Скачать fb2
U martwych w Dallas

U martwych w Dallas

Аннотация

    Dzięki wynalezionej w japońskim laboratorium syntetycznej krwi oraz napojowi z jej ekstraktem o nazwie Tru: Blood, w ciągu zaledwie jednej nocy wampiry z legendarnych potworów przeistoczyły się w przykładnych obywateli. I chociaż ludzie nie figurują już w ich jadłospisie, społeczeństwo niepokoi się, co stanie się, gdy wampiry opuszczą mroczne kryjówki.
    Pewnego dnia Sookie znajduje na parkingu ciało zamordowanego kucharza z baru, w którym pracuje. Jakby tego było mało, zostaje śmiertelnie poraniona i otruta przez tajemnicza postać z mitów greckich. Na szczęście, pewne przyjacielsko usposobione wampiry wysysają jej zatrutą krew. Kiedy proszą ja o przysługę, Sookie wdzięczna za uratowanie życia nie odmawia. Wkrótce wykorzystuje swoje telepatyczne zdolności aby znaleźć wskazówkę co do zaginięcia pewnego wampira. Wkrótce, jednak Sookie zaczyna żałować swej decyzji…


Charlaine Harris U martwych w Dallas

    Sookie Stackhouse 2
    Living Dead In Dallas
    Tłumaczenie i korekta: Puszczyki Orliki
   
   
   
   
   
   
   

Słowo od tłumaczek

    Zawsze wypada zaczynać od podziękowań, bo to taki sympatyczny akcent. Zatem chcemy podziękować wszystkim dobrym ludziom, którzy pomagali (to znaczy nie przeszkadzali) nam podczas pracy nad tekstem. O ile praca to nie za duże słowo na to, co zrobiłyśmy. (Bo trzeba Ci wiedzieć, że ludzie mają najdziwniejsze sposoby zabijania czasu, a my właśnie jeden z takich niekonwencjonalnych sposobów testowałyśmy.)
    Dziękujemy też twórcom Wikipedii i Google, które wielokrotnie nas ratowały. Bez nich niczego byśmy nie wiedziały, a teraz nie tylko umiemy obsługiwać metalowe patelnie, ale także znamy wiele szczegółów geograficznych Luizjany. A całą międzystanową I-20 zjeździłyśmy wzdłuż i wszerz!
    Chcemy też podziękować Tobie, drogi czytelniku, za to, że byłeś uprzejmy zdobyć ten plik i najwyraźniej masz zamiar go przeczytać. Doceniamy to, naprawdę.

    Pragniemy także dodać, że nasz polonistyczny honor nakazał nam sprawdzić cały tekst dwukrotnie, jednakże jesteśmy wręcz przekonane, że jakieś błędy nam umknęły. I są tam, czają się. Niemal czujemy ich oddech na plecach. Dlatego będziemy wdzięczne, jeśli ktoś z czytających jakieś wyłapie i poinformuje nas o nich. Równie wdzięczne będziemy za jakikolwiek inny odzew – sugestie, porady itp. Nasz mail: puszczyki.orliki@gmail.com

    Życzymy udanej lektury.
    Puszczyk 1 i Pószczyk 2

    Ta książka jest dedykowana wszystkim ludziom,
    którzy powiedzieli, że podobało im się „Dead until dark”.
    Dzięki za dodanie mi odwagi.

    Moje podziękowania wędrują do Patsy Asher z Remember the Alibi w San Antonio, w Teksasie; Chloe Green z Dallas; i pomocnych cyberprzyjaciół, których poznałam dzięki stronie DorothyL, którzy szybko odpowiadali na wszystkie moje pytania, wykazując przy tym wiele entuzjazmu. Mam najlepszą pracę na świecie.

Rozdział 1

    Andy Bellefleur był pijany jak bela, a to nie było normalne – uwierzcie, znam wszystkich pijaków z Bon Temps, poznałam ich w ciągu kilku lat pracy w barze Sama Merlotte’a. Ale Andy Bellefleur, detektyw pracujący na niewielkim, miejscowym posterunku policji, nigdy do tej pory nie upił się w barze. Byłam naprawdę ciekawa, czemu dzisiejszy wieczór był wyjątkiem.
    Andy i ja się nie przyjaźnimy, więc zapytanie go o to wprost raczej odpadało. Mogłam jednak dowiedzieć się tego w inny sposób. I chociaż staram się nie wykorzystywać mojego inwalidztwa czy też daru, jakkolwiek to nazwać, by odkryć rzeczy, które mogłyby mieć jakiś związek ze mną – czasami czysta ciekawość zwycięża.
    Opuściłam barierę, za którą chroniłam swój umysł, i wczytałam się w myśli Andy’ego. Były bardzo smutne.
    Rano Andy musiał aresztować porywacza, który zabrał swoją dziesięcioletnią sąsiadkę do lasu i zgwałcił. Mężczyzna trafił do aresztu, a dziewczynka przebywała w szpitalu, ale nie było sposobu, żeby naprawić krzywdę, jaka została jej wyrządzona. Poczułam się przygnębiona. Przestępstwa takie jak to zawsze przypominały mi o mojej własnej przeszłości. Ta depresja Andy’ego sprawiła, że poczułam do niego jakiś przypływ sympatii.
    – Daj mi swoje kluczyki, Andy – powiedziałam.
    Jego szeroka twarz zwróciła się w moją stronę; nie malowało się na niej wiele zrozumienia. Po dość długiej przerwie, w czasie której moje słowa docierały do jego przyćmionego umysłu, Andy sięgnął do kieszeni bojówek i podał mi ciężki breloczek.
    Przyniosłam mu kolejnego bourbona z colą.
    – Ja stawiam – powiedziałam i podeszłam do telefonu przy końcu baru, żeby zadzwonić do siostry Andy’ego, Portii.
    Rodzeństwo Bellefleurów mieszkało w całkiem dużym, dwupiętrowym, przedwojennym domu, niegdysiejszej atrakcji turystycznej, położonym przy najładniejszej ulicy w najlepszej dzielnicy Bon Temps. Wszystkie domy na Magnolia Creek Road łączył park, przez który płynął strumień tu i tam przecinany dekoracyjnymi mostkami. Droga biegła po obu jego stronach. Było na niej też parę innych starych domów, ale wszystkie były w lepszym stanie, niż ten, w którym mieszkali Bellefleurowie, nazywany Belle Rive. Był on zbyt duży dla Portii, prawniczki, i Andy’ego, policjanta – nie byli w stanie go utrzymać. Jednak ich babcia, Caroline, uparcie nie chciała się zgodzić na sprzedanie go.
    Portia odebrała po drugim sygnale.
    – Portia, tu Sookie Stackhouse – zaczęłam. Musiałam podnieść głos ze względu na odgłosy dochodzące z baru.
    – Dzwonisz z pracy?
    – Tak, Andy tu jest i jest już mocno wstawiony. Wzięłam jego kluczyki. Możesz po niego przyjechać?
    – Andy za dużo wypił? To dziwne. Jasne, będę za dziesięć minut – obiecała i rozłączyła się.
    – Słodka z ciebie dziewczyna, Sookie – powiedział nieoczekiwanie Andy.
    Skończył drinka, którego mu przyniosłam. Zabrałam szklankę z jego pola widzenia i miałam nadzieję, że nie poprosi o więcej.
    – Dzięki, Andy – odparłam. – Też jesteś okej.
    – Gdzie twój… chłopak?
    – Tutaj – powiedział chłodny głos i Bill Compton zjawił się tuż za plecami Andy’ego.
    Uśmiechnęłam się do niego nad opadającą głową Andy’ego. Bill miał około pięciu stóp i dziesięciu cali wzrostu [1], ciemne włosy i oczy. Miał też szerokie ramiona i umięśnione ręce kogoś, kto przez lata pracował fizycznie. Bill pracował na farmie z ojcem, a potem sam, aż do momentu, kiedy został żołnierzem na wojnie. Oczywiście chodzi o wojnę secesyjną.
    – Hej, V.B.! – zawołał Micah, mąż Charlsie Tooten.
    Bill uprzejmie przywitał się gestem ręki.
    – Bry wieczór, wampirze Billu – powiedział grzecznie mój brat Jason.
    Zdawało się, że Jason, który nie myślał o przyjęciu Billa do rodziny ze szczególnym entuzjazmem, zmienił nastawienie. Miałam nadzieję, że tak już zostanie.
    – Bill, jesteś w porządku, jak na krwiopijcę – stwierdził autorytatywnie Andy, obracając się na stołku barowym, żeby spojrzeć na Billa.
    Uznałam, że Andy jest bardziej pijany, niż do tej pory sądziłam, ponieważ w innym wypadku nigdy nie wypowiadałby się tak entuzjastycznie o zaakceptowaniu wampirów jako części amerykańskiego społeczeństwa.
    – Dzięki – powiedział sucho Bill. – Nie jesteś taki zły, jak na Bellefleura.
    Oparł się o kontuar i pocałował mnie. Jego usta były równie chłodne, jak jego głos. Trzeba do tego przywyknąć; tak samo, jak do tego, że kiedy się kładzie głowę na jego piersi – nie słychać bicia serca.
    – Dobry wieczór, kochanie – powiedział swoim niskim głosem.
    Podałam mu szklankę sztucznej, wynalezionej przez Japończyków B Rh-, którą wypił od razu, a potem oblizał usta. Od razu wyglądał mniej blado.
    – Jak poszło spotkanie? – zapytałam.
    Bill był w Shreveport większą część nocy.
    – Później ci opowiem.
    Miałam nadzieję, że jego historia będzie mniej przygnębiająca niż ta, którą wyczytałam w myślach Andy’ego.
    – Okej. Byłabym wdzięczna, gdybyś pomógł Portii zapakować Andy’ego do jej wozu. Właśnie tu idzie – powiedziałam i pomachałam głową w stronę drzwi.
    Przynajmniej raz Portia nie miała na sobie tego, co uważała za swój profesjonalny strój: spódnicy, bluzki, marynarki i pantofli na niskim obcasie. Przebrała się w dżinsy i obdartą sportową koszulkę w stylu Sophie Newcomb. Była zbudowana tak samo kwadratowo jak jej brat, ale miała długie, grube, kasztanowe włosy. Właśnie te zadbane włosy świadczyły o tym, że się jeszcze nie poddała.
    – Faktycznie jest nieźle wstawiony – stwierdziła, przyglądając się bratu. Starała się ignorować Billa, który najwidoczniej sprawiał, że czuła się nieswojo. – Nie zdarza się to często, ale jak zdecyduje się wypić, to robi to solidnie.
    – Portia, Bill może go zanieść do twojego samochodu – powiedziałam.
    Andy był wyższy i grubszy od siostry, prawdopodobnie nie dałaby rady go udźwignąć.
    – Myślę, że dam sobie radę – oświadczyła stanowczo, nadal nie patrząc w kierunku Billa, który uniósł brwi.
    Pozwoliłam jej otoczyć Andy’ego ramieniem i próbować podnieść go ze stołka, ale te próby nie przyniosły żadnego rezultatu. Portia zaczęła się rozglądać za Samem Merlotte, właścicielem baru, który był raczej niski i żylasty, ale bardzo silny.
    – Sam jest na rocznicowym przyjęciu w country clubie – poinformowałam ją. – Lepiej pozwól Billowi sobie pomóc.
    – No dobrze – zgodziła się sztywno, ze wzrokiem wbitym w wypolerowane drewno kontuaru. – Wielkie dzięki.
    Bill podniósł Andy’ego i w mgnieniu oka znalazł się razem z nim przy drzwiach, mimo tego, że nogi Andy’ego sprawiały takie wrażenie, jakby zmieniły się w galaretę. Micah Tooten otworzył przed nimi drzwi, żeby Bill mógł wyprowadzić Andy’ego od razu na parking.
    – Dziękuję, Sookie – powiedziała Portia. – Jego rachunek jest uregulowany?
    Pokiwałam głową.
    – Okej.
    Klasnęła w dłonie, co było sygnałem, że chce stąd jak najszybciej wyjść. Wysłuchała chóru rad, a potem wyszła z baru. W ten oto sposób stary buick detektywa Bellefleur’a musiał zostać na parkingu do jutra. Andy mógłby przysiąc, że wysiadał z niego, żeby wejść do baru, buick był pusty. Zeznałby także, że był tak pogrążony w myślach, że mógł zapomnieć zamknąć samochód.
    W którymś momencie między dwudziestą, kiedy Andy zjawił się w Merlotte’s, a porankiem następnego dnia, kiedy przyjechałam, by pomóc w otwarciu baru, w samochodzie pojawił się nowy pasażer.
    I to taki, który z pewnością spowodowałby zażenowanie policjanta.
    Taki, który był martwy.

*

    Nie powinno mnie tam w ogóle być. Poprzedniej nocy pracowałam do późna, więc tego dnia także powinnam mieć wieczorną zmianę, jednak Bill poprosił mnie, żebym zamieniła się z którąś z pozostałych kelnerek, ponieważ musiałam jechać z nim do Shreveport. Sam się na to zgodził, więc poprosiłam Arlene, moją przyjaciółkę, by wzięła moją zmianę. Miała mieć dzień wolny, ale zawsze chciała zarobić coś więcej, a w nocy były większe napiwki, więc się zgodziła przyjść o siedemnastej.
    Andy powinien był odebrać swój samochód z samego rana, ale miał tak wielkiego kaca, że nie chciał prosić Portii w podwożenie go jeszcze do Merlotte's – nie było to po drodze na komisariat. Obiecała mu, że wpadnie po niego w porze lunchu i zjedzą coś w barze. Potem będzie mógł odzyskać samochód. Tak więc buick i jego cichy pasażer czekali na odkrycie znacznie dłużej niż powinni.
    Ponieważ zeszłej nocy spałam sześć godzin, czułam się całkiem nieźle. Umawianie się z wampirem może być trudne, jeśli jesteś osobą preferującą dzienny tryb życia. W nocy pomogłam zamknąć bar i o pierwszej ruszyłam do domu wraz z Billem. Wzięliśmy wspólnie gorącą kąpiel, a potem robiliśmy także inne rzeczy, ale ostatecznie położyłam się nieco po drugiej i nie wstawałam niemal do dziewiątej. Do tego czasu Bill już od dawna był zakopany w ziemi.
    Piłam mnóstwo wody i soków owocowych, przed śniadaniem brałam też multiwitaminę i żelazo w tabletkach, które stały się stałym elementem mojej diety, odkąd Bill wkroczył w moje życie przynosząc ze sobą (poza miłością, przygodą i radosnym podnieceniem) widmo anemii. Robiło się coraz chłodniej, chwała Bogu, więc usiadłam na ganku Billa w sweterku i czarnych spodniach, które nosiłam w pracy, gdy było za zimno na szorty. Mój biały golf miał logo MERLOTTE'S BAR wyhaftowane na lewej piersi.
    Gdy przeglądałam poranną gazetę, nie do końca świadomie zdałam sobie sprawę z tego, że trawa zdecydowanie nie rosła tak szybko. Niektóre liście zaczynały już opadać. Piątkowej nocy szkolne boisko powinno być w niezłym stanie. Lato po prostu nie lubi odchodzić z Luizjany, nawet z północnej Luizjany. Jesień zaczyna się bardzo powoli, jakby w każdym momencie mogła przestać i na powrót zmienić się w lipcowy upał. Jednakże ja czuwałam i mogłam zauważyć tego ranka pierwsze oznaki jesieni. Jesień i zima oznaczały dłuższe noce, czyli więcej czasu z Billem i więcej godzin snu.
    Gdy jechałam do pracy, byłam w świetnym nastroju. Kiedy zobaczyłam buicka samotnie stojącego na parkingu przed barem, przypomniał mi się zagadkowy stan Andy’ego. Muszę przyznać, uśmiechnęłam się na myśl o tym, jak będzie się dziś czuł. Już-już miałam wjechać na tył i zaparkować w miejscu przeznaczonym dla pracowników, ale zauważyłam, że tylne drzwi od strony pasażera w buicku były uchylone. To z pewnością zaszkodziłoby baterii dome light, mogłaby zdechnąć. Andy pewnie by się wkurzył, musiałby wejść do baru i zadzwonić po pomoc drogową albo poprosić kogoś, żeby mu pomógł… Zatem zaparkowałam obok i wysiadłam (silnik zostawiłam włączony). Próbowałam domknąć te drzwi, ale ani drgnęły. Pomyślałam, że może się zacięły, więc naparłam na nie całym ciałem,. Ponownie nie odniosło to zamierzonego rezultatu – drzwi nie kliknęły. Zniecierpliwiona, otworzyłam je szeroko, żeby sprawdzić, co uniemożliwia zamknięcie. Fala okropnego smrodu rozeszła się po parkingu. Zrobiło mi się niedobrze, bo rozpoznałam ten zapach. Zerknęłam na tylne siedzenia auta – wcześniej zakryłam twarz rękoma, ponieważ ledwie mogłam wytrzymać ten odór.
    – O kurczę – szepnęłam. – O cholera.
    Lafayette, kucharz pracujący w Merlotte’s na jedną zmianę, leżał na tylnym siedzeniu. Był nagi. Okazało się też, że to chuda, brązowa stopa Lafayette’a, a konkretniej zakrwawione palce u stopy nie pozwalały zamknąć drzwi. I to zwłoki Lafayette’a tak okrutnie śmierdziały.
    Wycofałam się pośpiesznie, potem szybko wskoczyłam do swojego samochodu i pojechałam na tył baru, jednocześnie wrzeszcząc. Sam wypadł przez drzwi dla personelu z fartuchem wokół talii. Wykręciłam samochodem i wysiadłam z niego tak szybko, że ledwie się zorientowałam, że to zrobiłam, i mocno przytuliłam się do Sama
    – Co się stało? – Usłyszałam głos Sama koło swojego ucha.
    Odsunęłam się nieco, by na niego spojrzeć. Nie musiałam zadzierać wysoko głowy, Sam jest dość niski. Jego czerwono-złote włosy błyszczały w porannym słońcu. Miał też niesamowicie niebieskie oczy, teraz rozszerzone ze strachu.
    – To Lafayette – powiedziałam i zaczęłam płakać. To było bezsensowne i głupie, do tego wcale nie mogło pomóc, ale nie byłam w stanie się opanować. – Leży martwy w samochodzie Andy’ego Bellefleura.
    Ramię Sama objęło mnie i przygarnęło na powrót do jego ciała.
    – Przykro mi, że to widziałaś, Sookie – powiedział. – Zadzwonimy na policję. Biedny Lafayette.
    Bycie kucharzem w Merlotte’s nie wymaga specjalnych zdolności kulinarnych, bo Sam oferuje kilka rodzajów kanapek i frytki, co gwarantuje wysoki obrót. Lafayette wytrzymał jednak dłużej, niż mogłam przypuszczać. Lafayette był gejem – jednym z tych ekstrawaganckich, z makijażem i długimi paznokciami. Ludzie w północnej Luizjanie są mniej tolerancyjni od mieszkańców Nowego Orleanu i spodziewałam się, że Lafayette przeżyje trudny czas, także z powodu swojej ciemnej skóry. Pomimo tych trudności – lub może dzięki nim – był wesoły, zabawnie psotny, bystry i do tego dobrze gotował. Miał specjalny sos, który wkładał do hamburgerów; ludzie prosili o Burgers Lafayette dość często.
    – Miał tutaj rodzinę? – zapytałam Sama. Oderwaliśmy się od siebie i weszliśmy do budynku, do gabinetu Sama.
    – Miał kuzynkę – odparł Sam, kiedy wybierał 9-1-1 na klawiaturze telefonu. – Proszę przyjechać do Merlotte’s przy Hummingbird Road – powiedział do dyspozytora. – Mamy tu martwego faceta w samochodzie. Tak, na parkingu przed barem. Och, i być może powinniście zawiadomić Andy’ego Bellefleura. To jego auto.
    Z miejsca, w którym stałam, mogłam usłyszeć skrzek, jaki rozległ się w słuchawce.
    Danielle Gray i Holly Cleary, kelnerki pracujące na poranną zmianę, weszły roześmiane przez tylne drzwi. Obie miały po dwadzieścia kilka lat i były rozwiedzione; były też przyjaciółkami od zawsze, całkiem zadowolonymi z obecnej pracy, w której mogły być razem. Holly miała pięcioletniego synka, który był w przedszkolu, a Danielle – siedmioletnią córkę i synka za małego, by mógł chodzić do szkoły, dlatego też kiedy Danielle szła do pracy, zostawała z nim jej matka. Nigdy nie znałam się z nimi bliżej, choć były w moim wieku, ponieważ same dla siebie stanowiły wystarczające towarzystwo.
    – Co się stało? – zapytała Danielle, gdy zobaczyła moją twarz. Na jej własnej, wąskiej i piegowatej, od razu pojawiło się zaniepokojenie.
    – I czemu przed wejściem stoi samochód Andy’ego? – dodała Holly. Przypomniałam sobie, że przez jakiś czas umawiała się z Andym. Holly miała krótkie, jasne włosy, które wisiały przy jej twarzy jak zwiędłe płatki stokrotek; miała też najpiękniejszą skórę, jaką w życiu widziałam. – Został w nim na noc?
    – Nie – odpowiedziałam. – Ale ktoś inny owszem.
    – Kto?
    – Lafayette jest w środku.
    – Andy pozwolił czarnemu pedałowi spać w swoim aucie?
    Holly raczej nie owijała w bawełnę.
    – Co mu się stało? – tym razem odezwała się Danielle, mądrzejsza z tej dwójki.
    – Nie wiemy – oświadczył Sam. – Policja jest w drodze.
    – To znaczy… – zaczęła powoli i spokojnie Danielle – że jest martwy.
    – Tak – potwierdziłam. – Dokładnie to mamy na myśli.
    – Cóż, powinniśmy otwierać za godzinę. – Holly położyła ręce na biodrach. – Co z tym zrobimy? Jeśli policja pozwoli nam otworzyć, kto będzie gotował? Przyjdą ludzie, będą chcieli zjeść lunch.
    – Lepiej się przygotujmy, tak na wszelki wypadek – powiedział Sam. – Chociaż wątpię, byśmy otworzyli przed południem.
    Wrócił do gabinetu i zaczął dzwonić do zastępczych kucharzy.
    Czułam się dziwnie. Otwarcie baru przebiegało tak jak co dzień, jakby Lafayette miał zaraz wejść i opowiedzieć o jakimś przyjęciu, na którym był, tak jak to miał w zwyczaju. Od strony drogi, która prowadziła do baru, rozległo się wycie syren. Samochody wjeżdżały na parking. Zdążyliśmy zestawić krzesła i ułożyć serwetki oraz sztućce, zanim policja weszła do środka.
    Merlotte’s znajdowało się poza granicami miasta, więc dochodzeniem musiał zająć się szeryf Bud Dearborn. Bud, który był dobrym znajomym mojego ojca, miał już siwe włosy. Jego twarz przypominała nieco pyszczek pekińczyka, a brązowe oczy były nieprzeniknione. Gdy tylko wszedł do środka, zauważyłam, że ma ciężkie buty i czapkę – musiał zostać wezwany do pracy ze swojej farmy. Wraz z nim wszedł Alcee Beck, jedyny Afroamerykanin w biurze szeryfa. Alcee miał tak ciemną skórę, że jego biała koszulka strasznie z nią kontrastowała. Jego krawat był zawiązany dokładnie, a garnitur nienaganny. Buty miał wypastowane i błyszczące.
    Między Budem a Alcee’m kierowali gminą… a przynajmniej tymi najważniejszymi elementami, które pozwalały jej funkcjonować. Mike Spencer, właściciel domu pogrzebowego i gminny koroner miał twardą rękę do lokalnych afer i był dobrym znajomym Buda. Byłam gotowa założyć się, że Mike był już na parkingu i rozgłaszał śmierć biednego Lafayette’a.
    Spencer jednak zapytał:
    – Kto znalazł ciało?
    – Ja.
    Bud i Alcee ruszyli w moim kierunku.
    – Sam, czy możemy pożyczyć twoje biuro? – zapytał Bud.
    Nie czekając na odpowiedź, zaprosił mnie gestem do środka.
    – Jasne, nie ma sprawy – odpowiedział sucho Sam. – Sookie, wszystko okej?
    – W porządku, Sam.
    Nie byłam pewna czy to prawda ale nie było nic, co Sam mógłby w tej sprawie zrobić i nie wpakować się przy tym w kłopoty. Bud nakazał mi usiąść. Kiwnęłam głową. On i Alcee usiedli na krzesłach. Bud zajął wielkie krzesło Sama, a Alcee wybrał mniejsze, zapasowe.
    – Powiedz, kiedy ostatnio widziałaś Lafayette’a żywego – poprosił Bud.
    Zastanowiłam się.
    – Nie pracował zeszłej nocy – powiedziałam. – Anthony gotował, Anthony Bolivar.
    – Kim on jest? – Szerokie czoło Alcee’ego się zmarszczyło. – Nie kojarzę nazwiska.
    – To znajomy Billa. Akurat był w okolicy i potrzebował pracy. Ma doświadczenie.
    Podczas Wielkiego Kryzysu pracował w restauracji.
    – Chcesz powiedzieć, że kucharzem w Merlotte’s jest… wampir?
    – No i? – zapytałam.
    Poczułam, że przybieram gniewny wyraz twarzy: usta zacisnęły się, a czoło nieco uniosło. Starałam się nie czytać w ich myślach, chciałam pozostać całkowicie poza tym wszystkim, ale nie było to łatwe. Bud Dearborn był przeciętny, ale Alcee wysyłał swoje myśli jak latarnia morska światło. Promieniował odrazą i strachem.
    Jakiś czas przed poznaniem Billa i odkryciem, że uważał moje inwalidztwo – mój dar, jak mówił – za coś wspaniałego, robiłam wszystko, by udawać przed samą sobą i wszystkimi wokół, że nie umiem czytać w ich myślach. Jednak odkąd Bill uwolnił mnie z tego małego więzienia, które zbudowałam wokół siebie, eksperymentowałam trochę, a mój wampir temu kibicował. Dla niego musiałam ubrać w słowa wszystko, co czułam przez lata. Niektórzy ludzie przesyłają krótki i jasny komunikat, jak Alcee. Większość ludzi przypomina Buda Dearborna, są włączeni lub wyłączeni. Zależy od tego, jak silne są ich emocje, jak jasno myślą, jaka jest pogoda… Niektórzy ludzie byli mrukliwi jak diabli i prawie nie dawało się stwierdzić, o czym myślą. Mogłam najwyżej odczytać ich nastrój, ale to wszystko.
    Przyznaję, że gdy dotykam ludzi, kiedy próbuję czytać w ich myślach, czyni to obraz wyraźniejszym – jak podłączenie kabla, gdy wcześniej miało się tylko antenę. Odkryłam też, że jeśli „prześlę” komuś uspokajające obrazy, mogę płynąć przez jego mózg jak w wodzie.
    Nie było niczego, czego bym pragnęła mniej, niż zanurzania się w umyśle Alcee’ego Becka. Jednakże absolutnie niechcący odbierałam dokładny obraz pełnej uprzedzeń reakcji na odkrycie, że kucharzem w Merlotte’s jest wampir. Widziałam także jego reakcję, kiedy dowiedział się, że kobieta, z którą się umawiał, spotyka się z wampirem, dostrzegłam także przekonanie, że Lafayette, który otwarcie przyznawał się do bycia gejem, był hańbą dla czarnej społeczności.
    Alcee odkrył, że ktoś musiał chcieć wrobić Andy’ego Bellefleur’a, skoro wpakował do jego samochodu trupa czarnoskórego geja. Alcee zastanawiał się czy Lafayette miał AIDS i czy wirus mógł się rozprzestrzenić na siedzenia w samochodzie Andy’ego i przetrwać tam. Sprzedałby ten samochód, gdyby należał do niego.
    Gdybym dotknęła Alcee’ego, poznałabym jego numer telefonu i rozmiar stanika jego żony.
    Jednak Dearborn patrzył na mnie śmiesznie.
    – Mówiłeś coś? – zapytałam.
    – Tak, zastanawiałem się, czy widziałaś tu Lafayette’a wieczorem. Przyszedł na drinka?
    – Nigdy go tu nie widziałam.
    Właściwie, kiedy o tym myślałam, nigdy nie widziała Lafayette’a pijącego drinka. Po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że o ile tłum jedzący lunch był różnorodną mieszaniną, o tyle wieczorni bywalcy byli biali.
    – Gdzie się udzielał towarzysko?
    – Nie mam pojęcia.
    Gdy Lafayette opowiadał jakąś historię, zawsze zmieniał imiona, żeby chronić niewinnych. Albo, właściwie – winnych.
    – Kiedy widziałaś go tu ostatnio?
    – Martwego w samochodzie.
    Bud potrząsnął głową z irytacją.
    – Żywego, Sookie…
    – Hmm… Chyba trzy dni temu. Nadal tu był, kiedy przyszłam do pracy na swoją zmianę i przywitaliśmy się. O, i opowiedział mi o przyjęciu, na którym był. – Próbowałam przypomnieć sobie jego dokładne słowa. – Mówił, że był w domu, w którym uprawiano wszystkie rodzaje seksu.
    Obydwaj wyglądali na zdumionych.
    – Cóż, to właśnie powiedział! Nie wiem, ile w tym jest prawdy.
    Mogłam sobie przypomnieć minę Lafayette’a, gdy mi to opowiadał i sposób, w jaki przykładał palec do ust, kiedy mówił, że nie może podać mi żadnych nazwisk ani miejsc.
    – Nie przyszło ci do głowy, że ktoś powinien o tym wiedzieć? – Bud Dearborn wyglądał na wstrząśniętego.
    – To było prywatne przyjęcie. Czemu miałabym o tym komukolwiek mówić?
    Ale przyjęcia tego typu nie powinny się zdarzać w gminie. Obydwaj gapili się na mnie. Bud zapytał przez zaciśnięte wargi:
    – Czy Lafayette mówił ci coś o narkotykach, których używano na tych spotkaniach?
    – Nie, nie przypominam sobie niczego takiego.
    – Przyjęcie odbywało się u kogoś białego czy czarnoskórego?
    – Białego – powiedziałam, mając nadzieję, że bronię niewinnego.
    Ale Lafayette był naprawdę pod wrażeniem domu, nie dlatego, że był duży czy interesująco urządzony. Czemu? Nie miałam pojęcia, co mogłoby tak podekscytować Lafayette’a, który wychował się w środowisku biedoty i w takim też pozostał, ale byłam pewna, że mówił o domu kogoś białego, bo powiedział: „Wszystkie obrazy na ścianach były białe jak lilie i uśmiechały się jak aligatory.” Oszczędziłam tego komentarza policjantom, a oni nie pytali dalej.
    Kiedy opuściłam gabinet Sama po wyjaśnieniu przyczyn, dla których samochód Andy’ego był w ogóle na parkingu, wróciłam za kontuar barowy. Nie chciałam patrzeć na to, co działo się przed budynkiem, a do tego nie było wielu klientów, ponieważ policja zablokowała wejście. Sam przestawiał butelki za barem, odkurzał je, a Holly i Danielle rzuciły się na stolik w sekcji dla palących, żeby Danielle mogła zapalić.
    – Jak było? – zapytał Sam.
    – Niezbyt im pomogłam. Nie podobało im się, że Anthony tu pracuje, i to, co powiedziałam o imprezie, którą przechwalał się ostatnio Lafayette. Słyszałeś, jak mi to mówił? To coś o orgii?
    – Tak, mi też coś o tym mówił. To musiało być dla niego ważne wydarzenie. O ile było prawdziwe.
    – Myślisz, że Lafayette mógł to zmyślić?
    – Nie sądzę, żeby w Bon Temps było wiele biseksualnych imprez – stwierdził.
    – Mówisz tak, bo nikt cię nie zaprosił – wytknęłam. Zastanawiałam się, czy naprawdę wiedziałam o wszystkim, co działo się w naszym miasteczku. O ludziach z Bon Temps. To ja powinnam być najlepiej poinformowana, skoro każda informacja była dla mnie mniej lub bardziej dostępna, gdybym zdecydowała się jej szukać. – Przynajmniej zgaduję, że o to chodzi.
    – O to chodzi – przyznał Sam, uśmiechając się lekko podczas odkurzania butelki whiskey.
    – Zgaduję, że i moje zaproszenia zaginęło na poczcie.
    – Myślisz, że Lafayette wrócił tu wczoraj wieczorem, żeby opowiedzieć któremuś z nas więcej o imprezie?
    Wzruszyłam ramionami.
    – Mógł się z kimś umówić na parkingu. W końcu każdy wie, gdzie jest Merlotte’s. Dostał już swój czek z wypłatą?
    Sam zwykle płacił nam pod koniec tygodnia.
    – Nie. Mógł przyjść po niego, ale dałbym mu go następnego dnia, w pracy. Dziś.
    – Zastanawiam się, kto zaprosił Lafayette’a na tę imprezę.
    – Dobre pytanie.
    – Nie sądzisz chyba, że byłby na tyle głupi, żeby kogoś szantażować, prawda?
    Sam potarł szmatką sztuczne drewno, którym pokryty był kontuar. Już lśnił, ale Sam lubił mieć zajęte ręce, jak udało mi się zauważyć.
    – Nie sądzę – powiedział, kiedy już to przemyślał. – Nie, zapytali złą osobę. Wiesz, jaki był nieostrożny. Nie tylko opowiedział nam o tego rodzaju przyjęciu, a jestem pewien, że nie powinien, ale mógł też chcieć więcej niż inni… uczestnicy chcieliby.
    – Na przykład utrzymać kontakt z ludźmi z przyjęcia? Porozumiewać się publicznie?
    – Coś w tym rodzaju.
    – Zgaduję, że jeśli uprawiasz z kimś seks lub obserwujesz, jak ten ktoś uprawia seks, to czujesz się jak równy – powiedziałam niepewnie, jako że miałam dość ubogie doświadczenie w tej dziedzinie, ale Sam potakiwał.
    – Lafayette bardzo chciał być akceptowany za to, jaki był – stwierdził i musiałam się z nim zgodzić.

    Tłum. Puszczyk 1

Rozdział 2

    Ponownie otworzyliśmy o wpół do piątej, ale do tego czasu niemal zanudziliśmy się na śmierć. Było mi trochę wstyd – w końcu byliśmy tam z powodu martwego faceta, którego znaliśmy, ale po posprzątaniu magazynu i gabinetu Sama, a także po kilka grach w bourré (Sam wygrał ponad pięć dolarów) po prostu musieliśmy zobaczyć kogoś nowego. Kiedy Terry Bellefleur, kuzyn Andy’ego i częsty zastępczy barman lub kucharz w Merlotte’s, wszedł do środka, bardzo się ucieszyliśmy na jego widok.
    Myślę, że Terry miał niecałe sześćdziesiąt lat. Był weteranem wojny w Wietnamie, a także więźniem wojennym przez półtora roku. Na jego twarzy było widocznych kilka blizn, a moja przyjaciółka, Arlene, powiedziała, że blizny na reszcie jego ciała są jeszcze gorsze. Terry był rudy, choć z każdym miesiącem siwiał coraz bardziej.
    Zawsze bardzo go lubiłam, a on starał się być dla mnie miły – chyba że miał jeden ze swoich gorszych dni. Wszyscy wiedzieli, że należy schodzić z drogi Terry’emu Bellefleurowi, kiedy jest w takim ponurym nastroju.
    Jak mówili jego sąsiedzi – mroczna przeszłość odcisnęła na nim piętno. Mogli słyszeć jego krzyk, kiedy nawiedzały go koszmary.
    Nigdy, przenigdy nie czytałam w umyśle Terry’ego.
    Dziś wyglądał w porządku – jego ramiona były rozluźnione, a oczy nie biegały w tę i z powrotem.
    – Wszystko w porządku, słoneczko? – zapytał, klepiąc z sympatią moją rękę.
    – Dzięki, Terry, wszystko okej. Po prostu przykro mi z powodu Lafayette’a.
    – Tak, nie był taki zły. – Jak na Terry’ego, to była naprawdę wielka pochwała. – Robił co do niego należało, nie narzekał, nie spóźniał się, dobrze sprzątał kuchnię. – Funkcjonowanie w taki sposób było największą ambicją Terry’ego. – A potem umarł w buicku Andy’ego.
    – Obawiam się, że samochód Andy’ego jest tak jakby… – Nie mogłam znaleźć odpowiedniego, łagodnego określenia.
    – Powiedział, że da się go wyczyścić.
    Widać było, że chciał skończyć ten temat.
    – Powiedział ci, co naprawdę się stało Lafayette’owi?
    – Andy mówi, że to wygląda na skręconą szyję. I było tam trochę… dowodów, że z czymś eksperymentował.
    Terry odwrócił wzrok, co ujawniło dyskomfort, jaki musiał odczuwać. „Eksperymentowanie” zapewne oznaczało coś związanego z przemocą i seksem.
    – Ojejku. To straszne.
    Danielle i Holly podeszły do nas, a po chwili dołączył Sam, który właśnie wybierał się do śmietnika na tyłach baru z workiem śmieci z gabinetu.
    – Nie wyglądał tak… To znaczy samochód nie wyglądał na taki…
    – Poplamiony?
    – Tak.
    – Andy myśli, że został zabity gdzieś indziej.
    – Fuj – stwierdziła Holly. – Nie mówmy o tym, to za wiele jak dla mnie.
    Terry zerknął ponad moim ramieniem na obie kobiety. Nie przepadał za nimi, choć nie wiedziałam dlaczego i niespecjalnie mnie to interesowało. Starałam się zostawiać ludziom trochę prywatności, zwłaszcza teraz, kiedy nauczyłam się lepiej kontrolować swoje zdolności. Usłyszałam, że Danielle i Holly odchodzą.
    – Portia przyjechała po Andy’ego wczorajszej nocy? – zapytał.
    – Tak, zadzwoniłam po nią. Nie był w stanie prowadzić. Chociaż myślę, że wolałby, żebym mu pozwoliła.
    Czułam, że nigdy nie będę numerem jeden na liście popularności Andy’ego Bellefleura.
    – Miała problem z zapakowaniem go do auta?
    – Bill jej pomógł.
    – Wampir Bill? Twój facet?
    – Tak.
    – Mam nadzieję, że jej nie przestraszył – powiedział Terry, jakby zapominając, że nadal tam jestem.
    Na mojej twarzy pojawił się grymas.
    – Nie ma żadnego powodu, dla którego Bill miałby kiedykolwiek straszyć Portię Bellefleur – stwierdziłam i coś w sposobie, w jaki to powiedziałam, spowodowało, że zaczęłam przebijać się przez mgłę jego prywatnych myśli.
    – Portia nie jest tak twarda, jak wszyscy sądzą – odpowiedział. – Chociaż z drugiej strony ty sama wydajesz się słodka, chociaż w skrywasz rogatą duszę.
    – Nie wiem, czy powinno mi to schlebiać, czy też powinnam walnąć cię w nos.
    – To mam na myśli. Ile kobiet, albo mężczyzn, to bez różnicy, powiedziałoby coś takiego do kogoś takiego jak ja?
    I Terry się uśmiechnął w taki sposób, w jaki mógłby się uśmiechnąć duch. Do tej pory nie miałam pojęcia, że Terry aż w takim stopniu zdaje sobie sprawę z tego, że jest uważany za szalonego.
    Wspięłam się na palce i cmoknęłam go w poorany bliznami policzek, żeby pokazać, że się go nie boję. Kiedy już to zrobiłam, zorientowałam się, że to nie do końca prawda. Pod pewnymi warunkami mogłabym się go bać. Terry tymczasem założył fartuch kucharski i zaczął przygotowywać kuchnię. Pozostali wrócili do swoich zajęć. Nie martwiłam się, że będę musiała długo pracować – kończyłam zmianę o osiemnastej, żeby przygotować się do wyjazdu do Shreveport z Billem. Miałam wyrzuty sumienia, że Sam zapłacił mi za dzisiejszy dzień, choć znaczną jego część spędziłam czekając na okazję, by popracować; chociaż z drugiej strony, sprzątanie magazynu i gabinetu Sama mogło się liczyć jako ciężka praca.
    Gdy tylko policja odblokowała wjazd na parking, w barze natychmiast pojawiły się tłumy. Andy i Portia byli wśród pierwszych, którzy weszli; zauważyłam, że Terry obserwował ich z kuchni. Pomachali mu, a on odpowiedział na ich powitanie. Zastanawiałam się, jak blisko są ze sobą naprawdę spokrewnieni – nie byli kuzynami pierwszego stopnia, tego byłam pewna. Oczywiście tu, w Bon Temps, można nazywać kogoś kuzynem nawet, jeśli nie jest się z nim spokrewnionym. Po tym, jak moi rodzice zginęli w czasie powodzi (woda zerwała most, na którym znajdował się ich samochód), przyjaciółka mamy starała się odwiedzać mnie co tydzień czy dwa i przynosić mi jakiś prezent; całe życie mówiłam na nią ciocia Patty.
    Przez kilka minut rozmawiałyśmy o morderstwie, potem przekazałam jej informacje o tym, co się dzieje w mojej części sali. W końcu zabrałam torebkę z gabinetu Sama i wyszłam tylnymi drzwiami. Gdy dotarłam do domu, nie było jeszcze ciemno. Mój dom znajduje się w lesie, jest oddalony od często uczęszczanej gminnej drogi o ćwierć mili. To stary budynek, niektóre jego fragmenty mają ponad sto czterdzieści lat, ale tak wiele w nim zmieniano i dobudowywano, że nie liczył się już jako przedwojenny, ale jako zwykły stary dom. Moja babcia, Adele Hale Stackhouse, zostawiła mi go, a ja starałam się o niego dbać. Bill starał się mnie namówić, bym przeprowadziła się do niego (jego dom znajdował się na wzgórzu, tuż za cmentarzem, obok którego mieszkałam), ale nie chciałam zostawiać mojego własnego kąta.
    Zdjęłam strój kelnerki i otworzyłam szafę. Skoro wybieraliśmy się do Shreveport w sprawach wampirów, Bill pewnie chciałby, żebym się ładnie ubrała. Nie rozumiałam tego – nie chciał, by ktokolwiek się do mnie podwalał, ale zawsze chciał, żebym wyglądała ładnie, kiedy szliśmy do Fangtasii, klubu dla wampirów, często odwiedzanego przez turystów.
    Faceci!
    Nie mogłam się zdecydować, więc postanowiłam najpierw wziąć prysznic.
    Myślenie o Fangtasii zawsze mnie stresowało. Wampir, który był właścicielem, zajmował bardzo wysoką pozycję w wampirzej hierarchii. Kiedy wampiry odkryły mój talent, stałam się dla nich niezwykle cenną zdobyczą. Tylko zdecydowane wejście Billa w ich struktury organizacyjne zapewniało mi bezpieczeństwo – to znaczy mogłam żyć tam, gdzie chciałam, czy pracować w dowolnie wybranym zawodzie. Jednakże w zamian za to bezpieczeństwo nadal byłam zobowiązana odpowiadać na ich każde wezwanie i korzystać ze swojej telepatii, by pomóc wampirom. Łagodniejsze od tych dawniej stosowanych (tortury i przemoc) metody były tym, czego potrzebowały.
    Gorąca woda spływająca mi po plecach natychmiast sprawiła, że poczułam się lepiej; udało mi się nawet odprężyć.
    – Mogę dołączyć?
    – Cholera, Bill!
    Moje serce biło jak szalone. Oparłam się o ścianę prysznica.
    – Wybacz, kochanie. Nie słyszałaś, że drzwi od łazienki się otwierają?
    – Nie. Czemu nie możesz zawołać „Skarbie, już jestem” czy coś?
    – Wybacz – powtórzył, ale nie brzmiało to szczególnie szczerze. – Potrzebujesz kogoś, kto umyłby ci plecy?
    – Nie, dzięki – syknęłam. – Nie jestem w odpowiednim nastroju.
    Bill się uśmiechnął (dzięki czemu mogłam zobaczyć, że jego kły są schowane) i zasunął prysznicową zasłonkę.
    Kiedy wyszłam z łazienki owinięta ręcznikiem, leżał na łóżku, a jego buty stały równo na dywaniku przed stolikiem nocnym. Miał na sobie granatową koszulę z długim rękawem i bojówki, skarpetki dobrał pod kolor koszulki. Jego ciemnobrązowe włosy były zaczesane do tyłu, a baczki wyglądały retro.
    Cóż, w końcu wampiry były bardziej retro, niż większość ludzi mogła sobie wyobrazić.
    Bill miał wysokie czoło i prosty nos, w ogóle jego twarz wyglądała,jak te, które miały greckie posągi – przynajmniej te z nich, których zdjęcia widziałam. Umarł kilka lat po zakończeniu wojny secesyjnej (albo, jak nazywała tę wojnę moja babcia, agresji północy na południe).
    – Jaki jest plan na dzisiejszy wieczór? – zapytałam. – Interesy czy przyjemności?
    – Przebywanie z tobą jest zawsze przyjemnością – odpowiedział Bill.
    – Z jakiego powodu jedziemy do Shreveport? – zapytałam wprost, słysząc tę wymijającą odpowiedź.
    – Zostaliśmy wezwani.
    – Przez?
    – Erica oczywiście.
    Teraz, kiedy Bill został śledczym Obszaru Piątego, musiał współpracować z Erikiem, ale był też pod jego ochroną. Znaczyło to, że jeśli ktoś zaatakuje Billa, automatycznie stanie się też wrogiem Erica, ale także, że własność Billa była święta dla Erica. Wliczając w to mnie. Nie byłam wstrząśnięta uznaniem mnie za własność Billa, to było lepsze od innych możliwości.
    Skrzywiłam się do swojego odbicia w lustrze.
    – Sookie, zawarłaś z nim umowę.
    – Tak – przyznałam. – Zawarłam.
    – Więc musisz się jej trzymać.
    – Mam taki zamiar.
    – Załóż te obcisłe dżinsy wiązane po bokach – zasugerował Bill.
    Wcale nie były dżinsowe, wykonano je z jakiegoś rozciągliwego materiału. Bill uwielbiał mnie w tych dżinsach, zwłaszcza, że były to biodrówki. Czasem zastanawiałam się, czy Bill nie ma jakichś fantazji związanych z Britney Spears. Mimo tego wiedziałam, że wyglądam w tych spodniach dobrze, więc je założyłam. Zdecydowałam się też na kraciastą, niebiesko-białą bluzkę z krótkim rękawem, zapinaną na guziki, które kończyły się jakieś dwa cale pod linią stanika. Żeby podkreślić swoją niezależność (ostatecznie Bill powinien pamiętać, że nie jestem jego własnością), związałam włosy w wysoki kucyk. Założyłam też niebieską przepaskę do włosów, a potem zrobiłam makijaż. Bill raz czy dwa razy zerknął na zegarek, ale nie pospieszyłam się z tego powodu. Jeśli tak bardzo chce zobaczyć, że podobam się jego wampirzym znajomym, może poczekać.
    Kiedy już siedzieliśmy w samochodzie i jechaliśmy w kierunku Shreveport, Bill powiedział:
    – Zacząłem dziś nowy biznes.
    Szczerze mówiąc, zastanawiałam się, skąd Bill bierze pieniądze. Nigdy nie wydawał się bogaty, ale biedny – też nie. W dodatku nigdy nie pracował, chyba że w czasie tych nocy, których nie spędzaliśmy razem.
    Byłam niejasno przekonana, że każdy wampir mógł stać się majętny – w końcu jeśli można kontrolować umysły ludzi, można ich też przekonać, żeby dzielili się pieniędzmi, można też wpłynąć na to, w co będą inwestować. Do tego póki wampiry nie otrzymały prawa do istnienia, nie musiały płacić podatków. Nawet rząd Stanów Zjednoczonych musiał przyznać, że nie może obciążyć podatkami martwych. Ale teraz, kiedy zgodnie z rozporządzeniem Kongresu wampiry mogły brać udział w wyborach, można było od nich także wymagać płacenia fiskusowi.
    Gdy Japończycy stworzyli syntetyczną krew umożliwiającą wampirom istnienie bez konieczności picia ludzkiej krwi, stało się jasne, że mogą one opuścić swoje trumny i powiedzieć: „Widzicie, nie musimy żerować na ludzkości, żeby przeżyć. Nie jesteśmy już groźni.”
    Wiedziałam jednak, jak wspaniałe było dla Billa smakowanie mojej krwi. Mógł żywić się Life Flowem (najpopularniejsza nazwa syntetycznej krwi), ale szczypanie mojej szyi było o wiele lepsze.
    Mógł wypić buteleczkę A Rh+ przed barem pełnym ludzi, ale jeśli planował kęs Sookie Stackhouse, powinniśmy być z dala od innych, bo efekt był zupełnie inny. Bill nie odczuwał żadnej seksualnej przyjemności, kiedy pił Life Flow.
    – Więc jaki to biznes? – zapytałam.
    – Kupiłem centrum handlowe obok autostrady. To, w którym jest LaLaurie.
    – Kto był jego poprzednim właścicielem?
    – Ziemia należała do Bellefleurów. Pozwolili Sidowi Mattowi Lancasterowi reprezentować ich interesy podczas sprzedaży.
    Sid Matt Lancaster był w przeszłości prawnikiem mojego brata. Był tu od zawsze i mógł zdecydowanie więcej od Portii.
    – To dobrze dla Bellefleurów. Próbowali to sprzedać już od kilku lat. Naprawdę potrzebują pieniędzy. Kupiłeś ziemię i centrum handlowe? Jak duża jest działka?
    – Tylko akr [3], ale w dobrej lokalizacji – odpowiedział głosem biznesmena. Wcześniej nigdy nie słyszałam tego głosu.
    – To tam jest LaLaurie, salon fryzjerski i Tara’s Togs?
    Poza country clubem, LaLaurie była jedyną restauracją w BonTemps. To tam mężowie zabierali żony w dwudziestą piątą rocznicę ślubu albo szefowie zapraszali pracowników, których awansowali, albo tam właśnie szło się na randkę, jeśli chciało się komuś bardzo zaimponować. Ale z tego, co wiem, LaLaurie nie przynosiło specjalnie wysokich zysków.
    Nie miałam pojęcia, jak prowadzi się biznes albo zarządza transakcjami handlowymi – zawsze byłam tylko trochę lepiej sytuowana niż ludzie określani potocznie jako biedota. Gdyby rodzice nie dostali pieniędzy za znalezienie ropy na ich ziemi, Jason, babcia i ja mielibyśmy trudną sytuację materialną. Już dwukrotnie byliśmy blisko podjęcia decyzji o sprzedaży domu po rodzicach, żeby móc utrzymać dom babci i opłacić wszystkie podatki.
    – Jak to wygląda? Jesteś właścicielem budynku, w którym są te sklepy, i ich właściciele płacą ci za wynajem?
    Bill pokiwał głową.
    – Od teraz jeśli będziesz chciała iść do fryzjera, idź do Clip and Curl.
    Byłam u fryzjera tylko raz w życiu. Kiedy rozdwajały mi się końcówki, zwykle Arlene mi je przycinała.
    – Uważasz, że powinnam zrobić coś z włosami? – zapytałam niepewnie.
    – Nie, są piękne – zapewnił Bill. – Ale gdybyś chciała iść, mają dużo… um, kosmetyków do włosów. – „Kosmetyki do włosów” wymówił w taki sposób, jakby było to słowo z obcego języka. Uśmiechnęłam się. – Do tego – kontynuował – zabierz do LaLaurie kogo chcesz i nie będziesz musiała płacić.
    Obróciłam się, żeby lepiej na niego spojrzeć.
    – I Tara wie, że jeśli przyjdziesz do niej na zakupy, wszystko pójdzie na mój rachunek.
    Poczułam, że mój nastrój się pogorszył. Bill niestety nie.
    – Innymi słowy – zaczęłam, zadowolona z faktu, że mój głos nie drży ze złości – wszyscy wiedzą, że mają dogadzać kobiecie szefa.
    Bill się zorientował, że popełnił gafę.
    – Och, Sookie – zaczął, ale nie miałam zamiaru tego słuchać. Moja duma mi nie pozwoliła. Zwykle nie tracę panowania nad sobą, ale kiedy tak się już dzieje, zwykle wygląda to nieciekawie.
    – Czemu nie możesz mi przysyłać jakichś cholernych kwiatków, jak każdy inny facet? Albo czekoladek? Lubię słodycze. Może po prostu kup mi kartę Hallmarka? Albo kotka. Albo szalik!
    – Chciałem ci coś dać – zaczął ostrożnie.
    – Ale sprawiłeś, że poczułam się jak utrzymanka. I sprawiłeś, że ludzie, którzy tam pracują, odebrali to podobnie.
    W lichym świetle deski rozdzielczej wydawało mi się, że Bill próbuje ustalić różnicę.
    Byliśmy już za zakrętem w kierunku Mimosa Lake i mogłam widzieć, jak światła samochodu oświetlają ciemny las po stronie jeziora. Ku mojemu zdumieniu samochód wydał dziwny dźwięk i zatrzymał się na dobre. Wzięłam to za znak.
    Gdyby Bill wiedział, co zamierzam zrobić, zamknąłby drzwi, ale kiedy wysiadłam z auta i skierowałam się w stronę lasu, wyglądał na zdziwionego.
    – Sookie, wracaj tu, natychmiast!
    Boże, ale był wściekły. Cóż, zajęło mu to trochę czasu. Rzuciłam mu wymowne spojrzenie i weszłam między drzewa.
    Wiedziałam, że gdyby chciał, żebym była w samochodzie – byłabym tam; w końcu jest ze dwadzieścia razy silniejszy i szybszy ode mnie. Po kilku sekundach przebywania w całkowitej ciemności, prawie zaczęłam marzyć, żeby do mnie dołączył. Ale moja duma znów dała o sobie znać i wiedziałam, że zrobiłam dobrze. Bill zdawał się nie ogarniać natury naszej relacji i chciałam, żeby ułożył sobie to wszystko w głowie. Mógłby też po prostu zabrać się stąd i wyjaśnić moją nieobecność w Shreveport swojemu przełożonemu, Ericowi. Miałby nauczkę.
    – Sookie – krzyknął Bill. Nadal był na jezdni. – Muszę znaleźć najbliższą stację benzynową z mechanikiem.
    – Powodzenia – wymamrotałam pod nosem. Stacja z mechanikiem otwarta w nocy? Myślał chyba o latach pięćdziesiątych albo jakiejś innej epoce.
    – Zachowujesz się jak dziecko, Sookie – powiedział. – Mógłbym po ciebie iść, ale nie chcę tracić czasu. Kiedy się uspokoisz, wróć do samochodu. Idę.
    Też miał swoją dumę.
    Ku mojej malejącej uldze i wzrastającemu niepokojowi, usłyszałam ciche kroki wzdłuż drogi, świadczące o tym, że Bill biegł w wampirzym tempie. Naprawdę poszedł.
    Prawdopodobnie myślał, że to ON daje lekcję MNIE. A było przecież dokładnie na odwrót, przypominałam sobie o tym kilkakrotnie. W końcu wróci za parę minut, byłam tego pewna. Muszę po prostu pamiętać o tym, by nie iść za daleko w las, żeby nie wpaść do jeziora. A było naprawdę ciemno. Chociaż do pełni jeszcze trochę brakowało, noc była bezchmurna, a cienie rzucane przez drzewa wydawały się ciemniejsze, bo kontrastowały z chłodnym blaskiem otwartych przestrzeni.
    Zawróciłam stronę drogi, wzięłam głęboki wdech i ruszyłam w kierunku Bon Temps – czyli przeciwnym do tego, w którym podążył Bill. Zastanawiałam się, o ile mil oddaliliśmy się od Bon Temps, zanim Bill zaczął tę rozmowę. Powtarzałam sobie, że z pewnością niewiele i pocieszałam się, że założyłam zwykłe adidasy, a nie sandałki na wysokim obcasie. Nie wzięłam swetra, więc gołe ciało między krótkim topem a biodrówkami szybko pokryło się gęsia skórką. Zaczęłam biec. Przy drodze nie było wielu latarni, więc gdyby nie światło księżyca, mogłoby się to dla mnie źle skończyć.
    W chwili, w której pomyślałam o tym, że gdzieś tam może się czaić morderca Lafayette’a, usłyszałam kroki w lesie – niedaleko mojej ścieżki.
    Kiedy się zatrzymałam, kroki również ustały.
    Uznałam, że wolę wiedzieć już teraz.
    – Okej, jest tam kto? – zawołałam. – Jeśli planujesz mnie zjeść, miejmy to już za sobą.
    Z lasu wyszła kobieta. A razem z nią świnia albo dzik, którego kły świeciły pośród cieni. Kobieta trzymała w ręku coś w rodzaju kijka czy różdżki z pękiem czegoś dziwnego na końcu.
    – Świetnie – szepnęłam sama do siebie. – Po prostu świetnie.
    Kobieta była równie przerażająca jak jej dzik. Byłam pewna, że to nie wampirzyca, bo mogłam wyczuć aktywność jej mózgu; jednakże na pewno była jakimś mitycznym stworzeniem, bo nie wysyłała jasnego sygnału. Mimo to mogłam wyczuć nastrój jej myśli. Była zdumiona.
    To nie mogło zwiastować niczego dobrego.
    Miałam nadzieję, że dzik okaże się przyjacielski. Rzadko widywano je w Bon Temps, chociaż myśliwi od czasu do czasu jakiegoś wypatrywali, ale niewiele z nich udawało się upolować. To byłaby właśnie świetna okazja. Dzik wydzielał okropny, charakterystyczny odór. Nie byłam pewna, czemu go przypisać. W końcu dzik nie musiał być prawdziwym zwierzęciem – mógł być tylko zmiennokształtnym. To była jedna z rzeczy, których się nauczyłam przez ostatnie miesiące: skoro wampiry, uznawane za stworzenia fantastyczne, istniały naprawdę, to z równym powodzeniem inne stworzenia, które uważaliśmy na zmyślone, też mogły istnieć.
    Byłam naprawdę zdenerwowana, więc się uśmiechnęłam.
    Kobieta miała długie włosy w kolorze niemożliwym do ustalenia przy tak słabym świetle. I nie miała na sobie prawie nic poza jakimś kawałkiem materiału, krótkim, porwanym i poplamionym; do tego była bosa. Zamiast krzyczeć, uśmiechnęłam się jeszcze szerzej.
    – Nie mam zamiaru cię jeść – zapewniła.
    – Miło mi to słyszeć. Co z twoim przyjacielem?
    – Och, dzik…
    Sprawiając wrażenie, jakby dopiero go zauważyła, schyliła się, żeby podrapać go po szyi, jakby był przyjaznym psem. Zwierzę poruszyło kłami.
    – Zrobi to, co mu każę zrobić – powiedziała spokojnie kobieta.
    Zrozumiałam to, co powinnam była zrozumieć już dawno: fakt, że samochód Billa się zatrzymał, nie był przypadkiem. Może nasza kłótnia też nim nie była.
    – Chciałaś ze mną o czymś porozmawiać? – zapytałam, a kiedy obróciłam się w jej kierunku, odkryłam, że zbliżyła się do mnie o kilka stóp.
    Widziałam jej twarz nieco wyraźniej i w żaden sposób mnie to nie uspokoiło. Przy jej ustach znajdowała się plama, a kiedy je otworzyła, by coś powiedzieć, mogłam zobaczyć, że jej zęby były ubrudzone czymś ciemnym; Panna Tajemnicza jadła jakiegoś ssaka na surowo.
    – Widzę, że już jadłaś kolację – powiedziałam nerwowo, zanim zdążyłam się powstrzymać.
    – Mmmm… Jesteś maskotką Billa? – zapytała.
    – Tak – potwierdziłam. Nie lubiłam tej terminologii, ale nie powinnam z nią o tym dyskutować. – I bardzo by się zdenerwował, gdyby coś mi się stało.
    – Gniew wampira mnie nie obchodzi – odparła lekceważąco.
    – Przepraszam, ale czym jesteś? Jeśli wolno spytać.
    Znów się uśmiechnęła, co przyprawiło mnie o dreszcze.
    – Oczywiście. Jestem menadą.
    To było coś greckiego. Nie wiedziałam co dokładnie, ale to było dzikie, kobiece i mieszkało na łonie natury, jeśli moje skojarzenia były właściwie.
    – To bardzo ciekawe – odparłam, starając się podtrzymać uśmiech. – I jesteś dziś tutaj ponieważ…?
    – Muszę przekazać wiadomość Ericowi Northmanowi – powiedziała, przybliżając się. Tym razem mogłam zobaczyć, że to robi.
    Dzik przesunął się razem z nią, jakby był do niej przywiązany. Smród był nie do opisania. Widziałam mały, włochaty ogonek dzika – stworzenie machało nim w tę i z powrotem, jakby było zniecierpliwione.
    – Jaka to wiadomość?
    Zerknęłam na nią i zapragnęłam uciec najszybciej, jak tylko umiem. Gdyby nie to, że na początku lata wypiłam trochę wampirzej krwi, nie zdążyłabym się uchylić na czas i przyjęłabym uderzenie na klatkę piersiową i twarz, zamiast na plecy. Poczułam, jakby ktoś bardzo silny machnął wielkimi grabiami, które utkwiły głęboko w mojej skórze i przeorały mi plecy.
    Nie mogłam utrzymać się na nogach, ale udało mi się przechylić w przód i wylądować na brzuchu. Usłyszałam jej śmiech i oddech dzika, a potem zorientowałam się, że zniknęła. Leżałam tam i płakałam przez kilka minut. Starałam się nie krzyczeć i zamiast tego dyszałam jak po pracy fizycznej. Ból pleców był koszmarny, ale starałam się go przezwyciężyć.
    Byłam też wściekła – przynajmniej tą resztką energii, którą miałam, czułam wściekłość. Ta dziwka, menada czy czym tam była, potraktowała mnie po prostu jak żywą wiadomość. Kiedy czołgałam się po korzeniach i ściółce leśnej, kurzu i sosnowych igłach, byłam coraz bardziej wkurzona. Trzęsłam się z bólu i wściekłości, ale czołgałam się dalej, momentami czując, że jestem tak sponiewierana, że warto byłoby mnie co najwyżej dobić. Czołgałam się w kierunku samochodu, szukając miejsca, w którym Bill mógłby mnie najszybciej znaleźć, ale kiedy już prawie dotarłam do właściwego punktu, zaczęłam się zastanawiać nad pozostaniem tam, gdzie byłam.
    Uznałam, że droga oznacza pomoc, ale, oczywiście, wcale tak nie było. W końcu nie każdy, kto może się tam pojawić, musi być w nastroju do niesienia pomocy. A co, jeśli spotkam coś innego? Coś głodnego? Zapach mojej krwi mógł zwabić jakiegoś drapieżnika; podobno rekiny mogą wyczuć choćby odrobinę krwi w wodzie, a wampiry są lądowymi odpowiednikami rekinów.
    Wczołgałam się z powrotem za linię drzew, zamiast zostawać na drodze, gdzie byłam doskonale widoczna. To nie było zbyt dostojne lub znaczące miejsce, by w nim umrzeć – jak Alamo czy Termopile – ale po prostu przypadkowy punkt przy drodze w północnej Luizjanie. Do tego prawdopodobnie leżałam na trującym bluszczu, ale przypuszczałam, że nie będę żyć na tyle długo, by tego żałować. Spodziewałam się, że z każdą sekundą ból będzie malał, ale nic z tego – bolało coraz bardziej. Nie mogłam powstrzymać łez. Nie siąkałam głośno, więc nie zwracałam na siebie większej uwagi, ale nie mogłam być całkiem cicho.
    Tak bardzo koncentrowałam się na pozostaniu cicho, że prawie przegapiłam Billa. Szedł wzdłuż drogi i rozglądał się po lesie – a po sposobie, w jaki szedł, widziałam, że był świadomy niebezpieczeństwa. Wiedział, że coś jest nie tak.
    – Bill – szepnęłam, ale dla jego wampirzego słuchu było to równie głośne jak krzyk.
    Zatrzymał się, a jego oczy zaczęły przeczesywać ocieniony teren.
    – Tu jestem – powiedziałam, powstrzymując chlipanie. – Uważaj – dodałam. W końcu mogłam być żywą pułapką.
    W świetle księżyca widziałam jego wypraną z emocji twarz, ale wiedziałam, że rozważał szanse, tak samo jak ja. Jedno z nas musiało się poruszyć i zrozumiałam, że jeśli wyjdę z cienia, Bill przynajmniej będzie mógł zobaczyć, czy coś zaatakuje.
    Wyciągnęłam ręce, chwyciłam się trawy i szarpnęłam. Nie byłam w stanie podnieść się na kolana, więc to był jedyny sposób, w jaki mogłam się przemieścić. Odpychałam się stopami, ale nawet tak niewielki wysiłek powodował ból pleców. Nie chciałam patrzeć na Billa, kiedy się do niego zbliżałam, aby nie zmniejszać jego wściekłości. To było prawie warte poświęcenia.
    – Co ci to zrobiło, Sookie? – zapytał łagodnie.
    – Zabierz mnie do samochodu. Proszę, zabierz mnie stąd – powiedziałam, ze wszystkich sił starając się nie płakać. – Jeśli będę hałasować, ona może wrócić. – Zadrżałam na samą myśl o tym. – Zabierz mnie do Erica – dodałam, powstrzymując drżenie głosu – powiedziała, że to jest wiadomość dla niego.
    Bill przyklęknął przy mnie.
    – Muszę cię podnieść – wyjaśnił.
    O nie. Już miałam powiedzieć „może jest jakieś inne rozwiązanie”, ale wiedziałam, że nie ma. Bill też wiedział. Zanim zdążyłam poczuć ból w pełnym natężeniu, wsunął jedną rękę pode mnie, drugą mnie chwycił i natychmiast przerzucił sobie przez ramię.
    Krzyknęłam głośno. Starałam się nie szlochać, żeby Bill mógł usłyszeć ewentualny atak, ale niespecjalnie mi to wychodziło. Bill zaczął biec w kierunku samochodu (który był już sprawny, jego silnik warczał płynnie), otworzył tylne drzwi i położył mnie delikatnie, ale szybko, na tylnym siedzeniu cadillaca. Niesprawianie mi bólu było niemożliwe, ale mimo to próbował.
    – To była ona – powiedziałam, kiedy już poczułam się na siłach, żeby mówić spójnie. – To ona spowodowała, że samochód się zatrzymał, i zmusiła mnie, żebym wysiadła.
    Chciałam też wierzyć, że to ona wywołała naszą kłótnię.
    – Porozmawiamy o tym za chwilę – odpowiedział.
    Ruszył w kierunku Shreveport najszybciej, jak tylko się dało, a ja w tym czasie robiłam wszystko, żeby nad sobą panować. Pamiętam tylko, że droga trwała ze dwa lata.
    Bill wniósł mnie przez tylne drzwi Fangtasii. Kopnął w nie, aby ktoś mu je otworzył.
    – Co? – zapytała wrogo Pam.
    Była ładną blondynką, wampirzycą, którą spotkałam kilkakrotnie; osobą rozsądną i mającą niezłego nosa do interesów.
    – Och, Bill. Co się stało? Och, mniam, ona krwawi.
    – Zawołaj Erica – powiedział Bill.
    – Czekał tutaj – zaczęła.
    Jednak Bill minął ją ze mną przewieszoną przez ramię jak worek krwawych kartofli. Byłam wtedy tak nieprzytomna, że nie obchodziłoby mnie nawet, gdyby zaniósł mnie na parkiet taneczny przy barze, ale zamiast tego wpadł do gabinetu Erica. Był wściekły.
    – To twoja wina – warknął, a ja zajęczałam, bo potrząsnął mną – najwidoczniej po to, aby przykuć uwagę Erica.
    Nie mogłam sobie wyobrazić, żeby Eric mógł patrzeć gdziekolwiek indziej, skoro byłam prawdopodobnie jedyną krwawiącą kobietą w jego gabinecie. Byłoby wspaniale, gdybym mogła zemdleć. Ale nie zemdlałam. Wisiałam tylko na ramieniu Billa i cierpiałam.
    – Idźcie do diabła – wymamrotałam.
    – Co mówisz, kochanie?
    – Idźcie do diabła!
    – Musimy położyć ją na brzuchu na kanapie – powiedział Eric. – Pozwól, że…
    Poczułam, że czyjeś ręce biorą mnie za nogi. Bill się poruszył i wspólnie udało im się położyć mnie na kanapie, którą Eric musiał niedawno wstawić do gabinetu – pachniała nowością i była skórzana. Patrząc na nią z odległości pół cala, cieszyłam się, że nie kupił takiej z obiciem z materiału.
    – Pam, wezwij lekarza.
    Usłyszałam kroki kogoś wychodzącego z pomieszczenia. Eric ukląkł, by spojrzeć mi w twarz. Musiał się nieźle schylić, bo był wysoki i barczysty – wyglądał jak typowy wiking. Którym zresztą był.
    – Co ci się przytrafiło? – zapytał.
    Spojrzałam na niego, tak rozsierdzona, że ledwo mówiłam.
    – Jestem wiadomością dla ciebie – powiedziałam tak cicho, że brzmiało to prawie jak szept. – W lesie była kobieta, która zatrzymała samochód Billa i możliwe, że nawet spowodowała naszą kłótnię. A potem przyszła do mnie z dziką świnią.
    – Z dziką świnią? – Eric nie mógłby być bardziej zdziwiony, gdybym powiedziała, że miała kanarka na nosie.
    – Kwik, kwik. Dzik. Dzika świnia. I powiedziała, że chce ci przesłać wiadomość, a ja uchyliłam się w odpowiednim momencie, żeby trafiła mnie w plecy zamiast w twarz. A potem sobie poszła.
    – Twoja twarz. Chciała cię trafić w twarz – powiedział Bill. Zaczął chodzić po gabinecie z zaciśniętymi dłońmi. – Eric, jej rany nie są głębokie. Co się dzieje?
    – Sookie – powiedział ostrożnie Eric – jak ta kobieta wyglądała?
    – Powiem ci, jak wyglądała – jak ostatnia wariatka. I wiedziała, że nazywasz się Eric Northman.
    – To nazwisko, którego używam w kontaktach z ludźmi – odpowiedział. – A mówiąc, że wyglądała jak wariatka, masz na myśli, że wyglądała… jak?
    – Jej ubranie było poszarpane, a do tego miała krew wokół ust i na zębach, jakby właśnie zjadła coś surowego. Trzymała coś różdżkopodobnego z czymś dziwnym na końcu. Jej włosy były długie i poplątane… Skoro już o włosach mowa, to moje własne zaczynają mi wchodzić w rany na plecach – wysapałam.
    – Tak, widzę. – Eric próbował wyciągnąć moje długie włosy z ran, w czym nie pomagała sklejająca je krew.
    Nagle do pokoju weszła Pam, a wraz z nią doktor. Jeśli miałam nadzieję, że Eric miał na myśli zwykłego, ludzkiego lekarza, takiego ze stetoskopem i szpatułkami do języka, to się srodze myliłam. Okazało się, że to krasnoludzica, która nie musiała się za bardzo nachylać, żeby zajrzeć mi w oczy. Bill zatrząsł się z napięcia, kiedy oglądała moje rany. Miała na sobie białe spodnie i tunikę, takie, jakie noszą lekarze w szpitalach; a przynajmniej nosili, zanim nie zaczęli nosić zieleni, niebieskiego czy jeszcze innego koloru, który ktoś im kazał założyć. Miała duży nos i oliwkową skórę. Jej włosy były złocistobrązowe i szorstkie, niezwykle cienkie i pofalowane, a do tego krótkie. Przypominała mi hobbita. Może nawet była hobbitem. Moje pojmowanie rzeczywistości zmieniło się w ciągu ostatnich kilka miesięcy.
    – Jakim lekarzem jesteś? – zapytałam, choć zebranie się w sobie zajęło mi trochę czasu.
    – Takim, który leczy – odpowiedziała zaskakująco głębokim głosem. – Zostałaś zatruta.
    – Czyli to dlatego mam wrażenie, że zaraz umrę – wymamrotałam.
    – Umrzesz, całkiem niedługo.
    – Dzięki, pani doktor. Co można z tym zrobić?
    – Nie mamy wiele możliwości, skoro cię zatruto. Słyszałaś o waranach z Komodo? Ich paszcze są pełne bakterii. Cóż, rany zadane przez menady mają ten sam poziom toksyczności. Po tym, jak waran cię ugryzie, czeka, aż bakterie cię zabiją. Dla menad opóźniony zgon jest formą zabawy. Dla waranów – kto wie?
    Dzięki za informacje rodem z National Geographic, pani doktor.
    – Co można zrobić? – spytałam przez zaciśnięte zęby.
    – Mogę zamknąć zewnętrzne rany, ale twój krwioobieg nie jest wyrównany, a twoja krew musi być usunięta i wymieniona. To robota w sam raz dla wampirów.
    Lekarka wydawała się uradowana wizją wszystkich współpracujących ze sobą. Nade mną. Odwróciła się do zebranych wampirów:
    – Gdyby tylko jedno z was wyssało zatrutą krew, nie skończyłoby się to dobrze. Zawiera trochę tej dziwnej magii, którą mają w sobie menady. Ugryzienie warana z Komodo nie stanowiłoby dla was takiego problemu. – Zaśmiała się serdecznie.
    Nienawidziłam jej. Łzy bólu spływały mi po policzkach.
    – Zatem – kontynuowała – kiedy skończę, każde z was po kolei będzie usuwało z niej krew. Potem zrobimy jej transfuzję.
    – Z ludzkiej krwi – powiedziałam, żeby było to kompletnie jasne. Raz piłam krew Billa, żeby uleczyć się z poważnych ran, i raz, żeby przeżyć pewnego rodzaju test, wypiłam też przypadkowo trochę krwi innego wampira, choć brzmi to absurdalnie. Widziałam zmiany, jakie potem we mnie zaszły – a były to zmiany, których nie chciałam potęgować przez zażycie kolejnej dawki. Krew wampirów była lekiem dla bogaczy, którzy, z tego co wiedziałam, płacili za nią bajońskie sumy.
    – O ile Eric pociągnie za parę sznurków i zdobędzie ludzką krew – powiedziała krasnoludzica. – Połowa transfuzji może być syntetyczna. Przy okazji, jestem doktor Ludwig.
    – Mogę zdobyć tę krew. I tak jesteśmy jej winni uleczenie – powiedział Eric ku mojej uldze. Wiele bym dała, żeby zobaczyć w tym momencie twarz Billa. – Jaką masz grupę krwi, Sookie?
    – 0 Rh+ – odparłam, zadowolona, że moja krew jest tak często spotykana.
    – To nie powinien być problem – powiedział Eric. – Zajmiesz się tym, Pam?
    Znów jakieś poruszenie w pokoju. Doktor Ludwig podeszła bliżej i zaczęła lizać moje plecy. Zadrżałam.
    – Ona jest lekarzem, Sookie – przypomniał Bill. – W ten sposób cię leczy.
    – Ale się zatruje – powiedziałam, starając się, żeby to nie brzmiało tak, jakbym odczuwała jakąś niechęć to innych gatunków. Tak naprawdę nie chciałam, żeby ktokolwiek lizał moje plecy: ani krasnoludzica, ani wampir.
    – Ona umie uzdrawiać – dodał z naganą Eric. – Musisz przyjąć jej pomoc.
    – Och, okej – skapitulowałam, przestając się przejmować tym, jak ponuro brzmię. – Swoją drogą, jeszcze nie usłyszałam od ciebie żadnych przeprosin.
    Moje rozżalenie okazało się większe od instynktu samozachowawczego.
    – Przykro mi, że menada cię skrzywdziła.
    Utkwiłam w nim spojrzenie.
    – To za mało – stwierdziłam. Starałam się ze wszystkich sił podtrzymać konwersację.
    – Anielska Sookie, uosobienie miłości i piękna, jestem zdruzgotany myślą o tym, że ta niegodziwa, zła menada śmiała naruszyć twoje delikatne i zmysłowe ciało, żeby przekazać mi wiadomość.
    – To już brzmi lepiej.
    Z pewnością te słowa dałyby mi więcej satysfakcji, gdybym akurat nie poczuła ukłucia bólu. (Cóż, forma leczenia, którą doktor Ludwig stosowała, nie należała do najprzyjemniejszych.) Przeprosiny te albo płynęły prosto z serca, albo były doskonale przemyślane, a skoro Eric nie miał serca (a przynajmniej do tej pory nie zauważyłam, żeby miał), mógł mnie po prostu mamić słowami.
    – Zgaduję, że tego rodzaju wiadomość oznacza, że wypowiada ci wojnę? – zapytałam, starając się ignorować działania doktor Ludwig. Okropnie się pociłam, a do tego ból w plecach był koszmarny. Czułam łzy płynące po policzkach. Miałam wrażenie, że cały pokój nabrał jakiegoś dziwnego, żółtego koloru, jakby wszystko było chore.
    Eric wyglądał na zdziwionego.
    – Nie całkiem. – powiedział ostrożnie. – Pam?
    – Krew jest w drodze – odpowiedziała. – Źle to wygląda.
    – Zaczynajmy – powiedział szybko Bill. – Zmienia kolor.
    Zaczęłam się zastanawiać, jakiego koloru się stałam. Nie mogłam podnieść głowy z kanapy, żeby się sobie przyjrzeć, choć próbowałam to zrobić. Oparłam policzek o skórę i pot sprawił, że natychmiast się przykleiłam do jej powierzchni. Wrażenie ognia, które promieniowało na całe ciało ze śladów szponów, wydawało się bardziej intensywne i zaczęłam się trząść – nie mogłam się już dłużej powstrzymywać. Krasnoludzica zeszła z kanapy i zaczęła patrzeć mi w oczy.
    Potrząsnęła głową.
    – Tak, jeśli jest jeszcze nadzieja – powiedziała, ale ton jej głosu świadczył o tym, że myślami znajduje się gdzieś daleko.
    Miała w ręku strzykawkę. Ostatnią rzeczą, którą pamiętam, była zbliżająca się twarz Erica. Wydawało mi się, że mrugnął do mnie.

