Скачать fb2
Serce nie sługa

Serce nie sługa

Аннотация

    Phillida była zrozpaczona, kiedy odkryła, że zakochała się w swoim szefie, Jake'u. Jak to się mogło stać? W jaki sposób wplątała się w sieć uczuć i pożądania? Z przerażeniem zastanawiała się, czy zdoła wyjechać z Australii, wrócić do Anglii i żyć bez Jake'a. A przecież on jej nie znosił. Zawsze podkreślał, że nie cierpi zarozumiałych Angielek. Jak uda jej się teraz przetrwać każdy kolejny dzień u jego boku, mając świadomość, że go kocha, a nie może mu tego wyznać?


Jessica Hart Serce nie sługa

Rozdział 1

    To było niczym uderzenie o skałę.
    Zmagając się z ciężką walizką, Phyllida nie zauważyła mężczyzny wchodzącego przez te same drzwi dworca lotniczego, dopóki na niego nie wpadła. Nigdy nie przypuszczała, że męskie ciało może być takie twarde.
    – Och! – Siła zderzenia wyparła jej dech z piersi i odrzuciła wstecz. Fiknęłaby pewnie kozła przez własny bagaż, gdyby nieznajomy nie podtrzymał jej.
    – Ostrożniej! – Rozluźnił żelazny uścisk, a dziewczyna odzyskawszy równowagę spojrzała na przyglądającego się jej bacznie mężczyznę.
    Był bardzo opalony, miał kasztanowate włosy i chłodne, przenikliwe oczy. W pierwszej chwili zdziwiła się, że nie jest wcale taki wysoki i barczysty, jak mogła sądzić po skutkach kolizji. Drobna budowa kryła jednak niezaprzeczalną siłę. Zauważyła też, że nie był zbyt przyjacielsko nastawiony.
    – Nie sądzi pani, że lepiej uważać, gdy się taszczy coś takiego? – spytał, wskazując na olbrzymią walizkę, która przewróciła się na bok. Głęboki głos brzmiał lodowato.
    Phyllida chciała go właśnie przeprosić, lecz poczuła się urażona jego słowami. Wciąż oszołomiona zderzeniem, rozcierała ramiona obolałe od chwytu nieznajomego.
    – Spieszę się – odparła ostrzej, niż zamierzała. W końcu on również jej nie przeprosił. – Nie zauważyłam pana.
    – Najwyraźniej.
    Sarkazm w jego głosie sprawił, że spojrzała mu w oczy – ciemne, uważne, zielone z szarym odcieniem. Serce dziwnie jej podskoczyło.
    Nagle uświadomiła sobie, jak sama wygląda. Podróżowała przez trzydzieści siedem godzin i czuła się równie wymięta, jak jej elegancki, londyński, beżowy kostium. Złote, dobrane do paska, pantofelki piły niemiłosiernie opuchnięte stopy.
    Niezbyt wysoka dziewczyna nadrabiała zazwyczaj brakujące centymetry wzrostu dynamicznym stylem bycia. Niestety, nawet badawcze spojrzenie nieznajomego nie dostrzegłoby obecnie tej cechy. Widział jedynie drobną, zmaltretowaną osóbkę o twarzy zaczerwienionej po biegu przez dworzec lotniczy.
    Na pewno zauważył również pokiereszowane obcasy.
    – Przed chwilą wylądował mój samolot z Londynu – zaczęła się tłumaczyć. – Mieliśmy godzinne opóźnienie, ale ktoś powiedział, że jeśli się pospieszę, zdążę jeszcze na ostatni lot do Port Lincoln. Przebiegłam całą międzynarodową część lotniska… – urwała. Przecież nie interesują go jej kłopoty.
    Zerknęła na zegarek. Ósma czterdzieści. Odlot za pięć minut.
    – W takim razie, bardzo nierozważnie postąpiłem wchodząc pani w drogę.
    Ukryta drwina rozwścieczyła Phyllidę. Zarozumiały samiec, traktujący kobiety z pobłażliwą pogardą. Ostatnimi czasy miała takich typków po dziurki w nosie. Że też trafił się jej zaraz po przylocie do Australii!
    Zacisnąwszy wargi, schyliła się po walizkę, która teoretycznie powinna była posłusznie dać się ciągnąć na kółkach. Zamiast tego zataczała się na boki, podstępnie atakując łydki i kostki. Zniszczyła jej obcasy, a jutro pewnie pojawią się siniaki.
    Znienawidziła te okropne kółeczka tuż po wyjściu z domu. Walizka była jednak za ciężka, żeby ją nieść.
    Nieznajomy obserwował jej wysiłki. Pochylił się, oferując pomoc, lecz Phyllida usłyszała jedynie zniecierpliwione cmoknięcie, co utwierdziło ją w podejrzeniach. Był taki sam jak inni – przekonany, że kobiety nie potrafią sobie z niczym poradzić.
    – Dam sobie radę! – parsknęła, zerkając na niego.
    – Nie wydaje mi się, nie najlepiej to pani wychodzi – zauważył zjadliwie. – Czy nie byłoby wygodniej podróżować z czymś mniejszym od siebie?
    Phyllida wojowniczo wysunęła podbródek.
    – To, że jestem nieduża, nie znaczy, że mam kurzy móżdżek – odcięła się. – Dlaczego mężczyźni uważają, że kobiety nie umieją zadbać o siebie? Przejechałam pół świata bez protekcjonalnych, męskich rad, jak mam się spakować.
    Na dowód swoich słów z wysiłkiem podniosła walizkę.
    – No i co? – spojrzała na niego triumfalnie.
    Mężczyzna wydawał się nieporuszony.
    – Przypomina to raczej walkę o życie – powiedział z ironią. – Osobiście wolałbym raczej zdążyć na samolot, niż cokolwiek udowadniać. Jeśli zamierza pani samodzielnie dotrzeć na czas do stanowiska odpraw i złapać samolot do Port Lincoln, radziłbym się pospieszyć.
    – Właśnie to robię – odparła chłodno. Ujęła rączkę walizki, która wcale nie chciała toczyć się za nią jak posłuszny piesek. – Zechce pan wybaczyć – dodała z wyszukaną uprzejmością.
    Wytworne maniery w zestawieniu z drobną figurką w wymiętym kostiumie najwyraźniej go rozbawiły.
    – Oczywiście – rzekł równie uprzejmie.
    Boleśnie świadoma swej śmieszności, ruszyła w stronę stanowiska odpraw, lecz pełen godności odwrót zamienił się w klęskę, bo po paru krokach walizka znów się przewróciła.
    Nie licujące z damą słówko wymknęło się jej z ust, gdy szamotała się z bagażem. Wiedziała, że nieznajomy ją obserwuje. Policzki płonęły jej ze wstydu. Miała niejasne przeczucie, że to jego wina.
    Zanim dotarła do odpowiedniego stanowiska, powtórzyło się to jeszcze dwukrotnie i w związku z tym oczywiście nie zdążyła. Młody urzędnik był pełen współczucia, lecz nieugięty. Samolot odleciał i aż do jutra nie będzie żadnego połączenia z Port Lincoln.
    Phyllida wiedziała, że i tak było za późno. Miała jednak nadzieję, że i ten lot będzie opóźniony, podobnie jak wszystkie w drodze z Londynu. Świadomość, że zabrakło jej paru minut pogarszała jedynie sytuację.
    Zrezygnowana oparła się o stanowisko odpraw. Zaczęła żałować, że w ogóle zdecydowała się na podróż do Australii. Pospieszny wyjazd, opóźnienia i stracone połączenie, niewygodne fotele, podłe jedzenie i wrzeszczący dwuletni smarkacz w samolocie… Znosiła to z zaciśniętymi zębami, wmawiając sobie, że wszystko odbije sobie po przybyciu do Port Lincoln.
    Tam czekają na nią przecież Chris i Mike, a okropną walizkę wrzuci na trzy miesiące do szafy. Tak bardzo liczyła, że znajdzie się u nich jeszcze tego wieczoru, że omal nie rozpłakała się z wyczerpania i zdenerwowania, słysząc o kolejnym opóźnieniu w podróży.
    Kątem oka dostrzegła mężczyznę, z którym zderzyła się w drzwiach. I tak nie zdążyłaby na samolot, więc trudno byłoby go o to winić, a jednak spoglądała na niego z niechęcią.
    Gawędził sobie z przedstawicielem innych linii lotniczych. Wydawał się przy tym taki spokojny i pewny siebie, że poczuła zazdrość. Zastanawiała się, dokąd leci. Miał doskonale skrojone spodnie, koszulę z krótkim rękawem i krawat. Wyglądał na kogoś zamożnego. Chyba nie wybierał się gdzieś dalej, bo za cały bagaż służyła mu skórzana aktówka.
    Czyżby wracał do domu, do rodziny? Było w nim coś, co sprawiało, że nie potrafiła wyobrazić go sobie w otoczeniu żony i dzieci. Zmieniła jednak zdanie, gdy uśmiechnął się rozbawiony uwagą swojego rozmówcy.
    Efekt był wręcz niesamowity. Poważny wyraz twarzy rozpłynął się w ciepłym uśmiechu, łagodzącym surowe rysy twarzy. Nawet ze znacznej odległości Phyllida dostrzegła kontrastujący z opalenizną błysk białych zębów i poczuła się, jakby ponownie wpadła na nieznajomego. Jak mogła przeoczyć, że jest taki przystojny?
    Zdumiona tą przemianą dziewczyna zapomniała na chwilę o swych kłopotach. Kiedy mężczyzna popatrzył w jej stronę a ich spojrzenia skrzyżowały się, zmieszała się nagle. Wiedziała, jak żałośnie wygląda oparta ciężko o kontuar. Była przekonana, że widzi ironię w jego oczach. Na pewno zapamiętał buńczuczne przechwałki, że sama doskonale da sobie radę.
    Wyprostowała się. Postanowiła dotrzeć do Port Lincoln jeszcze dziś. Za wszelką cenę, byle tylko dowieść nieznajomemu swoich racji. Fakt, że on się o tym nie dowie, jakoś wypadł z jej świadomości. Liczyło się tylko wyzwanie.
    Uśmiechnęła się wdzięcznie do młodzieńca za kontuarem. Pomimo zmęczenia mała twarzyczka z zadartym noskiem I wielkimi, piwnymi oczyma wyglądała prześlicznie w chmurze krótko przyciętych, kasztanowatych włosów.
    – Czy istnieje jakaś możliwość, żebym dotarła do Port Lincoln jeszcze dzisiaj? – spytała ze łzami w oczach.
    Niewielu mężczyzn potrafiło oprzeć się spojrzeniu wielkich, piwnych oczu.
    – Naprawdę mi przykro… – zaczął. – Chociaż… – Popatrzył gdzieś ponad jej ramieniem. – Może się pani jednak poszczęści! – rozpromienił się. – Jest tu Jake Tregowan. Ma własny samolot i chyba wybiera się do Port Lincoln. Z pewnością panią weźmie, jeśli go pani poprosi. Jake! – Pomachał ręką. – Pozwól tu na chwilę.
    Phyllida nie musiała się odwracać, by zgadnąć, kto jest Jakiem Tregowanem.
    Oczywiście. To był on. Zbliżył się umyślnie niespiesznym krokiem z błyskiem ironii w oku.
    Serce jej zamarło. Czemu musiał to być właśnie on, jedyny człowiek, którego o nic by nie poprosiła? Z rozpaczą przypomniała sobie, jak drwiąco pomagał jej w zmaganiach z walizką, podkreślając, że bez męskiej pomocy nigdzie nie zdoła dotrzeć.
    Jake przywitał się wylewnie z młodym człowiekiem. Widocznie mnóstwo czasu spędzał na lotnisku, bo ze wszystkimi był na ty. Chociaż stał o kilka kroków od niej, wyczuwała siłę w jego ciele.
    Zadrżała, gdy spojrzał na nią, pytająco unosząc brew.
    – Samolot tej damy z Londynu miał opóźnienie i nie zdążyła na przesiadkę – wyjaśnił młodzieniec. – Bardzo pragnie dotrzeć jeszcze dzisiaj do Port Lincoln. Czy wracasz tam teraz?
    – Tak – odparł Jake, rozmyślnie nie proponując, że ją zabierze.
    Phyllida zagryzła wargi. Nie mogła mieć o to pretensji, zwłaszcza po tym, co wygadywała. Ogarnęło ją zmęczenie. Wcale się nie rwała, by schować dumę do kieszeni i prosić go o przysługę. Nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Tak naprawdę, to najchętniej usiadłaby i rozpłakała się. Nie mogła tego zrobić, bo przyglądał się jej z kpiącym wyrazem twarzy.
    Pragnęła jednak dostać się do Port Lincoln. Kiedy już znajdzie się z Chris i Mikiem, wszystko się ułoży. Tylko to miało w tej chwili znaczenie.
    Zacisnęła zęby, żeby ukryć zdradzieckie drżenie warg, i spojrzała Jake’owi prosto w oczy.
    – Nazywam się Phyllida Grant – wydusiła z trudem. – Jeśli leci pan do Port Lincoln, byłabym bardzo wdzięczna, gdyby pan mnie zabrał.
    – Czy na pewno potrzebuje pani pomocy? – zadrwił. – Sądziłem, że zdoła pani dotrzeć do Port Lincoln bez protekcjonalnych, męskich rad?
    – Zdołałabym, gdybym zdążyła na ostatni samolot – odparła przez zaciśnięte zęby.
    – I to z pewnością moja wina, bo panią zatrzymałem?
    – Nie – przyznała szczerze. – I tak było już za późno.
    Odgarnęła grzywkę z czoła. Kasztanowate włosy rozsypały się niesfornie, niczym u małego dziecka. Zastanawiała się, czy powinna wyjaśnić, że zderzenie w drzwiach było ukoronowaniem serii trapiących ją od sześciu tygodni nieszczęść, kiedy to straciła pracę i rzuciła Rupertowi w twarz pierścionek zaręczynowy. Od tej pory wszystko układało się beznadziejnie, ale Phyllida zawzięła się. Postanowiła, że się nie podda.
    Patrząc na obojętną, chłodną twarz Jake’a Tregowana, pomyślała, że jej nie zrozumie. Przesunęła jedynie dłonią po twarzy w odwiecznym geście znużenia.
    – To była długa podróż – dodała.
    Jake spoglądał na drobną, spiętą postać stojącą obok wielkiej walizki. Nie była piękna, lecz wielkie, piwne oczy, zadarty nosek i kształtne wargi kryły w sobie dużo wdzięku, podkreślonego przez upór, z jakim powstrzymywała łzy. Wyglądała na zbuntowaną, zajadłą i… bardzo zmęczoną.
    – Lepiej proszę pójść ze mną – westchnął z rezygnacją, wzruszając ramionami.
    – Dziękuję – odparła nieco zaniepokojona tą nagłą zmianą w jego zachowaniu, lecz zbyt ucieszyła ją perspektywa dotarcia do Port Lincoln, by się nad tym zastanawiać.
    – Wyruszam natychmiast – uprzedził, jakby żałując swej decyzji.
    – Świetnie, jestem gotowa. – Sięgnęła po walizkę.
    – No to idziemy. – Jake odwrócił się na pięcie. Phyllida musiała jeszcze podziękować młodemu urzędnikowi.
    Jak zwykle przeszkadzała jej walizka, pomimo starań, tańcząca na wszystkie strony. Jake zatrzymał się. Czekał zniecierpliwiony, z niesmakiem obserwując te zmagania. Nie zamierzał jej pomóc, o co zresztą nie zamierzała go prosić. Wystarczy, że się upokorzyła przymawiając się o lot.
    – Och! – Nie skoncentrowała się i walizka boleśnie uderzyła ją w nogi, zanim upadła z donośnym łoskotem, wzmocnionym akustyką pustego dworca lotniczego.
    – Wygląda na to, że masz kłopoty – zauważył złośliwie Jake. – Chyba, że to kolejny przykład samodzielności.
    Phyllida rozcierała łydki. W dziecinnym geście kopnęła walizkę.
    – Miała jeździć na kółkach – poskarżyła się. – Jednak tak się wierci, że wciąż obija mi nogi. Proszę – odwróciła się – zniszczyła mi obcasy.
    Jake wcale się tym nie przejął.
    – To nie wina walizki – zauważył sucho. – Nie nadaje się do takiego obciążenia. Gdyby pani mniej ją załadowała, sprawowałaby się lepiej.
    – Musiałabym zostawić połowę rzeczy – mruknęła Phyllida. – Co za sens wozić pustą walizkę?
    – Po co brać walizkę, której nie można udźwignąć?
    – Potrafię… – zaczęła, ale Jake przerwał jej w pół słowa. Odsunął ją na bok i podniósł walizkę.
    – Nie potrafisz jej podnieść, prawda?
    – Nie – burknęła, patrząc w podłogę.
    – Słucham?
    – Nie potrafię jej podnieść! – krzyknęła. Udało mu sieją sprowokować. – Jest za ciężka i żałuję, że nie wzięłam mniejszej. Zadowolony, czy mam to napisać pięćdziesiąt razy w trzech egzemplarzach?
    Jake nie roześmiał się, choć w oczach zamigotały mu wesołe iskierki.
    – Nie umiesz poddawać się z wdziękiem?
    – Nie znoszę się poddawać. – Wysunęła wojowniczo podbródek. Jake przyglądał się jej z rozbawieniem.
    – Być może trzeba się będzie tego nauczyć.
    Phyllida z niechęcią obserwowała, jak bez wysiłku niesie walizkę. Wydawała się pusta. Przypomniała sobie zderzenie z jego twardym, umięśnionym ciałem.
    Jake otworzył kopnięciem wahadłowe drzwi i przytrzymał je stopą. Na zewnątrz, na pokrytej smołowanym żużlem płycie stał rząd awionetek. Jake podszedł do ostatniej maszyny ze śmigłem na dziobie, otworzył drzwiczki, wrzucił walizkę i wsiadł do środka.
    Phyllida zamarła na widok maleńkiego samolociku.
    – Mamy lecieć tym czymś?
    – A czego oczekiwałaś, Concorde’a?
    – Myślałam, że masz własny odrzutowiec – wyjaśniła zmieszana. Nie słyszała dotąd o innych prywatnych samolotach.
    – Odrzutowiec byłby zbyt okazały na loty pomiędzy Port Lincoln a Adelajdą. Ten jest bardziej odpowiedni.
    – Nie jest zbyt… wielki. – Popatrzyła z powątpiewaniem na śmigło.
    – Zabiera cztery osoby, więc zmieścimy się nawet z twoją walizką. Oczywiście, możesz zostać i czekać do jutra na połączenie. Mnie tam bez różnicy.
    – Nie. – Phyllida nie zamierzała rezygnować, gdy była tak blisko celu. – Oczywiście, że lecę.
    – No to wskakuj. – Jake wyciągnął do niej rękę.
    Phyllida spojrzała na niego. Wejście do samolotu znajdowało się na wysokości jej ramion.
    – Nie ma schodków?
    – Nie. W budynku stoją jakieś schodki. Jeśli myślisz, że po nie wrócę, to jesteś w błędzie.
    – To jak tu wejdę?
    – Masz chyba ręce i nogi. Złap mnie za rękę i właź.
    – Właź? Musiałabym skakać o tyczce!
    – Nie bądź śmieszna – zniecierpliwił się Jake. – To przecież dziecinnie łatwe. Złap mnie za rękę.
    Phyllida niechętnie ujęła jego dłoń. Wzdłuż kręgosłupa przebiegł jej dziwny, miły dreszcz, gdy tylko dotknęła jego palców. Były ciepłe, mocne, dające nieokreślone poczucie bezpieczeństwa. Ze zdumieniem spojrzała na złączone dłonie, dziwiąc się, że prosty uścisk może przekazać tak wiele odczuć.
    – Nie znam cię zbyt dobrze – westchnął Jake – ale mam coś innego do roboty, niż tkwić tu przez całą noc, trzymając się za ręce. Jeśli wolisz zostać w Adelajdzie, to twoja sprawa, ale jeżeli chcesz lecieć do Port Lincoln, to się pospiesz!
    Phyllida robiła, co mogła. Przy pomocy Jake’a wciągnęła się do połowy, ale nogi, skrępowane wąską spódnicą, dyndały bezradnie w powietrzu. W końcu, ku swemu upokorzeniu, upadła na ziemię.
    – Mówiłam ci, że nie dam rady – wysapała. – Nie jestem superkobietą.
    – Przedtem usiłowałaś sprawiać inne wrażenie – zauważył kwaśno. – Skoro jesteś taka samodzielna, jak twierdziłaś, powinnaś podróżować w innym stroju.
    – Gdybym przypuszczała, że spotkają mnie takie trudności, włożyłabym łachmany – parsknęła, zapominając, że jeśli chce się dostać tego wieczoru do Port Lincoln, zdana jest na dobrą wolę Jake’a. Otrzepała rękawy kostiumu, którymi zamiotła pas startowy. – Tego się już nie odpierze!
    Jake, mamrocząc coś pod nosem, wyskoczył z maszyny.
    – Szczerze mówiąc, twój kostium mało mnie w tej chwili obchodzi – powiedział. Wodził wzrokiem od dziewczyny do samolotu, oceniając dzielącą ich odległość. Potem złapał ją w pasie i podsadził.
    Zaskoczona tym Phyllida pisnęła, lecz zdołała złapać za poręcz przy wejściu. Mocne dłonie, trzymające ją początkowo w pasie, przesunęły się niewinnie pod uda i Jake wrzucił ją wreszcie do środka jak worek mąki.
    Przez dłuższą chwilę leżała na podłodze, łapiąc powietrze jak wyciągnięta z wody ryba i zastanawiała się, co u diabła robi w tym maleńkim samolociku z nieznajomym, który obszedł się z nią tak bezceremonialnie.
    – Witamy na pokładzie – rzekł z nie ukrywanym rozbawieniem Jake.
    Phyllida z trudem podciągnęła się do pozycji siedzącej i spojrzała na umorusane dłonie.
    – W British Airways zupełnie inaczej traktuje się pasażerów – westchnęła, a Jake wykrzywił usta w tym samym zniewalającym uśmiechu, jaki widziała u niego na dworcu lotniczym. Kiedy z drwiącą galanterią pomagał jej podnieść się, w przyćmionym świetle zalśniły białe zęby.
    – Grunt to dobra obsługa – powiedział.
    Dziewczyna wyrwała rękę, przestraszona dziwnym dreszczem wywoływanym przez każde dotknięcie Jake’a. Denerwował ją ten uśmiech. Nie pasował do niego. Powinien być raczej chłodny, jak jego twarz, nie zaś ciepły, tak że zasychało jej w gardle.
    Z trudem oderwała od niego wzrok. Rozejrzała się wokół z udanym zainteresowaniem, lecz w oczach miała wciąż ten niebezpieczny uśmiech. Potrząsnęła głową, by się od niego wyzwolić.
    – Gdzie jest pilot? – spytała, odzyskując jasność wzroku.
    – Masz najwyraźniej dziwne pojęcie o mojej zamożności – rzekł sucho Jake, sadzając ją na fotelu drugiego pilota. – Nie tylko nie mam własnego odrzutowca, ale również czekającego na moje skinienie pilota.
    – To znaczy, że sam prowadzisz tę maszynę?
    – A czemu nie?
    – Nie spodziewałam się…
    – Czego się nie spodziewałaś? Że potrafię pilotować samolot?
    – Nie! – Jake Tregowan wyglądał na zdolnego do wszystkiego. – Sądząc po twoim wyglądzie, myślałam, że stać cię na zatrudnienie pilota.
    Patrzył krytycznym wzrokiem, jak dziewczyna zapina pasy, potem usiadł na fotelu obok.
    – Co cię skłoniło do takiej opinii?
    Sposób poruszania się, trzymania głowy, nawet to, jak stał, wyglądając na opanowanego i pewnego siebie. Tego mu jednak nie powie.
    – Wywnioskowałam to z twojego ubrania.
    – Dość śmiało, opierając się jedynie na parze spodni i koszuli – skomentował ze złośliwym błyskiem w oku. – Czy zawsze rozumujesz w ten sposób?
    – W końcu nie pomyliłam się aż tak bardzo – odparowała.
    – Stać cię przecież na własny samolot.
    – Australia to wielki kraj – wzruszył ramionami. Śmigło drgnęło i zaczęło się obracać, początkowo powoli, potem coraz szybciej. – Samolot często okazuje się najlepszym środkiem transportu.
    Jake zaczął sprawdzać wskazówki na tablicy przyrządów, podczas gdy Phyllida nerwowo obserwowała śmigło. Nigdy dotąd nie leciała niczym mniejszym od jumbo i zaczynała żałować, że poprosiła Jake’a o transport. Naprawdę zrobiłaby lepiej, zostając na noc w Adelajdzie. Mogłaby się przynajmniej dobrze wyspać. Wzięłaby prysznic, zmieniła ubranie i przybyła do Port Lincoln odświeżona.
    W ten sposób stanie u drzwi Chris niczym kupka nieszczęścia. Czemu nie pomyślała o tym wcześniej?
    Spojrzała na brudny, wygnieciony kostium i powstrzymała westchnienie, przypominając sobie, co Jake powiedział o wyciąganiu pochopnych wniosków. Uważała się za kobietę interesu, profesjonalistkę, a naprawdę była w gorącej wodzie kąpana, ze skłonnościami do podejmowania natychmiastowych decyzji bez zastanawiania się, w co się wplątuje.
    Zerknęła na Jake’a pochłoniętego obserwowaniem tablicy rozdzielczej. Nie wyobrażała go sobie działającego bez zastanowienia. Był na to zbyt rozważny. Patrzyła na jego ręce, poruszające się sprawnie wśród przełączników. Znów poczuła niepokojący dreszcz.
    Przypomniała sobie Ruperta, który wywijał bez przerwy rękoma, usiłując zaimponować jej swoją wiedzą. Nie siedziałby tak spokojnie, pochłonięty rutynowymi czynnościami, nie zwracając przy tym na nią uwagi.
    Zdrętwiała, uświadamiając sobie, że nie może przywołać widoku twarzy Ruperta. Jeszcze przed sześcioma tygodniami byli zaręczeni. Czyżby już go zapomniała? Widziała jedynie uśmiech Jake’a.
    – Dobrze. – Głos Jake’a wyrwał ją z rozmyślań. – Gotowa? Phyllida spojrzała na śmigło i przełknęła ślinę.
    – Chyba tak. – Było już za późno na zmianę decyzji. Następnym razem porządnie się najpierw zastanowi.
    Poczekali, aż lądujący odrzutowiec przetoczy się z rykiem przez lotnisko, potem zaczęli się rozpędzać na pasie. Phyllida zamknęła mocno oczy i zacisnęła dłonie, gdy przyspieszenie wcisnęło ją w fotel.
    Skurcz żołądka poinformował ją, że wystartowali, jednak nie otwierała oczu aż do chwili, gdy samolot nabrał wysokości. Jake przyglądał się jej z rozbawieniem zabarwionym odrobiną goryczy.
    – Może jednak wolałabyś poczekać na poranny lot?
    Phyllida wysunęła podbródek, słysząc ironię w jego głosie.
    – Nie – skłamała.
    Uśmiechnął się kącikami ust.
    – Mała uparciuszka, co?
    Pomyślała o wytrwałości, dzięki której zrobiła karierę w reklamie i o tym, że niewiele to pomogło, ponieważ była kobietą. Jeszcze im pokaże!
    – Czasem trzeba być upartym.
    – Ale czemu się uparłaś, żeby lecieć do Port Lincoln?
    – spytał, pochylając maszynę w głębokim skręcie.
    Dziewczyna niepewnie zerknęła na rozpościerające się pod nimi światła Adelajdy.
    – Po prostu chcę tam dotrzeć jeszcze dzisiaj.
    – I zawsze osiągasz to, czego chcesz, nie licząc się z innymi.
    Zerknęła na Jake’a, zastanawiając się, skąd ta gorycz w jego głosie.
    – Nie – odparła powoli, wspominając dzień, w którym zawalił się jej świat, bo naraz straciła pracę i narzeczonego.
    – Nie zawsze.
    – O? – Popatrzył na nią z niedowierzaniem. – Uważałem cię za odnoszącą sukcesy dziewczynę w szykownym kostiumie.
    – Sądziłam, że niebezpiecznie jest oceniać ludzi na podstawie ich stroju – przypomniała mu.
    – Oszacowałem cię na podstawie zachowania, nie ubioru – odparł. – Krucha i kobieca w razie potrzeby, ale z żelaznymi pazurkami.
    – Nie rozumiem – obraziła się Phyllida.
    – Daj spokój, widziałem, jak poradziłaś sobie z tym naiwnym młodzieńcem. Szeroko otwarte wielkie, piwne oczy, tłumione łzy… co za spektakl. Niestety, widziałem to już przedtem, a przedstawienie się skończyło, gdy tylko dopięłaś swego. Możesz dużo gadać o tym, że nie potrzebujesz pomocy mężczyzn, ale wiesz, jak ich w razie potrzeby wykorzystać.
    – A mężczyźni to może nie wykorzystują kobiet? – zaperzyła się. – Bez żenady wysługują się naszymi zdolnościami i wykształceniem, ale kiedy żądamy uznania, to całkiem inna para kaloszy! Praca ma jedynie wypełnić okres, nim zostaniemy matkami i żonami. Czy wiesz, jak ciężko musi harować kobieta, żeby osiągnąć sukces? – spytała z nie skrywaną wściekłością. – Dwa razy ciężej niż mężczyzna. Kobieta, zamiast zająć się pracą, musi udowodnić, że potrafi być równie bezwzględna jak jej męski kolega. Wtedy zarzuca się nam, że jesteśmy za mało kobiece. Oczywiście, nie możemy być również kobiece, bo to nie fair w stosunku do mężczyzn. Pozostaje tylko upór i wytrwałość. Kobiety nie są gorsze od mężczyzn. Dlaczego nie daje im się równych szans?
    – Bardzo gwałtowna wypowiedź – zakpił Jake. – Nie pomyliłem się w stosunku do ciebie. Jesteś dziewczyną sukcesu. Czyżbyś urodziła się w sobotę?
    – Nie rozumiem pytania.
    – Na pewno nie znasz uroczego wierszyka, którego nauczyła mnie moja mama. Posłuchaj:
    „Poniedziałkowe dziecię urodą jaśnieje, wtorkowe czar rozsiewa i dużo się śmieje. Środowemu dziecku los pecha przyniesie, czwartkowe zaś dziecko długo w górę pnie się. Piątkowe – kochające, wrażliwe i czułe, sobotnie zaś ciężko na życie pracuje. Za to dziecko w niedzielę urodzone, do szczęścia i radości zostało stworzone”.
    – Nie jestem pewna, czy urodziłam się w sobotę, ale rzeczywiście ciężko pracuję. I jestem z tego dumna.
    – A czym się zajmujesz?
    – Reklamą.
    – Jak można być dumnym z tego, że się pracuje w reklamie?
    – To proste. Nasze ogłoszenia skłaniają ludzi do myślenia, a my traktujemy naszą pracę z dużą odpowiedzialnością.
    Chciała mówić dalej, ale w tym momencie Jake puścił drążek sterowy i zagłębił się w fotelu. Ku jej przerażeniu, założył nogi na deskę rozdzielczą.
    – Co robisz? – zapytała piskliwym głosem.
    – Lecimy na autopilocie – syknął z irytacją Jake. – Nie ma powodu do paniki.
    – Wcale nie wpadłam w panikę – odparła chłodno. Nie znosiła sposobu, w jaki Tregowan robił z niej idiotkę. – Byłam tylko… zaniepokojona.
    – Na twoim miejscu niepokoiłbym się o sens robienia głupich reklam – przygadał jej i zanim zdążyła zaprotestować, wyjął termos zza fotela.
    Kuszący zapach kawy sprawił, że Phyllida zapomniała o godności i przekonujących argumentach w obronie reklamy. Ostatnio jadła coś na wysokości dziesięciu tysięcy metrów, pomiędzy Singapurem i Adelajdą, a było to już dawno temu.
    – Chcesz? – spytał, napełniając nakrętkę służącą za kubek. Aromat był kuszący.
    – Z rozkoszą – odparła. Bolały ją stopy i z ulgą zdjęła pantofelki.
    Jake wręczył jej kubek. Ich palce spotkały się i pod wpływem elektryzującego dotyku uśmiech Phyllidy przybladł.
    Zacisnąwszy palce wokół naczynia, usiłowała skupić się na kawie, ale wciąż zerkała na niego spod rzęs. W przyćmionym świetle instrumentów pokładowych studiowała jego profil i każdy detal twarzy Jake’a wydawał się jej niezwykle pociągający.
    Pomyślała, że musi być zmęczona bardziej, niż przypuszczała. Sytuacja, w której się znalazła, pijąc kawę z termosu nieznajomego mężczyzny, w półmroku kabiny samolotu wydawała się jej nieprawdopodobna. Realny był jedynie Jake.
    Wolała nie wspominać jego dotknięć. Silnych palców, pomagających jej podnieść się; dłoni, obejmujących ją w pasie… ześlizgujących się niżej, aby ją podsadzić… Jej ciało drżało przy każdym fizycznym kontakcie z Jakiem Tregowanem. A jakby zareagowała, gdyby dotykając ją czule w miłosnym uścisku badał miękkość jej aksamitnej skóry?
    Na tę myśl zaschło jej w gardle, czym prędzej więc dopiła kawę. Nie zdążyła jeszcze poznać Tregowana, a już dopatrzyła się w nim niemiłych cech. Czemu więc tak dokładnie wyobraża sobie, że się z nim kocha?
    To skutek choroby lokomocyjnej – zmęczenia długą podróżą. Jedyne logiczne wyjaśnienie nagłego przypływu pożądania. Bo przecież nie chce mieć z nim nic wspólnego!

