Скачать fb2
Wojna

Wojna

Аннотация

    Straszliwe imperium tyranów Shaa przestało istnieć, wszechświat znalazł się na łasce bezlitosnych, spragnionych władzy gadopodobnych Naksydów. Wszędzie zapanował krwawy chaos. Jednak dalecy potomkowie Terry cenią sobie wolność, a ich bohaterscy wojownicy nie poddają się. Lord Gareth Martinez i tajemnicza Caroline Sula, która prowadzi walkę w podziemiu, oddzieleni są latami świetlnymi, ale dążą własnymi drogami do decydującej bitwy o przyszłość, gdyż nowy porządek może się okazać jeszcze bardziej przerażający od starego. Jedyna nadzieja w tym, że powiedzie się ostatni desperacki plan, który scali rozbitą galaktykę.


Walter Jon Williams Upadek imperium strachu: Wojna

JEDEN

    Kobieta, znana jako Caroline Sula, obserwowała śmierć swego dowódcy, kapitana porucznika lorda Oktaviusa Honga. Lubiła go, choć nie ufała jego rozkazom. Na szczęście na torturach nie wytrzymał zbyt długo. Widocznie odniósł rany podczas pojmania i torturowano go już wcześniej, by wydobyć od niego protokoły komunikacyjne. Teraz był za słaby i nie wytrzymał długo pod nożami. Gdy stracił przytomność, zaciśnięto mu wokół szyi drucianą pętlę. Umarł.
    Przez długi letni wieczór specjalny kanał poświęcony egzekucjom transmitował na żywo umieranie Honga i pozostałych ludzi z grupy. Widok krwawych cierpień mógł być rozrywką wyłącznie dla sadystów i klinicystów. A ja… kim jestem? — zastanawiała się Sula. Lektor czytał listę skazańców, którą musiała poznać, więc nie mogła nawet wyłączyć dźwięku i odizolować się od jęków ludzi oraz upiornych kurantów umierających Daimongów. Chwilami po prostu musiała odwracać głowę, usiłowała jednak wytrzymać, jak najwięcej zaobserwować, i zapamiętać nazwiska ofiar.
    Miała wrażenie, że tego dnia stracono cały rząd podziemny, od gubernatora wojennego Pahn-ko poczynając, a na jego służących kończąc. Gdy Sula po raz pierwszy usłyszała o istnieniu rządu podziemnego, wyobraziła sobie tajny bunkier napakowany urządzeniami łączności albo samotną górską jaskinię, do której prowadzi jedynie tajemna ścieżka. Okazało się jednak, że Pahn-ko złapano w wiejskim domku niedaleko stolicy Zanshaa.
    I to ma być tajna kryjówka? — pomyślała Sula z szyderczym niedowierzaniem. Brakowało tylko tego, żeby Pahn-ko wielkimi białymi literami namalował na dachu napis: „RZĄD PODZIEMNY”.
    Wraz z liderami umarły siły zbrojne. Młodszy dowódca Floty, lord Eshruq, przywódca grupy operacyjnej, który na ochotnika został pod okupacją, umierał długo. Może szare ciało Daimonga o guzowatych kończynach było niezwykle twarde, a może oprawcy nie szczędzili trudu z racji tego, że jeden z oddziałów Eshruqa zabił kilku Naksydów w dzień ich triumfalnego wjazdu do podbitej stolicy.
    Przeważnie jednak skazańcy umierali szybko. Miano zgładzić prawie dwustu lojalistów, a katów było niewielu. Torturowali pobieżnie, potem zadawali śmierć garotą — dość miłosierną, jeśli się weźmie pod uwagę, co może zrobić obywatelowi państwo, jeśli pozwolą mu na to czas i środki…
    Z sypialni dobiegała głośna cukierkowa muzyka wraz z odgłosami mamrotania i pojękiwań — to Shawna Spence, inżynier pierwszej klasy, jedna z dwóch towarzyszy Suli, leżała ranna w łóżku i oglądała melodramat, podkręciwszy mocno dźwięk, by nie słyszeć umierających kolegów.
    Sula nie miała do niej pretensji.
    Mieszkanie, duszne i gorące, cuchnęło kurzem i olejem maszynowym, środkami odkażającymi i przygnębieniem. Sula czuła, jak ściany napierają, martwe powietrze ciśnie swoim ciężarem. Nie mogła już tego znieść i otworzyła okno. Wraz ze świeżym powietrzem napłynął zapach cebuli smażonej na kamiennej płycie tuż pod oknem oraz odgłosy ulicy — muzyka, śmiechy i nawoływania — gęsto zaludnionej dzielnicy Nadbrzeże.
    Spoglądając uważnie na uliczny tłum, Sula głęboko odetchnęła. Dostrzegła dwóch mundurowych z patrolu miejskiego — szare kurtki i białe stożkowate czapki. Nerwy jej zagrały, usta wykrzywiły się instynktownie. Na dalekim Spannan, gdzie się wychowywała, raczej nie wpajano szacunku dla stróżów prawa.
    Rejony takie jak Nabrzeże policjanci patrolowali parami. Akurat ci dwaj to Terranie, ale Sula nie była pewna, czy to sprzyjająca okoliczność. Może jest im obojętne, od kogo otrzymują rozkazy, jeśli tylko ich osobista pozycja pozostaje niezagrożona? Już przedtem stosowali wobec obywateli arbitralne zasady — takie normy prawne uznawał obalony reżim — i może według nich otrzymywane obecnie rozkazy nie różnią się zbytnio od poprzednich.
    Zachowanie tych dwóch nie budziło zaufania. Sula — choć cały czas nasłuchiwała spikera wideo — zauważyła, że jeden ze strażników pobiera haracz od ulicznego sprzedawcy loteryjnych losów, a drugi częstuje się podpiekanym ziołowym chlebkiem ze straganu.
    Udław się! — pomyślała i wycofała się przezornie w głąb mieszkania.
    Egzekucje trwały nadal. Sula zapisywała nazwiska i liczby — prowadziła obliczenia. Kapitan Hong dowodził grupą operacyjną Blanche, złożoną z jedenastu zespołów (w każdym było po trzech Terran), jego własnego sześcioosobowego sztabu plus dodatkowych służących, gońców i techników łączności. Zgrupowanie Blanche liczyło więc trzydzieści dziewięć osób. Były również cztery inne grupy — dla Cree, Daimongów, Tormineli i Lai-ownów. Sula nie zetknęła się z żadną z nich, ale przypuszczała, że były zorganizowane w podobny sposób jak grupa operacyjna Blanche, więc Eshruq dowodził 195 osobami plus swoim sztabem.
    Ci zidentyfikowani jako członkowie grup operacyjnych — „rebelianci, anarchiści i sabotażyści”, jak określili ich Naksydzi w odróżnieniu od zwykłych „rebeliantów” z administracji Pahn-ko — to w sumie 175 osób. Dziesięciu zginęło, gdy stawiali opór podczas aresztowania czy w nieudanej zasadzce Honga na alei Axtattle.
    Trzy inne osoby — z zespołu 491, czyli grupy operacyjnej Suli — zginęły, jak stwierdzono w komunikacie, podczas eksplozji bomby w mieszkaniu na Grandview, w pułapce zastawionej przez Sulę na siły bezpieczeństwa. Ta informacja o ich śmierci to czysta propaganda… ale może Naksydzi rzeczywiście znaleźli na pogorzelisku trzy zwęglone ciała Terran? Sula doszła do wniosku, że może da się jakoś wykorzystać fakt, że władze oficjalnie uznały ją za zmarłą.
    Nawet uwzględniając zespół 491, otrzymała 180 osób, czyli brakowało części lojalistów. Gdy Sula podliczyła kolumny liczb, zorientowała się, że to wyłącznie Torminele.
    Jej napięte nerwy puściły. Nie jesteśmy sami, pomyślała, poza nami są jeszcze członkowie personelu Floty, uzbrojeni i prawdopodobnie gotowi wystawić Naksydom rachunek za stolicę. Torminele przypominali wprawdzie grube pluszowe misie, ale to wrażenie mijało, gdy tylko pokazali swoje pazury. Sula wolała mieć ich jako sprzymierzeńców niż przeciwko sobie.
    Niestety, nie mogła się z nimi skontaktować. Istniały zapasowe protokoły łączności, ale to właśnie one pomogły Naksydom wyłapać lojalistów. Sula bałaby się użyć tych protokołów i przypuszczała, że Torminele również ich nie użyją.
    Nie mogła także nawiązać kontaktu z którymś ze swych zwierzchników. Wszyscy przebywali poza planetą, a grup operacyjnych nie wyposażono w stosowne nadajniki. Hong miał taki nadajnik, ale prawdopodobnie Naksydzi przejęli urządzenie, gdy go aresztowali.
    Egzekucje ciągnęły się dalej, teraz krwawe i bezładne, ponieważ kaci byli zmęczeni. Sula kazała wideo wyłączyć się — nie mogła się już niczego więcej dowiedzieć.
    Rozpacz spadała na nią jak cichy deszcz. Usta zaschły. Poczłapała do kuchni i nalała sobie wody. Na półce stały butelki iarogütu. Uważała ten palący bimber o wstrętnym ziołowym zapachu za najpodlejszy rodzaj trunku, ale nagle zapragnęła się upić. Butelka lub dwie i cały koszmarny dzień odleci w chemiczne zapomnienie…
    Serce łomotało jej w piersiach. Kolana miała jak z waty. Odwróciła się i poszła z powrotem do pokoju, ściskając kurczowo kubek z wodą, jakby był jej wybawieniem. Pociągnęła łyk, potem drugi. Brzęcząca muzyka wdzierała się przez otwarte okno. „To ty!”, krzyczał głos z sypialni, „Nigdy nie było nikogo innego prócz ciebie!”.
    Sula otworzyła drzwi do sypialni i spojrzała na Spence. Dziewczyna leżała na łóżku; chorą nogę ułożyła na jednej poduszce, jej pszenne włosy rozsypały się na drugiej.
    — Skończyło się — powiedziała Sula. — Możesz ściszyć dźwięk.
    W jej głos wkradło się chyba więcej złośliwości niż zamierzała. W ciągu tych ostatnich dni miała dosyć romantycznych wideo Spence.
    — Tak jest, milady! — odparła Spence z właściwym wojskowym drylem i przyjęła postawę zbliżoną do „baczność”. Kazała ścianie wideo się wyłączyć.
    Sula poczuła zakłopotanie tą jej reakcją.
    — Lucy. Mów do mnie Lucy. — To był jej konspiracyjny pseudonim. — Potrzebujesz czegoś?
    — Niczego. Dziękuję, Lucy. — Spence przesunęła obfite biodra na łóżku.
    — Dobrze. Zawołaj, gdybyś czegoś chciała.
    Sula zamknęła drzwi i wróciła do liczb w notatniku. Rozległo się pukanie do drzwi i wszedł żandarm drugiej klasy, Gavin Macnamara, trzeci członek grupy Suli. Ten wysoki, kędzierzawy, prostoduszny chłopak był posłańcem zespołu 491. Jeździł po mieście na dwukołowcu i zbierał oraz przekazywał wiadomości. Wtedy, gdy jeszcze byli ludzie, którym przekazywało się wiadomości. Teraz Macnamara wałęsał się po Dolnym Mieście Zanshaa i tylko zbierał informacje.
    Wchodząc, spojrzał na ścianę wideo.
    — Skończyło się? — spytał z wahaniem.
    — Tak.
    — Jak było?
    Sula spojrzała na niego.
    — Sto siedemdziesiąt pięć powodów, żeby się nie poddawać. Skinął głową i usiadł na krześle.
    — Jak ludzie to przyjmują? — spytała Sula.
    — Myślę, że z obojętnością. — Szczera twarz Macnamary zachmurzyła się. — Tłumaczą sobie, że wszyscy skazani to wojskowi i że sprawa nie dotyczy zwykłych ludzi.
    — A zakładnicy?
    Po zajęciu miasta Naksydzi pojmali ponad czterystu zakładników i ogłosili, że jeśli ruch oporu natychmiast nie ustanie, zakładnicy zginą.
    — Ludzie ciągle są wściekli z powodu zakładników, ale równocześnie zaczynają się bać.
    — Nie znamy losu trzynastu Tormineli — powiedziała Sula. — Co najmniej trzy zespoły operacyjne plus dowództwo grupy.
    Macnamara słuchał zamyślony.
    — Jak ich znajdziemy?
    Sula wzruszyła ramionami.
    — Może byśmy się pokręcili po dzielnicach Tormineli, aż na coś natrafimy? — Rzuciła tę uwagę dla żartu, ale Macnamara potraktował ją poważnie.
    — Aresztowanie prawie murowane. Gliny Tormineli zaczęłyby patrzeć na nas podejrzliwie.
    Torminele prowadzili życie nocne i Terranie musieliby przebywać w ich dzielnicach zarówno nocą, gdy Torminele byli aktywni, jak i dniem, gdy odpoczywali.
    Sula pomyślała chwilę.
    — Chyba lepiej się z nimi nie kontaktować — stwierdziła. — Mają wszelkie środki, by prowadzić wojnę w rejonach, gdzie teraz są. My też. Jeśli nie będzie między naszymi grupami łączności, nie będziemy mogli wzajemnie się sypnąć.
    — Czyli nadal walczymy — powiedział, skinąwszy głową.
    Zawsze mogli zakończyć walkę. Tkwić tam, gdzie są teraz, i nic nie robić, czekać, aż wojna jakoś się zakończy. Któżby ich za to winił, skoro zwierzchnicy nie żyją?
    — Tak, nadal prowadzimy wojnę. — Sula czuła, jak zaciska zęby. — I wiem, od czego zacząć.
    — Tak?
    — Od lorda Makisha z Sądu Najwyższego. To ten naksydzki sędzia, który skazał naszych przyjaciół na śmierć.
    Twarz Macnamary wyrażała satysfakcję.
    — Tak jest, milady.

* * *

    Sędzia Sądu Najwyższego, Makish, mieszkał w Pałacu Makishów w Górnym Mieście Zanshaa. Kto nie chciał się wspinać po granitowych skałach, miał tylko dwa sposoby dostania się na wzgórze: linową zębatką jako pieszy albo pojazdem po serpentynie. Cały rząd miał swoją siedzibę w Wysokim Mieście, pośród wrogiej ludności, więc — jak przypuszczała Sula — Naksydzi z pewnością starannie kontrolowali dostęp na akropol.
    Sula i Macnamara kupili Spence jedzenie na kolację i poszli do dolnej stacji kolejki. Było późne popołudnie i wielu służących i robotników pracujących w Górnym Mieście wracało do domów w Dolnym Mieście. Z szerokiej platformy przed terminalem usunięto przebywających tu zwykle przekupniów i ulicznych artystów. Po drugiej stronie ulicy, na dachu stacji centralnej, Sula dostrzegła naksydzkich strażników, ale poza tym panował tu zwykły ruch, a rząd autobusów i taksówek, choć mniejszy niż normalnie, dodawał otuchy.
    — Idź i spróbuj pogadać z kimś na przystanku autobusowym — poleciła Macnamarze. — Ja wejdę do terminalu.
    — Na pewno dasz sobie radę?
    Macnamara często usiłował chronić ją przed niebezpieczeństwem, co było na swój sposób ujmujące, ale w zbyt dużych dawkach irytowało. Sula odparła, że „na pewno”, i pomaszerowała na drugą stronę ulicy.
    W terminalu stanęła przy końcu gładkiej onyksowej poręczy i starała się zachowywać jak osoba, która na kogoś czeka. Wejście do samej kolejki kontrolował pluton zbrojnych Naksydów. Ich centauroidalne, pokryte czarnymi pypciami korpusy osłaniały pancerze. Podoficer przeglądał w ręcznym terminalu jakąś listę, podczas gdy jego podwładni sprawdzali tożsamość osób próbujących dostać się do kolejki.
    Tylko pluton, pomyślała Sula, ale wiedziała, że jest ich więcej w pobliskich hotelach i mieszkaniach — prawdopodobnie stacjonowało tam wiele oddziałów.
    Prawie połowę pasażerów stanowili Naksydzi. Pędzili po gładkiej podłodze, przepychając się między innymi podróżnymi. Wielu z nich nosiło brązowe mundury służby cywilnej. Najwyraźniej szanse zawodowe Naksydów poprawiły się.
    Sula wykonała gest, jakby dostrzegła osobę, z którą się umówiła, i przyłączywszy się do nieznajomego mężczyzny, wyszła razem z nim na zewnątrz, gdzie czekał Macnamara.
    — Obecnie Naksydzi posługują się listą tych, którzy mieszkają w Górnym Mieście — powiedział. — Robotnicy muszą przedstawić zaświadczenie, że są niezbędni. Mówi się jednak, że wkrótce wymagany będzie specjalny identyfikator.
    Sula zastanowiła się przez chwilę.
    — To dobrze — odparła. — Zaświadczenie musiałby wystawić rzeczywisty pracodawca, który już jest na liście, a to Naksydzi mogliby sprawdzić. Łatwiej zmajstrować specjalne identyfikatory.
    Sula wiedziała, jak uzyskać fałszywe dokumenty z Biura Akt.
    W głowie już jej huczało od pomysłów.

* * *

    Tego samego dnia zalogowała się w Biurze Akt i zobaczyła, że bieżące hasło porucznika Rashtaga: brzmi „Przestrzeganie!”. Nowo mianowany szef bezpieczeństwa Biura uwielbiał napuszone biuletyny, które zawsze zawierały pojedynczy okrzyk mający mobilizować personel.
    Zobaczyła, że w kartotece jest już kolejny biuletyn z inspirującym słowem „Podległość!”. Przez chwilę Sula miała ochotę zmienić je na „Wywrotowość!”, ale postanowiła zachować to na inną okazję — na dzień, gdy statki lojalistów pojawią się nad Zanshaa i panowanie Naksydów wejdzie w końcową fazę.
    Zastanawiała się, jakie słowo wykrzyknąłby Rashtag, gdyby się dowiedział, że Sula buszuje w komputerach Biura Akt, używając jego hasła. Zapanowała nad Biurem jeszcze przed przybyciem Naksydów — poświęciła na to długą noc stymulowanego kofeiną programowania, a sprzyjało jejszczęście i beztroska poprzednich administratorów systemu. Każde hasło stworzone przez szefa bezpieczeństwa było do niej automatycznie przesyłane, więc nawet gdyby zmieniono hasło, ona nadal miałaby nad Biurem całkowitą władzę.
    Mogła wejść do dowolnego rekordu osobowego i zmienić go, mogła też tworzyć nowe rekordy. Metryki urodzin i akty zgonów, świadectwa małżeństw i rozwodów, dyplomy szkolne, meldunki, zaświadczenia pracy, podstawowe i specjalne świadectwa tożsamości…
    Tożsamość. Właściwe dokumenty to klucz do przeżycia w świecie okupowanym przez wroga, a ten klucz był w ręku Suli. Dowód osobisty to nie tylko zdjęcie i numer seryjny. Ten dowód, który Sula miała w kieszeni, zawierał kartotekę medyczną, dane o zatrudnieniu i klanie pochodzenia, historię kredytową i podatkową; używany był jako prawo jazdy, jeśli ktoś miał stosowne kwalifikacje, służył do przelewów bankowych, grał rolę elektronicznej portmonetki, mógł być używany jako bilet w pociągach i autobusach.
    Ponadto był kartą biblioteczną. Nawet przed rebelią Naksydów, za panowania Shaa, władza interesowała się tym, jakie książki, wideo i pliki ludzie pobierają z biblioteki.
    Oficjalne dowody osobiste nie były odporne na fałszerstwo, zdarzały się podróbki. Zawsze jednak fałszerz mógł popełnić błąd, dlatego najbardziej niezawodne były te podróbki, które wydał oficjalny urząd.
    Czyli Biuro Akt.
    Sula użyła dostępu do komputera Biura i sporządziła dowody dla swojego zespołu. Obecnie jej dowód opiewał na nazwisko Lucy Daubrac, bezrobotnej nauczycielki matematyki, ewakuowanej z pierścienia Zanshaa przed jego rozpadem. Macnamara i Spence to Matthew Guerin i Stacy Hakim, małżeństwo, również z pierścienia. To wyjaśniało, dlaczego byli nowi w tej dzielnicy.
    Sula sprawdziła, czy już zrobiono identyfikator do Górnego Miasta — może zrobiono, ale nie było go jeszcze w komputerze.
    Ciągle zalogowana w systemie, pobrała wszystkie pliki dotyczące sędziego Makisha i jego rodziny. Makish nie mógł się pochwalić barwną karierą w palestrze, ale jako członek parów najwyższej klasy dostał stanowisko sędziego w sądzie niższego szczebla. Po przybyciu naksydzkich rebeliantów awansował do Sądu Najwyższego i tu wydał pierwszy swój wyrok: skazał dwustu lojalistów na tortury i śmierć.
    Wyobraziła sobie Makisha leżącego w kałuży krwi na Bulwarze Praxis w Górnym Mieście; poczuła w dłoni ciężar pistoletu.
    Ale kto by się o tym dowiedział? — zadała sobie pytanie. Naksydzi cenzurowali wiadomości. Gdyby zabiła lorda Makisha, wiedziałoby o tym tylko kilku świadków. A nawet gdyby informacja przeciekła, Naksydzi ogłosiliby, że to wypadek albo skutek przypadkowej strzelaniny na ulicy, albo że w ogóle nic podobnego się nie zdarzyło. Nie było sposobu zakomunikowania ludziom, że śmierć tego zdrajcy i zbrodniarza to wyrok wykonany przez oficera Floty.
    Sula czuła, jak uchodzi z niej energia. Podziemny rząd i jego zbrojne ramię utworzono po to, by ludność cywilna wiedziała, że wojna nie skończyła się wraz z upadkiem stolicy, że legalny rząd — Konwokacja — i jego Flota nadal działają i powrócą, a rebelianci i ich sługusy zostaną ukarani.
    Podziemny rząd wydawał przedtem własny biuletyn — „Lojalistę”. Ludzie Suli roznosili po ulicach Dolnego Miasta całe stosy tej gazetki, zostawiali kopie w restauracjach, barach, pod drzwiami domów. Teraz nawet ta prymitywna forma komunikacji skończyła się.
    Z sypialni wyszła Spence, lekko tylko kulejąc. Została postrzelona w łydkę podczas zorganizowanej przez Honga nieudanej zasadzki w alei Axtattle i miała szczęście w nieszczęściu: kula nie uszkodziła tętnic, nie wdała się żadna infekcja. Obrzęk ustępował, utrzymywała się jedynie sztywność. Sula zaleciła Spence regularne ćwiczenia rozciągające i spacery po mieszkaniu, by zapobiec usztywnieniu zranionego mięśnia.
    Zakazała też Spence opuszczać dom, choć dziewczyna mogłaby już właściwie bez specjalnego bólu chodzić po ulicy. Kulejący człowiek zwracał uwagę, a teraz, gdy sytuacja była tak niepewna, Sula nie chciała, by ktokolwiek z jej zespołu wzbudził zainteresowanie jakiegoś konfidenta albo patrolu miejskiego.
    „Dlaczego ta nieznajoma utyka?”, Sula już sobie wyobrażała, jak sąsiedzi rozpytują się o to, i nie chciała do tego dopuścić, zwłaszcza teraz, gdy dzienniki triumfalnie obwieszczały zwycięstwo Naksydów w zaciętej bitwie w alei Axtattle i nawet przeciętnym obywatelom mogły przyjść na myśl śmigające pociski i ranni ludzie.
    Może te wszystkie środki ostrożności są nieracjonalne, zastanawiała się. Ale udało jej się na razie przeżyć okupację Naksydów właśnie dzięki środkom ostrożności, które ktoś mógłby uznać za nieracjonalne.
    — Jak noga? — spytała.
    — Lepiej, mila… Lucy — odparła Spence. Okrążyła pokój i tęsknie spojrzała przez okno. — Piękny dzień. Szkoda, że nie mogę wyjść.
    — Potrenuj chodzenie i rozciąganie, to wyjdziesz — poradziła jej Sula. Ciepły stosunek do ludzi nie jest moją specjalnością, przyznała w duchu.
    — Nie smakuje ci ten kalmar?
    Sula spojrzała zdziwiona na swój talerz: kawałki grillowanego kalmara nadzianego na szpadkę stały już z godzinę na biurku.
    — Zapomniałam o jedzeniu — odparła.
    — Daj, odgrzeję. — Spence wzięła szpadkę z kalmarem i drugą z grzybami i jarzynami i poszła do kuchni.
    Sula usłyszała szum pieca konwekcyjnego. Spence wróciła i znów zaczęła spacerować po pokoju.
    — Musisz nad czymś ciężko pracować — zauważyła.
    — Byłabym znacznie szczęśliwsza, gdybym mogła nad czymś pracować — stwierdziła Sula. Spojrzała na displeje na świecącej powierzchni pulpitu, dotknęła podkładki i odłączyła pulpit od komputera Biura Akt. — Zastanawiałam się nad tym, jak porozumieć się z ludźmi z miasta, przekazać im, że nie wszystko stracone. Zrobić coś w rodzaju „Lojalisty”.
    Spence zamyśliła się, poruszając mopsowatym noskiem.
    — Nie wiem jak. — Potrząsnęła słomianymi włosami. — Ostatnim razem dystrybucja gazety zajęła nam kilka dni. — Nagle wpadła na pomysł. — Ale, Lucy, przecież masz dostęp do komputera Biura Akt. Nie mogłabyś za jego pośrednictwem rozsyłać elektronicznych wiadomości?
    — Tak, o ile bym chciała, żeby bezpieka przejrzała wszystkie linijki kodu programów i nakryła mnie. — Do każdego maila doczepiony jest niewidoczny znacznik, który informuje, skąd nadano pocztę. Oczywiście kopie wszystkich listów idą do cenzury, więc możesz sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby dziesięć tysięcy kopii „Lojalisty” wpłynęło im do bufora.
    Spence przestała spacerować i zamyśliła się, wykrzywiając usta.
    — Ale przecież masz najwyższy priorytet dostępu. Każ komputerowi, żeby to wszystko jakoś zafałszował.
    Sula już otworzyła usta do ironicznej odpowiedzi, ale się powstrzymała. Z kuchni dobiegł cichy sygnał i Spence pokuśtykała, by wyjąć z piecyka kolację Suli. Gdy wróciła do pokoju, zobaczyła ją przy biurku, ponownie logującą się do komputera Biura Akt.
    — Zjedz kolację. — Spence postawiła talerz na biurku, nad migającymi w głębi pulpitu symbolami. Do uszu Suli dobiegło skwierczenie sosu. Wzięła szpadkę i zjadła kawałek kalmara. Po odgrzaniu mięso stało się gumiaste, ale zarówno jego konsystencja, jak i smak nie miały dla niej teraz znaczenia. Odsunęła talerz na bok, gdy na ekranie pojawiły się katalogi Biura.
    — Jak najwięcej korzystaj z plików pomocy — poradziła Spence. Jedząc posiłek, a potem pijąc słodzoną kawę, Sula odkryła, że cała poczta Biura Akt — z wyjątkiem korespondencji wewnętrznej, która pozostawała w urzędzie — przechodziła przez pewien węzeł transmisyjny, wydajny komputer, zdolny obsłużyć tysiące zapytań przysyłanych do urzędu każdego dnia. Węzeł opatrywał każdą wiadomość specyficznym znacznikiem i przekazywał ją do adresata, a automatyczną kopię do Biura Cenzora, gdzie poddawano ją obróbce tajnymi algorytmami, mającymi wykryć wszelkie treści wywrotowe.
    Czy łatwo przeprogramować węzeł transmisyjny? Sula poszła za radą Spence i sprawdziła pliki helpów.
    Była zdziwiona: bardzo łatwo! Jeśli ktoś miał odpowiedni priorytet dostępu, mógł włączać i wyłączać różne akcje węzła równie prosto, jakby naciskał przełącznik.
    Oczy piekły Sulę od wielogodzinnego wpatrywania się w displej. Poszła więc do łazienki i wyjęła brązowe soczewki maskujące jej zielone oczy. Spojrzała na swe odbicie w pociemniałym ze starości lustrze, wiszącym nad umywalką poplamioną rdzawymi zaciekami. Sprawdziła odrosty, dotknęła skóry. Cała jej charakteryzacja sprowadzała się do farbowania blond włosów i zażywania karotenu, by przyciemnić jasną cerę. Muszę niedługo znów ufarbować włosy, pomyślała.
    Nagle drgnęła, gdy usłyszała odgłos otwierania drzwi wejściowych i uświadomiła sobie, że nie ma ze sobą broni. Usiłowała odzyskać spokój, tłumacząc sobie, że to prawdopodobnie Macnamara. I rzeczywiście.
    Muszę trzymać pistolet w łazience, postanowiła, wracając do pokoju.
    — Mam dzisiaj spać tutaj czy u siebie? — spytał.
    Początkowo kwaterę w Nabrzeżu wynajęto na spotkania grupy, jej członkowie natomiast mieli spać w swoich mieszkaniach, ale to się zmieniło, gdy ranna Spence wymagała opieki.
    — Możesz iść do domu — odparła Sula. — Dziś w nocy ja się zajmę Spence.
    Macnamara spojrzał na symbole świecące w głębi pulpitu.
    — Opracowujesz coś? — spytał.
    — Tak. Sposób komunikowania się z ludnością.
    — Mam nadzieję, że będzie przy tym mniej pracy niż poprzednio.
    Tymczasem program Suli zaczął sekwencyjnie wykonywać kilka zadań.
    Wyłączył log węzła, by nie pozostał żaden ślad po kolejnych operacjach.
    Wyłączył funkcję przydzielania znaczników identyfikacyjnych do wiadomości.
    Wyłączył funkcję przesyłania kopii wiadomości dla cenzora.
    Rozesłał wiadomość.
    Włączył funkcję przesyłania kopii dla cenzora.
    Włączył funkcję znacznikowania.
    Ponownie włączył log.
    Po czym program usuwał się z węzła.
    Sula przetestowała go, przesyłając do siebie wiadomość: „Żądana informacja jest niedostępna w tym departamencie”. Okazało się, że wszystko działa dobrze. Żaden zapis tego maila, żaden ślad po wywołanych przez Sulę zadaniach nie pojawił się w logach departamentu.
    Mogła teraz rozsyłać wiadomości. Musiała tylko zastanowić się, komu je wysłać i jaką przekazać treść.
    Przed wylogowaniem się i wyłączeniem komputera sprawdziła, jakie jest hasło Rashtaga na następny dzień. „Działaj!”.
    Właśnie, pomyślała Sula.
    Spence już dawno poszła do łóżka, ale Sula wypiła za dużo kawy, by zasnąć. Wychyliła się więc przez okno i głęboko zaczerpnęła ciepłego powietrza.
    Ruch na ulicy zamarł, stragany i wózki odsunięto z chodników. Z powodu ograniczeń energetycznych wygaszono wszystkie szyldy i paliła się tylko co trzecia latarnia. Pod najbliższą z nich, przy następnej przecznicy, Sula dostrzegła kilka gestykulujących zawzięcie postaci.
    Uśmiechnęła się. Było tak późno, że nawet ulicznice nagabywały tylko siebie nawzajem.
    Opuściła mieszkanie kuchennymi drzwiami i ruszyła zapasowymi schodami na dach. Szyber był uchylony dla kota, którego hodował jeden z lokatorów. Sula weszła cicho na płaski, pokryty masą epoksydową dach. Zwykle widać było niewiele gwiazd, gdyż przeszkadzało miejskie oświetlenie; teraz zaciemnienie pozwalało dostrzec mnóstwo olśniewających brylantów rozsianych na aksamitnym sklepieniu.
    Na niebie jaśniało też kilka srebrnych łuków, oddzielonych usianą gwiazdami ciemnością. Były to martwe resztki pierścienia akceleracyjnego, który jeszcze niedawno okrążał planetę. Wytwarzał on kluczową dla gospodarki antymaterię, cumowały przy nim statki i składowano tutaj towary; był domem dla osiemdziesięciu milionów ludzi. Gdy nieuchronnie zbliżało się zwycięstwo rebelianckich Naksydów, pierścień ewakuowano, a potem zniszczono, rozdzielając poszczególne jego fragmenty, które wzniosły się na wyższą orbitę.
    Pierścień krążył wokół planety przez dziesięć tysięcy lat. Najwspanialsze techniczne osiągnięcie Imperium Shaa przetrwało niecały rok po śmierci ostatniego Shaa. Fragmenty wiszące na niebie, widoczne ze wszystkich rejonów planety, stanowiły bolesne napomnienie, że cywilizacja jest krucha, wszystko jest niepewne, a wojna — okrutna.
    To ja wpadłam na ten pomysł, ja pierwsza zasugerowałam, żeby zniszczyć pierścień i w ten sposób utrudnić Naksydom władanie podbitą planetą — pomyślała. Ale pomysł przypisano komuś innemu, a Sula zamiast odlecieć z resztą Floty, utkwiła na planecie z grupą operacyjną Honga.
    Patrząc w niebo, myślała: to ja powinnam tam walczyć z Naksydami, być na statku operującym głęboko na terytorium wroga. A tymczasem, żyję tutaj zaszczuta, przemykając między kolejnymi kryjówkami.
    Wspomniała człowieka, który leci teraz wraz z Flotą między gwiazdami, i poczuła ucisk w gardle.
    Martinez, ty draniu — pomyślała.

DWA

    Dotyka jedwabistej, cudownie jasnej skóry, czuje na sobie ciepło i miękkość włosów. Szmaragdowe oczy Suli patrzą na niego z czułością. Wciąga intensywny zapach jej perfum „Zmierzch na Sandamie”. Smakuje jej usta. Sula szepcze mu coś do ucha, a on czuje jej ciepły oddech i wytęża słuch, by zrozumieć poszczególne słowa.
    Nigdy się jednak nie dowie, co to za słowa. Lord Gareth Martinez obudził się z krzykiem w ciemnościach swojej kabiny i wyciągnął rękę, by pochwycić fantom, który już uleciał.
    W pomieszczeniu słychać było stałe wycie silników, które wypychały krążownik „Prześwietny” z układu Bai-do, i szum powietrza w przewodach. Nagle usłyszał jakieś kroki za drzwiami i poczuł, jak pot wysycha mu na karku.
    Wypiął się z elastycznej sieci, która przytrzymywała go w czasie krótkich okresów nieważkości, i postawił gołe stopy na chłodnej drewnianej podłodze. Wstał z łóżka i przeszedł do swojego gabinetu. Usiadł ciężko w fotelu i spojrzał na pulpit: z displeju patrzyła na niego lady Terza, jego żona.
    Piękna, inteligentna, starannie wykształcona i kulturalna dziedziczka klanu Chenów, zajmującego najwyższą pozycję społeczną. W zwykłych okolicznościach Terza byłaby poza zasięgiem kogoś takiego jak Martinez, który nie mógł się pozbyć swego barbarzyńskiego akcentu i pochodził z klanu bogatego, lecz prowincjonalnego. Ojciec Terzy był członkiem zarządu Floty, który miał wpływ na karierę Martineza, ciotka Terzy była jego dowódcą. Małżeństwo Martineza z Terzą zostało zaaranżowane przez obie rodziny, zaledwie kilka godzin po ostatecznej kłótni Martineza z Caroline Sulą. Martinez spędził z żoną tylko siedem dni, po czym musiał służbowo wyjechać.
    W czasie tych siedmiu dni Terza poczęła dziecko.
    Patrzył na wizerunek Terzy i wiedział, że na nią nie zasługuje. I że jej nie pożąda.
    Dotknął ręką ust. Nadal czuł smak warg Caroline Suli.
    — Światła — powiedział i nagle stało się jasno. Zamrugał na widok murali: nie wiedzieć czemu przedstawiały nagie uskrzydlone dzieci. Wywołał wykresy nawigacyjne dla skoku przez wormhol z układu Bai-do do Termaine.
    Siły Chen — siedem statków wojennych pod dowództwem Michi Chen, ciotki Terzy — ominęły flotę Naksydów zabezpieczających swe zdobycze w Zanshaa i poleciały w głąb terytorium kontrolowanego przez wroga. Zlikwidowały przy Protipanu oddział dziesięciu wrażych statków, potem przeleciały kilka układów, niszcząc transporty handlowe, stacje przekaźnikowe wormholi i okręty w budowie.
    Oraz zabijając kilka miliardów ludzi. Rajd przebiegał znakomicie, aż siły Chen wleciały do Bai-do, gdzie naksydzcy dowódcy odmówili wykonania rozkazów Michi Chen i wystrzelili pociski z pierścienia akceleracyjnego planety. W odpowiedzi dowódca eskadry Chen kazała zniszczyć pierścień Bai-do.
    Na pierścieniu mieszkały dziesiątki milionów ludzi, a na planecie poniżej prawie pięć miliardów. Upadek wielkiego pierścienia na powierzchnię planety na pewno spowodował śmierć milionów i zagroził życiu reszty mieszkańców. Wskutek uderzenia chmury pyłu i odłamków wzniosły się wysoko w atmosferę i przesłoniły słońce, co zniszczy plony roślin. Ponieważ windy między pierścieniem a planetą rozwalono, nie będzie można szybko dostarczyć większych zapasów żywności.
    Tych, którzy przeżyli upadek pierścienia, czekała więc powolna śmierć z głodu.
    Wydarzenia na Bai-do to dla wszystkich obrzydliwy koszmar. Najgorsze, że mogło się okazać, iż ten koszmar jest tylko pierwszym z makabrycznej serii.
    Za kilka dni siły Chen miały przeskoczyć do układu Termaine przez jeden z wormholi Bai-do. Termaine była bogatą planetą z rozwiniętym przemysłem i wydajnym rolnictwem produkującym na eksport. Normalnie przy pierścieniu Termaine cumowała setka statków handlowych. Teraz w stoczniach prawdopodobnie budowano naksydzkie okręty.
    A jeśli z tych okrętów wrogowie wystrzelą w stronę sił Chen, tak jak to zrobili przy Bai-do? Pierścień zostanie zniszczony, a wraz z nim zginą miliardy ludzi na planecie.
    Spojrzał w głąb trójwymiarowego wykresu nawigacyjnego, na otoczoną srebrnym pierścieniem małą niebieską kulę — planetę Termaine. Przypomniał sobie widok niebieskiej kuli Bai-do, gdy skazany na zagładę pierścień zaczął drgać, a potem majestatycznie opadł w atmosferę wielkich pióropuszy pary, pyłu i szczątków.
    Żeby tylko znowu nie sprawdzali, czy blefujemy pomyślał Martinez. Prawdopodobnie dowództwo Naksydów uznało, że trzeba zobaczyć, czy napastnicy nie cofną się przed masowym mordem, ale skoro już się przekonali, z pewnością nie poświęcą kolejnej planety.
    Martinez pragnął sięgnąć ręką w głąb displeju, wziąć małą planetę i zanieść ją w bezpieczne miejsce.
    Nagle rozległo się ostrzeżenie o zerowym przyśpieszeniu. Martinez spojrzał na zegarek — teraz zgodnie z planem powinna nastąpić zmiana kursu, więc nie musi się przypinać. Rozległo się drugie ostrzeżenie, ucichł odległy ryk silników i Martinez znalazł się w stanie nieważkości. By nie ulecieć, przytrzymał się jedną ręką fotela; sam fotel był na tyle inteligentny, że przywarł do podłogi. Poczuł wirowanie w żołądku, co znaczyło, że „Prześwietny” obracał się przyjmując nowy kurs. Kolejny sygnał informował o wznowieniu grawitacji, a kilka sekund później włączyły się silniki. Martinez opadł na fotel.
    Na statku toczyło się, codzienne życie: zgodna z harmonogramem zmiana kursu, wymiana wacht, czyszczenie pokładów, naprawy, ćwiczenia. Tylko Martinez nie wykonywał swoich rutynowych czynności; powinien być w łóżku, a tymczasem siedział przy biurku i wpatrywał się w displej.
    Kazał zamknąć wykres nawigacyjny. Displej pociemniał na chwilę, po czym wypełnił się fotografiami Terzy.
    Terza uśmiechnięta. Terza układa kwiaty. Terza gra na harfie.
    Prawie nie pamiętał jej miękkiego głosu.
    Zgasił światła i wrócił do kajuty, do niepokojących snów.

* * *

    Górne Miasto było na wpół opuszczone. W zarośniętych przypałacowych ogrodach kłębiły się u martwych, zabitych deskami okien letnie kwiaty. Nawet na Bulwarze Praxis ruch kołowy był nikły. Połowę pieszych na ulicach stanowili Naksydzi, w większości ubrani w mundury. Wśród szarych kurtek Patrolu Miejskiego i czarno-żółtych Patrolu Motorowego zwracały uwagę zielone mundury Floty.
    Handel dostosował się do potrzeb zwycięzców. Restauracje, które przedtem podawały potrawy dla Terran i Tormineli, teraz reklamowały naksydzką kuchnię. Krzesła dla dawnej klienteli wymieniano na odpowiednie dla centauroidalnych ciał niskie kanapy. W witrynach zakładów krawieckich stały manekiny Naksydów we wspaniałych kameleonowych kurtkach migocących wzorcami naksydzkiej łuski. Ze sklepów muzycznych dochodziła pulsująca naksydzka muzyka — dźwięki powstawały przez uderzenia w wydrążone kije zwane aejai.
    Sula nie dostrzegła żadnych wojskowych ani policjantów nie-Naksydów. W ogóle nie było zbyt wiele wojska. Tylko we wschodniej części akropolu, w dzielnicy rządowej, gdzie budynki skupiały się pod kopulastym Wielkim Azylem, wystawiono posterunki i rozmieszczono na dachach niektórych domów uzbrojonych Naksydów. Ponadto małe oddziały pilnowały głównych skrzyżowań, a po ulicach chodziły patrole.
    — Ucieczka będzie trudna — powiedziała. — Trudniejsza niż sama akcja.
    Wraz z Macnamarą zajęli stanowisko w Ogrodzie Zapachów tuż przy Bulwarze Praxis. Z jednej strony bulwaru widać było słynny pomnik Wielki Pan Przekazuje Praxis Innym Ludom, a z drugiej — starożytny Pałac Makishów z pięcioma ornamentowanymi wieżami, przypominającymi kształtem karczochy.
    Dwa dni po wycieczce Suli do terminalu kolejki rząd ogłosił, że wszyscy mieszkańcy i osoby zatrudnione w Górnym Mieście muszą mieć specjalne karty identyfikacyjne. Sula sprawdziła w komputerze Biura Akt wymagania, potem wypełniła formularze dla wszystkich członków swojego zespołu, wpisała zgodę wysokiej rangi urzędników i kazała je przesłać pod adres na Nabrzeżu. Wszyscy jej towarzysze byli teraz pracownikami firmy, będącej własnością Naksydów spokrewnionych z wysoko postawioną Naksydką, lady Kushdai — gubernatorem stolicy. Policja raczej nie będzie zbyt dociekliwa, widząc te nazwiska na formularzach.
    Gdy karty przysłano pocztą, Sula zmieniła odpowiednie rekordy, wstawiając fikcyjny adres.
    Teraz razem z Macnamarą, ubrani w robocze kombinezony, buty i czapki i ze skrzynkami narzędziowymi w rękach, wjechali kolejką na górę. Karty doskonale zdały egzamin.
    — Powinniśmy po prostu ustrzelić Makisha z tego miejsca — stwierdził Macnamara. Podczas treningów z bronią należał do najlepszych snajperów. Zsunął czapeczkę na tył głowy i spoglądał w górę na tyczkowate drzewa ze zwisającymi girlandami pachnących różowych kwiatów. — Mógłbym celować z któregoś drzewa.
    — Musielibyśmy przemycić karabin do Górnego Miasta — zauważyła Sula. Nie zabrali ze sobą żadnej broni, bo nie wiedzieli, czy jej nie wykryją detektory przy wejściu do kolejki.
    — To może podłożyć bombę. — Macnamara nie rezygnował. — Umieścić ją w bramie i zdalnie zdetonować, gdy będzie wchodził.
    Ten pomysł wydał się Suli bardziej atrakcyjny.
    — Bomba narobi dużo huku — powiedziała. — Naksydzi nie będą mogli zatuszować całej sprawy.
    — Ktoś idzie, może nawet nasz cel.
    Sula nasunęła czapkę głębiej na czoło i zaczęła pilnie czegoś szukać w skrzynce z narzędziami, zerkając ukradkiem na trzech Naksydów idących szerokim chodnikiem. Dwóch z nich miało na sobie mundury Floty — zielononiebieskie jak niebo Zanshaa, z czerwonymi bandoletami i opaskami żandarmerii. Trzeci Naksyd był w brązowej marynarce służby cywilnej z odznakami wysokiego urzędu, przez jedno ramię miał przełożoną pomarańczowo-złotą wstęgę sędziego Sądu Najwyższego.
    — Miło z jego strony, że chadza pieszo do domu — stwierdziła Sula.
    — Ładny dzień, więc czemu nie.
    — Pójdziemy za nim?
    Wzięli narzędzia i opuścili Ogród Zapachów. Naksydzi poruszali się szybko na czterech łapach — Sula nigdy nie widziała, by jakiś Naksyd szedł powoli, chyba że był ranny — i minęli ich, gdy Sula i Macnamara opuścili park. Jeden z żandarmów spojrzała na nich przez ramię, ale nie wykazała większego zainteresowania i pognała za sędzią, a jej kurtka zamigotała do partnera paciorkowatym wzorem.
    — Szkoda, że nie rozumiem, co właśnie powiedziała — rzekł cicho Macnamara.
    Czarno nakrapiane łuski na torsie i długim grzbiecie Naksydów mogły błyskać na czerwono, a powstające w ten sposób paciorkowate wzory spełniały rolę pomocniczego środka komunikacji. Kameleonowa tkanina naksydzkich mundurów duplikowała te wzory, i nawet ubrani Naksydzi byli w stanie porozumiewać się po cichu swoim własnym językiem, niezrozumiałym dla nie-Naksydów.
    — Wątpię, czy powiedziała coś ciekawego.
    — Masz pewność, że to nasz sędzia? Na ogół nie potrafię ich rozróżnić.
    — Sporą pewność — odparła Sula. — Widziałam przelotnie jego twarz i mam wrażenie, że to on. — Uśmiechnęła się chłodno do świata. — Nawet jeśli nie jest tym sędzią, którego chcemy dopaść, jest dość ważną osobistością, skoro przydzielono mu aż dwóch ochroniarzy. Dlatego osobiście nie mam nic przeciwko temu, żeby go uznać za cel.
    Naksydzi przeszli na drugą stronę bulwaru, gdzie stał Pałac Makishów, a Sula i Macnamara pozostali po przeciwnej stronie i obserwowali otoczenie z odpowiednią dozą obojętności. Sędzia przekroczył bramę z błyszczącego srebrzystego stopu, która prowadziła do domu od strony uładzonego ogrodu. Jeden z żandarmów wszedł do pałacu wraz z sędzią, druga żandarm pozostała w ogrodzie.
    Wzrok Suli powędrował w stronę budynku ze złotawego piaskowca, sąsiadującego z pałacem. Ta bogata rezydencja o fasadzie zdobionej misternie splecionymi liniami była obecnie niezamieszkała i ogród od frontu zdziczał.
    — Nie widać straży z wyjątkiem tych dwóch żandarmów — rzekł Macnamara.
    — Słucham?
    Macnamara powtórzył swoją uwagę. Sula znów spojrzała na opuszczony dom.
    — Mam pewien pomysł — powiedziała.
    Stała przed zdobionymi złotem drzwiami do prywatnego klubu. Z jego wnętrza wyszedł otoczony wonią papierosowego dymu elegancki Terranin — miał na sobie marynarkę z szamerowanymi klapami i modnie uplisowane z przodu spodnie. Rozejrzał się na boki i nieznacznie poprawił mankiety.
    Drzwi zamknęły się za nim.
    — Lady Sula! — wydyszał spod cienkiego wąsika.
    Sula podeszła do niego, ujęła go pod ramię i poprowadziła ulicą. Macnamara, nagle czujny, patrzył na to nieufnie.
    — Przecież nie żyjesz! — krzyknął mężczyzna.
    — Na litość, PJ., nie rób z tego powodu tyle hałasu — powiedziała Sula.

TRZY

    Laredo jest za daleko — stwierdził dowódca Floty, Tork. Jego melodyjny głos przypominał dzwoneczki wietrzne i oddzielenie treści od melodii wymagało pewnego wysiłku. — Wiadomość do Chijmo i z powrotem będzie szła osiem dni w każdą stronę, a dziesięć dni do Zanshaa. Jesteśmy Zarządem Floty i musimy pozostawać w pobliżu niej.
    Lord Chen nie chciał dołączyć do konwokacji zmykającej na Laredo, na macierzystą planetę pyszałkowatej rodziny swego zięcia. Nie chciał korzystać z gościnności lorda Martineza i codziennie widzieć swej córki Terzy w otoczeniu tych parweniuszy, którym ją sprzedał.
    Z drugiej strony nie zachwycała go propozycja lorda Torka, choćby dlatego, że musiałby cały czas znosić jego towarzystwo.
    Ośmioosobowy Zarząd Floty podróżował „Galaktycznym” — wspaniałym jachtem pasażerskim przeznaczonym do przewożenia dygnitarzy między układami planetarnymi. Choć statek był obszerny, teraz leciało nim mnóstwo pasażerów ewakuowanych z Zanshaa: spory personel sekretariatu, obsługa łączności, korpus wywiadu i wydziału dochodzeniowego, urzędnicy Ministerstwa Prawa i Zwierzchnictwa, służba członków Zarządu … Lordowi Chenowi trudno było uniknąć obecności tych wszystkich osób.
    Pełniąc swą powinność, utknął na tym statku i wcale go to nie bawiło. Tork wymagał, by członkowie Zarządu przestrzegali zasad, które ustalili dla wszystkich innych, lord Chen mógł więc zabrać tylko jednego służącego i żadnego członka rodziny.
    Zresztą lady Chen i tak by się nie zgodziła pojechać na Laredo; ostro sprzeciwiała się małżeństwu swej jedynej córki, jedynej spadkobierczyni, z jakimś Martinezem. Teraz wyłączną rozrywką lorda Chena było komunikowanie się z córką Terzą, która na jachcie Martineza „Ensenada” wyprzedzała „Galaktycznego” o kilka dni.
    — Co masz na myśli, milordzie? — spytał Torka.
    Wraz z podmuchem powietrza napłynął zapach gnijącego ciała lorda Torka. Lord Chen dyskretnie powąchał nadgarstek, skropiony zapobiegliwie wodą kolońską. Zarząd zebrał się przy długim stole w pomieszczeniu, które zaprojektowano jako kajutę gościnną dla ważnych dygnitarzy Floty. Mozaiki na ścianach przedstawiające statki kosmiczne śmigające przez wormhole rozjaśniały pokój, jednak teraz długi stół zagracał pomieszczenie i wydawało się ono małe.
    Daimong zwrócił na Chena swoje okrągłe czarne oczy w czarnych otoczkach.
    — Skręcimy na Chijimo i pozostaniemy z Flotą Macierzystą do czasu, aż nadejdzie okazja odbicia Zanshaa.
    Lord Eino Kangas, dowodzący Flotą Macierzystą, nie będzie zadowolony z tego, że jego zwierzchnicy zawisną mu nad głową, pomyślał lord Chen.
    — Milordzie, czy nie powinniśmy pozostać z konwokacją? — spytała lady Seekin. — Nasza wiedza może okazać się niezbędna, tak jak i nasze głosy.
    Lady Seekin, Torminelka, była cywilnym członkiem Zarządu i równocześnie konwokatką. Niezbyt znała się na sprawach Floty, ale świetnie pojmowała swój interes polityczny.
    — Już przeprowadzono zasadnicze głosowania — stwierdził Tork. — Ustalono strategię, rozdzielono zadania. Nasz obowiązek to zapewnić wdrożenie właściwej polityki oraz zagwarantować, by nie popełniono błędów w rozmieszczeniu Floty i doktrynie taktycznej.
    Kangas powita to z radością pomyślał Chen.
    — Przyznam, że mam zastrzeżenia — powiedział. — Czy nie lepiej się przysłużymy jako stronnicy lorda Eino w konwokacji? Niewielu lordów konwokatów ma nasze doświadczenie w…
    — Najlepiej się przysłużymy, niszcząc rebeliantów i przywracając Praxis w stolicy! — przerwał mu Tork. W jego głosie pobrzmiewał surowy dogmatyczny ton, który u innych członków Zarządu wywoływał strach. Lord Chen powstrzymał się od grymasu.
    Młodszy Dowódca Floty, Pezzini, drugi Terranin w Zarządzie, kichnął. Przypuszczalnie dotarł do niego zbyt intensywny powiew od strony przewodniczącego.
    — Milordzie — powiedział — jeśli w ten sposób będziemy nadzorować dowódcę Floty, Kangasa, odniesie wrażenie, że mu nie ufamy.
    — Będziemy pilnować, żeby prawidłowo wykorzystywano Flotę Macierzystą! — oznajmił Tork. Jego ostry jak brzytwa głos skrobał Chena po nerwach. Znów powąchał swój wyperfumowany nadgarstek.
    — Powierzyliśmy przecież lordowi Eino zadanie rozmieszczenia statków — stwierdził Pezzini zdecydowanym tonem. — Nie do nas należy sprawdzanie.
    — Nie wolno nam ryzykować! — W małym pokoju zabrzmiało to jak syrena pożarowa. — Flota została osłabiona przez działania wywrotowe i niezdrowe doktryny!
    — Flota zostanie osłabiona z powodu kryzysu zaufania, gdy przez miesiące będziemy patrzeć lordowi Eino na ręce — wyjaśnił cierpliwie Pezzini.
    Lord Chen spojrzał na niego z wdzięcznością. W czasie dyskusji Zarządu często stali po przeciwnych stronach, ale Pezzini był czynnym oficerem i rozumiał przynajmniej, jakie zakłócenia mogłaby spowodować nieufność w strukturach władzy.
    Tork — choć przedtem również był czynnym oficerem — albo o tym zapomniał, albo nigdy tego nie wiedział.
    — Kangasowi nie można zostawiać swobody! — krzyknął. — Musimy bezwarunkowo stosować się do zasad naszych przodków!
    Lord Chen zaczerpnął powietrza. Podobnie jak rekruci Floty, którzy stopniowo nabierali odporności na duże przyśpieszenia, Zarząd powoli przywiązywał się do wybuchów swego przewodniczącego.
    — Dowódca Floty, Kangas, nie jest dzieckiem — stwierdził. — Nie potrzebuje niani, zwłaszcza zbiorowej. — Gdy Tork odwrócił bladą kamienną twarz, by mu odpowiedzieć, lord Chen walnął dłonią w stół. Odgłos przypominał strzał z karabinu. Zebrani aż podskoczyli.
    Nie tylko Tork potrafi zaatakować dźwiękiem, pomyślał Chen.
    — Musimy przestrzegać reguł Praxis! — powiedział. — Zgodnie z Praxis powinna być klarowna hierarchia służbowa, od dowódcy Floty do rekruta najniższego szczebla. Jeśli Zarząd Floty ingeruje w tę strukturę, narusza podstawowe… prawo… imperium!
    Ostatnie trzy słowa podkreślił uderzeniami w blat stołu, aż podskoczyły szklanki z wodą i herbatą. Tork patrzył na Chena bez wyrazu, jego otwarte usta i okrągłe oczy stwarzały wrażenie ciągłego zdziwienia.
    — Czy nie możemy zatem polecieć na Laredo? — spytała lady Seekin płaczliwym głosem.
    Oczywiście osiągnięto kompromis. Postanowili lecieć do Antopone, gdzie Zarząd mógłby kursować między Laredo a Chijimo i równocześnie nadzorować trzy krążowniki, które budowano teraz w pierścieniu Antopone.
    „Galaktyczny” miał być zakotwiczony przy pierścieniu. Lord Chen wiedział, że przez pewien czas odizoluje się od kolegów z Zarządu; jego znajomi uciekli z Zanshaa na Antopone i mógł liczyć na ich przychylną gościnność.
    Nie będzie więc musiał znosić Laredo oraz klanu Martinezów z ich prymitywnym językiem i barbarzyńskimi manierami. Będzie miał przynajmniej kilka godzin wolności od Torka i reszty. Chen z zadowoleniem myślał o Antopone.
    Niestety, Terzy tam nie będzie. Jej cicha obecność była ostatnim wspomnieniem dawnego życia na Zanshaa, wspomnieniem czasów, gdy Naksydzi i klan Martinezów jeszcze mu tak bardzo nie ciążyli.
    Podczas wielotygodniowej podróży do Antopone bieżące sprawy stale domagały się załatwienia. Tork miał wiele wad, ale był niezrównanym organizatorem. W jego szarej, łysej głowie mieściły się szczegóły rekrutacji i szkolenia, budowy i naprawy statków, logistyki i zaopatrzenia całej Floty. Czytał raporty i dyktował memoranda. Wysyłał dostawy z różnych miejsc. Nadzorował przydziały rekrutów z obozów treningowych i lokował oficerów na statkach będących w budowie.
    Lord Eino Kangas — któremu dano względną swobodę — okrążał układ Chijimo z Flotą Macierzystą, która straciła większość statków. Pozostało jej tylko pięć statków spod Magarii, ciężkich krążowników, do których dołączono siedem ciężkich krążowników Sił Faqa, oraz dywizje Lai-ownów pod dowództwem Do-faqa. Te dwanaście statków nie mogło się równać z czterdziestoma trzema statkami Naksydów, które znajdowały się przy Zanshaa.
    Gdyby wróg natarł, Kangas nie miałby wyboru; musiałby uciekać i poddać wszystkie układy planetarne, którym zagroziliby Naksydzi. Ale oni nie kwapili się z natarciem. Pozostawali przy Zanshaa i strzegli stolicy, gdzie ich rząd zapuszczał korzenie. Najwyraźniej sądzili, że lojaliści, którzy przetrwali, poddadzą się.
    Ale oni nie zamierzali się poddać. Ponad połowa lojalistycznej Floty — siły Chen pod wodzą Michi Chen i czternasta lekka eskadra dowodzona przez Tormineia Altasza — zanurkowały w układy opanowane przez rebeliantów, demonstrując, że choć wróg ma stolicę, to pozostałe regiony pod jego władzą wcale nie są bezpieczne.
    Strategię polegającą na porzuceniu stolicy, zebraniu sił i prowadzeniu wypadów na terytorium wroga, nazwano planem Chena. W istocie został on stworzony przez kapitana Martineza i lady Sulę, ale te dwie dość kontrowersyjne osoby nie miały dostatecznie wysokiej pozycji, by strategiczny program Floty zyskał ich imię. Ponieważ to lord Chen przedstawił go Zarządowi, został nazwany jego imieniem. Od tej pory kariera Chena zależała od powodzenia tego projektu.
    Tak więc Tork prowadził sprawy Floty, Kangas wraz ze swymi szczupłymi siłami okrążał Chijimo, w wielu światach budowano nowe statki, Służba Śledcza sprzeczała się ze Służbą Wywiadu na temat interpretacji pewnych drobnych przepisów, Naksydzi okupowali stolicę, siostra i zięć lorda Chena lecieli eskadrą w nieznane, a tymczasem lord Chen słał wiadomości do swych przyjaciół na Antopone.
    Z jakaż ulgą znowu się z nimi zobaczy!

* * *

    Na nic moje sprytne przebranie pomyślała Sula. Blond włosy ufarbowane na czarno, zielone oczy zmienione na brąz, blada cera przyciemniona. Nie udało się zwieść nawet P. J. Ngeni, człowieka o inteligencji… niesłychanie skoncentrowanej na innych sprawach.
    P.J. odzyskał równowagę i górę wzięły dobre maniery.
    — Daj się zaprosić na obiad do mojego klubu — powiedział. Sula puściła jego ramię i wskazała swój szary kombinezon.
    — Nie jestem odpowiednio ubrana.
    P.J. skubnął mały wąsik.
    — A więc zamówimy coś do domu.
    Sula poczuła w dole brzucha nerwowy chichot. Po dawce adrenaliny — gdy usłyszała P. J. wykrzykującego jej imię — nadszedł równie silny impuls, by odprężyć się w wybuchu śmiechu.
    — Chyba nie powinieneś się z nami pokazywać — zauważyła. — Jesteśmy poszukiwani przez Naksydów. Jeśli cię z nami złapią, wezmą cię na tortury i zamordują.
    P. J. machnął ręką.
    — Aaa tam…
    Lord Pierre J. Ngeni był w wieku poniżej średniego. Wysoki, szczupły, elegancki, o długiej łysiejącej czaszce, nosił się modnie. Roztrwonił odziedziczony majątek w sposób typowy dla przedstawicieli swej klasy i teraz żył ubogo — jak na para — z zapomogi swego klanu.
    Kiedyś był zaręczony z Sempronią, siostrą Garetha Martineza. Martinez wyjaśnił Suli, że to były lipne zaręczyny, które miały pomóc prowincjonalnemu klanowi Martinezów zdobyć przyczółek w elitarnych kręgach Zanshaa. Zaręczyny z przedstawicielem klanu Ngenich — patronów Martinezów — zapewniłyby rodzeństwu Martinezów dostęp do najlepszych sfer towarzyskich, a później, Sempronia mogłaby z przerażeniem odkryć sekrety skandalicznego życia P. J. i zerwać zaręczyny.
    Niestety, sam P. J. nigdy nie zdawał sobie sprawy, że te zaręczyny to fikcja. Zakochał się w Sempronii, ale ona nie zamierzała brać udziału w całej tej komedii i uciekła z jednym z poruczników Martineza. Wybuchł skandal, który zagrażał relacjom między klanami Ngenich i Martinezów, zaproponowano więc drugą siostrę i zamiast farsy zaręczyn odbyła się farsa małżeństwa.
    Przed przybyciem Naksydów rodziny Martinezów i Ngenich rozsądnie zniknęły, natomiast świeżo upieczonego małżonka pozostawiono w stolicy, co nie świadczyło dobrze o kondycji jego małżeństwa.
    — Zamówimy dobrą kolację — podjął uprzejmie P. J. — i otworzymy butelkę wina… Przepraszam, zapomniałem, że nie pijesz.
    — P.J., co ty tu robisz? — spytała Sula.
    Wzruszył ramionami.
    — Zostałem na ochotnika, żeby pilnować rodzinnych interesów. Niewiele tego zostało, tylko trochę nieruchomości. Ale nadal mamy tu klientów i trochę starych służących, których przenieśliśmy na emeryturę. Staram się jak najlepiej o wszystko zadbać. — Spojrzał na Sulę, potem lekko odwrócił głowę do tyłu i zerknął na Macnamarę. — Znam twojego przyjaciela? — spytał.
    — Raczej nie. To pan Starling. — Był to pseudonim Macnamary.
    P.J. był uosobieniem grzeczności.
    — Miło mi pana poznać.
    — Milordzie. — Macnamara skinął głową.
    P.J. rozejrzał się po ulicy.
    — Jeśli mamy zjeść obiad, powinniśmy iść w przeciwnym kierunku.
    — Mieszkasz w pałacu Ngenich?
    — Pałac jest zamknięty. Służących zwolniono, emerytowanych odesłano do naszej siedziby na wsi. Mieszkam w domku dla gości.
    — Bez kucharzy? Bez służących?
    — Ktoś na dochodne sprząta. A jadam albo w którymś z klubów, albo katering coś mi przynosi.
    Sula spojrzała pytająco na Macnamarę. „Ty zdecyduj” — wyczytała z jego oczu.
    — Wydaje się to dość bezpieczne — powiedziała i zwróciła się do P. J.: — Proszę, idź przodem. Dziwnie by wyglądało, gdybyśmy szli razem.
    P.J., nieco speszony, ruszył przodem. Znów minęli jego klub dla palaczy, przeszli przez bulwar obok Pałacu Makishów. Sula szła jakby od niechcenia. Przyglądając się opuszczonemu pałacowi. Nad wejściem widniał w koronie słonecznej napis „Orghoder” — Sula wywnioskowała, że pusty teraz dom należał do jakiegoś klanu Tormineli.
    Pałac Ngenich nie stał przy bulwarze Praxis, ale kilka przecznic dalej, na krawędzi szarego płaskowyżu, skąd był lepszy widok na Dolne Miasto. Sam pałac w kształcie sześcianu był wysoki, obłożony żyłkowanym różowym marmurem. Od ulicy wchodziło się do wielkiego holu o szklanej fasadzie i beczkowatym sklepieniu. PJ. wprowadził ich na teren boczną bramą i przeszli obok olbrzymiego banianu — drzewo rosło w Górnym Mieście chyba od samego zarania dziejów.
    Rezydencja miała trzy piętra i ze dwadzieścia pokojów, ale PJ. zajmował tylko niewielką jej cześć. Zaprosił gości do salonu, którego przedłużenie stanowił kamienny taras z widokiem na Dolne Miasto. Tam podszedł do panelu komunikatora ukrytego w wystawnej komodzie z drzewa arcule i zamówił obiad dla trzech osób u dostawcy, który najwyraźniej go znał, potem zamknął komodę i wrócił do gości.
    — A więc jednak przeżyłaś, lady Sula! — powiedział, promieniejąc.
    — Przeżyłam. — Tłumiony od pewnego czasu śmiech znalazł teraz ujście. — Nie spodziewałam się, że spotkam kogoś znajomego.
    — Szczęśliwy traf — przyznał P. J. zadowolony. — Cieszę się, że mogę się na coś przydać. — Przyciągnął podręczny stolik z napojami. — Czego się napijecie? Whisky, panie Starling?
    — Dla mnie coś bezalkoholowego — odparła Sula. — Co masz na myśli, mówiąc „przydać się”?
    P.J. spojrzał na nią.
    — Z pewnością masz… kłopoty finansowe. Naturalnie możesz zamieszkać u mnie, jestem w stanie pokryć wydatki na krawca. — Poklepał się po kieszeni. — Potrzebujesz szybkiej gotówki?
    Sula nie mogła powstrzymać się od śmiechu. P.J. zrobił zbolałą minę, więc szybko się opanowała.
    — P.J., jesteś nadzwyczajny. — P.J. był teraz wyraźnie zadowolony. — Nie potrzebujemy pieniędzy. Ubraliśmy się tak, bo… rozglądamy się i nie chcemy, żeby zwracano na nas uwagę.
    Skinął głową z wahaniem, ale dopiero po chwili na jego twarzy odbił się, wielki wysiłek umysłowy.
    — Aha, rozumiem! — Wycelował palcem w gości. — Wypełniacie zadanie. Robicie coś dla rządu podziemnego!
    Sula zastanawiała się, czy powinna zdradzić, że — o ile wie — cały rząd podziemny to tylko ona sama. Postanowiła zagrać na zwłokę.
    — Na razie rozglądamy się. Nie mamy żadnego konkretnego zadania.
    — Jeśli mógłbym coś zrobić, cokolwiek — zaproponował P.J. — daj mi znać. — Zwrócił się do Macnamary: — Prosił pan o whisky, panie Starling?
    — Śmiało! — powiedziała Sula do Macnamary, gdy ten spojrzał na nią pytająco.
    P.J. nalał whisky dla siebie i gościa, a Suli podał „Cytrynowy szał”. Potem przysunął bliżej swój fotel i nachylił się do niej.
    — Lady Sula, zapewniam, że jestem całkowicie do twojej dyspozycji. Od samego początku wojny chciałem udowodnić, że jestem wart… pewnej osoby.
    A więc nadal kocha Sempronię, choć dziewczyna uciekła z innym mężczyzną, pomyślała Sula.
    Nie traktuj go z góry — upomniała samą siebie. W tym pokoju jest jeszcze ktoś, kto popełnił podobny błąd i zakochał się w jednym z Martinezów.
    — Zastanawiałem się, co mógłbym zrobić. Łamałem sobie nad tym głowę. Nie mam przygotowania wojskowego i już za późno na karierę w służbie cywilnej. Myślałem nawet, czyby nie zostać informatorem albo szpiegiem.
    Sula usiłowała powstrzymać wyraz zdziwienia na twarzy. A więc to miał na myśli P. J., gdy kiedyś podczas przyjęcia bełkotał w pijackim monologu.
    P.J. usiadł wygodniej w fotelu: jego twarz rozjaśniał promienny uśmiech.
    — Teraz jestokazja. Mogę być twoim informatorem. Twoim szpiegiem w samym centrum stolicy.
    Sula zaniepokoiła się.
    — Nie, nie próbuj szpiegować. Gdyby cię złapali, zabiją cię, a nas narazisz na niebezpieczeństwo. — Widząc jego przygnębioną minę, dodała: — Żyj normalnym życiem. Już teraz masz wiele cennych informacji. Powiedz mi, co wiesz.
    — A co masz na myśli? — spytał niepewnie.
    — Co się mówi w twoim klubie? Co robią Naksydzi?
    — Są wszędzie. — P.J. wzruszył ramionami. — Przejęli Górne Miasto. Twierdzą, że przywracają normalne życie, takie jak za panowania Shaa, ale to nieprawda. — Pociągnął łyk whisky. — Postawili swoich na czele wszystkich ministerstw, wszystkich departamentów.
    — A jak na to reagują ludzie?
    — Oczywiście są wściekli, ale… — znów wzruszył ramionami — nikt nie wie, co robić. Na przykład Van, z którym rozmawiałem w klubie palaczy. To znaczy lord Vandermere Takahashi.
    „Cytrynowy szał” szczypał Sulę w język.
    — Mów dalej.
    — Pracuje w Departamencie Meteorologii. Ma nowego kierownika Naksydkę i nie wie, jak ma postępować. Oczywiście jest lojalny, ale czy może być oskarżony o zdradę, jeśli będzie wykonywał jej rozkazy?
    — Za niewykonanie rozkazów mogą go zastrzelić — zauważyła Sula.
    — Prawdopodobnie nie w Departamencie Meteorologii, ale byłoby inaczej, gdyby pracował w jakimś ważnym urzędzie, jak mój znajomy Sun z Ministerstwa Policji. Naksydzi cały czas każą sobie przekazywać różne informacje, a on nie wie, jak je wykorzystają, czy to zwykłe zapytania, czy coś, co zostanie użyte do prześladowania lojalistów. Oczywiście musiał złożyć przysięgę na wierność nowemu rządowi. Czy w ten sposób stał się zdrajcą? Czy będzie oskarżony i skazany na śmierć, gdy wygramy wojnę? — P. J. przymknął powieki. — Poprzedni rząd… prawdziwy rząd… zajął zdecydowane stanowisko w sprawie współpracy z Naksydami. Van też się niepokoi, bo nawet w Departamencie Meteorologii będzie kiedyś musiał złożyć przysięgę.
    — Rozumiem. — W głowie Suli już się kłębiły pomysły.
    Już wiedziała, jakie przesłanie skieruje do ludności.

* * *

    Przejście do Termaine spędził Martinez na stanowisku oficera flagowego, w skafandrze próżniowym, przypięty do fotela akceleracyjnego. Wszystkich na „Prześwietnym” wezwano na stanowiska bojowe — to standardowa procedura na statkach, które mogą spotkać wroga po drugiej stronie wormholu. Martinez, jako oficer taktyczny eskadry, siedział twarzą do dowódcy, lady Michi Chen.
    Kapitan statku, lord Gomberg Fletcher, kierował „Prześwietnym” ze sterowni na innym pokładzie. Oficer flagowy zajmował się tylko manewrami eskadry i strategią na wielką skalę, nie zaś szczegółami dowodzenia krążownikiem.
    Eskadra była „rozgrzana”; radary i lasery omiatały przestrzeń w poszukiwaniu wroga. Naksydzi wiedzieli, że siły Chen nadchodzą, i mogli przygotować jakąś niespodziankę.
    Ale żadna niespodzianka ich nie czekała, choć od momentu wyłączenia wrogich radarów, musiało upłynąć trochę czasu, nim stało się to oczywiste. Wormhol jeden w Termaine był w znacznej odległości od planety głównej Termaine, poza heliopauzą, i siły Chen całe dni będą lecieć do planety. Jeśli mają być niespodzianki, należy ich oczekiwać głębiej w układzie.
    Tymczasem żądania Michi Chen zostały przesłane do Termaine za pomocą wydajnych laserów komunikacyjnych i dla wygody żeglugi powtórzone na częstotliwościach radiowych. Wszystkie statki przebywające w układzie mają być zniszczone, wszystkie załogi przelatujące przez układ mają opuścić statki, jeśli chcą przeżyć. Wszystkie okręty z pierścienia należy odcumować bez załóg, doki i komory konstrukcyjne otworzyć do inspekcji, a niedokończone statki wyrzucić w kosmos. Komunikat dowódcy eskadry Chen miał być nadawany regularnie we wszystkich mediach, by mieszkańcy planety wiedzieli, że Flota nadal ma siłę i jest w stanie ukarać rebeliantów…
    Te żądania nie podlegały negocjacjom — niszcząc Bai-do, siły Chen udowodniły swą determinację.
    Dowódca pierścienia otrzyma to ultimatum dopiero za pół dnia i za następne pół dnia „Prześwietny” może się spodziewać odpowiedzi. Czujniki eskadry nie wykryły żadnych pocisków; jedynymi widocznymi obiektami były statki eskadry Chen. Wydawało się, że eskadra jest na razie bezpieczna.
    — Załoga może opuścić stanowiska bojowe — powiedziała dowódca Michi Chen. Stukała rytmicznie palcami w podłokietnik swego fotela. — Statki zostają w stanie pogotowia, a systemy obrony bezpośredniej ustawione na automatyczne działanie.
    Należało uwzględnić taką możliwość, że pociski nadlecą z prędkością relatywistyczną, a wtedy systemy automatyczne będą najbardziej skuteczną obroną statku.
    — Tak, milady — powiedziała lady Ida Li, jedna z dwóch adiutantów Michi.
    Martinez spojrzał na dowódcę.
    — Czy ma pani jeszcze jakieś żądania, milady? — spytał.
    — Nie. Jest pan wolny, lordzie kapitanie.
    Martinez wyłączył displej taktyczny i pchnął go nad głowę, aż się zatrzasnął. Odpiął się z fotela akceleracyjnego, chwycił za pręt klatki akceleracyjnej i przechylił fotel, aż stopami dotknął podłogi. Stanął, wyprostował się i poczuł mrowienie, gdy krew napłynęła do nóg. Zdjął hełm i z przyjemnością zaczerpnął świeżego — a przynajmniej świeższego — powietrza.
    Michi Chen, nadal siedząc w fotelu, zdjęła hełm i upchała go w specjalnej siatkowej torbie. Potem przechyliła fotel do przodu, by wstać, a Martinez, jak przystało na dobrego oficera, stanął obok, by w razie czego podać jej pomocną dłoń.
    Michi nie potrzebowała jednak pomocy. Była przystojną, postawną kobietą, siwiejące ciemne włosy były przycięte na czole w prostą grzywkę.
    — Na razie wszystko w porządku — stwierdziła, patrząc na Martineza. — Ciągle się zastanawiam, czy nie natkniemy się na zaczajoną na nas flotę wroga.
    Martinez, który rozważał, czy będzie zmuszony zabić kolejne cztery miliardy ludzi, skinął taktownie głową.
    — Sądzę, że są całkowicie zajęci Zanshaa. Latają wokół stolicy i czekają na naszą kapitulację.
    Michi uśmiechnęła się z rozbawianiem.
    — Chyba ma pan rację, ale moje stanowisko zmusza mnie do ostrożności.
    Poprawiła kołnierz skafandra, by było jej wygodniej, i opuściła stanowisko oficera flagowego. Martinez poszedł za nią, marząc, żeby ktoś zaprosił go na obiad.

* * *

    Jadł samotnie w swoim gabinecie, patrząc kwaśno na tłuste tyłeczki i pyzate buzie nagich skrzydlatych dzieci zdobiących ściany. Do stołu podawał mu jego osobisty kucharz.
    Oficer taktyczny miał na ogół stopień porucznika i stołował się w mesie oficerskiej, która była rodzajem klubu poruczników. Martinez natomiast — pełny kapitan — nie mógł jadać w mesie bez zaproszenia. Dowódca eskadry Chen miała swoją własną jadalnię, podobnie jak Gomberg, kapitan „Prześwietnego”. Jeśli Martineza nikt nie zaprosił — albo on nikogo nie zaprosił — jego specyficzna pozycja na statku gwarantowała mu samotność.
    Bez żalu porzucił dość beztroskie życie porucznika, ale brakowało mu dawnego towarzystwa ludzi. Mógłby je zamienić na samotność dowódcy, ale przecież on nie był dowódcą i jeszcze na dodatek musiał jadać sam.
    Perry sprzątnął ze stołu talerz i zaproponował dolewkę wina. Martinez przykrył kieliszek dłonią.
    — Dziękuję, Perry — powiedział. Kucharz zabrał kieliszek i wyszedł bez słowa.
    Martinez wywołał na ścianę displej taktyczny, by sprawdzić, czy nic nowego nie zaszło. Ścienne naguski patrzyły zafascynowane na displej, lecz okazało się, że żadnych zmian nie ma.
    Zamknął displej i spojrzał na blat, na unoszące się na ciemnym tle zdjęcia Terzy. Pomyślał o dziecku, które wspólnie poczęli, i nagle ogarnęło go uniesienie. Dziecko wydało mu się cudem, zalała go dotkliwa tęsknota; nigdy dotąd nie żywił do Terzy podobnych uczuć.
    Nagle zapragnął być ze swymi najbliższymi na „Ensenadzie”, rodzinnym jachcie Martinezów, którym uciekli z Zanshaa na bezpieczne Laredo. Chciał być z Terzą, pławić się w jej łagodnym uśmiechu, obserwować drobne zmiany w rozwoju dziecka, będącego w jej łonie. Przez krótką chwilę gotów był odrzucić wszelkie ambicje zawodowe w zamian za spokojne rodzinne szczęście.
    Usłyszał pukanie we framugę drzwi kabiny. Podniósł wzrok i zobaczył porucznik Chandrę Prasad, jedyną osobę na statku, z którą nie chciałby być sam na sam.
    — Tak? — spytał.
    Chandra zamknęła za sobą drzwi i podeszła do biurka. Zasalutowała przepisowo: ramiona ściągnięte do tyłu, broda uniesiona, gardło odsłonięte; taka postawa, wprowadzona przez zwycięskich Shaa, umożliwiała poderżnięcie podwładnemu gardła, gdyby zwierzchnikowi przyszła na to ochota.
    — Tak, poruczniku? — powtórzył Martinez.
    Przyjęła postawę „spocznij” i wręczyła mu grubą kopertę.
    — Od lorda kapitana Fletchera.
    Koperta z grubego, gładkiego papieru w jasnożurawinowym odcieniu, z pewnością zrobiona na specjalne zamówienie przez głównego wytwórcę papieru na Harzapid, była zapieczętowana wielodzielną pieczęcią, świadczącą o znakomitym pochodzeniu kapitana.
    Martinez złamał pieczęć i wyjął z koperty zaproszenie na jutrzejszy obiad dla uczczenia urodzin dowódcy eskadry, Chen. Oczywiście o ile pozwolą na to obowiązki służbowe.
    Spojrzał na Chandrę. Miała kasztanowe włosy, spiczasty podbródek i figlarne ogniki w podłużnych oczach.
    — Naturalnie przyjdę — powiedział.
    — Mam czekać na odpowiedź? — spytała.
    Choć kwatery kapitana znajdowały się zaledwie kilka kroków dalej, a zaproszeniu trudno byłoby odmówić, zwyczaje Floty wymagały jednak, by na pisemne zaproszenie odpowiedzieć pisemnie.
    — Jeśli nie masz innych obowiązków… Oczy kobiety roziskrzyły się figlarnie.
    — Jestem całkowicie do dyspozycji kapitana — odparła. Stwierdzenie było aż nazbyt prawdziwe. Porucznik lady Chandra Prasad była kochanką kapitana Fletchera, co sprzyjało niebezpiecznym intrygom i knowaniom, tym bardziej, że dawniej Chandrę i Martineza, nieznanych wówczas poruczników z prowincji, łączył burzliwy związek, pełny wzajemnych zdrad. Martinez przyjął zerwanie bez smutku, a nawet z ulgą.
    Nie wiedział, czy kapitan Fletcher zdaje sobie sprawę z jego wcześniejszych relacji z Chandrą, i ten brak pewności wywoływał w nim niepokój, tym bardziej że kobieta była ambitna, niecierpliwa i wybuchowa.
    I dlatego nie chciał przez dłuższy czas pozostawać z nią sam na sam.
    Wyjął z biurka kartonik i kopertę i napisał krótką odpowiedź. Pieczętując list, wyobrażał sobie, jak kapitan Fletcher trzyma bilecik w palcach i kręci nosem na jego niską jakość.
    Podał kopertę Chandrze, która przechyliła głowę i patrzyła krytycznym wzrokiem na zdjęcia Terzy w blacie biurka.
    — To niesprawiedliwe, że twoja żona jest piękna, bogata i w dodatku ma doskonałe układy.
    — Jest też utalentowana, dzielna i bardzo inteligentna — odparł Martinez.
    Chandra wykrzywiła pełne usta z rozbawieniem. Wzięła list. Teraz wodziła wzrokiem po ścianach z nagimi uskrzydlonymi chłopcami.
    — Podoba ci się ten widok? — spytała. — Kapitan mówił, że nazywają się „putti” i są antycznym motywem zdobniczym z Terry.
    — Wolałbym, żeby tam zostały.
    — Wyobrażam sobie, że wolałbyś nagie dziewczynki. Pamiętam, że bardzo ci się podobały nagie dziewczyny.
    Martinez spojrzał na nią i dostrzegł w jej oczach zaproszenie. Poczuł jej bliskość, zapach perfum. Odwrócił wzrok.
    — Nie w takich ilościach — odparł.
    — Chyba siebie nie doceniasz. Na Zarafan zabawiałeś się z wieloma dziewczynami.
    Spojrzał na nią.
    — To nie jest Zarafan.
    Teraz z kolei Chandra odwróciła wzrok.
    — To jest znacznie weselsze od tego, co kapitan ma w swojej prywatnej kwaterze — stwierdziła.
    Martinez pomyślał, że nie interesuje go to, co Chandra widuje w pokojach kapitana.
    — Doprawdy? — spytał jednak odruchowo.
    — Tak. — Kobieta uniosła brwi. — Jest tam zupełnie co innego niż te obrazki w pomieszczeniach publicznych.
    A więc pornografia wywnioskował Martinez. Poczuł przygnębienie.
    — Dziękuję, poruczniku — rzekł. — Nie będę ci zajmował więcej czasu.
    — Och, nie mam nic do roboty. Przez najbliższe godziny nie mam wyznaczonej wachty.
    — Ale ja mam pracę — oznajmił dobitnie.
    Chandra wzruszyła ramionami i zasalutowała.
    A kiedy Martinez wywołał displej taktyczny, wyszła z gabinetu.
    Na displeju nie było niczego nowego. W zasadzie nie miał nic do roboty, chyba że dowódca wyznaczy mu jakieś zadanie albo na displeju pojawi się coś nieoczekiwanego.
    Wolałby więcej pracy, by mógł się w niej zatracić.
    Teraz mógł tylko rozważać, co się stanie z Termaine, gdy gubernator układu odrzuci ultimatum Michi, albo rozmyślać o swoim małżeństwie. Albo myśleć o Chandrze bliskiej, dostępnej, niebezpiecznej, albo — co było najgorsze ze wszystkiego — marzyć o Caroline Suli.
    Dla zabicia czasu do kolacji wywołał na osobistym komputerze hiperturniej i usiłował się zatracić w tej strategicznej grze o abstrakcyjnych układach przestrzennych.
    Grał po obu stronach i w obu przypadkach przegrał.

CZTERY

    To oficjalny biuletyn lojalistycznego rządu na uchodźstwie. Przyjaciel lojalista zasugerował, by Wam to przesłać. Mamy nadzieję, że go powielicie i przekażecie innym lojalnym obywatelom. Nie wysyłajcie biuletynu pocztą elektroniczną! My go rozpowszechniamy bezpiecznymi kanałami, dla Was niedostępnymi. Gdybyście przesłali to pismo elektronicznie, rebelianci wytropiliby was i złapali.
    Jeśli możecie, powielcie list za pomocą skanera lub kopiarki, których nie da się wykryć. Potem postarajcie się usunąć z bufora powielacza obraz i tekst. Przekażcie biuletyn przyjaciołom lub wywieście go w miejscu publicznym.
    Jeśli nie jesteście w stanie skopiować tych materiałów, podzielcie się informacją z zaufanymi osobami.

    Do czego jesteśmy zobowiązani wobec naszego rządu?

    Jesteśmy pod okupacją i nawet lojalni obywatele zadają sobie pytania o własne zachowanie i zastanawiają się, czego się od nich wymaga. Nie wiedzą, jak traktować rebeliantów, którzy zajęli stolicę i usiłują wymusić spełnienie ich żądań aresztami, torturami i przemocą. Najeźdźcy żądają lojalności, a obywatele nie wiedzą, jak na to reagować. Oto wskazówki rządu podziemnego.
    Jako lojalni obywatele jesteśmy winni rządowi na uchodźstwie zaufanie. Wierzymy, że nadal walczy, bez względu na to, co mówią Naksydzi w kontrolowanych przez nich mediach. Wierzymy, że rząd wróci, pokona rebeliantów i odbuduje legalną władzę. Wierzymy, że wraz z buntownikami zostaną ukarane wszystkie osoby, które z nimi współpracują. Wierzymy również, że ci, którzy przeciwstawiają się Naksydom, zostaną nagrodzeni, gdy powróci legalna władza.

    Do czego jeszcze jesteśmy zobowiązani wobec naszego rządu?

    Powinniśmy żyć! Dlatego musimy unikać wszelkich konfrontacji, które mogłyby się zakończyć naszym pojmaniem lub śmiercią. To nie znaczy, że mamy nie przeciwstawić się Naksydom, ale musimy działać rozważnie, na naszych własnych warunkach.
    Opór wymaga przede wszystkich dobrej organizacji i wymiany informacji. Przekażcie więc ten biuletyn rodzinie i zaufanym przyjaciołom. Jeśli posiadacie informacje przydatne tajnemu rządowi, spróbujcie je przekazać komuś, kto mógłby zrobić z nich użytek. Jeśli odkryjecie coś, co Naksydzi chcą utajnić, rozgłoście tę tajemnicę jak najszerzej.
    Jesteśmy winni naszemu rządowi pracę naszych umysłów! Śledźcie działalność rebeliantów. Zwracajcie uwagę, kto z Naksydów dowodzi i jakie wydaje rozkazy. Zapamiętajcie, kto z Waszych sąsiadów lub kolegów wypełnia te rozkazy i czy robi to z zapałem. Po wojnie może się okazać, że Wasze zeznania bardzo się przydadzą.
    Jesteśmy winni naszemu rządowi działanie przeciwko rebeliantom. Wroga można atakować. Nie tylko siłą, również innymi środkami. Można zamazywać plakaty Naksydów. Na murach można pisać hasła lojalistyczne. Należy opowiadać dowcipy antynaksydzkie.
    Jeśli macie okazję, atakujcie naksydzkich oficjeli. Są śmiertelni i mogą zginąć. Pamiętajcie jednak, że nie wymaga się od Was zbytecznego ryzyka — upewnijcie się, że macie drogę odwrotu, i dopiero wtedy uderzajcie!

    Do czego jesteśmy zobowiązani wobec Naksydów?

    Jesteśmy zobowiązani tylko do tego, czego żądają od nas, przystawiając nam lufę do skroni! Władza Naksydów oparta jest na brutalnej sile, dlatego będziemy posłuszni jedynie wówczas, gdy zagrożenie będzie duże.
    Jeśli Naksyd zażąda przysięgi lojalności, przysięgnijcie. Przysięga złożona pod groźbą więzienia czy zwolnienia z pracy jest nieważna. Po wojnie nie zostaniecie za nią ukarani, jeśli Wasza współpraca z wrogiem była wymuszona.
    Jeśli Naksyd zapyta Was o drogę, nie musicie znać odpowiedzi.
    Jeśli Naksyd zapyta Was o zidentyfikowanie przyjaciela lub sąsiada, możecie udawać ignorancję.
    Jeśli Naksyd zażąda jakiejś informacji, wiedząc, że ją macie, udzielcie mujej, jeśli musicie. Jeśli będzie wymagał dodatkowych danych, które zawierają błędy, a jednocześnie nie można wskazać Was jako źródła tych błędów, nie jesteście za to odpowiedzialni.
    Jeśli zażądają informacji na temat Waszego kolegi, powiedzcie im, że kolega jest ich sympatykiem. Ale jeśli rzeczywiście jest ich sympatykiem, możecie rzucić na niego podejrzenie o wrogą działalność.
    Jeśli zażądają od Was udziału w aresztowaniu osoby, którą podejrzewają o antynaksydzką działalność, nie można Was winić, gdy dzięki Waszym fałszywym informacjom ofiara ucieknie i aresztowanie nie dojdzie do skutku.
    Jeśli Naksydzi zażądają od Was pracy, możecie popełniać błędy, zwłaszcza gdy nie obciążają one bezpośrednio Was. Niestaranna konserwacja przyczyni się do zniszczenia maszyny czy pojazdu. Dostawy mogą być wysłane pod zły adres, skierowane na zły kontynent. Żywność może się zepsuć lub ulec skażeniu. Wideo może zostać przypadkowo skasowane. Etykiety mogą wprowadzać w błąd. Broń i środki wybuchowe mogą zniknąć z magazynów i wpaść w ręce lojalistów-ochotników.
    Jeśli zechcą, byście wierzyli naksydzkiej propagandzie, nie wierzcie. Mówią, że legalny rząd podda się za chwilę, ale to nieprawda. Twierdzą, że Flota ponosi jedną klęskę za drugą — to też nieprawda. Twierdzą, że rząd podziemny na Zanshaa został rozbity — kłamią, a to, co macie teraz przed sobą, jest tego dowodem.
    Pamiętajcie: rząd rebeliantów nie przetrwa. Winni im jesteśmy naszą wrogość.
    Pamiętajcie, że legalny rząd powróci. Winni mu jesteśmy nasze zaufanie.
    Pamiętajcie, że możecie się przyczynić do upadku wroga. Zróbcie co w Waszej mocy, by podkopać władzę rebeliantów.
    Pamiętajcie, by jak najszerzej rozpropagować ten biuletyn.
    Pamiętajcie, że rząd podziemny jest w wielu miejscach, nawet nie wiecie, w jak wielu. Zawsze działa przeciw wrogom i dla Waszego dobra.
    Pamiętajcie: nasze zwycięstwo jest pewne.

    Sula ponownie spojrzała na tekst. Przygryzła wargę, czytając niektóre groteskowe stwierdzenia: „rząd podziemny jest w wielu miejscach”. Zastanawiała się, ile ludzkich ofiar spowodują jej słowa.
    Tak naprawdę miała znacznie mniej zaufania do legalnego rządu, niżby to wynikało z powyższego przekazu. Dotychczas rząd wszystko knocił, a jedyne sukcesy, jakie można by mu przypisać, zawdzięcza temu, że kilka osób miało szczęście i znalazło się w odpowiednim miejscu, i dzięki swej inteligencji przeprowadziło skuteczne akcje przeciw rebeliantom. A jeśli chodzi o dokładność, tych osób było tak mało, że Sula znała je wszystkie osobiście.
    Biuletyn miał zachęcić obywateli do działań przeciwko wrogowi, choć przypuszczała, że zmobilizuje nielicznych, wielu z nich poniesie porażkę, zostanie aresztowanych lub zabitych, a działania pozostałych okażą się nieskuteczne.
    Nie miała jednak wyboru. Członków rządu podziemnego i niemal wszystkich z armii podziemnej zamęczono po zadaniu im tortur. Zadanie wyznaczone przez rząd, któremu Sula niezbyt ufała, polegało na zmobilizowaniu społeczeństwa przeciw Naksydom. Nie mogła zwracać się do żołnierzy, zostali więc tylko cywile.
    Jak zginą, to zginą. Ciepłe uczucia w stosunku do ludzi nie są moją specjalnością — pomyślała.
    Odwróciła się do Spence, która czytała tekst ponad jej ramieniem.
    — Czy moglibyśmy coś tu dodać?
    Spence pokręciła głową.
    — Jest znakomity. Jest w nim wszystko.
    — Biuletyn potrzebuje tytułu.
    — Nasz ostatni biuletyn nazwaliśmy „Lojalista” — powiedział z kuchni Macnamara, który wylewał do zlewu iarogüt z butelek.
    — Ten tytuł przyniósł pecha — przypomniała Sula.
    — Może „Prawość” — zaproponowała Spence. — „Anty-Naksyd”? „Wierny”?
    — Może po prostu „Zobowiązani” — zaproponował Macnamara, niosąc do przedpokoju trzy puste cuchnące butelki. Zakrył bombę prześcieradłem, by nikt jej z zewnątrz nie dostrzegł, po czym otworzył drzwi i ustawił butelki w korytarzu.
    To był pomysł Suli, by zniechęcić sąsiadów do zbytniej ciekawości: butelki przed drzwiami sugerowały, że mieszkają tu niewarci zainteresowania alkoholicy.
    — „Waleczny”, „Pobudka” — wymieniała Sula.
    — „Alarm” — wtórowała jej Spence.
    — To jest dobre — przyznała Sula. Mieszkańcy Zanshaa słyszeli ostatni raz alarm, gdy został zniszczony pierścień akceleracyjny.
    Macnamara zamknął drzwi i usiadł po turecku przed rozmontowaną bombą lezącą na małym stoliku przy kanapie.
    — „Bomba” — powiedział.
    „Sabotażysta” pomyślała Sula.
    — „Anarchista” — zaśmiała się. — Tak nas przecież określają. Przebiegła wzrokiem tekst, szukając inspirujących słów. — Mam.
    Ustawiła dużą czcionkę i napisała na górze strony: „Bojownik”.

* * *

    Pierwsza kopia „Bojownika” poszła do Spence — Sula chciała się przekonać, czy program działa. Spence odebrała go na swoim naręcznym komunikatorze w sekundę po tym, jak Sula nacisnęła ikonkę „Wyślij”.
    Następnych dziesięć tysięcy egzemplarzy rozesłano do przypadkowych obywateli, których Sula wyłowiła programem spośród osób robiących interesy z Biurem Akt w ciągu ostatnich trzech lat. Program odrzucał tych, którzy mieszkali poza Zanshaa albo byli zaznaczeni jako Naksydzi.
    Sula wysłała biuletyn wczesnym popołudniem, w szczycie aktywności Biura Akt, zakładając, że lekkie opóźnienie w węźle nadawczym nie zostanie zauważone, co byłoby bardziej prawdopodobne podczas nocnego bezruchu. Cała transmisja trwała mniej niż dwadzieścia pięć sekund.
    Przygotowując plik, doszła do wniosku, że ponieważ programowo usuwała kod pozwalający zidentyfikować Biuro Akt jako źródło, równie dobrze może wstawić inny kod. Przejrzała korespondencję Rashtaga i znalazła notatkę od jego kolegi z hotelu „Spartex” — ten budynek w Dolnym Mieście w pobliżu kolejki został zarekwirowany przez Naksydów na siedzibę żandarmerii. Kod serwera hotelowego łatwo było pobrać i dokleić do wszystkich kopii „Bojownika”, wskazując w ten sposób hotel jako źródło wysyłki.
    Uśmiechnęła się, wyobrażając sobie, jak Naksydzi wywracają hotel do góry nogami w poszukiwaniu pachołka podziemnego rządu, a przecież tam są sami Naksydzi.
    Sula z przyjemnością popijała herbatę, monitorując komunikaty przychodzące do Rashtaga. Nie wpłynęło żadne ostrzeżenie o tym, że wykorzystano jego serwer. Sula czuła rozczarowanie — całą tę ciężką pracę wykonała po to, by wróg już teraz zaczął panikować.
    Dziesięć tysięcy kopii to niewiele jak na trzyipółmilionową ludność metropolii i dodatkowe trzy miliony z okręgu podstołecznego — pomyślała. Chyba trzeba dodatkowo rozesłać dziesięć tysięcy.
    Wysłała jeszcze pięćdziesiąt tysięcy, ale w końcu nerwowo nie wytrzymała. Biuro Akt nie otrzymało żadnego alarmu, ale Sula czuła się za bardzo na widelcu i doszła do wniosku, że na dziś dość tego ryzykownego eksperymentu.
    Wyłączyła komputer i wstała od biurka. Spence wraz z Macnamarą montowali bombę.
    Sula podeszła do okna. Wychyliła się na zewnątrz, mocno opierając dłonie na parapecie. W dole na ulicy tłoczyli się ludzie. Powietrze przenikały zapachy kolendry, czosnku i rozgrzanego asfaltu. Uważnie rozejrzała się po tłumie — nie zauważyła, żeby ktoś czytał swój displej. Miała ochotę wykrzyknąć do tłumu w dole: „Czy przed chwilą zmieniłam świat, czy nie?!”.
    Odwróciła się do kolegów w pokoju:
    — Ogłaszam wolne.
    Patrzyli na nią zdumieni.
    — Na pewno? — spytała Spence tonem sugerującym: „Czy na pewno czujesz się dobrze?”.
    Sula nigdy przedtem nie miała ochoty na wakacje.
    — Tak. Zdecydowanie. — Zamknęła okno i przesunęła pnącze na prawą stronę parapetu — ten umówiony sygnał oznaczał „nikogo w domu nie ma, podchodzić ostrożnie”. — Posprzątajcie swoją robótkę i wyjdźcie na dwór trochę się zabawić. — Wyjęła z kieszeni kilka zenitów i podała kolegom. — Uznamy to za rekonesans. Zbadajcie puls miasta.
    — Ja też mogę wyjść? — spytała Spence z powątpiewaniem. — Bo…
    — Już dobrze chodzisz, póki się nie zmęczysz, więc żebyś nie nadwerężyła nogi, korzystaj z taksówek.
    Spence zerwała się z okrzykiem radości. Części bomby szybko zniknęły w skrytkach, które Macnamara wbudował w meble. Wszyscy przebrali się w stosowne stroje. Przy drzwiach do mieszkania rozlecieli się niczym odłamki ich własnej bomby.
    Zbyt długo przebywali razem w ciasnym pomieszczeniu.
    Sula poszła do dzielnicy rozrywki nad starymi kanałami poniżej Wysokiego Miasta. Zaglądała do klubów i kawiarni, gdzie siadała przy barze i gawędziła z ludźmi lub zajmowała stolik i przysłuchiwała się rozmowom innych. Kilku mężczyzn chciało jej postawić drinka, ale odmówiła; sączyła wodę mineralną i pozwalała im się wygadać, kierując rozmowę na Naksydów.
    Wykazywali ostrożność — przecież nigdy nie wiadomo, kto podsłuchuje — ale alkohol w końcu rozwiązywał im języki. Parę osób, które miały nowych nadzorców Naksydów, stwierdziło, że za wcześnie na ocenę sytuacji. Jeden z mężczyzn został zdegradowany, a jego miejsce w Ministerstwie Transportu zajął Naksyd. Mężczyzna był po sześciu drinkach, w stanie głębokiej depresji. Po pewnym czasie większość poznanych ludzi przyznawała, że są wściekli z powodu wzięcia przez Naksydów zakładników.
    — Ale co możemy zrobić? — spytał jeden z mężczyzn. — Musimy z nimi współpracować. Teraz cała planeta jest zakładnikiem.
    Żaden z nich nie natknął się na pierwsze wydanie „Bojownika”, nie zapoznał się z mądrościami, które Sula z taką nadzieją zamieściła w biuletynie. Teraz to ona popadła w depresję. Postanowiła zajrzeć do klubu derivoo, gdzie mogła się pocieszyć, że są ludzie, którzy mają większe problemy niż ona.
    Pieśniarka derivoo, o pobielonych dłoniach i twarzy, stała pod reflektorem i śpiewała rzewne songi. Zdrady, złamane serca, śmierć, przemoc, wypadki, samobójstwa, strach … Derivoo malowało swe tematy wyłącznie w ciemnych barwach. Najważniejsze było nie to, że smutek istnieje, lecz to, że te pieśni potrafią go wyrazić. Przytłoczona wszelkimi nieszczęściami, umęczona przerażoną pamięcią, derivoo trzymała się mocno i wysyłała przesłanie niezgody na świat. Choć pobita i krwawiąca, nadal była gotowa do walki…
    Koncert zawsze przypominał bezlitosne zmagania namiętności z chłodem: zbyt wiele namiętności i utwór staje się absurdalnym melodramatem; zbyt wiele chłodu, a zaczyna brzmieć bezdusznie. Ta pieśniarka potrafiła doskonale balansować na ostrej krawędzi między ogniem a lodem i Sula czuła, jak krew się w niej gotuje. Widziała Flotę Macierzystą płonącą przy Magarii, rozerwaną przez antymaterię Naksydów. Wyciągała swoich ludzi po nieudanej zasadzce w alei Axtattle. Patrzyła, jak jej towarzysze umierają na torturach.
    Powodowała tragedie, ale też wiele zniosła. Przy Magarii zniszczyła pięć naksydzkich statków wraz z załogami. „To Sula! Sula to wszystko zrobiła!” — krzyknęła wtedy do Naksydów. „Zapamiętajcie moje imię!”.
    To wtedy przybrała imię Sula. Stało się jej własnym imieniem, choć nie zawsze nim było. Kiedyś, we wczesnej młodości — miała wówczas na imię Gredel — przycisnęła poduszkę do twarzy lady Caroline Suli, a potem wzięła imię zmarłej dziewczyny, jej tytuł i skromną fortunę.
    W swym sumieniu Sula nie rozstrzygnęła, czy to była tragedia. Prawdopodobnie był to dramat dla Caro Suli, choć i tak nie żyłaby zbyt długo: już wcześniej zdarzało się, że przedawkowała narkotyki, i na pewno zrobiłaby to ponownie.
    Otwarte natomiast pozostało pytanie, czy była to tragedia dla niej, Sula skłaniała się ku twierdzeniu, że nie. Podjęła postanowienie: jeśli to wszystko ma być tragedią, to dla Naksydów.
    Wyszła z klubu z poczuciem, że zdobyła wiedzę o świecie, o czymś rozpaczliwym i radosnym zarazem. Uniesienie gnało ją do domu. Nie do kryjówki, gdzie wraz ze swoimi ludźmi planowała ataki i plądrowała zasoby Biura Akt — to mieszkanie wykorzystywała tylko na zebrania zespołu — lecz do jednopokojowego mieszkania, które nabyła tylko dla siebie.
    Życie na ulicach szybko zamierało. Ostatni straganiarz czekał, aż sprzeda resztę kolb kukurydzy i będzie mógł spakować ruszt i odjechać. Sula postanowiła mu pomóc, kupiła więc jedną kukurydzę i jadła ją z przyjemnością, czując dymny posmak węgla i grubą sól.
    W zapadającym zmroku została zupełnie zaskoczona przez postać, która wyrosła z cienia przy schodkach. Serce Suli podskoczyło. Odruchowo przyjęła postawę obronną i ujęła kolbę tak, jakby trzymała nóż.
    — Czy to ty, piękna pani?
    Sula poznała ten głos i swobodniej odetchnęła. — Jeden-Krok? — spytała z bijącym jeszcze sercem. — Co tu robisz o tej porze?
    Jeden-Krok odparł z godnością:
    — Nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś zechce zajrzeć do mojego biura.
    Biuro to był kawałek chodnika przy schodach do budynku. Nie wiadomo, na czym polegały jego interesy. Sula mu to wybaczała — inne wady również — ze względu na jego niezwykłe czarne oczy, roziskrzone, wilgotne, piękne, choć teraz w nocy, niestety, niewidoczne.
    — Dawno nie byłaś w domu, piękna pani — powiedział Jeden-Krok z wyrzutem. — Byłem pogrążony w smutku.
    — Mój przyjaciel dał mi małą pracę w innej dzielnicy.
    — Pracę? — Głos mężczyzny poweselał. — Jaką?
    — W magazynie. Ale tylko czasowo i już się skończyła.
    — Wydawałaś pieniądze, prawda? Bez Jednego-Kroka — rzekł oskarżycielskim tonem.
    — Poszłam na koncert derivoo.
    — Derivoo! — prychnął pogardliwie. — To takie przygnębiające! Powinnaś się zwrócić do Jednego-Kroka, a on by zorganizował dobrą zabawę. Godną ciebie. Jak dla para z Wysokiego Miasta. Jak dla królowej. Nie pożałowałabyś nocy z Jednym-Krokiem.
    — Może innym razem. Dziś chcę się wyspać.
    — Sen jest zdradliwy. Mam coś, co przez chwilę nie da ci zasnąć. Wręczył jej plastikową odbitkę. Sula zmrużyła oczy, usiłując czytać w słabym świetle.
    „Bojownik”.
    Od czasu, gdy się po raz pierwszy spotkali, Jeden-Krok usiłował się do niej zbliżyć, ale teraz był z pewnością zaskoczony, gdy objęła go i radośnie pocałowała.
    — Piękna pani, nie pożałujesz…
    — Ja nie — odparła, odchodząc — ale bądź ostrożny i uważaj, komu to dajesz, dobrze?
    — Jeden-Krok zawsze jest ostrożny — powiedział znów z wyrzutem.
    Sula wchodziła do domu z lekkim sercem. Weszła na piętro i sprawdziła drzwi swojego mieszkania — nikt nie próbował ich otwierać. W środku zapaliła światło i obejrzała kopię „Bojownika”, dobrze wydrukowaną, na przyzwoitym plastiku bez znaków wodnych. „Przyjaciel lojalista zasugerował, by Wam to przesłać”. Wspaniale.
    Dziękuję, Jeden-Kroku, lojalny przyjacielu.
    Wnętrze pachniało upałem i nieużywanym mieszkaniem. Sula podeszła do małej wnęki przy oknie i położyła egzemplarz „Bojownika” a potem postawiła na nim wazon. Otworzyła okno, by wygnać gorące powietrze, sprawdziła, czy granaty i pistolety są w schowkach, tam, gdzie je ukryła, a potem usiadła po turecku na posłaniu i zaczęła się przyglądać wazonowi i leżącym pod nim arkuszom — podziwiała, jak blady plastik odbija się w niebieskozielonej krakelurze starej porcelany.
    Wazon w stylu Yu-yao, pochodzący z czasów ziemskiej dynastii Song, był tak cenny, że gdyby sąsiedzi znali jego wartość, wyważyliby łomami drzwi, by ukraść to cudo. Tuż przed przybyciem Naksydów, gdy Sula w końcu przejęła całą schedę po smutnej, martwej Caro, kupiła wazon za czternaście tysięcy zenitów, czyli wydała nieco więcej niż połowę całego majątku, mimo że zapłaciła znacznie poniżej jego wartości.
    Porcelana była jej namiętnością. Sula nigdy przedtem nie miała niczego wartościowego, ale wtedy, mając perspektywę poświęcenia życia jałowemu według wszelkiego prawdopodobieństwa oporowi wobec Naksydów, postanowiła zrealizować tę małą zachciankę.
    Pozostałą część pieniędzy zainwestowała bardziej racjonalnie.
    Przez kilka chwil patrzyła z rozkoszą na wazon, potem poszła do łazienki, by wykąpać się przed snem. A ponieważ nie mogła znieść najdrobniejszych nawet przejawów nieporządku, zlikwidowała w mieszkaniu cienką warstwę kurzu oraz przetarła ściereczką wazon Yu-yao. Wreszcie poszła do łóżka.
    Rano „Bojownik” był wszędzie: przyklejony do latarni, rozłożony na kawiarnianych stolikach, przygnieciony na progach domów kawałkami żelaza czy okruchami starych cegieł. Sula zamówiła w cukierni słodką bułeczkę z czerwonej fasoli i napełniła kubek herbatą z samowara. Dwie kobiety stojące w kolejce do samowara rozmawiały na temat „Bojownika”, którego właśnie przeczytały.
    — Teraz wiem, co powiedzieć temu okropnemu Klarvashowi, gdy poprosi o dane — stwierdziła jedna z nich.
    Sula promieniała. Poszła pieszo do drugiego mieszkania. Doniczka w oknie została przesunięta na pozycję „ktoś jest wewnątrz i wszystko w porządku”, mimo to skorzystała z tylnego wejścia. Spence siedziała na podłodze przy stoliku, na którym leżały części bomby, patrzyła na ścianę wideo i łzy ciekły jej po twarzy.
    Sula zamarła.
    — Co się stało? — spytała.
    Spence wzniosła na nią zapłakane oczy.
    — Strzelają do zakładników. Pięćdziesięciu pięciu, po jedenastu przedstawicieli każdego gatunku. To kara za dystrybucję literatury wywrotowej. Zabijają każdego, kogo złapią, i mówią, że już wielu złapali. — Spence wzięła chusteczkę. — I to nasza wina! — załkała.
    Sula miała ochotę napomnieć ją: „opanuj się; a jak myślisz, po co montujesz tę bombę?”.
    Nie powiedziała tego jednak, tylko zaczęła Spence pocieszać.
    — To nie nasza wina. To wszystko wina wroga. To ich wina, nie nasza. My nie zabijamy zakładników.
    Na ścianie wideo pokazywano grupę Daimongów zaganianych na plac egzekucyjny. Jeśli mamy szczęście — pomyślała Sula, jeśli dopisze nam prawdziwe szczęście, Naksydzi nie przestaną w najbliższym czasie zabijać zakładników.

