Скачать fb2
Maska

Maska

Аннотация

    Jest to króciutkie opowiadanko bardzo wyróżniające się na tle twórczości Lema. Po pierwsze główną postacią jest istota płci żeńskiej. Po drugie język jest niezwykle wyrafinowany, kunsztowny, stylizowany na dawne czasy (ale bez przesady z tą ostatnią cechą), z długimi zdaniami. Po trzecie jest to bardzo nietypowe science — fiction. Brak w nim w zasadzie elementu science, a tym samym opisów technicznych wynalazków ani zagadnień z zakresu fizyki czy astronomii. Po czwarte fabuła umiejscowiona jest… na dworze królewskim. Przypominało mi to XVII wiek tak na oko. Po piąte pomysł jest kosmiczny, wielce oryginalny, wręcz oszałamiający. Po szóste — zakończenie, takie nieoczekiwane. To wszystko przyczynia się do gonitwy myśli i coraz bardziej opadającej szczęki czytającego…


Stanisław Lem
Maska

    Wydawnictwo Literackie, 1988

Maska

    Na początku była ciemność i zimne płomienie, i huk przeciągły, a w długich sznurach iskier czarno osmalone haki wieloczłonkowe. które podawały mnie dalej, i pełzające metalowe węże, co dotykały mię ryjkowato spłaszczonymi łbami, a każde takie dotknięcie budziło dreszcz błyskawiczny, ostry i rozkoszny prawie.
    Zza szkieł okrągłych patrzał we mnie wzrok niezmiernie głęboki, nieruchomy i oddalał się, ale to chybam ja się przesuwało dalej i wchodziło w krąg następnego spojrzenia, budzącego drętwotę, szacunek i lęk. Ta wędrówka moja na wznak trwała czas niewiadomy, a w miarę jej postępów powiększałom się i rozpoznawałem siebie, doświadczając własnych granic i nie potrafię wyjawić, kiedym mogło już dokładnie ogarnąć własny kształt, rozpoznać każde miejsce, gdziem ustawało. Tam się świat zaczynał, huczący, płomienny, ciemny, a potem ustał ruch i cienkie trzpienie sta — wonogie, co podawały mię sobie, unosiły lekko w górę, oddawały cęgowym garściom, podsuwały płaskim ustom w otoku iskier, znikły, i leżałom jeszcze bezwładne, choć zdolne już do własnego ruchu, lecz w pełni wiadomości, że jeszcze nie czas i w tym zmartwiałym przechyle — bom spoczywało wtedy na skośnej równi — ostatni prąd, wiatyk bez tchu, pocałunek rozedrgany sprężył mnie i to był znak, żeby zerwać się i wpełznąć w okrągły otwór bezświetlny i już bez wszelkiego przynaglania dotknęłom zimnych, gładkich, wklęsłych płyt. aby spocząć na nich z kamienną ulgą. Lecz może był to sen.
    O przebudzeniu nic nie wiem. Szelesty niezrozumiałe pamiętam i półmrok chłodny i siebie w nim. świat otworzył mi się światłem szerokim, połyskliwością rozbitą w barwy, i to jeszcze, jak wiele zdumienia było w mym ruchu, gdym przekraczało próg. Silne blaski spływały z góry na barwny zamęt pionowych kadłubów, widziałem ich kule, obracające ku mnie lśniące wodą guziki, powszechny gwar zamarł i w powstałej ciszy uczyniłem jeszcze jeden mały krok.
    Wtedy z nieposłyszanym. odczutym tylko dźwiękiem cieniutkiej struny, co pękła we mnie. uczułam napływ płci tak gwałtowny, że chwycił mnie zawrót głowy i przymknęłam powieki. A gdy stałam tak, z zamkniętymi oczami, dobiegły mnie ze wszech stron słowa, bo razem z płcią wszedł we mnie język. Otwarłam oczy i uśmiechnęłam się, i ruszyłam przed siebie, a moje suknie szły ze mną. poważnie szłam, otoczona krynoliną, nie wiedząc dokąd, ale zmierzałam dalej, bo to był dworski bal. i wspomnienie własnej pomyłki sprzed chwili, kiedym wzięła głowy za kule a oczy za mokre guziki, bawiło mnie jak małe dziewczęce głupstwo, dlatego uśmiechałam się, ale ten uśmiech był skierowany tylko do mnie. Słuch mój sięgał daleko, wyostrzony, więc rozpoznawałam w nim szmer wytwornego uznania i oddechy panów zatajone, i zawistne pań, a skąd to takie dziewczę, wicehrabio? A ja szłam przez olbrzymią salę, pod kryształem pająków, z sufitowej sieci kapały płatki róż. przeglądałam się w niechęci, wypełzającej na umalowane twarze kobiet, i w pożądliwych oczach smagłych parów.
    Za oknami od stropu po parkiety ziała noc, kufy płonęły w parku, a w międzyokiennej niszy, u stóp marmurowego posągu, stał człowiek niższy od innych, otoczony wieńcem dworaków odzianych w pasiastą czerń i żółć, którzy zdawali się przeć ku niemu, lecz nie przekraczali pustego kręgu, i ten jedyny nawet nie spojrzał w moją stronę, kiedy się przybliżałam. Mijając go przystanęłam i choć wcale nie patrzał w moją stronę, ujęłam samymi końcami palców krynolinę, spuszczając oczy, jakbym chciała mu złożyć głęboki ukłon, lecz popatrzyłam jedynie na własne ręce smukłe i białe, nie wiem jednak czemu dla mnie ta biel, gdy zajaśniała na błękicie krynoliny, miała w sobie coś przerażającego. On zaś, ów niski pan czy par, otoczony dworakami, za którym stał blady rycerz w półzbroi, z obnażoną blond głową i trzymał w ręku małą jak zabawka mizerykordię, nie raczył spojrzeć na mnie, mówiąc coś niskim, jakby stłumionym nudą głosem przed siebie, bo do nikogo.
    A ja, nie złożywszy mu ukłonu, lecz tylko patrząc Nan krótką chwilę bardzo gwałtownie, żeby zapamiętać jego twarz, ciemnoskośną przy ustach, bo ich kąt grymasem znużenia podgięła biała blizenka, wpijając się oczami w te usta, okręciłam się na pięcie, aż zaszumiała krynoliną i poszłam dalej. Wtedy dopiero spojrzał na mnie i poczułam doskonale ten wzrok przelotny, zimny, a taki zwężony, jakby miał niewidzialną fuzję u policzka i muszką jej celował w mój kark, między rulony złotych pukli, i to był drugi początek. Nie chciałam się odwrócić, lecz uczyniłam to i pochyliłam się w niskim, bardzo niskim dygnięciu, unosząc oburącz krynolinę, jak gdyby wchodząc poprzez jej sztywność w blask posadzki, bo to był król. Potem odeszłam wolno, zastanawiając się nad tym, skąd wiem to tak dobrze i na pewno, a też bliska zrobienia czegoś niestosownego, bo skoro nie mogłam wiedzieć, a wiedziałam, w sposób natarczywy i bezwzględny, wzięłam wszystko za sen, a cóż znaczy we śnie — chwycić czyjś nos? Przelękłam się odrobinę, bo nie udało mi się tego uczynić, jakbym miała w sobie niewidzialną granicę. Tak się wahałam, idąc bezwiednie, pomiędzy przekonaniem o jawie i o śnie, a zarazem wpływała we mnie wiedza, po trosze jak fale wpływają na brzeg i każda fala pozostawiała we mnie nowe powiadomienie, tytuły jak utkane z koronek; w połowie sali. pod rozjarzonym kandelabrem, szybującym jak statek w ogniu, już znałam wszystkie miana dam, których zużycie wspierał troskliwy kunszt.
    Wiedziałam już tak wiele, jak dobrze ocknięty z koszmaru, ale pamiętający go jeszcze z ociąganiem, i to, co zostawało mi niedostępne, rysowało się w mym umyśle jak dwa zaćmienia — przeszłości mojej i teraźniejszości, bo wciąż jeszcze nie znałam ani trochę siebie. Czułam za to już w pełni moją nagość, piersi, brzuch, uda, szyję, ramiona, niewidzialne stopy, skryte bogatym strojem, dotknęłam topazu w złocie, świetlikiem pulsującego między piersiami, czułam też wyraz mej twarzy, nie dającej nikomu nic zgoła, wyraz, który musiał zadziwiać, bo kto tylko spojrzał na mnie, doznawał wrażenia uśmiechu, lecz gdy uważnie przypatrzył się mym ustom, oczom, brwiom, dostrzegał, że nie ma tam ani śladu wesołości, nawet grzecznej tylko, więc szukał go jeszcze raz w oczach, ale były zupełnie spokojne, więc przechodził do policzków, doszukiwał się go w podbródku, ale nie miałam trzpiotowatych dołeczków. policzki moje były gładkie i białe, podbródek uważny, cichy, rzeczowy, a tak doskonały jak szyja, która nie zdradzała nic. Wtedy zapatrzony popadał w konsternację, bo nie pojmował, skąd przyszło mu do głowy, że uśmiecham się i w oszołomieniu, wywołanym swoją rozterką i moją pięknością, cofał się w głąb tłumu lub składał mi głęboki ukłon, żeby choć w tym geście ukryć się przede mną.
    A ja wciąż jeszcze dwóch rzeczy nie wiedziałam, aczkolwiek pojmowałam, choć niejasno jeszcze, że one są najważniejsze. Nie rozumiałam, czemu król nie popatrzał na mnie przechodzącą, czemu nie chciał mi spojrzeć w oczy, choć ani się nie lękał mojej urody, ani jej pożądał, owszem, wyczułam, że jestem mu wprawdzie cenna, lecz w niewysłowiony sposób, jak gdyby za nic mię miał samą, jakbym była dla niego kimś spoza tej sali wyiskrzonej, nie stworzona do tańca po lustrzanych od wosku parkietach, ułożonych w intarsje wielobarwne, pomiędzy kutymi w spiżu herbami nadproży, lecz gdy go mijałam, nie powstała w nim ani jedna z myśli, w których mogłabym się dokopać woli królewskiej, a kiedy posłał za mną wzrok przelotny i niedbały, lecz sponad niewidzialnej lufy, pojęłam to nawet, że nie we mnie mierzył bladym okiem, które domagało się ukrycia za ciemnymi szkłami, bo oczy te nie udawały niczego, inaczej niż dobrze ułożona twarz, i tkwiły w tłumnej wytworności jak ostatek brudnej wody w miednicy. Nie, jego oczy były jakby czymś już dawno wyrzuconym, co trzeba chować, co nie znosi dnia.
    Czegoś może ode mnie chciał, ale czego? Nie mogłam jednak rozmyślać nad tym, bo musiałam się skupić na innej rzeczy. Znałam tu wszystkich, ale mnie nikt nie znał. Chyba on jeden: król. Miałam na podorędziu już i o sobie wiedzę, dziwaczne stawały się moje uczucia, gdy zwalniałam kroku, w trzech czwartych sali już przemierzonej, a w tłumie różnokolorowym, wśród twarzy skostniałych, ze srebrną szadzią bokobrodów, i twarzy przekrwionych, odętych, spoconych pod grudkowatym pudrem, wśród orderowych wstąg i szamerowań otwarł się korytarz, abym szła niczym królowa jakaś tą wąską ścieżką międzyludzką, na wodzach spojrzeń przeprowadzających — dokądże tak szłam?
    Do kogoś.
    A kim byłam? Ponieważ myślało mi się z biegłością potoczystą, pojęłam w jednej sekundzie, jak jest osobliwy rozdźwięk między moim stanem a tej tu ciżby dystyngowanej, bo każdy z nich miał dzieje, rodzinę, odznaczenia jednego rodzaju, jedną nobilitację z intryg, matactw, i obnosił swój pęcherz nikczemnej dumy, każdy historię własną wlókł za sobą jak wzbity kurz ciągnie się za wozem pustynnym, trop w trop, gdy ja byłam z tak dalekich stron, jakbym nie jedną miała historię, lecz ich wielość, ponieważ los mój uczynić mógł zrozumiałym dla nich tylko stopniowy przekład na obyczaj tutejszy, na tę mowę obcą, choć już mi swojską, więc mogłabym się tylko przybliżać do ich pojmowania, a podług dobranych określeń stawałabym się coraz inną istotą dla nich. Czy i dla siebie też? Nie… a jednak prawie że tak, nie posiadałam wiedzy ponad tę, co wdarła się we mnie na progu sali jak woda, gdy burzy się i zalewa pustkę, wysadziwszy dotąd trwałe zapory, ponad tą wiedzą rozumowałam logicznie, czyż można być wielością naraz? Pochodzić z wielu porzuconych przeszłości? Logika moja, wyjęta z blekotu wspomnień, mówiła mi, że nie można, że muszę mieć jakąś przeszłość jedną, a skoro jestem hrabianką Tlenix, Duenną Zoroennay, młodą Wirginią, osieroconą w zamorskim kraju Langodotów przez ród walandzki, skoro nie umiem odróżnić zmyślenia od rzeczywistości, odnaleźć siebie we własnej prawdziwej pamięci, to może jednak śnię? Lecz już gdzieś rozlegała się orkiestra i bal napierał jak lawina głazów — nie sposób było się skłonić do wiary w bardziej jeszcze rzeczywistą, od przebudzenia pęknąć zdolną rzeczywistość!
    Szłam w niemiłym teraz oszołomieniu, pilnując każdego kroku, bo wracał zawrót głowy, który nazywałam vertigo. O włos nie zeszłam z mego królewskiego stąpania, choć olbrzymi był to wysiłek, jakkolwiek niewidzialny i potęgowany ową niewidzialnością właśnie, aż poczułam wsparcie z oddali, były to oczy mężczyzny, który siedział w niskiej framudze okna uchylonego, z niepoważnie przerzuconym przez ramię fontaziem brokatowej zasłony, szytej w czerwonosiwe lwy koronowane, lwy strasznie stare, co trzymały w łapach berła i jabłka, jabłka zatrute, rajskie. Ten człowiek okryty lwami, odziany czarno, dostatnio, lecz i z naturalną jakąś niedbałością, która nie ma nic wspólnego ze sztucznym pańskim nieładem, ten obcy, nie dandys, cicisbej, żaden dworak czy piękniś, ale i niestary, patrzał na mnie ze swego osamotnienia w powszechnym zgiełku — sam tak zupełnie, jak ja byłam sama. A wokół ci, co zapalają cygarillo przed oczami partnerów taroka zwiniętym banknotem, rzucają złote dukaty na zielone sukno, jakby gałki muszkatołowe ciskali łabędziom do sadzawki, ci, co nie mogą uczynić nic głupiego ani hańbiącego, bo jasność ich osoby nobilituje każdy uczynek. Mężczyzna nad wyraz nie nadawał się do tej sali, i bezwiedne jakby przyzwolenie, które dał sztywnemu brokatowi w lwy królewskie, żeby przewisał mu przez bark, rzucając mu w twarz odblask tronowej purpury, to przyzwolenie zdawało się najcichszym szyderstwem. Nie całkiem już młody, całą swoją młodość miał żywą w oczach ciemnych, nierówno zmrużonych, i słuchał albo i nie słuchał swego interlokutora, grubego i małego łyska, o minie przejedzonego łagodnego psa. Kiedy siedzący powstał, zasłona ześliznęła mu się z ramienia jak fałszywy odrzucony szych i oczy nasze spotkały się mocno, lecz moje zeszły z jego twarzy natychmiast, jak w ucieczce. Przysięgam. Ale pozostała mi na dnie oczu jego twarz, jakbym oślepła na mgnienie i słuch mój sczezł, tak że zamiast orkiestry słyszałam przez chwilę tylko własne tętno. Zresztą, nie wiem.