Rozdział 2

    Oddała mu kubek, uważając, by tym razem nie dotknąć jego palców.
    – Dziękuję.
    Jake uniósł brew, zdumiony oficjalnym tonem Phyllidy, lecz na szczęście nic nie powiedział. Zamiast tego, nalał sobie kawy.
    – Co zamierzasz robić w Port Lincoln? – spytał bez ironii w głosie. – To nie jest mekka świata reklamy. A może zamierzasz rozreklamować w świecie tę mieścinę?
    – Jestem na trzymiesięcznym urlopie naukowym.
    Nie zamierzała się przyznać, że straciła ukochaną pracę.
    – Urlop naukowy? Czy tego przypadkiem nie nazywa się wakacjami?
    – Dłuższa przerwa w pracy pozwoli mi na podejście z dystansem do mojej kariery – oświadczyła wyniośle. Było to poniekąd zgodne z prawdą.
    – Port Lincoln jakoś mi do tego nie pasuje. Czy ambitne kobiety nie robią jedynie rzeczy dobrze prezentujących się w życiorysie?
    – Sporo wiesz o ambitnych dziewczynach. – Phyllida spojrzała na niego podejrzliwie.
    – Gorzkie doświadczenie – odparł niedbale.
    – Dosyć zawężone, skoro nie nauczyłeś się, że nie wszystkie jesteśmy takie same. Dla twojej wiadomości powiem, że wybieram się z wizytą do kuzynki, a nie po poprawienie swego życiorysu.
    – Aha… zatem jednak wakacje!
    – Częściowo – wycedziła. – Oczywiście, chcę odwiedzić Chris, ale nie przyjechałabym tu, gdyby nie sprawy służbowe.
    – Skoro dają ci wolne trzy miesiące, to może wcale cię nie potrzebują – zauważył z bezlitosną logiką Jake. – Jesteś pewna, że po powrocie będziesz jeszcze pracować?
    – Tak i jeszcze dostanę awans. – Zadarła dumnie głowę.
    Bo tak będzie. Liedermann, Marshall i Jones jeszcze pożałują, że oddali jej stanowisko komuś mniej doświadczonemu tylko dlatego, że nosił spodnie. Phyllida marzyła o dniu, w którym na kolanach będą błagać ją o powrót i zajęcie wyższego stanowiska.
    – Tymczasem spędzisz trzy miesiące w Port Lincoln na rozmyślaniach – z niedowierzaniem zauważył Jake.
    – Tak – odparła stanowczo. Miała niemiłe wrażenie, że Jake nie wierzy w jej błyskotliwą karierę. – Odwiedzę również inne części Australii, ale większość czasu spędzę z Chris. – dodała, mając nadzieję, że w ten sposób zakończy dyskusję o sprawach zawodowych.
    Ku jej uldze Jake zmienił temat.
    – To twoja kuzynka?
    Skinęła głową.
    – Jej ojciec, brat mojej matki, przed laty wyemigrował do Australii i ożenił się tu. Niewiele wiedziałam o Chris, dopóki nie przyjechała z mężem na wakacje do Anglii. Zatrzymali się u mnie i od razu przypadłyśmy sobie do gustu. – Uśmiechnęła się. – To cudownie, odnaleźć w krewnej przyjaciółkę. Jesteśmy w stałym kontakcie, chociaż nie widziałyśmy się od pięciu lat. To tak daleko, że nie myślałam, że kiedykolwiek tu przyjadę.
    – I co cię skłoniło do zmiany zdania?
    – Chris przysłała mi zdjęcie. – Phyllida zaczęła przekopywać torebkę w poszukiwaniu przechowywanej niczym talizman fotografii. Wreszcie wymacała ją wetkniętą w paszport i zerknęła na nią w przyćmionym świetle kabiny. Przedstawiała Chris i Mike’a stojących na łodzi w ostrym, australijskim słońcu. Wyglądali na szczęśliwych, a wiatr rozwiewał im włosy. W półmroku trudno było dostrzec turkusowy kolor morza i czysty błękit nieba.
    Wręczyła zdjęcie Jake’owi. Zerknął na nie i zesztywniał. Phyllida niczego nie zauważyła. Pamiętała, jak podle się czuła, kiedy pierwszy raz zobaczyła tę fotografię.
    – Wiem, że to zwyczajna fotka, ale dostałam ją w paskudny grudniowy dzień. Było zimno, a wszystko wydawało się takie ponure i okropne.
    – Rozumiem, że gdy patrzyłeś na zdjęcie Australia wydała ci się prawdziwym rajem. Zapragnęłaś nagle wygrzewać się na słońcu i kąpać w ciepłym morzu – powiedział Jake dziwnym tonem i oddał zdjęcie.
    – Może, gdybym dostała ją w jasny, słoneczny dzień, nie zrobiłaby na mnie takiego wrażenia – zastanowiła się Phyllida. Zdjęcie było tak sugestywne, że niemal czuła gorące słońce i słoną, morską bryzę. – Zawsze byłam dziewczyną z miasta, ale kiedy to zobaczyłam, zapragnęłam być razem z nimi.
    Chciała się wyrwać z szarości, zapomnieć o Rupercie, utracie pracy i innych nieprzyjemnych rzeczach. Pragnęła cieszyć się słońcem i morzem.
    – A tu trzymiesięczny urlop naukowy trafił się jak znalazł. – Jake nawet nie próbował ukryć drwiny, a Phyllida zaczerwieniła się, dziękując Bogu za panujący w kabinie półmrok.
    – Mniej więcej. Jeszcze nie zdecydowałam, co będę robić.
    Myślała tylko, jak udowodnić LMJ i Rupertowi, że się mylą, ale serdeczne zaproszenie od Chris zmieniło wszystko.
    Nie widziała powodu, by nie wybrać się do Australii. Zarabiała dużo pieniędzy, a pracowała tak ciężko, że nie miała czasu ich wydać. Odkąd wyprowadziła się od Ruperta, nic jej nie trzymało. Zamiast marznąć w styczniu, będzie wylegiwać się na słońcu i opalona wróci, by dowieść swych racji.
    – Mogłam się wybrać dokądkolwiek, ale to zdjęcie przypomniało mi, że mam okazję spotkać się z Chris i Mikiem.
    – Wyglądają na zadowolonych z życia – wtrącił Jake., Phyllida nachmurzyła się.
    – Wówczas byli. Ciekawe, czy cieszą się życiem po tym, co ich spotkało.
    – Tak? – Zerknął na nią. – A cóż to takiego?
    – Mike zawsze był niespokojnym duchem, ale w końcu się osiedlili i zajęli się tym, o czym zawsze marzyli: wynajmowaniem swoich dwóch jachtów. To mały interes, ale należał do nich, dopóki nie pojawiła się konkurencja, która postanowiła ich zniszczyć.
    Phyllida wyprostowała się, przypominając swoje wzburzenie, kiedy czytała list od Chris.
    – Chris i Mike nie zagrażali nikomu, ale nie zważał na to człowiek, który ich wykupił. On dba tylko o pieniądze. Nie obchodzi go wcale, że w to przedsięwzięcie włożyli mnóstwo pracy i wszystkie pieniądze. Ludzie dla niego nic nie znaczą – rzekła z goryczą. – Zmiata każdego, kto stanie mu na drodze.
    – Nie miałem pojęcia, że w Port Lincoln działa taki bezwzględny człowiek – zdumiał się Jake. – Czy kuzynka powiedziała ci, jak się nazywa? Unikałbym go na wszelki wypadek w przyszłości.
    Miał poważną minę, lecz Phyllida zauważyła lekkie rozbawienie w jego głosie. Może dla niego brzmiało to jak żart, ale Chris i Mike’owi nie było wcale do śmiechu.
    – Powiedziała tylko, że wykupiła ich większa firma. Nie podała żadnych szczegółów. Wiem, jak to jest, gdy duża firma przejmuje małą i nie sądzę, żeby tu było inaczej.
    – Może się zdziwisz – odparł rozdrażniony i ubawiony Jake. – Port Lincoln to nie Londyn.

    Lotnisko w Port Lincoln było położone z dala od miasta. Phyllida patrzyła na znikające za nimi światła, gdy awionetka zniżała się w stronę podejrzanie pustych budynków.
    – Czy kuzynka będzie czekała na ciebie? – spytał Jake, gdy maszyna przestała kołować. – Chyba spodziewała się, że przybędziesz lotem o ósmej czterdzieści pięć.
    – Nie wie, że przyjeżdżam. – Phyllida przeraziła się na myśl, że jej podróż jeszcze nie dobiegła końca. – To znaczy wie, że przyjadę, choć nie zna dokładnego terminu. Wszystkie miejsca na lot do Australii w grudniu i styczniu były zarezerwowane, więc trafiłam na listę rezerwową. Miejsce zwolniło się w ostatniej chwili. Ledwo zdążyłam się zapakować. Usiłowałam dodzwonić się do Chris, ale nikogo nie było w domu. Nie chciałam się spóźnić na samolot. No i jestem…
    Jake uniósł brwi, spoglądając na nią.
    – Zatem zdecydowałaś się na wyjazd bez chwili namysłu? Dziwny sposób organizowania urlopu naukowego.
    – Zorganizowałam wszystko wcześniej. – Phyllida zastanawiała się, czemu się przed nim tłumaczy. – To nie była nieprzemyślana decyzja.
    Minęły trzy tygodnie, zanim agent biura podróży, zmęczony jej natręctwem, znalazł miejsce na liście rezerwowej. Uprzedził, że czterokrotnie będzie musiała zmieniać samoloty w różnych zakątkach Azji, ale Phyllida tak się zawzięła, że zgodziła się na wszystko.
    Silnik ucichł i śmigło przestało się obracać. Jake odpiął pasy, sięgnął na tylne siedzenie po walizkę i spuścił ją na płytę lotniska. Dziewczyna struchlała, słysząc głośne stuknięcie. Przypomniała sobie, ile szamponów, toników i zmywaczy poupychała pomiędzy ubraniami, butami i bielizną. Jeśli bagażowi na całej trasie z Londynu obchodzili się z jej walizką tak samo jak Jake, wolała nie myśleć, co ujrzy w środku, gdy ją otworzy.
    Z westchnieniem sięgnęła po stojące pod siedzeniem pantofle. Kiedy próbowała je włożyć, okazało się, że napuchły jej stopy. Do diabła z elegancją, pomyślała, pójdę boso.
    Wejście do samolotu nie było łatwe, ale wydostanie się z niego wydawało się jeszcze trudniejsze. Phyllida, ściskając w jednej ręce torebkę, a w drugiej pantofle, spoglądała na stojącego w dole Jake’a, który niecierpliwił się coraz bardziej.
    – Możesz przejść na skrzydło i zejść stamtąd na ziemię, jeśli wolisz – rzekł z rezygnacją. – Jednak obojętne, co wybierzesz, pospiesz się.
    Dziewczyna spojrzała podejrzliwie na skrzydło. Zejście tamtędy wymagałoby niebezpiecznych akrobacji w ciasnej spódniczce. Nie, już raczej wyskoczy z kabiny.
    Ze stłumionym westchnieniem zrzuciła na dół buty i torebkę, potem podkasawszy nieco spódniczkę usiadła, wystawiając nogi na zewnątrz. Do ziemi nie było daleko, lecz powstrzymywała ją myśl o zeskoku na obolałe stopy.
    Jake mruknął coś pod nosem.
    – Myślałem, że spieszy ci się do Port Lincoln.
    – Owszem.
    – W takim razie przestań się wiercić i skacz!
    Nie miała najmniejszego zamiaru, lecz pod wpływem rozkazującego tonu przesunęła się bliżej krawędzi.
    Nagle objęły ją mocne dłonie Jake’a i znalazła się na ziemi. Przywarła do niego mocno, usiłując odzyskać równowagę. Przez bawełnianą koszulę czuła mocne mięśnie i twarde ciało mężczyzny. Starała się o tym nie myśleć.
    Pragnąc podziękować, spojrzała mu w oczy i gdy zobaczyła nieodgadniony wyraz twarzy, słowa uwięzły jej w gardle. Dotyk dłoni Jake’a palił ją przez kostium, wpiła się palcami w jego ramiona.
    Przerażona własnymi myślami odskoczyła do tyłu. Jej policzki pokrył rumieniec.
    – Nie rozumiem, czemu nie zabierasz ze sobą schodków – mruknęła, zamiast podziękować mu, jak zamierzała.
    – Na ogół mogę polegać na odpowiednim stroju moich pasażerów – odparł nie speszony.
    W jego wzroku kryło się coś niepokojącego. Phyllida była przekonana, że w duchu się z niej naśmiewa. A jeśli odkrył, jak bardzo pragnie, by ją dotykał, przytulał i pieścił? Szybko schyliła się po torebkę i pantofle.
    – No cóż – odchrząknęła. – Dziękuję za przysługę. Jestem bardzo wdzięczna.
    Postawiła walizkę na kółkach, przewiesiła torbę przez ramię, a w lewej ręce trzymała pantofle. Pożegnała się ozięble.
    – Dokąd się wybierasz? – spytał z nie ukrywanym rozbawieniem.
    – Nie chcę nadużywać twojej uprzejmości – odparła wyniośle. – Wezmę taksówkę.
    – Będziesz miała dużo szczęścia, jeśli znajdziesz tu jakąś w środku nocy. To nie Heathrow.
    – Coś wymyślę – upierała się.
    – Wciąż usiłujesz udowodnić, że sama dasz sobie radę, prawda? – spytał z rezygnacją.
    – Bo potrafię sobie sama poradzić. Do widzenia – rzekła i oddaliła się, ciągnąc za sobą walizkę.
    Bose, obolałe stopy nie pozwalały jej poruszać się dostojnie. Jednak, ponieważ szła wolniej, walizka była bardziej posłuszna. Przewróciła się tylko raz. Gdy schylała się, by ją podnieść, zerknęła za siebie. Jake Tregowan, nie zwracając na nią najmniejszej uwagi, podkładał pod koła samolotu kliny blokujące.
    Postanowiwszy nie oglądać się więcej, dotarła wreszcie do budynku dworca lotniczego – najmniejszego, jaki w życiu widziała. Hala, niewiele większa od jej bawialni, była jednak nowoczesna, czysta i zupełnie pusta. Pchnęła szklane drzwi i wbrew samej sobie obejrzała się. Ani śladu Jake’a.
    Świetnie! To był najbardziej denerwujący i niemiły człowiek, z jakim się zetknęła. Jest zadowolona, że już go więcej nie spotka. Wręcz szczęśliwa.
    Przeszła na drugą stronę budynku. Przed frontem znajdował się podjazd, na którym powinny stać taksówki, ale oczywiście o tej porze nie było ani jednej. Jake miał rację.
    Utknęła.
    Gdyby Phyllida była w stanie jasno rozumować, domyśliłaby się, że Jake ma tu samochód. Mogła przynajmniej spróbować znaleźć telefon i zadzwonić do Chris czy też wezwać taksówkę. Jednak zmęczona długim lotem, nie potrafiła się skupić. Wiedziała jedynie, że upiorna podróż trwa nadal i rozglądała się wokół bezradnie, nie wierząc, że ten koszmar kiedyś się skończy.
    Ogarnęło ją przerażające uczucie, że wpadła w pułapkę i jest skazana na spędzenie reszty życia na opustoszałym lotnisku.
    Ciężko usiadła na walizce. Nie płakała, kiedy straciła pracę ani gdy zerwała z Rupertem. Doznane krzywdy rozpaliły w niej jedynie chęć udowodnienia wszystkim, że się mylili. Nie zamierzała dać im satysfakcji, płacząc ani pogrążając się w rozpaczy.
    Niedawno nawalił jej samochód, pralka zalała całą kuchnię, zgubiła ulubione kolczyki… Zwykłe drobiazgi, bez większego znaczenia, dołączyły do pasma trapiących ją nieszczęść.
    Phyllida jednak nie poddała się. Zacisnęła zęby i myśląc o słońcu i morzu na zdjęciu Chris, nie uroniła ani łezki. Zawsze pogardzała dziewczynami płaczącymi z byle powodu, ale teraz problem przebycia paru kilometrów do centrum Port Lincoln urósł do rangi katastrofy. Zakryła twarz dłońmi i zalała się łzami, odreagowując tygodnie zmęczenia i zdenerwowania.
    Z tyłu otworzyły się drzwi i usłyszała kroki. Jake.
    Phyllida nie widziała go, lecz delikatny dreszcz przebiegający wzdłuż jej kręgosłupa nieomylnie potwierdził przypuszczenie. Zesztywniała, otarła łzy i schowała twarz w cieniu.
    – Co się stało? – spytał, a ona nie potrafiła się opanować.
    – A jak myślisz? – spytała z wściekłością. – Po najgorszym miesiącu w moim życiu odbyłam równie okropną podróż i utknęłam w środku głuszy, a chcę tylko dotrzeć do Chris. Miałeś rację, nie ma żadnych taksówek i chyba będę musiała spędzić tu noc. Jestem zmęczona, głodna i zziębnięta, a w dodatku bolą mnie stopy!
    Znów się rozpłakała, zakrywając twarz dłońmi.
    – Ja nigdy nie płaczę – szlochała. – Jestem tylko nieludzko zmęczona…
    – Niełatwo być samodzielną, prawda?
    Phyllida usłyszała znienawidzony śmiech w jego głosie. Bawiło go jej żałosne położenie!
    – Odejdź!
    W odpowiedzi usłyszała jedynie ciężkie westchnienie i gdy zerknęła przez palce, z niedowierzaniem stwierdziła, że dosłownie potraktował jej słowa. Po prostu ją zostawił. Jak mógł być tak bezlitosny?
    Płakała tak gorzko, że nie usłyszała uruchamianego na parkingu silnika samochodu. Podniosła głowę dopiero w chwili, gdy omiotło ją światło reflektorów. Duże auto z napędem na cztery koła skręciło w stronę drobnej figurki skulonej w bezlitosnym świetle neonów.
    Trzasnęły drzwi i Jake, obchodząc maskę, podszedł do niej.
    – Daj mi spokój – mruknęła i pospiesznie wytarła rozmazany makijaż.
    Jake zignorował jej wypowiedź i podniósłszy dziewczynę na nogi, schylił się po walizkę.
    – Co robisz?
    – A jak ci się zdaje? Tylko w ten sposób mam okazję powiedzieć ci, że również miałem ciężki, wyczerpujący dzień zwieńczony podróżą z dziwną kobietą w moim samolocie. Jednak nie zamierzam urządzać histerii z tego powodu. Co to, to nie!
    – Nie jestem histeryczką – odparła zdenerwowanym głosem Phyllida. – Jestem po prostu zmęczona…
    – Wiem. Bolą cię też stopy – odparł niewzruszenie. – Jeśli przestaniesz o nich myśleć, będą bolały o wiele mniej.
    – Gdybyś wiedział, jak bardzo mi dokuczają, nie doradzałbyś mi takich rzeczy – rzekła ponuro, patrząc, jak wrzuca walizkę na tył samochodu. Mimo wszystko na jego widok przestała płakać, uświadamiając sobie, że istotnie znajduje się na krawędzi histerii.
    Zdając sobie sprawę ze swego niezbyt efektownego wyglądu, otarła resztę łez wierzchem dłoni i poprawiła włosy.
    – Nic nie odwróci mojej uwagi od stóp – oświadczyła i uniosła jedną, by zobaczyć, czy kiedyś będzie jeszcze w stanie normalnie chodzić.
    – Pomyśl o czymś, co pozwoli ci przestać się nad sobą użalać – upierał się z lekkim rozbawieniem w głosie.
    – To wymyśl coś, jeśli jesteś taki mądry – warknęła, spoglądając na czerwone pręgi odciśnięte pantoflami.
    – Dobrze – odparł Jake, bezceremonialnie biorąc ją w ramiona. – I co ty na to?
    Phyllida, wciąż balansując na jednej nodze, przywarła odruchowo do niego, a Jake schylił się i pocałował ją.
    Dotknięcie chłodnych, mocnych warg zelektryzowało ją. Dziwna, ogarniająca ją rozkosz tak nią wstrząsnęła, że dziewczyna wczepiła się w koszulę Jake’a, bojąc się, że nie utrzyma się na nogach. Uwodzicielski pocałunek zastał ją kompletnie nie przygotowaną.
    Nagle jakby straciła panowanie nad własnym ciałem, które nawet nie próbowało protestować przeciwko narastającemu pożądaniu. Umysł nakazywał natychmiastowe odepchnięcie natręta, lecz wargi rozchyliły się pod naciskiem ust Jake’a, a dłonie Phyllidy zdradziecko przesunęły się z pleców i objęły łapczywie biodra mężczyzny.
    Zatraciła poczucie rzeczywistości. Zapomniała o zmęczeniu; o tym, że Jake Tregowan zrobił to z premedytacją, a w dodatku wcale go nie znała.
    Nie wiedziała, jak długo trwał pocałunek – sekundy czy godziny. Kiedy Jake puścił ją wreszcie, wpatrywała się w niego z oszołomieniem.
    – No i jak tam stopy? – uśmiechnął się.
    – Stopy?
    – Przypuszczałem, że to pomoże – rzekł z satysfakcją, otwierając przed nią drzwi auta. – Potrzebowałaś innego bodźca.
    – Innego bodźca? – powtórzyła bezmyślnie. Potrząsnęła głową, by wyrwać się z oszołomienia, a rzeczywistość wstrząsnęła nią niczym wymierzony policzek.
    Jake pocałował ją najzwyczajniej w świecie, a ona zareagowała na to z upokarzającą łapczywością. Co sobie o niej pomyśli?
    Pod wpływem szoku najpierw zbladła, lecz teraz oblała się gorącym rumieńcem wstydu. Na szczęście Jake, zachwycony skutecznością swej metody, niczego nie zauważył.
    – Musisz sama przyznać, że zadziałało – powiedział. – Zapamiętam to sobie jako doskonałe remedium na stany histeryczne.
    Phyllida już otwierała usta, by zaprotestować przeciwko posądzaniu jej o histerię, przypomniała sobie jednak w porę o tym, że nie potrafiła nad sobą zapanować i zaniknęła je na powrót. Wolała, żeby Jake sądził, że nie bardzo wiedziała, co robi. Fakt, że nie stawiła oporu dowodził, że najwyraźniej nie była sobą.
    Powinna być zła… W istocie, im dłużej o tym myślała, tym bardziej robiła się wściekła. Zawrzało w niej na myśl, jak łatwo ją wykorzystał, z jaką wprawą wpił się w nią ustami. A teraz jeszcze się z niej naśmiewa!
    – Jedziesz? – zapytał, wciąż trzymając otwarte drzwi.
    – Nie wsiądę do samochodu z człowiekiem, który mnie tak… obłapił!
    – Zrobiłem to wyłącznie dla twojego dobra – zauważył z miną skrzywdzonego niewiniątka. – Namawiałem cię, żebyś pomyślała o czymś innym, a ty sama poprosiłaś mnie o pomoc.
    – Nie chodziło mi wcale o pocałunek!
    – Ale pomogło, prawda? Zamiast biadolić nad obolałymi stopami, narzekasz teraz, że cię pocałowałem.
    – Czego oczekujesz w związku z tym? Że padnę ci do nóg?
    – Cóż, mogłabyś okazać odrobinę wdzięczności.
    – Nie czuję się zobowiązana.
    – Za to pewnie czujesz się lepiej. Chyba tak, skoro nie chcesz wsiąść do samochodu. Jeśli wolisz iść pieszo, to uprzedzam, że autem jedzie się około dwudziestu minut, zatem dojdziesz o świcie. O tej porze nie ma wielkiego ruchu. Nie licz na okazję. Nie bądź niemądra i wsiadaj!
    Phyllida zawahała się, przygryzła wargi i nie patrząc na Jake’a, wspięła się na siedzenie pasażera. Z drwiącą galanterią zatrzasnął drzwi.
    Prowadził samochód z pewnością i wprawą równą tej, z jaką pilotował awionetkę. Phyllida, nie wiedzieć czemu, czuła się bezpieczna w jego obecności. Nie wiedziała, czym się zajmuje Jake Tregowan ani gdzie mieszka, lecz mimo to nie wydawał się jej obcy.
    To tak, jakby od zawsze znała towarzyszącą mu atmosferę spokoju, moc emanującą z jego twardego ciała, ciepłą siłę dłoni i uśmiech kryjący się w leciutkim uniesieniu kącików ust.
    Te usta… Coś wrzało w niej na wspomnienie zetknięcia się ich warg. Coś mąciło jej wewnętrzny spokój i wywoływało przechodzące po plecach ciarki. Usta miał równie wprawne jak dłonie, zdumiewająco ciepłe i niebezpiecznie kuszące. Doszła do wniosku, że bezpieczniej byłoby myśleć o obolałych stopach.
    Wydawało się, że jadą bez końca ciemną, prostą jak strzelił drogą. Pochłonięta własnymi myślami nie zwracała uwagi na mijaną okolicę, lecz wreszcie światła Port Lincoln rozbłysły przed nimi. Rozciągały się wzdłuż łuku zatoki, odbijały od olbrzymich silosów i ciemnej sylwetki wyspy Boston.
    Świadoma, że niezbyt uprzejmie przyjęła propozycję podwiezienia, wykrztusiła z zażenowaniem adres Chris. Jake skinął głową, a ją ogarnęło podejrzenie, że było to zbędne. W parę minut później zatrzymał się obok schludnego domku.
    – Proszę uprzejmie, oto numer czterdzieści trzy – rzekł nie odwracając głowy. Phyllida spojrzała na niego z wyrzutem.
    – Wiedziałeś, gdzie to jest.
    Jake uśmiechnął się, wyciągając walizkę z samochodu.
    – Przyznaję, że byłem tu już przedtem.
    – Znasz Chris i Mike’a?
    – Bardzo dobrze. Rozpoznałem ich na fotografii.
    – Nic mi nie powiedziałeś!
    – Rzeczywiście. Pomyślałem jednak, że wcześniej czy później dowiesz się o wszystkim.
    – To znaczy, że jeszcze się spotkamy? – spytała gniewnie. Pocałował ją, wiedząc, że się znów zobaczą!
    – Obawiam się, że tak – roześmiał się. – Mniejsza z tym. Wreszcie udało ci się dotrzeć, w oknach pali się światło, zatem Chris jest w domu. Nie zamierzasz wejść?
    Na twarzy dziewczyny malowała się rozterka. Chciała powiedzieć mu, co sądzi o jego dwulicowości, lecz przeszkadzała jej świadomość, że jest przyjacielem Chris. W końcu znalazła się tu dzięki niemu. Bardzo trudna sytuacja.
    Jake spoglądał z rozbawieniem, bez trudu czytając z jej miny. Phyllida zebrała w sobie resztki sponiewieranej godności.
    – Tak… pójdę już. – Podała mu rękę. – I, hm… dziękuję za wszystko.
    – Wszystko? – zapytał drwiąco.
    – Niezupełnie. – Wyrwała dłoń z elektryzującego uścisku. Wiedziała, że miał na myśli ten okropny pocałunek.
    – Miłego pobytu w Port Lincoln – uśmiechnął się Jake i odjechał.
    Phyllida była nieco rozczarowana, że nie próbował pocałować jej po raz drugi. Pokręciła głową, usiłując pozbyć się dziwnego uczucia, jakie wzbudził w niej dotyk dłoni Jake’a. Pozbierała rzeczy, pchnęła furtkę i kuśtykając, przeszła ostatnie metry dzielące ją od drzwi Chris.

Rozdział 3

    Pół godziny później Phyllida siedziała wtulona w fotel z kieliszkiem szampana w dłoni. Serdeczne powitanie zgotowane jej przez Chris wynagrodziło trudy upiornej podróży.
    Chris była szczupłą blondynką o klasycznej urodzie. Trudno było o dwie bardziej różniące się pod względem powierzchowności i temperamentu kobiety.
    Całkowicie pozbawiona próżności Chris ubierała się wygodnie i praktycznie, podczas gdy Phyllida słynęła z ekstrawaganckich kolczyków i niewygodnych pantofli. Chris była miłośniczką przyrody, a Phyllida miejską dziewczyną pędzącą z sali gimnastycznej do biura, z biura do winiarni, z winiarni na przyjęcie – w nieustannym gorączkowym ruchu. Jednak mimo tych przeciwieństw obie kuzynki łączyła niekłamana przyjaźń. Nie widziały się pięć lat, lecz miała wrażenie, że rozstały się zaledwie przed tygodniem.
    Phyllida stęskniła się również za Mikiem, który akurat wyjechał do Queensland, ponieważ rysowała się tam możliwość założenia nowej firmy czarterującej jachty.
    – To musiało być dla was okropne – zauważyła ze współczuciem, gdy Chris opowiadała o tym, jak wykupiła ich firma Sailaway.
    – Mogło być gorzej – odparła spokojna jak zawsze Chris. – Dostaliśmy niezłą cenę za nasze łodzie i nie znaleźliśmy się z dnia na dzień bez pracy. Mike pływa z niedoświadczonymi klientami, a kiedy to nie wystarcza, Jake zatrudnia również mnie.
    Phyllida poczuła gwałtowny skurcz serca i z wrażenia oblała się szampanem.
    – Jake?
    – Jake Tregowan. Jest właścicielem Sailaway. – Chris spojrzała z niepokojem na pobladłą nagle kuzynkę. – Co ci jest?
    – Nic – drżącym głosem odpowiedziała Phyllida. Boże, czemu to musiał być akurat on?
    – Jake jest cudowny – opowiadała z entuzjazmem Chris. – Nie musiał nas wykupywać. Bardziej opłacało mu się poczekać, aż zbankrutujemy, ale złożył nam ofertę, zanim straciliśmy wszystko. Nie musiał również angażować Mike’a. Tu jest mnóstwo doświadczonych kapitanów, marzących tylko o współpracy z nim. Sam jest zresztą wspaniałym żeglarzem. Dwukrotnie wygrał regaty Sydney-Hobart.
    – Co takiego? – Phyllida gorączkowo usiłowała przypomnieć sobie, co mówiła Jake’owi o firmie, która przejęła interes Chris i Mike’a. Chris nie skarżyła się w listach na swój los, ale Phyllida w oparciu o własne smutne doświadczenia pojęła wszystko opacznie. Nic dziwnego, że Jake wyglądał na szczerze ubawionego jej oskarżeniem. Dlaczego nie trzymała języka za zębami?
    Powinien wszystko wyjaśnić, pomyślała ze złością. Zamiast tego, pozwolił jej zrobić z siebie idiotkę.
    – To jedne z najtrudniejszych regat na świecie – wyjaśniała Chris. – Warunki pogodowe na Bass Strait bywają koszmarne. Kocham żeglarstwo, ale za nic bym tam nie popłynęła. Jednak Jake to uwielbia. Na jachcie czuje się jak w domu. Pochodzi z bardzo bogatej rodziny. Tregowanowie mają jedno z największych przedsiębiorstw w Nowej Południowej Walii. Jake prowadził je przez pewien czas, ale teraz tylko nadzoruje wszystko z Adelajdy. Twierdzi, że szkoda marnować życie za biurkiem, skoro można żeglować.
    Cóż, to wyjaśnia własny samolot oraz otaczającą go atmosferę zamożności i pewności siebie, pomyślała Phyllida. W jaki sposób mogła w człowieku uważanym za bogatego przedsiębiorcę, którym zresztą był, rozpoznać kogoś, kto zajmuje się czarterem jachtów?
    – Mówisz, jakby był wzorem wszelkich cnót – powiedziała obojętnym tonem. Chciała zapytać o coś więcej, ale nagłe zainteresowanie człowiekiem, którego nigdy nie spotkała, mogłoby wydać się dziwne.
    – Bo tak jest – odparła wesoło Chris. – Gdybym nie kochała Mike’a, z pewnością wybrałabym Jake’a. A skoro mówimy o miłości, to co się stało z Rupertem, o którym mi tyle pisałaś? Myślałam, że jesteście zaręczeni. Czemu z tobą nie przyjechał?
    – Nie został zaproszony – powiedziała z gorzkim uśmiechem Phyllida.
    – Kochanie! Co się stało? Napisałaś tylko, że postarasz się przylecieć najbliższym lotem, na jaki zdobędziesz miejsce.
    – Nie wspominałam, że mnie wylali?
    – Nie! – Chris aż podskoczyła i wbiła wzrok w kuzynkę. – Niemożliwe! Przecież uwielbiałaś tę pracę.
    – Owszem, ale Pritchard Price była tylko małą agencją reklamową. Kiedy przejął ich Liedermann, Marshall i Jones, doszli do wniosku, że głównym księgowym może być jedynie mężczyzna. Mieli zresztą kogoś swojego na to stanowisko. Fakt, że radziłam sobie doskonale przez dwa lata, nie miał dla nich żadnego znaczenia – dodała z goryczą. – Powiedzieli mi, że jest to część reorganizacji związanej z fuzją firm i gdybym była mężczyzną, wszystko zostałoby po staremu.
    Chris zasępiła się. Wiedziała, ile ta praca znaczyła dla Phyllidy.
    – Rupert zdaje się nie pracował w twojej firmie, prawda?
    – Rupert? Nie, jest handlarzem win. Bardzo zdolny, ale niesłychanie konserwatywny: stare szkolne krawaty i takie tam rzeczy. To powinno być wystarczającym ostrzeżeniem.
    – Jak to?
    – Kiedy usłyszałam o mojej pracy, wściekłam się i pobiegłam do Ruperta. Myślałam, że mnie zrozumie, a on miał czelność powiedzieć, że dobrze się stało! – Phyllida zatrzęsła się z oburzenia, przypominając sobie reakcję narzeczonego. – Byliśmy zaręczeni dość krótko i nie wyznaczyliśmy jeszcze daty ślubu ani nie planowaliśmy przyszłości. Ja sądziłam, że nic się nie zmieni, ale Rupert uważa, że miejsce żony jest w domu. Dlatego utrata pracy i kres „głupich ambicji” były mu na rękę.
    Pokręciła z niesmakiem głową.
    – Widzę, że znaliśmy się za mało i nasze małżeństwo skończyłoby się totalną katastrofą. Zerwałam z nim, rzucając mu pierścionek w twarz.
    – Och, Phyll, tak mi przykro – współczująco powiedziała Chris. – Dwa nieszczęścia tego samego dnia.
    – Najokropniejsze w tym wszystkim było to, że gdy nieco ochłonęłam, doszłam do wniosku, że bardziej boli mnie utrata pracy niż narzeczonego – wyznała Phyllida.
    – Wydawał się wprost stworzony dla ciebie – westchnęła Chris. – Może jednak, podobnie jak ja, potrzebujesz kogoś zupełnie innego.
    Z niewytłumaczalnych przyczyn Phyllida ujrzała w wyobraźni Jake’a Tregowana. Widziała go niepokojąco wyraźnie: arystokratyczne rysy, stanowcze spojrzenie i ten wprawiający ją w zakłopotanie uśmiech, czający się w kącikach ust…
    – Jedyne, czego naprawdę teraz potrzebuję, to oderwać się od tego wszystkiego.
    – W takim razie nie mogłaś lepiej trafić – rozpogodziła się Chris. – Niestety, mamy sporo pracy w porcie i jestem zajęta, ale możesz pójść ze mną. To ciężka praca, jednak zabawna. No i poznasz Jake’a.
    Nadeszła właściwa chwila, by wyjawić Chris, że już zdążyła poznać Jake’a i wcale go nie polubiła, ale słowa uwięzły jej w gardle. Chris uważa go za cudownego człowieka i Phyllida wolała nie psuć sprzeczką atmosfery powitalnego wieczoru. Zresztą była tak zmęczona, że zasnęła, gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki. Spała do białego dnia.
    Gdzieś dzwonił telefon. Phyllida zorientowała się, że to on ją obudził. Telefon umilkł. Najwyraźniej Chris była jeszcze w domu i podniosła słuchawkę.
    Phyllida leżała w łóżku, usiłując przypomnieć sobie, kiedy po raz ostatni widziała takie ostre słońce. Jej myśli błądziły jednak wokół wczorajszej nocy. W dziennym świetle podróż z Adelajdy jawiła się jako coś nierealnego. Czy naprawdę leciała nocą w maleńkiej awionetce? Czy łkała, siedząc na walizce? Czy Jake Tregowan rzeczywiście ją pocałował, a ona odwzajemniła pocałunek?
    Gwałtownie usiadła na łóżku. Wolałaby uznać to wszystko za koszmar senny, ale wspomnienie Jake’a było niezwykle żywe, aż nazbyt realne.
    Wstała i leniwie włożyła szlafrok. Chciała zostać jeszcze w łóżku, lecz nie miała zamiaru leżeć i rozmyślać o nim.
    Ziewając zeszła do kuchni. Chris rozmawiała przez telefon. Odłożyła słuchawkę i odwróciła się w stronę Phyllidy.
    Wyraz jej twarzy sprawił, że dziewczyna natychmiast zapomniała o Tregowanie.
    – Chris, na litość boską, co się stało? Wyglądasz okropnie.
    – To Mike – odparła pobladła Chris. – Jest w szpitalu w Brisbane. Miał wypadek. Och, Phyl, co ja teraz zrobię?