    Tłum. Puszczyk 1

Rozdział 3

    – Udało się – powiedziała. – Doktor Ludwig miała rację.
    – Świetnie.
    – Tak, byłoby szkoda, gdybyśmy stracili okazję wykorzystania twojego daru – odparła z szokującym pragmatyzmem. – Jest przecież tylu ludzi związanych z nami, których menada mogła zaatakować, a do tego to ludzie, z których stratą łatwiej byłoby nam się pogodzić.
    – Dzięki za ciepłe słowa, Pam – wymamrotałam.
    Czułam się brudna, jakbym była zanurzona w kadzi potu i wytarzana w kurzu. Nawet moje zęby były brudne.
    – Proszę bardzo – odparła i prawie się uśmiechnęła.
    A więc Pam miała poczucie humoru, a ostatecznie nie jest to cecha charakterystyczna wszystkich wampirów. Nie widuje się wampirów-kabareciarzy, a ludzkie dowcipy nie wywołują u nich żadnych reakcji. (Natomiast ich humor przyprawiałby mnie o koszmary przez dobry tydzień.)
    – Co się stało?
    Pam oplotła kolana rękoma.
    – Zrobiliśmy to, co kazała doktor Ludwig. Bill, Eric, Chow i ja po kolei piliśmy twoją krew aż do chwili, kiedy cię prawie osuszyliśmy, a potem zaczęliśmy transfuzję.
    Myślałam o tym przez chwilę, zadowolona, że odpowiednio wcześnie straciłam świadomość. Bill zawsze pił moją krew, kiedy uprawialiśmy seks, więc przywykłam do tego, jako do przejawu seksualnej aktywności. Teraz „nakarmiłam” tyle osób, że czułabym się zażenowana, gdybym była przytomna.
    – Kim jest Chow? – zapytałam.
    – Sprawdź, czy możesz usiąść – poradziła Pam. – Chow to nasz nowy barman. Jest całkiem interesujący.
    – Och?
    – Tatuaże – powiedziała Pam, brzmiąc przez moment bardzo ludzko. – Jest wysoki jak na Azjatę i ma wspaniałe… tatuaże.
    Starałam się wyglądać, jakby mnie to obchodziło. Podniosłam się, czując przy tym dziwną miękkość. Zaczęłam być ostrożna. Czułam, że moje plecy są pokryte świeżymi bliznami, które mogą się znów otworzyć, jeśli nie będę uważać. O to, jak powiedziała Pam, właśnie chodziło.
    Do tego nie miałam na sobie koszulki. Ani nic innego, przynajmniej powyżej talii. Moje dżinsy znajdowały się na swoim miejscu, choć były niemiłosiernie brudne.
    – Twoja bluzka była w takim stanie, że musieliśmy ją zedrzeć – wyjaśniła Pam, śmiejąc się. – Na zmianę trzymaliśmy cię na kolanach. Wszyscy cię podziwiali. A Bill był wściekły.
    – Idź do diabła. – Nic innego nie byłam w stanie wykrztusić.
    – Cóż, jeśli o to chodzi, kto wie? – Pam wzruszyła ramionami. – Chciałam ci tylko powiedzieć komplement. Musisz być nowoczesną kobietą.
    Podniosła się i otworzyła szafę, w której wisiały koszule; uznałam, że należały do Erica. Pam zdjęła jedną z wieszaka i rzuciła w moim kierunku. Wychyliłam się, żeby ją złapać i muszę przyznać, że przyszło mi to dość łatwo.
    – Pam, czy tu jest jakiś prysznic?
    Nie chciałam zakładać czystej koszuli na brudne ciało.
    – Tak, w magazynie. Koło łazienki dla personelu.
    Łazienka była wyposażona standardowo, ale znajdowało się tam wszystko, czego potrzebowałam – mydło i ręcznik. Wychodziło się z niej prosto do magazynu, co wampirom mogło wydawać się w porządku, w końcu skromność nie jest dla nich specjalnie ważną cechą.
    Kiedy Pam zaoferowała, że popilnuje drzwi, poprosiłam ją o pomoc przy zdejmowaniu dżinsów, butów i skarpetek. Trochę za bardzo jej się to podobało.
    To był najlepszy prysznic, jaki kiedykolwiek brałam.
    Musiałam poruszać się wolno i ostrożnie. Odkryłam, że ciężko mi utrzymać równowagę – czułam się, jakbym przeszła poważną chorobę, jak zapalenie płuc albo grypa z powikłaniami. Cóż, w sumie to było coś podobnego.
    Pam uchyliła lekko drzwi i podała mi jakąś bieliznę, co było miłą niespodzianką, przynajmniej tak sądziłam, póki się nie wytarłam i nie zobaczyłam, co właściwie mi dała. Majtki były tak małe i koronkowe, że raczej nie powinno się ich w ogóle nazywać majtkami. Ale przynajmniej były białe. Wiedziałam, że czułabym się lepiej, gdybym mogła się przejrzeć w lustrze. Nie byłam w stanie założyć na siebie nic poza majtkami i białą koszulą. Bosa, wyszłam spod prysznica i odkryłam, że Pam schowała moje dżinsy i resztę brudnych rzeczy do plastikowej torby, żebym mogła je zabrać do domu i uprać. Moja opalenizna wyglądała jeszcze ciemnej w kontraście z bielą koszuli.
    Powoli wróciłam do gabinetu Erica, znalazłam swoją torebkę i zaczęłam szukać w niej szczotki do włosów. Kiedy próbowałam rozczesać splątane pasma, wszedł Bill i wyjął mi szczotkę z ręki.
    – Kochanie, pozwól, że ja to zrobię – powiedział łagodnie. – Jak się czujesz? Zdejmij koszulę z ramion, żebym mógł sprawdzić, jak ci się goją plecy.
    Tak też zrobiłam, mając nadzieję, że w gabinecie nie ma zamontowanych kamer, chociaż, biorąc pod uwagę to, co powiedziała mi Pam, nie musiałam się tym przejmować.
    – Jak to wygląda? – zapytałam, próbując patrzeć ponad ramieniem.
    – Będą blizny – odpowiedział krótko.
    – Domyślam się.
    Zawsze lepiej z tyłu niż z przodu. A posiadanie blizn jest lepsze od bycia martwą.
    Założyłam znów koszulę, a Bill zaczął czesać moje włosy, co było jego ulubioną czynnością. Szybko poczułam się słaba i musiałam usiąść na krześle Erica, podczas gdy Bill cały czas stał za mną.
    – Czemu menada wybrała akurat mnie?
    – Podejrzewamy, że czekała na pierwszego wampira, który przetnie jej drogą. Kiedy odkryła, że jesteś tam ze mną, o ileż łatwiejsza do skrzywdzenia, uznała, że to świetna okazja.
    – To przez nią się pokłóciliśmy?
    – Nie, myślę, że to był przypadek. Nadal nie rozumiem, czemu się tak zdenerwowałaś.
    – Jestem zbyt zmęczona, żeby teraz o tym mówić. Wrócimy do tematu jutro, dobrze?
    Chwilę potem do gabinetu wszedł Eric, a wraz z nim jakiś wampir, który, jak odgadłam, musiał być Chowem. Od razu zrozumiałam, czemu Chow miał przyciągać klientów. Był pierwszym wampirem-Azjatą, którego widziałam i z całą pewnością był przystojny. Był też cały (przynajmniej w miejscach, które widziałam) pokryty zawiłymi tatuażami, w których – jak słyszałam – lubują się członkowie Yakuzy. Niezależnie od tego, czy Chow za życia był gangsterem, czy nie – teraz wyglądał złowieszczo.
    Tuż za nimi weszła Pam, mówiąc:
    – Wszystko pozamykane, doktor Ludwig też już poszła.
    A więc Fangtasia była już zamknięta. To musiało znaczyć, że zbliża się świt. Bill dalej szczotkował moje włosy, a ja siedziałam na krześle, z rękoma na udach, dotkliwie świadoma mojego niepełnego stroju. Chociaż, gdyby się nad tym zastanowić, Eric był tak wysoki, że jego koszula zasłaniała więcej niż bluzka i szorty. Prawdopodobnie to te majtki sprawiały, że czułam się zawstydzona.
    A do tego brak stanika. Bóg był na tyle łaskawy, że nieźle mnie wyposażył, więc nie dawało się ukryć, kiedy nie miałam na sobie stanika.
    Jednak niezależnie od tego, że moje ubrania odkrywały więcej niżbym chciała, i od tego, że ludzie w tym pokoju widzieli większą powierzchnię moich piersi, niż mogliby zobaczyć teraz – musiałam pamiętać o manierach.
    – Dziękuję wam za uratowanie mi życia – powiedziałam. Nie udało mi się brzmieć ciepło, ale miałam nadzieję, że wiedzą, jak bardzo jestem im wdzięczna.
    – To była czysta przyjemność – odpowiedział Chow, a w głosie zabrzmiała pożądliwa nuta. Dawało się wyczuć obcy akcent, ale nie znam się na różnych azjatyckich językach, więc nie umiałam stwierdzić, skąd mógł pochodzić. Byłam jednak pewna, że „Chow” nie było jego prawdziwym imieniem, ale inne wampiry się tak do niego zwracały. – Byłoby idealnie, gdyby nie ta trucizna.
    Poczułam, że stojący za mną Bill zaczął się denerwować. Położył dłonie na moich ramionach, a ja spróbowałam spleść swoje palce z jego palcami.
    – Warto było przyjąć tę truciznę – dodał Eric. Przyłożył palce do ust i je pocałował, jakby wspominając bukiet smakowy mojej krwi. Upiorne.
    – Do usług, Sookie – zaśmiała się Pam.
    Och, fantastycznie.
    – Dziękuję i tobie, Bill – powiedziałam, odwracając głowę w jego stronę.
    – To był mój przywilej – odpowiedział, z trudem kontrolując złość.
    – Kłóciliście się, zanim Sookie została zaatakowana przez menadę? – zapytał Eric. – Wydawało mi się, że Sookie o tym wspominała.
    – To nasza sprawa – warknęłam, a trójka wampirów uśmiechnęła się do siebie. Nie podobało mi się to ani trochę. – Przy okazji, po co nas tu w ogóle wezwałeś? – zapytałam, mając nadzieję, że zmienię temat.
    – Pamiętasz, co mi obiecałaś, Sookie? Że będziesz używać swojego daru, żeby mi pomóc, o ile pozwolę ludziom zamieszanym w moje sprawy żyć?
    – Oczywiście, że pamiętam.
    Nie jestem typem człowieka, który zapomina o złożonych obietnicach. Zwłaszcza o tych złożonych wampirom.
    – Odkąd Bill został śledczym Obszaru Piątego, nie mamy już specjalnie dużo niewyjaśnionych spraw. Co innego Obszar Szósty w Texasie, tam byś się przydała. Więc postanowiliśmy, że zostaniesz tam wysłana.
    Zorientowałam się, że zostałam wypożyczona – jak jakaś bransoletka. Albo koparka. Zastanawiałam się, co wampiry z Dallas musiały dać jako zaliczkę rekompensaty na wypadek, gdyby coś mi się stało.
    – Nie pojadę bez Billa.
    Spojrzałam Ericowi prosto w oczy. Palce Billa zacisnęły się na moich na znak, że powiedziałam właściwą rzecz.
    – Będzie tam. Stawaliśmy twarde warunki – wyjaśnił Eric, szeroko się uśmiechając. Efekt był przerażający, bo choć z czegoś się cieszył, jego kły były wysunięte. – Obawialiśmy się, że mogliby chcieć cię zatrzymać lub zabić, więc od samego początku negocjacji żądaliśmy eskorty. A kto byłby lepszy od Billa? Gdyby jednak stało się coś, co uniemożliwi Billowi czuwanie nad tobą, od razu wyślemy kogoś innego. Do tego wampiry z Dallas zgodziły się zapewnić ci samochód z kierowcą, kwatery i posiłki… I oczywiście niezłą zapłatę. Bill też coś z tego będzie miał.
    Kiedy miałabym pracować?
    – Musisz ustalić sprawy finansowe z Billem – dodał gładko Eric. – Jestem pewien, że zrekompensuje ci przynajmniej czas, kiedy nie będziesz mogła pracować w barze.
    Czy Ann Landers [6] wydała kiedykolwiek książką „Kiedy twój narzeczony staje się twoim managerem”?
    – Czemu menada? – zapytałam, zaskakując ich wszystkich. Miałam tylko nadzieję, że dobrze wymówiłam to słowo. – Najady są wodne, driady mieszkają w lasach, prawda? Więc czemu w tym lesie była menada? Czy menady nie były po prostu kobietami, które oszalały przez Bachusa?
    – Sookie, wiesz zaskakująco dużo – stwierdził Eric po pauzie.
    Nie dodałam, że dowiedziałam się tego czytając kryminał. Lepiej, żeby myślał, że czytałam grecką literaturę w oryginale. To niewinne kłamstewko.
    – Bachus zbliżył się do niektórych kobiet tak bardzo, że stały się nieśmiertelne lub niezwykle bliskie nieśmiertelności – wyjaśnił Chow. – Bachus był bogiem wina, więc, rzecz jasna, bary są bardzo interesujące dla menad. Właściwie, do tego stopnia interesujące, że nie chcą, by inne stworzenia ciemności miały z nimi coś wspólnego. Menady lubią agresję, jaką wywołuje spożycie alkoholu; tym się karmią teraz, kiedy już nikt nie wierzy w ich boga. I przyciąga je duma.
    Zabrzmiało to wiarygodnie. W końcu i ja, i Bill unieśliśmy się dziś dumą.
    – Słyszeliśmy tylko pogłoski o tym, że jakaś pojawiła się w okolicy – dodał Eric. – Przynajmniej dopóki Bill cię tu dziś nie przyniósł.
    – Ale o co jej chodzi? Czego od ciebie chce?
    – Ofiary – wyjaśniła Pam. – Tak sądzimy.
    – Jakiego rodzaju?
    Pam wzruszyła ramionami. Wyglądało na to, że to jedyna odpowiedź, jaką mogę uzyskać.
    – Albo? – zapytałam. I znów spojrzenia. Westchnęłam głęboko. – Co zrobi, jeśli nie złożycie jej ofiary?
    – Ześle swoje szaleństwo.
    Głos Billa świadczył o tym, że wampir był zmartwiony.
    – Zaatakuje bary? Merlotte’s?
    To nic, że było wiele barów w tej okolicy.
    Wampiry spojrzały po sobie.
    – Albo kogoś z nas – powiedział Chow. – To się już zdarzało. Halloweenowa masakra w 1876 w Petersburgu.
    Wszyscy pokiwali głowami.
    – Byłem tam – dodał Eric. – Potrzeba było dwudziestu wampirów, żeby posprzątać. I musieliśmy przebić Gregory’ego kołkiem, stawiał taki opór, że potrzebna była do tego cała dwudziestka. Menada, Phryne, dostała po tym swoją ofiarę, możesz być tego pewna.
    Przebicie kołkiem innego wampira znaczyło, że sprawy były naprawdę poważne. Eric kiedyś pozbył się w ten sposób innego wampira, który go okradał i Bill powiedział, że musiał zapłacić ogromne odszkodowanie. Nie powiedział tylko komu, a ja wolałam nie pytać. Było sporo rzeczy, o których wolałam nie wiedzieć.
    – Wiec złożycie jej ofiarę?
    Przez chwilę się zastanawiali.
    – Tak – odpowiedział w końcu Eric. – Będzie lepiej, jeśli tak zrobimy.
    – Pewnie menady ciężko zabić? – dodał Bill.
    – Tak, o tak – przytaknął Eric.

*

    W trakcie jazdy z powrotem do Bon Temps i ja, i Bill milczeliśmy. Miałam dużo pytań, ale byłam zbyt zmęczona, by je zadać.
    – Sam powinien o tym wiedzieć – powiedziałam, kiedy zatrzymaliśmy się przed moim domem.
    Bill okrążył samochód, żeby otworzyć mi drzwi.
    – Czemu, Sookie?
    Podał mi rękę i wyciągnął mnie z auta. Wiedział, że sama ledwo trzymam się na nogach.
    – Ponieważ… – A potem zamilkłam.
    Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że Bill wie, że Sam jest zmiennokształtny, ale nie chciałam mu o tym przypominać. W końcu Sam prowadził bar, a menada zaatakowała nas, gdy byliśmy bliżej Bon Temps niż Shreveport.
    – Prowadzi bar, ale powinien być bezpieczny – powiedział spokojnie Bill. – Poza tym, menada powiedziała, że przesyła wiadomość Ericowi.
    To była prawda.
    – Jeśli o mnie chodzi, sądzę, że za dużo myślisz o Samie – dodał Bill, a ja spojrzałam na niego zdumiona.
    – Jesteś zazdrosny?
    Bill był niespokojny, kiedy inne wampiry mnie komplementowały, ale uznałam, że bierze to za zagrożenie terytorium. Nie wiedziałam, jak powinnam się czuć w tej sytuacji. Do tej pory nikt nigdy nie był o mnie zazdrosny.
    Bill nie odpowiedział od razu.
    – Hmmm – mruknęłam z namysłem. – No cóż.
    Uśmiechałam się do siebie, gdy Bill wniósł mnie po schodach do mojego domu, a potem do pokoju; pokoju, w którym przez tyle lat mieszkała moja babcia. Teraz ściany były bladożółte, stolarka biała, tak samo jak zasłonki z wzorem w kwiatki.
    Na moment poszłam do łazienki, żeby umyć zęby i zadbać o inne potrzeby, po czym wyszłam, nadal w koszuli Erica.
    – Zdejmij ją – powiedział Bill.
    – Bill, normalnie byłabym bardzo chętna i w ogóle, ale dziś…
    – Po prostu nie mogę znieść twojego widoku w jego koszuli.
    Cóż, cóż, cóż. Powinnam się do tego przyzwyczaić. Chociaż z drugiej strony, mogłoby to być denerwujące, gdyby zaczął przesadzać.
    – Och, w porządku – westchnęłam głośno. – W takim razie ją zdejmę.
    Powoli zaczęłam rozpinać koszulę, wiedząc, że oczy Billa uważnie śledzą każdy ruch moich dłoni. W końcu ją zdjęłam i zostałam w samych majtkach Pam.
    – Och.
    Billowi zaparło dech w piersiach, co było dla mnie wystarczającą nagrodą. Co tam menady, sam widok twarzy Billa spowodował, że poczułam się jak bogini.
    Może jak będę mieć wolne, to wybiorę się do Foxy Femme Lingerie w Ruston. A może nowo nabyty sklep Billa oferował bieliznę?

*

    Wyjaśnienie Samowi, że muszę jechać do Dallas, nie było łatwe. Sam był dla mnie bardzo dobry, kiedy straciłam babcię, i miałam go za dobrego przyjaciela, świetnego szefa i (tak samo dawniej, jak i teraz) obiekt fantazji erotycznych. Powiedziałam mu, że wybieram się na małe wakacje, a on doskonale wiedział, że nigdy wcześniej nie prosiłam o urlop z takiego powodu. Niestety, miałam wrażenie, że zorientował się, o co chodziło. I to mu się nie spodobało. Jego bystre, niebieskie oczy patrzyły uważnie, a twarz skamieniała; nawet jego rudawe włosy zdawały się skwierczeć. I choć ze wszystkich sił starał się to ukryć, najwyraźniej sądził, że Bill nie powinien pozwalać mi jechać.
    Ale Sam nie znał moich układów z wampirami, a tylko Bill, ze wszystkich znanych mi wampirów, wiedział, że Sam jest zmiennokształtny. I starałam się Billowi o tym nie przypominać. Nie chciałam, żeby Bill myślał o Samie więcej niż do tej pory – w końcu mógł zdecydować, że Sam jest wrogiem, a tego nie chciałam. Nikt nie powinien być uznany za wroga Billa.
    Jestem dobra w utrzymywaniu sekretów i powstrzymywaniu się okazywania od emocji za pomocą mimiki – po latach niechcianego czytania w ludzkich myślach musiałam się tego nauczyć. Muszę jednak przyznać, że przekonanie obu panów do siebie wymagało dużo energii.
    Pochyliłam się nad biurkiem i Sam automatycznie zrobił to samo.
    – Sam, przy drodze do Shreveport grasuje menada – szepnęłam, kładąc dłoń na jego dłoni.
    Twarz Sama przez chwilę nie wyrażała żadnych emocji. Potem wybuchnął śmiechem i nie mógł się opanować przez dobre trzy minuty, co mnie irytowało.
    – Przepraszam – powtarzał co i raz, po czym znów wybuchał śmiechem.
    To szalenie denerwujące, mieć świadomość, że było się przyczyną takiej wesołości. Wstał, nadal próbując się opanować. Ja też wstałam, wciąż niezadowolona. Złapał mnie za ramiona.
    – Przepraszam, Sookie – powtórzył. – Nigdy żadnej nie widziałam, ale słyszałem, że są niemiłe. Czemu ta cię niepokoi? Menada w sensie.
    – Bo nie jest w najlepszym nastroju, o czym byś się przekonał, gdybyś zobaczył blizny na moich plecach – wypaliłam, a jego twarz się zmieniła.
    – Skrzywdziła cię? Jak to się stało?
    Opowiedziałam wszystko, starając się pomijać te bardziej dramatyczne momenty i większość procesu leczenia, jaki zafundowała mi doktor Ludwig. Sam nadal chciał zobaczyć blizny, więc odwróciłam się, a on podciągnął nieco moją koszulkę, nie wyżej, niż do zapięcia stanika. Nic nie powiedział, ale poczułam jego dotyk na plecach i po chwili zorientowałam się, że pocałował moją skórę. Zadrżałam, a on opuścił koszulkę. Odwróciłam się w jego stronę.
    – Przykro mi – powiedział współczująco. Już się nie śmiał, nie był nawet bliski wybuchnięcia śmiechem. Znajdował się za to blisko mnie, niemalże mogłam czuć ciepło, które biło od jego skóry, i otaczającą go elektryczność.
    Wzięłam głęboki wdech.
    – Boję się, że może się zainteresować barem – wyjaśniłam. – Czego menady chcą w ofierze?
    – Matka mówiła mojemu ojcu, że menady kochają dumnych mężczyzn – powiedział. Przez moment myślałam, że się ze mną nadal drażni, ale kiedy spojrzałam w jego twarz, przekonałam się, że tak nie jest. – Menady nie są zainteresowane niczym poza odebraniem im tej dumy. Dosłownie.
    – Fuj – stwierdziłam. – Coś innego je satysfakcjonuje?
    – Duże zwierzęta. Niedźwiedzie, tygrysy i tak dalej.
    – Ciężko znaleźć tygrysa w Luizjanie. Niedźwiedzia może by się jeszcze udało, ale jak go dostarczyć na terytorium menady? – Przez chwilę nad tym myślałam, ale nie doszłam do żadnych wniosków. – Zgaduję, że chciałaby to stworzenie żywe?
    Sam, który zdawał się mnie obserwować, zamiast zastanawiać się nad rozwiązaniem problemu, skinął głową, po czym przysunął się bliżej i mnie pocałował.
    Mogłam się tego spodziewać.
    Był taki ciepły w porównaniu do Billa, którego ciało nigdy nie stawało się ciepłe. Może letnie. Usta Sama były gorące, jego język też. To był głęboki pocałunek, niespodziewany, pełen ekscytacji, jaką przynosi prezent, o którym się nie wiedziało, że się go pragnie. Objął mnie, a ja jego i dawaliśmy z siebie wszystko, aż dotarło do mnie, co robimy.
    Odsunęłam się lekko, a on powoli podniósł głowę.
    – Muszę wyjechać z miasta na trochę – powiedziałam.
    – Wybacz, Sookie, ale czekałem kilka lat, żeby to zrobić.
    Mogłam to rozumieć na wiele sposobów, ale zebrałam się w sobie i wróciłam do głównego tematu:
    – Sam, wiesz, że ja…
    – Jesteś zakochana w Billu – dokończył za mnie.
    Nie byłam całkowicie pewna, czy jestem w nim zakochana, ale tak, kochałam go i oddałam mu siebie. Więc żeby uprościć sprawę, pokiwałam głową.
    Nie mogłam jasno odczytać myśli Sama, bo był stworzeniem mitycznym. Jednak byłabym telepatycznym zerem, gdybym nie czuła fal frustracji i tęsknoty, które emitował.
    – Chcę powiedzieć, że – zaczęłam jakąś minutę później; przez ten czas oddaliliśmy się od siebie – menada interesuje się barami, a to jest bar prowadzony przez kogoś, kto nie jest zwykłym człowiekiem, tak samo jak bar Erica w Shreveport. Więc lepiej uważaj.
    Sam zdawał się uradowany, że go ostrzegłam, jakby dawało mu to nadzieję.
    – Dzięki, że mi to mówisz, Sookie. Następnym razem, gdy się przemienię, będę ostrożniejszy w lesie.
    Nie chciałam nawet myśleć o Samie spotykającym menadę podczas swojej przemiany. Gdy sobie to wyobraziłam, musiałam usiąść.
    – O nie – powiedziałam dobitnie. – Nie zmieniaj się w ogóle.
    – Za cztery dni jest pełnia – odpowiedział, zerkając na kalendarz. – Będę musiał. Już poprosiłem Terry’ego, żeby pracował w tę noc.
    – Co mu powiedziałeś?
    – Że mam randkę. Nie sprawdza w kalendarzu, że za każdym razem, kiedy proszę go, żeby mnie zastąpił, jest pełnia.
    – To zawsze coś… Czy policja wie już coś o śmierci Lafayette’a?
    – Nie. – Potrząsnął głową. – Ale zatrudniłem znajomego Lafayette’a, Khana.
    – A potrafi gotować?
    – Wyrzucono go ze Shrimp Boat.
    – Za co?
    – Z tego co wiem, za artystyczny temperament – odpowiedział sucho.
    – Tu nie będzie go potrzebował za wiele – dodałam, kładąc rękę na klamce.
    Byłam zadowolona, że odbyliśmy tę rozmowę, nawet jeśli miała miejsce ta niespodziewana sytuacja. Do tej pory nic takiego nam się nie zdarzyło, zwłaszcza w pracy. Co prawda Sam raz mnie pocałował, ale to było po tym, jak byliśmy na randce, kilka miesięcy temu. Sam był moim szefem, a romans z szefem jest złym pomysłem. Romans z szefem, kiedy ma się wampira za faceta, jest kolejnym złym pomysłem, wręcz tragicznym. Sam musi sobie znaleźć kobietę. Szybko.
    Zwykle uśmiecham się, kiedy jestem zdenerwowana. Zaczęłam się szczerzyć i powiedziałam:
    – Wracam do pracy.
    Wyszłam i zamknęłam za sobą drzwi. W moich myślach panował chaos, usiłowałam odepchnąć od siebie wszystko, co wydarzyło się w gabinecie Sama i przygotowałam kilka drinków dla klientów.
    W tłumie na sali nie było nikogo niezwykłego. Przyjaciel Jasona, Hoyt Fortenberry, pił coś z kumplem. Kevin Prior, którego częściej widywałam w mundurze, siedział z Hoytem, ale nie bawił się tak dobrze. Wyglądało na to, że wolałby być na patrolu ze swoją partnerką, Kenyą.
    Jason przyszedł ze swoją stałą ozdobą ramienia – Liz Barrett. Liz zawsze sprawiała wrażenie zadowolonej ze spotkania ze mną, ale nigdy nie próbowała mi się podlizywać, za co ją na swój sposób lubiłam. Babcia byłaby zadowolona, że Jason umawia się z Liz tak regularnie – do tej pory zmieniał dziewczyny jak rękawiczki, ale ostatnio to się zmieniło. Ostatecznie, w Bon Temps i okolicach jest dość ograniczona liczba kobiet i zdaje się, że Jason był związany z większością z nich. Teraz musiał się ustatkować.
    Poza tym, wydawało się, że Liz nie przeszkadza drobny zatarg Jasona z prawem.
    – Jasne – odparłam z uśmiechem.
    Dałam się ponieść optymizmowi i słuchałam przez moment myśli Liz; miała nadzieję, że Jason niedługo poprosi ją o rękę. Im szybciej tym lepiej, bo była prawie pewna, że jest w ciąży.
    Dobrze, że miałam doświadczenie w ukrywaniu własnych myśli. Przyniosłam im po drinku, ostrożnie unikając innych zabłąkanych myśli, które mogłabym usłyszeć i skupiłam się na tym, co mam zrobić. To jeden z najgorszych aspektów bycie telepatką: ludzie myślą o rzeczach, o których nie mówią, i są to rzecz, których inni (jak ja) nie chcą słyszeć. Albo nie powinni chcieć słyszeć. Poznałam już za dużo sekretów i naprawdę, żaden z nich nie podziałał na moją korzyść.
    Jeśli Liz była w ciąży, ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała, był alkohol – niezależnie od tego, kto jest ojcem dziecka.
    Obserwowałam ją uważnie, gdy upiła niewielki łyk ze swojej szklanki. Trzymała ją w dłoni tak, jakby chciała ukryć jej zawartość przed resztą baru. Rozmawiała z Jasonem przez chwilę, a potem Hoyt go zawołał i Jason zeskoczył ze stołka barowego, by pogadać z kumplem ze szkolnej ławy. Liz wpatrywała się w swojego drinka, jakby chciała opróżnić szklankę jednym haustem. Podałam jej taką samą szklankę, wypełnioną 7UP, i zabrałam drinka.
    Liz, zdumiona, spojrzała na mnie wielkimi, brązowymi oczami.
    – Nie pijesz – powiedziałam cicho.
    Liz zbladła.
    – Jesteś rozsądna – powiedziałam. Chciałam jej wyjaśnić, dlaczego zareagowałam, ale byłoby to niezgodne z moim podejściem do spraw, o których się dowiedziałam za pomocą telepatii. – Jesteś rozsądna, możesz to zrobić dobrze.
    Jason odwrócił się, a ja zostałam zawołana do jednego z moich stolików. Kiedy wychodziłam zza baru, zauważyłam Portię Bellefleur stojącą w drzwiach. Rozglądała się po ciemnym wnętrzu, jakby kogoś szukała. Ku mojemu zaskoczeniu, najwyraźniej ja byłam tą osobą.
    – Sookie, masz chwilę? – zapytała.
    Mogłam zliczyć na palcach jednej ręki liczbę prywatnych rozmów, jakie odbyłam z Portią. Nie miałam pojęcia, o co mogło jej chodzić.
    – Usiądź tu – powiedziałam, wskazując pusty stolik po mojej części sali. – Zaraz do ciebie przyjdę.
    – Och, jasne. I chyba lepiej, jeśli zamówię szklankę wina Merlot.
    – Zaraz przyniosę.
    Ostrożnie napełniłam kieliszek i umieściłam go na tacy. Po tym, jak upewniłam się, że wszyscy wyglądają na zadowolonych, podeszłam z tacą do stolika Portii i usiadłam na wprost niej. Siedziałam na brzegu krzesła tak, żeby każdy, kto chciałby zamówić kolejnego drinka, widział, że za moment wstanę.
    – Co mogę dla ciebie zrobić? – Poprawiłam włosy związane w koński ogon i uśmiechnęłam się do Portii.
    Wydawała się skupiona na swoim kieliszku wina. Obróciła go w palcach, upiła mały łyk, po czym ustawiła dokładnie na środku podstawki.
    – Mam do ciebie prośbę – powiedziała.
    Bez jaj, Sherlocku. Skoro nigdy nie rozmawiałam z Portią dłużej, niż zajmowała wymiana dwóch zdań, było oczywiste, że czegoś ode mnie chce.
    – Niech zgadnę. Przysłał cię tutaj twój brat, żebyś mnie poprosiła, bym słuchała myśli klientów i dowiedziała się czegoś na temat tej orgii, na której był Lafayette.
    Jakbym się tego nie spodziewała…
    Portia wyglądała na zawstydzoną, ale i zdeterminowaną.
    – Nie prosiłby cię o to, gdyby nie był w poważnych kłopotach, Sookie.
    – Nie poprosiłby mnie o to, bo mnie nie lubi. Chociaż zawsze byłam dla niego miła! Ale teraz to w porządku, prosić mnie o pomoc, bo jest w tarapatach.
    Blada cera Portii pokryła się szkarłatnym rumieńcem. Wiedziałam, że to, co powiedziałam, nie było miłe, zwłaszcza, że chodziło o problemy jej brata, a nie jej własne, ale ostatecznie sama zgodziła się przekazać mi wiadomość. Wiadomo, co dzieje się z posłańcami, którzy przynoszą złe wiadomością. To mi przypomniało o tym, jak sama byłam posłańcem i zastanowiłam się, czy nie powinnam czuć się szczęśliwa.
    – Nie popierałam tego – wymamrotała. Proszenie o pomoc kelnerki było poniżej jej godności. Proszenie o pomoc kogoś o nazwisku Stackhouse tym bardziej.
    Nikomu nie podobało się, że mam „dar”. Nikt nie chciał, żebym go na nim wykorzystywała. Ale każdy chciał, żebym pomogła mu dowiedzieć się o czymś, niezależnie od tego, co myślałam o przysłuchiwaniu się (zwykle nieprzyjemnym i niezwiązanym z tematem) myślom klientów baru.
    – Prawdopodobnie już zapomniałaś, że nie tak dawno Andy aresztował mojego brata pod zarzutem popełnienia morderstwa?
    Oczywiście musiał go potem wypuścić z aresztu, bo Jason był niewinny, ale i tak…
    Gdyby Portia zarumieniła się jeszcze bardziej, najpewniej stanęłaby w płomieniach.
    – W takim razie nieważne – powiedziała, starając się zebrać resztki dumy. – I tak nie potrzebujemy pomocy od takiego dziwadła jak ty.
    Też się zarumieniłam. Portia zawsze była uprzejma, jeśli nie sympatyczna.
    – Posłuchaj mnie, Portio Bellefleur. Mogę obiecać, że spróbuję się tego dowiedzieć. Nie dla twojego brata, ale dlatego, że lubiłam Lafayette’a. Był moim przyjacielem i zawsze był dla mnie milszy niż ty czy Andy.
    – Nie lubię cię.
    – Nie obchodzi mnie to.
    – Kochanie, czy jest jakiś problem? – usłyszałam chłodny głos za plecami.
    Bill. Próbowałam wyczuć go umysłem, ale zamiast tego za mną znajdowała się relaksująca pustka. Inne umysły brzęczały jak pszczoły w ulu, ale ten Billa był jak przestrzeń wypełniona powietrzem. To było cudowne.
    Portia wstała tak nagle, że jej krzesło prawie się przewróciło. Była przerażona obecnością Billa, jakby był jadowitym wężem czy czymś takim.
    – Portia właśnie prosiła mnie o przysługę – powiedziałam powoli, po raz pierwszy świadoma, że nasze trio przyciąga uwagę tłumu.
    – W ramach rewanżu za wiele uprzejmych rzeczy, które Bellefleurowie zrobili dla ciebie? – zapytał Bill.
    Portia się skrzywiła, po czym odwróciła się na pięcie, żeby wyjść z baru. Bill obserwował jej wyjście z dziwną satysfakcją.
    – Teraz muszę odkryć, o co jej chodziło – powiedziałam, odwracając się do niego tyłem.
    Jego ręce mnie objęły i przyciągnęły bliżej. To trochę jak być tulonym przez drzewo.
    – Wampiry z Dallas potwierdziły, że wszystko jest już ustalone – powiedział. – Możesz wyjechać jutro wieczorem?
    – Co z tobą?
    – Mogę podróżować w mojej trumnie, jeśli mogłabyś się upewnić, że zostanę wyładowany na lotnisku. Potem będziemy mieli całą noc na to, by dowiedzieć się, z czym wampiry w Dallas mają problem.
    – Czyli będę musiała zabrać cię na lotnisko w karawanie?
    – Nie, najdroższa. Po prostu dojedź tam sama. Jest firma przewozowa, zajmująca się tego typu sprawami.
    – Transportowaniem wampirów za dnia?
    – Tak, mają licencję.
    Musiałam się nad tym przez chwilę zastanowić.
    – Przynieść ci butelkę? Sam jakieś podgrzewa.
    – Tak, chętnie. 0 Rh+, jeśli możesz.
    Moja grupa krwi. Jak słodko. Uśmiechnęłam się do Billa, nie tym zwykłym, wymuszonym uśmiechem, ale takim szczerym, prosto z serca. Byłam szczęściarą, że go miałam, nieważne, ile problemów mogliśmy mieć jako para. Nie byłam w stanie uwierzyć, że pocałowałam kogoś innego i wyparłam tę myśl ze swojego umysłu tak szybko, jak szybko się tam pojawiła.
    Bill uśmiechnął się do mnie, co nie wyglądało może zbyt bezpiecznie, bo z radości, że mnie widzi, wystawił kły.
    – Jak szybko możesz wyjść? – zapytał, przysuwając się bliżej.
    Zerknęłam na zegarek.
    – Pół godziny – obiecałam.
    – Będę na ciebie czekał.
    Kevin przysiadł się, żeby z nim porozmawiać. Byłam na tyle blisko nich, żeby usłyszeć fragmenty rozmowy; mówili o rodzajach przestępstw, jakie pojawiały się w miasteczku, o cenach gazu i o tym, kto wygra kolejne wybory na szeryfa. To było takie… normalne! Poczułam się dumna. Kiedy Bill zaczął przychodzić do Merlotte’s, atmosfera ulegała pogorszeniu. Teraz ludzie przywykli do niego, rozmawiali z nim lub tylko kiwali głowami, ale nie robili z tego jakiejś wielkiej sprawy. Poza tym wampiry miały wystarczająco dużo prawnych trudności, nie wspominając już o tych społecznych.
    Kiedy Bill odwoził mnie do domu, wydawał się podekscytowany. Nie mogłam pojąć dlaczego, aż skojarzyłam to z wyjazdem do Dallas.
    – Nie możesz się doczekać? – zapytałam, ciekawa i nieco zaniepokojona tą żądzą podróży.
    – Nie podróżowałem od lat. Mieszkanie w Bon Temps przez ostatnie miesiące było cudowne – powiedział, klepiąc mnie po dłoni – ale oczywiście chciałbym odwiedzić innych przedstawicieli mojego gatunku, a wampiry w Shreveport mają nade mną za dużą władzę. Nie mogę się odprężyć, kiedy jestem z nimi.
    – Czy wampiry były tak zorganizowane zanim się ujawniły?
    Zwykle starałam się nie zadawać pytań dotyczących społeczności wampirów, bo nigdy nie byłam pewna, jak Bill zareaguje, ale naprawdę mnie to ciekawiło.
    – Nie w taki sam sposób – odpowiedział wymijająco.
    Wiedziałam, że nie udzieli mi lepszej odpowiedzi, ale i tak westchnęłam. Pan Tajemniczy. Wampiry nadal trzymały się wyraźnie zarysowanych granic. Żaden lekarz nie mógł ich badać, żaden wampir nie mógł być powołany do wojska. W zamian za te przywileje, Amerykanie zmusili wampiry, które były lekarzami lub pielęgniarkami – a trochę takich było – by odwiesiły stetoskopy, bo ludzie obawiali się żądnego krwi personelu medycznego.
    Mimo to w opinii wielu ludzi wampiryzm był alergią na kombinację wielu składników, między innymi czosnku i światła słonecznego.
    Chociaż byłam człowiekiem – choć raczej niezwykłym – zdawałam sobie sprawę z tego, że tak nie jest. Byłabym o wiele szczęśliwsza, gdybym wiedziała, że Bill jest po prostu chory na coś znanego. Teraz byłam świadoma istnienia stworzeń, które żyły na granicy realności i legend i miały brzydki nawyk udowadniania, że jednak są realne. Na przykład ta menada. Kto by uwierzył, że postać ze starożytnej, greckiej legendy będzie biegała po lasach północnej Luizjany?
    Może naprawdę istniały ogrodowe wróżki z piosenki, którą moja babcia śpiewała zwykle podczas rozwieszania prania.
    – Sookie? – Głos Billa był łagodny, ale zarazem stanowczy.
    – Co?
    – Głęboko się nad czymś zamyśliłaś.
    – Tak, myślałam trochę o przyszłości – odpowiedziałam. – I o podróży. Musisz mi wszystko wyjaśnić, powiedzieć, jak mam się zachowywać na lotnisku. I jakie ubrania powinnam spakować?
    Bill zaczął to rozważać, kiedy już wjeżdżaliśmy na podjazd przed moim domem, i wiedziałam, że potraktuje mnie poważnie. To była jedna z jego wielu zalet.
    – Zanim się zaczniesz pakować – zaczął, a jego ciemne oczy wyglądały poważnie pod zmarszczonymi łukami brwi – jest jeszcze coś, co chcę omówić.
    – Co? – Usłyszałam jego słowa, kiedy stałam na środku sypialni, wpatrując się w szafę.
    – Techniki relaksacyjne.
    Odwróciłam się w jego stronę, opierając dłonie na biodrach.
    – O czym to mówisz?
    – O tym.
    Podniósł mnie stanowczo, jakby był Rhettem Butlerem, i, choć miałam na sobie spodnie zamiast długiej, czerwonej – sukni? peniuaru? – sprawił, że poczułam się, jakbym była równie piękna, jak niezapomniana Scarlett O’Hara. Nie musiał też pokonywać schodów; łóżko było tuż obok.
    W czasie większości wieczorów Bill się nie spieszył – i to do tego stopnia, że czasem mało brakowało, abym zaczęła krzyczeć, zanim przejdzie do rzeczy. Jednak dziś, z powodu podekscytowania podróżą, wszystko działo się szybciej. Wspólnie dotarliśmy do końca i leżeliśmy obok siebie, drżąc jeszcze po udanym stosunku.
    Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego wampiry z Dallas nas potrzebują. Byłam w Dallas tylko raz, na szkolnej wycieczce do Six Flags [12], i nie był to dla mnie najlepszy czas. Niezdarnie starałam się chronić przed myślami, które ciągle napływały z innych mózgów, i byłam nieprzygotowana na niespodziewane dobranie się w parę mojej najlepszej przyjaciółki, Marianne, z kolegą z klasy, Dennisem Engelbrightem. I nigdy nie byłam tak daleko od domu.
    Teraz będzie inaczej, powiedziałam sobie z przekonaniem. Jadę tam wezwana przez wampiry; to będzie efektowne, prawda? Byłam potrzebna z powodu swoich zdolności. Powinnam skupić się na używaniu słowa „dar”, a nie „inwalidztwo”. Nauczyłam się kontrolować swoją telepatię, a przynajmniej wypracowałam większą precyzję i przewidywalność. Miałam swojego mężczyznę. Nikt mnie nie porzuci.
    Mimo to muszę przyznać, że zanim usnęłam, uroniłam kilka łez nad swoim nieszczęśliwym losem.

    Tłum. Puszczyk 1

Rozdział 4

    W Dallas było gorąco jak w piekle, szczególnie na płycie lotniska. Kilka ostatnich jesiennych dni na powrót zamieniło się w lato. Podmuchy rozpalonego powietrza przynosiły dźwięki i zapachy lotniska Dallas-Fort Worth – odgłosy pracy małych pojazdów i samolotów, woń ich paliwa, ładunków – to wszystko zdawało się koncentrować u stóp rampy załadunkowej samolotu, przy którym czekałam. Leciałam jako zwykła pasażerka, ale Bill potrzebował specjalnego transportu.
    Właśnie wachlowałam się połami marynarki, żeby się nie spocić, kiedy podszedł do mnie ksiądz katolicki. Początkowo, z powodu szacunku dla jego koloratki, nie miałam nic przeciwko temu, że się pojawił, chociaż nie miałam ochoty z nikim rozmawiać. Dopiero uporałam się z jednym całkowicie nowym doświadczeniem, a przede mną było jeszcze wiele znacznie trudniejszych.
    – Czy mogę pani jakoś pomóc? Nie da się przecież nie zauważyć, w jakiej jest pani sytuacji – odezwał się niski mężczyzna. Był ubrany w czarny strój duchownego, a jego głos przepełniało współczucie. Co więcej, odznaczał się pewnością siebie typową dla kogoś, kto był przyzwyczajony do zagadywania nieznajomych i spotykania się z pozytywną reakcją. Miał – jak przypuszczałam – raczej nietypową dla księży fryzurę: jego dość długie, brązowe włosy były splątane; miał też wąsy. Ale nie przyglądałam mu się zbyt uważnie.
    – Sytuacji? – spytałam. Jego słowa ledwie do mnie docierały. Właśnie dostrzegłam lśniącą, drewnianą trumnę na skraju luku bagażowego. Bill był takim tradycjonalistą, przecież metal byłby praktyczniejszy w podróży… Członkowie personelu w roboczych uniformach przetaczali ją właśnie na przód rampy, więc musieli jakoś podłożyć pod nią kółka. Obiecali Billowi, że dotrze ona na miejsce przeznaczenia bez zadrapania. Uzbrojony ochroniarz za mną pilnował, żeby żaden fanatyk nie wdarł się i nie zerwał wieka. To była jedna z usług specjalnych oferowanych przez Anubis Air. Zgodnie z instrukcjami Billa zaznaczyłam, że ma on opuścić samolot jako pierwszy.
    Jak dotąd, wszystko szło świetnie.
    Rzuciłam okiem na ciemne niebo. Oświetlenie terenu lotniska włączyło się kilka minut temu. Czarna głowa szakala na ogonie samolotu wyglądała dziko w tym zimnym świetle, tworzącym głębokie cienie. Jeszcze raz spojrzałam na zegarek.
    – Tak. Bardzo mi przykro.
    Zmierzyłam wzrokiem swojego niechcianego towarzysza. Czy wsiadał razem z nami do samolotu w Baton Rouge? Nie mogłam sobie przypomnieć jego twarzy, ale ostatecznie w czasie całego lotu byłam dość zdenerwowana.
    – Przykro? – powiedziałam. – Czemu? Ma pan jakiś problem?
    Wyglądał na mocno zdziwionego.
    – Cóż – powiedział, podążając wzrokiem za trumną, która właśnie była spuszczana z rampy z pomocą urządzenia ułatwiającego jej przetaczanie. – Twoja strata. Czy to był ktoś bliski?
    Przysunął się do mnie nieco bliżej.
    – Jasne – powiedziałam starając się zachować równowagę między zakłopotaniem a rozdrażnieniem. Co on tu robił? Chyba linie lotnicze nie płacą księżom za dotrzymywanie towarzystwa osobom podróżującym z trumnami? W szczególności tymi wyładowywanymi z Anubis Air. – Z jakiego innego powodu miałabym tutaj stać?
    Zaczęłam się martwić.
    Powoli, ostrożnie, opuściłam swoją umysłową barierę i zaczęłam sprawdzać stojącego obok mnie mężczyznę. Wiem, wiem, naruszenie jego prywatności. Ale byłam odpowiedzialna za bezpieczeństwo nie tylko swoje, ale i Billa.
    Ksiądz, który, jak się okazało, wysyłał dość silne sygnały telepatyczne, myślał o nadchodzącym zmroku równie intensywnie jak ja, ale jego napawało to dużo większym strachem. Miał nadzieję, że jego przyjaciele są tam, gdzie powinni być.
    Starając się nie okazywać swojego rosnącego rozdrażnienia, ponownie spojrzałam w górę. Przez mrok przebijały się ostatnie promienie światła, które pozostały na teksańskim niebie.
    – To był twój mąż?
    Zacisnął palce na moim ramieniu.
    Ten gość był przerażający, czy co? Spojrzałam na niego. Jego oczy były utkwione w bagażowych, świetnie widocznych w luku samolotu. Nosili czarno-srebrne kombinezony z logo Anubisa na lewej piersi. Po chwili obiekt jego obserwacji się zmienił – zaczął dla odmiany wpatrywać się w pracowników linii lotniczych na ziemi, którzy przygotowywali się do skierowania trumny na wyściełany, płaski wózek bagażowy. Ksiądz chciał… czego on właściwie chciał? Próbował uchwycić moment, w którym wszyscy mężczyźni odwrócą wzrok, zajmą się czymś. Nie chciał, żeby oni widzieli. Kiedy on… co?
    – Cóż, to mój chłopak – rzuciłam, tak tylko dla zachowania pozorów. Babcia uczyła mnie, żeby być uprzejmą, ale nie, żeby być głupią.
    Ukradkiem otworzyłam torbę, którą miałam na ramieniu, i wydobyłam gaz pieprzowy, który Bill dał mi na wszelki wypadek. Trzymałam małe, walcowate opakowanie na wysokości uda. Chciałam odsunąć się od fałszywego księdza i jego nieczystych intencji. Ręka zacisnęła się na moim ramieniu. Nagle wieko trumny się otwarło. Dwóch bagażowych zeskoczyło na ziemię i nisko się pokłoniło. Jeden (ten, który umieszczał trumnę na wózku) zawołał „Niech to szlag!” zanim także się skłonił (pewnie jakiś nowy). Okazywanie klientowi szacunku, nawet graniczącego z uniżeniem, także wchodziło w zakres usług linii lotniczych, ale uznałam się, że to już przegięcie.
    Ksiądz zawołał „Jezu!”, ale zamiast paść na kolana, rzucił się w moją prawą stronę, złapał mnie za rękę, w której trzymałam spray, i zaczął szarpać.
    Początkowo myślałam, że próbuje mnie uchronić przed niebezpieczeństwem, jakie stanowiła otwarta trumna, że chce mnie odciągnąć w bezpieczne miejsce. I domyślam się, że tak to właśnie wyglądało dla bagażowych, pochłoniętych odgrywaniem swoich ról. W rezultacie żaden z nich mi nie pomógł, nawet kiedy zaczęłam wrzeszczeć „Puść mnie!”, wykorzystując do tego całą pojemność płuc (a na wielkość klatki piersiowej nie narzekam). „Ksiądz” ciągle szarpał moje ramię i próbował biec, podczas gdy ja zapierałam się o ziemię, wbijając w nią swoje dwucalowe obcasy, ciągnęłam go w drugą stronę i uderzałam go na oślep wolną ręką
    Nigdy nie pozwalam nikomu zaciągnąć się gdzieś, gdzie nie chcę iść, w każdym razie nie bez walki.
    – Bill! – krzyknęlam, naprawdę przerażona. Ksiądz nie był zbyt dobrze zbudowanym mężczyzną, ale był wyższy i cięższy ode mnie, no i prawie tak samo zdeterminowany. Mimo że robiłam wszystko, aby nie ułatwiać mu sprawy, cal po calu przemieszczał mnie w stronę drzwi dla personelu, prowadzących do terminalu. Znikąd pojawił się gorący, suchy wiatr, i gdybym rozpyliła gaz, zdmuchnęłoby go w stronę mojej twarzy.
    Mężczyzna w trumnie usiadł powoli, rozejrzał się dookoła swoimi wielkimi, ciemnymi oczami. Przez sekundę widziałam, jak przesuwa ręką po swoich gładkich, brązowych włosach.
    Drzwi dla personelu się otwarły i mogłam stwierdzić, że ktoś jest w środku, zapewne wsparcie dla księdza.
    – Bill!
    Coś świsnęło w powietrzu tuż obok mnie. Nagle ksiądz mnie puścił i wystrzelił w stronę drzwi jak królik ścigany przez charta.
    Zachwiałam się i pewnie wyładowałabym na tyłku, gdyby Bill nie zwolnił, aby mnie złapać.
    – Hej, kochanie – powiedziałam z niewiarygodną ulgą. Obciągnęłam swoją nową, szarą marynarkę i poczułam zadowolenie, że przed lądowaniem nałożyłam trochę więcej szminki. Spojrzałam w tę stronę, gdzie zniknął ksiądz. – To było strasznie dziwne.
    Schowałam gaz pieprzowy z powrotem do torebki.
    – Sookie – odezwał się Bill. – Nic ci nie jest?
    Pochylił się, aby mnie pocałować, ignorując pełne zachwytu szepty bagażowych. Mimo że świat dwa lata temu dowiedział się, że wampiry istnieją nie tylko w legendach i horrorach, lecz naprawdę wiodą wielowiekowy żywot obok nas, wielu ludzi nigdy nie widziało prawdziwego wampira.
    Bill ignorował ich. Bill jest dobry w ignorowaniu rzeczy, których nie uważa za godne uwagi.
    – Tak, wszystko w porządku – odpowiedziałam, lekko oszołomiona. – Nie mam pojęcia, dlaczego on próbował mnie porwać.
    – Źle zrozumiał naszą wzajemną relację?
    – Nie sądzę. Myślę, że wiedział, że czekam na ciebie, i próbował mnie odciągnąć, zanim się obudzisz.
    – Będziemy musieli nad tym pomyśleć – powiedział Bill, mistrz niedomówień. – A pomijając ten dziwaczny wypadek, jak ci minęło popołudnie?
    – Lot był w porządku – powiedziałam, starając się nie wydymać dolnej wargi.
    – Zdarzyło się jeszcze coś nietypowego? – głos Billa brzmiał odrobinę sucho. Zdawał sobie sprawę z tego, że czuję się wykorzystywana.
    – Nie wiem, co jest typowe dla wycieczek samolotem, nigdy wcześniej tego nie robiłam – powiedziałam cierpko. – Ale do momentu pojawienia się księdza wszystko szło gładko.
    Bill podniósł jedną brew w ten swój wyniosły sposób, więc uściśliłam:
    – Nie wydaje mi się, żeby to w ogóle był ksiądz. Po co podszedł do tego samolotu? Dlaczego zaczął ze mną rozmawiać? Tylko czekał, aż wszyscy pracujący przy samolocie odwrócą wzrok.
    – Porozmawiamy o tym w jakimś mniej publicznym miejscu – powiedział mój wampir, spoglądając na mężczyzn i kobiety gromadzących się dookoła samolotu w poszukiwaniu przyczyny zamieszania.
    Podszedł do pracowników Anubis i cichym głosem zganił ich za to, że nie przyszli mi z pomocą. Przynajmniej tak zakładam, bo zrobili się całkiem biali na twarzach i zaczęli bełkotać – to chyba wystarczy, aby odgadnąć temat tej konwersacji. Bill otoczył moją talię ramieniem i udaliśmy się do terminalu.
    – Proszę wysłać trumnę na adres podany na wieku – zawołał Bill, odwracając się. – Hotel Silent Shore.
    Silent Shore było jedynym hotelem w Dallas i okolicach, który wychodził naprzeciw potrzebom wampirów, jeśli chodzi o zakwaterowanie. To był jeden z tych wspaniałych, starych hoteli w śródmieściu, to znaczy tak głosiła broszura, bo osobiście nigdy nie byłam w centrum Dallas, ani nie widziałam żadnych wspaniałych, starych hoteli.
    Zatrzymaliśmy się na brudnej klatce schodowej, z której można było przejść do głównej hali dla pasażerów.
    – Teraz mi powiedz – zażądał.
    Spoglądałam na niego przez cały czas, gdy relacjonowałam ten dziwny incydent od początku do końca. Był bardzo blady. Wiedziałam, że musi być głodny. Jego brwi wyraźnie się odcinały od białości jego skóry, a oczy wydawały się ciemniejsze, niż były w rzeczywistości.
    Pomógł mi otworzyć drzwi i weszłam w sam środek gwaru i chaosu jednego z największych portów lotniczych na świecie.
    – Nie słuchałaś go? – Bill nie miał na myśli słuchania za pomocą uszu
    – W samolocie cały czas utrzymywałam barierę – odpowiedziałam – a kiedy zaczęłam się nim martwić i spróbowałam czytać w jego myślach, ty wstałeś z trumny, a on zwiał. Miałam zabawne uczucie, zanim uciekł…
    Zawahałam się, wiedząc, że to nieprawdopodobne.
    Bill po prostu czekał. Nie lubił rzucać słów na próżno. Pozwalał mi skończyć to, co zaczęłam mówić. Zatrzymaliśmy się na chwilę pod ścianą.
    – Poczułam, jakby on był tam, żeby mnie porwać – powiedziałam. – Wiem, że to brzmi idiotycznie. Kto miałby wiedzieć, kim jestem, tu, w Dallas? Ale takie właśnie odniosłam wrażenie.
    Bill wziął moje ciepłe ręce w swoje zimne.
    Spojrzałam mu w oczy. Nie jestem aż taka niska, a on nie jest aż taki wysoki, ale ciągle muszę patrzeć w górę, jeśli chcę na niego spojrzeć. I czuję się odrobinę dumna z tego, że mogę popatrzeć mu prosto w oczy i nie zostać zauroczona. Czasami chciałabym, żeby Bill dał mi inne wspomnienia – na przykład, nie miałabym nic przeciwko zapomnieniu o menadzie – ale niestety to niemożliwe.
    Bill rozważył to, co powiedziałam, zdecydował jednak wrócić do tego później.
    – Więc sam lot był nudny? – spytał.
    – Właściwie, to był całkiem ekscytujący – przyznałam. – Kiedy już się upewniłam, że ludzie z Anubis załadowali cię do samolotu, sama do niego wsiadłam, i stewardessa pokazała nam, co należy robić, gdybyśmy się rozbili. Siedziałam w rzędzie przy wyjściu awaryjnym. Powiedziała, że możemy się zamienić, jeżeli uważamy, że sobie z nim nie poradzimy. Ale myślę, że bym sobie poradziła, nie sądzisz? Przyniosła mi napój i magazyn. Rzadko ktoś mnie obsługuje, przecież jestem kelnerką z zawodu, więc to naprawdę miłe, kiedy role się odwracają.
    – Jestem pewien, że potrafisz sobie poradzić ze wszystkim Sookie. Przestraszyłaś się, kiedy samolot startował?
    – Nie. Tylko trochę się martwiłam o ten wieczór. Poza tym, było w porządku.
    – Przepraszam, że nie mogłem być z tobą – mruknął, a jego głos rozlał się wokół mnie, jakby był chłodnym płynem. Przycisnął mnie do swojej klatki piersiowej.
    – W porządku – powiedziałam z twarzą wciśniętą w jego koszulkę, i było to prawie zgodne z prawdą. – No wiesz, pierwszy lot, to trochę szarpie nerwy. Ale wszystko było dobrze. Dopóki nie wylądowaliśmy.
    Mogłam narzekać, mogłam jęczeć, ale naprawdę cieszyłam się, że Bill zbudził się na czas, żeby pokierować mnie przez lotnisko. Czułam się coraz bardziej jak uboga krewna ze wsi.
    Nie rozmawialiśmy już więcej o księdzu, ale wiedziałam, że Bill o nim nie zapomniał. Pomógł mi z pozbieraniem bagażu i znalezieniem transportu. Musiałabym robić to wszystko sama, gdyby nasza sprawa wymagała wylądowania za dnia.
    Pomimo tego, że lotnisko wydawało się niesamowicie zatłoczone, pełne ludzi, którzy wyglądali na zmęczonych i nieszczęśliwych, po wzmocnieniu barier wokół mojego umysłu (Bill musiał mi o tym przypomnieć), byłam w stanie podążać za znakami. Wystarczająco złe było pozwalanie, aby docierało do mnie uczucie zmęczenia i smutku tych wszystkich podróżnych, nawet bez wysłuchiwania ich konkretnych lamentów. Skierowałam bagażowego z naszymi rzeczami (które Bill z łatwością mógłby nieść jedną ręką) na postój taksówek i byliśmy w drodze do hotelu nie później niż w czterdzieści minut od przebudzenia się Billa. Ludzie z Anubis przysięgali na wszystkie świętości, że trumna będzie dostarczona w ciągu trzech godzin.
    Zobaczymy. Jeśli tego nie zrobią, dostaniemy darmowy lot.
    W ciągu siedmiu lat, które minęły od mojego ukończenia liceum, zapomniałam już, jak wygląda Dallas. Światła miasta były niesamowite, i to całe zamieszanie… Gapiłam się przez okno na wszystko, co mijaliśmy, a Bill uśmiechał z irytującą pobłażliwością.
    – Wyglądasz bardzo ładnie, Sookie. Twoje ubranie jest naprawdę świetne.
    – Dzięki – powiedziałam, czując ulgę i zadowolenie.
    Bill nalegał, abym wyglądała „profesjonalnie”, a gdy spytałam w jakim sensie profesjonalnie, rzucał mi jedno z tych spojrzeń. Założyłam więc szary kostium na białą bluzkę, do tego perłowe kolczyki, czarną torebkę i szpilki. Nawet zebrałam włosy w jakiś pokręcony kształt z tyłu głowy z pomocą jednego z tych hairigami, które kupiłam w TVmarkecie. Moja przyjaciółka Arlene mi pomogła. Moim zdaniem, wyglądałam profesjonalnie. No dobra, może i jak profesjonalna pracownica domu pogrzebowego, ale Billowi się podobało. No i zaopatrzyłam się w to wszystko w Tara’s Togs, jako że był to wydatek, który można wpisać w koszta. Więc nie mogłam narzekać na sprawy finansowe
    Czułabym się wygodniej w swoim stroju barmanki. Dajcie mi szorty i T-shirt zamiast tej spódnicy i pończoch! No i do uniformu mogłam nosić adidasy, a nie te cholerne szpilki.
    Westchnęłam.
    Taksówka zatrzymała się pod hotelem i kierowca wysiadł, żeby wynieść nasze bagaże. Było ich wystarczająco dużo na trzy dni. Gdyby wampiry w Dallas robiły to, co im powiem, mogłabym to szybko skończyć i wrócilibyśmy do Bon Temps jutro wieczorem, aby żyć w spokoju, niezaangażowani w wampirzą politykę – przynajmniej do momentu, kiedy Bill dostanie następne wezwanie. Ale lepiej było wziąć trochę dodatkowych ciuchów na zapas, niż na to liczyć.
    Wysiadłam z taksówki za Billem, który właśnie płacił kierowcy. Ubrany w uniform chłopiec z obsługi hotelowej ładował nasze bagaże na wózek. Zwrócił szczupłą twarz w stronę Billa i powiedział:
    – Witamy w hotelu Silent Shore, proszę pana! Nazywam się Barry i będę… – Nagle Bill zrobił krok naprzód, światło z holu padło na jego twarz. -…i będę waszym portierem – dokończył Barry słabym głosem.
    – Dziękuję – powiedziałam, dając chłopcu, który nie mógł mieć więcej niż osiemnaście lat, chwilę na opanowanie się.
    Lekko trzęsły mu się ręce. Nawiązałam z nim umysłowe połączenie, żeby znaleźć przyczynę tego zdenerwowania. Ku mojemu przyjemnemu zaskoczeniu zorientowałam się (po krótkiej rewizji głowy Barry’ego), że jest telepatą, tak samo jak ja! Ale był na tym poziomie organizacji i rozwoju, na którym ja byłam w wieku może dwunastu lat.
    Nieźle się w tym pogubił. Nie umiał się kontrolować, a jego bariery, to była jakaś rzeźnia. Chciał temu wszystkiemu zaprzeczyć. Nie wiedziałam, czy go objąć i przytulić, czy szturchnąć. Nagle zdałam sobie sprawę, że to jego tajemnica i ja nie mam prawa jej wydać. Spojrzałam w inną stronę, przestępując z nogi na nogę, jakbym była znudzona.
    – Po prostu pójdę za wami z waszym bagażem – wymamrotał Barry, a Bill uśmiechnął się do niego uprzejmie. Barry odpowiedział niepewnym uśmiechem i zajął się wózkiem bagażowym. Tym, co go tak zdenerwowało, musiało być pojawienie się Billa i to, że w jego myślach nie mógł czytać – jak dla mnie, to było wielką zaletą nieumarłych. Barry dopiero musiał się nauczyć, jak relaksować się w towarzystwie wampirów, zwłaszcza, że zgodził się pracować w hotelu, który ich obsługiwał.
    Niektórzy ludzie uważają, że wampiry wyglądają przerażająco. Jak dla mnie, to zależy od wampira. Pamiętam swoją myśl, gdy pierwszy raz zobaczyłam Billa – że wygląda całkowicie inaczej. Ale nie był straszny.
    Natomiast wampirzyca, która czekała na nas w holu Silent Shores… tak, ona była przerażająca. Założę się, że na jej widok Barry zlałby się w gacie. Nadeszła, kiedy już się zameldowaliśmy, a Bill wkładał właśnie swoją kartę kredytową z powrotem do portfela (spróbujcie używać karty kredytowej, jeśli macie sto sześćdziesiąt lat; ciężko przejść przez te wszystkie formalności). Gdy dawał napiwek Barry’emu, przysunęłam się do niego trochę bliżej w nadziei, że ona mnie nie zauważy.
    – Bill Compton? Detektyw z Luizjany? – jej głos był tak zimny i spokojny, jak Billa, ale znacznie mniej modulowany. Nie żyła od dawna. Była biała jak papier i płaska jak deska, a jej cienka, długa do kostek, niebiesko-złota sukienka była chyba specjalnie dobrana tak, żeby zaakcentować zarówno jej bladość, jak i płaskość. Jasnobrązowe włosy (splecione i wystarczająco długie, aby uderzać o jej tyłek) i połyskujące zielone oczy podkreślały jej inność.
    – Tak.
    Wampiry nie podają sobie rąk, ale tych dwoje nawiązało kontakt wzrokowy i skinęło sobie głowami.
    – Czy to ta kobieta? - Prawdopodobnie wskazała na mnie jednym z tych ich błyskawicznie szybkich ruchów, bo kątem oka dostrzegłam smugę.
    – To moja towarzyszka i współpracowniczka, Sookie Stackhouse – odpowiedział Bill.
    Po chwili skinęła głową w moją stronę, aby pokazać, że zrozumiała.
    – Jestem Isabel Beaumont – powiedziała. – Kiedy wasze bagaże znajdą się już na górze i zatroszczycie się o wszystko, czego wam trzeba, powinnaś pójść ze mną.
    – Muszę się pożywić – powiedział Bill.
    Isabel przyglądała mi się z namysłem, bez wątpienia zastanawiając się, czemu to ja nie dostarczam krwi mojemu towarzyszowi, ale to nie była jej sprawa.
    – Po prostu wezwij obsługę hotelową przyciskiem – odpowiedziała.

