku Melby. Wykręciła numer i czekała, przy.glądając się różnym zabawnym przedmiotom pod¬świetlonym migoczącąjarzeniówką.
    – No dalej, odbieraj – powiedziała i jeszcze raz sprawdziła godzinę• Odezwała się automatyczna sekretarka: "Cześć, nie ma mnie w domu… wiesz co robić, zostaw wiadomość po sygnale".
    Telefon zapiszczał.
    – Melanie, Melanie… jesteś tam? Mówi Sam. No, odbierz. Przydałaby się nam twoja pomoc. Proszę, Melanie. Melanie…
    Ktoś podniósł słuchawkę•
    – Mel…
    Połączenie zostało przerwane.
    Samanta aż podskoczyła, ale po chwili pomyślała, że to nie ma sensu. Melanie była zła i nie zmieni zdania, przynajmniej nie dzisiaj.
    Najwidoczniej chciała im dać coś do zrozumienia. Sam szybko wróciła do studia i o mały włos nie zderzyła się z policjantką, Oorothy, która wyszła zza rogu z papierowym kubkiem kawy w ręku.
    – Oj… – Udało jej się nie rozlać płynu. – Lata praktyki – wyjaśniła i dodała: – Słyszałam, że jesteśmy same dziś wieczorem.
    – Na to wygląda. – Sam dotarła do studia i otworzyła drzwi. Zerk¬nęła w stronę drugiego pomieszczenia i zauważyła, że Tiny siedzi goto¬wy ze słuchawkami na głowie.
    – Niech się pani nie martwi -powiedziała Dorothy, którajednąręką trzymała kubek, a drugą otworzyła sobie drzwi do pokoju. – Znam się na tym, i szczerze pani powiem, że Tiny i ja poradzimy sobie.
    – Mam nadzieję – powiedziała Sam, żałując, że Melanie jest taka porywcza i uparta. Pomimo wad, Melanie była osobą interesującą, roz¬garniętą i pełną nowych, świeżych pomysłów. Sam uważała, że dziew¬czyna jest zbyt ambitna.
    Kiedy zamknęła za sobą drzwi studia, przestała myśleć o Melanie.
    Miała plan, o którym nie powiedziała Tyowi, Eleanor ani policji. Wy¬próbuje go tylko pod warunkiem, że poczuje się bezpieczna. Była właś¬ciwie przekonana, że nic jej się nie może stać. Ty przywoził ją do pracy i odwoził do domu. W rozgłośni wszędzie byli policjanci i ochroniarze.
    Sam chciała jednak skontaktować się z Johnem i pomóc pol icj i zła¬pać go, zanim zaatakuje następną ofiarę.
    Ustawiła mikrofon, jeszcze raz sprawdziła dźwięk i upewniła się, że komputer działa prawidłowo. Tiny dał znak i popłynęła muzyka. Sam odczekała do ostatnich słów, a potem pochyliła się do mikrofonu.
    – Dobry wieczór Nowy Orleanie, mówi doktor Sam. Zaczynamy Nocne wyznania, program dobry dla serca i duszy. Dzisiaj porozmawia¬my o poświęceniu – powiedziała i pomyślata, że ten temat skusi Johna. _ Wszyscy ponosimy ofiary. Zwykle robimy to dla ukochanej osoby, dla szefa albo dlatego, że czegoś bardzo pragniemy. Z tego składa się nasze życie. Czasami czujemy, że poświęcamy się za bardzo i dajemy z siebie tak wiele, a jednak nigdy nie jesteśmy odpowiednio doceniani.
    Lampki sygnalizacyjne już się świeciły. Linia pierwsza, druga, trze¬cia i czwarta mrugały, kiedy Sam kończyła mówić. Katem oka zauważy¬ła, jak Tiny i policjantka rozmawiają, kiwają głowami i sprawdzają tele¬fony. Na ekranie pojawiło się pierwsze imię – Arlene.
    Sam nacisnęła guzik.
    – Tu doktor Sam – powiedziała. – Kto mówi?
    – Cześć, jestem Arlene.
    – Witaj w programie, Arlene. Przypuszczam, że dzwonisz, ponieważ masz osobiste doświadczenia albo komentarz na temat poświęcania się.
    – Tak. Jestem matką trójki dzieci…
    Arlene zaczęła opowiadać o całkowitym oddaniu się dzieciom i o bez¬warunkowej miłości, a Sam sprawdzała kolejne imiona, które pojawiały się na ekranie. Na drugiej linii czekała Mandy, Alan na trójce i Jennifer na ostatniej. Dobiegali do połowy programu, a John nie złapał przynęty.
    Sam miała nadzieję, że to tylko kwestia czasu.