    Phyllida zapłaciła taksówkarzowi i odwróciła się, by spojrzeć na przystań. Na wprost niej ciągnął się pomost, oparty na drewnianych pontonach, wzdłuż którego cumowały kołyszące się lekko na wodzie jachty. Przy końcu pomostu widać było mały, drewniany budynek z napisem „Sailaway”. Przełknęła ślinę i wytarła dłonie w spodnie. Podczas rozmowy z Chris sprawa wyglądała bardzo prosto, lecz na myśl o spotkaniu z Jakiem Tregowanem serce biło jej niespokojnie.
    Chwyciła głęboki oddech. To śmieszne! Radziła sobie w znacznie trudniejszych sytuacjach, ujarzmiała rozwścieczonych klientów, rozwiązując pozornie niemożliwe do rozwiązania problemy, więc powinna dogadać się z Tregowanem. Obiecała to Chris.
    Poczuła nagły dreszcz. Twarda i pełna życia Chris załamała się, gdy usłyszała o wypadku Mike’a i to właśnie Phyllida załatwiła jej lot do Brisbane, pomogła spakować rzeczy i wezwała taksówkę. A teraz musi spełnić to, co jej obiecała, gdy żegnały się na lotnisku.
    Ruszyła w stronę budyneczku. Drzwi były otwarte. Nie ma się czym denerwować, myślała. Wczoraj była tak zmęczona, że wyolbrzymiła postać Jake’a. Dziś, w blasku dnia, okaże się, że to zwykły, nieszkodliwy człowiek.
    Kiedy jednak weszła do środka i ujrzała Jake’a przy szafce z aktami, zrozumiała, że niczego sobie nie wymyśliła. Jake odwrócił się, gdy padł na niego cień Phyllidy i ze zdziwienia uniósł brwi.
    Miał na sobie dżinsy i podkoszulek i wyglądał jeszcze bardziej męsko, niż zapamiętała z poprzedniego wieczoru. Jego zielone oczy z odrobiną szarości, były nieco bardziej zielone, lekko tylko przełamane szarością, bystre i przenikliwe jak poprzednio.
    Cisnął trzymane w ręku akta na wierzch szafki i zamknął szufladę.
    – Proszę, proszę – powiedział. – Co za niespodzianka. Chyba nie chcesz, żebym cię gdzieś podwiózł?
    – Nie – odparła, tracąc oddech. Miała wyglądać na opanowaną kobietę interesu, nie zaś na idiotkę speszoną ironicznym wzrokiem Jake’a. Odchrząknęła. – Przyszłam z tobą porozmawiać.
    – Jestem wstrząśnięty. – Zrzucił z krzesła stos broszurek i wskazał jej miejsce z przesadną galanterią. – Lepiej usiądź.
    Phyllida, nie wiedząc od czego zacząć, rozejrzała się wokół. Okna z trzech stron zapewniały doskonałą widoczność na cały port. Za drzwiami wiodącymi na zaplecze leżały stosy ręczników, prześcieradeł i środków czystości. Na biurku morskie radio podawało prognozę pogody. Jake wyłączył je.
    – Pewnie Chris powiedziała ci, gdzie można mnie znaleźć, ale nie spodziewałem się ciebie tak szybko. Kiedy rozstawaliśmy się wczorajszej nocy, miałem wrażenie, że nie chcesz mnie więcej widzieć.
    – To było wczoraj. – Phyllida zarumieniła się lekko na wspomnienie, jak niewdzięcznie się zachowała. – Jestem tu w sprawie Chris. Musiała polecieć do Brisbane. Mike miał wypadek.
    – To straszna wiadomość. Czy jest ciężko ranny? – spytał szczerze zmartwiony.
    – Nie znamy szczegółów. Powiedzieli, że nie odzyskał jeszcze przytomności.
    – Czy wiadomo, jak do tego doszło?
    – Mike wracał z Brisbane do domu. Świadkowie powiedzieli policji, że skręcił, by uciec przed nieprawidłowo wyprzedzającą ciężarówką. Samochód Mike’a dachował w rowie. Biedna Chris jest w strasznym stanie. Przed godziną wsadziłam ją do samolotu do Brisbane. Zadzwoni do mnie wieczorem i wszystko opowie.
    – Czy mogę coś zrobić? – Jake ochłonął nieco i zaczął spacerować po pokoju.
    – Tak – odparła Phyllida. – Przyjąć mnie na miejsce Chris.
    – Co?
    – Chris martwi się o swoją pracę – wyjaśniła spokojnie.
    – Mike jest nieprzytomny, a to ich jedyne źródło utrzymania. Chris boi się, że mógłbyś przyjąć kogoś na jej miejsce. Podobno to środek sezonu.
    – Owszem, ale nie ma mowy, żeby Chris straciła pracę – zdenerwował się Jake, zerkając groźnie na Phyllidę. – Odpowiadam za to jako pracodawca, a poza tym Chris i Mike są moimi przyjaciółmi.
    – Nie musisz wyżywać się na mnie. To nie był mój pomysł. Tłumaczyłam Chris, że nie jesteś takim potworem, ale nie potrafiła rozsądnie myśleć. Wpadła w panikę w związku z wypadkiem Mike’a. W takiej sytuacji traci się poczucie proporcji. Najprostsze sprawy stają się problemem…
    Phyllida urwała, widząc drwiący wzrok Jake’a. Przypomniała sobie, jak łkała, siedząc na walizce. Jej własne kłopoty wydały się nagle błahostką w porównaniu z nieszczęściem, które dotknęło Chris.
    – Chris była zdenerwowana – dodała, starając się zachować rzeczowy ton. – Chciała jechać do Mike’a, a z drugiej strony obawiała się sprawić ci zawód. Zamierzałam lecieć z nią do Brisbane, jednak uspokoiła się dopiero, gdy przyrzekłam, że zastąpię ją w pracy.
    Jake włożył ręce do kieszeni i z ponurą miną wyglądał przez okno. Przepłynął jacht motorowy i rozkołysał cumujące łodzie.
    – Wystarczy, że powiesz Chris, że nie ma się o co martwić. Na te parę tygodni znajdę sobie jakieś zastępstwo, a jej będę płacił normalnie, więc nie ma problemu finansowego. W każdej chwili może wrócić do pracy, Mike zresztą również. Ponieważ jest prawdopodobnie ciężko ranny, minie chyba trochę czasu, zanim znów będzie mógł żeglować.
    Phyllida odwróciła się w jego stronę.
    – Zatem nie chcesz, żebym u ciebie pracowała?
    – Szczerze mówiąc, wolałbym kogoś odpowiedniejszego.
    – Odpowiedniejszego? Co ci się we mnie nie podoba?
    – Po pierwsze, jesteś Angielką. Przyjąłem w listopadzie zeszłego roku angielską dziewczynę do pracy. Wydawało się, że ma pewne doświadczenie, ale nie przykładała się do roboty i po paru tygodniach zrezygnowała, twierdząc, że jest za ciężka. Wyjechała do Adelajdy. Gdyby nie Chris, miałbym kłopoty. Niezbyt przepadam za Angielkami.
    – No to co? – spytała Phyllida. – Nie proszę przecież, żebyś mnie lubił.
    – Mniejsza z tym. Zastanawiam się, czy wiesz, w co się pakujesz?
    – Chris nie miała czasu na drobiazgowe wyjaśnienia, wiem jednak, że chodzi o gotowanie i sprzątanie.
    – O wiele więcej – odparł Jake, w zamyśleniu przeczesując palcami włosy. – Dysponuję piętnastoma jachtami. Niektóre wynajmują doświadczeni żeglarze, z innymi musi płynąć ktoś taki jak Mike. Czasami przywożą wszystko ze sobą, ale na ogół klienci proszą nas o przygotowanie zaopatrzenia. Bywa różnie. Albo gotują sobie sami, albo Chris przygotowuje im posiłki wymagające potem jedynie podgrzania. Umiesz gotować?
    – Oczywiście – odparła wyniośle. – Moje przyjęcia były słynne. *
    – Mówimy o dobrym, zwykłym jedzeniu, nie o wymyślnych frykasach. – Jake spojrzał na nią z wyrzutem. – Żeglarze nie przepadają za nowościami na stole.
    – Chyba mogę przyrządzić coś nieskomplikowanego, jeśli o to ci chodzi. Nic prostszego.
    – Może cię zdziwię, ale Chris nie tylko układa menu dla wszystkich łodzi, ale również robi zakupy, uzupełnia zapasy w lodówkach i magazynkach. Oprócz tego sprząta łodzie po rejsach, żeby były gotowe dla następnych klientów. To oznacza zmianę pościeli w kabinach, sprawdzenie i uzupełnienie wszystkich braków. Wszystko musi lśnić. Pomaga mi jeszcze w biurze, odbiera telefony, załatwia korespondencję i tak dalej.
    – To nie jest praca, lecz niewolnicza harówka! – przeraziła się Phyllida.
    – Wiedziałem, że ci się nie spodoba. Nie przywykłaś do pracy.
    – Wręcz przeciwnie! Pracowałam dużo i bardzo ciężko. – Przypomniała sobie o wieczorach spędzonych nad papierami w biurze.
    – Wysiadywanie za biurkiem to nie wszystko. Potrzebuję kogoś, kto nie boi się zakasać rękawów i pobrudzić sobie rąk.
    – Może do tej pory nie brudziłam sobie rąk, ale musiałam walczyć o przetrwanie. Zamiast narzekać, zastanów się, jak wykorzystać moje wysokie kwalifikacje.
    – Niezbyt przydadzą ci się przy szorowaniu łodzi. – Jake pochwycił ją za ręce i odwrócił dłonie do góry, przeciągając po nich kciukami. – Popatrz, są za delikatne, by wytrzymały parę tygodni szorowania, skrobania i polerowania.
    Phyllida poczuła suchość w ustach. Pod wpływem dotyku ciało stawało się boleśnie wrażliwe. Czuła każdy milimetr skóry, o który otarły się jego palce.
    – Przywykną – wykrztusiła z trudem.
    – A ty? – Jake puścił jej dłonie i usiadł. Patrzył na dziewczynę, jakby była kłopotliwym przedmiotem, z którym nie wiadomo, co zrobić.
    – Jestem twardsza, niż ci się wydaje. – Świadoma komicznego wrażenia, jakie musiała sprawiać poprzedniego wieczoru, ubrała się dziś schludnie i praktycznie w spodnie w biało-niebieskie paski i białą bluzkę. Wciąż jednak podejrzewała, że Jake zapamiętał ją szlochającą na walizce.
    – Chyba jednak nie aż tak bardzo twarda, za jaką chcesz uchodzić – westchnął Jake, a Phyllida oblała się rumieńcem.
    – Przekonaj się!
    Cień zdenerwowania przemknął po jego twarzy.
    – Ubiegłej nocy chwaliłaś się, jakie ważne zajmujesz stanowisko i jak bardzo zależy ci na zrobieniu kariery. Czy naprawdę chcesz, bym uwierzył, że będziesz szczęśliwa, krojąc cebulę i szorując pokłady?
    – Owszem, jeśli to pomoże uspokoić się Chris – powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. – Nie zamierzam spędzać czasu w Australii, pracując u ciebie dłużej niż to konieczne, ale obiecałam to Chris. Nie rozumiem twoich zastrzeżeń. Powiedziałeś, że chcesz jej pomóc, a to najlepsza metoda. Może nie jestem najlepszą kandydatką, ale oszczędzisz sobie trudu szukania kogoś innego, mógłbyś więc przynajmniej dać mi szansę.
    Nastąpiła pełna napięcia cisza. Jake przyglądał się jej przymrużonymi oczyma.
    – Mógłbym – rzekł wreszcie, a jej mocniej zabiło serce. Atmosfera robiła się wprost nie do zniesienia. – Czemu tak się upierasz? Przecież nie musisz tego robić. Znajdę kogoś innego, a ty powiesz Chris, że u mnie pracujesz.
    – Nie mogłabym jej okłamać – zaprotestowała.
    – No a co z twoimi wakacjami? Przepraszam, z twoim urlopem naukowym. Przecież zamierzałaś przez te parę tygodni zastanowić się nad kierunkiem rozwoju swojej błyskotliwej kariery.
    Phyllida spuściła oczy. Zapomniała o swoim kłamstwie. Gdyby Jake nie był taki sceptyczny w stosunku do kobiet, może nawet powiedziałaby mu prawdę. Jednak za nic nie da mu tej satysfakcji.
    – Przyjechałam tu, gdyż potrzebuję czasu do zastanowienia, a myśleć mogę nawet szorując pokłady, chyba że jest to zabronione.
    – Myślenie jest dozwolone – uśmiechnął się Jake. – Kłótnie nie. Swoje zadęcia zostaw w domu. Nie chcę wysłuchiwać, jaka jesteś ważna. Większość prac jest nudna i męcząca, więc nie narzekaj, że cię nie ostrzegałem.
    – To znaczy, że mnie zatrudnisz?
    – Tylko przez wzgląd na Chris. Musisz jednak pracować równie ciężko jak ona.
    – Będę – przyrzekła gorąco.
    – Mam nadzieję, że nie potrwa to zbyt długo – rzekł z rezygnacją Jake. – Kiedy wrócą Chris i Mike, na pewno oboje powitamy ich z otwartymi ramionami, ale na razie wygląda na to, że jesteśmy skazani na siebie.

Rozdział 4

    Po podjęciu decyzji Jake przeszedł do razu do rzeczy.
    – Masz prawo jazdy?
    – Nie zabrałam – odparła z zażenowaniem Phyllida. – Pakowałam się w takim pośpiechu, że zupełnie nie miałam do tego głowy.
    – Sądząc z rozmiarów walizki, pamiętałaś o wszystkim innym – zauważył złośliwie. – Myślałem, że jesteś bardziej zorganizowana.
    – Niczego nie zapomniałam. Skąd mogłam wiedzieć, że przyda mi się prawo jazdy?
    – Więc chyba liczyłaś na to, że Mike i Chris będą ci służyli za darmowych kierowców.
    – Nie wiedziałam, czego się spodziewać – zgrzytnęła zębami Phyllida. – A już najmniej przesłuchania z powodu zapomnianego kawałka papieru. Czy to ma jakieś znaczenie?
    – Zamierzałem dać ci furgonetkę, żebyś mogła pojechać po zakupy. Tymczasem wygląda na to, że będę musiał cię wszędzie wozić. To zaczyna się stawać regułą!
    – Zapewniam, że nie z mojej woli.
    – Słusznie, zapomniałem, że jesteś kobietą samodzielną – zakpił Jake. – To zabawne, ale zawsze znajdziesz kogoś, kto wykona za ciebie robotę.
    – Mówimy tylko o sporadycznych wyjazdach po zakupy – parsknęła. – Skoro stanowi to dla ciebie taki wielki problem, znajdę inny sposób, żeby się tu dostać.
    – Taki, jak zeszłej nocy?
    – To było coś innego. Ubiegłej nocy nie byłam sobą i dobrze o tym wiesz! Taka podróż wykończyłaby każdego i niezbyt mi pomogłeś, będąc taki…
    – Jaki? – spytał z rozbawieniem w oczach.
    – Niemiły! – wypaliła niezbyt dyplomatycznie.
    Jake nie zamierzał puścić tego płazem.
    – Niemiły? – zdumiał się nieszczerze. – Taszczyłem twoją walizkę, zabrałem cię samolotem do Port Lincoln, podwiozłem pod drzwi Chris… Cóż w tym było niemiłego?
    Phyllida, czując się zapędzona w kozi róg, gorączkowo szukała w pamięci przykładu jego niemiłego zachowania. Rzecz tkwiła nie w tym, co robił, ale w jego drwiących spojrzeniach, uśmieszkach, kpiącym tonie. Tego jednak nie mogła powiedzieć.
    – Pocałowałeś mnie. – Był to jedyny zarzut, jaki mogła wysunąć.
    – Wtedy nie było to wcale dla ciebie niemiłe – oświadczył zuchwale.
    – Wykorzystałeś sytuację – nie ustępowała, lecz Jake spojrzał na nią obojętnie.
    – W takim razie jesteśmy kwita.
    To Phyllida spuściła oczy. Po co wracała do sprawy pocałunku? Jego wspomnienie zagęściło nagle panującą w pokoju atmosferę, znów po plecach przebiegły jej ciarki. Wciąż czuła dotyk mocnych dłoni Jake’a i ekscytujące spotkanie się ich warg.
    – Musi być jakiś sposób na poruszanie się po okolicy – powiedziała, usiłując sprowadzić rozmowę na bezpieczniejsze tory. – Chyba są tu jakieś autobusy?
    – To nie Londyn – odparł Jake. – Może nawet uda ci się dotrzeć do sklepów, ale nie zabierzesz się z zakupami.
    – Mogę wziąć taksówkę – rzekła niechętnie.
    – Możesz – zgodził się. – Pod warunkiem, że za nią zapłacisz, bo ja, mając stojącą bezczynnie furgonetkę, nie dam ani grosza. Czy również zamierzasz przyjeżdżać tu co rano taksówką?
    – Jeszcze tego nie przemyślałam.
    – To się lepiej zastanów. Przystań leży daleko od domu Chris i zapewniam cię, że nie ma bezpośredniego połączenia autobusowego.
    Phyllida zacisnęła wargi.
    – Potrafiłam przez parę lat utrzymać się sama w Londynie – odparła chłodno. – Z pewnością jakoś przeżyję w Port Lincoln.
    – To zależy od punktu widzenia – zauważył Jake, pokazując jakiś punkt za oknem. – Mieszkam na szczycie tego wzgórza obok przystani. Wystarczająco blisko, by dojść tu na piechotę. Chyba najlepiej zrobisz, mieszkając u mnie – dodał z rezygnacją.
    – Miałabym mieszkać u ciebie? – przeraziła się Phyllida.
    – Wolałabym raczej spać na plaży!
    Jake aż cmoknął z wrażenia.
    – Nie wiem, jak udało ci się zrobić oszałamiającą karierę, ale na pewno nie z powodu nadmiaru taktu.
    – A tobie nie dzięki urokowi osobistemu – odgryzła się.
    – Wyjątkowo serdeczny sposób zapraszania gości! Nie ma mowy, żebym przeprowadziła się do ciebie!
    – Nie ma w tym żadnej próby uwiedzenia ciebie, jeśli to cię trapi – westchnął Jake. – Nie musisz więc reagować jak przerażona stara panna. Szczerze mówiąc, mogę się postarać o bardziej odpowiednie towarzystwo i niezbyt bawi mnie perspektywa spędzenia paru tygodni z osóbką w gorącej wodzie kąpaną, ale nie widzę innego wyjścia.
    – A ja owszem. Będę mieszkała u Chris i Mike’a.
    – Jak się tu dostaniesz codziennie rano?
    – Znajdę jakiś sposób!
    – Dom jest wystarczająco duży, żebyśmy się pomieścili.
    – Raczej zostanę tam, gdzie jestem – upierała się. Sama myśl o dniach spędzonych w towarzystwie Jake’a była już dość irytująca, ale żeby z nim mieszkać…
    Jake przyjrzał się z uwagą małej, upartej osóbce.
    – Czemu zawsze się upierasz przy najgorszych rozwiązaniach?
    – A dlaczego ty nie chcesz uznać, że jestem samodzielna? Jeśli wspomnisz choć raz o zeszłej nocy, zacznę krzyczeć. Wiem, że zachowałam się pretensjonalnie, ale uwierz mi, to się już nie powtórzy. Jestem dobra w tym, co robię, więc poradzę sobie i tutaj. Zobaczysz.
    – Zaraz będziesz miała okazję się przekonać – zgodził się niechętnie Jake. Wstał. – Oprowadzę cię, a potem zabieramy się do roboty. W tym tygodniu mamy jej aż nadto.
    Pokazał jej składzik i wyjaśnił, jak działa radio.
    – Prowadzimy całodobowy nasłuch naszych łodzi. Tak więc, jeśli usłyszysz, że ktoś się zgłasza, a mnie nie będzie w pobliżu, musisz odebrać wezwanie. Być może trzeba będzie udzielić jakichś rad. Masz jakieś doświadczenie żeglarskie?
    – Czy liczy się jednodniowy rejs do Boulogne?
    – Niezwykle pomocne! – westchnął Jake. – Przecież chyba musiałaś żeglować.
    – Nie było takiej potrzeby. W kraju żeglarstwo zawsze pachniało zimnem, wilgocią i niewygodą. Chris i Mike uwielbiają to, ale dla mnie kontakt z przyrodą, to opalanie się na tarasie.
    – Niezbyt przypominasz Chris, co? – Spojrzał na ożywioną twarz dziewczyny.
    – Nie. Trudno uwierzyć, że jesteśmy spokrewnione. Może właśnie dlatego polubiłyśmy się tak bardzo. Wolałabym być bardziej podobna do Chris – przyznała, zastanawiając się, jak najlepiej opisać kuzynkę. – Jest taka… niestrudzona.
    – Z pewnością to określenie nie pasuje do ciebie – zaczepnie powiedział Jake.
    – Tak? A jakie?
    – Gadatliwa – uśmiechnął się nieoczekiwanie.
    Zbił tym Phyllidę z tropu. W chwili gdy miała już dojść do wniosku, że jest bardziej nieznośny, niż jej się zdawało, zrobił to ponownie! Jeśli w półmroku kabiny uśmiech Jake’a budził jej zaniepokojenie, to w blasku dnia zamarło jej serce.
    Widziała, jak wokół oczu pojawiają mu się mimiczne zmarszczki, jak zmienia się zarys policzków. Białe zęby na tle opalenizny wyglądały wręcz zabójczo. W głowie dziewczyny zadźwięczał alarmowy dzwonek. Z wrażenia wstrzymała oddech i otrząsnęła się z tego dopiero po chwili, wracając do rzeczywistości.

    Na zewnątrz niebieskie niebo rozświetlało ostre słońce. Phyllida, idąc za Jakiem, mrużyła oczy. Silny wiatr znad morza rozsypywał jej włosy wokół twarzy, spoglądając na molo, przytrzymywała je jedną ręką. Uśmiech Jake’a wciąż mącił jej spokój.
    Lśniąca woda wyglądała niemal bezbarwnie, lecz dziewczyna słyszała plusk fal obmywających molo. Jachty tańczyły w górę i w dół. Przypatrywała się temu jak zahipnotyzowana, jakby nigdy przedtem nie widziała żaglówek, ujęta krzywizną kadłubów, kontrastującą ze strzelistymi masztami i wymyślną geometrią olinowania.
    Doszła do wniosku, że coś niezwykłego emanuje z tej pełnej światła przestrzeni, w przeciwieństwie do delikatnego angielskiego słońca. Wszystko wydawało się nieprawdopodobnie różnorodne. Każda łódź była inna. Eleganckie żaglówki sąsiadowały z wielkimi jachtami motorowymi, szybkie ślizgacze z wysłużonymi łodziami rybackimi, a cała ta flotylla kołysała się w hipnotyzującym ruchu, jakby przytakując kuszącej obietnicy morskiej swobody i świeżości.
    Zamknęła oczy i zwracając twarz ku słońcu, wdychała niesiony wiatrem ostry zapach morza. Uśmiechnęła się, słysząc nawoływanie mew, zgrzyt cum i łopot fałów o setki masztów.
    Wszystko to różniło się od dźwięków, do których przywykła – dzwonków telefonów, pisku drukarek, gorących, głośnych sporów lub śmiechów, dudnienia ruchu ulicznego za oknem i odległego zawodzenia syren. Przystań rozbrzmiewała obco i dziwnie swojsko zarazem.
    Phyllida poczuła nagle olbrzymią radość, że się tu znalazła. Otworzyła oczy i z uśmiechem odwróciła się w stronę Jake’a.
    Przyglądał się jej z tym swoim dziwnym wyrazem oczu.
    – Myślałem, że zasnęłaś – powiedział, siląc się na zwykłą kąśliwość.
    Phyllida pokręciła głową i kolczyki ze sztucznymi diamentami błysnęły w słońcu.
    – Po prostu… zamyśliłam się.
    – To wszystko zmienia – rzekł sucho Jake.
    Odwrócił się i ruszył wzdłuż mola. Pontony chwiały się im pod stopami, gdy pokazując na łodzie, z uczuciem wymieniał ich nazwy.
    – Większość jest teraz w morzu. Oto „Persephone”, obok niej „Dora Dee”, piękna, prawda? Dalej „Calypso”. Wróciła wczoraj i wymaga czyszczenia, podobnie jak „Valli”. – Pokazał na cumujący obok „Calypso” jacht.
    Nazwy dwóch ostatnich jachtów zabrzmiały dość swojsko.
    – Te dwa należały do Chris i Mike’a?
    – Owszem, do chwili, kiedy podstępnie je wykupiłem i przejąłem ich firmę.
    Phyllida zalała się rumieńcem.
    – Przepraszam – powiedziała nieśmiało, wstydząc się pasji, z jaką opowiadała o nieszczęściu, które spotkało jej kuzynkę. – Chris opowiedziała mi, jak to było naprawdę. Jest ci bardzo zobowiązana. Po prostu wyciągnęłam pochopne wnioski z jej listu.
    – Czy to znaczy, że teraz wyciągniesz właściwe wnioski odnośnie mojej osoby? – spytał Jake.
    Stał z wyzywającym spojrzeniem zielonych oczu, w uniesionych kącikach ust czaił się skrywany uśmiech. Ręce trzymał niedbale w kieszeniach dżinsów, a wiatr, rozwiewający jego kasztanowate włosy, napiął podkoszulek, uwypuklając umięśnioną budowę ciała.
    Przez ułamek sekundy Phyllida poczuła, że mięknie wewnętrznie na ten widok. To nie fair z jego strony, że stoi sobie tak niedbale i spogląda na nią spod przymrużonych powiek.
    – Mój osąd odłożę do chwili, kiedy cię lepiej poznam. – Przypływ niechęci spowodował, że powiedziała to ostrzej, niż zamierzała.
    – Taka ostrożność niezbyt do ciebie pasuje.
    – Skąd wiesz, jaka naprawdę jestem? – zapytała podejrzliwie, podążając za nim wzdłuż mola.
    – Z obserwacji – odparł, przeskakując z pomostu na pokład „Ariadnę”. Wyciągnął rękę, by pomóc Phyllidzie. – Sama mi powiedziałaś, że jesteś bardzo impulsywna. Wszystko, co dotąd widziałem, wskazuje na to, że masz tendencję do działania bez namysłu.
    Chwiejąc się na skraju pomostu, Phyllida doszła do wniosku, że jeśli przechodząc na łódź nie skorzysta z pomocy Jake’a, zrobi z siebie kompletną idiotkę. Z ociąganiem podała mu rękę i pozwoliła się przytrzymać, kiedy niezgrabnie gramoliła się przez reling. Nagły powiew wiatru szarpnął jachtem, rzucając ją na twarde ciało Jake’a.
    Odskoczyła z palącym rumieńcem i potknęła się o zwój lin sklarowanych w pobliżu kokpitu.
    – Jest dla mnie nieustanną niespodzianką, jak ktoś tak krucho i delikatnie wyglądający może być aż tak niezdarny – rzekł złośliwie Jake, stawiając ją na nogi.
    – Nie jestem niezdarą! Każdy potknąłby się o te głupie sznurki.
    – Wczoraj nie widziałem żadnych sznurków, a jednak potykałaś się, ciągnąc walizkę – zauważył podle. – A tak dla porządku, to wcale nie są sznurki tylko olinowanie łodzi.
    – Dla mnie wyglądają jak sznurki – mruknęła pod nosem Phyllida. Zeszła w ślad za Jakiem po drewnianych schodkach do zdumiewająco przestronnego i jasnego pomieszczenia, wystarczająco wysokiego, by mogli stać swobodnie. Znajdował się tam stół, a po obu jego stronach wygodne, wyściełane kanapy. W kącie mieściła się niewielka kuchenka umocowana na przegubach i pokrywa z metalową rękojeścią. Phyllida podniosła ją i zajrzała w głąb schowka z jakimś urządzeniem przytwierdzonym do bocznej ścianki.
    – Co to jest?
    – Lodówka akumulatorowa. Oprócz tego wkładamy do niej kawał lodu i to wystarcza na przechowywanie żywności przez tydzień. Musisz pamiętać o tym, zanim zaczniesz ją napełniać.
    – Czyli to jest kuchnia? – Dziewczyna rozglądała się z zaciekawieniem. W rozsuwanych szafkach stały czyste nakrycia i szklanki.
    – Nie, to jest kambuz – z naciskiem wyjaśnił Jake, wznosząc oczy do nieba.
    – No dobrze, kambuz.
    Szybko pogubiła się w żeglarskich terminach, którymi zasypywał ją Jake. Zwiedziła trzy nieskazitelnie czyste kabiny i maleńkie pomieszczenie, w którym był prysznic, wanna i ubikacja. Twarz Jake’a promieniała, gdy pieszczotliwie gładził drewniane wykończenia, pokazywał radia, mapy i kompasy oraz rząd zawiłych instrumentów nawigacyjnych. Phyllida obdarzyła je nikłym zainteresowaniem, aż w końcu Jake stwierdził, że go wcale nie słucha.
    – Słucham – zaprotestowała. – To wszystko jest jednak szalenie skomplikowane dla osoby będącej po raz pierwszy na łodzi. – Nie dodała, że rozpraszała ją konieczność nieustannego odsuwania się od Jake’a. Pod pokładem było mało miejsca i co chwila stwierdzała, że się o niego ociera.
    Krępowała ją bliskość jego silnego, umięśnionego ciała i mocnych dłoni, żywe wspomnienie pocałunku i wiążących się z tym wszystkich szczegółów – to, jak przytulił ją do siebie, smak jego męskich, twardych warg i żarliwość, z jaką ten pocałunek przyjęła.
    Wszystko to bardziej mąciło jej w głowie niż pompy zęzowe, echosondy czy instrumenty podające w węzłach prędkość wiatru.
    Ulżyło jej, gdy w końcu wyszli na pokład.
    – No i jak ci się podoba? – zapytał, z nie ukrywaną czułością poklepując przezroczystą, plastikową zasłonę.
    Phyllida popatrzyła na kadłub i zastanowiła się, czy on również drży, gdy Jake go dotyka.
    – Myślę, że wolisz jachty od kobiet – powiedziała zgryźliwie. – To ciekawe, że wszystkie mają żeńskie nazwy.
    – Nic w tym niezwykłego – uśmiechnął się Jake. – A skoro o tym wspomniałaś, to rzeczywiście wolę jachty od kobiet. Są równie kosztowne w utrzymaniu, ale żadna kobieta nie zapewni mi obcowania z żywiołem. Jacht pruje fale, jest tylko on, morze i ja. Nie ma ze mną nikogo, kto by marudził i narzekał, że wiatr burzy mu fryzurę!
    W jego wypowiedzi zabrzmiało nagle tyle goryczy, że Phyllida odniosła wrażenie, iż miał na myśli konkretną kobietę. Zastanawiała się, jaka była dziewczyna Jake’a. Nie mogła wprost uwierzyć, że będąc z nim, mogła się troszczyć o fryzurę.
    – Zatem nie ma miejsca na kobiety w twoim życiu? – zapytała, gdy pomagał jej wejść na molo.
    Jake zerknął na nią nieodgadnionym wzrokiem.
    – Tego bym nie powiedział.
    – Ale nie spotkałeś jeszcze żadnej, która mogłaby rywalizować z żeglarstwem? – Miało to zabrzmieć złośliwie, ale wypadło raczej blado, bo akurat usiłowała wyswobodzić dłoń z jego uścisku.
    Jake rozważał jej słowa, wpatrując się w dziecinną buzię Phyllidy, jej wielkie, piwne oczy i rozwiane wiatrem włosy. Wyglądała jak małe, żywe i nieco nieufne stworzenie.
    – Jeszcze nie – odparł powoli.
    Phyllida poczuła, jak robi się jej gorąco, gdy Jake prześlizgiwał się wzrokiem wzdłuż linii jej odsłoniętej szyi, a potem po szczupłej, zwodniczo delikatnej figurze.
    – Czy masz własną łódź, czy wynajmujesz wszystkie?
    – Ta przycumowana na końcu jest moja. – Jake wskazał na elegancki jacht o lśniącym drewnianym pokładzie. Mosiężne okucia lśniły w słońcu. – To „Ali B”. Ładny, prawda?
    – Wspaniały – przyznała Phyllida, lecz w jej głosie prócz ironii kryła się nutka zazdrości.
    – Też tak uważam – roześmiał się, nie zrażony tym Jake. – Chcesz go obejrzeć?
    – Myślałam, że mamy pracować – odparła, nie mając zamiaru przyglądać się, jak Jake znów będzie się rozczulał nad jakąś głupią łódką. – Od czego zaczynamy?
    – Możesz zacząć od czyszczenia „Calypso” – powiedział. Wrócili do biura, gdzie Jake wręczył jej aluminiowe wiadro pełne szmat, płynów i proszków. – Krany z wodą znajdziesz wzdłuż całego mola.
    Phyllida wzięła wiadro i podejrzliwie obejrzała zawartość.
    – Czy to wszystko? – spytała, kiedy Jake usiadł bez słowa za biurkiem.
    – O co ci jeszcze chodzi?
    – Nie powiesz mi, co mam robić?
    – Jesteś kobietą sukcesu, Phyllido. Użyj swoich wysokich kwalifikacji umysłowych. Twierdziłaś, że możesz wykonać tę pracę nie gorzej od innych, masz okazję to udowodnić. Sprawdzę wszystko, kiedy skończysz i powiem ci, jak wyszło.
    Phyllida dumnie uniosła głowę na myśl, że Jake Tregowan będzie ją kontrolował. Czyżby się spodziewał, że narobi bałaganu? Ona mu jeszcze pokaże!
    Idąc po molo, zbliżała się do pierwszej przeszkody. Musi sama wejść na pokład. Nie był to może wielki skok, ale łódka tańcząc na cumie oddalała się złośliwie od pomostu, w chwili gdy Phyllida szykowała się do zrobienia kroku. Kiedy wreszcie przełożyła jedną nogę nad relingiem, łódka znów odsunęła się, i dziewczyna zrobiła głęboki rozkrok. Z najwyższą trudnością utrzymała równowagę i niezgrabnie wdrapała się na pokład, nie wypuszczając wiadra z ręki. Miała nadzieję, że nikt nie widział tych wygibasów.
    – Czy chcesz, żebym ci przyniósł wody w wiadrze? – Głos Jake’a sprawił, że odwróciła się gwałtownie. – Wygląda na to, że wejście na łódkę przysparza ci nieco kłopotów.
    Oczywiście ją obserwował! Phyllida już zamierzała powiedzieć mu, co może sobie zrobić z tą swoją wodą, ale w porę doszła do wniosku, że z pełnym wiadrem będzie jej jeszcze trudniej.
    – Dziękuję – odparła lodowatym tonem i wysypawszy do kokpitu zawartość wiadra, podała mu je.
    – Jestem pewien, że taka profesjonalistka jak ty wymyśli parę sztuczek, by doprowadzić łódź do porządku w jak najkrótszym czasie – zauważył ironicznie, stawiając obok niej pełne wiadro.
    Trochę wody wylało się i Phyllida z trudem pohamowała się, by nie chlusnąć resztą w uśmiechniętą twarz Jake’a Tregowana. Zadowoliła się pogardliwym spojrzeniem i twardo postanowiła, że wyszoruje łódź tak, że Jake nie znajdzie najdrobniejszej plamki.
    Wymagało to cięższej pracy, niż się spodziewała. Słońce przygrzewało przez plastikową kopułę, a bez orzeźwiającego wiaterku zrobiło się duszno. Ubranie przykleiło się do niej, a po plecach spływały strużki potu.
    Na „Calypso” mieszkało sześć osób, schodzących bez przerwy na plażę, o czym świadczyły ogromne ilości wymiatanego piasku. Równie dużo czasu zajmowało im jedzenie i picie. Musiała odskrobywać większość garnków, a zainstalowany na rufie grill był tak zaświniony, że odstawiła go na bok, by wyszorować go potem w ciepłej wodzie.
    Zdjęła brudną pościel, wytarła zlew i muszlę, wyginając się w nieprawdopodobny sposób, by dotrzeć do każdego zakamarka, wyczyściła kuchenkę do połysku i umyła podłogę. Kiedy już nie mogła wytrzymać gorąca, wyniosła brudną pościel do kokpitu, wystawiając się na ożywczy powiew wiatru.
    Twarz miała zaczerwienioną, włosy zmierzwione. Czuła się jak wyżęta ścierka. Widok Jake’a rozpartego wygodnie na sąsiedniej łódce nie poprawił jej humoru. Siedział na wyższej części kokpitu, nogi oparł o schowki i polerował jakieś metalowe przedmioty. Słońce igrało w wodzie, jacht kołysał się łagodnie na wietrze. Wyglądał na odprężonego i zadowolonego z życia.
    – Widzę, że dajesz personelowi przykład ciężkiej pracy – odezwała się jadowitym tonem, wpychając pościel do schowków.
    Jake przyglądał się jej z rozbawieniem. Trudno byłoby rozpoznać w niej elegancką dziewczynę z lotniska w Adelajdzie. Była spocona i całkiem wykończona.
    – Muszę słyszeć radio i telefon – wyjaśnił, odkładając szmatę. – W ten sposób, zamiast siedzieć w biurze, robię coś pożytecznego.
    – Tu również usłyszałbyś wszystko – powiedziała, wskazując na duszną kabinę. – A ja mogłabym posiedzieć na pokładzie.
    – Umiesz poskładać z powrotem kołowrót? – spytał uprzejmie, pokazując na porozkładane części.
    – Nie.
    – To dlatego ja jestem tu, a ty tam. Jeśli pragniesz lżejszej pracy, musisz się nauczyć więcej o łodziach. – Znów zabrał się do polerowania.
    – Wystarczająco nauczyłam się o tym, co jest pod pokładem – mruknęła, wracając na dół.
    Wreszcie skończyła. Dźwigając ostrożnie wiadro, wylała brudną wodę za burtę i powkładała do środka otrzymane od Jake’a przybory. Potem zaprosiła go na inspekcję.
    Z gracją kota przeskoczył z łódki na łódkę. Phyllida pomyślała o własnej niezdarności. Obserwowała, jak Jake metodycznie sprawdza kabiny.
    – Nie wyczyściłaś lodówki, jest pełna wody. W schowkach pod siedzeniami bałagan, ale ogólnie nieźle.
    Nieźle! Phyllida odsunęła kosmyki z czoła. Nigdy w życiu nie pracowała tak ciężko, a pochwałą było jedynie „nieźle”.
    – To tylko pod pokładem – dodał, sadowiąc się obok niej w kokpicie. – Do wyszorowania pozostał jeszcze pokład i kokpit. Trzeba też przejrzeć wyposażenie.
    – Teraz? – Spojrzała na niego przerażonym wzrokiem. Nie miała siły nawet wstać, a co dopiero mówić o dalszym sprzątaniu.
    – Jutro – nachmurzył się Jake. – Wyglądasz, jakbyś wpadła pod ciężarówkę. Dobrze się czujesz?
    – Skoro o tym mowa, to dziwnie się czuję – powiedziała. Czuła się dobrze, dopóki nie usiadła, a kołysanie nagle przyprawiło ją o nudności.
    – Morska choroba – jęknął Jake. – Tylko tego nam brakowało.
    – Nic mi nie jest. Wystarczy, że posiedzę sobie pięć minut – upierała się, postanawiając nie dać mu żadnego powodu, by uznał ją za słabą i rozczulającą się nad sobą.
    Jake zlekceważył jej protesty i postawił ją na nogi.
    – Daj spokój, zawiozę cię do domu.
    – Do domu Chris – przypomniała, nie chcąc, by korzystając z jej stanu, zabrał ją do siebie.
    – W porządku – westchnął Jake. – Do Chris, jeśli tak bardzo tego pragniesz. Czy zawsze jesteś taka uparta?
    – Nie jestem twoją niewolnicą – odparła. – Mam własny rozum.
    – Szkoda, że go nie używasz – odciął się. – Zawiozę cię do Chris, ale to po raz ostatni. Jutro musisz sama dotrzeć na przystań, a jeśli sądzisz, że zapłacę za taksówkę, to się mylisz.
    – Nie potrzebuję taksówki – rzekła wyniośle, kiedy zatrzymali się przed domem Chris. – Przyjdę pieszo.