*

    Nędzni śmiertelnicy, jak ja, musieli po prostu zamówić coś z menu. Ale kiedy się zastanowiłam, zdałam sobie sprawę, że będę się czuła lepiej, jeśli poczekam z jedzeniem do momentu zakończenia spraw biznesowych.
    Kiedy nasze rzeczy zostały umieszczone w hotelowej sypialni (dostatecznie dużej, aby pomieścić łóżko i trumnę), cisza w salonie stała się krępująca. W pokoju stała lodówka z dużym zapasem Pure Blooda, ale tego wieczoru Bill chciał czegoś prawdziwego.
    – Muszę zadzwonić, Sookie – powiedział.
    Przechodziliśmy przez to już przed wyjazdem.
    – Jasne.
    Nie patrzyłam na niego. Wróciłam do sypialni i zamknęłam drzwi. Może i musiał pożywić się kimś innym po to, żebym ja mogła zachować siłę na późniejsze wydarzenia, ale nie chciałam na to patrzeć i wcale mi się to nie podobało. Po kilku minutach usłyszałam stukanie na korytarzu i Billa wpuszczającego kogoś – jego Posiłek na Kółkach. Dało się słyszeć jakieś szmery, potem cichy jęk.
    Miałam zbyt dużo zdrowego rozsądku, żeby zrobić coś w stylu rzucenia swojej szczoteczki do zębów czy jednego z tych cholernych butów na obcasie przez pokój; może to niedobrze, bo w ten sposób na pewno rozładowałabym napięcie. Ale nie zrobiłam tego, także ze względu na chęć zachowania resztek godności. No i świadomość tego, jak zareagowałby Bill.
    Rozpakowałam walizkę, a potem w łazience poprawiłam makijaż, korzystając nawet z tych udogodnień, których nie uważałam za szczególnie istotne. Toalety nie są niezbędne w świecie wampirów, jak zdążyłam zauważyć. Nawet jeśli działające urządzenia sanitarne są dostępne w domu zajmowanym przez wampira, to ten wampir zwykle zapomina uzupełnić papier toaletowy.
    Wkrótce usłyszałam, jak drzwi zewnętrzne ponownie się otwierają i zamykają. Bill lekko zapukał, zanim wszedł do sypialni.
    – Gotowa? – spytał.
    Nagle dotarło do mnie, że zamierzam właśnie rozpocząć swoją pierwszą pracę dla wampirów, i ponownie ogarnęło mnie przerażenie. Jeśli mi się nie powiedzie, moje życie będzie w niebezpieczeństwie, a Bill może stać się nawet bardziej martwy, niż jest teraz. Skinęłam głową, bo w gardle całkiem mi zaschło ze strachu.
    – Nie bierz swojej torebki
    – Czemu nie? – Gapiłam się na nią zdumiona. – Kogo to obchodzi?
    – W torebce można ukryć rożne rzeczy. – Rzeczy takie, jak kołek, pomyślałam. – Po prostu wsuń klucz do pokoju… ta spódnica nie ma kieszeni?
    – Nie
    – No to wsadź go pod bieliznę.
    Podniosłam rąbek spódnicy, więc Bill mógł dokładnie się przyjrzeć, pod jaką bieliznę wkładam klucz. Wyraz jego twarzy cieszył mnie bardziej, niż mogę wyrazić słowami.
    – To są… czy to są… stringi?
    Niespodziewanie Bill zaczął wyglądać na lekko zaabsorbowanego.
    – Owszem, są. Nie widziałam potrzeby, żeby wyglądać profesjonalnie akurat w tym miejscu…
    – Ale jakie to fajne miejsce… – wymamrotał Bill – Takie gładkie… i opalone…
    – Taaa, uznałam, że nie muszę zakładać pończoch.
    Wetknęłam plastikowy prostokąt – „klucz” – pod jeden z bocznych pasków.
    – Och, nie myśl, że to się tutaj będzie trzymać – powiedział, a jego oczy były wielkie i świecące. – Możemy się rozdzielić, więc zdecydowanie musisz mieć go ze sobą. Spróbuj w innym miejscu.
    Wsadziłam klucz gdzie indziej.
    – Och, Sookie… Nigdy go stamtąd nie wyjmiesz w pośpiechu… Musimy… Och, musimy iść.
    Wyglądało na to, że Bill otrząsnął się z transu.
    – W porządku, jeśli nalegasz… – powiedziałam, wygładzając spódnicę nad swoją „bielizną”.
    Rzucił mi mroczne spojrzenie i klepnął się po kieszeni w taki sposób, jak robią to mężczyźni, tylko po to, by się upewnić, że wszystko mają. To był dziwacznie ludzki gest i podniecał mnie w sposób, którego nawet sobie nie umiem opisać. Krótko skinęliśmy sobie głowami i ruszyliśmy wzdłuż korytarza do windy. Isabel Beaumont czekała na nas, a czułam wyraźnie, że nie miała tego w zwyczaju. Starożytna wampirzyca, wyglądająca na nie więcej niż trzydzieści pięć lat, stała dokładnie tam, gdzie się z nią rozstaliśmy.
    Tutaj, w Silent Shore, Isabel czuła się swobodnie jako wampir, więc nie krępowała się z wykorzystaniem umiejętności zawieszenia.
    Ludzie są nerwowi. Czują przymus wyglądania na zaangażowanych w jakąś aktywność, mających jakiś cel. Wampiry potrafią po prostu zajmować przestrzeń i nie uważają za stosowne tego uzasadniać. Kiedy wyszliśmy z windy, Isabel wyglądała dokładnie jak posąg. Mógłbyś na niej powiesić kapelusz i nie pomyślałbyś, że może jej być przykro.
    Coś w rodzaju systemu wczesnego ostrzegania włączyło się, gdy podeszliśmy na około sześć stóp [13] do wampirzycy. Oczy Isabel zwróciły się w naszą stronę, a jej prawa ręka się poruszyła, jakby ktoś nacisnął jej włącznik.
    – Za mną – powiedziała i wystrzeliła w stronę drzwi. Barry ledwie zdążył je otworzyć na czas. Zauważyłam, że wyćwiczył już wbijanie wzroku w ziemię, gdy przechodziła. Wszystko, co słyszeliście o oczach wampirów, to prawda.
    Nie było żadnym zaskoczeniem, że samochodem Isabel okazał się czarny lexus ze wszystkimi bajerami. Wampiry nie będą się przecież wozić jakimś geo.
    Isabel zaczekała, aż zapnę pasy (ona i Bill nie zawracali sobie nimi głowy), zanim ruszyła. Zaskoczyło mnie to. Potem ruszyliśmy przez Dallas, główną arterią miasta.
    Isabel sprawiała wrażenie raczej milczącej osoby, ale po jakichś pięciu minutach spędzonych w samochodzie wzdrygnęła się tak, jakby coś jej przypominało o otrzymanych rozkazach.
    Zaczęliśmy skręcać w lewo. Zobaczyłam trawiasty obszar i niewyraźny kształt, który mógł być jakimś starym znakiem. Isabel wskazała na prawo swoim długim, kościstym palcem.
    – Teksański Magazyn Podręczników Szkolnych – powiedziała i zrozumiałam, że czuje się w obowiązku poinformować mnie o tym.
    To oznaczało, że tak jej nakazano, co było bardzo interesujące. Skwapliwie podążyłam wzrokiem za jej palcem, starając się zobaczyć tak wiele budynków z cegły, jak tylko mogłam objąć wzrokiem. Byłam zaskoczona, że nie wydawały się znajome.
    – Ten trawiasty pagórek?
    Zaczerpnęłam powietrza, podekscytowana i zafascynowana. Kojarzył mi się z Hindenburgiem albo czymś innym, równie legendarnym.
    Isabel skinęła głową w ledwie dostrzegalny sposób, zauważyłam to tylko dlatego, że jej warkocz drgnął.
    – To jest muzeum w starym magazynie – powiedziała.
    To było coś, co chciałabym zobaczyć przy świetle dziennym. Gdybyśmy byli w Dallas wystarczająco długo, przyszłabym tu na spacer albo może złapała taksówkę, w czasie, kiedy Bill byłby w trumnie.
    Bill uśmiechnął się do mnie ponad swoim ramieniem. Wyłapywał moje nawet najdelikatniejsze zmiany nastroju, co było wspaniałe w mniej więcej osiemdziesięciu procentach przypadków.
    Jechaliśmy jeszcze przynajmniej dwadzieścia minut, opuściliśmy centrum i wjechaliśmy do dzielnicy mieszkaniowej. Początkowo były to skromne, niewielkie domki, ale stopniowo, chociaż działki nie wyglądały na wiele większe, budynki rosły, jakby były na sterydach.
    Naszym celem był olbrzymi dom, siłą upchnięty na niewielkim terenie. Ten skrawek przestrzeni wokół sześcianu budynku wyglądał rozbrajająco, nawet po ciemku.
    Nie miałabym nic przeciwko dłuższej przejażdżce i większemu spóźnieniu.
    Zaparkowaliśmy na ulicy przed rezydencją, przynajmniej dla mnie to tak wyglądało. Bill otworzył mi drzwi. Przez chwilę stałam i nie mogłam się zdobyć na rozpoczęcie działania. Wiedziałam, że w środku są wampiry, dużo wampirów. Wiedziałam to w taki sam sposób, w jaki postrzegałabym czekających ludzi. Ale zamiast fal myśli, które wskazywałyby na obecność ludzi, odbierałam wizje czegoś… jak mogłabym to określić? To były dziury w powietrzu wewnątrz domu. Każda dziura oznaczała wampira. Przeszłam kilka stóp po krótkiej ścieżce prowadzącej do domu i wtedy, w końcu, wyczułam umysłem obecność człowieka.
    Nad drzwiami paliło się światło, więc mogłam zauważyć, że dom jest z beżowej cegły z białym wykończeniem. Światło także było dla mojej wygody, każdy wampir widział dużo lepiej niż człowiek o najlepszym nawet wzroku. Isabel wskazała nam drogę do frontowych drzwi, obramowanych ozdobnym łukiem cegieł. Na drzwiach wisiał gustowny wieniec z winorośli i suszonych kwiatów, który prawie zasłaniał wizjer. Niezły mainstreaming. Zdawałam sobie sprawę, że w wyglądzie tego domu nie było nic, co pozwoliłoby odróżnić go od innych przerośniętych domów, które mijaliśmy; nic, co wskazywałoby, że żyją w nim wampiry.
    Ale były tam, i to w dużej liczbie. Gdy weszłam do środka za Isabel, naliczyłam cztery w przedpokoju, do którego prowadził drzwi frontowe, dwa następne w korytarzu i przynajmniej sześć w ogromnej kuchni, zaprojektowanej tak, jakby miało się w niej przygotowywać posiłki dla dwudziestu osób. Natychmiast się zorientowałam, że ten dom był wynajęty, a nie kupiony przez wampiry, bo wampiry zawsze planowały małe kuchnie albo całkowicie z nich rezygnowały. Potrzebowały tylko lodówki, żeby trzymać w niej syntetyczną krew, i mikrofalówki, żeby ją podgrzać. Co niby miałyby gotować?
    Przy zlewie wysoki, patykowaty człowiek zmywał naczynia, a więc prawdopodobnie żyli tutaj też ludzie. Gdy przechodziliśmy, odwrócił się i skinął mi głową. Nosił okulary, a rękawy jego koszuli były podwinięte. Nie miałam okazji zamienić z nim słowa, bo Isabel wprowadziła nas do pomieszczenia, które okazało się jadalnią.
    Bill był spięty. Może i nie mogłam czytać w jego myślach, ale znałam go na tyle dobrze, żeby umieć zinterpretować ułożenie jego ramion. Żaden wampir nie czuje się pewnie wchodząc na terytorium innych wampirów. Wampiry mają równie wiele zasad i przepisów jak inne społeczeństwa – po prostu starają się zachować je w sekrecie. Ale już zaczynałam się w tym orientować
    Wśród tych wszystkich wampirów szybko udało mi się rozpoznać przywódcę. Był nim jeden z siedzących przy długim stole w wielkiej jadalni. Był totalnym geekiem [14]. Był taki… inny. Miał połyskujące, piaskowe włosy i niezbyt imponującą budowę ciała, jego okulary w czarnych oprawkach były zwykłym kamuflażem, a koszulę w wąskie, pionowe paski wpuścił w spodnie z mieszanki bawełny i poliestru. Był bardzo blady i piegowaty, z niemal przezroczystymi rzęsami i ledwie widocznymi brwiami.
    – Bill Compton – powiedział geek.
    – Stan Davis – powiedział Bill.
    – Cóż, witamy w mieście. – W głosie geeka był słyszalny słaby ślad obcego akcentu.
    Kiedyś nazywał się Stanislaus Davidowitz, pomyślałam, ale zaraz wyrzuciłam to z pamięci. Gdyby któryś z nich, teraz albo kiedykolwiek, wykrył, że wyłapałam zabłąkaną myśl spośród milczenia ich umysłów, moje ciało zostałoby pozbawione krwi jeszcze zanim zdążyłoby uderzyć o podłogę. Nawet Bill o tym nie wiedział.
    Upchnęłam strach w głębi umysłu, podczas gdy blade oczy przewiercały mnie i lustrowały coraz bardziej szczegółowo.
    – Ma przyjemne opakowanie – powiedział geek do Billa. Przypuszczałam, że to było o mnie, i że to miał być komplement, pochwała dla Billa.
    Bill skłonił głowę.
    Wampiry nie tracą czasu na mówienie mnóstwa rzeczy, które ludzie wypowiedzieliby w podobnej sytuacji. Człowiek spytałby Billa jak się ma Eric, jego szef, zagroziłby Billowi na wypadek, gdybym się nie sprawdziła, może zapoznałby mnie i Billa przynajmniej z najważniejszymi osobami w pokoju. Ale nie Stan Davis, przywódca tutejszych wampirów. Podniósł rękę, na co młody wampir-Latynos ze zjeżonymi, czarnymi włosami wyszedł z pokoju i wrócił ciągnąc ze sobą ludzką dziewczynę. Kiedy mnie zobaczyła, zaczęła drapać i rzucać się, usiłując uwolnić ramiona z uścisku wampira.
    – Pomóż mi! – wrzasnęła. – Musisz mi pomóc!
    Wiedziałam, że jest głupia. Jak niby miałabym to zrobić w pokoju pełnym wampirów? Jej prośba była śmieszna. Powtórzyłam to w myślach kilkanaście razy, bardzo szybko, dzięki temu mogłam poradzić sobie z tym, co musiałam zrobić.
    Spojrzałam jej w oczy i uciszyłam ją gestem ręki. Popatrzyła na mnie raz i posłuchała. Nie mam hipnotyzujących oczu wampira, ale nie wyglądam nawet w najmniejszym stopniu groźnie. Wyglądam dokładnie jak dziewczyna, która możesz spotkać w dowolnym miejscu oferującym niskopłatną pracę, w jakimkolwiek mieście na południu: młoda, opalona blondynka ze sporym biustem. Możliwe, że nie wyglądam na szczególnie bystrą, ale sądzę, że większość ludzi (i wampirów) zakłada, że jeśli jesteś ładna, masz blond włosy i niskopłatną pracę, to automatycznie jesteś kretynką.
    Odwróciłam się w stronę Stana Davisa, ciesząc się, że Bill jest tuż przy mnie.
    – Panie Davis, chyba pan rozumie, że potrzebuję trochę więcej prywatności, jeśli mam przesłuchać tę dziewczynę. I muszę wiedzieć, jakich informacji pan od niej potrzebuje.
    Dziewczyna zaczęła łkać. To był powolny, rozdzierający serce szloch, niewiarygodnie irytujący, jeśli wziąć pod uwagę okoliczności.
    Blade oczy Davisa skupiły się na mnie. Nie próbował mnie zauroczyć ani podporządkować sobie, po prostu mnie sprawdzał.
    – Rozumiem, że twój ochroniarz zna warunki umowy między mną, a jego szefem – powiedział.
    W porządku, załapałam, jestem czymś godnym pogardy dlatego, że jestem człowiekiem. Moja rozmowa ze Stanem, to było coś jak kurczak z KFC gadający do swojego przyszłego konsumenta. Ale w dalszym ciągu musiałam wiedzieć, jaki jest cel.
    – Jestem świadoma warunków Obszaru Piątego – powiedziałam, starając się mówić możliwie opanowanym głosem – i zrobię co w mojej mocy. Ale dopóki nie znam celu, nie mogę zacząć.
    – Chcemy wiedzieć, gdzie jest nasz brat – powiedział po krótkiej pauzie.
    Starałam się nie okazywać zdumienia.
    Jak powiedziałam, niektóre wampiry, jak Bill, żyją samotnie. Inne czują się bezpieczniej w grupach, zwanych siedliskami. Nazywają się nawzajem braćmi i siostrami, jeśli żyją wspólnie w jednym siedlisku. Niektóre z tych siedlisk potrafią przetrwać dziesiątki lat. (Jedno, w Nowym Orleanie, przetrwało dwa wieki.) Przed wyjazdem z Luizjany Bill powiedział mi, że w Dallas wampiry żyją w wyjątkowo dużym siedlisku.
    Nie jestem znawczynią wampirzej psychiki, ale nawet ja zdawałam sobie sprawę, że dla wampira tak potężnego jak Stan utrata jednego z jego braci z siedliska nie była jedynie czymś bardzo niezwykłym. To było poniżające.
    Wampiry lubią być poniżane mniej więcej tak samo, jak ludzie.
    – Mógłby pan powiedzieć coś więcej o okolicznościach? – powiedziałam możliwie neutralnym głosem.
    – Mój brat Farrell nie powrócił do siedliska od pięciu nocy – powiedział Stan Davis.
    Wiedziałam, że sprawdzili wszystkie miejsca, w których Farrell najbardziej lubił polować i wypytali każdego wampira w siedlisku Dallas o to, gdzie był ostatnio widziany. Mimo tego, już otwierałam usta, aby o to zapytać, jak to czynią ludzie, ale Bill dotknął mojego ramienia. Spojrzałam za siebie i dostrzegłam leciutkie potrząśnięcie głową. Moje pytania byłyby wzięte za poważną zniewagę.
    – A ta dziewczyna? – zapytałam zamiast tego. Ciągle była cicho, ale cała dygotała. Wyglądało na to, że wampir-Latynos jest jedynym, co utrzymuje ja w pozycji pionowej.
    – Pracuje w klubie, gdzie go ostatnio widziano. Jednym z naszych, Bat’s Wing.
    Bary były ulubioną rozrywką wampirów, bo ich życie zaczynało się w nocy. Całodobowe pralnie chemiczne były jakoś mniej pociągające, niż wypełnione wampirami lokale. W ciągu ostatnich dwóch lat wampirze bary stały się najgorętszymi punktami, w których kwitło nocne życie miasta. Żałosni ludzie, ogarnięci obsesją na punkcie wampirów – tak zwani fangbangerzy – przesiadywali w tych barach, często w przebraniach, w nadziei, że przyciągną uwagę tych prawdziwych. Turyści przychodzili, żeby się pogapić, zarówno na nieumarłych, jak i na fangbangerów. To raczej nie były najbezpieczniejsze miejsca pracy.
    Złapałam kontakt wzrokowy z wampirem-Latynosem i wskazałam na krzesło po mojej stronie długiego stołu. Podprowadził do niego dziewczynę. Spojrzałam na nią z góry, przygotowując się do ześlizgnięcia w jej myśli. Jej umysł nie był w żaden sposób chroniony. Zamknęłam oczy.
    Miała na imię Bethany. Miała dwadzieścia jeden lat i myślała o sobie jako o dzikim dzieciaku, naprawdę złej dziewczynie. Nie miała pojęcia, w jakie kłopoty może się wplątać, aż do teraz. Podjęcie pracy w Bat’s Wing było buntowniczym gestem jej życia i mogło właśnie obrócić się w tragedię.
    Zwróciłam oczy na Stana Davisa.
    – Rozumie pan – powiedziałam, podejmując ryzyko – że jeśli ona ujawni informacje, których pan chce, odejdzie wolna, cała i zdrowa.
    Powiedział wcześniej, że rozumie warunki umowy, ale musiałam się upewnić.
    Stojący z mną Bill westchnął. Nie był zbyt uradowany. Oczy Stana Davisa przez chwilę rozbłysły wściekłością.
    – Tak – powiedział cedząc słowa przez na wpół wysunięte kły. – Zgadzam się.
    Nasze oczy na chwilę się spotkały. Oboje wiedzieliśmy, że jeszcze dwa lata temu wampiry z Dallas porwałyby Bethany i torturowały ją aż do uzyskania każdego, najmniejszego strzępu informacji, jaki ukrywała w swoim umyśle, a niektóre z pewnością by zmyśliła.
    Mainstreaming, ujawnienie swojego istnienia, miały wiele zalet – ale miały też swoją cenę.
    W tym wypadku, ceną były moje usługi.
    – Jak wyglądał Farrel?
    – Jak kowboj. – powiedział Stan, a jego głos był pozbawiony jakiegokolwiek żartobliwego odcienia. – Nosił jeden z tych wąskich krawatów, dżinsy i koszulę z zapięciami z fałszywej masy perłowej.
    Wampiry z Dallas nie sprawiały wrażenia szczególnie przejmujących się modą. Może i mogłam przyjść tu w swoim stroju barmanki.
    – Jaki miał kolor oczu i włosów?
    – Brązowe włosy, przechodzące w szary. Brązowe oczy. Duża szczęka. Mniej więcej… pięć stóp, jedenaście cali [15]. – Stan najwyraźniej przeliczał to sobie z innego systemu mierniczego. – Dla ciebie może wyglądać na jakieś trzydzieści osiem lat. Jest gładko ogolony i szczupły.
    – Czy mogę zabrać Bethany gdzieś indziej? Jest tu mniejsze pomieszczenie, mniej zatłoczone?
    Starałam się wyglądać miło, bo to wydawało się całkiem dobrym pomysłem.
    Stan wykonał szybki ruch ręką, tak szybki, że ledwo go dostrzegłam, i wszystkie wampiry oprócz jego samego i Billa opuściły pokój. Pomimo tego, że nawet nie spojrzalam w tył, mogłam być pewna, że Bill stoi pod ścianą, gotowy na wszystko. Czas zacząć zabawę.
    – Bethany, jak się masz? – spytałam, starając się, aby mój głos brzmiał łagodnie.
    – Skąd znasz moje imię? – zapytała, osuwając się po siedzeniu. Odsunęłam od stołu krzesło na kółkach, na którym siedziała i obróciłam w swoją stronę. Stan ciągle siedział u szczytu stołu, za mną, nieco po lewej.
    – Mogę powiedzieć o tobie dużo rzeczy – powiedziałam, próbując wyglądać na wszystkowiedzącą. Zaczęłam zbierać myśli z powietrza, całkiem jak jabłka z drzewka. – Miałaś psa imieniem Woof, gdy byłaś mała, a twoja mama robiła najlepszy na świecie kokosowy placek. Twój ojciec przegrał kiedyś dużo pieniędzy w karty i musiałaś zastawić swój magnetowid, żeby pomóc mu to spłacić, zanim mama się dowie.
    Siedziała z otwartymi ustami. Na tyle, na ile to było możliwe, zapomniała o tym, że jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie
    – Super! Jesteś lepsza niż ten gość z telewizji, to medium z reklamy!
    – Wiesz Bethany, nie mam żadnych zdolności pseudoparapsychologicznych – powiedziałam, może trochę za ostro. – Jestem telepatką, czytam w myślach, nawet w tych, o których nie wiesz, że je masz. Chcę, żebyś najpierw się zrelaksowała, a potem przypomniała sobie ten wieczór, kiedy pracowałaś w barze – nie dzisiaj, ale pięć dni temu.
    Spojrzałam na Stana, który skinął głową.
    – Ale ja nie myślałam o cieście mojej mamy!
    Bethany najwyraźniej nie mogła się odczepić od tego, co ją najbardziej uderzyło. Postarałam się stłumić westchnięcie.
    – Nie byłaś tego świadoma, ale to robiłaś. To prześlizguje się przez twój umysł, kiedy patrzysz na najbledszego wampira – Isabel – bo jej twarz jest tak biała, jak lukier tego ciasta. I myślisz o tym, jak bardzo brakuje ci twojego psa, bo zdajesz sobie sprawę, jak bardzo twoim rodzicom będzie brakować ciebie.
    Wiedziałam, że to był błąd, jeszcze zanim te słowa wyszły z moich ust, i mogłam być pewna, że Bethany zacznie znowu płakać, wracając do swojego poprzedniego stanu.
    – Więc po co tu jesteś? – spytała pomiędzy jednym spazmatycznym szlochem, a drugim.
    – Żeby pomóc ci sobie przypomnieć.
    – Ale mówiłaś, że nie jesteś medium.
    – I nie jestem.
    Czy byłam? Czasami myślałam, że mam jeszcze jakiś inny „dar”, który był właśnie tym, czym wampiry myślały, że jest. Zawsze uważałam to raczej za przekleństwo, dopóki nie spotkałam Billa.
    – Medium może dotknąć kogoś i uzyskać o nim informacje. Niektóre media mają wizje o przeszłości lub przyszłości. Niektóre komunikują się z martwymi. Ja jestem telepatką. Mogę czytać w ludzkich myślach. Hipotetycznie mogę także wysyłać myśli, ale nigdy nie próbowałam.
    Teraz, kiedy spotkałam innego telepatę, ta próba była ekscytującą możliwością, ale odłożyłam ten pomysł na później, żeby zgłębić to w wolnym czasie. Musiałam się teraz skoncentrować na interesach.
    Usiadłam tak blisko Bethany, że stykałyśmy się kolanami. Podjęłam całą serię decyzji. To było dla mnie coś nowego, używanie mojego „wsłuchiwania się” do jakiegoś celu. Większość życia spędziłam robiąc wszystko, żeby nie słyszeć. Teraz słuchanie było moją pracą i prawdopodobnie zależało od tego życie Bethany. Moje właściwie też.
    – Słuchaj, Bethany, o to właśnie chodzi. Musisz przypomnieć sobie ten wieczór, a ja wejdę w niego razem z tobą. W twoim umyśle.
    – To będzie bolało?
    – Nie, ani trochę.
    – A co potem?
    – Będziesz mogła sobie pójść.
    – Do domu?
    – Jasne.
    Ze zmodyfikowaną pamięcią, oczyszczoną ze wspomnienia mnie, czy całego tego wieczoru, taka uprzejmość wampirów.
    – Nie zabiją mnie?
    – Nie ma mowy.
    – Obiecujesz?
    – Obiecuję.
    – Okej – powiedziała z wahaniem. Przesunęłam ją trochę, żeby nie mogła widzieć Stana ponad moim ramieniem. Nie miałam pojęcia, co może teraz robić, ale nie wydawało mi się, żeby widok jego białej twarzy pomógł jej się uspokoić.
    – Jesteś ładna – powiedziała nagle.
    – Dziękuję i nawzajem.
    Ostatecznie, mogła być ładna, w pewnych okolicznościach. Bethany miała zbyt małe usta w stosunku do reszty twarzy, ale w jej rysach było coś, co mężczyźni mogliby uznać za pociągające, chociaż wyglądała, jakby cały czas się marszczyła. Miała mnóstwo gęstych, grubych, brązowych włosów i szczupłe ciało z małym biustem. Teraz patrzyła na nią inna kobieta. Bethany martwiła się o swoje pomięte ubranie i rozmazany makijaż.
    – Wyglądasz w porządku – powiedziałam cicho, biorąc jej ręce w swoje. – Teraz po prostu potrzymam cię za ręce przez minutę, daję słowo, że się do ciebie nie przystawiam.
    Zachichotała, a jej palce odrobinę się rozluźniły. Zaczęłam.
    To było dla mnie coś całkiem nowego. Zamiast starać się unikać używania telepatii, próbowałam ją rozwinąć, zachęcona przez Billa. Ta kobieta zatrudniona w Fangtasii była po prostu królikiem doświadczalnym. Odkryłam, prawie przez przypadek, że mogę zahipnotyzować ludzi na chwilę. Nie rzucałam na nich żadnego czaru, ani nic w tym rodzaju, ale to pozwalało mi wejść w ich umysły z przerażającą łatwością. Jeżeli z czyichś myśli dowiesz się, co go najbardziej rozluźnia, będzie ci łatwo uspokoić taką osobę, wprowadzić ją w stan podobny do transu.
    – Co najbardziej lubisz, Bethany? – zapytałam. – Chodzisz czasami do masażystki? Albo może lubisz mieć zrobiony manicure?
    Zerknęłam delikatnie w umysł Bethany. Wyselekcjonowałam najlepszy dla mojego celu kanał.
    – Jesteś właśnie u swojego ulubionego fryzjera… – powiedziałam miękkim głosem – Jerry’ego. Czesze i czesze twoje włosy, nie są już ani trochę splątane. Rozdziela je, ostrożnie, bo przecież są takie grube. Obcięcie ich zajmie mu dużo czasu, ale on lubi to robić, bo twoje włosy są takie zdrowe i błyszczące. Jerry unosi je i wyrównuje… Nożyczki wydają ciche kliknięcia. Małe pukle włosów spadają na plastikową pelerynę i ześlizgują się na podłogę. Znowu czujesz jego palce na swoich włosach. Ciągle od nowa, jego palce poruszają się w nich, unoszą, zbierają i przycinają. Czasem używa grzebienia, żeby sprawdzić, czy jest równo. Czujesz się tak dobrze, po prostu siedząc, gdy ktoś zajmuje się twoimi włosami. Nie ma nikogo innego… – Nie, wróć. Wzbudziłam pewien niepokój. – W salonie jest kilkoro ludzi, ale oni są tak samo zajęci, jak Jerry. Ktoś włączył suszarkę. Ledwie słyszysz głosy mruczące z sąsiedniego stanowiska. Jego palce przesuwają się po twoich włosach, unoszą je, przycinają i szczotkują, znowu, i znowu…
    Nie wiem, co zawodowy hipnotyzer powiedziałby o mojej technice, ale ona działa, w każdym razie tym razem zadziałała. Umysł Benathy był spokojny, zrelaksowany, po prostu czekający na polecenia. Tym samym głosem powiedziałam:
    – Gdy on zajmuje się twoimi włosami, wrócimy do tamtej nocy w pracy. On nie przestanie obcinać, dobrze? Zacznijmy od przygotowywania się do wyjścia do baru. Nie przejmuj się mną, jestem tylko podmuchem powietrza koło twojego ramienia. Możesz słyszeć mój głos, ale on dochodzi z innego stanowiska w salonie fryzjerskim. Nie możesz nawet usłyszeć tego, co mówię, dopóki nie wypowiem twojego imienia.
    Jednocześnie informowałam Stana i uspokajałam Bethany. Potem zanurzyłam się głębiej we wspomnieniach dziewczyny.
    Bethany szukała swojego pokoju. Był mały, dość schludny, dzielony z inną pracownicą Bat’s Wing, która używała imienia Desiree Dumas. Desiree Dumas, widziana oczami Bethany, wyglądała dokładnie jak swoje przybrane imię – samozwańcza syrena, nieco zbyt pulchna, nieco zbyt blond, przekonana o własnym erotyzmie.
    Wspomnienia kelnerki były jak film, dość nudny film. Były prawie zbyt dobre. Przeskakując przez nieciekawe fragmenty, jak kłótnia Bethany i Desiree dotycząca przewagi jednego rodzaju mascary nad innym, można było odtworzyć to, co Bethany zapamiętała: przygotowała się do pracy tak jak zawsze, ona i Desiree miały pojechać razem. Desiree pracowała w punkcie sprzedaży pamiątek w Bat’s Wings. Ubrana w czerwoną sukienkę i czarne buty wciskała ludziom wampirze pamiątki za grubą kasę. Wyposażona w sztuczne kły, pozowała z turystami do zdjęć w zamian za porządne napiwki. Koścista i nieśmiała Bethany była skromną kelnerką, od lat czekała na otwarcie podobnego sklepu z pamiątkami, gdzie nie dostawałaby wielkich napiwków, ale jej pensja byłaby wyższa, i mogłaby usiąść, gdy nie byłaby zajęta. Jak do tej pory się nie doczekała. Wielki żal do Desiree, informacja całkiem nie na miejscu, ale słyszałam siebie mówiącą o tym Stanowi, jakby to była kluczowa wiadomość.
    Nigdy jeszcze nie byłam tak głęboko w niczyim umyśle. Gdy tu weszłam, próbowałam selekcjonować informacje, ale to nie działało. Ostatecznie pozwoliłam im wszystkim przepływać swobodnie. Bethany była zupełnie zrelaksowana, ciągle zdawało jej się że jest u fryzjera. Tworzyła wyraźne obrazy mentalne i była w tych wyobrażeniach równie zatracona, jak ja w jej wspomnieniach tamtego wieczora.
    W swoim umyśle Bethany serwowała syntetyczną krew tylko czterem wampirom – czerwonowłosej kobiecie, niskiej, krępej Latynosce z oczami czarnymi jak smoła, blond nastolatkowi ze starożytnymi tatuażami i mężczyźnie o brązowych włosach, z wystającą szczęką i sznurkowym krawatem. O to chodziło! Farrell zapisał się w pamięci Bethany. Nie mogłam okazać zaskoczenia i tego, że go rozpoznałam. Musiałam pokierować Bethany nieco bardziej stanowczo.
    – Ten mężczyzna, Bethany – szepnęłam. – Co jeszcze o nim zapamiętałaś?
    – Och, on – odpowiedziała głośno, tak, że prawie podskoczyłam na krześle. W myślach obróciła się w stronę Farrella, myśląc o nim. Zamówił dwie butelki syntetycznej krwi 0 Rh+ i zostawił jej napiwek.
    Gdy Bethany skupiła się na mojej prośbie, między jej brwiami pojawiła się zmarszczka. Bardzo starała się przeszukać swoją pamięć. Urywki tamtego wieczoru zaczęły się łączyć, więc mogła wyłowić całe fragmenty wspomnień zawierających brązowowłosego wampira.
    – Poszedł do łazienki z tym blondynem – powiedziała, a ja zobaczyłam w jej umyśle obraz wytatuowanego blond wampira, bardzo młodo wyglądającego. Mogłabym go narysować, gdybym tylko miała choć trochę talentu plastycznego.
    – Młody wampir, koło szesnastu lat. Blond włosy, tatuaże – mruknęłam do Stana.
    Wyglądał na zdumionego, choć ledwie to zauważyłam, tak bardzo starałam się skoncentrować (to trochę przypominało żonglowanie), ale widziałam, jak zaskoczenie przemknęło przez twarz Stana. To było pokręcone.
    – Jesteś pewna, że ona był wampirem? – spytałam Bethany.
    – Pił krew – powiedziała stanowczo. – Miał blada skórę. Ciarki mnie przechodziły na jego widok. Tak, jestem pewna.
    Więc poszedł do łazienki z Farrellem. To mnie zaniepokoiło. Jedyny powód, dla którego wampiry wchodzą do łazienki, to chęć uprawiania seksu ze znajdującym się w niej człowiekiem. Albo, ewentualnie, chęć picia jego krwi. Albo (i to lubią najbardziej) jedno i drugie jednocześnie. Zagłębiając się we wspomnieniach Bethany, widziałam jak obsługuje jeszcze kilku klientów, z których żadnego nie rozpoznawałam. Większość z nich sprawiała wrażenie nieszkodliwych turystów. Jeden z nich, mężczyzna o ciemnej karnacji i krzaczastych wąsach, wyglądał znajomo, więc odnotowałam w pamięci jego towarzyszy: wysokiego, szczupłego mężczyznę z blond włosami do ramion i niską, pulchną kobietę z chyba najgorszą fryzurą, jaką widziałam w życiu.
    Miałam kilka pytań do Stana, ale musiałam najpierw skończyć z Bethany:
    – Czy ten wampir wyglądający jak kowboj przyszedł ponownie?
    – Nie – odpowiedziała po zauważalnej pauzie. – Nigdy potem go nie widziałam.
    Sprawdziłam dokładnie białe plamy w jej umyśle. Nie mogłam odtworzyć czegoś, co zostało usunięte, ale wiedziałabym, gdyby jej wspomnienia zostały zmodyfikowane. Nic nie znalazłam. A ona starała się sobie przypomnieć, przywołać inne wspomnienie Farrella; mogłam wyczuć jej wysiłek. Zdałam sobie sprawę, że, sądząc po stopniu jej napięcia, traciłam kontrolę nad jej myślami i pamięcią.
    – A co z tym blondynem? Tym z tatuażami?
    Bethany namyśliła się. Była mniej więcej na pół wybudzona z transu.
    – Jego także nie widziałam – powiedziała. Jakieś imię prześlizgnęło się przez jej głowę.
    – Co to było? – spytałam bardzo cichym i łagodnym głosem.
    – Nic! Nic!
    Oczy Bethany były już szeroko otwarte. Jej fryzura była skończona. Straciłam ją. Mojej umiejętności kontrolowania ludzi daleko jeszcze do doskonałości.
    Chciała kogoś chronić, chciała, żeby ta osoba nie musiała przechodzić przez to samo, co ona teraz. Ale nie mogła powstrzymać się od pomyślenia jego imienia, a ja je wyłapałam. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego myślała, że ten człowiek będzie wiedział coś więcej, ale tak właśnie myślała. Nie widziałam żadnego celu w mówieniu jej, że odkryłam jej tajemnicę, więc uśmiechnęłam się i powiedziałam do Stana, bez odwracania się, żeby na niego spojrzeć:
    – Może iść. Mam już wszystko.
    Chłonęłam widok ulgi na twarzy Bethany, zanim odwróciłam się i spojrzałam na Stana. Byłam pewna, że on zdaje sobie sprawę, że mam jakiegoś asa w rękawie i nie chcę, żeby się odzywał. Kto może powiedzieć, o czym myśli wampir w takiej chwili. Ale miałam wyraźne uczucie, że Stan mnie rozumie.
    Nie powiedział nic na głos, ale inny wampir wszedł do pokoju, dziewczyna, która była mniej więcej w wieku Bethany, gdy została przemieniona. Stan podjął dobrą decyzję. Dziewczyna nachyliła się nad Bethany, wzięła ją za rękę, uśmiechnęła się z całkowicie schowanymi kłami i powiedziała:
    – Zabierzemy cię teraz do domu, w porządku?
    – Och, świetnie! – Ulga Bethany była wypisana na jej czole jak neon. – Świetnie – powiedziała ponownie, trochę mniej pewnie. – Eee, czy ty naprawdę pójdziesz do mojego domu? Ty…
    Ale wampirzyca spojrzała prosto w oczy Bethany i powiedziała:
    – Nie będziesz pamiętać niczego z dzisiejszego dnia i tamtego wieczoru, poza imprezą.
    – Imprezą? – głos Bethany był ospały. Tylko lekko zaciekawiony.
    – Byłaś na imprezie – powiedziała wampirzyca, wyprowadzając Bethany z pokoju. – Poszłaś na przyjęcie i poznałaś tam uroczego chłopaka. Byłaś z nim… – wciąż mruczała do Bethany, gdy wychodziły. Miałam nadzieję, że da jej dobre wspomnienie.
    – Co? – spytał Stan, gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły.
    – Bethany myśli, że bramkarz z klubu będzie wiedział więcej, widziała go wchodzącego do męskiej toalety zaraz za twoim przyjacielem, Farrellem, i tym wampirem, którego nie znamy.
    Nie wiedziałam i prawie chciałam zapytać Stana, czy wampirom zdarza się uprawiać seks ze sobą nawzajem. Seks i jedzenie były ze sobą tak powiązane w wampirzym życiu, że nie mogłam sobie wyobrazić wampira uprawiającego seks z nieczłowiekiem, to znaczy z kimś, z kogo nie mógłby się napić krwi. Czy wampiry pozyskują krew z innych wampirów w niekryzysowych sytuacjach? Wiedziałam, że jeśli życie jednego z nich było zagrożone, inny mógł oddać mu krew, ale nigdy nie słyszałam o wymianie krwi w innej sytuacji. Prawie chciałam zapytać Stana. Może poruszę ten temat w rozmowie z Billem, gdy wyjdziemy z tego domu.
    – Więc odkryłaś w jej umyśle, że Farrell był w tym barze, wszedł do toalety z innym wampirem, młodym mężczyzną o długich blond włosach i z licznymi tatuażami – podsumował Stan. – Bramkarz wszedł do toalety, gdy tamci dwaj tam byli.
    – Zgadza się.
    Na chwilę zapadła cisza, gdy Stan zastanawiał się, co teraz zrobić. Czekałam, zadowolona, że nie słyszę ani słowa z jego wewnętrznej bitwy myśli. Żadnych przebłysków. W końcu takie momentalne wyłapanie myśli wampira zdarzało się bardzo rzadko. Nigdy nie zdarzyło mi się z Billem; nie wiedziałam, że to się może zdarzać, gdy zostałam wprowadzona do świata wampirów, więc jego towarzystwo było dla mnie czystą przyjemnością. Było możliwe, po raz pierwszy w moim życiu, abym zbudowała normalne relacje z mężczyzną. Jasne, nie był żywym mężczyzną, ale w końcu nie można mieć wszystkiego.
    Poczułam rękę Billa na swoim ramieniu, gdy tylko on poczuł, że o nim myślę. Położyłam na niej swoją własną, marząc o tym, żebym mogła wstać i porządnie go przytulić. To nie był najlepszy pomysł, robić to na oczach Sama. Jeszcze by sobie przypomniał, że jest głodny.
    – Nie znamy wampira, który tam poszedł z Farrelem – powiedział Stan i to zdawało się odpowiedzią na wszystko, o czym myślałam. Może zamierzał dać mi dłuższe wyjaśnienie, ale uznał, że nie jestem dość bystra, żeby zrozumieć odpowiedź. Raczej bywałam niedoceniana, niż przeceniana. Chociaż, z drugiej strony, co to za różnica? Ale teraz były rzeczy ważniejsze od tego pytania.
    – Więc kto jest bramkarzem w Bat’s Wing?
    – Facet imieniem Re-Bar – powiedział Stan, z lekko wyczuwalnym niesmakiem. – Jest fanbangerem.
    A więc Re-Bar miał wymarzoną pracę. Praca z wampirami, dla wampirów, bycie wśród nich każdej nocy. Z punktu widzenia kogoś zafascynowanego nieumarłymi, Re-Bar był niewyobrażalnym szczęściarzem.
    – Co on może zrobić, jeśli wampiry zaczną sprawiać problemy? – zapytałam ze zwykłej ciekawości.
    – On jest tam tylko dla pijaków z gatunku ludzkiego. Stwierdziliśmy, że wampiry-bramkarze mają tendencję do nadużywania swojej siły.
    Nie chciałam o tym za dużo myśleć.
    – Czy Re-Bar jest tutaj?
    – To zajmie tylko chwilę – powiedział Stan, choć nie zapytał o to nikogo ze swojej świty. Prawie na pewno był w stanie jakoś kontaktować się z nimi telepatycznie. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam i byłam pewna, że Eric nie może dosięgnąć umysłu Billa. To musiał być szczególny dar Stana.
    Gdy czekaliśmy, Bill usiadł na krześle obok mnie i wziął mnie za rękę. To sprawiło, że poczułam się dużo lepiej, kochałam go za to. Starałam się zrelaksować umysł, zachować energię na kolejne przesłuchanie. Ale zaczynałam się martwić, bardzo poważnie martwić, sytuacją wampirów w Dallas. I martwiłam się też tym, co widziałam we wspomnieniach Bethany, chodziło mi o tych stałych bywalców baru, szczególnie mężczyznę, którego, jak mi się zdawało, rozpoznawałam.
    – O nie – prawie krzyknęłam, gdy nagle zdałam sobie sprawę, gdzie go widziałam.
    Wampiry wyglądały na zaniepokojone moim zachowaniem
    – Co się stało, Sookie? – spytał Bill.
    Stan wyglądał, jakby był wykuty z lodu. Jego oczy naprawdę świeciły na zielono, to nie była tylko moja wyobraźnia.
    Starałam się wytłumaczyć, o czym pomyślałam, ale z pośpiechu zaczęłam się jąkać.
    – Ksiądz – powiedziałam do Billa. – Ten człowiek, który uciekł na lotnisku, ten, który próbował mnie porwać. On był w barze.
    Inne ubranie i otoczenie zmyliły mnie, gdy byłam tak głęboko w umyśle Bethany, ale teraz, byłam pewna.
    – Rozumiem – powiedział Bill powoli. Zdawał się mieć niemal pamięć absolutną, mogłam być pewna, że twarz tego mężczyzny wryła się w jego umyśle.
    – Nie wydaje mi się, żeby to był prawdziwy ksiądz, no i teraz wiemy, że był w barze tej nocy, kiedy Farrell zniknął – powiedziałam. – Był ubrany normalnie. Nie, uhm, biała koloratka i czarna koszula.
    Zapadła niezręczna cisza.
    – Ale ten mężczyzna, ten fałszywy ksiądz, w barze, nawet z dwoma towarzyszami, nie mógł nigdzie zabrać Farrella, jeśli Farrell nie poszedłby dobrowolnie – powiedział delikatnie Stan.
    Spojrzałam na swoje dłonie i nie powiedziałam ani słowa. Nie chciałam być tą, która powie to głośno. Bill także rozsądnie nic nie mówił. W końcu Stan Davis, przywódca wampirów z Dallas, powiedział:
    – Bethany zapamiętała, że ktoś poszedł z Farrellem do toalety. Wampir, którego nie znamy.
    Kiwnęłam głową, wciąż wpatrując się w jakiś losowo wybrany punkt.
    – Potem ktoś musiał mu pomóc w uprowadzeniu Farrella.
    – Czy Farrell jest gejem? – spytałam, starając się, żeby to brzmiało tak, jakby to pytanie wydobyło się ze ściany.
    – Preferuje mężczyzn. Myślisz, że…
    – Ja nic nie myślę! – potrząsnęłam gwałtownie głową, żeby mu uświadomić, do jakiego stopnia nie myślę. Bill ścisnął mi palce. Ałć.
    Pełna napięcia cisza panowała dopóki wyglądająca na nastolatkę wampirzyca nie wróciła z dobrze zbudowanym człowiekiem, tym, którego widziałam w pamięci Bethany. Nie wyglądał do końca tak, jak Bethany go zapamiętała, widziany jej oczami był bardziej wysportowany, a mniej tłusty, bardziej pociągający, a mniej niechlujny. Ale dało się go zidentyfikować jako Re-Bara.
    Natychmiast zauważyłam, że coś z nim jest nie tak. Podążał za dziewczyną dość chętnie i uśmiechał się do wszystkich w pokoju, a to raczej dość dziwne, nie? Każdy człowiek wplątany w problemy wampirów byłby przynajmniej zaniepokojony, nieważne, jak czyste miałby sumienie. Wstałam i podeszłam do niego. Z radosnym oczekiwaniem patrzył, jak się zbliżam.
    – Cóż – powiedziałam do Stana – ten z całą pewnością ma dziurę w głowie.
    Stan spojrzał sceptycznie na czaszkę Re-Bara.
    – Wytłumacz – powiedział.
    – Jak leci, panie Stan? – spytał Re-Bar.
    Byłam gotowa się założyć, że nikt nigdy nie odezwał się do Stana Davisa w ten sposób, przynajmniej w ciągu ostatnich pięciuset lat czy coś koło tego.
    – W porządku, Re-Bar. A co u ciebie? – Naprawdę doceniałam to, że Stan jest tak spokojny i opanowany.
    – Wiesz, czuję się po prostu świetnie – powiedział Re-Bar, potrząsając z zachwytem głową. – Jestem najszczęśliwszym skurwysynem na ziemi. Ojej, niech mi panie wybaczą.
    – Nie ma sprawy. – Zmusiłam się, żeby wykrztusić te słowa.
    – Co mu zrobiono, Sookie? – spytał Bill.
    – Ma wypaloną w głowie dziurę – odpowiedziałam. – Nie umiem tego inaczej wyjaśnić, naprawdę. Nie mogę powiedzieć, jak to się robi, bo nigdy tego nie widziałam, ale kiedy patrzę w jego myśli, jego wspomnienia, to tam jest po prostu wielka, poszarpana dziura. Tak, jakby potrzebował operacji usunięcia niewielkiego guza, a chirurg wyciął mu śledzionę i jeszcze ślepą kiszkę do kompletu, ot tak, na wszelki wypadek. Wiecie, kiedy wy zabieracie komuś pamięć, dajecie mu w zamian inne wspomnienia, prawda? – Wykonałam ręką gest, mający oznaczać, że mam na myśli wszystkie wampiry. – No więc ktoś wyrwał Re-Barowi kawał umysłu i niczym tego nie zastąpił. Coś jak lobotomia – dodałam kreatywnie. Dużo czytałam. Szkoła nie była dla mnie zbyt przyjemna, ze względu na mój mały problem, ale czytanie dawało mi ucieczkę od mojej sytuacji. Byłam samoukiem.
    – A więc to, co Re-Bar wiedział o zniknięciu Farrella, przepadło – powiedział Stan.
    – Taa, razem z kilkoma elementami jego osobowości i większością jego wspomnień.
    – Czy on jest zdolny do normalnego funkcjonowania?
    – Myślę, że tak, w sumie, czemu nie? – Nigdy nie natknęłam się na coś takiego, nie wiedziałam nawet, że to jest możliwe. – Ale nie wiem, jak będzie mu teraz szła praca w jego zawodzie – dodałam, starając się być szczera.
    – Zrobiono mu to, gdy pracował dla nas. Zajmiemy się nim. Może będzie mógł sprzątać klub po zamknięciu – powiedział Stan. Z jego głosu mogłam wywnioskować, że chciał mieć pewność, że to odnotowałam: wampiry potrafią współczuć, a przynajmniej być w porządku.
    – Ojej, to by było świetne! – rozpromienił się Re-Bar. – Dzięki, panie Stan.
    – Zabierz go do domu – polecił Stan wampirzycy, która przyprowadziła Re-Bara.
    Niezwłocznie się oddaliła, wlokąc za sobą gościa po lobotomii.
    – Kto mógł mu zrobić coś tak okrutnego? – zapytał Stan.
    Bill nie odpowiedział, w końcu nie był tutaj, żeby się wychylać, tylko żeby mnie ochraniać i przeprowadzać własne śledztwo, gdyby było to potrzebne. Wysoka, rudowłosa wampirzyca, ta, która była w barze, gdy porwali Farrella, weszła do pokoju.
    – Czy zauważyłaś coś szczególnego tego wieczoru, kiedy Farrell zniknął? – spytałam jej, nie myśląc o tym, żeby to protokołować. Warknęła na mnie, jej białe zęby wyróżniały się na tle jej ciemnego języka i szminki.
    – Współpracuj – powiedział Stan.
    Jej twarz natychmiast się wygładziła, wszystkie emocje znikły jak zagniecenia na prześcieradle, kiedy wygładzasz je ręką podczas ścielenia łóżka.
    – Nie pamiętam – powiedziała w końcu. A więc zdolność Billa do zapamiętywania wszystkiego z najdrobniejszymi szczegółami w mniej niż minutę, była jego osobistym darem. – Nie pamiętam, żebym widziała Farrela przez więcej niż minutę lub dwie.
    – Czy możesz zrobić z Rachel to samo, co zrobiłaś z tą barmanką? – spytał Stan.
    – Nie – odpowiedziałam natychmiast, być może nieco zbyt współczującym głosem. – Nie mogę czytać w myślach wampirów. Coś jak zamknięta książka.
    – Czy pamiętasz blondyna, jednego z nas, wyglądającego na około szesnaście lat? Takiego ze starożytnymi tatuażami na klatce piersiowej i ramionach? – spytał Bill.
    – Och, jasne – odpowiedziała natychmiast Rachel. – Te tatuaże wyglądały na starożytny Rzym, były trochę przerażające, ale ciekawe. Zastanawiał mnie, bo nie widziałam, żeby przychodził do domu Stana, by zapytać o pozwolenie na polowanie.
    A więc wampiry wkraczające na nie swoje terytorium musiały zameldować się w centrum dla odwiedzających. Odnotowałam to w pamięci, żeby potem do tego wrócić.
    – Był z człowiekiem albo przynajmniej z nim rozmawiał – kontynuowała rudowłosa wampirzyca. Miała na sobie niebieskie dżinsy i zielony sweter, który (przynajmniej dla mnie) wyglądał na zdecydowanie zbyt ciepły. Ale wampiry nie przejmują się zbytnio tym, jaka właściwie jest temperatura. Spojrzała na Stana, potem na Billa, który skinął głową, aby dać do zrozumienia, że potrzebują wszystkich wspomnień, jakie Rachel może posiadać. – Człowiek miał ciemne włosy i wąsy, jeśli dobrze zapamiętałam. – Wykonała dłońmi gest mający oznaczać „oni wszyscy wyglądają tak samo”.
    Po tym, jak Rachel wyszła, Bill chciał się dowiedzieć, czy gdzieś w domu jest komputer. Stan powiedział, że jest, i spojrzał na Billa z prawdziwą ciekawością, kiedy Bill spytał, czy może z niego skorzystać, i przeprosił, że nie wziął własnego laptopa.
    Stan skinął głową. Bill już miał wyjść z pokoju, kiedy zawahał się i spojrzał na mnie.
    – Nie masz nic przeciwko, Sookie? – spytał.
    – Jasne, że nie.
    Starałam się sprawiać wrażenie, że wierzę w to, co mówię.
    – Nie martw się o nią. Chciałbym, żeby spojrzała jeszcze na kilka osób – powiedział Stan.
    Skinęłam głową i Bill wyszedł. Uśmiechnęłam się do Stana. Właśnie to robię zawsze, gdy jestem zdenerwowana. To nie jest zbyt radosny uśmiech, ale lepsze to od wrzasku.
    – Ty i Bill od dawna jesteście razem? – spytał Stan.
    – Od kilku miesięcy.
    Im mniej Stan o nas wiedział, tym lepiej dla mnie.
    – Jesteś z nim szczęśliwa?
    – Tak.
    – Kochasz go?
    Stan wyglądał na rozbawionego.
    – To nie pana sprawa – warknęłam. – Wspomniał pan, że jest jeszcze kilka osób, które powinnam sprawdzić?
    Tak samo, jak to zrobiłam z Bethany, brałam kolejne osoby za ręce i przeglądałam nudną zawartość ich łepetyn. Nie ulegało wątpliwości, że Bethany była najbardziej spostrzegawczą osoba w barze. Ci ludzie – inna kelnerka, barman i stały bywalec (fangbanger), którzy byli tu właściwie z własnej woli, mieli beznadziejne, tępe myśli i ograniczoną zdolność zapamiętywania. Odkryłam, że barman przechowuje w pubie kradzione sprzęty gospodarstwa domowego i, jak tylko facet wyszedł z pokoju, poradziłam Stanowi, by zatrudnił innego barmana albo będzie miał na karku policję. Na Stanie wywarło to większe wrażenie, niż się spodziewałam. Wolałabym, żeby się zbytnio nie zachwycił moimi usługami.
    Bill wrócił, gdy kończyłam z ostatnim pracownikiem baru, i wyglądał na dość zadowolonego, więc wywnioskowałam, że wszystko dobrze mu poszło. Bill spędzał ostatnio przy komputerze większość tego czasu, którego nie spędzał w trumnie, co mi się niespecjalnie podobało.
    – Ten wytatuowany wampir – powiedział Bill, gdy w pokoju nie pozostał już nikt oprócz naszej trójki – nazywa się Godric, chociaż w ciągu ostatniego wieku używał imienia Godfrey. Jest renouncerem.
    Nie wiem jak Stan, ale ja byłam pod wrażeniem. Kilka minut przy komputerze i Bill odwalił niezły kawał detektywistycznej roboty.
    Stan wyglądał na zszokowanego i przypuszczam, że ja sama sprawiałam wrażenie zdezorientowanej.
    – Sprzymierzył się z ludźmi-radykałami. Planuje popełnić samobójstwo – Bill wytłumaczył mi po cichu, gdy Stan pogrążył się w myślach. – Godfrey zdecydował spotkać się ze słońcem. Jego egzystencja stałą mu się niemiłą.
    – Więc zamierza kogoś ze sobą zabrać? Godfrey chce wystawić Farrella na słońce razem ze sobą?
    – Zdradził nas przed Bractwem – powiedział Stan.
    „Zdradzić” to bardzo tandetnie patetyczne słowo, ale w życiu nie przyszłoby mi do głowy nawet uśmiechnąć się ironicznie, gdy Stan je wypowiedział. Słyszałam o Bractwie, nigdy jednak nie spotkałam nikogo, kto przyznałby się, że do niego należy. Bractwo Słońca było dla wampirów tym, czym dla Afroamerykanów Ku Klux Klan. To była najszybciej rozwijająca się sekta w Stanach.
    Po raz kolejny rzucono mnie na głęboką wodę – i tym razem zaczęło mnie to przerastać.