PIĘĆ

    Zawsze uważałem tragedię za najbardziej człowieczą formę sztuki — powiedział starszy kapitan, lord Gomberg Fletcher. — Przedstawiciele innych gatunków po prostu jej nie czują.
    — Jest przecież „Posłaniec” Lakaja Trallina — zauważyła Fulvia Kazakow, pierwsza porucznik.
    — Fragmenty chóralne są wspaniałe, jak zwykle u Daimongów — przyznał kapitan — ale sylwetki psychologiczne lorda Ganmira i lady Oppoda nie są dopracowane.
    Obiad wydany przez kapitana Fletchera ciągnął się przez całe długie popołudnie. Ustawione na długim stole talerze, spodeczki filiżanki, kielichy, solniczki ozdobione były herbem kapitana, a sam stół stał pośród malowanej hulanki. Murale przedstawiały bankiety i bankietujących: dawni Terranie leżeli w prześcieradłach na kanapach i jedli; humanoidalne owłosione, rogate i kopytne istoty popijały z kielichów i delektowały się winogronami; władczy młodzieniec w wieńcu z liści górował nad gromadką dziewcząt niosących falliczne drzewca. W rogach pokoju stały wdzięczne posągi półnagich kobiet z uniesionymi czarkami. W centrum królowała grupa szczerozłotych wojowników w zbrojach, którzy z tajemniczych powodów pilnowali sterty błyszczących metalowych owoców i orzechów.
    Kapitan, znany patron sztuki, dziedzic wybitnych i niesamowicie bogatych klanów Gombergów i Fletcherów, miał pieniądze na swoje zachcianki. To on przepysznie ozdobił „Prześwietnego”, nie szczędząc funduszy na stworzenie dzieła godnego zazdrości całej Floty. Kadłub pomalowano w skomplikowany geometryczny wzór w kolorach białym, jasnozielonym i różowym. Wnętrze zdobiły fantastyczne krajobrazy, cykle trompe l'oeil, sceny polowań i balów, widoki wymyślnej architektury i targanego wiatrem morza. Większość malowideł stworzono za pomocą programów graficznych, po czym odwzorowano na długie płachty materiału i nałożono na ściany jak tapetę. Jednak w prywatnych kwaterach kapitana murale wykonał ręcznie i na bieżąco konserwował pulchny, siwiejący, rozmemłany Montemar Jukes, którego Fletcher przyjął na pokład jako swego służącego i szybko awansował na sprzętowca pierwszej klasy.
    Jukes jadał w kantynie młodszych oficerów. Przy stole kapitana nie zasiadł teraz nikt poniżej oficera czy para. Wszyscy mieli na sobie odświętne galowe mundury, zgodnie z ustanowionym przez Fletchera zwyczajem, by wszystkie posiłki były oficjalne, bez względu na to, czy są wydawane ze specjalnej okazji, czy nie.
    Zwyczaj ten został wprowadzony jeszcze przez przyjściem Martineza, ale on sam nieoczekiwanie dodał do tego rytuału własny element. Ponieważ na obiady przychodzono w mundurach galowych, Martinez przyniósł ze sobą pewne szczególne odznaczenie.
    Był to Złoty Glob — buława zwieńczona przezroczystą kulą wypełnioną wirującym złotym płynem. Było to najwyższe odznaczenie w imperium, przyznane Martinezowi za akt bohaterstwa pod Magarią — wyprowadzenie Naksydom spod nosa statku „Korona”. Wszyscy oficerowie Floty, członkowie załogi, każdy lord konwokat czy urzędnik państwowy musieli na widok Złotego Globu salutować.
    Gdy więc Martinez przybył po raz pierwszy na jeden z oficjalnych obiadów, kapitan lord Gomberg Fletcher musiał w postawie na baczność oddać mu honory. To samo działo się przy każdej podobnej okazji. Kapitan zachowywał się uprzejmie, jak zawsze, ale na jego przystojnej twarzy pojawiły się cienie sugerujące, że właśnie odkrył pewne niedoskonałości w panującym we wszechświecie ładzie. Nigdy w dziejach żaden Fletcher nie salutował żadnemu z Martinezów, i kapitanowi nie w smak było, że musiał czynić to jako pierwszy.
    Lady Michi, gość honorowy, siedziała na szczycie stołu; pozostali zajmowali miejsca zgodnie z hierarchią: Fletcher i Martinez tuż obok lady Michi, a obok Fletchera Fulvia Kazakow z ciemnymi włosami upiętymi z tyłu głowy w skomplikowany węzeł, umocowany parą złoconych pałeczek z drzewa kamforowego.
    Przy Martinezie siedziała Chandra Prasad i przyciskała kolanem jego nogę. Dalsze miejsca zajmowali czterej porucznicy, statkowy lekarz i kadeci. W odległym końcu stołu siedział jedyny nie-Terranin na „Prześwietnym”, kadet Daimong, który podczas bitwy przy Protipanu dowodził szalupą, i dlatego nie było go na jego fregacie „Światło Przewodnie”, gdy została zniszczona wraz z cała załogą.
    Podobnie jak inni kadeci, Daimong nie odzywał się w obecności przełożonych, więc jego poglądy na temat sylwetek psychologicznych lorda Ganmira i lady Oppody nie zostały odnotowane.
    — Jest przecież „Nowa Dynastia” Go-tula — przypomniała Michi. — Zawsze uważałam to za bardzo poruszającą tragedię.
    — Według mnie jest ułomna — stwierdził kapitan Fletcher.
    Miał wąską twarz, lodowato niebieskie oczy w głębokich oczodołach, i srebrzyste włosy ufryzowane w nienaturalne fale. Jego zachowanie łączyło w sobie pewność posiadania niekwestionowanej władzy z nieskazitelną swobodą para najwyższej kasty.
    Był skończonym despotą, ale despotą na luzie.
    — „Nowa Dynastia” opowiada o kobiecie z prowincjonalnych parów, która przybywa na Zanshaa i omal udaje jej się wejść do elitarnego społeczeństwa — ciągnął kapitan. — Ale ponosi jednak porażkę i musi wrócić do domu. Na końcu widzimy ją na właściwym miejscu. — Spojrzał pytająco na lady Michi. — Gdzie tu tragedia? Autentyczna tragedia to upadek kogoś, kto jest wysoko urodzony.
    Tymczasem pod stołem ręka Chandry wściekle ścisnęła udo Martineza i ten omal nie podskoczył.
    — Co jest bardziej tragiczne, lordzie kapitanie — spytała Chandra nieco podniesionym głosem — prowincjusz wznoszący się ponad swój stan i spadający czy prowincjusz, który z powodzeniem wspina się do góry?
    Fletcher spojrzał na nią ostro, ale zaraz jego twarz odzyskała zwykłą wytworność.
    — Sądzę, że to drugie — odparł.
    Chandra znów zatopiła paznokcie w udzie Martineza. Drżała z gniewu. Pozostali oficerowie zesztywnieli, przyglądając się dramatowi, który rozgrywał się między Chandrą a kapitanem. Wiedziano, że są kochankami i że ich związek może teraz eksplodować na oczach wszystkich.
    Przerażająca chwila — pomyślał Martinez. To tak jakby się obserwowało wypadek: nie możesz mu zapobiec, ale nie możesz także oderwać od niego wzroku.
    — Więc prowincjusze nie powinni dążyć do lepszej pozycji? — pytała Chandra. — Prowincjusze powinni zostać w domu i niech rodziny z Górnego Miasta zajmują się wszystkimi sprawami? Te same rodziny, przez które omal nie przepadło imperium. — Zerknęła na Martineza. — Gdzie teraz byłaby Flota, gdyby kapitan Martinez zastosował się do tych wskazówek?
    Choć Martinez uważał, że Flota zyskała na jego obecności, wolał, by nie stawiano go za przykład. Choć odniósł wiele sukcesów, kapitan uważał go za wybryk natury, coś w rodzaju kobiety z brodą czy gadającego psa.
    Dlatego niezbyt mu się uśmiechało wałkowanie tej sprawy na urodzinowym przyjęciu Michi Chen, zwłaszcza że cokolwiek powie, nie zmieni to poglądów kapitana.
    — Chciałabym wiedzieć, o ile gorsza byłaby nasza sytuacja, gdyby nie kapitan Martinez? — nie ustępowała Chandra.
    — O ile wiem, kapitan Martinez nie jest postacią tragiczną — odparł spokojnie Fletcher. — My mówimy tu o teatrze, a nie o prawdziwym życiu. — Uprzejmie skłonił głowę ku Martinezowi. — Gdyby bohater wzorowany na kapitanie Martinezie pojawił się na scenie, mielibyśmy opowieść o wielkiej przygodzie, a nie o upadku wielkości.
    Chandra spojrzała na Fletchera palącym wzrokiem.
    — Wielcy porzucili Zanshaa i teraz zmiatają przed wrogiem. Czy kiedykolwiek powstanie na ten temat tragedia? — Wydęła usta. — A może farsa?
    — Sądzę… — zaczęła Michi zdecydowanym tonem, ale w tym momencie przerwał jej sygnał z displeju mankietowego. Oficerowie natychmiast zamilkli. Wiedzieli, że nikt nie przerywałby jej obiadu bez ważnego powodu.
    Ze swego miejsca Martinez widział, jak kameleonowa tkanina lewego rękawa zmienia się w obraz chorążej, która sterowała „Prześwietnym” z mostka.
    — Milady, otrzymałam odpowiedź od gubernatora Termalne — powiedziała.
    — Zobaczę ją — rzekła Michi.
    — To tylko tekst. Brzmi: „Zważywszy na lokalną przewagę waszych pirackich statków i miliony zamordowane na Bai-do z waszego rozkazu, nie mam innego wyjścia, jak przyjąć wasze niesprawiedliwe, okrutne żądania”. Podpisano: dowódca Floty, Jakseth, gubernator wojskowy.
    Michi słuchała tych obelg z ironicznym wyrazem twarzy, a gdy padło nazwisko gubernatora, wybuchła radosnym śmiechem.
    — A więc Jakseth został dowódcą Floty? Był na liście kapitanów od czasu, gdy studiowałam w akademii.
    Martinez poczuł, jak z gości opada napięcie, jak są zadowoleni, że wojna wyzwoliła ich z walki między Chandrą a kapitanem.
    — Odpowiedz gubernatorowi — powiedziała Michi. — Tekstem, skoro chce w ten sposób. Gratulujemy mu awansu na dowódcę Floty. Niech odnosi takie same sukcesy, jakie osiągnął jako kapitan „Championa”.
    Fletcher zaśmiał się. Martinez poczekał, aż Michi skończy dyktować wiadomość.
    — Przepraszam, dowódco eskadry, ale nie zrozumiałem twojej odpowiedzi.
    — Ostatnim statkiem, którym dowodził Jakseth, był „Champion” — wyjaśniła. — Spowodował kolizję podczas dokowania przy Comadorze. Straty były milionowe, wszystko z jego winy. Dzięki wpływom rodzinnym zdołał uniknąć sądu wojennego, ale od tamtego czasu nie pozwolono mu latać nawet szalupą. — Michi miała zadowoloną minę. — A teraz ma całą planetę! Tylko od rebeliantów mógł oczekiwać awansu.
    Fletcher uniósł dłoń, dając sygnał stewardowi od wina.
    — Powinniśmy chyba wznieść toast za powodzenie dowódcy Floty.
    Ponownie napełnione winem kielichy uniosły się w żartobliwym toaście za kapitana „Championa”. Służący zebrali talerze i przynieśli następne danie rybne — karpieńca w słodkim jagodowym sosie w garnirunku z wodorostów.
    Rozległo się delikatne pukanie do drzwi. Martinez podniósł wzrok i zobaczył grupę stłoczonych przy wejściu starszych podoficerów.
    — Proszę wybaczyć, lady dowódco eskadry — powiedział zbrojmistrz Gulik. — Z okazji pani urodzin chcielibyśmy coś zaprezentować, za pozwoleniem.
    — Będę zaszczycona, panie zbrojmistrzu — odparła Michi.
    Gulik, mężczyzna mały, posępny, o szczurzej twarzy, przecisnął się obok posągów kobiet i podszedł do krzesła Michi. Za nim postępował główny inżynier Thuc, postawny, muskularny Terranin; nosił kozią bródkę i podkręcone wąsy, tak jak wielu podoficerów. Za tymi dwoma tłoczyli się starszy mechanik, elektryk, sygnalista i inni podoficerowie odpowiedzialni za rozmaite sekcje statku.
    — Milady, pragniemy podarować pani coś na pamiątkę służby na „Prześwietnym” — powiedział Gulik.
    Wręczyli jej model „Prześwietnego” z wiernie oddanym — zaprojektowanym przez Fletchera — zielono-różowo-białym wzorem na kadłubie. Model zamocowany był na wykonanej w warsztacie mosiężnej podstawce.
    Michi podziękowała delegacji i wraz z oficerami wzniosła toast na cześć szefów sekcji statku. Potem delegacja wyszła i obiad trwał dalej. Kolejne dania świadczyły o geniuszu kapitańskiego kucharza — witano je pochwałami i toastami.
    Martinez cały czas czuł zaloty Chandry, jej noga niecierpliwie naciskała.
    — Mogłeś sam wystąpić w swojej sprawie — powiedziała, gdy po przyjęciu szedł do swej kabiny.
    — Nikt mnie nie atakował — odparł. — Najgorsze, co o mnie powiedziano, to, że nie jestem bohaterem tragicznym. Mam nadzieję, że to prawda.
    — Fletcher mówił o tobie różne rzeczy.
    — Możliwe. — Martinez otworzył drzwi kabiny i odwrócił się do Chandry. — Ale to chyba nie było przeznaczone dla mnie, bo przecież nie powinienem utrzymywać intymnych stosunków z dziewczyną kapitana, prawda? — I zamknął drzwi przed nosem wściekłej Chandry.
    Podszedł do biurka i usiadł w fotelu, postawił Złoty Glob na czarnym blacie i rozpiął guziki galowej bluzy.
    Po czterogodzinnym uroczystym obiedzie czuł się jak nadziany i zaszyty do pieczenia ptak.
    Skrzydlate dzieciaki ze ścian pożerały go wzrokiem.

* * *

    Następnego dnia, gdy Martinez dotarł na mostek oficera flagowego, „Prześwietny” wystrzelił dwie szalupy; jedną z nich kierował jedyny Daimong, który przeżył katastrofę „Światła”. Szalupy miały przelecieć w pobliżu Termaine, wycelować silne kamery i czujniki na pierścień planety, by się przekonać, czy żądania lady Michi zostały spełnione, czy wszystkie komory dokowania i doki zostały otwarte i czy wszystkie statki, również te w budowie, uwolniono w kosmos. „Prześwietny” miał przejąć szalupy na drugim końcu układu.
    Przy Bai-do Naksydzi ostrzelali przelatujące szalupy i zabili pilotów. Za ten akt nieposłuszeństwa lady Michi kazała zniszczyć pierścień. Za śmierć dwóch kadetów zginęły miliardy — żeby wysokie dowództwo Naksydów potraktowało sprawę poważnie.
    Tym razem szalupy miały eskortę — każda z nich leciała w chmurze dwudziestu czterech pocisków antymaterii, sterowanych przez pilota szalupy. Pociski mogły albo same zaatakować, albo odeprzeć atak z pierścienia. Po zakończonej misji zarówno szalupa, jak i pociski będą odzyskane przez statek albo przekierowane na inne cele, na przykład na komercyjne transportowce, które wściekle przyśpieszały, usiłując opuścić układ w obawie przed atakiem ze strony sił Chen.
    Martinez obserwował, jak pociski zostały wystrzelone z wyrzutni i jak włączyły się rakiety chemiczne, by zanieść je na bezpieczną odległość od statku, zanim zadziałają silniki antywodorowe. Za chwilę w ich ślad wyleciały szalupy; miały dotrzeć po długich trajektoriach w pobliże Termaine.
    Gdy szalupy i pociski były już w drodze, mostek oficera flagowego opustoszał. Martinez włożył hełm pod pachę i udał się do kabiny, gdzie jego adiutant, Khalid Alikhan, pomógł mu wyjść ze skafandra próżniowego.
    Alikhan miał za sobą trzydziestoletnią służbę we Flocie, z której odszedł na emeryturę w stopniu głównego zbrojeniowca. Nadal z dumą nosił kozią bródkę i podkręcone wąsy starszego podoficera. Alikhan był źródłem barwnych opowieści i wiedzy technicznej, znał też pokrętne ścieżki, którymi można obejść formalności i zwyczaje panujące we Flocie. Zatrudniając go, Martinez chciał wykorzystać jego trzydziestoletnie doświadczenie w hangarach uzbrojenia.
    Alikhan powiesił skafander w szafce i nalał Martinezowi kawę z termosu stojącego na kredensie.
    — Zastanawiałem się, milordzie, czy mogę pana poprosić o zaliczkę — powiedział, stawiając kubek na biurku.
    Martinez już unosił kubek do ust, ale zdziwiony, zatrzymał się w pół drogi. Alikhan nigdy przedtem nie prosił go o zaliczkę.
    — Tak, oczywiście — odparł. Wstał z krzesła, otworzył sejf i podał Alikhanowi pięć zenitów. — Wystarczy?
    — Z nawiązką, milordzie. Dziękuję.
    Martinez zamknął sejf.
    — Czy klub podoficerów organizuje coś specjalnego? — spytał. Po miesiącach od wylotu statku z ostatniego portu kantyna robiła bokami i najbliższym miejscem do wydania pieniędzy była planeta Termaine.
    — Nie, milordzie — odparł strapiony Alikhan. — Nie miałem szczęścia w kartach.
    Martinez spojrzał na niego zdziwiony.
    — Nie wiedziałem, że uprawiasz hazard.
    — Obstawiam od czasu do czasu, milordzie.
    Alikhan stanął na baczność — miał nadzieję, że rozmowa jest skończona. Martinez też postanowił ją zakończyć.
    — A więc obstawiaj dalej — powiedział i Alikhan wyszedł.
    Popijając kawę, Martinez sprawdził displej taktyczny.
    Rebelianci na Termaine stosowali się do rozkazu — tak się przynajmniej wydawało. Termaine była teraz otoczona chmurą odcumowanych statków, przygotowanych na zniszczenie przez eskadrę Chen, kiedy będzie przelatywać w pobliżu.
    Martineza jednak ten widok nie przekonał.
    Rebelianci z Bai-do też wykonywali rozkazy Michi aż do momentu, gdy otworzyli ogień.

SZEŚĆ

    Rozmontowaną bombę przenieśli do Wysokiego Miasta w częściach ukrytych w skrzynkach narzędziowych, a potem schowali w domu gościnnym PJ. Ngeniego za pałacem Ngenich. Ponieważ wąchacze przy kolejce mogły wykryć materiał wybuchowy, postanowiono wyprodukować go na miejscu, w kuchni, ze składników kupionych w sklepie żelaznym i drogerii.
    W końcowym etapie montażu bomby PJ. pochylał się nad stołem i co chwila wyrażał to niepokój, to dziwaczną radość. Przeszkadzał, więc Sula zaprowadziła go do jego gabinetu i tam zrobiła mu kilka drinków, aż się uspokoił.
    Podczas całej operacji Sula miała wątpliwości, czy uda się przemycić broń przez detektory kolejki, ale P.J. natychmiast zaproponował, by wykorzystać zgromadzoną przez klan Ngenich kolekcję strzelb sportowych. Sula początkowo odmówiła, ponieważ strzelby były rejestrowane i gdyby je zarekwirowano, stanowiłyby bezpośredni dowód obciążający P.J. Później jednak dostała się z najbliższego terminala do Biura Akt, odnalazła rejestry broni i skasowała wszystkie obiekty związane z Ngenimi.
    Policja przechowywała ekspertyzy balistyczne i kryminalne dotyczące wszelkiej legalnie nabytej broni, ale były one bezużyteczne w odniesieniu do starej broni, z której wielokrotnie strzelano. Sula postarała się więc wyposażyć swoich ludzi w broń pochodzącą sprzed wielu wieków.
    W dniu akcji zielononiebieskie niebo Zanshaa było czyste i słoneczne. Prawdopodobnie przy takiej pogodzie lord Makish zechce wrócić pieszo do domu. To sprzyjająca okoliczność, choć równocześnie można się spodziewać na ulicach wielu Naksydów, którzy lubili upały.
    Trudno, w takim razie zginą. Sula nie zamierzała ryzykować tylko po to, by oszczędzić kilku zabłąkanych Naksydów.
    Tuż po południu Spence poszła do Ogrodu Zapachów i stanęła na czujce. Tymczasem Sula i Macnamara przymocowali skrzynki narzędziowe z tyłu dwukołowca, wsiedli na pojazd i pomknęli przez prawie puste miasto. Jechali na północ ulicą Lapisową, równoległą do Bulwaru Praxis. Zaparkowali w uliczce tuż przy pałacu Urghoderów, teraz pustym, który przylegał do rezydencji sędziego Makisha.
    Sula upchnęła włosy pod bandaną, włożyła lekki kask, wzięła skrzynkę i ruszyła. Minęła wejście do pałacu Urghoderów — z tabliczką informacyjną — i stanęła przed misterną bramą z kutego srebrnego stopu, wiodącą do posesji Makisha. Macnamara cały czas podążał za nią. Weszła na teren, zbliżyła się do frontowych drzwi — naśladowały formą karczochowaty kształt wież — i nacisnęła guzik. Wewnątrz budynku rozległ się trzask przypominający odgłos aejai.
    W tym czasie Macnamara postawił jedną ze skrzynek koło krzaka przy ścieżce.
    Drzwi otworzyła służąca w liberii. Cofnęła się — niechętna czy zaskoczona — i wyprostowała, ale jej krótkonogi centauroidalny korpus i tak sięgał zaledwie do ramienia Suli..
    — Powinniście podejść do tylnego wejścia! — oznajmiła Naksydzka wysokim, skrzeczącym głosem.
    — Proszę wybaczyć — odparła Sula — ale kazano nam pracować w ogrodzie. To znaczy jeśli to pałac Urghoderów.
    — Pałac Urghoderów jest obok! — rzekła służąca. — Wynoście się! — A więc źle nas poinformowano — stwierdziła pogodnie Sula. — W każdym razie dziękuję!
    — Wynocha! — powtórzyła służąca.
    Mam nadzieję, że wysadzimy twą dupę aż na pierścień — pomyślała Sula. Służąca dotąd patrzyła czarno-czerwonymi oczami, jak Sula i Macnamara wychodzą z ogrodu i starannie zamykają za sobą błyszczącą bramę, a potem idą do pałacu Urghoderów i wkraczają do zapuszczonego ogrodu, aż zniknęli jej z oczu za porośniętą bluszczem boczną ścianą.
    Tam otworzyli skrzynki i przygotowali narzędzia. Każde z nich włożyło sobie do jednego ucha słuchawkę i przypięło do kołnierza malutki mikrofon. Sprawdzili szybko, czy mają łączność ze Spence. Potem przez resztę popołudnia pracowali w ogrodzie. Sula nie sądziła, że to taka ciężka praca. Wychowała się w mieście, w dzielnicach statków i baraków, nie miała więc żadnego doświadczenia z roślinami. Na szczęście Macnamara pochodził ze wsi i dzieciństwo miał dosłownie bukoliczne — pracował jako pastuch. Pod jego kierunkiem Sula przycinała i wykopywała przerośnięte badyle. Macnamara pomagał jej, gdy natrafiła na korzeń wymagający większej siły, ale głównie zajęty był kopaniem w ustronnym kącie ogrodu wąskiego rowu.
    Sula chciała, by mieli jakąś osłonę, gdy wybuchnie bomba. Prawdziwy sabotażysta, ufając swemu szczęściu i urządzeniom zdalnego sterowania, mógłby w tym czasie znajdować się gdzieś w Ogrodzie Zapachów, ale Suli brakowało takiej pewności. Gdyby któryś ze służących Makisha znalazł skrzynkę narzędziową, Sula wolała być w pobliżu, by ją odebrać, nim ktoś ją otworzy i znajdzie bombę.
    Ponadto bomba może nie zadziałać, a wtedy Sula musiałaby być blisko i dokończyć dzieła, dlatego potrzebowała bezpiecznego schronienia.
    Macnamara unosił wysoko kilof i przeklinał stojące mu na drodze korzenie. Na jego kombinezonie były duże palmy potu. Pot spływał też po twarzy Suli, która z trudem oddychała powietrzem ciężkim od słodkich aromatów kwiatowych, gdy wycinała gałęzie krzaku kolczocha i usiłowała nie nadziać się na ostre jak miecz kolce ognika. Ta harówka pozwalała jej przynajmniej zagłuszyć cichy głos, który mówił: jesteś amatorką, a twój plan to idiotyzm; jeśli się nie powiedzie, podzielisz los swoich zwierzchników.
    Przeszła staranne szkolenie w zakresie budowania bomb i stosowania innych środków dywersji. Nie nauczono jej natomiast, jak i kiedy należy ich używać. Może moi szefowie też tego nie wiedzieli? — pomyślała.
    Wreszcie otworzyli butelki z wodą, zerwali trochę bardzo dojrzałych owoców kolczocha i postanowili zrobić sobie przerwę w pracy. W tym momencie Sula usłyszała w uchu szept Spence: Makish wraz z ochroniarzami idzie pieszo.
    Była czwarta po południu. Już z wcześniejszych obserwacji wynikało, że Sąd Najwyższy za bardzo się nie przemęcza.
    — Kom, potwierdź — odpowiedziała. — Kom, wyślij.
    Na tę komendę wiadomość została zakodowana i wysłana w małych, trudnych do wykrycia pakietach. Protokoły komunikacyjne były podobne do tych, jakich używano w katastrofalnej akcji w alei Axtattle. Wspominając to, Sula poczuła dreszczyk niepokoju. Wraz z Macnamarą zostawili narzędzia w kącie ogrodu, schowali się za krzakami i wyjęli broń ze skrzynek. Na czoło Suli znowu wystąpił pot.
    — To chyba wasze! — dobiegł ich skrzekliwy głos. Serce Suli podskoczyło. Pośpiesznie upchnęła pistolet w kieszeni na udzie i rozchyliła gałęzie. Była to służąca lorda Makisha; Naksydka postawiła ich skrzynkę z narzędziami na niskim murku oddzielającym alejkę od ogrodu Urghoderów.
    — Wy bałaganiarze, zostawiliście to w ogrodzie Makisha! — krzyczała.
    — Kryjcie się — powiedziała Spence do ucha Suli. — Zostało mniej niż pół minuty.
    — Dziękuję. — Sula wychyliła się, by zabrać skrzynkę z bombą w środku. Wtedy dostrzegła opartą o murek piłę. Brzeszczot o ostrych zębach tkwił w metalowej oprawie z pistoletową rączką.
    — Dla kogo pracujecie? — spytała służąca, gdy Sula ostrożnie stawiała skrzynkę na ziemi. — Złożę zażalenie u waszych pracodawców.
    — Proszę pani, proszę tego nie robić — odparła Sula i zerkając na ulicę, sięgnęła po uchwyt piły.
    — Dwadzieścia pięć sekund — poinformowała Spence.
    — Obchodzicie się nieostrożnie z własnością swego pracodawcy. — Służąca wychyliła się zza murka. — Zostawiliście…
    Sula ciachnęła ją przez szyję. Naksydka cofnęła się, jak wtedy, gdy zobaczyła Sulę po raz pierwszy, i chwyciła się rękami za gardło.
    — Kom, przerwij! Gotowość! — powiedziała Sula. — Kom, wyślij!
    „Przerwij” i „Gotowość” były sprzecznymi poleceniami, ale Sula nie miała czasu na takie subtelności. Może przy odrobinie szczęścia, Spence przestanie na chwilę obserwować Makisha i skieruje lornetkę na pałac Urghoderów.
    Naksydka upadła na ścieżkę, zaplątana w skomplikowaną liberię, kopiąc nogami w błyszczących butach w ziemię. Sula wyjrzała na Bulwar Praxis i zobaczyła sędziego w towarzystwie Makisha, ochroniarzy i oficera w zielononiebieskim mundurze Floty. Na ramionach oficera świeciły wysokie dystynkcje, na piersi — medale.
    — Gotowość! — przyszła odpowiedź od Spence. Sula kątem oka widziała, jak Macnamara wychodzi z ukrycia, chowając pistolet.
    Podniosła bombę i przeskoczyła przez murek. Służąca dyszała i charczała, jej czarne łuski błyskały na czerwono — Sula miała nadzieję, że wzorzec nie jest czytelny. Odwróciła się w kierunku grupy Makisha i ruszyła truchtem.
    — Proszę pana! — zawołała, machając ręką. — Milordowie! Ochroniarze śmignęli do przodu, sięgając po broń.
    — Pana służąca jest chora! — powiedziała Sula. — Potrzebuje pomocy.
    Naksydzi opadli na przednie łapy i ruszyli biegiem. Na czterech gadzich grzbietach widać było czarne łuski migające w jasnym świetle słońca Shaamah. Sula odłożyła bombę i poszła za nimi, sięgając do kieszeni po pistolet. Dwaj ochroniarze — z pewnością wyszkoleni w niesieniu pierwszej pomocy — pochylili się nad ranną i włożyli ręce pod jej liberię.
    Płaska głowa Naksydów mieściła tylko organy czuciowe. Mózg znajdował się w centrum humanoidalnego torsu, a serce i inne ważne organy — w dolnej części czworonożnego korpusu. Sula wolałaby najpierw zastrzelić ochroniarzy, ale Makish i oficer Floty — aż w stopniu młodszego dowódcy Floty — zasłaniali żandarmów, wybrała więc bardziej niebezpiecznego osobnika — oficera — i strzeliła mu w sam środek pleców.
    Gdy zamierzała ponownie wycelować, usłyszała serię strzałów. Czyżby ochroniarze zdołali tak szybko wyciągnąć broń? Strzeliła do Makisha i przygotowała się na wrogie kule… i wtedy uświadomiła sobie, że to Macnamara strzela zza kamiennego murku, biorąc Naksydów w ogień krzyżowy.
    Zapanowała cisza; Sula słyszała tylko dzwonienie w uszach wywołane hukiem wystrzałów. Pistolety, które dostali od P.J., były dość hałaśliwe. W alejce leżały ciała Naksydów w kałużach ciemnofioletowej krwi.
    — Uciekajmy! — krzyknęła i przeskoczyła nad ciałami wrogów. Nadal trzymała w dłoni pistolet. Macnamara pokonał murek i pędem ruszył za nią.
    — Kom, gotowość! To już sprawa sekund! Kom, wyślij! Bomba była już niepotrzebna do zabicia Naksydów, ale mogła odegrać rolę propagandową. Rząd mógł zaprzeczać, że dwoje zabójców z pistoletami zlikwidowało oficjela, ale nie zdoła ukryć eksplozji na Bulwarze Praxis, w samym centrum Górnego Miasta.
    Nadchodziła grupka naksydzkich dzieci w mundurkach szkolnych. Podążały wężowymi ruchami w ślad za dorosłą wychowawczynią.
    Sula wolałaby nie mordować dzieci, nawet naksydzkich, ale los nie pytał jej ozdanie, a ona nie mogła przystanąć i wyjaśnić całej sytuacji.
    — Uciekajcie! — krzyknęła, mijając grupkę dzieci. — Tam jest coś złego!
    — O co chodzi? — Wychowawczyni patrzyła rozszerzonymi czarno-żółtymi oczyma, ale Sula nawet się na nią nie obejrzała.
    Przeleciała wzdłuż fasady pałacu Urghoderów i wbiegła w wąską uliczkę. Panował tam miły cień. Sula zwolniła, a Macnamara przystanął, wyjął z kieszeni flarę, potarł ją o zimny piaskowiec muru. Ich ucieczkę miały osłaniać kłęby czerwonego dymu.
    Sula dyszała, opierając się o mur pałacu. Zastanawiała się, ile czasu zajmie grupce uczniów opuszczenie miejsca eksplozji. Policzyła do dziesięciu, potem rozkazała:
    — Kom, zdetonuj. Kom, wyślij.
    Ułamek sekundy później mur z piaskowca uderzył ją z nieoczekiwaną siłą, a ziemia pod jej stopami drgnęła. Sula odczuła eksplozję nie tyle uszami, co narządami wewnętrznymi, gdy fala uderzeniowa przeszła przez każdy organ jej ciała. Czerwony dym z końca alejki wiał ku nim i nagle znaleźli się w deszczu odłamków zdmuchniętych z dachu pałacu Urghoderów. Ruszyli biegiem usiłując zrzucić gruz z ramion.
    Gdy tylko dotarli do dwukołowca Macnamary, zdjęli kombinezony i kaski; pod spodem mieli lepsze ubrania. Odzież roboczą upchali w kufrze pojazdu. Macnamara wjechał w ruch uliczny i teraz przypominali dwójkę młodych ludzi z wyższej klasy średniej w czasie letniej przejażdżki. Gdyby ktoś przyjrzał się im bliżej, dostrzegłby, że mają przepocone ubrania, ale stabilizowany żyroskopem dwukołowiec nie pozwalał na dociekliwe obserwacje; pędził, lawirując między innymi pojazdami, znikał w wąskich uliczkach.
    Nad Górnym Miastem wznosiła się szara chmura jak zapowiedź mrocznych wydarzeń.

* * *

    — Plan był zbyt skomplikowany — stwierdziła Sula, mrużąc oczy przed słońcem. — Bezpieczniej byłoby umieścić bombę gdzieś na trasie albo podjechać do Makisha samochodem i strzelić.
    — Chciałaś, żeby było głośno — przypomniała jej Spence.
    — Wielkie bum to jedyna zaleta tego planu. Reszta to cholerne bzdury. — Spojrzała na Macnamarę. — Gdybyś nie zareagował w krytycznym momencie, siedzielibyśmy po uszy w gównie.
    Teraz wszystkie wady planu wydawały się oczywiste. Sula żałowała tylko, że nie zdawała sobie z nich sprawy na etapie planowania.
    Ludzie z zespołu 491 stali w cieniu ammatowca na szerokim tarasie pałacu Ngenich i patrzyli w dół na punkt kontrolny przy drodze, która pięła się zakosami na akropol Górnego Miasta. Naksydzi całkowicie zamknęli ruch i od pewnego czasu długi rząd pojazdów na serpentynie nawet nie drgnął.
    Prawdopodobnie kolejka też nie jeździła. Górne Miasto zostało odizolowane; szukano zabójców.
    — Koktajle? — zaproponował Ngeni, wchodząc z tacą.
    Sula wzięła Cytrynowy Szał, a drugą ręką roztrzepała nad karkiem wilgotne włosy. Po przybyciu do pałacu Ngenich chciała jeszcze przed wysłuchaniem raportów wziąć kąpiel i zmienić ubranie. Wanna P.J. mogła pomieścić cały oddział. Sula wlała do parującej wody olejek lawendowy i siedziała w wannie tak długo, aż pomarszczyła jej się skóra na palcach u nóg.
    Macnamara i Spence wzięli z tacy szklaneczki. Popijając, chwalili swoje drinki. P.J. uśmiechał się.
    — Czy są jakieś wiadomości, milordzie? — spytała Spence.
    — Nie, panno Ardelion — odparł, używając jej pseudonimu. — Nic nie podano na żadnym kanale informacyjnym.
    — Jeszcze się nie zdecydowali, jak to przekazać — powiedziała Sula. — Nie mogą zaprzeczyć, że doszło do wybuchu i że zamknęli wszystkie wjazdy do Górnego Miasta.
    — Co zamierzają zrobić? — Ciemne oczy Spence wyrażały niepokój. — Przeszukać Górne Miasto, żeby nas znaleźć?
    — Górne Miasto jest duże, a oni mają za mało swoich ludzi. — Pierścień i windy były zniszczone i Naksydzi musieli sprowadzać nowe siły na planetę za pomocą promów na paliwo chemiczne. A promów też mieli niezbyt dużo.
    — Mogą sprowadzić naksydzką policję spoza miasta — zauważyła Spence.
    Sula spojrzała na drogę i zamarły potok samochodów.
    — Jeśli tak zrobią, zobaczymy ich z tego miejsca — odparła. Popijała Szał, uśmiechając się chłodno. — Odcięli dostęp do Górnego Miasta, więc w zasadzie sami zorganizowali sobie oblężenie. Długo tak nie pociągną.
    Zespół 491 miło spędzał czas na tarasie pałacu gospodarza. Potem wszyscy wraz z P.J. przeszli do salonu, gdzie czekali na wiadomości i dostawcę jedzenia. W szybach odbijało się już ostatnie zielonkawo-różowe światło Shaamah, gdy lektor powiedział, że na Bulwarze Praxis przewróciła się ciężarówka z lotnymi materiałami wybuchowymi. Eksplozja spowodowała śmierć lorda Makisha, sędziego Sądu Najwyższego, i towarzyszącego mu młodszego dowódcy Floty, lorda Renzaka.
    Sula wybuchnęła śmiechem.
    — Zaprzeczyli! Świetnie!
    Nie wspomniano nic o grupie naksydzkich uczniów, więc Sula przypuszczała, że dzieci nie doznały poważniejszych obrażeń.
    Weszła z ręcznego komunikatora do komputera Biura Akt, korzystając z hasła administratora Rashtaga. Modyfikacja tekstu, który wcześniej ułożyła zajęła jej kilka minut. Słownym rozkazem wysłała go w świat.

    „BOJOWNIK”
    ŚMIERĆ ZDRAJCY
    Lord Makish, sędzia Sądu Najwyższego, został zgładzony dziś po południu w Górnym Mieście Zanshaa. Wyrok na lorda wydał trybunał rządu podziemnego, który stwierdził, że lord Makish podpisał nakaz egzekucji lorda gubernatora Pahn-ko i innych lojalnych obywateli.
    Wraz z lordem Makishem zginął zdradziecki oficer Floty, lord Renzak.
    Kara śmierci została wykonana przez lojalne jednostki Floty, Użyto bomby. Obecnie ci żołnierze znajdują się w bezpiecznym miejscu i zdają raport swoim zwierzchnikom.
    Choć rząd rebeliantów utrzymuje, że śmierć nastąpiła w wyniku wypadku ciężarówki przewożącej lotne substancje chemiczne — czy ktoś słyszał, żeby takie ciężarówki jeździły Bulwarem Praxis? — tysiące lojalnych obywateli, którzy byli świadkami eksplozji, mają teraz dowód, że siły lojalistów działają swobodnie nawet w Górnym Mieście.
    Niech rebelianci, którzy słyszeli eksplozję, wiedzą, że trybunały są w pogotowiu. Mordercy lojalnych obywateli będą rejestrowani, a ich ofiary — pomszczone.
    Kim jesteśmy?
    „Bojownik” to oficjalny biuletyn lojalistycznego rządu na uchodźstwie. Przyjaciel lojalista zasugerował, by Wam to przesłać…

    Na końcu Sula dołączyła kopię pierwszego wydania dla osób, które jeszcze go nie widziały.
    Ponieważ skończył się dzień pracy i większość personelu Biura Akt poszła do domu, Sula rozsyłała „Bojownika” w małych pakietach po kilka tysięcy, by nie obciążać zbyt wyraźnie węzła. Tak jak poprzednio, wysłała pięćdziesiąt tysięcy egzemplarzy, do przypadkowo wybranych mieszkańców Zanshaa, nie-Naksydów.
    W tym czasie odezwał się komunikator P.J. Mężczyzna odpowiedział, a potem zrelacjonował rozmowę.
    — To z mojego klubu palaczy. Będzie zamknięty przez kilka dni, aż naprawią szkody.
    — Czy ktoś został ranny? — spytała Sula.
    — Zadrapania odłamkami szkła, kilka skręconych kostek i jeden złamany obojczyk.
    Sula wysłała kolejny pakiet dwóch tysięcy „Bojownika”.
    — Zapytałeś, co się stało przy pałacu Makisha?
    — Nie pomyślałem o tym. — P.J. zrobił zbolałą minę i ruszył do komunikatora.
    — Nie martw się — powiedziała szybko Sula. — To nie takie ważne. Po otwarciu klubu i tak wszystko ci opowiedzą.
    Przybył dostawca jedzenia ze wspaniałym posiłkiem: Kruchą kaczką w kremowym sosie eswod i cierpkim sosie z owoców taswa. P.J. zaproponował Spence i Macnamarze najlepsze wina z piwnicy Ngenich, a potem wyciągnął cygara.
    — A, właśnie — odezwała się Sula — co palicie w klubie teraz, po zniszczeniu pierścienia?
    P.J. smętnie wzruszył ramionami.
    — Zadowalamy się miejscowymi odmianami.
    W klimacie Zanshaa nie udawał się dobry tytoń. Ani kakao. Ani kawa. Tak się złożyło, że przed zniszczeniem pierścienia Sula wykorzystała połowę swych zasobów i zgromadziła spore zapasy najlepszej jakości każdego z tych produktów, po czym wysłała je na planetę, gdzie czekały w magazynach.
    — Chyba mogłabym ci pomóc — powiedziała. — Ale nie, dziękuję, nie palę.
    Późnym wieczorem wszyscy z zespołu 491 ostrożnie opuścili pałac Ngenich i udali się na poszukiwanie miejsca noclegu. Byli teraz robotnikami, którzy utknęli w Górnym Mieście po odcięciu wszystkich dróg, więc to logiczne, że szukali tanich pokojów. Sula kazała brać rachunki za nocleg, by uwiarygodnić całą historię.
    Trudno było o wolne miejsce. Prawdziwi robotnicy chodzili od hotelu do hotelu, a po drodze policja wielokrotnie skanowała ich identyfikatory. Sula znalazła w końcu pokój, płacąc więcej niż mógłby zapłacić prosty robotnik. W hotelu wzięła kąpiel, by zmyć z siebie zapach cygar P.J., i zasnęła na szerokim, nieco perfumowanym materacu.
    W środku nocy usłyszała trzeszczenie podłogi i poczuła na twarzy mocny nacisk poduszki. Nie mogła złapać tchu, brakowało jej powietrza. Próbowała zerwać poduszkę z twarzy, ale ręce miała unieruchomione.
    Wreszcie usiadła, krzyk zamarł jej w krtani, chwyciła się dłońmi za gardło. W uszach słyszała swój puls dudniący serią wystrzałów. Wpatrywała się w ciemność, szukając cienia napastnika.
    — Światła! — zawołała i lampy się zapaliły.
    W pokoju nikogo nie było.
    Resztę nocyspędziła przy świetle, z włączonym wideo — pokazywano niewinną komedię romantyczną, która z pewnością bardzo by się podobała Spence.
    Rano powiedziano jej, że otwarto drogę i kolejkę. Sula pokazała identyfikator i rachunek z hotelu i zjechała do Dolnego Miasta. Wzięła taksówkę do Nabrzeża. Po drodze widziała kilka kopii „Bojownika” przyczepionych do latarni, wokół których gromadzili się przechodnie.
    Kupując sobie śniadanie w kiosku przy domu, dowiedziała się, że Naksydzi kazali zastrzelić pozostałych zakładników i wysłali policję na ulice, by dostarczyła nowych.

SIEDEM


    Podczas popołudniowej wachty do gabinetu Martineza weszła Chandra, starannie zasuwając za sobą drzwi. Spojrzała na biurko — Martinez grał na komputerze w hiperturniej.
    — No, nareszcie uwolniłam się od tego drania.
    Martinez spojrzał na nią, ale jego umysł nadal zaprzątały niuanse gry: prędkości i relacje przestrzenne.
    — Gratulacje! — powiedział.
    Na policzki Chandry wystąpiły rumieńce, jej oczy wściekle płonęły. Spacerowała w tę i z powrotem przed biurkiem jak tygrysica, której nie nakarmiono na czas.
    — W końcu go zapytałam! Zapytałam go, czy da mi awans, a on powiedział, że nie.
    — To przykre — odparł Martinez z ociąganiem. — Kapitanowie nie mogą awansować poruczników.
    — On może — stwierdziła gniewnie. — Wiesz, że wyżsi oficerowie z Górnego Miasta trzymają się razem. Musiałby tylko oddać przysługę jednemu ze swoich kuzynów. Fletcher mógłby awansować siostrzeńca kuzyna w zamian za awans dla mnie.
    Martinez wiedział, że to prawda. W taki właśnie sposób parowie górnej kasty zachowywali wszystkie posady we własnym małym kręgu.
    — Ten drań chce, żebym została tam, gdzie jestem — powiedziała ostro Chandra. — Ale ja nie zostanę. Nie ma mowy.
    — Przede wszystkim nie rozumiem, jak mogłaś się związać z Fletcherem.
    Chandra przystanęła. Patrzyła wściekle, ale przede wszystkim w swoją własną przeszłość.
    — Jestem tutaj jedynym oficerem, który nie został wybrany przez Fletchera — powiedziała. — Wybrał kogoś innego na moje stanowisko, ale ten człowiek nie dotarł do Harzapid przed wybuchem wojny. Gdy eskadra wyruszała, dostałam przydział na ten statek. Nikogo tutaj nie znałam i… — wzruszyła ramionami — dlatego starałam się być miła dla kapitana. — Jej usta wykrzywiły się szyderczo. — Nigdy nie spotkałam nikogo takiego jak on. Myślałam, że to interesujący intelekt. — Zaśmiała się krótko. — Interesujący intelekt! Tępy jak zardzewiały nóż.
    Patrzyli na siebie przez kilka sekund. Chandra podeszła pół kroku do biurka i poruszyła palcami nad czarnym blatem, zakłócając hologram hiperturnieju.
    — Mogłabym skorzystać z twojej pomocy, Gare — powiedziała.
    — Ja też nie mogę cię awansować. Przecież wiesz.
    — Ale twoi kuzyni mogą. — W oczach Chandry płonął ogień. — Twój teść jest w Zarządzie Floty, a Michi jest jego siostrą. Mogliby we dwójkę dać mi zaległy awans porucznika.
    — Mówiłem ci już przedtem, że nic tu nie zdziałam. Patrzyła na niego spokojnie.
    — Kiedyś będziesz potrzebował przyjaciela we Flocie i ja mogę nim być. Będę najlepszym i najbardziej lojalnym przyjacielem, jakiego jeszcze żaden oficer nie miał.
    Martinez pomyślał, że przyjaźń Chandry mogłaby go drogo kosztować.
    Z profesjonalnego punktu widzenia nie widział jednak przeszkód do jej awansu. Pomijając oczywiście jej nieobliczalność i impulsywność oraz rozwiązłe życie intymne.
    Ale czy w zasadzie naprawdę rozwiązłe? — zadał sobie pytanie. W porównaniu z innymi kapitanami, których znał, Chandra była wzorem cnót.
    Źle odczytując jego milczenie, pochyliła się i ujęła jego rękę. Czuł jej ciepłe palce na dłoni. Hologram rzucał poblask na jej bluzę.
    — Gareth, proszę. Naprawdę cię teraz potrzebuję.
    — Porozmawiam z lady Michi — powiedział Martinez. — Nie wiem, na ile liczy się z moim zdaniem, ale spróbuję.
    — Dziękuję. — Oparła się o biurko i pochyliła, by go pocałować. Jej zapach pobudził jego zmysły. Wstał i odsunął rękę Chandry.
    — To nie będzie konieczne, poruczniku — powiedział.
    Przez chwilę patrzyła na niego twardym wzrokiem. Potem wyprostowała się.
    — Jak sobie życzysz, kapitanie. — Uniosła ostry podbródek. — Za pozwoleniem?
    — Jesteś wolna — powiedział Martinez. Usta miał suche. Chandra podeszła do drzwi i je odsunęła.
    — Mówiłam serio… o przyjaźni.
    I poszła, zostawiając otwarte drzwi. Lord Shane Coen, rudy oficer sygnałowy Michi, który przechodził korytarzem, rzucił w głąb pokoju zaciekawione spojrzenie.
    Martinez skinął mu energicznie, na modłę wojskową, a potem znów zasiadł do hiperturnieju.
    Dopiero po pewnej chwili znowu skupił się na grze.

* * *

    KTO ZABIŁ ZAKŁADNIKÓW
    Naksydzi wmawiają Wam, że za śmierć ponad pięciuset zakładników ponoszą odpowiedzialność lojaliści. Ale kto spędził ich jak bydło? Kto kazał ich zastrzelić? Kto strzelał? Kto był właścicielem broni i kul, które ich zabiły?
    Funkcjonariusze nielegalnego rządu!

    Sula zatrzymała pisak nad blatem. Czuła frustrację, miała wrażenie, że umykają jej właściwe argumenty.
    Co gorsza, zaczęła sobie wyobrażać kontrargumenty Naksydów. Przecież legalny rząd — reprezentowany przez Shaa, założycieli imperium — też nie wahał się brać zakładników. Shaa trzymali jako zakładników nawet całe planety. Ponadto nie cofali się przed brutalnym działaniem; bombardowali miasta bronią antymaterii, a raz zlikwidowali nawet całą planetę w odwecie za spisek kilku osób.
    Obecna wojna niewiele się od tego różniła. Planety przechodziły albo na jedną, albo na drugą stronę konfliktu, w zależności od wystosowanej pod ich adresem groźby. Martinez mówił jej, że cały Hone Reach przeszedłby ze strachu na stronę wroga, bez jednego wystrzału, i dopiero przybycie sił Faqa, dysponujących własnymi pociskami, zapobiegło zdradzie.
    Pięciuset zabitych zakładników to pestka w porównaniu z wszystkimi dotychczasowymi ofiarami wojny.
    Sula powróciła do pisania artykułu. Wyjaśniła, że Naksydzi zabili zakładników, ponieważ nie potrafią zlokalizować swoich przeciwników, rząd podziemny natomiast wybrał określonych wrogów i ich zabił — Obiecała jeszcze bardziej krwawy odwet.
    Przeczytała cały tekst i dokonała drobnych korekt, żałując, że nie jest zbyt mocna w dyskusji. Talent krasomówczy przejawiała dotychczas tylko w sarkastycznych wypowiedziach, których i ona, i inni często żałowali, ale sarkazm był nie na miejscu, gdy chodziło o pięciuset zgładzonych obywateli.
    Niestety, zabicie Makisha mogło być ostatnią akcją zespołu 491. Rząd podziemny i jego zbrojne ramię to zaledwie trzy osoby, i jeśli nadal będą brać na siebie tak wielkie ryzyko, mogą zostać ujęci.
    Sula wiedziała, że zespół 491 musi zwerbować nowych członków, a więc zaufać innym ludziom, niektórym z samej swej natury niegodnym zaufania.
    Być może więcej sensu miałoby zawieszenie działalności i czekanie, aż Flota wyprze Naksydów.
    Ale Sula nie chciała rezygnować. Czytając swój tekst wykorzystujący w celach propagandowych śmierć zakładników, gotowała się z wściekłości na naksydzkich katów.
    Wstała od biurka i kazała ścianie wideo włączyć kanał zarezerwowany na egzekucje. Zabicie pięciuset osób zajmowało sporo czasu, więc transmisja nadal trwała. Tormineli, Terran, Cree, Daimongów i Lai-ownów zagoniono pod goły więzienny mur i ostrzelano z broni automatycznej. Krew tryskała, ciała padały na ziemię.
    Widziała katów: postacie o ponurych obliczach, w hełmach, obsługiwały ustawione na trójnogach karabiny; inni ubrani w soczystą zieleń, znacznie jaśniejszą od zgaszonej zieleni mundurów Floty, zaganiali paralizatorami jeńców pod mur; przed nimi stał oficer o wąskiej twarzy i wydawał rozkaz „ognia”, a z jego oczu biło zadowolenie z wykonywania obowiązku.
    Wszyscy kaci byli Terranami. Naksydzi nie musieli sami wykonywać brudnej roboty — znaleźli ochotników, którymi się wysługiwali.
    Kaci zachowywali się nerwowo, twarze mieli bez wyrazu albo skupione, ale oficer wyglądał inaczej: oczy mu błyszczały, w podniesionym głosie pobrzmiewała dziwna histeria. To uniesienie, oceniła Sula. Dla niego to przełomowy moment, szansa dokonania rzezi przed widownią całej planety. Od czasu do czasu oficer zerkał w stronę kamery, by się upewnić, że czas chwały nadal trwa.
    Gdy ustał terkot karabinu, powoli szedł między ciałami i dobijał ofiary strzałem z pistoletu. Maszerował z wypiętą piersią jak gwiazdor, dając pokaz swego zadufania.
    Zboczeniec, pomyślała Sula. Żeby się pojawić w wideo, ludzie są gotowi na wszystko.
    Drzwi się otwarły i weszła Spence. Skrzywiła się i ruszyła przez pokój, odwracając oczy od wideo.
    — Słyszałaś o zakładnikach? — spytała Sula.
    — Tak. Wszędzie o tym mówią.
    — Miałaś problemy z wydostaniem się z Górnego Miasta?
    — Nie. — Spence zesztywniała, gdy oficer głośno rozkazał, by rzucono ciała na ciężarówkę, i zacisnęła usta w wąską linię. — Dostaniemy tego sukinsyna, milady?
    — Tak. — Właśnie w tej chwili Sula podjęła decyzję.
    Chromolić ostrożność.
    W jej sercu śpiewało poczucie wyzwolenia. To będzie najbardziej szalona rzecz, jakiej dokona.
    Nie znała nazwiska oficera, nie wiedziała, gdzie odbywają się egzekucje. Na pewno na planecie Zanshaa. Skupiła uwagę na obrazie i udało jej się pochwycić widok barokowej ornamentacji Wieży Apszipar ponad więziennym murem. A więc to gdzieś w południowym rejonie stolicy.
    W Biurze Akt znalazła mapy, z których wynikało, że jedyne więzienie w tej części miasta znajduje się w rejonie zwanym Błękitne Śluzy. Znalazła też listę personelu więziennego.
    Dowodzący oficer — komendant główny — nazywał się Laurajean. Zdjęcie na jego identyfikatorze pokazywało tego samego osobnika o wąskiej twarzy, który teraz uśmiechał się radośnie, gdy grupa Tormineli ginęła z jego rozkazu. Laurajean miał czterdzieści sześć lat, od osiemnastu lat był żonaty z pulchną kobietą o sympatycznej buzi, pracującą jako nauczycielka w szkole podstawowej. Mieli troje dzieci i żyli w rejonie Dolnego Miasta zamieszkanym przez klasę średnią.
    Niektórych ludzi po prostu należy zabić, pomyślała Sula.
    Po zdobyciu adresu Laurajeana Sula na wszelki wypadek postanowiła pobrać plany jego domu. W tym momencie do pokoju wszedł Macnamara. Postawił na biurku torbę z tanim iarogütem i spojrzał na trójwymiarowy wizerunek Laurajeana obracający się w rogu displeju, obok planów architektonicznych.
    — To nasz następny? — spytał. — Tak.
    — Dobrze — odparł krótko i zaniósł butelki do kuchni.
    Czy komendant główny jeździ do domu transportem publicznym? — zastanawiała się Sula. A może ma auto? Można by poczekać na niego na przystanku i zastrzelić go, gdy będzie wysiadał. To prosty, ale skuteczny sposób zadania śmierci.
    Z bazy danych wynikało, że Laurajean ma auto — fioletowego, rodzinnego sedana delvin. Czy oprawca jeździ nim do pracy? Jego żona nie miała prawa jazdy, a Laurajean miał przepustkę na parking przy budynku w Błękitnych Śluzach.
    Wstała od biurka, rozprostowała kości i przeszła do kuchni, gdzie Spence i Macnamara rozmawiali, wylewając wódkę do zlewu. Od jejziołowego zapachu aż kręciło w nosie.
    — Dopadnijmy go dziś, nim dadzą mu ochronę — powiedziała.
    Spojrzeli na nią zdziwieni. Macnamara zaśmiał się. W oczach Spence pojawił się dziki błysk. Zarazili się od Suli szaleńczą, wyzywającą brawurą.
    Chromolić ostrożność.
    Postanowili, że Sula i Macnamara znowu będą strzelać, a Spence stanie na czatach. Macnamara wydobył ze schowków części broni, oczyścił je, złożył i załadował. Spence wynajęła na fikcyjne nazwisko szarą sześciokołową furgonetkę. Tymczasem Sula cyzelowała swój tekst; chciała wysłać „Bojownika”, dopóki trwa oburzenie obywateli. Potem zaczęła pobierać z Biura Akt mapy więzienia i okolicy.
    Wypożyczona furgonetka stanowiła pewien problem: wyposażona była w komputer, który regularnie nadawał do Biura Cenzury powiadomienia o współrzędnych pojazdu, i gdy popełniono gdzieś przestępstwo, każdy samochód w danym rejonie można było namierzyć.
    Zespół 491 dostał w ramach początkowego wyposażenia sedana hunhao, w którym dało się wyłączyć tę funkcję. Hunhao idealnie nadawał się do szybkiej ucieczki i Sula chciała go wykorzystać właśnie w tym celu. W samym zamachu jednak sedan nie powinien brać udziału.
    Włożyli rękawiczki, by nie zostawiać odcisków palców. Spence przekazała furgonetkę Macnamarze, najlepszemu kierowcy, a sama pojechała hunhao na główną ulicę poniżej Wieży Apszipar. Tam zaparkowała w odległości czterech przecznic od więzienia. Potem wskoczyła do furgonetki. Sula siedziała w środku z bronią. Pojechali w stronę więzienia, otoczonego niebieskimi ceramicznymi murami.
    Podczas zamachu na Makisha wszyscy zzespołu 491byli spięci. Teraz zachowywali się swobodnie, niemal wesoło. Udzieliła im się nonszalancja Suli. Dwa zamachy dzień po dniu — czemu nie? Pierwszy starannie zaplanowany, a drugi zupełnie bez planu. Precz z miesiącami treningów! Beztroska uderzała im do głowy jak wino.
    Przed więzieniem panował zamęt. Zrozpaczeni krewni tłoczyli się, czekając na pozwolenie zidentyfikowania ofiar. Sula zlustrowała teren: duża brama główna, obszerny garaż połączony rampą z budynkiem administracyjnym. Spence wysiadła w miejscu, gdzie nie było już żałobników. Macnamara zakręcił potem kilka razy i zaparkował w takim miejscu, żeby mogli dopaść Laurajeana, gdy będzie udawał się do domu. Macnamara i Sula siedzieli z przodu, przy otwartych oknach i czekali.
    Znajdowali się w dzielnicy Lai-ownów. Wysokie, długonogie bezloty zajmowały się swoimi sprawami albo cierpiały z powodu upału i nie zwracały uwagi na obcych. Z pobliskiej restauracji dobiegał gryzący zapach ulubionego przez ptaszyska sosu proteinowego, wlewanego do wielkich żelaznych rondli, w których smażono mięso i warzywa.
    Młody Lai-own płci męskiej podszedł do drzwi mieszkania po drugiej stronie ulicy i zaczął siusiać na futrynę, potem poprawił ubranie i odmaszerował.
    — Ach, ci młodzi zakochani — zażartowała Sula. Macnamara zarechotał.
    Zza murów nie dochodziły żadne odgłosy. Sula nastawiła ręczny komunikator na kanał egzekucji — retransmitowano egzekucje.
    — Taki los zgotowali ludowi Zanshaa nikczemni sabotażyści i zabójcy — mówił lektor. Sula parsknęła. Czyżby nie czytał trzeciego wydania „Bojownika”?
    „Kto strzelał? Kto był właścicielem broni i kul, które ich zabiły?”.
    Spod więzienia dobiegł ryk z setek gardeł. Spence zameldowała: właśnie ogłoszono, że dwadzieścia rodzin może wejść na teren więzienia, by zidentyfikować bliskich i odebrać ciała.
    — To on! — powiedziała nagle, zaskoczona. — Jest w swoim samochodzie z paroma kumplami. Jadą w waszą stronę!
    Laurajean skorzystał z zamieszania przy głównej bramie i wymknął się niezauważony przez wyjście do garażu. Macnamara nacisnął dźwignię startową, elektryczny silnik furgonetki włączył się i samochód cicho ruszył. Sula przeczołgała się do części bagażowej, gdzie kucnęła na czarnej kompozytowej podłodze i przygotowała broń, a potem położyła karabin Macnamary na fotelu pasażera, w zasięgu jego ręki.
    — Jest! — krzyknął Macnamara. A więc Sula miała rację, że poszła za głosem impulsu. Dziś wszystko musi się udać.
    Na wszelki wypadek spytała Spence, czy nie widzi za autem Laurajeana jakiegoś pojazdu z ochroniarzami.
    Nie. Naksydzi zostawili swego sługusa bez obstawy.
    Sula przygotowała karabin.
    — Musisz go dopaść, zanim dojedzie do autostrady — powiedziała do Macnamary. Pojazdy na autostradzie poddawano przymusowej kontroli scentralizowanego systemu komputerowego i ich furgonetka nigdy nie zdołałaby się zbliżyć do auta kata.
    — Z łatwością — odparł i przyśpieszył. — Będą z lewej. — Okna z jego strony otworzyły się i Macnamara przesunął pękaty pistolet maszynowy na uda.
    Furgonetka dwa razy skręciła. Silniki jeszcze raz przyśpieszyły, potem zaczęły hamować.
    — Teraz — powiedział Macnamara. Sula dotknęła kontrolek i ciche silniki przesunęły duże boczne drzwi. Smagnął ją podmuch gorącego wiatru. Fioletowy delvin był tuż tuż, tak blisko, że niemal można go było dotknąć.
    W aucie siedziało trzech Terran — dwie kobiety i Laurajean. Wszyscy byli w jasnozielonych bluzach. Laurajean prowadził. Śmiali się z jakiegoś dowcipu, Laurajean wykonywał smukłą dłonią zamaszysty gest. Jego twarz nadal promieniała uniesieniem.
    Rozradowany swym nieoczekiwanym rozgłosem, nie zdawał sobie sprawy, że jego gwiazdorski występ w kanale egzekucji zostanie za chwilę skasowany. Spojrzał w prawo: Sula przykładała karabin do ramienia. Zaskoczony, zmrużył oczy, nie potrafił rozpoznać, co widzi, gdy Sula wystrzeliła.
    Karabin strzelał amunicją bezłuskową i niemal nie dawał odrzutu. Był samopowtarzalny i szybki; Sula władowała w auto ponad sto pocisków w niecałe dwie sekundy. Macnamara, strzelając przez okno, opróżnił mały magazynek.
    Huk wystrzałów był taki, jakby kilkadziesiąt młotów uderzało w metal. Wydawało się, że części auta wręcz się rozpuszczają, odłamki szkła tworzyły kryształowe fontanny migoczące w słońcu, gumowa kompozytowa karoseria rozpadła się. Delvin skręcił i Macnamara błyskawicznie rzucił pistolet na uda, by skoncentrować się na prowadzeniu furgonetki. Sula nacisnęła guzik zasuwający boczne drzwi.
    Spojrzała przez tylne okno. Delvin przejechał powoli przez trzy pasy ruchu i utknął na chodniku, omal nie uderzając w pieszego Daimonga.
    Macnamara skręcił kilka razy, aż nareszcie znalazł legalne miejsce do parkowania. Do tego czasu Sula zdążyła rozłożyć broń i schować do futerałów. Potem oboje spokojnie wysiedli z furgonetki na rozgrzaną ulicę i poszli do samochodu Spence, która jechała za nimi.
    Zamierzali zadzwonić za kilka godzin z anonimowego miejsca do wypożyczalni samochodów i powiedzieć, gdzie można odebrać furgonetkę. Jeśli transponder nie zamelduje się w ciągu paru minut od zamachu, nie można będzie powiązać furgonetki z tym wydarzeniem.
    Zapanował nastrój dziwnego szaleństwa, a zarazem ulgi. Kiedy tylko oddalili się od Wieży Apszipar natychmiast zaczęli gorączkowo trajkotać. Jesteśmy tak rozbawieni, jak Laurajean z dwójką swych znajomych — pomyślała Sula. Jak dzieci, którym uszedł na sucho jakiś psikus.
    — Kto wydał rozkaz egzekucji? — spytała Sula.
    — Lady Sula! — skandowali Spence i Macnamara.
    — Kto strzelał kulami?
    — Lady Sula!
    — Kto zabił?
    — Lady Sula! — krzyknęli i wybuchnęli śmiechem.
    Trzeba to zakończyć, postanowiła Sula w duchu. Nie mogą traktować tego z taką beztroską.
    Jednak warto by było wydać kolejny numer „Bojownika” pod tytułem „Śmierć zdrajcy”.

* * *

    Wieczorem Sula postawiła swoim ludziom wyśmienitą kolację w „Siedmiu Giermkach”. W tej restauracji gości obsługiwali dyskretni, pełni godności kelnerzy, a lista win na displeju liczyła kilkaset pozycji. Posiłek trwał całe godziny. Co dziesięć minut serwowano boskie przekąski, podawane na talerzach z prawie przezroczystej twardej porcelany Vigo. Sula poznała, że Spence i Macnamara nigdy przedtem nie byli w takim miejscu.
    Ona też w zasadzie… no, niezbyt często bywała od czasu, gdy była dziewczyną o imieniu Gredel, a płaciła prawdziwa lady Sula.
    — Czy mają państwo ochotę na deser? — spytał kelner. — Mamy wszystko poza Czekoladową Fantazją i Kawowym Wirem.
    — A dlaczego nie macie?
    Kelner pokręcił błyszczącą wygoloną głową.
    — Przykro mi, ale nie ma kakao odpowiedniej jakości. Poleciłbym państwu Płonące Brzoskwinie.
    — Hm. — Sula spojrzała na Macnamarę i Spence, zupełnie zrelaksowanych po wypiciu dwóch butelek wina, i uśmiechnęła się. — Nie podoba mi się życie bez Czekoladowej Fantazji — stwierdziła. — Ale może coś da się zrobić.
    Przed wyjściem z restauracji poszła do szefowej kuchni i spytała, ile by dali za kakao najwyższej jakości. Szefowa skubała dolną wargę, zamyślona. — Wiadomo, interesy nie idą najlepiej, odkąd oni tu nastali.
    — Interesy znacznie by się poprawiły, gdyby znów miała pani dobrą czekoladę.
    — Jak dobrą? — Oczy szefowej zwęziły się.
    — Kabila. Mamy sześćdziesięciopięcioprocentową i osiemdziesięcioprocentową. Import z Preowin.
    Szefowa bezskutecznie próbowała zgasić ognik chciwości, który zapalił się w jej oczach.
    — Ile pani tego ma? — spytała.
    — A ile pani chce?
    Ustaliły cenę: siedmiokrotne przebicie ceny, za jaką Sula kupiła kakao, gdy leżało w magazynie w pierścieniu.
    — Dostarczę kakao jutro — rzekła. — Chcę zapłaty gotówką. Szefowa zachowywała się tak, jakby taka forma płatności nie była czymś niezwykłym. Może rzeczywiście nie była.
    — Chciałabym wiedzieć, jak to robisz — powiedziała Spence, gdy wyszli z lokalu.
    — A co ja takiego robię?
    — Zmieniasz akcent. Innym głosem mówisz na Nabrzeżu, innym jako lady Sula, a jeszcze innym rozmawiałaś teraz z kelnerem i szefową kuchni.
    Sula cofnęła się myślami do rozmów w restauracji.
    — Nie przypominam sobie — odparła. — Chyba po prostu ich naśladowałam.
    Ani kucharz, ani kelner nie przeciągali samogłosek w sposób charakterystyczny dla parów z Górnego Miasta, ale mówili jak klasa średnia.
    — Szkoda, że ja tak nie potrafię — rzekła Spence. Późnym wieczorem Sula wróciła do swego domu.
    — Dobrze się bawiłaś — zagadnął ją Jeden-Krok. — Miło spędzałaś czas bez Jednego-Kroka.
    — Owszem — odparła radośnie. Wbiegła po schodkach i już otwierała drzwi do budynku cienkim plastikowym kluczem, kiedy Jeden-Krok wszedł w krąg światła, wylewającego się z okna mieszkania na parterze. Sula przez chwilę napawała się widokiem jego wilgotnych czarnych oczu.
    — Jeden-Krok mógłby ci dać cudowną zabawę. Musisz tylko dać szansę Jednemu-Krokowi.
    Sula zastanawiała się, jak przedstawić mu swoje stanowisko w tych sprawach. Może: „Nie spotykam się z chłopcami, którzy mówią o sobie w trzeciej osobie”?
    — Może jak dostaniesz pracę — powiedziała. — Nie chciałabym zabierać ci ostatnich zenitów.
    — Wydałbym ostatni minim, żeby cię uszczęśliwić. Użył pierwszej osoby, więc nagrodziła go uśmiechem.
    — Co się mówi? — spytała.
    — Rozruchy w Błękitnych Śluzach, tam, gdzie strzelali do ludzi — odparł Jeden-Krok. — Aresztowano tłum żałobników za zamach na oficera więziennego.
    — Podawali to w wiadomościach? — spytała Sula po chwili zastanowienia.
    — Nie. Jeden-Krok słyszał to od… kolegi.
    Uliczne plotki rozchodzą się błyskawicznie, ale cierpi na tym dokładność informacji.
    — Są ofiary? — spytała.
    — Mój znajomy tego nie wiedział. Prawdopodobnie kogoś zabito. Dużo teraz zabójstw.
    Podszedł do niej bliżej, w ręce miał coś żółtawego, połyskującego w snopie światła z okna na parterze. Egzemplarz „Bojownika”.
    — Widziałam to.
    Plastikowa ulotka zniknęła.
    — Lepiej bądź ostrożna — powiedział Jeden-Krok dziwnie poważnym tonem. — Jak wychodzisz na ulicę, rozglądaj się najpierw za policją. Patrz, czy nie ma policji w pociągu, na rynku. Zawsze się upewnij, czy masz drogę odwrotu.
    — A ty masz drogę odwrotu? — Sula spojrzała na niego.
    Jego czarne oczy błyszczały, gdy znów wyciągnął plastikową ulotkę.
    „Bojownik”.
    — Dobranoc, Jeden-Kroku. — Odwróciła się i włożyła klucz do zamka. Zasuwa ze stopu odemknęła się.
    — Dobranoc, panienko. Powodzenia.
    On zginie, pomyślała, wchodząc powoli po schodach do mieszkania. Będą strzelać do mnie, ale trafią w niego.
    Wcześniej tego dnia wystrzelono w nią wiele kul; nie trafiły, zabiły natomiast pięćset innych osób.

OSIEM

    Przez trzy wachty nic się nie działo. Martinez grał w hiperturniej, sprawdzał na displeju taktycznym, czy coś się zmieniło, i wpatrywał się w wizerunek Terzy w blacie biurka. Nikt nie zapraszał go na obiad. Myślał nawet, czy nie zorganizować na „Żonkilu” jakiegoś przyjęcia dla poruczników. Martinez zrobił z „Żonkila” — cywilnego niegdyś jachtu, którym dotarł na „Prześwietnego” — coś w rodzaju nieformalnego klubu, alternatywę dla oficjalnych kolacji wydawanych przez Fletchera. Musiałby jednak zaprosić również Chandrę, więc zrezygnował z tego pomysłu.
    Nikt zresztą nie miał ochoty na rozrywki. Zbliżali się do Termaine, a wspomnienia o Bai-do nadal były świeże.
    Następnego dnia po śniadaniu Martinez przejrzał Spis Imion Dozwolonych. Gdy Shaa dokonali podboju, stworzyli listę imion, które można nadawać dzieciom. Imiona kojarzące się z treściami wywrotowymi — na przykład Wolność, Książę — były zakazane, tak samo jak te związane z przesądami czy nieracjonalnymi wierzeniami, sprzecznymi z Praxis.
    Od podboju minęły tysiące lat i ludzkość pod wieloma względami się zmieniła, ale spis imion pozostał ten sam.
    Nie traktował tego jako wielkie ograniczenie, mimo wszystko miał do wyboru tysiące zatwierdzonych imion. Lubił ten długi spis, mógł spędzać przed nim całe godziny, myśląc o swoim nienarodzonym dziecku.
    Może nadać mu imię Pandora — „Obdarzona wszystkim”? Albo Roderick — „Słynny Władca”. Albo Esme — „Ukochana”.
    Jeśli będzie chłopiec, może otrzymać imię po ojcu Terzy — Maurice — albo po ojcu Martineza — Marcus. Martinez nie rozumiał jednak dokładnie, co te imiona znaczą.
    A jeśli dziewczynka? Z pewnością będzie piękna, więc może się nazywać Kyla, albo Linette albo Damalis.
    Szkoda, że nie może dać imienia Geniusz, ponieważ z pewnością najbardziej by do dziecka pasowało.
    Martinez usłyszał energiczne kroki i podniósł wzrok. Zobaczył lorda Gomberga Fletchera. Kapitan stał w drzwiach, miał na sobie pełny galowy mundur, białe rękawiczki i ceremonialny sierpowaty nóż u pasa.
    Martinez stanął na baczność.
    — Lordzie kapitanie!
    Fletcher patrzył na niego swymi głęboko osadzonymi oczami.
    — Kapitanie Martinez, byłbym zobowiązany, gdyby pan ze mną poszedł.
    — Oczywiście, milordzie. — Martinez wstał zza biurka. — Czy mam się przebrać w mundur galowy, milordzie?
    — Nie jest to konieczne, lordzie kapitanie. Proszę za mną.
    Martinez wyszedł z gabinetu za kapitanem, któremu towarzyszył już lord Sabir Mersenne, czwarty porucznik, oraz Marsden — niski, łysy sekretarz kapitana, obaj na galowo. Fletcher bez słowa skręcił i ruszył korytarzem. Pozostali poszli za nim. Martinez zastanawiał się, czy powinien był włożyć do samotnego śniadania mundur galowy, albo czy przynajmniej powinien być zażenowany, że tak się nie ubrał.
    Wiszący u pasa Fletchera srebrny zdobny sztylet w pochwie cicho pobrzękiwał. Martinez nigdy dotąd nie widział, żeby kapitan nosił swój nóż, nawet podczas najbardziej uroczystych obiadów.
    Zeszli dwa pokłady w dół, zostawiając za sobą krainę oficerów i miejsca uczęszczane przez szeregowców. Kapitan podszedł do włazu i zapukał.
    Właz otworzył główny inżynier Thuc, potężny mężczyzna, który wypełnił sobą niemal całe wejście. Gdy się cofnął, odsłonił sterownię silników. Pod panelem przedstawiającym muskularne postacie pracujące przy wielkich dźwigniach i korbach jakiejś niezwykle antycznej maszynerii stała w szeregu na baczność załoga sterowni.
    Najwyraźniej kapitan Fletcher zabrał mnie na jedną ze swych częstych inspekcji — pomyślał Martinez. Kapitan był maniakiem kontroli i musztry i codziennie robił przegląd jakiejś części statku, jeśli tylko „Prześwietny” nie miał pilnych zadań. Dziś przyszła kolej na sekcję silników, ale Martinez nie rozumiał, dlaczego został tutaj zaproszony. Nie był przecież oficerem liniowym, lecz sztabowcem, i nie podlegał służbowo Fletcherowi. Stan silników nic go nie obchodził.
    Obserwował Fletchera i jego dwóch podwładnych, jak przesuwali rękami w rękawiczkach po świecących powierzchniach, i zastanawiał się, dlaczego wezwano go na świadka tego rytuału. Z pewnością ma to coś wspólnego z Chandrą Prasad. Może Fletcher podejrzewa, że Martinez jest jej kochankiem, i inspekcja stanowi część wymyślnej zemsty.
    Kapitan znalazł kilka niedociągnięć: podejrzane pęknięcie na klatce akceleracyjnej — znak, że jakaś część się zużyła, rysę na przezroczystej pokrywie miernika, nieporządnie złożony skafander antyradiacyjny. Potem sprawdzali schowki w sekcji silników i silnie ekranowane komory z antywodorem, a po włożeniu na uszy tłumików skontrolowali potężny reaktor statku i olbrzymie turbopompy zapewniające wymianę cieplną.
    W hali reaktora panował piekielny huk, ale nauszniki automatycznie wysyłały fale dźwiękowe, które wygaszały dudnienie pomp, i Martinez słyszał tylko daleki biały szum. Jednak jego ciało reagowało na hałas: czuł wibracje w szkielecie i tkankach miękkich, zwłaszcza gdy dotknął ściany czy rury.
    Potem Fletcher przeciągnął palcem w białej rękawiczce po pompach — były czyste — potem wrócił do sterowni, by lepiej słyszano jego pytania. Za nim szedł posłusznie milczący muskularny Thuc. Górował nad Fletcherem i musiał się pochylać tylko, by otworzyć przed kapitanem śluzę lub drzwi szafki.
    — Zmieniłeś ostatnio filtry w głównej pompie?
    — Zaraz po Protipanu, milordzie — wyjaśnił Thuc. — Następna wymiana przewidziana jest za dwa miesiące.
    — Bardzo dobrze. A sama pompa?
    — Wymieniamy za… — Thuc zastanowił się, wbijając wzrok w jakiś punkt nad lewym ramieniem kapitana — trzydzieści osiem dni, milordzie.
    — Bardzo dobrze. — Kapitan naciągnął rękawiczki aż po nadgarstki i wygładził delikatną skórkę na palcach. — Wtedy przeprowadzę u was inspekcję.
    Przeszedł wzdłuż szeregu załogantów — niektórym rzucił uwagę na temat ubrania czy postawy — i na końcu podszedł do Thuca.
    — Bardzo dobrze, Thuc — rzekł, skinąwszy głową. — Doskonała ocena, jak zawsze.
    — Dziękuję, lordzie kapitanie. — Na ustach Thuca pojawił się lekki uśmiech.
    Wtem Fletcher wykonał tak szybki ruch, że Martinez nie zdążył go dokładnie zobaczyć, i całość wydarzeń odtworzył dopiero później ze strzępków pamięci. Sierpowaty nóż wyskoczył z pochwy, świsnął w powietrzu i zatopił się w szyi Thuca. Krew trysnęła łukiem, malując ścianę za jego głową.
    Thuc był potężnym mężczyzną i nie od razu zwalił się na pokład. Najpierw opadły jego ramiona, potem ugięły się kolana, wreszcie potężny tors osiadł i brzuch się zapadł. Dopiero wtedy gdy Fletcher wyjął nóż z jego gardła Thuc runął jak wieża z drewnianych klocków, potrącona przez nieostrożne dziecko.
    Serce Martineza biło mocno, krew ryczała mu w uszach. Spojrzał przerażony na Fletchera.
    Ten patrzył beznamiętnie lodowato niebieskimi oczyma na leżące ciało. Wreszcie odstąpił od rozlewającej się czerwonej kałuży i energicznym ruchem nadgarstka strzepnął krew z ostrza.
    Zapach krwi dotarł do zmysłów Martineza. Mocno zacisnął żołądek, który usiłował podjechać mu do gardła.
    — Marsden — powiedział Fletcher — wezwij lekarza, niech zbada ciało i weźmie ze sobą noszowych, żeby je zabrali. Cho — zwrócił się do młodszego oficera — teraz ty dowodzisz wydziałem inżynierskim. Gdy lekarz skończy, zorganizuj pozaplanową wachtę, żeby pomogli ci uprzątnąć ten… bałagan. Tymczasem prosiłbym o ściereczkę.
    Cho niemal pobiegł do szafki, wrócił ze ściereczką i pobielałymi palcami wręczył ją kapitanowi. Ten wyczyścił nóż i częściowo starł czerwień ze swej bluzy, a potem cisnął szmatkę na pokład.
    Jeden z młodych rekrutów zbladł, zachwiał się i osunął zemdlony. Fletcher zignorował go i znów powiedział do Cho:
    — Cho, wierzę, że utrzymasz wysokie standardy inżyniera Thuca.
    Skinął do załogantów sterowni, odwrócił się i wyszedł.
    Martinez kroczył za nim, choć miał ochotę uciec od Fletchera i zabarykadować się w swojej kwaterze z pistoletem i kilkoma butelkami brandy — pistolet do ochrony, brandy na pocieszenie.
    Zerknął na bok; twarze Marsdena i Mersenne wyrażały takie same uczucia, jakich on doznawał.
    — Kapitanie Martinez — rzekł Fletcher.
    Martinez drgnął.
    — Tak, lordzie kapitanie?
    Był nawet zdziwiony, że nie zaniemówił i udało mu się wypowiedzieć trzy słowa bez zająknienia czy krzyku.
    Fletcher położył dłoń na poręczy zejściówki prowadzącej na wyższy pokład.
    — Czy wie pan, dlaczego pana dziś zaprosiłem?
    — Nie wiem, milordzie.
    Znów trzy słowa. Robię postępy. Wkrótce może zacznę samodzielnie chodzić i zawiązywać sobie sznurowadła — pomyślał.
    Cały czas był świadom, co się dzieje z prawą dłonią kapitana. Ta dłoń mogłaby sięgnąć po nóż. Czuł, że jego ręce są przygotowane do zablokowania przedramienia Fletchera, gdyby zbliżyło się do rękojeści.
    Miał nadzieję, że Fletcher nie dostrzega tej czujności. Próbował nie patrzeć na jego prawą rękę.
    — Dlatego, żeby mógł pan złożyć dowódcy eskadry Chen raport — wyjaśnił — i powiedzieć dokładnie, co się stało.
    — Tak, lordzie kapitanie.
    — Nie chcę, by dowiedziała się o tym z plotek albo żeby przekazano jej wersję zniekształconą.
    Wersja zniekształcona. Tak jakby istniała wersja mogąca to wszystko wyjaśnić.
    Martinez szukał czegoś w odrętwiałym mózgu — znalazł pytanie, ale wymagało ono ponad trzech słów i potrzebował kilka sekund na zebranie myśli.
    — Milordzie, czy chce pan, bym podał lady Michi powód pańskiego… działania?
    Kapitan wyprostował się nieco. Na ustach miał uśmieszek wyższości.
    — Tylko tyle, że to był mój przywilej — odparł. Po krzyżu Martineza przebiegł dreszcz.
    — Tak jest, lordzie kapitanie — oznajmił.
    Fletcher odwrócił się i zaczął wchodzić na górę. Na szczycie spotkał statkowego lekarza, lorda Yuntai Xi; towarzyszył mu jego asystent niosący torbę.
    — Sterownia silników, lordzie doktorze — poinformował go Fletcher. — Przypadek śmiertelny.
    Lekarz spojrzał na niego zaciekawiony i skinął głową.
    — Dziękuję, lordzie kapitanie. Może mi pan powiedzieć…
    — Najlepiej niech pan sam zobaczy. Nie chcę pana zatrzymywać.
    Xi pogłaskał się po białej bródce, skinął głową i zaczął schodzić. Tymczasem Fletcher wraz ze swoją grupą wszedł trzy pokłady w górę.
    — Dziękuję, lordowie, nie będę już was potrzebował. Marsden — zwrócił się do swego sekretarza — niech pan odnotuje tę śmierć w dzienniku pokładowym.
    Martinez szedł z Mersennem do drzwi dowódcy eskadry. Czuł mrowienie na karku, jakby oczekiwał, że kapitan wyciągnie nóż i rzuci się na niego. Nie śmiał patrzeć na Mersennego i miał wrażenie, że on też na niego nie patrzy.
    Podszedł do drzwi dowódcy eskadry i zapukał.
    Gdy Vandervalk, ordynans lady Michi, otworzyła drzwi, Martinez spytał, czy może zobaczyć się z dowódcą eskadry. Vandervalk powiedziała, że sprawdzi. Wróciła po paru minutach i oznajmiła, że lady dowódca eskadry spotka się z Martinezem w swoim gabinecie.
    Lady Michi przyszła po kilku minutach. Popijała poranną herbatę z filiżanki o złotym brzeżku, ozdobionej rodzinnym herbem Chenów. Martinez poderwał się z krzesła i stanął na baczność. Podmuch powietrza na odsłoniętym gardle przyprawił go nagle o dreszcz.
    — Spocznij — powiedziała Michi z roztargnieniem. Wzrok skierowała na papiery czekające na biurku i usiadła w fotelu.
    — O co chodzi, kapitanie?
    — Lord kapitan Fletcher… — zaczął Martinez. Odchrząknął i ponownie zaczął. — Lord kapitan Fletcher prosił, bym panią poinformował, że właśnie dokonał egzekucji starszego inżyniera Thuca.
    Dowódca eskadry nagle zamieniła się w słuch. Postawiła filiżankę na skórzanej podkładce i spojrzała na Martineza.
    — Egzekucji? Jak?
    — Swoim ceremonialnym nożem. Podczas inspekcji. Nastąpiło to… nagle.
    W tym momencie Martinez uświadomił sobie, że Fletcher musiał wielokrotnie powtarzać ten ruch. To niemożliwe, żeby bez wcześniejszych ćwiczeń tak skutecznie potrafił podciąć gardło.
    Wyobraził sobie, jak Fletcher jest sam w kabinie i tnie wyimaginowaną szyję, patrząc zimnymi niebieskimi oczyma i uśmiechając się z wyższością.
    Michi była coraz bardziej skupiona. Bębniła palcami po blacie biurka.
    — Czy kapitan Fletcher podał powód?
    — Nie, milady. Powiedział tylko, że skorzystał ze swego przywileju.
    Michi delikatnie westchnęła.
    — Rozumiem — rzekła.
    Z formalnego punktu widzenia Fletcher miał rację: każdy oficer mógł w dowolnym momencie zgładzić dowolnego podwładnego z dowolnego powodu. Z praktycznych względów nie zdarzało się to zbyt często — można się było spodziewać, że klany patronackie ofiar wytoczą procesy sądowe. Gdy się już coś takiego zdarzało, oficer zwykle przygotowywał wyczerpujące uzasadnienie.
    A Fletcher po prostu powołał się na swój przywilej.
    Michi odwróciła wzrok i popiła herbaty.
    — Ma pan coś do dodania? — spytała.
    — Tylko tyle, że kapitan zaplanował to wcześniej. Chciał, żebym był świadkiem zdarzenia i żebym pani złożył o tym raport.
    — Czy podczas inspekcji nic go nie sprowokowało?
    — Nie, milady. Kapitan pochwalił Tuca za stan wydziału i natychmiast potem go zabił.
    Michi znów westchnęła. Wzrok miała zamyślony.
    — Nie przychodzi panu do głowy żaden powód?
    Martinez zawahał się przez moment.
    — Wczoraj kapitan i porucznik Prasad zakończyli… swój związek. Ale jeśli z tego powodu musiał kogoś zabić, nie rozumiem, czemu Thuca.
    Może Thuc był pod ręką — pomyślał. Michi rozważała to przez chwilę.
    — Dziękuję, kapitanie — powiedziała wreszcie. — Doceniam to, że mnie pan poinformował.
    Wyczuł w jej tonie „możesz odejść” i chciał zaprotestować. Chciał, żeby Michi kazała mu zostać, by mogli przedyskutować, dlaczego to się stało, a potem podjąć jakieś działania. Michi jednak nie pozostawiła mu wyboru: musiał wstać, zasalutować i wyjść.
    Idąc do siebie, minął kwaterę Fletchera. Drzwi były zamknięte. Martinez wyostrzył zmysły, ciekaw, co może się dziać wewnątrz.
    Na przykład co? — pomyślał. Wybuch maniakalnego śmiechu? Wyciekająca spod drzwi krew?
    Nic nie wyczuł.
    Wszedł do swego gabinetu, zostawiając otwarte drzwi na wypadek, gdyby ktoś chciał z nim porozmawiać.
    Ale nikt nie chciał.

DZIEWIĘĆ

    Czwarte wydanie „Bojownika” wyleciało w świat na elektronicznych skrzydłach, niosąc wiadomość, że Laurajean i jego dwaj koledzy zostali zabici, gdyż skazał ich trybunał rządu podziemnego. Sula zidentyfikowała tych dwóch na podstawie świadectw zgonów w Biurze Akt. Świadectwa takie wypełniał automat.
    „Trybunał wydał również inne wyroki i egzekucje czekają”, pisała Sula.
    Powinien paść na nich blady strach.
    Poprzednie trzy wydania miały fałszywy nagłówek informujący, że zostały wysłane z węzła w zajętym przez Naksydów hotelu Spartex. Sula doszła do wniosku, że hotel dostatecznie ucierpiał ze strony naksydzkiej bezpieki, więc przejrzała pocztę Rashtaga i znalazła kod innego węzła w Dowództwie Floty. Teraz ten węzeł wykorzystała.
    Bezpieka będzie musiała przeprowadzić śledztwo we Flocie Naksydów. Flota oszaleje ze szczęścia.
    Sula pogryzała pierożek z nadzieniem ze słodkiego czerwonego groszku. Wysłała jak zwykle pięćdziesiąt tysięcy kopii, oblizała palce, zamknęła połączenie z komputerem Biura Akt i odwróciła się do Spence i Macnamary, bawiących się łamigłówką, którą Spence kupiła na straganie. Zabawka składała się z plątaniny drutów z koralikami, które mogły się przesuwać między skrzyżowaniami, a czasem przeskakiwały z jednego złącza do drugiego.
    Sula usiadła po turecku na podłodze, podparła pięścią brodę i przyglądała się łamigłówce.
    — Na czym to właściwie polega? — spytała.
    Spence zmarszczyła czoło.
    — Nie jestem pewna. Sprzedawca demonstrował, jak to działa, i wtedy wydawało się to dość jasne. Ale teraz…
    Sula przesunęła koralik wzdłuż drutu do kolejnego skrzyżowania, ale dalej nie chciał się ruszyć. Przesunęła go więc w przeciwnym kierunku i wtedy zabawka rozpadła się na pobrzękującą plątaninę drutów i koralików.
    Sula cofnęła dłoń i spojrzała na kolegów.
    — Czy to tak miało się skończyć? — spytała.
    — Chyba nie.
    Sula podniosła się.
    — Może powinniśmy spróbować czegoś mniej ambitnego.
    — Na przykład?
    — Wygrać wojnę.
    — Właśnie. — Spence także wstała.
    — A tymczasem musimy dostarczyć kakao.
    Tym razem ciężarówkę wypożyczył Macnamara. Wszyscy troje pojechali do magazynu, gdzie Sula trzymała swoje zapasy kakao, kawy i tytoniu w pudłach ze zniechęcającym złodziei napisem: ZUŻYTE CZĘŚCI MASZYN. DO RECYKLINGU.
    — Nie możemy ciągle toczyć tej walki samotnie — stwierdziła Sula, prowadząc samochód wzdłuż leniwego, zielonkawego kanału, odcinającego Dolne Miasto od akropolu. — Potrzebna nam jest armia. A my jej nie mamy.
    Plan wymyślony przez Sulę i Martineza polegał na tym, by zebrać armię, która miała bronić Zanshaa przed Naksydami. Ufali, że choć wróg bez skrupułów będzie mordować innych, nie odważy się zniszczyć stolicy jako symbolicznego ośrodka władzy. Ale rząd nie zaakceptował tego planu i postanowił trenować zespoły operacyjne Suli i Eshruqa. Teraz większość członków zespołów była popiołem rozwiewanym po ulicach Dolnego Miasta.
    — Możemy rozpocząć rekrutację — powiedział Macnamara. — Ardelion i ja możemy stworzyć dwie nowe komórki.
    Komórki liczyły po trzech członków. Dla bezpieczeństwa przyjęto, że szef każdej z nich znał tylko własny zespół i jedną osobę z komórki ustawionej wyżej, i to wyłącznie pseudonimy, by zminimalizować szanse zdrady. Łączność między komórkami odbywała się przez pośredników i skrzynki kontaktowe, by zapobiec podsłuchom elektronicznym.
    — Słusznie. Możemy rozpocząć nabór. Ja zacznę od trenowania P.J. — powiedziała Sula.
    Macnamara parsknął śmiechem.
    — Nie, to będzie za długo trwało. Zanim wyszkolimy pierwszych ochotników, a każdy z nich przeszkoli kilku następnych, i tak dalej, aż zbudujemy całą sieć, osiwiejemy, a Naksydzi będą mieli… O, cholera!
    Zatrzymali się za ciężarówką, na którą ładowano towary z barki na kanale. Po drugiej stronie ulicy, na wprost ciężarówki stał odzieżowy kramik Lai-owna.
    — Wychyl głowę i zobacz, czy się przeciśniemy — poleciła Sula Macnamarze.
    Ten otworzył okno i do samochodu wdarł się fetor zgniłego mięsa zalatujący od pracujących Daimongów wraz z wonią zielonych warzyw i jodowym zapachem kanału. Sula poczuła, jak dreszcz przeszedł jej po krzyżu.
    — Niech ich diabli biorą — powiedziała.
    Ustawiła napęd na wszystkie koła i wdarła się w lukę. Metalowy stragan Lai-owna przechylił się do tyłu i trochę odkształcił. Macnamara skrzywił się i cofnął głowę, zamykając okno przed wrzaskami jego właściciela. Sula przyśpieszyła.
    — Szefowo, przydałoby się więcej lekcji jazdy — powiedział Macnamara.
    — Za wolno — rzekła Sula. — Nie zdążymy ich wyszkolić na czas. Sami muszą się uczyć.
    Milczeli przez chwilę, wreszcie odezwała się Spence:
    — „Bojownik”.
    — Właśnie.
    Zawieźli kakao do „Siedmiu Giermków”. Odliczając pieniądze, szefowa kuchni spytała:
    — Słyszeliście o tym, że zastrzelili kolejnych zakładników?
    — Nie — odparła Sula.
    — Trzydziestu. Wszyscy spowinowaceni z osobami, których Naksydzi zastrzelili wczoraj.
    — Dziesięć ofiar za każdego Terranina. I prawie pięćset za Naksyda — mruknęła Sula. Już układała w myślach tekst wstępniaka do następnego wydania „Bojownika”.
    Kucharka posępnie skinęła głową.
    — Właśnie. Zapowiedź tego, co będzie dalej.
    — Dostaniemy darmowy deser? — spytała Spence.
    — Nie, za wcześnie. Jedźcie, mam pracę.
    Drzwi do części bagażowej zasunęły się automatycznie przy wtórze buczenia elektrycznych silników. Macnamara sprawdził, czy dobrze się zamknęły, i wsiadł do kabiny.
    — Zostało jeszcze dużo tego kakao — powiedział do Suli. — Po co?
    — To próbki — wyjaśniła. — Resztę dnia spędzimy na odwiedzaniu innych restauracji. Również w Górnym Mieście.
    To dobre miejsce na zbieranie informacji, pomyślała. Skontaktujemy się też z kawiarniami i klubami palaczy. Spence, wciśnięta między Sulę a Macnamarę, spytała:
    — Lucy… Czy ty nadal jesteś „Lucy”, gdy będziemy rozmawiać z odbiorcami? Używając tego pseudonimu przy nieznanych ludziach, damy im wskazówki co do twojej podziemnej tożsamości. Gavin i ja możemy korzystać z naszych pseudonimów Starling i Ardelion, ale twoje imię kodowe jest cztery-dziewięć-jeden, tak jak numer naszego zespołu. Nie możemy tego wyjawić.
    — Nie, nie możecie.
    Sula popatrzyła na ulicę: ludzie poruszali się w cieniu drzew gemeliowych, okrytych białymi kwiatami. Z cienia dobiegło ją echo pewnego imienia. Uśmiechnęła się.
    — Nazywajcie mnie Gredel — powiedziała.
    Wieczorem, gdy odbite światło Shaamah połyskiwało na wazonie Yu-yao, a Jeden-Krok rozdawał na chodniku kopie „Bojownika”, Sula na umiarkowanie inteligentnym błyszczącym blacie swego stołu tworzyła pisakiem instrukcję, jak należy organizować sieć lojalistycznych komórek. Zamieściła wszystkie procedury bezpieczeństwa, na przykład sposoby nadawania pseudonimów czy używania skrzynek kontaktowych.
    Uświadomiła sobie, że część pracy już wykonała: ludzie przekazywali sobie kopie „Bojownika” z rąk do rąk w powstałych spontanicznie nieformalnych sieciach. Z punktu widzenia celów Suli sieci już istniały. Musiała tylko nadać im profesjonalny charakter.
    Naksydzi wytropią niesprawne sieci i zabiją ich członków. Ci ludzie przyjmą na siebie kule przeznaczone dla Suli.
    Ze sprawnymi sieciami zamierzała skontaktować się później, by — kiedy zajdzie taka potrzeba — wystawić je na inne kule.

DZIESIĘĆ

    Martinez przerzucił displej taktyczny na ścianę wideo, ale prawie wcale nie zwracał na niego uwagi. Nie mógł usiedzieć w miejscu: spacerował, prowadząc wyimaginowane rozmowy ze statkowymi oficerami.
    Gdy Alikhan wszedł z kolacją, Martinez spytał go gorączkowo:
    — Co się dzieje? Co ludzie mówią?
    Alikhan niespiesznie postawił przed Martinezem talerz z pokrywą i rozłożył serwetki i sztućce. Potem wyprostował się i spytał:
    — Milordzie, czy mógłbym zamknąć drzwi?
    — Tak — odparł krótko Martinez. Starał się nie krzyczeć. Ordynans zamknął cicho drzwi.
    — Lady Michi kazała doktorowi Xi złożyć raport. Złożył. Potem poprosiła kapitana Fletchera i on też sporządził raport.
    — Czy wiadomo, co powiedział?
    — Nie, milordzie.
    Martinez zgrzytnął zębami. Bardzo chciał wiedzieć, co Fletcher powiedział dowódcy eskadry.
    — Jak to przyjęli podoficerowie?
    — Zbierają się w grupki, cicho rozmawiają.
    — Co mówią?
    Alikhan wyprostował się z godnością.
    — Milordzie, niewiele do mnie mówią. Jestem tu nowy. Rozmawiają tylko z ludźmi, doktórych mają zaufanie.
    Martinez zabębnił palcami po udzie. Tymczasem Alikhan spokojnie podniósł pokrywę: na talerzu leżał uwodniony filet polany wymyślnym sosem z repertuaru Perry'ego.
    — Uważają kapitana za szaleńca? — spytał po chwili Martinez.
    Alikhan zastanawiał się przez chwilę.
    — Nie rozumieją kapitana, milordzie. Nigdy go nie rozumieli. Ale szaleństwo? Nie wiem, co by powiedział doktor, ale nie wydaje mi się, żeby przypadek kapitana pasował do definicji szaleństwa rozpoznawalnego przez podoficera.
    — Właśnie — rzekł Martinez. Odpowiedź przygnębiła go. — Dziękuję, Alikhanie.
    Ordynans wyszedł. Po kilku chwilach Martinez spojrzał na swój talerz i zobaczył, że jedzenie znikło. Widocznie zjadł wszystko, choć nie pamiętał, żeby jadł.
    Zastanawiał się, czy nie zaprosić poruczników na nieformalne spotkanie na „Żonkilu”. Albo pierwszą porucznik Kazakow na kolację, aby omówić plany na wszelki wypadek.
    Nie, to mogłoby zwrócić uwagę Fletchera na poruczników. Dzięki swej pozycji w sztabie Michi Chen, Martinez był jedną z nielicznych osób na statku, których Fletcher nie mógł legalnie zabić. Porucznicy nie mieli takiego szczęścia. Gdyby Fletcher nabrał podejrzeń, że Kazakow spiskuje z Martinezem, mogłaby znaleźć się w niebezpieczeństwie.
    Wypił łyk wody — była bez smaku po podróży przez recyklery. Potem wezwał Alikhana, by sprzątnął stół. Gdy ordynans wychodził, odezwał się komunikator mankietowy Martineza.
    — Martinez — zgłosił się. Serce mu podskoczyło, gdy zobaczył na displeju twarz dowódcy eskadry.
    Michi wezwie mnie na naradę i we dwoje zastanowimy się, co zrobić z Fletcherem — pomyślał.
    — Lordzie kapitanie, byłabym zobowiązana, gdybyś zorganizował manewry eskadry… raczej eksperyment… za trzy dni, gdy przelecimy za Termaine.
    Martinez stłumił zdziwienie.
    — Tak, milady. Czy to ma być jakiś szczególny eksperyment?
    — Nie, tylko niech potrwa co najmniej jedną wachtę. Eskadra nie powinna zardzewieć.
    — Tak jest, milady — odparł; przez chwilę miał nadzieję, że Michi poruszy sprawę zabójstwa, ale nic nie powiedziała, więc dodał: — Czy ma pani jakieś inne prośby, milady?
    — Nie, milordzie. Dziękuję. Koniec transmisji.
    Martinez jeszcze przez chwilę patrzył na pomarańczowy znak końca przekazu, potem oczyścił displej.
    Ostatnie manewry odbyły się przed Bai-do, więc rzeczywiście nadszedł czas, by odświeżyć sprawność eskadry. Statki zostaną połączone laserami komunikacyjnymi w środowisku wirtualnym i rozegrają walkę z wrogiem albo rozdzielą się na dwie dywizje i stoczą bitwę między sobą.
    Tradycyjne manewry Floty miały bardzo szczegółowy scenariusz, wynik był znany wcześniej, a załogi oceniano według kryterium wykonania przydzielonego im zadania. Michi żądała „eksperymentu”. Ten typ manewrów Martinez opracował wraz z dowódcą eskadry Do-faqiem po bitwie przy Hone-bar. W eksperymencie nie znano zawczasu wyniku bitwy, kapitanowie mogli improwizować i wypróbowywać nową taktykę.
    W obecnych okolicznościach najważniejsze było jednak to, że podczas manewrów Fletcher nie przeprowadzi inspekcji i nie będzie go kusiło, by zabić któregoś z podwładnych.
    Nie będzie też mógł przeprowadzić inspekcji za dwa dni, gdy eskadra będzie przelatywać w pobliżu Termaine. Wszyscy będą wtedy na stanowiskach bojowych przez dziesięć do dwunastu godzin i będą obserwować, czy Termaine spróbuje stawić opór.
    Zostawał zatem tylko następny dzień, by kapitan mógł — jeśli tylko będzie chciał — przeprowadzić kontrolę. Martinez zastanawiał się, dlaczego Michi nie zarządziła manewrów na ten dzień.
    Może testuje Fletchera, pomyślał. Po śmierci kolejnego podoficera będzie już wiedziała, jakie podjąć kroki.
    Patrzył na uskrzydlone dzieci namalowane na ścianach gabinetu i zastanawiał się, jaki umysł musi mieć człowiek, który potrafił zamówić takie dzieło, a jednocześnie planować z zimną krwią morderstwo.
    Ponieważ musiał zaplanować eksperyment, rzucił się do pracy. Kilkakrotnie zmieniał ustawienie jednostek i obsesyjnie modyfikował najdrobniejsze szczegóły. Dzięki temu nie myślał o Fletcherze, nie widział osuwającego się na ziemię Thuca i krwi bryzgającej mu wachlarzem z jego gardła.
    Na noc włożył wirtualny nagłownik i rzutował do swego mózgu widok przestrzeni na zewnątrz „Prześwietnego”. Miał nadzieję, że w ten sposób jego uśpiony umysł osiągnie spokój, niemożliwy w ciągu dnia. Wydawało się to skuteczne aż do chwili, gdy Martinez obudził się z bijącym sercem, a w jego umyśle czarna pustka kosmosu przybrała barwę krwi.
    Zjadł śniadanie, nawet nie widząc, co było na talerzu. Bał się, że usłyszy miarowy stukot obcasów: Fletchera, Marsdena i Mersenne, maszerujących pod jego drzwi, by wezwać go na kolejną inspekcję.
    Spodziewał się tych dźwięków, a mimo to kiedy je usłyszał, niemal stracił głowę. Stał prawie na baczność, gdy Fletcher pojawił się w drzwiach. Kapitan miał na sobie mundur galowy, białe rękawiczki i nóż w zakrzywionej błyszczącej pochwie.
    — Kapitanie Martinez, byłbym zobowiązany, gdyby pan z nami poszedł.
    Zimne przerażenie oblepiło Martineza jak przesiąknięty deszczem płaszcz.
    — Tak jest, milordzie — odparł.
    Szedł ku drzwiom niemal beztrosko, wiedząc, że od tej chwili wszystko jest przesądzone, że z woli losu będzie świadkiem następnej niezrozumiałej tragedii, której nie będzie mógł zapobiec, i że za godzinę lub dwie znów złoży raport Michi Chen, a tymczasem gdzieś na statku załoganci będą skrobać krew z pokładu.
    Znów kapitan wybrał go na świadka. Martinez wolałby, żeby Fletcher wziął ze sobą aparat fotograficzny.
    Fletcherowi znów towarzyszyły dwie osoby: Marsden, sekretarz, oraz lord Ahmad Husayn, oficer zbrojeniowiec. Było to dla Martineza wskazówką, dokąd idą, dlatego nie był zdziwiony, gdy dwie wręgi dalej skręcili, zmierzając przez śluzę do baterii pocisków numer trzy.
    Gulik, główny zbrojeniowiec, niski, o szczurzej twarzy, stał na baczność wraz ze swoją załogą. Fletcher i tu przeprowadził szczegółową inspekcję; sprawdzał nie tylko wyrzutnie i ładownice, lecz również system wind, którymi przemieszczała się załoga i wielkie pająkowate roboty używane do napraw podczas dużych przyśpieszeń, gdy załoganci wpięci w fotele akceleracyjne ledwie oddychali, a już na pewno nie mogli się poruszać. Skontrolował zasobniki hydrauliczne robotów, oglądał osłonięty przed promieniowaniem schron, gdzie zbrojeniowcy chowali się podczas bitwy, a potem kazał wysunąć z wyrzutni dwa pociski. Pociski były pomalowane w taki sam zielono-różowo-biały wzór jak kadłub statku i nie przypominały broni ofensywnej, lecz raczej dziwne obiekty sztuki zamówione przez ekscentrycznego mecenasa lub kolorowe cukierki dla dzieci jakiegoś giganta. Kapitan przetarł je palcami w białej rękawiczce — wymagał, żeby pociski w rurach były równie czyste, jak stół w jadalni. Potem kazał z powrotem ustawić pociski i spytał Gulika, kiedy ostatnio dokonano przeglądu ładownic.
    W końcu Fletcher przeprowadził inspekcję samych zbrojeniowców. Nienagannie ubrani, ustawili się w szeregu według rangi, podoficerowie na końcu.
    Martinez czuł, że odbiera zmysłami całą baterię, wszystkie kable, wszystkie przełączniki. Jego hiperświadomość ogarniała wszystko, co było w tej zamkniętej przestrzeni: zapach oliwy na linach wind, nerwowość, z jaką Husayn wyginał dłonie, warstwę potu na górnej wardze starszego zbrojmistrza Gulika.
    Gulik stał na baczność na końcu szeregu. Fletcher lustrował załogantów z zimną powolnością, wprawnym wzrokiem wyławiając to wystrzępiony szew kombinezonu, a to klucz włożony w kieszonkę do góry nogami, a to znów metkę z pralni wystającą z kołnierzyka koszuli.
    Nerwy Martineza przełączyły się z żaru na chłód. Fletcher zatrzymał się przed Gulikiem i głęboko osadzonymi niebieskimi oczyma patrzył na niego długo i przenikliwie.
    — Bardzo dobrze, Gulik. Trzymasz poziom.
    Potem Fletcher — nie do wiary! — odwrócił się i odszedł. Jego energiczne kroki rozbrzmiewały na pokładzie, nóż pobrzękiwał cicho na łańcuszku. Martinezowi kręciło się w głowie. Oszołomiony, ruszył z grupą kapitana.
    Przekraczając śluzę, zobaczył kątem oka, jak Gulik oddycha z ulgą.
    Fletcher poprowadził grupę dwie zejściówki w górę. Teraz odwrócił się do Martineza.
    — Dziękuję, kapitanie — powiedział. W kącikach ust błąkał mu się uśmieszek wyższości. — Wdzięczny jestem, że zaspokaja pan moje fantazje.
    — Tak jest, milordzie — odparł Martinez, bo słowa „cała przyjemność po mojej stronie” nie oddawałyby tego, co chciał wyrazić.
    Martinez wrócił do swego gabinetu, usiadł przy biurku i zaczął rozmyślać o tym, co właśnie widział. Kapitan zaprosił go na świadka inspekcji, podczas której nic szczególnego się nie wydarzyło.
    Fletcher co rok przeprowadza kilkadziesiąt kontroli, ale zabił tylko jednego podoficera. Czy to bardzo ekscentryczne?
    Mniej więcej godzinę później porucznik Coen, rudy oficer-sygnalista ze sztabu Michi przyniósł mu zaproszenie na obiad do dowódcy eskadry. Martinez przybył na obiad i przy zupie z zimnego zielonego melona poinformował Michi, że podczas porannej inspekcji nic niezwykłego się nie wydarzyło.
    Michi nie skomentowała tego, zapytała natomiast o eksperyment. Martinez naszkicował jej swoje propozycje, ale wyczuł głęboką frustrację.
    Co zamierzasz zrobić? — chciał zapytać. Ale Michi mówiła tylko o manewrach i przelocie obok Termaine dzień później.
    Pod koniec posiłku Martinez był już kompletnie zdezorientowany.
    W nocy obudził się i poczuł, że się unosi. Spojrzał na bursztynowe cyfry na chronometrze, świecące w rogu displeju ściennego. Okazało się, że nadszedł czas na reorientację kursu wokół jednego z gazowych gigantów układu Termaine. To ostatnie pracowanie miało skierować siły Chen w pobliże opanowanej przez wroga planety.
    Martinez liczył upływające sekundy; nagle silniki włączyły się i materac wzniósł się na spotkanie jego ciała.
    Dwie godziny później Alikhan zbudził go na śniadanie. Podał kawę, solonego karpieńca i świeżą brioszkę z repertuaru Perry'ego. Potem, przed wędrówką na mostek oficera flagowego, ordynans pomógł mu włożyć skafander próżniowy. Wszyscy na statku wiedzieli, o której godzinie i na które stanowiska bojowe zostaną wezwani, więc załoganci albo już wpychali się w skafandry próżniowe, albo wkrótce to uczynią.
    Skafander sprawdził swoje systemy i podał wyniki na displej mankietowy: wszystko działało poprawnie. Martinez wypił ostatni łyk kawy, wziął od Alikhana hełm i odprawił go do jego własnej kwatery, gdzie ordynans też miał włożyć skafander przy pomocy któregoś ze zbrojeniowców.
    Potem, poczłapał niezgrabnie korytarzem i zszedł dwa pokłady w dół, na mostek oficera flagowego. Michi już tam była, a wraz z nią adiutanci Li i Coen. Martinez widział jej plecy; miała zdjęty hełm, a włosy schowane pod czepkiem, który zawierał słuchawki i rzutniki siatki wirtualnej. Nie zapięty pasek podbródkowy zwisał jej na ramieniu. Przechyliła głowę na bok, przyciskając dłoń do ucha, jakby chciała lepiej słyszeć.
    Choć była w nieporęcznym skafandrze, Martinez wywnioskował z jej postawy, że jest spięta.
    — Gotowość! — powiedziała, odwracając się do niego. Jej twarz wyrażała wściekłość.
    Martinez stanął na baczność.
    — Milady.
    — Natychmiast przejmie pan dowodzenie „Prześwietnym”. Coś się stało z kapitanem Fletcherem.
    — Czy… — Martinez chciał zapytać, czy „dostał szału i lata z kuchennym nożem?”, ale nie wiedział, jak taktownie sformułować pytanie.
    Michi odpowiedziała sucho krótkimi, urywanymi słowami.
    — Raportują, że nie żyje. Niech pan idzie do sterowni i obejmie dowództwo, nim wszystko pójdzie w diabły.