    – Chcesz, żebym udawała, że jestem doktor Sam? – zapytała Melanie i przewróciła oczami, patrząc na swojego chłopaka. Nadal była zła z powo¬du tego, co stało się w radiu. Wypiła dwa kieliszki wina, jeden po drugim i stała teraz w kuchni, w swoim mieszkaniu, kroiła małe cytrynki i-mieszała alkohol. Jej chłopak, ubrany w czarne dżinsy, koszulkę i obszerną skórzaną kurtkę chodził nerwowo po pokoju. Wyglądał na zdenerwowanego i Mela¬nie,jak zwykle w jego obecności, poczuta odrobinę podniecenia -dziś może nawet odrobinę większego. Niewiele o nim wiedziała, ale dla niej był po prostu niegrzecznym, nonszalanckim chłopcem, który nie dbał ani trochę o to, co pomyślą ludzie i łamał wszelkie społeczne konwencje.
    Chardonnay zaczęło działać. Nareszcie się rozluźniła.
    – Myślę, że to mogłaby być interesująca zabawa – powiedział, wyjrzał przez okno, a potem poprawił żaluzję, żeby nikt ich nie widział. – Zapomniałam, że lubisz takie gry.
    – Wszyscy lubią.
    – Nie… niezupełnie. – Wcisnęła sok do kieliszków, w których był już dżin z tonikiem. – Możesz podnieść żaluzje, przecież jest noc. – Oczy mnie bolą.
    – Och. – Zapomniała o jego dziwnej chorobie. Źrenice nie rozszerzały mu się prawidłowo i zawsze osłaniał się przed nadmiarem światła. Zgasiła wszystkie lampy i zapaliła kilka świec. – Jak sobie życzysz. ¬Nie była w nastroju do sporów. Zaczynała się rozklejać i wiedziała, że jeśli będzie się z nim kochać całą noc, to może poczuje się lepiej. Ukrad¬kiem spojrzała na swoje łóżko i wyobraziła sobie ich nagich, ajego wcho¬dzącego w nią z taką samą furią, jak kilka tygodni temu na łóżku Sam.
    – Jak sobie życzysz – powtórzył. – Ciekawe zdanie. – Uśmiechnął się tajemniczo. Serce Melanie biło szybciej, kiedy na nią patrzył. Z pew¬nościąnie był grzecznym chłopcem, nie takim,jakiego można przyprowa¬dzić do domu i przedstawić mamie i tacie. Nie nadawał się na męża, ale nie dbała o to.
    – Pieprzę wszystkich z WSLJ, razem z panią psycholog. Skończy¬łam z nimi. W mieście jest dużo pracy. Nie muszę znosić tego, jak mnie tam traktują.
    – Oczywiście, że nie. – Podszedł do wieży stereo i po chwili przez system pięciu głośników, który sama zainstalowała, popłynął głos dok¬tor Sam.
    – Więc poświęcenie to dobra rzecz? Czy jest konieczne? – pytała słuchaczy.
    Melanie zebrało się na wymioty. Jak mogła tyle wytrzymać z tą obłudną suką?
    – Nadal stara się sprowokować Johna – powiedziała.
    – Założę się, że jej się uda. – Zasłonił pozostałe żaluzje.
    – Zasłużyła sobie. Wiesz, że ona się go boi?
    – Domyślam się.
    – O tak. – Melanie przyniosła drinki do małego pokoju. – Może ja powinnam zadzwonić nie, lepiej ty zadzwoń. Swietnie udajesz tego Johna. Czasami myślę wydaje mi się, wiem że to brzmi dziwnie, ale czasami zastanawiam się, czy ty nim nie jesteś?
    – Nie bałabyś się, gdybym był? – Patrzył na nią przenikliwie.
    – Bardzo. Ten facet jest dziwny, a teraz… wiążą go z jakimiś morderstwami. To trochę jak zbieg okoliczności, że zaczął dzwonić wtedy, kiedy my zaczęliśmy robić kawały doktor Sam i wyciągnęliśmy sprawę tej Annie Seger. – Podała mu kieliszek. – Tak się tylko zastanawiam.
    – Mam nadzieję, że nie myślisz sobie nic złego. – Pociągnął łyk i spojrzał na nią przez ciemne okulary.
    – Czasami myślę, że bawisz się ze mną w jakąś grę – powiedziała i wypiła duży łyk dżinu z tonikiem. – Lubisz mnie straszyć, bo cię to podnieca. Chcesz, żebym myślała, że ten wariat, który-dzwoni do radia, to możesz być ty.
    – Przecież powiedziałem ci, że wszyscy w coś grają.
    Zachichotała. Pociągnęła jeszcze jeden duży łyk i poczuła, że jest wstawiona, wolna i niczym nieskrępowana. Może dobrze zrobiła, że odeszła z WSLJ? Pogroziła mu żartobliwie.
    – Zawsze owijasz mnie sobie wokół palca.
    – l ty to uwielbiasz.
    – Tak – powiedziała, objęła go za szyję i popatrzyła mu w twarz. – Owszem.
    – Ja też to lubię – odezwał się niskim, seksownym głosem z lekkim teksal1skim akcentem, który tak jej się podobał. – Więc zrób mi przy¬jemność, udawaj, że jesteś doktor Sam i prowadzisz audycję.
    – A ty kim będziesz? – zapytała, a z radia dobiegł jąjękliwy głos jakiejś kobiety. Skarżyła się na to, że musi opiekować się starymi rodzi¬cami i Melanie pomyślała, że to bezn:qziejne.
    – Kim ja będę? Johnem, oczywiście.
    _ Oczywiście – powiedziała ponuro i mruknęła pod nosem. – Po¬winnam była się domyślić.
    _ Czy… tak powinnaś być ubrana? – zapytał i pokazał na jej szorty i krótką bluzeczkę• – Chyba nie…
    – Więc się przebierz.
    – Co?
    – Żeby było jak naprawdę.
    – Nie chcę…
    – Oj, Melanie. Zrób mi przyjemność. Zabawimy się•
    Właściwie podobał jej się ten pomysł, ale miała drobne wątpliwości.
    Podeszła do szafy i wyciągnęła zawiązywaną zielonkawą spódnicę i białą bluzkę bez rękawów – taką, jaką nosiła doktor Sam. Wyszła do łazienki się przebrać, zdjęła ubranie i zawahała się przy bieliźnie, a potem zdjęłają. Jeśli chciała się z nim kochać dziś w nocy, powinna przyciągnąć jego uwagę. Poprawiła włosy i wróciła do pokoju. Trzymał w rękach oba drinki.
    – Dolałem ci – powiedział i podał jej kieliszek, a potem stuknął brze¬giem swojego. – Pijemy, żeby przeszłość została za nami.
    _ Szczególnie WSLJ. – Wypiła duży łyk i zmarszczyła nos. Jej drink był jakiś dziwny.
    – Nie smakuje ci? – zapytał, ale Melanie nie chciała robić mu przykrości.
    – Trochę… za mocny.
    – Myślałem, że jesteś w nastroju do zabawy.
    _ Jestem – powiedziała i poczuła, że kręci jej się w głowie, a usta robią się miękkie. Alkohol działał na nią za szybko, ale to dlatego, że niewiele jadła i wypiła wcześniej dwa… a może trzy kieliszki wina, a te¬raz… – Muszę usiąść.
    Uśmiechnął się.
    – Jak sobie życzysz. A teraz… może zaczniesz udawać doktor Sam?
    Nie zamierzał dać jej spokoj.u, ale nie obchodziło ją to. Rzuciła mu niegrzeczne spojrzenie, podniosła słuchawkę bezprzewodowego telefo¬nu i zaczęła mówić niskim, prawie szepczącym głosem.
    – Dobry wieczór Nowy Orleanie, tu Nocne wyznania i doktor Sam. Powiedzcie mi, co chcecie, otwórzcie przede mną swoje serca, wyznaj¬cie wszystkie grzechy i…
    – Poczekaj – przerwał jej.
    – Dlaczego? – Kręciło jej się w głowie. – Nie tego… tego chciałeś?
    – Prawie, ale można to zrobić jeszcze lepiej.
    – Lepiej? – powiedziała i poczuła, że językjej sztywnieje i nie może trzeźwo myśleć.
    – Potrzebne ci to.
    – Co…? – zapytała i zobaczyła, jak sięga pod kurtkę i wyciąga pe- rukę z długimi włosami. -Och… – pomyślała o rudych włosach Samanty Leeds. – Naprawdę muszę…
    – Tak, Samanto, musisz.
    – Mam na imię Melanie. – Podszedł do niej i pociągnął ją za włosy. Trochę za mocno. – Aaa… Poczekaj… Sama to zrobię – powiedziała, ale ręce odmówiły jej posłuszeństwa. To było bardzo dziwne. Melanie czuła, że jest pijana… bardzo pijana… jakby… się czegoś naćpała… jakby ktoś dosypał jej czegoś do alkoholu… jakby…
    – Dobrze – powiedział i zauważyła, że jest czerwony na twarzy, a pot kropelkami spływa mu za okulary. – Teraz lepiej. – Popatrzył na nią za¬dowolony i pod jego zimnym wzrokiem dostała dreszczy.
    – Teraz… po¬słuchaj…
    Odwrócił się W stronę głośników jak zauroczony.
    – Myślałam, że chcesz, żebym…
    – Zamknij się!
    – Chwileczkę. – Nie mogła zrozumieć, dlaczego był dla niej taki nieprzyjemny. Nagle łzy napłynęły jej do oczu.
    – Hej… cicho… – powiedział delikatniej, pochylił się i pocałował ją. Poczuła się lepiej, ale w głowie nadal jej szumiało. – Może się rozbierzesz, Sam?.
    – Nie jestem…
    – To tyIko zabawa.
    Tak. Teraz jej się przypomniało. Z trudem rozpinała guziki bluzki i po chwili zaczął jej pomagać.
    – Musisz zapłacić za grzechy.
    – Co?
    – Za swoje grzechy.
    Bluzka była rozpięta i Melanie miała obnażone piersi. – Widzisz… jesteś dziwką, Samanto.
    – Ale ja nie jestem…
    Poczuła, że coś owinęło się wokół jej szyi, jakieś twarde, zimne ka¬myki. Naszyjnik? W oddali, poprzez szum w głowie, słyszała głos dok¬tor Sam, która mówiła coś o grzechu i poświęceniu, i…
    Naszyjnik zacisnął się i zaczął kaleczyć jej skórę.
    – Hej! – Nie mogła trzeźwo myśleć, ale wiedziała, że coś jest nie tak. – Sprawiasz mi ból.
    Zacisnął pętlę mocniej i nie mogła yvykrztusić slowa ani krzyknąć.
    Posuwal się za daleko. Niech przestaniel Nie mogła oddychać! Chciała krzyknąć, ale żadne slowa nie wydostały się z jej ust. Palcami sięgnęła do szyi i chciała zerwać ten okropny naszyjnik. Zdała sobie sprawę, że to nie zabawa. Zobaczyła wyraz jego twarzy: wyszczerzone zęby i oczy bestii ukryte za ciemnymi szkłami.
    Nie! Proszę! O, Boże. Nagle dotarło do niej, że to onjest Johnem, tym, który dzwonił do stacji. Mordercą. Zabije ją! Już dawno to zaplanował.
    Poczuła ból w płucach, a jej ciało płonęło. Próbowała chwycić po¬wietrze, ale na próżno. Kopała, drapała i broniła się, ale był silniejszy. O wiele silniejszy.
    _ Tak, mieszkańcy Nowego Orleanu, dzwońcie do mnie i opowiadajcie mi o swoim poświęceniu… – Głos doktor Sam dobiegał z bardzo daleka…

    Ojciec John przekręcił narzędzie zbrodni, zacisnął zęby i popatrzył w piwne oczy tej, która mu zaufała. Głupia dziewczyna, pomyślał, kiedy przestała się szamotać i padła bez życia. Jej grzeszna dusza opuściła cia¬ło. Ręce go rozbolały, a palce zbielały z wysiłku.
    Krew pulsowała mu w skroniach. Poczuł, że ma erekcję• Wsłuchiwał się w kilka ostatnich uderzeń jej serca, a potem w melodyjny głos swojej następ¬nej ofiary, jedynej żywej kobiety,jakiej pragnął… Zbliża się twoja kolej, dok¬tor Sam… już wkrótce, bo zaplanowałem dla ciebie coś specjalnego.
    Puścił różaniec i zdjął Melanie spódnicę• Nadal był podniecony, roz¬grzany do bólu. Głos Samanty podniecał go jeszcze bardziej i wzmagał pożądanie. Położył się na swojej ofierze i zamknął oczy. Ciałem i duszą był z Samantą. Leżeli w jej łóżku, w tym cudownym łóżku z baldachi¬mem, tak jak wtedy z Melanie, kiedy pochyliła się nad nim i pieściła go ustami. Czuł zapach Samanty… był wtedy tak blisko niej, i wkrótce tak będzie naprawdę. Będzie jeszcze bliżej, bo jej słowa o poświęceniu dziś były skierowane do niego.
    Tylko do niego.
    Była gotowa i on o tym wiedział. Odpowie za grzechy i odda mu się w ofierze.

    Ty spojrzał na zegarek. Do końca programu Sam zostało czterdzieści pięć minut, więc powinien już wyjść, ale Navarrone jeszcze się nie poja¬wił. Dokończył drinka i sięgnął po kaburę•
    _ Więc sądzisz, że ofiara jest nieodzowną częścią życia? – powie¬działa Sam i Ty zaniepokoił się jeszcze bardziej. Co ona chce zrobić? Sprowokować mordercę?
    _ Tak, dokładnie tak. Mam dość słuchania, jak wszyscy użalają się z tego powodu – powiedział nosowym głosem jakiś człowiek.
    Przez otwarte okno Ty usłyszał znajome człapanie psa pani Killingsworth, który grzebał w krzakach.
    Sasquatch leżał na dywanie przy drzwiach. Wstał i nastawił uszy.
    Warknął gardłowo.
    – W porządku – powiedział Ty, podszedł do rozsuwanych drzwi i wy¬szedł na zewnątrz. Coś go zaniepokoiło. Był pewien, że coś jest nie tak. Zmrużył oczy i zaczął wpatrywać się w stronę łodzi. Wydawało mu się, że zobaczył jakiś cień, ale' po chwili pomyślał, że się pomylił.
    Nie mógł już dłużej czekać, jeśli chciał się upewnić, że Sam dotrze bezpiecznie do domu. Usłyszał, że nadal odpowiada na pytania.
    – Chodź! – zawołał psa i ruszył do drzwi. Po paru krokach zamarł; zobaczył, że zbliża się do niego jakaś ciemna postać.
    Sięgnął po pistolet i zacisnął na nim palce.
    – Navarrone?
    – Tak. – Spotkali się przy samochodzie.
    – Ty draniu, gdzie, do cholery, się podziewałeś?
    – W siadaj do samochodu i wszystko ci opowiem – powiedział przyjaciel i podszedł do drzwi od strony pasażera. – Myślę, że wiem, kim jest morderca.