    Tłum. Pószczyk 2

Rozdział 5

    Naprawdę nietrudno znaleźć ludzi, którzy nie chcą zaakceptować faktu, że żyją na tej samej planecie co wampiry. Gdy już uwierzyli, że wampiry naprawdę istnieją, postanowili je zniszczyć. Nie gardzili przy tym żadną spośród znanych im metoda zabijania – tak samo postępowały niegodziwe wampiry, które także nie przebierały w środkach.
    Niegodziwymi wampirami nazywa się te, które pozostały przywiązane do swoich starych zwyczajów: nie chciały, by ludzie o nich wiedzieli, odmawiały picia sztucznej krwi, która obecnie stanowiła podstawę diety większości wampirów. Wierzyły, że jednym słusznym wyjściem jest powrót do życia w ukryciu. Najchętniej zarżnęłyby wszystkich ludzi dla samej radości mordowania, bo w zasadzie lubiły czuć, że ich gatunek jest prześladowany. Ze wszystkich sił starały się przekonać mainstreamujace wampiry, że życie w sekrecie jest dla nich najlepsze.
    Teraz dowiedziałam się od Billa, że istnieją wampiry, które borykają się ze strasznymi wyrzutami sumienia albo po prostu nudą, spowodowaną zbyt długim życiem. Takie osobniki planują „spotkać słońce”, jak nazywają samobójstwo przez wystawienie się na działanie promieni słonecznych.
    Po raz kolejny okazało się, że wybranie wampira na swojego faceta było równoznaczne ze skazaniem się na podążanie ścieżką, o której nigdy bym nie pomyślała. Nie musiałabym o niczym wiedzieć, nie śniłabym nawet o umawianiu się z kimś nieumarłym, gdybym nie urodziła się telepatką. Byłam pariasem wśród ludzi – w końcu naprawdę ciężko jest być z kimś, kogo myśli można w dowolnej chwili odczytać. Kiedy poznałam Billa, zaczął się najszczęśliwszy czas w moim życiu, chociaż przez te kilka miesięcy z całą pewnością miałam więcej kłopotów, niż przez całe swoje dotychczasowe, dwudziestopięcioletnie życie.
    – Zatem sądzicie, że Farrell jest już martwy? – zapytałam, zmuszając się do skupienia na aktualnych sprawach. Nie chciałam pytać, ale musiałam wiedzieć.
    – Możliwe – odpowiedział Stan po długiej pauzie.
    – Istnieje też możliwość, że gdzieś go przetrzymują – dodał Bill. – Wiesz, że zapraszają prasę na takie… ceremonie.
    Stan wpatrywał się w przestrzeń przez dłuższą chwilę, a potem wstał.
    – Ten sam facet był w barze i na lotnisku – powiedział cicho, jakby do siebie.
    Stan, ten dziwny wampir stojący na czele siedliska w Dallas, spacerował w tę i z powrotem po pokoju. Doprowadzało mnie to do szału, ale nie mogłam nic powiedzieć; to był dom Stana, a jego „brat” zniknął. Nie umiem jednak wytrzymywać tak długo w ciszy. Byłam zmęczona i chciałam iść spać.
    – Więc – zaczęłam, starając się, aby mój głos brzmiał rześko – skąd mogli wiedzieć, że tam będę?
    Jeśli jest coś gorszego od wpatrującego się w ciebie wampira, to niewątpliwie są to dwa wpatrujące się w ciebie wampiry.
    – Żeby znać wcześniej datę twojego przybycia… Musimy mieć wśród siebie zdrajcę – stwierdził Stan. Atmosfera w pokoju zdawała się drżeć i szeleścić w napięciu.
    Jednak ja miałam mniej dramatyczny pomysł. Wzięłam notatnik leżący na stole i napisałam „Może macie pluskwę”. Obydwaj spojrzeli na mnie, jakbym zaoferowała im Big Maca. Wampiry, które mają różne niezwykłe moce, wydają się zaskoczone, kiedy okazuje się, że ludzie też wymyślili coś sprytnego. Bill i Stan spojrzeli po sobie z namysłem, ale żaden nie miał propozycji, co dalej robić.
    Cóż, niech ich licho. Widziałam to tylko w filmach, ale domyśliłam się, że jeśli ktoś zamontował w tym pokoju pluskwę, to musiał robić to w pośpiechu i ze strachem, a więc nie może ona być dobrze ukryta. Zdjęłam szarą marynarkę i buty. Ponieważ byłam tylko człowiekiem i nie miałam żadnej dumy, którą mogłabym stracić w oczach Stana, weszłam pod stół i zaczęłam się czołgać pod nim, odpychając krzesła na boki. Po raz milionowy tego dnia żałowałam, że nie założyłam spodni.
    Minęłam nogi Stana o jakieś dwa jardy [17], kiedy zobaczyłam coś dziwnego, jakieś ciemne wybrzuszenie wyraźnie widoczne na jasnym drewnie stołu. Przypatrzyłam się temu czemuś na tyle dokładnie, na ile mogłam to zrobić bez latarki. To nie była stara guma do żucia.
    Gdy już znalazłam to urządzenie, nie wiedziałam, co zrobić. Wyczołgałam się spod stołu, zakurzona w stopniu większym, niż mogłam się spodziewać, i odkryłam, że znajduję się przy stopach Stana. Wyciągnął rękę w moim kierunku, a ja ją ostrożnie ujęłam, by już po chwili stać koło niego. Nie był zbyt wysoki i mogłam widzieć jego oczy z bliższej odległości, niż bym chciała. Wyciągnęłam palec, żeby się upewnić, że wampir zwraca na mnie uwagę, a potem wskazałam pod stół. Bill opuścił pokój w mgnieniu oka. Twarz Stana stała się jeszcze bledsza, a jego oczy płonęły. Starałam się patrzeć gdziekolwiek, byle nie na niego. Nie chciałam spotkać jego wzroku teraz, kiedy zrozumiał, że ktoś podłożył pluskwę w jego domu. Rzeczywiście został zdradzony, ale nie w taki sposób, jakiego się spodziewał.
    Zaczęłam myśleć o czymś, co mogłoby pomóc, i uśmiechnęłam się do Stana. Automatycznie sięgnęłam do końskiego ogona, żeby go poprawić, ale zorientowałam się, że moje włosy są upięte w kok, teraz zdecydowanie mniej schludny. Poprawianie go było dobrą wymówką, by odwrócić wzrok i patrzeć w dół. Ulżyło mi, kiedy Bill wrócił z Isabel i facetem, który wcześniej zmywał, a teraz trzymał miskę wody.
    – Przykro mi, Stan – powiedział Bill. – Obawiam się, że Farrell już nie żyje. Jak już sobie poradzisz z tym, co odkryliśmy dziś wieczór, myślę, że Sookie i ja możemy jutro wrócić do Luizjany, chyba że nas jeszcze potrzebujesz.
    Isabel wskazała na stół i mężczyzna postawił miskę.
    – Możecie. – Głos Stana był zimny jak lód. – Przyślijcie mi rachunek. Wasz przełożony, Eric, był w tej kwestii wyjątkowo niewzruszony. Muszę go kiedyś poznać.
    Jego ton sugerował, że nie byłoby to dla Erica miłe spotkanie.
    Isabel powiedziała nagle:
    – Głupi człowieku! Rozlałeś mi drinka!
    Bill nachylił się koło mnie, żeby zerwać pluskwę spod stołu i wrzucić ją do miski z wodą, a Isabel ostrożnie, żeby nie rozlać wody, wyniosła miskę z pokoju. Jej towarzysz podążył za nią.
    To było potwierdzenie tego, że proste pomysły są najlepsze. Do tego bardzo prawdopodobne, że ktokolwiek słuchał, dał się nabrać na tę rozmowę. Ulżyło nam, że pluskwa została zdemontowana. Nawet Stan wyglądał mniej przerażająco.
    – Isabel mówi, że masz powody twierdzić, że Farrell został uprowadzony przez Bractwo – powiedział mężczyzna. – Może ta młoda dama i ja moglibyśmy udać się jutro do Centrum Bractwa i spróbować dowiedzieć się, czy planują jakieś ceremonie w najbliższym czasie.
    Bill i Stan popatrzyli na niego z namysłem.
    – To dobry pomysł – powiedział Stan. – Para wyglądałaby mniej podejrzanie.
    – Sookie? – zapytał Bill.
    – Z pewnością żadne z was nie może iść – odpowiedziałam. – Myślę, że moglibyśmy się przynajmniej rozejrzeć po budynku. Jeśli naprawdę uważacie, że Farrell może tam być.
    Gdybym mogła dowiedzieć się więcej o sytuacji wewnątrz Centrum Bractwa, może mogłabym powstrzymać wampiry przed atakowaniem. Z pewnością nie mieli zamiaru udać się na policję z danymi osób zaginionych i poprosić policjantów o przeszukanie Centrum. Niezależnie od tego, jak bardzo wampiry z Dallas chciały przestrzegać ludzkich praw, by czerpać korzyści z mainstreamingu, wiedziałam, że jeśli któryś z ich pobratymców jest przetrzymywany w Centrum, ludzie będę ginąć na prawo i lewo. Mogłabym temu zaradzić, gdybym zlokalizowała miejsce przetrzymywania Farrella.
    – Jeśli ten wytatuowany wampir jest zdecydowany spotkać się ze słońcem i zabrać Farrella ze sobą, a to wszystko zostało zaaranżowane przez Bractwo, to ten fałszywy ksiądz, który próbował schwytać cię na lotnisku, musiał dla nich pracować – zauważył Bill. – Musisz założyć perukę.
    Uśmiechnął się z zadowoleniem. Kupno peruki było jego pomysłem.
    Peruka przy tym upale. Cholera. Starałam się nie wyglądać na rozdrażnioną. W końcu lepiej byłoby, gdyby swędziała mnie głowa, niż żeby zidentyfikowano mnie jako kobietę mającą powiązania z wampirami, kiedy będę odwiedzać Centrum Bractwa Słońca.
    – Lepiej, gdyby był ze mną inny człowiek – przyznałam, żałując, że muszę narazić kogoś na niebezpieczeństwo.
    – Obecny facet Isabel… – powiedział Stan.
    Przez chwilę milczał i domyśliłam się, że „uśmiecha się” do niej czy jakkolwiek inaczej skontaktował się z podwładnymi. W każdym razie Isabel weszła do środka. To musi być wygodne, wzywać ludzi ot tak. Nie potrzeba interkomu czy telefonu. Zastanawiałam się, jak bardzo wampiry mogą być od siebie oddalone aby wciąż móc przekazywać sobie wiadomości. Byłam całkiem zadowolona, że Bill nie może kontaktować się ze mną bez użycia słów, bo czułabym się wtedy jego niewolnicą. Czy Stan mógł wzywać ludzi w taki sam sposób, w jaki wzywał wampiry? Chyba wolałabym nie wiedzieć…
    Człowiek związany z Isabel przesunął się jak pies myśliwski, który wyczuł przepiórkę. Albo może jak głodny, który najpierw dostaje stek, a potem musi czekać na łaskę. Można było prawie widzieć, jak się ślini. Miałam nadzieję, że nie wyglądam w ten sposób, kiedy jestem w pobliżu Billa.
    – Isabel, twój facet zgłosił się na ochotnika, żeby iść z Sookie do Bractwa Słońca. Może udawać nawróconego grzesznika?
    – Tak, sądzę, że może – odpowiedziała, patrząc mężczyźnie w oczy.
    – Zanim odejdziecie… Czy tego wieczora mamy jakichś gości?
    – Tak, jednego. Z Kalifornii.
    – Gdzie jest?
    – W domu.
    – Czy był w tym pokoju?
    Oczywiście, Stan marzył o tym, by osobnik, który przyczepił pluskwę był wampirem albo człowiekiem, którego nie zna.
    – Tak.
    – Przyprowadź go.
    Dobre pięć minut później Isabel wróciła z wysokim, jasnowłosym wampirem. Musiał mieć z sześć stóp [18] wzrostu albo i więcej. Był krzepki, gładko ogolony i miał włosy w kolorze pszenicy. Natychmiast utkwiłam spojrzenie w swoich stopach; zorientowałam się też, że Bill znieruchomiał
    – To jest Leif – przedstawiła go Isabel.
    – Leif – powtórzył gładko Stan. – Witam cię w moim siedlisku. Tego wieczora mamy tu mały problem.
    Zaczęłam uparcie wpatrywać się w swoje stopy, marząc bardziej niż zwykle, żebym przynajmniej na chwilę mogła zostać całkiem sama z Billem i odkryć, co tu się do licha dzieje, bo ten wampir, to nie był żaden Leif i nie pochodził z Kalifornii.
    To był Eric.
    Ręka Billa splotła się z moją. Leciutko ścisnął mi palce, a ja zrobiłam to samo. Jego ramię owinęło się wokół mnie, a ja się o niego oparłam. Rany, muszę się zrelaksować.
    – Jak mogę pomóc? – zapytał uprzejmie Eric, a nie, przepraszam, obecnie Leif.
    – Wygląda na to, że ktoś wszedł do tego pokoju i bawił się w szpiega.
    Stan nieźle to ujął. Najwidoczniej chciał zachować pluskwę w sekrecie, a w związku z tym, że w pokoju z pewnością znajdował się szpieg, był to całkiem niezły pomysł.
    – Jestem gościem w twoim siedlisku i nie mam żadnych utarczek z tobą ani z twoimi towarzyszami.
    Spokojne i szczere wyznanie Leifa zrobiło pewne wrażenie, chociaż wiedziałam, że cała jego obecność tutaj jest oszustwem, którego przyczyny jeszcze nie znałam.
    – Przepraszam – powiedziałam w najbardziej słabowity i ludzki sposób, na jaki mogłam się zdobyć.
    Stan wydawał się poirytowany faktem, że mu przerywam, ale olać to.
    – Ten, hm, przedmiot musiał być tu umieszczony wcześniej niż dziś – powiedziałam, starając się brzmieć, jakbym była pewna, że Stan już o tym pomyślał. – Żeby przekazać detale naszego przylotu do Dallas…
    Stan wpatrywał się we mnie bez żadnego wyrazu twarzy.
    Wóz albo przewóz.
    – I przepraszam, ale jestem naprawdę zmęczona. Czy Bill mógłby mnie już zabrać do hotelu?
    – Isabel cię odwiezie – odpowiedział Stan lekceważąco.
    – Nie, sir.
    Brwi Stana uniosły się za fałszywymi okularami.
    – Nie? – Brzmiał, jakby nigdy wcześniej nie słyszał tego słowa.
    – Zgodnie z moim kontraktem, nie pójdę nigdzie bez wampira z mojej okolicy. Tym wampirem jest Bill. Nigdzie się bez niego nie ruszę.
    Stan znów posłał mi przeciągłe spojrzenie. Byłam zadowolona, że znalazłam pluskwę i pokazałam, że jestem użyteczna, w innym wypadku nie przetrwałabym tu długo.
    – Idźcie – powiedział.
    Nie musiał nam tego dwa razy powtarzać.
    Nie moglibyśmy pomóc Ericowi, gdyby Stan go podejrzewał, za to łatwo moglibyśmy przypadkowo go zdemaskować. Byłoby to o wiele łatwiejsze, jednym złym słowem czy gestem, zwłaszcza, gdy byłam obserwowana przez Stana. Wampiry spędziły stulecia na studiowaniu ludzkich zachowań – tak samo, jak drapieżniki uczą się, ile tylko mogą, o swojej ofierze.
    Isabel wyszła z nami i pojechaliśmy jej lexusem z powrotem do hotelu. Ulice Dallas nie były puste, ale przynajmniej o wiele cichsze w porównaniu do stanu sprzed kilku godzin. Oceniłam, że do świtu pozostały niecałe dwie godziny.
    – Dziękuję – powiedziałam grzecznie, kiedy znaleźliśmy się przy wejściu do hotelu.
    – Mój człowiek przyjdzie po ciebie o piętnastej – powiedziała Isabel.
    Stłumiłam chęć powiedzenia „tak jest!” i stuknięcia obcasami; zamiast tego powiedziałam, że taka pora mi odpowiada.
    – Jak się nazywa? – zapytałam.
    – Hugo Ayers – odpowiedziała.
    – Okej.
    Już wiedziałam, że będzie sprytnym cwaniakiem. Poszłam do lobby i poczekałam na Billa, który zjawił się kilka sekund później. W ciszy wsiedliśmy do windy.
    – Masz swój klucz? – zapytał mnie, gdy staliśmy pod drzwiami.
    Byłam już w półśnie.
    – A gdzie jest twój? – zapytałam niezbyt uprzejmie.
    – Wolałbym zobaczyć, jak wyciągasz swój – odpowiedział.
    Nagle mój nastrój znacząco się poprawił.
    – Może sam wolałbyś go znaleźć? – zasugerowałam.
    Jakiś wampir z długimi do pasa, czarnymi włosami przeszedł przez korytarz, obejmując ramieniem tęgą dziewczynę o rudych, kręconych włosach. Kiedy weszli do swojego pokoju, Bill zaczął szukać klucza.
    Znalazł go całkiem szybko.
    Kiedy już weszliśmy do środka, Bill podniósł mnie i zaczął całować. Musieliśmy porozmawiać, w końcu tej nocy tyle się zdarzyło, ale nie byłam w nastroju i on też niezbyt. Odkryłam za to, że zaletą spódnic jest to jak łatwo można je podciągnąć do góry, a kiedy ma się stringi, mogą one zniknąć w ułamku sekundy. Szara marynarka leżała na podłodze, biała koszula też, a moje ręce otoczyły szyję Billa szybciej, niż można by powiedzieć „olać wampira”.
    Bill opierał się o ścianę w salonie, próbując odpiąć spodnie, a ja cały czas go obejmowałam. Nagle rozległo się pukanie do drzwi.
    – Cholera – mruknął do mojego ucha. – Odejdź – dodał głośniej.
    Ocierałam się o niego i dech ugrzązł mu w piersi. Wyciągnął spinki z moich włosów i pozwolił im opaść na plecy.
    – Muszę z wami porozmawiać. – Zza drzwi dobiegł znajomy głos.
    – Nie – wyjęczałam. – Powiedz, że to nie Eric.
    Jedyne stworzenie na świecie, którego musieliśmy posłuchać.
    – To Eric – potwierdził głos.
    Przestałam obejmować talię Billa nogami, a on delikatnie postawił mnie na podłodze. Błyskawicznie udałam się do sypialni, żeby przebrać się w szlafrok. Nie miałam ochoty z powrotem zapinać wszystkich tych ciuchów.
    Kiedy wróciłam do salonu, Eric akurat chwalił Billa za to, że ten się dobrze spisał tego wieczora.
    – Och, wielkie dzięki za to, że przyszedłeś, żeby nam to powiedzieć – mruknęłam. – Nie moglibyśmy iść spać, gdybyś ty nas nie pochwalił.
    Eric wyglądał na tak beznamiętnie ukontentowanego, jak tylko mógł.
    – Ojejku, czyżbym w czymś przeszkodził? – zapytał. – Czyżby te… cóż, to… należało do ciebie, Sookie?
    Trzymał jeden z czarnych sznurków, które wcześniej były elementem moich stringów.
    – Jednym słowem, tak – odpowiedział Bill. – Czy jest coś jeszcze, co chciałbyś z nami omówić?
    Nawet lód by się zdziwił, gdyby usłyszał, jak chłodny był głos Billa.
    – Nie mamy czasu dziś wieczór – odparł z żalem Eric. – Świt już się zbliża, a muszę załatwić jeszcze parę rzeczy, nim zasnę. Ale musimy się spotkać jutro. Kiedy odkryjecie, co Stan planuje zrobić, zostawcie mi notatkę w recepcji i jakoś się umówimy.
    Bill pokiwał głową.
    – Zatem do zobaczenia – powiedział.
    – Może jakiś drink na dobranoc?
    Czyżby miał nadzieję, że zaoferujemy mu butelkę krwi? Oczy Erica podążyły w kierunku lodówki, a potem spoczęły na mnie. Żałowałam, że mam na sobie cienką warstwę nylonu zamiast czegoś grubego i ciepłego.
    – Ciepłego i prosto z żył?… – Bill przerwał grobową ciszę.
    Eric wyszedł z pokoju, patrząc na mnie cały czas. Bill zamknął za nim drzwi.
    – Myślisz, że podsłuchuje? – zapytałam Billa, kiedy ten odwiązywał pasek mojego szlafroka.
    – Nie obchodzi mnie to – odpowiedział i już po chwili miał inne rzeczy w głowie.

*

    Kiedy się obudziłam, była trzynasta, a hotel wydawał się cichy i pusty. Oczywiście, w końcu większość gości spała. Pokojówki nie mogły wchodzić do pokojów w czasie dnia. W nocy zauważyłam też wampiry-ochroniarzy, ale w dzień na pewno kto inny pilnował (sowicie opłaconego zresztą) bezpieczeństwa gości. Po raz pierwszy w życiu wezwałam obsługę pokojową i zamówiłam śniadanie. Byłam tak głodna, że zjadłabym konia z kopytami – w końcu poprzedniej nocy kompletnie zapomniałam o jedzeniu. Zdążyłam wziąć prysznic i założyć szlafrok, zanim usłyszałam pukanie do drzwi. Kiedy się upewniłam, że to kelner ze śniadaniem, wpuściłam go do środka.
    Po tym, jak wczoraj usiłowano mnie uprowadzić na lotnisku, niczego nie brałam za pewnik. Kiedy młody mężczyzna stawiał jedzenia na stoliku, nadal miałam pod ręką gaz pieprzowy. Gdyby zrobił choć jeden krok w kierunku drzwi, za którymi Bill spał w swojej trumnie, zaatakowałabym go. Facet, Arturo, był jednak nieźle wyszkolony, nawet nie zerknął w kierunku sypialni. Nie patrzył też na mnie, choć myślał o mnie i zaczęłam żałować, że nie założyłam stanika zanim go wpuściłam.
    Kiedy już poszedł (wcześniej dałam mu napiwek, tak jak poinstruował mnie Bill), zjadłam wszystko: kiełbaski, naleśniki i całą miseczkę kawałków melona. Jejku, to było pyszne. Syrop był prawdziwym syropem klonowym, owoce smakowały, jakby były świeżo zerwane. Kiełbaski były po prostu wspaniałe. Cieszyłam się, że Billa nie było w pobliżu, czułabym się niekomfortowo, gdyby patrzył. Nie przepadał za oglądaniem mnie w czasie posiłków; i nie znosił, kiedy jadłam czosnek.
    Umyłam zęby, wyszczotkowałam włosy i nałożyłam makijaż. Nadszedł czas, żeby przygotować się na wizytę w Centrum Bractwa. Zebrałam włosy i upięłam je wysoko, po czym wyjęłam perukę z pudełka. Wyglądała bardzo przeciętnie – krótkie, brązowe włosy. Kiedy Bill zaproponował mi jej nabycie, uznałam, że musi żartować i zastanawiałam się, do czego miałaby mi się przydać, ale teraz cieszyłam się, że jednak ją kupiłam. Miałam też parę okularów, podobnych do tych Stana, również kupionych po to, żeby się zakamuflować. Kiedy je założyłam, zauważyłam, że są trochę powiększone w dolnej części – czyli to okulary do czytania.
    Co fanatycy zakładają, kiedy idą do miejsca, w którym spotykają się z innymi fanatykami? Ze swojego dość ograniczonego doświadczenia wiedziałam, że fanatycy zwykle są konserwatywni w doborze strojów: albo dlatego, że zajmują się czymś innym i stroje ich nie interesują, albo widzą coś złego w ubieraniu się stylowo. Gdybym była w domu, poszłabym do Wal-Martu i kupiła coś taniego, ale byłam tutaj, w drogim, pozbawionym okien Silent Shores. Jednak Bill mówił, żebym kontaktowała się z recepcją, jeśli będę czegoś potrzebować.
    Tak też zrobiłam.
    – Recepcja – powiedział człowiek, który starał się naśladować gładki głos starego wampira. – Jak mogę pomóc?
    Miałam ochotę powiedzieć mu, żeby sobie odpuścił. Kto chciałby imitację, kiedy coś prawdziwego jest na wyciągnięcie ręki?
    – Mówi Sookie Stackhouse z trzy-czternaście. Potrzebuję długiej, dżinsowej spódnicy, rozmiar osiem [20], i jakiejś bluzki w kwiaty w pastelowych kolorach lub bawełnianego topu, ten sam rozmiar.
    – Oczywiście, proszę pani – odpowiedział po dłuższej przerwie. – Na kiedy potrzebuje pani tych ubrań?
    – Szybko. – Ojej, jakie to było zabawne. – Właściwie im szybciej, tym lepiej.
    Wczuwałam się. Chyba podobało mi się korzystanie z czyjegoś funduszu reprezentacyjnego.
    Czekając, oglądałam wiadomości – typowe dla amerykańskiego miasta: korki, podział na strefy, zabójstwa… Prezenter akurat mówił o czymś grobowym głosem. Opuszczone kąciki jego ust wskazywały na to, jak poważny temat właśnie porusza:
    – Zidentyfikowano zwłoki kobiety znalezione na wysypisku śmieci za hotelem Silent Shore; należą one do dwudziestojednoletniej Bethany Rogers, pierwszej osoby w Dallas oferującej catering dla nieumarłych. Rogers została zabita pojedynczym strzałem w głowę, policja uznała to zabójstwo za egzekucję. Detektyw Tawny Kelner powiedziała naszemu reporterowi, że policja znalazła kilka motywów.
    Obraz na ekranie się zmienił ze sztucznie ponurej twarzy prezentera na twarz ponurą autentycznie. Pani detektyw mogła mieć nieco ponad czterdzieści lat, była niska, a na jej plecy opadał długi warkocz. Kamera obróciła się, żeby pokazać także i reportera, niskiego, ciemnego mężczyznę w garniturze.
    – Detektyw Kelner, czy to prawda, że Bethany Rogers pracowała w barze dla wampirów?
    Kobieta zmarszczyła brwi, co wydawało się w jakiś sposób onieśmielające.
    – Tak, to prawda – odpowiedziała. – Jednakże była zatrudniona jako kelnerka, a nie osoba dostarczająca klientom rozrywki.
    Dostarczać rozrywki? Czym się takie osoby zajmowały w Bat’s Wing?
    – Pracowała tam tylko kilka miesięcy.
    – Czy miejsce, w którym pozostawiono jej zwłoki, nie sugeruje powiązań z wampirami? – Reporter był bardziej wytrwały, niż ja bym była.
    – Mówiąc szczerze, sądzę, że miejsce to zostało wybrane jako wiadomość dla wampirów. – stwierdziła Kelner i wyglądało na to, że żałuje, że to powiedziała. – A teraz, jeśli pan pozwoli…
    – Oczywiście, pani detektyw – powiedział nieco skołowany reporter. – Zatem, Tom – zaczął, zwracając się do kamery, jakby za jej pośrednictwem mógł zobaczyć prezentera w studiu – wygląda na to, że to prowokacja.
    Że co?
    Prezenter szybko zorientował się, że reporter mówi od rzeczy i zmienił temat.
    Biedna Bethany była martwa i nie było przy mnie nikogo, z kim mogłabym o tym porozmawiać. Powstrzymałam łzy; znałam ją za krótko, żeby móc ją opłakiwać. Nie mogłam przestać zastanawiać się, co jej się przytrafiło po tym, jak została wyprowadzona z siedliska. Jeśli nie miała śladów kłów, to z pewnością nie wampir ją zabił. To byłoby dziwne, gdyby odpuścił sobie wypicie jej krwi.
    Pociągając nosem od powstrzymywania łez i czując się nieszczęśliwą, usiadłam na kanapie i zaczęłam szukać ołówka, który musiał znajdować się gdzieś w mojej torebce. Ostatecznie udało mi się znaleźć długopis, którym podrapałam się pod peruką. Nawet w chłodnym, zacienionym pokoju hotelowym było w niej nieprzyjemnie.
    Pół godziny później rozległo się pukanie do drzwi. Po raz kolejny wyjrzałam przez wizjer. To znów był Arturo, tym razem z ubraniami przewieszonymi przez ramię.
    – Zwrócimy te, które nie będą pani odpowiadały – powiedział, podając mi je. Starał się nie patrzeć na moje włosy.
    – Dzięki – odpowiedziałam, dając mu napiwek. Mogłabym szybko przywyknąć do takiego życia.
    Nie miałam już dużo czasu do spotkania z tym Ayersem, ukochanym Isabel. Zrzuciłam szlafrok i zaczęłam przyglądać się temu, co Arturo dla mnie kupił. Jasnobrzoskwiniowa bluzka w białe kwiaty wydawała się odpowiednia, a spódnica… hmmm. Najwyraźniej nie mógł znaleźć dżinsowej, więc przyniósł dwie w kolorze khaki. Uznałam, że mogą być i przymierzyłam pierwszą. Nie pasowała do zamierzonego efektu i cieszyłam się, że druga była w innym stylu. Tak, ta druga była odpowiednia. Założyłam sandały na płaskiej podeszwie, a w uszy włożyłam małe kolczyki i byłam gotowa. Miałam nawet nieco zniszczoną słomkową torebkę, którą mogłam wziąć ze sobą. Niestety, to była moja normalna torebka, nie kupiona specjalnie na tę misję; ale pasowała doskonale. Wyrzuciłam z niej wszystkie rzeczy, które można by powiązać ze mną i żałowałam, że nie pomyślałam o tym wcześniej. Zastanawiałam się, jakie jeszcze ważne kwestie, od których mogło zależeć moje bezpieczeństwo, pominęłam.
    Kiedy dotarłam do lobby, zauważyłam, że po obu stronach windy stoją uzbrojeni strażnicy, bacznie obserwujący główne wejście do hotelu, które wyglądało na zamknięte od środka. Przy drzwiach był zamontowany ekran pokazujący podgląd z kamery umieszczonej na zewnątrz. Inny monitor pokazywał obraz całej okolicy.
    Miałam wrażenie, że musi nadciągać jakiś okropny atak i zamarłam, czując, jak przyspiesza mi puls. Po kilku chwilach jednak się uspokoiłam, doszło do mnie bowiem, że ochroniarze muszą tu być cały czas. W ten sposób wampiry mogły przebywać w hotelach tego rodzaju – nikt nie mógł prześlizgnąć do wind się obok ochroniarzy, nikt nie mógł wejść do hotelu, w którym spały bezbronne wampiry. To dlatego ceny za pokój były tak wyśrubowane.
    Obydwaj ochroniarze byli wielcy i ubrani w czarne uniformy firmowe z logo hotelu. (Cóż, chyba wszyscy myślą, że wampiry mają obsesję na punkcie czerni.) Wydawało mi się, że pistolety, które mieli przy sobie, były ogromne, ale nie znam się na broni. Obydwaj zerknęli na mnie przelotnie, a potem znów zaczęli wpatrywać się przed siebie.
    Nawet obsługa recepcji była uzbrojona. Na półkach za ladą leżały pistolety. Zastanawiałam się, jak daleko by się posunęli, by bronić swoich gości. Naprawdę strzelaliby do innych ludzi? Jak potraktowałoby to prawo?
    Mężczyzna w okularach siedział na jednym z wyściełanych krzeseł stojących na marmurowej podłodze lobby. Miał około trzydziestki, był wysoki, chudy i jasnowłosy. Ubrany był w lekki garnitur w kolorze khaki i dość konwencjonalny krawat; wyglądał jak typowy mieszczuch.
    – Hugo Ayers? – zapytałam.
    Podniósł się, żeby uścisnąć mi dłoń.
    – Ty musisz być Sookie. Ale twoje włosy… Wczorajszej nocy byłaś blondynką?
    – Tak. Noszę perukę.
    – Wygląda bardzo naturalnie.
    – To dobrze. Jesteś gotowy?
    – Mój samochód stoi przed wejściem.
    Delikatnie dotknął moich pleców, żeby skierować mnie w odpowiednią stronę, jakbym sama nie umiała trafić do drzwi. Doceniałam jego uprzejmość i próbowałam wyczuć jakieś jego myśli, nie był jednak typem „nadajnika”.
    – Jak długo umawiasz się z Isabel? – zapytałam, kiedy wsiadaliśmy do jego caprice’a.
    – Um, coś około jedenastu miesięcy – odpowiedział Hugo. Miał duże dłonie, których zewnętrzne strony pokryte były zmarszczkami. Dziwiło mnie, że nie mieszka na przedmieściach z żoną i dwójką jasnowłosych dzieci.
    – Jesteś rozwiedziony? – zapytałam, kierując się impulsem.
    Zrobiło mi się przykro, kiedy zobaczyłam grymas na jego twarzy.
    – Tak – przyznał. – Od niedawna.
    – To niedobrze.
    Chciałam zapytać o dzieci, ale uznałam, że to nie moja sprawa. Mogłam wyczytać z jego myśli, że ma małą córeczkę, ale nie poznałam jej imienia ani wieku.
    – To prawda, że umiesz czytać w myślach? – zapytał.
    – Tak, to prawda.
    – Nic dziwnego, że wydajesz im się przydatna.
    Cóż, ałć, Hugo.
    – To pewnie spora część tych powodów – odpowiedziałam, starając się utrzymać spokojny głos. – Gdzie pracujesz za dnia?
    – Jestem prawnikiem – odpowiedział Hugo.
    – Nic dziwnego, że wydajesz się im przydatny – stwierdziłam najbardziej obojętnym tonem, na jaki mnie było stać.
    – Chyba mi się należało – powiedział Hugo po dłuższej pauzie.
    – W takim razie zmieńmy temat i ustalmy, co im powiemy.
    – Może zostańmy bratem i siostrą?
    – To niezły pomysł, widziałam braci i siostry jeszcze bardziej niepodobnych do siebie niż my, ale myślę, że jeśli będzie udawać narzeczeństwo, łatwiej będzie nam wyjaśnić dlaczego nie wiemy o sobie wszystkiego, gdyby nas rozdzielono i wypytywano. Mam nadzieję, że tak się nie stanie, byłabym nawet zdziwiona, gdyby tak było, ale jako brat i siostra musielibyśmy wiedzieć o sobie wszystko.
    – Masz rację. Może powiedzmy, że poznaliśmy się w kościele? Przeprowadziłaś się do Dallas i spotkaliśmy się w niedzielę w kościele Glen Craigie Methodist. To moja parafia.
    – Okej. Może będę… właścicielką restauracji?
    Pracując w Merlotte’s trochę się mogłam dowiedzieć o takiej pracy i jeśli będą mnie wypytywać, na pewno coś wymyślę.
    Wyglądał na zaskoczonego.
    – To jest na tyle niespotykane, żeby brzmiało dobrze. Nie jestem najlepszym aktorem, więc będę się trzymał swojego zawodu, wtedy będzie dobrze.
    – Jak poznałeś Isabel? – zapytałam z ciekawością.
    – Reprezentowałem Stana w sądzie. Jego sąsiedzi nie chcieli mieć wampira w okolicy. Przegrali.
    Hugo miał mieszane uczucia odnośnie związku z wampirzycą i nie był całkiem pewny, czy słusznie wygrał tę sprawę. Właściwie, nie był pewny, co czuje do Isabel.
    O Boże, to sprawiło, że to zadanie wydało mi się jeszcze bardziej przerażające.
    – Masz to w papierach? To, że reprezentowałeś Stana Davisa?
    Wyglądał na rozgoryczonego.
    – Tak. Cholera, ktoś w Bractwie może skojarzyć moje nazwisko. Albo twarz, moje zdjęcia często pokazywały się w prasie.
    – Ale może to nawet lepiej. Możesz im powiedzieć, że kiedy już poznałeś się z wampirami, widzisz, że zbłądziłeś.
    Hugo zamyślił się nad tym, a jego dłonie bezmyślnie poruszały się na kierownicy.
    – Okej – stwierdził w końcu. – Tak jak mówiłem, nie jestem najlepszym aktorem, ale myślę, że sobie poradzę.
    Ja coś udawałam przez cały czas, więc się o siebie nie bałam. Przyjmowanie zamówienia od pijanego faceta i udawanie, że nie ma się pojęcia, że zastanawia się, czy jestem blondynką też tam na dole, było świetnym treningiem. Nie można – zwykle – winić ludzi za to, o czym myślą nieświadomie. Trzeba się nauczyć być ponad to.
    Chciałam zasugerować prawnikowi, że powinien złapać mnie za rękę, jeśli sprawy przybiorą niepokojący obrót – w ten sposób będę mogła jaśniej odczytać jego myśli i dowiedzieć się, jak powinnam zareagować. Jednak jego ambiwalencja, która emanowała od niego jak zapach taniej wody kolońskiej, powstrzymała mnie. Mógł być seksualnie zainteresowany Isabel, mógł nawet kochać ją i niebezpieczeństwo, jakie sobą reprezentowała, ale nie wierzyłam, że jego serce i umysł są jej w pełni oddane.
    Po krótkim rachunku sumienia zastanowiłam się, czy to samo można by powiedzieć o mnie i o Billu. Ale zarówno czas, jak i miejsce, nie były odpowiednie do takich rozważań. To, co wyczytałam z umysłu Hugona, sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać, czy można mu zaufać w czasie tej misji; prawdę mówiąc, zaczęłam się zastanawiać, czy jestem bezpieczna w jego towarzystwie. Ciekawiło mnie też, ile właściwie Hugo Ayres wie o mnie; nie było go z nami poprzedniej nocy. Isabel nie wyglądała mi na gadułę, więc może nie wiedział tak dużo.
    Przy czteropasmowej ulicy, prowadzącej przez rozległe przedmieścia, pełno było fast-foodów i różnego rodzaju sklepów. Jednak im dalej od miasta, tym częściej sklepy ustępowały miejsca rezydencjom, a beton – zieleni; nawet korki zdawały się zmniejszać. Nie mogłabym mieszkać w takim miejscu, wydawało się za duże jak na codzienne potrzeby.
    Hugo zwolnił i wrzucił kierunkowskaz, kiedy dojechaliśmy do głównego skrzyżowania. Mieliśmy zaraz skręcić na parking obok dużego kościoła; przynajmniej formalnie był to kościół. Według standardów Bon Temps sanktuarium było duże. Jedynie baptyści mogli być tak liczni, a i to tylko, jeśli wszyscy wyznawcy tej religii spotkaliby się w jednym miejscu. Dwupiętrowe sanktuarium miało po bokach dwa jednopiętrowe skrzydła. Cały budynek wykonano z pomalowanych na biało cegieł, wszystkie okna były przyciemnione. Przed kościołem znajdował się zieleniejący chemiczną zielenią trawnik, który otaczał cały parking.
    Na zadbanym trawniku znajdowała się tabliczka z napisem „CENTRUM BRACTWA SŁOŃCA – Tylko Jezus wstał z martwych”.
    Wysiadłszy z samochodu, parsknęłam:
    – To nieprawda. Łazarz też zmartwychwstał. Frajerzy, nawet nie umieją dobrze czytać Pisma.
    – Lepiej zmień nastawienie – ostrzegł mnie Hugo, kiedy już zamknął samochód. – Staniesz się przez to nieostrożna, a ci ludzie są niebezpieczni. Publicznie przyznali się do wydania dwóch wampirów w ręce przestępców zajmujących się drainowaniem. Mówili, że przynajmniej ludzkość może coś zyskać na śmierci wampira.
    – Zadają się z drainerami?
    Poczułam obrzydzenie. Drainerzy uprawiali niezwykle niebezpieczny zawód. Chwytali wampiry, unieruchamiali je srebrnymi łańcuchami i pozbawiali krwi, żeby potem sprzedać ją na czarnym rynku.
    – Ci ludzie oddali wampiry drainerom? – powtórzyłam.
    – Tak jeden z ich członków powiedział w wywiadzie prasowym. Oczywiście następnego dnia wszystko odwołano, ale myślę, że to była tylko zasłona dymna. Bractwo zabija wampiry, kiedy tylko może; myślą, że wampiry są bezbożne i odrażające, jakby były czemukolwiek winne. Jeśli przyjaźnisz się z wampirem, zaczną wywierać na ciebie ogromną presję. Po prostu pamiętaj o tym, kiedy się będziesz odzywać.
    – Ty też, Panie Złowieszcze Ostrzeżenie.
    Powoli weszliśmy do budynku, przy okazji mu się przyglądając. Na parkingu stało około dziesięciu innych aut, od starych i poobijanych do nowych i ekskluzywnych. Najładniej wyglądał perłowobiały lexus, tak zachwycający, że niemal mogłam uznać, że należy do wampira.
    – Ktoś nieźle zarabia na nienawiści – zauważył Hugo.
    – Kto stoi na czele tej organizacji?
    – Facet nazwiskiem Steve Newlin.
    – Założę się, że to jego samochód.
    – To by się zgadzało z naklejką na zderzaku.
    Pokiwałam głową. Na naklejce przeczytałam „ZABIERZCIE NIE ZE SŁOWA NIEUMARLI”. Zauważyłam też, że na wstecznym lusterku ktoś zawiesił replikę – a może to wcale nie była replika – kołka.
    Miejsce było zatłoczone, przynajmniej jak na sobotnie popołudnie. Dzieci korzystały z placu zabaw, na który składały się huśtawki i zestaw przeplotek, umieszczonego z boku budynku. Znudzony nastolatek, który miał pilnować dzieci, raz po raz rzucał im krótkie spojrzenie, a potem dalej oglądał swoje paznokcie. Nie było już tak upalnie, jak wczoraj (lato traciło na sile, chwała Bogu) i drzwi do budynku były otwarte, żeby można było pełniej cieszyć się pięknym dniem i umiarkowaną temperaturą.
    Hugo wziął mnie za rękę, co sprawiło, że poczułam się dziwnie, póki nie przypomniałam sobie, że mieliśmy wyglądać na zakochanych. Nie interesował się mną, co mi w pełni odpowiadało. Przez chwilę odczuwałam dyskomfort, ale później wczuliśmy się w nasze role. Kontakt fizyczny sprawił, że umysł Hugona stał się bardziej otwarty i mogłam wyczuć, że mój partner jest nieco zdenerwowany, ale zdecydowany. Uważał, że dotykanie mnie jest cokolwiek wstrętne – było to nieco zbyt silne uczucie jak na mój gust i nie mogłam przejść nad tym do porządku dziennego; brak uwagi mi nie przeszkadzał, ale wstręt już tak. W dodatku czaiło się za nim coś jeszcze, jakieś dziwne nastawienie… ale przed nami byli ludzie, więc musiałam się skupić na pracy. Poczułam, że moje usta rozciągają się w uśmiechu.
    Bill uważał, żeby zostawić moją szyję w spokoju zeszłej nocy, więc nie musiałam się martwić o to, że mam jakieś ślady po kłach, i mogłam wyglądać beztrosko tego pięknego dnia. Ukłoniliśmy się parze w średnim wieku, która opuszczała sanktuarium.
    Wkroczyliśmy do budynku, konkretniej do tej jego części, w której mieściła się szkółka niedzielna. W pokojach i na korytarzu były wyglądające na dopiero co zamontowane tabliczki, typu: „PLANOWANIE WYDATKÓW I FUNDUSZE, REKLAMOWANIE” lub, bardziej złowieszcze, „MEDIA RELATIONS”.
    Kobieta, na oko czterdziestoletnia, wyszła zza jakichś drzwi na końcu korytarza i odwróciła się, by na nas spojrzeć. Wyglądała miło, nawet słodko, z gładką skórą i krótkimi, brązowymi włosami. Używała intensywnie różowej szminki, która pasowała do intensywnie różowych paznokci i miała w zwyczaju nieznacznie wydymać dolną wargę, co sprawiało, że wyglądała poważnie. Wrażenie to kontrastowało z jej mile zaokrąglonym ciałem. Dżinsowa spódnica i bawełniana bluzka, starannie wpuszczona za pasek spódnicy, były niemalże lustrzanym odbiciem mojego stroju, co sprawiło, że poczułam ulgę.
    – Mogę jakoś pomóc? – zapytała z nadzieją.
    – Chcielibyśmy dowiedzieć się czegoś więcej o Bractwie – powiedział Hugo, wyglądając przy tym równie miło i szczerze, jak nasza nowopoznana znajoma, która, jak zauważyłam, miała identyfikator z napisem S. NEWLIN.
    – Cieszymy się, że tu jesteście – powiedziała. – Jestem żoną przewodniczącego, Steve’a Newlina. Nazywam się Sarah.
    Uścisnęła dłoń Hugona, ale mojej już nie. Niektóre kobiety nie wierzyły w ściskanie dłoni innych kobiet, więc się tym nie przejęłam.
    Wymieniliśmy standardowe w takich wypadkach uprzejmości, a potem Sarah machnęła wymanicurowaną dłonią w kierunku dwuskrzydłowych drzwi na końcu korytarza.
    – Musicie po prostu iść za mną, wszystko wam pokażę.
    Zaśmiała się lekko, jakby pomysł wyjaśniania nam celów spotkania był trochę niedorzeczny.
    Wszystkie drzwi na korytarzu były otwarte, a w pokojach znajdowały się oznaki całkiem jawnej działalności. Jeśli organizacja Newlina przetrzymywała więźniów lub knuła coś w tajemnicy, musiała to robić w innej części budynku. Przyglądałam się wszystkiemu tak dokładnie, jak tylko mogłam, zdecydowana zebrać jak najwięcej informacji. Jednak póki co siedziba Bractwa Słońca wydawała się czysta na zewnątrz, a ludzie nie sprawiali wrażenia złowieszczych czy fałszywych.
    Sarah szła przed nami, przyciskając do piersi kilka broszur. Poruszała się w taki sposób, jakby była całkowicie zrelaksowana. Chciała uchodzić za spokojną, ale można było odnieść wrażenie, że wcale taka nie jest. Hugo i ja przestaliśmy się trzymać za ręce i szliśmy za nią.
    Okazało się, że budynek był większy niż sądziłam. Musieliśmy być już na końcu skrzydła.
    Minęliśmy duże sanktuarium, znajdujące się w głównej części kościoła, przeznaczone na spotkania, i długi korytarz, który prowadził do drugiego skrzydła. Skrzydło to było podzielone na mniejsze i większe pokoje; ten najbliżej sanktuarium należał dawniej do pastora. Teraz na drzwiach znajdowała się tabliczka z napisem G. STEVEN NEWLIN, PRZEWODNICZĄCY.
    To były jedyne zamknięte drzwi, jakie widziałam, odkąd weszliśmy do budynku.
    Sarah zapukała i, odczekawszy chwilę, weszła. Wysoki, patykowaty mężczyzna wstał zza biurka, żeby powitać nas, radował się z czekania na nas. Wydawało się, że jego głowa jest nieproporcjonalnie mała w stosunku do reszty ciała. Miał mgliście niebieskie oczy, nieco skrzywiony nos i ciemnobrązowe włosy – niemal tak ciemne, jak włosy jego żony. Różnica była taka, że Steven zaczynał siwieć. Nie wiem, jak sobie właściwie wyobrażałam fanatyka, ale on nie wyglądał odpowiednio. Zdawał się nieco zdziwiony własnym życiem. Rozmawiał właśnie z wysoką kobietą o stalowoszarych włosach; miała na sobie spodnie i bluzę, ale wygląda, jakby równie komfortowo czuła się w garsonce. Miała pełen makijaż i wydawała się czymś poirytowana – może naszym pojawieniem się.
    – Co mogę dla was dzisiaj zrobić? – zapytał Steve Newlin, po czym zaproponował, byśmy usiedli. Hugo i ja wybraliśmy skórzane, zielone krzesła na wprost jego biurka, a Sarah usadowiła się na niewielkim krzesełku przy ścianie.
    – Przepraszam, Steve – powiedziała do męża. – Może przynieść wam kawy? Jakiś napój?
    Hugo i ja spojrzeliśmy na siebie i pokręciliśmy przecząco głowami.
    – Skarbie, to są… Och, nie zapytałam o wasze imiona?
    Spojrzała na nas z uroczym wręcz zawodem.
    – Jestem Hugo Ayres, a to moja dziewczyna, Marigold.
    Marigold? Czy jemu odbiło? Z trudem utrzymałam na twarzy uśmiech. A potem zauważyłam wazon z nagietkami [22] na stoliku obok Sarah i mogłam zrozumieć, skąd się wzięło to imię. Zdecydowanie już popełniliśmy błąd; powinniśmy byli omówić to wcześniej. Wydawało się oczywiste, że to Bractwo podrzuciło pluskwę, zatem Bractwo wiedziało, kim jest Sookie Stackhouse. Dobrze, że Hugo o tym pomyślał.
    – Czy my nie znamy Hugona Ayresa, co, Sarah?
    Twarz Steve’a przybrała wyraz lekkiego zaskoczenia – nieco zmarszczone czoło, uniesione brwi, głowa przekręcona w jedną stronę.
    – Ayres? – powtórzyła szarowłosa kobieta. – Przy okazji, jestem Polly Blythe, odpowiadam za porządek ceremonii.
    – Och, Polly, tak mi przykro, zeszłam na boczny tor. – Sarah z powrotem przechyliła głowę w prawo. Jej czoło również się zmarszczyło, ale zaraz potem wygładziło. Uśmiechnęła się promiennie do męża. – Czy to nie jakiś Ayres, prawnik, reprezentował wampiry w Parku Uniwersyteckim?
    – Ano reprezentował – przyznał Steven, opierając się na krześle i zakładając jedną długą nogę na drugą. Pomachał komuś przechodzącemu korytarzem, a potem splótł dłonie na kolanie. – To interesujące, że składa nam pan wizytę, Hugo. Czy możemy wierzyć, że dostrzegłeś inną stronę wampirów?
    Satysfakcja biła od niego jak smród od skunksa.
    – Można to tak ująć… – zaczął Hugo, ale Steve kontynuował swoją mowę:
    – Krwiopijczą, ciemną stronę wampirzej egzystencji? Odkryłeś, że chcą nas zabić, zdominować swoimi sztuczkami i pustymi obietnicami?
    Wiedziałam, że moje oczy zrobiły się wielkości talerzyków. Sarah kiwała potakująco, nadal wyglądając słodko i dobrotliwie jak pudding waniliowy. Polly wyglądała, jakby miała akurat wyjątkowo ponury orgazm. Steve, uśmiechając się, powiedział:
    – Wiesz, wieczne życie na ziemi może brzmieć dla ciebie nieźle, ale oznacza utratę duszy i kiedy cię dopadniemy – może nie ja, może mój syn czy wnuczka – przebijemy cię kołkiem i spalimy, a wtedy trafisz do prawdziwego piekła. I nie ma szans na żadną ulgę, Bóg przygotował specjalny kącik dla wampirów, które używały ludzi jak papieru toaletowego…
    Cóż, rety. Szło z górki i to szybko. Jedyne, co odbierałam od Steve’a, to niekończąca się satysfakcja i spora doza sprytu. Nic konkretnego, żadnych informacji.
    – Przepraszam, Steve – powiedział głęboki głos.
    Odwróciłam się na krześle, żeby zobaczyć przystojnego, czarnowłosego, krótko ostrzyżonego mężczyznę z muskulaturą kulturysty. Uśmiechnął się do nas z taką samą życzliwością, jaką wszyscy tu przejawiali. Wcześniej mi to imponowało, teraz wydawało się po prostu przerażające.
    – Nasz gość chce cię widzieć.
    – Naprawdę? Będę tam za minutę.
    – Wolałbym, żebyś poszedł teraz. Jestem pewien, że twoi goście mogą chwilkę poczekać?
    Czarny Jeżyk spojrzał na nas uważnie. Hugo myślał o jakimś głębokim miejscu. Błysk jego myśli, który odebrałam, wydał mi się bardzo osobliwy.
    – Gabe, będę tam, kiedy skończę z naszymi gości – powiedział dobitnie Steve.
    – Cóż, Steve…
    Gabe nie miał zamiaru łatwo się poddać, ale zauważył spojrzenie przełożonego i zrozumiał wiadomość. Posłał Steve’owi pełne szacunku spojrzenie i wyszedł.
    Wyglądało to obiecująco. Zastanawiałam się, czy za którymiś zamkniętymi drzwiami może znajdować się Farrell i byłam w stanie wyobrazić sobie swój powrót do siedliska, by powiedzieć Stanowi, gdzie dokładnie jego brat jest uwięziony. A potem…
    Ałć. A potem Stan zaatakowałby Bractwo Słońca, zabił jego członków, uwolnił Farrella, a potem…
    Ojejku.
    – Chcieliśmy po prostu wiedzieć, czy nie planujecie jakiegoś większego wydarzenia, na które moglibyśmy przyjść; coś, co dałoby nam pogląd na wasz program – w głosie Hugona można było wyczuć łagodną dociekliwość, nic więcej.
    – Skoro panna Blythe jest tutaj, może mogłaby odpowiedzieć.
    Zauważyłam, że Polly Blythe zerknęła na Stevena, zanim przemówiła, i zauważyłam też, że jego szczęka się zacisnęła. Polly Blythe była bardzo zadowolona, że może udzielić informacji i bardzo zadowolona, że ja i Hugo przyszliśmy do Bractwa.
    – Owszem, zbliża się duże wydarzenie – powiedziała. – Dziś wieczór mamy specjalne Zamknięcie, a po tym rytuał niedzielnego świtu.
    – To brzmi interesująco – odpowiedziałam. – Dosłownie o świcie?
    – Tak, dokładnie. Sprawdziliśmy serwis pogodowy i wszystko – wyjaśniła Sarah z uśmiechem.
    – Nigdy nie zapomnicie jednego z naszych rytuałów świtu. Niewiarygodnie inspirujące – dorzucił Steven.
    – Jakiego rodzaju… Cóż, co się dzieje? – zapytał Hugo.
    – Zobaczycie na własne oczy dowód potęgi Boga – odpowiedział Steven z uśmiechem.
    To brzmiało bardzo, bardzo złowieszczo.
    – Och, Hugo – zaczęłam. – Czy to nie brzmi ekscytująco?
    – Owszem, brzmi. Kiedy zaczyna się Zamknięcie?
    – O szóstej trzydzieści. Chcemy zgromadzić tu wszystkich naszych członków, zanim oni się obudzą.
    Przez moment wyobraziłam sobie biwak w jakimś ciepłym miejscu. Potem zrozumiałam, że Steve chce, żeby wyznawcy zgromadzili się w kościele zanim wampiry wstaną z trumien na noc.
    – A co, kiedy wierni wrócą do domów?
    Nie mogłam nie zapytać.
    – Och, musiałaś nie chodzić na takie zamknięte imprezy jako nastolatka! – powiedziała Sarah. – To masa radości. Wszyscy przychodzą ze śpiworami, jemy, gramy w gry i czytamy Biblię, mamy kazanie, ogólnie przez całą noc jesteśmy w kościele.
    Zauważyłam, że według Sarah Bractwo było odrębną religią, i byłam całkiem pewna, że reszta zarządu podziela jej zdanie. Jeśli wyglądało jak kościół i funkcjonowało jak kościół, to było kościołem, nieważne, co urząd podatkowy o tym myślał.
    Byłam na kilku nocowankach jako nastolatka i nie wspominam tego zbyt dobrze. Banda dzieciaków zamknięta gdzieś na noc, zaopatrzona w mnóstwo niezdrowego jedzenia, gazowanych napojów i filmów. Cierpiałam przez natłok myśli i impulsów powodowanych nastoletnimi hormonami.
    Powiedziałam sobie, że to byłoby co innego. To dorośli ludzie, którzy mają swój cel. Nie przyniosą milionów paczek chipsów, a sprawa noclegu wygląda nawet przyzwoicie. Jeśli Hugo i ja przyjdziemy, może będziemy mogli pomyszkować w budynku i uratować Farrella, bo byłam pewna, że to właśnie on spotka się ze słońcem w niedzielny poranek, czy tego chce, czy nie.
    – Zapraszamy, mamy dużo jedzenia i koców – powiedziała Polly.
    Hugo i ja spojrzeliśmy na siebie niepewnie.
    – Może po prostu zwiedzimy teraz budynek i zobaczycie wszystko, co jest do zobaczenia? Wtedy zdecydujecie – zasugerowała Sarah.
    Gdy ujęłam dłoń Hugona, zalała mnie fala wewnętrznych sprzeczności. Hugo był nie tylko rozdarty wewnętrznie, lecz także przerażony, co udzieliło się i mnie. Pomyślał: Wynośmy się stąd.
    Zrewidowałam swoje dotychczasowe plany. Jeśli Hugo był tak zaniepokojony, nie musieliśmy tu zostawać. Pytania mogą zaczekać.
    – Powinniśmy pojechać do mojego mieszkania, żeby zabrać śpiwory i poduszki – powiedziałam. – Prawda, skarbie?
    – I muszę nakarmić kota – dodał Hugo. – Ale wrócimy tu na… szóstą trzydzieści, mówicie?
    – Jejku, Steve, nie mamy kilku śpiworów w magazynie? Nie zostały po tej ostatniej parze, która tu była?
    – Chcielibyśmy, żebyście zostali do czasu pojawiania się wszystkich – powiedział natychmiast Steve ze zwykłym uśmiechem.
    Wiedziałam, że byliśmy zagrożeni i wiedziałam, że musieliśmy się stąd wydostać, ale jedyne, co otrzymywałam od Newlinów, to fala determinacji. Polly Blythe wydawała się usatysfakcjonowana. Nie lubiłam tak załatwiać spraw, ale byłam świadoma, że nabrali w stosunku do nas podejrzeń. Obiecałam sobie, że jeśli uda nam się stąd wydostać, już nigdy tu nie wrócę. Przestanę pomagać wampirom, będę po prostu pracować w barze i spać z Billem.
    – Naprawdę musimy iść – powiedziałam stanowczo, ale grzecznie. – Jesteśmy pod wrażeniem wszystkiego i chcemy przyjść na Zamknięcie dziś wieczór, ale jest jeszcze wystarczająco dużo czasu, żebyśmy załatwili kilka rzeczy. Wiecie, jak to jest, kiedy pracuje się przez cały tydzień, tyle drobnych spraw się nawarstwia.
    – Możecie się tym zająć jutro, kiedy Zamknięcie się skończy – powiedział Steve. – Musicie zostać, oboje.
    Nie było sposobu na ucieczkę bez pozbycia się naszego kamuflażu. Nie chciałam być pierwszą osobą, która to zrobi; zwłaszcza, że jeszcze była nadzieja na ucieczkę. Było tu mnóstwo ludzi.
    Kiedy wyszliśmy z gabinetu Steve’a Newlina, skręciliśmy w lewo i, prowadzeni przez Sarah, z Polly po naszej prawej stronie i Stevem z tyłu, przeszliśmy korytarzem. Za każdym razem, gdy mijaliśmy otwarte drzwi, ktoś pytał, czy można na moment porwać Steve’a, ale nie reagował na to inaczej, jak tylko mrugnięciem oka czy uśmiechem.
    Zastanawiałam się, jak długo Bractwo by istniało, gdyby zabrakło Steve’a. A potem pożałowałam, że o tym pomyślałam, bo miałam na myśli „co by się stało, gdyby Steve został zabity”. Zaczęłam się zastanawiać, czy Sarah lub Polly umiałyby zająć jego miejsce, gdyby im pozwolono – obie wydawały się twardymi zawodniczkami.
    Wszystkie pokoje były szeroko otwarte i niewinne, jeśli brać pod uwagę założenia statutowe organizacji. Wszystkie wyglądały na przeciętne, raczej czyste, wypełnione Amerykanami, choć było też kilku ludzi, którzy mieli inny kolor skóry.
    I jeden nie-człowiek.
    Minęliśmy małą, chudą Hiszpankę, a kiedy jej oczy skierowały się w naszą stronę, odebrałam sygnał mentalny; taki sam, jaki odbierałam tylko od mojego szefa, Sama Merlotte. Ta kobieta, tak samo jak Sam, była zmiennokształtna, a jej oczy rozszerzyły się, kiedy wyczuła aurę „inności” wokół mnie. Starałam się złapać jej spojrzenie i przez chwilę patrzyłyśmy na siebie: ja usiłowałam przekazać jej wiadomość, a ona robiła wszystko, żeby tylko jej nie odebrać.
    – Mówiłam wam, że pierwszy kościół w tym miejscu zbudowano we wczesnych latach sześćdziesiątych? – zaczęła Sarah, kiedy szczupła kobieta szybko poszła w swoją stronę.
    Zerknęła ponad swoim ramieniem i nasze spojrzenia się spotkały. Jej było przerażone, moje mówiło „Pomocy”.
    – Nie.
    Uznałam, że muszę się włączyć do rozmowy.
    – Jeszcze kawałek – zapewniła Sarah. – Widzieliśmy już cały kościół.
    Podeszliśmy do ostatnich drzwi, na końcu korytarza. Drzwi w tym samym miejscu, ale w drugim skrzydle, umożliwiały wyjście z budynku. Z zewnątrz wydawało się, że skrzydła są rozplanowane tak samo. Oczywiście, moja obserwacja mogła być błędna, ale…
    – To spore miejsce – powiedział uprzejmie Hugo.
    Jakkolwiek sprzeczne były jego wcześniejsze emocje, udało mu się nad nimi zapanować. Prawdę mówiąc, nie sprawiał nawet wrażenia zaangażowanego tym, co się dzieje wokół niego. Tylko ktoś pozbawiony instynktu samozachowawczego nie martwiłby się w takiej sytuacji. Czyli Hugo. Zero instynktu samozachowawczego. Kiedy Polly otworzyła ostatnie drzwi, te na końcu korytarza, zaczął zdradzać pewne oznaki zaiteresowania. Zgodnie z moimi wcześniejszymi obserwacjami, drzwi powinny prowadzić na zewnątrz.
    Zamiast tego prowadziły w dół.

    Tłum. Puszczyk 1

Rozdział 6

    – Wiecie, mam lekką klaustrofobię – powiedziałam szybko. – Nie widziałam wprawdzie zbyt wielu piwnic budynków w Dallas, ale nie wydaje mi się, żebym chciała którąś z nich zwiedzać…
    Ścisnęłam ramię Hugona i spróbowałam uśmiechnąć się w czarujący, ale skromny sposób.
    Serce Hugona waliło jak perkusja, wyglądał, jakby miał się zesrać ze strachu – przysięgam, że tak się właśnie czuł. Widok tych schodów jakoś podkopał jego wewnętrzny spokój. Co się z nim działo? Pomimo swojego przerażenia, dzielnie ścisnął moje ramię i uśmiechnął się przepraszająco do naszych towarzyszy.
    – Chyba powinniśmy już iść – wymamrotał.
    – Ale naprawdę uważam, że powinniście zobaczyć nasze podziemia. Właściwie, to to jest schron – powiedziała Sarah, prawie śmiejąc się z uciechy. – I jest w pełni wyposażony, prawda, Steve?
    – Mamy tam na dole wszystko, co potrzebne – zgodził się Steve.
    Ciągle wyglądał na wyluzowanego, genialnego i mającego wszystko pod kontrolą, ale już nie postrzegałam tego jako pozytywnych cech jego osobowości. Zrobił krok do przodu, a ponieważ był za nami, ja też musiałam zrobić krok do przodu, jeśli nie chciałam, żeby mnie dotknął. A bardzo tego nie chciałam.
    – Chodźcie – powiedziała z entuzjazmem Sarah. – Założę się, że Gabe jest na dole, więc Steve może pójść i zobaczyć, czego chciał, podczas gdy my obejrzymy sobie całe wyposażenie.
    Zbiegła po schodach z taką prędkością, z jaką przemieszczała się w holu, a jej okrągły tyłek kołysał się w sposób, który prawdopodobnie uznałabym za uroczy, gdybym nie zaczynała właśnie popadać w panikę.
    Polly nakazała nam zejść. Poszłam chyba tylko dlatego, że Hugo wydawał się absolutnie pewien, że nic złego nie może mu się stać. Odbierałam to jego uczucie bardzo wyraźnie. Jego wcześniejszy strach zupełnie osłabł. To było tak, jakby pogodził się z tym, co go czeka, a jego niepewność kompletnie znikła. Bezskutecznie marzyłam, żeby łatwiej go było czytać. Skoncentrowałam się dla odmiany na Stevie Newlinie, ale od niego odbierałam tylko ścianę samozadowolenia.
    Schodziliśmy ciągle po schodach, mimo że moje kroki stawały się coraz wolniejsze i wolniejsze. Hugo był przekonany, że wróci tą samą drogą – w końcu był cywilizowanym człowiekiem, wszyscy tu byliśmy cywilizowanymi ludźmi.
    Hugo naprawdę nie mógł sobie wyobrazić, że stałoby mu się coś, czego nie dałoby się naprawić – był białym Amerykaninem, przedstawicielem klasy średniej, który miał wyższe wykształcenie, podobnie jak wszyscy, którzy byli z nami na tych schodach.
    Nie podzielałam jego przekonania. Chyba nie byłam całkiem cywilizowaną osobą.
    To była nowa, interesująca myśl, ale, jak wiele moich myśli tego popołudnia, musiała być odłożona na późnej, do zgłębienia w wolnym czasie. Jeżeli jeszcze kiedyś będę mieć wolny czas.
    U stóp schodów były kolejne drzwi. Sarah zapukała w nie według klucza. Trzy krótkie, przerwa, dwa krótkie, zakodowałam sobie w pamięci. Usłyszałam dźwięk odsuwanej zasuwy.
    Czarny Jeżyk – Gabe – otworzył drzwi.
    – Hej, przyprowadziliście mi gości! – zawołał entuzjastycznie. – Niezłe przedstawienie!
    Jego golf był starannie wpuszczony w spodnie, miał nowe buty Nike, bez jednej plamki, i był ogolony tak gładko, jak tylko można to zrobić żyletką. Mogłabym się założyć, ze robił z pięćdziesiąt pompek co rano. Dawało się wyczuć podekscytowanie w każdym jego ruchu i geście. Gabe był czymś naprawdę nakręcony.
    Próbowałam czytać w jego myślach, ale nie byłam w stanie się skoncentrować.
    – Cieszę się, że tu jesteś, Steve – powiedział Gabe. – Podczas gdy Sarah będzie oprowadzać naszych gości po schronie, może mógłbyś rzucić okiem na pokój gościnny?
    Skinął głową w stronę drzwi po prawej stronie wąskiego, betonowego korytarza. Były też inne drzwi na jego końcu i jeszcze jedne, po lewej. Nienawidziłam tego miejsca. Chciałam się stąd wydostać Teraz byłam zmuszona do dalszego schodzenia po schodach. Wcale mi się to nie podobało. Zapach zgnilizny, ostre, sztuczne światło i to uczucie zamknięcia… Nienawidziłam tego. Nie chciałam tutaj zostawać. Dłonie miałam całkiem mokre od potu, a stopy jakby wrosły mi w ziemię.
    – Hugo – szepnęłam. – Ja nie chcę tego robić – w moim głosie brzmiał ledwie słyszalny odcień desperacji. Nie chciałam, żeby to tak brzmiało, ale nie mogłam nic poradzić.
    – Ona naprawdę powinna wrócić na górę – powiedział Hugo błagalnym tonem. – Jeżeli nie macie nic przeciwko, my po prostu wrócimy się i poczekamy tam na was.
    Odwróciłam się, w nadziei, że to zadziała, ale znalazłam się twarzą w twarz ze Steve’em. Już się nie uśmiechał.
    – Myślę, że wy dwoje powinniście poczekać w pokoju, tu na dole, zanim nie załatwię swoich spraw. Potem porozmawiamy – powiedział stanowczo. Sarah otworzyła drzwi do pustego, małego pokoju; były w nim tylko dwa krzesła i dwa łóżka polowe.
    – Nie – powiedziałam. – Nie mogę tego zrobić.
    I popchnęłam Steve’a tak mocno, jak tylko umiałam. Jestem silna, nawet bardzo silna od czasu, kiedy napiłam się wampirzej krwi, i pomimo tego, że Steve był dość dobrze zbudowany, zachwiał się. Rzuciłam się w stronę schodów najszybciej, jak mogłam, ale czyjaś ręka zacisnęła mi się wokół kostki i upadałam, uderzając się boleśnie o krawędzie schodków. Ból po lewej stronie twarzy, w klatce piersiowej, biodrze i lewym kolanie był tak koszmarny, że prawie się zakrztusiłam.
    – Chwila, młoda damo – powiedział Gabe, ciągnąc mnie za stopę.
    – Co ty… Jak mogłeś jej zrobić coś takiego? – syknął Hugo. Naprawdę był zdenerwowany. – Przyszliśmy tutaj, żeby dołączyć do was, a wy nas tak traktujecie?
    – Odpuść sobie – poradził Gabe i wykręcił mi ramię za plecami, zanim doszłam do siebie po upadku.
    Nowa fala bólu odebrała mi oddech. Wepchnął mnie do pokoju, w ostatniej chwili zrywając mi z głowy perukę. Hugo wszedł sam, za mną, chociaż wydyszałam „Nie!”, i drzwi się za nim zamknęły.
    Usłyszeliśmy dźwięk przekręcanego klucza.
    I to by było na tyle.