    Twarz miał, zapewniam, dosyć zwyczajną. Owszem w rysach znieruchomiała mu asymetria urodziwej brzydoty tak właściwej rozumności, ale musiał być już zmęczony własną inteligencją, zbyt przeszywającą i też po trosze niszczącą jego samego, zapewne zjadał nocami sam siebie, widać było, że mu z tym ciężko i że są godziny, w których rad by się jej pozbyć niczym kalectwa, nie jak przywileju i daru, bo nieustająca myśl musiała mu doskwierać, zwłaszcza kiedy był samotny, a to było dlań rzeczą częstą — wszędzie, więc i tutaj. A ciało jego. pod odzieniem dobrym, przyzwoicie skrojonym, lecz niezbyt obcisłym, jakby strofował był i powściągał krawca, zmusiło mnie, bym pomyślała o jego nagości.
    Dość żałobna musiała to być nagość, nie wspaniale męska, atletycznie muskularna, ślizgająca się w sobie wężowiskiem nabrzmień, brzuśców, ścięgnami — strunami, żeby budzić oskomę staruch, jeszcze nie zrezygnowanych ze wszystkim, jeszcze oszalałych nadzieją tarła. Lecz on głowę tylko miał tak męską, piękną, przez zarys genialności w ustach, przez gniewliwą zapalczywość brwi, między brwiami w zmarszczce, jak cięcie rozdzielającej obie. i poczucie własnej śmieszności w mocnym, tłusto lśniącym nosie. Och. nie był to urodziwy mężczyzna i właściwie nawet brzydota jego nie była pokuśliwa, był po prostu osobny, a gdybym nie rozdrętwiła się wewnętrznie, kiedyśmy się zderzyli oczami, pewno mogłabym pójść dalej.
    Co prawda, gdybym to uczyniła, gdyby udało mi się wymknąć z tej strefy ciążenia, miłościwy król drgnięciem sygnetu, kątem wyblakłych ócz, źrenicami jak szpilki, już by się mną zajął i powróciłabym, skąd przyszłam. Lecz w owym miejscu i czasie nie mogłam tego przecież wiedzieć, nie pojmowałam, że to, co patrzy na przypadkowe zetknięcia spojrzeń, co jest ulotnym skrzyżowaniem czarnych dziurek źrenicznych w tęczówkach dwojga istot, boż to w końcu są dziurki, krągłych narządów, co się zwinnie ślizgają w otworach czaszek — że to jest właśnie przeznaczone, skąd bowiem mogłam o tym wiedzieć.
    Jużem szła dalej, kiedy wstał i strąciwszy z rękawa przewieszony skraj brokatu, jak gdyby dawał znać, że komedia się skończyła, ruszył za mną. Zatrzymał się po dwu krokach, bo już nim owładnęło zrozumienie, jak impertynencki był ów zdecydowany postępek, jakim gapiostwem się zdawało tak iść za nieznajomą pięknością niczym zapatrzony głupek za orkiestrą, więc stanął, a wtedy ja zamknąwszy jedną dłoń, drugą zesunęłam z nadgarstka pętliczkę wachlarza. Żeby upadł. Więc on natychmiast…
    Przypatrywaliśmy się sobie już z bliska, nad perłową maciczką rękojeści tego wachlarza. Była to chwila wspaniała i straszna, zimno śmiertelnym kolcem przeszyło mi krtań, abym nie mogła odezwać się, czując więc, że głosu nie wy — dobędę, tylko chrypkę, skinęłam mu głową — i ów gest wypadł prawie tak samo jak poprzednio, kiedym nie dokończyła ukłonu przed królem nie patrzącym.
    On się nie odkłonił, był bowiem nazbyt zaskoczony i zdumiony tym, co się z nim samym działo, bo się tego nie spodziewał po sobie. Wiem, bo mi potem mówił, ale gdyby nie wyznał, też bym wiedziała.
    Zależało mu na tym. żeby coś powiedzieć i żeby się nie zachować na podobieństwo idioty, jakim był w owym momencie na pewno, i wiedział o tym.
    — Pani — rzekł, pochrząkując jak prosię. — Pani. oto wachlarz…
    Już dawno miałam go na powrót w ręku. I siebie też.
    — Panie — powiedziałam, a głos mój był w timbrze odrobinę matowy, zmieniony, lecz mógł myśleć, że to mój głos zwykły, nigdy wszak nie słyszał go dotąd — czy mam go upuścić raz jeszcze?
    I uśmiechnęłam się, och. nie kusząco ani uwodzicielsko, ani promiennie. Uśmiechnęłam się tylko dlatego, gdyż poczułam, że się rumienię. Ten rumieniec nie był naprawdę mój, wpłynął mi na policzki, ogarniał twarz, zaróżowił płatki uszu, co wybornie czułam, lecz ja ani się zmieszałam, ani zachwyciłam, ani zadziwiłam tym obcym człowiekiem, w końcu jednym z wielu, zagubionym pomiędzy dworakami — powiem wyraźniej: z rumieńcem tym nie miałam nic wspólnego, był tegoż pochodzenia, co wiedza, która wstąpiła we mnie na progu sali, za pierwszym krokiem na jej lustrzaną gładź — ten rumieniec zdawał się częścią dworskiej etykiety, tego co właściwe, podobnie jak wachlarz, krynolina, topazy i uczesanie. Więc żeby uczynić ten rumieniec małoznacznym, chcąc mu przeciwdziałać, dla obrony od fałszywych posądzeń uśmiechnęłam się nie do niego, ale nad nim, korzystając z przejścia między wesołością a drwiną, on zaś roześmiał się wtedy cicho, bez wydania głosu, jakby do środka, i było to podobne do śmiechu dziecka, wiedzącego, że najsurowiej w świecie zakazano mu się śmiać, więc właśnie dlatego nie potrafi się opanować. Przez co odmło — dniał w okamgnieniu.
    — Gdyby pani dała mi chwilę zwłoki — rzekł, przestając się śmiać nagle, jakby trzeźwiejąc od nowej myśli — mógłbym wymyślić odpowiedź godną twych słów, to znaczy nader dowcipną. Ale na ogół doskonałe myśli przychodzą mi już na schodach.
    — Tak kiepsko jest z pana inwencją? — spytałam, kierując wysiłek woli w stronę twarzy i uszu, zgniewał mię już bowiem ten rumieniec nieustępliwy, co był naruszeniem mej własnowolności, pojmowałam bowiem, że stanowi efekt tego samego rozmysłu, z jakim oddawał mnie przeznaczeniu król.
    — Powinnam może dodać „czy na to nie ma rady?” A pan odpowie, że nie ma w obliczu urody, której doskonałość zdaje się potwierdzać hipotezę Absolutu. Wtedy byśmy oboje spoważnieli na dwa takty orkiestry i z należytą zręcznością wydostalibyśmy się na zwyklejszy dworski grunt. Lecz skoro widzisz mi się pan na tym gruncie dość nieswój, może będzie lepiej, jeśli nie tak będziemy rozmawiali…
    Naprawdę przeląkł się mnie dopiero, gdy usłyszał te słowa — i naprawdę nie wiedział, co rzec. W oczach jego była taka powaga, jak byśmy stali pod burzą, między kościołem i lasem — albo tam, gdzie nie ma już nic.
    — Kim jesteś? — spytał twardo. Nie było w tym już ani śladu zdawkowości, udania, już tylko bał się mnie. Ja nie bałam się go wcale, doprawdy ani trochę, choć właściwie powinnam się była przerazić, bo czułam, jak z jego twarzą, z jej porowatą skórą, z nastroszonymi krnąbrnie brwiami, z jego dużymi małżowinami uszu łączy się we mnie moje dotąd zamknięte oczekiwanie, jak gdybym nosiła w sobie jego nie wywołany negatyw, który się właśnie wypełniał. Jeśli nawet był moim wyrokiem, nie bałam się go. Ani siebie, ani jego, zadrżałam jednak od nieruchomej we mnie siły tego złączenia — nie jak człowiek, ale jak zegar, kiedy ze złożonymi wskazówkami rusza, ażeby wybić godzinę — choć jeszcze milczy. Tego drżenia nie mógł dostrzec nikt.
    — Powiem to panu niebawem — odpowiedziałam bardzo spokojnie. Uśmiechnęłam się lekko, nikłym uśmiechem, jakim dodaje się otuchy chorym i słabym, i rozłożyłam wachlarz.
    — Napiłabym się wina. A pan?
    Skinął głową, usiłując wciągnąć na siebie jak skórę te maniery, co były mu obce. odstające, niewygodne, i od tego miejsca na sali poszliśmy po posadzce, ociekłej perlistymi strużkami woszczyn, co kropliście padały z żyrandola, w filowaniu świec, ramię w ramię, tam gdzie u ściany perłowi lokaje lali trunki w kielichy.
    Nie powiedziałam mu tej nocy. kim jestem, nie chciałam mu bowiem kłamać, a nie znałam prawdy. Prawda nie może być sprzeczna, a ja byłam duenną. hrabianką i sierotą, wszystkie te genealogie krążyły we mnie, każda mogła się wypełnić, gdybym przyznała się do niej, pojmowałam już, że prawdę wyznaczy mój wybór i kaprys, cokolwiek wypowiem, zdmuchnie obrazy pominięte, lecz trwałam chwiejna wśród owych szans, bo mi się w nich czaił jakiś podstęp pamięci — byłażbym najzwyczajniej niespełna rozumu konfabulantką, która wymknęła się pieczy zatroskanych należycie bliskich? Rozmawiając z nim, pomyślałam, że jeśli jestem wariatką, wszystko skończy się pomyślnie. Z obłędu można wyjść jak ze snu — obojgu więc przyświeca nadzieja.
    Gdyśmy w późnych godzinach, a nie odstępował mego boku, przeszli obok majestatu na chwilę, nim raczył oddalić się do swych apartamentów, poczułam, że włodarz ani spojrzał w naszą stronę, i było to straszliwe odkrycie. Nie sprawdził bowiem mego zachowania u boku Arrhodesa. widać było to zbędne, jakby wiedział ponad wszelką wątpliwość, że może mi zaufać całkowicie, tak jak ufa się w pełni wysłanym skrytobójcom, którzy nie zawiodą do ostatniego tchu, los ich bowiem zamknięty jest w ręku wysyłającego. Powinnam była raczej zetrzeć moją podejrzliwość obojętnością królewską, skoro nie spojrzał w moją stronę, to nie znaczyłam mu nic, a zatem nieustępliwość prześladowczych domniemań przechylała wagę na rzecz szaleństwa. Więc jako anielsko piękna wariatka śmiałam się, przepijając do Arrhodesa, którego król nienawidził jak nikogo, lecz poprzysiągł umierającej matce, że jeśli zły los spotka tego mędrca to z jego własnego wyboru. Nie wiem, czy mi to ktoś powiedział w tańcu, czy może dowiedziałam się tego z siebie samej, bo noc była długa i zgiełkliwa, tłum ogromny wciąż nas roztrącał, aleśmy się odnajdywali nieumyślnie, tak jakby tu wszyscy oddani byli tej samej zmowie — oczywisty majak, przecie nie znajdowaliśmy się wśród mechanicznie tańczących manekinów. Rozmawiałam ze starcami, z pannami zazdroszczącymi mi urody, rozpoznając niezliczone odcienie głupoty zacnej i skorej do złego, tnąc i przeszywając tych marnych poczciwców i te dziewuszki z taką łatwością, aż mi ich się stawało żal. Musiałam być rozumem wcielonym, pełnym wyostrzeń, oczom moim dodawała blasku olśniewająca bystrość słów — od rosnącej trwogi udawałabym chętnie cielę, by ratować Arrhodesa. lecz tego jednego nie potrafiłam wcale. Nie byłam aż tak wszechstronna, niestety. Byłżeby mój rozum, a on znaczy prawość, podległy kłamstwu? Takim refleksjom oddawałam się w tańcu, wchodząc w obroty menueta, gdy Arrhodes. który nie tańczył, patrzał na mnie z oddali, czarny i smukły na tle purpurowego brokatu w koronowane lwy. Król odszedł, i niedługo potem pożegnaliśmy się, nie pozwoliłam mu nic powiedzieć, o nic pytać, próbował i bladł, słysząc, jak powtarzam „nie”, zrazu ustami, potem już tylko złożonym wachlarzem. Wychodząc, nie wiedziałam ani trochę, gdzie mieszkam, skąd przyszłam, dokąd oczy skieruję, wiedziałam tylko, że to do mnie nie należy, podejmowałam próby, ale były daremne — jakże wyjaśnić? Każdy wie, że nie można odwrócić gałki ocznej tak, aby źrenica zajrzała w głąb czaszki.
    Pozwoliłam odprowadzić mu się do bramy pałacowej, park zamkowy poza kręgiem ciągle płonących kuf ze smołą był jak z węgla skrzesany, w zimnym powietrzu daleki śmiech, nieludzki, to fontanny mistrzów z południa naśladowały go perliście — albo gadające posągi podobne do białawych maszkar zawisłych ponad klombami, słowiki królewskie śpiewały też, chociaż nikomu, w pobliżu oranżerii jeden odcinał się od tarczy księżycowej duży i ciemny na gałęzi — doskonały w stylu! Żwir chrzęścił pod naszymi krokami, a złocone ostrza ogrodzenia rzędem sterczały ponad mokre listowie.
    Z niedobrą skwapliwością chwycił mnie za rękę, której mu nie umknęłam od razu, zajaśniały białe pasy na koletach grenadierów JKMości, ktoś wywoływał mój pojazd, konie biły kopytami, od fioletowych okienek latarni zabłyszczały drzwi karety, opadł stopień. Nie mógł to być sen.
    — Kiedy i gdzie? — spytał.
    — Może lepiej: nigdy i nigdzie — powiedziałam szczerą prawdę moją, i dodałam szybko, nieporadnie: — Nie przekomarzam się z panem, mości mędrcze, wejdź w siebie, a zrozumiesz, że ci dobrze radzę.
    Tego, co jeszcze chciałam dodać, nie udało mi się już wysłowić, myśleć mogłam wszystko, jakież to było dziwne, jeno głosu wydobyć za nic, nie mogłam dotrzeć do tych słów. Chrypka, niemota, jak z obrócenia klucza w zamku, jakby rygiel wszedł między nas.
    — Za późno — powiedział cicho, z opuszczoną głową. — Naprawdę za późno.
    — Ogrody królewskie są dostępne od rannego do południowego hejnału, rzekłam z nogą na stopniu. — Tam, gdzie staw łabędzi, jest wypróchniały dąb. W samo południe jutro albo w dziupli wiadomość znajdziesz pan. A teraz życzę, żebyś niepojętnym cudem zapomniał przecież, żeśmy się spotkali. Gdybym wiedziała jak. modliłabym się o to.