    Sam popatrzyła na zegar. Program dobiegał końca. Przez ostatnie parę godzin odbierała telefony, cierpliwie słuchała, dawała rady, ale ner¬wy miała napięte do granic wytrzymałości.
    John nie dzwonił. Nie zdziwiła się nawet, bo spodziewała się, że może odezwie się potem, kiedy dotrze do domu.
    – Więc nie poświeciłabyś się dla nikogo? – zapytała kobietę, która przedstawiła się jako Millie, a kątem oka zobaczyła, jak Tiny macha do niej jak szalony i pokazuje na komputer. Zerknęła na ekran i na linii trze¬ciej zobaczyła imię John.
    – Poświęcałam się za dużo, kiedy byłam mężatką – mówiła Millie.
    Sam musiała utrzymać ją na linii i sprawić, żeby mówiła dalej, po to, aby John wiedział, że jest zajęta. W tym czasie na pewno namierzą jego telefon.
    – A co by było, gdybyś jeszcze raz wyszła za mąż?
    – To niemożliwe – parsknęła Millie.
    Mów dalej, Millie. Nie przerywaj, pomyślała Sam i na widok mru¬gającej lampki na trójce zaczęła się pocić. Powinna odebrać jego tele¬fon, zanim facet się wkurzy. Na pewno domyślał się, że będą go namierzać i patrzył na zegarek.
    – Dziękuję za telefon – powiedziała i zobaczyła, jak Dorothy wstała z miejsca i podeszła do szyby. Pokazała Sam, żeby odebrała telefon i trzy¬mała Johna na linii tak długo, jak się da. Sam nacisnęła guzik trójki.
    – Halo, mówi doktor Sam. Jesteś na antenie.
    Nikt się nie odezwał.
    – Halo? Tu doktor Sam – powtórzyła, ale w słuchawce byla głucha cisza. – Mamy połączenie.
    Czekała, lampka linii trzeciej nadal mrugała, a rozmówca nie odkła¬dał słuchawki.
    – Słyszysz mnie? Chcesz porozmawiać o poświęceniu? – zapytała, żeby przerwać ciszę. – Halo? Jest tam kto? – Popatrzyła przez szybę na policjantkę, która podniosła palec, nacisnęła guzik i pokazała Sam, żeby odebrała inny telefon.
    Sam połączyła się z dziewczyną o imieniu Amy, ale cały czas wi¬działa, że linia numer trzy się świeci, a imię Johna nadal widniało na ekranie komputera. Był gdzieś tam, słuchał programu i próbował się z nią skontaktować.
    A jeżeli właśnie kogoś mordował? Tak, to właśnie robi. Morduje kobiety podczas jej programu. Tak zrobił z Leanne i z pożostałymi. A teraz może odbiera życie…
    Zobaczyła, jak Tiny staje przy szybie i macha do niej. Zrozumiała, że coś przeoczyła i Amy odłożyła słuchawkę.
    – Przepraszam – powiedziała do mikrofonu. – Chyba pojawiły się jakieś problemy techniczne. Mamy jeszcze trochę czasu, więc, proszę, dzwońcie. – Zaświeciła się jedynka, a na ekranie komputera znowu po¬jawił się John.
    Zadzwonił ponownie i Sam nacisnęła guzik.
    – Mówi doktor Sam. Dodzwoniłeś się do Nocnych wyznań. Z kim m3m przyjemność?
    – Wiesz kim jestem, Samanto. John, ojciec John. Wiem coś o ofie¬rze. Właśnie jedną złożyłem.

Rozdział 35

    – Halo? – Głos Sam zabrzmiał wściekle, a Ty poczuł, jak zamiera mu serce. Przycisnął pedał gazu, ale chwilę potem zahamował, bo uli¬ca była bardzo zatłoczona.
    – Słyszysz? – rzucił okiem na Navarrone'a.
    – To Kent Seger. To on zadzwonił.
    – John? Jesteś na linii? Mówi doktor Sam.
    Ty zacisnął rękę na kierownicy, a drugą złapał telefon i wystukał numer.
    – Halo? – powtarzała Sam. John się rozłączył.
    – Przerwał rozmowę. – powiedział Navarrone, a Ty czekał, aż ktoś w WSLJ odbierze telefon. Co jej przyszło do głowy, żeby prowokować Kenta Segera w ten sposób? Ty poczuł, jak coś ściska go w żołądku na myśl, że Kent był gdzieś blisko i z nią rozmawiał.
    – Dalej, odbierać – warczał do słuchawki i skręcił w boczną ulicę.
    Była późna, czwartkowa noc i zwykle ulice o tej porze były już puste, ale nie dziś. Rzucił Navarrone'owi pytające spojrzenie.
    – Jesteś pewien, że to Kent Seger jest zabójcą, a nie Peter Matheson czy Ryan Zimmerman?
    Navarrone popatrzył na niego wymownie. Czy kiedyś go zawiódł? – To Seger. Na sto procent. Matheson mieszka daleko, a Zimmerman ma inną grupę krwi. Zostaje więc tylko brat Annie.
    W rozgłośni nikt nie odbierał telefonów i Ty zaczął się pocić. Navarrone nigdy się nie mylił, ale kiedyś mógł być ten pierwszy raz.
    – Dlaczego tu jest taki ruch?
    Rozległo się wycie syren i dwa samochody zjechały na bok, żeby przepuścić karetkę i dwa radiowozy.
    – WSLJ. – Usłyszał nieznajomy kobiecy głos, który być może należał do policjantki zatrudnionej do pomocy w radiu.
    – Mówi Ty Wheeler. Muszę mówić z Samantą Leeds.
    – Przykro mi, ale program się skończył – powiedziała kobieta.
    – Jestem jej przyjacielem.
    – Program się skończył.
    – Do diabła, niech pani jej powie, że już jadę.
    Rozłączyła się.
    Był pewien, że stało się coś złego.

    Sam zdjęła słuchawki i wcisnęła guzik, żeby puścić muzykę, na znak, że program się skończył. Kiedy popłynęły pierwsze takty, odsunęła fotel i wybiegła ze studia.
    Dorothy Hodges stała już w korytarzu.
    – Mamy go! – powiedziała. – Przed clivtilą dzwonił detektyw Bentz. Budka, z której dzwonił ten facet, jest niedaleko, na Chartres. Mamy tam już swoich ludzi, a reszta jest w drodze. Bentz też już jedzie. – W jej oczach zabłysła iskierka triumfu. – Mamy tego dupka.
    – Najwyższa pora. – Tiny stał w drzwiach do studia, na szyi miał słuchawki.
    – Idziemy – powiedziała Sam i ruszyła do drzwi.
    – Nie ma mowy. – Policjantka przestała się uśmiechać. – Oboje zostajecie tutaj. To sprawa policji.
    – Ale…
    – Mówię poważnie – upierała się.
    Sam nie mogła w to uwierzyć.
    – Ale to z mojego powodu go zatrzymają• Policjantka wycelowała w nią palec.
    – Bentz uważa, że pani jest jego celem, więc proszę się stąd nie ruszać, dopóki to wszystko się nie uspokoi. Jeszcze go nie aresztowali. ¬Dorothy trwała nieruchorno i przez chwilę zachowywała się tak, jakby Sam była jej wrogiem. – I żebyśmy się dobrze zrozumiały. Powiem We¬sowi, że ma nikogo stąd nie wypuszczać. Jasne?
    – Ani trochę.
    Hodges zmrużyła oczy.
    – Niech pani słucha, pani Leeds. Pani życie jest w niebezpieczeń¬stwie. Grozi pani facet, którego ścigamy, więc zostanie pani tutaj albo zakuję panią w kajdanki i zawiozę na komisariat.
    – Pójdziemy razem.
    – Będzie pani tylko przeszkadzać. Dość już tego – powiedziała kobieta i odwróciła się, zostawiając, Tiny'ego i Sam przy biurku Melby.
    – Ma rację – oznajmił Tiny. – Poza tym ja nie mogę nigdzie iść. Muszę pilnować następnej audycji.
    – Ja jestem wolna.
    – I dlatego chcesz zrobić coś głupiego? Przestań. Dorothy ma rację. Lepiej zostań tutaj. Przynajmniej do czasu, aż pojawi się twój chłopak. Właśnie dzwonił i z nią rozmawiał… – powiedział i pokazał kciukiem za odchodzącą policjantką. – Już tu jedzie.
    Sam zacisnęła zęby i spojrzała na zegarek. Denerwowało ją, że musi siedzieć na miejscu i czekać. John skontaktował się z nią… ta sprawa dotyczy jej i chciała być przy tym, jak go zdemaskują i aresztują. Jedno¬cześnie czuła,się niepewnie. Coś tu nie grało. Za łatwo im poszło. On był sprytniejszy, przynajmniej do tej pory: Dlaczego miałby zaryzyko¬wać i zostać na linii, bawiąc się z policją, kiedy na pewno spodziewał się, że będą śledzić połączenie. Sam była pewna, że coś się tu nie zga¬dza.
    Spojrzała na zegarek. Ty się spóźniał.
    – Więc chcesz mi powiedzieć, że Ryan Zimmerman był adoptowa¬nym dzieckiem? – powiedział Ty do Navarrone'a, kiedy volvo wjechało na parking obok rozgłośni. – A jego biologiczną matkąjest Estelle?
    – Właśnie tak. Zaszła w ciążę przed ślubem z Wallym. Rodzina ukryła ten fakt, udali, że wyjechała do szkoły z internatem, a wtedy urodziła i oddała dziecko do adopcji w katolickim szpitalu. Adoptowało go mał¬żeństwo z Houston i przypadkiem zamieszkali w tej samej dzielnicy, gdzie Estelle wychowywała swoje dzieci. Nie wiedziała, że Ryanjestjej synem, aż do czasu, kiedy Annie zaczęła się z nim spotykać i chłopak przyszedł do nich do domu. Annie powiedziała jej, że był adoptowa¬ny. – Był podobny do swojego ojca i Estelle zaczęła sprawdzać. Wyna¬jęła prywatnego detektywa. Właśnie od niego mam te informacje. Facet dowiedział się jeszcze czegoś.
    – Nazwisko faceta, z którym zadawała się Annie? – zgadł Ty.
    – Tak.
    – Jakaś jeszcze gorsza nowina?
    – Wyszło na to, że Annie sypia z dwoma braćmi.
    Ty właściwie już się domyślał, ale wiadomość zaszokowała go. Za¬trzymał się.
    – Z obydwoma?
    – Myślała, że pieprzy się z jednym… i matiwiło ją to, ale kiedy poszła poskarżyć się matce, że Kent molestuje ją seksualnie, Estelle jej nie uwierzyła.
    Ty poczuł ucisk w gardle.
    – Wspaniała mamusia.
    – Najlepsza na świecie – zgodził się Navarrone.
    – Więc to Kent był ojcem dziecka Annie?
    – Na to wygląda.
    – Nic dziwnego, że Estelle nie chciała o tym rozmawiać.
    – A kto by chciał? – Navarrone złapał za klamkę. – Rozmawiałem już o tym z Bentzem. Wszyscy już wiedzą.