*

    – Sookie – powiedział Hugo – masz rozcięcie na policzku.
    – No bez jaj?- wymruczałam słabo.
    – Bardzo cię boli?
    – A jak myślisz?
    Potraktował to dosłownie.
    – Myślę, że możesz mieć siniaki albo może nawet wstrząs mózgu. Nie złamałaś żadnej kości, prawda?
    – Najwyżej jedną, może dwie – powiedziałam.
    – I oczywiście nie boli cię aż tak bardzo, żebyś sobie darowała sarkazm – powiedział Hugo.
    Mogłam stwierdzić, że wściekając się na mnie, czuje się lepiej, i zastanawiałam się dlaczego. Ale niezbyt intensywnie. Byłam prawie pewna, że wiem.
    Leżałam na jednym ze składanych łóżek, próbując się odizolować od otoczenia i pomyśleć. Nie mogliśmy usłyszeć, co się dzieje na korytarzu na zewnątrz. W pewnej chwili wydawało mi się, że słyszę otwierające się drzwi i niewyraźnie głosy, ale nic poza tym. Ściany były projektowane z myślą o ewentualnym wybuchu bomby atomowej, więc należało się spodziewać, że zostały wyciszone.
    – Masz zegarek? – spytałam Hugo.
    – Tak. Jest piąta trzydzieści.
    Dobre dwie godziny do przebudzenia się wampirów.
    Pozwoliłam, aby zapadła cisza. Kiedy zrozumiałam, że trudny-do-odczytania Hugo pogrążył się we własnych myślach, otworzyłam umysł i nasłuchiwałam całkowicie skoncentrowana.
    Nie myślałem, że może się stać coś takiego, jasne, na pewno wszystko będzie w porządku, co jeśli będziemy musieli pójść do łazienki, przecież go nie wyciągnę przy niej, może Isabel nigdy się nie dowie, powinienem wiedzieć, po tej dziewczynie zeszłej nocy, może uda mi się wybrnąć z tego i dalej praktykować prawo, jeśli od jutra zacznę się od tego dystansować, to może jakoś ograniczę straty…
    Przycisnęłam ramię do oczu, sprawiając sobie wystarczający ból, żeby powstrzymać bezsensowną chęć podskoczenia, złapania krzesła i zatłuczenia nim Hugona Ayresa. Właściwie, to nie rozumiał w pełni mojej zdolności telepatii, tak samo, jak nikt z Bractwa, w przeciwnym razie nie zostawiliby mnie z nim samej w pokoju. A może Hugo był dla nich tak samo zbędny, jak dla mnie. I dokładnie tak samo zbędny będzie dla wampirów, już nie mogłam się doczekać, kiedy powiem Isabel, że jej maskotka jest zdrajcą.
    To mnie otrzeźwiło, pozbyłam się żądzy mordu. Kiedy zdałam sobie sprawę, co Isabel zrobi Hugonowi, zrozumiałam, że nie będę mieć żadnej satysfakcji z bycia tego świadkiem. Właściwie, to przerażało mnie to i napawało obrzydzeniem.
    Ale część mnie dalej uważała, że sobie na to w pełni zasłużył.
    Komu ten dwulicowy prawnik mógł być winien wierność?
    Był tylko jeden sposób, żeby się dowiedzieć.
    Usiadłam, chociaż to bolało, i oparłam się plecami o ścianę. Uleczę się dosyć szybko – wampirza krew, znowu – ale ciągle byłam człowiekiem i ciągle czułam się do kitu. Miałam wrażenie, że moja twarz jest nieźle potłuczona, i byłam skłonna uwierzyć, że mam pękniętą kość policzkową. Lewa strona mojej twarzy była opuchnięta i rozpalona. Ale nogi nie były połamane, ciągle mogłam chodzić, co dawało mi szanse, to była podstawa.
    Podparłam się, żeby znaleźć jak najwygodniejszą pozycję, i powiedziałam:
    – Hugo, od jak dawna jesteś zdrajcą?
    Zrobił się niewiarygodnie czerwony.
    – Kogo? Isabel czy ludzkiej rasy?
    – Sam sobie wybierz.
    – Zdradziłem rasę ludzką, kiedy stanąłem po stronie wampirów w sądzie. Gdybym wtedy wiedział, czym one są… Wziąłem tę sprawę bez zagłębiana się w nią, bo myślałem, że to będzie ciekawe wyzwanie. Zawsze byłem prawnikiem ludzi i byłem przekonany, że wampiry mają te same prawa.
    Pan Wylewny się znalazł…
    – Jasne – powiedziałam.
    – Odbierać im prawo do życia tam, gdzie chcą, to takie nieamerykańskie, myślałem – kontynuował Hugo. Jego głos brzmiał gorzko, było w nim jakieś zmęczenie życiem.
    Słowo daję, nie widział jeszcze nic, co mogłoby mu dać powód do rozgoryczenia.
    – Ale wiesz co, Sookie? Wampiry nie są Amerykanami. Nawet nie są Murzynami, ani Azjatami, ani Indianami. Nie są rotarianami ani baptystami. Oni są po prostu wampirami. To jest kolor ich skóry, ich religia, ich narodowość.
    Cóż, to się właśnie dzieje, kiedy mniejszości wychodzą z podziemia po tysiącach lat.
    – Myślałem wtedy, że gdyby Stan Davis zechciał zamieszkać przy Green Valey Road albo w Hundred-Acre Wood, to jako Amerykanin ma do tego prawo. Więc broniłem go przed jego sąsiadami, wygrałem i byłem z tego bardzo dumny. Potem poznałem Isabel i jednej nocy poszedłem z nią do łóżka, i czułem, że jestem naprawdę odważny, że jestem prawdziwym facetem, wyzwolonym myślicielem.
    Gapiłam się na niego, nie mrugając i nie mówiąc ani słowa.
    – Sama wiesz, seks z wampirami jest świetny, najlepszy. Byłem jej niewolnikiem, nigdy nie miała dosyć. Moja praktyka zawodowa ucierpiała, zacząłem przyjmować klientów tylko popołudniami, bo rano nie byłem w stanie się podnieść. Nie mogłem prowadzić żadnych spraw rano, przecież nie mogłem zostawić Isabel po zmroku.
    Jak dla mnie to brzmiało jak zwierzenia alkoholika. Hugo uzależnił się od seksu z wampirem. To było jednocześnie fascynujące i odrażające.
    – Zacząłem wykonywać dla niej jakieś drobne zlecenia. Przez kilka miesięcy byłem gotów robić wszystko, łącznie z obowiązkami domowymi, żeby tylko być blisko Isabel. Kiedy powiedziała, że mam przynieść miskę wody do jadalni, byłem podekscytowany. Nie taką banalną pracą – w końcu, na Boga, jestem prawnikiem! Raczej tym, że Bractwo prosiło mnie, żebym umożliwił im inwigilację siedliska wampirów, poznanie ich planów z wyprzedzeniem. W chwili, kiedy mnie wezwali, byłem wściekły na Isabel. Nie mogliśmy dojść do porozumienia w sprawie tego, jak ona mnie traktuje, więc chętnie ich słuchałem. Usłyszałem twoje imię przewijające się między imionami Stana i Isabel, więc przekazałem je Bractwu. Mieli u siebie gościa, który pracował dla Anubis Air. Dowiedział się, kiedy przylatuje samolot Billa i spróbował porwać cię z lotniska, żeby się dowiedzieć, czego wampiry od ciebie chciały. I co by zrobiły, żeby cię odzyskać. Kiedy wszedłem do pokoju z miską wody, usłyszałem, jak Stan albo Bill zwracają się do ciebie po imieniu, więc zrozumiałem, że nie udało się pochwycić cię na lotnisku. Poczułem wtedy, że mam informację, którą mogę się zrehabilitować za utratę pluskwy, którą podłożyłem w pokoju.
    – Zdradziłeś Isabel – powiedziałam. – I zdradziłeś mnie, choć jestem człowiekiem, jak ty.
    – Tak – powiedział.
    Nie patrzył mi w oczy.
    – Co z Bethany Rogers?
    – Tą kelnerką?
    Grał na zwłokę.
    – Martwą kelnerką – powiedziałam.
    – Zabrali ją – odpowiedział, kręcąc głową, jakby mówił „Nie, nie mogli jej zrobić tego, co zrobili”. – Zabrali ją, ale nie wiedziałem, co zamierzali jej zrobić. Wiedziałem, że była jedyną, która widziała Farella z Godfreyem, i powiedziałem im to. Kiedy obudziłem się dzisiaj rano i dowiedziałem się, że znaleziono ją martwą, nie mogłem uwierzyć.
    – Porwali ją po tym, jak im powiedziałeś, że była u Stana. Po tym, jak im powiedziałeś, że ona była jedynym prawdziwym świadkiem.
    – Tak, musieli to zrobić.
    – Zadzwoniłeś do nich wczoraj w nocy.
    – Tak, mam komórkę. Poszedłem na tył domu i zadzwoniłem. Naprawdę ryzykowałem, wiesz przecież, jak dobrze wampiry słyszą, ale zadzwoniłem – próbował przekonać samego siebie, że wykazał się odwagą, że zrobił coś wielkiego. Wykonał telefon w kwaterze głównej wampirów po to, aby wydać biedną, żałosną Bethany, która skończyła z kulą w głowie w jakiejś uliczce.
    – Zastrzelili ją, bo ty ją zdradziłeś.
    – Tak, ja… ja słyszałem w wiadomościach.
    – Zgadnij, kto to zrobił, Hugo.
    – Ja… naprawdę nie wiem.
    – Oczywiście, że wiesz. Była naocznym świadkiem. I stała się nauczką, komunikatem dla wampirów: „To właśnie robimy ludziom, którzy dla was pracują albo utrzymują się z pracy dla was, jeśli sprzeciwią się Bractwu”. Jak myślisz, co powinni zrobić z tobą?
    – Pomagałem im – powiedział zaskoczony Hugo.
    – Kto jeszcze o tym wie?
    – Nikt.
    – Więc kto umrze? Prawnik, który pomagał Stanowi Davisowi żyć tam, gdzie chciał.
    Hugo zaniemówił.
    – Jeśli jesteś dla nich tak cholernie ważny, to co robisz razem ze mną w tym pokoju?
    – Bo aż do tej chwili nie wiedziałaś, co robię – wyjaśnił. – Aż do teraz było możliwe, że dostarczysz nam jeszcze jakichś informacji, których będziemy mogli użyć przeciwko nim.
    – Więc teraz, skoro już wiem, kim jesteś, powinni cię wypuścić, nie? Czemu więc nie spróbujesz, żeby się przekonać? Naprawdę, wolałabym być tutaj sama.
    To była znajoma twarz. Należała do Gabe’a, obecnie szczerzącego zęby.
    – Jak się macie, wy dwoje?
    – Sookie potrzebuje lekarza – powiedział Hugo. – Nie narzeka, ale myślę, że jej kość policzkowa jest pęknięta. – W jego głosie brzmiał wyrzut. – I wie już, że należę do Bractwa, więc równie dobrze możecie mnie wypuścić.
    Nie wiem, co Hugo zamierzał osiągnąć, ale starałam się wyglądać na tak potrzebującą pomocy medycznej, jak to tylko możliwe. To nie było trudne.
    – Mam pomysł – powiedział Gabe. – Trochę się nudzę tu, na dole, i nie spodziewam się, żeby Steve albo Sarah, czy nawet stara Polly zeszli tutaj w najbliższym czasie. Mamy tu jeszcze jednego więźnia, Hugonie, może chciałbyś poznać Farrella? Spotkałeś się z nim w kwaterze głównej Złych?
    – Tak – powiedział Hugo. Wyglądało na to, że ta rozmowa wcale go nie cieszy.
    – Wiesz, jak Farrell ucieszy się na twój widok? No i on jest gejem. Pedalskim krwiopijcą. Jesteśmy tak głęboko pod ziemią, że budzi się bardzo wcześnie. Więc myślę, że mogę po prostu zaprowadzić cię do niego, a potem trochę się zabawić z tą zdrajczynią tutaj.
    Gabe uśmiechnął się w taki sposób, że mój żołądek zwinął się w ósemkę.
    Twarz Hugona była obrazkiem. Prawdziwym obrazkiem. Kilkanaście myśli przebiegło mi przez głowę, bardzo celnych myśli. Zostawiłam sobie na później wątpliwą przyjemność wypowiedzenia ich. Musiałam oszczędzać energię.
    Znienacka, gdy patrzyłam na przystojną twarz Gabe’a, wpadło mi do głowy jedno z ulubionych powiedzeń mojej babci.
    – Ładnym jest ten, kto ładnie czyni – wymruczałam, rozpoczynając bolesny proces stawania na własne nogi, żeby móc się obronić.
    Moje nogi może i nie były połamane, ale lewe kolano miało naprawdę niepokojący kształt. Zmieniło też kolor i spuchło.
    Zastanawiałam się, czy Hugo i ja razem dalibyśmy radę powalić Gabe’a, gdy otworzy drzwi, ale gdy tylko to zrobił, zobaczyłam, że jest uzbrojony w pistolet, a także coś czarnego i wyglądającego groźnie, co mogło być paralizatorem.
    – Farrell – krzyknęłam. Jeśli już się obudził, usłyszałby mnie, przecież był wampirem.
    Gabe skoczył, przyglądając mi się podejrzliwie.
    – Tak? – rozległ się głęboki głos z pokoju położonego w dalszej części korytarza.
    Usłyszałam dzwonienie łańcuchów, gdy wampir się poruszył. Jasne, unieruchomili go srebrem. Bez tego mógłby wyłamać drzwi z zawiasów.
    – Stan nas przysłał – wrzasnęłam.
    Nagle Gabe uderzył mnie ręką, w której trzymał broń. Ponieważ byłam tuż pod ścianą, moja głowa odbiła się od niej. Wydałam okropny dźwięk, nie całkiem krzyk, ale coś głośniejszego niż jęk.
    – Zamknij się, suko! – ryknął Gabe. Celował z broni w Hugona, a gotowy do użycia paralizator trzymał kilka cali ode mnie. – Teraz, prawniczku, wyłazisz na korytarz. Z dala ode mnie, rozumiesz?
    Hugo, z twarzą zlana potem, przemknął obok Gabe’a i wydostał się na korytarz. Ciężko było mi śledzić, co się dzieje dookoła mnie, ale zauważyłam, że Gabe ma bardzo ograniczoną przestrzeń manewrowania, i gdy podchodził do drzwi celi Farrella, znalazł się bardzo blisko Hugona. Pomyślałam, że jest wystarczająco daleko w korytarzu, żeby mogło mi się udać uciec. Zaczęłam gorączkowo potrząsać głową w kierunku Hugona, ale nie wydaje mi się, żeby mnie w ogóle widział. Kompletnie zamknął się w sobie. Wszystko w nim się rozpadało, jego myśli pogrążyły się w zupełnym chaosie. Zrobiłam dla niego bardzo dużo, kiedy powiedziałam Farrellowi, że oboje jesteśmy od Stana, co w przypadku Hugona było naprawdę znaczące, ale Hugo był zbyt przerażony, pozbawiony złudzeń i zawstydzony, żeby wykazać się jakąkolwiek siłą charakteru. Rozważałam jego zdradę i byłam bardzo zdziwiona, że się tym przejmuję. Gdybym nie chwyciła jego ręki i nie zobaczyła jego dzieci, zapewne bym się nie przejmowała.
    – To nie ma nic wspólnego z tobą, Hugonie – powiedziałam.
    Jego twarz ponownie ukazała się we wciąż otwartym okienku, jego biała twarz, z której można było wyczytać wszystkie rodzaje rozpaczy, ale po chwili znikła. Usłyszałam otwieranie drzwi, brzęknięcie łańcuchów i zamykanie drzwi.
    Gabe zmusił Hugona, aby wszedł do celi Farrella. Wzięłam głęboki oddech, potem następny i następny, dopóki nie poczułam, że jestem bliska hiperwentylacji. Podniosłam jedno z krzeseł, plastikowe z czterema metalowymi nogami, z rodzaju tych, na których siadaliście milion razy w kościołach, na spotkaniach lub w klasach szkolnych. Trzymałam je niczym pogromca dzikich zwierząt, z nogami skierowanym na zewnątrz. To było wszystko, co mogłam zrobić. Pomyślałam o Billu, ale to sprawiało mi zbyt dużo bólu. Pomyślałam o moim bracie, Jasonie, o tym, że chciałabym, aby był tu ze mną. Upłynęło mnóstwo czasu, odkąd po raz ostatni myślałam w ten sposób o Jasonie.
    Drzwi się otworzyły. Gabe uśmiechał się, wchodząc do celi. To był paskudny uśmiech, pozwalający, aby w oczach i wyrazie twarzy mężczyzny można było dostrzec całą brzydotę jego duszy. To właśnie był jego pomysł na dobre spędzenie czasu.
    – Myślisz, że to krzesełko zapewni ci bezpieczeństwo? – spytał.
    Nie byłam w nastroju do rozmowy i nie chciałam słuchać węży w jego umyśle. Zamknęłam się, wzniosłam wokół siebie bariery, przez które żadne myśli nie mogły się przebić.
    Schował pistolet, ale wciąż trzymał w pogotowiu paralizator. Teraz stał się tak pewny siebie, że włożył go do małego skórzanego futerału przy pasku. Złapał nogi krzesła i zaczął nim szarpać, raz w jedną, raz w drugą stronę.
    Uderzyłam.
    Prawie wypchnęłam go z celi, tak wielkim zaskoczeniem był mój kontratak, ale w ostatniej chwili udało mu się odkręcić krzesło na bok, tak, że nie mogło przejść przez wąskie drzwi. Stał zdyszany pod ścianą po drugiej stronie korytarza, twarz miał całkiem czerwoną.
    – Suka – syknął.
    Ponownie na mnie natarł i tym razem spróbował wyrwać mi krzesło z rąk. Ale, jak powiedziałam wcześniej, w moich żyłach płynęła krew wampira, więc byłam w stanie nie pozwolić mu dorwać krzesła. Siebie zresztą też.
    Nie mogłam zobaczyć tego, jak wyciąga paralizator. Szybki jak wąż, sięgnął ponad krzesłem i dotknął mojego ramienia.
    Nie przewróciłam się, choć tego się spodziewał, ale upadłam na kolana, wciąż ściskając krzesło. Kiedy próbowałam się zorientować, co się właściwie stało, wyszarpnął je z moich rąk i uderzył mnie tak, że runęłam na plecy.
    Właściwie nie mogłam się ruszać, ale mogłam wrzeszczeć i zewrzeć nogi, co zresztą zrobiłam.
    – Zamknij się – ryknął i, kiedy mnie dotknął, mogłam stwierdzić, że wolałby, żebym była nieprzytomna, miałby dużo więcej frajdy z gwałcenia mnie nieprzytomnej, właściwie, to to by było idealne.
    – Nie lubisz, jak twoja kobieta się budzi – wydyszałam – co nie?
    Wcisnął rękę pomiędzy nasze ciała i szarpnął moją bluzkę.
    Usłyszałam krzyk Hugo, to nie mogło oznaczać nic dobrego. Ugryzłam Gabe’a w ramię; ponownie nazwał mnie suką, robiło się to trochę nudne. Rozpiął swoje spodnie i próbował podciągnąć mi spódnicę. Przemknęło mi przez myśl, jak to dobrze, że kupiłam długą.
    – Boisz się, że jeśli będą przytomna, to skomentują twoje umiejętności? – krzyknęłam. – Wypuść mnie, odczep się ode mnie! Zostaw mnie, zostaw, zostaw!
    W końcu udało mi się oderwać paralizator od swojego ramienia. Bardzo szybko zregenerowało się po uszkodzeniach spowodowanych przez prąd i ręka mogła normalnie funkcjonować. Zwinęłam obydwie dłonie w pięści. Ciągle krzycząc, uderzyłam go jednocześnie po obu stronach głowy na wysokości skroni.
    Zawył i rzucił się do tyłu, łapiąc się dłońmi za głowę. Był tak pełen agresji, że zdawała się go opuścić i przejść na mnie, to było jak kąpiel w czystej wściekłości. Wiedziałam, że zabije mnie, jeśli tylko będzie mógł, nieważne, jakie konsekwencje będzie musiał ponieść. Spróbowałam się przeturlać, ale przygwoździł mnie swoimi nogami. Widziałam, jak jego prawa dłoń zwija się w pięść, która wydawała mi się wielka niczym głaz. Przeczuwając nadchodzącą zgubę, patrzyłam jak owa pięść zbliża się do mojej twarzy. Wiedziałam, że to jedno uderzenie może mnie powalić, i to będzie koniec…
    Ale to się nie stało.
    Gabe znalazł się ponad ziemią, z rozpiętymi spodniami i dyndającym kutasem, jego pięść trafiła w pustkę.
    Niski mężczyzna trzymał Gabe’a w powietrzu. Właściwie to nie mężczyzna. Nastolatek. Starożytny nastolatek.
    Był blondynem i nie miał koszulki, jego ramiona i klatkę piersiową pokrywały niebieskie tatuaże. Gabe wrzeszczał i miotał się w powietrzu, ale chłopiec stał spokojnie, jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Gabe ucichł dopiero w momencie, gdy z całą siłą grzmotnął o ziemię.
    Chłopiec spojrzał na mnie beznamiętnie z góry, co było trochę dziwne, jako że miałam zerwaną bluzkę, a mój stanik był rozdarty w poprzek.
    – Jesteś ciężko ranna? – spytał prawie z niechęcią.
    Miałam wybawcę, ale nie był zbyt entuzjastycznie nastawiony.
    Wstałam, co był znacznie większym wyczynem, niż może się wydawać. Zajęło mi to chwilę. Ciągle się trzęsłam. Kiedy wreszcie znalazłam się w pozycji pionowej, spojrzałam na chłopca. Musiał mieć około szesnastu ludzkich lat, kiedy został przemieniony. Nie było sposobu, żeby stwierdzić, ile lat temu to było. Zapewne był starszy niż Stan, starszy nawet niż Isabel. Mówił po angielsku bezbłędnie, ale z wyraźnym akcentem. Nie miałam pojęcia, co to może być za akcent. Może był to jakiś język, którym już się nie mówi.
    Musiał się czuć strasznie samotny.
    – Nic mi nie będzie – powiedziałam. – Dzięki.
    Spróbowałam z powrotem zapiąć bluzkę – brakowało jej kilku guzików – ale ręce koszmarnie mi się trzęsły. Nie był zainteresowany moim ciałem, naprawdę. Nie było dla niego niczym godnym uwagi. Jego oczy nie wyrażały żadnych emocji.
    – Godfrey – powiedział Gabe słabym głosem. – Godfrey, ona próbowała uciec.
    Godfery potrząsnął nim i Gabe się zamknął.
    A więc Godfrey był tym wampirem, którego widziałam oczami Bethany, jedynymi oczami, które zapamiętały go z Bat’s Wing tamtego wieczora. Tymi oczami, które już nigdy niczego nie zobaczą.
    – Co zamierzasz zrobić? – zapytałam go, starając się, aby mój głos był cichy i opanowany.
    Odpowiedział mi błysk bladoniebieskich oczu Godfreya. Nie wiedział.
    Zrobiono mu te tatuaże, kiedy jeszcze żył. Były strasznie dziwne. Symbole, które – mogłabym się założyć – straciły znaczenie wieki temu. Może jacyś uczeni daliby się pochlastać za możliwość ich obejrzenia. Naprawdę, byłam szczęściarą, że mogłam je oglądać za darmo.
    – Proszę, wypuść mnie – powiedziałam, starając się zachować tak wiele godności, jak tylko się dało. – Zabiją mnie.
    – Ale zadajesz się z wampirami – powiedział.
    Mój wzrok biegał z jednej strony w drugą, gdy starałam się to wszystko pojąć.
    – No tak… – powiedziałam z wahaniem. – Ale przecież ty jesteś wampirem, prawda?
    – Jutro publicznie wyznam swoje grzechy – powiedział Godfrey. – Jutro powitam świt. Po raz pierwszy od tysiąca lat ujrzę słońce. A potem stanę przed obliczem Boga.
    W porządku.
    – Twój wybór – powiedziałam.
    – Owszem.
    – Ale mój nie. Ja nie chcę umierać.
    Rzuciłam okiem na twarz Gabe’a, która zrobiła się lekko niebieska. W swoim wzburzeniu Godfrey ścisnął Gabe’a dużo mocniej, niż powinien. Zastanawiałam się, czy powinnam coś powiedzieć.
    – Trzymasz z wampirami.
    To było oskarżenie. Odwróciłam wzrok i ponownie spojrzałam na Godfreya. Wiedziałam, że lepiej będzie, jeśli nie pozwolę sobie znów się zdekoncentrować.
    – Zakochałam się – powiedziałam.
    – W wampirze.
    – Tak. W Billu Comptonie.
    – Wszystkie wampiry są przeklęte i wszystkie powinny spotkać się ze słońcem. Jesteśmy skazą, plamą na obliczu Ziemi.
    – A więc ci ludzie… – Wskazałam na sufit, żeby dać do zrozumienia, że mam na myśli Bractwo. – Ci ludzie są lepsi, Godfrey?
    Wampir wyglądał na niespokojnego i niezadowolonego. Zauważyłam, że jest wygłodzony, jego policzki były prawie wklęsłe, a skórę miał białą jak papier. Jego blond włosy niemal unosiły się w powietrzu dookoła jego głowy, tak były naelektryzowane, a jego oczy na tle tej bladości wyglądały jak niebieskie kulki do gry.
    – Ostatecznie oni są ludźmi, częścią planu Boga – powiedział cicho. – A wampiry są czymś odrażającym.
    – Byłeś dla mnie milszy niż ten człowiek.
    Człowiek, który był martwy, jak się zorientowałam, gdy skierowałam wzrok w dół, na jego twarz. Wzdrygnęłabym się, ale się opanowałam i skupiłam z powrotem na Godferyu, który mógł mieć teraz dużo większy wpływ na moją przyszłość.
    – Ale zabieramy krew niewinnych.
    Godfrey wpatrywał się we mnie bladoniebieskimi oczami.
    – Jakich niewinnych? – spytałam retorycznie, mając nadzieję, że nie brzmię jak Poncjusz Piłat pytający, jaka jest prawda, pomimo że cholernie dobrze wiedział.
    – Cóż, dzieci – powiedział Godfrey.
    – Och… Ty… Pożywiałeś się na dzieciach?
    Zakryłam sobie usta dłonią.
    – Zabijałem dzieci.
    Nie przychodziło mi na myśl nic, co mogłabym powiedzieć. Trwało to dość długo. Godfrey stał tam, patrząc na mnie smutnym wzrokiem, trzymając w ramionach ciało Gabe’a.
    – Co cię powstrzymało? – spytałam.
    – Nic mnie nie może powstrzymać. Nic, oprócz mojej śmierci.
    – Przykro mi – powiedziałam.
    To był trochę niestosowne. On cierpiał, a mnie naprawdę było przykro. Ale gdyby był człowiekiem, bez zastanowienia powiedziałabym, że zasługuje na krzesło elektryczne.
    – Ile jeszcze do zmroku? – zapytałam, nie wiedząc, co innego mogę powiedzieć.
    Godfrey nie miał oczywiście zegarka. Obudził się już tylko dlatego, że znajdował się w podziemiach.
    – Godzina – opowiedział.
    – Proszę, pozwól mi odejść. Uda mi się stąd wydostać, jeśli mi pomożesz.
    – Ale powiesz wampirom. One zaatakują. Nie pozwolą mi się spotkać ze słońcem.
    – Po co czekać do ranka? – spytałam z nagłą irytacją. – Wyjdź na zewnątrz. Zrób to teraz.
    Wyglądał na zdumionego. Upuścił Gabe’a, który upadł z łomotem. Godfrey nie poświęcił mu nawet jednego spojrzenia.
    – Ceremonia jest zaplanowana na wschód słońca, weźmie w niej udział wielu wyznawców – wyjaśnił. – Farrell także zostanie zmuszony do spotkania się ze słońcem.
    – Jaką ja rolę odgrywam w tym wszystkim?
    Wzruszył ramionami.
    – Sarah chce się dowiedzieć, czy wampiry wymienią jednego ze swoich na ciebie. Steve ma inny plan. Chce cię przywiązać do Farrella, żebyś spłonęła razem z nim.
    Byłam totalnie oszołomiona. Nie tym, że Steve Newman wpadł na taki pomysł, ale tym, że myślał, że mógł skłonić całe zgromadzenie do zrobienia tego. Newlin musiał mieć wyższą pozycję, niż przypuszczałam.
    – I myślisz, że wszyscy ludzie będą chcieli oglądać młodą kobietę wydaną na śmierć nawet bez procesu? Że będą uważali, że to pełnoprawna, religijna ceremonia? Myślisz, że ludzie, którzy chcą mnie uśmiercić w taki okrutny sposób, naprawdę są wierzący?
    Po raz pierwszy na jego twarzy pojawił się cień wątpliwości.
    – Nawet dla ludzi to trochę… radykalne – zgodził się. – Ale Steve uważa, że to będzie wystąpienie pełne mocy.
    – Cóż, jasne, że to będzie pełne mocy. To będzie jak powiedzenie „kompletnie nam odbiło”. Wiem, że świat jest pełen złych ludzi i złych wampirów, ale nie wierzę, że większość ludzi w tym państwie albo chociażby tutaj, w Teksasie, byłaby podbudowana widokiem wrzeszczącej, palonej żywcem kobiety.
    Wyglądało na to, że zaczął mieć wątpliwości. Najwyraźniej zwerbalizowałam myśli, które dręczyły go już wcześniej; myśli, którym sam zaprzeczał.
    – Zawiadomili media – powiedział.
    To było coś, jakby panna młoda zaczęła mieć wątpliwości tuż przed ceremonią ślubną. Ale zaproszenia były już rozesłane. O matko.
    – Jasne, że to zrobili. Ale to będzie koniec ich organizacji, to oczywiste. Powtarzam ci, jeżeli tak strasznie potrzebujesz swojego wystąpienia, tych wielkich przeprosin dla świata, to wyjdź przed kościół w tej chwili i stań na trawniku. Bóg będzie patrzył, przysięgam ci. Na tym ci powinno najbardziej zależeć.
    Toczył ze sobą wewnętrzną walkę.
    – Ale mieli dla mnie specjalną białą szatę – powiedział.
    („Ale przecież już kupiłam sukienkę i zarezerwowałam kościół”.)
    – Ja pierdzielę. Jeżeli kłócimy się o ciuchy, to ty tak naprawdę wcale nie chcesz tego zrobić. Założę się, że wymiękasz.
    Kompletnie straciłam z oczu swój cel. Żałowałam tych słów już w chwili, gdy wychodziły z moich ust.
    – Zobaczysz – powiedział twardo.
    – Nie chcę tego oglądać przywiązana do Farrella. Nie jestem zła i nie chcę umierać.
    – Kiedy ostatni raz byłaś w kościele?
    Najwyraźniej rzucał mi wyzwanie.
    – Jakiś tydzień temu. Nawet przyjęłam Komunię.
    Nigdy bardziej nie cieszyłam się z bycia praktykującą katoliczką, bo nie umiałabym kłamać w tej sprawie.
    – Och.
    Godfrey wyglądał na oniemiałego.
    – Widzisz?
    Czułam, że tą kłótnią odbieram mu całą jego urażoną dumę, ale pieprzyć to, nie chciałam umrzeć przez spalenie, chciałam Billa, pragnęłam go tak intensywnie, że prawie wierzyłam, że samo to pragnienie otworzy wieko jego trumny. Gdybym tylko mogła mu powiedzieć, co się dzieje…
    – Chodź – powiedział Godfrey, wyciągając rękę.
    Nie chciałam dawać mu szansy na ponowne przemyślenie jego sytuacji, nie po tej przydługiej dyskusji, więc podałam mu dłoń i przeszliśmy nad zwłokami Gabe’a, aby wyjść na korytarz. Brak odgłosów dochodzących z celi, w której znajdowali się Hugo i Farrell, był dość niepokojący i, prawdę mówiąc, byłam zbyt przerażona, żeby zawołać któregoś z nich i dowiedzieć się, co się dzieje. Mówiłam sobie, że jeśli się stąd wydostanę, być może uda mi się uratować ich obu.
    Godfrey zwęszył moją krew i na jego twarzy pojawiło się pożądanie. Znałam ten widok. Ale to było pozbawione jakiejkolwiek żądzy seksualnej. Nie obchodziło go moje ciało. Związek picia krwi z seksem jest dla wampirów niezwykle silny, więc cieszyłam się, że jestem wystarczająco dojrzała. Z uprzejmości nachyliłam twarz w jego stronę. Po dłuższym wahaniu zaczął zlizywać krew z rozcięcia na moim policzku. Zamknął na chwilę oczy, delektując się smakiem, a potem ruszyliśmy w stronę schodów. Ze znaczącą pomocą Godfreya pokonywałam kolejne strome stopnie. Wampir otworzył drzwi wolną ręką.
    – Do tej pory zostawałem tu, na dole, w tym pokoju na końcu – wyjaśnił, a jego głos nie był właściwie niczym więcej, jak tylko leciutką wibracją w powietrzu.
    Korytarz był pusty, ale w każdej chwili ktoś mógł wyjść z jednego z biur. Godfrey wyglądał, jakby zupełnie się nie bał, ale o mnie nie można było tego powiedzieć. W końcu to o mnie w tym wszystkim chodziło. Nie słyszałam żadnych głosów, najwyraźniej pracownicy poszli już do domów, żeby się przygotować do Zamknięcia, a jego uczestnicy jeszcze nie przyszli. Niektóre drzwi do gabinetów były zamknięte, a okna w biurach były jedynymi źródłami światła słonecznego w korytarzu. Było dość ciemno, żeby Godfrey mógł się czuć dobrze, przynajmniej tak przypuszczałam, bo nawet się nie skrzywił. Spod drzwi głównego biura dochodziło ostre, sztuczne światło.
    Spieszyliśmy się, a przynajmniej usiłowaliśmy, bo moja lewa noga nie była zbyt chętna do współpracy. Nie byłam pewna, do których drzwi prowadzi nas Godfrey, prawdopodobnie do tych podwójnych, które widziałam wcześniej z tyłu sanktuarium. Jeśli udałoby mi się bezpiecznie nimi wyjść, nie musielibyśmy przechodzić przez całe skrzydło budynku. Nie miałam pojęcia, co zrobię, jak już znajdę się na zewnątrz. Ale bycie na zewnątrz było nieporównywalnie lepsze od bycia wewnątrz.
    Nagle drzwi do gabinety Steve’a się otworzyły. Zamarliśmy. Ramię Godreya, którym mnie oplatał, zdawało się stalową obręczą. Polly wyszła z pokoju, twarzą zwrócona ciągle w stronę pomieszczenia. Byliśmy tylko o kilka jardów dalej.
    – … ognisko – mówiła właśnie.
    – Och, myślę, że wystarczy – usłyszeliśmy słodki głos Sarah. – Jeśli wszyscy zwrócą swoje karty obecności, będziemy wiedzieli na pewno. Nie mogę uwierzyć, że ludzie mogą postępować tak nieuprzejmie i nie odpisywać. To takie nietaktowne, po tym, jak staramy się ułatwić im możliwość powiedzenia czy przyjdą, czy nie, tak bardzo, jak to tylko możliwe.
    Kłótnia dotycząca etykiety. Ojejku, chciałaby, żeby Miss Dobrych Manier tu była i mogła mi coś poradzić w tej sytuacji. „Jestem nieproszonym gościem w małym kościele i wychodzę nie mówiąc do widzenia. Czy powinnam napisać liścik z podziękowaniami, czy może po prostu wysłać im kwiaty?”
    Głowa Polly zaczęła się obracać i wiedziałam, że za chwilę nas zauważy. Ledwie ta myśl powstała w mojej głowie, Godfrey wepchnął mnie do pustego, ciemnego biura.
    – Godfrey! Co ty tutaj robisz? – Polly nie wydawała się przestraszona, ale w jej głosie nie było też zadowolenia. To brzmiało tak, jakby właśnie zobaczyła parobka, który rozgościł się w jej salonie.
    – Przyszedłem sprawdzić, czy czy jest jeszcze coś, co muszę zrobić.
    – Czy dla ciebie nie jest czasami okropnie wcześnie?
    – Jestem bardzo stary – powiedział grzecznie. – Stare wampiry nie potrzebują tak dużo snu, jak młode.
    Polly roześmiała się.
    – Sarah – zawołała wesołym głosem. – Godfrey się obudził!
    Gdy Sarah się odezwała, po natężeniu jej głosu mogłam się zorientować, że jest znacznie bliżej.
    – Cóż, witaj Godfrey! – powiedziała identycznie radosnym głosem. – Jesteś podekscytowany? Założę się że jesteś!
    Mówiła do tysiącletniego wampira jak do dziecka, które nie może się doczekać przyjęcia urodzinowego.
    – Twoja szata jest gotowa – powiedziała Sarah. – Wszystko idzie jak po maśle!
    – Co by było, gdybym zmienił zdanie? – spytał Godfrey.
    Zapadła długa cisza. Starałam się oddychać cicho i powoli. Im ciemniej się robiło, tym większe były moje szanse na wydostanie się stąd. Gdybym tylko mogła zadzwonić…
    Rzuciłam okiem na biurko. Był na nim telefon. Ale czy w innych biurach nie zaświecą się światełka, jeśli użyję tego aparatu? Poza tym w tej chwili zrobiłoby to za dużo hałasu.
    – Zmieniłeś zdanie? Czy to możliwe? – spytała Polly. Sprawiała wrażenie naprawdę wkurzonej. – Przyszedłeś do nas, pamiętasz? Opowiedziałeś nam o swoim życiu w grzechu, o wstydzie, którym napełniają cię te morderstwa na dzieciach i… inne rzeczy. Czy coś z tego się zmieniło?
    – Nie – powiedział Godfrey zamyślonym głosem. – Nic z tego się nie zmieniło. Ale nie widzę potrzeby włączania człowieka w moją ofiarę. Właściwie to wierzę, że także Farrell powinien dostać możliwość wolnego wyboru, to jest sprawa między nim a Bogiem. Nie powinniśmy go zmuszać do samopoświęcenia.
    – Potrzebujemy tu Steve’a – powiedziała szeptem Polly do Sarah.
    Później słyszałam już tylko Polly, więc podejrzewałam, że Sarah wycofała się do biura, żeby wezwać Steve’a.
    Jedno ze światełek na telefonie rozbłysło. Ech, a więc jednak to robią. Będzie wiedziała, jeśli spróbuję użyć którejś linii. Może w ciągu minuty.
    Polly w słodziutki sposób próbowała przekonywać Godfreya. Ten nie mówił wiele i nie miałam pojęcia, jakie myśli przebiegają mu przez głowę. Stałam, pozbawiona wszelkiej pomocy, wciśnięta w ścianę, z nadzieją, że nikt nie wejdzie do biura, że nikt nie zejdzie do piwnicy i nie podniesie alarmu, że Godfrey jeszcze nie zmienił swojej decyzji.
    – Pomocy – wołałam w myślach. Gdybym tylko mogła, wołałabym o pomoc wszystkimi moimi zmysłami.
    Niepewna myśl przemknęła mi przez głowę. Starałam się stać spokojnie, chociaż nogi ciągle mi się trzęsły, a kolano i twarz bolały jak diabli. Może jednak mogłam kogoś wezwać. Barry, portier z hotelu. Był telepatą, jak ja. On mógł mnie usłyszeć. Nigdy wcześniej nie podejmowałam takiej próby – cóż, w końcu nigdy wcześniej nie spotkałam innego telepaty, prawda? Desperacko spróbowałam zlokalizować miejsce, w którym znajdował się Barry, w odniesieniu do tego, w którym byłam ja. Zakładałam, że jest w pracy; była mniej więcej ta sama godzina, co wtedy, kiedy przybyliśmy ze Shreveport, a więc było to możliwe. Zwizualizowałam sobie mapę (na szczęście oglądałam ją razem z Hugonem, chociaż tylko udawał, że nie wie, gdzie jest Centrum Bractwa, teraz to było jasne), umieściłam na niej swoją lokalizację i stwierdziłam, że jesteśmy na południowy zachód od hotelu Silent Shore.
    Byłam na nowym mentalnym terytorium. Zebrałam całą energię, która mi pozostała, i spróbowałam przekształcić ją w swoim umyśle w kulkę.
    Przez chwilę czułam się totalnie idiotycznie, ale kiedy pomyślałam o uwolnieniu się z tego miejsca, od tych ludzi, stwierdziłam, że nic nie zyskam, jeśli przerwę tylko dlatego, że to trochę śmieszne. Pomyślałam o Barrym. Ciężko wytłumaczyć dokładnie, jak to zrobiłam, stworzyłam jakąś jego projekcję. Wiedząc, że jego imię mi pomoże, tak samo, jak znajomość miejsca, gdzie się znajduje, postanowiłam zacząć.
    – Barry Barry Barry Barry…
    –  Czego chcesz?
    Był kompletnie spanikowany. Nigdy wcześniej mu się to nie zdarzyło.
    – Ja też nigdy wcześniej tego nie robiłam. – Miałam nadzieję, że to mu doda otuchy. – Potrzebuję pomocy. Mam poważne kłopoty.
    –  Kim jesteś?
    Tak, to mogło pomóc. Idiotka.
    –  Jestem Sookie, ta blondynka, która przyjechała do hotelu zeszłej nocy z brązowowłosym wampirem. Pokój na trzecim piętrze.
    –  Ta z cyckami? Ojejku, przepraszam…
    Cóż, ostatecznie przeprosił.
    – Tak. Ta z cyckami. I chłopakiem.
    –  Więc co się stało?
    Teraz to wszystko sprawia wrażenie, jakby było bardzo jasne i poukładane, ale to nie były słowa. To było tak, jakbyśmy wysyłali sobie telegramy z emocji i obrazki.
    Próbowałam pomyśleć, jak wyjaśnić moje kłopotliwe położenie.
    – Idź do mojego wampira, jak tylko się obudzi.
    –  A potem?
    –  Powiedz mu, że jestem w niebezpieczeństwie. Niebezpieczeństwieniebezpieczeństwie-niebezpieczeństwie.
    –  Okej, łapię. Gdzie?
    –  Kościół - dla mnie to był skrót od Centrum Bractwa. Nie myślałam o tym, jak to przekazać Barry’emu.
    – On wie gdzie?
    –  On wie gdzie. Powiedz mu, żeby zszedł po schodach.
    –  Ty naprawdę jesteś taka, jak ja? Nigdy nie spotkałem nikogo innego…
    –  Naprawdę. Proszę, pomóż mi.
    Poczułam skomplikowaną mieszankę emocji, które targały Barry’m. Był przerażony perspektywą rozmowy z wampirem, bał się, że pracodawcy odkryją jego „coś dziwnego w mózgu”, choć był też podniecony, że jest jeszcze ktoś taki, jak on. Ale przede wszystkim przerażony.
    Znałam te wszystkie uczucia.
    – W porządku. Rozumiem – powiedziałam mu. - Nie prosiłabym cię o to, gdyby nie to, że zaraz mnie zabiją.
    Zalała go nowa fala strachu, strachu spowodowanego poczuciem odpowiedzialności. Nie powinnam była tego dodawać.
    I nagle, w jakiś sposób, wzniósł pomiędzy nami słabą barierę i nie mogłam już być pewna, co zamierza zrobić.

*

    Podczas gdy byłam skoncentrowana na Barrym, sprawy w holu uległy zmianie. Gdy zaczęłam ponownie nasłuchiwać, okazało się, że Steve już wrócił. On także starał się rozmawiać z Godfreyem w rozsądny i konstruktywny sposób.
    – No cóż, Godfrey – mówił – jeżeli nie chciałeś tego robić, powinieneś był nam po prostu powiedzieć. Teraz jesteś do tego zobowiązany. Wszyscy jesteśmy. My zrobiliśmy, co do nas należało, ty także powinieneś dotrzymać słowa. Wielu ludzi będzie bardzo zawiedzionych, jeśli nie zaangażujesz się w ceremonię.
    – Co z robicie z Farrellem? Z tym mężczyzną, Hugonem? Z tą blondynką?
    – Farrell jest wampirem – powiedział Steve, ciągle słodko brzmiącym głosem. – Hugo i ta kobieta są maskotkami wampirów. A więc także powinni wyjść na słońce, przywiązani do wampirów. Sami dokonali takiego wyboru, a jego konsekwencją jest śmierć.
    – Ja jestem grzesznikiem, ale wiem o tym, więc kiedy umrę, Bóg zabierze do siebie moją duszę – powiedział Godfrey. – Ale Farrell nie wie. Jeśli go zabijemy, nie będzie miał nawet szansy. Mężczyzna i kobieta tak samo, nie będą mieli możliwości powrotu na dobrą drogę. Czy to jest w porządku, zabijać ich i skazywać na wieczne potępienie?
    – Powinniśmy pójść do mojego gabinetu – powiedział stanowczo Steve.
    I zdałam sobie w końcu sprawę, że do tego właśnie zmierzał Godfrey przez cały ten czas. Usłyszałam szelest stóp i Godfreya mruczącego uprzejmie „pan przodem”.
    Chciał wejść jako ostatni, żeby zamknąć za sobą drzwi.
    Moje włosy w końcu były suche, uwolnione od peruki, przez którą przesiąkły potem. Opadały mi strąkami na ramiona, bo rozpuściłam je po cichu podczas rozmowy. Jasne, to najzupełniej normalna rzecz, którą zwykle robią ludzie, gdy słuchają, jak ważą się ich losy. Ale musiałam się czymś zająć. Ostrożnie schowałam spinki do kieszeni, przeczesałam palcami ten bałagan na głowie i rozpoczęłam przygotowania do wymknięcia się z kościoła.
    Wyjrzałam na korytarz. Tak, drzwi do pokoju Steve’a były zamknięte. Przeszłam obok nich na placach, skręciłam w lewo i skierowałam się w stronę drzwi do sanktuarium. Bardzo cicho przekręciłam klamkę i weszłam do środka. Pomieszczenie było wyjątkowo mroczne. Przez olbrzymie, witrażowe okno wpadało tylko tyle światła, że ledwie udało mi się przejść przez nawę, nie potykając się o ławki.
    Nagle usłyszałam głos, coraz głośniejszy, dochodzący z odległego skrzydła. Ktoś włączył światło w świątyni. Padłam na ziemię i przeturlałam się pod ławkę. Do środka weszła jakaś rodzina, wszyscy głośno rozmawiali, mała dziewczynka marudziła, że przegapi jakiś program w telewizji, bo musiała iść na to głupie Zamknięcie.
    Rozległ się dźwięk przypominający klapsa w tyłek i jej ojciec powiedział, że powinna się cieszyć, że zobaczy tak wspaniały dowód potęgi Boga. Ujrzy na własne oczy dzieło zbawienia.
    Nawet w tych okolicznościach – polemizowałabym z tym. Zastanawiałam się, czy ten ojciec naprawdę rozumie, że liderzy sekty planują przedstawienie polegające na spaleniu dwóch wampirów, w tym przynajmniej jednego z nich razem z przywiązanym do niego człowiekiem. Zastanawiałam się, czy ta dziewczynka będzie jeszcze normalnym dzieckiem po zobaczeniu „wspaniałego dowodu potęgi Boga”
    Ku mojemu przerażeniu, zaczęli rozkładać swoje śpiwory pod ścianą, w odległym końcu świątyni, wciąż rozmawiając. Przynajmniej mieli ze sobą dobry kontakt. Oprócz marudnej, małej dziewczynki było jeszcze dwoje starszych dzieci, chłopiec i dziewczynka, i jak przystało na prawdziwe rodzeństwo, tłukli się ze sobą jak pies z kotem.
    Para małych, płaskich, czerwonych butów przetruchtała obok mojej ławki i znikła za drzwiami prowadzącymi do skrzydła Steve’a. Zastanawiałam się, czy ci w biurze wciąż dyskutują.
    Stopy pojawiły się ponownie po kilku sekundach, teraz poruszały się bardzo szybko. To też mnie zastanawiało.
    Poczekałam około pięciu minut, ale nic więcej się nie wydarzyło.
    Jeszcze chwila i zacznie się schodzić coraz więcej ludzi. Teraz albo nigdy. Wyczołgałam się spod ławki i wstałam. Na szczęście, akurat wszyscy zajmowali się innymi sprawami, gdy się podniosłam i żwawo ruszyłam w kierunku podwójnych drzwi na tyłach kościoła. Po chwili jednak zapadła cisza, co dało mi do zrozumienia, że zostałąm zauważona.
    – Hej! – zawołała matka. Wstała ze swojego jasnoniebieskiego śpiwora. Jej pospolita twarz wyrażała zaciekawienie. – Musisz być nowa w Bractwie. Jestem Francie Polk.
    – Tak – odpowiedziałam, starając się brzmieć radośnie. – Strasznie się spieszę! Porozmawiamy później!
    Podeszła bliżej.
    – Zraniłaś się? – spytała. – Wybacz, ale wyglądasz okropnie. Czy to krew?
    Spojrzałam na swoją bluzkę. Na piersiach miałam kilka niewielkich plam.
    – Przewróciłam się – powiedziałam, starając się, żeby to zabrzmiało ponuro. – Muszę iść do domu, żeby to jakoś opatrzyć i zmienić ubranie. Ale niedługo wrócę!
    Po wyrazie twarzy Francie Polk stwierdziłam, że nabiera co do mnie wątpliwości.
    – W biurze jest apteczka pierwszej pomocy, może po prostu pójdę i ci ją przyniosę?
    Wcale cię o to nie proszę.
    – Wiesz, i tak potrzebuję czystej bluzki – powiedziałam. Zmarszczyłam nos, żeby zakomunikować, co myślę o chodzeniu w poplamionej bluzce przez cały wieczór.
    Inna kobieta weszła drzwiami, którymi ja miałam nadzieję wyjść, i stanęła, przysłuchując się konwersacji, a jej ciemne oczy wpatrywały się to we mnie, to we Francie.
    – Hej, dziewczyny! – powiedziała głosem z lekko słyszalnym akcentem. Ta niska Latynoska, zmiennokształtna, uściskała mnie. Wychowałam się w środowisku, gdzie przytulanie było czymś normalnym, więc odruchowo odwzajemniłam uścisk. Uszczypnęła mnie znacząco.
    – Jak się masz? – spytałam radośnie. – Tak długo cię nie widziałam!
    – Och, wiesz, po staremu – powiedziała.
    Wyszczerzyła się do mnie, ale w jej oczach było ostrzeżenie. Jej bujne i szorstkie włosy były raczej bardzo ciemnobrązowe niż czarne. Miała skórę koloru karmelu z mlekiem i ciemne piegi. Pełne usta pomalowała na rzucający się w oczy fuksjowy kolor. Miała wielkie, białe zęby, które połyskiwały, gdy się tak szeroko uśmiechała. Spojrzałam w dół na jej stopy. Płaskie, czerwone buty.
    – Hej, wyjdziesz ze mną za zewnątrz na papierosa? – spytała.
    Francie Polk nie wyglądała na zadowoloną.
    – Luna, czy nie uważasz, że twoja przyjaciółka powinna pójść do lekarza? – spytała. Trudno jej było odmówić racji.
    – Masz kilka guzów i siniaków – powiedziała Luna, przyglądając mi się. – Upadłaś?
    – Wiesz, mama zawsze mi mówiła, „Marigold, jesteś niezgrabna jak słoń w składzie porcelany”.
    – Ta twoja mama! – powiedziała Luna, potrząsając głową, aby wyrazić swoje zdegustowanie. – Jakbyś od tego gadania mogła się stać mniej niezdarna!
    – Cóż poradzić? – wzruszyłam ramionami. – Wybaczysz nam na chwilę, Francie?
    – Cóż, jasne – powiedziała. – Zobaczymy się później, mam nadzieję.
    – Na pewno – powiedziała Luna. – Nie zamierzam niczego przegapić.
    I wyszłam razem z Luna z budynku Bractwa Słońca. Desperacko skoncentrowałam się na swoim chodzie, aby Francie nie zobaczyła jak utykam i nie stała się jeszcze bardziej podejrzliwa.
    – Dzięki Bogu – powiedziałam, gdy wreszcie znalazłyśmy się na zewnątrz.
    – Od razu wiedziałaś, czym jestem – powiedziała gwałtownie. – Skąd?
    – Mam przyjaciela, który jest zmiennokształtnym.
    – Kto to jest?
    – On nie jest stąd. I nie mogłabym ci powiedzieć bez jego zgody.
    Rzuciła mi spojrzenie, które pogrzebało wszelkie nadzieje na przyjaźń.
    – W porządku, szanuję to – powiedziała. – Dlaczego tutaj jesteś?
    – A co ty masz do tego?
    – Właśnie ocaliłam twój tyłek.
    Dobrze powiedziane.
    – No dobra. Jestem telepatką i zostałam zatrudniona przez przywódcę wampirów z waszego obszaru, żeby rozwiązać zagadkę jednego z nich, który zaginął.
    – To już lepiej. Ale to nie jest przywódca mojego obszaru. Jestem mistem [24], ale nie pieprzonym wampirem. Dla którego wampira pracujesz?
    – Nie widzę powodu, żeby ci mówić.
    Uniosła brwi.
    – Nie powiem.
    Otworzyła usta, jakby miała zacząć krzyczeć.
    – Krzycz sobie. Są rzeczy, których ci nie powiem. Co to są misty?
    – Mityczne stworzenia. Teraz słuchaj mnie – powiedziała Luna.
    Szłyśmy przez parking, samochody zaczynały się już gromadzić. Co chwila uśmiechała się, machała i starała się wyglądać na szczęśliwą. Ale ja nie mogłam już dłużej nie utykać, a moja twarz była wykrzywiona jak u dziwki, jak by powiedziała Arlene.
    Jejku, nagle zatęskniłam za domem… Ale odpędziłam to uczucie, żeby skupić się na Lunie, która najwyraźniej coś do mnie miała.
    – Powiesz wampirom, że mamy to miejsce pod obserwacją…
    – My czyli kto?
    – My czyli zmiennokształtni z całego obszaru Dallas.
    – To wy macie jakąś organizację? Hej, to jest świetne! Muszę powiedzieć… temu przyjacielowi.
    Przewróciła oczami, najwyraźniej nie będąc pod wrażeniem mojego intelektu.
    – Słuchaj mała, powiesz wampirom, że jak tylko Bractwo się o nas dowie, zaczną polować też na nas. A my nie chcemy mainstreamu. W podziemiu nam dobrze. Głupie, popieprzone wampiry. Więc mamy oko na Bractwo.
    – Skoro macie ich pod tak czujną obserwacją, to czemu nie powiedzieliście wampirom, że Farrell jest przetrzymywany w piwnicy? I co z Godfreyem?
    – Hej, Godfrey sam chciał się zabić, nie nasza sprawa. Sam polazł do Bractwa, przecież nie oni do niego. Prawie się posikali w gacie ze szczęścia, że go mają, jak już się otrząsnęli z szoku wywołanego siedzeniem w jednym pokoju i rozmawianiem z przeklętym.
    – Co z Farrellem?
    – Nie wiedziałam, kto tam jest – przyznała. – Wiedziałam, że kogoś schwytali, ale nie jestem w wystarczająco ścisłym kręgu wtajemniczonych, żeby znać szczegóły. Próbowałam się nawet podlizać temu dupkowi, Gabe’owi, ale to nie pomogło.
    – Zapewne ucieszy cię informacja, że Gabe nie żyje.
    – Hej! – Uśmiechnęła się szczerze po raz pierwszy. – To jest dobra wiadomość!
    – A oto reszta informacji. Jak znam wampiry, przybędą tutaj dzisiaj po Farrella. Więc na twoim miejscu nie wracałabym tej nocy do Bractwa.
    Przez około minutę przygryzała sobie dolną wargę. Byłyśmy już w odległym końcu parkingu.
    – Właściwie – powiedziałam – byłoby idealnie, gdybyś mogła mnie podrzucić do hotelu.
    – Cóż, nie jestem tutaj od czynienia twojego życia idealnym – warknęła, na powrót stając się tą trudną do zniesienia osobą. – Wracam do kościoła zanim to gówno się zacznie, muszę pozbierać papiery. Pomyśl o tym, dziewczyno. Co wampiry zrobią z Godfreyem? Wypuszczą go żywego? Jest seryjnym mordercą, dzieciobójcą, robił to tyle razy, że nawet nie umie policzyć, nie mógł przestać i dobrze o tym wiedział.
    A więc to była dobra strona Bractwa… Udostępnianie wampirom miejsca, gdzie mogły publicznie popełnić samobójstwo?
    – Może powinni wprowadzić jakieś opłaty za oglądanie tego?
    – Wprowadziliby, gdyby mogli. – Luna była poważna. – Wampiry, które próbują mainstreamować, są lekko wkurzone na tych, przez których ich plan mógłby nawalić. Godfrey nie jest dobrym chłopcem do umieszczenia na plakacie.
    – Nie mogę rozwiązać każdego problemu, Luna. Tak przy okazji, naprawdę nazywam się Sookie. Sookie Stackhouse. I uwierz, zrobiłam wszystko, co w mojej mocy. Wykonałam to, co mi zlecono, teraz powinnam wrócić i zdać raport. Godfrey przeżyje czy Godfrey umrze. Myślę, że umrze.
    – Lepiej, żebyś miała rację – powiedziała złowrogo.
    Nie mogłam zrozumieć, dlaczego to miała być moja wina, że Godfrey zmienił zdanie. Ja tylko zakwestionowałam wybrane przez niego miejsce. Ale może miała rację. Może ponosiłam częściową odpowiedzialność.
    Za dużo było tego wszystkiego, jak dla mnie…
    – Do zobaczenia – powiedziałam i zaczęłam kuśtykać przez parking w stronę drogi. Nie odeszłam daleko, gdy usłyszałam wrzawę dochodzącą z kościoła, a wszystkie zewnętrzne światła się zapaliły. Ta nagła jasność był oślepiająca.
    – Tak właściwie, to może jednak nie będę wracać do Centrum Bractwa. To chyba nie końca dobry pomysł – powiedziała Luna, wychylając się przez okno subaru.
    Wdrapałam się na siedzenie pasażera i pomknęłyśmy w stronę najbliższego wjazdu na czteropasmówkę. Odruchowo zapięłam pasy.
    Ale choć ruszyłyśmy bardzo szybko, inni byli jeszcze szybsi. Różne rodzinne pojazdy poustawiały się tak, że blokowały wyjazd z parkingu.
    – Cholera – powiedziała Luna.
    Siedziałyśmy bezczynnie przez około minutę, podczas gdy Luna się namyślała.
    – Nigdy mnie nie wypuszczą, nawet, jeśli jakoś ciebie ukryję. Nie mogę wrócić do kościoła. Zbyt łatwo mogą przeszukać parking.
    Luna zaczęła jeszcze mocniej przygryzać sobie dolną wargę.
    – Och, chrzanić to – powiedziała i wrzuciła bieg. Początkowo jechała spokojnie, starając się zwracać na siebie jak najmniejszą uwagę. – Ci ludzie nie rozpoznaliby religii nawet wtedy, gdyby ugryzła ich w tyłek.
    Na wysokości kościoła Luna staranowała barierkę oddzielającą parking od trawnika. Teraz jechałyśmy po trawniku, okrążając wydzielony plac, i zorientowałam się, że uśmiecham się od ucha do ucha, chociaż to strasznie bolało.
    – Ju-hu! – zawołałam, kiedy uderzyłyśmy w zraszacz.
    Przejechałyśmy przez plac z przodu kościoła i, co było dla mnie szokiem, nikt nas nie ścigał. Pewnie zorganizują się w ciągu jakiejś minuty, fanatycy. Ci ludzie, którzy popierają Bractwo w najbardziej ekstremalny sposób, dziś wieczorem doznają prawdziwego przebudzenia.
    Żeby się upewnić, Luna zerknęła w boczne lusterko i powiedziała:
    – Odblokowali wejścia i ktoś za nami jedzie.
    Wjechałyśmy na drogę biegnącą od strony przodu kościoła, inną główną czteropasmówką, choć pozostali kierowcy trąbili na nas, zbulwersowani naszym niespodziewanym włączeniem się do ruchu.
    – Jasna cholera – powiedziała Luna. Zwolniła do sensownej prędkości, wciąż spoglądając w boczne lusterko. – Jest zbyt ciemno. Nie mogę stwierdzić, które światła są ich.
    Zastanawiałam się, czy Barry zawiadomił Billa.
    – Masz komórkę? – spytałam.
    – Jest w mojej torebce, która została w biurze, w kościele. Razem z moim prawem jazdy. Właśnie tak się dowiedziałam że masz kłopoty. Weszłam do biura i wyczułam twój zapach. Wybiegłam na zewnątrz, żeby cię wytropić, ale cię nie znalazłam, więc wróciłam. Mamy pieprzone szczęście, że chociaż kluczyki miałam w kieszeni.
    Niech Bóg błogosławi zmiennokształtnych. Żałowałam, że nie mamy komórki, ale nic nie mogłam na to poradzić. Nagle zaczęłam się zastanawiać, gdzie jest moja własna torebka. Prawdopodobnie została w biurze Bractwa Słońca. Ale przynajmniej wyjęłam z niej wszystkie dokumenty.
    – Czy możemy zatrzymać się gdzieś, gdzie można skorzystać z telefonu albo na posterunku policji?
    – Jeśli zawiadomisz policję, to co oni zrobią? – spytała Luna takim tonem, jakby chciała skłonić małe dziecko do włożenia w myślenie większego wysiłku.
    – Pojadą do kościoła.
    – I co się potem stanie?
    – Och, spytają Steve’a, dlaczego przetrzymywał więźniów?
    – Taa. I co on odpowie?
    – Nie wiem.
    – On odpowie: „Nigdy nie przetrzymywałem żadnych więźniów. Ona miała jakąś sprzeczkę z moim pracownikiem, Gabe’em, i teraz on leży martwy. Aresztujcie ją!”
    – Och. Tak myślisz?
    – Owszem, tak myślę.
    – A co z Farrellem?
    – Jeśli policja tylko się zbliży do wejścia, uwierz mi, mają już kogoś wyznaczonego do zejścia do piwnicy i wbicia mu kołka w serce. Zanim gliny tam dotrą, Farrella już nie będzie. Mogą zrobić to samo Godfreyowi, jeśli nie będzie chciał ich kryć. Pewnie bardzo się tym nie przejmie, sam chciał umrzeć, no ale to Godfrey.
    – No dobrze, co w takim razie z Hugonem?
    – Myślisz, że Hugo będzie chciał wyjaśniać, jak to się stało, że został zamknięty w piwnicy? Nie mam pojęcia, jakich bzdur naplecie, ale na pewno nie powie prawdy. Miesiącami prowadził podwójne życie i wszystko już mu się pomieszało.
    – A więc nie możemy zawiadomić policji. Czyli do kogo możemy się zwrócić?
    – Zabiorę cię do twoich ludzi. Nie ma potrzeby, żebyś poznawała moich. Oni nie chcą być poznawani, rozumiesz?
    – Jasne.
    – Musisz mieć w sobie coś niezwykłego, nie? Żeby nas rozpoznawać.
    – Tak.
    – Więc czym jesteś? Nie wampirem, to jasne. Nie jedną z nas.
    – Jestem telepatką.
    – Telepatka? Nie chrzań! Cóż, łaaaaaaa, łaaaaaa [25] – powiedziała Luna, naśladując dźwięk zwyczajowo wydawany przez duchy.
    – Nie bardziej łaaaaaa, łaaaaa niż ty – powiedziałam, czując się lekko urażona.
    – Wybacz – powiedziała nie całkiem szczerze. – W porządku, plan jest taki…
    Ale nie usłyszałam, jaki jest plan, bo w tym momencie zostałyśmy uderzone od tyłu.