Rozdział 5

    – Spóźniłaś się!
    Phyllida oparła się o otwarte drzwi i zmierzyła Jake’a nienawistnym spojrzeniem. Rano szybko pożałowała swojej buńczucznej zapowiedzi, że przyjdzie pieszo. Obudziła się z głębokiego snu nieprzytomna i obolała. Już sięgała po telefon, by wezwać taksówkę, gdy uświadomiła sobie, że w pośpiechu, z jakim dotarła do Port Lincoln, nie wymieniła pieniędzy.
    Chris dała jej, co miała pod ręką, ale wystarczyło to zaledwie na opłacenie wczorajszego kursu na przystań. Wyglądało więc na to, że będzie musiała iść pieszo.
    Odsunęła z czoła kosmyk włosów, zastanawiając się, czy wygląda równie okropnie, jak się czuje.
    – Przepraszam, ale dotarcie tutaj zajęło mi ponad godzinę.
    Wydawało się jej, że idzie dwa razy dłużej pustymi, szerokimi ulicami. Buty boleśnie obcierały jej pokiereszowane stopy. Dobrze przynajmniej, że pamiętała o kapeluszu i teraz wachlowała nim zaczerwienioną twarz.
    Jake był wyjątkowo niemiły.
    – Skoro zdecydowałaś się przychodzić tu na piechotę, powinnaś wziąć to pod uwagę. Pojutrze zgłaszają się klienci na te łodzie i jeśli będziesz spóźniać się codziennie, nie zdążymy ich przygotować.
    – Przecież powiedziałam, że przepraszam – zgrzytnęła zębami Phyllida, ściągając niewygodne buty. – Jutro się nie spóźnię.
    – Mam nadzieję – odparł chłodno Jake. – Jeśli chcesz utrzymać tę pracę dla Chris, musisz się bardziej starać. Teraz dokończ porządki na „Calypso” a potem przeniesiesz się na „Valli” i „Dorę Dee”.
    Z wściekłością złapała wiadro i ruszyła na molo. Miała ochotę powiedzieć Jake’owi, gdzie ma jego pracę, ale wczoraj wieczorem dzwoniła Chris. Miała zmęczony głos i bardzo martwiła się o Mike’a, więc Phyllida nie chciała przysparzać jej dodatkowych kłopotów.
    Zdenerwowało ją to, że Chris rozmawiała z Jakiem i entuzjastycznie odniosła się do pomysłu, by Phyll przeprowadziła się do niego.
    – Będę czuła się o wiele lepiej, wiedząc, że mieszkasz u niego, zamiast siedzieć sama. To piękny dom, a Jake powiedział, że się tobą zaopiekuje.
    Doprawdy? Phyllida odparła Chris, że się zastanowi, ale nie pragnie, być pod czyjąkolwiek opieką, zwłaszcza Jake’a.
    Wściekłość pozwoliła jej przeskoczyć przez reling bez obawy, że wpadnie do wody. Szorowanie pokładu okazało się doskonałą terapią na wzburzone nerwy i skończyła pracę w błyskawicznym tempie. Potem nabrała czystej wody do wiadra i przeszła na „Valli”. Nie był to może najzręczniejszy manewr, ale przynajmniej dokonała tego bez niczyjej pomocy.
    Czyściła, szorowała i polerowała zawzięcie, wyobrażając sobie, że trze szczotką twarz Jake’a. Marzyła, by móc z równą łatwością wymazać z pamięci ten okropny pocałunek, smak jego warg, dotknięcie rąk, dreszcz podniecenia…
    Wspomnienia wracały natrętnie, w najmniej spodziewanych chwilach. Wówczas ze złością brała się ostro do roboty. Czas minął jej przy tym nadspodziewanie szybko.
    Kiedy Jake zawołał ją i spojrzała na zegarek, nie mogła wprost uwierzyć, że już dochodzi pierwsza.
    – Chodź na lunch – powiedział. – Masz teraz przerwę.
    Phyllida otarła czoło wierzchem dłoni. Udało się jej stłumić złość i doszła do wniosku, że obwinianie Jake’a o wszystko było głupie i dziecinne. W końcu to ona spóźniła się prawie o godzinę.
    – Nie mam pieniędzy – odparła, prostując zdrętwiałe nogi. – Czy jest tu gdzieś bank, gdzie mogłabym wymienić funty?
    – Załatwisz to jutro, kiedy wybierzemy się po zakupy. Dziś ja stawiam. Wyglądasz na kogoś, kto potrzebuje solidnego posiłku. Kiedy jadłaś ostatnio?
    – Na śniadanie zjadłam trochę owoców, wczoraj byłam niezbyt głodna – przyznała. – Chyba po raz ostatni miałam coś porządnego w ustach w samolocie.
    – Trudno to nazwać przyzwoitym jedzeniem – mruknął Jake. – Pójdziemy do restauracji na przystani.
    – Nie mogę iść tak ubrana! – zaprotestowała, pokazując na szorty i podkoszulek. Włożyła je, bo to były jedyne rzeczy nadające się do brudnej pracy. Poza tym była spocona i umorusana.
    – Bez paniki. To nie żaden pięciogwiazdkowy lokal – parsknął Jake. Urwał, patrząc, jak dziewczyna zawiązuje sznurkowe sandałki.
    Pomimo ciężkiej pracy, żółty podkoszulek i białe szorty prezentowały się dość świeżo i nawet podkreślały jej wdzięki. Phyllida nie upięła włosów w kok, pozwalając, by swobodnie rozsypały się wokół głowy.
    – W rzeczywistości – ciągnął dalej, gdy już się wyprostowała – wyglądasz nawet ładnie, o wiele lepiej niż w tym śmiesznym kostiumie. Szykowny miejski wygląd absolutnie do ciebie nie pasuje.
    – A właśnie, że pasuje! – sprzeciwiła się natychmiast, dotknięta określeniem „nawet ładnie”. Też ci komplement! – Może nie zwracasz uwagi na strój, ale w mojej pracy wygląd jest niezwykle ważny.
    – W takim razie może to nie jest praca dla ciebie.
    – Właśnie że jest. – Praca w Pritchard Price była absorbująca, wciągająca, nawet podniecająca. Taka, jaka powinna być praca. Uwielbiała to. – Praca jest najważniejszą częścią mojego życia.
    – Rzekłbym raczej, że najważniejszą twoją cechą jest to, że byłaś gotowa pobrudzić sobie ręce przy ciężkiej pracy, byle pomóc swojej kuzynce – powiedział i ruszył wzdłuż mola.
    Phyllida patrzyła w ślad za nim w zdumieniu. Stwierdziła, że Jake jest jakiś nieswój. Skąd wzięła się, pomimo zwykłej niechęci, ta nagła nuta podziwu w jego głosie?
    Rupert miał zawsze na podorędziu całą litanię komplementów. Co prawda parę razy podejrzewała, że wyrecytował je machinalnie, bo nawet nie spojrzał, w co się ubrała, ani nie skosztował przygotowanych przez nią potraw. O wiele trudniej było zasłużyć sobie na komplement od takiego mężczyzny jak Jake. Być może nie doceniła w pierwszej chwili tego „nawet ładnie”.
    Zgodnie z tym, co zapowiadał Jake, restauracja była niezbyt elegancka, za to jedzenie wyśmienite. Usiedli na tarasie, skąd rozciągał się widok na całą przystań, a Phyllida stwierdziła, że jedzenie od dawna jej tak nie smakowało. Kiedy podano miejscowe owoce morza z kruchą sałatą, rzuciła się na nie zachłannie.
    Jake z rozbawieniem przyglądał się, jak dokłada sobie kolejną porcję.
    – Czy do wszystkiego zabierasz się z taką zajadłością?
    Phyllida z zażenowaniem spostrzegła, że zachowuje się w niezbyt dystyngowany sposób.
    – Nie miałam pojęcia, że jestem taka głodna – uśmiechnęła się przepraszająco.
    – Och, nie chodzi mi wyłącznie o jedzenie. Zwróciłem uwagę, jak dziś pracowałaś. Natarłaś na jacht z taką furią, że bałem się, że przetrzesz kadłub na wylot.
    – To dlatego, że… – urwała nagle. Omal nie przyznała się, że myślała o nim przez cały ranek. – Zawsze wierzyłam w zasadę:, Jeśli coś robisz, zrób to porządnie” – wykręciła się w ostatniej chwili. Była to zresztą prawda. Nie cierpiała fuszerki i raczej gotowa była poniechać czegoś, co nie byłoby wykonane bezbłędnie.
    – Czyli wszystko albo nic.
    – Można to i tak określić – odparła, znów zerkając do talerza. – Pracy na ogół poświęcam się bez reszty.
    – No a co z miłością? Czy również angażujesz się w nią bez reszty, czy jesteś zbyt zajęta robieniem kariery?
    W głosie Jake’a znów usłyszała odrobinę goryczy i spojrzała na niego z zainteresowaniem. Ściskał szklankę tak mocno, że aż mu pobielały palce. Zielone oczy pociemniały. Gdy zauważył, że mu się przygląda, zmienił wyraz twarzy.
    – Czemu o to pytasz?
    – Bo zastanawiam się, czy odpowiadasz pewnemu typowi.
    – Jakiemu typowi? ^
    – Typowi kobiety ogarniętej obsesją na punkcie swej kariery, gotowej zrobić ją za wszelką cenę.
    – Co za bzdury! – oburzyła się Phyllida. – Co ty w ogóle wiesz o takich kobietach?
    – Wiem sporo. Byłem z taką żonaty przez pięć lat.
    Żonaty? Phyllida odłożyła nóż i widelec wstrząśnięta myślą, że Jake żył z inną kobietą, że ją kochał…
    – Nie wiedziałam, że byłeś żonaty.
    – To doświadczenie, którego wolałbym nie powtarzać. Moja żona kochała swoją karierę bardziej niż mnie.
    Phyllida przypomniała sobie chwilę, gdy stwierdziła, że utrata pracy boli ją bardziej, niż zerwanie z Rupertem i niespokojnie poruszyła się na krześle.
    – Może pragnęła osiągnąć sukces równie mocno jak ty?
    – powiedziała, starając się wejść w skórę żony Jake’a, chociaż niezbyt mogła sobie to wyobrazić. Jego żona musiała być niezwykle stanowcza, a może Jake, niczym typowy mężczyzna, zazdrościł jej sukcesów zawodowych? – Mężczyznom wolno łączyć małżeństwo z karierą. Czemu odmawia się tego kobietom? Przecież też są do tego zdolne.
    – Oczywiście, ale tylko do momentu, kiedy praca nie zmienia się w obsesję, a wszystko inne przestaje się liczyć.
    – Kapitalne! I mówi mi to mężczyzna, wolący łodzie od kobiet!
    – Nie przejmuj się – roześmiał się nagle Jake. – Pozostaje mi jeszcze mnóstwo wolnego czasu, który poświęcam innym zainteresowaniom, z kobietami włącznie.
    – To, co robisz w wolnym czasie, niezbyt mnie interesuje – nieszczerze odpowiedziała Phyllida.
    – No pewnie, że nie. – Rozbawiony wzrok Jake’a dotknął ją do żywego.
    Wbiła wzrok w talerz, lecz prześladowało ją dziwne spojrzenie Jake’a. Czuła się bardzo niepewnie. Raz była przekonana, że jej nie znosi, to znów, że polubił ją na przekór wszystkiemu. Ta rozterka była bardzo męcząca.
    Z drugiej strony sama nie wiedziała, co do niego czuje. Nie to, by go nie lubiła, ale zawsze złościli ją mężczyźni niechętnie odnoszący się do robiących karierę kobiet. Sprawę pogarszał fakt, że Rupert okazał się jednym z nich. Jake jednak nie miał żadnych zalet Ruperta. Nie marnował czasu na komplementy, chwilami zachowywał się nieznośnie i wręcz prowokująco, a w dodatku nie krył, że ośmieszyła się na samym początku znajomości. A jednak…
    Niechętnie przyznała, że było w nim coś intrygującego. Nie wysilał się, by imponować. Zaczynała się zastanawiać, czy rzeczywiście jest taki, jakim wydawał się jej na dworcu lotniczym w Adelajdzie. Czuł się dobrze w dżinsach i zwykłej koszuli, a spędzanie całego dnia na grzebaniu się w silniku, sprawiało mu wyraźną przyjemność.
    Nie tak, zdaniem Phyllidy, powinien się zachowywać właściciel flotylli jachtów, nie wspominając o samolocie i olbrzymim samochodzie terenowym. Od Chris wiedziała, że pieniądze nie są dla niego problemem. Musiał zatem mieć zmysł do interesów, skoro bez wysiłku zarządzał własną firmą i majątkiem Tregowanów w Południowej Australii.
    Czemu nie wynajmie sobie kogoś do naprawy silników i do prac biurowych? Skoro nie ma sekretarki, to dlaczego nie kupi sobie przynajmniej telefonu komórkowego, zamiast pędzić do biura przez całe molo? Prawdę mówiąc, Phyllida nigdy nie widziała, żeby biegł do telefonu. Na dźwięk dzwonka spokojnie wycierał ręce w szmatę i niespiesznym krokiem szedł, by podnieść słuchawkę. Zdarzyło się to trzykrotnie i za każdym razem rozmówca czekał cierpliwie, aż Jake się zgłosi.
    Kiedy po południu skończyła pracę, czuła się słaba i zmęczona. Jake siedział w biurze, pochłonięty jakimiś rachunkami. Gdy spytała go, czy ma jeszcze coś zrobić, pokręcił głową oświadczając, że na dziś wystarczy.
    – Idź do domu – dodał machinalnie.
    Phyllida zawahała się. Gdyby miała latający dywan! Niestety, wciąż była bez grosza, a Jake najwyraźniej nie miał zamiaru jej odwozić, tak więc pozostawała jej wędrówka na obolałych stopach. Nieciekawa perspektywa.
    Klnąc po cichu własny upór, pożegnała się chłodno, wyprostowała i wyszła.
    Ucichł poranny wiatr. Powietrze było gorące i nieruchome. Dokuśtykała do głównej drogi i rozejrzała się. Niewiele samochodów, głównie furgonetek, jechało w przeciwnym kierunku. Ulice również wydawały się puste. Czy ci Australijczycy kiedykolwiek wysiadają z samochodów? Na podwiezienie do miasta nie było co liczyć.
    Phyllida westchnęła i ruszyła przed siebie. Nagle przystanęła.
    – Co za głupota! – powiedziała głośno i zawróciła w stronę przystani, mola i drewnianego domku Jake’a.
    Siedział wyciągnięty na krześle, z nogami na biurku. Na widok Phyllidy odłożył trzymaną w ręku kartkę.
    – Zapomniałaś czegoś?
    – Nie. – Nie wiedziała od czego zacząć.
    – W takim razie, czym mogę ci służyć? – Wiedział doskonale, po co wróciła. Mimo poważnego wyrazu twarzy w zielonych oczach czaił się uśmiech, który zawsze wprawiał ją w zakłopotanie, złość i pragnienie, by uśmiechnął się do niej naprawdę.
    Jak zwykle dała upust złości, tak było jej najłatwiej.
    – Na początek może przestałbyś być taki złośliwy! – parsknęła. – Doskonale wiesz, czemu wróciłam. A teraz… zanim cokolwiek powiesz, wysłuchaj mnie.
    Jake już otwierał usta, ale Phyllida uniosła ostrzegawczo dłoń. Nagle minęła jej cała złość.
    – Odrzuciłam twoją propozycję, żeby zamieszkać u ciebie bez żadnych zobowiązań i nie mam prawa prosić, abyś ją ponowił. Byłam uparta, nierozsądna i niegrzeczna od naszego pierwszego spotkania i przyznaję, że jeśli nie mam siły iść do domu, to wyłącznie moja wina. Jeśli jednak dasz się przekonać, że jest mi naprawdę bardzo przykro, że byłam taka niewdzięczna i głupia, czy podtrzymasz swoją wielkoduszną ofertę i pozwolisz, żebym się u ciebie zatrzymała?
    Jake zdjął nogi z biurka. Kpiące spojrzenie zamieniło się w nieodgadniony wyraz oczu.
    – Nogi muszą cię bardzo boleć – zażartował, lecz w jego głosie zabrzmiała jakaś cieplejsza nutka. Phyllida przypomniała sobie, co stało się poprzednim razem, gdy skarżyła się na obolałe stopy.
    – Owszem – odparła niepewnie.
    – Ja również jestem ci winien przeprosiny – powiedział nieoczekiwanie Jake. – Wręczenie kubła i pozostawienie własnemu losowi nie było zapewne wymarzonym powitaniem na australijskiej ziemi.
    – Niezupełnie – przyznała. – Nie jestem również szczególnie dumna z mojego zachowania tamtej nocy. Na ogól nie płaczę i daję sobie radę. Czy sądzisz, że możemy zapomnieć o wszystkim i udawać, że właśnie się poznaliśmy?
    – Nie jestem pewien, czy zdołam zapomnieć o wszystkim – podkreślił z naciskiem, wpatrując się w jej usta. Nie wykonał najmniejszego gestu, ale nagle wspomnienie tamtego pocałunku wypełniło dzielącą ich przestrzeń. – A ty?
    Phyllida poczuła, że cała się trzęsie i usiadła. To śmieszne, powtarzała sobie rozpaczliwie. On tylko na ciebie patrzy, nawet cię nie dotknął. Nie ma żadnego powodu, by drżały ci nogi a po skórze przebiegały ciarki. Jeden zwyczajny pocałunek nie może doprowadzać cię na skraj histerii. Musisz wziąć się w garść.
    – Jestem gotowa? jeśli i ty jesteś gotów. – Zdumiało ją gardłowe brzmienie własnego głosu. Odchrząknęła. Zachowuję się tak, jakby mnie nikt przedtem nie całował!
    – Zgoda, zatem zacznijmy od początku – powiedział Jake i wyciągnął rękę.
    On to chyba robi naumyślnie! Czyżby nie wiedział, jak krępuje ją dotyk jego palców, nie czuł, jak drży? Phyllida zmobilizowała całą wolę, ale i tak dziwne uczucie ogarnęło ją od stóp do głów. Przez jedną straszną chwilę pomyślała, że znów chce ją pocałować, lecz Jake tylko spojrzał na ich złączone dłonie.
    – W jednym miałaś rację.
    – Tak? – wydusiła z trudem.
    – Jesteś twardsza, niż się wydaje. Z dużym wysiłkiem przyznałaś się do błędu, lecz jeśli ci to pomoże, zaczynam myśleć, że też myliłem się w stosunku do ciebie.

    Phyllida siedziała na werandzie z kieliszkiem wina w dłoni i niewidzącym wzrokiem spoglądała na odbijające się w wodzie światła przystani.
    Cieszyła się, że przeprosiła Jake’a, ale atmosfera zamiast się oczyścić, robiła się coraz bardziej napięta.
    Obecność Jake’a dokuczała jej boleśnie. Jego palce trzymające butelkę z winem, niespieszne gesty czy ruchy głowy, moc emanująca z jego umięśnionego ciała…
    Kiedy czuła, że zaczyna ją to dusić, odwracała wzrok. Jeśli tak dalej pójdzie, nie będzie czym oddychać.
    Wszystko powinno być inaczej. Miała nadzieję, iż zdoła udowodnić Jake’owi, że jest chłodna i opanowana. Tymczasem zachowywała się niezręcznie, niczym uczennica na pierwszej randce.
    Jake zawiózł ją do domu Chris, żeby mogła zabrać walizkę, a potem wrócili do pięknej, przestronnej willi ulokowanej na szczycie wzgórza nad zatoką. Phyllida polubiła ją, gdy tylko weszła do chłodnych pokoi o lśniących, drewnianych podłogach i szerokich, otwartych na werandę oknach.
    Jake doskonale radził sobie w kuchni. Przygotował na werandzie rybę z rusztu i sałatkę, przypominając Phyllidzie, że jest mężczyzną, który sam musi troszczyć się o siebie. Przyglądając się jego twarzy, oświetlonej kinkietem na ścianie obok rusztu, zastanawiała się, czy nadawałby się do szczęśliwego życia rodzinnego.
    Kiedyś pewnie był szczęśliwy z żoną, ale teraz, gdy rozczarowany zasmakował na powrót wolności, trudno było wyobrazić go sobie w małżeńskim stadle. Phyllida mimowolnie westchnęła.
    Gorączkowo poszukiwała jakiegoś tematu do rozmowy. Jemu najwyraźniej nie przeszkadzała przedłużająca się cisza, ale dla Phyllidy była to istna męka. Wspomniała już coś o rozciągającym się przed nimi widoku, pogodzie, o winie i w końcu doszła do wniosku, że pewnie uważa ją za nudną I przemądrzałą.
    Dzwonek telefonu przyjęła z ulgą. Jake przeszedł do sąsiedniego pokoju i z rozmowy zorientowała się, że dzwoni Chris. Cóż, przynajmniej będzie o czym porozmawiać.
    – Tak, przekażę jej – usłyszała i Jake odłożył słuchawkę. – To Chris – potwierdził jej przypuszczenia, wracając na taras. – Powiedziałem, że przeprowadziłaś się do mnie, co bardzo ją ucieszyło. Przesyła ci moc serdeczności.
    – Jak Mike?
    – Wciąż na oddziale intensywnej terapii, ale odzyskał już przytomność, co jest dobrym znakiem. Chris miała o wiele weselszy głos.
    – Czy wiadomo, jak długo pozostanie w szpitalu?
    Jake usiadł obok niej i popatrzył w zamyśleniu na przystań.
    – Jeszcze nie. – Spojrzał na Phyllidę. – Wygląda na to, że będziesz musiała zostać tu dłużej, niż przypuszczałaś.
    – Och!
    – Niezbyt udały ci się te wakacje, prawda?
    – Nie o to chodzi – powiedziała niechętnie, zaniepokojona jego bliskością.
    Wystarczyło, by uniosła spoczywającą na oparciu wiklinowego fotela dłoń i przesunęła ją o kilka centymetrów w lewo, by go dotknąć. Na tę myśl poczuła mrowienie w koniuszkach palców. Złożyła obie ręce na podołku, w obawie, że mogłaby niechcący wykonać taki gest.
    – Miałam na myśli ciebie. Pewnie nie spodziewałeś się, że utknę u ciebie na dłużej.
    Jake odwrócił się w jej stronę.
    – Muszę przyznać, że tego się nie spodziewałem…
    W ciszy, która teraz nastąpiła, Phyllida odwzajemniła jego spojrzenie. Nie chciała na niego patrzeć, nie chciała, by wewnętrzne drżenie narastało w niej aż do pulsującego, gorącego rytmu, nie chciała, by zauważył, że pod uporem, dumą i niezależnością jest delikatna i bezbronna. Nie mogła oddychać, wykonać żadnego ruchu i jedynie wpatrywała się w niego bezradnie.
    – Ale nie ma problemu – ciągnął cicho Jake. – Dom jest olbrzymi i możesz zostać, jak długo zechcesz.
    – Dziękuję – szepnęła Phyllida, wypuszczając resztkę powietrza z płuc.
    Nadludzkim wysiłkiem dźwignęła się na nogi, poważnie zaniepokojona własnym dziwnym zachowaniem i przemożną chęcią dotknięcia Jake’a. Nie wiedziała, co się z nią dzieje, rozumiała jednak, że jeśli nie pójdzie sobie teraz, zrobi coś, czego będzie gorzko żałowała.
    Ku jej przerażeniu, Jake wstał również.
    – Dokąd idziesz?
    – Myślałam, że… to znaczy… chciałam napisać parę listów – plątała się Phyllida.
    – Do narzeczonego? – spytał ostro.
    – Narzeczonego? – Ze zdumienia stanęła jak wryta.
    – Chris wiele mi o tobie opowiadała. Dowiedziałem się mnóstwa rzeczy o jej angielskiej kuzynce, o tym, jaką ma odpowiedzialną pracę, elegancko urządzone mieszkanie i że zaręczyła się z pewnym elegancikiem.
    Gdyby nie znała Jake’a, gotowa byłaby przysiąc, że pod tym kpiącym tonem kryje się zazdrość.
    – Tyle mówiłaś mi o swojej pracy, a nie powiedziałaś ani słówka o tym, że jesteś zaręczona. Dlaczego?
    – Nie poruszaliśmy tego tematu – odparła niepewnie. Mogła wyznać, że nie zamierza poślubić Ruperta, ale coś podpowiadało jej, że lepiej udawać, że wciąż jest zaręczona.
    – O problemach uczuciowych rozmawialiśmy nie dalej, jak podczas lunchu. Może nie kochasz już swego narzeczonego?
    – Oczywiście, że go kocham – powiedziała wyniośle, zadowolona, że powróciła atmosfera wzajemnej niechęci. O wiele lżej było kłócić się z Jakiem niż kontemplować rysy jego twarzy. – Rupert jest kimś szczególnym w moim życiu I nie zamierzam rozmawiać na jego temat.
    – Rupert? – zadrwił Jake, przedrzeźniając jej angielski akcent. – Naprawdę ma tak na imię?
    – Nie podoba ci się imię Rupert? – uniosła się.
    – Jest takie… angielskie.
    – Być może to umniejsza jego wartość w twoich oczach, ale ja jestem przeciwnego zdania. Jeśli zapomniałeś, łaskawie przypominam ci, że ja również jestem Angielką.
    – Trudno tego nie zauważyć. To widać, zanim jeszcze otworzysz usta. Unosisz zaczepnie głowę i spoglądasz na mnie z góry!
    – W takim razie zapewne przyznasz, że Rupert i ja doskonale do siebie pasujemy.
    – Czy ja wiem? Rzekłbym raczej, że potrzebujesz mężczyzny silniejszego psychicznie od ciebie, a o takich dziś niełatwo.
    Wściekłość ogarnęła Phyllidę, choć przed chwilą umierała ze strachu.
    – A skąd wiesz, jaki jest Rupert?
    – No cóż, gdybyś była moją narzeczoną, nie pozwoliłbym ci samotnie włóczyć się po Australii. Wolałbym mieć cię na oku.
    – A może Rupert mi ufa? – powiedziała słodziutko Phyllida. – Może podziwia moją niezależność, na co ty się nie zdobyłeś w stosunku do swojej żony.
    Był to cios poniżej pasa. Jake zmrużył oczy, ale nie zrezygnował z walki.
    – A więc ufa ci, co? Ciekawe, czy byłby równie spokojny, gdyby wiedział, że mieszkasz teraz ze mną?
    Phyllida w głębi duszy podejrzewała, że gdyby nadal byli zaręczeni, Rupert szalałby z zazdrości, ale nie zamierzała mówić o tym Jake’owi.
    – Oczywiście. Zamierzam napisać mu, gdzie mieszkam i jaki jest mój gospodarz, co w zupełności wystarczy, żeby był zupełnie spokojny i wcale się o mnie nie martwił.
    Powinna była szybciej się połapać. Gdyby nie była taka przerażona, że zachowuje się jak spłoszona uczennica, nie wpadłaby w gniew. Wówczas być może nie ośmieliłaby się drwić z Jake’a, który z niewiadomych przyczyn wściekł się niemal tak mocno, jak ona.
    – To będzie wyjątkowo nudny list – parsknął, zbliżając się do niej.
    Phyllida próbowała schować się za stół, ale krzesło zagrodziło jej drogę i utknęła przyparta do poręczy werandy.
    – Nie chcemy, żeby Rupert sądził, że kiepsko się bawisz w Australii, prawda? – Ujął jej twarz w obie dłonie i niczym koneser podziwiający dzieło sztuki, przesunął kciuki po policzkach dziewczyny. Uśmiechnął się. – Myślę, że możemy zająć się czymś bardziej podniecającym od pisania listów.
    Phyllida nie zdążyła nic odpowiedzieć. Jake zamknął jej usta długim, namiętnym pocałunkiem. Złość natychmiast ustąpiła, zmieniając się w nieoczekiwany przypływ namiętności, który obojgu zawrócił w głowie.
    Jake uniósł nieco głowę i popatrzył na Phyllidę, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu. Spoglądała na niego w oszołomieniu, równie jak on zdumiona eksplozją uczuć wywołaną zetknięciem się ich warg. Całe ciało dziewczyny płonęło pod wpływem tego niebezpiecznego doznania. Z jednej strony bała się swej żywiołowej reakcji; z drugiej tego, że Jake przestanie ją całować.
    Przez długą chwilę stali w bezruchu, przyglądając się sobie nawzajem, potem uścisk Jake’a osłabł. Na myśl, że teraz odejdzie, Phyllida poczuła rozczarowanie i przytuliła się do niego, zapominając o całej złości.
    Usta dziewczyny miękko poddawały się wargom Jake’a. Oboje rozkoszowali się wzajemnym smakiem, wspólnym oddechem, uściskiem.
    Phyllida objęła go mocno. Miał takie silne ciało. Przez cienki materiał koszuli czuła twarde mięśnie. W kręgosłup wpijała się jej balustrada werandy, ale nie zwracała na to uwagi. Jakiś głos podpowiadał jej, by przestała, zanim zabrnie za daleko, lecz zagubiła się w ogarniającym ją uczuciu rozkoszy.
    Jake bardzo powoli podniósł głowę. Oczy błyszczały mu z podniecenia, kiedy ostrożnie odsuwał od siebie Phyllidę.
    – Przekaż Rupertowi serdeczne pozdrowienia ode mnie – rzekł zduszonym głosem. – Jest albo bardzo odważnym człowiekiem, albo wyjątkowym idiotą, skoro puścił cię samą!
    Odwrócił się i bez słowa wszedł domu.