    – Posłuchaj tego – powiedział Montoya i skręcił, a w policyjnym radiu rozległy się trzaski. – Mamy wypadek…
    Bentz już wiedział.
    – Przy tym samym budynku, gdzie jest telefon, z którego dzwonił John. Co się, do cholery, dzieje? – Ledwo to powiedział, kiedy skręcili w Chartres i zobaczyli tłum ludzi. Karetka pogotowia stała z włączony¬mi światłami. Ruch został zatrzymany.
    Samochód jeszcze jechał, kiedy Bentz wyskoczył z niego z pistole-. tern w jednej dłoni i odznaką w drugiej. Policjanci w mundurach i po cywilnemu trzymali ludzi z daleka, ale zbierało się coraz więcej gapiów. Noc była gorąca i parna. Bentz podbiegł do miejsca wypadku, gdzie zo¬baczył mały wóz dostawczy z wybitą szybą i zgniecionym zderzakiem. Na ulicy przed samochodem leżał jakiś mężczyzna. Dwóch sanitariuszy pochylało się nad nim i udzielało mu pomocy. Według Bentza nie wy¬glądało to dobrze.
    Kilka kroków obok płakała kobieta, która prowadziła samochód, i ner¬wowo pocierała dłonie. Miała dzikie spojrzenie i kręciła głową, kiedy składała zeznanie.
    – … wyskoczył nie wiadomo skąd – mówiła w szoku. Na szczęście nie była ranna. – Zataczał się i kiwał. Zahamowałam ale… ale… o Bo¬że, uderzyłam w niego. Najpierw wpadł na zderzak, a potem przetoczył się po masce na szybę. Spadł, kiedy się zatrzymałam. Boże, to było okrop¬ne. – Druga kobieta, pasażerka próbowała ją pocieszyć, a policjant słu¬chał uważnie. Kobieta, która kierowała pojazdem, była tak roztrzęsiona, że mało brakowało, a załamałaby się. – Nie zabiłam go, proszę… po¬wiedzcie mi… on nie może umrzeć.
    – Wszystko widziałem – odezwał się mężczyzna, który stał pomię¬dzy samochodami. Miał na sobie sportową czapkę, koszulkę i luźne szor¬ty. – Było tak, jak ona mówi. Facet wybiegł na ulicę jak wariat, zataczał się i coś bełkotał, jakby nie wiedział, gdzie jest, a ona go walnęła. ¬Kobieta skrzywiła się, słysząc to określenie. – Przepraszam, ale on był jakiś nieprzytomny. Wyglądało, że jej wcale nie zauważył. Może pijany albo naćpany.
    – Ma przy sobie jakieś dokumenty? – zapytał Bentz sanitariusza.
    – Nie wiem. Na razie staramy się utrzymać go przy życiu.
    Kobieta wydała z siebie piskliwy jęk.
    – Postaramy się ustabilizować pracę serca i zabierzemy go stąd. Dajcie nosze.
    – Mam jego portfel – powiedział drugi sanitariusz. – Musiałem sprawdzić, czy nie ma tam czegoś o jego stanie zdrowia. – Podał portfel Bentzowi, który znalazł w nim prawo jazdy z Luizjany wydane na na¬zwisko Kent Seger.
    – Mamy cię, Johnie Fathers – mruknął i przejrzał pozostałe doku¬menty. Nie znalazł niczego niezwykłego, tylko siedem dolarów, kartę ubezpieczenia, legitymację studencką z AlI Saints, kartę Visa i jedno zdjęcie… Annie Seger.
    – Znaleźliście coś jeszcze?
    – Tak, proszę spojrzeć. – Jeden z sanitariuszy podał mu długi sznur korali. – Wygląda na to, że facet jest duchownym, albo kimś w tym sty¬lu. Miał różaniec.
    – Właśnie – powiedział Bentz. – Zabezpieczcie to.
    – Tak jest. – Po chwili trzymał w ręku plastikową torbę i patrzył na oddychającego z trudem Kenta Segera. Według Bentza, facet umierał i wcale nie było mu go szkoda.
    Pomyślał, że właścicielka furgonetki wyświadczyła miastu przysłu¬gę• Na ulicy leżały stłuczone ciemne okulary, a dogorywający mężczy¬zna pasował do portretu pamięciowego Johna Fathersa. Miał pokaleczo¬ną i posiniaczoną twarz, zamknięte oczy, ale był podobny.
    Co za ulga, pomyślał Bentz.
    – Hej, chodź tu! – Montoya pomachał do niego i pokazał na budkę telefoniczną. S.łuchawka kołysała się na sznurze. Swiatła karetki oświe¬tlały szklane ściany nieprzyjemnym światłem. – Popatrz na to.
    Bentz poczuł skurcz w żołądku i miał uczucie, że nie spodoba mu się to, co znalazł Montoya.
    – Mamy co trzeba – powiedział Reuben, kiedy Bentz minął kilku gapiów i poczuł słodki, duszący zapach marihuany. – Stąd John zadzwonił do radia. – Ma dokumenty na nazwisko Kent Seger.
    Montoya zmrużył oczy i popatrzył na miejsce wypadku.
    – Podejrzewałeś, że Kent Seger to John?
    – Był jednym z podejrzanych. Tylko jednym. Grupa krwi się zgadza. Poza tym godzinę temu dzwonił do mnie niejaki Andre Navarrone. Ma ciekawą teorię, która, jak mówi, jest do udowodnienia. Uważa, że Kent Seger napastował seksualn ie swoją siostrę, Annie, dziesięć lat temu w Houston. Navarrone twierdzi, że była z nim w ciąży. Jego zdaniem, Kent zabił Annie, ale winą obarcza Sam. Powiedział, że coś pobudziło go do działania – może to, że jego matka przestała mu wreszcie poma¬gać finansowo, albo to, że znowu usłyszał głos doktor Sam przez radio. To by się zgadzało z teorią Norma Stowella. – Bentzjeszcze raz spojrzał na miejsce zdarzenia. – Wygląda na to, że nigdy się nie dowiemy, co sprawiło, że przekroczył granicę.
    – Zostawił coś – powiedział Montoya.
    – Co?
    – Nie wiem… chyba magnetofon, taki własnej roboty. – Montoya pod¬niósł przez chusteczkę jakiś przedmiot. Pod magnetofonem leżały klucze.
    – A to co? – Bentz był już pewien, że przeczucie go nie myli. Montoya, tą samą chustką podniósł klucze.
    – Myślisz, że to jego?
    Bentz popatrzył na karetkę, która ruszyła przez tłum z włączoną syreną.
    – Wątpię… • Patrz na to. – W świ-etle latarni zobaczyli, że klucze są zawieszone na breloczku w kształcie dużego serca. – Mogę się mylić, ale te klucze należą do kobiety.
    – Do kogo?
    Bentz oglądał każdy klucz, aż znalazł małą tabl iczkę z napisem "Me- lanie".
    – Cholera – wyszeptał Montoya. – Asystentka doktor Sam.
    Bentz poczuł ciężar w brzuchu.
    – Według Dorothy Hodges, Melanie Davies wkurzyła się i rzuciła dziś pracę. Nie pojawiła się w radiu.
    Montoya zacisnął szczęki.
    – Może dlatego, że nie mogła.
    – Może. – Bentz wyjął telefon i zadzwonił do dyspozytora. Poprosił, żeby wysłali ekipę do mieszkania Melanie. – Niech do mnie zadzwo¬nią, jak tylko ją znajdą – powiedział. Rozłączył się i popatrzył na ma¬gnetofon, który leżał na półce w budce. – Zobaczmy, czy John zostawił nam wiadomość.
    Ostrożnie, żeby nie zamazać odcisków palców, Bentz nacisnął guzik jednym ze swoich kluczy. Taśma ruszyła od razu i w hałasie ulicznym usłyszeli kobiecy głos:
    – "Mówi Annie. Chciałabym porozmawiać z doktor Sam o mojej byłej teściowej. Może będzie mogła mi pomóc ", Potem nastąpiła długa pauza, i znów odezwał się głos: – "Annie. Nie pamiętasz mnie?"
    – Nagrał ją – powiedział Montoya po kolejnej przerwie.
    – "Dzwoniłam już kiedyś do ciebie… W czwartek są moje urodziny. Miałabym dwadzieścia pięć lat".
    – Sukinsyn – mruknął Montoya, kiedy wysłuchali całej taśmy.¬Myślisz, że Melanie miała z tym coś wspólnego, że to jej głos? – zapytał Montoya, szarpiąc się za bródkę.
    – To by wiele wyjaśniało, nie sądzisz? Ktoś z wewnątrz otworzył drzwi do kuchni, kiedy pojawił się tort, podał numer telefonu… – Bentz miał ochotę zapalić. – Dlaczego do mnie nie dzwonią?
    – Myślisz, że ona nie żyje?
    Bentztskinął głową.
    – Niestety, to cholernie prawdopodobne.
    – Niech to szlag. – Montoya popatrzył przez zabrudzone ściany budki na ulicę i rozbitą furgonetkę. – Uważasz, że John zostawił te rzeczy, gdy uciekał i wpadł pod samochód?
    – A ty jak myślisz?
    – Na to wygląda. – Skrzywił się. – I co z tego wynika, Bentz?
    – Nic dobrego, Reuben. Nic dobrego. – Zadzwonił pager Bentza.- Każ zbadać każdy centymetr tej budki – powiedział. – N iech ekipy prze¬czeszą ulicę. – Wyciągnął telefon z kieszeni marynarki, wybrał numer. i odebrał wiadomość.
    Była prosta i zwięzła. Bentz zacisnął zęby. Rozłączył się i zauważył pytające spojrzenie partnera.
    – Melanie Davis nie żyje. Została uduszona i ma dziwne ślady na szyi. Prawdopodobnie po różańcu.