*

    Następna rzecz, jaką pamiętam, to to, że wisiałam do góry nogami na pasie bezpieczeństwa. Jakieś ręce sięgały, żeby mnie wyciągnąć. Rozpoznałam je po paznokciach – to była Sarah. Ugryzłam ją. Z wrzaskiem cofnęła dłonie.
    – Z całą pewnością nic jej nie jest. – Usłyszałam, jak Sarah słodkim głosem rozmawia z kimś spoza Bractwa i zdałam sobie sprawę, że muszę coś zrobić
    – Nie słuchaj jej! To jej samochód nas uderzył! – zawołałam. – Nie pozwól jej mnie dotknąć!
    Spojrzałam na Lunę, której włosy teraz dotykały sufitu. Była przytomna, ale się nie odzywała. Wierciła się, wyglądało na to, że próbuje odpiąć swój pas.
    Zza okna dochodziły odgłosy rozmowy, w większości brzmiało to jak kłótnia.
    – Powtarzam ci, jestem jej siostrą, a ona jest po prostu pijana – mówiła do kogoś Polly.
    – Nie jestem! Żądam wykonania testu alkomatem – powiedziałam tak pełnym godności głosem, na jaki tylko mogłam się zdobyć, zdając sobie sprawę, że brzmi to zaskakująco głupio, gdy się wisi do góry nogami. – Wezwijcie policję, proszę, i karetkę pogotowia.
    Przez bełkot Sarah przebił się twardy, męski głos:
    – Proszę pań, wygląda na to, że ona nie potrzebuje pań towarzystwa. I wygląda na to, że ma ku temu jakiś powód.
    Twarz mężczyzny pojawiła się w oknie. Uklęknął i schylił się, żeby móc przez nie zajrzeć.
    Był dość przysadzisty i rozczochrany, w mojej opinii po prostu piękny.
    – Proszę tu zostać, dopóki nie przyjadą.
    Byłam gotowa go o to błagać.
    – Zostanę – obiecał i jego twarz znikła.
    Teraz pojawiło się więcej głosów. Sarah i Polly zaczęły jazgotać. Uderzyły w nasz samochód. Kilkunastu ludzi to widziało. Ich podawanie się za siostry czy cokolwiek innego nie wzbudziło zachwytu tłumu. Poza tym zauważyłam, że jest z nimi dwóch mężczyzn z Bractwa, którzy nie byli zbyt sympatyczni.
    – W takim razie po prostu sobie pójdziemy – powiedziała Polly z furią w głosie.
    – Nie, nie pójdziecie – zaoponował mój cudowny wojownik. – Powinnyście załatwić z nimi sprawy ubezpieczenia.
    – On ma rację – powiedział jakiś dużo młodszy, kobiecy głos. – Po prostu nie chcecie płacić za naprawę ich samochodu.
    – I czy one nie są ranne? Czy nie powinnyście też ponieść kosztów ich leczenia?
    Lunie udało się wypiąć z pasów, obróciła się i upadła na dach, który teraz był podłogą samochodu. Ze zręcznością, której mogłam jej tylko pozazdrościć, wysunęła głowę przez otwarte okno i zaczęła się wyczołgiwać, zapierając się stopami o co się tylko dało. Stopniowo wyślizgiwała się na zewnątrz. Jednym z takich punktów podparcia było moje ramię, ale nawet nie pisnęłam. Jedna z nas musiała się wydostać na wolność. Rozległy się okrzyki, gdy tylko się pojawiła, i usłyszałam, jak mówi:
    – No dobrze, więc która z was prowadziła?
    Natychmiast poparły ja różne głosy, jedne mówiły to, inne co innego, ale wszystkie twierdziły, że Sarah i Polly, a także ich przydupasy, byli sprawcami, a Luna – ofiarą. Dookoła było tak wielu ludzi, że kiedy pojawił się jeszcze jeden samochód ludzi z Bractwa, nie było już żadnego sposobu, żeby mogli nas jakoś stamtąd wywlec. Niech Bóg błogosławi amerykańskich gapiów. Wygląda na to, że wpadłam w ckliwy nastrój.
    Sanitariusz, który wyciągał mnie z samochodu, był najmilszym gościem, jakiego kiedykolwiek spotkałam. Miał na imię Salazar, tak miał napisane na identyfikatorze, i powiedziałam „Salazar” na głos tylko po to, żeby się upewnić, że mogę to powiedzieć. Starałam się, żeby to zabrzmiało poprawnie.
    – Tak, to ja – powiedział, podnosząc mi powiekę, żeby spojrzeć na moje oko. – Nieźle się pani załatwiła.
    Zaczęłam mu tłumaczyć, że miałam już część tych zranień jeszcze przed wypadkiem, ale usłyszałam, jak Luna mówi:
    – Mój kalendarz leżał na desce rozdzielczej, przeleciał przez cały samochód i uderzył ją w twarz.
    – Dużo bezpieczniej jest nie kłaść nic na desce rozdzielczej, proszę pani – powiedział jakiś nowy głos, mówił najwyraźniej przez zatkany nos.
    – Dobrze, panie władzo.
    „Panie władzo”? Chciałam odwrócić głowę, ale Salazar mnie powstrzymał.
    – Proszę po prostu leżeć spokojnie, dopóki nie skończę oglądać pani obrażeń – powiedział stanowczo.
    – Dobrze. Jest tutaj policja? – dodałam po chwili.
    – Tak, proszę pani. Tutaj, czy to boli?
    Przeszliśmy przez całą listę pytań, z których na większość byłam w stanie odpowiedzieć.
    – Myślę, że wszystko będzie z panią w porządku, ale musimy zabrać panią i pani przyjaciółkę do szpitala, tylko po to, aby się upewnić. – Salazar i jego partnerka, potężna anglosaska byli przekonani o tej konieczności.
    – Och – powiedziałam rozzłoszczona – nie potrzebujemy wizyty w szpitalu, prawda, Luna?
    – Jasne, że potrzebujemy – powiedziała, tak zaskoczona, jak tylko mogła być. – Muszą nam zrobić prześwietlenie, kochanie. Mam na myśli to, że twój policzek naprawdę kiepsko wygląda.
    – Och. – Byłam lekko oszołomiona tym, jak potoczyły się sprawy. – Cóż, skoro tak uważasz.
    – Tak, tak uważam.
    Luna weszła do ambulansu, a ja zostałam załadowana na noszach, i wystartowaliśmy na sygnale. Ostatnie, co widziałam, zanim Salazar zamknął drzwi, to Polly i Sarah rozmawiające z bardzo wysokim policjantem.
    Obydwie wyglądały na wyjątkowo zdenerwowane. To dobrze.
    Szpital był taki, jak wszystkie szpitale. Luna kompletnie się do mnie przykleiła. Kiedy byłyśmy w tej samej kabinie i weszła pielęgniarka, żeby uzyskać od nas kilka dodatkowych informacji, Luna powiedziała:
    – Proszę powiedzieć doktorowi Josephusowi, że Luna Garza i jej siostra na niego czekają.
    Pielęgniarka, młoda Afroamerykanka, rzuciła Lunie pełne wątpliwości spojrzenie, ale powiedziała „dobrze” i szybko wyszła.
    – Dlaczego to zrobiłaś? – spytałam.
    – Żeby ta pielęgniarka przestała przeglądać nasze karty? Specjalnie prosiłam o ten szpital. Mamy kogoś w każdym szpitalu, ale naszego człowieka stąd znam najlepiej.
    – Naszego?
    – Naszego. O podwójnej naturze.
    – Och.
    Zmiennokształtnego. Nie mogłam się doczekać, kiedy opowiem o tym Samowi.
    – Jestem doktor Josephus – powiedział łagodny głos. Podniosłam głowę i ujrzałam szczupłego, srebrnowłosego mężczyznę, wchodzącego oddzielonej parawanem części gabinetu, w której się znajdowałyśmy. Jego włosy były przerzedzone, a na spiczastym nosie miał okulary w drucianych oprawkach, podkreślające niebieskość jego oczu.
    – Jestem Luna Garza, a to jest moja przyjaciółka, hm… Marigold – Luna powiedziała to całkiem tak, jakby była inną osobą. Prawdę mówiąc, spojrzałam na nią, żeby się przekonać, czy to ta sama Luna. – Poznałyśmy się tego niefortunnego wieczoru, podczas pełnienia obowiązków.
    Lekarz spojrzał na mnie trochę nieufnie.
    – Ona jest wartościowa – powiedziała Luna z wielką powagą.
    Nie chciałam popsuć tego momentu chichotaniem, ale musiałam przygryźć sobie wargi.
    – Potrzebujesz prześwietlenia – powiedział lekarz po obejrzeniu mojej twarzy i zbadaniu groteskowo opuchniętego kolana.
    Miałam cale mnóstwo siniaków, ale to były moje jedyne poważne obrażenia.
    – A więc musimy to zrobić szybko, a potem bezpiecznie opuścić to miejsce – powiedziała Luna głosem nie znoszącym sprzeciwu.
    W żadnym szpitalu nic nigdy nie działało tak szybko. Mogłam jedynie przypuszczać, że doktor Josephus jest jakimś głównym dyrektorem. Albo może szefem załogi. Przenośna maszyna do rentgena wjechała do gabinetu i prześwietlenie zostało zrobione. Kilka minut później doktor Josephus powiedział mi, że mam drobne pęknięcie kości policzka, które samo się zrośnie. Albo mogę zgłosić się do chirurga plastycznego, gdy opuchlizna już zejdzie. Dał mi receptę na środki przeciwbólowe, mnóstwo porad, okład z lodu na twarz i drugi na kolano, które było, jak powiedział „wywichnięte”.
    Niecałe dziesięć minut później wychodziłyśmy już ze szpitala. Luna pchała mnie na wózku inwalidzkim, a doktor Josephus wyprowadzał nas czymś w rodzaju tunelu dla obsługi. Minęliśmy po drodze kilku pracowników. Wyglądali na ubogich ludzi, tych wykonujących niskopłatne zawody, jak dozorca szpitala czy kucharz. Nie mogłam uwierzyć, że tak pewny siebie człowiek, jak doktor Josephus, szedł tym tunelem wcześniej, ale zdawał się znać drogę, a członkowie personelu nie wyglądali na zdumionych jego widokiem. Na końcu tunelu otworzył pchnięciem ciężkie, metalowe drzwi.
    Luna skinęła mu głową i podziękowała. Wydostałyśmy się na zewnątrz, w noc. Stał tutaj zaparkowany duży, stary samochód. Był ciemnoczerwony lub ciemnobrązowy. Gdy się rozejrzałam, zorientowałam się, że jesteśmy w zaułku; były tu duże kosze na śmieci ustawione wzdłuż ściany, zobaczyłam też kota polującego na coś (nie chcę wiedzieć na co) pomiędzy dwoma koszami. Gdy drzwi zamknęły się za nami ze świstem, zapadła całkowita cisza. Znów zaczęłam się bać.
    Byłam niesamowicie wykończona i przerażona.
    Luna podeszła do samochodu, otworzyła boczne drzwi i powiedziała coś do kogoś, kto był w środku. Cokolwiek powiedział, to ją wkurzyło. Odpowiedziała mu w jakimś obcym języku.
    Kłótnia była blisko.
    Luna podeszła do mnie.
    – Musisz mieć zawiązane oczy – powiedziała, najwyraźniej przekonana, że będę protestować.
    – Nie ma problemu – odpowiedziałam, machnąwszy przy tym ręką, aby podkreślić, jak mało to dla mnie znaczy.
    – Nie masz nic przeciwko?
    – Nie. Rozumiem, Luna, każdy potrzebuje prywatności.
    – W takim razie w porządku.
    Pospieszyła z powrotem do samochodu i wróciła z szalikiem z zielonego i niebieskiego jedwabiu, w odcieniu ogona pawia. Złożyła go i obwiązała starannie wokół mojej głowy, zupełnie jakbyśmy grały w ciuciubabkę.
    – Posłuchaj mnie – powiedziała mi na ucho. – Tych dwoje jest dość nieprzyjemnych. Uważaj.
    Jasne, zawsze chciałam być bardziej przestraszona.
    Popchnęła mój wózek do samochodu i pomogła mi wsiąść. Domyślałam się, że odprowadziła wózek do drzwi, aby tam czekał, aż ktoś go odbierze; tak czy inaczej, minutę później siedziała już po drugiej stronie samochodu.
    Z przodu znajdowały się dwie osoby. Wyczuwałam je – chociaż bardzo słabo – umysłem i zorientowałam się, że obie są zmiennokształtnymi, a przynajmniej było coś zmiennokształtnego w ich mózgach, taka sama półprzezroczysta plątanina myśli, jaką odbierałam od Sama i Luny. Mój szef, Sam, zwykle zmieniał się w owczarka collie. Zastanawiałam się, jaki kształt preferowała Luna.
    Tych dwoje czymś się jednak różniło, to był jakiś rodzaj pulsującej ciężkości. Kontury ich umysłów były nieco inne, jakby nie całkiem ludzkie.
    Przez kilka minut panowała cisza, podczas gdy samochód podskakiwał na wybojach alejki.
    – Hotel Silent Shore, tak? – spytała kobieta kierująca pojazdem. Właściwie to nie spytała. Wydała pomruk.
    W tym momencie zorientowałam się, że jest pełnia księżyca. Och, do diabła. Oni muszą się zmieniać w czasie pełni. Może to dlatego Luna tak chętnie opuściła Bractwo tego wieczoru, gdy tylko się ściemniło.
    – Tak, proszę – powiedziałam grzecznie.
    – Jedzenie, które mówi – powiedział pasażer. Jego głos jeszcze bardziej przypominał warczenie.
    Jasne, że mi się to ani trochę nie podobało, ale nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć. Właściwie, to o zmiennokształtnych musiałam się nauczyć jeszcze równie dużo, co o wampirach.
    – Zachowujcie się – powiedziała Luna. – Ona jest moim gościem.
    – Luna przyniosła żarcie dla szczeniaczków – powiedział pasażer. Naprawdę, zaczynałam nie lubić tego gościa.
    – Jak dla mnie, pachnie bardziej jak hamburger – usłyszałam kobietę za kierownicą. – Ma zadrapanie albo dwa, co nie, Luna?
    – Dajecie jej świetny przykład tego, jak jesteście ucywilizowani – warknęła Luna. – Ogarnijcie się trochę. Miała ciężką noc. A do tego ma złamaną kość.
    I ta noc nie dobiegła jeszcze połowy. Przesunęłam torebkę z lodem, którą przyciskałam do twarzy. Nie da się znieść takiego chłodu w pobliżu zatok.
    – Czemu Josephus musiał przysłać te popieprzone wilkołaki – wymruczała mi Luna do ucha. Ale wiedziałam, że oni i tak słyszą. Sam słyszał wszystko, a nie był nawet w porównywalnym stopniu tak potężny, jak prawdziwy wilkołak. Przynajmniej tak mi się wydawało. Cóż, żeby być szczerą, muszę powiedzieć, że aż do tej chwili nie miałam pojęcia o istnieniu prawdziwych wilkołaków.
    – Przypuszczam – powiedziałam taktownie i dość głośno, aby być usłyszaną – że według niego oni będą mogli nas najskuteczniej obronić, jeśli znów zostaniemy zaatakowane.
    Mogłam wyczuć, jak te stwory z przodu nadstawiają uszu. Dosłownie
    – Wszystko z nami w porządku – powiedziała Luna, oburzona. Wierciła się i kręciła na siedzeniu obok mnie, jakby wypiła szesnaście kubków kawy.
    – Luna. Miałyśmy wypadek, twój wóz jest skasowany. Byłyśmy na pogotowiu. Co masz na myśli, mówiąc „w porządku”?
    Sama musiałam odpowiedzieć na swoje pytanie.
    – Hej, Luna, przepraszam. Przecież ty mnie z tego wyciągnęłaś, gdy oni chcieli mnie zabić. To nie twoja wina, że w nas uderzyli.
    – Wy dwie trochę narozrabiałyście tej nocy, co? – spytał pasażer, jakoś kulturalniej. Najwyraźniej już sobie odpuścił. Nie wiedziałam, czy wszystkie wilkołaki są takie nieprzyjemne, czy to po prostu jego indywidualny charakter.
    – Tak, wszystko przez to pierdolone Bractwo – powiedziała Luna z czymś więcej niż cieniem dumy w głosie. – Zamknęli tę laskę w celi. W podziemiach.
    – Nie pieprzysz? – spytała kobieta za kierownicą. Miała taki sam hiperpuls – dobra, nazwijmy to aurą, z braku lepszego słowa – jak Luna.
    – Nie pieprzy – powiedziałam stanowczo. – Pracuję dla zmiennokształtnego, tam, gdzie mieszkam – dodałam, żeby podtrzymać konwersację.
    – Serio? Co to za praca?
    – W barze. On jest właścicielem baru.
    – Więc jesteś teraz daleko od domu?
    – Zbyt daleko – powiedziałam.
    – Naprawdę ten mały nietoperz uratował ci życie?
    – Tak. – Byłam tego absolutnie pewna. – Luna ocaliła mi życie.
    Czy oni naprawdę mieli to na myśli? Luna zmieniała się w… Ojej.
    – Dobra robota, Luna. – W jej głębokim, powarkującym głosie brzmiała jakaś nuta respektu.
    Lunie najwyraźniej ta pochwała sprawiła przyjemność. Poklepała mnie po ręku. Jechaliśmy jeszcze jakieś pięć minut w – już przyjemniejszej – ciszy.
    – Silent Shore już niedaleko – powiedziała wilkołaczyca.
    Odetchnęłam z ulgą.
    – Jakiś wampir stoi przed budynkiem, czeka na coś.
    Prawie zerwałam opaskę z oczu, zanim się zorientowałam, że to by był bardzo kiepski pomysł.
    – Jak on wygląda?
    – Bardzo wysoki, blondyn. Ma dużo włosów. Przyjaciel czy wróg?
    Musiałam to przemyśleć.
    – Przyjaciel – powiedziałam, starając się, aby w moim głosie nie było słychać wątpliwości.
    – Uznaje randki międzygatunkowe? – dobiegł mnie głos od strony kierowcy.
    – Nie wiem. Mam go spytać?
    Luna i pasażer zaczęli wydawać jakieś stłumione dźwięki.
    – Nie możesz się umawiać z nieumarłym – zaprotestowała Luna. – No proszę cię, Deb, ogarnij się, dziewczyno!
    – Och, w porządku – powiedziała wilkołaczyca. – Niektórzy z nich wcale nie są tacy źli. Zatrzymam się przy krawężniku, dziecinko.
    – To było do ciebie – powiedziała mi Luna na ucho.
    Zatrzymaliśmy się i Luna nachyliła się nade mną, aby otworzyć moje drzwi, a potem pomogła mi wysiąść. Usłyszałam jakiś okrzyk od strony chodnika. W mgnieniu oka Luna zatrzasnęła za mną drzwi. Samochód pełen zmiennokształtnych odjechał z piskiem opon. Ryk silnika utonął w ciężkim, nocnym powietrzu.
    – Sookie? – usłyszałam znajomy głos.
    – Eric?
    Mocowałam się z przepaską na oczy, ale Eric po prostu złapał ją z tyłu i pociągnął. Stałam się posiadaczką ślicznego, choć trochę poplamionego szalika. Frontowa ściana hotelu z ciężkimi, gładkimi drzwiami, była nocą pięknie oświetlona, a Eric wyglądał bledziej niż zwykle. Miał absolutnie zwyczajny, granatowy garnitur w prążki. Właściwie to cieszyłam się, że go widzę. Złapał moje ramię, żeby mnie powstrzymać przed zachwianiem się, i spojrzał na mnie z miną, z której nie dało się nic wyczytać. Wampiry są w tym dobre.
    – Co ci się stało? – spytał.
    – Ja… cóż, trochę trudno to szybko wytłumaczyć. Gdzie jest Bill?
    – Najpierw poszedł do Bractwa Słońca, żeby cię stamtąd wyciągnąć. Ale po drodze usłyszeliśmy od jednego z nas, który jest policjantem, że miałaś wypadek i wzięli cię do szpitala. Więc poszedł do szpitala. W szpitalu dowiedział się, że zostałaś oficjalnie wypisana. Nikt nie chciał nic powiedzieć i Bill zaczął im grozić. – Eric wyglądał na skrajnie sfrustrowanego. Fakt, że musiał żyć zgodnie z ludzkimi prawami, był stałą przyczyną jego irytacji, pomimo wielkich korzyści, jakie mu to przynosiło. – No i nie mieliśmy już żadnego śladu. Portier powiedział, że tylko raz cię słyszał, mentalnie.
    – Biedny Barry. Wszystko z nim w porządku?
    – Jest bogatszy o parę setek i raczej z tego zadowolony – powiedział sucho Eric. – Potrzebujemy jeszcze tylko Billa. Same z tobą kłopoty, Sookie.
    Wyciągnął komórkę z kieszeni i wybrał numer. Trochę to trwało, zanim się połączył.
    – Bill, ona tu jest. Jacyś zmiennokształtni ja podrzucili. – Omiótł mnie spojrzeniem. – Poobijana, ale na chodzie. – Słuchał jeszcze przez chwilę. – Sookie, masz swój klucz? – spytał.
    Pomacałam się po kieszeni spódnicy, do której jakiś milion lat temu wsadziłam plastikowy prostokąt.
    – Tak – powiedziałam, nie mogąc uwierzyć, że coś po prostu jest w porządku. – Och, poczekaj! Czy zabrali Farrella?
    Eric uniósł rękę na znak, że zajmie się mną za chwilę.
    – Bill, zabiorę ją i spróbuję opatrzyć.
    Eric nagle zesztywniał.
    – Bill – powiedział, a w jego głosie brzmiała groźba. – W takim razie w porządku. Dobranoc.
    Odwrócił się do mnie, tak, jakby nic nam nie przerwało.
    – Tak, Farrell jest bezpieczny. Zrobili obławę na Bractwo.
    – Czy… czy wielu ludzi jest rannych?
    – Większość była zbyt przestraszona, żeby się pokazać. Rozproszyli się i pochowali w domach. Farrell był w celi w podziemiach z Hugonem.
    – Och, prawda, Hugo. Co się z nim stało?
    Mój głos musiał zdradzać zbyt wielkie zaciekawienie, bo Eric spojrzał na mnie krzywo, gdy szliśmy do windy. Starał się iść w moim tempie, a ja naprawdę paskudnie utykałam.
    – Może cię zaniosę? – spytał.
    – Och, nie, nie trzeba. Jakoś sobie do tej pory radziłam.
    Gdyby Bill zaoferował mi coś takiego, zgodziłabym się bez wahania. Barry, siedzący przy biurku na recepcji, pomachał mi lekko. Podbiegłby do mnie, gdybym nie była z Erikem. Rzuciłam mu, mam nadzieję, znaczące spojrzenie, mające zakomunikować, że pogadamy później. Drzwi windy się otworzyły i weszliśmy do środka. Eric walnął pięścią w odpowiedni przycisk i oparł się o lustrzaną ścianę naprzeciwko mnie. Mogłam na niego patrzeć i jednocześnie widzieć własne odbicie.
    – O nie – powiedziałam absolutnie przerażona. – O nie.
    Moje włosy były spłaszczone przez perukę, w dodatku potem przeczesywałam je palcami, więc to była totalna katastrofa. Bezwiednie podniosłam do nich ręce, chociaż to sprawiło mi ból. Usta trzęsły mi się od powstrzymywanych łez. A moje włosy naprawdę były najmniejszym problemem. Miałam mnóstwo siniaków, od lekkich do masakrycznych, na całym ciele, a to były tylko te części ciała, które mogłam teraz widzieć. Moja twarz była opuchnięta i sina po jednej stronie. Rozcięcie biegło przez środek sińca na policzku. Przy bluzce brakowało guzików, a spódnica była rozdarta i brudna. Prawe ramię miałam całkiem zakrwawione i ciągle tkwiły w nim odłamki szkła
    Zaczęłam płakać. To było okropne. Ten widok złamał to, co jeszcze pozostało z mojej duszy.
    Na plus zapisało się Ericowi to, że nie zaczął się śmiać, chociaż może i miał ochotę.
    – Sookie, wystarczy kąpiel i czyste ubranie, a na pewno poczujesz się lepiej – powiedział jak do dziecka. Prawdę mówiąc, nie czułam się teraz dużo starsza.
    – Wilkołaczyca uważała, że jesteś uroczy – powiedziałam, szlochając jeszcze bardziej.
    Wyszliśmy z windy.
    – Wilkołaczyca? Sookie, ależ miałaś dzień pełen przygód.
    Zgarnął mnie ramieniem, jakbym była naręczem ubrań, i przyciągnął do siebie. Zmoczyłam i zasmarkałam mu ten śliczny garnitur, a jego nieskazitelnie biała koszula już nie była nieskazitelna.
    – Och, przepraszam!
    Wyrwałam się, rzuciłam do tyłu i spojrzałam na jego garderobę. Spróbowałam ją oczyścić szalikiem.
    – Nie zaczynaj znowu płakać – powiedział prędko. – Po prostu nie płacz, a ja nie będę się przejmował wyczyszczeniem tego. Nie przejmowałabym się nawet, gdybym musiał kupić sobie nowy garnitur.
    Pomyślałam, że to trochę zabawne. Eric, straszny przywódca wampirów, boi się płaczu kobiety. Zachichotałam, mimo ustawicznego siąkania.
    – Coś śmiesznego? – spytał.
    Potrząsnęłam głową.
    Otworzyłam drzwi kluczem i weszłam do środka.
    – Pomogę ci w łazience, jeśli chcesz – zaoferował Eric.
    – Och, raczej nie, sądzę, że nie.
    Kąpiel była tym, czego pragnęłam najbardziej na świecie; kąpiel i to, żeby już nigdy nie zakładać tych ciuchów, ale byłam pewna, że nie chcę się kąpać z Erikiem znajdującym się gdziekolwiek w pobliżu.
    – Jestem pewien, że nago wyglądasz bardzo apetycznie – powiedział Eric, żeby mnie podnieść na duchu.
    – Jasne, że tak. Jestem po prostu smakowita jak wielka eklerka – powiedziałam, siadając ostrożnie w fotelu. – Chociaż teraz czuję się bardziej jak boudain.
    Boudain to rodzaj kiełbasy robionej z najróżniejszych rzeczy, z których żadnej nie nazwalibyście elegancką.
    Eric przysunął proste krzesło i uniósł mi nogę, aby umieścić kolano wyżej. Ponownie przyłożyłam do niego torebkę z lodem i zamknęłam oczy. Eric zadzwonił do recepcji, aby przyniesiono mu pęsetę, miskę i jakąś antyseptyczną maść, a do tego krzesło na kółkach. Rzeczy dostarczono w ciągu dziesięciu minut. Obsługa była niezła.
    Pod ścianą stało małe biurko. Eric przysunął je tak, że znalazło się po prawej stronie mojego krzesła, uniósł mi ramię i położył na blacie. Włączył światło i zaczął usuwać mi spod skóry drobne kawałki szkła z szyby w samochodzie Luny.
    – Gdybyś była normalną dziewczyną, zahipnotyzowałbym cię i nic byś nie poczuła – skomentował. – Bądź dzielna.
    Kurewsko bolało i łzy spływały mi po twarzy przez cały czas. Strasznie ciężko przychodziło mi powstrzymanie się od krzyku. W końcu usłyszałam klucz w drzwiach i otworzyłam oczy. Bill popatrzył mi w twarz, wzdrygnął się i zaczął się przyglądać, co robi Eric. Skinął mu głową z aprobatą.
    – Jak to się stało? – spytał, dotykając jak najdelikatniej mojej twarzy.
    Przyciągnął sobie ostatnie wolne krzesło i usiadł. Eric kontynuował swoją pracę. Zaczęłam wyjaśniać. Byłam taka zmęczona, że głos mi się łamał od czasu do czasu. Gdy doszłam do tej części z Gabe’em, nie miałam dość zdrowego rozsądku, żeby to opuścić i mogłam zobaczyć, jak Bill robi wszystko, żeby nie wybuchnąć. Spokojnie podniósł mi bluzkę, żeby zobaczyć rozdarty stanik i siniaki na mojej klatce piersiowej, mimo że Eric był w pokoju (i patrzył, ma się rozumieć).
    – Co się stało z tym Gabe’em? – spytał Bill, bardzo cicho.
    – Cóż, nie żyje – odpowiedziałam. – Godfrey go zabił.
    – Widziałaś Godfreya? – Eric pochylił się do przodu.
    Nie odzywał się aż do tej pory. Skończył opatrywać moje ramię. Posmarował je maścią, całkiem jakby zabezpieczał niemowlę przed odparzeniami od pieluchy.
    – Miałeś rację, Bill. To on porwał Farrella, ale nie dowiedziałam się nic o szczegółach. I Godfrey powstrzymał Gabe’a przed zgwałceniem mnie. Muszę przyznać, że sama też mu nieźle przyłożyłam.
    – Nie przechwalaj się – powiedział Bill, uśmiechając się lekko. – A więc gość jest martwy.
    Nie wyglądał jednak na usatysfakcjonowanego.
    – Godfrey był świetny, gdy powstrzymał Gabe’a i pomógł mi się wydostać. Zwłaszcza, że przecież myślał głównie o spotkaniu świtu. Gdzie on teraz jest?
    – Uciekł w noc podczas naszego ataku na Bractwo – wyjaśnił Bill. – Nikt z naszych go nie schwytał.
    – Co się stało z Bractwem?
    – Powiem ci, Sookie. Ale najpierw powiedzmy Ericowi „dobranoc”, a ja opowiem ci wszystko podczas kąpieli.
    – Dobrze – zgodziłam się. – Dobranoc Eric. Dzięki za udzielenie pierwszej pomocy.
    – Myślę, że to by było na tyle – powiedział Bill do Erica. – Jeżeli będzie coś jeszcze, przyjdę do twojego pokoju później.
    – W porządku – Eric spojrzał na mnie na wpół otwartymi oczami. Liznął raz albo dwa razy moje zakrwawione ramię podczas robienia opatrunku i wyglądało na to, że smak go odurzył. – Odpoczywaj, Sookie.
    – Och – powiedziałam, wciąż mając oczy całkowicie otwarte. – Wiecie, jesteśmy dłużnikami zmiennokształtnych.
    Oba wampiry zaczęły się na mnie gapić w osłupieniu.
    – To znaczy, może nie wy, ale ja na pewno.
    – Och, zapewne niedługo wysuną jakieś żądania – zapowiedział Eric. – Ci zmiennokształtni nigdy nie robią niczego za darmo. Dobranoc Sookie. Cieszę się, że nie zostałaś zgwałcona i zabita.
    Posłał mi przelotny uśmiech. Wyglądał już na mniej odurzonego.
    – Ojej, wielkie dzięki – powiedziałam, ponownie zamykając oczy. – Dobranoc.
    Gdy drzwi zamknęły się za Erikiem, Bill podniósł mnie z fotela i zaniósł do łazienki. Nie była większa niż przeciętne hotelowe łazienki, ale wanna była całkiem w sam raz. Bill napełnił ją gorącą wodą i bardzo delikatnie zdjął mi ubranie.
    – Po prostu je wyrzuć, Bill – powiedziałam.
    – Może to zrobię.
    Znów wpatrywał się w siniaki, usta miał ściśnięte w wąską linię.
    – Część z nich nabiłam sobie przez upadek ze schodów, trochę też z wypadku samochodowego – wyjaśniłam.
    – Gdyby Gabe nie był martwy, znalazłbym go i zabił – powiedział Bill, jakby do siebie. – I zrobiłbym to jak najdokładniej.
    Podniósł mnie tak łatwo jak dziecko, włożył do wanny i zaczął myć mnie gąbką i mydłem.
    – Moje włosy są takie okropne
    – Owszem, są, ale możemy zająć się nimi rano. Musisz się przespać.
    Zaczynając od twarzy, Bill ostrożnie wyszorował mnie od góry do dołu. Woda zmieniła kolor od brudu i zakrzepłej krwi. Obejrzał moje ramię, aby się upewnić, że Eric usunął wszystkie odłamki szkła. Potem wypuścił wodę z wanny i ponownie nalał czystej. Przez cały ten czas drżałam. Gdy po raz drugi zaczęłam jęczeć, że nie mogę znieść swoich włosów, Bill się poddał. Zmoczył mi głowę, umył włosy szamponem i starannie wypłukał. Nie ma nic wspanialszegom niż uczucie niż bycie czystym od stóp do głów po tym, jak było się bardzo, bardzo brudnym, wygodne łóżko z czystym prześcieradłem, i świadomość, że będzie się bezpiecznym podczas snu.
    – Opowiedz mi, co się stało w Bractwie – poprosiłam, gdy niósł mnie do łóżka. – Dotrzymaj mi towarzystwa.
    Bill umieścił mnie pod kołdrą i wczołgał się na drugą stronę. Podłożył ramię pod moją głowę. Delikatnie oparłam czoło o jego klatkę piersiową.
    – Gdy tam dotarliśmy, wyglądało to jak mrowisko, które ktoś szturchnął kijem – powiedział. – Parking był pełen samochodów i ludzi, a ciągle przyjeżdżali nowi na tę… jak oni to mówią… nocowankę?
    – Zamknięcie – wymruczałam, ostrożnie przekręcając się na prawy bok.
    – Naprawdę, panowało tam straszne zamieszanie. Prawie wszyscy pakowali się do samochodów i odjeżdżali tak szybko, jak tylko się dało w tym tłoku. Ten ich przywódca, Newlin, próbował odmówić nam wstępu do budynku Bractwa – zdaje się że to był kiedyś kościół? – i powiedział nam, że staniemy w płomieniach, jeśli tam wejdziemy, ponieważ jesteśmy przeklęci – prychnął Bill. – W końcu Stan go podniósł i odstawił na bok, ale gdy weszliśmy do kościoła, on i jego kobieta deptali nam po piętach. Nikt nie stanął w płomieniach, co było dla nich naprawdę strasznym szokiem.
    – O to mogę się założyć – wymamrotałam z twarzą wtuloną w jego klatkę piersiową.
    – Barry powiedział nam, że gdy się z tobą porozumiewał, miał wrażenie, jakbyś była „na dole”, poniżej poziomu gruntu. Powiedział też, że wyłapał od ciebie słowo „schody”. Było nas sześcioro – Stan, Joseph Velasquez, Isabel i inni – i zajęło nam to jakieś sześć minut, żeby wykluczyć wszelkie inne możliwości znalezienia schodów.
    – Co zrobiłeś z drzwiami?
    Pamiętałam, że zostały zamknięte.
    – Wyłamałem je z zawiasów.
    – Och.
    Tak, to gwarantuje szybki dostęp, tego jestem pewna.
    – Myślałem, że ciągle jesteś tam na dole, ma się rozumieć. Kiedy znalazłem w pokoju martwego gościa z rozpiętymi gaciami… – Zamilkł na dłuższą chwilę. – Byłem pewien, że tam byłaś, mogłem wyczuć w powietrzu twój zapach. Ten trup był uwalany krwią, twoją krwią, i znalazłem też jej inne ślady wszędzie dookoła. Naprawdę się bałem.
    Poklepałam go. Byłam zbyt zmęczona, żeby zrobić to energiczniej, ale to było jedyne pocieszenie, jakie mogłam mu w tej chwili zaoferować.
    – Sookie – powiedział bardzo łagodnie. – Czy jest coś jeszcze, co chciałabyś mi powiedzieć?
    Byłam zbyt śpiąca, żeby się choćby nad tym zastanawiać.
    – Nie – powiedziałam i ziewnęłam. – Myślę, że wcześniej już wszystko opowiedziałam o swoich przygodach.
    – Pomyślałem, że może nie chciałaś mówić wszystkiego przy Ericu.
    W końcu usłyszałam, jak drugi but uderza o podłogę. Pocałowałam Billa w klatkę piersiową, na wysokości serca.
    – Godfrey naprawdę zjawił się na czas
    Nastała długa chwila ciszy. Przeniosłam wzrok na twarz Billa. Była tak zesztywniała, że wyglądał jak posąg. Na tle jego bladości jego ciemne rzęsy niesamowicie się wyróżniały, a czarne oczy zdawały się nie mieć dna.
    – Opowiedz, co było dalej – powiedziałam.
    – Zeszliśmy dalej, w głąb tego schronu, i znaleźliśmy większy pokój z całym zapleczem, bronią i jedzeniem. Najwyraźniej przebywał tam wampir.
    Nie widziałam całego schronu i właściwie nie planowałam ponownej wizyty celem obejrzenia tego, co przegapiłam.
    – W drugiej celi znaleźliśmy Farrella i Hugona.
    – Czy Hugo żył?
    – Ledwie. – Bill pocałował mnie w czoło – Na szczęście dla Hugona, Farrell preferował seks z młodszymi mężczyznami.
    – Może to dlatego Godfrey wybrał Farrella, gdy uznał, że potrzebuje jeszcze jednego przykładu grzesznika.
    Bill skinął głową.
    – Właśnie to powiedział Farrell. Ale był pozbawiony seksu i krwi przez długi czas, wygłodzony w każdym znaczeniu tego słowa. Gdyby nie te kajdany ze srebra, Hugo… Hugo miałby kilka średnio przyjemnych godzin. Nawet z tym srebrem na nadgarstkach i kostkach, Farrell był w stanie się nim pożywić.
    – Dowiedziałeś się, że Hugo był zdrajcą?
    – Farrell słyszał twoją rozmowę z nim.
    – Jak… och, jasne, słuch wampirów. Jestem głupia.
    – Farrell był też bardzo ciekawy, co takiego zrobiłaś Gabe’owi, że zaczął wrzeszczeć.
    – Walnęłam go w uszy. – Zwinęłam jedną rękę, żeby mu pokazać.
    – Farrell był zachwycony. Gabe był jednym z tych ludzi, których podnieca władza nad innymi. Farrell doznał od niego zbyt wielu upokorzeń.
    – Niech Farrell się cieszy, że nie jest kobietą – powiedziałam. – Gdzie jest teraz Hugo?
    – Jest bezpieczny.
    – Niby w czyim rozumieniu bezpieczny?
    – Dla wampirów. To znaczy jest z dala od mediów. Mediom mogłaby się trochę za bardzo spodobać jego historyjka.
    – Co z nim zrobią?
    – Decyzja należy do Stana.
    – Pamiętasz naszą umowę ze Stanem? Jeżeli człowiek zostanie uznany za winnego dlatego, że ja go zdemaskuję, nie mogą go zabić.
    Bill oczywiście nie miał zamiaru prowadzić ze mną dyskusji na ten temat, przynajmniej nie teraz. Jego twarz była całkiem bez wyrazu.
    – Sookie, musisz się przespać. Pogadamy o tym, jak wstaniesz.
    – Ale do tego czasu on może być martwy.
    – Czemu tak się o to troszczysz?
    – Bo była umowa! Wiem, że Hugo to kupa łajna i go nienawidzę, ale jest mi przykro z jego powodu. Nie wydaje mi się, żebym mogła żyć z czystym sumieniem jeśli byłabym przyczyną jego śmierci.
    – Sookie, on ciągle będzie żył, gdy się obudzisz. Porozmawiamy o tym później.
    Nie mogłam już walczyć z sennością, to było całkiem tak, jakby jakiś prąd wciągał mnie pod powierzchnię wody. Ciężko uwierzyć, że była dopiero druga w nocy.
    – Dzięki, że po mnie poszedłeś.
    Bill odezwał się po krótkiej pauzie.
    – Najpierw nie było cię w Bractwie, tylko ślady twojej krwi i martwy gwałciciel. Kiedy dowiedziałem się, że nie ma cię w szpitalu, że nie wiadomo, gdzie teraz jesteś…
    – Mhmmmm?
    – Bardzo, bardzo się bałem. Nikt nie miał pomysłu, gdzie cię szukać. Nawet gdy stałem tam i rozmawiałem z pielęgniarką, która cię przyjmowała, twoje imię znikło z ekranu komputera.
    Byłam pod wrażeniem. Ci zmiennokształtni mieli niesamowitą organizację.
    – Może powinnam posłać Lunie kwiaty – powiedziałam, ledwie będąc w stanie wydobyć z siebie głos.
    Bill pocałował mnie. To był bardzo udany pocałunek. I to ostatnie, co pamiętam.

    Tłum. Pószczyk 2

Rozdział 7

    Z trudem przekręciłam się na drugi bok i spojrzałam na podświetlany zegarek na stoliku. Nie świtało jeszcze, ale słońce miało niedługo wzejść. Bill znajdowała się już w swojej trumnie – wieko było zamknięte.
    Czemu się obudziłam? Przemyślałam to.
    Było coś, co musiałam zrobić. Część mnie oniemiała z powodu mojej własnej głupoty, kiedy zakładałam spodnie, T-shirt i wsuwałam na nogi sandały. W lustrze, które obdarzyłam tylko przelotnym spojrzeniem, wyglądałam jeszcze gorzej. Odwróciłam się od niego, gdy szczotkowałam włosy.
    Moja torebka leżała na stoliku w salonie, co mnie zarówno zdziwiło, jak i ucieszyło. Ktoś zabrał ją z siedziby Bractwa poprzedniej nocy. Schowałam do niej plastykowy klucz i powoli, dotkliwie odczuwając ból, zeszłam do cichego holu.
    Barry skończył już swoją zmianę, a jego zmiennik był wystarczająco dobrze przeszkolony, by zapytać mnie, co do cholery tu robię, zwłaszcza że wyglądam, jakbym wpadła pod pociąg. Zamówił mi taksówkę, a ja poinstruowałam kierowcę, gdzie ma jechać. Taksówkarz zerknął w tylne lusterko.
    – Nie wolałaby paniusia jechać do szpitala? – zasugerował z wahaniem.
    – Nie, już byłam.
    Jakoś go to nie uspokoiło.
    – Skoro wampiry tak źle paniusię traktują, to czemu paniusia z nimi trzyma?
    – Ludzie mi to zrobili – mruknęłam. – Nie wampiry.
    Ruszyliśmy. Korków prawie nie było, w końcu dopiero miało świtać, miał się zacząć niedzielny ranek. Kwadrans później dotarliśmy na miejsce – to samo, w którym byłam poprzedniego wieczora – parking Bractwa.
    – Może pan na mnie poczekać? – zapytałam kierowcę, około sześćdziesięcioletniego szpakowatego mężczyznę, któremu brakowało któregoś z przednich zębów; ubrany był w kraciastą koszulę zapinaną na zatrzaski zamiast guzików.
    – Sądzę, że mogę to dla paniusi zrobić.
    Na oświetlonym przez latarnie parkingu nie zauważyłam żadnych wyraźnych śladów wczorajszych wydarzeń. Zostało na nim kilka pojazdów i domyśliłam się, że porzucono je poprzedniej nocy. Prawdopodobnie jeden z samochodów należał do Gabe’a. Zastanawiałam się, czy Gabe miał rodzinę; miałam nadzieję, że nie. Przede wszystkim, był takim sadystą, że zmieniłby ich życie w koszmar, a poza tym – do końca życia ta rodzina zastanawiałaby się, jak i dlaczego zginął.
    Co zrobią Steve i Sarah Newlinowie?
    Czy pozostało wystarczająco wielu członków Bractwa, by organizacja dalej działała? Prawdopodobnie broń i prowiant nadal były w kościele. Może będą je tam trzymać aż do apokalipsy.
    Z cienia obok kościoła wysunęła się jakaś postać. Godfrey. Nadal nie miał na sobie koszuli i nadal wyglądał młodo, jak szesnastolatek. Tylko te dziwne tatuaże i jego oczy zdradzały, że szesnastolatkiem nie jest.
    – Przyszłam popatrzeć – powiedziałam, kiedy się do mnie zbliżył. Choć może „zostać świadkiem naocznym” byłoby bardziej odpowiednie.
    – Dlaczego?
    – Mam wobec ciebie dług wdzięczności.
    – Jestem złym stworzeniem.
    – Tak, jesteś. – Nie było sensu unikać tego stwierdzenia. – Ale zrobiłeś dobrą rzecz ratując mnie przed Gabe’em.
    – I zabijając kolejnego człowieka? Moje sumienie ledwie odczuło różnicę. Zabiłem już tylu… Przynajmniej zaoszczędziłem ci trochę upokorzenia.
    Jego głos chwycił mnie za serce. Niebo nadal było na tyle ciemne, że światła na parkingu się świeciły, a przy ich blasku przyglądałam się jego młodej twarzy.
    Całkiem nagle i dość bezsensownie zaczęłam płakać.
    – To miłe – powiedział Godfrey. Jego głos był już jakiś odległy. – Ktoś, kto za mną płacze na końcu. Nie spodziewałem się tego.
    Odsunął się na bezpieczną odległość.
    A potem wzeszło słońce.

*

    Kiedy wróciłam do taksówki, kierowca odłożył książkę.
    – Wybuchł tam pożar? – zapytał. – Wydawało mi się, że widziałem dym. Prawie poszedłem sprawdzić, co się dzieje.
    – Już po wszystkim – odpowiedziałam.

*

    Pocierałam swoją twarz przez dłuższy czas, a potem wyglądałam przez okno, patrząc na ulice. Po powrocie do hotelu weszłam do pokoju. Zdjęłam szorty i położyłam się na łóżku, jakbym szykowała się do dłuższego wypoczynku. Od razu zasnęłam.
    O zmroku Bill zbudził mnie w swój ulubiony sposób. Mój T-shirt był podciągnięty, a jego ciemne włosy łaskotały mnie w klatkę piersiową. Co tu dużo mówić, to było wspaniałe przebudzenie. Jego usta delikatnie przyssały się do połowy tego, co nazywał parą najpiękniejszych piersi na świecie. Bardzo uważał na kły, które były całkiem wysunięte – i to nie był jedyny dowód jego podniecenia.
    – Czujesz, że mogłabyś to zrobić, cieszyć się z tego, jeśli będę bardzo, bardzo ostrożny? – wyszeptał mi do ucha.
    – Jeśli będziesz mnie traktował, jakbym była ze szkła – wymamrotałam, wiedząc, że to potrafi.
    – Ale to nie przypomina w dotyku szkła – powiedział, delikatnie ruszając dłonią. – Jest zbyt ciepłe. I mokre.
    Gwałtownie wciągnęłam powietrze.
    – Aż tak? Robię coś nie tak?
    Jego dłoń poruszyła się z większą mocą.
    – Bill… – To wszystko, co mogłam powiedzieć.
    Ułożyłam swoje usta na jego, a jego język zaczął poruszać się w znajomym rytmie.
    – Połóż się na boku – szepnął. – Zajmę się wszystkim.
    I tak też się stało.

    – Czemu byłaś częściowo ubrana? – zapytał później.
    Podniósł się, żeby wyjąć butelkę krwi z lodówki w pokoju, a potem podgrzać ją w mikrofalówce. Nie wypił mojej krwi ze względu na moje osłabienie.
    – Poszłam zobaczyć śmierć Godfreya.
    Spojrzał na mnie dziwnie.
    – Co?
    – Godfrey spotkał się ze słońcem.
    Określenie, które kiedyś uznawałam za żenująco melodramatyczne, brzmiało w moich ustach całkiem naturalnie.
    Zapadła długa cisza.
    – Skąd wiedziałaś, że to zrobi? Skąd wiedziałaś gdzie?
    Wzruszyłam ramionami – przynajmniej na tyle, na ile jest to możliwe, kiedy się leży w łóżku.
    – Po prostu uznałam, że będzie się trzymał pierwotnego planu. Wydawał się na to nastawiony. I uratował mi życie. Przynajmniej tyle mogłam zrobić.
    – Zachowywał się odważnie?
    Spojrzałam mu w oczy.
    – Tak, umarł dzielnie. Chciał odejść.
    Nie miałam pojęcia, o czym Bill myśli.
    – Musimy spotkać się ze Stanem – powiedział. – Powiemy mu.
    – Czemu znów musimy się z nim spotykać?
    Gdybym nie była dojrzała, z pewnością wydęłabym wargi. Bill posłał mi jedno z Tych Spojrzeń.
    – Musisz opowiedzieć mu swoją część historii, żeby był pewien, że wykonaliśmy swoją pracę. Do tego pozostaje jeszcze sprawa Hugona.
    To wystarczyło, żeby mnie przygnębić. Bolała mnie sama myśl o zakładaniu większej ilości ubrań, niż było to konieczne – ich dotyk na skórze był nieprzyjemny. Założyłam ciemnoszarą, bawełnianą sukienkę z długim rękawem i sandały. Bill wyszczotkował moje włosy i założył mi kolczyki (bo podnoszenie rąk było dla mnie trudne w obecnym stanie), a także zdecydował, że powinnam założyć złoty łańcuszek. Wyglądałam, jakbym szła na przyjęcie pacjentek z żeńskiego oddziału dla ofiar wypadków. Tymczasem Bill zadzwonił do recepcji, żeby wynajęty samochód już na nas czekał. Nie miałam pojęcia, kiedy auto znalazło się w podziemnym garażu, ani kto je dla nas wynajął.
    Bill prowadził, a ja starałam się nie patrzeć przez okno. Miałam już dość Dallas.
    Dom przy Green Valley Road wyglądał równie cicho, co dwie noce temu. Jednak kiedy weszliśmy, okazało się, że budynek jest pełen wampirów. Trafiliśmy akurat w sam środek przyjęcia wyprawionego z powodu powrotu Farrella, który stał na środku salonu z ręką wokół talii przystojnego młodzieńca, na oko osiemnastoletniego. Farrell miał w ręku True Blood 0 Rh-, a jego znajomy – Colę. Wampir wydawał się niemal równie zarumieniony i żywo wyglądający, co chłopak. Farrell nigdy wcześniej mnie nie widział, więc był zadowolony, że może mnie poznać. Od stóp do głów wyglądał jak wyjęty z westernu, a kiedy ukłonił się nad moją ręką, spodziewałam się usłyszeć brzęk ostróg.
    – Jesteś tak urocza – powiedział ekstrawagancko, machając przy tym butelką syntetycznej krwi – że gdybym sypiał z kobietami, poświęciłbym ci swoją uwagę na tydzień. Wiem, że jesteś świadoma swoich blizn, ale one tylko wyzwalają twoje piękno.
    Nie mogłam się nie zaśmiać. Nie tylko poruszałam się jak osiemdziesięciolatka, ale do tego moja twarz była całkiem sina po lewej stronie.
    – Billu Comptonie, jesteś szczęściarzem – powiedział Farrell.
    – Jestem tego świadom – odparł Bill, uśmiechając się nieco chłodno.
    – Jest odważna i piękna!
    – Dzięki, Farrell. Gdzie jest Stan?
    Zdecydowałam się włączyć w ten potok pochwał, który nie tylko zdawał się drażnić Billa, lecz także irytować towarzysza Farrella. Chciałam opowiedzieć całą tę historię raz i tylko raz.
    – Jest w jadalni – powiedział młody wampir, ten sam, który wprowadził Bethany do jadalni, kiedy byliśmy tu pierwszy raz.
    To musiał być Joseph Velasquez. Miał może pięć stop i osiem cali [28] wzrostu, a jego hiszpańskie korzenie zapewniły mu ciemną karnację i ciemne oczy, podczas gdy bycie wampirem dawało mu możliwość patrzenia bez mrugania. Rozglądał się po pokoju, oczekując kłopotów. Uznałam, że jest czymś w rodzaju sierżanta w tym siedlisku.
    – Będzie zadowolony, widząc was oboje – dodał.
    Rozejrzałam się po dużym pokoju, wypełnionym wampirami i ludźmi. Nie zauważyłam Erica. Zastanawiałam się, czy wrócił do Shreveport.
    – Gdzie jest Isabel? – zapytałam Billa po cichu.
    – Odbywa karę – odpowiedział ledwo dosłyszalnym tonem. Nie chciał mówić o tym głośniej, a kiedy on uznawał, że to nie jest dobry pomysł, nie pozostawało mi nic innego, jak się z nim zgodzić i zamilknąć. – Sprowadziła zdrajcę do siedliska i musi za to zapłacić.
    – Ale…
    – Ciii.
    Weszliśmy do jadalni, która okazała się równie zatłoczona, jak salon. Stan siedział na tym samym krześle i ubrany był w to samo, co poprzednim razem. Wstał, kiedy weszliśmy, a sposób, w jaki to zrobił, miał podkreślić, że jesteśmy ważnymi gośćmi.
    – Panno Stackhouse – powiedział formalnie, delikatnie ściskając moją dłoń. – Bill.
    Stan przyjrzał mi się wyblakłymi, błękitnymi oczyma, które zdawały się widzieć każdą moją ranę. Jego okulary były sklejone taśmą. Stan dbał o dokładność swojego przebrania. Uznałam, że na Gwiazdkę kupię mu tę kieszonkę na długopisy, którą noszą rasowe geeki.
    – Proszę, powiedz mi, co dokładnie się stało wczoraj – powiedział.
    – Zanudzę Billa – odpowiedziałam, mając nadzieję, że to dobry wykręt.
    – Billowi nie będzie przeszkadzała odrobina nudy.
    Czyli nici z wykrętów. Westchnęłam i zaczęłam odpowiadać od momentu, kiedy Hugo zabrał mnie z hotelu. Starałam się pomijać imię Barry’ego w opowieści, bo nie wiedziałam, jaki miał stosunek do wampirów z Dallas. Nazwałam go po prostu „boyem hotelowym”. Oczywiście mogliby odkryć, o którego chodzi, gdyby chcieli.
    Kiedy dotarłam do momentu, w którym Gabe wysłał Hugona do celi Farrella i próbował mnie zgwałcić, moje usta mimowolnie się skrzywiły. Moja twarz była tak napięta, że bałam się, że może pęknąć.
    – Dlaczego ona tak się zachowuje? – Stan zapytał Billa, jakby mnie tam w ogóle nie było.
    – Kiedy jest zdenerwowana… – odpowiedział Bill.
    – Och.
    Stan spojrzał na mnie z jeszcze większym namysłem. Uniosłam ręce i zaczęłam zbierać włosy w koński ogon. Bill wyjął z kieszeni frotkę i mi ją podał, a ja, choć odczuwałam dyskomfort, związałam włosy bardzo ciasno.
    Kiedy powiedziałam Stanowi, że pomogli mi zmiennokształtni, pochylił się do przodu. Chciał wiedzieć więcej, niż mu powiedziałam, ale nie podałam żadnych imion. Był bardzo zamyślony, kiedy dowiedział się, że podrzucili mnie do hotelu. Nie wiedziałam, czy mieszać w to wszystko Erica, czy nie; ostatecznie – pominęłam go. Powinien być w Kalifornii. W końcu powiedziałam, że sama poszłam do pokoju i zaczekałam na Billa.
    A potem opowiedziałam o Godfreyu.
    Ku mojemu zaskoczeniu, Stan zdawał się nie móc pojąć śmierci Godfreya. Zmusił mnie, żebym powtórzyła tę opowieść. Obrócił się na krześle, żeby patrzeć w inny punkt, kiedy mówiłam. Bill pogłaskał mnie uspokajająco. Kiedy Stan odwrócił się do nas, wycierał oczy chusteczką poplamioną na czerwono. A więc to prawda, że wampiry mogą płakać. I prawdą jest także, że ich łzy są krwawe.
    Ja też płakałam. Przez wieki Godfrey molestował i zabijał dzieci, więc zasługiwał na śmierć. Zastanawiałam się, ilu ludzi trafiło do więzień za przestępstwa, które on popełnił. Ale Godfrey mi pomógł, a do tego dźwigał na swoich barkach największe poczucie winy, jakie widziałam.
    – Co za zdecydowanie i odwaga – powiedział pełen podziwu Stan. W ogóle nie był zmartwiony, raczej zachwycony. – Aż chce mi się płakać – dodał w taki sposób, że zrozumiałam, że miało to być wyrazem uznania. – Po tym, jak Bill zidentyfikował Godfreya zeszłej nocy, przeprowadziłem małe dochodzenie na własną rękę i odkryłem, że należał do siedliska w San Francisco. Jego znajomi z pewnością będą rozpaczać, kiedy się o tym dowiedzą. I o tym, że zdradził Farrella. Ale to zdecydowanie w dotrzymywaniu słowa, w wypełnianiu planu!
    Zdawało się, że to przytłaczało Stana.
    Ja tymczasem cierpiałam. Wygrzebałam z torebki buteleczkę Tylenolu [31] i wyjęłam dwie tabletki. Na polecenie Stana młody wampir przyniósł mi szklankę wody, a ja, ku jego zaskoczeniu, podziękowałam mu.
    – Dziękuję za twój trud – powiedział nagle Stan, jakby właśnie przypomniał sobie o dobrych manierach. – Wykonałaś kawał dobrej roboty. Dzięki tobie odnaleźliśmy Farrella i uwolniliśmy go na czas. Przykro mi, że odniosłaś przy tym tyle obrażeń.
    To brzmiało jak wymówienie.
    – Przepraszam… – zaczęłam, przesuwając się do przodu na krześle. Bill wykonał nagły ruch za moimi plecami, ale zlekceważyłam to.
    Stan uniósł jasne brwi, zdziwiony moją śmiałością.
    – Tak? Twój czek zostanie wysłany do twojego przełożonego w Shreveport, jak się umówiliśmy. Proszę, zostań z nami dziś wieczór, kiedy świętujemy powrót Farrella.
    – Zgodnie z naszą umową, jeśli odkryję, że w sprawę zamieszany jest jakiś człowiek, nie zostanie on ukarany przez wampiry, ale oddany w ręce policji. I stanie przed sądem. Gdzie jest Hugo?
    Stan przestał patrzeć na mnie i skupił wzrok na Billu, który nadal stał za mną. Wydawało się, że chce mu powiedzieć, że powinien lepiej kontrolować swojego człowieka.
    – Hugo i Isabel są razem – powiedział grobowym głosem.
    Naprawdę nie chciałam wiedzieć, co ma na myśli. Ale musiałam.
    – Czyli nie zamierzasz trzymać się umowy? – zapytałam, wiedząc, że to prawdziwe wyzwanie dla Stana.
    Powinno istnieć określenie „dumny jak wampir”, bo wszystkie wampiry są dumne. A ja właśnie dałam Stanowi prztyczka w jego dumę. Zarzut niehonorowej postawy naprawdę gniewał wampiry. Jego twarz stała się tak straszna, że prawie się cofnęłam. Przez chwilę w jego oczach nie było już nic ludzkiego. Obnażył zęby, wyszczerzył kły, jego ciało jednocześnie zgięło się i zdawało wydłużać.
    Chwilę później jednak wyprostował się i szorstkim skinieniem dłoni dał znać, żebym szła za nim. Bill i ja ruszyliśmy za Stanem w głąb domu. Musiało się tam znajdować z sześć sypialni, ale drzwi do wszystkich pokojów były zamknięte. Zza jednych dobiegały dźwięki świadczące o tym, że ktoś uprawia seks. Ku mojej uldze, minęliśmy te drzwi. Weszliśmy po schodach, co było dla mnie pewną niewygodą. Stan ani razu nie obejrzał się za siebie, ani nie zwolnił. Wspiął się po schodach w dokładnie taki samym tempie, w jakim szedł. Zatrzymał się przed jednymi drzwiami, wyglądającymi dokładnie tak samo, jak wszystkie inne drzwi. Otworzył je, a potem gestem nakazał mi wejść do środka.
    To było coś, czego bardzo nie chciałam robić. Ale musiałam.
    Zrobiłam krok do przodu i zajrzałam do środka.
    Pomalowany na granatowo pokój był pusty. Na jednej ze ścian wisiała Isabel – jej łańcuch był ze srebra, rzecz jasna. Na przeciwnej wisiał Hugo, również związany łańcuchem. Oboje byli obudzeni i oboje oczywiście spojrzeli w kierunku drzwi. Isabel skinęła mi głową, jakbyśmy się spotkały w sklepie, chociaż była naga. Zauważyłam, że przeguby jej dłoni i kostki były owinięte czymś, co uniemożliwiało srebru ranienie jej, choć łańcuchy znacząco ją osłabiały. Hugo też był nagi. Nie mógł oderwać oczu od Isabel. Zerknął tylko na drzwi, a potem znów patrzył na nią.
    Starałam się nie wyglądać na zbytnio zawstydzoną, bo wydawało mi się to nieodpowiednie; ale sądzę, że to był pierwszy raz, kiedy zobaczyłam nago innego dorosłego – nie licząc Billa.
    – Ona nie może się napić jego krwi, chociaż jest głodna. On nie może uprawiać z nią seksu, chociaż jest uzależniony. Oto ich kara na kilka najbliższych miesięcy – powiedział Stan. – Co by się stało, gdyby Hugo stanął przed ludzkim sądem?
    Zastanowiłam się. Co takiego właściwie zrobił Hugo, za co mógłby być skazany?
    Oszukał wampiry, ale przecież był tu źle traktowany. To znaczy kochał Isabel, ale zdradził jej kompanów. Hmm. To nie podpada pod żaden przepis.
    – Założył posłuch w jadalni – zauważyłam. To było nielegalne. Tak sądzę.
    – I na co by go za to skazano? – zapytał Stan.
    Dobre pytanie. Kara nie byłaby raczej wysoka. Ława przysięgłych mogłaby uznać, że podsłuchiwanie kryjówki wampirów jest w porządku. Westchnęłam, co dla Stana było satysfakcjonującą odpowiedzią.
    – Co jeszcze zrobił? – zapytał.
    – Zaprowadził mnie do Bractwa pod fałszywymi pozorami… Nie nielegalnie. On… cóż, on…
    – Dokładnie.
    Wzrok Hugona ani na chwilę nie oderwał się od Isabel.
    Hugo niezaprzeczalnie spowodował zło i je wspierał. Tak samo, jak niezaprzeczalnie Godfrey czynił zło.
    – Jak długo będziesz ich tu trzymał? – zapytałam.
    Stan wzruszył ramionami.
    – Trzy albo cztery miesiące. Będziemy karmić Hugona, rzecz jasna. Isabel nie.
    – A potem?
    – Jego uwolnimy jako pierwszego. A następnego dnia ją.
    Dłoń Billa chwyciła mój nadgarstek. Nie chciał, żebym zadawała dalsze pytania.
    Isabel spojrzała na mnie i znów skinęła głową. W jej opinii było to sprawiedliwe.
    – W porządku – powiedziałam, układając dłoń w gest, który miał oznaczać „stop”. – W porządku.
    I odwróciłam się, żeby powoli i ostrożnie zejść po schodach. Miałam wrażenie, że straciłam część swojej prawości, ale za nic w świecie nie mogłam wymyślić, co innego mogłabym zrobić. Nie przywykłam do roztrząsania moralnych dylematów. Pewne sprawy po prostu są złe lub nie są.
    Cóż, przyznaję, istnieje sfera pośrednia, na którą składa się kika rzeczy – na przykład sypianie z Billem, choć nie jesteśmy małżeństwem, czy nie mówienie Arlene, że jej sukienka źle wygląda. W sumie nie mogłam wyjść za mąż za Billa. To nielegalne. A poza tym – nie poprosił mnie o rękę.
    Moje myśli krążyły wokół nieszczęsnej pary w pokoju na piętrze. Ku mojemu zaskoczeniu, bardziej było mi żal Isabel niż Hugona. W końcu Hugo zrobił coś złego. Winą Isabel było tylko zaniedbanie.
    Musiałam się dość długo męczyć, zanim odsunęłam od siebie te myśli, a Bill w tym czasie dobrze się bawił na przyjęciu. Byłam na przyjęciach dla ludzi i dla wampirów tylko raz czy dwa, bo to nadal nie było uznane za normę, choć świat wiedział o istnieniu wampirów przynajmniej od dwóch lat. Otwarte picie – to znaczy krwiopijstwo – od ludzi było całkowicie zabronione i przyznam, że tu, w Dallas, to prawo było przestrzegane. Od czasu do czasu widziałam parę udającą się na piętro, ale wszyscy ludzie wracali w dobrym stanie. Wiem, bo liczyłam i obserwowałam.
    Bill mainstreamował od tak wielu miesięcy, że spotkanie z innymi wampirami naprawdę go ucieszyło. Co chwilę zagłębiał się w rozmowę to z jednym, to z innym wampirem, wspominając Chicago w latach dwudziestych albo omawiając szanse inwestycyjne w wampirzych przedsięwzięciach na całym świecie.
    Czułam się tak słabo, że cieszyła mnie możliwość siedzenia na kanapie i upijania od czasu do czasu łyku Screwdrivera [32]. Barman był miłym, młodym człowiekiem; przez chwilę nawet rozmawialiśmy. Powinnam się cieszyć z przerwy w obsługiwaniu stolików w Merlotte’s, ale chętnie przebrałabym się w strój służbowy i zaczęła przyjmować zamówienia. Nie przywykłam do dużych zmian.
    Nagle na kanapie, tuż obok mnie, usiadła nieco młodsza ode mnie kobieta. Okazało się, że umawia się z tym wampirem zachowującym się jak sierżant w wojsku, Jospehem Velasquezem, który zeszłej nocy był z Billem w siedzibie Bractwa. Nazywała się Trudi Pfeiffer. Trudi miała czerwone, sterczące włosy, kolczyk w nosie i języku, a do tego makabryczny makijaż – w tym czarną szminkę. Z dumą powiedziała mi, że jej kolor nazywa się Grobowa Pleśń. Jej dżinsy były opuszczone tak nisko, że zastanawiałam się, jak może w nich wstawać i siadać. Może nosiła je w taki sposób, by pokazać kolczyk w pępku. Jej bawełniany top był bardzo krótki. Strój, w którym przyszłam, sprawiał, że w porównaniu z nią wypadałam słabo. Cóż, Trudi lubiła eksponować swoje ciało.
    Kiedy się z nią rozmawiało, okazywała się tak dziwaczna, że jej wygląd schodził na dalszy plan. Trudi była studentką. Słuchając tego, co mówi, odkryłam, że wierzyła, że spotykając się z Josephem macha czerwoną płachtą na byka. Uznałam, że w tym wypadku bykiem mają być jej rodzice.
    – Woleliby nawet, żebym umawiała się z kimś czarnym – powiedziała z dumą.
    Starałam się wyglądać na odpowiednio zainteresowaną.
    – Naprawdę nie lubią nieumarłych, co?
    Obie zaczęłyśmy się śmiać.
    – Więc, jak twój związek z Billem? – Zamachała brwiami, by podkreślić wymowność pytania.
    – Masz na myśli?…
    – Jaki jest w łóżku? Joseph jest zajekurwabisty.
    Nie mogę powiedzieć, żeby mnie to pytanie zdziwiło, ale byłam skonsternowana. Zamyśliłam się na chwilę.
    – Cieszę się twoim szczęściem – powiedziałam w końcu.
    Gdyby była moją dobrą przyjaciółką Arlene, mogłabym mrugnąć i się uśmiechnąć, ale nie zamierzałam omawiać swojego życia erotycznego z nieznajomą. I nie obchodził mnie jej związek z Josephem.
    Trudi wstała, żeby wziąć kolejne piwo, i wdała się w rozmowę z barmanem. Z ulgą zamknęłam oczy i poczułam, że znów ktoś usiadł obok mnie. Zerknęłam w prawo, żeby zobaczyć, kto teraz chce mi dotrzymać towarzystwa. Eric. Po prostu świetnie.
    – Jak się czujesz? – zapytał.
    – Lepiej niż wyglądam.
    Co nie było prawdą.
    – Widziałaś Hugo i Isabel?
    – Tak.
    Utkwiłam wzrok w mojej dłoni spoczywającej na kolanie.
    – Adekwatne, nie sądzisz?
    Uznałam, że Eric chce mnie sprowokować.
    – W pewien sposób tak – odpowiedziałam. – Ale Stan powinien przestrzegać zasad.
    – Mam nadzieję, że mu tego nie powiedziałaś.
    Eric wydawał się rozbawiony.
    – Nie, nie powiedziałam. Nie takimi słowami. Wszyscy jesteście tacy dumni.
    Wyglądał na zdziwionego.
    – Tak, to chyba prawda.
    – Jesteś tu po to, żeby mnie sprawdzić?
    – W Dallas?
    Skinęłam głową.
    – Tak. – Wzruszył ramionami. Miał na sobie bawełnianą koszulę z jakimś niebieskim wzorkiem, a ten gest sprawił, że wyglądał na bardziej barczystego niż w rzeczywistości. – Wypożyczyliśmy cię po raz pierwszy. Chciałem się upewnić, że wszystko pójdzie jak trzeba bez mojej oficjalnej obecności tutaj.
    – Myślisz, że Stan wie, kim jesteś?
    Wydawał się zainteresowany tym pomysłem.
    – To niewykluczone – stwierdził w końcu. – Prawdopodobnie na moim miejscu zrobiłby to samo.
    – Myślisz, że mógłbyś zostawić mnie i Billa w spokoju, kiedy wrócimy? – zapytałam.
    – Nie. Jesteś zbyt użyteczna – odpowiedział. – Poza tym, mam nadzieję, że im częściej będziesz mnie widzieć, tym bardziej cię oplotę.
    – Jak bluszcz?
    Roześmiał się, ale jego oczy patrzyły na mnie w sposób, który świadczył o tym, że nie żartuje. Cholera.
    – Wyglądasz bardzo pociągająco w tej sukience i bez bielizny – powiedział. – Gdybyś zostawiła Billa i przyszła do mnie z własnej woli, zaakceptowałby to.
    – Ale nie zamierzam zrobić czegoś takiego – powiedziałam i wyczułam coś dziwnego.
    Eric zaczął coś mówić, ale zamknęłam mu usta dłonią. Zaczęłam poruszać głową, jakby starając się złapać najlepszy odbiór – tylko tak mogę to wyjaśnić.
    – Pomóż mi wstać – powiedziałam.
    Eric bez słowa wstał i delikatnie pomógł mi się podnieść. Ściągnęłam brwi.
    Byli wokół nas. Otaczali dom.
    Ich umysły były rozgorączkowane. Gdyby Trudi nie paplała mi wcześniej nad uchem, mogłabym ich usłyszeć, kiedy się zbliżali.
    – Eric… – zaczęłam, starając się uchwycić jak najwięcej myśli. Usłyszałam odliczanie. O Boże! – Wszyscy padnij! – krzyknęłam najgłośniej, jak tylko umiałam.
    Wampiry posłuchały.
    Kiedy Bractwo otworzyło ogień, tylko ludzie zostali trafieni.

    Tłum. Puszczyk 1

Rozdział 8

    Jard [34] ode mnie Trudi została ścięta przez podmuch strzelby – śrutówki.
    Jej czerwone włosy przybrały inny odcień czerwieni, a otwarte oczy patrzyły na mnie bez wyrazu.
    Chuck, barman, był tylko ranny, bo udało mu się ukryć za barem.
    Eric leżał na mnie. Biorąc pod uwagę obrażenia, jakie odniosłam poprzedniej nocy, nie było to szczególnie wygodne, więc zaczęłam się wiercić. Potem zdałam sobie sprawę, że jeśli zostanie trafiony przez kule, prawdopodobnie nie odniesie większych szkód. Ale ja – owszem. Poddałam się, wdzięczna, że mnie osłaniał przez te kilka strasznych minut, bo tyle trwała pierwsza faza ataku. Pistolety i strzelby wciąż strzelały w kierunku posiadłości.
    Instynktownie zamknęłam oczy, kiedy trwał ostrzał. Szkło pękało, wampiry ryczały, ludzie krzyczeli. Hałas otaczał mnie ze wszystkich stron, kiedy mnóstwo podekscytowanych umysłów było tak blisko. Gdy wszystko zaczęło cichnąć, spojrzałam w oczy Erica. Niesamowite, ale wydawał się podekscytowany.
    – Wiedziałem, że któregoś dnia znajdę się na tobie – powiedział.
    – Próbujesz mnie wkurzyć, żebym zapomniała o tym, jak bardzo się boję?
    – Nie, jestem po prostu oportunistą.
    Poruszyłam się, starając się spod niego wydostać.
    – Och, zrób to jeszcze raz. To było przyjemne – powiedział.
    – Sookie – powiedział, nagle poważniejąc. – Jestem martwy od kilkuset lat. Przywykłem. Ale ona jeszcze całkiem nie odeszła, jeszcze tli się w niej życie. Chcesz, żebym ją przemienił?
    Byłam w szoku, nie mogłam nic powiedzieć. Jak mogłabym podjąć decyzję?
    Gdy nad tym myślałam, powiedział:
    – Odeszła.
    Kiedy się na niego gapiłam, zapadła kompletna cisza. Jedynym dźwięk, jaki dało się słyszeć, było pochlipywanie towarzysza Farrella, który przyciskał obie dłonie do zranionego biodra. Na zewnątrz dało się słyszeć huk odpalanych silników i dużo samochodów odjeżdżających spokojną uliczką. Już po wszystkim. Miałam kłopoty z oddychaniem i ciężko przychodziło mi zastanawianie się, co mam dalej robić. Na pewno mogłam coś zrobić, prawda? Wojna zdawała się wisieć w powietrzu.
    Pokój wypełniony był krzykami tych, którzy przeżyli, i gniewnym wyciem wampirów. Fragmenty kanapy i krzeseł latały w powietrzu jak śnieg. Wszystko było pokryte potłuczonym szkłem, a ciepło nocy wpadało przez okna. Niektóre wampiry już się podniosły i podjęły pościg. Zauważyłam, że Joseph Velasquez był wśród nich.
    – Nie ma wymówki, by zostać – powiedział Eric ze sztucznym westchnieniem i podniósł się ze mnie, zaraz potem patrząc na siebie. – Moje koszule zawsze się niszczą, kiedy jestem z tobą.
    – O cholera, Eric. – Niezdarnie się podniosłam. – Ty krwawisz. Trafili cię. Bill! Bill!
    Moje włosy łaskotały mnie to w jedno ramię, to w drugie, gdy zaczęłam się rozglądać po pokoju. Kiedy go ostatnio widziałam, rozmawiał z czarnowłosą wampirzycą ze śmieszną grzywką. Przypominała mi trochę Królewnę Śnieżkę. Teraz, kiedy rozglądałam się po pokoju, zauważyłam ją leżącą obok okna. Coś starczało z jej klatki piersiowej. Okno zostało trafione śrutem i odłamki szyby wleciały do pokoju. Jeden z nich trafił ją w pierś i zabił.
    Billa nigdzie nie było – ani wśród żywych, ani wśród martwych.
    Eric zdjął zniszczoną koszulę i spojrzał na swoje ramię.
    – Kula jest wewnątrz rany, Sookie – powiedział przez zaciśnięte zęby. – Musisz ją wyjąć.
    – Co?
    Zaczęłam się na niego gapić.
    – Jeśli jej nie wyssiesz, zostanie w moim ciele. Skoro jesteś taka wrażliwa, to przynieś nóż i wytnij.
    – Ale nie mogę tego zrobić.
    W mojej torebce był scyzoryk, jedak nie miałam pojęcia, gdzie ją położyłam, i nie mogłam zebrać myśli, żeby ją odszukać.
    Obnażył zęby.
    – Przyjąłem ten pocisk osłaniając cię. Możesz go usunąć. Nie jesteś tchórzem.
    Zmusiłam się, żeby się nie poruszyć. Przyłożyłam do jego rany koszulę, którą zdjął wcześniej. Krwawienie się zmniejszało i mogłam zobaczyć pocisk wewnątrz ramienia. Gdybym miała tak długie paznokcie jak Trudi, mogłabym go wyciągnąć, ale moje paznokcie były krótkie i równo przycięte. Westchnęłam z rezygnacją.
    Przełamałam się i nachyliłam nad ramieniem Erica. Jęknął, kiedy zaczęłam ssać i po chwili poczułam, że kula znalazła się w moich ustach. Miał rację.
    Dywan był tak brudny, że nic nie mogło mu zaszkodzić, więc, czując się jak ostatni dzikus, wyplułam na niego pocisk i większość krwi, która znajdowała się w moich ustach. Jej część, niezamierzenie, połknęłam. Jego ramię już zaczęło się zrastać.
    – Ten pokój śmierdzi krwią – szepnął.
    – Cóż… – odpowiedziałam i popatrzyłam w górę. – To było najobrzydliwsze…
    – Twoje usta są zakrwawione.
    Ujął moją twarz w dłonie i mnie pocałował. Trudno jest nie zareagować, kiedy ma się do czynienia z mistrzem w sztuce całowania. Mogłabym pozwolić sobie rozkoszować się tym – cóż, rozkoszować się bardziej – gdybym się tak nie martwiła o Billa; nie ukrywajmy, stawanie oko w oko ze śmiercią zrobiło swoje. Chce się potwierdzić fakt, że się żyje. W wypadku wampirów, o których trudno powiedzieć, by żyły, działało to tak samo, jak u ludzi, a do tego libido Erica pobudzał też fakt, że pokój był pełen krwi.
    Ale ja martwiłam się o Billa i byłam zszokowana tym, co się wydarzyło, więc po długim, przyjemnym momencie zapomnienia o horrorze wokół mnie, odsunęłam się. Teraz także usta Erica były zabrudzone krwią. Powoli je oblizał.
    – Idź poszukać Billa – powiedział zachrypniętym głosem.
    Zerknęłam na jego ramię i zobaczyłam, że rana zaczęła się już zamykać. Podniosłam zakrwawioną kulę z dywanu i wytarłam ją w skrawek koszuli Erica. Wydawało mi się wtedy, że to ciekawa pamiątka. Nie wiem, co właściwie myślałam.
    Na podłodze wciąż byli ranni i zabici, ale większości z tych, którzy przeżyli, udzielono pomocy – zajmowali się nimi pozostali ludzie i dwa wampiry, które nie dołączyły do pościgu.
    Z oddali usłyszałam dźwięk syren.
    Piękne drzwi frontowe były roztrzaskane i podziurawione. Otworzyłam je powoli, stojąc przy ścianie – na wypadek, gdyby ktoś z agresorów pozostał na zewnątrz. Nic się jednak nie stało. Wyjrzałam zza framugi.
    – Bill? – zawołałam. – Wszystko w porządku?
    Właśnie wtedy zauważyłam, że wraca do ogrodu, nieco zaróżowiony.
    – Bill – powiedziałam przygnębiona. Wypełniało mnie nieme przerażenie, które tak naprawdę było wielkim zawodem.
    Zatrzymał się.
    – Strzelali do nas i zabili kilku z naszych – powiedział.
    Jego kły były wystawione, a zadowolenie zdawało się od niego bić.
    – Właśnie kogoś zabiłeś.
    – Żeby nas bronić.
    – Żeby się zemścić.
    W mojej głowie była jasna granica między tymi motywami. Bill wydawał się skonsternowany.
    – Nie poczekałeś nawet, żeby zobaczyć, co ze mną – powiedziałam.
    Raz wampir, zawsze wampir.
    Tygrysy nie zmienią swoich pasków.
    Nie uczy się starego psa nowych sztuczek.
    Przez głowę przelatywały mi wszystkie ostrzeżenia, jakie kiedykolwiek od kogokolwiek usłyszałam.
    Obróciłam się na pięcie i wróciłam do domu, idąc przez plamy krwi, chaos i zamieszanie, jakby nie były niczym wyjątkowym. Z niektórych rzeczy, które zobaczyłam, nie zdawałam sobie nawet sprawy aż do następnego tygodnia, kiedy mój mózg zaczął przypominać mi niektóre obrazki: a to zbliżenie roztrzaskanej czaszki, a to krew tryskająca prosto z arterii. Jednak w tym momencie ważne było znalezienie torebki – była w drugim miejscu, w którym sądziłam, że mogłam ją zostawić.
    Kiedy Bill był zajęty rannymi, wyszłam z domu, żeby znaleźć wynajęty samochód i, mimo zdenerwowania, odjechać. Pozostawanie w tamtym domu było gorsze od strachu przez ruchem drogowym w wielkim mieście. Zniknęłam stamtąd tuż przed przyjazdem policji.
    Po przejechaniu kilku ulic zaparkowałam przed biblioteką i wyjęłam mapę za schowka na rękawiczki. Zajęło to dwa razy więcej czasu niż powinno, bo mój mózg prawie nie funkcjonował przez ostatnie wydarzenia, ale odkryłam, jak dostać się na lotnisko.
    Tam też pojechałam. Odnalazłam tabliczkę z napisem WYPOŻYCZALNIA SAMOCHODÓW i zaparkowałam tam, po czym oddałam kluczyki i odeszłam. Udało mi się kupić bilet na najbliższy lot do Shreveport, który odlatywał za godzinę. Dziękowałam Bogu, że miałam kartę kredytową.
    Nigdy wcześniej nie korzystałam z automatów telefonicznych, więc zajęło mi to dłuższą chwilę. Na szczęście udało mi się umówić z Jasonem, że odbierze mnie z lotniska.
    Rankiem byłam już w domu.
    Nie zaczęłam płakać aż do następnego dnia.