Rozdział 6

    Przez trzy następne tygodnie nie wracali do tego pocałunku. Pierwszej nocy Phyllida wstrząśnięta swoim własnym zachowaniem nie mogła długo zasnąć. Jak mogła się na to zgodzić? Czemu sama pozwoliła sobie na tak żarliwe przyjęcie pocałunku?
    Płonęła ze wstydu, rozpamiętując to wszystko. Wciąż czuła dreszcz podniecenia, gdy Jake brał ją w ramiona, ciepło jego natrętnych warg i czerpaną z tego rozkosz.
    Gdyby nie to, całą swoją złość skierowałaby przeciwko Jake’owi. O ile łatwiej byłoby go oskarżyć… Jednak nie potrafiła zapomnieć, jak jej ciało zachowywało się pod jego dotknięciem, jak wpiła się w jego usta. Za to Jake nie mógł być odpowiedzialny…
    Phyllida miała wiele wad, ale nie była hipokrytką. Wiedziała, że sama nie jest bez winy. To złościło ją najbardziej. Po nocnych przemyśleniach doszła do wniosku, że zamiast robić mu awanturę, lepiej zlekceważyć całe to wydarzenie. Zachowa się chłodno i uprzedzająco grzecznie, a przy odrobinie szczęścia Jake pomyśli, że jej namiętność zrodziła się wyłącznie w jego wyobraźni.
    W ciągu następnych tygodni mieli mnóstwo pracy. Phyllida wypisywała długie listy zakupów, sortowała zaopatrzenie dla łodzi i spędzała wiele godzin w kuchni, przygotowując potrawy do odgrzania przez załogi. Jake rzadko jej w tym przeszkadzał, więc przyjęła, że zapomniał o pocałunku.
    Nieco trudniej było zachować spokój podczas pracy na przystani. Czyściła łodzie, wysyłała foldery, odpowiadała na telefony i segregowała zapasy, ale nawet w natłoku zajęć nie potrafiła obojętnie znosić wszechobecnego Jake’a.
    Bez przerwy kręcił się obok niej, równie zapracowany jak Phyllida, jednak robił wszystko z irytująco powolną wprawą. Nie mogła się oprzeć myśli, że w przeciwieństwie do niego, miota się w gorączkowym pośpiechu.
    Następnego ranka po pocałunku nie wiedziała, jak ma się zachować, ale Jake udawał, że nic się nie stało. Nadal traktował ją z lekkim rozbawieniem. Nawet jeśli serce Jake’a zabiło mocniej na jej widok – jak to przytrafiało się bezustannie Phyllidzie – nie dawał niczego po sobie poznać.
    Z goryczą stwierdziła, że przychodzi mu to bez wysiłku. Dla niej było to o wiele trudniejsze. Owszem, była nawet dumna ze swego opanowania, ale Jake nie zwracał na to uwagi. Zdenerwowana, że nie potrafi wywrzeć na nim wrażenia, próbowała rozładować napięcie, czyszcząc łodzie.
    Kiedy mijały dni i stawało się coraz bardziej oczywiste, że Jake nie zamierza jej całować, zawstydzenie powoli ustępowało, a wraz z nim chłodne zachowanie. Czasem zapominała o wszystkim, a wtedy rozmawiali i śmiali się wesoło do chwili, gdy spojrzała przypadkowo na jego usta lub ręce.
    Powoli pokochała codzienne życie przystani, kołyszące się łodzie, śpiew wiatru i ostre słońce. Polubiła swobodę, z jaką zachowywali się żeglarze, którzy przybijali, by pogadać z Jakiem. Zazdrościła im lekkości, z jaką wskakiwali na jachty I rozwijali żagle, gdy z powrotem wyruszali w morze.
    Byli mili i zabawni, lecz czuła, że nie należy do ich grona. Nie umiała rozmawiać o stawaniu na wiatr, halsowaniu czy dryfowaniu. Nie znała się na spinakerach, genuach i fokach. Bez przerwy podpadała Jake’owi, nazywając koje łóżkami, takielunek sznurkami, schowki szafkami, a kiedy skompromitowała się kompletnie, myląc bukszpryt ze sterem, doszła do wniosku, że czas najwyższy pogłębić swoją wiedzę na ten temat.
    Kiedy następnym razem Jake wziął japo zakupy, wymknęła się i kupiła sobie podręcznik żeglarstwa dla początkujących, postanawiając udowodnić, że nie jest wcale taka głupia. Próbowała uczyć się po cichu, ale bez praktyki nie miało to większego sensu. Całe dnie spędzane na jachtach nauczyły ją jedynie, jak w ciągu tygodnia można zapaskudzić łódź.
    – O, Phyllida, dziewczyna, której właśnie szukam – powiedział pewnego dnia, gdy weszła do biura z naręczem brudnej bielizny. – Mam łączność z „Valli”. Odkryli pudło pełne koperku i nie wiedzą, co z tym zrobić.
    Phyllida rzuciła tobół na krzesło.
    – To dla ozdoby – odparła zdumiona pytaniem.
    – Ozdoba? – Jake złapał się za głowę. – Że też na to nie wpadłem!
    – Cóż, wydawało mi się to oczywiste – obraziła się Phyllida.
    – Ale nie dla czterech mężczyzn, którzy wybrali się na kilka dni na ryby – rzekł złośliwie Jake. – Czy nie mówiłem ci, że wystarczy im mnóstwo piwa, trochę chleba i ziemniaków?
    – Tak też zrobiłam, ale skoro wspomniałeś, że będą jedli ryby, pomyślałam, że ładnie byłoby ugarnirować je koperkiem.
    – Phyllido, ci faceci nie są zainteresowani artystycznym przyozdabianiem talerzy. Nie zaopatrujemy pięciogwiazdkowych restauracji. Podczas rejsu potrzeba tylko dużo pożywnego jedzenia. Czy tak samo zadbałaś o pozostałe jachty?
    – Owszem – broniła się Phyllida. – Koperek pasuje do ryby. Zresztą nie muszą nim posypywać ryby. Wystarczy posiekać, zmieszać z majonezem i…
    – Daruj sobie przepis. – Jake uniósł rękę i odwrócił się w stronę radia. – „Valli”, tu Sailaway. Potwierdzono załadunek koperku. Phyllida twierdzi, że możecie zmieszać go z majonezem albo dodać do ryby. Odbiór.
    Po chwili ciszy, w głośniku rozległ się rozbawiony głos:
    – Zastosujemy się. Jeśli ta twoja Phyllida przygotowała wczorajszą kolację, powiedz jej, że była wyśmienita. Szkoda, że nie zamówiliśmy jedzenia na cały rejs. „Valli” bez odbioru.
    Jake odłożył mikrofon i pokręcił głową.
    – Garnirowanie potraw. I co jeszcze? Koktajle i tartinki?
    – To świetny pomysł – ucieszyła się Phyllida. – Moglibyśmy…
    – W żadnym wypadku – przerwał jej Jake surowo, choć oczy mu się śmiały. – Moja reputacja może wytrzyma plotki o koperku, ale nie ma mowy o kanapkach. Czy chcesz, żebym się stał pośmiewiskiem w kręgu żeglarzy?
    – Wygląda na to, że do niczego się nie nadaję – westchnęła zasmucona.
    – Nie poznaję cię, Phyllido – droczył się Jake. Odsunął krzesło i wstał. – Co się stało z twoim uporem? Przysięgałaś, że udowodnisz, że jesteś twardsza, niż przypuszczam i dopięłaś swego. – Uśmiechnął się lekko. – Pracowałaś ciężko przez ostatnie trzy tygodnie. Słyszałaś, co mówili ludzie z „Valli” i nie jest to pierwsza pochwała twojej kuchni. Myślałem, że nie dasz sobie rady, ale myliłem się.
    Phyllida stała spokojnie, ale serce biło jej gwałtownie, a po całym ciele rozlała się fala ciepła.
    Atmosfera stała się coraz bardziej napięta. Jake postąpił krok w jej stronę i… rozległo się głośne pukanie do drzwi. W progu stanął olbrzymi, brodaty mężczyzna.
    – Jake, nic nie mówiłeś, że masz nową asystentkę.
    – Rod! – Jake z trudem opanował się i podał rękę przybyszowi. – Nie spodziewałem się ciebie tak wcześnie.
    – Dostałem się na wcześniejszy lot – odparł mężczyzna, przyglądając się Phyllidzie z nie ukrywanym zainteresowaniem. – Nie przedstawisz nas sobie?
    – Phyllido, to jest Rod Franklin. – Jake czynił to z wyraźną niechęcią. – Będzie szyprem na „Persephone” dla załogi, która przybywa jutro. Rod, to Phyllida Grant.
    Opowiedział Rodowi o wypadku Mike’a i o tym, jak Phyllida musiała zastąpić Chris.
    – Tym gorzej dla Mike’a – powiedział Rod, podając dziewczynie masywną dłoń. Miał wesołe, niebieskie oczy.
    – Tym lepiej dla nas. Dużo żeglowałaś?
    – Phyllida wciąż uczy się odróżniać dziób od rufy – skłamał złośliwie Jake. Spojrzał na nią i dziewczyna szybko wyrwała dłoń z uścisku Roda.
    Rozzłoszczona własną reakcją uśmiechnęła się promiennie do przybysza.
    – Bardzo chciałabym się nauczyć żeglować.
    – Nie ma sprawy. Moja załoga zjawi się dopiero jutro po południu. Mogę zabrać cię z samego rana.
    – Mamy mnóstwo roboty – wtrącił z ponurą miną Jake.
    – Cóż – odparł Rod, spoglądając na nich w zdumieniu.
    – To może innym razem.
    – Czekam z niecierpliwością. – Tym razem Phyllida ubiegła Jake’a.
    – Nigdy nie mówiłaś, że chcesz się uczyć żeglarstwa – zaatakował ją, gdy Rod wyszedł z biura.
    – Bo nigdy mnie nie spytałeś – odcięła się, wrzucając tobół do worka na brudną bieliznę. Ciepła atmosfera, która wytworzyła się pomiędzy nimi przed przybyciem Roda, zniknęła zastąpiona starą wrogością. Choć Jake przyznał, że mylił się w stosunku do niej, najwyraźniej nie przestał traktować jej jak niewolnicy. – Nie martw się. Pamiętam, że jestem tu, by pracować, a nie dla przyjemności.
    Rod, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, miał nocować w domu Jake’a. Był wręcz zachwycony, kiedy dowiedział się, że Phyllida też tam mieszka. Okazał się wspaniałym kompanem. Jak z rękawa sypał ciekawymi historyjkami i chociaż większość z nich wiązała się z żeglarstwem, bardzo podobały się Phyllidzie. Tylko Jake był w złym humorze.
    Uparł się, że zabierze wszystkich na obiad, twierdząc, że Phyllida wystarczająco dużo czasu spędzała ostatnio w kuchni, lecz jej radość osłabła, gdy dowiedziała się, że zaprosił jeszcze kogoś.
    Zmarkotniała do reszty, kiedy tym kimś okazała się wysoka, posągowo zbudowana blondynka o imieniu Val. Jake wybrał ją jako kontrast dla Phyllidy. Val przypominała nieco Chris. Z tym, że brakowało jej ciepła i poczucia humoru kuzynki.
    Val była również doświadczoną żeglarką, brała udział w regatach Sydney-Hobart jako członkini żeńskiej załogi. Widać też było, że jest zainteresowana Jakiem, choć ten udawał, że niczego nie zauważa.
    Phyllida doszła do smutnego wniosku, że Val byłaby bardziej w typie Jake’a niż ona, co wprawiło ją w ponury nastrój.
    Wymówiwszy się od rozmowy, obserwowała podejrzliwie Jake’a. Pochylając głowę w stronę Val, słuchał uważnie relacji o warunkach pogodowych panujących na Bass Strait. Phyllida wodziła wzrokiem po jego twarzy, wpatrując się w kuszącą opaleniznę. Palce zadrżały jej na myśl, że mogłaby dotknąć jego policzków.
    Jake, podchwytując jej nastrój, spojrzał na nią swymi zielonymi oczami, a Phyllidę coś ścisnęło za serce. Odwrócenie wzroku od Jake’a wymagało od niej dużego wysiłku. Val, widząc, że Jake przestał się nią interesować, zmierzyła Phyllidę nienawistnym spojrzeniem. Dziewczyna uśmiechnęła się do swej rywalki i odwróciwszy się w stronę Roda, przez resztę wieczoru skupiła się wyłącznie na nim.
    Rod był jedynym, który się dobrze bawił. Nie ukrywał, że podoba mu się Phyllida. Schlebiał jej, co irytowało Jake’a. Val, potrząsając burzą blond włosów, usiłowała nawiązać do żeglarstwa, ale Jake zajął się tymczasem Phyllida. Dziewczyna doszła do wniosku, że o to jej właśnie chodziło.
    Rod odpłynął następnego popołudnia, a przez kilka następnych dni Jake i Phyllida unikali siebie nawzajem. Jake wychodził wieczorami, nie mówiąc dokąd. Phyllida wyobrażała sobie, że wspólnie z Val natrząsają się z głupiutkiej Angielki, która nie odróżnia dziobu od rufy i nie potrafi zawiązać najprostszego węzła.
    Siedziała wieczorami w domu, czując się bardzo samotna, i nawet nie pocieszyły jej wieści od Chris i Mike’a. Chris sądziła, że wróci za dwa tygodnie i wtedy Phyllida będzie mogła zacząć swoje wakacje. Koniec z czyszczeniem, szorowaniem i gotowaniem.
    Phyllida usiłowała wzbudzić w sobie entuzjazm podczas rozmowy z kuzynką, ale kiedy odłożyła słuchawkę, ogarnął ją smutek. Koniec sprzątania oznaczał koniec życia na przystani.
    Koniec obecności Jake’a.
    Żeby czymś wypełnić czas, przesiadywała w kuchni, przygotowując kolejne zestawy potraw dla załóg jachtów. Dzięki temu nie wychodziła na werandę, kojarzącą się jej z pocałunkiem. Jedzenie gotowało się, a ona rozkładała na kuchennym stole podręcznik żeglarstwa i za pomocą sznurka do bielizny ćwiczyła wiązanie węzłów marynarskich na oparciu krzesła.
    Pewnego wieczoru zmagała się z węzłem przesuwnym, gdy Jake wszedł niespodziewanie do kuchni. Wrócił z Adelajdy i miał na sobie dobrze skrojone ubranie, co przypomniało Phyllidzie ich pierwsze spotkanie. Całymi tygodniami widywała go w wypłowiałych podkoszulkach i dżinsach, a teraz przypomniała sobie, że Jake jest bogatym przedsiębiorcą.
    Pospiesznie wcisnęła podręcznik pod książkę kucharską i zajęła się garnkami.
    – Wcześnie wróciłeś – powiedziała bez tchu, zastanawiając się, czemu w jego obecności oddychanie przychodzi jej z takim trudem. Powinna się już do niego przyzwyczaić! – Spodziewałam się ciebie o wiele później.
    – Nie spotkałem na szczęście żadnej Angielki z olbrzymią walizką – odparł. – To usprawniło całą podróż.
    – Niezbyt się ubawiłeś. – Phyllida zaczepnie wysunęła podbródek.
    – Niezbyt – rzekł niechętnie. – W samolocie było bardzo pusto bez ciebie. – Podsunął sobie krzesło, rozluźnił krawat i usiadł. Nachmurzył się, widząc, że Phyllida jest wciąż w fartuszku. – Nie musisz pracować wieczorami, mamy trochę luzu.
    – Nieważne – odpowiedziała, zastanawiając się, czy się nie przesłyszała. Czyżby Jake stęsknił się za nią? – Gotuję na zapas, żeby Chris miała mniej pracy po powrocie.
    – Rozumiem… – zawahał się. – Czy orientujesz się, kiedy Mike wyjdzie ze szpitala?
    – Chyba za dwa tygodnie. Chris dzwoniła dziś wieczorem.
    – Dwa tygodnie – powtórzył obojętnym tonem Jake. – To wspaniała wiadomość.
    – Tak – zgodziła się bez przekonania.
    – Pewnie nie możesz się już doczekać wakacji.
    – Tak.
    Po chwili krępującej ciszy Jake spojrzał na nią, jakby chciał coś dodać, ale rozmyślił się. Sięgnął do oparcia krzesła.
    – Co to?
    – Nic takiego. – Phyllida chciała schować podręcznik żeglarstwa, jednak Jake był szybszy. Wyciągnął go spod książki kucharskiej, popatrzył na okładkę i uniósł kąciki warg.
    – Odrabiasz lekcje?
    – Pomyślałam sobie, że warto przećwiczyć kilka węzłów.
    – A to niby, co jest? – zapytał, spoglądając na węzeł.
    – Przesuwny.
    Jake uśmiechnął się, a Phyllidzie serce podeszło do gardła.
    – Ta plątanina ma być według ciebie węzłem przesuwnym?
    – Pomyliłam się – tłumaczyła Phyllida. – Instrukcje są takie zawiłe, że ciężko się w nich połapać.
    – Bzdura. Węzeł przesuwny jest niezwykle prosty. Siadaj, pokażę ci. – Zaczął rozsupływać sznurek.
    Usiadła naprzeciwko, tak stawiając krzesło, by nie stykali się kolanami.
    – Zobacz, tu zawijasz, przeciągasz tędy pod spodem i gotowe.
    Phyllida nie mogła się skupić na sznurku. Przyglądała się wprawnym palcom, przypominając sobie ich dotyk na twarzy.
    – Łatwe, prawda?
    Skinęła głową.
    – Teraz ty, spróbuj. – Wręczył jej sznurek.
    Wzięła go drżącymi dłońmi, niezdolna myśleć o niczym innym, prócz ogarniającej ją nagłej fali pożądania. Zaczęła coś splatać, ale Jake cmoknął z niezadowoleniem i zabrał jej sznur.
    – Co za bałagan! Zacznij od nowa.
    Tym razem prowadził jej palce. Phyllida odczuwała jego dotknięcia jak serię drobnych, elektrycznych wstrząsów, co zatykało jej dech w piersiach. Zamiast skupić się na sznurze, znów wpatrywała się uważnie w jego palce.
    – Rozumiem – wydusiła, gdy cierpliwie, krok po kroku pokazywał jej, jak zawiązać węzeł. Ku jej uldze, Jake rozparł się w krześle.
    – Węzły bez praktyki morskiej nie są zbyt przydatne. Najwyższy czas, żebym zabrał cię na żagle. Co powiesz o kilkudniowym rejsie na „Ali B”?
    – Nie jesteś zbyt zajęty? – spytała, pamiętając, jak zgasił zapał Roda.
    – To było w zeszłym tygodniu – odparł, unikając jej wzroku. – Przez parę dni nie będziemy mieli żadnych łodzi do obsługi, a nasłuch radiowy mogę prowadzić na pokładzie „Ali B”. Zresztą, obiecałem Chris, że się tobą zajmę. – Zerknął jej w oczy z dziwnym uśmieszkiem. – Chociaż radzisz sobie sama…
    – Owszem. – Tym razem nie zabrzmiało to równie buńczucznie jak zwykle. – Bardzo bym chciała, chociaż nie wiem, czy… sobie poradzę.
    – Musisz spróbować, żeby się przekonać – powiedział wstając. – A to nie powinno być zbyt trudne, nawet dla ciebie.
    Phyllida stała na molo, szczelnie owijając się kamizelką ratunkową. Błękitne niebo cieszyło jej oczy, lecz niepokoił ją gwiżdżący w uszach wiatr. Jake ładował rzeczy do łodzi. Żeglujące w zasięgu wzroku jachty nachylały się pod zastanawiającym kątem. Nagle cały ten pomysł przestał się jej podobać.
    – A może posprzątałabym biuro? – spytała, gdy Jake gestem zapraszał ją na pokład.
    – Myślałem, że chcesz się nauczyć żeglować.
    – Przypomniałam sobie nagle, że nie jestem sportsmenką – powiedziała, obserwując pochylone łodzie. – Czy to będzie bezpieczne? Okropnie wieje.
    – Wieje? Skądże. Ledwo dmucha – zniecierpliwił się Jake, więc niechętnie weszła na pokład. – Idealne warunki do żeglowania.
    – A jeśli okaże się, że cierpię na morską chorobę?
    – Jeśli zrobi ci się niedobrze, pamiętaj, żebyś wybrała właściwą burtę – odparł niezbyt zachwycony taką perspektywą Jake i uruchomił silnik.
    Odbił od mola, manewrując „Ali B” z właściwym sobie spokojem. Phyllida usiadła, czując się obco w świecie sklarowanych lin, opuszczonych żagli i luźnego bomu, co jej zdaniem bardzo przeszkadzało w przepływaniu obok desek z żaglem, narciarzy wodnych, rybackich pontonów, o małych żaglówkach, motorówkach i innych jachtach nie wspominając. Zamknęła mocno oczy, czekając, aż z kimś się zderzą, ale Jake sterował pewnie.
    Kiedy znaleźli się na otwartych wodach, wiatr wzmógł się jeszcze. Jake powiedział Phyllidzie, jak podnieść grota i foka, co udało się jej z dużym wysiłkiem, choć poddawał jej wolną ręką płótno żagla.
    – Jestem za słaba – poskarżyła się, siadając obok niego. Kurczowo złapała się relingu, gdy wiatr, wypełniając żagle, pchnął jacht przez spienione fale.
    Jake zerknął na Phyllidę. Włosy miała rozwiane, twarz zaczerwienioną od wysiłku, lecz oczy błyszczały jej z podniecenia.
    – Przyzwyczaisz się – powiedział pocieszająco.
    Następna lekcja była o wiele mniej udana. Jake polecił jej poluzować foka.
    – Po co? – spytała.
    – Ponieważ chcę zrobić zwrot.
    Spojrzała na rozciągający się przed nimi bezmiar wód.
    – Jaki zwrot? Po co?
    – Chcę popłynąć innym kursem – westchnął.
    – A ten jest niedobry?
    – Posłuchaj, to jest jacht, a nie klub dyskusyjny – parsknął ze złością. – Kapitan podejmuje decyzje, a załoga, w tym przypadku ty, wykonuje je bez gadania.
    – To niesprawiedliwe! Dlaczego załoga nie ma nic do powiedzenia?
    – Ponieważ, zanim by coś uzgodnili, okręt dawno rozbiłby się o skały. W razie zagrożenia nie będę miał czasu spytać cię, czy zgadzasz się, by bom wyrzucił cię za burtę albo czy nie zakręciło ci się w głowie, bo moglibyśmy wpaść, na przykład na tankowiec. Jeśli chcesz żeglować, musisz się nauczyć szybko wypełniać rozkazy.
    – Gdybym chciała, żeby ktoś mną rządził, mogłam wstąpić do armii – burknęła Phyllida, ale posłusznie poluzowała foka.
    Żagiel załopotał gwałtownie, kiedy zmieniali kurs, a potem Jake krzyknął, żeby wybrała szoty z drugiej strony. Phyllida miotała się po kokpicie, gubiąc w pośpiechu uchwyt kołowrotu. Po paru manewrach Jake był wyraźnie zdegustowany.
    – Jakbym miał młodego słonia na pokładzie! – zawołał, gdy wpadła na niego po raz kolejny, omal nie zbijając go z nóg.
    – Nie jestem przyzwyczajona do działania w takim przechyle – zauważyła Phyllida, gramoląc się na nogi. Jedną ręką trzymała rękojeść kołowrotu, drugą ściskała reling. Jake miał dość długie nogi, by zaprzeć się o drugą burtę.
    Minęli Boston Island i obrali spokojniejszy kurs. „Ali B” z uniesionym dziobem sunął lekko po falach, zostawiając za sobą spieniony odkos. Wiatr wypełnił żagle, a jacht wyprostował się i Phyllida mogła usiąść obok Jake’a, podziwiając błękit wód.
    Minęło jej zdenerwowanie, zapomniała o lęku przed morską chorobą i cieszyła się obecnością Jake’a, który wydawał się odprężony.
    Twarz częściowo przesłaniał mu kapelusz, ale dziewczyna spoglądała na jego policzki i usta. Widziała już, jak z wprawą prowadzi awionetkę i samochód, ale tu wydawał się być w swoim żywiole.
    Ze zdumieniem stwierdziła, że Jake jest po prostu szczęśliwy, tak jakby stał się częścią nieba, morza, słońca i wiatru.
    A ona? Wątpliwości rzuciły cień na jej dobry nastrój niczym chmury przesłaniające słońce. Ona była dziewczyną z miasta. Jej żywiołem były tłoczne ulice, winiarnie, zaciszne salony, wszystko doskonale odizolowane od natury.
    Czemu zatem czuje się szczęśliwsza niż kiedykolwiek w życiu? Odkąd dostała na święta zdjęcie Chris, morze i słońce przyzywały ją. Marzyła, by się tam znaleźć i to życzenie wreszcie się spełniło.
    Woda, promienie słońca i wiatr głaszczący jej policzki rozwiały wszelkie wątpliwości. Phyllida, zapominając o przyszłości i przeszłości, dała się unieść chwili, szumowi fal, błękitowi nieba i morza.
    Piana z odkosu wyższej fali trysnęła jej w twarz i dziewczyna poczuła na policzkach drobinki słonej wody. Mocniej ujęła rękojeść kołowrotu i uśmiechnęła się do Jake’a. Odwzajemnił uśmiech. Patrzyła na zapierające dech w piersiach usta mężczyzny, na jego białe zęby. W jej sercu radość wezbrała niczym szampan w kieliszku. – Spójrz.
    Za nimi w kilwaterze jachtu pląsał delfin.
    Przejęta odwróciła głowę, obserwując wysmukły, szary grzbiet wynurzający się z fal, błysk oka i absurdalny uśmiech stworzenia. Nagle wokół pojawiły się jeszcze trzy ciekawskie delfiny, zaintrygowane jachtem. Wydawało się, że bez wysiłku wyrzucają swoje ciała wysoko ponad wodę i śmieją się do nich.
    Phyllida poczuła się, jakby dostała niespodziewany prezent. Delfiny niosły w sobie jakąś magię wdzięku i radości, a gdy w końcu zniknęły równie niespodziewanie, jak się pojawiły, pozostawiły po sobie atmosferę zauroczenia.
    Wiatr przycichł, kiedy zakotwiczyli w pustej zatoce przy Reevesby Island. Była to jedna z największych wysp w grupie Sir Joseph Banks o piaszczystym, ciągnącym się aż po horyzont brzegu postrzępionym szmaragdowymi zakolami. „Ali B” stał na głębszej wodzie, gdzie błękit morza mieszał się z zielenią piaszczystego dna.
    Jake opuścił z jednej burty drabinkę sznurową, zdjął słomkowy kapelusz i zarzucił wędkę.
    Phyllida zazdrościła mu spokoju. Przez ostatni miesiąc pracowała tak ciężko, że zapomniała już, jak to jest, gdy siedzi się bez ruchu, rozkoszując się spokojem. Usiłowała zabrać się do pisania listu, ale skończyła na słowie „Kochany”.
    Nie mogła się zdecydować, do kogo ma napisać. Przyjaciele w Anglii jawili się jej jako szereg bezbarwnych, zabieganych i zmarzniętych postaci, podczas gdy ona pod koniec stycznia zażywa słonecznych kąpieli, siedząc w ciszy zmąconej jedynie przez plusk fal i krzyki mew.
    Nagle zapragnęła pomalować paznokcie u nóg na jaskrawoczerwony kolor. Wysunąwszy język w skupieniu nakładała lakier, lecz coś sprawiło, że podniosła głowę. Jake obserwował ją z niedowierzaniem, rozbawieniem, irytacją i czymś jeszcze, co zaparło jej dech w piersiach – O co chodzi? – spłoszyła się.
    – O nic – odparł, odwracając wzrok. – Zupełnie o nic.
    Phyllida speszyła się tak bardzo, że schowała lakier do torby. Gdy paznokcie już wyschły, odłożyła podręcznik, papeterię i wyciągnęła się na pokładzie.
    Kiedy podniosła głowę, Jake był w kabinie i rozmawiał przez radio z załogami pozostałych jachtów. Głęboki tembr jego głosu wibrował pod pokładem, tak że mogła wyczuć drżenie desek. Otworzyła oczy i zobaczyła wznoszący się nad głową maszt.
    – Umiesz już odpoczywać – odezwał się Jake, wychodząc z kabiny. – Ale i to robisz z właściwą sobie przesadą.
    Phyllida podniosła się niechętnie. Uśmiech Jake’a łagodził sarkastyczny ton wypowiedzi. Wiatr ucichł do reszty, a słońce, chyląc się ku zachodowi, straciło ostry blask.
    – Chodźmy rozprostować nogi na plaży – zaproponował z rozbrajającym uśmiechem.
    Phyllida poszła się przebrać w kostium kąpielowy. Spojrzała do lustra. Włosy miała zmierzwione, podkoszulek wymięty, lecz twarz i oczy promieniały radością, jakby coś przeczuwała.
    Przeczuwała? Jake zaprosił ją jedynie na spacer.
    – Uważaj – powiedziała głośno. – To człowiek, który pogardza wszystkim, na czym ci w życiu zależy i sam jest ucieleśnieniem tego, czego nie cierpisz. Arogancki, zarozumiały i złośliwy. Kiedy wreszcie wrócą Chris i Mike, nie będziesz musiała go oglądać. Idziesz tylko na spacer, nie na romantyczną schadzkę, więc zgaś lepiej ten uśmiech i przypomnij sobie, że go nie znosisz.
    Phyllida zrobiła ponurą minę, lecz głupie, nieposłuszne serce biło jej radośnie, gdy wychodziła z kabiny.