JEDENAŚCIE

    Martinez wszedł na mostek. Pod pachą miał hełm, w głowie — mętlik walczący z frustracją. — Obejmuję dowództwo! — powiedział głośno, by go słyszano. — Z rozkazu dowódcy eskadry!
    Wszyscy odwrócili głowy tkwiące w kołnierzach skafandrów. Chandra Prasad siedziała w klatce akceleracyjnej. Spod jej czepka z czujnikami wysunął się pukiel kasztanowych włosów.
    — Kapitan Martinez obejmuje dowództwo! — ogłosiła.
    Martinez podszedł do niej.
    — Poruczniku, czy chce pani to potwierdzić u dowódcy eskadry?
    W kącikach jej ust dostrzegł rozbawienie.
    — Lordzie kapitanie, właśnie dostałam od niej wiadomość, że pan idzie.
    Martinez poczuł, że cały dramatyzm sytuacji znika.
    — To bardzo dobrze — powiedział.
    Chandra pochyliła klatkę do przodu i stanęła na nogach.
    — Kurs dwa-dwa-pięć przez zero-zero-jeden — zameldowała. — Przyśpieszenie jeden g, do prędkości 0,341 c. Za sto dziesięć minut zbliżymy się maksymalnie do Termaine. Nie jesteśmy jeszcze na stanowiskach bojowych.
    — Wobec tego niech pani ogłosi wezwanie na stanowiska.
    — Na stanowiska bojowe! — krzyknęła Chandra.
    Rozległ się alarm. Załoganci ze sterowni sięgali do siatek przy fotelach, wyjmowali hełmy i przypinali je do pierścieni w kołnierzach skafandrów.
    — Na stanowisku bojowym zwykle zajmuję pozycję przy sygnalizatorze — oznajmiła Chandra, trzymając nad głową przygotowany hełm.
    — Więc proszę zająć swoją pozycję, lady Chandra.
    — Tak jest, milordzie. — Przechodząc obok Martineza, ściszyła głos: — Szczęście ci sprzyja, kapitanie.
    Martinez rzucił jej krwiożercze spojrzenie, ale poszła dalej. Zajął swoje miejsce na fotelu, który kiwnął się pod jego ciężarem. Wpiął się w fotel i ściągnął znad głowy displej.
    Włożył hełm i od razu przycichły hałasy ze sterowni — trzeszczenie klatek akceleracyjnych, popiskiwania displejów, żądających uwagi, dalekie dudnienie statkowych silników, natomiast stał się wyrazisty syk wentyla powietrza i zapach poliamidowych uszczelek. Martinez włączył mikrofon skafandra i nastawił go na kanał współdzielony ze stacją sygnałową.
    — Kom. Testowanie, testuj — powiedział.
    — Słyszę cię, lordzie kapitanie.
    Rozejrzał się po mostku. Murale obstalowane przez Fletchera przedstawiały antyczne sceny militarne. Oficerowie na koniach, którzy wyglądali jak poduchy w dziwnych watowanych ubraniach, prowadzili oddziały mężczyzn uzbrojonych w strzelby ze strasznymi długimi nożami na końcach. Poniżej Martinez widział tylko tyły hełmów załogantów, siedzących na swoich pozycjach. Gdyby wcześniej dowodził „Prześwietnym”, znałby wszystkich po nazwisku, a tak znał tylko trzech poruczników i kilka innych osób.
    Zastanawiał się, czy wiedzą, dlaczego on tu jest.
    Martinez przełączył się na kanał, który umożliwiał mu wysyłanie wiadomości do wszystkich w sterowni, a potem zaczął się zastanawiać. Trudno jest przekazać jakieś informacje, jeśli się ich samemu nie posiada. Postanowił więc wyrażać się jak najprościej.
    — Tu kapitan Martinez. Chciałbym was poinformować, że lady dowódca eskadry poleciła mi objąć dowództwo „Prześwietnego”, ponieważ zameldowano, że kapitan Fletcher zachorował. Nie znam szczegółów, ale jestem pewien, że kapitan Fletcher podejmie obowiązki dowódcy, gdy tylko pozwolą na to okoliczności.
    Tak, to najbardziej bezbarwne oświadczenie, jakie mógłbym sobie wyobrazić pomyślał. Raczej nie zaspokoiłem ciekawości tej wachty.
    Potem powiadomił Michi, że dotarł na mostek. Rozmowę przyjęła adiutant Michi, lady Ida Li, która prawdopodobnie przekazała ją dowódcy.
    Wezwał displej taktyczny i zapoznał się z sytuacją. Siły Chen zmierzały w pobliże Termaine, dwie szalupy leciały za wyprzedzającą eskadrą pocisków, Termaine otoczona była chmarą statków odcumowanych z pierścienia i porzuconych. Jeśli dowódca Floty Jakseth, przygotowywał jakiś kontratak, to jeszcze go nie wykonał.
    — Lordzie kapitanie? — usłyszał znany głos. Spojrzał na displej i zobaczył zbrojeniowca Husayna.
    — Tak, poruczniku?
    — Zastanawiam się, czy prawdopodobnie, nie będę musiał uruchomić konsoli uzbrojenia.
    Bardzo taktowna uwaga ze strony Husayna; Martinez przyznał mu w myślach kilka punktów. W tej chwili ani on, ani Husayn, ani nikt inny na „Prześwietnym” nie mógł odpalić śmiercionośnej baterii pocisków. Żaden oficer nie mógł tego zrobić, jeśli nie zostały spełnione pewne warunki.
    Otóż trzej oficerowie — albo kapitan i dwóch poruczników, albo trójka poruczników — musieli przekręcić swoje klucze, by włączyć konsolę uzbrojenia, a przynajmniej dwa z tych kluczy należało przekręcić w odległych miejscach statku.
    W tej sytuacji klucz Martineza był bezużyteczny: nie został skonfigurowany jako klucz oficera liniowego, stojącego w stosownej hierarchii służbowej. Musiał więc zorganizować trzech poruczników.
    — Bardzo dobrze, lordzie poruczniku — powiedział. Wezwał pierwszą porucznik, Fulvię Kazakov, która stacjonowała w sterowni pomocniczej, gotowa przejąć dowodzenie statkiem, gdyby sterownia wraz ze wszystkimi starszymi oficerami została rozwalona na strzępy, i kazał jej włożyć klucz razem z Husaynem i Chandrą.
    — Obrócić na mój sygnał — rozkazał. — To nie są ćwiczenia. Trzy, dwa, jeden, sygnał.
    Displej Husayna pojaśniał, gdy wszystka broń się ożywiła.
    — Dziękuję — powiedział Martinez. — Gotowość.
    Zapalenie panelu broni było najbardziej dramatycznym wydarzeniem do chwili, gdy trzeba było znowu go zgasić. Dzień pełzł jak artretyczne zwierzę szukające nory, w której mogłoby umrzeć. Tylko od czasu do czasu jedna z ikon na displeju taktycznym poruszała się trochę w którymś kierunku, a potem wszystko zamierało.
    Szalupy przeleciały w pobliżu Termaine; ich kamery i czujniki badały pierścień planety, sprawdzały, czy nie ma tam ukrytej broni czy statków. Dane przesyłane były do operatorów czujników w sterowni i sterowni pomocniczej. Porucznik Kazakov zestawiła dane i poinformowała, że wedle wszelkich znaków dowódca Floty, Jakseth, zastosował się do rozkazów lady Michi. Naksydzi budowali w pierścieniu aż sześć okrętów wojennych, ale żaden z nich nie został ukończony; teraz wszystkie odczepiono i puszczono luzem.
    Martinez nie musiał więc zabić kilku miliardów ludzi. Zamiast tego, wypowiadając z ulgą każdą sylabę, wydał rozkaz wycelowania w dryfujące okręty i statki cywilne i wysłania w ich stronę niszczących pocisków. Każdy statek z eskadry Chen wysłał taką samą liczbę pocisków, by żaden ze statkowych magazynów zbyt szybko nie opustoszał.
    Potem obserwował na displeju rozkwitające wybuchy ekspandujących, nakładających się na siebie kul przegrzanej plazmy, które w jednej chwili przesłoniły Termaine i jej pierścień. Gdy plazma stygła i rozproszyła się, pierścień nadal istniał — dowódca Floty, Jakseth, zapewne z ulgą patrzył na ten widok.
    Jeszcze przez pół godziny Martinez obserwował, jak rozwija się sytuacja taktyczna, a potem zapytał Michi o pozwolenie opuszczenia stanowisk bojowych. Tym razem rozmawiał z nią osobiście.
    — Udzielam pozwolenia — oznajmiła.
    — Co z kapitanem Fletcherem?
    — Nie żyje. Chcę, żeby wraz z porucznik Kazakov przyszedł pan do mojego gabinetu, gdy tylko opuścimy stanowiska bojowe.
    — Tak, milady. — Czekał, aż lady Michi poda więcej informacji, ale ona milczała.
    — Mógłbym spytać, jak umarł kapitan? — powiedział wreszcie. Mógł pójść o zakład, że Fletcher się powiesił.
    Odpowiedziała tonem pełnym urazy:
    — Upadł i widocznie uderzył głową o kant biurka. Nie wiemy nic więcej, ponieważ jak tylko odkryto jego ciało, musieliśmy zająć stanowiska bojowe. Doktor Xi kazał przenieść ciało do ambulatorium, ale potem sam musiał przejść na stanowisko bojowe, więc nie przeprowadził sekcji zwłok.
    — Czy mam to ogłosić załodze?
    — Nie. Sama to zrobię. Teraz chcę pana widzieć w swoim gabinecie.
    — Tak jest, milady.
    Michi wyłączyła się i Martinez przeszedł na kanał, który umożliwiał mu rozmowę z załogą sterowni.
    — Opuścić stanowiska bojowe — rozkazał. — Dobrze się spisaliście, wszyscy.
    Zdjął hełm i zaczerpnął powietrza pozbawionego zapachu uszczelek. Kiedy wyprzęgał się i wstawał, przez statek niósł się sygnał obwieszczający jego ostatni rozkaz.
    — Kto zwykle o tej godzinie ma wachtę? — spytał.
    Chandra zdjęła hełm i starła rękawicą z czoła ślady potu.
    — Pierwszy, lordzie kapitanie — odparła.
    — Porucznik Kazakov ma się teraz stawić w innym miejscu. Poruczniku Prasad, jeśli nie jest pani zbyt zmęczona, byłbym zobowiązany, gdyby objęła pani wachtę pierwszego.
    Chandra skinęła głową.
    — Tak jest, milordzie.
    — Porucznik Prasad obejmuje wachtę! — powiedział Martinez donośnie, by wszyscy usłyszeli.
    — Obejmuję wachtę! — powtórzyła głośno Chandra.
    Martinez wymaszerował ze sterowni. Kawalerzyści obserwowali go ze ścian nieprzyjaznym, przenikliwym wzrokiem.

* * *

    — Mianuję pana dowódcą „Prześwietnego” — oznajmiła Michi. — Jest pan tu jedynym kapitanem.
    Martinez wolałby wprawdzie, żeby nie przedstawiła tego w taki sposób, jakby to była ostateczność, ale przecież znów miał dowodzić statkiem. Zalało go przyjemne uniesienie, które zmyło wszelkie niemiłe wrażenia.
    — Tak, milady. — Promieniał.
    — Proszę mi dać swój kapitański klucz — poleciła.
    Zdjął klucz z elastycznej taśmy wokół szyi i podał jej. Michi wsunęła go w szczelinę w biurku i wprowadziła kody.
    — Proszę o odcisk kciuka.
    Martinez przyłożył kciuk i Michi zwróciła mu klucz. Znowu przyczepił go do taśmy i schował pod bluzą.
    — Gratulacje, milordzie — powiedziała Fulvia Kazakov. Siedziała obok Martineza. Ciemne włosy tradycyjnie związała z tyłu głowy, ale ponieważ przebierała się w pośpiechu po zejściu ze stanowiska bojowego, nie miała czasu wetknąć w węzeł dwóch inkrustowanych pałeczek.
    — Dziękuję — odparł i nagle uświadomił sobie, że nie powinien tak promieniować szczęściem. — To przykre, że awans nadszedł po takiej tragedii — dodał.
    — Właśnie. — Michi dotknęła panelu komunikacyjnego. — Jest tam jeszcze Garcia?
    — Tak, milady — zgłosiła się Vandervalk, jej ordynans.
    — Przyślij go tutaj.
    Wszedł Garcia, sprzętowiec pierwszej klasy. Zasalutował. Pod luźnym nadzorem oficera żandarmerii Garcia pełnił rolę szefa wszystkich trzech statkowych policjantów. Ten pulchnawy wąsaty młodzieniec najprawdopodobniej nigdy przedtem nie był w tym gabinecie — jego wzrok wędrował od ornamentów żłobkowanych brązowych kolumn do brązowych rzeźb nagich Terranek z koszami owoców, ślizgał się po ściennych malowidłach przedstawiających wytworne ludzkie postacie na tle krajobrazu z fantastycznymi zwierzętami.
    — Czy skończyłeś dochodzenie? — spytała Michi.
    — Przesłuchałem personel kapitana Fletchera — odparł Garcia. — Nie mogłem z wszystkimi widzieć się osobiście, ale rozmawiałem z nimi przez komunikator, gdy byli na stanowiskach bojowych.
    — Proszę więc o raport.
    Garcia spojrzał na displej mankietowy, gdzie z pewnością miał szczegółowe notatki.
    — Wczoraj kapitan pracował z chorążym Marsdenem mniej więcej do 2501 — powiedział. — Ostatnią osobą, która go widziała, był jego ordynans Narbonne. Pomógł mu się rozebrać, wziął jego mundur i buty do czyszczenia. To było około 2526.
    Garcia odchrząknął, dając do zrozumienia, że czeka na pytania, ale nikt ich nie zadał.
    — Narbonne wrócił o 0526 dziś rano, by obudzić kapitana. Przyniósł mundur i chciał mu pomóc go założyć, ale gdy wszedł do pokoju, zobaczył, że kapitana nie ma w łóżku. Przypuszczał, że kapitan Fletcher pracuje w swoim gabinecie, więc powiesił mundur przy łóżku i wrócił do swego pokoju, aby czekać na wezwanie.
    Kilka minut później Baca, kucharz kapitana, przyniósł śniadanie do pokoju stołowego. Nie zastał tam kapitana, ale to nie było nic niezwykłego i Baca też się wycofał.
    — Nikt z nich nie zajrzał do gabinetu? — spytała Michi.
    — Nie. Kapitan nie lubi… nie lubił, gdy mu przeszkadzano w pracy.
    — Proszę kontynuować.
    — Około 0601 Baca wrócił i zobaczył, że śniadanie jest nietknięte. Wiedział, że wkrótce będziemy iść na stanowiska bojowe, więc zawołał kapitana Fletchera, by zapytać, czy chciałby coś zjeść, a gdy nie dostał odpowiedzi, wszedł do gabinetu i znalazł kapitana martwego.
    Garcia znów zakasłał, robiąc w swoim sprawozdaniu dogodną przerwę na zadawanie pytań. Tym razem Michi z niej skorzystała.
    — I co wtedy zrobił Baca?
    — Wezwał Narbonne. Naradzili się i postanowili wezwać mnie.
    — Ciebie? — spytał Martinez, zaskoczony. — Dlaczego wezwali żandarmerię? Podejrzewali przestępstwo?
    Garcia wydawał się zakłopotany.
    — Chyba obawiali się, że mogą być obwinieni o śmierć kapitana. Chcieli, żebym tam był i zapewnił, że nie obarczy się ich odpowiedzialnością.
    Martinez uznał to za wiarygodne.
    — Przybyłem na miejsce o 0614 — ciągnął Garcia. — Kapitan był zimny, na pewno nie żył już od pewnego czasu. Wezwałem doktora i noszowych, a potem skontaktowałem się z lady Michi. — Spojrzał na dowódcę eskadry. — Pani kazała mi prowadzić dochodzenie. Powiedziałem Bacy i Narbonne, żeby wrócili do pokoju ordynansa i poczekali na doktora. Gdy przybył doktor, stwierdził, że kapitan nie żyje, i zabrał ciało do ambulatorium. Rozejrzałem się po pokoju i… było oczywiste, co się stało.
    — A mianowicie? — spytała Michi.
    — Kapitan Fletcher wstał z łóżka w nocy i podszedł do swojego biurka, gdzie upadł i uderzył się w głowę. Na jego prawej skroni widniała wyraźna rana. Na biurku była krew i włosy, do blatu przywarł kawałek skóry.
    Z jakiegoś powodu Garcia miał trudności z wymówieniem słowa „przywarł” — udało mu się dopiero za trzecim razem.
    — Przypuszczam, że kapitan stracił równowagę, gdy statek zmieniał dziś rano kurs. O 0346 była chwila nieważkości, i gdy znów przyśpieszyliśmy, kapitan został zaskoczony. Albo może unosił się w pokoju, gdy nagle wróciło ciążenie. Doktor Xi mógłby chyba potwierdzić godziny.
    Michi zauważyła kątem oka, że Martinez ma zdziwioną minę.
    — Kapitanie Martinez, ma pan jakieś wątpliwości?
    — Nie, milady — odparł szybko. — Przypomniało mi się tylko, że obudziłem się, gdy zmieniano kurs. Zastanawiam się, czy… czegoś nie słyszałem.
    Szukał w pamięci, ale nie zdołał sobie przypomnieć, co mogło go obudzić.
    — Najprawdopodobniej zbudził pana alarm zerowej grawitacji — powiedziała Kazakov.
    — Bardzo możliwe, milady.
    Michi znów zwróciła się do Garcii.
    — Czy kapitan był ubrany?
    — Nie, milady. Miał na sobie piżamę, szlafrok i kapcie.
    — Nie mam więcej pytań — oznajmiła. Spojrzała na Martineza i Kazakov. — Coś jeszcze?
    — Mam pytanie — rzekł Martinez. — Czy zauważył pan, nad czym kapitan pracował?
    — Pracował?
    — Skoro był w swoim gabinecie, to chyba nad czymś pracował.
    — Nad niczym nie pracował. Displej nie był włączony, a na biurku nie było żadnych dokumentów.
    — A gdzie był jego kapitański klucz?
    Garcia otworzył usta, zamknął je i znów otworzył.
    — Nie wiem, milordzie.
    — Czy był wsunięty w blat?
    — Raczej nie.
    Martinez spojrzał na Michi.
    — To wszystko, jak sądzę — powiedział.
    — Dziękuję, Garcia — rzekła Michi.
    Szef statkowych policjantów zasalutował i wyszedł. Michi spojrzała na Martineza.
    — Celna uwaga o kluczu kapitana. Ma dostęp praktycznie do wszystkiego. — Odwróciła się do biurka i zaczęła wprowadzać kody. — Skasuję przywileje klucza.
    Okazało się, że nie jest to konieczne. Przyszedł doktor Xi z raportem i położył przed Michi klucz Fletchera — plastikowy pasek na elastycznej taśmie.
    — Znalazłem taśmę owiniętą wokół nadgarstka.
    Lord Yuntai Xi, niski mężczyzna z brzuszkiem, miał starannie utrzymaną białą brodę i sięgające za kołnierz przetykane siwizną włosy. Jego brązowe oczy patrzyły smutno. Klan Xi był klientem Gombergów, a doktor znał kapitana od małego.
    — Ponieważ kilka ostatnich godzin spędziliśmy na stanowiskach bojowych — kontynuował monotonnym głosem — mogłem przeprowadzić tylko powierzchowne dochodzenie. Po prawej stronie czaszki jest znaczne wgniecenie, skóra jest rozerwana. Pęknięcie czaszki to oczywista przyczyna śmierci. Innych ran nie ma. Wykonałem małe nacięcie pod żebrami z prawej strony i włożyłem do wątroby termometr. Na podstawie pomiaru stwierdzam, że śmierć nastąpiła o 0401, z dokładnością do półgodziny. Martinez pomyślał, że 0401 to zaledwie siedem minut po zmianie kursu, która mogła spowodować upadek i śmierć kapitana.
    — Dziękuję, lordzie doktorze — powiedziała Michi. — Wobec wątpliwości, które z pewnością się zrodzą, należy dokonać sekcji zwłok.
    Xi zamknął oczy i westchnął.
    — Tak jest, milady.
    Gdy wyszedł, Michi wzięła klucz Fletchera i zamyśliła się, trzymając w dłoni cienki plastikowy pasek.
    — Czy chce pani, żebym złożył oświadczenie w obecności załogi? — spytał Martinez.
    — Nie, ja to zrobię. — Wrzuciła klucz do śmieci. — Co za tragiczny zbieg okoliczności.
    — Tak, milady — potwierdziła Kazakov. Miała zamyśloną minę.
    — Zbieg okoliczności? — spytał Martinez.
    — Najpierw Kosinic — wyjaśniła Kazakow — a potem kapitan Fletcher.
    Kosinic był pierwszym oficerem taktycznym lady Michi. Umarł na początku podróży z Harzapid do Zanshaa. Dołączywszy do rodziny Chenów, Martinez wskoczył na jego miejsce.
    — Zbieg okoliczności? — powtórzył. — Nie rozumiem, co pani ma na myśli. Sądziłem, że Kosinic zmarł wskutek ran odniesionych pod Harzapid.
    — Nie. — Michi patrzyła gniewnie. — Upadł i rozbił sobie głowę.

* * *

    Martinez wrócił do swojej kabiny, a tam Alikhan i inni dwaj ordynansi już pakowali jego rzeczy. Kapitan przystanął w drzwiach.
    — Milordzie, przypuszczam, że przenosimy się do kabiny kapitana — powiedział Alikhan.
    — Chyba tak. — Jego dotychczasowe plany nie sięgały aż tak daleko.
    Nie miało również sensu dociekanie, w jaki sposób Alikhan dowiedział się o tym, że miejsce w kapitańskiej kwaterze zostało opuszczone. Choć oficjalnie nie ogłoszono śmierci Fletchera, z pewnością wszyscy na statku już o tym wiedzieli.
    — Usunęliśmy naszywki sztabowe ze wszystkich pańskich bluz, z wyjątkiem tej, którą ma pan na sobie — powiedział Alikhan. — Milordzie, czy mógłby pan dać mi swoją bluzę?
    Martinez odpiął kołnierzyk i wszedł do kabiny sypialnej. Alikhan z kolegami prawie ukończyli pracę — nadzwyczaj sprawnie, zważywszy na ilość sprzętu, który oficer musi brać ze sobą, przenosząc się z jednego stanowiska na drugie.
    — Czy rzeczy kapitana też są już spakowane? — spytał.
    — Wszystko, poza tym, co było w jego gabinecie — odparł Alikhan. — Stoi tam na straży policjantka.
    — Jasne. — Martinez, opuścił swoją kabinę, zapiął kołnierzyk i ruszył korytarzem do gabinetu Fletchera. Na jego widok policjantka stanęła na baczność.
    — Proszę ze mną — powiedział i ruszył na obchód gabinetu, odwracając wzrok od biurka ze śladami krwi i skrawkami skóry Fletchera. W progu kabiny sypialnej zamarł z rozwartymi oczami.
    Z wypowiedzi Chandry wnioskował, że może się tu spodziewać erotycznych obrazów na ścianach, ale Fletcher nie udekorował swego pokoju aż tak prozaicznie. W innych miejscach na statku kazał położyć jasne kafelki albo namalować klasycznie skomponowane freski, u siebie natomiast wyłożył ściany starymi, pociemniałymi i podziurawionymi belkami. Nigdy ich nie szlifowano i nie malowano, prawdopodobnie zostały tylko ogniotrwałe zabezpieczone, zgodnie z przepisami Floty; ogólnie sprawiały wrażenie, jakby pochodziły z jakiegoś zapadłego domu z dawnych wieków. Panele sufitowe były równie stare, też z ciemnego drewna, lecz wygładzone i lekko pociągnięte lakierem. Na podłodze leżały kafelki barwy błota, tworzące geometryczne wzory, a oświetlenie stanowiły proste kinkiety z ręcznie kutej miedzi. Na ścianach wisiały ciemne stare obrazy w metalowych ramach połyskujących złotem i srebrem.
    Na przeciwległej ścianie dominowała naturalnej wielkości postać mężczyzny, wykonana z porcelany. Mężczyznę okrutnie torturowano, a potem rozpięto na drzewie, by umarł. Na półprzezroczystym porcelanowym ciele widoczne były rany cięte, krew, ślady po przypiekaniu rozpalonymi szczypcami — wszystko to oddane przez artystę ze znakomitą dokładnością. Mimo ran i zmaltretowanego ciała, starannie ogolona twarz mężczyzny była spokojna, nieziemska, z nienaturalnie wielkimi ciemnymi oczyma, sięgającymi aż do skroni. Jego włosy zwisały długimi puklami aż do ramion. Martinez podszedł krok bliżej — zobaczył, że postać przymocowano metalowymi taśmami do kawałka prawdziwego drzewa.
    Patrzył zdumiony to na rzeźbę, to na dwóch służących, którzy stali na baczność przy otwartych skrzyniach wypełnionych rzeczami kapitana.
    — Co to takiego? — nie mógł się powstrzymać od pytania.
    — Należy do kolekcji kapitana Fletchera, milordzie — wyjaśnił starszy z nich, siwy mężczyzna o długim nosie i wilgotnych, ruchliwych wargach.
    — Ty jesteś Narbonne? — spytał Martinez.
    — Tak, milordzie.
    — Poczekajcie chwilę.
    Martinez przywołał Marsdena, kapitańskiego sekretarza.
    — Proszę o pełną inwentaryzację dobytku kapitana Fletchera — rzekł. — Chcę, żebyś podpisał protokół przy obecnych tu świadkach, w tym… — Skinął na strażnika. — Jak się nazywasz?
    — Huang, milordzie.
    — W tym Huanga.
    — Dobrze, milordzie. — Marsden skłonił łysą głowę.
    — Spróbuję otworzyć sejf kapitana, żebyśmy mogli zinwentaryzować jego zawartość.
    — Tak jest, milordzie.
    Dostanie się do sejfu okazało się trudniejsze niż Martinez oczekiwał. Szyfr był zapisany w bazie dostępnej dla kapitana, ale Fletcher zmienił go przynajmniej raz, odkąd objął dowództwo, i stara kombinacja nie działała. Martinez dostał od Michi kapitański klucz Fletchera, ale to też się nie przydało. W końcu musiał wezwać głównego mechanika Gawbyana. Mechanik — mężczyzna o imponujących wąsach, zawiniętych tak wysoko, że sięgały niemal brwi — przybył ze swoim pomocnikiem i torbą z narzędziami. Po kilku próbach otworzyli wreszcie sejf, który ujawnił nieciekawą zawartość: trochę pieniędzy, piękny, wykonany na zamówienie pistolet z pudełkiem amunicji, trochę wyciągów bankowych, akcji giełdowych i dwa małe pudełka. W jednym z nich leżała mała, krucha ze starości książka, zapisana niezrozumiałym starożytnym alfabetem. Drugie zawierało posążek z białego jadeitu, przedstawiający prawie nagą sześcioramienną kobietę, tańczącą na czaszce. Martineza to nie zaszokowało — przecież przed chwilą widział zamęczonego mężczyznę przywiązanego do drzewa.
    Przypuszczał, że książka i posążek są wartościowe, postanowił więc je przechować we własnym sejfie, dopóki Gawbyan nie skończy naprawiać zniszczonego zamka.
    — Zanotuj — polecił Marsdenowi — że zabrałem na przechowanie książeczkę i posążek kobiety.
    — Tak jest, milordzie. — Marsden zapisał to w kompnotesie. Martinez zaniósł przedmioty do swego gabinetu, a w drodze powrotnej spotkał, wchodzącego schodnią doktora Xi, pachnącego lekko środkiem dezynfekującym. Xi wyprężył się.
    — Właśnie szedłem złożyć raport lady Michi — wyjaśnił.
    — Tak?
    Patrzył przez chwilę smutnymi oczyma na Martineza, ale potem wzrok mu stwardniał.
    — Jeśli pan chce, proszę ze mną — powiedział.
    Gdy weszli do gabinetu Michi, doktor w nietypowy sposób zasalutował.
    — Przeprowadziłem sekcję — oznajmił. — Właściwie nie była potrzebna. Od początku było oczywiste, że to morderstwo.
    Michi zacisnęła wargi w wąską linię.
    — Oczywiste? Jak to? — spytała.
    — Założyłem siatkę czujników wokół głowy kapitana i otrzymałem trójwymiarowy obraz. Kapitan Fletcher otrzymał trzy oddzielne uderzenia w skroń. Poranny powierzchowny ogląd nie ujawnił tych trzech uderzeń, ale na trójwymiarowym obrazie są widoczne.
    — Trzykrotnie uderzono jego głową o biurko? — spytała Michi.
    — Albo dwa razy uderzono tępym narzędziem, a potem ciśnięto go na biurko, żeby wyglądało to na wypadek.
    — Przywołać sprzętowca pierwszej klasy, Garcię, do gabinetu dowódcy eskadry — powiedziała Michi do swojego biurka. Spojrzała na Martineza. — Kto jest oficerem żandarmerii?
    — Corbigny, milady.
    Michi ponownie zwróciła się do biurka:
    — Przywołać również porucznika Corbigny.
    — Wątpię, by ciało porucznika Kosinica było nadal na statku — zwrócił się Martinez do doktora Xi.
    — Nie, ciało znajduje się w zamrażarce. Nie kremujemy ciał.
    — Może powinien je pan obejrzeć.
    Xi odwrócił wzrok i spojrzał na ścianę nad głową Michi. Wydął usta, potem je przygryzł.
    — Powinienem — oznajmił. — Szkoda, że tego nie zrobiłem, gdy umarł.
    — Dlaczego pan tego nie zrobił?
    — Przyczyna śmierci wydawała się oczywista. Podczas walk pod Harzapid Kosinic doznał złamania kości i ran głowy. Gdy przyszedł na statek, twierdził, że czuje się dobrze, ale dokumentacja szpitalna mówiła o nieznośnych bólach głowy, zawrotach i omdleniach. Gdy znaleziono go martwego, wydawało się oczywiste, że zasłabł i uderzył się w głowę.
    — Gdzie go znaleziono?
    — W sterowni oficera flagowego.
    — Co tam robił? — Martinez był zdziwiony.
    Michi odpowiedziała dopiero po dłuższej chwili.
    — Li i Coen mówili mi, że czasami pracował tam samotnie. Miał więcej spokoju niż w mesie oficerskiej.
    — Czym konkretnie się zajmował?
    — Był oficerem taktycznym. Kazałam mu zaplanować manewry eskadry i skoncentrować się na obronie Zanshaa.
    Martinez usłyszał, że ktoś wchodzi, i odwrócił się. To sprzętowiec Garcia wszedł do pokoju i stanął na baczność.
    — Milady, melduje się pierwszy sprzętowiec Garcia.
    — Dziękuję, Spocznij i rób notatki, jeśli ci potrzebne.
    Po kilku sekundach przyszła Corbigny. Wydawała się speszona obecnością dowódcy eskadry. Szczupła, ciemnowłosa, młoda, była najmłodszym porucznikiem na statku i dlatego dostawała zadania, których nie chcieli inni oficerowie. Jedno z nich to stanowisko oficera żandarmerii — teoretycznie dowodziła policją statkową. Nadzór nad żandarmerią umożliwiał jej przynajmniej szybkie przeszkolenie w zakresie różnych występków, deprawacji, przemocy — to wiedza bardzo pożądana, a może nawet konieczna w dalszej oficerskiej karierze.
    Garcia poprawił displej mankietowy.
    — Zapisuję, milady.
    Michi mówiła pośpiesznie, urywanymi zdaniami, jakby chciała się z tym szybko uporać.
    — Lord doktor przeprowadził badanie, które wykazało, że kapitan Fletcher został zamordowany. Przejmujecie odpowiedzialność za śledztwo.
    Oczy Garcii rozszerzyły się, Corbigny zbladła.
    — Gabinet kapitana Fletchera należy zaplombować i szczegółowo sprawdzić. Szukać odcisków palców, śladów włókien, włosów, wszystkiego, co ktoś mógł zostawić przez nieuwagę. Szczególnie starannie…
    — Milady! — zawołał rozpaczliwie Garcia.
    — Garcia? — spytała Michi.
    — Odciski palców, analiza włosów… Nie wiem, jak to się robi! Do takich spraw szkoli się służby dochodzeniowe, a nie żandarmerię!
    Martinez spojrzał na Garcię z sympatią. Żandarmeria zajmowała się przypadkami wandalizmu, drobnymi przestępstwami, wkraczała w bójki, aresztowała pijanych winem produkowanym w plastikowych torbach, które ukrywali w szafkach ubraniowych. Techniczne aspekty śledztwa zupełnie nie wchodziły w zakres ich kompetencji.
    Usta Michi ułożyły się w cienką linię, palce zabębniły kilka razy po blacie, ale Michi zaraz się odprężyła.
    — Może oglądałam za dużo sztuk „Doktor An-ku” — przyznała. — Myślałam, że są profesjonaliści, którzy potrafią zająć się takimi rzeczami.
    — Są, milady — odparł Garcia — ale przypuszczam, że nie na tym statku.
    Michi potarła czoło pod prostą grzywką.
    — Proszę jednak bardzo starannie sprawdzić gabinet kapitana — powiedziała.
    — Może z substancji, które mam w aptece, uda mi się zrobić proszek daktyloskopijny — wtrącił doktor Xi, ukrywając uśmiech w swej białej bródce. — Przeprowadzę próby i zobaczę, co się da wykombinować.
    — Dobry pomysł. Warto, żeby pan od razu do tego się zabrał — stwierdziła Michi.
    — Naturalnie. — Xi, przed chwilą przygarbiony, wyprostował się i odwrócił, by wyjść. Nagle coś mu się przypomniało, sięgnął do kieszeni i wyjął przezroczyste plastikowe pudełko; prawdopodobnie w takich pudełkach trzymał swoje próbki.
    — Zdjąłem biżuterię z ciała kapitana — powiedział. — Komu mam to oddać?
    — Kazałem zinwentaryzować dobytek kapitana. Wezmę pudełko, jeśli pan chce — zaproponował Martinez.
    Wziął pudełko i zajrzał przez plastikową pokrywkę. Wewnątrz była para pierścieni — masywny sygnet z emaliowanego złota z połączonymi herbami Fletcherów i Gombergów oraz mniejszy pierścień wykonany z misternej srebrnej plecionki — oraz wisior na łańcuszku. Uniósł pudełko do światła i zobaczył, że wisior, mający kształt drzewa ayaca w pełnym rozkwicie, mienił się diamentami, rubinami i szmaragdami.
    — Powinniśmy się dowiedzieć: gdzie kto był w czasie tych krytycznych godzin — kontynuowała Michi. — I czy nie widziano kogoś w pobliżu kwatery kapitana.
    Garcia znów wyglądał tak, jakby rozpacz chwyciła go za gardło.
    — Milady, na „Prześwietnym” jest ponad trzysta osób, a ja mam tylko dwóch pomocników.
    — Większość załogi wtedy spała — zauważyła Michi. — Polecimy szefom oddziałów, by sporządzili raporty, więc nie będziesz musiał osobiście wszystkich przesłuchiwać.
    — Jeszcze dziś wyślę do szefów oddziałów stosowne instrukcje — rzekł Martinez.
    Michi spojrzała spokojnie na Garcię.
    — Zacznij teraz od dokładnej wizji lokalnej.
    — Tak jest, milady.
    Wyprężył się, salutując, i z wyraźną ulgą wyszedł. Michi przez chwilę patrzyła za nim, a potem odwróciła się do Martineza. W jej uśmiechu dostrzegł ironię.
    — Jakieś uwagi, kapitanie?
    — Trzy przypadki śmierci — odparł Martinez — a ja nie widzę między nimi związku. Gdyby były tylko dwa, byłoby lepiej.
    Michi uniosła brwi.
    — Co pan ma na myśli?
    — Gdyby tylko Kosinic i Fletcher byli martwi, to przypuszczałbym, że zabójcą jest ktoś, kto żywi urazę do oficerów. Gdyby tylko Thuc i Fletcher — przypuszczałbym, że Fletchera zabił ktoś, kto chciał pomścić Thuca. Ale nie widzę żadnego związkumiędzy tą trójką.
    — Może nie ma żadnego związku.
    Martinez zastanowił się nad tym.
    — Raczej w to nie wierzę — stwierdził.
    Michi przygarbiła się na krześle. Patrzyła w bok, na figurkę półnagiej kobiety z brązu, podtrzymującej misę z owocami. Widocznie nie znalazła tam odpowiedzi, dlatego znowu zwróciła się do Martineza:
    — Nie wiem, co mam jeszcze robić, więc wypiję koktajl. Przyłączy się pan?
    Martinez już miał przyjąć zaproszenie, ale zmienił zdanie.
    — Może lepiej zacznę nadzorować prace Garcii.
    — Może. — Michi wzruszyła ramionami. — Proszę mi dać znać, jak coś odkryjecie.
    Martinez wyprężył się, salutując, potem się odwrócił, by wyjść, i wtedy zobaczył podporucznik Corbigny, która cały czas stała bez słowa.
    — Jakieś pytania, pani porucznik? — spytał.
    — Nie, milordzie.
    — Może pani odejść — powiedziała Michi.
    Corbigny stanęła na baczność, a potem czmychnęła.
    — Czy jutro mamy przeprowadzać eksperyment? — spytał Martinez na odchodnym.
    — Odkładamy.
    — Tak jest, milady.
    W gabinecie Fletchera nie znaleziono prawie niczego. Narbonne i inni służący utrzymywali tam zbyt wielki porządek. Garcia i Martinez, pełzając na kolanach, znaleźli tylko kilka włosów — włożyli je do słoiczków przekazanych przez doktora Xi. Potem doktor przyniósł w miękkiej buteleczce zrobiony domowym sposobem argentorat. Pokrywając nim wszystkie powierzchnie uzyskali kilkadziesiąt odcisków, większość na tyle dobrej jakości, że mógł je zidentyfikować zwykły czytnik odcisków palców z biurka Marsdena.
    Tymczasem Michi skierowała do załogi oświadczenie, że kapitan Fletcher umarł i Martinez został wyznaczony na jego stanowisko. Martinez, który na klęczkach wpatrywał sięw podniesionąpincetą rzęsę, z jakiegoś powodu nie czuł całego majestatu władzy, złożonej teraz oficjalnie na jego barki.
    — Z żalem informuję załogę „Prześwietnego” — mówiła Michi — że kapitan Fletcher poniósł śmierć w wyniku przestępstwa. Jeśli któryś z członków załogi wie coś, co ma związek z tym wydarzeniem, proszę o zgłoszenie się do żandarmerii lub do któregoś z oficerów. Lord kapitan został zamordowany między 0301 a 0501. Zeznania każdej osoby, która w tym czasie zauważyła jakiś podejrzany ruch lub nietypową aktywność, będą bardzo przydatne.
    Głos Michi nabrał stanowczości, niemal srogości.
    — Eskadra jest samotna, leci w głąb terytorium wroga. Jesteśmy narażeni na wrogie akcje i nie możemy sobie pozwolić na nieład i bezprawie w naszych szeregach. Każda nasza słabość umacnia wroga. Jestem zdecydowana… — niemal to wykrzyczała — zdecydowana znaleźć zabójcę lub zabójców kapitana Fletchera i ukarać ich.
    Następnie kontynuowała spokojniejszym tonem:
    — Ponawiam prośbę do wszystkich, którzy mają jakieś informacje, by je ujawnili, nim zostaną popełnione kolejne zbrodnie. Mówiła dowódca eskadry, Chen, w imieniu Praxis.
    Martinez był pod wrażeniem. Drinki dobrze jej zrobiły — pomyślał.
    Przed chwilą zazdrościł Michi, że mogła się napić. Jeśli badanie daktyloskopijne, porównywanie włosów, analiza włókien mają cokolwiek wyjaśnić, będzie to długa i żmudna praca, a on nie miał na to czasu.
    Musiał dowodzić okrętem.
    Skończył na razie swoje zadanie, wstał i rozejrzał się po gabinecie: ładne kafelki, elegancka boazeria, rzeźby wojowników w zbrojach, serwantki z pięknymi przedmiotami — wszystko to poplamione proszkiem. Gdyby celowo zamierzał popsuć wdzięk i doskonałość, którymi Fletcher wypełniał swe życie, na pewno rezultat nie byłby lepszy.
    — Lordzie kapitanie, czy mógłbym dostać kody do bazy odcisków palców załogi? — spytał Xi.
    — Tak, jak tylko je znajdę.
    — Wrócę do siebie i postaram się jak najlepiej to rozpracować — powiedział Xi.
    Martinez przypomniał sobie koktajle Michi.
    — Chciałbym najpierw zaprosić pana na drinka.
    Xi przyjął zaproszenie. Martinez przywołał Alikhana i polecił podać doktorowi drinka w swoim starym gabinecie.
    — Muszę coś szybko załatwić — rzekł. — Przyjdę do pana za kilka minut.
    Martinez wziął od Marsdena podpisany egzemplarz spisu rzeczy Fletchera, a potem kazał je przenieść do szafy, którą zamykał jego klucz i hasło. Odprawił służących Fletchera i kazał im posprzątać jego gabinet. Nie zazdrościł im tej pracy. Potem poszedł do swojej kabiny. Tam wśród pulchnych chłopiąt siedział wygodnie Xi ze szklaneczką whisky w dłoni. Próbki z miejsca zbrodni leżały przed nim na biurku.
    Alikhan zapobiegliwie zostawił tacę z dodatkową kryształową szklanką, whisky w karafce i chłodną wodą w szklanicy, na której brzegu osiadły klejnoty pary wodnej. Martinez nalał sobie drinka i usiadł na krześle.
    — Dobra whisky, milordzie — powiedział Xi. — Mocno dymna.
    — Z Laredo — wyjaśnił Martinez. — Stamtąd pochodzę. — Ojciec przesłał mi skrzynki najlepszych trunków z Laredo w nadziei, że szersza degustacja zwiększy eksport.
    — Brak subtelności z nawiązką nadrabia wigorem — stwierdził Xi.
    Martinez z czułością powąchał bukiet.
    — Za wigor! — Wzniósł szklankę i wypił.
    Whisky wypaliła w jego gardle ognistą ścieżkę. Patrzył przez graniastosłupy rżniętego szkła na dymny płyn i wspomniał długi, osobliwy dzień.
    — Milordzie, czy ma pan jakiś pomysł? Jakąś sugestię? — spytał.
    — Chodzi panu o to, kto jest odpowiedzialny? Nie, nie mam pojęcia.
    — Albo dlaczego?
    — Też nie.
    Martinez zamieszał whisky.
    — Znał pan kapitana Fletchera od dawna.
    — Tak, od dzieciństwa.
    Kapitan odstawił szklankę i spojrzał na białobrodego mężczyznę, siedzącego po przeciwnej stronie biurka.
    — Proszę mi o nim opowiedzieć.
    Xi nie od razu zaczął. Mocno ściskał kciukami szklankę, aż palce mu pobielały. Po chwili nieco się odprężyły.
    — Lord Gomberg Fletcher był wyjątkowo dobrze urodzony i nadzwyczaj bogaty. Większość ludzi bogatych, o wysokim statusie, zakłada, że ich pozycja nie jest zwykłym szczęśliwym trafem losu, lecz skutkiem jakiejś kosmicznej sprawiedliwości, czyli że każda osoba równie świetna i prawa jak oni zajmie takie samo miejsce w społeczeństwie. — Xi zmarszczył brwi. — Według mnie kapitan Fletcher traktował swoją pozycję bardziej jako brzemię niż źródło przyjemności.
    Martineza zaskoczyły jego słowa.
    — Nie… nie odniosłem takiego wrażenia.
    — Spełnianie oczekiwań świata to trudne zadanie — zauważył Xi. — Myślę, że bardzo się starał. Świetnie mu się udało, ale sądzę, że nie był z tego powodu szczęśliwy.
    Martinez spojrzał na ściany, na dzieci o różowych policzkach.
    — A kolekcja dzieł sztuki? — Wskazał trzepoczące skrzydłami bobasy. — Czy to nie dawało mu szczęścia?
    — Dla osoby o jego statusie niewiele zostaje ról społecznych — podpowiedział Xi. — Rola estety chyba była z tego najciekawsza. — Zmarszczył brwi, na czole pojawiła się zmarszczka w kształcie litery X. — Estetyzm zajął tę część jego życia, której nie zagarnęło wojsko. Nie pozostało mu wiele czasu na zajmowanie się swoim szczęściem. — Spojrzał na Martineza.
    — Czy nie dziwiły pana te ciągłe inspekcje, te musztry? — kontynuował Xi. — Te rytuały: galowe stroje do każdego posiłku, wysyłanie bilecików, choć mógł z łatwością kontaktować się przez komunikator? Moim zdaniem to wszystko było po to, by odegnać myśli.
    „Tępy jak zardzewiały nóż”. Martinez przypomniał sobie słowa Chandry.
    Pociągnął whisky, analizując słowa Xi.
    — Chce pan powiedzieć, że kapitan Fletcher był czymś w rodzaju imitacji człowieka? — spytał ostrożnie.
    — Ludzie realizują się w walce z przeciwnościami losu, w konfrontacji z oponentami albo wtedy, gdy stoją wobec negatywnych konsekwencji swych decyzji — powiedział doktor. — W przypadku Fletchera nie było oponentów, przeciwności losu ani negatywnych konsekwencji. Dostał rolę i grał ją bardziej czy mniej przekonująco. — Xi opuścił głowę i przyglądał się szklance, którą oparł na wypukłym brzuchu. — On nigdy nie kwestionował swojej roli. Często żałowałem, że tego nie robił.
    Martinez tak głośno postawił szklankę na stole, że aż Xi drgnął.
    — Fletcher nie odczuł żadnych ujemnych konsekwencji swych decyzji, dopóki nie zabił Thuca — rzekł.
    Xi milczał.
    — Czy w ten sposób wypełnił pustkę życia? Podcinając człowiekowi gardło?
    Ciemne błyszczące oczy Xi spojrzały badawczo na Martineza spod białych brwi.
    — Rozmawiałem z nim tego dnia, gdy to się stało. Lady Michi tego zażądała. Chyba miała nadzieję, że stwierdzę niepoczytalność kapitana Fletchera, i będzie mogła usunąć go ze stanowiska. — Wydął wargi. — Musiałem ją, niestety, rozczarować: kapitan był absolutnie poczytalny.
    — Więc dlaczego zabił Thuca?! — Martinez niemal krzyczał. Xi szybko oblizał wargi.
    — Powiedział, że zabił inżyniera Thuca, bo wymagał tego honor „Prześwietnego”.
    Martinez wpatrywał się w doktora, słowa uwięzły mu w gardle. Pociągnął whisky.
    — Co pan ma na myśli? — spytał w końcu.
    Xi tylko wzruszył ramionami.
    — Był pan jego przyjacielem?
    Xi pokręcił głową.
    — Gomberg nie miał na statku przyjaciół. Bardzo pedantycznie przestrzegał tego, by obracać się w swoich sferach społecznych, i tego samego wymagał od innych.
    — Ale pan z nim podróżował?
    Xi uśmiechnął się lekko i potarł dłonią udo.
    — Zawód lekarza ma swoje zalety. Miałem praktykę na Sandamie, opłacalną, lecz nudną. Sam stałem się tak nudny, że żona opuściła mnie dla innego mężczyzny. Dzieci dorosły.. Gdy Gomberg jako młody człowiek został dowódcą statku i zaproponował mi posadę, uzmysłowiłem sobie, że nigdy nie widziałem Zanshaa ani Paszczy, ani Wielkiego Rynku na Harzapid. Dzięki niemu zwiedziłem te wszystkie miejsca oraz wiele innych.
    Martinez czuł przypływ złości. Opowiadanie doktora do niczego nie prowadziło — wciągało tylko w zagadkę osobowości Gomberga Fletchera, a Martinezowi zależało wyłącznie na znalezieniu zabójcy. Nie obchodziły go nawet motywy. Chciał tylko wiedzieć kto to zrobił. I chciał do tego dojść najbardziej skutecznym sposobem.
    — Co to za obiekt wisi w sypialni Fletchera? — spytał. — Ten mężczyzna przywiązany do drzewa.
    Na ustach Xi pojawił się uśmieszek.
    — To część jego kolekcji, której nie można publicznie pokazywać. Kapitan Fletcher otrzymał specjalne pozwolenie z Biura Cenzury na zbieranie sztuki religijnej.
    Martinezowi odebrało mowę. Kulty i religie były zabronione dla dobra społeczeństwa. W Praxis za religię uważano każdą wiarę czy sektę, która głosi nieracjonalne i niesprawdzalne tezy na temat wszechświata. Zakazana była również sztuka inspirowana jakimkolwiek kultem. Takie dzieła można było obejrzeć wyłącznie w Muzeach Przesądów, które wzniesiono w głównych miastach imperium.
    Oczywiście byli również prywatni kolekcjonerzy oraz uczeni, zajmujący się tą dziedziną sztuki, ale uważano, że są wiarygodni i odpowiednio traktują tego rodzaju materiał wybuchowy. Aż trudno było uwierzyć, że ktoś taki, wraz z częścią swoich zbiorów, mógłby się znaleźć na „Prześwietnym”.
    — Czy interesował się jakąś konkretną religią? — spytał wreszcie Martinez.
    — Tymi, które inspirowały dobre malarstwo i rzeźbę — powiedział Xi. — Czy wie pan cośo starożytnejsztuce Terry…
    — Nic — odparł krótko.
    — Wiele z tego, zwłaszcza we wczesnym okresie, było tworem takiego czy innego kultu. Oczywiście większość tych kultów nie ma już wyznawców, a tę sztukę widuje się tylko w zwykłych muzeach.
    — Rzeczywiście. — Martinez bębnił palcami po stole. — Czy orientuje się pan, dlaczego kapitan Fletcher umieścił ten… ten obiekt na ścianie w takim miejscu, by go widzieć tuż przed snem?
    — Nie wiem. — Xi sprawiał wrażenie, że jest szczery. — Sam chciałbym znać odpowiedź, lordzie kapitanie.
    — Może to był element jakiejś zabawy erotycznej?
    — Wątpię, czy Gomberga interesowało erotyczne biczowanie — powiedział Xi z rozbawieniem. Potem wzruszył ramionami. — Choć niezliczona jest rozmaitość ludzkich upodobań.
    Martinez czuł się zawiedziony i znów wzbierała w nim złość.
    — Skoro pan tak twierdzi…
    Xi postawił pustą szklankę na tacy.
    — Dziękuję za drinka, lordzie kapitanie. Żałuję, że nie okazałem się zbyt pomocny.
    Martinez spojrzał znacząco na próbki kryminalistyczne.
    — Sądzę, że to okaże się pomocne.
    — Mam nadzieję. — Xi wstał i zebrał małe plastikowe pudełeczka. — Zabiorę się do badań, jeśli pan pozwoli.
    Kapitan westchnął.
    — Do dzieła, lordzie doktorze.
    Xi nawet nie zasalutował. Po jego wyjściu Martinez przywołał Alikhana.
    — Powiedz Perry'emu, że może przynieść kolację, jeśli już ją przygotował. Do jutra nie przeniosę się do kwatery kapitana. Rozpakuj potrzebne rzeczy, żebym miał na rano.
    — Tak jest, milordzie. — Alikhan pochylił się nad biurkiem, by nalać Martinezowi nowego drinka. — Coś jeszcze, milordzie?
    — Co ludzie mówią?
    — Milordzie, przez cały dzień byłem tutaj i pakowałem rzeczy. Nie miałem okazji z nikim porozmawiać.
    — Rzeczywiście — przyznał cicho Martinez. — Dziękuję.
    Alikhan wyszedł. Martinez przejrzał dane świeżo udostępnione za pomocą kapitańskiego klucza i odciska kciuka, i przesłał doktorowi Xi dostęp do bazy odcisków palców. Po kilku minutach Perry przyniósł kolację. Martinez jadł lewą ręką, a prawą pracował pisakiem na desktopie, sporządzając spis wszystkich rzeczy, które musiał zrobić i o których musiał pomyśleć po objęciu dowództwa.
    Gdy Perry zabrał talerze, Martinez posłał wiadomości do wszystkich starszych podoficerów, szefów departamentów, polecając im, by zdali relację z tego, co robili ich podwładni w krytycznych chwilach tego ranka. Uważał, że najlepiej to zrobić od razu, gdy pamięć jest jeszcze świeża. Potem skomunikował się z pierwszym porucznik Fulvią Kazakov.
    — Czy pani porucznik jest teraz na służbie?
    — Nie, milordzie. — Wydawała się zdziwiona tym pytaniem.
    — Byłbym zobowiązany, gdyby pani wstąpiła do mojego gabinetu.
    — Oczywiście, milordzie. — I po chwili spytała: — A do którego, milordzie?
    Martinez uśmiechnął się.
    — Do mojego dawnego, czyli do pani dawnego.
    Gdy wszedł na ten statek, był trzecim co do rangi oficerem, więc zajął trzecią pod względem prestiżu kwaterę, należącą wówczas do pierwszego porucznika. Kazakov przeniosła się do kabiny młodszego od niej rangą porucznika. I tak się kolejno przesuwano, aż najmłodszy porucznik musiał zamieszkać u kadetów. Jutro wszyscy odetchną z ulgą, gdy wrócą na swoje miejsca, pomyślał Martinez.
    Oczywiście z wyjątkiem kapitana Fletchera — jego ciało krystalizowało się powoli w zamrażarce.
    Przyszła Kazakov, rozsiewając metaliczny zapach perfum. Miała na sobie galowy mundur, którego wysoki kołnierz podkreślał jej długą szyję i sercokształtną twarz. Pałeczki wetknięte w kok z tyłu głowy połyskiwały macicą perłową.
    — Proszę usiąść, milady — powiedział Martinez, gdy Kazakov stanęła na baczność. — Mógłbym zaproponować pani wino? Albo cośinnego?
    — Chętnie, to co pan pije, milordzie.
    Nalał jej wina z butelki, którą Perry przyniósł mu na kolację. Kazakov uprzejmie upiła łyk z kieliszka, po czym odstawiła go na biurko.
    — Jestem zupełnie inny niż kapitan Fletcher — zaczął Martinez.
    — Tak, milordzie. — Kazakov nie zdziwiła się tym stwierdzeniem.
    — Ale bardzo postaram się być jak kapitan Fletcher, przynajmniej chwilowo.
    — Rozumiem, milordzie. — Kazakov skinęła głową.
    Ciągłość jest bardzo ważna. Fletcher wiele lat dowodził „Prześwietnym” i jego zwyczaje i specyficzne cechy osobowości stały się częścią statkowej rutyny. Nagła zmiana mogłaby zakłócić równowagę rozległej organicznej sieci, jaką tworzyła załoga. Tę sieć już i tak zaburzyły wydarzenia ostatnich dni.
    — Zamierzam kontynuować rygorystyczne inspekcje kapitana Fletchera — oznajmił Martinez. — Mogłaby mi pani powiedzieć, czy przeprowadzał inspekcje wydziałów rotacyjnie, czy też wybierał je przypadkowo?
    — Chyba przypadkowo. Nie zauważyłam jakiejś regularności. Jednak przed wyjściem z gabinetu zwyczajowo zawiadamiał szefa danego wydziału, że idzie na przegląd. Zależało mu na tym, żeby inspekcje były dość niespodziewanie, ale nie chciał wkraczać w sam środek jakiejś ważnej pracy.
    — Rozumiem. Dziękuję.
    Upił trochę wina. Wydało mu się skwaśniałe. Terza posłała mu najlepsze wina z piwnic klanu Chenów w Górnym Mieście, ale Martinez nie znalazł w tym napoju nic nadzwyczajnego.
    — Czy mogłaby mi pani zdać raport na temat stanu statku? Nieformalnie, nie potrzebuję tych wszystkich danych liczbowych.
    Kazakov uśmiechnęła się i włączyła displej mankietowy.
    — Mam dane, jeśli pan chce — powiedziała.
    — Nie teraz. Proszę tylko o słowne podsumowanie.
    „Prześwietny” — co nie dziwiło — był w dobrym stanie. Nie został uszkodzony podczas buntu przy Harzapid ani w bitwie przy Protipanu. Zapasy jedzenia, wody i paliwa z nawiązką wystarczą na planowaną podróż. Zapasy pocisków natomiast znacznie spadły: podczas bitwy i w akcjach niszczenia nieprzyjacielskich statków magazyny krążownika opustoszały w dwóch piątych.
    A to może stanowić problem, jeśli siły Chen będą zmuszone do walki z wrogiem przeważającym liczebnie albo mniej skłonnym do współpracy niż eskadra Naksydów przy Protipanu.
    — Dziękuję, lady Fulvia. Czy mogłaby mi pani udzielić jakichś informacji na temat oficerów? Znam ich na gruncie towarzyskim, ale nigdy z nimi nie współpracowałem.
    Kazakov uśmiechnęła się.
    — Z radością stwierdzam, że mamy na statku wspaniałych oficerów. Z wyjątkiem jednego, wszyscy zostali wybrani przez kapitana Fletchera. Już wcześniej wielu z nas przyjaźniło się ze sobą. Nadzwyczaj dobrze nam się razem pracuje.
    „Wybrani przez kapitana Fletchera”. W oczach Martineza nie była to szczególna rekomendacja, ale skinął głową.
    — A oficer, który nie został wybrany? — spytał. Kazakov myślała chwilę, nim udzieliła odpowiedzi.
    — Nie ma żadnych zastrzeżeń co do wypełniania przez nią obowiązków. Jest bardzo kompetentna.
    Martinez nie pokazał po sobie, że spodobała mu się lojalność Kazakov, która miała właśnie okazję wbić nóż w plecy koleżanki, ale tego nie zrobiła.
    — Omówimy wszystkich poruczników — powiedział.
    Z raportu Kazakov wynikało, że trzej porucznicy to klienci klanu Gombergów lub Fletcherów, wspinający się w ślad za patronem po drabinie hierarchii Floty. Dwoje — Husayn i sama Kazakov — skorzystali z powszechnego wśród parów systemu wymiany przysług i protekcji: Fletcher zgodził się wspierać ich interesy w zamian za to, że ich rodziny pomogą przyjaciołom lub klientom Fletchera.
    Kazakov wydawało się, że ta genealogia zobowiązań jestjedyną rzeczą, którą należało wyjaśnić, przedstawiając oficerów nowemu kapitanowi, albo może patrzyła w przyszłość i chciała dać mu do zrozumienia, że jej koneksje mogą się przydać jego przyjaciołom na zasadzie podobnych relacji, jakie miała z Fletcherem. Martinez był zadowolony, ale zdecydowanie wolał się dowiedzieć, jak oficerowie wypełniają swoje obowiązki.
    Według Kazakov — bardzo dobrze. Lord Phillips i Corbigny — dwójka najmłodszych — nie mieli doświadczenia, lecz dobrze się zapowiadali. Wszyscy inni byli uzdolnieni. Martinez nie miał powodu podważać tej oceny.
    — A czy mesa oficerska dobrze się bawi? — spytał.
    — Tak — odparła Kazakov bez wahania. — Nadzwyczajnie.
    — Czy porucznicy lady Michi, Coen i Li, integrują się z wami?
    — Tak, to mili ludzie.
    — A Kosinic? Dobrze się bawił w mesie?
    Kazakov mrugnęła, zaskoczona.
    — Kosinic? Nie był zbyt długo na statku, ale… zważywszy na okoliczności, żył z resztą dość zgodnie.
    — Jakie okoliczności? — Martinez uniósł brwi.
    — Był… plebejuszem. Nic w tym złego — dodała szybko Kazakov, świadoma, że postawiła stopę na niepewnym gruncie — że jest się plebejuszem. Nie mam nic przeciwko temu, ale jego rodzina nie miała pieniędzy i żył tylko z żołdu. Musiał brać zaliczki, żeby zapłacić składki w mesie, i w zasadzie nie mógł sobie pozwolić na zabawę z innymi porucznikami, na jedzenie, wódkę i tak dalej. Pozostali chętnie by zapłacili jego działkę, ale on chyba był przewrażliwiony na tym punkcie i bardzo ograniczał picie wina i wódki i unikał zamawiania droższego jedzenia. Nie mógł sobie również pozwolić na gry hazardowe. Oczywiście… — znów pośpieszyła z wyjaśnieniem — nie gramy wysoko, nic podobnego, ale często gramy dla rozrywki na małe stawki z kieszonkowego, i Kosinic nie mógł zasiadać do stolika. Kazakov wzięła kieliszek i upiła łyk wina.
    — Potem wybuchł bunt i Kosinic został ranny. Może rany głowy zmieniły nieco jego osobowość, bo stał się ponury i wściekły. Czasami siedział na krześle i widać było, jak go dopada atak furii. Szczęka zaczynała mu chodzić, mięśnie karku napinały się jak liny, a z oczu zionął ogień. Byłam wtedy trochę przerażona. To nadzwyczaj dobre wino, milordzie.
    — Cieszę się, że pani smakuje. Czy domyśla się pani, co wywoływało złość Kosinica?
    — Nie, milordzie. Nie sądzę, żeby rozmowy w mesie były bardziej bezsensowne niż zwykle. — Roześmiała się ze swego żartu, ale natychmiast spoważniała. — Zawsze uważałam, że jak Naksydzi kogoś szturchną, to ma wystarczające powody do złości. W każdym razie Kosinic stał się mniej towarzyski, większość czasu spędzał w kabinie oficera flagowego i tam pracował.
    Martinez popijał wino. Doskonale rozumiał Kosinica.
    On sam, cieszył się fortuną bogatej rodziny, ale był prowincjuszem, którego zdradzał prowincjonalny akcent. Doświadczył protekcjonizmu, z jakim parowie wyższej kasty traktują gorszych od siebie, widział jak próbują ich celowo upokorzyć lub traktują jak służących albo po prostu ich ignorują. Nawet jeśli afront nie jest zamierzony albo wcale go nie ma, wrażliwy i inteligentny prowincjusz zawsze podejrzewa zniewagę.
    — Może wie pani, jak lady Michi przyjęła Kosinica do swojego sztabu?
    — Myślę, że Kosinic służył jako kadet pod poprzednim dowódcą i zrobił wrażenie na lady Michi, więc wzięła go do siebie, gdy zdał egzaminy na porucznika.
    To świadczy o jej otwartym umyśle — uznał w duchu Martinez. Równie dobrze mogłaby ograniczyć się tylko do swoich klientów i klientów wpływowych rodzin, z którymi wymieniała przysługi, tak jak Fletcher. Pochodziła z klanu co najmniej tak starego i arystokratycznego jak Gombergowie czy Fletcherowie, a mimo to zatrudniła plebejusza na jednym ze znaczniejszych stanowisk w sztabie.
    Należy jednak przyznać, że eksperymenty Michi w tym nie okazały się zbyt udane.
    — Czy Kosinic był dobrym oficerem taktycznym? — spytał.
    — Absolutnie tak. Oczywiście nie zaproponował nowego systemu taktycznego, tak jak pan to zrobił.
    Martinez znów popił wina. Mimo pochwał Kazakov, nadal smakowało kwaśno.
    — A chorążowie? — zapytał.
    Kazakov wyjaśniła, że to do Fletchera należało wyznaczanie chorążych i podoficerów. Zawsze wybierał tylko najbardziej doświadczonych. Liczbę praktykantów ograniczono do minimum i w efekcie zespół zawodowców odpowiedzialnych za wszystkie zespoły statku był nadzwyczaj kompetentny.
    — Ale kapitan Fletcher postanowił zgładzić jednego z tych wybranych przez siebie zawodowców.
    — Tak, milordzie. — Kazakov miała niepewną minę.
    — Czy wie pani dlaczego?
    Pokręciła głową.
    — Nie, milordzie. Inżynier Thuc był jednym z najbardziej kompetentnych szefów wydziału na statku.
    — Czy kiedykolwiek w pani obecności kapitan Fletcher wykazywał… agresywne zamiary?
    Wydawała się zaskoczona tym pytaniem.
    — Nie, nigdy, milordzie. — Zmarszczyła brwi. — Ale mógłby pan zapytać… — Pokręciła głową. — Nie, to absurdalne.
    — Proszę powiedzieć.
    Na twarzy Kazakov znów pojawiła się niepewna mina.
    — Mógłby pan zapytać porucznik Prasad. — Śpieszyła się, jakby chciała jak najszybciej mieć ten niesmaczny temat za sobą. — Jak pan prawdopodobnie słyszał, ona i kapitan byli ze sobą blisko. Mógł jej mówić rzeczy, których nie powiedziałby… — westchnęła, docierając wreszcie do końca — żadnemu z nas.
    — Dziękuję. Przeprowadzę rozmowę po kolei ze wszystkimi porucznikami.
    Nie mógł sobie wyobrazić Fletchera, który wśród czułych słówek zwierza się szeptem z planów zabójstwa. Ale czy to w ogóle był typ człowieka szepczącego czułe słówka? Nie mógł sobie też wyobrazić Chandry zachowującej takie oświadczenie w sekrecie, zwłaszcza gdy była wściekła po ich ostatecznej kłótni.
    — Dziękuję za szczerość — rzekł, choć doskonale wiedział, że Kazakov nie była cały czas szczera. W zasadzie aprobował to, że w niektórych sprawach zachowała dyskrecję, i doszedł do wniosku, że da się z nią dobrze współpracować.
    Pod koniec rozmowy omówili plany Kazakov na przyszłość. Jej kariera była już zaplanowana, by minimalizować wszelki wpływ losu: w ramach kontraktu przyjaciel jej rodziny miał jej dać dowództwo fregaty „Gniew Burzy”. Tyle że pierwszego dnia buntu Naksydzi pojmali i przyjaciela, i fregatę.
    — Jeśli kiedykolwiek będę w stanie coś dla pani zrobić, uczynię, co w mojej mocy.
    Kazakov pojaśniała.
    — Dziękuję, milordzie.
    Kazakovowie wydawali się użytecznym klanem i warto było być ich wierzycielem.
    Gdy pierwsza oficer wyszła, Martinez zakorkował butelkę wina i dopił to, co miał w kieliszku. Potem kluczem kapitańskim otworzył pliki osobowe, chcąc spojrzeć do akt poruczników, ale przyszło mu do głowy, że może Fletcher zapisał coś w pliku Thuca, co by wyjaśniało, dlaczego inżynier został zgładzony. Martinez od razu otworzył plik Thuca.
    Niczego nie znalazł. Thuc służył we Flocie dwadzieścia dwa lata, osiem lat temu zdał egzamin na głównego inżyniera, potem pięć lat spędził na „Prześwietnym”. Opinie Fletchera o kompetencjach Thuca były krótkie, lecz pochlebne.
    Martinez przeczytał kartoteki innych starszych podoficerów, potem wszedł do bazy poruczników, przeglądając wyrywkowo ich dokumenty. Opinie Kazakov w zasadzie się potwierdziły. Oczywiście nie wiedziała, co jest zawarte w raportach Fletchera, sporządzonych przez niego osobiście. Były przeważnie suche i lakoniczne, jakby Fletcher, zbyt wielkopański na wygłaszanie pochwał, skapywał je z umiarem niczym ciężki sos na deserowe danie. O Kazakov napisał: „Jest kompetentnym oficerem dowodzącym i wykazuje sprawność we wszystkich technicznych aspektach swego zawodu. Nic nie stoi na przeszkodzie dalszego awansu i otrzymania przez nią stanowiska dowódcy jakiegoś statku Floty”.
    Napisał „nic nie stoi na przeszkodzie”, ale lepszą wymowę miałoby stwierdzenie, że Kazakov jest chlubą Floty i byłaby znakomitym dowódcą własnego statku. Cóż, styl Fletchera cechował starannie dozowany entuzjazm. Może kapitan uważał, że pochwały nie są konieczne, ponieważ jego oficerowie są dobrze ustosunkowani i ich kroki po szczeblach kariery zostały już wcześniej ustalone.
    Na tle szorstkich uwag Fletchera o innych oficerach jego raport na temat Chandry był jak grom z jasnego nieba. „Choć kapitan nie zauważył, by oficer wykazała się technicznymi niekompetencjami, jej impulsywne zachowanie gruntownie zbrukało atmosferę na statku. Jej poziom dojrzałości emocjonalnej nie odpowiada wysokim standardom Floty. Awans nie jest wskazany”.
    Dziwnie sformułowane pierwsze zdanie zawierało określenie „niekompetencja”, wsadzone tam bez widocznego uzasadnienia, a pozostała część to czysta trucizna. Martinez patrzył na to przez dłuższą chwilę, potem sprawdził w logu, kiedy Fletcher po raz ostatni wchodził do pliku. O godzinie 2721 poprzedniego wieczoru, zaledwie sześć godzin przed śmiercią.
    Zaschło mu w ustach. Chandra zerwała z Fletcherem, a ten dumał dwa dni, po czym wystrzelił w nią rakietę z zamiarem zniszczenia jej kariery.
    Kilka godzin później Fletchera zabito.
    Martinez zanalizował tę sekwencję zdarzeń. Żeby nie traktować tego jako czysty zbieg okoliczności, należało wykazać, że Chandra wiedziała o podłożonej przez kapitana bombie w dokumentacji. Sprawdził logi komunikatora Fletchera z tego wieczoru. Okazało się, że kapitan tylko raz zadzwonił do sterowni, prawdopodobnie chcąc dostać przed snem raport o sytuacji. Potem sprawdził harmonogram wacht — to nie Chandra miała służbę w tym czasie, lecz szósty porucznik, lady Juliette Corbigny.
    Zatem nie ma dowodów, że Chandra znała zawartość raportu. Chyba że Fletcher specjalnie do niej poszedł, by ją osobiście o wszystkim zawiadomić.
    Albo może Chandra miała dostęp do dokumentów zamkniętych kapitańskim kluczem. Była przecież oficerem sygnałowym, i do tego sprytnym.
    Martinez doszedł do wniosku, że na jego teorię, która niezbyt się klei, za duży wpływ miały whisky i wino. Poza tym nie mógł sobie wyobrazić Chandry rzucającej postawnego Fletchera na kolana i kilkakrotnie walącej jego głową o biurko.
    Wstał i spojrzał na chronometr: 2721. Dokładnie o tej godzinie Fletcher z zimną krwią dokonywał ostatnich zmian w aktach personalnych Chandry.
    Co za zbieg okoliczności! Przeszedł go dreszcz. Opuścił gabinet, aby przespacerować się korytarzem. Minął kajutę kapitana, zamkniętą teraz, ale mimowolnie zawrócił. Otworzył ją swoim kluczem, wszedł i wywołał światła.
    Gabinetowi Fletchera przywrócono nieskazitelny wygląd, proszek daktyloskopijny usunięto. Ciemne biurko lśniło. W powietrzu unosił się zapach politury. Brązowe rzeźby stały niewzruszenie w swoich zbrojach.
    Sejf srebrzył się we wnęce. Widocznie Gawbyan naprawił go po włamaniu.
    Martinez wszedł do kabiny sypialnej i spojrzał na krwawiącą porcelanową postać o nienaturalnie wielkich oczach. Potem rozejrzał się po ścianach: długowłosy niebieskoskóry Terranin gra na flecie; brodaty mężczyzna, martwy lub omdlały, spoczywa w ramionach kobiety w niebieskiej szacie; wielka bestia — albo może Torminel o nienaturalnym pomarańczowym futrze — warczy z ramy, a jego wyciągnięty język przeszywa szczerbata włócznia.
    Urocze widoki przed snem — pomyślał. Przerażające.
    Jedyny interesujący obraz przedstawiał młodą kobietę w kąpieli, ale tę atrakcyjną scenę psuli odrażający starcy w turbanach, którzy obserwowali dziewczynę z ukrycia.
    — Kom, przywołaj Montemara Jukesa do gabinetu kapitana. Ulubiony artysta Fletchera wszedł do pokoju swobodnym krokiem. Miał na sobie nieprzepisowy kombinezon. Stanął niedbale na baczność — dostałby za to ostrą naganę od każdego podoficera. Sądząc po Jukesie i Xi, Fletcher tolerował pewną dawkę niewojskowego luzu wśród swojej świty.
    Jukes był postawnym mężczyzną o potarganych siwych włosach i kaprawych niebieskich oczach. Policzki miał nienaturalnie zaczerwienione, oddech — cuchnący sherry. Martinez posłał mu — tak przynajmniej zamierzał — pełen dezaprobaty grymas.
    — Proszę ze mną, panie Jukes — powiedział i poprowadził go do sypialni Fletchera.
    Jukes szedł w milczeniu. Zatrzymał się w drzwiach, oparł o futrynę i kontemplował wielką porcelanową postać przymocowaną do drzewa.
    — Co to jest, panie Jukes?
    — Narayanguru. Shaa przywiązali go do drzewa i zamęczyli na śmierć. Jest wszystkowidzący, dlatego ma oczy wokół głowy.
    — Wszystkowidzący? To dziwne, że nie widział, co Shaa zamierzają z nim zrobić.
    Jukes pokazał żółte zęby.
    — Tak, to dziwne.
    — Dlaczego on tu jest?
    — Chodzi panu o to, dlaczego kapitan Fletcher powiesił Narayanguru w swojej sypialni? — Jukes wzruszył ramionami. — Nie wiem. Zbierał sztukę religijną, a nie mógł tego wystawić publicznie. Może tylko tutaj mógł to powiesić.
    — Czy kapitan Fletcher był wyznawcą jakiegoś kultu? To pytanie zaskoczyło Jukesa.
    — Możliwe, ale jakiego? — Wszedł do pokoju i wskazał na warczące zwierzę. — To Tranomakoi, personifikacja ducha burzy. — Potem pokazał mężczyznę o niebieskiej skórze. — To Krishna, chyba bóstwo hinduizmu. — Ręka Jukesa powędrowała dalej po okaleczonym panelu, wskazując na omdlałego mężczyznę. — To pieta. Chrześcijaństwo. Ich bóg też został zabity w malowniczy sposób przez Shaa.
    — Chrześcijaństwo? — spytał Martinez, zaintrygowany. — Mamy chrześcijan na Laredo, na mojej planecie. W pewne dni roku wkładają białe suknie ze spiczastymi kapturami, przyczepiają łańcuchy i biczują się nawzajem.
    — Po co to robią? — Jukes był przestraszony.
    — Nie mam pojęcia. Mówi się, że wybierają jednego spośród nich na boga i przybijają go gwoździami do krzyża.
    Jukes podrapał się w głowę.
    — Jakiś straszny ten kult.
    — To wielki zaszczyt. Większość z nich przeżywa.
    — A władze nie reagują?
    Martinez wzruszył ramionami.
    — Wyznawcy krzywdzą tylko siebie nawzajem. Poza tym Laredo jest daleko od Zanshaa.
    — Najwyraźniej.
    Martinez spojrzał na zakrwawione półprzezroczyste ciało Narayanguru.
    — W każdym razie nie jestem ani wyznawcą kultu, ani estetą, i nie mam zamiaru spać pod tym krwawym obiektem. Nawet jednej nocy.
    Jukes uśmiechnął się.
    — Wcale się nie dziwię.
    — Czy mógłby pan… inaczej zaaranżować kolekcję kapitana? Umieścić Narayanguru tak, by nikomu nie zakłócał snu, a w to miejsce powiesić coś przyjemniejszego?
    — Tak, milordzie. — Jukes szacował go wzrokiem. — A może chciałby pan, żebym stworzył coś specjalnie dla pana? Mógłbym coś wydrukować i oprawić w ramy, gdyby mi pan powiedział, co pan lubi.
    Martineza nigdy nie pytano o jego upodobania w dziedzinie sztuki i nie miał gotowej odpowiedzi, więc sam zapytał:
    — Szuka pan nowego patrona, panie Jukes?
    — Zawsze. — Jukes odsłonił w uśmiechu żółte zęby. — Proszę wziąć pod uwagę, że prawdopodobnie przez lata będzie pan dowodził „Prześwietnym”. Kolekcja Fletchera przejdzie na jego rodzinę, a pan wolałby nie mieć na ścianach tych kafelków i fresków. To jest okręt wojenny, a nie pałac pełen duchów. Martinez spojrzał na niego.
    — Czy to nie pan zaprojektował cały wystrój statku? Nie miałby pan nic przeciwko temu, gdybym kazał skuć kafelki i zamalować freski?
    Jukes emanował zawadiackim wódczanym animuszem.
    — Zupełnie nie. Wszystko mam zachowane w komputerze. A szczerze mówiąc, nie są to moje najlepsze prace.
    Martinez zmarszczył czoło.
    — Czy Fletcher nie płacił panu za najlepsze rzeczy?
    — Wszystkie te prace to jego wybór, nie mój. Wyważone, klasyczne, nudne. W przeszłości robiłem znacznie lepsze rzeczy, znacznie ciekawsze, ale za to nikt nie płaci, więc… — wzruszył ramionami — znalazłem się na okręcie. Proszę mi wierzyć, nie tego się spodziewałem, gdy kiedyś zaczynałem zajmować się programami graficznymi.
    Martineza to bawiło.
    — A jak Fletcher pana zaklasyfikował?
    — Sprzętowiec pierwszej klasy.
    — Ale pan nic nie wie o pracy sprzętowca?
    Artysta pokręcił głową.
    — Ani trochę, milordzie. Dlatego potrzebuję nowego patrona.
    — A więc… — Martinez spojrzał na niebieskiego flecistę — proszę zacząć od usunięcia tych ponuractw i niech pan w to miejsce da coś weselszego. Później porozmawiamy o… prowizji.
    Jukes pojaśniał.
    — Mam zacząć od zaraz, milordzie?
    — Najlepiej po śniadaniu.
    — Tak jest, milordzie. Mam spis całej kolekcji kapitana znajdującej się na tym statku. Zlustruję to wieczorem.
    Martineza rozbawiło słowo „zlustruję”.
    — Dobrze, panie Jukes. Jest pan wolny.
    — Tak jest, milordzie. — Tym razem Jukesowi udało się mniej więcej przepisowo zasalutować. Wyszedł.
    Martinez też opuścił kwaterę Fletchera i zamknął za sobą drzwi na klucz.
    Rozmowa poprawiła mu humor. Poszedł do swojej kabiny i zaskoczony zobaczył, że jeden z jego służących, sprzętowiec Espinosa, rozłożył na podłodze w gabinecie poduszki i wyciągnął się na nich w pełnym ubraniu.
    — Co ty tu robisz? — spytał.
    Espinosa szybko stanął na baczność. Był młody, muskularny, miał duże ręce o mocnych knykciach.
    — Milordzie, pan Alikhan mnie przysłał.
    — Ale po co? — Martinez wpatrywał się w jego szczerą twarz.
    — Ktoś zabija kapitanów, milordzie. Ja mam pilnować, żeby to się nie powtórzyło.
    „Zabija kapitanów”. Nie myślał o tym w ten sposób.
    — Bardzo dobrze — odparł. — Spocznij.
    Poszedł do kabiny sypialnej, gdzie Alikhan rozłożył jego rzeczy na noc. Wziął szczoteczkę do zębów, zwilżył ją pod kranem i spojrzał na swe odbicie w lustrze.
    Kapitan „Prześwietnego” pomyślał.
    Choć dokonano morderstw, choć Narayanguru wisiał na drzewie, choć nie wyjaśniono przypadków śmierci, a nieznany zabójca prześladował statek, Martinez i tak odruchowo się uśmiechnął.

DWANAŚCIE

    Po śniadaniu Martinez włożył mundur galowy ze srebrnym szamerunkiem i wysokim kołnierzem, na którym nie było teraz czerwonych naszywek sztabowych — Alikhan usunął je w nocy — potem naciągnął białe rękawiczki i wezwał Marsdena i Fulvię Kazakov. Czekając na nich, poprosił Alikhana, by wyjął z futerału Złoty Glob.
    Nie zamierzał przypinać zakrzywionego noża ceremonialnego. I bez tego sytuacja była dość napięta.
    Przybyli Marsden i Kazakov, oboje na galowo.
    — Milady — zwrócił się Martinez do pierwszej oficer — proszę zawiadomić głównego mechanika Gawbyana, że za chwilę dokonamy inspekcji jego wydziału.
    Kiedy doszli do warsztatu, Gawbyan już stał przy drzwiach, zasapany, gdyż przybiegł pędem z podoficerskiej mesy.
    Martinez dokładnie sprawdził cały warsztat, zadał operatorom pytania o ich pracę, zwrócił uwagę na niefrasobliwe obchodzenie się z odpadami. Jeśli statek będzie zmieniał kurs, hamował czy z innych powodów nastąpi, nieważkość, śmieci rozlecą się po całym warsztacie.
    Gawbyan przyjął krytykę z ponurą miną, sugerującą, że spadnie na swoich rekrutów jak lawina, gdy tylko Martinez opuści pomieszczenie.
    Po skończonej wizytacji Martinez doszedł do wniosku, że za mało dziś zrobił, i zarządził kolejny przegląd, tym razem w drugiej baterii pocisków. Spędził tu więcej czasu, sprawdzając ładownice pocisków i obserwując manewry robotów naprawczych sterowanych przez operatorów. Załoga była w dobrym, niemal wesołym nastroju, mimo obecności oficerów i stresu związanego z inspekcją. Martinez mimowolnie porównywał to z atmosferą obawy i przerażenia, panującą dwa dni temu podczas lustracji Fletchera.
    Widząc pogodne oblicza, zastanawiał się, czy przypadkiem nie jest traktowany zbyt lekko. Chciał, by traktowano go poważnie, a gdyby było inaczej, gotów był postępować jak ostatni sukinsyn, aby osiągnąć zamierzony skutek. Intuicja podpowiadała mu, że nie będzie to jednak potrzebne. Doświadczeni załoganci okazywali po prostu zadowolenie, że teraz on dowodzi statkiem.
    Przecież był zwycięzcą. To dzięki niemu Flota dwukrotnie pokonała Naksydów. Załoga rozumiała, kto to taki zwycięzca; trudniej jej było zrozumieć osobę w rodzaju Fletchera.
    — Po kolacji chciałbym porozmawiać z porucznikami — powiedział do Kazakov, gdy opuścili baterię. — Spotkamy się nieformalnie w „Żonkilu”. Niech pani wyznaczy jakiegoś dyplomowanego chorążego lub kadeta na wachtę.
    — Tak jest, milordzie.
    — Może pani z powrotem przenieść się do swojej dawnej kwatery. Dziękuję za gościnność, choć była to gościnność wymuszona.
    Uśmiechnęła się.
    — Tak jest, milordzie.
    Wszedł do swojego dotychczasowego gabinetu, otworzył sejf i wyjął z niego wszystko, zostawiając drzwiczki otwarte. Rzucił pożegnalne spojrzenie tłustym dzieciakom; miał nadzieję, że już nigdy nie zobaczy ich słodkich twarzyczek. Potem przeszedł do gabinetu kapitana — swojego gabinetu. Tu posągi w zbrojach nadal stały stateczne i pewne siebie. Na muralach eleganckie postacie pisały gęsim piórem lub czytały coś głośno z rozwiniętych zwojów urzeczonym słuchaczom. Martinez otworzył nowy sejf, zmienił kombinację zamka i włożył swoje dokumenty obok książki Fletchera i małego posążku kobiety tańczącej na czaszce.
    W kabinie sypialnej zastał miłe zmiany. Makabryczny Narayanguru zniknął, a wraz z nim pieta, warcząca bestia i kąpiąca się kobieta. Niebieskoskóry flecista został przesunięty w lepiej oświetlone miejsce. Obok niego wisiał pejzaż morski: poduszkowiec pędził nad białymi grzbietami fal w bryzach piany. Nad toaletką umieszczono inny pejzaż: ośnieżone górskie szczyty wznoszące się nad wsią kudłatych Yormaków i ich jeszcze bardziej kudłatego bydła.
    Na honorowym miejscu wisiał bardzo ciemny stary obraz z namalowaną ramą. Była to niezwykła kompozycja. Może twórca chciał pokazać proscenium w teatrze, ponieważ przez cały obraz biegł karnisz, a czerwona kurtyna była odsunięta na prawą stronę. Po lewej stronie widniały małe postacie młodej matki i dziecka, wyjętego właśnie z kołyski; kobieta miała na sobie strój z dawnej epoki, charakterystyczny dla osoby z klasy średniej, dziecko było w czerwonej piżamie. Żadne z nich nie zwracało uwagi na kotka, który przysiadł przy małym ognisku w centrum i z naburmuszoną miną patrzył na czerwoną miseczkę z jedzeniem, które mu widocznie nie odpowiadało.
    Martineza uderzył kontrast między wyszukaną kompozycją — namalowana rama, czerwona kurtyna — a zwykłym domowym tematem całej sceny. Czerwona kurtyna, czerwona miska, czerwona piżama. Młoda matka miała owalną twarz. Naburmuszony kot położył uszy do tyłu. Dziwne ognisko płonęło pośrodku pokoju, prawdopodobnie na klepisku. Martinez patrzył na obraz i zastanawiał się, dlaczego wart jest oglądania.
    Kątem oka dostrzegł jakiś ruch. Odwrócił się i zobaczył w drzwiach Perry'ego.
    — Milordzie, mogę podać obiad, gdy tylko pan zechce.
    — Zjem teraz — odparł Martinez. Ostatni raz rzucił wzrokiem na obraz i przeszedł do jadalni Fletchera. Spożył obiad samotnie, przy wielkim stole ze złotą dekoracją pośrodku, obstawionym wokół pustymi krzesłami.

* * *

    Po obiedzie zameldował się u Michi, prosząc o raport ze śledztwa. Kazakov, ciągle na galowo, już tam była. Siedziała obok Xi, który przy niej sprawiał wrażenie jeszcze bardziej pomiętego i roztargnionego niż zwykle. Garcia przybył kilka minut później z kompnotesem.
    Xi zaczął od odcisków palców zdjętych w gabinecie Fletchera.
    — Większość z nich należy do kapitana. Pozostałe do Marsdena, sekretarza, oraz służących kapitana, Narbonne i Buckie'a, którzy sprzątali pokój poprzedniego dnia. Trzy odciski należą do żandarma Garcii — prawdopodobnie pozostawił je podczas swego śledztwa.
    Twarz Xi wykrzywiła się — miało to chyba wyrażać cierpkie rozbawienie.
    — Pięć pojedynczych odcisków należy do mnie. Znaleziono też cztery odciski lewej dłoni pod brzegiem blatu. — Demonstrując, o co chodzi, Xi obrócił rękę wierzchem dłoni do dołu i wsunął ją pod biurko Michi. — Te odciski należą do porucznik Prasad. Oczywiście mogły być pozostawione jakiś czas temu, bo służba nie poleruje codziennie blatu od spodu.
    Albo odciski powstały, gdy Chandra trzymała się lewą ręką blatu, a prawą waliła głową Fletchera o biurko — pomyślał Martinez.
    Michi nie dawała poznać po sobie, czy to samo przyszło jej do głowy.
    — Czy coś wynika z analizy włosów i włókien?
    — Nie miałem czasu, ale analiza i tak nie stanowi dowodu, dopóki nie będziemy mieli podejrzanego. Michi zwróciła się do Garcii.
    — Są jakieś informacje o ruchach załogi?
    Garcia zajrzał do kompnotesu — niepotrzebnie, zważywszy na zawartość raportu.
    — Milady, poza kilkoma osobami na wachcie, załoga spała. Ludzie na wachcie w sterowni i w technicznym wzajemnie za siebie ręczą. A z tych, co poszli do łóżka, niektórzy wychodzili tylko do toalety.
    — Nie ma informacji o osobach poruszających się poza kwaterami załogi? Żadnych?
    — Nie, milady. — Garcia nerwowo oblizał wargi. — Oczywiście mamy tylko ich zeznania, nic poza tym… — odchrząknął — chyba że znajdziemy informatora.
    Wzrok Michi stwardniał. Bębniła palcami po blacie.
    — Pani porucznik?
    — Ta sama sytuacja jest z porucznikami i chorążymi, milady — raportowała Kazakov lekko przepraszającym tonem. — Osoby na służbie ręczą za siebie nawzajem, a ci, co spali… — wzruszyła ramionami — spali. Nie uzyskałam informacji, które by temu przeczyły.
    — A niech to! — Michi z rozdrażnieniem machnęła w powietrzu dłonią z zakrzywionymi palcami. Patrzyła wściekle na wszystkich po kolei. — Nie możemy tego tak zostawić — oświadczyła. — Coś musimy zrobić. Co by zrobił doktor An-ku? — zapytała poważnie.
    — Możemy przeszukać statek. I załogę — rzekł Martinez. Michi popatrzyła na niego, zmarszczywszy brwi.
    — Na miejscu było trochę krwi — kontynuował Martinez. — Niewiele. Właśnie sobie uświadomiłem, że zabójca mógłby mieć jakieś ślady na mankiecie albo na nogawce spodni. Albo mógł zetrzeć chusteczką krew z rąk. Może użył broni i dopiero potem uderzył głową kapitana o biurko, więc trzeba szukać broni. Albo zabójca zabrał coś na pamiątkę i to ukrył.
    — Może kapitan walczył — wtrącił się Garcia. — Choćby słabo. I zostawił na napastniku jakiś ślad.
    — Trzeba zawiadomić pralnię — powiedziała Kazakov. — Niech sprawdzają każdą rzecz.
    Michi gwałtownie wstała i spojrzała na zebranych, jakby zdziwiona, że ciągle ich tu widzi.
    — Na co czekamy? Już wczoraj powinniśmy byli to zrobić.

* * *

    Całe popołudnie trwało przeszukiwanie „Prześwietnego” i załogi. Martinez i Kazakov wezwali do kwater sypialnych osoby, które nie miały służby; zorganizowali oficerów i podoficerów w grupy i wszystkich poddali drobiazgowym oględzinom. Sprawdzono szafki i schowki, szukając jakiegoś przedmiotu, który ktoś mógłby wziąć z kwatery kapitana. W końcu sami oficerowie poddali siebie nawzajem tym procedurom. Martinez i lady Michi stali w korytarzu przy mesie oficerskiej i czekali na wynik.
    Michi okazywała coraz większe rozdrażnienie: popołudnie mijało, a spodziewanych dowodów nie udało się znaleźć. Stała z dłońmi zaciśniętymi w pięści, ze zmarszczonymi brwiami, podnosiła się na palcach i opadała.
    Martinez postanowił zająć czymś jej myśli, nim sam zwariuje od tych jej nerwowych ruchów.
    — To może wprowadzić zamęt wśród załogi — powiedział. — Powinniśmy ich jak najszybciej uspokoić. Może jutro zarządzimy te odroczone manewry.
    Pięty Michi wreszcie zostały na podłodze. Spojrzała uważnie na Martineza.
    — Bardzo dobrze. Robimy manewry. — Zmarszczyła brwi, coś sobie przypominając. — Kogo mam wziąć na nowego oficera taktycznego?
    — Nie chce pani Coena ani Li?
    Pokręciła głową.
    — Nie mają doświadczenia. Służyli tylko w łączności. Niejasne poczucie zobowiązania zmusiło Martineza do wysunięcia propozycji:
    — Może Chandra Prasad.
    Michi spojrzała na niego podejrzliwie.
    — Dlaczego Prasad?
    — Jest najstarszym oficerem po Kazakov, a ja nie mogę oddać Kazakov. Nie teraz.
    To brzmiało lepiej niż „Wymusiła na mnie obietnicę”, a już na pewno znacznie lepiej niż „Jeśli to ona zabiła Fletchera, postarajmy się być dla niej mili w nadziei, że nie zabije również nas”.
    — Poproszę ją o zaprojektowanie jednego eksperymentu — odparła Michi po chwili zastanowienia. — Innych poruczników również o to poproszę. Przekonamy się, czy ktoś z nich ma do tego talent.
    Gdy Kazakov i Husayn przyszli z raportem, że w mesie i kwaterach poruczników nie znaleziono żadnych dowodów, Michi przyjęła to bez komentarza.
    — Teraz pan, lordzie kapitanie — zwróciła się do Martineza.
    — Ja? — odparł zdziwiony.
    — Przecież pan też jest podejrzany — rzekła Michi. — To pan najwięcej zyskał na śmierci Fletchera.
    Nie patrzył na tę sytuację w ten sposób. Ale obiektywnie rzecz biorąc, uwaga była słuszna.
    — Nie było mnie na statku, gdy umarł Kosinic — zauważył.
    — Wiem, ale co to ma do rzeczy?
    Oczywiście nic. Oficerowie mężczyźni — Husayn, Mersenne i lord Phillips — przeszukali jego kwaterę i rzeczy osobiste. Martinez poddał się temu bez protestu. Alikhan obserwował cała procedurę, stojąc w drzwiach. Zesztywniały z oburzenia, patrzył na każdy ich ruch rozognionymi oczyma, jakby podejrzewał trzech parów, że podczas przeszukania mogliby przywłaszczyć sobie coś wartościowego.
    Bezcelowa popołudniowa krzątanina opóźniła kolację, a w rezultacie również nieformalne spotkanie poruczników na „Żonkilu” — zarekwirowanym luksusowym jachcie, którym Martinez przybył na statek jako oficer taktyczny Michi.
    Przyjęcie nie udało się. Wszyscy byli zmęczeni bezsensownym obmacywaniem osobistych rzeczy kolegów. Ponadto oficerowie nie wiedzieli, jak teraz ułożą się ich stosunki z Martinezem. Poprzednie spotkania na jachcie — był wówczas oficerem sztabowym — odbywały się w znacznie swobodniejszej atmosferze niż sztywne obiady i przyjęcia organizowane przez kapitana Fletchera. Choć Martinez miał wyższy od nich stopień, nie byli jego podwładnymi i nie czuli takiego skrępowania, jak wobec bezpośredniego przełożonego. Teraz jednak wzajemne układy się zmieniły i porucznicy bardziej się pilnowali. Martinez hojnie częstował ich wódką, ale alkohol działał na oficerów przeważnie depresyjnie.
    Tylko Chandra Prasad trajkotała i śmiała się cały wieczór, nie zwracając uwagi, że jej dobry humor irytuje innych. Może nie widzi powodów, żeby się pilnować w mojej obecności, ponieważ łączą nas specjalne stosunki — pomyślał Martinez.
    Miał nadzieję, że Chandra się myli.
    Wreszcie zakończył ten ponury wieczór i na dobranoc zapowiedział im na przedpołudniową wachtę manewry.
    W kabinie czekał Alikhan, by wziąć do odświeżenia jego spodnie, buty i bluzę munduru.
    — Co się mówi w klubie podoficerskim? — spytał Martinez.
    — Milordzie — powiedział Alikhan stanowczym tonem — mówią o panu, że jakoś obleci.
    Kapitan stłumił uśmieszek.
    — A co mówią o Fletcherze?
    — W ogóle nic nie mówią o zmarłym kapitanie.
    Martinez poczuł irytację.
    — Szkoda. — Podał Alikhanowi bluzę. — Nie wydaje ci się, że wiedzą więcej niż mówią?
    — Milordzie, to podoficerowie z długim stażem — odparł Alikhan tonem największego samozadowolenia. — Zawsze wiedzą więcej niż mówią.
    Martinez zdjął buty i wręczył je Alikhanowi.
    — Powiesz mi, gdyby mówili coś istotnego? — spytał kwaśno. — Na przykład kto zabił kapitana.
    Alikhan wrzucił buty do małej torby.
    — Postaram się informować pana na bieżąco, milordzie. — Zamknął szczelnie torbę i spojrzał na Martineza. — Przy okazji, milordzie, chciałbym nadmienić, że jest problem ze służącymi kapitana Fletchera.
    — Mianowicie?
    Każdy oficer w stopniu kapitana miał prawo do czterech służących, których mógł zabierać ze sobą, gdy przenosił się z jednego statku na inny. Martinez miał czterech swoich służących i Fletcher również, więc teraz, gdy został tylko jeden kapitan, było o czterech służących za dużo.
    — Czy ludzie Fletchera coś potrafią? — spytał Martinez. — Oczywiście poza byciem służącymi.
    Alikhan lekko wydął usta; jako zawodowiec z długim stażem we Flocie miał wydać opinię na temat osób o niższej pozycji.
    — W cywilu Narbonne był pokojowcem, Baca kucharzem. Jukes to artysta, a Buckie to fryzjer, manikiurzysta i wizażysta.
    — Hmmm, chyba Bakę można odesłać do mesy szeregowców — powiedział Martinez bez przekonania.
    — A jeśli sprzeciwi się główny kucharz Yau? Może nie zechce, żeby ten tłuścioch zabierał miejsce w kuchni i mieszał mu w garnkach.
    Kapitan przejrzał się w lustrze nad umywalką.
    — Alikhanie, czy uważasz, że potrzebny mi wizażysta?
    Alikhan znów wydął usta.
    — Jest pan za młody, milordzie. Martinez uśmiechnął się.
    — Miałem nadzieję, że to powiesz.
    Służący przewiesił sobie spodnie przez ramię, na wierzchu położył bluzę. Martinez skinął w stronę drzwi prowadzących do gabinetu.
    — Czy znowu kazałeś tam komuś spać? — spytał.
    — Ayutano, milordzie.
    — Dobrze. Gdyby zabójcy przyszli przez jadalnię, krzyknę i dam mu znać.
    — Jestem pewien, że będzie wdzięczny, milordzie. — Ręką, która nie trzymała ubrań Martineza, Alikhan zręcznie otworzył srebrny termos z gorącym kakao i nalał go do kubka.
    — Dziękuję, Alikhanie. Dobrych snów.
    — Panu też, milordzie.
    Służący wyszedł drzwiami prowadzącymi do jadalni. Martinez przebrał się w piżamę i usiadł na łóżku. Popijając kakao, patrzył na stare, pociemniałe obrazy. Młoda matka trzymała dziecko, małe ognisko płonęło, kot przycupnął, kładąc uszy po sobie, a wszystko to działo się wewnątrz namalowanej ramy albo na scenie.
    Długo oglądał obraz, aż wreszcie zgasił światło.

* * *

    Rano wydrukował na szlachetnym papierze Fletchera zaproszenia na kolację i przesłał je przez Alikhana wszystkim starszym podoficerom. Nie wiedział, czy Fletcher zapraszał w ten sposób żołnierzy na kolację — sądził, że raczej nie — ale z pewnością nie używał do tego celu wykwintnego papieru.
    Ale co go to obchodzi. W końcu to nie jego papier.
    Wkrótce potem zaczął się eksperyment. Statki sił Chen połączone były laserami komunikacyjnymi w przestrzeni wirtualnej, i podczas gdy rzeczywiste statki leciały wyznaczonymi trajektoriami, w wirtualu eskadra Chen walczyła z wirtualnym wrogiem, który miał przewagę. Mieli się spotkać czołowo przy Osser, który to układ eskadra Chen miała minąć po Termaine. Układ był w zasadzie niezamieszkany, miał dwie wormholowe stacje przekaźnikowe i kilka kolonii górniczych na bogatych w minerały księżycach. Poza tym nic, co mogłoby skomplikować bitwę między dwiema siłami.
    Siły Chen zastosowały taktykę rozproszoną, opracowaną przez Martineza, Caroline Sulę i oficerów z „Korony”, dawnej fregaty Martineza. Statki poruszały się w znacznej od siebie odległości i manewrowały w sposób pozornie przypadkowy, ale w istocie zachowywały się według skomplikowanego wzoru matematycznego wymyślonego przez Sulę — leciały po wypukłej powłoce chaotycznego układu dynamicznego.
    Przeciwnicy stosowali klasyczną, sformalizowaną taktykę opracowaną w imperium: statki zebrano w sztywną formację w taki sposób, że dowódcamógł zachować nad nimi kontrolę aż do ostatniej chwili.
    Pociski antymaterii w wolframowych pojemnikach, które eksplodowały między nacierającymi eskadrami, tworzyły kule ognia i piekielne wybuchy promieniowania. Lasery i promienie antyprotonowe próbowały niszczyć nadciągające pociski, a pociski robiły uniki. Statki ginęły w falach szybkich neutronów i wybuchów żaru.
    Siły Chen poniosły pewne straty: z siedmiu statków trzy zostały całkowicie zniszczone i jeden poważnie uszkodzony. Wszystkie dziesięć statków Naksydów zostało zmiecionych.
    Po raz pierwszy Martinez dowodził ciężkim krążownikiem, choć była to tylko walka symulowana. Załoga sterowni wykazała się dyscypliną i dobrym wyszkoleniem; dzięki długiej praktyce zawodowej i doświadczeniu we wzajemnej współpracy wykonywała jego rozkazy z doskonałym zrozumieniem i skutecznością.
    Martinez zakończył eksperyment zadowolony z siebie i ze statku. Uczucie zadowolenia minęło, gdy wrócił do swojego gabinetu, gdzie Marsden przedstawił mu stos dokumentów, które wymagały przeczytania, rozpatrzenia albo podpisania.
    Jedząc obiad przy biurku, przedzierał się przez te dokumenty. Marsdena odesłał na obiad.
    Chandra Prasad przybyła pół minuty później, jakby czekała na właściwy moment, gdy będzie sam. Gdy usłyszał pukanie do drzwi, podniósł wzrok, opuścił pisak na biurko i kazał Chandrze wejść. Podczas gdy zbliżała się do biurka, myślał z dziwną dezynwolturą, czy przyszła go zamordować. Doszedł do wniosku, że nie. Promienny uśmiech na jej twarzy zupełnie by nie pasował do zbrodni.
    — Poruczniku? — spytał, unosząc brwi.
    — Lady dowódca eskadry powiedziała mi właśnie, że zostałam nowym oficerem taktycznym — oznajmiła Chandra. — Domyślam się, że masz z tym coś wspólnego, więc postanowiłam przyjść ci podziękować.
    — Wspomniałem o tobie — przyznał Martinez — ale ustalono, że to tylko czasowa nominacja. Lady Michi zamierza wypróbować kilka osób.
    — Ale ja będę pierwsza. Jeśli zrobię na niej wrażenie, nie będzie potrzebowała innych.
    — Życzę szczęścia. — Martinez uśmiechem dodał jejotuchy.
    — Potrzebuję czegoś więcej niż szczęścia. — Chandra przygryzła dolną wargę. — Czy mógłbyś mi dać jakieś wskazówki, jak zrobić dobre wrażenie na dowódcy eskadry?
    — Nie wiem — odparł Martinez. — Nie sądzę, żeby mi się to ostatnio udawało.
    Spojrzała na niego zmrużonymi oczyma, jakby nie mogła się zdecydować, czy ma wybuchnąć złością. Wziął w rękę pisak i powiedział:
    — Zapraszam cię jutro na obiad. Pomówimy o twoich ambicjach.
    W jej podłużnych oczach pojawił się wyraz zdecydowania.
    — Tak jest, kapitanie.
    Stanęła na baczność. Martinez odesłał ją i wrócił do papierkowej roboty, podjadając między paragrafami obiad. Gdy tylko skończył pracę i posiłek, przyszła Kazakov z nowymi dokumentami, które jako oficer dowodzący przekazywała kapitanowi do wglądu.
    Dopiero późnym południem uporał się z pracą i zajrzał do teczek personalnych podoficerów, by zapoznać się z osobami, które miał gościć na kolacji. Tak jak mówiła Kazakov, byli zawodowcami o długim stażu; na egzaminach dyplomowych otrzymali znakomite wyniki i byli dobrze oceniani przez przełożonych. Wszyscy oni dostali wysokie noty od Fletchera, również Thuc, człowiek, którego kapitan zabił.
    Potem sprawdził dokumenty, które powinny potwierdzać dobre opinie Fletchera, i prawie natychmiast znalazł coś, co go zaszokowało.
    Kolacja będzie nie tylko wydarzeniem towarzyskim — pomyślał ponuro.
    Rozpoczął przyjęcie tradycyjnym toastem na cześć Praxis. Potem wygłosił przemówienie; podkreślił, że podoficerowie powinni dbać o zachowanie ciągłej sprawności statku, który doznał niedawno kilku wstrząsów, i że z akt personalnych wie, że są w stanie dać z siebie wszystko, czego się od nich wymaga.
    Przenosił wzrok z jednego szefa wydziału na drugiego, z krągłolicego Gawbyana na Gulika o szczurzej twarzy, z głównej inżynier Francis — kobiety o muskularnych ramionach i imponującej szczęce — na Cho, tyczkowatego następcę Thuca. W oczach wszystkich widział satysfakcję.
    Ten wyraz satysfakcji utrzymywał się przez całą kolację, gdy Perry przynosił kolejne dania, a Martinez pytał o stan poszczególnych wydziałów. Od głównej specjalistki baz danych dostał informacje o stanie i mocy obliczeniowej statkowych komputerów. Główna inżynier Francis zasypała go szczegółowymi parametrami, od pojemności luków towarowych po stan techniczny skruberów. Z głównym sygnalistą Nyamugalim przeprowadził fachową rozmowę o nowych wojskowych szyfrach wprowadzonych po wybuchu wojny; był to bardzo ważny problem, gdyż obie walczące strony używały na początku tych samych szyfrów i programów kodujących.
    Kolacja upływała w miłej i rzeczowej atmosferze, a gdy Perry podał kawę, zadowolenie na twarzach gości jeszcze wzrosło.
    — W ostatnich dniach miałem okazję przekonać się, jak dobrze zarządzanym statkiem jest „Prześwietny” — zaczął Martinez, gdy dobiegł go zapach kawy. — Nie wątpię, że to głównie zasługa starszych podoficerów.
    Powoli popił trochę kawy i odstawił filiżankę na spodek.
    — Tak przynajmniej myślałem… dopóki nie zobaczyłem stanu formularzy 77-12.
    Zadowolenie znikało ze zdumionych teraz twarzy podoficerów.
    — Milordzie… — zaczął Gawbyan.
    — Milordzie — powtórzył Gulik.
    — 77-12 nie są w ogóle aktualizowane. Żaden wydział nie może mi dostarczyć informacji niezbędnych do oceny stanu statku.
    Szefowie wydziałów patrzyli na siebie przez długi stół. Martinez widział na ich twarzach rozgoryczenie, irytację, zakłopotanie.
    Powinni się wstydzić — pomyślał.
    77-12 były formularzami serwisowymi. Każdy wydział musiał je wypełniać. Podoficerowie i ich podwładni powinni byli zapisywać wszystkie informacje o rutynowych naprawach, czyszczeniu, wymianie części, o smarowaniu, kontroli filtrów, uszczelek, płynów, hermetyczności uszczelek w grodziach i śluzach powietrznych oraz o zapasach w magazynach części zamiennych. Każdy element „Prześwietnego” był zaprojektowany z pewnym marginesem — niektórzy mogliby twierdzić, że ze zbyt dużym — i powinien być wymieniony lub serwisowany jeszcze przed osiągnięciem skrajnych parametrów. Wszystkie kontrole techniczne, wszystkie wymiany części i rutynowe konserwacje powinny być odnotowane w formularzu 77-12 odpowiedniego wydziału.
    Prowadzenie na bieżąco tych protokołów było bardzo uciążliwe, dlatego nikt nie znosił tej pracy i wszyscy usiłowali jej uniknąć. Odpowiednio aktualizowane 77-12 były dla kapitana najbardziej skutecznym źródłem informacji na temat kondycji statku, a dla nowego kapitana były wręcz nieodzowne. Gdy psuła się jakaś część wyposażenia, z 77-12 mógł się dowiedzieć, czy to skutek nieodpowiedniej konserwacji, błędu ludzkiego, czy też przyczyna leży gdzie indziej. Bez aktualnych rejestrów można się było tylko domyślać powodów awarii, a znalezienie prawdziwej przyczyny trwało długo i mogło odciągnąć od pracy cały wydział.
    Podczas wojny, gdy ludzkie życie było zagrożone, „Prześwietny” nie mógł sobie na to pozwolić. Ponadto Martinez po prostu nie znosił sytuacji, gdy nie znał stanu dowodzonej przez siebie jednostki.
    — Milordzie… — znów zaczął Gulik. Jego smutne oczy patrzyły nerwowo i Martinez przypomniał sobie, że warga Gulika błyszczała od potu, gdy stał w szeregu zbrojmistrzów podczas kontroli Fletchera. — To wszystko ma związek z tym, w jaki sposób kapitan Fletcher kierował statkiem.
    — Chodzi o ciągłe inspekcje, milordzie — powiedziała starszy inżynier Francis. Miała muskularne ramiona, na policzkach popękane naczynka, a jej włosy były kiedyś rude. — Widział pan, jak dokładnie kapitan Fletcher przeprowadzał kontrole. Wskazywał na jakąś część i pytał o jej konserwację, a my musieliśmy natychmiast udzielić odpowiedzi. Nie mieliśmy nawet czasu sprawdzić tego w rejestrze. Musieliśmy wiedzieć.
    Starszy kucharz Yau oparł chude ręce na stole i wyjrzał zza szerokiego torsu Francis.
    — Milordzie, nie musimy zapisywać informacji, ponieważ mamy je w naszych głowach.
    — Rozumiem. — Martinez skinął głową. — Jeśli wszystko macie w głowach, to bez problemu przeniesiecie to w 77-12. Na pewno zdążycie mi dostarczyć kompletne raporty za… powiedzmy dwa dni.
    Z mimowolną satysfakcją patrzył, jak szefowie wydziałów zerkają na siebie ponuro. Tak, najwyższy czas, żebyście się dowiedzieli, jaki ze mnie sukinsyn — pomyślał.
    — Który mamy dzisiaj? — spytał wesoło. — Dziewiętnasty. Do dwudziestego drugiego rano mam mieć u siebie 77-12.
    Muszę kontynuować inspekcje, pomyślał, i konfrontować wszystko z 77-12, by sprawdzić, czy protokoły nie są czystą fikcją. „Ściemnianie w logach” — jak to nazywano — to uświęcony tradycją zwyczaj we Flocie.
    Martinez przysiągł sobie, że pozna „Prześwietnego” — zarówno funkcjonowanie jego maszyn, jak i w sferze ludzkiej.
    Goście dopili kawę w ponurej ciszy, potem Martinez pożegnał ich i poszedł do kabiny sypialnej. Chciał zasnąć snem sprawiedliwego.