    Tłum. Puszczyk 1

Rozdział 9

    Bill i ja już się kiedyś kłóciliśmy. Czasami złościłam się, zmęczona wszystkim, co było związane z wampirami – choć musiałam nauczyć się to akceptować mimo przerażenia. Czasami po prostu chciałam pobyć z ludźmi.
    Właśnie tym zajmowałam się przez te trzy tygodnie. Nie zadzwoniłam do Billa, a on nie zadzwonił do mnie. Wiedziałam, że wrócił z Dallas, bo zostawił moją walizkę na ganku. Kiedy ją rozpakowałam, znalazłam w bocznej kieszeni czarne, aksamitne pudełeczko na biżuterię. Chciałabym mieć siłę, żeby powstrzymać się przed otwarciem go, ale nie miałam.
    W środku była para topazowych kolczyków i karteczka o treści: „Będą pasowały do brązowej sukienki”. Chodziło o tę bawełnianą sukienkę, którą założyłam wtedy, gdy szliśmy do siedliska Stana. Pokazałam pudełku język i pojechałam do domu Billa, żeby wrzucić je do skrzynki na listy. Kiedy w końcu kupił mi prezent, musiałam mu go oddać.
    Nawet nie starałam się dokładnie przemyśleć wszystkich spraw. Kiedy mój mózg się oczyści, będę mogła zdecydować, co dalej.
    Czytałam gazety. Wampiry w Dallas i ich ludzcy znajomi zostali uznani za męczenników, co prawdopodobnie całkowicie odpowiadało Stanowi. Północna Masakra w Dallas była wymieniana we wszystkich gazetach jako przykład przestępstwa podyktowanego nienawiścią. Prawodawcy byli zachęcani do uchwalenia różnych niedorzecznych praw, które sprawiłyby, że ludzie czuliby się lepiej; praw, które przyznawałyby wampirom bierne prawo wyborcze (chociaż nikt nie zasugerował, że wampir mógłby zasiadać w Senacie lub Izbie Reprezentantów). Była nawet próba uczynienia wampira prawnym katem stanu w Teksasie. Senator Garza powiedział: „Śmierć przez ugryzienie wampira powinna być bezbolesna, a wampiry dzięki temu mogłyby się lepiej odżywiać”.
    Mam wiadomość dla pana, senatorze Garzo. To, czy ugryzienie jest bezbolesne, zależy tylko od woli wampira. Jeśli wampir nie zauroczył najpierw swojej ofiary to poważne ugryzienie (zupełnie inne od tego lekkiego podczas seksu) bolało jak cholera.
    Zastanawiałam się, czy senator Garza może być spokrewniony z Luną, ale Sam powiedział mi, że to popularne nazwisko wśród Amerykanów z Meksyku – tak samo jak „Smith” wśród tych pochodzących z Anglii.
    Sam nie zapytał, dlaczego chciałam wiedzieć. To sprawiło, że poczułam się nieco opuszczona, bo przywykłam do myśli, że jestem dla Sama ważna. Ale ostatnio był czymś pochłonięty, zarówno w czasie pracy, jak i po niej. Arlene powiedziała, że według niej Sam się z kimś umawia – po raz pierwszy, z tego, co pamiętałyśmy. Kimkolwiek ona była, żadna z nas jej nie widziała, co samo w sobie było dziwne. Starałam się powiedzieć Samowi o zmiennokształtnych w Dallas, ale tylko się uśmiechnął i znalazł wymówkę, by zająć się czymś innym.
    Któregoś dnia mój brat, Jason, wpadł na lunch. Nie było tak, jak zwykle bywało, gdy żyła babcia. Babcia miałaby na stole dużo jedzenia, które jedlibyśmy przez cały dzień. Jason przychodził wtedy całkiem często; babcia była znakomitą kucharką. Ja byłam w stanie zaserwować kanapki z klopsikami i sałatkę ziemniaczaną (nie powiedziałam mu, że ją kupiłam). Na szczęście miałam też trochę herbaty brzoskwiniowej.
    – Co z tobą i Billem? – zapytał bez ogródek, kiedy już zjadł. Gdy wracaliśmy z lotniska, pohamował swoją ciekawość.
    – Wkurzyłam się na niego – odpowiedziałam.
    – Dlaczego?
    – Złamał dane mi słowo.
    Jason starał się udawać dobrego starszego brata, a ja powinnam zaakceptować to, że się o mnie martwi i się nie irytować. Jednak złościło mnie to już nie po raz pierwszy, więc możliwe, że jestem bardziej porywcza, niż sądziłam do tej pory. Przynajmniej w pewnych okolicznościach. Stanowczo zablokowałam swój szósty zmysł, żeby słyszeć tylko to, co Jason akurat mówi.
    – Widziano go w Monroe.
    Wzięłam głęboki wdech.
    – Z kimś innym?
    – Tak.
    – Z kim?
    – Nie uwierzysz. Z Portią Bellefleur.
    Nie byłabym bardziej zdziwiona, gdyby Jason powiedział, że Bill umawia się z Hillary Clinton (chociaż Bill był demokratą). Gapiłam się na brata, jakby mi właśnie oznajmił, że jest Szatanem. Jedyne, co łączyło mnie i Portię, to miejsce urodzenia, płeć i fakt, że obie mamy długie włosy.
    – Cóż – powiedziałam obojętnie. – Nie wiem, czy się zirytować, czy śmiać. Co o tym myślisz?
    W końcu, jeśli ktoś był specem od relacji damsko-męskich, to właśnie Jason. Przynajmniej znał się na nich z męskiego punktu widzenia.
    – Jest twoim przeciwieństwem – powiedział z nadmierną życzliwością. – W każdy sposób, jaki przychodzi mi na myśl. Ma wyższe wykształcenie, pochodzi z, jak można to nazwać, arystokratycznej rodziny i jest prawniczką. Poza tym, jej brat jest policjantem. Chodzą do filharmonii i innych takich.
    Łzy zapiekły mnie w oczy. Poszłabym z Billem do filharmonii, gdyby mnie poprosił.
    – Z drugiej strony, jesteś mądra, ładna i gotowa zaakceptować jego inność.
    Nie byłam całkiem pewna, co Jason miał na myśli, kiedy to mówił, ale uznałam, że lepiej nie pytać.
    – Ale na pewno nie jesteś arystokratką. Pracujesz w barze, a twój brat jest buduje drogi.
    Jason uśmiechnął się do mnie krzywo.
    – Jesteśmy tu tak długo, jak Bellefleurowie – powiedziałam, starając się nie brzmieć posępnie.
    – Wiem to. I ty też to wiesz. I Bill pewnie też to wie, bo wtedy jeszcze żył.
    Święta prawda.
    – Co w sprawie przeciwko Andy’emu? – zapytałam.
    – Nie postawiono mu jeszcze zarzutów, ale po mieście krąży mnóstwo plotek o jakimś seks-klubie. Lafayette był taki zadowolony, że go zaproszono; najwyraźniej wspomniał o tym kilku osobom. Twierdzą, że skoro naczelną zasadą klubu jest zachowanie dyskrecji, Lafayette naprawdę był podekscytowany.
    – Co o tym sądzisz?
    – Myślę, że gdyby ktokolwiek tworzył jakiś seks-klub w Bon Temps, powinien mnie do niego zaprosić – powiedział śmiertelnie poważnie.
    – Masz rację – przyznałam, zdziwiona, jak wrażliwy Jason może być. – Byłbyś numerem jeden na liście.
    Czemu nie pomyślałam o tym wcześniej? Jason nie tylko miał reputację faceta, który leci na wszystko, co nosi spódniczkę, ale był też przystojny i nieżonaty.
    – Jedyne, co przychodzi mi do głowy – zaczęłam – to fakt, że Lafayette był gejem, jak wiesz.
    – I?
    – I może ten klub, jeśli istnieje, akceptuje tylko ludzi, którym to nie przeszkadza.
    – Może i masz rację – powiedział.
    – Tak, Panie Homofobie.
    Jason zaśmiał się i wzruszył ramionami.
    – Każdy ma słaby punkt – powiedział. – Dodatkowo, jak wiesz, dość regularnie umawiam się z Liz. Myślę, że każdy, kto ma trochę oleju w głowie, uznałby, że Liz nie podzieli się z nikim nawet serwetką, co tu mówić o narzeczonym.
    Miał rację. Rodzina Liz często przesadzała ze swoją obsesją niepożyczania niczego innym i od innych.
    – Trzeba by nad tobą popracować, bracie – powiedziałam, koncentrując się raczej na jego pierwszej wypowiedzi, niż na uwadze o Liz. – Jest tylu ludzi gorszych od gejów.
    – Na przykład?
    – Złodzieje, zdrajcy, mordercy, gwałciciele…
    – Okej, okej, rozumiem.
    – Mam nadzieję – stwierdziłam. Te nasze różnice poglądów doprowadzały mnie czasem na skraj rozpaczy, ale i tak kochałam Jasona; był wszystkim, co mi pozostało.
    Tej samej nocy widziałam Billa i Portię. Zauważyłam ich w samochodzie Billa, kiedy jechali przez Claiborne Street. Portia obróciła głowę w stronę Billa, mówiąc coś do niego; on patrzył przed siebie, z twarzą bez wyrazu, przynajmniej o ile mogłam stwierdzić. Nie widzieli mnie. Wracałam od bankomatu, byłam w drodze do pracy.
    Słyszenie o czymś i zobaczenie tego na własne oczy to dwie zupełnie różne sprawy. Poczułam przytłaczającą falę gniewu; rozumiałam, jak Bill się czuł, kiedy widział, że jego przyjaciele umierają. Chciałam kogoś zabić. Nie byłam tylko pewna kogo.
    Andy był tego wieczoru w barze, siedział w części sali, którą zajmowała się Arlene. Byłam z tego powodu zadowolona, bo Andy źle wyglądał. Był nieogolony i miał zmięte ubranie. Kiedy wychodził, podszedł do mnie i mogłam wyczuć, że trochę wypił.
    – Zabierz go z powrotem – powiedział. Jego głos był ochrypły od gniewu. – Zabierz z powrotem tego cholernego wampira, żeby odczepił się od mojej siostry.
    Nie wiedziałam, co mu powiedzieć. Po prostu się na niego gapiłam, póki nie wyszedł z baru. Przeszło mi przez myśl, że ludzie nie byliby tak zaskoczeni, gdyby usłyszeli o zwłokach w jego samochodzie teraz, a nie kilka tygodni temu.
    Następnej nocy, kiedy miałam wolne, ochłodziło się. To był piątek i nagle miałam dość samotności. Zdecydowałam się pójść na licealny mecz; to była rozrywka całego Bon Temps, a o meczach zwykło się rozmawiać w poniedziałek rano w każdym sklepie. Relacja ze spotkania jest wyświetlana dwukrotnie w lokalnej telewizji, a grający traktowani są jak arystokracja.
    Na meczu nie można wyglądać niechlujnie.
    Zebrałam włosy z czoła elastyczną gumką, a resztę potraktowałam lokówką, więc loki opadały mi na ramiona. Moje zranienia zniknęły. Umalowałam się dokładnie, użyłam nawet konturówki do ust. Założyłam czarne, bawełniane spodnie i czarno-czerwony sweter, a do tego czarne, skórzane botki, złote kolczyki i czerwono-czarną kokardkę, żeby ukryć gumkę we włosach. (Tak, zgadnijmy, jakie są barwy szkoły.)
    – Całkiem nieźle – powiedziałam, przeglądając się w lustrze. – Całkiem cholernie nieźle.
    Wzięłam czarną kurtkę i torebkę, po czym pojechałam do miasta.
    Na trybunach zauważyłam wiele znajomych twarzy. Sporo osób mnie wołało, sporo ludzi powiedziało, że ślicznie wyglądam, ale… czułam się nieszczęśliwa. Jak tylko zdałam sobie z tego sprawę, przywołałam na twarz sztuczny uśmiech i rozejrzałam się za kimś, z kim mogłabym usiąść.
    – Sookie! Sookie! – Tara Thornton, jedna z niewielu moich przyjaciółek z czasów liceum, wołała do mnie z trybun.
    Wykonała rozpaczliwie zapraszający gest. Uśmiechnęłam się do niej. Ruszyłam w jej kierunku, po drodze zatrzymując się, by porozmawiać z kilkoma osobami. Mike Spencer, właściciel domu pogrzebowego, był tam w swoich ulubionych ubraniach w kowbojskim stylu; widziałam też przyjaciółkę babci, Maxine Fortenberry i jej wnuka, Hoyta, który był przyjacielem Jasona. Zauważyłam także Sida Matta Lancastera, prawnika, z żoną.
    Tara siedziała ze swoim narzeczonym, Benedictem Tallie, który, niestety, zawsze był nazywany „Eggs”. Był z nimi też najlepszy kumpel Benedicta, JB du Rone. Kiedy zobaczyłam JB, mój nastrój się poprawił, skoczyło też moje libido. JB był tak uroczy, że mógłby pozować na okładkę romansu. Niestety, nie był zbyt mądry, co okryłam na naszej randce. Z zadowoleniem stwierdziłam, że przy JB nie muszę aż tak osłaniać swojego umysłu, bo praktycznie nie myślał.
    – Hej, jak leci?
    – Jest super! – powiedziała Tara z miną typowej imprezowiczki. – Co u ciebie? Nie widziałyśmy się tak dawno!
    Jej ciemne włosy były krótko przycięte, a na ustach miała ogniście czerwoną szminkę. Na szyi zawiązała biało-czarno-czerwony szalik, żeby podkreślić ducha drużynowego. Razem z Eggsem mieli jeden z tych plastikowych kubeczków, które sprzedaje się na stadionach. Zawartość kubeczka niewątpliwie była alkoholem; nawet z miejsca, w którym stałam, czułam bourbon.
    – Przesuń się, JB, też chciałabym usiąść – powiedziałam z uśmiechem.
    – Jasne, Sookie – odpowiedział.
    Wyglądał na zadowolonego, że mnie widzi. Na tym polegał urok JB. Do innych jego zalet można zaliczyć perłowobiałe zęby, idealnie prosty nos, męską i przystojną twarz, która powodowała, że chciało się wyciągnąć ręce i głaskać go po policzkach, szerokie barki i szczupłą talię. Może nie tak szczupłą jak dawniej… Ale, co ważne, JB był człowiekiem. To było ważne.
    Usiadłam między JB i Eggsem, a Eggs zwrócił się do mnie z niedbałym uśmiechem:
    – Chcesz się napić, Sookie?
    Jestem ostrożna z alkoholem, skoro na co dzień widzę rezultaty nadmiernego spożycia.
    – Nie, dzięki – powiedziałam. – Co u ciebie, Eggs?
    – Dobrze – stwierdził po namyśle.
    Wypił więcej niż Tara. Wypił za dużo.
    Rozmawialiśmy o wspólnych przyjaciołach i znajomych, póki nie rozpoczęła się gra – potem to mecz był głównym tematem rozmowy. W pamięci mieszkańców Bon Temps były wszystkie mecze, które zostały rozegrane przez ostatnie piętnaście lat, i tocząca się właśnie gra, była z nimi ciągle porównywana, a ci gracze – do innych. Właściwie mogłam miło spędzać czas, skoro moja mentalna bariera była na tyle wyćwiczona, że byłam w stanie udawać, że ludzie mają na myśli dokładnie to, co mówią, bo ich prawdziwych myśli po prostu nie słuchałam.
    JB przesunął się bliżej, komplementował moje włosy i figurę. Matka JB nauczyła go wcześniej, że docenione kobiety są szczęśliwsze, i to była filozofia, której się trzymał.
    – Pamiętasz tę lekarkę ze szpitala, Sookie? – zapytał nagle w czasie drugiej ćwiartki.
    – Tak. Doktor Sonntag. Wdowa.
    Była za młoda, żeby być wdową i za młoda, żeby być lekarzem. To ja poznałam ją z JB.
    – Spotykaliśmy się przez jakiś czas. Ja i lekarka – powiedział z zachwytem.
    – To świetnie.
    Przynajmniej taką miałam nadzieję. Doktor Sonntag mogła skorzystać z tego, co JB oferował, a on sam potrzebował… cóż, potrzebował kogoś, kto by się nim zajął.
    – Ale przeniosła się z powrotem do Baton Rouge – dodał zbolałym głosem. – Chyba mi jej brakuje.
    System opieki zdrowotnej wykupił nasz szpital i lekarze udzielający pomocy w nagłych wypadkach byli sprowadzani w ostateczności na okres czterech miesięcy.
    Jego ręka otoczyła moje ramiona.
    – Ale to wspaniale znów cię widzieć – zapewnił mnie.
    To było miłe.
    – JB, mógłbyś pojechać do Baton Rouge, żeby się z nią zobaczyć – zasugerowałam. – Czemu tego nie zrobisz?
    – Jest lekarką, nie ma dużo czasu.
    – Znajdzie go dla ciebie.
    – Tak sądzisz?
    – Chyba że jest totalną idiotką – powiedziałam.
    – Mógłbym to zrobić. Rozmawiałem z nią wczoraj przez telefon. Mówiła, że żałuje, że mnie tam nie ma.
    – To była spora podpowiedź, JB.
    – Myślisz?
    – Tak.
    Wyglądał radośniej
    – Więc jutro pojadę do Baton Rouge – stwierdził i pocałował mnie w policzek. – Poprawiłaś mi nastrój, Sookie.
    – Cóż, nawzajem, JB.
    Cmoknęłam go lekko w wargi.
    Wtedy zobaczyłam, że Bill się na mnie gapi.
    On i Portia byli w sektorze obok, nieco poniżej. Odwrócił się w naszą stronę i patrzył na mnie.
    Gdybym to zaplanowała, nie mogłoby wyjść lepiej. To był fantastyczny moment w stylu „olać go”.
    I ta chwila była zrujnowana.
    Pragnęłam Billa.
    Odwróciłam oczy i uśmiechnęłam się do JB, ale przez cały czas marzyłam o tym, żeby się spotkać z Billem pod trybunami i uprawiać z nim seks tu i teraz. Chciałam, żeby zdjął moje spodnie i znalazł się za mną. Chciałam, żeby sprawił, że zacznę jęczeć.
    Byłam sobą tak zdziwiona, że nie wiedziałam, co zrobić. Czułam, że się rumienię. Nie mogłam nawet udawać, że się uśmiecham.
    Po chwili uznałam, że to było prawie zabawne. Wychowano mnie konserwatywnie, biorąc pod uwagę moje „inwalidztwo”. Naturalnie, szybko odkryłam parę prawd o życiu, w końcu umiałam czytać w myślach (a jako dziecko nie byłam w stanie tego kontrolować). Zawsze uważałam, że seks jest interesujący, ale dzięki temu samemu „inwalidztwu” zdobyłam o nim tyle teoretycznych informacji, że nie garnęłam się do zamiany teorii w praktykę. W końcu ciężko się zaangażować w seks, kiedy wie się, że twój partner marzy o tym, że jesteś na przykład Tarą Thorton, albo kiedy ma nadzieję, że to ty pamiętałaś o kupieniu prezerwatywy, albo kiedy krytykuje jakąś część twojego ciała. Żeby seks był udany, trzeba się skoncentrować na tym, co partner robi, a nie na tym, co myśli.
    Jeśli chodzi o Billa, nie słyszałam ani jednej jego myśli. Był też doświadczony, łagodny i skupiony na tym, żeby było nam dobrze. Wyglądało na to, że byłam takim samym śmieciem jak Hugo.
    Przez resztę gry siedziałam, uśmiechając się i kiwając głową, kiedy było to wymagane, starając się nie patrzeć w dół. Kiedy minęła połowa, odkryłam, że nie słyszałam ani jednej piosenki z tych, które grał zespół. Nie zauważyłam też kuzyna Tary, który coś tańczył. Po tym, jak Jastrzębie z Bon Temps wygrały dwadzieścia osiem do osiemnastu, tłum ruszył w kierunku parkingu. Zgodziłam się odwieźć JB do domu. Eggs wytrzeźwiał nieco, więc byłam pewna, że on i Tara dadzą sobie radę; ku mojej uldze, to Tara siedziała za kierownicą.
    JB mieszkał na obrzeżach miasta, w większym kompleksie domów. Uroczo zaprosił mnie do środka, ale powiedziałam, że muszę wracać do domu. Przytuliłam go i poleciłam, by zadzwonił do doktor Sonntag. Nadal nie znałam jej imienia. Obiecał, że tak zrobi, ale z JB nigdy nie wiadomo.
    Potem musiałam zatrzymać się na jedynej otwartej stacji benzynowej, gdzie rozmawiałam z kuzynem Arlene, Derrickiem (który był na tyle odważny, by wziąć nocną zmianę), więc wróciłam do domu później, niż planowałam.
    Kiedy otworzyłam drzwi, z ciemności wyłonił się Bill. Bez słowa chwycił mnie za rękę i odwrócił w swoją stronę, a potem pocałował. Chwilę później opieraliśmy się o futrynę, a jego ciało rytmicznie napierało na moje. Jedną ręką sięgnęłam za siebie, żeby zamknąć drzwi i klucz w końcu obrócił się w zamku. Przeszliśmy do salonu i odwrócił mnie w stronę kanapy. Chwyciłam się jej, a on, tak jak marzyłam, ściągnął moje spodnie i we mnie wszedł.
    Z mojego gardła dobył się ochrypły dźwięk, którego nigdy wcześniej nie słyszałam. Bill wydawał z siebie dźwięki, jakby był jakimś jaskiniowcem. Nie sądziłam, że byłabym w stanie coś powiedzieć. Włożył mi ręce pod sweter i rozdarł stanik na dwie połówki. Był nieustępliwy. Prawie zemdlałam, kiedy pierwszy raz doszłam.
    – Nie – warknął, gdy zaczęłam słabnąć, i nie przestawał się poruszać.
    Potem przyspieszył, aż byłam bliska płaczu, podarł mój sweter, a jego kły odnalazły moje ramię. Wydał z siebie głęboki, przejmujący dźwięk, a potem, po długich sekundach, wszystko ustało.
    Sapałam, jakbym przebiegła milę, on też drżał. Nie zadał sobie nawet trudu powtórnego zapinania swoich ubrań. Odwrócił mnie przodem i oparł głowę na moim ramieniu, żeby polizać małą ranę. Kiedy przestała krwawić i zaczął się proces leczenia, rozebrał mnie bardzo powoli. Całował całe moje ciało.
    – Śmierdzisz nim – to jedyne, co powiedział. Zajął się pozbywaniem tego zapachu i zastępowaniem go własnym.
    Później znaleźliśmy się w sypialni i przez chwilę, zanim znów mnie pocałował, cieszyłam się, że rano zmieniłam pościel.
    Jeśli do tej pory miałam jakieś wątpliwości, teraz się rozwiały. Nie sypiał z Portią Bellefleur. Nie wiedziałam, o co w tym wszystkim chodziło, ale nie tworzyli prawdziwej pary.
    Jego ręce wślizgnęły się pode mnie i przycisnęły mnie do niego tak blisko, jak tylko się dało; wodził nosem po mojej szyi, dotykał bioder, wodził palcami po udach, całował zgięcia kolan. Zdawało się, że się we mnie kąpie.
    – Rozszerz dla mnie nogi, Sookie – szepnął mrocznym, chłodnym głosem, a ja posłuchałam.
    Znów był gotów i był przy tym brutalny, jakby chciał coś udowodnić.
    – Bądź delikatny – powiedziałam, odzywając się po raz pierwszy.
    – Nie mogę. Minęło zbyt dużo czasu. Następnym razem będę, przysięgam – odpowiedział, wodząc językiem po krzywiźnie mojej szczęki. Jego kły zanurzyły się w mojej szyi. Kły, język, usta, palce, męskość; miałam wrażenie, jakbym kochała się z Diabłem Tasmańskim. Był wszędzie i wszędzie w pośpiechu.
    Kiedy wszystko się uspokoiło, byłam zmęczona. Ułożył się przy moim boku, z jedną nogą zarzuconą na moje i ręką w poprzek mojej klatki piersiowej. Z równym powodzeniem mógłby przynieść żelazne pręty, które kiedyś służyły do zneczania bydła, i mnie nimi oznaczyć, ale nie byłoby to dla mnie tak zabawne.
    – Wszystko w porządku? – wymamrotał.
    – Poza tym, że chyba kilka razy zderzyłam się ze ścianą z cegieł – powiedziałam niewyraźnie.
    Oboje na chwilę usnęliśmy, ale Bill obudził się pierwszy – jak zwykle nocą.
    – Sookie – powiedział cicho. – Kochanie. Obudź się.
    – Oo… – zaczęłam, powoli przytomniejąc.
    Po raz pierwszy od tygodni obudziłam się z mglistym przekonaniem, że wszystko na świecie jest w porządku. Z rosnącym niepokojem odkryłam jednak, że nic nie jest tak, jak być powinno.
    Otworzyłam oczy i spojrzałam w twarz Billa, znajdującą się tuż nad moją.
    – Musimy porozmawiać – powiedział, odgarniając włosy z mojej twarzy.
    – Zatem mów.
    Byłam już obudzona. Nie żałowałam seksu, tylko tego, że będziemy teraz musieli omówić nasze spawy.
    – Poniosło mnie w Dallas – powiedział natychmiast. – Wampiry tak mają, kiedy okazja do polowania pojawia się sama. Zaatakowali nas. Mieliśmy prawo zapolować na tych, którzy chcieli nas zabić.
    – To powrót do dni bezprawia – stwierdziłam.
    – Ale wampiry polują, Sookie. Taka jest nasza natura – powiedział bardzo poważnie. – Jak pantery, jak wilki. Nie jesteśmy ludźmi. Możemy udawać, że jest inaczej, kiedy chcemy żyć wśród ludzi… w waszym społeczeństwie. Możemy czasem pamiętać, jak to było znajdować się wśród was, być jednym z was. Ale nie należymy już do tej samej rasy. Nie jesteśmy ulepieni z tej samej gliny.
    Zastanowiłam się nad tym. Powtarzał mi to wciąż i wciąż, różnymi słowami, odkąd tylko zaczęliśmy się spotykać. Albo kiedy on zaczął widywać się ze mną, a ja nie wiedziałam jeszcze o nim nic. Nieważne, jak często myślałam, że pogodziłam się z jego innością, zdawałam sobie sprawę, że oczekuję, że będzie się zachowywał jak JB du Rone czy Jason, czy pastor z mojego kościoła.
    – Chyba w końcu to do mnie dociera – powiedziałam. – Ale musisz zrozumieć, że czasami te różnice mogą mi się nie podobać. Czasami mogę potrzebować czasu, żeby ochłonąć. Ale chcę spróbować. Naprawdę cię kocham.
    Gdy obiecałam, że podejmę próbę wypracowania kompromisu, przypomniał mi się mój własny żal. Chwyciłam jego rękę i przetoczyliśmy się tak, że teraz to ja mogłam patrzeć na niego z góry. Spojrzałam mu prosto w oczy.
    – Teraz wyjaśnij mi, co robiłeś z Portią.
    Ręce Billa spoczęły na moich biodrach, kiedy to wyjaśniał.
    – Przyszła do mnie jeszcze tej samej nocy, kiedy wróciłem z Dallas. Czytała o tym, co się wydarzyło, i zastanawiała się, czy znam kogoś, kto tam był, kiedy to się stało. Kiedy przyznałem, że sam tam byłem – nie wspomniałem o tobie – Portia powiedziała mi, czego się dowiedziała. Ponoć część z wykorzystanej wówczas broni była kupiona w Bon Temps, w Sheridan’s Sport Shop. Zapytałem, skąd o tym wie; stwierdziła, że nie może powiedzieć, bo jest prawnikiem. Zdziwiłem się, czemu była tym tak zainteresowana, skoro nic więcej nie ma mi do powiedzenia, ale odpowiedziała, że jest dobrą obywatelką i nie chce patrzeć, jak inni obywatele są zastraszani. Kiedy zapytałem, dlaczego przyszła z tym do mnie, powiedziała, że jestem jedynym wampirem, jakiego zna.
    Łatwiej już byłoby mi uwierzyć, że Portia może w sekrecie pobierać lekcje tańca brzucha.
    Zmrużyłam oczy, kiedy zaczęłam się nad tym zastanawiać.
    – Portii ani trochę nie obchodzą prawa wampirów – powiedziałam. – Mogła chcieć dobrać ci się do majtek, ale na pewno nie obchodzą jej prawa wampirów.
    – Dobrać mi się do majtek? Cóż za ciekawy zwrot.
    – Och, już go słyszałeś – powiedziałam nieco speszona.
    Z rozbawieniem potrząsnął głową.
    – Dobrać mi się do majtek – powtórzył powoli. – Dobrałbym się do twoich majtek, gdybyś akurat miała jakieś na sobie.
    Potarł dłońmi moje biodra, żeby podkreślić brak tej części garderoby.
    – Przestań – powiedziałam. – Usiłuję myśleć.
    Jego dłonie ściskały moje biodra, a potem je puszczały, poruszając mną w przód i w tył. Zaczęłam mieć problemy z formułowaniem myśli.
    – Przestań, Bill – powiedziałam. – Słuchaj, myślę, że Portia chciała się z tobą pokazywać, bo spodziewała się, że wtedy poproszą ją o dołączenie do tego domniemanego seks-klubu.
    – Seks-klubu? – powtórzył z zainteresowaniem, ale nie przestał.
    – Tak, nie mówiłam ci… Och, Bill, nie… Bill, jestem jeszcze zmęczona po ostatnim razie… Och. O Boże.
    Chwycił mnie mocniej i stanowczo przesunął tak, żebym poczuła w sobie jego męskość. Potem znów zaczął mnie kołysać w przód i w tył.
    – Och – powtórzyłam, zatracając się w chwili.
    Zaczęłam widzieć kolory przed oczami, a potem byłam kołysana tak szybko, że nie mogłam zorientować się, w jakim kierunku akurat się poruszam. Doszliśmy w tej samej chwili i leżeliśmy przez jakiś czas w swoich objęciach, dysząc ciężko.
    – Nigdy więcej nie powinniśmy się rozdzielać – powiedział Bill.
    – No nie wiem, to, co dzieje się teraz, prawie mi to wynagradza.
    Jego ciało zadrżało lekko.
    – Nie – stwierdził. – To jest cudowne, ale wolałbym raczej opuścić miasto na kilka dni, niż znów się z tobą kłócić. – Otworzył szerzej oczy. – Naprawdę wyciągnęłaś kulę z ramienia Erica?
    – Tak, powiedział, że muszę to zrobić, zanim rana zarośnie i kula zostanie w środku.
    – Powiedział ci, że ma w kieszeni scyzoryk?
    Zaskoczył mnie.
    – Nie. A miał? Czemu tak się zachował?
    Bill uniósł brwi, jakbym zapytała o coś niedorzecznego.
    – Zgadnij – odpowiedział.
    – Żebym przyssała się do jego ramienia? To śmieszne.
    Bill nadal patrzył sceptycznie.
    – Och, Bill, dałam się nabrać. Ale czekaj – przecież dał się postrzelić! Ta kula mogła trafić we mnie, ale trafiła w niego. Osłonił mnie.
    – Jak?
    – Cóż, leżał na mnie…
    – Nie mam nic więcej do dodania. – W tym momencie nie było w nim nic staromodnego. Chociaż, z drugiej strony, jego mina była cokolwiek staroświecka.
    – Ale, Bill… Chcesz powiedzieć, że on jest tak przebiegły?
    Znów uniósł brwi.
    – Leżenie na mnie to nic tak przyjemnego, żeby ktoś się dawał za to postrzelić – zaprotestowałam. – Rany! To szaleństwo!
    – Ale zapewniło, że wypiłaś nieco jego krwi.
    – Tylko kilka kropel. Resztę wyplułam – powiedziałam.
    – Tyle wystarczy, kiedy jest się równie starym, co Eric.
    – Wystarczy do czego?
    – Będzie teraz wiedział o tobie pewne rzeczy.
    – Co? Mój rozmiar sukienki?
    Bill się uśmiechnął, ale jakoś mnie to nie zrelaksowało.
    – Nie, będzie wiedział, jak się czujesz. Wściekła, napalona, zakochana.
    Wzruszyłam ramionami.
    – Nic mu to nie da.
    – Prawdopodobnie to nie jest zbyt istotne, ale bądź ostrożna – ostrzegł mnie; wydawało się, że mówi serio.
    – Nadal nie mogę uwierzyć, że ktoś dał się postrzelić tylko dlatego, że miał nadzieję, że wypiję trochę jego krwi, kiedy będę wyciągać kulę. To niedorzeczne. Wiesz, wydaje mi się, że tak przedstawiłeś tę sprawę, żebym przestała się gryźć tobą i Portią, ale nie zamierzam. Myślę, że Portia wierzy, że jeśli będzie się z tobą umawiać, to ktoś zaprosi ją do tego seks-klubu, bo uzna, że jeśli jest zdolna do romansowania z wampirem, będzie zdolna do wszystkiego. Oni myślą – poprawiłam się pospiesznie, widząc wyraz twarzy Billa. – Więc Portia uznała, że tam pójdzie, porozmawia z innymi i dowie się, kto zabił Lafayette’a. A Andy zostanie oczyszczony z zarzutów.
    – To skomplikowane.
    – Możesz to obalić?
    Byłam dumna, że użyłam słowa obalić, które znalazłam w moim kalendarzu ze Słowem Na Każdy Dzień.
    – W gruncie rzeczy nie, nie mogę.
    Zamarł. Miał skupione spojrzenie, ale nie mrugał. Jego ręce leżały swobodnie. Jako że Bill nie oddycha, leżał absolutnie bez ruchu.
    W końcu zamrugał.
    – Byłoby lepiej, gdyby od początku mówiła mi prawdę.
    – Mam nadzieję, że nie uprawiałeś z nią seksu – powiedziałam, w końcu przyznając się sama przed sobą, że sama taka możliwość sprawiała, że gotowałam się z zazdrości.
    – Zastanawiałem się, kiedy o to zapytasz – powiedział spokojnie. – Tak jakbym kiedykolwiek chciał przespać się z kimś o nazwisku Bellefleur. Nie, nie miała na to najmniejszej nawet ochoty. Trudność sprawiało jej nawet udawanie, że chciałaby, na którejś z późniejszych randek. Portia nie jest najlepszą aktorką. Przez większość czasu, który spędzaliśmy razem, bezskutecznie szukaliśmy tutejszego źródła uzbrojenia Bractwa; twierdziła, że sympatycy Bractwa gdzieś tutaj ukryli broń.
    – Dlaczego się na to godziłeś?
    – Jest w niej coś, co zasługuje na szacunek. I chciałem zobaczyć, czy będziesz zazdrosna.
    – Och, no tak. I do jakich wniosków doszedłeś?
    – JB? Jestem dla niego jak siostra – powiedziałam.
    – Zapomniałaś, że kosztowałem twojej krwi i wiem, co czujesz – odpowiedział. – Nie sądzę, że żywisz do niego tylko siostrzane uczucia.
    – To by wyjaśniało, czemu jestem z tobą w tym łóżku, prawda?
    – Bo mnie kochasz.
    Zaśmiałam się.
    – Świt się zbliża, muszę iść – powiedział.
    – Dobrze, kochanie. – Uśmiechałam się, kiedy zbierał swoje ubrania. – Pamiętaj, jesteś mi winien sweter i stanik. Dwa staniki. Gabe porwał jeden, więc to podchodzi pod uszkodzenie stroju podczas pracy. A drugi ty podarłeś wczoraj, tak samo jak sweter.
    – Dlatego kupiłem sklep z konfekcją damską – powiedział gładko. – Żebym mógł coś podrzeć, kiedy mnie poniesie.
    Zaśmiałam się i położyłam się z powrotem. Mogłam spać jeszcze kilka godzin. Nadal się uśmiechałam, kiedy wyszedł. Obudziłam się dość późno i było mi tak lekko na duszy, jak nigdy. (Cóż, przynajmniej miałam wrażenie, że czułam się tak dobrze po raz pierwszy od dłuższego czasu.) Ostrożnie weszłam do łazienki i nalałam sobie gorącej widy do wanny. Kiedy zaczęłam myć włosy, poczułam, że mam coś w małżowinach usznych. Podniosłam się i spojrzałam w lustro nad umywalką.
    Kiedy spałam, założył mi topazowe kolczyki.
    Pan Ostatnie-Słowo-Należy-Do-Mnie.

*

    Ponieważ nasze pogodzenie się pozostało sekretem, to ja jako pierwsza dostałam zaproszenie do klubu. Nie spodziewałam się tego, ale kiedy tak się stało, zorientowałam się, że skoro Portia uznała, że umawiając się z wampirem, może szybciej dostać zaproszenie – ja byłam jeszcze pewniejszą kandydatką. Ku mojemu zaskoczeniu i zniesmaczeniu, osobą, która mnie zaprosiła, był Mike Spencer. Mike zarządzał domem pogrzebowym i sprawował funkcję koronera w Bon Temps. Nie zawsze byliśmy w dobrych stosunkach, ale znałam go całe życie i przywykłam go szanować, a to nawyk, który ciężko przełamać.
    Mike miał przynajmniej o dwadzieścia lat więcej niż ja, więc zawsze traktowałam go jak starszego i głupio się zdziwiłam, kiedy zaczął ze mną rozmawiać. Siedział sam, co było na tyle niezwykłe, że warte odnotowania. Przyniosłam mu hamburgera i piwo. Zapłacił za to, po czym powiedział:
    – Sookie, spotykamy się jutro w domu Jan Fowler przy jeziorze i zastanawiam się, czy nie chciałabyś przyjść.
    Na szczęście umiem kontrolować emocje malujące się na mojej twarzy. Czułam, jakby grunt zniknął spod moich stóp, a to wszystko przyprawiało mnie o lekkie mdłości. Od razu zrozumiałam, ale nie całkiem mogłam w to uwierzyć. Zaczęłam przysłuchiwać się jego myślom i powiedziałam:
    – Powiedział pan „spotykamy”? Kogo ma pan na myśli, panie Spencer?
    – Zwracaj się do mnie po imieniu, Sookie.
    Skinęłam potakująco, cały czas nasłuchując, co działo się w jego głowie. Rrrrany.
    – Cóż, będzie tam trochę twoich znajomych – kontynuował. – Eggs i Portia, i Tara. I Hardwayowie.
    Tara i Eggs… To mnie zdumiało.
    – Co właściwie dzieje się na takich przyjęciach? Drinki, tańce i takie tam?
    To pytanie nie było pozbawione sensu. Niezależnie od tego, ilu ludzi wiedziało, że słyszę ich myśli, prawie nikt w to nie wierzył, obojętne ile dowodów na to mogłam przedstawić. Mike po prostu nie wierzył, że mogę widzieć obrazy i pomysły, które pojawiały się w jego głowie.
    – Cóż, to jest trochę dzikie. Pomyśleliśmy, że skoro rozstałaś się ze swoim chłopakiem, może chciałabyś przyjść i się rozerwać.
    – Może przyjdę – powiedziałam bez entuzjazmu. Nie wyglądałby szczerze. – Kiedy?
    – Jutro w nocy, o dwudziestej drugiej.
    – Dzięki za zaproszenie – powiedziałam, przypominając sobie o dobrych manierach, a potem odeszłam od stolika. Do końca zmiany myślałam nad tym, co usłyszałam.
    Co ja najlepszego mam zamiar zrobić? Czy naprawdę mogę rozwiązać tajemnicę śmierci Lafayette’a? Nie przepadałam za Andym Bellefleurem, Portię lubiłam teraz jeszcze mniej, ale to było niesprawiedliwie, że Andy może być niewinnie oskarżony, a jego reputacja zostanie zrujnowana przez coś, czego nie zrobił. Z drugiej strony było jasne, że nikt obecny na przyjęciu w domu nad jeziorem nie zdradzi mi swoich tajemnic, póki nie będę regularną uczestniczką, a tego nie mogłabym znieść. Nie byłam nawet pewna, czy chcę tam iść raz. Ostatnią rzeczą, jaką chciałam zobaczyć, byli moi sąsiedzi i znajomi, którzy zażywają „trochę rozrywki”. Po prostu nie chciałam tego widzieć.
    – Co się dzieje, Sookie? – zapytał Sam, podchodząc tak blisko, że aż podskoczyłam.
    Spojrzałam na niego i żałowałam, że nie mogę zapytać, co o tym sądzi. Sam nie tylko był silny i twardy, ale też sprytny. Księgowość, zarządzanie, utrzymanie baru i planowanie – nic z tego nie wydawało się go przerastać. Sam był samowystarczalny, a ja go lubiłam i mu ufałam.
    – Jestem po prostu w drobnej rozterce – powiedziałam. – Co u ciebie, Sam?
    – Dostałem interesujący telefon zeszłej nocy, Sookie.
    – Od kogo?
    – Od kobiety o piszczącym głosie, z Dallas.
    – Naprawdę? – Odkryłam, że naprawdę się uśmiecham, a nie tylko prezentuję światu nerwowy uśmiech. – Miała meksykański akcent?
    – Tak sądzę. Mówiła o tobie.
    – Jest dość przebojowa – powiedziałam.
    – Ma sporo przyjaciół.
    – Takich, których i ty byś chciał mieć?
    – Już mam dobrych przyjaciół – stwierdził Sam, ściskając krótko moją dłoń. – Ale to zawsze miło poznawać ludzi o podobnych zainteresowaniach.
    – Więc wybierasz się do Dallas?
    – Mógłbym. Póki co skontaktowała mnie z ludźmi z Ruston, którzy także…
    Zmieniają się w czasie pełni księżyca, dokończyłam w myślach.
    – Jak cię odnalazła? Świadomie nie podawałam jej twojego imienia, bo nie wiedziałam, czy byś chciał, żebym to zrobiła.
    – Odnalazła ciebie – powiedział Sam. – A potem dowiedziała się, kto jest twoim szefem.
    – Jak to możliwe, że nigdy nie skontaktowałeś się z nimi z własnej woli?
    – Póki nie powiedziałaś mi o menadzie, nie zdawałem sobie sprawy, że jest tyle rzeczy, o których nie wiem.
    – Sam, nie zdawałeś się z nią, prawda?
    – Spędziłem z nią kilka wieczorów w lesie, nie ukrywam. I jako człowiek, i w innej formie.
    – Ale ona jest taka zła… – wymamrotałam.
    Sam się wyprostował.
    – Jest takim samym mitycznym stworzeniem jak ja – powiedział obojętnie. – Nie jest ani dobra, ani zła. Po prostu jest.
    – Och, gadanie. – Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszałam. – Utwierdza cię w takim przekonaniu, bo czegoś od ciebie chce.
    Przypomniałam sobie, jaka menada jest piękna, jeśli nie brać pod uwagę plam krwi; Sam, jako zmiennokształtny, raczej nie miał nic przeciwko nim.
    – Och – powiedziałam ze zrozumieniem. Nie mogłam jasno odczytać umysłu Sama, bo nie był zwykłym człowiekiem, ale byłam w stanie wyczuć jego emocje: obecnie był zażenowany, napalony, pełen urazy i… napalony. – Och – powtórzyłam. – Przepraszam, Sam. Nie chciałam się źle wyrażać o kimś, z kim… Z kim… – Nie mogłam powiedzieć „z kim się pieprzysz”, choć było to najbardziej adekwatne określenie. -…Z kim spędzasz czas – zakończyłam kulawo. – Jestem pewna, że jest urocza, kiedy pozna się ją bliżej. Oczywiście fakt, że chciała przerobić moje plecy na mielonkę, musi mieć coś wspólnego z moimi uprzedzeniami względem niej. Spróbuję być bardziej otwarta.
    I odeszłam, żeby przyjąć jakieś zamówienie. Sam został w miejscu, patrząc na mnie ze zdziwieniem.
    Zostawiłam wiadomość na automatycznej sekretarce Billa. Nie wiedziałam, co Bill planował zrobić z Portią, i uznałam, że istniała możliwość, że ktoś inny może odsłuchać jego wiadomości, więc powiedziałam tylko: „Bill, dostałam zaproszenie na to przyjęcie jutrzejszej nocy. Daj znać, czy sądzisz, że powinnam iść”. Nie przedstawiałam się, bo wiedziałam, że rozpozna mój głos. Możliwość, że Portia zostawiła mu podobną wiadomość, doprowadzała mnie do białej gorączki.
    Kiedy wracałam do domu, miałam cichą nadzieję, że Bill będzie tam na mnie czekał i spędzimy tę noc podobnie jak poprzednią, ale zarówno dom, jak i ogród były puste. Ucieszyłam się, widząc pulsujące światełko na automatycznej sekretarce.
    – Sookie – powiedział aksamitny głos Billa – trzymaj się z dala od lasu. Menada nie była usatysfakcjonowana naszą ofiarą. Eric będzie w Bon Temps jutrzejszej nocy, żeby z nią negocjować i może się z tobą skontaktować. Ci… inni ludzie… z Dallas, którzy ci pomogli, prosili wampiry o dość wygórowaną rekompensatę, więc lecę tam, żeby wraz ze Stanem się z nimi spotkać. Wiesz, gdzie się zatrzymam.
    Rety. Billa nie będzie w Bon Temps, żeby mi pomóc i w ogóle znalazł się poza moim zasięgiem. Na pewno? Była pierwsza w nocy. Zadzwoniłam pod numer, który zapisałam w książce adresowej jako telefon do hotelu Silent Shore. Bill jeszcze tam nie dotarł, chociaż jego trumna (którą recepcjonistka określiła jako „bagaż”) została umieszczona w jego pokoju.
    Zostawiłam wiadomość, którą musiałam tak sformułować, że ostatecznie mogła być nieco niezrozumiała. Byłam naprawdę zmęczona, zwłaszcza, że poprzedniej nocy nie spałam wiele, ale nie miałam zamiaru iść sama na tę imprezę. Westchnęłam i zadzwoniłam do Fangtasii, wampirzego baru w Shreveport.
    – Dodzwoniłeś się do Fangtasii, gdzie nieumarli żyją każdej nocy – powiedział nagrany na taśmę głos Pam, współwłaścicielki. – Żeby dowiedzieć się, w jakich godzinach bar jest otwarty, naciśnij jeden. Żeby zarezerwować bar na przyjęcie zamknięte, naciśnij dwa. Żeby rozmawiać z kimś żywym lub wampirem, naciśnij trzy. Ale, jeśli planujesz zostawić głupią wiadomość na naszej automatycznej sekretarce, wiedz, że cię znajdziemy.
    Nacisnęłam trzy.
    – Fangtasia – powiedziała Pam, jakby nudziła się bardziej, niż ktokolwiek mógł się kiedykolwiek nudzić.
    – Cześć – powiedziałam radośnie, starając się przeciwdziałać nudzie. – Pam, mówi Sookie. Eric jest gdzieś w pobliżu?
    – Oczarowuje szkodniki.
    Miało to oznaczać, że Eric siedzi na wielkim krześle w barze i wygląda urzekająco i niebezpiecznie. Bill mówił mi, że niektóre wampiry mają umowę z Fangtasią i muszą się tam pokazać raz czy dwa w tygodniu, żeby turyści nie przestali przychodzić. Eric, jako właściciel, był tam niemal każdej nocy. Znajdował się tam też inny bar, który żył własnym życiem; bar, do którego turyści nigdy by nie weszli. Nigdy tam nie byłam, ponieważ, co tu kryć, po pracy mam już dość barów.
    – Proszę, mogłabyś mu podać słuchawkę?
    – Och, w porządku – powiedziała niechętnie. – Słyszałam, że w Dallas sporo się działo – dodała, idąc. Nie żebym słyszała jej kroki, po prostu hałas w tle się zmieniał.
    – Taa, to było niezapomniane.
    – Co sądzisz o Stanie Davisie?
    Hmmmm…
    – Jest jedyny w swoim rodzaju.
    – Lubię ten dziwaczy styl geeka.
    Cieszyłam się, że nie może widzieć mojego zaskoczonego wyrazu twarzy. Nigdy nie myślałam o tym, że Pam też może lubić facetów.
    – Wyglądało na to, że aktualnie nikogo nie ma – powiedziałam, mam nadzieję, zwykłym tonem.
    – Ach. Może zrobię sobie niedługo wakacje w Dallas.
    To też mnie zdziwiło, nie wiedziałam, że wampir może się zainteresować innym wampirem. Nigdy nie widziałam takiego przypadku.
    – Jestem – powiedział Eric.
    – Też jestem – odpowiedziałam, zdziwiona jego niekonwencjonalnym sposobem odbierania telefonu.
    – Sookie, moja mała kulowysysaczka – powiedział czule i ciepło.
    – Eric, mój wielki kłamca.
    – Chcesz czegoś, kochanie?
    – Nie jestem twoim kochaniem, to po pierwsze. Po drugie, Bill mówił, że będziesz w okolicy jutrzejszej nocy.
    – Tak, żeby poszukać menady. Ofiarowane jej wino i młody byk okazały się nieadekwatne.
    – Zaprowadziłeś jej żywego byka?
    Na chwilę zbiła mnie z tropu wizja Erica wprowadzającego krowę do przyczepy, wiozącego ją do autostrady stanowej, a potem zaganiającego miedzy drzewa.
    – Tak, w istocie, zaprowadziliśmy. Pam, Indira i ja.
    – Było zabawnie?
    – Tak – powiedział nieco zaskoczony. – Minęło kilka stuleci, odkąd zajmowałem się żywym inwentarzem. Pam jest dziewczyną z miasta. Indira za bardzo się bała byka, żeby się na coś przydać. Ale jeśli chcesz, kiedy następnym razem będę musiał transportować zwierzęta, zadzwonię do ciebie i też możesz się zabrać.
    – Dzięki, to byłoby urocze – powiedziałam, pewna, że nigdy takiego telefonu nie otrzymam. – Dzwonię, bo chciałabym, żebyś poszedł ze mną jutro na pewną imprezę.
    Zapadła długa cisza.
    – Już nie sypiasz z Billem? Wasza sprzeczka w Dallas była na tyle poważna?
    – Powinnam była powiedzieć raczej „potrzebuję ochroniarza na jutrzejszą noc”. Bill jest w Dallas. – Uderzyłam się w czoło nasadą ręki. – Posłuchaj, to wymaga dłuższych wyjaśnień, ale sytuacja wygląda tak, że jutrzejszej nocy muszę iść na przyjęcie, które tak naprawdę… cóż, to jest… czymś w rodzaju orgii? I potrzebuję kogoś, kto ze mną pójdzie na wypadek… Na wszelki wypadek.
    – To fascynujące – powiedział Eric, jakby naprawdę był zafascynowany. – A skoro będę w okolicy, uznałaś, że mogę cię eskortować? Na orgię?
    – Wyglądasz prawie jak człowiek – powiedziałam.
    – To ludzka orgia? Taka, która wyklucza wampiry?
    – To ludzka orgia, a żaden z jej uczestników nie wie, że przyjdzie jakiś wampir.
    – Czyli im bardziej ludzko będę wyglądał, tym mniej przerażający będę?
    – Tak. Muszę poczytać w ich myślach, pogrzebać w ich umysłach. I jeśli zmuszę ich do myślenia o czymś konkretnym, a potem usłyszę to, o co mi chodzi, będziemy mogli wyjść.
    Właśnie przyszedł mi do głowy genialny pomysł, jak skłonić wszystkich do myślenia o Lafayetcie. Problemem będzie tylko powiedzenie tego Ericowi.
    – Czyli chcesz, żebym poszedł na ludzką orgię, na której nie będę mile widziany, i chcesz, żebyśmy wyszli, zanim zacznę się dobrze bawić?
    – Tak – powiedziałam, prawie piszczac z nerwów. Wóz albo przewóz. – I… Czy mógłbyś udawać geja?
    Znów zapadła długa cisza.
    – O której godzinie mam się zjawić? – zapytał spokojnie.
    – Um. Wpół do dwudziestej drugiej? Żebym mogła ci wyjaśnić o co chodzi?
    – Zatem o wpół do dwudziestej drugiej w twoim domu.
    – Odnoszę telefon – poinformowała mnie Pam. – Co powiedziałaś Ericowi? Zamknął oczy i potrząsa głową w tył i w przód.
    – Śmieje się? Chociaż trochę?…
    – Nie sądzę – powiedziała Pam.