Rozdział 7

    Jake czekał w pontonie przywiązanym za rufą. Popatrzył na nią ze swego miejsca przy zaburtowym silniku. Refleksy odbitego od wody światła igrały mu na twarzy.
    – Ostrożnie – rzekł szorstko, gdy przechodziła nad relingiem. – Schodź powoli na dół i pod żadnym pozorem nie skacz, bo oboje znajdziemy się w wodzie.
    Szło całkiem dobrze do chwili, kiedy podał jej rękę. Nagły, spowodowany dotknięciem dreszcz sprawił, że się potknęła. Zwaliłaby się do wody, gdyby Jake nie przytrzymał jej w pasie.
    – Uprzedzałem, niezdaro – powiedział, lecz oczy mu się śmiały i Phyllida nie mogła nie odwzajemnić uśmiechu.
    Czuła mocne, pewnie trzymające ją dłonie, lecz nie cofnęła się. Byli tak blisko siebie, że mogła dostrzec zmarszczki w kącikach oczu Jake’a i wyłaniający się z rozpiętej koszuli ciemny zarost na piersi. Fala pożądania zbiegła się z falą, która zakołysała pontonem, rzucając ich na siebie.
    Śmiejąc się, usiedli i Jake szarpnięciem linki uruchomił silnik. Phyllida zastanawiała się, czy to rzeczywiście fala popchnęła ich ku sobie. Paliły ją miejsca, w których dotykał jej Jake, drżała z niepokoju i podniecenia.
    Nie powinnaś go nawet lubić, zganiła się w myślach, ale kiedy ponton wylądował na plaży i boso ruszyli po piasku, nie pamiętała dlaczego. Światło stawało się coraz bardziej łagodne, przechodząc w srebrzysty odcień purpury, fale szumiały cicho, pełzając po piasku.
    Wspięli się po niskiej wydmie porośniętej kępkami ostrych traw, a gdy się obejrzała, ujrzała na piasku jedynie ślady ich stóp. Może byli tu pierwszymi ludźmi? „Ali B” kołysał się łagodnie na turkusowej głębi. Ponton odcinał się jaskrawym kolorem od przybrzeżnego piasku. Prócz nich nie było tu śladu człowieka.
    Później Phyllida nie mogła sobie przypomnieć, o czym rozmawiali, spacerując po srebrzącej się plaży.
    Szli obok siebie, nie dotykając się nawzajem. Z magiczną mocą odbierała wszystkie wrażenia, czując wręcz każde ziarnko piasku pod stopami. Kiedy Jake uśmiechał się do niej, robiło się jej ciepło wokół serca.
    Wrócili na,, Ali B”, gdy słońce kryło się już za horyzontem. Siedzieli na pokładzie, wpatrując się w ciemniejące niebo.
    – Chciałabym zachować tę chwilę w pamięci – westchnęła, opierając się o występ kabiny. – Cudownie byłoby zatrzymać czas i zostać tu na zawsze, nie troszcząc się o wizy, rachunki i poszukiwanie pracy.
    Powiedziała to bez zastanowienia. Jake smażący na grillu złowioną przez siebie rybę, spojrzał na nią ze zdumieniem.
    – Myślałem, że masz pracę.
    – Nie. – Phyllida utkwiła wzrok w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. – Byłam główną księgową w firmie reklamowej. Lubiłam tę pracę. Może brakowało mi doświadczenia, ale dokładałam wszelkich starań, żeby być najlepszą. Potem przejęła nas większa firma i moją pracę przydzielono komuś innemu. Powiedziano mi, że występują konflikty pomiędzy ich starymi klientami a mną i niezbędna jest reorganizacja. W praktyce oznaczało to, że moje stanowisko objął młodszy stażem pracownik, który miał poparcie góry i szczęście, żeby urodzić się mężczyzną. Pewnego dnia polecono mi zwolnić biurko i już. Jake nachmurzył się.
    – To czemu powiedziałaś mi, że jesteś na urlopie naukowym?
    – Właściwie to sama nie wiem. – Potarła w zamyśleniu podbródek. – Chyba nie mogłam pogodzić się z prawdą. Całe swoje życie poświęciłam pracy i kiedy ją straciłam, było to tak, jakbym przestała istnieć. Przysięgłam sobie, że znajdę lepszą posadę, a Liedermann, Marshall i Jones pożałują, że mnie zwolnili, ale… Cóż, Boże Narodzenie nie jest najlepszym okresem na szukanie nowego zajęcia. Postanowiłam więc skorzystać z okazji, odwiedzić Chris i zastanowić się, czego naprawdę chcę. W pewnym sensie jest to urlop naukowy.
    – A teraz?
    – Co teraz?
    – Czy zmieniłaś decyzję w sprawie powrotu do agencji reklamowej?
    – Cóż… – Pytanie Jake’a zaskoczyło Phyllidę. Zdała sobie sprawę, że nie bardzo wie, co dalej robić. W ciągu ostatnich tygodni była tak zajęta, że nie miała czasu zastanowić się nad tym. Kochała pracę w Pritchard Price, ale czy naprawdę zależało jej na powrocie do reklamy? Nie może zostać na zawsze w Australii. Kiedy skończy się wiza, będzie musiała wrócić i rozejrzeć się za czymś. Chyba jednak w reklamie, bo tylko na tym się znała. – Pewnie wrócę do Anglii.
    – Nie słyszę w twoim głosie zwykłego entuzjazmu. Myślałem, że jesteś zdecydowana podjąć wyzwanie.
    – Jestem – odparła bez przekonania i zebrawszy się w sobie, dodała twardo: – Jestem zdecydowana.
    Jake odwrócił rybę na drugą stronę.
    – Jak długo zamierzasz zostać w Australii? – spytał z napięciem. Phyllida spojrzała na niego zdziwiona.
    – Nie wiem jeszcze. – Odpychała od siebie myśl o wyjeździe. – Może z miesiąc.
    – Rupert musi być bardzo cierpliwym człowiekiem – zauważył oschle Jake.
    – Nie – powiedziała i Jake gwałtownie odwrócił głowę w jej stronę. – Tu również nie byłam szczera – dodała, spuszczając wzrok. – Zerwałam zaręczyny, kiedy zorientowałam się, że nie będę dla niego odpowiednią żoną. Wydawało mu się, że znajdę szczęście, siedząc w domu i cerując mu skarpetki. Dla niego cała moja kariera to jedynie gra, zabicie czasu do chwili, kiedy zostanę panią Rupertową, ozdobą bez własnego zdania.
    – Phyllida bez własnego zdania? – roześmiał się rozbawiony Jake. – Tego nie potrafię sobie wyobrazić.
    – Rupert potrafił – rzekła z goryczą. – Czasem wydaje mi się, że wszyscy mężczyźni chcieliby za żony bezmyślne lalki.
    Jake odwiesił szczypce obok grilla i przysiadł się bliżej.
    – Wiesz, że to nieprawda – odparł, biorąc piwo.
    – Naprawdę? Przecież sam nie mogłeś wytrzymać z ambitną żoną.
    Jake zamilkł na dłuższą chwilę i Phyllida przestraszyła się, że posunęła się za daleko.
    – Nie przeszkadzało mi, że Jonelle robi karierę – odezwał się w końcu spokojnym tonem. – Denerwowało mnie jedynie, że przedkłada sukces ponad wszystko. Nie chciałaś być panią Rupertową, rozumiem, ja też nie chciałem być mężem swojej żony. Jonelle nigdy nie widziała tego układu inaczej. To, co pozwoliło odnieść jej sukces, stało się grobem naszego małżeństwa. Teraz widzę, że nie powinniśmy się pobierać. Niestety, poniewczasie.
    – Więc czemu się pobraliście?
    Jake bawił się butelką piwa, zastanawiając się nad odpowiedzią.
    – Jonelle była… jest bardzo piękna. Długie blond włosy, zielone oczy, zgrabne nogi… Wiedziałem, jaka jest, znaliśmy się od dziecka, ale uważałem, że skoro się kochamy, to wystarczy. Wkrótce okazało się, że to złudzenie. Różnice w charakterach były zbyt wielkie – rzekł z goryczą. – Och, na początku było wspaniale. Mieszkaliśmy w Sydney, a Jonelle pracowała w agencji artystycznej. Nigdy nie lubiłem miasta, ale ojciec ciężko zachorował i prosił mnie, bym w jego zastępstwie prowadził interesy. Nie mogłem mu odmówić, widząc, w jakim jest stanie. Jonelle wykorzystywała w pracy stosunki uzyskane dzięki wejściu do rodziny Tregowanów. Była dobra w tym, co robiła, nie ma dwóch zdań, ale im wyżej sięgały jej ambicje, tym rzadziej ją widywałem. Spędzała mnóstwo godzin w agencji, a potem uczestniczyła w przyjęciach „dla poszerzania kontaktów”, jak to nazywała. – Pokręcił głową i pociągnął łyk piwa.
    – Pewnie również byłeś bardzo zajęty – zauważyła Phyllida. – Może nudziło ją czekanie w domu na twój powrót.
    – Dlatego też zachęcałem ją do podjęcia pracy – wyznał Jake. – Gdyby nie to, pewnie zajęłaby się czymś innym. Początkowo wyciągała mnie na te przyjęcia, ale nie pasowałem do towarzystwa, więc przestała mnie zapraszać. Usiłowałem wszystko uładzić, ale Jonelle nie miała do tego serca. Trzymałem jacht koło Pittwater, myśląc, że wspólne weekendy wszystko naprawią, tylko że Jonelle nie lubiła żeglować. Narzekała na niewygody, a brak telefonu i faksu przyprawiał ją o rozpacz. – Wzruszył ramionami. – Pewnie ciągnęlibyśmy tak dalej, ale udało się jej zaspokoić ambicje i zdobyć pracę w Kalifornii. W tym czasie umarł mój ojciec, a Jonelle nawet nie została na pogrzebie. Nic nie mogło jej powstrzymać.
    – Uśmiechnął się gorzko. – Zamierzałem pojechać do niej po uporządkowaniu spraw ojca, ale napisała do mnie, żebym się nie fatygował, bo znalazła sobie lepszego partnera, Amerykanina.
    – Bardzo mi przykro – wybąkała Phyllida. Żałowała, że nie ma odwagi go objąć. Jake opowiadał to wszystko beznamiętnym głosem, ale odejście Jonelle musiało bardzo zaboleć tak dumnego człowieka.
    – Daj spokój. Ciesz się raczej, że ty i Rupert w porę stwierdziliście, jak wiele was dzieli.
    Phyllida milczała, zastanawiając się nad Jakiem. Pojęła niechęć, z jaką ją początkowo traktował. Ujrzał w niej kolejną Jonelle, zainteresowaną jedynie swoją karierą. Niechętnie przyznała, że tak w istocie było. Przedtem nigdy nie przystanęła, by się rozejrzeć wkoło, poczuć zapach wiatru i popatrzeć, jak słońce złoci trawy. Dopiero przyjazd do Australii uświadomił jej, ile straciła.
    Spojrzała na Jake’a. Siedział z ponurą miną nad butelką piwa.
    – Mało budująca historyjka, prawda? Niech cię to nie odstrasza od małżeństwa. Popatrz na Chris. Wie, że nic nie przychodzi łatwo, ale stara się. Jest miła, lojalna i uczciwa.
    – Kocha Mike’a.
    – Owszem i jest szczęśliwa, bo kocha go pomimo jego wad. Nie oczekuje, żeby Mike był ideałem.
    – Uważałam Ruperta za ideał – uśmiechnęła się nieśmiało.
    – Nie wyszło mi to na dobre.
    – Wszystko albo nic – podsumował Jake.
    – Owszem – przyznała niechętnie. – Obawiam się, że w miłości również nie potrafię iść na kompromis. Jeżeli nie kocham do szaleństwa i bez granic, to wolę nie kochać wcale.
    – To czemu udawałaś, że wciąż jesteś zaręczona z Rupertem, kiedy cię o to spytałem?
    To pytanie wytrąciło Phyllidę z równowagi. Starała się zapomnieć o tamtym wieczorze, ale wspomnienia powróciły ze zdwojoną siłą, tamta uwodzicielska atmosfera, podmuch gniewu i upojny pocałunek. Czy Jake również to pamięta? Nie śmiała spojrzeć na niego, by nie wyczytał prawdy z jej oczu.
    Skłamała, ukrywając własną słabość. Myślała, że powstrzyma w ten sposób Jake’a. Bezskutecznie.
    Starała się nie dopuścić do siebie myśli, że woli go od Ruperta, chce znów znaleźć się w jego ramionach, poczuć jego usta na swoich wargach i silne dłonie na swoim ciele.
    Phyllida aż się zachłysnęła przerażona prawdą, którą właśnie odkryła. Jake spoglądał na nią wyczekująco.
    – Ja… uznałam to wtedy za właściwe.
    We wzroku Jake’a niedowierzanie mieszało się z rozbawieniem. Czyżby tak łatwo potrafił ją rozszyfrować? Gorączkowo zastanawiała się nad zmianą tematu.
    – W jaki sposób trafiłeś do Port Lincoln? – spytała tak sztucznym głosem, że nie zdziwiło jej zdumione spojrzenie Jake’a. Na szczęście zgodził się zmienić temat.
    – Po odejściu Jonelle nic nie trzymało mnie w Sydney. Miałem dość miejskiego życia. Nadal nadzorowałem interesy Tregowanów, ale bieżące sprawy powierzyłem młodszemu bratu i kupiłem „Ali B”. – Poklepał kadłub. – Mnóstwo czasu spędziliśmy razem. Upłynęliśmy wyspy południowego Pacyfiku i całą Australię. Przenosiłem się z miejsca na miejsce, ale kiedy dotarłem do Port Lincoln, postanowiłem zatrzymać się tu na jakiś czas. Założyłem firmę, mając kilka jachtów, a tymczasem interes rozrósł się niepostrzeżenie. Wciąż jeżdżę regularnie do Sydney i zajmuję się naszymi interesami w Adelajdzie, ale wracam tu, nawet gdy nie jestem zmęczony. Na pokładzie, pod gwiazdami, jest mój prawdziwy dom.
    – Nie czujesz się samotny?
    Jake popatrzył na skuloną, obejmującą rękoma kolana Phyllidę.
    – Nie. Ale nie twierdzę, że tak będzie zawsze.
    Nastąpiła długa chwila ciszy, zakłóconej jedynie skrzypieniem liny kotwicznej ocierającej się o kadłub. Phyllida wręcz czuła, jak cisza wyostrza jej wszystkie zmysły. Serce zwolniło rytm i zorientowała się, że zbyt długo wstrzymywała oddech.
    Chciała coś powiedzieć, by rozładować panujące między nimi napięcie, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Zamiast tego wpatrzyła się w wodę, choć nic nie było tam widać oprócz odbicia gwiazd.
    Wreszcie Jake uratował sytuację, oświadczając, że ryby się upiekły i kolacja gotowa. Phyllida zeszła pod pokład po sałatkę. Czuła się nieco zawiedziona tym, że proza życia rozwiała nagle ten miły nastrój.
    W nocy, leżąc na dziobowej koi, spoglądała na drzwi kabiny i zastanawiała się, co by zrobiła, gdyby niespodziewanie wszedł Jake. Znów zmagała się z ogarniającym ją pożądaniem.
    Jednak drzwi nie otworzyły się. Najwyraźniej Jake wolał długonogie blondynki od małych kasztanowłosych, zwłaszcza takich, które z charakteru przypominały jego poprzednią żonę.
    Po co oddawać się głupim marzeniom? Nawet gdyby była pociągająca dla Jake’a, do czego by to doprowadziło? Kilka wspólnych nocy i niezręczne pożegnanie? Wszystko albo nic, przypomniała sobie ze smutkiem słowa Jake’a. Miał rację.
    W głębi serca wiedziała, że nie zadowoliłaby ją rola tymczasowej kochanki Jake’a. Skoro nie może mieć go na zawsze, to lepiej wcale nie zaczynać. Prędzej czy później będzie musiała wyjechać, a tak łatwiej o nim zapomni.
    Ranek był ładny choć chłodny, a Jake tak opryskliwy, jakby nigdy nie istniała ciepła atmosfera wczorajszego spaceru. Jeden z jachtów, zacumowany po drugiej stronie Reevesby, zgłosił przez radio usterkę silnika i Jake popłynął tam pontonem.
    W pierwszej chwili Phyllidę ucieszyła jego nieobecność, lecz ten stan nie trwał długo. Irytujący Jake był lepszy niż jego brak. Nie mogąc znaleźć sobie miejsca, zasiadła przy stole i na przekór wszystkiemu napisała szereg pogodnych listów do rodziców, brata, przyjaciół ze starej pracy i wreszcie, ociągając się, do Ruperta.
    Historia małżeństwa Jake’a skłoniła ją do zmiany poglądów i miała wyrzuty sumienia z powodu wypowiedzianych ostrych słów. Oboje zachowali się niewłaściwie. Phyllida nie żałowała samego zerwania zaręczyn. Wolałaby jednak, by nie wypadło to tak nieprzyjemnie.
    To był trudny list i zmięła mnóstwo kartek papieru, zanim go wreszcie skończyła. Napisała w nim, że cieszy się, iż zorientowali się w porę, że do siebie nie pasują, niemniej przyznaje, że do tej pory myślała wyłącznie o sobie, nie przejmując się wcale uczuciami Ruperta. Dodała, że ma nadzieję, iż nie jest za późno, by go przeprosić i że kiedy wróci do Anglii, zostaną przyjaciółmi.
    Adresując kopertę, poczuła się o wiele lepiej, gdy nagle usłyszała warkot silnika. Pospiesznie ukryła korespondencję w schowku pod siedzeniem i wybiegła na pokład. Jake przycumowywał ponton do rufy. Wstrząśnięta radością, jakiej doznała na jego widok, odezwała się wymuszenie wesołym głosem:
    – Uporałeś się z tym problemem?
    – Tak – odburknął Jake, wspinając się na pokład z typową dla niego oszczędnością ruchów.
    – Co nawaliło?
    – Znasz się na silnikach diesla?
    – Nie – przyznała.
    – To nie ma sensu, żebym ci tłumaczył.
    Phyllida zacisnęła zęby. Zamierzała zachowywać się uprzejmie, ale skoro tak, to proszę! Tylko pomógł jej przezwyciężyć nowy przypływ pożądania wywołany pewnie chwilową słabością umysłu.
    Przygotowując się do odbicia od wyspy, powarkiwali na siebie nawzajem. Jake wykrzykiwał rozkazy i złościł się, gdy Phyllida ociągała się z ich wykonaniem.
    – Myślałem, że chcesz się czegoś nauczyć! – zirytował się w końcu.
    – Byle nie poganiania przez niewyżytego kaprala – drażniła się Phyllida. – Następnym razem zostanę na lądzie.
    – Jak chcesz, ale teraz jesteś załogą, a to oznacza, że masz robić, co ci każę!
    W sumie rejs był denerwujący. Wiatr to się zrywał, to zamierał i Jake wściekał się. Nie trzeba było balastować łodzi, Phyllida usiadła więc demonstracyjnie jak najdalej od niego. Na próżno wypatrywała dziś delfinów. Ich pojawienie się wynagrodziłoby choć trochę cierpliwość, z jaką słuchała narzekań Jake’a.
    Atmosfera popsuła się do tego stopnia, że spodziewała się, iż wrócą do przystani, gdy Jake oświadczył, że popłyną na południe, do zatoki Memory, przylądka wystającego z półwyspu Eyre.
    – Chris chciałaby na pewno, żebym tam cię zabrał – dodał, jakby się usprawiedliwiając.
    Phyllida wolałaby, żeby była to jego inicjatywa, ale nie przyznałaby się do tego nawet sama przed sobą.
    – Czemu ta zatoka nazywa się Memory? – zapytała tylko.
    – W 1802 odkrył je Matthew Flinders – wyjaśnił Jake. – Był wielkim podróżnikiem i parę wysp z grupy Sir Josepha Banksa nosi nazwy okolic jego rodzinnego Lincolnshire. W wywrotce łodzi stracił ośmiu ludzi. Ciał nigdy nie odnaleziono, więc tak upamiętnił zatokę.
    – Wyjątkowo ponure miejsce – skrzywiła się Phyllida.
    Kiedy jednak zakotwiczyli, wrażenie było wprost przeciwne. Skały ukryte w gąszczu eukaliptusów, dęby i pinie, schodzące aż na brzeg, otaczały łagodnym łukiem biały piasek plaży, odbijając się w krystalicznej wodzie. Jaskrawe kolory i ostre światło raziły oczy Phyllidy.
    Jake przewiózł ją pontonem przez linię dzielącą głęboką, błękitną wodę od jasnozielonej zatoki tak przejrzystej, że widać było najmniejsze ziarnko piasku. Oznajmił, że musi popracować przy jachcie, ale może wysadzić ją na brzeg. Phyllida zrozumiała, że nie chce, by się koło niego kręciła. I bardzo dobrze!
    Stojąc po kolana w wodzie, tuliła do piersi sandałki i książkę i z niechęcią obserwowała, jak Jake zawraca ponton w stronę, Ali B”. Przypomniała sobie, że woli siedzieć sama, niż narażać się na utyskiwania Tregowana. Odwróciła się i zaczęła brodzić po wodzie, kierując się do brzegu.
    Po chwili siedziała na gorącym suchym piasku i usiłowała skupić się na kryminale, lecz bez przerwy zerkała w stronę jachtu i kręcącego się po nim Jake’a. Ani razu nie spojrzał na nią. Dotknięta tym do żywego Phyllida zamknęła książkę, wytarła piasek ze stóp i włożywszy buty, udała się na zwiedzanie okolicy.
    Wyboista, zarośnięta i pokryta kurzem ścieżka prowadziła wśród krzewów w głąb lądu. Phyllida dostrzegła też ślady starego pożaru buszu. Spalone drzewa wyciągały ku słońcu poczerniałe konary. Wszystko wokół było brązowe, szare lub pokryte jednostajną zielenią, nad którą widać było jedynie niezmącony błękit nieba. Pod stopami dziewczyny wzbijały się kłęby pyłu. Zerwała parę liści eukaliptusa, roztarta je w dłoni i przez chwilę napawała się ich ciężkim aromatem.
    Żałowała, że nie ma z nią Jake’a. Przytłaczała ją pustka i cisza spotęgowana jego nieobecnością. Stanęła w bezruchu i popatrzyła na rozkruszone liście.
    Kochała Jake’a.
    Długo trwało, zanim zdała sobie z tego sprawę. To, co do niego czuła, było czymś więcej niż tylko fizycznym pożądaniem. Owszem, pragnęła go, dotyku jego ust, mocnego ciała, ale za tym kryło się coś jeszcze.
    Z niechęcią stwierdziła, że sama obecność Jake’a wpływa na nią kojąco. Zawsze szczyciła się swoją niezależnością, ale teraz czuła się nieco zagubiona. Nieważne, czy uśmiechał się do niej, czy na nią krzyczał, bo dawał jej poczucie bezpieczeństwa. Jake stał się jej przystanią, kotwicą…
    Życie przed poznaniem go było bezładną bieganiną. Wyrwał ją z tego bezsensownego kręgu i bez niego znów wpadnie w ten wir. Phyllida zadrżała na tę myśl.
    Szła przed siebie, pochłonięta rozmyślaniami, nie zastanawiając się, dokąd zmierza. Przyznanie się przed sobą, że pragnie Jake’a było wystarczającym nieszczęściem, ale zakochanie się w nim, to po prostu katastrofa! Jak to się mogło stać? W jaki sposób wplątała się w sieć uczuć i pożądania? Ogarnęło ją przerażenie. Czy zdoła się uwolnić i żyć bez niego?
    Phyllida nie wiedziała, jak długo szła, dopóki nie znalazła się na skraju cypla nad piękną dziką plażą. W dali ocean załamywał się na podwodnej rafie. Patrzyła, jak fale gromadzą się nad błękitną głębią, wzbierają i wreszcie załamują się łagodnym łukiem, spływając zieloną kaskadą ku plaży.
    Życie bez Jake’a. Jak uda się jej przetrwać kolejny wieczór ze świadomością, że go kocha, nie mogąc mu o tym powiedzieć? Nie, on nie może się niczego domyślić.
    Poniżej, na plaży, skrzył się biały piasek otoczony ostrymi, przybrzeżnymi skałami z jednej strony, a falą przyboju z drugiej. Zupełnie jak ona, unieruchomiona pomiędzy świadomością, że kocha Jake’a, a świadomością, że nigdy ta jej miłość nie będzie spełniona, pomyślała z goryczą.
    W pierwszej chwili wydało się to złudzeniem, lecz gdy wpatrzyła się uważniej, zauważyła coś w rodzaju ścieżki prowadzącej z urwiska na plażę. Można zejść i wejść.
    Phyllidę ogarnęła nagle pokusa skorzystania z nowo odkrytej drogi, choćby po to, by udowodnić sobie, że jej sytuacja wcale nie jest beznadziejna. Wszystko może się zmienić, nawet Jake. Jeśli uda się jej dotrzeć na plażę, może nie będzie musiała żyć w rozpaczy.
    Ostrożnie ruszyła przed siebie. Z początku nawet nie było tak źle. Potykała się wprawdzie o krzaki, ale grunt, po którym stąpała, wydawał się mocny. Niestety, niżej sucha ziemia zaczynała się kruszyć i osypywać spod stóp. Popatrzyła w dół i przełknęła ślinę. Nie zdawała sobie sprawy, jak wysoko znajdowała się na początku drogi. Może to błąd? Może powinna nauczyć się żyć z tą beznadziejną miłością?
    Zacisnęła zęby i spojrzała w górę. Oddaliła się znacznie od szczytu urwiska i wspinaczka nie wyglądała zachęcająco. Zaczęła żałować swojego pomysłu. Znów się wygłupiła, działając pod wpływem impulsu.
    Niezręcznie odwróciła się, ale zanim zdała sobie sprawę z niebezpieczeństwa, noga osunęła się jej na sypkim podłożu i straciła równowagę. Potoczyła się po krzewach, rozkładając szeroko ramiona. Krzaki były dość rzadkie, lecz zdołała się złapać, by złagodzić skutki upadku. Przez dłuższą chwilę leżała, przytulając twarz do brudnej ziemi. Serce waliło jej jak młotem. Nie śmiała spojrzeć w górę ani w dół. Nagle nastąpił cud i ze szczytu rozległo się wołanie:
    – Phyllida!
    – Jake! – próbowała odkrzyknąć, lecz wydała z siebie jedynie zduszony pisk.
    – Nie ruszaj się! – Schodził ku niej ze zwykłą gracją.
    Phyllida nie zamierzała nawet drgnąć. Leżała, czekając na Jake’a.
    Zdawało się jej, że trwa to wieczność. Każdy jego krok wywoływał osypywanie się ziemi, która spadała grudkami na jej twarz. Wreszcie zjawił się i ogarnęły ją mocne ramiona.
    – Nic ci się nie stało? – spytał szorstko, poklepując ją, jakby chciał się upewnić, że jest cała.
    – Nic. – Przywarła do niego. – Jestem tylko trochę podrapana.
    – No, to przynajmniej dobra wiadomość. Możesz wstać? Nogi uginały się pod nią ze strachu, lecz z pomocą Jake’a zdołała wrócić na szczyt.
    Jake miał groźny wyraz twarzy, ale nie powiedział ani słowa, dopóki nie znaleźli się z powrotem na ścieżce prowadzącej przez gąszcz.
    – Na pewno nic ci nie jest?
    – Czuję się świetnie – odparła niepewnym głosem.
    Wiedziała, że miała wyjątkowe szczęście, wychodząc z tego bez szwanku. Podkoszulek i szorty były brudne, na rękach i nogach pojawiły się drobne zadrapania, ale wszystko skończyło się na strachu.
    – W takim razie, czy mogłabyś mi wyjaśnić, co u diabła tam robiłaś? – Nigdy przedtem nie słyszała, żeby Jake był taki wściekły. Usta mu zbielały, nozdrza rozdęły się, oczy miotały błyskawice.
    – Chciałam zobaczyć plażę.
    – Plażę? – zdumiał się. – A po co?
    Spojrzała na niego bezradnie, co tylko podsyciło jego gniew.
    – Nie podobało ci się tam, gdzie siedziałaś wcześniej? Większość ludzi byłaby zachwycona białym piaskiem i błękitnym niebem, ale nie Phyllida! Nie, musiała wybrać najbardziej niedostępne miejsce i spróbować skręcić kark, usiłując się tam dostać! Co cię opętało?
    Phyllida nie mogła mu powiedzieć, że przerażała ją perspektywa życia bez niego i schodząc na dół, chciała wszystko odmienić.
    – Nie pomyślałam – odparła, co jeszcze bardziej rozjuszyło Jake’a.
    – Jak zwykle, co? Przychodzi ci coś do głowy i pakujesz się w tarapaty, nie zastanawiając się nad konsekwencjami! Co by było, gdybym nie dostrzegł cię na szczycie urwiska? Mogłabyś leżeć bardzo długo ze złamanym karkiem, zanim ktoś by cię odnalazł!
    – Wiem, wiem, przepraszam.
    Phyllida zasłoniła oczy dłońmi. Chciała rzucić się Jake’owi na szyję i rozpłakać, usłyszeć, że jest zły dlatego, że bał się o nią, że mu na niej zależy. Jednak Jake był wciąż wściekły.
    – Wciąż podkreślasz, jaka to jesteś mądra i samodzielna, tymczasem nie można spuścić cię z oczu na pięć minut. Poszedłem za tobą, kiedy zobaczyłem, że oddalasz się od plaży, ale nie przypuszczałem, że przyjdzie ci do głowy pomysł rzucenia się z urwiska!
    – Wcale nie chciałam się rzucić!
    – A szkoda i gdybym miał trochę oleju w głowie, zostawiłbym cię tam.
    Jake przez całą drogę pastwił się nad Phyllida, zarzucając jej lekkomyślność, głupotę, samolubność i wołającą o pomstę do nieba nieodpowiedzialność.
    Phyllida milczała. Miał rację. Ze wstydu gotowa była zapaść się pod ziemię. Szła za nim przygarbiona, ze spuszczoną głową, wciąż wstrząśnięta niedawną przygodą, załamana gniewem i pogardą Jake’a. Z całej siły powstrzymywała napływające do oczu łzy.
    Gdy dotarli do zatoki, Jake wyczerpał wreszcie cały zapas obelg, lecz wroga cisza raniła ją jeszcze mocniej. Phyllida podeszła do brzegu i przemyła twarz wodą. Chciała umrzeć.
    Kiedy opuściła ręce, Jake zobaczył wielkie oczy w śmiertelnie bladej twarzy. Minęła mu cała wściekłość. Objął dziewczynę i przytulił do siebie.
    – Phyllido – rzekł. – Ja nie…

Rozdział 8

    Phyllida nigdy się nie dowiedziała, co Jake chciał jej powiedzieć. Od strony morza rozległo się nagle wołanie i oboje odwrócili się gwałtownie. Przez zatokę pędził w ich stronę ponton ze znajomą rosłą postacią przy sterze.
    – Rod – westchnął Jake i puścił dziewczynę.
    Rod i jego załoga byli tak zachwyceni, mogąc gościć Phyllidę i Jake’a, że zdawali się nie dostrzegać ich wymuszonych uśmiechów. Przycumowali, żeby urządzić barbecue na plaży, co nie groziło przypadkowym podpaleniem buszu i nalegali, by Jake i Phyllida dotrzymali im towarzystwa.
    Pięciu mężczyzn cieszyła obecność kobiety. Nasycili się tygodniowym łowieniem ryb pod czujnym okiem Roda i taka odmiana wydawała im się bardzo atrakcyjna.
    Phyllidzie ani w głowie było przyjęcie na plaży, lecz perspektywa kolejnego wieczoru z Jakiem, nawet bez uprzedniej awantury, sprawiła, że z wdzięcznością przyjęła zaproszenie. Ku jej zdumieniu Jake nie podzielał tego entuzjazmu. Odnosiła wrażenie, że choć marzyła mu się odmiana towarzystwa, to wolałby przez cały wieczór prawić jej morały.
    Nie skorzystała z pontonu Jake’a i w ubraniu popłynęła do łodzi, zmywając z siebie brud i kurz w krystalicznej wodzie. Sól piekła ją w zadrapanych i pokaleczonych miejscach. Kiedy na „Ali B” weszła wreszcie pod prysznic i przebrała się w świeże ubranie, poczuła się znacznie lepiej.
    Szczotkując włosy, doszła do wniosku, że Jake nie miał prawa tak na nią wrzeszczeć. Zgoda, pomysł zejścia na plażę był wyjątkowo idiotyczny, ale nic by się nie stało, gdyby nie obsunęła jej się noga. Z jego zachowania można by wyciągnąć wniosek, że doszło do jakiejś strasznej tragedii!
    Zanim dotarli na barbecue, Phyllida znów wmówiła w siebie niechęć do Jake’a. Wydarzenia ostatniego popołudnia udowodniły jej niezbicie jak bezsensowna była myśl, że się w niej kiedyś zakocha. Przekonała się, że jedynie nią pogardza i postanowiła, że nigdy nie dowie się o jej uczuciach.
    Pozostali uczestnicy przyjęcia nie zauważyli napiętej atmosfery panującej pomiędzy Jakiem a Phyllida. Siedzieli na plaży w gasnącym świetle dnia i spoglądali na dwa jachty zakotwiczone na drugim końcu zatoki. Morze było spokojne, o mlecznej, opalizującej barwie, a piasek delikatny i chłodny. Phyllida usiadła jak najdalej od Jake’a, pilnując wszakże, żeby widział, jak się świetnie bawi.
    W radosnym nastroju śmiała się i flirtowała, usiłując przekonać samą siebie, że nie obchodzi ją jego obojętność. Pozostali mężczyźni jawili się jej jak we mgle, a w przyćmionym świetle tylko Jake był wyraźnie widoczny i złościło ją to, że dostrzega każdy grymas na jego twarzy.
    Usiłował być uprzejmy dla załogi drugiego jachtu, lecz dziewczyna widziała, jak nerwowo zaciska zęby i aż cały drży z wściekłości. Zamiast się tym ucieszyć, poczuła nagły niepokój i na przekór sobie zaczęła śmiać się jeszcze głośniej.
    Przyjęcie skończyło się późno. Phyllida życzyła wszystkim dobrej nocy i pomachała im na pożegnanie, gdy Jake z ponurą miną wiózł ją pontonem na „Ali B”.
    – Uroczy wieczór, prawda? – spytała zaczepnie, by ukryć zdenerwowanie, kiedy wspinała się po trapie. – Byli bardzo mili.
    – Pewnie takie odniosłaś wrażenie – parsknął gniewnie Jake. – Ja jednak nie widziałem nic miłego w grupie mężczyzn śliniących się do jednej dziewczyny!
    – Nie pleć bzdur – zaperzyła się Phyllida. – Przecież sam widziałeś, tylko rozmawialiśmy.
    – Trudno nazwać twój występ rozmową – zdenerwował się Jake. – Te chichoty, strzelanie oczyma, uwodzicielskie uśmiechy… Nie widziałem nic równie oburzającego.
    – Myślałam, że chcesz, abym była miła dla twoich klientów – odparła, odgarniając włosy z twarzy. – Bo ty nie byłeś. Nie słyszałeś nic o poprawnych stosunkach między ludźmi?
    – Trudno to tak określić. Pewnie ciągną losy, komu pierwsza przypadniesz w udziale.
    – Jak śmiesz! – oburzyła się Phyllida.
    – Prawda nie poszła ci w smak? To pewnie skutek długotrwałej pracy w reklamie. Wolisz udawać sama przed sobą, niż spojrzeć rzeczywistości prosto w oczy.
    – Lepsze to niż być upartym i podejrzliwym! – wypaliła.
    – Ale nie przejmuj się. Chris i Mike szybko wrócą i nie będziesz musiał dłużej znosić mojego skandalicznego zachowania!
    Policzki Jake’a drgnęły nerwowo.
    – Możesz mi wierzyć, nie mogę się już doczekać – rzekł przez zaciśnięte zęby. – Zanim się pojawiłaś, wiodłem spokojne, miłe życie. Teraz na przemian chcę cię udusić albo…
    – urwał.
    – Albo co? – spytała prowokująco.
    Znalazł się tuż obok niej. Podniosła głowę i na widok tego, co zobaczyła w jego oczach, minęła jej cała złość. Zadrżała. Jake bardzo powoli przyciągnął ją do siebie.
    – Z drugiej strony, pragnę tego – dokończył cicho i pocałował ją.
    Świat rozpłynął się wokół dziewczyny wraz z jej mocnym postanowieniem, że zachowa się godnie, utrzymując dystans. Duma nic nie znaczyła wobec faktu, że Jake trzymał ją w ramionach. Przyszłość zniknęła wraz z dotknięciem jego warg. Opór zgasł niczym wątła świeczka w huraganie uczuć wywołanych pocałunkiem, najpierw nieśmiałym, jakby obie strony obawiały się wzajemnej niechęci, potem coraz bardziej namiętnym.
    Jake smakował jej usta, przeciągając niecierpliwymi dłońmi po jej ciele, a Phyllida mdlała pod tym dotknięciem, bezwiednie szepcząc jego imię. Zniewoliło ich pożądanie. Nie było czasu na rozmowy, wyjaśnienia, zwierzenia bądź zdziwienie, że panujące przez cały dzień napięcie znalazło ujście w taki właśnie sposób. Gorączkowo przywarli do siebie, dotykając się i całując na wpół uśmiechnięci, a na wpół zażenowani, posłuszni własnym zmysłom, bezradni wobec pragnień.
    Palce Jake’a zręcznie wyłuskały ją z ubrania, potem sam się rozebrał i bez słowa poprowadził do szerokiej koi w kabinie z odsłoniętym na rozgwieżdżone niebo dachem. Uśmiechnięci sięgnęli po siebie nawzajem. Jake wsunął się na nią, rozkoszując się dotykiem jedwabistej skóry.
    Phyllida zadrżała z podniecenia, zetknięcie nagich ciał wzmogło pragnienie pieszczot. Jak Cudownie było móc gładzić muskularne ciało Jake’a, wodzić dłońmi po jego plecach. Wreszcie mogła nacieszyć się nim do woli i to dawało jej dziwne ukojenie.
    Podmuch wiatru zakołysał lekko „Ali B”, a fala delikatnie plusnęła o burtę, lecz ani Jake, ani Phyllida niczego nie zauważyli. Pochłonięci sobą, szeptali czułe słówka niczym największy sekret, potwierdzając każde słowo rozkosznym pocałunkiem.
    Phyllida prężyła się w jego ramionach, poddając się uniesieniu, aż wreszcie zatopiwszy palce we włosach Jake’a, wykrzyczała długo skrywane pragnienie.
    Jake uśmiechnął się, wyszeptując kolejne miłosne zaklęcie, i wszedł w nią, a ona, przyjmując go, popatrzyła mu w oczy przez tę jedną chwilę doskonałego bezruchu, nim w końcu zaczęli się kochać.
    W narastającym rytmie doszli wreszcie do momentu, w którym było już tylko spełnienie, a księżyc srebrnym blaskiem zdobił ich nagie ciała.