* * *

    — Alikhanie, jak sobie poradziłem? — spytał rano ordynansa, gdy ten przyniósł mu mundur galowy.
    — Podoficerowie, którzy pana nie przeklinają, są przestraszeni — zameldował Alikhan. — Niektórzy nie spali przez pół nocy i pracowali nad swoimi 77-12, a żeby dostać potwierdzenie tego, co pamiętają, ganiali rekrutów od jednego sektora do drugiego.
    Martinez uśmiechnął się.
    — Czy nadal sądzą, że mogę być? — spytał.
    Alikhan spojrzał na niego, na ustach pod zakręconym wąsikiem miał uśmiech.
    — Ja sądzę, że pan może być, milordzie.
    Podczas śniadania Martinez dostał pisemne zaproszenie na obiad do mesy chorążych. Czytał je z radosną miną. Chorąży nauczyli się czegoś od podoficerów. Nie zamierzali czekać na zaproszenie od kapitana, żeby dowiedzieć się o swoich niedociągnięciach, lecz woleli sprowadzić go na swój teren i przyjąć ewentualne wymówki z otwartą przyłbicą.
    Zuchy — pomyślał.
    Przyjął zaproszenie z przyjemnością, potem wysłał wiadomość do Chandry i poinformował ją, że muszą przesunąć wspólny obiad o jeden dzień. Wiedział, że nie będzie zadowolona. Następnie przesłał informację, która nie mogła spodobać się żadnemu z poruczników: żądał, by za dwa dni wszyscy dostarczyli mu zaktualizowane wersje 77-12.
    W końcu wezwał Marsdena i piątego porucznika, mającego tytuł lorda Phillipsa, a nazywającego się Palermo.
    Podporucznik Palermo, lord Phillips, był niskim mężczyzną — Martinezowi nie sięgał nawet do ramienia. Ramiona i nogi miał chude, ciało szczupłe, niemal wątłe. Małe dłonie odznaczały się pięknym kształtem. Na jego bladej twarzy nikłe wąsy stanowiły jedyny ciemniejszy akcent. Mówił spokojnym szeptem.
    Phillips dowodził wydziałem, do którego należała cała elektronika statku, od kabli zasilających i generatorów do komputerów nawigacyjnych i sterujących silnikami. Martinez zaczął więc od przeglądu warsztatu Zhang — starszej specjalistki danych. W małym zacienionym pomieszczeniu, pełnym świecących monitorów, panował nienaganny porządek. Martinez spytał Zhang, czy udało jej się coś wpisać do 77-12. Pokazała mu, co zdążyła zrobić od poprzedniego wieczoru. Sprawdził wyrywkowo dwie pozycje — były wprowadzone poprawnie.
    — Znakomita robota — pochwalił ją i przeszedł ze swoją grupą do sekcji głównego elektryka, Strode'a.
    Strode był poniżej przeciętnego wzrostu, ale miał szerokie ramiona i potężne mięśnie z wytatuowanymi symbolami swej seksualnej sprawności na bicepsie. Ciemne blond włosy miał równo przycięte, kark wygolony, wokół uszu zostawione blade łyse placki. Jego imponujące wąsy nie były jednak tak fantastyczne jak u Gawbyana. Martinez spodziewał się zastać w jego sekcji nieskazitelną czystość i nie zawiódł się. Strode z pewnością otrzymał cynk, że kapitan grasuje po statku.
    — Czy udało się panu zrobić coś z 77-12? — spytał.
    — Tak, milordzie.
    Strode wywołał log na displej. Martinez skopiował go na swój mankiet i zaprosił Strode'a na krótki obchód po dolnym pokładzie. Przystanęli przy jednym z paneli dostępu, zaznaczonym na ścianie pozorną niszą z namalowaną przez Jukesa zgrabną wazą o jednym uchu. Martinez spojrzał na dane z 77-12.
    — Zgodnie z pana formularzem — powiedział — wymienił pan transformator pod głównym dojściem 8-14. Proszę otworzyć dojście.
    Strode nie wyglądał na zadowolonego. Wprowadził kod do zamka i panel podłogowy uniósł się pneumatycznie. Pokład przekazał dygotanie wywołane elektrycznym buczeniem. Z komory gospodarczej wydobyły się zapachy smaru i ozonu, światła zapaliły się automatycznie.
    Martinez zwrócił się do lorda Phillipsa.
    — Milordzie, czy byłby pan uprzejmy zejść do komory i przeczytać numer seryjny transformatora?
    Phillips bez słowa zsunął się przez wlot w pokładzie. Skulony w ciasnej przestrzeni, odszukał numer seryjny i przeczytał go. Nie był to ten sam numer, co w formularzu Strode'a.
    — Dziękuję, lordzie poruczniku — powiedział kapitan, wpatrując się uporczywie w nieruchomą, złą twarz Strode'a. — Może pan wyjść.
    Phillips wyszedł i oczyścił spodnie z brudu.
    — Proszę zamknąć wlot — polecił Martinez.
    Strode zamknął panel.
    — Strode, udzielam panu nagany za ściemnianie w logu. Na pewno sprawdzę wszystkie 77-12, a zwłaszcza pana log.
    W oczach Strode'a płonęła posępna złość.
    — Milordzie, numer seryjny był… tymczasowy. Nie miałem okazji sprawdzić właściwego numeru.
    — Niech pan się postara, żeby w przyszłości pana formularze były mniej tymczasowe. Wolę nie mieć żadnej informacji niż mieć informacje mylące. Jest pan wolny.
    Martinez odszedł, a Marsden został, żeby wpisać do swego kompnotesu naganę dla Strode'a. Phillips poszedł za kapitanem.
    — Poruczniku, musi pan sam sprawdzić te formularze — polecił mu Martinez. — Na pewno jest tam pełno radosnej twórczości.
    — Tak jest, milordzie — wymamrotał Phillips.
    — A teraz zapraszam na kawę do mojego gabinetu. Spotkanie przy kawie niezbyt się udało. Martinez wiedział, że Phillips to protegowany Fletchera. Klan Phillipsów był klientem klanu Gombergów, a Phillips — tak jak Fletcher — urodził się na Sandamie, ale obaj spędzili większą część swego życia na Zanshaa. Martinez miał nadzieję, że porozmawiają o Fletcherze, ale porucznik odpowiadał ledwo dosłyszalnie, monosylabami, więc w końcu poddał się i odesłał go do swoich zajęć.
    Był zadowolony. Udało mu się przekazać dwa sygnały: jeden podoficerom — że traktuje serio sprawę 77-12, drugi porucznikom — że powinni ściślej nadzorować szefów wydziałów.
    Obiad z chorążymi przebiegł w znacznie weselszej atmosferze. Jedzenie było dobre dzięki pierwszemu chorążemu Toutou, który kierował kantyną. Chorążowie — piloci czy nawigatorzy zaopatrzeniowcy albo technicy czujników lub intendenci — nie kierowali dużymi wydziałami, tak jak starsi podoficerowie, dlatego ich formularze będą znacznie łatwiejsze do uzupełnienia.
    Niektórzy z nich w ogóle nie musieli wypełniać 77-12, o czym świadczył szeroki uśmiech i radosne zachowanie Toutou.
    Pod koniec posiłku ordynans mesy rozlał do małych kieliszków słodki likier trellinberry i wtedy zadzwonił displej mankietowy Martineza.
    — Kapitanie, proszę pana do mojego gabinetu. — Z głosu Michi wywnioskował, że nie będzie tolerowała żadnego opóźnienia.
    — Już idę, milady. — Wstał z krzesła i inni też wstali, nim zdążył ich powstrzymać.
    — Proszę usiąść — powiedział. — Dziękuję za gościnność. Któregoś dnia się odwdzięczę.
    W gabinecie Michi zastał doktora Xi. Garcii nie zauważył.
    — Powiedz mu — poleciła Michi. Nawet nie wydała Martinezowi polecenia „spocznij”.
    Xi zwrócił na niego swe łagodne oczy.
    — Sprawdziłem, co wiadomo na temat metod pobierania odcisków palców, i okazało się, że czasami odciski na skórze świecą fluorescencyjnie pod wpływem światła laserowego. Poprosiłem mechanika Strode'a, żeby mi dostarczył odpowiedni laser, i jeden z jego podwładnych zmontował dla mnie takie urządzenie.
    Martinez cały czas stał na baczność z uniesioną brodą i kątem oka patrzył na Xi.
    — Znalazł pan odciski palców na ciele kapitana? — spytał.
    Michi podniosła wzrok.
    — Do licha, Martinez — powiedziała rozdrażnionym tonem — spocznij i zechciej usiąść.
    — Tak jest, milady.
    Xi czekał cierpliwie, aż kapitan usiądzie na krześle.
    — Owszem — kontynuował, jakby w jego raporcie nie było tej krótkiej przerwy — na ciele kapitana znalazłem odciski. Moje i Garcii i moich ordynansów. Innych nie wykryłem.
    Martinez nie miał do tego żadnego komentarza.
    — Potem wyjąłem z chłodni ciało porucznika Kosinica, umieściłem sieć czujników na jego głowie i uzyskałem trójwymiarową mapę obrażeń. Umarł od pojedynczego uderzenia w głowę, co idealnie zgadza się z teorią, że stracił równowagę i upadł, uderzając głową o brzeg włazu.
    A więc o jedno morderstwo mniej pomyślał Martinez.
    — Gdy poszukałem laserem odcisków palców, znalazłem swoje i swoich asystentów — wyjaśnił Xi. — Ponadto jeden duży odcisk kciuka na spodzie szczęki, z prawej strony. — Xi przyłożył sobie kciuk w to samo miejsce. — Dokładnie tam, gdzie ktoś mógłby chwycić Kosinica, by trzasnąć jego głową o brzeg włazu.
    Doktor uśmiechnął się leciutko.
    — Rzetelna interpretacja tego odcisku palca wymagała sporo trudu — ciągnął. — Nie mogłem użyć zwykłego czytnika odcisków, więc musiałem wielokrotnie z bliska sfotografować odcisk świecący fluorescencyjnie, a potem zmienić format na…
    — Pomiń tę cześć — poleciła mu Michi.
    Xi wydawał się rozczarowany tym, że nie ma szansy pochwalić się własną pomysłowością. Oblizał nerwowo usta.
    — Odcisk kciuka należał do głównego inżyniera Thuca — wyjaśnił.
    Martinez odruchowo otworzył usta i zaraz je zamknął.
    — A niech mnie! — powiedział.
    Thuc był umięśnionym olbrzymem, zdolnym rozwalić Kosinicowi głowę za jednym zamachem. Martinez spojrzał na Michi.
    — Zatem to Thuc zabił Kosinica. A Fletcher jakoś to wykrył i zgładził Thuca.
    Michi skinęła głową.
    — To prawdopodobna wersja.
    — Powiedział, że zabił Thuca z dbałości o honor statku — ciągnął Martinez. — Był bardzo czuły na punkcie pozycji społecznej i godności, i może uważał, że ujmą dla jego dumy byłoby wszczęcie formalnego dochodzenia, z którego by wynikło, że jeden z jego żołnierzy zabił oficera. Dlatego Fletcher postanowił załatwić to sam.
    Michi znów skinęła głową.
    — Mów dalej.
    — Ale jeśli to prawda, to kto, do diabła, zabił Fletchera?
    Michi spojrzała na niego badawczo.
    — A kto na tym zyskał? — spytała.
    — Jeśli oczekuje pani, że się załamię i przyznam, to muszę panią rozczarować.
    — Oprócz pana inni też mogli skorzystać — zauważyła Michi. — Na przykład osoba, która wiedziała, że Fletcher nigdy nie poprze jej ambicji, ale że mogłaby liczyć na pana.
    Martinez przypuszczał, że Michi nieprzypadkowo użyła określonego rodzaju gramatycznego.
    — Może Thuc miał wspólnika — zasugerował. — Wspólnika, który uważał, że jest następny na liście Fletchera.
    — Czy wie pan, że porucznik Prasad miała celujące wyniki w zapasach w stylu torminelskim w akademii w Dorii?
    — Nie wiedziałem. Nie miałem czasu przejrzeć jej akt.
    Zapasy torminelskie nie pozwalały na walenie głową przeciwnika, ale ten agresywny styl dopuszczał podduszanie, wszelkiego rodzaju nieprzyjemne, bolesne wykręcanie stawów oraz atak na punkty ucisku. Oczami wyobraźni widział, jak Chandra, unieruchomiwszy Fletchera, popycha go do biurka i wali jego głową o ostrą krawędź, zostawiając odciski palców na spodzie blatu.
    — Dowiedziałam się też, że kilka lat temu pan i porucznik Prasad byliście na tym samym kursie łączności.
    — To prawda, ale o ile wiem, podczas kursu nikogo nie zamordowała.
    Usta Michi wykrzywił ponury uśmieszek.
    — Wezmę pod uwagę pana entuzjastyczną charakterystykę. Czy zauważył pan, że kapitan Fletcher napisał o Prasad jadowitą opinię?
    — Widziałem, ale nie mam dowodów, że Prasad ją znała.
    — Może chciała zapobiec powstaniu tego wpisu, ale było już za późno. — Michi bębniła palcami po blacie. — Proszę, żeby pan jak najdyskretniej dowiedział się, co Prasad robiła podczas tamtej wachty, gdy zginął kapitan.
    — Raczej nie udałoby mi się utrzymać takiego śledztwa w tajemnicy — zauważył Martinez — ale Garcia przesłuchał już wszystkich na statku.
    — Garcia jest szeregowcem i odczuwa naturalne opory, przesłuchując oficerów. Lepiej nadaje się do tego jakiś oficer.
    Martinez postanowił się zgodzić. Nie miał przecież powodu, by bronić Chandry.
    — Przesłucham poruczników po kolei. Zapytam ich o tę noc, ale nie przypuszczam, by któryś z nich powiedział mi co innego niż Garcii.
    — Jadam w mesie oficerskiej i mógłbym tam zasięgnąć języka — zaproponował Xi.
    — Musimy znaleźć jakieś wyjaśnienie — stwierdziła Michi.

* * *

    Wracając do siebie, Martinez rozważał jej słowa. Powiedziała „jakieś wyjaśnienie”, a nie „prawdziwe wyjaśnienie”.
    Czy Michi jest gotowa poświęcić prawdę na rzecz jakiegokolwiek wyjaśnienia? Wyjaśnienia, które uciszy wątpliwości i pytania i ułatwi zjednoczenie załogi pod nowym kapitanem, zamknie wreszcie tę sprawę i pozwoli „Prześwietnemu” i całej eskadrze robić to, co donich należy: walczyć z Naksydami.
    Takie rozwiązanie zakładało, że poświęci się oficera, oficera-outsidera, prowincjonalnego para z prowincjonalnego klanu, oficera izolowanego od innych, wybranych osobiście przez Fletchera. A ponadto niezbyt lubianego przez resztę załogi.
    Ta osoba bardzo przypominała oficera, jakim zaledwie rok temu był on sam.
    Plan Michi nie podobał mu się i z tego powodu, i z innych również. Doszło do trzech zabójstw i — według Martineza — Michi zbyt łatwo uznała, że zagadka pierwszych dwóch została rozwiązana. Miał przeczucie, że wszystkie te przypadki coś łączy, ale nie wiedział co to takiego.
    W gabinecie zastał Marsdena, który czekał cierpliwie, by zdać raport dzienny. Potem Martinez poprosił o dzbanek kawy i pracował intensywnie przez godzinę, aż przerwało mu pukanie do drzwi. Podniósł wzrok i zobaczył w drzwiach Chandrę.
    Usiłował wymazać ze swej wyobraźni tarczę strzelniczą na jej piersiach. Prasad weszła i stanęła na baczność.
    — Słucham, pani porucznik.
    — Szkoda, że nie mogliśmy omówić… — strzeliła oczami w stronę Marsdena, który pochylał łysą głowę nad kompnotesem — tej sprawy, o której mieliśmy porozmawiać dziś przy obiedzie.
    — Możemy to zrobić jutro — odparł.
    — Jutro będzie nieco za późno. — Zaciskała i prostowała palce. — Lady dowódca eskadry poleciała mi przeprowadzić jutro eksperyment.
    Chce się przekonać, ile jesteś warta, nim zdecyduje o twoim aresztowaniu. Martinez nie był w stanie oprzeć się tej gorzkiej myśli.
    Westchnął.
    — Pani porucznik, nie wiem, jak mógłbym pomóc. — Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale powstrzymał ją gestem. — To nie może być nic standardowego, jeśli rozumie pani, co mam na myśli. Musi to być całkowicie pani pomysł, coś, czego nikt przedtem nie zrobił, przynajmniej ostatnio.
    Zacisnęła dłonie w pięści, ale tym razem ich nie wyprostowała.
    — Rozumiem, milordzie. — Z tonu głosu wnioskował, że jej zęby też są zaciśnięte.
    — Wiem, że to niełatwe. — Zrobił pojednawczy gest. — Proszę wybaczyć, ale nie mam dla pani żadnych dobrych pomysłów. — Przebiegł w myślach wydarzenia ostatnich kilku dni. — I chyba nie mam dobrych pomysłów dla nikogo.
    Chandra stanęła z zaciśniętymi dłońmi na baczność, zrobiła przepisowy w tył zwrot i odeszła.
    Martinez patrzył za nią i rozważał, czy Chandra jest na tyle wściekła, by go zabić.

TRZYNAŚCIE

    Martinez został zabity następnego ranka, podczas manewrów Chandry. Po śniadaniu spacerował po pokładzie, gdy z głośników na obu końcach korytarza rozległ się głos Chandry.
    — To są ćwiczenia. Na stanowiska bojowe. To są ćwiczenia. Natychmiast na stanowiska bojowe.
    Odpowiadając na to wezwanie, Martinez pomaszerował szybko do swojej kwatery, gdzie Alikhan pomógł mu włożyć skafander próżniowy. Gdyby to nie były ćwiczenia, pognałby bezpośrednio do sterowni, mając nadzieję, że Alikhan dobiegnie tam później ze skafandrem.
    Gdy dotarł do sterowni z hełmem pod pachą, Mersenne, oficer na wachcie, wyszedł z kapitańskiej klatki i usiadł przy stanowisku silników. Martinez wskoczył do swojej klatki i wywołał raport statusu; co chwilę patrzył na swój displej, gdy poszczególne stanowiska zgłaszały gotowość.
    Wreszcie zapalił się ostatni symbol i kapitan zgłosił Michi, że „Prześwietny” jest gotów. Z krótkim opóźnieniem — spowodowanym prawdopodobnie oczekiwaniem na zgłoszenie gotowości innych statków — w słuchawkach rozbrzmiał głos Chandry. Martinez przekazał dowództwo statku Kazakov w sterowni pomocniczej, by jego załoga sterowni mogła całkowicie skupić się na manewrach.
    — Eksperyment zakłada, że od sześciu godzin znajdujemy się w układzie Osser — powiedziała Chandra.
    Znów Osser — pomyślał Martinez. Wygląda na to, że Chandra powtarza jego ostatni manewr. Nie wróży to dobrze, jeśli chce zrobić wrażenie na dowódcy eskadry, Michi Chen.
    — Siły Chen wleciały szybko i przeszukaliśmy układ w promieniu nieco większym od trzech lat świetlnych. Nie wykryto żadnych sił wroga. Czy są jakieś pytania?
    Widocznie nikt nie miał pytań, więc Chandra kontynuowała:
    — Ćwiczenia zaczną się na mój sygnał. Trzy, dwa, jeden, start. Na displejach nawigacyjnych rozkwitł nowy układ.
    — Milordzie — powiedział chorąży Pan, jeden z operatorów czujników — zostaliśmy maźnięci laserem tropiącym.
    — Gdzie?
    — Mniej więcej z samego przodu. Raczej słaby sygnał, nie sądzę, żeby był gdzieś blisko. Milordzie! Pociski! — Głos Pana skoczył o pół oktawy.
    — Uzbroić wszystkie lasery obrony bezpośredniej! — rozkazał Martinez. — Uzbroić promienie antyprotonowe!
    Ale w tym momencie wszyscy byli już martwi, a sekundę później siły Chen zmieniły się w rozżarzoną chmurę cząstek radioaktywnych, rozszerzającą się w zimną nieskończoność kosmosu, a serce Martineza łomotało po spóźnionej dawce adrenaliny.
    Pociski Naksydów przyśpieszyły poza układem do prędkości relatywistycznej, potem wyleciały przez wormhol na trajektorię, którą — jak wiedziały — zajmą siły Chen. Dzięki odbiciu lasera tropiącego wypuszczonego z jakiegoś miejsca układu pociski mogły w ostatniej chwili skorygować kurs.
    Mimo szoku, Martinez zaśmiał się ponuro. Chandra rzeczywiście mogła zaimponować dowódcy eskadry.
    Przejrzał zapis ataku, a krytyczny moment obejrzał w zwolnionym tempie. Dwa wrogie pociski zostały zniszczone przez automatyczną obronę laserową, ale tylko kilka laserów eskadry zostało uzbrojonych, ponieważ utrzymywanie laserów w gotowości wymagało znacznie bardziej intensywnej bieżącej konserwacji oraz wymiany głównych elementów.
    Martinez otworzył swoim kluczem kanał, który dzielił ze stanowiskiem oficera flagowego.
    — Prośba o pozwolenie na ponowne przeprowadzenie manewrów — powiedział. — Chciałbym zacząć od sytuacji, gdy broń przeciwpociskowa jest już uzbrojona.
    — Czekaj — usłyszał Idę Li, adiutant Michi.
    Kilka chwil później udzielono pozwolenia. Siły Chen zaczęły manewry, mając uzbrojoną całą broń antypociskową, ale to i tak nie spowodowało zmiany sytuacji. Zestrzelono dodatkowo dwa nadlatujące pociski, ale mimo to cała eskadra została w kilka sekund zmieciona.
    W słuchawkach rozległ się głos Michi:
    — Przekażmy eksperyment sterowni pomocniczej. Chcę zobaczyć, jak oni dadzą sobie radę.
    Kazakov i jej odpowiednicy na innych statkach nie wypadli lepiej — to niewielka pociecha dla Martineza.
    — Wszyscy oficerowie są zaproszeni do mnie na obiad o piętnaście jeden — rozkazała Michi. — Kapitanie Martinez, czy może pan przygotować jakieś ćwiczenia, żeby zająć resztę czasu?
    — Postaram się, milady. — Rozejrzał się po sterowni. — Choy, Bevins — zawołał — połóżcie się na pokładzie.
    Dwaj chorążowie spojrzeli po sobie zdziwieni, ale wstali z uśmiechem z foteli i położyli się między klatkami akceleracyjnymi.
    — Kom — powiedział Martinez — zawiadom ambulatorium, niech przyślą noszowych. Mamy dwie ofiary.
    Następną rozmowę przeprowadził bezpośrednio z Francis, głównym sprzętowcem.
    — Dekompresja w sekcji siódmej. Siadło zasilanie. Natychmiast wyślij grupę, żeby ratowali żywych ze stanowiska oficera flagowego, które nie reaguje na żadną próbę łączności. Ponieważ nie ma zasilania, właz trzeba otworzyć ręcznie.
    Pomyślał, że Michi Chen może się wydać zabawne, że będzie ją ratować grupa kryzysowa.
    Następnie zadzwonił do Strode'a, głównego elektryka.
    — Wszystkie wyłączniki komunikacyjne na głównej linii zasilającej dwa są popsute z powodu ataku radiacyjnego. Wyślij grupę, żeby wymieniła wszystkie wyłączniki, a tymczasem niech poprowadzą zasilanie linią pomocniczą jeden.
    Groziło to odcięciem zasilania w części statku, ale Martinez uznał, że to opłacalne ryzyko — będzie mógł się przekonać, co Strode potrafi.
    — Zbrojmistrz Gulik, pocisk w wyrzutni trzy baterii jeden grzeje się w rurze. Zewnętrzny luk jest zablokowany i gorące gazy unieruchomiły automatyczne ładownice. Pocisk trzeba wyładować, zanim zostaną naruszone pojemniki z antymaterią.
    Przez cały ranek Martinez wymyślał podobne katastrofy, by sprawdzić umiejętności załogi. Z powodu pewnych zakłóceń w hierarchii służbowej noszowi zjawili się w sterowni bez noszy, ale poza tym załoga dobrze się spisała. Strode nie odciął energii w żadnej części statku, robot awaryjny wyładował pociski na czas i nie zdążyły się zdetonować. Inne sytuacje kryzysowe również opanowano, a Michi wyraziła zadowolenie, że została uratowana; okazało się, że na czele grupy ratowników Francis postawiła wyjątkowo przystojnego sprzętowca.
    Godzinę przed obiadem pozwolono Martinezowi zejść ze stanowiska bojowego. Wrócił do swojej kwatery, rozebrał się przy pomocy Alikhana ze skafandra próżniowego, i wziął prysznic, by usunąć zapach uszczelniaczy.
    Ćwiczenia akcji ratunkowych podniosły go na duchu, ale teraz, gdy miał czas na refleksję, zasępił się ponownie. Pamiętał swoje przerażenie, gdy obserwował, jak w wyniku eksperymentu Chandry ginie cała eskadra Chen. Usiłował wymyślić, jak zapobiec katastrofie, gdyby coś takiego zdarzyło się w rzeczywistości, ale nic mu nie przychodziło do głowy.
    Podczas obiadu panował jeszcze bardziej ponury nastrój. Oficerowie mieli takie miny, jakby zostali rozpłaszczeni wskutek wielogodzinnego dużego przyśpieszania.
    Posiłki przygotowane w mesie mieszano w kuchniach kapitana i dowódcy eskadry. Były to głównie dania jednogarnkowe, które spokojnie dochodziły w piecach, gdy wszyscy byli na stanowiskach bojowych. Michi kazała otworzyć kilka butelek wina i przesunęła je po stole, jakby oczekiwała, że goście wszystko wypiją.
    — Proszę, żeby oficer taktyczny skomentowała swój poranny eksperyment — powiedziała.
     „Oficer taktyczny”. Wyraz triumfu pojawił się w podłużnych oczach Chandry.
    — Zawsze obawiałam się takiego ataku — objaśniła, wstając z krzesła. — Wiem, że na terytorium wroga eskadra postępuje zgodnie ze standardową doktryną Floty, ale chciałam sprawdzić użyteczność tej taktyki w rzeczywistości. — Wzruszyła ramionami. — I chyba sprawdziliśmy.
    Odwróciła się do displeju na ścianie i zademonstrowała, jak w swojej symulacji wystrzeliła trzydzieści pocisków z Arkhan-Dohg, układu znajdującego się za Osser.
    — Można było dość wiarygodnie obliczyć, kiedy wkroczymy do układu Osser. Ponieważ lecieliśmy kursem prosto z wormholu jeden do wormholu dwa, wyznaczenie trajektorii pocisków stało się banalne. Stacje przekaźnikowe wormholi mogły sprawdzić nasz kurs i przyśpieszenie, a potem przesłać niezbędne korekty do lecących pocisków. Naksydzi potrzebowali tylko lasera tropiącego albo sygnału z radaru, by dać automatycznym systemom naprowadzającym pocisków parametry do korektury toru w ostatniej sekundzie. — Wzruszyła ramionami. — A ponieważ nasz kurs i prędkość są wysoce przewidywalne, nawet to nie było im potrzebne.
    — Oczywiście musimy coś zrobić, żeby nasz kurs i trajektoria były mniej przewidywalne — stwierdziła Michi. Rozejrzała się po oficerach. — Milordowie, jeśli macie teraz jakieś sugestie, proszę o ich przedstawienie.
    — Utrzymywać cały czas w gotowości systemy obrony przeciwpociskowej — powiedział Husayn tonem zdradzającym zakłopotanie. Taka taktyka nie sprawdziła się w symulacji.
    — Milady — zaczęła Chandra — pomyślałam, że nasze własne lasery tropiące mogłyby omiatać przestrzeń przed nami, między eskadrą a wormholami. Jeśli wróg wychwyci sygnał, że coś nadlatuje, zyskujemy kilka dodatkowych sekund.
    — Wabiki — wtrącił Martinez. — Niech eskadra wabików leci przed nami. Pociski trafiłyby w te wabiki, a nie w nas, zwłaszcza że miałyby tylko kilka sekund na namierzenie celu.
    Wabiki były pociskami, które można było wystrzelić ze zwykłych wyrzutni pocisków, ale tak je konfigurowano, by dawały sygnaturę radarową taką jak fregata. Podstęp nie był tak przekonujący, jeśli obserwator miał więcej czasu na analizę obrazu, ale pociski poruszające się z prędkościami relatywistycznymi miały zaledwie jedną lub dwie sekundy na podjęcie decyzji.
    — Jak wielka powinna być chmura wabików? — spytała Michi powątpiewającym tonem.
    Martinez usiłował przeprowadzić obliczenia w pamięci, ale mu się nie udało.
    — Taka jak się da — odparł w końcu.
    Michi zwróciła się do Chandry:
    — Niech pani wypróbuje tę taktykę w symulacji.
    — Tak jest, milady.
    — Proszę o regularne raporty.
    — Oczywiście, milady. — Chandra zwróciła się teraz do pozostałych oficerów. — Radary nadal działające w układzie, do którego weszliśmy, lub namierzanie nas radarem z jakiegoś, prawdopodobnie odległego, źródła należy traktować jako sygnały zagrożenia.
    Od kiedy siły Chen zanurkowały w przestrzeń wroga, Naksydzi wyłączali radary i inne wspomagacze nawigacyjne we wszystkich układach, przez które lecieli lojaliści, więc Chandra słusznie zauważyła, że włączony radar oznaczałby niebezpieczeństwo.
    Michi nalała sobie kieliszek bursztynowego wina i przyglądała mu się, bębniąc palcami po stole.
    — Najlepiej jest zapobiec takiemu atakowi przez unicestwienie wszystkich stacji wormholowych, na które się natkniemy — powiedziała. — W ten sposób nie będą mogły przekazać nadciągającym pociskom korektur kursu. Z przykrością to mówię, to niszczenie stacji to barbarzyństwo, ale dla ochrony własnych jednostek zniszczę wszystko po stronie wroga, jeśli będę musiała.
    Martinez pomyślał o pierścieniu Bai-do, który płonął w atmosferze planety.
    Michi wzięła kieliszek wina.
    — Nikt nie pije, tylko ja? — spytała.
    Martinez nalał sobie i wzniósł kieliszek w stronę Chandry. Właśnie stała się zbyt cenna, by ją oskarżyć o śmierć Fletchera.

* * *

    Następnego dnia Chandra i Martinez spotkali się na długo odkładanym wspólnym obiedzie. Martinez pomyślał, że chyba nie jest to już dla Chandry tak ważne, ale na wszelki wypadek poprosił Alikhana, żeby nie zostawiał ich zbyt długo sam na sam.
    Chandra wyglądała wspaniale w galowym mundurze. Srebrny szamerunek lśnił lekko na ciemnozielonej bluzie i spodniach. Kasztanowe włosy leżały na wysokim kołnierzu, na którym teraz widniały czerwone trójkątne naszywki sztabu Michi.
    — Gratulacje, pani porucznik.
    — Dziękuję, kapitanie. Ja również gratuluję nowego stanowiska. — Uśmiechnęła się. — Pańskie szczęście jest zadziwiające. Zawsze kiedy ludzie giną, zamordowani, pan na tym zyskuje.
    W głowie Martineza kotłowały się riposty. „Dopiero ostatnio” — brzmiała jedna z nich. Nie chciał liczyć, ilu dokładnie ludzi musiało umrzeć, aby on został kapitanem „Prześwietnego”.
    — I oto siedzi tutaj para podejrzanych — powiedział. — Właśnie — odparła i rozpromieniła się. — No to konspirujmy!
    Konspiracja była dyskretna. Martinez siedział u szczytu stołu, Chandra po jego prawej stronie. Alikhan nalewał im wina i stawiał talerze z orzechami i marynowanymi warzywami, a oni dyskutowali, którego kadeta należałoby awansować na miejsce Chandry. Podczas tej rozmowy Martinez zastanawiał się, czy powiedzieć jej, że omal nie została ofiarą planu Michi, która szuka zabójcy. Postanowił jednak nic nie mówić.
    — Jak panu idzie z 77-12? — spytała Chandra. — Pomijając oczywiście to, że szefowie wydziałów trzęsą spodniami.
    — Dostałem dziś rano poprawione formularze — odparł Martinez. — Przeglądam je. Niektóre są nawet kompletne.
    Szefowie wydziałów przynajmniej nie oszukiwali: gdy nie mieli informacji, przyznawali się do tego. Wpisywali „Zbieranie danych w toku”, bo chyba wydawało im się to lepsze niż zostawienie pustego miejsca.
    — Sygnalistka Nyamugali przysłała kompletny log, prawda? — spytała Chandra.
    — Tak. — Martinez uśmiechnął się. — Pani dawna sekcja dobrze wypadła. — Dał znak Alikhanowi, by przyniósł pierwsze danie. — Oczywiście muszę jeszcze sprawdzić, czy w logu nie ma oszustw.
    — Nie znajdzie pan żadnych błędów. Trzymałam krótko sygnalistów.
    — Nyamugali miała łatwiejsze zadanie od innych. Francis musi zewidencjonować wszystkie pompy powietrzne, wentylatory, układy wymiany ciepła.
    — Żałuje ich pan teraz?
    — Nie, nie za bardzo.
    Alikhan przyniósł ciepłą kremową zupę z dyni, doprawioną cynamonem. Chandra spróbowała zupy.
    — Pana kucharz przewyższa kucharza mesy oficerskiej, choć tamten też jest dobry.
    — Powtórzę mu pani opinię.
    — To jedna z drobnych rekompensat związku z Fletcherem. Najpierw częstował mnie dobrym jedzeniem, a dopiero potem zanudzał na śmierć.
    Próbując zupy, Martinez doszedł do wniosku, że Chandra mogłaby przynajmniej udawać, że jest bardziej zbolała po śmierci byłego kochanka.
    — A czym panią zanudzał?
    — Chodzi panu o inne rzeczy niż seks? — kapitan nie zaśmiał się z tego dowcipu, więc wzruszyła ramionami i kontynuowała: — Mówił naprawdę o wszystkim. O potrawach, które jedliśmy, o winie, które piliśmy, o ekscytujących raportach załogi, które podpisał. Mówił o swojej kolekcji sztuki. Z wszystkiego potrafił zrobić nudę. — W oczach Chandry zapłonęły łobuzerskie ogniki. — Co pan myśli o dziele, które powiesił u siebie w sypialni? Ma pan słodkie sny?
    — Pozbyłem się tego — przyznał Martinez. — Jukes znalazł mi mniej przygnębiające dzieło. — Spojrzał na Chandrę. — Dlaczego Fletcher trzymał tam Narayanguru? Co mu to dawało?
    Kobieta westchnęła teatralnie.
    — Chyba nie chce pan, żebym powtarzała jego teorie?
    — Czemu nie?
    — Mówił, że jeśli miałby być wyznawcą jakiegoś kultu, wybrałby narayanistów, ponieważ to jedyny prawdziwie cywilizowany kult.
    — Jak to?
    — Niech sobie przypomnę. Niespecjalnie słuchałam tych jego wywodów. — Wydęła pełne usta. — Chyba odpowiadało mu to, że według narayanistów całe życie to cierpienie. Twierdzili, że jedyne rzeczywiste rzeczy są doskonałe, piękne, wieczne i spoza naszego świata, i że możemy się do nich zbliżyć, podziwiając piękne obiekty z tego świata.
    — Cierpienie — powtórzył Martinez. — Gomberg Fletcher, ten obrzydliwie bogaty człowiek, urodzony w najbardziej uprzywilejowanej kaście parów, uważał, że życie to cierpienie. Że jego życie to cierpienie.
    Chandra pokręciła głową.
    — Ja tego też nie rozumiem. Jeśli kiedykolwiek cierpiał, to nie w mojej obecności. — Lekceważąco wykrzywiła usta. — Oczywiście sądził, że jest bardziej wyrafinowany od innych, więc prawdopodobnie uważał, że jego cierpienie jest bardzo wzniosłe i pozostali ludzie nie są w stanie tego pojąć.
    — Teraz rozumiem, dlaczego Shaa zabili Narayanguru — rzekł Martinez. — Jeśli twierdzimy, że jest inny świat, którego istnienia nie można udowodnić, gdzie jest trochę lepiej i bardziej prawdziwie niż na tym świecie — a jego istnienie możemy udowodnić — to z pewnością popadamy w sprzeczność z Praxis i Legion Prawomyślności może nas powiesić na najbliższym drzewie.
    — W tym wszystkim chodziło o coś więcej, nie tylko o niewidzialny świat. O cuda i inne rzeczy. Martwe drzewo, na którym powieszono Narayanguru, bujnie zakwitło, gdy został z niego zdjęty.
    — Rozumiem, że Legion Prawomyślności patrzyłby na tę historię nieprzychylnym okiem.
    Wieczorem usiadł na łóżku i pijąc kakao, patrzył na obraz przedstawiający kobietę, dziecko i kota. Wyobraził sobie Fletchera, który siedząc w tym samym miejscu, kontemplował potworną postać Narayanguru i rozmyślał o ludzkim cierpieniu. Czy Fletcher, prominentny członek dwóch z dwustu najbardziej prominentnych klanów imperium, kiedykolwiek cierpiał? I jakie pocieszenie dawała mu krwawa postać wisząca na drzewie?
    Doktor Xi mówił, że Fletcher traktował swoje stanowisko jako ciężar. Wykonywał obowiązki sumiennie, by spełnić stawiane mu wymagania. Według Xi nie był aroganckim snobem, tylko odgrywał rolę aroganckiego snoba.
    Był pusty — pomyślał Martinez. Wypełniał swoje życie formalnymi rytuałami i przyjemnościami estetycznymi. Niczego nie stworzył, nie namalował, nie wyrzeźbił. Kolekcjonował. Na stanowisku dowódcy nie wykazał się oryginalnymi rozwiązaniami; szlifował załogę statku, polerował procedury tak, jak mógłby polerować nowo nabytą srebrną figurkę.
    A jednak wyraźnie cierpiał. Może cały czas zdawał sobie sprawę z tego, jak puste stało się jego życie.
    Tu, gdzie teraz on siedzi, siedział kiedyś Fletcher i kontemplował obiekty, które dla pewnych ludzi były święte.
    Martinez doszedł do wniosku, że nie będzie teraz rozgryzał osobowości Fletchera, odstawił więc kubek z kakao, umył zęby i wszedł pod kołdrę.

CZTERNAŚCIE

    Bojownik” z instrukcją, jak należy tworzyć podziemne komórki, rozszedł się wśród mieszkańców Zanshaa. Następny numer zawierał przepis na produkcję bomb zapalających i plastikowych materiałów wybuchowych — co było łatwe — oraz detonatorów — co było trudne.
    — Jeśli nauczysz ludzi eksperymentować z czymś takim jak kwas pikrynowy, będziesz miała ofiary z oberwanymi palcami — ostrzegała Spence.
    Sula wzruszyła ramionami.
    — Napiszę, żeby byli ostrożni — odparła. Przecież nie mogła zaglądać im przez ramię i mówić, jak należy właściwie postępować.
    Miała nadzieję, że dysponuje dostateczną wiedzą inżynierską, by zamieścić rysunki techniczne potrzebne do zbudowania broni palnej.
    Naksydzi opublikowali portrety dwóch Terran, którzy uciekali z miejsca zabójstwa lorda Makisha. Rysunki zrobiono na podstawie zeznań świadków; Sula przypuszczała, że głównym świadkiem był naksydzki kurator szkolny.
    Oba portrety przedstawiały mężczyzn. Żaden z nich w najmniejszym nawet stopniu nie przypominał Suli czy Macnamary.
    Sula zastanawiała się, czy nie powinna się czuć urażona. Miała szczupłą figurę, ale nie chłopięcą, i nawet w robotniczym kombinezonie wyglądała na kobietę.
    Doszła do wniosku, że Naksydzi mają takie samy problemy z rozróżnianiem Terran, jak Terranie z rozróżnianiem Naksydów.
    Właśnie wysyłała biuletyn w pakietach po kilka tysięcy sztuk, gdy usłyszała jakieś krzyki na ulicy. Podeszła do okna: czarnowłosy Terranin biegł ulicą między straganami, uciekając przed policjantami — też Terranami — ale złapali go i gdzieś poprowadzili. Sula próbowała zgadnąć, czy jest przestępcą, zakładnikiem, czy lojalistą, który wkrótce zostanie zabity.
    Ludzie na ulicy obserwowali to wydarzenie, nie okazując emocji, ale wyczuwała, że zadają sobie te same pytania. W społeczeństwie panowało napięcie. Kiedyś aresztowanie było rzeczą względnie prostą, teraz było bardzo niebezpieczne, zwłaszcza gdy władze szybko potrzebowały nowych zakładników.
    Mieszkańcy Nabrzeża — jeśli nie spali lub nie pracowali — prowadzili życie na ulicy. Mieszkania w domach z prefabrykatów były zbyt ciasne. Teraz, pod okupacją Naksydów, musieli ocenić, czy wychodząc na ulicę po łyk świeżego letniego powietrza, opłaca im się ryzykować, że zostaną zgarnięci i rozstrzelani.
    W ciągu ostatnich dni zespół 491 regularnie dostarczał kakao, tytoń i kawę do restauracji i klubów. Operacja była zyskowna, a ponadto była to okazja do plotkowania z obsługą, która mogła podsłuchiwać ciekawe rozmowy między gośćmi.
    Przedsięwzięcie dało spory zastrzyk pieniędzy, więc grupa Suli mogła kupić samochód dostawczy. Był to samochód w kształcie purchla z kameleonowymi panelami po bokach, a ponieważ po zniszczeniu pierścienia zabroniono energochłonnych reklam, Sula wynajęła panele na reklamy, co przynosiło dodatkowe dochody.
    Choć perspektywa obalenia reżimu Naksydów wydawała się odległa, zespół 491 jako grupa przedsiębiorców odnosił wielkie sukcesy. Powinniśmy być z tego dumni, myślała Sula.
    Zespół nie przeprowadził już żadnej akcji przeciw Naksydom, jednak z kabiny ciężarówki Sula mimowolnie szukała potencjalnych celów. Uważała, że muszą coś zrobić.
    Inni działali niezależnie od niej. Grupa uczniów ze szkoły pomaturalnej w Grandview zorganizowała nieudaną zasadzkę na naksydzkiego oficera Floty, wracającego pociągiem do domu. Oficjalne raporty nie podawały szczegółów, ale prawdopodobnie zamachowcy chcieli pobić oficera do nieprzytomności, a potem ukraść mu broń. Dwóch zamachowców zabito na miejscu, pozostałych złapano. Podczas przesłuchania przyznali, że byli członkami komórki, anarchistycznej, i widocznie wyjawili nazwiska innych jej członków, kolegów i nauczycieli, ponieważ władze przeprowadziły potem serie aresztowań.
    W szkole zrobiono czystkę. Domniemani anarchiści zmarli na torturach transmitowanych przez kanał telewizyjny, a rodziny uczniów rozstrzelano.
    „Bojownik” uznał ich za męczenników prawdziwego państwa i Praxis.
    Pewien Cree, dostawca ryb do restauracji w Grandview, powiedział Suli, że zabito jakiegoś Naksyda; przypuszczalnie zdarzenie to miało miejsce w Starej Trójce, dzielnicy Tormineli. Tłum Tormineli — istot nocnych — dopadł Naksyda nocą, a następnego dnia rano naksydzka policja otoczyła ten rejon miasta, wkroczyła na ulice i zaczęła strzelać na oślep, zabijając setki osób.
    — Dlaczego ja o tym nie słyszałam? — spytała Sula. — Sensacyjne informacje powinny rozchodzić się po mieście jak błyskawica.
    — Nie zamieszczali tego w dziennikach. — Melodyjny szemrzący głos Cree był zbyt radosny do przekazywania takich wiadomości.
    — Sensacyjne informacje pojawiają się w całym mieście w ciągu paru godzin.
    Cree zwrócił ku Suli swoje światłoczułe plamy. Czuła wewnętrznymi organami poddźwiękowe pulsowanie sonaru.
    — Może się pojawią, moja dociekliwa — odparł Cree — ale wypadek miał miejsce dziś rano. Słyszałem wszystko ze swego okna.
    Słyszał, a nie widział. Światłoczułe plamy Cree prawdopodobnie nie były zdolne rozpoznać sytuacji z tak dużej odległości, ale szerokie, wysokie uszy potrafiły dość precyzyjnie ustalić, co się tam działo.
    Stara Trójka znajdowała się dość daleko, po drugiej stronie miasta, ale autostrady z komputerowym naprowadzaniem umożliwiały dotarcie na miejsce w niecałą godzinę. Ciężarówka wjechała tam przez sąsiednią dzielnicę, w której mieszkał Cree.
    Budynki nosiły ślady po kulach, okna były rozbite, a na chodnikach widniały plamy krwi. Sula doszła do wniosku, że nie ma sensu zapuszczać się dalej.
    Resztę szczegółów poznała później, gdy świadectwa zgonu dotarły do komputera Biura Akt. Naksyd zabity przez tłum był pracownikiem oczyszczania miasta i po prostu zakończył swoją zmianę w nieodpowiedniej dzielnicy. Policja zabiła około sześćdziesięciu osób, a nie setki, jak mówił Cree.
    Potem Naksydzi szukali ofiar w lokalnym szpitalu — strzelali do wszystkich w izbie przyjęć, zakładając, że te osoby zostały wcześniej zranione podczas ulicznej obławy. Jeśli ktoś złamał tego dnia nogę, miał pecha. Policja zabiła w szpitalu trzydzieści osiem osób.
    W następnym numerze „Bojownika” Sula opublikowała częściową listę ofiar. Nie mogła podać pełnej listy, bo w ten sposób zdradziłaby, że ma dostęp do Biura Akt. Jej wyobraźnia generowała melodramatyczne szczegóły: matka umiera, bezskutecznie osłaniając dzieci; wściekły sklepikarz odgania policjantów szczotką, a potem zostaje posiekany kulami; przerażony obywatel, zagoniony w ślepy zaułek, pada zastrzelony, zostawiając krwawe ślady na murze.
    Pisząc ten tekst, Sula zdawała sobie sprawę, że żadne słowa, nawet najbardziej wzniosłe nie mogą oddać rzeczywistej tragedii, strachu bezradnych ofiar, terkotania karabinów, jęku umierających, krzyków rannych…
    Pamiętała to wszystko z bitwy na Axtattle. Opisywane fikcyjne scenki okrucieństwa były zaledwie łagodną fantazją w porównaniu ze wspomnieniami, które miała przed oczyma.
    Będzie więcej zabitych — pomyślała. Ale współczucie dla ludzi to nie moja specjalność.
    Pisała w „Bojowniku”: Potem dodała:
    Jak zwykle Naksydzi nie mogli znaleźć prawdziwych wrogów i zadowolili się zabiciem przypadkowych osób. Krytycznie oceniamy Tormineli z tego powodu, że zabili nieodpowiedniego Naksyda. Prawie sto ofiar w zamian za kanalarza — to smutna ignorancja zwykłej arytmetyki. Obywatele, następnym razem wybierzcie urzędnika, oficera policji, nadzorcę, szefa departamentu lub sędziego. I zróbcie wszystko, by nie znaleziono ciała w waszej dzielnicy.

* * *

    Dwa dni później jakaś emerytka — Torminelka — wysadziła siebie w powietrze we własnym mieszkaniu bombą domowej roboty. Musiała to być bomba zapalająca, ponieważ pół domu zajęło się ogniem.
    Naksydzi odszukali dzieci tej Torminelki i wszystkie zabili.
    Sula przeglądała w Biurze Akt świadectwa śmierci w poszukiwaniu szczegółów na temat tej Torminelki i jej rodziny. Odkryła, że pewien Naksyd został zabity w wyniku eksplozji bomby, przypisanej „anarchistom i sabotażystom”. Naksyd — drobny urzędnik w Ministerstwie Skarbu — poniósł śmierć, gdyż był bezbronny: jako oficjel zbyt niskiego szczebla nie miał ochroniarza. Bomba była mała, napakowana gwoździami.
    W następnym numerze „Bojownika” w tekście żałobnym dla uczczenia starej Torminelki przedstawiono ofiarę jako zaciekłą lojalistkę, oburzoną masakrą w Starej Trójce. Urzędnik podatkowy natomiast to był łajdak, którego skazał podziemny sąd, a wyrok wykonali członkowie podziemnej armii lojalistów ze skrzydła Octaviusa Honga.
    W odwecie zabito stu jeden zakładników — Naksydzi jak zwykle przy egzekucjach wybierali liczby pierwsze. Sula zauważyła, że zakładników nie zabijano w odpowiedzi na podłożenie bomby, ale dopiero po upublicznieniu informacji o ataku bombowym. Wydawało się więc, że nie zabijają z powodu ataku, lecz w odwecie za to, że stracili twarz, gdy atak ujawniono. Mogłabym to w przyszłości wykorzystać — pomyślała Sula.
    Szukając w Biurze Akt innych rewelacji, odkryła kilka niewyjaśnionych przypadków śmierci starców. Zastanawiała się, czy nie wykorzystać tego i nie uznać, że śmierć nastąpiła wskutek aktów sabotażu. Czy przypadkiem nie ponosi mnie wyobraźnia? — zadawała sobie potem pytanie.
    Jeśli nawet, nie tylko ją jedyną. Naksydzkie media ogłosiły, że aresztowano i zgładzono członków skrzydła Octaviusa Honga, wraz z ich rodzinami.
    Ale przecież to ja go wymyśliłam! — protestowała w duchu.
    Sprawdziła jednak w komputerze Biura Akt: świadectwa zgonu były prawdziwe.

* * *

    Ulice parowały po deszczu. Zespół 491 podjeżdżał do kawiarni przy Alei Handlu w biznesowej dzielnicy Zanshaa. Koła ciężarówki rozchlapywały wodę na chodniki. Macnamara dotknął dźwigni otwierającej bagażnik, potem energicznie rzucił się do podnoszących się drzwi bagażnika, z których kapały krople. Sula wysiadła, mrużąc oczy w jasnym słońcu i wdychając zapach przejrzałych kwiatów ammatu, pomieszany z zapachem świeżego deszczu.
    — Czuję w powietrzu pieniądze — powiedziała do Spence.
    Spence zmarszczyła perkaty nosek.
    — Mam nadzieję, że się nie mylisz.
    W kawiarni Sula odebrała pieniądze od krzywo uśmiechającego się właściciela, chudzielca w nieskazitelnie białym fartuchu. Potem dała znak Macnamarze, żeby wyładował hermetyczne skrzynie — zawierały kawę onamaka z Harzapid — i postawił je ostrożnie za barem.
    — Dziękuję — powiedział właściciel kawiarni i spojrzał krytycznie na mokre ślady stóp na lśniących kafelkach. — A tak w ogóle to dwóch dżentelmenów chce z wami porozmawiać.
    Sula odwróciła się i zobaczyła dwóch mężczyzn wstających od małego marmurowego stolika.
    — Dobra kawa — powiedział jeden z nich i nerwy Suli napięły się.
    Wysoki mężczyzna miał na sobie jaskrawą kwiecistą marynarkę i sięgające prawie do pach spodnie na szelkach; spod dzwonowatych nogawek wystawały ciężkie buty. Jego szyję zdobił gruby srebrny naszyjnik, upstrzony sztucznymi rubinami wielkości kciuka, a podobną bransoletę miał na nadgarstku.
    — Bardzo dobra kawa — potwierdził jego partner. Był niższy, ale miał rozbudowane ćwiczeniami tors i ramiona, a włosy wygolone w idealną kryzę, która wisiała nad czołem jak koguci grzebień.
    — Chodzi tylko o to — ciągnął pierwszy — czy ma pani pozwolenie na obrót kawą.
    Sula wyczuła, że Macnamara podchodzi do niej z boku. Dla lepszej równowagi przesunęła stopę do tyłu. Zaniepokojona Spence, widząc, że coś złego zaczyna się dziać, przepychała się do przodu.
    Sula spojrzała na dryblasa.
    — A pan to kto?
    Zaatakował ją, prawdopodobnie chcąc dać jej nauczkę, by nie zadawała zuchwałych pytań. Miał jednak do czynienia z osobą po kursie sztuk walki we Flocie. Sula zablokowała jego ramię i przejechała pięścią po nerwie promieniowym, a potem pociągnęła go do przodu i zadała kantem dłoni cios w gardło. Gdy mężczyzna pochylił się, by złapać się za szyję, wpakowała mu dwa kciuki w oczodoły. Potem po prostu chwyciła dłońmi jego głowę i walnęła nią w uniesione w górę kolano.
    Nos dryblasa zdrowo chrupnął. Ponieważ facet w pozycji pochylonej dławił się, Sula z łatwością dołożyła mu łokciem w kark, powalając go na podłogę.
    Tymczasem Macnamara rozprawiał się z kulturystą. Wymiana ciosów i kopniaków była mniej więcej równorzędna i rozstrzygnięcie nastąpiło dopiero wówczas, gdy Spence cisnęła osiłkowi w twarz dzbanek gorącej kawy i uszkodziła mu kolano zamaszystym kopniakiem.
    Potem cała trójka z zespołu 491 skopała kulturystę, aż zupełnie zamarł.
    Macnamara przeszukał obu mężczyzn; znalazł dwa pistolety, których nie zdążyli wyciągnąć. Jedyni dwaj klienci kawiarni obserwowali całą tę scenę z przerażeniem w oczach i niepewnie zerkali na swe displeje mankietowe, jakby zamierzali zawołać policję. Sula weszła za bufet i chwyciła właściciela za włosy.
    — Co to za ludzie, którym nas sprzedałeś? — spytała.
    — Są z ulicy Cnoty — odparł mężczyzna. — Płacę im haracz.
    Sula zacisnęła zęby.
    — Myślę, że nie będę ci już sprzedawać kawy.
    Wściekła, wzięła skrzynkę onamaki, jakby to była poduszka i zaniosła ją do ciężarówki.
    — Cholera! — Była zła na samą siebie. — Cholera! Cholera! — Uderzyła pięścią w oparcie fotela.
    — Nieźle z tego wyszliśmy — stwierdził Macnamara. Próbował wymacać zadrapanie na policzku, które osiłek zrobił mu swoimi pierścieniami.
    — Nie o to mi chodzi — warknęła Sula. — Zapomniałam o podatku! Cholera! — Uderzyła się w czoło. — Powinnam była to przewidzieć! A niech to! — Znów walnęła pięścią w fotel.
    Odwołała pozostałe poranne dostawy i wściekała się przez całą drogę powrotną do domu. Na widok Jednego-Kroka, który przycupnął w cieniu na ganku, złość jej opadła. Jeden-Krok wyprostował długie nogi i wstał z promiennym uśmiechem na ustach.
    — Piękna pani! Przychodzisz wspaniała jak słońce i delikatna jak kwiat! — deklamował.
    — Muszę się czegoś dowiedzieć — powiedziała Sula.
    — Co tylko chcesz! — Jeden-Krok wysunął ramię. — Co tylko chcesz, moja piękna!
    — Powiedz mi coś o gangu z ulicy Cnoty.
    Z twarzy mężczyzny zniknął wyraz zadowolenia.
    — Czy zadarłaś z nimi, moja urocza?
    — Oni zadarli z firmą, w której pracuję.
    Nagle okazał zainteresowanie.
    — Masz pracę? Prawdziwą pracę?
    — Jestem dostawcą. Ale powiedz mi coś o ludziach z ulicy Cnoty.
    Jeden-Krok wyrzucił w górę ramiona.
    — A co ja mogę powiedzieć? To jedna z grup w mieście. Zbierają haracz po obu stronach ulicy Cnoty.
    — Tylko w tym rejonie?
    — Mniej więcej.
    Ulica Cnoty na szczęście znajdowała się w odległej części miasta. Sula odetchnęła.
    — A kto zbiera haracz na Nabrzeżu?
    Jeden-Krok spojrzał na nią uważnie.
    — Lepiej, moja urocza, żebyś trzymała się od nich z daleka.
    — Chcę tylko wiedzieć.
    Twarz mężczyzny skamieniała.
    — Klika Nabrzeża. Niezbyt wyszukana nazwa, ale im na tym nie zależy. Muszę od nich kupować różne rzeczy, żebym mógł prowadzić swój interes.
    — Czy nabrzeżni są gorsi od innych? Lepsi?
    Od strony warsztatów szkutniczych dobiegał odgłos młotów pneumatycznych. Jeden-Krok wzruszył ramionami.
    — To zależy, z kim ma się do czynienia.
    — Jeśli chciałabym wejść w jakiś interes, to z kim powinnam porozmawiać?
    — Jaki interes? — Jeden-Krok miał podejrzliwą minę.
    — Nie chcę przez całe życie jeździć ciężarówką.
    — Piękna pani, po pożyczkę idziesz do patrona swojego klanu. Sula zaśmiała się.
    — Po przyjściu Naksydów patron mojego klanu uciekł na złamanie karku. Jego patron również. I tak wszyscy po kolei.
    — Wojna to niedobry czas na rozpoczynanie nowego biznesu.
    — Zależy jakiego biznesu.
    Patrzyła na niego tak długo, aż poruszył się niespokojnie i przerwał milczenie.
    — Możesz pogadać z Casimirem — powiedział niechętnie. — Nie jest taki zły jak pozostali.
    — Casimir jaki?
    — Nazywają go Mały Casimir. Kiedyś był inny Casimir, starszy, ale Dużego Casimira zabito.
    Sula czuła, jak uśmiech rozciąga kąciki jej ust.
    — Więc mam zapukać do jego drzwi i zapytać o Małego Casimira?
    — Casimir Massoud — powiedział Jeden-Krok. — Ma biuro w budynku Kalpeia na ulicy Kociej, w tym ich klubie, ale on ma powody, żeby nie przesiadywać w biurze.
    — Mianowicie?
    Jeden-Krok rozejrzał się w lewo i w prawo. Zniżył głos.
    — Policja dostała rozkaz, żeby złapać zakładników, prawda? Zostaną rozstrzelani, jeśli nie posłuchają Naksydów, ale wszyscy będą ich nienawidzić, jeśli to zrobią, więc kombinują, kogo wziąć, żeby sąsiedzi go nie żałowali. Biorą tych, którzy już siedzą w więzieniu, oraz łobuzów i różnych dziwnych ludzi, którzy mieszkają na ulicy. W ten sposób policji się wydaje, że zwykli ludzie mniej ją będą nienawidzić.
    Sula przypomniała sobie aresztowanie pod swoimi oknami. Czyżby to był rekieter gangu, wystawiony przez ludzi, na których chciał wymuszać ochronę?
    — Ale czy ktoś taki jak Casimir nie kupuje sobie u policji nietykalności? — spytała.
    Jeden-Krok uśmiechnął się i skinął głową.
    — Piękna pani, znasz się na tych sprawach. Tak, policja chroni szefów klik i aresztuje gangsterów niższego szczebla: złodziejów, porywaczy, poborców haraczy, ale wtedy przestają płynąć pieniądze. W końcu Casimir nie będzie już mógł opłacać policji i trafi do Niebieskich Śluz, i zostanie rozstrzelany jako zakładnik, gdy podziemna armia zdetonuje bombę.
    Z nieba zaczęły spadać grube, gorące krople deszczu. Jeden-Krok skrzywił się, gdy kropla trafiła go w oko. Sula, zamyślona, nie zwracała uwagi na deszcz.
    Miała coś, czego potrzebował Casimir. Otwierały się przed nią liczne możliwości, jeśli tylko właściwie z nim pogra.

* * *

    Potrzebowała jako próbek stosownych dokumentów, więc dopiero po dwóch dniach mogła złożyć Casimirowi propozycję. W tym czasie miały miejsce dwie eksplozje bombowe w różnych rejonach miasta; nikt przy tym nie zginął, ale wybuchy były na tyle silne, że Naksydzi nie mogli tego ukryć. Zabito pięćdziesięciu trzech zakładników.
    Czekając na dokumenty, Sula wybrała się z Macnamarą i Spence do klubu na ulicę Kocią. W tym olbrzymim gmachu jedna orkiestra taneczna grała w głównej sali, a druga na niższym piętrze; były tam również obudowane szklanymi ścianami korty do gry w piłkę, długi łukowaty bar z czarnej ceramiki i srebrnego stopu oraz szeroki wybór rozrywek komputerowych. Kobiety w obwisłych pantalonach, noszące w kaburach na biodrach butelki, wędrowały od stolika do stolika i nalewały klientom drinki wprost do otwartych ust. Palenie było dozwolone i pod sufitem wisiała mgła dymu tytoniowego i haszyszu.
    Sula zamówiła wodę gazowaną i z uśmiechem rozglądała się po klubie. Gredel spędziła wiele wieczorów w takich miejscach ze swym kochankiem Kulasem, który prowadził podobną działalność jak Casimir. Na Zanshaa nazywali ich członkami kliki, na Spannan — linkbojami. Byli młodzi, gdyż rzadko udawało im się dożyć późnego wieku przed spotkaniem z garotą czy karną zsyłką na farmę. Ojciec Gredel był linkbojem — uciekł, zanim go oskarżono, a jej matka spędziła wiele lat w rolniczej komunie, pokutując za postępki męża.
    Gredel wyrosła w środowisku, gdzie musiała spotykać się z pewnymi ludźmi oraz podejmować pewne decyzje. Próbowała jednak nie popełniać błędów matki, tylko swoje własne.
    Otoczyły ją odgłosy życia klubowego, muzyka, śmiech, elektroniczne krzyki. Dopiero niedawno osiągnęła dojrzałość — dwadzieścia trzy lata — ale klub przy ulicy Kociej wydawał jej się miejscem dla młodych. Odwoływano się tu do cielesności, erotycznego pożądania, oferowano rytm, towarzystwo, zapomnienie. To nudnawe dla terrorystki organizującej zamachy bombowe, w których giną ludzie.
    Gdy wracała do domu, cuchnąc występkami innych ludzi, Jeden-Krok spojrzał na nią z wyrzutem.
    — Jeden-Krok dałby ci lepszą rozrywkę.
    — Jeden-Kroku… — zaczęła Sula i kichnęła. Nie była przyzwyczajona do zadymionych pomieszczeń. Postanowiła przed snem umyć głowę, a ubrania schować w szczelnej torbie, żeby nie czuć ich obrzydliwego zapachu.
    — Jeden-Krok powinien pracować — powiedziała przez zatkany nos.
    — Kiedy dostaniesz pieniądze od Casimira, może dasz jakąś pracę Jednemu-Krokowi.
    — Może.
    Musiała przyznać, że ten pomysł miał w sobie niezdrowy urok.
    — Dziś wzięli kolejnych zakładników — powiedział Jeden-Krok. — Muszę zniknąć z ulicy.
    Słusznie — pomyślała Sula.
    — Zobaczę, co da się zrobić.
    Cokolwiek by o nim powiedzieć, Jeden-Krok, z pewnością lepiej znał się na ludziach niż ona.

* * *

    Na spotkanie z Casimirem ubrała się w wulgarnym stylu Nabrzeża: szeroki kołnierz bluzki wyłożony na sięgający do pasa żakiecik we fraktalowy wzór, spodnie-dzwony opadające na buty na platformach. Do tego tania plastikowo-ceramiczna biżuteria oraz wysoki aksamitny kapelusz, odpowiednio zgnieciony i z przypiętą z jednej strony złotą szpilką ze sztucznym diamentem wielkości orzecha.
    Na Nabrzeżu panował spokój, chodniki promieniowały upałem dnia, jakby robiły długi gorący wydech. Ulice pocięte były cieniami budynków przedzielonymi pasami światła — kojarzyło się to z więziennymi kratami. Sula nie dostrzegła obecności Naksydów ani policji.
    Wczesnym wieczorem w prawie pustym klubie przy ulicy Kociej tylko kilku gości piło drinki, zapewne w drodze z pracy do domu. Hostessa powiedziała Suli, że Casimira jeszcze nie ma. Usiadła więc przy stoliku pod ścianą, zamówiła wodę gazowaną i zmieniła blat stołu w ekran wideo. Obejrzała program informacyjny, w którym ten sam co zwykle lektor — Daimong o twarzy bez wyrazu — czytał te same co zwykle wieści o szczęśliwych osobach z różnych gatunków, które pracują wydajnie dla przyszłości pod władzą Naksydów.
    Nie zauważyła wchodzącego Casimira, dopiero hostessa powiedziała jej, że przybył, i zaprowadziła ją na zaplecze klubu, pod drzwi z błyszczącej czarnej ceramiki. Sula spojrzała na swoje odbicie w lśniącej powierzchni i poprawiła kapelusz.
    W środku było dwóch ochroniarzy — groźnych Tormineli o szarych futrach i białych kłach. A więc Casimir jest zdenerwowany.
    Kulas nigdy nie miał ochroniarzy, zatrudnił ich tylko pod sam koniec, gdy ścigał go Legion Prawomyślności.
    Ochroniarze obszukali ją — nic nie znaleźli, bo pistolet zostawiła w domu — i przeskanowali czarną poliwęglową pałeczką, szukając urządzeń podsłuchowych, po czym skierowali ją do drugich błyszczących drzwi.
    Weszła do obszernego apartamentu urządzonego w czarno-białej tonacji: podłogę pokrywały romby czarnych i białych kafelków, a onyksowe kolumny podpierały imponujące romańskie łuki z białego marmuru, mające wyłącznie dekoracyjny charakter, gdyż niczego nie podtrzymywały. Fotele z miękkimi poduchami zachęcały do zajęcia wygodnej pozycji. Na ścianie wideo dającej podgląd wnętrza klubu jedna z kamer była wycelowana bezpośrednio na stolik, od którego Sula właśnie odeszła.
    Casimir wstał od biurka, by ją powitać. Był młody, zaledwie parę lat starszy od niej. Miał zwyczajne rysy. Długie włosy sczesane znad czoła wiły się nad kołnierzem. Ubrany był w grafitową aksamitną marynarkę, pod nią jedwabną fioletową koszulę; lśniące czarne buty wystawały spod modnie rozszerzonych nogawek spodni. Blade, delikatne dłonie o kruchych przegubach złożył nieśmiało na piersiach, mocno splótł palce.
    — Obserwował mnie pan? — spytała, skinąwszy na ekran. — Nie widziałem tu pani przedtem — odparł zadziwiająco głębokim, chropawym głosem, przypominającym gwałtowny spływ wody po kamieniach. — Byłem ciekaw.
    Poczuła żar jego czarnych oczu i natychmiast zdała sobie sprawę, że czai się tutaj niebezpieczeństwo zagrażające może jej, może samemu Casimirowi, a może całemu światu. On sam chyba o tym nie wiedział.
    — Jestem nowa — odparła. — Kilka miesięcy temu zjechałam z pierścienia.
    — Szuka pani pracy? — Przechylił głowę, udając, że się jej przygląda. — Dla osoby tak atrakcyjnej jakaś praca się znajdzie.
    — Mam już pracę. Chciałabym tylko stałych dochodów. — Wyjęła z wewnętrznej kieszeni żakietu dwa dowody osobiste i podała je Casimirowi.
    — Co to? — Wziął dowody i otworzył szeroko oczy: na obu zobaczył własną fotografię; podpis brzmiał „Michael Saltillo”.
    — Jedno to podstawowy dowód — wyjaśniła Sula — a drugie to specjalna przepustka do Górnego Miasta.
    Casimir zmarszczył czoło, podszedł z kartami do biurka i uniósł je do światła.
    — Dobra robota. Pani to zrobiła?
    — Rząd to zrobił. Są autentyczne.
    Wydął usta i skinął głową.
    — Pracuje pani w Biurze Akt?
    — Nie, ale znam kogoś, kto tam pracuje.
    Spojrzał na nią spod ciężkich powiek.
    — Musi mi pani powiedzieć, kto to jest.
    Sula pokręciła głową.
    — Nie, nie mogę.
    Przysunął się bliżej.
    — Muszę mieć to nazwisko — powiedział.
    Patrzyła na niego, starając się opanować mięśnie, by nie drżały pod wpływem wzbierającej w żyłach adrenaliny.
    — Po pierwsze — odparła cicho, by zdusić drżenie głosu — ona nie zechciałaby z panem współpracować. Po drugie…
    — Jestem bardzo przekonujący. — Głęboki, chropawy głos wydobywał się jakby spod ziemi. Wilgotny oddech dotarł ciepłem do policzka Suli.
    — Po drugie — kontynuowała jak najspokojniej — ona nie mieszka w Zanshaa i jeśli pan pojawi się u niej, wyda pana policji. Tam, gdzie przebywa, nie ma pan żadnej ochrony, żadnej przewagi.
    W jednej na wpół opuszczonej powiece pulsował mięsień — Casimir nie lubił, gdy mu się sprzeciwiano. Sula przygotowywała się na atak i zastanawiała się, jak sobie poradzić z dwoma Torminelami.
    Najpierw jednak musiała coś zrobić z butami na platformach, modnymi, ale nie nadającymi się do walki.
    — Chyba nie usłyszałem pani imienia — powiedział Casimir. Spojrzała w jego półprzymknięte powiekami oczy.
    — Gredel — odparła.
    Odwrócił się, zrobił krok, a potem wykonał obrót i gwałtownym ruchem podał jej karty.
    — Niech pani to weźmie. Nie zamierzam ich przyjmować od nieznajomej. Mogliby mnie zabić za posiadanie tego w biurze.
    Sula uspokoiła palce przed odebraniem identyfikatorów.
    — Wcześniej czy później będzie ich pan potrzebował, zważywszy na to, jak rozwija się sytuacja pod panowaniem Naksydów.
    Jak zauważyła, tego też nie chciał słuchać. Wszedł za biurko i z opuszczoną głową układał długimi palcami papiery.
    — Na Naksydów nic nie poradzę — stwierdził.
    — Może ich pan zabić, zanim oni zabiją pana.
    Utkwił wzrok w papierach, ale na ustach miał lekki uśmiech.
    — Naksydów jest wielu, a ja jestem tylko jeden.
    — Niech pan zacznie od góry i posuwa się na dół — poradziła Sula. — Wcześniej czy później zostanie osiągnięta równowaga.
    Uśmiech nie znikał mu z warg.
    — Ale z pani prowokator!
    — Pięćdziesiąt za podstawowy identyfikator. Dwieście za specjalną przepustkę do Górnego Miasta.
    Spojrzał na nią zdziwiony.
    — Dwieście?
    — Większości ludzi nie jest potrzebna. Ale dla tych, którzy będą jej potrzebowali, naprawdę będzie niezbędna.
    Wykrzywił ironicznie usta.
    — Kto chciałby teraz iść do Górnego Miasta?
    — Ludzie, którzy chcą pracować dla Naksydów. Albo okradać Naksydów. Albo zabijać Naksydów. — Uśmiechnęła się. — Nawiasem mówiąc, ci ostatni dostają kartę za darmo.
    Odwrócił głowę, by ukryć uśmiech.
    — Ale z pani pistolet!
    Sula nic nie odpowiedziała. Casimir stał przez chwilę zamyślony, a potem nagle usiadł na krześle — westchnęły zgniecione poduszki i układ hydrauliczny — i oparł nogi na biurku.
    — Możemy się jeszcze spotkać? — spytał.
    — Po co? Omówić interesy? Możemy to zrobić teraz.
    — Interesy oczywiście też. — Skinął głową. — Ale myślałem, że moglibyśmy się zabawić.
    — Nadal uważa mnie pan za prowokatora?
    Pokręcił głową.
    — Policja pod rządami Naksydów nie dba już o zdobywanie dowodów. Prowokatorzy też rozglądają się teraz za pracą.
    — Tak — powiedziała Sula.
    Zamrugał.
    — Co tak?
    — Tak. Możemy się zobaczyć.
    Uśmiechnął się szerzej. Miał równe, olśniewające zęby. Jego dentyście należą się gratulacje — pomyślała Sula.
    — Dam panu swój kod komunikatora. Proszę ustawić displej na odbiór.
    Uaktywnili swoje displeje mankietowe i Sula przekazała mu swój adres elektroniczny, który stworzyła wyłącznie na to spotkanie i był elementem jednej z licznych fałszywych tożsamości.
    — Zatem do zobaczenia. — Ruszyła do drzwi, ale na chwilę przystanęła. — Tak przy okazji, zajmuję się dostawami. Jeśli musi pan coś przewieźć, proszę dać znać. — Pozwoliła sobie na uśmiech. — Dysponujemy bardzo dobrymi dokumentami. Możemy przewozić rzeczy, gdzie tylko pan chce.
    Wyszła, nim opanowała ją złośliwa radość.
    Na dworze dostrzegła szwędającego się po ulicy Macnamarę. Podrapała się w kark — sygnał, że wszystko poszło dobrze.
    Mimo to wracając do domu, trzymała się procedur ostrożności, by mieć pewność, że nikt jej nie śledzi.
    Casimir zadzwonił po północy. Sula po omacku dotarła do szafy, gdzie powiesiła bluzkę. Kazała mankietowi odpowiedzieć.
    Kameleonowa tkanina ukazała jego twarz z niedbałym uśmiechem. W tle ryczała muzyka i rozbrzmiewał śmiech.
    — Cześć, Gredel! Chodź się zabawić!
    Sula przetarła oczy.
    — Jestem śpiąca. Zadzwoń jutro.
    — Pobudka! Noc jeszcze młoda!
    — Pracuję od rana. Zadzwoń jutro.
    Kazała mankietowi zakończyć transmisję i wróciła do łóżka. Dopiero wtedy się zorientowała, że zastawiła przynętę, i to bardzo sprawnie.

PIĘTNAŚCIE

    Rano Sula musiała zrealizować kilka dostaw w Górnym Mieście, a przy okazji postanowiła posłuchać klubowych plotek. Znała gnuśność P.J., więc poczekała, aż słońce wzejdzie wysoko na zielononiebieskie niebo Zanshaa i dopiero potem zadzwoniła do niego z publicznego terminalu. Ufała jego intencjom, ale nie inteligencji, więc nie dała mu żadnego kontaktu do siebie ani nic, co by mógł zdradzić wrogom. To P.J. musiał czekać, aż ona się do niego odezwie.
    — Tak? — zgłosił się. Oczy miał zamglone, przerzedzone włosy w nieładzie. Albo został obudzony, albo dopiero niedawno wstał.
    — Cześć, P.J.! — zawołała radośnie. — Jak chłopak ma się dzisiaj?
    Rozpoznał jej głos i oczy nagle mu pojaśniały, gdy spojrzał na obraz na displeju.
    — Och! Wszystko wspaniale. Po prostu wspaniale.
    Gdyby powiedział „pierwszorzędnie” zamiast „wspaniale”, oznaczałoby to, że Naksydzi go przyłapali i Sula powinna zignorować wszystkie jego słowa, zwłaszcza prośbę o spotkanie.
    — Właśnie, lady… to znaczy panno… jest ktoś, kogo powinnaś poznać. Natychmiast.
    — Za pół godziny?
    — Tak, tak! — Zamyślił się, skubiąc podbródek. — Gdybyś zaszła do pałacu, pojechalibyśmy do jego… tam, gdzie ma firmę.
    — Bądź ostrożny, jeśli chodzi o…
    O to, że jestem rządem podziemnym — pomyślała.
    — Oczywiście. — Mrugnął. — Nie będzie żadnych kłopotów. On nawet nie wie, że przyjedziemy.
    O rany, P.J. zaraził się zapałem do działania — pomyślała Sula. Mam tylko nadzieję, że nie planuje wysadzenia czegoś w powietrze bez mojej rady.
    Zespół 491 zrealizował ostatnią dostawę — cygara i próżniowo pakowane ziarna kawy — zebrał trochę nieistotnych informacji od pracowników klubu, a potem udał się do pałacu Ngenich. P.J. otworzył już bramę przy wjeździe gospodarczym i czekał przed rozrośniętym starym banianiem, ocieniającym jego domek. Stał w typowej dla siebie leniwej pozycji i palił papierosa.
    — Panno Ardelion! Panie Sterling! — powitał energicznie Spence i Macnamarę, po czym zwrócił się do Suli: — Lady eee… panno Lucy!
    — O co chodzi? — spytała Sula.
    Pojaśniał.
    — Za chwilę zobaczycie, co Sidney ma u siebie w sklepie. Będziecie skakać z radości.
    Zgasił papierosa, wyprowadził ich na zewnątrz i zamknął bramę na zamek kodowy, a potem ruszyli przez ulice, mniej więcej po przekątnej Górnego Miasta. P.J. niemal podskakiwał z podniecenia. Ulice były prawie puste, na niektórych skrzyżowaniach stały samochody z naksydzkimi żandarmami. Gdy Sula czuła na sobie spojrzenia ich ciemnych oczu, odwracała wzrok, świadoma, że pod kurtką ma zatknięty za pas pistolet. Potem pomyślała, że nie powinna odwracać wzroku, gdyż wzbudza w ten sposób podejrzenia. Wreszcie doszła do wniosku, że prawdopodobnie i tak nikt na nich nie patrzy. Wszyscy wydają się równie podejrzani.
    Żaden z Naksydów nie zrobił najmniejszego ruchu, by ją zatrzymać.
    Z połowy sklepów dobiegał odgłos aejai. Upalnego dnia nie chłodził nawet najdelikatniejszy podmuch wiatru i wszyscy czworo błyszczeli od potu, gdy stanęli przed warsztatem mieszczącym się w uliczce, przy której znajdowały się sklepiki handlujące antykami, delikatnym mięsem, mundurami na miarę czy delicjami dla Daimongów.
    DOSKONAŁA BROŃ SIDNEYA — głosiła tablica. Drzwi przecinała taśma z napisem: ZAMKNIĘTE Z ROZKAZU LORDA UMMIRA, MINISTRA POLICJI.
    Sula poczuła w nerwach elektryczne buczenie. Ekstra — pomyślała. Muszę pamiętać, żeby dać P.J. coś bardzo ładnego na urodziny.
    — Dowiedziałem się w klubie, że Sidney zamyka interes — wyjaśnił P.J. Zaprowadził ich na tył budynku. — Zaszedłem tu wczoraj, pogadać z nim i od tej pory czekałem, aż się zgłosisz.
    P.J. stanął przed zielonkawymi metalowymi drzwiami i mocno zastukał. Czekali chwilę w gorącej ciszy. Między szarymi gumowymi kubłami na śmieci Sula zauważyła ciało kanamida — zwierzę leżało sześcioma zakrzywionymi nogami do góry; prawdopodobnie zabił go jakiś kot.
    Metalowe drzwi odsunęły się z elektrycznym szumem. Osłoniwszy ręką oczy przed oślepiającym słońcem, Sula zobaczyła, stojącego w cieniu za drzwiami chudego mężczyznę. Miał białe włosy, brodę i wywoskowane zakręcone wąsy — podobne nosili podoficerowie Floty. Z otwartych drzwi dobiegał dymny zapach.
    — Milordzie, czy to pańscy przyjaciele? — spytał mężczyzna szorstkim głosem.
    — Tak, panie Sidney — odparł P.J. lekko triumfalnym tonem. — To panna Lucy, panna Ardelion i pan Sterling.
    Oczy mężczyzny o źrenicach szerokich jak wlot śrutówki patrzyły uważnie na Sulę i jej towarzyszy.
    — Proszę wejść — powiedział i odsunął się.
    Na tyłach sklepu znajdował się świetnie urządzony warsztat. Stały tam sterowane komputerowo obrabiarki, na stojakach błyszczały narzędzia, lupy i manipulatory, w szafkach leżały zabezpieczone kawałki egzotycznego drewna i kości słoniowej, na półkach świeciły lufy strzelb. Sula z radością patrzyła na panujący wszędzie nienaganny porządek.
    Jednak zbił ją z tropu zapach haszyszu i kłąb dymu unoszący się z błyszczącej metalowej fajki, którą Sidney wziął ze stołu narzędziowego.
    — Chodźmy do sklepu — zaprosił. Weszli do wąskiego pomieszczenia od frontu. Na stojakach i w politurowanych zamykanych szafkach lśniła broń. Sidney zatrzymał się przed czarną jak węgiel metalową kasetą z długolufową strzelbą myśliwską. Wyjął ją i uniósł w powietrze. Lufę zbudowano z damasceńskiej mieszanki kontrastujących metali, cudownie razem kutych; srebro i czerń goniły się wzdłuż lufy jak węże. Kolba zrobiona była z ciemnoczerwonego polerowanego drewna, inkrustowanego wzorem kwiatowym z hebanu. Strzelba miała powiększający displej barwy ciemnego bursztynu, wygodny dla oka w nocy, oraz żelazny celownik dla osób wolących klasykę.
    — Skonstruowałem to dla lorda Richarda Li — powiedział, trzymając fajkę między zębami.
    Sula drgnęła na dźwięk tego imienia. Lord Richard był jej kapitanem, zginął wprowadzając „Nieustraszonego” do akcji pod Magarią. Był zaręczony z Terzą Chen, kobietą — nie, z przebiegłą dziwką — która potem poślubiła Martineza.
    Sula z trudem wydobyła się ze wspomnień przesłaniających jej umysł.
    — Naksydzi zamknęli pana sklep? — spytała.
    Było to niezbyt błyskotliwe pytanie, ale przynajmniej udało jej się wykrztusić jakieś zdanie.
    — Nawet się dziwię, że tak się ociągali — odparł Sidney. — Chyba mieli na głowie inne sprawy, nowy rząd. Nie wiem. — Włożył strzelbę do kasety i w zadumie pykał fajkę. — Mógłbym starać się o ponowne otwarcie sklepu, gdybym się zgodził, że będę sprzedawać tylko Naksydom, ale nie chcę, żeby ci dranie używali moich karabinów do zabijania zakładników, a broń skonfigurowana dla innych gatunków i tak nie będzie się sprzedawać.
    Zamknął kasetę i odwrócił się. Patrzył na nich twardo.
    — Problem polega na tym, że nie mogę sprzedać tej broni. Ale nowe przepisy nic nie mówią o rozdaniu jej za darmo.
    Sula patrzyła na Sidneya zaskoczona. Miał jakąś nieśmiałość w wyrazie twarzy. Wyjął fajkę z ust.
    — Zaniedbałem gości — powiedział. — Czy ktoś z państwa ma ochotę zapalić?
    — Uhm… — zaczął P.J., gotów przyjąć zaproszenie, ale Sula odpowiedziała za wszystkich:
    — Teraz nie, dziękujemy. Chce pan dać nam całą tę broń?
    Spojrzał na nią twardo.
    — Jeśli ją pani dobrze wykorzysta.
    — Jest pan bardzo… — Suli zaschło w ustach — …hojny.
    Sidney wzruszył ramionami.
    — Teraz jest bezużyteczna. Nie mogę zwrócić jej producentom, im też zabroniono prowadzenia interesów. Muszę zwolnić lokal, nie mogę sobie pozwolić na zatrzymanie tego sklepu, na składowanie broni. Mógłbym czekać, aż rząd mi to skonfiskuje, ale po co? — Znów wzruszył ramionami. — Wolę, żeby zrobiono z niej użytek. — Pokręcił głową i włożył fajkę między zęby. — Oczywiście nie chcę wiedzieć, jak pani jej użyje. — Odwrócił się i położył dłoń na leżącej na ladzie metalowej kasecie. — Tylko kilku rzeczy nie mogę oddać, to indywidualne prace. Gdyby którąś z nich znaleziono po jakimś… nieszczęśliwym wypadku… ślad prowadziłby prosto do mnie.
    Cofnął się o krok i zatoczył ręką, wskazując na szafki z rzędami lśniących pistoletów dostosowanych do ręki Lai-ownów.
    — To broń naturalnie sportowa — wyjaśnił. — Ma ograniczone zastosowanie wojskowe, ale we właściwych rękach…
    Possał fajkę i wypuścił gęsty kłąb dymu. Sula popełniła błąd, wciągając powietrze, i rozkasłała się.
    — Przepraszam — powiedział uprzejmie Sidney.
    Kaszel ustał i Sula usiłowała zebrać myśli, które krążyły jej po głowie. Wiedziała, że wkrótce będzie jej potrzebne świeże powietrze.
    — Panie Sidney — powiedziała wreszcie — czy dobrze rozumiem, że pan sam projektuje broń?
    — Tak jest — odparł. Znowu wypuścił dym i Sula cofnęła się o krok.
    — Chyba mógłby mi pan pomóc — rzekła i znów zakasłała. Po chwili odzyskała głos, ale łzy nadal ją oślepiały. — Rozglądam się za szczególnym rodzajem strzelb.
    Oczy Sidneya błysnęły zainteresowaniem.
    — Tak?
    — To nie jest broń, jaką pan zwykle robi. Przeciwnie, chodzi o coś, co można złożyć bez większych kosztów z części, które łatwo można dostać.
    Sidney parsknął, rozbawiony, ale po chwili zaczął się zastanawiać.
    — Obrabiarki sterowane komputerowo potrafią wykonywać zadziwiające rzeczy, jeśli zostaną odpowiednio zaprogramowane.
    — Przyznaję, że moje umiejętności programowania obrabiarek są ograniczone.
    Sidney uśmiechnął się.
    — Aktualnie mam dużo wolnego czasu. Pozwolę sobie zająć swój umysł tym zagadnieniem, a potem, panno… Lucy, prawda?
    — Tak, Lucy.
    — Jeśli pani zadzwoni do mnie za kilka dni, może będę coś dla pani miał.

* * *

    — Fantastyczne! — powiedziała Spence, gdy odebrali pierwszą partię broni od Sidneya i wieźli ją do domu P.J., by złożyć ją w piwnicy. — Nie mogę uwierzyć, że dał nam to wszystko. I do tego amunicję!
    — Prawda, że jest odważny? — spytał P.J. Przez godzinę nosił skrzynki w chmurze dymu z fajki Sidneya i teraz uśmiechał się bardziej głupkowato niż zwykle.
    — Nie jest odważny — stwierdziła Sula. — Jest samobójcą.
    Głupi uśmiech zniknął z twarzy P.J.
    — Milady? To znaczy… Lucy, to znaczy… — Otwierał usta jak ryba, bezskutecznie szukając słów.
    — Czy myślisz, że producenci nie zarejestrowali numerów seryjnych tych karabinów? A obowiązkowe testy balistyczne, które musi przejść każda sztuka broni, nim opuści fabrykę? Jak tylko użyjemy którejś z tych strzelb, Naksydzi znajdą ślad do Sidneya i powieszą go za żebra, żeby się dowiedzieć, komu to przekazał. A to zaprowadzi ich do ciebie, P.J.
    P.J. zbladł.
    — Och — powiedział tylko.
    — Może Sidney ma nadzieję, że zabierze ze sobą kilku Naksydów. Może nie dba ani o siebie, ani o ciebie. Albo może sądzi, że uda mu się ukryć. Nie dowiemy się, jakie są jego zamiary, więc będziemy trzymać te karabiny u ciebie w piwnicy i nie użyjemy ich, dopóki nie będziemy mieli gwarancji, że Sidney jest bezpieczny.
    Sula obserwowała drogę i Macnamarę, który jechał bardzo ostrożnie — dym haszyszu podziałał na niego tak samo, jak na pozostałych.
    — Ponadto w stosunku do naszego pana Sidneya mam pewne plany, które się pokrzyżują, jeśli popełni samobójstwo.

* * *

    Przed końcem dnia udało jej się namówić Sidneya, by otworzył sklep wyłącznie dla naksydzkiej klienteli.
    — I tak tylko elita może sobie pozwolić na pana strzelby — stwierdziła.
    Każda jednostka broni była obłożona podatkiem stu zenitów — to półroczne zarobki zwykłego człowieka. W ten sposób broń stała się niedostępną dla zwykłego konsumenta.
    — Jeśli będzie pan zaopatrywał w broń nowych odbiorców, przejdzie pan przez ich systemy zabezpieczeń — kontynuowała.
    Sidney uśmiechnął się ponuro.
    — Przewiduje pani dla mnie rolę zabójcy?
    — Nie, do tego mamy innych ludzi — odparła Sula, Mam nadzieję — pomyślała.
    — Proszę pana natomiast o uważne obserwowanie jak jest z dostępem do nich, jacy strażnicy stoją i gdzie, jakie są procedury, wszystko, co mogłoby się przydać.
    — Zgoda. Jak się z panią skontaktować?
    Sula zawahała się. Przedtem odmówiła P.J. podania swoich namiarów w obawie, że mógłby ją przypadkowo zdradzić. Gdyby teraz w obecności P.J. podała te informacje Sidneyowi, mógłby się obrazić. Choć niezbyt się przejmowała uczuciami P.J., nie chciała go czymś zniechęcić.
    — Później damy panu znać — powiedziała. — Tymczasem my będziemy się z panem kontaktować.
    Na razie przekazała mu prosty zestaw sygnałów, jakiego używali z P.J. Słowa „pierwszorzędnie” miał użyć, gdyby pojawiło się jakiekolwiek zagrożenie ze strony Naksydów. Skinął głową z mądrą miną, choć pamiętając, ile haszyszu wypalił tego dnia, Sula miała pewne wątpliwości, czy Sidney potrafi zachować pion, a co dopiero zrozumieć instrukcję.
    Była pewna, że wkrótce się o tym przekona.
    Gdy wróciła do wspólnego mieszkania, sprawdziła jednostkę komunikacyjną Gredel, Casimir dzwonił trzy razy, proponując jej wieczorne wyjście. Sula długo, z rozkoszą pławiła się w wodzie z olejkiem bzowym i zastanawiała się nad odpowiedzią. Potem wyłączyła kamerę, by nie przekazywała obrazu jej twarzy, wzięła ręczny kom i oddzwoniła do Casimira.
    — Niezły pomysł — powiedziała do ponurego oblicza. — Chyba że masz już inne palny.
    Ponura mina zniknęła — Casimir wpatrywał się w displej mankietowy, próbując odnaleźć obraz.
    — Czy to ty, Gredel? — spytał. — Dlaczego cię nie widzę?
    — Jestem w wannie.
    — Też wziąłbym kąpiel — powiedział z przebiegłą miną. — Może dołączę do ciebie?
    — Spotkajmy się w klubie. Powiedz tylko, o której godzinie.
    Umówili się.
    Zdążę się jeszcze trochę pomoczyć, a potem przespać ze dwie godziny — pomyślała.
    — Jak powinnam się ubrać?
    — Wystarczy to, co masz teraz na sobie.
    — Ha, ha. A to, co miałam ostatnio na sobie?
    — Tak. Dobrze.
    — Więc do zobaczenia.
    Skończyła rozmowę i kazała kranom napełnić wannę gorącą wodą. Czujnik audio w łazience nie był zbyt dobry, więc musiała się pochylić i odkręcić kurek ręcznie. Woda napływała, para unosiła się i Sula zamknęła oczy; powoli odprężała się, wchłaniając zapach bzu.
    W wyobraźni widziała czyste porcelanowe powierzchnie. Celadon, fajans, różowa Pompadour; głaskała palcami zapamiętaną krakelurę wazonu Yu-yao.
    Dzień dobrze się zaczął. Pomyślała, że może być tylko lepiej.

* * *

    Poprawiła żakiet, wychylając się przez okno. Kramarze zamykali stoiska albo już odjeżdżali małymi trójkołowymi pojazdami załadowanymi z tyłu towarem. Zarządzone przez Naksydów zaciemnienie — nie mówiąc o łapankach — bardzo źle wpływało na interesy; po zmroku na ulicach było mało ludzi.
    — Powinienem pójść z tobą — upierał się Macnamara.
    — Na randkę?
    Wydął usta jak nadąsane dziecko.
    — To niebezpieczne. Wiesz, kim on jest. Roztrzepała palcami czarne farbowane włosy.
    — To zło konieczne. Wiem, jak z nim postępować.
    Macnamara chrząknął pogardliwie. Sula spojrzała na Spence: siedziała na kanapie i udawała, że nic nie słyszy.
    — To przestępca — rzekł Macnamara. — Z tego, co wiem, może być nawet zabójcą.
    Najprawdopodobniej zabił znacznie mniej ludzi niż ja — pomyślała. Pamiętała pięć naksydzkich statków pod Magarią, zmienionych w płachty oślepiającego białego światła, ale postanowiła nie przypominać o tym Macnamarze.
    Odwróciła się od okna i spojrzała na niego.
    — Powiedzmy, że chcesz zacząć jakiś interes i nie masz pieniędzy. Co byś zrobił? — spytała.
    Patrzył podejrzliwie, jakby był pewien, że wciąga go w pułapkę.
    — Poszedłbym do szefa swojego klanu — odparł.
    — A gdyby szef klanu ci nie pomógł?
    — Zwróciłbym się do kogoś z klanu patronackiego. Na przykład do para.
    Sula skinęła głową.
    — A jeśli bratanek para prowadzi podobny interes i nie chce mieć konkurencji?
    Macnamara znów zrobił nadąsaną minę.
    — Nie poszedłbym do Małego Casimira, to pewne.
    — Ty może byś nie poszedł, ale wielu ludzi zwraca się do takich jak on. I rozkręcają interesy, a Casimir proponuje im ochronę przed zemstą bratanka para i ich klanu. W zamian dostaje pięćdziesiąt albo sto procent odsetek od pożyczki i klient świadczy mu inne przysługi.
    Macnamara miał taką minę, jakby się wgryzał w cytrynę.
    — A jeśli klient nie chce płacić stuprocentowych odsetek, zostaje zabity.
    — Prawdopodobnie nie — odparła Sula po namyśle — chyba że będzie próbował oszukać Casimira. Wtedy on zapewne przejmie firmę i wszystkie aktywa i przekaże to innemu klientowi, a dłużnik zostanie na ulicy, obciążony długami. — Macnamara już chciał dyskutować, ale Sula powstrzymała go gestem. — Nie twierdzę, że to uosobienie cnoty. Robi wszystko dla pieniędzy i władzy. Krzywdzi ludzi. Ale w naszym systemie, gdzie parowie mają wszystkie pieniądze i całe prawo za sobą, potrzebni są tacy ludzie jak klika z Nabrzeża.
    — Nie rozumiem — powiedział. — Jesteś parem, a wypowiadasz się przeciwko nim.
    — Aaa, tam. — Wzruszyła ramionami. — Są tacy parowie, że w porównaniu z nimi Casimir to nieudolny amator.
    Na przykład nieżyjący już lord i lady Sula.
    Kazała ścianie wideo włączyć kamerę. Obejrzała się na ekranie. Włożyła zgnieciony aksamitny kapelusz i przekrzywiła go pod właściwym kątem. Tak, wygląda zawadiacko, jeśli nie zwraca się uwagi na jej przenikliwe, krytyczne spojrzenie.
    — Idę z tobą — upierał się Macnamara. — Nie jest bezpiecznie na ulicach.
    Sula westchnęła i postanowiła się poddać.
    — Dobrze. Możesz iść za mną do klubu, sto kroków z tyłu, ale jak tylko wejdę do środka, nie chcę cię widzieć przez resztę wieczoru.
    — Tak jest — odparł i dodał: — milady.
    Zastanawiała się, czy opiekuńczość Macnamary nie jest w istocie zaborczością i czy nie kierują nim względy emocjonalne lub erotyczne.
    Przypuszczała, że tak. Takie było jej doświadczenia z większością mężczyzn, więc dlaczego w przypadku Macnamary miałoby być inaczej?
    Obym tylko nie musiała potraktować go surowo — pomyślała.
    Jak posłuszny ciężkozbrojny duch podążał za nią mrocznymi ulicami do klubu przy Kociej. Żółte światło wylewało się z drzwi wraz z odgłosami muzyki, śmiechu i zapachem tytoniu. Sula rzuciła Macnamarze przez ramię ostrzegawcze spojrzenie: ani kroku dalej. Potem wskoczyła na schodek, na czarno-srebrne kafelki, i przechodząc przez drzwi, skinęła dwóm bramkarzom.
    Casimir czekał w swoim gabinecie z dwoma innym osobami. Miał na sobie stalowoszarą jedwabną koszulę ze stojącym kołnierzem, który otaczał szyję warstwami materiału, dając brodzie dumne wsparcie, nogi w lśniących ciężkich butach oraz długi do kostek płaszcz z miękkiego czarnego materiału z wmontowanymi maleńkimi trójkątnymi lusterkami. W jednej ręce trzymał hebanową laskę zakończoną srebrnym pazurem obejmującym kulę z kryształu górskiego.
    Uśmiechnął się i na powitanie wykonał skomplikowany ukłon. Laska przydała temu gestowi dziwnie dworskiego charakteru. Sula spojrzała na jego strój.
    — Bardzo oryginalny — powiedziała.
    — Projekty Chesko — wyjaśnił. — Za rok będzie wszystkich ubierać. — Zwrócił się do swoich dwóch znajomych. — To Julien i Veronika. Dołączą do nas, jeśli nie masz nic przeciwko temu.
    Julien był młodym mężczyzną o szpiczastym podbródku; Veronika, szczebiocząca blondynka ubrana w brokaty, miała na kostce łańcuszek z błyszczącymi kamieniami.
    To ciekawe, że Casimir zaprosił jeszcze jedną parę, pomyślała Sula. Może chce mnie uspokoić, zapewnić, że nie będę całą noc przebywać sam na sam z drapieżcą.
    — Miło mi państwa poznać. Mam na imię Gredel. Casimir strzelił dwa razy palcami i w ścianie rozwarł się panel, za którym znajdował się dobrze zaopatrzony bar. W butelkach o dziwnych kształtach stały bursztynowe, zielone i rubinowe płyny.
    — Napijmy się przed kolacją — zaproponował Casimir.
    — Ja nie piję, ale państwo… proszę bardzo — powiedziała Sula.
    Casimir zatrzymał się w połowie drogi do baru.
    — A może co innego? Haszysz lub…
    — Proszę tylko o wodę gazowaną — odparła.
    — Dobrze — powiedział po chwili wahania i podał jej ciężki kryształowy kielich napełniony wodą ze srebrnego kurka.
    Zrobił drinki dla siebie i gości, po czym wszyscy usiedli w szerokich i bardzo miękkich fotelach. Sula usiłowała nie rozkładać się zbyt swobodnie.
    Rozmawiano o muzyce, o autorach tekstów i kompozytorach, których Sula nie znała. Casimir kazał pokojowi grać różne utwory — lubił muzykę szarpaną, agresywną.
    — A pani co lubi? — spytał Julien.
    — Derivoo.
    Veronika zachichotała, a Julien zrobił dziwną minę.
    — Dla mnie jest zbyt intelektualna — powiedział.
    — Wcale nie jest intelektualna — zaprotestowała Sula. — To czyste emocje.
    — Wszystko dotyczy śmierci — zauważyła Veronika.
    — A czemu nie? Śmierć to element uniwersalny. Wszyscy ludzie cierpią i umierają. Derivoo wcale tego nie ukrywa.
    Zapadła krótka cisza i Sula uświadomiła sobie, że problem nieuchronności bólu i śmierci to chyba nie najlepszy temat na pierwszą rozmowę z tymi akurat osobami. Spojrzała na Casimira i w jego ciemnych oczach dostrzegła szelmowskie rozbawienie. Wziął laseczkę i wstał.
    — Chodźmy. Weźcie swoje drinki, jeśli ktoś nie dopił.
    W olbrzymiej limuzynie marki Victory lakier i tapicerka były w przynajmniej jedenastu odcieniach barwy morelowej. Z przodu siedzieli dwaj ochroniarze-Torminele; ich wielkie, zdolne do nocnego widzenia oczy znakomicie się sprawdzały w miejskich ciemnościach. Wnętrze restauracji wyłożono boazerią ze starego ciemnego drewna. Na stołach leżały świeżo uprasowane obrusy z gęstej tkaniny, na ozdobnych detalach z mosiądzu delikatnie igrało przygaszone światło. Przez misternie rzeźbiony drewniany parawan Sula widziała drugą salę, w której kilku Lai-ownów siedziało na specjalnie dostosowanych krzesłach, które podtrzymywały ich długie mostki.
    Casimir wybrał kilka potraw z menu, ale starszy kelner, którego, krytyczna mina sugerowała, że widział w swoim życiu wielu takich jak Casimir, polecił co innego. Sula zamówiła jedno z dań zaproponowanych przez Casimira; stek ze strusia okazał się delikatny i wyborny, puree z bulw krekowych z truflami było nieco za tłuste, ale pełne rozmaitych smaków, które długo zostawały na podniebieniu.
    Casimir i Julien zamawiali różne drinki, przystawki, desery, ścigając się w wydawaniu pieniędzy. Połowy dań nawet nie tknięto. Julien zachowywał się wylewnie i krzykliwie, a Casimir okazywał przebłyski sardonicznego humoru. Veronika, wybałuszając oczy jak stale zdziwione dziecko, prawie przez cały czas chichotała.
    Z restauracji pojechali do klubu znajdującego się na szczycie wysokiego budynku w Grandview — w tej dzielnicy Sula miała kiedyś mieszkanie, które musiała wysadzić w powietrze wraz z oddziałem naksydzkiej policji w środku. Granitowa kopuła Wielkiego Azylu — najwyższy punkt Górnego Miasta — wznosiła się za szklanymi ścianami nad barem. Casimir i Julien znowu szastali pieniędzmi — kupowali drinki, dawali napiwki kelnerom, barmanom i muzykom. Nic nie wskazywało na to, żeby naksydzka okupacja szkodziła ich interesom.
    Sula wiedziała, że obaj chcieli jejzaimponować. Ale nawet wiele lat temu, gdy była dziewczyną Kulasa, nie imponowało jej, gdy trwonił pieniądze, gdyż dobrze znała ich pochodzenie.
    Większe wrażenie zrobił na niej Casimir w tańcu. Dłońmi o długich palcach obejmował ją łagodnie, choć pod tą łagodnością czuła solidne muskuły. Traktował ją z najwyższą uwagą, jego posępne ciemne oczy patrzyły w jej twarz, reagował ciałem na każdy jej ruch.
    On myśli! — stwierdziła z zaskoczeniem Sula. To mogłoby wiele ułatwić. Albo przeciwnie — utrudnić. W każdym razie utrudniało przewidywanie.
    — Skąd jesteś? — spytał, gdy wrócili do stolika. — Jak to się stało, że nie spotkałem cię wcześniej?
    Julien i Veronika nadal tańczyli; dziewczyna wirowała z wdziękiem wokół energicznego, choć niezdarnego mężczyzny.
    — Mieszkałam na pierścieniu, zanim go wysadzili.
    — Co tam robiłaś?
    — Uczyłam matematyki. Lekko wytrzeszczył oczy.
    — Daj mi zadanie matematyczne i mnie wypróbuj — zachęciła go, ale nic nie odpowiedział. Czyżby jej fikcyjne zajęcie tak go zaszokowało?
    — W szkole nie miałem takich jak ty nauczycieli matematyki.
    — Nie podejrzewałeś, że nauczyciele chodzą do klubów? Widać było, że myśli. Pochylił się ku niej, mrużąc oczy.
    — Nie rozumiem tylko dlaczego — jeśli jesteś z pierścienia — mówisz z takim akcentem, jakbyś całe życie spędziła na Nabrzeżu.
    Nerwy Suli napięły się ostrzegawczo. Zaśmiała się.
    — Przecież nie twierdziłam, że całe życie spędziłam na pierścieniu.
    — Mogę sprawdzić twoje dokumenty. — Patrzył na nią uważnie. — Ale to nic nie da, bo przecież sprzedajesz fałszywe papiery.
    Teraz zapanowało między nimi wielkie napięcie — rzekłbyś, że zwinięty wąż szykuje się do ataku. Sula uniosła brwi.
    — Nadal myślisz, że jestem prowokatorem? Przez cały wieczór ani razu nie poprosiłam cię o zrobienie czegoś nielegalnego.
    Wybijał palcem wskazującym wolny rytm na matowej powierzchni stolika.
    — Uważam, że jesteś niebezpieczna.
    Sula wytrzymała jego wzrok.
    — Masz rację.
    Westchnął i opadł na poduszki pokryte skórą aesa.
    — Dlaczego nie pijesz?
    — Wychowałam się wśród pijaków i nie chcę taka być. Nigdy. Powiedziała prawdę i chyba Casimir to wyczuł, gdyż skinął głową.
    — I mieszkałaś na Nabrzeżu?
    — Do czasu egzekucji moich rodziców mieszkałam w Zanshaa. Spojrzał ostro.
    — Egzekucji? Za co?
    Wzruszyła ramionami.
    — Za wiele rzeczy, jak sądzę. Byłam mała i nie pytałam. Spojrzał niespokojnie na parkiet.
    — Mój ojciec też został stracony. Uduszony.
    Sula skinęła głową.
    — Zorientowałam się, że rozumiałeś, co miałam na myśli, mówiąc o derivoo.
    — Rozumiałem. — Nadal obserwował tańczących. — Uważam jednak, że derivoo przytłacza.
    Twarz Suli rozjaśnił uśmiech.
    — Musimy zatańczyć — powiedziała.
    — Tak — odpowiedział jej z uśmiechem — musimy. Tańczyli tak długo, aż obojgu zabrakło tchu. Potem Casimir zabrał wszystkich do innego klubu w Hotelu Mnogich Błogosławieństw. Tam znów były tańce i szastanie pieniędzmi. Wreszcie Casimir stwierdził, że należy odpocząć; zaprosił ich do windy wyłożonej tworzywem bardzo przypominającym macicę perłową i kazał windzie jechać do penthouse'u.
    Tam przyłożył kciuk i drzwi apartamentu się otworzyły. We wnętrzu udrapowanym lśniącymi tkaninami stały niskie, wygodne meble. Na stole czekały chłodne przekąski — mięsa, sery, płaski chlebek wroncho, pikle, czatni, wyszukane tarty i ciasta. Na tacy wyłożonej strużynami lodu leżały butelki. Widocznie wcześniej zaplanowano, że wieczór tutaj się zakończy.
    Sula zrobiła sobie kanapkę. Piękne talerze vigo, czyste, nowoczesne wzornictwo, zauważyła. Jedząc, przygotowywała sobie słowa na pożegnanie. To oczywiście nie przypadek, że z salonu były wejścia do dwóch sypialni.
    „Muszę pracować od samego rana” brzmiało bardziej wiarygodnie niż „muszę organizować ruch oporu”.
    Casimir wstawił laskę do specjalnego stojaka i sięgnął po dwie małe paczuszki w lśniącym opakowaniu, obwiązane szkarłatną wstążeczką. Jedną paczuszkę podał Suli, drugą — Veronice.
    — Z podziękowaniami za cudowny wieczór.
    Sula dostała kryształowy flakonik z perfumami sengra na bazie piżma rzadkich samotniczych pełzaczy atauba z Paycahpu. Ta mała buteleczka musiała kosztować Casimira co najmniej dwadzieścia zenitów — a prawdopodobnie więcej, ponieważ sengra to jedna z tych rzeczy, które przez lata nie będą importowane na Zanshaa, gdy nie ma pierścienia.
    Veronika otworzyła swój prezent i wybałuszyła oczy. Sula pomyślała, że taka mina będzie wyglądała głupio u pięćdziesięcioletniej Veroniki. Dziewczyna pisnęła z radości. Sula natomiast wybrała bardziej umiarkowany sposób podziękowania: pocałowała Casimira w policzek.
    Poczuła na wargach ukłucie zarostu. Casimir spojrzał na nią badawczo. Pachniał bardzo męsko.
    Już miała wspomnieć o pracy, która czeka na nią z samego rana, gdy odezwał się displej mankietowy Casimira. Ten zrobił poirytowaną minę i odebrał rozmowę.
    — Casimirze — dobiegł dziwny głos — coś się dzieje.
    — Zaczekaj. — Casimir wyszedł z salonu, zamykając za sobą drzwi. Sula pogryzała pikle, a Veronika i Julien czekali w milczeniu.
    Casimir wrócił nachmurzony. Spojrzał na Sulę i Veronikę i nie tłumacząc się, oznajmił:
    — Przepraszam, ale kończymy zabawę. Wynikła pewna sprawa. Veronika wydęła wargi i sięgnęła po żakiet. Casimir ujął Sulę za ramię i poprowadził ją do drzwi.
    — Co się stało? — spytała.
    Spojrzał na nią z niecierpliwością — przecież to nie jej sprawa. Potem jednak zmienił zdanie.
    — Nie chodzi o to, co się stało — wzruszył ramionami — ale o to, co się stanie za kilka godzin. Naksydzi ogłoszą racjonowanie żywności.
    — Co takiego? — Pierwszą reakcją Suli było oburzenie. Casimir otworzył drzwi, by ją wypuścić, ale zatrzymała się, mimo że mężczyzna aż drżał z niecierpliwości.
    — Gratulacje — powiedziała. — Naksydzi właśnie zrobili z ciebie bogacza.
    — Zadzwonię do ciebie.
    — Ja też zostanę bogata. Kartki żywnościowe będą cię kosztowały sto za sztukę.
    — Sto? — Teraz Casimir był oburzony.
    — Weź pod uwagę, ile będą dla ciebie warte. Wytrzymali przez chwilę swoje spojrzenia, po czym oboje wybuchnęli śmiechem.
    — Cenę uzgodnimy później — powiedział Casimir i zaczął ponaglać Sulę i Veronikę do wyjścia.
    Veronika pokazała Suli monetę pięciozenitową.
    — Julien dał mi na taksówkę — oznajmiła triumfalnie. — Resztę mamy sobie wziąć.
    — Miejmy nadzieję, że taksówkarz będzie miał resztę z piątaka — zauważyła Sula.
    — Rozmienimy u portiera — powiedziała Veronika po chwili zastanowienia.
    Nocny portier — Daimong — miał drobne. Czując jego trupi zapach, Veronika pokręciła nosem. W drodze do jej domu Sula dowiedziała się, że dziewczyna była modelką, a teraz okazjonalnie pracuje jako hostessa w klubie.
    — Ja jestem bezrobotną nauczycielką matematyki — powiedziała Sula.
    Oczy Veroniki znów się rozszerzyły.
    — Ojej!
    Veronika wysiadła, a Sula pojechała dalej. Zatrzymała taksówkę dwie przecznice przed wspólnym mieszkaniem na Nabrzeżu i w świetle gwiazd ruszyła pieszo do domu. Na niebie zniszczone łuki pierścienia tworzyły ciemne linie na tle lekko rozświetlonego nieba. Przed domem spojrzała w okno od frontu: pozycja białej doniczki sygnalizowała, że „ktoś jest w mieszkaniu i jest bezpiecznie”.
    Drzwi do budynku, działające po przyłożeniu kciuka Suli, funkcjonowały zwykle dość kapryśnie, ale tym razem natychmiast się otwarły. Sula weszła na piętro i otworzyła kluczem mieszkanie.
    Macnamara spał na kanapie, obok na stole leżała para pistoletów i granat.
    — Cześć, tato — przywitała go, gdy otworzył oczy. — Młody przyprowadził mnie do domu zgodnie z obietnicą.
    Macnamara był speszony.
    — Co zamierzałeś zrobić z tym granatem? — spytała Sula ze śmiechem.
    Nie odpowiedział. Zdjęła żakiet i wywołała komputer rezydujący w biurku.
    — Muszę coś zrobić — powiedziała. — Prześpij się, ponieważ z samego rana mam dla ciebie zadanie.
    — Co takiego? — Macnamara wstał z kanapy, przygładzając potargane włosy.
    — Rynek otwierają o 0727, tak?
    — Tak.
    Sula usiadła na blacie biurka.
    — Kup tyle jedzenia, ile tylko uniesiesz. W puszkach, suszonego, liofilizowanego. Weź największy worek mąki i worek grochu. Mleko skondensowane. Niech Spence ci pomoże.
    — Co się dzieje? — Macnamara był oszołomiony.
    — Racjonowanie żywności.
    — Co? — wywołując program tekstowy, Sula słyszała w jego głosie oburzenie.
    — Przychodzą mi do głowy dwa powody — powiedziała. — Pierwszy: wydanie każdej osobie kartek żywnościowych to sposób na przegląd wszystkich dowodów osobistych na planecie… dzięki temu Naksydzi mogliby wyplenić wichrzycieli i sabotażystów. Drugi… — Sula uniosła rękę i wykonała ogólnie zrozumiały gest obracania monety w dłoni — sztuczne niedobory sprawią, że pewni Naksydzi staną się bardzo, bardzo bogaci.
    — Niech ich cholera! — szepnął Macnamara.
    — My znakomicie damy sobie radę. Zwiększymy czterokrotnie ceny wszystkiego, co będzie racjonowane — chyba nie sądzisz, że wpadną na pomysł racjonowania tytoniu? — i zbijemy fortunę.
    — Niech ich cholera! — powtórzył Macnamara.
    Sula spojrzała na niego ostro.
    — Dobranoc… tato.
    Zaczerwienił się i poszedł do łóżka, a Sula wróciła do pracy.
    — A jeśli alkohol również będzie na kartki? — spytała na głos, bo właśnie przyszła jej do głowy taka możliwość. W co drugim mieszkaniu będą pędzić w łazience bimber z kartofli, obierek taswy, ogryzków jabłek, ze wszystkiego, co się da.
    Przez kilka godzin pisała artykuł do „Bojownika”, potępiający racjonowanie żywności. Zanim przystała na ochotnika do partyzantów, pracowała w Zarządzie Konsolidacji Logistycznej, gdzie katalogowano i rozmieszczano różne zasoby. Wiedziała, że — zgodnie z wymogami Praxis — Zanshaa jest samowystarczalna, jeśli chodzi o żywność, wprowadzanie racjonowania jest nonsensem. Cytowała z pamięci wiele liczb, a pozostałe dane mogła wyciągnąć z publicznie dostępnych baz danych.
    Gdy skończyła pisać artykuł, poranek zielenił się już na wschodzie. Wzięła prysznic, by zmyć z włosów zapach dymu papierosowego, i padła na łóżko, słysząc budzik zegarka Macnamary.
    Wstała w południe. Mieszkanie było już nagrzane silnym letnim słońcem. Przecierając opuchnięte powieki i mrużąc oczy przed światłem zalewającym pokój, wspominała, jak to jest być dziewczyną członka gangu.
    A potem uzmysłowiła sobie, że do tej pory zespół 491 rozwoził ciężarówką i sprzedawał towar — jej własność — i była to działalność nierejestrowana, lecz legalna. Ale z chwilą wprowadzenia racjonowania żywności sprzedaż kakao i kawy poza przydziałem będzie wbrew prawu. Handel przestanie być tylko nieformalną działalnością ekonomiczną, stanie się przestępstwem.
    A ludzie, którzy popełniają przestępstwo, potrzebują ochrony. Casimir bardzo się przyda.
    — Niech to cholera! — powiedziała Sula.