Rozdział 36

    Sam podrapała Charona za uchem i usiadła na werandzie. Zapadał zmierzch. Nareszcie wszystko się skończyło. Nigdy o tym nie zapo¬mni. Tyle osób, które znała nie żyło. Melanie Davis, jak stwierdziła po¬licja, podawała się za Annie. Cała historia nie była do kOI1ca jasna, ale wynikało z niej, że Melanie spotykała się z Kentem Segerem – to on był jej nowym chłopakiem, tym jedynym, o którym jej opowiadała.
    – Ciekawe – powiedziała do kota. Kent nadal leżał w szpitalu w ci꿬kim stanie, pilnowany przez policję, a prasa węszyła wszędzie, próbując zdobyć dobry temat. Sam wyłączyła telefon i nie otwierała drzwi. Po¬trzebowała czasu, żeby dojść do siebie, uporządkować myśli i zastano¬wić się, co zrobić z resztą życia.
    Jeśli Kent przeżyje, może poznają odpowiedzi na niektóre pytania i wpakują go na zawsze do więzienia; a jeśli umrze, świat na tym sko¬rzysta. Sam była przeciwniczką kary śmierci, ale kiedy pomyślała o ko¬bietach, które zabił, stwierdziła, że zasłużył na to, co Bóg lub sąd mu zgotuje. Całe szczęście, że go złapali. Wpadł pod samochód po rozmo¬wie z Sam, najprawdopodobniej z powodu narkotyków, którymi był na¬szprycowany i które wywołały halucynacje i zawroty głowy.
    Sam pomyślała, że to dziwne, bo kiedy do niej zadzwonił, miał bar¬dzo opanowany głos.
    Poruszyła szyją, żeby rozciągnąć mięśnie i popatrzyła za motylem lecącym nad trawą blisko jeziora.
    Co będzie z tobą, Sam? Co zamierzasz zrobić? Może powinnaś przyjąć pracę w Los Angeles?
    – Co ty na to? – zapytała Charona, który wygiął grzbiet pod jej pal¬cami. – Mógłbyś zostać kotem z Hollywood.
    Byłaby bliżej ojca – z dala od przykrych wspomnień. Przez cały ten czas nie miała wiadomości od Petera, chociaż czekała na telefon od nie¬go, szczególnie po tym,jak informacje przedostały się do prasy. Nie ode¬zwał się i nie zostawił wiadomości aniqla niej, ani dla ojca. Czasami nic się me zmienia.
    Czy mogłaby zostawić Tya?
    Osłoniła oczy dłonią, popatrzył na jezioro i dostrzegła jak "Swietli¬sty anioł" sunie po wodzie. Powinna popłynąć z nim, ale potrzebowała trochę samotności, żeby przemyśleć pewne rzeczy. Ty popłynął do sie¬bie po psa i teraz wracał. Chciała wziąć prysznic, a potem planowali wspólne gotowanie. Uśmiechnęła się, kiedy zobaczyła, jak Sasquatch siedzi na pokładzie z nosem pod wiatr.
    Minęło zaledwie osiemnaście godzin od zakończenia wczorajszego programu, i w tym czasie nastąpiło tyle zmian.
    Melanie nie żyła – tak jak Leanne i Annie.
    Takjak inne kobiety, które miały pecha natknąć się na Kenta Segera. Zabolało ją serce, kiedy pomyślała o ambitnej dziewczynie, która związała się z Kentem i miała nadzieję, że odbierze Sam pracę• Melanie zawsze była zbyt ambitna i w końcu za to zapłaciła. Sam wstała i poma¬chała do Tya, a onjej odmachnął. Czyżby minęło zaledwie kilka tygodni od tego dnia, kiedy wydawało jej się, że dostrzegła żaglówkę na ciem¬nych falach jeziora i obcego na jej pokładzie?
    Kilku wydawców okazało zainteresowanie książką Tya, ajego agent starał się sprzedać pomysł jak najlepiej. Mówiło się nawet o licytacji.
    W ciągu osiemnastu godzin tak.wiele się zdarzyło. Z Charonem na rękach, Sam weszła do domu, z przyzwyczajenia zasunęła zasuwę i poszła po schodach do sy•pialni. Zostawiła otwarte drzwi, żeby kot mógł spokojnie wyjść. Na łóżku 'leżały spodnie Tya. Nie wprowadził się jeszcze do niej i Sam nadal nie była pewna, czy tego chce. Dobrze nam było razem, pomyślała i zdjęła ubranie i bieliznę• Ru¬szyła do łazienki i weszła pod prysznic. Przez lekko uchylone okno, przez które ulatywała para, usłyszała znajome szczekanie Hannibala – zawsze gotowego narobić zamieszania – ganiającego wiewiórki i inne gryzonie. Włączyła radio na WSLJ i dobiegł ją szorstki głos Ramblin' Roba, który mówił słuchaczom, że poszuka czegoś w płytotece i pojawi się za chwi¬lę z przebojem Patsy Cline. Pjerwsza osoba, która poda rok wydania piosenki dostanie kubek WSLJ.
    Sam zawiJęła głowę ręcznikiem i stanęła pod prysznicem. Zamknęła oczy i starała się odpędzić ponure myśli. Jak mogła się nie domyślić, że Melanie była o nią zazdrosna? Pracowała z tą dziewczyną noc w noc i za¬ufała jej na tyle, żeby poprosić o opiekę nad domem i kotem… a David? Jego kłamstwa były jeszcze gorsze. Chciał wykorzystać całą sytuację z na¬dzieją, że Sam wróci w jego ramiona. Do tego jej były mąż, Jeremy Leeds, zadzwonił do niej i powiedział, że mu przykro z powodu tego, co przeszła.
    Miała jednak wątpliwości, czy Jeremy kiedykolwiek w życiu kogoś żałował.
    Namydliła się i z oddali dobiegł ją melancholijny głos Patsy Cline.
    Najgorszy był Kent Seger, człowiek z obsesją na punkcie siostry, a po¬tem Samanty. Winił Sam za śmierć Annie, ale przecież sam ją zabił, upozorował samobójstwo, bo był zazdrosny o Ryana Zimmermana, o któ¬rym nie wiedział, że jest jego przyrodnim bratem.
    Cała ta historia była wstrętna.
    Spłukała mydło i pomyślała o Estelle, którą znaleziono wczoraj rano, pływającą twarzą w dół, w basenie. Nie mogła stawić czoła kolejnemu skandalowi. Jej pierwszy mąż, ojciec Annie, przeżył szok, kiedy Ty do niego zadzwonił. Twierdził, że to jego wina.
    Poczucie winy nie opuszczało wielu osób.
    Zakręciła kran i usłyszała, jak ktoś otwiera drzwi do ogrodu. Pewnie Ty już przypłynął. Zdjęła ręcznik z głowy i założyła szlafrok.
    – Jeszcze nie zaczęłam robić kolacji, więc weź sobie coś do picia! ¬zawołała. Zawiązała pasek i wyjrzała przez okno. Na horyzoncie zoba¬czyła znajome maszty i żagle "Swietlistego anioła",
    Niemożliwe. Jak łódź mogła być na wodzie? Przecież słyszała, jak otwierał drzwi. Zamknięte na zasuwę. Przebiegł ją dreszcz.
    – Ty?! – zawołała i pomyślała, że zwariowała. Kent Seger ledwie żywy leżał w szpitalu, jej brat i Ryan Zimmerman zostali oczyszczeni z zarzutów. Poza tym była sama w domu!
    Wtedy usłyszała ciężkie i szybkie kroki na schodach. O, Boże. Serce zabiło jej mocniej i poczuła strach chwytający ją za gardło. Wyjrzała przez okno i zauważyła, że żaglówka zbliża się do lądu, a Ty stoi u steru z psem przy nodze. Charon syknął, wślizgnął się przez otwarte drzwi do sypialni i ukrył pod łóżkiem.
    Sam rozejrzała się zajakimś narzędziem do obrony. Mogła tylko pomachać do Tya przez okno. Otworzyła je i wtedy usłyszała skrzypnięcie drzwi.
    – Ty suko!
    To był głos Johna! Nie!
    – Ty! – krzyknęła i odwróciła się, kiedy intruzją dotknął. Stał przed nią wysoki mężczyzna w ciemnych okularach.
    – Kim jesteś?
    – Twoim najgorszym koszmarem – powiedział i zauważyła, że w dłoni trzyma chusteczkę.
    Poczuła słodkawy zapach.
    – Wynoś się! – krzyknęła. Szukała czegoś, czym mogłaby się obro¬nić i jej wzrok padł na lampę. Jednak zanim do niej sięgnęła, rzucił się na nią. Złapał ją i chciał jej wepchnąć J.‹nebel w usta.
    Kopała go, drapała i krzyczała. Wakl,Zyła wściekle, ale był tak pot꿬ny, że oplótł ją ramieniem i wcisnąłjej materiał w usta. Nie mogła oddychać, a wstrętny zapach eteru wypełnił jej nozdrza i palił gardło. Nie mogła wciągnąć powietrza, a smród był paraliżujący. Do oczu napłynęły łzy, zaczęła się krztusić.
    Chciała krzyczeć, ale wciągnęła jeszcze więcej eteru do płuc. Zrobiło jej się ciemno przed oczami. Ręce i nogi miała ciężkie i nie mogła unieść powiek. Przestała się bronić.
    Zobaczyła tylko jego uśmiech. Coś błysnęło. Sznur czerwonych jak krew korali.