    Tłum. Puszczyk 1

Rozdział 10

    Bill nie oddzwonił tamtej nocy, a następnego dnia wyszłam do pracy przed zmrokiem. Kiedy wróciłam, żeby przebrać się przed „imprezą”, zauważyłam, że zostawił mi wiadomość.
    – Sookie, ciężko było mi ustalić, jaka jest sytuacja, bo wiadomość, którą mi zostawiłaś, była niejasna – powiedział. Jego spokojny zwykle głos był teraz przepełniony jakimś smutkiem. – Jeśli wybierasz się na to przyjęcie, pod żadnym pozorem nie idź sama. Nie warto. Zabierz ze sobą brata albo Sama.
    Cóż, idę tam z kimś jeszcze silniejszym, więc powinnam czuć się dobrze. Jednak przyszło mi do głowy, że fakt, że zabieram ze sobą Erica, nie uspokoiłby Billa.
    – Stan Davies i Joseph Velasquez przesyłają pozdrowienia. Tak samo Barry, ten boy hotelowy.
    Uśmiechnęłam się. Siedziałam ze skrzyżowanymi nogami na łóżku, ubrana tylko w miękki, stary szlafrok, szczotkując włosy i jednocześnie odsłuchując tę wiadomość.
    – Pamiętam o piątkowej nocy – powiedział Bill głosem, który zawsze przyprawiał mnie o dreszcze. – Nigdy nie zapomnę.
    – Co się stało piątkowej nocy? – zapytał Eric.
    Byłam tak zaskoczona, że prawie podskoczyłam. Kiedy poczułam, że moje serce jednak nie chce wyskoczyć z mojej klatki piersiowej, podniosłam się z łóżka i podeszłam do niego, formując dłonie w pięści.
    – Masz wystarczająco dużo lat, żeby wiedzieć, że nie wchodzi się do cudzego domu bez pukania i zaproszenia do środka. Poza tym, czy ja cię kiedykolwiek zaprosiłam do środka?
    Musiałam go zaprosić, inaczej nie mógłby przekroczyć progu tego domu.
    – Kiedy wpadłem zobaczyć się z Billem miesiąc temu. I pukałem. – Starał się wyglądać, jakby moje słowa go zraniły. – Nie odpowiadałaś, a wydawało mi się, że słyszałem głosy, więc wszedłem. Próbowałem nawet cię wołać.
    – Możliwe, że wyszeptałeś moje imię, ale zachowałeś się źle i o tym wiesz!
    Nadal byłam wściekła.
    – Co zamierzasz założyć na imprezę? – zapytał Eric, efektownie zmieniając temat. – Jeśli to ma być orgia, w co może się ubrać taka grzeczna dziewczyna jak ty?
    – Nie wiem – powiedziałam, nieco przygnębiona tą perspektywą. – Jestem pewna, że powinnam wyglądać jak dziewczyna, która bywa na orgiach, ale nigdy na żadnej nie byłam i nie mam pojęcia, od czego zacząć, ale mam dość jasną wizję, jak powinnam ostatecznie wyglądać.
    – Ja bywałem na orgiach.
    – Czemu mnie to nie dziwi? Więc w co się ubrałeś?
    – Ostatnio wymagana była zwierzęca skóra, ale tym razem zdecydowałem się na to.
    Eric miał na sobie długi płaszcz w wojskowym stylu. Teraz zdjął go teatralnym gestem, a ja mogłam tylko stać i się gapić. Normalnie Eric był typem faceta noszącego dżinsy i T-shirt. Teraz miał na sobie różowy tank top [38] i lycrowe legginsy. Nie mam pojęcia, gdzie je kupił; nie znałam ani jednej firmy produkujące lycrowe legginsy w męskim rozmiarze XL. Były różowo-błękitne, jak zawijasy na drzwiach auta Jasona.
    – Wow – powiedziałam, nie mogąc wykrztusić z siebie nic innego. – Wow. To się nazywa strój…
    Kiedy patrzy się na faceta w lycrze, wyobraźnia nie ma wielkiego pola do popisu. Oparłam się pokusie poproszenia Erica, żeby się obrócił.
    – Nie sądzę, że byłbym przekonujący jako drag queen [39] – powiedział Eric – ale zdecydowałem, że to powinno być odpowiednie na taką okazję.
    Zatrzepotał rzęsami, najwyraźniej świetnie się bawiąc.
    – Och, tak – powiedziałam, starając się patrzeć w innym kierunku.
    – Czy chcesz, żebym poszukał w twojej szafie czegoś odpowiedniego? – zapytał.
    Zdążył już otworzyć górną szufladę szafki z moją bielizną, zanim krzyknęłam:
    – Nie, nie! Zaraz coś znajdę!
    Ale nie mogłam znaleźć nic bardziej seksownego niż koszulka i szorty. W każdym razie szorty były jeszcze z czasów liceum i zakrywały mnie tak samo, jak „gąsienica ściskająca motyla”, jak poetycko ujął Eric.
    – Wyglądam raczej jak Kaczka Daisy – wymamrotałam, zastanawiając się, czy pasek dołu od bikini odciśnie się na moim tyłku na zawsze.
    Miałam na sobie stalowoniebieski stanik i wydekoltowany podkoszulek, który eksponował większość ozdób na biustonoszu. To był jeden z moich zapasowych staników i miałam nadzieję, że nic mu się nie stanie, bo Bill go jeszcze nie widział. Moja opalenizna jeszcze nie zeszła. Włosy zostawiłam rozpuszczone.
    – Patrz, nasze włosy mają ten sam kolor – powiedziałam, patrząc na nas w lustrze.
    – Jasne – wyszczerzył się do mnie. – Ale czy jesteś blondynką wszędzie?
    – Chciałbyś wiedzieć, co?
    – Tak – przyznał po prostu.
    – Cóż, możesz się tylko domyślać.
    – Bo ja tak – powiedział. – Całkiem blond.
    – Domyśliłam się po torsie.
    Podniósł moją rękę, żeby obejrzeć pachę.
    – Kobieca głupota, golić się – stwierdził, puszczając moją rękę.
    Już chciałam powiedzieć coś na ten temat, ale zorientowałam się, że to nie doprowadzi do niczego dobrego, więc zamiast tego stwierdziłam:
    – Musimy jechać.
    – Nie masz zamiaru się poperfumować? – Zaczął wąchać wszystkie buteleczki, które stały na mojej toaletce. – Wybierz te! – Rzucił we mnie jedną z buteleczek. Złapałam ją bez namysłu. Uniósł brwi. – Wypiłaś więcej wampirzej krwi, niż sądziłem, Sookie.
    – „Obsesja” – przeczytałam na buteleczce. – Och, w porządku.
    Przezornie nie skomentowałam jego obserwacji, tylko skropiłam się perfumami między piersiami i za kolanami. Czułam, że zapach otacza mnie od stóp do głów.
    – Jaka jest nasza misja, Sookie? – zapytał Eric, przyglądając się moim czynnościom z zainteresowaniem.
    – Idziemy na tę głupią niby-seks-imprezę i staramy się jak najmniej rzucać w oczy. Będę zbierać informacje z umysłów ludzi tam zebranych.
    – Informacje dotyczące…?
    – Dotyczące śmierci Lafayette’a Reynolda, kucharza w barze Merlotte’s.
    – A dlaczego to robimy?
    – Bo lubiłam Lafayette’a. I żeby oczyścić Andy’ego Bellefleura z zarzutu zabójstwa Lafayette’a.
    – Bill wie, że pomagasz Bellefleurowi?
    – Czemu o to pytasz?
    – Wiesz, że Bill nienawidzi Bellefleurów.
    Eric powiedział to takim tonem, jakby był to najlepiej znany fakt w całej Luizjanie.
    – Nie – odpowiedziałam. – Nie, nie wiedziałam o tym. – Usiadłam na krześle przy łóżku i skupiłam wzrok na jego twarzy. – Dlaczego?
    – Musisz go sama zapytać, Sookie. I to jedyny powód, dla którego tam idziemy? Nie używasz tego jako sprytnej wymówki, żeby się ze mną poobściskiwać?
    – Nie jestem na tyle sprytna, Eric.
    – Myślę, że się oszukujesz, Sookie – stwierdził z szerokim uśmiechem.
    Przypomniało mi się, że według tego, co mówił Bill, Eric mógł teraz wyczuwać moje nastroje. Ciekawe, co takiego wiedział o mnie, czego nie wiedziałam nawet ja sama.
    – Posłuchaj, Eric… – zaczęłam, kiedy wyszliśmy z domu i przeszliśmy przez ganek. Potem zatrzymałam się i zaczęłam zastanawiać, jak ująć to, co chcę powiedzieć.
    Zaczekał. Wieczór był pochmurny, a od lasu bił chłód. Wiedziałam, że noc po prostu wydaje mi się groźna, bo wybieram się na imprezę, która budzi mój niesmak. Będę szukać informacji, przed którymi całe życie chroniłam swój umysł – taka sytuacja wydawała mi się wręcz idiotyczna, ale czułam jakiś wewnętrzny obowiązek, musiałam pomóc Andy’emu Bellefleurowi odkryć prawdę; do tego, w dziwny sposób, szanowałam Portię za to, że chciała skazać się na coś nieprzyjemnego, żeby tylko pomóc bratu. Fakt, że Portia odczuwała prawdziwy wstręt do Billa, był dla mnie niepojęty, ale jeśli Bill mówił, że się go bała, to najwyraźniej tak było. Mnie przerażał ten nadchodzący wieczór, w czasie którego miałam poznać prawdziwe twarze ludzi, których znałam od zawsze.
    – Nie pozwól, żeby coś mi się stało, dobrze? – powiedziałam Ericowi. – Nie chcę się zbliżać do nikogo z tych ludzi. Chyba boję się, że coś się stanie, ktoś posunie się za daleko. Nawet dla odkrycia, kto zamordował Lafayette’a, nie mam zamiaru uprawiać z nikim seksu.
    Tego się właśnie bałam najbardziej: że coś pójdzie nie tak, jakiś środek bezpieczeństwa zawiedzie i stanę się ofiarą. Kiedy byłam dzieckiem, coś mi się przytrafiło; coś, czemu nie mogłam zapobiec ani przeciwdziałać, coś niezwykle złego. Wolałabym raczej umrzeć, niż przeżyć coś takiego jeszcze raz. To właśnie dlatego tak desperacko walczyłam z Gabe’em i dlatego tak mi ulżyło, kiedy Godfrey go zabił.
    – Ufasz mi? – Eric wydawał się być zaskoczony.
    – Tak.
    – To… szaleństwo, Sookie.
    – Nie sądzę.
    Nie miałam pojęcia, skąd przyszła ta pewność, ale tak, byłam pewna. Założyłam długi, ciepły sweter, który zabrałam ze sobą.
    Kręcąc głową, Eric (szczelnie zapięty w swoim wojskowym płaszczu) otworzył przede mną drzwi do swojej czerwonej corvetty. Przynajmniej przyjedziemy w wielkim stylu.
    Powiedziałam Ericowi, jak dojechać do Mimosa Lake, i wyjaśniłam mu tyle, ile zdążyłam, kiedy jechaliśmy wąską drogą. Eric prowadził z niezwykłym zapałem i… i nieostrożnością kogoś, kogo ciężko zabić.
    – Pamiętaj, że jestem śmiertelna – powiedziałam po tym, kiedy pokonaliśmy zakręt z zawrotną prędkością. Żałowałam, że moje paznokcie nie są na tyle długie, abym mogła je obgryzać.
    – Myślę o tym dość często – powiedział, skupiając się na drodze.
    Nie wiedziałam, co o tym sądzić, więc postanowiłam się zrelaksować i zaczęłam myśleć o miłych rzeczach. Ciepła kąpiel w wannie Billa. Ładny czek, który dostanę za udzielenie pomocy wampirom z Dallas. Fakt, że Jason umawia się z jedną dziewczyną od kilku miesięcy, co może znaczyć, że albo traktuje ją poważnie, albo w gminie Renard nie ma już innych wolnych kobiet. To była piękna, chłodna noc, a ja siedziałam w świetnym aucie.
    – Jesteś zadowolona – zauważył Eric.
    – Tak, jestem.
    – Będziesz bezpieczna.
    – Dzięki. Wiem, że będę.
    Zwróciłam jego uwagę na tabliczkę z napisem FOWLER, która wskazywała zakręt ukryty wśród mirtu i głogu. Skręciliśmy w krótką, żwirowatą drogę, z obu stron otoczoną drzewami. Eric zmarszczył brwi, kiedy corvetta jechała po koleinach. Gdy droga się wyrównała, znaleźliśmy się na otwartej przestrzeni. Niedaleko stały cztery samochody zaparkowane przed chatą z bali. Okna były otwarte, żeby chłód wieczoru mógł wpadać do środka, ale zasłony zaciągnięto. Mogłam słyszeć głosy dobywające się z wnętrza domu, ale sama nie byłam w stanie nic powiedzieć. Nagle bardzo, bardzo nie chciałam wchodzić do domku letniskowego Jan Fowler.
    – Mogę udawać biseksualistę? – zapytał Eric.
    Wydawało się, że mu to nie przeszkadza, wyglądał nawet na dość rozbawionego. Staliśmy obok siebie przy jego samochodzie, ja trzymałam ręce w kieszeniach swetra.
    – Jasne. – Wzruszyłam ramionami. Co za różnica? To i tak tylko farsa.
    Kątem oka zauważyłam jakiś ruch. Ktoś na nas patrzył zza częściowo odsuniętej zasłony.
    – Obserwują nas – dodałam.
    – Więc będę się zachowywał przyjacielsko.
    Eric nachylił się i, nie przyciągając mnie do siebie, położył swoje usta na moich. Nie objął mnie, przez co poczułam się całkiem zrelaksowana. Wiedziałam, że jeśli tu przyjadę, będę musiała całować obcych ludzi, więc skoncentrowałam się na tym.
    Może miałam naturalny talent, który rozwinął się pod okiem świetnego nauczyciela. Bill nauczył mnie, jak się całować, i chciałam, żeby był ze mnie dumny.
    Wnosząc po stanie lycry Erica, odniosłam sukces.
    – Gotowy, żeby wejść do środka? – zapytałam, z całych sił próbując nie patrzeć w dół.
    – Nie całkiem – odpowiedział. – Ale sądzę, że musimy. Przynajmniej wyglądam odpowiednio.
    To był drugi raz, kiedy pocałowałam Erica i podobało mi się to bardziej, niż powinno, co mnie przeraziło, ale i wywołało lekki uśmiech w kącikach moich ust. Ruszyliśmy w kierunku drzwi i przeszliśmy przez duży drewniany taras, na którym stały aluminiowe krzesła i sporych rozmiarów grill. Drzwi z siatką zaskrzypiały cicho, kiedy Eric je otworzył, a ja zapukałam lekko do właściwych drzwi.
    – Kto tam? – zapytała Jan Fowler.
    – Sookie z przyjacielem – odpowiedziałam.
    – Och, wspaniale! Wchodźcie!
    Gdy otworzyłam drzwi, twarze wszystkich zgromadzonych w pokoju zwróciły się w naszą stronę. Początkowe uśmiechy zmieniły się w długie, pełne zainteresowania spojrzenia, kiedy Eric wszedł za mną. Stanął obok mnie, z płaszczem przewieszonym przez ramię, i myślałam, że zwariuję od różnorodności reakcji zebranych tu ludzi. Kiedy już zorientowali się, że Eric jest wampirem (co zajęło im przynajmniej z minutę), wszyscy zaczęli przyglądać się jego ciału.
    – Sookie, kim jest twój przyjaciel?
    Jan Fowler, trzydziestokilkulatnia parokrotna rozwódka, miała na sobie coś, co wyglądało jak koronkowa halka. Włosy miała podzielone na pasma i profesjonalnie zmierzwione, a jej makijaż był nieco sceniczny, ale w chatce przy Mimosa Lake wydawał się przesadą. Najwyraźniej jednak Jan wyszła z założenia, że na własnej orgii może się ubrać w co chce.
    Zdjęłam sweter i z zażenowaniem czekałam, aż przestaną nachalnie mi się przyglądać – tak samo, jak wcześniej Ericowi.
    – To Eric – powiedziałam. – Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko, że go przyprowadziłam?
    – Im więcej, tym weselej – powiedziała z niewątpliwą szczerością. Jej oczy ani razu nie podniosły się, żeby spojrzeć na twarz Erica. – Eric, co mogę ci zaoferować do picia?
    – Krew? – zapytał z nadzieją.
    – Tak, powinniśmy mieć trochę 0 Rh+ gdzieś tutaj – powiedziała, nie mogąc oderwać oczu od lycry. – Czasami… udajemy.
    Znacząco uniosła brwi i rzuciła Ericowi pożądliwe spojrzenie.
    – Nie ma powodu dalej udawać – stwierdził, rewanżując jej się podobnym spojrzeniem, a potem ruszył za nią w kierunku lodówki, po drodze trącając Eggsa w ramię.
    Widać było, że Eggs jest podpity. Och. Cóż, przynajmniej wiem, że mogę się czegoś dowiedzieć. Tara siedziała obok niego z nadąsaną miną. Jej ciemne włosy opadały na oczy. Miała na sobie odblaskowoczerwony stanik i majtki w podobnym kolorze; wyglądała nawet nieźle. Paznokcie pomalowała pasującym lakierem, dobrała też ładną szminkę. Przygotowała się. Nasze spojrzenia się skrzyżowały i Tara odwróciła wzrok. Nie trzeba było umieć czytać w myślach, żeby rozpoznać bijący od niej wstyd.
    Mike Spencer i Cleo Hardaway siedzieli na rozpadającej się kanapie ustawionej pod ścianą po lewej. Cała chatka to był jeden duży pokój ze zlewem i kuchenką przy prawej ścianie i ukrytą w dalekim kącie łazienką. Wszystkie meble były stare, taki zwyczaj w Bon Temps, chociaż większość chatek przy jeziorze nie miała na wyposażeniu puchatego dywanu i mnóstwa poduszek rozrzuconych po całym pomieszczeniu, a także takich grubych i ciężkich zasłon w oknach. Dodatkowo, rzeczy rozrzucone po dywanie były zwyczajnie nieprzyjemne. Nie miałam pojęcia, do czego niektóre z nich mogą służyć.
    Przywołałam na twarz wesoły uśmiech i uściskałam Cleo Hardaway tak, jak zwykłam to czynić, kiedy ją widziałam. Tylko że wtedy, kiedy prowadziła szkolną stołówkę, miała na sobie więcej ubrań. Chociaż i tak majtki to było więcej, niż miał na sobie Mike. Cóż, wiedziałam, że będzie źle, ale na niektóre widoki po prostu nie można się wcześniej przygotować. Wielki, czekoladowy biust Cleo błyszczał od jakiejś dziwnej oliwki, podobnie jak intymne zakątki Mike’a. Nie chciałam o tym myśleć, naprawdę.
    Mike próbował złapać mnie za rękę, prawdopodobnie po to, bym włączyła się do zabawy z oliwką, ale odeszłam stamtąd i dołączyłam do Eggsa i Tary.
    – Nie spodziewałam się, że przyjdziesz – powiedziała Tara.
    Uśmiechała się, ale nie było to zbyt radosne. W zasadzie wyglądała na cholernie nieszczęśliwą. Może miał z tym coś wspólnego fakt, że Tom Hardaway klęczał przy niej i lizał wewnętrzną stronę jej nogi. Może to przez jawne zainteresowanie Eggsa Erikiem. Próbowałam złapać kontakt wzrokowy z Tarą, ale zrobiło mi się niedobrze.
    Byłam tu dopiero pięć minut, ale mogłabym się założyć, że było to najdłuższe pięć minut w moim życiu.
    – Często to robicie? – zapytałam Tarę.
    Eggs, ze wzrokiem utkwionym w Ericu, który nadal stał przy lodówce i rozmawiał z Jan, zaczął walczyć z zapięciem moich szortów. Eggs znów pił, to dało się wyczuć. Jego oczy były szkliste, a szczęka rozluźniona.
    – Twój przyjaciel jest duży – powiedział.
    – Większy od Lafayette’a – szepnęłam, a jego spojrzenie przeniosło się na mnie. – Uznałam, że będzie tu mile widziany.
    – Jasne – powiedział Eggs, nie odnosząc się do mojego stwierdzenia. – Tak, Eric jest… bardzo duży. Trochę różnorodności to fajna sprawa.
    – To największe urozmaicenie, jakie Bon Temps może zaoferować – stwierdziłam, starając się brzmieć radośnie.
    Postanowiłam zajrzeć do umysłu Eggsa, który dalej męczył się z moim guzikiem. To był duży błąd. Eggs właśnie myślał o tyłku Erica. I o innych częściach jego ciała.
    W tym momencie Eric znalazł się za mną i objął mnie ramionami, przyciągając do siebie i ratując z niezdarnych rąk Eggsa. Oparłam się o Erica, zadowolona, że tam był. Zorientowałam się, że to dlatego, że spodziewałam się, że Eric będzie się źle zachowywać. Ale oglądanie ludzi, których znało się całe życie, kiedy tak się zachowują – to było obrzydliwe. Nie byłam pewna, czy dam radę ukryć odrazę, która malowała się na mojej twarzy, więc poruszyłam się nieco, co najwyraźniej sprawiło Ericowi przyjemność, a potem odwróciłam się twarzą w jego stronę. Oplotłam rękoma jego szyję i uniosłam głowę. Zgodził się na moją milczącą sugestię. Z tak ukrytą twarzą, mogłam się skupić się na odbieraniu myśli od ludzi w tym pokoju, kiedy Eric otworzył moje usta swoim językiem, przez co czułam się dość bezbronna. W pokoju było kilka mocnych „nadajników” i nie czułam się już dłużej sobą, bardziej przypominałam rurociąg, przez który przepływały myśli innych.
    Czułam smak myśli Eggsa. Wspominał Lafayette’a, szczupłe, brązowe ciało, zręczne palce i mocno umalowane oczy. Wspominał szept Lafayette’a. Potem te wspomnienia zostały wyparte przez mniej przyjemne: Lafayette gwałtownie, przeraźliwie protestujący…
    – Sookie – Eric szepnął do mojego ucha tak niskim głosem, że nikt inny nie byłby w stanie go usłyszeć. – Zrelaksuj się, Sookie. Jestem przy tobie.
    Zaczęłam drażnić jego kark dłonią. Okazało się, że ktoś za nim stoi, najwyraźniej się o niego ocierając. Nagle ręka Jan okrążyła Erica i znalazła się na moim tyłku. Przez to, że mnie dotknęła, jej myśli stały się całkiem jasne; była doskonałym „nadajnikiem”. Przejrzałam jej umysł jak otwartą księgę, ale nie zauważyłam niczego interesującego. Myślała o anatomii Erica i martwiła się swoją fascynacją klatką piersiową Cleo. Nic, co mogłoby mi pomóc.
    Spróbowałam szukać innych myśli, tym razem w głowie Mike’a Spencera, ale znalazłam tylko kolejne wspomnienia, tak nieprzyjemne, jak się spodziewałam. Kiedy dotykał piersi Cleo, przypomniało mu się inne ciemnoskóre ciało, bezwładne i martwe. Jego własne ciało ożywiało się na samo wspomnienie. W jego wspomnieniach widziałam też Jan śpiącą na zniszczonej kanapie, groźbę Lafayette’a, że jeśli nie przestaną go krzywdzić, to powie wszystkim, co robił i z kim, a potem były tylko pięści Mike’a, Tom Hardaway klęczący na chudej, ciemnej klatce piersiowej…
    Musiałam się stąd wydostać. Nie mogłabym tego znieść, nawet gdybym właśnie nie odkryła tego, po co tu przyszłam. Nie wiedziałam, jak Portia była w stanie tu wytrzymać, zwłaszcza, że żeby się czegoś dowiedzieć, będzie musiała tu zostać, bo nie ma takiego „daru” jak ja.
    Czułam rękę Jan masującą mój tyłek. To był najbardziej pozbawiony radości pretekst, żeby uprawiać seks – seks sam w sobie, oddzielony od rozumu i ducha, od miłości i fascynacji. Nawet od zwykłego lubienia. Z tego, co mówiła moja czterokrotnie zamężna przyjaciółka, Arlene, wiedziałam, że mężczyźni nie mieli z tym problemów. Najwyraźniej niektóre kobiety też nie.
    – Muszę stąd wyjść – szepnęłam prosto w usta Erica. Wiedziałam, że może mnie usłyszeć.
    – Chodź ze mną – odpowiedział tak cicho, jakbym słyszała go tylko w swojej głowie.
    Podniósł mnie i przewiesił sobie przez ramię. Moje włosy zwisały w dół, sięgały prawie do połowy jego uda.
    – Idziemy na chwilę na zewnątrz – wyjaśnił Jan, po czym usłyszałam głośne cmoknięcie. Musiał ją pocałować.
    – Też mogę pójść? – zapytała na bezdechu, starając się imitować głos Marleny Dietrich. Całe szczęście, że nie mogła widzieć wyrazu mojej twarzy.
    – Daj nam minutkę. Sookie nadal się trochę wstydzi – powiedział Eric głosem tak obiecującym, jak tubka lodów o nowym smaku.
    – Rozgrzej ją porządnie – powiedział Mike Spencer stłumionym głosem. – Wszyscy chcemy zobaczyć naszą Sookie rozpaloną.
    – Będzie rozpalona – obiecał Eric.
    – Cholernie rozpalona – domagał się Tom Hardaway spomiędzy nóg Tary.
    Potem, chwała Ericowi za to, znaleźliśmy się na zewnątrz i położył mnie na masce corvetty. Sam położył się na mnie, ale większość swojego ciężaru przerzucił na ręce, które znajdowały się po obu stronach moich ramion.
    Patrzył na mnie, a jego twarz spoważniała. Wystawił kły. Jego oczy się rozszerzyły -białka były tak jasne, że mogłam je widzieć nawet w takiej ciemności. Było jednak zbyt ciemno, żebym mogła zobaczyć błękit jego oczu, nawet gdybym chciała.
    Nie chciałam.
    – To było… – zaczęłam, ale musiałam przerwać. Wzięłam głęboki wdech. – Możesz mnie nazywać słodką idiotką, jeśli chcesz, i nie będę cię za to winić, w końcu to był mój pomysł. Ale wiesz, co myślę? Myślę, że to okropne. Mężczyźni naprawdę tak robią? I kobiety też, tak na dobrą sprawę? To takie zabawne, uprawiać seks z kimś, kogo się nawet nie lubi?
    – Lubisz mnie, Sookie? – zapytał Eric. Oparł się o mnie bardziej i poruszył nieznacznie.
    Ojejku, nie jest dobrze.
    – Eric, pamiętasz, czemu tu jesteśmy?
    – Patrzą na nas.
    – Nawet jeśli, pamiętasz?
    – Tak, pamiętam.
    – Więc musimy już jechać.
    – Masz jakieś dowody? Wiesz wszystko, czego chciałaś się dowiedzieć?
    – Nie mam więcej dowodów, niż miałam przed dzisiejszą nocą. Nie dowody, które można przedstawić w sądzie. – Zmusiłam się, żeby opleść rękoma jego żebra. – Ale wiem, kto to zrobił. Mike, Tom i być może Cleo.
    – To interesujące – powiedział Eric, ale jego głos był daleki od szczerości.
    Jego język wślizgnął się do mojego ucha. Bardzo to lubię i nie mogłam opanować przyspieszonego oddechu. Może nie byłam tak odporna na seks bez zobowiązań, jak sądziłam, że jestem. Ale z drugiej strony: lubiłam Erica, kiedy akurat się go nie bałam.
    – Nie, nie podoba mi się to – powiedziałam, dochodząc do innego wniosku. – Ani trochę mi się nie podoba. – Spróbowałam odepchnąć Erica, ale bezskutecznie. – Eric, słuchaj, co mówię. Zrobiłam wszystko, co mogłam, dla Lafayette’a i Andy’ego Bellefleura, choć to raczej niewiele. Będzie musiał po prostu zrobić coś z tym, co tu odkryłam. Jest policjantem. Może znaleźć dowody. Nie jestem na tyle altruistyczna, by ciągnąć to dalej.
    – Sookie – powiedział Eric. Myślę, że nie słyszał ani słowa. – Ulegnij mi.
    Cóż, to było całkiem bezpośrednie.
    – Nie – powiedziałam najbardziej stanowczym głosem, na jaki mogłam się zdobyć. – Nie.
    – Ochronię cię przed Billem.
    – To tobie będzie potrzebna ochrona!
    Kiedy pomyślałam o tym, co powiedziałam, od razu tego pożałowałam.
    – Myślisz, że Bill jest silniejszy ode mnie?
    – Nie chcę ciągnąć tej rozmowy. – Ale i tak ją kontynuowałam. – Eric, doceniam, że chciałeś mi pomóc i przyjechałeś ze mną do tego okropnego miejsca.
    – Uwierz mi, Sookie, to małe zbiorowisko śmieci jest niczym w porównaniu do miejsc, w których bywałem.
    Absolutnie mu uwierzyłam.
    – W porządku, ale dla mnie to jest okropne. Teraz rozumiem, że to mogło, hm, rozbudzić twoje oczekiwania, ale wiesz, że nie przyjechałam to dziś, żeby uprawiać seks z kimkolwiek. Bill jest moim narzeczonym.
    Chociaż słowa Bill i narzeczony w jednym zdaniu brzmiały niedorzecznie, to właśnie „narzeczony” określało funkcję, jaką Bill pełnił w moim świecie.
    – Miło mi to słyszeć – powiedział chłodny, znajomy głos. – W innym wypadku ta scena mogłaby mnie zaniepokoić.
    Och, po prostu świetnie.
    Eric podniósł się ze mnie, a ja szybko zeszłam z maski samochodu i podążyłam w kierunku, z którego dochodził głos Billa.
    – Sookie – powiedział, kiedy podeszłam bliżej – wygląda na to, że nie mogę pozwalać ci nigdzie chodzić samej.
    O ile mogłam stwierdzić przy tak lichym oświetleniu, nie cieszył się specjalnie, że mnie widzi. Ale nie mogłam go za to winić.
    – Popełniłam spory błąd – przyznałam z głębi serca.
    Przytuliłam go.
    – Pachniesz jak Eric – powiedział z twarzą w moich włosach.
    Cholera, według Billa zawsze śmierdziałam innym facetem. Poczułam falę żalu i wstydu; zorientowałam się też, że coś się zaraz wydarzy.
    Ale spodziewałam się czegoś innego niż to, co się stało.
    Andy Bellefleur wyszedł zza krzaków z pistoletem w ręku. Jego ubrania były podarte i poplamiona. Miał przy sobie wielki pistolet.
    – Sookie, odsuń się od wampira – powiedział.
    – Nie.
    Przylgnęłam do Billa, jak tylko mogłam najbardziej. Nie wiedziałam, czy to ja chcę go ochronić, czy on mnie. Ale jeśli Andy chciał nas rozdzielić, ja chciałam nas połączyć.
    Nagle usłyszałam głosy dobiegające z ganku chatki. Ktoś musiał wyglądać przez okno – choć wcześniej podejrzewałam, że to wymysł Erica – bo, choć głosy nie były podniesione, wydawało się jasne, że w środku działo się coś, co przyciągnęło uwagę wszystkich. Kiedy Eric i ja byliśmy w ogrodzie, orgia trwała. Tom Hardaway był nagi, Jan też. Eggs Tallie wyglądał na jeszcze bardziej pijanego.
    – Pachniesz jak Eric – powtórzył Bill syczącym głosem.
    Odwróciłam się w jego stronę, całkiem zapominając o Andym i jego pistolecie. I straciłam cierpliwość, poniosło mnie. To się zdarza dość rzadko, ale nie aż tak jak dawniej. To było nawet upajające.
    – Tak, och-ach, a ja nawet nie mogę powiedzieć, jak ty pachniesz! Z tego, co wiem, byłeś z sześcioma kobietami! Niezbyt sprawiedliwe, co?
    Bill patrzył na mnie, oszołomiony. Za moimi plecami Eric się śmiał. Tłum na tarasie umilkł, zafascynowany. Andy uznał, że nie powinniśmy ignorować faceta, który ma broń.
    – Stańcie w grupie – zażądał. Musiał sporo wypić.
    Eric wzruszył ramionami.
    – Miałeś kiedyś do czynienia z wampirami, Bellefleur? – zapytał.
    – Nie – odpowiedział Andy. – Ale mogę cię zastrzelić. Mam srebrne naboje.
    – To jest… – zaczęłam, ale Bill zatkał moje usta rękę.
    Srebrne kule były zabójcze tylko dla wilkołaków, ale wampiry też nie najlepiej reagowały na srebro i, gdyby zostały trafione w punkty witalne, z pewnością by cierpiały.
    Eric uniósł brwi i stanął obok uczestników orgii na tarasie. Bill ujął mnie za rękę i też tam podeszliśmy. Po raz pierwszy chciałabym wiedzieć, o czym Bill myśli.
    – Które z was to było? A może wszyscy? – krzyknął Andy.
    Nikt się nie odezwał. Stałam obok Tary, która trzęsła się w zimna w swojej czerwonej bieliźnie. Była przerażona, co mnie nie dziwiło. Zastanowiłam się, czy poznanie myśli Andy’ego mogłoby w czymś pomóc i skupiłam na nim swoją uwagę.
    Nie najlepiej czyta się w myślach pijanych osób, myślą tylko o głupich rzeczach, ich pomysły są nierealne, a wspomnienia niepewne. Andy w tym momencie nie miał zbyt wielu myśli. Nikogo z zebranych nie lubił, nawet siebie, i był zdecydowany wyciągnąć z kogoś prawdę.
    – Sookie, chodź tutaj – wrzasnął.
    – Nie – powiedział stanowczo Bill.
    – Ma tutaj być w ciągu trzydziestu sekund albo ją zastrzelę! – powiedział Andy, celując we mnie.
    – Nie przeżyjesz kolejnych trzydziestu sekund, jeśli to zrobisz – oznajmił Bill.
    Wierzyłam mu. Najwyraźniej – Andy też.
    – Nie obchodzi mnie to – powiedział Andy. – Jej śmierć będzie niewielką stratą dla świata.
    Cóż, to mnie znów rozgniewało. Moja złość zaczynała już ustępować, ale to spowodowało, że znów we mnie zawrzało.
    Uwolniłam się z uścisku dłoni Billa i zeszłam po schodkach do ogródka. Byłam tak zaślepiona gniewem, że zignorowałam broń; miałam nieopisaną ochotę kopnąć Andy’ego w jaja. Strzeliłby we mnie, ale on też by cierpiał. W każdym razie to była tak samo niszczące jak picie. Czy chwila satysfakcji była tego warta?
    – Teraz, Sookie, odczytaj myśli tych wszystkich ludzi i powiedz, które z nich to zrobiło – rozkazał Andy.
    Złapał mnie za kark, jakbym była niegrzecznym szczeniakiem, i odwrócił w kierunku ganku.
    – A jak, do cholery, myślisz, ty pieprzony idioto, co innego tu robiłam? Myślisz, że tak lubię spędzać czas, z takimi dupkami jak oni?
    Andy nadal trzymał moją szyję. Jestem całkiem silna, więc istniała szansa, że się uwolnię i chwycę pistolet, ale nie było to na tyle pewne, żebym chciała ten plan zrealizować. Postanowiłam jeszcze odczekać. Bill starał się przekazać mi coś swoim wyrazem twarzy, ale nie byłam pewna, co takiego. Eric próbował lekceważyć zaloty Tary. Albo Eggsa. Ciężko było stwierdzić.
    Na skraju lasu pojawił się pies. Spojrzałam kątem oka w tamtym kierunku, niezdolna obrócić całej głowy. Cóż, świetnie. Po prostu świetnie.
    – To mój pies – powiedziałam Andy’emu. – Dean, pamiętasz?
    Przydałaby mi się jakaś pomoc pod ludzką postacią, ale Sam pojawił się na scenie jako pies i powinien raczej zostać pod tą postacią, niż ryzykować, że jego sekret się wyda.
    – Tak. Co twój pies tutaj robi?
    – Nie wiem. Nie zastrzel go, dobra?
    – Nigdy nie zastrzeliłbym psa – powiedział nieco zaskoczony.
    – Och, psa nie, ale zastrzelenie mnie byłoby w porządku – stwierdziłam gorzko.
    Pies podszedł do miejsca, w którym stałam. Zastanawiałam się, co teraz chodzi Samowi po głowie. I na ile ludzko potrafi myśleć, kiedy jest pod postacią zwierzęcia. Powoli przeniosłam spojrzenie na pistolet i oczy Sama/Deana też podążyły w tamtym kierunku, ale nie mogłam stwierdzić, ile w tym spojrzeniu było świadomości.
    Owczarek collie zaczął wyć. Odsłonił zęby i zaczął wpatrywać się w pistolet.
    – Odejdź stąd, psie – powiedział Andy, poirytowany.
    Gdybym była w stanie utrzymać Andy’ego przez chwilę nieruchomo, wampiry by go natychmiast dopadły. Próbowałam sobie przypomnieć wszystkie filmy, które widziałam. Powinnam chwycić pistolet oburącz i skierować w górę. Ale biorąc pod uwagę, że Andy mnie trzymał za kark nie wydawało się to takie łatwe.
    – Nie, kochanie – powiedział Bill.
    Błyskawicznie na niego spojrzałam. Byłam bardzo zaskoczona. Oczy Billa przesunęły się z mojej twarzy i spoczęły na jakimś punkcie za plecami Andy’ego. Przydałaby mi się jakaś inna podpowiedź.
    – Och, któż jest trzymany jak mały szczeniak? – zapytał jakiś głos, gdzieś zza pleców Andy’ego.
    Och, po prostu super.
    – Ona jest moim posłańcem!
    Menada obeszła Andy’ego wokół, po czym stanęła po jego prawej stronie, parę stóp od niego. Nie weszła między Andy’ego i grupę na ganku. Tej nocy była czysta i nie miała nic na sobie. Uznałam, że wraz z Samem byli w lesie, zabawiając się ze sobą, póki nie usłyszeli głosów. Jej czarne włosy opadały splątaną kaskadą aż do bioder. Wydawało się, że nie jest jej zimno. Cała reszta spośród nas (pomijając wampiry) szczękała zębami z zimna. Ubraliśmy się na orgię, nie na przyjęcie na świeżym powietrzu.
    – Witaj, posłańcu – powiedziała do mnie menada. – Poprzednim razem zapomniałam się przedstawić, o czym przypomniał mi mój psi przyjaciel. Jestem Callisto.
    – Panno Callisto… – powiedziałam, nie wiedząc, jak inaczej się o niej zwrócić. Skinęłabym głową, gdyby Andy nie trzymał mojej szyi. To zaczynało boleć.
    – Kim jest ten silny, odważny osobnik, który cię trzyma? – Callisto podeszła nieco bliżej.
    Nie miałam pojęcia, jak Andy na to zareagował, ale wszyscy na ganku byli zafascynowani i przerażeni – jedyne wyjątki stanowili Eric i Bill, którzy stali z boku, z dala od ludzi. To nie zwiastowało niczego dobrego.
    – To Andy Bellefleur – wykrztusiłam. – Ma pewien problem.
    Po reakcji mojej skóry mogłam stwierdzić, że menada przybliżyła się nieznacznie.
    – Nigdy nie widziałeś niczego takiego jak ja, prawda? – zapytała Andy’ego.
    – Nie – przyznał. Wyglądał na skołowanego.
    – Czy jestem piękna?
    – Tak – odparł bez wahania.
    – Czy zasługuję na ofiarę?
    – Tak – potwierdził.
    – Uwielbiam pijaństwo, a ty jesteś bardzo pijany – stwierdziła radośnie Callisto. – Uwielbiam cielesne przyjemności, a to są ludzie przepełnieni żądzą. Podoba mi się to miejsce.
    – Och, wspaniale – powiedział niepewnie Andy. – Ale ktoś z tych ludzi jest mordercą. I muszę wiedzieć kto.
    – Nie tylko jeden – wymamrotałam.
    Andy potrząsnął mną, gdy tylko sobie przypomniał, że nadal trzyma mój kark. Zaczynało mnie to irytować.
    Menada podeszła na tyle blisko, że mogła mnie dotknąć. Delikatnie pogłaskała mnie po twarzy. Mogłam poczuć zapach ziemi i wina na jej dłoni.
    – Nie jesteś pijana – zauważyła.
    – Nie.
    – I nie odczułaś żadnych cielesnych przyjemności tego wieczoru.
    Zaśmiała się. Miała wysoki, przypominający kaszel śmiech, który trwał i trwał.
    Chwyt Andy’ego osłabł, gdy menada się do niego zbliżyła. Nie miałam pojęcia, jak ludzie na tarasie zinterpretowali to, co widzą, ale Andy wiedział, że ma przed sobą stworzenie nocy. Dość niespodziewanie mnie puścił.
    – Podejdź tu, nowa dziewczyno – zawołał Mike Spencer. – Chcemy ci się przyjrzeć.
    Upadłam na ziemię, tuż obok Deana, który z entuzjazmem zaczął lizać moją twarz. Z tego punktu widzenia dostrzegłam rękę menady oplatającą talię Andy’ego. Andy przełożył pistolet do lewej ręki, żeby móc odwzajemnić ten gest.
    – Ktoś z tych ludzi zabił faceta imieniem Lafayette i chcę wiedzieć kto – powiedział Andy wojowniczym tonem, charakterystycznym dla kogoś pijanego.
    – Oczywiście, że chcesz, kochanie – powiedziała śpiewnie menada. – Mam to dla ciebie odkryć?
    – Tak – błagał.
    – W porządku.
    Zaczęła przyglądać się wszystkim po kolei i skinęła palcem w kierunku Eggsa. Tara złapała go za ramię, chcąc, żeby się zatrzymał, ale Eggs szybko podszedł do menady, do tego przez cały czas uśmiechał się głupkowato.
    – Jesteś dziewczyną? – zapytał.
    – Nie taką, którą jesteś w stanie sobie choćby wyobrazić – powiedziała Callisto. – Wypiłeś sporo wina.
    Dotknęła go thyrsis.
    – O, tak – przyznał. Już się nie uśmiechał. Patrzył w oczy Callisto i trząsł się na całym ciele. Jej oczy lśniły.
    Spojrzałam na Billa i zauważyłam, że jego wzrok jest wbity w ziemię. Eric wpatrywał się w maskę swojego samochodu.
    Niezauważona przez nikogo, zaczęłam czołgać się w stronę Billa.
    Ładna mi historia!
    Pies cały czas trzymał się blisko mnie, poganiając mnie nerwowo. Czułam, że chce, żebym poruszała się szybciej. W końcu dotarłam do nóg Billa i chwyciłam się ich kurczowo. Poczułam na włosach jego dłoń, ale bałam się wykonać nagły ruch i wstać.
    Callisto objęła Eggsa ramionami i zaczęła do niego szeptać. On zaś kiwał głową i odszeptywał. Potem go pocałowała, a on zesztywniał. Kiedy go zostawiła i ruszyła w kierunku ganku, pozostał sztywny i patrzył tępo w las. Menada zatrzymała się przy Ericu, który stał bliżej ganka niż ja i Bill. Przyjrzała mu się dokładnie od stóp do głów i uśmiechnęła się przerażająco. Eric patrzył w jej klatkę piersiową, uważając, żeby nie podnieść wzroku na jej twarz.
    – Uroczo – powiedziała. – Po prostu uroczo. Ale nie dla mnie, ty piękny kawałku martwego mięsa.
    A potem podeszła do ludzi na ganku. Wzięła głęboki wdech, chcąc nasycić się wonią pijaństwa i seksu. Węszyła, jakby złapała jakiś trop, a potem odwróciła twarz w stronę Mike’a Spencera. Nie wyglądał zbyt korzystnie, ale Callisto wydawała się zachwycona jego widokiem.
    – Och – powiedziała tak radośnie, jakby właśnie dostała prezent. – Jesteś taki dumny! Jesteś królem? Jesteś dzielnym żołnierzem?
    – Nie – odpowiedział Mike. – Jestem właścicielem domu pogrzebowego. – Jego głos nie był zbyt stanowczy. – Czym pani jest?
    – Widziałeś kiedykolwiek coś, co by mnie przypominało?
    – Nie – powiedział, a wszyscy inni pokręcili przecząco głowami.
    – Nie pamietasz mojej pierwszej wizyty?
    – Nie, psze pani.
    – Ale złożyłeś mi wtedy ofiarę.
    – Złożyłem? Ofiarę?
    – O tak, kiedy zabiliście tego Murzyna. Tego ładnego. Zachowywał się jak moje dziecię i był odpowiednią ofiarą dla mnie. Dziękuję, że zostawiłeś go przed barem; uwielbiam bary. Nie mogłeś mnie znaleźć w lesie?
    – Nic pani nie ofiarowaliśmy – powiedział Tom Hardaway, całkiem pokryty gęsią skórką.
    – Widziałam cię – powiedziała.
    Nagle wszystko ucichło. Las wokół jeziora, zawsze pełen cichych dźwięków i nieznacznych ruchów, zamarł. Ostrożnie wstałam.
    – Uwielbiam brutalność seksu, uwielbiam zapach alkoholu – powiedziała rozmarzonym głosem. – Mogę biec przez całe mile, żeby znaleźć się w takim miejscu.
    Przerażenie wypełniające głowy wszystkich na ganku, zaczęło udzielać się i mnie. Ukryłam twarz w dłoniach. Starałam się bronić przed ich myślami najlepiej jak umiałam, ale nie mogłam zlekceważyć tak silnych uczuć. Moje plecy się wygięły i z całych sił zacisnęłam usta, żeby nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Poczułam, że Bill obrócił się w moją stronę, a chwilę potem zjawił się przy nas Eric i teraz byłam miażdżona miedzy dwoma wampirami – nie było w tym nic przyjemnego. Fakt, że chcieli, żebym milczała, tylko zwiększał mój strach; w końcu co może przestraszyć wampiry?
    Pies wcisnął się miedzy nasze nogi, jakby też chciał mnie ochraniać.
    – Uderzyłeś go, kiedy uprawialiście seks. – Maneda zwróciła się do Toma. – Uderzyłeś go, bo jesteś dumny, a jego uległość cię brzydziła i podniecała. – Wyciągnęła kościstą ręką, żeby dotknąć twarzy Toma. Mogłam zobaczyć białka jego oczu. – A ty… – Wolną ręką wskazała Mike’a. – Ty też go uderzyłeś, bo byłeś owładnięty szaleństwem. A potem on zaczął grozić, że powie.
    Jej lewa dłoń przeniosła się z twarzy Toma i dotknęła jego żonę, Cleo. Cleo zdążyła narzucić na siebie sweter, zanim wyszła, ale nie był zapięty.
    Tara, korzystając z tego, że nie została zauważona, próbowała się wymknąć. Jako jedyna nie była sparaliżowana strachem. Czułam w niej trochę nadziei, chęć przeżycia. Wczołgała się pod metalowy stolik w kącie tarasu, zwinęła się w kulkę i zacisnęła oczy. Składała Bogu mnóstwo obietnic odnośnie poprawy swojego zachowania, jeśli pozwoli jej to przeżyć. To też dostało się do mojego umysłu. Smród strachu pozostałych stał się jeszcze bardziej uciążliwy i miałam wrażenie, że moje ciało nie odbiera niczego innego, jakby wszystkie osłony zostały złamane. Byłam tylko ich strachem. Eric i Bill jeszcze się przybliżyli, unieruchamiając mnie między swoimi ramionami.
    Jan, całkiem naga, została kompletnie zlekceważona. Mogę się tylko domyślać, że nic w jej postaci nie zainteresowało menady; Jan nie była dumna, raczej żałosna, i nic tego wieczoru nie piła. Ze wszystkich potrzeb wyeksponowała najbardziej potrzebę seksu, zatracenia się – ale była to potrzeba, która nie miała nic wspólnego z uczuciem cudownego szaleństwa. Starając się, jak zwykle, być w centrum uwagi, Jan przywołała na usta uśmiech, który teoretycznie miał być seksowny i ujęła rękę menady. Nagle zaczęła zwijać się konwulsyjnie, a dźwięki wydobywające się z jej gardła były przerażające. Z jej ust zaczęła toczyć się piana, jej oczy obróciły się w głąb czaszki. Z hukiem upadła na ganek.
    Potem znów nastała cisza, ale coś się działo w tej niewielkiej grupce na ganku, stojącej kilka jardów od nas: coś strasznego i odpowiedniego, coś czystego i okropnego. Ich strach zaczął się zmniejszać, a moje ciało znów stało się spokojne. Okropne ciśnienie znikło z mojej głowy. Ale wraz z jego ustępowaniem, pojawiła się nowa siła: nieopisanie piękna i absolutnie zła.
    To było czyste szaleństwo. Od menady biła obłąkańcza wściekłość, prymitywna żądza, arogancka duma. Było to dla mnie obezwładniające w takim samym stopniu, jak dla ludzi na tarasie. Szarpałam się i rzucałam, kiedy szaleństwo Callisto przeszło na nich, i tylko dłoń Erica na moich ustach sprawiała, że nie krzyczałam jak ludzie na ganku. Ugryzłam go i posmakowałam jego krwi, usłyszałam też, jak chrząknął – najwyraźniej go zabolało.
    To trwało i trwało – krzyki, a potem okropne, mokre dźwięki. Pies, wciśnięty między nasze nogi, skamlał.
    Nagle wszystko ustało.
    Poczułam się jak kukiełka na sznurkach, które nagle zostały przecięte. Zrobiło mi się słabo. Bill położył mnie na masce samochodu Erica. Kiedy otworzyłam oczy, menada na mnie patrzyła. Znów się uśmiechała, ale teraz była umazana krwią. Wyglądało to, jakby ktoś wylał jej na głowę wiadro czerwonej farby; jej włosy ociekały krwią, podobnie jak każdy skrawek jej nagiego ciała. Do tego irytująco śmierdziała metaliczną wonią krwi.
    – Byłaś blisko – powiedziała do mnie, a jej głos był słodki i wysoki jak dźwięk fletu. Przemieszczała się teraz wolniej, jakby zjadła syty posiłek. – Byłaś bardzo blisko. Może już nigdy nie będziesz bliżej, a może i będziesz. Nie widziałam nigdy, żeby ktoś wpadł w obłęd z powodu szaleństwa innych. To interesujące.
    – Może dla ciebie – mruknęłam.
    Pies lekko ugryzł mnie w nogę, żebym lepiej kontrolowała to, co mówię. Menada zerknęła na niego.
    – Mój drogi Sam… – wymamrotała. – Kochanie, muszę cię zostawić.
    Pies spojrzał na nią, jakby rozumiał jej słowa.
    – Spędziliśmy przyjemnie trochę czasu, biegając wspólnie po lesie – powiedziała, głaszcząc go po łbie. – Polując na zające i borsuki.
    Pies zamerdał ogonem.
    – Robiąc inne rzeczy.
    Pies uśmiechnął się i zaczął dyszeć.
    – Ale na mnie już czas, kochanie. Świat jest pełen lasów i ludzi, którzy potrzebują nauczki. Muszę otrzymywać ofiary. Nie mogą o mnie zapomnieć. Są mi to winni – powiedziała spokojnym głosem. – Są mi winni szaleństwo i śmierć.
    Ruszyła powoli w stronę lasu.
    – Poza tym – powiedziała, oglądając się w tył – sezon polowań nie może trwać wiecznie.

    Tłum. Puszczyk 1

Rozdział 11

    Nawet gdybym chciała, nie mogłabym podejść do ganku i zobaczyć, co tam się wydarzyło. Bill i Eric byli przygaszeni, a jeśli wampiry tak wyglądają – oznacza to, że naprawdę nie chcesz wiedzieć, co się stało.
    – Musimy podpalić chatkę – powiedział Eric. – Żałuję, że Callisto sama nie posprzątała bałaganu, który zrobiła.
    – Z tego co wiem, nigdy nie sprząta – powiedział Bill. – Co prawdziwe menady obchodzi, że ktoś może się czegoś o nich dowiedzieć?
    – Och, czy ja wiem – powiedział beztrosko Eric. Sądząc po brzmieniu głosu, właśnie podnosił coś ciężkiego. – Widziałem kilku ludzi, którzy wyglądali na bardzo wkurzonych i dość wnikliwie analizujących to, co się stało.
    – To prawda – przyznał Bill. – Nie powinniśmy zostawić kilkorga z nich na ganku?
    – Jak ich odróżnisz?
    – Też prawda. To jedna z tych rzadkich nocy, kiedy w pełni się z tobą zgadzam.
    – Zadzwoniła do mnie i poprosiła o pomoc. – Tym razem odpowiedź Erica nie dotyczyła słów Billa, ale pytania zadanego jakoś inaczej.
    – W takim razie w porządku. Ale pamiętaj o naszej umowie.
    – Jak mogę zapomnieć?
    – Wiesz, że Sookie nas słyszy.
    – Nie przeszkadza mi to – powiedział Eric i się roześmiał.
    Gapiłam się w nocne niebo, zastanawiając się (choć nie dociekając) o czym oni, do cholery, rozmawiają. Nie byłam jakąś Rosją, żeby mógł mną władać silniejszy dyktator.
    Sam odpoczywał obok mnie, na powrót w ludzkiej postaci, nagi. W tej chwili nie mogłoby mnie to mniej obchodzić. Chłód mu nie przeszkadzał, w końcu był zmiennokształtnym.
    – Ojej, tu jest ktoś żywy – zawołał Eric.
    – To Tara – krzyknął Sam.
    Tara powoli zeszła z tarasu i ruszyła w naszym kierunku. Przytuliła się do mnie i zaczęła płakać. Też objęłam ją ramionami, mimo że ta chwila wydawała mi się niesamowicie dziwna, i pozwoliłam jej się wypłakać. Nadal byłam w stroju w stylu Kaczki Daisy, a ona miała na sobie jaskrawoczerwoną bieliznę. Odniosłam wrażenie, że jesteśmy jak dwie lilie wodne, unoszące się na powierzchni chłodnego jeziora.
    – Myślisz, że w chatce będzie jakiś koc? – zapytałam Sama.
    Wszedł po schodach i zauważyłam, że widok z tyłu był całkiem interesujący. Po kilku chwilach wyszedł – wow, ten widok był nawet bardziej interesujący – i zarzucił koc na mnie i Tarę.
    – Muszę przeżyć – wymamrotałam.
    – Czemu tak mówisz? – zaciekawił się Sam. Nie wydawał się szczególnie zaskoczony tym, co się stało.
    Nie mogłam mu powiedzieć, że to z powodu pewnych widoków, które wpadły mi w oko, więc zapytałam:
    – Co z Eggsem i Andym?
    – To brzmi jak program w radio – powiedziała nagle Tara i zachichotała.
    Nie podobało mi się to.
    – Nadal stoją tam, gdzie ich zostawiła – odpowiedział Sam. – Nadal patrzą.
    – I’m still staring [41] – zaśpiewała Tara na melodię „I'm Still Standing” Eltona Johna.
    Eric wybuchnął śmiechem.
    On i Bill przygotowywali wszystko do podłożenia ognia. Zerknęli na nas, żeby upewnić się, że wszystko w porządku.
    – Jakim samochodem przyjechałaś? – Bill zwrócił się do Tary.
    – Ooo, wampir – powiedziała. – Jesteś facetem Sookie, prawda? Czemu byłeś na meczu z taką suką jak Portia Bellefleur?
    – Też jest urocza – stwierdził Eric. Spojrzał na Tarę z dobrotliwym, ale nieco zawiedzionym uśmiechem, z jakim hodowca psów może patrzeć na słodkiego, ale gorszego od innych szczeniaka.
    – Jakim samochodem przyjechałaś? – powtórzył Bill. – Jeśli jesteś rozsądna, lepiej, żebyś odpowiedziała.
    – Przyjechałam białym camaro – odpowiedziała całkiem trzeźwo. – Dam radę wrócić do domu. Albo i nie. Sam?
    – Jasne, odwiozę cię. Bill, potrzebujecie tu jeszcze mojej pomocy?
    – Myślę, że Eric i ja damy sobie radę. Możesz zabrać tego chudzielca?
    – Eggsa? Zobaczymy.
    Tara cmoknęła mnie w policzek i ruszyła w kierunku swojego auta.
    – Zostawiłam w nim kluczyki – zawołała.
    – Co z twoją torebką?
    Policja na pewno będzie się zastanawiała, co torebka Tary robi w chatce pełnej zwłok.
    – Och… Została tam.
    Spojrzałam na Billa w milczeniu, a on wszedł do chatki. Po chwili wyszedł z torbą wystarczająco dużą, żeby zmieściły się w niej nie tylko kosmetyczka i przedmioty codziennego użytku, ale i ubrania na zmianę.
    – To twoja?
    – Tak, dziękuję – powiedziała Tara, odbierając torebkę w taki sposób, by mieć pewność, że jej skóra nie dotknie skóry Billa. Wcześniej nie miała oporów przed dotykaniem innych, jak zauważyłam.
    Eric zaniósł Eggsa do samochodu Tary.
    – Nie będzie z tego nic pamiętał – poinformował ją, kiedy Sam otwierał tylne drzwi camaro, żeby Eric mógł położyć Eggsa w środku.
    – Chciałabym powiedzieć to samo o sobie. – Jej twarz zdawała się zapadać, eksponując kości; wypadki tej nocy najwyraźniej się na niej odcisnęły. – Żałuję, widziałam to coś, niezależnie od tego, czym ona była. Żałuję, że to w ogóle przyszłam, nienawidziłam tego. Myślałam, że Eggs jest tego warty. – Spojrzała na tylne siedzenie samochodu. – Ale nie jest. Nikt nie jest.
    – Mogę usunąć i twoje wspomnienia – zaoferował swobodnym tonem Eric.
    – Nie – odpowiedziała. – Muszę pamiętać część z tego, co się stało i to jest warte pamiętania także i reszty.
    Tara brzmiała, jakby postarzała się o dwadzieścia lat. Czasami ludzie dorastają w jednej chwili; ja dorosłam w wieku siedmiu lat, kiedy umarli moi rodzice. Tara dorosła tej nocy.
    – Wszyscy poza mną, Eggsem i Andym nie żyją – dodała. – Nie boicie się, że coś powiemy? Będziecie nas ścigać?
    Eric i Bill wymienili spojrzenia. Poten Eric podszedł nieco bliżej do Tary.
    – To nie tak, Tara – zaczął bardzo racjonalnym tonem, a ona popełniła błąd i popatrzyła mu w oczy.
    Kiedy ich spojrzenia już się spotkały, Eric zaczął wymazywać z jej głowy wspomnienie tej nocy. Byłam zbyt zmęczona, by protestować, co i tak na nic by się nie zdało. Skoro Tara zadała tamto pytanie, nie powinno się jej obarczać taką wiedzą. Miałam tylko nadzieję, że nie powtórzy swoich błędów, nawet, jeśli nie będzie posiadała tej wiedzy, którą nabyła niedawno; ale nie można było pozwolić na to, by opowiadała o tym wieczorze.
    Tara i Eggs zostali odwiezieni przez Sama (który pożyczył spodnie Eggsa), a Bill zaczął przygotowywać wszystko, co było potrzebne, żeby podpalić chatkę tak, aby pożar wyglądał na wypadek. Eric najwyraźniej liczył kości pozostałe na tarasie, żeby upewnić się, że ciała są na tyle kompletne, by śledczy nie mieli wątpliwości. Potem przeszedł przez ogród, żeby sprawdzić, co z Andym.
    – Czemu Bill nie znosi Bellefeurów? – zapytałam go ponownie.
    – Och, to długa historia – odpowiedział Eric. – Jeszcze sprzed przemiany Billa.
    Wydawało się, że jest zadowolony ze stanu, w jakim był Andy, i wrócił do przerwanej pracy.
    Usłyszałam nadjeżdżający samochód, a Bill i Eric natychmiast zjawili się w ogrodzie. Spodziewałam się cichego trzasku zamykanych drzwiczek.
    – Nie możemy podłożyć ognia w więcej niż jednym miejscu – powiedział Bill do Erica. – Nie znoszę tego postępu w kryminalistyce.
    – Gdybyśmy się nie ujawniali, wina spadłaby na któreś z nich – odpowiedział Eric. – Ale skoro jesteśmy tak świetnymi kozłami ofiarnymi… To irytujące, kiedy pomyśli się, o ile silniejsi jesteśmy.
    – Ej, nie jestem Marsjanką, jestem człowiekiem i świetnie was słyszę – powiedziałam.
    Gapiłam się na nich; wyglądali na mniej więcej w jednej piętnastej zakłopotanych, kiedy Portia Bellefleur wysiadła z samochodu i podbiegła do brata.
    – Co zrobiliście Andy’emu? – jej głos był ostry i skrzekliwy. – Cholerne wampiry.
    Obejrzała szyję Andy’ego w poszukiwaniu śladów po ugryzieniu.
    – Uratowali jego życie – powiedziałam jej.
    Eric przez dłuższą chwilę przyglądał się Portii, oceniając ją, a potem zaczął przeszukiwać samochody martwych uczestników orgii. Wolałam nie wnikać, skąd ma ich kluczyki.
    Bill podszedł do Andy’ego i głosem tak cichym, że praktycznie niesłyszalnym dla kogoś stojącego kilka stóp dalej, nakazał mu się obudzić. Andy zamrugał. Spojrzał na mnie, najwyraźniej zdziwiony, że już mnie nie trzyma. Zauważywszy Billa tak blisko siebie, wzdrygnął się, oczekując odwetu. Zauważył też, że Portia była obok niego. A potem spojrzał na chatkę.
    – Pali się – powiedział wolno.
    – Tak – potwierdził Bill. – Wszyscy są martwi, za wyjątkiem pary, która wróciła do miasta. Nic nie wiedzieli.
    – Czyli… ci ludzie zabili Lafayette’a?
    – Tak – powiedziałam. – Mike, Hardawayowie i, być może, Jan o tym wiedziała.
    – Ale nie mam żadnych dowodów.
    – Och, nie wydaje mi się – stwierdził głośno Eric.
    Badał właśnie zawartość bagażnika lincolna należącego do Mike’a Spencera. Wszyscy podeszliśmy do samochodu, żeby się przyjrzeć. Wampirzy wzrok Billa i Erica pozwalał im łatwo stwierdzić, że na dnie bagażnika była krew. Krew, zaplamione ubrania i portfel. Eric sięgnął po niego i delikatnie otworzył.
    – Możesz przeczytać, do kogo należał? – zapytał Andy.
    – Lafayette Reynold – odpowiedział Eric.
    – Zatem jeśli zostawimy te samochody ot tak i odjedziemy, policja znajdzie to wszystko w bagażniku i cały ten koszmar się skończy. Będę oczyszczony z zarzutów.
    – Och, dzięki Bogu! – wykrzyknęła Portia, wydając z siebie westchnienie zbliżone do szlochu. Jej blada twarz i orzechowe włosy wyglądały inaczej w świetle księżyca. – Andy, wracajmy do domu.
    – Portia – zaczął Bill – spójrz na mnie.
    Zerknęła na niego, a potem odwróciła spojrzenie.
    – Przepraszam, że tak z tobą pogrywałam – powiedziała ostro. Czuła się zawstydzona, że musi przepraszać wampira, to było jasne. – Chciałam, żeby ktoś z tych ludzi mnie tutaj zaprosił, żebym mogła na własne oczy przekonać się, co się tu dzieje.
    – Sookie cię wyręczyła – powiedział łagodnie Bill.
    Spojrzenie Portii skupiło się teraz na mnie.
    – Mam nadzieję, że to nie było zbyt okropne, Sookie – powiedziała, ku mojemu zaskoczeniu.
    – Było tragicznie – odpowiedziałam. Portia się skuliła. – Ale już po wszystkim.
    – Dziękuję, że pomogłaś Andy’emu – dodała odważnie.
    – Nie pomagałam Andy’emu. Pomagałam Lafayette’owi – wyjaśniłam.
    Wzięła głęboki oddech.
    – Oczywiście – powiedziała z godnością. – Był twoim współpracownikiem.
    – Był moim przyjacielem – poprawiłam.
    Wyprostowała się.
    – Twoim przyjacielem – powtórzyła.
    Ogień coraz bardziej się rozprzestrzeniał i niedługo powinna się tu zjawić policja i straż pożarna. Najwyższy czas się stąd wynosić.
    Zauważyłam, że ani Eric, ani Bill nie zaoferowali, że usuną wspomnienia Andy’ego.
    – Wracaj do domu – powiedziałam do Andy’ego. – Wracajcie z Portią do domu i powiedzcie babci, żeby przysięgała na wszystko, że w ogóle nie wychodziliście.
    Bez słowa rodzeństwo wsiadło do audi Portii i odjechało. Eric wsiadł do swojej corvetty, żeby odjechać do Shreveport, a ja i Bill ruszyliśmy przez las do samochodu Billa, zaparkowanego kawałek dalej. Bill mnie niósł, co lubił robić. Muszę przyznać, że czasami też to lubiłam.
    Teraz było właśnie jedno z tych „czasami”.
    Do świtu pozostało niewiele czasu. Jedna z najdłuższych nocy mojego życia zbliżała się właśnie do końca. Rozsiadłam się wygodnie w fotelu pasażera, okropnie zmęczona.
    – Gdzie poszła Callisto? – zapytałam Billa.
    – Nie mam pojęcia. Przenosi się z miejsca na miejsce. Niewiele menad przeżyło utratę swojego boga, a te, którym się udało, wędrują po lasach. Przenoszą się, zanim ich obecność zostanie odkryta. Są przebiegłe, uwielbiają wojnę i jej szaleństwo. Zawsze są gdzieś w pobliżu pola bitwy. Gdyby na Bliskim Wschodzie były lasy, z pewnością by się tam osiedliły.
    – Callisto była tu, ponieważ…?
    – Nie mogę zrozumieć, jak Sam mógł, och, kumplować się z nią.
    – Tak to nazywasz? To właśnie robimy, kumplujemy się ze sobą?
    Wyciągnęłam rękę, chcąc szturchnąć go w ramię; przypominało to szturchanie kawałka drewna.
    – Ej! – powiedziałam.
    – Może po prostu chciał pokazać swoją dziką naturę powiedział Bill. – To musi być dla Sama trudne, znaleźć kogoś, kto zaakceptuje jego naturę. – Zrobił znaczącą pauzę.
    – Cóż, to może być trudne – przyznałam. Przypomniałam sobie Billa wracającego do posiadłości w Dallas po tym, jak pił czyjąś krew, i przełknęłam głośno ślinę. – Ale ciężko rozdzielić ludzi, którzy się kochają.
    Pomyślałam o tym, jak się czułam, kiedy widziałam go z Portią i jak zareagowałam, kiedy zobaczyłam go na meczu. Wyciągnęłam rękę i położyłam ją na udzie Billa, lekko je głaszcząc. Uśmiechnął się, cały czas patrząc na drogę. Jego kły nieznacznie się wysunęły.
    – Doszliście do porozumienia ze zmiennokształtnymi w Dallas? – zapytałam po chwili.
    – Ustaliliśmy wszystko w godzinę; właściwie, Stan ustalił. Obiecał udostępniać im swoje ranczo w czasie pełni przez kilka najbliższych miesięcy.
    – Och, to miłe z jego strony.
    – Cóż, nic go to nie kosztuje. A biorąc pod uwagę, że sam nie poluje, jelenie i tak potrzebują uboju.
    – Och – powiedziałam, a chwilę później, kiedy pojęłam sens jego słów, dodałam: – Oooch.
    – Oni polują.
    – Tak. Rozumiem.
    Kiedy dotarliśmy do mojego domu, już prawie świtało. Doszłam do wniosku, że Eric prawdopodobnie ledwo zdąży do Shreveport. Kiedy Bill brał prysznic, ja zjadłam kanapkę z masłem orzechowym i marmoladą, bo nie miałam nic w ustach od paru dobrych godzin. Potem poszłam umyć zęby. Przynajmniej nie musiałam się spieszyć. Bill przez kilka nocy budował sobie miejsce, w którym mógłby spędzać dnie. Wyciął dno szafy w moim starym pokoju, tym, z którego korzystałam, póki babcia żyła i póki nie zaczęłam używać jej sypialni. Bill zmienił podłogę szafy w klapę, którą może podnieść, wczołgać się do środka, a potem zamknąć ją za sobą; nikt poza mną nie byłby w stanie go znaleźć. Jeśli jeszcze nie spałam, kiedy się tam zamykał, stawiałam w szafie pustą walizkę i parę butów, żeby wyglądało bardziej naturalnie. Bill wyłożył czymś tę przestrzeń do spania, bo było tam wyjątkowo nieprzyjemnie. Nieczęsto tam zostawał, ale od czasu do czasu się przydawało.
    – Sookie – zawołał Bill z łazienki. – Chodź, mam jeszcze czas, żeby pomóc ci się wyszorować.
    – Ale wtedy będę miała problem z uśnięciem.
    – Czemu?
    – Bo będę sfrustrowana.
    – Sfrustrowana?
    – Bo będę czysta, ale… niedokochana.
    – Świt się zbliża – przypomniał Bill, wystawiając głowę zza zasłony prysznicowej. – Ale będziemy mieli na to czas jutrzejszej nocy.
    – Jeśli Eric znów gdzieś nas nie wyśle – wymamrotałam, kiedy jego głowa znów znalazła się pod bieżącą wodą. Jak zwykle, pewnie zużył większość ciepłej.
    Z trudem uwolniłam się z szortów. Postanawiłam wyrzucić je nazajutrz. Zdjęłam bluzkę i wyciągnęłam się na łóżku, żeby zaczekać na Billa. Przynajmniej mój stanik nie odniósł żadnych szkód. Przewróciłam się na bok i zamknęłam oczy, bo raziło mnie światło wydobywające się zza półprzymkniętych drzwi do łazienki.
    – Kochanie?
    – Wyszedłeś już spod prysznica? – zapytałam sennie.
    – Tak, dwanaście godzin temu.
    – Co?
    Moje oczy natychmiast się otworzyły. Spojrzałam w okno. Noc jeszcze całkiem nie zapadła, ale było już bardzo ciemno.
    – Usnęłaś.
    Byłam okryta kocem i nadal miałam na sobie stalowoniebieski stanik i majtki. Poczułam się jak spleśniały chleb. Spojrzałam na Billa, który nie miał na sobie nic.
    – Poczekaj chwilę – powiedziałam i poszłam do łazienki. Kiedy wróciłam, Bill czekał na mnie na łóżku, wsparty na łokciu.
    – Zauważyłeś, że mam na sobie ubranie od ciebie?
    Obróciłam się wokół, żeby pokazać mu się z każdej strony.
    – Jest śliczne, ale sądzę, że źle się ubrałaś, biorąc pod uwagę okazję.
    – Jaka to okazja?
    – Najlepszy seks twojego życia.
    Poczułam falę pożądania w dole brzucha, ale nie zmieniłam wyrazu twarzy.
    – Jesteś pewien, że będzie najlepszy?
    – O tak – powiedział aksamitnym głosem, który przypominał szmer wody spływającej po kamieniach. – Jestem pewien. I ty też możesz być pewna.
    – Udowodnij to – powiedziałam, uśmiechając się bardzo szeroko.
    Nie widziałam jego oczu, ale zauważyłam, że kąciki ust uniosły mu się w podobnym uśmiechu.
    – Z przyjemnością.
    Jakiś czas później starałam się odzyskać siły, a Bill leżał przy mnie, z ręką na moim brzuchu i nogą splecioną z moją. Moje usta były tak zmęczone, że ledwie dałam radę pocałować go w ramię. Bill delikatnie lizał moje ramię, na którym znajdowały się ślady po ugryzieniu.
    – Wiesz, co musimy zrobić? – zapytałam, zbyt rozleniwiona, by się poruszyć.
    – Um?
    – Musimy przejrzeć gazetę.
    Po długiej pauzie Bill powoli się podniósł i podszedł do drzwi wejściowych. Kobieta doręczająca mi prasę zawsze wjeżdża na mój podjazd i rzuca gazetą w kierunku ganku, bo daję jej spore napiwki.
    – Spójrz – powiedział Bill, a ja otworzyłam oczy.
    Trzymał w ręku tacę owiniętą folią. Gazetę przytrzymywał ramieniem.
    Wyszłam z łóżka i automatycznie skierowałam się do kuchni. Założyłam różowy szlafrok, kiedy mijałam Billa. On nadal był nagi, więc mogłam podziwiać widoki.
    – Jest wiadomość na automatycznej sekretarce – zauważyłam, parząc sobie kawę.
    Najważniejsza czynność wykonana, teraz mogłam odwinąć folę. Okazało się, że pod nią był dwuwarstwowy tort z czekoladową polewą, na której usypano kształt gwiazdek z orzeszków.
    – To czekoladowy tort pani Bellefleur – powiedziałam z zachwytem.
    – Możesz stwierdzić, kto go upiekł, po prostu patrząc na niego?
    – Och, to sławny tort. To legenda. Nic nie jest tak pyszne jak tort pani Bellefleur. Gdyby zgłosiła go do jakiegoś konkursu, z pewnością by wygrała. Piecze go, kiedy ktoś umrze. Jason powiedział, że czyjaś śmierć jest warta tortu pani Bellefleur.
    – Cudowny zapach – powiedział Bill, ku mojemu zaskoczeniu. Schylił się i powąchał. Bill nie oddycha, więc nie miałam pojęcia, w jaki sposób może wyczuwać zapachy, ale je wyczuwa. – Gdybyś mogła używać tego jako perfum, zjadłbym cię.
    – Już to zrobiłeś.
    – Zrobiłbym to ponownie.
    – Nie wiem, czy bym to zniosła. – Nalałam sobie kawy, po czym zapatrzyłam się na tort, myśląc. – Nie zdawałam sobie sprawy, że ona wie, gdzie mieszkam.
    Bill nacisnął guzik odsłuchiwania wiadomości na mojej automatycznej sekretarce.
    – Panno Stackhouse – powiedział głos starej arystokratki z akcentem charakterystycznym dla południa. – Pukałam do pani drzwi, ale musiała być pani zajęta. Zostawiłam pani czekoladowy tort; nie wiedziałam, jak inaczej mogłabym pani podziękować za to, co zrobiła pani dla mojego wnuka. Portia wszystko mi opowiedziała. Niektórzy ludzie byli na tyle mili, żeby uznać ten tort za smaczny. Mam nadzieję, że pani również zasmakuje. Jeśli będę mogła kiedyś coś dla pani zrobić, proszę zadzwonić.
    – Nie przedstawiła się – skomentował Bill.
    – Caroline Holliday Bellefleur spodziewa się, że każdy będzie wiedział, kim ona jest.
    – Kto?
    Spojrzałam na Billa, który stał przy oknie. Sama siedziałam przy kuchennym stole, pijąc kawę z jednego z ulubionych, kwiecistych kubków babci.
    – Caroline Holliday Bellefleur.
    Bill nie mógł bardziej zblednąć, ale niewątpliwie zesztywniał. Nagle usiadł na krześle na wprost mnie.
    – Sookie, wyświadcz mi przysługę.
    – Jasne, kochanie. Jaką?
    – Pojedź do mojego domu i weź Biblię stojącą za szybką na półce w holu.
    Wydawał się tak podenerwowany, że złapałam tylko klucze i pojechałam w szlafroku, mając nadzieję, że nie spotkam nikogo po drodze. Niewielu ludzi mieszkało w tej okolicy, a jeszcze mniej z nich było na nogach o czwartej nad ranem.
    Weszłam do domu Billa i znalazłam Biblię dokładnie w tym miejscu, które wskazał. Ostrożnie wzięłam ją do ręki – musiała być stara. Wracając do swojego domu, byłam tak zdenerwowana, że prawie się potknęłam na schodach. Bill siedział z tym samym miejscu, co wcześniej. Kiedy położyłam przed nim Biblię, po prostu się na nią patrzył przez dłuższy czas. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy może jej dotknąć. Nie prosił jednak o pomoc, więc czekałam. W końcu wyciągnął rękę i jego prawie białe palce pogłaskały zniszczoną, skórzaną okładkę. Książka była ogromna, a złote litery na grzbiecie miały ozdobny krój.
    Bill otworzył Biblię i delikatnie przewrócił kartkę. Patrzył na stronę, na której wyblakłym tuszem różne charaktery pisma zapisały informacje o rodzinie.
    – Sam to napisałem – szepnął. – To – dodał, wskazując kilka linijek.
    Serce podeszło mi do gardła, kiedy obeszłam stół, żeby zajrzeć przez jego ramię. Położyłam mu rękę na ramieniu, żeby nie stracił kontaktu z rzeczywistością.
    Ledwie mogłam odczytać zapisy.
    William Thomas Compton, napisała jego matki, a może był to ojciec. Urodzony 9 kwietnia 1840. Inny charakter pisma dodał: Zmarł 25 listopada 1868.
    – Masz urodziny – powiedziałam, co było jedną z największych głupot, jakie mogły mi przyjść do głowy. Ale jakoś nigdy wcześniej nie myślałam, że Bill może mieć urodziny.
    – Byłem drugim synem – powiedział. – Jedynym, który dorósł.
    Pamiętałam, że starszy brat Billa, Robert, umarł w wieku dwunastu lat, a dwoje innych dzieci zmarło jako niemowlęta. Wszystkie te daty urodzin i śmierci były zapisane na tej stronie.
    – Sarah, moja siostra, zmarła bezpotomnie. – Pamiętałam o tym. – Jej narzeczony zginął w czasie wojny. Wszyscy młodzi ludzie ginęli na wojnie. Ja przetrwałem po to, żeby umrzeć później. Tu jest data mojej śmierci, przynajmniej taka, którą znała moja rodzina. Zapisana ręką Sarah.
    Zacisnęłam mocno usta, żeby nie wydać z siebie żadnego dźwięku. W głosie Billa, w sposobie, w jaki dotykał Biblii, było coś nie do zniesienia. Czułam, że moje oczy wypełniają się łzami.
    – Tu jest imię mojej żony – powiedział jeszcze ciszej.
    Nachyliłam się znów i przeczytałam: Caroline Isabelle Holliday. Przez chwilę miałam wrażenie, że pokój zawirował, ale potem zorientowałam się, że to niemożliwe.
    – I mieliśmy dzieci – dodał. – Mieliśmy trójkę dzieci.
    Ich imiona też tam były. Thomas Charles Compton, ur. 1859. Zatem musiała zajść w ciążę zaraz po ślubie.
    Nigdy nie będę miała dziecka z Billem.
    Sarah Isabelle Compton, ur. 1861. Nazwana po ciotce (siostrze Billa) i matce. Urodziła się mniej więcej wtedy, kiedy Bill wyruszył na wojnę.
    Lee Davis Compton, ur. 1866. Tuż po powrocie. Zmarł 1867, dodane innym charakterem pisma.
    – Dzieci padały wtedy jak muchy – szepnął Bill. – Po wojnie byliśmy biedni, nie stać nas było na żadne lekarstwa.
    Byłam na granicy płaczu i miałam ochotę wyjść z kuchni, ale zdałam sobie sprawę, że jeśli Bill jest w stanie to znieść, to ja też.
    – A pozostała dwójka? – zapytałam.
    – Przeżyły – powiedział, a napięcie na jego twarzy zelżało. – Oczywiście musiałem je opuścić. Tom miał dziewięć lat, kiedy umarłem, a Sarah siedem. Miała jasne włosy, jak jej matka.
    Bill uśmiechnął się nieznacznie; był to uśmiech, jakiego jeszcze nigdy nie widziałam na jego twarzy. Wyglądał całkiem ludzko. To było jak patrzenie na inną istotę siedzącą w mojej kuchni, niepodobną do osoby, z którą z taką namiętnością kochałam się niecałą godzinę temu.
    Wzięłam chusteczkę higieniczną i wytarłam nią twarz. Bill też płakał, więc podałam jedną i jemu. Spojrzał na nią ze zdziwieniem, jakby spodziewał się czegoś innego – może bawełnianej chusteczki z monogramem. Otarł policzki chusteczką, która przybrała czerwonawy odcień.
    – Nigdy nie sprawdzałem, co się z nimi działo – powiedział z zastanowieniem. – Gwałtownie się odciąłem. Nigdy nie wróciłem, oczywiście, póki istniała szansa, że ktoś z nich będzie nadal żył. To by było zbyt okrutne.
    Zaczął czytać dół strony.
    – Jessie Compton, od którego dostałem dom, był ostatnim moim potomkiem w linii prostej – powiedział. – Linia mojej matki też wygasła, tylko ostatni Loudermilkowie są ze mną spokrewnieni. Ale Jessie był potomkiem mojego syna Toma. A moja córka Sarah wyszła za mąż w 1881. Miała dziecko w… Sarah miała dziecko! Miała czwórkę dzieci! Ale jedno z nich urodziło się martwe.
    Nie mogłam nawet spojrzeć na Billa. Zamiast tego, utkwiłam wzrok w oknie. Zaczęło padać. Babcia kochała blaszane dachy, więc kiedy trzeba go było wymienić, kupiliśmy podobny. Bębnienie deszczu o dach było najbardziej relaksującym dźwiękiem, jaki mogłam sobie wyobrazić. Ale nie tej nocy.
    – Spójrz, Sookie – powiedział Bill, wskazując coś. – Spójrz! Córka mojej Sarah, nazwana Caroline, po babce, wyszła za swojego kuzyna, Matthew Philipsa Hollidaya. A jej drugim dzieckiem była Caroline Holliday.
    Jego twarz zdawała się promienieć.
    – Więc pani Bellefleur jest twoją prawnuczką?
    – Tak – potwierdził z niedowierzaniem.
    – Więc Andy – kontynuowałam, zanim zdążyłam pomyśleć nad tym, co mówię – jest twoim, ach, prapraprawnukiem. I Portia…
    – Tak – potwierdził, mniej uradowany.
    Nie miałam pojęcia, co powiedzieć, więc tym razem milczałam. Po jakiejś minucie uznałam, że być może Bill wolałby zostać sam, więc próbowałam wyminąć go i wyjść z niewielkiej kuchni.
    – Czego oni potrzebują? – zapytał, chwytając mnie za nadgarstek.
    Okej.
    – Potrzebują pieniędzy – odpowiedziałam natychmiast. – Nie możesz im pomóc w problemach osobistych, ale brakuje im pieniędzy. Pani Bellefleur nie sprzeda tego domu, chociaż pożera każdy grosz.
    – Czy ona jest dumna?
    – Myślę, że to było słychać już w tej wiadomości, którą mi nagrała. Gdyby na drugie imię nie dano jej Holliday, to powinno ono brzmieć „Duma”. – Zerknęłam na Billa. – To u niej chyba naturalne.
    To dziwne, ale teraz, kiedy Bill wiedział, że może coś zrobić dla swoich potomków, zdawał się czuć dużo lepiej. Wiedziałam, że przez najbliższych kilka dni będzie wspominał i nie mogłam mieć mu tego za złe. Ale gdyby zdecydował na stałe ingerować w finanse Portii i Andy’ego, mógłby to być problem.
    – Wcześniej nie lubiłeś nazwiska Bellefleur – powiedziałam ku własnemu zdumieniu. – Czemu?
    – Pamiętasz, kiedy przyszedłem na to spotkanie klubu twojej babci, Potomków Chwalebnie Poległych?
    – Tak, jasne.
    – I opowiedziałem historię żołnierza rannego na polu bitwy, który wołał o pomoc? I jak mój przyjaciel, Tolliver Humphries próbował go uratować?
    Skinęłam głową.
    – Tolliver przy tym zginął – powiedział Bill wypranym z emocji tonem. – A ten ranny żołnierz nie przestawał wzywać pomocy. Nocą udało nam się mu pomóc. Nazywał się Jebediah Bellefleur i miał siedemnaście lat.
    – O mój Boże. Więc tylko tyle wiedziałeś o Bellefleurach aż do dziś.
    Bill pokiwał głową.
    Starałam się pomyśleć o czymś podniosłym, co mogłabym teraz powiedzieć. Coś o kosmicznych planach. Coś o prawie karmy – to, co z siebie dajemy, wraca do nas.
    Znów spróbowałam wyjść, ale Bill złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie.
    – Dziękuję, Sookie.
    To była ostatnia rzecz, jakiej mogłam się spodziewać.
    – Za co?
    – Sprawiłaś, że zrobiłem coś właściwego, chociaż sama nic na tym nie zyskasz.
    – Bill, nie mogę cię przecież do niczego zmusić.
    – Sprawiłaś, że znów myślałem jak człowiek. Jakbym nadal żył.
    – Dobro, które czynisz, jest w tobie, nie we mnie.
    – Jestem wampirem, Sookie. Jestem nim o wiele dłużej, niż byłem człowiekiem. Wiele razy cię zdenerwowałem. Szczerze mówiąc, czasem nie rozumiem, czemu postępujesz tak, jak postępujesz, bo minęło zbyt wiele czasu, odkąd byłem człowiekiem. Nie zawsze wygodnie jest pamiętać, jak to było. Czasami nie chcę sobie przypominać.
    To był trudny temat.
    – Nie wiem, czy mam rację, czy nie, ale nie potrafię być inna – powiedziałam. – Byłoby mi źle, gdyby ci to nie odpowiadało.
    – Jeśli coś mi się stanie – powiedział Bill – powinnaś iść do Erica.
    – Już to mówiłeś – przypomniałam mu. – Jeśli coś ci się stanie, nie muszę iść do nikogo. Jestem panią swojego losu i mogę decydować o tym, co będę robić. Powinieneś po prostu zadbać o to, by nic ci się nie stało.
    – W najbliższych latach Bractwo z pewnością sprawi nam więcej kłopotów – zauważył. – Akcje, które zostaną podjęte, mogą ci się wydać odrażające, bo jesteś człowiekiem. Do tego z twoją pracą wiążą się pewne niebezpieczeństwa.
    Nie miał na myśli podawania do stołów.
    – Zmierzymy się z tym, kiedy przyjdzie odpowiedni moment.
    Usiadłam na kolanach Billa, co było przyjemne, zwłaszcza, że nadal był nagi. Moje życie nie było szczególnie wypełnione przyjemnościami, póki go nie poznałam. Teraz każdego dnia spotykała mnie jakaś przyjemność czy dwie.
    W małej kuchni, wypełnionej zapachem kawy i czekoladowego tortu, przy akompaniamencie deszczu uderzającego o dach, przeżywałam właśnie jedną z pięknych chwil z moim wampirem. Można ją nawet nazwać ciepłą, ludzką chwilą.
    Może jednak nie powinnam jej tak nazywać, zreflektowałam się, pocierając swój policzek o policzek Billa.
    Tego wieczora jednak Bill był całkiem ludzki. I kiedy kochaliśmy się w czystej pościeli, zauważyłam, że jego skóra połyskuje w wyjątkowy, niespotykany sposób.
    I moja połyskiwała podobnie.

    Tłum. Puszczyk 1

Charlaine Harris


***


notes

    [1] Jedna stopa to 30,48cm; jeden cal to 2,54 cm; czyli łącznie 177,8cm.
    [2] Jeden funt to 0,453592 kilograma.
    [3] Jeden akr to 0,00404685 kilometra kw.
    [4] Czyli około 457,2cm.
    [5] 1 jard to 91,44cm.
    [6] Za Wikipedią: Ann Landers to dziennikarski pseudonim Ruth Crowley, a następnie Esther Lederer. Kolumna „Ask Ann Landers” przez pięćdziesiąt sześć lat ukazywała się na łamach wielu gazet w Ameryce Północnej. Nazwisko Ann Landers stało się czymś w rodzaju ikony i narodowej instytucji.
    [7]Cyt. za Wikipedią: Rodzaj bluesa, tworzony w latach 30. XX w. w Luizjanie, nawiązujący do tradycji muzyki kreolskiej, uważany też za specyficzną odmianę muzyki cajun. Charakterystyczne brzmienie zawdzięcza stosowaniu akordeonu.
    [8] Za Wikipedią: Shere Khan to fikcyjna postać, tygrys pojawiający się w dwóch opowiadaniach Rudyarda Kiplinga z serii „Księga Dżungli”; antagonista Mowgliego. Wym. ‹skere-khan›, zgodnie z notatkami Kiplinga.
    [9] Za Wikipedią: Chaka Khan to amerykańska piosenkarka (debiutowała w latach siedemdziesiątych), znana głównie z przebojów „I’m every woman”, „Ain’t nobody” czy „Through the fire”. Wym. ‹szækæ kan›.
    [10] Rodzaj drinka, w którego skład wchodzą: whiskey Seagram’s 7 Crown, 7UP i sok z limonki.
    [11] Tout de suite (franc.) – natychmiast.
    [12] Jak podaje Wikipedia, jest to sieć parków rozrywki, pierwszy został założony w 1961 roku w Teksasie.
    [13] Czyli 182,88cm.
    [14] Za Wikipedią: Słowo geek wywodzi się z amerykańskiego slangu; nazywane są tak osoby specyficzne, dziwne, postrzegane jako rozmiłowane w jednym zagadnieniu lub większej ich liczbie, głównie z zakresu elektroniki.
    [15] Co łącznie daje 180,34cm.
    [16] Rodzaj leku przeciwbólowego.
    [17] Dwa jardy to 182,88cm.
    [18] Sześć stóp to 182,88cm.
    [19] Rzeka wyznaczająca granicę Teksasu i Oklahomy.
    [20] Amerykańska 8 to polskie 36.
    [21] Silent Shore – pol.: Cichy Brzeg.
    [22] Nagietek to po angielsku właśnie „marigold”.
    [23] 25,4cm na 25,4 cm.
    [24] Misty – nazwa określająca wszelkiego rodzaju mityczne stworzenia (wampiry, zmiennokształtni, itp.). W oryg. supe, skrót od supernatural beings.
    [25] W oryginale: wooooo, wooooo – kretyńskość formy w tłumaczeniu nie wynika z głupoty tłumaczki, ale z braku wyrazu dźwiękonaśladowczego określającego, jak robi duch w języku polskim.
    [26] Czyli amerykański numer powiadamiający służby ratunkowe.
    [27] Za Wikipedią: Louis L'Amour (ur. w 1908, zm. w 1988) – amerykański pisarz, autor westernów (chociaż nazywał swoją twórczość „Frontier Stories” (opowieści z granicy zachodnich stanów), które do dziś są popularne i często wznawiane. Kiedy umierał, 105 jego książek było dostępnych na rynku (89 powieści, 14 zbiorów opowiadań i 2 książki o tematyce innej niż fantastyczna), a on sam był uznany za „jednego z najbardziej popularnych autorów na świecie”.
    [28] Czyli 172,72cm.
    [29] Cyt. za Wikipedią: Archie Goodwin – fikcyjna postać w powieściach autorstwa Rexa Stouta o przygodach Nero Wolfea. Jest asystentem oraz przyjacielem Wolfea. Pełni w powieściach role narratora opisującego sprawy prowadzone przez Nero.
    [30] Cyt. za Wikipedią: Nero Wolfe – fikcyjna postać detektywa stworzona przez pisarza Rexa Stouta w roku 1934. Nero Wolfe jest prywatnym detektywem mieszkającym w Nowym Jorku, który nigdy nie opuszcza swego wytwornego domu na Manhattanie. Informacji niezbednych do rozwiązania sprawy kryminalnej dostarcza mu asystent Archie Goodwin, pełniący role narratora w powieściach.
    [31] Rodzaj leku przeciwbólowego.
    [32] Drink, w którego skład wchodzi wódka i sok pomarańczowy.
    [33] Rodzaj piwa.
    [34] 1 jard = 91,44cm.
    [35] 3 stopy = 91,44cm.
    [36] 1 jard = 91,44cm
    [37] Cyt. za Wikipedią: Bolo tie (albo bola tie) to rodzaj krawata składającego się z kawałka sznura lub plecionej skóry z ozdobnymi metalowymi końcówkami, spinany metalową spinką lub suwakiem. Bolo tie pochodzi z USA i nawiązuje do tradycji ubiorów kowbojskich i Dzikiego Zachodu, jest popularny w zachodniej części USA. Metalowe końcówki i spinki bolo tie są często wykonywane ze srebra w warsztatach jubilerskich Indian z plemion Hopi, Nawaho, i Zuni.
    [38] Bluzka bez rękawów, opcjonalnie półgolf, też bez rękawów.
    [39] Cyt. za Wikipedią: Drag queen – mężczyzna upodabniający się strojem i makijażem do kobiety, występujący na estradach klubowych. Makijaż, strój i choreografia drag queens jest zwykle przesadny i odróżnia ich od "zwyczajnych" kobiet. Elementem występu jest często także upodobnienie się do znanych kobiet estrady, czasem ich zabawna parodia.
    [40] Cyt. za Wikipedią: Według greckiej mitologii thyrsus (thyrsos) to różdżka z wielkiego kopru (Ferula communis) pokrytego bluszczem i liśćmi, a czasem także innymi roślinami. Zwieńczeniem różdżki zawsze była sosnowa szyszka. Thyrsus wiązało się z wiarą w boga Dionizosa. Eurypides napisał, że miód kapał z thyrsus noszonych przez bachantki (menady). W czasie religijnych rytuałów i uczt thyrsus było uznane za święte.
    [41] Ang. „Nadal patrzę”.
    [42] Jak podaje Wikipedia: Park Narodowy Everglades (ang. Everglades National Park) – park narodowy położony w południowej części stanu Floryda w Stanach Zjednoczonych. Park został utworzony 6 grudnia 1947 roku. Jego obecna powierzchnia wynosi 6 105 km². Jak wszystkie parki narodowe w Stanach Zjednoczonych zarządzany jest przez National Park Service.
    [43] Jak podaje Wikipedia: Wyżyna Ozark (Ozark Plateau), także kulturowo-geograficznie Góry Ozark (The Ozark Mountains) czy Kraina Ozark (The Ozarks) – kraina naturalna w środkowej części USA, otoczona przez rzeki: Missouri, Arkansas i Missisipi i we wschodniej Oklahomie. Stanowi wzniesiony, pochylony łagodnie ku północy, masyw zbudowany ze skał krystalicznych, przykrytych warstwą sfałdowanych skał paleozoicznych. Mocno rozczłonkowana głębokimi dolinami rzek (m.in. Osage, Black, White). W południowej części wznoszą się Góry Boston (wysokość do 823 m n.p.m.).
Top.Mail.Ru