SZESNAŚCIE

    Macnamarze nie udało się zrobić dużych zapasów. Na targu od rana działała policja, zabroniono sprzedawać pojedynczym osobom większe partie żywności. Macnamara doszedł do wniosku, że lepiej nie zwracać na siebie uwagi, i zrobił zakupy jak dla trzyosobowej rodziny.
    Sula spała, gdy wydano komunikat o racjonowaniu żywności. Targowiska były wtedy pełne klientów. W komunikacie nie wymieniono tytoniu, ale Sula wiedziała, że to niczego nie gwarantuje. Obywatele mieli w ciągu dwudziestu dni zgłosić się do lokalnego posterunku policji po kartki żywnościowe. Jak podano, ograniczenia zostały wprowadzone z powodu zniszczenia pierścienia i spadku importu towarów spożywczych.
    W wiadomościach oznajmiono również, że pewne szacowne klany Naksydów wykazały obywatelską postawę i chcąc zaoszczędzić rządowi wydatków, zgodziły się zająć zaopatrzeniem planety. Klan Jagirinów — jego szef był tymczasowym ministrem spraw wewnętrznych podczas zmiany władzy, klan Ummirów — jego szef był ministrem policji, klany Ushgayów, Kulukrafow… Nawet jeśli od samego początku nie przystały do rebeliantów, teraz ich poparły, gdyż okazało się to opłacalne.
    Sula przeredagowała swój artykuł do „Bojownika” — dołączyła listę zdradzieckich klanów i zasugerowała, żeby wszystkich współpracujących z urzędami reglamentacji traktować jako cel walki.
    Na każdym posterunku policji umieszczono Naksydów, którzy nadzorowali wydawanie kart żywnościowych. Ubrano ich w mundury Legionu Prawomyślności — organizacji zajmującej się przestępstwami przeciwko Praxis. Ponieważ wszyscy członkowie Legionu byli ewakuowani z Zanshaa przed przybyciem naksydzkiej Floty, widocznie nowy rząd zreformował Legion, zasilając go naksydzkimi policjantami.
    To dodatkowa grupa celów — pomyślała Sula.
    Wysłała jak zwykle pięćdziesiąt tysięcy kopii za pośrednictwem węzła Biura Akt. Przez następne dni kontynuowała dostawy do restauracji i klubów, wykłócając się z szefami o wyższe ceny. Obserwowała, jak wśród mieszkańców narasta niezadowolenie. Oburzenie na Naksydów było teraz już zupełnie jawne i nawet solidni, zamożni obywatele pozwalali sobie na publiczne wyrażanie wściekłości.
    Zastanawiała się, w jaki sposób ludzie w rodzaju Jednego-Kroka ubiegają się o kartki żywnościowe. Na przykład jaki wykonywany zawód poda Jeden-Krok na policji?
    Zajrzała do świadectw zgonów w Biurze Akt. Jakiś mniej znaczący członek klanu Ushgay zginął w zamachu bombowym, jakiś naksydzki policjant został przejechany przez własny samochód. Świadectwo zgonu nie dawało żadnych wskazówek, w jaki sposób oficer zdołał tego dokonać, ale Sula postanowiła, że w następnym numerze „Bojownika” oświadczy, że ten wypadek to akcja armii podziemnej, a konkretnie jej skrzydła imienia lorda Richarda Li.
    Darowała sobie spotkanie z Legionem Prawomyślności na posterunku lokalnej policji i załatwiła kartki żywnościowe dla swojego zespołu bezpośrednio przez Biuro Akt. Do rejestru włączyła podpisy jak najbardziej uprawomocnionych oficerów policji i członków Legionu. Sporządziła także karty dla wszystkich zapasowych danych osobowych i kazała je przesłać do wspólnego mieszkania na Nabrzeżu.
    Potem zmieniła adres w bazie danych, żeby nikomu nie wydało się podejrzane, że tak dużo osób ma to samo miejsce zamieszkania.
    Wygenerowała również kartę na nazwisko Michael Saltillo — taką tożsamość wybrała dla Casimira. Karta może się kiedyś przydać.
    Trzy dni po wprowadzeniu reglamentacji Sula realizowała dostawę w Górnym Mieście i zadzwoniła do Sidneya. Powiedział, że zrobił postępy, i zaprosił ją do swego warsztatu.
    Ponieważ nie znała dobrze Sidneya i nie wiedziała, czy będzie tam bezpieczna, zostawiła Spence i Macnamarę w ciężarówce, dyskretnie zaparkowanej dalej na ulicy.
    — Gdybym wpadła w zasadzkę, spróbujcie mnie wyciągnąć — powiedziała. — Ale jeśli się nie uda, koniecznie mnie zastrzelcie.
    Spence miała taką minę, jakby w ogóle jej nie słuchała. Na twarzy Macnamary najpierw widać było przerażenie, potem aprobatę. Skinął głową, ale nic nie powiedział.
    Sula weszła do sklepu przez frontowe drzwi. W gablotach i na stojakach widniała broń dostosowana do anatomii Naksydów.
    Sidney stał za wysokim ceramicznym blatem. Miał świeżo nawoskowane i wymyślnie podwinięte wąsy.
    — Szybko pani zareagowała — stwierdził.
    — Skuteczność to moja dewiza.
    Zamknął frontowe drzwi i zmienił szyld — teraz napis zawiadamiał, że sklep zostanie ponownie otwarty za godzinę.
    — Proszę za mną. — Poprowadził Sulę do tylnego pokoju. Pomieszczenie wyglądało równie schludnie jak kilka dni temu, a zapach haszyszu był tym razem nieco stłumiony. Na nienagannej powierzchni stołu leżał krótki karabin. Sidney włączył lampę i uniósł go do światła.
    — Nazwijmy to Sidney Model Jeden — powiedział. — Zdecydowałem się na prostą broń… żeby nie wymagała ciężkich baterii i skomplikowanej produkcji.
    Światło połyskiwało na matowoczarnych powierzchniach karabinu. Rzeczywiście był siermiężny: kolba z kawałków pręta z włókna węglowego, lufa z gumowej rury kanalizacyjnej, metalowa komora i żelazny celownik.
    — Szybko pan zareagował — stwierdziła Sula.
    — Prostą broń łatwo zmontować, jeśli nie wymaga się elegancji — stwierdził Sidney. — Jest nielegalna, a to duże ułatwienie, bo nie musiałem dodawać podkładki rozpoznawania odcisku kciuka i kodu zamka, wymaganych przez prawo. Wszystko to wykonały komputerowe obrabiarki. Najtrudniej było z amunicją.
    Sięgnął do szuflady, wyciągnął magazynek w kształcie rury i wetknął go w karabin.
    — Użyłem tradycyjnego materiału napędowego zawierającego utleniacz. Chciałem, żeby były bezłuskowe, żeby ludzie nie musieli produkować nabojów. — Pogrzebał w szufladzie i wyjął małe żółte walce przypominające filtr papierosa. — Materiał pędny jest prosty: standardowy DD6 używany we Flocie. Strzela na powierzchni planety, w próżni kosmicznej i pod wodą. Składniki są łatwe do zdobycia, można je zmieszać w kuchni na stole i upiec w piecu. — Wręczył Suli kilka walców. W dotyku były suche i ziarniste. Sula wyobraziła sobie, jak babcie wypiekają je w brytfannie, i ten obraz wywołał na jej twarzy uśmiech.
    — Kule można odlać z metalu lub twardego plastiku, potem przykleić je epoksydem do napędu — powiedział Sidney. — Niestety, żadna z tych kul nie przebije standardowej zbroi policyjnej, ale są skuteczne w przypadku bardziej miękkich materiałów.
    Sula przyjrzała się bliżej walcom materiału napędowego.
    — A co pan stosuje jako zapalnik?
    Sidney uśmiechnął się posępnie.
    — Nie chciałem, żeby ludzie babrali się w czymś takim jak piorunian rtęciowy i urywali sobie palce.
    — Mieliśmy ten sam problem z naszymi bombami.
    — Da się temu zaradzić. Rozumie pani, DD6 zapala się w wysokiej temperaturze, więc wbudowałem w zamek standardową diodę emitującą światło laserowe. — Paroma celowymi ruchami złamał karabin i podniósł rzeczoną część do światła. — To najważniejszy element broni. Można go odzyskać z prawie każdego urządzenia komunikacyjnego, z jednostek komu, odtwarzaczy muzyki i wideo. Ludzie mogą tego mieć tyle, ile zechcą, i Naksydzi w żaden sposób nie są w stanie temu zapobiec. Zasilanie stanowi mała mikrobateria, wszędzie dostępna. Operator musi wymienić diodę po oddaniu kilkuset strzałów, ale wymiana trwa bardzo krótko i da się ją zrobić w terenie.
    Sidney złożył karabin.
    — Składa się łatwo i bez problemu rozkłada się na części. Elementy mechaniczne są tak wykonane, że jest dużo luzu i będą się szybko zużywały, ale nawet jeśli ktoś będzie się nim brutalnie posługiwał, karabin to wytrzyma i nie będzie się zacinał. Nie ma prawdziwego zamka, ale można cofnąć rygiel… ta dźwignia… — przesunął ją — przestawia z pojedynczego strzału na automatyczny.
    — Mogę go potrzymać?
    Uśmiechnął się.
    — Oczywiście.
    Karabin, czysty i chłodny, znalazł się w dłoniach Suli. Podniosła go do barku, badając balans. Dla amortyzacji rurowata kolba obłożona była kawałkami pianki i błyszczącą taśmą. Karabin sprawiał wrażenie zabawki.
    — Chce go pani wypróbować?
    Sula spojrzała na niego zdziwiona.
    — Można to zrobić tutaj?
    Sidney wypowiedział kilka słów. Rozległo się buczenie maszynerii, fragment podłogi odchylił się na zawiasach i ukazała się mała winda.
    — Używam jej do transportu cięższych towarów. — Wszedł do windy, a Sula ostrożnie oparła broń na ramieniu i stanęła przy nim. Sidney znów coś powiedział i winda zjechała w dół.
    W ciemnych podziemiach sklepu pachniało stęchlizną i metalem. Gdy Sidney zapalił światło, Sula zobaczyła wielki pusty magazyn, w poprzek którego biegły dwie szerokie epoksydowe rury kanalizacyjne tworzące strzelnicę, i umieszczone w odległym końcu tarcze. Mężczyzna wziął ze stojaka dwie pary słuchawkowych tłumików, jedne włożył sobie na uszy, a drugie podał Suli.
    Sula włożyła tłumiki, oparła karabin na biodrze i przesunęła kciukiem do przodu rygiel. Potem oparła broń na ramieniu, spojrzała przez celownik, zrobiła spokojny wdech i powolny wydech i nacisnęła spust. W zamkniętej przestrzeni rozległ się bardzo głośny huk. Odrzutu prawie nie było, co jest normalne w przypadku bezłuskowej amunicji. Dziura, która się pojawiła w cienkiej plastikowej nakładce na tarczy, była w odległości dłoni od środka.
    — Nieźle — stwierdził Sidney. — Ten karabin ma mnóstwo zalet, ale celność nie jest jego najmocniejszą stroną.
    Sula wystrzeliła jeszcze kilka pojedynczych pocisków, żeby lepiej poczuć broń, a potem przeszła na tryb automatyczny. Spodziewała się gładkiego, jednostajnego ryku, jaki znała z treningów z karabinami, które potrafiły walić ponad sto pocisków na sekundę, ale ten karabin tylko dość wolno terkotał i cały czas mogła kierować go na cel.
    Wystrzeliła kilka serii — cały magazynek. Opuściła karabin, a Sidney wyciągnął rękę i przycisnął taster — do Suli podjechała kiwająca się na lince tarcza celownicza. Jej środek był podziurawiony jak sito.
    — Niezbyt elegancki, prawda? — powiedział. — W bezpośredniej zaciekłej walce nie dorównuje broni policyjnej czy wojskowej, ale w ataku z zaskoczenia, w zamachu powinna zdać egzamin.
    Sula wyjęła magazynek i spojrzała na karabin.
    — Proszę mi pokazać, jak go rozłożyć.
    — Naturalnie. W tym czasie, gdy będę to robił, proszę mi powiedzieć, ilu ludzi bierze udział w tym pani ruchu oporu.
    Spojrzała na niego.
    — Proszę wybaczyć, ale nawet gdybym wiedziała, nie mogłabym panu powiedzieć.
    — Na pewno niewielu. — Sidney zrobił ponurą minę. — Inaczej nie prosiłaby mnie pani, żebym skonstruował karabin. — Uśmiechnął się. — I nie potrzebowałaby pani P.J. Ngeniego.
    Sula stłumiła wybuch śmiechu.
    — Powiedzmy, że Naksydzi zdziesiątkowali nasze szeregi po zasadzce przy Axtattle.
    Sidney patrzył na nią uważnie.
    — I właściwie nie ma podziemnego rządu?
    — Byłabym wdzięczna — odparła po chwili wahania — gdyby pan nikomu o tym nie mówił, zwłaszcza P.J.
    Twarz Sidneya znów rozjaśnił uśmiech.
    — Podoba mu się to, że jest tajnym agentem, prawda? Sula poczuła w krzyżu ostrzegawcze mrowienie.
    — Jak bardzo to mu się podoba?
    Sidney w lot zrozumiał, o co jej chodzi.
    — Nie jest niedyskretny, jak sądzę, ale przychodzi do mnie i dużo mówi. Cieszy się, że ma kogoś, komu może wszystko opowiedzieć. — Pokręcił głową. — Chyba dziewczyna go rzuciła.
    — Tak, to prawda.
    Wlepił wzrok w podłogę.
    — Czego to ludzie nie zrobią dla miłości.
    Sula zmarszczyła brwi.
    — A dlaczego pan to robi?
    Podniósł wzrok, jego zęby błysnęły pod zakrzywionym wąsem, jakby warknął.
    — Bo nienawidzę tych drani. Dlatego.
    Miłość i nienawiść — pomyślała Sula. Pierwotne motywy.
    Już wcześniej zastanawiała się, dlaczego ona sama bierze udział w tej walce. Mogłaby zaszyć się w jakimś spokojnym rejonie miasta, sprzedawać czekoladę i tytoń i wygodnie czekać na koniec wojny — bo przecież podziemny rząd zniknął, a lady Sula była oficjalnie martwa.
    Mogłaby, gdyby nie miłość i nienawiść. Nienawidziła Naksydów. Kochała Martineza i zarazem go nienawidziła. Nienawidziła tego całego gnuśnego imperium i właściwie cieszyła się, że upadło. Lubiła grać rolę przywódcy, lubiła euforię działania, słodycz okrucieństwa i satysfakcję, gdy stworzyła dobry plan, który został dobrze wykonany. Nienawidziła samej siebie, ale uwielbiała role, które grała, maski, które przywdziewała, kolejne przekonujące kłamstwa. Lubiła grę, matematyczną układankę, skomplikowane równanie, w którym pojawiały się kolejne niewiadome. Casimir i Biuro Akt; dostawy delikatesów i zabójstwa; „Bojownik”, P.J. i karabin Sidney Model Jeden…
    Sidney rozłożył broń na części i spojrzał na Sulę ze szczerym zainteresowaniem. Szybko wróciła do rzeczywistości: złożyła karabin, a potem znowu go rozłożyła.
    Sidney zaczął czyścić karabin.
    — Może go pani wziąć ze sobą? — spytał.
    Spojrzała mu prosto w oczy.
    — Nie potrzebuję go. Moja grupa jest dość dobrze wyposażona.
    — Tak, ale cała konstrukcja jest gotowa, i gdy zamieści pani informację w „Bojowniku”, spodziewam się, że mój sklep, warsztaty i domy wszystkich osób, które zawodowo konstruują broń zostaną przeszukane. Nie chciałbym mieć u siebie ani jednej części.
    — Słusznie.
    — Może pani bez problemu zabrać broń w częściach do Dolnego Miasta. Zauważyłem, że nie rewidują ludzi opuszczających Górne Miasto.
    — Gdy jedziemy na górę, też nas prawie nie rewidują — odparła Sula. — Strażnicy rozpoznają naszą ciężarówkę i wiedzą, że wieziemy żywność i takie tam rzeczy.
    — To się zmieni po wprowadzeniu reglamentacji.
    Och, nie wzięłam tego pod uwagę — pomyślała Sula. Muszę załatwić sobie odpowiednie faktury przy przekraczaniu punktów kontrolnych. A niech to, kolejna robótka dla Casimira.
    Sidney włożył karabin do pudła i wrócili do warsztatu, gdzie dał jej resztę amunicji i trochę zapasowych diod laserowych.
    — Lepiej, żeby pani wyszła tylnym wyjściem — zasugerował. — Terranka, która opuszcza sklep z bronią, niosąc pudła, wzbudzi zainteresowanie każdego Naksyda.
    — Dobra rada.
    Sidney wywołał w swoim komputerze schemat konstrukcyjny i przesłał go na displej mankietowy Suli.
    — Dołączyłem szkice tłumika. Wkręca się go do lufy, powinien wystarczyć na kilkanaście strzałów. Nie miałem czasu, żeby go wykonać. — Otworzył szufladę, wyjął fajkę i napchał ją dużą porcją haszyszu z zielonego skórzanego pudełka.
    Do ściany nad biurkiem przymocowane były dwa sześciany fotograficzne, przedstawiające młodego mężczyznę i młodą kobietę w mundurach Floty.
    — To pana dzieci? — spytała Sula.
    Sidney wziął zapalniczkę. Odpowiedział nienaturalnie obojętnym tonem, jakby chciał stłumić wszelkie emocje.
    — Sonia zginęła pierwszego dnia rebelii, gdy odzyskiwano „Przeznaczenie” na pierścieniu Zanshaa. Johannes został zabity przy Magarii na „Chwale Praxis”.
    — Współczuję panu. A żona?
    Zaciągnął się dymem.
    — Zostawiła mnie wiele lat temu, zanim miałem wypadek i musiałem opuścić flotę. Musiałem od nowa poznawać swoje dzieci — zatoczył fajką łuk — nim to wszystko się zaczęło.
    Miłość i nienawiść — pomyślała Sula. Przekazał całą broń mojej grupie i nie przejmuje się tym, że Naksydzi mogliby go namierzyć. Teraz rozumiem jego motywy.
    Miała nadzieję, że będzie mogła zaproponować mu zajęcie, które polubi, dzięki któremu powróci do życia i będzie się czuł użyteczny. Musiała tylko dać mu gwarancję, że jego nienawiść znajdzie ujście.
    — Panie Sidney, może pójdziemy do P.J. i wprosimy się na lunch?
    Wypuścił błękitną chmurę dymu i skinął głową.
    — Czemu nie? Catering straci rację bytu po wprowadzeniu racjonowania żywności. Niech P.J. da im trochę zarobić.

SIEDEMNAŚCIE

    Migotliwy popołudniowy żar pokrył chodnik warstwą melasy, tak gęstą, że mogłaby zniszczyć kolorowe baldachimy i kramy Targu Tekstyliów, który co pięć dni rozkładał się na ulicy przy domu Suli. Kupcy przyjeżdżali przed świtem przyczepami albo trójkołowcami przykrytymi z tyłu plandeką, o świcie podnosili baldachimy i odsłaniali towary, a po zachodzie, gdy skwar ustępował i między stragany wpełzały fioletowe cienie, sprzedawcy składali kramy i odjeżdżali, by następnego dnia handlować w innej dzielnicy.
    Sula wracała do domu, niosąc pod pachą pudło z karabinem. Kupcy usiłowali ją kusić, pokazując tanie ubrania, dziecięce ciuszki, buty, pończochy, apaszki, gumowe zabawki bogo, tandetne lalki, proste układanki i gry. Oferowali bele materiału, folie z muzyką i rozrywką, emulsje do opalania, kapelusze przeciwsłoneczne oraz dzianiny — nie na ten upał — zrobione jakoby z runa yormaków, sprzedawane po zaskakująco niskiej cenie.
    Mimo upału na targu było tłoczno. Zmęczona, zgrzana, Sula przeciskała się niecierpliwie do drzwi. Tym razem nie dostrzegła nigdzie Jednego-Kroku. Weszła do budynku i gdy przez drzwi mieszkania usłyszała sygnał ręcznego komunikatora, przyśpieszyła. Postawiła pudło na podłodze i natychmiast złapała komunikator ze stołu. Odezwała się, zdyszana.
    Casimir patrzył na nią badawczo. Jego wzrok wędrował bezczelnie po jej obrazie zakreślonym ramką.
    — Szkoda — powiedział. — Miałem nadzieję, że znowu zastanę cię w wannie.
    — Może następnym razem. — Sula włączyła klimatyzację; gdzieś w głębi budynku zmęczona sprężarka zaczęła rzęzić, tłocząc słaby prąd powietrza. Usiadła na krześle obok wazonu Yu-yao i trzymając komunikator w jednej dłoni, zdejmowała buty drugą ręką.
    — Chcę się z tobą spotkać dziś wieczór. Podjadę po ciebie o 2101, dobrze?
    — Spotkajmy się w klubie.
    — O tak wczesnej porze w klubie nic się nie dzieje. — Zmarszczył czoło. — Nie chcesz mi powiedzieć, gdzie mieszkasz?
    — Nie mam własnego mieszkania — odparła wesoło Sula. — Waletuję u różnych znajomych.
    — No dobrze, do zobaczenia w klubie — powiedział niechętnie. Miała czas wziąć kąpiel, coś przegryźć i trochę popracować nad kolejnym numerem „Bojownika”, gdzie zamierzała umieścić schemat Sidneya dla majsterkowiczów. Potem ubrała się, delikatnie skropiła szyję perfumami sengra i wyszła, niosąc pod pachą pudło z karabinem. Na zielononiebieskim niebie słońce zeszło już nisko, ale na targu nadal panował tłok. Ludzie czują się bezpiecznie w tłumie, pomyślała, choć gdybym była na miejscu Naksydów i chciała zorganizować łapankę, wybrałabym przede wszystkim park lub targ na wolnym powietrzu.
    Jeden-Krok stał na swoim zwykłym miejscu. Miał na sobie wypchane szorty i zniszczoną skórzaną kamizelkę.
    — Cześć, Jeden-Kroku — powitała go Sula. Jego twarz rozkwitła promiennym uśmiechem.
    — Cześć, piękna pani! Jak się czujesz w ten cudowny wieczór? Cuchnął tak, jakby nie kąpał się od wielu upalnych dni. Sula starała się nie zwracać na to uwagi.
    — Czy znasz niejakiego Juliena? Przyjaciela Casimira?
    Uśmiech natychmiast zniknął z jego oblicza.
    — Cudowna, Jeden-Krok radzi trzymać się z daleka od takich ludzi.
    — Jeśli mam tak robić, lepiej mi wyjaśnij, dlaczego.
    Jeden-Krok zmarszczył brwi.
    — Julien jest synem Sergiusza Bakshiego, a Sergiusz to szef kliki Nabrzeża. Nie ma nikogo gorszego od Sergiusza.
    Sula skinęła głową. To robi wrażenie: Sergiusz nie tylko jest przywódcą kliki, lecz przede wszystkim udało mu się przez tyle lat unikać kata, że doczekał się dorosłego syna. Rzadko zdarzało się, by ludzie tego pokroju długo żyli.
    — Dziękuję, Jeden-Kroku.
    — Nie zamierzasz stosować się do rad Jednego-Kroku? — Wyglądał na przygnębionego. — Idziesz się bawić z Julienem?
    — To nie on mnie dziś zaprosił. Dobranoc. Dzięki.
    — Popełniasz błąd — rzekł Jeden-Krok ponuro.
    Sula przepchała się przez Targ Tekstylny, potem weszła w zalaną słońcem uliczkę, usiłując trzymać się zacienionej strony. Upał odbierał jej dech. Skręciła w miły chłód między wysokimi magazynami, zbudowanymi w cieniu jeszcze większego od nich krematorium Nabrzeża. Pokazała Cree przy kontuarze swój fałszywy dowód, potem pojechała windą na górę i otworzyła jeden ze schowków grupy 491. Umieściła pudło z karabinem w skrytce, obok innych pudeł z bronią, skrzynek z amunicją, granatami, materiałami wybuchowymi i pancerzami.
    Zastanowiła się przez chwilę, po czym otworzyła jedno z pudełek, wyjęła jakiś mały przedmiot i schowała go do kieszeni.
    Casimir czekał z niecierpliwą miną przy samochodzie przed Klubem na Ulicy Kociej. W dłoni trzymał laskę. Miał na sobie miękką białą koszulę z delikatnie wyszywanym szamerunkiem. Zobaczywszy Sulę, nacisnął guzik — lśniące morelowe drzwi schowały się w dachu samochodu.
    — Nie znoszę czekania — warknął, chwycił Sulę brutalnie za ramię i wepchnął ją do auta.
    Sula znała to, pamiętała, jak to jest, gdy się ma chłopaka z kliki.
    Usiadła na morelowej kanapie naprzeciw Juliena i Veroniki ubranej w powiewne szaty i owianej zapachem sengry. Casimir zwalił się obok niej i zasunął drzwi. Sula wezwała na swój mankiet chronometr.
    — Przyszłam trzy minuty wcześniej — oznajmiła tonem nauczycielki matematyki. — Wybacz, jeśli psuję ci wieczór.
    Casimir chrząknął nieuprzejmie. Veronika rozwarła szeroko niebieskie oczy i powiedziała:
    — Chłopaki biorą nas na zakupy.
    To też Sula pamiętała.
    — Dokąd? — spytała.
    — Niespodzianka. — Julien otworzył drzwiczki barku. — Czy ktoś chce coś do picia?
    Kierowca Torminel gładko odjechał od krawężnika. Sula wzięła Cytrynowy Szał, a pozostali Kyowan. Auto na sześciu oponach pomknęło przez Grandview na Górkę — rejon położony w cieniu Górnego Miasta, poniżej Leża Wieczności, gdzie prochy panów Shaa czekały w niszach na koniec czasu. Dzielnica tętniła życiem. Były tu sklepy, bary, kawiarnie, ekscentryczne butiki z rzemiosłem ludowym, antykami czy starą biżuterią; na ulicach przeważali Cree, Lai-owni i Terranie.
    Samochód zatrzymał się przed domem towarowym o nazwie „Szaty Chesko”. Morelowe drzwi otworzyły się i wszyscy wysiedli, witani przy wejściu przez kobietę Daimonga, której szare ciało spowijał satynowy woal, osobliwie atrakcyjny na kanciastym tułowiu o cienkich ramionach. Kobieta pozdrowiła Casimira dźwięcznym głosem, zwracając się do niego po imieniu.
    — Gredel, przedstawiam ci pannę Chesko — powiedział Casimir tonem sugerującym, że oboje są ważnymi osobistościami.
    — Miło mi panią poznać — rzekła Sula.
    Dom towarowy był fantastyczny trzykondygnacyjne wnętrze wypełniały przepyszne tkaniny o jaskrawych barwach na tle ścian z przezroczystej żywicy przepuszczającej gasnące światło słoneczne. Przestrzeń wypełniała subtelna muzyka Cree.
    Sula nigdy jeszcze nie spotkała kreatora Daimonga projektującego ubrania dla Terran. Sklep musiał mieć znakomitą wentylację albo Chesko używała jakiegoś dezodorantu, który tłumił fetor gnijącego ciała, ponieważ Sula ani przez chwilę nie czuła tego zapachu.
    W sklepie Casimirowi od razu poprawił się humor. Spacerował między regałami i wybierał ubrania, oglądając je w świetle i przesuwając dłonią po lśniących bogatych materiałach. Dla Veroniki wybierał stroje miękkie, jasne, migoczące dla Suli — satynowe, ciemniejsze, z jaśniejszymi akcentami na kołnierzu, klapach lub w postaci szala.
    Ubiera mnie jak tajemniczą kobietę — pomyślała.
    Jego czułki dobrze wyczuwają otoczenie.
    Przyjrzała się sobie w dużym displeju i stwierdziła, że Casimir ma dobry gust, choć jej własne wyczucie w sprawach garderoby było niezbyt dobrze rozwinięte.
    Prezentowanie kolejnych bogatych strojów sprawiało jej przyjemność. Casimir rzucał własne komentarze, drapował materiał, odkładał na kupki ubrania „dobre”, „może być”, „niedobre”. Chesko robiła uprzejme uwagi karylionowym głosem. Ekspedienci biegali tam i z powrotem z naręczami ubrań.
    Z Kulasem było inaczej. Gdy wchodził z Gredel do sklepu, ekspedienci wiedzieli, że trzeba przynieść najbardziej szpanerskie, najdroższe ubrania, a on kupował je jednym machnięciem ręki i płacił plikami banknotów.
    Casimir nie chciał nikomu imponować, przynajmniej nie w taki sposób jak Kulas. On chciał zamanifestować swój gust, a nie swoje bogactwo.
    — Powinieneś robić zawodowo to co Chesko — stwierdziła Sula.
    — Może. Ale chyba otrzymałem nieodpowiednie wykształcenie.
    — Mama nie dawała ci dosyć lalek do zabawy — powiedział Julien. Siedział na fotelu w kącie sali; na pociągłej twarzy miał wyrozumiały uśmiech, a w ręce szklaneczkę migowej brandy, którą przyniósł mu któryś z ekspedientów.
    — Jestem głodny — oznajmił po półtorej godziny.
    Casimir zrobił lekko obrażoną minę, ale wzruszył ramionami i ponownie zaczął przeglądać ubrania, aby dokonać ostatecznego wyboru. Julien wstał z fotela, odstawił szklaneczkę i zwrócił się do ekspedientki:
    — Ta sterta. Proszę podliczyć.
    Veronika krzyknęła radośnie, podskoczyła do Juliena i go objęła.
    — Weźmy jeszcze to — powiedział Casimir i dorzucił do sterty „dobre” kamizelkę. Potem podniósł z innego stosu haftowany żakiet i pokazał go Suli. — Co o tym sądzisz? — spytał. — Mam to dołożyć do twoich rzeczy?
    Sula przyjrzała się żakietowi.
    — Wybierz tylko jedną, najładniejszą rzecz i daj mi ją.
    Ciemne oczy Casimira błysnęły.
    — Nie chcesz ode mnie prezentów? — spytał wściekłym głosem. Sula widział wzrok Veroniki — koleżanka patrzyła na nią tak, jakby uważała ją za niespełna rozumu.
    — Przyjmę tylko jeden prezent — odparła. — Nie znamy się na tyle dobrze, żebyś mi kupował całą szafę ciuchów.
    Przez chwilę wyczuwała, jak gotuje się w nim wściekłość. Postanowił jednak obrócić wszystko w żart.
    — Bardzo dobrze. — Wykrzywił usta w cienkim uśmiechu. Przyglądał się przez chwilę zgromadzonym strojom, po czym wyciągnął kostium z czarnego aksamitu z satynowym szamerunkiem, wyszywany na klapach i wzdłuż szwów luźnych spodni srebrnymi paciorkami.
    — Czy to się nada?
    — Jest bardzo ładny, dziękuję. — Sula z zadowoleniem zauważyła, że nie był to najdroższy ciuch. Skoro nie kupował jej drogich szmat, oznaczało to prawdopodobnie, że nie uważa jej za szmatę.
    — Włożysz to dziś wieczór? — spytał i spojrzał na Chesko. — Nie trzeba tego przymierzać?
    — Nie, proszę pana. — Daimongo bladej, pozbawionej wyrazu twarzy, nie okazała rozczarowania, że nie udało jej się sprzedać towaru za kilkaset zenitów.
    — Z przyjemnością — odparła Sula. Wzięła kostium do przymierzalni, przebrała się i obejrzała w staromodnych lustrach o posrebrzanym spodzie. Kostium chyba rzeczywiście był najładniejszą rzeczą ze stosu ubrań.
    Stare ubrania Suli zapakowano. Gdy wyszła z przymierzalni, Julien patrzył na nią z uznaniem, Casimir — bardziej krytycznie. Zakręcił palcem, jakby mieszał w garnku.
    — Obróć się — powiedział.
    Sula wykonała piruet. Casimir skinął głową, raczej do siebie niż do innych.
    — Pasuje — stwierdził. Jego głęboki głos brzmiał zadowoleniem.
    — Pójdziemy teraz coś zjeść? — spytał Julien.
    Na zewnątrz świecił bladozielono w mroku biały marmur Leża Wieczności. Ulice dyszały w niebo żarem lata niczym zmęczony sprinter na mecie biegu.
    Weszli do restauracji o ścianach wyłożonych jasnoczerwonymi i białymi kafelkami, z mnóstwem błyszczących chromowanych detali. W sali było pełno i gwarno, jakby ludzie chcieli napełnić żołądki i dobrze się zabawić przed okresem racjonowania żywności. Casimir i Julien gadali i śmiali się, ale Sula widziała, jak Casimir od czasu do czasu patrzy na nią zamyślony, jakby potwierdzał swój wybór ubrania.
    Stworzył z niej osobę, którą podziwiał.
    Potem przeszli do baru, również zatłoczonego, gdzie do tańca grał zespół muzyczny. Poprzedniej nocy Casimir tańczył z pewną ociężałością — teraz pełen wigoru, wykonywał z Sulą gimnastyczne podrzuty, obroty, piruety. Poprzednio z lubością demonstrował siłę i opanowanie — teraz ruszał się tak, jakby chciał całe Zanshaa obdzielić swoją radością.
    Wczoraj uważał, że to oczywiste, że będę jego dziewczyną, a dziś jest już inaczej — pomyślała Sula.
    Dobrze po północy wyszli z baru pod rozgwieżdżone niebo. Sula zobaczyła dwa dziwne kolosy sunące w ciemności. Trzeszczała skóra, w powietrzu niósł się dziwny stajenny zapach.
    Casimir zaśmiał się.
    — No, wsiadamy — powiedział.
    Wskoczył do ledwo widocznego pudła, które unosiło się nad ulicą. Rozległ się trzask, szuranie, zapach stał się bardziej intensywny. Z ciemności wynurzyła się wąska blada dłoń Casimira.
    — Chodź!
    Sula chwyciła jego rękę i dała się wciągnąć, do gondoli. Usiadła obok niego i dopiero wtedy zorientowała się, gdzie jest.
    — Czy to rydwan pai-carów? — spytała, zdziwiona.
    — Owszem! — Casimir zaśmiał się na całe gardło. — Wynajęliśmy dwa na dzisiejszy wieczór. — Klepnął w miękki, wyściełany skórą brzeg gondoli i zawołał do kierowcy: Jedziemy!
    Rozległ się syk, pacnięcie lejc i powóz ruszył. Ciągnął go pai-car, wysoki ptak, mięsożerny bezlot, a powoził nieinteligentny kuzyn Lai-owna, który siedział na miejscu woźnicy z przodu powozu. Powóz miał dwa wielkie koła ze srebrnego stopu z ornamentacją w formie wycinanki i nadwozie w kształcie łodzi zrobione ze skóry, którą gotowano, obrabiano chemicznie, formowano i ozdabiano kolorowymi metalowymi plakietkami o wzorze charakterystycznym dla danego kierowcy. Z boku gondoli świeciły dwie niezbyt silne latarnie na baterie.
    Kołysząc się, powóz zjechał z Górki, a potem sunął po płaskiej miejskiej przestrzeni. Sula oparła się o ramię Casimira. Ciemne domy wznosiły się po obu stronach jak ściany kanionu. Plaśnięcia stóp pai-cara i jego sapanie odbijały się echem od ścian budowli. Na ulicy nie było prawie żadnego ruchu, tylko limuzyna z ochroniarzami-Torminelami jechała w pewnej odległości za powozem; kierowca Torminel potrafił znakomicie nawigować dzięki wielkim, dostosowanym do nocnego widzenia oczom.
    — Czy to legalne? — spytała Sula.
    — Oczywiście nie. — Casimir błysnął w uśmiechu białymi zębami. — Takich wozów nie można używać poza obrębem parku.
    — Nie obawiasz się policji?
    — Policja tonie w milionach podań o karty żywnościowe. Przez następne miesiące ulice należą do nas.
    W mroku rozległ się śmiech Veroniki. Sula usłyszała człapanie innej pary stóp i zobaczyła, jak z lewej strony wyłania się dziki pysk o piłopodobnych zębach, należący do pai-cara, a za ptakiem — woźnica i Julien z Veroniką. Julien wychylił się z powozu i pijackim gestem pomachał dłonią.
    — Zakładam się o setkę, że pokonam was do ulicy Medycznej! Sula poczuła, jak ciało Casimira sztywnieje, gdy twarz Juliena zniknęła w ciemnościach.
    — Szybciej! — zawołał do woźnicy. Woźnica syknął i machnął lejcami. Powóz przyśpieszył, trzeszcząc i kiwając się.
    Znowu dobiegł ich drwiący śmiech Veroniki. Casimir warknął i pochylił się do przodu.
    — Szybciej! — zawołał. Nerwy Suli napięły się, świadome niebezpieczeństwa.
    W biurowcach paliło się światło w kilku oknach, tam, gdzie pracowały ekipy sprzątające. Pod jedną z niewielu działających latarni ulicznych stali dwaj Trominele w brązowych mundurach służby cywilnej i wiedli sprzeczkę. Gdy powozy przemknęły obok nich, zamilkli i wytrzeszczyli swoje wielkie oczy. Boczne latarnie powozu Juliena zbliżały się.
    — Szybciej! — zawołał Casimir i odwrócił się do Suli. Śmiech wydobywał się z głębi jego płuc. Jej twarz także rozjaśniła się uśmiechem.
    To szaleństwo — pomyślała. Totalne szaleństwo.
    Słyszała, jak Julien popędza swego woźnicę, i widziała, jak na zakręcie spod ślizgających się kół lecą iskry. Siła odśrodkowa cisnęła ją na Casimira. Opiekuńczo otoczył ją ramieniem.
    — Szybciej!
    Dźwięczny śmiech Veroniki dobiegał teraz z bliska. Casimir przechylał się to na lewo, to na prawo, by zza pleców woźnicy lepiej widzieć goniony powóz. Przejeżdżali teraz przez skrzyżowanie i oba powozy zajaśniały bielą w reflektorach potężnej maszyny do czyszczenia ulic. Sula mrugnęła, oślepiona. Na policzkach czuła nocny chłód. Bijące serce miała aż w gardle.
    Powozy zrównały się i Julien zaklął. Na kolejnym zakręcie metalowe koła wpadły w poślizg i dwukółka Juliena zbliżyła się do drugiego powozu; woźnica Casimira, chcąc uniknąć kolizji, zmuszony był zrobić większy łuk. Julien znowu ich wyprzedzał.
    — Cholera! — Casimir zeskoczył ze swego siedzenia na kozioł woźnicy. Bladą dłonią sięgnął do kieszeni. — Dwadzieścia zenitów, jeśli go pokonasz! — zawołał. Dwadzieścia zenitów to dwukrotna stawka za powóz, pai-cara i woźnicę.
    Wozak odpowiedział zdecydowanym sykiem. Pai-car wyczuł chyba nastrój pasażerów, bo wrzasnął energicznie i przyśpieszył.
    Droga biegła przez kanał i na moście powóz Casimira znalazł się tuż za powozem Juliena. Do Suli dotarł kwaśny powiew znad wody. Ktoś na brzegu, krzyknął zaskoczony. Koła podskoczyły na wybojach i Sulą rzuciło jak ziarnkiem grochu w butelce. Na zakręcie została przyparta do skórzanego boku gondoli, który lekko się wygiął.
    Zaśmiała się na myśl, że jej życie mogłoby się teraz skończyć, że mogłaby zginąć w absurdalnym wypadku powozu albo dostać się do więzienia i cała praca — zespół 491, „Bojownik” oraz walka z Naksydami — przepadłaby wskutek tej lekkomyślnej, obłąkańczej eskapady…
    Dobrze mi tak — pomyślała.
    Między domami rozbrzmiewało echo ciężkiego oddechu pai-cara.
    — Jeszcze dwadzieścia! — Casimir położył na koźle drugą monetę.
    Powóz zatoczył się na pojazd Juliena, który, popędzał woźnicę na stojąco, ale jego pai-car sprawiał już wrażenie półżywego. Nagle pojawiło się światło reflektorów, rozległ się sygnał alarmowy i woźnica Juliena gwałtownie ściągnął lejce, by uniknąć zderzenia z taksówką wiozącą rozśpiewany chór Cree.
    Julien wrzasnął, niezadowolony, a Casimir zaśmiał się triumfalnie, gdy auto ze śpiewakami znikało w tyle.
    Jechali przez spokojną dzielnicę biurowców, a potem bardziej ożywiony rejon Grandview. Po ulicach chodzili ludzie, taksówki czekały przy krawężnikach na klientów. Sula zobaczyła na skrzyżowaniu migający sygnał stopu.
    — Jedź! — krzyknął Casimir i położył następną monetę. Woźnica spojrzał na niego dziko, ale posłusznie pogonił ptaka.
    I wtedy Sula usłyszała z przodu łomot i zobaczyła białe światło sygnalizatora. Serce skoczyło jej do gardła.
    Powóz wpadł na skrzyżowanie. Śmiech Casimira dzwonił jej w uszach. Widziała jaskrawe białe światło, słyszała trąbienie sygnału alarmowego i pisk opon. Sula otoczyła głowę ramionami, gdy pai-car zawył z przerażenia.
    Skórzany brzeg gondoli wbił się w jej żebra, kiedy powóz został pchnięty w bok. Boczna latarnia eksplodowała odłamkami kryształu. Jedno ze srebrnych kół odpadło, potoczyło się w dół ulicy i zostało zmiażdżone przez ciężarówkę. Gondola opadła ciężko na złamaną oś. Przerażony ptak usiłował odciągnąć na bok przechylony powóz.
    Oś szorowała po jezdni tuż przy uchu Suli, strzelając iskrami. Kiedy na chwilę otwarła oczy, zobaczyła Casimira, który tracąc równowagę, leciał na nią, machając rozłożonymi na boki rękoma. Udało jej się przesunąć do wzniesionej w górę części gondoli, dzięki czemu uniknęła zgniecenia.
    Przywarła do brzegu gondoli i odwróciła się do Casimira. Ten zaśmiewał się basem, aż drżała oś na jezdni. Sula zsunęła się ku niemu, objęła go ramionami i stłumiła pocałunkiem jego śmiech.
    Dyszący pai-car zatrzymał się, warczał niezadowolony, potem odwrócił się w uprzęży i usiłował zaatakować woźnicę ostrymi zębami, ale ten skutecznie go powstrzymał uderzeniami po pysku. Sula usłyszała odgłosy zawracania ciężarówki i hamowania drugiego powozu oraz kroki ludzi nadciągających na miejsce wypadku.
    — Jak pojmuję, nikt nie został ranny — powiedział Cree bulgoczącym głosem.
    Tym razem Sula zaśmiewała się do rozpuku. Wraz z Casimirem wypełzli z rozbitego powozu, akurat gdy cicho podjeżdżała morelowa limuzyna. Ochroniarze-Torminele zjawili się we właściwym momencie, by powstrzymać od bijatyki wściekłego Daimonga — kierowcę ciężarówki. Julien i Casimir rozdali tyle pieniędzy, by zadowolić wszystkich, zwłaszcza woźniców, potem cała czwórka wsiadła do limuzyny i pojechała do Hotelu Mnogich Błogosławieństw.
    Sula siedziała na kolanach Casimira i cały czas go całowała.
    Był inny od Martineza. Może to najbardziej ją pociągało.
    Koniecznie chciała wziąć prysznic przed pójściem do łóżka. Potem nalegała, by Casimir też wziął prysznic.
    — Mogliśmy wykapać się razem — zrzędził.
    — Mógłbyś się ogolić — zaproponowała.
    Gderając, poszedł pod prysznic. Sula czekała owinięta w luksusowy aksamitny szlafrok. Została sama — to był błąd, gdyż nie miała nic do roboty i mogła jedynie myśleć, a gdy zaczynała myśleć, zaczynała się bać.
    Całą noc grała — rola Gredel była tyle samo warta co rola Suli — ale w łóżku nie mogła grać. Nie miała doświadczenia. Z Kulasem była zbyt młoda, a z Martinezem… doświadczenie z Martinezem to coś bardzo wyjątkowego.
    Za kilka minut Casimir pójdzie do łóżka z młodą, niezbyt doświadczoną partnerką, pozbawioną pewności siebie i arogancji — cech dotąd udawanych.
    Sula zastanawiała się, czyby się nie ubrać i nie wyjść, ale przypomniała sobie śmiech Casimira, gdy rozbity powóz sunął ze zgrzytem po ulicy, zapach jego ciała, gdy otoczyła go ramionami i krew pulsowała jej w skroniach.
    Przygasiła lampy. Może w ciemności Casimir nie zauważy zmiany.
    Otworzyły się drzwi łazienki i Casimir stanął w ramie żółtego światła. Krew w Suli zawrzała. Bez namysłu podeszła do mężczyzny i pociągnęła go do łóżka. Był wykąpany, ogolony i pachniał mydłem taswa.
    Dotykał ją smukłymi palcami. Nie tak jak Martinez, odkryła z ulgą. Martinez okazywał cierpliwość, dawał, a Casimir niecierpliwie pożądał.
    To dobrze, bo dzięki temu dostała pozwolenie na okazanie niecierpliwego pożądania.
    — O! — powiedział zdziwiony. — Tak naprawdę jesteś blondynką!
    Zaśmiała się krótko.
    — To tylko jedna z moich tajemnic.
    Strach minął. To ją zdziwiło, ponieważ w przeszłości zawsze jej towarzyszył. Chyba Martinez ją z tego wyzwolił.
    Albo może nie bała się, ponieważ wiedziała o pewnych rzeczach, o których nie wiedział Casimir. Miała w ręku karty. Zachowywała kontrolę nad sytuacją, bez względu na to, czy Casimir zdawał sobie z tego sprawę, czy nie.
    Godzinę później postanowiła rozegrać partię kart i wydała pokojowi polecenie, by zapalił światło. Casimir drgnął i przesłonił oczy. Sula wypełzła z łóżka i sięgnęła po torbę, w którą zapakowano w sklepie jej stare ubrania.
    — Gredel, co robisz? — mruknął Casimir.
    — Chcę ci coś pokazać. — Włożyła żakiet i wywołała displej mankietowy. Potem aktywowała ścianę wideo i przekazała jej zawartość pamięci mankietu. — Spójrz!
    Casimir zamrugał, wpatrując się w schematy Sidneya Model Jeden. Skrzywił się.
    — Co to takiego?
    — Jutrzejsze wydanie „Bojownika”.
    — Jutrzejsze co? — Patrzył na nią i zaczynał rozumieć. Zaszokowany, otworzył usta.
    Wyjęła z wewnętrznej kieszeni przedmiot, który zabrała wieczorem ze schowka. Otworzyła płaski plastikowy futerał i pokazała swój identyfikator z Floty.
    — Jestem Caroline, lady Sula — oznajmiła. — Reprezentuję armię podziemną.
    Zapadła cisza. Casimir zacisnął mocno powieki, jakby jej nie dowierzał.
    — Jasna cholera! — Otworzył oczy.
    — Nadal chciałbyś mi sprawić nową garderobę? — spytała z uśmiechem. — Możesz, jeśli masz ochotę.

OSIEMNAŚCIE

    Ciemnym, chmurnym popołudniem trzy dni po szaleńczych wyścigach powozów odbyło się spotkanie z ojcem Juliena. Sula starannie wybrała strój. Chcąc wyglądać jak osoba z identyfikatora Floty, nie włożyła soczewek kontaktowych. Kupiła sobie blond perukę do ramion. Miała na sobie zieloną wojskową kurtkę, ale nie w odcieniu zielononiebieskim, charakterystycznym dla mundurów Floty, choć barwa powinna nasuwać militarne skojarzenie. Macnamara — w podobnej kurtce — towarzyszył jej w roli ni to adiutanta, ni to ochroniarza. Szła wyprostowana, rezygnując z mniej formalnej, swobodnej postawy cywila.
    Wzięła ze sobą pistolet — tkwił za pasem z tyłu — a Macnamara miał pistolet w bocznej kaburze.
    Biorąc pistolety, nie myśleli o obronie — planowali, że w razie wpadki zastrzelą się sami albo siebie nawzajem.
    W tych dniach było dużo strzelania. Naksydzi zabili ponad sześćdziesiąt osób za rozpowszechnianie ostatniego numeru „Bojownika”, a zwłaszcza za zamieszczony tam schemat karabinu Sidneya. Potem ktoś zrzucił bomby zapalające na pojazd patrolu motorowego w Starej Trzeciej — w tej dzielnicy na pewno nie wygasła niechęć po masakrze — i jedenastu Tormineli zostało zabitych, a jeszcze więcej pojmano.
    Spotkanie odbyło się w prywatnym klubie „Jedwabne Wiatry”, na trzecim piętrze biurowca w dzielnicy Lai-ownów. Casimir spotkał się z Sulą przed budynkiem. Miał na sobie długi płaszcz, w ręce laskę. Wytrzeszczył oczy, gdy zobaczył Sulę, ale zaraz się uśmiechnął i ukłonił w wyrafinowany sposób.
    — Mimo wszystko nie za bardzo wyglądasz na nauczycielkę matematyki — stwierdził.
    — To dobrze — odparła, przeciągając samogłoski w sposób charakterystyczny dla parów. Casimir uniósł brwi.
    — Zupełnie inny głos miałaś tamtej nocy w łóżku.
    Sula słyszała za plecami, jak Macnamara bierze głęboki oddech. Nieźle, wywołałam zgorszenie i dąsy jednego z członków zespołu.
    — Nie bądź wulgarny — skarciła go tonem para.
    Casimir ponownie się ukłonił.
    — Wybacz, milady.
    Weszli do budynku. W olbrzymim holu lśniącym polerowaną miedzią stał posąg: Lai-own, dwukrotnie większy od naturalnego, trzymał wielki czworościan; Sula nie rozumiała tej alegorii. Umundurowani strażnicy Lai-owni w granatowych kurtkach i wysokich spiczastych czako patrzyli na nich badawczo, ale ich nie zaczepili. Wjechali we trójkę ruchomymi schodami na pierwsze piętro i znaleźli się pod lśniącymi miedzianymi drzwiami klubu. Wisiała tam kartka z informacją, że klub zamknięto na imprezę prywatną.
    Casimir otworzył wahadłowe drzwi i wprowadził Sulę i Macnamarę do mrocznego pomieszczenia. Słabe popołudniowe światło padające z zasnutego chmurami nieba odbijało się lekko od miedzianych okuć i polerowanego drewna. Z ciemności wynurzyli się strażnicy Lai-owni — tym razem bez śmiesznych nakryć głowy — i sprawdzili, czy któryś z gości nie ma urządzenia podsłuchowego. Znaleźli broń, ale jej nie tknęli. Najwidoczniej nie brali pod uwagę ewentualności, że Sula i jej towarzysze mogą być zabójcami.
    Po przeszukaniu Casimir poprawił swój długi płaszcz, przeszedł do pokoju na zapleczu i zapukał do drzwi.
    Sula wygładziła klapy kurtki i wyprostowała plecy. Postanowiła zachowywać się jak starszy dowódca Floty na inspekcji bandy dokerów. Nie mogła tym ludziom wydawać rozkazów, musiała zdobyć autorytet jako par i oficer Floty; tylko tymi kartami mogła teraz zagrać.
    Julien otworzył drzwi i na widok Suli wytrzeszczył oczy, po czym nerwowo odsunął się na bok.
    Sula wmaszerowała do pokoju — proste plecy, ręce założone do tyłu. Ta przestrzeń należy do mnie, pomyślała, ale w tym momencie zobaczyła oczy zebranych i serce jej skoczyło do gardła.
    Dwaj Terranie, Lai-own i Daimong siedzieli w zacienionym pokoju wyłożonym ciemnymi panelami i patrzyli na nią zza stołu, który wyglądał jak kawał ulicznego bruku. Oblicze Daimonga było z natury nieodgadnione, ale pozostali również mieli pozbawione wyrazu twarze, jakby wyciosane z tego samego kawałka granitu.
    Usłyszała, jak Macnamara staje tuż za nią z prawej strony, i uznała to za pożądane wsparcie. Casimir obszedł ich i stanął przy ścianie.
    — Panowie — powiedział i ukłonił się w skomplikowany sposób — pozwólcie, że przedstawię porucznik lady Sulę.
    — Jestem Sergius Bakshi — odpowiedział jeden z Terran. Nie przypominał Juliena. Miał owalną twarz, równo przycięte wąsy i okrągłe bezduszne oczy wielkiej drapieżnej ryby. Wskazał na Lai-owna. — To Am Tan-dau, dzięki któremu się spotykamy.
    Tan-dau nie wyglądał sympatycznie. Siedział rozwalony w wyściełanym fotelu podtrzymującym jego kilokształtny mostek. Jaskrawe modne ubranie marszczyło się na nim, jakby było włożone na worek piór. Skórę miał matową, błony mrużne do połowy opuszczone. Wyglądał na sto lat, ale ciemne pierzaste włosy po obu stronach głowy świadczyły o tym, że jest jeszcze młody.
    — To są moi znajomi, którzy mogliby być zainteresowani pani propozycjami — ciągnął Bakshi. Ruchem głowy wskazał Terranina. — To jest pan Patel.
    Patel — młody mężczyzna o błyszczących włosach wijących się nad kołnierzem — nawet nie mrugnął w odpowiedzi, gdy Sula skinęła mu lekko głową.
    Daimong nazywał się Sagas. Jego szaro-biała twarz miała charakterystyczny dla Daimongów wyraz ogromnego cierpienia.
    Sula wiedziała od Casimira, że te cztery osoby tworzą coś w rodzaju komisji regulującej nielegalną działalność w południowych rejonach miasta Zanshaa. Najbardziej liczył się głos Bakshiego, choćby dlatego, że udało mu się dożyć wieku średniego.
    — Panowie — odezwała się Sula tonem parów — pozwólcie, że przedstawię swojego adiutanta, pana Macnamarę.
    Cztery pary oczu błyskawicznie spojrzały na niego, po czym znowu wszyscy patrzyli na Sulę. W gardle jej zaschło, ale nie chcąc zdradzić zdenerwowania, nawet nie odchrząknęła.
    Bakshi złożył swoje wielkie ciastowate dłonie na stole i przemówił.
    — Lady Sula, co możemy dla pani zrobić?
    Odpowiedź padła natychmiast.
    — Pomóżcie mi zabijać Naksydów.
    Wbrew oczekiwaniom Suli, nawet takie żądanie nie wywołało żadnej reakcji z ich strony.
    Bakshi cały czas wbijał w nią wzrok.
    — Przyjmując czysto teoretycznie, że byłoby to możliwe — powiedział — dlaczego mielibyśmy atakować tak potężne osoby, że nawet Flocie nie udało się ich pokonać?
    Sula spojrzała na niego: jeśli chce walki na spojrzenia, będzie ją miał.
    — Flota wcale nie skończyła jeszcze z Naksydami — odparła. — Nie wiem, czy ma pan możliwości zweryfikowania tego, ale ja wiem, że również w tej chwili przeprowadza ataki głęboko na terytorium wroga. Flota wyrywa rebelii bebechy, a tymczasem główne siły Naksydów utknęły tu i strzegą stolicy.
    Bakshi bardzo nieznacznie wzruszył ramionami.
    — Możliwe — zauważył — ale to nie zmienia faktu, że Naksydzi są tutaj.
    — Skąd mamy pewność? — spytał niewyraźnie Tan-dau. — Skąd mamy pewność, że nie została przysłana przez Naksydów, by nas sprowokować?
    Trudno było orzec, do kogo skierował pytanie, ale Sula postanowiła na nie odpowiedzieć.
    — Zabiłam przy Magarii kilka tysięcy Naksydów. Może pan pamięta, że dostałam za to medal. Raczej nie pozwoliliby mi zmienić frontu, nawet gdybym chciała.
    — Lady Sula jakoby zginęła — rzucił Tan-dau. Sula lekko się uśmiechnęła.
    — Wie pan, jak dokładni są Naksydzi we wszystkich kwestiach.
    — Skąd mamy wiedzieć, że ona jest tą prawdziwą… — zaczął Tan-dau i przerwał.
    Sula odpowiedziała dopiero wtedy, gdy nabrała pewności, że więcej słów już się nie pojawi.
    — Nie możecie wiedzieć. — Wyjęła z kurtki swój identyfikator z Floty. — Proszę sprawdzić mój identyfikator… choć oczywiście Naksydzi mogli go podrobić. Myślę jednak, że zdajecie sobie panowie sprawę… — spojrzała na wszystkich po kolei — że gdyby Naksydzi wybrali was za cel ataku, nie potrzebowaliby mnie. Ogłosiliby stan wyjątkowy, posłali za wami swoich ludzi i nikt już nie zobaczyłby was żywych.
    Słuchali tego w ciszy, bez żadnej reakcji.
    — Więc po co mamy robić coś, co sprowadzi na nas to wszystko? — odezwał się wreszcie Bakshi.
    Sula miała trzy dni, żeby przygotować się do tej rozmowy. Musiała się hamować, by nie wszystko od razu powiedzieć, by zachować spokój i wyłożyć swoje argumenty powoli i z należytym naciskiem.
    — Przede wszystkim warto, żebyście byli po stronie zwycięskiej. Już samo to się opłaca. Po drugie, rząd podziemny zamierza przebaczyć i zaproponować amnestię wszystkim, którzy nam pomagają.
    Jakby mówiła do ściany. Miała ochotę chodzić w kółko, gestykulować, przemawiać w desperackiej nadziei, że przynajmniej jeden z nich jakoś zareaguje. Ale nakazała sobie spokój, założyła ręce do tyłu i przyjęła postawę wyższości. Musi robić wrażenie osoby władczej i opanowanej. Jeśli okaże słabość, będzie skończona.
    — A dlaczego pani sądzi, że potrzebujemy przebaczenia i amnestii? — Sagas odezwał się po raz pierwszy cudownie dźwięczącym głosem.
    — Przebaczenie oznacza, że wszelkie dochodzenia, śledztwa skargi i postępowania karne zostaną definitywnie ucięte — wyjaśniła Sula. — Nie tylko w waszych sprawach, również w sprawach waszych przyjaciół, klientów i współpracowników, którzy zechcą pomóc rządowi. Może wam osobiście amnestia nie jest potrzebna, ale przydałaby się niektórym z waszych przyjaciół.
    Przesunęła wzrokiem po twarzach mężczyzn; znów nie dostrzegła żadnej reakcji.
    — I ostatnia rzecz: jesteście wybitnymi ludźmi sukcesu. Wszyscy znają wasze imiona. Wzbudzacie respekt wśród obywateli, ludzie są świadomi waszej siły. Ale was nie kochają.
    Po raz pierwszy udało jej się wywołać jakąś reakcję. Źrenice Sergiusa Bakshiego rozszerzyły się, a nieodgadniony Sagas szarpnął głową.
    — Jeśli poprowadzicie walkę z Naksydami, zostaniecie bohaterami — kontynuowała. — Może po raz pierwszy obywatele pomyślą o was jako o ludziach szlachetnych. Będziecie uwielbiani, ponieważ wszyscysię przekonają, że stajecie po właściwej stronie, w obronie obywateli przed Naksydami.
    Patel zaśmiał się krótko.
    — Walczyć z Naksydami, żeby być kochanym! A to dobre! Jestem za! — Klepnął dłonią w stół i spojrzał na Sulę. Jego zęby błysnęły w szerokim uśmiechu. — Jestem z tobą, księżniczko! Za miłość, to wystarczy!
    Sula zerknęła na Casimira. Spojrzał na nią kpiąco; nie dodawał jej wzrokiem otuchy, ale i nie zniechęcał.
    Bakshi niecierpliwie machnął ręką i Patel zamilkł. Po nagle przerwanej wesołości zapadła cisza.
    — A czego właściwie wymagałby od nas rząd podziemny… — spytał Bakshi i dodał z chłodną ironią: — w zamian za miłość ludu?
    — W całym mieście organizowane są komórki oporu — wyjaśniła Sula — ale nie mają komunikacji między sobą i koordynacji działań. — Znów spojrzała na wszystkich po kolei. — Wy macie już paramilitarną strukturę. Dysponujecie środkami łączności, których rząd nie kontroluje. Dobrze by było, gdybyście podjęli się koordynowania tych grup. Przekazywania informacji od dołu do najwyższego dowództwa, przesyłania rozkazów w dół, zapewnienia dostaw wyposażenia tam, gdzie jest to potrzebne. Chodziło o tego typu sprawy.
    Znów zapadła cisza. Bakshi wyprostował palec wskazujący i zaczął stukać nim w stół. U osoby tak spokojnej i powściągliwej, ten gest wydawał się dramatyczny jak wystrzał z pistoletu.
    — Muszę wiedzieć jedno. Lord gubernator Pahn-ko został pojmany i zabity. Kto w zasadzie przewodzi rządowi podziemnemu?
    Sula zacisnęła zęby, by nie zawyć z rozpaczy. Tego pytania się obawiała.
    Wcześniej postanowiła, że nie będzie okłamywać obecnych tu osób. Konsekwencje takiego kłamstwa byłyby zbyt tragiczne.
    — Ja pozostałam najstarszym oficerem — oznajmiła.
    Patel wytrzeszczył ze zdziwienia oczy. Otworzył usta, ale nic nie powiedział. Tan-dau spojrzał z ukosa na Bakshiego.
    — Jest pani porucznikiem, do tego młodym i niedawno awansowanym — zauważył Bakshi.
    — To prawda — odparła Sula. Poczuła, jak pot gromadzi się pod jej blond peruką. — Ale jestem również parem ze starożytnej rodziny i uznanym pogromcą Naksydów.
    — Wydaje mi się — Tan-dau zwrócił się ogólnie do wszystkich — że ona chce, byśmy za nią prowadzili jej wojnę. Ciekawe, co ona do tego wniesie.
    W Suli wezbrała arogancka desperacja.
    — Swoje wyszkolenie, swoje nazwisko i swoją umiejętność zabijania Naksydów.
    Bakshi spojrzał na nią.
    — Jestem pewien, że pani sprawność i odwaga są stosowne do zadania — powiedział. — Ale pani jest żołnierzem. — Rozejrzał się na boki i rozłożył ręce. — My natomiast jesteśmy ludźmi handlu i pokoju. Musimy myśleć o naszych interesach, o naszych rodzinach. Jeśli włączymy się do ruchu oporu, narazimy wszystkie nasze sprawy zawodowe na niebezpieczeństwo.
    Sula już mała odpowiedzieć, ale Bakshi powstrzymał ją gestem dłoni.
    — Zapewniła nas pani, że Flota lojalistów powróci i że Zanshaa zostanie uwolniona spod panowania Naksydów. Jeśli tak, to nie ma potrzeby tworzyć podziemnej armii. A jeśli pani się myli i Naksydzi nie zostaną wypędzeni, wszyscy z ruchu oporu nieuchronnie zginą. — Powoli pokręcił głową. — Życzymy pani wszystkiego najlepszego, ale nie rozumiem, dlaczego mielibyśmy się w to angażować. Za duże ryzyko.
    Znów zapadła ciężka cisza.
    — Wszyscy panowie się z tym zgadzacie? — Sula spojrzała z rozpaczą po innych.
    Tan-dau i Sagas nie odezwali się. Patel uśmiechnął się smętnie.
    — Księżniczko, szkoda, że argument z miłością nie zadziałał — powiedział. — Mogło być ciekawie.
    — Naksydzi już podskubują wasze interesy. Gdy zacznie się reglamentacja i wejdziecie na rynek żywności, będziecie musieli konkurować z klanami ustawionymi przez Naksydów, a oni was zniszczą.
    Bakshi znów spojrzał na nią niewidzącym wzrokiem.
    — A dlaczego sądzi pani, że zaangażujemy się w nielegalne dostawy żywności?
    — Rozwój rynku nielegalnych dostaw jest nieunikniony — odparła Sula. — Jeśli wy nie staniecie na czele, stracicie kontrolę na rzecz ludzi, którzy tym się zajmą.
    Po raz kolejny zapadła cisza. Bakshi rozłożył ręce.
    — Milady, nic nie możemy zrobić. — Odwrócił się do Casimira i spojrzał na niego kamiennym wzrokiem. — Nasi współpracownicy też nic nie mogą zrobić.
    — Oczywiście, Sergiusu — powiedział cicho Casimir.
    Sula spojrzała z wyższością na wszystkich po kolei, ale żaden się nie odezwał. Zacisnęła dłonie z tyłu, aż paznokcie wbiły się w ciało. Chciała przedstawić więcej argumentów, ale wiedziała, że to bezcelowe, i zrezygnowała.
    — Dziękuję zatem, że panowie zechcieli mnie wysłuchać — powiedziała i zwróciła się do Tan-dau: — Jestem wdzięczna, że zaproponował pan to miejsce na nasze spotkanie.
    — Niech szczęście pani sprzyja, milady — odparł Tan-dau oficjalną formułką.
    A szczęście właśnie ją opuściło. Energicznie skinęła wszystkim głową i wykonała przepisowo w tył zwrot.
    Macnamara już zdążył podejść do drzwi i otworzyć je przed nią. Wymaszerowała z wyprostowanymi plecami i wysoko zadartą blond głową.
    Dranie — pomyślała.
    Usłyszała z tyłu jakiś hałas — to Macnamara chciał zamknąć drzwi, a Casimir usiłował się przez nie przecisnąć. W końcu mu się udało i dogoniwszy Sulę, zrównał z nią krok.
    — Poszło lepiej niż oczekiwałem — powiedział.
    — Niepotrzebna mi teraz twoja ironia.
    — To nie ironia — odparł uprzejmie. — Mogło być znacznie gorzej.
    — Nie wiem jak.
    — Och, wiedziałem, że za pierwszym razem nie zgodzą się z tobą. Ale słuchali. Dałaś im wiele do myślenia. Wezmą pod uwagę wszystko, co od ciebie usłyszeli. — W jego oczach było rozbawienie i uznanie. — Muszę przyznać, że potrafisz zrobić wrażenie. Stanęłaś przed tymi ludźmi i patrzyłaś na nich tak, jakby wyszli właśnie ze śmierdzącego kanału. — Pokręcił głową. — Zupełnie nie rozumiem, jak ty to robisz ze swoim głosem. Gdy po raz pierwszy z tobą rozmawiałem, mógłbym przysiąc, że mówiłaś akcentem Nabrzeża.
    — Z jakiegoś powodu wybrano mnie do tych zadań — odparła. Ale jej zdolność naśladowania wymowy wcale nie była tym powodem. Gdy zerwała z Martinezem, pomyślała, że zabijać lub dać się zabić będzie miłą odmianą po jej niedolach, a głupi zwierzchnicy po prostu wzięli ją i tyle.
    Przechodzili przez frontowe drzwi klubu. Tym razem Macnamara nie próbował przynajmniej trzasnąć Casimira drzwiami. Punkt za uprzejmość — pomyślała.
    Zwłoka przy drzwiach pozwoliła Julienowi dogonić ich w zewnętrznym korytarzu, wyłożonym miedzianymi płytami.
    — Przykro mi — zwrócił się do Suli. — Następnym razem będziesz miała więcej szczęścia.
    — Jestem pewna, że zrobiłeś, co mogłeś. — Tylko tyle była w stanie powiedzieć, żeby nie warczeć.
    — W ubiegłym roku Tan-dau został ranny podczas próby zamachu i nie nadaje się do nowych przygód. Sagas nie jest typem Daimonga-ryzykanta. A tato — uśmiechnął się smętnie i pokręcił głową — nie osiągnął swojej pozycji dzięki nadstawianiu karku.
    — A Patel? — spytała. Julien zaśmiał się.
    — On by za tobą poszedł, zresztą słyszałaś. Chętnie walczyłby z Naksydami dla miłości, jak powiedział, ale decyzje komisji zapadają jednogłośnie, więc musiał się podporządkować.
    Zjechali na dół ruchomymi schodami i wyszli na ulicę. Chodnik był mokry, powietrze świeżo pachniało — podczas gdy Sula rozmawiała z komisją, spadł krótki deszcz.
    — Gdzie jest postój taksówek? — spytała.
    — Za rogiem. — Wskazał głową. — Słuchaj, przykro mi z powodu tego, co się dziś stało. Chciałbym ci to wynagrodzić.
    Mógłbyś zebrać armię? — pomyślała złośliwie, ale powiedziała tylko:
    — Byłoby bardzo miło.
    — Jutro wieczór? — spytał. — Zapraszam na obiad do swojej restauracji. Nazywa się „Dwie Batuty” i mieści się przy skwerze Harmonii. Kucharzem jest Cree. Jest znakomity.
    Sula zastanawiała się, czy ten Cree uważa restaurację za swoją, a nie za własność Juliena, ale teraz to nie był odpowiedni czas na takie pytania. Zgodziła się przyjść na obiad o 2401.
    — Może po ciebie przyjadę? — zaproponował Casimir. — Czy ciągle jesteś w przelocie między jednym a drugim mieszkaniem?
    — Zawsze jestem w przelocie — skłamała — a teraz wiesz dlaczego. Spotkajmy się w klubie.
    — Masz ochotę gdzieś pójść dziś wieczorem?
    Sula doszła do wniosku, że jest zbyt wściekła, by grać rolę dziewczyny klikmena.
    — Nie dziś — odparła. — Muszę zabić sędziego.
    Casimir był zaskoczony.
    — Zatem powodzenia.
    Pocałowała go.
    — Do zobaczenia jutro.
    Poszli z Macnamarą po taksówkę. W drodze do domu Macnamara siedział ze skrzyżowanymi ramionami i patrzył prosto przed siebie. Jego mięśnie szczęki cały czas pracowały.
    — O co ci chodzi? — spytała Sula.
    — O nic, milady.
    — To dobrze! Bo naprawdę nie potrzebuję żadnych dodatkowych pieprzonych problemów!
    Jechali w kamiennej ciszy. Sula wysiadła z taksówki dwie przecznice przed swoim domem. Znów zaczął padać deszcz. Zarzuciła kurtkę na głowę i pobiegła. Jeden-Krok, który wraz z kilkoma innymi osobami schował się przed ulewą pod markizą, zareagował z opóźnieniem, gdy przebiegła obok z rozpuszczonymi blond włosami.
    W mieszkaniu rzuciła mokrą perukę na poręcz krzesła i uczesała swe krótkie farbowane włosy. Zastanawiała się, czy nie sprawdzić wiadomości, ale zrezygnowała z tego, wiedząc, że wiadomości tylko jeszcze bardziej ją zdenerwują.
    W końcu postanowiła wziąć długą kąpiel, a potem poczytać ostatni tom zagadek matematycznych i może książkę, którą dwa dni temu kupiła na straganie. „Historia dyplomacji Europy w dobie Napoleona” — rzecz wydrukowana przez studenta historii do własnego użytku, w taniej oprawie. Sula bardzo lubiła takie czytadła.
    Wzięła książkę do wanny. Lektura przyniosła jej pewne pocieszenie. W porównaniu z takimi osobnikami jak Paweł II czy Godoy, jej zwierzchnicy wydawali się niepodważalnie… błyskotliwi.
    Po kąpieli owinęła się w szlafrok i przeszła do frontowego pokoju. Deszcz nadal lał. Długo patrzyła na swój wazon Yu-yao, na spękaną glazurę, która odbijała koraliki wody spływające po szybie.
    Nagle przyszedł jej do głowy pewien pomysł.
    Wydawał się atrakcyjny. Starannie go sprawdziła, wysondowała umysłem, jak sonduje się językiem otwór po wyrwanym zębie.
    Pomysł wydawał się coraz lepszy. Wzięła czystą kartkę, pióro i naszkicowała schemat wraz ze wszystkimi możliwymi implikacjami.
    Nie zauważyła żadnych słabych stron. W żaden sposób nie można będzie wytropić, że pomysł pochodzi od niej.
    Może zawdzięczała ten pomysł Metternichowi lub Castlereaghowi albo Talleyrandowi. Może to zasługa faktu, że całe popołudnie wpatrywała się w oczy Sergiusa Bakshiego, podobne do oczu drapieżnej ryby, i zastanawiała się, co się za nimi kryje.
    A może ta intryga to całkowicie wytwór jej umysłu, myśli, które rozwinęły się, gdy patrzyła na odbicie deszczowych kropli. W takim razie naprawdę musi podziwiać swój umysł.
    Zniszczyła kartkę, żeby nie zostały żadne dowody. Spojrzała na prawy kciuk, na grubą zabliźnioną ranę, pod którą kiedyś był odcisk jej palca.
    To bardzo ważne, by w tej sprawie nie pozostawić żadnych śladów.

DZIEWIĘTNAŚCIE

    Rano Sula realizowała dostawy z Macnamarą i Spence. Macnamara był nieco sztywny, ale przynajmniej otwarcie się nie dąsał. Po południu wybrała się do Górki na zakupy. W ubraniu, które sobie sprawiła, poszła na spotkanie z Casimirem do klubu na Ulicy Kociej. Spóźniła się i gdy szła z wielką naramienną torbą, podskakującą na biodrze przy każdym kroku, zobaczyła przy morelowym samochodzie Casimira spacerującego po chodniku w tę i z powrotem. Patrzył wściekle w ziemię, a płaszcz powiewał na nim jak peleryna.
    Podniósł wzrok na Sulę i na jego twarzy pojawił się wyraz ulgi. Dopiero potem zobaczył, jak jest ubrana — w długi czarny płaszcz pokryty świecącymi sześcioramiennymi, wielobarwnymi gwiazdami jak tęczowym śniegiem.
    — Masz taki sam płaszcz jak ja — powiedział, zdziwiony.
    — Tak. Musimy porozmawiać.
    — Możemy porozmawiać w samochodzie.
    — Nie. Potrzebna mi większa prywatność. Może w twoim gabinecie?
    — Już jesteśmy spóźnieni. — rzekł z rozdrażnieniem.
    — Julien się nie obrazi. Ma wspaniałego kucharza.
    Skinął głową, jakby zaakceptował ten argument, i poprowadził ją do klubu. O tej wczesnej porze było niewielu klientów: spokojni pijacy przy barze lub robotnicy, którzy nie zdążyli wrócić do domu na obiad.
    Sula wbiegła po metalowych schodach do gabinetu Casimira.
    — Jak poszło z sędzią? — spytał.
    Przez chwilę usiłował sobie przypomnieć, o co chodzi.
    — Sprawa odłożona — wyjaśniła.
    — Czy o tym chcesz porozmawiać? Sergius powiedział wprawdzie, że nie powinienem ci pomagać, ale mogę zrobić kilka rzeczy, o których on nie musi wiedzieć. Bo… A, niech to!
    Gdy tylko weszli do nieskazitelnego czarno-białego gabinetu, Sula rzuciła torbę na kanapę i rozsunęła poły płaszcza: pod spodem miała tylko pończochy i buty.
    — A niech to! — powtórzył Casimir. Wędrował wzrokiem po ciele kobiety. — Ale jesteś piękna!
    — Nie stój tak — odparła.
    Po raz pierwszy w życiu postanowiła dać mężczyźnie tak pełne zaspokojenie. Prowadziła Casimira od mebla do mebla. Chętnie wykorzystała obszerne, nadzwyczaj miękkie fotele. Używała warg, języka i opuszków palców, dotyku i zapachu, szeptu i śmiechu. Z Martinezem nigdy by się na to nie odważyła — przy nim nie czuła takiej pewności. Miała wrażenie, że w jej zachowaniu jest coś kurewskiego, choć swe brutalne i na szczęście krótkie doświadczenie z kurewstwem uważała za bardziej obrzydliwe i nieprzyjemne niż to, co teraz robiła.
    Trwało to ponad półtorej godziny. W pewnej chwili sygnał z komunikatora stał się bardzo natrętny. Casimir wstał z kanapy, gdzie leżał — a Sula nad nim — i podszedł do biurka.
    — Tylko audio — polecił komunikatorowi. — Odpowiedź. Tak, o co chodzi?
    — Julien został aresztowany — poinformował go nieznany głos. Sula usiadła, na twarzy miała wyraz troski.
    — Kiedy? Gdzie? — warknął Casimir.
    — Kilka minut temu, w„Dwóch Batutach”. Był tam z Veroniką.
    — Czy to była policja czy Flota?
    Głos był teraz wyższy i coraz bardziej niecierpliwy.
    — To był Legion. Wzięli wszystkich.
    Casimir utkwił wzrok w przeciwległej ścianie, jakby widział na niej puzzle, które koniecznie należało poskładać. Sula wstała i podeszła do kanapy, na której leżała jej torba. Otworzyła ją i wyjęła ubranie.
    — Czy Sergius o tym wie? — spytał Casimir.
    — Nie ma go w biurze. Mam z nim kontakt tylko przez ten numer.
    — Jasne. Dziękuję. Sam do niego zadzwonię.
    Casimir wiedział, że będzie musiał przeprowadzić pełną — razem z wideo — rozmowę z Sergiusem Bakshim, włożył więc koszulę i przyczesał włosy. Mówił cicho i Sula niewiele słyszała. W tym czasie skończyła się ubierać, wzięła z torby pistolet i wetknęła go za pas z tyłu.
    Casimir skończył rozmowę i spojrzał na nią ponuro.
    — Powinieneś się ulotnić — poradziła. — Mogą was wszystkich poszukiwać.
    — To samo mówił mi Sergius — odparł Casimir.
    — Albo… — Sula zmrużyła oczy — tak naprawdę szukali ciebie i poszli do „Dwóch Batut', bo myśleli, że tam jesteś.
    — Albo mogli szukać ciebie, a Julien i ja jesteśmy przypadkowymi osobami.
    — Nie przyszło mi to do głowy — przyznała.
    Casimir zaczął się ubierać.
    — To wszystko źle wygląda — rzekł. — Ale może dzięki temu dostaniesz to, czego chciałaś.
    Spojrzała na niego pytająco.
    — Wojnę między nami a Naksydami — wyjaśnił.
    — Ale to przyszło mi do głowy — powiedziała.
    Prawdę mówiąc, przyszło jej to do głowy poprzedniego wieczora, gdy patrzyła na odbicie kropli deszczu na wazonie Yu-yao. Dlatego dziś rano udała się do publicznego punktu komunikacyjnego. Miała na sobie roboczy kombinezon, blond perukę i kapelusz z szerokim rondem, które opuściła na twarz. Zdjęła kapelusz, zakryła nim kamerę, a potem wprowadziła ręcznie kod, który połączył ją z linią dla donosicieli Legionu Prawomyślności.
    — Chciałabym przekazać pewną informację — powiedziała. — Komórka anarchistyczna ma dziś wieczorem spotkanie w restauracji „Dwie Batuty” przy placu Harmonii. Planują sabotaż. Spotkanie ustalono na dwadzieścia cztery zero jeden w prywatnym saloniku. Nie mówcie o tym lokalnej policji, bo są skorumpowani i ostrzegą sabotażystów.
    Mówiła to z akcentem Ziemianki, który kiedyś tak bawił Caro Sulę. Odeszła od komunikatora, nie zdejmując kapelusza z kamery.
    Zapewne była przekonująca, bo Julien został aresztowany.
    — Jak mam się z tobą skontaktować? — spytała.
    Poprawił spodnie i podał jej kod.
    Sula skinęła głową.
    — Dobrze.
    Spojrzał na nią, zdziwiony.
    — Nie musisz sobie tego zapisać?
    — Stworzyłam w myślach algorytm, który pomaga mi zapamiętać każdą liczbę — wyjaśniła. — Zawsze tak robię.
    Zamknął na moment oczy.
    — Sprytne.
    Pocałowała go.
    — Tak, bardzo sprytne — potwierdziła.

* * *

    Następnego dnia Naksydzi wpadli w szał. Jakiś snajper z karabinem wszedł do budynku stojącego przy alei Axtattle — głównej drogi łączącej miasto Zanshaa z lądowiskiem Naksydów w Wi-hun — poczekał na przejazd naksydzkiego konwoju i zastrzelił kierowcę pierwszego samochodu. Ponieważ pojazdy korzystały z automatycznie sterowanych pasów ruchu, samochód z zastrzelonym kierowcą nadal jechał, a tymczasem snajper zastrzelił następnego kierowcę, a potem jeszcze jednego.
    Zanim Naksydzi zorientowali się w sytuacji, zginęło ich co najmniej ośmiu, a wielu zostało rannych. Snajper, który używał znacznie lepszej broni niż Sidney Model Jeden, zniknął bez śladu.
    Za każdego zmarłego Naksydzi postanowili zastrzelić pięćdziesięciu jeden zakładników. Sula nie rozumiała, dlaczego akurat pięćdziesięciu jeden — nie jest to nawet liczba pierwsza.
    Może wydający rozkaz o tym nie wiedział.
    Casimir, który miał najwcześniej ze wszystkich wiadomości, zadzwonił do Suli tuż po świcie i powiedział, że nie powinna wychodzić na ulicę. Ona z kolei zadzwoniła do swoich ludzi z zespołu 491 i kazała im zostać w domu. Potem wystawiła głowę z bramy budynku i poradziła Jednemu-Krokowi, żeby się ulotnił.
    Poranek spędziła w swoim mieszkaniu z książką o historii dyplomacji i zagadkami matematycznymi. W południe komunikator przysłał wiadomość, że Rashtag — szef bezpieczeństwa Biura Akt — zmienił swoje hasło dostępu do komputera. Nowe hasło dołączone było do wiadomości, więc Sula połączyła się z komputerem Biura Akt i przekonała się, że Naksydzi rozgryźli system dystrybucji „Bojownika”.
    Rashtagowi kazano zmienić hasła wszystkich osób w Biurze i obserwować, czy w węźle rozsyłającym nie ma jakichś niedozwolonych procesów. Sula nie przejmowała się tym: zawsze miała nowe hasła Rashtaga, gdy ten je zmieniał, a rozsyłając „Bojownika”, wyłączała logowanie w węźle nadawczym, więc nie było informacji, którego węzła użyto. Żeby wykryć jej aktywność w systemie, wymagana byłaby koordynacja wysokiego rzędu — a na razie Sula nie zauważyła żadnych śladów takiej koordynacji.
    Niestety, to tylko kwestia czasu.
    Casimir znów zadzwonił po zmroku.
    — Moglibyśmy się spotkać? — spytał.
    — Czy na zewnątrz jest bezpiecznie?
    — Policja skończyła łapankę. Pojmali nowych ludzi, którzy mają zastąpić zastrzelonych dzisiaj zakładników. I znów wrócili do podań o kartki żywnościowe. Ale na wszelki wypadek wyślę po ciebie samochód.
    Umówili się na stacji lokalnego pociągu. Ciemnym sedanem hunhao przyjechał jeden z ochroniarzy, Torminel. Zawiózł Sulę na małą uliczkę na skraju dzielnicy zamieszkanej przez Cree; Sula widziała tam samców Cree, musztrujących czworonożne samice, które skakały wokół nich jak wielkie szczeniaki.
    Casimir czekał na nią w mieszkaniu starszych, uśmiechniętych staruszków, którzy odnajmowali wolny pokój na kryjówkę i najwyraźniej dobrze im się dzięki temu powodziło. Pokój był przestronny i wygodny, na parapetach stały doniczki, na kanapach leżały narzuty z frędzlami. W powietrzu unosił się kwiatowy zapach z potpourri, na ścianach wisiały rodzinne fotografie, a ścianę wideo otaczało makramowe obramowanie. Na tacy stały resztki obiadu Casimira oraz opróżniona do połowy butelka musującego wina.
    Na powitanie Sula pocałowała go i objęła ramionami. Czuła ciepło jego ciała i zapach ziemi — zapach jego wody toaletowej.
    — To był chyba fałszywy alarm — stwierdził Casimir. — Legion raczej mnie nie szuka. Ani Sergiusa, ani nikogo innego, z wyjątkiem Juliena. Nie było nalotów, nie było śledztwa. Nie zauważono, by ktoś nas inwigilował.
    — To się może zmienić, jeśli Julien zacznie mówić — zauważyła. Casimir cofnął się z surowym wyrazem twarzy, tak jakby Sula zanegowała męskość całej kliki Nabrzeża.
    — Julien nie zacznie mówić — stwierdził. — To dobry chłopak.
    — Nie zdajesz sobie sprawy, co oni z nim zrobią. Naksydzi traktują wszystko bardzo poważnie.
    Usta Casimira wykrzywił pogardliwy grymas.
    — Sergius Bakshi wychowywał Juliena w ten sposób, że dwa razy na tydzień bił go na kwaśne jabłko, właściwie bez powodu, tylko po to, by dać mu wycisk. Czy sądzisz, że po czymś takim Julien będzie się bał Naksydów?
    Sula pomyślała, że coś w tym jest, gdy przypomniała sobie oczy Sergiusa — oczy drapieżnika — i jego wielkie blade dłonie.
    — A więc nie wydobędą zeznań od Juliena. Pozostaje Veronika. Casimir pokręcił głową.
    — Veronika nic nie wie o tobie.
    — Ale wie, że Julien umówił się z nami na obiad. I Naksydzi musieli widzieć, że Julien siedział przy stole nakrytym dla czterech osób.
    Casimir wzruszył ramionami.
    — Znają moje nazwisko i połowę twojego. Będą mieli akta na mnie, ale nic nie mają na ciebie. Nic ci nie grozi.
    — Nie o siebie się boję.
    Patrzył na nią przez chwilę. Wzrok mu złagodniał.
    — Jestem ostrożny — powiedział spokojnie. Rozejrzał się po pokoju. — Jestem tutaj, w tym małym pokoju i kieruję zdalnie swoim kryminalnym imperium.
    Uśmiechnęli się do siebie szeroko.
    — Chcesz coś do jedzenia, do picia? — spytał.
    — Chętnie, jeśli mają coś bez alkoholu.
    Odniósł tacę z obiadem. Sula obeszła pokój, uporządkowała rozrzucone rzeczy Casimira, potem zdjęła buty i usiadła na podłodze. Casimir wrócił z dwiema butelkami Cytrynowego Szału. Zdziwił się, zobaczywszy ją na podłodze, ale przysiadł się bez słowa. Podał jej butelkę i stuknął w nią swoją butelką. Flaszki nie zadzwoniły — zrobiono je z żywicy syntetycznej i dźwięk zabrzmiał głucho.
    — Za nasz podniecający wieczór.
    — Podniecenie sami musimy sobie zapewnić — odrzekła Sula.
    Oczy mu się roziskrzyły.
    — Koniecznie. — Pociągnął drinka i spojrzał na nią.
    — O lady Suli wiem jeszcze mniej niż o Gredel.
    — A co chcesz wiedzieć?
    Był mocno strapiony.
    — Chodzi o tę historię o egzekucji twoich rodziców. Powiedziałaś mi po to, żeby się do mnie zbliżyć?
    Sula pokręciła głową.
    — Moi rodzice zostali straceni, gdy byłam młoda. Obdarto ich ze skóry.
    — Naprawdę?
    — Jeśli chcesz, możesz to sprawdzić. Wstąpiłam do Floty, bo tylko taki zawód był dla mnie dostępny.
    — Ale przecież jesteś parem.
    — Tak, ale biednym jak na para. Cały majątek rodziny został skonfiskowany. — Popatrzyła na niego. — Prawdopodobnie masz znacznie więcej pieniędzy niż ja.
    Teraz był jeszcze bardziej zdziwiony.
    — Nie spotkałem w życiu wielu parów, ale zawsze miałem wrażenie, że pławią się w zbytkach.
    — Chciałabym pławić się w zbytkach. — Zaśmiała się i napiła Cytrynowego Szału. — Czy możesz mi powiedzieć, co zrobią z Julienem, jeśli dojdą do wniosku, że jest niewinny?
    — Legion? Spróbują dać mu niezły wycisk i puszczą wolno.
    — Czy Naksydzi w ogóle kogokolwiek puszczają wolno? — spytała po chwili. — Może wszystkich zatrzymanych z jakichś powodów zamykają w areszcie razem z innymi zakładnikami?
    Potarł kciukiem brodę.
    — Nie pomyślałem o tym.
    — Ponadto mogą go uznać za zakładnika w zamian za dobre zachowanie ojca.
    Casimir miał wyraz troski na twarzy.
    — Gdzie go mogą przetrzymywać? — spytała Sula.
    — Wszędzie. W Błękitnych Śluzach, w Rezerwuarze. W jakimś więzieniu albo na posterunku policji. — Zmarszczył brwi. — Z niektórych posterunków łatwo uciec.
    — Miejmy nadzieję, że wyślą go do takiego miejsca.
    — Miejmy nadzieję.
    Po jego oczach widać było, że jest niespokojny. Dobrze — pomyślała Sula. Zależało jej na tym, by naprowadzić go na pewne myśli.

* * *

    Następnego ranka po raz pierwszy użyto karabinu Sidney Model Jeden: z samochodu, który podjechał do dwóch Naksydów z patrolu straży miejskiej, oddano celne strzały. Niestety, kierowcy nie udało się uciec i trzej młodzi Terranie zostali zabici w strzelaninie, podczas której dodatkowo zostało rannych dwóch Naksydów z patrolu.
    Choć zabójca zginął Naksydzi zastrzelili siedemdziesięciu dwóch zakładników. Dlaczego akurat siedemdziesięciu dwóch? — zastanawiała się Sula.
    Zespół 491 — zaalarmowany przez wtyczkę, którą klika Nabrzeża miała w policji — przez cały dzień pozostał w domu.
    Tymczasem Sidney przygotował Model Dwa. Sula zadzwoniła do Sidneya, gdy zespół wyjechał z dostawami. Usłyszała, że jest „wspaniale” — nie „pierwszorzędnie” — i może odebrać paczkę.
    Model Dwa był to mały, poręczny pistolet, na taką samą amunicję jak Model Jeden. Do tego Sidney dołączył projekt tłumika.
    Sula pocałowała Sidneya w pachnące dymem usta, dała mu pieniądze wystarczające na miesięczny czynsz za sklep i skłoniła P.J., by postawił im obiad.
    Okazało się, że Legion Prawomyślności oczyścił Juliena z zarzutów, ale nadal trzymano go w zamknięciu jako zakładnika.
    — Jest w więzieniu, w Rezerwuarze — powiadomił ją Casimir. — Cholera, nie ma sposobu, żeby go stamtąd wydostać.
    W głowie Suli natychmiast zrodził się pomysł.
    — Muszę się zastanowić.
    Zapadła cisza, wreszcie Casimir odezwał się:
    — Może powinniśmy się spotkać i omówić sprawy.
    Sula wiedziała, że pewnych rzeczy nie należy mówić przez komunikator, a ich rozmowa i tak już balansowała na granicy bezpieczeństwa.
    — Jeszcze nie, najpierw muszę przeprowadzić rozpoznanie — odparła.
    Spędziła trochę czasu w publicznych bazach danych, chcąc poznać niuanse systemu prawnego Zanshaa, i jeszcze więcej czasu nad starymi numerami „Rejestru Sądowego” — publikacji Stowarzyszenia Prawniczego Zanshaa. Chciała sprawdzić, kto z „Rejestru” opuścił Zanshaa z dawnym rządem, a kto pozostał.
    Potem zadzwoniła do Casimira i poprosiła go o zorganizowanie spotkania z Sergiusem. Czekając na jego odpowiedź, przygotowała kolejny numer „Bojownika”.
    Zamieściła plany Sidneya Model Dwa, napisała pochwałę dla snajpera z Axtattle — „członka podziemnej armii ze skrzydła Eino Kangasa”, oddała cześć zabójcom strażników miejskich, zaznaczając, że zamachowcy to „członkowie Frontu Operacyjnego, organizacji sprzymierzonej z rządem podziemnym”. Jak sądziła, Naksydzi dostaną hysia na wiadomość, że istnieją już dwie walczące z nimi organizacje.
    Wreszcie zadzwonił Casimir i powiedział, że spotkanie zostało zaaranżowane. Sula zdjęła soczewki kontaktowe, włożyła perukę blond i poszła do klubu na ulicy Kociej.
    Gdy Legion przekazał Juliena do więzienia, Sergius Bakshi i Casimir wznowili normalne życie — Sula wywnioskowała to, gdy zabrano ją do biura Sergiusa na drugim piętrze typowego budynku w centrum Nabrzeża.
    W przedpokoju Sula wraz z Casimirem minęli lokajów i brutalnych ochroniarzy; dziewczyna traktowała wszystkich z góry.
    Na ich widok Sergius podniósł się zza biurka. Jego gabinet nie wyróżniał się niczym szczególnym: porysowana podłoga, zużyte meble, stęchły zapach rzeczy, które zbyt długo leżały w kącie.
    Ludzie mający rzeczywistą władzę nie muszą jej demonstrować.
    Sergius ujął jej dłoń; choć dotknięcie jego dużej ręki było lekkie, Sula czuła w tym hamowaną siłę.
    — Lady Sula, co mogę dla pani zrobić? — spytał.
    — Obecnie nic — odparła. — Ja natomiast mogłabym być dla pana użyteczna.
    Jego bezlitosne oczy błyskawicznie spojrzały na Casimira, który odpowiedział mu spojrzeniem „wiem, co ona chce ci zaproponować”.
    — Jestem wdzięczny, że pomyślała pani o mnie. Proszę usiąść. Przynajmniej tym razem usiądę — pomyślała. Sergius z powrotem wszedł za biurko.
    — Mogłabym chyba wydostać Juliena z Rezerwuaru — oznajmiła.
    Po raz pierwszy Sula dostrzegła w jego ciemnych oczach jakieś emocje, jakieś głębsze pragnienie, co przerażało u człowieka, który normalnie był pozbawiony wszelkich uczuć.
    Czy Sergiusowi zależy na powrocie Juliena, ponieważ go kocha, czy dlatego, że stanowi jego własność, którą kaprys losu mu odebrał? W każdym razie w oczach Sergiusa uwidocznił się głęboki, palący głód, potrzeba oczywista, pierwotna i zachłanna — rzekłbyś, że wygłodniała pantera czeka na posiłek.
    Sergius patrzył na Sulę przez długą chwilę, po czym wyprostował się w swym zdezelowanym krześle i złożył wielkie blade dłonie na biurku. Twarz znów miał obojętną.
    — To ciekawe — powiedział.
    — Proszę zrozumieć: nie mogę wydostać Juliena na wolność — wyjaśniła — ale mogłabym spowodować, że przewiozą go do aresztu na posterunek policji na Nadbrzeżu albo do innego miejsca, które panu odpowiada. A stamtąd już musiałby go pan sam wyciągnąć. Dostarczę Julienowi oficjalnej tożsamości, dzięki której będzie mógł swobodnie się poruszać, ale oczywiście… — spojrzała w nieodgadnione oczy — będzie zbiegiem, dopóki Naksydzi nie zostaną odsunięci od władzy.
    Sergius wytrzymał jej wzrok.
    — Jak odpłacę się pani za tę przysługę? — spytał.
    Sula stłumiła uśmiech. Już wcześniej przygotowała sobie listę.
    — Rząd podziemny ma przedsiębiorstwo zajmujące się przewozem amunicji i tym podobnych rzeczy. Działa pod przykrywką firmy dostarczającej żywność. Ponieważ wkrótce dostawa żywności stanie się nielegalna, chciałabym mieć możliwość prowadzenia firmy pod pańską ochroną. Bez zwykłych opłat.
    Czy mi się wydaje, że widzę cień uśmiechu na jego ustach? — pomyślała.
    — Zgoda — powiedział.
    — Chciałabym też, żeby zginęło dziesięciu Naksydów. Jedna brew na jego czole uniosła się.
    — Dziesięciu?
    — Dziesięciu mających pewien status. Naksydzi ze straży miejskiej, z Floty, z Legionu. W stopniach oficerskich lub urzędnicy w randze co najmniej dyrektora departamentu. I musi być jasne, że zostali zamordowani, a nie zginęli w wypadku.
    — Kiedy ma to nastąpić? — spytał zimno.
    — To nie jest warunek wstępny. Naksydzi mogą zginąć w rozsądnym czasie po uwolnieniu Juliena.
    Sergius najwyraźniej się odprężył.
    — Sprowokuje pani Naksydów do kolejnych odwetowych rzezi.
    Wzruszyła lekko ramionami i usiłowała nadać swojemu spojrzeniu ten sam co u niego wyraz bestialstwa.
    — To drobiazg — odparła.
    Rozbawiony, uśmiechnął się krzywo. Na jego okrągłej nieruchomej twarzy wydawało się to równie nie na miejscu jak wybuch śmiechu.
    — Zgadzam się — oznajmił. — Ale chcę postawić sprawę jasno, że to ja wybieram konkretne cele.
    — Oczywiście — potwierdziła Sula.
    — Czy coś jeszcze?
    — Chciałabym mieć w zasięgu ręki zespół ekstrakcyjny, na wypadek, gdyby mój projekt się nie udał, choć przypuszczam, że nie będziemy ich potrzebować.
    — Zespół ekstrakcyjny? — Sergius usiłował wymówić nowe słowo. Wreszcie jego rysy rozluźniły się; taki wyraz twarzy miał prawdopodobnie u siebie w domu, choć prawdę mówiąc, jego mina nadal przerażała.
    — Dobrze by było, gdyby mi pani opowiedziała o tych swoich planach.

* * *

    Przeglądając procedury systemu prawnego, Sula dowiedziała się, że przenoszenie więźnia z jednego miejsca w drugie leży w gestii trzech kategorii osób. Po pierwsze, urzędników więziennych, którzy wozili więźniów na przesłuchania i rozprawy i zatrudniali ich w licznych fabrykach i gminach rolniczych. Obecnie wszyscy urzędnicy, mający stosowne upoważnienia byli Naksydami. Sergius raczej ich nie miał na swojej liście płac, bo inaczej Julien już byłby przeniesiony z Rezerwuaru.
    Druga grupa to sędziowie Sądu Najwyższego i Sądu Apelacyjnego. Wszyscy oni zostali ewakuowani przed przybyciem naksydzkiej Floty, a nowa administracja obsadziła posady wyłącznie Naksydami.
    Trzecią grupę stanowili sędziowie śledczy; były to niezbyt prestiżowe stanowiska. Niektórzy z sędziów nie ewakuowali się, ale widocznie Sergius również nie miał nikogo z nich w kieszeni.
    Lady Mitsuko Inada nie opuściła Zanshaa. Mieszkała w Zielonym Parku, cichej, bogatej enklawie w zachodniej części miasta. Architektura tej dzielnicy nie miała nic z ostentacyjnej ekstrawagancji Górnego Miasta; prawdopodobnie żaden dom nie liczył więcej niż piętnaście czy szesnaście pokojów. Domy nadal zajmowane przez właścicieli usiłowały promieniować przytulnością, bogactwem i bezpieczeństwem, ale to wrażenie psuły zaniedbane ogrody i zamknięte okiennice sąsiednich budynków, opuszczonych przez mieszkańców, którzy albo uciekli do innego układu planetarnego, albo wyjechali na wieś.
    Siedziba lady Mitsuko stała w najmniej szykownej zachodniej części parku. Dom zbudowany z polnych kamieni miał zielony dach ze stopu, zielonkawą miedzianą kopułę w kształcie cebuli i dla fasonu dwie nasady kominowe. W ogrodzie od frontu, zarośniętym mchem i paprociami, znajdowały się sadzawki i fontanny; wierzby z tyłu domu sugerowały, że tam również są sadzawki.
    Parowie stanowili około dwóch procent ludności imperium, a jako klasa posiadali ponad dziewięćdziesiąt procent bogactwa. Wśród parów była jednak niezwykła rozpiętość: niektórzy mieli całe układy planetarne, inni żyli w prawdziwym ubóstwie. Lady Mitsuko zajmowała miejsce w dolnych rejestrach. Tytułu do ewakuacji nie dawała jej ani praca, ani status w ramach klanu Inada.
    Wszyscy parowie, nawet niezamożni, mieli zagwarantowane wykształcenie i posadę we Flocie, w służbie cywilnej lub palestrze. Być może lady Mitsuko samodzielnie osiągnęła obecne stanowisko, startując z niższych szczebli.
    Sula miała nadzieję, że tak właśnie było. Gdyby lady Mitsuko była niezbyt pewna własnej pozycji społecznej, mogłoby to sprzyjać planom Suli.
    Macnamara podwiózł ją pod dom. Miał na sobie ciemny garnitur i okrągłą czapkę bez ronda i wyglądał jak zawodowy szofer. Otworzył drzwi samochodu i pomógł Suli wysiąść, podając jej rękę w rękawiczce ze skóry devajjo.
    — Poczekaj — rozkazała, choć i tak by poczekał, bo w ten sposób wcześniej się umówili.
    Nikt z nich nie patrzył na jadącą po drugiej stronie parku furgonetkę, pełną uzbrojonych bandziorów z kliki Nabrzeża.
    Sula znów była blondynką, oficerem Floty. Wyprostowała ramiona i pomaszerowała ornamentowanym mostkiem do drzwi domu. Sięgnęła dłonią w rękawiczce do groteskowej brązowej głowy przy drzwiach i nacisnęła palcem błyszczące miejsce, z którego przekazywana była do domu informacja, że przyszedł gość. Z wnętrza dobiegł dźwięk dzwonka. Sula wyjęła czapkę spod pachy i włożyła ją na głowę. Wcześniej odwiedziła jeden ze schowków zespołu 491, skąd wydobyła zielononiebieski mundur galowy z epoletami porucznika, lśniące buty i dwa medale — Medal Zasługi drugiej klasy za udział w akcji ratunkowej Blitshartsa i Medal Mgławicy z diamentami za skasowanie eskadry Naksydów pod Magarią.
    Pistolet ciążył jej na biodrze.
    Chcąc wcześniej ukryć swój strój, zarzuciła na siebie zwykły płaszcz. Teraz go zdjęła, gdy tylko usłyszała kroki za drzwiami. Przewieszony przez rękę, zakrywał kaburę z pistoletem.
    Napięcie kazało jej trzymać się prosto i unieść wysoko podbródek. Musiała pamiętać, że jest parem. Nie parem spoglądającym z góry na zbirów z kliki, lecz parem kontaktującym się z innym przedstawicielem swojej klasy.
    To zawsze było najtrudniejsze: udawanie, że się z tej sfery wywodzi.
    Drzwi otworzyła służąca, Terranka w średnim wieku. Nie nosiła liberii, tylko skromne cywilne ubranie.
    Lady Mitsuko nie ma skłonności do wywyższania się — pomyślała Sula.
    Minęła zdziwioną służącą i weszła do holu. Na beżowych tynkowanych ścianach wisiało trochę dzieł sztuki w ozdobnych ramach. Buty Suli stukały na ciemnoszarych kafelkach.
    — Lady Caroline prosi o widzenie z lady Mitsuko — powiedziała i zdjęła czapkę.
    Służąca zamknęła drzwi i wyciągnęła ręce, by odebrać od niej czapkę i płaszcz. Sula spojrzała na nią.
    — Proszę iść, natychmiast — powiedziała.
    Służąca zrobiła niepewną minę, ale skłoniła się lekko i odeszła. Sula przejrzała się w lustrze z polerowanego niklu asteroidalnego, poprawiła medale i czekała.
    Lady Mitsuko weszła energicznie. Trzydziestoparoletnia kobieta była młodsza niż się Sula spodziewała i bardzo wysoka. Miała kanciaste ciało, wąskie usta, zdecydowanie zarysowaną szczękę. Wszystko to sugerowało, że jako sędzia śledczy nie pozwala więźniom łatwo się wywinąć. Miała długie ciemnoblond włosy, związane z tyłu w koński ogon i swobody strój. Usiłowała zetrzeć chusteczką plamę z bluzki.
    — Lady Caroline? Przepraszam, właśnie dawałam bliźniakom kolację. — Wyciągnęła rękę, ale wyraz twarzy świadczył o tym, że zastanawia się, czy już kiedyś spotkała Sulę.
    Sula zasalutowała z uniesionym podbródkiem, czym zaskoczyła gospodynię.
    — Lady sędzio, przychodzę w oficjalnej sprawie. Czy mogłybyśmy gdzieś porozmawiać?
    — Owszem — odparła lady Mitsuko z nadal wyciągniętą ręką. Zaprowadziła Sulę do swego gabinetu — małego pokoiku, gdzie nadal unosił się lekki zapach lakieru, którym pokryto drewniane półki i meble.
    — Proszę usiąść, milady — powiedziała, zamknąwszy drzwi. — Czy poprosić o napoje?
    — Nie, to zbyteczne, nie zabawię długo — odparła Sula. Stała przy krześle, ale nie usiadła, czekając, aż lady Mitsuko wejdzie za biurko.
    — Nieco zmieniła pani moje nazwisko — kontynuowała. — Nie jestem lady Caroline, lecz Caroline, lady Sula.
    Lady Mitsuko szybko na nią spojrzała, oparła się na poręczy krzesła i rozwarła usta, zdziwiona.
    — Czy pani mnie poznaje?
    — Nnnie wiem. — Mitsuko wymawiała słowa tak, jakby mówiła w obcym języku.
    Sula wyjęła z kieszeni swój identyfikator oficera Floty.
    — Jeśli pani chce, może pani sprawdzić moją tożsamość. Przychodzę z misją w imieniu rządu podziemnego.
    Lady Mitsuko przycisnęła chusteczkę do serca. Drugą rękę wyciągnęła po identyfikator.
    — Podziemny rząd… — powtórzyła cicho, jakby do siebie. Usiadła powoli na krześle, cały czas patrząc na identyfikator.
    Sula też usiadła, złożywszy płaszcz i czapkę na kolanach. Odczekała, aż lady Mitsuko podniesie wzrok, i oznajmiła:
    — Potrzebujemy pani pomocy.
    Mitsuko powoli wyciągnęła rękę, oddając jej identyfikator.
    — Czego pani… czego chce podziemny rząd? Sula pochyliła się i odebrała swój identyfikator.
    — Rząd chce, żeby pani przeniosła dwunastu zakładników z więzienia Rezerwuar do aresztu na posterunku policji na Nadbrzeżu. Przygotowałam listę… Czy mogłaby pani ustawić swój komunikator na odbiór?
    Mitsuko wykonywała polecenia powoli, jakby była ogłuszona. Wreszcie przygotowała swój komunikator i Sula przesłała z własnego displeja mankietowego nazwiska Juliena, Veronki i dziewięciu więźniów wybranych przypadkowo z oficjalnej listy zakładników oraz nazwisko kucharza Cree z „Dwóch Batut” — po prostu dlatego, że gdy sporządzała listę, była w dobrym nastroju.
    — Oczekujemy, że rozkaz zostanie wydany jutro — powiedziała i odchrząknęła. — Upoważniono mnie do stwierdzenia, że gdy wróci legalny rząd, pani lojalność zostanie nagrodzona. Z drugiej jednak strony, jeśli transfer więźniów nie nastąpi, zostanie pani zabita.
    Mitsuko patrzyła na nią z oburzeniem. Wydawało się, że po raz pierwszy zauważyła na jej biodrze pistolet w kaburze. Odwróciła wzrok i z wyraźnym wysiłkiem wracała do równowagi.
    — Jaki mam podać powód przeniesienia?
    — Jaki wyda się pani najlepszy. Może taki, że muszą być przesłuchani w związku z innymi przestępstwami. Jestem pewna, że wymyśli pani coś odpowiedniego. — Sula wstała z krzesła. — Nie będę zajmować pani więcej czasu.
    I pozdrowienia dla bliźniąt, chciała dodać ukrytą aluzję, ale doszła do wniosku, że to zbyteczne.
    Skłonna była sądzić, że ona i lady Mitsuko osiągnęły porozumienie.
    Mitsuko odprowadziła ją do drzwi. Cały czas była zamyślona, poruszała się niezbornie, jakby jej układ nerwowy nie nadążał za wydarzeniami. Nie wyglądała jednak na osobę, która z przerażeniem pobiegnie do komunikatora, gdy tylko gość wyjdzie.
    Sula narzuciła płaszcz na ramiona.
    — Proszę przyjąć życzenia dobrego wieczoru, lady sędzio.
    — Hmm… dobrego wieczoru, lady Sula.
    Macnamara czekał w samochodzie i gdy tylko Sula wyszła z domu, wyskoczył, by otworzyć jej drzwi. Starała się nie biec po mostku — szła jednak dziarskim wojskowym krokiem.
    Samochód ruszył tak szybko, jak pozwalały mu na to cztery elektryczne silniki. Skręcił w pierwszą ulicę. Gdy minął dwie przecznice, Sula wyślizgnęła się z wojskowych spodni i bluzy. Pod spodem miała swobodną letnią bluzkę. Wsunęła nogi w kolorowe spodnie. Wojskowy strój i perukę blond włożyła do pralnianej torby, kaburę przesunęła na krzyż.
    Za nimi jechała z rykiem furgonetka z zespołem ekstrakcyjnym. Oba samochody zatrzymały się i Sula z Macnamarą przeszli do furgonetki, zabierając ze sobą torbę. Do samochodu zaś wskoczył inny kierowca, który miał go odprowadzić na parking przy stacji lokalnego pociągu, skąd zostanie w stosownym czasie odebrany.
    W furgonetce siedział zespół ekstrakcyjny: Spence, Casimir i czterech krzepkich mężczyzn z drużyny Juliena, w zbrojach, z karabinami na kolanach. Z przodu siedziała jeszcze dwójka osób. Wnętrze furgonetki było niebieskie od dymu tytoniowego. Sula wybuchnęła śmiechem, widząc ich ponure twarze.
    — Odłóżcie broń — powiedziała. — Nie będziemy jej potrzebować.
    Czuła triumf. Ponieważ w samochodzie nie było miejsca, usiadła Casimirowi na kolanach. Gdy drzwi ze szmerem zasunęły się i furgonetka ruszyła, Sula zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała go.
    Wiedziała, że Sergius z całą kliką Nabrzeża nie mógłby dokonać tego, co jej się właśnie udało. Węszyliby w korytarzach sądów, szukając kogoś, kogo dałoby się przekupić — zresztą prawdopodobnie już to zrobili, ale bez sukcesu. Jednak nikt z nich nie potrafiłby przekonać sędziego-para, żeby z własnej woli podpisał polecenie przekazania więźniów. Gdyby złożyli propozycję lady Mitsuko, odprawiłaby ich; gdyby jej grozili, kazałaby ich aresztować.
    Tylko par mógł skłonić para do współpracy. I nie łapówką, ale odwołaniem się do praworządności i solidarności klasowej.
    Usta Casimira były ciepłe, oddech słodki. Macnamara przysiadł na podłodze za kierowcą i odwrócił wzrok, by nie patrzeć na Sulę siedząca na kolanach Casimira. Zbiry stukały się łokciami i wymieniały uśmiechy. Spence obserwowała całą scenkę z prawdziwym zainteresowaniem: w swoich wideo zapewne nigdy nie widziała, żeby par i przestępca tworzyli parę.
    Kierowca nie korzystał z dróg ekspresowych, wybierał mniejsze ulice, ale mimo to utknął w korku. Furgonetka sunęła powoli, czas mijał.
    — Cholera! — zaklął kierowca. — Blokada drogowa.
    W jednej chwili Sula zeskoczyła z kolan Casimira i zaczęła się wpatrywać w drogę. Zobaczyła Naksydów w czarno-żółtych mundurach patrolu drogowego. Ich czworonogie ciała wiły się niesamowicie, gdy szli wzdłuż szeregu pojazdów, przyglądając się badawczo kierowcom. Zatrzymali jeden z samochodów i grzebali w bagażniku. Furgonetka znajdowała się na jednokierunkowej ulicy, oba pasy były zakorkowane. Nie mogła zawrócić.
    Serce Suli biło jak szalone — nawet podczas rozmowy z Sergiusem czy lady Mitsuko nie czuła w piersiach takiego łomotu.
    — Gdzieś zaparkować? Jakiś garaż? Udawać, że coś dostarczamy? — rzucała urywki zdań.
    Na wszystkie te pytania odpowiedź brzmiała: „nie”. Parkowanie było tu zabronione, nie było żadnego garażu, do którego można by skręcić, a wszystkie sklepy przy tej ulicy już pozamykano.
    Casimir przecisnął się naprzód, napierając barkami na Sulę.
    — Ilu? — spytał.
    — Widzę siedmiu. Przypuszczam, że jest jeszcze dwóch lub trzech, których stąd nie widzimy. Razem może dziesięciu. — Wskazała stojący na chodniku wóz wojskowy z zamontowanym na szczycie karabinem maszynowym, za którym stał Naksyd. W jego czarnych paciorkowatych łuskach odbijało się słońce.
    — Starling — zwróciła się do Macnamary — zajmiesz się tym karabinem.
    Macnamara był na treningach najlepszym snajperem. Teraz dostał decydujące zadanie, ponieważ ten Naksyd musiał być zastrzelony jako pierwszy. Naksyd nie musiał nawet dotykać swojej broni — wystarczyłoby, że nastawiłby siatkę celownika na furgonetkę i nacisnął guzik „start”, a karabin sam wpakowały w cel kilka tysięcy pocisków.
    A potem trzeba zabić kierowcę wozu, ponieważ mógłby obsługiwać karabin ze swojego stanowiska.
    Sula sięgnęła po dodatkowy karabin, który dla niej na wszelki wypadek przygotowano. Nie było natomiast zapasowej kamizelki kuloodpornej i nagle Sula poczuła w piersiach dziurę tam, gdzie mogłyby trafić kule.
    — Podchodzą do nas dwaj policjanci, jeden z każdej strony furgonetki. Wy dwaj… — wskazała kierowcę i mężczyznę obok niego — stukniecie ich od razu. Reszta wychodzi z tyłu. Najpierw Starling, żeby miał czas zdjąć strzelca. Pozostali idą do przodu; jesteście równie dobrze uzbrojeni jak oni i macie przewagę zaskoczenia. Jeśli coś się nie uda, rozdzielimy się na małe grupki. Starling i Ardelion ze mną. Porwiemy samochody z ulic i uciekniemy, jak tylko się da.
    Skończyła mówić. Usta jej wyschły. Oblizała je językiem przypominającym papier ścierny. Casimir uśmiechnął się do niej.
    — Niezły plan.
    Totalny burdel, pomyślała, ale skinęła przekonująco głową. Przysiadła na gumowanej podłodze i przygotowała swój karabin.
    — Lepiej włącz transponder — powiedział Casimir i kierowca podał kod jednostce komunikacyjnej furgonetki.
    Każdy pojazd w imperium był skomputeryzowany i na bieżąco, w regularnych odstępach czasu, wysyłał swoje współrzędne do centralnej bazy danych. Furgonetkę przeprogramowano tak, by przekazywanie sygnału stało się opcjonalne, lecz funkcję tę zawieszono, gdy furgonetka wykonywała misję w pobliżu Zielonego Parku. Teraz jednak każdy pojazd, który nie zgłaszał się w systemie, mógłby wzbudzić podejrzenia patrolu drogowego.
    — Słuszna myśl — stwierdziła Sula.
    — Zbliżają się. — Casimir zanurkował za siedzenie. Spojrzał na Sulę. Policzki mu płonęły, oczy błyszczały jak diamenty. Przesłał jej promienny uśmiech.
    Sula poczuła, jak serce jej przyśpiesza. Odpowiedziała mu uśmiechem, ale to jej nie wystarczyło i przechyliła się ku niemu, by go mocno pocałować.
    Życie lub śmierć — pomyślała. Była gotowa.
    — Sprawdzają nas — warknął kierowca. Jeden z policjantów podniósł naręczny komunikator i aktywizował transponder.
    Furgonetka skoczyła do przodu i zatrzymała się. Sula usłyszała gwizd odsuwanych przednich szyb — miało to ułatwić strzelenie do policjantów z obu stron.
    W furgonetce panował zaduch. Ze swego miejsca na podłodze Sula widziała, że kierowca trzyma pistolet przy fotelu. Tak zaciskał dłoń, że aż kostki mu zbielały. Serce Suli pędziło jak turbina. W głowie przewijały się pomysły taktyczne.
    Usłyszała zbliżające się kroki Naksyda z patrolu. Cały czas patrzyła na pistolet kierowcy. Jak tylko drgnie, w tej samej chwili rusza do akcji.
    Ale kierowca chrząknął tylko, zaskoczony i furgonetka ruszyła. Uścisk dłoni na pistolecie zelżał.
    — Przepuścili nas — poinformował kierowca.
    Zapadła chwila ciszy — nie dowierzali, ale zaraz potem dziesięciu przerażonych, solidnie uzbrojonych ludzi jednocześnie odczuło ulgę.
    Furgonetka przyśpieszyła. Sula powoli wypuściła powietrze z płuc. Ostrożnie odłożyła karabin na podłogę. Odwróciła się i gdy zobaczyła ze sześć zapalonych papierosów, zaśmiała się i usiadła ciężko na podłodze.
    Casimir patrzył na nią z wyrazem niesamowitego zdziwienia na twarzy.
    — Ale szczęście! — powiedział.
    Nic nie odrzekła. Widziała tylko pulsującą żyłę na jego szyi, błyszczącą warstewkę potu w obojczyku, szaleńczy blask w oku. Nigdy niczego bardziej nie pragnęła.
    — Szczęście — powtórzył.
    Furgonetka dotarła na Nabrzeże i stanęła przed hotelem „Mnogich Błogosławieństw”. Mężczyźni chowali karabiny i pistolety, a Sula wyszła z samochodu za Casimirem; cały czas bardzo uważała, by go nie dotykać, a gdy jechali windą, stanęła w odległości metra od niego.
    Gdy dotarli do apartamentu i Casimir odwrócił się ku niej, Sula gwałtownie rozerwała mu koszulę i zaczęła zlizywać z jego torsu piekącą adrenalinę.
    Jego też zżerała gorączka. Krew obojga płonęła podnieceniem wspólnie przeżytej zgrozy.
    Śmiech. Krzyk. Warknięcia. Kotłowali się jak młode lwy z częściowo tylko schowanymi pazurami. Przyciskali ciało do ciała tak mocno, jakby uprawiali wzajemną wspinaczkę.
    Szał wygasł jakoś po północy. Casimir wezwał obsługę — chciał coś do jedzenia. Sula miała wielką ochotę na czekoladę, ale w hotelu nie mieli czekolady. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie pojechać do swych własnych składów, by zaspokoić głód.
    — Tym razem… — Casimir przekroił widelcem omlet i połowę zsunął na talerz Suli — tym razem mówiłaś zupełnie inaczej niż ludzie pochodzący z Nabrzeża.
    — Naprawdę? — Uniosła brwi.
    — I zupełnie nie jak lady Sula. Miałaś inny akcent, nigdy takiego nie słyszałem.
    — Tej wymowy używam tylko przy tobie — odparła.
    Wymowa z fabsów na Spannan. Głos Gredel.