    _ Mamy nie tego faceta! – Bentz popatrzył na kartę wiszącą na łóż¬ku Kenta Segera i zaklął siarczyście. Przed drzwiami izolatki stał poli¬cjant w mundurze, a kilku innych, w cywilu, pilnowało pozostałych części szpitala. Okazało się, że niepotrzebnie. Mężczyzna leżący na łóżku, pod¬łączony do aparatury, nie był Kentem Segerem.
    _ Nie ten facet? – Montoyajadł chipsy z paczki, którą kupił w automacie w stołówce.
    – Popatrz na grupę krwi.
    – Ale…
    _ Nie wiem, kim, do Chblel'Y, jest ten facet, ale to nie Kent Seger i nie John. Nabrał nas. – Bentz wybiegł z pokoju. – Pilnuj go! – zawołał do strażnika. – Nie wpuszczaj nikogo. Nawet lekarza.
    – Ale…
    _ Dlaczego nikt, do cholery, nie sprawdził wcześniej jego grupy krwi? – Wyciągnął z kieszeni telefon i popędził do najbliższego wyjścia.
    Montoya tuż za nim.
    _ Kim on jest? – zapytał, kiedy dopadli do samochodu.
    _ Nieważne. Nasz chłopaczek jest nadal na wolności. Bentz wystukał numery dyspozytora.
    _ Zadzwoń na policję w Cambrai. Niech wyślą kogoś do domu Samanty Leeds na Lake View Drive, szybko. – W skoczył za kierownicę•
    _ Ja ponrowadzę – zaproponował Montoya.
    _ Nie ma mowy. Za wolno jeździsz. Wsiadaj.
    Montoya nie zapiął pasów. Bentz przekręcił kluczyki i z włączoną syreną ruszył jak wariat przez parking. Kiedy wypadli na ulice, rzucił Montoyi telefon.
    _ Dzwon do Samanty Leeds. Powiedz jej, co się dzieje.
    Montoya próbował się połączyć, a Bentz włączył pasmo policyjne i poinformował inne jednostki.
    – Do diabła. Spróbuj do Tya Wheelera… w domu albo na komórkę.
    Dzwoń do informacji, nie wiem jak, ale się połącz.
    Za szybko wszedł w zakręt i opony zapiszczały. Dojazd do Cambrai zabierał dwadzieścia minut. Jeśli się postara, będzie tam za piętnaście.
    Miał tylko nadzieję, że nie przyjadą za późno.

    Ty zobaczył Sam w oknie. Machała do niego. Nie… Otworzyła okien¬nicę i zawołała go. Potem zobaczył cień – ktoś był z nią w sypialni. Ktoś ubrany na czarno i w ciemnych okularach. Sam szamotała się z nim i krzy¬czała. Została zaatakowana na jego oczach, a on nie mógł jej pomóc. Wie¬dział, że nie zdąży, zrzucił żagle i zapalił silnik. Ruszył całą parą.
    Patrzył na okno i widział tylko fragmenty rozgrywającej się tam wal¬ki. Zrozumiał, że morderca jest na wolności. Uciekł i próbował zabić Samantę na oczach Tya.
    – Nie ujdzie ci to na sucho, draniu – wycedził i zacisnął ręce na ste¬rze. Łódź pruła przez wodę. – Pierwszy cię zabiję.