    Obudziło ją delikatne kołysanie łodzi i refleksy odbitego od wody światła, tworzące dziwne wzory na ścianach kabiny.
    Przeciągnęła się, wciąż pełna cudownego snu i kiedy odwróciła się na drugi bok, zobaczyła, że obok leży Jake. Wsparty na łokciu obserwował ją. Słońce zmieniło mu kolor oczu na bardziej zielony. W źrenicach igrały złote błyski. Przez dłuższą chwilę przyglądali się sobie w milczeniu, rozpamiętując tę długą, pełną rozkoszy noc.
    Phyllida nagle zawstydziła się tego, co między nimi zaszło i policzki pokrył jej lekki rumieniec. Chciała odwrócić wzrok, lecz błyszczące oczy Jake’a przyciągały jak magnes.
    – Cześć – powiedziała.
    – Cześć – odparł Jake i jednym uśmiechem rozproszył całe zażenowanie.
    Pochylił się, aby ją pocałować, a Phyllida objąwszy go ramionami, przywarła do niego, poddając się dłoniom kochanka.
    – Nadal chcesz mnie udusić? – spytała, gdy całował jej szyję.
    Jake uśmiechnął się, przesuwając usta ku jej piersiom.
    – Pewnie doprowadzisz mnie do takiego stanu, ale na razie mam względem ciebie całkiem inne plany.
    Uradowana taką odpowiedzią Phyllida wyciągnęła się wygodnie na koi, przeciągając palcami po ramionach Jake’a. Lubiła czuć prężące się pod ciepłą, gładką skórą mięśnie.
    Podziwiała skumulowaną w nich siłę, połączoną z niespotykaną płynnością ruchów. Nigdy się nie spieszył, nie miotał, robił wszystko ze spokojną pewnością siebie. Uwielbiała przytulać twarz do jego piersi, wdychać jego zapach, czuć na sobie ciężar jego ciała. Kochała go.
    Pozostając pod urokiem wspólnie spędzonej nocy, zapomniała o wczorajszych postanowieniach. Odsunęła od siebie myśl o rozstaniu, zlekceważyła fakt, że Jake nic nie wspomniał jej o swoich uczuciach. Słońce, rozświetlające spoczywającą na jej piersi ciemną głowę Jake’a, odsunęło w cień wszelkie obawy i wątpliwości.
    Jednak rzeczywistość nie dała się tak łatwo zlekceważyć. Płomienne pocałunki przerwało nagle gwałtowne walenie w burtę.
    – Ahoj na pokładzie! Obudziliście się już? – zawołał jakiś głos.
    Jake zamarł w objęciach Phyllidy.
    – Chyba lepiej wyjrzę – powiedział, całując ją w ramię. – W przeciwnym razie wejdą na pokład, żeby to sprawdzić.
    Phyllida położyła się na wznak i obserwowała refleksy światła na ścianach. Słyszała, jak Jake rozmawia z kimś na pokładzie, ale nie chciało się jej wyjrzeć. Przeleżałaby tak najchętniej cały dzień.
    – Zapraszają nas na śniadanie – oznajmił Jake, stając ubrany w drzwiach. – Nie udało mi się znaleźć odpowiedniej wymówki, a twoi zazdrośni zalotnicy za nic nie odpłyną, nie ujrzawszy cię ponownie.
    Zarumieniła się i roześmiała, przypominając sobie, jak uparcie usiłowała przekonać Jake’a, że się nim wcale nie interesuje. Zastanawiała się nad tym, wkładając szorty i bluzkę. Twarz odświeżyła zimną wodą. Dawniej nie ruszyłaby się z domu bez eleganckiego stroju i pełnego makijażu.
    Pospiesznie wybiegła z kabiny i zobaczyła, że Jake porządkuje salon.
    – Wszystko sprzątnięte na tip-top? – zażartowała, głaszcząc go po plecach, kiedy schylił się, by podnieść jej rzucony wczoraj w pośpiechu podkoszulek.
    – Zmniejszam racje żywnościowe obsłudze mesy – odparł, wręczając go jej.
    – Nie wiem, skąd on się tutaj wziął, kapitanie – powiedziała z niewinną minką. – Ręczę, że to się już nie powtórzy.
    – Nie domagam się aż tak rygorystycznej schludności – uśmiechnął się znacząco. – Zostało coś jeszcze – dodał, rzucając jej szorty i majteczki. – A skoro mowa o porządkach, zabierz to stąd.
    Wziął z półki notes i stertę napisanych przez Phyllidę listów.
    – Walały się wczoraj po całej podłodze.
    – Rozkaz, kapitanie. – Phyllida zasalutowała, strącając przy tym leżący na wierzchu list. Jake schylił się po niego i przestał się uśmiechać. Podał go jej z taką miną, że dziewczynie przebiegły ciarki po plecach.
    Spojrzała na kopertę. Wielkimi literami widniało na niej: Rupert Deverell.
    – Napisałam też do Ruperta… – wybąkała niepewnie.
    – Widzę.
    – Należą ci się pewne wyjaśnienia…
    Jake przerwał jej, unosząc dłoń.
    – Niczego nie musisz mi wyjaśniać, Phyllido – rzekł przerażająco zimnym tonem.
    – Ależ, Jake, nie rozumiesz… – Ku jej rozpaczy tym razem przerwał jej głos zza burty:
    – Kawa gotowa! Idziecie, czy nie?
    Jake bez słowa odwrócił się i wyszedł na pokład. W milczeniu wsiedli do pontonu.
    Phyllida nie była w stanie pojąć, jak łatwo zniknęła radosna atmosfera poranka. Powróciły wszystkie dotychczasowe wątpliwości. Gdyby Jake ją kochał, nie odwróciłby się od niej z powodu takiej błahostki. Nie mógł jaśniej dowieść, że wczorajsza noc niczego pomiędzy nimi nie zmieniła.
    – Wyglądasz niezbyt zdrowo – powiedział współczująco Rod. – Czy przypadkiem nie żałujesz, że wczoraj wypiłaś za dużo wina?
    Przez sekundę spojrzenia Jake’a i Phyllidy skrzyżowały się.
    – Żałuję wielu rzeczy z wczorajszego wieczoru – odparła twardo, a rysy twarzy Jake’a znów stężały.
    Pomimo protestów zeszli jak najprędzej z drugiego jachtu. Jake twierdził, że musi wracać na przystań, a Phyllida poparła go, uśmiechając się promiennie.
    Nie patrzyli na siebie płynąc do „Ali B”. Jake przygotował jacht do wypłynięcia w tempie, które zatrwożyło dziewczynę.
    Doszła do wniosku, że oboje zachowują się idiotycznie.
    – Posłuchaj, jeśli chodzi o Ruperta… – zaczęła, gdy Jake szykował grota do postawienia, ale najwyraźniej nie był w nastroju do rozmowy.
    – Nie chcę niczego słuchać o Rupercie – warknął. – Do kogo piszesz, to twoja sprawa. Nie interesują mnie twoje zerwane zaręczyny ani co zrobisz z tym fantem po powrocie do Anglii.
    Zanim zdołała coś powiedzieć, przeszedł na dziób, by podnieść kotwicę. Urażona do żywego poczekała, aż wróci na rufę i uruchomi silnik.
    – Czy wczorajsza noc nic dla ciebie nie znaczy? – spytała cicho.
    – Była fantastyczna – odparł z przerażającą obojętnością. – Nie będę udawał, że nie. Niemniej nie zmieni to faktu, że mieszkasz w Anglii, nie tutaj. Jeśli chodzi ci tylko o przelotny flirt, to bardzo mi to odpowiada, ale nic więcej. Przerobiłem już lekcję małżeństwa z Jonelle. Nie chcę stać się jednym z elementów twojego życia, wciśnięty pomiędzy pracę a inne zajęcia. Do tego wystarczy ci Rupert.
    – Jake, ty nic nie rozumiesz – powiedziała błagalnym tonem, lecz tylko rozdrażniła go jeszcze bardziej.
    – Dajmy sobie z tym spokój, dobrze?
    Phyllida poddała się. „Nie chcę stać się jednym z elementów twojego życia”. A czego się spodziewała? Wczorajsza noc miała wszystko zmienić? Te wspaniałe chwile uniesienia nie wystarczyły do odmiany rzeczywistości. Jake miał rację. Nie należała do świata wiatru i otwartych przestrzeni. Nadawała się jedynie do przelotnego flirtu.
    To określenie zabolało ją najbardziej. Być może dla niego była to jedynie przygoda, lecz dla Phyllidy stanowiła istotę miłości. Czyż nie powtarzał jej, że ją kocha? Widziała to również w jego wzroku.
    Tępo wpatrywała się w fale, czując się biedna, chora i nieszczęśliwa.
    Wiatr był łagodny. Wiał od strony rufy, więc Jake skierował grota maksymalnie w prawo, tak że bom tworzył niemal idealny kąt prosty z kadłubem. Zasłonięty w ten sposób fok trzepotał niespokojnie.
    Jake nachmurzył się. Siedział przy sterze w milczeniu, z ponurą miną, odruchowo zerkając na żagle i sprawdzając wiatr. Phyllida nie miała nic do roboty, ale chemie słuchałaby komend Jake’a, byle tylko przerwać tę męczącą ciszę. Gdy się wreszcie odezwał, omal nie podskoczyła.
    – Przejmij ster – rzekł oschle.
    Phyllida nerwowo wykonała polecenie.
    – Co chcesz zrobić?
    – Przejdę na dziób, żeby przygotować fok do żeglowania „na motyla”. Jeśli odwrócę go w przeciwną stronę i zamocuję do spinakera, również złapie wiatr i będziemy płynęli szybciej.
    – A co ja mam robić?
    Jake pokazał jej kompas.
    – Utrzymuj kurs i nie pozwól, żeby łódź minęła rufą linię wiatru, jasne?
    Skinęła głową. Niewiele z tego rozumiała, ale gdyby się dalej dopytywała, Jake niechybnie odgryzłby jej głowę.
    Jake odwiązał drążek spinakera i wspiął się na kokpit, żeby przejść na dziób. Phyllida odruchowo wiodła za nim wzrokiem. Nie patrzyła na niego od chwili kłótni, ale teraz, gdy odwrócił się do niej tyłem, wpatrywała się w jego szerokie ramiona, wąskie biodra i mocne, ogorzałe nogi. Niestety, spuściła przy tym z oczu kompas.
    Zatopiona we wspomnieniach nie zauważyła, że słabiej trzyma ster. „Ali B” minął linię wiatru i ciężki bom przeleciał na drugą stronę łodzi. Z przerażającym trzaskiem uderzył Jake^ w plecy i ten wyleciałby jak nic za burtę, gdyby nie upadł na reling. Leżał bez ruchu.
    – Jake! – Phyllida złapała kiwający się bom i podeszła do Jakea. – Jake… o mój Boże! Jake, nic ci nie jest?
    Przez jedną straszną chwilę pomyślała, że go zabiła, lecz poruszył się i jęknął. Phyllida zalała się łzami.
    – Jake, przepraszam… nie wiedziałam… jesteś ranny?
    Jake z dużym wysiłkiem usiadł i odepchnął ją od siebie.
    – Co się stało? – jęknął, łapiąc się za głowę.
    – To bom… przeleciał na drugą stronę, zanim zdołałam cokolwiek zrobić.
    – Mówiłem ci, żebyś nie przechodziła linii wiatru. – Jake zdołał wrócić do kokpitu i ciężko opadł na siedzenie.
    Łódź kręciła się na wietrze. Oba żagle zwisały w łopocie.
    – Co mam robić? – spytała przerażona Phyllida.
    Rozglądała się nerwowo, wypatrując innego jachtu. Jeśli Jake jest ciężko ranny, nie zdoła sama doprowadzić „Ali B” do portu. Nigdy w życiu nie czuła się taka bezradna.
    – Niczego nie ruszaj – jęknął, zamykając oczy.
    – Ale my dryfujemy!
    Jake, krzywiąc się z bólu, wstał i rozejrzał się. Brzeg był oddalony o parę mil.
    – Na nic nie wpadniemy – powiedział z trudem i położył się, znów zamykając oczy. – Będę czuł się o wiele bezpieczniej, jeśli usiądziesz spokojnie i nie będziesz nic robić.
    Upłynęło sporo czasu, zanim się podniósł. Nie chciał, by mu w czymkolwiek pomagała. Nie pozwolił się nawet dotknąć. Odtrącona, przerażona i pełna poczucia winy Phyllida przycupnęła w kącie, patrząc, jak Jake zmusza się, by zasiąść przy sterze.
    – Może zejdziesz na dół i położysz się – zaproponowała.
    – A kto będzie sterował? Może ty? – mruknął w odpowiedzi. – Gdybym wyleciał nieprzytomny za burtę, utonąłbym, a ty nawet nie umiałabyś zrobić zwrotu, żeby mnie wyłowić.
    – Przepraszam…
    Jake zignorował przeprosiny.
    – Miałaś tylko trzymać ster i nie schodzić z kursu, ale nie potrafiłaś się skupić nawet przez dwie minuty!
    – Nie wiedziałam, o co ci chodzi – odparła ze łzami w oczach. – Po raz pierwszy weszłam na łódź przed dwoma dniami, więc nie spodziewaj się, że będę zaraz kapitanem Cookiem!
    – Jeśli nie rozumiałaś, czemu mnie nie spytałaś?
    – Ponieważ zachowujesz się wtedy bardzo nieprzyjemnie. Jak mam się czegoś nauczyć, skoro ciągle na mnie krzyczysz?
    Phyllida nie pamiętała, jak udało im się wrócić na przystań. Wiedziała tylko, że nigdy już nie chciałaby przeżyć tego po raz drugi.
    Bała się o Jake’a, który uporczywie odmawiał przyjęcia jakiejkolwiek pomocy. Był cały obolały, lecz oskarżał Phyllidę o wszystko, od charakteru począwszy, na aprowizacji jachtów kończąc. Najwyraźniej sprawiało mu to ulgę. Zanim dobili do pomostu, była blada z wściekłości, wstydu i upokorzenia.
    Jake nie chciał, żeby towarzyszyła mu w drodze do szpitala, więc zajęła się czyszczeniem łodzi. Pomyślała przy tym ze smutkiem, że tylko do tego się nadaje. Po skończonej pracy zastała w domu Jake’a.
    – Co powiedział lekarz?
    – Trzy złamane żebra, głębokie otarcia i lekki wstrząs mózgu. Czuję się jak spracowany worek treningowy. Kazał mi odpocząć, więc idę do łóżka.
    – Czy mogę coś dla ciebie zrobić? – spytała nieśmiało.
    Odwrócił się w progu sypialni.
    – Owszem – rzekł z brutalną szczerością. – Choć na chwilę zejdź mi z oczu.
    Phyllida osunęła się na krzesło i zakryła twarz dłońmi. Gorące łzy spłynęły jej po policzkach. Jeszcze rano całował ją i szeptał czułe słówka, a teraz znów stał się obcym człowiekiem. Czuła, jakby w sercu przewalały się ostre muszelki drapiąc i raniąc, gdy obmywała je wzbierająca fala rozpaczy. Jakże naiwnie wierzyła, że wspólnie spędzona noc rozwiąże wszystkie problemy! Liczyła się tylko miłość fizyczna, a teraz wszystko układało się jak najgorzej.
    Przesiedziała tak cały wieczór, rozpamiętując wczorajszą noc i myśląc o tych następnych samotnych, które przyjdzie jej spędzić bez Jake’a. Będzie musiała zadowolić się jedynie wspomnieniem jego ust, rąk, ciała… Kiedy zadzwonił telefon, w pierwszej chwili nie chciała podnosić słuchawki, lecz przemogła się w końcu.
    – Phyllida? – usłyszała głos Chris. – Co się tam, u diabła, dzieje?
    – Nic – odparła z wysiłkiem. – Jestem po prostu zmęczona. Miałam ciężki dzień. Jak się czuje Mike? – spytała szybko, zanim Chris zaczęła wypytywać ją o szczegóły.
    – Słaby, ale wreszcie wstał z łóżka. Dlatego właśnie dzwonię. Wracamy za tydzień.
    Pogadały przez chwilę. Chris była taka rozradowana, że Phyllida również usiłowała zdobyć się na pogodniejszy ton. Nie zwiodła jednak kuzynki.
    – Coś cię jednak trapi – zauważyła podejrzliwie.
    Phyllida zawahała się. Nie chciała opowiadać Chris o Jake’u. Zmartwiłaby się, wiedząc, jak nieszczęśliwa jest jej kuzynka, a poza tym, sprawy związane z Jakiem były zbyt świeże i bolesne. Musiała jednak powiedzieć coś, co zabrzmiałoby w miarę wiarygodnie.
    – Tęsknię do Ruperta – skłamała na poczekaniu.
    – Rupert? Wydawało mi się, że to ty zerwałaś zaręczyny.
    – Owszem, ale… – plątała się przez chwilę. – Miałam dość czasu, żeby wszystko przemyśleć. Nie sądziłam, że będzie mi go brakowało. – Mało przekonująco, ale mniejsza z tym. Teraz już nic nie miało znaczenia.
    Chris zdziwiła się, jednak wyraziła swoje współczucie i Phyllida poczuła się głupio, że ją oszukuje.
    – Nie chciałabym cię obarczać moimi problemami – rzekła, pragnąc zakończyć rozmowę.
    – Nic nie szkodzi. To dla mnie miła odmiana pomartwić się o kogoś innego niż Mike – odparła radośnie Chris.

    Jake był naburmuszony i zgryźliwy przez kilka następnych dni. Powarkiwał na wszelkie sugestie ponownego skonsultowania się z lekarzem. Załamana dziewczyna odgrodziła się od niego barierą niechęci i w miarę możliwości schodziła mu z drogi.
    Nie mogła, rzecz jasna, unikać go zupełnie. Spotykali się w biurze, dokąd przychodziła po czystą bieliznę pościelową, ocierali się też o siebie na wąskim pomoście. Myślała wtedy, że popłacze się z żalu i chęci, by się do niego przytulić.
    Jake prawie sienie odzywał i jakby celowo jątrząc jej rany, mnóstwo czasu spędzał z kręcącą się po przystani Val, bezlitośnie dopatrując się wszelkich uchybień w pracy Phyllidy. Dziewczyna zaciskała zęby i harowała jak koń. Nie płakała.
    Nocami leżała w łóżku i wpatrując się w sufit, wspominała wpadające przez otwarty luk „Ali B” światło księżyca. Nie stać jej było nawet na łzy. Usiłowała optymistycznie spoglądać w przyszłość i układać nowe plany, ale runął jej cały świat i nie potrafiła wyobrazić sobie życia bez Jake’a i kołyszących się w przystani jachtów.
    Mike przychodził coraz szybciej do zdrowia i niebawem miał wrócić razem z Chris. Phyllida nie wiedziała, czy cieszyć się z tego, że skończy się ta koszmarna sytuacja, czy martwić zbliżającym się rozstaniem z Jakiem.
    Na trzy dni przed powrotem kuzynki znów czyściła „Valli”. Znała już wszystkie łodzie jak starych przyjaciół i czuła, że będzie jej ich brakowało tak samo jak niebieskiego nieba, jaskrawego słońca i szumu fal.
    Zwinęła brudną bieliznę w wielki węzeł i zaniosła do biura. Jake siedział nad rachunkami. Nie spojrzał na nią, lecz nagłe napięcie mięśni powiedziało jej, że zdaje sobie sprawę z jej obecności.
    Chciałaby podejść do niego, objąć i powiedzieć, że go kocha. Pragnęła, by w zamian uśmiechnął się do niej, pocałował…
    Na co komu marzenia? Niczego nie naprawią. Zamiast objąć Jake’a, przycisnęła mocniej brudną bieliznę. Zaniosła ją do składziku, wrzuciła do kosza i zaczęła przygotowywać czystą zmianę.
    W sąsiednim pokoju skrzypnęło krzesło Jake’a, który wstał, by powitać jakiegoś przybysza.
    – W czym mogę pomóc? – spytał zmęczonym, niezbyt zachęcającym głosem.
    Wywiązała się rozmowa, w trakcie której padło imię Phyllidy. Zdumiona podeszła do drzwi, a stos czystej bielizny wypadł jej z rąk na podłogę.
    – Rupert!

Rozdział 9

    Rupert uśmiechał się. W porównaniu z Jakiem wyglądał na opanowanego, pełnego godności i nieco nierealnego, bladego dżentelmena.
    – Phyllido, kochanie.
    Jake popatrzył najpierw na patrycjuszowską głowę Ruperta, potem na dziewczynę. Rysy mu stężały.
    – To chyba bardzo poufały zwrot – rzekł lodowatym tonem.
    – Owszem, wyjątkowo osobisty – odparł Rupert i odwrócił się w stronę Phyllidy. – Kochanie, czy jest tu gdzieś miejsce, gdzie będziemy mogli porozmawiać na osobności?
    Zerknęła bezradnie na Jake’a. Jego oczy miotały błyskawice. Szurnął głośno krzesłem, wstając z miejsca.
    – Możecie zostać tutaj, byle nie za długo. Phyllida ma mnóstwo roboty, a ja nie płacę jej za plotkowanie przez cały dzień – rzucił z wściekłością.
    Rupert spojrzał na niego ze źle skrywaną niechęcią.
    – To coś poważniejszego niż plotki – powiedział. – Nie widziałem Phyllidy przez dwa miesiące i mamy mnóstwo spraw do omówienia.
    – W takim razie proponowałbym, żeby omawiała je w czasie wolnym od pracy. Macie pięć minut, ale z resztą spraw będzie pan musiał wstrzymać się, dopóki nie skończy roboty. – Popatrzył kamiennym wzrokiem na Phyllidę. – Gdyby ktoś mnie potrzebował, będę na „Calypso”.
    To ja cię potrzebuję, chciała krzyknąć. Patrzyła w ślad za nim, jak idzie wzdłuż pomostu. Zniknęła gdzieś nienaturalna sztywność ruchów i wydawało się jej, że Jake bez słowa jakby odpływał z jej życia.
    – Wyjątkowo ponury facet – stwierdził Rupert, zamykając drzwi. – Jak doszło do tego, że pracujesz dla takiego typka?
    – To długa historia.
    Pochyliła się i zaczęła zbierać upuszczoną na podłogę bieliznę. Przycisnęła ją do piersi, nim znów spojrzała na Ruperta. Jego obraz zatarł się w pamięci dziewczyny przez ostatnie kilka tygodni, jednak na pierwszy rzut oka wcale się nie zmienił.
    Te same ciemnozłote włosy, które niegdyś kochała, takie same niebieskie oczy i nieco arogancki wyraz twarzy. Był najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego spotkała. Przyznała w duchu, że choć tak jest nadal, w przeciwieństwie do Jake’a, jego widok nie wywołuje u niej przyspieszonego bicia serca ani innych sensacji.
    – Co za niespodzianka – powiedziała z wysiłkiem. Czuła się zbita z tropu zjawieniem się Ruperta. – Jak, u licha, mnie znalazłeś?
    Rupert wyglądał na nieco rozczarowanego, bo chyba spodziewał się, że Phyllida rzuci mu się na szyję.
    – Po prostu przyleciałem z Londynu – wyjaśnił. – Sądziłem, że zastanę cię u kuzynki, ale sąsiedzi poinformowali mnie, że najprawdopodobniej jesteś na przystani. Tak więc – uśmiechnął się i rozłożył ręce – jestem.
    – Zawsze wyrażałeś się pogardliwie o Australii – zaśmiała się, kładąc pościel na krześle.
    Pewnego razu, gdy byli jeszcze zaręczeni, zaproponowała mu, by tu przyjechali i żeby Rupert poznał Mike’a i Chris. Wyśmiał ten pomysł, twierdząc, że to barbarzyński kraj i ma dużo ciekawszych rzeczy do zrobienia, niż spędzać wakacje fotografując kangury, oganiając się przy tym od milionów much.
    – Nie przyjechałeś tu chyba w interesach?
    – W sprawie prywatnej – powiedział Rupert. Podszedł bliżej i wziął ją za rękę. – Przyjechałem, żeby cię odnaleźć, Phyllido. Chcę zabrać cię do domu. Byłem zły po tej okropnej kłótni, ale po twoim odejściu zrozumiałem, jak bardzo mi cię brakuje. Przemyślałem wszystko i wiem, że powinienem bardziej współczuć ci po stracie pracy. Teraz rozumiem, ile to dla ciebie znaczyło i jeśli po ślubie chcesz nadal pracować, nie mam nic przeciwko temu.
    Phyllida spojrzała na niego ze zdziwieniem.
    – To znaczy, że nadal chcesz się ze mną ożenić? – Nie mogła wprost uwierzyć, że jest to dla niego oczywiste.
    – No jasne, że tak. – Rupert objął ją, oczekując gorącego powitania. Zrobił zbolałą minę, kiedy się wyrwała. – W czym problem, kochanie?
    W tym, że nie był Jakiem. Phyllida obronnym gestem skrzyżowała ręce.
    Kiedy cisnęła pierścionek Rupertowi w twarz, zapragnęła, by pożałował, że nie współczuł jej. Owszem, pożałował. Jej życzenie się spełniło. Powiedział, że ją kocha i docenił jej ambicje zawodowe. Dokładnie tak, jak tego wówczas pragnęła. To powinno stać się wspaniałym zakończeniem dzielącego ich nieporozumienia. Baśń stała się rzeczywistością, ale Phyllida przestraszyła się, widząc, że to nie o tego księcia jej chodzi.
    Jak ma to wytłumaczyć Rupertowi? Zawahała się. Pragnęła wyznać mu prawdę, nie raniąc przy tym jego uczuć. Przyleciał aż z Anglii, żeby się z nią zobaczyć. Nieuprzejmością byłoby zakomunikować mu na wstępie, że niepotrzebnie się fatygował. Musi mu o tym powiedzieć w bardziej odpowiedniej chwili, zasługiwał przynajmniej na to.
    Rozejrzała się po biurze.
    – To nie jest właściwe miejsce do rozmowy – wykręciła się. – Jesteś zmęczony. Może lepiej porozmawiajmy o wszystkim, kiedy się porządnie wyśpisz.
    – Oczywiście – uśmiechnął się Rupert, przekonany że Phyllida łatwo się z nim zgodzi. – W końcu zjawiłem się bez uprzedzenia. Pewnie dlatego tak dziwacznie się zachowujesz.
    Miała już na końcu języka, że w jej zachowaniu nie ma niczego dziwacznego, ale pohamowała się. Nie chciała wszczynać kłótni.
    Jake’a zastała na „Calypso” z furią polerującego słupki relingu. Zobaczył, że nadchodzi i wytarł dłonie w szmatę.
    – A więc to jest Rupert – parsknął. – Bardzo arystokratyczny! Mam nadzieję, że się nie obraził, bo zapomniałem przed nim dygnąć?
    Phyllida zacisnęła dłonie w pięści.
    – Nie wspominał o tobie.
    – A swoją drogą, co on tu robi?
    – Wydaje mi się, że to nie twój zakichany interes! – uniosła się.
    – Może jednak zgadnę – powiedział ironicznie Jake, zabierając się znów do polerowania. – Przyjechał tu, by wyswobodzić cię z niewoli i przywrócić na łono rodziny, gdzie będziesz mogła skorzystać ze swoich zdolności organizacyjnych, opiekując się starszyzną rodową. Koniec z gotowaniem i sprzątaniem! Niestety, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że szybko ci się to znudzi, Phyllido. Rupert nie jest odpowiednim mężczyzną dla takiej kobiety, jak ty.
    – Wystarczyło mu odwagi, żeby przyznać się do błędu, na co ciebie nie stać! – wypaliła bez zastanowienia. Chwyciła głęboki oddech i policzyła do dziesięciu. – Rupert jest zmęczony – dodała spokojniejszym tonem. – Zabiorę go do domu Chris, żeby mógł się wyspać. Wynajął samochód, więc skorzystam z okazji i wezmę od ciebie swoje rzeczy.
    – Bardzo sprytnie! – zadrwił Jake. – Jesteś pewna, że poradzi sobie bez lokaja?
    Phyllida zignorowała tę zaczepkę.
    – Wrócę po południu taksówką.
    – Nie trudź się. Nie zamierzam wyrywać cię z ramion kochanka, który przebył taki szmat drogi, żeby cię utulić.
    – Myślałam, że nawał pracy nie pozwala mi oderwać się na dłużej niż pięć minut.
    Jake nałożył trochę pasty na szmatę i zabrał się za następny słupek.
    – Firma nie zawali się bez ciebie. Przedtem radziłem sobie sam, poradzę więc i teraz.
    Tylko czy ona poradzi sobie bez niego?
    – W takim razie będę tu z samego rana.
    Ponieważ Jake nie odpowiadał, westchnęła i poszła. Kiedy się obejrzała, zobaczyła jednak, że odłożył szmatę i patrzy w ślad za nią.
    Podczas gdy Rupert spał, Phyllida siedziała na ocienionym tarasie i przyglądała się różowym i szarym australijskim kaktusom, pieniącym się dziko wzdłuż drogi pomiędzy wysokimi kauczukowcami. Poprosiła go o czas do namysłu, a Rupert zgodził się nie nalegać.
    Wiedziała, że musi wszystko przemyśleć. Przedtem myliła się, skąd pewność, że i tym razem nie popełnia błędu? Być może Jake miał rację i było to tylko chwilowe zauroczenie, które minie, gdy wróci do dawnego trybu życia. Dla przyzwoitości powinna dać Rupertowi szansę ma przypomnienie jej o ważnych niegdyś dla niej sprawach.
    Przed przeprowadzeniem się do Jake’a opróżniła lodówkę, więc musieli pójść coś zjeść. Wiedząc, jakim jest snobem, zaprowadziła go do najlepszego lokalu w mieście, lecz drażnił ją jego chłodny ton i wyniosłe spojrzenie.
    – Liedermann, Marshall i Jones dopytywali się o ciebie – powiedział, gdy już złożyli zamówienie. – Chodzą słuchy, że chcą cię na nowo przyjąć. W istocie Barry Shillingworth prosił, żebyś skontaktowała się z nim natychmiast po powrocie. – Dotknął jej dłoni. – Jak widzisz, kochanie, wszyscy cię potrzebujemy.
    Wszyscy, z wyjątkiem Jake’a, pomyślała z żalem. Delikatnie, by nie urazić Ruperta, cofnęła dłoń. Odwróciła wzrok i natrafiła na znajome spojrzenie zielonych oczu.
    Doznała szoku. Poczuła się tak wstrząśnięta, jakby nagle stanęła nad przepaścią. Przez chwilę pragnęła, by jej myśli dotarły do Jake’a, lecz spostrzegła, że siedzi w towarzystwie Val, a kelner podaje im jedzenie.
    To tu właśnie z nią przychodził! Chora z zazdrości popatrzyła niechętnie na Jake’a. Jej spojrzenie było wrogie, jego chłodne i oskarżycielskie.
    – Jakoś nie wyrażasz nadmiernego entuzjazmu – zauważył Rupert i Phyllida zmusiła się, by zwrócić na niego uwagę.
    – Bujasz gdzieś w obłokach! Zawsze miałaś fioła na punkcie tej cholernej pracy.
    – Przepraszam, Rupercie. – Bezradnie wzruszyła ramionami. – To wszystko dzieje się zbyt szybko. Muszę się z tym oswoić.
    – Nie bardzo rozumiem, z czym – zdenerwował się nieco.
    – Nie ma nad czym deliberować. Po powrocie wszystko będzie tak jak dawniej. Chyba tego właśnie chciałaś.
    – Od przyjazdu do Australii miałam mnóstwo czasu na przemyślenia – próbowała wyjaśnić. – Nie rozumiesz? Nie mogę po prostu udawać, że LMJ mnie nie wylali ani że się nie posprzeczaliśmy.
    Rupert spojrzał na nią z niedowierzaniem.
    – Taka okazja już się nie powtórzy. Z tego, co mówił Barry, możesz nawet spodziewać się awansu. Nigdy nie ociągałaś się z chwytaniem takich możliwości.
    – Nie – przyznała niechętnie. – Wiem, że oparłam całe moje życie na pracy. Ale teraz miałam okazję spojrzeć na to wszystko z dystansu. Nie wiem, czy chcę jeszcze wrócić do reklamy.
    Twarz Ruperta pojaśniała z zadowolenia.
    – To znaczy, że nie chcesz już pracować? W takim razie możemy się pobrać natychmiast po powrocie.
    – Nie w tym sensie – powiedziała szybko, zanim Rupert zabrnął zbyt głęboko w niebezpieczny dla niej temat. – Po prostu w tej chwili sama nie wiem, czego chcę.
    – Zmieniłaś się. – Rupert spojrzał na nią, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu.
    Phyllida znów napotkała spojrzenie Jake’a.
    – Owszem, zmieniłam się.
    Rupert był uszczęśliwiony zmianą nastawienia Phyllidy do jej kariery, ale nie mógł wprost uwierzyć, że dziewczyna unika jakiejkolwiek wiążącej odpowiedzi.
    – Za parę dni możemy być z powrotem w Anglii – powiedział. – W tej sytuacji, nic cię tu już nie trzyma.
    – To nie żarty – odparła ostrożnie. – Muszę się przespać z tym problemem, Rupercie. Nie chcę w pośpiechu podejmować kolejnej decyzji.
    Kolacja dłużyła się w nieskończoność. Phyllida z całych sił starała się nie spuszczać wzroku z Ruperta, lecz odruchowo zerkała wciąż w stronę Jake’a i Val.
    Wreszcie, ku jej uldze, Jake i Val wstali. Po chwili zdała sobie jednak sprawę, że muszą przejść obok nich i znów się najeżyła.
    Val zatrzymała się zdumiona na widok Phyllidy.
    – Cześć, nie wiedziałam, że tu bywasz.
    – Świat jest mały – uśmiechnęła się niepewnie Phyllida. Spojrzała na Jake’a. – Cześć – dodała chłodno, jakby nie rozstali się przed paroma godzinami.
    – To jest narzeczony Phyllidy – zaanonsował ironicznie Jake. – Rupert, prawda?
    – Rupert Deverell – powiedział z godnością Anglik. Spojrzał na Jake’a, nie wiedząc, czy ma się obrazić z powodu kpiącego tonu, jakim został przedstawiony uroczej blondynce.
    – Myślałem, że chcieliście zostać sam na sam – nacierał Jake. – Czyżby zabrakło już wspólnych tematów?
    – Oczywiście, że nie – odparł Rupert z godnością. – Jednak człowiek musi jeść.
    – Gdybym to ja nie widział narzeczonej przez dwa miesiące, nie zwracałbym uwagi na jedzenie – powiedział Jake. – W dodatku, gdyby tą narzeczoną była Phyllida, nie puściłbym jej samej nawet na miesiąc.
    – Co to ma znaczyć? – spytał wojowniczo Rupert, unosząc się z krzesła.
    – Tylko tyle, że sam nie ma narzeczonej, bo żadna dziewczyna nie chciałaby wyjść za mąż za takiego podejrzliwego i zaborczego osobnika – wtrąciła Phyllida, spoglądając nienawistnie na Jake’a. Posadziła Ruperta z powrotem na krzesło. Usiadł, mamrocząc coś gniewnie.
    – Nie wiedziałam, że jesteś zaręczona – powiedziała szybko Val, by zdusić w zarodku kiełkującą awanturę.
    – Naprawdę? – Phyllida spojrzała z irytacją na Jake’a.
    Czemu nazwał Ruperta jej narzeczonym? Przecież powiedziała mu prawdę na jachcie. Nie śmiała jednak zaprzeczyć w obecności Ruperta. Wolała wyjaśnić mu w cztery oczy, że nie zmieniła zdania w sprawie ich małżeństwa.
    – Gdybym wiedziała, że tu jesteście, zaprosiłabym cię wraz z narzeczonym do naszego stolika – ciągnęła Val, poprawiając dłonią jasne włosy. – Planujemy podróż dookoła świata i przydałyby się nam twoje porady kulinarne. Żadne z nas nie zastanawiało się nad tą stroną rejsu, prawda, Jake?
    Dla Phyllidy był to kolejny cios. Jake i Val planowali wspólny rejs dookoła świata? Co noc będą leżeć na szerokiej koi, a światło księżyca będzie opromieniało ich swym blaskiem. Jake i Val błądzący po pustych plażach w promieniach zachodzącego słońca. Chciała się zerwać i krzyknąć: „Nie”, by zetrzeć ten głupawy uśmieszek z twarzy Val i oświadczyć, że Jake należy do niej.
    Usta miała zdrętwiałe, gardło ściśnięte i suche.
    – Czyżby Jake ci nie wspominał, że jestem niezbyt przydatna na jachcie? – Popatrzyła na niego, pragnąc mu przypomnieć, jak przytuleni do siebie obserwowali wyskakujące z wody delfiny, jak rozmawiali o zmierzchu i jak namiętnie kochali się owej nocy pod gwiazdami.
    Jake odwzajemnił spojrzenie, w pociemniałych z gniewu oczach wyczytała, że pamięta wszystko aż za dobrze i jest zły, że mu to przypomina.
    Rupert roześmiał się z niedowierzaniem.
    – Nie mów mi, że żeglowałaś, kochanie. Wobec tego, najwyższy czas zabrać cię do domu, zanim staniesz się prawdziwą sportsmenką. Wolę cię jako domatorkę, szczególnie w łóżku!
    Jake zrobił straszną minę, a Phyllida przestraszyła się, że rzuci się na Ruperta. Jednak tylko ścisnął rękę Val tak mocno, że dziewczyna jęknęła.
    – Wobec tego nie będziemy cię fatygować – oznajmił twardo. – Pewnie chcesz jak najszybciej wrócić do domu.
    – Coś takiego – powiedział Rupert, spoglądając z wściekłością w ślad za Jakiem. – Za kogo ten śmieć się uważa?
    Phyllida odprowadzała wzrokiem wychodzącego z restauracji Jake’a. Bez niego sala wydawała się zimna i pusta.
    – Nie zawsze jest taki. – Przypomniała sobie uśmiech Jake’a, szeptane przez niego miłosne zaklęcia.
    – Nie wiem, co ta jego przyjaciółka w nim widzi – warknął Rupert, wciąż poruszony zajściem.
    Jego przyjaciółka Val. Szczęściara, będzie mogła co rano budzić się w jego ramionach.
    – Pewnie wie swoje – powiedziała cicho. Nieważne, jak niemiły potrafił być Jake. Ona też wiedziała.
    – Zaczynam myśleć, że między wami coś zaszło – wyznał Rupert. – Jak on patrzył na ciebie i na mnie! Gdyby spojrzenie mogło zabijać, zostałaby ze mnie mokra plama na ścianie. No, ale skoro wybiera się z tą dziewczyną w podróż dookoła świata, to chyba nie jest tobą zainteresowany. Więc jednak doszło między wami do czegoś, czy nie?
    – Nie – powiedziała ze smutkiem Phyllida. – Do niczego nie doszło.