* * *

    Lady Mitsuko podpisała rano rozkaz przeniesienia więźniów. Sam transport zorganizowano po południu. Julien wraz z jedenastką innych osób znalazł się na posterunku na Nabrzeżu dopiero około szóstej.
    Sergius Bakshi miał długotrwałą umowę z kapitanem tego posterunku. Uwolnienie Juliena kosztowało dwieście zenitów. Za Veronikę dano pięćdziesiąt. Za kucharza Cree — zaledwie piętnaście.
    Przed siódmą Julien powinien był już wyjść, ale musiał czekać, aż nadzorca Naksyd, który zajmował się wydawaniem kartek żywnościowych, opuści posterunek.
    Julien, obolały po przesłuchaniach, pokuśtykał wreszcie ku wolności, a tego samego wieczora Naksydzi ogłosili, że Komitet Ocalenia Praxis — czyli ich rząd — już zmierza z Naxas, by zainstalować się w Górnym Mieście Zanshaa. Zostanie zwołana nowa konwokacja, złożona z Naksydów i innych ras, która będzie najwyższym ciałem rządzącym imperium.
    — Pojawia się nadzieja, że możemy im zgotować gorące przyjęcie — powiedziała Sula. Była wśród gości na obiedzie wydanym przez Sergiusa na powitanie syna. Była tam też matka Juliena, wysoka, chuda, nieprzystępna; wybuchła płaczem, gdy tylko zobaczyła syna.
    Veroniki nie było. W śledztwie złamano jej kość policzkową i uszkodzono oczodół. Julien wezwał lekarza, a czekając na jego przybycie, podawał dziewczynie środki przeciwbólowe.
    — Już ja ich przywitam! — wycedził Julien przez opuchnięte i pokaleczone usta. — Rozerwę drani na kawałki.
    Sula popatrzyła przez stół na Sergiusa i bezgłośnie wymówiła „dziesięć”. Odpowiedział jej spojrzeniem „rozumiem”, a gdy zerknął na Juliena, jego wzrok stwardniał.
    — Dziesięć. Dlaczego mamy na tym poprzestać?
    Sula wreszcie miała swoją armię. Własny trzyosobowy zespół plus zdyscyplinowanych oprychów, którzy w końcu — po stawieniu odpowiedniego oporu — postanowili być kochani.

DWADZIEŚCIA

    Czas mijał. W ciągu kolejnych dni Martinez podejmował obiadem Husayna i Marsenne, a potem spędził osiem godzin w sterowni, aby przeprowadzić „Prześwietnego” przez wormhol do Osser. Eskadrę poprzedzała grupa wabików, które miały przyciągnąć ewentualne wrogie pociski. Wraz z wabikami leciały szalupy i malowały kosmiczną próżnię laserowymi szukaczami. Wszystkie jednostki broni antypociskowej zostały uzbrojone i skierowane bezpośrednio w przód.
    Tuż przed wejściem w wormhol siły Chen zmodyfikowały prędkość i kąt wejścia, tak, by pojawić się w układzie Osser na trajektorii, która nie będzie ich kierowała prosto do następnego układu Arkhan-Dhog, ale lekko ich odchyli od tego kierunku.
    Martinez leżał w fotelu akceleracyjnym i usiłował nie okazywać zdenerwowania — wpatrzony w displeje czujników, czekał na krótki błysk oznaczający, że pociski nadlatują. Stopniowo się odprężał, gdy dzięki powracającym sygnałom radarowym i laserowym widział coraz większą część układu Osser. Zaraz jednak znowu poczuł niepokój.
    Naksydzi musieli się zastanawiać, dlaczego siły Chen zmieniły taktykę, zwłaszcza że od bitwy przy Protipanu na samym początku rajdu nie natrafili na znaczniejszy opór. Gdyby przeprowadzili analizę wsteczną manewrów przeciwnika, by się przekonać, czemu miała służyć taka taktyka, doszliby do wniosku, że Chen obawia się zapory z pocisków wystrzelonych z relatywistycznymi prędkościami.
    Jeśli Naksydzi jeszcze tego nie rozgryźli, zachowanie eskadry Chen mogło im teraz dostarczyć odpowiednich wskazówek.
    Ale o to będzie się martwił następnego dnia. Teraz Martinez zadowalał się tym, że lasery sondujące niczego nie wykryły, i że siły Chen nie będą narażone na atak.
    Osiem godzin po wejściu statku do nowego układu Martinez poprosił Michi o zezwolenie na opuszczenie stanowisk bojowych, i na „Prześwietnym” zarządzono niższy stopień gotowości. Wrócił do papierkowej roboty — aby nie dzwonić stale do oficera wachtowego i nie dopytywać się, czy przypadkiem eskadrze nie zagraża niebezpieczeństwo.
    Dni mijały. Martinez przeprowadzał regularne inspekcje, by poznać swój statek i załogę oraz uzyskać potwierdzenie informacji z 77-12. Jadał na przemian z lordem Phillipsem, który mówił niewiele więcej niż przy ich poprzednim spotkaniu, z lady Juliette Corbigny, która paplała nerwowo, co kontrastowało z jej milczeniem w obecności dowódcy eskadry, i z pełniącym obowiązki porucznika lordem Thembą Mokgatle, który dostał awans na miejsce zwolnione przez Chandrę, którą przesunięto do sztabu Michi.
    Pewnego dnia wieczorem, gdy popijał kakao i wpatrywał się w obraz przedstawiający kobietę, dziecko i kota, dostrzegł po drugiej stronie obozu jeszcze jedną osobę — mężczyznę siedzącego na łóżku naprzeciw kominka. Wcześniej tego nie zauważył, ponieważ malowidło było ciemne i wymagało oczyszczenia. Mężczyzna opierał głowę na trzymanej w rękach lasce, a może kiju, i wyglądał jak duch za namalowaną czerwoną zasłoną.
    Nawet gdyby kot zeskoczył mu z obrazu na kolana, Martinez nie byłby bardziej zdziwiony.
    W tym całym okresie dokonał tylko tego jednego odkrycia. Zabójca lub zabójcy kapitana Fletchera nadal pozostali fantomami. Michi okazywała z tego powodu coraz większą irytację i warczała na Martineza i Garcię. Niekiedy Martinez czytał w jej oczach: „Gdybyś nie należał do rodziny…”.
    Kończył się okres przejmowania obowiązków i Martinezowi przypomniano, że na statku jest zbyt wielu służących kapitana.
    Kazał więc Garcii wziąć sprzętowca Espinosę i mechanika Ayu-tano do żandarmerii — dostali zadanie patrolowania pokładów, na których mieszkali oficerowie. Stylista Buckie został posłany do pomocy statkowemu fryzjerowi. Narbonne przeszedł na służbę do Martineza jako asystent Alikhana — oczywiście uznał to za degradację i miał o to pretensje.
    Pozostali jeszcze Baca — gruby kucharz, którego nikt nie chciał — i Jukes. Baca trafił w końcu do kuchni jako pomocnik kucharza Michi i też nie był zadowolony. Martinez musiał jeszcze tylko coś zrobić ze swym osobistym artystą Jukesem.
    Wezwał go do swego gabinetu. Jukes pojawił się w mundurze polowym fasowanym przez flotę. Wchodząc, dość profesjonalnie zasalutował. Martinez doszedł do wniosku, że tego wieczora udało mu się dopaść Jukesa, zanim ten dopadł sherry.
    — Zrobiłem różne projekty wystroju „Prześwietnego” — oznajmił artysta. Są inspirowane motywami ludowymi z Laredo. Chciałby pan zobaczyć?
    Martinez się zgodził. Jukes załadował pliki z mankietu na ścianę wideo. Ukazał się trójwymiarowy model statku pokrytego wielkimi geometrycznymi wzorami we wściekłych odcieniach czerwieni, żółci i czerni. Zupełne przeciwieństwo poprzednich subtelnych, misternych wzorów w barwach różowej, białej i jasnozielonej.
    Martinez patrzył zdziwiony na obracający się na displeju krążownik.
    — To coś zupełnie innego. — Tylko tyle zdołał powiedzieć.
    — Właśnie o to chodzi. Każdy, kto spojrzy na „Prześwietnego”, od razu będzie wiedział, że na mostku stoi kapitan Martinez, który jest odważnym dowódcą i nie boi się wybić ponad zwykłe oficerskie szeregi.
    Martinez podejrzewał, że już i tak za bardzo się wybił. Lord Tork, przewodniczący Zarządu Floty, nie wybaczy mu tego szybkiego awansu; przecież we Flocie rządziły zakulisowe rodzinne powiązania, dzięki którym wynoszono wyżej tych, którzy już z racji samego urodzenia byli wyniesieni. Z perspektywy Zarządu kolejne osiągnięcia Martineza odbywały się kosztem parów bardziej zasługujących na chwałę. On sam powinien wziąć swój pierwszy awans i medal i — zapomniany — skryć się tam, skąd pochodzi.
    Latanie takim jaskrawo pomalowanym statkiem w królestwie Torka to głośne anonsowanie swej obecności przełożonemu, który wolałby już o nim nie słyszeć. To jak wykupienie czasu antenowego na reklamę własnej osoby.
    Ale Tork to już przegrana sprawa — pomyślał Martinez. Trochę reklamy niczego nie zmieni.
    — Czy zastanawiał się pan nad wnętrzem? — spytał artystę.
    Owszem. Martinez obejrzał projekty gabinetu i jadalni — oba równie zuchwałe jak projekt kadłuba. W gabinecie dominowała bujna zieleń dżungli, w jadalni — barwy ciemnoczerwone i żółte, co miało się kojarzyć z górującymi nad pustynią wzgórzami z piaskowca.
    — Niech pan nadal pracuje w tym duchu — rzekł Martinez. — A jeśli przyjdzie panu do głowy inny temat, proszę go swobodnie rozwijać. Mamy dużo czasu. — Wieki miną, nim „Prześwietny” uda się do jakiegoś doku na remont. Rajd na terytorium Naksydów potrwa przynajmniej kilka miesięcy, a potem Flota musi się połączyć i odbić Zanshaa.
    Od rozpoczęcia robót malarskich dzieliła „Prześwietnego” cała wojna.
    A jednak Martinez nie widział powodu, by nie planować dalszej przyszłości, gdy będzie mógł ozdobić „Prześwietnego” tak, jakby to był jego prywatny jacht. Los mógł mu szykować wspaniały triumf albo sprawić, że zostanie rozerwany na atomy, ale Martinez uważał, że spotka go to pierwsze.
    — Milordzie, w tym momencie powinienem wspomnieć, że kapitan Fletcher płacił mi sześćdziesiąt zenitów miesięcznie.
    — Przejrzałem rachunki kapitana. Płacił panu dwadzieścia. Ja natomiast proponuję panu piętnaście.
    Twarz Jukesa, na której gościła początkowo pewność siebie, wyrażała teraz kolejno gorycz i przerażenie. Patrzył na Martineza tak, jakby ten właśnie się zmienił w łuskowatego potwora z kłami. Kapitan miał ochotę się roześmiać.
    — Nie potrzebuję osobistego artysty — wyjaśnił. — Wolałbym sprzętowca pierwszej klasy, ale chyba go nie znajdę.
    Jukes przełknął ślinę.
    — Tak, milordzie.
    — Pomyślałem, że gdy przestanę być tak bardzo zajęty, mógłby pan zacząć malować portret.
    — Portret — powtórzył Jukes bezbarwnym głosem. Raczej nie myślał zbyt klarownie, bo zapytał: — Czyj portret, milordzie?
    — Portret pewnego odważnego dowódcy, który nie boi się wybić ponad zwykłe oficerskie szeregi — odparł Martinez. — Powinienem wyglądać romantycznie, szykownie i dość władczo. Będę trzymał Złoty Glob. Na obrazie powinny się też znaleźć „Korona” i „Prześwietny”. Resztę szczegółów pozostawiam panu.
    Jukes mrugał, jakby musiał przeprogramować swój mózg i mruganie stanowiło element kodu wewnętrznego.
    — Tak jest, milordzie.
    Martinez doszedł do wniosku, że trzeba teraz Jukesa pochwalić, by odciągnąć jego myśli od niepowodzenia, które go spotkało.
    — Dziękuję, że wymienił pan obrazy w mojej kabinie — powiedział. — Wygląd pokoju znacznie się poprawił.
    — Bardzo proszę. — Jukes zaczerpnął powietrza. Czynił wyraźny wysiłek, by ponownie nawiązać kontakt z osobą, którą miał przed sobą. — Czy któryś z obrazów szczególnie się panu spodobał? Mógłbym umieścić inne w tym stylu.
    — Ten z kobietą i kotem. Wydaje mi się, że nigdzie nie widziałem podobnego malarstwa.
    Artysta uśmiechnął się.
    — Nie jest to obraz typowy dla tego malarza. To stare dzieło, z Północnej Europy.
    — A gdzie dokładnie jest Europa Północna?
    — To Terra, milordzie. Obraz pochodzi sprzed podboju Shaa. Mam na myśli oryginał, bo to może być kopia. Trudno stwierdzić, ponieważ wszystkie dokumenty są w języku, którym nikt już nie mówi, i prawie nikt nie potrafi ich odczytać.
    — To wygląda na dość starą rzecz.
    — Wymaga oczyszczenia. — Jukes zamyślił się. — Ma pan dobre oko, milordzie. Kapitan Fletcher kupił ten obraz wiele lat temu, ale mu się nie spodobał; uznał, że totakie ni to, ni sio, więc złożył go do magazynu. — Skrzywił się z lekką dezaprobatą. — Nie wiem, dlaczego wziął go ze sobą na wojnę. Przecież tego obrazu nie da się zastąpić, gdyby nas wysadzono w powietrze. Może chciał go mieć ze sobą, bo obraz jest taki cenny?
    — Cenny? Jak cenny?
    — Chyba zapłacił za niego osiemdziesiąt tysięcy.
    Martinez gwizdnął.
    — Milordzie, prawdopodobnie mógłby go pan nabyć z majątku kapitana.
    — Nie za tę cenę. Nie mogę.
    Jukes wzruszył ramionami.
    — I tak to by zależało od tego, czy dostałby pan pozwolenie na posiadanie dzieł sztuki religijnej.
    — Sztuka religijna? To jest sztuka religijna?
    — „Święta Rodzina z kotem” Rembrandta. Trudno byłoby poznać, że to religijne, gdyby nie tytuł.
    Martinez był zdziwiony. Sztuka religijna, jaką pamiętał z Muzeum Przesądów, oraz inne dzieła, które widział w kabinie Fletchera, przedstawiały postacie jako wspaniałe, szlachetne, a przynajmniej niezwykle pogodne, tu natomiast matka o przeciętnej twarzy, kot i dziecko w czerwonej piżamie tworzyli scenę typową dla klasy średniej.
    — Normalnie nie przedstawia się Świętej Rodziny z kotem?
    — Nie. — Usta Jukesa skrzywiły się w uśmiechu. — Nie z kotem.
    — A rama? A czerwona zasłona?
    — To pomysł artysty.
    — A czerwona piżama?
    — To powtórzenie czerwieni zasłony.
    — Czy to możliwe, że tytuł jest pomyłką?
    Jukes pokręcił głową.
    — Mało prawdopodobne, choć możliwe.
    — Więc dlaczego jest to uznane za sztukę religijną?
    — Święta Rodzina to dość popularny temat, choć zwykle Dziewica jest w niebieskiej sukni, a dziecko nagie. Pojawiają się też słudzy, niektórzy… — szukał odpowiedniego słowa — unoszą się w powietrzu. To jest niekonwencjonalne przedstawienie, ale z drugiej strony wtedy nie było żadnych sztywnych reguł.
    Narayanguru na przykład jestzwykle przedstawiany na drzewie ayaca, chyba dlatego, że zieleń i czerwone kwiaty tak atrakcyjnie wyglądają, ale Narayanguru kapitana Fletchera jest przymocowany do rzeczywistego drzewa, i to veltrip, a nie ayaca.
    W umyśle Martineza odezwała się jakaś słaba struna. Usiadł prosto, podnosząc głowę.
    — …a Da Vinci w swojej „Dziewicy ze skał” umieścił…
    Kapitan podniósł rękę. Jukes zamilkł i utkwił w nim wzrok.
    — Drzewo ayaca — powtórzył cicho Martinez.
    Jukes wolał się nie odzywać.
    Martinez gorączkowo myślał. Nazwa drzewa ayaca wywołała u niego ciąg skojarzeń, i to w jednej chwili, mimo że nie wykonał żadnej operacji myślowej. Teraz musiał świadomie i ostrożnie cofnąć się, aby ustalić, gdzie to wszystko się zaczęło.
    Bez słowa wstał od biurka i podszedł do sejfu. Odpiął guzik bluzy, wyjął swój kapitański klucz na tasiemce, włożył go w szczelinę sejfu i wprowadził kombinację. Uszczelki cmoknęły, gdy drzwi się rozwarły, i Martinez poczuł podmuch stęchłego powietrza. Wyjął przezroczyste plastikowe pudełko, w którym doktor Xi schował biżuterię Fletchera. Odsunął sygnet i srebrny pierścień siatkowy i wyjął złoty wisior na łańcuchu. Uniósł łańcuch do światła i zobaczył, że wisior ma kształt drzewa; szmaragdy i rubiny skrzyły się na tle złota.
    — Drzewo ayaca takie jak to? — spytał.
    Jukes zmrużył oczy, przyglądając się wisiorowi.
    — Tak, to typowe ayaca.
    — Czy powiedziałby pan, że ten wisior jest szczególnie rzadki albo piękny, czy wyróżnia się pod jakimś względem?
    Jukes zamrugał, potem zmarszczył brwi.
    — Dobre wykonanie i jest niezbyt drogi, ale poza tym nie ma w nim niczego nadzwyczajnego.
    Martinez podrzucił wisior w dłoni i wrócił do biurka.
    — Kom, przywołaj porucznik Prasad — powiedział.
    Od strony drzwi padł cień. Martinez podniósł oczy i zobaczył Marsdena, sekretarza, z kompnotesem w dłoni.
    — Milordzie, jeśli jest pan zajęty…
    — Nie, proszę wejść.
    — Lordzie kapitanie. — W głębi biurka ukazała się twarz Chandry. — Przywoływał mnie pan.
    — Mam pytanie: czy kapitan Fletcher nosił wisior w kształcie drzewa?
    Chandra była zaskoczona.
    — Tak, nosił.
    — Cały czas?
    Kobieta była coraz bardziej zdziwiona.
    — O ile wiem, tak, ale zdejmował go, gdy… no… szedł spać. Martinez otworzył zaciśniętą dłoń przed kamerą na biurku i wisior zawisł na łańcuchu.
    — Czy to ten wisior?
    Chandra zmrużyła oczy i wpatrywała się w swój displej mankietowy; jej twarz w kamerze uległa zniekształceniu.
    — Wydaje mi się, że tak, milordzie.
    — Dziękuję, poruczniku. Koniec transmisji.
    Zdziwiona twarz Chandry zniknęła z displeju. Martinez przez dłuższą chwilę patrzył na wisior, który coraz bardziej go irytował. Nagle uświadomił sobie, że w pokoju panuje cisza, a Jukes i Marsdem cały czas wpatrują sięw niego.
    — Usiądźcie na chwilę — powiedział. — To może potrwać. Sięgnął głęboko do swego umysłu.
    Wywołał na biurkowy displej podręcznik bezpieczeństwa przeznaczony dla żandarmerii i służby śledczej. Znalazł tam opisy kultów i sposoby ich rozpoznawania. Martinez czytał:

    Narayanizm, kult oparty na naukach Narayanguru (Balambhoatdada Seth), potępiony z powodu wiary w rzeczywistość wyższego rzędu oraz za to, że założyciel kultu rzekomo dokonywał cudów. Nauki Narayanguru wykazują pokrewieństwo z poglądami terrańskiego filozofa Schopenhauera, które potępiono za nihilizm. Tradycja związana z tym kultem utrzymuje, że Narayanguru został powieszony na drzewie ayaca, ale zapisy historyczne twierdzą, że był torturowany i zgładzony w bardziej konwencjonalny sposób w roku Praxis 5581, na planecie Terra. Z racji tej fałszywej tradycji wyznawcy kultu w pewne dni noszą kwitnące gałązki ayaca, sadzą to drzewo przy swoich domach lub wykorzystują motyw kwiatu ayaca na biżuterii, wyrobach ceramicznych itp. Stosują również rozmaite gesty dłońmi czy inne sygnały.
    Narayanizm nie jest religią walczącą i uważa się, że jej zwolennicy nie stanowią zagrożenia dla Pokoju Praxis, o ile nie propagują fałszywej wiary. Ostatnio donoszono o tym kulcie na planetach Terra, Preowin i Sandama, gdzie niekiedy całe klany tajemnie uczestniczą w działalności religijnej.

    Martinez spojrzał na Jukesa i uniósł dłoń z dyndającym wisiorem.
    — Dlaczego kapitan Fletcher nosił ten wisior? — spytał. — Nie jest to chyba jakieś rzadkie czy cenne dzieło sztuki?
    Twarz Jukesa pozbawiona była wyrazu.
    — Nie, milordzie.
    — Przypuśćmy, że rzeczywiście był wierzący. Przypuśćmy, że był autentycznym narayanistą.
    Na twarzy Marsdena pojawiło się przerażenie. Przez kilka chwil mężczyzna szukał słów,a gdy się odezwał, głos drżał mu ze złości — tak to przynajmniej odczuwał Martinez.
    — Kapitan Fletcher wyznawcą kultu? Czy zdaje pan sobie sprawę z tego, co pan mówi? Członek dwóch klanów, Gombergów i Fletcherów? Par z tak szlachetnym rodowodem, o arystokratycznych korzeniach sięgających tysięcy lat?
    Martineza zaskoczyła ta tyrada, ale nie miał nastroju, by słuchać napuszonego wykładu z genealogii.
    — Marsden — przerwał mu — czy wie pan, gdzie schowano osobiste rzeczy Thuca i Kosinica?
    Krtań Marsdena poruszała się wyraźnie, gdy nerwowo przełykał.
    — Tak, milordzie.
    — Niech pan będzie uprzejmy i je przyniesie.
    Marsden wstał, położył kompnotes na krześle i wyprostował się.
    — Natychmiast, lordzie kapitanie.
    Odmaszerował, sztywny z wściekłości. Jukes patrzył za nim, zdziwiony.
    — Dziwny człowiek — powiedział. — Nie miałem pojęcia, że jest takim snobem. — Odwrócił się do Martineza i uniósł brew. — Czy naprawdę pan myśli, że kapitan Fletcher był sekciarzem?
    Kapitan spojrzał na wisior, który ciągle miał w dłoni.
    — A czemu by to nosił?
    — Może to prezent od kogoś, na kim mu zależało.
    — Zależało mu na wyznawcy kultu — powiedział cicho Martinez.
    Odchylił się w krześle i jeszcze raz prześledził swój tok rozumowania. Wszystkie elementy wydają się przekonujące — pomyślał. Moja koncepcja jest lepsza od pozostałych hipotez.
    To wszystko miało istotny związek z tym, jak Praxis traktował sekty i jak słudzy Praxis interpretowali swoje obowiązki.
    Shaa nie wierzyli w świętość. Każda religia, która propagowała wiarę w siły nadprzyrodzone, z definicji stanowiła naruszenie Praxis i była prawnie zabroniona. Gdy Shaa podbili Terrę, przekonali się, że planeta aż roi się od sekt, i stopniowo przez wiele pokoleń usiłowali to wyplenić. Domy zgromadzeń burzono, zmieniano w miejsca świeckie lub muzea. Wierzących zwalniano z urzędów, z posad w szkolnictwie. Literaturę religijną konfiskowano, zabraniano jej powielania. Organizacje religijne rozwiązywano, zawodowych duchownych wyrzucano z pracy, a wszystkie szkoły religijne zamykano.
    Każdy, kto chciał, miał wiele okazji, aby zostać męczennikiem.
    Oczywiście sekty nigdy nie zniknęły. Shaa — nie pozbawieni przenikliwej inteligencji — nie mogli się niczego innego spodziewać. Jednak zakaz propagowania nauk, niszczenie kleru i domów modlitwy, zakaz publikowania literatury i rozpowszechniania obiektów kultu sprawiły, że kwitnący dotąd interes stał się wyłącznie zajęciem dla amatorów. Spotkania — jeśli w ogóle się odbywały — organizowano w domach prywatnych; duchowni — jeśli tacy istnieli — nie mogli odbywać specjalistycznych studiów i musieli pracować w zwykłych zawodach; literatura religijna — jeśli się pojawiała — była tajnie powielana i przekazywana z rąk do rąk, a teksty ukazywały się z błędami lub były niekompletne.
    Wyznawców nie nękano, o ile nie praktykowali publicznie i nie prowadzili działalności misyjnej. Z czasem nauczyli się postępować dyskretnie. Choć wiara nie została zniszczona, jej siłę osłabiono, a religii nie można już było odróżnić od przesądu — zbioru tajemnych i nieracjonalnych praktyk, mających spowodować interwencję bliżej nieokreślonych sił przeciw nieugiętym działaniom niepoznawalnego losu.
    W odległych rejonach imperium Shaa istniały więc rozmaite sekty, ale funkcjonowały bez rozgłosu. Małżeństwa zawierano wśród wyznawców, unikano służby publicznej. Niekiedy jakiś gubernator czy lokalny urzędnik, chcąc zasłużyć sobie na chwałę, likwidował sektę, każąc zgładzić część wyznawców, a pozostałych zmuszając do wyrzeczenia się wiary. Przeważnie jednak zostawiano ich w spokoju. W ciągu wieków siły nadprzyrodzone po prostu przestały być zagrożeniem dla imperium.
    Po kilku chwilach wrócił Marsden, niosąc dwa szare plastikowe pudełka.
    — Przypuszczam, milordzie, że chodziło panu o rzeczy osobiste, ale bez ubrań — powiedział. — Jeśli chce pan również przejrzeć ubrania, czy mogę zażądać ręcznego wózka?
    Kosinic miał wszystkie mundury, jakich wymagano od oficerów, oraz osobisty skafander próżniowy. Thuc miał mniej mundurów, a skafander pobierał z magazynów statku.
    — Czy kieszenie zostały opróżnione? — spytał Martinez.
    — Tak, lordzie kapitanie. Kieszenie przeszukano, tak samo jak wszystkie inne miejsca, gdzie można by schować drobne przedmioty. Wszystko, co znaleziono, włożono do tych pudełek.
    — W takim razie nie potrzebuję ubrań. Proszę postawić pudełka na moim biurku.
    Martinez otworzył najpierw pudełko Kosinica. Znalazł tam pierścień Akademii Nelsona, którą Martinez ukończył, zanim Kosinic zaczął tam naukę, ładny pisak z polerowanego aluminium inkrustowanego epidotem i jaspisem, z wygrawerowaną dedykacją: „Porucznikowi Javierowi Kosinicowi od dumnego ojca”, przybory do golenia, niezbyt kosztowną wodę toaletową i prawie pustą butelkę antybiotyku w spreju — prawdopodobnie lekarz aplikował to Kosinicowi na rany. Był tam również wykwintny papier, pędzle, farby wodne i ukończone malunki — kilka planetarnych krajobrazów przedstawiających rzeki i drzewa oraz portret Fulvii Kazakov siedzącej przy stole w mesie. Martinez oceniał niewprawnym wzrokiem, że żadna z tych akwareli nie jest zbyt fachowo wykonana.
    W małym portfelu znajdowały się starannie opatrzone etykietami folie zawierające muzykę i inne materiały rozrywkowe. Na dnie pudełka leżał kieszonkowy kompnotes. Martinez włączył go i został poproszony o wprowadzenie hasła, ale ponieważ go nie znał, wsunął do szczeliny swój kapitański klucz, jednak był to kompnotes prywatny, a nie służbowy i nie rozpoznawał hierarchii. Martinez wyłączył go więc i odłożył do pudełka.
    Tych kilka prywatnych rzeczy — woda toaletowa, pierścień akademii i amatorskie akwarele — składały się na niezbyt pełny obraz życia Kosinica. Martinez przypuszczał, że sprawy najważniejsze dla niego nie znalazły się w tym pudełku. Jego żarliwe uczucia zostały w jego mózgu i umarły razem z nim. Jeszcze raz spojrzał napisak, podarunek od ojca, którychyba jeszcze nie wiedział, że syna zabito, i zamknął pudełko z życiem Kosinica.
    Wziął teraz pudełko opatrzone napisem „Thuc, H.O, główny inżynier (zmarły)” i od razu na wierzchu znalazł to, czego szukał.
    Mały emaliowany wisiorek w kształcie drzewa z zielonymi i czerwonymi kwiatami, umieszczony na łańcuchu o ogniwach z jasnego metalu.

* * *

    — Według mnie, na „Prześwietnym” była grupa narayanistów — powiedział Martinez do Michi Chen. — Należał do nich kapitan Fletcher. Nosił na szyi symbol narayanistów, a w kabinie sypialnej miał wielką rzeźbę Narayanguru. Sądzę, że wyrobił sobie pozycję kolekcjonera religijnych dzieł sztuki, i dlatego mógł legalnie zbierać przedmioty związane z narayanizmem, a dla niepoznaki zbierał również artefakty innych sekt.
    — Jeśli będzie pan obstawał przy tej teorii, spotkają pana kłopoty ze strony Gombergów i Fletcherów — ostrzegła go Michi. — Może nawet proces cywilny.
    — Nie, o ile mam rację. Jeśli w którejś z tych rodzin są narayaniści, w ogóle się nie odezwą.
    Michi bez słowa przytaknęła.
    Martinez zaprosił ją do swojego gabinetu na poufną rozmowę, i gdy tam przybyła, zastała już Marsdena i Jukesa. Kapitan kazał Perry’emu przynieść kawę i przekąski. Marsdenowi polecił nagrywać rozmowę i robić notatki.
    — Uważam, że na statku byli i może nadal są narayaniści — powiedział Martinez. — Kapitan Fletcher ich chronił. Kosinic w jakiś sposób poznał część prawdy, choć przypuszczalnie nie wiedział, że kapitan Fletcher należy do grupy. Ponieważ Kosinic stał się zagrożeniem dla członków sekty, jeden z nich — Thuc — zabił go.
    — Rozumiem. — Michi skinęła głową.
    — Morderstwo popełniono bardzo fachowo i nigdy byśmy się nie domyślili prawdy, gdyby potem w ten sam sposób nie zabito kapitana Fletchera. Wtedy nabraliśmy podejrzeń.
    Perry i Alikhan przynieśli kawę i trójkątne ciasteczka. Gdy podawali gościom poczęstunek, Martinez milczał. W głowie kłębiły mu się różne teorie, które chciał przedstawić dlatego, niecierpliwił się i ledwie podziękował Perry'emu za kawę.
    — Wiemy, że Thuc był narayanistą — kontynuował Martinez, gdy służący wyszli — bo on też nosił narayanistyczny wisior. Gdy Kosinica zabito, kapitan Fletcher uświadomił sobie, że znalazł się w kropce. Wystarczyło, że któryś z podoficerów się wygada, i kapitanowi zarzucą związek z zabójstwem oficera, i to nie byle jakiego oficera, tylko członka sztabu dowódcy eskadry. Nie mógł oskarżyć Thuca, ponieważ w czasie publicznego dochodzenia wyszłoby na jaw, że on sam jest członkiem sekty. Kapitan skorzystał więc ze swego oficerskiego przywileju i podczas inspekcji dokonał egzekucji Thuca.
    Martinez wzruszył ramionami.
    — Do tej pory wszystko jest czystą spekulacją — rzekł. — Myślę, że kapitan Fletcher zamierzał zlikwidować wszystkich członków sekty, żeby chronić siebie, ale być może chodziło mu wyłącznie o Thuca. W każdym razie jeden lub kilku innych członków sekty doszło do wniosku, że Fletcher będzie chciał ich dopaść, więc postanowili działać i zabić go wcześniej. Michi słuchała spokojnie.
    — Czy podejrzewa pan, kto może należeć do sekty?
    Martinez pokręcił głową.
    — Nie, milady. Wykluczyłbym zbrojeniowca Gulika i załogę trzeciej baterii pocisków. W dniu swojej śmierci Fletcher przeprowadził tam inspekcję i nikogo nie zabił.
    — I tak zostaje około trzystu ludzi.
    — Zacząłbym jednak od tych, którzy pochodzą z Sandamy, jak lord kapitan, albo są klientami rodziny Fletcherów. Na przykład doktor Xi.
    — Xi? — spytała Michi zaskoczona. — Ale przecież on był pomocny w prowadzeniu śledztwa.
    — Owszem, wyjaśnił, skąd się wzięły odciski palców w gabinecie denata.
    — Ale to on pierwszy dowiódł, że kapitan został zamordowany. Gdyby należał do spisku, siedziałby cicho.
    Martinez coś chciał powiedzieć, ale zaraz zamknął usta. Nie jestem doktorem An-ku — pomyślał.
    — W takim razie nie zaczynajmy od doktora Xi — rzekł po chwili.
    Michi wytrzymała jego wzrok, ale po chwili przygarbiła się, jakby uszło z niej powietrze.
    — Jesteśmy nadal w tym samym miejscu dochodzenia. Przedstawił pan ciekawą teorię, ale nawet jeśli jest prawdziwa, to co z tego?
    Martinez wziął w dużą dłoń dwa wisiory.
    — Przeszukaliśmy statek, ale nie wiedzieliśmy, na co mamy zwracać uwagę. Teraz już wiemy. Szukamy tego. W szafkach i na szyjach.
    — Milordzie. — Martinez i Michi obejrzeli się na dźwięk, gniewnego głosu Marsdena. — Powinien pan zacząć ode mnie, milordzie. Pochodzę z Sandamy i byłem jednym z klientów Fletchera. Zatem jestem podwójnie podejrzany.
    Martinez patrzył na sekretarza i rosło w nim rozdrażnienie. Marsden był obrażony w imieniu Fletchera i widocznie również w imieniu załogi. Przeszukanie rzeczy osobistych to zniewaga i Marsden wziął to sobie do serca. Zamierzał wywrzeć presję: skoro Martinez chce naruszyć czyjąś godność, niech zrobi to osobiście, teraz.
    — Dobrze. — Martinez nie miał wyboru. — Proszę o zdjęcie bluzy, rozpięcie koszuli i opróżnienie kieszeni.
    Marsden wykonał rozkaz. Tłumił wściekłość — żyła na jego skroni cały czas pulsowała. Martinez przejrzał zawartość kieszeni, a sekretarz wykonał obrót z rękami za głową, by pokazać, że nie ma nic do ukrycia. Żadnego przedmiotu kultu nie znaleziono.
    Martinez zacisnął zęby. Znieważył człowieka, i to za nic.
    A najgorsze, że sam czuł się znieważony, że to zrobił.
    — Dziękuję, Marsden — powiedział. Ty draniu — dodał w duchu.
    Sekretarz bez słowa odwrócił się do niego plecami i zaczął wkładać bluzę. Gdy ją zapiął, wrócił na swoje krzesło, położył kompnotes na kolanach i wziął pisak.
    — Ostatni przegląd był zbyt chaotyczny — stwierdziła Michi. — Trwał za długo. Teraz musimy to zrobić skuteczniej.
    Przez chwilę omawiała tę sprawę z Martinezem, po czym wstała. Pozostali też się podnieśli i stanęli na baczność.
    — Idę na obiad — powiedziała. — Po obiedzie wydamy rozkaz, by załoga została w swoich kwaterach, i zaczniemy rewizję. Na pierwszy ogień pójdą oficerowie.
    — Tak jest, milady.
    Spojrzała na Marsdena i Jukesa, który przez cały czas popijał kawę i zajadał się ciasteczkami.
    — Musi pan zjeść obiad razem z tymi dwoma. Nie chcę, żeby informację o naszym spotkaniu przekazywano sobie w mesie przy jedzeniu.
    Martinez stłumił westchnienie. Marsden nie będzie wesołym kompanem.
    — Tak, milady — odparł.
    Michi już szła do drzwi, ale nagle się zatrzymała. Marszcząc brwi, spojrzała na Jukesa.
    — Panie Jukes, co pan tu właściwie robi?
    Martinez odpowiedział za niego.
    — Był akurat w moim gabinecie, gdy doznałem olśnienia.
    Michi skinęła głową.
    — Rozumiem. — Odwróciła się, ale znów się zawahała i spojrzała na malarza.
    — Panie Jukes, ma pan okruszki na mundurze — powiedziała.
    Jukes zamrugał.
    — Tak, milady.

* * *

    Najpierw przeszukano kwatery oficerów; robiła to ekipa złożona z Martineza, Michi i poruczników ze sztabu Michi. Przeprowadzono również osobiste rewizje oficerów, z których wyłączono tylko lorda Phillipsa, gdyż miał wachtę w sterowni.
    — Tego macie szukać. — Martinez pokazał porucznikom dwa wisiory. — To obiekty kultu religijnego, przedstawienia drzewa ayaca. Nie muszą być noszone na szyi, mogą się pojawiać na pierścieniach, bransoletach, filiżankach, talerzach, na ramach obrazów. Praktycznie na wszystkim, dlatego wszystko musi być sprawdzone. Rozumiecie?
    — Tak, milordzie — odpowiedzieli.
    Kazakov i Mersenne mieli zdecydowane miny, Husayn i Mokgatle — niepewne. Corbigny wydawała się mocno zaniepokojona.
    — A więc idziemy.
    W wyniku rewizji chorążych i ich kwater nie znaleziono drzewa ayaca ani na biżuterii, ani na żadnym z ludzi. Teraz cała grupa, wzmocniona przez chorążych, przeszła do kwater podoficerów.
    Podoficerowie stali w korytarzu na baczność i starali się zachować obojętne miny. Podczas gdy oficerowie zaczęli przeglądać szafki, lady Juliette Corbigny trzymała się z tyłu. Białymi równymi zębami nerwowo przygryzała dolną wargę. Martinez bezszelestnie przysunął się do niej.
    — Jakiś problem, poruczniku?
    Drgnęła, jakby wyrwana z głębokiej zadumy, i zwróciła ku niemu szeroko rozwarte brązowe oczy.
    — Lordzie kapitanie, czy mogłabym z panem pomówić na osobności?
    — Oczywiście. — Corbigny wyszła za nim na korytarz. — O co chodzi?
    Znów nerwowo przygryzała dolną wargę, ale w końcu niepewnie spytała:
    — Czy to jest zła religia?
    Martinez zastanowił się przez chwilę.
    — Nie jestem ekspertem w sprawach kultów, ale uważam, że to sekciarze są odpowiedzialni za śmierć Fletchera.
    Corbigny znów przygryzła wargę. Martinez niecierpliwił się, ale instynkt kazał mu milczeć i czekać.
    — A więc — odezwała się wreszcie — widziałam na kimś taki wisior.
    — Tak? To ktoś z pani dywizjonu?
    — Nie. To oficer. Lord Phillips.
    Phillips? To niemożliwe. To pierwsza myśl, jaka mu przyszła do głowy. Nie wyobrażał sobie drobnego Palermo Phillipsa, który wali głową Fletchera o biurko.
    Potem pojawiła się druga myśl: może miał pomocnika.
    — Jest pani pewna?
    Corbigny nerwowo szarpnęła głową.
    — Tak, milordzie. Dobrze się przyjrzałam. To było tego dnia, gdy pan go przywołał, żeby przeprowadzić inspekcję jego oddziału. Wybiegł spod prysznica i pośpiesznie wkładał bluzę, i łańcuch zaczepił mu się o guzik. Pomogłam mu go wyplątać.
    — Jasne. Dziękuję — rzekł Martinez. — Może pani dołączyć do innych.
    Wezwał kadeta Ankleya, który był upoważniony do sprawowania wachty, oraz Espinozę, poprzednio swego służącego, którego przeniósł do żandarmerii, i we trójkę pomaszerowali prosto do sterowni.
    — Lord kapitan jest w sterowni — rzekł lord Phillips, gdy weszli do pomieszczenia, i wstał z fotela, by umożliwić Martinezowi zajęcie miejsca, gdyby wyraził taką ochotę.
    Kapitan podszedł do Phillipsa, który nawet stojąc na baczność, sięgał mu do brody.
    — Milordzie — powiedział — byłbym zobowiązany, gdyby rozpiął pan bluzę.
    — Milordzie? — Phillips patrzył w górę ze zdziwieniem.
    Nagle Martinez pomyślał, że nie chce tutaj być. Że to wszystko to pomyłka. Ale był tutaj, do swego stanowiska kapitana dodał rolę detektywa i teraz mógł tylko iść wytyczoną przez siebie ścieżką, bez względu na to, dokąd go zaprowadzi.
    — Proszę rozpiąć bluzę, poruczniku.
    Phillips odwrócił wzrok i powoli zaczął rozpinać srebrne guziki. Martinez widział szybkie pulsowanie krwi na szyi Phillipsa, gdy w rozpięciu kołnierzyka pojawiły się złote ogniwa łańcucha.
    Nagle w Martinezie zagotowała się wściekłość. Chwycił łańcuch i brutalnie go pociągnął, aż pojawił się wisior: drzewo ayaca z migoczącymi czerwonymi i zielonymi kamieniami.
    Spojrzał w dół na Phillipsa, który stał na palcach, a łańcuch wpijał się w jego szyję. Wreszcie puścił łańcuch.
    — Proszę za mną, poruczniku. Jest pan zwolniony — rzekł i zwrócił się do wszystkich w sterowni: — Teraz Ankley obejmuje dyżur oficerski na wachcie!
    — Jestem zwolniony, milordzie! — powtórzył Phillips. — Ankley obejmuje dyżur oficerski na wachcie!
    Gdy Ankley podszedł bliżej, Martinez powiedział mu do ucha:
    — Niech pan nikogo stąd nie wypuszcza. Wszyscy mają czekać w sterowni, aż przyjdzie grupa i przeprowadzi rewizję.
    Ankley oblizał nerwowo usta.
    — Tak jest, milordzie.
    Złe przeczucia osadzały się zimnem w kościach Martineza, gdy maszerował do statkowego aresztu. Phillips szedł za nim w milczeniu, zapinając po drodze bluzę. Pochód zamykał Espinoza, trzymający dłoń na paralizatorze.
    Martinez wszedł do pokoju przyjęć aresztu. Uderzył go znajomy zapach. Wszystkie więzienia pachniały podobnie: kwaśnym zapachem ciała i środkami dezynfekującymi, nudą i rozpaczą.
    — Proszę zdjąć bluzę, pas, buty i oddać klucz porucznika — polecił. — Proszę wyjąć wszystko z kieszeni na stół. — Był oficerem żandarmerii na „Koronie” i znał procedury.
    Phillips wyłożył przedmioty z kieszeni na blat z nierdzewnej stali, a potem ściągnął z nadgarstka gumkę z kluczem i wręczył go Martinezowi.
    Poczucie, że to, co teraz robi, jest okropną pomyłką, wisiało nad głową Martineza jak ciężka szara chmura. Nie mógł sobie wyobrazić drobnego Phillipsa kradnącego batonik, a co dopiero popełniającego morderstwo.
    Jednak to ja wysunąłem hipotezę, że śmiertelne wypadki są związane z sektą i że symbole religijne wskażą zabójców — myślał. Ja zacząłem, a teraz los to dokończy.
    — Proszę całą biżuterię — powiedział.
    Z pewnym wysiłkiem Phillips zdjął pierścień akademii, potem odpiął koszulę i obiema rękami ujął łańcuch. Spojrzał na Martineza.
    — Mogę spytać, o co tu chodzi?
    — Zginęli dwaj ludzie, którzy nosili takie wisiory.
    — Dwaj? — Phillips wpatrywał się w niego z rozwartymi ustami.
    Odezwał się komunikator mankietowy Martineza i na kameleonowym rękawie pojawiła się twarz Marsdena.
    — Lady dowódca eskadry pyta, gdzie pan jest.
    — Jestem w areszcie i za chwilę złożę jej raport. Czy coś się wydarzyło?
    — Nic. Już tu kończymy.
    — Proszę powiedzieć lady Michi, że zaraz tam idę. Martinez skończył rozmowę i spojrzał na Phillipsa — jego twarz ciągle wyrażała oszołomienie.
    — Nie rozumiem — powiedział Phillips.
    — Pańska biżuteria, poruczniku.
    Oficer powoli zdjął z szyi łańcuch i wręczył go Martinezowi. Kapitan wręczył mu parę miękkich aresztanckich kapci i zaprowadził go do wąskiej celi. Metalowe ściany pokryte były wieloma warstwami zielonej farby, z sufitu świeciła pojedyncza lampa osłonięta drucianym koszem. Niemal całe pomieszczenie zajmowały fotel akceleracyjny spełniający rolę łóżka, sedes i mała umywalka.
    Martinez zamknął ciężkie drzwi z judaszem i kazał Espinozie stać na warcie. Włożył wisior z drzewem ayaca do przezroczystego plastikowego pudełka i wrócił do kwater podoficerów. Kabiny już sprawdzono i teraz przeprowadzano rewizję osobistą. Kobiety były przeszukiwane przez kobiety w mesie, a mężczyzn rewidowano w korytarzu.
    Niczego nie znaleziono. Martinez podszedł do Michi i wręczył jej pudełko z wisiorem. Spojrzała na niego pytająco.
    — Lord Phillips — wyjaśnił.
    Michi najpierw okazała zdziwienie, ale zaraz potem jej wzrok stwardniał.
    — Szkoda, że Fletcher go nie zabił — powiedziała.
    Wyraz jej twarzy nie zmieniał się i Martinez wiedział, że kobieta intensywnie myśli, zwłaszcza, że przeszukania wśród szeregowców i ludzi pełniących służbę w sterowni i maszynowni nie dały rezultatu — nie znaleziono żadnych symboli kultu, żadnych narzędzi zbrodni, żadnych podejrzanych.
    — Przywołać doktora Xi do aresztu — powiedziała wreszcie do displeju mankietowego i spojrzała na Martineza. — Czas przesłuchać Phillipsa.
    — Nie sądzę, żeby to on zabił Fletchera.
    — Ja też nie, ale on wie, kto to zrobił. Zna innych członków sekty. — Wargi Michi uniosły się, odsłaniając zęby, jakby warczała. — Zamierzam poprosić doktora Xi, żeby zaaplikował mu serum prawdy. Chcę wydostać z niego wszystkie nazwiska.
    Martinez stłumił dreszcz.
    — Serum prawdy nie zawsze prowadzi do prawdy — zauważył. — Osłabia zapory obronne, ale potrafi również zamącić więźniowi w głowie. Phillips może wymieniać jakieś przypadkowe nazwiska.
    — Zorientuję się. Może nie podczas pierwszej próby, ale będziemy co dzień prowadzić przesłuchania i w końcu będę wiedziała. Prawda zawsze wychodzi na wierzch.
    — Miejmy nadzieję.
    — Proszę przywołać tu Corbigny. Zabiorę ją ze sobą do aresztu. Pan i… — zerknęła na Marsdena — pana sekretarz wracajcie do spraw statku.
    Martinez był zaskoczony.
    — Ja… — zaczął. — Phillips jest moim oficerem i…
    Chcę obserwować, jak za pomocą chemii odzierasz go z godności i wydobywasz z niego wszystkie tajemnice — pomyślał. W końcu to z mojej winy chcesz go przez to przepuścić.
    — Już nie jest pana oficerem — odparła obojętnie Michi. — To chodzący trup. A szczerze mówiąc, nie sądzę, by dobrze zniósł pańską obecność. — Spojrzała na Martineza i jej wzrok zmiękł. — Kapitanie, dowodzi pan statkiem.
    — Tak, milady — odparł i stanął na baczność.
    Resztę dnia spędził wraz z Marsdenem w swoim gabinecie, gdzie zajmowali się szczegółowymi sprawami statku. Marsden był milczący i wrogi; Martinez nie mógł się skoncentrować na pracy, gdyż jego myśli cały czas błądziły ślepymi uliczkami.
    Zjadł samotnie kolację, wypił pół butelki wina i poszedł poszukać doktora.
    W pobliżu apteki spotkał lady Juliette Corbigny, która stamtąd wychodziła. Była blada, oczy miała większe niż zwykle.
    — Proszę wybaczyć, lordzie kapitanie — powiedziała i pognała. Martinez wszedł do apteki, gdzie zastał rozwalonego na stole doktora Xi. Mężczyzna podpierał pięścią brodę i wpatrywał się w szklanicę wypełnioną do połowy jakimś przezroczystym płynem. Oddychając, wydzielał ostry zapach spirytusu zbożowego.
    — Przypuszczam, że porucznik Corbigny nie czuje się dobrze — stwierdził. — Musiałem dać jej coś na uspokojenie żołądka. Podczas przesłuchania zwymiotowała na podłogę. — Xi podniósł szklankę i spojrzał na nią poważnie. — Obawiam się, że nie jest stworzona do pracy w policji.
    W Martinezie wzbierał dziki gniew.
    — Czy cośsię udało ustalić? — spytał.
    — Przesłuchanie nie było szczególnie owocne — odparł Xi. — Phillips zeznał, że nie zabił kapitana i nie wie, kto to zrobił. Powiedział, że nie należy do sekty. A wisior z drzewem ayaca dostał jako dziecko od swej dobrej starej niani, czego, nawiasem mówiąc, nie da się potwierdzić, bo kobieta nie żyje. Stwierdził, że nie miał pojęcia, iż ayaca ma jakieś znaczenie symboliczne, poza tym że to ładne drzewo i ludzie często sadzą je w ogrodach. Xi osunął się na stół i popił ze szklanki.
    — Gdy serum zaczęło działać, podtrzymywał swoją wersję, ale potem umysł mu się zamglił i Phillips zaczął śpiewać. Garcia, dowódca eskadry i Corbigny — kiedy nie rzygała — usiłowali naprowadzić go na zasadniczy temat, ale on ciągle to samo śpiewał. Albo może to były inne recytacje, nie wiem.
    — Co śpiewał?
    — Nie wiem. W jakimś starym języku, którego nikt nie rozpoznał, ale dobrze słyszeliśmy słowo „Narayanguru”, więc to musiał być rytualny język sekty. Gdy służba śledcza dostanie nagrania, znajdą kogoś, kto zidentyfikuje język, i to będzie koniec lorda Phillipsa. A jeśli śledczy akurat będą w dobrych stosunkach z Legionem i przekażą im informacje, Legion prawdopodobnie aresztuje połowę klanu Phillipsów i to będzie ich koniec. Legion ma do dyspozycji znacznie więcej metod śledztwa niż my i znacznie wredniejszych ode mnie lekarzy; oni są bardzo dumni z tego, że u nich prawie sto procent aresztantów się przyznaje. — Znów spojrzał na szklankę, potem uniósł wzrok na Martineza.
    — Kapitanie, zaniedbałem pana. Jestem złym lekarzem i złym gospodarzem. Napije się pan ze mną na pocieszenie?
    — Nie, dziękuję, już dość piłem. A pan będzie miał strasznego kaca.
    Xi przesłał mu znużony uśmiech.
    — Nie, nie będę. Kropelka tego, kropelka tamtego i rano wstanę jak nowo narodzony. — Głowa mu opadła. — A potem dowódca eskadry znów zmieni mnie we wrednego lekarza i każe, żebym dał zastrzyk w szyję niewinnemu małemu człowiekowi, który nikogo nie skrzywdził, gdyby mnie kto pytał, ale nikt mnie nie pytał. On i tak umrze, a ja żałuję, że nie trzymałem swojej cholernej gęby na kłódkę w sprawie obrażeń kapitana. — Dolał sobie alkoholu. — Myślałem, że będę błyskotliwym detektywem, który znajduje ślady przestępstwa jak policja na wideo, a tymczasem zostałem wplątany w coś brudnego, odrażającego i wstrętnego, i szczerze mówiąc, chciałbym móc rzygać jak Corbigny.
    — Niech pan dalej tak pije, a będzie pan rzygał — powiedział Martinez.
    — Postaram się — odparł Xi i wzniósł szklankę. — Do dna!
    Martinez poczuł na języku gorzki smak porażki. Gdy wychodził z apteki, przysiągł sobie, że gdy następnym razem dozna olśnienia, zatrzyma wnioski dla siebie.

* * *

    Wezwanie od Garcii wyrwało Martineza z łóżka. Biegł do aresztu, zapinając bluzę na piżamie.
    — Lordzie kapitanie, całą noc był tu strażnik. — Garcia zaczął mówić, gdy tylko Martinez wszedł do aresztu. — W żaden sposób nikt nie mógł się do niego dostać.
    Kapitan podszedł do celi lorda Phillipsa, zajrzał do środka i zaraz tego pożałował.
    W nocy Phillips rozerwał fotel akceleracyjny, który spełniał tu rolę łóżka, wyciągnął całe garście pianki wyściełającej i napełnił nią usta, aż się udławił.
    Teraz zwisał częściowo z fotela, usta miał pełne pianki, twarz mu sczerniała. Jego otwarte oczy, wpatrywały się w sufit, w osłoniętą koszem lampę. Strzępy pianki unosiły się w powietrzu jak kłaczki kurzu.
    Doktor Xi klęczał przy nim. Wokół oczu miał czerwoną obwódkę, ręce mu się trzęsły, gdy przeprowadzał pobieżne badanie.
    Przyszła Michi.
    — Wiedział, że się załamie — oświadczyła. — Wiedział, że wcześniej czy później wyda nam nazwiska. Postanowił umrzeć, by chronić przyjaciół. — Pokręciła głową. — Nigdy bym nie pomyślała, że będzie miał odwagę to zrobić.
    Martinez spojrzał na nią, wściekły. Zaraz jednak odwrócił się do niej plecami.
    — Nadal nie wiemy więcej niż wiedzieliśmy! — wrzasnęła Michi i uderzyła pięścią w metalowe drzwi.
    Później tego ranka Martinez przeprowadził bezwzględną inspekcję w pierwszej baterii pocisków i w składach mechaników, ale wcale nie poczuł się przez to lepiej.

DWADZIEŚCIA JEDEN

    Komunikator lorda Chena piszczał natarczywie. — Wybacz, Loopy. — Lord Chen odstawił swój koktajl i sięgnął do kieszeni marynarki. Stał na nadmorskim tarasie w domu przyjaciela, lorda Stanleya Loo, zwanego od czasów szkolnych „Loopy”. Z estrady, która sprawiała wrażenie zaprojektowanej przez koronczarkę, przygrywała świątecznie orkiestra Cree. Bryza niosła rześki zapach soli i jodu, huk fal uderzających o skały zagłuszał czasem muzykę. Czerwone niebo Antopone przydawało falom krwawych tonów.
    — Chen — zgłosił się, podnosząc telefon do ucha.
    — Milordzie, lord Tork domaga się, by natychmiast pojawił się pan na „Galaktycznym”.
    Lord Chen poznał ostrożną wymowę lorda konwokata Mondiego, jednego z członków Zarządu Floty, Torminela, który bardzo się starał nie seplenić.
    — Spotkanie miało być dopiero za trzy dni — odparł. Sięgnął po koktajl i podniósł go do ust.
    — Milordzie, czy nasza rozmowa jest bezpieczna? — spytał Mondi.
    Chen poczuł na kręgosłupie zimną dłoń. Odstawił drinka i odwrócił się plecami do gości na tarasie.
    — Tak sądzę — stwierdził. — Nikogo przy mnie nie ma. Po krótkiej chwili milczenia Mondi kontynuował:
    — Naksydzi wyruszają z Zanshaa. Prawdopodobnie zmierzają z dużym przyśpieszeniem do Zarafan.
    Chen wiedział, że z Zarafan mogą polecieć prosto na Laredo, gdzie rezyduje konwokacja.
    I gdzie wkrótce ma wylądować moja córka — pomyślał.
    — Tak, rozumiem. Dotrę, jak tylko zorganizuję transport — obiecał.
    Odłożył ręczny komunikator i przy wtórze huku fal wrócił do gości.
    — Loopy, coś się stało. Czy mógłbyś komuś polecić, żeby zorganizował mi przejazd do terminalu windy?

* * *

    — Na stanowiska bojowe! Natychmiast na stanowiska bojowe! To nie są ćwiczenia!
    Strach wczepił się szponami w głos kadeta Quinga i Martinez od pierwszego słowa pojął, że to nie są ćwiczenia. Wezwanie powtarzano, ale Martinez już przeskoczył przez biurko i biegł do zejściówki. Marsden nadal siedział na krześle i tylko patrzył za kapitanem.
    Martinez skoczył w wejściówkę w chwili, gdy znikła grawitacja. Ustał odległy hałas silników i w korytarzu zapadła cisza, tylko jego serce biło, zagłuszając alarm. Stracił ciężar, lecz zachował jeszcze dość bezwładności — uderzył kolanami i łokciami w schodki i ból przeszył jego nogi i ręce, choć schodki były wyściełane. Odbił się jak wielka gumowa piłka, ale chwycił za poręcz i udało mu się wytracić pęd.
    Stopy gwałtownie skręciły w korytarz — to oznaczało, że „Prześwietny” zmienia kurs. Martinez musiał wejść po schodkach do sterowni, nim silniki ponownie się włączą. Zacisnął dłonie na poręczy, by się odbić i wskoczyć na wyższy pokład.
    Nic z tego. Silniki nagle się włączyły i Martinez znów miał ciężar. Ręce nie mogły utrzymać jego masy i ugięły się pod nim, a poręcz walnęła go w barki. Padł na schodnię, stopnie wbiły mu się w plecy.
    Usiłował wstać, lecz grawitacja już wzrastała. Dwa g, trzy — myślał. Schwycił poręcz i próbował się podnieść, ale ból przecinał, mu nadgarstki. Stopnie kroiły go jak noże. Przynajmniej cztery g — myślał. W końcu uświadomił sobie, że nie zdoła się wspiąć.
    Uzmysłowił sobie także inne rzeczy. Znajdował się na twardym podłożu. Ostatnio nie brał żadnych medykamentów, które pomagają znieść dużą grawitację i jeśli nie opuści zejściówki, stopnie potną go na plasterki.
    Krabimi ruchami ramion i nóg zaczął przesuwać się w dół; każdy ruch odczuwał jak pałowanie w plecy i piersi. Pięć g — pomyślał. Wzrok zaczynał mu mętnieć.
    Przebierając rękami i nogami, zdołał zjechać jeszcze o jeden stopień. Uderzenie głową w schodek spowodowało, że w jego czaszce rozbłysły komety. Zacisnął szczęki, by wtłoczyć krew do mózgu, i pokonał kolejny schodek w dół.
    To koszmar Chandry, uświadomił sobie Martinez. Nadlatują pociski relatywistyczne i ja muszę dostać się do sterowni. To szczyt idiotyzmu umierać w tym miejscu, z karkiem złamanym przez ostryschodek, albo wyparować po uderzeniu pocisku.
    Jeszcze jeden schodek w dół. Teraz tylko głowa spoczywała na schodni, przechylona tak, że tchawica była ściśnięta, a kręgosłup mocno wygięty. Sześć g. Martinez całkowicie stracił wzrok. Prawie nie oddychał. Bez wspomagania farmaceutycznego Terranin nie mógł przy grawitacji większej niż sześć i pół zachować świadomości. Martinez musiał odsunąć się od schodów, bo inaczej ciężar głowy złamałby mu kark.
    Desperacko próbował się odepchnąć, szukał dłońmi i piętami przyczepności na ceramicznej podłodze, walcząc z ciężarem, który go przygwoździł jak srebrna szpila przykuwa owada do korkowej tablicy. W czaszce miał wiry. Z wysiłkiem nabierał powietrza. Napinając wszystkie mięśnie, lekko się uniósł.
    Jego głowa spadła ze schodów i uderzyła o podłogę. Poprzez ból i fajerwerki strzelające w czerni mroku poczuł przypływ triumfu.
    Ciążenie nadal rosło. Martinez walczył o zachowanie świadomości.
    Przegrał.

* * *

    Gdy się obudził, zobaczył okno, a za oknem zielony krajobraz. Dwie kobiety w przezroczystych fartuchach wpatrywały się w prawie nagiego mężczyznę, który unosił się na zdumiewająco błękitnym niebie, obserwowany przez wyniosłego orła. Poniżej, na trawie, pies i małe futrzaste zwierzątko o długich uszach z ciekawością zerkały na lewitującego mężczyznę.
    Martinezowi wydawało się, że mężczyzna nie jest sam. On, Martinez, też się unosił.
    Serce łomotało mu w piersi jak popsuty silnik. Ostry ból przeszywał głowę i całe ciało. Zamrugał, żeby usunąć pot z oczodołów.
    Mężczyzna nadal lewitował, i to tak niesamowicie spokojnie, jak gdyby codziennie to robił.
    Wreszcie Martinez uświadomił sobie, że ulega złudzeniu i patrzy na malunki trompe l’oeil, które Montemar Jukes umieścił gdzieniegdzie w korytarzach.
    Silniki były wyłączone, a on, teraz nieważki wisiał naprzeciw obrazu.
    Rozejrzał się. Schodnia prowadząca do sterowni znajdowała się w odległości kilku metrów. O ile mógł się zorientować, bitwa czy inna przyczyna alarmu jeszcze się nie skończyła.
    Machając rękami, zmienił kierunek i odbił się jedną stopą od lewitującego mężczyzny. Rzucił się w korytarz, amortyzując uderzenie ramionami — poczuł ból w prawym nadgarstku — a potem wykonał skok na rękach w stronę schodni.
    Uderzył stopami w szczeble, potem zgiął się i ponownie skoczył, tym razem we właz na szczycie schodów.
    Stąd już było niedaleko do ciężkiego luku sterowni. Drzwi zbrojone przeciw eksplozji i promieniowaniu, zostały zamknięte, gdy tylko wszczęto alarm. Martinez wisiał przed śluzą i lewą dłonią trzymał rączkę we framudze drzwi, a prawą uderzał w panel komunikatora.
    — Tu kapitan! — krzyknął. — Otworzyć drzwi!
    — Czekać — usłyszał głos Mersenne'a.
    Czekać? Martinez był oburzony. A kimże jest ten czwarty porucznik? Zasmarkany kadet!
    — Wpuść mnie do sterowni! — warknął.
    — Czekać. — To irytujące słowo wypowiedziano bezbarwnym tonem, jakby Mersenne miał ważniejsze rzeczy na głowie niż wykonanie rozkazu kapitana.
    Może i miał. Może całą uwagę poświęcał sytuacji kryzysowej.
    A ileż to skupienia wymaga otwarcie tej cholernej śluzy?
    Martinez czekał, zaciskając zęby. Kostki palców obejmujących uchwyt pobielały. Nagle podpłynął do niego porucznik Husayn. Krew kapiąca mu z nosa miała kształt idealnych kul; niektóre z nich przylgnęły mu do wąsów. Miał rozciętą wargę.
    Nie nadano wcześniej przepisowego sygnału ostrzegającego przed zwiększoną grawitacją ani potem, przed zerową grawitacją. Prawdopodobnie nie było czasu, by wydać odpowiednie rozkazy. Martinez zastanawiał się, ilu rannych opatruje teraz doktor Xi.
    Czekał prawie minutę, wreszcie śluza otworzyła się z cichym sykiem. Odepchnął się od uchwytu i popłynął ku klatce dowodzenia.
    — Obejmuję dowództwo! — krzyknął.
    — Kapitan Martinez obejmuje dowództwo! — potwierdził z ulgą Mersenne i już dryfował z klatki dowodzenia na swoje zwykłe stanowisko przy displejach silników.
    Płynąc do klatki akceleracyjnej, Martinez rozejrzał się po sterowni. Wachtowi wpatrywali się w swoje displeje, jakby oczekiwali, że wychynie stamtąd jakiś pazurzasty stwór.
    — Atak pocisków, milordzie — zameldował Mersenne, gdy Martinez dotarł do klatki. Klatka kiwnęła się, gdy zgiął się jak scyzoryk i włożył do środka nogi. — Przynajmniej trzydziestu. Przepraszam, że nie wpuściłem pana do sterowni, ale nie chciałem rozhermetyzować drzwi, dopóki nie miałem pewności, że załatwiono wszystkie pociski. Nie chciałem narażać całej załogi sterowni na promieniowanie, gdyby niebezpieczeństwo nie zostało jeszcze całkowicie zażegnane.
    Wprawdzie było to irytujące, ale Martinez musiał przyznać, że Mersenne ma rację.
    — Są jakieś straty? — spytał.
    — Nie, milordzie. — Mersenne podpłynął do fotela obok oficera, który trzymał panel silników, i wspiął się na niego, a potem zablokował przed sobą displeje silników. — Gdy tylko dostrzegliśmy nadlatujące pociski, wykonaliśmy rozlot, ale gdy osiągnęliśmy osiem g, nastąpiło wyłączenie silnika.
    — Jak to „wyłączenie silnika”?
    — Silnika numer jeden. Automatyczne procedury bezpieczeństwa wyłączyły dwa pozostałe, nim przeszedłem na ręczne sterowanie. Spróbuję znów włączyć silniki dwa i trzy, a potem sprawdzę, co stało się z silnikiem jeden.
    Teraz Martinez zrozumiał, dlaczego nagle zaczął się unosić: silniki same się wyłączyły, i to w środku bitwy.
    Ściągnął displeje znad głowy, umocował je przed sobą i zaczął analizować raport z bitwy.
    Naksydzi nie przeprowadzili ataku w układzie Osser — tak jak przewidywała Chandra w swoich manewrach. Czekali, aż siły Chen skierują się do następnego układu Arkhan-Dhog, gdzie gorącą i wilgotną planetę Arkhan zamieszkiwało pół miliarda ciepłolubnych Naksydów, a zlodowaciałą Dhog — miliard futrzastych Tormineli.
    Siły Chen nie natknęły się w Osser na żaden obiekt, który należałoby ostrzelać, a w układzie Arkhan-Dhog panował niewielki ruch. Naksydzi wiedzieli, że siły Chen nadciągają, i kierowali wszystkie zdolne do lotu statki na inne trasy.
    Wywołało to sporo zamieszania w gospodarce rebeliantów. Statki — a były ich setki — uciekające przed Chen musiały korzystać z dalekich objazdów, towary psuły się w portach, a wiele gałęzi przemysłu kulało z braku dostaw.
    Siły Chen już od dwóch dni leciały w układzie Arkhan-Dhog, gdy Naksydzi podjęli próbę wymazania ich z nieba. Nieoczekiwanie pojawiły się sygnały wrogich laserów szperających. Mersenne natychmiast wydał rozkaz „na stanowiska bojowe”, a „Prześwietnemu” kazał jak najszybciej odlecieć od pozostałych statków. „Prześwietny” nie zdążył zająć nowej trajektorii, gdy operatorzy czujników dostrzegli krótkie żagwie, co oznaczało, że nadlatujące pociski w ostatniej chwili dokonują korekty kursu.
    Większość pocisków trafiła w rój wabików lecących przed siłami Chen, ale kilka przedostało się przez zasłonę; mogły uderzyć w samą eskadrę, ale zostały zniszczone przez broń obrony bezpośredniej. Wtedy silnik numer jeden „Prześwietnego” wyłączył się i krążownik zboczył z kursu — to właśnie wtedy kapitan boleśnie poobijał się w korytarzu i stracił przytomność.
    Bitwa w Arkhan-Dohg trwała nieco mniej niż trzy minuty, licząc od pierwszego alarmu aż do zniszczenia ostatniego nadciągającego pocisku.
    — Jedna usterka w baterii obrony bezpośredniej — raportował Husayn ze stanowiska broni. — Trzecia armata antyprotonowa popsuła się po oddaniu strzału.
    — Jak przy Harzapid — mruknął Mersenne.
    — Ile wabików mamy w wyrzutniach? — spytał Martinez.
    — Trzy, milordzie.
    — Natychmiast je wystrzel. Wabiki muszą lecieć przed eskadrą na wypadek, gdyby Naksydzi przeprowadzili powtórny atak.
    Załoga sterowni nie wydawała się zachwycona tą możliwością.
    — Wabiki, milordzie. Wyrzutnie wolne. Wabiki działają normalnie na rakietach chemicznych do punktu bezpiecznej odległości.
    — Uzupełnij wyrzutnie następnym zestawem wabików — dodał Martinez.
    Załoganci z podstawowej obsady sterowni wlatywali przez śluzę i spokojnie zajmowali swoje stanowiska. Przybył Alikhan ze skafandrem próżniowym Martineza. Martinez nie miał czasu się przebierać, więc polecił ordynansowi, by włożył skafander do szafki, a potem stawił się w hangarach uzbrojenia.
    — Zacząłem odliczanie dla silników dwa i trzy — raportował Mersenne. — Mamy dwadzieścia jeden i jeszcze pięć minut.
    — Kontynuować.
    — Milordzie, silniki antymaterii dla wabików włączone — zameldował Husayn. — Wszystkie wabiki manewrują normalnie.
    — Milordzie, „Sędzia Arslan” pyta o nasz stan — poinformował sygnalista Roh.
    — Powiedz im, że mieliśmy przedwczesne wyłączenie silnika — dyktował Martinez. — Powiedz, że nie spodziewamy się długofalowych problemów.
    — Tak jest, lordzie kapitanie. Aha, dowódca eskadry Chen chce z panem mówić.
    — Przełącz na mój panel.
    — Tak jest, lordzie kapitanie.
    Martinez nie włożył opiętego czepka ze słuchawkami, wirtualną siatką i czujnikami medycznymi, więc teraz głos Michi dochodził z displeju i wszyscy w sterowni słyszeli rozmowę.
    — Kapitanie Martinez, co się, do diabła, stało?
    Martinez opisał pokrótce sytuację. Michi słuchała ze skupieniem na twarzy.
    — Bardzo dobrze. Wydam rozkaz, by reszta eskadry zajęła pozycje obronne wokół nas, aż znów będziemy sterowalni.
    Martinez skinął głową.
    — Pozwolę sobie zaproponować, by wydała pani również rozkaz wystrzelenia dodatkowych wabików.
    — Porucznik Prasad już się tym zajęła. — Michi pochyliła głowę, spoglądając uważniej w swój displej. — Kapitanie, wygląda pan tak, jakby przebiegło po panu stado bizonów.
    — Podczas przyśpieszenia rzucało mną w zejściówce.
    — Dobrze się pan czuje? Czy mam przywołać doktora Xi?
    — Jestem pewien, że ma dużo pracy gdzie indziej.
    Michi skinęła głową.
    — Niech pan ustali, kto pomalował nas laserem. I wysadzić go w cholerę.
    — Tak jest, milady.
    — Zlikwidować również stacje wormholowe. Nie zamierzam tolerować tego, że nas tropią i wskazują wrogom.
    „To barbarzyństwo” oświadczyła kiedyś Michi, gdy po raz pierwszy wspomniała o ewentualnym zniszczeniu stacji wormholowych. W przeszłości sporadycznie uciekała się do tego, gdy było to konieczne, aby utrzymać informacje o ruchach sił Chen w tajemnicy, ale przeważnie zostawiała stacje w spokoju.
    To przełomowy moment — pomyślał Martinez. Nic tak nie likwiduje naszych subtelnych skrupułów jak ostrzał.
    Na displeju pojawił się pomarańczowy znak końca transmisji — Michi przerwała połączenie.
    — Czujniki, czy laser nadal w nas trafia? — spytał Martinez. — Nie, milordzie — odparł Pan. — Wyłączył się, jak tylko zniszczyliśmy ostatni pocisk, a ponieważ ich informacja jest ograniczona prędkością światła, nie wiedzą, co się tu stało. Zatem musieli być wcześniej uprzedzeni, by dokładnie wiedzieć, gdzie nas oświetlić i kiedy przestać.
    — Uzyskał pan namiary?
    — Gdybym się skomunikował z pozostałymi statkami i przeprowadził triangulację, bardzo by mi to pomogło.
    — Wykonać. — Martinez zwrócił się teraz do Husayna. — Broń, cel: stacje wormholowe jeden, dwa i trzy. Zniszczyć wszystkie, po jednym pocisku na każdą. Nie czekać na moje indywidualne rozkazy, po prostu w całości wykonać.
    — Tak jest, lordzie kapitanie.
    Martinez przez chwilę unosił się w uprzęży, rozmyślając nad rozkazem, który właśnie wydał. To rzeczywiście barbarzyństwo. Stacje wormholowe nie tylko podtrzymywały łączność między planetami, ale dbały również o stabilność wormholi, utrzymując w równowadze przemieszczające się w obu kierunkach masy.
    Arkhan-Dohg został więc skutecznie zablokowany. Blokada będzie trwała do czasu wybudowania nowych stacji, które potem należy jeszcze zaopatrzyć w kawały materii wielkości asteroidy, używane do zapewniania stabilności wormhola. Może się zdarzyć, że do Arkhan-Dhog zawita jakiś statek handlowy dopiero wiele wieków po zakończeniu wojny.
    — Milordzie, jedna minuta do włączenia silnika — zameldował Mersenne.
    — Wstrzymać na dziesięć sekund. — Po chwili wahania Martinez dodał: — Czy możemy bez problemów lecieć dalej na dwóch silnikach?
    — Tak, milordzie — stwierdził Mersenne pewnym tonem.
    — Pociski wystrzelone i lecą na rakietach na paliwo chemiczne — zameldował Husayn. — Wyrzutnie wolne.
    — Roh, połącz mnie z dowódcą eskadry.
    — Tak jest, milordzie.
    Na displeju Martineza ukazała się twarz Idy Li.
    — Ma pan wiadomość dla lady Michi?
    — Tylko to, że za niecałą minutę włączymy dwa silniki. Czy lady dowódca ma dla nas kurs?
    — Proszę czekać.
    I Obraz zniknął z ekranu, a po chwili pojawiła się Chandra Prasad.
    — Wysyłam teraz współrzędne kursu na stanowisko waszego pilota. Przyśpieszenie jedna dziesiąta g do czasu, aż będziemy pewni, że silniki znów się nie wyłączą.
    — Rozumiem. Mersenne, ogłoś alarm przyśpieszeniowy.
    Przez kilka chwil panowało autentyczne napięcie w oczekiwaniu na koniec odliczania, a potem do sterowni dotarł odległy hałas i lekki odrzut — klatki akceleracyjne zaczęły się powoli kiwać, aż zatrzymały się w martwym punkcie. Komputery skorygowały kąt ciągu — wyznaczyły go dla dwóch silników, zamiast dla trzech. Przyśpieszenie stopniowo wzrastało, aż osiągnęło stałą wartość jednego g.
    — Praca silników w normie — zameldował Mersenne.
    — Bardzo dobrze.
    — Milordzie, wyśledziliśmy źródło tego lasera tropiącego — zakomunikował Pan. — Był na stacji trzy przy Arkhan.
    Wokół Arkhan, planety z niezbyt liczną populacją, nie krążył pełny pierścień akceleracyjny, były natomiast trzy geostacjonarne stacje przywiązane linami windy do równika planety. Do stacji jeden przyczepiony był średnich rozmiarów akcelerator — to tak, jakby złotą taśmę przymocowano do diamentu.
    — Husayn, skieruj jeden pocisk na stację trzy — powiedział Martinez.
    Naksydzi nie mają prawa być zaskoczeni wystrzeleniem pocisku — pomyślał. Siły Chen wyraźnie dały do zrozumienia, że zniszczą wszystko, co do nich strzela — statek, stacja czy pierścień.
    Przynajmniej nie jest tak jak z Bai-do, nie muszę spuszczać całego pierścienia, miliardów ton masy, w atmosferę gęsto zaludnionej planety.
    Miał nadzieję, że przed ostrzałem Naksydzi ewakuowali ze stacji tysiące cywilów. Miał jednak powody, aby przypuszczać, że tego nie zrobili. Zorientował się, że Naksydzi nigdy nie przygotowywali planu B; gdy plan A się nie sprawdzał, próbowali go wdrożyć od nowa, ale staranniej.
    — Milordzie, jest wiadomość od sprzętowca Jukesa — poinformował Roh.
    — Tak? — Martinez nie domyślał się, o co artyście może chodzić.
    — Prosi o pozwolenie wejścia do pańskiej kwatery, by sprawdzić, czy malowidła nie są uszkodzone.
    Martinez stłumił uśmiech. Obrazy oprawione były w zaawansowane inteligentne ramy, które chroniły je podczas przyśpieszania. Jukes nie mógł się jednak powstrzymać, miał swoje wyraźne priorytety: chronić dzieło warte osiemdziesiąt tysięcy zenitów.
    — Udzielam pozwolenia.
    — Milordzie, znalazłem przyczynę wyłączenia silnika — powiedział Mersenne, gdy pocisk został wystrzelony.
    — Mianowicie?
    — Zawiodła wysokociśnieniowa pompa powrotna z pierwszego wymiennika ciepła. Spowodowało to ciąg zjawisk, które doprowadziły do całkowitego wyłączenia silnika.
    — Zawiodła? — dopytywał się Martinez. — Co pan ma na myśli, mówiąc „zawiodła”?
    — Nie potrafię tego stwierdzić z panelu. Ale gdy pompa z jakiegoś powodu zawiodła, zawór w układzie rezerwowym nie otworzył się, a to spowodowało wyłączenie silnika. Komputer nie miał stuprocentowej pewności, że zdoła utrzymać równowagę statku, gdy tylko dwa silniki dają pełne przyśpieszenie ośmiu g, więc wyłączył również pozostałe silniki.
    — Jasne. Dziękuję, Mersenne.
    To wymaga zbadania — pomyślał. Gdy tylko odwołają alarm, pójdę prosto do sekcji silników i sprawdzę, co się stało.

* * *

    — Oszustwo w logach! — Martinez wpadł w szał. — Oszukiwaliście w logach, chcąc ukryć fakt, że nie dokonano wymiany części zgodnie z harmonogramem! W efekcie naraziliście statek na niebezpieczeństwo.
    Główny sprzętowiec Francis wpatrywała się obojętnie w ścianę nad głową Martineza i nic nie mówiła.
    — Przecież wielokrotnie was ostrzegałem. Nie domyślaliście się, co was czeka, gdy przyłapię was na czymś takim?
    Gotowała się w nim wściekłość, napędzana strasznym bólem głowy i nadgarstka. Po raz pierwszy w swej karierze zrozumiał, jak to jest, gdy oficer wykorzystuje swój paradny nóż: wyjmuje z pochwy sierpowate ostrze i podrzyna podwładnemu gardło.
    Dowody przeciw Francis były wyraźne. Wielka lśniąca pompa turbinowa, która miała za zadanie odbierać chłodziwo z wymiennika i przekazywać je do silnika numer jeden, została przez Francis i jej zespół częściowo zdemontowana. Prosta komora o metalowych ścianach cuchnęła chłodziwem, które zmoczyło buty i mankiety spodni Martineza. Precyzyjnie zbudowana turbina, stanowiąca serce pompy, rozpadła się, kawałki poleciały z prądem i zatkały zawór awaryjny, który miał odciąć dopływ chłodziwa w razie problemów z pompą. Gdy pierwszy zawór został odblokowany, drugi — który miał otwierać układ zapasowy — odmówił otwarcia się, co skutkowało automatycznym wyłączeniem silnika.
    Trudno było zrozumieć, jak tak ważna pompa mogła ulec tak katastrofalnej awarii. Pompy i inne kluczowe elementy celowo tak konstruowano, by mogły przetrwać znacznie dłużej niż wskazywał oficjalny okres ich żywotności. Pompa uległa całkowitemu zniszczeniu tylko dlatego, że zaniedbano rutynowych konserwacji.
    Ostatnim gwoździem do trumny głównego sprzętowca była niezgodność dwóch liczb: numeru seryjnego pompy i numeru zapisanego w logu 77-12. Według Martineza liczba w logu była czystą fikcją.
    — Sprzętowiec drugiej klasy Francis, proponuję, żeby pani załoga pilnie zajęła się wymianą pompy.
    Oczy Francis błysnęły i Martinez zobaczył, jak napinają się jej policzki, gdy zacisnęła szczęki na wiadomość o degradacji.
    Martinez zwrócił się teraz do Marsdena, który ostrożnie postawił stopy na ciemnej plastikowej kratce, by nie ubrudzić sobie butów chłodziwem.
    — Kto jest teraz najstarszym sprzętowcem?
    — Sprzętowiec pierwszy Rao. — Marsden nawet nie musiał sprawdzać w swojej bazie danych.
    Martinez znów odwrócił się do Francis.
    — Rozkażę nowemu szefowi wydziału, by sprawdził wszystkie wpisy w 77-12. Chyba nie są nam potrzebne dalsze tajemnicze awarie.
    Francis nic nie odrzekła. W wilgotnym powietrzu jej skóra była mokra i krople potu ściekały jej po obu stronach nosa.
    — Ma pani prawo oprotestować degradację, ale na pani miejscu bym tego nie robił. Gdyby dowódca eskadry Chen dowiedziała się o wszystkim, prawdopodobnie by panią udusiła.
    Odmaszerował, rozchlapując chłodziwo butami. Jego głowa i nadgarstek pulsowały bólem przy każdym kroku. Marsden szedł za nim, stawiając nogi znacznie ostrożniej.
    Potem Martinez zajrzał do komory pocisków. Gulik i Husayn sprawdzali bebechy wyrzutni antyprotonów, która miała awarię podczas ataku Naksydów. Wyjęli z wieżyczki cały mechanizm i wymienili go, a teraz przeprowadzali analizę — rozłożyli poszczególne części na sterylnej płachcie rozpostartej na pokładzie.
    Na jego widok Gulik stanął na baczność i uniósł wysoko brodę. Pod pachami miał ciemne plamy, pot spływał mu po twarzy. Ostatnio Martinez widział go tak zdenerwowanego podczas inspekcji kapitana Fletchera, który maszerował wtedy przed zespołem Gulika, a nóż pobrzękiwał mu u pasa.
    Zastanawiał się, czy dotarła tu już wiadomość o tym, co spotkało Francis. Podoficerowie połączeni byli nieoficjalną siecią komunikacyjną. Martinez traktował ją ze zrozumiałym szacunkiem, ale nie sądził, by działała aż tak błyskawicznie. Może Gulik zawsze zachowuje się nerwowo w obecności wyższych oficerów?
    A może ma nieczyste sumienie?
    Wywołał log 77-12 na swój displej mankietowy i w milczeniu sprawdzał numery seryjne. Zgadzały się, czyli Gulik przynajmniej nie oszukiwał w logu.
    — Czy wiadomo, co się stało? — spytał.
    — Wtryskiwacz elektronów jest zapchany, milordzie — odparł Gulik. — To dość częsta awaria, zwłaszcza w tym modelu.
    Ponieważ antyprotony jechały na promieniu elektronowym, który zapobiegał ich rozproszeniu przed trafieniem w cel, wtryskiwacz elektronów był krytycznym elementem układu.
    — Przeprowadzę dalsze testy — oznajmił Gulik — ale to chyba sprawa tolerancji. Części są bardzo precyzyjnie wykonane, a tkwią w wieżyczce, narażone na ekstremalne temperatury, promieniowanie kosmiczne i co tam jeszcze. Normalnie wieżyczki są wciągnięte, ale teraz utrzymujemy systemy obrony bezpośredniej w pełnej gotowości i wieżyczki są eksponowane. Krytyczne parametry bardzo łatwo mogą się rozregulować.
    Martinez przypomniał sobie, co usłyszał w sterowni.
    — Więc to nie było to samo, co przy Harzapid? — spytał.
    Gulik drgnął.
    — Zdecydowanie nie, milordzie — odpowiedział za niego Husayn.
    Martinez wyczuł, że właśnie umyka mu jakaś ważna sprawa, ale nie wiedział, dlaczego jest taka ważna.
    — A jak to było przy Harzapid? — spytał.
    Na chwilę zapadła cisza, gdy Husayn i Gulik wrócili myślami do wydarzeń z przeszłości. Najwyraźniej nie mieli dobrych wspomnień.
    — Fatalnie, milordzie — odparł Husayn — przeważaliśmy liczebnie nad Naksydami pięć do jednego, więc blefując, próbowali wymusić na nas kapitulację. Zajęli dowództwo pierścienia i kazali nam wszystkim ustąpić. Ale dowódca Floty, Kringan, zorganizował grupę do ataku na dowództwo Pierścienia i rozkazał lojalnym eskadrom, by przygotowały walkę z bliska bronią antyprotonową.
    — Kiedy statek był w doku, nikt tam nie trzymał antyprotonów; wie pan, jakie są wrażliwe. Wysłano więc porucznika Kosinica z oddziałem, żeby przynieśli butle do antyprotonów. Przynieśli, ale gdy je podłączyliśmy do zasilaczy antymaterii, okazało się, że są puste.
    — Puste? — Martinez spojrzał na niego, zdziwiony.
    — Naksydzi musieli dostać się do naszej przechowalni i podmienić pełne butle na puste. Na rozkaz dowódcy eskadry Kosinic udał się po butle na „Władczego”, który cumował obok nas, ale nagle zaczęła się strzelanina. Wtedy trafiono w śluzę stacji i Kosinic został ranny.
    Na twarzy Husayna pojawił się grymas wściekłości.
    — W ciągu kilku minut bliskiej wymiany ognia Czwarta Flota rozpadła się na kawałki. Wszystkie statki Naksydów zostały zniszczone, ale lojaliści też ucierpieli, a niektóre nasze statki zupełnie się rozleciały. Były tysiące zabitych. Ale Naksydzi do nas nie strzelali! Wiedzieli, że „Prześwietny”' jest bezbronny.
    Głos mu się załamał. Martinez wyobraził sobie scenę w dowództwie: Fletcher wzywa wzmocnienie ogniowe, którego nie ma. Oficer zbrojmistrz — właśnie Husayn — wali wściekle w konsolę. Kosinic ze zdesperowanym oddziałem pędzą rurą dokującą, pchając wózki z butlami antyprotonu. Wybucha bitwa i wszyscy czekają na ostrzał, który rozedrze ich statek i zabije całą załogę. Potem dociera do nich prawda: Naksydzi cisnęli im w twarz straszną zniewagę; wiedzieli, że „Prześwietny” w żaden sposób nie może dać lojalistom wsparcia, więc go zlekceważyli, nawet do niego nie celując.
    To musiała być strasznie frustrująca bezsilność — pomyślał Martinez. Ja podobnie się czułem, przygwożdżony do schodów przez duże przyśpieszenie, gdy mój statek bez kapitana musiał sam walczyć o życie.
    — Kapitan Fletcher odczepił statek od pierścienia — kontynuował Husayn — i manewrował tak, jakby szedł do ataku. Mieliśmy nadzieję, że odciągniemy ogień od innych statków, ale Naksydzi nie reagowali. Trafiliśmy ich naszymi laserami, ale w tych okolicznościach lasery nie mogą wyrządzić takich spustoszeń jak antymateria, a oni… — Husayn znów się wykrzywił — mimo to nas nie atakowali. Obserwowaliśmy bitwę z bocznej linii. Kapitan Fletcher wpadł w szał… Nigdy go w takim stanie nie widziałem, nigdy przedtem nie okazywał emocji.
    — Gdzie była lady Chen, dowódca eskadry?
    — Na planecie, milordzie. Na przyjęciu.
    Martinez wyobrażał sobie, że Michi też nie była zadowolona z tego, co się stało z „Prześwietnym”.
    — Dlatego byliśmy bardzo szczęśliwi, milordzie, że w końcu spuściliśmy Naksydom lanie przy Protipanu — powiedział Husayn. — Dobrze, że się porachowaliśmy.
    — „Prześwietny” dobrze się spisał przy Protipanu — stwierdził Martinez. — Wszyscy bardzo dobrze się spisaliście.
    Przeniósł wzrok na Gulika, który nadal stał sztywno, pot ściekał mu po twarzy, a oczy patrzyły w jakąś wewnętrzną grozę.
    Nic dziwnego, że o tym nie mówili — pomyślał Martinez. Sądził wcześniej, że „Prześwietny” stoczył ciężką zwycięską bitwę u boku innych lojalistów z Czwartej Floty, a krążownik miał po prostu szczęście, że w wojnie nie ucierpiał. Nie wiedział, że „Prześwietny” i jego załoga w ogóle nie uczestniczyli w walce, z wyjątkiem Kosinica, który wraz z małym oddziałem został zaatakowany poza statkiem.
    — Bardzo dobrze — powiedział łagodnie. — Przeprowadzimy serię testowych strzałów i przeglądów, by mieć pewność, że broń nas nie zawiedzie.
    — Tak jest, milordzie.
    — Zatem do dzieła.
    Odchodząc, czuł, jak wielkie oczy Gulika wwiercają mu się w kark; zastanawiał się, na co ten Gulik w zasadzie patrzy.
    Następnie zajrzał do izby chorych, gdzie doktor Xi poinformował go o dwudziestu dwóch załogantach ze złamaniami i o dalszych dwudziestu sześciu, którzy mieli zwichnięcia lub doznali wstrząśnienia mózgu. Wszystkie obrażenia powstały w wyniku nagłego dużego przyśpieszenia. Awaria silnika przypuszczalnie zapobiegła większej liczbie rannych i wypadkom śmiertelnym.
    Xi obejrzał głowę Martineza. Zapisał mu lek na ból oraz środek zwiotczający mięśnie i kazał zażyć przed snem. Potem prześwietlił jego dłoń i znalazł małe pęknięcie w prawej kości grochowatej nadgarstka. Poklepał go po dłoni i zrobił zastrzyk z szybko leczących hormonów oraz dał Martinezowi iniektor z dawkami szybkoleków.
    — Trzy razy dziennie, aż pan wszystko zużyje. Ręka wykuruje się za jakiś tydzień.
    Kapitan obszedł szpitalik, porozmawiał ze wszystkimi rannymi, a potem wrócił do swego gabinetu. Tam czekał na niego Jukes i z zadowoleniem oznajmił, że dzieła sztuki bez szkody przetrwały duże przyśpieszenia. Martinez odesłał go. Nadał oficjalną formę degradacji Francis i zamieścił kilka wściekłych opinii w jej aktach osobowych. Następnie zjadł kolację.
    Poczekał, do uruchomienia pierwszego silnika i upewnił się, że nowa turbopompa pracuje zgodnie ze specyfikacjami. Wreszcie poprosił Alikhana, by przyniósł mu zwyczajowe kakao na dobranoc.
    — Alikhanie, co teraz mówią?
    Ordynans z wielką dezaprobatą patrzył na jego buty ubrudzone chłodziwem silnikowym i błotem z komory wymiennika ciepła.
    — Francis jest wściekła — powiedział. — Planowała odejść na emeryturę po wojnie, a teraz będzie dostawała znacznie mniejszą.
    Martinez trzymał filiżankę z kakao przy nosie i wdychał intensywny słodki zapach.
    — Więc jej współczują? — spytał.
    Alikhan wyprostował się dumnie i wrzucił brudne buty do torby.
    — Pieprzyć ją — rzekł. — Naraziła statek na niebezpieczeństwo. Mógł pan poderżnąć jej gardło i może powinien pan to zrobić. A tak ugodził ją pan w najbardziej bolesne miejsce. U Francis wszystko kręci się wokół pieniędzy.
    — Jasne — odparł Martinez, kryjąc uśmiech. — Dziękuję ci, Alikhanie.
    Połknął środek zwiotczający i wsunął się pod kołdrę. Popijając kakao, patrzył na obraz przedstawiający kobietę, dziecko i kota.
    Dzień po dniu „Prześwietny” coraz bardziej stawał się jego statkiem, a coraz mniej należał do Fletchera, podoficerów czy do Czwartej Floty. Dziś zrobił kolejny istotny krok w tym kierunku.
    Jeszcze parę miesięcy, a statek będzie mi pasował jak ulał pomyślał z przyjemnością.

* * *

    Siły Chen obleciały z dużym przyśpieszeniem słońce układu Arkhan-Dohg i pędem ruszyły do wormholu trzy — kierunek wskazywała im radioaktywna chmura unosząca się w miejscu, gdzie jeszcze niedawno znajdowała się stacja przekaźnikowa. Żaden naksydzki pocisk nie przeszkodził im w drodze.
    Na drugim krańcu wormholu trzy była Choiyn, bogata uprzemysłowiona planeta z pięcioma miliardami mieszkańców. Przy pierścieniu cumowały cztery niedokończone okręty średniej wielkości, duże fregaty i lekkie krążowniki — wszystkie odczepiono i zniszczono wraz z kilkoma statkami handlowymi, które nie zdołały w porę opuścić układu.
    Choć nie groził im żaden naksydzki atak, dla pewności Michi kazała zlikwidować wszystkie stacje wormholowe, żeby nie przekazywały wrogom danych śledzących.
    Czas wypełniały Martinezowi ćwiczenia, inspekcje i drobne sprawy. Rao, następca Francis, skorygował błędy w 77-12; ponowny przegląd nie wykazał żadnych pomyłek.
    Kadet Ankley — który po samobójstwie Phillipsa dostał stanowisko p. o. porucznika — stracił panowanie nad sobą, gdy inwentaryzacja w jego oddziale ujawniła bałagan. Ankleya cofnięto więc w szeregi kadetów, a na jego miejsce awansował kadet Quing.
    Tę porażkę zrównoważył sukces Chandry. Podczas wirtualnych manewrów siły Chen zostały ostrzelane ze wszystkich stron relatywistycznymi pociskami, a ponadto musiały stawić czoła różnorodnym atakom — wrogowie nacierali z wielu kierunków z bardzo zmiennymi prędkościami. Ku ich zaskoczeniu: naksydzka eskadra zastosowała rozlot, naśladując pomysł taktyczny Martineza; siły Chen stoczyły morderczą bitwę, która skończyła się wzajemną anihilacją. Przez pewien czas Martinezowi towarzyszyło bolesne uczucie upokorzenia, ale w końcu doszedł do wniosku, że jeśli wojna potrwa dłużej, Naksydzi na pewno obiorą jego taktykę lub zastosują jakiś nowy trik i Flota musi być na to przygotowana.
    Gdyby tylko mógł coś wymyślić.
    Po Choiyn było Kinawo, układ z żółtą gwiazdą głównego ciągu, wokół której krążył niebiesko-biały towarzysz, tak wściekle radioaktywny, że w całym układzie nie było ani jednej żywej istoty, z wyjątkiem załóg dwóch starannie zabezpieczonych stacji wormholowych. Obie stacje szybko zniszczono. Siły Chen przemierzyły Kinawo w sześć dni, po czym weszły do El-Bin — układu z dwiema zamieszkanymi planetami, jedną intensywnie uprzemysłowioną, drugą pokrytą łąkami, na których pasterze wypasali swe stada.
    El-Bin miał cztery wormhole. Było to ostatnie miejsce, gdzie należało podjąć decyzję, od której będzie zależał wynik wojny.

* * *

    W wieczór poprzedzający tranzyt eskadry przez El-Bin Martinez zaprosił lady Michi na kolację. Kazał, by Perry przeszedł samego siebie i przygotował szynkę, kaczkę w sosie własnym, pierożki z nadzieniem serowym, wędzoną wieprzowinę i zioła. Na powitanie zaproponował Michi koktajle, pikle i serowe awanturki. Michi tego wieczoru wydała mu się inna, bardziej atrakcyjna. Przyjrzał się jej uważniej i doszedł do wniosku, że to zmiana uczesania. Włosy nadal sięgały kołnierzyka, a na czoło opadała równo przycięta grzywka, ale całość była bardziej twarzowa.
    — Zmieniła pani uczesanie, ale nie wiem dokładnie jak.
    Uśmiechnęła się.
    — To Buckie. Już nie należy do kapitana Fletchera, więc postanowiłam skorzystać z jego usług.
    — Wspaniale się spisał. Wygląda pani bardzo dobrze.
    Przygładziła włosy.
    — Teraz, kiedy Buckie należy do zwykłego personelu, zobaczy pan na statku wiele atrakcyjnych osób.
    — Z góry się cieszę.
    Martinez zaproponował Michi honorowe miejsce w kapitańskiej jadalni. Kazał Alikhanowi otworzyć butelkę wina. Wniesiono jedzenie, Narbonne nakładał kolejne potrawy. Michi z podziwem patrzyła na wyjeżdżające z kuchni obfite dania.
    — Nie zachowam dobrego wyglądu, jeśli mam to wszystko zjeść.
    — Byłbym zaniepokojony, gdyby pani wszystko zjadła, ale mogę kazać Perry'emu zapakować to, co zostanie. Na pewno chętnie zdobędzie kilka punktów przewagi nad pani kucharzem.
    — Nie chciałabym, żeby mój kucharz popadł w zły nastrój i postanowił mnie otruć. W każdym razie dziękuję.
    Przy kawie i smażonych lodach zaczęli omawiać poranne ćwiczenia, podczas których Chandra napuściła z dwóch stron na wirtualne siły Chen eskadry Naksydów.
    — Prasad okazuje się przydatna — stwierdziła Michi. — Całkowicie zmieniłam o niej zdanie.
    — Tak?
    — Nim przyjęłam ją do sztabu, sądziłam, że jej nie lubię. Teraz, gdy mam okazję z nią bliżej współpracować, uświadomiłam sobie, że nie lubię jej buńczuczności. — Michi zmarszczyła czoło, aż jej brwi się zetknęły. — Jest ambitna, pozbawiona skrupułów, nietaktowna i źle wychowana. Ale jest cholernie dobra. Nie mogę się jej pozbyć.
    Martinez nie kwestionował tej oceny. Był zadowolony, że oddał Chandrę swojej zwierzchniczce, ale okazanie tego byłoby nietaktem.
    — Współczuję, że jest taka krnąbrna.
    — Ciekawe, co Kosinic w niej widział — powiedziała cicho Michi.
    Martinez utkwił w niej wzrok.
    — Kosinic i Chandra byli…?
    — Tak. To się zaczęło ponad rok temu, gdy Kosinic wszedł do mojego sztabu, a Prasad pracowała w pierścieniu Harzapid. Nie wiem, czy ich związek jeszcze trwał później, gdy Kosinic został ranny, ponieważ wtedy Prasad znalazła się na statku i nawiązała znajomość z kapitanem. — Michi skrzywiła się. — Myślę, że Kosinic nie miał dostatecznej siły charakteru, by się jej oprzeć.
    Martinez udawał, że bardzo go teraz fascynuje filiżanka kawy. Czy Chandra zabija wszystkich swoich byłych kochanków? — pomyślał. Czy wystarczy mu jeden strażnik podczas nocnej wachty?
    — To ciekawe — powiedział.
    Michi uniosła brwi.
    — Tak pan myśli? Według mnie to brudne.
    — Nie ma powodu, żeby nie było i takie, i takie. — Zaskakująca wiadomość o Chandrze i Kosinicu krążyła w jego umyśle, ale po chwili zaczął analizować reakcję Michi. Czyżby durzyła się w swoim młodym protegowanym? Odrzucił jednak te podejrzenia.
    Spojrzał na Michi.
    — Milady, mam pewne pomysły dotyczące taktyki. Delikatny uśmiech zagościł na jej ustach.
    — Tak? A więc ta kolacja ma nie tylko towarzyski charakter?
    — Postanowiłem zorganizować miły wieczór w zamian za możliwość przedstawienia swoich pomysłów, a w zasadzie jednego pomysłu.
    — Dzięki pierożkom jestem wspaniałomyślna. Proszę mówić. Martinez powoli popijał kawę, delektując się jej gorzkim smakiem po słodkim deserze. Ostrożnie odstawił filiżankę na spodek.
    — Chciałbym przedstawić argumenty za atakiem na Naxas.
    — Zastanawiałam się — powiedziała z uśmiechem — kiedy zaproponuje pan atak na stolicę wroga. Sama się ze sobą o to zakładałam.
    — Naksydzi mają pięćdziesiąt okrętów. Wiemy, że czterdzieści trzy uczestniczyły w podboju Zanshaa. Zostaje siedem, przy Magarii i Naxas. Na początku wojny przy Naxas była mała eskadra pięciu statków, i mogę się założyć, że nadal tam jest i że nie została wzmocniona.
    — Siły Chen to siedem statków, choć „Niebiański” został uszkodzony przy Protipanu i nie jest w pełni sprawny. Nasze magazyny są o jedną trzecią uszczuplone, ale mamy nową taktykę, silne morale i tradycję zwycięstwa. Jeden atak na Naxas przytłoczy ich i to może być zwycięskie uderzenie.
    Michi westchnęła.
    — Nie ma pan pojęcia, jak to kusząco brzmi. — Położyła przed sobą na stole dłonie z rozpostartymi palcami. — Ale nie wiemy, czy wrogi rząd jest nadal na Naxas. Równie dobrze mogą być w drodze na Zanshaa.
    — Istnieje takie ryzyko — przyznał Martinez.
    — Ponadto to nie jest tak, że Naksydzi zupełnie nie wiedzą, gdzie jesteśmy. Mogli wysłać wsparcie na Naxas. Nawet jeśli dotrzemy tam pierwsi i pokonamy te pięć statków, mogą przybyć jakieś siły ratunkowe i będziemy zmuszeni do stoczenia następnej bitwy, a tymczasem nasze magazyny będą opustoszałe po poprzedniej walce.
    — Zgoda.
    — Oczywiście mogli też ukończyć budowę niektórych statków i wysłać je na Naxas. A nam może nie dopisać szczęście. Co więcej, moje rozkazy wyraźnie mówią, żeby nie lecieć na Naxas.
    — To prawda. — Martinez skinął głową. Spojrzała spod grzywki prosto w jego oczy.
    — Nie znajduje pan odpowiedzi na te zastrzeżenia?
    Martinez czuł, jak w jego przeponie narasta westchnienie, ale je stłumił.
    — Nie, milady. — Już wcześniej sam rozważał te wszystkie wątpliwości, które były przecież zasadne.
    Michi wydawała się rozczarowana.
    — Miałam nadzieję, że pan znajdzie. Od pewnego czasu ja także myślałam o Naxas.
    Martinez szukał odpowiednich słów.
    — Nie mam żadnych logicznych argumentów — przyznał — tylko wrażenie, że powinniśmy tam ruszyć. Wydaje mi się, że bez większego ryzyka zdołamy zlikwidować ich pięć okrętów. A potem, gdyby Naksydzi się nie poddali, możemy stamtąd odlecieć w drogę powrotną.
    Michi znów spojrzała na swoje dłonie.
    — Nie. Jest zbyt wiele niewiadomych. Dotychczas nasz rajd był bardzo udany. Jeśli nie powiedzie nam się przy Naxas, nie tylko damy Naksydom zwycięstwo — a nasi i tak w żaden sposób nie mogą się dowiedzieć, co się z nami dzieje — ale również zmienimy plan strategiczny Floty. — Spojrzała na niego ciemnymi oczami, w których widać było rozbawienie. — A ponieważ pan jest niedocenionym autorem strategicznego planu Floty, zakładam, że chciałby go pan utrzymać.
    — Tak, milady. — Martinez poczuł skurcz w klatce piersiowej, gdy te rozważania doprowadziły go do nieuniknionych wniosków. — W takim razie — powiedział — czuję się zobowiązany do przedstawienia swojej propozycji: trzeba zrobić Naksydom to, co oni usiłowali zrobić siłom Chen. Przyśpieszyć niektóre pociski do prędkości relatywistycznej i użyć ich do zbombardowania Naxas. Moglibyśmy spuścić im na głowy pierścień.
    Michi znów pokręciła głową.
    — To by nie zakończyło wojny. To by tylko zaostrzyło sytuację. Naksydzi uważaliby, że powinni zastosować tę samą taktykę, a ja nie chcę, żeby pierścienie wokół Harzapid, Zarafan i Felarusa spadły na planety.
    Martinez czuł, jak jego oddech powoli się wyrównuje.
    — Przyjmuję to z ulgą. Uważam, że należało wspomnieć o tej możliwości, ale sercem bym jej nie wspierał.
    — Właśnie. — Michi upiła kawy. — Gdybym miała zniszczyć w ten sposób naszą cywilizację, wolałabym, żeby to się stało na bezpośredni rozkaz zwierzchnika, a nie w wskutek mojej własnej inicjatywy.
    Martinez uśmiechnął się. Czy Michi chętnie wypełniłaby taki rozkaz? — zastanawiał się. W wielu sprawach wykazywała dużą bezwzględność.
    Czuł się nieswojo z tą myślą, ale jego umysł rozwijał dalsze koncepty.
    — Jeśli nie lecimy do ojczyzny Naksydów, sądzę, że powinniśmy zrobić wszystko, by ich przekonać, że lecimy właśnie do Naxas.
    — Ma pan jakiś pomysł, jak przypuszczam.
    — W El-Bin są cztery wormhole. Wejdziemy do układu przez wormhol jeden. Jeśli opuścimy go przez wormhol dwa, znajdziemy się na prostej drodze na Naxas, a wormhol trzy zaprowadzi nas w końcu na Seizho przez Felarus. To bardzo długa droga. W istocie użyjemy wormholu cztery, a to zapoczątkuje pętlę, którą wrócimy do Floty Macierzystej.
    — Naszym obecnym kursem lecimy prawie prosto od wormholu jeden do wormholu cztery. Troszkę pokluczymy, żeby uniknąć ewentualnych pocisków. Jeśli zamiast tego wykonamy pętlę wokół słońca El-Bin, wróg będzie sądził, że chcemy procować do wormholu dwa i do Naxas. I jeśli rzeczywiście wyślą wsparcie dla swojej macierzystej planety, będą tam lecieć z największym przyśpieszeniem, podczas gdy Naxas nic już nie będzie grozić.
    — Zmylić ich jeszcze przez kilka dni — powiedziała cicho Michi. — Tak, przystaję na to.
    Potem rozmowa zeszła na drobiazgi. Wreszcie Michi zaczęła ziewać, wstała i podziękowała za kolację. Odprowadził ją do drzwi. Tu go zaskoczyła: otoczyła go w pasie ręką, złożyła głowę na jego ramieniu i wyszeptała:
    — Gdyby nie był pan mężem mojej bratanicy i gdyby nie to, że ją bardzo lubię, zrobiłabym teraz z pana cudzołożnika.
    Martinez z trudem się powstrzymał, żeby nie otworzyć ust ze zdziwienia.
    — Jestem pewien, że byłoby to zachwycające — powiedział wreszcie — ale w imieniu Terzy dziękuję pani.
    Uśmiechnęła się do niego spod uniesionych brwi i wyszła. Martinez poczekał, aż drzwi się zamkną, a potem ciężko usiadł na najbliższym krześle.
    Wszyscy jesteśmy już za długo na tym statku — pomyślał.