    Były to bardzo niewłaściwe słowa, banalne w tym osaczeniu, lecz już niczym nie wyrwałabym się temu śmiertelnemu banałowi, pojęłam to. gdy kareta ruszyła, mógł przecież tłumaczyć sobie to. co powiedziałam tak, że lękam się uczucia, które we mnie wzbudził. Tak też było: lękałam się uczucia, które wzbudził we mnie, nie miało jednak nic wspólnego z miłością, lecz mówiłam to, co mogłam powiedzieć, jak w mroku na mokradłach próbuje się stopą wysuniętą, czy następny krok nie wtrąci w topiel. Tak szłam słowami, wymacując oddechem, co mogę, a czego nie będzie mi dane rzec.
    Ale on nie mógł tego wiedzieć. Rozstaliśmy się bez tchu, w osłupieniu, w trwodze podobnej do namiętności, bo tak się rozpoczynała nasza zguba. Ale ja jednak, wiotka i słodka, dziewczęca, jaśniej pojmowałam, że jestem jego losem w tym straszliwym znaczeniu, którego nie odeprzeć.
    Pudło karety było puste — szukałam taśmy, przyszytej do rękawa stangreta, ale nie było jej. Okien też nie było — czy może czarne szkło? Mrok wnętrza był tak zupełny, jakby nie należał się nocy, lecz nicości. Nie był brakiem światła, był pustką. Wodziłam rękami po wklęsłych ścianach, obitych pluszem, lecz nie odnalazłam ramy okiennej ani klamki, niczego prócz tych płaszczyzn wyściełanych miękko przede mną i nade mną, dach zadziwiająco niski, jakbym zestala zatrzaśnięta nie w pudle karety, lecz w drgającym, pochyłym pojemniku, nie słyszałam ani odgłosu kopyt, ani zwykłego w jeździe toczenia się kół. Czerń, cisza i nic. Wtedy zwróciłam się ku sobie, sobie byłam bowiem groźniejszą zagadką niż wszystko, co się ze mną dotąd stało. Pamięć miałam zachowaną. Sądzę, że tak musiało być, że nie można było urządzić tego inaczej, pamiętałam tedy moje pierwsze ocknięcie, jeszcze wyzbyte płci, tak całkowicie nieswoje, jakbym wspominała przepoczwarzający zjadliwie sen. Pamiętałam budzenie się w drzwiach sali pałacowej, kiedy byłam już na jawie niniejszej, pamiętałam nawet lekkie zgrzytanie, z jakim otwarły się te rzeźbione podwoje i maskę twarzy lokaja, upodobnionego służbistą gorliwością do pełnej uszanowania lalki — żywy woskowy trup. Teraz wszystko to było mi we wspomnieniu jednością, a przecież mogłam sięgnąć wstecz, tam, gdzie nie wiedziałam jeszcze, co to — podwoje, co to bal i co — ja. Pamiętałam zwłaszcza w sposób do dreszczu przeszywający, bo tak złośliwie tajemniczy, że moje pierwsze myśli już wgnieżdżane na poły w słowa formułowałam w porządku innej płci. Stałom. widziałom. weszłom — to były formy użyte przeze mnie. nim blask sali, buchając przez otwarte drzwi, nie poraził mych źrenic i nie odemknął, chyba on, bo cóż innego, nie otwarł we mnie mówię szybrów i zasuw, zza których wstąpiło we mnie, z bolesną raptownością nawiedzenia, człowieczeństwo słów, dwornych poruszeń, wdzięku nadobnej płci, wraz z pamięcią twarzy, wśród których twarz tego mężczyzny była pierwsza — a nie królewski grymas — a chociaż nikt nigdy nie mógłby mi tego wyjaśnić, wiedziałam z niezbitą pewnością, że przed królem zatrzymałam się od błędu — że była to pomyłka, to znaczy nieporozumienie między przeznaczonym mi i wypełniającym owo przeznaczenie. Pomyłka — więc nieprawdziwy to był los. skoro podatny na błędy — więc mogłażbym jeszcze się uratować?
    Teraz w tym doskonałym odosobnieniu, które nie trwożyło mnie owszem, było mi wygodne, bo mogłam tak dobrze w nim, w takim skupieniu myśleć, kiedy chciałam dowiedzieć się siebie, wypytując wspomnienia, tak już przystępne i porządnie uszeregowane, że miałam je na podorędziu, jak się ma od lat znajome sprzęty w starym mieszkaniu, kiedy stawiałam pytania, widziałam wszystko, co zaszło tej nocy — lecz było to jasne i ostre tylko do progu dworskiej sali. Przedtem — otóż właśnie. Gdzie byłam — byłom!? — przedtem? Skąd się wzięłam? Uspokajająca, najprostsza myśl głosiła, żem nie całkiem zdrowa, że powracam z choroby jak z egzotycznej, pełnej dziwacznych przygód, podróży, że jako subtelna dziewica, zaiste książkowa i romansowa, jako dystraktka, dziwaczka, nazbyt delikatna dla tego brutalnego padołu, doznałam majaczliwych nawiedzeń, może roiłam sobie w histerycznej gorączce pochód przez metalowe piekła, niewątpliwie na łóżku z baldachimem, w koronkami obszytej pościeli, byłoby mi z mózgową gorączką dość nawet do twarzy w blasku świecy, rozwidniającej alkowę na tyle, bym. w ocknięciu, nie przelękła się znów czegoś i w postaciach pochylonych nade mną rozpoznała niezwłocznie kochających opiekunów: cóż za miłe kłamstwo! Miewałam zwidy, nieprawdaż? I one. wtopiwszy się w czysty nurt mej jedynej pamięci, rozszczepiły ja na dwoje. Rozszczepiona…? Bo pytając, słyszałam w sobie chór odpowiedzi, gotowych, czekających: Duenna. Tlenix. Angelitanka. A to co znowu? Miałam te wszystkie zwroty gotowe, były mi dane i każdemu odpowiadały nawet obrazy, gdybyż tylko jeden ich łańcuch! One współistniały jednak tak. jak współistnieją korzenie rozchodzące się drzewa i teraz ja. z konieczności jedna, naturalnie jedyna, miałażbym kiedyś być wielością rozgałęzień, co się we mnie zlały, jak zlewają się strumienie w nurt rzeczny? Ale to przecież nie może być. rzekłam sobie. Nie może być. Tego byłam pewna. I ujrzałam mój los dotychczasowy tak rozdzielony: do progu pałacowej sali zdawał się składać z różnolitych wątków, a od progu był już jedyny. Obrazy pierwszej części mego losu były przebiegami równoległymi i nawzajem kłam sobie zadawały. Duenna: wieża, ciemne granitowe głazy, zwodzony most, krzyki w nocy, krew na miedzianym półmisku, rycerze o wyglądzie rzeźników, topory zrudziałe halabard i moja blada twarzyczka w owalnym półślepym lustrze między ramą okna mętnego błonnego a wezgłowiem rzeźbionym — stamtąd przyszłam?
    Lecz jako Angelita byłam chowana w spiece południa i patrząc w tę stronę wstecz, widziałam białe mury odwrócone wapiennymi plecami do słońca, uschłe palmy, dzikie psy o potarganej sierści u tych palm, oddające spieniony mocz na ich łuskowate korzenie, i kosze pełne daktyli, zaschłych lepką słodyczą, i medyków w zielonych szatach, i schody, kamienne schody opadającego ku zatoce miasta, wszystkimi murami odwróconego od upałów, sterty rozsypanych winnych gron, żółknących w rodzynki, podobne do kup gnoju i znowu moją twarz w wodzie, nie w lustrze, a woda lała się z dzbana srebrnego — przyćmionego starością. Pamiętałam nawet jak nosiłam ów dzban i jak woda, poruszając się w nim ciężko, obciągała mi dłoń.
    A moje ono i jego wędrówka na wznak, i pocałunki, składane na moich rękach i nogach, na czole przez ruchliwe żmije z metalu? Ta groza poszarzała już całkiem i z największym trudem mogłam ją ledwie wspomnieć, jak właśnie zły, do słów dostępu nie mający, sen — nie mogłam przeżyć ani naraz, ani po kolei losów tak sobie zaprzeczających! Co więc pewnego? Piękna byłam. Tyleż rozpaczy, co triumfu wstało we mnie, kiedy przeglądałam się w jego twarzy jak w żywym lustrze, bo taka bezwzględna była doskonałość moich rysów, że cokolwiek bym uczyniła szalonego, czy za — wrzeszczałabym z pianą opętania na ustach, czy gryzłabym krwawe mięso, piękno nie odstąpiłoby mej twarzy — ale dlaczego myślałam „mej twarzy”, a nie po prostu „mnie?” Czy byłam kimś niezgodnym i nie doprowadzonym do jedności z własnym ciałem i twarzą? Czarownicą, gotową rzucać uroki. Medeą? To był mi nonsens i głupstwo. A i to nawet, że myśl tak mi szła. jak klinga wyświechtana w ręku wyzbytego klejnotu rycerza rozbójnika, że rozcinałam myślą każdy przedmiot bez wysiłku, samochcące to myślenie moje wydawało mi się w swej perfekcji nazbyt już zimne, nadmiernie spokojne, bo lęk trwał poza nim — jak gdyby nadwidzialny. wszechobecny, ale osobny — dlatego i myślenie własne miałam w podejrzeniu. Lecz jeśli ani twarzy swojej nie ufałam, ani myśli, przeciwko czemu właściwie mogłam żywić strach i podejrzliwość, skoro oprócz duszy i ciała nie ma nic? To było zagadkowe.
    Rozrzucone korzenie mych przeszłości nie zdradzały mi niczego istotnego, lustracja stawała się przesypywaniem barwnych obrazów, jako Duenna północy, Angelita skwarów, Mignonne, byłam każdym razem inną osobą o innym nazwisku, stanie, rodzie, spod innego nieba, nic tu nie miało prymatu — krajobraz południa wracał do moich oczu jakby wysilony przesłodzeniem kontrastów, kolorem co naciągał lazurami zbyt ostentacyjnymi, gdyby nie te psy sparszywiałe. dzieci półślepe o zaropiałych powiekach i wydętych brzuszkach, bez wydania głosu konające na spiczastych kolanach zakwefionych matek, byłoby mi to palmowe wybrzeże nadto gładkie, śliskie jak kłamstwo. A północ Duenny, z jej wieżami w śniegowych czapach, niebo skotłowane buro. zimy z krętymi postaciami śniegu wymyślonymi przez wiatr, co pełzły do fosy po blankach i przyporach, wstępowały od przyciesi zamkowych swymi białymi jęzorami po głazie i łańcuchy mostu zwodzonego jakby spłakane żółto, a to tylko rdza zabarwiała sople ogniw, w lecie zaś wodę fosy pokrywała kożuchem pleśń: tak dobrze i to wszystko pamiętałam!
    Lecz i mój trzeci byt; ogrody, wielkie, chłodne, strzyżone, ogrodników z nożycami, sfory chartów i doga arlekina. który leżał na stopniach tronu — znudzona rzeźba w nieomylnej gracji bezwładu poruszanego oddechem żeber — a w jego żółtawych, obojętnych oczach połyskiwały, można było myśleć, zmniejszone kształty kataryj albo niekrotek. I te słowa, niekrotki, katarie, nie wiedziałam teraz, co znaczyły, ale musiałam chyba kiedyś wiedzieć, kiedy tak wgłębiałam się w tę zapamiętaną do smaku źdźbeł gryzionych przeszłość, czułam, że nie powinnam tak wracać ani do trzewiczków. z których wyrosłam, ani do pierwszej długiej sukni wyszywanej srebrem, jakby nawet dziecko, którym byłam, kryło w sobie zdradę. Dlatego przywołałam wspomnienie najokrutniej obce — martwej podróży na wznak, odrętwiających pocałunków metalu, który dotykając mego nagiego ciała wydawał szczękliwy odgłos, jakby moja nagość była ogłuchłym dzwonem, który nie może rozebrzmieć. ponieważ nie ma jeszcze serca. Tak, do tego nieprawdopodobieństwa odwoływałam się już nie zdziwiona, że z taką trwałością zakrzepła we mnie pamięć wymajaczonego koszmaru, musiał to być bowiem koszmar — żeby podtrzymać tę pewność, dotykałam palcami, samymi opuszkami, miękkich przedramion, piersi; było to bez wątpienia natręctwo, któremu ulegałam drżąc, jakbym z odchyloną w tył głową wstępowała pod lodowate strumienie trzeźwiącego deszczu.
    Nigdzie odpowiedzi na moje pytanie, więc cofnęłam się od tej otchłani mojej i nie mojej. A zatem na powrót do tego, co jedyne. Król, wieczór balowy, dwór i ten mężczyzna. Byłam dla niego stworzona, on dla mnie, wiedziałam to, ale znów w lęku, nie. nie był to lęk, lecz żelazna obecność przeznaczenia, nieuniknionego, niedocieczonego, i właśnie ta nieuniknioność, ta wieść jak śmierć, że już nie można odmówić, uchylić się, odejść, uciec, wreszcie może zginąć, ale zginąć inaczej — w tej lodowatej obecności pogrążałam się bez tchu. Nie mogąc jej znieść, powtarzałam samymi wargami „ojciec, matka, rodzeństwo, przyjaciółki. Bliscy” — jak dobrze rozumiałam te słowa, pojawiały się chętne postaci, znane, musiałam się do nich przyznawać przed sama sobą. ależ niepodobna mieć czterech matek i tyluż ojców, więc znów ten obłęd? Taki głupi i taki uparty?
    Próbowałam wreszcie arytmetyki: jeden a jeden jest dwa. z ojca i matki powstaje dziecię, byłaś nim. masz dziecięce wspomnienia…
    Albo byłam szalona, rzekłam sobie, albo nadal nią jestem, i będąc świadomością, jestem biało przyćmioną świadomością. Nie było balu, zamku, króla, wstąpienia w byt gwałtownie poddany nakazowi harmonii przedustawnej. Iskrę żalu poczułam, opór wywołany myślą, że musze też rozstać się z moją pięknością. Z elementów niezgodliwych niczego nie zbuduję, chyba że odnajdę w budowanym jego koślawość, szpary, w które wniknę, aby rozsadzić i wejść w głąb. Czy doprawdy wszystko stało się tak, jak się miało stać? Jeśli byłam własnością króla, to jak mogłam o tym wiedzieć? Nawet nocne pomyślenie o tym winno było mi zostać wzbronione. Jeśli on stał za wszystkimi, to czemu chciałam oddać mu ukłon i zrazu nie oddałam mu go? Jeśli przygotowania odznaczały się doskonałością, to czemu pamiętałam rzeczy, jakich nie należało mi pamiętać, przecież za odwołanie mając tylko dziewczęcą i dziecinną przeszłość, nie weszłabym w rozterkę tego zwątpienia, która przyprawiała o rozpacz, wstęp do powstania przeciw losowi? A już na pewno zdmuchnięcie należało się owej wędrówce na wznak, ożywającej od iskrowych pocałunków martwocie mojej i nagości bezdźwięcznej, lecz właśnie i to także stało się. i było teraz ze mną. Kryłażby się w zamyśle i w wykonaniu niedoskonałość? Błędy nieopatrzne, nieuwaga, przecieki ukradkowe, brane za zagadki albo za zły sen? Lecz w takim razie odzyskiwałam nadzieję. Czekać. Czekać, aby nagromadziły się w dalszym ziszczaniu następne nieskładności, uczynić z nich ostrze do skierowania w króla, w siebie, wszystko jedno w kogo, byle niezgodnie z narzuconym losem. A więc poddać się temu urokowi, trwać w nim, pójść na umówione spotkanie z samego rana, a wiedziałam, nie wiem jak ani skąd, że TEGO nic mi nie wzbroni, owszem, wszystko właśnie w t ę stronę mnie skieruje. A teraźniejsza moja zewnętrzność była tak prymitywna. cóż ścianki, zrazu poddające się miękko palcom, podatne obicia, pod nimi opór stali czy muru, nie wiedziałam, ale mogłam rozszarpać paznokciami tę przytulną miękkość, wsiałam, głowa dotknęła wklęsło zaokrąglonego pułapu. To wokół mnie i nade mną. ale wewnątrz, ja. ja sama?