    Było ciemno… tak ciemno, że czuła to z zamkniętymi oczami. Do¬biegły jąjakieś odgłosy… dziwne dźwięki… jakieś głębokie buczenie. Bolała ją głowa.
    Chciało jej się spać, ale coś zmusiło ją do otwarcia ciężkich powiek.
    Rzeczywiście był mrok. Poczuła kołysanie i domyśliła się, że gdzieś jadą, ale… Głowa ją bolała i zbierało jej się na wymioty. Gdzie jest? Chciała usiąść i uderzyła się w głowę. Przez chwilę bała s.ię, że znowu zemdleje i wtedy zaczęła sobie przypominać. Zobaczyła jakieś obrazy. Najpierw była w sypialni, potem zaatakował ją facet w ciemnych okularach… O Boże… John. Czyżby zdołał uciec?
    Poruszyła rękami i głęboko wciągnęła powietrze. Poczuła benzynę.
    Jechała chyba w bagażniku samochodu… nie, miała za dużo miejsca. była w ciężarówce z plandeką, a John prowadził, zabierał ją dokądś. ale dokąd?
    Zwolnił i serce, które biło już tysiąc raźy na minutę, jeszcze przy¬spieszyło. Ani przez moment nie miała wątpliwości, że chce ją zabić. Zamierzał zrobić to w odosobnieniu i powoli. Pomyślała o jego ofiarach i torturach, jakie przeszły. Wiedziała, że czeka ją taki sam ból.
    Gdyby tylko mogła się jakoś pozbierać i pomyśleć… siedziała w ciꬿarówce… może miał tu jakieś narzędzia. Wziął zakręt przy dużej pręd¬kości i poleciała na bok… przeleciała›po wybrzuszeniu od koła i ude¬rzyła się w głowę. Nie miała pojęcia, dokąd ją zabiera, ale podejrzewała, że w jakieś opuszczone miejsce. Zabijał kobiety różańcem… policja w końcu podała szczegóły do publicznej wiadomości. Pomacała dooko¬ła siebie i natknęła się na coś… może pudło z narzędziami. Czyżby mia¬ła szczęście? Spróbowała je otworzyć, ale było zamknięte. Starała się nie wpadać w panikę. Jeszcze raz pociągnęła za wieko, ale na próżno.
    Opony zaskrzypiały na żwirowej drodze. Samochód jechał teraz wolno. Podnośnik do kół! Gdzie był podnośnik? Może leży gdzieś lu¬zem? Zaczęła macać każdy centymetr podłogi. Znalazła tylko wędkę. Nic ciężkiego, bambusowy pręt przypięty do plandeki. Cholera!
    Samochód stanął. Sam rozważyła, jakie ma możliwości. Mogła rzucić się na niego, kiedy otworzy tył, ale pewnie spodziewa się tego, więc powin¬na udawać nieprzytomną. Jeśli zarzuci jej coś na głowę, zacznie się bronić.
    Mogła tylko leżeć nieruchomo, starać się uspokoić, i wyglądać na zemdloną.
    Silnik zgasł. Boże, ratunku.
    Usłyszała skrzypnięcie otwieranych drzwi kabiny kierowcy, a potem kroki na żwirze.
    Zachowaj spokój. Leżała bez ruchu, oddychała powoli i zamknęła oczy. Nie zaciskała powiek, udawała odprężoną, choć nerwy miała na¬pięte jak postronki.
    Tył ciężarówki otworzył się, poczuła ciepłe, wilgotne powietrze i do¬biegło ją rechotanie żab i bzyczenie owadów.
    Bagna, pomyślała. O Boże, tu nikt jej nigdy nie znajdzie.
    – Obudziłaś się? – zapytał uwodzicielsko. – Doktor Sam? – Poła¬skotał ją w bosą stopę i poczuła na palcach jego gorącą dłoń. Nie zare¬agowała. – Do diabła, obudź się! – krzyknął zdenerwowany, ale Sam nadal leżała nieruchomo. – Nie udawaj trupa. – Połaskotał ją w pode¬szwę. – No, wst"waj. – Wyciągnął ją z samochodu i przytrzymał przy sobie. Z trudem powstrzymała się, żeby go nie kopnąć, ale dała się po¬ciągnąć z nogami wlekącymi się po żwirze. Niósł ją przez kilka metrów, a potem usłyszała, jak jego buty stukają po czymś drewnianym.
    Lekko otworzyła jedno oko i zauważyła wyblakłe deski pomostu.
    – Może lepiej, że śpisz – powiedział do siebie. – Później się zabawi¬my. – Rzucił ją na dno małej łodzi przywiązanej do pomostu. Upadła jak worek kamieni i zamarła ze strachu. – Zabawię się z tobą tak, jak z Mela¬nie… tylko tym razem nie będziemy cię słuchać przez radio. Nie, puścimy sobie taśmę, bo mam wszystkie twoje audycje. Wziąłem jedną kasetę.
    Pomyślała, że zwymiotuje. Ten potwór planował, że ją zabije, kiedy będą słuchali, jak odbiera telefony do programu. Za nic na świecie,. postanowiła, a on odcumował łódź. Potrzebowała czegoś do obrony, czegokolwiek. Kiedy odwrócił się do niej tyłem, otworzyła oko i rozej¬rzała się po łódce. Zobaczyła koszyk na ryby, ale to było za mało… po¬tem dostrzegła wiosło. Jeśli ruszy się szybko, złapie je, uderzy go w plę¬cy i zepchnie do wody.
    W tej samej chwili pomyślała o zamieszkujących bagna stworze¬niach – aligatorach, wężach, nietoperzach… nie wiedziała co gorsze. Matka natura czy ten potwór? Umysł miała wciąż zmącony i ociężały.
    Odepchnął łódź od brzegu. Teraz!
    Podskoczyła, potknęła się, chwyciła za wiosło i z całej siły uderzyła. Rozległ się huk. Trafiła go w tył głowy.
    Krzyknął z bólu i poleciał do przodu. Uderzyła raz jeszcze, a przy trzecim razie, odwrócił się.
    – Ty suko! – Złapał za wiosło i wyrwał jej z rąk. – Ty głupia dziw¬ko! – Rzucił się na nią i wtedy skoczyła w bok. Wpadła do gęstej wody i kiedy próbowała płynąć, coś ją zatrzymało. Złapał za rąbek szlafroka i pociągnął ją do tyłu. Chciała rozwiązać węzeł, ale był mocno zaciśnię¬ty i mokry.
    Klnąc głośno, przyciągnął ją do siebie i pomyślała, że teraz na pew¬no umrze. Kopnęła go, złapała powietrze i zaczęła rozwiązywać supeł, ale traciła grunt pod nogami. Zacisnął palce na jej kostce.
    Nie! Nie! Nie!
    Płuca ją bolały, w głowie miała ciemność, a palce walczyły z wę¬złem.
    Pociągnął z całej siły za nogę. Kopnęła go i wtedy pasek puścił. Prze¬rażona, zrzuciła szlafrok i zanurkowała głęboko. Paliły ją płuca, ale nie zwracała na to uwagi. Szybko pracowała nogami, odpływała od pomo¬stu, aż poczuła, że dłużej nie wytrzyma.
    Z pluskiem wyskoczyła na powierzchnię, zaledwie dziesięć metrów od niego. Złapała oddech i znów zanurzyła się pod wodę. Zdążył oświe¬tlić ją latarką i łódź ruszyła w jej stronę.
    Nie wiedziała, jak uciec. Jak się ratować? Zanurkowała w gęstą, mętną wodę jeszcze raz. Ruszała się szybko i płynęła po omacku, byle dalej od światła. Szybciej, Sam, szybciej. Uciekaj! Bała się, że pękną jej płuca i wtedy otarła się dłońmi o korzenie cyprysu. Podciągnęła się na bok. Wynurzyła się powoli i zaczęła głęboko oddychać, starając się nie robić hałasu. Próbowała się pozbierać i modliła się rozpaczliwie do Boga o po¬moc. Zrozumiała, że nie ma przy niej nikogo i musi ratować się sama. Byli w dzikiej niezamieszkanej prawie części Luizjany.
    Albo ucieknie, albo będzie musiała"go zabić. W szystko jedno.
    Naga i drżąca, oprzytomniała wreszcie. Bijące serce zagłuszało inne dźwięki i nie chciało się uspokoić. Ogarnęła ją panika i poczuła przy¬pływ adrenaliny. Coś oślizgłego otarło się jej o nogę, ale ani drgnęła. Nie miała odwagi. Zapach bagna drażnił jej nozdrza, a gęste powietrze chłodziło skórę. Usłyszała dźwięk wioseł tnących wodę i dostrzegła la¬tarkę, która zaświeciła się i zgasła, drażniąc jej źrenice i oślepiając.
    – Nie uda ci się uciec – mruknął niskim, seksownym głosem. Był już blisko niej.
    Nagle latarka zapaliła się znowu, jakieś dwa metry od niej. Po cichu schowała się do wody i popłynęła pod listkami lilii. Wynurzyła pomię¬dzy cienkimi drzewami i ukryła za jednym.
    – Nie wytrzymasz długo. Aligatory cię dopadną. Wyłaź, Samanto. ¬Przez bzyczenie owadów, wyczuła zniecierpliwienie i zdenerwowanie, jak u chorego psychicznie.
    – Od ciebie to wszystko się zaczęło. Ty kazałaś Annie zwierzyć się komuś i ona powiedziała matce. – Mlasnął językiem. – Matka i tak jej nie uwierzyła. Nię mogło jej się pomieścić w głowie, że pieprzę moją małą siostrzyczkę~ – Roześmiał się. – A Annie… podobało jej się to, mimo że nie chciała się przyznać. Robiła się dla mnie wilgotna… takjak ty się zaraz zrobisz.
    Zdrętwiała. Wiedziała, że musi się stąd wydostać i to zaraz, zanim ją znajdzie i zanim ona padnie z wyczerpania. Wyjrzała zza drzewa i za¬uważyła w oddali błyszczący w świetle księżyca metal jego ciężarówki. Miała jedyną szansę•
    Cichutko wślizgnęła się pod wodę. Płynęła bezgłośnie, jak najdalej odjego głosu, w stronę brzegu. Może zostawił kluczyki w stacyjce? A mo¬że miał je w kieszeni? Zamknął drzwi?
    Musi jakoś uciec. Jak daleko uda jej się odejść nago i na bosaka? Po prostu płyń do brzegu i uciekaj.
    Bolały ją płuca, miała uczucie, że zaraz pękną, kiedy przedzierała się przez 'Iiskie wodorosty. W końcu wypłynęła na powierzchnię i odetchnęła cicho.
    Znowu rozbłysła latarka.
    Jasny promień wyłowił ją•z ciemności i oświetlił. W jakiś sposób udało mu się ją wyśledzić i domyślił się, że popłynie do pomostu.
    Znowu zanurkowała i płynęła jak szalona, szukając schronienia przy pomoście. Wypłynęła z boku. Wyjrzała zza roślin i dostrzegła, jak świa¬tło latarki bada wodę we mgle. Łódź stała w miejscu. Czyżby udało jej się go zgubić? Poddałby się tak łatwo? Nie, chyba że uderzenie wiosłem bardzo go zraniło.
    Ostrożnie ruszyła do brzegu i za drzewami zobaczyła jakieś świa¬tło – reflektory samochodu? Serce podskoczyło jej z radości. Czy to możliwe? Boże, czy ktoś jechał tą opuszczoną drogą? Może jest gdzieś koło szosy? Popłynęła szybciej, a stopami starała się złapać grunt. Wte¬dy poczuła, że coś się o nią otarło? Ryba, aligator, wąż?
    Zrobiła krok do przodu.
    Silne palce złapały ją za nogę. Nie!
    O, Boże, złapał ją. Chciała się wyrwać, ale na próżno. Rzucił się na nią i wciągnął ją pod wodę. Zostawił łódź i latarkę, a sam wskoczył do wody i popłynął za nią.
    Poczuła się jak w kajdanach, poleciała w dół na głęboką wodę. Rzu¬cała się, kopała i szukała powietrza. Dotknęła stopą czegoś twardego. Wyskoczył na powierzchnię i pociągnął ją za sobą.
    – Ty pieprzona suko! – zaklął. Był nagi od pasa w górę, w ciemno¬ściach widziałajego białą skórę. Spojrzał na nią szeroko otwartymi ocza¬mi. – Zapłacisz mi za to – powiedział, a woda ściekała mu z włosów na twarz. Stał teraz z głową wynurzoną z wody, a Sam, niższa od niego, nie mogła złapać gruntu. Wściekły, pociągnął ją w dół i przytrzymał pod wodą• Szarpnęła się i złapała w usta stojącą breję. Wyskoczyła, kaszląc i dławiąc się.
    Wierzgała nogami i sięgnęła do jego krocza, ale on znów wepchnął ją pod wodę• Znów się zakrztusiła i skoczyła do góry. Złapała powietrze, zakasłała, wypluła wodę, dławiąc się. Drugą ręką złapał ją za włosy.
    – No, doktor Sam, pokuta za grzechy.
    – Co?
    – Odpokutujesz za grzechy.
    Podtopił ją znowu i przytrzymał w brudnej wodzie, aż zaczęła się dusić. Nagle w ciemności dostrzegła za jego nogami jakiś cień.
    Wyciągnął ją na powierzchnię. Nie miała siły się ruszyć.
    – No, udawaj trupa, zobaczymy co ci to da – powiedział i pociągnął ją w stronę brzegu. Dotknęła stopami ziemi, chciała uoiec, ale przytrzy¬mał ją i zaczęli się szarpać pod wodą. Sięgnął do kieszeni i zobaczyła paciorki – jego różaniec.
    Walczyła, ale na próżno. Był znacznie silniejszy od niej. Poza tym znał te bagna. Gdyby miała coś do obrony, patyk, kamień, cokolwiek! Z daleka dostrzegła światła samochodu, które zbliżały się, błyskając między drzewami.
    – Módl się, doktor Sam – rozkazał Kent i zacisnął jej pętlę na szyi.
    Paciorki były zimne, ostre i twarde. Zakręoił żyłkę i Sam zacharczała. Poczuła ból w szyi. On pochylił się do prżodu. '- Pokutuj i pocałuj mnie, ty żałosna dziwko – rozkazał. Sam rzJóHa się ku niemu i z całej siły ugryzła go w policzek.
    Krzyknął i na sekundę zwolnił uścisk, a Sam zanurkowała pod po¬most i ściągnęła różaniec z szyi. Wynurzyła się po drugiej stronie, usły¬szała, jak Kent miota się w wodzie i popłynęła do łodzi. Złapała latarkę i zaczęła rozpaczliwie świecić w stronę nadjeżdżającego samochodu. Usłyszała szum silnika i pisk opon na żwirze.
    Stopami chwyciła grunt i zaczęła biec do brzegu, z nadzieją, że kto¬kolwiek to jest, zdąży na czas.
    – Tutaj! – krzyknęła. – Pomocy! – Kent był tuż za nią i skoczył do przodu, kiedy samochód się zatrzymał.
    Wyskoczyło z niego dwóch mężczyzn z psem.
    – Policja, Seger! Poddaj się! – krzyknął jeden głos.
    Kent zacisnął ramię najej gardle, a ona zanurkowała w płytką wodę. Usłyszała stuk.
    Odgłos strzału rozszedł się echem po bagnie.
    Kent zaskowyczał i upadł na plecy. Krew rozbryzgnęła się wraz z kro¬plami wody.
    – Niech to szlag! – zawołał słabym, charczącym głosem. Chwytając ciężko powietrze i trzęsąc się, Sam ruszyła do brzegu, rozpaczliwie brnąc przez lilie wodne i wodorosty, łkając i drżąc, w oba¬wie, że zobaczy go raz jeszcze i znów zostanie wciągnięta pod wodę.
    – Samanto – usłyszała głos Tya.
    O mało się nie przewróciła.
    – Tutaj – chciała zawołać, ale zjej ust wydobył się tylko szept. Szła do przodu, ale miała wrażenie, że porusza się w zwolnionym tempie.
    Dostrzegła jego sylwetkę w świetle reflektorów. Podbiegł do niej, pies tuż za nim. Zaczęła szlochać jak szalona i nie mogła przestać, kiedy objął ją i mocno przytulił.
    – Sam…Sam… O Boże, jesteś cała?
    – Tak…nie… tak. – Trzymała się go kurczowo i starała choć trochę uspokoić.
    – Tutaj, tutaj! – zawołał Ty i odwrócił się do tego, który strzelał. ¬Przynieś koc. – Spojrzał na nią. – Boże, Samanto, nie powinienem cię spuszczać z oczu. Przepraszam, tak mi strasznie przykro… a co ty tu, do diabła, masz?
    Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że wciąż trzyma w ręku ten prze¬klęty różaniec. Upuściła go na grząską ziemię, jakby ją parzył. Trzęsła się i było jej słabo. Poczuła, jak ktoś otula kocem jej nagie ciało i rozpo¬znała detektywa Bentza.
    – Potrzebuję pani zeznania – powiedział i odwrócił wzrok.
    – Później – odpowiedział stanowczo Ty.
    W oddali dostrzegła inne światła.
    – Jadą nasi ludzie – wyjaśnił Bentz, a na pobliskiej gałęzi zahukała sowa. – Pomyślałem, że przyda nam się wsparcie. – Spojrzał na bagna i się¬gnął do kieszeni marynarki. Wyjął nową paczkę papierosów. – Chyba powi¬nienem iść i wyciągnąć sukinsyna – powiedział. – Ale najpierw muszę za¬palić. Jak będę miał szczęście, to aligatory posprzątają za mnie. – Stał i palił, nadal trzymając w ręku pistolet. Czubek papierosa świecił w ciemności.
    – Jak… jak mnie znaleźliście? – zapytała wciąż oszołomiona Sam.
    – Navarrone wiedział, że Kent ma tu dom – to jedyne, co dała mu matka. Mieliśmy szczęście.
    – Szczęście? Miałam nadzieję, że powiesz, że to dzięki dobrej pracy policji.
    – Ty odegrałaś główną rolę.
    – Co za pocieszenie – powiedziała i pokręciła głową. Owinęła się szczelniej kocem.
    – Chciałem cię uspokoić.
    – Boże, zmiłuj się. – Poczuła błoto na twarzy i zobaczyła czerwone kropki. Krew, ale nie jej, tylko Kenta. Rozmazana z wodą wciąż jeszcze spływała jej po nogach. Zadrżała i starała się wytrzeć.
    – Możemy stąd iść? – zapytała.
    – Oczywiście. – Ty gwizdnął na psa i pocałował ją w czubek głowy. – Jedźmy do domu.