* * *

    Siły Chen kontynuowały podróż. Weszły do układu El-Bin i wykonały zmyłkowe pracowanie wokół gwiazdy. Wszyscy załoganci, przypięci do foteli, byli nieprzytomni podczas hamowania przy dziesięciu g. Nie od razu było jasne, czy ten manewr zmylił dowództwo Naksydów i czy przekierowali swoje statki. Dopiero w Anicha, dwa układy dalej, siły Chen natknęły się na chmarę uciekających w popłochu statków handlowych. Okazało się, że Naksydzi usuwali swoje statki handlowe z rejonu, gdzie miała się rozegrać ostateczna bitwa przy Naxas.
    Siły Chen zniszczyły 131 statków, a kolejne — w następnym układzie, dokąd niektórym udało się uciec.
    Wielka rzeź statków przy Anicha była czymś wyjątkowym. Na „Prześwietnym” panowała na ogół rutyna: inspekcje, ćwiczenia, musztry. Oficerowie zapraszali się wzajemnie na kolacje, ale za ich wesołością czaiło się jakieś znużenie. Wszyscy rozumieli, że już zbyt długo są na statku.
    Martinez stwierdził, że teraz logi 77-12 są bardzo wiarygodne. Korzystając z nich, wiedział wszystko o statku, a ponieważ „Prześwietny” bardzo dobrze spisywał się na manewrach eskadry, coraz rzadziej przeprowadzał kontrole i miał nadzieję, że załoga jest mu za to wdzięczna. Czasami porzucał galową sztywność, przybywał na inspekcję w wojskowym kombinezonie i czołgał się w kanałach kablowych czy tunelach technicznych, czyli tam, gdzie Fletcher nigdy nie zaglądał z obawy, że pobrudzi sobie srebrne lampasy.
    Fletcher doprowadził wszystko do wysokiego połysku, ale w istocie statku nie znał. Mimo częstych inspekcji ledwie się domyślał, jaki jest rzeczywisty stan instalacji i urządzeń. Patrzył tylko na powierzchnię i nigdy nie wiedział, jakie defekty mogą się kryć pod grubą warstwą lakieru.
    Martinez poznawał statek na wylot. Kontrolował wszystkie pompy, wyrzutnie, kable. Zmierzał do tego, by „Prześwietny stał się jego statkiem.
    Ciężko pracował. Ręka mu się goiła. Niekiedy budził się, czując na poduszce widmowy zapach Caroline Suli.
    Od czasu do czasu konferował z Jukesem na temat nowego wystroju „Prześwietnego”. Zaczynał przyzwyczajać się do myśli, że statek będzie jego osobistym krzykliwym sztandarem, zupełnie odmiennym od koncepcji Fletchera.
    Tymczasem Jukes malował jego portret. Chciał stworzyć wizerunek elektroniczny, a potem go wydrukować, ale Martinez zamówił prawdziwy obraz — farba na płótnie — i Jukes łaskawie się zgodził. Ustawił sztalugi w gabinecie kapitana i tam pracował, najchętniej w późnych godzinach.
    Portret, romantyczny i wzniosły, ukazywał Martineza w galowym mundurze z Globem w dłoni i ze wzrokiem skierowanym ponad prawym ramieniem widza. Druga dłoń spoczywała na blacie stołu obok modelu „Korony”. Z tyłu za Martinezem widniało malowidło, na którym „Prześwietny” śmigał w bitwie. Jukes uważał, że obraz w obrazie to sprytny trik. Martinez nie rozumiał dokładnie dlaczego, ale nie podważał kompetencji profesjonalisty.
    Trochę dyskutowali o tym, czy „Prześwietny” powinien być ukazany w swej obecnej postaci, z abstrakcyjnymi różowo-biało-zielonymi wzorami, czy w śmiałych barwach planowanych po wojnie.
    Martinez wahał się, ale w końcu kazał zostawić aktualne kolory. Jeśli zdobędzie w tej wojnie uznanie, dokona tego na „Prześwietnym” w obecnym wystroju, i to właśnie chciał upamiętnić.
    Ponadto dlaczego mam się ograniczać do jednego portretu? — pomyślał. „Prześwietnego” w nowej szacie może uwiecznić innym razem.
    Podczas musztry i inspekcji zauważył, że załoganci wyglądają bardziej atrakcyjnie. Kazakov przyszła kiedyś na obiad z włosami rozpuszczonymi, a nie jak zwykle związanymi w kok z tyłu głowy, i Martinez był zaskoczony, że jest tak przystojna.
    Buckie dokonywał więc magicznych zmian jako stylista i wizażysta. Nawet u elektryka Strode'a fryzura jak spod garnka była teraz kształtniejsza. Martinez wezwał Buckle'a do swojejkabiny i kazał się ostrzyc. Musiał przyznać, że potem wyglądał lepiej.
    Kazał Jukesowi przemalować portret i przedstawić go w korzystniejszej fryzurze.
    Wśród załogi pojawiły się pewne problemy z dyscypliną, bójki i przypadki pijaństwa. Ludzie mieli niewiele do roboty. Wystarczyło ze trzydzieści osób, by przeprowadzić statek z jednego miejsca do drugiego, i trzydziestka zbrojmistrzów na czas walki. Reszta załogi stanowiła rezerwę na wypadek, gdyby w bitwie były ofiary, albo spełniała rolę służących. Przede wszystkim jednak wykorzystywano ich do usuwania awarii. W nagłych wypadkach setki fachowych rąk musiały utrzymać statek na chodzie. W pozostałym czasie oficerowie wyszukiwali załodze rozmaite zajęcia: sprzątanie, polerowanie, uczestnictwo w różnych rytuałach i ceremoniach, wielokrotne powtarzanie zabiegów konserwacyjnych.
    Zarówno oficerowie, jak i załoganci byli coraz bardziej tym wszystkim znużeni.
    Jednak pod tym znużeniem Martinez wyczuwał optymizm. Siły Chen wracały do Floty Macierzystej, a gdy się z nią połączą, ruszą na wroga w Zanshaa i odzyskają stolicę. Nastąpi wtedy koniec wojny, a wraz z nim koniec monotonnego życia.
    Ludzie woleli nawet niebezpieczeństwo spotkania z bezwzględnym wrogiem, niż rutynę i wieczne powtarzanie tych samych czynności.
    Pewnej nocy Martinez popijał kakao, jak zwykle patrząc na matkę, kota i dziecko w czerwonej piżamie. Pomyślał, że ta Święta Rodzina — kimkolwiek byli — miała dość łatwe życie. Mieli swój kominek, łóżka, wygodną mieszczańską odzież, dobrze odżywione i ubrane dziecko, wystarczało im jedzenia, mogli nawet podzielić się z kotem.
    Nic nie wskazywało na to, że muszą się obawiać nieznanych zabójców, przyczajonych za zdobnymi malowanymi ramami, nagłego ataku relatywistycznych pocisków antymaterii czy tego, że sporządzone przez innych raporty są nierzetelne.
    Zaczynał tym namalowanym ludziom zazdrościć ich życia. Byli prości, święci, beztroscy.
    Mieli wszystkie cechy, których nie miał kapitan.

DWADZIEŚCIA DWA

    Martinez przypuszczał, że to nuda spowodowana bezczynnością skłoniła go do ponownego zajęcia się zabójstwami. Kilka dni rozmyślał nad tą sprawą, a potem pewnego, długiego popołudnia poprosił Chandrę do swego gabinetu.
    — Coś do picia? — spytał, gdy dziewczyna zasalutowała. — Mam na myśli kawę.
    — Tak, milordzie.
    — Siadaj.
    Przesunął ku niej po biurku filiżankę na spodeczku, a potem napełnił ją kawą z termosu przygotowanego jak zwykle przez Alikhana.
    W powietrzu rozszedł się mocny zapach kawy. Chandra usiadła i czekała. Martinez popatrzył na jej kasztanowe włosy i błyszczące oczy.
    — Chciałbym cię zapytać o Kosinica.
    Chandra sięgała już po kawę, ale cofnęła dłoń i zamrugała ze zdziwieniem.
    — Czy mogę wiedzieć dlaczego?
    — Uświadomiłem sobie, że cała nasza koncepcja na temat tych zabójstw może być z gruntu niesłuszna. Rozważaliśmy śmierć kapitana Fletchera i próbowaliśmy znaleźć motyw tego zabójstwa. Ale śmierć Kosinica nastąpiła wcześniej, i to ona była przyczyną śmierci Thuca oraz, jak sądzę, również Fletchera. Wobec tego jeśli ustalimy, dlaczego zamordowano Kosinica, wszystkie elementy tej łamigłówki ułożą się same.
    Chandra nachmurzyła się, a potem spojrzała przenikliwie na Martineza.
    — Nie sądzisz chyba, że to wszystko sprawa Phillipsa i sekciarzy?
    — A ty?
    Milczała.
    — Znałaś Kosinica lepiej niż wszyscy. Opowiedz mi o nim. Przyjęła te uwagę bez komentarza, a potem sięgnęła po kawę.
    Zastanawiała się, co powiedzieć, bawiąc się śmietanką w proszku — na „Prześwietnym” już dawno wyczerpały się płynne przetwory mleczne. Pociągnęła łyk, skrzywiła się, znowu popiła.
    — Javier był zdolny — powiedziała w końcu. — Przystojny, młody i prawdopodobnie jak na swą pozycję nieco zbyt ambitny. Miał dwa problemy: pochodził z ludu i nie miał pieniędzy. Parowie akceptują plebejuszy, którzy mają wystarczająco dużo pieniędzy, aby prowadzić życie towarzyskie na wysokim poziomie; będą też tolerować parów bez pieniędzy, ze względu na ich nazwiska. Ale plebejusz bez pieniędzy dostanie tylko anonimowy etat przy biurku, a jeśli już dostanie jakieś dowództwo, będzie to krypa lecąca donikąd i zadanie, którego nie zgodziłby się wziąć żaden par.
    Łyknęła kawy.
    — Ale Javier miał szczęście. Jego raport na temat współdziałania systemów trafił przypadkiem na biurko dowódcy eskadry. Spodobał się jej i wzięła Kosinica do swego sztabu. Javier nie pozwoliłby wymknąć się takiej okazji. Wiedział, że jeśli zrobi odpowiednie wrażenie, Chen może go awansować aż do stopnia kapitana. Tak więc przygotował się na rolę idealnego zdolnego oficera jej sztabu, i właśnie w tym momencie wybuchła wojna i został ranny.
    Chandra westchnęła.
    — Nie powinni byli wypuszczać go ze szpitala. Nie był w formie. Ale wiedział, że dopóki pozostaje w sztabie Chen, ma szansę zrobić w tej wojnie coś istotnego. I oczywiście do tamtego czasu już zdążył wściec się na Naksydów. Chciał ich zabijać. My wszyscy oczywiście też, ale on bardziej.
    — Raniono go w głowę — zauważył Martinez. — Słyszałem, że zmieniła mu się osobowość.
    — Cały czas był wściekły. Twierdził, że to, co zdarzyło się „Prześwietnemu” przy Harzapid, to skutek zdradzieckiego naksydzkiego spisku. Oczywiście miał słuszność, ale likwidowanie spiskowców stało się jego obsesją. To zupełnie nie miało sensu, ponieważ w owym czasie wszyscyNaksydzi na Harzapid byli już martwi, więc jakie to miało znaczenie, który z nich co zrobił?
    Martinez popijał kawę i się zastanawiał.
    — „Prześwietny” to jedyny okręt, który nie mógł uczestniczyć w tamtej bitwie. Czy właśnie to tak wściekało Kosinica?
    — Tak. Odebrał jako sprawę osobistą fakt, że pojemniki antyprotonowe w jego ładunku okazały się atrapą. Oczywiście kiedy go zraniono i kiedy pojechał po następne, stało się to dla niego sprawą jeszcze bardziej osobistą.
    — Pojemniki antyprotonowe były składowane w specjalnym obszarze ładowni?
    — Tak.
    Dokującemu statkowi zazwyczaj przydzielano zabezpieczoną przestrzeń magazynową, gdzie składowano żywność, części zamienne i inne artykuły. Można je tam było dowolnie ustawiać. Opłacało się to bardziej od zlecania sprzętowcom, by znaleźli miejsce dla tych artykułów w ładowniach, gdzie w razie potrzeby nie byłyby tak łatwo dostępne. Statki wyposażone w broń antyprotonową na ogół składowały swoje pojemniki antyprotonów właśnie tam, w bezpiecznie zamkniętych pomieszczeniach, gdyż urządzenia antyprotonowe były bardziej ryzykowne w obsłudze niż stabilny antywodór, wykorzystywany jako paliwo dla silników i pocisków. Nikt nie chciał, żeby jakiś łamaga upuścił sobie na nogę pojemnik antyprotowy.
    — Naksydzi musieli uzyskać kody zarówno do całej przestrzeni magazynowej, jak i do bezpiecznego składu broni antyprotonowej — oznajmiła Chandra. — Nie wiem, jak moglibyśmy teraz dojść, w jaki sposób to zrobili, i nie rozumiem, dlaczego w tej chwili miałoby to mieć jakieś znaczenie. Ale Javier sądził, że to ważne, a jeśli ktoś się z nim nie zgadzał w tej kwestii, po prostu czerwieniał, krzyczał i robił sceny. — Długie linie jej oczu złagodził smutek. — Ciężko było na to patrzeć. Tak zdolny i interesujący młody człowiek po zranieniu zmienił się w krzykacza.
    Ludzie go unikali. Ale na szczęście on również nie lubił ludzi, więc spędzał większość czasu w sterowni pomocniczej.
    — Rzeczywiście, wygląda to nieco na kompleks urojeniowy — powiedział Martinez. — Ale przypuśćmy, że dokopał się do jakiegoś prawdziwego spisku. Zawiązanego nie po to, by pomagać Naksydom, ale w jakimś innym celu.
    Chandra zdziwiła się.
    — I w takim spisku powinien brać udział Thuc, gdyż to właśnie on zabił Kosinica, prawda?
    — Owszem.
    — Ale Thuc był inżynierem, a Javier oficerem sztabowym. Cóż mogli mieć ze sobą wspólnego?
    Martinez nie miał na to odpowiedzi.
    Nagle Chandra pochyliła się w fotelu, w jej oczach błyszczało podniecenie.
    — Czekaj! — powiedziała. — Przypominam sobie coś, co kiedyś powiedział mi Mersenne! Był gdzieś na dolnym pokładzie i zobaczył, jak otwiera się luk i Javier wychodzi spod pokładu, Mersenne spytał Javiera, co tu robi, a ten odpowiedział, że załatwia sprawę dla dowódcy eskadry. Nie wyobrażam sobie jednak, czemu lady Michi miałaby komuś polecić grzebanie w trzewiach statku.
    — Rzeczywiście, to nie leży w sferze jej zainteresowań. Zastanawiam się, czy Kosinic gdzieś zapisał, czego wtedy szukał. — Podniósł wzrok. — Miał cywilny model kompnotesu, a ja nie mam do niego hasła dostępu. Ty chyba też nie masz tego hasła?
    — Obawiam się, że nie. Ale on nie zawsze miał przy sobie kompnotes. Spędzał godziny w sterowni pomocniczej, przy swym stanowisku służbowym, więc jeśli istnieją jakieś zapisy na temat tego, czego szukał, mogą być w dalszym ciągu w logach i możesz…
    Martinez natychmiast pojął, o co jej chodzi, i dokończyli zdanie chórem:
    — …dostać się do nich, stosując klucz kapitański!
    Martineza ogarnęło podniecenie. Rozpiął kołnierz i wyjął klucz kapitański zawieszony na elastycznej taśmie. Wsunął wąski plastikowy klucz do otworu na biurku i wywołał displej.
    Chandra odwróciła się grzecznie, gdy wprowadzał hasło. Wywołał konto Javiera Kosinica i zaczął przeglądać długą listę plików.
    — Czy mogę włączyć display ścienny? — spytała Chandra. — Mogłabym ci pomóc.
    Wywołali displej ścienny i obydwoje rozpoczęli poszukiwania, każde przeglądając inny zestaw plików. Pracowali w milczeniu, jeśli nie liczyć polecenia Martineza, by Alikhan przyniósł im jeszcze kawy.
    Martinez przeglądał plik po pliku, coraz bardziej sfrustrowany. Znajdował tylko rutynową robotę papierkową, opisy manewrów eskadry, które Kosinic opracowywał jako oficer taktyczny. Był tu także niedokończony list do ojca, datowany na dzień przed śmiercią. List nie zawierał ani śladu wściekłości i manii opisywanej przez Chandrę. Zwykły list, ze zwykłymi przyziemnymi szczegółami.
    — Ukrył to przed nami! — wybuchnął w końcu.
    Zacisnął dłoń w pięść. Kapitan też ukrywał swą prawdziwą naturę, jednak on w końcu rozgryzł jego sekret. Kosinica też rozgryzę, przyrzekł sobie.
    — Pozwól, że sprawdzę codzienne zapisy w logu — poprosiła Chandra. — Jeśli popatrzymy na jego zajęcia, może dostrzeżemy tam jakąś prawidłowość.
    Log zamigał na ekranie ściennym i ukazały się automatyczne zapisy wszystkich odwołań Kosinica do komputerowych zasobów statku. Dziesiątki tysięcy odwołań.
    Martinezowi pociemniało w oczach, kiedy spojrzał na długie kolumny danych.
    — Popatrz na to — zauważyła Chandra. Przesunęła kursor i podświetliła jedno z poleceń Kosinica. — Zapamiętał dane w pliku o nazwie „Dane Buntowników”. Czy pamiętasz taki plik?
    — Nie.
    — Jest niewielki. Ma być na jego koncie, w folderze o nazwie „Osobiste”. — Kursor Chandry z drżeniem przesunął się po displeju. — Tu mamy następny zapis w tym pliku. I jeszcze następny.
    Martinez, chociaż wiedział, że pliku tam nie ma, mimo to jeszcze raz zajrzał do osobistego folderu Kosinica, ale niczego nie znalazł.
    — Musiał go usunąć.
    — Albo gdzieś przenieść. Pozwól, że poszukam.
    Przeszukiwanie obszernych zasobów danych statku zajęło około dwunastu sekund.
    — Jeśli plik przeniesiono — zauważyła Chandra — zmieniono mu nazwę.
    Martinez już wywołał pliki logu.
    — Zobaczmy, kto jako ostatni wydał polecenie dotyczące tego pliku.
    Minęło następnych pięć sekund.
    — Plik został usunięty.
    — Przez kogo? — spytała Chandra. Kiedy nie odpowiedział, spróbowała odczytać obrócony do góry nogami tekst na displeju.
    — Kapitan Gomberg Fletcher! — krzyknęła ze zdziwienia. Przez chwilę patrzyli na siebie.
    — Nie przypuszczasz chyba — odezwała się Chandra — że Fletcher brał udział w spisku Naksydów, że Javier to odkrył i Fletcher kazał go zabić?
    Martinez zastanawiał się nad tym chwilę, potem pokręcił głową.
    — Nie wyobrażam sobie, co Naksydzi mogliby zaoferować Fletcherowi, by zechciał zdradzić swój statek.
    Chandra zaśmiała się cicho.
    — Może zaproponowali, że dadzą mu jakiś obraz, którego naprawdę pożądał.
    — Nie, myślę, że Kosinic musiał odkryć kult Narayanistów. Albo odkrył coś jeszcze, co doprowadziło do jego śmierci, a Fletcher ukrył tę informację, by Narayanistów chronić.
    Spojrzał na jaśniejące na biurku dane, zobaczył datę i serce mu podskoczyło.
    — Chwileczkę — powiedział. — Fletcher wymazał ten plik w dniu swojej śmierci. — Obejrzał dokładniej datę. — Wygląda na to, że wymazał ten plik mniej więcej w tym samym czasie, kiedy go zabito.
    Chandra uniosła się w fotelu i nachyliła nad biurkiem. Jej perfumy, głęboki zapach palisandru z wtrąceniami cytrynowymi, poruszyły zmysły Martineza. W oczach dziewczyny szukającej potrzebnych informacji odbijały się wyświetlone kolumny danych.
    — Polecenie usunięcia nadeszło z tego biurka — oznajmiła. — Zabójca siedział w twoim fotelu i usuwał dowody, a trup leżał tuż przy nim na podłodze.
    Martinez przejrzał plik logu.
    — Fletcher zalogował się trzy godziny wcześniej i nigdy się nie wylogował. Prawdopodobnie oglądał plik Kosinica, gdy nadszedł zabójca.
    — Jakie jeszcze pliki oglądał? — Chandra opadła na swój fotel i wydała displejowi ściennemu serię szybkich poleceń. — Tamtego wieczora dokonał wpisu do pliku o nazwie „Hazard”.
    Martinez spojrzał, zdziwiony.
    — Czy Fletcher się hazardował?
    — Nie wtedy, gdy go znałam. — A Kosinic?
    — Nie. Nie mógł sobie na to pozwolić.
    — Wielu ludzi, którzy grają hazardowo, nie może sobie na to pozwolić — zauważył Martinez.
    — Ale nie Javier. Uważał to za słabość i nie sądził, by mógł sobie pozwolić na słabości. — Spojrzała na niego. — Jak ci się zdaje, dlaczego wystawił się na ostre przeciążenia, kiedy miał połamane żebra i uszkodzoną głowę? Nie mógł przyznać się do niemocy i robił, co mógł, by zignorować fakt, że powinien leżeć w szpitalu. — Znów odwróciła się do displeju. — Plik z hazardem został skasowany jednocześnie z javierowym plikiem buntowników.
    Martinez przejrzał pliki, które Fletcher otwierał w ciągu ostatnich dwóch dni przed swoja śmiercią. Meldunki kierowników wydziałów, statystyki z kantyny, meldunki o stanie robota naprawczego, wyłączonego wcześniej z powodu awarii napędu hydraulicznego, meldunki o szkodach, meldunki o dostępnych zapasach… Wszystkie codzienne sprawy dowodzenia.
    Nic niezwykłego, z wyjątkiem tamtych dwóch plików. A one zostały usunięte przez mordercę.
    I, jak odkrył Martinez, bardzo starannie wymazane. Zwykle plik usuwano, przez wymazanie go ze spisu plików, i jeśli to miejsce nie zostało zapisane jakimiś innymi danymi, można go było odzyskać. Dwa brakujące pliki zostały zlikwidowane, a na ich miejscu wpisano ciągi liczb losowych. Odtworzenie zawartości plików było więc niemożliwe.
    — Niech to diabli! — Przez chwilę zabawiał się wizją, że ciska pełną kawy filiżanką i miażdży nią nos jednej z uzbrojonych figur Fletchera. — Byliśmy tak blisko.
    Chandra ponuro patrzyła na displej ścienny.
    — Nadal jest szansa. System jest copewien czas archiwizowany. Automatyczne kopie są zapisywane w pliku tymczasowym i wymazywane po upływie ustalonego czasu. Samych plików już tam nie ma, ale mogły pozostać ich ślady, jeśli niczego w ich miejsce nie napisano.
    — Szanse znalezienia tych plików są…
    — Niekoniecznie znikome. Chętnie podejmę się poszukiwania w chwilach wolnych od innych obowiązków, ale będę potrzebowała lepszego dostępu do systemu niż ten, który mi przysługuje jako członkowi sztabu Chen.
    Podgrzewał kawę i rozważał ofertę Chandry. Jako ktoś związany z obydwiema ofiarami morderstw nadal teoretycznie pozostawała osobą podejrzaną. Z drugiej jednak strony, wydawało się nieprawdopodobne, by w takim przypadku chciała poświęcić swój czas na przeglądanie, ścieżka po ścieżce, obszernych danych statku.
    Oczywiście jeśli nie ma zamiaru przy okazji ukryć własnych przestępstw.
    Myśli Martineza przerwało grzeczne pukanie do drzwi. Podniósł wzrok i zobaczył swego kucharza, Perry'ego.
    — Zastanawiałem się, czy nie chce pan kolacji, milordzie.
    — Och. — Zmusił swój mózg do przeskoczenia na inną ścieżkę. — Może za pół godziny?
    — Tak jest, milordzie. — Perry zasalutował i wycofał się, zamykając za sobą drzwi.
    Martinez powrócił myślami do Chandry i uświadomił sobie, po niewczasie, że może powinien był zaprosić ją na kolację.
    Uzmysłowił sobie również, że właśnie podjął decyzję. Nie sądził, by Chandra kogoś zabiła — nigdy tak nie uważał — a ponadto zgadzał się z Michi, że eskadra bez niej sobie nie poradzi.
    Jeśli chce poświęcić swój wolny czas na polowanie na kompromitujące pliki w bazie danych krążownika i usuwanie ich, niewiele go to obchodziło.
    — Jeśli dasz mi swój klucz — powiedział — zobaczę, czy mogę zwiększyć ci dostęp. — Wgrał jej certyfikat pozwalający na przeglądanie magazynów danych statku i zwrócił klucz. Wetknęła go z powrotem w kurtkę mundurową i obdarzyła prowokacyjnym uśmiechem.
    — Czy pamiętasz, jak ci mówiłam, że będę twoim najlepszym przyjacielem?
    Do świadomości Martineza ponownie dotarł zapach palisandrowych perfum, widok trzech rozpiętych guzików mundurowej kurtki dziewczyny i fakt, że już zbyt wiele miesięcy mieszka samotnie na statku.
    — Tak — powiedział.
    — Cóż, dowiodłam tego. — Zapięła po kolei guziki. — Pewnego dnia dowódca eskadry zapytała mnie, czy mogłeś zabić Fletchera, a ja wybiłam jej ten pomysł z głowy.
    Martinezowi zabrakło słów.
    — Nie powinieneś za bardzo polegać na fakcie, że poślubiłeś córkę lorda Chena. Odniosłam wrażenie, że gdybyś zginął tu w kosmosie, rozwiązałoby to wiele lordowskich problemów. Na przykład znowu miałby córkę, którą można wydać za mąż.
    Martinez rozważył tę sugestię i uznał, że jest niepokojąco prawdopodobna. Lord Chen nie chciał oddać córki, nawet w zamian za miliony, które płacił mu klan Martinezów i jego brat Roland; praktycznie rzecz biorąc, musiał siłą przywlec lorda Chena na ceremonię ślubną. Gdyby można było skazać Martineza na śmierć za zbrodnie — co więcej, za zbrodnie przeciw zarówno Gombergom, jak i Fletcherom — lord Chen prawdopodobnie nie uroniłby wielu łez.
    — To ciekawe — wydusił z siebie w końcu.
    Chandra wstała i nachyliła się nad jego biurkiem.
    — Zwróciłam uwagę lady Michi na fakt, że odegrałeś ważną rolę w naszych jedynych zwycięstwach w wojnie z Naksydami i że nie moglibyśmy się bez ciebie obejść, nawet jeśli byłbyś zabójcą.
    Te słowa przywołały uśmiech na wargi Martineza.
    — Mogłabyś zaliczyć wątpliwości na moją korzyść — oznajmił. — Mimo wszystko mogłem Fletchera nie zabić.
    — Nie sądzę, by w tamtej chwili lady Michi interesowała prawda. Po prostu chciała mieć możliwość zamknięcia sprawy. — Przysiadła na biurku i pogładziła koniuszkami palców jego gładką powierzchnię. W jej oczach tańczył triumfalny ognik. — Zatem jestem twoim przyjacielem, Gareth? — zapytała.
    — Jesteś. — Podniósł wzrok i odpowiedział uśmiechem na jej uśmiech. — A ja twoim, ponieważ kiedy lady Michi próbowała wrobić ciebie w to morderstwo — jak sądzę, ze znacznie bardziej ważkich powodów — odwiodłem ją od tego, używając bardzo podobnych argumentów.
    Zobaczył, jak przez Chandrę, niczym wolna fala przypływu, przetacza się szok.
    — Bezlitosna z niej osoba, co? — spytała wreszcie.
    — To jedna z Chenów.
    Chandra powoli wstała, potem zasalutowała.
    — Dziękuję, milordzie.
    — Proszę bardzo, poruczniku.
    Patrzył, jak odchodzi, trochę chwiejnie, a potem wywołał Mersennego. Gdy pulchny porucznik przybył, Martinez poprosił, by usiadł.
    — Jakiś czas temu — wyjaśnił — zanim dołączyłem do eskadry, zobaczył pan, jak porucznik Kosinic wychodzi z luku dostępu na jednym z dolnych pokładów. Czy pamięta pan przypadkiem, który to był pokład?
    Mersenne zamrugał, kompletnie zaskoczony.
    — Nie myślałem o tym od miesięcy — oświadczył. — Niech mi pan pozwoli się zastanowić, milordzie.
    Mersenne zamyślił się, szczypiąc dolną wargę kciukiem i palcem wskazującym.
    — To był pokład osiem — powiedział w końcu. — Luk cztery, naprzeciw magazynów sprzętowców.
    — Bardzo dobrze. To wszystko.
    Kiedy nadal zaintrygowany Mersenne podniósł się i zasalutował, Martinez dodał:
    — Byłbym zobowiązany, gdyby nie wspominał pan nikomu, że się tym interesowałem.
    — Tak jest, milordzie.
    Jutro, pomyślał Martinez, zarządzę inspekcję pokładu osiem, i jeśli coś tam znajdę, będzie przy tym mnóstwoświadków.

* * *

    Po śniadaniu Martinez zorganizował inspekcję, w czasie której otwarto luk cztery na pokładzie osiem. Spod płyt pokładowych rozległo się jednostajne dudnienie dmuchaw wentylacyjnych. Kapitan wziął kompnotes Marsdena, przecisnął się między dmuchawami i rurą chłodniczą, owiniętą w jaskrawożółty materiał izolacyjny i porównał numery seryjne na dmuchawach z numerami w formularzu 77-12, dostarczonymi przez sprzętowca pierwszej klasy, Rao.
    Numery się zgadzały.
    Martinez przykucnął w ciasnym zakątku i znowu sprawdził numery. Jednak się zgadzały.
    — Kiedy ostatni raz wymieniano te dmuchawy?
    — Tuż przed wybuchem wojny, milordzie. Mają być wymienione dopiero za cztery miesiące.
    Więc to te same dmuchawy, które widział Kosinic, kiedy zszedł tym lukiem. Czego Kosinic szukał, jeśli nie numerów seryjnych?
    Martinez znowu zanurkował w luk i powiódł dłońmi po rurach, przepustach, obwodach elektrycznych. Po prostu na wypadek, gdyby coś tu pozostawiono, tajemniczą wiadomość lub złowieszcze ostrzeżenie. Nie znalazł nic prócz kurzu, który przyprawił go o kaszel.
    Może Mersenne pomylił się co do miejsca, gdzie widział Kosinica.
    Martinez kazał otworzyć kilka pobliskich luków bagażowych. Schodził do wszystkich i ponownie upewniał się tylko, że wszystko jest w porządku.
    Był sfrustrowany, kiedy chwalił Rao za wzorowe prowadzenie dokumentacji i odchodził.
    Po kilku godzinach, gdy jadł późną kolację — kanapki z szynką, zrobione z pozostałości wydanego dla Michi posiłku — w jego mózgu wybuchło wspomnienie.
    „Z Francis, zawsze chodziło o pieniądze”.
    Tak się wyraził Alikhan na temat byłego głównego sprzętowca. Teraz jego słowa wróciły do Martineza.
    Hazard — pomyślał.
    Przeniósł talerz z jadalni na biurko, wywołał displej, a potem korzystając ze swego klucza kapitańskiego, wywołał dane kantyny i sprawdził pliki banku kantynowego.
    W czasie rejsu załodze nie wydawano pieniędzy. Prowadzono elektroniczne konta w banku kantynowym, który, technicznie rzecz ujmując, był oddziałem Banku Imperialnego — tego samego, który emitował pieniądze. Załoga płaciła elektronicznie za wszystkie artykuły nabywane w kantynie, a straty w grach załatwiano bezpośrednimi przelewami z konta na konto.
    Załoga otrzymywała wypłaty co dwadzieścia dni. Martinez spojrzał na konto sprzętowca Francis i zobaczył, że wynosi ono dwadzieścia dziewięć tysięcy zenitów, co wystarczało na zakup posiadłości ziemskiej na prawie wszystkich planetach imperium.
    A to były pieniądze, które Francis trzymała tylko na tym jednym koncie. Mogła mieć więcej pieniędzy w innych bankach, inwestycjach, dobrach.
    Martinez wywołał Alikhana. Ordynansa zdziwił widok Martineza w gabinecie, gdyż spodziewał się go w jadalni.
    — Czy życzy pan sobie, bym zabrał talerz, milordzie? Martinez ze zdziwieniem spojrzał na zabrany z jadalni talerz.
    — Tak — powiedział. — Nie. To w tej chwili nieważne.
    — Tak jest, milordzie.
    — Jakiś czas temu wziąłeś zaliczkę na poczet pensji by spłacić karciany dług.
    Alikhan ostrożnie potaknął.
    — Tak jest, milordzie.
    — Chciałbym wiedzieć, z kim grałeś. Ordynans zawahał się.
    — Milordzie, nie chciałbym…
    — Czy oni oszukują?
    Alikhan przez długą chwile rozważał swoją odpowiedź.
    — Nie sądzę, milordzie. Myślę, że są bardzo doświadczonymi graczami i przynajmniej od czasu do czasu współpracują w grze.
    — Ale grają z rekrutami?
    Martinezowi wydało się, że służący, gniewnie zacisnął usta, zanim odpowiedział.
    — Tak, milordzie. W mesie, co wieczór.
    Hazard był oczywiście naruszeniem regulaminu Floty, ale ten punkt regulaminu nie był egzekwowany zbyt rygorystycznie. Rzadko podejmowano działania, jeśli podoficerowie grali w swojej świetlicy, lub porucznicy w mesie oficerskiej, albo gdy rekruci rzucali kośćmi gdzieś w maszynowni. Były to przestępstwa niewielkie i prawie niemożliwe do wyplenienia. Gry i przekręty hazardowe były we Flocie niemal powszechne.
    Jednak hazard mógł stać się niebezpieczny, kiedy przekraczał granice kastowe. Kiedy podoficerowie grali z rekrutami, pojawiało się nadużycie władzy. Ktoś stojący wyżej w hierarchii mógł wymuszać bezwzględne terminy płatności i karać rekrutów dodatkowymi obowiązkami, a nawet ich bić. Rekrut dłużny swemu szefowi mógł nie tylko stracić wszystkie swoje bieżące pieniądze, ale również przyszłe wypłaty — bezpośrednio je przegrywając albo jako odsetki. Rekruci mogli być zmuszani do innych form spłaty długów: podarunki, świadczenia seksualne, wykonywanie obowiązków podoficerów, a nawet kradzież na rzecz swoich dowódców.
    Siły Chen opuściły Harzapid przed miesiącami i upłyną jeszcze miesiące, zanim „Prześwietny” znajdzie się w doku Floty. Rekrut w garści gangu hazardzistów mógł stracić wypłatę za całą podróż, a niewykluczone, że również całą premię.
    — Kto bierze w tym udział? — spytał Martinez.
    — Cóż, milordzie, raczej nie chciałbym pakować kogoś w kłopoty.
    — Nie pakujesz ich w kłopoty. Oni już są w kłopotach. Ale możesz wykluczyć tych, którzy nie biorą w tym udziału, wskazując tych, którzy udział biorą.
    Zanim logika tego wywodu przebrnęła przez mózg Alikhana, upłynęło kilka sekund, ale w końcu przytaknął.
    — Dobrze, milordzie — powiedział. — Francis, Gawbyan i Gulik organizują gry. Thuc też brał w tym udział, ale już nie żyje.
    — Doskonale. — Martinez odwrócił się do biurka, a potem znowu spojrzał na Alikhana. — Nie chcę, byś komukolwiek wspominał o tej rozmowie.
    — Oczywiście.
    — Jesteś wolny.
    Teraz Martinez wywołał konta Francis, Gawbyana, Gulika i Thuca. Zobaczył, że ich stan wzrastał raptownie każdego dnia wypłaty o sumy znacznie przekraczające wysokość ich pensji. Chyba niemal dwie trzecie ich dochodów przychodziło w formie bezpośrednich przelewów od innych członków załogi. Martinez prześledził te przelewy i znalazł przynajmniej dziewięciu rekrutów, którzy regularnie przekazywali całe swoje pensje starszym podoficerom. Robili to od miesięcy. Inni płacili mniej regularnie, ale jednak płacili.
    Martinez zawrzał gniewem. Jeśli tak bardzo lubicie grywać z rekrutami, może sami powinniście stać się rekrutami — pomyślał.
    Złamie ich. A potem skonfiskuje pieniądze i przekaże je na fundusz rozrywkowy statku albo może na flotowy fundusz pomocy załogantom w potrzebie.
    Sprawdził sumy i zobaczył, że praktycznie rzecz biorąc, Gulik traci pieniądze tak szybko, jak je zarabia. Najwidoczniej zbrojeniowiec był naprawdę oddanym hazardzistą i w końcu przegrywał wszystkie swoje dochody. W tej chwili na jego kontach prawie nic nie było.
    Aromat kawy owiał mu nos. Podniósł wzrok znad rachunków i zobaczył, że ktoś umieścił przy jego łokciu nową filiżankę kawy, a obok talerz świeżo zrobionych kanapek. To Alikhan cicho niczym duch dostarczył jedzenie, a Martinez nawet tego nie zauważył.
    Zjadł kanapkę i wypił filiżankę kawy.
    Zawsze chodzi o pieniądze — pomyślał.
    Ponownie otworzył formularz 77-12, który przeglądał rano i znów spojrzał na numer dmuchaw wentylacyjnych. Cofnął zapisy i zobaczył, że Rao poprawił numer seryjny. Poprzedni, całkowicie fikcyjny, był umieszczony w logu przez Francis.
    Martinez wiedział, że każdy detal na „Prześwietnym” miał swoją historię. Każda pompa, transformator, wyrzutnia pocisków, procesor i każdy przetwarzacz odpadów nadchodziły z długimi i złożonymi zapisami, które zawierały datę ich wytworzenia, zakupienia przez flotę, zainstalowania i daty wszystkich remontów i wymian.
    Martinez wywołał historię dmuchaw na pokładzie osiem. Okazało się, że według zapisów dmuchawy zostały zniszczone razem z „Poszukiwaczem”. Naksydzką fregatą zamieszaną w bunt na Harzapid.
    „Dane Buntowników” — pomyślał.
    Sprawdził historię pompy turbinowej, która zawiodła przy Arkhan-Dohg, i zobaczył, że pompa została usunięta z inwentarza przed trzema laty, zastąpiona nową pompą, prosto z fabryki, i sprzedana na złom.
    Miał suche usta. Nagle zdał sobie sprawę z ciszy w swym biurze, ze spokojnego bicia własnego pulsu, z chłodnego smaku powietrza.
    Już wiedział, kto i dlaczego zabił Kosinica i Fletchera.

DWADZIEŚCIA TRZY

    Członkowie Zarządu Floty wraz z personelem weszli na pokład „Galaktycznego”, który natychmiast wyruszył z pierścienia, by nabrać szybkości potrzebnej w razie przybycia Naksydów do Antopone. Dwie godziny później wystartowały dwa nowiutkie krążowniki. Ich daimongska załoga nie miała doświadczenia, a statki nie otrzymały jeszcze broni. Nie mogły walczyć, musiały więc uciekać.
    Eskadra ośmiu statków naksydzkich odłączyła się od Floty strzegącej układu Zanshaa i skierowała się ku wormholowi Zanshaa dwa ze stałym przyśpieszeniem cztery g. Lecąc w ten sposób, mogły osiągnąć Zarafan w niecałe dziesięć dni.
    Z Zarafan mogliby polecieć dalej do Laredo. Tę trzymiesięczną zwykle podróż mogliby skrócić, gdyby nadal zdecydowali się na duże przeciążenia. Również z Zarafan Naksydzi mogliby skierować się ku wormholowi, który zaprowadziłby ich do Antopone, a stamtąd do Chijimo; mogli też przelecieć przez inny wormhol, a potem przez ciąg jałowych układów do Seizho, skąd powróciliby do Zanshaa.
    Tę ostatnią możliwość uważano za nieprawdopodobną. Gdyby chcieli najechać Seizho, polecieliby bezpośrednio ze stolicy.
    — Uczą się od nas — stwierdził Mondi i poprawił ciemne okulary, którymi chronił oczy dostosowane do nocnego widzenia. — Nasze rajdy muszą być dla nich dotkliwe, skoro sami decydują się na rajd.
    — Ale czy to ich jedyny wypad? — zastanawiał się Pezzini. — To może być manewr mylący. Wytrącą z równowagi naszą obronę, a potem gdzie indziej zorganizują większe uderzenie — na przykład na Harzapid i resztki Czwartej Floty, Lord Chen kontemplujący mozaikę na ścianach — jaskrawe okręty śmigające z wormholi — pokręcił głową.
    — To nie ma znaczenia, milordowie — stwierdził. — Nie mamy statków zdolnych odeprzeć więcej niż jeden rajd, a poza tym Laredo musi być chronione.
    Jestem tylko politykiem, a nie oficerem Floty, myślał, ale nawet ja to wiem. Już sobie wyobrażał serię rozkazów z konwokacji, domagających się, by Flota broniła ich przed Naksydami.
    — Bardzo dobrze. Polecimy lordowi Eino, by przesunął swoje siły w tym kierunku, aby w razie potrzeby bronić konwokacji — oznajmił lord Tork.
    Tork właśnie dyktował ten rozkaz sekretarzowi Zarządu, kiedy zaświergotała jednostka komunikacyjna sekretarza. Przyszła wiadomość od lorda Eino: Flota Macierzysta już jest w ruchu i kieruje się na Antopone.
    Kangas ocenił sytuację podobnie jak Zarząd i doszedł do identycznych wniosków.
    Biuletyny nadchodziły niemal co godzinę, więc lord Chen i pozostali członkowie Zarządu byli dobrze poinformowani o ruchach poszczególnych graczy. Dotarcie do Zarafan — podróż zwykle wymagająca miesiąca — zajęło Naksydom dziesięć dni. Po przybyciu zniszczyli kilka statków cywilnych, którym nie udało się uciec, a potem zażądali poddania planety i spełniono to żądanie. Oczekiwano, że Naksydzi pozostawią jakieś statki w systemie — takie jednostki lojaliści mogliby później zlikwidować — ale Naksydzi zredukowali wściekłe przyśpieszenie i weszli przez wormhol trzy na kurs, który w końcu miał ich doprowadzić do Antopone. Trajektoria wrogiego rajdu stała się obecnie jasna: Zarafan-Antopone-Chijimo, a potem powrót do Zanshaa. To mało ambitne w porównaniu z rajdami w naksydzkim kosmosie, przeprowadzonymi przez Michi, Chen i Altasza. Ale może było to przygotowanie do dalszych działań.
    Teraz, kiedy Kangas wiedział, dokąd zmierza wróg, zwiększył przyśpieszenie i skierował się ku Antopone. Jego statki przecięły trasę „Galaktycznego” i dwóch krążowników, uciekających w przeciwną stronę. Kangas chciał przybyć do Antopone przed Naksydami, by bronić urządzeń stoczniowych na pierścieniu planetarnym.
    Statki Kangasa były gotowe do walki. Pięć ocalałych z Floty Domowej niecierpliwiło się, by pomścić klęskę pod Magarią, a załogi siedmiu statków Do-faqua były pewne zwycięstwa, gdyż już unicestwiły naksydzką eskadrę przy Hone-bar, macierzystym świecie Lai-ownów.
    Kangasowi udało się pierwszemu dotrzeć na miejsce i rozlokować siły między Antopone i nadciągającymi Naksydami. Napastnicy — siedem fregat prowadzonych przez lekki krążownik — natknęli się więc na dwanaście ciężkich krążowników oraz chmary lecących im naprzeciw wystrzelonych pocisków.
    W sali konferencyjnej na „Galaktycznym” Zarząd Floty obserwował bitwę dzięki zdumiewająco dokładnym danym, zebranym przez czujniki na pierścieniu Antopone i wyświetlanym w trójwymiarowych obrazach holograficznych. Złudzenie, że obserwują walkę w czasie rzeczywistym, było idealne, i lord Chen wciąż musiał sobie przypominać, że tak naprawdę bitwa odbyła się przed piętnastoma godzinami. Widzieli pociski wystrzelone w cel, który jeszcze nie wychynął z wormholu, naksydzką eskadrę wchodzącą „na gorąco”, gdy wokół tłukły radary i dalmierze laserowe, a potem gorączkowe salwy przeciwpociskowe i manewry, gdy naksydzki dowódca przebudowywał swą formację.
    — Naksydzi sikają już w portki — powiedział Pezzini z satysfakcją.
    — Nie! — wrzasnął Tork melodyjnym głosem zabarwionym niesamowitymi tonami, jakich lord Chen nigdy wcześniej nie słyszał. Chen wlepił wzrok najpierw w niego, potem w displej.
    — Rozlot — zauważył Pezzini. — I to cholernie wcześnie. Zwarta wiązka statków — siły Kangasa — rozdzieliły się i rozleciały na boki jak powłoka eksplodującej bomby.
    — Kangas mógł właśnie w tej chwili przegrać wojnę — stwierdził Tork głosem brzęczącym gniewem. — Zhańbił tradycję naszych przodków!
    Chen wiedział, że okręty na ogół lecą w sztywnej formacji, która pozwala dowódcy utrzymywać z nimi łączność, ale w pewnej chwili wykonują „rozlot” — oddzielają się od siebie i dzięki temu stanowią bardziej rozproszony cel. Wiedział także, że jego zięć, kapitan Martinez, wymyślił tę nową taktykę w oparciu o zawiłe formuły matematyczne. Lord Tork i inni konserwatywni oficerowie zajadle sprzeciwiali się tym nowym pomysłom.
    — To Do-faq zdemoralizował Kangasa! — powiedział Tork. — To on, wcześniej zdemoralizowany przez Martineza, ćwiczył te innowacje! Dowódca Floty padł ofiarą niebezpiecznej mody!
    — Flota Macierzysta miała przewagę liczebną — zauważył Pezzini. — Kangas tę przewagę zlekceważył. Gdy jego statki są w ten sposób rozdzielone, każdy walczy na własną rękę.
    Chen zachowywał milczenie. Tę bitwę stoczono przed wieloma godzinami — powtarzał sobie w duchu.
    Wrogie siły pędzące naprzeciw siebie szybko zmniejszały dystans. Pociski wyszukiwały się w przestrzeni między walczącymi eskadrami, tworząc puchnące obłoki gorącej plazmy i zakłóceń radiowych. Siły Naksydów zniknęły z displeju, skryte przed czujnikami pierścienia Antopone za wybuchem jakiegoś pocisku. Dalsze pociski pomknęły w lukę między pędzącymi eskadrami i plazmowa zasłona poszerzyła się i zgęstniała.
    W końcu Flota Macierzysta wleciała w zasłonę i znikła, jakby wymazana niewidzialną dłonią.
    — Cholera — zaklął Pezzini raczej bez emocji.
    Nikt inny się nie odezwał. Nawet Tork nie znajdował słów.
    A potem ekran plazmowy zaczął stygnąć stopniowo na displeju holograficznym pojawiały się mrugnięcia przypominające gromadkę świetlików — to Flota Macierzysta, jeden statek po drugim, z żagwiami odwróconymi teraz od planety. Statki hamowały.
    Jeden, dwa, trzy, liczył w duchu lord Chen. Pięć. Osiem! Dziesięć!
    Dziesięć ocalałych statków Floty Macierzystej zwierało teraz rozproszony szyk i zbliżało się do wormholu, który ich przerzuci w stronę Zarafan.
    Naksydów ani śladu.
    — Unicestwiliśmy ich! — krzyknął lord Chen. — To zwycięstwo!
    — Do cholery z Kangasem! — powiedział Tork. — Do cholery! Stracił dwa statki!
    Dopiero trochę później raport dowódcy eskadry, Do-faqa, dotarł do „Galaktycznego”. Flota Macierzysta unicestwiła osiem wrogich statków i straciła dwa swoje.
    A jedną z ofiar był statek flagowy. Lord Eino Kangas zginął, dając Flocie Macierzystej jej jedno, jedyne zwycięstwo.

* * *

    Rankiem wysłano zaproszenia do wszystkich starszych podoficerów. Kapitańskiego zaproszenia na drinka — na godzinę przed kolacją — nie można było odrzucić, nie naruszając zwyczajów służby. Toteż nikt go nie odrzucił. Ostatnia potwierdzająca odpowiedź nadeszła kilka minut po rozesłaniu zaproszeń.
    Dramatyczna próba — myślał Martinez. Kulminacyjna scena.
    Podoficerowie weszli do jadalni mniej więcej jednocześnie: pyzaty Gawbyan z malowniczymi sumiastymi wąsami, ostrzyżony jak spod miski Strode, krzepka Francis, chudy, nerwowy Cho. Niektórych zdziwił widok statkowego sekretarza, Marsdena, z kompnotesem w ręku.
    Goście ustawili się według starszeństwa, najwyżsi stopniem stanęli obok Martineza u szczytu stołu. Gulik był po prawej kapitana, naprzeciw kucharza Yau; następną parę tworzyli Gawbyan i Strode, jeden wąsacz naprzeciw drugiego; potem stały Zhang i Nyamugali. Na końcu stołu stała zdegradowana Francis.
    Martinez chwilę wszystkich obserwował. Francis miała zamyśloną i zatroskaną minę, wzrok kierowała wszędzie, tylko nie na niego. Yau wyglądał tak, jakby z najwyższą niechęcią oderwał się od swej kuchni. Strode patrzył zdeterminowany, jak gdyby czekało go jasno postawione, ale niezupełnie miłe zadanie, Gulik zaś, tak nerwowy w czasie inspekcji, teraz był w niemal radosnym nastroju.
    Martinez uniósł kieliszek. Bladozielone wino kołysało się w ołowiowym krysztale kapitana Fletchera, rzucając na zgromadzone towarzystwo perełki oliwinowego światła.
    — Za Praxis — powiedział.
    — Za Praxis — powtórzyli chórem i wypili.
    Martinez przełknął wino i usiadł. Inni poszli za jego przykładem, z Marsdenem włącznie, który usiadł sam na stronie i przełączył kompnotes na zapis. Uniósł pisak i przygotował się do robienia poprawek w notatnikowej transkrypcji rozmowy.
    — Możecie cały czas sobie dolewać — zapraszał Martinez, wskazując głową rozstawione na stole karafki. — Posiedzimy tu przez pewien czas i nie chcę, by wyschło wam w gardłach.
    Na drugim końcu stołu ozwały się wdzięczne pomruki i dłonie sięgnęły po wino.
    — Przyczyną, dla której to spotkanie może chwilę potrwać — wyjaśnił kapitan — jest fakt, że tak samo jak na ostatnim zebraniu, chodzi mi o prowadzenie dokumentacji.
    Jego goście chwilę milczeli, a potem chóralnie westchnęli.
    — Jeśli chcecie, wińcie za to kapitana Fletchera. Kierował „Prześwietnym” w bardzo osobisty i charakterystyczny sposób. W czasie inspekcji zadawał pytania i oczekiwał, że znacie odpowiedzi, ale nigdy nie pytał o żadną dokumentację. Nigdy nie sprawdzał formularza 77-12 i nigdy nie kazał go sprawdzić żadnemu oficerowi.
    Martinez popatrzył na swój kieliszek i pchnął go lekko kciukiem i palcem wskazującym, ustawiając go na jakiejś wyimaginowanej linii biegnącej przez pokój.
    — Jednak brak dokumentacji stwarza pewien problem. Dla umysłów określonego typu ten brak oznacza zyski. — Poczuł, jak Yau z lewej sztywnieje, a Gulik lekko się wzdryga.
    — Kapitan Fletcher — ciągnął Martinez, starannie dobierając słowa — w końcu wiedział tylko to, o czym mu powiedzieliście. Jeśli to, co mu powiedziano, było do przyjęcia, jak mógł się przekonać, czy nie ściemniacie? Tym bardziej że normy obowiązujące we Flocie wymagają, by sprzęt spełniał z nadwyżką wszystkie rozsądne kryteria jakości. Politycy od stuleci narzekają, że to marnowanie pieniędzy, ale Zarząd Floty zawsze wymagał dużego marginesu niezawodności, i uważam, że miał rację.
    — Oznaczało to jednak — kontynuował — że przy niewielkich dodatkowych zabiegach konserwacyjnych kierownicy działów mogli pozostawiać poszczególne części i nie wymieniać ich przez czas o wiele dłuższy niż nakazująspecyfikacje.
    Po raz pierwszy podniósł wzrok i zobaczył, że Strode patrzy na niego z namysłem, jakby przewartościowywał na nowo wszystkie swoje dotychczasowe opinie o Martinezie. Francis patrzyła prosto przez siebie, siwiejące włosy częściowo zakrywały jej twarz. Cho wyglądał na rozgniewanego. Gulik zbladł. Martinez widział, jak żyła szyjna podoficera pulsuje w rytm tętna. Gdy zobaczył, że kapitan mu się przygląda, sięgnął po kieliszek i mocno pociągnął wina.
    — Jeśli ktoś utrzyma na chodzie stare części i wie, do kogo się zwrócić, może sprzedać części zapasowe i dostanie za to mnóstwo pieniędzy. Takie rzeczy jak dmuchawy, chłodnice i pompy mogą przynieść niezły zysk. Wszyscy chętnie kupią sprzęt Floty. Jest niezawodny, wytrzymały, konstruowany z zapasem. I jest nowy, jeszcze nie rozpakowany.
    Spojrzał na nachmurzoną twarz Francis.
    — Sprawdziłem pompę turbinową, która zawiodła przy Arkhan-Dohg. Wziąłem właściwy numer seryjny, nie ten, który usiłowała mi wepchnąć sprzętowiec Francis, i zobaczyłem, że pompa powinna być wymieniona trzy lata temu. Ktoś ją wykorzystywał długo po terminie, kiedy powinna być sprzedana na złom.
    Martinez odwrócił się do Gulika. Po twarzy zbrojeniowca spływał pot. Wyglądał równie źle, jak tamtego ranka podczas ostatniej inspekcji Fletchera, gdy kapitan szedł sztywno ku niemu z dyndającym u pasa nożem.
    — Sprawdziłem również numer seryjny działa antyprotonowego, które zawiodło podczas tej samej bitwy, i odkryłem, że powinno być wycofane trzynaście miesięcy wcześniej. Mam nadzieję, że nowe działo nie zostało sprzedane komuś, kto chciał je wykorzystać jako broń.
    — To nie ja — zaskrzeczał Gulik i wytarł pot z górnej wargi. — Zupełnie nic o tym nie wiedziałem.
    — Ktokolwiek to zrobił — podjął Martinez — nie miał zamiaru narażać statku. Nie prowadziliśmy wojny. „Prześwietny” dokował w Harzapid od trzech lat i nawet nie zmienił miejsca postoju. Ciężki sprzęt wędrował cały czas ze statku i na statek, przez zamknięte pomieszczenie magazynowe, gdzie można było go zamienić bez zwracania czyjejkolwiek uwagi. By uruchomić ten system, potrzeba było dostępu do magazynu. Również trzeba było korzystać z usług pierwszorzędnego mechanika z kompletnie wyposażonym warsztatem, by wyremontować stary sprzęt przed jego zainstalowaniem.
    Strode odwrócił się i popatrzył na mistrza mechanika. Zaciśnięte wargi Gawbyana tworzyły na jego mięsistej twarzy cienką linię. Wąsy ułożyły się niczym kły. Wielką dłoń o tłustych palcach zacisnął na nóżce kieliszka.
    — Na razie wszystko jest w porządku — rzekł Martinez. — Nasza wesoła banda przestępców osiąga zyski. Ale potem dobrali sobie partnerów. A ci partnerzy to Naksydzi.
    Ta wiadomość zaskoczyła kilku oficerów. Yau i Cho wpatrywali się w Martineza, Strodowi opadła szczęka.
    — Ściślej mówiąc, naksydzka fregata „Poszukiwacz”, która dokowała obok „Prześwietnego” na stacji pierściennej. Sądzę, że zanim ktoś wspomniał o możliwościach wspólnych zysków, banda spotykała naksydzkich podoficerów na gruncie towarzyskim. A potem zaczęto korzystać z urządzeń obu statków i wymieniać między sobą części. W ten sposób sprzęt z „Poszukiwacza” znalazł się w końcu na pokładzie „Prześwietnego”. Następnie aby wymieniać części, trzeba było wymienić również kody dostępu do obszarów magazynowych. A to już tak dobrze nie poszło, ponieważ zaangażowani w to Naksydzi jakoś zdobyli dodatkowe kody do pomieszczeń przechowywania antyprotonów — może wymyślili wiarygodną historię, że muszą wymieniać butle do antyprotonów albo po prostu ukryli kamerę, która mogła obserwować zamek, zarejestrowali kombinację — i w rezultacie na krótko przed naksydzką rebelią wszystkie nasze butle do antyprotonów zostały wymienione na puste.
    Zaimek „nasze” został użyty rozmyślnie, mimo że Martineza wtedy nie było. Podczas wojny jesteśmy „my” i „oni”, i Martinez chciał wyraźnie podkreślić, kto jest kim.
    — W rezultacie „Prześwietny” był bezradny podczas bitwy i nie mógł pomóc naszym towarzyszom. Jestem przekonany, że wszyscy pamiętacie, jak to było.
    Pamiętali. Martinez obserwował, jak jeszcze raz przeżywają swoją bezradność, jak gniew plami im twarze, jak mięśnie szczęk zaciskają się na wspomnienie upokorzenia.
    — Sukinsyny — powiedziała Nyamugali. W jej oczach płonęła nienawiść. — Sukinsyny — powtórzyła.
    „My” i „oni” — pomyślał Martinez. Bardzo dobrze, sygnalisto.
    — „Prześwietny” przeżył bitwę, choć nie dzięki złodziejom — kontynuował Martinez. — Ale naksydzka rebelia postawiła przed nimi problem. Przed wojną byli przestępcami, lecz teraz, gdy wymieniono strzały, stali się zdrajcami. I choć kary za kradzież pod rządami Praxis mogą być okropne, kara za zdradę jest o wiele, wiele gorsza. Problemy złodziejów wzrosły, kiedy pewien oficer rozpoczął osobiste śledztwo. Chciał na własną rękę dojść, dlaczego butle do antyprotonów okazały się puste. Może pod wpływem urazów zaczęła go prześladować obsesja, a może kiedy biegł do pomieszczeń magazynowych, aby zabrać butle, zobaczył coś, co wzbudziło jego podejrzenia. Kiedy Kosinic zaczął przeprowadzać własne inspekcje sprzętu — podnosił luki dostępu i sprawdzał komory maszynowni — stało się jasne, że znajdzie dowody, które zdemaskują naszą statkową klikę. Dlatego Kosinic musiał umrzeć.
    — To zrobił Thuc. — Z gardła Gawbyana wydobył się na wpół zduszony skrzek. — Thuc zabił Kosinica z powodu kultu. Sam pan to mówił.
    — Miałem rację, a jednocześnie myliłem się — odparł Martinez. — Thuc rzeczywiście zabił Kosinica, ale nie dlatego, że Thuc był wyznawcą kultu. Kosinic został zabity, gdyż Thuc był złodziejem, a być może nie działał sam.
    Na chwilę zapadła cisza. Gdzieś przy końcu stołu główny specjalista danych, Zhang, odstawiła swój kieliszek wina, ale zaraz sięgnęła po butelkę i znowu go napełniła.
    — Śmierć Kosinica uznano za przypadkową — ciągnął Martinez. — Wszystko szło spiskowcom dobrze, aż stała się najgorsza z możliwych rzeczy. Sam kapitan Fletcher nabrał podejrzeń. Może teraz on się zastanawiał, dlaczego w całej Czwartej Flocie jedynie jego butle do antyprotonów okazały się puste, może zaczął zdawać sobie sprawę ze słabości swego systemu inspekcji, a może po prostu poczuł się urażony, gdy odkrył, że grupa szulerów złożona z wyższych podoficerów każdego wieczora obdziera rekrutów ze skóry.
    Martinez zauważył, że oskarżenie okazało się celne. Nawet ci, co nie brali udziału w grach, musieli o nich wiedzieć, i większość z nich miała na tyle przyzwoitości, by poczuć się nieswojo.
    — Kapitan Fletcher był człowiekiem dumnym. Jego duma ucierpiała, gdy jego statek został w decydującej bitwie bez broni. Taki fakt spowodowałby wszczęcie oficjalnego śledztwa, gdyby mniej potrzebowano „Prześwietnego” albo gdyby Fletcher był mniej ustosunkowany. Nie wiem. Fakt, że statek nie tylko został upokorzony przy Harzapid, ale że był siedzibą gangu zdradzieckich złodziejów, zadał kolejny cios dumie kapitana. Każde oficjalne dochodzenie ujawniłoby, jak bardzo kapitan Fletcher stracił panowanie nad sytuacją. To zniszczyłoby zarówno jego dumę, jak i karierę. Więc kapitan Fletcher postanowił własnoręcznie uporać się z problemem. Powołując się na swój kapitański przywilej, zabił Thuca. Bez wątpienia chciał również pozabijać pozostałych przestępców.
    — Nie należałem do żadnej szajki — oznajmił nagle Gulik. — Fletcher miał okazję zabicia mnie, a nie zrobił tego.
    Martinez spojrzał na zbrojeniowca i powoli pokręcił głową.
    — Fletcher obejrzał twój rachunek bankowy i zobaczył, że jesteś bankrutem. Nie przypuszczał, że jesteś złodziejem, gdyż nie widział żadnych dochodów. Ale kiedy sprawdziłem, jak zmieniały się sumy na twoim koncie, zobaczyłem, że najwyraźniej należysz do szajki i że jesteś także nałogowym hazardzistą. Pieniądze przeciekają ci przez palce niemal w takim samym tempie, w jakim je zarabiasz.
    W oczach Gulika płonęła rozpacz. Wydzielał dziwny zapach — pot, strach i alkohol zionęły z jego porów.
    — Nigdy nikogo nie zabiłem. Nie miałem z tym nic wspólnego.
    — Ale wiesz, kto zabijał — odparł Martinez. — Ja… — zaczął Gulik.
    — Cicho! — warknęła Francis i spojrzała gniewnie na Gulika. — Nie widzisz, co on robi? Próbuje nas nastawić przeciwko sobie. — Jej wściekły wzrok omiótł po kolei wszystkich podoficerów. — Próbuje nas podzielić! Stara się nas przestraszyć, byśmy zaczęli wzajemnie się oskarżać! — Wydęła wargi i popatrzyła na Martineza. — Wszyscy wiemy, kto naprawdę zabił Fletchera. Człowiek, który zajął jego miejsce!
    Spojrzała na innych szefów wydziałów i warknęła:
    — Wszyscy wiemy, jak Martinez został kapitanem! Ożenił się z brzydką bratanicą dowódcy eskadry, a potem rąbnął Fletchera w głowę, by móc przejąć statek. A kiedy Phillips to odkrył, kazał go aresztować i zamordować, by nie gadał.
    Martinez próbował opanować przypływ adrenaliny w żyłach. Starannie przycisnął dłonie do blatu, by zapobiec ich drżeniu. Spojrzał na Francis i słodko się uśmiechnął.
    — Niezły blef, Francis — powiedział. — Jeśli sobie życzysz, możesz wnieść oskarżenie. Ale lepiej, żebyś miała dowody. I lepiej, żebyś przygotowała wyjaśnienie, jak dmuchawy z „Poszukującego” trafiły w końcu na pokład ósmy, luk dostępu cztery.
    Patrzyła przez chwilę z nienawiścią prosto w jego oczy, a potem odwróciła wzrok.
    — Pieprzeni oficerowie! Pieprzeni parowie!
    Zapadła cisza. Martinez przemówił, starając się nie podnosić głosu.
    — A więc Fletcher musiał umrzeć. Kiedy zabójcy się go pozbyli, znowu mogli sobie pogratulować szczęścia. Zgubiło ich tylko to, że zająłem miejsce Fletchera i uparłem się, by każdy wydział wypełnił formularz 77-12.
    Pozwolił sobie na uśmieszek.
    — Spiskowcy musieli uzgodnić, jak stawić czoło nowym okolicznościom. Gdyby 77-12 zawierały ścisłą informację, mogłyby ujawnić przestarzałe wyposażenie i wskazać „Poszukującego”, natomiast oszustwo w logach mogłaby zdemaskować jakaś kontrola.
    Podniósł wzrok na Francis.
    — Przykry przypadek sprzętowca Francis pokazał, że fałszowanie logów jest szaleństwem. Tak więc inni podali prawdziwą informację i mieli nadzieję, że nikt nigdy nie sprawdzi historii sprzętu. — Martinez wzruszył ramionami. — Poświęciłem na to trochę czasu, ale ją sprawdziłem.
    Omiótł wszystkich wzrokiem.
    — Uważam, że wszystkie wydziały ze sprzętem z „Poszukującego” są kierowane przez któregoś z winnych. Sprawdziłem wystarczająco wiele, by stwierdzić, że maszyny z „Poszukującego” są w byłym wydziale Thuca, wydziałach Gulika i Francis.
    Francis z pogardą odwróciła głowę. Gulik wyglądał tak, jakby ktoś właśnie rzucił mu na kolana jadowitego węża.
    — Nie mogli zrobić niczego bez ciebie — zwrócił się Martinez do Gawbyana — więc również jesteś winny.
    Wargi Gawbyana, dotychczas zaciśnięte w cienką linię, powróciły do pierwotnego stanu.
    — Naksydzi — powiedział. — Naksydzcy inżynierowie mogli to zrobić.
    Martinez musiał przyznać, że to możliwe, choć mało prawdopodobne.
    — Twoje konto w kantynie zostanie dokładnie sprawdzone i zobaczymy, czy otrzymujesz takie same zagadkowe wpłaty, jak twoi towarzysze. Jeśli o mnie chodzi, byłby to wystarczający dowód.
    — Nikogo nie zabiłem — wtrącił gwałtownie Gulik. — Nie chciałem w tym brać udziału, ale oni mnie namówili. Powiedzieli, że mogę odzyskać trochę pieniędzy, które straciłem w grze w karty.
    — Zamknij się, tchórzliwy szczurzy pysku — powiedziała Francis, ale bez emocji, jakby już straciła zainteresowanie tym, co się tutaj dzieje.
    — Gawbyan i Francis zabili kapitana! — krzyczał Gulik. — Fletcher już pokazał, że nie ma zamiaru mnie zabijać. Nie miałem powodu, by chcieć jego śmierci!
    Francis rzuciła zbrojeniowcowi spojrzenie całkowitej pogardy, ale nic nie powiedziała. Wielkie dłonie Gawbyana zacisnęły się w pięści.
    Martinez pomyślał: gdyby to był jeden z dramatów doktora An-ku, za którym tak przepada Michi, właśnie w tej chwili zabójcy wyciągnęliby broń i z zamiarem mordu rzucili się na mnie albo wzięliby zakładników i próbowali negocjować warunki wyjścia z sytuacji. Ale nic podobnego nie nastąpiło.
    Martinez natomiast wezwał Alikhana. Ordynans wyszedł z kuchni, a wraz z nim Garcia i czterej żandarmi, wśród nich służący kapitana, Ayutano i Espinoza. Wszyscy, nawet Alikhan, mieli paralizatory i broń przy pasie.
    — Gawbyan, Gulik i Francis — powiedział Martinez. — Weźcie ich pod klucz.
    Całą trójkę skuto. Nie stawiali oporu, choć Francis obrzuciła Alikhana pogardliwym spojrzeniem.
    — Chwileczkę, kapitanie — powiedział Gulik, gdy prowadzono go ku drzwiom. — To nie fair! Oni mnie zmusili.
    Martinez czuł, jak odpływa z niego wielkie napięcie. Podniósł kieliszek, pociągał mocno i postawił kieliszek z powrotem na stole. Z pewnością właśnie teraz zasługiwał na drinka. Spojrzał na pozostałych podoficerów.
    — Na tym statku przekroczono pewne granice — oznajmił. — Czworo starszych podoficerów zawiązało spisek, by obrabować rekrutów z ich zarobków, i nikt się nie poskarżył, nikt nic nie powiedział i nikt w tej sprawie nic nie zrobił. Ci sami podoficerowie nawiązali szerokie kontakty, by sprzedawać własność Floty, i wielokrotnie narazili statek na niebezpieczeństwo. Z powodu tej czwórki przy Harzapid zginęli ludzie. Chodzi nie tylko o podoficerów. Kapitan Fletcher również przekroczył pewne granice i być może dlatego inni myśleli, że jest to dopuszczalne.
    Spojrzał na pozostałych gości. Cho i Zhang wyglądali na rozgniewanych. Nyamugali sprawiała wrażenie, że zaraz się rozpłacze.
    — Jeśli ktoś z was brał udział w którejś z tych machinacji, muszę to wiedzieć w tej chwili — oznajmił. — Wierzcie mi, lepiej wyjdziecie na tym, gdy przyznacie się sami, niż gdy ja to odkryję. Dotychczas dokonałem tylko wyrywkowego sprawdzenia logów, nie przeglądałem starannie zapisów operacji finansowych. Ale zrobię to. Teraz, kiedy wiem, czego szukać, bardzo szybko zdobędę te informacje.
    Nastąpiła cisza, a potem Amelia Zhang zwróciła się do Martineza.
    — W moim wydziale nie znajdzie pan żadnych uchybień, milordzie. Może pan sprawdzić moje finanse i zobaczyć, że utrzymuję się z pensji, a większość pieniędzy wydaję na czesne moich dzieci.
    — Mój wydział też jest czysty — powiedział Strode i potarł knykciem wąs. — Sfałszowałem swój log, przyznaję, ale nie jestem taki jak tamci, zwłaszcza Thuc i Francis. Nigdy ich nie posłuchałem, kiedy mnie namawiali do takiego zarabiania pieniędzy.
    Martinez kiwnął głową.
    — Los „Prześwietnego” zależy od was wszystkich — rzekł. — Jesteście ważniejsi dla tego statku niż oficerowie. Jesteście wszyscy profesjonalistami, dobrymi profesjonalistami. Wiem, że tak jest, ponieważ w innym wypadku nie byłoby was u kapitana Fletchera. Ale tamci to wrogowie. Rozumiecie?
    Miał wrażenie, że w swojej karierze wygłaszał już lepsze mowy. Ale miał również nadzieję, że udało mu się stworzyć niezbędną w czasie wojny linię podziału — podziału na „nas'” i „ich”. Ci, którym właśnie przykleił etykietkę „my”, to ludzie, których bardzo potrzebował. „Prześwietny” nie został okaleczony w walce, ale został ugodzony w serce, i pozostali podoficerowie będą odgrywali istotną rolę w procesie gojenia. Mógł kazać wywlec zabójców z łóżek i zamknąć ich w pace, ale nie wywarłoby to takiego wrażenia na ich kolegach — uznaliby to za akcję spowodowaną widzimisię jakiegoś oficera, a Martinez tego nie chciał. Chciał zademonstrować wobec kolegów, do jakiego stopnia zabójcy byli winni i jak wyglądała w szczegółach ich zdradziecka działalność. Jak długo trwała i na jak wielkie niebezpieczeństwo narazili statek. Pragnął oddzielić „ich” od „nas”.
    Poczuł nagłe znużenie. Wykonał wszystko, co sobie zaplanował, i powiedział znacznie więcej niż zamierzał. Odepchnął fotel i wstał. Pozostali zerwali się i stanęli na baczność.
    Martinez wzniósł kieliszek.
    — Za Praxis — powiedział i wszyscy powtórzyli to chórem. Spełnił toast, inni za nim.
    — Nie zatrzymuję was — rzekł. — Z nowymi szefami wydziałów porozmawiam jutro rano.
    Patrzył, jak gęsiego wychodzą, a kiedy już zniknęli, sięgnął po butelkę i znowu napełnił kieliszek. Wypił połowę jednym długim haustem, a potem zwrócił się do Alikhana.
    — Powiedz Perry'emu, że kiedy już złożę raport dowódcy eskadry, zjem kolację w gabinecie.
    — Tak jest, milordzie.
    Alikhan odwrócił się i odmaszerował, poprawiając pas z bronią i pałką. Martinez spojrzał na Marsdena.
    — Wszystko pan nagrał?
    — Tak jest, milordzie.
    — Proszę wyłączyć nagrywanie.
    Marsden usłuchał. Stał, łysy i niewzruszony, czekając na następny rozkaz Martineza.
    — Przepraszam za Phillipsa.
    W oczach mężczyzny pojawiło się zaskoczenie.
    — Milordzie?
    — Wiem, że gdyby pan mógł, ocaliłby go pan.
    Na twarzy Marsdena przez chwilę malowało się zaskoczenie, ale zaraz je opanował i znowu pojawiła się obojętność.
    — Milordzie, jestem pewien, że pana nie zrozumiałem.
    — Macie swój system sygnalizacji gestami dłoni i tak dalej, prawda? Przekazałby pan Phillipsowi ostrzeżenie, gdyby akurat nie wypadła mu wachta w sterowni. — Martinez zaczerpnął powietrza i westchnął. — Szkoda, że pan tego nie zrobił.
    Marsden patrzał na niego przenikliwie piwnymi oczyma, ale milczał.
    — Jakiś czas temu zorientowałem się, że Thuc mógł być zabójcą, ale nie był narayanistą — oznajmił Martinez. — Wisior z drzewem znaleziono w rzeczach Thuca, ponieważ to pan go tam włożył, kiedy wysłałem pana po jego rzeczy. Wiedział pan, że za chwilę rozpocznę śledztwo w sprawie sekty i jej członków, i chciał pan pozbyć się dowodów. Zdjął pan więc wisior z szyi i położył go obok biżuterii Thuca.
    Mięśnie na szyi Marsdena zadrgały. Patrzył na Martineza kamiennym wzrokiem.
    — Milordzie, to są czyste spekulacje — odparł.
    — Zachodziłem w głowę, dlaczego pan się tak dziwnie zachowuje. Bardzo się pan rozzłościł, kiedy po raz pierwszy wspomniałem o narayanistach, a potem potępił mnie pan, że śmiem obrażać klany Fletcherów i Gombergów. Zmusił mnie pan, bym pana natychmiast przeszukał, choć oczywiście było to już po pozbyciu się wisiora. Pomyślałem wtedy, że jest pan jakimś wyjątkowo egzaltowanym snobem. Nie uświadamiałem sobie, że właśnie obraziłem pańskie najgłębsze wierzenia. Problem polega na tym, że ten wisior pomógł w skazaniu Phillipsa na śmierć. Nie wiedział pan, że jeden z odcisków palców Thuca znaleziono na ciele Kosinica. Ten fakt połączył morderstwa w moim mózgu i narayanizm, i dlatego rozpocząłem akcję szukania sekciarskich zabójców. W ten właśnie sposób członkowie sekt zawsze są przedstawiani w wideonowelach — zabijają ludzi i składają dzieci w ofierze fałszywym bogom. Za dużo tego oglądałem i doszedłem do błędnych wniosków. Zapomniałem, że narayanizm to nie jest wiara morderców.
    — Nie wiem tego, milordzie. — Marsden ostrożnie dobierał słowa.
    Martinez wzruszył ramionami.
    — Proszę uwierzyć, że żałuję, iż załatwiłem to w taki sposób. Jestem przekonany, że mi pan nie wybaczy, ale mam nadzieję, że mnie pan zrozumie. — Pociągnął długi łyk wina. — To wszystko, Marsden. Byłbym wdzięczny, gdyby mógł pan skopiować dla mnie to nagranie i jak najszybciej dołączyć je również w formie pisemnej.
    Marsden zasalutował. — Tak jest, milordzie.
    — Jest pan wolny.
    Marsden odwrócił się i odszedł, sztywno wyprostowany. Martinez patrzył na zamykające się za nim drzwi.
    Przeprosiny nie zostały przyjęte — pomyślał.
    Jeszcze raz pociągnął wina, a potem poszedł do swego gabinetu, odstawił kieliszek na biurko i wyszedł na korytarz.
    Czas zameldować się u lady Michi.

DWADZIEŚCIA CZTERY

    Niepokój spowodowany naksydzkim rajdem nie poprawił wyglądu Torka. Jego ciało obumierało szybciej niż zwykle i suche zwitki skóry zwisały z jego dłoni i szarej, pozbawionej wyrazu twarzy. Wiało od niego silną zgnilizną. Ale choć ciałem był kruchy, duchem pozostawał jak zawsze mocny i niewzruszony.
    — Istnieje tylko jedno możliwe rozwiązanie — oznajmił. — Ten Zarząd musi mianować mnie dowódcą Floty Macierzystej.
    Oczy lady Seekin zrobiły się ogromne pod ciemnymi goglami.
    — Milordzie, przecież jesteś na emeryturze.
    — Ten zarząd jest władny znowu powołać mnie do aktywnej służby. Oczywiście z żalem przyjmę tę decyzję. Miałem nadzieję, że tamte dni dawno minęły.
    Lord Chen miał wątpliwości, czy żal lorda Torka przewyższa jego własny żal.
    — Nie rozumiem, milordzie — podjął próbę. — Powierzono panu kierowanie wszystkimi instalacjami Floty, nie tylko statkami, ale również stacjami pierściennymi i wszystkim na powierzchniach planet. Odgrywa pan niezwykle istotną rolę w naszych nadziejach na zwycięstwo. Czy może pan sprzeniewierzyć to zaufanie w zamian za dowodzenie tylko jednym elementem całości?
    Chen bał się, że jego słowa spowodują następną tyradę Torka, ale dźwięczny głos przewodniczącego pozostawał spokojny.
    — Nikt inny nie wchodzi w grę. Pomyślcie, Flota Macierzysta musi być kierowana przez kogoś o odpowiednim stopniu. Większość oficerów służby czynnej w stopniu dowódców Floty zginęło przy Magarii, a inni są zbyt daleko od miejsca wydarzeń. Kringan jest trzy miesiące drogi stąd, przy Harzapid, z Czwartą Flotą. Pe-to jest przy Felarusie, a po drodze ma układy okupowane przez Naksydów. Trepatai jest przy Seizho, ale na początku wojny podupadła na zdrowiu i od miesięcy nie opuszcza łóżka. Lord Ivan Snow ma właściwy stopień, ale większość swej kariery zawodowej spędził w Służbie Śledczej, a ponadto jest trzy miesiące drogi stąd, na Laredo, gdzie bezpośrednio podlega konwokacji. Tymczasem ja…
    Nastąpiła chwila ciszy. Lord Chen starał się nie wpuszczać do nozdrzy mdłego powiewu martwego ciała.
    — Jestem na miejscu. Kiedy przywrócicie mnie do służby, będę miał odpowiedni stopień. Jestem Daimongiem i mogę dołączyć do dwóch nowych krążowników z Antopone, które są dostosowane do daimongskiej załogi. Bez trudności wezmą mnie na pokład.
    — Czy nie moglibyśmy po prostu awansować kogoś na to stanowisko? — spytała lady Seekin. — Lord Do-faq jest zwycięskim dowódcą. Nie mamy bardziej doświadczonego oficera.
    Chen zamknął oczy i żałował, że nie może zamknąć również uszu na burzę, jaka się rozpęta w odpowiedzi na rozsądną, lecz naiwną uwagę lady Seekin. Znowu został zaskoczony, gdyż Tork milczał, a odpowiedzi udzielił Pezzini.
    — Do-faq jest zwolennikiem innowacji, które zabiły Kangasa — powiedział. — Nie możemy postawić go na czele Floty Macierzystej. On spowoduje śmierć kolejnych dobrych oficerów i prawdopodobnie znowu straci Zanshaa. Flotą musi dowodzić silny zwolennik dyscypliny i ortodoksyjnej taktyki. — Gestem głowy wskazał Torka. — Lord Przewodniczący ma te cechy.
    — Nie jestem już młody, ale zdrowie mi dopisuje — oświadczył Tork. — A zresztą muszę zachować żywotność jeszcze tylko przez kilka miesięcy.
    Po czymś takim nie było już wyboru. Tork i jego zwolennicy zablokowaliby wszelkie próby awansowania Do-faqa czy kogoś innego.
    Gdy zarządzono głosowanie, lord Chen razem ze wszystkimi uniósł rękę w górę. Lord Tork został jednogłośnie wyznaczony na dowódcę Floty Macierzystej i obarczony zadaniem odzyskania Zanshaa i pokonania rebeliantów.
    Tork rzucił się w wir pracy z właściwym mu oddaniem. Nie przeniósł się natychmiast na daimongskie statki, lecz pozostał na miejscu, gdzie dysponował wystarczającym personelem, aby informował go o statusie Floty we wszystkich zakątkach imperium.
    Daimongskie statki leciały na Chijimo, gdzie miały zadokować i zostać uzbrojone. Tork dopilnował, by z Antopone przesłano cały niezbędny sprzęt. Flota Macierzysta pod dowództwem Do-faqa przez całą drogę do Zarafanu hamowała, a potem zakręciła wokół słońca układu i pomknęła z powrotem do Chijimo.
    Posiłki nadlatywały. Trzy statki Czwartej Floty skończono remontować po bitwie przy Harzapid. Trzy nowiutkie fregaty, zbudowane z zadziwiającą sprawnością w stoczniach Martinezów na Laredo, poddawano próbom. Konwokacja była pod ogromnym wrażeniem i zamówiła pięć kolejnych fregat. W innych miejscach przyjaznego kosmosu kończono już dalszych trzydzieści jeden okrętów i rozpoczynano budowę jeszcze sześćdziesięciu.
    Dowódca Floty, Kringan, najwidoczniej usłyszał zew fanfar przy Harzapid, gdy dotarła wiadomość o śmierci Kangasa. W ciągu trzech dni przeszedł na pokład fregaty, jednej z tych, których jeszcze nie skończono remontować, i wystartował ku Chijimo, zabierając ze sobą brygadę remontową. Najwyraźniej miał nadzieję, że zdąży na czas, by wyznaczono go na dowódcę Floty Macierzystej. Niestety, nikt inny tych fanfar nie usłyszał, ponieważ zanim jeszcze fregata opuściła układ Harzapid, Tork otrzymał już naczelne dowództwo.
    Lord Chen cieszył się jednak, że Kringan będzie na miejscu. Dobrze mieć pod ręką jeszcze jednego oficera wysokiej rangi, na wypadek, gdyby Tork zapracował się na śmierć.
    Tork jednak nie tracił zapału. Wychudł i z fantastyczną szybkością zrzucał skórę, ale płonął gorączką, której nie gasił jego podeszły wiek. Lord Chen musiał przyznać, że żaden inny oficer nie pracowałby z większym oddaniem.
    Naksydzi nie organizowali już rajdów.
    — Nauczyli się, że nie wolno się rozdzielać — zauważył lord Mondi, kiedy pewnego wieczora odpoczywali w holu „Galaktycznego”. — Za każdym razem, gdy wysyłają gdzieś samodzielne siły, tracą je. Hone-Bar, Protipanu, a teraz Antopone. I nie mają pojęcia, dlaczego, bo żaden z Naksydów nie ocalał.
    — Wobec tego wszystko sprowadza się do jednej wielkiej bitwy — rzekł Pezzini. — Wszystko sprowadza się do Zanshaa.

* * *

    Trzech zdrajców stracono dwa dni po ich aresztowaniu. W ciągu pierwszych godzin po wybuchu rebelii konwokacja zadekretowała, że karą za zdradę ma być tortura i zrzucenie skazanych z dużej wysokości, ale Martinezowi udało się wyperswadować Michi stosowanie tortur; argumentował, że eskadra nie ma profesjonalnych oprawców, a amatorzy na pewno wszystko spaskudzą. Nie mógł orzec, czy podjęcie tej decyzji ulżyło Michi, czy też nie.
    Nie mieli góry, z której można by zrzucić skazanych, ale Michi udało się stworzyć przybliżone warunki. „Prześwietny” hamował z przyśpieszeniem jednego g, aby zawrócić wokół błękitnego giganta Alekasa i polecieć do następnego wormholu. Dowódca eskadry zdecydowała więc, by wyrzucić zdrajców przez śluzę. Kiedy opuszczą statek, przestaną hamować i wpadną w statkowy ogon płonącej antymaterii.
    I zostaną wyrzuceni bez skafandrów.
    — Niech mnie cholera, jeśli będę marnowała na nich skafandry! — warknęła Michi.
    Próżnia może ich zabić, zanim zostaną rozerwani na atomy przez podmuch antymaterii. Martinez nie wiedział, który z tych dwóch rodzajów śmierci jest gorszy.
    Gawbyan w chwilach poprzedzających egzekucję zachowywał się po stoicku. Francis okazywała pogardę, a Gulik, który w czasie przesłuchań wielokrotnie oskarżał siebie i innych, zapadł w osłupienie. Zdawał się sugerować, że jego egzekucja jest nie fair. Współpracował, przyznał się i nie rozumiał, czemu nie otrzymał od wdzięcznego imperium nagrody.
    Umierali z całym ceremoniałem. Przy śluzie czekała grupa ludzi, Martinez, Michi ze swym sztabem i wszyscy porucznicy, z wyjątkiem Corbigny, która pełniła wachtę. Wszyscy byli w pełnych mundurach galowych. Był też strażnik, świadkowie z każdego z wydziałów, w których pracowali więźniowie, i statkowa orkiestra grająca cichą żałobną pieśń „Śmierć bez honoru”, gdy więźniowie w dresach szli z paki, powłócząc nogami.
    Żandarm Garcia zerwał ze skazanych oznaki stopni i starszeństwa. Strażnicy związali im kostki białą, żałobną taśmą i przykleili ją do boków ramion. Następnie zabrano ich do śluzy i załadowano do aparatu, który służył do wyrzucania ciał członków załogi zmarłych przypadkowo bądź w wyniku wrogich działań. Aparat chyba nigdy nie wyrzucał żywych załogantów, ale Martinez uważał, że skutek będzie taki sam.
    Wewnętrzne drzwi śluzy zamknęły się gładko. Garcia podszedł do kontrolek. Orkiestra zatrzymała się przy końcu frazy, a dobosz począł wybijać na bębnie w kształcie klepsydry powolny, pulsujący rytm.
    — Panie Garcia, proszę ewakuować śluzę — rozkazał Martinez.
    — Ewakuować śluzę, milordzie. — Garcia odwrócił się do kontrolek. Jeśli pompy syczały czy dudniły, bęben skutecznie je zagłuszał.
    Gdybym był jednym ze skazanych, myślał Martinez, próbowałbym wstrzymać oddech w nadziei, że wywołam szybką embolię.
    Garcia znowu odwrócił się ku niemu.
    — Śluza ewakuowana, milordzie.
    — Panie Garcia, proszę otworzyć drzwi śluzy.
    Bęben bił dalej. Martinez uświadomił sobie nagle, że coś strasznie swędzi go pod prawą łopatką.
    — Zewnętrzne drzwi otwarte, milordzie.
    — Panie Garcia, proszę kontynuować.
    Wyrzucenie skazańców w kosmos było teraz jedynie kwestią wciśnięcia klawisza. Martinez miał tylko nadzieję, że do tej pory już nie żyją. Garcia spojrzał do śluzy przez małe okienko, a potem zwrócił się do Martineza.
    — Śluza czysta, milordzie.
    — Zamknąć drzwi zewnętrzne i przywrócić ciśnienie. Porucznik Mokgatle?
    P.o. porucznika Mokgatle, obdarzony imponującym głosem, wystąpił z szeregu oficerów i odczytał tekst obrządku za zmarłych.
    — Życie przemija, lecz Praxis jest wieczna — zakończył. — Czerpmy pocieszenie i poczucie bezpieczeństwa z wiedzy, że wszystko, co ważne, jest znane.
    Wykonał zgrabny krok i z powrotem równał do szeregu.
    Skazańcy stali się już nagimi jonami unoszącymi się w pustce. Martinez czuł, jak wokół niego narasta martwa cisza. Więźniowie zostali skazani zgodnie z prawem i straceni z całym majestatem przewidzianym w tradycjach Floty. Ich towarzysze obserwowali to albo osobiście, albo przez wideo w mesie lub ze stanowisk służbowych na statku. Byli świadkami, że egzekucję należycie przeprowadzono, tak jak poprzednio byli świadkami kradzieży, od której rozpoczął się ten ciąg zabójstw.
    Wobu przypadkach milczącymi świadkami. Nie pytano rekrutów o zdanie, kiedy ich szefowie wydziałów spiskowali, by ich obrabować, i nie rozmawiano z nimi, kiedy Martinez udowodnił im winę, a Michi nakazała wykonać egzekucję.
    Może nadszedł czas, żeby spekulacje zwierzchników uwzględniały również podwładnych.
    Lady Michi chrząknęła, dając do zrozumienia, że zmęczyła się czekaniem, aż coś się wydarzy.
    Martinez zrobił krok w przód i obrócił się, by spojrzeć w kamerę, która rejestrowała ceremonię.
    — Trzej skazani i ich partner, inżynier Thuc, przez wiele miesięcy brali udział w szulerskiej zmowie, otwarcie żerując na załodze „Prześwietnego”. Nie ma żadnych zapisów, że w ogóle zwrócono na to uwagę albo że ktoś wniósł skargę. Ich działalność doprowadziła stopniowo do kradzieży, zdrady i zamordowania dwóch oficerów, w tym kapitana tego okrętu.
    Popatrzył w kamerę i spróbował sobie wyobrazić, co się dzieje w mesie: załoga stoi w napięciu za stołami, obserwując przebieg wydarzeń na ścianach wideo. W mesie, gdzie każdego wieczora gracze łupili ich towarzyszy.
    — Wszystkim tym zgonom można było zapobiec — ciągnął — gdyby zameldowano o tym procederze i podjęto odpowiednie działania. Z jakichś przyczyn wszyscy, nawet ofiary, wybrali milczenie. Być może załoga nie była odpowiednio zachęcana, by meldować o takich zajściach swoim oficerom. Mam zamiar to zmienić.
    Głęboko wciągnął powietrze.
    — Chciałbym zapewnić społeczność statku, że moje drzwi są otwarte dla wszystkich załogantów, którzy zechcą złożyć meldunek. Każdy załogant będzie dopuszczony do kapitana w każdej sprawie, którą uzna za ważną. — Spojrzał na oficerów stojących w szeregu. — Wierzę, że podobnie moi oficerowie zawsze będą dostępni.
    Oficerowie poruszyli się niespokojnie. Znowu spojrzał w kamerę.
    — Gdy kapitan Fletcher zlikwidował inżyniera Thuca, powiedział, że to dla honoru statku. Miał rację. Ten gang przestępców codziennie nurzał w błocie honor naszego statku. „Prześwietny” musi wiele zrobić, żeby odbudować swoje dobre imię, ale niech mnie diabli, jeśli pozwolę na dalszą degradację naszej reputacji.
    Martinez przerwał, zastanawiając się, czy powiedział wystarczająco wiele, albo czy nie powiedział za dużo.
    Oderwał wzrok od kamery i spojrzał na załogę stojącą ramię przy ramieniu w korytarzu przed śluzą.
    — Jesteście wolni — powiedział.
    Załoganci złamali szyk i odeszli, powłócząc nogami przy akompaniamencie pieśni „Nasze myśli zawsze wiedzie Praxis”, która normalnie była energicznym marszem. Michi podeszła do Martineza, ściągając z palców rękawiczki.
    — No to ma pan teraz robótkę — zauważyła.
    — Mam nadzieje, że nie.
    — Każdy poborowy przyjdzie do pana ze swoimi problemami. Każdy statkowy obibok poprosi o pieniądze albo czas wolny. — Pokręciła głową. — Zamordują pana.
    — Niewykluczone, ale podzielę się tymi obowiązkami — odparł, spoglądając jeszcze raz na oficerów. Michi uśmiechnęła się szeroko i odmaszerowała. Stojąca za nią Chandra już chciała odejść, ale zawahała się i podeszła do kapitana.
    — Właśnie sprawił pan, że okręt jest pana — powiedziała. — Niech go pan dobrze traktuje.
    Na te słowa Martinez poczuł gdzieś za mostkiem powolny przypływ dumy.
    — Dziękuję. — Rozejrzał się, a potem nachylił ku Chandrze. — Przy okazji, z przyjemnością przeczytałem twoją wprawkę z twórczego pisania.
    Wcale nie wyglądała na zażenowaną.
    — Sądzę, że udało mi się dość dobrze uchwycić jego styl.
    — Zbyt wiele przysłówków. Wyrzuciłem je.
    Poprzedniej nocy przeglądał i uaktualniał osobiste akta więźniów. Kiedy miał już otwarty folder, postanowił zajrzeć do katalogu Chandry i usunąć zjadliwą opinię, umieszczoną tam przez Fletchera.
    Nie chciał, by ostatnim działaniem kapitana było obsmarowanie oficera, do którego czuł urazę.
    Gdy otworzył plik, z zaskoczeniem stwierdził, że ktoś już całkowicie przerobił tę opinię. Obecnie podkreślała ona profesjonalizm Chandry we wszystkich aspektach i podziw kapitana dla jej talentów i osobowości. Wniosek Fletchera brzmiący: „Awans nie jest wskazany” obecnie brzmiał; „Awans jak najbardziej zalecany”.
    Martinez usunął słowo „jak najbardziej”. A potem cofnął dodatkowe przywileje użytkownika, których udzielił Chandrze. Musiał to zrobić, zanim przyszłoby jej do głowy przeredagować również jakieś inne dokumenty.

* * *

    Następnego dnia Naksydzi oddali pożegnalny strzał do sił Chen. Do układu wdarło się czterysta pocisków, które pomknęły śladem eskadry Chen.
    Michi zniszczyła stacje wormholowe, żeby ich nie śledziły, więc pociski nie mogły dokonać w ostatniej sekundzie korekty toru i musiały same szperać. Naprowadzanie na cel trwało pewien czas, dlatego pociski nie mogły lecieć tak szybko, jak przy Arkhan-Dohg. Od momentu gdy siły Chen poczuły pierwsze dotknięcie laserów celujących, eskadra miała prawie dwadzieścia sześć minut na przygotowanie odpowiedzi. Zapuszczono baterie przeciwpocisków i ustawiono wszystkie rodzaje urządzeń obronnych.
    Siły Chen sprawiły się bezbłędnie. Przeciwpociski zniszczyły większość nadciągających głowic, reszta, zanim zbliżyła się do eskadry, została namierzona przez lasery i promienie antyprotonowe. Żaden pocisk nie zbliżył się na mniej niż dwie minuty lotu. W punkcie dowodzenia w czasie bitwy panował beznamiętny spokój. Nawet zniszczenie ostatniego nadciągającego pocisku przyjęto z powściągliwym aplauzem.
    Tak zakończyła się ostatnia konfrontacja sił Chen z Naksydami. Eskadra przeleciała przez jeszcze jeden układ kontrolowany przez nieprzyjaciela, nie znajdując żadnego celu do ostrzału, a potem przez wormhol jeden weszła do niemal jałowego układu Enan-dal.
    Według ich ostatnich informacji, zarówno stacja Enan-dal wormhol jeden, jak i stacja przy Wormholu dwa były nadal kontrolowane przez lojalistów.
    Martinez, ubrany w skafander, siedział w sterowni i patrzył na displeje, a tymczasem lasery komunikacyjne wysyłały do obu stacji zapytania.
    Stacja wormholowa jeden nie odpowiedziała, co przemawiało za tym, że okupują ją Naksydzi. Michi wysłała wiadomość, że jeśli nie odpowiedzą, zostaną zniszczeni, i jak gdyby w odpowiedzi jakaś szalupa — przypuszczalnie z załogą stacji na pokładzie — oddzieliła się od stacji i rozpoczęła z wysokim przyśpieszeniem sprint ku wormholowi. Michi kazała zniszczyć zarówno stację, jak i szalupę, gdyż każda z nich teoretycznie mogła naprowadzać na eskadrę salwy pocisków.
    Dotarcie wysłanej przez Michi wiadomości do stacji dwa potrwa dziesięć godzin i niemal tyle samo czasu trzeba będzie czekać na odpowiedź. Po pierwszych kilku godzinach, gdy stało się jasne, że żadne naksydzkie siły nie kryją się za napuchłym czerwonym słońcem układu, Michi obniżyła poziom gotowości eskadry. Martinez opuszczał sterownię nadal w stanie napięcia.
    Eskadra nie miała żadnych wiadomości od prawie czterech miesięcy i w tym czasie sprawa, za którą walczyli, mogła całkiem upaść. Naksydzi mogli odnieść miażdżące zwycięstwo nad resztkami Floty Macierzystej. Lojaliści mogli też po upadku Zanshaa po prostu stracić wolę walki. Nikt nie wiedział, czy siły Chen będą miały dokąd powracać.
    Martinez przybył do sterowni o bardzo wczesnej godzinie; spodziewał się odpowiedzi ze stacji wormholowej dwa. Zwykle wstawał później, ale tego ranka, popijał kawę i nadsłuchiwał rutynowych pogwarek.
    — Wiadomość ze stacji dwa, milordzie! — Radość w głosie p.o. porucznika Qinga spotkała się z odzewem w sercu Martineza. — Wiadomość jest sformułowana we właściwym kodzie dziennym. Odkodowanie…
    Na displejach Martineza pojawiła się blada daimongska twarz, zastygła w wyrazie przerażenia.
    — Witaj w Enan-dal, lady Michi — mówił Daimong. — Jestem chorąży Kassup ze Służby Eksploracji. Kazano nam czekać na panią. Wieść o pani przybyciu została już wysłana do Floty. Przesyłam przegląd ostatnich wiadomości, a pocztę i rozkazy dla pani wyślę natychmiast, jak nadejdą.
    Dopiero uczucie ulgi uświadomiło Martinezowi, w jakim napięciu był poprzednio. Słuchał, jak Michi grzecznie odpowiada, a potem chwilę poczekał, by zobaczyć, czy ma dla niego jakieś polecenia. Nie miała.
    Michi skończyła raport o swym rajdzie. Zamieściła sprawozdania z bitew przy Protipanu, Arkhan-Dohg i Alekas, podała listę własnych ofiar oraz informacje o stanie wszystkich siedmiu okrętów, o zniszczonych statkach wroga, opis zniszczenia pierścienia przy Bai-do oraz szczegóły śmierci kapitana Fletchera, dwóch poruczników i czterech podoficerów. Raport został owinięty czterema warstwami szyfru i wysłany do Zarządu Floty za pośrednictwem stacji dwa.
    Chwilę później wysłano czekające w kolejce osobiste wiadomości załogi, w tym długi list Martineza do żony Terzy oraz krótsze do ojca, matki, teścia, lorda Chena, i do tych dwóch sióstr, które nadal z nim rozmawiały. Martinez wysłał ojcu również swój zeskanowany portret.
    Jako kapitan nie był potrzebny. Przekazał Quingowi dowództwo okrętu, poszedł do łóżka i spał bez żadnych snów wiele godzin, znacznie przesypiając swą zwykłą godzinę wstawania.
    Alikhan — rozsądnie — pozwolił mu spać.
    Cztery dni później siły Chen przemknęły przez wormhol dwa do Enan-dal, a pół dnia później załoga otrzymała swą pocztę. Martinez dał wszystkim dwie godziny na zapoznanie się z wieściami z domu.
    Sam wycofał się do gabinetu i zamknął drzwi. Otworzył displej biurkowy i przejrzał długi spis. Wieści od Caroliny Suli nie było. Niczego od niej nie oczekiwał, ale mimo to zauważył, że ich nie ma.
    Zastanawiał się, gdzie ona jest i co porabia.
    Poszukał wysłanego listu. Był sprzed jedenastu dni — wideo od Terzy. Otworzył je.
    Ciąża lady Terzy Chen była już widoczna; Martinez obliczył, że to niemal siedem miesięcy. Terza stała udrapowana w długą ciemnofioletową suknię, która podkreślała piękno jej bledszej niż zwykle twarzy i dłoni spoczywających na ciężarnym łonie. Długie czarne włosy ułożyła w parę końskich ogonów, które przeplecione tasiemką spadały na ramiona. Na jej ślicznej twarzy malowała się pogoda, która zawsze wydawała się Martinezowi nieco nierzeczywista i doprowadzała go do niezbyt miłych rozważań, co właściwie kryje się za tą spokojną maską.
    Lekko zaszokowany, rozpoznał miejsce, w którym stała. Był to gabinet w pałacu jego rodziny na Laredo, długiej, eleganckiej budowli z białego i czekoladowego marmuru, wzniesionej w centrum stolicy. Rozpoznał masywne, obdrapane stare regały z ciemnego drzewa i równie podniszczone kinkiety.
    Pokój kiedyś należał do niego. Na wpół otwarte drzwi za Terzą wiodły do pokoju, gdzie sypiał do czasu, aż skończył siedemnaście lat i wyjechał do akademii. Nigdy już nie wrócił do tego pokoju. Rodzice musieli zakwaterować Terzę w jego starej kwaterze — tego rodzaju sentymentalne gesty zawsze przemawiały do jego matki.
    W domu pełnym aktywnych dzieci meble szybko się niszczyły. Martinez miał nadzieję, że te stare meble nie przerażą Terzy.
    Miał również szczerą nadzieję, że Terza nie znajdzie nagich fotografii jego dawnej dziewczyny, córki lorda Dalmasa. Martinez ukrył je na dnie szafy przed wyjazdem do akademii.
    — Cześć — powiedziała Terza. Odwróciła się profilem do kamery i wygładziła suknię na ciężarnym łonie. — Postanowiłam przesłać wideo, byś miał aktualne informacje na temat swego syna.
    Syn. Martinez poczuł, jak skacze mu serce. Kiedy siły Chen wyruszały na rajd, płeć dziecka nie była jeszcze znana.
    — Jest dość aktywnym dzieckiem i coraz bardziej lubi eksplorować. Zastanawialiśmy się nad imionami. Pod wpływem jego zachowania i z braku wszelkich instrukcji ze strony jego ojca uznaliśmy, że imię Gareth dość nam się podoba. — Z lekkim uśmiechem odwróciła twarz do kamery. — Mam nadzieję, że to aprobujesz.
    — Jeśli tylko nie będą przezywać go „Junior”.
    Martinez zorientował się, że głośno mówi, ale czuł, jak w jego żyłach pulsuje duma.
    Terza odciągnęła fotel od poobijanego starego biurka, znowu wygładziła swą suknię i usiadła. Kamera, nie pozbawiona własnej inteligencji, obracała się w ślad za nią.
    — Jak widzisz — ciągnęła — jestem nadal na Laredo. Twój ojciec i Roland — brat, z którym Martinez nie rozmawiał, przynajmniej jeśli to od niego zależało — zajmują się wieloma ważnymi gośćmi, którzy będą fetowani, celebrowani i ogólnie dopieszczani, aż dadzą twemu ojcu i Rolandowi tego, czego ci chcą.
    Martinez wiedział, że ci bardzo ważni goście to członkowie konwokacji, którzy uciekli z Zanshaa do świata jak najbardziej od Zanshaa oddalonego. Ich miejsce pobytu stanowiło tajemnicę państwową — choć prawdopodobnie każdy na Laredo ją znał — i Terza nie mogła wymienić tej nazwy bez uruchomienia jednego z algorytmów w Biurze Cenzora, który mógł po prostu zatrzymać korespondencję.
    W każdym razie konwokacja znajdowała się obecnie w rękach lorda Martineza, Rolanda i reszty rodziny. Gdyby nie to, że właśnie niekompetencja konwokatów spowodowała tę wojnę, Martinezowi byłoby ich żal.
    — Gram rolę zastępczej gospodyni — powiedziała Terza — co jest mniej męczące niżby się wydawało, pozwala mi robić różne rzeczy i nie nudzić się w pokoju dziecinnym. Niektórych gości znam od urodzenia. Ponieważ nie ma tu mego ojca, załatwiam również sprawy Chenów i reprezentuję ciebie, choć w tej chwili trudno mi jeszcze stwierdzić, jak mi to idzie.
    Martinez zatrzymał wideo i zastanawiał się, dlaczego lord Chen nie przebywa tam, gdzie reszta konwokacji. Terza nie była w żałobie i nie wyglądała smutno, kiedy o nim mówiła, czyli nie był martwy ani nie popadł w niełaskę.
    Może wykonywał jakieś zadanie.
    Prawdopodobnie ta informacja znajdowała się w którymś z przekazów, które opuścił. Ponownie uruchomił wideo.
    Terza spojrzała na niego znacząco.
    — Oczywiście nie mogę wdawać się w szczegóły — ciągnęła — ale obracałam się wśród ważnych osób i widziałam pewne interesujące sprawozdania. Jeśli chodzi o stronę materialną tej wojny, czas nie pracuje na korzyść Naksydów.
    Podniosła dłoń.
    — Mam nadzieję, że wyrządzacie im wiele szkód, ale sami nie macie kłopotów. Wracaj jak najprędzej do mnie i młodego Garetha.
    Na ekranie pojawił się pomarańczowy znak końca. Martinez wpatrywał się w niego i czuł zamęt w głowie.
    Postanowiła dać jego imię ich synowi. Może to oznaczać, że chce pozostać w małżeństwie, nawet wówczas, gdy jej ojciec i jego przedsiębiorstwa przestaną potrzebować solidnego wsparcia Martinezów.
    Może kobieta, którą kupiła mu rodzina i z którą spędził całe siedem dni, zanim rozdzieliła ich wojna, postanowiła pozostać trwałym elementem jego życia.
    Zagrał komunikator mankietowy. Martinez odebrał i zobaczył, jak kameleonowa tkanina na rękawie przybiera wizerunek Michi.
    — Tak, milady?
    — Pomyślałam sobie, że pana zawiadomię, iż właśnie otrzymaliśmy rozkaz skierowania się ku Chijimo. To tam, gdzie według naszych pierwotnych rozkazów mieliśmy się spotkać z Flotą Macierzystą.
    — Zatem sprawy nie zmieniły się wiele w czasie naszej nieobecności — zauważył.
    Michi zawahała się.
    — Nie jestem pewna. Rozkazy podpisał starszy dowódca Floty, Tork, wódz najwyższy czegoś nazywanego Jedynie Słuszną i Ortodoksyjną Flotą Odwetu.
    Do Martineza ta informacja docierała przez dłuższą chwilę.
    — Tork? — zapytał. — Nie Kangas?
    — Nie, nie Kangas. Ja również nie wiem, co to oznacza.
    — Tork mnie nienawidzi. — Sama mi to pani mówiła.
    Uniosła brwi i nic nie odpowiedziała. Po chwili Martinez westchnął.
    — Terza przesyła uściski — powiedział, zakładając, że uściski zostały przesłane gdzieś w listach Terzy, nawet jeśli ich nie było na tym jednym wideo, które do tej pory obejrzał.
    — Jak się miewa?
    — Najwidoczniej bardzo dobrze. W czasie nieobecności ojca prowadzi interesy Chenów na Laredo.
    — Maurice'a nie ma na Laredo? — Teraz z kolei Michi była zdziwiona.
    — Może jest z Kangasem.
    — Mam wiadomości od Maurice'a, których nie miałam czasu obejrzeć. Może mnie oświeci.
    — Niech mnie pani zawiadomi, jeśli… — zdał sobie sprawę, że wtrąca się do interesów rodziny Chen — to ma związek z naszą sytuacją — zakończył.
    — Komunikator, koniec przekazu — powiedziała Michi.
    Pomarańczowy znak końca pojawił się na displeju mankietowym Martineza. Zgasił go i spojrzał na długi spis czekającej poczty.
    Postanowił zacząć od samej góry spisu i przedrzeć się aż do końca.
    A potem ponownie przejrzeć najważniejsze wiadomości.
    Syn — pomyślał i uśmiechnął się.
    I natychmiast przyszła refleksja: Tork mnie nienawidzi. A teraz pełni funkcję „najwyższego wodza”.