    Wietrzyłam dalej niegodziwość w tym moim nierozumieniu siebie, a ponieważ zaraz piętra na piętrach myśli skokami się nabudowywały. myślałam już sobie, że powinnam wątpić we własne moje mniemanie, skórom, szalona topielica, jak owad w jasnym bursztynie, zamknięta w mojej obnubilatio lucida. to zrozumiałe, że —
    Zaraz. Skąd tak świetnie rozczłonkowane moje słownictwo, owe terminy uczone, łacińskie, te zwroty logiczne, sylogizmy. owa biegłość nie należna słodkiej dziewicy, której widok był płonącym stosem męskich serc? I skąd to poczucie nieszczęsnego banału w sprawach płci, zimna pogarda, dystans, och. tak. on mnie już może kochał, już może i oszalał mną. chciał mnie widzieć, słyszeć mój głos, dotykać moich palców, a ja patrzałam w jego namiętność jak w preparat pod szkłem. Nie byłoż to zadziwiające, sprzeczne i niesynkategorematyczne? Może wszystko mi się przecież roiło, a ostatecznością i dnem był stary, wyziębły mózg, splątany w doświadczeniu niezliczonych lat? Może wyostrzona mądrość tylko była jedyną moją prawdziwą przeszłością, z logiki powstałam, ona stanowiła moją autentyczną genealogię…
    Nie uwierzyłam w to. Byłam niewinna, tak, i zarazem winna straszliwie. Niewinna byłam we wszystkich zbiegających się ku mej teraźniejszości szlakach czasu przeszłego dokonanego, dziewczęciem tak bywałam, podlotkiem chmurnie milkliwym w zimach szarosiwych i w upalnym stęchu pałaców i byłam niewinną tego, co zaszło dziś, u króla, bo nie mogłam być inna, a wina moja, okrutna, tkwiła tylko w tym. że już tak dobrze wszystko to wiedziałam i że miałam za blichtr, fałsz, pianę, i że chcąc zejść w głąb mej zagadki, bałam się tego zejścia i odczuwałam podłą wdzięczność dla niewidzialnych przegród, powstrzymujących mnie na tej drodze. Tak więc miałam ducha skalanego i prawego, cóż pozostało mi jeszcze, o, zapewne pozostało, miałam jeszcze ciało moje i jęłam dotykać go i badałam je tak w tym czarnym zamknięciu, jak wytrawny urzędnik śledczy bada miejsce dokonanej zbrodni. Śledztwo szczególne! — bo szukając dotknięciami nagiego ciała, miałam w palcach lekko mrowiące odrętwienie, byłżeby to strach mój przed samą sobą? Ależ byłam piękna i miałam mięśnie zwinne, sprężyste, biorąc w garści uda tak. jak nikt ich sam nie ujmuje, jak gdyby obce były, mogłam w tężejącym uchwycie wyczuć pod gładką i pachnącą skórą kości długie, lecz nadgarstków oraz wnętrza mych przedramion u łokci bałam się czemuś dotknąć.
    Usiłowałam przemóc ten opór. cóż mogło tam być. ręce miałam spowite koronkami, nieco szorstkimi przez sztywność, nieporęcznie szło, więc ku szyi. Taką nazywają łabędzią — głowa osadzona na niej z nie postanowioną, naturalną dumą, budzącą uszanowanie, konchy uszu pod splotami włosów małe. jędrne płatki uszne, bez klejnotów, nie — przekłute, czemu, dotykałam czoła, policzków, ust. Ich wyraz, wykryty koniuszkami cienkich palców, znów mię zaniepokoił. Inny był niż sądziłam. Obcy. Ale jak mogłam być sobie obca inaczej niż z choroby, szaleństwa?
    Ukradkowym ruchem, co godny był naiwności małego dziecka, otumanionego bajkami, sięgnęłam ku nadgarstkom przecież i ku łokciom, tam gdzie ramię przechodzi w przedramię, było tam coś niezrozumiałego. Zatracałam czucie w opuszkach palców, jakby coś uciskało moje nerwy, naczynia krwionośne i znów przeskoczyłam myślą w myśl podejrzliwą: skąd takie wiadomości do mnie, dlaczego badałam siebie jak anatom, nie leżało to w stylu dziewicy, Angelity ani jasnowłosej Duenny, ani lirycznej Tlenix, jednocześnie zaś czułam uspokajający mus: to jest właśnie zwyczajne, nie dziw się sobie, rozdziwaczona kaprysami trzpiotko, jeśli byłaś troszkę nieswoja, nie wracaj tam, zdrowiej, myśl o umówionym spotkaniu… Ale łokcie, nadgarstki? Pod skórą jakby twarda grudka, napęczniałe węzły chłonne? Zwapnienia? Niemożliwe, bo sprzeczne z urodą, z jej absolutną pewnością. Była tam przecież twardziel, maleńka, wyczułam ją dopiero przy silnym ucisku, wyżej dłoni, gdzie nie sięga puls, i jeszcze w zgięciu łokciowym.
    A więc ciało moje też miało tajemnice, odpowiadało innością inności ducha, jego strachowi w samozapatrzeniach, była w tym prawidłowość, odpowiedniość, symetria: skoro tam, to i tu. Skoro umysł, to i członki. Skoro ja, to i ty. Ja, ty, zagadki, byłam znużona, przemożne zmęczenie weszło mi w krew, powinnam była mu się poddać. Usnąć, zapaść w nieprzytomność innego, wyzwalającego mroku. Wtedy przeszyło mnie postanowienie, żeby odmówić złośliwie zgody tej chętce, żeby sprzeciwić się wiążącemu mnie pudłu tej stylowej karety (ale wnętrze nie było już tak stylowe!), temu duszkowi dziewicy zbyt mądrej, nazbyt dociekliwej w rozumowaniu! Przekora wobec samocielesnej piękności, co miała swe ukryte stygmaty! Kim jestem? Opór mój był już wściekłością, od której duch mój gorzał w mroku i przez to zdawał mi się jaśnieć. Sed tamen potest esse totaliter aliter, co to. skąd? Duch mój? Gratia? Dominus meus?
    Nie, byłam sama i sama zerwałam się, aby zębami wpić się w te miękko spowite ściany, rwałam obicia, suchy, szorstki materiał trzeszczał mi w zębach, wypluwałam włókna wraz ze śliną, paznokcie połamią się, właśnie tak dobrze, właśnie tak, nie wiem przeciw sobie czy komu, ale nie, nie, nie, nie. nie, nie.
    Błysk ujrzałam, wypączkował przede mną jakby łebek węża. ale to była metalowa główka. Igła? Coś mnie ukłuło, wyżej kolana, w udo, z zewnętrznej strony, to był mały, nikły ból, ukłucie i już nic.
    Nic.

    Ogród był pochmurny. Park królewski w śpiewających fontannach, żywopłoty wystrzyżone pod jeden strychulec, geometria drzew, krzewów i stopnie, marmury, konchy, amorki. I nas dwoje. Tanich, zwykłych, romantycznych, pełnych rozpaczy. Uśmiechałam się do niego, a miałam na udzie znak. Ukłuto mię. Duch mój tam, gdzie buntowałam się i ciało tam, gdzie już je nienawidziłam, miały zatem sojusznika. Okazał niedostateczną zręczność. Teraz nie bałam się go już tak bardzo, teraz grałam już rolę. Owszem, był dość zręczny, skoro narzucił mi ją, od wewnątrz, wdarłszy się do twierdzy. Zręczny, lecz nie dosyć — widziałam sidła. Nie pojmowałam jeszcze celu, alem je zobaczyła, poczuła, a kto ujrzy, już nie taki przerażony jak ten, kto musi żyć samym domysłem.
    Tyle miałam z sobą fatygi, borykań, nawet światło dnia mi przeszkadzało solennością swoją, ogrodami do podziwiania majestatu, nie zieleni, doprawdy wolałabym teraz mieć moją noc. aniżeli ten dzień, lecz był dzień i mężczyzna, który nic nie wiedział, niczego nie rozumiał, żyjąc parzącą słodyczą lubego obłąkania, czarem przeze mnie rzuconym, nie przez kogoś trzeciego. Sidła, wnyki, pułapka z żądłem śmiertelnym, i wszystko to — ja? A też po to bicze fontanny, ogrody królewskie, mgiełka oddali? Toż to głupie. O czyjąś szło ruinę, śmierć czyją? Czy nie starczyło fałszywych świadków, starców w perukach, stryka, trucizny? Może o coś większego szło? Intrygi zatrute, jak to na królewskich posadzkach.
    Ogrodnicy w skórzniach, oddani zieleniom miłościwego majestatu, nie zbliżali się do nas. Milczałam, bo tak było wygodniej, siedzieliśmy na stopniu schodów ogromnych, jakby zbudowanych w oczekiwaniu olbrzyma, który zstąpi kiedyś z obłocznych wysokości, aby uczynić z nich użytek. Symbole, wydęte w głazy, nagie amorki, fauny, syleny, śliskie ociekłym wodą marmurem, upodobniały się chmurnością do szarego nieba. Idylliczna scena, jaka Laura z Filonem, ileż lukrecji! Na dobre ocknęłam się w tych ogrodach, kiedy kareta odjechała i poszłam lekko, jakbym wyszła co dopiero z parującej wonnej kąpieli, a moja suknia była już inna. wiośniana, przymglonym deseniem odwoływała się do kwiatów nieśmiało, aluzją była do nich. pomagała wzbudzić cześć, otaczała mnie nietykalnością, Eos Rhododaktylos. ale szłam między błyszczącymi od rosy żywopłotami z piętnem na udzie, nie musiałam, ani nawet nie mogłam była go dotknąć, pamięci starczyło, nie zatarto mi jej. Rozumem byłam uwięzionym, skutym w powiciu, urodzonym w niewoli, ale rozumem. I dlatego zanim się pojawił, widząc, że teraz jest mój czas, że nie ma w pobliżu ani igły. ani podsłuchu, jęłam, jak aktorka, przygotowująca się do występu, mówić szeptem rzeczy, o jakich nie wiedziałam, czy uda mi się je przy nim wypowiedzieć, czyli granice mojej wolności badałam, w świetle dnia dotykałam ich po omacku.
    Co takiego? Samą prawdę, najpierw — przemianę formy gramatycznej, potem wielość moich plusquamperfektów, wszystko też, co przeszłam i ukłucie porażające bunt.
    Czy to ze współczucia ku niemu, żeby go nie pogrążyć? Nie, bo nic go nie kochałam. To była zdrada: wtargnęliśmy w siebie ze złej woli. Więc TAK to miałam rzec? Że chcę go wybawić od siebie poświęceniem jako od zguby?
    Nie — było to całkiem inaczej. Miłość miałam gdzie indziej — dobrze wiem, jak to brzmi. To była miłość płomienna, czuła i bardzo zwykła. Oddać mu chciałam duszę i ciało, lecz nie w prawdzie, a tylko w stylu mody, obyczaju, wymagań dworskich, bo nie byle jaki. wszak miał to być cudowny, ale dworski grzech.
    Była to bardzo wielka miłość, zniewalająca do drżenia, przyspieszająca tętno, widziałam, że jego widok uczyni mnie szczęśliwą. I bardzo była mała, bo miała granice we mnie. poddana stylowi, jak wypracowane starannie zdanie, wyrażające bolesny zachwyt spotkania we dwoje. A więc poza obrębem owych uczuć wcale nie zależało mi na tym, żeby go ratować przede mną czy nie tylko przede mną, bo kiedy poza moją miłość wykraczałam myślą, nie obchodził mnie zupełnie, lecz potrzebowałam sojusznika w walce z tym, co mnie w nocy ukłuł jadowitym metalem. Nie miałam nikogo innego, a on był mi oddany ze wszystkim: mogłam na niego liczyć. Wiedziałam co prawda, że nie mogę liczyć na niego poza uczuciem, jakie żywił do mnie. On nie dostąpił żadnej reservatio mentalis. Dlatego nie mogłam mu zdradzić całej prawdy: że moja miłość ku niemu i ukłucie jadowite są z tego samego źródła. Że już przez to brzydzę się obojga, oboje mam w nienawiści i oboje chcę zdeptać jak tarantulę. Tego nie mogłam mu wyjawić, gdyż musiał być konwencjonalny w swojej miłości, nie życzyłby sobie takiego wyzwolenia mojego, jakiego pragnęłam, takiej mojej wolności, co by go odrzuciła precz. Dlatego nie mogłam inaczej, jak tylko działając kłamliwie, nazywając wolność fałszywym mianem miłości, tylko w niej i poprzez nią ukazać mu siebie jako ofiarę niewiadomego. Króla? Ależ nawet gdyby się targnął na majestat, nie uwolniłoby mnie to, król, jeśli w samej rzeczy był sprawcą, to tak dalekim, że śmierć jego o włos by nie zmieniła mojego nieszczęścia. Więc żeby spróbować, czy zdołam tak sobie poczynać, zatrzymałam się u posągu Wenery, który swym nagim zadem wystawiał pomnik wyższym i niższym pasjom ziemskiego kochania, by w dobrej samotności przygotować monstrualne uświadomienie z wyostrzonymi argumentami, tę diatrybę. Jak gdybym ostrzyła nóż.
    Było to bardzo trudne. Wciąż dochodziłam nieprzekraczalnej granicy, bo nie wiedziałam, gdzie przykurcz, chwyci mój jeżyk, gdzie się potknie duch. bo ten duch to był mój wróg przecież. Nie ze wszystkim kłamać, ale nie wchodzić w ośrodek prawdy, ośrodek tajemnicy. Zmniejszałam więc tylko stopniowo jej zasięg, zmierzając w tę stronę jak po spirali. Lecz gdym go dostrzegła z dala, jak szedł i zaczął niemal biec ku mnie. drobna jeszcze sylwetka w ciemnej pelerynie, pojęłam, że wszystko to na nic, bo tego styl nie pomieści. Cóż za miłosna scena, w której Laura wyznaje Pilonowi, że mu jest żegadłem? Ani nawet baśniowy styl. skoro zdejmując ze mnie zaklęcie, jeśliby mógł. zawróciłby mnie w nicość, z której wyszłam. Jego cała mądrość była tu na nic. Cudownie piękna dziewica, jeśli ma się za instrument ciemnych sił i mówi o ukłuciach, o żegadłach, jeżeli mówi TO i TAK. jest dziewicą szaloną. Nie wystawia świadectwa prawdzie, lecz splątaniu swemu, zaczem nie tylko miłości, oddania, lecz jeszcze ponadto litości godna.