Epilog

    – Sprawa jest zamknięta – powiedział Montoya, kiedy wszedł do biura Bentza i usiadł na brzegu biurka. Jak zwykle opanowany, miał na so¬bie swoją ulubioną skórzaną marynarkę, ciemne spodnie i białą koszulkę. Zgolił bródkę i zostawił wąsy, a zamiast jednego kolczyka miał teraz dwa.
    Przez otwarte okno wpadały odgłosy nocy – samotny śpiew saksofonu, szum ruchu ulicznego, śmiechy. W Nowym Orleanie zapadła noc. – Sprawa zamknięta, tylko że nie znaleźliśmy ciała Kenta Segera.
    – Myślisz, że uszedł z życiem?
    – Wśród aligatorów? Nie. – Bentz rozparł się w fotelu i wyjął z szuflady gumę do żucia. – Myślę, że dostał to, na co zasłużył. – Znowu rzucasz palenie?
    – Na jakiś czas.
    – Chyba popełmasz błąd.
    – Może.
    – A co u doktor Sam?
    – Same dobre rzeczy – powiedział Bentz z uśmiechem. Rozmawiał z doktór Sam i zdziwił się, jak szybko pozbierała się po tym wszystkim. Była twarda, a teraz wróciła do pracy. – Słyszałem, że ma nową asy¬stentkę, odmówiła pracy siedem dni w tygodniu, a George Hannah mu¬siał to zaakceptować, bo bał się ją stracić. Są przecież inne duże stacje, które od razu by ją zatrudniły. Nawet jedna z Chicago.
    – Dlaczego zostaje tutaj?
    – Jeden powód to Ty Wheeler. – Bentz sięgnął za siebie i włączył wiatrak, a ciepłe powietrze zaczęło krążyć po niewielkim pokoju.
    – Myślałem, że go nie lubisz?
    – Bo nie lubię. Każdy, kto odchodzi z policji, żeby pisać książki, to mięczak.
    – Albo spryciarz. Pozwoliłeś jemu i psu jechać z tobą – przypomniał mu Montoya.
    – Pies jest fajny.
    – Więc Kent Seger był chory psychicznie?
    – Tak, widziałem wyciągi ze szpitala. Depresja, narkotyki, przemoc.
    – A co z Ryanem Zimmermanem? – zapytał Montoya. Bentz skrzywił się. – Chyba będzie próbował pogodzić się z żoną,jeśli wyjdzie cały ze szpitala. Wpadł na Kenta pewnej nocy w barze – właśnie stracił pracę i wyleciał z domu. Kent był jego starym kumplem i Ryan myślał, że ma jakieś chody i dojścia do narkotyków. Spotkali się i kiedy Ryan się na¬ćpał, Kent go związał. Trzymał go u siebie, w tej norze i torturował.
    – Tej, którą odkrył Navarróne?
    – Tak. Tam znaleźliśmy trofea. – Bentz żuł gumę. Kiedy zobaczył zebraną biżuterię, zrobiło mu się nieprzyjemnie – kolczyki, bransoletki na nogi, medalion ze zdjęciem Kenta i Annie, zrobionym najprawdopodob¬niej tej nocy, kiedy zginęła. Bentz myślał, że Seger zamienił zdjęcie Ryana Zimmermana na swoje. Świat nic nie stracił na zniknięciu Kenta Segera.
    – Zimmerman na dobre przestał brać, czy tylko tak twierdzi? Ćpunom nie można ufać – powiedział Bentz. – Zestaw, jaki podał mu Kent w noc, gdy zginęła Melanie, tak go pokręcił, że Kentnie miał problemu z wypchnię¬ciem go na ulicę. Pod samochód wpadł przypadkiem, bo tego Seger nie planował. Gdyby w szpitalu nie zrobili mu płukania żołądka, umarłby.
    – I Samanta Leeds też.
    Bentz skrzywił się.
    – O mały włos. – Wyjrzał przez okno i popatrzył na światła miasta.
    Przypomniał sobie, jak Kent Seger włamał się do niej za pomocąklucza, którego nie wymieniła – otwierał małe drzwi pod schodami. Wchodził pod werandę, przez schowek.
    Montoya oparł się o szafkę z aktami i skrzyżował nogi przed nosem Bentza.
    – A co się stało z jej bratem, Peterem, czy jak mu tam? Myślałem, że miał z tym coś wspólnego.
    – Z tego co wiem, ukrywa się, jak zwykle. Nie pojawił się nigdzie. Przez jakiś czas pracował dla firmy telekomunikacyjnej, ale rzucił pracę. Nikt nic o nim nie wie, ani Sam, ani jej ojciec, nawet urząd skarbowy.
    – Dlaczego?
    – Może po prostu ceni sobie prywatność.
    – Albo to ćpun.
    – Mamy ich tu sporo. – Bentz wyjrzał przez okno – Moim zdaniem, Samanta i jej ojciec nie dowiedzą się o nim niczego, aż kiedyś pojawi się u nich koroner…
    – Więc to tyle – powiedział Monotya. – Sprawa zamknięta.
    – Mamy jeszcze kilka niewyjaśnionych rzeczy – oznajmił Bentz. – Nadal chcę porozmawiać z tymi, którzy zniknęli nagle, kiedy zaczęły po¬jawiać się ciała. Wspólłokatorki, byli mężowie, alfonsi. Wydąje mi się, że wszyscy są czyści, tylko mieli inne sprawy na sumieniu i nie chcieli, żeby się przy okazji wydały, dlatego postanowili zniknąć. – Pomyślał o alfon¬sie, Marcu Duvallu i o Słodkiej Cindy. Prędzej czy później, znajdzie ich, szczególnie Duvalla. – Ogólnie rzecz biorąc, jest już po sprawie.
    – Dobrze. – Reuben stanął na baczność. – Więc skończyliśmy. Może powinniśmy to uczcić dziewięcioprocentowym piwem.
    – Mamy jeszcze kilka nierozwiązanych morderstw – przypomniał mu Bentz i zerknął na ekran komputera, gdzie widniały zdjęcia dwóch kobiet; jednej, która została podpalona i jej ciało podrzucono przed po¬mnikiem Joanny D'Arc, i tej drugiej, Cathy Adams – striptizerki, stu¬dentki i prostytutki, którą znaleziono w jej własnym mieszkaniu z ogo¬loną głową.
    Miała prawie tyle samo lat, co jego córka. Ta myśl nie dawała mu spokoju, ale jego mała była wspaniałym dzieckiem.
    – Rozwiążemy pozostałe morderstwa – powiedział zawsze. pewny siebie Montoya.
    – Mam nadzieję. – Bentz nie był przekonany. Coś mu podpowiada¬ło, że po ulicach miasta chodził jeszcze jeden seryjny morderca. Jeszcze jeden chory drań, który uprawiał dziwne rytuały. Zostawiał znaki? Miał nadzieję, że się myli i dwie sprawy leżące na biurku nie mająze sobąnic wspólnego. A jednak… miał przeczucie, że tak.
    Do diabła z tym wszystkim.
    – Nie wiem jak ty, ale ja dziś idę to uczcić. Nieodwołalnie.
    – To chyba dobry pomysł – zgodził się Montoya.
    – Świetny. Hej… która godzina? – Zerknął na zegarek, podróbkę ro- leksa, a potem podszedł do szatki z aktami, włączył radio i popłynęły pierw¬sze takty A Hard Day s Night i rozległ się gorący głos Samanty Leeds.
    – Dobry wieczór Nowy Orleanie, mówi doktor Sam w WSLJ. Slu¬chacie programu Nocne wyznania. Dziś pomówimy o szczęściu…

Lisa Jackson


***

Top.Mail.Ru