DWADZIEŚCIA PIĘĆ

    Kiedy Sergius Bakshi sprzymierzył się już z podziemnym rządem, wszystko zaczęło się układać. Nawiązano łączność z grupami, które walczyły z Naksydami, które chciały walczyć z Naksydami, i takimi, które jedynie rozważały możliwość walki z Naksydami, i przynajmniej teoretycznie oddano te wszystkie grupy pod rozkazy Suli. Schemat organizacyjny — gdyby ktoś był na tyle niemądry, by go narysować — bardzo się różnił od ideału: trzyosobowe komórki, zorganizowane w trzykomórkowe jednostki. Całe gangi przyjaciół, nawet jeśli zorganizowano ich w komórki, znały swoje tożsamości. Z punktu widzenia bezpieczeństwa mogło to być katastrofalne, dlatego Sula zrobiła wszystko, by jak najbardziej izolować takie grupy od reszty swojej armii.
    Po tajnej sieci komunikacyjnej, już wcześniej wykorzystywanej przez klikmenów, zaczęły kursować wiadomości. Klikmeni, od dawna przywykli do przemocy i śmierci, wnieśli do podziemnej armii postawę stoickiego, praktycznego podejścia do zabijania. Nowi rekruci musieliby się tego uczyć wiele miesięcy, a i tak rezultat nie byłby gwarantowany. Gangsterzy może nie zasłużyli sobie na miłość, ale z pewnością zyskali szacunek.
    Zgodnie z żądaniami Suli, Sergiusz zabił dziesięciu Naksydów, wszystkich poza swoim własnym terenem. Każde zabójstwo prowokowało naksydzki odwet, a każde zabicie zakładnika zwiększało z kolei napływ ochotników oraz podsycało napięcie między Naksydami a lokalnymi klikmenami.
    Wysoko stojące słońce prażyło. W mieście organizowano strzelaniny, zamachy bombowe, porwania, tajne dostawy. Wiele działań kierowano przeciwko zarządowi racjonowania — najbardziej eksponowanemu i narażonemu na sabotaż symbolowi naksydzkiego reżimu. Naksydzcy policjanci, którzy na lokalnych posterunkach nadzorowali dystrybucję kartek żywnościowych, stanowili ulubiony cel zamachów. Kiedy zabito pięciu z nich i zraniono trzech, Naksydzi zaczęli podróżować w pojazdach opancerzonych z ochroną. Ponieważ akurat w tym czasie Sidney opracował wyrzutnie rakiet, te naksydzkie środki ostrożności skutkowały tylko tym, że zamachowcy mogli załatwić więcej wrogów na raz. Wciągnięto do wojny następne kliki, by czerpały zyski z rynku żywności. Jak sugerowała wcześniej Sula, kliki nie powinny oddawać komu innemu kontroli nad rynkiem, w szczególności naksydzkim klanom, których celem było opanowanie legalnego rynku.
    Sidney przechodził wyjątkowo twórczy okres. Z jego warsztatu wychodziły projekty małych, łatwo dających się ukryć pistoletów, snajperskich karabinów, dokładniejszych niż Model Jeden, bomb i prymitywnych, lecz zaskakująco skutecznych rakiet. Wszystkie plany rozpowszechniano w „Bojowniku” i z czasem wchodziły do eksploatacji.
    Sula nadal jeździła po mieście; przeważnie koordynowała działania grup klikmenów lub namawiała je, by przystąpiły do sprawy, albo też rozsądzała spory na temat rozdziału dochodowych terenów. Wyprawa do Zielonego Parku udowodniła, że podróż w towarzystwie uzbrojonej grupy strażników to szaleństwo. Często więc jeździła z Macnamarą na jego zwinnym dwukołowcu, który potrafił omijać zapory drogowe i inne przeszkody. Czasami jeździła sama albo z Casimirem jego morelowym samochodem. W lecie jej blond peruka za bardzo grzała i była nieprzyjemna. Jej naturalne włosy odrosły i w końcu musiała je ostrzyc w swoim dawnym stylu. Odcień włosów znów był taki jak dawniej, tym bardziej, że wróg i tak nie poszukiwał, już lady Suli.
    Juliena również nikt nie szukał. Wydano nakaz jego aresztowania, ale nikt nie wydawał się zainteresowany jego wykonaniem. Być może Legion Prawomyślności uważał, że nadal przebywa gdzieś w więzieniu, a wpływy Sergiusa Bakshiego wystarczały, by odwieść zwykłą policję od śledztwa i szukania wszelkich tropów.
    Firma dostawcza Suli spokojnie się rozwijała — Flota anonimowych pojazdów bez rozgłosu przewoziła kontrabandę z jednej części miasta do drugiej. Jeden-Krok został zatrudniony jako pomocnik kierowcy i Suli zaczynało brakować jego obecności na chodniku przed domem.
    Swego mieszkania nie odwiedzała jednak często. Długie letnie wieczory spędzała z Casimirem w ciemnych, zamkniętych pomieszczeniach, pełnych niebezpiecznych młodych mężczyzn, na parujących potem parkietach tanecznych, i w czystych, chłodnych prześcieradłach. Nocą, w apartamencie jakiegoś wielkiego hotelu, spleceni ze sobą spiskowali przeciw Naksydom, wybierali cele, przydzielali bojowników, omawiali strategie.
    Casimir i Julien zebrali po cichu grupę młodych, brutalnych klikmenów i innych ochotników zwerbowanych przez Patela, młodego klikmena, który zgłosił się pierwszy, by walczyć z Naksydami w imię miłości. Nazwali siebie Bogo Boys, tak jak popularna, praktycznie niezniszczalna zabawka.
    Bogo Boys wysyłano do trudniejszych zadań. Zabili dwóch sędziów, jednego z rodziny Ushgayów, gdy wracał do miasta ze swojej wiejskiej rezydencji. Spalili magazyn żywności Jagirina. Zlikwidowali trzech funkcjonariuszy średniego stopnia z biura racjonowania — jeden Jagirin i dwóch Kulukraftów — wraz z ich ochroniarzami.
    Sula nie brała udziału w żadnej z tych operacji.
    — Jesteś teraz generałem — przypominał jej Casimir. — Walka razem z żołnierzami na ulicy nie jest twoim zadaniem.
    Zajmowała się więc starannym planowaniem, dbała o to, by drogi ucieczki wyznaczano właściwie i by nikogo nie pozostawiano z tyłu.
    Kiedy rząd rebeliantów w końcu przybył z Naxas, Sula obaliła pomysł Juliena, by zaatakować Naksydów, gdy będą uroczyście przejeżdżać aleją Axtattle do Górnego Miasta. Wróg będzie na to przygotowany, twierdziła. Wydarzenia pokazały, że miała rację, gdyż tysiące naksydzkich policjantów z prowincji, pozajmowały miejsca na dachach budynków i ustawiły się wzdłuż samej alei.
    Rozkazała natomiast całej armii podziemnej zorganizować ataki w innych dzielnicach miasta. Podkreśliła, że cele nie mają znaczenia — ważniejsze są wybuchy i ogień. Wysadzano więc samochody osobowe i ciężarówki, podpalano opuszczone budynki, w parkach publicznych gromadzono materiały łatwopalne i wzniecano pożary. Siły bezpieczeństwa, prawie całkowicie skoncentrowane na trasie przejazdu, nie zdołały zapobiec tym atakom. Tak więc wprowadzeniu się Komitetu Ocalenia Praxis do Górnego Miasta towarzyszyły słupy dymu, i eksplozje, których odgłos niósł się echem wśród budynków.
    Komitet i jego żałośnie mała konwokacja — delegaci, których Naksydzi przekonali lub zmusili do reprezentowania swych macierzystych planet — zajęli miejsca w Holu Konwokacji, by złożyć przysięgę wierności nowemu rządowi. Z tego punktu widokowego spoglądali przez wielkie szklane ściany na Dolne Miasto i widzieli, wznoszące się wysoko kolumny dymu — wyglądały jak kraty więzienia, do którego weszli z własnej woli.
    Potem Naksydzi zabrali się poważniej do organizowania blokad drogowych, rewizji i przeszukań. Wyprowadzili więcej policji na ulicę, zebrali funkcjonariuszy z innych miast i skoszarowali ich w miejscowych hotelach. Z punktu widzenia Suli więcej Naksydów na ulicach to więcej celów, ale również potrzeba staranniejszego planowania ataków i dróg ucieczek.
    Ponieważ „oficjalne” cele stały się obecnie trudniej dostępne, podziemna armia przerzuciła się na obiekty łatwiej osiągalne. Celami stali się więc wszyscy Naksydzi w brązowych mundurach służby cywilnej, a później w ogóle wszyscy Naksydzi. W rezultacie znacznie mniej Naksydów pokazywało się w parkach, na placach i w miejscach publicznych. Pozostawali w swych dzielnicach, chyba że podróżowali z domu do pracy i z powrotem, Naksydzi poruszali się swobodnie jedynie w Górnym Mieście. Od zabójstwa sędziego Makisha Suli nie udawało się przeprowadzić dalej skutecznej operacji. Było tam zbyt wiele sił bezpieczeństwa, a za mało dróg ucieczki i mieszkających tam nie-Naksydów. Jedynej drogi na szczyt strzegł teraz opancerzony bunkier, a kolejka linowa była stale śledzona przez działa antyprotonowe zainstalowane w Górnym Mieście.
    Sula jeździła regularnie do Górnego Miasta ciężarówkami przewożącymi luksusowe towary dla nowej kasty panującej. Jak mogła się zorientować, luksusy były jedynym celem naksydzkiej władzy. Górne Miasto przekształcało się w fortecę strzegącą bogactwa, które przyklejało się do palców Naksydów. Jej własna firma transportowa bez przerwy przewoziła do Górnego Miasta połyskujące meble, dywany, ozdoby, malowidła, rzeźby. Nowy reżim konfiskował stare pałace i urządzał je według naksydzkich gustów.
    Nawet szyldy w Górnym Mieście wskazywały na stan naksydzkiej okupacji. Oczy Naksydów, w przeciwieństwie do oczu Terran, nie widziały czerwieni, ale za to widziały sporo ultrafioletu i potrafiły odróżniać niebieski od indygo. Teraz wiele nowych sklepów i restauracji w Górnym Mieście opatrzono szyldami, które dla Suli wyglądały jak szare kleksy na szarym tle albo jeden odcień niebieskiego na tle innego odcienia, bardzo nieznacznie różniącego się od tego pierwszego. Szyldy te mogłyby równie dobrze głosić: „Tylko dla Naksydów”.
    W innych dzielnicach miasta lojaliści przeprowadzali po pięćdziesiąt ataków dziennie. Potem siedemdziesiąt. Potem osiemdziesiąt. Spence pracowała na pełnym etacie, prowadząc fabrykę bomb na Nabrzeżu, w której wytwarzano zindywidualizowane pakiety i rozprowadzano po całym mieście. Naksydzcy funkcjonariusze, którzy zajmowali się w tej dzielnicy kartkami żywnościowymi, byli tak częstozabijani, że biuro racjonowania zostało przeniesione do innego komisariatu w innej dzielnicy.
    Jednak nie wszystkie nowiny były tak dobre. Armia podziemna wciąż traciła żołnierzy — aresztowanych, ofiary nieudanych operacji i zwykłego pecha — Naksydzi zastosowali bezlitosny odwet i zlikwidowano masowo zakładników.
    W reakcji na wzmożone ataki okupanci stworzyli oddziały lotne, by schwytać napastników, zanim zdążą się wycofać. Oddziałom udało się pojmać kilka jednostek lojalistycznych; niektórych bojowników zabito, innych uwięziono. Trzeba było wtedy szukać nowej kryjówki dla pozostałych bojowników i ich rodzin, zanim schwytani zdradzą dotychczasowe adresy.
    Sula postanowiła dać Naksydom lekcję. Wybrała dogodnie położony posterunek policji w dzielnicy Tormineli, i kiedy Naksydka wyznaczona na oficera kontroli racjonowania przybyła do pracy, zabiła ją. Zabójcy — grupa działania złożona z trzydziestu dziewięciu bojowników — nie wycofali się potem, ale oblegali posterunek, ostrzeliwując go z ukrycia i waląc rakietami w garaż. Policja wezwała na pomoc dwa naksydzkie szwadrony szybkiego reagowania.
    Sula wywnioskowała z topografii miasta, którymi ulicami nadjadą szwadrony, i wcześniej przygotowała tam zasadzki. Ciężarówki przeciągnięte w ostatniej chwili na szeroką ulicę w dzielnicy handlowej zatrzymały jeden lotny szwadron, a bojownicy ukryci na otaczających ulicę budynkach stworzyli strefę śmierci, w której zginęli wszyscy Naksydzi z oddziału. Widząc ich leżących w swoich żółto-czarnych mundurach na chodniku przy płonących pojazdach, Sula, która znajdowała się na jednym z budynków, wraz z Macnamarą i Spence, krzyczała z radości.
    Inna droga do oblężonej dzielnicy Tormineli prowadziła główną trasą szybkiego ruchu. Casimir i Bogo Boys, którzy prowadzili jadące obok siebie ciężarówki, zdołali zająć wszystkie pasy jezdni. Ciężarówki zwolniły i tylne drzwi otwarły się, odsłaniając karabiny maszynowe na trójnogach, pochodzące z magazynu zespołu 491 przy krematorium Nabrzeża.
    Naksydzkie pojazdy, chociaż opancerzone, nie wytrzymały aż takiej burzy ognia. Bogo Boys pomknęli naprzód, zostawiając za sobą płonące wraki.
    Dopiero teraz grupa operacyjna oblegająca torminelski posterunek, spokojnie się wycofała. Torminele rozsądnie nadal siedzieli w komisariacie i nie podejmowali pościgu.
    Wściekłość, która ogarnęła Sulę w bitwie, nie ustępowała przez wiele godzin. Dopiero gdy znaleźli się sam na sam z Casimirem w Hotelu Mnogich Błogosławieństw i ich ciała rozpoczęły inną wojnę, furia odleciała. Oboje byli młodzi i ogniści, a w ich żyłach rozbrzmiewała pieśń triumfu. Żadne z nich nie spodziewało się długiego życia, ale na razie czuli słodycz zwycięstwa.
    Kierowana przez Sagasa klika Daimongów dokonała równie udanego, choć mniej gwałtownego zamachu: zdołali przechwycić transport żywności z jednego z magazynów Kulukraftów i przyprowadzić go do swojej dzielnicy, gdzie zostawili otwarte pojazdy, by podczas długiej nocy mieszkańcy mogli je złupić.
    „Bojownik” czcił te zwycięstwa, wysławiał bohaterów i męczenników armii podziemnej. Choć Sula jak zwykle przesyłała jedynie pięćdziesiąt tysięcy kopii z węzła dystrybucyjnego Biura Akt, papierowe egzemplarze pisma były niemal wszechobecne: przylepiano je do słupów latarni, leżały na stołach w restauracjach, zbierały się w bramach domów, przygnane wiatrem. Ludzie czytali je otwarcie w tramwajach, przy biurkach w pracy lub przy śniadaniu w kawiarniach, kiedy nad ich głowami paplały oficjalne wiadomości wideo.
    Naksydzi dość szybko zorientowali się, że to kliki kierują walką, i uderzyli, zamierzając zlikwidować całe kierownictwo w jednej skoordynowanej operacji. Nie zdawali sobie jednak sprawy ze współpracy klik z niektórymi wyższymi funkcjonariuszami policji i wymiaru sprawiedliwości.
    Wszyscy przywódcy klik zostali ostrzeżeni ze znacznym wyprzedzeniem, i kiedy oddział Patrolu Miejskiego i Legionu Prawomyślności rozbił drzwi do małego, nędznego biura Sergiusa Bakshiego, nikogo i niczego tam nie znalazł. Pozostały jedynie komputery z wyczyszczoną pamięcią. Naksydom udało się aresztować tylko jedną osobę: gangstera z ulicy Cnoty, który był zbyt pijany, by sprawdzić pocztę, i nie wiedział, że ścigają go Naksydzi.
    Casimir był dumny, że wydano na niego nakaz aresztowania — nie sądził, że jest aż tak ważny. Nie miał nic przeciwko przeprowadzkom do kolejnych kryjówek, ale złościło go, że musi zrezygnować ze strojów od Chesko i z morelowego samochodu; brak ostentacji nie leżał w jego zwyczajach.
    Sula, wprost przeciwnie, wzrastała w warunkach wymagających braku ostentacji, dlatego pewnego ranka wstrząsnął nią widok własnej twarzy w ściennym kawiarnianym wideo, gdy kupowała kawę i ciasto na wynos. Czuła, jak jej twarz płonie. Schowała brodę w kołnierz i czmychnęła z powrotem do kryjówki, oglądając się nerwowo przez ramię.
    Gdy weszła, Casimir dopiero się obudził. Jego ramiona i nogi zwisały z wąskiego łóżka. Postawiła śniadanie na stole i kazała ściennemu wideo się włączyć. Zmieniała kanały, aż znowu zobaczyła swoją twarz.
    Zdjęcie wzięto z archiwalnego wydania wiadomości. Przedstawiało ją podczas dekoracji po bitwie przy Magarii. Była w pełnym mundurze galowym i stała na baczność, a dowódca Floty, Tork, wieszał medal na jej szyi.
    — Nagroda za fałszywą lady Sulę wynosi trzy tysiące zenitów — mówił spiker melodyjnym daimongskim głosem.
    Serce jej podskoczyło. Usiadła ciężko na łóżku, gdy zawiodły ją kolana.
    Fałszywa lady Sula? — myślała. Skąd mogli dowiedzieć się o Caro?
    — Fałszywa? — doszedł ją głęboki głos Casimira. Mężczyzna zaśmiał się. — Nie mogą się przyznać do pomyłki.
    Pomyłki? Sula położyła dłoń na łomoczącym sercu, a potem poczuła poryw gniewu, gdy Casimir znowu się zaśmiał. Popatrzyła na niego wściekle.
    — Oni myślą, że się podszywasz! — wyjaśnił Casimir. — Cały czas powtarzali, że prawdziwa lady Sula zginęła w wybuchu, nie? Więc ty musisz być fałszywa.
    Gwiazdy zamigotały jej przed oczami i zdała sobie sprawę, że zapomniała oddychać. Napełniła płuca powietrzem i znów odwróciła się do ekranu.
    Caro musi pozostać martwa — pomyślała. Nie powstała z rzeki Sola, z mułem ściekającym z jej złotych włosów, by mnie ukarać. Zabójczy sekret z przeszłości pozostanie zamknięty na klucz.
    Casimir pochylił się i objął ją ramionami.
    — Nie martw się — szepnął jej do ucha. — Życie w podziemiu nie jest takie złe. Będę mógł dotrzymać ci towarzystwa.
    Zaśmiała się nerwowo.
    — Cały czas żyję w podziemiu. Od miesięcy lawiruję i robię uniki.
    A nawet od lat… — pomyślała.
    Wiedziała, że musi opuścić swoje mieszkanko. Zbyt wielu ludzi z tamtej okolicy ją znało. Musi wydobyć wazon Yu-yao i broń pochowaną w skrytkach w meblach. Najlepiej byłoby wysłać własną ciężarówkę z fałszywym listem przewozowym, by zabrać wszystko na wypadek, gdyby już namierzyli jej mieszkanie. I uzbrojoną po zęby drużynę ratunkową, by interweniowali, gdyby ktoś chciał przeszkadzać ekipie z ciężarówki.
    Wspólne mieszkanie też trzeba będzie opuścić, uświadomiła sobie, i już chciała wysłać wiadomość Macnamarze i Spence, że muszą się wyprowadzić, gdy nagle pewien pomysł zapłonął jej w mózgu jak eksplodujący w próżni pocisk.
    — Nie możemy pozwolić, by to im się upiekło — powiedziała. — Musimy zareagować.
    Casimir był rozbawiony.
    — Co chcesz zrobić? Zbombardować stację nadawczą?
    — Niezły pomysł, ale nie. Myślę o czymś jeszcze bardziej widowiskowym.

* * *

    Musiała się z nimi o to sprzeczać. Macnamara był wstrząśnięty, ale mogła mu wydać rozkaz, był jej podwładnym. Nad Casimirem musiała intensywniej popracować, ale w końcu zdołała przemówić do psotnego chochlika w jego duszy i Casimir uznał ten pomysł za szalenie zabawny.
    Dwa dni po tym, jak wyznaczono nagrodę za jej głowę, Sula wkroczyła w mundurze polowym, z medalami na piersi, na Targ Tekstyliów w Nabrzeżu. Rozdawała zaskoczonym sprzedawcom i ich klientom ostatni numer „Bojownika”. Wywijała też przedostatnim numerem „Zbawienia” — oficjalną rządową gazetą dużego formatu, gdzie na widocznym miejscu umieszczono jej wizerunek.
    Wszystko to Casimir rejestrował kamerą wideo. Trzymana w ręku gazeta z datą nakręcenia wideo świadczyła o tym, że choć za jej głowę wyznaczono nagrodę, Sula może bezpiecznie i otwarcie spacerować po zatłoczonej ulicy.
    Sama nie była uzbrojona, ale tuż poza zasięgiem kamery krążył wokół niej szwadron zabójców Casimira. Szli w milczeniu, z pistoletami na wierzchu, by zniechęcić ewentualnych kandydatów do zainkasowania nagrody trzech tysięcy zenitów. Sula szła powoli, przystawała, uśmiechała się do sprzedawców, rozmawiała ze sklepikarzami. Kupiła napój waniliowy od sprzedawcy napitków i odmówiła przyjęcia reszty. Oglądała uważnie belę tkaniny — jedwabiu, jak twierdził kramarz, potem pogłaskała niemowlaka pod brodą.
    Na drugim końcu targu odwróciła się, pomachała ręką i zanurkowała w oczekującego sedana. Pierwszy z naksydzkich szwadronów przybył dopiero osiem minut po jej odjeździe.
    Następnego dnia do wydania „Bojownika” dołączono krótkie wideoklipy i trochę nieruchomych zdjęć dokumentujących przechadzkę Suli. Twarze wszystkich osób, które spotkała lub do których mówiła, zostały starannie zaczernione.
    Jesteśmy panami ulic. Właśnie to przesłanie niósł „Bojownik”.
    Trzy dni później Naksydzi zrobili wszystko, by dowieść, że „Bojownik” się myli.

* * *

    Pocisk antymaterii uderzył nieco po dwunastej w południe, gdy ludzie wyszli z pracy na południową przerwę. Sula jechała z Macnamarą dwukołowcem i dostrzegła błysk; nawet przez przyłbicę hełmu poczuła dotyk gorąca na policzku.
    Niebo natychmiast zmieniło kolor na mleczny. Sula gwałtownie szturchnęła Macnamarę w żebra.
    — Stop! Zjedź do krawężnika. Biegiem do któregoś z budynków. Ludzie gapili się w niebo. Dwukółka skręciła, przemknęła między dwoma zaparkowanymi pojazdami, podskoczyła twardo na krawężniku i wpadła między pieszych. Macnamara zahamował przed jasną mosiężną bramą. Sula zobaczyła odbicie własnej przestraszonej twarzy w wypolerowanym czerwonym marmurze fasady budynku.
    Podniosła klepnięciem przyłbicę.
    — Chować się! — krzyknęła do wszystkich w zasięgu głosu. — Chować się natychmiast!
    Żyroskopowe stabilizatory utrzymały dwukołowca w pozycji stojącej, kiedy dwoje pasażerów wyskoczyło z pojazdu i pobiegło do drzwi. Znaleźli się w cichym sklepie z odzieżą dla Lai-ownów. Wysocy,dobrze ubrani awianie patrzyli ze zdziwieniem na dwoje intruzów, którzy wtargnęli do salonu, szukając wzrokiem miejsca, gdzie można by się ukryć przed lecącym szkłem.
    — Chować się! — krzyczała ciągle Sula. — Chować się natychmiast!
    Nie bacząc na eleganckie ubranie Lai-owni, w ciągu sekundy znaleźli się za kontuarami i pod stołami. Sula i Macnamara przykucnęli po obu stronach drzwi, opierając się plecami o grube ściany. Sula znowu opuściła przyłbicę hełmu.
    Ludzie wbiegali z ulicy, rozglądali się i szaleńczo pędzili w głąb sklepu. Nagle rozległ się trzask, kiedy ktoś potknął się o dwukołowca — pojazd pozostał w pozycji stojącej, ale pieszy nie. Jaskrawe światło na zewnątrz zaczęło blednąć.
    Sula usłyszała, jak nadchodzi fala uderzeniowa, i poczuła przez stal, beton i marmur narastające dudnienie. Wsadziła głowę między kolana i splotła dłonie na hełmie.
    Podmuch rozwarł na oścież mosiężne drzwi. Rozległ się kosmiczny wrzask, który czuła jako drżenie w kościach i wzrost ciśnienia w uszach, a zaraz potem brak ciśnienia, który spowodował zawroty głowy. Ktoś potknął się i upadł w drzwiach. Kurz zawirował, ubrania na wieszakach gniewnie zadrżały. Rozmaite przedmioty pospadały z lad na ziemię, ale dźwięki ich upadku zagłuszył wściekły huk.
    Suli dzwoniło w uszach. Zamrugała i spojrzała na salę. Żadnego stłuczonego szkła. Dziwny zapach kurzu i gorąca.
    Pomyślała, że to wszystko, póki nie poczuła, że coś pędzi w jej kierunku. Znowu się sprężyła. Tym razem wstrząs nadszedł przez podłogę, fala przepłynęła przez trzewia.
    To wolno poruszająca się fala naziemna — pomyślała Sula.
    Brązowe drzwi próbowały się zamknąć, ale napotkały na leżącego w przejściu mężczyznę Cree. Sula chwyciła go za ramię, wyciągnęła z przejścia i usadowiła plecami do ściany.
    — Pozostańcie osłonięci! — zawołała. — Mogą być następne wybuchy!
    Wielkie uszy Cree obróciły się w kierunku, skąd dobiegał jej głos. Pod jego fioletową skórą dygotały dziwnie małe mięśnie.
    Pozycji jednak nie zmienił — siedział oparty plecami o ścianę i szybko oddychał.
    Sula sięgnęła po ręczny komunikator i nastawiła go na kanał wiadomości.
    — Komitet Ocalenia Praxis — usłyszała — zadekretował, że miasto Remba ma zostać zniszczone za wielokrotne akty buntu przeciwko Pokojowi Praxis. Przelatując obok Zanshaa, Flota wystrzeliła jeden pocisk. Nie przewiduje się dalszych ataków. Ludność sąsiednich terenów ma wrócić do pracy i zachowywać się normalnie.
    Sula czuła w głowie zamęt. Remba to maleńkie miasteczko na pograniczu obszaru Wielkiego Zanshaa. Sula nic nie słyszała o oporze przeciw Naksydom w tamtym rejonie. Co więcej, ponieważ nie wiedziała, czy inne miasta na planecie mają taki sam immunitet jak miasto Zanshaa, starała się zniechęcać ich mieszkańców do zabójstw i podkładania bomb i propagowała, by się ograniczali do zbierania informacji i bezkrwawych form sabotażu.
    Sula odłożyła ręczny komunikator i wstała.
    — Już po wszystkim — powiedziała do Macnamary. — Wynośmy się stąd.
    Cree niepewnie wstał. Obrócił się ku niej i nadstawił swoje wielkie uszy. Sula poczuła dziwne pulsowanie w kościach, kiedy Cree wydał poddźwiękowy głos.
    — Ty jesteś tamtą — powiedział.
    — Skoro tak mówisz… — odparła. Cree przysunął się bliżej.
    — Jesteś Białym Duchem — szepnął.
    Te zagadkowe słowa wywołały w Suli dziwny dreszcz. Miała zamęt w myślach i nie mogła nic odpowiedzieć.
    — Chodźmy — zwróciła się do Macnamary.
    Odkurzyli dwukołowca, sprowadzili go z chodnika i pojechali przez odrętwiały i powolny ruch uliczny. Cree stał bez słowa w progu i wysyłał za nimi soniczne pulsowanie.
    Biały Duch — pomyślała.

* * *

    Tego wieczora spotkała się z Casimirem i Julienem w pokoju za kuchnią w jednej z restauracji Nabrzeża. Pomieszczenie miało tanie meble i plastikowe obrusy. Wydzielone na posiłki dla pracowników restauracji, pachniało czosnkiem i zepsutym olejem do smażenia. Mimo potwierdzonej lojalności właściciela, Sula przyrzekła sobie, że już nigdy nie będzie tu jadła.
    — To było ostrzeżenie — powiedział Julien i uśmiechnął się. — Nie ośmielili się zaatakować Zanshaa, ale uderzyli tak blisko, by wszyscy to zobaczyli i się bali.
    — Próbują nas zastraszyć — potwierdził Casimir. Spojrzał na Sulę. — Czujemy się zastraszeni?
    Sula nie odpowiedziała. Naksydzi uderzyli w sześćsettysięczne miasto i zastosowali pocisk bez zwykłego pancerza wolframowego, więc nie pojawiła się kula ognia. Fala wstrząsów spowodowała szkody, ale prawie wszystkie ofiary wywołało promieniowanie. Leczenie choroby popromiennej było dostępne, ale straż dostała rozkaz nie wpuszczać ludzi do szpitali.
    — Chcą mieć miasto bez mieszkańców, by dać je swoim klientom — powiedział Julien. — To im zaskarbi wielu przyjaciół.
    — Chcę dopaść tych szczurzych drani, którzy to zrobili — oznajmiła Sula.
    Casimir splótł blade długie palce.
    — Wszyscy chcemy, ale, o ile wiemy, mogą znajdować się na orbicie.
    Sula przeniosła wzrok na obraz na ścianie. Za kilkudziesięcioletnią warstwą brudu i kuchennego tłuszczu znajdowało się wyretuszowane zdjęcie Górnego Miasta, ze zbyt zielonym niebem i nienaturalnie jasnymi budynkami.
    — Flota naksydzka nie zrobiłaby tego z własnej inicjatywy — powiedziała. — Rozkaz wydał ten ich cholerny komitet. A oni są tam, gdzie możemy ich dostać.
    — Wszystkich? — Casimir uniósł brew i sięgnął po kieliszek taniego wina sorghum, którym uraczył ich właściciel knajpy. — Kilku chyba możemy dorwać. Nasze kontakty w Górnym Mieście mogą ich zlokalizować. Ale są dobrze strzeżeni i każda droga ucieczki będzie…
    — Wszystkich — powiedziała mu Sula. Pomysły już wirowały w jej głowie. — I nie mówię o likwidowaniu ich pojedynczo. Załatwmy trochę antymaterii i zdmuchnijmy ich z tej ich skały.
    Julien był rozbawiony.
    — Skąd weźmiemy antymaterię? — zapytał.
    Antymaterią dysponowali tylko wojskowi i władze energetyczne. Obu źródeł bardzo pilnie strzeżono.
    — I jak mamy zorganizować transport? — spytał Casimir. — Wiedza fachowa Sidneya tu nie wystarczy.
    Zaczęli więc omawiać inne możliwości: ciężarówki-bomby, gdyby zdołały dostatecznie blisko podjechać, katapulty, wyrzucające torby ze środkiem wybuchowym.
    — Moglibyśmy zbudować działo — powiedziała w pewnej chwili Sula. — Nie będziemy potrzebowali lawety ani niczego takiego, wystarczy po prostu lufa. Zbudujemy ją na dachu budynku, pod czymś, co nie rzuca się w oczy. Następnie wycelujemy ją na pomieszczenie, gdzie zbiera się ich komitet, i rozwalimy ich wszystkich jednym pociskiem.
    Jej koledzy wypili już tyle wina sorghum, że pomysł wydawał się zarówno możliwy do zaakceptowania, jak i przezabawny, i dyskutowali o tym przez godzinę.
    Zanim Sula i Casimir dotarli do swej kryjówki, Sula nieco wytrzeźwiała. Kiedy Casimir wziął prysznic — zawsze kazała mu brać prysznic przed pójściem do łóżka — i wrócił do pokoju, zastał Sulę siedzącą na krześle z wazonem Yu-yao w dłoniach. Ocaliła ten wazon z dawnego mieszkania. Spoglądała na swoje ciemne zniekształcone odbicie w popękanej powierzchni, a jej palce ślizgały się po wazonie.
    Casimir podszedł do niej od tyłu i położył na jej ramionach swe długie dłonie. Odstawiła wazon na porysowany stary stół, ujęła dłoń Casimira i potarła o nią policzkiem.
    — Czy naprawdę wiemy, co robimy? — spytała. — Ci ludzie z Remby… zginęli w wyniku naszych działań. Dziesiątki tysięcy ludzi. A dzisiaj planowaliśmy dalsze akcje, które mogą doprowadzić do zniszczenia innego miasta.
    Jego palce zacisnęły się na jej palcach.
    — Wkrótce przybędzie Flota — powiedział.
    — W takim razie jaki jest sens tego, co robimy? Losy wojny rozstrzygną się poza planetą.
    — Zabijamy Naksydów. Myślałem, że właśnie na tym ci zależy. — Długą bladą dłonią pieścił jej włosy. — Nigdy nie spodziewałem się żyć tak długo jak Sergius. Zawsze myślałem, że przed trzydziestką czeka mnie tortura i garota. Jeśli zginiemy razem w tej walce, dla mnie nic się nie zmieni. To lepsze niż umierać w samotności.
    Zapiekły ją łzy. Wstała z krzesła i przytuliła się do niego, wdychając woń mydła i jego pachnący winem oddech. Oplótł ją ramionami.
    — Nie smuć się. Naksydzi boją się nas. Właśnie dlatego uderzyli w Rembę.
    Jej dłonie na plecach mężczyzny zacisnęły się w pięści.
    — Chcę, żeby to miało znaczenie — oznajmiła. — Chcę zrobić coś, czego Flota nie zdoła zrobić, nawet jeśli sprowadzi na Zanshaa milion okrętów.
    — Zbuduj swoją armatę. — W głosie Casimira dźwięczał śmiech. — Zdmuchniemy ich komitet i konwokację aż do pierścienia.
    Jego słowa wzbudziły w niej jeszcze większe poczucie pewności. Oparła się o Casimira, jakby był solidnym murem, i otarła łzy.
    Walcząc z gorącym kamieniem zalegającym w jej gardle, powiedziała:
    — Oryginalny plan przewidywał utworzenie w Zanshaa armii. Rząd postanowił nie tworzyć armii, ale teraz ją mamy. Wykorzystajmy ją i zdobądźmy Górne Miasto.
    Casimir znowu wyglądał na bardzo rozbawionego.
    — Zdobyć Górne Miasto? Czemu nie? Śmiech w jego głosie rozgniewał Sulę.
    — Nie bądź taki protekcjonalny.
    — Protekcjonalny? — Odsunął się od niej i jego oczy również rozżarzyły się gniewem. — Zdobędziemy Górne Miasto. Doskonale. Albo zbudujemy armatę. Doskonale. Albo zrobimy coś jeszcze. Wszystko mi jedno. Ale cokolwiek mamy zrobić, weźmy się za to i przestańmy wreszcie zadawać sobie pytania.
    Patrzyła długą chwilę w jego ciemne oczy, a potem przycisnęła usta do jego ust.
    Dziwne, nieoczekiwane uczucie szczęścia pulsowało jej we krwi. Jestem w domu — myślała. W domu, po tych wszystkich latach.
    W domu pośród wojny z jej chaosem i niestabilnością, zagrożeniami i terrorem. W domu, w tym bezpiecznym domu ze starymi obskurnymi meblami. W domu w ramionach Casimira.
    Oderwała wargi od jego ust. Jej mózg już pracował.
    — Tak — powiedziała. — Zdobędziemy skałę i zabijemy ich wszystkich.

DWADZIEŚCIA SZEŚĆ

    Siły Chen śmignęły przez wormhol, by dołączyć do Jedynie Słusznej i Ortodoksyjnej Floty Odwetu na jej orbicie wokół gwiazdy układu Chijimo. Od razu napotkały zmasowane stado pocisków pędzących ku nim z rykiem jak piekielny krwawy przypływ — i nagle pociski odwróciły się, wyhamowały i leciały obok nowo przybyłych niczym owczarki odprowadzające stado do zagrody. Siły Chen zebrały je, by uzupełnić swoje uszczuplone zasoby.
    Sześć dni później Siły Chen dołączyły do właściwej Floty. Wpasowały się w luźną formację między eskadrą flagową i tą, która dotychczas znajdowała się z tyłu eskadry. Przywitały je tendry wysłane z Chijimo z zapasami świeżego jedzenia, alkoholu i delikatesów dla oficerów. Uzupełniono nawet zapasy antymaterii, choć statki mogły jeszcze przez lata funkcjonować na antywodorze ze swych zbiorników paliwa.
    Po przybyciu sił Chen Ortodoksyjna Flota składała się z dwudziestu ośmiu statków, z czego połowa to statki nowo zbudowane i z nowymi załogami. Było to największe skupisko okrętów lojalistycznych od czasu lotu Floty Macierzystej ku Magarii.
    Po kilku godzinach, gdy załogi sił Chen pławiły się w luksusie stosunkowo świeżych owoców, jedynie częściowo sprasowanych przyspieszeniami, naczelny wódz Tork rozkazał, by Michi Chen, wszyscy kapitanowie i wszyscy pierwsi porucznicy stawili się na pokładzie jego okrętu flagowego. „Sędzia Urhug”.
    Martinez i inni włożyli galowe mundury, a potem poszli do doktora Xi, by dał im mieszaninę w sprayu, która przytępi ich zmysły smaku i węchu — statek całkowicie wypełniony Daimongami byłby dla tych zmysłów straszliwym koszmarem.
    Towarzystwo zwlekało, czekając w „Żonkilu” do ostatniej minuty przed odcumowaniem i lotem na okręt flagowy. Martinez zauważył, że inni kapitanowie, zarówno terrańscy, jak i torminelscy podobnie opóźniali przybycie.
    W śluzie chór Daimongów zapiał pieśń radosnego powitania. Dźwięk był równie ogłuszający, co wspaniały, ale niepokojący odór zgnilizny już zaczynał drapać przełyk Martineza. Jeden z poruczników Torka poprowadził nowo przybyłych korytarzami pełnymi przewodów i przepustów. Weszli do apartamentów Torka, gdzie wszyscy, nawet on sam, wyprężyli się, by zasalutować Globowi Martineza.
    Stół był z przezroczystego plastiku wspartego na metalowym szkielecie. Krzesła, również plastikowe, powyginano tak, by pasowały do budowy ciała Daimongów. Ściany pokryto farbą o szpetnym odcieniu, który Martinez mógł określić jedynie jako „rządowa zieleń”, i ozdobiono oprawionymi w ramki dyplomami i świadectwami, które Tork otrzymał na różnych etapach swej kariery zawodowej, fotografiami okrętów, którymi Tork dowodził, oraz fotografiami przodków Torka.
    Bardzo się to różniło od wcześniej budowanych luksusowych flagowców, które wyposażano w parkiety, dzieła sztuki zamawiane u znanych malarzy i projektantów oraz wyrafinowane, ręcznie robione meble. „Sędziego Urhuga” zbudowano szybko, spryskano najtańszą dostępną farbą i umeblowano masowo produkowanymi sprzętami, których inteligencja pozwalała jedynie na trzymanie się podłogi w warunkach nieważkości. Krytyczna sytuacja wojenna nie pozwalała na więcej.
    — Zajmijcie miejsca, milordowie — powiedział Tork. Paski martwego ciała zwisały mu z twarzy, która stale wyrażała wściekłość, jednak jego głos przypominał aksamitne kuranty.
    Martinez położył przed sobą na stole Złoty Glob i przysiadł ostrożnie na krześle, bardziej stosownym dla węższego ciała Daimonga. Obrzydliwy smród zapychał mu przełyk. Odchrząknął i popił wody.
    — Przejrzałem raport dowódcy eskadry, Chen — oznajmił Tork — jak również raporty złożone przez wszystkich kapitanów. Jestem zmuszony zauważyć, że nigdy nie spotkałem się z czymś, co dorównywałoby wyczynom sił Chen.
    Na te słowa Martinez poczuł pewien przypływ optymizmu. Może Tork złagodniał w ostatnich miesiącach. Może sukces rajdu przekonał go, że należy traktować siły Chen jako przykład dla reszty Floty.
    — Siły Chen zniszczyły wiele przekaźnikowych stacji wormholowych, od których zależy nasza cywilizacja — oświadczył Tork. — Zniszczyły planetarny pierścień akceleracyjny i zabiły wielu, może nawet większość mieszkańców Bai-do. Na pokładzie statku flagowego doszło do zabicia przez załogę oficerów, włącznie z kapitanem. Znaleźli się tam mordercy, którym pozwolono przebywać na wolności i kontynuować swą ohydną działalność przez miesiące, zanim zapłacili za swe zbrodnie. Ci sami załoganci-mordercy byli zamieszani w wymuszenia, ciężkie przestępstwa i zdradziecką współpracę z naksydzkimi buntownikami. Mamy nawet dowody sekciarskiej działalności na pokładzie, niezbite dowody, że oficerowie niewłaściwie indoktrynowali załogę co do jej odpowiedzialności przed Flotą i Praxis.
    Początkowo słowa Torka brzmiały jak melodyjne kuranty, ale stopniowo jego głos stawał się szorstki, nieznośnie ostry; szarpał Martinezowi nerwy i powodował, że włosy stawały mu dęba. Pod wysokim kołnierzem kapitana rozszalał się pożar gniewu.
    — Muszę zadać sobie pytanie — ciągnął Tork — czy to są właściwe działania wojenne. Z pewnością jakiś pirat mógł tu chwalić się tym, że zniszczył stacje wormholowe, że unicestwił planetę, że dokonał morderstw, że należy do sekty. Ale czy są to odpowiednie dla para i oficera działania?
    Odwrócił łysą głowę i utkwił wzrok w siedzących przed nim oficerach.
    — Nie osądzam. Nie byłem na miejscu. Mówię wam tylko, że podobna działalność nie będzie dopuszczalna w Jedynie Słusznej i Ortodoksyjnej Flocie Odwetu. Nie atakujemy planet. Nie napadamy na bezbronne załogi stacji przekaźnikowych. Istniejemy tylko w jednym celu, a tym celem jest staczanie bitwy z nieprzyjacielską Flotą, bitwy właściwie prowadzonej, i zniszczenie tej Floty, by zakończyć wojnę, która podzieliła nasze imperium. Nie pozwolimy na żadne odchylenia od naszego jedynego zadania.
    Dźgał długimi palcami przezroczysty blat stołu.
    — Stoczymy z wrogiem bitwę i pobijemy go, stosując formacje i metody, które zostawili nam w spadku nasi przodkowie. W porównaniu z ich wielkością nasza egzystencja wydaje się jedynie cieniem. Nie będzie przyzwolenia na żadną zboczoną taktykę, w rodzaju tych, które zabiły dowódcę Floty, Kangasa. Flota zastosuje właściwą taktykę i we właściwy sposób, i ta taktyka zapewni nam zwycięstwo.
    Powiódł uniesionym palcem, wskazując po kolei wszystkich oficerów.
    — Nie będzie przedwczesnych rozlotów, milordowie! Każda formacja chcąca dokonać rozlotu musi otrzymać pozwolenie od naczelnego wodza, zanim wykona ten manewr.
    Znowu jego głos osiągnął szarpiącą nerwy tonację.
    — Wszystko, co ważne, jest wiadome! Wszystko, co idealne, zawarto w Praxis! Każda innowacja to zboczenie od najwyższego prawa. A żadne zboczenia nie są dozwolone!
    — Nigdy się nie spodziewałam, że moi dowódcy nazwą mnie piratem — powiedziała Michi, kiedy „Żonkil” opuścił śluzę „Sędziego Urhuga”.
    — On nikogo nie osądza — zauważył Martinez.
    Ale, dodał w myślach, Tork mógł przynajmniej wspomnieć, że rozbiliśmy dwieście wrogich statków handlowych, prowokując trwały uszczerbek dla naksydzkiej gospodarki, i wykończyliśmy ponad dwadzieścia okrętów wojennych, z którymi Flota nie będzie musiała walczyć przy Zanshaa.
    — Cóż — powiedział głośno — możemy ćwiczyć nową taktykę na własną rękę. Nie musimy mówić Torkowi o wszystkim, co robimy.
    Jednak się mylił. Następnego dnia Tork rozbił siły Chen. Lekki krążownik „Niebiański”, uszkodzony przy Protipanu, został wysłany na remont do stoczni przy Antopone. Inny lekki krążownik i fregata zostały przydzielone do nowo sformowanej lekkiej eskadry. Dwa torminelskie krążowniki wcielono do całkowicie torminelskiej dywizji, a dwa pozostałe statki terrańskie stały się jądrem nowiuteńkiej dziewiątej eskadry krążowników, do której dodano trzy statki ocalałe z Floty Macierzystej, też z terrańską załogą, trzy nowo zbudowane terrańskie statki, które jeszcze nie dotarły do Chijimo, i „Bombardowanie Delhi”, statek ocalały z Magarii i od tamtej bitwy nadal w remoncie.
    Jedyny daimongski kadet — ocalały ze „Światła Przewodniego”, straconego przy Protipanu — który przebywał na „Prześwietnym” od czasu tamtej bitwy, został przeniesiony na okręt flagowy Torka. Martinez podejrzewał, że prawdopodobnie po to, by zostać przesłuchanym na temat wszystkich zboczeń praktykowanych na okręcie flagowym Michi, odkąd on tam przebywał.
    Dobrze, że przynajmniej przydzielono Michi dowództwo nowej eskadry, więc „Prześwietny” nadal pozostawał okrętem flagowym.
    Ćwiczenie nowych systemów taktycznych nie było możliwe z tej prostej przyczyny, że Michi i Martinez nie mogli być pewni, że podwładni nie sypną ich przed Torkiem. Siły Chen były bardzo zwarte, zjednoczone zwycięstwem i wiarą w swego dowódcę. Michi mogła ze starymi podkomendnymi przeprowadzać zakazane ćwiczenia, wiedząc, że żaden z nich nie poinformuje Torka o tej działalności. Ale nie miała takiego zaufania do dziewiątej eskadry krążowników. Ani Michi, ani Martinez nie ośmielili się zaproponować nowo przybyłym zakazanych eksperymentów.
    — Tork robi to umyślnie — powiedziała Michi. — Próbuje izolować każdego, do kogo nie ma zaufania, i otoczyć go obcymi.
    — Miejmy nadzieję, że izolując w ten sposób zarazę, nie rozsiewa równocześnie wirusa — odparł Martinez.
    Tork zajmował swą nową formację codziennymi ćwiczeniami wyciągniętymi ze starego repertuaru. Martinez uważał, że sztab Torka musi pracować dwadzieścia dziewięć godzin na dobę, przygotowując scenariusze tych ćwiczeń. Każde posunięcie było zaplanowane. Każdy manewr, każdy wystrzelony pocisk, każda strata w ludziach. Załóg nie osądzano na podstawie tego, jak sprawiały się w obliczu wroga, ale według tego, jak dokładnie wykonywały instrukcje.
    Wszyscy, którzy doświadczyli nowego stylu rządzenia — swobodnych eksperymentów w wykonaniu Martineza, Michi i Do-faqa — podczas manewrów Torka cierpieli katusze frustracji. Wszyscy, którzy brali kiedyś udział w prawdziwej bitwie, wiedzieli, że prawdziwa potyczka nigdy nie przebiega według określonego schematu, i widzieli że manewry Torka to bezużyteczna strata czasu.
    Tork jednak nigdy nie uczestniczył w rzeczywistej bitwie ani w żadnym z eksperymentów Martineza. Martinez miał tylko nadzieję, że stroną naksydzką dowodzi intelektualny odpowiednik Torka.
    Przyznawał jednak, że ćwiczenia te uczyły przynajmniej załogi nowych statków podstawowego manewrowania. Jakość tych jednostek bojowych, z pośpiesznie szkolonymi załogami pod nowo mianowanymi oficerami, była przeważnie nędzna. Nawet on, jako świeżo upieczony szyper na pokładzie nowo obsadzonej załogą „Korony” nie był aż tak niedołężny, jak ci oficerowie.
    Czternasta lekka eskadra pod dowództwem Altasza, wysłana na rajd podobny do rajdu sił Chen, przybyła trzy dni po tym, jak eskadra Chen została podzielona. Martinez kiedyś dowodził tą eskadrą i teraz patrzył na displeju taktycznym na swoje dawne okręty z mieszaniną nostalgii i smutku. Na pokładach nie było nikogo ze starych załóg, nikogo z tych, z którymi dzielił niebezpieczeństwa od Magarii aż do Hone-bar. Statki były starymi przyjaciółmi, ale ich załogi były obce.
    Michi chciała wiedzieć, jak czternasta eskadra radziła sobie z naksydzkimi relatywistycznymi pociskami. W prywatnej rozmowie zapytała o to Altasza. Ten odparł, że po prostu likwidował wszystkie stacje przekaźnikowe, jakie napotkał.
    — Tork dostanie następną szansę użycia określenia „pirat” — powiedziała Michi. Później dowiedziała się, że jej przepowiednia się spełniła.
    Rutynowe zajęcia pod dowództwem Torka obejmowały nie tylko ćwiczenia i musztrę. Składano sobie wizyty i rewizyty, odbywały się kolacje, przyjęcia i bankiety. Kiedy dotarły nowo wyprodukowane okręty, starzy znajomi albo przybywali osobiście, albo przesyłali pozdrowienia. Lady Elissa Dalkeith, pierwszy oficer Martineza na „Koronie”, zaprosiła go na miły obiad na swoją nową fregatę „Odwaga”. Blondynek Vonderheydte, którego Martinez promował na porucznika podczas lotu „Korony” z Magarii, zaprosił go na kolację do mesy swego krążownika, gdzie zafascynowanej grupie oficerów opowiedziano ze szczegółami o ucieczce „Korony”. Ari Abacha przybył na pokład „Prześwietnego”, wypił butelkę wina Chenów i rozwlekle skarżył się na mnóstwo roboty, którą musi wykonywać jako drugi oficer na „Wspaniałym”. Srogi główny inżynier, Maheshwari, z ekstrawaganckimi wąsami pomalowanymi na bardzo mocny odcień czerwieni, przysłał pełne szacunku pozdrowienia od załogi maszynowni swojej nowej fregaty. Dowódca eskadry, Do-faq, który wygrał bitwę przy Hone-bar dzięki radom Martineza, uczynił go gościem honorowym wielkiego przyjęcia, na którym Martinez spotkał kadet Kelly, z którą zabawiał się po tym, jak ledwie uniknęli anihilacji z rąk Naksydów. Kelly z szerokim promiennym uśmiechem trzymała się z boku.
    Prawie codziennie nadchodziły listy lub wideo od Terzy. Martinez obserwował jej rosnącą ciążę z mieszaniną nabożnej bojaźni, pożądania i frustracji. Jedno wideo ukazywało jego portret, który dumny ojciec Martineza wydrukował i umieścił we foyer pałacu.
    Nie było ani słowa, ani znaku od Caroline Suli. Martinez zastanawiał się, gdzie też ona może być.
    Kontakty towarzyskie ułatwiały mu promowanie nowego systemu taktycznego w nieformalnych okolicznościach. We Flocie Ortodoksyjnej służyły setki oficerów, niektórzy z nich wysokiej rangi, którzy nigdy nie widzieli bitwy. Bardzo chętnie słuchali więc tego, kto ją widział. Martinez wielokrotnie znowu walczył na obiadach i przyjęciach przy Hone-bar i Protipanu, i zawsze starał się napomknąć o taktyce, która się wtedy sprawdziła. Kiedyś opisywał matematykę nowego systemu kapitanowi z Harzapid, zarozumiałemu mężczyźnie z żółtymi sterczącymi wąsami, i zauważył, że mężczyzna go rozumie.
    — Tak — powiedział. — Wypukła powłoka systemu dynamicznego. To wzór Foote'a. Martinez uniósł brwi.
    — Co takiego?
    — Wzór Foote'a. System opracowany przez jednego ze zdolnych młodych chłopaków, przydzielonych do Czwartej Floty przy Harzapid, lorda Jeremy'ego Foote’a. Reklamował ten system wśród swych przyjaciół, kiedy leciał do Czwartej Floty z Zanshaa, a kiedy już przybył, wszystkich z nim zaznajamiał. Ma wśród młodszych oficerów sporą grupę nawróconych. Szkoda, że lord Tork nie ma do tego przekonania.
    Martinez nie wierzył własnym uszom. Dobrze pamiętał Foote’a. Wielkiego blondyna o akcencie i arogancji para, człowieka, który mimo niższego stopnia wojskowego robił, co mógł, aby przy każdym spotkaniu wykazać mu wyższość swojej pozycji towarzyskiej.
    — Czy naprawdę pan sądzi, że lord Jeremy rozumie tę matematykę? — spytał.
    Kapitan sprawiał wrażenie zaskoczonego.
    — Przecież on to wymyślił.
    — Nie, to nieprawda. — W głosie Martineza słychać było niezadowolenie. — Kiedy opracowywałem ten system, konsultowałem go z innymi oficerami, między innymi z lady Sulą, bohaterką spod Magarii. Pamięta ją pan?
    Kapitan próbował śledzić tok jego rozumowania.
    — Konsultował się pan wtedy z lordem Jeremym?
    — Nie. — Martinez czuł, jak jego twarz rozciąga gniewny uśmiech. — Lord Jeremy był cenzorem na pokładzie statku lady Suli. Miał kompletny zapis naszej korespondencji i najwidoczniej rozprowadzał to wśród swoich przyjaciół w Czwartej Flocie jako wzór Foote'a.
    Kapitan przez chwilę przetrawiał tę nowinę, a potem przybrał surowy wyraz twarzy.
    — Z całą pewnością nie — oznajmił stanowczo. — Znałem ojca lorda Jeremy]ego. To godny dziedzic najznakomitszych przodków. Nie wyobrażam sobie, aby ktoś z tej rodziny zrobił taką rzecz.
    Martinez poczuł, jak drapieżny uśmiech wraca mu na twarz.
    — Z pewnością zapytam go o to przy najbliższym spotkaniu. Okazja nadarzyła się dziesięć dni później, na przyjęciu dla oficerów nowo przybyłego „Świetnego”. Krążownik stosownie nazwano, gdyż był to jeden z latających pałaców starej Czwartej Floty, ciężko uszkodzony w dniu buntu, ale teraz naprawiony i przywrócony do służby. Foote był jednym z młodszych oficerów na krążowniku.
    Martinez odczekał trochę i gdy przyjęcie rozwinęło się i odprężony podporucznik Foote rozmawiał z grupą swoich kumpli, zbliżył się do nich. Ponieważ było to oficjalne przyjęcie, a Martinez nosił Złoty Glob, Foote i jego znajomy byli zmuszeni wyprężyć się w salucie.
    — Foote! — krzyknął z radością Martinez. — Jak długo się nie widzieliśmy!
    Przełożył Glob do lewej dłoni i wyciągnął rękę. Zaskoczony Foote uścisnął ją.
    — Ogromnie się cieszę, że pana widzę, kapitanie — powiedział. Próbował wycofać dłoń, ale Martinez mocno ją trzymał.
    Tak, to był ten sam Foote. Wielki, przystojny, z kosmykiem blond włosów opadającym na prawą stronę czoła i miną wyrażającą arogancką pogardę. Ten wyraz twarzy prawdopodobnie utrwalił mu się już w kołysce.
    — Wszyscy mi opowiadają o wzorze Foote'a! — wykrzyknął Martinez. — Koniecznie musi pan mi go wytłumaczyć!
    Foote zarumienił się. Znowu próbował wycofać dłoń, ale Martinez nadal ją trzymał.
    — Ja nigdy tak tego nie nazywałem.
    — Jest pan zbyt skromny! — powiedział Martinez i spojrzał na innych oficerów, młodych parów z wysokiej kasty, których Foote uważał za równych sobie.
    — Lordzie Jeremy — rzekł — musi pan koniecznie wyjaśnić przyjaciołom, gdzie po raz pierwszy spotkał pan ten wzór!
    Wyraz bladych oczu oficera świadczył o pośpiesznych spekulacjach. Wreszcie Foote wyprostował się, a kiedy przemówił, w jego arystokratycznym tonie dźwięczało lekkie rozbawienie.
    — Oczywiście spotkałem ten wzór, gdy dopełniałem obowiązku cenzurowania korespondencji lady Suli i pana, milordzie. Uderzyła mnie pomysłowość zastosowania wzoru do rozwiązywania problemów taktycznych, jakie pojawiły się w bitwie przy Magarii, i postanowiłem rozpropagować go wśród oficerów.
    Martinez musiał przyznać, że Foote znalazł najzręczniejsze wyjście z sytuacji. Uświadomił sobie, że przyznanie się do autorstwa wzoru doprowadzi do upokorzenia go; zamiast tego wolał wystąpić jedynie w roli popularyzatora.
    Martinez uśmiechnął się szeroko.
    — Wie pan — powiedział, wciąż potrząsając dłonią Foote’a — powinien pan wspomnieć o prawdziwych autorach tego wzoru. Byłoby to bardziej uczciwie.
    Foote znalazł gładką odpowiedź.
    — Zrobiłbym to, gdybym miał pewność co do autorów. Wiedziałem, że pan jest w to zamieszany i lady Sula, ale korespondencja wskazywała, że inni oficerowie również brali w tym udział, a ja nie znałem nazwisk. A ponadto… — obejrzał się przez ramię, jakby się bał, że ktoś go podsłucha — zorientowałem się co do kontrowersyjnej natury tej pracy. Wszyscy, których nazwiska wiązały się z tym wzorem, narazili się niektórym starszym oficerom.
    — Jak to uprzejmie z pańskiej strony, że nie powiązał pan tego z moim nazwiskiem! — wykrzyknął Martinez, mając nadzieję, że zabrzmiało to jak fałszywa życzliwość. — Ale w przyszłości nie musi pan tego robić. Jestem przekonany, że nie zdołałby pan nawet w najmniejszym stopniu zmienić opinii lorda Torka o mnie.
    Foote tylko uniósł w górę wyniosłą brew. Martinez odwrócił się, by spojrzeć na kompanów Foote'a — obserwowali ich obydwu, niektórzy z podejrzliwością, inni zaskoczeni.
    — Nie będę już dłużej pana zatrzymywał, proszę wracać do przyjaciół — powiedział i puścił dłoń Foote'a. Potem powiódł spojrzeniem po twarzach stojących obok oficerów.
    — Lepiej pilnujcie swych wzorów — powiedział — bo możecie odkryć, że Foote przekazuje je najrozmaitszym ludziom.
    Znów się uśmiechnął, kiwnął Globem, odwrócił się i odszedł.
    Martinez wiedział, że przy tak intensywnym życiu towarzyskim oficerów informacja o rozmowie rozejdzie się w ciągu paru dni po całej Flocie Ortodoksyjnej.
    Odwet to małostkowe uczucie, pomyślał, ale czasami daje dziwną satysfakcję. A w organizacji zwanej Ortodoksyjną Flotą Odwetu, zemsta wydawała się mieć błogosławieństwo wyższych władz.

* * *

    Kolejka linowa zaskrzypiała, gdy liny naprężyły się, i fotel Suli zakołysał się w zawieszeniu kardanowym. Wagonik wjeżdżał w górę między stanowiskami działowymi — wieżyczkami z ciężkiego, prawie niezniszczalnego plastiku, które umieszczono na tarasach po obu stronach terminalu. Z wieżyczek wystawały lufy dział antyprotonowych, gotowych przemienić każdego napastnika w obłok cząstek elementarnych.
    W górnym terminalu Sula wyszła z wagonika na taras wybrukowany płaskimi kamieniami. Podmuch wiatru uderzył ją w twarz. Jedna z wieżyczek, brzydka i bezkształtna, przysiadła nisko na tarasie. Działo, załoga i mechanizm obracający ledwie się w niej mieściły. Ze szczytu wystawały przysadziste wentylatorki, peryskopy i anteny. Z tyłu znajdowały się zamknięte drzwi, obliczone na rozmiary Naksydów.
    Naksydzcy strażnicy, przebierając nogami, mknęli obok lub dla ochrony od wiatru stawali za wieżyczką. Sula udała, że poprawia długi szal, a potem wzięła torbę na zakupy i skierowała się do miasta.
    Ładunki w torebkach — pomyślała. Trzeba dostarczyć dużo energii kinetycznej, a wtedy zrobimy ze wszystkiego, co znajduje się w środku, jajecznicę. I nie ma znaczenia, że same wieżyczki nie zostaną zniszczone. Niestety, jajecznica mogłaby się zrobić również z wrażliwej amunicji antyprotonowej. W rezultacie nastąpiłby wybuch, który… nieważne, co jeszcze by zrobił, ale przynajmniej rozwiązałby jej problem.
    A jednak dobrze by było, gdybyśmy mogli wykorzystać te działa — pomyślała.
    Ciekawe, kiedy załoga działa otrzymuje posiłki. Z pewnością drzwi są wtedy otwierane.
    Ale nawet gdyby działa antyprotonowe zniszczono lub zdobyto, nie ma jak przetransportować w górę większych sił. Zbocze było strome i ludzie nie mogliby wspinać się po nim zbyt szybko, a po przybyciu na miejsce byliby wyczerpani. Ponadto nawet mała, słabo uzbrojona grupa w górnym terminalu kolejki zdołałaby powstrzymać całą armię.
    Wszystkie większe siły musiałyby wykorzystać wijącą się serpentynami drogę po drugiej stronie akropolu. Posuwanie się tą drogą to kolejny problem, nie wspominając o tym, że byłaby pod intensywnym ostrzałem.
    Pomysły wirowały w mózgu Suli, kiedy przecięła pieszo Górne Miasto i znalazła się przy oznaczonej dwiema kolumnami Bramie Wyniesionych. Tutaj serpentynowa droga wchodziła na płaskowyż. Miejsca strzegła następna para dział antyprotonowych w wieżyczkach. Spoglądając w drugą stronę, Sula dostrzegła wielką budowlę z beczkowatym dachem — pałac Ngenich. Z tyłu budynku znajdował się taras i banian ocieniający domek P.J.
    Z domku P.J. można by obserwować stanowiska obrony, patrzeć, kiedy zmieniają się straże i kiedy nadchodzą posiłki — pomyślała.
    A ponadto zmarzła.
    P.J. rozpromienił się, gdy pojawiła się na progu, i zaoferował jej herbatę i zupę.
    — Żałuję, że nie mogę być bardziej przydatny — powiedział, obserwując, jak je. — Nie dostarczam wam obecnie zbyt wielu informacji. Moje kluby są niemal puste — więcej służby niż członków. Wszyscy, którzy mogli, wyjechali.
    — Nadal jesteś w dobrym miejscu — stwierdziła Sula. — Wszystkie informacje, których dostarczasz, są cenne. — Jej próby wspierania morale P.J. stały się tak częste, że w zasadzie mogła te teksty recytować podczas snu. — Liczę na ciebie, że zostaniesz w Górnym Mieście, i będziesz trzymał ucho przy ziemi.
    — Jestem niezłym strzelcem. Mógłbym przenieść się do Dolnego Miasta i zostać zabójcą.
    Sula wymiotła chlebem resztki zupy. Zupę przyprawiono cytryną i szafranem — niezwykłe, lecz w tym wypadku udane połączenie.
    — Jesteś tutaj potrzebny — powtórzyła.
    — Po co? — odparł ponuro P.J. — Zupę możesz kupić w restauracji.
    — Zakładam, że masz lornetkę.
    — Tak. Oczywiście.
    — Chciałabym, żebyś uważał na te działa antyprotonowe przy Bramie Wyniesionych. Sprawdzaj je regularnie. Dowiedz się, kiedy wymieniają załogi, kiedy je karmią. Kiedy drzwi w bunkrach są otwarte, a kiedy zamknięte.
    P.J. spoglądał na nią przenikliwie.
    — Macie zamiar je zaatakować?
    — Owszem. Chciałabym mieć parę dział antyprotonowych. Albo przynajmniej amunicję.
    Jej grupę operacyjną szkolono w posługiwaniu się tą bronią i siły pozostawione pod komendą dowódcy Floty, Eshruga, miały ją na składzie, ale Sula nie wiedziała gdzie. Prawdopodobnie broń wpadła w ręce Naksydów.
    Może właśnie te cztery działa w Górnym Mieście kiedyś należały do podziemnego rządu. Odebranie ich byłoby naprawdę słuszne.
    — Och, P.J., jeszcze jedno — dodała Sula. — Nie znasz przypadkiem jakichś ekspertów od wspinaczki?

* * *

    Raport P.J. był zdumiewająco szczegółowy. Wyglądało na to, że sprawdzał baterie co pół godziny i nie spał w nocy, by je obserwować. Zauważył czas zmiany wacht, godziny posiłków, liczbę strażników i typ środka transportu, którym przyjeżdżali z koszar i do nich wracali.
    Sula zaczęła regularnie odwiedzać Górne Miasto, by obserwować obie wieżyczki strzegące kolejki, ale jej spostrzeżenia tylko potwierdzały dane P.J. W końcu oszczędziła sobie jeżdżenia i założyła, że obie baterie dział mają taki sam rozkład dnia.
    Gdy zimne wiatry straciły siłę, znalazła odpowiedź na pytanie, kiedy drzwi bunkrów są otwarte — podczas dobrej pogody. Wieżyczki były małe, ciasne i załoga wolała przebywać na zewnątrz, nawet podczas jesiennych wichur szalejących wokół granitowych blanków akropolu.
    — Zatem wyznaczymy atak na jakiś przyjemny dzień — powiedziała na naradzie. — Musimy tylko obejrzeć długoterminową prognozę pogody.
    — To prawdopodobnie możemy zrobić, księżniczko — powiedział Patel z uśmiechem. — Martwi mnie natomiast wspinaczka na tę cholerną skałę.
    Narada odbywała się w apartamencie hotelowym Patela. Siedzieli wokół eleganckiego stołu z chromowymi krawędziami, który wyglądał dziwnie w zestawieniu z wymyślnie lakierowanymi szafkami, kolekcją staroci i z bukietami jaskrawych wonnych kwiatów. Pomieszczenie, jego osobliwości i zapachy, wydawało się idealnym środowiskiem człowieka, który zaofiarował się walczyć dla miłości.
    — Warto jakoś potrenować tę wspinaczkę — powiedział Julien. — Musimy nie tylko sami dostać się na tę skałę, ale także przenieść tam sprzęt. — Uśmiechnął się z przymusem. — Nie jestem amatorem wysokości.
    Było jasne, że żaden frontalny atak na akropol nie może się powieść. Pozycje, które kontrolowały dwie drogi do Górnego Miasta — kolejkę linową i serpentynę — mogły być zdobyte jedynie od tyłu, a to oznaczało, że trzeba najpierw przemycić na akropol jakieś zbrojne grupy.
    Poprowadzenie armii w górę po klifie nie byłoby możliwe w czasie pokoju, kiedy długi granitowy masyw Górnego Miasta był iluminowany jaskrawymi reflektorami. Po zniszczeniu pierścienia niedostatek elektryczności spowodował wyłączenie reflektorów. Nawet większość lamp ulicznych w Górnym Mieście nie świeciła, więc okolica była pełna cieni.
    Ogromny pałac Ngenich wystarczy, by ukryć dwie grupy operacyjne, dopóki nie nadejdzie pora, by się stamtąd ruszyć.
    — Możemy zorganizować trening na prawdziwej skale — zaproponował Macnamara. — Wywieziemy ludzi na wieś i niech się wdrapują na skarpę.
    Julien popatrzył na niego, zaszokowany. Był chłopcem z miasta i sam pomysł udania się na wieś był mu obcy.
    — Czy nie możemy tego robić gdzieś w mieście? — zapytał. — Wspinać się na jakiś budynek czy coś takiego?
    Sula uśmiechnęła się.
    — To zwróciłoby uwagę. — Spojrzała na Macnamarę. — Ty opracujesz plan szkoleniowy podróży na wieś i wspinaczek. Chcę, by każdy wspiął się na górę co najmniej dwukrotnie.
    Julien był zaniepokojony.
    — Nie będzie tam węży i innych takich rzeczy? — zapytał.
    Casimir wyszczerzył zęby w uśmiechu.
    — Będą. Wielkie, złośliwe i jadowite.
    Macnamara prychnął i zapisał polecenie w notesie. Nie lubił gangsterów i nie był w stanie tego ukryć. Bogo Boys reagowali na to z pogodną protekcjonalnością: nienawidzili ich ludzie znacznie bardziej interesujący od Macnamary.
    Sula pociągnęła wody sodowej i zajrzała do terminarza.
    — Martwię się o bezpieczeństwo. To wielka operacja. Wystarczy jakiś przeciek i większość z nas zginie.
    — Niech krąg wtajemniczonych pozostanie jak najmniejszy — poradził Casimir. — Jedynie niewielu z nas powinno wiedzieć o rzeczywistym celu.
    Spence strząsnęła popiół z papierosa do jednej z eleganckich popielniczek Patela; przebywanie w towarzystwie gangsterów i praca przy dostawach między innymi tytoniu nauczyły ją palić.
    — Myślałam o tym — powiedziała. — Powinniśmy ukryć jedną wielką akcję pod inną wielką akcją. Każemy im przygotować się na jedno, a potem właściwego dnia wszyscy otrzymają nowe rozkazy.
    Sula spojrzała na nią z zaskoczeniem.
    — Co może być większego od ataku na Górne Miasto?
    — Atak na Wi-hun. — Było to lotnisko, które Naksydzi wykorzystywali jako bazę dla swoich promów. — To mogłoby wyciągnąć siły bezpieczeństwa na wieś.
    — Nie — sprzeciwił się Casimir. — Powiemy, że zdobędziemy więzienia i wyzwolimy wszystkich zakładników.
    Sula spojrzała na niego z podziwem.
    — Doskonale — powiedziała. — Szturm na więzienia będzie wymagał tych samych umiejętności, co atak na Górne Miasto. Pozwoli nam to wytłumaczyć wszystkie ćwiczenia szkoleniowe. Postawimy obserwatorów przy więzieniach, każemy ludziom robić notatki na temat liczby strażników, godzin zmian i tak dalej. Jeśli Naksydzi o tym się dowiedzą, zebrane dane jeszcze bardziej to uwiarygodnią.
    — Siły bezpieczeństwa zostaną wyciągnięte z Górnego Miasta — zauważyła Spence. — W śródmieściu nie ma więzień.
    — W miarę możności chciałabym całkowicie odizolować Górne Miasto — powiedziała Sula. — W pałacach Górnego Miasta jest całe przywództwo wojskowe i polityczne. Dowódcy średniego szczebla mieszkają w zarekwirowanych hotelach na akropolu, zwłaszcza w „Wielkim Przeznaczeniu”, a większość zwykłych żołnierzy śpi w hotelach w dolnym mieście, u stóp kolejki linowej. Jeśli uda się nie dopuścić oficerów do ich oddziałów, Naksydzi będą musieli sobie poradzić z brakiem dowódców, zanim w ogóle zdołają cokolwiek zrobić.
    — Księżniczko, czy nie możemy jakoś tych oficerów załatwić w nocy, kiedy śpią? — spytał Patel.
    — Chciałam zniszczyć hotel „Wielkie Przeznaczenie” już dawno, stosując ciężarówkę-bombę, ale Hong wolał skoncentrować się najpierw na ataku na aleję Axtattle.
    A to przyniosło koniec Honga i armii podziemnej, z wyjątkiem zespołu 491.
    — Czy teraz nie możemy wykorzystać ciężarówki-bomby? — spytał Patel.
    — Mają barykady wokół hotelu. Nie doprowadzimy tam ciężarówki.
    — Barykady można przerwać — zauważyła Spence, praktyczny inżynier.
    — Potrzebowalibyśmy do tego ciężkiego sprzętu — odparła Sula. — A jak mamy go wciągnąć na skałę?
    Spence pomachała papierosem i wzruszyła ramionami.
    — Przypuszczam, że w Górnym Mieście prowadzą jakieś roboty budowlane. Byłby to dobry pretekst.
    — Zorganizujesz to?
    Spence znowu wzruszyła ramionami.
    — Jasne.
    — I jakieś bomby-ciężarówki?
    — Oczywiście. — Uśmiechnęła się. — Tak naprawdę bomby to coś bardziej zgodnego z moją specjalnością.
    Patel spojrzał na Spence i również się uśmiechnął.
    — Wiem, skąd możemy wziąć potrzebny sprzęt. Magazyn rządowy, niedaleko jednego z moich przedsiębiorstw. Wątpię, by go w nocy pilnowano.
    — Pozwól mi najpierw przejść się do Górnego Miasta i dokładnie zobaczyć, co jest potrzebne.
    Julien popatrzył po ludziach siedzących przy stole.
    — Wiecie — powiedział — zaczynam wierzyć, że rzeczywiście to zrobimy.
    Casimir spojrzał na Sulę i zaśmiał się dudniąco. Miał roziskrzone oczy.
    — Jak może nam się nie udać, kiedy prowadzi nas Biały Duch? — spytał.

* * *

    Zaraz po ataku naksydzkim pociskiem nadeszła jesień. Z północnego zachodu dęły mroźne wiatry, wyły wokół węgłów budynków jak żałobnicy płaczący w bólu po zagładzie Remby. Zimny wiatr wiał całymi dniami. Liście zbrązowiały, stały się kruche. Wiatr zdmuchnął je z drzew, nim zdążyły zaprezentować żółte i pomarańczowe wspaniałości.
    Sula w wiatrówce i szaliku na jasnych włosach, podróżowała po Górnym Mieście, potwierdzając wiadomości przekazane przez P.J., Sidneya i innych informatorów. Zwracała uwagę na środki obrony i ich rozmieszczenie, na ustawienie patroli policyjnych. Interesowały ją także hotele i pałace, gdzie sypiali funkcjonariusze sił bezpieczeństwa.
    Projekt zaczynał być zdumiewająco realny. Naksydzkie środki obrony w Górnym Mieście okazały się zaskakująco słabe. Większość sił bezpieczeństwa nie była w ogóle skoszarowana w Górnym Mieście, lecz w kompleksie hotelowym wokół stacji kolejowej przy podstawie zębatki. Gdyby podziemna armia zaatakowała w nocy i zdołała zająć dwie drogi na wierzchołek akropolu, miałaby szanse na utrzymanie przyczółka na Górnym Mieście, przynajmniej przez jakiś czas.
    Sula nazwała tę akcję Projekt Daliang na cześć kampanii stoczonej przez Sun Pin, generała Qi. Kiedy Wei zaatakował Zhao, Zhao wezwało na pomoc OJ. Oczekiwano, że Sun Pin wkroczy do Zhao, by pomóc wyrzucić napastników, ale on pomaszerował prosto na Daliang, stolicę Wei, co zmusiło Wei do zaprzestania kampanii i wycofania się w popłochu.
    Sula nigdy nie wyjaśniła nikomu pochodzenia tej nazwy. Nie chciała skusić losu.
    Gdy zimny wiatr ucichł i rześka jesień ochłodziła dobry nastrój lata, kiedy wybuchy i strzały z karabinów nadal trzęsły oknami stolicy, zaczęła robić poważne plany.
    Naksydzi byli słabsi niż oczekiwano, więc zajęła się wyłącznie własnymi siłami. Jej żołnierze nigdy nie byli szkoleni do prawdziwej bitwy i nie miała pojęcia, czy potrafią taką bitwę stoczyć. Innym problemem było bezpieczeństwo — wiedziała, że wśród jej żołnierzy z pewnością są informatorzy, więc gromadzenie grup operacyjnych i konieczne drobiazgowe plany trudno będzie utrzymać w tajemnicy.
    W tym czasie jeszcze dwa razy pokazała się publicznie w mundurze. Raz w tajnej klinice, gdzie skradzionymi środkami przeciwpromiennymi leczono ocalałych z zagłady w Rembie. Drugi raz na Festiwalu Żniw. W czasach reglamentacji była to smutna uroczystość. Sula przybyła do Starej Trójki z konwojem skradzionej żywności, wręczyła zaskoczonym Torminelom ocalałym z policyjnej masakry kilka egzemplarzy „Bojownika” i zniknęła, zanim policja zdążyła się pojawić.
    Tym razem znowu usłyszała słowa „Biały Duch”, wyseplenione między kłami Tormineli.
    Każdej takiej demonstracji poświęciła wzmiankę w „Bojowniku”. Na murach miasta zaczęły pojawiać się napisy: „Niech żyje Biały Duch!”, „Za Białego Ducha i Praxis!”, „Precz z Naksydami, wiwat Biały Duch!”.
    Tajemniczy snajper z alei Axtattle nadal się pojawiał i atakował z wysokości konwoje wojskowe. Sula dowiedziała się, kto to jest, po jego szóstym wypadzie, gdy został ranny w strzelaninie i rodzina przywiozła go do jednej z tajnych klinik.
    Snajperem był emerytowany Daimong, Fer Tuga, przewodnik myśliwski z Rezerwatu Ambramas, oddalonego o pół kontynentu. Podczas regularnych wizyt w Zanshaa, u swojej córki, brał myśliwską strzelbę i zabijał Naksydów.
    Ostatnim razem poszło mu źle. Naksydzki konwój odpowiedział gradem celnego ognia kilka sekund po wystrzeleniu przez Daimonga pierwszego naboju. Fer Tuga ledwie uszedł z życiem.
    — Naksydzi musieli zastosować coś nowego — powiedział. — Albo zobaczyli mnie za zaciemnionym oknem, albo dostrzegli kulę w locie.
    Okazało się, że chodzi o ten drugi przypadek. Mały przenośmy wielofazowy system radarowy łączył się przez sprytnie zaprogramowany komputer z pomostami ze zautomatyzowaną bronią.
    Od tej chwili taktyka snajperska stała się mniej opłacalna. Żeby to skompensować, postanowiono zwiększyć wykorzystanie bomb. Bomby stały się większe, bardziej złożone i wyspecjalizowane do atakowania różnych celów.
    W odpowiedzi Naksydzi przenieśli do stolicy więcej sił bezpieczeństwa, co tylko pomnożyło potencjalne cele.

* * *

    Projekt Daliang mógł się nie powieść z wielu powodów i Sula starała się je wszystkie przewidzieć. Spędzała mnóstwo czasu nad planami miasta i rozkładami, starając się ustalić właściwy czas spotkań. Z magazynów rządowych wyciągnięto dwa lekkie spychacze. W pobliżu więzień ustawiono obserwatorów. Wśród całej podziemnej armii rozpuszczono pogłoskę, że operacja nastąpi za chwilę i że jej częścią będzie zdobywanie i utrzymanie budynków. Bomby, granaty i rakiety wytwarzano i magazynowano w tajnych składach. Po domach zaprzęgnięto babcie do produkcji amunicji do karabinów Sidneya.
    Sula udała się do Górnego Miasta. Tego dnia chłodna mżawka zabarwiła na ciemno kamienie tarasu. Chciała sprawdzić pusty Pałac Ngenich i upewnić się, że nadaje się na kryjówkę dla Bogo Boys i innych oddziałów uderzeniowych, które wdrapią się na skały.
    P.J. był bardziej pogodny niż zazwyczaj.
    — Z chęcią pokażę ci to stare miejsce, ale kiedy macie zamiar je wykorzystać?
    — Co chcesz przez to powiedzieć?
    — Wyrzucili mnie. Jakiś naksydzki klan zarekwirował moją posiadłość. Dostałem zawiadomienie dwa dni temu; dali mi dziesięć dni, bym opuścił dom wraz z rzeczami. — Uśmiechnął się promiennie. — Mogę teraz być użyteczny. Nie muszę mieszkać w Górnym Mieście. Mogę przenieść się do Dolnego Miasta i zostać żołnierzem armii podziemnej.
    Sula już gorączkowo kombinowała.
    — Czy możemy sprawdzić prognozę pogody? — zapytała.
    Poprowadził ją do biurka, gdzie po wydaniu kilku poleceń dowiedziała się, że zimna mżawka będzie trwać jeszcze dwa dni, a następnie zostanie odsunięta przez front atmosferyczny z południowego zachodu. Nadejdą co najmniej cztery dni pięknej, słonecznej letniej pogody.
    Oto nasz czas — pomyślała. Miała nadzieję, że sześć dni wystarczy.
    Wyprostowała się i spojrzała na P.J.
    — Myślę, że do przewożenia swoich rzeczy do nowego mieszkania wykorzystasz naszą firmę transportową.
    Wzruszył ramionami.
    — Nie mam żadnych cenniejszych osobistych rzeczy. Przynajmniej od kiedy mój ojciec stracił wszystkie pieniądze.
    — Zapominasz o kupie broni od Sidneya, która ciągle jest u ciebie składowana.
    — Och. — P.J. wytrzeszczył oczy.
    — I z pewnością klan Ngenich nie chce, by wszystkie ich meble i inne rzeczy przypadły Naksydom. A może Naksydzi kazali wszystko zostawić?
    Wydawało się, że P.J. nie zastanawia się nad tym.
    — Nie. Przypuszczam, że mogę wszystko zabrać.
    — Wobec tego to my usuniemy graty twego klanu. Muszę jednak obejrzeć pałac. Oczywiście pod warunkiem, że nie masz nic przeciw temu, byśmy wykorzystali to miejsce na naszą ostatnią operację.
    — Jasne. Oczywiście. — Na twarzy P.J. pojawił się niepokój. — Ale czy naprawdę będę mógł dołączyć do armii podziemnej, kiedy opuszczę Górne Miasto?
    — P.J. — powiedziała — zawsze byłeś w armii podziemnej. Byłeś moim pierwszym rekrutem.
    Chyba był zadowolony.
    — Cóż, tak. Dziękuję. Ale chodziło mi o to, by zostać prawdziwym żołnierzem.
    — Zawsze byłeś prawdziwym żołnierzem.
    Na policzkach P.J. pojawił się rumieniec zaskoczenia i zadowolenia.
    — Ja tylko chciałem być… być szlachetny i zasłużyć sobie….
    — Zasłużyłeś sobie z nawiązką — zapewniła go Sula. — Ale według mnie, lepiej ci jest bez niej.
    Po jej słowach długa twarz P.J. posmutniała.
    — Och, nie wiem. Ona była taka inteligentna, wesoła i… — Zamilkł.
    Coś z tego, co wcześniej powiedział, dotarło teraz do Suli.
    — P.J., wspomniałeś, że twój ojciec stracił rodzinne pieniądze.
    — Tak. Hazard i… — Westchnął. — Również inny typ hazardu: niemądre inwestycje. Akcje i obligacje, sam nie wiem co. Mój ojciec przez długi czas ukrywał straty i mogłem wieść przyjemne życie: samochody, ubrania, rozrywki i… — szukał słów — zwykłe rzeczy. Ale to wszystko były pożyczone pieniądze. Dożyłem trzydziestu pięciu lat i wtedy… — Pokazał puste dłonie. — Wtedy wszystko diabli wzięli.
    Sula była zaskoczona. Zawsze uważała, że P.J. roztrwonił swoje pieniądze na rozpustę. Tymczasem on pędził zupełnie zwykłe życie członka swojej klasy społecznej i nie zwracał uwagi, co się dzieje wokół, aż w końcu okazało się, że już nie może prowadzić zwykłego życia. Stał się obiektem litości i pogardy. Jego krewni usiłowali go sprzedać klanowi Martinezów, ale został odrzucony przez kobietę, którą kochał, i wpakowany w małżeństwo z kimś innym.
    Może moje własne życie było łatwiejsze, myślała Sula, ponieważ nigdy nie miałam pieniędzy, do których mogłabym się przyzwyczaić.
    — Współczuję ci, P.J. — powiedziała.
    Miał na twarzy wyraz nieutulonego żalu.
    — Wiem, że w sprawie mego małżeństwa z Sempronią chodziło tylko o pieniądze — powiedział. — A ja byłem tak bezużyteczny i śmieszny, że nie traktowano mnie poważnie i… — Oczy zalśniły mu łzami. Odwrócił się. — Obejrzyjmy pałac, dobrze? Mam tutaj klucz.
    Sula poszła za nim przez podwórze i przepastny pusty dom, pełen ciszy, duchów i zbierającego się kurzu. Chciała go pocieszyć, ale wiedziała, że nie jest odpowiednią do tego kobietą.
    Był jeszcze jedną ofiarą ambicji Martinezów. Tak samo jak ona.

* * *

    Nastąpiły trzy dni gorączkowej pracy i kulejący, nieskoordynowany gigant, jakim była armia podziemna, zaczął wydostawać się z błota, w którym tkwił, i przygotowywać do wykonania pierwszych wielkich kroków. Ciężarówki wjeżdżały do Górnego Miasta, wywoziły meble Ngenich i zastępowały je farbą, płótnem, środkami medycznymi i sprzętem wspinaczkowym. Sula prowadziła ciężarówki, notując na mapie, które pałace mają strażników, a więc w których jest coś wartego pilnowania. Zastanawiała się, co stanie się ze strażnikami w wypadku alarmu: czy będą tkwili na swoich stanowiskach, czy ruszą do walki? Przypuszczała, że wkrótce się tego dowie.
    Otwarto skrytki magazynowe. Wyjęto i umieszczono w chętnych dłoniach potężny arsenał zespołu 491. Przyjaciele z policji otworzyli magazyn. Ponad czterysta nowoczesnych karabinów automatycznych, broń krótka, amunicja, zestawy pancerzy osobistych oraz granaty i ich wyrzutnie stały się własnością armii podziemnej. Nawet nie trzeba było przekupywać policji.
    Paru wywiadowców obserwujących więzienie aresztowano, ale najwidoczniej przekazali Naksydom fałszywe informacje, które im wcześniej powierzono. Dzięki przyjacielskim kontaktom, które kliki utrzymywały z agentami jednostek stojących na straży prawa, Sula dowiedziała się, że policję i personel Floty przeniesiono ze śródmieścia w oczekiwaniu na zmasowane próby grupowych ucieczek więźniów.
    Najwidoczniej Naksydzi cieszyli się, że zaraz zatrzasną pułapkę. Biały Duch też był zadowolony. Czas pokaże, kto z nich ma rację.
    W końcu nadeszła chwila, kiedy wysłano ostatnią wiadomość, przygotowano ostatnią broń, zrobiono, przejrzano i przerobiono ostatnie plany. Kiedy słońce dotknęło horyzontu, Sula wkroczyła do domu, w którym ukrywała się razem z Casimirem. Mężczyzna był ubrany w długi płaszcz od Chesko z trójkątnymi lustrami i błyszczące buty z cholewami. W ręce trzymał długą laskę z połyskującą kulą z górskiego kryształu.
    Pokój pachniał lawendą. Zatrzymała się w progu, zdumiona. Odwrócił się ku niej, poły jego płaszcza załopotały, gdy wymyślnie się skłonił.
    — Witaj, lady Sula. Spędzimy dziś wieczór na mieście.
    — Oszalałeś — odparła. — Czy zdajesz sobie sprawę, jak wiele…
    — O wszystko zadbano — przerwał jej. — Żołnierze wykonują całą pracę, a generał może odpocząć. — Odsunął się na bok i odsłonił rozpostartą na łóżku suknię z zielonej mory. — Postarałem się o bardziej stosowny strój wyjściowy.
    Sula zamknęła za sobą drzwi i weszła do pokoju.
    — Casimir, jestem kompletnym wrakiem. Nie spałam od kilku dni. Funkcjonuję na kawie i cukrze. Nie ma mowy, bym zrobiła coś takiego.
    — Przygotowałem odprężającą kąpiel — odparł i spojrzał teatralnie na swój displej mankietowy — Samochód zajedzie po nas za pół godziny.
    Sula weszła do łazienki, zdjęła ubranie i położyła się w pachnącej lawendą wannie. Poleciła kranowi z gorącą wodą, by się otworzył. Kiedy z wanny zaczęła unosić się para, zamknęła oczy. Upłynęła zaledwie chwila, gdy obudziła się gwałtownie. Casimir pukał do drzwi.
    — Samochód będzie tu za dziesięć minut — powiedział. Umyła się szybko mydłem, potem się wysuszyła, wyszczotkowała włosy, użyła kosmetyków i wyszła naga do frontowego pokoju, by włożyć suknię. Casimir patrzył na nią z fotela, z uśmiechem konesera na twarzy. Suknia pasowała idealnie. Wstał z fotela i nachylił się, by ucałować jej obnażone ramię. Potarł wargami o jej obojczyk, co wywołało w nerwach Suli wrażenie ogromnej przyjemności.
    Samochód, długi sedan, prowadziło dwóch torminelskich ochroniarzy Casimira. Od chwili gdy Casimir zszedł do podziemia pierwszy raz widziała ochroniarzy. Rzucali się w oczy i trzeba było przesunąć ich do innych zadań.
    Samochód jechał ostrożnie w gęstniejących cieniach. Zatrzymał się przed bocznym wejściem do klubu na Górce. Wewnątrz panował mrok, gdzieniegdzie zakłócony plamami światła. Plamy światła padały na stół przykryty nieskazitelnie białym, świeżo wyprasowanym obrusem, błyszczący parkiet taneczny oraz na puste stanowisko orkiestry. W świetle odbitym od stołu stał wysoki kelner, Lai-own.
    — Sir — powiedział. — Madame.
    Lai-own nalał szampana dla Casimira i wodę sodową dla Suli, po czym zniknął w mroku.
    — Zrobiłeś to tylko dla nas? — zapytała Sula.
    — Niezupełnie tylko dla nas — odparł i wtedy usłyszała śmiech Veroniki.
    Dziewczyna weszła z Julienem; obydwoje byli ubrani w kosztowne stroje, choć bez tego zmysłu estetycznego, jaki miał Casimir. Veronika miała swój połyskujący łańcuszek na kostce. Sula nie widziała jej od chwili, gdy ta wyszła z więzienia. Veronika spojrzała na nią i oczy jej się rozszerzyły.
    — Słyszałam, że jesteś parem! — powiedziała. — Że jesteś Białym Duchem, dowódcą armii podziemnej! — Machnęła ręką. — Wszystkim mówię, że cię znałam, kiedy byłaś tylko nauczycielką matematyki!
    Kelner przyniósł drinki i posiłek. Kiedy skończyli jeść i podano kawę, weszła czteroosobowa orkiestra Cree i zaczęła stroić instrumenty. Po plecach Suli przebiegł dreszcz niepokoju. Przypomniała sobie Cree w sklepie odzieżowym, tego, który pierwszy zwrócił się do niej jako do Białego Ducha. „Ty jesteś tamtą” — powiedział.
    Cree z jego wspaniałym słuchem musiał rozpoznać jej głos z wideoklipów w „Bojowniku”. Teraz zastanawiała się, czy będzie śmiała odezwać się przy orkiestrze.
    Dotknęła uda Casimira i nachyliła się do niego.
    — Jesteś pewien, że nic nam nie grozi? — szepnęła.
    Uśmiechnął się szeroko.
    — Mam dwa zespoły ekstrakcyjne czekające na zewnątrz — powiedział. — Gdyby ktokolwiek nadszedł, wchodzą do walki. — Pocałował ją w ucho. — I mam zaplanowaną drogę ucieczki. Dokładnie tak jak mnie uczyłaś.
    — Po wojnie okaże się, że klika Nabrzeża zdobyła mnóstwo niebezpiecznych umiejętności — zauważyła.
    Orkiestra zaczęła grać. Obie pary weszły na parkiet i nerwowość Suli znikła. Położyła głowę na ramieniu Casimira i zamknęła oczy. Istniała teraz całkowicie w świecie doznań: muzyki, której rytm zgadzał się z biciem jej serca, bliskości rozkołysanego ciała Casimira, jego głębokiego, piżmowego zapachu. W szybszych tańcach z radością pozwoliła się prowadzić, tak jak to robił przez cały wieczór. Z milczącą powagą przyjmował tę odpowiedzialność. Cały czas patrzył na nią, tylko z rzadka odrywał spojrzenie swych czarnych oczu od jej twarzy.
    Orkiestra ucichła. Brawa tancerzy zginęły w ogromnym, pustym pomieszczeniu. Casimir ujął dłoń Suli i poprowadził dziewczynę do stołu.
    — Następny akt jest tylko dla ciebie — oznajmił.
    Na scenę wstąpiła Terrańska kobieta w szeleszczącej burzy spódnic; twarz miała upudrowaną na biało, z wyjątkiem dwóch okrągłych uróżowanych plam wysoko na policzkach. Nosiła się jak wojownik: broda wysoko, oczy błyszczące władczą dumą.
    Tancerka derivoo. Serce Suli zabiło i ścisnęła dłoń Casimira.
    — Dziękuję — szepnęła.
    Julien podniósł brew.
    — Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, jakie to dla nas poświęcenie — powiedział.
    Derivoo stała w plamie światła. Jeden z Cree zagrał akord i artystka zaczęła śpiewać. Jej silny głos opowiadał o namiętnej miłości, która miała stać się cierpieniem. Kochanek, który kiedyś ją uwielbiał, teraz zamienił się w kamień. Każda sylaba szarpała nerwy Suli, każde słowo parzyło. Śpiewaczka mówiła o zetknięciu się samotnego serca kobiety z Pustką, świadomego, że zwycięstwo Pustki jest z góry przesądzone.
    Przez pół godziny samotny mocny głos stawiał czoła wszelkim okropnościom: smutkowi, izolacji, śmierci, utraconej miłości, gwałtowi, przerażeniu. W świecie derivoo nie było zmiłowania, ale nie było też rezygnacji. Derivoo dumnie weszła do królestwa śmierci i umarła, rzucając całemu światu pogardliwe wyzwanie.
    Wykonanie było wspaniałe. Sula słuchała w milczącym zachwycie, w pewnych momentach biła brawo, aż paliły ją dłonie.
    Nie mogła sobie wymarzyć niczego doskonalszego: słuchała tych pieśni akurat wtedy, gdy za chwilę miała desperacko postawić swoje życie na jedną kartę. Przypomniały jej, że jej własne życie jesttylko iskierką w ciemności, tak przelotną, że prawie nie ma znaczenia, czy zakończy się ono już teraz, czy później.
    Na zakończenie występu derivoo zastygła na chwilę w pozie buntu, a potem odwróciła się i zniknęła w ciemności. Sula biła brawo i krzyczała, ale śpiewaczka wzgardziła pomysłem, że mogłaby bisować.
    Sula odwróciła się do Casimira.
    — To było wspaniałe — powiedziała.
    — Owszem. — Ujął ją za rękę. — Obserwowałem cię cały czas. Nigdy nie widziałem ciebie takiego wyrazu twarzy.
    — Zaśpiewaj w ten sposób — odparła — a znowu go ujrzysz. — Zwróciła się do Juliena i Veroniki. — Co o tym myślicie? — zapytała.
    Veronika lekko wytrzeszczyła oczy.
    — Nie mam pojęcia. Nigdy jeszcze nie widziałam derivoo na żywo.
    Julien poluzował kołnierzyk.
    — Dla mnie jest to trochę zbyt emocjonalne — odparł — ale to wspaniała wykonawczyni, przyznaję.
    Obie pary rozstały się. Casimir i Sula wrócili do długiego samochodu z torminelskimi ochroniarzami i wyjechali z tej dzielnicy za pojazdami zespołu ekstrakcyjnego. Kiedy znaleźli się sami w mieszkaniu, pachnącym lawendowym olejkiem do kąpieli, Sula objęła Casimira i obdarzyła go długim, wdzięcznym pocałunkiem.
    — To był najlepszy wieczór, jaki mogłam sobie wyobrazić — szepnęła.
    Czuła przy sobie ciepło jego ciała.
    — Chciałem ofiarować ci jedną specjalną noc, byś ją zapamiętała, zanim skończy się nasz wspólny czas.
    Na jego słowa nerwy Suli zadrgały.
    — Co masz na myśli?
    Głęboki głos Casimira brzmiał tak, jakby coś mu przeszkadzało w gardle, ale jego słowa były doskonale logiczne.
    — Jeśli nam się nie uda, nie będziemy mieli powodów do zmartwień, ponieważ prawdopodobnie przynajmniej jedno z nas zginie. A jeśli się uda, znowu staniesz się lady Sulą, a ja zostanę tym, kim jestem. Lady Sula żyje w zupełnie innym świecie niż ja. — Spróbował uśmiechnąć się. — Ale to w porządku. Jest tak, jak powinno być. Jestem, kim jestem, i nie mam prawa się skarżyć.
    — To wcale nie musi tak być — zaprotestowała.
    Casimir zaśmiał się.
    — Co masz zamiar zrobić? — zapytał. — Przedstawić mnie swoim parowskim przyjaciołom? A kim ja dla nich będę? Egzotycznym zwierzątkiem domowym.
    Sula cofnęła się, czuła, jak jej twarz twardnieje z gniewu.
    — To nieprawda — oświadczyła.
    W jego głosie pojawiła się nutka pogardy.
    — Oczywiście, że to prawda. Jestem klikmenem. Dla mnie jedyny sposób, by dostać się do Górnego Miasta, to wkroczyć tam na czele walczącej armii.
    Z jej serca wyrywały się gniewne słowa, ale w ostatniej chwili je powstrzymała. Nie zniszcz tego — pomyślała. W przeszłości rujnowałaś cudowne wieczory, i jeśli nie będziesz ostrożna, zrujnujesz również ten.
    — Ja też walczę, żeby tam się dostać — powiedziała.
    — Tak. I wiem, jak wiele musiało cię kosztować dojście tam, gdzie teraz jesteś.
    Zachwiała się. Miała pewność, że Casimir dowiedział się o Caro Suli. W jaki sposób? — myślała gorączkowo.
    — Co masz na myśli? — spytała szeptem.
    — Tę noc, kiedy aresztowano Juliena. To przedstawienie, które odegrałaś w moim gabinecie, pokazując, że pod płaszczem jesteś naga. To, co zrobiłaś tamtej nocy kompletnie mną wstrząsnęło. — Wyciągnął chłodną dłoń i przeciągnął długim palcem po jej obnażonym ramieniu. — Nie zachowywałaś się już tak od tamtego czasu, ale nie musiałaś. Otrzymałaś to, co chciałaś: nie byłem obecny przy aresztowaniu Juliena, które zaaranżowałaś, by przeciągnąć starego Sergiusza na swoją stronę w tej wojnie.
    Jej nerwy zmieniły się w lód.
    — Kto jeszcze o tym wie? — spytała.
    — Ja się zorientowałem, ponieważ byłem tam i widziałem, jak bardzo przekonujący spektakl odegrałaś, bym dał się na to złapać. Julien nigdy się tego nie domyśli, ale nie dam głowy, czy Sergius w końcu do tego nie dojdzie.
    Sula głęboko odetchnęła. Kręciło jej się w głowie.
    — Tak — powiedziała. — Z początku tobą manipulowałam. — Zaśmiała się nerwowo. — Czemu nie? Nie znałam cię. Ale teraz cię znam. Nie jesteś już dla mnie osobą, którą mogłabym tak po prostu wykorzystać.
    Uniósł brwi.
    — Jaki to był akcent?
    Przez chwilę patrzyła na niego.
    — Co takiego?
    — Teraz mówisz z innym akcentem. Nie Nabrzeże, nie Górne Miasto.
    — Spannan. Fabsy. Gdzie się u… to znaczy, gdzie dorastałam.
    — Przebywałaś na Spannanie dostatecznie długo, by podchwycić wymowę, ale wyjechałaś stamtąd i zostałaś lady Sulą z eleganckim akcentem. I zrobisz to ponownie, kiedy wygramy wojnę. — Odwrócił się, przycisnął dłoń do czoła. — Przepraszam — powiedział. — Zdenerwowałem cię. Nie powinienem był tego wywlekać dzisiaj, tuż przed wyruszeniem na Górne Miasto. Musisz się skupić na zadaniu.
    Patrzyła na niego, a rozpacz niczym powódź zalewała jej serce.
    — Posłuchaj. Jako lady Sula jestem okropna. Strasznie podły ze mnie par. — Poszła za nim, dotknęła jego ramienia. — Znacznie lepiej idzie mi jako Gredel. Jako Białemu Duchowi.
    Casimir popatrzył na jej dłoń na swym ramieniu. Usta wykrzywił mu gorzki uśmiech.
    — Może nie cierpisz być lady Sulą, ale nią jesteś. I musisz być, jeśli wygramy. A ja nadal będę Casimirem Massoudem, klikmenem z Nabrzeża. Gdzie wyląduję, kiedy wrócą wszyscy parowie, by rządzić?
    Nie jestem lady Sulą! — pomyślała rozpaczliwie. Nie mogła jednak powiedzieć tego głośno, a nawet gdyby powiedziała, nie miałoby to żadnego znaczenia.
    Opuściła dłoń i wyprostowała się, prawdziwa w swojej rozpaczy jak najlepsza derivoo.
    — Wylądujesz jako lord Sula — powiedziała. — Jeśli tylko zechcesz nim być.
    Szczęka opadła mu ze zdumienia. Odwrócił się i spojrzał Suli w twarz.
    — Nie mówisz poważnie.
    — Czemu nie? Nie możesz już być gorszym parem ode mnie. Przez jego twarz przemknął wyraz pogardy.
    — Będą się śmiali — odparł. — Będę dziwolągiem, klikmenem w pałacu w Górnym Mieście, póki ktoś nie dowie się o niektórych moich sprawkach, a wtedy mnie osądzą i skażą na uduszenie.
    — Mylisz się. — Słowa wylały się z jej ust kaskadą. — Pamiętasz, że obiecałam amnestię? Po amnestii nie musisz wracać do swego dawnego życia. Jesteś szanowanym biznesmenem, prawdopodobnie dostaniesz medal i podziękowania od imperium.
    — A co potem? Będę siedział w pałacu i gnił?
    — Nie. Będziesz robił pieniądze. — Roześmiała się histerycznie. — Nie rozumiesz tego, prawda? Jak parowie doszli do pieniędzy? Ukradli je. — Znowu się zaśmiała. — Tylko że oni robili to legalnie! Jeśli masz odpowiednie układy, jeśli odpowiednio się nazywasz, możesz wejść w legalny biznes i czerpać z tego wieczne zyski. Tego nie nazywa się ochroną czy wymuszeniem, to stosunki patron-klient! Po prostu wystarczy posługiwać się odpowiednim słownictwem!
    Sula nie mogła już spokojnie ustać. Zrobiła dwa kroki w kierunku ściany, potem zawróciła i powtórzyła tę samą drogę.
    — Istnieją dwa sposoby przejęcia Górnego Miasta — powiedziała, nie przerywając marszu. — Jeden za pomocą armat, i za dwa dni to zrobimy. Drugi za pomocą właściwego nazwiska, a Sula jest jednym z takich nazwisk. Nie masz zielonego pojęcia, jak dalece imperium dojrzało, by je złupić. Wszystko się chwieje, i to nie tylko z tego powodu, że Naksydzi zrobili się chciwi. Zostaniemy piratami i zostawimy za sobą dymiące ruiny. Co ty na to?
    Przystanęła i uśmiechnęła się do niego szeroko. Na jego twarzy pojawiły się kolejno zdumienie, zmieszanie, irytacja i niechętne zrozumienie.
    — Wierzę, że możesz to zrobić — powiedział łagodnym głosem.
    — My oboje możemy to zrobić — odparła. — Będę potrzebowała pomocy. Powiedziałam ci, że nędzny ze mnie par.
    — Życie to taka dziwna przygoda. Casimir pokręcił głową. — Jak mógłbym powiedzieć „nie” na propozycję zostania lordem?
    Wtuliła się w jego ramiona i poczuła, jak mocno ją obejmują.
    Był tylko do rozwiązania mały problem z parowskim bankiem genów, z tą kroplą krwi, którą musi dostarczyć, jeśli kiedykolwiek wyjdzie za mąż, i która może dowieść, że jest uzurpatorką. Ta kropla krwi rozdzieliła ją z Martinezem.
    Ale bank genów znajdował się w Górnym Mieście i jeśli wygra bitwę w ciągu kilku następnych dni, genetyczne zapiski klanu Sula mogą zniknąć w zamieszaniu, które nastąpi, a wraz z nimi wszelkie bariery na drodze do ślubu.
    Nie tylko klikmeni walczą teraz dla miłości — pomyślała.

DWADZIEŚCIA SIEDEM

    Jedynie Słuszna i Ortodoksyjna Flota Odwetu wzrosła do trzydziestu jednostek, potem trzydziestu pięciu, w końcu do czterdziestu. Naksydzi przy Magarii mieli trzydzieści pięć statków i wielu oficerów Floty chciało natychmiast wyruszyć do walki, ale Tork kontynuował orbitowanie przy Chijimo i swoje musztry. Martinez musiał przyznać, że wódz prawdopodobnie ma słuszność — jeśli chciał zastosować starą taktykę przeciwko Flocie, która już odniosła kolosalne zwycięstwo nad przeciwnikiem wykorzystującym tę właśnie taktykę, trzeba było postarać się o poważną przewagę liczebną.
    Flota Naksydów została wzmocniona do trzydziestu siedmiu okrętów, Flota Ortodoksyjna — do czterdziestu sześciu. Tork nadal nie wykonywał żadnych posunięć. Musztrował swoje eskadry i dręczył oficerów; wymagał posłuszeństwa i uległości. Nadal bombardował konwokację żądaniami o przysłanie wsparcia — nie tylko okrętów, ale również statków wspomagających, promów dla lądujących oddziałów oraz wojsk, które miałyby lądować z promów.
    Potem meldunki wywiadu wskazały, że Naksydzi mają czterdzieści dwa statki, wobec czego — ponieważ powszechnie wiadomo było, że Naksydzi mają tylko tyle okrętów — nie można było wykluczyć, że przy Zanshaa znajduje się cała naksydzka Flota. Flota Ortodoksyjna wzrosła w tym czasie do pięćdziesięciu dwóch jednostek.
    Martinez w duchu aż rwał się do działania. Trzeba nawiązać walkę teraz, zanim Naksydzi zdołają naprawić niedokończone statki, zniszczone w stoczniach przez siły Chen i czternastą eskadrę.
    Ale Tork najwyraźniej się nie rwał. Naksydzi zostali wzmocnieni do czterdziestu ośmiu statków, co oznaczało, że mają stocznie wytwarzające okręty wojenne w takich miejscach, do których nie dotarła żadna z wypraw wojennych, prawdopodobnie również na Naxas i Magarii. Potem Tork uzyskał cztery nowe fregaty i cztery nowe krążowniki: „Posłuszeństwo”, „Uległość”, „Podległość” i „Potulność”.
    Ta lista wskazywała na to, że Tork brał czynny udział w nadawaniu nazw tym statkom.
    — Logicznie rzecz biorąc — powiedział Martinez do Michi — następnym statkiem w sekwencji będzie „Kapitulacja”.
    Choć otrzymał posiłki, Tork nadal odmawiał wyruszenia ku Zanshaa. Michi Chen dzieliła się z Martinezem pogłoskami — najwidoczniej otrzymywała je od brata — że zarówno rząd, jak i Zarząd Floty tracą cierpliwość do Torka. Oba te ciała chciały podjąć odpowiednie kroki, nie mogły się tylko zdecydować, czy mają zamienić Torka na jego zastępcę, Kringana, który uprzednio służył w Czwartej Flocie, czy też polecić Torkowi, by zaatakował wroga.
    Być może Tork usłyszał te pogłoski, ponieważ oznajmił, że ruszy natychmiast, gdy wzmocnią go trzy dalsze fregaty z Laredo, które już lecą na miejsce. Kiedy fregaty doleciały, Naksydzi dostali pięć statków i przewaga Torka spadła z dwunastu do dziesięciu okrętów.
    Tork zwlekał jeszcze przez następne cztery dni po przybyciu fregat z Laredo — wystarczająco długo, jak zauważył Martinez, by wysłać zapytanie do Zarządu Floty na Antopone, i dostać stanowczą odpowiedź. Wreszcie Tork przystąpił do działania. Wysłano rozkazy do dowódców eskadr, na pojedyncze statki i do innych jednostek Floty w innych układach.
    Jedynie Słuszna i Ortodoksyjna Flota Odwetu rozpaliła swe potężne żagwie z antymaterii, uformowała eskadry, wykonała ostatni przyśpieszeniowy nawrót wokół Chijimo i rzuciła się ku wormholowi jeden przy Chijimo, by zaatakować nieprzyjaciela, który czekał przy Zanshaa.

* * *

    Sula przyprowadziła pierwszą z kilku ciężarówek do Górnego Miasta i obrała pałac Ngenich na swoją kwaterę główną. Mapy i sprzęt zostały rozłożone na stole w jadalni. Przodkowie Ngenich patrzyli na to z portretów, zszokowani.
    Na pałacowym podwórcu, zasłoniętym drzewami i krzakami oraz posągami innych przodków, ciężarówki przemalowano na kolory Floty. Dwa spychacze o ogromnych ostrzach płużnych i kołach większych od Terranina już czekały na swych przyczepach. Członkowie grupy szturmowej Suli zaczęli mocować wokół kabin kierowców płyty prowizorycznych plastikowych pancerzy.
    Shawna Spence z dwojgiem pomocników demontowała wnętrza dwóch samochodów, które później miały zostać napełnione środkami wybuchowymi. Jak sugerowały jej obliczenia, cała ciężarówka-bomba byłaby zbyt silna na zaplanowaną akcję, a dwa samochody osobowe są w sam raz.
    P.J. Ngeni kręcił się wszędzie, starając się być pomocny, i wchodził wszystkim w drogę.
    W mieście zbierały się grupy bojowe, przynajmniej Sula miała taką nadzieję.
    Słońce tonęło powoli w sadzawce koloru hemoglobinowej czerwieni, zwiastując koniec pięknego jesiennego dnia. Fragmenty pierścienia Zanshaa żarzyły się na ciemniejącym niebie. W spokojnym powietrzu unosiły się zapachy wielkiego miasta: nieuprzątnięte śmiecie, więdnące kwiaty, gotowane potrawy. Sula kazała swym ludziom zgromadzić się na tarasie domku P.J. i złożyć tam sprzęt alpinistyczny. Długie liny leżały zwinięte obok uprzęży i wciągaczy, które wyniosą ludzi i sprzęt na ścianę płaskowyżu.
    Zanim rozpoczęto wspinaczkę, Sula starannie obejrzała okolicę lornetką ze wzmacniaczem światła. Nikt z naksydzkich strażników przy Bramie Wyniesionych nie zauważył niczego w dole. Jej komunikator mankietowy zaćwierkał. Spojrzała na displej i zobaczyła wiadomość tekstową: CZY CHCESZ SPOTKAĆ SIĘ JUTRO PRZY PIEKARNI?
    Grupa u podnóża skały była gotowa.
    Sula wysłała odpowiedź — O KTÓREJ? — a potem wydała polecenie przerzucenia długich lin przez balustradę. Na końcu każdej liny znajdował się tłumok z uprzężą wspinaczkową i końcem liny asekuracyjnej. Stanowiska asekuracyjne założyli członkowie grupy szturmowej na tarasie.
    Odpowiedź brzmiała: 1301. Oznaczało to, że wszystkie trzy liny dosięgły ziemi, nie zawieszając się na gałęziach ani krzakach. Mniej niż trzy minuty później Sula usłyszała szum silnika elektrycznego i po dalszych kilku sekundach pierwsza głowaukazała się nad tarasem. Ciemną twarz przecinał olśniewająco biały uśmiech.
    — Cześć, księżniczko — powiedział Patel i dwójka z grupy szturmowej ruszyła, by ująć go pod ramiona i przenieść na kamienny taras. Sprawnie zdjęto mu uprząż i umieszczono na linie, by zsunęła się w dół. Patel poluzował rzemień karabinu i zdjął ciężki plecak. Sula wskazała na pałac Ngenich.
    Przejdź przez dziedziniec do dużego domu. Mamy tam trochę jedzenia.
    — Dzięki, księżniczko.
    Szum silników oznajmił przybycie kolejnych wspinaczy. Silniki wciągaczy dużej mocy podnosiły ich na linie z szybkością piechura, co znaczyło, że wspinaczka wymaga niewielu umiejętności: nie wypaść z uprzęży, odpychać się stopami od ściany i dobrze pilnować urządzenia.
    Pierwsza grupa trzydziestu dziewięciu ludzi składała się z samych Bogo Boys, kompletnego oddziału szturmowego. Wśród nich był Casimir, który objął Sulę ramieniem i dał jej gorącego całusa.
    — Julien jest w tylnej straży — powiedział. — Myślę, że dlatego, iż nie chce wjeżdżać na te ścianę.
    — Rozumiem go — powiedziała.
    Wymieniono pakiety zasilające we wciągaczach. W następnych dostawach był sprzęt: broń, amunicja, środki wybuchowe, graty, których przemycenie w pobliżu chemicznych wąchaczy czuwających na początku jedynej drogi do Górnego Miasta byłoby utrapieniem. Spence i jej drużyna inżynieryjna zaczęła wpychać pakiety materiałów wybuchowych do ogołoconych pojazdów. Między iglicami Górnego Miasta zerwał się chłodny wiatr i Sula zadrżała.
    Casimir znikł w ciemnościach. Powrócił po kilku chwilach, niosąc długi płaszcz, którym otulił jej ramiona.
    — Z szafy P.J. — szepnął jej do ucha.
    — Dziękuję — odpowiedziała i jeszcze raz go pocałowała. Wciąż zerkała przez lornetkę w noc, zwłaszcza na naksydzkie stanowisko ogniowe przy Bramie Wyniesionych. Były tam czujki, ale wydawało się, że interesuje ich głównie ruch nisko w dole, na serpentynowej drodze.
    Ostatnie dostawy podjechały na linach statycznych, a potem wciągacze zaczęły znowu windować żołnierzy Suli — skrzydło podziemnej armii imienia lorda dowódcy Eshruga. Bojownicy, głównie Torminele, rekrutowali się przeważnie z Zanshaańskiej Akademii Projektowania. Studenci projektowania przemysłowego stali się bezlitosnymi zabójcami, może dlatego, że byli młodzi i odważni, a może z racji swego pochodzenia torminelskich drapieżników. Teraz będą bardzo użyteczni ze względu na olbrzymie oczy przystosowane donocnego widzenia.
    Po skrzydle Eshruga przybyła następna grupa Bogo Boys, a za nią, na samym końcu, Julien. Ale trzech pomocników musiało go wciągać na taras. Był blady i drżał. Dygoczącymi dłońmi zapalił papierosa, a potem pokręcił głową.
    — Nigdy więcej nie włożę żadnej z tych uprzęży. Nigdy więcej.
    — Jeśli wszystko pójdzie dobrze — odparła Sula — nie będziesz musiał.
    Dokonała krótkiej inspekcji swojej armii. Żołnierze leżeli na pałacowych łóżkach, stołach i dywanach, których jeszcze nie zabrano do magazynu. Wielu czyściło i przygotowywało broń. Niektórzy grali w karty. Sidney siedział w antycznym fotelu z daszkiem, w obłoku haszyszowego dymu. Fer Tuga, snajper z Axtattle, chodził, kulejąc, z pokoju do pokoju i patrzył na bojowników z widocznym zdziwieniem. Dotychczas walczył samotnie i teraz widok tylu sprzymierzeńców był dla niego objawieniem.
    Sula znalazła P.J. w salonie. Nie wyglądał na modnisia — miał na sobie postrzępiony brązowy pulower i solidne workowate spodnie z siedzeniem obszytym skórą; czasami widziała takie u jeźdźców. Przed nim, na błyszczącym stole z okresu Dwell, leżały rozłożone dwie sztuki broni: długa myśliwska strzelba z kolbą wykładaną kością słoniową i grawerowana srebrem oraz mały pistolet. Czyścił broń starannie i z wielką przesadą. Nawet nie podniósł wzroku, gdy Sula zatrzymała się w drzwiach.
    Chciała mu powiedzieć, by zostawił broń w spokoju, poszedł spać i poczekał, aż wojna się skończy i znowu będzie mógł się ubrać w jeden ze swych świetnie skrojonych garniturów i ruszyć do jakiegoś z klubów. Chciała mu powiedzieć, że już udowodnił swą wartość na tysiąc sposobów, że śmierć w walce ulicznej nie sprawi, iż Sempronia Martinez go pokocha. Chciała mu powiedzieć, żeby zjechał kolejką do jakiegoś baru czy restauracji w Dolnym Mieście, znalazł sobie uległą dziewczynę i postarał się wyrzucić z myśli Sempronię.
    Chciała to wszystko powiedzieć, ale zrezygnowała. Patrzyła na niego przez chwilę i odeszła bez słowa.
    I tak jejsłowa nie miałyby żadnego znaczenia.

* * *

    Sula leżała przez kilka godzin w ramionach Casimira. Oboje całkowicie ubrani, wyciągnęli się na starej sofie w pokoju na piętrze. Wydawało jej się, że na chwilę zasnęła. Jednak wstała przed świtem, by sprawdzić, czy grupy operacyjne otrzymały posiłek, przeprowadzić ostatni przegląd pojazdów i upewnić się, czy dowódcy grup i zespołów zrozumieli, czego się od nich oczekuje.
    Wyszła na taras, kiedy nad stolicą rozgorzał świt. Słońce wznosiło się w zielone niebo z kałuży krwistej czerwieni, takiej samej jak ta, w którą zapadło zeszłego wieczora. Sula skierowała lornetkę na stanowisko ogniowe Naksydów. Wydawało się, że w ciągu nocy nie zaszły żadne zmiany.