    Z połączenia tych uczuć udałby może wiarę w powiedziane, zasumowałby się, zapewnił o przygotowaniach do wyzwolicielskiego czynu, w istocie do leczniczych konsultacji, po całym świecie rozniósłby wieść o mojej biedzie — już bym go wolała znieważyć. Zresztą, w takim skomplikowaniu sił. w im większym stopniu sojusznik, w tym mniejszym — kochanek pełen nadziei na spełnienia, na pewno nie chciałby wyjść daleko z roli kochanka, szaleństwo jego było normalne, krzepkie, solidnie rzeczowe: kochać, ach kochać, żwiry na mej drodze starannie pogryźć w przytulny piaseczek, lecz nie igrać w dziwadła analizy, skąd bierze początek mój duch?
    Wyglądało więc na to, że jeśli przysposobiono mnie ku jego zgubie, musi zginąć. Nie wiedziałam, co go porazi ze mnie, przedramiona, nadgarstki w uścisku, to chyba zbyt byłoby proste, ale wiedziałam już, że inaczej nie może być. Musiałam iść z nim, ścieżkami osłodzonymi przez wprawnych mistrzów ogrodnictwa, oddaliliśmy się zaraz od Wenus Kallipygos, bo ostentacja, z jaką wyjawiała swoje, była niewłaściwa w naszym wczesnoromansowym stadium idealnych afektów i nieśmiałych napomknień o szczęściu.
    Przeszliśmy obok faunów, też brutalnych, lecz inaczej, sposobem właściwszym, bo samczość tych kamiennych kudłaczy nie mogła dotknąć mej anhelliczności, dostatecznie dziewiczej, żeby nie urażały mię nawet z bliska: byłam w prawie nie rozumienia ich marmurowo stężałych chuci.
    Pocałował mnie w rękę tam, gdzie była grudka, której nie mógł wargami wyczuć. A gdzież czekał mój szczwacz? Czy w pudle karety? Czy może miałam jedynie wyłudzić od niego niewiadome tajemnice: cudowny stetoskop, przyłożony do piersi potępionego mędrca?
    Nie wyjawiłam mu nic.

    We dwa dni romans taka przebył drogą, jak się należało. Mieszkałam z garstką dobrej służby w rezydencji, odległej o cztery stajania od siedziby królewskiej; Phloebe, mój totumfacki, wynajął ów pałacyk w pierwszym dniu po ogrodowym spotkaniu, nic nie mówiąc o środkach, jakich wymagał ten krok, a ja, nie rozeznająca się w sprawach finansowych dziewica, o nic nie pytałam. Sądzę, że jednocześnie onieśmielałam go i drażniłam, być może nie był wtajemniczony we właściwą rzecz, chyba na pewno nie był, działał z rozkazu królewskiego, oddawał w słowach cześć, a w oczach widziałam nieuniżone lekceważenie, najpewniej brał mnie za nową królewską faworytę, a moim przejażdżkom i widzeniom z Arrhodesem nie dziwił się zbytnio, gdyż sługa wymagający, aby król poczynał sobie z nałożnicą wedle zrozumiałego dlań schematu, nie jest dobrym sługą. Sądzę, że gdybym się pieściła z krokodylem, nie mrugnąłby nawet powieką. Byłam swobodna wewnątrz woli królewskiej, monarcha zresztą nie zbliżył się do mnie ani raz. Wiedziałam już, że są rzeczy, których nie powiem mojemu mężczyźnie, ponieważ kołczał mi język od samego zachcenia i wargi drętwiały mi podobnie jak palce, którymi dotykałam siebie pierwszej nocy w karecie. Zabroniłam Arrhodesowi odwiedzin, rozumiał to konwencjonalnie, obawą moją, że mię skompromituje, i miarkował się poczciwiec. Wieczorem trzeciego dnia wzięłam się nareszcie do wykrycia, kim jestem. Odziana do snu, obnażyłam się przed nocnym zwierciadłem i stałam w nim posągowo naga, a srebrne igły i stalowe lancety spoczywały na konsoli, zakryte aksamitnym szalem, bałam się bowiem ich blasku, choć nie obawiałam się ich ostrzy. Piersi osadzone wysoko patrzały w bok i w górę różowymi sutkami, ślad ukłucia wysoko na udzie znikł: jak położnik czy chirurg gotujący się do operacji oburącz wpierałam zamknięte dłonie w białe, gładkie ciało, żebra ugięły się pod naciskiem, lecz miałam brzuch sklepiony jak niewiasty na gotyckich obrazach i pod ciepłą, miękką powłoką napotkałam nieustępliwy opór. wodząc zaś dłońmi z góry w dół wykryłam stopniowo obły kształt wewnątrz. Sześć świec mając po każdej stronie, wzięłam w palce najmniejszy lancet, nie ze strachu, lecz dla jego estetyczności.
    W lustrze wyglądało to, jak gdybym się chciała nożem pchnąć, scena dramatycznie czysta, wytrzymana w stylu do ostatniego szczegółu przez wielkie łoże z baldachimem, dwa szpalery wysokich świec, błysk w moim ręku i moją bladość, ponieważ ciało moje lękało się straszliwie, kolana uginały się pode mną. jedna tylko dłoń z ostrzem miała należytą pewność. Tam gdzie obły, nie poddający się naciskowi opór był najwyrazistszy, poniżej łuku żebrowego, wbiłam lancet głęboko, ból był znikomy i powierzchowny tylko, od sztychu wypłynęła jedna kropla krwi. Niezdolna objawić rzeźniczej umiejętności pomału, z anatomicznym wyrachowaniem, rozcięłam na dwoje ciało do łona nieomal, gwałtownie, zaciskając z całej siły zęby i powieki. Patrzeć, to było już ponad siłę. Stałam jednak już nie drżąca, a tylko zlodowaciała i w komnacie jak obcy i daleki rozlegał się mój kurczowy, prawie spazmatyczny oddech. Otwarte cięciem powłoki rozeszły się. białoskóre, i zobaczyłam w lustrze srebrny stulony kształt jak ogromnego płodu, jakby lśniącej we mnie ukrytej poczwarki. ujęty w rozchylone fałdy nie krwawiącego, różowego tylko ciała. Cóż to był za potworny strach, tak patrzeć w siebie! Nie ważyłam się dotknąć srebrzystej powierzchni, przeczystej, niepokalanej, odwłok podługowaty jak trumienka mała lśnił, odzwierciedlając w sobie pomniejszone płomyki świec, poruszyłam się i wtedy ujrzałam jego przytulone płodowo odnóża, cienkie jak szczypce, wchodziły w moje ciało i pojęłam nagle, że to nie było ono. obce, inne. to byłam dalej ja sama. A więc dlatego wyciskałam, stąpając po mokrym piasku w alejkach, tak głębokie ślady, dlatego byłam tak silna, to ja, to dalej ja, powtarzałam sobie w myśli, kiedy wszedł.
    Drzwi pozostały nie zamknięte — jaka nieopatrzność. Zakradł się. wszedł tak zafascynowany własną zuchwałością, niosąc przed sobą jak na usprawiedliwienie i obronę ogromną tarczę czerwonych róż. że ujrzawszy mnie, a odwróciłam się z okrzykiem przerażenia, widział już, lecz jeszcze nie dostrzegał, nie rozumiał, nie mógł. Nie z lęku, już tylko z okropnego wstydu zgniatającego krtań obu rękami usiłowałam na powrót ukryć w sobie srebrną obłość, zbyt była jednak wielka, a ja nazbyt otwarta nożem, by się udało.
    Jego twarz, jego niemy krzyk i ucieczka. Proszę, aby ta część zeznania została mi oszczędzona. Nie mógł doczekać się przyzwolenia, zaproszenia, więc przyszedł z kwiatami, a dom był pusty, sama wyprawiłam całą służbę, aby nikt nie mógł mi przeszkodzić w tym, co zamyśliłam — nie miałam już innego sposobu, innej drogi. A może już wtedy zalęgło się w nim pierwsze podejrzenie. Pamiętam, jak przechodziliśmy poprzedniego dnia przez łożysko wyschłego strumyka, jak chciał mnie przenieść na rękach i zabroniłam mu. nie z prawdziwej albo udawanej wstydliwości, lecz dlatego, ponieważ musiałam. Zobaczył wtedy w miękkim, podatnym mule ślady moich stóp, tak małe i tak głębokie, chciał coś powiedzieć, miał to być niewinny żart, ale powstrzymał się nagle i ze znajomą mi już bruzdą między nasępionymi brwiami wszedł na przeciwległy stok. nawet nie podając mi, wspinającej się za nim, pomocnej ręki. Więc może już wtedy. A jeszcze, kiedy już na samym szczycie wzniesienia potknęłam się, chwytając dla odzyskania równowagi tęgą witkę leszczyny, poczułam, że krzak wyważam cały z korzeniami, osunęłam się więc za nakazem odruchu na kolana, puszczając złamaną gałąź, aby nie objawić tej niezmożonej olbrzymiej mojej siły. Stał bokiem, nie patrzał, tak pomyślałam, lecz mógł wszystko dostrzec kątem oka. Więc czy z podejrzenia zakradł się czy namiętności niepohamowanej?
    Wszystko jedno.
    Najgrubszymi członami moich czułków oparłam się o brzegi otwartego na oścież ciała, aby się wypoczwarczyć, i wydobyłam się na wolność zwinnie, a wtedy Tlenix, Duenna, Mignonne osunęła się pierwej na kolana, potem runęła twarzą w bok i wypełzłam z niej, rozprostowując wszystkie odnóża, powoli idąc wstecz niczym rak. Świece. których płomienie jeszcze chwiały się w przeciągu wznieconym jego ucieczką w otwarte drzwi, jaśniały w lustrze. naga z rozrzuconymi nieprzystojnie nogami spoczywała bezwładnie: nie chcąc dotknąć jej, mego kokonu, fałszywej skóry mojej, ominęłam ją i wznosząc się jak modliszka wpółprzegiętym korpusem, spojrzałam na siebie w zwierciadle. To ja. powiedziałam sobie bez słów. to ja. To wciąż jeszcze ja. Przebiegi gładkie, tęgopokrywe, owadzie, zgrubienia stawów, odwłok w zimnym lśnieniu srebra, obłe, stworzone dla chyżości boki. ciemniejsza wyłupiasta głowa. to ja. Powtarzałam sobie, jak bym się na pamięć uczyła tych słów. a zarazem matowiała i gasła we mnie wieloraka przeszłość Duenny. Tlenix, Angelity. jak dawno przeczytane książki z dziecinnego pokoju, o nieważnych i bezsilnych już treściach, mogłam je wspominać, powoli kręcąc głową w obie strony, szukając w odbiciu własnych oczu. a jednocześnie zaczynałam, choć nie oswojona jeszcze z tą swoją postacią, rozumieć, że ten akt autoewentracji nie ze wszystkim był moim powstaniem, że stanowił przewidzianą cząstkę planów, zamyśloną na taką właśnie okoliczność rebelii, żeby się okazała wkroczeniem w doskonałe nareszcie poddaństwo. Gdyż zdolna dalej myśleć z poprzednią biegłością i swobodą, podlegałam jednocześnie nowemu ciału mojemu i jego metal jaśniejszy miał wpisane w siebie ruchy, które jęłam wykonywać.
    Miłość zgasła. Gaśnie i w was. lecz latami albo miesiącami, ten sam zachód przeżyłam w chwilach, był to trzeci już z kolei początek, bo wydając lekki, posuwisty szmer, obiegłam trzykroć komnatę, dotykając wysuniętymi, dygocącymi czułkami łoża, na którym nie było mi już dane spocząć. Brałam w siebie woń niekochanka mojego, by ruszyć jego śladem, znajoma mu a nieznajoma, w tej nowo otwartej, już chyba ostatniej, rozgrywce. Trop jego ucieczki szalonej znaczyły najpierw otwarte kolejne drzwi i róże, co się rozsypały, woń ich mogła mi być pomocną, jako że stała się. przynajmniej na jakiś czas, cząstką jego woni. Widziane z dołu. z niska, więc z nowej perspektywy, komnaty, przez które się przemykałam, zdawały mi się przede wszystkim nazbyt duże. pełne nieporęcznych, zbędnych sprzętów, ciemniejących obco w półmroku, potem słabo zazgrzytały stopnie kamiennych schodów pod mymi pazurkami i wybiegłam w ogród wilgotny i ciemny — słowik śpiewał, poczułam wewnętrzne rozbawienie, bo to był już zupełnie niepotrzebny rekwizyt, innych wymagał ten akt następny, myszkowałam dobrą chwilę między krzewami, czując jak chrzęści żwir. pryskający mi spod nóg. zakręciłam się raz i drugi wkoło, aż pognałam przed siebie, chwyciwszy trop. Gdyż miałam go chwycić, złożony z unikalnego zestroju nikłych zapachów, z drgnień powietrza, porozsuwanego jego przejściem, każdą drobinę odnalazłam, nie rozprowadzoną jeszcze wiatrem nocnym, i tak weszłam na właściwy kierunek, który miał być odtąd moim do końca.
    Nie wiem, z czyjej woli dałam mu się silnie wysforować, bo do świtu zamiast ścigać go, krążyłam w królewskich ogrodach. W pewnej mierze było to wskazane, przebywałam bowiem tam, gdzieśmy chodzili między żywopłotami trzymając się za ręce, mogłam więc napoić się dokładnie jego wonią tak, by jej na pewno z żadną inną nie zamienić. Co prawda mogłam też pomknąć prosto za nim i dopaść go w zupełnej bezradności pomieszania i rozpaczy, ale nie zrobiłam tego. Wiem, że moje postępki owej nocy można też wyłożyć całkiem inaczej, moją żałobą i wolą królewską, skoro utraciłam kochanka, zyskując tylko ofiarę, a monarsze nagły i szybki kres nienawistnego mu człowieka mógł się wydawać niedostateczny. Być może Arrhodes nie pognał do swego domu, lecz udał się do któregoś z przyjaciół i tam, w gorączkowej rozmowie, sam odpowiadając sobie na zadawane pytania (obecność innego człowieka była mu wszak potrzebna tylko jako trzeźwiące wsparcie), doszedł wszystkiego bez pomocy cudzego przemysłu. Zresztą poczynania moje w ogrodach w niczym nie przypominały cierpień rozłąki. Wiem. jak to nieładnie zabrzmi czułym duszom, lecz nie mając ani rąk do łamania, ani łez do wylewania, ani kolan, na które mogłabym paść, ani ust. żeby przyciskać do nich za dnia zbierane kwiaty, nie oddawałam się prostracji. Zajmowało mnie teraz niezwykłe mistrzostwo rozróżnień, jakie posiadłam, bo biegnąc alejami ani razu nie wzięłam smużki najbardziej nawet złudnie podobnego śladu za ten, który był moim obecnym przeznaczeniem i ostrogą nie zmęczonych starań. Czułam, jak w moim zimnym płucu lewym każda cząstka powietrza przesmyku j e się meandrami niezliczonych komórek badawczych i jak każda z podejrzanych cząsteczek dostaje się do mego płuca prawego, gorącego, gdzie moje pryzmatyczne oko wewnętrzne przyglądało się jej uważnie, aby potwierdzić właściwy sens lub odrzucić go jako mylący, a działo się to szybciej, niż drgają skrzydełka najmniejszego owada, szybciej, niż moglibyście to pojąć. O przedświcie opuściłam królewskie ogrody. Dom Arrhodesa stał pusty, otwarty na oścież, nie dbając tedy i o to, aby sprawdzić, czy wziął z sobą jakąś broń. odnalazłam świeży ślad i ruszyłam nim już bez wszelkiej zwłoki. Nie sądziłam, że wybieram się na długą wędrówkę. A jednak dni przeszły w tygodnie, tygodnie w miesiące, a ja wciąż go tropiłam.