    Rano zamówiła taksówkę.
    – Ale przecież ja tu jestem! – zaprotestował Rupert, gdy poinformowała go o tym. – Ten osobnik chyba się ciebie nie spodziewa?
    – Łodzie wymagają przygotowania – odparła, chociaż skończył się gorący okres i na ten weekend nikt nie wyczarterował żadnego jachtu. – Nie ma sensu, żebym siedziała tu z założonymi rękoma, kiedy będziesz odsypiał różnicę czasu. Wpadniesz po mnie później.
    Rupert marudził, lecz Phyllida uparła się. Przystań była obecnie jedynym miejscem, gdzie czuła się jak w domu, poza tym aż do bólu pragnęła spotkać Jake’a. Być może nigdy więcej do niczego między nimi nie dojdzie, ale musiała go zobaczyć. Nawet nie musiała na niego patrzeć, wystarczała jej świadomość, że będzie w pobliżu.
    Do późna w nocy przekręcała się z boku na bok, katując się myślą o Jake’u i Val. Czy zmieniłoby to coś, gdyby wiedziała, że naprawdę są sobie bliscy? Czy kiedy się z nią kochał, układał w myślach wyprawę z Val? Zmęczony umysł Phyllidy nie potrafił znaleźć żadnej odpowiedzi. Wiedziała tylko, że jej marzenie o życiu z Jakiem legło w gruzach, podobnie jak i wiele innych.
    Jake miał jeszcze bardziej niemiły wyraz twarzy i unikał Phyllidy, jak tylko mógł. Kiedy pod koniec pracy odnosiła kubeł, odezwał się do niej wreszcie:
    – Przed chwilą dzwoniła Chris. Wraca z Mikiem do domu, przyjadą jutro rano.
    Jutro? Phyllida przeraziła się na myśl, że nadszedł już koniec.
    – To wspaniała wiadomość – mruknęła.
    – Odbiorę ich z lotniska – dodał Jake. – Powinnaś być w domu, żeby ich przywitać. Nie musisz tu przychodzić. Nie ma wielkiego ruchu i sam dam sobie radę, póki nie wróci Chris.
    – Rozumiem. – Nie ma przed nią nawet jutra. Koniec nastąpił dziś. Teraz. Jak w transie sięgnęła po torebkę. – Więc rozstajemy się?
    Jake zerwał się z krzesła.
    – Ja… tak, chyba tak… – Zawahał się, jakby chciał coś powiedzieć, ale kiedy odezwał się ponownie, zabrzmiało to sztywno i formalnie: – Dziękuję za współpracę.
    – Nie ma za co. – Phyllidzie wydawało się, że przebywa w obcym ciele. Nie mogła tak zwyczajnie odejść, nie mówiąc mu, co czuje! Odwróciła się. – Jake…
    – Słucham? – Nie wyglądało to zachęcająco.
    – Jake, ja… – urwała. Wyznanie, że go kocha, potrzebuje i że serce jej pęka na myśl o rozstaniu, powinno pójść gładko, ale słowa uwięzły jej w gardle. Mógłby roześmiać się jej prosto w twarz, strzelić palcami i dodać, że miłość powinna zarezerwować dla swej bezcennej kariery.
    Jej wahanie obudziło czujność Jake’a.
    – O co chodzi? – spytał.
    A niech się śmieje, postanowiła Phyllida. Przynajmniej ulżę sobie.
    – Jake, chciałam ci powiedzieć…
    Przerwał jej donośny dźwięk klaksonu. Przez okno zobaczyła Ruperta siedzącego za kierownicą wynajętego samochodu i bezradnie opuściła ręce. Wzrok Jake’a stężał.
    – Lepiej już idź. Nie możemy pozwolić, żeby jego lordowska mość czekał.
    Phyllida przygryzła wargi i skinęła głową. Nie potrafiła zdobyć się na wyznanie, kiedy obserwował ich Rupert. Może było to bez znaczenia, może za jakiś czas będzie się cieszyła, że zdobyła się jedynie na zdawkowe:
    – Do widzenia.
    Szybkim krokiem ruszyła w stronę samochodu. Rupert czuł się urażony, że zostawiła go samego na cały dzień. Wciąż narzekał w drodze do domu.
    – Nadal nie rozumiem, czemu musiałaś pójść do pracy – powiedział, otwierając drzwi. – Nawet ci nie zapłacił!
    – Nie o to chodzi – rzekła zmęczona.
    – Tak? A o co? To nie działalność dobroczynna i nie podoba mi się, że moja narzeczona spędza całe dnie, pracując za darmo, zwłaszcza dla takiego typka jak Tregowan.
    – Nie jestem twoją narzeczoną – powiedziała, rzucając torebkę na krzesło. – Przestałam nią być w chwili, kiedy oddałam ci pierścionek.
    Rupert nasrożył się.
    – Myślałem, że postanowiliśmy puścić to wszystko w niepamięć.
    – To ty tak postanowiłeś.
    – Czy chcesz przez to powiedzieć, że odbyłem tę całą podróż na próżno? – zdumiał się.
    Westchnęła.
    – Byłam bardzo rozgoryczona po tamtej kłótni. To normalne. Gdybyś przyszedł do mnie następnego dnia i powiedział to, co usłyszałam od ciebie wczoraj, pewnie rzuciłabym ci się w ramiona. Teraz cieszę się, że tego nie zrobiłeś.
    – Cieszysz się?
    – Teraz wiem, że pobierając się, popełnilibyśmy straszny błąd. – Starała się wytłumaczyć mu to najdelikatniej, jak tylko potrafiła. – Nie znaliśmy się tak naprawdę. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo różnimy się od siebie.
    – Wcale nie – zaprotestował. – Prowadzimy podobny tryb życia, mamy wspólne zainteresowania, wspólnych przyjaciół… W czym tkwi ta różnica?
    Phyllida spojrzała na niego bezradnie.
    – W sposobie myślenia.
    – Co za bzdury! – obruszył się Rupert. – Najwyraźniej Australia pomieszała ci w głowie. Zmienisz zdanie, gdy tylko wrócimy do domu.
    – Nie zamierzam zmienić zdania. – Chwyciła głęboki oddech. – Przykro mi, Rupercie, ale nie wyjdę za ciebie, bo cię nie kocham. Chyba nigdy cię nie kochałam.
    Rupert wyglądał, jakby miał zaraz wybuchnąć.
    – Czy zdajesz sobie sprawę, z czego musiałem zrezygnować, żeby pojechać w ślad za tobą? Utknąłem na dwa dni w tym paskudnym miejscu i mój kręgosłup pewnie nigdy nie dojdzie do siebie po najbardziej niewygodnym łóżku, w jakim miałem nieszczęście spać, a wszystko to dla ciebie!
    – Nie prosiłam, żebyś przyjeżdżał – zauważyła Phyllida rozdrażniona próbą obwiniania jej za wszystko. – Przepraszam, że trudziłeś się na próżno, ale mogłeś napisać, tak jak ja to zrobiłam.
    – Nie dostałem od ciebie nawet zakichanej pocztówki!
    – Nie – przyznała – ponieważ nie zdążyłam wysłać listu. Wygładziła wyjętą z torebki zmiętą kopertę.
    Kiedy spojrzała na nią, stanął jej przed oczyma moment, gdy list upadł na podłogę kabiny, wyraz twarzy Jake’a, kiedy go podnosił i rozsypujące się jak domek z kart jej szczęście. Nie zmieniła zdania w sprawie tego, co napisała w liście, tylko jej serce nie biło już tak radośnie.
    Wręczyła kopertę Rupertowi.
    – Masz, możesz go przeczytać. Jest zaadresowany do ciebie. Rupert spojrzał podejrzliwie na list i otworzył kopertę.
    – Wszystko jasne – rzekł głucho, kiedy skończył lekturę. – Mogłem spokojnie oszczędzić sobie podróży. Już podjęłaś decyzję?
    – Tak. Nie miałam pojęcia, że się zjawisz.
    – Pewnie, że nie – powiedział z goryczą Rupert. – Tylko czemu nie powiedziałaś mi o tym zaraz po przylocie, zamiast podsycać moje nadzieje i robić ze mnie głupka?
    Rupert nie robił sobie żadnych nadziei, zreflektowała się Phyllida. Był wręcz przekonany, że jak zwykle dostosuję się do jego planów. Westchnęła.
    – Przepraszam – powtórzyła.
    – Nie rozumiem cię – ciągnął uparcie. – Oferuję ci szansę, o jakiej zawsze marzyłaś, a ty ją odrzucasz. Chyba nic cię tu nie trzyma? Trudno zresztą uwierzyć, żeby podobało ci się w tej dziurze.
    Dziewczyna pomyślała o błękitnym morzu, słońcu igrającym w wodzie, o turkusowych falach obmywających śnieżnobiałe plaże. Przypomniało się jej niebo, wiatr i szum wody rozcinanej kadłubem jachtu. Zobaczyła twarz Jake’a, jego uśmiech i zielone oczy.
    – Podoba mi się tutaj – odparła.
    – Nie możesz zostać tu na zawsze. Wiesz o tym, prawda? I co zamierzasz w związku z tym?
    – Jeszcze nie wiem – odparła ze ściśniętym sercem.
    Czułaby się bardziej winna wobec Ruperta, gdyby nie wiedziała, że głównie ucierpiała jego miłość własna. Zawsze uwielbiał teatralne gesty, a lot do Australii w celu odzyskania narzeczonej był ukoronowaniem tej maniery. Niestety, rachuby zawiodły, więc stracił poczucie humoru.
    Oświadczył, że dał ostatnią szansę Phyllidzie, i ma nadzieję, że jeszcze tego pożałuje. Tymczasem nie może się doczekać, by strząsnąć z butów kurz Port Lincoln.
    W sumie ulżyło jej, kiedy zdołała zamówić mu ostatni lot do Adelajdy. Na odchodnym zakomunikował, że skoro odbył tak daleką podróż, nie zawadzi załatwić przy okazji paru interesów, w związku z czym zwiedzi winnice w Barossa Valley.
    Phyllida z obrzydzeniem zastanawiała się potem, czy ten romantyczny gest Ruperta nie był jedynie przykrywką dla podróży służbowej, co pozwoli odliczyć mu koszty od podatku. Spędziła samotnie noc w domu Chris, zastanawiając się, czy Jake siedzi na werandzie, spoglądając na morze. Czy myśli o niej, czy wspomina wspólnie spędzoną noc? A może razem z Val ustala szczegóły wyprawy dookoła świata?
    Obraz Jake’a stale jawił się jej przed oczyma. Jake wznoszący w rozpaczy oczy do nieba, Jake pomagający jej wsiąść do łodzi, pochylający się nad nią, by ją pocałować… Usiłowała odgonić te wspomnienia, lecz przeszkadzał jej w tym mrok nocy. Przypomniała sobie, jak ją odtrącił, jakim zimnym i złym spojrzeniem obrzucił ją wczorajszego wieczoru.
    „Nie chcę stać się elementem twojego życia” – te słowa gorzko dźwięczały jej w uszach. Wybrał Val.
    Nawet nie zdążyła mu powiedzieć, jak bardzo go kocha. Była tak przejęta chwilą rozstania, że zupełnie zapomniała o rywalce. Nie mogła znieść myśli, że teraz śmieją się oboje z głupiutkiej Angielki.

    Obudziła się wcześnie rano. Spała źle, nękał ją koszmar, w którym Jake podchodzi do niej i jest rozczarowany, że to nie Val. Posprzątała dom i przygotowała wszystko na przyjazd Chris i Mike’a.
    Układała lilie w wazonie, kiedy usłyszała zbliżający się samochód. Drżącymi dłońmi odstawiła wazon. Był z nimi również Jake. Powinna przywitać się z nim obojętnie, jakby nic między nimi nie zaszło. Nic nie może zakłócić powitania Mike’a i Chris.
    Chwyciła głęboki oddech i otworzyła drzwi frontowe. Najpierw dostrzegła Jake’a. Pomagał Mike’owi wysiąść z auta. Odwrócił głowę na dźwięk otwieranych drzwi i napotkał wzrok Phyllidy. Miał obojętny wyraz twarzy. Postąpiła krok w jego kierunku.
    Z drugiej strony samochodu pojawiła się Chris i ze łzami radości podbiegła do Phyllidy, ściskając ją serdecznie.
    – Wyglądasz zupełnie inaczej – zawołała, odsuwając się od niej na wyciągnięcie ręki. – Być może przyczyniłam się do tego, a może to słońce? Nie zmieniłaś uczesania? Nie, to coś innego…
    Phyllida spojrzała zdumiona na kuzynkę. Cała Chris, od razu wykryła prawdę? Roześmiała się z wysiłkiem.
    – Nie miałam czasu wysuszyć włosów, ale wciąż jestem taka sama. Naprawdę!
    Poszła przywitać się z Mikiem, unikając wzroku Jake’a. Mike, wysoki, barczysty mężczyzna, miał nieco kłopotu z kulami, lecz ucałował Phyllidę i podziękował jej za zachowanie pracy dla Chris.
    – Bardzo jej na tym zależało – dodał.
    – Wejdziesz, Jake? – zaproponowała Chris. – Nawet nie zdążyliśmy ci podziękować.
    – Chyba nie. – Uśmiechnął się przelotnie. – Musicie się zadomowić, a poza tym Phyllida ma dla was niespodziankę związaną z Rupertem.
    Wsiadł do samochodu i szybko odjechał.

Rozdział 10

    – Co on właściwie miał ma myśli? – spytała zaintrygowana Chris. – I jaki ma to związek z Rupertem?
    – Nic ważnego. – Phyllida schyliła się, by wziąć walizkę. – Opowiem ci potem, na razie wejdźmy do środka.
    Minęło trochę czasu, zanim usiedli przy powitalnym drinku na tarasie za domem. Phyllida starannie unikała opowieści o tym, co robiła, słuchając o pobycie Mike’a w szpitalu.
    – Miałem mnóstwo czasu na przemyślenia – powiedział Mike. – Zdałem sobie sprawę, jakim byłem egoistą, ciągnąc za sobą Chris po całym kraju i rzucając w połowie wszystko, co zacząłem. – Wziął Chris za rękę. – Ale to się zmieni.
    – Przeprowadziliśmy długą rozmowę – zaczęła opowiadać Chris. – Postanowiliśmy jeszcze raz zacząć od nowa, aby tym razem doprowadzić wszystko do końca i w miarę możności najlepiej. Mike znalazł małą firmę czarterującą jachty w Whitsundays. Kupimy ją za pieniądze ze sprzedaży domu I zarobione u Jake’a. Spróbujemy – wzorem Jake’a – postawić wszystko na najwyższym poziomie. Na początku będzie ciężko, ale musi się udać.
    – Tak – przyznał Mike. – Ten wypadek pomógł mi zmienić hierarchię wartości. Zawsze byłem niespokojnym duchem, pragnącym robić coś zupełnie innego. Teraz wiem, co jest najważniejsze, Chris i ja mamy siebie nawzajem.
    Mówiąc to, popatrzył z miłością na żonę. Oboje wyglądali na tak szczęśliwych, że Phyllidzie łzy stanęły w oczach.
    Jake nigdy tak na nią nie patrzył. Nigdy nie będzie tak szczęśliwa jak kuzynka, nie będą dzielić wspólnych trosk i radości. Zamrugała gwałtownie, starając się powstrzymać od płaczu. Nie warto tracić czasu na rozważanie, co by było, gdyby…
    – Cieszę się – powiedziała serdecznie.
    – Teraz opowiedz nam o Rupercie – zażądała Chris. – Co miał na myśli Jake, mówiąc o rewelacjach?
    – Rupert pojawił się tu zupełnie niespodziewanie. – Roześmiała się, widząc minę kuzynki.
    – Przyleciał aż z Londynu, żeby cię zobaczyć? – wykrzyknęła podniecona Chris.
    – Mnie i kilka winnic – odparła ironicznie Phyllida.
    – Ależ, Phyllido, to wspaniała wiadomość! Czemu nic nam o tym nie powiedziałaś… – Urwała, widząc dziwną minę kuzynki. – Czy błagał cię, żebyś do niego wróciła?
    – Powiedział, że wciąż chce, żebym za niego wyszła. – Starannie ważyła każde słowo.
    – Czyż nie tego właśnie pragnęłaś? Przecież powiedziałaś mi, że za nim tęsknisz. – Chris była wyraźnie zbulwersowana obojętnością Phyllidy.
    Dziewczyna zaczerwieniła się. Wymieniła imię Ruperta, bo nie śmiała powiedzieć, że chodzi jej o Jake’a.
    – Byłam wówczas przygnębiona z zupełnie innego powodu – tłumaczyła się niezręcznie. – Rupert był jedynie wymówką. Kiedy się zjawił, utwierdziłam się w tym, że nic do niego nie czuję.
    – Rozumiem – oświadczyła bez przekonania Chris.
    – Kiedy zamierzacie przenieść się do Whitsundays? – zapytała, zmieniając temat.
    – Jak tylko sprzedamy dom – rzekł Mike. – Kłopot w tym, że wystawimy Jake’a do wiatru. Głupio nam było, że trzymał miejsce dla Chris, ale kiedy opowiedzieliśmy mu o naszych planach, ucieszył się.
    – Szczerze mówiąc – zastanowiła się Chris – to Jake był bardzo czymś zaaferowany.
    – Pewnie ma jakieś inne problemy – podpowiedział Mike.
    – Phyllida będzie wiedziała coś więcej na ten temat. W końcu pracowałaś dla niego, prawda? Jak mu leci?
    – O ile wiem – powiedziała obojętnym tonem – nie był specjalnie zajęty w ostatnim tygodniu.
    – A jak układało ci się z Jakiem? – zaciekawiła się Chris.
    – Dobrze.
    – Zabawne, ale Jake powiedział to samo – zauważył Mike.
    – Zabrzmiało to równie nieszczerze. Chyba nie układało się wam najlepiej – roześmiał się.
    – Skądże – próbowała się uśmiechnąć Phyllida.
    – Mike – odezwała się nagle Chris. – Powinieneś się położyć i odpocząć.
    – Wcale nie jestem zmęczony – zaprotestował.
    – Mieliśmy długą podróż, a ty dopiero co wyszedłeś ze szpitala – oświadczyła, pomagając mu wstać.
    Kiedy Chris układała męża do snu, Phyllida ochłonęła nieco I spokojnie popijając drinka, czekała na powrót kuzynki.
    – Mów. – Chris usiadła obok niej.
    – O czym mam mówić? – zapytała nonszalancko Phyllida.
    – O tym, co zaszło pomiędzy tobą a Jakiem.
    – Nic.
    – Daj spokój, Phyll! Tylko na ciebie spojrzałam, już wiedziałam, że z tobą jest coś nie tak, podobnie jak z Jakiem!
    – Nic się nie stało! – upierała się Phyllida.
    – To czemu udajesz, że nie masz złamanego serca?
    – Bo nie. – Ze zdenerwowania zadzwoniła zębami o szklankę.
    – Myślałam, że chodzi o Ruperta, ale skoro twierdzisz, że on się nie liczy, pozostaje tylko Jake. Nawiasem mówiąc, miał taką minę, jakby ktoś walnął go w brzuch.
    – Ale to nie ma nic wspólnego ze mną. – Phyllida nie mogła już dłużej robić dobrej miny do złej gry. – On mnie nienawidzi – rozpłakała się.
    Chris podała jej chusteczkę.
    – Najlepiej będzie, jak mi wszystko opowiesz.
    Stopniowo wyciągnęła z kuzynki całą prawdę. Jak się spotkali, jak się pokłócili, jak Phyllida nieświadomie zakochała się w nim. Dowiedziała się, jak zmieniła się atmosfera między nimi podczas pamiętnego rejsu i jak potem wszystko znów się odmieniło.
    Phyllida gładko prześlizgnęła się nad kwestią wspólnej nocy, lecz Chris chyba wyczuła, co się stało, bo ze zrozumieniem skinęła głową, kiedy dowiedziała się o gwałtownej reakcji Jake’a na widok listu do Ruperta.
    – Drobna uwaga, był bardziej zmieszany od ciebie?
    – Chyba nie, powiedział, że nie chce się ze mną wiązać, a kiedy grzmotnął go bom, wpadł w furię!
    Chris z trudem powstrzymała się od śmiechu, kiedy kuzynka opowiedziała jej szczegóły wypadku.
    – Gdyby ciebie trafił bom, też nie byłabyś zachwycona. Z drugiej strony, Jake był również wściekły na siebie, że nie wyjaśnił ci wszystkiego dokładnie. Nie ma się czym przejmować. Wygląda mi na to, że ten biedak szaleje z zazdrości.
    – Wątpię. Planuje z Val rejs dookoła świata.
    – Skąd wiesz?
    – Val mi powiedziała.
    – Nie uwierzę, póki nie usłyszę tego od Jake’a – upierała się Chris. – Val jest fajna i nie przeczę, że Jake lubi z nią przebywać, ale żeby porzucać wszystko dla niej? Co to, to nie.
    – Był przy tym i nie zaprzeczył.
    – Pewnie myślał, że pogodziłaś się z Rupertem. To wprost niesamowite, jak dwoje inteligentnych ludzi potrafi skomplikować sobie życie! Nie lubię wtrącać się w nie swoje sprawy, ale gdybym była na miejscu, nigdy bym do tego nie dopuściła. Jeśli chcesz wysłuchać mojej rady – dodała, widząc, że Phyllida otwiera usta, by zaprotestować – powinnaś natychmiast pojechać do Jake’a i powtórzyć mu to, co mi przed chwilą powiedziałaś.
    – Nie mogę!
    – Owszem, możesz. – Kuzynka była nieprzejednana. – Kochasz go?
    – Tak – szepnęła. – Bardzo.
    – To mu to powiedz. – Chris zerwała się z krzesła. – Nie mamy samochodu, ale zadzwonię po taksówkę. Tymczasem umyj twarz zimną wodą.
    – Chris, ja nie wiem…
    Kuzynka pozostała głucha na jej obawy i protesty. Przypilnowała, by Phyllida doprowadziła się do porządku i poleciła kierowcy, żeby jechał na przystań, nie zatrzymując się po drodze.
    Kiedy Phyllida płaciła taksówkarzowi, entuzjazm wzbudzony w niej przez Chris gdzieś się ulotnił. Nie tak łatwo przyjdzie wyznać Jake’owi, że go kocha. Nawet nie wiedziała, od czego ma zacząć.
    Stała przez chwilę, spoglądając na przystań. Słońce odbijało się w wodzie, jak wtedy, gdy stanęła tu po raz pierwszy. Łodzie kołysała drobna fala, powietrze było ostre i przejrzyste. Tylko ona się zmieniła. Powoli ruszyła w stronę biura.
    Jake’a nie było w środku. Nagle zadzwonił telefon. Włączyła się automatyczna sekretarka i w pustym pomieszczeniu rozległ się jego głos. Phyllida zamarła. Nigdy nie uruchamiał sekretarki, chyba że oddalał się na dłużej. Czyżby przyjechała tu na próżno?
    Z przyzwyczajenia przespacerowała się po pomoście, mijając znajome jachty: „Valli”, „Persephone”, „Dorę Dee”, „Calypso”… Wszystkie czysto wyszorowane lśniły w słońcu.
    I wtedy zobaczyła Jake’a.
    Siedział samotnie na „Ali B” z tak posępną miną, że Phyllidzie ścisnęło się serce. Widocznie chciał wypolerować mosiądz wokół kompasu, lecz pogrążony w niewesołych myślach odłożył szmatę, wpatrując się w morze. Nie zauważył zbliżającej się Phyllidy.
    – Jake.
    Odwrócił się i popatrzył na nią z niedowierzaniem.
    – Phyllida – powiedział wstając.
    Nastąpiła chwila kłopotliwego milczenia. Po raz pierwszy Phyllida widziała Jake’a zbitego z tropu. Sama również nie wiedziała, co powiedzieć.
    – Czy mogę wejść na pokład? – przemogła się wreszcie. Ku jej rozpaczy zabrzmiało to wyjątkowo angielsko.
    – Oczywiście – ocknął się Jake i wytarł zabrudzone dłonie. – Nauczyłaś się wchodzić na jacht – dodał, patrząc jak zwinnie przechodzi nad relingiem.
    – Tak. – Usiadła w kokpicie naprzeciwko Jake’a. Przez dłuższą chwilę przyglądali się sobie w milczeniu.
    – Gdzie Rupert? – przerwał milczenie Jake.
    – Odszedł.
    – Nie pojechałaś razem z nim? – spytał z napięciem, a Phyllida zwilżyła wargi.
    – Prosił mnie o to, ale… postanowiłam zostać.
    – Dlaczego? Chciałaś robić karierę w Anglii. Pragnęłaś Ruperta… Idealnie do siebie pasujecie, jest rzutki, inteligentny i gotów w razie czego cię przeprosić – rzekł z goryczą.
    – Należycie do siebie.
    – Tak myślałam, ale nie. – Spojrzała mu prosto w oczy.
    – Moje miejsce jest tutaj.
    Jake znieruchomiał. Sens jej słów docierał do niego powoli i w oczach zamigotał nieśmiały uśmiech.
    – Chcesz zostać?
    Skinęła głową. Wziął ją za rękę i oboje wstali.
    – Naprawdę chcesz tu zostać? – powtórzył, jakby nie dowierzając własnym uszom.
    – Tak.
    – Ze mną?
    – Tak, jeśli… mnie zechcesz.
    – Czy cię zechcę? – roześmiał się nieoczekiwanie Jake.
    – Siedziałem tu, pogrążony w czarnej rozpaczy, bo myślałem, że już cię nigdy nie zobaczę, a ty pytasz, czy cię zechcę?
    – Uśmiechnął się do niej. – Przeklinałem sam siebie za to, że pozwoliłem ci odejść z Rupertem. Zastanawiałem się, czy nie jest za późno, by pojechać do Anglii i błagać, żebyś wróciła, ale bałem się odmowy. Musiałbym cię prosić o zrezygnowanie z kariery i światowego stylu życia.
    – Już mi na tym nie zależy – powiedziała z ulgą Phyllida.
    – Pragnę tylko ciebie.
    Nagle znalazła się w jego ramionach i Jake całował ją a ona jego, jakby się bali, że w przeciwnym razie wszystko pryśnie niczym bańka mydlana. W końcu Jake oderwał się od niej. Ujął jej twarz delikatnie w obie dłonie i popatrzył na nią tak, jak nikt dotąd.
    – Kocham cię – powiedział z powagą, choć uśmiechał się nadal. – Czy ty naprawdę mnie kochasz?
    – Tak – odparła, łkając ze szczęścia. – Tak, tak, tak!
    – Wyjdziesz za mnie i zostaniesz tu na zawsze?
    – Tak – odparła, uśmiechając się przez łzy. Przyciągnęła go bliżej i znów się pocałowali.
    W jakiś czas później siedzieli przytuleni w kokpicie.
    – Byłam taka nieszczęśliwa – wyznała. – Myślałam, że mnie nie cierpisz.
    – Próbowałem – rzekł Jake. – Po raz pierwszy, kiedy spotkałem cię taką wyelegantowaną, myślałem, że jesteś drugą Jonelle – kobietą obsesyjnie pochłoniętą swoją karierą. Nie chciałem wiązać się z kimś takim. Przestraszyłem się, kiedy przyszłaś prosić o pracę, ale mimo uprzedzeń, nie mogłem nie dostrzec, że jesteś zupełnie inna. – Pogładził jej włosy bardziej przypominające wzburzone fale niż wymyślną fryzurę. Wciąż były miękkie i lśniące. – Jonelle nie zrezygnowałaby ze swoich planów dla nikogo, a z pewnością nie szorowałaby na kolanach pokładu. Wiem, że kazałem ci ciężko pracować. Chyba chciałem, żebyś zrezygnowała i w ten sposób przekonała mnie, że jesteś taka sama jak Jonelle. Łatwiej byłoby mi zapomnieć, jak lśnią twoje oczy i jak rozjaśnia ci się twarz, gdy się śmiejesz.
    Owinął sobie kosmyk włosów dziewczyny wokół palca.
    – Ale ty jednak nie zrezygnowałaś, prawda? W niezwykle uroczy sposób upierałaś się nie uznawać własnych porażek. Byłem wobec ciebie grubiański, złośliwy i niesprawiedliwy, a ty po prostu zadzierałaś hardo głowę. Jonelle działała bardziej subtelnie. Potrafiła być urocza, jeśli chciała ukryć swoją nieugiętą wolę. Jesteś o wiele uczciwsza od niej. Powiedziałem kiedyś, że podziwiam twój upór, wkrótce jednak zrozumiałem, że żywię dla ciebie coś więcej niż podziw.
    – Byłam przekonana, że się wciąż ośmieszam.
    – Przyznaję, że mnie rozbawiłaś. To połączenie uporu i przerażenia. Do tego jeszcze uroda!
    Phyllida zadrżała z radości.
    – Myślałam, że wolisz długonogie blondynki.
    – Już nie – Jake pocałował ją pieszczotliwie za uchem. – W moim typie są obecnie małe, czupurne kasztanowłose, o dziecięcych buziach i słodkich usteczkach…
    Przesuwał usta po jej policzku, a Phyllida odwróciła ku niemu uśmiechniętą twarz. Ich wargi złączyły się.
    – Po raz pierwszy pocałowałem cię pod wpływem impulsu – mrukną) po chwili. – Nie spodziewałem się, że wywrzesz na mnie takie wrażenie i nie będę mógł o tobie zapomnieć. Z dnia na dzień kochałem cię coraz bardziej, choć walczyłem z tym uczuciem. Jonelle nauczyła mnie ostrożności w tym względzie.
    – Ja również nie chciałam się zakochać – powiedziała Phyllida, przysuwając się bliżej do Jake’a. – Po historii z Rupertem postanowiłam być niezależna.
    – Tak właśnie sądziłem. Opowiadałaś o karierze, jaka czeka cię po powrocie do domu i to właśnie przekonało mnie, że traktujesz Australię jedynie jako przejściowy etap w swoim życiu. Jednak nie mogłem się powstrzymać. Kiedy cię całowałem, kiedy błądziliśmy po plaży, kiedy siedzieliśmy razem w ciemnościach, wszystko wydawało się takie proste. Prawie złamałem się tego wieczoru w Reevesby, ale zaczęłaś mówić o powrocie do domu i pomyślałem, że nie warto angażować się w coś, czego potem będę żałował. To ostatecznie wyprowadziło mnie z równowagi.
    – Dlatego byłeś dla mnie taki niedobry następnego dnia?
    – Chyba tak. Wysadziłem cię na brzeg, bo obawiałem się, że nie zdołam utrzymać rąk przy sobie. No a potem, kiedy zobaczyłem, że cię tam nie ma, straciłem resztki opanowania. Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, pomyślałbym, że poszedł sobie na spacer, lecz to byłaś ty i pobiegłem sprawdzić, czy nic ci się nie stało.
    – Cieszę się, że tak postąpiłeś – wyznała. – Wiem, że próba zejścia na tamtą plażę była głupotą z mojej strony. Potraktowałam to jednak jako rodzaj sprawdzianu, wróżby, czy będziemy razem i… poślizgnęłam się. Byłeś tak wściekły na mnie, że straciłam resztkę nadziei.
    – Przyznaję, że powiedziałem wiele niepotrzebnych słów – przepraszającym tonem odparł Jake. – Przestraszyłem się, widząc cię leżącą w dole. Wszystko we mnie zamarło, dopóki nie wyprowadziłem cię bezpiecznie na ścieżkę, a potem coś we mnie wstąpiło. Byłem zły na ciebie, że napędziłaś mi takiego strachu, a jeszcze bardziej na siebie, że do tego dopuściłem.
    – Gdybym to wiedziała – westchnęła, kładąc mu głowę na ramieniu. – Tego wieczoru byłam bardzo nieszczęśliwa.
    – Czy z tego powodu kokietowałaś wszystkich poza mną?
    – Nie chciałam, żebyś się domyślił, jak bardzo cię kocham – wyjaśniła szczerze.
    Jake pocałował ją.
    – Udało ci się. Byłem tak zazdrosny, że nie potrafiłem jasno myśleć. Wiedziałem tylko, że cię pragnę i kiedy wróciliśmy na jacht, przestałem nad sobą panować.
    Uśmiechnęła się na to wspomnienie, a Jake przytulił ją mocniej.
    – Było cudownie. Czy nie domyśliłeś się wtedy, że cię kocham?
    – Miałem taką nadzieję. Wydawało mi się nawet, że wszystko się ułoży, aż tu nagle zobaczyłem list do Ruperta i pomyślałem sobie, że wyszedłem na durnia. Nie mogłem sobie darować, że zaangażowałem się tak mocno i że zdradziłem się z tym, a ty wciąż kochasz Ruperta.
    – Nie miałam o tym pojęcia – zdziwiła się szczerze Phyllida. – Wiem tylko, że ni stąd, ni zowąd zrobiłeś się bardzo niemiły.
    – Myślałem, że w ten sposób łatwiej z tym skończę. Zasłużyłem sobie na to, żebyś grzmotnęła mnie bomem.
    – Nie zrobiłam tego naumyślnie!
    – Wiem – uśmiechnął się. – Bardziej mnie zabolało, kiedy powiedziałaś Chris, że tęsknisz do Ruperta. Wstałem, żeby odebrać telefon i stałem w drzwiach, kiedy rozmawiałyście. Wstydzę się tego, że podsłuchiwałem, ale miałem nadzieję, że dowiem się czegoś o twoich uczuciach w związku z tamtą nocą. Wścibstwo zostało ukarane. Załamałem się, słysząc, że mówisz o nim, nie o mnie. To tylko potwierdziło moje najgorsze obawy.
    – Powiedziałam tak, bo wstydziłam się przyznać, że za tobą szaleję.
    – To czemu mi tego nie wyznałaś? – spytał, odwracając ją w swoją stronę.
    – A ty, czemu mi tego nie wyznałeś? – droczyła się z uśmiechem.
    – Chyba z powodu głupiej dumy. Unikałem cię, sądząc, że chcesz wrócić do Ruperta. Kiedy się jednak zjawił, oszalałem z zazdrości. Wyglądał na wręcz stworzonego dla ciebie”.
    – Może kiedyś tak rzeczywiście było. – Pogłaskała go po policzku. – Zmieniłam się, odkąd cię poznałam. Nawet Chris to zauważyła.
    Jake odsunął ją od siebie, jakby chciał porównać dziewczynę w złotych pantofelkach, którą spotkał na lotnisku w Adelajdzie, z tą, która nie dbając o makijaż uśmiechała się, patrząc na niego oczyma pełnymi miłości.
    – Może naprawdę się zmieniłaś!
    – Myślę, że zawsze taka byłam, tylko nie zdawałam sobie z tego sprawy. Kiedy tylko zobaczyłam Ruperta, zrozumiałam, że nigdy go nie kochałam, przynajmniej nie tak, jak ciebie. Uważałam jednak, że nie wypada wygarnąć mu tego prosto w oczy w chwilę po tym, jak wysiadł z samolotu.
    – Czy dlatego powiedziałaś Val, że jesteście zaręczeni?
    – O, przepraszam – sprostowała. – To ty się z tym wyrwałeś.
    – Ale nie zaprzeczyłaś. – Jake miał głupią minę.
    – Bo nie mogłam. Obiecałam Rupertowi, że się zastanowię, więc nie mogłam dać mu publicznie kosza. A swoją drogą, nie sądziłam, że ma to dla ciebie jakieś znaczenie. Wyglądało na to, że jesteś zainteresowany Val.
    – Val? – zdumiał się Jake.
    – No, a ta planowana wspólna podróż dookoła świata? – wypomniała mu.
    – Wspólnie tylko planowaliśmy szczegóły. Val chce odbyć samotny rejs, a ja tylko doradzałem jej, co powinna zabrać. Kiedy zobaczyłem cię z Rupertem, omal nie udławiłem się kolacją. Byłem wprost chory z zazdrości. Nie zdawałem sobie sprawy, że jestem zdolny do tak prymitywnych odruchów. Myślałem, że go zabiję, a ciebie zawlokę w jakiś kąt, gdzie będę się z tobą kochał jak wariat. – Pokręcił głową. – A ty myślałaś, że chodzi mi o Val! Skąd ten pomysł?
    – Bo ona ma długie nogi – broniła się Phyllida. – No i zna się na żeglarstwie.
    – To prawda – przyznał Jake. – Jednak umiejętność odróżnienia bomu od pompy zęzowej nie może konkurować z parą gniewnych, piwnych oczu. Val to miła dziewczyna i bardzo ją lubię, ale nie chciałbym spędzić z nią roku na jachcie.
    – To samo powiedziała Chris.
    – A więc wygadałaś wszystko Chris? – droczył się.
    – Z początku wszystkiemu uparcie zaprzeczałam, ale tak mnie maglowała, aż wydusiła ze mnie wszystko. Przysłała mnie tutaj z poleceniem, żebym nie wracała, dopóki oboje nie przestaniemy się głupio zachowywać. Oświadczyła, że jest absolutnie przekonana, że mnie kochasz.
    – Mądra Chris – powiedział Jake i pocałował Phyllidę. – Czy możemy już do niej pojechać i powiedzieć, że miała rację?
    Phyllida niechętnie oderwała się od Jake’a. Wstała i przeciągnęła się z lubością.
    Niebo przybrało barwę kobaltu, słońce raziło ją w oczy. Wszystko stało się jaśniejsze, bardziej wyraźne, jakby rozpromienione radością – kołyszące się łodzie, fale i nawet wiatr.
    Z uśmiechem pocałowała Jake’a i trzymając się za ręce, poszli pomostem ku brzegowi, żeby podzielić się z Chris i Mikiem dobrą nowiną.
    Na przystań wrócili w niespełna trzy godziny później. Rozradowana Chris usiłowała nakłonić ich, żeby zostali, ale Jake i Phyllida mieli zupełnie inne plany.
    Słońce złociło późne popołudnie, kiedy „Ali B” odbił od pomostu i pod pełnymi żaglami skierował się na południe, w stronę zatoki Memory.

Jessica Hart


***

Top.Mail.Ru