    Nie wydawało mi się to bardziej szkaradne od zachowania wszelkich istot, mających wypisany w sobie własny los. Biegłam przez deszcze i skwary, rozłogi, wądoły i chaszcze, suche trzciny oślizgiwały mi się po tułowiu, a woda na przełaj przebywanych kałuż czy rozlewisk opryskiwała mnie i ściekała grubymi kroplami po obłym grzbiecie i po głowie, w tym miejscu naśladując łzy, co nie miało jednak żadnego znaczenia. Widziałam, w nieustającym pędzie, jak każdy, kto zobaczył mnie z daleka, odwracał się i przyciskał do ściany, drzewa, muru lub, jeśli nie miał takiego ukrycia, przyklękał i zakrywał rękami twarz, albo padał na nią i leżał tak długo, aż pozostawiłam go już daleko za sobą. Nie znałam potrzeby snu, toteż biegłam i nocą przez wsie, osady, miasteczka, przez targowiska pełne garów glinianych i suszących się na sznurach owoców, gdzie całe gromady pierzchały przede mną, a dzieci umykały z wrzaskiem w boczne uliczki, na co nie zwracałam uwagi, mknąc moim tropem. Jego zapach wypełniał mnie całą jak obietnica. Zapomniałam już wygląd twarzy tego człowieka i umysł mój. jak gdyby mniej wytrzymały od ciała, szczególnie podczas nocnego pędu, zawężał się tak. że nie wiedziałam, kogo tropię ani nawet, czy kogoś tropię, wiedziałam tylko, że wolą moją jest gnać tak, aby ślad powietrznych drobin, przeznaczonych mi z wezbranej różnorodności świata, trwał i wzmagał się. bo jeśliby słabł, znaczyłoby to, że nie podążam w dobrym kierunku. Nie pytałam nikogo o nic. a też nikt nie ośmielał się do mnie odezwać, jakkolwiek czułam, że przestrzeń, oddzielająca mnie od tych, co kulili się u ścian przy mym zbliżaniu lub padali na ziemie, zakrywając rękami tył głowy, pełna jest napięcia i pojmowałam je jako składany mi przeraźliwy hołd, ponieważ byłam na królewskim tropie, który dawał mi niewyczerpaną moc. Czasem tylko dziecko, jeszcze bardzo małe. którego dorośli nie zdążyli pochwycić i zacisnąć w objęciach przy mym milczącym, gwałtownym pojawieniu w największym pędzie, zaczynało płakać, ale nie zważałam na to. ponieważ mknąc musiałam trwać w nieustającej, najwyższej koncentracji, zwrócona zarazem na zewnątrz, w świat piaszczysty, murowany, zielony, okryty błękitami, i w mój wewnętrzny, gdzie od sprawnego grania mych obojga płuc powstała muzyka molekularna, bardzo piękna, bo tak wspaniale nieomylna. Przebywałam rzeki i odnogi limanów, katarakty, mułowate zbiorniki wysychających jezior, a wszelki stwór omijał mnie, oddalał się w ucieczce lub poczynał gorączkowo worywać się w spieczony grunt, zapewne nadaremnie, gdybym go miała upatrzonego, bo nikt nie był tak błyskawicznie zwinny jak ja, lecz nie obchodziły mnie owe stworzenia kosmate, raczkujące, skośnouche, wydające chrypliwe rżenia, piski, zawodzenia, miałam wszak przed sobą inny cel.
    Wielekroć przebijałam, niczym pocisk, wielkie mrowiska, a ich mieszkanki rude, czarne, plamiste bezsilnie staczały się po mym lśniącym pancerzu, a raz czy drugi jakiś stwór niezwykłej wielkości nie ustąpił mi z drogi, więc chociaż nie miałam do niego nic, aby zaoszczędzić czasu na kołowania i wymijania, sprężywszy się skokiem, w lot przeszywałam go, zaczem w trzasku wapienia i bełkocie czerwonych strug pluskających na mój grzbiet i łeb oddalałam się tak szybko, że nie od razu pomyślałam o śmierci, zadanej tym prędkim i gwałtownym sposobem. Pamiętam też, że przekradałam się przez wojenne fronty, pełne rozsypanego bezładnie mrowia szarych i zielonych opończy, z których jedne ruszały się, a w innych tkwiły kości, zgniłe lub całkowicie wyschnięte i przez to białe jak przybrudzony śnieg, lecz i na to nie zważałam, ponieważ miałam wyższe zadanie, które było tylko na moją miarę. A to, ponieważ trop zwijał się, pętlił i przecinał sam siebie, i prawie znikał na brzegach słonych jezior, wypalony słońcem w drażniący mi płuca kurz lub wypłukany deszczami; i z wolna zaczynałam rozumieć, iż to. co mi umyka, jest pełne przebiegłej chytrości i czyni wszystko, aby mnie wprowadzić w błąd i urwać nić cząsteczek, naznaczonych śladem jedyności. Gdyby ten, kogo tropiłam, był zwyczajnym śmiertelnikiem, dopadłabym go po czasie właściwym, to jest niezbędnym, aby jego strach i rozpacz należycie spotęgowały oczekującą go karę, na pewno dognałabym go dzięki niestrudzonej chytrości i nieomylnej pracy moich tropicielskich płuc — ażbym go zgładziła szybciej, niż pomyślałabym, że to właśnie czynię. Zrazu nie następowałam mu na pięty, idąc ostygłym dobrze śladem, aby wyrazić tym moje mistrzostwo, a zarazem dać tropionemu należny czas, zgodnie z dobrym obyczajem, bo dzięki temu wzbierała w nim rozpacz, niekiedy zaś pozwalałam mu znacznie się odsądzić, czując mnie bowiem wciąż nazbyt blisko, mógłby w przystępie beznadziejności zrobić sobie coś złego i tym samym wymknąć się mojemu postanowieniu. Toteż nie zamierzałam dopaść go zbyt szybko ani tak raptownie, żeby nie zdążył pojąć, co go czeka. Dlatego zatrzymywałam się nocami zaszyta w gąszczu, nie dla odpoczynku, ten był mi zbędny, lecz dla umyślnej zwłoki, a też by rozważyć dalsze działania. Nie myślałam już o ściganym jako o Arrhodesie, niegdyś moim kochanku, ponieważ wspomnienie to otorbiło się i wiedziałam, że winno spoczywać w spokoju. Żałowałam jedynie, że nie mam już daru uśmiechania się, gdy sobie przypominałam zamierzchłe fortele, więc Angelitę, Duennę, słodką Mignonne, i parę razy przyjrzałam się sobie w lustrze wody, z pełnią księżyca nad głową, aby się przekonać, jak w niczym już nie jestem do nich podobna, choć pozostałam piękna, teraz było to jednak piękno śmiercionośne, budzące grozę tak wielką jak zachwyt. Wykorzystywałam też nocny pobyt na owych leżach, by do srebra zetrzeć z odwłoku grudy zaschniętego błota i przed wyruszeniem w dalszą drogę poruszałam lekko tuleją żądła, objętą skokowymi nogami, sprawdzając jej gotowość, nie znałam bowiem dnia ani godziny.
    Niekiedy podkradałam się bezszelestnie do ludzkich siedzib i nasłuchiwałam głosów, przegięta w tył, opierając lśniące czułki o framugę okienną lub wypełznąwszy na dach, z którego okapu mogłam zwisnąć swobodnie w dół, bo nie byłam przecież martwym mechanizmem opatrzonym dwojgiem tropicielskich płuc, lecz istotą, używającą właściwie rozumu. A pogoń i ucieczka trwały już dostatecznie długo, żeby się stały głośne i słyszałam, jak stare kobiety straszyły mną dzieci, dowiadywałam się też niezlicznych bajań o Arrhodesie, któremu tak sprzyjano, jak obawiano się mnie, królewskiej wysłanniczki. Co takiego gadali prostacy na przyzbach? Że jestem maszyną, nasadzoną na mędrca, który odważył się targnąć na majestat.
    Nie zwyczajną miałam być wszakże maszyną katowską, lecz osobliwym urządzeniem, zdolnym przybierać dowolną postać: żebraka, dziecka w kolebce, ślicznej dziewuszki, ale też metalowego gada. Tamte kształty to larwa, w której mordercza wysłanniczka ukazuje się ściganemu, by go omamić, wszystkim innym zaś objawia się jako skorpion ze srebra, pełznący tak chyżo, że nikomu jeszcze nie udało się zliczyć jego nóg. Tu się rzecz dzieliła na rozmaite wersje. Jedni mówili, że mędrzec chciał obdarzyć lud wolnością na przekór królewskiej woli, i tym wzbudził monarszy gniew; inni. że miał wodę życia i mógł nią wskrzeszać zamęczonych, co zostało mu zabronione najwyższym rozkazem, on zaś pozornie ugiąwszy się przed wolą władcy, potajemnie szykował hufiec z wisielców, odciętych na cytadeli po wielkiej egzekucji rebeliantów. Jeszcze inni nic zgoła nie wiedzieli o Arrhodesie i nie przypisywali mu żadnych umiejętności wspaniałych, a tylko mieli go za skazańca, któremu już z tej racji należy się przychylność i pomoc. Chociaż nie były wiadome przyczyny, co rozjątrzyły królewską wściekłość, że wezwanym werkmistrzom nakazano sporządzić w ich kuźni maszynę tropicielską, złym to zwano zamysłem i grzesznym rozkazem: cokolwiek bowiem uczynił ścigany, nie mogło być tak złe jak los, który mu król zgotował. Końca nie było owym bajaniom, w których do woli rozzuchwalała się pro — stacza wyobraźnia, w tym jednym nieodmienna, że obdarzała mnie całym szkaradzieństwem. na jakie stać umysły.
    Słyszałam też niezliczone kłamstwa o dzielnych, spieszących na odsiecz Arrhodesowi. co jakoby zastępowali mi drogę, aby paść w nierównym boju — boż ani żywy duch się na to nie poważył. Nie brakło w tych podaniach i zdrajców, pokazujących mi Arrhodesowe ślady, kiedym nie mogła ich już odnaleźć — też kłamstwo wierutne. O tym atoli, kim jestem, kim mogę być. co mam w umyśle, czy znam rozterkę albo zwątpienie, nikt nie mówił wcale, ale i temu się nie dziwiłam.
    Nasłuchałam się niejednego o znanych ludowi prostych maszynach nadążnych, wypełniających wolę królewską, która jest prawem. Czasem wcale nie kryłam się przed mieszkańcami niskich izb, lecz czekałam wschodu słońca, aby w jego promieniach skoczyć srebrną błyskawicą na trawę i w łyskliwych rozbryzgach rosy związać koniec wczorajszej drogi z jej dzisiejszym początkiem. Mknąc rześko, napawałam się padaniem spotykanych na twarz, zeszkleniem spojrzeń, zmartwiałą grozą, która otaczała mnie na kształt nieprzekraczalnej aureoli. Lecz nadszedł dzień, w którym jałowy okazał się mój węch dolny, na próżno też pętliłam po wzgórzystej okolicy, szukając śladu górnym, i zaznałam poczucia nieszczęścia, które czyniło daremną całą moją doskonałość, aż stojąc na szczycie pagórka, ze skrzyżowanymi ramionami, jak bym modliła się wietrznemu niebu, pojęłam, w najsłabszym dźwięku, wypełniającym mi dzwona odwłoku, że nie wszystko stracone, więc aby wypełnił się zamysł, sięgnęłam do dawno już zarzuconego daru — mowy. Nie uczyłam się jej, bom ją posiadała, musiałam ją jednak zbudzić w sobie, wymawiając wyrazy początkowo ostro i dźwiękliwie, rychło jednak głos mój upodobnił się do ludzkiego, więc zbiegłam po stoku, aby użyć słów, skoro zawiódł mnie węch. Nie czułam wcale nienawiści do tropionego, chociaż okazał się tak biegły i chytry, rozumiałam jednak, że wypełnia należną mu część zadania tak, jak ja wypełniam moją. Odnalazłam rozstaje, na których zanikł stopniowo ślad, i stałam dygocząc, a nie ruszając się z miejsca, ponieważ jedna para mych nóg ciągnęła na oślep ku drodze pokrytej wapiennym pyłem, kiedy druga, kurczowo drapiąc głazy, targała mnie w stronę przeciwną, gdzie bielały mury niewielkiego klasztoru, otoczonego starodrzewem. Zebrawszy się w sobie, popełzłam ciężko i jakby niechętnie ku furcie klasztornej, w której stał zakonnik z uniesioną twarzą, może zapatrzony w zorzę na nieboskłonie. Zbliżałam się do niego powoli, aby nie porazić go nagłym zjawieniem i pozdrowiłam, a gdy bez słowa wpatrywał się we mnie, spytałam, czy pozwoli, bym wyznała mu pewną rzecz, z którą trudno mi samej sobie poradzić. Sądziłam zrazu, że zastygł od trwogi, skoro ani się nie poruszył, ani nie odezwał, lecz on namyślał się tylko i wreszcie wyraził zgodę. Poszliśmy tedy do klasztornego ogrodu, on przodem, ja za nim, i dziwna musiała być z nas para, lecz o tej wczesnej godzinie nie było wokół ani żywego ducha, zdolnego podziwiać srebrną modliszkę i białego księdza. Powiedziałam mu pod modrzewiem, kiedy usiadł, przybierając mimo woli a z nawyku pozę spowiednika, więc nie patrząc na mnie, lecz skłoniwszy tylko głowę w moją stronę, że pierwej nim weszłam na trop, byłam dziewczyną, przeznaczoną z woli królewskiej Arrhodesowi, którego poznałam na balu dworskim, i że kochałam go, nie wiedząc o nim nic. i wstępowałam bezwiednie w miłość, jaką w nim wzbudziłam, aż od nocnego ukłucia pojęłam, kim mogę mu być, a nie widząc dla niego ani dla siebie innego ratunku, pchnęłam się nożem, lecz zamiast śmierci spotkało mnie przeistoczenie. Odtąd mus, który poprzednio tylko podejrzewałam, naprowadził mnie na ślad kochanka, i stałam mu się prześladującą furią. Lecz długo trwała ta pogoń, tak długo, aż jęło mnie dochodzić wszystko, co ludzie mówią o Arrhodesie, jakkolwiek zaś nie wiem, ile w tym prawdy, poczęłam od nowa rozmyślać nad naszym wspólnym losem i wzeszła we mnie przychylność ku temu człowiekowi, zrozumiałam bowiem, że chcę go ze wszystkich sił zabić, ponieważ nie mogę go już więcej kochać. Tak wejrzałam we własną nikczemność, to jest w miłość wynicowaną i poniżoną, łaknącą zemsty na tym, który oprócz własnego nieszczęścia nic nie był mi winien. Dlatego nie chcę już kontynuować pogoni ani budzić wokół śmiertelnego przerażenia, owszem, chcę koniecznie zaradzić złemu, nie wiem tylko jak.
    O ile mogłam dostrzec, zakonnik nie wyzbył się do końca tej rozmowy podejrzliwości, jako że od razu zastrzegł się, nimem jeszcze zaczęła mówić, iż cokolwiek powiem, nie wejdzie pod pieczęć spowiedzi, gdyż podług jego mniemania stanowię istotę wyzbytą własnej woli. A też i potem mógł zadawać sobie pytanie, czy nie zostałam mu podesłana umyślnie, wszak trafiają się tacy podesłańcy, i to najperfidniej przebrani, lecz odpowiedź jego zdawała się płynąć z uczciwego namysłu. Rzekł mi: A cóż, gdybyś znalazła tego, którego szukasz? Czy wiesz, co wtedy uczynisz?
    Ja na to: Ojcze, wiem tylko, czego nie chcę uczynić, lecz nie wiem, jaka tkwiąca we mnie moc wydobędzie się wówczas ze mnie, a zatem nie mogę powiedzieć, czy nie zostanę zniewolona do zabójstwa.
    Rzekł mi: Jakąż ja ci mogę dać radę? Czy chcesz, aby to zadanie zostało ci odjęte?
    Jak pies leżąc u jego stóp, podniosłam głowę i widząc, jak mruży oczy od słonecznego promienia, który poraził go, odbity srebrem mej czaszki, powiedziałam: Niczego bardziej nie pragnę, jakkolwiek pojmuje, że los mój stanie się wtedy okrutny, bo nie będę już miała przed sobą żadnego celu. Nie umyśliłam sobie tego, do czego zostałam stworzona, i też będę musiała na pewno zapłacić drogo za uchybienie woli królewskiej, ponieważ nie jest dopuszczalne, aby takie uchybienie pozostało bez kary, więc mnie z kolei wezmą na muszkę rusznikarze pałacowych podziemi i wyślą w świat żelazną sforę, żeby mnie zniszczyć. A gdybym nawet umknęła, korzystając z wprowadzonych we mnie kunsztów, i udała się choćby na kraj świata, gdziekolwiek zaszyję się, wszystko będzie mnie unikało i nie znajdę nic, dla czego warto byłoby istnieć dalej. Także podobny do twego los będzie przede mną zamknięty, ponieważ każdy władny jak ty odpowie mi tak jak ty, że nie jestem wolna duchowo, więc nie mogę zyskać przywileju klauzury klasztornej!
    On zamyślił się, potem zadziwił i rzekł: Nie znam się na urządzeniu podobnych tobie ani trochę, wszelako widzę cię i słyszę i wydajesz mi się z twojej mowy rozumem, jakkolwiek może poddanym ograniczającemu zniewoleniu, lecz skoro, jak mi właśnie mówisz, walczysz z tym zniewoleniem, maszyno, i powiadasz, że czułabyś się wyzwolona, gdyby ci odebrano wolę zabójstwa, powiedz mi, a jakże ci jest z tą wolą?
    Ja na to: Ojcze, może i nie jest mi dobrze, lecz na tym, jak należy tropić, ścigać, śledzić, podpatrywać i podsłuchiwać, czaić się i taić, a także łamać stojące na drodze przeszkody, podchodzić, mylić, krążyć i zacieśniać pętlę krążenia, na tym wszystkim znam się wybornie i wykonywanie owych czynności w sposób biegły i niezawodny, czyniąc ze mnie wyrok nieubłaganego fatum, przysparza mi zadowolenia, co pewno umyślnie zostało wpisane ogniem w moje wnętrzności.
    — Powtórnie cię pytam — rzekł — powiedz, co uczynisz, kiedy zobaczysz Arrhodesa?
    — Ojcze, powtórnie odpowiadam, że nie wiem, jakkolwiek bowiem nie chcę mu złego, to, co we mnie wpisane, może okazać się potężniejsze od mojej chęci.
    Gdy to usłyszał, przysłonił oczy ręką i rzekł: Jesteś moją siostrą.
    — Jak mam to rozumieć? — spytałam w największym zaskoczeniu.
    — Tak, jak mówię — odparł — a znaczy to, że ani się wywyższam nad ciebie, ani poniżam przed tobą. jakkolwiek byśmy się bowiem różnili, niewiedza twoja, którą mi wyznałaś, a w którą ja wierzę, czyni nas równymi przed Prowidencją. A skoro tak, chodź ze mną, pokażę ci coś.
    Poszliśmy, jedno za drugim, przez ogród klasztorny, aż do starej drewutni, pod naciskiem rak zakonnika otwarły się kraczące drzwi, w mroku zaś wewnątrz rozpoznałam leżący na snopkach słomy ciemny kształt, a nozdrzami wszedł mi w płuca zapach, bezustannie tropiony, tak mocny tutaj, że poczułam, jak żądło samo wzwodzi mi się i wysuwa z łonowej tulei, lecz w następnej chwili wzrokiem, przywykającym do ciemności, dostrzegłam omyłkę. Na słomie leżała tylko porzucona odzież. Zakonnik widział po moim dygotaniu, jak jestem wstrząśnięta i rzekł: Tak. Tu był Arrhodes. Skrywał się w naszym klasztorze od miesiąca, gdy mu się udało zmylić ciebie. Żal mu było, że nie może działać po dawnemu, więc sekretnie powiadamiał uczniów, co odwiedzali go czasem nocami, lecz wkradli się pomiędzy nich dwaj zdrajcy, którzy uprowadzili go pięć dni temu.
    — Czy chcesz powiedzieć „wysłannicy królewscy”? — spytałam, ciągle drżąc i modlitewnie przyciskając do piersi skrzyżowane odnóża.
    — Nie, mówię „zdrajcy”, porwali go bowiem podstępem i siłą, mały chłopiec niemowa, któregośmy przygarnęli, on jeden widział jak uchodzili z nim o świcie, spętanym i z nożem przyłożonym do karku.
    — Porwali go? — spytałam, nic nie rozumiejąc. — Kto? Dokąd? Po co?
    — Sądzę, że po to, by mieć pożytek z jego rozumu. Nie możemy odwołać się o odsiecz do prawa, bo to jest prawo królewskie. Zmuszą go więc do służb, a jeśli odmówi, zabiją go i ujdą bezkarnie.
    — Ojcze — powiedziałam — niech będzie pochwalona godzina, w której ośmieliłam się do ciebie zbliżyć i odezwać. Pójdę teraz tropem porywaczy i wyzwolę Arrhodesa. Umiem tropić, ścigać, niczego lepiej nie potrafię, pokaż mi tylko znany ci ze słów niemowy, właściwy kierunek!
    Odparł: A wszak nie wiesz, czy będziesz się mogła powstrzymać, sama mi to wyznałaś!
    Ja na to: Tak jest, lecz sądzę, że znajdę właściwy sposób. Nie wiem jeszcze dobrze — może odszukam sprawnego werkmistrza, który odnajdzie we mnie właściwy obwód i odmieni go tak, żeby upatrzony stał mi się przeznaczonym.
    Zakonnik rzekł: Nim ruszysz w drogę, możesz, jeśli chcesz, zasięgnąć rady jednego z naszych braci, ponieważ nim do nas przystał, był w świecie biegłym w takich właśnie kunsztach. Służy nam teraz pomocą jako medyk.
    Staliśmy już w słonecznym ogrodzie, a chociaż nie dał tego znać po sobie, zrozumiałam, że nie ufa mi nadal. Trop ulotnił się w ciągu pięciu dni, mógł mi więc wskazać równie dobrze właściwy, jak fałszywy kierunek. Wyraziłam zgodę.
    Medyk obejrzał mnie z zachowaniem wskazanej ostrożności, świecąc ślepą latarką w głąb mego ciała poprzez szczeliny międzyodwłokowych dzwon, przy czym okazał wiele starania i uwagi. Potem wstał, strzepnął kurz z habitu i powiedział:
    — Zdarza się, że na maszynę, wysłaną z wiadomym poleceniem, zasadza się rodzina skazanego lub jego przyjaciele czy też inni ludzie, którzy dla niepojętych władzy przyczyn usiłują obrócić jej postanowienia wniwecz. By temu zapobiec, przezorni rusznikarze królewscy zamykają wiadomą treść hermetycznie i łączą ją z sednem tak, aby wszelkie manipulowanie okazać się musiało zgubne. Po nałożeniu ostatniej pieczęci nawet oni nie mogliby już usunąć żądła. Tak jest z tobą. Zdarza się też, że ścigany przebiera się w inną odzież, zmienia wygląd, zachowanie i woń, lecz nie może zmienić umysłu i dlatego maszyna nie zadowala się tropieniem podług dolnego i górnego węchu, lecz poddaje upatrzonych indagacjom, które obmyślili najtężsi znawcy poszczególnych osobliwości ducha. Tak jest i z tobą. Ponadto zaś widzę w twoim wnętrzu urządzenie, jakiego nie miała żadna z twych poprzedniczek, które jest wieloraką pamięcią spraw, zbędnych maszynie tropicielskiej, są to bowiem utrwalone dzieje niewieście, pełne kuszących umysł imion i obrotów mowy, od których biegnie przewodnik do śmiertelnego sedna. Tak więc jesteś maszyną udoskonaloną w sposób dla mnie niepojęty, a może nawet maszyną doskonałą. Usunąć ci żądła, nie przywołując zarazem wiadomego skutku, nie może nikt.
    — Żądło jest mi niezbędne, powiedziałam, leżąc ciągle na wznak, gdyż mam spieszyć ku pomocy porwanemu.
    — Co do tego, czy gdybyś chciała ze wszystkich sił. potrafiłabyś powstrzymać spusty, zawieszone nad wiadomym sednem, nie umiem powiedzieć ani tak, ani nie — mówił dalej medyk, jak gdyby nie usłyszał moich słów. — Mogę uczynić, jeśli chcesz, tylko jedną rzecz, mogę mianowicie bieguny wiadomego miejsca opylić przez rurkę startym na proch żelazem, gdyż od tego powiększy się nieco przedział twej wolności. Jeśli jednak uczynię to nawet, do ostatniej chwili nie będziesz wiedziała, czy spiesząc komuś z pomocą, nie okażesz się wobec niego nadal posłusznym narzędziem.
    Widząc jak obaj patrzą na mnie, zgodziłam się na ów zabieg, który trwał krótko, nie sprawił mi dolegliwości ani też nie wywołał w mym duchowym stanie żadnej wyczuwalnej zmiany. Aby jeszcze lepiej zaskarbić sobie ich zaufanie, spytałam, czy pozwolą mi spędzić w klasztorze noc, cały dzień zeszedł bowiem na rozmowach, rozważaniach i auskultacjach. Zgodzili się chętnie, ja zaś poświęciłam ów czas dokładnemu przebadaniu drewutni, zaznajamiając się z zapachem porywaczy. Byłam do tego zdolna, ponieważ trafia się, że wysłanniczce królewskiej zastępuje drogę nie sam upatrzony, lecz jakiś inny śmiałek. Przed świtem ległam na słomie, na której przez wiele nocy sypiał był rzekomo porwany, i wdychałam w bezruchu jego woń, oczekując zakonników. Rozumiałam bowiem, że gdyby okłamali mię zmyśloną opowieścią, będą się lękać mojego mściwego powrotu z fałszywej drogi, więc ta najciemniejsza godzina przedświtu okaże się dla nich wielce właściwa, jeśliby zamierzali mnie zgładzić. Leżałam, udając głęboko uśpioną, wsłuchując się w każdy najlżejszy szmer, idący z ogrodu, mogli bowiem zatarasować z zewnątrz drzwi i podpalić drewutnię, aby owoc mego żywota w płomieniach rozerwał mnie na sztuki. Nie musieliby nawet pokonać właściwej im odrazy do zabijania, skoro nie uważali mnie za osobę, a tylko za maszynę katowska; szczątki moje mogliby zakopać w ogrodzie i nic by się im nie stało. Nie wiedziałam dobrze, co uczynię, jeśli posłyszę ich zbliżanie, i nie dowiedziałam się, gdyż do niego nie doszło. Toteż pozostałam sam na sani z myślami, w których powracały zdumiewające słowa, jakie powiedział starszy zakonnik, patrząc mi w oczy, „jesteś moją siostrą”. Nie rozumiałam ich nadal, lecz gdy pochylałam się nad nimi, coś gorącego rozpływało się w moim jestestwie i przeinaczało mnie tak, jakbym utraciła ciężki płód, którym byłam brzemienna. Rano zaś wybiegłam przez uchyloną furtkę i, wymijając za wskazaniem zakonnika klasztorne zabudowania, puściłam się pędem w stronę widniejących na horyzoncie gór — tam bowiem skierował moją pogoń.
    Spieszyłam się bardzo i koło południa dzieliło mnie od klasztoru więcej niż sto mil. Gnałam jak pocisk między białopiennymi brzozami, a kiedy na przełaj biegłam przez wysoką trawę podgórskich łąk, ta padała po obu stronach jakby pod miarowymi ciosami ostrza w ręku kosiarza.
    Ślad obu porywaczy odnalazłam w głębokiej dolinie, na mostku przerzuconym przez bystrą wodę, lecz ani krzty tropu Arrhodesa, chyba nie zważając na wysiłek nieśli go na zmianę, w czym się objawiała ich chytrość oraz wiedza, skoro pojmowali, że nikt nie ma prawa zastąpić maszyny królewskiej w jej posłannictwie, i że wielce narazili się, ważąc swój czyn, woli monarszej. Chcielibyście zapewne wiedzieć, jakie były moje prawdziwe zamiary w tym biegu ostatnim, a więc powiem, że podeszłam zakonników, a też nie podeszłam ich, naprawdę bowiem życzyłam sobie odzyskania albo raczej uzyskania wolności, przecież nigdy jej dotąd nie miałam. Jeśli jednak idzie o to, co zamierzałam z ową wolnością uczynić, nie wiem, co mam wyznać. Niewiedza ta nie była niczym nowym, wkłuwając w nagie ciało nóż także nie wiedziałam, czy chcę się zabić, czy tylko rozpoznać, nawet gdyby jedno miało być tym samym, co drugie. Przewidziano i ten mój krok, jak o tym świadczyły wszystkie dalsze wypadki, toteż nadzieja wolności mogła być tylko urojeniem, nie moim własnym nawet, lecz wprowadzonym we mnie po to. abym żwawiej działała, pobudzona taką właśnie perfidnie przyłożoną ostrogą. Jak jednak powiedzieć, czy wolność równałaby się po prostu zaniechaniu Arrhodesa, nie wiem. Przecież mogłabym zabić go także będąc całkowicie wolną, ponieważ nie byłam na tyle szalona, by uwierzyć w niemożliwy cud wzbudzenia wzajemności teraz, kiedy przestałam już być kobietą, a jeśli może nie ze wszystkim przestałam nią być. jakże Arrhodes, który widział rozpruty brzuch nagiej kochanki, byłby zdolny w to uwierzyć? Tak więc mądrość moich stwórców wykraczała poza ostatnią rubież mechanicznego kunsztu, niewątpliwie bowiem uwzględnili w swojej rachubie także i ten mój stan. w jakim spieszyłam utraconemu na zawsze z pomocą. Gdybym mogła zawrócić i oddalić się, gdzie oczy poniosą, też bym się mu nie przysłużyła zbytnio, ciężarna śmiercią, której nie miałabym komu urodzić. Uważam więc, że byłam szlachetnie nikczemna i wolnością zniewolona, żeby czynić nie to, co było mi nakazane wprost, lecz to. czego we wcieleniu moim sama chciałam. Roztrząsania zawiłe i drażniące zbędnością miały jednak ustać u celu. Zabijając porywaczy i ocalając kochanka, zmuszając go tak właśnie, aby żywiony dla mnie wstręt i strach zamienił na bezsilny podziw, mogłam jeśli nie jego, to przynajmniej siebie odzyskać.
    Przebiwszy się przez gęste krzaki leszczyny, pod pierwszymi upłazami straciłam raptownie trop. Darmo szukałam go, w jednym miejscu był, a w drugim sczezł, jakby ścigam ulecieli w niebo. Wróciwszy do zagajnika, jak mi podyktowała roztropność, nie bez trudu odnalazłam krzak, z którego wycięto kilka najtęższych gałęzi. Obwąchałam więc kikuty, ociekłe sokiem leszczynowym i wróciwszy tam, gdzie ginął ślad. odkryłam jego przedłużenie wonią leszczynową, albowiem umykający posłużyli się szczudłami, pojmując, że smuga górnego zapachu nie wytrwa długo w powietrzu, zmieciona przez górski wiatr. Zaostrzyło to moją wolę; wnet zapach leszczynowy osłabł, lecz i tu przejrzałam użyty fortel — końce szczudeł owinęli strzępami jutowego worka.
    U wiszaru skalnego leżały porzucone szczudła. Polanę zalegały olbrzymie głazy, porosłe mchem od północy, a tak na sobie spiętrzone, że nie sposób było przemierzyć osypiska inaczej, jak tylko skacząc wielkimi susami z jednego maliniaka na drugi. To też uczynili uciekający, nie obrali jednak prostego szlaku, lecz kluczyli zygzakiem, przez co musiałam bezustannie spełzać z głazów, obiegać je dokoła i chwytać drżące w powietrzu drobiny tropu. Tak dotarłam do urwiska, po którym wspięli się wzwyż, musieli więc uprowadzonemu oswobodzić ręce. lecz nie dziwiłam się temu, że z własnej woli podążył z nimi. nie miał bowiem odwrotu. Pięłam się wyraźnym śladem, czując potrójną woń na rozgrzanych płaszczyznach skał, choć przychodziło wdzierać się pionowo, półkami skalnymi, rynienkami, obrywami i nie było takiej kępki siwego mchu wtulonej w szczelinę zwisów ani tak drobnej rysy, dającej przelotne oparcie stopom, której umykający nie użyliby jako stopnia, zatrzymując się kiedy niekiedy w najtrudniejszych miejscach, aby wypatrzyć dalszą drogę, co poznawałam po nasilającej się tam ich woni, ja wszakże gnałam w górę ledwie dotykając głazów i czułam wzmożone tętno mego wnętrza, które grało i śpiewało we wspaniałym pościgu, bo ludzie ci byli na moją miarę i odczuwałam dla nich zarazem podziw i radość, albowiem czegokolwiek dokonali w tym karkołomnym darciu się wzwyż, idąc we trzech i ubezpieczając się liną, której jutowy zapach pozostał na ostrych krawędziach, ja powtarzałam samotnie i lekko, i nic nie mogło strącić mnie z tej podniebnej ścieżki. Na szczycie trafił mnie ogromny wicher, który świszczał u grani jak nóż, lecz anim się obejrzała, by ujrzeć zieloną krainę, co rozpościerała się w dole gasnącymi niebiesko w powietrzu horyzontami, lecz pędząc wzdłuż grani w obie strony, szukałam dalszych śladów, ażem je odnalazła w znikomej szczerbie. Wtem białawy ucios i odpryśnięcie oznaczyły upadek jednego z uchodzących, przechyliwszy się więc przez skraj kamienia, spojrzałam w dół i zobaczyłam go drobnego, jak spoczywał w połowie stoku, a ostrość spojrzenia pozwoliła mi dostrzec nawet ciemne bryzgi na wapieniach, jakby wokół leżącego padał przez chwilę krwawy deszcz. Tamci poszli wszakże dalej granią i na myśl, że pozostał mi już tylko jeden strzegący Arrhodesa przeciwnik, poczułam żal, ponieważ nigdy dotąd nie odczuwałam tak doniosłości moich poczyNan i nie doznawałam takiej ochoty walki, którą byłam zarazem trzeźwa i pijana. Zbiegłam więc po pochyłości, bo uchodzący obrali ten kierunek, pozostawiając zabitego w przepaści, niechybnie bowiem spieszyli się, a jego natychmiastowa śmierć od runięcia była oczywistością. Zbliżałam się ku bramie skalnej jakby ruinie olbrzymiego kościoła, z którego pozostały tylko ogromne filary pogruchotanych wrót, boczne skarpy przymurza i jedno wysokie okno. w którym jaśniało niebo, a na jego tle smukła drzewina, w nieświadomym siebie bohaterstwie, wyrosła tam od ziarna, zasadzonego przez wiatr w garści prochu. Za skalną bramą był drugi, wyższy kocioł skalny, częściowo zasnuty mgłami, przytrzaśnięty powłóczystą chmurą, z której padał drobno iskrzący się śnieg. W cieniu, rzuconym przez basztę skalną, usłyszałam sypki odgłos, a za nim grom i kamienna lawina runęła zboczem. Głazy prały mnie. aż iskry i dym poszły mi z boków, ja zaś. zwinąwszy pod siebie wszystkie odnóża, zapadłam w płytka wnękę pod maliniakiem i bez szwanku już przeczekałam zejście ostatnich kamieni. Przyszła mi myśl, że goniony, prowadzący Arrhodesa, z rozmysłu wybrał lawiniaste, znane mu miejsce, licząc na to. że nieświadoma gór, roztrzaskam się w obruszonej lawinie — a choć była to jedynie nieznaczna możliwość, uradowała mnie, bo skoro przeciwnik nie tylko umykał i kluczył, lecz atakował, walka stawała się godniejsza.
    Na dnie drugiego kotła, zabielonego śniegiem, stała budowla, ani dom, ani zamek, wzniesiona z najcięższych głazów, jakich w pojedynkę nawet olbrzym nie ruszy — i pojęłam, że to musi być schronienie wroga, bo gdzieżby indziej w tej głuszy? Więc wcale już nie szukając tropu jęłam obsuwać się, zarywając tylne nogi w lecący gruz, przednimi jakby pływając po miałkich okruchach, a środkową parą hamując ten zjazd, by nie obrócił się w runiecie, aż dotarłam do pierwszego śniegu i po nim bezszelestnie już szłam dalej, próbując przy każdym kroku, czy nie zapadnę się w bezdenną jakąś szczelinę. Musiałam być rozważna, bo tamten właśnie od przełęczy spodziewał się mego pojawienia, wiec nie podeszłam zbyt blisko, aby nie stać się widoczną z fortecznego gmachu, a potem, wciśnięta pod grzybiasty głaz. cierpliwie czekałam nadejścia nocy.
    Ściemniało się szybko, lecz śnieg wciąż prószył i ciemność bielała, przez co nie ważyłam się zbliżać do gmachu, a tylko położyłam głowę na skrzyżowanych nogach tak, by mieć go na oku. Po północy śnieg przestał padać, lecz nie otrząsnęłam go z siebie, bo upodabniał mnie do otoczenia, i od księżycowej rysy między obłokami jaśniał jak ślubna suknia, której nigdy nie nosiłam. Powoli jęłam pełznąć w stronę majaczącej sylwety domostwa, nie spuszczając oczu z okna na piętrze, w którym tlał żółtawy brzask, nasunąwszy ciężkie powieki na gałki, bo księżyc raził mnie, nawykłą do ciemności. Wydawało mi się. że w tym słabo rozjaśnionym oknie coś się poruszyło, jakby wielki cień popłynął wzdłuż ściany, więc popełzłam szybciej, aż dotarłam do podmurza. Metr za metrem jęłam się wspinać po blanku, a nie było to trudne, gdyż głazy nie miały spoin i łączył je tylko ich ogromny ciężar. Dotarłam tak do niższych okien, czerniejących jak forteczne wyloty, przeznaczone gardzielom armat. Wszystkie ziały na oścież mrokiem i pustką. Także wewnątrz panowała taka cisza, jakby od wieków śmierć była tu jedyną mieszkanką; chcąc lepiej widzieć, uruchomiłam moje nocne spojrzenie i wsunąwszy głowę do środka kamiennej izby, otwarłam świetliste oka czułków, od czego poszedł w głąb fosforyczny blask. Ujrzałam się naprzeciw osmolonego kominka z chropawych płyt, na którym dawno wystygła garść połupanych polan i nadwęglonego chrustu, widziałam też ławę i pordzewiałe narzędzia u ściany, legowisko wymięte i kamienne jakieś buły w kącie. Dziwne mi się wydało, że nic tu nie broni wejścia, a nie ufając zapraszającej pustce, choć w głębi drzwi stały otworem, bodaj przez to właśnie, w tym wietrząc zasadzkę, wycofałam się bez szmeru, jakem wniknęła, aby podjąć wspinaczkę na wyższe piętro. Do okna, z którego szedł mgławy brzask, ani myślałam się zbliżyć. Wczołgałam się wreszcie na dach i znalazłszy się na jego ośnieżonej płaszczyźnie, ległam jak warujący pies, by czekać dnia. Słyszałam dwa głosy, nie pojmowałam jednak, o czym mówiły. Spoczywałam w bezruchu, zarazem pragnąc i lękając się chwili, w której skoczę na przeciwnika, aby uwolnić Arrhodesa i sprężona w zastygnięciu, bezsłownie wyobrażając sobie obroty zmagań, zakończonych użądleniem, jednocześnie patrzałam we własną głąb, już nie doszukując się w niej teraz źródeł woli, lecz usiłując wykryć najsłabszy chociaż znak, wyjawiający, czy jednego tylko człowieka zabiję. Nie wiem, kiedy ten lęk ustąpił. Spoczywałam nadal niepewna, bo nie znająca siebie, lecz właśnie ta niewiedza, czy przybyłam jako wybawicielka, czy jako zabójczym, stając się dla mnie czymś nieznanym dotąd, niepojęcie nowym, czyniąc sens każdego mojego drgnięcia pełnym zagadkowej dziewiczości, napawała mnie zachwytem. Zachwyt ten zdziwił mnie niemało i rozważałam, czy nie w nim właśnie objawia się mądrość sprawców, skoro uczynili tak, bym mogła moc bezbrzeżną upatrywać naraz w niesieniu pomocy i zatraty, wszelako i tego nie byłam pewna. Odgłos nagły, krótki, a po nim głos bełkotliwy dobiegły mnie z dołu — jeszcze jeden dźwięk, głuchy, jakby padającego ciężaru, a potem cisza. Zaczęłam się sczołgiwać z dachu, zgiąwszy niemal we dwoje odwłok tak. że pierśną połową ciała przylgnęłam do ściany, a ostatnią parą nóg i tuleją żądła spoczywałam jeszcze na dachowej krawędzi, aż łbem wahającym się od wysiłku zbliżyłam się, wisząc, ku otworowi okiennemu.
    Świeca gasła, strącona na podłogę, lecz knot jej jeszcze się jarzył czerwono i wysileniem nocnego wzroku ujrzałam pod stołem leżący kadłub, zalany czarną w tym oświetleniu krwią, a chociaż wszystko we mnie żądało skoku, wciągnęłam pierwej powietrze o woni krwi i stearyny: ten człowiek był mi obcy, więc doszło do walki i Arrhodes ugodził go przede mną, jak, czemu, kiedy, nie postało mi w myśli, to bowiem, że z nim, żywym, jestem teraz w tym pustym domu sam na sam. że nas tylko dwoje, poraziło mnie jak grom. Drżałam, oblubienica i morderczyni, notując jednocześnie okiem, które nie mrugało, miarowe skurcze tego wielkiego ciała, wydającego ostatni dech. Więc odejść teraz, cichcem, w świat ośnieżonych gór, byle nie zostać z nim w cztery oczy, w sześć oczu. poprawiłam się, skazana na straszność i śmieszność bez wyjścia, i to uczucie drwiny i szyderstwa, przeważywszy szalę, pchnęło mnie tak, że ześliznęłam się, wciąż jeszcze zawisła głową na dół jak czatujący pająk, i nie bacząc już na lekkie zgrzytanie brzusznych łusek po parapecie, śmigłym łukiem przeskoczyłam trupa, by dopaść drzwi.
    Nie wiem jak ani kiedy je pchnęłam. Za progiem były kręte schody, a na nich na wznak Arrhodes, głową przekręconą wsparty o wyświechtany głaz, musieli walczyć na tych schodach, przez co nic mię prawie nie doszło, tu u mych nóg więc leżał, żebra poruszały się, zobaczyłam, tak właśnie, jego nagość, której nie znałam, którą pomyślałam tylko pierwszej nocy, na sali balowej.
    Charczał, widziałam, jak usiłuje rozewrzeć powieki, otwierały się, najpierw białka, a ja, przechylona w tył. ze zgiętym odwłokiem, wpatrywałam się z góry w jego odwróconą twarz, nie śmiać ani dotknąć go, ani się cofnąć, bo póki był żyw, nie byłam pewna siebie, choć krew uchodziła z niego z każdym oddechem, widziałam jednak dobrze, że mój obowiązek sięga ostatniego tchu, ponieważ wyrok królewski należy wypełnić i w agonii, więc nie mogłam ryzykować, skoro wciąż jeszcze żył i nie wiedziałam też, czy na pewno chcę jego ocknięcia. Gdyby otwarł przytomnie oczy i odwróconym obrazem wziął mnie całą, taką jaka stałam nad nim, bezsilnie już śmiercionośna w modlitewnym geście, brzemienna nie od niego, byłżeby to ślub, czy jego przewidziana niemiłosiernie parodia?
    Lecz nie otworzył przytomnych oczu i kiedy świt wszedł między nas kłębami drobno roziskrzonego śniegu od okien, którymi w zadymce górskiej wył cały dom, zajęczał raz jeszcze i przestał oddychać, a wtedy, już uspokojona, układłam się przy nim szczelnie, owinęłam go i wzięłam w objęcia, i leżałam tak w świetle i w mroku przez dwa dni śnieżycy, która okrywała nas nie tającą pościelą. A w trzecim dniu wzeszło słońce.

    Czerwiec 1974
Top.Mail.Ru